PDF na ćwiczenia

Komentarze

Transkrypt

PDF na ćwiczenia
a4101.qxd
2008-10-04
16:59
Page 1
Nadciąga kryzys finansowy
Jak zabezpieczyć swój majątek
– czytaj str. 12-13
TYGODNIK
www.angora.com.pl
ISSN 0867 8162 Nr indeksu 378739 K 45850
wap.angora.com.pl
PRZEGLĄD
PRASY
KRAJOWEJ
I ŚWIATOWEJ
Nakład: 457 611 egz.
WARSZAWA-CHICAGO-DORTMUND-TORONTO-NOWY JORK
Nr 41 (956)
Rok XIX 12 października 2008 r.
Cena 3,50 zł (w tym 7 % VAT)
Wojciech Jaruzelski
przed sądem
Fot. A. Chełstowski/Forum
USA – 3,00 USD; CANADA – 2,80 CAD; EUROPA – 1,50 EUR
– czytaj str. 16-17
a41x2 rekl renault.qxd
R E K L A M A
2008-10-04
11:15
Page 2
a41x2 rekl renault.qxd
2008-10-04
11:16
Page 3
R E K L A M A
a4104.qxd
2008-10-04
17:45
Page 2
4
KTO CZYTA, NIE BŁĄDZI
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
72
12
Jak uchronić swoje oszczędności.
13 Banki boją się pożyczać
(Rzeczpospolita)
Wysokie zarobki to za mało, by dostać
kredyt.
14 Tusk miał się ślizgać, a został
twardzielem (Polska. The Times)
Jadwiga Staniszkis ocenia polską scenę
polityczną.
16 Polityczny testament generała
Jaruzelskiego
Fragmenty wystąpienia sądowego.
18 Wałęsa i bzikowata
interpretacja historii
Laudacja Normana Daviesa na cześć
przewodniczącego „Solidarności”.
19 Za drogi koncert ku czci
(Rzeczpospolita)
Dlaczego TVP nie pokazała koncertu
dla Wałęsy.
SPOŁECZEŃSTWO
20 W obronie Polski i Europy
Fragmenty książki Józefa
Szaniawskiego „Marszałek Piłsudski”.
22 Prawi i honorowi (za 300 zł)
(Przegląd)
Liderzy PiS pisali ewidentne kłamstwa,
byle tylko dostać poselską dietę.
FELIETONY
Janusz Korwin-Mikke, Sobczak&Szpak .10
Henryk Martenka . . . . . . . . . . . . . . . .11
A TO POLSKA WŁAŚNIE . . . . . . .28-29
POLSKI PACJENT . . . . . . . . . . . . . . .36
PRAWNIK RADZI . . . . . . . . . . . . . . . .37
DOWCIPY . . . . . . . . . . . . . . . . . . .38, 47
ANGORKA – TYGODNIK DLA DZIECI .39-46
SPODPRASY . . . . . . . . . . . . . . . . . . .47
RECENZJE FILMOWE . . . . . . . . . . . .54
WITRYNA . . . . . . . . . . . . . . . . . . .60, 61
WIERSZÓWKA . . . . . . . . . . . . . . . . . .62
HOROSKOP . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .62
OBCY JĘZYK POLSKI . . . . . . . . . . . .63
POCZET NAZWISK POLSKICH . . . . .63
LISTY OD CZYTELNIKÓW . . . . . .64, 65
KRZYŻÓWKI . . . . . . . . . . . . . .66, 67, 68
KRONIKA TOWARZYSKA . . . . . . . . .83
24 Polak porwany w Pakistanie
(Polska – Gazeta Krakowska)
25 Niechciani Irakijczycy
(Gazeta Wyborcza)
Co zrobić ze współpracownikami naszej
armii w Iraku?
26 Podniebni szeryfowie
(Polska Zbrojna)
Sky marshale czuwają nad naszym
bezpieczeństwem w samolotach.
30 Rozdwojenie Haliny
(Gazeta Wyborcza)
Ciężki los córki gwałconej przez ojca.
POZA PRAWEM
32 Szukamy ciągu dalszego
– granice błędu (Angora)
Postrzelone przez policjantów
małżeństwo od ośmiu lat nie może
doczekać się sprawiedliwości.
34 Funkcjonariusz na gazie (Angora)
Afera gruntowa (3).
OBYCZAJE
48 Gwiazdy uciekły na molo
„Angora” na salonach warszawki.
49 Pierwszy siwy włos Marty
Mirskiej (Angora)
58 Od Paderewskiego
do Franka Sinatry
Fragmenty książki Henryka Martenki
„Wielki akord” (20).
60 Książki i Nagroda Nobla (Angora)
Dzieła noblistów nie znajdują dziś
czytelników.
ŚWIAT – WYDARZENIA
69 Marionetka z duszą?
(La Repubblica)
Joaquin Navarro-Valls o Janie Pawle II
i Wojciechu Jaruzelskim.
72 Odszedł tak, jak żył... (Herald Sun)
Cały świat składa hołd Paulowi
Newmanowi.
ŚWIAT – OBYCZAJE
73 Jak nasiąka skorupka
(Polish Express)
Dzieci polskich emigrantów zapominają,
jak mówi się po polsku.
74 Jak bezpiecznie latać
(Berliner Morgenpost)
Stare samoloty przyczyną wszystkich
tegorocznych katastrof.
75 Windą do nieba... (The Times)
Nowe wyzwanie japońskiej nauki.
76 Sekrety długiego życia
(The Times)
Żeby długo żyć, trzeba utrzymywać
odpowiednią wagę.
77 Szybkie numerki (The Sun)
Czterosekundowa scena miłosna jest
możliwa do zrealizowania tylko na filmie.
ŚWIAT – TURYSTYKA
78 Noc nad rzeką Kwai (Peryskop)
... pozwoli poznać uroki tajlandzkiej
dżungli.
ŚWIAT – ROZMAITOŚCI
80 Proszę wstać! Nauka idzie!
(Peryskop)
Nie zawsze „szkiełko i oko” radzą sobie
z naszymi codziennymi problemami.
82 Seksparty dla pani domu (SMH)
Wibratory nowej generacji mają kształt
jajek, owali, nabojów i małych
katamaranów.
83 Kant przy małej czarnej
(Peryskop)
Korespondencja własna Leszka
Turkiewicza z Paryża.
Na dobry początek
Jak powstają przeboje(13).
50 Nie głaskać! Ja tu pracuję!
(Nowa Trybuna Opolska)
Historia psa Arusia, przewodnika
niewidomej.
52 Dopłata za całowanie
(Zwierciadło)
Dziewczyny do towarzystwa chcą zarobić
na dostatnie życie.
Fot. P. Deska/Ag. Gazeta. Oprac.: Paweł Wakuła
AKTUALNOŚCI
12 Kryzys bankowy bliżej Polski
(Gazeta Wyborcza)
KULTURA
54 Śpiewająca mrówa
(Rzeczpospolita)
Rozmowa z Michałem Foggiem,
prawnukiem słynnego śpiewaka.
56 Salonowe burze Bohdana
Gadomskiego (Angora)
Piosenka daje mi poczucie
bezpieczeństwa, wyznaje Katarzyna
Groniec.
Fot. Fotolink, Reuters/Forum
a4105.qxd
2008-10-04
13:12
Page 1
R E K L A M A
a4006-07.qxd
2008-10-04
14:17
Page 2
6
PRASOWE ZDJĘCIA TYGODNIA
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
ŻEBY TYLKO CHLEBA I SŁONINY NIE ZABRAKŁO. Białoruska ordynacja wyborcza przewiduje, że starsi ludzie mogą głosować
w swoich domach.
Fot. AFP/East News (Rzeczpospolita nr 232)
PAMIĄTKA Z DAWNYCH LAT. Znak drogowy wrośnięty
w drzewo.
Fot. PAP/Krzysztof Świderski
TYGODNIK ANGORA działa na podstawie przepisów art. 25, 26,
29 (zamieszczając także wypisy dla celów dydaktycznych) 33 i 49
ust. 2 ustawy o prawie autorskim i „prawach pokrewnych z dn. 4 lutego 1994 r. (DzU z dn. 23 lutego 1994 r. nr 24, poz. 83) oraz przyjętych zwyczajów edytorskich. Szczegóły wyjaśniamy w rozesłanym
do redakcji i udostępnianym na żądanie liście intencyjnym. Sprostowania i odpowiedzi drukujemy jedynie po opublikowaniu w pismach, skąd dokonaliśmy przedruku. Redakcja nie zwraca nie zamówionych materiałów. Zastrzega sobie prawo do skrótów i opracowań tekstów. Tygodnik ANGORA płaci autorom za przedruki.
STRATEGICZNE FRAGMENTY POD OCHRONĄ. Wakacyjny obrazek
z Majorki.
Fot. DPA/Forum
Tygodnik ANGORA nie odpowiada za treść ogłoszeń i reklam.
DYREKTOR WYDAWNICTWA – Jerzy Wyrozumski
REDAKTOR WYDAWCA – Anna Kuliś
REDAKTOR NACZELNY – Paweł Woldan
SEKRETARZ REDAKCJI – Janusz Glanc-Szymański
KIEROWNIK REDAKCJI – Henryk Krupiński
SEKRETARIAT – Elżbieta Białkowska, Elżbieta Walecka
FOTOSKŁAD – Zbigniew Galant (kierownik), Małgorzata
Kruczkowska, Grzegorz Ożga, KOREKTA – Alojza Tomaszek, Agnieszka Freus-Garbala, AGENCJA RYSOWNIKÓW – ANGORA – Jolanta Piekart-Barcz (kierownik), Sławomir Kiełbus, Marek Klukiewicz, Piotr Rajczyk, Paweł Wakuła, Tomasz Wilczkiewicz, REKLAMA – Robert Kuliś,
Bogdan Wojdyła, PROMOCJA – Andrzej Wójtowicz, DZIAŁ
SPRZEDAŻY – Mariusz Witkowski, Krzysztof Kosiński,
Adam Piotrowski, Bogdan Witkowski, ZESPÓŁ – Andrzej
Berestowski, Jacek Binkowski, Mirosława Gabrysiak, Bohdan Gadomski, Tomasz Gawiński, Henryk Głowacki, Katarzyna Gorzkiewicz, Danuta Kotkowska, Adam Lewaszkiewicz, Bogda Madej, Bohdan C. Melka, Zbigniew Natkański,
Katarzyna Pastuszko, DZIAŁ ŁĄCZNOŚCI Z CZYTELNIKAMI – Marek Koprowski, Mateusz Koprowski.
Adres redakcji: 90-103 ŁÓDŹ, ul. Piotrkowska 94,
tel.0-42 632-61-79, fax 0-42 632-07-67, nasz adres e-mail: [email protected]; nasza strona www
w internecie: www.angora.com.pl, www.angor-
ka.com.pl; Wydawnictwo Westa-Druk Mirosław Kuliś, 90-103 Łódź, ul. Piotrkowska 94, Druk: Drukarnia Prasowa SA w Łodzi, al. Piłsudskiego 82;
Nakład: 457 611 egz.; Nr indeksu 37-87-39,
ISSN 0867-8162.
Cięgi za numer zbiera: PAWEŁ WOLDAN
At the area of the USA PETER RACZKIEWICZ is an exclusively authorised distributor, 3148 N. Laramie, Chicago Il 60641,
tel. 1-773-2867169.
Herausgeber in Deutschland; Niemcy: Verlag Hübsch
& Matuszczyk KG, Postfach 101723, 44017 Dortmund,
tel. 0231-101948, fax 0231-7213326; www.angora-online.de.
Dział reklamy: 0231/92527276
Prenumerata krajowa: do 5 każdego miesiąca poprzedzającego okres rozpoczęcia prenumeraty w kasach oddziałów Ruchu SA. Prenumerata zagraniczna: infolinia 0-800 1200-29. Wpłaty na prenumeratę
kartami kredytowymi i w Internecie www.ruch.pol.pl. Ceny prenumeraty zagranicznej – priorytet – wysyłanej przez redakcję (kwartalnie): Europa 180 zł (50 euro), USA 220 zł (88 USD), Australia 350 zł (140 USD).
Wpłat należy dokonać na konto: Wydawnictwo Westa-Druk, Bank PEKAO XI O/Łódź 57124030731111000034646955. Bank Swift: PKOPPLPWLDZ. IBAN: PL
Prenumeratę dostarczono do Urzędu Przewozu Poczty w Łodzi 5 października 2008 r. o godz. 800
a4006-07.qxd
2008-10-04
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
14:17
Page 3
PRASOWE ZDJĘCIA TYGODNIA
7
KIEDYŚ PROSIŁ O EUTANAZJĘ, DZISIAJ ŚCIGA SIĘ Z MOTOCYKLAMI. Całkowicie sparaliżowany Janusz Świtaj jedzie
na promocję swojej książki na specjalnie skonstruowanym wózku.
Fot. PAP/Janusz Grygiel
KOREAŃSKIE MORSKIE OKO. Górskie jezioro Baekdu w Korei Północnej.
Fot. PAP/EPA
Opracował: Andrzej Berestowski, [email protected]
a4108.qxd
2008-10-04
14:16
Page 2
8
NA SKRÓTY...
Przeczytane
POLSKA BEZ WĘGLA
Według tygodnika „Wprost”, sytuacja w górnictwie jest wynikiem braku odpowiedniej polityki kolejnych
rządów. Bez nowych inwestycji nie
da się nadrobić wieloletnich opóźnień. Uruchomienie nowej kopalni
zajmuje 10 lat, a otworzenie nowych
szybów co najmniej lat kilka.
Do 2015 roku spółki węglowe będące własnością państwa muszą znaleźć 19,5 miliarda złotych na inwestycje, aby sprostać zapotrzebowaniu na węgiel na krajowym rynku.
Do tego czasu będziemy zmuszeni
go sprowadzać z Czech, Rosji, Ukrainy, RPA, Kolumbii, a nawet Australii
miliony ton węgla, aby w polskich
elektrowniach było czym palić! Według prognoz Ministerstwa Gospodarki, w 2008 r. zakupimy 10 milionów ton czarnego złota, aby zaspokoić potrzeby polskiego sektora
energetycznego. Krajowe wydobycie
w tym roku sięgnie 78 milionów ton
węgla. Jest to dwukrotnie mniej niż
w połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Tak duży import surowca energetycznego spowoduje
wzrost cen ogrzewania, ciepłej wody
i prądu w naszych domach.
DOBRZE PŁATNA ROLA
W rolnictwie też nie dzieje się najlepiej. Budżet państwa musi wygospodarować rocznie 15,8 miliarda
złotych na emerytury z Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego.
O potrzebie reformy KRUS mówi się
od dawna i nikt nie ma odwagi zrobić
porządku w tej dziedzinie z obawy
o utratę społecznego poparcia w wyborach. W Polsce jest blisko 2,5 miliona rolników. Pierwsza najliczniejsza ich część to właściciele działek
przyzagrodowych o powierzchni
od kilku do dziesięciu hektarów.
1,9 miliona tych gospodarstw produkuje na własne potrzeby, bądź sprzedając coś zarabia kilkaset złotych
miesięcznie. Aby utrzymać się
na powierzchni, muszą dorabiać
w miastach lub na wsi, pracując
w handlu lub usługach. Prawdziwi
rolnicy uprawiają 60% gruntów rolnych i osiągają dochody około 1316
złotych miesięcznie. „Newsweek”
uważa, że ci rolnicy winni płacić sobie KRUS tak jak inni przedsiębiorcy.
Pozwoliłoby to zaoszczędzić budżetowi państwa 5 miliardów złotych
rocznie. Niestety, na takie rozwiązanie nie pójdzie ani PSL, ani Platforma Obywatelska. Przygotowali oni
kosmetyczny plan, który obejmie zaledwie 15,5 tysiąca rolników. Na tym
rozwiązaniu budżet państwa zyska
0,022 miliarda złotych. Śmiechu
warte.
ZBIGNIEW NATKAŃSKI
Obejrzane
JEDZENIE JAK NARKOTYK
Wydaje się, że największym zagrożeniem dla ludzi na świecie, poza niedostatkiem wody, jest brak jedzenia. Specjaliści oceniają, że prawie miliard ludzi
nie dojada lub wręcz głoduje, a miliony
umierają na choroby związane z nieprawidłowym odżywianiem. Problem ten
dotyczy głównie krajów Trzeciego
Świata. A ludność krajów rozwiniętych
boryka się w coraz większym stopniu
ze zjawiskiem wręcz odwrotnym – mianowicie z otyłością. Naukowcy mówią
wręcz o epidemii nadwagi, która dotyka
paradoksalnie również około miliarda
ludzi. Liczby są bezwzględne. W Niemczech 20 procent dzieci i nastolatków
waży za dużo. W Irlandii z tego powodu
co roku umiera przedwcześnie 2 tys.
osób. Leczenie otyłych, głównie dzieci
i ludzi młodych, kosztuje tamtejszą
służbę zdrowia 400 milionów euro!
Czesi 5 proc. wszystkich wydatków na
ochronę zdrowia przeznaczają na leczenie rodaków z nadwagą. Proporcjonalnie podobne sumy wydają inne kraje Europy. Wszystko po to, by postawić
na nogi nierzadko ciężko schorowanych ludzi, którzy nie mogą zapanować
nad swoją ulubioną czynnością – jedzeniem. Pasja ta prowadzi ich prostą
drogą do wielu chorób. Potencjalnie
czeka na nich niezły zestaw: cukrzyca,
nadciśnienie, choroby układu ruchu,
zawał serca i mózgu, zwyrodnienie kręgosłupa i stawów, kamica żółciowa,wylew lub zator, a wreszcie zwiększone
zagrożenie nowotworami. Ale zamiłowanie do spożywania zbyt wielu kalorii
nie jest jedyną przyczyną kłopotów.
Warto wspomnieć np. siedzący tryb życia, spędzanie wielu godzin przed ekranem telewizora lub komputera, co jest
w ostatnim czasie ulubionym sportem
młodzieży. Niemieccy autorzy filmu
o otyłości prezentują kilka recept, które
mają zaradzić złu. Np. młodzi Niemcy
są wysyłani na specjalne turnusy,
w czasie których zmieniają swoje nastawienie do życia i jedzenia. Bardzo
ważne przy tym jest wsparcie rodziny,
która dzieli z delikwentem jego ograniczenia. A co będzie, jeżeli nie przejmiemy się nadmierną wagą młodego
pokolenia? Cóż, według prognozy
Światowej Organizacji Zdrowia w samych tylko Stanach Zjednoczonych
odsetek populacji otyłych w 2030 roku
będzie wynosił 41 procent. Europa jest
następna w kolejce.
TVP 2, Europa XXL, 1 października
ANDRZEJ BERESTOWSKI
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Usłyszane
PIENIĄDZE NA TAJNY FUNDUSZ PIS
Jest śledztwo w sprawie wyprowadzania pieniędzy na tajny fundusz
PiS – dowiedziało się Radio Zet. Prowadzi je Prokuratura Okręgowa
w Warszawie. Chodzi o zeznania Tadeusza M., podejrzanego o korupcję
współpracownika byłego ministra
sportu Tomasza Lipca. M. opisał, jak
planowano przy okazji budowy Stadionu Narodowego w Warszawie wyprowadzić 100 milionów złotych dla
polityków PiS-u. „Od 23 lipca tego roku prowadzone jest odrębne śledztwo w sprawie uzależnienia powołania na stanowisko dyrektora Centralnego Ośrodka Sportu od przeznaczenia środków pieniężnych na finansowanie partii politycznych”
– powiedział rzecznik Prokuratury
Okręgowej w Warszawie Katarzyna Szeska.
Wiadomości Radia Zet, 30.09
PLEMNIKOBÓJCZA COCA-COLA?
W Stanach Zjednoczonych wręczono Ig-Noble, czyli nagrody za najdziwniejsze lub najbardziej absurdalne odkrycia. W tym roku główną nagrodę zdobyła praca naukowa
o plemnikobójczych właściwościach
Coca-Coli. Autorką odkrycia, że Coca-Cola ma właściwości plemnikobójcze, jest profesor Deborah Anderson z Akademii Medycznej Uniwersytetu w Bostonie. Ustaliła ona, że
sperma wchłania cząsteczki popularnego napoju, po czym dochodzi
do swego rodzaju eksplozji. Najskuteczniejsza jest Coca-Cola dietetyczna. Nagrodę Ig-Nobla w dziedzinie
ekonomii otrzymał profesor z Uniwersytetu Duke Dan Ariely, który odkrył,
że efekt placebo zależy od przekonania chorego o cenie leku, jaki zażywa. Pacjenci, którym powiedziano, że
lek jest droższy, czuli się znacznie lepiej od tych, którym podawano rzekomo tańszy. Charles Spence
z Oksfordu został z kolei nagrodzony
za pracę naukową, z której wynika,
że Brytyjczykom bardziej smakują
chipsy, które wydają bardziej chrupiący dźwięk. Ig-Noble, czyli parodie
nagród Nobla, przyznaje pismo satyryczne wydawane na Uniwersytecie
Harvarda.
Serwis Informacyjny Trójki, 3.10.
B.W.
Złapane w sieci
JARUZELSKI NA WAWEL?
Gen. Wojciech Jaruzelski może zyskać na planowanej przez PO obniżce
emerytur byłych funkcjonariuszy Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego
(WRON). Z mocy prawa nadal przysługuje mu bowiem emerytura prezydencka, czyli około 10 tys. złotych miesięcznie – doniósł „Dziennik”. Internauci podzielili się w sprawie oceny
generała.
drogowzkaz: – Zasłużony dla Rosjan
i przez nich utrzymywany. Czy Rosjan
nie stać, aby utrzymać na starość swojego wypróbowanego żołnierza – janczara?
Kujawiak: – To jest wzór Prezydenta
i generała! Człowiek honoru. Ma wyższe przywileje, a korzysta z niższych.
Jak tu porównać z tymi „honorowymi”
za 300 zł, co piszą fałszywe usprawiedliwienia...
boolek: – Jaruzelski honorowy? Blida to była kobita honorowa.
Arszcvzur: – To wierny uczeń Wielkiego Stalina i osobisty towarzysz towarzysza Michnika. Autorytet Moralny
Pierwoj Rangi (AM-1-R).
A na drzewach... – Zdaje się, że
w Rumunii „towarzysz Cauczesku” dostał nieco inny rodzaj emerytury...
Polak: – A ja po prostu kocham Generała. Nawet mam zdjęcia w mojej
„cieciówce” i jak patrzę na niego, to aż
płaczę...
Polak patriota: – Generał Jaruzelski
na Wawel!
lep: – Drodzy Polacy! Pierwszy prezydent to ponoć morderca, drugi zdrajca, trzeci to Olo alkoholo, czwartemu
media i pół Polski zarzucają za niski
wzrost... Zastanówcie się przy następnych wyborach.
Ara: – Jaruzelski to w porzo gość.
A co ma, Lenin mać, żyć w nędzy? To
wy sobie chamy żyjcie w nędzy! Komunista ma żyć po komunistycznemu!!!
w.cz.: – Pomijając już działalność tego pana w czasach PRL, to nie został
wybrany na prezydenta w demokratycznych wyborach.
mich: – Przypomnij sobie, jak Tusk
obczyścił budżet państwa na wycieczkę życia do Peru.
matka: – My w PZPR i SB ciężko pracowaliśmy dla ZSRR i cuś nam się należy!
argument: – Gdyby gen. Jaruzelski
służył Niemcom hitlerowskim, to pewnie okrzyknięto by go zdrajcą i słusznie
osądzono. I to jest OK. Natomiast dlatego, że służył pod Sowietami, dla niektórych jest „bohaterem”.
w.j.: – Trzeba też zabrać Kaczyńskim
willę przydzieloną przez komuchów.
Niech też odda tytuły naukowe przyznane przez komuchów.
Na podstawie: www.onet.pl,
www.interia.pl
Zebrał: (bin)
Fot. TVP, PAP/EPA
a4109 blogi.qxd
2008-10-04
15:50
Page 1
9
GADU, GADU, GADU...
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Blogi i blagi.pl
Afera w PZPN pozbawi nas EURO 2012?
Coraz ostrzejszy staje się spór
wokół Polskiego Związku Piłki
Nożnej, do którego w poniedziałek wkroczył kurator. Wprowadzenie go było efektem łamania
prawa przez zawieszony zarząd
związku. PZPN nie uznał jego
zwierzchnictwa. Związek poparła
UEFA, dając do zrozumienia, że
jeśli kurator nie wycofa się
z urzędu, to zagrożone będzie
Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie.
W piątek wieczorem rozmowy Ministerstwa Sportu i Turystyki
z Polskim Związkiem Piłki Nożnej
zostały zerwane. Szef gabinetu
politycznego ministra sportu
Adam Giersz poinformował, że
nie będą one kontynuowane, dopóki FIFA nie wycofa ultimatum.
– Polska piłka nożna jest do cna
zepsuta. Rządzona przez mafię kiedyś Dziurowicza, dziś Listkiewicza.
W wielu krajach jest podobnie, ale
u nas osiągnęło to rozmiary groteskowe. Niestety, mafie – europejska
i światowa – stoją za naszym gangiem murem – pisze Cezary Krysztopa
(http://bozeuchowaj.salon24.pl). – Minister Drzewiecki wypowiedział im wojnę. Może się nie
do końca przygotował. Może nie
zdawał sobie sprawy z tego, że odpowiedzi FIFA i UEFA napisane zostaną w biurach PZPN, ale teraz
cofnąć się nie wolno!
Mafie postawiły nam ultimatum.
Tak jakby to ich mafijne struktury były solą piłkarskiej ziemi, a nie kibice, którzy mają prawo do oglądania
nieustawianych meczów. Mafie mają w ręku kij, ale nie bójmy się go.
Co nam mogą zrobić? Odbiorą
Euro? Trudno, niech biorą. Wykluczą z rozgrywek? Trudno, i tak nam
nie idzie. Wykluczą ze struktur?
Trudno, za parę lat przyjmą nazad,
a w międzyczasie być może wyzdychają z głodu członkowie pezetpeenowskiego gangu. Ministrze
Drzewiecki. No pasaran! Ani kroku
wstecz! Prezesie Listkiewicz, brać
manele, kumpli i sp...!
– Coś mi się widzi, że do Tuska
dotarło to, o czym mówi ulica – pisze Casper (http://casper.salon24.pl). – Euro 2012 w Polsce nie
wypali, bo najnormalniej w świecie
nie zdążymy jako państwo. Nie zdążymy dlatego, że samo się nie zrobi, a „nicnierobienie” temu nie pomaga. Więc TYTAN UMYSŁU SŁOŃCE KASZUB i jego minister Drzewiecki, ratując słupki sondażowe,
są gotowi poświęcić reprezentację
i nieumiejętnie prowadzić wojnę
z FIFA i UEFA, którą niechybnie
przegrają. Chyba że zdecydują się
na rozwiązanie PZPN jako organizacji skorumpowanej, nie przestrzegającej polskiego prawa, czyli przestępczej, w drodze odpowiednich
ustaw i rozgonienie jej na cztery
wiatry, a w jej miejsce powołają nową strukturę Polskiej Piłki. Na taki
krok Tusk się nie zdecyduje bo brak
mu jaj.
– PZPN jest strukturą, która pozostała nietknięta od czasów PRL-u.
Związek zarażony jest tymi samymi
chorobami, co inne instytucje PRL-owskie – nepotyzm, niegospodar-
dziadków byłby początkiem drogi
do odbudowy siły polskiej piłki.
Na pewno w Polsce jest mnóstwo
młodych, wykształconych ludzi, którzy nie są uwikłani w układy koleżeńskie, a zajęliby się piłką nożną.
Na poważnie i z pasją.
– W pełni popieram ministra sportu i decyzję Trybunału Arbitrażowego. Nawet jeśli mielibyśmy przez tę
decyzję nie zagrać w eliminacjach
do mundialu, nawet jeśli nasze drużyny nie mogłyby startować w europejskich rozgrywkach (może to i lepiej, bo i tak przegrywają), to warto,
nawet nie tyle warto, co trzeba – pi-
zajmować. Kiedy wreszcie Kaczyński z Ziobrą powiedzieli „dość”
i chcieli pogonić kolesiów z PZPN,
po kilku dniach musieli rakiem się
wycofywać. Wystraszyli się. Szczerze mówiąc, nie wierzyłem, że
obecna ekipa wykaże więcej odwagi – pisze Igor Janke (http://jankepost.salon24.pl). – A wykazała. Odwagi i sprytu, bo podeszli Listkiewicza od tyłu, kiedy ten się najmniej
spodziewał. Pierwsza runda: Listkiewicz na łopatkach. Ale ten błyskawicznie użył swoich wpływów,
które okazują się silniejsze niż
struktury państwa, i dwaj wielcy lu-
Fot. PAP. Opracował Paweł Wakuła
ność, układy, a przede wszystkim
korupcja – pisze Patryk Gorgol
(http://kacik.salon24.pl). – Nie ma
jednak odważnego, który podjąłby
się tego zadania. Trudno oczekiwać, by zapowiadane wybory cokolwiek zmieniły. Takie nasze bagienko. Popieram wprowadzenie
do związku kuratora – szczególnie
że nie jest to widzimisię ministra
Drzewieckiego, a decyzja Trybunału Arbitrażowego. Pora posprzątać
te zabawki w piaskownicy, bo dzieci widocznie nie mają na to ochoty.
One preferują chaos, bo wtedy robi
się najlepsze interesy (ty mnie, a ja
tobie...). Koniec rządów leśnych
sze Andi (http://polskainietylko.salon24.pl). – Oby tylko nie skończyło
się to tak jak ostatnie takie próby
podejmowane jeszcze czy to przez
ministra sportu w rządzie PiS, czy to
podczas afery wywołanej przez Piotra Dziurowicza w 2005 roku. Oby
udało się rozbić to towarzystwo
wzajemnej adoracji i wprowadzać
wreszcie niezbędne zmiany w polskiej piłce.
– Duże państwo w środku Europy
od lat nie może sobie poradzić z organizacją, która wszystkim kojarzy
się z korupcją, układami, kolesiami
wódą i załatwiactwem. Do pewnego momentu nikt się nie chciał tym
dzie światowej piłki nożnej – Blatter
i Platini – natychmiast stanęli
za nim. Jak to możliwe, że międzynarodowe organizacje o takim prestiżu wstawiają się za tak skompromitowaną organizacją jak PZPN?
Nie interesuję się tak bardzo sportem, ale ta sprawa jest dla mnie fascynująca, bo pokazuje całkowitą
niemożność państwa. Pokazuje, jak
wiele jest tu do zrobienia. Polskie
państwo wymaga radykalnej przebudowy, wręcz rewolucji, żeby
można było powiedzieć, że to jest
państwo...
Wybrał: (WA)
a4110 mikke.qxd
10
2008-10-04
16:10
PRZEGLĄD TYGODNIA
– Arcybiskup Tadeusz
Pieronek miał rację, żeby to wszystko przykryć
betonem na najbliższe 50
lat – powiedział w Radiu
Zet abp Tadeusz Gocłowski, odpowiadając
na pytanie, czy otworzyć archiwa IPN, czy
spalić. Dziwne, że znawca tematyki archiwalnej nie zaproponował likwidacji akt
NKWD.
Wbrew rozlicznym protestom opozycji
i związkowców rząd przyjął projekt ustawy o emeryturach pomostowych. Przewiduje, że z pomostówkami pożegnają się
m.in. nauczyciele, kolejarze, twórcy i dziennikarze. Prawo do wcześniejszej emerytury
ma stracić 70% uprawnionych do jej
pobierania. O ile ustawa wejdzie w życie.
Ale nawet gdyby nie przeszła, można powiedzieć, że rząd chciał dobrze.
Policjanci masowo odchodzą z pracy.
W tym roku zrobiło to już 4255 funkcjonariuszy. Winny jest rząd, który skąpi im grosza („tanie państwo” – he, he!).
Podwyżek czynszu mogą spodziewać
się lokatorzy mieszkań w prywatnych kamienicach. Od 1 października wzrósł bowiem wskaźnik przeliczeniowy, czyli średni
koszt budowy nowych mieszkań. Jego wysokość jest zróżnicowana w zależności
od województwa. Średnio wynosi ok. 9 zł.
To dobra wiadomość nie tylko dla kamieniczników, ale i dla fiskusa.
17 mld złotych Polacy wydadzą w tym
roku na hazard. To więcej niż roczny zarobek wszystkich kasyn w Las Vegas – policzył
„Puls Biznesu”. W ubiegłym roku w grach
i zakładach utopiliśmy niemal 12 mld zł – prawie o 50% więcej niż rok wcześniej.
88% pracowników biurowych skarży
się na bóle kręgosłupa, a ponad 80% ma
kłopoty ze wzrokiem – wynika z badań Ergotestu we współpracy z łódzkim Instytutem Medycyny Pracy. Skutkiem jest rosnąca liczba orzeczeń o rencie. Co prawda,
zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa
Pracy pracodawca powinien tak zorganizować pracę i stanowisko pracy, aby uchronić ludzi przed czynnikami szkodliwymi dla
zdrowia, ale...
Ojcowie ze Stowarzyszenia na Rzecz
Poszanowania Praw Dzieci i Rodziny zakłócili przebieg X Kongresu Stowarzyszenia
Sędziów Sądów Rodzinnych w Polsce.
Zorganizowali happening na rzecz takich
zmian w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, by w sądach nie zapadały krzywdzące wyroki. Poruszali również problem matek, które nie respektują wyroków – np.
w sprawach widzeń ojców z dziećmi. Spoko, sądy rodzinne są tak sfeminizowane, że
nic się nie zmieni.
W wieku 98 lat zmarł prof. Józef Wolski, wybitny historyk starożytności. Był
ostatnim z grupy 182 naukowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego, aresztowanych 6 listopada 1939 r. w hitlerowskiej akcji Sonderaktion Krakau. Do 1941 r. więziony w obozach koncentracyjnych. Odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim i Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
BOHDAN MELKA
ZBIGNIEW NATKAŃSKI
Page 2
FELIETONY NIEKONTROLOWANE
MACHAJEWSZCZYZNA
Janusz
Korwin-Mikke
Urodziłem się w Warszawie i właściwie
całą młodość spędzałem w Warszawie.
Warszawie właściwej. Na Pragę, czyli prawy brzeg Wisły, zaglądałem raczej tylko
na bazar Różyckiego... To był dla mnie inny, egzotyczny świat.
Tak się jednak złożyło, że poznałem kilka dziewczyn z tego innego świata. Poznałem też ich rodziny. I uderzyła mnie
jedna zasadnicza różnica.
Ja żyłem w świecie warszawskiej „inteligencji” – czyli naturalnego zaplecza socjalistów. Intelektualiści – utrzymujący się
z państwowych dotacyj i zasiłków, urzędnicy. Natomiast na Pradze mieszkali robotnicy, handlarze – czyli: ludzie swoją pracą
utrzymujący ten pasożytniczy światek.
Ta różnica tyczyła podejścia do pracy
i pieniądza. Na Pradze uważano, że
za wszystko trzeba zapłacić. Jak ktoś zrobił komuś jakąś przysługę – to za to należy się jakaś odpłata. Niekoniecznie w gotówce – ale na Pradze wszystko miało
swoją cenę.
Natomiast w Śródmieściu uważało
się, że człowiek powinien bliźniemu
Rynek się zbiesił
Oszalali z miłości do wolnego rynku ortodoksyjni liberałowie, monetaryści i ich
dziennikarskie tuby propagandowe
na wieści dochodzące ze Stanów Zjednoczonych podkulili ogony i nabrali wody
w usta. Ich nieskazitelne, ukochane USA,
ten wspaniały kraj, na ziemi raj, stanął
na progu recesji, totalnego krachu gospodarczego. Najtęższe amerykańskie głowy
zastanawiają się, jak wyjść z kryzysu, co
zrobić, aby nie dopuścić do całkowitego
załamania finansów państwa. Rada w radę, postanowiono rzucić koło ratunkowe
w postaci planu Paulsona, czyli wpompować w system finansowy USA 700 miliardów dolarów. Taki plan (o który usilnie
zabiegał Pan Bóg polskiego establishmentu Bush) musi bardzo boleć naszych Balcerowiczów, Orłowskich i Winieckich. Jak to tak? Przez lata wmawiali Polakom, że nie masz nic lepszego dla
rozwoju kapitalizmu niż brak państwa
w państwie, że tylko prywatna własność
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
świadczyć usługi bezpłatnie, po prostu
z życzliwości. Oczywiście, my też powinniśmy być dla innych życzliwi (nawet dla
tych, którzy dla nas życzliwi nie są!!)
– ale nie robi się żadnych rachunków korzyści. Przyjęcie jakiejś odpłaty za życzliwość było witane „Ależ, nie, no skąd...”
– a już próba odpłaty w gotówce byłaby
wręcz obrazą!
Prowadziło to do wielu nieporozumień – to był naprawdę egzotyczny
świat! Na Pradze uważano, że skoro coś
tam mi załatwiono, to nie odpłacając się
zaraz, popełniam nietakt – ja, odwrotnie,
czułem się nieco dziwnie, gdy mnie
od razu pytano, co chcę w zamian za jakąś usługę.
Inne światy, inna kultura.
Światek, w którym się wychowałem,
uważał się za nieskończenie wyższy kulturowo – a tam to były jakieś nieokrzesane
prostaki. Uważano, że żeniąc się z dziewczyną stamtąd, popełniam mezalians.
Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że kultura, w której rosłem, to nie
jest kultura „wyższa”, lecz kultura dekadencka. Nie iżby była szkodliwa – tacy ludzie w społeczeństwie są potrzebni. Nie
mogą jednak swoich zdegenerowanych
wartości narzucać zdrowej większości
społeczeństwa!
To było dla mnie szokiem – bo w szkole byłem uczony, że socjalizm to ustrój
stworzony przez ludzi pracy. Tymczasem
okazało się, że „ludzie pracy” jak najbardziej cenią pieniądz, prowadzą rachunek
ekonomiczny, twardo stąpają po ziemi
– natomiast Polska „Ludowa”, gdzie
wszystko miało być (w przyszłości...)
za darmo, gdzie nie prowadziło się rachunku ekonomicznego, tylko podejmowało się inwestycje, bo tak się jakiemuś
wybitnemu partyjniakowi podobało – to
nie państwo „ludzi pracy”, tylko państwo
stworzone przez bujających w obłokach
yntelygentów spod nie tyle ciemnej, co
czerwonej gwiazdy!
Wtedy udało mi się trafić na nazwisko
niejakiego Jana Wacława Machajskiego
(który pisał pod ksywką „A. Wolski”). Facet należał do pokolenia, które zrobiło tę
zbrodniczą „rewolucję październikową”,
popierał ze wszystkich sił obalenie caratu – był zresztą Polakiem, ale duchowo
lgnął do rosyjskich buntowszczyków.
Po obaleniu caratu pojechał do Moskwy,
ale tam zaraz został odstawiony
na boczny tor – w końcu został bodaj
dyrektorem biblioteki. Udało Mu się
szczęśliwie umrzeć w 1926 r. – bo
na pewno stałby się ofiarą stalinowskiej
Wielkiej Czystki, gdzie bolszewickiemu
plugastwu strzelało się w łeb bez dłuższych procesów.
A Machajski twierdził – w XIX wieku – że
socjalizm nie będzie ustrojem dla chłopów
i robotników – tylko ustrojem dla pasożytniczej inteligencji!
I tak jest. Dotyczy to zarówno PRL, jak
i euro-socjalizmu w dzisiejszej Jewropie...
Geniusz to był ten Machajski.
[email protected]
i wolny rynek. A tu masz, taka niepryjatność! I jak tu teraz nazywać USA liderem światowego liberalizmu? Jak zachwalać amerykański kapitalizm, najlepszy z kapitalizmów? Nie udało się
udowodnić, że Stany mogą się obyć bez
interwencjonizmu państwowego. Że
wszystko załatwi i ureguluje niewidzialna łapa wolnego rynku. No i patrzcie
państwo. Ta niewidzialna ręka zacisnęła
się w pięść i walnęła w Wall Street tak,
że aż zatrzęsło się w posadach. Sławna
amerykańska giełda do dziś nie może
złapać oddechu. Cóż, okazuje się, że nie
ma żadnego wolnego rynku. Rynek tworzą ludzie! I oni decydują, jaki będzie miał
charakter i kto na nim zbije kapitał. Niestety, ostatnimi czasy ten wolny rynek zdominował (ulubione określenie Balcerowicza)
KAPITAŁ PORTFELOWY, czytaj: SPEKULACYJNY, ZŁODZIEJSKI! To ci od tego
kapitału stworzyli między innymi sławną
KREATYWNĄ KSIĘGOWOŚĆ i doprowadzili amerykańskie finanse do stanu przedzawałowego. Oczywiście, nie ma najmniejszej wątpliwości, kto w tym kryzysie
ucierpi najbardziej. Zwykli, przeciętni Amerykanie! Oni poniosą największe straty, oni
zapłacą te 700 miliardów dolarów. Bo
przecież nie wielkie korporacje czy banki.
Nad nimi już dawno rozpięto złoty parasol.
Balcerowicz powiada, iż kapitalizm działa
metodą prób i błędów oraz korekt. Szkoda
tylko, że w tych próbach za króliki do-
świadczalne nigdy nie robi elita władzy,
bankierzy, przemysłowcy. Zawsze eksperymentuje się na społeczeństwie. A jak nie
wyjdzie, to nie prokurator, tylko SORRY
i dokonujemy KOREKTY!
Przy okazji amerykańskiego kryzysu
jeszcze jedna sprawa. W polskich mediach bredzi się namiętnie, iż polskich
banków to zawirowanie finansowe niespecjalnie dotyczy i nie dotknie. JAKICH
POLSKICH BANKÓW?! Proszę nam
wskazać te polskie banki, bośmy ciekawi!
Przecież prawie wszystkie znajdują się
w rękach obcego kapitału (francuskiego,
niemieckiego, włoskiego, koreańskiego,
norweskiego itp., itd.). My nie mamy banków! My jedynie administrujemy i zarządzamy nimi! Chyba nikt nie ma wątpliwości, że jeżeli zacznie się coś złego dziać
w finansach włoskich, francuskich czy niemieckich, to nie będą mieli żadnych oporów, żeby dla ratowania własnej skóry poświęcić „nasze” banki. I nic na to nie poradzimy, bo oni są właścicielami i ze swoją
własnością mogą zrobić, co zechcą.
SOBCZAK i SZPAK
PS A tak na marginesie. Unia Europejska zachęca USA do interwencjonizmu
państwowego. Uważa, że jest jak najbardziej wskazany i cacy. A dlaczegóż to ta
sama Unia sprzeciwia się interwencji państwa w polskie stocznie, twierdząc, że jest
be i ze wszech miar karygodna? No, dlaczego?!!
a4111 martenka.qxd
2008-10-04
15:51
Page 1
Z ŻYCIA SFER
POLSKICH
„Mission impossible”, czyli w kółko Macieju...
Henryk
Martenka
Dziwna sprawa... Im dalej od wydarzenia (a minął już tydzień), tym
mocniej rośnie we mnie głuchy
sprzeciw, uczucie zażenowania
i gniew. Fatalni z nas, Polaków, ludzie. Mamy pośród siebie człowieka, który – jak pisze się w podręcznikach – zmienił bieg dziejów,
a traktujemy go tak, jak nikt nie powinien traktować psa. Tak, niewątpliwie, naród z nas wielki, ale ludzie – zbyt często – nikczemni.
Chodzi mi o akademię ku czci Wałęsy, którą odprawiono w warszawskim Teatrze Wielkim i świadomie
pominiętą przez TVP z powodów,
no, właśnie – z jakich? Żenujących!
Ćwierć wieku właśnie minęło, jak
Komitet Nagrody Noblowskiej
w Oslo wręczył Danucie Wałęsowej dyplom przyznania Lechowi
Wałęsie Pokojowej Nagrody Nobla. Niewiele o tym wówczas mówiono i uroczystości nie transmitowano, bo – jak uznały zdruzgotane
tym faktem władze PRL – nie mieściło się to w charakterze misji publicznych mediów, a – tu mało błyskotliwie zauważmy – innych wówczas nie było. Ale jak to się mówi,
historia raz dzieje się jako fakt,
a drugi raz jako farsa. Dziś, po 25
latach od tamtego faktu, rozegrała
się farsa. Wtedy Urban, rzecznik
rządu, ironicznie przekonywał, że
nie ma co się z tym Wałęsą gorączkować, skoro to prywatna osoba i nikt więcej. Lecz telewizja państwowa w Polsce, niezależnie
od ustroju, działa według tej samej
halucynacyjnej zasady: w koło Macieju. Więc i dziś publiczna telewizja uznała, że nie ma sensu transmitować uroczystości rocznicowych. To strata czasu i pieniędzy.
Wałęsa – znów osoba prywatna?
– nie mieści się bowiem
w „publicznej misji” telewizji publicznej. Jak podała „Wyborcza”,
dyrektorka z TVP, nomen omen
Macieja, podczas rozmów z organizatorami uroczystości nie uznała
ceremonii za wydarzenie misyjne,
lecz typowo komercyjne, które nie
przyciągnie... reklamodawców. Zauważmy, telewizyjna dyrektor Macieja nie bała się, że koncert nie
przyciągnie widzów. Bała się o reklamodawców! Nie uznała też owa
Macieja koncertu w Teatrze Wielkim za wydarzenie artystyczne, ale
ja też nie lubię Kukiza.
11
FELIETON NIEKONTROLOWANY
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Rys. Paweł Wakuła
Wielka gala odbyła się jednak,
mimo Maciejowej niechęci. Wałęsie oddano publicznie cześć, trzymano do niego mowy podniosłe
i podejmowano pod kolana... Bo
to się Wałęsie należy, niezależnie
od tego, czy Macieja i jej podobni
tego chcą, czy nie. I wszyscyśmy
powinni wziąć udział w tym akcie
strzelistym, bo Wałęsie jesteśmy
to winni. Dziś widać to o wiele wyraźniej niż przed laty. Ale ignorancja telewizji publicznej jest monstrualna. Nie tylko „w temacie”
Wałęsa. To ignorancja co do misji,
jaką za publiczne pieniądze ma
wypełniać. Po prostu nikt w War-
szawie przy ulicy Woronicza nie
wie, jaką i dla kogo misję publiczną realizuje. Poza oczywiście misją własnego przeżycia na posadzie. A to przecież bezcenne. I nie
myślę tu tylko o Andrzeju Urbańskim, bo ten się utrzyma przy życiu, jeśli nie tu, to tam, ale o dziesiątkach „szeregowych” dyrektorów, takich jak rzeczona Macieja,
którzy raz wysadzeni z siodła już
nigdy nie dostaną takiej władzy,
jaką mają dziś. Nikt o nich nie
wspomni, chyba że źle. I o to ci
ludzie do upadłego walczą. Z historią, z politycznymi przeciwnikami, a nawet z własną uczciwo-
ścią. Bo nie wierzę, że Macieja
i jej ideowi koledzy misję publiczną państwowej telewizji ograniczają do akwizycji reklam i zachowania status quo. Podejrzewam,
że to ich partyjność czyni z nich
ludzi pozbawionych honoru. Tak
jak tych, których ostentacyjnie zabrakło na noblowskiej gali w Teatrze Wielkim. Widać zgasili już
w sobie ducha... Z prezydentem
państwa na czele.
Telewizja publiczna, moloch,
który dawno stracił już sterowność
i ekonomiczny instynkt, chłepce
publiczną kasę bez umiaru. W zamian ma wypełniać misję. Przy
czym, jako się rzekło, nikt nie wie,
o co w niej chodzi. Według Andrzeja Urbańskiego, misją jest pokazywanie wieczorami serialu „M
jak miłość”, bo to buduje ciepły klimat dla... rządu Tuska. Według
wspomnianej Maciei, misją jest łapanie reklamodawców. Dla kogoś
innego misja TVP to „Fort Boyard”,
chałowaty teleturniej, w którym
udział grozi jednak śmiercią lub
trwałym kalectwem. Kto nie wierzy,
niech spyta generała Polki. Misją
dla katolików domatorów są transmisje nabożeństw, ewentualnie
– dla rozbudzonych literacko
– „Plebania”. Dla prostych mścicieli emituje się „Misję specjalną”,
zaś dla prokuratorów amatorów
misyjny jest wyłącznie „Bronisław
Wildstein przedstawia”. Zatem,
ogólnie rzecz biorąc, misyjne
w publicznej telewizji misyjnej jest
wszystko, ale przede wszystkim
misyjny jest reklamodawca.
Więc z tej perspektywy widać
dopiero, dlaczego nie mieści się
w tej misji Lech Wałęsa. Pewnie
dlatego, że to, czego dokonał, było misją nie do wypełnienia. Taką
„Mission impossible”...
[email protected]
FELIETON ROTACYJNY
Z loży szyderców
Nr 233 (4-5. X.). Cena 1,50 zł
Nie bardzo rozumiem, o co tyle
hałasu i skąd te obawy, że polskie
drużyny zostaną wykluczone z rozgrywek międzynarodowych, jeśli
nie zostanie wycofany kurator
z PZPN.
Przecież FIFA wcale nie musi
nas wykluczać. My wykluczymy się
sami. W czwartek zrobiła to już Wisła Kraków, przegrywając z Totten-
hamem, wcześniej Legia. W fazie
grupowej Pucharu UEFA z rozgrywek wykluczy się Lech Poznań.
Biorąc pod uwagę formę naszych
reprezentantów po meczach
z Czechami i Słowacją, kadra Beenhakkera też będzie miała z głowy eliminacje mundialu 2010.
A Euro 2012 i tak by nam UEFA
wcześniej czy później zabrała, bo
przecież nie zbudujemy na czas
tych wszystkich stadionów, autostrad, lotnisk, hoteli, ośrodków pił-
karskich, o rozgardiaszu na Ukrainie nie wspominając.
Tak więc kurator może spokojnie
w PZPN zostać, FIFA może nas wykluczać – i tak nic nie tracimy. Dlatego cieszy mnie twarde stanowisko
premiera Tuska, który chce zaryzykować, zadrzeć z szantażystami
z FIFA i zrobić porządek z PZPN
oraz polską piłką. Jeśli tak się stanie, pozostanie tylko jedno pytanie.
Czy nowa ekipa, która wejdzie
do PZPN, jest w stanie uzdrowić
nasz futbol, czy ma pomysły na reformy? Odpowiedzcie sobie Państwo sami...
ROBERT ZIELIŃSKI
a4112-13.qxd
2008-10-04
17:36
Page 2
12
PILNUJ PORTFELA
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Jak zabezpieczyć swoje pieniądze
Kryzys bliżej Polski
Nr 230 (1. X.). Cena 1,50 zł
1. Pieniądze na koncie
osobistym, oszczędnościowym
i lokatach
Bankowcy zapewniają, że nasze
oszczędności są bezpieczne, nawet
jeśli zagraniczny właściciel straci
wypłacalność. Polskie banki są samodzielnymi przedsiębiorstwami,
niezwiązanymi ściśle ze spółkami-matkami za granicą.
Nasze banki nie inwestowały
na dużą skalę poza Polską. Zajmują
się głównie zbieraniem lokat i wypłacaniem kredytów. Polacy w przeciwieństwie do Amerykanów są zadłużeni umiarkowanie i spłacają kredyty terminowo.
A gdyby zbankrutował zagraniczny bank, który jest właścicielem
banku w Polsce? Prawdopodobnie
nic strasznego by się nie stało. Majątek polskiej filii kupiłby inny bank.
A jeśli nie byłoby chętnych do przejęcia bankruta? Wtedy polski bank
trafiłby pod kontrolę syndyka, który
starałby się zamienić jego majątek
na gotówkę. Wypłatę pieniędzy z lokat, kont osobistych i kont oszczędnościowych przejąłby Bankowy
Fundusz Gwarancyjny.
W takiej sytuacji nie mamy gwarancji, że odzyskamy wszystkie
oszczędności. BFG odda wszystkie pieniądze, jeśli lokata nie przekracza równowartości 1 tys. euro
(3,4 tys. zł), oraz 90 proc. pieniędzy z lokat od 1 do 22,5 tys. euro
(czyli o maksymalnej wartości
ok. 75 tys. zł). Jeśli np. masz
w banku 50 tys. zł, to po bankructwie otrzymasz z powrotem 45 tys.
zł. Pozostałe 5 tys. zł, niestety,
przepada. Dlatego warto rozkładać
oszczędności na kilka banków – limity dotyczą bowiem każdego
banku z osobna. Jeśli masz w różnych bankach pięć lokat po 50 tys.
zł, to z każdej z nich odzyskasz
po 45 tys. zł.
W Polsce są banki bez gwarancji
Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. To te, które nie mają u nas
centrali, a jedynie zarejestrowały
oddział. Z większych banków to
np. Polbank, który ma centralę
w Grecji, i to tamtejszy fundusz
gwarancyjny trzyma pieczę nad
bezpieczeństwem pieniędzy klientów. Zasady jego działania oraz limity wypłat są bardzo podobne jak
w polskim BFG. Informacja, jaka instytucja – polska czy zagraniczna
– gwarantuje pieniądze klientom,
powinna być w każdym oddziale
banku.
Mikrofon ANGORY
PiS ciągle w czołówce
Kolejny tydzień dominacji Prawa
i Sprawiedliwości w rankingu aktywności medialnej. Spośród dwudziestu
konferencji prasowych zorganizowanych w Sejmie w minionym tygodniu
siedem przygotowali posłowie Klubu
Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość, pięć zwołali posłowie Klubu Poselskiego Lewica, dwa spotkania – europosłowie, a po jednym Polska XXI,
marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, SdPl, prezydia komisji „Przyjazne Państwo” oraz Kultury Fizycznej
i Sportu.
Macierewicz pyta
„Przecież ci ludzie o związkach
z KGB powiedzieli mu (marszałkowi
Komorowskiemu – red.), że planują
zdobycie ściśle tajnych dokumentów.
Oni mu powiedzieli, co chcę zrobić.
Chcę okraść państwo polskie z najści-
Fot. PAP/Tomasz Gzell
ślej tajnych dokumentów. A on o tym
nikogo nie informuje. Przez dwa tygodnie! Dlaczego pan marszałek, jak sam
zeznał w prokuraturze, i to jest cytat,
wyraził zainteresowanie propozycją
pułkownika Aleksandra Lichockiego
wykradzenia aneksu, chociaż wiedział,
że jest to ściśle tajny dokument. Przecież wiedział, że jest to przestępstwo.
Rozumiał, że próba wykradzenia takiego dokumentu jest przestępstwem. Nie
rozumiem, dlaczego w takim razie wy-
2. Kredyty gotówkowe,
hipoteczne, karty kredytowe
Upadek banku nic nie zmienia
w zobowiązaniach klienta. Muszą
być spłacane, tyle że raty wędrują
na konto syndyka zarządzającego
upadłym bankiem lub do budżetu
państwa. W przypadku zbankrutowanego brytyjskiego banku hipotecznego
Bradford&Bingley
wszystkie kredyty przejął budżet
Wielkiej Brytanii. I to on będzie inkasował raty.
Czy bank, gdy zacznie mieć kłopoty z płynnością, może zażądać
natychmiastowej spłaty całego długu lub jego części? Nie, nie może.
To, na jakich warunkach spłacasz
kredyt, reguluje umowa kredytowa
i bank nie ma prawa jej zmienić
bez twojej zgody. Nie ma ryzyka,
że bank postawi cię pod ścianą,
dlatego że sam ma kłopoty finansowe.
W przypadku bankructwa banku
bez zmian pozostają też umowy
dotyczące korzystania z kart płatniczych i kredytowych. Będziesz
mógł korzystać ze swojej karty
do czasu wygaśnięcia jej ważności
(data jest podana na karcie). Bank
– tak samo jak w przypadku kredytu – nie może jednostronnie zmienić umowy (jeśli prawidłowo spłaraził zainteresowanie dokonaniem
przestępstwa. Jak my mamy teraz odpowiadać obywatelom, którzy do nas
przychodzą i mówią: To jak panie pośle? Jak ktoś przyjdzie i powie, że chce
ukraść dla mnie samochód, to ja mam
wyrazić zainteresowanie? Tak?” – to
jedno z wielu pytań, jakie na konferencji prasowej zadał marszałkowi Sejmu
Bronisławowi Komorowskiemu poseł
Klubu Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość Antoni Macierewicz. Pytania jak dotąd nie doczekały się odpowiedzi. Pozostałe pytania można usłyszeć, oglądając całą konferencję prasową posła Macierewicza na portalu
www.polityczni.pl. Tam też można wysłuchać i obejrzeć pozostałe wydarzenia polityczne ubiegłego tygodnia.
Zwierzęta jak ludzie
„Czasami słyszy się takie opinie, że
zajmujmy się zwierzętami, chociaż tak
wiele niezałatwionych jest potrzeb
ludzkich. Między tymi wartościami nie
ma sprzeczności. Jeżeli czynimy coś,
co polepsza los zwierząt, to na ogół,
a właściwie zawsze łączy się to z lepszym podejściem do ludzi. Bo
od okrucieństwa zwierząt do okrucień-
casz dług na karcie). Ale może nie
podwyższyć limitu, gdybyś o to wystąpił.
3. Udziały w funduszach
inwestycyjnych
Czy z powodu kryzysu możesz
stracić wszystkie oszczędności?
Raczej nie, choć wszystko zależy
od tego, w jakie papiery wartościowe zainwestował twój fundusz. Jeśli miał np. obligacje wyemitowane
przez jakiś zbankrutowany bank
amerykański, możesz ponieść
straty. Ale fundusze mają obowiązek rozkładać pieniądze między
różne inwestycje, więc jest mało
prawdopodobne, by miały w portfelach wyłącznie złe papiery.
Na wszelki wypadek warto podzielić swoje inwestycje pomiędzy kilka funduszy.
Upadłość firmy zarządzającej
funduszem nie powoduje żadnych
strat dla klienta. Prawo mówi, że
majątek funduszu (a więc pieniądze powierzone przez klientów)
nie wchodzi do masy upadłościowej. Syndyk nie może użyć tych
pieniędzy do zaspokojenia wierzycieli towarzystwa. W razie kłopotów towarzystwa fundusz jest
przejmowany przez inne towarzystwo lub zamykany – wszystkie
pieniądze
wracają
wówczas
do klientów.
MACIEJ SAMCIK
Współpraca:
MARCIN BOJANOWSKI
stwa wobec ludzi jest tylko najczęściej
niewielki krok” – powiedział Janusz
Wojciechowski, były prezes Polskiego
Stronnictwa Ludowego, były wicemarszałek Sejmu, były prezes Najwyższej
Izby Kontroli, a obecnie europoseł,
któremu w czerwcu kończy się pięcioletnia kadencja w Parlamencie Europejskim.
Szantażowany poseł
„9 czerwca złożyłem doniesienie
do prokuratury o popełnieniu przestępstwa, czyli mówiąc popularnie
o szantażu w stosunku do mojej osoby. Jestem szantażowany od 5 miesięcy. Zeznałem również i jest to zapisane w prokuraturze. Wszystko, co ja teraz będę mówił, proszę państwa, ma
swoje potwierdzenie w dokumentach
śledztwa” – wyjaśnił Krzysztof Grzegorek. To były wiceminister zdrowia podejrzewany o korupcję, który zrezygnował z funkcji politycznych i niemal
z życia publicznego. Po kilku miesiącach od momentu, gdy oznajmiono,
że jest podejrzany, publicznie zabrał
głos.
WOJCIECH NOMEJKO
a4112-13.qxd
2008-10-04
17:36
Page 3
13
PILNUJ PORTFELA
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Kto kontroluje
nasze banki
Nr 231 (2. X.). Cena 1,50 zł
Ekonomiści nie martwią się o przyszłość polskich banków, choć większość jest kontrolowana przez zagraniczne instytucje finansowe. Są
to bowiem samodzielne przedsiębiorstwa niezwiązane ze spółkami-matkami za granicą.
Gdyby mimo wszystko jakiś bank zagraniczny
zbankrutował, jego majątek w Polsce kupiłby
inny bank. Na giełdzie w Mediolanie akcje UniCredit, właściciela Pekao, były kilkakrotnie zawieszane. Bank zapewnił jednak, że jest w dobrej kondycji finansowej. Według Komisji Nadzoru Finansowego aż w 55 polskich instytucjach finansowych udziały ma kapitał obcy.
MARIUSZ WACHOWICZ
Udział kapitału zagranicznego w polskich bankach
Deutsche Bank
Nordea
Fortis Bank
Kredyt Bank
Citi Handlowy
100%
99,97%
99,19%
80%
75%
Deutsche Bank
(Niemcy)
Nordea Bank AB
(Szwecja)
Fortis Bank
SA/NV (Belgia)
KBC BANK NV
(Belgia)
COIC
(USA)
ING Bank Śląski
BZ WBK
BRE Bank
BPH
Millennium
75%
70,5%
70%
65,9%
65,5%
ING Bank N.V.
(Holandia)
AIB EI Ltd.
(Irlandia)
Commerzbank
(Niemcy)
GE Money Bank
(USA)
Banco Comercial
Portugues
(Portugalia)
Źródło: Informacje banków. Oprac. Marek Urbańczyk
Wysokie zarobki to za mało, by dostać pieniądze
Banki boją się pożyczać
Nr 233 (4-5. X.). Cena 3 zł
(...) Niechęć do wzajemnego pożyczania sobie pieniędzy przez instytucje
finansowe to skutek kryzysu. W sytuacji gdy najwięksi potentaci upadają
niemal z dnia na dzień, branżą rządzi
nieufność. A w konsekwencji rosną poziomy rynkowych stóp procentowych,
które z kolei służą wyliczaniu oprocentowania przez banki. Także te działające w Polsce. Najpopularniejszy wskaźnik dla złotówki – trzymiesięczny
WIBOR – wzrósł we wrześniu o 20 pkt
bazowych, do 6,7 proc. I może rosnąć
dalej. Według wyliczeń Comperii,
wzrost tej stopy do 7 proc. przy pożyczce na poziomie 300 tys. zł rozłożonej na 30 lat podniósłby ratę kredytu
o ponad 60 zł, z 2227 zł. Na podwyżkę
ceny pieniądza na rynku najszybciej,
niemal automatycznie, reagują kredyty
hipoteczne, ale w dalszej kolejności
mogą wzrosnąć koszty kredytów konsumpcyjnych.
W spokojniejszych czasach stawka
WIBOR jest determinowana przez oczekiwania na zmiany stóp procentowych.
– Dziś poziom WIBOR jest wyraźnie powyżej stopy interwencyjnej, więc tu działają czynniki niezwiązane z oczekiwaniami na działania RPP – mówi Piotr Bielski,
ekonomista BZ WBK. – Wzrost WIBOR
we wrześniu był reakcją na wydarzenia
na świecie, m.in. upadek Lehman Brothers i kłopoty Fortisu – mówi Agnieszka
Decewicz, analityk Banku Pekao.
Ekonomiści oczekują, że do końca
roku WIBOR nieznacznie wzrośnie, ale
w 2009 powinien się obniżyć
do ok. 6,5 proc. w połowie roku. To
jednak nie oznacza, że koszt kredytu
się obniży – marże pobierane przez
banki będą wciąż rosły. – Nawet jeżeli
sytuacja się unormuje, to już nie wrócimy do czasów sprzed początku kryzysu. Pieniądz nie będzie już tak tani.
Sektor bankowy będzie żył w warunkach permanentnej konieczności zapewnienia finansowania akcji kredytowej. Nie ma wątpliwości, że stopniowo
marże będą rosły, zarówno w przypadku kredytów dla firm, jak i mieszkaniowych – mówi ŁukaszTarnawa, ekonomista PKO BP.
Marże kredytów hipotecznych podniosły już m.in. GE Money Bank i Polbank. Jeśli marża na złotowych kredytach hipotecznych zostanie podniesiona średnio o 0,25 pkt proc., to przy
jednoczesnym wzroście stóp rynkowych do 6,95 proc. miesięczna rata
kredytu będzie wyższa o ponad 100 zł.
Dlatego podwyżki rat mogą dotknąć
także posiadaczy kredytów we frankach, mimo że analitycy nie przewidują wzrostu stóp procentowych dla tej
waluty. Obecnie marża dla kredytów
we frankach wynosi ok. 1,4 pkt proc.,
ale gdyby wzrosła o ćwierć punktu
proc., to oprocentowanie podniosłoby
się średnio do poziomu 4,5, a rata
o blisko 50 zł.
Wzrost kosztów to niejedyny kłopot
dla osób zadłużających się na mieszkanie. Jak już pisaliśmy w środowym
wydaniu „Rz”, banki zaostrzają kryteria
udzielania kredytów, a np. Dom Bank
wprowadził ograniczenie dotyczące
maksymalnej relacji pożyczanej kwoty
do wartości nieruchomości ze 110
do 90 proc. Z nieoficjalnych informacji
wynika, że podobne ograniczenie
wprowadzi także Millennium. Z kolei
sposób liczenia zdolności kredytowej
zaostrzył mBank i Multibank.
MONIKA KRZEŚNIAK
MIROSŁAW KUK
R E K L A M A
a4114-15.qxd
2008-10-04
16:12
Page 2
30
14
POLSKIE ZOO
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
O gadce szmatce Jarosława Kaczyńskiego, o tym, za co należy mu się kawa i ciastko,
o zgaszonym Waldemarze Pawlaku i o czerwonych szminkach
Tusk miał się ślizgać, a został twardzielem
Rozmowa z profesor JADWIGĄ STANISZKIS, socjologiem
Nr 233 (4-5. X.). Cena 1,50 zł
– Kto nami rządzi?
– Nie ma jednej osoby pociągającej
za sznurki. To jest jak sieć, która wiąże różne mechanizmy.
– Polską też rządzi ta sieć różnych interesów?
– Polska jest po prostu ogniwem
sieci. Są inne mechanizmy.
– Rozczarowała nas Pani. Nie ma
oligarchów, którzy, rozkoszując się
whisky i cygarami, podejmują ważne decyzje?
– Nie ma. Popatrzcie na takiego
Aleksandra Gudzowatego. Załóżmy,
że zarobił wszystkiego 100 milionów
dolarów. I co to za skala? Oligarchowie w Polsce byli za słabi, żeby przejąć banki, wejść w fundusze emerytalne, w ubezpieczenia. A to właśnie
przynosi prawdziwe pieniądze.
– Czyli wielki biznes jest w Polsce cienki w uszach?
– To łabędzi śpiew. Oni są już tylko
rentierami.
– Bracia Kaczyńscy przeszacowali ich wpływy?
– No przeszacowali. Jarosław Kaczyński trzeźwo patrzy na rzeczywistość, ale przeszacował nośność publiczną tego hasła o zagrożeniu ze
strony oligarchów. Zwykli ludzie myślą o wiele racjonalniej niż wydaje się
politykom. Tak przecież było w sprawie stoczni.
– Co to znaczy?
– Popatrzcie na związkowców ze
stoczni, którzy przechodzą skomplikowany proces uczenia się zachodnich instytucji, myślenia w kategoriach moralnej gospodarki.
– Dość mocno zaboli ich ta lekcja.
– Wiedziałam, że tak będzie, gdy
zobaczyłam, jak związkowcy zakładali na szyję unijnej komisarz ds. konkurencji Nelly Kroes chusteczkę z napisem „Solidarność”. To było chytre
z ich strony, ale takie osoby można
uwieść jakimś symbolem tylko
na chwilę. Na dłuższą metę taki szantaż emocjonalny tylko irytuje.
– Dlaczego przegraliśmy stocznie?
– Unia Europejska sygnalizuje nowe regulacje i daje krótki czas na ich
przyjęcie lub odrzucenie. Brak naszej
odpowiedzi oznacza ich przyjęcie. Takie niezauważalne wprowadzenie
pewnych standardów miało miejsce
w sprawie stoczni.
– Czyli to Unia nas załatwiła?
– Sami się załatwiliśmy. Władza jest
dziś rozproszona, poza państwem
i jego granicami. Jest poza polityką,
w mechanizmach integracji funkcjonalnej, które działają samoczynnie.
Takie perpetuum mobile.
– Czyli nie ma winnego? Nikt nie
zawalił?
– Gdyby kanały urzędnicze między
Komisją Europejską a naszym rządem działały sprawnie, prawdopodobnie sytuacja byłaby inna. To wymaga jednak kontynuowania działań
niezależnie od cykli wyborczych. Innymi słowy, to wymaga służby cywilnej.
– Jest taka rzecz, za którą chciałaby postawić Pani kawę Jarosławowi Kaczyńskiemu?
– Za likwidację WSI.
– Ciastko Pani do tej kawy dołoży?
– Ciastko mogę dołożyć za wprowadzenie do polityki mnóstwa młodych ludzi. Kaczyński wielu młodych
postawił na odpowiedzialnych stanowiskach, choćby Pawła Szałamachę
z Instytutu Sobieskiego albo Pawła
Poncyljusza.
– To prawie za bezcen prezes PiS
dostanie od Pani kawę i ciastko.
Nie za bardzo go Pani chwali?
– Niezupełnie. On mówił znacznie
bardziej populistyczne rzeczy, niż robił w praktyce. Przez to wpadł w pułapkę, którą sam skonstruował.
– Dlaczego?
– Widać, że próbował wyjąć pewne
tematy z bieżącej walki partyjnej.
Służbę zdrowia, reformę emerytalną,
zmianę konstytucji. Tak jeszcze niedawno proponował Kaczyński, podobnie Dorn. Ale później, być może,
chcąc stworzyć przestrzeń dla Okrągłego Stołu, który ma zorganizować
jego brat, Jarosław Kaczyński wahnął
się w drugą stronę. Czyli wrócił
do partyjnej bitki.
– Dorn, wytaczając proces Kaczyńskiemu za alimenty, popełnia
polityczne harakiri?
– Trudno będzie Dornowi wygrać tę
sprawę w oczach opinii publicznej.
Bo wybrane pole konfrontacji stawia
w złym świetle obie strony.
– Następuje rozwód jednego z najtrwalszych związków w polityce?
– Trudno powiedzieć. Być może
Dorn spróbuje jeszcze stoczyć walkę
o PiS. Ale nie wiem, czy będzie w stanie ją wygrać. Wtedy nastąpi rozwód.
– PiS będzie inny bez Dorna?
– Tak. Dorn wnosił do fundamentalizmu retoryki PiS-owskiej trochę autoironii i intelektualizmu. Bez niego
PiS będzie jeszcze mniej atrakcyjny
dla młodych ludzi.
– Kaczyński nie wykorzystał
szansy, którą mu historia dała?
– Jego historia jeszcze się nie kończy.
– Wróci do władzy?
– Już wam mówiłam, że dziś władza się rozlewa. Przecież Tusk też nie
ma władzy.
– Donald Tusk tylko panuje?
– Zdaje sobie sprawę z różnych
ograniczeń. Ja naprawdę nie doceniałam Tuska. Wydawało mi się, że
jest za miękki, bo nie wierzę we władzę personalną. Ale Tusk podjął się
rzeczy, które są znacznie trudniejsze
niż rozwiązanie WSI, przegłosowanie
lustracji czy CBA.
– Rzeczywiście. Uchodzi za mistrza PR.
– Nie doceniacie go. Jeżeli uda mu
się wprowadzić budżet zadaniowy, to
zmieni w Polsce wszystko. Udało się
to w Szczecinie, gdzie taki budżet
wprowadził samorząd i wydłużył się
horyzont myślenia, tamtejszy samorząd nawet kolonizuje dawne NRD,
realizując różne zadania za granicą.
– Premier dużo rzeczy zapowiada, ale to na razie tylko słowa.
– Ale rząd przyjął już emerytury pomostowe.
– Może zawetować je prezydent,
czeka je jeszcze długa droga przez
Sejm.
– To mistrzostwo świata, majstersztyk. Rząd znalazł genialny sposób:
wyczekał z pomostówkami. Jeśli teraz nie zostaną one przyjęte w okrojonej formie, to wszystkie zostaną automatycznie zlikwidowane. Czas jest
do końca roku, więc nikt nie zdoła nic
zmienić. To genialne w sensie logistycznym.
– Rety, może Pani Profesor zostać PR-owcem tej ekipy.
– Bo to są gigantyczne pieniądze.
Jeżeli przerzuci się je na edukację,
wsparcie innowacyjności, to rzeczywiście bardzo poprawione zostanie
państwo.
– Tusk dokonuje pełzającej rewolucji?
– Rewolucja to może jest za dużo,
ale jesteśmy blisko tego określenia.
– Co powinien teraz zrobić?
– Przywrócić służbę cywilną, podwiązać ją pod odpowiednie filary
w Unii Europejskiej. Bo dziś dusimy
się w siatce unijnych rozporządzeń.
Dowiadujemy się o nich dopiero, gdy
pojawia się problem. A unijni biurokraci mówią: przecież nie sprzeciwialiście się wtedy, kiedy można się było
sprzeciwiać.
– Donald Tusk był miękki, a okazał się twardzielem?
– Okazał się twardzielem. Na początku byli nieprzygotowani, nie mieli
dobrych ludzi i to ministerstwa nimi
rządziły.
– Wtedy nadrabiali PR-em?
– Tak, od tego mają Sławka Nowaka, który jest drażniący, ale skuteczny. Może na początku myśleli, że
po prostu jakoś na tym pojadą, ale
dziś decydują się zrobić parę rzeczy,
które są piekielnie trudne. Już sam
plan systematycznego podnoszenia
nakładów na naukę, po raz pierwszy
ze wskazaniem ścieżki finansowania,
jest imponujący. Absolutnie nie zgadzam się z tymi, którzy mówią o leniwej władzy.
– Dziś nie ma wokół rządu tyle
PR-u?
– Jest go mniej. Myślałam, że Tusk
będzie się ślizgał, że premierowanie
go zniszczy, kiedy zrozumie, jak niewiele można zrobić.
– Odkrywa Pani Tuska na nowo?
– Odkrywam. To, co robi rząd Tuska, to jest korekta nieudanych reform Buzka.
– Kto jest dżokerem w ekipie Tuska?
– Radek Sikorski na pewno jest lepszy niż Anna Fotyga. To najlepszy
szef MSZ, jakiego mieliśmy. Choć nie
jest idealny.
– Co jest jego zasługą?
– Potrafi wydeptać jakąś rolę dla
Polski w Unii Europejskiej. Ale papierkiem lakmusowym będzie dla niego
sposób rozegrania reżimu Łukaszenki. Zbytni pragmatyzm, niedocenienie
wagi symboli i emocji może pozostawić niesmak. A to może rzucić na Sikorskiego cień.
– Jak wysoko Sikorski zajdzie?
– On potrafi być skuteczny, robi
bardzo dobre wrażenie na salonach
europejskich. Ale karierę raczej zrobi
w strukturach zagranicznych, może
uda mu się kiedyś zostać sekretarzem generalnym NATO.
– Kto jeszcze w rządzie jest niezły?
– Bogdan Klich jest lepszy niż
Szczygło. Udało mu się rozdzielić
kompetencje w MON.
– A Waldemar Pawlak?
a4114-15.qxd
2008-10-04
16:12
Page 3
POLSKIE ZOO
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
– Został zgaszony ostatnio. On
chciał rozwiązać geopolitycznie problem dostarczania do Polski źródeł
energii. Penetrował intensywnie kierunek irański, jeśli chodzi o sprowadzenie gazu. Miał wizję wykorzystania zasobów krajowych, chciał gazyfikacji węgla.
– I został zgaszony?
– Tak. W sprawie Iranu zapewne
przez Amerykanów. Poślizgnął się
jednak na J&S. Ale ma w sobie dużo
wytrwałości i jego pomysły stawiające na krajowe źródła, wracają. Choćby po zmianach w Orlenie.
– A Schetyną jest Pani rozczarowana?
– Nie miałam co do niego żadnych
złudzeń. A te rozgrywki wokół prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza
są dla mnie małostkowymi zachowaniami.
– A minister Rostowski zabezpieczy nas przed kryzysem finansowym?
– Główną zaletą Rostowskiego jest
to, że nie jest ideologicznym liberałem, w odróżnieniu od Zbigniewa
Chlebowskiego. Widać to w jego
księgowym podejściu do spraw podatków. Jego kompetencje budzą zaufanie inwestorów, a to jest kluczowe
dla osłabienia kryzysu.
– Kryzys w USA odbije się czkawką rządowi Tuska?
– Pośrednio tak, poprzez ewentualną recesję w UE, ale nasze rynki finansowe nie są aż tak nasycone produktami finansowymi z wyższej półki,
które stanowią główne jądro problemu.
– Sondaże dają PO 58 procent
poparcia. Ekipa Tuska będzie rządzić wiecznie?
– Trudno ocenić reakcję na konieczne, ale bolesne reformy, np. dotyczące emerytur pomostowych albo
służby zdrowia. No i trudno ocenić
skutki retorycznej wojny, które wokół
tych spraw będzie rozgrywał PiS. To
może nie dać długowieczności, ale
tym bardziej należy się pochwała
za odwagę podjęcia tych reform.
– Jak długo PO wytrzyma z PSL?
– Na pewno do końca kadencji.
PSL, mimo wpadek, jest lojalnym i niezbędnym dla rządzenia partnerem.
– PO i PSL różnią się kulturowo
i mentalnie. Naprawdę mają przed
sobą świetlaną przyszłość?
– Mówimy o przyszłości do nowych
wyborów. To raptem dwa i pół roku.
PSL lepiej funkcjonuje w tej koalicji
niż w poprzednich.
– Prezydent Lech Kaczyński
od czasu konfliktu gruzińskiego
próbuje wrócić do gry?
– Na razie przyczynił się do nasilenia problemów Juszczenki na Ukrainie, zabierając go do Tbilisi. Miał niezłe wystąpienie w sprawie głosowań
w Radzie Bezpieczeństwa. I zmienił
szefa kancelarii na Piotra Kownackie-
go, on też jest o niebo lepszy od Fotygi. Prezydent wciąż jest w głębi duszy tradycyjnie lewicowy, a równocześnie koniunkturalnie tradycyjny
w sprawach obyczajowych.
– Lech Kaczyński jest lepszym
prezydentem niż Aleksander Kwaśniewski?
– Lepszym, co nie znaczy, że dobrym. Kwaśniewski był po prostu parasolem nad resztkami układu kapitalizmu politycznego. Kiedyś miałam
okazję poznać go na jakiejś konferencji, na której nie zostawiłam suchej
nitki na rządzie Millera. Zresztą, chyba po to na nią mnie zaprosił. Gdy
wychodziłam powiedziałam: „Było mi
przyjemnie pana poznać”.
– Jak Pani to przeszło przez gardło?
– Sama się zdziwiłam. Ale on taki
jest, nie budzi agresji czy negatywnych uczuć. On był, a właściwie go
nie było. Nie był ambarasujący, przylepiał się do wszystkiego, dlatego go
lubili na Zachodzie.
– Lecha Kaczyńskiego nie ma Pani ochoty pocieszyć?
– Raz czy dwa byłam na spotkaniu
z nim w gronie naukowców. Ale to był
koszmar.
– Dlaczego?
– Bo strasznie to było nudne. Nasłuchałam się wtedy od anarchistek,
bo mówiłam, co się dzieje z władzą.
Prezydent siedział w pierwszym rzędzie, myślałam, że drzemie. Ale jak
wyszedł na mównicę, to mi przyłożył.
Jarosław Kaczyński byłby znacznie
lepszym prezydentem.
– To jest możliwe?
– Nie, choćby ze względu na super
lojalność bliźniaków. Jarosław zamiast pójść na sensowną współpracę
z PO, wybrał ze względu na drugą
prezydenturę dla brata kurs kolizyjny
z rządem. I to jest straszne. Bo to
zniszczy PiS.
– Dlaczego?
– Bo ta obowiązująca zasada blokowania dla blokowania jest niszcząca dla PiS i frustrująca. Wystarczy popatrzeć na Pawła Poncyljusza czy
młodego Mariusza Kamińskiego, jak
nudzą się w Sejmie.
– Lech Kaczyński ma szansę wygrać drugą kadencję?
– Raczej nie, ludzie widzą ten brak
charyzmy. On jest nieustannie spięty,
co media jeszcze lepiej wydobywają.
Szkoda tylko PiS, bo Jarosław poświęca go dla brata.
– Co to znaczy?
– Nie chce być konstruktywną opozycją. To jest wielki błąd, bo ludzie
chcą przede wszystkim rozwiązywania problemów.
– Jarosław Kaczyński się zmienił?
– Jest innym człowiekiem niż kiedyś. Kiedyś był jak Sarkozy, lansował
program „laickość plus”. Jarek miał
coś z niego.
– Teraz, widząc go na barykadach
Radia Maryja, przeciera Pani oczy
ze zdumienia?
– Uważam, że traci wszystko. Kilka
milionów ludzi w średnim i młodym
wieku dla miliona babć. A przecież jego energia i inteligencja wydawały się
bardziej pociągające niż to, co prezentuje Tusk.
– Co Panią denerwuje w Jarosławie Kaczyńskim?
– Ten język, w którym nie czuje się
myślenia. To jest gadka szmatka. On
staje się mechaniczny jak brat.
– Wszystkie karty w polskiej polityce są już rozdane?
– Rafał Dutkiewicz jest inteligentny,
ma bardzo dobrą biografię, umie pracować zespołowo, ma wdzięk Radka
Sikorskiego. Ale musiałby odnaleźć
się między PiS a PO. Miałby szansę,
gdyby Kaczyński albo Tusk z jakichś
powodów się zużyli. Wtedy jedna albo druga partia mogłaby po niego
sięgnąć.
– Sam się nie przebije?
– Raczej nie.
– A lewica w Polsce wróci
do pierwszej ligi?
– Z kim? Znam Sierakowskiego, bo
jest doktorantem w moim instytucie.
To intelektualista i jak pojechał w Polskę z Wojciechem Olejniczakiem i zobaczył te rybie oczy działaczy SLD
na niego wybałuszone, oczekujące,
że da im wreszcie władzę na talerzu,
to się zwyczajnie przestraszył. Ale
uwiódł Olejniczaka i przyczynił się
do jego końca.
– Dlaczego lewica jest nieudolna?
– Bo nie ma dziś w Polsce miejsca
na lewicowość. To, co robiła lewica,
choćby Tony Blair, próbując osiągnąć
sprawiedliwość przez wyrównywanie
szans, wcale już nie jest lewicowe.
Wszyscy o tym mówią. Nawet mamy
współczujący konserwatyzm.
– Czyli lewica jest już martwa?
– Nie, ale żadnym rozwiązaniem
problemów społecznych nie jest marnowanie kolosalnych publicznych
pieniędzy. A polska lewica wciąż jest
na takim właśnie etapie.
– Jest ktoś w polityce, kto Panią
uwodzi?
– Nie. Polscy politycy wciąż nie rozumieją, że aby osiągnąć sukces,
muszą otaczać się lepszymi od siebie. Są ludzie inteligentni jak Ludwik
15
Dorn, ale te jego maniery, to przychodzenie z psem do Sejmu, były żałosne. Generalnie, jeśli kobiety przebiją się w polityce, to są naprawdę
dobre.
– Ale seksizm. Która z kobiet
w polityce sprawdza się?
– Choćby Natali-Świat czy Bieńkowska.
– To co Panią dziś ujmuje?
– Zwykli ludzie, zwykli Polacy. Uczą
się liczyć na siebie, dostrzegają, że
władza jest słaba i naprawdę nie
oczekują od niej zbyt wiele. To oni są
największymi bohaterami.
– Jest Pani dumna z Polaków?
– Tak. Francuzi czy Niemcy nie potrafią sobie wyobrazić, że będą mieć
emerytury na poziomie 65 proc.
ostatniej pensji. A Polacy będą
mieć 35 proc. To już nie jest roszczeniowe społeczeństwo.
– Pewnie dlatego, że po prostu
ludzie o tym nie wiedzą.
– Niektórzy może o tym nie wiedzą,
ale większość nie liczy na zbyt wiele.
Spójrzcie na Polaków za granicą. Potrafią podejmować ryzyko. To, jak reprezentują Polskę za granicą, naprawdę traktowane jest z podziwem.
Odtwarzają małe wspólnoty, wydają
własne gazetki, tworzą kluby czy drużyny piłkarskie.
– Gdzie się Pani ostatnio „włóczyła”?
– Po wyjeździe do Peru nabawiłam
się rozedmy płuc, więc wyjazd do Tybetu, jaki miałam w planie, wziął
w łeb. Pozostały mi małe wyprawy.
Do Nowego Sącza, gdzie mam taki
mały szałas, parę dni też byłam
na Helu.
– I będzie Pani jutro o 6 rano
na peronie w Podkowie?
– O 6 to ja już muszę być w Warszawie. Więc w Podkowie na peronie
będę o 4.45.
– Ile ma Pani czerwonych szminek?
– To zależy, ile mam pieniędzy. Niedawno byłam w Norwegii, miałam referat w Instytucie Noblowskim i właśnie kupiłam sobie nową. Ale czasami, jak jest krucho, to muszę wydłubywać ze starych szminek. Nie wybrzydzam.
Rozmawiali:
ANITA WERNER (TVN 24)
i PAWEŁ SIENNICKI
R E K L A M A
a4116-17.qxd
2008-10-04
16:10
Page 2
16
ZDRAJCA CZY BOHATER?
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Polityczny testament generała Jaruzelskiego
W Sądzie Okręgowym w Warszawie odbyła się kolejna odsłona procesu autorów stanu wojennego z 1981 r. Na ławie oskarżonych zasiedli: Wojciech Jaruzelski
(85 lat), wówczas I sekretarz PZPR,
premier PRL i minister ON, przewodniczący Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, generał Tadeusz Tuczapski (86 lat), Stanisław
Kania (80 lat). Z powodu choroby
nie stawił się generał Czesław
Kiszczak. Poniżej fragmenty czterogodzinnego wystąpienia Wojciecha Jaruzelskiego.
Akt oskarżenia sporządzony przez
prokuraturę IPN przyjąłem do wiadomości. Postawione mi zarzuty uważam
za bezpodstawne, nacechowane jaskrawą jednostronnością. Jest to proces bezprecedensowy, o historycznej
randze. Przed sądem stają jeszcze
osoby z najwyższych władz państwa,
oskarżone o wieloczłonową zbrodnię,
przy tym uznanie jej za zbrodnię komunistyczną zaostrza efekt propagandowy, staje się zbrodnią szczególnego rodzaju, niejako zbrodnią do kwadratu.
Oskarżony powinien mieć możliwość
zasadniczego, merytorycznego wyjaśnienia. Tymczasem na posiedzeniu
sądu 26 marca 2008 roku pan prokurator ocenił moje wnioski dowodowe,
w tym postulujące uzupełnienie akt
sprawy, jako kwestie uboczne, nie mające dla nich znaczenia. Wprowadził
w ten sposób akt oskarżenia na wąską
ścieżkę, która ma ograniczyć pole
obrony. Uznał bowiem za bezcelowe
uzyskanie odpowiedzi na kluczowe pytania, jakie fakty i okoliczności, uwarunkowania i motywacje, spowodowały realizację przygotowań, a następnie
wprowadzenie stanu wojennego. A także czy i na ile spowodowane to było
wyższą koniecznością. Zarzucane
w akcie oskarżenia decyzje i działania
były przecież pochodną ówczesnej sytuacji, a w szczególności narastających
zagrożeń.
Polityczny obstalunek
Wysoki Sądzie, strona internetowa
IPN wita słowami: „Stan wojenny był
wszczepiony w społeczną tkankę groźną chorobą, rodzajem trądu, który niszczy w sposób podstępny, skryty, długoterminowy”. Oto polityczne przesłanie
dla wszystkich ogniw składowych IPN.
Co więcej, nie bez podstaw można założyć, że akt oskarżenia koresponduje
z politycznym obstalunkiem, wyrażanym oficjalnie przez wysoko usytuowane osoby oraz różne wpływowe środowiska. Pan prokurator na wspomnianym już posiedzeniu sądu oświadczył,
iż oskarżenie powstało bez politycznych intencji oraz inspiracji. Pozwolę
więc sobie zauważyć, przypadkowe
nie owych demokratycznych mechanizmów stało się możliwe.
Moja odpowiedzialność
Fot. J. Wojszczak/Reporter
być może, współbrzmienie oskarżenia
ze słowami pana Jarosława Kaczyńskiego z 23 października 1992 r., wypowiedzianymi w czasie konferencji prasowej w Sejmie, cytuję za gazetą „Nowy Świat” z 24-25 października 1992 r.
„Generał Jaruzelski i jego towarzysze,
którzy wprowadzili stan wojenny, są
zdrajcami narodu i jako tacy winni stanąć przed sądem w świetle prawa karnego, jako przestępcy, powinni zostać
skazani na najwyższy wymiar kary,
a wyrok powinien zostać wykonany”.
Przypomnę, iż w ówcześnie obowiązującym kodeksie karnym kara śmierci
istniała. W czasie konferencji prasowej
w Brukseli, 19 kwietnia 2007 r., pan Jarosław Kaczyński, wówczas jako premier, odnosząc się do pytania korespondenta włoskiej gazety „La Stampa”, powiedział, że jeśli przed sądem
postawiono Eichmanna, to dlaczego
nie może być sądzony Jaruzelski.
W ten sposób awansowałem do grona
największych zbrodniarzy wszech czasów. W książce wywiadzie z 2006 r. pod
tytułem „O dwóch takich” pan Jarosław
Kaczyński na s. 117 m.in. mówi: „Jeśli
stan wojenny był do uniknięcia, to Jaruzelskiemu należy się kula w łeb”.
Dziennikarz prowadzący zauważa: „Był
jednak twórcą Okrągłego Stołu, a potem wycofał się, oddał władzę”. Odpowiedź: „Robił to wszystko, żeby ratować skórę. Może rzeczywiście los Ceauşescu byłby dla niego zbyt surowy,
ale kryminał, dlaczego nie”. Jest to
wspólna książka braci Kaczyńskich,
muszę więc założyć, iż pan prezydent
podziela owe opinie i oczekiwania, tym
bardziej, że 3 kwietnia 2006 r. na łamach gazety „Rzeczpospolita” stwierdza: „Cieszę się, że dożyłem chwili, kiedy odpowiedni organ państwa formal-
nie postawił zarzut autorom stanu wojennego”. W tej sytuacji, ja wraz z panem prezydentem też się cieszę, ponieważ ufam, że sprawę wnikliwie,
wszechstronnie, obiektywnie rozpatrzy
niezawisły sąd.
Moje zadowolenie ma zresztą swój
rodowód. Już ponad dwa i pół roku temu, w pisemnym oświadczeniu
z 10 maja 2006 r. przekazanym panu
prokuratorowi, stwierdziłem: „Zależy
mi na tym, ażeby sprawa została rozpatrzona przez niezawisły sąd w jawnej procedurze, w toku której przedstawię obszerne, wszechstronne wyjaśnienia”. Wreszcie, jakby to dziwnie
nie zabrzmiało, skorzystam również ze
świadectwa pana Jarosława Kaczyńskiego, który na łamach wydanej
w 1994 r. książki pt. „My” s. 118, mówi:
„Żartowałem wtedy – chodzi o ’81 r.
– że gdybym nawet nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić,
tobym z «Solidarnością» jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się
nie dało, ponieważ ten monstrualny
ruch ze względu na swój charakter
i konstrukcję do demokracji się nie
nadawał. Gdyby «Solidarność» w 1989
r. miała siłę z 1981 r., to w ogóle żadnego normalnego mechanizmu demokratycznego w Polsce byśmy nie zbudowali. I do dzisiaj dziwię się, że nasi
szanowni koledzy sobie tego nie
uświadamiali”.
Idąc śladem tego wywodu można
powiedzieć, że zasadniczo osłabienie
„Solidarności”, powstrzymanie jej
burzliwego impetu zrealizował właśnie
stan wojenny. Logicznie więc biorąc,
czy ktoś ten pogląd podzieli, czy nie,
przyczynił się w sposób istotny do tego, iż po kilku latach, w odmienionej
sytuacji międzynarodowej, zbudowa-
Wysoki Sądzie, odnosząc się do aktu
oskarżenia, nie pozuję na uciśnioną niewinność, nie mówię, że byłem inny, niż
byłem, co nawiasem mówiąc, zdarza
się wielu osobom z różnych zresztą politycznych orientacji. Bliskie mi było ideowe przesłanie socjalizmu, a potem narastająca świadomość konieczności jego gruntowego reformowania i jednocześnie obowiązek obrony widziany integralnie z bezpieczeństwem Polski,
właśnie szeroko rozumianym bezpieczeństwem, w realnie istniejącym świecie. Przy tym nieustannie powtarzam
– odpowiedzialność biorę na siebie.
Składając urząd prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, w orędziu z 11 grudnia 1990 r. powiedziałem: „Jako żołnierz
wiem, że dowódca, więc każdy przełożony, odpowiada i za wszystkich,
i za wszystko”. I dalej: „Jeśli czas nie
ugasi w kimś gniewu lub niechęci, niechaj będą one skierowane przede
wszystkim do mnie”. I tak się od lat
dzieje, włącznie z zamachem, ciężkim
zranieniem. Zwracając przysługujący
mi na mocy ustawy z 17 października 2003 r. Krzyż Zesłańców Sybiru, w liście skierowanym 30 marca 2006 roku
do prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej pana Lecha Kaczyńskiego m.in.
napisałem: „Jako porucznik na przedpolach Berlina, w kwietniu 1945 r., i jako
generał armii na najwyższych urzędach
czuję się, w stosownym oczywiście zakresie, odpowiedzialny za wszystko, co
działo się w Polsce takiej, jaką w realiach podzielonego świata ona była.
Za to, co było dobre, i za to, co było złe,
o tym pierwszym myślę i mówię z satysfakcją, o tym drugim – przypomnę – że
w kilku napisanych przeze mnie książkach, chyba już setkach artykułów, wywiadów, wypowiedzi, w tym oficjalnych
oświadczeniach często pojawiają się
słowa: »żałuję«, »ubolewam«, »przepraszam«. Odnosi się to szczególnie
do wszystkich okoliczności i faktów, jakie niosły za sobą jakąś ludzką krzywdę
i ból. Jeśli przyczyniłem się do nich
w sposób bezpośredni czy pośredni,
widzę to tym ostrzej”.
W tym szczególnym miejscu i momencie potwierdzam te słowa raz jeszcze z całą mocą. Nie oznacza to jednak uznania winy w rozumieniu aktu
oskarżenia. W szczególności chodzi
o kwestie kluczową – wprowadzenie
stanu wojennego. Oświadczam niezmiennie, iż ta tak dramatycznie trudna
decyzja dyktowana była wyższą koniecznością, ocaliła Polskę przed wielowymiarową katastrofą. Uzupełnię tę
ocenę wypowiadanym już wielokrotnie
stwierdzeniem – stan wojenny był
a4116-17.qxd
2008-10-04
16:10
Page 3
ZDRAJCA CZY BOHATER?
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
złem, ale złem mniejszym wobec tego,
co groziło realnie i niechybnie.
„Solidarność” miała rację
Po raz kolejny również oświadczam
– „Solidarność” miała dalekosiężną
historyczną rację, która w ostatecznym rachunku, jako demokratyczny,
wolnościowy cel i wizja, chociaż w zupełnie innej niż w latach 1980-81, społeczno-ekonomicznej filozofii i praktyce, zwyciężyła. My, władze, mieliśmy
rację sytuacyjną, pragmatyczną. Pozwoliło to zapobiec katastrofie, dojść
do punktu, w którym przemiany mogły dokonać się nie jako konfrontacyjne zderzenie i burzenie, ale jako cywilizowany pokojowy demontaż. Bez
zrealizowania tej drugiej racji nie wiadomo kiedy i jak, a zwłaszcza jakim
kosztem mogłaby być zrealizowana ta
pierwsza racja.
W tym miejscu niech mi wolno będzie przedstawić kilka wstępnych
uwag. Po pierwsze, sytuacja siedzącego na ławie oskarżonych nieuchronnie
powoduje, iż główny akcent w jego wyjaśnieniu położony jest na obronę. Tym
bardziej, że tematowi stan wojenny,
zdecydowanie, wręcz przytłaczająco
towarzyszy tonacja jednostronnie
oskarżycielska. Przy tym paradoksalnie, im dalej od ówczesnych wydarzeń, tym jej ostrość jest coraz większa. Następuje eskalacja, żądanie rozliczeniowe, słowa zbrodnia i zdrada,
degradacja i pozbawienie emerytury, a
wszystko to dzieje się po pozytywnych
dla autorów stanu wojennego decyzjach Sejmu z 25 stycznia 1982 r. i 23
października 1996 r., oraz co wielce
znamienne, wyprzedzająco w stosunku do oceny, jakiej w czasie tej rozprawy dokona i wyda postanowienie niezawisły sąd. Chyba że zatriumfuje filozofia babci Pawlakowej z filmu „Sami
swoi” – sąd sądem, a sprawiedliwość
musi być po naszej stronie.
Po drugie, powyższe oznacza, że
nie muszę wyręczać oskarżycieli, jednakże tam, gdzie krytyka i zarzuty są
zgodne z rzeczywistością przyjmuję je
z pełnym zrozumieniem i poszanowaniem. Dawałem temu wielokrotnie wyraz. Potwierdzam to również w tym wyjaśnieniu. Po trzecie, pamiętając o tej
roli „S”, jednocześnie nie mogę pominąć spojrzenia na charakter i skutki jej
niektórych działań, tym bardziej że akt
oskarżenia wobec tego tematu stosuje
unik. Przy tym nietrudno zauważyć, że
im dalej od lat 1980, 1981, tym bardziej
w sposób odświętny, wygładzony rysowany jest jej ówczesny wizerunek.
Stoją za tym zarówno względny wspólnotowe, ideowe, emocjonalne, które
rozumiem i szanuję, ale stoją też nieraz
względy przyziemne, koniunkturalne,
które przekładają się na aktualny, polityczny użytek. W im ciemniejszych,
diabolicznych barwach przedstawiany
jest stan wojenny i w ogóle PRL, tym
mocniej po latach zagrzmią oskarże-
nia, głosy odwetu, żądanie rozliczeń
oraz własne, bardzo zresztą różnej wagi, zasługi. Przy tym bywa i tak, że im
są one lżejsze, tym cięższe padają
oskarżenia.
Karol Modzelewski na łamach „Gazety Wyborczej” 4 sierpnia 1997 r. mówi: „W polityce polskiej uwija się sporo
wojowników, którzy w czasie komunizmu siedzieli cicho za piecem”. Ja dodam, że wielu nawet jeszcze nie było
na świecie. To właśnie w większości
oni, choć towarzyszą im i nadają polityczny koloryt niektórzy znani politycy,
demonstrują pod moimi oknami w każdą noc z 12 na 13 grudnia, nawet wówczas, kiedy ciężko chory przebywałem
w szpitalu. Być może będzie to kontynuowane na powrót.
Minimalizowanie czynnika
zewnętrznego
Wysoki Sądzie, odpowiadając na akt
oskarżenia, nie mogłem pominąć opisu tych działań „Solidarności”, które
miały istotny wpływ na przygotowanie,
wprowadzenie i realizację stanu wojennego. Narażę się w ten sposób na krytyczne, a być może nawet gniewne reakcje ze strony niektórych kręgów
i środowisk. Mówię o tym nie bez powodu, bo jak uczą doświadczenia, niemało jest osób, które już zawczasu
wiedzą, co powiedzą. Potwierdzają to
w większości polityczno-medialne relacje z pierwszego dnia tego procesu,
w tym skrajny, rynsztokowy przykład
a nazwanie go polską Norymbergą.
Apeluję więc, ażeby zechciano cierpliwie wysłuchać, do końca, w całości,
mojego wyjaśnienia, co jak sądzę pozwoli spojrzeć na sprawę bez przedwczesnych emocji i cząstkowych, fałszywych interpretacji. Tym bardziej że
zróżnicowanie historyczno-politycznych ocen, stanowisk i poglądów zostało przeniesione na płaszczyznę karno-sądową i wtłoczone w kryminalny
kostium. To prokuratura Instytutu Pamięci Narodowej, stając nie tylko ponad ustawą i uchwałami Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, ale
również Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, doprowadziła do sytuacji, w której konieczne staje się publiczne, oficjalne przywołanie, roztrząsanie szeregu nie dla wszystkich wygodnych tematów oraz wskazanie na różne białe
plamy.
Podstawowym kryterium powinny
być fakty i logicznie z nich płynące
wnioski. Ażeby nie być gołosłownym,
będę więc często przywoływał różne
dokumenty oraz inne materiały mające
znaczenie dowodowe. Spowoduje to
znaczną
objętość
wyjaśnienia,
ale przecież chodzi o to, ażeby słowa
oskarżonego miały ewidentne potwierdzenie. Oceni to Wysoki Sąd.
Mija 27 lat od wprowadzenia stanu
wojennego, 19 lat od Okrągłego Stołu, 12 lat uchwały Sejmu z 23 października 1996 r. umarzającej sprawę. Sejm
podjął tę decyzję na podstawie pięcioletniej działalności Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, o której społeczeństwo było systematycznie,
na bieżąco informowane przez obecnych na jej posiedzeniach licznych
przedstawicieli mediów. Komisja ta
przesłuchała osoby objęte wnioskiem
wstępnym, tak zwanych autorów stanu
wojennego, a także według reguł artykułu 247 kk, który mówi, że za złożenie
fałszywych zeznań oraz zatajenie
prawdy grozi odpowiedzialność karna
do 5 lat pozbawienia wolności. Uzyskała zeznania licznych świadków,
przestudiowała wielkie ilości dokumentów, materiałów, ze źródeł zarówno krajowych, jak i zagranicznych, zapoznała się z różnorodnością prawniczych i naukowo-historycznych ekspertyz, dysponowała więc wystarczającą wiedzą dotyczącą przygotowań
do wprowadzenia stanu wojennego.
Poznała też i oceniła okoliczności, jakie złożyły się na podjęcie tej decyzji,
a następnie jej realizacji. O dość swobodnym stosunku prokuratury IPN
do Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej świadczy błędne jej
nazywanie, na s. 145 aktu oskarżenia,
Komisją Odpowiedzialności Karnej
Sejmu, być może stąd wynika faktyczne przypisywanie sobie przez Prokuraturę większych kompetencji w zakresie
materii konstytucyjnej, niż miała je owa
komisja, a następnie Sejm. Prokuratura IPN, dezawuując pracę Sejmowej
Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, zastosowała osobliwą selekcję.
Akta obecnej sprawy w porównaniu
z zakresem dociekań tej komisji są bowiem dalece niepełne. Zupełnie niezrozumiały jest brak w nich wielu istotnych dokumentów i materiałów o randze dowodowej. Nie zostali również
przesłuchani liczni, przy tym kluczowi
świadkowie. Treść aktu oskarżenia stanowi tego potwierdzenie. Zawiera on
swoisty rejestr czynności i decyzji różnych organów władzy, natomiast
szczególnie rażące jest niemal całkowite pominięcie działalności drugiej,
opozycyjnej strony ówczesnego konfliktu, a także wielopostaciowych, istniejących i narastających zagrożeń
oraz minimalizowanie w nich czynnika
zewnętrznego.
Jednym słowem wielce złożone,
wielowarstwowe procesy i dramatyczne wydarzenia o państwowym, narodowym i międzynarodowym znaczeniu
zostały zredukowane do osobliwej
prokuratorskiej wykładni. Nie mówię
tego z intencją relatywizowania zła.
W minionym okresie istniało w różnych
postaciach i różnej skali, chodzi jedynie o spojrzenie szersze, o realia czasu
historycznego, o obraz pogłębiony
i obiektywny. A w szczególności o poważne traktowanie artykułu 4 kpk, który stanowi, że organy prowadzące postępowanie karne są obowiązane badać oraz uwzględniać okoliczności
17
przemawiające zarówno na korzyść,
jak i na niekorzyść oskarżonego. Prokuratura tych pierwszych okoliczności
w ogóle nie dostrzegła.
Wysoki Sądzie, każdy proces, a ten
w sposób szczególny, ma również
swój wymiar społeczny, edukacyjny,
tym bardziej że obecna rozprawa odbywa się w trybie jawnym, w obecności licznych przedstawicieli mediów,
ma więc i mieć będzie wielomilionową widownię ze wszystkimi jej zróżnicowanymi poglądami, ocenami, emocjami. Nie wiem, czy i kto z nas,
oskarżonych, doczeka końca tego
procesu, który rysuje przed nami, co
odczytuję raczej żartobliwie, optymistyczną perspektywę (na str. 138 aktu
oskarżenia), iż w 2020 roku, to jest
za 12 lat, karalność popełnionych
czynów ulega przedawnieniu. Dopóki
jednak uczestniczymy w tym procesie, ja, a myślę, że i pozostali oskarżeni, pragniemy ażeby z historycznego dystansu, sine ira et studio zrozumieć lepiej ówczesną sytuację, jak
tamto wczoraj w imię jutra odczytaj
dziś. Krótko mówiąc, ażeby historia
w nieskończoność nie dzieliła Polaków. Tu zacytuję końcowy fragment
sprawozdania Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej z 28
maja 1996 r.: „Problem stanu wojennego w Polsce będzie jeszcze przez
wiele lat przedmiotem dyskusji i sporów. Opinie w tej sprawie są i będą
formułowane głównie pod wpływem
własnych doświadczeń życiowych
i osobistych przekonań politycznych.
Ale w sensie politycznym ta karta historii Polski zostać powinna już zamknięta. Komisja wyraża nadzieję, że
wyniki jej prac będą dobrze służyć temu celowi oraz że nie będą wykorzystywane do wzniecania waśni i sporów służących realizacji doraźnych
celów politycznych”.
Porozumienia Okrągłego Stołu miały
szeroki, międzynarodowy rezonans,
przez cały cywilizowany, demokratyczny świat są doceniane jako wielki dowód mądrości Polaków. Co więcej, jako impuls i wzorzec dla historycznych
przemian w całym regionie. O tym, że
wyprzedzaliśmy innych, świadczą chociażby takie fakty – Obrady Okrągłego
Stołu rozpoczęły się 6 lutego 1989 r.
W tymże czasie odbył się w Pradze
Czeskiej proces doprowadzanego
z więzienia Vaclava Havla i jego współtowarzyszy. W innych krajach naszego
regionu stosowano wciąż represje, byli więźniowie polityczni. 4 czerwca odbyły się w Polsce wybory i idące za nimi konsekwencje. Dopiero później dokonały się tak zwane aksamitne rewolucje. Wreszcie 9 listopada rozpoczęto
burzenie berlińskiego muru. Tych dat
nie dzieli wiele, ale ich kolejność
i współzależność miała faktycznie historyczną rangę.
Skrót i opracowanie:
„Gazeta Wyborcza”
a4118-19.qxd
2008-10-03
15:33
Page 2
18
25 LAT MINĘŁO...
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Laudacja na cześć przewodniczącego „Solidarności” z okazji
65. urodzin i 25-lecia otrzymania Pokojowej Nagrody Nobla
Wałęsa i bzikowata
interpretacja historii
Lech Wałęsa jest jedynym w naszych czasach Polakiem, który zaszedł tak wysoko i stoi przy
takich nazwiskach jak Matka Teresa lub Nelson Mandela lub Dalajlama – mówił na Zamku
Królewskim Norman Davies
Fot. S. Kamiński/Ag. Gazeta
Według norm naukowych, słowa
historyka mają być wyważone. Konwencja wymaga, żeby naukowiec
patrzył spokojnie na obydwie strony
tematu, rozważał plusy i minusy
i przedstawiał neutralną, obiektywną
ocenę rzeczy. Typowa naukowa
konkluzja brzmi mniej więcej tak:
„Jestem za i nawet przeciw”.
Zadanie laudatora natomiast jest
całkowicie odwrotne. Laudator ma
chwalić. Moje słowa będą więc dzisiaj wybitnie niewyważone.
25 lat temu, w 1983 roku, mieszkałem i pracowałem w Japonii,
gdzie spotkało mnie żywe zainteresowanie sytuacją w Polsce. Mało kto
wie, że i Japończycy, i Chińczycy pilnie śledzą sprawy w Polsce. W tamtym czasie szalał w Polsce stan wojenny. Cały świat, wstrzymując oddech, czekał, czy wejdą, tak jak kiedyś powiedział prezydent Wałęsa
„Turyści i wojskowi Sowieci”.
W takiej sytuacji zaproszono mnie
w objazd po Japonii z wykładem
o „Solidarności”. Pokonałem bardzo
długą trasę, odwiedzając każde większe miasto japońskie, od Sapporo na
północy po Tokio, Kobe, Kioto, Hiroszimę, Osakę, Nagasaki. Na każdym
etapie słyszałem te same hasła, te
same nazwy: „Porando” (Polska),
„Papa” (Papież) i „Varesa-san” (czyli:
pan Wałęsa). Podobnie było na każdym kontynencie tego świata.
Światowa sława naturalnie doprowadziła go do Pokojowej Nagrody
Nobla. Lech Wałęsa jest jedynym
w naszych czasach Polakiem, który
zaszedł tak wysoko i stoi przy takich
nazwiskach jak Matka Teresa lub
Nelson Mandela lub Dalajlama. Nagroda ta była wielkim uznaniem dla
całego narodu walczącego.
Podczas tego pobytu w Japonii poznałem kuriozalne zjawisko, które nazywam, „bzikowatą interpretacją historii”. Zjawiska tego nie należy zaliczać do normalnych kategorii historii
tradycyjnej, rewizjonistycznej, alternatywnej, spekulacyjnej. Ta historia, zaczynając od fałszywego założenia,
konsekwentnie buduje struktury myślenia odnoszące się do absurdu.
Chyba w Kioto na wielkim uniwersytecie poznałem nobliwego profesora,
specjalistę od historii Polski, który wy-
myślił sobie, że kluczową rolę w jej
dziejach odgrywa sól. Dla niego najważniejszym miejscem w Polsce jest
oczywiście Wieliczka. Rozbiory Polski
tłumaczył przez fakt, że akurat Wieliczka przeszła do rąk Austriaków. I wielkość „Solidarności” wynikała z nazwy,
której pochodzenie wziął od „daru soli”, czyli „solidarność”. Słowo honoru.
On o tym potrafił mówić godzinami.
Dla niego żupy krakowskie to: żurek,
krupnik i ogórkowa.
– Podobne kuriozum spotkałem
kiedyś w dziedzinie historii napoleońskiej. Według pewnego koła sfrustrowanych Francuzów, wielki Bonaparte
miał być kreaturą wywiadu brytyjskiego. Takim TW, który od samego początku kariery tylko udawał wielkie
zwycięstwa, aby podzielić po wojnach owoce ostatecznej klęski.
Austerlitz? – to tylko skok w bok,
aby zniszczyć rosyjskich i austriackich konkurentów Anglii.
Somosierra? Nieznacząca przepychanka, aby otworzyć w Hiszpanii
miejsce dla Wellingtona.
Kozietulski? Toż to frajer wystrychnięty na dudka itd., itd. „Szatani”
angielscy nawet trzymali się obietnicy, że Napoleon będzie „imperatorem
wysp”. Tylko nikomu nie powiedzieli,
że chodzi o Elbę i Świętą Helenę.
Poza tym zdradliwa propaganda
angielska rozsiała dezinformację, jakoby Napoleon Bonaparte miał
śmiesznie niski wzrost. Nazwali go
„małym kapralem”, podając jego
wzrost na 5 stóp i 2,5 cala. Nie poinformowali natomiast, że przedrewolucyjny francuski cal był ciut większy
od imperialnego cala brytyjskiego.
W rzeczywistości Napoleon mierzył
w systemie metrycznym, 167168 cm, dokładnie tyle samo, co
prezydent Lech Wałęsa... i profesor
Norman Davies.
Wszyscy wiemy, że historie tego
kalibru krążą po Polsce w sprawie
„Solidarności” i Okrągłego Stołu.
Trzeba powiedzieć jasno: są to
śmieszne, sekciarskie gry równoległe, podobne do teorii, że kula ziemska jest płaską tacą na ramionach
wielkiego słonia.
Analizując ruch „Solidarności”,
chciałbym przedstawić kilka uwag.
– Rola jednostki jest ważna, ale
nie najważniejsza. Lech Wałęsa służył jako przewodniczący 10-milionowego ruchu i nie miał żadnego ważnego konkurenta. Te miliony dały
mu autorytet i siłę. One są głównym
zbiorowym bohaterem tego okresu.
Owszem, był kiedyś Lech młodszy
i był Prezydent starszy. Ale mało kto
zaprzecza temu, że właśnie ten naczelnik w latach 80. służył „Solidarności”: dzielnie, honorowo i sprawnie.
– „Solidarność” jako masowy ruch
była parasolem dla wielu nurtów politycznych, i lewicowych, i prawicowych; i po zwycięstwie nad PRL bolesny rozpad takiego ruchu był nieunikniony.
– „Solidarność” z Wałęsą na czele wybrała drogę bez przemocy.
Uruchomiła powstanie o charakterze niezbrojnym, toczyła walkę, ale
bez krwi i bez ofiar. Robiła to bardziej według etosu i Gandhiego niż
tradycyjnie polskiego, czyli powstania. I akurat było to zgodne z linią
myślenia Ojca Świętego. Konieczną
konsekwencją tego wyboru, który
omijał gilotyny, terror i mordy innych rewolucji, był fakt, że zwycięstwo miało formę kompromisu,
współpracy z dawnymi wrogami,
pojednania ludzi z różnych obozów.
Nie mogło być inaczej. Trzecia RP
jest tworem niedoskonałym, a mimo
wszystko lepszym od wszystkich innych.
Niestety, złośliwa mitologia rozszerza się lepiej niż solidna historiografia, a ludzie często robią z dziejów to, co im się podoba. Tak było
z marszałkiem Piłsudskim i tak jest
z prezydentem Lechem Wałęsą.
Na końcu swojej wypowiedzi do
a4118-19.qxd
2008-10-03
15:33
Page 3
... JAK JEDEN DZIEŃ
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Komitetu Nobla przesłanej z internowania Lech Wałęsa napisał: „Pokój
i Sprawiedliwość: te wartości są jakby chlebem i solą w życiu społeczeństw”. Powtarzam: Pokój i Sprawiedliwość.
Lech Wałęsa w oczach wszystkich
uczciwych jest człowiekiem pokoju
i sprawiedliwości, i nadziei, i wolności.
NORMAN DAVIES
(Za „Gazetą Wyborczą” nr 229)
Norman Davies, profesor uniwersytetów w Oksfordzie, Perugii,
Sussex, Londynie, Uniwersytetu
Jagiellońskiego w Krakowie. Walijczyk, wielki znawca historii Polski i jeden z najpopularniejszych
historyków. Autor m.in.: „Orzeł
biały, czerwona gwiazda”, „Boże
igrzysko”, „Europa”, „Mikrokosmos”, a ostatnio „Europa walczy”. Prof. Davies wczorajszą laudację wygłosił po polsku.
Czuję się jak cesarz
Napoleon i marszałek
Piłsudski naraz
Z Lechem Wałęsą, byłym prezydentem i laureatem Pokojowej Nagrody Nobla – rozmawia
Dorota Abramowicz.
– Panie Prezydencie, chusteczka była jednak potrzebna.
Kilka razy wzruszył się Pan, słuchając podziękowań i pochwał
podczas uroczystości na Zamku Królewskim.
– Jakże było się nie wzruszyć!
Wiele spraw się przypomniało,
dużo powiedziano o tym, jak naprawdę było.
– Niektórzy mówcy przyrównywali Pana do Józefa Piłsudskiego, a Norman Davies nawet
do Napoleona. Jak Pan się
z tym czuje?
– (śmiech) Jak Napoleon i Piłsudski! A poważnie mówiąc – każdy żył w innych, chociaż w równie
ciekawych czasach i działał w innych warunkach. Dlatego trudno
robić takie porównania mojej osoby do postaci historycznych.
– Sam Andrzej Wajda chce
zrobić film o Lechu Wałęsie.
Czy to dobry pomysł?
– Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek
miałby zrobić o mnie film, to na
pewno najodpowiedniejszą osobą
do tego zadania byłby właśnie pan
Andrzej Wajda. To doświadczony
i mądry człowiek. On doskonale
rozumie sytuację, wie i pamięta,
jak wyglądała historia, jakie były
okoliczności różnych wydarzeń.
Wyreżyserowany przez niego film
na pewno będzie prawdziwy.
(Polska. The Times nr 229)
19
Instytut Lecha Wałęsy chciał, by telewizja publiczna wydała miliony
złotych na transmisję urodzinowego koncertu byłego prezydenta
Za drogi koncert ku czci
Nr 231 (2. X.). Cena 3 zł
Olbrzymie kontrowersje wzbudziła rezygnacja z transmisji przez
TVP koncertu ku czci Lecha Wałęsy, który odbył się 29 września
w warszawskim Teatrze Wielkim.
Był to najbardziej spektakularny
element obchodów 25. rocznicy
przyznania legendzie „Solidarności” Pokojowej Nagrody Nobla.
Przedstawiciele Instytutu Lecha
Wałęsy oraz niektórzy politycy
twierdzili, że to skandal i zaniechanie przez TVP realizacji działalności misyjnej.
Jak jednak ustaliła „Rz”, o tym, że
TVP nie będzie transmitować koncertu, było wiadomo już w czerwcu.
– Po oświadczeniach ze strony telewizji publicznej, z których wynikało,
że TVP nie jest zainteresowana relacjonowaniem uroczystości, zgłosił
się do nas Polsat, z którym rozpoczęliśmy rzeczowe rozmowy – przyznaje Piotr Gulczyński, prezes Instytutu Lecha Wałęsy.
Gulczyński najpierw rozmawiał
o transmisji z prezesem TVP Andrzejem Urbańskim. Było to na przełomie lat 2007 i 2008. Jak twierdzi prezes Instytutu Lecha Wałęsy, wówczas Urbański był zainteresowany
pomysłem. Pierwsze oficjalne pismo
w tej sprawie wpłynęło do TVP wiosną. Instytut Lecha Wałęsy proponował przekaz ze spotkania rocznicowego na Zamku Królewskim
29 września w TVP Info oraz transmisje
wieczornego
koncertu
w TVP 1 lub TVP 2. W pakiecie były
też imprezy gdańskie, planowane na
grudzień: uroczysta kolacja dla VIP-ów i międzynarodowa konferencja
w filharmonii.
W czerwcu okazało się, że TVP
nie może transmitować koncertu
z Teatru Wielkiego, bo w tym samym terminie zaplanowano przyznanie Nagrody Mediów Publicznych. – Potem już nikt z TVP się
z nami nie kontaktował – twierdzi
Gulczyński. Dorota Macieja, szefowa TVP 1, odpowiada: – Doczekaliśmy się tylko informacji o odwołaniu
grudniowej gali. Potem negocjacje
utknęły.
– Nikomu w TVP nie przychodzi
do głowy deprecjonowanie tak wielkich postaci jak Lech Wałęsa – zapewnia rzecznik TVP Aneta Wrona.
– Nasze drzwi są dla niego zawsze
otwarte.
W Teatrze Wielkim Lecha Wałęsę i jego żonę Danutę przywitała
Fot. East News
prezydent Warszawy
Z informacji „Rz” wynika, że poszło o pieniądze. Instytut Lecha Wałęsy zażądał od TVP pokrycia wszelkich kosztów związanych z realizacją i transmisją uroczystości. Sama
transmisja z Teatru Wielkiego kosztuje około pół miliona złotych. Licencje dla wykonawców (a Instytut
chciał zaprosić wielkie gwiazdy) mogły wynieść nawet do 800 tys. zł dla
jednego artysty. Ile zapłacił Polsat,
który retransmitował imprezę?
– Pokryliśmy koszty pracowników, sprzętu, realizacji – przyznaje
Tomasz Matwiejczuk, rzecznik prasowy Polsatu, ale kwot nie chce
ujawnić.
Ostatecznie koncert pokazano
30 września w Polsacie o godz.
22.15. Oglądało go około 700 tys.
widzów, co dało stacji 8 proc. udziału w rynku. – Spodziewaliśmy się, że
nie będziemy mieli takiej oglądalności jak programy rozrywkowe, jednak najważniejsza była ranga uroczystości – zapewnia Matwiejczuk.
ROBERT STĘPOWSKI
23 440
R E K L A M A
a4120-21.qxd
2008-10-03
14:01
Page 2
20
NIEWYKORZYSTANA SZANSA
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Marszałek Piłsudski: – Nawet, jeżeli to my napadniemy na Hitlera, to i tak będzie to obrona
W obronie Polski i Europy
FRAGMENT KSIĄŻKI
Piłsudski przez całe swoje życie był
konspiratorem politycznym. Zamysł
wojny prewencyjnej z Niemcami powziął jeszcze przed 1933 r. Dojście
do władzy Hitlera zdeterminowało jedynie Marszałka do działań. Z natury
rzeczy były to działania tajne nie tylko
ze względu na konspirację przed
Niemcami czy Rosją.
Chodziło też o Francję, Anglię, Belgię
i inne kraje Europy, gdzie dominował pacyfizm, a właściwie pacyfizm fałszywie
pojmowany, doprowadzony do politycznego absurdu. Tak zwany układ Brianda-Kelloga był tylko na rękę totalitarnym
dyktatorom: Stalinowi, Hitlerowi, Mussoliniemu. Zgodnie z tym traktatem potępione miało być każde państwo, które
szykuje wojnę, a nie prowadzi pertraktacji pokojowych. W ten sposób mogła zostać potępiona na arenie międzynarodowej Polska, a nie Niemcy, chociaż to Polska broniła swej wolności oraz wolności
Europy zarazem.
Dlatego Piłsudski, uchodzący i tak
w Europie za „Polskiego Sfinksa”, ukrywał prawdziwe cele swych działań lub je
minimalizował. Nie ulega jednak wątpliwości: Marszałek chciał wojny prewencyjnej z Niemcami, bo wiedział, że Polska może tę wojnę w pewnych warunkach wygrać. Chciał wojny prewencyjnej
i zwycięskiej. W 1919 r. w wyniku takiej
wojny odzyskał na Wielkanoc Wilno. Wyprawa na Kijów w kwietniu 1920 r. była
również wojną prewencyjną, ostatecznie
zakończoną zwycięstwem Polski. Jakie
szanse miała Polska w starciu z III Rzeszą Hitlera w 1933 roku?
Niemcy były w tym momencie w ciężkim kryzysie ekonomicznym. Na trudną
sytuację gospodarczą nakładał się kryzys polityczny, a także społeczny, w tym
bardzo silne skłócenie milionów Niemców pomiędzy sobą. Co chciał zrobić
nowy kanclerz Niemiec, aby wyjść z tego
kryzysu państwa?
Otóż Hitler chciał w krótkim terminie
zmilitaryzować Niemcy, ale wtedy były to
zaledwie zamiary. Niemcy nie miały jeszcze armii, ale jedynie słabą Reichswehrę
– 100 tysięcy ludzi. Wojsko Polskie miało 400 tysięcy bitnego żołnierza, co
prawda z małą ilością sprzętu motorowego i czołgów, ale Niemcy mieli wtedy
jeszcze mniej. Polska artyleria, mobilne
i groźne brygady kawalerii znakomicie
uzbrojonej w działa, karabiny maszynowe, moździerze. Polska mogła przeprowadzić
mobilizację
powszechną 250–300 tysięcy żołnierzy.
Polska miała spore zapasy amunicji,
Niemcy nie mieli ich wcale. Prusy
Wschodnie, Wolne Miasto Gdańsk, a na-
wet zachodnia część Śląska były właściwie bezbronne. Wojsko Polskie mogło je
zająć nieomal bez walki. Pozostawało
jednak pytanie: Co dalej, co potem, jak
obalić Hitlera? Na to Polska była za słaba jako państwo, do tego potrzebna była Francja, a najlepiej oba mocarstwa:
Francja i Anglia. Przekonanie narodów
obu mocarstw, że Hitler stanowi zagrożenie dla całej Europy, że należy go
zniszczyć, zanim wzrośnie potęga III Rzeszy, a Polska może w tym pomóc – stało się w latach 1932–33 głównym zamysłem Marszałka i pilnie strzeżoną tajemnicą państwową Rzeczpospolitej. Elementem tej gry politycznej
było zawarcie paktu o nieagresji między
Rosją sowiecką a Polską 25 lipca 1932 r.
Dawało to minimum gwarancji, że
w przypadku wojny z Niemcami nie zostaniemy zaatakowani od wschodu.
niemieckich Wolnego Miasta Gdańska, 15 czerwca 1932 r. do portu gdańskiego wpłynął polski kontrtorpedowiec
„Wicher”, by czynić honory domu wobec
wizytującej Wolne Miasto eskadry kilku
okrętów brytyjskich Royal Navy. Załoga
„Wichra” otrzymała rozkaz otwarcia
ognia do najbliższego budynku rządowego, gdyby władze Gdańska, które
w 1930 r. wypowiedziały Polsce umowę
o używalności portu, zdecydowały się
na demonstrację wobec polskiej bandery. Kroki te wystarczyły, by sekretarz generalny Ligi Narodów Eric Drummond
i brytyjski minister spraw zagranicznych
John Simon – w obawie, że podczas
przewidywanej wizyty okrętów brytyjskich w Gdańsku Polska także wyśle
gle Niemcom ultimatum. 2 maja 1933 r.
w gmachu Kancelarii Rzeszy na spotkaniu z kanclerzem Adolfem Hitlerem polski poseł w Berlinie Alfred Wysocki
przedstawił w imieniu marszałka Piłsudskiego alternatywę: albo wojna, albo wyrzeczenie się przez Niemcy żądań rewizji
granicy z Polską. Hitler, nie dysponujący
jeszcze silną armią, zadeklarował wolę
dotrzymania obowiązujących traktatów.
Na zmianę decyzji Hitlera w sprawie
kursu polityki wobec Polski miały wpływ
liczne narady generałów niemieckich
z kanclerzem. Wojskowi wskazywali, iż
Niemcy mogą skutecznie bronić przed
Polakami tylko 50-kilometrowego frontu
i nie mają jeszcze środków do prowadzenia wojny. Między 25 a 30 kwiet-
Enigma i wicher
Marszałek już w 1929 r. żądał
od swych inspektorów armii gruntowego
przepracowania dwu zagadnień – Gdańska i Śląska – oraz dokonania oceny ich
wartości i braków z punktu widzenia analizy nieprzyjaciela, zabezpieczenia,
względnie zagrożenia granic. Wówczas
prawdopodobnie rozpoczęła swe prace
specjalna ekipa operacyjna Oddziału III Sztabu Głównego, a w roku 1930
uwagę wszystkich inspektorów armii
Marszałek skierował właśnie na kierunek
zachodni. Marszałek polecił, aby przygotowania do wojny z Niemcami objęły całe wojsko. Dlatego nie było przypadkowe, że właśnie wtedy, kiedy stosunki Polski z Niemcami wchodziły w fazę krytyczną, na kilka tygodni przed dojściem Hitlera do władzy – w grudniu 1932 r. rozszyfrowany został supertajny główny
kod niemiecki – „Enigma”.
Pracujący dla Biura Szyfrów Sztabu
Głównego WP trzyosobowy zespół młodych matematyków-kryptologów z Uniwersytetu Poznańskiego (Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zegalski) złamał kod niemieckiej maszyny szyfrującej
„Enigma”, której używały niemieckie siły
zbrojne do przekazywania utajnionych
rozkazów i meldunków.
Było to ogromne osiągnięcie polskiego
wywiadu, które zostało wykorzystane
przez Wielką Brytanię i USA w latach II wojny światowej. Jak dzisiaj wiadomo, rozszyfrowanie „Enigmy” przyczyniło
się istotnie do klęski Hitlera i III Rzeszy.
Piłsudski w latach 1932–33 wywierał
silną presję na słabych jeszcze Niemców, a jednocześnie dążył do wciągnięcia Francji i Wielkiej Brytanii w konflikt
z Niemcami. Znamienny był incydent
z czerwca 1932 r., kiedy to na osobisty
rozkaz Marszałka, a bez zgody władz
Marszałek Piłsudski wita się z zagranicznymi attaché wojskowymi
akredytowanymi w Polsce w czasie defilady na Błoniach
w Krakowie 6 października 1933 roku
Fot. archiwum autora
swą flotę i dojdzie do nieobliczalnego
w skutkach starcia – skłonili delegację
Wolnego Miasta do zgody na odnowienie z Polską układu o używalności portu.
Ultimatum dla Hitlera
Kiedy Adolf Hitler 30 stycznia 1933 r.
został kanclerzem, Piłsudski brał pod
uwagę możliwość krótkiego i lokalnego
konfliktu z Niemcami wiosną 1933 r.
Chciał sprowokować Hitlera, aby to
Niemcy pierwsi napadli na Polskę.
6 marca 1933 r. polski transportowiec
„Wilia” wyładował w polskiej strażnicy
na Westerplatte dodatkową, nie przewidywaną w umowach kompanię piechoty.
Był to jeden z kroków, jakie marszałek
Piłsudski przedsięwziął w celu zamanifestowania zamiaru zdecydowanej obrony
zachodnich granic Polski i praw II Rzeczpospolitej w Gdańsku.
W trzy miesiące po dojściu Hitlera
do władzy Rzeczpospolita postawiła na-
nia 1933 r., na skutek pogłosek o przygotowywanej wojnie prewencyjnej, odbyła
się w Berlinie narada z udziałem Hitlera
i dowódców Reichswehry. Szef sztabu
generał Adam oświadczył, iż Niemcy nie
mogą jeszcze prowadzić wojny z Polską.
To mało znany fakt w historii przed wybuchem II wojny światowej. Polska postawiła ultimatum Hitlerowi, a zbrodniczy
dyktator musiał się cofnąć. Nie na długo,
ale jednak się cofnął przed Polską! Hitler
się cofnął, bo rozumiał jedynie język zdecydowanej siły. Cofnął się, bowiem
Abwehra donosiła z Polski, że na kresach Rzeczypospolitej w województwach wschodnich Wojsko Polskie odbywa manewry w warunkach bojowych.
Na 10 dni przed ultimatum, z osobistym
udziałem Marszałka, odbyła się w Wilnie
wielka defilada wojskowa, poprzedzona
wcześniej manewrami, pozorującymi
przygotowania do ataku na Prusy
Wschodnie.
a4120-21.qxd
2008-10-03
14:01
Page 3
NIEWYKORZYSTANA SZANSA
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Równolegle do tych działań Piłsudski
podjął niezwykle ważne decyzje w polityce wewnętrznej, co potwierdza, że był
zdeterminowany rozprawić się z Hitlerem. Tak więc mianował nowym ministrem spraw zagranicznych pułkownika
Józefa Becka, wybitnego oficera polskiego wywiadu, który zadał poważne ciosy
Rosji i Niemcom. 18 kwietnia 1933 r. Józef Piłsudski własnoręcznie napisał projekt dekretu prezydenckiego dotyczący
sformowania Rządu Obrony i Jedności
Narodowej na wypadek wojny z Niemcami. Były w nim przepisy dotyczące utworzenia takiego rządu i ustalenia nowych
władz wojskowych i cywilnych. Na oryginale było napisane ręką prezydenta:
Zgadzam się. I. Mościcki.
Adiutant Lepecki, przepisując ten projekt, zapytał, czy Hitler ma zamiar napaść na Polskę. Piłsudski odpowiedział:
Nawet gdybyśmy na niego napadli, to
też byłaby obrona.
Odnośnie do Niemiec Piłsudski w tym
czasie powiedział w rozmowie z ppłk.
Kazimierzem Glabiszem, oficerem
do zleceń Marszałka: „Marzeniem Niemiec jest doprowadzić do kooperacji
z Rosją, jak za czasów Bismarcka. Dojście do takiej kooperacji byłoby naszą
zgubą. Do tego dopuścić nie można. Mimo ogromnych różnic w systemach
i kulturze Niemiec i Rosji trzeba stale pilnować tej sprawy. Na świecie powstały
już dziwniejsze sojusze. Jak przeciwdziałać? Zależnie od danej koniunktury:
bądź nastraszeniem słabszego, bądź
kolejnym odprężaniem stosunków. Gra
będzie trudna przy paraliżu woli i krótkowzroczności Zachodu oraz nieudania się
moich planów federacyjnych”.
Misja we Francji
Opinia Piłsudskiego była słuszna. Zachód był „sparaliżowany” w swej polityce, zapatrzony w niedołężną Ligę Narodów, szukający bezpieczeństwa w wielostronnych, a przez to słabych, porozumieniach międzynarodowych. Brak było
dalekich myśli przewidujących rozwój
wypadków politycznych w Europie. To
będzie stałą cechą polityki europejskiej
aż do wybuchu wojny w 1939 r.
W lutym i marcu 1933 r. dwaj specjalni wysłannicy Marszałka, tj. generał
Wieniawa-Długoszowski oraz senator
Jerzy Potocki, prowadzili kilkakrotnie
poufne rozmowy z przedstawicielami
francuskich kół politycznych i wojskowych. Celem tych rozmów było wspólne wystąpienie Polski i Francji przeciwko Niemcom przy najbliższej sposobności, tj. natychmiast po naruszeniu
przez Niemcy postanowień traktatu
wersalskiego. Nie ma pewności, czy
propozycja została otwarcie przedstawiona, czy tylko sondowano gotowość
sojusznika do wystąpienia antyniemieckiego. Pół roku później w październiku
i listopadzie z tajną misją od Marszałka
przybył do Paryża słynny poeta i pisarz,
a zarazem szara eminencja wywiadu
i dyplomacji polskiej Ludwik Hieronim
Morstin. Przedstawił on dwukrotnie
sprecyzowane polskie plany wojny z Hitlerem w obronie Europy.
Morstin za pośrednictwem szefa sztabu generalnego generała Maxime’a Weyganda postawił rządowi francuskiemu następujące pytania: 1) Czy
w razie napaści Niemiec na Polskę Francja zarządzi ogólną mobilizację? 2) Czy
skoncentruje wszystkie swe siły na granicy z Niemcami? Odpowiedź nie była zachęcająca. Skończyło się na obietnicy
współpracy sztabowej i zapewnieniu dostaw sprzętu wojskowego i amunicji oraz
na mobilizowaniu opinii publicznej.
Niestety, francuski partner i sojusznik
nie podzielał polskiego stanowiska, wierząc w pokojowe intencje Berlina i lekceważąc możliwości Warszawy.
Marszałek Piłsudski mimo odmowy
Francji nie zrezygnował z próby wojny
prewencyjnej. Nadal uważał, że Polska
w tym momencie może taką wojnę wygrać, a przynajmniej wygrać na lokalnym
teatrze działań bojowych. W takich właśnie okolicznościach politycznych doszło do słynnej rewii kawalerii polskiej
– 70 kilometrów od granicy polsko-niemieckiej.
To wojna!
6 października 1933 r. odbyła się
w Krakowie na Błoniach największa w historii Polski defilada kawalerii. Defiladę
zarządził i odbierał Marszałek z okazji 250 rocznicy wielkiego zwycięstwa
w bitwie pod Wiedniem w 1683 r., kiedy
to polski król Jan III Sobieski rozbił potężną armię turecką i uratował chrześcijańską Europę. Ale bitwa pod Wiedniem
została stoczona w dniach 11 i 12 września 1683 r., a rewia kawalerii miała miejsce wcale nie w 250 rocznicę, ale miesiąc bez mała później. Rocznica była jedynie pretekstem, w rzeczywistości doszło do koncentracji najgroźniejszych
i najbardziej mobilnych jednostek Wojska Polskiego ze wschodnich województw. Były to ogromne manewry nie
tylko kawalerii. Chociaż w defiladzie brały udział jedynie pułki jazdy, to pod Kraków ściągnięto też piechotę, artylerię
konną, a nawet ze Lwowa najcięższe
haubice do burzenia fortyfikacji. Te oddały zresztą salut armatni – 101 salw
na cześć króla Jana III Sobieskiego. To
też było pretekstem, zwłaszcza że rewię
obserwowali ambasadorzy wszystkich
państw akredytowani w Polsce, również
niemiecki attaché wojskowy – osobisty
obserwator Hitlera. Defilada w Krakowie
była wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Wojsko przybywało na nią tak jak
na wojnę – z pełnym oporządzeniem, zapasami amunicji, a nawet lazaretami
i kuchniami polowymi. Defiladą dowodził
generał Gustaw Orlicz-Dreszer, najbardziej błyskotliwy z generałów Wojska
Polskiego, autor przyjętego przez Marszałka planu wojny z Niemcami z 193031 roku. W tym samym czasie – 6 października 1933 r., kiedy na błoniach
w Krakowie odbywała się rewia, w garni-
zonach w całej Polsce generał Dreszer
zarządził alarm bojowy.
Rozkaz dotyczył 21 spośród istniejących w czasie pokoju 30 dywizji piechoty oraz 11 spośród 13 brygad kawalerii –
w sumie około 80 proc. wszystkich dużych jednostek Wojska Polskiego. Przeprowadziły one ćwiczenia sztabowe
w miejscu ich przypuszczalnej koncentracji w pobliżu granicy niemieckiej.
W tym samym czasie w Katowicach wojewoda Śląski Michał Grażyński otrzymał
polecenie, aby „uruchomić” struktury
POW po drugiej stronie granicy z Niemcami. (Polska Organizacja Wojskowa
POW powołana przez Piłsudskiego, jako
formacja konspiracyjna pod koniec I wojny światowej, nigdy nie została
rozwiązana.) Między Krakowem a Katowicami nastąpiła 6 października 1933
koncentracja ponad 110 tysięcy żołnierzy Wojska Polskiego w pełnej gotowości bojowej. Kawaleryjskie pułki wzięły
udział w defiladzie na Błoniach. Piechota
i artyleria czekała na rozkazy uderzenia
na Śląsk.
Niemcy wzięli groźbę wojny prewencyjnej poważnie, a na skutek raportów
Abwehry wystraszony minister wojny generał von Blomberg wydał 25 października 1933 r. dyrektywę dla niemieckich sił
zbrojnych na wypadek wybuchu konfliktu z Polską.
Hitler zrozumiał ponownie język siły,
zrozumiał, że Piłsudski jest zdeterminowany, a nawet jeśli Polska wojny nie wygra, to może dojść w Niemczech
do gwałtownej zmiany władzy. Był dopiero koniec 1933 r. i Hitler naprawdę nie
był jeszcze silny. Co było dalej, opisuje
znakomicie pułkownik i minister Wacław
Jędrzejewicz:
Po wysłuchaniu informacji polskiego
Sztabu Głównego Piłsudski, przetrawiwszy w bezsennych nocach całość zagadnienia, kazał Beckowi wezwać nowego posła w Berlinie Józefa Lipskiego
i wysłuchawszy jego opinii o sytuacji
w Niemczech, powiedział do Becka: „No
co, w takim razie zrobimy próbę”.
Po czym dał bardzo szczegółową instrukcję posłowi Lipskiemu, który miał
z polecenia Marszałka zażądać rozmowy z Hitlerem i przedstawić mu tok myśli
Piłsudskiego.
Przyjście do władzy w Niemczech rządu narodowo-socjalistycznego wywołało
duże poruszenie w opinii międzynarodowej, zaczęto mówić o możliwości konfliktów zbrojnych. Polska musiała rozważyć
potrzebę zarządzeń, które by wzmocniły
jej bezpieczeństwo. Jednak Marszałek
zaufał. Nim Marszałek przystąpi do zarządzeń, wzmacniających bezpieczeństwo Polski, pragnie lojalnie zapytać Hitlera, czy nie widzi on możliwości zrównoważenia w stosunkach polsko-niemieckich ubytku tego czynnika bezpieczeństwa.
15 listopada 1933 r. Hitler przyjął Lipskiego i odniósł się pozytywnie do sugestii Piłsudskiego. Tegoż dnia wydany został komunikat, w którym, omawiając
21
przyjęcie posła polskiego przez kanclerza, stwierdzono, iż oba rządy zamierzają na drodze bezpośrednich rokowań
traktować sprawy dotyczące obu krajów
i zrzekają się użycia siły w stosunkach
między sobą.
Hitler był w trakcie umocnienia swej
władzy w Niemczech i zajęty przede
wszystkim sprawami wewnętrznymi.
Podchwycił więc wystąpienie Piłsudskiego i przezwyciężając opory we własnym
Ministerstwie Spraw Zagranicznych, wystąpił z propozycją podpisania deklaracji
o nieagresji, której tekst poseł niemiecki
w Warszawie Hans von Moltke przedstawił Piłsudskiemu 27 listopada.
Rozmowa w Belwederze była utrzymywana w formie bardzo uprzejmej.
Marszałek zgodził się w zasadzie na propozycję niemiecką i zapewnił, że będzie
ona przestudiowana. Wyraził chęć ułożenia, na zasadach przyjaźni, stosunków
polsko-niemieckich na przyszłość, ale
jednocześnie podkreślił tysiącletnie
uczucia Polaków do Niemców w tak
ostrej formie, jakiej Moltke nigdy nie słyszał ze strony polskich polityków. Piłsudski zaznaczył, że te uczucia odegrają
swoją rolę w ułożeniu nowej polityki
z Niemcami, więc nie trzeba jej budować
na motywach sentymentu, lecz wyłącznie rozumu.
Deklaracja o nieagresji między Polską
a Niemcami zastała podpisana w Berlinie 26 stycznia 1934 r. i obowiązywała
na 10 lat, czyli do 1944 r.
Stosunek do tego układu wyraził Piłsudski jednoznacznie: „Ja nikomu nie
wierzę, a co dopiero Niemcom! Muszę
jednak grać, bo Zachód jest obecnie
parszywieńki. Jeżeli nie przejrzy niebawem na oczy i nie stwardnieje, będziemy
musieli przestawić się w pracach”.
Tak też się stało. Marszałek wydał tajny rozkaz, aby utworzyć niemal konspiracyjne „Laboratorium” kierowane przez
generała Fabrycego wewnątrz Sztabu
Głównego WP .„Laboratorium” miało
na bieżąco analizować, które zagrożenie
jest aktualnie dla Polski bardziej niebezpieczne – Rosja czy Niemcy. Sam Marszałek stwierdził: „W razie wojny z Niemcami Polska osamotniona najprawdopodobniej nie będzie. Natomiast w przypadku wojny z Rosją zostaniemy pozostawieni sami”. Był czerwiec 1934 r. Józefowi Piłsudskiemu pozostał niespełna
rok życia. Do wybuchu II wojny światowej pozostało 5 lat. W 1933 r. Europa
straciła szansę na uratowanie pokoju.
JÓZEF SZANIAWSKI
MARSZAŁEK
PIŁSUDSKI
W OBRONIE
POLSKI
I EUROPY.
Wydawnictwo
EX LIBRIS,
Warszawa 2008.
a4122-23.qxd
2008-10-03
13:54
Page 2
22
PIENIĄDZ NIE ŚMIERDZI
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Liderzy PiS pisali ewidentne kłamstwa, byle tylko dostać poselską dietę. Zajmie się nimi
prokurator?
Prawi i honorowi (za 300 zł)
Nr 40 (5. X.). Cena 5 zł
Czy prokurator zdziesiątkuje klub
PiS? To jest możliwe, tego nie wykluczają najpoważniejsi karniści.
27 posłów PiS pisało śmieszne rzeczy w przedstawianych marszałkowi
usprawiedliwieniach, byle tylko otrzymać dietę w wysokości 300 zł. Niektórzy ewidentnie kłamali. Wśród nich
byli najważniejsi ludzie w PiS – Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro,
Wojciech Jasiński, Paweł Kowal...
Kodeks karny interpretuje to jednoznacznie – w grę wchodzą dwa jego artykuły – poświadczenie nieprawdy przez funkcjonariusza publicznego i usiłowanie oszustwa. Kara za taki czyn jest również jasna –
od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności (przepraszam,
czy Ziobro chce dalej zaostrzenia
kar, zwłaszcza dla złodziei publicznych pieniędzy?). Jest to też przestępstwo ścigane z urzędu, więc prokuratura już powinna wszcząć w tej
sprawie postępowanie wyjaśniające.
Oczywiście, nie wszczyna, co po raz
kolejny pokazuje, jak bardzo jest
uwikłana w politykę i jak bardzo
przetrącony ma kręgosłup.
Ale wydarzenie z oszukańczymi
usprawiedliwieniami pokazuje nam
jeszcze inne mało ciekawe fragmenty
naszego kraju. Pokazuje życie sejmowe, a przede wszystkim pokazuje PiS.
Rycerze moralnego
wzmożenia
Latem PiS dwukrotnie się obrażało
i wychodziło z sali głosowań.
Pierwszy raz 13 czerwca, podczas
głosowania nad ustawą o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw.
Poszło o zadawanie pytań. Posłowie
PiS chcieli je zadawać, a ponieważ
głosowanie było transmitowane, pytania przeciągały się w wielominutowe oświadczenia. Zamiast głosowania mieliśmy w Sejmie debatę. W końcu prowadzący obrady marszałek Komorowski przerwał tę serię, wykorzystując swoje uprawnienia zapisane
w regulaminie Sejmu. „Jest czas
na debatę i jest czas na głosowanie”,
argumentował.
To wywołało furię PiS. Posłowie PiS
wyszli z sali obrad, krzycząc: „Skandal!”, „Hańba!”, „Dyktatura!”. I nie
głosowali.
„Komorowski złamał dobre obyczaje i należy rozważyć odwołanie go
11 lipca posłowie PiS zamiast uczestniczyć w głosowaniach,
wzięli udział w „spontanicznej” konferencji prasowej
na sejmowych schodach
Fot. W. Rozbicki/Reporter
z funkcji”, mówił dziennikarzom Jarosław Kaczyński. „On się nie nadaje.
Opozycja ma siedzieć cicho, a jak
mówi, to wielki skandal. Platforma
zmierza do ograniczenia demokracji,
stworzenia systemu, w którym tylko
PO będzie rządzić”.
Drugie wyjście posłów PiS miało
miejsce 11 lipca. Tego dnia rano PiS
chciało uzupełnić porządek obrad
o wysłuchanie informacji ministra
sprawiedliwości w sprawie nacisków
na krakowskiego prokuratora Wojciecha Miłoszewskiego. To ten prokurator, który na polecenie Zbigniewa Ziobry pokazywał Jarosławowi Kaczyńskiemu materiały ze śledztwa w sprawie mafii paliwowej. Było to w czasie,
kiedy Kaczyński był jedynie prezesem PiS i nie miał prawa zapoznawać
się z materiałami z prokuratorskiego
śledztwa. Właśnie w tej sprawie prokuratura wnioskowała o odebranie
Ziobrze immunitetu.
Ale w międzyczasie Miłoszewski
opowiedział, że prokuratorzy prowadzący w tej sprawie postępowanie
wyjaśniające namawiali go, by to on
oskarżył Ziobrę o nakłanianie
do ujawnienia tajemnicy służbowej.
Miłoszewski odmówił. A te namowy
PiS-owcy uznali za naciski na prokuratora. I zażądali wielkiej na ten temat
debaty.
To się nie udało, większość sejmowa na to się nie zgodziła. Na znak
protestu posłowie PiS wyszli więc
z sali i ustawili się na sejmowych
schodach, gdzie – choć podobno
protest był spontaniczny, pod wpływem chwili, na Jarosława Kaczyńskiego czekała już mównica (patrz:
zdjęcie). „W kraju, gdzie dzieją się takie rzeczy, demokracji już nie ma
– mówił Kaczyński. – Mamy do czynienia z sytuacją, która zaczyna przypominać Białoruś. Na prokuratora,
który pokazywał mi akta, były wywierane nielegalne naciski. To oczywiste
przestępstwo. Kolejnym aktem tej akcji politycznej jest odrzucenie wniosku o dyskusję na ten temat w Sejmie. To podniesienie ręki na demokrację”.
Hańba, dyktatura, Białoruś, podniesienie ręki na demokrację – tak krzycząc, posłowie PiS dwukrotnie opuszczali salę obrad. Demonstrując, że
gnębić się nie dadzą, że swój honor
mają i swoje przywiązanie do procedur.
Chyba nikt nie przypuszczał, że kilka tygodni później te wydarzenia będą miały tak zaskakujący ciąg dalszy.
LISTA POSŁÓW, których usprawiedliwienia
wraz z dokumentacją zostały decyzją Prezydium Sejmu
przekazane do Komisji Etyki Poselskiej
Lp.
1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10.
11.
12.
13.
14.
15.
16.
17.
18.
19.
20.
21.
22.
23.
24.
25.
26.
27.
Imię
Andrzej
Andrzej
Ludwik
Przemysław
Elżbieta
Wojciech
Krzysztof
Jarosław
Paweł
Marek
Tomasz
Jan Filip
Gabriela
Wojciech
Marek
Bolesław
Nelly
Andrzej
Wojciech
Aleksander
Krzysztof
Jacek
Zbigniew
Waldemar
Tadeusz
Jarosław
Zbigniew
Nazwisko
Ćwierz
Dera
Dorn
Gosiewski
Jakubiak
Jasiński
Jurgiel
Kaczyński
Kowal
Kuchciński
Latos
Libicki
Masłowska
Mojzesowicz
Opioła
Piecha
Rokita-Arnold
Sośnierz
Szarama
Szczygło
Tchórzewski
Tomczak
Wassermann
Wiązowski
Woźniak
Zieliński
Ziobro
Usprawiedliwienie za dzień
13.06.2008 r.
09.07.2008 r.
11.07.2008 r.
13.06.2008 r.
13.06.2008 r.
13.06.2008 r., 9.11.2008 r.
13.06.200 r.
13.06.200 r., 11.07.2008 r.
09.07.2008 r.
13.06.2008 r., 09.11.2008 r.
09.07.2008 r.
13.06.2008 r.
13.06.2008 r., 09.11.2008 r.
13.06.2008 r., 09.11.2008 r.
13.06.200 r., 09.11.2008 r.
09.11.2008 r.
13.06.2008 r.
09.11.2008 r.
13.06.2008 r., 09.11.2008 r.
09.07.2008 r.
13.06.2008 r., 09.11.2008 r.
13.06.2008 r., 11.07.2008 r.
13.06.2008 r., 09.07.2008 r.
13.06.2008 r.
09.11.2008 r.
09.11.2008 r.
13.06.2008 r.
a4122-23.qxd
2008-10-03
13:54
Page 3
PIENIĄDZ NIE ŚMIERDZI
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Gdy wzmożenie przeszło
Gdy wzmożenie moralne posłom
PiS przeszło, zaczęli kalkulować. Nieobecność podczas głosowania to
strata 300 zł diety, co przypomniał im
w swoim piśmie wicemarszałek Jarosław Kalinowski. Zaczęli zatem
na chybcika pisać usprawiedliwienia.
Bądź co bądź 300 czy 600 zł piechotą nie chodzi.
Choć trzeba przyznać, że nie wszyscy posłowie postanowili zakombinować, raptem 27, za to sam PiS-owski
kwiat. Jarosław Kaczyński, Zbigniew
Ziobro, Wojciech Jasiński, Marek
Kuchciński, Przemysław Gosiewski...
„Uprzejmie informuję, iż powodom
absencji i brak podpisu na liście, spowodowane
było
niemożliwymi
do przewidzenia przeszkodami, jakie
miały miejsce w wyżej wskazanych
dniach”, napisał w swoim usprawiedliwieniu Jarosław Kaczyński (pisownia oryginalna). Okazuje się więc, że
prezes PiS, który nie ma konta i majątku, w sprawach dotyczących swojej kieszeni jest jednak skrupulatny
i nie odpuszcza.
Krzysztof Tchórzewski pisał z kolei,
że nie uczestniczył w głosowaniach
„ze względu na wykonywanie obowiązków Sekretarza Klubu PiS”.
A Przemysław Gosiewski pisał tak
„Szanowny Panie Marszałku (...),
uprzejmie proszę o ponowne rozpatrzenie sprawy obniżenia należnych
mi (sic!) środków pieniężnych
za miesiąc czerwiec 2008 roku,
w związku z nie uczestniczeniem
w odpowiedniej liczbie głosowań
(...). Pragnę wyjaśnić, iż w wyżej wymienionych dniach nie uczestniczyłem w głosowaniach ze względu
na wcześniej zaplanowane zadania
wynikające z pełnienia przeze mnie
funkcji Przewodniczącego Klubu Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość”.
Z kolei nieobecność Wojciecha Jasińskiego podczas głosowania 13
czerwca była spowodowana „koniecznością wykonywania innych
ważnych obowiązków poselskich”.
Podobnie Zbigniew Ziobro – nie
mógł uczestniczyć w głosowaniu
„z powodu ważnych spraw poselskich”. A Ludwik Dorn musiał „opiekować się dzieckiem”. Marek Kuchciński dwukrotnie domagał się „utraconych” diet i tłumaczył: „podczas
powyższych głosowań wykonywałem inne ważne obowiązki parlamentarzysty”.
Z kolei Gabriela Masłowska wyjaśniała, że nie głosowała 13 czerwca
„z powodu choroby”. Wojciech Mojzesowicz tłumaczył nieobecność
„kłopotami zdrowotnymi”, Nelly Rokita „poważnymi problemami zdrowotnymi”, a Zbigniew Wassermann
„udziałem w audycji TVN-u”. Waldemar Wiązowski walczył zaś o 300 zł
takimi argumentami: „W związku ze
śmiercią najbliższego, samotnie żyjącego sąsiada, jednego z trzech
mieszkańców mojej wioski Poniatów
k. Długopola Zdrój zmuszony byłem
w dniu 13 czerwca opuścić obrady
Sejmu w celu zajęcia się sprawami
pogrzebowymi”.
Bardziej bezpośredni był natomiast
Krzysztof Jurgiel, który napisał
do marszałka Komorowskiego
po prostu tak: „Wniosek o ponowne
rozpatrzenie sprawy obniżenia należnych świadczeń pieniężnych. Proszę
o usprawiedliwienie nie wzięcia przeze mnie udziału w głosowaniach
na posiedzeniu Sejmu w dniach 11-06-2008 r. i 13-06-2008 r.
Uzasadnienie 1. dn. 11-06-2008 r.
z powodu udziału w innych zajęciach
sejmowych 2. dn. 13-06-2008 r.
w związku z decyzją KP PiS o nie
wzięciu udziału w głosowaniach”.
Szast-prast. Klub PiS zdecydował,
więc Sejm musi usprawiedliwić. Cytować można dłużej, usprawiedliwienia
posłów PiS brzmią żałośnie i bezczelnie zarazem.
Dla pieniędzy wypisywali niepoważne rzeczy. A w wielu przypadkach
świadomie kłamali, świadomie pisali
nieprawdę, żeby otrzymać 300 zł.
Na tym tle niczym gwiazda błyszczy poseł Tadeusz Woźniak, który pisze: „za niewzięcie udziału w trzech
głosowaniach w dniu 11 lipca 2008 r.
gotów jestem ponieść konsekwencje
przewidziane Regulaminem Sejmu,
gdyż moja absencja na tych głosowaniach była świadomą manifestacją
polityczną”.
Brawo, panie pośle!
Bo do dziś posłowie PiS w tej sprawie milczą.
Na stronie internetowej pis.org.pl
o wydarzeniu nie ma nawet wzmianki.
Śmiesznie zachowały się w tej sprawie również pro-PiS-owskie pisma.
„Rzeczpospolita” informację na ten
temat zamieściła w środku numeru,
na samym dole, pokrętną, z której wynika, że jest jakiś spór o diety i tyle. To
też sygnał wiele mówiący o kondycji
polskich mediów.
Delegowany do komentowania całej sprawy poseł PiS Mariusz Kamiński tłumaczył, że zawsze pisano takie
fikcyjne usprawiedliwienia i nikt się
nie czepiał. Więc o co chodzi? I groził, że PiS będzie wnioskowało
o przejrzenie usprawiedliwień wszystkich posłów.
Na marginesie dodajmy, że tłumaczenie, iż zawsze tak robiono, a dopiero nas za to złapano, jest samobójcze. Bo jakaż w nim logika? Że jak inni kradli, to my też możemy kraść? Że
jak inni brali łapówki, to my też możemy brać?
PiS-owcy idą więc w całej sprawie
w zaparte, nie widać u nich cienia refleksji, nie mówiąc o jakiejś skrusze.
Przyzwoitość nakazywałaby, ażeby
posłowie PiS przynajmniej przeprosili
wyborców za swe niegodne zachowanie. Tymczasem – nic z tych rzeczy. Oni zamiatają te brudy pod dy-
23
wan, licząc, że ludzie nie zauważą albo zapomną. Jest w tym zachowaniu
prosta, bolszewicka filozofia – my możemy więcej, a jeżeli ktoś coś nam
wypomina, to jest to atak polityczny.
Sprawa ma też szerszy kontekst. Bo
czym zajmują się posłowie? Stanowią
prawo, a jednocześnie pełnią funkcje
kontrolne wobec władzy wykonawczej. To są ich obowiązki. Tymczasem
okazało się, że wybrańcy Polaków, ludzie, którzy stanowią prawo i pilnują
jego przestrzegania, sami to prawo łamią, kłamią dla 300 zł. A złapani za rękę, udają, że nic się nie stało, ba, odgrażają się. Z jednej strony, mają usta
pełne frazesów o demokracji, wolności, prawie, a z drugiej, po cichutku
wykłócają się o niewielkie (w porównaniu z ich uposażeniem) pieniądze. I chachmęcą, żeby je wyrwać.
Takimi wydarzeniami, takim zachowaniem nie buduje się szacunku dla
instytucji państwa, niszczy się ład
społeczny.
Przykład przecież idzie z góry. Sposób, w jaki zostanie załatwiona ta
sprawa – poświadczenia nieprawdy
i próby wyłudzenia publicznych pieniędzy – będzie papierkiem lakmusowym, pokazującym i stan polskiej demokracji, i wolę walki z patologią.
Warto śledzić, jak będzie się rozwijać.
ROBERT WALENCIAK
Łobuzy czy złodzieje?
Komentując zachowanie posłów
PiS, Bronisław Komorowski szydził,
że swój honor sprzedali za 300 zł.
To sugestywny komentarz, tylko że
niepełny. Bo w tej sprawie chodzi
o coś więcej niż tylko o honor kilkudziesięciu posłów PiS. Ma ona wątek
karny, polityczny, nawet ustrojowy.
Wątek karny jest najprostszy. Posłowie PiS kłamiąc w usprawiedliwieniach, żeby wyrwać od Sejmu 300 zł,
ewidentnie naruszyli kodeks karny. To
nie był jakiś mało elegancki strzał, tylko było to przestępstwo. „W grę
wchodzą dwa artykuły kodeksu karnego: poświadczenie nieprawdy
przez funkcjonariusza publicznego
i usiłowanie oszustwa. Mamy w tym
przypadku do czynienia z oszustwem, jeśli ktoś starał się wprowadzić w błąd inną osobę w celu uzyskania korzyści majątkowej”, tłumaczył „Gazecie Wyborczej” prof. Jan
Skupiński z Instytutu Nauk Prawnych
PAN w Warszawie.
Tak naprawdę posłami PiS i ich fałszywymi usprawiedliwieniami powinna się więc zająć prokuratura. Ciekawe, co wówczas będą mówić?
R E K L A M A
a4124-27.qxd
2008-10-03
16:18
Page 2
24
SKUTKI UBOCZNE
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Rodzina i sąsiedzi drżą o los Piotra S.
Polak porwany w Pakistanie
Nr 229 (30. IX.). Cena 1,70 zł
Rodzina porwanego w Pakistanie 42-letniego polskiego inżyniera
martwi się o to, co z nim będzie. Nikt
nie myśli nawet o tym, żeby choć
na chwilę zasnąć. Nie wiadomo, dlaczego porwano akurat Piotra S.
– Najgorsze jest to, że nic nie wiadomo – mówi Danuta Paszek, siostra
uprowadzonego Polaka.
W swoim mieszkaniu w Krośnie kobieta od dwóch dni nie odchodzi od telewizora. W tym czasie ani na chwilę
nie zmrużyła oka. – Jestem pewna, że
to przypadek, że padło akurat na niego. Jestem już potwornie zmęczona
tym wszystkim. Bardzo się boję o jego
życie – dodaje siostra porwanego.
Podobnego zdania jest Elżbieta Janocha, sąsiadka inżyniera, która pod
jego nieobecność opiekuje się jego domem w małej wiosce Potok pod Krosnem. – Czekam niecierpliwie, aż porywacze wyznaczą okup. To na pewno
pomyłka – mówi Janocha.
Cała wieś żyje zresztą plotkami o porwanym sąsiedzie. Wczoraj rozeszły
się wieści, że porywacze zażądali
za jego wydanie miliona dolarów okupu. Szybko okazało się jednak, że to
nieprawda.
Inżynier przeprowadził się do małej
miejscowości pod Krosnem 10 lat temu. Rzadko bywał w domu. Jego życie
to praca w krakowskiej Geofizyce,
w której przepracował już przeszło 20
lat. Ciągle wyjeżdżał na różne kontrakty,
często za granicę. – Z nikim się tu nie
przyjaźnił, nikogo nie odwiedzał – mówi
o Piotrze S. emerytowany proboszcz
z Potoku, ks. Franciszek Brzyski.
Jedyną sąsiadką zżytą z inżynierem
jest właśnie Elżbieta Janocha. Przyznaje, że jest skryty i niewiele mówi. – Ale
to bardzo dobry i pracowity człowiek
– mówi. Bardzo się boję o mojego pana Piotra – dodaje.
Geofizyka Kraków, w której pracuje
porwany, już zerwała kontrakt z pakistańską firmą Oil&Gas Development,
w ramach którego Polacy prowadzili
badania sejsmograficzne. Trwają przygotowania do ewakuacji z Pakistanu
pozostałych 18 polskich pracowników.
– Pamiętamy także o Pakistańczykach, którzy polegli: dwóch zatrudnionych u nas kierowcach i współpracującym z naszą firmą ochroniarzu – mówi
Leopold Sułkowski, prezes Geofizyki.
– Pomagamy materialnie ich rodzinom.
Opiekujemy się także rodzinami naszych
pracowników, którzy są w Pakistanie.
Sułkowski nie chciał się wczoraj wypowiadać w sprawie ewentualnych
przyczyn porwania inżyniera. – Nasza
Z tego samochodu uprowadzono Piotra S.
Terroryści stawiają warunki
Nr 232 (3. X.). Cena 1,70 zł
Do porwania polskiego inżyniera w Pakistanie przyznali się talibowie. Mężczyzna żyje. Terroryści mają go uwolnić, gdy pakistańskie więzienia opuszczą ich
kompani. Jednak ambasada polska w Islamabadzie nie potwierdza tych doniesień.
Informację o przyznaniu się pakistańskich fundamentalistów do porwania polskiego inżyniera podała
w czwartek irańska rządowa agencja
informacyjna IRNA, powołując się
na wypowiedź rzecznika terrorystów.
obecność w Pakistanie nie jest związana z żadnym wydarzeniem politycznym, więc reagujemy jak instytucja biznesowa, a nie grupa specjalna. Najważniejsze dla nas jest bezpieczeństwo naszych ludzi – powiedział.
O przyczynach porwania niewiele
mówi też polskie Ministerstwo Spraw
Zagranicznych. Tłumaczy, że milczy
dla dobra uprowadzonego. – Niekończące się serie narad, zebrania i spotkania, by podejmować kolejne decyzje
– tak wczorajszy dzień podsumował
Piotr Paszkowski, rzecznik prasowy ministra spraw zagranicznych. MSZ nie
ujawniało jednak żadnych informacji.
Źle się stało, że w mediach zaczęła się
dyskusja o rzekomym odbiciu przez
GROM polskiego inżyniera. Takie sprawy nie znoszą rozgłosu – ocenia ppłk
Dariusz Kacperczyk z Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych.
Zdaniem szefa Sejmowej Komisji
Spraw Zagranicznych wysłanie pol-
To pierwsza od momentu niedzielnego uprowadzenia wiadomość o losach Polaka. Żyje, został przewieziony przez talibów w bezpieczne miejsce. Odzyska wolność dopiero wtedy, gdy pakistańskie więzienia opuści 136 aresztowanych bojowników.
Talibowie twierdzą, że swoje żądania
przekazali już negocjatorom.
Ambasada Polski w stolicy Pakistanu Islamabadzie na razie studzi emocje. – Nie mamy najmniejszego potwierdzenia tej wiadomości, ale z naszych informacji wynika, że porwany
inżynier żyje. Cały czas koordynujemy działania, by go odnaleźć. Nie
chcemy na razie komentować donie-
Fot. PAP/EPA
sień na temat miejsca jego przetrzymywania – mówił wczoraj sekretarz
generalny ambasady polskiej w Islamabadzie Piotr Adamkiewicz.
Zdaniem prof. Janusza Daneckiego, arabisty z Uniwersytetu Warszawskiego, negocjacje z terrorystami będą trudne, ale sytuacja nie
jest beznadziejna. – Okazuje się, że
porwanie to element rozgrywek wewnątrzpakistańskich. Zostało przeprowadzone z motywów politycznych. Dobrze, że terroryści nie mają roszczeń wobec polskiego rządu, nie domagają się wycofania
wojsk z Afganistanu. Wtedy uwolnienie Polaka byłoby znacznie trudniejsze – mówi prof. Danecki. (...)
JUSTYNA TROCKA
skich służb nie jest takie proste: – Mogłoby to nastąpić wyłącznie na prośbę
tamtejszego rządu – wyjaśnia Krzysztof
Lisek, poseł Platformy Obywatelskiej.
Pakistan ma bardzo sprawną jednostkę
specjalną do walki z terroryzmem,
szkoloną przez Amerykanów.
A Pakistańczycy zapewniają, że robią co mogą, by pomóc Polakowi.
Na miejscu działa też sztab kryzysowy
Geofizyki. – Współpracujemy z prowadzącymi poszukiwania służbami pakistańskimi i z polskimi służbami konsularnymi – zapewnia prezes Sułkowski.
– Porwanie polskiego inżyniera w Pakistanie nie było przypadkiem, a ataki
na naszych obywateli mogą się powtarzać – mówi naszej gazecie prof. Sebastian Wojciechowski, szef Zakładu Studiów Strategicznych Uniwersytetu im.
A. Mickiewicza w Poznaniu. Wojciechowski przygotowywał ekspertyzę
na ten temat dla Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych i Administracji. Zdaniem
Wojciechowskiego, są trzy możliwe
motywy porwania Polaka.
Pierwszy zakłada, że atak jest dziełem pakistańskich talibów. Być może
chcą zdyskredytować nowy rząd lub
wymienić ofiarę na uwięzionych współtowarzyszy.
Kolejna możliwość to porwanie dla
okupu.
Trzeci wariant mówi o przesłankach
politycznych – za atakiem może stać
Al-Kaida. Jego celem byłoby zmuszenie Polski do wycofania się z Afganistanu. Za tą ostatnią możliwością przemawia fakt, że do porwania Polaka doszło
blisko granicy z tym państwem.
W sierpniu w tamtej okolicy porwano
dwóch chińskich inżynierów. Większość zachodnich firm ewakuowała już
stamtąd swoich pracowników. Wśród
nielicznych obcokrajowców, którzy pozostali, byli Polacy.
– W tej chwili trudno wyrokować, co
zamierzają porywacze – zaznacza Sebastian Wojciechowski. – Na pewno
jednak mamy do czynienia z profesjonalistami. Byli bardzo brutalni. Stosują
przy tym tak zwany marketing terrorystyczny. Grają na zwłokę. Do tej pory
nie sformułowali żądań. Zapewne niebawem je ujawnią, ale ich milczenie
ma wzmóc napięcie u polskich władz
i zwiększyć grozę całej sytuacji – dodaje.
PIOTR ODORCZUK
Współpraca: ŁUKASZ CIEŚLA
AGATA KONDZIŃSKA
DOROTA CZYŻ, EDYTA TKACZ
Tytuł oryginalny: „Bliscy czekają
na wieści o porwanym inżynierze”
a4124-27.qxd
2008-10-03
16:18
Page 3
25
SKUTKI UBOCZNE
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Wojsko
to ostateczność
W ścisłej tajemnicy pod Bydgoszczą powstał obóz dla irackich
współpracowników naszej armii, którym grozi śmierć za kolaborację
z Polakami. Ale rząd nie ma pomysłu, co z nimi zrobić
Rozmowa
z mjr. KRZYSZTOFEM
PRZEPIÓRKĄ,
prezesem Fundacji
Byłych Żołnierzy
GROM
Niechciani Irakijczycy
– Jakie szanse mieliby żołnierze GROM, gdyby przyszło im
uwalniać polskiego inżyniera
porwanego w Pakistanie?
– Duże. Musimy jednak zdać sobie sprawę, że Pakistan jest niepodległym krajem, oficjalnie nieuwikłanym w żadną wojnę. Tamtejsze kręgi polityczne i wojskowe
alergicznie reagują na wszelkie
próby naruszania pakistańskiego
terytorium.
– Pakistańscy żołnierze znów
strzelali ostatnio do amerykańskich śmigłowców.
– Wiadomo, że Amerykanie nie
cieszą się tam uznaniem blisko 90
procent Pakistańczyków, przepytywanych przez Instytut Gallupa
po zamachu na World Trade Center, wyrażało poparcie dla Al-Kaidy.
Dlatego sytuacja tamtejszego rządu jest nie do pozazdroszczenia.
Nie wyobrażam sobie na przykład,
żeby w Polsce, gdyby doszło
do porwania Amerykanina, interweniowały amerykańskie Delta
Forces!
– A gdyby udało się te trudności pokonać?
– Nasi żołnierze są świetnie
przygotowani do takiej misji. Choć
trzeba się liczyć z kłopotami. Przypomnę organizowaną z rozmachem akcję uwalniania amerykańskich zakładników z okupowanej
przez Irańczyków ambasady w Teheranie w 1980 roku, która skończyła się spektakularną porażką.
– Wolę przywołać inny przykład – uwolnienie Polaka i trójki
Włochów w Iraku w 2004 roku,
dokonane w imponującym stylu.
– Tam sytuacja była dużo łatwiejsza. Rzecz działa się w kraju
okupowanym, przy dobrym rozeznaniu terenu i rozpoznaniu wywiadowczym. Musimy brać pod
uwagę wszystkie czynniki pojawiające się w czasie operacji,
a sugerowanie, że „pojedziemy
i zrobimy porządek”, jest, delikatnie mówiąc, dość ryzykowne.
Rozpoczął się wielki odwrót polskiej armii z Iraku. Żołnierze ostatniej, dziewiątej zmiany pakują bagaże. Amerykańskie samoloty przewożą ich do bazy Victoria w Kuwejcie. Stąd polecą do kraju. Jednocześnie wojsko, służby specjalne
i MSWiA prowadzą tajną operację,
w ramach której do Polski mają trafić iraccy współpracownicy naszej
armii. Jawni, jak np. tłumacze, oraz
tajni – agenci wojskowych służb.
Zabieramy ich z Iraku, bo po wyjeździe naszych żołnierzy grozi im
śmierć z rąk bojówek, które uważają
współpracę z Polakami za kolaborację.
Przedstawiciele instytucji zaangażowanych w operację nie udzielają
żadnych informacji na jej temat. Nieoficjalnie ustaliliśmy: jawnych współpracowników ma przylecieć do Polski
około 200, liczba agentów okryta jest
tajemnicą.
Robert Rochowicz, rzecznik MON:
– Mogę jedynie powiedzieć, że operacja jest w trakcie realizacji, ale do Polski nie przyleciał jeszcze ani jeden
współpracownik naszej armii.
Z dwóch wiarygodnych źródeł
w dowództwie armii wiemy, że obóz
przejściowy dla Irakijczyków zorganizowano w ośrodku wypoczynkowym
na Kujawach. Znamy jego położenie,
nie ujawniamy go z przyczyn bezpieczeństwa.
Rozmawiał:
FILIP RATKOWSKI
(„Polska – Gazeta Krakowska
nr 229)
Nr 231 (2. X.). Cena 1,50 zł
Co dalej? Nie wiadomo
Co będzie potem z irakijskimi
współpracownikami Polaków? Nikt
nie chce o tym mówić. Armia chce,
aby zaraz po przewiezieniu Irakijczyków do Polski odpowiedzialność
za nich przejął Urząd ds. Cudzoziemców.
– Nie mamy pomysłu, jak asymilować ich w polskim społeczeństwie
– mówi wysoki rangą urzędnik MON.
– W Danii był z nimi problem, bo dostali prawo do łączenia rodzin. Niektórzy mają po kilka żon, zaczęli je sprowadzać. Najlepiej, gdyby wyjechali
od razu do innego kraju Unii, ale to
nie jest takie proste, bo i tam mogą
ich nie chcieć.
Szef MON Bogdan Klich (wczoraj
był nieuchwytny) przed kilkoma tygodniami na pokładzie samolotu lecącego z Bagdadu mówił nam: – Najwy-
Ali ma 35 lat i z polską armią współpracuje od trzech.
Żonaty, ma syna. Snuje już nawet plany, co będzie robił
w demokratycznym kraju. – Chciałbym założyć iracką
restaurację albo jakąś kawiarnię
Fot. Materiały PKW – Irak
Firas ma 29 lat. Jest kawalerem, z założeniem rodziny woli
poczekać na przyjazd do Polski. Z wykształcenia inżynier, liczy na
pracę w zawodzie. Rebelianci w Iraku zabili mu czterech kolegów
– tłumaczy. – Nie chcę być następny – mówi
Fot. Materiały PKW – Irak
godniejsze z naszego punktu widzenia byłoby udzielenie jednorazowej
pomocy finansowej w wysokości
do 40 tys. dol. Wtedy Irakijczycy musieliby sami zadbać o swój los, wyjeżdżając np. do Jordanii.
Klich zaznacza: – Jesteśmy jednak
gotowi nadać im status uchodźcy.
Mogą także liczyć na tzw. pobyt tolerowany. Każdy taki wniosek będzie
rozpatrywał specjalnie powołany
do tego zespół.
Irak nie puszcza
Operacja stanęła jednak w miejscu,
bo iracki rząd niespodziewanie odmówił wypuszczenia z kraju swoich
obywateli. To w większości dobrze
wykształceni ludzie: inżynierowie, lingwiści, absolwenci uniwersytetów. Są
dla Iraku cenni.
– Mamy poważny kryzys. Nasz rząd
niepotrzebnie ogłosił chęć sprowadzenia ich do Polski – twierdzą nasze
źródła w MON i armii. – Duńczycy
i Brytyjczycy wywieźli swoich po cichu i nie było problemu.
O sprawie nie chce w ogóle rozmawiać wiceminister obrony narodowej
Stanisław Komorowski odpowiedzialny za sprowadzenie Irakijczyków,
a także rzecznik dowódcy polskiego
wojska w Iraku płk Janusz Górski. Teraz do gry mają wejść dyplomaci.
W poszukiwaniu kretów
Na wszystkim rękę trzyma Służba
Kontrwywiadu Wojskowego, która
w polskiej bazie Echo w Diwanii zorganizowała coś w rodzaju obozu filtracyjnego.
26
a4124-27.qxd
2008-10-03
16:18
Page 4
26
NIEWIDZIALNI
Niechciani
Irakijczycy
25 Irakijczycy, którzy zgłosili chęć wyjazdu do Polski, są poddawani wnikliwym przesłuchaniom. SKW chce wyłuskać osoby, które mogą współpracować z terrorystami.
Dowódcy polskiego kontyngentu
opowiadali nam o „kretach”. W jednym przypadku, w czasie ostrzału artyleryjskiego polskiej bazy, iracki tłumacz został złapany na tym, jak przez
telefon komórkowy pomagał napastnikom wstrzelać się w bazę. W innym
obozie zatrzymano Irakijkę, która była
szpiegiem rebeliantów.
Wszyscy współpracownicy naszej
armii byli już wcześniej sprawdzani co
najmniej dwukrotnie. Najpierw przeszli przez sito amerykańskich służb
wywiadowczych (pod ich kontrolą
jest np. wojskowa firma Global Linguist Solutions rekrutująca tłumaczy
wojsk koalicji). Potem w bazach, jeszcze przed podjęciem pracy, zajmowała się nimi SKW.
Jaser marzy o Polsce
Każdy kraj zaangażowany w wojnę
w Iraku załatwia problem swoich
współpracowników na własną rękę.
Np. Duńczycy, wycofując się z Iraku,
zabrali do siebie wszystkich 80 współpracowników. Dostali azyl polityczny.
Po ściągnięciu rodzin jest ich już
w Danii kilkuset. Jak podała „Polska
Zbrojna”, w Wielkiej Brytanii z 700
zgłoszeń złożonych w 2007 r. odrzucono już 300. Bo władze brytyjskie
chcą przyjmować tylko tych, których
życie jest realnie zagrożone.
Irackimi tłumaczom pomaga medialna kampania rozpętana przez
„The Times”, który napisał, że przygarnięcie współpracowników to sprawa honoru.
Wśród marzących o wyjeździe
do Polski jest 29-letni Jaser z Bagdadu, z którym rozmawialiśmy przed
dwoma miesiącami. Jego dwaj bracia, którzy też byli tłumaczami, zginęli z rąk bojówkarzy. Jaser siedzi w bazie Echo w Diwanii i powtarza słowa:
– Jestem uchodźcą z Iraku. Przyjechałem do Polski, bo byłem tłumaczem waszych żołnierzy. Za to w Iraku chcą mnie zabić.
***
Amerykanie przejęli już od Polaków
nadzór operacyjny w „polskiej” prowincji Kadisija w Iraku – podaje PAP.
Oficjalna ceremonia przekazania bazy odbędzie się za kilka dni. Obecnie
jest jeszcze w Iraku około 600 polskich żołnierzy, którzy wrócą do końca października.
MARCIN GÓRKA
ADAM ZADWORNY
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Sky marshale od 2004 roku pełnią na pokładach polskich samolotów funkcję ostatniego zaworu bezpieczeństwa antyterrorystycznego na wypadek, gdyby się okazało, że naziemny system
ochronny po prostu zawiódł
Podniebni szeryfowie
Nr 38 (21. IX.). Cena 4,70 zł
Aby porozmawiać z Adamem,
Marcinem i Krzysztofem,
funkcjonariuszami Straży
Granicznej, którzy nie tylko
przelatali wiele setek godzin
na pokładach samolotów, ale
również tworzyli w Polsce
formację sky marshali,
musieliśmy uzyskać zgodę
w Zarządzie Zabezpieczenia
Działań Straży Granicznej.
Tam zaś powiedziano otwarcie:
„Nie ma dla nas nic ważniejszego
od strzeżenia tajemnicy systemu
operacyjnego oraz taktyki stosowanej przez funkcjonariuszy sprawujących warty ochronne na pokładach
samolotów, jednakże zdajemy sobie
sprawę, że mówienie i pisanie na ten
temat, uświadamianie problemu pasażerom linii lotniczych jest elementem bezpieczeństwa lotów”.
„Czy wiesz, jak wygląda koszmarny sen sky marshala?”, pyta Krzysztof. „Pokład samolotu, trzydzieści
rzędów siedzeń, wszystkie fotele
wypełnione pasażerami. Znajdujemy się pośrodku Atlantyku, nie ma
turbulencji, stewardesa podaje napoje, zachodzi słońce...
Lot trwa już kilka długich, męczących godzin i nic się nie dzieje. Nagle słychać szarpaninę, krzyki, padają strzały. Budzący się pasażerowie z tylnych siedzeń nie są w stanie
dostrzec, co dzieje się z przodu.
A maszyna zaczyna właśnie bardzo
gwałtownie manewrować, spadają
z półki maski, gaśnie światło. Przekonanie, że samolot spada, powoduje wybuch zbiorowej histerii, nawoływania w wielu językach, płacz
dzieci...
Niektórzy wstają, przewracają
się... W tym rozgardiaszu zupełnie
nie słychać, że ktoś krzyczy: straż
graniczna!”.
Szkolenie funkcjonariuszy prowadzone jest w taki sposób, by ten sen
nigdy nie stał się rzeczywistością.
Scenariusz tego snu na jawie powinien więc wyglądać, zdaniem mojego rozmówcy, następująco:
Instruktorzy szkolący sky marshali uczą, że w żadnym przypadku
nie można lekceważyć ludzi, którzy staną po drugiej stronie
Fot. Krzysztof Niemiec
„Sky marshale po pięciu godzinach jednego z wieluset lotów, podczas których dotąd nic złego się nie
działo, w ułamku sekundy wyrywają
się z pozornego letargu, oceniają
sytuację i w jakimś niewyobrażalnie
krótkim czasie podejmują działanie.
Nie może być mowy o walce,
o strzelaninie w piekielnej ciasnocie,
w rozhisteryzowanym tłumie. Ocena
sytuacji, podjęcie decyzji i wyeliminowanie zagrożenia... albo absolutna porażka. Nie ma bowiem w tej robocie ocen pośrednich, nie ma poprawek, jest celujący albo pała”.
Naturalne środowisko
Gdy w 2004 roku zapadła decyzja
o tworzeniu nowej służby, z najlepszych, najbardziej doświadczonych
ludzi, zaczęto formować zespół organizacyjny, następnie ogłoszono
nabór funkcjonariuszy SG do służby
na pokładach statków powietrznych.
Mimo surowych kryteriów, znaleziono ich we własnych szeregach, bez
konieczności werbowania kandyda-
tów z zewnątrz. Ochotnicy przeszli
bardzo ostrą selekcję, w pierwszym
rzucie z grupy kilkuset wybrano jedynie garstkę, którą niemal natychmiast wysłano na szkolenie
za ocean. Nie było już bowiem czasu na wydeptywanie krok po kroku
własnych ścieżek, należało się
uczyć od liderów, między innymi
od Niemców i Amerykanów, mających w tej dziedzinie znaczący dorobek i doświadczenie.
Co jest do dziś dla funkcjonariuszy pełniących warty ochronne
na pokładach samolotów najtrudniejsze? Moi rozmówcy są w tej
kwestii jednomyślni:
„Z pewnością odnalezienie się
na lotnisku, a następnie w samolocie. Musimy poruszać się tam pewnie i swobodnie, nie zwracając
na siebie niczyjej uwagi, sprawiać
wrażenie pasażerów korzystających
po raz setny czy pięćsetny z usług linii lotniczych”.
A tej naturalności nie można wypracować inaczej niż poprzez prak-
a4124-27.qxd
2008-10-03
16:18
Page 5
NIEWIDZIALNI
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Nowa era
Po atakach terrorystycznych
na Pentagon i wieże World Trade
Center 11 września 2001 roku rozpoczęła się nowa era w podejściu
do ochrony komunikacji lotniczej.
Włączyliśmy się w ten nurt z niewielkim opóźnieniem, dziś jednakże polscy sky marshale są pełnoprawnymi obywatelami międzynarodowego środowiska.
tykę. Po prostu trzeba sobie
po świecie polatać.
„Znaczący dorobek zebraliśmy
w tej dziedzinie podczas lotów deportacyjnych”, mówi Krzysztof. Marcin zastrzega jednak natychmiast,
żeby nie mieszać ze sobą dwóch
spraw: wart ochronnych na pokładach samolotów i deportacji lotniczych, chociaż obiema zajmuje się
ten sam Zarząd Zabezpieczenia
Działań Straży Granicznej. Potwierdza, że deportacje są znakomitą
praktyką, wprowadzeniem do wart
na pokładach:
„Z czasem samoloty i porty lotnicze stają się naszym naturalnym
środowiskiem, zachowujemy się
tam tak, jakbyśmy nic innego nie robili przez całe życie”.
Jak sobie wyobrażają przeciwnika? Zdaniem Marcina, instruktorzy
przygotowujący sky mashali do pracy widzą go bardzo realnie:
„Ludzi, którzy staną po drugiej
stronie, w żadnym wypadku nie należy lekceważyć. Mogą bowiem latać miesiącami, obserwować, przygotowywać się w szczegółach,
mieć nieograniczone wręcz środki
finansowe i profesjonalne przygotowanie bojowe. Co najgorsze, skrajnie zdeterminowani, działający bez
żadnych ograniczeń prawnych czy
moralnych, jeśli nie zostaną wcześniej namierzeni, pierwsi wykonają
ruch”.
„Nie można jednakże ograniczać
się do wizji terrorysty profesjonalisty”, idzie w sukurs koledze Adam,
„bowiem znacznie częściej zdarzają
się ataki szaleńców, ludzi, którym
uroi się coś w głowie. A do głowy nikomu nie zajrzymy. Największym
niebezpieczeństwem jest jednak to,
że gościa, który, obudziwszy się rano, postanowi porwać samolot, nie
możemy potraktować jako nieszkodliwego amatora”.
Sky marshale nie są przesądni,
ale Krzysztof uważa, że nie należy
kusić losu:
„Przez kilka lat, odkąd istnieje nasza formacja, nic złego u nas się nie
działo, a tu nagle w ciągu kilkudziesięciu godzin mamy dwa zdarzenia,
w których piloci decydują się
na awaryjne lądowanie na terenie
naszego kraju. W pierwszym pasażer twierdzi, że właśnie wszystkich
zabije, bo jest terrorystą. Pilot podejmuje więc decyzję o lądowaniu. Kilkanaście godzin później podobna
sytuacja – awanturujący się, pijany
pasażer doprowadza do takiego zagrożenia, że lot zostaje przerwany”.
Czuła zapora
Sky marshale to wyjątkowo ciężka
służba, chociaż być może z pozoru
na taką nie wygląda. Wartownicy
siedzą na pokładzie samolotu między pasażerami, pilnując, żeby „nic
nie wybuchło”. Nie jest jednak tak,
że funkcjonariusz wsiada i leci...
Prostocie stosowanej przez nich taktyki towarzyszy bowiem niesłychanie skomplikowany proces wcześniejszego planowania. Wszystko,
co dotyczy bezpieczeństwa lotu, cała wielka robota wykonywana jest
wcześniej, na ziemi. Krzysztof oddaje honor kolegom:
„Niezwykle ważną rolę odgrywają
funkcjonariusze z Nadwiślańskiego
Oddziału SG, z lotniskową grupą interwencyjną na czele, stanowiący
dla osób niepożądanych ostatnią
zaporę przed wejściem na pokład.
Ta zapora działa niezwykle czule,
wystarczy bowiem najmniejsza
przesłanka dotycząca zagrożenia,
27
a samolot z pewnością nie wzbije
się w powietrze, zaś podejrzani zostaną zatrzymani. Nikt bowiem nie
będzie szafował zdrowiem czy życiem pasażerów. Nikt nie wprowadzi
uzbrojonych ludzi na pokład samolotu jedynie po to, by dramatyczne
wydarzenia rozstrzygnęły się w powietrzu”.
Ostatnie pytanie: dlaczego rolę
ochrony statków powietrznych powierzono Straży Granicznej? W Polsce, nie ma co ukrywać, w okresie
przemian ustrojowych temat gdzieś
się zagubił, jakby nie było problemu. Do 2002 roku nikt tej luki nie
wypełniał profesjonalnie, przede
wszystkim zaś brakowało jasnego
sprecyzowania kompetencji i odpowiedzialności, dopasowania kolejnych koncepcji do prawa międzynarodowego. Wreszcie zadecydowano, że jedyną instytucją ustawowo
uprawnioną do sprawowania takiej
funkcji jest Straż Graniczna. Formacja ma bowiem za zadanie ochronę
granicy państwowej, a pokład samolotu, również poza granicami,
stanowi terytorium Polski. Chronią
więc w ten sposób naszych obywateli tam, gdzie zgodnie z prawem
nie ma dostępu żołnierz ani policjant.
PIOTR BERNABIUK
R E K L A M A
A4128-29 POLSKA.qxd
2008-10-03
16:45
28
Page 2
A TO POLSKA WŁAŚNIE
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Psycholodzy są przeciwni karaniu dziewczyny. Uważają, że
należy jej uświadomić, że zachowała się niewłaściwie
Nastolatka w krematorium
Nr 28 (13. IX.). Cena 1,20 zł
Prokuratura szuka nastolatki,
która sfotografowała się w piecu
krematoryjnym Muzeum na Majdanku w Lublinie. Jeśli dziewczyna ma już skończone 17 lat, może
usłyszeć zarzut znieważenia pomnika.
Organy ścigania zajęły się sprawą po opublikowaniu najpierw w internecie, a potem w mediach fotografii nastolatki, która uśmiecha się
z krematoryjnego pieca. Robert Kuwałek, naukowiec z Muzeum na
Majdanku, rozpoznał, że zdjęcie
zostało zrobione na lubelskim Majdanku. Widać na nim piec ze starego krematorium, w którym palono
zwłoki zabijanych więźniów obozu
koncentracyjnego.
Szukaniem dziewczynki ze zdjęcia najpierw zajmą się policjanci.
Śledczy pójdą tropem zamieszczonej w internecie fotografii. Jeśli
okaże się, że dziewczyna ze zdjęcia ma więcej niż 17 lat – może
usłyszeć prokuratorski zarzut znieważenia pomnika. Jeśli jest młodsza – jej sprawa prawdopodobnie
zostanie przekazana do sądu rodzinnego.
Zdjęcie, które wywołało burzę w środowisku socjologów,
psychologów i pedagogów. Bohaterka zamieściła je na swoim
blogu, a teraz ma poważne problemy
Fot. Internet
Psycholodzy uważają jednak, że
dziewczynki nie należy karać, ale porozmawiać z nią, żeby zrozumiała, że
postąpiła niewłaściwie. – Gdyby prokuratura ścigała tę dziewczynę za to, co
zrobiła, toby się tylko ośmieszyła
– uważa prof. Marian Filipiak, socjolog
z lubelskiego UMCS. – Winni jesteśmy
my wszyscy. Bo żyjemy w takich czasach, że dzieci w wieku 12 czy 14 lat
zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego,
czym był Majdanek. Sam byłem świadkiem, jak grupa młodzieży żydowskiej
zwiedzająca to muzeum bardzo dobrze się bawiła, żartowała i śmiała. Tu
trzeba edukacji, wychowania.
– Karanie nie jest żadną metodą
– przekonuje Jolanta Marciniak, pedagog z Zespołu Szkół nr 1 w Lublinie. – Jedynym sensownym wyjściem jest rozmowa z pedagogiem
lub psychologiem, najlepiej w obecności rodziców. Ta dziewczynka musi zrozumieć, co zrobiła.
Zdaniem Marciniak, warto ustalić,
w jakich okolicznościach doszło do
zrobienia tego zdjęcia. – Jeśli dziewczynka była z wycieczką szkolną, to
znaczy, że była z jakimś opiekunem.
Dlaczego nie zareagował?
Ja z grupą w tym wieku w ogóle
nie odważyłbym się na wycieczkę
do takiego muzeum – dodaje prof.
Filipiak. – A jeśli już, to po odpowiednim przygotowaniu dzieci. One
muszą zrozumieć, gdzie idą. Zrozumieć, a nie tylko o tym posłuchać.
Ta dziewczynka po prostu nie rozumiała. Ale to nie jej wina.
MIŁOSZ BEDNARCZYK
DARIUSZ JĘDRYSZKA
Zdaniem nidzickiego sądu kot spowodował zniszczenia na cztery tysiące złotych
Francik na spacerze zdemolował auto?
Nr 215 (13-14. IX.). Cena 1,60 zł
Ma 6 lat, waży 3 kilogramy i zdaniem pewnego kierowcy spowodował zniszczenia samochodu na 4 tysiące złotych. Ten „wandal” to kot
Francik, który wpadł pod koła auta.
Właściciele zwierzaka aż w Sądzie
Apelacyjnym w Olsztynie muszą
udowadniać, że to bzdura.
Takiej historii nie pamiętają chyba najstarsi sędziowie ani lekarze weterynarii.
W czwartek w Olsztynie rozpocznie się
rozprawa apelacyjna, której głównym
bohaterem jest kot. Francik wpadł pod
koła samochodu, gdy włóczył się koło
domu. Właściciel auta zażądał od właścicieli kota odszkodowania. Sąd w Nidzicy uznał, że kierowca ma rację
i orzekł wypłatę odszkodowania.
A wszystko zaczęło się w ubiegłym
roku w Wiknie koło Nidzicy. Francik
jak co dzień wyszedł na spacer po
wsi. Pech chciał, że przechodząc
przez jezdnię, wpadł pod koła volkswagena golfa. Kierowca dotarł do właścicieli kota i poinformował ich, że najechał na zwierzę. Wezwał też policję.
Właściciele dostali 20 zł mandatu za
niedopilnowanie zwierzęcia. Policja
nie dokonała oględzin auta.
– Od razu pojechaliśmy z kotem do
kliniki w Olsztynie – opowiada Piotr
Golimowski, współwłaściciel zwierzęcia. – Lekarz ocenił, że wystająca z auta śruba zrobiła Francikowi jedynie ranę w udzie. Poza tym zwierzę było całe. Szybko zapomnieli o historii.
Po kilku miesiącach Piotr Golimowski dostał pozew do sądu o odszkodowanie za zniszczenia auta na 4 tys.
złotych. – W ocenie rzeczoznawcy była mowa o uderzeniu w zwierzę, a nie
konkretnie w kota. A przecież takie
szkody mogła wyrządzić sarna, wielki
pies, ale nie miękki kot – mówi Teresa
Leszczyńska, współwłaścicielka Francika.
Lista zniszczeń samochodu była
bardzo długa: została zarysowana
środkowa część zderzaka, uszkodzona listwa ozdobna, spojler, kraty wlotu
powietrza, spodnia osłona zespołu
napędowego, chłodnica, wspornik
zamka z osłoną chłodnicy.
Oskarżeni poprosili o powołanie
biegłego sądowego, aby ten jeszcze
raz obejrzał samochód, ale kierowca
sprzedał już auto. Więc biegły na podstawie fotografii oświadczył, że większość uszkodzeń pochodzi z innych
zdarzeń drogowych. Jednak sędzia
orzekł, że właściciel kota musi zapłacić za straty, tyle że połowę kwoty.
Uznał też, że pani Leszczyńska mogła
zrobić zdjęcia zniszczonego auta telefonem komórkowym i mieć swój dowód.
Czy trzykilogramowy kot może
uszkodzić ponadtonowe auto? – To ja-
kaś bzdura – mówi dr Anita Procajło,
lekarz weterynarii z kliniki uniwersyteckiej w Olsztynie. Po pierwsze, jakby
kot zniszczył metalowe elementy
w samochodzie, musiałby już nie żyć.
Jeśli ktoś mówi takie rzeczy, to po prostu chce kogoś naciągnąć.
A może rzeczoznawcy motoryzacyjni słyszeli o takim przypadku?
Hmm... nie spotkałem się nigdy
z taką sprawą. Pomyślmy. Kot chodzi
nisko przy ziemi. Chłodnica jest dużo
wyżej – to pierwszy argument za tym,
że choćby ten jeden element nie mógł
zostać uszkodzony – wyjaśnia Leonard Wojtkowski, rzeczoznawca Polskiego Związku Motorowego w Olsztynie. – Kot może ewentualnie doprowadzić do pęknięć części plastikowych w podwoziu, jeśli się dostanie
pod spód auta. Tylko nasuwa się pytanie, czy wówczas by to przeżył?
KINGA KAMIŃSKA
A4128-29 POLSKA.qxd
2008-10-03
16:45
Page 3
Kobietę uratował telefon komórkowy
Uwięziona w grobowcu
Nr 36 (9. IX.). Cena 1,50 zł
Wydarzenia niczym z filmu grozy
rozegrały się na cmentarzu przy Al.
600-lecia. Czyszcząca pomniki kobieta wpadła do głębokiego na trzy
metry grobowca. Aby ją wydostać
z grobu, musiała interweniować
straż pożarna.
Takiego wydarzenia nie odnotowały do tej pory żadne kroniki Sochaczewa. Nie ma się czemu dziwić,
gdyż takie sceny można oglądać jedynie na filmach grozy. Jednak to,
co przeżyła sześćdziesięcioletnia
mieszkanka Chodakowa, wydarzyło
się naprawdę na trojanowskim
cmentarzu. W środę, 4 września, kobieta udała się na grób swoich rodziców, aby wyczyścić pomnik. W pewnym momencie ziemia pod jej stopami zapadła się i kobieta spadła na
samo dno grobowca o głębokości
ponad trzech metrów. Na szczęście
upadek został zamortyzowany przez
dwie warstwy trumien. Uległy jednak
one uszkodzeniu, a część znajdujących się w nich ludzkich szczątek
spadła wraz z kobietą na dno grobu.
Mieszkanka Chodakowa, mimo sytuacji, w jakiej się znalazła, zachowała
zimną krew.
Zdała sobie sprawę, że jej wołania
o pomoc nikt nie usłyszy. Nawet gdyby tak się stało, to osoba spiesząca
jej z pomocą, mogłaby dostać zawału, słysząc wołanie z grobu. Na szczęście miała przy sobie telefon komórkowy, przez który o całym zdarzeniu
powiadomiła policję.
– Szczerze mówiąc, to nikt początkowo nie chciał jej uwierzyć, że dzwoni z takiego miejsca – powiedział nam
jeden z pracowników Komendy Powiatowej Policji w Sochaczewie. Nasz
rozmówca dodaje, że kiedy kobieta
zadzwoniła do dyżurnego KPP i powiedziała, że dzwoni z grobu na trojanowskim cmentarzu, ten potraktował
to jako głupi żart. Nie ma się jednak
czemu dziwić, gdyż dyżurni często
otrzymują podobnie niedorzecznie
brzmiące informacje.
– Patrol został wysłany na miejsce
dopiero wtedy, gdy uwięziona w grobie
podała swoje nazwisko, które jest dość
znane w mieście. Policjanci skontaktowali się także z jej mężem – dodaje
nasz rozmówca. Jednak przybyli na
miejsce funkcjonariusze nie byli w stanie wydostać kobiety uwięzionej w grobie. Wydobyli ją dopiero przybyli na
miejsce strażacy. Jak udało nam się
ustalić, kobieta poza stłuczeniami nie
doznała żadnych obrażeń ciała.
Wszystko wskazuje na to, że przyczyną wypadku była wadliwie wykonana konstrukcja grobowca. Piętra grobu nie były wykonane z betonu, tylko
z desek, na które kładziono trumny.
Także samo sklepienie krypty wykonano z drewna. Było ono przykryte folią
i kilkucentymetrową warstwą ziemi.
W ciągu kilkudziesięciu lat deski tworzące sklepienie grobu spróchniały.
Jak nam powiedziano, do wypadku
mogło dojść w każdej chwili.
Kobieta może mówić o olbrzymim
szczęściu, gdyż spadając do grobu,
mogła się nadziać nie tylko na
spróchniałe sklepienia, ale i na fragmenty trumien.
(atu)
Historia znikającego opla
Nr 177 (10. IX.). Cena 1,30 zł
Huśtawkę emocji przeżył w nocy
jeden z mieszkańców Szczecina.
W ciągu kilku godzin kupił auto,
świętował zakup, potem je stracił,
by za jakiś czas odzyskać. Jego historia nadaje się na scenariusz sensacyjnego filmu.
– Do zdarzenia doszło w nocy
w podszczecińskim Pilchowie – informuje nadkom. Artur Marciniak z komisariatu Szczecin-Pogodno. – Dwaj
mężczyźni umówili się, by sfinalizować transakcję. Szczęśliwy nabywca
opla vectry postanowił w kupionym
aucie świętować udaną transakcję
z poprzednim właścicielem.
W tym miejscu komunikat policji robi się enigmatyczny. Wiadomo jednak,
że świętowanie było równie udane jak
zakup. Tyle że opel tę jedną noc miał
jeszcze spędzić u dawnego posiadacza. Nowy właściciel nie był w stanie
wrócić nim do domu. Gdy spotkanie
w pojeździe dobiegało końca, nabywca postanowił jeszcze udać się do pobliskiego sklepu po papierosy. W stacyjce zostawił kluczyki, a w aucie dawnego właściciela, który miał opla pilnować. Ten jednak szybko się znudził
czekaniem i postanowił pójść do domu. Po chwili z przerażeniem stwierdził, że auto odjeżdża. Obaj mężczyźni zaalarmowali policję i podali tyle
szczegółów, ile byli w stanie przekazać. Pechowego nabywcę z Pilchowa
29
A TO POLSKA WŁAŚNIE
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
odebrał radiowóz, by przewieźć go do
komisariatu przy ul. Mickiewicza. Jego
stan nie pozwalał na przyjęcie oficjalnego zgłoszenia, miał je złożyć dopiero rano. Mimo to funkcjonariusze podjęli działania i zanim jeszcze dojechali
do komisariatu, inna załoga zauważyła
skradzionego opla. Auto stało na parkingu przy ul. Zawadzkiego.
– Policjanci w cywilu dyskretnie obserwowali auto – mówi nadkom. Marciniak. – Po jakimś czasie podszedł do
niego mężczyzna i wsiadł. Nie zauważył nawet, jak funkcjonariusze zbliżyli
się do samochodu i otworzyli drzwi. Był
zaskoczony, nie próbował ucieczki.
Informację o odzyskaniu opla przestraszony nowy właściciel dostał telefonicznie, zanim jeszcze wrócił z komisariatu do domu. Bardzo się ucieszył.
Nie był natomiast zadowolony zatrzymany w kradzionym pojeździe 25-letni
Andrzej S. Grozi mu bowiem do 5 lat
pozbawienia wolności.
(ToT)
FOTOSZOPA
Drogowa niespodzianka
Zdjęcie wykonane w miejscowości Przybyszyce gm. Jeżów
pow. Brzeziny
Nadesłał: Paweł Orlicki
Zdjęcia: pocztą lub na [email protected] Dane autora, kontakt, gdzie i kiedy je zrobiono.
Wybrała: A.P.
Taka gmina!
Zaklików
(woj. podkarpackie)
Setki dziur i dołków, w których spokojnie można urwać sobie koło – tak
wygląda ulica Zaśluzie w Zaklikowie.
Kierowcy, aby omijać drogowe atrakcje, jeżdżą niemalże po płotach okolicznych gospodarstw. Zaniedbanie
urzędników i dramat kierowców trwa
od pięciu lat – pisze tygodnik „Sztafeta”. Oczywiście włodarze gminy
bronią się, że rok w rok remontują
drogę. Zbulwersowani mieszkańcy
dopowiadają, że owszem – zamiast
zrobić porządny remont, zasypują
dziury żwirem, który po kilku tygodniach znów odkrywa księżycowy
krajobraz ulicy. Urzędnicy pocieszają, że pojawiły się plany remontu ulicy. Złośliwi komentują, że jeszcze co
najmniej 5 lat papiery poleżą na biurkach i może coś się zmieni...
Łomża
(woj. podlaskie)
Drogowcom, którzy wykonywali
modernizację drogi krajowej nr 61
od Miastkowa do rogatek Łomży,
należy pogratulować fantazji, bo na
pewno nie zdrowego rozsądku
i profesjonalizmu. Albo od razu zarzucić układ z zakładem pogrzebowym. Tygodnik „Kontakty” pisze, że
działkowcy z ogródków Relax mogą
pożegnać się z pieszymi spacerami
do swoich ogródków. Podobnie rowerzyści mogą zapomnieć o dojazdach do działek. No, chyba że życie
jest im niemiłe. Remont drogi został
wykonany bez wyobraźni. Zlikwidowano pobocze, które przekształcono w betonowy rynsztok. Drogowcy
nie wpadli też na pomysł wykonania
pasa wyłączeń dla skręcających do
ogródków działkowych. Aby wjechać za ich bramę, trzeba zatrzymać się na ruchliwej trasie i tylko
patrzeć, jak dojdzie do tragedii
– przestrzega gazeta.
Mikołów
(woj. śląskie)
Gołębie z mikołowskiego rynku
czeka ciężki los. Urzędnicy lokalnego
magistratu wypowiedzieli im wojnę.
Metody są brutalne. Postanowili
wziąć ptactwo głodem. Rozlepili kartki zabraniające petentom dokarmiania gołębi – pisze górnośląski tygodnik regionalny „Echo”. Powód? Bystre oko biurokratów spostrzegło, że
ptaki brudzą płytę rynku. Straszą art.
145 kodeksu wykroczeń, na mocy
którego strażnik miejski może nałożyć
na dokarmiającego mandat do 500 zł.
A że ludzie w Mikołowie kochają ptaki bardziej niż urzędnicy, z dokarmianiem podobno zeszli do podziemia...
WOJCIECH ANDRZEJEWSKI
a4130-31.qxd
2008-10-03
13:53
Page 2
30
WSZYSTKO W RODZINIE
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Do domu wróciła późno, radiowozem. Rano poszła po bułki i już
cała wieś wiedziała. W sklepie usłyszała za plecami: „To ta kur...,
co sypiała z ojcem”
– Z komisariatu zawieźli mnie
na badanie ginekologiczne do miasta. Ale i z tym był problem – pielęgniarka piekliła się: „Kto za nie zapłaci?!”. Policjant dzwonił do prokuratury, prokuratura do szpitala. A lekarz się dziwił: „Po co badania, skoro gwałt był 12 lat wcześniej? Tak
do pięciu godzin to można coś
stwierdzić, ale po latach nie ma
że gdy była mała, sprawdzał pal- szans” – wyjaśniał.
cem, czy jest dziewicą. Dla jej doHalina: – Pewnie liczyli, że wciąż
bra.
jestem dziewicą, że konfabuluję
Zanim poszła na komisariat, mu- i sprawa sama się rozwiąże.
siała przełamać lęk przed ojcem. Ale
Kiedy Halinę przesłuchiwano, poliprzede wszystkim pogodzić się cja aresztowała jej ojca. Na drodze
z tym, że występuje przeciwko oso- za wsią.
Do domu wróciła
późno policyjnym
radiowozem. Rano
o siódmej poszła
po bułki. I już cała
wieś
wiedziała.
W sklepie usłyszała
za plecami: „To ta
kurwa, co sypiała
z ojcem”. A potem
cały czas docinki:
„Tak długo trwało,
to pewnie sama
chciała” albo: „Ojca
za kratki wsadziła,
bo dawanie mu dupy przestało jej się
podobać”.
Do niej nikt się
nie odzywał. Nawet
babka. Mama matki.
Okazało się też,
że każdy coś widział – jak z ojcem
na kocu leżała, jak
się migdalili w lesie
albo w komórce.
– Tych, co tak
Rys. Katarzyna Zalepa
mówili, na świadbie bliskiej, głowie rodziny, człowie- ków podałam, ale żaden nie pokowi, który zarabia na dom i podej- twierdził tego, co gadał na boku,
muje wszystkie decyzje.
przed sądem.
O swojej decyzji powiedziała matPsycholożka: Przepraszam,
ce. Ta udawała, że o niczym nie wiejestem umówiona na kawę
działa: „Jak mogłeś jej to robić?!”
– krzyczała na ojca.
Rodzina jest po jej stronie, ale
po cichu ma pretensję, że zabrała jej
Wieś: Pewnie sama chciała ojca. Zwłaszcza młodszy brat. Tatę
W komisariacie dwie godziny cze- kocha, bo odprowadzał go do szkokała na psychologa. Gdy przyjechał, ły i grali w ping-ponga.
– Na Wigilię prosił mnie przy żydługo nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa. W końcu opowiedziała czeniach: „Halinka, odwołaj, co powiedziałaś, żeby tata mógł wrócić
wszystko.
Policjant zapewniał, że to, co mó- do domu”.
Bratu pomaga psycholog. Do powi, nie ujrzy światła dziennego.
Później jednak uściślił: – Ja nie po- radni wysłała go szkoła, bo jak wywiem, ale mam przełożonych, tłumaczyć 13-latkowi to, co się staa media za takie informacje dają ło?
Ojca w więzieniu też badali psypieniądze i mają swoich podpłacocholodzy i psychiatrzy. – Lepiej się
nych ludzi.
Dobrze, że wzięła dyktafon, bo nim zajęto niż mną, ja żadnej pomow komisariacie nie mieli. Ale poli- cy nie miałam – mówi Halina.
Na początku bała się wychodzić
cjant, który spisywał z taśmy, i tak
był niezadowolony – już prawie pią- na ulicę. Taka blokada. Ciągle płakała. – Do dziś mam sny, że ojciec móta, a on musi siedzieć w pracy.
Rozdwojenie Haliny
Nr 229 (30. IX.). Cena 1,50 zł
Na policji powiedziałam,
że ojciec dwanaście lat mnie
wykorzystywał. I teraz żałuję.
Po tym, co później
przeszłam, drugi raz bym
tego nie mówiła. I nie będę
namawiać innych dziewczyn.
Bo niby jest tyle instytucji
pomagających ofiarom
przemocy w rodzinie, ale mi
nikt nie pomógł. Ze
wszystkim musiałam sobie
poradzić sama – opowiada
Halina.
– mówił – masz swoje potrzeby, ale
możesz trafić na mężczyznę, który
cię wykorzysta, więc lepiej te potrzeby załatwiać w domu, ze mną.
Wmówił mi, że bez niego sobie nie
poradzę. Myślę, że zwyczajnie się
we mnie zakochał. Był zazdrosny,
Wiosną sąd skazał jej ojca
na 15 lat więzienia.
Pierwszy raz zgwałcił Halinę, gdy
miała 12 lat. Matka wyjechała właśnie do szpitala rodzić jej braciszka.
Ewka: Pożyczyła mi
dyktafon
Sypiał z Haliną regularnie, choć
w małym, dwupokojowym mieszkanku, w którym mieszkała z rodzicami i dwoma braćmi, wydaje się to
niemożliwe. Matka przyzwalała, aby
córka sypiała z ojcem w jednym łóżku, a ona sama – w drugim pokoju,
z synami. Raz złapała ich prawie
na gorącym uczynku. Nie zareagowała.
– Na początku mnie to nawet nie
dziwiło, bo ojciec mówił, że to normalne i pewnie u koleżanek jest tak
samo. Jednak przez skórę czułam,
że coś jest nie tak – wspomina Halina. – W domu potrafiłam się rozdwoić: jedna Halina kładzie się, zamyka
oczy i czeka, aż on skończy, druga
ma normalne życie, uczy się, jest
wesoła.
Specjalnie udawała, że wszystko
jest w porządku, bo nie chciała, żeby ktoś się dowiedział. Wstyd przed
ludźmi był najważniejszym powodem. Że to tak długo trwało.
Drugi powód to strach przed ojcem. Nie bił jej, ale szantażował ją
psychicznie. – Od dziecka tresował
mnie jak psa. Przekonywał, że to
dla mojego dobra: Jesteś kobietą
zawsze chciał mieć mnie w zasięgu
wzroku.
Ludzie widzieli, że jej pilnuje. Dopingowali go: „Pilnuj córki, pilnuj, to
ci się nie skurwi!”.
Dopiero gdy miała 24 lata, zdecydowała się z tym skończyć.
– Musiałam się od niego uwolnić.
Nie widziałam innego sposobu niż
taki, że ojca zabiorą z domu. Pomogła jej koleżanka Ewka. Dzięki niej
zrozumiała, że ma prawo do normalnego życia.
To Ewka w internecie znalazła fundację, która pomaga rodzinom
i ofiarom przemocy. – Pojechałyśmy,
przyjęła nas prawniczka. Opowiedziałam, z czym przychodzę.
– A gdzie dowody? – westchnęła.
– Ja pani wierzę, ale sąd? Czy może
pani np. zrobić zdjęcie podczas stosunku albo dostarczyć coś innego,
namacalnego?
Pożyczyła od koleżanki dyktafon.
Ojciec był lekko podchmielony. Zaczęła rozmowę. Nagrało się m.in.,
a4130-31.qxd
2008-10-03
13:53
Page 3
wi, że się zemści i mnie zabije. Szukałam kogoś, kto pomoże mi zapomnieć.
Policyjna psycholog nie pomogła. – Zajmujemy się tylko funkcjonariuszami, a ofiarami przemocy
tylko doraźnie, tuż po zdarzeniu.
Nie prowadzimy terapii – wyjaśnia
Joanna Markiewicz, szefowa zespołu psychologów przy wrocławskiej Komendzie Wojewódzkiej Policji. – Ale zawsze dajemy ofiarom
adresy i telefony instytucji, które
taką pomoc świadczą nieodpłatnie.
Ta, z którą rozmawiała Halina, nie
dała. Poszła więc do fundacji, w której poradzono jej nagrać ojca.
– Ale jedna psycholożka nie chciała się mną zająć, bo pomaga już
osobie w podobnej sytuacji i nie może nas dwóch leczyć. A inna podczas rozmowy cały czas patrzyła
na zegarek i w końcu zniecierpliwiona przerwała sesję: „Przepraszam,
jestem umówiona na kawę, resztę
opowie mi pani przy następnym
spotkaniu”.
W internecie znalazła więc inną
fundację, ale poradzono jej, aby
trzymała się specjalisty, który zaczął
leczenie.
Wróciłam, ale już do innej psycholożki. Powiedziała, że mam poważny
problem i dobrze by było, gdyby za-
31
WSZYSTKO W RODZINIE
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
jęła się mną profesjonalistka, jej znajoma. Pani profesor za sesję bierze
jednak 200 zł, ale z jej polecenia to
może 170. A w ogóle to one robiły
duże oczy, jakbym opowiadała im
jakieś opowieści z krypty.
Może dlatego, że Halina nie wygląda na ofiarę. Wesoła, wygadana, zrobiła maturę, skończyła szkołę pomaturalną. Z nauką nie miała kłopotów:
– Jak siedziałam nad książkami, to
mnie ojciec nie ruszał. Dlatego często uczyłam się do nocy – tłumaczy.
W końcu uciekła ze swojej wsi
do miasta. Wynajęła mieszkanie, ma
pracę.
Proces: Mecenas
po wyroku
był bardzo zdziwiony
Adwokata wynajęła za 4,5 tys. zł
i do dziś jest mu trochę dłużna: – Nie
chciałam z urzędu. Wolałam zapłacić, żeby po pierwsze: ojciec się nie
wywinął, a po drugie: trzymać
wszystko w tajemnicy.
Ale choć proces był z wyłączeniem jawności, media się o nim dowiedziały. Jakaś dziennikarka zrobiła Halinie zdjęcie telefonem. Dali je
na pół strony z przepaską
na oczach.
Podczas siedmiu rozpraw ojciec
był spokojny, jakby otumaniony le-
kami. Nie mogła przy nim zeznawać.
Nie protestował, gdy wyprowadzali
go z sali.
Mimo to denerwowała się, bo
protokolantka nie wszystko zapisywała. Na przykład o tym, że policja
kilka razy interweniowała u nich
w domu, gdy ojciec bił matkę. I że
policjanci nic nie zrobili. „Co pan robi, taki porządny człowiek?” – pytali
ojca. Nie zapisali też w protokole, że
ojciec w szale pociął jej rzeczy,
a czego nie mógł pociąć, przypalał
papierosem. I wtedy dzielnicowy
do niej zadzwonił i powiedział, że te
awantury w domu są przez nią. Więc
na kilka dni wyprowadziła się
do babki.
Ani tego, że przez osiem lat podstawówki ani razu nie rozmawiała ze
szkolnym psychologiem. – A może
gdybym rozmawiała, to ojciec nie
wykorzystywałby mnie tak długo.
Mecenas mówił, że ojca skażą
najwyżej na sześć lat. Gdy dostał
maksymalny wyrok, był bardzo zdziwiony.
– Myślę, że dostał 15 lat, bo sądziła kobieta. Tylko kobieta może zrozumieć, jaką krzywdę mi zrobił
– uważa Halina.
Teraz ojciec apeluje, bo sąd jako
okoliczności łagodzącej nie wziął
pod uwagę jego lekkiego upośledzenia.
Na rozprawę apelacyjną Halina
na szczęście nie musi iść. Stara się
już o ojcu nie myśleć. – Wszystko
jednak wraca, jak słyszę takie historie, jak ostatnio o tej dziewczynie
przez lata więzionej przez ojca. Jak
ja ją rozumiem!
Kilka miesięcy temu razem z Ewką
podejrzewały, że pewną dziewczynkę z sąsiedztwa molestuje wujek.
Sypiali razem w pokoju. Zadzwoniły
na policję. – Żeby wszcząć śledztwo, musi być oficjalne zgłoszenie,
bo przecież możemy kogoś niesłusznie oskarżać – usłyszały od policjantki.
Zadzwoniły do szkolnej pedagog.
Obiecała, że sprawdzi.
Po tym, co przeszła, Halina wie
jedno: – Nigdy nie poradzę żadnej
dziewczynie gwałconej przez ojca,
żeby poszła na policję. Niech ucieka
z domu, żyje na własny rachunek
i nie wraca. A przede wszystkim
niech się nie ujawnia.
Wie, że takich dziewczyn jest dużo. Wystarczy wpisać w internecie:
„Jestem gwałcona przez ojca” i wyszukiwarka znajduje setki stron.
– A co do kastracji farmakologicznej, to powinien być przymus. Jak
ojciec brał przez chwilę leki uspokajające, to dawał mi spokój.
KATARZYNA LUBINIECKA
Wiosna, lato, jesień, SITA
Bardzo lubię zmieniające się pory roku. Nie umiałabym powiedzieć, która z nich jest moją ulubioną. Każdą
lubię za coś innego. Wiosnę za zieleń, zapach bzu i oszołamiający zapach w powietrzu. Lato za pomieszanie lenistwa i olbrzymiej energii, za spokojne dni i szalone noce.
Zimę za śnieg, który sprawia, że wszystko nabiera baśniowego charakteru. I jesień... Wielobarwna jesień
wprowadza w moje życie porządek. Czekam na nią zawsze z utęsknieniem, uwielbiam te długie i spokojne wieczory, mam wtedy dużo czasu dla siebie. Dzieci rozpoczynają naukę, ja z mężem wracamy po urlopach do pracy. Jednym słowem, wszystko wraca do normy. Na jesieni planuję swoje zajęcia i nowe obowiązki. Jesień to dla
mnie początek...
W tym roku chcę zacząć naukę języka włoskiego. Wybrałam ten język dlatego, że jest taki „słoneczny”, miło
będzie się uczyć i myśleć o słońcu i ciepłym morzu. Kto
wie, może w nagrodę za pilną naukę w przyszłe wakacje
zafunduję sobie wycieczkę do Włoch. Jeszcze nigdy tam
nie byłam. Poza tym po wszystkich codziennych obowiąz-
kach wspaniale będzie rozłożyć się w fotelu, zamknąć
oczy i odpłynąć... Bo właśnie tak zamierzam się uczyć.
Wybrałam metodę SITA i naukę w stanie relaksu. Dzięki
temu połączę przyjemne z pożytecznym. Nauczę się języka, wypoczywając.
Stan głębokiego odprężenia ma dobroczynny wpływ
na cały organizm. W stanie relaksu oddycha się wolniej
i głębiej, a serce pracuje oszczędniej. Sesje relaksacyjne
sprawiają, że regeneruje się układ trawienny, układ krążenia i układ oddechowy. Nasz umysł również wiele zawdzięcza chwilom odprężenia. Dzięki treningom relaksacyjnym lepiej radzimy sobie ze stresem i łatwiej nam
się wyciszyć. Najważniejsze jednak jest to, że w stanie
relaksu łatwiej przyswajamy nowe informacje, a nasza
pamięć zaczyna lepiej funkcjonować, a mózg pracuje
po prostu wydajniej. Na co dzień nie wykorzystujemy
w pełni jego możliwości. W zależności od tego, czym się
zajmujemy w danej chwili, przeważa działanie jednej
z półkul. Kiedy pomagam synowi w rozwiązywaniu zadań z matematyki, dominuje moja lewa półkula, kiedy
rysuję razem z córką wspomnienia z wakacji przeważa
działanie prawej. W stanie relaksu obydwie półkule pracują jednocześnie, wspólnie uczestniczą w działaniach,
które podejmujemy.
Stan głębokiego odprężenia osiągamy w warunkach
naturalnych dwukrotnie w ciągu dnia, po przebudzeniu
i na chwilę przed zaśnięciem. Jednak dzięki urządzeniu
SITA możemy go osiągnąć o dowolnej porze dnia, a więc
naukę i relaks możemy zaplanować sobie wtedy, gdy mamy na to czas. Autorzy metody opracowali również specjalne kursy językowe do nauki w stanie relaksu. Oprócz
wspomnianego już języka włoskiego dostępne są różne
poziomy języka angielskiego, niemieckiego, francuskiego
i hiszpańskiego. Jeden poziom zawiera ok. 700-800 słów
i zwrotów. Wystarczy zatem przerobić dwa, aby móc swobodnie porozumiewać się na ulicach obcego miasta. Nauka metodą SITA to także duża oszczędność czasu. Przerobienie jednego poziomu zajmuje ok. 44 godzin. Przy założeniu, że będziemy uczyć się dwie godziny dziennie,
przerobimy go w ciągu niecałego miesiąca. Wszystko
dzięki temu, że w stanie relaksu przyswajamy szybciej
i efektywniej. A więc dla tych, którym zależy na czasie
– SITA to nieoceniona pomoc.
Na koniec warto powiedzieć, że w stanie relaksu można się uczyć wszystkiego, nie tylko języków, można samodzielnie opracować i nagrać materiał, który chcemy zapamiętać. Pomyślałam, że mojemu mężowi przydałoby się
nagranie z listą wszystkich imienin i urodzin oraz rocznic
w naszej rodzinie, skutecznie bowiem zapomina o każdej
z nich. Ale powoli, na razie włoski… już od września.
BOŻENA BIAŁA
R E K L A M A
a4132-33 gawinski.qxd
2008-10-03
32
13:52
Page 2
TRAGICZNA POMYŁKA
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
SZUKAMY Zamiast do przestępców funkcjonariusze
strzelali do kobiet. Od tego zdarzenia minęło
CIĄGU
DALSZEGO osiem lat. Czy sprawiedliwości stało się
zadość?
TOMASZ
GAWIŃSKI
To miała być akcja przeciwko
bandytom. W efekcie ranni
zostali przypadkowi ludzie.
Na szczęście nikt nie zginął.
Małgorzata D. do dziś nie
potrafi opanować emocji.
– To był koszmar – mówi.
– Wszyscy byliśmy w szoku.
Myśleliśmy, że napadła nas
mafia i za chwilę zginiemy.
Strzelali jak do kaczek.
To nie byli jednak bandyci,
lecz funkcjonariusze policji
i straży granicznej.
Zaszła pomyłka. Ten dramat
spowodował w naszym życiu
nieodwracalne skutki.
Był czwartkowy wieczór, 7 września 2000 roku. Państwo D. przyjechali do Michałowa do domu znajomego.
Wcześniej odwieźli go do umierającej
córki w gdańskiej klinice (dziewczynka nie żyje). Prosił ich, aby z domu zabrali wyniku rezonansu. – Spotkaliśmy
tam Janusza N. – opowiada Małgorzata D. – Był z 10-letnim synem Tomkiem. Właściciel zadzwonił do niego
z kliniki, żeby wydoił krowę.
Państwo D. mieszkają w Cieminie
pod Główczycami, w okolicach Łeby.
Do Michałowa nie jest daleko. Pojechali całą rodziną, z dwoma córkami, 17-letnią Lilianą i 15-letnią Joanną.
Zabrali wyniki rezonansu, pożalili
wspólnie nad losem gospodarza posesji i jego chorej córki i wsiedli do samochodu. Było kilka minut po godzinie 23.00.
Za kierownicą audi 80 usiadł Mariusz D., mąż pani Małgorzaty. Z tyłu
siedziały córki. Za autem państwa D.
ruszył Janusz N. z synem. Jechali polonezem. Audi kierowało się w stronę
Główczyc, polonez w przeciwną,
w kierunku Stowęcina.
– To były sekundy – wspomina drżącym głosem Małgorzata D. – Z ciemności wyskoczyli jacyś mężczyźni.
Na głowach mieli kominiarki, w rękach
broń. Próbowali nas zatrzymać. Zaczęli strzelać. Bez ostrzeżenia. Ich samochody nie były oznakowane.
– Myśleliśmy, że napadła nas mafia
i za chwilę zginiemy – mówiła rok
Granice błędu
po zdarzeniu córka Asia, która dziś
mieszka w Anglii i nie chce wracać
do tamtych chwil. – Byłam ranna, mama także.
– Kilka tygodni wcześniej, w tym samym miejscu też próbowano nas napaść – kontynuuje pani Małgorzata.
– Dlatego krzyknęłam do męża: „Cofaj,
na gaz i uciekajmy”. A oni nas gonili.
Biegli za nami. Kiedy mąż zawracał,
zaczęli walić kolbami w szyby. Umieraliśmy ze strachu. Ja dostałam w stopę,
Asia w udo. Byłam pewna, że nas zabiją. Strzelali też do poloneza Janusza.
Po chwili zajechali nam drogę.
Na szczęście, udało się nam jakoś
przecisnąć. Uciekaliśmy w stronę
Główczyc. Po drodze mąż zatelefonował na policję.
– Widziałem, co się dzieje – opowiada Janusz N. – Syn także. Próbowałem uciekać. Wrzuciłem wsteczny. Nie
patrzyłem nawet do tyłu, tylko krzyknąłem do Tomka: „Schowaj się chłopcze, schowaj”. Złapałem go za głowę
i wcisnąłem na dół. Wtedy wjechałem
do rowu. Z tyłu było drzewo, nie miałem szans na ucieczkę.
Janusz N. wyskoczył z auta. – Jeden z nich złapał mnie wówczas
za kark – mówi. – Kopnął w twarz i klatkę piersiową. Położyli mnie na ziemi,
rozkraczyli i skuli. Jak bandziora. Zajrzeli do samochodu. Tomka nie zauważyli. Pytali, kto uciekał. Odparłem,
że nie powiem, dopóki nie powiedzą,
kim są. Dopiero po chwili jeden z nich
zaświecił latarką i pokazał mi legitymację. Nie widziałem wyraźnie, ale potem usłyszałem rozmowę przez krótkofalówkę. Wtedy dotarło do mnie, że to
naprawdę policja. Wołałem, żeby szukali Mariusza. W audi przecież mogli
być ranni.
Państwo D. uciekli do Główczyc.
Zatrzymali się pod ośrodkiem zdrowia. Wszyscy
byli w szoku.
Przyjechali policjanci ze Słupska.
Dopiero wtedy okazało się, że akcję
w Michałowie przeprowadzili ich koledzy. – Z ośrodka zabrała nas karetka
– mówi Małgorzata D. – Asi podawali
kroplówkę. Zawieźli nas do szpitala.
Dziewczynkę zabrali na pediatrię.
Obejrzeli nogę, zawinęli i powiedzieli,
że zajmą się nią jutro. Nazajutrz przyjechała prokurator ze Słupska. Asia
powiedziała jej, że jest nieletnia i bez
rodziców nie będzie zeznawać. Ona
stwierdziła jednak, że nie musi być
przy niej rodziców, że wystarczy ktoś
dorosły. Obok był lekarz, więc dla niej
wszystko było w porządku.
– Przy przesłuchaniu powinien być
psycholog – zauważa pani Małgorzata. – Ale panią prokurator nie interesowało, w jakim stanie jest dziecko. Robiła swoje.
Prokurator pytała dziewczynkę, co
się stało. Po co jechali do Michałowa?
Czy ktoś już z nią rozmawiał? Odpowiadała z płaczem. Cała się trzęsła.
Dla policji sprawa była jasna. Podejrzewali, że audi pochodzi z kradzieży.
Dzień wcześniej skradziono bowiem
z Łeby granatowe audi B-4. W wyniku
działań operacyjnych ustalono, że takie właśnie auto parkuje na prywatnej
posesji w Michałowie. Zdecydowano
zatem o akcji. Czterej policjanci i czterej funkcjonariusze Straży Granicznej
w Łebie urządzili zasadzkę pod gospodarstwem. Nie poinformowali jednak o tym komendy w Słupsku, mimo
że powinni. Michałowo znajduje się
bowiem w powiecie słupskim. A zasada mówi, że wchodząc na teren działania innej jednostki, winno się ją
o tym powiadomić.
Kiedy więc z gospodarstwa zaczęły
wyjeżdżać samochody, funkcjonariusze przystąpili do ataku. Przekonywali, że próbowali zatrzymać auta, ale
kierowcy nie reagowali. Otworzyli
ogień dopiero w chwili, kiedy jeden
z nich omal nie został przejechany.
W oficjalnym stanowisku policji poinformowano, że funkcjonariusze mieli na sobie odblaskowe kamizelki
z odpowiednimi napisami. Zgodnie
z prawem oddali najpierw strzały
ostrzegawcze. Dopiero groźba potrącenia jednego z nich sprawiła, że oddano strzały w koła samochodu. Podobnie miało być w przypadku poloneza. Ponadto, kierowca Janusz N.
miał we krwi 1,09 promila alkoholu.
„Zachowanie obu kierowców jest
niewytłumaczalne i nieracjonalne”
– napisała w marcu 2001 roku kom.
Gabriela Sikora w komunikacie Biura
Prasowego Komendy Wojewódzkiej
Policji w Gdańsku.
– Każdy by uciekał, gdyby w nocy
zobaczył ubranych na czarno, uzbrojonych mężczyzn – mówi jeden z mieszkańców Michałowa. – Dziś tyle bandytyzmu wokół, a policji jak na lekarstwo.
Świadkowie mówili, że oni nie byli
oznakowani. Trudno się zatem dziwić,
że ci ludzie po prostu się bali. A policjanci
spartolili robotę.
Surowi w ocenie są także niektórzy
policjanci. – To była amatorszczyzna
– mówi jeden z nich. – Mieli złe rozpoznanie. „Dziupla” samochodowa była
po drugiej stronie wsi. Pomylili się.
Chłopakom puściły nerwy. Rozumiem
ich, ale dlatego do tego typu akcji nie
powinno się wysyłać takich ludzi.
– To dziwne – zastanawia się inny
policjant. – Bo skoro były to działania
operacyjne, to przecież do takiej roboty nigdy nie zakłada się kamizelek odblaskowych.
Ciekawe, dlaczego zaraz po zdarzeniu, kiedy wiadomo już było, że popełniono
pomyłkę,
pozbierano
wszystkie łuski, zanim przyjechała
ekipa z wykrywaczem metalu. Tak
przynajmniej twierdzą świadkowie.
Czyżby chodziło o ukrycie dowodów,
ile faktycznie oddano strzałów?
– Wątpliwości budził też fakt, że
w jednym z ostrzelanych aut znaleziono kulę z pistoletu funkcjonariusza,
który jakoby nie brał udziału w strzelaninie – mówi pani Małgorzata. – Miał
podobno pełny magazynek. Po co zatem wykonywano badania balistyczne,
skoro później nie wzięto ich pod uwagę? – pyta. – W sumie oddano
do nas 25 lub więcej strzałów.
Śledztwo w sprawie przekroczenia
uprawnień przez funkcjonariuszy prowadziła
Prokuratura
Rejonowa
w Słupsku. Starano się przede
wszystkim wyjaśnić zasadność użycia
broni. Potem, na wniosek prokuratora
rejonowego śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych przejęła Prokuratura Okręgowa w Słupsku.
– Przez dwa miesiące od tego dramatycznego zdarzenia nikt się nami
nie interesował – żali się pani Małgorzata. – Pierwszą konfrontację zaplanowali w listopadzie, ale się nie odbyła, gdyż dwaj policjanci byli w sanatorium. Musieli odpocząć po tak silnych
przeżyciach. A my? Dopiero po jakimś
czasie, podczas drugiej konfrontacji
zobaczyli, że ja chodzę o kulach.
W grudniu komendant Rojek z Lęborka, który za nich odpowiada, zawiózł
mnie do lekarza do Kościerzyny. Ale
Asią w ogóle się nie interesowali.
A dziewczynkę czekała operacja.
Państwo D. załatwiali ją prywatnie.
Asia miała przestrzelone udo.
– Starsza córka, Liliana, była najlepszą uczennicą. Po tym wszystkim jej
osobowość zupełnie się zmieniła. Zaczęła opuszczać lekcje, gorzej się
uczyła. Ponieśliśmy ogromne koszty.
Musieliśmy kupić specjalne buty, kule
itd. Za remont ostrzelanego samochodu nikt nam nic nie zwrócił. Wychowywaliśmy dzieci, niczego nie braliśmy
od państwa i tak nas skrzywdzono.
Pani Małgorzata dodaje, że to zda-
a4132-33 gawinski.qxd
2008-10-03
13:52
Page 3
TRAGICZNA POMYŁKA
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
rzenie spowodowało nieodwracalne
skutki w życiu rodziny. – Ale nikt nie
poczuwał się do winy. Nie otrzymaliśmy ani grosza. Nawet słowa przepraszam. Tomek, syn pana Janusza, też
ciągle się czegoś boi. Ma lęki.
Prokurator nie wniósł do słupskiego
sądu aktu oskarżenia. Wystąpił o warunkowe umorzenie postępowania
karnego. I sąd tak postanowił. – Ta decyzja jest orzeczeniem o winie – tłumaczył w 2001 roku prokurator Dariusz Iwanowicz. – Stwierdzono, że
czterech funkcjonariuszy ponosi winę
i że dopuścili się przestępstwa. Gdybyśmy uznali, że jest to znikoma szkodliwość społeczna czynu, to przestępstwo w ogóle nie byłoby uznane. Sąd
orzekł o warunkowym umorzeniu
na okres próbny.
W 2001 roku słupski sąd stwierdził,
że funkcjonariusze dopuścili się zarzucanych im przestępstw, czyli przekroczyli swoje uprawnienia do użycia
broni palnej i nie dopełnili obowiązku
traktowania tej broni jako ostateczności.
Dlaczego prokuratura dała wiarę
napastnikom, a nie ofiarom? – Były
dwie wersje zdarzenia – twierdził prokurator Iwanowicz. – Obowiązuje zasada, iż nie dające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść podejrzanego. Nie byliśmy w stanie usunąć
sprzeczności między funkcjonariuszami a ofiarami. Szukaliśmy wszelkich
obiektywnych dowodów. Były okoliczności, które nie budziły wątpliwości,
ale były i takie, które nie dały się wyjaśnić.
– Policjanci
działali w błędzie
– tłumaczył nadkom. Kazimierz
Rojek, ówczesny komendant powiatowy policji w Lęborku. – Każdy może
się pomylić. To były sekundy. A cała
sytuacja bardzo dynamiczna. Czuję
brzemię tego zdarzenia, bo funkcjonariusze działają w moim imieniu. Sąd
uznał ich winę. I ponieśli konsekwencje finansowe i służbowe. Przez dwa
lata nie mogą awansować, nie otrzymają też żadnej premii.
Komendant Rojek przekonywał, że
wobec państwa D. ma czyste sumienie. – Pani Małgorzacie załatwiłem
specjalistyczne leczenie w szpitalu
– mówił. – Poświęciłem prywatny
czas i zawiozłem do Kościerzyny. Była też w sanatorium w Kołobrzegu.
Zawiozłem paczki na święta i szampana na Nowy Rok. Jest mi przykro,
że twierdzi, iż nie uzyskała z naszej
strony żadnej pomocy. Mówiłem też
przepraszam. Co więcej mogę zrobić?
– To prawda, były jakieś próby pomocy – przyznaje Małgorzata D. – I co
dalej? Ja na miejscu komendanta Rojka nic bym nie mówiła. Zajęli się nami
dopiero wtedy, kiedy okazało się, że
nie mogę chodzić. Dla mnie pomoc,
to jest pomoc. Nie chodziło mi o kawę
czy szampana.
Niedługo po strzelaninie wszyscy
funkcjonariusze
uczestniczący
w zdarzeniu w Michałowie wrócili
do pracy. A ofiary pozostawiono samym sobie. – W ogóle się nami nie
interesowali. Publicznie nas nikt nie
przeprosił. Musieliśmy walczyć o zadośćuczynienie.
Państwo D. wystąpili na drogę cywilną. Chcieli odszkodowania i zadośćuczynienia. W 2003 roku sąd
przyznał im odszkodowanie. Pani
Małgorzata otrzymała 37 tys. zł, star-
Chodziła prywatnie do psychologa.
Ale ciągle boi się sama wychodzić.
Mimo że zrobiła magisterkę z bardzo
dobrą oceną i dostała pracę, wciąż się
o nią martwię. Bo w niej to ciągle tkwi.
Bardzo mocno. Z Asią było podobnie.
Stale miały poczucie zagrożenia, to
w nich siedziało.
Państwo D. zaczęli podróżować.
Chcieli w córkach przełamać obawy.
Trochę się to udało. Niestety, nie
do końca. Bo jak zatrzymała ich kiedyś policja, to Asia wpadła w traumatyczny płacz. – Ta blizna pozostanie
na zawsze – mówi Małgorzata D.
Zniszczono życie naszej rodziny – mówi pani Małgorzata
sza córka Liliana 20 tys. zł, Asia 42
tys. zł, zaś mąż 12 tys. zł. To były kwoty z odsetkami. Wszyscy musieli zapłacić od tego podatek. – To żadne
pieniądze za zniszczone zdrowie i życie. To wszystko kosztowało nas więcej. Lekarze, prawnicy itd. Gdyby oni
od razu poczuli się winni, byłoby
po sprawie. Chciałam ugody, nie potrzebowałam walki. Ale dla nich 50 tys.
to było za dużo, więc przegrali więcej.
Najgorsze jest to, że to my musieliśmy
udowodnić, że jesteśmy ofiarami.
Przed każdą rozprawą wpadałam
w depresję. Nie odwoływaliśmy się
jednak, bo chcieliśmy o tym zapomnieć.
Niestety, nie zapomnieli. Asia wyjechała do Anglii, by uciec od tego
wszystkiego. Długo utykała, już raz ją
operowano, ale czeka ją kolejny zabieg. Wciąż odczuwa ból nogi. Nie ma
mięśnia, a dziura została.
Jak mówi pani Małgorzata, Liliana
nie była ranna, ale najbardziej przeżyła to psychicznie. Nawet nie zeznawała. Bała się, płakała. Obecnie mieszka
w Słupsku. Ukończyła WSP. – Do dziś
jednak ponosi konsekwencje zdrowotne. I nie wiadomo, co będzie dalej.
Do winy choć w części poczuł się
Morski Oddział Straży Granicznej.
– Zaproszono nas do Gdańska. To było po wyroku. Przyjął nas komendant.
Ciepło, serdecznie i przeprosił. Proponował nawet córce pracę. Te słowa
były ważne,
czuliśmy się
usatysfakcjonowani.
Niestety, policja wciąż nie potrafi oficjalnie przeprosić. – Bez wątpienia interwencję policjantów i Straży Granicznej w Michałowie należy uznać za tragiczną pomyłkę – stwierdza nadkom.
Jan Kościuk, rzecznik prasowy KWP
w Gdańsku. – Jednak okoliczności towarzyszące tej akcji – późna pora, panujące ciemności, dynamika, być może w pewnym stopniu, podkreślam
w pewnym, usprawiedliwiają ówczesne działania funkcjonariuszy. Byli
przekonani, że mają do czynienia z niebezpieczną grupą przestępczą, której
członkowie, aby uciec, nie zawahają
się nawet przejechać interweniujących
policjantów i pograniczników.
Nadkom. Kościuk podkreśla, że
zdaje sobie sprawę z tego, jak dramatyczne chwile tamtego wieczoru
33
przeżyła pani Małgorzata D. i jej rodzina. – Nikt z nas na pewno nie
chciałby czegoś takiego doświadczyć. Jednak nie możemy zapomnieć
o tym, że i sami funkcjonariusze całą
sytuacją są właściwie zdruzgotani.
Byli przekonani, że w zaciemnionym
samochodzie jadą bandyci, a okazało
się zupełnie coś innego. Sprawa trafiła do sądu, gdzie została wnikliwie
oceniona. 19 marca 2001 roku Sąd
Rejonowy w Słupsku wydał postanowienie, w którym nie podał w wątpliwość winy funkcjonariuszy. Jednak
w świetle zgromadzonego materiału
dowodowego, w tym wyjaśnień samych podejrzanych, zeznań świadków oraz wyników przeprowadzonych
ekspertyz postanowił pomimo uznania
ich winnymi skutków zdarzenia, warunkowo umorzyć postępowanie
na okres 2 lat.
Rzecznik dodaje, że obaj policjanci
biorący udział w tamtej akcji nadal
pełnią swoje obowiązki w jednym
z komisariatów podległych KPP w Lęborku. – Do dziś bardzo to przeżywają, a wspomnienia tego feralnego wieczoru wzbudzają w nich ogromne
emocje i spędzają sen z oczu. Pewnych rzeczy jednak nie da się cofnąć,
choć bardzo by tego chcieli.
– „Przepraszam” to magiczne słowo
– mówi kmdr por. Grzegorz Goryński, rzecznik prasowy komendanta
Morskiego Oddziału Straży Granicznej im. płk. Karola Bacza w Gdańsku.
– Cóż więcej można powiedzieć?
Szkoda tylko, że tak rzadko wypowiadane. Jeśli popełnia się błąd, to
– w mojej ocenie – należy do niego
się przyznać i przeprosić, szczególnie
gdy jego skutki dotknęły inne osoby.
Zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy to relacji urząd (instytucja) – obywatel.
Kmdr por. Goryński uważa, że słowo „przepraszam” skierowane bezpośrednio do poszkodowanych przez
kontradmirała Konrada Wiśniowskiego, ówczesnego komendanta
MOSG, było właściwym gestem. Także w ludzkim wymiarze. – Dobrze, że
do takiego spotkania w gabinecie komendanta doszło. Był to także jasny
sygnał dla nas, funkcjonariuszy Straży
Granicznej, na przyszłość, jak należy
rozwiązywać własne błędy i pomyłki.
Oby było ich jak najmniej.
– Oni nam zniszczyli życie – mówi
pani Małgorzata. – Naszą rodzinę. Nigdy nie byliśmy już tak spontaniczni.
Nasze życie już nie będzie takie jak
kiedyś.
Tekst i fot.:
TOMASZ GAWIŃSKI
Drodzy Czytelnicy, zapraszamy
Was do redagowania „Ciągu dalszego”. Prosimy o nadsyłanie na adres redakcji propozycji dotyczących tego,
o czym chcielibyście przeczytać.
a4134-35 rozycki.qxd
34
2008-10-03
16:25
Page 2
ZSYP
Bogaty urząd
marszałkowski
To się w głowie nie
mieści! Po co kupować superszybkie pociągi, skoro nie mają
po czym jeździć? Śląski urząd
marszałkowski wydał na nowe
składy dla PKP aż 90 mln złotych,
ale to pieniądze wyrzucone w błoto! Bo pociąg, którego główną zaletą miała być prędkość (160
km/godz.), nie ma gdzie się tak
rozpędzić. Śląskie torowiska są
tak zniszczone, że można po nich
jechać co najwyżej 50 km/godz.
Miało być cudownie, a wyszło
jak zwykle (...). Piękne luksusowe
wnętrza pociągu zaprezentowano
w sierpniu zeszłego roku na specjalnej uroczystości. Były przemówienia i toasty. Flirt, bo tak nazywa się pociąg, miał pędzić z Katowic do Tychów z zawrotną prędkością 160 km/godz., i pokonywać tę trasę w 25 minut. Powinien
kursować od września, ale nic
z tego nie będzie, bo PKP nie
zdążyły wyremontować torów.
Zdezelowane, zardzewiałe torowiska są tak niebezpieczne, że miejscami maszyniści muszą zwalniać
nawet do 15 km/godz.! (...)
(„Fakt” nr 224)
Może za dużo było toastów?
Jak widać, urzędnikom przed
podjęciem tak istotnych decyzji
finansowych należy obligatoryjnie nakazywać dmuchanie w alkomat.
Głodny
bandyta
Do jednego z mieszkań w Częstochowie
zapukał głodny bandyta. Najpierw zapytał
o męża mieszkającej tam 34-latki,
a kiedy kobieta wpuściła go
do mieszkania, przewrócił ją
na podłogę, zabarykadował
drzwi. Następnie zrabował kosztowności i rzucił się do lodówki!
Wyżarł niemal wszystko: kiełbasę,
szynkę i pomidory! Po ponadgodzinnym pobycie w obcym mieszkaniu uciekł. Policjanci już następnego dnia zatrzymali rabusia,
Stanisława S. (45 l.), w Warszawie. Jak ustalili, skradzione rzeczy złodziej zdążył sprzedać. Nienażartemu bandycie grozi kara 10
lat więzienia. („Super Express”
nr 221)
Bandyci chodzą coraz bardziej głodni. Czyli: należy mieć
zawsze pełne lodówki. Wtedy
taki oprych zajmie się jedzeniem, zamiast, z braku alternatywy, naszymi przewróconymi
na podłogę kobietami.
Z WOKANDY
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Afera gruntowa(3)
Funkcjonariusz na gazie
Tym razem przed gmachem
sądu nie było wozów
transmisyjnych. Na sali
zabrakło kamer
i fotoreporterów.
Na miejscach dla
publiczności pojawili się
tylko czterej dziennikarze,
bo kto chciałby słuchać
wielogodzinnego
odczytywania wyjaśnień
ze śledztwa jednego
z oskarżonych.
Afera, która przed dwoma laty
stała się bezpośrednią przyczyną
rozpadu koalicji PiS-LPR-Samoobrona, nie wywołuje już emocji.
Nawet większość pracowników sądu przy Marszałkowskiej nie pamięta już, o co w niej chodziło.
Sędzina rozpoczyna odczytywanie długich zeznań oskarżonego
Andrzeja K., jakie ten złożył podczas śledztwa.
„Szemrany”
biznesmen
Pierwsza rozmowa z Piotrem Rybą na temat możliwości załatwienia odrolnienia gruntów miała
miejsce na dwa tygodnie przed
odejściem premiera Leppera
z rządu (Andrzej Lepper został
zdymisjonowany z funkcji wicepremiera 22 września – przyp. autora). On (Ryba – przyp. autora)
powiedział, że ma takie możliwości i szuka klienta, który byłby zainteresowany taką sprawą. Ja wtedy zacząłem pytać ludzi, czy są
zainteresowani taką sprawą. Pamiętam, że pytałem o to Tomasza
K., prezesa giełdowej spółki medialnej (...).
Z zeznań można odnieść wrażenie, iż Andrzej K. od samego początku chciał wycofać się z całej
sprawy.
Twierdził, że miał zamiar wystawić oficjalną fakturę i zmniejszyć
(ustaloną ustnie) prowizję z 3 milionów do kilkuset tysięcy.
Jednak po jakimś czasie pragnął ostatecznie zrezygnować
z pomocy przy odrolnieniu ziemi
Oskarżeni: Andrzej K. (41 lat) i Piotr Ryba (36 lat).
Zarzut: art. 230 par. 1 k.k. (płatna protekcja). Oskarżonym postawiono zarzut, że za wielomilionową łapówkę chcieli odrolnić ziemię
na Mazurach. To odrolnienie fikcyjnej działki okazało się prowokacją
funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
Sąd: Dorota Radlińska, II wydział karny Sądu Rejonowego dla
Warszawy-Śródmieścia.
Obrońcy: Mariusz Paplaczyk z Poznania (adwokat Piotra Ryby),
Robert Marciniak z Warszawy (pełnomocnik Andrzeja K.).
Oskarżyciel: Arkadiusz Dura, prokurator Prokuratury Okręgowej
w Warszawie.
na Mazurach. Na dowód zeznał,
że przypadającą na niego czwartą
część prowizji (czytaj łapówki), to
jest około 800 tys. zł zamierzał
przeznaczyć na budowę domu,
u zaprzyjaźnionego developera,
pod Wrocławiem. Tuż przed
aresztowaniem poszedł jednak
do niego z butelką wina i stwierdził, że wycofuje się z budowy domu, gdyż nie ma pieniędzy.
Jego zastrzeżenia budziła
przede wszystkim osoba Sosnowskiego (biznesmena, dla którego
załatwiał odrolnienie). Gdy pewnego razu zatelefonował do Sosnowskiego, ten był kompletnie
pijany. Bełkotał przez telefon tak,
że K. nie mógł nic zrozumieć.
Oskarżony doszedł do wniosku,
że Sosnowski (który później okazał się funkcjonariuszem CBA) to
„szemrany” biznesmen, który może mieć powiązania ze światem
przestępczym. Obawiał się jednak wycofać z obietnicy odrolnienia ziemi, gdyż przypuszczał, że
będzie musiał zapłacić ogromne
odszkodowanie.
Moja żona zauważyła, że ktoś
za nią jeździ i ja wyobrażałem sobie, że to ci panowie. Bałem się
o swoją rodzinę.
Gdy K. udał się na spotkanie
z Sosnowskim do warszawskiego
hotelu, ten miał przy sobie walizkę z 2,7 miliona złotych, które zostały przeliczone w hotelowym
pokoju. Oskarżony K. zeznał, że
wiele razy telefonował wówczas
do Piotra Ryby z pytaniem, czy
odrolnienie zostało już załatwione
w ministerstwie. Ten jednak nie
dawał jednoznacznej odpowiedzi
i przeciągał sprawę. K. doszedł
do wniosku, że jest oszukiwany
zarówno przez Sosnowskiego, jak
i przez Rybę. Wyszedł więc z pokoju, pozostawiając pieniądze,
żeby „to sobie przemyśleć”.
Po wyjściu z hotelu K. miał roz-
mawiać telefonicznie z Rybą, który powiedział mu, że ta sprawa
„jest miną”.
Gdy obaj oskarżeni przebywali
już w areszcie, Andrzej K. zeznał,
że za pośrednictwem innego
aresztanta dostał wiadomość
od Ryby: nie obciążaj Leppera.
Jak prezes
z ministrem
Po trzech godzinach od rozpoczęcia rozprawy na korytarzu pojawiają się świadkowie.
Jako pierwszy zeznaje Jacek
W., prezes i współwłaściciel dużej
wrocławskiej firmy obrotu nieruchomościami. Wygląda na silnie
pobudzonego, a może tylko zdenerwowanego.
Na wniosek obrońcy Piotra Ryby sędzina odbiera od świadka
przyrzeczenie, że będzie mówił
prawdę.
Ponieważ
zeznaje
tyłem
do dziennikarzy, przewodnicząca
postanawia, żeby mówił do mikrofonu. Z niewiadomych powodów
gdzieś zaginął klucz od pokoju
dla świadków. Mecenas Paplaczyk ma wątpliwości, czy zeznań
W. nie będą słyszeli świadkowie
obecni na korytarzy.
Dorota Radlińska prosi dziennikarza
„Gazety
Wyborczej”
o sprawdzenie, czy słowa świadka są słyszalne na korytarzu. Redaktor na kilka chwil wychodzi
z sali.
– Przytknąłem ucho do szpary
w drzwiach i słyszałem tylko pojedyncze słowa – zapewnia dziennikarz.
Z zeznań wynika, że Jacka W.
z oskarżonym poznał prezes Tomasz K., który poinformował go,
że Andrzej K. ma jakiś interes
związany z nieruchomościami.
– Spotkaliśmy się we Wrocławiu
na kortach przy ulicy Hallera – zeznaje Jacek W. – Andrzej K. po-
a4134-35 rozycki.qxd
2008-10-03
16:25
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
wiedział mi, że ma możliwość wyłączenia z produkcji rolnej dowolnych gruntów, z tym że czas nagli, bo w Ministerstwie Rolnictwa
mogą zajść zmiany personalne,
więc mamy na to 2-3 dni. Oczywiście było jasne, że miało to być
odpłatne. Powiedział, że nie chodzi o jakieś 30 czy 50 tysięcy, ale
o znacznie większe kwoty. Byłem
zaskoczony i potraktowałem to jako niepoważną i abstrakcyjną
propozycję.
Po kilku tygodniach Jacek W.
brał udział w biznesowym spotkaniu zorganizowanym przez firmę
Tomasza K. Było to w czasie, gdy
po rekonstrukcji rządu wicepremierem i ministrem rolnictwa ponownie został Andrzej Lepper.
– W pewnym momencie Tomasz
K. poprosił mnie do drugiej sali,
gdzie przebywał już pan O., wiceprezes telefonii Dialog – zeznaje
świadek. – Tomasz K. twierdził, że
Andrzej K. nęka go telefonami
w sprawie odrolnienia ziemi.
Wówczas O. powiedział, że Andrzej K. usiłuje w Dialogu zawierać kontrakty w zamian za korzyść majątkową.
Jacek W. dowiedział się, że poinformowano już odpowiednie
służby i w najbliższym czasie
do Wrocławia przyjadą funkcjonariusze CBA.
– Tomasz K. poprosił, żebym
też się z nimi zobaczył – wspomina świadek. – Spotkaliśmy się
w restauracji hotelu „Wrocław”.
Powtórzyłem oficerom CBA moją
rozmowę z Andrzejem K., która
miała miejsce na kortach. Jeden
z funkcjonariuszy zapytał, czy nie
zechciałbym im pomóc posłużyć
się prowokacją. Chciał, żebym
wziął udział w procedurze odrolnienia gruntu za pośrednictwem
usług pana K. Odmówiłem. Wówczas oficer CBA poprosił, żebym
spotkał się z Andrzejem K. i przekazał mu, że mam klienta, który
może skorzystać z jego usług.
Do spotkania Jacka W. z oskarżonym Andrzejem K. doszło ponownie na kortach przy Hallera.
Podczas rozmowy świadek miał
przy sobie mikrofon, który dostał
od oficera CBA.
– W czasie rozmowy powiedziałem Andrzejowi K., że jest klient,
która ma problemy z odrolnieniem ziemi i zgłosi się do niego,
powołując na moją osobę – twierdzi W.
Osobą, która miała problemy
z odrolnieniem, okazał się funkcjonariusz CBA, podający się
za przedsiębiorcę zamieszkałego
w Austrii. Zaproponował, żeby jego interesy w kraju reprezentował
polski biznesmen o nazwisku Sosnowski.
Page 3
Jacek W. kończy składanie zeznań i prosi sąd o pozwolenie
na opuszczenie sali, gdyż za kilka minut ma pociąg do Wrocławia. Pojawiają się jednak wątpliwości, czy na korytarzu nie będzie rozmawiał o sprawie z pozostałymi świadkami. Sędzia Radlińska postanawia, że dziennikarz „Gazety Wyborczej”, który
tak dobrze wywiązał się z pierwszego zadania, będzie „konwojował” Jacka W. do wyjścia, którego strzegą sądowi ochroniarze. I tym razem dziennikarz bezbłędnie wywiązuje się z powierzonej misji.
Kolejnym świadkiem jest Tomasz K.
Na pytanie sędziny, co panu
jest wiadome o sprawie, odpowiada:
– Razem z prokuratorem włożyliśmy w nią wiele wysiłku.
Wywołuje to cichutką salwę
śmiechu. Nawet obrońcy, którzy
do tej pory zachowywali kamienną twarz, nie potrafią ukryć
uśmiechu.
Tomasz. K potwierdza słowa
pierwszego świadka.
Teraz przychodzi czas na ze-
35
ZSYP
Z WOKANDY
znania Sławomira Sz., byłego prezesa Dialogu.
Jednak wbrew oczekiwaniom
nie wnoszą one do sprawy nic interesującego.
Po byłym prezesie zeznaje były
wiceprezes Marcin O.
Twierdzi, że o zamiarach pośrednictwa w odrolnieniu ziemi
Andrzeja K. (który był wówczas
wiceprezesem tej samej spółki)
poinformował telefonicznie Mariusza Kamińskiego, szefa CBA.
Wywołuje to powszechną konsternację. Zdziwiona jest nawet
sędzina. Na pytanie, dlaczego
świadek zdecydował się na zawiadomienie samego ministra, O.
odpowiada, że predysponowało
go do tego jego stanowisko.
Na liście świadków jest 45
osób. Kilku byłych i obecnych
prezesów dużych firm (w tym jeden o książęcym nazwisku), były
wicepremier, kilku byłych parlamentarzystów i jeden świadek,
którego nazwisko zostało utajnione.
– Będzie się działo – zapewniają pracownicy sądu.
KRZYSZTOF RÓŻYCKI
Z łóżka do aresztu
Jakież musiało być
zdziwienie mężczyzny,
który w swoim domku
letniskowym w Węgorzewie znalazł śpiącą w łóżku kobietę. 47-letnia Bożena K. najpierw
włamała się do domku letniskowego, a później wypiła znaleziony
w lodówce alkohol. Poczuła się
tym tak zmęczona, że nie mogła
się oprzeć krótkiej drzemce. Obudzona przez gospodarza powiedziała, że nie wyjdzie z łóżka. Wezwani na miejsce policjanci zawieźli kompletnie pijaną kobietę (miała 3,2 promila) do aresztu. Mieszkanka gminy Srokowo usłyszy zarzut kradzieży z włamaniem. Grozi
jej nawet do 10 lat pozbawienia
wolności. („Gazeta Olsztyńska”
nr 221)
Gdyby pani była trzeźwa, pan
pewnie nie wzywałby policji. Kobieta pijana mało apetyczna bowiem w łóżku jest. Alkohol mogła
więc zostawić sobie na deser.
Nadpijak
Od lat genialni Rosjanie zaskakiwali swymi
możliwościami,
jeśli
chodzi o zawartość promili alkoholu we krwi,
ale rosyjski elektryk z Wołogdy urasta do rangi nadczłowieka pijaka,
co można by uczcić neologizmem:
„nadpijak”.
Jurij Liklin, bo o nim mowa, wypił
po pracy trochę wódki (ciekawe, co
to znaczy?). Potem udał się do kolegi stróża, by kontynuować ucztę.
Następnego dnia, Jurij obudził
się w łóżku ze strasznym kacem.
Poszedł do pracy, ale brygadzista,
widząc jego stan, odesłał Liklina do domu. W drodze powrotnej
Jurij zasnął w autobusie i kilka razy
objechał miasto od krańcówki
do krańcówki. Gdy wrócił do domu, najadł się i poszedł spać. Żona, która wróciła z pracy, zobaczyła, że z pleców małżonka wystaje
rękojeść noża. W szpitalu lekarze
przeprowadzili operację wyjęcia
15-centymetrowego ostrza i ze
zdziwieniem stwierdzili, że nóż
tkwiący w plecach dobę nie uszkodził żadnych ważnych organów.
Okazało się, że poprzedniego
dnia, po balandze, elektryk nie
chciał iść do domu, więc kolega
stróż dźgnął go nożem w plecy.
Oczywiście, Liklin nie ma żalu
do przyjaciela, bo jak stwierdził:
– W trakcie picia różne rzeczy się
zdarzają. („Express Ilustrowany”
nr 27)
Nóż w plecach to pryszcz w porównaniu z tym, co Rosjanie
przez lata musieli znosić jako
Sowieci. Okrzepli więc i się zahartowali. Jak stal.
SZPERACZ
R E K L A M A
a4136 PACJENT.qxd
2008-10-03
13:55
36
Page 2
PRAWO I MEDYCYNA
Raport ANGORY – Polski pacjent
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
(205)
Pieczątka prawdy nie powie
Przez 15 lat technik protetyk,
pod bokiem Naczelnej Izby
Lekarskiej, udawał lekarza
stomatologa.
– Do gabinetu przy ulicy Gdańskiej w Warszawie trafiłam pod koniec 2001 roku za sprawą mojej koleżanki, której K. leczył zęby i zrobił
uzupełnienia protetyczne – wspomina Janina Mazgal. – Gabinet był
w dobrym punkcie, miał maszynę
do borowania i wyglądał zupełnie
normalnie. Po wielu wizytach K.
zrobił mi dwa dolne mosty, które
były jednak źle ustawione i spowodowały złamanie kilku zębów, dwa
górne oraz 9 koron. Szlifował mi
zęby. Podnosił też dziąsła. Dopiero
po czasie dowiedziałam się, że jest
to zabieg zastrzeżony dla chirurgów szczękowych. Mimo że zapłaciłam mu 7250 zł, to oba górne mosty założył na fleczer (materiał
do tymczasowego wypełnienia zęba – przyp. autora). Nic dziwnego,
że po dwóch latach mosty spadły
i wdał się stan zapalny. K. rozpoczął więc leczenie kanałowe dwóch
górnych zębów. Nie tylko borował
je i zatruwał, ale także dał mi antybiotyk. Ponieważ efekty jego pracy
były fatalne, chciałam, żeby zrekompensował mi poniesione straty,
ale on gotów był oddać mi zaledwie 6 tysięcy. Lekarka z ulicy Siennej poinformowała mnie, że naprawienie szkód leczenia będzie mnie
kosztowało kilkanaście, a może kilkadziesiąt tysięcy złotych. Poradziła, żebym złożyła skargę w Izbie
Lekarskiej. Gdy z Izby przyszła odpowiedź, że K. nie jest lekarzem,
nie chciałam w to wierzyć, bo przecież używał pieczątki „lekarz stomatolog”. Podczas śledztwa prokuratura zabezpieczyła ponad 100
kart pacjentów. Moja zupełnie nie
odpowiada rzeczywistości, ale
na szczęście miałam w domu opieczętowane przez „stomatologa”
kartki z poszczególnych wizyt. Mimo takich nieprawidłowości, prowadzący sprawę prokurator powiedział dziennikarce, że to sprawa
o niskiej szkodliwości społecznej,
bo przecież samouk też może być
świetnym fachowcem. Życzę temu
prokuratorowi, żeby o jego zdrowie
dbali tacy fachowcy samoucy jak
pan K.
29 stycznia 2008 roku Sąd Rejonowy dla Warszawy-Żoliborza wydał wyrok.
Pacjent: Janina Mazgal (65 lat).
Choroba: rozległe jatrogenne uszkodzenie znacznej części uzębienia.
Miejsce leczenia: Lab. Dent. Warszawa, ul. Gdańska 4a, lokal 2.
Pozwany: Maciej Krzysztof K. (*), właściciel gabinetu Lab. Dent.
Zarzut: brak staranności i ostrożności zawodowej, przekroczenie uprawnień zawodowych. K. został już skazany prawomocnym wyrokiem za leczenie bez uprawnień oraz sfałszowanie lekarskiej pieczątki.
Kwota roszczenia: 140 tys. zł odszkodowania i zadośćuczynienia.
Podstawa prawna: art. 415, 444, 445 k.c. oraz 270 par. 1 k.k. i art. 58 ust.
2 ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty.
Macieja Krzysztofa K. oskarżonego o to, że (...) w okresie od 1991
roku do 27 czerwca 2006 roku
w Warszawie przy ul. Gdańskiej 4a,
lokal 2, działając czynem ciągłym,
w celu osiągnięcia korzyści majątkowej udzielał świadczeń zdrowotnych w postaci zabiegów stomatologicznych, w tym rozpoznawania
chorób i ich leczenia (...). W tym
samym miejscu i czasie, działając
czynem ciągłym, posługiwał się
uprzednio zrobioną pieczątką o treści „Maciej K. lekarz stomatolog
68-1-01388S”, nie mając do tego
uprawnień (...). Uznaje za winnego
popełnienia zarzucanych mu czynów (...). Wymierza oskarżonemu
karę łączną w wysokości 2 (dwóch)
lat pozbawienia wolności. (...) Wykonanie orzeczonej kary łącznej
pozbawienia wolności warunkowo
zawiesza oskarżonemu na okres
próby wynoszący 5 (pięć) lat. (...)
Orzeka wobec oskarżonego zakaz
prowadzenia działalności gospodarczej, której przedmiotem byłoby
świadczenie usług z zakresu techniki dentystycznej na okres 3 lat.
Inni byli zadowoleni
– Ta pieczątka („lekarz stomatolog” – przyp. autora) to była moja
straszna głupota, za którą mogę
tylko przeprosić – mówi Maciej K.
– Nie odwołałem się od wyroku,
więc jest on prawomocny. Dlatego
nie mam już nic do ukrycia. Ja tej
pani nie robiłem żadnych zabiegów stomatologicznych. Wykonywałem typowe prace protetyczne.
Opracowałem zęby i wstawiłem
korony. Ponieważ pacjentka nie
była zdecydowana, czy praca podoba się jej pod względem estetycznym, więc zażyczyła sobie, żeby korony na górze zostały umiejscowione na tzw. miękkim cemencie zamiast „na sztywno”. W takim
stanie chodziła aż dwa i pół roku.
Na efekty nie trzeba było czekać.
W przeciwieństwie do górnych zębów uzupełnienia protetyczne, jakie zrobiłem pacjentce na dole,
do dziś nie budzą jej zastrzeżeń.
Inne pacjentki, przesłuchane przez
prokuraturę, są zadowolone z moich usług (w wyroku skazującym
22 wspomnianych przez K. pacjentów zostało uznanych przez sąd
za osoby pokrzywdzone – przyp.
autora). Tylko pani Mazgal była
obecna na sprawie. W 2004 roku
ta pani chciała ode mnie 11,5 tys.
zł odszkodowania, na co się zgodziłem. Ale jak się dowiedziała, że
nie jestem lekarzem, podwyższyła
kwotę do 80, a teraz do 140 tys. zł.
Na skutek wyroku nie mogę samodzielnie prowadzić działalności
protetycznej. Nadal mogę jednak
świadczyć takie usługi w innej firmie, gdyż nie zostałem pozbawiony prawa wykonywania zawodu.
Ale nie wiem, czy mam na to ochotę. Może w ogóle zmienię zawód.
Kasa w gabinecie
Janina Mazgal złożyła także pozew cywilny, w którym domaga się
od K. 140 tys. zł odszkodowania
i zadośćuczynienia.
– Straciłam przez niego 9 zębów,
naraził mnie na straszny ból i cierpienie – żali się pacjentka.
W pozwie cywilnym sporządzonym przez aplikanta adwokackiego, postawiony jest zarzut błędu
w sztuce medycznej. Czy błąd
w sztuce medycznej może popełnić ktoś, kto nie jest lekarzem? K.
udawał stomatologa, a stomatolog
w przeciwieństwie do innych lekarzy zobowiązany jest do określonego rezultatu swojej pracy.
Sąd zwrócił się o sporządzenie
opinii do biegłych sądowych, bydgoskich lekarzy, Jolanty Kwaśniewskiej i Barbary Jundziłło.
(...) Leczenie przeprowadzono
niezgodnie z zasadami postępowania lekarskiego przez osobę bez
przygotowania
zawodowego
i uprawnień do wykonania czynności leczniczych w jamie ustnej
– czytamy w opinii. – (...) Pacjentka
wymaga ponownego, pilnego przeprowadzenia leczenia protetyczne-
go po uprzednim zdjęciu istniejących uzupełnień protetycznych.
– Ta historia wydaje się całkowicie nieprawdopodobna – mówi dr
Ryszard Frankowicz. – W centrum
Warszawy, pod bokiem Naczelnego Rzecznika Odpowiedzialności
Zawodowej Naczelnej Izby Lekarskiej protetyk udawał lekarza.
Przypomnę, że nie tak dawno Izby
Lekarskie uzurpowały sobie prawo
do potwierdzania czy też autoryzacji prywatnych gabinetów lekarskich i chciały delegować do tych
działań swoich przedstawicieli.
Korporacja lekarska jest instytucją,
na polskie warunki, niesłychanie
majętną. Nie miałaby najmniejszego problemu z opłaceniem specjalistów, którzy przeprowadziliby taką weryfikację. Tego typu wypadki
nie mogłyby się zdarzyć, gdyby
wszystkie prywatne gabinety lekarskie były obligatoryjnie wyposażone w kasy fiskalne. Skoro istnieje
obowiązek montowania kas w taksówkach, to dlaczego nie mają go
lekarze? Rachunek z kasy fiskalnej
z pewnością ograniczyłby ilość łapówek w służbie zdrowia i był też
dowodem na wykonanie konkretnego medycznego świadczenia.
– Dowiedziałam się, że mimo wyroku K. nadal przyjmuje pacjentów
jako lekarz – zapewnia Janina Mazgal. – Potwierdził to interwencyjny
program w telewizji Polsat. Zawiadomiłam Prokuraturę Rejonową
dla Warszawy-Żoliborza, która właśnie przesłuchuje kolejnych pokrzywdzonych przez pana K.
Chciałabym także rozszerzyć mój
zarzut karny wobec protetyka
o spowodowanie rozstroju zdrowia
i trwały uszczerbek na zdrowiu.
Mam nadzieję, że tym razem prokuratura nie uzna tego za czyn
o niskiej szkodliwości społecznej.
Zastanawiające, że w internecie
do tej pory Lab. Dent., na wielu
stronach figuruje jako gabinet stomatologiczny
(www.stomatolog24.pl, www.warszawa.dlastudenta.pl, www.firmy.pkt.pl).
KRZYSZTOF RÓŻYCKI
(*)Cytując prawomocny wyrok
sądu, mogliśmy podać pełne nazwisko skazanego. Nie zrobiliśmy
tego ze względu na kolejne śledztwo, które toczy się przeciw niemu
w prokuraturze.
Tekst powstał przy pomocy dr.
Ryszarda Frankowicza. Telefon
kontaktowy 0 602 13-31-24 i 0 14
627-01-24 (od godz. 10 do 12).
a4137_prawnik.qxd
2008-10-03
14:03
Page 1
Prawnik radzi
Wyższa emerytura?
Słyszałem, że od następnego roku będzie można korzystniej przeliczać przyznane emerytury. Kogo to
dotyczy i jak będzie można to robić?
– Kazimierz Małecki (e-mail)
Rys. Piotr Rajczyk
Zgodnie z nowelizacją ustawy
o emeryturach i rentach z FUS, która
wejdzie w życie w dniu 1 stycznia 2009 roku, jeżeli nie można ustalić
podstawy wymiaru składek w okresie
pozostawania w stosunku pracy wskazanym do ustalenia podstawy wymiaru
emerytury i renty, za podstawę ich wymiaru przyjmuje się kwotę obowiązującego w tym okresie minimalnego wynagrodzenia pracowników.
Osoby, którym do ustalenia podstawy wymiaru emerytury i renty przyjęto
podstawę wymiaru składek z uwzględnieniem okresu pozostawania w stosunku pracy, za który nie można ustalić podstawy wymiaru składek,
od 1 stycznia 2009 roku będą mogły
składać wnioski do ZUS o ponowne
przeliczenie wysokości emerytury lub
renty, z uwzględnieniem podstawy wymiaru świadczenia ustalonej w sposób
opisany powyżej.
Emerytura lub renta w wysokości
przeliczonej przysługuje:
1) od dnia wejścia w życie ustawy – jeżeli wniosek o ponowne obliczenie wysokości emerytury lub renty został zgłoszony nie później niż w ciągu 12 miesięcy od dnia wejścia w życie ustawy;
2) od pierwszego dnia miesiąca,
w którym zgłoszono wniosek – jeżeli
wniosek o przeliczenie został zgłoszony po upływie 12 miesięcy od dnia wejścia w życie ustawy.
Rozliczenie z dzieckiem
Jestem matką samotnie wychowującą 20-letnią córkę, która
po ukończeniu szkoły podjęła staż
pracy i była zatrudniona w okresie
od października do maja. Kiedy dostała PIT od pracodawcy, okazało
się, że ten do dochodu córki
37
WARTO WIEDZIEĆ
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
(245)
za ostatni rok kalendarzowy jej zatrudnienia wliczył jej wynagrodzenie
za grudzień roku poprzedniego (pieniądze za ten miesiąc wypłacono
w styczniu). To spowodowało, że dochód córki przekroczył ustawową
granicę i nie mogłyśmy się wspólnie
rozliczyć. Czy takie rozliczenie jest
zgodne z prawem?
– Krystyna Hachuła ze Śląska
Prawdopodobnie tak. Zgodnie
z art. 11 ust. 1 ustawy z dnia 26 lipca 1991 r. „o podatku dochodowym
od osób fizycznych” przychodami są
otrzymane lub postawione do dyspozycji podatnika w roku kalendarzowym
pieniądze i wartości pieniężne oraz
wartość otrzymanych świadczeń w naturze i innych nieodpłatnych świadczeń. Z zastrzeżeniami opisanymi
w ww. ustawie (a jest ich kilka i nie mają zastosowania w opisanej sytuacji)
zasadą jest, że podatek dochodowy
w związku z przychodem płaci się więc
za ten rok, w jakim ów przychód został
uzyskany przez podatnika.
Ile można czekać
na odszkodowanie?
Złożyłem do starostwa wniosek
o wypłatę odszkodowania za zajęcie
części działki na poszerzenie drogi.
Niedługo minie 3 lata, a rozstrzygnięcia jak nie było, tak nie ma
(otrzymałem 3 terminy załatwienia
sprawy – żaden nie został dotrzymany). Czy są jakieś granice czasowe
określające rozstrzygnięcie sprawy?
– Józef Świst z Jarosławia
Gdy działka gruntu zajmowana jest
na poszerzenie drogi publicznej, właścicielowi należy się od właściwego organu odszkodowanie ustalane na podstawie przepisów o wywłaszczaniu nieruchomości przez starostę. Starosta – stosując w szczególności ustawę o gospodarce nieruchomościami oraz kodeks
postępowania administracyjnego – dokonuje rynkowej wyceny wartości zajętej nieruchomości (z pomocą rzeczoznawcy majątkowego) i wydaje decyzję
o odszkodowaniu. Do tego postępowania stosuje się przepisy k.p.a. o terminach załatwiania spraw, co oznacza, że
starosta, zgodnie z art. 35 k.p.a. obowiązany jest załatwić sprawę bez zbędnej zwłoki. Załatwienie sprawy wymagającej postępowania wyjaśniającego powinno nastąpić nie później niż w ciągu
miesiąca, a sprawy szczególnie skomplikowanej – nie później niż w ciągu
dwóch miesięcy od dnia wszczęcia postępowania (w postępowaniu odwoławczym – w ciągu miesiąca od dnia otrzymania odwołania). Do terminów określonych powyżej nie wlicza się terminów przewidzianych w przepisach pra-
wa dla dokonania określonych czynności, okresów zawieszenia postępowania oraz okresów opóźnień spowodowanych z winy strony albo z przyczyn
niezależnych od organu.
O każdym przypadku niezałatwienia
sprawy w terminie określonym powyżej organ administracji publicznej obowiązany jest zawiadomić strony, podając przyczyny zwłoki i wskazując nowy
termin załatwienia sprawy (ten sam
obowiązek ciąży na organie administracji publicznej również w przypadku
zwłoki w załatwieniu sprawy z przyczyn niezależnych od organu).
Na niezałatwienie sprawy w terminie
określonym lub ustalonym powyżej
stronie służy zażalenie do organu administracji publicznej wyższego stopnia (w tym wypadku do wojewody).
Kłopot z obcym
Kilka lat temu zmarła moja mama.
Od tej pory mieszkam w jednopokojowym mieszkaniu z dorosłym bratem i byłym konkubentem mamy.
Mieszkanie wykupiłam od spółdzielni na odrębną własność – konkubent
(bezrobotny) jest w nim zameldowany i nie chce się z niego wyprowadzić. Najgorsze jest to, że pije
i awanturuje się, a w związku z długami, które robi, do mieszkania
wchodzi komornik, który próbuje
zajmować rzeczy moje, a nie konkubenta. W urzędzie powiedzieli, że
aby go wymeldować, muszę mu załatwić mieszkanie – za co? Co mam
robić?
– Teresa Rybicka z Piły
Skoro mieszkanie jest Pani i konkubent nie ma żadnego tytułu do przebywania w nim (np. umowa najmu czy
użyczenia), powinna Pani złożyć pozew
o jego eksmisję do sądu rejonowego,
miejscowo właściwego dla miejsca zamieszkania pozwanego konkubenta.
Zgodnie z obowiązującymi obecnie regulacjami wykonanie eksmisji będzie
jednak możliwe dopiero wtedy, gdy
gmina (lub Pani) znajdzie konkubentowi pomieszczenie tymczasowe, do którego można będzie go przenieść. Usunięcie niechcianego lokatora może nastąpić także w sytuacji jego oskarżenia
i skazania za przestępstwo wskazane
w art. 13 ustawy o przeciwdziałaniu
przemocy w rodzinie – zgodnie z tym
przepisem, umarzając warunkowo postępowanie karne wobec sprawcy przestępstwa popełnionego z użyciem przemocy lub groźby bezprawnej wobec
członka rodziny (członkiem rodziny
w rozumieniu ww. ustawy jest też osoba
wspólnie zamieszkująca lub gospodarująca), albo zawieszając wykonanie
kary za takie przestępstwo, sąd może
nałożyć obowiązek powstrzymywania
się od kontaktowania się z pokrzywdzonym albo opuszczenia lokalu zajmowanego wspólnie z pokrzywdzonym.
W przypadku, gdy komornik na poczet długów byłego konkubenta zajmie
rzecz, która należy do Pani, może Pani
złożyć (w terminie miesiąca od dowiedzenia się o takim zajęciu) powództwo
– w sądzie rejonowym, w obszarze którego działa ten komornik – przeciwko
dłużnikowi, o zwolnienie zajętej rzeczy
spod egzekucji, wraz z wnioskiem o zabezpieczenie powództwa przez zawieszenie egzekucji w zakresie licytacji zajętej rzeczy, do czasu zakończenia sprawy w sądzie. Po udowodnieniu, że dana
rzecz jest Pani, sąd nakaże jej zwrot.
Podatek
od sprzedaży mieszkania
W 2000 roku rodzice darowali mi
mieszkanie, w którym zameldowana
byłam do 2003 roku. Jaki podatek
zapłaciłabym teraz przy jego sprzedaży?
– Anna Bilska (e-mail)
Ponieważ nabyła Pani własność
mieszkania przed 1 stycznia 2007 roku, zastosowanie znajdą „stare” przepisy podatkowe. Zgodnie z nimi,
w przypadku sprzedaży nieruchomości powinna Pani zapłacić zryczałtowany, 10-procentowy podatek dochodowy od ceny sprzedaży, chyba że w ciągu 14 dni od podpisania aktu notarialnego zadeklaruje Pani w urzędzie skarbowym, że pieniądze ze sprzedaży
mieszkania, w ciągu dwóch lat licząc
od dnia sprzedaży, przeznaczy Pani
na kupno innego mieszkania, zakup
działki, rozbudowę lub remont własnego domu bądź lokalu mieszkalnego,
albo też wyda je na spłatę wcześniej
zaciągniętego kredytu bankowego.
Kto nadzoruje SKOK?
Jestem członkiem Spółdzielczej
Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej,
do której postępowania mam szereg
zastrzeżeń (odmawia mi np. podania
informacji o aktualnej kwocie mojego zadłużenia z tytułu zaciągniętego
w niej kredytu!). Gdzie mogę złożyć
skargę na SKOK? Kto to nadzoruje?
– Ewa Woźniak (e-mail)
Nadzór nad działalnością Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych sprawuje obecnie Krajowa Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa (ma się to zmienić, jeśli uchwalona zostanie przygotowywana nowelizacja przepisów, przekazująca nadzór
nad SKOK-ami organowi państwowemu, a mianowicie Komisji Nadzoru Finansowego).
Jeżeli SKOK nienależycie wywiązuje
się z obowiązków wynikających z łączącej go z Panią umowy kredytowej,
może dochodzić Pani swoich praw,
w tym naprawienia ewentualnej szkody, w drodze powództwa cywilnego
przed sądem powszechnym.
Mecenas JAN PARAGRAF
Pytania, z dopiskiem „Prawnik radzi”,
prosimy wysyłać pod adresem redakcji lub
elektronicznym: [email protected]
Z uwagi na ogromną ilość pytań prosimy
o cierpliwość.
a4138 Supereksfakty.qxd
2008-10-03
38
15:43
Page 2
ANGORA POD GRUSZĄ
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Supereksfakty
TELEWIZOR
POD GRUSZĄ
Nie wiemy, ile osób oglądało
w POLSACIE (prawie nieobecną
w zapowiedziach) retransmisję koncertu z okazji 25 rocznicy przyznania
Lechowi Wałęsie Pokojowej Nagrody
Nobla. Kto nie oglądał, niech żałuje,
i to bardzo. To jeden z najlepszych,
jeśli nie najlepszy tego typu koncert,
jaki dane nam było oglądać. Jego
scenarzystą i reżyserem był Janusz
Zaorski, któremu w tym momencie
serdecznie gratulujemy i dziękujemy
za widowisko, które stworzył. Bez
żadnego zadęcia, bez pompy i patosu opowiedział historię nie tylko Wałęsy, ale całej „Solidarności”, w drodze do zwycięstwa. Zrobił to najprostszymi z prostych środków.
Oparł się na 21 postulatach z sierpnia 1980 r. Odczytywali je Krystyna
Janda i Jerzy Radziwiłowicz. Potem
była piosenka, która w sposób mniej
lub bardziej dosłowny ilustrowała
treść postulatu. I tu następuje najważniejszy element programu. Janusz Zaorski, chyba jako pierwszy
pokazał, że na czele walki z propagandą poprzedniego ustroju stały
przede wszystkim kapele rockowe.
Do tej pory, przy tego typu okazjach
nie pamiętano o nich. A przecież bez
tych sztandarowych utworów, kształtujących nastroje i świadomość młodzieży, trudno sobie wyobrazić tamte
lata. Oczywiście, wielu ważnych piosenek zabrakło, ale nie sposób
wszystkich pomieścić w jednym koncercie. Janusz Zaorski docenił rockowców, ich niewątpliwy wkład w historię powojennej Polski i chwała Mu
za to. Jeszcze słów kilka na temat odczytywanych postulatów. Niektóre
z nich trącą już teraz myszką, niektóre nie są już być może zrozumiałe dla
najmłodszego pokolenia, ale są też
takie, które nic nie straciły na aktualności. Niektóre, a ich przypomnienie
spotkało się z żywą reakcją publiczności. Które to? Proszę odszukać sobie listę sierpniowych postulatów
i przeczytać 12, 14, 16, 17, 18 i 19.
Cieszymy się bardzo, iż przy okazji
podwójnego jubileuszu Lecha Wałęsy Janusz Zaorski wpadł na tak znakomity pomysł. Ten koncert wart jest
niejednej powtórki. Oby tak się stało!
SOBCZAK i SZPAK
Według „Faktu”, nasi politycy dają sobie znów podwyżki! I tak, prezydent Lech
Kaczyński (59 l.) teraz zarabia 20 140 złotych. Ale nie płaci za jedzenie i mieszkanie. Podwyżki dostanie 690 złotych. Premier Donald Tusk (51 l.) pensji ma 16 700
złotych, a wzrośnie mu ona o 565 złotych.
Waldemar Pawlak (49 l.) ma 14 900 złotych. Dodatkowe pieniądze, jakie zarobi,
to 500 złotych. Pozostali członkowie rządu, Ewa Kopacz (52 l.), Radosław Sikorski (45 l.) i Jacek Rostowski dostaną
po 490 złotych. Julia Pitera (55 l.) i Rafał
Grupiński (56 l.) – po 420 złotych, a Andrzej Kremer (52 l.) – po 390 złotych.
Dzięki interwencji Marii Kaczyńskiej
czeczeński bohater Abi Amajew (35 l.) dostał... nogę! „Super Express” dowiedział
się, że Amajew walczył z Rosjanami o wolność swojego kraju i odłamek bomby
urwał mu nogę. Gdy Rosjanie opanowali
Czeczenię, uciekł do Polski. – Na moją
protezę zbierało wiele osób, ale to właśnie
prezydentowa przekazała brakującą sumę. Podarowała mi nową przyszłość – tłumaczył Abi. – Prezydent Kaczyński i jego
żona wiele zrobili dla Republiki Czeczeńskiej, nie tylko dla mnie osobiście. Śmieję
się zawsze, że to nasza, czeczeńska para
prezydencka, a nie wasza, polska – opowiada czeczeński bojownik.
W Sejmie huczy od plotek! Ponoć
Krzysztof Jurgiel (55 l.) z PiS-u i jego
partyjna koleżanka Izabela Kloc (45 l.),
to zakochana para! Jurgiel, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, wyczekuje na swą wybrankę godzinami u fryzjera,
spaceruje z nią po ulicach Warszawy.
– Nie będę niczego komentował, bo nie
wiem, czy to jest prowokacja, czy też nie
– powiedział „Super Expressowi” Krzysztof Jurgiel, gdy dziennikarze zapytali go
o jego relacje z Izabelą Kloc. Widać, że
nie chce on postawić swojej przyjaciółki
w niezręcznej sytuacji.
Matka Przemysława Gosiewskiego
(44 l.), Jadwiga (72 l.), na łamach „Super Expressu”, broni go przed byłą żoną,
która zaatakowała go o to, że nie płaci alimentów na syna. – Przemek kocha
wszystkie swoje dzieci i tak samo dba
KRÓTKIE
Pielęgniarka pyta pacjenta.
– Miewa pan czasem jakieś nudności?
– Nie, mam tu takie małe radyjko.
***
o dobro każdego z nich. Przemek nigdy
nie kłócił się o pieniądze i nie oszczędzał
na chłopcu. Bardzo kocha Eryka, jego
dobro leży mu na sercu. Zawsze o niego
dbał. Pamiętał o jego urodzinach i imieninach, wysyła prezenty. To bardzo odpowiedzialny człowiek. Mimo że małżeństwo zostało rozbite, nie zapomina o swoim synu. W zeszłym roku Przemek zapłacił nawet za naszą wycieczkę do Bawarii.
„W kwietniu opalali się w Tunezji,
w sierpniu zwiedzali czeską Pragę, a teraz
wczasują w słonecznej Chorwacji. Grupa
urzędników ZUS z Łodzi, Pabianic i Zduńskiej Woli odpoczywa od pracy w ślicznym miasteczku Porec na półwyspie
Istria. Za 10-dniowy pobyt ponad 40-osobowej grupy zapłacili prawie 50 tysięcy
złotych (...)” – czytamy w „Fakcie”.
„Fakt” jako pierwszy zobaczył to
na własne oczy! A co? Potężne koparki
na Stadionie Dziesięciolecia. 53-letni
obiekt właśnie przeszedł do historii.
Na jego gruzach wyrośnie Stadion Narodowy. „(...) To był niesamowity widok.
Wielki, poszarzały ze starości i opustoszały stadion, a na nim stado głośnych
żółtych koparek. Maszyny jedna za drugą gorączkowo zrywały betonowe ławki.
A w tle majaczące centrum stolicy(...)”.
Michał Kamiński (36 l.), prawa ręka
prezydenta Lecha Kaczyńskiego (59 l.),
obchodził niedawno imieniny. „Fakt” napisał, że dostał krawat, spinki do mankietów, książki i albumy. Na uroczystości nie
zabrakło szefa Kamińskiego. – To była
uroczystość w prawdziwie rodzinnej atmosferze. Spokojna, bez żadnych ekscesów – opowiedziała dziennikarzom asystentka Kamińskiego. Goście zebrali się
w restauracji Vinoteka w Warszawie. Byłyrymowane toasty na cześć pana Michała, które wznoszono czerwonym winem.
W Prawie i Sprawiedliwość wrze! „Super
Express” dowiedział się, że Jacek Kurski
(42 l.), wybiegając z lotniska, szybko
wpadł do sejmowej limuzyny i nie poczekał na partyjnego kolegę Zbigniewa Kozaka (47 l.). Teraz Kozak żąda od Kurskiego przeprosin, bo przez niego spóźnił
się na posiedzenie ważnej komisji. Napisał
nawet w tej sprawie skargę do Szefowej
Kancelarii Sejmu. Ale jaja! – Samolot miał
opóźnienie. A ponieważ spieszyłem się
na posiedzenie Komisji Infrastruktury, zarezerwowowałem samochód sejmowy. Miał
nas wszystkich zawieźć do Sejmu.
Od dyspozytora dowiedziałem się jednak,
że kierowca waz z innymi posłami odjechał. Podobno na wyraźne polecenie Kurskiego. Zachowal się niekulturalnie i niekoleżeńsko. – żali się Kozak.
Zebrała:
KATARZYNA GORZKIEWICZ
Krzysztof Jurgiel i Izabela Kloc często ze sobą spacerują. Czy to
jest przyjaźń, czy kochanie?
Fot. Ag. SE/East News
Nieudany rzut miotacza młotem
z Polski przerwał udany bieg biegacza
z Kenii.
***
„Raz na łożu, raz pod łożem”. Don
Juan.
***
Bajka o długopisie:
– Długo PiS nie porządził.
***
W przypadku wyborów miss, powiedzenie „dać za wygraną” nabiera nowego znaczenia...
***
– Jaki jest szczyt męskiej perswazji?
– Wmówić kobiecie, że miękki jest
lepszy, bo nie uwiera...
***
Kwitnąca jabłoń jest cudowna, urocza, piękna – ale co szarlotka, to szarlotka.
***
Na łące leży facet, na plecach ma
plecak, wokół latają muchy. Co jest
w plecaku? Spadochron.
www.joemonster.org
Zebrał: R.K.
a4147_spod prasy.qxd
2008-10-03
15:39
Page 1
SPODPRASY
chanym? – Iza będzie już kilka dni
przed premierą. Z tego, co wiemy, prosiła już o rezerwację hotelu dla dwóch
osób. Jesteśmy pewni, że nie przyjedzie sama – ujawnia realizator filmu.
Andrzej Grabowski został pisarzem! Tytuł pierwszej książki sygnowanej nazwiskiem znakomitego aktora to „Na garnuszku życia”. Utożsamiany głównie z rolą Ferdynanda
Kiepskiego, Grabowski zawsze unikał blasku fleszy i medialnego rozgłosu wokół siebie. O swojej popularności mawiał: – Mam to gdzieś,
dupa, nie gwiazda ze mnie. Dlatego
bardzo długo nie dawał się namówić
na napisanie książki o sobie. W końcu nabrał przekonania do pewnej serii, w której poprzez kulinaria opowiada się o postaciach z aktorskiego
świata, zdradza „Życie na Gorąco”.
Grabowski poświęcił tydzień na podyktowanie materiału do książki.
Później sam skorygował i autoryzował wszystkie opowieści. – Ta książka to taka moja
autobiografia. Nadałem jej tytuł, jaki wydał mi się odpowiedni – mówi Grabowski.
Tatiana Okupnik (30 l.)
rzuciła pracę w telewizji! Informacja o tym, że u boku gospodarza programu „Gwiazdy tańczą na lodzie” Macieja
Kurzajewskiego (35 l.) nie
zobaczymy już piosenkarki,
zaskoczyła wszystkich. Tym
bardziej że sprawa ta wyszła
na jaw zaledwie na kilka dni
przed rozpoczęciem trzeciej
edycji show! – Nie biorę
udziału w programie, gdyż
pracuję nad nowym materiałem i chcę się całkowicie
skoncentrować na tworzeniu
nowej płyty. Praca związana
jest z licznymi wyjazdami, które ciężko pogodzić z prowadzeniem programu na żywo
– oficjalnie tłumaczy „Gwiazdom” swoją decyzję Okupnik.
Bożena Dykiel (60 l.) lubi
Izabela Miko (27 l.) szybko znalazła
sprawiać przyjemność innym. O tym, pocieszenie po rozstaniu z Maciejem
że
aktorka
jest
wspaniałą Zakościelnym (28 l.). Po powrocie
gospodynią, wiedzą nie tylko jej do USA od razu zaczęła się bawić, ponajbliżsi. Tego samego zdania jest kazywać na bankietach, w dodatku...
też cała ekipa serialu „Na Wspólnej”, nie sama. Na nowojorskim pokazie
w którym Dykiel gra jedną z mody Miko towarzyszył przystojny Dogłównych ról, czytamy w gazecie minik Cooper (30 l.) – aktor, którego
„Świat&Ludzie”.
Jeden
z zobaczyć możemy u boku Meryl Stredźwiękowców pracujących na planie ep i Pierce’a Brosnana w hicie „Mamopowiadał ostatnio, że pani Bożena ma Mia!”. – Rozmawiała z innymi gośćchciała zrobić śniadanie tylko dla mi. Była uśmiechnięta, pewna siebie
siebie. Ostatecznie, jak zwykle, i wdzięcznie przytulała się do Domininakarmiła całą ekipę. – Na planie ka. Nie ma wątpliwości, że oni są razem
zakasuję rękawy i biorę się do – zdradził gazecie „Świat&Ludzie”
gotowania dla całej ekipy. Myślę świadek zdarzenia. Niedługo Miko bęsobie – ech, życie jest jednak piękne.
dzie musiała wrócić jednak do Polski.
I o to chodzi, żeby się nie torturować,
Czeka ją promocja filmu „Kochaj
tylko
umieć
sprawić
sobie
i tańcz”. Czy przyjedzie z nowym ukoprzyjemność – uważa aktorka.
Premiera nowej płyty zespołu Ich Troje coraz bliżej,
toteż Michał Wiśniewski
(36 l.) dwoi się i troi, aby zrobić koło siebie trochę zamieszania. I tak przypomniał sobie nagle o zaległych 100 tys.
złotych i oskarżył o oszustwo
finansowe ekskumpla, lidera
Bayer Full Sławomira Świerzyńskiego (46 l.). – Ostrzegam przed nim wszystkich łatwowiernych. Sławomir Świerzyński wraz z żoną oszukał
wielu ludzi. Jednym z nich jestem ja... – pisze na blogu Wiśniewski. Świerzyński atakami na swoją osobę jest zbulwersowany i już teraz zapewnia, że całą sprawą zajmie się
jego prawnik. – To wierutne
kłamstwa! Pieniądze dawno
zostały wpłacone. Dostał je
Jacek Łągwa. Rozumiem desperację Michała, ale zamiast
oskarżać, powinien skupić się
na pracy i nagrać wreszcie jakiś przebój – mówi „Życiu
na Gorąco” oczerniany muBożena Dykiel chętnie gotuje dla całej ekipy
zyk.
serialu „Na Wspólnej”
Fot. Studio 69
Baba umarła i już nie przychodzi
do lekarza, więc lekarz odwiedził ją
na cmentarzu. Stanął nad jej mogiłą
i nagle słyszy głos z grobu:
– Panie doktorze, ma pan coś na robaki?
(„Nowa Trybuna Opolska” nr 226)
***
Na łożu śmierci leży stary człowiek.
47
PROSIMY POWTARZAĆ
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Wokół gromadzi się cała rodzina. On
otwiera oczy i zaczyna słabym głosem:
– Tobie, żono, chcę dać w spadku
sto tysięcy złotych. Tobie, córko
– osiemdziesiąt tysięcy, tobie, synu, tyle samo, tobie, kochany wnuku – pięćdziesiąt tysięcy.
Wszyscy z żalem, miłością, ale i ze
zdziwieniem spojrzeli na dziadka,
a gdy w pewnym momencie odwrócili
od niego wzrok i zajęli się sobą, dziadek przymknął oczy i wyszeptał:
– K..., skąd ja wezmę tyle pieniędzy?
(„Polska – Dziennik Zachodni” nr 226)
MAŁGORZATA KOPEĆ
***
Przychodzi baba do lekarza:
– Panie doktorze, po czym poznać,
że pacjent ma sklerozę?
– Wczoraj to pani mówiłem.
(„Supernowości” nr 182)
***
– Ty idiotko! – krzyczy mąż do żony.
– Wszędzie mamy długi, wszędzie!
W gazowni, w piekarni, w masarni,
w monopolowym... A ty musisz mieć
romans akurat z listonoszem, który
przynosi nam pocztę za darmo!
www.joemonster.org
Zebrał: R.K.
Jestem przekonany, że każdy wpadł
kiedyś na pomysł, który sprawdził
się lepiej niż rady fachowców. Podzielcie się z nami takimi pomysłami. Najciekawsze opublikujemy,
a wśród autorów pod koniec roku
rozlosujemy nagrody.
Mocne
kotwienie
Zamocowanie karniszy, lustra czy
szafek nie stwarza nam już większych problemów. Bariery napotykamy dopiero podczas mocowania
ciężkich urządzeń narażonych
na działanie sił obciążających czy
też wibracji i wiatru (miski ustępowe,
ciężkie umywalki, maszty antenowe,
klimatyzatory zewnętrzne, barierki
schodowe itp.). Wymagane mocne
kotwienie w tych przypadkach możemy zapewnić poprzez stosowanie
kotew chemicznych. Bogata oferta
i dostępność materiałów takich firm
jak: Koelner, Fischer, Pattex pozwala
na stosowanie kotew chemicznych
bez potrzeby zapraszania „fachowca”. Najprostszą kotwą jest szklany
nabój zawierający żywicę poliestrową, piasek kwarcowy i utwardzacz.
Przeznaczona jest do mocowań
w masywnych materiałach takich jak
beton, kamień naturalny, cegła.
Po wywierceniu otworu, oczyszczeniu go z brudu pompką lub wyciorem, wkładamy nabój i rozbijamy
go, wbijając pręt gwintowany ocynkowany lub ze stali nierdzewnej.
W przypadku mocowań w materiałach o pustych przestrzeniach, takich jak cegła dziurawka czy pustak
ceramiczny, stosujemy tuleje nylonowe oraz siatki metalowe. Stosujemy tu inny system kotwienia– do wywierconych otworów aplikujemy ze
specjalnych pojemników odpowiednią ilość żywicy, wkładamy tuleję
i wciskamy element kotwiący (zawsze postępujemy zgodnie z instrukcją zastosowania).
ALEKSANDER JANIK
[email protected]
a4148-49.qxd
2008-10-03
15:01
Page 2
48
ŚWIATOWE ŻYCIE
ANGORA
NA SALONACH
WARSZAWKI
Ależ zmęczyła nas ta słota – deszcz
i jesienne chłody nadeszły w tym roku zdecydowanie za wcześnie.
Na poprawę ponurego nastroju świetne jest Trójmiasto – spacer po sopockim molo, kawa na bulwarze w Gdyni,
krótki wypad do Gdańska – warszawskie VIP-y wiedzą, co dobre. Gdy tylko meteorolodzy zapowiedzieli ciepły
weekend, warszawka ruszyła nad
morze. Publiczna telewizja przyjechała całą wielką ekipą – na spokojnej
plaży w Orłowie kręcili kilka wywiadów, a jedną z przepytywanych osób
była Krystyna Prońko. Pamiętam, że
Marek Niedźwiecki opowiadał kiedyś, jak do Listy Przebojów Trójki
ktoś przysłał kartkę: „Głosuję na piosenkę pani Prońko pt. „Jesteś mlekiem na całe zło”. Od tej pory ten
piękny utwór – ku zdziwieniu innych
słuchających – potrafi mnie naprawdę rozśmieszyć. Trzeba przyznać, że
piosenkarka świetnie wygląda, spacerowała brzegiem morza z ogromnym psiakiem, szczerze i dużo się
uśmiechała. Widać znalazła swoje
„mleko” na całe zło.
Po Gdyni spacerował też Rafał Maserak, a towarzyszyła mu jego partnerka z „Tańca z gwiazdami” Sylwia
Gruchała. Oboje skończyli już treningi do programu, bo odpadli w poprzednim odcinku. Jak się okazuje,
nie przeszkadza im to wcale w konty-
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Gwiazdy uciekły na molo
nuowaniu znajomości, która według
warszawskich plotkarzy jest coraz
bardziej zażyła. Do sopockiego Grand
Hotelu przyjechała na rodzinny weekend Justyna Steczkowska. Przed
tym najsłynniejszym i najbardziej prestiżowym hotelem w Sopocie stał jej
czarny citroën C6 – jak mówią znaw-
cy: jedno z najpiękniejszych aut świata. To wyjątkowo elegancka, stylowa
limuzyna, a jej dodatkową zaletą jest
to, że po Warszawie jeździ ich zaledwie kilka. C szóstka to coś o niebo
lepszego niż opatrzone BMW czy audi albo nawet snobistyczne porsche.
Jest piękna, wyjątkowa i z klasą – coś
Po czterech latach od debiutu swój nowy film pokazała
Magdalena Piekorz. Na zdjęciu w towarzystwie
Krzysztofa Zanussiego
Spowiedź praktykującego alkoholika
Powrót z rozbawionej,
sylwestrowej Pragi małej
grupki niepijących alkoholików, był naszym małym sukcesem, a właściwie dużym krokiem
w trzeźwe życie. Być pośród tłumu miliona raczących się szampanem i innymi trunkami ludzi i nie
ulec pokusie napicia się,
to naprawdę wyczyn.
Tym bardziej że nikt nas
nie pilnował, nie sprawdzał, nie podglądał. Chodziliśmy, jak kto chciał, gdzie i z kim chciał. Dopiero
rano okazało się, że nikt nie pękł i odliczyliśmy się
trzeźwi co do sztuki. Nikt jednak z tego powodu nie
śpiewał hymnów ani nie rozwieszał transparentów.
Byliśmy z siebie dumni, ale po cichu, to był każdego
z nas osobisty, zgoła intymny sukces. Wracaliśmy
do Polski w zatłoczonym pociągu, na korytarzu, całą
noc na stojaka, ale to nie pozbawiło nas dobrego humoru. Naprawdę czuliśmy się jak zwycięzcy.
Zostało jeszcze kilkanaście dni do końca terapii
w Ośrodku Leczenia Uzależnień i znów mieliśmy samodzielnie pożeglować w trzeźwe życie, choć pełne
alkoholowych pokus. Znów, bowiem nie tylko dla
(43)
mnie był to kolejny przystanek na szlaku prowadzącym do permanentnej trzeźwości. Terapia ta miała
jednak szczególne znaczenie dla mojej partnerki, która zgodziła się brać udział w zajęciach dla osób
współuzależnionych, bo tak określa się bliskich i bardzo bliskich przebywających w polu rażenia alkoholików. Otóż, dowiedziała się ona tak dużo na temat
choroby, której wcześniej nigdy by nie zakwalifikowała do kategorii przypadków medycznych, że zmieniło
się jej myślenie na temat tych, co w nałogu. Nie stała
się, co prawda, z dnia na dzień wyrozumiała i pobłażliwa, nie o to zresztą chodzi, ale próbowała przynajmniej dotrzeć pod podszewkę natury alkoholika. I była coraz bardziej przerażona, ale nie załamana, ani
zrezygnowana. Chciała pomóc, bo dowiedziała się,
że można pomóc. Dowiedziała się również, jak to
można zrobić. Nie jej wina, że ta wiedza była o wiele
za mała w stosunku do arcyprzebiegłości, tupetu i cynizmu faceta, który chce się napić. Niestety, jak chce,
to się napije i nie pomoże tu nawet tuzin ukończonych kursów i terapii.
Uważam mimo to, że kobiety, które są zdecydowane (bo są takie!) albo skazane na życie w związku
z człowiekiem powalonym przez nałóg, powinny dowiedzieć się czegoś więcej o przypadłości, która niszczy jej wybranego, więcej niż tylko obiegowe opinie
mam, sąsiadek, teściowych, koleżanek z pracy, że pijakami nie warto się przejmować, że szkoda, aby
Fot. AKPA
jak rasowa kobieta wyróżniająca się
na tle ładnych, ale pospolitych buź.
Piosenkarka postanowiła wolne chwile z mężem i dziećmi spędzić jak
wszyscy inni turyści – jedli gofry, spacerowali i wyglądali na bardzo szczęśliwych. Swoją drogą, jak ona to robi,
że nawet na wakacjach chce się jej
chodzić w superwysokich szpilkach?
A w Warszawie salonowy lans
wciąż trwa – życie towarzyskie po wakacyjnym lenistwie nabiera rozpędu
i trzeba nieźle się namęczyć, żeby
obskoczyć wszystkie stołeczne imprezy. Niektóre są właściwie niewarte
uwagi, jak chociażby niedawny turniej golfowy w Rajszewie, gdzie panował straszny tłok na parkingu
i w niewielkiej restauracji, a co gorsza, jedzenie było marne. Grą w golfa zainteresowanych było kilku graczy, reszta godzinami okupowała stoły. Na dodatek organizatorzy próbowali bezskutecznie zlicytować na cele
charytatywne sukienkę Ewy Minge,
a wiadomo nie od dziś, że jak ludzie
przychodzą za darmo najeść się i napić, to nie mają ochoty sięgać
do portfeli. Trzeba przyznać, że świetnie przygrywał duet Backstage Acoustic grający tzw. covery, czyli dobre,
sprawdzone przeboje. Do Rajszewa
przyjechała Anna Samusionek z córką – mam wrażenie, że ta aktorka nie
opuszcza żadnej imprezy. Wśród
marnowali oni życie swoich kobiet – słowem – że należy wywalić ich ze wspólnego mieszkania i życia
na bruk, niech się zachleją na śmierć. Można i tak
na problem spojrzeć, ale taka postawa niczego nie
rozwiązuje. Alkoholicy to przeważnie dobrzy, wrażliwi
ludzie, bardzo potrzebujący pomocy. Niestety, nie
wszystkie uszy słyszą ich krzyk rozpaczy. A gdy człowiek szuka usilnie pomocy, ale jej nie znajduje, wraca
do starych kumpli, starych przyzwyczajeń, starych
miejsc, gdzie niekoniecznie jest mu dobrze, ale je
zna, bo tam jest u siebie.
Normalność trwała jakiś czas. Chyba z pół roku.
Czy to długo? Dla jednych tak, dla innych nie, zależy.
Mnie się niespecjalnie czas dłużył, tylko że jakoś tak
niezauważalnie, powolutku, cichcem słabło postanowienie niepicia. Najpierw żarty, najgłupsze chyba,
w postaci: na pytanie partnerki, „gdzie idziesz?”, odpowiadałem z głupia frant: „na piwo”, choć wcale nie
zamierzałem na żadne piwo iść. Do czasu jednak.
Wreszcie sprowokowane myśli skropliły się, a właściwie skufliły i na to piwo poszedłem. I znów knajpy, puby i kluby zakołysały się jak żaglowce na pełnym wietrze, poszedł ulicami śpiew chóru starych, ale jakże
bliskich sercu opojów, roztańczyły się nogi zesztywniałe od abstynencji. Wszystkie lekcje i nauki diabli
wzięli.
Po powrocie z ogrodu pełnego zakazanych owoców, znów zacząłem szukać miejsca, gdzie pomogą
mi wybić sobie picie z głowy. I znów wydawało mi się,
że znalazłem. Ale o tym za tydzień.
MAREK KOPROWSKI
a4148-49.qxd
2008-10-03
15:01
Page 3
gości pojawiła się też Natalia Kukulska z dziećmi – jej córeczka Ania wygląda identycznie jak Natalka w jej
wieku. Piosenkarka próbowała zachęcać do udziału w loterii UNICEF-u,
którego jest ambasadorem, ale sto
złotych za los okazało się dla większości zbyt wygórowaną kwotą.
Szkoda, że organizacja nie zbierała
dobrowolnych datków – na pewno
do wielkiej skarbonki wpadłoby dużo
więcej pieniędzy. Jedynym jasnym
punktem ProAm Tour był pokaz tricków golfowych w wykonaniu znakomitego golfisty z Danii – zaimponował
umiejętnościami, a na dodatek rozbawił zziębniętych widzów, bo pogoda
była tego dnia fatalna.
Bardzo udane spotkanie zorganizował dystrybutor najnowszych perfum sygnowanych nazwiskiem słynnego malarza Salvadora Dali. „It is love” słodko pachną i na pewno
spodobają się niejednej dziewczynie
i kobiecie. Prezentację nowego zapachu w efektownym flakonie przygotował Michał Piróg – troje tancerzy odtańczyło przed nami zmysłowe tango.
Po ostatnim pokazie Solara – też
w rytm tanga – mam wrażenie, że
usłyszę je tej jesieni w Warszawie
jeszcze nieraz. Prezentacja perfum
odbywała się w restauracji Belvedere
w Łazienkach i podczas gdy przedstawicielki kobiecych pism zajadały
się – mimo późnej pory – przepyszną
kolacją, w jednym z restauracyjnych
zakątków biesiadowała w niewielkim
gronie Aldona Orman. Tę aktorkę zapamiętałam z serialu „Klan”, a także
z salonu manicure, w którym swego
czasu obie „robiłyśmy sobie” paznokcie. Pamiętam, że pani Aldona zawsze dużo i głośno rozmawiała przez
telefon i robiła wokół siebie sporo zamieszania – dziś wygląda na spokojną i wyciszoną. Nic dziwnego, jest już
w zaawansowanej ciąży i za kilka tygodni spodziewa się narodzin córki
– wszystkiego najlepszego!
49
ŚWIATOWE ŻYCIE
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Po czterech latach od słynnego debiutu swój nowy film pokazała Magdalena Piekorz. „Senność” to poruszająca opowieść o ludzkich losach
– złych wyborach, życiowych pomyłkach – mimo wszystko z happy endem. Małgorzata Kożuchowska zagrała tak intrygująco, że teraz chciałabym zobaczyć ją w jakimś dobrym
psychologicznym dreszczowcu. Michał Żebrowski – znów świetna rola.
Wcale nie chciałam, ale chyba będę
jego fanką. On – dla odmiany – mam
nadzieję, doczeka się fantastycznej
roli komediowej – jestem pewna, że
widzowie pokochaliby go na nowo.
Na ekranie pojawia się też na chwilę
Weronika Rosati – śliczna, fotogeniczna, dziewczęca. Jaka szkoda, że
w życiu tak bardzo postarza się strojem i fryzurą. Bartosz Obuchowicz
chyba w pewnym sensie zagrał siebie
– w każdym razie przeklinanie wychodziło mu w tym filmie bardzo naturalnie. Rafał Maćkowiak – kolejna rola,
którą udowodnił swój talent. Idźcie
koniecznie na „Senność”, ale pamiętajcie, że raczej nie poprawia humoru.
Multikino w Złotych Tarasach było
szczelnie wypełnione – nie dosyć, że
to długo wyczekiwana premiera, to
jeszcze na dodatek urodziny pani reżyser. Cała filmowa ekipa stawiła się
z kwiatami i prezentami, był olbrzymi
tort i zbiorowo odśpiewane „Sto lat”.
Solenizantka wyglądała świetnie i jakby młodziej niż cztery lata temu, gdy
debiutowała jako reżyser. Kożuchowska przyszła z niedawno poślubionym mężem, który zawsze sprawia
wrażenie, jakby nie był pewien, jak
się zachować. Weronice Rosati towarzyszyli rodzice, którzy po niedawnych aferach z Żuławskim pełnią chyba przy córce rolę aniołów stróżów.
Więcej już wam dziś nic nie opowiem,
bo muszę pędzić na kolejną imprezę.
W Orłowie gościła Krystyna Prońko
PLOTKARA
Fot. Plotkara
Jak powstają przeboje(13)
Pierwszy siwy włos
Marta Mirska
Profesor Henryk Jabłoński wtedy jeszcze nie był profesorem. Był dwudziestoczteroletnim absolwentem Polskiego
Konserwatorium Muzycznego w Gdańsku, kiedy wybuchła wojna i Wolne Miasto Gdańsk nazwano Danzig. Zamknięto
polską rozgłośnię, w której Henio zdążył
już się zadomowić i trzeba było szukać
roboty. Grał więc przyszły profesor w dancingowych orkiestrach, a w wolnych
chwilach, trzeba przyznać, że było ich
w nadmiarze, komponował. Kiedy zużył
już niewielki zapas papieru nutowego, zapisywał swoje pomysły na arkuszach szarego, pakowego papieru, na którym śliczna żona pieczołowicie ołówkiem kreśliła
pięciolinie. Dorobek umieszczano w szufladzie kuchennego stołu. Z jednej strony
kompozytor był płodny, z drugiej papier
pakowy gruby, w każdym razie szuflada
się zapełniła i nie mogła służyć swojemu
pierwotnemu przeznaczeniu, czyli przechowywaniu łyżek, tłuczków, wałków.
Henryk nie za bardzo przejmował się
swoją twórczością, więc kiedy żona zaczęła narzekać na tę niewygodę, powiedział krótko – Spal to, po wojnie napiszę
więcej i lepiej. No i pani Jabłońska spaliła
te muzyczne szkice swojego męża. Ale
nie wszystkie. Zanim trafiły do pieca, zostały starannie przegrane na lekko rozstrojonym domowym pianinie, a te, które
się wydały dobre, uniknęły stosu i zostały
starannie schowane.
Po wojnie Henryk Jabłoński wrócił
do gdańskiej rozgłośni. Był tam akompaniatorem. Gdzieś tak w pierwszej połowie
lat pięćdziesiątych z Warszawy przychodzi polecenie. Organizujemy konkurs
na radiową piosenkę, wszystkie oddziały
mają przysłać propozycje. Podpisano:
kierownik Działu Muzyki Lekkiej Polskiego Radia Władysław Szpilman. Szpilman
był apodyktycznym, wymagającym szefem, trzęsącym wtedy polską rozrywką.
Termin nadsyłania prac był bardzo krótki,
a poleceń z centrali nikt wtedy nie śmiał
lekceważyć. W Gdańsku padło na Henryka Jabłońskiego. Napiszcie coś, ale dobrego i szybko, wydał polecenie dyrektor
rozgłośni. I tu nie po raz pierwszy nieoceniona okazała się pani Jabłońska. Nie
martw się Heniu, mam tu te twoje stare
piosenki. Wybrano jedną. Kierownik literacki gdańskiego radia napisał miły tekst,
zatytułował go Dziewczyna z tramwaju
i piosenkę wysłano do Warszawy. Po jakimś czasie, telefon. Piosenka zakwalifikowana do koncertu, pan Jabłoński proszony o przyjazd. Jakież było jego zdziwienie,
kiedy przeczytał, że jego piosenka nazywa się teraz Pierwszy siwy włos, a śpiewać ją będzie Marta Mirska. Tekst był słaby, powiedział Szpilman, nie pasował
do muzyki, poleciłem więc napisanie no-
Fot. East News
wego. Zrobił to doświadczony tekściarz
Kazimierz Winkler. Za to teraz nie pasuje
on Mirskiej, odmówiła śpiewania. Mówi,
że to piosenka dla starszej piosenkarki.
A ona co, młoda? Ma już dobrze po trzydziestce. Poza tym musi zaśpiewać, bo
program koncertu jest już wydrukowany.
Bo wtedy radiowe, nadawane na żywo
koncerty traktowano niezwykle poważnie.
Słuchała ich w niedzielne popołudnia cała Polska, a ich program podawały gazety. Nie chciała śpiewać Mirska, ale musiała. Stanęła więc przed orkiestrą Jana Cajmera, popłynął wstęp, a potem słodki alt
piosenkarki babie lato wolno płynie...
Spojrzała na widownię i wiedziała. Narodził się przebój. Ta widownia, tak oczarowana piosenką i wykonaniem domagała
się bisów. No i Mirska bisowała. Czternaście, wyobrażacie sobie państwo, razy.
Koncert szedł na żywo, widowni nie udało się okiełznać i tak cała Polska czternaście razy usłyszała Spostrzegłam dzisiaj
pierwszy siwy włos na twojej skroni. I miała swój przebój na następnych wiele lat.
Szpilman nie wybaczył jednak krnąbrnej piosenkarce. Polecił nagrać, co nie było wtedy w zwyczaju, tę samą piosenkę
Mieczysławowi Foggowi. Fogg to była
megagwiazda i szybko to jego wykonanie
stało się bardziej popularne od oryginału.
Opowiadano, że w pewnej restauracji,
podczas zakrapianej kolacji, Marta Mirska,
a była bardzo porywczą osobą, miała się
rzucić za Foggiem z nożem w ręce, przewracając stoły, krzesła, zrywając obrusy
i tłukąc zastawę, ze słowami Ty (tu proszę
sobie wstawić, co tam komu wyobraźnia
podpowiada) ukradłeś mi piosenkę. Może
i ukradł, ale ta kobieca wersja wydaje się
być jakaś cieplejsza, bardziej romantyczna. No i gdyby nie te czternaście bisów,
nie wiadomo, czy byłoby co kraść.
ADAM HALBER
a4150-51 zmarszczka.qxd
2008-10-03
50
14:04
Page 2
ŁAPY, ŁAPY, CZTERY ŁAPY...
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Zna różnicę między przychodnią a laboratorium, zaprowadzi do pani Joli i trafi do krawcowej.
A w tłumie zamiast łokciami, rozpycha się... pyskiem. Oto Aruś, przewodnik niewidomej
Nie głaskać! Ja tu pracuję!
Nr 227 (27-28. IX.). Cena 1,40 zł
Wdrapuję się po schodach. Od samego parteru towarzyszy mi poszczekiwanie. „Idzie, idzie!” zdaje się
oznajmiać swoim właścicielom rosły
biszkopt sięgający moich kolan. Ujadanie cichnie, pies plącze się pod nogami, a ja z ledwością utrzymuję równowagę. W drzwiach wita 46-letnia
kobieta, Maryla Jedynak.
Uśmiecha się, ale nie patrzy na mnie.
Jej wzrok utkwiony jest gdzieś daleko
poza horyzontem. Jestem dla niej ciemną plamą na tle klatki schodowej w centrum Nysy. Jest prawie całkiem niewidoma. Degeneracja żółtej plamki, przebarwienie siatkówki.
– Aruś, spokój! Połóż się! – labrador
zostaje przywołany do porządku, a ja
opadam na wygodną kanapę. W niewielkim pokoju czeka cała familia – pa-
ni Maryla, jej małżonek Janusz oraz
15-letni syn Mateusz. No i, rzecz jasna,
Arak, pies przewodnik. Równoprawny
członek rodziny.
Takich psów w Polsce jest może ze
dwieście. Aruś to jedyny labrador przewodnik na Opolszczyźnie, a do Nysy
trafił z ośrodka szkoleniowego w Pile.
Specjalnie tresowany do pomocy ludziom niewidomym lub niedowidzącym. Takim jak Maryla.
– Mąż pyta go czasem: dobrze ci tu
u nas? A on rękę mu liże. No to chyba
dobrze... – uśmiecha się kobieta. – Jest
częścią naszego życia, ale swoje miejsce w szeregu zna.
Aruś wie, że spacer z Januszem to
czysta przyjemność. Do upadłego może uganiać się za sukami, biegać tam
i z powrotem. Oraz obsikiwać wszystkie
napotkane po drodze drzewa w sposób
typowo męski – z nogą zadartą do góry.
– Bo jak z Marylą idzie na przechadzkę, to raczej się powstrzymuje. A jak już
Dziennik starzejącej się kobiety(4)
66 zmarszczka
– Będziemy mieli stażystkę – zakomunikował Szef Najważniejszy. – Ładna? – zapytał Szef Pierwszy. – Młoda
– odpowiedział Najważniejszy.
Byłam jedynym babskim świadkiem
tego swobodnego dialogu. Z dziesięć
lat temu pewnie zaczęłabym się zastanawiać, czy Najważniejszy chciał zrobić mi przykrość, pewnie nawet przykro by mi się zrobiło. Teraz uśmiechnęłam się w środku, przyznaję, złośliwie.
Miałam tylko nadzieję, że nic z tej złośliwości nie wpełzło mi na twarz, którą
od lat nadaremnie ćwiczę, żeby wyglądała pokerowo. Uśmiechnęłam się
w sobie, bo natychmiast zobaczyłam
kolegów raczej niecodziennie uroczych, pełnych merytorycznej galanterii, troskliwie pochylonych nad tekstem
stażystki, a przy okazji pożądliwie sondujących młody dekolt. Jeden przyjdzie do pracy bardziej pachnący dobrą wodą toaletową, drugi bez powodzenia będzie wciągał brzuch, czwarty
będzie prostować koślawą sylwetkę.
Czy stażystka to doceni?
***
Pracę magisterską napisałam
na piątkę. Wybrałam sobie, hm, sympatyczny, ale dość łatwy temat, w każdym razie rewolucji w świecie nauki nie
miałam ambicji wywołać. Egzamin dyplomowy też zdałam na piątkę. Zadowolona wracałam szybko do domu,
żeby jak najprędzej pochwalić się sukcesem.
– Nieładnie cię dzisiaj Baśka uczesała – powiedziała na powitanie Mama.
Tę krytykę fryzjerki pamiętam do dziś.
Mama mnie zraniła, jakkolwiek pompatycznie by to brzmiało. Teraz to już nie
boli, dopuszczam myśl, że chciała
w ten sposób rozładować swoje zdenerwowanie. Ale, bo ja wiem? Nigdy
sobie tego nie wyjaśniłyśmy.
Dlaczego przypomniało mi się to teraz? Miało przecież być o atucie młodości, a nie o jakichś ranach.
***
Musiałam sięgnąć po indeks, żeby
przytoczyć dokładną nazwę i czas tych
zajęć. Mam. II rok, semestr III zimowy
i IV letni. Tytuł – „Proseminarium z wybranych zagadnień ekonomii politycznej”. Jasne, że była to głównie ekonomia socjalizmu. Nudne jak diabli, a i oka
nie było na kim zawiesić, bo mgr D.M.
przypominał mi wypłowiały snopek słomy. Widzę w indeksie, że III semestr zaliczyłam na czwórkę, co z punktu widzenia opozycyjnej martyrologii chluby
mi nie przynosi. Trudno.
musi, to po damsku, kucając – tłumaczy Janusz. – To oznacza spolegliwość.
Aruś wie, że jest w pracy. Że jego jedynym i najważniejszym zadaniem na tym
spacerze jest doprowadzić żonę całą
i zdrową do celu.
W końcu to nie jakiś tam byle labrador z rodowodem. To pies przewodnik,
który cztery lata temu otworzył Maryli
okno na świat. Poprowadził przez ciemne i jasne plamy tego świata.
Aruś albo żaden
– Zdecydowaliśmy się na przewodnika, bo chciałam w końcu zacząć samodzielnie funkcjonować – tłumaczy kobieta. – Ileż można ciągać rodzinę w tę
i z powrotem. Do sklepu, do apteki,
do przychodni. W końcu nogi mam
zdrowe i sama mogę wszędzie dojść.
Przeszkodą była tylko ciemność...
No i złożyli wniosek do Polskiego
Związku Niewidomych. Maryla od początku upierała się przy labradorze, koW IV semestrze, razem z Teresą,
ciężko podpadłyśmy magistrowi.
Za co? Nie pamiętam, ale zagroził
nam, że nie dostaniemy zaliczenia.
Pewnie zamiast proseminarium za często wybierałyśmy kino albo wiosenny
park w pobliżu uczelni. Pierwsze podejście do zaliczenia spaliłyśmy.
Na drugie weszłyśmy razem, tłumacząc chaotycznie, że pojedynczo nie
damy rady, razem zarywałyśmy noce,
strasznie się denerwujemy, a Teresa to
nawet zemdlała ze strachu. Magister
się zgodził.
Teresa cały czas skubała przyciasną
bluzeczkę z dużym dekoltem, miała
świetne piersi. Ja wachlowałam przyczernionymi rzęsami i co chwila pocierałam kolanem o kolano. Nogi ubrałam bowiem w kaprony. To były pończochy pochodzące – ze szmuglu?
– z ZSRR, które uroczo szeleściły
w użyciu. Przekonywałyśmy magistra,
że pokochałyśmy tę ekonomię, nie
bardzo ją tylko rozumiemy. Prosimy,
niech nam wytłumaczy swoimi słowami, bo w podręczniku jakoś to skomplikowano. Magister tłumaczył, my
słuchałyśmy z entuzjazmem, a cały
czas – dekolt, rzęsy i szelest pończoch. Magister otworzył wreszcie indeksy i podpisując nam zaliczenie
– znowu ta dziś kompromitująca
czwórka – zapytał, czy nie mamy jakichś swoich zdjęć. Akurat miałam nowiutkie, legitymacyjne, więc z radością mu pokazałam. Z radością, bo
przecież zaliczyłam nie tylko wybrane
niecznie biszkopcie i najlepiej, żeby to
była suka. Szczeniak do tego. Pech
chciał, że damska część psów przewodników się wykruszyła i w barwach
złotego piasku ostał się tylko roczny
Aruś.
– Miałam mnóstwo obaw, jak to będzie. Dorosły pies, czy go polubimy.
A on nas? – zastanawiała się wówczas
pani Maryla. – No i facet. A ja sukę
chciałam! No, ale jak jeszcze raz nam
go przyprowadzili, to już wiedziałam.
Aruś albo żaden!
Okres zżywania, czyli czas, kiedy niewidomy uczy się chodzić ze swoim
przewodnikiem, Maryla wspomina
do dzisiaj.
– W głowie mi się nie mieściło, jakim
cudem mam powierzyć swoje zdrowie
i życie czterem psim łapom – uśmiecha
się, głaszcząc biszkopta po łbie.
– Od hamowania, zapierania się o podłoże miałam całe zdarte pięty. Zaufanie
przyszło jednak bardzo szybko i dziś
zagadnienia z ekonomii politycznej.
Zaliczyłam na czwórkę pierwszy egzamin z kobiecości.
***
Około pięćdziesiątych urodzin,
z uporem i jakąś dziką zawziętością
przechodziłam pierwszy kryzys starzejącej się kobiety. Na te lekko histeryzujące żale patrzę dzisiaj ze zdziwieniem.
Wszak wtedy nie musiałam jeszcze regularnie wklepywać pod oczy unikalnego kremu. Miałam obok siebie mężczyznę, z którym przyjaźnie przegadywaliśmy pół nocy. Który spokojnie wygładzał moje wściekłe opowieści
po spotkaniach z rodziną. Który umiał
przegonić lęki i strachy dotknięciem
ciepłej dłoni.
– Jestem biedna, malutka i nikt mnie
nie kocha – deklamowałam często. Ludwik nie cierpiał tego mojego szantażyku. – Kocha cię, nie jesteś biedna,
nie jesteś malutka, przestań!
Miał rację. Po jego śmierci naprawdę byłam biedna i nikt mnie nie kochał.
– Znam takie piękne słuchowisko Stanisława Grochowiaka o kobietach
cmentarnych. Nie sądziłem, że potrafisz stać się taką kobietą – powiedział
mi, w jakieś cztery lata po pogrzebie
Ludwika, nasz wspólny przyjaciel,
dr M. To miał być duży komplement
i tak go wtedy przyjęłam. Przez następne, prawie trzy lata dalej byłam kobietą cmentarną.
To był duży błąd.
JOANNA DĘBOWSKA
a4150-51 zmarszczka.qxd
2008-10-03
14:04
Page 3
już dzielnie maszerujemy przez życie.
Ja, Aruś i biała laska.
Biszkopt oplótł się wokół mojej lewej
stopy i udaje, że śpi. Całkiem sympatycznie, gdyby nie fakt, że kilkanaście minut
temu straciłam czucie w kończynie i zastanawiam się, jak przywrócić jej życiowe
funkcje. Kręcę się wymownie, ale sympatycznego labradora nie śmiem szturchać.
Zwłaszcza że pan Janusz zapewnia, iż
Aruś nie wszystkich akceptuje i często obrażony wychodzi do innego pokoju.
– Aruś! Gdzie masz piłeczkę? Przynieś! – krew powoli napływa mi do palców, a psisko radosnym galopem puszcza się do przedpokoju w poszukiwaniu
piłki. Słychać szuranie, jakiś łomot
– Aruś usiłuje wydobyć swoją ulubioną
zabawkę gdzieś z dna psiego koszyka.
Po kilku minutach, które upływają na tajemniczych odgłosach, przybiega z zieloną piłką w pysku gotowy do zabawy.
ny, ale skoro widzi tylko, że z jego panią
wszystko w porządku, bagatelizuje problem i ciągnie dalej naprzód, posyłając
mi – odnoszę takie wrażenie – pełne politowania spojrzenie.
Stara się prowadzić środkiem alejki,
chodnika, ścieżki. Nigdy z brzegu,
od strony ulicy. Żeby było bezpieczniej.
W tłumie też sobie poradzi – wówczas
idzie przodem i rozpycha pyskiem
wszystkich przechodniów. Toruje drogę
swojej pani. Przed ulicą, zejściem z krawężnika przystaje. Tutaj kończy się jego
rola, bo chociaż mądry, to nie aż tak, żeby sprawdzić i powiedzieć Maryli, czy
aby samochód nie nadjeżdża. To ona
musi zdecydować, w którym momencie
przejdą oboje.
– Pies nie może myśleć za mnie – tłumaczy pani Maryla. – On ma tylko pomagać w miarę normalnie żyć.
miast rzuci się do obwąchiwania i obsikiwania wszystkiego wokół. To mądry
i ułożony pies, który na hasło „kasa”
podprowadzi mnie wprost do ekspedientki – żali się Maryla. – On jest w pracy i wie, że ma zadanie do wykonania.
Jeśli przywiążę go do jakiegoś słupa
i zostawię samego, to potwornie się zestresuje. To może zakłócić cały cykl tresury, która trwała przecież blisko rok.
Stąd też niepełnosprawna i jej przewodnik musieli zrezygnować z niektórych nyskich sklepów, gdzie biszkopt
do tej pory nie jest mile widziany. Te
omijają z daleka. Mają za to kilka ulubionych, gdzie właściciele witają ich
z otwartymi rękami. W tym roku znaleźli nawet biuro podróży, które zgodziło
się umieścić Arusia na liście pasażerów
wybierających się do Chorwacji.
– Obdzwoniliśmy chyba wszystkich
Trafi nawet do krawcowej
W czasie gdy wszyscy bez wyjątku
(kolejka ustalona przez Arusia) podrzucamy piłeczkę do góry, a on ją łapie
w paszczę, państwo opowiadają, jaki
z niego mądry zwierz.
– Na hasło „apteka” wie, gdzie iść.
Jak powiem „do Joli”, zaprowadzi mnie
do ulubionego warzywniaka. Rozumie
słowo kiosk, poczta, zna imiona i adresy kilku moich znajomych i potrafi rozróżnić komendę „przychodnia” i „laboratorium”. Trafi nawet do krawcowej
– wylicza pani Maryla.
– A przy tym samodzielnie myśli – dodaje pan Janusz. – Nieraz zdarza się
przecież, że na znajomej drodze jakaś
przeszkoda stanie – kałuża, dziura, roboty drogowe. Wówczas zadaniem psa
przewodnika jest wymyślić naprędce inny wariant, dojścia do celu. Najlepszy,
najbezpieczniejszy dla człowieka, którym się opiekuje. No i nasz Aruś główkuje. Jeszcze nie zawiódł.
Idziemy na spacer. Biszkopt na razie
leży leniwie, ale dźwięk obroży z blaszkami oznacza, że czas się podnieść.
Maryla krząta się po mieszkaniu w poszukiwaniu kluczy, chusteczek higienicznych (służą do wycierania rąk
po oślinionych patykach, które należy
mu rzucać w czasie spaceru), „gadającej” komórki oraz frolików. Znaczy
psich smakołyków, za pomocą których
Aruś jest korumpowany, gdy instynkt
bierze górę nad obowiązkiem.
Jeszcze tylko szorki z pałąkiem – kierownica ślepca. Na rozstaju dróg pies
przewodnik kręci łbem we wszystkie
strony po kolei, tak jak prowadzą ścieżki. Dzięki temu osoba niewidoma może
zorientować się w nieznanym terenie
i wydać odpowiednią komendę: prawo,
lewo, naprzód.
– Aruś, idziemy do parku – Maryla instruuje swojego przewodnika tuż
po wyjściu z klatki. No i idą. Ona, Aruś
i biała laska. Z ledwością za nimi nadążam. Za zakrętem potykam się o krawężnik. Aruś ogląda się zdezorientowa-
51
ŁAPY, ŁAPY, CZTERY ŁAPY...
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
W głowie mi się nie mieściło, jakim cudem mam powierzyć swoje
zdrowie i życie czterem psim łapom – mówi pani Maryla
Fot. Klaudia Bochenek/NTO
I Aruś pomaga. Od kiedy chodzą
wszędzie razem, Maryla czuje się niezależna, odżyła.
– Jestem szczęśliwa. Jak chcę iść
do koleżanki na ploty, to nikogo nie muszę informować. Do kiosku po papierosy też sama dojdę – opowiada. – A korzyść jest podwójna, bo Aruś przynajmniej nie wyszczeka mężowi, że na piwo z przyjaciółką skoczyłam. Albo że
znowu palę, chociaż na trzy lata rzuciłam. To się nazywa przyjaźń!
Arak pomaga nie tylko swojej pani.
Jego czujny słuch i węch również dla
Mateusza często są wybawieniem.
– Niedawno rodzice poszli do kościoła i zostaliśmy z Arusiem sami w domu
– opowiada chłopiec. – Zasiedziałem
się trochę przy komputerze, a czas
mam limitowany. Gdyby mnie przy nim
zastali, to pewnie byłby krzyk, ale psiak
mnie uratował. Bo jak wchodzili do klatki, a on ich wyczuł, to od razu podniósł
alarm. No i komputer wyłączyłem
na czas.
Aruś jedzie do Chorwacji
– Niestety, nie wszyscy rozumieją, że
to nie jest zwykły kundel, który natych-
możliwych przewoźników, ale o psie nawet mowy nie było – wspomina Janusz.
– Dopiero agencja z Zawadzkiego podeszła do sprawy ze zrozumieniem
i pozwoliła Arusiowi na wycieczkę. No
i pojechaliśmy wszyscy razem na wczasy!
– Urlop miał nawet Aruś, bo starałam
się jak najrzadziej zakładać mu szorki
– wtrąca pani Jedynak. – Ale nawet bez
nich potrafi bezpiecznie doprowadzić
mnie do celu, bo w razie przeszkody
trąca mnie mordką w kolano.
Psia polanka. Biszkopt znalazł jakiegoś badyla, którego wlecze za sobą
po ziemi. Im większy, tym lepsza uciecha. Maryla cierpliwie rzuca, pies aportuje.
– W inną stronę proszę rzucać!
– krzyczy z drugiego końca polany jakaś pani, która przyszła na wybieg z wilczurem. Niewidoma poznaje ją po głosie. – To ta, która o wszystko się czepia.
Że bez kagańca, że puszczam go wolno. Ludzka złośliwość nie zna granic
– wzdycha ze smutkiem, zrezygnowany
labrador układa się na ziemi.
Jest słusznej postury, to i szybko się
męczy. Złota sierść, rude rzęsy, oczy jak
migdały. Po kiego licha jej biszkoptowy
pies, skoro i tak nie widzi?
– Kiedyś byłam wzrokowcem. Lubię
barwy – uśmiecha się kobieta, a przysłuchujący się naszej rozmowie Mateusz wtrąca swoją teorię.
– Jasną plamę na trawie mama szybciej dostrzeże niż czarne kudły.
Maryla kuca, biszkopt rzuca się jej
w ramiona. Liże dłonie, nogi, nos – co
popadnie. I jak tu nie przytulić takiego?
Czas na pieszczoty
Na pieszczoty jest jednak odpowiedni czas i miejsce. Na pewno nie na spacerze z Marylą, nie, gdy ma szorki
na sobie. I napis na grzbiecie „Nie głaskać! Pracuję!”. Taką szmatkę nosi
od kilku miesięcy. Jak tylko pojawiły się
w Polsce, Janusz zadzwonił, gdzie trzeba, i zdobył.
– Ciężko przejść przez miasto z takim
psiakiem, któremu dobrze z oczu patrzy, mordka cały czas uśmiechnięta. Aż
ręce same wyciągają się do głaskania
– twierdzi Mateusz. – No, ale ludzie nie
wiedzą, że tego właśnie robić nie wolno.
Każda próba pogłaskania psa przewodnika może się bowiem skończyć
dekoncentracją. A co za tym idzie – zagrożeniem dla niepełnosprawnego.
Pies wybija się z rytmu, zapomina o zadaniu i traci orientację. Może wyprowadzić niewidomego na manowce.
– Za każdym razem musiałam upominać przechodniów, żeby nie zaczepiali
Arusia, bo on pracuje – mówi Maryla.
– Niestety, ludzie odbierali moje sugestie opacznie. Że jestem zadufana w sobie, że opryskliwa i wariatka. Bo psa pogłaskać nie pozwalam.
Dziś z informacją na grzbiecie pracuje mu się trochę łatwiej. A zapłatą jest
miłość i zaufanie jego właścicieli. No
i codzienny wikt i opierunek.
– Jest dla nas bardzo ważny. Nie potrafię sobie wyobrazić, że kiedyś go zabraknie. Że będę musiała zastąpić go
innym przewodnikiem – Maryli szklą się
oczy.
Janusz: – Przeraża mnie, jak widzę,
że się starzeje. Jak szybko biegnie
przez życie. To fascynujące, ale bardzo
smutne...
Dlatego póki Aruś jest z nimi, Jedynakowie chcą mu nieba przychylić.
Na wszystko pozwolić, wszędzie zabrać, dać, co najlepsze. Odwdzięczyć
się za jego pracę. I przywiązanie.
Powoli zapada zmrok. Dla Maryli
wprawdzie żadna różnica, ale czas
do domu wrócić. Psia dniówka dobiega
końca.
Jeszcze tylko przejdą z Arusiem jedną alejką. Ona jeszcze sprawdzi, jak
pachną drzewa i posłucha szeleszczących liści.
Potem ona powie „dom” i zapnie mu
szorki. On spuści ogon, pochyli łeb
i karnie poprowadzi ją przez ciemność.
KLAUDIA BOCHENEK
a4152-53 Dop‡ata za calowanie.qxd
52
2008-10-03
14:53
Page 2
BO WE MNIE JEST SEKS...
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Młoda, ładna, inteligentna, wykształcona. Z normalnej, kochającej się rodziny. Mogła
zostać, kim tylko chciała. Została... Nie, nie myśli o sobie, że jest prostytutką. Woli
określenie: dziewczyna do towarzystwa
Dopłata za całowanie
Nr 9. Cena 8,90 zł
Zadzwoniłam pod numer podany na ulotce znalezionej za wycieraczką samochodu. Moja rozmówczyni bez wahania zgodziła
się na spotkanie. – Ale nie mogę
powiedzieć, jak się nazywam.
– Załóżmy, że ma pani na imię
Karolina, dobrze?
Karolina ma 20 lat, wielkie ciemne
oczy okolone długimi rzęsami, niefarbowane ciemnoblond włosy spięte w grzeczny kucyk, cerę jak z reklamy kremu, zęby jak z reklamy
pasty do zębów, usta jak z reklamy
szminki. Pełne biodra, pełne ramiona, pełne uda, żadna tam anorektyczka. Ubrana w dżinsy, koszulkę,
buty z wąskim czubkiem. Dyskretny
makijaż, dyskretna biżuteria, zadbane dłonie. Doskonałe maniery.
Szybko przekonam się, że Karolina jest też bardzo inteligentna.
lat i twarz nie do zapamiętania.
W ogóle Karolina nie pamięta ich
twarzy. Przychodzą, robią swoje,
wychodzą. Ona tam, w łóżku, też
jakby wychodziła z siebie. Po pracy nie pamięta, ilu ich było. Dopiero barmanka, która zajmuje się buchalterią dziewczyn, mówi: dzisiaj
zarobiłaś tyle a tyle. Czasem Karolina się dziwi. To aż dziesięciu ich
dzisiaj było? Nie pamięta, jakby
wymazywała ich z pamięci gumką.
szybciej się starzeje, zużywa, a i faceci zupełnie inni wtedy przychodzą. Jak człowiek pracuje w dzień,
to łatwiej ukryć przed całym światem, co się właściwie robi. Nie, nikt
nie wie, czym zajmuje się Karolina.
Nawet jej współlokatorki. Rodzice
myślą, że pracuje w biurze. Ostatnio mama powiedziała: – Córuś, co
przyjedziesz do domu, to w innych
butach jesteś. Karolina jej na to, że
ma bogatego faceta, Michała, który
zakupy. Tydzień też spędziła
w Warszawie. Eleganckie hotele,
codziennie dyskoteki, wykwintne
kolacje w restauracjach, zakupy,
prezenty. A urodziny spędziła
z pewnym gangsterem, Robertem,
na Wyspach Kanaryjskich. Robert
ma 58 lat i jest wspaniałym kochankiem. Ma ogromny „atrybut”,
jest też szarmancki, potrafi prawić
komplementy, pamięta o kwiatach
i tych wszystkich uwodzicielskich
jej takie prezenty robi. Na imprezie
go poznała.
Mamie nie przyszłoby do głowy,
że Michał jest jej klientem, ma 48
lat i rodzinę na karku. Michał też
zresztą nie wie, że Karolina pracuje
w agencji. Myśli, że jest jego kochanką, że ma ją na wyłączność. I że wspomaga rezolutną,
ambitną studentkę. Ego mu rośnie,
śmieje się Karolina.
Takich stałych jak Michał ma
czterech (mówi o nich, że ma
„cztery układy”). Nie wiedzą o sobie nawzajem, nie wiedzą, że pracuje w agencji. Nie zawsze uprawia
z nimi seks, czasem jest tylko dla
towarzystwa. Ostatnio była z jednym w Wiedniu. Kiedy on załatwiał
interesy, ona robiła całymi dniami
gestach. Każda kobieta przy Robercie czuje się jak gwiazda filmowa, byłe żony wydzwaniają do niego, żeby wrócił. Karolina nie chce
brać od Roberta pieniędzy, tak jest
jej z nim dobrze. Ale on zawsze jej
wciska zwitki banknotów, że to niby
na taksówkę. Ostatnio Robert się
śmiał, że zrobi z Karoliny swoją
prawą rękę w interesach, taka jest
inteligentna i tak doskonale się
z nim dogaduje.
Nie pamięta ich twarzy
Karolina mówi, że bardzo wiele
młodych dziewczyn zarabia w taki
sposób. Jeśli nie w agencjach towarzyskich, to na własną rękę. Dają ogłoszenia w Internecie czy prasie: „szukam sponsora”. Czasem
piszą, że szukają przyjaciela, ale
w anonsie wymieniają takie cechy,
że oczywiste jest, czego po takiej
znajomości oczekują.
Karolina studiuje dziennikarstwo
i komunikację społeczną, ale nie
wiąże z tym swojej przyszłości. Nie
wie jeszcze dokładnie, co chce robić w życiu. Nie, nie myśli o sobie,
że jest prostytutką. Jest dziewczyną do towarzystwa, woli to określenie. W zawodzie od ośmiu miesięcy. Zaczęło się od tego, że po maturze zastanawiały się z przyjaciółką, co dalej. Otworzyły gazetę,
a tam ogłoszenie, że w agencji towarzyskiej można zarobić 12 tysięcy tygodniowo. Przyjaciółka zdecydowała się od razu. Karolina długo
się zastanawiała. Jak długo? Trzy
dni.
Pierwszy raz pamięta bardzo dokładnie. Facet zapłacił za godzinę.
Rozbierała się tyłem do niego,
szybko, żeby jak najszybciej skończyć. Wszystko trwało może z pięć
minut, bo facet był chyba bardziej
speszony niż ona. Może to też jego
pierwszy raz w agencji? Miał ze 40
Rys. Paweł Wakuła
Niektórych tylko kojarzy po szczegółach. Jeden przychodzi zawsze
z takim samym neseserem. Inny
jest masażystą i zawsze robi jej
rozluźniający masaż. Jeszcze innego zapamiętała, bo miał tak
ogromnego penisa, że się go bała.
Większość jednak znaków szczególnych nie posiada.
Ilu ich było przez te osiem miesięcy? Karolina nie chce liczyć,
mówi, że się boi, że woli nie wiedzieć. Ale liczymy. Wychodzi, że
około pięciuset. Pięciuset mężczyzn w ciągu ośmiu miesięcy. Karolina wygląda na przerażoną.
Cztery układy
Pracuje tylko w dzień. Mówi, że
praca w nocy męczy, że człowiek
Żadnych gratisów
Karolina bardzo dba o to, żeby
nikt się nie dowiedział, co robi.
W torebce ma dwa telefony komórkowe. Jeden dla rodziny, przyjaciół, znajomych, drugi – dla klientów. Każdy klient ma inny dźwięk
a4152-53 Dop‡ata za calowanie.qxd
2008-10-03
14:53
Page 3
dzwonka. Numer daje tylko tym,
których sprawdzi, że normalni, że
bezpiecznie można się z nimi spotykać. I że są hojni oczywiście. Jak
ognia unika prywatnych kontaktów
z dziewczynami z pracy. Zawsze
ubiera się skromnie, klasycznie
i elegancko, tak jak kobiety ubierają się dla swoich mężczyzn, kiedy
chcą się im podobać.
Zarabia jakieś 20 tysięcy miesięcznie. Około tysiąca idzie
na taksówki, ze dwa na kosmetyki
i ciuchy. Czasem mniej, bo dostaje
dużo prezentów. Perfum na przykład nigdy jeszcze nie kupowała,
zawsze przywożą jej z zagranicy.
Bardzo dba o zdrowie. Od klienta zawsze wymaga prezerwatywy,
to podstawa. Regularnie robi
wszystkie badania. Nie boi się, że
coś złapie. Nie ma szans.
Przychodzą bardzo różni. Najwięcej jest takich koło czterdziestki, może ma to coś wspólnego
z kryzysem wieku średniego? To
tacy zwykli kolesie z ulicy, co to się
ich mija codziennie. O dobrze
ubranych i ładnie pachnących
można zapomnieć. Są jeszcze
„chłopaki z miasta”, tacy jak Robert.
Takich, co widać, że uzbierali, żeby do agencji przyjść, i o każde
pięć złotych się wykłócają, Karolina stara się załatwić szybko. Żadnych gratisów. Jeśli chcą, żeby
krzyczała, to niech dopłacają. Nie
ma całowania ani dotykania piersi,
za wszystko są dopłaty. Ale kiedy
Karolina widzi, że jakiś gość ma
dużą kasę, to się stara. Wie, że to
się może opłacić. Jeśli się gościowi spodoba – zostawi duży napiwek, poza tym do niej wróci.
Czy mężczyźni korzystają z jej
usług dlatego, że żony czy partnerki czegoś im nie dają, nie zaspokajają jakichś ich potrzeb?
Zdarzają się tacy, którzy mówią:
zrób mi to czy tamto, bo żona mi
tego nie robi. Ale chyba nie o to
chodzi. O co im chodzi, Karolina też nie wie do końca. Może
o zwykłą zabawę.
Z klientami nie ma orgazmów.
Robi, za co zapłacą. Nie uprawia
seksu analnego. Dominacji też nie
robi, bo nie ma sprzętu. Chociaż
ostatnio był taki jeden, co nalegał.
To go związała ładowarką do telefonu, a drugą chłostała aż do krwi.
Aż błagał, żeby przestała. Zgwałciła go świecą, chociaż płakał, że już
nie chce. Krew mu z pleców leciała, a ona dalej chłostała. Nie wie,
co w nią wstąpiło. Teraz to sobie
myśli, że może zemściła się, bo zawsze ona tak klęczy z wypiętym tyłkiem i wszyscy sobie jej używają,
jak chcą. Ten jeden raz to ona była
górą, to ona rządziła, pomiatała,
poniżała. Zdumiał ją jej brak litości.
53
BO WE MNIE JEST SEKS...
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Ostatecznie facet był zadowolony.
Ale powiedział potem, że jednak
nie tego szukał.
W ogóle to dziwni czasem przychodzą faceci. Niektórzy, jak na filmach, chcą się tylko przytulać. Jeden zabiera ją do hotelu, tylko ją
pieści i masuje, sam nigdy się nie
rozbiera. Karolina myśli, że może
jest impotentem. No, w każdym razie coś z nim nie tak. Inny kiedyś
bardzo nalegał, żeby na niego nasikała, to nasikała. Ale to jej nie
kręci.
Czasem spotyka ich w mieście,
jak w galeriach handlowych robią
zakupy z żonami i dziećmi. Czasem patrzą jej znacząco w oczy albo uśmiechają się porozumiewawczo. Ale najczęściej odwracają
wzrok, udają, że coś tam zauważyli na wystawie, nie patrzą i bardzo
się boją, że ich pozna, zdemaskuje. I ona boi się zdemaskowania.
W czasie kiedy rozmawiamy,
do kawiarni wchodzą różni mężczyźni. Chyba „chłopaki z miasta”.
Jeden, ogromny grubas z długimi
włosami, uśmiecha się do Karoliny
szeroko. Kiedy wchodzi inny,
w białym dresie, Karolina udaje, że
jej nie ma.
My to po prostu lubimy
Czy Karolina miała trudne dzieciństwo? – Nie, nie miałam – śmieje się. Jej rodzina jest zupełnie normalna, tradycyjna, przeciętna. Niczego jej nie brakowało, rodzice
uczyli właściwego stosunku do siebie, najbliższych, rodziny, całe życie wpajali jej, że na wszystko trzeba zapracować, że nie ma nic
za darmo. Siostra Karoliny wiedzie
normalne życie, ma męża, urodziła
dziecko, pracuje, wszystkiego dorabia się powoli. To mit, że jeśli się
ma trudne dzieciństwo i traumy, to
się zostaje prostytutką. Takie poranione wewnętrznie, które chcą jakoś odreagować, to się puszczają
za darmo gdzieś po dyskotekach.
– My to po prostu lubimy – mówi
Karolina, obnażając w uśmiechu
doskonałe zęby.
Seks jest dla Karoliny bardzo
ważny. Uwielbia seks. Dlatego
umawia się z grupą zaufanych
przyjaciół na imprezy (nikt z nich
nie wie, gdzie Karolina pracuje).
Spotykają się w willi u Krzyśka,
czasem w jego domku w górach.
Muzyka, jedzenie, alkohol, sauna,
a potem – seks. Każdy z każdym.
Karolina lubi trójkąty, z dziewczyną
czy z chłopakiem – nie ma znaczenia.
Niedługo Krzysiek bierze ślub
z Magdą. Ona nic nie wie o jego
zabawach. Są razem osiem lat. Ich
życie seksualne – Karolina wie to
od Krzyśka – wygląda porażająco:
Magda nie chce się z Krzyśkiem
kochać. Krzysiek planuje, że
po ślubie imprezy nadal będą się
odbywać. Karolina mówi, że wielu
jej kumpli, żeniąc się, mówiło, że to
już koniec takiego życia, że teraz to
już tylko żona. Ale wracają do willi
Krzyśka.
Plany na przyszłość? Najpierw
skończy studia. Potem się zobaczy. Oszczędza pieniążki (tak mówi: „pieniążki”), co tydzień jest
w banku z zarobionymi tysiącami.
Nie tak jak inne dziewczyny. Niektóre wydają wszystko od razu.
Na alkohol, narkotyki, żyją rozrzutnie.
Nie wie, jak długo zostanie w zawodzie. Kiedyś myślała, że do trzydziestki, ale teraz już nie jest pewna. Na Wyspach Kanaryjskich Robert pokazał jej na plaży nudystów
starszą kobietę. – Patrz, to stara
kurwa jest – powiedział. Tłumaczył,
że to można poznać, nawet jeśli
człowiek jest goły. Zarzekał się, że
i gangstera na odległość rozpozna.
Tacy ludzie mają rozbiegane, nerwowe spojrzenie, nigdy nie są spokojni. Karolina bardzo stara się tak
nie zachowywać, ale nie do końca
nad tym panuje. Gdy ktoś wchodzi
do kawiarni, zawsze musi kątem
oka zobaczyć, kto to. Czy przypadkiem nie jakiś jej klient? Nie, nie ma
poczucia bezpieczeństwa.
W miłość wierzy, ale nie była
jeszcze nigdy zakochana. Kiedyś,
w dalekiej przyszłości, chce mieć
normalną rodzinę, to znaczy męża
i dziecko. Dziecko adoptuje, żeby
sobie nie zepsuć figury. Boi się też,
że się podczas porodu „tam
w środku” porozciąga. Mąż musi
lubić imprezy tak jak ona, inaczej
będzie go zdradzała. Nigdy mu nie
powie, co robiła. Niektóre dziewczyny tak robią, niektóre nawet wy-
chodzą za swoich klientów. Nieraz
mężowie wiedzą, co robią ich żony,
ale to im nie przeszkadza. Karolina pracuje z taką jedną, najstarsza
jest, ma już 32 lata i troje dzieci, jej
mąż pracuje fizycznie. Wie, co żona robi, ale mu wygodnie, kiedy
ona co miesiąc kilka tysięcy przyniesie.
W Krakowie była taka jedna, co
się z nią ożenił bogaty Rosjanin.
Ale ona po ślubie i tak przyjechała
na kilka dni do Polski do pracy, żeby sobie na komputer i oprogramowanie zarobić. Architekturę studiowała i strasznie te jej programy były drogie. Mówiła, że nie chce go
tak ciągle prosić o pieniądze, że
jest ambitna i sama sobie poradzi.
Rosjanin nie wiedział, gdzie przez
kilka dni była jego żona.
Wciąż kogoś oszukuję
Karolina mówi, że czuje się bardzo, bardzo samotna. Dlaczego?
– Czy nie każdy czasami czuje się
samotny? – odpowiada pytaniem
na pytanie.
Gdy widzi, że jej koleżanki mają
partnerów, siostra urodziła śliczne
dziecko i buduje wspaniałą rodzinę, myśli sobie, że przez to, co robi, nigdy nie stworzy prawdziwego
związku. Bo wciąż kogoś oszukuje
– w mniejszym lub większym stopniu.
Czuje czasem, że sama odcina się od ludzi. Gdy jest bliżej
z mężczyzną, często stwarza sytuacje konfliktowe, jakby chciała
sporu, jakby chciała wszystko zakończyć, jakby nie była gotowa, by
z kimś być. Choć tego chce i wie,
że byłaby partnerką idealną. Przecież zna mężczyzn doskonale.
JUSTYNA POBIEDZIŃSKA
R E K L A M A
a4154-55.qxd
54
2008-10-03
15:02
Page 2
CO NAM ZOSTAŁO Z TYCH LAT
KINO
„TROPA DE ELITE”
Dobre kino
„ELITARNI” to
film niezwykły. Zanim zdążył trafić
do brazylijskich
kin, obejrzało go
ponad 10 milionów widzów. Jak
to
możliwe?
A możliwe, bo
skradziono kopie.
Zrobiła to (hi, hi) brazylijska policja.
Już sam ten fakt uwiarygodnia niebywałą, a momentami wręcz absurdalną
historię, z jaką mamy do czynienia
w filmie José Padilha. BOPE to elitarna jednostka brazylijskiej policji. Działa ona na specjalnych prawach (czytaj) rozprawia się bez pardonu z przestępcami zamieszkującymi fawele
– slumsy Rio de Janeiro. Oczywiście
można „ELITARNYCH” porównać
do innego głośnego brazylijskiego filmu „Miasto Boga”. Tylko po co? Te
dwa obrazy, poza wspólnym miejscem akcji, wszystko różni. W „Mieście...” policja była tłem, nie odgrywała specjalnej roli. W „ELITARNYCH”
jest na pierwszym planie. Głównymi
postaciami filmu Padilha są dwaj początkujący policjanci – ideowcy, Neto
i Matias oraz bezwzględny, kończący
karierę w BOPE kapitan Nascimento.
Szczególny los tych młodych oficerów
uświadamia nam, dlaczego tak bardzo zależało brazylijskiej policji
na wstrzymaniu dystrybucji tego filmu.
To, co oglądamy w „ELITARNYCH”,
naprawdę poraża i przeraża. Korupcja, układy, agresja, biurokracja,
a wszystko w rozmiarze XXXL. Sumując, Brazylijczycy raczą nas dobrym,
choć ponurym i brutalnym kinem.
BRAZYLIA 2007
„BABYLON A.D.”
Czyste sumienie
Dla Tooropa (Vin
Diesel) wojna to
chleb powszedni.
Śmiało rzec można, miejsce pracy.
Gość wyspecjalizował się w zabijaniu i żyje z niego
jak Bóg przykazał
(z tym Bogiem to
oczywiście żart). Żeby było jasne, Toorop wykańcza ludzi nie z pobudek
moralnych, ideowych czy politycznych, tylko z chęci zysku, dla kasy.
Kieruje się przy tym jedną regułą: jak
ja nie zabiję, to mnie zabiją. Zasada
prosta jak konstrukcja cepa, a właściwiej będzie powiedzieć: filmu „BABYLON A.D.”. Nie zachęcam do oglądania tej amerykańsko-francuskiej produkcji, bo to schemat przerobiony
w kinie do obrzydzenia. No, chyba że
ktoś czuje ciągle niedosyt, to proszę
bardzo. Ja uprzedziłam, co to za dzieło i sumienie mam czyste.
USA/F 2008
BEATA KLAPS
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Śpiewająca mrówa
Rozmowa z Michałem Foggiem, prawnukiem słynnego śpiewaka,
producentem wydanej niedawno płyty „Cafe Fogg”
Nr 227 (27-28. IX.). Cena 3 zł
– Był czas, kiedy z pana pradziadka
żartowano, jaki jest niedzisiejszy, że
z muzycznego lamusa. Spotkały pana
z tego powodu jakieś przykrości?
– Odpukać, same miłe rzeczy, ale faktem jest, że władze PRL w latach 60. doszły do wniosku, że Fogg jest niemodny.
Robiły sporo, by ludzie o nim zapomnieli. To był czas, kiedy każdy artysta musiał być reprezentowany przez regionalną Estradę. Pradziadek był jednym
z najbardziej warszawskich pieśniarzy,
ale Estrada Stołeczna nie chciała z nim
współpracować. Przygarnęła go poznańska. Akcja władzy się nie udała, bo
zbyt duże było zapotrzebowanie na piosenki pradziadka. Występował z powodzeniem jeszcze 20 lat. A że były kawały na jego temat – to fakt. Znał je dobrze.
Jeden z nich brzmiał tak: ktoś niezwykle
leciwy idzie do nieba, spotyka u bram
świętego Piotra, który pyta: „A czy Fogg
jeszcze śpiewa?”.
– Była też wersja laicka, z polską
wycieczką w Egipcie. Na jej widok
ożywa mumia jednego z faraonów
i pyta: „Wy z Polski?” – „Tak”. „A Fogg
jeszcze śpiewa?”.
– Wszystko brało się z tego, że pradziadek dożył pięknego wieku – zmarł,
mając 89 lat.
A zaczął występować w 1928 r. Śpiewał do 86. roku życia. Dał wtedy ostatni
koncert, na którym miałem przyjemność
być z ojcem. Siłą pradziadka było to, że
mijały dekady, mody, a on był wierny
swojej stylistyce. Wielokrotnie namawiany, żeby pójść z duchem nowych czasów – odmawiał. Adaptował dużo nowości, ale jedyny kompromis, na który się
zgodził, była współpraca z bigbitowymi
zespołami Klipsy i Karaty, a potem Babyjagi, do których dodawał swoją sentymentalną nutę.
– Pana pradziadek nazywał się Mieczysław Fogiel, dlaczego zdecydował
się na pseudonim?
– To nie był klasyczny pseudonim,
skrócił tylko nazwisko, a żeby nie
brzmiało jak po angielsku „mgła”, dodał
jedno „g”.
– Nazwisko wiązało się z niemieckimi czy żydowskimi korzeniami?
– Nasza rodzina zjechała do Polski ze
Szwecji. Jej historia liczy sobie 600 lat,
a papiery, do których się dokopałem,
mówią o ponad 300-letniej obecności
w Warszawie. Nazwisko brzmiało w oryginale „Vogel”. W związku z dziejową
zawieruchą – zmieniało pisownię
i brzmienie. Dokopałem się do aktu ślu-
bu pradziadków mojego pradziadka,
gdzie zapisano je w trzech wersjach
– Vogiel, Vogel, Wogel. Rodzina ma typowe mieszczańskie korzenie. Kwitł kult
techniki i inżynierii. (...)
– Czy w pana rodzinie śpiewał ktoś
zawodowo przed pradziadkiem?
– Nic mi o tym nie wiadomo. Ale pradziadek śpiewał od najmłodszych lat.
Już mając pięć lat, wykonywał dla rodziny „Góralu, czy ci nie żal”. Tradycją stał
się jego świąteczny koncert. Uwielbiał
to. Dlatego do rodzinnej anegdoty przeszła historia, kiedy jego ojciec za karę
zabronił mu śpiewać podczas jednej
z Wielkanocy. To była kara najsurowsza
z możliwych. Za to, że jako podrostek
został gazeciarzem. Rzecz wzięła się
z tego, że Mieczysław uwielbiał tramwaje. Jeździł wyłącznie konnym, tymczasem w jego dzieciństwie pojawiły się
pierwsze elektryczne. Jazda takim tramwajem była marzeniem. Zrealizował je,
umawiając się z kolegą z podwórka
– zamiast niego sprzedawał gazety
w tramwaju, gdzie gazeciarze mieli darmowy wstęp. Niestety, został zauważony przez sąsiada i rzecz się wydała. To
nie powstrzymało zamiłowania pradziadka do elektrycznych tramwajów.
Jak każdy chłopiec w tamtych czasach
nauczył się wskakiwać do pędzącego
pojazdu.
– Od tramwajów wolał jednak śpiewanie?
– Tak. Rodzina mieszkała na warszawskim Nowym Mieście i kiedy z kościoła
Paulinów na Długiej wyruszała pielgrzymka do Częstochowy, prosił rodziców, żeby pozwolili mu spać w sionce
domu od ulicy Długiej. Już od rana nasłuchiwał śpiewów. Uwielbiał też podwórkowych artystów w kapeluszach
z szerokim rondem i w charakterystycznej pelerynie. Zawsze nosił kopiejkę
w kieszeni, żeby wynagrodzić ich za
śpiew.
– Pana pradziadek zaczął karierę
od występów w chórze przy kościele
Świętej Anny w Warszawie.
– Trafił tam, pracując w kasach PKP
na Miodowej. Ojciec pradziadka był maszynistą pierwszej klasy. Prowadził ekskluzywne ekspresy do Petersburga. I marzył, że syn zostanie inżynierem
i zbuduje mosty, po których on pojedzie.
Skończyło się na pracy w kolejowym
biurze. Pradziadka chyba to zajęcie nie
bardzo interesowało, bo zdarzało mu
się mylić listy przewozowe i pociąg mający jechać do Biłgoraja wysłał do Poznania. A pewnego dnia, idąc do pracy,
usłyszał śpiew w pobliskim kościele
Świętej Anny. Został tam zauważony
przez profesora Ludwika Sempolińskiego, ówczesnego artystę warszawskiej
operetki, który przekonał Mieczysława,
że warto zająć się wokalistyką na poważnie. Nauczyciele chcieli, by był tenorem, ale w końcu zdecydowali się na baryton liryczny. Ojciec Mieczysława martwił się, że syn wybrał muzykę. Mawiał,
że prędzej mu na dłoni Lasek Bielański
wyrośnie, niż zrobi karierę. Ale potem
zmienił zdanie.
– Nieznanym muzycznym epizodem
była praca klakiera.
– Pradziadek wspomina o tym żartobliwie w swojej książce „Od palanta
do belcanta”, którą chciałbym wznowić.
Mówił, że sam korzystał z klakierów. Takie były czasy. Uczył się tego trudnego
fachu w Operze, gdzie na początku miał
rzucać gwiazdom kwiaty pod nogi już
przy pierwszym wejściu na scenę. Niestety, zdarzało mu się nie trafiać. Kwiaty
lądowały w orkiestrionie, na głowach
muzyków.
– Sławę zaczął zdobywać w chórze
Dana.
– Teraz mamy modę na boysbandy,
wtedy naśladowano amerykańskich revellersów. Pierwszy występ w kabarecie
Qui Pro Quo był nieudany. Ale słynny
kapelmistrz teatrzyku Ivo Wesby, którego rodzinę pradziadek uratował później
z getta, pocieszał go i mówił, żeby się
nie poddawał, bo głos ma znakomity.
Kolejna próba poszła pomyślnie. Chór
Dana zaśpiewał repertuar argentyński.
Tak świetnie, że po występie do garderoby przyszedł z gratulacjami ambasador Argentyny. Pradziadek musiał uciekać pod byle pozorem, nie znał bowiem
ani jednego hiszpańskiego słowa, choć
wrażenie robił wręcz przeciwne.
– Czy już wtedy stał się wielką
gwiazdą?
– To były dopiero początki. Ale nawet
stając się coraz bardziej sławny, pradziadek pracował dalej na etacie kasjera w PKP. W Qui Pro Quo występowało
się dla prestiżu. Tam byli wszyscy najwięksi przedwojennej estrady. Fryderyk
Jarossy, Adolf Dymsza, Mira Zimińska,
Zula Pogorzelska. Kiedy chór Dana występował w Teatrzyku Banda, dla pradziadka pisał Julian Tuwim. Tekst słynnej „Melodii” okrasił dopiskiem „Ładne,
co? Julian Tuwim”. W Bandzie spotkał
się ze Stefanem Jaraczem. Wielki aktor
powiedział: „Gdyby można przetransponować moje aktorstwo na sztukę gastronomiczną, to nazwałbym się wykwintnym obiadem. A ty jesteś jak dobra kawa”. Pradziadek odpowiedział zaproszeniem na kawę! W 1930 roku pradziadek zaczął nagrywać. Podpisywał kon-
a4154-55.qxd
2008-10-03
15:02
Page 3
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
trakty na 100 piosenek rocznie. Nazywano go śpiewającą mrówą. „Ta ostatnia
niedziela” sprzedała się w ponad 100 tysiącach egzemplarzy. Była przebojem
przez cały rok. I dzisiaj jest to wynik imponujący.
– Mieczysław Fogg śpiewał również
w filmie.
– Tak, a kiedy w Berlinie wraz
z chórem z Dana nagrywał piosenkę
„Flisacy” do obrazu „Dziesięciu z Pawiaka”, chór został zaangażowany do największego europejskiego music-hallu
CO NAM ZOSTAŁO Z TYCH LAT
władz państwa podziemnego. Jego piosenki były odbierane przez warszawiaków aluzyjnie, patriotycznie. Został za to
wezwany na Szucha. Potem dostał
ostrzeżenie od AK, że Niemcy mają go
na oku. Wtedy zaczął pracować jako
kelner. A kiedy wybuchło powstanie, zameldował się u dowódcy, któremu powiedział: „Marny ze mnie strzelec, ale
śpiewak dobry”. I poprosił o swobodne,
o ile to było możliwe, poruszanie się
po stolicy. Występował tylko z akordeonistą. Przedzierał się od barykady
Pradziadek śpiewał od najmłodszych lat. Już mając pięć lat,
wykonywał dla rodziny „Góralu, czy ci nie żal”
Fot. F. Klimaszewski/Ag. Gazeta
„Scala” i zaczął międzynarodową karierę. Posypały się propozycje z całej Europy. Chór śpiewał nawet w Leningradzie,
a tam dostał zaproszenie do Moskwy.
A potem do Ameryki.
Na transatlantyku „Isle de France” doszło do pojedynku chóru Dana z najlepszymi amerykańskimi rewelersami Mill
Brothers. Pojedynkowali się wokalnie
na bisy wywoływane przez publiczność.
Chór Dana wygrał 3:1. Z Ameryki Mieczysław Fogg przywiózł mojemu dziadkowi krokodylka Kubusia, który jak tylko
urósł, musiał zamieszkać w zoo. Dopiero przed wyjazdem do USA pradziadek
rozstał się z PKP. A kiedy wrócił, zdecydował się na solową karierę. Jeździł
na tournée z Mirą Zimińską i Tadeuszem
Sygietyńskim. Własnym citroenem.
Sam prowadził.
– Jak wyglądał jego udział w powstaniu warszawskim?
– Tuż przed wybuchem wojny dziadek
występował w słynnym przedstawieniu
„Orzeł i reszka” w teatrze Ali Baba, które
wywołało protesty Ambasady III Rzeszy
za parodię Hitlera w wykonaniu Ludwika
Sempolińskiego. Pradziadek nie miał co
do Führera złudzeń. Widział go podczas
jednej z wizyt w Berlinie. Mówił, że emanowała od niego nieprzyjemna aura, że
szedł jak koń z klapkami na oczach. Kiedy wybuchła wojna, pradziadek śpiewał
wraz z Ordonką dla rannych żołnierzy.
Potem był Lwów i powrót do okupowanej Warszawy. Na występy miał zgodę
do barykady, od szpitala do schronu, ze
schronu do kanału. Dał ponad 100 koncertów.
– Był kilkakrotnie ranny.
– Ale to nie przeszkodziło w śpiewaniu. Jeszcze przed powstaniem, przeczuwając, co się święci, wywiózł rodzinę, Tadeusza Sygietyńskiego, Mirę Zimińską i innych znajomych do Złotokłosu pod Tarczynem.
W domku, gdzie mogły się pomieścić
cztery osoby, zamieszkało ich kilkanaście. Przed poddaniem powstania udało
mu się kupić papiery ziemianina, które
w świetle obowiązującego prawa pozwoliły mu bezpiecznie wyjechać z Warszawy pod pretekstem powrotu do gospodarstwa ziemskiego. W Złotokłosie,
na poddaszu domu, założył Cafe Fogg.
Chodziło o to, żeby mógł znowu śpiewać ku pokrzepieniu serc. Kiedy wrócił
do Warszawy, dostał przydział na kawiarnię w kamienicy na Marszałkowskiej 119 – bez wody, gazu i okien. Ale
miejsce miało tradycję muzyczną, przed
wojną mieścił się tam słynny skład nut.
– Co teraz jest pod tym adresem?
– Jezdnia przed wspaniałymi halami
KDT, vis-à-vis Sezamu i wylotu ulicy Moniuszki. Kawiarnia działała przez rok.
Pradziadek reklamował się codziennym występem na żywo. 90 procent
koncertów dawał sam, co odbiło się
na zdrowiu. W kawiarni panowała wilgoć, wszystko było w oparach dymu papierosowego. Lekarz powiedział: śpie-
WARTO POSŁUCHAĆ
wanie albo życie. Kiedy znalazł się właściciel kamienicy, razem z nim prowadził
zakład fryzjerski. A potem kamienicę
zburzono pod budowę Pałacu Kultury
im. Józefa Stalina. Pradziadek był jednak osobą przedsiębiorczą. Lubił być
zawsze pierwszy i założył wytwórnię fonograficzną Fogg Record.
Nazwa była szumna, ale firma mieściła się w mieszkaniu na Koszykowej 69.
Pradziadek nagrywał w domu. Cały stołowy pokój był wyciszony wełnianym
materiałem od podłogi aż po sufit. Aparatura stała w sypialni. Płyty były tłoczone w pomieszczeniu wynajętym w alei
Krakowskiej od przetwórstwa owocowo-warzywnego. Wytwórnia funkcjonowała
do 1951 r. Pośród wielu pamiątek rodzinnych przechowujemy dokument,
w którym jest napisane, że zamyka się
działalność gospodarczą w związku
z dekretem pewnego pana.
Na szczęście dziadek kolejny raz wykazał się wyczuciem. W ostatniej chwili
sprzedał aparaturę do tłoczenia płyt,
tam gdzie ją kupił, czyli w Niemczech.
– Ile wydał albumów?
– Katalogi niestety poginęły, ale osoby
dobrze zorientowane mówią o 100. Pradziadek wydał m.in. rewelacyjną serię
12 płyt z kolędami wykonywanymi przez
ówczesny chór harcerstwa. Z tego, co
wiem, ma ją tylko jeden kolekcjoner
w kraju. Fogg Record wydawało także
bajki dla dzieci. Pierwotnie były plany, że
Fogg Record ma przejąć mój dziadek.
Nie śpiewał, nie grał, ale miał słuch absolutny. Kształcił się jako akustyk, był inżynierem dźwięku. Napisał książkę
o adapterach. W warunkach przodującego ustroju skończył w firmie Polam
produkującej żarówki. Gdyby nie to, podejrzewam, że sytuacja mojej rodziny
wyglądałaby inaczej.
– Powstałby rodzinny koncern.
– Niewykluczone. Osobiście korzystam z czasów, kiedy można wrócić
do idei Fogg Record i kontynuować jej
działalność. Ciężko samemu nadrobić 50-letnią przerwę. Ale płyta „Cafe
Fogg” to dobry początek. Jest znakomicie przyjmowana. (...)
Młodzi artyści przypomnieli piosenki Mieczysława Fogga na płycie „Cafe
Fogg”. Dzięki jazzującej interpretacji
„Bluzeczki zamszowej” Michała Rudasia
znowu zrobiło się w naszej muzyce elegancko i romantycznie. Gonzales Koletiv
i Mika Urbaniak połączyli nowocześnie
grane tango, anglojęzyczny rap z oryginalnymi partiami wokalisty. Świetnie
brzmi nowa, acid jazzowa wersja „Bo to
się zwykle tak zaczyna” przygotowana
przez Bumelants. W stylu funky śpiewa
„Tę ostatnią niedzielę” Marysia Sadowska. W stylu retro „Fredzia” zinterpretował Sławomir Uniatowski. Novika odświeżyła „Kiedy będziesz zakochany”
w rytmach reggae. A kto złapał bakcyla
– niech rozsmakuje się w oryginalnych
wykonaniach!
Rozmawiał:
JACEK CIEŚLAK
(Skróty pochodzą od redakcji „Angory”)
55
CHARLOTTE PERRELLI – „HERO”
Radość rządzi!
Denerwuje
mnie…Nie, autentycznie wkurza ton
większości recenzji,
opisów czy to filmów, płyt, książek
i sztuk. Jest zdecydowanie negatywny. Nie prowokuje
do obejrzenia, tudzież słuchania, czytania, ale zniechęca do jakiegokolwiek
działania. Ludzie, przecież ktoś włożył
w swoją pracę kawał serca. Ileś poświęconych dni, czasem lat. Z zawodowego
założenia nie czytam opinii innych osób
na tematy osobiście mnie interesujące,
ale zrobiłem wyjątek i stąd moje zażenowanie i frustracja. Dlatego z podwójną
przyjemnością polecam krążki trzech
pań. Kuszących, prowokacyjnych. Jeszcze nie gwiazd, a gwiazdeczek, ale tak
jasnych na szarym firmamencie, że godnych uwagi. Ponieważ wstęp był nieco
przydługi, przechodzę do sedna.
Długonoga Charlotte w 1999 r. wygrała Eurowizję. Jakiś czas świętowała sukces, aż dojrzała do albumu „Hero”. Lekkiego, muzycznego popu z pazurem.
Brylującego na listach przebojów, a jakże. Komuś przeszkadza radość życia?
Niech nie słucha.
Warner Music. Cena ok. 40 zł.
KATY PERRY – „ONE OF THE BOYS”
Radość rządzi cd.
Szukając własnego stylu, powieliła
wszystkie schematy.
Od lalki Barbie po…
Micka Jaggera. Przyznaje się do całowania z płcią własną,
czym akurat świata muzycznego nie zaskoczyła. Truskawka w ogrodzie, słodka
kocica, której singel „I kissed a girl” podbił Amerykę i resztę świata, popada
w skrajności, ale jakże jej z tym do twarzy. I co? Też zjeżdżamy? Że płytkie,
miałkie etc., etc. Nie! Cieszymy się z życia.
Universal Music. Cena ok. 50 zł.
JORDIN SPARKS – „JORDIN SPARKS”
Radość rządzi cd. 2
I ostatnia niewiasta
w tym tygodniu, najmłodsza zwyciężczyni American Idol
w 2007 r. Podobnie
jak koleżanki, piosenkarka muzyki pop
i R&B. Czy ambitniejszej? No, jak to rozsądzić? Na pierwszy rzut oka (ucha), tak.
Jednak wracam do głównej konkluzji: łatwiej oczerniać niż doceniać. Dlatego nie
śmiem porównywać, a jedynie polecam.
Wszystkie trzy: „kobiełki” naprawdę „warto posłuchać”. I najzwyczajniej w świecie
cieszyć się z życia! To też sztuka.
Sony/BMG. Cena ok. 50 zł.
Wysłuchał:
PRZEMYSŁAW BOGUSZ
a4156-57 gadomski.qxd
2008-10-03
56
13:59
Page 2
WOLNY STRZELEC
SALONOWE
BURZE
BOHDANA
GADOMSKIEGO
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Nie można konkretnie określić kogoś takiego jak ona
Osobisty teatrzyk
Rozmowa z KATARZYNĄ GRONIEC
KATARZYNA GRONIEC, lat 36, znak
Ryby, niezapomniana Anka z musicalu „Metro”, którą debiutowała w 1991
roku na scenie Teatru Dramatycznego
w Warszawie. Już w 1988 roku została laureatką głównej nagrody na Festiwalu Młodych Talentów w Poznaniu.
W 1997 roku na Przeglądzie Piosenki
Aktorskiej we Wrocławiu otrzymała
Grand Prix i Nagrodę Dziennikarzy. 10 lat później przyznano jej „Prometeusza” w dowód uznania odwagi
tworzenia i kreatywności artystycznej.
W kwietniu tego roku otrzymała Dyplom Mistrzostwa im. Aleksandra Bardiniego – za wybitne osiągnięcia artystyczne w dziedzinie piosenki aktorskiej. Brała udział w spektaklach muzycznych w wielu teatrach na terenie
kraju (m.in. „Nie opuszczaj mnie”,
„Trzy razy Piaf”, „Opera za trzy grosze”, „Mandarynki i pomarańcze”).
Na koncie ma 4 CD. Obecnie ukazał
się piąty, podwójny album „Na żywo”
z koncertu w Filharmonii Szczecińskiej. Artystka właśnie go promuje
na koncertach i podczas spotkań z fanami.
– Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że dla siebie jest nudna.
Czyżby nie lubiła pani siebie?
– Lubię, ale dla siebie jestem przewidywalna. Znam się ze sobą od trzydziestu sześciu lat, dlatego moje reakcje nie
są dla mnie żadnym zaskoczeniem,
również sposób myślenia nie zmienia
się z dnia na dzień.
– Może dlatego szuka pani inności
na scenie, stroi się w różne piórka
i przeistacza w rozmaite osobowości?
– To, co robię na scenie, nie jest aktorstwem, to przefiltrowanie przez siebie,
przez własne poczucie humoru, własną
wrażliwość tych wszystkich piosenek,
które wykonuję. Nie mam warsztatu aktorskiego, bo nie uczyłam się go w szkole teatralnej, w związku z tym bliżej mi
do mnie samej niż do tworzenia psychologicznie uzasadnionej, wymyślonej postaci.
– Ale możliwość przeistaczania się
w różne postacie jest ponoć w tym zawodzie najbardziej fascynująca?
– Dla mnie jest to możliwość wyrzucania z siebie skumulowanych emocji, co
jest mi bardzo potrzebne, bo na co
dzień, w kontaktach z ludźmi, jestem
osobą zamkniętą i skrytą, zdystansowaną i wbrew pozorom ciągle nieśmiałą. To
wszystko, co się we mnie kłębi, ta cała
energia, która nie ma ujścia w codzienności, może być nareszcie wyrzucona,
mogę się jej pozbyć. Uważam, że jest to
Piosenka jest dla mnie miejscem schronienia i daje mi poczucie
bezpieczeństwa
Fot. Wojciech Małkowicz
najlepsze, co mogło mi się w życiu przytrafić.
– Jak określić muzykę, którą pani
uprawia. Nie jest to pop ani rock...
– Nie jest to również piosenka poetycka, ani tak do końca piosenka aktorska.
Trudno powiedzieć, jaki to gatunek, nie
znajduję trafnego określenia ani też odpowiedniego, jednoznacznego nazewnictwa dla kogoś takiego jak ja. Nie jestem typową piosenkarką, która z reguły bardzo muzycznie podchodzi do materiału. Skupiam się przede wszystkim
na tekście, który jest dla mnie głównym
powodem śpiewania piosenek. Jednocześnie zwracam ogromną uwagę
na wrażliwość dźwiękową muzyków,
z którymi współpracuję, ich otwartość
na poszukiwania oraz kreatywność.
Od kilku lat współpracuję z muzykami
jazzującymi i na razie ta opcja wydaje mi
się najlepsza dla piosenek, które śpiewam. Chyba jestem hybrydą.
– Z pewnością ma pani świadomość, że to, co robi, nie jest modne,
że panująca nam komercja, nie dopuszcza do siebie tak ambitnych artystów jak pani?
– Panie Bohdanie, ile lat my się znamy? Z 15 lat na pewno, a ja z uporem
maniaka uprawiam ten zawód, jeżdżę
w trasy na koncerty po Polsce, na które
przychodzą ludzie, nagrywam płyty, które są wydawane... Gdybym nie mogła
z tego żyć, zajęłabym się sprzątaniem
mieszkań. Mam stałą grupę odbiorców,
która słucha moich piosenek. Nigdy nie
chciałam zostać popową gwiazdą, chociaż miło byłoby zarabiać koszmarnie
wielkie pieniądze, ale, niestety, nie jest
to dla mnie wystarczającym argumentem, aby robić coś, czego nie chcę.
– W jakiej ilości sprzedają się pani
płyty?
– Ostatnia płyta „Przypadki” sprzedała się w ilości około 10 tysięcy egzemplarzy.
– To dużo, czy mało?
– Moim zdaniem to dużo, bo realia
sprzedaży płyt w Polsce bardzo się
zmieniły. Za wysokie są ceny płyt
i za duże możliwości ich kopiowania.
– Który z pani dotychczasowych albumów jest najbardziej intymny?
– Ostatni, „Przypadki”, bo ile by się
płyt nagrało, to zawsze ta ostatnia będzie najbliższa wykonawcy, bo najświeższa. Poza tym to album autorski. Dla
mnie duży krok naprzód.
– O czym najczęściej opowiadają
pani teksty?
– Piszę o stanach emocjonalnych, nie
udało mi się jeszcze napisać niczego,
co nie byłoby moim osobistym do-
świadczeniem. Może uda się, jak już
okrzepnę i przejdę w tej dziedzinie
na zawodowstwo. Tymczasem czuję się
amatorem, dla którego pusta kartka to
nie lada wyzwanie. Muszę coś przeżyć,
wyszarpać z siebie, żeby móc o czymś
napisać. Jestem osobą nawet zbyt
emocjonalną i bywa, że reaguję
za szybko w sytuacjach, które często
mnie zaskakują.
– Ale prywatnie nie lubi pani o nich
mówić?
– Rzeczywiście nie. Pod tym względem niewiele się zmieniło.
– Jakich emocji mogą się spodziewać ci, którzy sięgną po pani najnowszą płytę?
– To płyta z emocjami koncertowymi.
Nosi tytuł „Na żywo” i jest zapisem koncertu w Filharmonii Szczecińskiej. Pomyślałam, że warto taką płytę wydać,
ponieważ studyjne nagrania są czymś
zupełnie innym. W studiu bardzo brakuje mi kontaktu z widownią, dlatego wolę
koncerty i emocje, które gdzieś tam się
kłębią między mną a odbiorcami. Na tej
płycie są piosenki, które nie ukazały się
na żadnej z płyt.
– Jak powstawała płyta „Na żywo”?
– Pojechaliśmy w trasę i moi muzycy
postanowili zarejestrować te koncerty.
Ponieważ wiedzieli, że się tego boję, nie
powiedzieli mi o tym. O tym, że zostały
zrobione nagrania dowiedziałam się
po fakcie. I choć zarejestrowaliśmy kilka
koncertów, wybraliśmy w całości ten
szczeciński zagrany na dobrze brzmiącym fortepianie.
– To rzadki przypadek, żeby wykonawca nie wiedział, że jego koncert
jest nagrywany i ukaże się w zapisie
płytowym!
– Rzeczywiście. Premiera płyty odbyła
się 26 września. Podpisywanie płyty będzie miało miejsce podczas obecnej trasy koncertowej, która zakończy
się 6 października. W ten sposób płyta
będzie prezentowana i promowana.
– To są aż dwa CD, czyli cały pani
bieżący repertuar?
– Cały repertuar nie mieścił się na jednej płycie, musiałabym zrezygnować
z niektórych piosenek i tym samym ingerować w przebieg koncertu, a bardzo
zależało mi, żeby ukazał się bez zmian.
W sumie na obu płytach jest 20 piosenek. Jedyna ingerencja, na jaką sobie
pozwoliłam, to dołączenie do szczecińskiego koncertu jednej piosenki, którą
zagraliśmy na bis na koncercie w Poznaniu.
– Co jest głównym atutem tego albumu?
– Zapis chwili.
a4156-57 gadomski.qxd
2008-10-03
13:59
Page 3
– Słucha pani płyt innych wykonawców?
– Tak. Szczególnie w samochodzie.
Zabieram ze sobą ulubione płyty,
do których wracam. Od Elvisa Costello
przez Tori Amos, Fionę Apple, Anthony
And The Johnsons do Stanisława Sojki,
Kasi Nosowskiej, Mariusza Lubomskiego. Ci artyści inspirują mnie.
– Jakie miejsce w pani życiu zajmowała muzyka?
– Jedno z najważniejszych. Piosenka
jest dla mnie miejscem schronienia
i daje mi poczucie bezpieczeństwa. Bardzo szybko zorientowałam się, że śpiewając piosenki, lepiej kontaktuję się
z ludźmi niż rozmawiając z nimi bezpośrednio. Jako dziecko korzystałam ze
swoich umiejętności, żeby zaskarbić sobie przychylność grupy albo bez konsekwencji zwolnić się z matematyki
na próby muzyczne. Chętnie przygotowywałam akademie ku czci, żeby tylko
nie siedzieć na znienawidzonych lekcjach.
– Muzyka ewoluowała wraz panią?
– Wrażliwość i poczucie estetyki
kształtują się poprzez poszerzanie świadomości muzycznej, obcowanie z ludźmi o określonej wrażliwości, poszukiwania, a co za tym idzie – również błądzenie. W moim przypadku, pierwszą rzeczą, jaką musiałam się o sobie dowiedzieć, było to, czego nie chcę.
– Dlaczego nie śpiewa pani w Teatrze Buffo?
– Od 8 lat jestem wolnym strzelcem.
Poczułam, że nadszedł czas odciąć pępowinę i ruszyć w swoim kierunku, tym
bardziej, że niczego nowego nie byliśmy sobie w stanie nawzajem ofiarować. Buffo było dobrą szkołą, nauczyłam się tam podstaw zawodu, kolejnym
krokiem musiało być odnalezienie własnego języka.
– Czyli, jednak jest pani piosenkarką estradową, bo zamieniła teatr
na estradę, chociaż jak sama mówiła,
nie lubi jej.
– Teraz sama tworzę swój osobisty
miniteatrzyk. Nie wykonuję w nim charakterystycznych dla występów estradowych grepsów. Układ piosenek w moim
koncercie nie jest przypadkowy, każda
z nich ma swoje miejsce uzasadnione
dramaturgicznie.
– Od kiedy istnieje ten osobisty teatrzyk?
– Świadomie zaczęłam w nim pracować z pełną odpowiedzialnością pięć lat
temu. Dopiero podwójny album „Emigrantka” stał się początkiem mojej
w pełni odpowiedzialnej drogi artystycznej.
– W kwietniu tego roku otrzymała
pani Dyplom Mistrzowski im. Aleksandra Bardiniego za wybitne osiągnięcia
artystyczne w dziedzinie piosenki aktorskiej, czyli jest pani przedstawicielką tego nurtu wykonawczego.
– Skoro tak mówią fachowcy i jeszcze
nagradzają, niech tak będzie. Ten dyplom wręczono mi w tym roku na Prze-
57
WOLNY STRZELEC
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
glądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Nie pracuję dla nagród, ale otrzymywanie ich jest na pewno miłym, motywującym przeżyciem.
– Kto uczył panią mistrzowskiego
interpretowania piosenek?
– Śpiewania piosenek uczyłam się,
pracując w Teatrze Buffo, tam dowiedziałam się najważniejszych rzeczy dotyczących interpretacji. Jednocześnie przeszłam tam bezwzględną szkołę życia.
– Bezwzględną?!
– Bezwzględność jest wpisana w ten
zawód. Nieustannie jesteśmy oceniani,
a to powoduje ogromny stres. Szczególnie kiedy umiejętności zdobywa się
na oczach widowni, a nie w zacisznej
sali szkoły aktorskiej lub piosenkarskiej.
Uczyłam się na własnych błędach
i wstydzie.
– Pisze się o pani „kobieta-kameleon”. Co kryje się za licznymi wcieleniami?
– Katarzyna Groniec.
– Nigdy nie dbała pani o popularność. Nadal tak jest?
– Nadal o nią nie dbam.
– Ale swoje płyty musi pani promować, żeby ludzie wiedzieli, że pani je
nagrywa...
– Zaciskam zęby i promuję.
– Był moment, że była pani największą rywalką Edyty Górniak, że mogła
zostać tak jak ona piosenkarką komercyjną, festiwalową, zarabiając
krocie. Ale nie została. Co zadecydowało o wyborze innej drogi?
– Poczucie estetyki, bo ta mi bardziej
odpowiada. Niezbyt dobrze czuję się
na festiwalach, na wielkich galach. Wolałam iść swoją drogą, powoli i troszkę
ciszej.
– Nie zazdrości pani śpiewającym
koleżankom, że są takie popularne,
lansowane, że zasiadają w jury telewizyjnych show na lodzie, na parkiecie,
w wielkim studiu telewizyjnym?
– Nie zazdroszczę. To byłoby dla mnie
straszne, gdybym się na coś takiego
zdecydowała. Trzeba mieć specyficzną
osobowość, żeby zdecydować się
na masową popularność. Jestem przekonana, że nie potrafiłabym sobie z nią
poradzić.
– Na przykład być kimś takim jak
Doda?
– Twórczość Dody przegrywa z jej popularnością. Wiedza na temat jej związków partnerskich i silikonowych piersi
zdominowała ewentualną możliwość
uzyskania informacji o jej talencie.
– Ogląda pani program „Fabryka
gwiazd”, gdzie młodzi śpiewający ludzie siedzą zamknięci w domu, są tresowani na gwiazdy i z trudem wytrzymują reżim i łamanie ich prawdziwych
osobowości, łkając, aż im z nosa woda kapie?
– O Boże! Wiadomo, żeby gdzieś można było zaistnieć, trzeba się ścigać i być
wytrzymałym. Każdy z nas tak zaczynał,
to jest wpisane w ryzyko tej drogi. Ludzie
odpadają na studiach aktorskich, wokalnych, bo nie potrafią czegoś tam wykonać, nie wytrzymują psychicznie, nie potrafiąc narzucić sobie wewnętrznej dyscypliny, nie potrafią się otworzyć. Pozostają tylko ci, którzy mają największy po-
tencjał i szansę na to, że w tym zawodzie
będą działać. W przypadku takich programów wszystko jest sztucznie napędzane, a młodym ludziom biorącym
w nich udział robi się krzywdę, bo oni
wierzą w to, że mogą zostać gwiazdami,
a tymczasem słuch ginie o nich po pół roku od zakończenia programu. Oczywiście, zdarzają się wyjątki.
– Czy pani mogłaby już nauczać
śpiewania piosenek?
– Już mi się to zdarzyło. To strasznie
fajne zajęcie, ale jednocześnie bardzo
wyczerpujące, bo wkłada się w to całą
energię. Prowadziłam warsztaty z młodymi ludźmi i po 8 godzinach pracy byłam wykończona.
– Jest pani usatysfakcjonowana
z tego, co dał jej los i zawód artystki?
– Jestem, mam tylko prośbę do losu,
żebym się nie wypaliła w tym zawodzie
i pozostała uczciwą w tym, co robię.
– Była inna alternatywa, inny pomysł na życie?
– Co jakiś czas były myśli, że może
byłoby fajniej, gdybym znalazła inną pasję, ale okazało się to niewykonalne, bo
to jest moja największa pasja. Ja naprawdę nie mam żadnego hobby, tylko
ten zawód i nic poza nim. Niedawno założyłyśmy z moją menadżerką Madzią
Falkowską firmę „Adapter”, która, być
może, stanie się małą firmą fonograficzną. Może uda się nam na tyle mocno
stanąć na nogach, że będziemy mogły
wydawać płyty innych wykonawców. To
by mnie mogło pochłonąć bez reszty.
Rozmawiał:
BOHDAN GADOMSKI
Pod patronatem Tygodnika ANGORA
100 lat ratownictwa górskiego w KARKONOSZACH
Karkonosze to góry nadzwyczajne. Niewysokie, ale groźne. Malownicze i łatwo dostępne. Przez całe wieki przyciągały nie tylko turystów, ale też poszukiwaczy skarbów, myśliwych, pątników. To tu, znacznie wcześniej niż gdzie indziej,
zaczęło się narciarstwo i saneczkarstwo. Karkonosze, zwane
kiedyś górami olbrzymimi, zaistniały już na mapie Ptolemeusza w II wieku. Były też i są górami narodów. O nie toczyli
spory nasi przodkowie. Od ostatniego konfliktu minęło wiele
lat. Zniknęła biegnąca grzbietem granica, zwana przez lata
drogą przyjaźni, na której wcale przyjaźnie nie było. Góry,
o których niemiecki poeta powiedział, że są „poza złem dobrem”, stały się jednością poza podziałami politycznymi.
Łącznikiem wspólnoty górskiej było ratownictwo. Istniała już
dobrze zorganizowana sieć schronisk górskich, Towarzystwo
Karkonoskie budowało ścieżki turystyczne, uprawiano z zapałem zjazdy na saniach rogatych oraz narciarstwo.
W Szklarskiej Porębie działał jeden z najdłuższych i najszybszych torów saneczkowych w Europie. Do uprawiania sportów zimowych zachęcała sieć skoczni narciarskich. Rozwijający się niezwykle dynamicznie na początku XX wieku ruch
turystyczny charakteryzował się licznymi wypadkami. Dlatego 18 października 1908 r. w dzisiejszym Karpaczu powołano Kolumnę Sanitarną Górskiej Służby Wypadkowej niemieckiego Czerwonego Krzyża. Pierwsza organizacja ratownictwa górskiego w Karkonoszach była ochotnicza i miała
swoja siedzibę w budynku dzisiejszej Straży Pożarnej w Karpaczu. Ta bardzo pożyteczna organizacja działała do roku 1945, a jej członkowie w latach następnych bardzo często
brali udział już w polskich akcjach ratunkowych jako dobrze
znający teren przewodnicy. Potem były lata milczenia. Dominowało hasło – „Byliśmy, jesteśmy, będziemy”. Jego skutki
odczuwamy do dziś. Uświetnienie tej górskiej rocznicy
od początku budziło i budzi kontrowersje. Przypomnienia
tamtych lat podjęli się działacze i Związek Gmin Karkonoskich oraz Gimnazjum Karpackie im. Ratowników Górskich.
Uroczystości z tej okazji odbędą się 25 i 26 października
w Karpaczu pod egidą władz lokalnych i wojewódzkich. Przyjadą delegacje: czeska, austriacka i niemiecka. Gospodarzami będą Polacy. Nasz tygodnik będzie temu patronować.
Transport rannego na saniach rogatych
a4158-59.qxd
2008-10-03
14:05
Page 2
58
ZA KULISAMI
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
(20)
Od Paderewskiego do Franka Sinatry
Wspomniałem już Marka Żebrowskiego. Człowieka talentów wielu, poliglotę,
pianistę,
kompozytora
i zdolnego aranżera, szefa Polish Music Center, unikalnej placówki afiliowanej przy Uniwersytecie Południowej
Kalifornii w Los Angeles, a założonej
w latach 80. przez Wandę i Stefana
Wilków. To niezwykle zasłużone małżeństwo kardiochirurga i pani muzykolog, dziś już wiekowego bardzo
i schorowanego, zrobiło dla spraw
polskich w Kalifornii więcej niż cały
warszawski MSZ do kupy wzięty. Ludzie warci sążnistej monografii, niezwykle ważni dla polskiej medycyny
i muzyki… Na sam rozruch Centrum
przekazali 100 tysięcy dolarów. Prywatnych dolarów.
Otóż Żebrowski, który po 2004 roku
przejął po Wandzie Wilk kierownictwo
Centrum, pewnego zimowego piątku
pojawił się w Bydgoszczy i zaproponował naszemu Towarzystwu współpracę,
ponieważ wiele punktów stycznych,
w jego i naszej działalności, wprost zachęcało do takiej kolaboracji. Rozmowa
miała ciąg dalszy kilka tygodni później
(luty 2007) w Warszawie, a zakończyła
się uściśleniem form współpracy. Wtedy
też zamówiłem u Żebrowskiego obszerny esej, który opublikowaliśmy w czerwcu 2007 roku w elegancko wydanym
programie koncertu z okazji 66. rocznicy
śmierci Paderewskiego.
Na przełomie września i października 2007 roku Marek Żebrowski organizował w Los Angeles dwie ważne imprezy.
Obie bardzo nas interesujące. Pierwsza,
to odsłonięcie w kampusie USC pomnika Paderewskiego, druga to dwudniowy
festiwal w Paso Robles, pod egidą naszego patrona, wspólnego patrona,
rzecz jasna.
Pomnik, przedstawiający postać Paderewskiego naturalnej wielkości, jest
repliką monumentu, który od kilku lat
sterczy w krzakach przy podjeździe
do Ambasady Polskiej w Waszyngtonie.
Bodaj to ambasador Przemysław Grudziński opowiadał mi w swoim ambasadorskim gabinecie o licznych zabiegach
podejmowanych przez placówkę, by wyjednać u władz municypalnych zgodę
na lokalizację dla pomnika w Washington District Columbia. Było to długotrwałe zajęcie dla dwóch co najmniej obsad
ambasady, pomnik tkwi więc z zaroślach, które z wolna przerastają postać… W tym samym czasie Żebrowski
załatwił replikę pomnika, zebrał pieniądze, zapłacił, ustawił i odsłonił… Może
takim ludziom należy oddawać polskie
placówki dyplomatyczne w ajencję?
Na odsłonięciu pomnika, 4 października 2007 roku, pojawił się w Los Angeles
ambasador Janusz Reiter, dyplomata
rzadkiej klasy, niegdyś wypełniający bardzo udanie misję w Niemczech, potem
w Waszyngtonie, niedługo niestety, bo
nie zdobył biedak zaufania braci Kaczyńskich i został przed końcem misji odwołany. Szkoda wielka, bo ludzi tej rangi
mamy w świecie mniej niż palców u ręki.
Reiter wygłosił na uroczystości zgrabne
przemówienie ładną angielszczyzną, sytuując Paderewskiego wśród nowoczesnych twórców, utrzymujących się z pracy twórczej, inwestujących swe dochody
w biznes, a jednocześnie niezwykle
wrażliwego na służbę publiczną. Odniesienia do Madeleine Albrigth, byłej sekretarz stanu USA, zrobiły spore wrażenie na słuchaczach, dowodząc, że przemawia do zebranych nie byle kto. Przemówienie prorektora Uniwersytetu, C. L.
Maxa Nikiasa, Greka z pochodzenia, który nawiązał – dość brawurowo, ale całkiem rozsądnie do greckiego Paderewskiego – Eleftheriosa Venizelosa (rewolucjonisty i premiera państwa tylko cztery
lata młodszego od Ignacego), było tylko
cieniem wrażenia, pozostawionego
przez Reitera. Ceremonii towarzyszyły
inne mowy, cytowano fragmenty listów
Marii Kaczyńskiej i urzędującego wiceministra kultury. Studencki kwartet
smyczkowy wykonał transkrypcję „Menueta” Paderewskiego. Uroczyście przecięto biało-czerwoną szarfę, którą wcześniej przepasano pomnik, a potem fotografowano się masowo z pomnikiem,
ambasadorem, prorektorem i dziekanem.
Dzień kończył
koncert muzyki
współczesnej, choć nie, moment!
– najpierw na estradzie w Alfred Newman Recital Hall pojawił się, szkoda, że
na chwilę, Wojciech Kocyan, który pięknie zagrał „Nokturn” Paderewskiego. I gdy tak wprowadził wypełnioną
po brzegi kameralną salę (250-300
osób) w klimat modernizmu, nastrój
zmienił się radykalnie i resztę wieczoru
wypełniła muzyka Krzysztofa Meyera.
Głównej postaci cyklu „Paderewski Reprise”, organizowanego przez Żebrowskiego. Usłyszeliśmy „Sonatę breve”,
„Canzonę” na wiolonczelę i fortepian,
wreszcie „Kwartet smyczkowy” op. 103.
Muzyki było więc dość, brakło tylko
kompozytora, który w Los Angeles się
nie pojawił, bowiem nie dostał… amerykańskiej wizy. Zaplątana w absurdalny
węzeł amerykańska biurokracja uznała
światowej klasy twórcę za jakiegoś łachmytę, który korzystając z łaski mocarstwa, może zechciałby nielegalnie rwać
azbest na budowach New Jersey?
Półtoragodzinny koncert w wykonaniu
muzyków z USC zakończył się małym
przyjęciem na wolnym powietrzu, gdzie
wśród przekąsek rozstawionych na kilku
długich stołach królowały kanapki z polską kiełbasą i inne, nostalgiczne w tym
miejscu frykasy. Tu właśnie poznałem
sympatyczne panie z Klubu Modrzejewskiej, też chętne do współpracy, ale które mimo żarliwych zapewnień nigdy więcej nie dały znaku życia. Tu poznałem
też kilka eleganckich pań, reprezentujących polonijny biznes, również deklarujące wsparcie Towarzystwa Paderewskiego w LA. Zewsząd rozlegały się głosy aprobaty dla konkursu, Towarzystwa
i naszych pomysłów!
***
Do Paso Robles, z LA, dojechać nie
tak łatwo. Ponad 200 mil najlepiej pokonać samochodem. Podjął się tej misji,
mimo niedzieli, Krzysztof Onzol, wykształcony w Polsce archeolog, niegdyś
zielonogórski konserwator zabytków,
dziś pracownik kalifornijskiej firmy produkującej silniki do kosmicznych wahadłowców. Onzolowie mieszkają wygodnie i dostatnio w San Fernando, w przylegającej do Los Angeles dolinie, godzinę-półtorej od wybrzeża Pacyfiku (w zależności od natężenia ruchu na międzystanowej autostradzie nr 10).
Wyjechaliśmy z San Fernando
po godzinie 11, licząc się z ponad
3-godzinną jazdą na północ. Paso Robles mieliśmy osiągnąć wczesnym popołudniem. Zgodna z przepisami jazda, nie przekraczająca 75 mil na godzinę, działała na mnie anestezyjnie. Miałem wszak za sobą 11 godzin lotu
z Londynu i 9-godzinną różnicę czasu.
Barwna opowieść Krzysztofa o pionierskich latach adaptowania się jego rodziny w Kalifornii była jednak frapująca.
Odległa od prostego heroizmu bohaterów Wańkowiczowskiego „Tworzywa”,
miała jednak wiele z tego samego klimatu walki o przetrwanie w obcym środowisku, daleko od ojczyzny, od bliskich, zmaganiu się z żywiołem nowego języka, chorobami, nieznanymi obyczajami. Takie doświadczenie uczy pokory każdego, nawet tego, kto tylko tej
opowieści słucha, bo życie napisało
dlań inny scenariusz… Przystanąłem
nad tym epizodem, długą drogą do Paso Robles, pustą i prostą autostradą,
prowadzącą z Meksyku do Kanady, bo
Krzysztof Onzol w historii Konkursów
Paderewskiego, bydgoskiego Towarzystwa jest i będzie postacią ważną.
Także on, obok Żebrowskiego, popełnił ciekawy artykulik, będący przyczynkiem do losów Paderewskiego w Kalifornii, opublikowany przez bydgoskie Towarzystwo Muzyczne, w którymś z okolicznościowych programów. To Krzysztof
właśnie, wskazany nam przez Wojciecha
Kocyana,
podjął się skutecznie
zorganizowania Towarzystwa Paderewskiego w Kalifornii, będącego suwerenną, rzecz jasna, ale ściśle z bydgoskim Towarzystwem działającą
strukturą. Naszym programowym
przedstawicielstwem, informującym
o konkursach, wspierającym nas
w przygotowaniu preselekcji i pomagającym w organizacji recitali laureatów
Konkursów Paderewskiego.
Paso Robles, jak informuje tablica
przy wjeździe do miasta, liczy sobie 28
tysięcy dusz. Typowa, amerykańska prowincja. Rozległe przedmieścia, parterowa zabudowa, obszerne domostwa
w ogrodach, krzyżujące się pod kątem
prostym ulice. W centrum ratusz, kilka
miejskich instytucji, hotel, a przy nim
słynny Ball Room, w którym przez dziesiątki lat organizowano koncerty, czczące pamięć Paderewskiego. Mistrz bywał
tu często między 1914 i 1939. Poddawał
się kuracji w gorących źródłach, co zalecił mu lekarz, a z czasem okolica spodobała mu się na tyle, że kupił tu dwie rozległe posiadłości, liczące niemal 3 tysiące akrów, nazwane przezeń z miłością:
Rancho San Ignacio i Rancho Santa Helena.
Sala balowa hotelu, dziś całkiem przyzwoita, jest po renowacji, gdyż po którymś z trzęsień ziemi, została poważnie
uszkodzona i groziła zawaleniem. Fakt,
że salę odbudowano, a mieści ona czterysta miejsc, wykorzystał i Marek Żebrowski, i Frank Meecham, którzy niemal
jednocześnie zrozumieli, że nastał czas,
by reaktywować letnie serie koncertów,
gdyż miasto łaknie tego, jak kania
dżdżu, a i dla admiratorów Paderewskiego Paso Robles jest „kąskiem” atrakcyjnym bardzo. Jednym z elementów kulturalnej reaktywacji miasta stał się recital
laureatów Konkursu Pianistycznego dla
Młodzieży im. Paderewskiego.
Tej słonecznej niedzieli w Paso Robles, popołudniem, w sali balowej Paso
Robles Inn brzmiała muzyka Paderewskiego, Krzysztofa Meyera, Zygmunta
Stojowskiego oraz innych kompozytorów, których dzieła wykonali artyści sprowadzeni przez Żebrowskiego. Sala – pełna. Zarezerwowano co prawda dwa rzę-
a4158-59.qxd
2008-10-03
14:05
Page 3
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
dy dla sponsorów, a ci, co jest regułą
pod każdą szerokością geograficzną,
pieniądze dali, ale żeby się przy muzyce
męczyć? W życiu! Więc dwa rzędy świeciły pustkami jak łysina Yula Brynnera.–
Mogliśmy te miejsca sprzedać – mówił
potem ze smutkiem Steve Cass, organizator koncertu, jeden z dwustu miejscowych właścicieli winnic. – Zainteresowanie było dużo większe, niż mogliśmy je
zaspokoić.
W jednej z recepcyjnych sal na piętrze
hotelu ulokowano niewielką wystawę poświęconą Paderewskiemu, złożoną
z przedmiotów osobistego użytku Mistrza. Imponował wielki kufer podróżny,
który ustawiony pionowo, stawał się poręczną szafą; szerokie, żelazne łóżko,
nakryte kapą z misternie wyhaftowanym
polskim orłem; anglojęzyczne książki
poświęcone Mistrzowi, wiele zdjęć i unikalnych afiszy z kolekcji naszej Christine
Smith, a także imponująca kolekcja gadżetów reklamujących m.in. Port Lotniczy im. I. J. Paderewskiego w Bydgoszczy. Jak to się dostało do Paso Robles?
Dalibóg, nie wiem.
W ideę restytuowania serii koncertowych włączył się Joel Peterson, młody
biznesmen z branży winiarskiej, którego
rodzona babcia przez długie, bardzo
długie lata (bo dożyła 103 lat!) wielbiła
Paderewskiego myślą, mową i uczynkiem, organizując koncerty pod jego wezwaniem. A zatem pokolenie obecne
do tej tradycji powraca. I tu małe wyznanie komercyjne. Moja wizyta w Paso Robles miała też na celu dotarcie do producenta wina, który posługuje się na etykiecie Paderewskim.
Panowała niezwykle sympatyczna atmosfera. Grupa wolontariuszy obsługiwała bar z winem (szklanka – 7 dolarów), stoisko z książkami, koszulkami
polo, T-shirtami, a także bufet z daniami
lunchowymi. Wszystko w naturalnej scenerii soczyście zielonego ogrodu, w którym na przemian powiewały powtykane
w trawnik flagi amerykańskie i polskie.
Paso Robles Inn, jeden z ważnych sponsorów imprezy, też wart jest wzmianki.
Ma oprócz pieknie odrestaurowanej, historycznej sali balowej kilkadziesiąt pokoi, kawiarnię utrzymaną w stylu lat 40.
i obowiązkowy Steak House. Spotkałem
tam kilkoro starszych Polonusów, już nie
mówiących po polsku, za to bardzo
życzliwie wypytujących o nasz pobyt
w Paso Robles. Pozostali to Amerykanie, też ujęci faktem, że na ich skromny
festiwalik przyjechali goście nie tylko
z LA, lecz także z dalekiej Polski. Swoje
polskie korzenie przy tej okazji obnażył
publicznie mer Frank Meecham, który
życzliwie oklaskany, przyznał się
do babki Polki. Polityk z przyszłością!
Wtedy też, po raz pierwszy, Krzysztof
Onzol, został przedstawiony naszym
gospodarzom w Paso Robles jako Chairman of the Paderewski Association in
Los Angeles.
Podczas tego pobytu w Los Angeles
odbyłem spotkanie z Deborah Berman,
dziekanem Colburn School of Performing Arts. Świetnie położona uczelnia
w centrum LA, sto metrów od
zachwycającej bryły
Disney Hall, czyli filharmonii Los Angeles, była mi znana już z sprzed kilku lat,
kiedy odwiedziłem szkołę, by zobaczyć
jej najoryginalniejszą atrakcję, autentyczny domek-studio Jashy Heifetza, zrekonstruowany na I piętrze szkoły. Do studia
można zaglądać przez jego okna, oglądać wnętrze, w którym pracował legendarny skrzypek. Dziś największym atutem szkoły, rozwijającej się z imponującym rozmachem, jest obecność w niej,
w charakterze etatowego pedagoga,
prof. Johna Perry’ego, przez wielu traktowanego jako papieża amerykańskiej pianistyki, profesora, u którego kształcił się
i doktoryzował nasz Wojtek Kocyan.
Idea, by w Colburn zorganizować preselekcje do VIII Międzynarodowego Konkursu im. Paderewskiego zostanie
przedłożona Zarządowi Towarzystwa
oraz prof. Piotrowi Palecznemu, bo jak
się wydaje, Colburn to dobry adres, by
tu przyciągnąć na eliminacje spory tłumek kandydatów nie tylko z Zachodniego Wybrzeża. Długa rozmowa z panią
dziekan, zwiedzanie szkoły, jej nowego
gmachu (dwa lata temu jeszcze go nie
było), zapowiada ciekawą ofertę dla naszego Konkursu.
Ciekawym dla mnie doświadczeniem
była wizyta w Loyola Marrymount Univeristy, gdzie pracuje Kocyan. Pięknie położony kampus uczelni oferuje fantastyczny widok na panoramę Gór Skalistych, wieżowce Century City, a jeszcze
bardziej ku południowi, na strzelistą wyspę Downtown, wieżowce śródmieścia,
które rzeczywiście wyrastają niczym skały nad morską tonią.
Z kolei spoglądając ku zachodowi, widzi się połyskującą taflę Pacyfiku. Osiem
tysięcy studentów LMU ma do dyspozycji wszystko, co trzeba. Pomimo że uniwersytet jest prywatny i katolicki, prowadzą go jezuici, nie czuje się jakiejkolwiek
religijnej indoktrynacji, ale kiedy samorząd studencki wystąpił z postulatem zainstalowania w toaletach automatów
z prezerwatywami, władze uczelni zgody
nie wyraziły.
Studio Kocyana, w którym uczy swoich studentów, jest wygodnie na parterze
położonym gabinetem, w którym stoją
dwa fortepiany, biurko i podręczna biblioteczka. Z okien rozciąga się sielski
widok na rozległe trawniki kampusu.
– A to jest instrument – wskazał na jeden z fortepianów Wojtek – który należał
do Franka Sinatry, hojnego sponsora
uczelni.
CDN
HENRYK MARTENKA, WIELKI
AKORD. Ze wspomnień dyrektora
Międzynarodowych Konkursów
Pianistycznych im. Ignacego Paderewskiego w Bydgoszczy.
1985-2008. Cena 25 zł.
REKLAMA
a4160-61 witryna.qxd
2008-10-03
15:23
Page 2
60
WITRYNA
Jakie piękne powstanie…
Kinderszenen to cykl fortepianowych miniatur Schumanna,
ale Jarosław Marek Rymkiewicz
stworzył swoje miniatury według
własnej melodii. Pełne krwi i grozy, bo los zesłał autorowi surowe dzieciństwo. Miał 9 lat, kiedy
wybuchło Powstanie Warszawskie i gdy niemiecki czołg pułapka, wyładowany toną materiałów wybuchowych, rozerwał
na strzępy setki ludzi przy ulicy Kilińskiego. Krew zalała dom do trzeciego piętra. Mimo tego dramatu i innych okrucieństw i okropieństw Powstania, Rymkiewicz zachwyca się nim i uznaje za jedno z najpiękniejszych i najważniejszych wydarzeń w historii Polski, jakie nam się przytrafiło. Ale to nie jest tylko rzecz o okupacji i naszym narodowym zrywie w 1944 roku. To także esej o szaleństwie mordowania, szaleństwie odpowiedzi na to szaleństwo i o dorastaniu wśród obydwu
tych szaleństw. To również opowieść o losie, który decyduje o tym, że będąc na krawędzi życia, jedni przeżywają, a drudzy nie. Daleko Rymkiewiczowi do tak
zwanej poprawności politycznej. W swojej poprzedniej
książce „Wieszanie” ubolewał nad tym, że zbyt mało
powiesiliśmy zdrajców, a kiedy rządził Jarosław Kaczyński pisarz nie zawahał się napisać, że tylko przywódca PiS „ugryzł żubra w dupę” i zmienił bieg naszej
historii. Tym razem autor brawurowo i bezkompromisowo ocenia wydarzenia sprzed lat. „Kinderszenen” to
kolejna wyjątkowa książka. Porywająca, szokująca,
wzbudzająca emocje i prowokująca dyskusje.
JACEK BINKOWSKI
JAROSŁAW MAREK RYMKIEWICZ. KINDERSZENEN. Wydawnictwo SIC!, Warszawa 2008.
Cena 39,90 zł.
Polaka portret wstrętny
Zubożały szlachciura xiążę
Stanisławczyk żyje w otoczeniu
brzydkiej rodziny, której nie lubi,
wszechobecnego, potwornego
brudu i bałaganu, w niszczejącym dworze, co to kiedyś sławnym gniazdem był, a teraz tylko
„kupa kamieni i pokrzywy”.
W nocnych majakach, a później
w coraz bardziej chorych rojeniach niesennych widział siebie
Królem Polski, co – jako nierealna fiksacja – pogłębiało tylko jego permanentną frustrację i nienawiść do świata i ludzi. A nienawidził
wszystkiego, co ruszało się wokół niego: zwłaszcza
chłopów, ich lenistwa i gnuśności, widząc w nich
przede wszystkim złodziei, jak we wszystkich zresztą,
nie wyłączając nawet przyjaciela. Nie rozumie, więc
nienawidzi cudzoziemców, a w najlepszym okolicznym gospodarzu, Niemcu, widzi zagrożenie dla swoich kulawych interesów, bo Stanisławczyk nie potrafi
zarządzać, więc każe go spalić i mordować. Nie cierpi
Żydów, choć z nimi handluje, ale i tak ma ich za złodziei. Wszędzie dookoła węszy spisek, dziś powiedziałoby się układ, jest nieufnym, zazdrosnym pesymistą i fatalistą. Wiedzie pustą, nudną egzystencję, pozbawioną jakichkolwiek perspektyw. Czasami się upija do nieprzytomności albo gra w karty. „Prawdziwy”
Polak całą gębą. Autor, cudownie szydząc z naszych
przywar, nie zostawia suchej nitki na bohaterze – tyleż
odrażającym co groteskowym przedstawicielu tytułowego gatunku. To trzeba przeczytać!
MAREK KOPROWSKI
KRYSTIAN PIWOWARSKI. HOMO POLONICUS.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.
Cena 22 zł.
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Książki i Nagroda Nobla
W minionej epoce miesiącem książki
był u nas tradycyjnie maj. Warszawiacy
ciągnęli do Pałacu Kultury i Nauki, by
zobaczyć nie zawsze prawomyślne
książki z Zachodu albo i z Chin,
nacieszyć oko albumami, których u nas
zawsze brakowało, dostać w prezencie
kolorowy folderek, balonik czy też
maskotkę.
Prowincja również świętowała i na wiosennym kiermaszu można było nie tylko zobaczyć
lokalnego poetę, ale i kupić ostatnie wydanie
encyklopedii, w księgarniach oczywiście nieosiągalne.
Teraz maj kojarzy się z książkami chyba głównie maturzystom. Staliśmy się europejscy i międzynarodowi, więc święto książki obchodzimy
– podobnie jak cały świat – jesienią, gdy w Sztokholmie wybraniec losu otrzymuje wraz z czekiem
przepustkę do nieśmiertelności. Nie daje ona co
prawda gwarancji, że dzieła laureata czytane będą przez następne pokolenia. Jednak pomyłki jurorów, w przeszłości nierzadkie, również są pamiętane.
Święto trwa krótko, trzy dni, może tydzień.
Rozpoczyna się od medialnych spekulacji. Jak
każdy wyścig, także i ten ma swoich faworytów,
choć kryteria są dla publiczności mało czytelne.
Ogłoszenie nazwiska kolejnego noblisty stanowi
punkt kulminacyjny. Niezależnie od trafności dokonanego wyboru, podnosi niebotycznie sprzedaż książek laureata, o ile akurat są na rynku. Sypią się propozycje przekładów i sprzedaży praw
autorskich. Jednym słowem, literacka Nagroda
Nobla to wyśmienity interes.
Sinolog wśród jury?
Perspektywa sztokholmskiego sukcesu wywołuje zresztą emocje przez cały rok. System wyłaniania kandydatów jest mało przejrzysty i dlatego
aż do ogłoszenia werdyktu nie wiadomo, kto
ostatecznie zatriumfuje, a kto odejdzie z kwitkiem.
Pamiętam, jak pewien redaktor wydawnictwa
przekonywał mnie, że złożone z osiemnastu akademików szwedzkie jury czyta absolutnie
wszystkie książki wydane w minionym roku
na świecie. Mają w swoich szeregach nawet sinologa, dodawał z miną człowieka dobrze zorientowanego. I ten sinolog czyta na przykład
wszystkie książki wydane w Chinach Ludowych
i na Tajwanie!
No cóż, założyłem sobie – wariant chyba nazbyt optymistyczny – że każdy z osiemnastu
znawców literatury czyta co najmniej w dziesięciu językach. Sto osiemdziesiąt języków to jednak kropla w morzu! Oczywiście, są przekłady,
ale… To już nie to!
W Polsce ukazuje się co roku ponad dwadzieścia tysięcy tytułów, oczywiście część z nich to
wznowienia, a większość nie należy w ogóle
do literatury pięknej. Mimo wszystko mam wraże-
nie, że najbardziej pracowity krytyk nie jest w stanie ogarnąć całej polskiej produkcji wydawniczej! A wyobraźcie sobie, ile książek ukazuje się
co roku w Indiach, Chinach czy USA!
Kolejka do Nobla wydaje się tak długa jak droga z Ziemi na Marsa albo jeszcze dłuższa. Wybrańcom trzeba, niestety, dopomóc – i to w dwojaki sposób. Po pierwsze – reklamując zalety najlepszego kandydata, po drugie – likwidując konkurencję.
Bardzo rzadko pisuję recenzje z nowości wydawniczych, ale raz – zachwycony ostatnim tomem jednego z najwybitniejszych polskich poetów – zabrałem głos i opatrzyłem swój tekst
obiecującym tytułem Nobel dla naszego powiatu.
Ostatecznie Macondo w początkach swego istnienia nie było nawet powiatem, a przyniosło Kolumbii literacką Nagrodę Nobla. Bez Marqueza
nie byłoby oczywiście ani Macondo, ani czytanych przez pół świata Stu lat samotności. Ale bez
zapomnianego przez Boga i ludzi Macondo nie
byłoby także wielkiego Márqueza. A czy nasze
powiaty gorsze?
Jak się okazuje – gorsze!
Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałem
w druku recenzję pod zmienionym tytułem: W naszym powiecie. Redaktor czasopisma starannie
wykreślił wszystkie noblowskie aluzje i pretensje,
tłumacząc potem, że omawiana przeze mnie
książka wcale nie jest aż tak wybitna, no i gdzie
jej tam do Nobla. Może wystraszył się, że ktoś
przeczyta i najbardziej prestiżowa nagroda świata naprawdę powędruje w okolice Warszawy?
Trudno mi w to uwierzyć. Chodziło raczej o coś
zupełnie innego. Pewnie i on – jak każdy człowiek zajmujący się literaturą – miał swoich faworytów. Nasze typy wyglądały inaczej, stąd zawód,
niechęć i decyzja o redaktorskiej interwencji. Bez
porozumienia z autorem, oczywiście…
Nagród przeznaczonych dla pisarzy są
na świecie tysiące, ale tylko ta jedna liczy się naprawdę. Przeszło sto lat istnienia nie pozostawia
wątpliwości, że noblowska inicjatywa została dobrze pomyślana. Nobla dostaje się tylko raz i wyłącznie za życia. Skoro rozstrzygnięcie następuje
raz w roku, a w dziedzinie literatury podziału nagrody dokonuje się bardzo rzadko, nie ma mowy
o dewaluacji. Dotychczasowi laureaci tworzą elitarne towarzystwo, a nie tłum, w którym musiałyby zniknąć nawet największe indywidualności.
Ochrona przed marketingową presją
Tradycja – nade wszystko. Tradycyjna jest data ogłoszenia werdyktu, tajemnica otaczająca
obrady jury, ceremonia wręczenia dyplomu i czeku, przemówienie noblisty i uroczysty bankiet.
Właśnie tradycja chroni dość szczęśliwie Nagrodę Nobla przed marketingową presją. Popularność rzadko bywa poważnym atutem w pisarskim wyścigu. Liczba sprzedanych egzemplarzy
nie robi na jurorach wielkiego wrażenia. Dlatego
tradycyjnie już nie nagradza się autorów książek
sensacyjnych, romansów czy twórców fantastyki
naukowej. Pisarze dla dzieci i młodzieży mają
odrębne nagrody. Krytycznie spogląda się nawet
na autorów bestsellerów.
To dobrze, że Nagroda Nobla rzadko przypada liderom księgarskich rankingów, jednak nie
miejmy złudzeń: jeszcze rzadziej nagradzani są
a4160-61 witryna.qxd
2008-10-03
15:23
Page 3
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
pisarze nieznani, zapomniani i niedoceniani.
Przed stu laty francuski poeta Sully Prudhomme, pierwszy laureat zaszczytnego wyróżnienia,
nie był zapewne znany całemu czytającemu
światu. Zresztą ten świat czytał wówczas najchętniej romanse (o ile nie czytał gazet). Jednak
już dobrych dziesięć lat przed ustanowieniem
Nagrody Nobla Sully Prudhomme zainteresował
u nas Miriama, czyli Zenona Przesmyckiego,
który tłumaczył już wówczas wiersze przyszłego
noblisty.
Sto lat temu wszystko wyglądało zresztą inaczej. Nie było internetu ani telewizji, popularność
mierzono w zupełnie innych kategoriach. Dziś
nawet sztokholmskim jurorom trudno uwolnić
się od demona medialności. Można lekceważyć
czytelnicze i handlowe sukcesy wybitnych książek, ale trudno oderwać się od świata, w którym
na literaturę, politykę, naukę, myślenie tak przemożny wpływ wywierają elektroniczne media.
To, co istnieje poza obszarem mediów, pozostaje w gruncie rzeczy niezauważalne. Najlepiej widoczne jest zaś to, co koresponduje z najczęściej podejmowanymi przez dziennikarzy tematami.
Zapadające w ostatnich latach wyroki dostojnego jury zaskakiwały nas więc chyba niesłusznie. Liczyliśmy na wyróżnienie tego czy innego
znakomitego pisarza, zapominając, że Nagroda
Nobla nie musi przypadać wielkim mistrzom
sztuki pisarskiej takim jak Nabokov czy Borges.
Ich miejsce w literaturze światowej pozostaje
niekwestionowane i na dobrą sprawę niewielu
noblistów mogłoby pod tym względem z nimi
konkurować.
Mam jednak wrażenie, że u schyłku XX i na początku XXI wieku nagradzano nie pisarzy i książki, lecz symbole. Za pomocą Nagrody Nobla
mówiono o pewnych niewątpliwie ważnych,
choć oczywiście wykraczających poza literaturę
sprawach. Imre Kertész symbolizował wysiłki
wszystkich autorów piszących o koszmarach
Holocaustu. Proeuropejska orientacja Orhana
Pamuka też zasługiwała na poparcie. Przy okazji
doceniono wreszcie dwie interesujące przecież
literatury: węgierską i turecką, których przedstawiciele nie mogli jakoś doczekać się wcześniej
uznania.
Sztuka ta nie udała się chyba w przypadku Elfriede Jelinek, w osobie której uhonorowano literacki feminizm. Właśnie feminizm, bo lepiej nie
pamiętać, że Nagroda Nobla ominęła najwybitniejszych pisarzy austriackich: Rilke, Musil,
Broch, Doderer nigdy jej nie dostali! Chińskim
dysydentom pomogło na pewno wyróżnienie dla
Gao Xingjiana. Przez chwilę oczy całego świata
zwróciły się ku osobie i twórczości nieznanego
dotąd artysty, podejmującego słuszną oczywiście walkę o przywrócenie demokratycznych
swobód. Jednak w Pekinie krzywiono się
– i pewnie nie bez powodu – że w ogromnych
Chinach znaleźć można znacznie wybitniejszych
literatów. Kłopot w tym, że nie jeżdżą oni do Paryża i nie popadają w konflikt z komunistyczną
władzą.
Niestety, artystyczna świetność i godna podziwu postawa moralna nie zawsze idą w parze.
Laury dla Borysa Pasternaka i Aleksandra Sołżenicyna zaliczyć musimy więc chyba do szczęśliwych wyjątków.
Przypominam sobie, że w przeszłości kilkakrotnie próbowano wydawać u nas serię złożoną
wyłącznie z dzieł laureatów Nagrody Nobla. Żad-
61
WITRYNA
ne z tych przedsięwzięć nie zostało doprowadzone do szczęśliwego końca. Wątpię zresztą,
czy dziś znaleźliby się amatorzy gotowi wziąć
do ręki dzieła niegdysiejszych noblistów: Heidenstama, Euckena albo Jensena.
Wielcy niedocenieni
Podobne próby skłaniają nas jednak do pytania, czy co roku w Sztokholmie nagradzane są
książki czy raczej ludzie? A może decyduje jakiś
zbieg okoliczności, który jednym sprzyja, innych
zaś eliminuje z morderczej konkurencji?
Przed laty jeden z moich pedagogów, sceptycznie oceniający nasze licealne lektury, wyznał, że sam czyta jedynie dzieła noblistów. Zdziwiło mnie to ogromnie, bo nigdy nie ufałem
szwedzkim jurorom konsekwentnie pomijającym
co roku nazwiska moich ulubieńców. Zdziwiło
mnie tym bardziej, że ułożona przez mojego nauczyciela lista lektur zawierać musiała poważne
luki. Nie było na niej ani Procesu Kafki, ani Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa. Brakowało dwóch
najważniejszych zapewne powieści XX wieku:
Ulissesa Joyce’a i W poszukiwaniu straconego
czasu Prousta. Elegie duinejskie Rilkego też Nobla nie dostały, choć oddawano nieraz nagrodę
w ręce poetów może nie drugorzędnych, ale jednak dalekich od światowego formatu.
Przeoczenia i pomyłki czasem można zrozumieć. Najbardziej poruszające dzieła Kafki ukazały się dopiero po śmierci pisarza. Wybitny poeta grecki Konstandinos Kawafis nie opublikował
za życia ani jednej książki. Jednak Heimito von
Doderer doczekał siedemdziesiątki, Paul Valéry
żył cztery lata dłużej, a Jorge Luis Borges zmarł
mając osiemdziesiąt siedem lat. Żaden z wymienionych nie otrzymał Nagrody Nobla. Dziwne?
Może i nie, skoro wcześniej sztokholmscy jurorzy odrzucili dziesięciokrotnie kandydaturę Lwa
Tołstoja!
Długie życie przypadło również Ingmarowi
Bergmanowi, najwybitniejszemu artyście skandynawskiemu od czasów Strindberga. Chociaż
Bergman bodaj trzydzieści lat przed śmiercią zamienił kamerę na pióro, nie słyszałem, by wymieniano go w gronie kandydatów do literackiego Nobla. Pewnie trzeba by przezwyciężyć rozmaite uprzedzenia, a może zapomnieć o pewnych pretensjach pod adresem wielkiego rodaka? W każdym razie Bergmana znali i czytali
wszyscy, co trudno powiedzieć o innych nagrodzonych wcześniej Skandynawach.
Zapewne, dzięki Nagrodzie Nobla przeczytaliśmy Naipaula i Pamuka, z różnym skutkiem próbowaliśmy pokochać Heaneya i Paza. Nie przeoczymy już sztuki Pintera w teatrze ani filmu
o twórczości Mahfuza w telewizji. Dzięki dobremu pomysłowi wynalazcy dynamitu ten i ów
przeczyta jedną książkę w roku więcej – powieść
albo wybór wierszy aktualnego noblisty.
Myślę, że pod względem medialnym Nagrodzie Nobla na razie nic nie grozi, bo ani pieniędzy, ani kandydatów z pewnością nie zabraknie.
Szkoda tylko, że coraz częściej w wyścigu
po noblowskie laury triumfuje poprawność,
sprawne rzemiosło, czytelna idea. Coraz rzadziej
zaś w nagrodzonych dziełach czujemy powiew
wielkiej sztuki pisarskiej.
JAN TOMKOWSKI
Autor jest profesorem w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, historykiem literatury, prozaikiem i eseistą.
Popołudnie wyższych sfer
Trafiła do nas ostatnia powieść Virginii Woolf, skończona
miesiąc przed samobójczą
śmiercią, dotąd nie przetłumaczona na język polski. Trudna
jak inne jej książki, ale mam wrażenie, że przy tej autorka już całkiem przestała troszczyć się
o czytelnika. Poniosły ją wolność i fantazja dane pisarzowi.
Od pierwszych stron nie czuje
potrzeby wytłumaczyć nam, kim
są bohaterowie, którzy nieustannie coś o kimś mówią,
coś myślą, przeżywają różne emocje, coś sobie przypominają, cytują ulubione fragmenty poezji. Po pewnym czasie orientujemy się, że jesteśmy w Pointz Hall,
posiadłości rodzeństwa Lucy i Barta Oliverów, bardzo
już wiekowych. Ten chłodny, północny dom znajduje
się na angielskiej wsi, niezbyt daleko Londynu. Jest
czerwiec 1939 roku. Przeżyjemy tu jedno popołudnie,
zaproszeni – podobnie jak inni goście – na doroczne
przedstawienie reżyserowane przez ekscentryczną
pannę La Trobe, odgrywane przez mieszkańców okolicznych wiosek. Między kolejnymi aktami sztuki popatrzymy sobie, jak ludzie odwiecznie walczą z miłością:
w czworokącie Isa, synowa pana Olivera, jej mąż Giles, William Dodge i pani Manresa, i ze śmiercią: właściciele domu. Właśnie oni, rodzeństwo Oliverów,
stworzyli wzruszający obraz starości.
Tylko dla czytelników Woolf.
ALEKSANDRA KONIECZNA
VIRGINIA WOOLF. MIĘDZY AKTAMI (BETWEEN
THE ACTS). Przeł. Magda Heydel. WYDAWNICTWO
LITERACKIE, Kraków 2008. Cena 29,90 zł.
„Niewidzialna ręka” czuwa
Nasi żołnierze w Afganistanie
aresztowali kuzyna kogoś od bin
Ladena i ten umarł ze strachu,
więc jakiś tam wice-Osama szykuje zamach terrorystyczny
na Polskę. Może być skuteczny.
Po weryfikacyjnych sukcesach
pana M. służby są w rozsypce,
pałace – mały i duży – żrą się
między sobą, z czego relacje mamy codziennie w dzienniku telewizyjnym, i per saldo bronić Najjaśniejszej nie bardzo jest komu. Ale „niewidzialna ręka”
czuwa. Już nie w „Ekranie z bratkiem”, ale w „realu”.
Tajna organizacja MANUS ma wszelkie kompetencje
i możliwości, aby stawić czoło złu wszelakiemu. Grupa
składa się z wysokiej klasy zabijaków cywilnych i wojskowych, jednego buddyjskiego mnicha-mistrza wszelakich walk wschodnich i jednego dziennikarza śledczego, znanego z poprzedniej powieści mistrza Twardowskiego „Archiwum Soni”. Wszystkich jednak na głowę
bije Rubik, który potrafi ciosem „z karata” spowodować,
że mało groźny bandziorek womituje na trzy metry albo
się smrodliwie sfajda. Bardziej groźnemu potrafi szybkim ruchem wyrwać żebro i chlasnąć go tym żebrem
w pysk. Ale to jeszcze nic. Kiedy trzeba ratować przyjaciół, Rubik potrafi się teleportować, czyli przemieszczać
nawet na duże odległości z szybkością światła. A ruszać się trzeba szybko, bo terroryści ante portas...
Bardzo fajne czytadło – terroryści, spiski, tajne służby z twardymi facetami, a każdy z licencją na zabijanie,
ładne samochody i szybkie kobiety, ale z tymi nadprzyrodzonymi rzeczami to autor trochę przesadził.
BOGDAN WOJDYŁA
IRENEUSZ TWARDOWSKI. INTERWENCJA SONI.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.
Cena 32 zł.
a4162-tarot.qxd
2008-10-03
14:05
Page 2
62
WIERSZÓWKA
to co nam zostanie?
No to jak?
Nie pisać?!
Wierzę w Słowo
Nie pisać?
Jeśli narodzi się Słowo
Ożyje, przeżyje jakiś czas
W gazecie, książce...
Wierzymy, że próbujemy naprawiać świat
Wierzymy, że Ono ma siłę
Wierzymy, że to Ono
Wykrzyczy, zauważy, załatwi
Powie tak lub nie
Znajdzie Prawdę
Obroni, oskarży, uderzy,
gdy zawiodą ci, którzy
powinni dobrać te najlepsze Słowa
znaleźć je
kiedy jednak umrze
nieznalezione Słowo,
kto nas obroni,
kto znajdzie dla nas czas,
a kiedy zwątpimy w Słowa,
Horoskop z tarotem
BARAN 21.03. – 19.04. DZIESIĄTKA MONET
Nie przekonuj sam siebie, że „pieniądze nie dają
szczęścia”. Spróbuj poprawić stan konta, bo
w tym tygodniu może być wiele takich okazji.
Dziesiątka pomoże Ci przeforsować pomysł przyspieszający awans, a przynajmniej znaczącą podwyżkę. Znajomi będą zapraszali na spotkania, oczekując Twojej rady i... pożyczek. Tych ostatnich udzielaj bardzo ostrożnie. Gotówka
przyda się na cenny drobiazg dla ukochanej osoby...
BYK 20.04. – 20.05. PIĄTKA PAŁEK
Zakończ spór z przyjacielem. Mądrzejszy
pierwszy szuka kompromisów. Wkrótce będzie
Ci potrzebna jego pomoc i rada w sprawach
zawodowych i dotyczących gotówki. Z tą ostatnią, niestety, weźmiesz „rozwód” na jakiś czas. Za to zdrowia
można Ci będzie pozazdrościć. Wykorzystaj je, bo pewnie w domu przydałby się jakiś drobny remoncik. Kluczyki od samochodu „zgub” – będziesz miał więcej czasu na miłosne uciechy...
BLIŹNIĘTA 21.05. – 21.06. AS KIELICHÓW
Przekonasz się, że najważniejsze ze wszystkiego są potrzeby serca! Nie chodzi tu tylko o miłosne uniesienia, których na pewno nie zabraknie. Będziesz ostoją dla bliskich Ci ludzi. Czasami możesz zbyt mocno angażować się w cudze problemy.
Za to rezultat będzie wspaniały. Szczególnie młodsze
pokolenie uzna Cię za swego najlepszego przyjaciela.
Zdrowie coraz lepsze, ale sytuacja zawodowa nie
do końca spełni Twoje ambicje.
RAK 22.06. – 22.07. DZIEWIĄTKA MONET
Za sukcesy zawodowe trzeba niejednokrotnie
zapłacić wysoką (zbyt wysoką?) cenę. Zastanów
się, czy warto, dla niewielkiej podwyżki, tracić
przyjaciół i sympatię współpracowników. Bowiem nie da
się jej osiągnąć bez skrzywdzenia innej osoby. Twój urok
osobisty i – niespodziewanie – rozkwitająca uroda – staną
się przyczyną nowych, bardzo ciekawych znajomości.
Ukochana osoba nie będzie tym specjalnie zachwycona...
RENATA WILANT, Koszalin
[email protected]
Gołębiarz
Spotkałam go w parku
pytał żonkile, czy walca zatańczą
zaklinał gołębie
i z burzą flirtował
i nie bał się deszczu.
A pomnik nazywał swoim hotelem
i nie chciał pieniędzy
przewracał oczami tupiąc i skacząc
i z ludźmi rozmawiał
i nie bał się płakać.
Zabronił mi mówić
zakazał mi biegać
podzielił się niczym
i wyjął z kieszeni ten skrawek papieru
przeczytał dwa słowa...
ADAM KONDRUĆ, Bielsk Podlaski
([email protected])
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Górskie rozdroża
zaskrzypiała deska samotnie
kierunkiem opadła w dół
dzikie rozdroże
w kroplach deszczu cisza gór moknie
kwitnąc ostem pośród pól
traw blade morze
głosy lawin przebrzmiałych wczoraj
niczym kruki rażone
fruną stalowo
kamieniem zwiędłym kręta droga
wznosi gardło zwężone
niebiańskim progom
MARIA ŚWITALSKA, Warszawa/Kraków
([email protected])
Kochani nasi Poeci i Wierszokleci!
Ujawniajcie się (nadsyłając wiersz, uwzględniajcie rozmiary
naszej rubryki). Najlepsze utwory nagrodzimy publikacją.
Nadesłanych wierszy redakcja nie zwraca.
Wybrali: MATEUSZ i MAREK KOPROWSCY
LEW 23.07. – 22.08. RYCERZ MIECZY
STRZELEC 22.11. – 21.12. KRÓLOWA PAŁEK
Zawodowe obowiązki przestaną być uciążliwe. Rycerz Mieczy sprawi, że koledzy chętnie wezmą na siebie ich znaczną część. Będziesz mógł więcej czasu poświęcić rodzinie, bo
pewne drobne nieporozumienia niepokojąco urosły.
Twoja interwencja zostanie przyjęta z wdzięcznością.
Zdrowie nadal wymaga troski, ale do całkowitego wyzdrowienia już blisko. Dobry czas na zdawanie egzaminów. A w miłości okażesz się prawdziwym prymusem!
Nie wyrywaj się w pracy, gdy szef będzie szukał ochotnika do nowych obowiązków. Poczekaj, aż zwróci się bezpośrednio do Ciebie. Więcej wytargujesz... Spokojnie odpocznij kilka dni i zadbaj, by dieta nie zrujnowała Ci zdrowia. Otaczający Cię
ludzie będą chętnie udzielać pomocy. Jeśli więc masz
do załatwienia jakieś urzędowe sprawy – nie zwlekaj. Finanse stabilne, a w uczuciach zobaczysz błysk zazdrości w oczach bliskiej osoby...
PANNA 23.08. – 22.09. CESARZOWA
Lekceważenie posiadanej gotówki może sprawić, że na długo odejdzie ona w siną dal. Uważaj więc z wydatkami, szanuj każdy grosz, bo
zbliża się okazja, by stać się naprawdę poważnym inwestorem. W pracy przyhamuj trochę zawodowe ambicje.
Lepiej, zamiast oglądać sport w telewizorze, wybierz się
na jesienny spacer. Pieszo! Na przykład w kierunku kolektury, z ukochaną osobą, która podpowie numerki...
Pora roku nie zachęca do wysiłku, ale Cesarzowa proponuje, byś spróbował wcielić w życie
zaniechany pomysł. Tym razem jest duża szansa, że Ci się powiedzie. W razie problemów – zwróć się
o radę do doświadczonej kobiety. Babski punkt widzenia bywa nieoceniony! Coraz lepsza atmosfera w pracy,
w domu – niemal sielanka. W miłości Jej Wysokość wyraźnie ostrzega: tylko monogamia zaprowadzi Cię tam,
gdzie pragniesz!
WAGA 23.09. – 22.10. KRÓLOWA MIECZY
Błędem byłoby w tym tygodniu unikanie towarzystwa plotkarzy. Sam nie zabieraj głosu, ale
słuchaj uważnie. Możesz dowiedzieć się ciekawych rzeczy o bliskich Ci osobach, wykorzystać czyjś
pomysł na zainwestowanie pieniędzy lub usłyszeć, że
zajęcie, o jakim marzysz, jest chwilowo wolne. Zdrowie
nie najgorsze, ale za kierownicą warto uważać. W miłości długa, burzliwa rozmowa. Bliska sercu osoba nie dopuści Cię do głosu...
SKORPION 23.10. – 21.11. GŁUPIEC
Głupiec przekonuje, że... wszystko już było,
więc możesz z powodzeniem uniknąć popełnionych już raz błędów. Spójrz krytycznie
na otaczających Cię ludzi, nie gadaj za dużo i... pilnuj
portfela, bo ktoś chciałby z niego co nieco uszczknąć.
Na przekór opiekuje się Tobą Arkana, która wzmacnia
inteligencję i doskonale wpływa na problemy zawodowe. Zdrowie OK, a w miłości każde głupstwo da się wytłumaczyć.
KOZIOROŻEC 22.12. – 19.01. SIÓDEMKA MONET
WODNIK 20.01. – 18.02. AS MIECZY
Twoja inteligencja i doświadczenie będą tym,
co doprowadzi Cię do wymarzonego stanowiska w pracy i pozwoli zapełnić portfel po brzegi. As Mieczy doda Ci energii i przebojowości. Możliwe,
że zamożny znajomy zaproponuje Ci wspólny interes.
Warto skorzystać, szczególnie wtedy, gdy gotówkę wyłoży on. A że trzeba będzie przy tym nauczyć się nowego zawodu? Poradzisz sobie! Podobnie jak w miłosnych
rozterkach...
RYBY 19.02. – 20.03. KSIĘŻYC
Znajdziesz się w świecie pełnym marzeń, pragnień nie do końca rozumianych. Będziesz
chętnie poddawał się jesiennym smuteczkom.
Sukcesy zawodowe? Wystarczy, że nie podpadniesz
w tym tygodniu szefowi. Zdrowie trochę może się skomplikować. Zadbaj o nie, póki jeszcze czas. Kierowców
tarot zachęca do kilkudniowej rozłąki z samochodem.
W miłości Księżyc ukryje, co niepotrzebne, i wskaże to,
co najpiękniejsze...
MAŁGORZATA KABAŁA
Wróżby spełniają się wyłącznie od 6 do 12 października 2008 r.
A4163 MALINOWSKI.qxd
2008-10-03
15:39
Page 1
OJCZYZNA POLSZCZYZNA
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Jedynie kilkanaście wyrazów rodzaju
OBCY JĘZYK
męskiego ma w celowniku archaiczną
(347)
POLSKI
końcówkę „-u”
Maciej
Malinowski
Przy okazji niedawnej dyskusji o ustanowieniu (przywróceniu) 6 stycznia, czyli w święto Trzech Króli, dnia wolnego
od pracy okazało się, że niektórzy politycy i dziennikarze ciągle miewają kłopoty
z polszczyzną. Tym razem pułapką dla
gości w telewizyjnym studiu (i prowadzącego) okazało się wyrażenie dzień wolny
od pracy, a także forma celownikowa
słowa dzień. W jednym z programów
„Tomasz Lis na żywo” mówiono więc o!
wolnym dniu od pracy i o tym, że należy
przywrócić! dniu 6 stycznia to, co mu zostało odebrane.
Rzecz jasna, za jedynie poprawną
konstrukcję uchodzi wyrażenie dzień
wolny od pracy, a wyłącznie dopuszczalną postacią celownikową rzeczownika
dzień jest forma (komu? czemu?) dniowi
(np. Dniowi Dziecka, Dniowi Kobiet).
Spróbuję to Państwu bliżej wyjaśnić.
W wypadku określenia dzień wolny
od pracy mamy do czynienia z połączeniem rzeczownika dzień i przydawki składającej się z przymiotnika wolny oraz wyrażenia przyimkowego od pracy. Taka
rozwinięta przydawka będąca określeniem rzeczownika charakteryzuje się
Dzień wolny od pracy (a nie: wolny dzień
od pracy); dniowi (a nie: dniu)
tym, że występuje jako integralna całość,
tzn. że nie wolno rozdzielać jej członów
i wstawiać między nie innego wyrazu.
Dla zobrazowania tego, o czym chcę
napisać, przytoczę kilka innych tego rodzaju sformułowań, np. huk podobny
do pioruna; osoba zwolniona z opłat; droga wiodąca do wsi; grypa wolna od powikłań. I w tym wypadku ingerowanie
w szyk wyrazów stojących koło siebie
w takiej, a nie innej kolejności doprowadzi do powstania wykolejonych konstrukcji. Żeby ustrzec się błędów, zawsze musimy powiedzieć czy napisać: Mam dziś
dzień wolny od pracy; Słyszałem huk podobny do pioruna; Szybko znalazłem drogę wiodącą do wsi; Uniknąłem na szczęście grypy wolnej od powikłań.
Za dopuszczalne uważa się wysunięcie członów wolny od pracy, podobny
do pioruna, wiodąca do wsi czy wolna
od powikłań przed rzeczowniki, czyli posłużenie się konstrukcjami: Mam dziś
wolny od pracy dzień; Słyszałam podobny do pioruna huk; Szybko znalazłam
wiodącą do wsi drogę czy Uniknęłam
wolnej od powikłań grypy. Lepiej jednak
stosować szyk rzeczownik plus przy-
Poczet Nazwisk Polskich (189)
Słuchajmy swych nazwisk…
Szanowny Panie! Spisuję historię mojej rodziny, która wywodzi się od przodka o nazwisku SRZENIAWSKI. Jest to nazwisko wymieniane w dwóch herbarzach polskich, a pochodzi prawdopodobnie od szlacheckiego herbu SZRENIAWA. Moje badania genealogiczne
utknęły na 2. połowie XIX wieku. Pierwszym znanym mi praprzodkiem jest pewien powstaniec styczniowy, który
uchodząc przed represjami po powstaniu, schronił się w Galicji. Nie wiadomo,
skąd przybył do Galicji i gdzie potem
mieszkał. Czy żyją jeszcze w Polsce jakieś osoby noszące to nazwisko?
Pozdrawiam, Barbara Majchrzycka
Pani Barbaro. Możemy przyjąć, iż nazwisko jest od nazwy herbu Śreniawa
lub Śrzeniewita, (czy może raczej
od zawołania herbowego Śrzeniawa!)
choć są wskazania, by potraktować je
również jako odmiejscowe, od nazwy
miejscowości Szreniawa pod Poznaniem lub Śrzeniawa pod Krakowem.
Jest też lewy dopływ Wisły o tej nazwie.
Herb jest XIV-wieczny i przedstawia
rzekę w kształcie litery S z krzyżem złotym w polu czerwonym. Używany początkowo w Małopolsce, później
– po Unii Horodelskiej – znany też
na Litwie. Był znakiem wielkich rodów,
m.in. Kmitów, Potockich, Lubomirskich
i Stadnickich. K. Rymut podaje grupę
starych, XV-wiecznych nazwisk typu:
Śreniawa, Śrzeniawa, Śrzeniewa, Śrzyniawa jako ewentualnie pochodzące
od dwóch powyższych źródłosłowów.
Istniały też nazwiska bez nagłosowej
palatalizacji (Ś-): Sreniawa, Srzeniawa,
Sreniawski. W zasobie nazwisk współcześnie używanych nie ma dziś formy
Srzeniawski, czyli nie ma już nikogo,
kto nosiłby tę godność, jakże artykulacyjnie trudną.
Szanowny Panie Henryku.
Piszę do Pana z mało oryginalnym
problemem, czyli z pochodzeniem mojego nazwiska. Od jakiegoś czasu poszukuję informacji na temat historii nazwiska Tojza, ale niestety nie znalazłem
wiele wiarygodnych informacji. Przeglądałem polskie herbarze i książki o podobnej tematyce, jakie wpadały mi w ręce, przeglądałem internet. Ewentualny
trop prowadzi do Niemiec, jako stare nazwisko pisane jeszcze jako „Teuza”,
a w polsce „eu” zostało spolszczone
na „oj”.
Z pozdrowieniami! Mateusz Tojza
dawka, gdyż w tym wypadku – jak już
wspomniałem – przydawka jest rozwinięta (zawiera dodatkowe określenie).
Inaczej mówiąc – warto zapamiętać
następujące rozróżnienie: Mam dziś wolny dzień (albo dzień wolny), ale: Mam
dziś dzień wolny od pracy, dzień wolny
od zajęć, dzień wolny od obowiązków.
Teraz odpowiedzmy na pytanie, dlaczego Tomasz Lis i inni mieli kłopot z formą celownikową słowa dzień i mówili (temu)! dniu zamiast (temu) dniowi. Otóż
niewątpliwie III przypadek w deklinacji
rzeczowników rodzaju męskiego (a także nierzadko rodzaju nijakiego) liczby
pojedynczej jest tym, który sprawia użytkownikom polszczyzny najwięcej trudności. Po pierwsze – przywołuje się go
w wypowiedziach mówionych i pisanych
niezwykle rzadko, a po drugie – zdarza
się, że w kilku wyrazach rodzaju męskiego do dziś zachowała się końcówka -u:
(komu? czemu?): panu, ojcu, bratu, księdzu, chłopu, chłopcu, Bogu, diabłu, psu,
lwu, kotu, światu.
W staropolszczyźnie występowało
o wiele więcej form męskich z końcówką
-u, mówiono i pisano: (temu) dziadu, (te-
63
mu) kapłanu, (temu) pługu, (temu) sądu,
(temu) urzędu, (temu) pieniądzu, (temu)
ołtarzu, (temu) miesiącu, (temu) wilku,
(temu) kraju, (temu) korzeniu, (temu) ołtarzu, (temu) ludu, (temu) płaczu, (temu)
śniegu, (temu) synu.
Generalna zasada była taka, że w deklinacji męskiej końcówka -u albo -owi
zależała od tego, w jaki sposób kończył
się temat danego wyrazu. Tematom
na -o lub -io odpowiadała końcówka -u,
tematom na -u – końcówka -owi. To, że
ostatecznie o wiele więcej wyrazów rodzaju męskiego otrzymało w celowniku
końcówkę -owi, podyktowane zostało
tym, że chciano wreszcie wyróżnić formy III przypadka i „oddzielić” je od form
dopełniaczowych i miejscownikowych,
także obsługiwanych przez -u (np. kogo? czego?) wiatru, płaczu, śniegu itp.
oraz (o kim? o czym?) o wieku, o śniegu,
o płaczu.
Czas na podsumowanie. Dawna końcówka -u celownika wyrazów rodzaju
męskiego, kiedyś powszechna, utrzymuje się dziś jedynie w kilkunastu wymienionych na wstępie wyrazach. Są
i takie, nieliczne, które mają oboczne postacie, np. orzeł (orłowi i orłu), człek
(człekowi i człeku), osioł (osłu, rzadziej
osłowi), kat (katowi albo katu). Wszystkie
inne przyjmują końcówkę -owi, a więc
słowo dzień także. Kto jak kto, ale Tomasz Lis powinien o tym wiedzieć.
[email protected]
www.obcyjezykpolski.interia.pl
Panie Mateuszu, warto przysłuchać
się brzmieniu swego nazwiska, to
prawda. Słyszymy w nim wówczas
dźwięki, które mogą postawić nas
przed kolejnymi zagadkami albo nasunąć prawidłowe odpowiedzi. Ale nie
zawsze tak się zdarza. „Słownik historyczno-etymologiczny. Nazwiska Polaków” K. Rymuta wskazuje jednak
na polski rodowód pańskiego nazwiska, wyprowadzając je od tych, które
powstały od imion zaczynających się
na To-, a więc Tomasz czy Tomisław.
W grupie tej znajdziemy również nazwiska: Tojak, Tojanowski, Tojka, Tojs,
Tojsiak, Toia. Obecnie w użyciu
jest 140 nazwisk Tojza.
Po wielu chwilach rozmyślań o pochodzeniu nazwiska, postanowiłam
zwrócić się do Pana z prośbą o pomoc
(i zaspokojenie ciekawości). Moje na-
zwisko to Podurgiel. Nie wiem, ile osób
je nosi, nie spotkałam nikogo spoza
mojej rodziny o tym nazwisku ani
w szkole, ani teraz na studiach, ani nawet w środkach masowego przekazu
i nie mam pojęcia, skąd się wzięło, gdyż
nie udało mi się znaleźć żadnych informacji na ten temat. Z poważaniem, Anna Podurgiel
Szanowna Pani, nazwisko Pani jest
złożeniem przyimka pod oraz gwarowego i dźwiękonaśladowczego czasownika urgać, czyli gruchać. „Słownik gwar
polskich” J. Kasprowicza przytacza taki
oto przykład: Jestem jak polna garliczka, co we dnie w nocy urgała. W zasobie znajdujemy dziś 162 takie nazwiska.
Skąd się wzięło?
trucht konia. W użyciu jest 201 nazwisk.
Pluskota, tak w staropolszczyźnie
nazywano słotę, deszczową pogodę.
W zasobie 1860 nazwisk.
Majdańczyk, utworzone od rzeczownika majdan, czyli plac. W użyciu
pozostaje niewiele, bo tylko 10 nazwisk.
Romaszko, XV-wieczna forma nazwiska utworzonego od imienia Roman. W zasobie 551 nazwisk.
Cyrek, pochodzi od gwarowego
czyrka, czyli kornika, owada toczącego drzewo. Albo potrawy mącznej.
Czyr to także gwarowa nazwa narośli
na pniu drzewa. W zasobie 758 nazwisk.
Grądys, najpewniej od staropolskiego rzeczownika grąd, czyli wzniesienie, a pierwotnie: pierś. Ale może też
od słowa gręda, jak nazywano kiedyś
JAN CHRYZOSTOM
PRZYDOMEK
[email protected]
A4164-65 LISTY.qxd
2008-10-03
14:04
Page 2
64
„Bbbędzie orędzie”
Ja ręki nie przyłożyłam
Na początku krótko się Państwu przedstawię. Mam 29
lat, jestem mężatką, osobą
niepracującą, mój mąż jest w stanie
utrzymać nas oboje. Nie mamy dzieci,
ale planujemy mieć. Tematem mojego
listu jest polityka, a konkretnie jej znaczenie dla mnie.
Nie mam określonych preferencji
politycznych, a nawet więcej – polityką
nie interesuję się od zawsze, w ogóle
absolutnie – nie. Na wyborach byłam
tylko raz w życiu – „prezydenckich”,
a oddając swój głos kierowałam się li
tylko wyglądem zewnętrznym kandydata. W tym moim prywatnym castingu zwyciężył Pan Tusk.
Odkąd tylko zaczęłam „myśleć
po swojemu”, wychodzę z założenia,
że cokolwiek zrobimy jako naród,
na kogokolwiek oddamy swój głos,
„góra”, czyli szanowny rząd na czele
ze wszystkimi „głowami państwa” i tak
zrobi, co zechce. I tak wyjdzie na swoje, mało przejmując się nami, szaraczkami. Moim skromnym zdaniem nie
mieliśmy i nie mamy żadnego wpływu
na polepszenie sobie bytu poprzez
wybór takiego czy innego rządu, takiego czy innego prezydenta. Bo ludzie
już tacy są – nie potrafią dotrzymywać
obietnic.
I nie przekonuje mnie argument, iż
to mój obywatelski obowiązek, ani to,
że gdyby wszyscy myślący podobnie
jak ja nagle zmienili zdanie i szturmem
ruszyli na wybory, to udałoby nam się
coś z tym krajem zrobić. Otóż nie udałoby się, bo to „oni” mają głos, „oni”
rządzą i rządzić będą. Bez względu
na nasze wybory.
Patrząc na to, co dzieje się na arenie
politycznej w Polsce, jestem przerażona, a do napisania tego listu skłonił
mnie felieton Pana Mateusza Cieślaka
(ANGORA nr 36). Czytając felieton
„Bbbędzie orędzie”, tylko utwierdziłam
się w przekonaniu, że od dobra narodu, dobra jednostki, dobra człowieka
zawsze będą ważniejsze międzynarodowe układy, zakłady, korzyści, znajomości („Gorące łącza tabloidów i polityków”, czy „Kaczyński dobijał się
do Brukseli” – ten sam numer ANGORY).
I wstyd mi, że są w Polsce ludzie,
którzy na Prezydenta RP wybrali
człowieka, który – cytując felieton
red. Cieślaka – mówi: „Urząd prezydenta Rzeczpospolitej, KTÓY dzięki
waszemu wyborowi SPAWUJE, POOGROMNĄ odpowiedzialność przed
Polakami (...)” itp., itd. I na co komu
jego przekonania polityczne, skoro
wszyscy większą uwagę zwracają
na jego koślawe i niewyraźne wypowiedzi czy ośmieszanie siebie i nas
przed innymi prezydentami i wszystkimi, którzy tylko na niego patrzą
i słuchają.
POCZTA
Ja mogę dodać tylko jedno: „SPAWUJ” Pan ten urząd dalej. Dobrze, że
ja ręki do tego nie przyłożyłam.
LILIANA MILEWSKA
(adres do wiadomości redakcji)
„Chcę dziadować...”
Nie chcę dłużej
płacić „naszym”
Brawo Panie „Skorpion”
z Dąbrowy Górniczej, jestem
z Panem („Chcę dziadować...” ANGORA nr 38). Ja też od lat,
gdzie tylko mogę, walczę z tym zapyziałym, nieprzystającym do rzeczywistości naszym systemem parlamentarnym, niestety, jak dotąd bezskutecznie. Od kilkunastu lat wyborcy pomstują na tych naszych, pożal się Boże „naszych” przedstawicieli na te cyrkowe
obrady, chamskie, buńczuczne zachowania „naszych” wybrańców. Na ich
całkowity brak kompetencji, brak stosownego wykształcenia, lenistwo, nieudolność i bezprzykładną pazerność
na niezasłużony szmal. No i co? I nic.
A przecież można by bez specjalnego
wysiłku położyć temu kres. Jak? Poprzez wniesienie do konstytucji czy ordynacji wyborczej zapisu, że:
1. W przypadku niewypełniania podstawowych obowiązków posła (senatora), brak aktywności, sprzeniewierzenie się swoim obietnicom przedwyborczym, gorszące zachowanie, brak
etyki, naruszanie regulaminu sejmowego – wyborcy z danego okręgu wyborczego mają prawo do odwołania
danego parlamentarzysty.
2. Kadencja parlamentarzysty,
podobnie jak całego Parlamentu ma
trwać 4 lata.
Szczególnie ważna, zarówno na ponoszone przez podatników koszty, jak
i jakość pracy parlamentarzystów, jest
sprawa liczby naszych przedstawicieli
w parlamencie. Było 49 województw
– opłacaliśmy 560 parlamentarzystów.
Dziś mamy 16 województw, a liczba
„naszych” przedstawicieli nie zmieniła
się. I kolejna sprawa. Kiedy wreszcie
doczekamy tego, że w wyborach będziemy głosowali na kompetentnego,
uczciwego człowieka, a nie partię?
Sądzę, że moje propozycje spotkałyby się z uznaniem wielu wyborców.
Jak możemy wymóc te zmiany?”.
ARTUR JERZY KARPIK
(adres do wiadomości redakcji)
„Inżynier niepotrzebny
(1)
od zaraz”
Ambitny
też niepotrzebny
Z uwagą przeczytałam gorzkie zwierzenia pana Piotra,
doktoranta zawarte w liście
pt. „Inżynier niepotrzebny od zaraz”
(ANGORA nr 38). Mam podobne doświadczenia. Ostatnio, kiedy rejestro-
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
wałam się jako osoba bezrobotna,
przemilczałam fakt, że kończę studia
doktoranckie. Bo i po co. Jeśli zdobędę pieniądze i obronię się, będzie to
ważne tylko dla mnie. Ludzie mający
ambicje, podnoszący swoje kwalifikacje nie są w tym kraju potrzebni. Wielu
moich znajomych, z którymi kończę
studia, ma dokładnie takie same doświadczenia. Po wielokroć tracimy
pracę bez jednoznacznych przyczyn.
Mamy trochę inne horyzonty, patrzymy
dalej i to jest nasza „wada”. Coraz częściej myślę o tym, że po obronie wyjadę z Polski. Kraju nepotyzmu i zaściankowości, gdzie za pięć srebrników mogą zniszczyć każdego. Jest mi szczególnie przykro, ponieważ zaraz po rozpoczęciu studiów doktoranckich, znalazłam się w dramatycznej sytuacji
losowej. Gdyby nie wsparcie uczelni,
na której studiuję, nie wiem, co by się
ze mną stało. Dziś kończę studia i nie
stać mnie ani na leki, ani na sanatorium. Jeszcze walczę o siebie. Z CV i listu motywacyjnego usunęłam informację o tym, że kończę studia doktoranckie. Paradoksalnie, zbierając materiały, trafiłam na zdanie, że tematyka,
którą się zajmuję, jest podstawą środków unijnych, które napływają do Polski w latach 2007-2013.
Tak, Polska to dziwny kraj.
D.Ł. (nazwisko i adres internetowy
do wiadomości redakcji)
„Inżynier niepotrzebny
(2)
od zaraz”
Bezużyteczność
edukacji
Przeczytałem list inżyniera
Pana Piotra z pewnym zażenowaniem i – nie ukrywam
– satysfakcją. Satysfakcją, którą oczywiście wyjaśnię za moment.
Powinienem właściwie zacząć od tego, że mam 24 lata, więc biorąc pod
uwagę lata studiów i doświadczenia
zawodowego, Autora listu, może On
nie do końca poważnie potraktować
to, co napiszę.
W roku 2003, zaraz po liceum ogólnokształcącym rozpocząłem policealną szkołę z kierunkiem mnie interesującym – fotografii reklamowej. Od początku jednak wyszedłem – moim
zdaniem – ze słusznego założenia, że
tylko jednoczesne zdobywanie wiedzy i doświadczenia zawodowego zaowocuje w przyszłości. I, jak się okazało, miałem rację w 100 proc. Jest
rok 2008, ja nie mam nawet licencjatu, co tam, technika nawet, a za sobą 5 lat doświadczenia zawodowego,
z czego już rok w branży, w której się
„kształcę”. Cudzysłów celowy. Dzisiejsza formuła szkolnictwa wyższego, którą mam nieprzyjemność obserwować, odbiega bardzo daleko
od zasady jakiejkolwiek użyteczności
edukacji. Jako sztandarowy przykład
podam pytanie egzaminacyjne
z przedmiotu „realizacja TV” – bardzo, z punktu widzenia potencjalnego
pracownika reklamy bądź telewizji,
przydatny przedmiot. Teoretycznie.
W roku 2005 (!) pytanie to dotyczyło
leksykonu pojęć filmowych i wymagało od studenta znajomości takiego
twierdzenia, że: „W chwili obecnej telewizja kolorowa jest w około 5 proc.
zamożnych gospodarstw domowych
na świecie i powoli zastępuje telewizję czarno-białą, choć stacje telewizyjne nie dysponują jeszcze sprzętem, który może emitować obraz
w systemie telewizji kolorowej”. Zapewniam, to było na poważnie.
Taki jest efekt obecnej formuły edukacji, według której, aby szkoła stała
się wyższą, należy zatrudnić jakąś tam
ustawową liczbę doktorów i profesorów. Więc zatrudniają „naukowców”,
którym nie chce się przyjąć do wiadomości, że tej przykładowej telewizji
kolorowej jest już jednak trochę więcej, a podstawowym medium jest internet. Takich przykładów jest mnóstwo. Typowy student, jeśli nie studiuje czegoś bardzo „branżowego”, jak
prawo, medycyna, nauki ścisłe, wychodzi ze studiów głupszy niż wszedł.
Moja osobista koleżanka tytuł magistra określa jako „zaświadczenie
o dziurze w d...”, czyli coś, co każdy
ma, ale magister ma na to papier. I – szczerze śmiać mi się chce,
kiedy rozmawiam ze znajomym ze
szkoły średniej, moim równolatkiem,
który mówi mi, że jest dumny, bo właśnie obronił magisterkę i zaczyna szukać pracy. Brawo. Złapałeś Pana Boga za nogi. Masz magistra. A ja
mam 5 lat doświadczenia i firmy się
o mnie biją, żyję na przyzwoitym poziomie i mam wspaniałe perspektywy. I nie wymaga to ode mnie odłożenia na boczny tor myślenia i potencjału intelektualnego – bo nim właśnie
pracuję.
Panie Piotrze. Czasy są takie, że żaden poważny pracodawca nie zapytał
mnie nigdy, czy ja choćby podstawówkę skończyłem... I nie da mi ani grosza
więcej, kiedy skończę studia, choćbym nawet profesorem został. Mam
oczywiście na myśli, że nie da mi ani
grosza więcej za sam fakt posiadania
mgr przed nazwiskiem. Da tylko i wyłącznie za umiejętności, które ja już nabyłem i wykorzystuję, a których moi
równolatkowie, po wspaniałych studiach dziennych, dopiero zaczną się
uczyć. I przyjdzie rozczarowanie, kiedy okaże się, że dla magistrów resocjalizacji miejsce jest na kasach w supermarkecie za 1000 zł, dla logopedów – w sklepach z bielizną, dla ekonomistów – na call center sieci komórkowej. I nigdzie więcej! To właśnie jest
to coś, co sprawia mi typowo polską,
katolicką satysfakcję, kiedy mogę im
powiedzieć: – A nie mówiłem? A mówiłem, kiedy wybierałem swoją drogę:
– Czuję nosem koniunkturę, za parę lat
pies z kulawą nogą o wykształcenie
A4164-65 LISTY.qxd
2008-10-03
14:04
Page 3
nie spyta... „Chciałbym, Panie Piotrze,
aby nie traktował Pan mojego listu jako ataku na siebie. To jest moje zawoalowane wyrażenie buntu przeciwko
polskiej edukacji. Bo bardzo bym
chciał, idąc na zajęcia na swojej uczelni, mieć świadomość, że czegoś się
tam nauczę. Że wykładowca z tytułem
mgr, inż., prof., dr hab., nie ogłupi
mnie swoimi przestarzałymi formułkami i kiedy wrócę w poniedziałek
do pracy, będę bogatszy o wiedzę
praktyczną.
Polskie uczelnie to uniemożliwiają.
Obecny system preferuje zatrudnienie
ludzi bez pojęcia o życiu, bo całe swoje życie spędzili na uczelniach albo
w bibliotekach. I uczą tego, co przeczytali, a nie tego, co jest faktem i stanem rzeczywistym. Dopiero gdy uczelnie będą mogły zatrudniać praktyków,
rezygnować na specyficznych kierunkach studiów z zupełnie niepotrzebnych zajęć (uczę się matematyki
na kierunku strategia reklamy – paranoja...), ludzie po studiach będą szli
do pracodawcy i będą mogli powiedzieć – umiem, ale także wiem. Na razie niestety – tylko umiem. I to teoretycznie. Ale nic nie wiem...
TOMEK S. (dane internetowe
do wiadomości redakcji)
Dlaczego ustawa
mnie krzywdzi?
Chcę podzielić się z Czytelnikami tym, co mnie spotkało. Jestem emerytką, mam
syna alkoholika, od lat nigdzie niepracującego. Żył, aby pić. Przez szereg
lat nie utrzymywał ze mną żadnego
kontaktu. Osiem lat temu dowiedziałam się, że jest w szpitalu, z udarem
mózgu po ciągu alkoholowym. Pomagałam jak mogłam, lekarze jakoś go
z tego wyprowadzili. Po wyjściu ze
szpitala znów pił i po raz drugi dostał
wylewu, do tego złamał biodro. Zainteresowała się nim Opieka Społeczna
i chwała jej za to, bo to wrak człowieka, chociaż ma dopiero 55 lat. Nie będę opisywała moich starań, żeby mu
pomóc. Groziła mu amputacja nogi.
Wydałam pieniądze, jakie miałam, aby
mu pomóc. Nogę odratowano, stracił
tylko jeden palec.
Ja jestem osobą chorą, po trzech
operacjach serca. Mam rozrusznik i jestem wrakiem człowieka. Teraz umieścili syna w Domu Opieki, a mnie zawiadomiono, że jego pobyt muszę
częściowo finansować. Jestem przerażona. Z jakiej racji chcą mnie zmusić
do łożenia z mojej emerytury za pobyt
syna w Domu Opieki? Ja mieszkam
sama, sama muszę wszystko opłacić.
Zażywam mnóstwo leków i nieraz nie
mam ich za co wykupić. A pani z Opieki mówi, że taka jest ustawa. Dlaczego
ta ustawa mnie krzywdzi? Jak ja mam
z tym żyć?
ANTONINA K., Kraków (nazwisko
i adres do wiadomości redakcji)
65
POCZTA
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
„Tańsze kredyty,
wyższe ceny”
Nie dajmy się
zwariować
Piszę do Państwa po tym,
jak po raz kolejny czytam
o strasznych – szczególnie
dla osób najuboższych – skutkach
wprowadzenia euro (ANGORA nr 38).
Podobno ceny mają wzrosnąć
po wprowadzeniu wspólnej europejskiej waluty, tak jak już wzrosły w krajach, które ją wprowadziły. Wobec tego pytam się: od kiedy ceny są zależne od nazwy waluty będącej na danym obszarze środkiem płatniczym?
Zdaje się, że ceny dyktuje rynek. Nie
rząd, nie banki, nie nazwa waluty i nie
grono osób sprawujących potajemnie
władzę nad światem, lecz siła podaży
i popytu. Na normalnym wolnym rynku
cena znajduje się zawsze na takim poziomie, na jakim popyt zrównuje się
z podażą. Jeśli cena jest zbyt niska,
owocuje to pustymi półkami, jeśli zaś
zbyt wysoka – problemami ze zbytem,
a w takiej sytuacji każdy przedsiębiorca obniża ceny sprzedaży.
Naprawdę nie rozumiem, skąd ta
cała nagonka na euro. Podaje się
przykłady tego, jak wzrosły ceny
na poszczególne produkty w krajach,
które wprowadziły wspólną walutę.
W życiu nie widziałem bardziej stronniczych przykładów. Proszę bardzo
– po wprowadzeniu euro w Niemczech
warzywa podrożały o 20 proc., a mleko o 10 proc. A ja wobec takiego przykładu mam parę pytań. Jaki był
w Niemczech urodzaj w roku wprowadzenia euro? Jaka była inflacja (bo
chyba nie 10 proc. czy 20 proc.)? Czy
była wyższa niż w Polsce? I oczywiście
najważniejsze pytanie: czy w Polsce
w tym czasie nic nie podrożało? Proszę przejść się po sklepach, popatrzeć
na ceny i zastanowić się, o ile one
wzrosły w ciągu ostatnich 3 lat. No i jak
wyglądają zapowiadane straszne skutki wprowadzenia euro wobec tych
wzrostów cen, które już nastąpiły?
A przecież my nie wprowadziliśmy euro, więc skąd te wzrosty? No skąd?
A co z produktami, które obecnie są
w Polsce droższe niż w strefie euro?
Oczywiście niektórzy potrafią wytłumaczyć wzrost cen w Polsce. Już słyszę
ich argumenty: bo ceny ropy, bo niski
urodzaj, bo ceny żywności na rynkach
światowych, bo niższe stopy procentowe, bo niższe bezrobocie i wyższe zarobki itd., itp. A dlaczego ceny wzrosły
w Niemczech? Bo euro. Ludzie czytają to, oglądają w telewizji i zaczynają
wierzyć w bzdury, że jak teraz chleb
kosztuje 1,80 zł, to będzie kosztować 1,80 euro, a jego pensja zostanie
oczywiście przeliczona według kursu 3,50. I z 3000 złotych zrobi się 857
euro.
Ludzie, nie dajcie się zwariować!
Tak naprawdę wystarczy wprowadzić
nową walutę z głową i nie dać się robić
w konia handlowcom. I nawet nie musimy tu niczego nowego wymyślać,
wystarczy to zrobić tak, jak zrobili to
Słoweńcy. Otóż u nich przez 9 miesięcy przed oficjalnym wejściem euro
funkcjonowały podwójne ceny, funkcjonowały równolegle dwie waluty,
więc przejście z jednej waluty na drugą przebiegało bardzo płynnie i w sposób nie pozwalający na żadne ukryte
podwyżki cen. Jeśli Niemcy, Włochy
i inne państwa zastosowały najgłupszy
możliwy sposób wprowadzenia nowej
waluty, czyli z dnia na dzień, to mają
takie a nie inne skutki.
Aby to zobrazować, posłużę się
przykładem. Wyobraźmy sobie na pół
roku przed wprowadzeniem euro podwójną cenę 100 zł/40 euro dla produktu
kosztującego
dotychczas 100 zł, przy kursie wynoszącym
np. 3,33. Przecież oszustwo widać
gołym okiem, cena w euro powinna
wynosić 30. Jeśli sprzedawca jest
uparty, to spróbuje innego sposobu
i wystawi cenę – 133 zł/40 euro. Ale
przecież klient nie jest idiotą i pamięta, że poprzedniego dnia produkt
kosztował 100 zł. Może uda się przy
przejściu na cenę w euro? Nasz
sprzedawca chce mieć jednego dnia
cenę 100 zł/30 euro, a drugiego dnia
– 40 euro. I w tym przypadku klient
połapie się, że coś jest nie tak. I tu pojawia się pole do popisu dla klienta.
Niech zapyta sprzedawcę, dlaczego
podwyższył ceny lub dlaczego stosuje taki „dziwny” kurs euro. Klient zawsze może powiedzieć: – Pan coś
kręci, idę do konkurencji (...). Proszę
pamiętać, że nie jesteśmy na łasce
i niełasce nieuczciwych handlowców. I zachęcam, by po przejściu
na euro, ale i teraz korzystać ze swoich praw klienta, bo to w końcu my
zostawiamy w sklepie swoje pieniądze (...).
PIOTR M. (nazwisko i adres
internetowy do wiadomości redakcji)
„Klika – Kabaret Autorów”
Macie rację, ale...
Panowie! Panie Marku, panie Antoni! Przeginacie.
Przeginacie na potęgę. Wasze felietony ociekają jadem, nienawiścią. Są bezczelne i chamskie. Wasze
sformułowania: zajoby, nabzdyczyć
się, paranoik prezydent, Raduś,
w pysk strzelił, kacza mózgownica,
sługus, bezczelny, Jaruś, oszołomy,
kretyni, idioci, barany... można mnożyć w nieskończoność. Panowie, powiedzcie tak szczerze, czym wy dwaj,
pisząc tak jak piszecie, różnicie się
od ludzi, których krytykujecie? Co odróżnia was od Giertycha, Leppera, Kaczyńskiego, Kurskiego? Nic. Jesteście
tacy sami. Dwóch starszych panów
chorych z nienawiści. Wasz język to
rynsztok. Nie szanujecie ludzi, skoro
piszecie o nich – per Jaruś, per Lesiu.
O was nikt nie pisze – Maruś, Antoś.
Nikt nie mówi – dwóch starych tetryków. Dobre samopoczucie bierzecie
od czytelników, którzy was chwalą
i do was piszą. Ale tylko słowo krytyki
i zjecie delikwenta z kopytami. Wam
trzeba klakierów, a nie rzeczowej dyskusji.
Wasze felietony zostawiają we mnie
niesmak. Za każdym razem zastanawiam się, jak dwóch, niegłupich facetów może pisać takie kretyństwa. Wyobrażam sobie, jak się spotykacie i zastanawiacie, komu by tu dowalić w następnym numerze. A potem może rechoczecie, czytając swe wypociny? I może zdaje się wam, że czytelnicy też rechoczą? Może tak... Nie mówcie na swoją obronę, że skoro politycy
nie szanują nas, to my nie będziemy
szanować ich. Nie tędy droga. Bo wiecie, jak to jest – pies szczeka, a karawana...
Najśmieszniejsze jest to, że... cholera... macie rację. We wszystkim co piszecie. O prezydencie, o kłótniach
na szczytach, o wpadkach na spotkaniach unijnych, o Gruzji, o Amerykanach, o tarczy, o PZPN-ie, o politykach, o klerze. Macie cholerną rację.
Ale do diabła! Nie w ten sposób! Macie mało, bardzo mało miejsca na kolumnie, a połowę tego miejsca zużywacie na opluwanie wszystkich nielubianych osób. Nie krytykowanie,
a właśnie opluwanie. Macie się
za ostatnich sprawiedliwych czy jak?
Z poważaniem
PAWEŁ SAMUL, Słupsk
Nasza okładka
Otrzymaliśmy skargę, w której w ostry sposób zarzuca
się ANGORZE antysemityzm
– w związku z okładką w numerze 37/952 z 14.IX.08.
Rada nie dostrzega powodów
do tak drastycznego zarzutu, skoro
jednak taki zarzut się pojawił, widać
czyjeś uczucia zostały urażone. Rada
zwraca uwagę Pana Redaktora
na szczególne wyczucie Żydów
na przejawy możliwego antysemityzmu, do czego przy swej historii
i po czasach Zagłady mają oczywiste
prawo. W związku z tym, w kraju, który był ich – wielu z nich – ojczyzną, musimy bardzo uważać na te sprawy.
Ufamy, iż Pan Redaktor weźmie to
pod uwagę w przyszłości, pamiętając,
że nawet dość niewinne żarty mogą
kogoś urazić.
Łączę wyrazy szacunku.
MACIEJ IŁOWIECKI
wiceprzewodniczący
Rady Etyki Mediów, Warszawa
Poglądy i opinie wyrażane w listach Czytelników nie zawsze są zgodne z poglądami redakcji. Ze względu na ograniczoną
ilość miejsca prosimy Czytelników
o zwięzłe wypowiedzi (1-1,5 kartki). Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów.
Kolumny opracowała:
BOGDA MADEJ-WŁODKOWSKA
A4166-67 KRZYZ WKI_1.qxd
2008-10-03
15:40
66
Page 2
TYLKO DLA ORŁÓW
„Ścina nogi w salaterce”
Krzyżówka z przymrużeniem oka nr 41
Nagroda: TELEFON KOMÓRKOWY
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
POZIOMO:
A6 różne zmiany odbierane jako
pozytywne
A17 sprawianie sobie radości
z nabywania nowości
B1 imitacja podpisu
B11 selerowe dziecię
C6 wg Tuwima – z niego słowiczy głosik
D1 spory w książkowym stylu
D17 zbożowy zagon wśród dawnych
miar
E6 regulują dopływ różnych cieczy
E12 wielkie naczynie ze śmiechem
kojarzone
F17 tytuł naukowca z portowego basenu
i szyn
G1 sprzedaż pewnych towarów
w czasie od – do
G10 poza nim – każdy wykluczony
H15 ćwierć litra w karczmie
I1 antykorozyjna masa na powierzchni
garnka?
I8 apartamenty tam, gdzie szła
produkcja
J13 narzędzie kary w bożych rękach?
K7 rozrywkowe spotkanie na zachodnią
modłę
L1 liche „dzieło” brakoroba
L12 siatka na ramie umożliwiająca
„fruwanie”
Ł7 śledzi rogacza w celu pozbawienia
go życia
M12 z rodzaju dolin
N1 jeszcze bezdzietna krówka
O8 tabliczka topniejąca na języku
PIONOWO:
1F upoważnienie z redakcji
na przekazywanie wieści z imprezki
2A w nim żuk „śpi”
3F ścina nogi w salaterce
4A wolna w zodiaku
4M wyniszczająca zaraza
5I na wsypę najlepszy
6A podporządkowany na nim chodzi
7E „zadrapane” góry?
7J łykowaty koszyczek
9A mustangowe zgraje
9H casanova na „łowach”
11A płynący „most” przyczepiony do liny
11F psychiczna nieugiętość
13A zawsze odszczekuje mamie
14I uczuciowa reakcja, która wymknęła
się spod kontroli
15A zamek bezkluczowy?
16H kartonik przedstawiający prezesa
17A „niezapominajka” między kartkami
19A trójkąt mający za zadanie
– skłócanie
20E u niego kierujący
21A kwiatowy osesek
22D aura typu – światło, dźwięk i wody
w bród
Grażyna Anczewska
(G-10, Ł-3, N-1, D-1, J-14, A-10, C-17, B-14, G-22, I-12, G-5) (G-5, M-15, D-1, M-1, B-21)
(D-3, D-1, J-14, Ł-3, J-3, Ł-3)(N-1, O-1O, B-14, J-3) (B-14, D-9, C-17, M-1, O-10, B-14)
Rozwiązanie diagramu nr 38. Poziomo: trykot, męstwo, Cerber, obscena, asesor,
festyn, coś, Salem, zamach, awanse, izolatka, wymogi, nadwyżka, agitka, wieki,
rosa, nadir, rewizja, grunt, wirus, umiar, intryga, plantacja. Pionowo: filantropia,
debet, komitywa, obyty, kra, kabza, trans, alka, znawca, kastet, kinderbal, tort, cynk,
ostrakon, hołubiec, pergamin, awanturka, marchand, Staś, anyż, wić, klepa.
„Pracuje nad chmurami”
Jolka nr 241
Nagroda: SUSZARKA DO PRODUKTÓW SPOŻYWCZYCH
Rozwiązanie krzyżówki nr 38: WSZELKI GRZECH WYPŁYWA Z NIEWIEDZY. (L.N. Tołstoj)
Wpłynęły: 1203 prawidłowe rozwiązania na kartkach pocztowych
273 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
Nagrodę, ODTWARZACZ DVD, wylosowali pp. Larysa i Czesław Benc z Poznania.
Znaczenia wyrazów (w zmienionej
kolejności):
ryba morska, która po uwędzeniu
często gości na naszych talerzach
grecki bóg miłości
amerykański ptak o bardzo
grubym, długim dziobie
mama dla taty
nożyce ogrodnicze
kiwi lub ananas
ćwierć godziny
waluta, która coraz bardziej zbliża
się do Polski
wytwórca
muzyczny odstęp od c do c
tworzą szkielet ryby
temat zakazany
pracuje nad chmurami
mogą być charytatywne
fałszywe wytłumaczenie
spacer po parku zamiast polskiego
i matmy
ojciec ojca
badminton
księga z fotografiami rodzinnymi
owcza skóra wraz z wełną
wynik dzielenia
dolna ścianka konserwy
bałagan
miły zapach
szwedzki zespół, który śpiewał
„Mamma Mia” i „Waterloo”
mieszkanka stolicy Grecji
na medal dla wicemistrza
płynie przez Opole i Szczecin
skrzydlata bogini zwycięstwa
trzeba ją udowodnić
wymagający kręcenia biodrami
taniec sprzed 40 lat
barwna na garnku
CV bardziej swojsko
pomoc w niebezpieczeństwie
zakaz eksportu do danego kraju
drzewko kojarzące się z Wigilią
naprawianie dziur w ubraniu
klasyfikacja, zestawienie według
miejsc
W rozwiązaniu należy podać wyrazy
rozpoczynające się literą S.
Adam Sumera
Rozwiązanie jolki nr 238: obelisk, owoc, osocze.
Wpłynęło: 511 prawidłowych rozwiązań na kartkach pocztowych
171 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
Nagrodę, CIŚNIENIOMIERZ NADGARSTKOWY, wylosowała p. Weronika Babicz
z Nowej Soli.
A4166-67 KRZYZ WKI_1.qxd
2008-10-03
15:40
Page 3
Nagroda:
67
TYLKO DLA ORŁÓW
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
„Grzebie w palenisku”
„13 poziomo razy 3”
Krzyżówka z hasłem nr 141
Plus minus nr 341
TELEFON KOMÓRKOWY Z APARATEM FOTOGRAFICZNYM
Nagroda: KALKULATOR I KSIĄŻKA
1
2
4
3
6
8
5
7
9
10
11
12
13
14
15
17
16
18
19
20
21
POZIOMO:
PIONOWO:
1. 4 poziomo podzielić przez 3 1. 1 poziomo razy –89
2. 21 poziomo podzielić
3. (17 pionowo minus
przez 2
1 pionowo) razy 3
4. 5 pionowo plus 10 poziomo 3. 10 poziomo plus
13 poziomo
6. (12 poziomo podzielić
5. 8 poziomo plus 20 poziomo
przez 16 pionowo) razy 2
7. 16 pionowo razy
8. (17 pionowo plus
13 poziomo
18 pionowo) podzielić
8. 18 pionowo podzielić
przez 9
przez 4
10. 14 pionowo minus
9. (17 poziomo minus
19 poziomo
16 pionowo) razy 4
12. 7 pionowo razy 0,75
10. 9 pionowo razy 1,25
13. Która rocznica wybuchu
11. 8 poziomo plus 8 pionowo
Powstania Listopadowego
14. 10 pionowo plus
przypada w tym roku?
6 poziomo
15. 13 poziomo razy 3
16. (15 poziomo plus 15)
17. 6 poziomo plus
minus (13 poziomo plus 13)
13 poziomo
17. 15 poziomo minus
19. 18 pionowo minus
8 pionowo
11 pionowo
18. 14 pionowo minus
20. 17 poziomo minus
13 poziomo
2 pionowo
21. 3 pionowo razy 0,6
W rozwiązaniu prosimy podać numer krzyżówki oraz liczbę „jedynek” występujących w diagramie.
rk
Aby przesłać hasło krzyżówki, trzeba napisać SMS o treści: KRANG.XXX.HASŁO KRZYŻÓWKI. (W miejsce
XXX wpisujemy numer krzyżówki. Uwaga, stosować tylko litery, cyfry i kropki. Wielkość liter nie ma
znaczenia). Dla przykładu: jeżeli hasłem krzyżówki jest „Wesołych świąt”, a numer krzyżówki 37, to SMS
będzie wyglądał następująco – KRANG.37.WESOLYCH SWIAT. SMS-y należy wysyłać pod numer 72037
(płatny 2 PLN+VAT). Odpowiedzi przyjmujemy do 21 października 2008 r.
Wśród osób, które nadeślą rozwiązania SMS-em, dodatkowo rozlosujemy
TYGODNIOWE WCZASY W POLSCE DLA DWÓCH OSÓB.
Dodatkową nagrodę, TYGODNIOWE WCZASY W POLSCE, za rozwiązanie nadesłane SMS-em
wylosował p. Stefan Bednarek z Pruszkowa.
Nagrody rzeczowe wysyłamy pocztą w terminie miesiąca. Przesyłkę opłaca redakcja. Zgodnie z obowiązującymi przepisami nagrody są
obciążone 10-procentowym podatkiem. Wylosowane nagrody nie podlegają zamianie na równowartość w gotówce.
Nagrodą października jest
ODKURZACZ.
Życzymy szczęścia
w losowaniu!
2
Wysyłając rozwiązanie SMS-em, wygrasz więcej! Możesz zwielokrotnić szansę wygranej, wysyłając więcej
niż jeden SMS. Informację, że zostałeś zwycięzcą, otrzymasz wyłącznie SMS-em. W treści SMS-a
znajdziesz numer telefonu, pod który należy zadzwonić w ciągu godziny.
pa
źd
zie
rn
ika
Rozwiązania krzyżówek – same hasła – prosimy nadsyłać na kartkach pocztowych do 21 października 2008 r. pod adresem: Tygodnik ANGORA, 90-103 Łódź, ul. Piotrkowska 94. Rozwiązania krzyżówek można nadsyłać również SMS-em.
Wśród osób, które nadeślą prawidłowe rozwiązania krzyżówek, rozlosujemy nagrody, które prześlemy pocztą.
(Nagrody rzeczowe wysyłamy pocztą w terminie jednego miesiąca od ich ogłoszenia).
Nagroda miesiąca nr 640
Aby wziąć udział w jej losowaniu, należy zgromadzić 4 kolejne kupony, które zamieszczamy poniżej. Należy je wyciąć i nadesłać do redakcji do
4 listopada 2008 roku wraz z rozwiązaniem dowolnej krzyżówki. UWAGA!!! Można też przesłać
(do 4 listopada) rozwiązanie SMS-em. W tym celu należy pod numer 73550
(koszt 3 zł+VAT) wysłać SMS z hasłem, na które złożą się cztery litery zamieszczone na kuponach kolejno w 4 numerach ANGORY, o treści:
KRANG.640.hasło.
Na
gr
od
a
Rozwiązanie krzyżówki numer 138: DŁUGI SEN, KRÓTKIE ŻYCIE
Wpłynęły: 1374 prawidłowe rozwiązania na kartkach pocztowych
638 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
Nagrodę, TELEFON KOMÓRKOWY Z APARATEM FOTOGRAFICZNYM, wylosowała p. Ewa Piss
z Zabrza.
hak
Uwaga: cyfra „0” nie stoi na początku żadnej liczby.
Rozwiązanie krzyżówki nr 338: Liczba szóstek: 6.
Wpłynęło: 270 prawidłowych rozwiązań na kartkach pocztowych
42 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
Nagrodę, KALKULATOR I KSIĄŻKĘ, wylosowała p. Larysa
Zarzycka z Gdańska.
druga litera hasła: R
a4168 krzyzowki_2.qxd
2008-10-04
14:17
Page 2
68
NIE TYLKO DLA ORŁÓW
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Sudoku Zadanie nr 541
1
NAGRODA: Dwutomowy przewodnik „Polska egzotyczna”
4
3
2
5
3
4
5
6
3
6
7
8
5
7
3
8
Sudoku to proste i przyjazne puzzle. W grze obowiązuje
tylko jedna prosta zasada: uzupełnić puste pola diagramu
w taki sposób, aby każdy wiersz, każda kolumna oraz
każdy kwadrat 3x3 zawierał wszystkie cyfry od 1 do 9.
Aby wziąć udział w losowaniu nagrody, wystarczy przepisać na
kartkę pocztową pierwszy od góry wiersz z rozwiązanego diagramu wraz z numerem zadania, umieścić swoje dane osobowe i wysłać (można również SMS-em, np. KRANG.547/01.rozwiązanie) pod adresem redakcji z dopiskiem „Sudoku”. Rozwiązanie
dwóch zadań zwiększy szansę na wygraną.
6
NAGRODĘ KSIĄŻKOWĄ wylosowała p. Janina Paradowska
z Warszawy.
rk
Sudoku można też rozwiązywać w komórce!
Jeśli Twój telefon obsługuje programy Java*, wystarczy wysłać SMS o treści ASDK pod numer 71037, a następnie postępować zgodnie z otrzymywanymi instrukcjami. Koszt jednego
9
5
8
3
Rozwiązanie sudoku numer 538:
538/01 6 1 8 5 7 2 3 4 9 538/02 7 8 1 6 2 5 9 3 4
Wpłynęły: 464 prawidłowe rozwiązania na kartkach
pocztowych
31 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
2
2
2
6
1
3
8
1
1
6
4
7
2
6
3
5
9
3
3
8
1
9
3
2
8
6
2
7
5
3
7
4
6
9
6
1
4
7
1
9
8
3
Zadanie nr 541/01
Zadanie 541/02
SMS-a wynosi 1 zł + VAT. Podając wraz z pierwszym przesyłanym rozwiązaniem swoje imię lub pseudonim, zostaniesz automatycznie umieszczony na liście graczy i będziesz mógł sprawdzać swoją pozycję na liście rankingowej.
Szczegóły: http://www.angora.com.pl/sudoku/
* Wykaz obecnie obsługiwanych telefonów: Nokia: Series 60,
Series 40 (ekran 128x128), Series 30 color (ekran 96x65), 3410,
6310i; Siemens: S55(i), C60, MC60, M55, SL55, M(T)50, C55,
C65, CX65, M65, S65, CX70; Motorola: T720(i), T722i,V300,
V500, V525, V600; Sony Ericsson: T610, T630, K700i.
Logiczna układanka
Krzyżówka nr 441
NAGRODA KSIĄŻKOWA
Aby rozwiązać naszą logiczną układankę, należy zaczernić odpowiednie pola diagramu, w myśl reguł zakodowanych ciągiem cyfr umieszczonych z jego boku. I tak: przykładowy szereg cyfr „2, 4, 3, 5” w pionie
oznacza, że w odpowiedniej kolumnie należy kolejno zaczernić ciąg
– dwóch, czterech, trzech i pięciu pól
(analogicznie postępujemy w wierszach). Oczywiście, liczba zaczernionych pól musi się nam zgadzać
w „pionie i w poziomie”. Utworzony
w ten sposób rysunek stanowi rozwiązanie łamigłówki. Do redakcji wystarczy przesłać nazwę obrazka.
Rozwiązanie krzyżówki nr 438: ul.
Wpłynęło: 108 prawidłowych rozwiązań na kartkach pocztowych
26 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
NAGRODĘ KSIĄŻKOWĄ wylosowała p. Agnieszka Gać
z miejscowości Skowroda Południowa.
rk
Marcin Prokop
Dziennikarz
Nie gram w totolotka i nigdy nie
grałem. Szczerze
mówiąc, nie wiem
nawet na czym
polega dokładnie
ta zabawa, ile
liczb się obstawia
itd. Nigdy również
nie wygrałem niczego w żadnej
grze – nie interesuje mnie żadna
forma hazardu, loterii itd. Wierzę w ciężką pracę, a nie
uśmiech losu:-). Gdybym jednak musiał obstawiać jakieś typy, to byłyby to liczby wariacje na temat mojej daty urodzenia, a więc:
14, 7, 19, 5, 10, 1.
Notowała: A. Pacho, fot. AKPA
LOTTO w Twojej komórce
Jeśli chcesz dostawać wyniki 30 kolejnych losowań
– wyślij SMS o treści:
a g duzy
– wyniki Dużego Lotka
a g ekspress – wyniki Express Lotka
a gmulti
– wyniki Multi Lotka
a gnumerek – wyniki Twojego Szczęśliwego Numerka
pod numer 79550. Po wysłaniu SMS-a przez 30 kolejnych losowań będziesz otrzymywać wyniki.
Chcesz otrzymać wyniki ostatniego losowania?
– wyślij SMS o treści według opisu umieszczonego wyżej
pod numer 71037.
Jeśli chcesz otrzymać wynik najbliższego losowania, wyślij SMS o treści:
a g xduzy
– najbliższe losowanie Dużego Lotka *
a g xexpress
– najbliższe losowanie Express Lotka*
a g xmulti
– najbliższe losowanie Multi Lotka*
xmulti
a g xnumerek
xnumerek – najbliższe losowanie Twojego
Szczęśliwego Numerka*
pod numer: 71037
*wyniki zakładów zostaną wysłane tuż po losowaniu.
Opłata za SMS wysłany pod numer 71037 wynosi: 1 zł + VAT, pod numer
79550: 9 zł + VAT.
A4169-71PERYSKOP.qxd
2008-10-04
13:30
Page 1
PERYSKOP
Nr 41. Rok VIII
PRZEGLĄD
PRASY
ŚWIATOWEJ
12 października 2008 r.
Były rzecznik Watykanu o polskim Papieżu i generale
Marionetka z duszą?
Włochy
Joaquín Navarro-Valls w dzienniku „Repubblica” twierdzi, że między
dwoma słynnymi Polakami, kapłanem i wojskowym (rocznik 1920
i 1923) mogła zarysować się więź
subtelnie wykraczająca poza pochodzenie narodowościowe. To idea
niełatwa do przyjęcia dzisiaj, kiedy
Rzeczpospolita braci Kaczyńskich
oskarża generała w procesie autorów stanu wojennego. Były rzecznik
Watykanu podkreśla, jak trudno krajom rozliczać się z własną historią
– tym bardziej skłonnym do egzaltacji nacjom słowiańskim.
W Polsce, w ramach porządkowania
historycznych rubryk, ostatni jej komunistyczny lider – wraz z innymi funkcjonariuszami – musi zmierzyć się z trybunałem. Dlatego data 12 września
2008 roku, dzień rozpoczęcia procesu, chociaż dla Europy może nie bę-
dzie historyczną, ale dla Polski – pełną
znaczeń. Role za sprawą IPN-u i lustracji odwróciły się. W tamtych latach jeden człowiek pociągający za wiele
sznurków – szef partii komunistycznej,
szef rządu, minister obrony i zwierzchnik sił zbrojnych – musiał budzić respekt i strach. Obecnie to ówcześni
polityczni scenarzyści mają się bać.
Navarro-Valls ocenia, że Jaruzelski wydawał się dobrze usadowiony w biurokratycznej strukturze i pyta retorycznie
o sens jego sądzenia – jako postaci historycznej, a jednocześnie żywej osoby w bardzo podeszłym już wieku.
Takie są realia: sąd nad Jaruzelskim
w Warszawie, nad Karadżiciem w Hadze. W ideologicznym polskim klimacie stawianie zarzutów generałowi jest
nieuniknionym politycznym skutkiem
– przecież Jaruzelski to symbol komunistycznego reżimu! Wszystko to historia miniona, czy jednak nietrwałość
da się nazwać przedawnieniem? Navarro-Valls wtedy – w grudniu 1981 roku – planował wrócić do Warszawy
i z bliska obserwować rozwój wyda-
Jan Paweł II podczas spotkania w Belwederze w 1983 r.
rzeń. Poważne zagrożenie miało nadejść nie od Rosjan, jak mówiono, ale
od Niemców, ze Wschodu. Jeśli inwazja, to znowu z tamtej strony, jak zaledwie parę dekad wcześniej. Powrotna
podróż do Polski byłego watykańskiego rzecznika zakończyła się w Wiedniu, stamtąd zabroniono mu jechać
dalej.
Sytuacja zmieniła się już pod wpływem pierwszej apostolskiej wizyty Jana Pawła II, w 1979 roku. „Polska stała
się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa”
– ta homilia wygłoszona w stolicy, na
placu Zwycięstwa, rozpaliła w Polakach ducha pobożności, dotąd tłumionego przez sowiecki totalitaryzm, bez
pardonu pozbawiający praw, także
tych religijnych. „Chrystusa nie można
wyłączać z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu ziemi. Nie można też
bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski – przede wszystkim jako dziejów
ludzi, którzy przeszli i przechodzą
71
Fot. PAP/CAF
PRZEGLĄD TYGODNIA
Plany rządu Tuska
rekompensaty dla ludzi okradzionych przez
PRL wziął pod buty
„Frankfurter
Allgemeine Zeitung”. – Polska jest jedynym
członkiem UE z grona krajów Europy
Środkowowschodniej, który po dziś
dzień jeszcze nie przyznał odszkodowań ofiarom komunistycznych wywłaszczeń – zauważył. – Polska nie
zabiegając o stosowną regulację,
przegapiła czas przed wstąpieniem
do Unii, co powoduje, że planowana
ustawa restytucyjna będzie musiała
teraz być zgodna z europejskimi zasadami. Sugerując, że grozi nam lawina
roszczeń niemieckich „wypędzonych”.
Drogą PiS poszedł premier
Włoch Silvio Berlusconi, ogłaszając
bojkot niektórych stacji telewizyjnych.
– Nigdy więcej politycy koalicji nie
pójdą do telewizji, by być obrażani
– zagrzmiał, sugerując, że chodzi
o programy, które uważa za stronnicze i lewicowe. – Jesteśmy osobami
z godnością, nie możemy zgodzić się
na takie traktowanie – dodał. Zapewne wziął pod uwagę opinię Włochów,
których aż 68% uważa, że dziennikarze kłamią. Poza tym jest właścicielem trzech ogólnokrajowych kanałów
telewizyjnych.
Zgodnie z oczekiwaniami Rada
Europy nie ukarała Rosji za konflikt
z Gruzją. Za taką decyzją głosowało
114 parlamentarzystów, 20 osób było
przeciw, a 10 się wstrzymało. Karą
miało być pozbawienie delegacji rosyjskiej prawa głosu. Na wszelki wypadek RE zagroziła, że może w każdej chwili ponownie podjąć tę kwestię, jeśli Rosja nie będzie respektować porozumienia rozejmowego.
Uszami wyobraźni usłyszeliśmy chóralny wybuch śmiechu na Kremlu.
I trudno się dziwić. – Cena gazu
eksportowanego przez Gazprom do
Europy przekroczyła w październiku
500 dolarów za 1000 m3 – oświadczył
prezes koncernu Aleksiej Miller.
Litwini pojadą do USA bez wiz już
w drugiej połowie października – zapowiedział prezydent USA George
Bush podczas spotkania z prezydentem Valdasem Adamkusem. Litwa zabiegała o to od 8 lat. Niedawno takie
prawo wywalczyli też Słowacy. – Zniesienie wiz świadczy o tym, że USA
nam ufają – powiedział Adamkus.
A Polakom nie ufają.
Co piąty nauczyciel brytyjskich
szkół chce przywrócenia kary chłosty
– wynika z sondażu na grupie 6200
belfrów. Dotyczy to głównie szkół ponadpodstawowych, gdzie uczniowie
koncentrują się na opanowaniu swoich praw, nie zwracając większej uwagi na treści nauczania. Faktem jest,
że Imperium Brytyjskie było najsilniejsze, gdy chłosta pełniła rolę zasadniczego środka wychowawczego,
zwłaszcza w elitarnych szkołach.
BOHDAN MELKA
A4169-71PERYSKOP.qxd
2008-10-04
13:30
70
Page 2
ŻYCIE NA SAKSACH
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
Czytelnicy PERYSKOPU debatują o współczesnej polskiej emigracji
Misja specjalna?
Bardzo mieszane uczucia
wzbudził we mnie list
p. Adama Olesa, zamieszczony w „Angorze” nr 31. Jest to podziw, któremu towarzyszy jednak nuta
zwątpienia.
Pan A. Oles po dwóch latach pobytu w Anglii postanowił wrócić do kraju.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale
p. Adam był cenionym pracownikiem,
otrzymywał podwyżki i uhonorowany
został tytułem „Pracownik Miesiąca”.
Kiedy podjął decyzję o wyjeździe,
„główne szefostwo wystosowało pismo z prośbą, aby pozostał”. Pan
Adam był jednak nieugięty i nie zmienił decyzji. „Nie trzeba być bogatym,
aby żyć nawet w Polsce godnie i być
szczęśliwym”, stwierdził. Nawet w Polsce – zadziwiające. Największy mój
podziw budzi jednak powód, dla którego pan Adam postanowił wrócić do
kraju. Nie powód, a rzec by można,
misja. Otóż w Anglii zaimponowała
panu A. wysoka kultura bycia. Nie ma
kłótni, przepychanek w kolejkach
w sklepie, u lekarza, ubliżania sobie
w korkach; arogancji i nieodpowiednich zachowań. Patrząc na naszą rzeczywistość (vide politycy), tylko pozazdrościć. Tę oto kulturę, zdaniem
autora, przywozimy zza morza. „Przy
tych doświadczeniach, pisze, funty,
euro, dolary nie są nic warte” (!) Najcenniejsze jest to, że „przywozimy zachodni styl życia”.
Pan jest aniołem, panie Adamie.
Porzuca pan intratne zajęcie, uznanie
przełożonych, piękny, kulturalny
świat, aby w siermiężnej Polsce szerzyć zachodni styl życia. Mam nadzieję, że w tej szczytnej misji nie przeszkodzi Panu „beton zaściankowości”. A jeśli już, to… kierunek lotnisko.
Jerzy Szperkiewicz w wierszu „Pacierze polskie” pisał: „Dotknij mnie, Panie, niemiecką obsesją ciężkiej pracy,
lekkością Francji, brytyjskim poczuciem obowiązku… przy tym wszystkim pozwól pozostać Polakiem”. Tego
Panu życzę.
Romana Chojnicka
Brodnica
Chciałabym odpowiedzieć
na list pana Krzysztofa
z Malmö („Angora” nr 39).
Drogi Krzychu, włos mi się na głowie zjeżył, kiedy czytałam twój list. Narzekasz i psioczysz na polski rząd, na
Polaków i na wszystko, co polskie.
Jednocześnie piszesz, że masz firmę
w Szwecji, w której zatrudniasz pracowników „na czarno”, bo państwo
zabrałoby ci połowę tego, co zara-
biasz, i pracownikom również. Brawo,
Krzychu! – jesteś przykładem prawdziwego Polaczka, cwaniaczka za
granicą. Masz pretensje do wszystkich, że w Polsce jest źle, że musisz
płacić na służbę zdrowia itd. Ale co ty
sam robisz!!! Oszukujesz tak samo
jak ci, na których narzekasz. Wyjechałeś za granicę i oszukujesz szwedzki
rząd, urząd skarbowy i własnych pracowników tylko po to, żeby się szybko
wzbogacić. „Jesteście bandą złodziei
i oszustów, drodzy Polaczkowie”, pi-
jących legalnie, bez oszukiwania skarbówki, a szefowie dają sobie radę
i stać ich na zatrudnianie pracowników oraz na życie na wysokiej stopie.
Więc nie wmawiaj ludziom bzdur.
Polska służba zdrowia ci się nie podoba? A co powiesz o szwedzkiej,
która jest poniżej krytyki? Zapomniałeś wspomnieć, ile czeka się w Szwecji – czasem wiele godzin na pogotowiu, czasami w bólach, czasami z obciętym palcem. Bywa, że ludzie na
pogotowiu umierają z braku pomocy
Chcesz zmian, Krzysztofie, to zacznij od siebie, bo wiele jeszcze musisz w swojej mentalności zmienić.
Dzięki takim jak ty opinia o nas, Polakach, jest straszna. Zresztą nie tylko
Polacy, ale też ludzie innych narodowości na nowo wprowadzają korupcję w Szwecji. Na przykład płacąc lekarzom za skierowania na renty, za lewe zwolnienia, podczas których ludzie pracują na czarno. Czy uwierzycie, że odpowiednik polskiego ZUS-u posiada tu pracowników, którzy jeżdżą za granicę do krajów, z których
pochodzą ludzie na fikcyjnych rentach i tam zbierają dowody, że taki to
a taki siedzi w ojczyźnie pół roku, buduje dom i jest całkiem zdrowy. Szwedzi muszą jednoczyć siły, aby walczyć
Rys. Piotr Rajczyk
szesz, a ja się pytam, kim ty jesteś? Ty
również oszukujesz i okradasz i nie
ma żadnej różnicy między tobą, a tymi, których osądzasz. Zatrudniając
około 20 osób, większość „na czarno”, jak wykazujesz urzędowi skarbowemu wykonaną pracę? Że sam wykonałeś tak wielką pracę, którą faktycznie wykonywało dwudziestu ludzi? Ja ci odpowiem, pracę wykonywałeś również „na czarno”, a urzędowi skarbowemu wykazałeś niskie zarobki i jakąś tam fakturę za jedną usługę, tak to wygląda!
Jak możesz osądzać innych, skoro
nie jesteś lepszy od nich?! Nikt nie zabrałby ci połowy zarobków, a tym bardziej twoim pracownikom, ale zarobisz większą kasę, zatrudniając
wszystkich na czarno, bo nie płacisz
żadnych opłat za pracowników i to
jest praktyka często stosowana przez
Polaków w Szwecji. Twoi pracownicy
zapłaciliby 30% podatku od zarobków. Wiele jest firm w Szwecji działa-
lekarskiej. Nie wspomniałeś, że
dwóch polskich lekarzy w Malmö dostało zakaz wykonywania zawodu
z powodu notorycznych zwolnień wypisywanych bezzasadnie i wysyłania
Polaczków cwaniaczków na renty im
nienależne. Z jakiegoś powodu pominąłeś, że zarejestrować się do przychodni można tylko telefonicznie,
choć telefon jest wiecznie zajęty,
a gdy już się człowiek dodzwoni, to
pielęgniarka, która decyduje o tym,
czy cię lekarz przyjmie, czy nie przyjmie, mówi: weź panodil (odpowiednik
polskiego apapu) i poczekaj parę dni,
może ci przejdzie. Nie wspomniałeś
też, że u dentysty płaci się wysokie
sumy, więc Polaczki cwaniaczki jeżdżą do Polski leczyć zęby. Pominąłeś
również fakt, że Polacy mieszkający
w Szwecji operują swoje psy w Polsce, bo różnica w cenie jest ogromna,
nie wspomnę już o nagminnym przemycaniu psów z Polski, co Szwecja
tępi jak może.
z ludźmi, którzy wykorzystują system
do osobistego wzbogacenia się
i oszukiwania państwa szwedzkiego.
Taka jest prawda, Krzysztofie, „cudze
chwalisz, swego nie znasz”, a to cudze nie jest takie różowe, jakby się
wydawało. Piszesz „czas ucieka,
a złodzieje nadal rządzą”, a ja ci odpowiem, że złodzieje nadal będą rządzić, dopóki mamy ludzi z takim nastawieniem do życia i pieniądza jak ty,
którzy wyjechali do innego kraju, aby
go okradać, oszukiwać i psuć opinię
innym rodakom, którzy chcą żyć praworządnie. Polacy to, niestety, taki naród, który zawsze będzie kombinował
i zawsze narzekał, a nie tędy droga.
Pozdrawiam i życzę sukcesów
w dalszym kombinowaniu, jak oszukać skarbówkę.
Z pozdrowieniami,
Edyta Weryńska
Na listy Czytelników czekam pod adresem: [email protected]
A4169-71PERYSKOP.qxd
2008-10-04
13:30
Page 3
AKTUALNOŚCI
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
Między Bogiem...
W przypadku wrogiego ataku
69 Co planuje Teheran?
przez tę ziemię”. Kim więc był generał? Po pierwsze – wojskowym. Przekonanym, że bezpieczeństwo i porządek publiczny są podstawowymi fundamentami i kryterium wyjściowym ku
temu, by kierować krajem. Po drugie
– polskim socjalistą. Zwolennikiem
niepodległości i przeciwnikiem wszelkiej obcej interwencji bezpośredniej
w sprawy państwa (z tego powodu Jaruzelski mógł być gwarancją dla narodu, że będzie dążył do zażegnania inwazji z zewnątrz). Ale po trzecie – był
również komunistą. Z tej jego skłonności ideologicznej sowieccy notable wyprowadzili wiarę w rygorystyczne
i przewlekłe aplikowanie marksizmu.
Jednak osiem spotkań Polaka z Polakiem – Papieża z generałem – coś
w nich obu wydrążyło, chociaż na pozór nic nie uległo zmianie.
Wspomina Navarro-Valls: Gdy przyjechałem z Wojtyłą do Polski w 1983
i 1987 roku wydawało mi się, że tu zewsząd wyłazi istnienie dyktatury. Sytuacja polityczna to były znaki zapytania
i wielkie zakłopotanie. Myślę, że wtedy
wypłynęła jakaś siła społeczna, zdolna do zachowania w niezmieniony
sposób tożsamości kulturowej i religijnej – w każdej sytuacji. Papież zdawał
sobie sprawę, jak bardzo zdołał rozbudzić w rodakach religijność, stawiał
sobie za cel rozbudzanie ich w kierunku śmiałych inicjatyw, w kierunku
przełomowej zmiany. Polska wybijała
się spośród krajów bloku komunistycznego jako szczególne miejsce,
gdzie można było zweryfikować stopień załamania systemu totalitarnego,
uwidaczniać jego przedawnienie poprzez epatowanie religijnością społeczeństwa.
W tym kontekście postać Generała
umożliwiła Papieżowi z Wadowic
pierwszy eksperyment – pomiar skuteczności, także politycznej, jego charyzmy. Kiedyś wspomniał, że wśród
wielu wątków losów Generała długo
przeważał ten komunistyczny. Ale
gdyby tylko wydobyć go ze szczelnego pancerza instytucjonalnych zobowiązań! Jan Paweł II był pewien, że
nikt i nic nie zdoła definitywnie uśpić
serca i duszy ludzkiej, nawet jeśli przekształciła się ona w marionetkę reżimu, który porusza jej nitkami.
Czy Papież miał rację i co takiego zaszło w Generale – odpowiedzi na tak
postawione pytania mało kto się spodziewa po procesie autorów stanu wojennego. Jedynie Navarro-Valls przewiduje, że prawdziwym efektem scenicznym w procesowym teatrze lalek może
być odkrycie (między Bogiem a prawdą?) niewinności winnego.
AGNIESZKA NOWAK
(Na podst. „La Repubblica”)
Iran
27.09.08
– Atak „bandami, jak wilki” przeciwko amerykańskiej flocie: taką taktykę wojenną przygotowuje na wodach Zatoki Perskiej marynarka wojenna Iranu w odpowiedzi na możliwość ataku na instalacje nuklearne
Teheranu. Dwadzieścia małych łodzi
z fanatycznymi strażnikami rewolucji
na czele może wprost zalać zachodnie statki, których liczba na wodach
międzynarodowych w ostatnich miesiącach znacząco wzrosła. Ataki samobójczych statków „nie dadzą wrogowi szansy ucieczki” – ostrzega Ali
Shirazi, doradca politycznego i duchowego przywódcy Iranu, ajatollaha Chameniego. Reżim grozi agresją
Tel Awiwowi i flocie amerykańskiej
w Zatoce Perskiej, jeśli sam zostanie
zaatakowany.
– Irańczycy są w stanie poważnie zaszkodzić wielkim zachodnim statkom,
posługując się swoim zwiadem i szybkimi kutrami zaopatrzonymi w pancerzownice rakietowe – przyznaje przedstawiciel Ministerstwa Obrony Narodowej w Paryżu, który śledzi irańskie ruchy w Zatoce.
Poza trzema sowieckimi łodziami
podwodnymi (typu Kilo) i dziesiątkami miniłodzi podwodnych mogących przewozić jednostki komandosów sił specjalnych, Teheran dysponuje łącznie ponad tysiącem jednostek uzbrojonej floty, w tym kilkoma
setkami szybkich kutrów przygotowanych do samobójczych misji. – Ich
szybkość i determinacja sprawia, że
są szalenie niebezpieczni – ocenia
Hubert Britsch, były attaché wojskowy w Teheranie.
Słabe kraje arabskie po drugiej stronie Zatoki Perskiej obawiają się powietrzno-morskiej guerilli. Pod koniec
sierpnia
floty wojenne
wielu
monarchii
zanotowały
„wzmocnienie” aktywności żeglugi na
wodach międzynarodowych. Czy
oznaczało to nieuchronność ataku?
Odpłynięcie części floty amerykańskiej
wywołało spekulacje na temat bombardowań. Czy był to bluff ze strony Teheranu? Za każdym razem istnieje
obawa o faux pas, które mogłoby spowodować nieporozumienie.
Teheran mówi, że nie wierzy w możliwość ataku i chce sprawiać wrażenie
nieprzygotowującego się na obronę,
jednak Irańczycy testują Raad – wyrzutnię rakietową z nośnością ponad
300 km. Podobno skonstruowali też
nowoczesną łódź podwodną średniej
klasy – Ghaem, z wyrzutnią torped. Teheran uchodzi w Zatoce Perskiej za mistrza w rozpraszaniu lub pozornym
zwiększaniu liczby swoich wojsk. Jednak jego „siła szkodzenia” powinna
być tym bardziej doceniona, czy to
oceniając flotę wojenną – która jest
świetnie koordynowana, czy regularną
armię. Siły morskie mogą szczególnie
zaszkodzić wojskom zachodnim za
pomocą samolotów zdolnych wykrywać nawet najcichsze łodzie podwodne przeciwnika.
Czy Irańczycy posunęliby się do zaminowania wąskiego kanału w cieśninie Ormuz (przez który przebiegają
szlaki eksportu ropy – tak ważne dla
ich ekonomii), co mogłoby doprowadzić do jego zamknięcia? W ciągu
ostatnich miesięcy Teheran dawał w tej
sprawie różne, często sprzeczne znaki.
Jedno wydaje się być pewne: żadna
amerykańska instalacja w Zatoce Perskiej – czy to militarna czy polityczna,
nie jest bezpieczna wobec
potencjalnych represji
ze strony Iranu. Jednak, żeby móc
przeprowadzić kontratak, Irańczycy
muszą uciec się do taktyki wypełnienia
przestrzeni. Przez pewien czas ich rakiety będą musiały być na tyle liczne,
by przedrzeć się przez obronę lotniczą
i dosięgnąć celu. Te natomiast są już
dawno ustalone – od amerykańskiej
bazy w al-Udeid w Katarze do saudyjskich instalacji naftowych – i w miarę
upływu czasu pojawiają się nowe. Iran
przekazał już krajom arabskim wiadomość, by nie udostępniały Amerykanom swoich terytoriów do atakowania
islamskiej Republiki.
Przeciwko Zjednoczonym Emiratom
Arabskim Irańczycy przygotowali już
rakiety ziemia-ziemia CR8 Silwan, które rozmieszczono na wyspach Tomb
i Abou Moussa, do których prawo rości sobie Abu Dhabi. Teheran dysponuje łącznie ponad tysiącem rakiet balistycznych i taktycznych, które mogą
zostać wystrzelone z ruchomych wyrzutni z każdego punktu w kraju. Nawet jeśli ich system naprowadzania
pozostawia wiele do życzenia, to „rozmieszczenie ich wojsk może być trudne do lokalizowania, gdyż mogą z łatwością kamuflować wehikuły jako cywilne półciężarówki”, ostrzega Hubert
Britsch, który wierzy też w irańskie instalacje chemiczne.
450 irańskich rakiet ziemia-ziemia
(CSS-8, Shahab 1 i 2) o nośności od
150 do 500 km może sięgnąć baz
amerykańskich w Zatoce Perskiej.
Jednak najbardziej niebezpieczne są
71
Shahab 3, w liczbie około dwudziestu,
które mogą dosięgnąć Izrael dzięki nośności od 1300 do 1500 km. Niedawne próby rakietowe były jasnym dowodem determinacji Teheranu. Jednak
jedna instalacja była wyraźnie „podrasowana”. Czy był to ulepszony Shahab 3 albo inna rakieta o jeszcze większej nośności, która dzięki nowej technologii mogłaby nieść pociski nuklearne? Sprawa pozostaje tajemnicza. Jeśli Teheran będzie mógł odpowiedzieć
natychmiast, to z pewnością nie w ten,
mogący mieć straszliwe skutki, sposób – twierdzą eksperci (...).
U swojego sąsiada Irakijczycy
wspierają bojówki szyickie od 2003
roku (Armię Mahdiego di Moqtada al-Sadr). 140 tys. amerykańskich żołnierzy jest wciąż celem ataku.
W przypadku napaści
na swoje terytorium Iran nie miałby
powodu, aby hamować swoją niszczycielską siłę, jak robi to do tej pory
w Iraku. W Afganistanie Iran również
nie wahałby się zawiązać okolicznościowego paktu ze swoimi wrogami
– sunnickimi talibami. Już teraz dostarczono tam broń i materiały wybuchowe. Jeśli chodzi o sprawę afgańską, Teheran czuje się nie dość doceniony za swoją „pozytywną neutralność”, którą przyjął po zamachach
z 11 września 2001. A George Bush
kilka dni po nich umieścił reżim mułłów w „osi zła”. Kierując się wciąż tym
pragmatyzmem, Teheran nie wyklucza też szukania wsparcia w Al-Kaidzie. (...).
W Libanie jego sojusznik Hezbollah
ma najwyraźniej pozwolenie, by użyć
swojej wyszukanej broni przeciwko
Izraelowi. Eksperci twierdzą, że
uzbrojenie bojówek szyickich, po
wojnie przeciwko Izraelowi w 2006 roku, było możliwe pod warunkiem, że
broń będzie używana tylko przeciwko
niemu. Podobnie mogło być w Palestynie z Hamasem, który również
ulepszył w ostatnich latach swoje wyrzutnie rakietowe.
Jeśli chodzi o monarchie Zatoki, Iran
mógłby uzyskać poparcie mniejszości
szyickich, często dyskryminowanych
przez sunnickie reżimy. Czy w Arabii
Saudyjskiej, w Kuwejcie czy w Bahrajnie, gdzie szyici (stanowiący większość) zaczynają podnosić głowę. Niektórzy przywódcy religijni mogliby pociągnąć za sobą tłumy. W przeszłości
szyici inspirowani przez Teheran stanowili zagrożenie, organizując ataki między innymi na rafinerię w Al-Khobar
w Arabii Saudyjskiej w 1996 roku. Trudno się więc dziwić Nicolasowi Sarkozyemu, że mówił o „katastrofie”, kiedy
tydzień temu w Damaszku uświadomił
sobie konsekwencje izraelskiego ataku
na Iran. (msz)
GEORGES MALBRUNOT
© Figaro Syndication, 2008
a4172-73.qxd
2008-10-04
13:27
Page 2
72
GWIAZDOR I FILANTROP
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
Cały świat składa hołd Paulowi Newmanowi – gwieździe kina
i wielkiemu człowiekowi
Odszedł tak, jak żył...
USA
29.09.2008
Paul Newman – gwiazda o magnetycznym uroku i przeszywających niebieskich oczach, uosobienie spokoju na ekranie i w życiu. Był jedną z najbardziej szanowanych osobistości w Hollywood i jednym z najbardziej kasowych aktorów. Jego kariera
trwała 60 lat.
Zmarł 26 września 2008 roku,
w wieku 83 lat w swojej posiadłości
w Westport (Connecticut) po długiej
walce z chorobą nowotworową. „Jego
śmierć nie była wydarzeniem publicznym. Była dyskretna. Odszedł tak, jak
żył. Skromny artysta, który nigdy nie
uważał się za «wielkiego». Był wśród
ukochanej rodziny i najbliższych przyjaciół” – usłyszeliśmy w oświadczeniu
wydanym przez rodzinę.
Newman, który studiował w słynnym
nowojorskim Actors Studio razem
z Marlonem Brando i Jamesem Deanem, zagrał główne role w ponad 50
znaczących filmach. Był inteligentny,
hojny, pogodny i niedoceniany.
Wybił się dzięki roli boksera Rocky’ego Graziano w „Między linami ringu” (1956).
Nie pozwolił, by klasyczna męska
uroda ograniczała go i grywał rolę ludzi niedoskonałych – buntowników,
przegranych alkoholików, bohaterów
walczących z establishmentem.
„Tak sobie wyobrażam swoje epitafium: Tu spoczywa Paul Newman,
który zmarł jako nieudacznik, gdyż jego oczy zmieniły kolor na brązowy”
– żartował kiedyś. Naprawdę jego niezapomniane niebieskie oczy nie rozróżniały kolorów. Był daltonistą.
Newman zyskał uznanie i sławę
w późnych latach 50. i 60. dzięki takim filmom jak „Kotka na rozgrzanym blaszanym dachu”, „Bilardzista” czy „Nieugięty Luke”.
Pomimo sukcesu pozostał skromnym człowiekiem. Nad hollywoodzki
blichtr przedkładał życie rodzinne na
swojej farmie w Connecticut.
W 1969 r. zrobił z Robertem Redfordem western „Butch Cassidy i Sundance Kid”, a cztery lata później obaj
znów spotkali się na planie „Żądła”.
Tym razem zagrali dwóch przestępców oszustów z czasów wielkiego
kryzysu. Byli dwoma najprzystojniejszymi aktorami swojego pokolenia,
a prywatnie się przyjaźnili.
Paul Newman, pomimo sukcesu, pozostał skromnym
człowiekiem
Fot. SIPA PRESS/East News
Późniejsze kreacje Newmana były
równie poruszające: „Werdykt”, „Bez
złych intencji” czy „Droga do zatracenia”. Jego ostatnią rolą było udzielenie głosu jednej z postaci filmu animowanego „Auta” (2006).
Newman otrzymał 10 nominacji do
Oscara. W 1987 r. dostał statuetkę dla
najlepszego aktora za film „Kolor pieniędzy”, w którym partnerował mu
Tom Cruise. W tym filmie powtórzył rolę szelmowskiego gracza, „Szybkiego
Eddie’ego” Felsona z „Bilardzisty”.
W 1986 r. otrzymał honorowego
Oscara, a w 1994 r. po raz drugi
przyznano mu tę nagrodę – za działalność charytatywną. Po rozwodzie
z pierwszą żoną Newman cieszył się
niezwykle trwałym – co w Hollywood
rzadko się zdarza – związkiem
z Joanne Woodward, którą poślubił
w 1958 r. Poznali się na planie „Długiego, gorącego lata”.
Zapytany o sekret swego małżeństwa, Newman w wywiadzie dla
„Playboya”, stwierdził: „Mam w domu
stek. Czemu miałbym wychodzić na
hamburgera?”.
Jako pełen pasji liberał i aktywista
wylądował na „liście wrogów” Richarda Nixona – to osiągnięcie, z którego
był niezwykle dumny.
W maju zeszłego roku w programie
Good Morning America emitowanym
przez stację ABC powiedział, że porzuca aktorstwo: – Jako aktor nie jestem
już w stanie pracować na takim poziomie, na jakim bym chciał. Traci się pamięć, pewność siebie i pomysłowość.
Dla mnie to już zamknięty rozdział.
W latach 70. uległ fascynacji wyścigami samochodowymi, która zaczęła
się po tym, jak zagrał w filmie „Zwycięstwo”. W 1977 r. był już zawodowym kierowcą wyścigowym – zdobył
wówczas piąte miejsce w wyścigu
Daytona.
W 1982 r. Newman i jego sąsiad
z Westport – pisarz A.E. Hotchner, założyli firmę, która sprzedawała oryginalny dresing Newmana z octu i oliwy.
Firma Newman’s Own – która początkowo miała być tylko żartem
– rozrosła się do potężnych rozmiarów i stała się przynoszącym milionowe zyski przedsiębiorstwem o zasię-
gu globalnym. Oprócz dresingu w jej
ofercie znalazł się popcorn i sos do
spaghetti. Wszystkie zyski z jej działalności – szacunkowo ponad 200
mln dolarów – przeznaczono na działalność charytatywną.
W 1988 r. Newman zorganizował
w północno-wschodnim Connecticut
obóz dla dzieci chorych na nowotwory i inne choroby zagrażające życiu.
Później podobne obozy odbywały się
w całych Stanach i Europie.
Trzy córki Newmana i Woodward to
Elinor, Melissa i Clea. Z pierwszego
małżeństwa z Jacqueline Witte ma
również dwie córki – Susan i Stephanie – oraz syna, Scotta, który zmarł
w 1978 na skutek przypadkowego
przedawkowania alkoholu i valium.
Po tym tragicznym wydarzeniu Newman założył fundację pomagającą
młodym ludziom uzależnionym od
narkotyków i alkoholu.
Do płynących z całego świata kondolencji dołączył się Robert Redford:
– Czasami uczuć nie da się wyrazić
słowami – powiedział. – Straciłem
prawdziwego przyjaciela. Dzięki niemu moje życie było lepsze i ten kraj
też był lepszy.
Sally Field, jego partnerka z „Bez
złych intencji”, powiedziała: – Czasami Bóg tworzy ludzi doskonałych.
Paul Newman był jednym z nich.
George Clooney przyznał: – Ustawił
poprzeczkę zbyt wysoko dla nas
wszystkich. Nie tylko dla aktorów.
Julia Roberts, która współpracowała z Newmanem przy organizowaniu
obozów dla chorych dzieci, wyznała:
– Był moim bohaterem.
Kondolencje napływają z całego
świata. W Los Angeles kwiaty leżą
przy jego gwieździe na hollywoodzkim Walk of Fame. Wiązanki składano
też przed domem w Westport. Dan
Glickman, szef Motion Picture Association of America, powiedział: – Będziemy go pamiętać jako artystę,
dżentelmena i filantropa, który nie tylko odniósł spektakularny sukces, lecz
także wiódł przykładne życie.
Nagrodzony Oscarem reżyser Sam
Mendes, który z Newmanem spotkał
się na planie „Drogi do zatracenia”,
skłonił się przed tym „naprawdę wielkim człowiekiem” i przyznał, że
współpraca z nim była „najważniejszym momentem w jego karierze”.
Angielski aktor Daniel Craig uznał,
że „to koniec pewnej epoki”.
Swój smutek wyrazili także były
prezydent USA Bill Clinton i jego żona
Hillary: – Paul był amerykańską
gwiazdą, filantropem i mistrzem dla
dzieci... Modlimy się za Joanne i całą
rodzinę Newmanów, jesteśmy myślami z nimi i wszystkimi ludźmi, którzy
spotkali się z niezwykłą uprzejmością
i hojnością Paula. (as)
STEFANIE BALOGH
© Herald Sun
a4172-73.qxd
2008-10-04
13:26
Page 3
POLACY NIE GĘSI?
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
Rośnie nam nowe pokolenie emigracyjne. Część z tych młodych
ludzi nie powróci już prawdopodobnie nigdy do kraju i zwiąże
swoją dorosłą przyszłość na stałe z Wyspami
Jak nasiąka skorupka
Rodzicom polskich dzieci na
Wyspach dużą radość sprawia
to, że ich pociechy dobrze aklimatyzują się w obcym kraju.
Szczególnie cieszą postępy językowe, bo wiadomo, że znajomość angielskiego to świetny kapitał na przyszłość.
Przy okazji umyka nam jednak
pewien szczegół: mali Polacy
ucząc się błyskawicznie angielskiego, równie szybko zapominają, jak
mówi się po polsku.
Na terenie Wielkiej Brytanii jak
Bleadon, to mała wioska z sielskimi krajobrazami dookoła. Na
jednym z trawników można zauważyć grupę chłopców ganiających
za piłką. Po bliższych oględzinach
okazuje się, że rozgrywany jest
właśnie mecz międzynarodowy.
Wyspiarzy reprezentują Harry, Morgan i Oscar, podczas gdy Polskę
Filip i Maciek. Filip (11 l.) jest w Anglii od lipca 2005 r. Maciek (10 l.)
ma nieco krótszy staż emigracyjny
– od lipca 2007 r. Filip uczy się
w angielskiej szkole podstawowej
w Backwell, a Maciek w Worle. Do
Bleadon przyjeżdżają, żeby spotkać się z kolegami.
Obydwaj twierdzą, że nie chcą
wracać do kraju, bo na Wyspach
a czasami po prostu brakuje mu
słów w języku ojczystym. A te polskie wypowiada na angielską modłę i z obcym akcentem.
– Maciek często radzi sobie stylem dowolnym, przeplatając po
prostu polskie wypowiedzi angielskimi zwrotami – dodaje Basia, mama Maćka.
– Czytam dużo książek, ale wolę
to robić po angielsku. Jakoś fajniej
jest – mówi Filip.
– A co teraz czytasz?
– „The Saga of Darren Shan”. Kończę właśnie 12 część pod tytułem
„Sons of Destiny”. To o wampirach
i o ludziach. Ale dla dzieci tak jak
„Harry Potter” – tłumaczy z powagą.
Język obcy przydaje się nie tylko
grzyby po deszczu
czują się świetnie.
do zrozumienia tekstu.
powstają polskie szkoły sobotnie. Z reguły działają przy polskich
lub angielskich kościołach, które
gościnnie użyczają im sal. Przykładem takiej szkoły jest ta w Weston
Super Marpe, niedaleko Bristolu.
Placówka powstała z inicjatywy
rodziców we wrześniu 2007 roku
m.in. po to, „żeby utrwalić polskość w dzieciach i dać im jakieś
pojęcie o korzeniach”. Trzeba pamiętać, że niektóre z nich przyjechały tu w bardzo młodym wieku
i nie pamiętają dobrze kraju nad
Wisłą. Zajęcia odbywają się według programu szkolnego obowiązującego w Polsce, pod nadzorem
Polskiej Macierzy Szkolnej w Wielkiej Brytanii.
Wiesława Pilasiewicz, dyrektorka
i jedna z założycielek placówki,
uczy historii z geografią jako wolontariuszka. Oprócz tego w szkolnym programie są zajęcia z polskiego, środowiska i prac technicznych. Odbywają się też lekcje religii prowadzone przez księdza Zygmunta Frączka, proboszcza polskiej parafii w Bristolu. Kadra to
Nie ma bariery językowej – bezproblemowo porozumiewają się
z rówieśnikami. Filip mówi w taki
sposób, że nawet wprawny słuchacz miałby problem z określeniem narodowości chłopca. A wiadomo, że Anglia to kraj wielokulturowy i, co za tym idzie, wręcz sportem narodowym wyspiarzy jest zabawa w rozpoznawanie akcentów.
– Akcent Filipa jest amerykański.
Tak to odbieram – ocenia kolega
z boiska, ośmioletni Morgan. To
ciekawe, ponieważ Filip angielskiego nauczył się dopiero w Królestwie.
– Kiedy tu przyjechał w wieku
siedmiu lat, to właściwie nie znał
słowa po angielsku. Ale chłonął język jak gąbka. Zapamiętywał długie
zdania usłyszane w szkole, po czym
pytał w domu, o co w nich chodzi.
A teraz jest naszym podręcznym
słownikiem. Często my sami go nie
rozumiemy, gdy rozmawia z rówieśnikami – śmieje się Anna, mama
Filipa.
Rodzice Filipa mówią biegle po
angielsku. A jego dziadek jest autorem wydanej w Polsce gramatyki języka angielskiego. Anna przypomina sobie anegdotę opowiadaną przez teścia. W Stanach
Zjednoczonych zagadnięto go kiedyś tymi słowami: sądząc po akcencie, to ty chyba musisz być
z Arizony. Może zatem amerykański akcent Filipa to kwestia dziedziczenia?
– Zdarza się, że Filip zaczyna mówić po polsku z angielską składnią,
Filip, mimo młodego wieku,
„chodził” już z czterema dziewczynami. Angielkami. Ale nie lubi
W. Brytania
cztery nauczycielki
z odpowiednim przygotowaniem
i doświadczeniem pedagogicznym.
Warto się jednak zastanowić, czy
tylko takie inicjatywy załatwią sprawę. Dzieci spędzają przecież większość czasu w środowisku anglojęzycznym i chcąc nie chcąc nasiąkają zarówno językiem, jak i wyspiarskimi nawykami.
73
o tym mówić i ucieka, żeby pobrykać z kolegami.
Rośnie nam nowe pokolenie emigracyjne. Część z tych młodych ludzi nie powróci już prawdopodobnie
nigdy do kraju i zwiąże swoją dorosłą przyszłość na stałe z Wyspami.
A z biegiem czasu może się okazać,
że nie tylko nie będą znali polskiej
historii i kultury, ale nawet mogą
mieć problemy z artykułowaniem
myśli w mowie ojczystej. Z drugiej
jednak strony – mądra to przecież
rzecz, gdy wtapiamy się w brytyjski
krajobraz, zamiast tworzyć polskie
getta czy hermetycznie zamknięte
środowiska. Czyli całość rozbija się
jak zwykle o znalezienie tzw. złotego
środka. Warto też zwrócić uwagę na
to, że mali Polacy dokonują już teraz
pewnych wyborów: choćby deklarując chęć pozostania w Zjednoczonym Królestwie. Może więc po prostu przejść nad tym do porządku
dziennego i darować dzieciom patriotyczne zadęcie, jakie fundowano
nam przez lata nauki?
Wybór, tymczasem, należy do rodziców. A potem, kiedy z malców
wyrosną dorośli obywatele, to każdy z nich pokieruje życiem wedle
własnego uznania.
RADOSŁAW PURSKI
© Polish Express, 2008
REKLAMA
a4174-75.qxd
2008-10-04
13:23
Page 2
74
GRANICA WIEKU
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
Wszystkie tegoroczne katastrofy lotnicze miały jedną wspólną
cechę: maszyny były stare
Jak bezpiecznie latać?
Niemcy
28.08.08
W sierpniu spadł 14-letni hiszpański samolot pasażerski i 28letni kirgiski. Nasuwa się pytanie:
czy 20-, 30-letnie maszyny są wystarczająco bezpieczne?
W Kirgizji spadł 28-letni Boeing
737-200, należący do linii Itek Air.
Zginęło 68 osób z 90, które były na
pokładzie. 20 sierpnia na madryckim lotnisku tuż po starcie rozbił się
należący do Spanair 14-letni
McDonnell Douglas 82. Zginęły 154
osoby ze 172. 10 czerwca w Khartum przy lądowaniu zapalił się 17letni Airbus 310 Sudan Air. Zginęło
30 osób z 214, które nim leciały. 21
lutego, krótko po starcie w mieście
Merida, spadł 22-letni ATR 42, należący do wenezuelskich linii Santa
Barbara. Zginęli wszyscy – 46 osób.
Wspomniane wypadki mają jedną
cechę wspólną: uczestniczyły w nich
wysłużone
samoloty. Nasuwa się pytanie: czy
stare samoloty pasażerskie są bezpieczne? – Nie ma bezpośredniego
związku między wiekiem samolotu
a jego bezpieczeństwem – mówi
Jürgen Feldhoff z Luftfahrt-Bundesamt. – Bezpieczeństwo maszyny
w znacznie większym stopniu zależy
od właściwej konserwacji.
W Unii Europejskiej każdy samolot musi regularnie przechodzić kontrole typu A, B, C i D. Testów nie
przeprowadza towarzystwo lotnicze,
lecz producent, który następnie
przedstawia wyniki kontroli odpowiednim służbom. Najdokładniejsza
jest kontrola typu D, którą przeprowadza się co pięć – siedem lat i która trwa około czterech tygodni.
Sprawdza się każdą, najmniejszą
część – zdejmuje się lakier, kontroluje kokpit, kabinę i wszystkie systemy, sprawdza się, czy na żadnej
części nie ma rys, wymienia się
przewody oraz wszystkie wadliwe
i zużyte części.
Najważniejsza jest
konserwacja
samolotów. Z tego powodu
w Niemczech nie ma górnej granicy
wieku, do której można eksploatować samoloty. Elmar Giemulla, profesor kolońskiego uniwersytetu, zajmujący się prawem obowiązującym
w ruchu powietrznym uważa jednak,
że przepisy należy zmienić. – W cywilizowanych krajach nie powinny latać samoloty starsze niż 25 lat – mówi. Uważa, że czas wpływa na zmęczenie materiałów, z których wykonany jest samolot. Jest ono tym
większe, że samolot poddawany jest
ciągłym zmianom ciśnień. Po każdym locie kadłub samolotu rozszerza się o kilka centymetrów. Ponadto, maszyna pracuje w zmieniającej
się temperaturze, której wahania na
zewnątrz przekraczają 100 stopni C.
Za wprowadzeniem granicy wieku
opowiada się również Andrew Harrison, szef linii Easyjet. Wezwał on
Unię, by od 2012 roku zabroniła lotów na terenie Unii wszystkim maszynom zbudowanym przed rokiem
1990. Oznaczałoby to, że nie będzie
się dopuszczać samolotów starszych niż mających 22 lata. Firma
Easyjet nie ucierpiałaby na wprowadzeniu takich przepisów, gdyż średnia wieku jej floty wynosi w chwili
obecnej 2,7 roku. Nowe przepisy
mogłyby natomiast utrudnić pracę
konkurencji. W całej Europie trzeba
by wycofać z użycia około 700 samolotów. Firma Airbus jest przeciwna takim regulacjom: – Jeśli samolot
pasażerski jest właściwie konserwowany, może służyć 30 lat – mówi
rzecznik firmy Airbus Stefan Schaffrath. – Potem ma jeszcze przed sobą drugie życie jako samolot transportowy – dodaje.
Boeing pracuje na zasadzie tzw.
„Minimum Design Service Objectivities”, czyli samolot jest tak skonstruowany, żeby bez problemu latał
przez zaplanowany czas lub odbył
zaplanowaną liczbę lotów. Najbardziej popularny model Boeing 737
powinien służyć 20 lat lub odbyć 75
tys. lotów, Jumbojet B747 – 20 lat
lub 20 tys. lotów na długich trasach,
MD80 – również 20 lat. Rozbita hiszpańska maszyna miała 14 lat, więc
Znaleziono samolot Steve’a Fossetta i być może szczątki jego ciała
Wszystko wyjaśnią badania DNA
USA
3.10.08
Ponad rok po tajemniczym zniknięciu Steve’a Fossetta – milionera i poszukiwacza przygód – w górach Sierra Nevada odnaleziono
wrak jego samolotu oraz ludzkie
szczątki, które zostaną poddane
badaniom DNA.
Fossett, 63-letni poszukiwacz
wrażeń, zaginął 13 miesięcy temu,
kiedy wybrał się na samotną wycieczkę samolotem. W minioną
środę wieczorem z powietrza dostrzeżono szczątki jego maszyny.
Rozbił się niedaleko miasta Mammoth Lakes. Samolot zidentyfikowano dzięki numerowi na ogonie.
Wszystko wskazuje na to, że przy
złej widoczności wleciał prosto
w górę.
– To musiało być potężne uderzenie. Pilot prawdopodobnie zginął na
miejscu – mówi Jeff Page, koordynator służb ratowniczych z Lyon County, który brał udział w poszukiwaniach. Zastępca szeryfa Mono County (Kalifornia) wyraził przypuszczenie, że przyczyną katastrofy mogła być potężna burza, która rozpętała się w górach nad Mammoth Lakes w dniu wypadku.
W czwartek na miejscu zdarzenia
pojawili się przedstawiciele Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu (NTSB – National Transportation
Safety Board), którzy ustalą przyczyny wypadku. Kadłub rozpadł się
przy zderzeniu z górą. Silnik znale-
ziono kilkadziesiąt metrów dalej, na
wysokości 3 tys. metrów n.p.m.
– Zanim ustalimy, co dokładnie się
tam wydarzyło, miną całe tygodnie,
a może miesiące – powiedział Mark
Rosenker, prezes NTSB.
– Strome zbocze góry przeszukiwali ratownicy z psami. Mieli nadzieję odnaleźć szczątki Fossetta, co
pozwoliłoby raz na zawsze wyjaśnić
wszystkie tajemnice, związane z jego zniknięciem. Udało się odnaleźć
jedynie kawałek kości.
– To wystarczy do przeprowadzenia badań DNA.
Po zaginięciu Fosseta zorganizowano poszukiwania, które objęły obszar o powierzchni ponad 50 tys. km
kwadratowych i kosztowały miliony
dolarów. Wykorzystano urządzenia
pracujące w podczerwieni. Osta-
powinna być niezawodna przynajmniej przez kolejne sześć. Najstarszy MD80 we flocie Spanair liczy już
23 lata.
Niektóre samoloty mają ponad 30
lat. W przypadku samolotów typu
DC9, które przestano produkować
w 1982 roku, minimalny
czas eksploatacji
według Boeinga też wynosi 20 lat.
Amerykańskie linie Northwest Airlines nadal wykorzystują jednak maszyny, które liczą sobie już ponad 30
lat. Nie zdarzyła się jeszcze żadna
katastrofa z ich udziałem, w której
zginęliby ludzie, ale w maju jeden
z tych starych samolotów musiał lądować awaryjnie w Milwaukee, gdyż
doszło do awarii napędu.
Co mogą zrobić pasażerowie, by
zadbać o swoje bezpieczeństwo?
Na stronie internetowej http://ec.europa.eu/transport/air-ban/list_pl.htm znajduje się lista linii lotniczych podlegających zakazowi wykonywania połączeń w Unii
Europejskiej. Warto przeczytać ją
przed zaplanowaniem podróży. Pomocna może okazać się również
strona poświęcona bezpieczeństwu
lotniczemu
www.aviation-safety.net (po angielsku), gdzie znajdziemy m.in. listę najpoważniejszych wypadków lotniczych, statystyki, z których wynika, jakie towarzystwa lotnicze miały najwięcej katastrof oraz liczne wskazówki dla pasażerów. Podobne informacje znajdują się też na stronie www.airsafe.com (oprócz angielskiej dostępna jest też francuska i rosyjska wersja językowa). (as)
SÖNKE KRÜGER
© Berliner Morgenpost, 2008
tecznie w lutym sąd uznał Fossetta
za zmarłego. Wielu jego przyjaciół
do końca żywiło nadzieję, że jednak
przeżył – szczególnie, że w minionych latach często ocierał się
o śmierć. Przełom w poszukiwaniach nastąpił kilka dni przed odnalezieniem wraku samolotu, kiedy to
turysta górski znalazł licencję pilota
i inne dokumenty należące do Fosseta. Kilkaset metrów dalej odnaleziono wrak samolotu. Prawdopodobnie dokumenty przywlekły tu
zwierzęta, które wcześniej rozszarpały szczątki Fossetta.
– Mam nadzieję, że teraz będę
mogła wreszcie zakończyć ten niezwykle bolesny rozdział w moim życiu – powiedziała w swoim oświadczeniu wdowa po Fossecie, Peggy.
– Wolę pamiętać życie Steve’a niż
jego śmierć. (as)
TRACIE CONE
MARCUS WOHLSEN
© The Washington Times, 2008
a4174-75.qxd
2008-10-04
13:23
Page 3
ALE CUDO!
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
Windą do nieba...
Japonia
30.09.08. Cena 0,40 GBP
The Times
Tym razem najwybitniejsi japońscy naukowcy pracują nad największym wyzwaniem dla nauki – nad
windą do nieba. Człowiek dotychczas zdobywał przestrzeń kosmiczną, stosując bolesne i nie zawsze
efektywne wysadzenie się w atmosferę, a przecież XXI wiek powinien
przynieść bardziej komfortowy
sposób na wycieczkę po orbicie.
Dla chemików, fizyków, astronautów czy po prostu marzycieli na całym świecie orbitalna winda jest bardzo kuszącym pomysłem, z którym
wiąże się wiele wyzwań dla techniki,
jak choćby to, że trzeba wymyślić liny
mocniejsze, a jednocześnie lżejsze
od wszystkich znanych dotychczas
materiałów. Długie na 22 tys. mil
(36 tys. km) liny – albo płaskie taśmy
– wciągałyby kabiny kosmicznej windy w górę, a to wymaga niezwykłych
przełomowych rozwiązań inżynieryjnych, których poszukują największe
japońskie przedsiębiorstwa i uniwersytety.
W kabinach windy może być przewożone dosłownie wszystko. Mogą to
być ludzie, wielkie generatory zasilane
energią słoneczną czy nawet skrzynie
z radioaktywnymi odpadami. Ważne
jest, że pokonanie ziemskiej grawitacji
wymagałoby mniej energii – prawdopodobnie 100 razy – niż potrzebuje
prom kosmiczny. – Tak jak teraz za
granicę, tak już wkrótce każdy będzie
mógł pojechać windą w kosmos – mówi Shuichi Ono, prezes Japońskiego
Stowarzyszenia Windy Kosmicznej.
Pomysł kosmicznej windy zainspirował naukowców i wiele państwowych instytucji na całym świecie,
w tym również NASA. Prowadzonych
jest kilka konkurencyjnych projektów
windy, naukowcy prześcigają się
w podawaniu kolejnych rozwiązań
dotyczących kabin, lin czy setek innych części niezbędnych do zrealizowania planu. Stowarzyszenia naukowe wspierają naukowców, ogłaszając
nagrody za przełomowe propozycje
oraz najlepsze projekty kabin.
Pomysł, po raz pierwszy przewidziany przez sławnego mistrza science fiction, Arthura C. Clarke’a w 1979 roku
w powieści „The Fountains of Paradise”, ma najlepsze cechy wielkiego SF
– jest śmiałym skokiem wyobraźni
i może zmienić ludzkie życie. W przeciwieństwie do sposobu podróżowania
ze Star Treka czy „Wehikułu czasu”
H.G. Wellsa, idea kosmicznej windy nie
wymaga zmiany praw fizyki, ale ko-
nieczne jest rozwiązanie wielu skomplikowanych problemów technicznych.
Japonia oszacowała koszty projektu na zdumiewająco niską cenę biliona jenów (5 miliardów funtów). Japonia jest światowym liderem w produkcji wysokiej jakości materiałów inżynieryjnych, bez których zrealizowanie
pomysłu nie byłoby możliwe.
Największe wyzwanie stanowią liny.
Aby wyciągnąć windę z powierzchni
Ziemi do stacji satelitarnej na orbicie,
musiałyby mieć długość równą dwukrotności odległości, jednocześnie
wytrzymując wszystkie napięcia. Liny
muszą być więc wyjątkowo lekkie, ale
też wytrzymałe, zdolne do wytrzymania ostrzału „kosmicznych pocisków”
wrzucanych do i z atmosfery. Według
naukowców pracujących nad projektem, rozwiązaniem są nanorurki węglowe – mikroskopijne cząstki, które
można formować we włókna, a których masowa produkcja jest teraz celem największych japońskich przedsiębiorstw tekstylnych.
Według Yoshio Aokiego, profesora
mechaniki precyzyjnej z Uniwersytetu Nihon i dyrektora Japońskiego
Stowarzyszenia Windy Kosmicznej,
liny musiałyby być około cztery razy
mocniejsze od obecnie najbardziej
wytrzymałych włókien węglowych, to
75
jest około 180 razy wytrzymalszych
od stali. Pionierskie prace nad nanorurkami w Cambridge poskutkowały
stukrotnie zwiększoną wytrzymałością w ciągu ostatnich pięciu lat.
Dzięki nanorurkom rozwiązana będzie również kwestia zasilania kabin,
gdy wejdą w przestrzeń kosmiczną.
– Nanorurki węglowe dobrze przewodzą prąd, więc myślimy o dodatkowej
linie, którą będzie można dostarczać
energię – mówi Aoki.
Japonia będzie w listopadzie gospodarzem międzynarodowej konferencji, na której sporządzony zostanie
harmonogram konstruowania maszyny. (ak)
LEO LEWIS
© The Times Newspaper Limited, 2008
REKLAMA
a4176-77.qxd
2008-10-04
13:22
Page 2
76
STYL ŻYCIA
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
Sekrety długiego życia
W. Brytania
29.09.08. Cena 0,40 GBP
The Times
Załamania gospodarcze sprawiają, że wizja przyzwoitej emerytury
staje się coraz bardziej odległa, ale
ludzie i tak pragną żyć dłużej. Brytyjczycy chcą przegonić Amerykanów i w wieku siedemdziesięciu lat
biegać po kortach tenisowych, skakać do basenu i zaliczyć 18 dołków
na polu golfowym.
Co ambitniejsi z ukłuciem zazdrości
śledzą ostatnie wieści z Japonii, gdzie
w latach 60. około 180 osób żyło dłużej niż 100 lat, a dziś jest aż 30 tys.
stulatków. Jak to możliwe? Czy możemy dotrzymać kroku tym „nadludziom” z innych państw? Czy jeśli
uda nam się dożyć siedemdziesiątki
lub osiemdziesiątki, nie będziemy tylko godnymi współczucia,
hipochondryków – przewodnik dla
mężczyzn w średnim wieku) (...).
Informacje zawarte w napisanej
przystępnym językiem 470-stronicowej książce zostały dokładnie
sprawdzone. Autor powołuje się na
badania prowadzone przez autorytety medycyny tradycyjnej i alternatywnej. Jego zdaniem, Japończycy
dożywają tak późnej starości, gdyż
prowadzą uporządkowane życie
i cenią więzy rodzinne, poza tym regularnie uprawiają ćwiczenia fizyczne, a ich dieta obfituje w ryby, warzywa i nieoczyszczony ryż. Wilson
uważa, że jego książka jest jak mapa, pokazująca drogę do zdrowia
w średnim wieku i później. Mówi
o ćwiczeniach fizycznych, diecie,
życiu rodzinnym, ambicji, seksie,
związkach, lekarzach, szpitalach
i lekach.
Autor wyciąga osobiste wnioski
(podobne do moich), a tekst jest interesujący, napisany żywym językiem
i opatrzony opisami przypadków. Nikt
z nas nie lubi słowa „hipochondryk”.
To wygodny slogan wymyślony przez
PR-owców, chcących natychmiast
zbyć wszystkich, którzy pragnęliby
dowiedzieć się więcej na temat
dbania o zdrowie
i kondycję, co z kolei doprowadziłoby do zwiększenia żądań, kierowanych
w stronę systemu opieki zdrowotnej.
Skoro w innych krajach wczesne
diagnozy nie są niczym nadzwyczajnym, dlaczego Brytyjczycy mieliby
być pozbawieni takiej możliwości?
przygiętymi do ziemi
odpowiednią wagę,
cieniami ludzi, cierpiącymi na osteoporozę, z owiniętymi gałganami
dłońmi, skulonymi przy piecach,
w których płoną szczapy drewna?
Wszyscy mamy nadzieję, że na stare lata, nawet jeśli nasze dochody będą skromne, będziemy mieć przynajmniej silne mięśnie, zdrowe serca, aktywne umysły i dużo entuzjazmu.
Dr Ian Wilson zajął się badaniem
czynników, które mają wpływ na nasze
zdrowie w podeszłym wieku. Sam ma
64 lata, jest w świetnej formie i wygląda dziesięć lat młodziej. Właśnie wydał
książkę pt. „1000 Tips and Traps for
the Worried Well: a Guide for Men in
Middle Life” (1000 rad i ostrzeżeń dla
regularnie kontrolować ciśnienie
krwi, sprawdzać poziom cukru oraz
codziennie jeść kilka porcji owoców
i warzyw. Ponadto, nie można palić
i za dużo solić. Alkohol należy pić
z umiarem, o siłowni można zapomnieć, ale za to codziennie trzeba
znaleźć czas na 40-minutowy spacer
szybkim krokiem. Niewskazany jest
również rozwód, a na sen należy codziennie poświęcać co najmniej
sześć, siedem godzin.
DR THOMAS
STUTTAFORD
Sztuka (z)mięsa
Hiszpania
19 września meksykański artysta Cesar Martinez zaprosił madryckich
dziennikarzy
oraz
wszystkich chętnych gości do
skosztowania na kolację przygotowanych przez siebie rzeźb, wykonanych z typowego hiszpańskiego przysmaku – jamon iberico – czyli specjalnie suszonej
szynki.
Nietypowy spektakl miał miejsce
w galerii sztuki współczesnej Off Limits w Madrycie, a jego tytuł opierał
się na nieprzetłumaczalnej na polski
grze słów nawiązującej do sztuki
Abstrahując od książki Wilsona, jak
ludzie mogą żyć zdrowiej i dłużej? Badania profesora Michaela Marmota
na temat różnic w długości życia między osobami mieszkającymi w ubogich miejskich blokowiskach a ich rówieśnikami z zamożnych przedmieść
i wiejskich posiadłości, pokazały, że
życie skracają takie czynniki jak: ubóstwo, zła dieta, nuda, nadmierne spożywanie alkoholu, papierosy, narkotyki, brak ruchu i ogólnie negatywistyczna postawa.
Pierwszym krokiem na drodze, która prowadzi do rywalizacji z Matuzalemem (według Biblii zmarł on w wieku
969 lat) powinno być zwalczanie otyłości. A to się nie uda, dopóki nie zrozumiemy, że nadmiernym uproszczeniem jest twierdzenie, jakoby otyli byli tylko ci, którzy za dużo jedzą. Ludzie
– tak jak zwierzęta hodowlane – mają
różne predyspozycje do tycia, a porcja, która jednemu nie szkodzi, dla
kogo innego może się okazać tucząca. Być może ludzie z nadwagą jedzą
za dużo, ale u wielu z nich za nadmiar
tkanki tłuszczowej odpowiadają geny.
Żeby długo żyć, trzeba więc utrzymywać
performance oraz ostatniej wieczerzy lecz z... ludzkich członków.
Swoim przedstawieniem artysta
chciał zademonstrować, że szynka
może zarówno królować na stołach,
jak i przekształcić się w niezwykłe
dzieło sztuki. Podobne eksperymenty
artystyczne Martinez przeprowadził
już wcześniej, tworząc m.in. „człowieka z czekolady” oraz „człowieka z galaretki”, co dobitnie świadczy o tym,
że twórca przebył już długą drogę
w świecie kanibalizmu. Podczas
spektaklu wszyscy przybyli mieli okazję usiąść przy jednym z przykrytych
papierem stołów, na których leżały
dwie „rzeźbione” figury ludzkie naturalnych rozmiarów przedstawiające
mężczyznę i kobietę. „Dzieła sztuki”
wykonane były z szynki i innych po-
Fot. www.infor.pl
© The Times Newspaper Limited, 2008
pularnych hiszpańskich wędlin
i w sposób wręcz idealny imitowały
kształtami i teksturą ludzkie ciała. Zanim goście mogli wreszcie skosztować niezwykłych rzeźb, Martinez odczytał napisany przez siebie list, podczas gdy artystka Anne Marguls grała
melodie na flecie, a na ekranie w tle
wyświetlany był film wideo zrealizowany przez Mario Aguirre. Po kolacji
podano podwieczorek złożony
z dwóch czekoladowo-truskawkowych tart, na których przedstawione
były flagi Hiszpanii i Meksyku.
Tym nietypowym przedstawieniem, urodzony 10 października
1962 r. w Meksyku Martinez, postanowił pożegnać się z Hiszpanią
w której mieszkał kilka ostatnich lat,
a którą uważa za kraj uroczy, urzekający, czarujący i wyjątkowy. Ponadto
za pomocą swego spektaklu artysta
chciał odkryć i pokazać kanibala,
którego każdy z ludzi ma mimowolnie
schowanego w swym wnętrzu oraz
złożyć cześć homo ibericus – człowiekowi iberyjskiemu. Artysta wyjaśnił także, że do wykonania swych
rzeźb starał się wykorzystać wszystkie hiszpańskie wędliny, dzięki którym mógł poczuć własną tożsamość
narodową.
Cesar Martinez zdobył tytuł magistra projektowania i grafiki, jest także
absolwentem Państwowej Szkoły
Malarstwa, Rzeźby i Plakatu Szmaragd w Meksyku, obronił również
doktorat z dziedziny sztuki i poszukiwań artystycznych na uniwersytecie
w Kastylia-La Mancha w Hiszpanii.
We wszystkich jego dziełach dostrzec można fascynację ludzkim ciałem oraz cywilizacją i kulturą prekolumbijskiego Meksyku. We wrześniu
artysta zawitał do Polski, aby otworzyć wystawę swych rzeźb w warszawskiej Królikarni. (maja)
(Na podst. terra.es)
a4176-77.qxd
2008-10-04
13:21
Page 3
Czterosekundowa scena miłosna jest możliwa do zrealizowania,
ale chyba tylko w filmie – pełnej satysfakcji raczej nie uda się
osiągnąć w tak krótkim czasie. Natomiast pięć minut to już
całkiem sporo...
Szybkie numerki
W. Brytania
W dzisiejszych czasach nie jest
łatwo utrzymać seks i namiętność
na najlepszym poziomie – praca,
pogoń za pieniądzem, wychowywanie dzieci przeszkadzają w budowaniu miłosnego nastroju i mało kto potrafi znaleźć czas na
kilkugodzinną gimnastykę w sypialni. Niektórzy twierdzą, że sekretem szczęśliwego życia erotycznego są „szybkie numerki”,
dzięki którym można pogodzić
ochotę na miłość z brakiem czasu.
Guy Ritchie, mąż Madonny, jest
jednym ze zwolenników szybkiego
seksu. W jego najnowszym filmie
„RocknRoll”
77
STYL ŻYCIA
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
wspomogą budowanie nastroju na
odległość, zanim oboje znajdziecie
się w domu. Kobietę często pobudza to, co słyszy i czyta, może więc
zachęcić partnera, by w ciągu dnia
wysyłał jej pikantne wiadomości na
komórkę lub dzwonił, zapewniając
ją o swoim pożądaniu, mówiąc jaka
jest wspaniała. Może też skorzystać
z dostępnych w internecie erotycznych opowiadań. W ten sposób
uda się szybko wprowadzić w podniecenie.
gnał, że coś jest nie tak, ale po prostu oznaka przygotowania. – Czasami naturalny kobiecy śluz wytwarzający się w celu nawilżenia pochwy
produkowany jest przez organizm
dopiero po pewnym czasie, i szybki
seks pozbawiony gry wstępnej może
stać się dla kobiety niekomfortowy
– tłumaczy Sampson. Warto więc
uzbroić się
w lubrykant, dzięki któremu kobieta będzie bardziej zadowolona.
wa na pikantne tematy i używanie
soczystego słownictwa pobudza zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Poza
tym pomaga ustalić między partnerami, czy mają ochotę wprowadzić
do sypialni coś nowego, czy zostać
przy dotychczasowym sposobie
współżycia. Val radzi, by po prostu
zapytać, czy jest coś co partner lub
partnerka lubi lub chciałby spróbować – może to być na przykład nowa pozycja lub jakieś erotyczne gadżety.
Jednak rozmowa na taki temat
musi być odpowiednio przeprowadzona. Chyba nikt nie chciałby poruszać podobnych spraw przez telefon czy w pracy, gdzie
za cienką ścianką
siedzą koledzy. Poza tym nie zawsze ma się nastrój na podobną
rozmowę. Warto się dobrze przygotować i zastanowić, co chciałoby się
powiedzieć i osiągnąć. Można po-
namiętne sceny
zajmują średnio cztery sekundy,
bo jak przyznał w audycji w stacji radiowej Key 103 z Manchesteru,
szybkie numerki to najlepszy sposób na seks – zarówno na ekranie,
jak i w prawdziwym życiu.
Owszem, czterosekundowa scena
miłosna jest możliwa do zrealizowania, ale chyba tylko na filmie – raczej
nie uda się osiągnąć pełnej satysfakcji w tak krótkim czasie. Natomiast pięć minut to już całkiem sporo, zwłaszcza jeśli zastosować się
do rad Vala Sampsona, konsultanta
Durex Play i doradcy do spraw
związków który radzi, jak zwiększyć
jakość ekspresowej miłości.
– Aby doprowadzić do udanego
„szybkiego” seksu – na przykład tuż
po powrocie do domu, musisz najpierw wprowadzić się w nastrój,
przygotować się – tłumaczy Val.
– Jeśli miałeś w pracy straszny
dzień, podróż do domu była fatalna,
i na dodatek wdepnąłeś w coś leżącego na trawniku, trudno będzie
przestawić się na odbieranie przyjemności. Trzeba więc myśleć o seksie przez cały dzień – najlepiej zacząć już dwadzieścia cztery godziny
przed planowanym zbliżeniem. I, co
najważniejsze, pomysł szybkiego
seksu musi ci się podobać, musisz
tego chcieć – otwórz umysł, a reszta
ciała podąży za nim.
Oprócz otwarcia umysłu, warto
zastosować kilka trików, które
Rys. Marek Klukiewicz
Ponadto, Val radzi również otworzyć swoje zmysły. – Rano, po prysznicu bardzo dokładnie wcieraj
w skórę swój ulubiony balsam do
ciała. Gdy idziesz ulicą, wieje wiatr
i mierzwi ci włosy, pozwól sobie poczuć przyjemność, jaka z tego płynie. U podłoża dobrego seksu leży
przede wszystkim dobre nastawienie
i przygotowanie.
Jeśli zastosujesz się do tych rad,
z dużym prawdopodobieństwem
uda ci się osiągnąć satysfakcję
w ciągu zaledwie pięciu minut. Jeżeli jednak kobieta potrzebuje dłuższej
gry wstępnej, warto uzbroić się
w środki nawilżające. Nie jest to sy-
Również mężczyzna będzie się lepiej bawił, widząc, że partnerce jest
przyjemnie.
– Istotne jest również, aby odszukać na ciele kobiety strefy erogenne,
których pobudzanie sprawi jej przyjemność. Niektóre kobiety lubią delikatne stymulowanie sutków, inne całowanie karku, jeszcze inne nadgarstka. Musicie eksperymentować
w poszukiwaniu takich miejsc, gdyż
znając twoje strefy erogenne, partner może w odpowiedniej sytuacji
szybko doprowadzić cię na skraj rozkoszy – zapewnia Sampson.
Ważne jest również, by partnerzy
potrafili ze sobą rozmawiać. Rozmo-
budzić wyobraźnię, posiłkując się
erotycznym pismem. Partnerzy powinni również znać swoje granice
– najłatwiej po prostu zapytać i ustalić, czego w łóżku nie akceptują, by
uniknąć nieporozumień już w trakcie
zbliżenia. Niektórzy przecież lubią
eksperymentować, inni mają tradycyjne podejście do seksu.
Jeśli chcecie mieć udany seks
– czy to kilkuminutowy, czy trwający
dłużej – często mówcie sobie, jak
bardzo się pragniecie i że chcecie
uprawiać ze sobą seks, a z pewnością uda wam się osiągnąć satysfakcję ze swojego współżycia. (ak)
(Na podst. „The Sun”)
A4178-79 TURYSTYKA.qxd
2008-10-04
78
13:18
Page 2
POZNAĆ I ZROZUMIEĆ ŚWIAT
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
ska się do nosa. Trudno być obojętnym i nieczułym na to, co widać i co
czuć. Zasmakowałem w zupie z kotła,
jaką serwowano na każdym niemalże
rogu, a gdy jadłem makaron (lub ryż)
pałeczkami, jak każdy Taj, spoglądano
na mnie z szacunkiem.
Podobnie rzecz ma się z handlem,
który kwitnie na wielu ulicach. Lecz jak
magnes, poszukujących wrażeń, ściąga
dzielnica Patpongu,
Noc nad rzeką Kwai
Tajlandia
Kto szuka atrakcji i wrażeń, znajdzie je w Tajlandii. Powszechnie
znana jest opinia, że jest to raj dla
turystów, smakoszy, amatorów
uciech cielesnych oraz koneserów
sztuki. Najczęściej jednak wiele
osób wybiera kurorty nadmorskie,
wśród których wyróżnia się Pattaya,
miejscowość leżąca w odległości
140 kilometrów od Bangkoku. Dojazd z portu lotniczego pod hotel
taksówką kosztuje 800 bahtów (około 20 dolarów).
Pattaya leży nad zatoką Morza Andamańskiego i zawdzięcza swą sławę
klimatowi, niezłym plażom, w nocy
oświetlonym, ciekawie położonym hotelom, licznym sklepom i atrakcyjnym
towarom, a przede wszystkim
seksturystyce.
To sprawia, że ciągną tu tłumy mężczyzn z całego świata, by korzystać
z masaży tajskich, odwiedzać nocne lokale i bary, w których pije się i tańczy do
rana. Dyskoteki są na każdym kroku,
jedne oferują tradycyjną muzykę, na innych królują panie, które dla odważnych demonstrują różne sztuczki podczas love-show. Wszędzie można spotkać uroczych Tajów, którzy w rozmaity
sposób zapraszają do korzystania
z usług lokali czy też ich towarzystwa.
Do liczących się atrakcji w Pattai
należy kabaret Alcazar, w którym występują transwestyci. Show jest świetnie zrobiony, scenografia doskonała,
dobór piosenek trafny, nie wspominając o głównych aktorach tego spektaklu. Naprawdę trudno się zorientować, gdzie przebiega granica między
paniami a panami. Tu wszystko się
zlewa, błyszczy, zaskakuje formą
i treścią. Piękne Tajki (?) są tak sugestywne, że konia z rzędem temu, kto
się w różnicach płci połapie. Do licznych niespodzianek tego występu
należą piosenki śpiewane po rosyjsku, co wskazuje na to, jaka publiczność coraz częściej gości na tych występach. Mocne korzenie zapuściła tu
rosyjska mafia.
Pattaya się rozwija, budowane są
apartamenty, wille i rezydencje, widać,
że na seksturystce robi się dobry
biznes. Wsparciem są
tajskie restauracje,
salony masażu, ogrody tropikalne
(Nong Noech), w których można zobaczyć występy tajskich zespołów,
pokazy tresury słoni, cudowne kwiaty
i rośliny, ciekawe zwierzęta i motyle.
Gdy już się ma tego dosyć, należy wybrać się do Bangkoku, stolicy Tajlandii, gdzie drapacze chmur kontrastują
z lepiankami z dykty i blachy falistej.
Oszałamiają zabytki, a dzielnice biedoty nadają niesamowity klimat i charakter temu miastu. Mieszka tu ponad
9 mln osób.
Bangkok nazywany jest Wenecją
Wschodu, położony jest bowiem nad
siecią kanałów i rzek, po których kursują różnego typu statki, łodzie długorufowe z podwieszonymi silnikami, będące
w sumie taksówkami wodnymi. Podróż
kanałami, swego rodzaju starymi uliczkami dostarcza niecodziennych wrażeń. Widać tu zarówno domki, pamiętające czasy dawnych Tajów, jak i nowe
wille i dacze, w których mieszkają
ludzie bogaci. W mętnych wodach dostrzegam warana, który spokojne pływa przy brzegu. W innym miejscu miotają się sumy, które tylko czekają na
rzucany im przez turystów pokarm
w postaci pszennego pieczywa.
Do kompleksu królewskiego od samego rana ciągną tłumy zwiedzających. Ważne jest, aby być tu nie tylko
odpowiednio szybko, ale także właściwie ubranym. Długie spodnie i zakryte
ramiona kobiet to obowiązujący standard tutejszej mody. Czujne oko strażników wychwytuje osoby, które zbyt
frywolnym strojem mogą godzić
w prestiż króla – Ramy IX. Tajowie kochają władcę, o czym świadczą portrety, pomniki na każdym kroku, a także jego dokonania na rzecz ludu.
Nocą ulice Bangkoku żyją innym
rytmem. Jak spod ziemi pojawiają się
kuchnie, dymiące gary, płonące vogi.
Z wózków i rowerów oferowane są
specjały tajskie. Wszystkiego jest pełno – zupy, ryże, makarony, owoce morza, jaja w każdej postaci, grille, słodkości i zapach smażonego mięsa wci-
na której królują podróbki zegarków,
okularów, koszulek itp. wyrobów. Najlepiej zajść na ulicę Silom, gdzie wejść
można od godz. 19, a wyjść… nad ranem. O wszystko zadbają rozliczne
bary, dyskoteki i występy go-go, pokazy tajskiego boksu czy też rejon tylko
dla gejów, do którego i mnie udało się
przypadkowo trafić. Szybko jednak
zorientowałem się, że jest tu wielu
pięknych chłopców, którzy szukają…
sponsora. Mimo cmoknięć i westchnień pośpiesznie zrezygnowałem
ze spaceru.
Bangkok jest miastem zatłoczonym,
budowa szybkiej kolejki napowietrznej
(BTS Skytrain) ma rozwiązać problem.
Dopóki to jednak nie nastąpi, trzeba
unikać godzin szczytu. Najbardziej
skutecznym środkiem komunikacji są
tuk-tuki, czyli skrzyżowanie motoru
z rikszą, w której mieszczą się trzy
osoby na tylnym siedzeniu. Jazda tym
pojazdem dostarcza niezapomnianych wrażeń. Nie zawsze są one zbyt
przyjemne, choć trzeba przyznać, że
jedzie się niezwykle szybko i tanio
(100 bahtów).
Po wrażeniach nocnych warto wybrać się do dawnej stolicy Syjamu
– Ayutthaya, gdzie znajdują się pozostałości starych świątyń. To zespół imponujących ruin z czerwonej cegły, surowy w swoim kształcie i kolorycie.
Daje wyobrażenie o potędze architektury Tajów w okresie jej największego
rozkwitu. To tu znajduje się m.in. słynna głowa Buddy obrośnięta korzeniami drzew, która jak świadek z minionych lat spogląda na zwiedzających te
okolice.
Olbrzymią karierę turystyczną robi
most na rzece Kwai, w końcu to tylko
130 km od stolicy. Znajduje się w miejscowości Kachanaburi. W sąsiedztwie
mostu rozłożyły się liczne stragany,
sklepy z pamiątkami, płytami i wszelakimi dobrami. I nie ma w tym nic dziwnego, skoro most obrósł legendą, robiąc karierę filmową, a
nieśmiertelny marsz
pułkownika Bogeya zna prawie każdy.
Most jest żelazny, niezbyt długi,
lecz solidnie (na podporach murowanych) osadzony na rzece Kwai. Jego
półokrągłe przęsła, dostarczone tu
z indonezyjskiej Jawy, wciąż są używane, a cała konstrukcja została wiernie odtworzona w stosunku do pierwowzoru.
A4178-79 TURYSTYKA.qxd
2008-10-04
13:18
Page 3
Most na rzece Kwai nie jest wcale jakąś oryginalną konstrukcją, nie powala ani swymi rozmiarami, ani rozmachem, ani też finezją sztuki inżynieryjnej. Jest nawet banalny w swej formie,
choć odegrał w historii II wojny światowej znaczącą rolę. Miał otworzyć Japończykom drogę militarną do inwazji
na Indie, ale jak wiadomo, tak się nie
stało. Most na rzece Kwai był częścią
wielkiego przedsięwzięcia budowlanego, zwanego Koleją Birmańską albo
też Koleją Śmierci. 415-kilometrowa
trasa wiodła przez gęstą dżunglę, którą jeszcze dziś widać w oddali.
Przy moście pracowało 61 tys. brytyjskich, australijskich, nowozelandzkich, holenderskich i amerykańskich
jeńców wojennych. 250 tys. Azjatów
również było zaangażowanych w tę
budowlę. Życie i pracę jeńców wojennych można obejrzeć w specjalnie dla
tych celów wzniesionym Muzeum Wojennym, które sąsiaduje z dobrze
utrzymanym cmentarzem upamiętniającym losy alianckich więźniów. Jak
się szacuje, całe przedsięwzięcie
kosztowało życie około 16 tys. jeńców
wojennych oraz 80-100 tys. robotników azjatyckich, o których często się
zapomina. Most na rzece Kwai jest dobrą lekcją historii, a jednocześnie ciekawym miejscem turystycznym, które
z racji położenia oraz dawnego znaczenia strategicznego skupia uwagę
wielu zwiedzających.
Niedaleko (około 40 km) zatrzymujemy się na nocleg w resorcie, którego
właścicielem jest Duńczyk. Jego ośrodek znajduje się już w dżungli, bezpośrednio nad rzeką Kwai. Jest położony
na wysokiej skarpie, skąd schodzi się
po kamiennych i drewnianych schodach na brzeg, gdzie stoją przycumowane tratwy. Na nich znajdują się minidomki dwuosobowe, w których nocujemy. Miejsce jest oryginalne, czujemy
jak woda faluje pod podłogą. Pomosty
łączące tratwy ruszają się, a w łazienkach woda płynie tuż pod deskami.
Ma się wrażenie, że stoi się na wodzie. I choć upał leje się z nieba, to kąpiel w rzece Kwai nie jest możliwa,
chyba że w stanie największej desperacji. Przez chwilę taka myśl mi przyświeca, ale gdy widzę, co się w niej
znajduje, to ochota przechodzi dość
szybko. Natomiast istnieje potrzeba integracji, co w pełni wychodzi, zwłaszcza że nocne
oni płyną nocą rzeką Kwai. Nie wiem,
czy mogę im pokiwać lub pozdrowić,
może chcieliby nie mieć żadnych
świadków nocnej eskapady. Odruchowo podnoszę rękę, oni w ten sam sposób reagują i płyną dalej. Oddycham
z ulgą i szybko idę do domku, by rano
już inaczej spojrzeć na żółtą wodę.
Myślę sobie, może mi się to wszystko
śniło, a być może to duchy przeszłości
chciały mnie powitać na rzece Kwai.
Poranek jest rześki, dżungla nie pozwala spać, woda płynie silnym nurtem
– tak musiało być też wiele lat temu, gdy
trwały prace przy moście nad rzeką
Kwai. Jest to miejsce do zadumy i refleksji historycznej, ale też daje ono wiele do myślenia nad czasem minionym.
Dziś okolica nad brzegami rzeki
Kwai jest wykorzystywana głównie do
celów rekreacji mieszkańców Bangkoku, którzy korzystają tu z licznych
atrakcji. A do nich zaliczyć można
przejażdżki na słoniach i zakupy na
pływającym bazarze (Damnoen Saduak). Targ słynie ze sprzedaży świeżych
owoców, takich jak gujawa, papaje,
mango, rambutany, owoce pamelo
czy bochenkowce. Jest w czym wybierać. Kusi swoim wyglądem durian,
najdroższy owocowy rarytas Tajlandii, wielkości piłki futbolowej, o żółtozielonej, kolczastej skórce. Owoc ten
słynie z paskudnego wręcz zapachu,
który jest zbliżony do mieszanki pleśniowego sera z karmelem. Nic dziwnego, że istnieje zakaz wnoszenia duriana do autobusów, hoteli itp. miejsc,
gdyż „aromat”, jaki wydziela, jest powalający. Pełno tu turystów i wycieczek. Jest też część stała bazaru.
W ogromnej hali znajdują się sklepy,
gdzie można znaleźć wyroby z tkaniny, drewna, kamienia i stali, królują
jednak ubiory, pamiątki i obrazy. Pełno
tu statuetek Buddy, drewnianych figurek słoni, skórzanych torebek i różnego rodzaju souvenirów. Jest też złota
biżuteria oraz tajski jedwab. Można
płacić gotówką (bahtami), ale także
kartami kredytowymi w wybranych
odgłosy z dżungli,
dają wiele do myślenia. Nie mogę
sobie jednak odmówić nocowania
w hamaku na zewnątrz domku. Jest
cudownie ciepło, nie ma komarów ani
innych insektów, nic mnie nie atakuje,
ani nie gryzie. Zasypiam spokojnie,
jest mi dobrze. Nagle budzę się, słyszę jakieś głosy dochodzące z rzeki,
choć wydaje się to niemożliwe. Przecież wszyscy śpią, lecz nie, widzę kontury łodzi i mężczyzn w jej środku. To
79
POZNAĆ I ZROZUMIEĆ ŚWIAT
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
sklepach. Nad targiem wodnym unosi
się zapach smażonych potraw – przyrządzanych na łodziach i sprzedawanych za pomocą tyczek. Miejsce to
jest niezwykle barwne, tworzy niepowtarzalny nastrój, jest malownicze
i panuje tu ustawiczny tłok. Czas jednak w dalszą drogę.
Podróżowanie koleją po Tajlandii
należy do stałych punktów każdej wyprawy. Ma swoich gorących zwolenników i jest wpisana w tradycję Półwyspu Malajskiego. Do pociągu można
wsiąść w Bangkoku i przejechać nim
do Singapuru. Mnie interesuje archipelag Trang z rozrzuconymi tu skalnymi wyspami, które wystrzeliwują z wody w niebo, tworząc niezwykłą scenerię. Na niektórych z nich znajdują się
rajskie plaże. Nie przypuszczałem jednak, że dopadnie mnie tam monsun,
który sprawi, że pobyt okaże się niezwykle ciężki i dość… nudnawy.
Aby dotrzeć do
urokliwych wysp
Tajlandii, trzeba przejechać pociągiem około 800 km. Już widok dworca
w Bangkoku budzi respekt – mnóstwo
ludzi, część siedzi, ale większość leży
w dużej, przestronnej i klimatyzowanej
hali dworcowej. Można umyć się,
wziąć prysznic. Nie ma problemów
z zakupami, które warto zrobić
(zwłaszcza kupić wodę), gdyż w pociągu wszystko jest dwukrotnie droższe. Pociąg z metropolii wyjeżdża powoli, przejeżdża przez dzielnice biedoty rozlokowane wzdłuż torów. Po
dwóch godzinach personel rozkłada
piętrowe łóżka, kręci się coraz mniej
sprzedających, którzy co stacja przemykają korytarzem. Atmosfera staje
się familijna, toczą się ożywione rozmowy, dzielimy się wrażeniami, sięgamy po jedzenie i alkohol. Zmęczenie
jednak szybko daje znać o sobie i każdy już myśli o spaniu.
Tekst i fot.:
JERZY JACYSZYN
Książka w plecaku
Ocalone
od zapomnienia
Wiek
XIX
odmienił radykalnie obraz
polskiej prowincji i nieodwracalnie
zmienił dotychczasową
tradycję budownictwa ludowego.
Tymczasem polscy budowniczowie
ludowi zasłużyli sobie na pamięć,
gdyż ich kunszt do dziś budzi podziw i szacunek. Pod warunkiem że
nie odwrócimy się od tematu, jak
zwykle, gdy mamy do czynienia ze
źle prezentowanym folklorem. Ta
lekceważona dotąd sfera dziedzictwa narodowego zyskuje coraz
większe uznanie, a pomagają w tym
wydawcy, inspirując tak cenne serie
popularnonaukowe, jak „Ocalić od
zapomnienia”, w której ukazało się
już kilka tytułów, w tym „Polskie tradycje i obyczaje”, „Biżuteria ludowa
w Polsce” oraz „Dawne zastawy stołowe”.
Ile wdzięku mają w sobie rzeźbione
nadokienniki z północnego Mazowsza, albo jak misterne są rozety wycinane na belkach powały. Ileż pomysłowości musiał wykazać cieśla, który
wieńczył kalenice efektownymi śparogami lub pazdurami. Praca, która
oprowadza nas po świecie niemal zapomnianym, jest mądrze skonstruowanym przewodnikiem po technikach budowy i ornamentacji domostw, karczm, spichrzów, stodół,
świątyń, wozowni, olejarni, studni,
bram, przełazów i innych niezwyczajnych rekwizytów naszej przeszłości.
Autor szczęśliwie unika pułapki naukowości i oddaje się narracji, którą
czytelnik chłonie jak film akcji.
Książka przynosi ciekawe rozważania na temat dawnego, głównie drewnianego budownictwa na wsi, gdzie
oprócz zagród stykamy się z budownictwem sakralnym i przemysłowym,
a także analizuje porównawczo różnice, jakie dzielą polskie regiony. Praca
jest niezwykle starannie wydana, wyposażona w setki kolorowych ilustracji, rycin, słowniczki z interesującymi
wiadomościami, wreszcie plany
obiektów, dające rozeznanie w założeniach dawnych architektów i ideach poszczególnych konstrukcji.
Dzieje polskiej kultury materialnej,
opowiedziane językiem etnografa,
stają się fascynującą opowieścią, której uratowane ślady możemy do dziś
oglądać.
Ł. Azik
BUDOWNICTWO LUDOWE W POLSCE. TOMASZ CZERWIŃSKI. Seria:
Ocalić od zapomnienia. Wydawnictwo Sport i Turystyka MUZA, Warszawa 2008, s. 324, cena 59,90.
Most na rzece Kwai
a4180 nauka.qxd
2008-10-04
13:17
80
Page 2
WIEDZA I ŻYCIE
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
Proszę wstać! Nauka idzie!
Pozwana:
żaba poligamistka
badania angielskich naukowców,
które dowodzą, że wyjątkowo duże noworodki (ważące powyżej
4 kg) płci żeńskiej mają większą
szansę zachorowania na raka
piersi w wieku dorosłym niż ich
drobniejsze rówieśniczki. Szacuje
się, że 5% wszystkich przypadków
tego najczęstszego u kobiet nowotworu jest wynikiem podwyższonego poziomu estrogenu i hormonu wzrostu w trakcie życia płodowego dziecka. Co roku na świecie na raka piersi umiera pół miliona kobiet, a wykrywa się go u kolejnego 1,3 miliona. (ZK)
Orzeczenie: Nie zawsze duże to
zdrowe.
Alibi:
upierzyłem się dla... wdzięku
Przedmiot sprawy:
Dotychczas uważaliśmy, że wyłącznie samce powinny czerpać
korzyści z rozwiązłości, ponieważ
to one wnoszą zwykle mniejszy
wkład w rozwój potomstwa. Mit
ten został obalony przez najnowsze odkrycie dr. Phillipa Byrne’a
z Monash University’s School of
Biological Sciences. Dowiódł on,
że popularny w Australii gatunek
żaby jest poliandryczny – jaja samicy są zapładniane przez kilku
samców. Podczas jednego okresu
godowego samica może składać
jaja w gniazdach aż 8 różnych
samców, co stanowi nowy rekord
wśród kręgowców! Wydaje się, że
w ten sposób chroni się ona przed
wybraniem słabego genetycznie
partnera i jednocześnie przed wyborem kiepskiego domu dla swego potomstwa. (SS)
Orzeczenie: Zgodnie z australijskim prawem poligamia jest wykroczeniem! Jak widać, natura rządzi
się własnymi prawami...
Wykradzione starożytnym:
piwo
Przedmiot sprawy:
Widząc pawia, każdy się zastanawia: po co mu takie pióra? Czy
on w ogóle lata? Otóż tak: podlatuje, ale okazuje się, że słusznie
przedkłada swój wygląd nad
sprawność latania – ma to po
przodkach. Uzasadnienie odziedziczonej strategii znalazło się
w Mongolii, gdzie paleontolodzy
odkryli starszego od Archaeopteryxa upierzonego gada. Najbardziej wiekowy, spokrewniony
z ptakami dinozaur miał długie
pióra jedynie na ogonie. Za ich
pomocą na pewno nigdzie nie
doleciał, dlatego chińscy naukowcy postulują: pióra powstały dla ozdoby! Przy ich użyciu dinozaur mógł przywabiać partnera lub odstraszać wrogów. Wniosek? Latanie było konsekwencją
i efektem ubocznym gadziej estetyki. (RG)
Orzeczenie: Ciekawe, jak to było
z powstaniem nóg?;-)
Skazane:
duże bobasy
Przedmiot sprawy:
Masz duże, zdrowe dziecko?
Wspaniale! Ale jeśli jest płci żeńskiej, można mieć pewne obawy.
Wzbudzić je powinny najnowsze
Przedmiot sprawy:
Czy zastanawialiście się kiedyś,
jak mogłoby smakować piwo
sprzed 45 milionów lat? Choć sam
trunek nie jest oczywiście tak wiekowy (ludzie pojawili się przecież
na Ziemi dużo, dużo później), to
nadarza się okazja skosztowania
piwa produkowanego 45 mln lat
drożdże! Emerytowany profesor
California Polytechnic State University, Raul Cano, wyizolował je
z libańskiego owada zwanego ryjkowcem
zakonserwowanego
w bursztynie i używa ich do produkcji unikalnego piwa! Trunek
otrzymał znakomite recenzje, a jego niepowtarzalny smak określany jest jako „łagodny z niewiarygodnie pikantnym zakończeniem”. Jaki jest powód odmiennego smaku? Nietypowy metabolizm
„starożytnych” drożdży: mogą
one fermentować tylko niektóre
węglowodany w przeciwieństwie
do drożdży „nowożytnych”, które
wykorzystują właściwie każdy rodzaj cukru. (SS)
Orzeczenie: Chętnym do degustacji radzimy się pospieszyć, żeby
drożdże nie zaczęły ewoluować,
a piwo powszednieć...
Prawie jak kasiarz:
pszczółka Maja
Przedmiot sprawy:
Naukowcy z Australii przeprowadzili eksperyment, który pokazał, że pszczoły miodne umieją liczyć do... czterech. Badacze wytrenowali owady tak, by wlatywały
do tunelu w poszukiwaniu jedzenia. Pożywienie umieszczano za
jednym z pięciu identycznych
punktów orientacyjnych, które położone były w równych odstępach.
Okazało się, że pszczoły zwykle
wybierały ten punkt, gdzie poprzednio znajdowało się jedzenie.
Nie docierały jednak do miejsca
nr 5. Pszczoły nie nabrały się na
zmianę odległości pomiędzy
punktami, co dowodzi, że nie polegają na dystansie, a na zliczaniu
punktów znajdujących się przed
pokarmem. Nawigatorek nie wywiodły też w pole wszelkie przekształcenia oznaczeń (np. z kropek w paski). (KR)
Orzeczenie: Ale do czterech?...
Pszczółkę Maję zdecydowanie
wysyłamy na korepetycje z matematyki.
Uciekinierzy:
ponaddźwiękowe grzyby
Przedmiot sprawy:
Naukowcy ze Stanów Zjednoczonych odkryli najszybszych lotników na świecie i ku zaskoczeniu
wielu osób są nimi grzyby, a dokładniej, workowce i sprzężniaki.
Potrafią one wystrzeliwać swoje zarodniki z prędkością ponad 25 metrów na sekundę i z siłą przekraczającą przyciąganie ziemskie ponad 180 tysięcy razy! Grzyby te
działają tak samo jak broń pneumatyczna. Ich wystrzały są tak widowiskowe, że naukowcy postanowili nagrane w czasie badań filmy
umieścić w serwisie YouTube. (MT)
Orzeczenie: Zatem nie Fernando
Alonzo ani nawet nasz Kubica, tylko
grzyby workowe!
KATARZYNA WIŚNIEWSKA
i Naukowy Wydział Śledczy
[email protected]
Źródła: ScienceDaily, ABC
Science, National Geographic News,
Nature, The Times, PLoS ONE
A4181 EROSKOP.qxd
2008-10-04
16:13
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
Page 1
W GŁOWIE SIĘ NIE MIEŚCI
81
EROSKOP
Rys. Paweł Wakuła
a4182.qxd
2008-10-04
13:14
Page 2
82
OWALNE GADŻETY
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
Dwa penisy w łóżku to o jeden za dużo, dlatego mężczyźni
wybierają inne kształty do zabawy z partnerką
Seksparty dla pani domu
Australia
25.09.08
Otwierają się drzwi i do pokoju
wchodzą dwa brzdące w kolorowych piżamkach. Chcą się przywitać, zanim zostaną odesłane do
łóżka. To impreza dla koleżanek
mamy, a im nie wolno nawet wejść
do salonu.
Dziś mama urządza bal. Pokazuje
przyjaciółkom figi z falbankami
i pantofle z puszkiem. Ma świeczki
i kremy, które pachną jak lody waniliowe oraz kadzidełka o zapachu
piżma. Ma też książeczki, które
się nową formą działalności – sprzedażą podczas koleżeńskich spotkań
w domach. Fiona Patten, dyrektorka
firmy Eros Association: – Dziś nie ma
chyba liczącej się na rynku zabawek
erotycznych firmy, która nie prowadziłaby domowej sprzedaży. 100 procent
kupujących to kobiety.
To babska impreza. Kobiety po 30.
i po 40., mężatki i matki, noszą dżinsy i są gładko uczesane. Potrafią
przesiedzieć cały wieczór przy jednej lampce wina. – Spotkałyśmy się
dziś – zaczyna gospodyni – żeby się
dobrze ze sobą poczuć. Bądźmy
szczere, po 15 latach małżeństwa już
tak nie iskrzy... Jesteśmy tu, żeby dowiedzieć się, jak stać się bardziej
kiej prezentacji Nea – ergonomicznego,
szwedzkiego wibratora
do stymulacji łechtaczki – Bullock
pokazuje i-Vibe. Ma takie białe kuleczki, które obracają się jak w bębnie pralki do prania. Dokładnie go
oglądamy, naciskamy i sprawdzamy, jaki jest w dotyku. Jest bardzo
realistyczny. Tylko kolor – nienaturalny, fioletowy. I-Vibe to „Królik”, jeden
z najpopularniejszych wibratorów na
świecie. Bywają wodoodporne, podświetlane i z melodyjką, a wyróżniają je wibrujące uszy przy panelu
kontrolnym. Bullock wyjaśnia, czemu to urządzenie zawdzięcza tak
pomogą tatusiom
zrelaksować zabiegane żony. I zabawki. Kolorowe, brzęczące zabawki, które precyzyjnie odnajdują
punkt G i działają przez 90 minut
bez wymieniania baterii.
Gospodyni, Rebecca Bullock, długo się zastanawiała nad podjęciem
nowego zajęcia. Jej dom jest bez
zarzutu. Przyjęcie przygotowane
wspaniale. Na stoliku – eleganckie
przekąski. Obok, na szafkach przykrytych różową satyną, leżą m.in.
małe wibrujące kaczuszki.
Dziś przed panią domu nowe wyzwanie. Spotyka się z koleżankami,
wśród których wcześniej rozprowadzała towary Tupperware. Pani Bullock postanowiła rozpocząć współpracę z australijską firmą Pash. Jej
zadaniem jest przeszkolenie 600
konsultantek, które podczas domowych spotkań będą sprzedawały
erotyczne gadżety paniom, których
noga zapewne nigdy nie postałaby
w sex shopie.
To oferta dla dużych dziewczynek:
seksowne nocne koszulki, poradniki
autorów „Cosmopolitan”, płyny do
kąpieli, czekoladki, farby do ciała
i inne „miłosne zabaweczki”.
– Nigdy nie rozmawiamy o wibratorach – mówi Jo Karabin, założycielka firmy. – Towary wysyłamy elegancko zapakowane w ozdobny papier i przewiązane wstążką. Wszystko jest bardzo kobiece, różowe
i bezpieczne. U nas nie ma miejsca
na wulgarność.
Odkąd Charlotte, grzeczna dziewczynka z serialu „Seks w wielkim mieście”, zabawiała się swoim „królikiem”, kobiety postanowiły wziąć we
własne ręce odpowiedzialność za
swoją satysfakcję, a firmy sprzedające zabawki erotyczne zainteresowały
piloty – dla niej i dla niego? Czy woli pani silikon do użytku medycznego, 18-karatowe złoto czy pyrex?
To sposób na samotność i niekończące się napięcie albo zajęcie podczas długiego lotu międzykontynentalnego, czy po prostu miła przerwa
w codziennej bieganinie.
– Dziewczyny, nie zapominajmy
jednak, że te zabawki nie zastąpią
nam mężów – nie wyniosą przecież
śmieci – śmieje się Bullock.
Sypialnia to miejsce, w którym
równość płci stała się faktem.– Chyba nigdy wcześniej nie było takiego
równouprawnienia – mówi Liz Lord
z firmy Madame Rouge.
– Kobiety wreszcie czują się wystarczająco pewnie, żeby spytać
swoich partnerów o to, co im sprawia przyjemność lub pokazać, co same lubią. Potrafią też przyznać: Tak,
jestem singielką, ale mam potrzeby
seksualne i sama potrafię zadbać
o ich zaspokojenie.
– Tylko kobiety używają określenia
„zabawki miłosne” – mówi Joan
Sauers, autorka książki „The Sex Lives Of Australian Women” („Życie
seksualne australijskich kobiet”).
– Nie o to chodzi, że kobiety nie czerpią przyjemności z czystego seksu,
ale większość z nich nie potrafi rozdzielić seksu i miłości – jej zdaniem
masturbacja to sposób na poznanie
własnego ciała. – Jeśli kobieta potrafi
sama się zaspokoić,
Rys. Piotr Rajczyk
zmysłowe, jak stworzyć odpowiedni
nastrój i dobrze się bawić. Chcemy
przecież czuć się jak boginie. Wysoko nosić głowę i ponętnie kołysać
biodrami. Tu nie mówi się o „seksie”
i „masturbacji”.
Podziwiamy cieniuteńkie stringi
w kształcie motyla, słodko pachnące balsamy do ciała, przeglądamy
poradniki. Nadchodzi czas na coś
mocniejszego. – Dziewczyny, mam
to pokazać? – pyta Bullock. Pewnie,
po to przecież przyszłyśmy.
O! Małe wibrujące jajeczko. Liliowe. Miłe w dotyku. Przekazujemy je
sobie, a gospodyni tłumaczy zalety
bezprzewodowego pilota. Można je
włączyć i wziąć się za domowe porządki. A może zrobić mężowi niespodziankę? – Idźcie razem do restauracji i po kilku kieliszkach wina
pokaż mu pod stołem, jak to działa.
Będzie zachwycony.
Pierwsze lody zostały przełamane.
Teraz już wszystko wibruje. Po krót-
ogromny sukces – 70 procentom
kobiet do osiągnięcia orgazmu nie
wystarcza stymulacja waginalna.
Dla tych, które lubią przygody
w punkcie G, Bullock ma Rock
Chick, wibrator w kształcie litery „U”.
Jest hipoalergiczny i można go myć
w zmywarce.
Pierwszy wibrator firmy Philips ma
w tym miesiącu premierę w Europie,
gdzie roczne obroty sprzedawców
erotycznych gadżetów wynoszą ok.
280 mln euro. – W 1992 r. kobiety
stanowiły mniej niż 10% klientów sex
shopów. W 2007 – ok. 40% – mówi
Patten. Rynek się zmienił. Producenci i projektanci postawili na eleganckie kolorowe produkty, które zmieszczą się w damskiej torebce.
Zmniejszyła się natomiast oferta
pornografii. Czy życzy pani sobie
„pięciostopniowy program przyjemności”, czy może „parę wibrujących
silniczków, które sprostają indywidualnym oczekiwaniom”? A może dwa
może powiedzieć partnerowi, co
lubi, a gadżety erotyczne mu pomogą. Bullock uważa, że jej misją jest
inspirowanie romantyki. – To właściwe określenie. Tak wielu z nas jej
brakuje – mówi.
Przez rok współpracy z firmą Pash
tylko raz miała kłopoty związane ze
swoim zajęciem – na lotnisku
w Canberze, kiedy przechodziła
przez bramkę z torbą pełną zabawek: – Ktoś zapomniał wyjąć baterie.
Czytałam gdzieś, że lotnisko w Helsinkach zamknięto, bo komuś w torebce uruchomił się wibrator.
Wibratory nowej generacji mają
kształt jajek, owali, nabojów, różdżek, pierścieni i małych katamaranów, które masują najbardziej wrażliwe części kobiecego ciała.
– Ludzie kupują produkty w innych
kształtach niż falliczny – mówi Liz
Lord. To nie jest kolejny dowód, że
mężczyźni się nie sprawdzają. 75%
zabawek wykorzystują pary. – Mężczyźnie wibrator może sprawić tyle
samo frajdy co kobiecie – wyjaśnia
Lord. – Ale dwa penisy w łóżku to
o jeden za dużo, dlatego mężczyźni
wybierają inne kształty do zabawy
z partnerką. Owalne gadżety nie stanowią dla nich zagrożenia.(as)
KAREN PAKULA
© SMH, 2008
A4183 turkiewicz.qxd
2008-10-04
13:13
Page 1
HIGH LIFE
ZNAD SEKWANY
ANGORA – PERYSKOP nr 41 (12.X.2008)
Sharon Stone
Paryski nie-co-dziennik
Kant przy małej czarnej
Nad Sekwaną mawia się, że ten,
kto nie bywał w paryskich kawiarniach, tak naprawdę nie poznał
Paryża. Tu się ich nie wybiera niczym restauracyjnych potraw, one
są czymś więcej, częścią stylu bycia i kolorytu miasta. Każda ma
własny charakter i swoją klientelę,
i nie tylko się w nich je i pije, nie
tylko czyta, pisze, uwodzi, nie tylko spotyka znajomych i przyjaciół,
ale od pewnego czasu również
prowadzi debaty – naukowe, literackie, filozoficzne.
Café des Phares przy placu Bastylii 7, znana jest właśnie z debat filozoficznych. W każde niedzielne
przedpołudnie zawodowi filozofowie prowadzą tu publiczne rozmowy z kawiarnianymi gośćmi, przywołując
Platonów,
Schopenhauerów czy innych Kantów. Wymieniają opinie o wartościach
i szczęściu, o udanym lub zmarnowanym życiu. Takich kawiarni filozoficznych tylko w samym Paryżu jest
ponad dwadzieścia. Moda na nie
zaczęła się przed dziesięciu laty, po
śmierci ich inicjatora, Marca Sauteta, znawcy Nietzschego. Sautet, naśladując Sokratesa, rozprawiał
z przypadkowymi ludźmi o filozofii.
Początkowo robił to na placach i ulicach, po czym przeniósł się do Café
des Phares, gdzie takie debaty odbywają się do dziś. Są bezpłatne
i otwarte dla wszystkich. Płaci się
tylko za to, co się zjadło i wypiło.
Przychodzą na nie ludzie w różnym
wieku, z różnych środowisk, o różnym poziomie wykształcenia, lecz
najczęściej samotni.
Paryżanie lubią uchodzić za mądrych, oczytanych, obeznanych z filozoficznymi „izmami”, do śledzenia
których wprawiani są już w szkołach
średnich, bowiem egzamin z filozofii
obowiązuje na każdej maturze. Znają swych myślicieli, wszak zdarzało
się, że popularnością dorównywali
gwiazdom ekranu, trafiali na czołówki gazet, byli bohaterami masowych
imprez. Do najczęściej cytowanych
w Café des Phares z pewnością należy Fryderyk Nietzsche. Chociaż
był Niemcem, pochodzącym z polskiego rodu Nickich, to i nad Sekwaną chętnie się do niego przyznają,
podkreślając, że geniusz filozofa
byłby niemożliwy bez jego fascynacji kulturą francuską. Za nietzscheanistów uważało się i uważa wielu
Kierownik działu zagranicznego: HENRYK MARTENKA
[email protected]
Sekretarz działu: JACEK BINKOWSKI
83
polityków, artystów i, oczywiście, filozofów: od Foucaulta po ostatnie
bożyszcze młodzieży, Onfraya.
Nietzsche był apostołem nowej
moralności, tworzonej poza „dobrem i złem”. Głosił ideę śmierci Boga, uwodząc „wolą mocy” oraz kultem pełni życia i siły. A któżby nie
chciał pełni życia, wyzwalającej kruchą egzystencję ze słabości ducha
i ciała? Któżby nie chciał być panem
swego życia, a nie jego niewolnikiem? Jednak jednym wystarcza sama tęsknota za nietzscheańskim
„światem panów”, innym literacka
fikcja, a jeszcze innym potrzeba
smaku prawdziwej walki. On sam
był człowiekiem wątłym. Gnany we-
Fot. www.flickr.com
wnętrznym niepokojem, błąkał się
po górach i morskich nabrzeżach,
gdzie spisywał swe myśli. Tułał się
samotnie po hotelach, pensjonatach
i obrzeżach Europy. Na Riwierze
Francuskiej, niedaleko Nicei, powstała jego trzecia część „Tako rzecze Zaratustra”, stylizowana na „Nową Biblię” (do dziś jest tam szlak jego imienia). Tułał się tak, aż zamroczony obłędem pogrążył w psychicznej zapaści.
Do wyznawców boga wina, życia
i siły, ukrzyżowanego Dionizosa, za
jakiego Nietzsche się podawał, uważając religię za „platonizm dla ludu”,
przyznaje się dziś inny prorok antyreligijnego hedonizmu, najbardziej
medialny filozof Michel Onfray. Głosi
„demontaż fikcji, zwaną Bogiem”.
Korespondenci: Aneta Antczak (Dublin), Filip Netz
(Tel Awiw), Daniel Kestenholz (Bangkok), Agnieszka
Nowak (Rzym), Leszek Turkiewicz (Paryż),
Tłumacze: Andrzej Berestowski (rosyjski),
Wojciech Filipiak (angielski, niemiecki), Cezary
Goliński (białoruski), Katarzyna Merska (litewski),
Występuje przeciwko „przedawkowaniu sacrum”, przeciwstawiając religii pochwałę przyjemności i życie
pełnią chwili. Nawołuje do ostatecznego zdechrystianizowania ciała,
które ciągle jest w chrześcijańskiej
niewoli, i korzystać do woli z jego
przyjemności i uciech. Szczególnie
młodzi chętnie wsłuchują się w jego
„metafizyczny rap, fenomenologiczny funk, ontologiczny soul”.
Czy jednak śmierć Boga – zastanawiają się inni uczestnicy kawiarnianej debaty – nie prowadzi do
„śmierci człowieka”? Taka idea była
głośnym sloganem i znakiem rozpoznawczym Michela Foucaulta, myśliciela, którego pociągała tematyka
śmierci, seksualizmu i szaleństwa.
Przyjaźnił się on z innym francuskim
filozofem, Louisem Althusserem,
cierpiącym na schizofrenię, który
wsławił się uduszeniem żony. Odwiedzał go w szpitalach psychiatrycznych. Althusser, zanim nawrócił
się na marksizm i stał się w latach
60. jego najwybitniejszym egzegetą,
był żarliwym głosicielem filozofii katolickiej. To za jego namową Foucault na krótko wstąpił do partii komunistycznej. Porzucił ją i zaczął
szukać własnej drogi, a była to droga tragiczna. Popadł w alkoholizm,
próbował popełnić samobójstwo,
w końcu zmarł na AIDS. Za Nietzschem tropił ułudę prawdy. Prawda
to nie rzeczywistość, pisał, a jedynie
strumień słów, „ruchliwa armia metafor” lepiej lub gorzej przystawalna
do rzeczy. Pod kolejnymi maskami
znajdujemy tylko kolejne maski, pod
interpretacjami tylko kolejne interpretacje. Już nie chodzi o starą formułę poznania siebie, ale o realizowanie się w świecie, z którego odchodzą bogowie.
I tak oto w niedzielne przedpołudnie na placu Bastylii, na którym nie
ma już śladu po więzieniu zburzonym przez dawnych rewolucjonistów, współcześni paryżanie filozofują przy małej czarnej o poszukiwaniu duchowości w świecie bez Boga. Debatują o śmierci Boga oraz
agonii ostatniego człowieka, oczekując przyjścia na świat nowej
wspaniałej hybrydy – homo postsapiens.
LESZEK TURKIEWICZ
Paryż
[email protected]
Danka Michalczyk (duński), Tomasz Ługowski
(angielski), Lidia Solarek (niemiecki), Anna Soluch
(niderlandzki), Magdalena Szkulmowska (francuski),
Marcin Szymański (angielski), Robert Szymański
(ukraiński), Patryk K. Urbaniak (niemiecki).
Przegląd funkcjonuje na podstawie umowy z wydawcami zagranicznymi.
Wypycha dzieci botoksem
Amerykańska
gwiazda kina straciła prawo do opieki
nad swoim 8-letnim
adoptowanym synem Roanem – czytamy w US Weekly.
Chłopcem będzie
się zajmował Phil Bronstein, eksmałżonek gwiazdy. Główną przyczyną utraty
praw rodzicielskich była nadmierna
dbałość o zdrowie dziecka, a także zbyt
częste zlecanie opieki nad synkiem
osobom trzecim. Jednym z ostatnich
pomysłów gwiazdy było wstrzyknięcie
botoksu w stopy ośmiolatka, co miałoby zapobiec poceniu się stóp, a tym samym niwelowałoby brzydki zapach potu. Stone uzyskała prawo do spotkań
z dzieckiem w ciągu jednego weekendu w miesiącu.
Angelina Jolie
Depresja poporodowa
Po urodzeniu bliźniąt 33-letnia aktorka wpadła w depresję
poporodową
– informuje femalefirst.com. W czasie
ciąży Jolie nie mogła zaakceptować
swojego ciała. Gdy
tylko dzieci przyszły na świat, Angelina
wzięła się ostro za zrzucanie kilogramów. Jednak głodówki przybrały zbyt
drastyczną formę. Pomimo tego, że aktorka błyskawicznie odzyskała superzgrabną figurę, nie przestała się odchudzać. Znajomi gwiazdy twierdzą, że
z Angeliny zostały już tylko skóra i kości, a aktorka nadal nie je prawie nic: To
wszystko siedzi w jej głowie, ona ciągle
twierdzi, że jest grubasem! – zdradził
znajomy aktorki.
Książę Karol
Wesoła sześćdziesiątka
Książę Karol już
wkrótce będzie obchodził swoje sześćdziesiąte urodziny
– donosi The Daily
Telegraph. Książę
Walii
postanowił
świętować okrągłą
rocznicę na wesoło i urządzić wielką
galę, na którą zaprosił 3 znakomitych
komików – gwiazdę Monty Pythona
– Johna Cleese’a, Jasia Fasolę – czyli
Rowana Atkinsona oraz Robina Williamsa, który po raz pierwszy po 25 latach
odwiedzi Wyspy Brytyjskie. Kto ma
ochotę świętować urodziny razem
z księciem, może zakupić jeden
z 1500 biletów do New Wimbledon
Theatre (cena: od 25 do 100 funtów),
pozostali mogą włączyć kanał ITV 1
i obejrzeć relację, niestety, nie na żywo,
a tydzień po imprezie.
ZW
Fot. AKPA, PAP(2)
a4184.qxd
2008-10-04
84
15:58
Page 2
DLA TYCH, CO NIE LUBIĄ CZYTAĆ
ANGORA nr 41 (12.X.2008)
Rys. K. Zalepa
Rys. T. Wilczkiewicz
Tygodniówka
„KONCERT NIE MIEŚCIŁ SIĘ W MISJI PUBLICZNEJ” TELEWIZJI PUBLICZNEJ. TAJEMNICZA BESTIA. Policja, 2 helikoptery i antyterroryści szukali pod
Feta z okazji 25 rocznicy Nagrody Nobla dla Wałęsy nie była transmitowana przez TVP. Krakowem zwierzaka, który – według świadków – podobny jest do lwa.
Rys. K. Zalepa
Rys. M. Klukiewicz
WYMANEWROWANY. Prezydent, zwierzchnik sił zbrojnych, nie został WIRUS AMERYKAŃSKI. Kryzys bankowy podobno zbliża się
do Polski – czytaj str. 12-13.
zaproszony na najważniejsze manewry wojskowe „Anakonda 2008”.
Rys. P. Wakuła
Rys. P. Wakuła
Rys. P. Rajczyk
POPRAWA WIZERUNKU. Prezydent zaraz po mePIŁKARSKIE PORZĄDKI. FIFA i UEFA nie akcep- CUDA SIĘ ZDARZAJĄ... Japońscy naukowcy wy- czu Lecha Poznań z Austrią Wiedeń (4:2) zadzwotują wprowadzenia kuratora do PZPN – czytaj str. 9. naleźli metodę przemiany wody w alkohol.
nił z gratulacjami do trenera Smudy.
Kolumnę opracowała: JOLANTA PIEKART-BARCZ

Podobne dokumenty

tutaj

tutaj ka.com.pl; Wydawnictwo Westa-Druk Mirosław Kuliś, 90-103 Łódź, ul. Piotrkowska 94, Druk: Drukarnia Prasowa SA w Łodzi, al. Piłsudskiego 82; Nakład: 448 532 egz.; Nr indeksu 37-87-39, ISSN 0867-8162...

Bardziej szczegółowo