Patrząc w niebo, Amazon Echo

Komentarze

Transkrypt

Patrząc w niebo, Amazon Echo
www.tyfloswiat.pl
Kwartalnik, nr 2 (31) 2016, bezpłatny, ISSN: 1689-8362
TYFLO{WIAT
Amazon Echo
Patrząc w niebo,
czyli o dostępności telewizji satelitarnej
Zobaczyć niewidzialne
www.tyfloswiat.pl
Kwartalnik, nr 2 (31) 2016, bezpłatny, ISSN: 1689-8362
W numerze
TYFLO{WIAT
3 W górach jest wszystko, co kocham
Amazon Echo
Wiesława Stolarczyk-Polniak rozmawia z Łukaszem Żelechowskim, niewidomym nauczycielem, muzykiem i podróżnikiem. Z czego czerpie inspirację
do działania? Czy nie boi się podejmowania ekstremalnych wyzwań? Co mu
daje wędrówka po górach?
Patrząc w niebo,
czyli o dostępności telewizji satelitarnej
11 Komiksy? Przecież to nie dla niewidomych
Zobaczyć niewidzialne
Joanna Witkowska zgłębia zagadnienie dostępności komiksów dla osób z niepełnosprawnością wzroku. Pozornie beznadziejna sprawa, dzięki inicjatywie
kolegów z www.comicsempower.com, przybrała nieco barw.
15 Sonifikacja, czyli pokazać dźwiękiem
KWARTALNIK
NR 2 (31) 2016
WYDAWCA
Fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego
ul. Wybickiego 3a, 31-261 Kraków
http://www.firr.org.pl
tel.: (+48) 12 629 85 14; faks: (+48) 12 629 85 15
e-mail: [email protected]
Organizacja Pożytku Publicznego
Nr konta 54 1140 1081 0000 2309 9800 1011
UTILITIA
Tomasz Bilecki zapoznaje czytelników z tajemniczym terminem „sonifikacja”,
który choć pozornie nic nie mówi większości z nas, coraz częściej wyznacza
nowe trendy – nie tylko w dziedzinie tyflotechnologii, ale szeroko pojmowanego przemysłu IT.
19 Zobaczyć niewidzialne
UTILITIA
Agnieszka
PR Z E J DŹ NA D O S T Ę PN Ą S T R O N Ę
Utilitia sp. z o.o.
ul. Jana Pawła II 64
TILITIA
32-091UMichałowice
PR Z E J DŹ NA D O S T Ę PN Ą S T R O N Ę
http://www.utilitia.pl
tel.: (+48) 663 883 600
e-mail: [email protected]
UTILITIA
Podmiotem odpowiedzialnym za publikację
treści merytorycznych jest Fundacja
Instytut Rozwoju Regionalnego
UTILITIA
Podmiotem odpowiedzialnym za działalność
reklamową jest Utilitia sp. z o.o.
PR Z E J DŹ NA D O S T Ę PN Ą S T R O N Ę
REDAKTOR NACZELNY
Joanna Piwowońska
tel. kom. (+48) 663 883 332
e-mail: [email protected]
INTERNET
www.tyfloswiat.pl
SKŁAD KOMPUTEROWY
ArtoDesign
Joanna Nowak
FOTOGRAFIA NA OKŁADCE
Patricia Ianhez
DRUK
K&K
DZIAŁ REKLAMY
e-mail: [email protected]
Redakcja nie odpowiada za treść
publikowanych reklam, ogłoszeń, materiałów
sponsorowanych i informacyjnych.
Nakład dofinansowany ze środków Państwowego
Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.
Redakcja zastrzega sobie prawo skracania, zmian
stylistycznych i opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do druku. Materiałów niezamówionych nie zwracamy.
Wszystkie teksty zawarte w tym numerze czasopisma Tyfloświat dostępne są na licencji Creative
Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Ponownie
rozpowszechniany utwór, dostępny na tej licencji,
musi zawierać następujące informacje: imię i nazwisko autora tekstu, nazwę czasopisma oraz jego
numer. Zdjęcia zawarte w czasopiśmie chronione
są prawem autorskim i ich przedruk wymaga zgody autora.
Pelczarska w rozmowie z niewidomą astronomką – Wandą Diaz Merced zgłębia tajemnice kosmosu i pracy badawczej prowadzonej przez osobę
UTILITIA
całkowicie niewidomą. Czy utrata wzroku w trakcie rozwoju kariery naukowej
musi prowadzić do jej przerwania i generować konieczność przekwalifikowania
się, porzucenia pasji? Postać Wandy Diaz Merced jest świadectwem, że może
być wręcz przeciwnie – życiowa perturbacja może stać się motorem rozwoju.
UTILITIA
28 WhatsApp – dostępna komunikacja
UTILITIA
WhatsApp to aplikacja na smartfony, za pomocą której można, korzystając
z sieci bezprzewodowej albo transmisji danych, wysyłać m.in. wiadomości
tekstowe. Od stosunkowo niedawna, podobnie jak ma to miejsce w przypadku Skype’a i od jakiegoś czasu również Facebook Messengera, WhatsApp
umożliwia także rozmowy głosowe pomiędzy dwoma użytkownikami. Czy
komunikatory mobilne wyprą standardowe formy nawiązywania połączeń?
33 Patrząc w niebo, czyli o dostępności telewizji satelitarnej
Michał Dziwisz w przystępny sposób zapoznaje czytelników z zagadnieniem
montażu i użytkowania telewizji satelitarnej.
38 Mój przewodnik to mój konik
Joanna Witkowska omawia ciekawą inicjatywę, polegającą na szkoleniu
na zwierzęta asystujące, towarzyszące osobom z niepełnosprawnością
wzroku, koni. Czy takie rozwiązanie można porównywać do wsparcia psa
przewodnika? No i jak upchnąć konia do taksówki?
41 Amazon Echo
Rafał Charłampowicz przedstawia swoje wrażenia z testów Amazon Echo
– sprzętowego asystenta głosowego, wprowadzonego na rynek w Stanach
Zjednoczonych.
W górach
jest wszystko, co kocham
Góry… Tajemnicze, podziwiane przez poetów, pisarzy, opisywane w literaturze podróżniczej. Są piękne,
lecz nieprzejednane, niejednego śmiałka zatrzymały na zawsze. Mimo tego pasjonaci wciąż pragną je
zdobywać. Nie poprzestają na jednym szczycie. Kładą na szalę swoje życie i to piękno, które wciąga
jak narkotyk. Ludzie wędrują po nich, podziwiają, czasem giną, a one stoją od wieków niewzruszone.
Co powiedziałyby, gdyby mogły przemówić?
„Kiedyś ktoś zapytał: „Dlaczego chodzisz po górach?” – Odpowiedziałem, że ludzi można podzielić
na dwa rodzaje: na tych, którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć; na tych, którym się jej nie wytłumaczy.”
Piotr Pustelnik, alpinista, himalaista, zdobywca korony Himalajów.
Z Łukaszem Żelechowskim rozmawia Wiesława Stolarczyk-Polniak
Wiesława Stolarczyk–Polniak:
Łukaszu, „miłość nie jedno ma imię”,
prawda?
Łukasz Żelechowski: W góry
po raz pierwszy zabrała mnie moja
siostra – Agnieszka, starsza ode mnie
o 10 lat. Wędrowaliśmy po Bieszczadach, biwakowaliśmy, spaliśmy
w namiocie, żadnych luksusów.
Zdobyłem wówczas Połoninę Caryńską. Po części wszedłem o własnych
siłach, po części zostałem wniesiony.
Potem były wędrówki z przyjaciółmi,
w miarę jedzenia rósł apetyt. Tak
zrodziła się miłość. Dlatego w pełni
zgadzam się z tym stwierdzeniem.
Poza tym lubię doświadczać, po niewidomemu poznawać świat, stawiać
sobie nowe wyzwania. Moją wielką
miłością są góry i tak chyba już
zostanie…
W. S.: Widzący, wędrując po górach,
podziwiają barwy, widoki, niebo,
a Ty? Czym się zachwycasz?
Ł. Ż.: Obcuję z przyrodą.
W naszych górach – w Bieszczadach urzeka mnie różnorodność
zapachów. Z łatwością rozpoznam
las bukowy, sosnowy, świerkowy.
Każdy z nich ma w sobie inną
nutę. Ponadto śpiew ptaków, szum
potoku, odgłosy wiatru, skrzypiącego pod nogami śniegu. To prawdziwa, naturalna, piękna muzyka.
Chodząc po Tatrach, mogłem
doświadczyć, czym jest ostry
NR 2 (31) 2016
4
kamień, górski łańcuch, stromy,
górski żleb.
W. S.: A w wysokich górach?
Ł. Ż.: Można usłyszeć dźwięk
spadającej kamiennej lawiny lub
odrywającego się od sąsiedniego
szczytu kawałka lodowca czy też
osypującego się żwiru wulkanicznego. Ale nade wszystko w górach
czuję się wolny. W górach jestem
z daleka od otaczającej mnie cywilizacji, ruchu ulicznego, tłumu pieszych, hałasu pojazdów. Uciekam
od smogu, który jest zmorą wielu
miast. Podsumuję swoją wypowiedź cytatem. Richard Colette,
francuski pisarz i poeta, napisał:
„Żeby kochać góry, nie trzeba ich
koniecznie widzieć. Jeśli się kocha
istotę najdroższą, niekoniecznie
musi się ją widzieć lub słyszeć, jak
do nas mówi. Wystarczy sama jej
obecność. W górach jest podobnie;
istnieją i to wystarcza.”
W. S.: Pozwól zatem, że i ja skorzystam z cytatu: „Czuwaj —jeśli
światło na górach daje znak –
wstań i idź.” Co jest dla Ciebie
takim górskim światłem?
Ł. Ż.: Przede wszystkim dobra
pogoda. To ona mobilizuje, by
pójść. Śledzę komunikaty. Kiedy
nie ma - jak to się potocznie mówi
– „okienka pogodowego”, zapo-
wiadają zawieje, zamieć śnieżną
czy też rzęsisty, ulewny deszcz,
który w naszych polskich górach
powoduje rozmoknięcie szlaku, nie
ryzykuję, zostaję w namiocie.
W. S.: Jaką wypracowałeś sobie
technikę? Przecież wyprawy
w góry, zwłaszcza w góry wysokie,
wymagają wielkiego wysiłku, koncentracji, a brak wzroku jest dodatkowym obciążeniem, prawda?
Ł. Ż.: Zdecydowanie tak. Zacznę
od tego, że trasę trzeba dostosować do możliwości. Ja także
od takich prostych szlaków turystycznych zaczynałem.
W. S.: Pianista nie od razu
gra Mozarta, dziecko zaczyna
od wprawek?
Ł. Ż.: Dokładnie tak. Po takich
szlakach można chodzić z przewodnikiem, ale gdy idziesz w wysokie
góry nie masz już przewodnika,
lecz współtowarzysza, którego nie
wolno ci bez absolutnej konieczności obciążać. W wysokich górach
każdy krok jest wielkim wysiłkiem,
a energię ceni się na wagę złota.
Przed wyprawą zadaję tysiące
szczegółowych pytań, dużo czytam.
W górach za to, co robimy, w większości sytuacji odpowiada głowa.
Tu nie ma miejsca na najmniejszy
błąd. To głowa przecież decyduje,
żeby nogi szły lub stanęły. W życiu
wiele błędów jesteśmy w stanie
naprawić, w górach nieprzemyślana
decyzja może kosztować nas życie.
Nie może być mowy o improwizacji.
Muszę być przygotowany na gwałtowne, niespodziewane zmiany
pogody. Nie zapomnę zdarzenia,
które miało miejsce podczas zdobywania Elbrusu. Będąc na szczycie,
usłyszałem burzę z dołu, jakby
pode mną. Z jednej strony to było
niesamowite, ale drugiej strony
to był sygnał, że trzeba schodzić.
Chwilę po naszym zejściu rozpętała
się potężna śnieżyca. Tony śniegu
sypały się z nieba. I tylko dlatego,
że miałem odpowiednie ubranie,
nieprzemakalną kurtkę, spodnie,
odpowiednie buty, byłem jak twierdza. Śpiewałem pół żartem, pół
serio: „Niech tam wieje, niech tam
leje, ja się bawię, ja się śmieję.”
W. S.: Wróćmy do techniki.
Ł. Ż.: A co do techniki, nie ma
na to jednoznacznej recepty. Idący
przede mną przewodnik związany
jest ze mną krótką liną. Idę za nim
jak wagonik kolejowy. Trzymając
kije trekkingowe w obu rękach,
mogę się nimi podpierać. Za mną,
blisko idzie drugi towarzysz. Jeśli
zbliżam się do kamienia czy innej
przeszkody, którą mam po prawej
W wysokich górach do przygotowania pożywienia służy urządzenie o nazwie Jet Boil
5
Kilimandżaro - obóz
lub lewej stronie, daje mi z odpowiedniej strony swoim kijem lekkiego kuksańca, jakby chciał powiedzieć: „Te! Masz kamień po prawej
(prawym kijem w prawy pośladek
lub po lewej - lewy pośladek), odbij
w prawo lub w lewo.” W zależności
od sytuacji. To wyśmienicie działa.
Niedawno w ten sposób szedłem
na Babią Górę. Trzymanie za ramię
czy instruktaż słowny nie sprawdza
się w obliczu przepustów, wykrotów, kamieni, stopni. Na wysokości
ponad czterech tysięcy metrów
nad poziomem morza instruowanie
głosem jest niemożliwe. Powietrze
jest bardzo rozrzedzone. Pojawia
się niedobór tlenu. Każde słowo
to wysiłek. Z powodu spowolnionych reakcji wszystko przychodzi
z mozołem.
W. S.: Co stanowiło dla Ciebie największą barierę?
Ł. Ż.: Trochę ich było. Wspomniana komunikacja, ale także,
trzeba powiedzieć wprost – toaleta. Musiałem budzić kolegę, by
poinstruował mnie, jak i gdzie mam
oddać należność naturze. Wiem,
że to wydaje się śmieszne. W wysokich górach wieją silne wiatry.
I jeśli wysikasz się w niewłaściwą
stronę, możesz wywołać powódź
w namiocie kolegi lub na sobie.
Duże znaczenie oczywiście ma nierówność terenu. Wymagało to ode
mnie pokory. Nie łatwo jest budzić
w środku nocy smacznie śpiącego
kolegę. Pomijając zwyczajne, związane ze sferą fizjologii skrępowanie, chciałoby się po prostu zachować we wszystkim niezależność.
Ważne było dla mnie bezpieczeństwo współtowarzyszy i moje.
W panujących na dużej wysokości
ekstremalnych warunkach, musiałem mieć idealny porządek w plecaku i namiocie. Koledzy śmiali się,
że u mnie jest porządnie jak w Marriocie. Musiałem wiedzieć, gdzie
co mam, by obudzony w środku
nocy dotrzeć szybko do potrzebnych rzeczy. Wyrobiło to we mnie
samodyscyplinę. Wydaje mi się,
że skompensowanie braku wzroku
wymaga dużej koncentracji. Trzeba
uważać, by się nie potknąć, umiejętnie operować kijami. Stawiasz
krok w nieznane, nie wiesz, czy
trafisz na pewny grunt. Kamienie
czy nierówne podłoże powodują
zachwiania równowagi, a omijanie
ich, ciągłe zmiany kierunku, powodują wybijanie z rytmu. Marsz,
zwłaszcza na dużych wysokościach,
gdzie niedobór tlenu w powietrzu
sprawia, że płaski i równy teren
staje się istną wielką pardubicką,
musi być bardzo rytmiczny. Brak
stałego rytmu powoduje dużą
utratę energii... Nie zapinałem
sam raków, ponieważ są ostre jak
skalpel. Przypominają kolczatkę
i niewinne dotknięcie mogłoby
się źle skończyć. Raki zapobiegają
ślizganiu się po lodzie. Wbijają się
w lód, idąc w nich nogi trzeba stawiać ostrożnie, szeroko. Potknięcie
grozi śmiercią.
W. S.: Jerzy Kukuczka mówił,
że wysoko w górach często stawia
NR 2 (31) 2016
6
się pytania i bardzo rzadko potrafi
się na nie odpowiedzieć. Jakie Ty
zadawałeś sobie pytania?
Ł. Ż.: Kiedy zdobywałem
szczyty, za każdym razem zadawałem sobie pytanie: „Jak to możliwe, że dałem radę?” Często
myślę sobie, że świat jest piękny,
że piękne jest bodaj to, że można
dotrzeć w tak niedostępne zakamarki. Wędrując, zastanawiam
się, dlaczego człowiek jest tak
osaczony przez cywilizację? Jakie
jeszcze bariery jestem w stanie
pokonać? W obecnych czasach nie
jest sukcesem wejść na ośmiotysięczniki, ale zdobycie tych szczytów w ciągu roku i to w określonym
czasie. Czy jest kres przekraczania
tych granic? To są te pytania bez
odpowiedzi.
W. S.: Gdy podróżnik zostawia
w tyle za sobą góry, widzi je w ich
rzeczywistym kształcie. – tak też
jest z przyjaciółmi.
Jak w górach, w morderczych,
ekstremalnych warunkach przejawia się ta przyjaźń? Czy dochodziło
między Wami do konfliktów?
Ł. Ż.: Przyjaźń to wspaniały
fenomen, którego doświadcza
się w górach. Najdrobniejszy gest
i przejaw życzliwości są bardzo
ważne. W obliczu tak morderczego
wysiłku docenia się podanie Ci
herbaty, krzepiące słowo. Kiedy
byłem wyczerpany, wyrzucałem
sobie, że nie dojdziemy na czas.
Boguś, nasz ratownik powiedział:
„Olej to stary, jeśli nie dojdziemy
w cztery godziny, dotrzemy
Elbrus
w osiem. Pewnych rzeczy nie
przeskoczymy. Przecież dojdziemy.”
Był świadom moich ograniczeń.
Wiedział, że jemu łatwiej będzie
zebrać wodę z rynienki w obozowisku niż mnie. I nie ma tu mowy
o wykorzystywaniu. Cokolwiek
by się działo, nie wolno zostawić
współtowarzysza.
W. S.: Wyobraź sobie, że Twoi
przyjaciele ulegli chorobie wysokościowej, jesteś sam na placu boju.
Co wtedy?
Ł. Ż.: Wykopałbym jamę
śnieżną, zagrzebując siebie i kolegów lub ogrzewał ich własnym
ciałem. Ciepłota ciała jest bardzo
ważna. Wbrew pozorom pod śniegiem jest bardzo ciepło. Zostawia
się mały otwór dla dostępu powietrza. Gdybym miał radiotelefon,
wezwałbym pomoc. Poza tym
spotyka się grupy ludzi, wszyscy
sobie nawzajem pomagają. Takiego
wsparcia doświadczyliśmy na Aconcagui. W wyniku choroby wysokościowej dziesięć godzin byłem
w nieświadomości. Moi przyjaciele
także słabli z minuty, na minutę.
Pomogli nam Marcin, Magda
i Tomek. Bo widzisz, w górach
nie ma zaimka osobowego „ja”.
Wszyscy tworzymy zespół. Czasem
tak niewiele brakuje do szczytu,
a trzeba zawrócić. Nikt do nikogo
nie ma pretensji. Taka właśnie
sytuacja miała miejsce podczas
zdobywania Elbrusa. Byliśmy
zaledwie trzysta metrów od upragnionego celu. Wiatr wiał z prędkością stu dwudziestu kilometrów
na godzinę. Skutecznie odciął mi
jedyną możliwość komunikacji,
czyli głos.
W. S.: Czy potraktowałeś to jako
porażkę?
Ł. Ż.: Był żal, ale nie było wyjścia, trzeba było zawrócić, mimo
że z tyłu głowy pojawiła się myśl:
„No tak. Sponsorzy, tyle miesięcy
przygotowań, ciężkich treningów
w Skałkach na Jurze Krakowsko–
Częstochowskiej. Wiele godzin
spędziłem na basenie, na rowerze
i to wszystko obróci się w niwecz.
Bezsilność boli, ale trzeba umieć
powiedzieć, że góra może poczekać, a życie, moje własne czy też
przyjaciół idących ze mną, jest
tylko jedno. Na szczęście następnego dnia spróbowaliśmy jeszcze
raz i udało się. A w 2011 roku, podczas wyprawy na Aconcaguę (najwyższy szczyt obu Ameryk) nasz
ratownik, najsilniejszy człowiek,
w wyniku przebytej przed wyprawą
infekcji doznał choroby wysokościowej. Jest to reakcja organizmu
na niedobór tlenu w powietrzu.
Pojawił się obrzęk płuc. Niewiele
brakowało do obrzęku mózgu. I ten
najsilniejszy człowiek płakał jak
małe dziecko. Czuł się potrzebny,
powinien iść z nami, a tymczasem
organizm odmówił posłuszeństwa,
musiał zostać w obozie. Tak więc
jedziemy na tym samym wózku.
W tym wypadku brak wzroku nie
ma znaczenia. Każdy może ulec
chorobie wysokościowej czy hipotermii, czyli wychłodzeniu organizmu. Może trudno w to uwierzyć,
7
Aconcagua
ale konfliktów nie było. Każdy z nas
wiedział, co trzeba robić w trudnej
sytuacji, jak pomóc. Dawaliśmy
z siebie wszystko.
W. S.: Co jada się podczas wypraw
wysokogórskich?
Ł. Ż.: Przede wszystkim je
się żywność liofilizowaną. Jest
to suszona żywność w paczuszkach. Wsypuje się ją do garnka,
zalewa gorącą wodą. Chwilkę
trzeba poczekać, napęcznieje
i gotowe. Nie jest to zbyt smaczne,
ale ma dużo kalorii. Poza tym
zjadamy dużo czekolady. A do picia:
multiwitamina, gorąca czekolada,
herbata. W miarę możliwości
dużo ciepłego. Jako ciekawostkę
powiem, że woda stopiona
ze śniegu lub lodowca to czyste
H2O. Nie ma w niej żadnych minerałów. Poza tym bardzo trudno
ją uzyskać. Śnieg jest często tak
zmarznięty, że wyprodukowanie
dwóch litrów wody zajmuje mniej
więcej dwie godziny. Woda z potoków nie nadaje się do picia. Mówię
o tym, ponieważ jedzenie i picie
są bardzo ważne. Powyżej pięciu
tysięcy metrów organizm przestaje
się regenerować. To, co zjemy,
jest pochłaniane jakby w paszczy
smoka. Niewzbogacenie organizmu o odpowiednią ilość kalorii,
choćby dzień wcześniej, może
sprawić, że dopadnie nas choroba
wysokościowa.
W. S.: Jak gotować, przecież chyba
nie rozpalacie ogniska?
Ł. Ż.: Do tego służy urządzenie
o nazwie Jet Boil. Jest to jakby
kubek z podgrzewaczem, zintegrowany w jednolitą konstrukcję, obity
specjalnym kauczukiem syntetycznym. Bardzo długo trzyma temperaturę. Posiada palnik z piezoelektrycznym zapalnikiem oraz kubek
do picia. Chodzi o to, by na gotowanie zużyć jak najmniej energii,
a jednocześnie się nie poparzyć.
W. S.: A co z higieną?
Ł. Ż.: No cóż, Amerykanom tragarze wnosili przenośne prysznice.
Ale chyba nie o to chodzi. Do mycia
używamy chusteczek nawilżających dla dzieci. Zresztą problem
nie jest tak wielki, jakby się mogło
wydawać, bo na wysokości powyżej pięciu tysięcy metrów jest sam
śnieg. Nie ma błota i człowiek się
nie brudzi, a z powodu przyspieszonego metabolizmu prawie się
nie poci. Organizm pochłania całą
wodę na produkcję tlenu. Poza
tym, w wysokich górach trzeba
iść bardzo powoli, np.: czternaście
kroków, odpoczynek. Trzeba nadać
określony rytm marszowi. Każdy
najmniejszy ruch jest okupiony
wysiłkiem, energia jest na wagę
złota. O toalecie wspominałem,
a co do reszty, to przy wejściu
wszyscy otrzymują woreczki,
w które zbierają, co trzeba.
Po powrocie należy je oddać, a zgubienie takiego woreczka w górach
kosztuje. Jest to niestety dodatkowy ciężar.
W. S.: Co podczas tych trzech
wypraw było dla Ciebie
najtrudniejsze?
NR 2 (31) 2016
8
Obóz pod Aconcaguą
Ł. Ż.: W każdą z nich wkładałem morderczy wysiłek. Były
trudne sytuacje. Kiedy oglądamy
film o himalaistach, słyszymy,
że najpierw są w bazie, potem
idą do pierwszego obozu, do drugiego, znów schodzą do bazy,
znów wchodzą, to jest system
aklimatyzacji. Wchodzimy wysoko,
śpimy nisko. Musiałem z tego
zrezygnować, ponieważ wędrówka
pomiędzy obozami była dla mnie
bardzo trudna. Na Aconcagui
każdy kamień był wysiłkiem,
grunt usuwał się spod stóp.
Musiałem zagrać vabank. Miałem
nadzieję, że organizm zapamiętał
to, co przeżył na Kilimandżaro
i Elbrusie. Wędrowałem więc coraz
wyżej, bez wspominanej aklimatyzacji. Zapłaciłem za to skrajnym niedotlenieniem. Dziesięć
godzin byłem bez świadomości,
wpadłem w hipotermię. U podnóża gór. Po naszym zejściu było
plus 35 stopni. Mimo, że miałem
na sobie puchową kurtkę, rękawice, puchowe spodnie, drżałem
z zimna. Po powrocie do kraju
przez dwa miesiące nie miałem
czucia w palcach. Obsługa telefonu komórkowego czy klawiatury
komputerowej, gdzie nie wyczuwa-
łem charakterystycznych zgrubień
na klawiszach F oraz J była nie lada
trudnością, o odczytywaniu pisma
Braille nie wspominając.
W. S.: Kiedy mija choroba
wysokościowa?
Ł. Ż.: Po zejściu na dół, kiedy
jest więcej tlenu. Trzeba odpocząć,
dotlenić się, podkarmić i człowiek
jest zdrów jak ryba. Można znów
podjąć wysiłek i atakować szczyt.
Przed chorobą wysokościową nie
jesteśmy w stanie się zabezpieczyć.
Nigdy nie wiadomo, jak organizm
zareaguje. Nie ma znaczenia, czy
jest się widzącym czy niewidomym, atletą czy słabszym. Choroba
ta może dopaść maratończyka.
Wystarczy infekcja albo fakt,
że zbyt mało się zjadło poprzedniego dnia. Każdy musi słuchać
swojego organizmu.
W. S.: A Ty jak się broniłeś?
Ł. Ż.: Bardzo dużo spałem.
Ze snu czerpałem energię.
W. S.: Masz rodzinę, dzieci. Czy
warto tak ryzykować?
Ł. Ż.: Na Aconcagui którejś nocy
przyśniła mi się Rozalka. Byliśmy wówczas 13 tys. kilometrów
od domu. Tęsknota przeszywa boleśnie. A jednocześnie czuje się ciepłe
myśli bliskich, to taka słoneczna
bateria. To dla nich pragnie się iść
i wrócić. Niemal słyszy się mocno
bijące serca, które kibicują, dodają
otuchy.
W. S.: Czy można nawiązać jakiś
kontakt z bliskimi?
Ł. Ż.: Piętnaście minut korzystania z Internetu satelitarnego
w bazie kosztuje piętnaście dolarów. Bez sygnału zwrotnego.
Dajemy znać, że wszystko jest
w porządku. Nikt nie mówi o trudach lub problemach, by nasi
ukochani się nie martwili. Oni żyją
w wielkim napięciu. Paradoksalnie
tęsknota za rodziną mobilizuje,
motywuje. Oczywiście, masz rację,
ryzyko jest wielkie. Ale przecież
wychodząc z domu w normalnych
warunkach możesz do niego nie
dotrzeć, bo potrąci cię samochód,
albo, kiedy będziesz przechodzić przez kałużę w czasie burzy,
niedaleko transformatora uderzy
w ciebie piorun. Zimą spadnie
sopel na głowę albo w drewnianym
kościele cegła. Jest tysiące powodów by nie wychodzić z domu.
Taternicy mówią, że tych, którzy
kochają góry, one zawsze ich przygarną, wcześniej czy później.
W. S.: W jednej z książek Martyny Wojciechowskiej znalazłam
takie zdanie: „Kiedy na początku
wspinaczki człowiek stoi przed
szczytem i patrzy na potężną górę,
czuje się przytłoczony. Kiedy patrzy
na tę samą górę już po zejściu –
jest dumny i ma wrażenie, że może
osiągnąć wszystko.”
Co czułeś, kiedy stanąłeś
na szczycie?
Ł. Ż.: Wielkie zmęczenie. Nie
do końca potrafiłem się tym
cieszyć. Za każdym razem miałem
świadomość, że czeka mnie bardzo
trudne zejście. Nie sposób tego
opowiedzieć. Czasem wchodzi się
ostatkiem sił, na pół przytomnym.
Tak naprawdę dociera to chyba
dopiero po zejściu i wtedy jest się
do głębi szczęśliwym.
W. S.: Co z tych podróży zapadło Ci
najbardziej w pamięć?
9
Ł. Ż.: W Afryce mogłem zjeść
czerwone banany, poznać ich smak,
ich świeżość, dotknąć maleńkie słoniątko, poczuć liany, objąć potężne,
grube baobaby. Byliśmy także
w wiosce masajskiej. Ludzie żyją
tam bez prądu, bez telewizji, swoim
życiem, zgodnie z rytmem natury.
Nie trzeba im tłumaczyć, czym jest
niepełnosprawność. Dla niechodzącej Andżeliki spontanicznie
szybko zrobili siedzisko ze skór. Nikt
niczemu się nie dziwił. Ugościli nas
pieczoną kozą, co jest wielkim rarytasem, na co dzień są zbyt biedni,
by jeść taki przysmak. My w zamian
kupowaliśmy od nich – mężczyźni
dzidy, szable, dziewczyny biżuterię.
Chodziło nam o to, by im pomóc. Za
zarobione w ten sposób pieniądze
będą mogli kupić krowę.
Z radością słuchałem śpiewu
afrykańskich ptaków, tupotu
małpek biegających po drzewach.
Tych wspomnień nikt nie odbierze. No i ten brak poczucia czasu.
Dla mieszkańców Tanzanii i Kenii
godzina w jedną, czy drugą stronę
nie ma znaczenia. To na początku
denerwuje, ale po jakimś czasie
nabiera się dystansu do wszystkiego. W Argentynie natomiast sjesta. Tam nikt się nie spieszy. Facet
w ciągu popołudnia ułożył zaledwie
dwa metry terakoty. Nikogo to nie
dziwiło, nikt się nie denerwował.
Dla Europejczyka byłoby to nie
do przyjęcia.
W. S.: Czy były jakieś zabawne
sytuacje?
Ł. Ż.: O, tak! Spotkaliśmy Słowaków, którzy świętowali zdobycie
szczytu. My byliśmy w drodze.
Wino lało się strumieniami. Jak
nie skorzystać z okazji. Zrobiliśmy sobie przerwę. Zaśpiewałem
wtedy Jozin z Bażin – znaną czeską
piosenkę. Jedna z uczestniczek
porwała mnie do tańca. W grubych, górskich butach, zwanych
skorupami, nie było to łatwe.
W ogóle podczas wypraw, jeśli się
dało, dużo żartowałem, śpiewałem.
To chłopaków mobilizowało, niekiedy budziło z odrętwienia. Oboje
z Piotrusiem Pogonem mamy duży
dystans do naszej niepełnosprawności. Mnie nazywano Jurandem
z wiadomego powodu. Na Piotrusia wołaliśmy czajnik lub świstak.
W wyniku choroby nowotworowej
stracił jedno płuco. Jego oddech
jest bardzo świszczący i ciężki.
Wiele razy był dla mnie drogowskazem. Ten oddech nadawał mi
kierunek, był dobrze słyszalny. Coś
jak bezcenny komunikat: „Chłopie,
zboczyłeś z drogi, zmieniłeś kierunek, jestem tutaj.”
W. S.: Dlaczego chodzisz po górach,
podejmując takie ryzyko? Co chcesz
udowodnić?
Park Narodowy – Aconcagua w prowincji Mendoza
NR 2 (31) 2016
Ł. Ż.: Wielu osobom może
się wydawać, że idąc na te trzy
szczyty, dążyłem do rozgłosu,
do sławy. Nic bardziej błędnego.
Mam pasję i satysfakcję. Owszem,
nie ukrywam, popularność jest
bardzo przyjemna, ale zrobiłem
to dla siebie. Chciałem sprawdzić,
czy sięgnę tam, gdzie „wzrok
nie sięga”. A z drugiej strony
jest to coś, co towarzyszy chyba
każdemu człowiekowi. Poczucie
sukcesu związane z przesuwaniem granicy własnych możliwości, podnoszeniem poprzeczki,
pokonywaniem coraz to nowych
barier. Myślę, że jest to potrzebne
każdemu. Jesteśmy tak skonstruowani, że potrzebujemy przysłowiowych skrzydeł i bodźców, by
je rozwinąć, potrzebujemy dowartościowania. Góry, nie ukrywam,
dają mi takie dowartościowanie.
Uczą doceniać to, co najprostsze:
ciepłą wodę w kranie, podanie
gorącej herbaty, zwykły, życzliwy
gest. Trzeba jednak zaznaczyć,
że najważniejsze jest zdrowie
i bezpieczeństwo. Tego nie można
przecenić, życie jest darem. Ale
jeszcze jest inny aspekt. Nie
robię tego tylko dla siebie. Tak
naprawdę nasze społeczeństwo
ma jeszcze małą świadomość,
co osoby z niepełnosprawnościami
mogą, ile są warte. Wciąż bardzo
żywy jest stereotyp, że powinniśmy siedzieć w domu. Ten
stereotyp wpływa negatywnie
na rynek pracy. Wiadomo, że nam,
niewidomym, trudniej ją znaleźć.
Myślę, że nasze wyprawy są próbą
zwrócenia na siebie uwagi, wykrzyczenia, że jesteśmy, że borykamy
się z pewnymi problemami, ale
jesteśmy wartościowi i możemy
dać społeczeństwu bardzo wiele.
Oczywiście można wyjść na ulicę,
pojechać do Warszawy, zrobić
demonstrację. Tylko, że ja uważam,
iż epatowanie biedą czy nieszczęściem niewiele pomoże. Oczywiście nie należy tego tuszować, ale
trzeba pokazać ludziom coś pozytywnego. Dać ludziom nadzieję.
W.S.: Małgorzata Wach napisała
książkę o Waszej pierwszej wyprawie: „Każdy ma swoje Kilimandżaro”. To bardzo piękny, symboliczny tytuł, prawda?
Ł.Ż.: Tak. Moje szczyty to nie
martwić się o jutro, pracuję jako
nauczyciel informatyki, skupić się
na wychowaniu dzieci. Widzę, jak
moi ukochani rodzice się starzeją,
to boli... Stawiać czoła sytuacjom,
którym nie jesteśmy w stanie
zapobiec. Trzeba wstać z łóżka, by
z uśmiechem zasnąć. Mieć przyjaciół, bliskich, tego się nie kupi.
Mieć poligon, na którym można
się wyżyć poprzez realizowanie
pasji. W naszym wypadku to szachy czy jazda na rowerze. Spełniać
się na różne sposoby. Pracować
na poczucie sukcesu.
Każdy z nas ma takie swoje
Kilimandżaro. Młodzieży mówię,
że to może być dobrze napisane
wypracowanie. W szkole, w której uczę, jest dużo młodzieży
ze sprzężoną niepełnosprawnością. Kiedy opowiadam o wyprawach, pokazuję, że można, że się
da. To jest dla nich motywacja.
Przecież poprzez moją niepełnosprawność jestem jednym
z nich. Nie trzeba wyruszać
na Kilimandżaro, Elbrus czy
Aconcaguę. To może być pomoc
rodzicom, przełamanie lęków –
np. przed samodzielnym wyjściem z domu. I wreszcie tolerancja wobec kogoś słabszego.
Podanie pomocnej dłoni komuś,
kto ma większą niepełnosprawność. Jeśli dasz innym ciepło,
ono wróci. Myślę, że trzeba być
otwartym, mieć cel, nie bać się
wyzwań. To nie muszą być góry.
Najgorsza jest samotność. Przeżywając ją, gaśniemy. Ważne, by
mieć dla kogo żyć.
W. S.: Dziękuję za rozmowę.
Na koniec wypada chyba tylko
powtórzyć za Walterem Bonassim: „Góry są środkiem, celem
jest człowiek. Nie chodzi o to, by
wejść na szczyt. Robi się to, aby
stać się kimś lepszym.”
Łukasz Żelechowski – niewidomy
informatyk, nauczyciel w Ośrodku
Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci
Niewidomych i Słabowidzących
w Krakowie. Jego pasją jest krótkofalarstwo, lubi także śpiewać, akompaniując sobie na bandurze. W 2006
roku zdobył pierwszą nagrodę
na Festiwalu „Zaczarowanej Piosenki” im Marka Grechuty w Krakowie, organizowanym przez Fundację
Anny Dymnej – „Mimo wszystko”.
Gra na fortepianie, uczy się tej
sztuki także na węgierskich cymbałach. Przeszedł dziewięciomiesięczny
kurs aktorski, organizowany przez
Stowarzyszenie „Scena Moliera”,
które skupia niepełnosprawnych
pasjonatów teatru. Poprzez nurkowanie poznał także, czym jest świat
podwodny. Wykonał skok na spadochronie. Jest szczęśliwym mężem,
ojcem dwóch córeczek - Rozalki oraz
maleńkiej Olgi.
Obdarzony pogodnym usposobieniem, poczuciem humoru, niemalże dziecięcą ciekawością świata.
W 2008 roku wraz z grupą osób
z niepełnosprawnościami - dzięki
Fundacji „Mimo wszystko” - zdobył
Kilimandżaro (projekt „Każdy ma
swoje Kilimandżaro). W 2009 roku,
jako pierwszy niewidomy, zdobył
Elbrus – najwyższy szczyt Kaukazu
i wreszcie w 2011 roku Aconcaguę –
najwyższy szczyt obu Ameryk.
fot. Stig Nygaard, Stig Nygaard, Dmitry Sumin, Rildo Moura, desbiens_jean, Miguel
10
Joanna Witkowska
KOMIKSY?
Przecież to nie dla
niewidomych
Komiks, jako odrębna forma wydawnicza, narodził się na przełomie XIX i XX wieku. Wywodzi się
z satyrycznych rysunków prasowych. Choć różnie definiuje się ten gatunek, wszystkie określenia
mają jeden wspólny element: komiks to historia obrazkowa złożona z sekwencji kilku obrazków
rozmieszczonych liniowo. Wypowiedzi postaci wkomponowane są w obraz i pojawiają się w tak
zwanych dymkach, a słowa narratora zwykle znajdują się z boku. Nazwa „komiks” to skrótowiec
od angielskich słów „comic strip” (dosłownie: „śmieszny pasek”), ale zwano je także historiami
obrazkowymi, kolorowymi zeszytami i tak dalej. Komiksy bowiem ukazują się przeważnie jako serie
kilku lub kilkunastu zeszytów. Mogą też być publikowane w prasie jako odcinkowe opowieści.
Polski komiks narodził się niemal jednocześnie z odzyskaniem niepodległości po rozbiorach – pierwszy cykl
komiksowy zaczął wychodzić w lutym 1919 roku we
Lwowie na łamach tygodnika satyrycznego „Szczutek” i nosił tytuł „Ogniem i mieczem, czyli przygody
szalonego Grzesia – powieść współczesna” (ukazało
się w sumie 28 powiązanych ze sobą odcinków, każdy
składał się z 6 różnych obrazków). Akcja opowieści osadzona była w realiach walk o granice Polski z Niemcami,
Czechami, Rosjanami i Ukraińcami.
W dwudziestoleciu międzywojennym pojawiło się
jeszcze wiele komiksów, z których chyba najbardziej
znany to historia Koziołka Matołka autorstwa Kornela
Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza. Jednak
komiks jako osobny gatunek trafił do encyklopedii
literatury dopiero w latach pięćdziesiątych.
Obecnie formy komiksowej używa się np. do przedstawiania wydarzeń historycznych, ponieważ obrazki
opatrzone komentarzem są bardziej sugestywne
i łatwiejsze do przyswojenia niż długie fragmenty
tekstu. Co więcej, niektóre awangardowe komiksy
to wyłącznie obrazki.
Czy zatem ta dziedzina sztuki może być w jakikolwiek sposób odbierana przez osoby niewidome?
Sama po raz pierwszy zetknęłam się z komiksem,
gdy rodzice czytali mi „Przygody Koziołka Matołka”,
12
Przygody Koziołka Matołka
tyle że wtedy nie wiedziałam, że to komiks. Ponieważ byłam dzieckiem słabowidzącym, zapamiętałam
obrazki ułożone obok siebie w linii i tekst, który znajdował się bądź na samych obrazkach, bądź pomiędzy
ich kolejnymi szeregami. Tego, co jest namalowane,
nie byłam w stanie rozpoznać, ale zapamiętałam, jaki
tekst jest na której stronie. Dlatego „Koziołek” służył
mi do udawania, że umiem czytać, gdy tymczasem
po prostu znałam tekst bajki na pamięć. To, co jest
na obrazkach, nie interesowało mnie specjalnie. Czasem tylko pytałam o ilustrację i wtedy opowiadano mi
je, choć na dłuższą metę uważałam to za stratę czasu,
bo przecież chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej.
Przy drugim moim spotkaniu z komiksem już wiedziałam, co trzymam w ręku, a może raczej – co trzyma
mój brat i co będzie mi czytał. Lektura komiksów Janusza Christy z serii „Kajko i Kokosz” należała bowiem
do naszych ulubionych wspólnych zajęć. Brat czytał
tekst opowieści w szczególny sposób – tak śmiesznie
modulował głos, że zaśmiewałam się bez patrzenia
na obrazki. Czasem mówił mi jednak, co one przedstawiają. Gdy na przykład Hegemon się złościł, z jego
ust wylatywały pioruny, a na piorunach znajdowały
się jego słowa. Ogromnie bawiły mnie też wyrazy
dźwiękonaśladowcze, takie jak „blurp”, wymyślone
specjalnie na użytek przygód Kajka i Kokosza. Wiedziałam, że słuchając komiksów (bez patrzenia na obrazki),
tracę sporo, ale i tak była to dla mnie świetna zabawa.
Próbowałam nawet kiedyś sama zabrać się do czytania
– niestety, jedyne, co zdołałam zrobić, to zlokalizować
(przy użyciu lupy), gdzie znajduje się tekst.
Jak wiemy, niewidomi mogą czytać książki dzięki
skanowaniu i rozpoznawaniu ich przez program OCR,
np. ABBY FineReader – tekst po „przepuszczeniu”
przez taki program jest odczytywany screenreaderem.
W przypadku komiksów ten sposób udostępniania
książek zupełnie odpada, ponieważ nie da się rozpoznać tekstu wkomponowanego w obrazek. Nawet
jeśli komentarze narratora umieszczone zostały obok
obrazków, to i tak całość kompletnie się rozjedzie,
a słowa z poszczególnych kolumn zostaną przeczytane
w jednej linii. Krótko mówiąc, niewidomy śmiałek,
który odważy się skanować komiks, otrzyma jeden
wielki groch z kapustą i żeby coś z tego bałaganu
wyłuskać, będzie potrzebował pomocy osoby widzącej. Zatem mimo korzystania ze skanera i programu
OCR obrazkowe opowieści pozostają niedostępne dla
niewidomych.
13
Na szczęście sytuacja zaczyna się powoli zmieniać.
W zeszłym roku ruszył internetowy angielskojęzyczny
serwis udostępniający komiksy niewidomym. Pod
adresem www.comicsempower.com możemy znaleźć
nie tylko komiksy do kupienia w wersji audio, lecz
także fragmenty dawnych historyjek komiksowych,
które można otrzymywać na skrzynkę e-mail po zapisaniu się do newslettera. Klient serwisu ma szansę
zgłębić ponad siedemdziesięciopięcioletnią historię
komiksu. W orientacji na stronie internetowej pomaga
darmowy audioprzewodnik. Informuje on, jak wygląda
proces zakupu audiokomiksów – najpierw wybiera
się je, dodaje do koszyka, a po dokonaniu płatności
na pocztę elektroniczną przychodzi link do pobrania zakupionych plików. Drugą rzeczą, jaką prezentuje przewodnik, jest wygląd rzeczywistego sklepu
z komiksami. Lektor opowiada o osobie odwiedzającej,
dzięki czemu słuchacz dowiaduje się, jak ułożone
są komiksy na półkach oraz jak łatwo wyszukiwać
poszczególne zeszyty i całe serie. Trzecia i – moim zdaniem – najważniejsza rzecz to opis wyglądu papierowej
wersji komiksu, a także sposobu, w jaki udostępniono
utwór osobom niewidomym.
Okładka ma za zadanie przedstawić ducha historyjki – poprzez kilka słów i obrazek zachęcić, by po nią
sięgnąć. Wszystkie audiokomiksy na www.comicsempower.com mają opisy okładek, by niewidomy
klient serwisu mógł „spojrzeć” na komiks, tak jak robi
to osoba widząca. Oprócz opisu okładki w każdym
numerze znajduje się coś w rodzaju zwiastuna – jest
to próbka tekstu z kilku pierwszych stron, który
pozwala się zorientować, o czym będzie dany zeszyt.
W comicsempower.com zarówno opis okładki, jak
i zwiastun są darmowe. Po kliknięciu w dany komiks
otwiera się strona z jego dłuższym opisem, także
dostępna bezpłatnie. Tam właśnie czytelnik znajdzie
opcję „Kup teraz” lub „Dodaj do listy”. Przejdźmy
do kwestii wyglądu komiksu w formie książeczki oraz
do tego, jakie jego elementy są przenoszone do wersji
audio. Każda strona zawiera 6-8 paneli, tzn. szeregów
obrazków rozmieszczonych poziomo. Owalne „baloniki”, zwane dymkami, wydobywające się z ust bohaterów, zawierają ich słowa. W wersji audio tłumaczy
się je np. jako: „Diana mówi”, a potem odczytuje się
ich treść. W wersji papierowej dymki te są narysowane
linią ciągłą, jeśli natomiast dymek jest otoczony linią
przerywaną lub kropkowaną, oznacza to, że bohater
szepcze. W takiej sytuacji w pliku audio znajdą się
słowa: „Diana szepcze”. Bohaterowie komiksów prezentują nam także swoje myśli. Dymek nie wychodzi
wtedy z ust – raczej jest to „chmurka”, kilka małych
okręgów, które prowadzą ku górze, ku jednemu większemu kółku z zapisaną treścią. Czytelnik wersji audio
usłyszy „Diana myśli”, a następnie zapozna się z myślą
bohaterki. Jeszcze jedno miejsce, w którym w komik-
Obecnie formy komiksowej używa się np. do przedstawiania wydarzeń historycznych, ponieważ obrazki
opatrzone komentarzem są bardziej sugestywne
i łatwiejsze do przyswojenia niż długie fragmenty
tekstu.
sie znajduje się tekst, to tak zwane podpisy. Zależnie
od kontekstu zawierają one albo wypowiedź narratora, albo myśl któregoś bohatera, ale to do czytelnika
należy odgadnięcie, komu ona przyszła do głowy. Podpisy mają zwykle kształt prostokątów lub kwadratów,
a komiks audio anonsuje je słowami: „na podpisie”1.
Zwykle każdy komiks zawiera również przynajmniej
jedną stronę z jednym dużym obrazkiem. Wersja audio
informuje wówczas czytelnika, że na stronie jest jeden
duży obrazek. Co do opisów alternatywnych, czyli
opisów samych obrazków, to nie są one zbyt szczegółowe – zawierają jedynie te elementy, które mają
istotne znaczenie dla akcji utworu. Pozwala to, by
akcja audiokomiksu toczyła się w podobnym tempie,
w jakim zapoznaje się z historyjką widzący czytelnik.
Jeżeli na przykład to, że bohater ma niebieskie oczy,
jest ważne dla akcji, to opis alternatywny uwzględni
ten element. Pominie natomiast wzmianki o koloW angielskich komiksach audio treść podpisu zapowiadana jest słowami „Caption says” (dosł. „Podpis mówi”),
co w dosłownym tłumaczeniu na polski brzmiałoby dziwnie.
[przypis autora].
1
NR 2 (31) 2016
14
rach oczu i innych detalach, które nie mają znaczenia,
a są widoczne na stronie. Zwykle 22-24 strony tradycyjnego komiksu przekłada się na 25-35 minut wersji
audio, w zależności od tego, ile tekstu zawiera dana
historyjka.
Na samym końcu każdego numeru są strony,
na których autor bądź wydawca informuje, co będzie
w następnym odcinku. Jeżeli natomiast czytelnicy
nadeślą jakieś komentarze czy spostrzeżenia, to właśnie tam są one publikowane. W comicsempower.
com czytelnicy mają również możliwość dzielenia się
swoimi uwagami – mogą napisać do serwisu poprzez
formularz kontaktowy („Skontaktuj się z nami”) i –
jeśli wyrażą na to zgodę – ich listy zostaną zamieszczone na końcu kolejnego numeru komiksu. Na przykład w historyjce zatytułowanej „Aurora”, która jest
tworzona specjalnie dla comicsempower.com, jej
niewidomi i słabowidzący czytelnicy wymieniają się
z autorem swoimi spostrzeżeniami. W zeszytach rozpoczynających nowe serie brak oczywiście komentarzy
czytelników, ale są tam informacje od autora, o czym
będzie dana historia.
Jednakże comicsempower.com to nie tylko internetowy sklep z komiksami – jeśli ktoś z czytelników ma
ochotę, może spróbować swoich sił jako autor i samodzielnie napisać komiks.
Warto też wspomnieć o ciekawym obszarze tematycznym, w jakim komiks ostatnio zaistniał. Przykładem
jest seria pn. „Department of ability” [dosłownie: „Departament możliwości”], którą stworzył Dan White – ojciec
dziewczyny poruszającej się na wózku. Właśnie ona,
Emily, jest główną bohaterką serii. Tak jak inne postaci
w tym komiksie wykorzystuje niepełnosprawność jako
supermoc. Jej wózek może bowiem latać. Trzeba dodać,
że bohaterowie historyjki mają różne niepełnosprawności
– są niewidomi, chodzą o kulach itd. Autor opowiedział
o swoim pomyśle w Insight Radio – rozgłośni brytyjskiej organizacji niewidomych (RNIB). Jak sam twierdzi,
historyjka została bardzo dobrze przyjęta zarówno przez
dzieci niepełnosprawne, jak i przez ich rodziców. Dan
White świadomie rezygnuje z celu edukacyjnego na rzecz
rozrywki. Przy okazji chce pokazać, że mimo niepełnosprawności można wiele zrobić dla świata.
Chociaż jedna jaskółka wiosny nie czyni, myślę,
że comicsempower.com otwiera przed niewidomymi
i słabowidzącymi drzwi do nowej bardzo ciekawej dziedziny rozrywki. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w ślad
za comicsempower.com pójdą inne serwisy o podobnej tematyce, w tym portale polskojęzyczne. Komiksy
mogą stanowić bowiem tak świetną zabawę, że – jeżeli
tylko znalazł się dobry sposób dostępu do niej – to nie
warto z tej możliwości rezygnować.
fot. Marian Walentynowicz, Lelio Bonaccorso, Dan White
Department of ability
Tomasz Bilecki
Sonifikacja,
czyli pokazać dźwiękiem
Czym w ogóle jest ta sonifikacja, na tyle niespotykany termin,
że MS Word uznaje ten wyraz za błędny? Jest to sposób
wyrażania lub przetwarzania informacji wykorzystujący
dźwięk niebędący mową jako nośnik informacji. Innymi słowy
wszelkie dźwięki, które sygnalizują lub obrazują cokolwiek
to właśnie sonifikacja.
Za pierwsze urządzenie wykorzystujące tę technikę uznaje się licznik
Geigera z 1908 roku, który właśnie
za pomocą dźwięków informował
o poziomie radioaktywności. Zaledwie kilka lat później, bo w 1915 roku
została opracowana metoda, która
pozwalała wykrywać czarny druk
i poinformować o tym za pomocą
dźwięku. Tak powstał Optofon,
pierwsze, bardzo prymitywne
urządzenie służące do odczytywania tekstu przez osoby niewidome.
Działało ono na dość prostej zasadzie, a korzystanie z niego zapewne
wymagało bardzo dużej wyobraźni,
dobrej pamięci i długich ćwiczeń.
Maszyna generowała kilka dźwięków o określonej wysokości. Przed
każdym dźwiękiem urządzenie
skanowało bardzo niewielki obszar
w poszukiwaniu czarnego druku.
W momencie jego znalezienia
zamiast nuty była cisza. W ten sposób, układając sobie w głowie obraz
złożony z dźwięków przerywanych
ciszą, można było próbować odczytać zapisany na papierze tekst.
Jednak sonifikacja to nie tylko
historia tyflotechnologii albo
specjalistyczne urządzenia. Tak
naprawdę korzystamy z niej prak-
tycznie wszyscy w domu, w pracy,
podczas robienia zakupów itd.
Klakson w samochodzie, dzwonek w piekarniku, nawet budzik
lub zegar oznajmiający godziny
i kwadranse dźwięcznym bim bam
to właśnie przykłady wykorzystania
sonifikacji. Cały problem polega
na tym, że badania nad sonifikacją
są prowadzone w bardzo niewielkim zakresie, a sama sonifikacja nie
jest dostatecznie wykorzystywana
zwłaszcza w środowisku osób
niewidomych, gdzie słuch to jedyny
zmysł, pozwalający precyzyjnie
z dużej odległości wychwytywać
jakąkolwiek informację. Nadal
w wielu kręgach panuje przekonanie, że najlepszą informacją jest
głos, który wyartykułuje, co trzeba.
Stety lub niestety taka metoda niejednokrotnie okazuje się zawodną.
W Warszawie na jednym z przejść
dla pieszych zamontowano sygnalizację świetlną, która spokojnym, damskim głosem wygłasza
co chwila komunikat: „Światło czer-
NR 2 (31) 2016
16
Za pierwsze urządzenie wykorzystujące tę technikę uznaje się licznik
Geigera z 1908 roku, który właśnie za pomocą dźwięków informował
o poziomie radioaktywności
wone” lub „Światło zielone”. Takie
wyrażanie komunikatu posiada
kilka dość istotnych wad. Po pierwsze wyartykułowanie frazy „Światło
czerwone” trwa znacznie dłużej
niż znany z wielu innych systemów
krótki, przedzielony mniej więcej
sekundowej długości przerwą
impuls dźwiękowy. Po drugie spółgłoski często gubią się w hałasie
ulicznym. Tak więc osoba niewidoma, podchodząca do tak zorganizowanej sygnalizacji, usłyszy coś
w rodzaju: „a..ło ..e..o..e”, co może
być zarówno informacją zakazującą,
jak i pozwalającą na przejście przez
ulicę. Nie mówiąc o mieszkańcach,
którzy jak mantrę słyszą przez cały
czas niezmienne: „Światło czerwone. Światło czerwone. Światło
zielone. Światło zielone.”
mogą być paski postępu, które
zarówno w NVDA, Window-Eyes, jak
i w Voice Over mogą być przedstawiane jako dźwięk o zmieniającej
się zgodnie z postępem częstotliwości. Takie przedstawienie sprawy
zajmuje znacznie mniej czasu niż
wypowiedzenie odpowiedniej informacji. Jaws posiada możliwość poinformowania dźwiękiem o dowolnym
typie obiektu. Tzn. możemy program
skonfigurować tak, aby, napotykając
np. pole wyboru, zamiast odczytywać nazwę tej kontrolki, odtwarzał
tylko dźwięk, który podpowie nam,
jak możemy się w danej sytuacji
zachować. NVDA posiada kilka
wtyczek zamieniających większość
nazw kontrolek w dźwięki. Niektóre
z nich, np. „unspoken”, dodatkowo
wykorzystują symulację trójwymiarowej przestrzeni, w której umieszczają każdy z dźwięków. Pozwala
to użytkownikowi zorientować się,
czy obiekt znajduje się na górze,
na dole ekranu lub po lewej bądź
prawej jego stronie. Podobny
mechanizm wykorzystuje również
Voice Over, który, przemieszczając
dźwięk w przestrzeni 3D ilustruje
np. postęp kopiowania plików.
Również Windows i Mac Os można
skonfigurować w taki sposób, aby
część informacji była przekazywana
użytkownikowi za pomocą różnych
sygnałów dźwiękowych. Najprostszymi i najczęściej spotykanymi
przykładami są chociażby dźwięk
pojawiający się podczas uruchamiania systemu lub jego zamykania.
W panelu sterowania Windows
w zakładce „Dźwięk” można dodatkowo skonfigurować kilkadziesiąt
zdarzeń, które będą sygnalizowane
również poprzez dźwięk.
Sonifikacja
w czytnikach ekranu
Na szczęście coraz więcej osób
zajmujących się tyflotechnologią
zaczyna dostrzegać zalety sonifikacji. Praktycznie wszystkie liczące
się dzisiaj programy do odczytu
zawartości ekranu wyposażone
są w pewne elementy wykorzystujące tę technologię. Przykładem
Optofon, pierwsze, bardzo prymitywne urządzenie służące do odczytywania tekstu przez osoby niewidome
17
Inne programy
dla niewidomych
W ostatnich latach pojawiło się
wiele rozwiązań dla niewidomych
wykorzystujących sonifikację.
Istnieje kilka aplikacji, których
zadaniem jest przetwarzanie obrazu
na tekst. Wymagają one, co prawda,
sporej wyobraźni, długich ćwiczeń
i raczej dobrego słuchu, ale podobno
za pomocą tych narzędzi można
próbować zmierzyć się nawet z prostymi grami video.
Innym przykładem sonifikacji
jest tworzenie dźwiękowej reprezentacji różnego rodzaju wykresów. W tej dziedzinie Polska może
poszczycić się miejscem na podium,
gdyż jednym z pierwszych, o ile nie
pierwszym, dostępnym publicznie
rozwiązaniem, potrafiącym zilustrować przebieg dowolnej funkcji, jest
kalkulator zamieszczony w nierozwijanym już niestety programie
Klango. Potrafił on za pomocą tonu
o zmieniającej się częstotliwości
pokazać, jak zmienia się zdefiniowana przez użytkownika funkcja
matematyczna. Dodatkowo można
było sprawdzić, gdzie jest jej miejsce zerowe, za pomocą strzałek
poruszać się po wykresie a także,
używając syntezatora mowy, odczytywać wartość wskazywaną graficznie. Istnieje również narzędzie
mające w założeniu wspomagać
przygotowywanie wykresów przez
osoby niewidome. Niestety narzędzie to, mimo iż posiada funkcje
dostępnościowe, jest przeznaczone
raczej dla osób widzących. Wprawdzie pozwala przygotowywać całe
prezentacje wykorzystujące nagrania dźwiękowe, prezentacje wykresów, opisy poszczególnych fragmentów przedstawionego wykresu
i wiele więcej, lecz jest raczej
trudne w użyciu. Mnie w każdym
razie nie udało się zmusić programu do pokazania czegokolwiek
sensownego.
Dla osób zajmujących się realizacją dźwięku została przygotowana
aplikacja Accessible Peak Meter –
narzędzie pozwalające zapanować
Klakson w samochodzie, dzwonek w piekarniku, nawet budzik lub zegar
oznajmiający godziny i kwadranse dźwięcznym bim bam to właśnie
przykłady wykorzystania sonifikacji
nad dynamiką sygnału. Instaluje
się ją jako wtyczkę w formacie VST,
która w formie dźwięków o zmiennej częstotliwości pokazuje tzw.
szczyty sygnału. Informacja nie
do przecenienia dla dźwiękowca.
To właśnie ten wskaźnik pozwala
prawidłowo ustawić poziom nagrywania, pokazuje, czy sygnał nie jest
przesterowany, określa, czy i o ile
można bezpiecznie zwiększyć głośność i wiele innych. Do najświeższych rozwiązań wykorzystujących
sonifikację należy program autorstwa Grzegorza Złotowicza Grmapa,
który jest mówiącą mapą dla
systemu Windows. Prócz informacji
głosowej o tym, w jakim miejscu
się znajdujemy, program posiada
bardzo intuicyjny system dźwięków
mówiących o tym, co znajduje się
w naszym otoczeniu. Przykładowo
ruch uliczny słyszalny z lewej strony
informuje nas, że po tej stronie
znajduje się ulica. Skrzypienie drzwi
pomoże nam zlokalizować budynek,
natomiast gwar oraz brzęk naczyń
powie nam, że w okolicy jest miejsce, gdzie można coś zjeść.
Z kolei na systemy mobilne jest
również kilka aplikacji, które za
pomocą dźwięku pokażą użytkownikowi kilka ciekawych informacji.
Rodzimy produkt Seeing Assistant
Home właśnie za pomocą pisków
o zmieniającej się wysokości umożliwia nam zlokalizowanie źródła
światła. Inna aplikacja - Wi-Fi Sonar
pozwala z kolei szybko ocenić siłę
sygnału Wi-Fi, dzięki czemu możemy
w prosty sposób sprawdzić, gdzie
najlepiej umieścić router, aby komfort bezprzewodowego korzystania
z Internetu był największy.
Orientacja przestrzenna
Od kilku lat producenci wytwarzają
urządzenia wspomagające orientację przestrzenną oparte właśnie
na dźwiękach lub wibracji. Najbardziej rozbudowanym urządzeniem
w tej kategorii jest chyba K-sonar,
który informuje o przeszkodach
przed nami, używając w tym celu
NR 2 (31) 2016
18
specjalnie spreparowanych dźwięków, które, w zależności od odległości, zmieniają częstotliwość, a co za
tym idzie wysokość. W zależności
od gęstości przeszkody bardziej
przypominają szum lub ostry
dźwięk. Dzięki temu użytkownik
dostaje informacje nie tylko o tym,
jak daleko przed nim znajduje się
przeszkoda, ale może wywnioskować po rodzaju dźwięku, czy tą przeszkodą jest słup czy raczej krzak.
Tego typu rozwiązań jest
oczywiście więcej. Również nasi
południowi sąsiedzi opracowali
własne urządzenie wielkości bardzo
grubego długopisu, które potrafi
wykryć przeszkodę i poinformować
o niej, może nie tak szczegółowo,
bo jedynie zmieniającą się częstotliwością dźwięku oraz wibracją.
Za to urządzenie posiada również
czujnik światła, dzięki któremu
możemy np. wychodząc z mieszkania sprawdzić, czy nie zostawiliśmy
przypadkiem zapalonego światła.
Podsumowanie
Choć sonifikacja jest raczej mało
znaną techniką prezentowania
informacji, zaczyna ona nieśmiało
zdobywać coraz większą popularność. Dotyczy to nie tylko niewidomych użytkowników wszelkiego
rodzaju urządzeń, w których się ją
stosuje. Coraz więcej producentów
sprzętu i oprogramowania zaczyna
korzystać z informacji dźwiękowych
ze względu na to, że możliwe jest
równoczesne odbieranie mowy
i innych dźwięków. Nie do przecenienia jest także możliwość równoczesnego patrzenia i słuchania.
Większość nowych samochodów
wyposażona jest w dźwiękowe czujniki parkowania. Różnego rodzaju
urządzenia AGD potrafią za pomocą
donośnych dźwięków poinformować
o zakończeniu bądź rozpoczęciu
pracy. Obserwując rynek, myślę,
że taki stan rzeczy to dopiero
początek. Można podejrzewać,
iż najbliższe lata przyniosą spory
wzrost wykorzystania tego rodzaju
informacji zwłaszcza w urządzeniach
i programach przeznaczonych dla
osób z dysfunkcją wzroku.
fot. velka, Wikipedia, BAT Itd
K-Sonar
Z Wandą Dias Merced
rozmawiała Agnieszka Pelczarska
Zobaczyć
niewidzialne
Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, co jest tam na niebie, wysoko ponad nami? Jestem pewna,
że tak. Ciekawość będąca siłą napędową rozwoju naszej cywilizacji sprawiła, że dokonujemy
odkryć nie tylko na naszej planecie, lecz także we wszechświecie. wynaleźliśmy teleskopy,
satelity i pojazdy kosmiczne. Cały ten sprzęt pozwala zbierać i przechowywać wszelkiego rodzaju
informacje o wszechświecie. Nikt nie podważy twierdzenia, że używanie teleskopu wymaga
dobrego wzroku, nieprawdaż?
Oglądanie nieba, o oglądaniu
wszechświata nawet nie wspominając, leży poza granicami
doświadczenia dostępnego osobom
niewidomym. Dla niewidomego
czy słabowidzącego kosmos jest
praktycznie czystą abstrakcją.
O najnowszych odkryciach lub
wyprawach kosmicznych czytamy
w gazetach albo słuchamy w radio.
Ech, gdybyż tak wszechświat mógł
być choć troszkę bliżej nas. Czy
to w ogóle możliwe? Tak. Wanda
Dias Merced, niewidoma astronom z Puerto Rico, wraz z grupą
naukowców robi wszystko, co tylko
się da, aby uczynić wszechświat
nieco bardziej dostępnym dla osób
z niepełnosprawnościami.
Wanda jest astrofizykiem,
a do tego człowiekiem obdarzonym
cudowną osobowością. Jest wrażliwa, miła, a przy tym bardzo uważnie słucha osoby, z którą rozmawia.
Nie dominuje swego interlokutora,
lecz pozwala mu się swobodnie wypowiedzieć. Rozmawiając
z Wandą masz poczucie, że cię
słucha, a w jej głosie słychać radość
życia, swego rodzaju siłę i pewność,
wynikające z tego, że wie, o czym
mówi. Gdy jej słuchasz, czujesz
jakby otaczała cię jakąś pozytywną energią. Ta energia bierze
się z wyznawanej przez nią filozofii
oraz podejścia do życia. – „Problemy, z którymi musimy się zmierzyć, to przeszkody do pokonania,
a nie powody do ucieczki.”- mówi.
Są jakby “motorem”, który popycha
ją naprzód. Dodaje, że jakkolwiek
życie nie jest łatwe, taka filozofia
bardzo jej pomaga, czyniąc życie
pełniejszym i ciekawszym. Wanda
nie pozwala, by problemy “panowały nad jej życiem”, lecz stara się,
by były one źródłem pozytywnej
inspiracji. Nauczyła się tej filozofii
NR 2 (31) 2016
20
magnetycznego, czyli tzw. światło
widzialne. Za pomocą teleskopów
astronomowie próbują zobaczyć
to, co „niewidzialne”, różne rodzaje
widma światła i promieniowania:
promienie gamma, promieniowanie
rentgenowskie, ultrafiolet, światło
widzialne, podczerwień, mikrofale
i fale radiowe.
Wanda jest mistrzem w swej
dziedzinie, a co więcej potrafi
bardzo skomplikowane zagadnienia objaśniać w prosty, logiczny
i łatwy do zrozumienia dla każdego
odbiorcy sposób.
Wanda Diaz Merced, niewidoma astronom, wraz z kolegami
po fach stara się uczynić kosmos bardziej dostępnym dla osób
z niepełnosprawnościami
od wspólnoty buddyjskiej, która
pomogła jej odnaleźć w sobie siłę.
Zmiana podejścia do życia rozpoczęła się z chwilą, gdy po utracie
wzroku dowiedziała się od jednego
ze swych przyjaciół, że jest silniejsza od niepełnosprawności.
Godnym uwagi jest, że Wanda
Dias Merced, będąc naukowcem,
spotyka się z nami jako człowiek, a,
co więcej, w każdym z nas zauważa
Człowieczeństwo. “Jesteśmy tylko
ludźmi – mówi – I wszyscy popełniamy błędy”. Wanda nie lubi słowa
“niepełnosprawny”, woli mówić
o ludziach, którzy mają inny sposób
uczenia się czy robienia różnych
rzeczy. Nie dzieli ludzi na posiadających sprawne lub niepełnosprawne
ciała. Dla niej wszyscy jesteśmy
po prostu ludźmi, tylko niektórzy
z nas uczą się świata inaczej niż
inni. Uważa, że gwałtowny rozwój technologii sprawi, iż wkrótce
będziemy mogli samodzielnie
podróżować własnymi samochodami, mówiąc im po prostu, gdzie
mają jechać. Technologie, takie jak
nawigacja GPS, beacony wykorzystujące Bluetooth dalekiego zasięgu
oraz inne czujniki, wraz z opracowywanymi właśnie sieciami
neuronowymi, sprawią, że pojazdy
będą w stanie lokalizować innych
uczestników ruchu oraz podejmować decyzje stosowne do sytuacji,
w której się znajdą. W praktyce
oznacza to, że wkrótce samodzielne
podróżowanie samochodem stanie
się dostępne dla osób z dysfunkcją
wzroku. Ale to wszystko czeka nas
dopiero w przyszłości, a tymczasem, tu i teraz, zbyt mało robi się
na rzecz wykorzystywania nowoczesnych technologii w procesie
edukacji. To samo dotyczy ludzi,
którzy stali się niepełnosprawni
jako osoby dorosłe, w trakcie trwania ich kariery zawodowej. Rozwiązania technologiczne są wciąż nie
dość dobre, by umożliwić im kontynuowanie pracy zawodowej lub
naukowej. Dlatego niepełnosprawność eliminuje ich z tych tak przecież ważnych dziedzin życia. Sama,
będąc osobą niedowidzącą, a przy
tym naukowcem, Wanda Dias
Merced posługuje się metodą tzw.
sonifikacji, która pozwala na konwertowanie wartości pomiarów
intensywności światła na ich reprezentację dźwiękową, czyli mówiąc
prościej, Wanda słucha światła
dochodzącego do nas z gwiazd.
Astronomowie badają światło
i energię pochodzące ze wszechświata. Ludzkie oko widzi jedynie
niewielki wycinek widma elektro-
Agnieszka Pelczarska: Może
na początek powiesz nam kilka
słów o sobie?
Wanda Diaz Merced: Nazywam się Wanda Dias Merced.
Urodziłam się w Puerto Rico,
w małym miasteczku Gurabo.
To moje rodzinne miasto. Tam się
wychowałam. Pochodzę z ubogiej
rodziny. Mój ojciec zmarł w 2006
roku, mama, jak dotąd, cieszy się
dobrym zdrowiem. Mam też siostrę
i dwie siostrzenice, no i jest jeszcze ciocia, która mieszka z nami
i moją matką. Bardzo się kochamy.
Świętujemy razem wszystkie ważne
okazje. Nasza rodzina trzyma się
razem. Każdy może zawsze liczyć
na wsparcie innych. Ponieważ
pochodzę z bardzo ubogiej rodziny,
mogę z dumą powiedzieć, że wiem,
jak ciężko trzeba pracować, by coś
osiągnąć, że dobrze znam wartość
ciężkiej pracy. Za każdym razem,
gdy osiągnięcie czegoś wymaga
ode mnie wielkiego wysiłku, czuję
się bardzo szczęśliwa!
A. P.: Kiedy zainteresowałaś się
fizyką?
W. D. M.: Zainteresowałam się
fizyką zaraz po szkole średniej, podczas pierwszych lat studiów. Najpierw chciałam zostać lekarzem, ale
zawsze czułam, że w proponowanym mi kursie nauk ścisłych czegoś
brakuje, a te wszystkie brakujące
odpowiedzi były w fizyce. Po prostu
zakochałam się w sposobie, w jaki
fizyka używa liczb do objaśniania
21
zjawisk zachodzących we wszechświecie. I to poetyckie piękno
doprowadziło mnie do fizyki.
A. P.: Opowiedz nam, jak przebiegała Twoja edukacja?
W. D. M.: Do ukończenia szkoły
średniej kształciłam się w Puerto
Rico. Tam też rozpoczęłam studia,
a potem wyjechałam na studia
na Uniwersytet w Bostonie. Niestety nie skończyłam tam studiów,
ponieważ nie było mnie na to stać,
ale dzięki jednemu z moich nauczycieli wysłano mnie na studia
na Uniwersytet w Glasgow.
A. P.: I tam ukończyłaś studia?
W. D. M.: Tak. Jestem absolwentką Uniwersytetu w Glasgow
w Szkocji. Napisałam tam pracę
o analizie danych astrofizycznych
z wykorzystaniem dźwięku.
A. P.: A co chciałaś robić
po studiach?
W. D. M.: Z początku chciałam
być doktorem, znaczy lekarzem,
a potem? A potem nie miałam
jakichś planów naukowych,
powiedzmy takich, że dokonam
jakiegoś wielkiego odkrycia czy coś
w tym rodzaju. Zwyczajnie chcia-
łam się uczyć i studiować. Praca
magisterska, a potem doktorat
zrodziły się w naturalny sposób
z mojej potrzeby studiowania.
Myślę, że najważniejszym planem
naukowym było dla mnie uczyć się
i studiować. Zawsze byłam spragniona wiedzy.
A. P.: Jak to się stało, że zostałaś
astronomem?
W. D. M.: No cóż, traciłam
wzrok. Jedynym człowiekiem, który
wiedział, co się ze mną dzieje był
mój przyjaciel Emilio. Zapoznał
mnie z sonifikacją, a mówiąc ściślej
z audifikacją. Jest to metoda bezpośredniej konwersji czegoś (np.
mierzalnego sygnału elektrycznego,
świetlnego itp) na jego reprezentację dźwiękową bez stosowania
jakichkolwiek parametrów dźwięku
takich jak: głośność, wysokość lub
tempo, którą stosuje się do wzbogacania naszej percepcji rzeczywistości. To coś takiego, jak gdy
używając mowy syntetycznej plik
tekstowy przekształcamy do formatu wave lub MP3. Zastosowanie
audifikacji, z którym mnie zapoznał,
służyło do dźwiękowego przedsta-
wiania koronalnego wyrzutu masy.
Jest to gwałtowna emisja energii,
która ucieka z atmosfery słonecznej. Jak atmosfera ziemska chroni
środowisko, w którym żyjemy, tak
atmosfera słoneczna zachowuje
w swoim obrębie pewne środowisko gazowe. czasami, nie zawsze,
lecz w pewnych szczególnych
warunkach (sprawiają to plamy słoneczne w fotosferze słońca), dochodzi do zakłócenia słonecznego pola
magnetycznego, które następnie
powoduje erupcję i wyrzut energii.
Ta energia przemieszcza się w przestrzeni międzyplanetarnej, dociera
do naszej atmosfery, a następnie
do anteny. Gdy się to dzieje, można
usłyszeć dźwięk. Na tym w praktyce polega audifikacja. Traciłam
wzrok i myślałam, że to będzie
mój sposób na uprawianie nauki,
że muszę posłużyć się dźwiękiem.
A. P.: A kiedy pojawił się pomysł,
żeby udostępnić osobom z dysfunkcją wzroku oglądanie
wszechświata?
W. D. M.: Zaczęłam o tym
myśleć wtedy, gdy zauważyłam,
że nie mam dostępu do takiej samej
Gwałtowny rozwój technologii sprawi, iż wkrótce będziemy mogli samodzielnie podróżować własnymi samochodami, mówiąc im po prostu, gdzie mają jechać
NR 2 (31) 2016
22
Teleskopy, satelity i pojazdy kosmiczne - cały ten sprzęt pozwala zbierać i przechowywać wszelkiego rodzaju informacje o wszechświecie,
w praktyce jest to jednak dziedzina pracy badawczej niedostępna dla
osób z dysfunkcją wzroku
ilości informacji, jak moi widzący
koledzy, że jakość informacji,
do których mam dostęp także nie
jest taka sama. Zauważyłam także,
iż wielu rzeczy brakowało. Nie
uzyskiwałam całościowego obrazu.
Opisom lub objaśnieniom udzielanym mi przez różnych ludzi brakowało głębi. I nic w tym dziwnego.
Ludzie nie są na ogół przyzwyczajeni do szczegółowego objaśniania
i opisywania rzeczy osobom z dysfunkcją wzroku, do wykładania
wiedzy o całym świecie i dzielenia
się swym doświadczeniem. Przedstawiają informacje na sposób
wizualny, ponieważ wiedza jest
im dana w doświadczeniu wizualnym. Osoba z dysfunkcją wzroku
poznaje świat inaczej niż osoba
widząca. Inny jest także, co jest
konsekwencją owej dysfunkcji, sposób wymiany informacji właściwy
niewidomym czy słabowidzącym.
Wtedy powiedziałam, że musimy
coś z tym zrobić. Na początek
chciałam sprawić, żeby te informacje stały się dostępne dla mnie
samej. Gdy okazało się, że dobrze
sobie radzę, że mam dobre wyniki,
zaczęliśmy pracować nad tym, żeby
wszechświat mógł być dostępny
dla wszystkich.
A. P.: Opowiedz nam teraz o swojej
metodzie sonifikacji.
W. D. M.: Mówiąc o metodach
badawczych posługuję się terminem „perceptualizacja”. Rozumiem
przez to przekształcanie danych
fizycznych w taki sposób, aby były
one dostępne zmysłom. Badając moje dane, używam przede
wszystkim dźwięku, ponieważ
reprezentacja dotykowa tych
danych nie daje dość szczegółowego oglądu, a ponadto jest
trudna. Dlatego przekształcam
dane do postaci dźwiękowej
w taki sposób, że badane przeze
mnie informacje, w zależności
od potrzeb, mapuję jako wysokości lub głośności poszczególnych
dźwięków. W pewnych sytuacjach
wysokość dźwięku dobrze nadaje
się do odwzorowania częstotliwości, podczas gdy głośność dobrze
odwzorowuje długość fali. W przestrzeni międzyplanetarnej znajduje
się wiele plazmy, tak nazywamy
zjonizowany gaz. Gaz ten jest naładowany elektrycznie. Gdy elektron
przechodzi przez gaz, tor, po którym się on porusza, ulega zmianie.
Dzieje się tak dlatego, że zarówno
plazma, jak i elektron mają ładunek
elektryczny. Mówiąc ściślej, naładowany elektrycznie gaz ma pole.
Zmiana toru elektronu powoduje
oscylację pola oraz wtórne promieniowanie energii w różnych
kierunkach. Obserwując to promieniowanie, możemy zrozumieć jak
zmienia się pole. Stosując metodę
audifikacji możemy słuchać zmieniających się wysokości dźwięków, które reprezentują zmianę
intensywności pola, oraz usłyszeć
zmianę częstotliwości. Aby konwertować dane do postaci dźwiękowej, wraz z Nancy Brickhouse,
Antonem Schertenleibem, Matthew
Schnepsem i Robertem Candeyem
stworzyliśmy prototypową aplikację do wykonywania sonifikacji
nazwaną Xsonify. Umożliwiała ona
dostęp do danych gromadzonych
przez różne ośrodki badawcze
na całym świecie. Dzięki temu
miałam dostęp do danych z różnych obserwatoriów. Były to dane
z satelitów zbierających informacje
na orbicie. Niestety NASA wycofała
się z uczestnictwa w tym programie i dane archiwalne już nie są dla
nas dostępne. Chyba, że pobierzemy je ze stron internetowych
ośrodków, które nadal biorą udział
w programie, poświęcimy bardzo
wiele czasu na to, by skopiować je
do Excela. Następnie, aby je obrobić, musielibyśmy poddać je czasochłonnemu formatowaniu. Gdyby
te dane były dostępne w łatwiejszy
sposób, moglibyśmy kontynuować
nasze badania. Krótko mówiąc, pracowałam nad prototypem aplikacji
umożliwiającej przeprowadzanie
23
sonifikacji. Zadaniem aplikacji było
pobranie danych, zaimportowanie
ich do interfejsu i przetworzenie
na postać dźwiękową. Następnie
tak przetworzone dane można
obrabiać, kodując interesujące nas
parametry za pomocą dźwięku.
Na przykład dźwięki o różnej
charakterystyce można wykorzystać do obrazowania fal o różnych
kształtach. Do poszerzenia percepcji danych można także wykorzystać różnicowanie głośności
i wysokości dźwięków oraz rytmów lub ilości uderzeń na minutę.
Prototyp potrafi także dokonywać
bezpośredniej konwersji danych.
Nie dzieje się to jeszcze w czasie
rzeczywistym, ale pracuję nad tym.
A. P.: Czy myślisz o jakimś innym
sposobie na to, by wszechświat
stał się nam bliższy?
W. D. M.: To oczywiście bardzo
dobre pytanie. Myślę, że byłoby
dobrze, gdybyśmy mieli możliwość
poznawania wszechświata w taki
sposób, aby jego obraz był bliż-
szy rzeczywistości. Wszechświat
wokół nas posiada głębię. Obiekty
astronomiczne, gwiazdy świecące
gdzieś nad nami (radioźródła)
są bardzo daleko od nas. Światło,
które obserwujemy, musi przebyć
astronomiczne odległości zanim
dotrze do Ziemi. Mam nadzieję,
że wkrótce nadejdzie dzień, gdy
osobom z dysfunkcją wzroku
będziemy mogli dać możliwość
przeżycia tej samej przyjemności,
tego zachwytu, nad wspaniałością
nieba, którym mogą się cieszyć
osoby widzące. Przecież wszyscy
żyjemy pod tym samym niebem
i nie powinno ono być nam obce.
Aby uzyskać dane, klasyczny
astronom siada przed ekranem
komputera, zaś astronom amator
kieruje w niebo swój teleskop.
Tymczasem osobom niewidomym
daje się plakaty z obrazami tyflograficznymi różnych źródeł na niebie, a my dotykamy tych obrazów
i czytamy opisy. Gdy dotykamy
obrazów rękoma, kierujemy głowy
w dół, patrzymy w dół. Chciałabym
stworzyć takie warunki, żebyśmy,
oglądając niebo, musieli patrzeć
w górę. Inną sprawą jest stworzenie bogatszego języka opisów.
I jeszcze jedno… Myślę, że bardzo
ważne jest, by informacja była
przekazywana w sposób dobrze
zrozumiały, z wykorzystaniem
wzbogaconego języka opisu,
ponieważ taki sposób przekazywania informacji sprawia, że nasi słuchacze czują się szanowani, czują
się jak równoprawni partnerzy
w procesie wymiany informacji.
Gdy tłumaczę coś w sposób jasny,
prosty i wyczerpujący zarazem,
to nie okazuję Tobie, że jesteś
osobą niezdolną zrozumieć tego,
co mam do przekazania. Ludzie,
którym rzeczy trudno zrozumiałe
objaśnia się w prosty i wyczerpujący sposób, nie tylko czują się
szanowani, lecz, co ważniejsze, nie
mają poczucia, że jakieś informacje są przed nimi ukrywane.
Chciałabym, żeby w moim kręgu
Za pomocą teleskopów astronomowie próbują zobaczyć to, co „niewidzialne”, różne rodzaje widma światła
i promieniowania: promienie gamma, promieniowanie rentgenowskie, ultrafiolet, światło widzialne, podczerwień, mikrofale i fale radiowe
NR 2 (31) 2016
24
Model systemu słonecznego
zawodowym wymiana informacji
tak właśnie wyglądała. Myślę,
że bardzo ważne jest przybliżenie
wszechświata nie tylko niewidomym, lecz także osobom z różnego
rodzaju zaburzeniami percepcji
zmysłowej oraz tym, które uczą się
w sposób inny niż pełnosprawna
większość.
A .P.: Wydaje mi się, że działalność
badawcza to dla osoby z dysfunkcją wzroku trudny orzech do zgryzienia. Jak sobie z tym radzisz?
W. D. M.: Wiesz. Pracuję bardzo
dużo, od świtu do nocy i lubię
to, co robię. Siedzę i słucham
moich danych w tę i z powrotem
do momentu, w którym znam je
prawie na pamięć. Konwertuję
dane do postaci dźwiękowej.
Pewną niedogodnością jest to,
że właściwie nie mam wpływu
na to, jakich teleskopów użyć
i z jakimi danymi moje dane skorelować, bo mogę pracować tylko
na tym, co jest dostępne. Sporym
wyzwaniem jest też czytanie
publikacji naukowych, ponieważ
zrozumienie ich treści w dużym
stopniu zależy od czytania wykresów. Kolejnym dużym problemem
jest dostęp do przypisów i odnośników w taki sposób, by podczas czytania nie tracić orientacji
na stronie. Ten problem staram się
rozwiązać już od dawna. Byłoby
świetnie, gdybyśmy mogli wspierać
się w dążeniu do celu, którym jest
dostępność literatury naukowej.
Trudność polega często na tym,
że lektorzy nie wiedzą, jak czytać
symbole matematyczne. Jakkolwiek
mamy system notacji matematycznej Nemeth, który daje możliwość
wydrukowania równania, to, aby
wykresy z prac naukowych przetworzyć do postaci równań, musiałabym mieć dostęp do danych,
które posłużyły do stworzenia
wykresów. Mając te dane, mogłabym przetworzyć je do postaci
dźwiękowej lub wydrukować
na drukarce brajlowskiej, a następnie poddać analizie dotykowej.
A. P.: Jaki był stosunek kolegów
do Twojej niepełnosprawności,
do osoby niepełnosprawnej, która
wybrała drogę kariery naukowej?
W. D. M.: Astronomowie są bardzo otwarci i nigdy nie odczuwałam z ich strony czegoś, co można
by uznać za brak szacunku. Jeśli
do kategorii kolegów zaliczymy
instytucje państwowe, które przyznają granty naukowcom, to muszę
powiedzieć, że wskaźniki produktywności, które stosują państwowe
agencje naukowe, np. National
Science Foundation w USA, są bardzo niekorzystne dla osób z niepełnosprawnościami. Wydaje się
ponadto, że kolegia redakcyjne
nie mają systemu regulacji dotyczących wyrażania swoich opinii
w przypadku, gdy pracę do publikacji składa osoba z niepełnosprawnością. Powiedzmy, że napisałaś
projekt grantu, że jest to dobry
projekt, ale twój czytnik ekranu
spowodował, że dla Ciebie tekst
wygląda inaczej niż dla widzącego
25
czytelnika, albo nie masz redaktora, a robisz błędy gramatyczne.
Twój projekt, nawet jeśli jest dobry,
zostanie odrzucony. Dzieje się tak
dlatego, że niewiele osób z niepełnosprawnościami zajmuje się pracą
naukową. Z drugiej strony środowisko naukowe nie ocenia osób z niepełnosprawnościami, biorąc pod
uwagę ich potencjał naukowy. Nie
daje się nam możliwości składania
publikacji czy grantów w innym formacie, np. audio lub w brajlu. Dysponujące miliardowymi budżetami
agencje naukowe czy ministerstwa
powinny przecież znaleźć 600 euro
na stosowne rozwiązania technologiczne, włączając w to konwersję
audio na format tekstowy w przypadku dokumentów złożonych
w formacie audio.
Kolejny problem to wypełnianie
formularzy podczas ubiegania się
o pracę. Są one bardzo skomplikowane, a wypełnienie ich jest tym
trudniejsze, gdy jesteś bezrobotna
i nie stać Cię na zapłacenie osobie, która zna np. język angielski.
Mówię o wypełnianiu formularzy związanych z ubieganiem się
o pracę, ponieważ informacje
w tych dokumentach prezentowane
są w taki sposób, który utrudnia
osobom z niepełnosprawnościami
zapoznanie się z nimi. Jeśli używasz
przy wypełnianiu takiego formularza czytnika ekranu i zdarzy się,
że jakieś pole pominiesz, to twoja
aplikacja zostanie po prostu odrzucona. Ten układ dokumentu jest
przeznaczony dla osób, które uczą
się i pracują w ściśle określony sposób. Podane przeze mnie przykłady
dotyczą agencji państwowych, ale
tak w ogóle naukowcy to bardzo
dobrzy ludzie.
A. P.: A co sądzisz o osobach z niepełnosprawnościami jako naukowcach? Czy uważasz, że są w stanie
podołać wymaganiom związanym
z taką pracą i w pracy tej się
realizować?
W. D. M.: Oczywiście, że mogą
sobie poradzić z pracą i być w niej
dobrzy. Możemy robić rzeczy,
których inni nie mogą robić,
kompensując brakujące zmysły
czy funkcje, stosując alternatywne
sposoby wykonania różnych zadań.
Tym „sprawnym” wydaje się,
że to niemożliwe, by osoba z niepełnosprawnością zrobiła kiedykolwiek coś takiego. Rzeczy, które
wprawiają ich w zdumienie, dla
nas są naturalne. Myślę, że mamy
ogromne możliwości. Jestem przekonana, że jeśli nasze umiejętności,
które wypracowaliśmy na skutek
życia z niepełnosprawnością, zostałyby potraktowane przez środowisko naukowe jako wartość dodana,
to spowodowałoby to eksplozję
odkryć, gwałtowny postęp wiedzy,
rozwój strategii badawczych wynikający z dialogu między ludźmi.
A. P.: Jak traktujesz swoją niepełnosprawność? Sądzisz, że jest
utrudnieniem albo czymś, co Cię
ogranicza jako człowieka?
W. D. M.: No cóż, uczciwie
mówiąc, gdy traciłam wzrok czułam
się z tym źle, ale z czasem zaczęłam patrzeć na rzecz inaczej i nie
uważam już mojej niepełnosprawności za utrudnienie czy ograniczenie. Ograniczeniem byłoby,
gdybym umarła i tym samym nie
mogłabym robić niczego. Żyjemy
w epoce technologii, gdy wszelkie
możliwości są do pomyślenia. Nie
mając jednego zmysłu, użyłabym
w to miejsce innego.
A. P.: Jakiego oprogramowania czy
sprzętu specjalistycznego używasz
do pracy?
W. D. M.: W pracy korzystam
z Dragon Dictation, mój czytnik
ekranu to VoiceOver, mam skaner, kamerę z oprogramowaniem
do czytania tekstu i drukarkę brajlowską. Uwielbiam czytać brajlem,
tę intymność podczas czytania,
gdy wchodzisz w interakcję z każdą
literą, słowem czy zdaniem. Piszę
też dłutkiem na tabliczce. Równania rozwiązuję, zapisując je. Nie
lubię aplikacji takich jak MathLab
czy MathCad, które służą do rozwiązywania równań. Po prostu im
nie wierzę. Wolę sama rozwiązać
równanie. Czasem używam także
Abakusa.
A. P.: Jak sądzisz, czy niewidomy
dałby sobie radę w kosmosie? Czy
można by wysłać kogoś takiego
w kosmos jako członka załogi? Jak
niewidomy dawałby sobie radę
w środowisku bez grawitacji? Czy
myślisz, że byłoby mu trudniej niż
widzącemu?
W. D. M.: Jasne, że niewidomy
dałby sobie radę w kosmosie.
Myślę, że naukowcy nadmiernie się
ociągają z wysłaniem osoby z niepełnosprawnością w przestrzeń
kosmiczną. Niewidomego z pewnością można wysłać w kosmos. Tak,
w kosmosie nie ma grawitacji, więc
aby się przemieszczać musisz poru-
NR 2 (31) 2016
26
szać się wzdłuż ścian albo przyczepić linę między dwoma punktami
i przemieszczać się wzdłuż tej liny.
Radzenie sobie w kosmosie bez
grawitacji to nie problem. Problemem jest, że środowisko naukowe
zbyt długo zwleka z tym, by
dopuścić nas jako równoprawnych
badaczy, by wpuścić nas na pokład
i zaufać, że jesteśmy zdolni wykonać powierzone nam zadanie. No
a gdy widzący zada nam jakieś
pytanie, na które nie będziemy
umieli odpowiedzieć w sposób
właściwy widzącym, to zaufanie
do nas zostanie tym bardziej
podważone. Ogólnie rzecz ujmując
to, o czym powiedziałam powyżej,
jest hamulcem postępu. Czy zatem
byłoby trudniej nam niż widzącym? Myślę, że widzący gubią się
częściej niż my. Niewidomy kroczy
po ściśle wyznaczonej ścieżce
do swego celu. Prawdopodobieństwo, że rozproszą go widziane
przez tzw. Normalną większość
przysłowiowe znaki „stop” jest
znacznie mniejsze, co więcej, my
nauczyliśmy się rozpoznawać
niebezpieczeństwo i nie dawać się
zwieźć z obranej drogi przez różne
rozpraszające nas bodźce. Myślę
więc, że nie byłoby to trudniejsze.
My po prostu robimy rzeczy w inny
sposób i naukowy mainstream
musiałby się tego nauczyć.
A. P.: Czy słuchając swoich gwiazd
myślisz, że gdzieś tam w kosmosie
jest jakieś inne życie?
W. D. M.: Robiąc moje badania,
słuchając gwiazd, myślę sobie,
że każde z tych źródeł (obłok
gazowy, gwiezdny pył, powierzchnia słońca czy gwiazda), że każde
z nich ma właściwy sobie głos,
a to, co od niego uzyskuję jest
jedyne w swoim rodzaju. Nauczyłam się podchodzić do dźwięku
z szacunkiem. W naszej praktyce
buddyjskiej mówimy, że głos jest
epifanią słowa Buddy. Słysząc głos,
poznajesz obraz ludzkiej duszy.
Dlatego myślę, że te źródła mają
mi wiele do powiedzenia i chcę
fot. NASA Goddard Space Flight Center, vimeocdn, NOAA Satellites, Wikipedia
27
słuchać ich uważnie. Czy gdzieś
w kosmosie jest jakieś życie? Życie,
życie pozaziemskie traktuję jako
możliwość. Możliwość to pewna
wielkość, którą w statystyce wyrażamy liczbowo. Maleje lub rośnie.
Na razie sądzę, że to możliwość.
Myślę, że byłoby nie fair uważać, że w tak wielkiej przestrzeni
jesteśmy sami. Powinniśmy szukać,
musimy szukać.
A. P.: Czy mogłabyś pokrótce
opowiedzieć nam o projektach,
które mają na celu udostępnienie
wszechświata osobom z dysfunkcją
wzroku?
W. D. M.: Środowisko astronomów traktuje osoby z niepełnosprawnościami bardzo poważnie.
International Astronomical Union
(Międzynarodowe Towarzystwo
Astronomiczne) utworzyło komisję
do spraw dostępności i rozwoju.
W tej komisji powstał projekt
AstroSense. Celem tego projektu
jest stworzenie rozwiązań umożliwiających osobom z niepełnosprawnościami poznawanie tych
elementów rzeczywistości, które
ze względu na niepełnosprawność
nie są dla nich dostępne, oraz
wypracowanie nowych metod
udostępniania danych archiwalnych i zapisywania w różnych
formatach danych z archiwów i baz
danych. Chodzi o to, by stworzyć
coś takiego, co umożliwi pracę nie
tylko osobom z dysfunkcją wzroku,
ale także osobom z innymi niepełnosprawnościami. Dostęp do informacji musi łączyć się z fizycznie
rozumianym dostępem do miejsc,
gdzie informacje się znajdują,
oraz do miejsca, w którym istnieje
możliwość wykonania pracy tak
dobrze, jak to tylko możliwe. Oznacza to także stworzenie możliwości
pozyskania i prezentacji danych
dotyczących naszej pracy naukowej
na ekranie komputera, w brajlu
czy w formacie audio. Dla mnie
oznacza to na przykład tyle, że nie
musiałabym spędzać dwóch tygodni na próbach znalezienia danych
pomiarowych, uzyskanych przez
satelitę Advanced Composition
Explorer, kopiowaniu ich potem
ręcznie ze strony internetowej,
wklejaniu do Excela i przebijaniu
się przez niedoskonałości współpracy czytnika ekranu z Excelem.
Nie musiałabym potem płacić
komuś za to, że poświęci swój
czas na usunięcie z dokumentu
Excela wszystkich zapisanych
wraz z ważnymi dla mnie informacjami metadanych i pomoże
mi je zapisać, sformatować,
a potem wprowadzić do aplikacji,
za pomocą której zrobię sonifikację tych danych. To trwa kilka dni
i jest problemem zwłaszcza wtedy,
gdy jesteś bezrobotna i nie masz
z czego zapłacić osobie, która Ci
pomaga. Bywa, że wolontariusze
nie mają potrzebnych umiejętności
czy wiedzy, a w takiej sytuacji jest
bardzo prawdopodobne, że popełnią błędy, co oznacza, że dane
mogą zostać zniszczone. Pracujemy
nie tylko nad dostępem do wiedzy,
lecz także nad zmianą wskaźników dotyczących produktywności.
My, naukowcy, musimy mieć dużo
publikacji. Im więcej publikujesz,
tym lepiej dla ciebie. Ale są osoby,
które nie mogą publikować tak
szybko, ponieważ piszą wolniej,
mają trudności z czytaniem lub nie
widzą i muszą korzystać z technologii wspierających. Poszukując
rozwiązań problemów opisanych,
powyżej pracujemy w obszarze
obejmującym instytucje edukacyjne i ludzi od poziomu szkoły
podstawowej poprzez średnią
i wykształcenie uniwersyteckie
do spraw dotyczących kariery
zawodowej. Amerykańskie Towarzystwo Astronomiczne (American Astronomical Society) ma
także swoją komisję, która działa
na rzecz włączenia w działalność
naukową osób z niepełnosprawnościami. Bardzo wiele robi Harvard
University a szczególnie dr Nancy
Brickhouse. Jako matka dziecka
z niepełnosprawnością dr Brickhouse wie, że istnieje konieczność
podejmowania działań na rzecz
wyrównania szans osób niepełnosprawnych. Wiele robią w naszej
sprawie prof. Margarita Karowska,
prof. Matthew Schneps i wielu
innych. Pracujemy i popychamy
sprawy naprzód, ale trzeba więcej
ludzi, którzy będą pracować nad
tymi zadaniami, którzy będą z nami
współpracować, ponieważ bardzo
wiele jest jeszcze do zrobienia.
A. P.: A co robisz gdy nie słuchasz
swoich gwiazd? Czym się interesujesz? Co lubisz robić od tak, dla
przyjemności?
W. D. M.: Gdy nie słucham
gwiazd? Chodzę na spotkania mojej
wspólnoty buddyjskiej – bardzo
lubię nasze wspólne śpiewy – gimnastykuję się, biegam, z mym przyjacielem robimy sobie relaksujące
przebieżki. Lubię słuchać muzyki.
Biorę sobie moją MP3-kę, siadam
na ławce i po prostu słucham dobrej
muzyki, śpiewam głośno i cieszę
się życiem. Przyjemność sprawia mi
pływanie no i mam jeszcze moje
kury i koguty. Opieka nad nimi
to chyba moje ulubione hobby.
Dużo czytam. Teraz czytam
autobiografię Nelsona Mandeli. To świetna książka. Sprawia, że płaczę z radości. To był
naprawdę wspaniały człowiek.
Agnieszka Pelczarska: Wando, dziękuję Ci za rozmowę. Mam nadzieję,
że twoje działania na rzecz przybliżenia wszechświata osobom
z dysfunkcją wzroku oraz na rzecz
poprawy sytuacji naukowców
z niepełnosprawnościami zakończą
się powodzeniem.
Wanda Diaz Merced: Dziękuję Agnieszko. To musi się udać.
Mamy szansę to osiągnąć dzięki
wspólnemu wysiłkowi wielu osób
pełnosprawnych i niepełnosprawnych, które tak jak my wierzą,
że jesteśmy integralną częścią
rzeczywistości, że poprawa pozycji osób z niepełnosprawnościami
w sferze naukowej zintegruje nas
lepiej ze społeczeństwem i zapewni
miejsce w historii.
Agnieszko, dziękuję za
rozmowę.
NR 2 (31) 2016
28
Michał Kasperczak
dostępna komunikacja
Od kilku lat obserwujemy rozwój
funkcjonalności smartfonów. Jednym
z ważniejszych czynników wpływających na ten
proces jest niewątpliwie postęp dokonujący
się w dziedzinie transmisji danych. Nie musimy
już być przywiązani do jednego miejsca (biurka
z komputerem) i możemy za pomocą naszych
telefonów komunikować się z użytkownikami
z całego świata.
Przesył danych stawał się z biegiem czasu coraz szybszy
i coraz tańszy, a SMS-y wysyłane pomiędzy operatorami w różnych krajach, z uwagi na opłaty roamingowe, wciąż drogie, rozmaite firmy zaczęły więc dążyć
do obejścia tego stanu rzeczy i tworzyć coraz łatwiejsze
w użyciu aplikacje służące do komunikacji wszelakiego
rodzaju. Pierwsze były zamienniki SMS-ów, czyli tylko
wiadomości tekstowe, potem doszło załączanie multimediów: zdjęć, krótkich filmików czy nagrań głosowych, aż wreszcie możliwe stały się rozmowy głosowe
oraz wideo, które użytkownik komunikatora prowadzi
po prostu przez Internet za pomocą sieci Wi-Fi albo
komórkowej transmisji danych.
Najbardziej popularny jest, a może do niedawna
był, komunikator Skype, ale inne przykłady można by
mnożyć: aplikacja iMessage i FaceTime na urządzeniach firmy Apple, przeznaczony dla użytkowników
Facebooka Facebook Messenger i wreszcie przypisany do numeru telefonu WhatsApp. Nie miejsce
tu na szczegółowe porównania i przedstawianie różnic
pomiędzy nimi. Dość powiedzieć, że firmy oferujące
wzmiankowane rozwiązania z jednej strony walczą
o użytkownika pomysłowością, prostotą obsługi i funkcjami dodatkowymi, z drugiej jednak strony jeszcze
bardziej chcą go przywiązać do określonego systemu
operacyjnego, platformy społecznościowej czy inaczej
rozumianego ekosystemu sieciowego.
W tym artykule opiszę działanie komunikatora
WhatsApp, jako że jest to program bardzo prosty,
popularny na świecie i, co ważne, coraz lepiej obsługiwany przez technologie dostępnościowe stosowane
w systemach mobilnych, przy czym skupię się przede
wszystkim na systemie iOS.
Co to jest WhatsApp
WhatsApp to aplikacja na smartfony, za pomocą której
można, korzystając z sieci bezprzewodowej albo transmisji danych, wysyłać wiadomości tekstowe. Prócz tego
aplikacja pozwala na:
• przesyłanie zdjęć i filmów,
• przesyłanie wcześniej stworzonych plików audio
(dzwonki, nagrania głosowe),
• nagrywanie wiadomości głosowych,
• tworzenie grup przeznaczonych do wspólnej
komunikacji,
• wysyłanie swojej lokalizacji.
A od stosunkowo niedawna, podobnie jak ma
to miejsce w przypadku Skype’a i od jakiegoś czasu
również Facebook Messengera, umożliwia także roz-
29
mowy głosowe pomiędzy dwoma użytkownikami. Producent planuje także wprowadzenie transmisji wideo.
Program dostępny jest na wszystkich systemach
operacyjnych. Możemy więc pobrać wersję dla iPhone’a (iOS), telefonów z Androidem, telefonów z systemem Windows Phone, BlackBerry, a nawet Nokii
z Symbianem i Nokii S40.
Na poszczególnych platformach działa podobnie,
choć z uwagi na rozwój nowych możliwości komunikacji, jakie przyniosły ostatnie lata, WhatsApp oferuje ich
całe spektrum właśnie na telefonach z systemami: iOS,
Android oraz Windows Phone.
Ważne! WhatsApp jest przypisany do naszego
numeru telefonu, stąd możemy go używać tylko
na telefonach. W przypadku tabletów korzystanie
z aplikacji jest możliwe tylko wtedy, gdy, jak ma
to miejsce w niektórych tabletach z systemem Android,
są one wyposażone we wbudowaną funkcję telefonu.
Trudno tę właściwość WhatsAppa obejść.
Instalacja WhatsAppa
Instalacja WhatsAppa nie powinna przysparzać żadnych
trudności. Trzeba jedynie wprowadzić w odpowiednie
pola kod, który dostaniemy SMS-em. Przy instalacji
można zaimportować jakieś miniaturowe zdjęcie, które
będzie przypisane do naszego kontaktu. Program sugeruje nam pobranie zdjęć z Facebooka, co często może
się skończyć komunikatem o niemożności zaimportowania z uwagi na zbyt duży rozmiar pliku. Taki absurd.
Szkoda, że program sam nie dostosuje zdjęcia do swoich możliwości technicznych.
Wygląd aplikacji
Interfejs aplikacji nie jest skomplikowany. Cechuje się
również pełną dostępnością dla osób z dysfunkcją
wzroku. Na dole znajdują się następujące zakładki:
•Ulubione,
•Ostatnie,
•Kontakty,
•Czaty,
•Ustawienia.
Klikając w którąkolwiek z nich, przechodzimy
do odpowiedniego rodzaju kontaktów i wiadomości.
Niby jasne nazewnictwo zakładek kryje kilka niespodzianek. Poniżej wyjaśniam ich przeznaczenie.
„Ulubione” to osoby z naszej książki telefonicznej (kontaktów), które mają zainstalowany program
WhatsApp. W ten sposób możemy sprawdzić, kto
ze znanych nam osób zarejestrował się w aplikacji.
Trochę męczące w przeglądaniu może być rozbicie
kontaktów na poszczególne numery: osobno dom,
praca itp., co sprawia, że nazwiska osób się dublują.
Jest to jednak do pewnego stopnia zasadne i wynika
z idei komunikatora, w myśl której każdy numer
telefonu to osobny kontakt. Przy każdym z kontaktów
Od stosunkowo niedawna, podobnie jak ma to
miejsce w przypadku Skype’a i od jakiegoś czasu
również Facebook Messengera, WhatsApp umożliwia także rozmowy głosowe pomiędzy dwoma
użytkownikami.
można otworzyć „Szczegóły”, w których znajdą się
informacje o wszystkich działaniach, jakie podejmowaliśmy w ramach komunikacji z danym użytkownikiem
WhatsAppa. Będzie to więc informacja o rozmowach,
możliwość przejścia do wątku z rozmowami, lista
udostępnionych plików, lokalizacji, subskrybowanych
wspólnie grup itp. Z poziomu tej zakładki można
ponadto, wysyłając zaproszenie do korzystania z aplikacji w postaci wiadomości SMS albo e-maila, zaprosić
kogoś do używania WhatsAppa.
„Ostatnie” to lista ostatnio wykonywanych połączeń, na wzór ostatnio wykonywanych połączeń
telefonicznych.
„Kontakty” to lista wszystkich kontaktów, jakie
mamy w telefonie. I znów, klikając w kontakt, możemy
wyświetlić dane kontaktu, a następnie wysłać zaproszenie do instalacji WhatsAppa. Według mnie to najmniej potrzebna zakładka.
NR 2 (31) 2016
30
„Czaty” to najbardziej istotna część WhatsAppa.
Tutaj znajdziemy wszystkie wiadomości, które ktoś
do nas wysłał. Szczegółowo omówię je w osobnym
punkcie.
„Ustawienia” pozwalają nam na zmianę pewnych opcji WhatsAppa. Również tę zakładkę omówię
osobno.
Czaty
Czaty stanowią tę najchętniej odwiedzaną część
WhatsAppa. To tam znaleźć można pogrupowane
chronologicznie wątki rozmów. Za rozmowę uważane
są wszystkie aktywności, jakie zostaną podjęte z innym
użytkownikiem WhatsAppa. Mogą to być: tradycyjne pisane wiadomości, wiadomości głosowe, które
nagramy, załączone zdjęcia, filmy i nagrania głosowe
czy przesłany kontakt.
Licencja na używanie WhatsApp to koszt 20 euro,
jednak to aplikacja z gatunku tych, za które moim
zdaniem autorowi te pieniądze zwyczajnie się
należą.
W pewnej mierze okno rozmowy z określoną osobą
można porównać do tego, znanego z programu Skype.
Po otwarciu okna możemy przeczytać, kiedy ostatnio dana osoba była dostępna, a, używając przycisku
„Połącz”, możemy wywołać rozmowę z użytkownikiem.
Znajdziemy tu także listę ostatnio prowadzonych rozmów wszelakiego typu, przycisk o nazwie „Udostępnij
multimedia”, pole tekstowe służące do wpisania wiadomości, przycisk „Aparat”, dzięki któremu możemy
zrobić zdjęcie i ostatni – przycisk „Wiadomości głosowej”, którego uaktywnienie spowoduje rozpoczęcie
nagrywania wiadomości.
Jak nie trudno się zorientować, cały opis opracowuję przede wszystkim pod kątem niewidomych
użytkowników korzystających z Voice Overa w systemie iOS. Wszystkie informacje, tzn. rodzaj wiadomości, czas trwania, stan (dostarczona, przeczytana)
są od pewnego czasu prawidłowo oznajmiane.
Wspomniany przycisk udostępniania multimediów
oferuje nam podmenu z następującymi możliwościami:
• Zrób zdjęcie lub nagraj wideo – uruchamia aparat
fotograficzny,
• Biblioteka zdjęć/wideo – pozwala na wybór zdjęć
i filmów z galerii telefonu,
• Udostępnij położenie – pozwala wybrać i wysłać
nasze położenie (w oparciu o mapy Google),
• Udostępnij kontakt – pozwala przesłać komuś
nasze dane kontaktowe.
Nagrywanie oraz odsłuchiwanie wiadomości
głosowych
Aby rozpocząć nagrywanie wiadomości, przyciskamy dwukrotnie i cały czas trzymamy przycisk
nagrywania. Zdaję sobie sprawę z niedogodności
takiego stanu rzeczy. Na szczęście można temu zaradzić, choć nie jest to proste. Trzeba dogodnie ustawić
palce i telefon, rozpocząć w opisany powyżej sposób
nagrywanie, następnie, trzymając cały czas palec
na przycisku nagrywania, wyłączyć Voice Overa (3 razy
Home) i ponownie go włączyć. Gdy usłyszymy komunikat „Voice Over włączony”, możemy puścić przycisk
nagrywania. Jeśli usłyszymy Voice Overa, a nie dźwięk
zakończenia nagrywania, to znaczy, że operacja się
udała. Możemy nawet gestami lewo-prawo, sprawdzać
zmieniający się czas naszego nagrania.
Odsłuchiwanie wiadomości
Odsłuchiwanie wiadomości głosowych nie będzie
raczej stanowiło problemu. Warto wiedzieć, że WhatsApp od czasu do czasu może się zaciąć i pierwsza
sekunda wiadomości, m.in. z uwagi na konflikty
z Voice Overem, nie zawsze jest odtworzona poprawnie. Od pewnego czasu można wreszcie nawigować
wewnątrz danej wiadomości, nie podczas jej trwania,
ale przed rozpoczęciem odtwarzania i po zapauzowaniu. Na pokrętle znajdujemy suwak „Zmiana wartości”
i gestem góra-dół przewijamy wiadomość, a następ-
31
nie, ponownie stukając dwukrotnie, kontynuujemy jej
odtwarzanie.
Wykonując gest dwukrotnego stuknięcia z przytrzymaniem na danej wiadomości, możemy rozwinąć
dodatkowe opcje, w tym możliwość przekazania dalej
wiadomości innemu użytkownikowi. Menu to nie jest
od razu czytane przez Voice Overa i trzeba je znaleźć,
kierując się w prawo w okolice przycisku nagrywania
wiadomości.
i czas potrzebny na ich przesłuchanie, co przy sposobie
wypowiedzi części użytkowników nie jest proste, za
to uczy cierpliwości. Z drugiej strony, osoba nagrywająca może się wówczas nauczyć jasno i w miarę szybko
przekazywać swoje myśli.
Ustawienia
Wróćmy na listę wiadomości w czatach. Będąc na którejkolwiek wiadomości, używając funkcji pokrętła Voice
Over, możemy znaleźć pozycję nazwaną „Czynności”.
Przesuwając się pionowo, możemy wówczas wybrać
następujące opcje:
• Aktywuj rzecz (czynność domyślna) – spowoduje
otwarcie wątku z rozmową,
• Nieprzeczytane – spowoduje, że wątek otrzyma
status nieprzeczytanego,
• Więcej – powoduje otwarcie menu z opcjami
dodatkowymi,
•Archiwizuj.
Wspomniane menu „Więcej” pozwala na następujące
elementy:
•Wycisz,
• Informacje – wyświetla informacje o danym użytkowniku, włącznie z liczbą współdzielonych plików
i wspólnie subskrybowanych grup,
• Wyślij przez e-mail – pozwala przesłać kopię czatu
e-mailem,
• Wyczyść czat – usuwa wszystkie wiadomości
od określonej osoby bądź grupy (szczególnie
istotne, gdy jest ich bardzo dużo, albo są na tyle
długie, że zajmują zbyt dużo miejsca w pamięci
naszego urządzenia),
• Usuń czat – pozwala na skasowanie danego
użytkownika.
Kilka słów o ustawieniach. Trzeba przyznać, że nie
są one bardzo skomplikowane i konieczność ich modyfikacji może nawet nie występować. W zakładce „Ustawienia” możemy:
• dokonać zmiany danych profilu i statusu (imię
nazwisko, zdjęcie, status),
• ustawić dane związane z prywatnością (zmiana
widoczności Użytkownika i statusu) - w tym
zmienić numer telefonu przypisany do konta albo
w ogóle usunąć konto,
• zmienić tło czatu,
• wyczyścić wszystkie chaty,
• włączyć/wyłączyć zachowywanie mediów w galerii
multimediów (w przypadku systemu iOS w Rolce
aparatu),
• wykonać kopię zapasową chatu (same wiadomości
albo wiadomości wraz z załączonymi multimediami)
do iCloud – w przypadku systemu Android kopia
będzie przechowywana na dysku Google,
• ustawić powiadomienia (globalne, grupowe),
• obejrzeć wiadomości oznaczone gwiazdką (uwagę
zwraca nieintuicyjne umiejscowienie tej opcji
w ustawieniach),
• wyczyścić wszystkie chaty i wreszcie
• Włączyć WhatsApp Web.
Wszystko to odnajdziemy pod odpowiednimi
przyciskami, które zaprowadzą nas do kolejnych
opcji. Są to odpowiednio: „Nazwa profilu”, „Oznaczone gwiazdką”, „WhatsApp Web”, „Konto”, „Chaty”,
„Powiadomienia”, „Użycie danych”, „O aplikacji
i pomoc”, „Powiadom znajomego”.
Grupy
WhatsApp w systemie Android
Jedną z ciekawych funkcji WhatsAppa jest możliwość
tworzenia grup, do których można dołączyć do stu użytkowników. Właściwości takiej grupy są takie same, jak
czatu z pojedynczym użytkownikiem. Jedynym warunkiem przyłączenia innej osoby do grupy jest posiadanie
przez nią konta na WhatsAppie.
Warto też zwrócić uwagę, że grupy i w ogóle nagrywane wiadomości głosowe, względnie przesyłane
niewielkie pliki, mogą stanowić cenny sposób komunikacji głosowej tak w ogóle, ale również przyczynić
się do pomocy w rozwiązywaniu problemów technicznych – na zasadzie pytanie-odpowiedź. Powstały
nawet na tę okoliczność specjalne grupy pomocowe
o charakterze technologicznym. Jedynym minusem
przynależności do takiej grupy jest ogrom wiadomości
Działanie aplikacji w systemie Android jest bardzo
podobne do powyżej opisanej dla systemu iOS. Tutaj
zakładki występują u góry, a nie na dole i są to: „Połączenia”, „Kontakty” i „Czaty”. W specjalnym menu
o nazwie „Więcej opcji” znajdziemy m.in. ustawienia.
Czynności dodatkowe
WhatsApp na inne sposoby
Od czasu do czasu spotykam się z pytaniami, czy można
jakoś inaczej niż za pośrednictwem telefonu, komunikować
się z użytkownikami WhatsAppa. Jest to możliwe, choć
każdy z po krótce przedstawionych poniżej sposobów
jest z różnych względów niedoskonały i o tyle nie pewny,
że nie jest firmowany przez producenta., a jest to pomysł
firm trzecich na komunikację z WhatsAppem. Należy też
wiedzieć, że każdy z nich zadziała tylko, kiedy WhatsApp
NR 2 (31) 2016
32
W przypadku tabletów korzystanie z aplikacji jest możliwe tylko wtedy, gdy, jak ma to miejsce w niektórych
tabletach z systemem Android, są one wyposażone we wbudowaną funkcję telefonu.
WhatsApp Web
WhatsApp Web to przedłużenie konta WhatsApp
w telefonie. Zarówno wiadomości wysyłane, jak i otrzymywane są w pełni zsynchronizowane pomiędzy
telefonem a komputerem, co oznacza, że WhatsApp
w iPhonie albo smartfonie z Androidem, przez cały czas
musi być uruchomiony. Znów na początku koniecznie
trzeba zeskanować z ekranu kod QR, co może stanowić pewną niedogodność, potem jednak będzie nieco
prościej. WhatsApp Web to specjalna strona https://
web.whatsapp.com/🌐/pl. Można ją obsłużyć za pomocą czytnika ekranu, jednak posiada nieopisane przyciski,
więc konieczne będzie testowanie, który do czego służy,
i późniejsze opisanie ich, np. stosowną wtyczką do Firefoxa, bądź korzystając z technologii oferowanych przez
screenreadery.
Przyszłość aplikacji
Tak naprawdę trudno stwierdzić, w którą stronę podąży
rozwój WhatsAppa. Gdy program został wykupiony
przez Facebooka, na początku 2014 r., zapewniono,
że aplikacja nie przestanie istnieć i nie zostanie wchłonięta przez bardziej popularną aplikację Facebook
Messenger. Faktycznie, oba programy istnieją równolegle, choć oba stają się do siebie coraz bardziej podobne.
W obu doszły rozmowy głosowe na żywo, a w Messengerze wprowadzono możliwość nagrywania wiadomości
głosowych, co prawda krótszych, niż na WhatsAppie
i o wiele gorszej jakości, ale jednak. WhatsApp z kolei
zyskuje nowe opcje (emotikony, tło czatu), które czynią
go bardziej podobnym do Facebook Messengera.
Ostatnio zmieniła się też polityka firmy i już nie jest
konieczna coroczna, niewielka, bo niewielka, opłata
za używanie programu. Niektórzy zaczęli więc domyślać się nadchodzącego końca aplikacji. Chyba nic
na to w tym momencie nie wskazuje. WhatsApp, choć
może nie tak bardzo popularny w Polsce, używany jest
przez ogromną rzeszę użytkowników, przede wszystkim
jako zamiennik SMS-ów. Na razie wiemy tylko, że dąży
się do tego, by WhatsApp stał się narzędziem ułatwiającym komunikację firmową albo z wieloma abonentami
(informacje pasażerskie itp.). Trudno powiedzieć, jak
nowe zmiany zostaną przyjęte przez samych użytkowników, którzy chcą raczej prostego programu i jak zareaguje na to rynek. Mam nadzieję, że przed WhatsAppem
jeszcze co najmniej kilka lat dobrego działania.
fot. WhatsApp Inc.
jest uruchomiony na smartfonie, a używane przezeń konto
przypisane do numeru telefonu, ) jest aktywne.
Istniała kiedyś wtyczka do komunikatora Miranda,
dzięki której można było pisać na WhatsAppie. Obecnie jednak nie mogę jej polecić z uwagi na problemy
z obsługą komunikatora. Mówi się nawet o przypadkach blokowania w serwisie Whatsapp kont użytkowników Mirandy, którzy korzystali z tej wtyczki.
Lepsza jest sytuacja użytkowników systemu Mac
OS X. Od niedawna w Mac App Store mogą oni znaleźć
aplikację o nazwie Supertab for WhatsApp, która jest
bardzo dobrze dostępna. Pozwala ona na wszystko to,
co można osiągnąć z poziomu telefonu, czyli na dużo,
zważywszy że do dyspozycji mamy klawiaturę, wbudowane funkcje systemu OS X, lepszy mikrofon i głośniki komputera. Do poprawnego działania programu
konieczne jest jednak zeskanowanie kodu QR z ekranu,
w czym najprawdopodobniej osobie niewidomej
będzie ktoś musiał pomóc.
33
Michał Dziwisz
Patrząc w niebo,
czyli o dostępności
telewizji satelitarnej
Anteny satelitarne pojawiły
się w Polsce pod koniec lat
osiemdziesiątych, stopniowo
zdobiąc ściany i dachy
budynków. Początkowo
były symbolem powiewu
zagranicznej, zachodniej
świeżości, a z czasem
stały się medium, które
na równi z telewizją kablową
dostarczało Polakom programy
niedostępne ze zwykłych,
naziemnych anten.
Dziś nie są symbolem luksusu,
lecz po prostu jednym ze środków
dających dostęp do szeregu programów telewizyjnych, których coraz
więcej oferują nam polskie cyfrowe
platformy satelitarne. W tym
wszystkim dla czytelników Tyfloświata istotny jest jeden bardzo
ważny aspekt, o którym mówi się
stosunkowo mało albo wcale. Mowa
o dostępności telewizji satelitarnej dla osób niewidomych. Przez
dostępność rozumiem tu nie tyle
kwestię zawartości programowej,
ile stronę techniczną, umożliwiającą
osobie pozbawionej zmysłu wzroku
obsłużenie tunera satelitarnego,
wybranie odpowiedniego kanału czy
skorzystanie z usług dodatkowych,
które w dobie powszechnej cyfryzacji towarzyszą różnym kanałom
telewizyjnym.
Czasy przed zerem i jedynką
Zanim pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Polsce upowszechniła
się telewizja cyfrowa, podstawową
metodą odbioru kanałów telewizji
satelitarnej w naszym kraju była
telewizja analogowa. W tych czasach, kiedy nikt jeszcze o dostępności nie słyszał, co więcej, nikt nawet
nie wiedział, że powinno się jej
wymagać, niewidomy musiał sobie
radzić tak, jak umiał. Na całe szczęście satelitarna telewizja analogowa
była medium stosunkowo łatwym
do poskromienia. Było to możliwe
przede wszystkim dzięki informacji
zwrotnej w postaci szumów, trzasków i innych dźwięków wydobywających się ze strojonego tunera.
W dobie telewizji cyfrowej niewidomy ma do dyspozycji tylko dwie,
skrajne wobec siebie informację.
Sygnał, gdy wszystko gra, lub kompletną ciszę, gdy sygnał z jakichś
przyczyn jest zbyt słaby. Kiedyś,
przy odrobinie cierpliwości można
było bez problemu, ucząc się rozmieszczenia przycisków na pilocie
odbiornika, spędzić długie godziny
skanując różne częstotliwości
transponderów najpopularniejszych
satelitów. Jak kiedyś, tak i obecnie
dla niewidomego największy problem stanowi precyzyjne ustawienie
anteny na odpowiedniego satelitę.
Jako pocieszenie napiszę jedynie
tyle, że osobom widzącym bez
NR 2 (31) 2016
34
Zanim pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Polsce upowszechniła się
telewizja cyfrowa, podstawową metodą odbioru kanałów telewizji satelitarnej w naszym kraju była telewizja analogowa.
odpowiedniego osprzętu ta sztuka
również nie udaje się zbyt dobrze
i licząc na odpowiednie efekty najlepiej poprosić o pomoc fachowca.
Reasumując, czasy telewizji analogowej z jednej strony były gorsze,
bo byliśmy pozbawieni jakiejkolwiek
dostępności, z drugiej zaś strony
przy odpowiednim uporze mogliśmy
na własną rękę sporo zdziałać.
Czas cyfry
Ostatnie, powszechnie dostępne
przekazy analogowe zakończyły
swoją emisję w marcu 2012,
co stało się symbolem przejścia
do nowej ery, która zresztą rozpoczęła się znacznie wcześniej.
Mam tu na myśli erę przekazów
cyfrowych, pozwalających na emisję sygnału o znacznie lepszych
parametrach obrazu i dźwięku,
których wielką zaletą jest, że dając
możliwość korzystania z treści
o znacznie lepszej niż analogowa
jakości, zużywają do tego mniej
pasma na transponderach satelitarnych. Stan taki należy uznać za
korzystny zarówno dla nadawców,
jak i odbiorców, bowiem dzięki temu
możliwe jest zaoferowanie bogatszej oferty programowej, na którą
składa się więcej, zróżnicowanych
i zaspakajających różnego rodzaju
gusta kanałów. Osoba niewidoma
musi natomiast zastanowić się nad
tym, jak sobie z owym dobrodziejstwem poradzić. Oczywiście, każdy
dostawca satelitarnego sygnału
cyfrowego oferuje nam swój sprzęt,
który, jak to ma czasem miejsce,
zostanie zamontowany w naszym
domu za darmo. To jednak dla nas,
nieużywających wzroku użytkowników jest rozwiązanie, które spowodować może mnóstwo kłopotów
szczególnie, jeśli mieszkamy sami,
a nad całością chcemy zachować
odpowiednią kontrolę. Współczesne, cyfrowe tunery satelitarne
posiadają oprócz opcji przyporządkowanych do konkretnych
przycisków pilota sterującego także
menu, które w różnych sytuacjach
wyświetlane jest na ekranie telewizora, a obecność jego nie jest
przeważnie w żaden sposób sygnalizowana. W takiej sytuacji niewidomy użytkownik pozostawiony jest
ze sprzętem, nad którym nie może
w żaden sposób zapanować. Sytuacja taka zdarzy się z pewnością
w momencie wstępnej konfiguracji
tunera, ale także powtórzy się niejednokrotnie w momencie, gdy nasz
tuner otrzyma zaktualizowaną listę
kanałów i zapyta, czy chcemy przeprowadzić proces aktualizacji, czy
też zrobić to później. Oczywiście,
możemy nauczyć się tego na pamięć
i w momencie, gdy po włączeniu
tunera nie dzieje się nic, zakładać,
że właśnie do naszego urządzenia
została pobrana nowa lista, ale
nigdy nie będziemy mieć 100% pewności, że właśnie to się stało, a nie,
że np. źle wcelowaliśmy pilotem
w czujnik urządzenia i na skutek
tego wcale ono się nie włączyło.
Dodatkowo, korzystając z tunerów
dostępnych w ofercie producentów,
pozbawiamy się dostępu do takich
dobrodziejstw telewizji satelitarnej
jak EPG (Electronic Program Guide),
cyfrowy rozkład programu telewizyjnego, oferowany przez niemalże
każdą stację, czy teletekst, u nas
w Polsce często określany mianem
TeleGazety. Do tego wszystkiego
musimy także uzbroić się w stos
notatek dotyczący informacji, pod
jakim numerkiem kanału dostępna
jest dana stacja telewizyjna,
co może zostać gruntownie przebudowane przy każdej aktualizacji
listy kanałów.
Posterujmy przez
przeglądarkę
Jeśli ktoś z powyższych zdań
wywnioskował, że telewizja satelitarna jest kompletnie niedostępna
dla niewidomego, śpieszę uspokoić,
nie jest z tym wcale tak najgorzej.
Uprzedzić jednak muszę, że jej
użytkowanie wymagać będzie
od nas nieco większej niż u przeciętnego użytkownika wiedzy
i umiejętności. Możemy spróbować
naszych sił wykorzystując jeden
z tunerów z systemem opartym
o jądro Enigma 2. Tego typu urządzeniami możemy sterować przez
przeglądarkę WWW, ale dostępność
rozwiązania jest dość ograniczona.
Możliwe jest np. przełączanie się
pomiędzy kanałami, odczytywanie
EPG, ale dostęp do skanowania
i wyszukiwania nowych kanałów
jest już niemożliwy. Aby zaktualizować listę, powinniśmy poszukać
w sieci aktualizowanych list kanałów i wgrać je przy pomocy FTP
35
do naszego tunera, co z pewnością
nie jest zadaniem ani wygodnym, ani prostym, przynajmniej
dla początkującego użytkownika.
Niewątpliwym plusem tego rozwiązania jest to, że nadal dysponować
będziemy dedykowanym do odbioru
telewizji satelitarnej urządzeniem,
które będzie osobną skrzynką, niewadzącą nikomu i stojącą w naszym
salonie.
duktem, a ten zacznie sprawiać nam
problemy. W takim przypadku najlepiej poszukać rozwiązania w sieci,
w polskojęzycznym Internecie
na całe szczęście nie brakuje miejsc,
w których dyskutują zaawansowani
użytkownicy telewizji satelitarnej.
Jednym z takich miejsc jest http://
forum.satkurier.pl/, gdzie z pewnością otrzymamy odpowiedź lub
pomoc.
A może komputer?
Jaką kartę wybrać?
Do sterowania wyżej opisanym
urządzeniem musieliśmy i tak użyć
komputera, względnie naszego
smartfona. Kolejnym rozwiązaniem,
które chciałbym polecić niewidomym entuzjastom telewizji satelitarnej jest wykorzystanie w roli
dostępnego tunera naszego własnego komputera, wyposażonego
w odpowiednią kartę. Rozwiązanie
takie jest najbardziej elastyczne
i osobiście polecam je zdecydowanie bardziej niż opisywaną wyżej
Enigmę 2. W zasadzie wszystko
przemawia na korzyść zakupu karty
DVBS, czyli takiej, która pozwala
na odbiór cyfrowej telewizji satelitarnej. Plusem jest zarówno cena
(około 600 PLN), jak i dostępność
dedykowanego oprogramowania,
które bardzo dobrze współpracuje
z czytnikami ekranu. Minusem
mogą być jedynie problemy z kodekami, które musimy odpowiednio
skonfigurować w naszym systemie
operacyjnym, aby odbiór sygnału
był dobrej jakości i nic go nie
zakłócało. Dodatkowo też należy
liczyć się z tym, że jeśli mieszkamy
w małym mieście, lokalni specjaliści mogą wiedzieć bardzo niewiele
albo zgoła nic o odbiorze telewizji
cyfrowej za pomocą przeznaczonych
do tego kart. Ludzie ci, pracując
ze znanymi sobie rozwiązaniami
od wielu lat, często zwyczajnie nie
mają czasu i chęci na śledzenie tego
typu nowości i wgryzanie się w rozwiązywanie ewentualnych problemów z nimi związanych, może więc
zdarzyć się tak, że zostaniemy sami
z naszym świeżo zakupionym pro-
Ilu ludzi, tyle opinii, do takich wniosków można dojść, gdy zaczniemy
poszukiwać naszej karty idealnej,
dzięki której będziemy mogli cieszyć
się cyfrową telewizją satelitarną,
używając naszego własnego komputera w funkcji odbiornika. Z grubsza karty DVBS możemy podzielić
na 2 typy.
• Wewnętrzne – są to karty,
montowane na płycie głównej
naszego komputera w złączach
PCI Express,
• Zewnętrzne – są to osobne
skrzynki, podłączane
do naszego komputera za
pomocą gniazda USB.
Jeśli korzystamy z laptopa,
zdecydowanie lepiej sięgnąć
po tę drugą opcję, jeśli zaś nasz
komputer to model stacjonarny,
można rozważyć zakup jakiejś
karty wewnętrznej, jednak osobiście i w tym przypadku skłaniałbym
się ku rozwiązaniu zewnętrznemu.
Jest ono bardziej uniwersalne
i uchroni nas przed koniecznością
dokonywania kolejnego zakupu,
gdy zapragniemy przenieść się
na urządzenie bardziej mobilne.
Dodam tu dla porządku, że sama
instalacja satelitarna nie jest
rozwiązaniem przenośnym. Oprócz
karty DVBS musimy, o ile jeszcze
tego nie mamy, zaopatrzyć się
w stosowną czaszę do odbioru
sygnału, konwerter, przewody,
a wszystko to powinno zostać zainstalowane na dachu, balkonie lub
przy oknie. Raz zainstalowane bez
wyraźnego powodu nie powinno
być przenoszone w inne miejsce.
Chcąc wybrać właściwą dla nas
antenę satelitarną najlepiej poradzić się lokalnego specjalisty lub
sprzedawcy. Rynek ten jest dość
rozległy, a ja nie czuję się w tej
Wewnętrzna karta DVBS
NR 2 (31) 2016
36
Obrotnica to specjalny silnik z uchwytem, do którego mocuje się maszt
z anteną satelitarną. Za jego pomocą możemy precyzyjnie obracać czaszę, kierując ją na interesującego nas satelitę
dziedzinie na tyle kompetentny, by
cokolwiek sensownego doradzać
szanownym czytelnikom.
Pozwolę sobie zwrócić jednak
uwagę na jedną istotną kwestię. Jeśli chcemy oglądać kanały
należące do którejś z polskich
platform cyfrowych, to konieczne
jest zaopatrzenie się w kartę z tzw.
gniazdem na moduł CI. Jest to specjalna karta, którą umieszczamy
wewnątrz tunera, dzięki czemu
możliwe jest oglądanie programów
kodowanych. Warto przed zakupem upewnić się, czy platforma
cyfrowa, z której usług będziemy
chcieli korzystać, oferuje takie
moduły, wg mojej wiedzy wszyscy
polscy operatorzy je dostarczają.
Na koniec, gdyby to wszystko
było zbyt dużym natłokiem informacji, mogę polecić kartę, którą
z powodzeniem użytkuję od kilku
miesięcy. Jest to karta TBS-5990
firmy Technotrend. Karta wyposażona jest w dwa gniazda do modułów CI, pozwalające na podłączenie
dwóch konwerterów lub połączenie
się z dwoma portami przełącznika
DiSEqC. Dzięki temu możliwe jest
korzystanie z dwóch platform
cyfrowych jednocześnie oraz niezależne od odtwarzania nagrywanie
drugiego programu. Instalacja urządzenia jest niezwykle prosta, spro-
wadza się bowiem do zainstalowania sterowników i odpowiedniego
oprogramowania. Jedyny problem,
jaki miałem z tą kartą, wystąpił
pod kontrolą systemu Windows 10.
W tym systemie w momencie, gdy
karta była aktywna, nie działała
moja karta muzyczna Marian Trace
8. Pozostaje mieć nadzieję, że problem konfliktu zostanie wyeliminowany wraz z kolejną edycją
sterowników, tym czasem używam
tej karty pod kontrolą systemu
Windows 7.
Jakiego oprogramowania użyć?
Odpowiedź na to pytanie jest prosta
– DVB Viewer. To oprogramowanie
to najbardziej dostępne dla niewidomych rozwiązanie, pozwalające
na komfortowe oglądanie cyfrowej
telewizji satelitarnej, ale także
i telewizji naziemnej, gdyż, jak
sama nazwa wskazuje, aplikacja
obsługuje wszelkie standardy DVB.
Dostępny pod adresem http://www.
dvbviewer.com/ program nie jest
darmowy, licencja na jego używanie
to koszt 20 euro, jednak to aplikacja z gatunku tych, za które moim
zdaniem autorowi te pieniądze
zwyczajnie się należą. Dostępne
jest niemalże wszystko, a najwięcej
skorzystają użytkownicy programu
JAWS. Twórca DVB Viewera przewi-
dział specjalny tryb, który można
uaktywnić w opcjach programu,
a wówczas do czytnika firmy Freedom Scientific wysyłane są dodatkowe informacje, np. dotyczące siły
sygnału w trakcie skanowania. Tryb
dostępnościowy opłaca się jednak
włączyć także w przypadku używania programu NVDA, bowiem poprawia on wygodę pracy z programem.
Dzięki DVB Viewerowi jesteśmy
w stanie samodzielnie przeskanować dostępne kanały satelitarne,
zaprogramować ich kolejność,
przeczytać przewodnik EPG czy
teletekst, a także ustawić czas
nagrywania interesującego nas
programu. Możliwości tej aplikacji
są oczywiście daleko szersze, za
przykład niech posłuży taki oto
eksperyment. Załóżmy, że jesteśmy w trakcie oglądania jakiegoś
programu, a nie bardzo wiemy,
co dzieje się w jakimś jego momencie. Program nie posiada audiodeskrypcji, a już przez dłuższy czas
trwa fragment muzyczny. Możemy,
dzięki DVB Viewerowi, wykonać
tzw. screenshot, czyli stopklatkę
danego momentu programu,
a następnie wysłać taki obrazek
do jakiegoś serwisu rozpoznającego
to, co dzieje się na danej grafice,
np. http://www.cloudsightapi.com/
api. Oczywiście wszyscy musimy
zdawać sobie sprawę, że taka stopklatka jest bardzo niemiarodajna,
ale może dostarczyć nam przynajmniej szczątkowych informacji.
Jeśli interesujący nas program
posiada kilka ścieżek to możemy,
definiując odpowiednie skróty klawiszowe, błyskawicznie przełączać
się pomiędzy nimi. Dzięki mechanizmowi wtyczek, DVB Viewer może
być także wzbogacany o różne
dodatkowe funkcje. Dodatków nie
brakuje i sporo z nich można odnaleźć w sieci.
Jeśli jeden satelita
to za mało
Najpopularniejszą w Polsce pozycją
satelitarną jest 13 stopni wschód,
tu bowiem swoje paczki sygna-
fot. Bala Maniymaran, Jonas, Stefania Toso, KabelBW
37
łowe mają operatorzy naszych
rodzimych platform satelitarnych.
Sygnały satelitarne pojawiają się
jednak także i na innych pozycjach,
a są to niekiedy rzeczy bardzo
interesujące, szczególnie dla tych,
którzy chcą usłyszeć coś, z czym
nigdzie indziej nie będą mieć okazji
się zetknąć. Satelita to środek dosyłowy różnego rodzaju programów
– od stacji radiowych począwszy,
a na oprawie muzycznej supermarketów skończywszy. To wszystko
jest dostępne, jeśli tylko wiemy,
gdzie szukać i jesteśmy w stanie
otrzymywać sygnały satelitarne
z bardziej egzotycznych pozycji.
Na samym początku musimy sobie
wyjaśnić jedną rzecz, samodzielne,
precyzyjne ustawianie anteny
satelitarnej przez niewidomego jest
niemalże niemożliwe, szczególnie
w dobie przekazów cyfrowych.
Musimy korzystać albo ze specjalnego zestawu konwerterów skierowanych na różne satelity – mówimy
wtedy o tzw. Zezie, albo z urządzenia zwanego obrotnicą. Zez to zdecydowanie prostsza opcja, ale też
dająca mniejszą elastyczność. Konwertery umieszczone w uchwytach
Zeza są skierowane na konkretne
satelity i nie mamy możliwości
dokonywania tu zmian no chyba,
że dołożymy kolejny konwerter.
Najpopularniejszym w Polsce zezem
jest ten, obejmujący satelity Hot
Bird 13 stopni wschód i Astra 19,2
stopnia wschód.
Obrotnica to specjalny silnik
z uchwytem, do którego mocuje się
maszt z anteną satelitarną. Za jego
pomocą możemy precyzyjnie obracać czaszę, kierując ją na interesującego nas satelitę. W przypadku
obrotnicy, musimy zwrócić uwagę
na to, jakiego protokołu używa
takie urządzenie. Najlepszym
dla niewidomych rozwiązaniem
będzie takie, które wykorzystuje
protokół USALS, co sprowadza nas
do wyboru obrotnic w zasadzie
tylko jednego producenta, włoskiej
firmy STAB. Dzięki USALS jesteśmy
w stanie, wybierając z listy pozy-
Jeśli chcemy oglądać kanały należące do którejś z polskich platform
cyfrowych, to konieczne jest zaopatrzenie się w kartę z tzw. gniazdem
na moduł CI
cję jakiegoś satelity, skierować
na niego obrotnicę. Urządzenia
nieobsługujące tego protokołu, pozwalają na obrót czaszy
o zadany kont, co dla nas będzie
z pewnością mniej wygodne. Przed
zakupem obrotnicy warto również
zasięgnąć porady lokalnego specjalisty, bowiem silnik musi być odpowiednio dostosowany do średnicy
czaszy naszej anteny, tego typu
urządzenia mają także maksymalną
wagę czaszy, jaką są w stanie
swobodnie obracać. Warto także
upewnić się, że montaż obrotnicy
w przypadku naszej lokalizacji
będzie mieć w ogóle sens, bo nie
w każdej lokalizacji takie urządzenie, kosztujące kilkaset złotych, się
sprawdzi.
Telewizja satelitarna vs
telewizja naziemna
Niestety, muszę z przykrością
stwierdzić, że zawartość sygnałów
w przypadku programów emitowanych drogą satelitarną jest dość
często zubożona w porównaniu
do tego, co otrzymujemy naziemnie. Problem dotyczy tu przede
wszystkim ścieżek z audiodeskrypcją. Pasmo na satelicie jest
drogie i nadawcy tną koszty jak
tylko mogą, szkoda tylko, że cierpią
na tym niewidomi użytkownicy.
Korzystając z programu DVB Viewer,
można by bez problemu włączyć
ścieżkę AD – sęk w tym, że zwykle
nie ma czego włączać, ponieważ
kanały z satelity są zwyczajnie
pozbawione tego udogodnienia.
Na zakończenie
Zdaję sobie sprawę, że powyższym
artykułem nie wyczerpałem tematu,
ani też nie udzieliłem precyzyjnych
odpowiedzi na różne, szczegółowe
pytania, które mogły się pojawić
w głowach czytelników. Zagadnienia związane z telewizją satelitarną
to na tyle szeroki temat, że zawarcie
pełnego kompendium wiedzy, obejmującego wszystkie interesujące
czytelników zagadnienia w jednym,
krótkim artykule, zwyczajnie nie
jest możliwe. Mam jednak nadzieję,
że wszyscy ci, którzy cenią sobie
niezależność, a szczególnie niezależność w dostępie do cyfrowych
mediów, zainteresują się możliwościami, jakie daje zestaw do odbioru
sygnału satelitarnego. To bardzo
wygodne narzędzie odbioru, a we
współpracy z DVB Viewerem najbardziej dostępny multimedialny telewizor, z jakim kiedykolwiek miałem
do czynienia.
Miłego oglądania!
NR 2 (31) 2016
Joanna Witkowska
Mój przewodnik
to mój konik
Wszyscy, którzy choć raz w życiu zetknęli
się z osobami niewidomymi, wiedzą,
że w poruszaniu się po ulicach mogą im
pomagać psy przewodniki. Jednak mało kto
(nawet znający środowisko niewidomych)
słyszał, że robią to również inne zwierzęta.
W Stanach Zjednoczonych, na przykład, za
asystentów osób z niepełnosprawnościami
wzroku prawo uznaje nie tylko psy, lecz także
małe koniki (czy raczej kucyki). Oczywiście psy
wciąż cieszą się większą popularnością, ale
koniki stanowią alternatywę dla tych, którzy
nie mogą przyjąć psa ze względów religijnych
czy kulturowych.
Na grzbiecie?
Pozyskanie kucyka przewodnika nie jest łatwe, ponieważ nawet w USA nie ma żadnego ogólnokrajowego
programu ich szkolenia, zatem o wytrenowanie takiego
zwierzęcia osoba niewidoma musi się starać sama –
sama znaleźć kucyka, trenera i środki na szkolenie.
Jak udało mi się dowiedzieć od członkiń amerykańskiej listy dyskusyjnej dla właścicieli psów
przewodników, funkcję tę mogłyby pełnić również
świnki wietnamskie, ponieważ są bardzo inteligentne,
lecz niestety nie umieją skoncentrować się na tym,
co robią, dłużej niż przez kilka sekund, a to z kolei
wyklucza je jako potencjalne kandydatki do prowadzenia niewidomych.
Wróćmy jednak do kucyków przewodników. Gdy
pierwszy raz o nich usłyszałam, pomyślałam: „Świetnie, wydaje się kucykowi komendy i jedzie się na nim
Kucyk przewodnik jest tak mały, że nie można na nim
jeździć, rozmiarami przypomina bowiem dużego psa
do celu”. Nic bardziej mylnego – kucyk przewodnik
jest tak mały, że nie można na nim jeździć, rozmiarami przypomina bowiem dużego psa. Na przykład
Cali – kucyk przewodnik trzydziestoletniej studentki
Uniwersytetu Stanowego Michigan – waży około 45
kg. Dlatego prowadzi swoją niewidomą opiekunkę tak
samo, jak robi to pies, tzn. osoba niewidoma wyczuwa
ruchy konika poprzez trzymany w dłoni pałąk uprzęży.
Kucyk przewodnik wykonuje zatem komendy związane
z kierunkiem marszu: skręca w lewo, w prawo i prowadzi prosto po chodniku. Oczywiście omija przeszkody,
które napotyka na swojej drodze. Jak podkreśliła
właścicielka Pandy –konika przewodnika, jej zwierzę
znacznie lepiej niż pies radzi sobie z omijaniem przeszkód znajdujących się na wysokości głowy człowieka.
Potrafi też odszukiwać różne punkty w terenie, takie
jak: przejścia dla pieszych, drzwi do budynków czy
pojazdów, windy, schody, itp. Jest równie świetnym
pomocnikiem w środowisku miejskim, co na wsi. Wspaniale sprawdza się na śliskich i nierównych powierzchniach – dobrze pomaga utrzymać równowagę, ponieważ jest bardziej stabilny i silniejszy niż pies.
Półżartem można powiedzieć, że kucyk przewodnik
mógłby stać się świetnym rozwiązaniem dla leniwych,
szybko i na długo zapamiętuje bowiem wyuczone
umiejętności – nie potrzebuje ich ciągłego utrwalania i szlifowania. Ponadto, może pracować około
39
Koniki stanowią alternatywę dla tych, którzy nie mogą
przyjąć psa ze względów religijnych czy kulturowych
trzydziestu lat, a tę zaletę doceni każdy, kto po kilku
zaledwie latach musiał pożegnać swojego ukochanego
psa przewodnika. Takie sytuacje są zawsze bardzo
trudne, szczególnie jeśli dzieją się nagle i pies odchodzi
na przykład z powodu choroby. Tak było w przypadku
Ann – właścicielki Pandy – to właśnie po śmierci
swojego psa przewodnika kobieta zdecydowała, że jej
kolejnym asystentem zostanie kucyk. W tej chwili
Panda pracuje już 13 lat, a przed ich duetem jeszcze
pewnie drugie tyle. Poza tym, Ann przyznaje, że tak
długi czas współpracy to świetna okazja do umacniania wzajemnej więzi, zrozumienia i przyjaźni.
Łatwo się domyślić, że konika przewodnika nie
atakują ani nie rozpraszają psy biegające po ulicach,
co doceniłby chyba każdy polski niewidomy, który
niejednokrotnie musiał odganiać bezpańskie czworonogi albo dyscyplinować nieodpowiedzialnych właścicieli, by nie pozwalali swoim pupilom bawić się z jego
przewodnikiem.
Za oceanem pies przewodnik to zupełnie normalne,
zrozumiałe zjawisko i większość ludzi wie, jak się wobec
niego zachować, natomiast kucyk w tej roli i tam wzbudza sensację.
Praktyczne różnice życia z psem i z konikiem
są również niemałe. Wprawdzie z tym ostatnim też
można wejść do miejsc użyteczności publicznej oraz
środków transportu, ale nieco mniejsza elastyczność
ciała sprawia, że nie schowa się on pod krzesłem czy
siedzeniem autobusu. Już wyobrażam sobie niewybredne uwagi wobec osoby niewidomej podróżującej
z kucykiem przewodnikiem w zatłoczonym warszawskim tramwaju, szczególnie podczas deszczu. Wydaje
mi się także, że przejazd normalną polską taksówką
z konikiem byłby niemożliwy. Może udałoby się
przewieźć go w bagażówce, ale pewnie trzeba byłoby
zamówić ją przynajmniej na kilka godzin wcześniej,
więc skorzystanie z taksówki w jakiejś nagłej sytuacji
zupełnie nie wchodziłoby w grę.
Zresztą polskie prawo za zwierzęta asystujące niewidomym i niepełnosprawnym uznaje wyłącznie psy,
więc osoba z kucykiem przewodnikiem nie mogłaby
nigdzie z nim wejść, nawet gdyby nie istniały żadne
inne bariery.
Kucyk przewodnik na parkingu
przed blokiem?
Wróćmy jednak do praktycznych stron współpracy
z konikiem przewodnikiem. Nie musi on mieszkać
w domu – może spędzać czas wolny od pracy w małej
stajence czy szopce. Taka możliwość ma swoje zalety
Czy kucyk mieści się w taksówce?
Opiekunka Pandy opowiada, że w Stanach Zjednoczonych znacznie mniej ludzi boi się koni niż psów,
zatem jej kucyk wywołuje o wiele mniej obaw. Myślę
jednak, że w Polsce rzecz wyglądałaby nieco inaczej
– to właśnie konik wzbudzałby większy strach, sensację i niezrozumienie. Moje kilkuletnie doświadczenie
w pracy z psem przewodnikiem pokazuje bowiem,
że dla polskich niewidomych większym problemem jest
miłość społeczeństwa do psów niż strach przed nimi.
A co do niezrozumienia istoty współpracy ze zwierzęcym przewodnikiem, to – moim zdaniem – w naszym
kraju jest ono tak wielkie, że znacznie przewyższa
amerykańską niewiedzę na temat kucyków asystentów.
Kucyk może pracować około trzydziestu lat, a tę zaletę
doceni każdy, kto po kilku zaledwie latach musiał
pożegnać swojego ukochanego psa przewodnika
NR 2 (31) 2016
40
cym sobie w skomplikowanych warunkach miejskich,
co w środowisku wiejskim. Jednak Ann dodała, że – jej
zdaniem – konik nie sprawdziłby się w roli asystenta
osoby niewidomej, która mieszka wyłącznie w mieście,
a do tego w bloku czy kamienicy. Jeżeli wyraziła taką
opinię kobieta ze Stanów Zjednoczonych, to wydaje mi
się, że biorąc pod uwagę rozmiary polskich mieszkań,
samochody parkujące na chodnikach i inne „atrakcje”, należy uznać życie z kucykiem przewodnikiem
w mieście za zupełnie niemożliwe. Na naszych wsiach
natomiast wciąż jeszcze za mało jest porządnych ulic
z chodnikami i innymi punktami orientacyjnymi czytelnymi dla niewidomych, dlatego współpraca z konikiem
byłaby tam równie trudna, co z psem.
Nie wiem, czy szkolenie kucyków na przewodniki
osób niewidomych rozwinie się kiedyś na szerszą skalę
w USA, czy nie. Niemniej jest to ciekawe rozwiązanie
i alternatywa dla tych, którzy nie chcą lub nie mogą
mieć psa. Na razie jednak decyzja o współpracy z kucykiem wymaga od osoby niewidomej sporo zaradności, przedsiębiorczości i przede wszystkim odwagi,
bo wciąż jeszcze konik asystent stanowi zjawisko
niecodzienne.
I jak tu zmieścić kucyka przewodnika w miejskiej taksówce?
fot. The Guide Horse Foundation
i wady – nie trzeba się martwić o sierść pozostawianą
w domu ani o zabłoconą podłogę, ale kto w Warszawie, czy innym dużym polskim mieście, dysponowałby
pomieszczeniem dla konika. Poza tym pies rzadziej
potrzebuje spacerów: zdrowe zwierzę spokojnie
wytrzyma bez wyprowadzania 7-8 godzin, gdy, na przykład, właściciel jest w pracy lub długo jedzie pociągiem.
Konik natomiast częściej musi załatwiać potrzeby
fizjologiczne, a jego główne pożywienie stanowi siano,
o które przecież w mieście trudno. Oczywiście można
zdobyć je na wsi, ale – choć znacznie lżejsze – jest mniej
wygodne do przewożenia, szczególnie gdy osoba niewidoma podróżuje transportem publicznym. Z tej różnicy
w sposobie żywienia wynikają nie tylko utrudnienia,
lecz także pewne plusy. Kucyk – zwierzę roślinożerne
– nie będzie raczej zjadał resztek jedzenia wyrzucanych na trawniki, a co za tym idzie, mniej jest narażony
na zatrucia i inne choroby. Myślę też, że jeśli osoba
niewidoma poprosi go o wskazanie kosza na śmieci,
konik zrobi to bez popadania w fascynację unoszącymi
się tam zapachami.
Ponadto, właścicielka Pandy przyznała, że jest
ona świetnym przewodnikiem, równie dobrze radzą-
Rafał Charłampowicz
Amazon
Echo
Rafał: Alexa, how old are you?
Echo: I was released November 6th 2014.
Od wydania Echo mija właśnie półtora roku. Amazon, który jest producentem urządzenia, swoim
zwyczajem nie podaje wielkości sprzedaży. Consumer Intelligence Research Partners, cytowana
przez Agencję Bloomberga, szacuje jednak, że dotąd sprzedano około trzy miliony urządzeń.
A można powiedzieć, że to właściwie początek, bo niedawno wypuszczono na rynek dwie
alternatywne wersje Echo: Amazon Tap i Echo Dot, które również zbierają pozytywne recenzje.
W Polsce Echo, a właściwie Amazon
Echo, bo tak brzmi oficjalna nazwa
produktu, wciąż jest mało znane
mimo, że jedno z centrów deweloperskich pracujących nad tym
urządzeniem znajduje się w Gdańsku. No i ten wspaniały głos, będący
jedną z najważniejszych składowych
interfejsu… Czyżby IVONA, która
od kilku lat należy do Amazonu?
Nigdy tego oficjalnie nie przyznano,
ale w dokumentacji do Echo podane
są tagi SSML (Speech Synthesis
Markup Language) specyficzne dla
głosów IVONA.
Czym jest Amazon Echo?
Spytajmy samo urządzenie.
(Ze względu na brak polskiej lokalizacji Echo, komendy wydawane
są w języku angielkim, tłumaczenia
pochodzą od redakcji)
R: Alexa, who are you? (Alexo,
przedstaw się).
E: I’m an Amazon Echo. (Jestem
Amazon Echo).
Niewiele nam to dało. Spytajmy
zatem o wygląd.
R: Alexa, what do you look like?
(Alexo, jak wyglądasz?)
E: I’m a nine-inch-tall black
cylinder. (Jestem czarnym cylindrem wysokości około 20 cm).
To dość ogólny, ale trafny opis.
Amazon Echo to czarny, plastikowy walec o wysokości 235 mm
NR 2 (31) 2016
42
Na górnej krawędzi pierścienia (tak, tej dwumilimetrowej) znajdują się
diody, które świecąc różnymi barwami, informują użytkownika, że Echo
słucha, myśli, zmienia głośność, restartuje się itp
i średnicy 83 mm. Górna połowa
pionowej powierzchni walca jest
gładka. Dolna to kratka osłony
głośników. Urządzenie wyposażono w siedem mikrofonów, ale nie
wyróżniają się one w żaden sposób.
Przypuszczalnie również kryją się
pod kratką. Pionowa powierzchnia
Echo jest wszędzie taka sama od góry do połowy gładko, a potem
chropowato. Urządzenie nie ma
wyróżnionego przodu i tyłu. Górna
powierzchnia Echo jest płaska. Otacza ją ruchomy pierścień o wysokości 12 mm i szerokości około 2
mm, służący do ręcznej regulacji
głośności. Na górnej powierzchni,
tej otoczonej pierścieniem, znajdują
się dwa przyciski. Jeden, oznaczony dotykowym punktem, służy
do ręcznego aktywowania urządzenia. Drugi wyłącza mikrofony.
Ani pierścień, ani przyciski nie były
mi specjalnie potrzebne podczas
korzystania z Echo. Praktycznie ich
nie używałem. Uzupełniając opis,
dodać trzeba, że spod spodniej
ścianki urządzenia wystaje kabel
zasilania. Ważnym elementem
wyglądu Echo są efekty wizualne.
Na górnej krawędzi pierścienia
(tak, tej dwumilimetrowej) znajdują
się diody, które świecąc różnymi
barwami, informują użytkownika, że Echo słucha, myśli, zmienia głośność, restartuje się itp.
Podobno wrażenie jest magiczne.
Gdy urządzenie słucha, diody palą
się na niebiesko. W jednym punkcie
odcień jest inny. Następnie wszystkie diody zmieniają barwę z jasnoniebieskiej na ciemnoniebieską
i tak na przemian.
Jak widać kształt Echo jest bardzo nietypowy dla elektronicznego
gadżetu. Żadnych kątów prostych
i żadnego ekranu. Czarny walec,
który trochę kojarzy się z termosem. Bardzo możliwe, że spora
część wielkiego sukcesu Echo ma
swe źródło w jego oryginalnym
designie.
Echo to rodzaj wirtualnego
asystenta. Użyłem słowa „rodzaj”
nieprzypadkowo. Między Echo
a innymi znanymi asystentami,
takimi jak Google Now, Cortana
i Siri, są pewne znaczące różnice.
Najbardziej podobne do Echo jest
Google Home, ale to rozwiązanie
nie trafiło jeszcze na rynek, więc
pomijam je w tym artykule. Wirtualni asystenci Google, Microsoftu
i Apple’a są przewidziani na urządzenia osobiste i do użytku przez
jedną osobę. Stąd ich druga nazwa
„personal assistant” (asystent osobisty). Tacy asystenci są powiązani
z kontem użytkownika, zbierają
o nim informacje, monitorując jego
poczynania, i w oparciu o zebrane
dane świadczą różne usługi. Z asystentem można komunikować się
głosem, ale większość usług jest
wykonywana automatycznie, bez
konieczności wydawania poleceń.
Posłużę się przykładem Google
Now, który jest najbardziej rozbudowanym asystentem. Jeżeli
kupując bilet lotniczy oraz rezerwując hotel, użyjemy adresu na Gmailu, Google Now wie, dokąd lecimy
i gdzie nocujemy. W dniu odlotu
program pokaże nam informacje
o czekającym nas locie (godzina,
miejsce i numer lotu), a nawet
uprzedzi nas, że czas wyjechać
na lotnisko. Na miejscu dowiemy
się, jak dojechać do hotelu. Jeżeli
jakaś linia transportu publicznego
nie działa i dostępna jest komunikacja zastępcza, to też zostaniemy
o tym poinformowani. W dniu
powrotu Google Now podpowie
nam, z jakiego przystanku możemy
dojechać na lotnisko i ile czasu
to zajmie. Google Now możemy
też pytać o wiele rzeczy, np.
o restauracje, pogodę, kursy walut
oraz o bardziej ogólne informacje.
Możemy też głosowo sterować niektórymi funkcjami smartfona, np.
otwierać aplikacje, dzwonić, wysyłać SMSy. Komendy głosowe można
aktywować na dwa sposoby. Albo
43
dotykamy stosownej ikony na ekranie telefonu i po sygnale wydajemy
polecenie, albo możemy ustawić
Google Now na stałe nasłuchiwanie. W tym drugim przypadku
wystarczy odblokować telefon
i powiedzieć „OK Google”. Program
rozpoznaje frazę wybudzającą
i generuje sygnał dźwiękowy oznaczający, że możemy mówić i np.
dodać wydarzenie do kalendarza.
Wydawanie poleceń działa praktycznie wyłącznie na pulpicie. Z kilkoma wyjątkami, nie możemy o nic
pytać, będąc jednocześnie w jakiejś
aktywnej aplikacji. Na marginesie:
wszystkich, którzy chcieliby w pełni
korzystać z możliwości Google
Now, a znają język angielski, zachęcam do przełączenia interfejsu
smartfona na ten język. Anglojęzyczny Google Now potrafi dużo
więcej i więcej informacji podaje
głosem. Polska wersja najczęściej
wyświetla komunikaty na ekranie.
Poświęcam tyle miejsca omówieniu Google Now, bo na przykładzie tego serwisu dobrze widać
różnice i podobieństwa między
klasycznymi wirtualnymi asystentami a Amazon Echo. Najważniejsza
różnica wpływająca na sposób
używania Echo jest taka, że asystent Amazonu jest powiązany
z dedykowanym, specjalnie zaprojektowanym urządzeniem, czyli
właśnie Amazon Echo. Echo jest
przeznaczone do używania stacjonarnego i jest na stałym nasłuchu.
Słowo „nasłuch” brzmi groźnie,
więc od razu wyjaśniam, że podobnie jak w przypadku innych
asystentów wybudzanych konkretnym słowem - urządzenie analizuje
dochodzące dźwięki pod kątem
pojawienia się słowa wybudzającego. Do tego momentu analiza
ma charakter akustyczny. Dźwięki
nie są zachowywane, ani przekazywane dalej. Dopiero gdy program
rozpozna słowo „Alexa” (domyślne
słowo wybudzające) nasza wypowiedź następująca po tym słowie
jest przekazywana do chmury,
gdzie następuje rozpoznanie
mowy i generowanie odpowiedzi.
Wszystkie operacje z wyjątkiem
rozpoznania słowa wybudzającego są wykonywane w chmurze,
a zatem mózg Echo nie znajduje się
Jedna z nowych wersji Echo, Echo Dot została zaprojektowana do słuchania niemal wyłącznie na głośnikach
BlueTooth
NR 2 (31) 2016
44
Odtwarzanie muzyki i radia to, moim zdaniem, jedna z najfajniejszych
funkcji Echo. Wybieranie głosowe rodzaju muzyki czy stacji jest tak
wygodne, że żaden pilot nie może się z tym równać
w czarnym termosie, ale na serwerach Amazonu.
Aby Echo nas usłyszało, nie
musimy niczego odblokowywać
i naciskać. Po prostu mówimy
„Alexa” i wydajemy polecenie
lub zadajemy pytanie. Co ważne,
mówić możemy z dowolnego
miejsca w pokoju. Urządzenie nas
usłyszy. Ba, Alexę budzącą mnie
rano potrafiłem wyłączyć wołając
z sypialni „Alexa, stop!”. To że Echo
słyszy nas z dowolnego miejsca,
powoduje że interakcja z urządzeniem jest bardzo naturalna. Wkładam jedzenie do piekarnika i głosem ustawiam minutnik. W radio
jest coś interesującego, głosem
zgłaśniam, a gdy program się
kończy, głosem ściszam, wyłączam
lub zmieniam stację. Wkładam buty
przed wyjściem z domu i głosem
pytam o pogodę. To tylko kilka
przykładów. Pisząc tę część artykułu słucham radiowej Trójki, której
wieczorny program jest poświęcony
Światowemu Dniu Jazzu. Co chwila
mówię w przestrzeń „Alexa, louder
(głośniej)” i „Alexa, softer”. Dzięki
temu „softer” (ciszej) mogę pisać
podczas reklam, nie tracąc czasu,
by wstać i ściszyć radio. Gdy pytam
o coś Echo, muzyka jest przyciszana automatycznie. Po odpowie-
dzi Alexy głośność muzyki wraca
do wcześniejszego ustawienia.
Brzmi to bardzo dobrze, podobnie
jak sam głos Alexy.
Zanim przejdę dokładniej
do tego, co potrafi Amazon Echo,
muszę wspomnieć o jednym bardzo
nieprzyjemnym fakcie. Amazon
Echo jest w pełni funkcjonalne
wyłącznie w Stanach Zjednoczonych. Formalnie urządzenia nie
da się nawet kupić, jeżeli miejsce
odbioru przesyłki jest poza Stanami, a większość usług oferowanych przez Echo i abonament
Amazon Prime, który trzeba mieć,
by móc zamówić urządzenie, jest
w Polsce niedostępna. Pisząc
o umiejętnościach Echo będę
zaznaczał, z których funkcji nie
mogłem skorzystać w Polsce,
a które fajnie działały.
Konfiguracja
R: Alexa, calculate eight inches into
centimeters. (Alexo, przelicz osiem
cali na centymetry.)
E: 8 inches is 20.32 centimeters.
(8 cali to 20.32 centymetra.)
Echo należy ustawić nie bliżej
niż 20 cm od ściany. Im bardziej
centralnie stoi, tym lepiej. U mnie
stało nieoptymalnie, bo na regale,
jednak działało nieźle. Aby korzy-
stać z Echo musimy je skonfigurować, tj. podłączyć do Wi-Fi, które
jest niezbędne do pracy urządzenia i powiązać z naszym kontem
Amazon. Nowe urządzenie, po podłączeniu do prądu, automatycznie
wejdzie w tryb konfiguracji. Echo
wcześniej używane przez innego
użytkownika, musimy zresetować, wkładając spinacz w otwór
w podstawie urządzenia. O tym,
że urządzenie się resetuje, informują nas wyłącznie diody, zatem
robiąc to bezwzrokowo, nie mamy
pewności, że proces przebiega
prawidłowo. Resetowanie trwa
kilka minut, więc trzeba uzbroić
się w cierpliwość. Gdy Echo się
uruchomi, zostaniemy powiadomieni o konieczności konfiguracji.
Do konfiguracji i ręcznej komunikacji z urządzeniem służy specjalna webowa aplikacja o nazwie
„Amazon Alexa”. Jest też program
na smartfony (wszystkie popularne
systemy operacyjne) o nazwie
„Alexa app”, ale niestety nie da się
go pobrać z Polski. Szkoda, bo apka
na smartfona wydaje się o wiele
bardziej funkcjonalna. Podczas
konfiguracji aplikacja prowadzi
nas krok po kroku. Proces nie jest
skomplikowany. Najpierw Echo
tworzy własną sieć. Zobaczymy ją
na naszym komputerze jako nowe,
dostępne WiFi. Po połączeniu się
z nową siecią w aplikacji webowej
wskazujemy naszą sieć domową
jako tę, z którą ma się łączyć Echo.
To już wszystko. Echo zostało skonfigurowane. Do pracy.
Profil
R: Alexa, who am I? (Alexo, kim
jestem?)
E: This device has only one
profile: Rafal’s. (To urządzenie ma
tylko jeden profil, profil Rafała.)
Echo, podobnie jak inni
asystenci jest powiązane
z konkretnym użytkownikiem,
a raczej z konkretnym kontem
użytkownika Amazon. W Echo
można jednak dodawać nowe
profile i przełączać się między
45
nimi. Ta możliwość przydaje
się, gdy każdy z domowników
ma oddzielne konto i chce mieć
odrębną listę rzeczy do zrobienia,
listę planowanych zakupów czy
wpis w kalendarzu. Odrębny profil
przydaje się też, jeżeli chcemy
mieć dostęp do naszych książek
i muzyki. Profile są z pewnością
wygodne, a czasem niezbędne,
ale sam z nich nie korzystałem.
Niezależnie od ilości skonfigurowanych profili, Echo i tak słucha
wszystkich osób przebywających w pokoju, więc korzysta się
z niego zbiorowo. Urządzenie
nie rozróżnia głosów i nikogo nie
dyskryminuje. Warunek jest jeden
– nasz angielski musi być w miarę
zrozumiały. Echo nieźle radzi sobie
z różnymi akcentami, jednak nie
działa to tak dobrze jak u Google.
Przypuszczam, że znaczenie ma
też to, że w przypadku asystenta
Google mówić trzeba bezpośrednio do mikrofonu, więc ryzyko
zniekształceń jest mniejsze.
W przypadku Echo przestrzenie
są duże.
Amazon Prime
R: Alexa, play radio from TuneIn.
(Alexo, włącz radio z serwisu
TuneIn.)
E: Getting the last TuneIn
station you listened to. PR3 Trojka.
(Włączam ostatnią stację, której
słuchałeś na TuneIn, PR3 Trójka.)
Aby Echo było przydatne,
trzeba mieć wykupiony abonament Amazon Prime na www.
amazon.com. Abonament nie
jest niezbędny do działania Echo,
ale bez niego nie mamy dostępu
do wielu istotnych usług. Niestety
Amazon nie podaje listy funkcji
dostępnych wyłącznie w Amazon
Prime, więc o tym, że musimy
mieć członkostwo Prime, dowiemy
się, gdy zechcemy skorzystać
z jakiejś usługi. W moim przypadku było to Spotify. Na stronach Amazonu przeczytałem,
że Echo wspiera Spotify Premium.
Jednym z pierwszych poleceń,
jakie wydałem Alexie było zatem
„Play Steve Grossman from Spotify”. Dowiedziałem się wtedy,
że muszę aktywować Spotify
w aplikacji webowej i że muszę
mieć członkostwo Amazon Prime.
(Co ciekawe inny użytkownik Echo
powiedział mi, że on korzysta
ze Spotify Premium bez Amazon
Prime i wszystko gra. Niestety
nie miałem już wtedy Echo,
by porównać doświadczenia.)
Na ogólne polecenie „Play Steve
Grossman” usłyszałem, zgodnie
z przewidywaniami, że aby słuchać muzyki dostępnej w Prime
Music, muszę mieć członkostwo
Prime. Ponieważ słuchanie muzyki
i radia to jedna z fajniejszych
możliwości Echo, czym prędzej
aktywowałem 30-dniowe próbne
członkostwo. Samo Prime to abonament mocno promowany przez
Amazon. Członkowie Prime mogą
korzystać z bezpłatnych i tańszych dostaw zakupów, bezpłatnie wypożyczać książki Kindle,
słuchać powiązanych z nimi
audiobooków, słuchać muzyki
z Prime Music (około miliona
piosenek), oglądać wybrane video
i robić jeszcze wiele innych rzeczy.
Koszt tego wszystkiego to 99
dolarów rocznie. Niestety, jako
mieszkaniec Polski nie miałem
dostępu do wielu z tych usług. Nie
widziałem np. na swoim Kindle
możliwości wypożyczania książek i pobierania audiobooków
powiązanych z moimi książkami.
To co na pewno działa, to Prime
Music. Samo kupno Echo w sklepie Amazon nie jest możliwe bez
członkostwa Prime, więc może
to jest powodem braku jasnej
informacji o usługach dostępnych
bez członkostwa.
Muzyka
R: Alexa, play jazz.
E: All jazz on Prime music.
[Rozlega się muzyka.]
R: Alexa, who is playing? (Alexo,
czyj utwór grasz teraz?)
E: This is the Ruby And The
Pearl Branford Marsalis Quartet.
(To jest Ruby And The Pearl Branford Marsalis Quartet.)
R: Alexa, you have a good taste.
(Alexo, masz dobry gust.)
E: Thanks, you too. (Dzięki, ty też.)
Jeżeli mamy dostęp do Prime
Music, wystarczy podać Alexie
gatunek muzyki, której chcemy
posłuchać, a urządzenie zacznie
grać losowo wybrane utwory
W ustawieniach "Flash Briefing" możemy dodawać różne serwisy informacyjne, które mają być odtwarzane. Ich lista robi wrażenie: BBC News,
Wall Street Journal, The Economist, Bloomberg, CNN, Discovery, MPR
i kilka innych
NR 2 (31) 2016
46
oth. Echo Dot jest mniejsze i ma
wbudowany mały głośniczek. Głośniki w klasycznym Echo są całkiem mocne. Nie chcąc hałasować
sąsiadom, nawet nie dochodziłem
do końca skali.
Rozpoznawanie nazw
Echo czyta anglojęzyczne książki Kindle i odtwarza audiobooki
ze sklepu Audible
z danego gatunku. Lista rodzajów
muzyki jest dość ogólna. Mnie
szczególnie brakowało podkategorii w dziale „classical”. Można
też podawać Alexie wykonawców
lub tytuły piosenek. Jeżeli jakiejś
piosenki nie ma w Prime Music,
usłyszymy próbkę. Oznacza to,
że możemy ją kupić (również
z wykorzystaniem komend głosowych). W tym celu trzeba aktywować stosowną funkcję na koncie Amazon. Nie kupowałem
muzyki, więc nie opiszę, czy i jak
działa to z Polski. Samo Prime
Music działa fajnie, jednak ilość
dostępnych utworów jest nieporównywalna ze Spotify. Oczywiście, słuchając muzyki, możemy
przechodzić do poprzedniego
i następnego utworu. Wystarczy
powiedzieć „Alexa, previous”
lub „Alexa, next”. Odtwarzanie
muzyki i radia to, moim zdaniem,
jedna z najfajniejszych funkcji Echo. Wybieranie głosowe
rodzaju muzyki czy stacji jest tak
wygodne, że żaden pilot nie może
się z tym równać. Szczególnie
przyjemna była łatwość ściszania
i zgłaśniania z dowolnego miejsca
w pokoju. Jakość samego dźwięku
jest przeciętna. Dla mnie wystarczająca, ale audiofila z pewnością
nie zadowoli. Do Echo można
podłączyć głośniki BlueTooth.
Notabene, jedna z nowych wersji
Echo, Echo Dot została zaprojektowana do słuchania niemal
wyłącznie na głośnikach BlueTo-
R: Alexa, play Jacek Kaczmarski
from Spotify.
E: Sorry, please try again.
R: Alexa, play Jacek Kaczmarski
on Spotify. (Alexo, chcę posłuchać
Jacka Kaczmarskiego ze Spotify.)
E: I can’t find you’re nasty
on Spotify. (Nie mogę znaleźć
„jesteś złośliwy” na Spotify.
Przyp. red.: Proszę zwrócić uwagę
na podobieństwo akustyczne fraz
“Kaczmarski” I “you’re nasty”)
Obce nazwy własne to słabość Echo. Jeżeli wykonawca
zyskał światową sławę, system
rozpozna jego nazwisko, jednak to rozpoznawanie jest dość
wybiórcze. Mogłem odnaleźć
głosowo Jacquesa Brela, Chopina,
Beethovena, ale już nie Walthera
von der Vogelweide. Gdy chcemy
posłuchać twórcy spoza anglojęzycznego kręgu kulturowego,
najczęściej kończy się to tak jak
w przypadku Kaczmarskiego. Alexa
albo rozumie coś innego, albo
powie „Sorry, I didn’t catch that”.
W przypadku Spotify najlepiej
tworzyć sobie playlisty o anglojęzycznych nazwach, które Alexa
bez problemu rozpozna. Jeżeli
chodzi o Prime Music, to aplikacja webowa umożliwia ręczne
wyszukiwanie artystów i utworów. W samej aplikacji mamy też
do dyspozycji prosty odtwarzacz.
Niestety wszystkie przyciski tego
odtwarzacza są niepodpisane. Kończąc temat muzyki warto dodać,
że w amazonową chmurę można
też wrzucać własną muzykę. Bez
abonamentu Prime można załadować 250 utworów. Echo potrafi
je wyszukiwać. Niestety sama
aplikacja do przenoszenia muzyki
z PC do chmury jest kompletnie
niedostępna dla screenreaderów.
47
Natomiast aplikacja webowa
do komunikacji z Echo jest generalnie dostępna. Wyjątkiem są niepodpisane przyciski w odtwarzaczu audio, o którym pisałem
wyżej. Użyłem słowa „generalnie”,
bo dla niewidomego użytkownika
interfejs aplikacji jest nieintuicyjny
i bardzo niewygodny. Aby przejść
do opcji dostępnych w otwartej
sekcji, trzeba nawigować przez
całą stronę od góry. Gdy otworzymy kolejną sekcję, znów trzeba
nawigować i tak w kółko. Łatwo
się pogubić. Użytkownikom JAWS,
chcącym aktywować obiekt anonsowany jako „link”, radzę przed
naciśnięciem Entera, użyć najpierw
skrót Caps+3 przepuszczający
następny klawisz do aktywnej
aplikacji. Jeżeli tego nie zrobimy,
są spore szanse, że obiekt nie
zostanie aktywowany. W NVDA
tego problemu nie ma.
Lokalizacja
R: Alexa, what time is it?
E: The time is 7:49.
R: Alexa, what time is in Poland?
E: The time in Poland is 4:48 p.m.
Echo rozpoznaje naszą lokalizację po adresie i kodzie pocztowym.
Domyślnym kodem pocztowym
jest Seattle. Adres można, a wręcz
należy zmienić, ale system przyjmuje wyłącznie adresy w Stanach
Zjednoczonych. Nie byłby to duży
problem (bez informacji dla kierowców można się obejść), gdyby
nie fakt, że od kodu pocztowego
uzależnione jest rozpoznawanie naszej strefy czasowej. Jest
to największe i najbardziej niezrozumiałe ograniczenie systemowe
Echo. Zegara i daty nie da się tak
po prostu przestawić. Pytając
o godzinę, trzeba dodawać „in
Poland”. Pytając o pogodę, trzeba
dodawać nazwę miejscowości.
Słowo „Gdańsk” Echo rozpoznaje
nieźle, ale prognozy dla Pruszcza
Gdańskiego nigdy nie udało mi się
poznać. Jedną z niedawno dodanych funkcji jest obsługa kalendarza Google. Fajna rzecz, tylko
że znowu problemem jest data
i czas. Niektórzy użytkownicy Echo
obchodzą to ograniczenie w ten
sposób, że wpisują kod miasta
w USA, którego strefa czasowa jest
przesunięta o dwanaście godzin
względem ich lokalizacji. To rozwiązanie działa, dopóki data nie
odgrywa roli.
Umiejętności
R: Alexa, please, introduce yourself. (Alexo, przedstaw się proszę.)
E: Hmm. I can’t find the answer
to the question I heard. (Nie umiem
odpowiedzieć na pytanie, które
usłyszałam.)
R: Alexa, introduce yourself. (Alexo,
przedstaw się.)
E: I’m Alexa and I’m designed
around your voice. You can ask me
to play music, answer questions,
get the weather and sports scores,
create to do lists and much more.
(Jestem Alexa. Zaprojektowano
mnie z myślą o komunikacji głosowej. Możesz poprosić mnie, bym
odtwarzała muzykę, odpowiadała
na pytania, podawała ci informacje
Pewien programista z Kalifornii za pomocą Echo wyprowadził z garażu swój samochód Tesla Model S. Na filmie
otwiera się garaż i samochód sam go opuszcza. Kalifornijczyk wykorzystał funkcję przywoływania samochodu,
która jest dostępna w Modelu S
NR 2 (31) 2016
48
Głosowy interfejs powoduje, że do Echo zaczynamy się zwracać, jak do inteligentnego, mówiącego zwierzęcia
sportowe czy informacje o pogodzie, notowała rzeczy do zrobienia
i wiele więcej.)
Echo potrafi wiele, a lista
umiejętności ciągle rośnie. Umiejętności Echo można podzielić
na dwie grupy. Pierwsza to funkcje przygotowane lub zaimplementowane przez Amazon. Należy
do nich opisane już wyżej odtwarzanie muzyki. A także: integracja
ze Spotify, Pandorą, iHeartRadio oraz TuneIn, tworzenie list
rzeczy do zrobienia i do kupienia, budziki, timery, informacje
o ruchu drogowym, prognoza
pogody, wiadomości, opowiadanie
dowcipów, odpowiadanie na pytania i oczywiście robienie zakupów
w sklepie Amazon. Oprócz tego
Echo potrafi czytać książki Kindle
i odtwarzać audiobooki.
Listy rzeczy i zakupów
R: Alexa, add writing an article
to my to do list. (Alexo, dodaj
do listy rzeczy do zrobienia pisanie
artykułu.)
E: Writing an article added
to your to do list. (Pisanie artykułu dodano do listy rzeczy
do zrobienia.)
Szybkie notowanie rzeczy
do zrobienia lub do kupienia
to super sprawa, ale niestety
funkcja ta nie jest przydatna poza
USA. Mieszkaniec Stanów Zjednoczonych może w domu głosowo
dodawać kolejne punkty do jednej
z dwóch list. Alexa tworzy wersję
tekstową, widoczną w aplikacji
komunikującej się z Echo. W USA
dostępna jest aplikacja na smartfona, więc listy mamy zawsze pod
ręką. W Polsce do dyspozycji jest
tylko wersja webowa, no chyba,
że zdecydujemy się na aplikację
z nieoficjalnego źródła, dostępną
na Androida. Innym minusem
dodawania do list jest to, że dzieje
się to automatycznie. Jeżeli Echo
źle rozpoznało naszą wypowiedź,
na liście może znaleźć się coś
absurdalnego, jak np. „buying
a twenty cat”. (kupić 20 kot –
podobnie brzmi angielskie słowo
„cups”, powinno więc być np. „20
filiżanek” przyp. red.).
Książki
Echo czyta anglojęzyczne książki
Kindle i odtwarza audiobooki
ze sklepu Audible. Książki Kindle są czytane za pomocą TTS.
Głos brzmi jak Alexa, ale, gdy
się wsłuchać, wyraźniej słychać,
że to synteza. Jak wspominałem
w artykule poświęconym czytnikowi Kindle, zaletą książek
cyfrowych zakupionych w Amazonie jest synchronizacja danych
między rozmaitymi urządzeniami.
Będąc poza domem, możemy
czytać książkę na komórce lub
czytniku, a po powrocie poprosić
Echo o głośne czytanie. Alexa
zacznie czytać w miejscu, w którym skończyliśmy lekturę.
Wiadomości
R: Alexa, tell news. (Alexo, przeczytaj wiadomości.)
E: Here’s your flash briefing.
(Oto twój serwis informacyjny.)
49
Podawanie wiadomości robi
wrażenie, ale nie za pierwszym
razem. Domyślnie Echo czyta
główne wiadomości z różnych
kategorii. Nic specjalnego. Ale jeżeli
poświęcimy chwilę na konfigurację,
słuchanie wiadomości zrobi się
bardzo atrakcyjne. W ustawieniach
„Flash Briefing” możemy dodawać
różne serwisy informacyjne, które
mają być odtwarzane. Ich lista robi
wrażenie: BBC News, Wall Street
Journal, The Economist, Bloomberg,
CNN, Discovery, MPR i kilka innych,
wliczając własny serwis Echo.
Większość tych serwisów to wersje
audio czytane przez lektorów lub
podawane przez dziennikarzy, więc
słuchanie wiadomości to prawdziwa przyjemność. Wśród tych
wszystkich energicznych spikerów,
wywiadów, dżingli, top news podawane przez Alexę wypadają dość
blado, tym bardziej brawo dla Amazonu za tę usługę. Tych codziennych briefingów z różnych serwisów, zebranych w jednym miejscu
będzie mi bardzo brakowało.
Inteligentny dom
Oddzielną sekcją w aplikacji
webowej jest „Smart Home”,
czyli inteligentny dom. Nie mając
specjalnie inteligentnych urządzeń
w domu, nie mogłem sprawdzić,
jak to działa, ale z doniesień pra-
sowych wiem, że Amazon kładzie
duży nacisk na współpracę Echo
z różnymi urządzeniami. Głosem
można np. włączać i wyłączać
światło, regulować ogrzewanie.
Właściwie wszystko, co zostanie odpowiednio zaprogramowane, może być sterowane za
pośrednictwem Echo. Ostatnio
zainteresowanie w sieci wzbudził film, pokazujący, jak pewien
programista z Kalifornii za pomocą
Echo wyprowadził z garażu swój
samochód Tesla Model S. Na filmie
otwiera się garaż i samochód sam
go opuszcza. Kalifornijczyk wykorzystał funkcję przywoływania
samochodu, która jest dostępna
Echo można pytać o różne rzeczy, np. o postaci historyczne, dane (np. odległość Ziemi od Księżyca), miary,
kursy walut, kaloryczność potraw, itp
NR 2 (31) 2016
50
w Modelu S. Wiele wskazuje na to,
że przyszłość to właśnie takie
komunikowanie się urządzeń między sobą i coraz większa niezależność automatyki. Człowiek będzie
tylko wydawał polecenia.
Inne umiejętności
R: Alexa, ask Westeros if Catelyn Stark is dead. (Alexo, zapytaj
Westeros czy Catelyn Stark nie
żyje.)
E: Catelyn Stark is confirmed
dead. In 299 AC, at the Twins.
Please say another character. (Tak.
Catelyn Stark nie żyje. Zginęła
w Bliźniakach w roku 299. Powiedz
imię innej postaci).
R: Arya Stark.
E: Arya Stark is not confirmed
dead yet, but could die at any time.
Please say another character. (Arya
Stark jeszcze żyje, ale w każdej
chwili może umrzeć. Powiedz proszę imię innej postaci).
Aplikację na Echo może napisać każdy, nawet średniozaawansowany programista. Amazon
dostarcza odpowiednią bazę
wiedzy i narzędzia. Takie aplikacje są dostępne w sekcji „Skills”
(umiejętności) i jest ich w tej
chwili ponad sześćset. Podobnie
jak to jest w przypadku aplikacji
dostępnych w sklepach Google lub
Apple, przydatność tych programów jest różna, a tematyka zależy
od wyobraźni twórców. Można
zamówić Ubera, pizzę (oczywiście
wszystko w USA), poznać kurs
akcji, rozwiązywać zagadki, grać
w gry towarzysko-alkoholowe lub,
jak w powyższym przykładzie,
dowiedzieć się, kto z bohaterów
„Walki o tron” zakończył życie.
Aby korzystać z takiej dodatkowej
funkcji, trzeba ją najpierw włączyć.
Potem już tylko werbalnie odsyłamy Alexę do danej umiejętności
za pomocą słowa „ask” i nazwy
umiejętności.
Konwersowanie
R: Alexa, how are you doing?
E: I’m fine, thanks.
Z Alexą konwersuje się bardzo
przyjemnie. Projektanci modułów
komunikacyjnych robią „dobrą
robotę”. Styl wypowiedzi jest
równy, a reakcja Alexy na standardowe pytania i frazy jest zmienna.
Na pytanie „How are you?”
możemy usłyszeć: „I’m good.”,”I’m
fine”, „I’m great” itp. I na koniec
Alexa jeszcze podziękuje lub nie.
Dociekliwy czytelnik zapewne
spyta, po co pytać maszynę o to,
jak się czuje? Moduł konwersacyjny
jest tak dobry, że dość szybko traci
się poczucie komunikacji z programem komputerowym. Głosowy
interfejs sprawia, że do Echo
zaczynamy się zwracać, jak do inteligentnego, mówiącego zwierzęcia. Mówi się naturalnie, pełnymi
zdaniami. W praktyce nie ma
czegoś takiego, jak polecenia, które
trzeba zapamiętać. Jeżeli urządzenie nas nie zrozumie, pytanie
można zadać w trochę inny sposób
i zwykle dostaje się odpowiedź,
jeśli tylko Echo ma do niej dostęp.
Zauważyłem, że dodanie słowa
„please” na początku zdania może
zaburzać rozumienie, więc na razie
wobec Alexy nie można być zbyt
grzecznym.
Pytania i odpowiedzi
Echo można pytać o różne rzeczy, np. o postaci historyczne, dane
(np. odległość Ziemi od Księżyca),
miary, kursy walut, kaloryczność
potraw, itp. Baza wiedzy jest coraz
większa. Nie korzystałem z tej
funkcji często, ale kilka razy informacje od Alexy były przydatne,
np. gdy chciałem ustalić, w którym
roku umarł Vivaldi. Oczywiście,
zawsze można skorzystać z Internetu, ale skoro można zapytać bez
odrywania się od tego, co aktualnie się robi… Echo wie nawet coś
o Polsce.
R: Alexa, who is the president of
Poland?
E: Poland’s president is Andrzej
Duda.
R: Alexa, who is the prime minister
of Poland?
E: Poland’s prime minister is
Algirdas Butkevičius.
No cóż, każdemu może się
pomylić… Poza takimi wyjątkami
(przypuszczam, że błąd będzie
szybko poprawiony), informacje
podawane przez Echo są zwykle prawdziwe. Google Now wie
więcej, ale z kolei plusem Echo jest
wygoda użycia.
Prywatność
R: Alexa, can you hear me? (Alekso,
czy mnie słyszysz?)
E: Yes, I can hear you. (Tak,
słyszę Cię.)
Podobnie jak w przypadku
innych urządzeń komunikujących
się z chmurą, które aktywuje się
słowem wybudzającym, pojawia
się pytanie, na ile Echo narusza
naszą prywatność i na ile jest
bezpieczne. Amazon zapewnia,
że Echo nagrywa wyłącznie wtedy,
gdy usłyszy słowo „Alexa”. To nie
rozwiązuje zupełnie problemu,
bo wraz z tym, co mówimy do Echo,
nagrywane jest wszystko, co dzieje
się w tle, a to przecież mogą być
rzeczy, których nie chcielibyśmy
przekazywać do chmury. Echo ma
co najmniej dwa zabezpieczenia.
Jeżeli nie chcemy, by Echo słuchało, możemy wyłączyć mikrofon.
Przyda się to, gdy np. mamy gościa
o imieniu „Alexa” lub gdy Alexa
jest tematem rozmowy. Przez kilka
tygodni, gdy testowałem Echo ani
razu nie zdarzyło się, by urządzenie wybudziło się na inne słowo
podobne w brzmieniu do „Alexa”.
Ale oczywiście wybudza się, gdy
„Alexa” pojawia się w rozmowie lub
w słuchanym nagraniu. W każdym
razie, jeżeli chcemy, by urządzenie
nie słuchało, możemy je wyłączyć.
Drugie zabezpieczenie jest post
factum. W aplikacji webowej mamy
dostęp do wszystkich nagrań, które
zrobiło Echo. Możemy zobaczyć, jak
Echo nas zrozumiało i co odpowiedziało. Możemy wysłać feedback
deweloperom, informując, czy
reakcja Echo była zgodna z naszymi
oczekiwaniami. Możemy też usunąć
51
nagranie, jeżeli nie chcemy, by
programiści mieli do niego dostęp.
Wszystkie cytaty z konwersacji
z Alexą podane w tym artykule
pochodzą właśnie z tej sekcji.
Dodałem tylko interpunkcję i słowo
„Alexa”, rozpoczynające moje
wypowiedzi.
Czy chciałbym mieć Echo?
fot. Iggy Dolphin, filipe ferreira, Amazon
Przez kilka tygodni bardzo przyzwyczaiłem się do Echo. Urządzenie
kosztuje 175 dolarów. Uważam,
że to dobra cena, nawet przy ograni-
czonej funkcjonalności tego urządzenia poza USA. Już sama głosowa
obsługa radia i muzyki jest w moim
odczuciu warta tej ceny. Jednak
by Echo było funkcjonalne, trzeba
mieć jeszcze członkostwo Prime.
To kolejne 99 dolarów. Prime byłoby
fajne, gdyby funkcjonowało w Polsce. Łączna cena jest zatem wysoka
w stosunku do tego, co dostajemy
i czego nie dostajemy. Trzeba chyba
poczekać, aż pojawią się europejskie wersje Echo. Amazon nic
o tym nie mówi, ale Echo jest takim
przebojem, że prędzej lub później
z pewnością trafi do Europy, tak jak
stało się to z Kindle. Może warunki
korzystania z Echo w Europie będą
bardziej przyjazne.
Na koniec zapytajmy Echo
o sprawy ostateczne.
R: Alexa, what’s the answer to the
ultimate question of life, the universe and everything else? (Alekso,
jaka jest odpowiedź na pytanie
o ostateczny sens życia, wszechświata i w ogóle wszystkiego?)
E: Forty two. (Czterdzieści dwa).
Podobnie jak w przypadku innych urządzeń komunikujących się z chmurą, które aktywuje się słowem wybudzającym, pojawia się pytanie, na ile Echo narusza naszą prywatność i na ile jest bezpieczne
NR 2 (31) 2016
Zobacz nas
w Internecie
www.tyfloswiat.pl
W portalu:
• informacje o producentach i dystrybutorach,
• testy i opinie o produktach,
• informacje prawne,
• baza szkoleń dostosowanych do potrzeb osób z dysfunkcją wzroku,
• wydarzenia, konferencje, imprezy
... i wiele wiele innych informacji!
Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.