Nr 207

Komentarze

Transkrypt

Nr 207
MiesiÊcznik
Rys. Kasia „Szarotka” Świerczyńska
Biuletyn Informacyjny ŒKF
grudzieÑ
2012
Nr
207
Galeria
Gwiazdka za pasem
Dla wielbicieli Strażników Alana Moore'a,
a zwłaszcza Rorshacha – piękny prezent:
maska i broń Rorshacha, w skali 1:1.
Cena: 225 dolarów.
Replika Żelaznego Tronu z Gry o tron George'a R.R. Martina. Rozmiar naturalny,
więc można na nim siedzieć z godnością. Niestety, cena to ok. 30.000 dolarów.
Jeśli za droga, albo nie mieści się w mieszkaniu, można kupić mniejszą,
wysokości 13cm, z żywicy – służy jako przycisk do papieru albo zwyczajna
ozdoba biurka i kosztuje 60 dolarów.
A dla miłośnika Avengers, albo mitologii nordyckiej (albo
jednego i drugiego) – młot Thora, Mjölnir. Naturalnych (hm...)
wymiarów, pięknie wykonany z solidnego metalu, koszt ma
odpowiedni dla swego znaczenia w legendach (i w filmie) – 700
dolarów. To dokładna replika rekwizytu z filmu Thor.
Skoro NASA ustaliła już, że końca świata nie
będzie, to znaczy, że nastąpi Gwiazdka i pod
choinką znajdą się prezenty. Ktokolwiek je
przyniesie (a teorie na ten temat są rozmaite,
zależne od lokalizacji choinki), oczywiście
po uważnym sprawdzeniu, kto był grzeczny,
musi wykonać solidną pracę myślową. Dobór
prezentów to sprawa niełatwa, wymagająca
intuicji, wyczucia oraz gustu.
W dzisiejszej galerii prezentujemy kilka
wybranych prezentów, akurat odpowiednich
dla miłośników fantastyki. Pomijamy te
najbardziej typowe, jak książki, płyty czy
koszulki. Ale już modele, rekwizyty czy pluszaki
– jak najbardziej. Te drogie i te mniej drogie.
A zatem: najfajniejsze prezenty, jakie można
dostać na pod choinkę.
PWC
Wstêpniak
Nadszedł grudzień. I tym razem nie jest to byle grudzień, lecz grudzień końca świata.
Przynajmniej wedle niektórych interpretatorów Długiej Rachuby – systemu liczenia dat
stosowanego przez Majów. Ja mam jednak głębokie przekonanie, ze ŚKFowi koniec nie
grozi. Mamy wielkie plany na 2013 rok i zamierzamy je zrealizować. Trwają już prace
nad Asuconem i Seminarium Literackim oraz negocjacje z gośćmi przyszłorocznych
Targów Książki, finalizujemy kwestie związane z prowadzeniem systematycznych, comiesięcznych warsztatów RPG w siedzibie klubu, do klubowych atrakcji dołączą w roku
2013 Dni Sekcji Gier Karcianych, nad którymi patronat obejmie jeden z najlepszych
na świecie sędziów Veto Jerzy „Greg” Nowak. Także w roku 2013 ukaże się kolejny tom
opowiadań autorów zrzeszonych w prowadzonej przez Annę Kańtoch Sekcji Literackiej
„Logrus”. A wszystko to będzie działo się oprócz stałych atrakcji, nie zamiast.
Jeśli ktoś z Was chciałby wejść w nową epokę i nowy świat w dobrym towarzystwie,
zapraszam na maraton filmów postapokaliptycznych „Koniec Świata w ŚKF” w piątek
21 grudnia 2012. 10 dni później, 31 grudnia, w dzień imienin
Sylwestra i Melanii spotkamy się ponownie. Klubowy Sylwester
odbędzie się po raz kolejny w zaprzyjaźnionej kluboczajowni
„Teoria” w Katowicach przy ulicy Dworcowej 13. Zgłoszenia
proszę przysyłać bezpośrednio na mój adres: [email protected]
gmail.com.
Korzystając z okazji pragnę podziękować wszystkim uczestnikom Jesiennego Zjazdu Członków
Korespondentów, który odbył się 25 listopada. Tak
licznego zjazdu w klubie jeszcze chyba nie było!
Dziękuję Wam bardzo za świetną zabawę i zapraszam na zjazd wiosenny oraz następujące
po nim Walne Zebranie. Termin pojawi się
na stronie w styczniu.
Zanim jednak wszystkie te wspaniałe
rzeczy się wydarzą, będą Święta. Z okazji
nadchodzących Świąt, jakkolwiek je obchodzicie, życzę Wam pogody ducha, radości
życia i spełnienia marzeń; spokoju kiedy go
pragniecie i mnóstwo atrakcji, kiedy macie
na nie ochotę. Oraz fantastycznego Nowego
Roku, oczywiście!
Klaudia Heintze
3
Wieœci
Końca świata nie będzie. Jeśli ktoś na to
liczył i zaniedbał np. świąteczne sprzątanie albo dobieranie prezentów (że nie wspomnę
o poważniejszych sprawach) – ma jeszcze parę
dni, żeby opóźnienia nadrobić.
Końcówka kalendarza Majów nie sugeruje
końca świata – podobnie jak nasze kalendarze nie sugerują końca świata 31 grudnia, choć
wtedy się kończą. Żadna kometa nie zbliża się
do Ziemi, podobnie jak tajna planeta Nubiru
(zresztą gdyby miała nas trafić, byłaby już świetnie widoczna na niebie). Planety nie ustawią się
w jednej linii, a aktywność słoneczna wprawdzie zbliża się do maksimum 11-letniego cyklu, ale to maksimum jest najsłabsze od kilkudziesięciu lat.
A zatem z pełną świadomością życzymy
wszystkim naszym czytelnikom wesołych Świąt
i doprawdy znakomitego, wspaniałego i bardziej udanego niż obecny Nowego Roku 2013.
Wszyscy wiemy, że
czarne dziury są
masywne. Te najbardziej masywne można
znaleźć w centrach galaktyk spiralnych (takich jak nasza Droga
Mleczna). Niedawno
astronomowie z Uni­ver­
4
sity of Texas w Austin znaleźli taką superdziurę, przy której dotychczas odkryte wydają się
całkiem nieznaczące. Dzięki obserwacjom prowadzonym przez Hobby-Eberly Telescope
stwierdzono, że galaktyka soczewkowata NGC
1277, oddalona o 220 mln lat świetlnych (w konstelacji Perseusza) zawiera w sobie taką supermasywną dziurę. Na załączonym zdjęciu widzimy jej obraz z teleskopu Hubble'a.
Czarna dziura znajdująca się w jądrze naszej galaktyki (w gwiazdozbiorze Strzelca, Sgt
A*) ma masę 4,1 miliona większą od naszego
Słońca. Ta z NGC 1277 to 17 miliardów Słońc,
łącznie 14% masy całej swojej galaktyki.
Sama galaktyka NGC 1277 w ogóle jest
niezwykła – i niewielka. Ma promień ok.
300 jednostek astronomicznych (Jednostka
Astronomiczna to średnia odległość od Ziemi
do Słońca) – czyli jest około 11 razy szersza od
orbity Neptuna. Jeśli ktoś woli – jakieś cztery
dni świetlne.
Zjawisko jest całkiem nowe, dotąd nieznane i zaskakujące. Badania teksańskich astronomów trwają i z ciekawością oczekujemy, co
jeszcze odkryją.
Planetolodzy od dawna podejrzewali, że
na Tytanie – największym z licznych księżyców Saturna (o średnicy mniej więcej półtora raza większej od Księżyca) – występuje cykl
obiegu metanu, całkiem podobny do cyklu
obiegu wody na Ziemi. Kolejnym potwierdzeniem podobieństw są niedawne zdjęcia
­ rzesłane przez sondę Cassini. Pokazuję całp
kiem ziemską z wyglądu rzekę z systemem dopływów. Rzeka ma ponad 300km długości i wyraźnie płynie nią ciecz (czarny kolor oznacza,
że powierzchnia jest gładka). Woda by zamarzła, ale metan i etan są ciekłe. Tytan jest jak
dotąd jedynym ciałem niebieskim (oprócz naszej planety), na powierzchni którego występują stabilne ciecze.
Było to jedno z bardziej zaskakujących odkryć kosmicznych. Sonda
Messenger odkryła
lód na Merkurym!
Prawdziwy wodny
lód, na prawdziwym
Merkurym, który krąży
wokół Słońca mniej więcej w jednej trzeciej
odległości Ziemi, wskutek czego temperatura
na powierzchni sięga 400˚C. Jednak nachylenie
osi Merkurego jest takie, że w okolicach biegunów, wewnątrz kraterów są miejsca, gdzie nigdy nie sięga światło. I tam sonda Messenger
trafiła na wyraźne dowody istnienia lodu.
Po opracowaniu danych z sondy, ziemskich
radarów i obserwacji optycznych NASA opracowała mapę występowania wody na Merkurym.
Ocenia się, że jest jej od 100 miliardów do biliona ton, zasypanych przez kilka centymetrów gleby.
Cały ten lód prawdopodobnie dotarł na planetę jako element komet i asteroid. A w ten sam
sposób rozprzestrzeniają się w kosmosie cząstki
organiczne. Czyli w teorii mogą na Merkurym
istnieć zbiorniki ciekłej wody, a w nich zawiesina cząstek organicznych. Ha!
Nikt oczywiście nie mówi o życiu na
Merkurym – jednak planeta okazuje się o wiele
ciekawsza, niż nam się dotąd wydawało.
Dwójka weteranów NASA, Alan Stern
(misja na Plutona, projekt Moon Express)
oraz Gerry Griffin (były kierownik lotów NASA,
dyrektor Centrum Kosmicznego im. Johnsona)
założyli firmę Golden Spike, której celem jest
stworzenie odpowiedniej technologii i prowadzenie wycieczek na Księżyc (i z powrotem),
dla firm, rządów
oraz turystów dysponujących nieprzyzwoitymi nadwyżkami gotówki. Koszt
pierwszej misji to
rząd 7-8 miliardów
dolarów, obejmuje
bowiem projekt,
produkcję i testy odpowiednich pojazdów (dla porównania, program Apollo to 18 miliardów). Te koszta jednak
Golden Spike bierze na siebie, a więc zainteresowani zapłacą za bilet skromne 700 milionów
dolarów od osoby.
Co za to proponują? Pobyt na Księżycu do
36 godzin (to więcej niż załogo Apollo 11 i 12),
dwa wyjścia na zewnątrz, użycie standardowego
zestawu przyrządów, dostarczenie na Księżyc
50kg sprzętu badawczego lub rozmaitych flag,
plakietek itp, a także (w drodze powrotnej) zabranie 50kg próbek, zdjęć itp.
W wersji orbitalnej (tańszej) Golden Spike
obiecuje tygodniowy pobyt na orbicie za drobne 450 milionów dolarów.
Jeśli dla kogoś to za drogo, w pakiecie otrzyma również prawo do nazwania ekspedycji,
prawo sprzedaży wszelkiego rodzaju gadżetów, zabawek oraz przedmiotów, które wróciły z Księżyca.
Obaj fachowcy chcą wykorzystać znaną z lotów Apollo metodę spotkania na orbicie, jednak nowe technologie pozwalają dramatycznie
obniżyć koszty. My chyba jednak zaczekamy,
aż zostaną obniżone jeszcze bardziej.
Dobra wiadomość dla licznych wielbicieli Stephena Kinga: po trzech latach od
wydania, zapadła decyzja, że na ekrany
5
t­ elewizorów trafi ekranizacja powieści Under
the Dome (wydanej w Polsce jako Pod kopułą,
Prószyński i S-ka 2010). Do realizacji przymierza się wytwórnia CBS-TV, a zaplanowano
13-odcinkowy serial. Producentem wykonawczym, obok samego Kinga, ma być Steven
Spielberg, a produkcją zajmie się jego studio
Amblin. Scenariusz pisze Brian K. Vaughan
(m.in. Lost).
Powieść uznana jest za najlepsze od wielu lat
dzieło Kinga, a jej rozmach porównywany jest
do The Stand. Opowiada o małym miasteczku w Maine, odciętym od reszty świata przez
ogromną przezroczystą kopułę. Mieszkańcy
rozpaczliwie usiłują przetrwać, ustalić, czym
jest kopuła i czy można ją przebić.
Co ciekawe, Vaughan za zgodą Kinga wprowadził do akcji kilku dodatkowych bohaterów –
na wypadek, gdyby CBS zamówiło drugi sezon.
Od roku trwają prace przy nowym Nie­
śmier­telnym – to tak zwany „reboot”, czyli opowiedzenie tej historii od nowa. Praca nie była łatwa,
a stanie się jeszcze trudniejsza, gdyż ekipę porzucił reżyser, Juan Carlos
Fresnadillo (28 tygodni później). Rozstanie nastąpiło „w przyjaźni”, ale wskutek tego, że
Fresnadillo i kierownictwo studia Summit
Entertainment nie mogło dojść do zgody, jaki
to ma być film. Ponieważ studio odpowiedzialne jest za sagę „Zmierzch”, sądzę, że odejście
reżysera nie wróży nic dobrego. Co ciekawe,
Fresnadillo opuścił wcześniej plan rebootu
Kruka – właśnie żeby dołączyć do ekipy
Nieśmiertelnego.
Reboot Nieśmiertelnego miał się opierać na
oryginalnym filmie z 1986, z Christopherem
Lambertem w roli głównej. W tej chwili nie
wiadomo, jak potoczą się losy nowej wersji.
Ostatni film o Indianie Jonesie, Indiana
Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki,
nie wszystkim się podobał, ale nikt chyba nie
próbował z tego powodu skarżyć producentów
do sądu. Ale inny archeolog (już prawdziwy)
6
zdecydował się na to –
nie z powodu jakości
dzieła, ale z powody wykorzystania kryształowej czaszki jako kluczowego elementu fabuły.
Dr Jaime Awe, dyrektor Instytutu Archeo­
logicznego Belize, złożył
pozew przeciwko Lucasfilm i nowemu właścicielowi studia, Walt Disney Company, a także
dystrybutorowi Indiany Jonesa, Paramount
Pictures. Twierdzi, że wszystkie trzy firmy winne są Królestwo Belize część dochodów z filmu.
Według Awe’a, oryginalna kryształowa czaszka, została wywieziona z Belize przez rodzinę
Mitchell-Hedges, poszukiwaczy skarbów. Było
to prawie 90 lat temu. Od tego czasu czaszka
przynosiła dochody, z których jej „ojczyzna”
nie korzystała. W związku z tym Awe żąda
udziału w zyskach z filmu (nie dla siebie, ale
dla królestwa), a także powrotu czaszki do kraju pochodzenia.
Są pewne problemy, które zmniejszają i tak
niewielkie szanse Awe’a. Jak wiadomo, filmowa
kryształowa czaszka pochodziła z Peru. Ponadto
czaszka Mitchellów-Hedgesów prawdopodobnie była fałszerstwem. Jej odkrywczyni, młoda Anna Mitchell-Hedges, nigdy nie zdołała
spójnie przekazać historii jej znalezienia, zatem Belize nie może być „ojczyzną” oryginalnej kryształowej czaszki, ponieważ nigdy nie
istniała oryginalna kryształowa czaszka.
Rozprawa będzie interesująca, niewykluczone, że zabawna.
W zeszłym miesiącu pisaliśmy
o próbach sądownego
zablokowania filmowej
premiery filmu Age of
the Hobbits – wykorzystującego nazwę „hobbit” oraz elementy
kampanii reklamowej
„prawdziwego” Hobbita. Do sądu wystąpili dystrybutorzy filmu Jacksona – i wydaje się, że
odnieśli sukces. Przynajmniej przez miesiąc
nie zobaczymy Age of the Hobbits w kinach –
niewątpliwie ku wielkiemu żalowi widzów.
Dystrybutorzy twierdzili, że słowo „hobbit” w tytule narusza prawa autorskie Tolkiena
i może wprowadzić w błąd potencjalnych odbiorców. Producenci Age of the Hobbits, studio
Asylum, twierdzi z kolei, że hobbit przeszedł do
użytku publicznego, ponieważ naukowcy używają tej nazwy dla określenia odkrytej niedawno rasy hominidów (Homo Floresiensis) o niższym od normalnego wzroście. Sędzia uznał,
że paleontolodzy używają potocznego określenia „hobbici” właśnie dlatego, że słowo to
u Tolkiena określa rasę niziołków. Wydał więc
czasowy zakaz dystrybucji filmu. Następna rozprawa 28 stycznia.
Studio Asylum wyprodukowało liczne filmy,
wśród nich znany Mega Shark vs. Giant Octopus
czy Abraham Lincoln vs. Zombies.
Powszechnie wiadomo, że obcy przybyli na Ziemię i rządy ukrywają kontakt. Na ogół.
Wyjątkiem jest Dmitrij
Miedwiediew, udzielający
wywiadu dla pięciu rosyjskich stacji telewizyjnych.
Kiedy sądził, że mikrofony są już wyłączone, dodał jeszcze kilka uwag.
Przyznał się na przykład, że wciąż wierzy
w Dziadka Mroza (choć niezbyt mocno). Jeden
z reporterów zapytał (wciąż nieoficjalnie), czy
Miedwiediew, obejmując w 2008 urząd prezydenta Rosji, otrzymał jakieś tajne dane na temat obcych. Miedwiediew odpowiedział:
„Razem z neseserem zawierającym kody pocisków atomowych, prezydent otrzymuje specjalną ściśle tajną teczkę. Zawiera ona informacje
na temat obcych, którzy odwiedzili naszą planetę. Oprócz tego dostaje się raport absolutnie
tajnej służby specjalnej, kontrolującej obcych
na terenie naszego kraju... Więcej szczegółów
na ten temat znajdziecie w dobrze znanym filmie Faceci w czerni... Nie powiem was, ilu obcych przybywa wśród nas, bo nie chcę wzbudzać paniki”. Oczywiście dziennikarze uznali,
że ex-prezydent żartował (co sugeruje o­ dwołanie
do Facetów w czerni). Ale może naprawdę widział te akta i tylko udawał, że żartuje, bo się
wygadał i chciał to zamaskować? To tylko najprostsza odpowiedź, specjaliści od UFO i od
spisków na pewno znajdą inne, ciekawsze.
Uznanie gier wideo
za sztukę dla niektórych jest czymś
oczywistym, dla innych tezą raczej ryzykowną. Ale skoro
decyzję podejmuje
Mu z e u m
Sztuk i
Współ­czesnej (na Man­
hat­tanie), sprawa jest przesądzona. Jak wyjaśnił
kustosz muzeum: „Podobnie jak we wszystkich
eksponatach, od plakatów, przez samochody,
kroje czcionek, krzesła, po samochody, szukamy połączenia znaczenia historycznego i kulturowego, estetyki wyrazu, sensowności struktury i funkcjonalności, innowacyjnego podejścia od techniki i zachowania...” I tak dalej. Na
razie wybrano czternaście gier, dla których
pokazania powstaną specjalne instalacje. Gry
te – z różnych okresów – są właściwie klasyką.
Są to Pac-Man (1980), Tetris(1984), Another
World (1991), Myst (1993), SimCity 2000 (1994),
vib-ribbon (1999), The Sims (2000), Katamari
Damacy (2004), EVE Online (2003), Dwarf
Fortress (2006), Portal (2007), flOw (2006),
Passage (2008) i Canabalt (2009). Niektóre są
pewnie nieznane młodszym graczom.
Muzeum, zamierza rozszerzyć swoją kolekcję gier – do czterdziestu tytułów, w tym
pochodzących z dawnych konsol. Rozważane
są m.in. Pong (1972), Space Invaders (1978),
Asteroids (1979), Super Mario Bros (1985), The
Legend of Zelda (1986), Street Fighter II (1991)
i Minecraft (2011).
Ze względu na bardzo ścisłe normy Muzeum,
na listę nie trafiły niektóre bardzo popularne
gry z ostatnich lat. Na razie.
W Stanach Zjednoczonych istnieje strona
„We, the People”, gdzie każdy obywatel
może złożyć projekt petycji, a po zebraniu odpowiedniej liczby podpisów petycja musi być
rozpatrzona (tam właśnie złożono niedawno
7
petycję o zaangażowanie
USA w śledztwo
w sprawie katastrofy
Tu-154 w Smo­leń­
sku). Wśród licznych wniosków, jakie można tam znaleźć jest też taki, który
dla nas wydaje się szczególnie interesujący. Obywatel John D.
z Longmont, stan Kolorado, apeluje o budowę
amerykańskiej Gwiazdy Śmierci.
Argumentując, John D. wskazuje, że budowa
obiektu stworzy bardzo wiele nowych miejsc
pracy, a równocześnie wzmocni stan obronności kraju. Niestety, pomysłodawca nie wspomina o kosztach budowy. Na szczęście fani przeliczyli to już wcześniej: koszt Gwiazdy Śmierci
w dzisiejszych cenach to 852 biliardy dolarów,
czyli 2,6 miliarda dolarów na głowę mieszkańca. Chyba warto.
PWC
Wszystkim Klubowiczom
Wesołych Świąt,
fantastycznych prezentów,
a w Nowym Roku
fantastycznych książek, filmów i wszystkiego
oraz udanych misji kosmicznych
życzy
8
Redakcja
Zapiski zgryŸliwego tetryka
Grudzień, koniec roku, czas podsumowań. Ukazał się nareszcie trzeci
tom „Trylogii krakowskiej” Wita Szostaka – Fuga. Nie będę go streszczał, bo
jest to niezwykle trudne. Powiem tylko, że to powieść nadzwyczaj klimatyczna. Bohater, Bartłomiej Chochoł, ostatni Król Polski, jego rodzina, a przede
wszystkim mieszkanie krakowskie – wszystko to pozwoliło mi na całkowitą
identyfikację z bohaterem. Szczególnie, że jego też niezwykle silnie boli noga.
A widma-duchy bohaterów wywoływane przez dziadków i rodziców przypomniały mi, jak sam takie duchy-widma przywoływałem w dzieciństwie.
Przerwałem lekturę nowej powieści Rowling, tym razem dla dorosłych
– Trafny wybór. Nie ma ona nic wspólnego z fantastyką i nie
jest to wielka literatura. Harry Potter miał pomysł i trafił
w swój czas. Powieść o ponurej stronie małego angielskiego
miasteczka wymagałaby nie tylko rzemiosła, ale talentu pisarskiego, a tego nie ma!
Koniec roku przynosi kilka polskich powieści fantastycznych: Marcina Wolskiego Mocarstwo z gatunku historii równoległych; Tomka Kołodziejczaka Czerwoną mgłę – zbiór opowiadań ze świata Czarnego Horyzontu; Marka S. Huberatha
Portal zdobiony posagami. O nich następnym razem.
A poza Szostakiem polecam na święta antologię urban
fantasy Chodząc nędznymi ulicami (Wydawnictwo Rebis).
Na początek roku zapowiedziany jest dwuczęściowy (druga
część pisana wspólnie z żoną) Dziennik Mistrza i Małgorzaty
Bułhakowa (notabene chochlik złośliwy, a może goblin zmienił w poprzednich „Zapiskach...” Bułyczowa na Bułhakowa,
a zdanie powinno brzmieć: „Nieliczna tylko część utworów
Bułyczowa wytrzymała próbę czasu – w szczególności opowiadania z Wielkiego Guslaru.”)
Życzę Wam, Drodzy Czytelnicy, spokojnych świąt i nowego, pełnego książek – dobrych oczywiście – roku 2013.
Wasz Andrzej „Bilbo” Kowalski
P.S. Najnowszy LOCUS przynosi informację, iż „zaginiony” (cudzysłów pochodzi z LOCUSA) poemat J.R.R. Tolkiena
Upadek Artura został przez syna, Christophera, zredagowany,
opatrzony komentarzem i sprzedany do druku.
9
Filmy
Proszę wstać! Sędzia Dredd idzie!
„Nie ten głupi, kto źle sądzi, ale ten, co go sędzią zrobił.”
Aleksander Fredro
Jakoś tak się złożyło, że moda na ekranizowanie historii komiksowych
nie przeminęła. Dobre pomysły i zabiegi często są podchwytywane,
przerabiane, wykorzystywane na nowo. Z jednej strony dobrze byłoby
od czasu do czasu obejrzeć jakiś oryginalny i nie powtarzany setki
razy motyw, z drugiej strony w stuletniej historii kina o nawiązania
czy wręcz wzorowanie się na jakimś dziele nietrudno. Zwłaszcza jeśli
dzieło to przeszło przez ekrany kin bez większego echa.
Film Dredd 3D przenosi nas do świata z brytyjskiego komiksu 2000 A.D. Po wielkiej wojnie (której to już?) zdziesiątkowana
ludzkość żyje w ogromnym mieście-państwie, zwanym Mega City
One. Mieszkańcy stłoczeni są w wielkich kilkudziesięciopiętrowych
osiedlach, nazywanych po prostu Blokami. Za utrzymanie porządku w mieście odpowiadają Sędziowie, uosabiający zarówno organy
ścigania, jak i aparat sądowniczy oraz egzekutora wyroku. Jednym
z nich jest tytułowy Dredd. Tyle o komiksie i o świecie dowiaduje się widz na początku filmu.
Ogromne miasto ma z założenia przytłaczać, zdominować obraz. Widziane jest najpierw z perspektywy futurystycznego pojazdu latającego, potem z ekranów jakiejś centrali, a wreszcie z perspektywy bohatera, który – odziany w pancerz i hełm – wkracza do akcji w akompaniamencie
ryku motocyklowego silnika. Ostro i z wykopem. Bez litości. Zgodnie z literą prawa, któremu
służy. Jest doskonałym funkcjonariuszem, wzorem do naśladowania dla pozostałych Sędziów
oraz postrachem świata przestępczego Mega City. Takiego Dredda znają czytelnicy komiksów. I
tutaj przed niezłomnym i twardym sędzią staje nowe zadanie, któremu tylko on może sprostać.
Ma sprawdzić czy młoda sędzina – Cassandra Anderson – nadaje się do służby. Czy tak urocza
osoba poradzi sobie w okrutnym świecie? Czy jej nadzwyczajne zdolności telepatyczne pomogą
w wykonywaniu obowiązków? To już osądzić ma Dredd. Nikt nie przypuszczał natomiast, że
pierwsze zgłoszenie o zwłokach znalezionych w jednym z Bloków stanie się dla dwójki Sędziów
śmiertelną pułapką, zastawioną przez dilerów narkotykowych i ich szaloną i niebezpieczną przywódczynię Ma-Ma. Czy doświadczenie Dredda i paranormalne zdolności Anderson wystarczą,
by stawić czoła złoczyńcom?
Gdyby twórcy Sędziego Dredda z 1995 roku widzieli
filmy o Batmanie Christophera Nolana, z pewnością do
roli tytułowej nie wybraliby Sylwestra Stallone'a, a jeśli
nawet, to na pewno nie pozwoliliby mu zrobić drugiego Człowieka-Demolki i film może nie zrobiłby klapy.
10
Dredd 3D jest inny. Inaczej przedstawiono fabułę, koncentrując się na postaciach Sędziów i ich
misji, cały pozostały świat 2000 A.D. został potraktowany marginalnie. To na misji Dredda i
Anderson ma skupić się widz, a nie na betonowych ulicach czy wypalonej jałowej pustyni. I nie
odbiegają oni bardzo od oryginału komiksowego. Dredd grany przez Karla Urbana jest twardy
do przesady i nigdy nie zdejmuje hełmu. Anderson sportretowana
przez Olivię Thirlby jest urocza i owego hełmu nie nosi. On jest
starym wyjadaczem i bez mrugnięcia okiem wykonuje wyroki,
ona czasem ma wątpliwości, waha się. Ale oboje wiedzą, że mogą
liczyć tylko na siebie. I tutaj widać, że film o Sędziach przestaje
być ekranizacją komiksu – staje się dobrze nakręconym filmem
akcji z doskonałymi zdjęciami, ujęciami z kamer ochrony oraz nie
widzianemu chyba od czasów Matriksa perfekcyjnym i pięknym
zarazem trybem zwolnienia akcji.
Całości dopełnia ciężkie brzmienie muzyki. Trudno nie odwołać się w ocenie filmu do innego obrazu, traktującego o akcji
oddziału antyterrorystów w pewnym wieżowcu, który dla nich
samych staje się pułapką. Mowa mianowicie o Rajdzie (The Redemption). Do widza należy ocena,
jak bardzo twórcy Dredda wzorowali się na indonezyjsko-amerykańskim thrillerze, który moim
zdaniem jest po prostu bardzo nierówny. Film, który pomimo komiksowego tła, jest poważny,
czasem nazbyt brutalny, ale dzięki temu prawdziwy. Prawdziwy jest zarówno Dredd, który nie
wygłasza patetycznych mów, że prawo to on i tylko on. Że ustrój Mega City jest najlepszy a ich
prawo jest doskonałe. On nie myśli w tych kategoriach. On po prostu naciska spust. Prawdziwa jest
Anderson, która bardziej od niego przeżywa rozterki, także natury moralnej, których Sędziowie
mieć nie mogą. Prawdziwie wygląda też scenografia, która motywy fantastyczne jak cybernetyczne implanty oczu informatyka czy Lawgivery (broń Sędziów) wplata jako subtelne dodatki, które
jednak nie dominują. Prawdziwy jest strach, ból, cierpienie i śmierć. A przynajmniej prawdziwie
wygląda… Czy to aby na pewno komiks przeniesiony na ekran?
Dredd 3D to film widowiskowy i wciągający.
Z pewnością jest doskonałym filmem akcji, przy
którym nie sposób się nudzić. Dredd nie usiądzie na
miejscu, póki nie zakończy działalności niekwestionowanej przywódczyni Bloku.. Otwartym natomiast
pozostaje pytanie o wierność komiksowej adaptacji,
czyli po prostu ile Dredda jest w Dreddzie. Na to z
kolei musi odpowiedzieć sobie każdy miłośnik komiksu osobiście. Z całą pewnością jest to film odmienny od poprzedniej ekranizacji, a już na pewno
nie jest jej remake’iem. Jest to film, na którym dobrze będzie bawił się i miłośnik komiksów i fan filmów akcji. I taki jest mój ostateczny werdykt.
A teraz muszę kończyć. Gdzieś w moim mieście wyświetlany jest film…
Tomasz „Ork” Rudnicki
Dredd 3D (Dredd 3D). Reżyseria: Pete Travis; scenariusz: Alex Garland. Obsada: Karl Urban, Olivia Thirlby, Lena Headey,
Wood Harris, Deobia Oparei, Domhnall Gleeson. Muzyka: Paul Leonard-Morgan; zdjęcia: Anthony Dod Mantle; montaż:
Mark Eckersley. Prod. Alex Garland. DNA Films. Czas proj. 95 min. Indie/USA/Wielka Brytania 2012.
11
Nadciąga Apokalipsa (czy coś...)
Ciche miasteczko spowite gęstą mgłą. Miasteczko, którego nazwa od
lat przyprawia graczy o gęsią skórkę. Miasteczko Silent Hill.
Pierwsza połowa 2006 roku była da mnie okresem oczekiwania.
W sierpniu na ekrany kin wchodziła adaptacja jednej z najlepszych
gier-horrorów w całej historii komputerowej rozrywki.Pamiętam, jak
ukontentowany wówczas byłem, wychodząc z kina. Twórcy stanęli
na wysokości zadania, tworząc bardzo dobry horror.
Mam zwyczaj (spowodowany smutnymi doświadczeniami) podchodzić do sequeli, drugich części i remake’ów z dużą rezerwą. Poza
kilkoma wyjątkami (np.: Aliens, Dark Knight) są one zazwyczaj dużo
gorsze od swoich pierwowzorów. W podobny sposób podchodziłem do
nowej odsłony filmowego Silent Hill, noszącego podtytuł Revelation,
a w polskiej wersji Apokalipsa. Oczywiście w 3D. Mimo to tliła się
we mnie nadzieja. W końcu tytuł ten przez lata dostarczał mi masy
przyjemności, a dobrego materiału źródłowego twórcom nie brakowało.
Tym razem reżyserii podjął się Michael J. Bassett, znany między innymi z Solomona Kane’a,
tudzież Doliny cieni, czy Wściekłości. Jak w większości swoich filmów, tak i tutaj zajął się również
fabularną stroną swojego dzieła. Za oprawę muzyczną – tak jak poprzednio – odpowiada Jeff
Danna, wspierany przez twórcę genialnej muzyki w całej serii gier – Akirę Yamaokę.
Fabuła drugiej części przedstawia nam dalsze losy Sharon (ukrywającej się pod nazwiskiem
Heather Mason, granej tu przez Adelaide Clemens), która wydostawszy się z przeklętego miasta,
wraz z ojcem (w tej roli ponownie Sean Bean) przemierza Stany, próbując uciec przed Zakonem,
który potrzebuje jej do odrodzenia swojego bóstwa. W końcu Zakon porywa ojca, a dziewczyna
wyrusza za nim do miasta, przed którym uciekała – do Silent Hill.
Gdy tym razem wyszedłem z kina, nie byłem rozczarowany.
Byłem zwyczajnie wkurzony! Do teraz zachodzę w głowę, jak
można coś zepsuć tak dokumentnie? Fabuła filmu przypomina skróconą i przyspieszoną wersję gameplayu trzeciej odsłony
gry, na której jest oparta. Główna bohaterka chodzi od miejsca
do miejsca, w każdym z nich dowiadując się, dokąd ma iść i co
zrobić w następnej kolejności. O ile w grze ma to jeszcze jakiś
sens, to w filmie robi się przeciąg – wieje nudą. Do tego dostajemy mnóstwo bezsensownych scen (np.: z więźniami szpitala,
próbującymi złapać główną bohaterkę) i bezsensownych zachowań (gdzie w lunaparku najlepiej ukryć się przed pościgiem?
Wiadomo: na karuzeli). Filmu nie jest w stanie uratować nawet Carrie-Anne Moss, grająca stojącą
na czele Zakonu Claudię, ani Malcolm McDowell w roli Leonarda. Oboje w swoich rolach wyglądają rewelacyjnie, ale ich postaciom poświęcono tak niewiele uwagi, że absolutnie nie miały szans
zabłysnąć. W porównaniu z postacią Christabelli z pierwszej części (rewelacyjnie zagranej przez
Alice Krige), wypadają po prostu nijako. Pamiętacie finałową scenę z pierwszej części – z demonem wyłaniającym się z podziemi na szpitalnym łóżku i robiącym mieszkańcom Silent Hill jesień
średniowiecza? Mega! W drugiej części jesieni nie ma. Jest raczej zima, podczas której wszystko
śpi – łącznie z widzem w kinie. Zero emocji, zero polotu, zero zaangażowania. Zero absolutne.
No dobrze. Ale czy jest w tym filmie coś, co może się podobać? Po długim zastanowieniu
można na to pytanie odpowiedzieć twierdząco, nie będą to jednak rzeczy, z powodu których warto
12
byłoby wydać pieniądze w kinie. Pierwszy to, oczywiście, muzyka. Akira Yamaoka stworzył wspaniałą
oprawę muzyczną świata i pilnował Jeffa Dannę, by
nie schrzanił (szkoda, że – jak w pierwszej części –
nie pilnował też produkcji). Pojedynek Heather z
demoniczną Alessą również zasługuje na zwrócenie
uwagi i w jakiś sposób mnie urzekł. Rzadko mamy
okazję oglądać w kinie walkę bez walki. No i może
jeszcze sekwencja w pomieszczeniu z pielęgniarkami,
do momentu, gdy wyżej wymienione ukatrupiają
dwóch członków Zakonu. To, co się dzieje później
przemilczam – nie warto się rozwodzić.
Podsumowując: Jeśli nie znacie serii gier spod znaku Silent Hill, nie idźcie do kina na ten
film. Jeśli znacie – nie idźcie tym bardziej.
W skrócie:
Najlepsza scena: Jak pisałem – sekwencja z pielęgniarkami (zwłaszcza dobrze wypada w 3D),
walka Heather z Alessą.
Najgorsza scena: Pojedynek Piramidogłowego z czymś, co wcześniej było Claudią; cała reszta.
Szymon Gonera
Silent Hill: Apokalipsa 3D (Silent Hill: Revelation 3D). Scenariusz i reżyseria: Michael J. Bassett. Obsada: Adelaide Clemens,
Kit Harington, Carrie-Anne Moss, Sean Bean, Radha Mitchell, Malcolm McDowell. Muzyka: Jeff Danna, Akira Yamaoka;
zdjęcia: Maxime Alexandre; montaż: Michele Conroy. Prod. Don Carmody. Davis-Films. Czas. proj. 94 min. Francja/USA 2012.
Rys. Małgorzata Pudlik
13
Kasiopea
14
rys. Katarzyna Karina Chmiel-Gugulska
http://kasiopea.art.pl
15
Ksi¹¿ki
Literacki sekstet
Atlas chmur to jedna z tych książek, o których słyszałam przed lekturą mnóstwo sprzecznych opinii. Że genialna, nowatorska i w ogóle
odkrycie. Albo odwrotnie, że pretensjonalna, przeciętna i tylko odkrycie udaje. Ja chyba nie mam ochoty przyłączyć się ani do jednej
frakcji, ani do drugiej. Atlas chmur nie jest, moim zdaniem, rewelacją
na miarę kandydata na noblistę, ale, z drugiej strony, jest z pewnością dziełem wybijającym się ponad zwykłą, półkową przeciętność.
Atlas... to sześć różnych opowieści, z których pięć podzielonych
jest na pół (czytamy je w ten sposób, że drugą część pierwszego opowiadania poznajemy na samym końcu, dzięki czemu można odnieść
wrażenie, że historia zatacza koło), różne konwencje literackie (dziennik, powieść epistolarna, thriller, czy futurystyczna dystopia w cyberpunkowym klimacie), a wreszcie sześć zestawów bohaterów. Opowieści
łączą się nawzajem, bowiem losy postaci z jednej opowieści wpływają
na losy bohaterów historii kolejnej; wiąże je także nienachalnie eksponowany motyw reinkarnacji oraz przesłanie dotyczące zagrożeń, jakie niosą ze sobą żądza władzy oraz kult pieniądza.
Ten ostatni wątek po raz pierwszy spotykamy już w pierwszej noweli, czyli Dzienniku
Pacyficznym, gdy dziewiętnastowieczny podróżnik obserwuje „dzikusów”, których biali panowie
celowo uczą palić fajki po to by, uzależnieni, kupowali coraz więcej tytoniu i tym samym docenili
siłę pieniędzy. Motyw znajduje swoją kulminację w piątej opowieści (Antyfona Sonmi-451), wspomnianej już futurystycznej dystopii – tam z kolei widzimy rządzone przez korporacje, napędzane
nieustanną żądzą kupowania społeczeństwo „konsumentów”, które w ostatecznym rozrachunku
prowadzi do upadku cywilizacji. Szósta, ostatnia opowieść, to już czasy po owym upadku, gdy
większość ocalałych ludzi powróciła do stanu dzikości.
Krzywdą jednak byłoby dla Atlasu... sprowadzanie go wyłącznie do krytyki konsumpcjonizmu
czy żądzy władzy. W książce Mitchella jest znacznie więcej – choćby maestria, z jaką autor porusza
się w granicach tak odmiennych konwencji i języków: od stylizowanego na literaturę dziewiętnastowieczną dziennika Adama Ewinga, aż po pełną neologizmów (lecz wciąż zrozumiałą) mowę
post-ludzi z opowieści ostatniej. Mitchell to prawdziwy literacki kameleon potrafiący sprawić, że
kolejne historie wyglądają, jakby pisały je kompletnie różne osoby. A to nie wszystko, bo każda
z tych opowieści, prócz specyficznego stylu, ma jeszcze dodatkowo coś, co ją wyróżnia spośród
innych. W Listach z Zedelghem są to zmysłowość i jednocześnie cynizm, podkreślające sposób,
w jaki świat widzi młody, biseksualny artysta, w Upiornej udręce... czarny humor, w Antyfonie...
natomiast imponująca rozmachem wizja świata przyszłości.
Fakt, Mitchellowi zdarzają się słabsze momenty, np. przyjaźń białego notariusza oraz czarnoskórego, byłego niewolnika wypada nieco blado, ale zdarzają się też prawdziwe perełki, w tym
moja ulubiona scena komponowania muzyki za pomocą tłuczenia porcelany. Bo ostatecznie Atlas
16
chmur najbardziej zachwyca nie nowatorstwem formy (nie tak znów nowatorskim), nie przesłaniem (nieszczególnie wszak oryginalnym), ale całkiem zwyczajnie sposobem, w jaki autor pisze
o ludzkich emocjach. To one właśnie są tu najważniejsze. I cóż z tego, że każda historia z osobna
byłaby zaledwie „dobra”, skoro zebrane razem i uzupełniające się nawzajem tworzą dzieło niezapomniane, prawdziwy literacki sekstet, niegorszy od tego, jaki skomponował bohater Listów…,
Robert Frobisher.
Anna Kańtoch
David Mitchell: Atlas Chmur (Cloud Atlas). Przeł. Justyna Gardzińska. Wyd. MAG, Warszawa 2012.
Imprezy
Falkon kryzysowy
Należy zaznaczyć, że tegoroczny Falkon miał ciekawą oprawę
plastyczną: organizatorzy zrezygnowali z trójwymiarowych
grafik komputerowych na rzecz wyrazistego rysunku przywodzącego na myśl styl Bohdana Butenki. Motywem przewodnim
był czarny kot o imieniu Licho, którego (nader nieortograficzne)
komentarze pojawiały się tu i ówdzie w informatorze. Niestety,
ładny design to bodajże jedyna mocna strona tego konwentu.
Program był bardzo ubogi: zaledwie pięć bloków, podczas gdy
od lat na konwentach tej skali standardem jest 10-12. W dodatku
Falkon rozdzielono między dwa budynki: Międzynarodowe Targi
Lubelskie oraz pobliską szkołę – niezbyt odległą w linii prostej,
ale położoną za bardzo ruchliwą ulicą z przejściem dla pieszych
spory kawałek dalej. Natomiast dla przyjezdnych na pewno zaletą
była mała odległość od dworca PKP: jakieś pięć minut pieszo.
Akredytacja mieściła się w holu Targów, przystosowanym do tego rodzaju imprez. Niestety,
właściwa część konwentu miała miejsce w głębi budynku, przez co hol sprawiał dość osamotnione
wrażenie – szczególnie w porównaniu z Falkonami na Wyspie,
gdzie wchodziło się wprost w gąszcz sklepików. Poza tym rozbicie
na dwa budynki sprawiało, że trudniej było wpaść przypadkiem
na znajomych. Mnie udało się to tylko pierwszego dnia.
Jako pierwszy punkt programu zaliczyłam prelekcję Marcina
„Motyla” Andrysa o horrorach. Nie pasjonuję się tym gatunkiem, ale nic ciekawszego program nie oferował. Prowadzący
porównywał znane filmy, klasyfikowane – słusznie lub nie –
jako horrory. Najbardziej typowa definicja mówi, że w horrorze
powinno występować jakieś zjawisko nadprzyrodzone, jednak
Motyl uznał, że powinien zjawić się potwór: duch, szaleniec,
Konkurs tolkienowski - Ink i Elanor
wampir, mutant itp.
17
Dwie bardzo ciekawe prelekcje zostały umieszczone w bloku RPG, choć z grami nie miały
nic wspólnego (tu też zarzut do organizatorów: ludzie niezainteresowani grami raczej je zignorowali, a szkoda). Prowadził je Aleksander Daukszewicz – i radzę zapamiętać to nazwisko, bo
facet w prelekcjach jest równie dobry, co PWC z Miśkiem albo Kuba Ćwiek.
Pierwsza opowiadała o gorączce złota, a konkretnie o trzech gorączkach: w Kalifornii, Australii
i na Alasce. Dowiedzieliśmy się mnóstwa ciekawostek, na przykład tego, że poszukiwacze złota
wieczorem wpuszczali do namiotów grzechotniki, by pozbyć się szczurów, które w czasie snu mogły
zjeść im miękkie części twarzy. Jakiś przedsiębiorczy osobnik zbił majątek, przywożąc transport
kotów. W San Francisco załogi porzucały statki w porcie – te z czasem tonęły, c­ ałkowicie blokując
drogę do portu, ale potem wyciągano je na drewno budowlane. Końcem każdej gorączki złota był
etap przemysłowy, kiedy to wielkie koncerny wykupywały ziemię i zaczynały masowe wydobycie.
Elanor: O czym jest ta prelekcja, na którą czekamy?
Druga prelekcja była o Real Life Superheroes; Alex powiedział, że właśnie pracuje nad artykułem do Nowej Fantastyki na ten temat. W niektórych krajach – głównie, oczywiście, w Stanach
– są ludzie, którzy przebierają się w kostiumy superbohaterów i walczą z tym, z czym uważają
za słuszne walczyć. Niektórzy z przestępczością, wchodząc w drogę niezadowolonej policji, lub
też z nią ściśle współpracując i stając się czymś w rodzaju straży obywatelskiej. Kapitan Ozon
od 1989 r. propaguje energie odnawialne i stara się walczyć z zatruciem środowiska. Niektórzy
wybierają sobie bardzo wąskie pole działania: Red Justice przekonuje ludzi do ustępowania miejsca w metrze, a Człowiek-Piła Kątowa uwalnia z blokad niewłaściwie zaparkowane samochody.
Jako rezerwentka prelegowa miałam wejściową darmówkę. W związku z tym zostałam w trybie nagłym wezwana na 21:00, bo z programu wypadło „Przekładamy nieprzekładalne” (szkoda,
lubię słuchać o tłumaczeniach). Poprowadziłam swój wykład „Styl, stylistyka, stylizacja” dzielnie,
choć dla mojego organizmu była wtedy 3:00 w nocy (pierwszego falkonowego dnia wróciłam...
hm... z bardzo daleka). Początkowo słuchacze nie chcieli brać udziału w dyskusji, ale dzięki zabierającemu często głos Sławkowi się ożywili. Końcówkę musiałam nieco skrócić, bo zabrakło czasu,
na szczęście wszystkie najważniejsze rzecz powiedziałam, więc jestem zadowolona. Z prelekcją
tą wystąpiłam już na wszystkich ważniejszych konwentach (wszystkich trzech), teraz zamierzam
przerobić ją na wersję pisemną i opublikować w Esensji,
jak to kiedyś zrobiłam z warsztatami „Pisanie o pisaniu”.
W sobotę przybyłam na konwent dopiero w samo
południe (czy wspominałam już, że program nie oferował zbyt wielu atrakcji?...). Poszłam na konkurs tolkienowski, zwabiona obietnicą Elanor, że będzie łatwy. No,
dla Elanor pewno był... Zaciągnęłam zaprzyjaźnionego
tolkienistę Ziemka i utworzyliśmy drużynę „Od A do Z”.
Pytania były podzielone na ogólne (WP + Silmarillion),
z Hobbita oraz z cytowania wierszy. To było przeplatane
innymi konkurencjami, np. rozpoznawanie, o kim/czym
Jarosław Grzędowicz na swoim spotkaniu
jest dany wiersz, albo jaką scenę przedstawia ilustracja.
autorskim
Rozpoznawanie wierszy:
Uczestnik (po wysłuchaniu cytatu): A to jest o kimś czy o czymś?
Elanor: To jest poezja.
18
Najpierw były pisemne eliminacje, z pytaniami w rodzaju „wymień nazwy Dwóch Drzew”. Trochę nas to...
zaskoczyło. Plan był taki, że jak już odpadniemy, to
tryumfalnie przybijamy piątkę i wychodzimy. Niestety,
nie odpadliśmy.
Próbowałam kilka razy namówić Ziemka na pójście
na prelekcję o wesołym średniowieczu („jesteś historykiem, będziesz mógł go zglanować!”), ale warczał, że
skoro go tu przyciągnęłam, to mam siedzieć. Siedziałam
więc, bo niewiele więcej mogłam zrobić – moim jedynym
osiągnięciem było rozpoznanie Bilba na przeznaczonej
do rozpoznawania ilustracji („Jest łysawy i wygląda jak
Marek Huberath daje autograf
Andrzejowi Pilipiukowi
księgowy, więc to musi być Bilbo”). Po zażartej dogrywce
zajęliśmy, znaczy, Ziemek zajął II miejsce.
Po powrocie z obiadu (canelloni z kurkami zapiekane pod beszamelem... mniammm...) zaliczyłam spotkanie autorskie z Jarosławem Grzędowiczem. Ludzie zadawali mu szczegółowe
pytania o proces tworzenia, a jakaś panna nawet posunęła się do pytania, czy ma problemy z ortografią i gramatyką. Chyba rośnie nam pokolenie, które nie wyobraża sobie, że można takich
problemów NIE mieć...
Następna była prelekcja Andrzeja Pilipiuka o ekscentrycznym rzeźbiarzu Stanisławie Szukalskim. Andrzej przedstawił cały jego życiorys,
ilustrując go reprodukcjami rzeźb i rysunków oraz fotografiami autora na
różnych etapach życia. O ile rysunki w większości były całkiem normalne,
o tyle rzeźby mniej, na przykład nagi Mussolini z uszami i ogonem jako
wilczyca kapitolińska, z ręką wyciągniętą w hitlerowskim salucie i z dwoma
pieskami przed sobą, które miały być wilkami, ale wyglądały raczej jak
skrzyżowanie chihuahuy z pinczerem. Szukalski był także autorem wielu
śmiałych teorii, na przykład głosił pogląd, że wszystkie ludy świata pochodzą od Polaków, których pierwotną ojczyzną była Wyspa Wielkanocna.
Ludy te opuszczały Wyspę płynąc wpław, czego ślady można odnaleźć
Sympatyczna pilotka Rebelii w tradycyjnych tatuażach na ich twarzach: poziome linie są „śladami
mułu powodziowego”. Oczywiście również wszystkie języki świata pochodzą od polskiego, na
przykład Babilon to „babi łon” czyli miejsce narodzin. Twierdził także, że ludzkość jest gnębiona przez yetinsynów czyli potomków małpoludów, których fizjonomii upatrywał w rozmaitych
postaciach historycznych.
Pilipiuk: To jest projekt pomnika Bolesława Śmiałego. Zwróćcie
uwagę na łuk dwurefleksyjny wielocięciwowy w jego
ręku.
Pilipiuk: Szukalskiemu zwracano uwagę, że jeden bohater narodowy nie powinien wyrastać drugiemu z pleców,
serca ani wątroby.
Potem chciałam iść na prelekcję dr. Frelika o kinie SF, jednak po otwarciu drzwi właściwej
sali zobaczyłam tylko ścianę pleców. Poszłam więc na panel dyskusyjny o horrorze polskim, którego słuchałam jednym uchem, bardzo już zmęczona. Na godzinę 20:00 wezwano mnie w trybie
19
natychmiastowym do wygłoszenia prelekcji o haiku, ale ledwie zdążyłam przerzucić dwa slajdy,
a odnalazła się właściwa prelegentka, i opowiadała o słowiańskich chochlikach i innych demonach.
W niedzielę do południa nie było nic ciekawego (dlatego znów zjawiłam się dopiero o 12:00),
a i potem niespecjalnie. Poszłam pokibicować na filmowy konkurs kosmiczny. Uczestnicy
w ­pierwszej konkurencji musieli rozpoznać loga różnych kosmicznych organizacji lub ras, w drugiej – ułożyć z pociętych kawałków zdjęć statki kosmiczne i powiedzieć, z jakiego to filmu, kiedy
była premiera i kto był załogą. Trudne! Potem zaczęła się część muzyczna, ale przeszłam do sali
obok, na prelekcję „Ile BDSM jest w 50 twarzach Greya”. Młody prelegent podszedł do sprawy fachowo od strony psychologicznej: wyjaśniwszy zjawisko, pokazał na diagramach jakie są warunki
stworzenia szczęśliwego BDSM-owego związku, opisał wymogi komunikacji między partnerami,
hasła bezpieczeństwa itp., ilustrując to wszystko przykładami z książki. Z fantastyką oczywiście
ma to zero wspólnego, ale bądźmy sprawiedliwi: skoro podobała mi się prelekcja o gorączce złota, to czemu mam się czepiać tej.
Następnie Agnieszka Hałas głosiła swoją upiorną prelekcję o chorobach, ale ja wolałam odprowadzić przyjaciół z Łodzi na dworzec.
Agnieszka „Achika” Szady
Festiwal Fantastyki Falkon. Lublin (Szkoła podstawowa nr. 20, Targi Lublin). 23-25 listopada 2012. Wszystkie zdjęcia autorki.
Przyjaciołom
z Klubu Miłośników Fantastyki
w Ostrawie,
z okazji trzydziestu lat
działalności
oraz współpracy i przyjaźni
ze Śląskim Klubem Fantastyki
gratulujemy
i mamy nadzieję kolejne długie
lata spotkań.
20
Wiadomoœci Bucklandu 206
Brandy Hall
Koniec lata 2012 roku wg Ra­chu­by Du¿ych Ludzi
Rys. Małgorzata Pudlik
Druga połowa lata była bardzo ciepła i piękna, dni mijały niezwykle szybko – i ani
się obejrzałem, jak zaczął się ostatni miesiąc lata. Tygodniowe ochłodzenie pozwoliło na skończenie prac domowych i powrót do Saradokowych zapisków.
Pozostawiliśmy wędrowców płynących Celebrantem, na wysokości zbiegu
z Nimrodel.
Na zachodnim brzegu rzeki, w obozie rozbitym przy rozwidleniu rzek, na widok łódek płynących Celebrantem dało się zauważyć wyraźne ożywienie. Dwie
osoby poderwały się i ruszyły biegiem nad wodę. Galadon natychmiast skręcił w lewo, a druga łódka podążyła za nim. Po kilku minutach, gdy dobijali do
brzegu osłoniętego przez trzciny, z drugiego odbiła spora łódka z dwójką ludzi
w środku.
– Jak przypuszczam – rzekł Galadon, – to są
wysłannicy Nieprzyjaciela.
Wyskoczył z łódki i pchnął ją w kierunku
piaszczystej łachy. Potem odwrócił się i pociągnął drugą. Spiesznie wyładowali bagaże,
a Galadon truchtem prowadził ich w głąb lasu. Po niecałym kwadransie usłyszeli odgłosy lądowania goniących ich ludzi. Szczęściem,
nim hobbici zdążyli wpaść w panikę, pojawił
się patrol elfów.
– Uff – westchnął Galadon z uśmiechem. –
Jesteśmy bezpieczni.
I po chwili witał się z Glorfindelem.
– Co cię tu sprowadza? – zapytał go.
– Wy! – odparł Glorfindel. – Nasi wysłannicy donieśli nam, że wybraliście bardzo rzadko uczęszczany szlak i uniknęliście po drodze pułapek Nieprzyjaciela. Ale w tym miejscu była już tylko jedna możliwa droga. Bo
podróż dookoła Lorien byłaby i bardzo długa, i jeszcze bardziej niebezpieczna.
Czekam więc od trzech dni z moją drużyną. Moi towarzysze zaprowadzą was
do Galadrieli i Celeborna, a ja i ci dwaj łucznicy… – wskazał ręką – …poczekają na wroga. Nie ma mowy, abyście tutaj zostali – odpowiedział na protesty wędrowców. – Jesteście potrzebni Śródziemiu w innej sprawie, a my damy sobie
doskonale radę.
Wędrowcy ruszyli w głąb Lorien.
W tym miejscu skończyła się nie tylko kolejna karta, ale i cały pamiętnik. Czekało mnie
więc poszukiwanie jego dalszej części, o ile istniała i przetrwała. Mam nadzieję, że w dalszych zapiskach znajdzie się opis wyprawy na wschód, o której tak mało wiadomo.
Wasz Bilbo Brandybuck
21
Premiery stycznia
Strażnicy marzeń (animowany). Reż.
Peter Ramsey; obs. (głosy w wersji polskiej): Paweł Ciołkosz, Przemysław
Stippa, Piotr Bąk, Tomasz Borkowski,
Barbara Kałużna, Jakub Dobek. USA
2012. [04.01.2013]
Film oparty na serii książek Williama
Joyce’a, opowiada o nieśmiertelnych
strażnikach dziecięcych marzeń, wspólnie walczących ze złym Pitchem, który chce przejąć władzę nad światem.
Kolekcjoner. Reż. Marcus Dunstan; obsada: Daniel Sharman, Erin Way, Josh
Stewart. USA 2012. [11.01.2013]
Gdy za namową przyjaciół piękna
Elena przybywa na imprezę w klubie,
o którego istnieniu wiedzą tylko wtajemniczeni, nie podejrzewa nawet, że beztroska zabawa zamieni się wkrótce w krwawą łaźnię, zaplanowaną przez psychopatę zwanego Kolekcjonerem. Uprowadzona przez mordercę, Elena trafi do hotelu, który przekształcono w labirynt
wymyślnych tortur. Zrozpaczony ojciec dziewczyny zrobi wszystko, żeby wyrwać ją ze szponów sadysty. Milioner
użyje wszelkich możliwych sposobów, by wraz z grupą najemników przekonać Arkina – jedynego człowieka, który
jak dotąd wymknął się nieobliczalnemu Kolekcjonerowi –
żeby pomógł mu schwytać i zlikwidować dewianta.
Prawie jak gladiator (animowany).
Reż Iginio Straffi; obs. (głosy oryg.):
Julianne Hough, Belen Rodriguez,
Luca Argentero. Włochy 2012.
[11.01.2013]
Po wybuchu wulkanu w Pompejach,
mały Tino zostaje uratowany przez generała Chirona, założyciela najbardziej znanej szkoły dla gladiatorów –
Rzymskiej Akademii. Dorasta pomiędzy walecznymi młodzieńcami, którzy marzą o karierze gladiatorów, ciesząc się
życiem, nie przejmując się swoją lekką nadwagą i brakiem
kondycji.
22
Życie Pi. Reż. Ang Lee; obsada: Suraj
Sharma, Irrfan Khan, Tabu. USA 2012.
[11.01.2013]
Tytułowym bohaterem Życia Pi jest
szesnastoletni, bardzo religijny Hindus
Piscine Molitor Patel, syn dyrektora
ogrodu zoologicznego. W czasie rejsu
statkiem transportującym zwierzęta
z indyjskiego ZOO do Ameryki, zdarza się katastrofa, a jedynymi ocalałymi istotami są Pi, hiena, ranna zebra, orangutan i głodny tygrys bengalski. Przez
227 dni Pi i towarzyszące mu zwierzęta toczą walkę o życie
na szalupie ratunkowej.
Ralph Demolka (animowany). Reż.
Rich Moore; obs. (głosy w wersji
polskiej): Olaf Lubaszenko, Jolanta
Fraszyńska, Waldemar Barwiński,
Krzysztof Dracz, Edyta Olszówka,
Zbigniew Suszyński. USA 2012.
[18.01.2013]
Ralph ma po dziurki w nosie bycia
czarnym charakterem w swojej grze i życia w cieniu pozytywnego bohatera, Feliksa, który zawsze
ratuje każdą sytuację. Po wielu latach monotonnej harówki i przyglądania się, jak cały splendor i sympatia tłumów
przypada Feliksowi, postanawia wziąć sprawy w swoje potężne ręce. Wyrusza w niesamowitą podróż przez różne
gry, aby udowodnić, że nadaje się na prawdziwego bohatera. Podczas swej misji spotyka twardą jak skała kobietę
– dowódcę, sierżant Calhoun, ze znanej strzelanki „Hero’s
Duty” oraz zadziorną Vanellope von Schweetz z cukierkowej gry wyścigowej „Sugar Rush”. Czy Ralph spełni swoje
marzenia i zostanie pozytywnym bohaterem?
Zambezia. Reż. Wayne Thornley; obs.
(głosy oryg.): Abigail Breslin, Jeremy
Suarez, Jeff Goldblum. RPA 2012.
[25.01.2013]
W samym sercu Afryki, nieopodal
majestatycznego wodospadu, leży imponująca ptasia metropolia – Zambezia.
Młody sokół, skuszony obietnicą sławy, opuszcza rodzinną dżunglę, by –
wbrew woli strachliwego ojca – odwiedzić stolicę pierzastych i przystąpić do prestiżowej eskadry myśliwców, szkolonych do patrolowania nieba nad Zambezią. Zatroskany losem potomka ojciec rusza jego śladem, ale wkrótce zostaje
schwytany przez niesympatycznego jaszczura. Złoczyńca
chce wykorzystać sokoła do niecnego planu przejęcia kontroli nad ptasim rezerwatem. Od tej chwili przyszłość całej
Zambezii spocznie na skrzydłach młodego bohatera oraz
jego wiernej przyjaciółki.
Dziękujemy serwisowi www.stopklatka.pl
za zgodę na wykorzystanie notek
o premierach filmowych.
ale równie groźny.
Piła mechaniczna 3D. Reż. John
Luessenhop; obsada: Alexandra
Daddario, Tania Raymonde, Scott
Eastwood. USA 2013. [04.01.2013]
Młoda kobieta jedzie do Teksasu, aby
odebrać spadek. Nie wie jeszcze, że czeka ją mrożące krew w żyłach spotkanie
z zabójcą używającym piły łańcuchowej.
To nie ten sam, co w słynnej Masakrze...,
Drobiazgi, ale zabawne. Po lewej otwieracz do butelek w kształcie
Enterprise ze Star Treka w cenie niecałych 17 dolarów za sztukę,
poniżej breloczki do kluczy dla fanów Doctora Who: TARDIS, Dalek
oraz wierny soniczy śrubokręt Doktora – po 10 dolarów za każdy.
Zat gun – pamiętamy, że to broń zdobyczna, ale
popularna w serialu Stargate SG-1. Pierwsze trafienie
zata ogłusza, drugie zabija (a trzecie powoduje
zniknięcie zwłok). Oczywiście nie tego. Ten jest
zabawką, ale dokładnie wykonaną. Cena ok. 250
dolarów.
Replika kołka na wampiry, jakiego
używała tytułowa bohaterka serialu Buffy
– postrach wampirów. Pięknie wykonany
i opakowany, idealny dla koneserów. Koszt
też dla koneserów: 430 dolarów.
Zabawki pluszowe zawsze są popularne. Po lewej
pluszowy chestburster z filmu Obcy – 8 pasażer
Nostromo. Ta forma Obcego wyrywała się z piersi
niewinnych ofiar. Kosztuje 25 dolarów. Po prawej
spokojny z pozoru, ale równie groźny hobbit Bilbo
Baggins z niezawodnym Żądełkiem w dłoni. Cena
– 10 dolarów.
Po lewej Serenity z serialu Firefly, w skali 1:400. Model
stworzony na podstawie tego, którego w filmie
używano do efektów komputerowych. Cena: 100
dolarów. Po prawej coś ładnego i użytecznego: model
Enterprise, którego talerz jest obrotowym ostrzem do
krojenia pizzy. Cena: 40 dolarów.
U góry miecz Igła, należący do Aryi Stark. Wykonany
z dobrej stali, z klingą długości 30 cali – w sam raz do
zawieszenia na ścianie w zamku. Kosztuje tylko 170
dolarów. Można nim walczyć.
Po prawej inna broń – szpony Wolverine'a
z adamantium. Niezwykle skuteczne, jak wiemy
z komiksu (i filmu). Warte są swej niewysokiej ceny
30 dolarów.
Miesiêcznik – biuletyn Śląskiego Klubu Fantastyki. Redaguje: Klaudia Heintze,
Małgorzata Pudlik, Bogusław Kobic, Arkadiusz Sroka, Piotr Raku Rak, PWC.
Adres: ul. A. Górnika 5, skr. poczt. 502, 40-956 Katowice.
Tel. (wtorek 16.00–18.00) 32 253 98 04. E-mail: [email protected]
Konto: PKO BP Nr 02 1020 2313 0000 3202 0114 6588
Biuletyn dostępny w Internecie pod adresem http://www.skf.org.pl
Wydawnictwo bezpłatne.