A JUTRO CAŁY ŚWIAT..., (powieść

Transkrypt

A JUTRO CAŁY ŚWIAT..., (powieść
Kazimierz Radowicz
A JUTRO CAŁY ŚWIAT...
WYDAWNICTWO
«MESTWIN»
GDAŃSK
Z
azwyczaj po północy cały dom powoli ogarnia cisza. Milknie radio
w pokoju Córki na piętrze, po wieczornym filmie Żona wyłącza swój
mały telewizor i obie zaczynają przygotowywać się do snu. Słyszę, dochodzące z góry, poprzez szum wody w łazience, ich głosy i kroki, skrzypnięcia
drzwi od szaf i tupot łapek naszej jamniczki, Buby, która kręci się niezdecydowanie, nie wiedząc jeszcze pod czyją kołdrę się wsunie, chociaż doskonale
pamięta, że nie wolno jej tego robić, gdyż ma własne, bardzo wygodne legowisko. Zachowuje się czasem tak, jakby zdawała sobie sprawę ze swego uprzywilejowanego stanowiska, z łączących nas nici, gdyż oboje pochodzimy z jednego
miasta, Ostrowa Wielkopolskiego i jesteśmy, jeśli tak można powiedzieć, krajanami; ja urodziłem się przy ulicy Wrocławskiej, a Buba przyszła na świat w
willi państwa Podejmów, przy ulicy Nowotki, obecnie Piłsudskiego, a dawniej
dra Poleskiego, co zapewne pamiętają tylko starsi ostrowianie.
Kiedy pewnego dnia zjawiła się u nas, w wiklinowym koszyku, maleńka i pełna lęku, skomląca cichutko, nie przypuszczałem, że w krótkim czasie
podporządkuje sobie damską część rodziny i będę musiał samotnie domagać
się aby przestrzegała dobrych psich obyczajów, które starannie zacząłem jej
przyswajać od początku naszej, miło się zapowiadającej, znajomości. Znikoma
skuteczność tych zabiegów wychowawczych wynikała stąd, że Irena i Daniela
miały odmienny od mojego pogląd na psie obyczaje, co Buba bardzo szybko
pojęła i jeśli tylko znalazła się poza zasięgiem wzroku tyrana, jak mnie obie nazywały, wylegiwała się na wszystkim, co ją wabiło na parterze domu swą miękkością i puszystością. A kiedy dzielił nas sufit, czuła się już zupełnie bezkarna
i przesypiała bezceremonialnie kilka nocnych godzin u boku Żony albo Córki,
w pełni świadoma tego, że nie ruszę się od biurka przed trzecią nad ranem. O tej
porze schodziła z piętra, stawała na progu biblioteki i lekko wachlując zakrzywionym jak szabelka ogonkiem, wpatrywała się we mnie swoimi brązowymi
ślepkami, udając niewiniątko, przypominające tylko o możliwości wyjścia na
krótki spacer do ogrodu.
Prowadzą do niego szerokie, przeszklone drzwi, a za trawnikiem kamienne
schody na skarpie, ogród znajduje się bowiem na wzniesieniu, rozległy i zadrzewiony, zupełnie niewidoczny z ulicy, a raczej zamykającego ulicę placyku,
przy którym stoi nasz dom. Wyszukaliśmy go z gazetowych ogłoszeń i kiedy
pierwszy raz znaleźliśmy się na Wyczółkowskiego, nie zauważyliśmy wcale
ogrodu. Zapadał już zresztą zmierzch, a nas interesował przede wszystkim dom,
ponieważ dojrzeliśmy do decyzji posiadania własnego dachu nad głową, niezbyt
dobrze wiedząc jakie się z tym wiążą kłopoty w kraju, w którym cegły, wapno
i cement, trzeba zdobywać, gdyż kupić zwyczajnie nie można. A dom wymagał
remontu i przebudowy, co stwierdziliśmy z Żoną, po obejrzeniu jego wnętrza.
Tak więc, dopiero następnego dnia, gdy przyjechałem załatwić papierkowe sprawy i wpłacić zaliczkę dotychczasowej właścicielce, zobaczyłem w pełnym blasku słonecznego przedpołudnia, że nasz przyszły dom stoi obok kilku innych,
zupełnie podobnych, w niewielkiej kotlinie, otoczonej morenowymi wzgórzami.
Z ich zboczy, jak srebrzysty pył z grzbietu załamującej się fali, spływały kaskady
śnieżnobiałych kwiatów; to rozwijały swoje wiosenne bukiety owocowe drzewa,
rosnące w ogrodach, wspinających się tarasami ku łagodnym stokom wzniesień.
Na ich koronie, jak stwierdziłem później, wznosiła się drewniana wieża triangulacyjna, a z jej szczytu otwierał się widok na całą, zaciszną dolinkę, podobną do
głębokiej misy, wypełnionej zielenią i bielą młodych liści i kwiatów, na której
dnie czerwieniły się dachy domków, rozstawionych regularnie wokół wybrukowanego kamieniami placyku. Odwracając wzrok w drugą stronę, nasycić można
było oczy rozległą panoramą morskiej zatoki, portu i miasta, pulsującego pospiesznym, hałaśliwym tętnem. Na placyku wszakże panowała zdumiewająca,
kojąca cisza i kiedy, po wyłączeniu silnika, wysiadłem z samochodu, słyszałem
jedynie świergotliwe nawoływania ptaków i brzęczenie pszczelich skrzydełek.
Dwa razy szczeknął również pies, zawiadamiając niemrawo, z resztką poczucia
obowiązku i leniwie podnosząc łeb, że zjawił się ktoś obcy, a potem rozciągnął
się jeszcze wygodniej na chodniku i zapadł w ponowną drzemkę. Tylko rudy
kotek, siedzący na murku, przyglądał mi się uważnie i odprowadził bacznym
spojrzeniem aż do drzwi posesji numer 89.
Mieszkamy tu już wiele lat. Dla Ireny i dla mnie jest to przytulne siedlisko, a dla Danieli jedyne miejsce na świecie, które może nazwać swym rodzinnym domem. Tutaj stawiała pierwsze kroczki, tu słuchałem gaworzenia naszej
Córeczki, powoli kształtującego się w słowa, jej głośnego chichotu w kąpieli,
radosnych okrzyków, które wydawała na widok złotego żuczka, brodzącego
przez wysokie źdźbła trawy lub barwnego motyla, kołyszącego się nad fioletowymi irysami, w jasnym promieniu słonecznego światła i wesołego śpiewu,
kiedy rankiem zbierała poziomki, osypane jeszcze drobnymi kroplami rosy.
Patrzyłem jak spała w nakrytym siatką wózku, pod rozłożystymi konarami
orzechowego drzewa i czujnym okiem matki, jak biegała po ogrodowych ścieżkach, pomiędzy warzywnymi grządkami i rabatami kwiatów, z których układała duże bukiety lub po wszystkich pokojach domu, daremnie szukając porzuconej gdzieś lalki albo książeczki zaludnionej krasnalami, dobrymi wróżkami
i elfami. Irena mówiła, że sama wygląda jak mały, fruwający elf, kiedy buja się
na huśtawce w błękitnej sukience, a jasne jak len warkoczyki z wpiętymi w nie
ogromnymi, czerwonymi kokardami, podskakują za jej główką, jakby chciały
unieść ją jeszcze wyżej, pod chmury, przepływające czasem nad naszą rajską
doliną. Bo taką się nam wydaje w swej zielonej wiosną i latem, a zimą białej
szacie. Jesienią wysłana jest rdzawym kobiercem opadających liści i gasnących
kwiatów, po którym kroczą dostojnie wielkodziobe gawrony, ogłaszając chrapliwym trąbieniem nadejście pory deszczów i mgieł, pierwszych przymrozków
i śniegu, zawieszającego na gałęziach drzew srebrzyste festony. Daniela wsypuje wówczas do karmnika słonecznikowe ziarna i wynosi do ogrodu orzechy,
chowa się za gruby pień brzozy i wypatruje stamtąd przybycia rudych, zwinnych, ale płochliwych wiewiórek, przylotu sikorek i swarliwych wróbli. Kiedy
wraca, ma zarumienione policzki, błyszczące radośnie oczy i wielką ochotę na
kubek gorącego kakao, przy którym opowiada mamie o tym, co usłyszała od
ptaszków; a ja, patrząc na nie obie, nachylone ku sobie i roześmiane, myślę, że
szczęśliwa ręka losu zaprowadziła Irenę i mnie do tego arkadyjskiego niemal
zakątka i tego domu o spadzistym dachu, staroświeckich oknach, z szybami
ujętymi w drewnianą kratkę i północną ścianą, na której widać jeszcze było
wyłupane w cegłach wgłębienia, ślady po uderzeniach odłamków pocisków
artyleryjskich, pozostałości po bitwie, jaka się tutaj rozegrała u schyłku ostatniej wojny, gdy Rosjanie okrążyli miasto, które Niemcy chcieli bronić – jak
to zwykle mówią dowódcy, ukryci w bezpiecznych schronach – do ostatniego
żołnierza – opóźniając agonię swej armii i własny upadek.
Nigdy nie zdołałem pojąć dlaczego natura, do okrucieństw wojny dodaje
własne. Tutaj, nad morzem, odejścia zim bywają dość wczesne i zazwyczaj
łagodne, ostatnia wszakże, wojenna zima, nie chciała ustąpić. A właśnie wtedy
front zaczął przesuwać się na zachód i mieszkańcy Prus Wschodnich opuszczali
w panice swoje siedziby, uciekając przed nacierającym sowieckim wojskiem.
Niezliczone tysiące ludzi, na wozach, a nawet pieszo, zapychało szosy, koczowało nocami pod gołym niebem, bez żadnej osłony przed bezlitosnym mrozem,
rozcinającym pnie przydrożnych drzew i umierało razem z nimi. Oszczędzeni
przez zimną śmierć, docierali ostatnim wysiłkiem do Gdańska, w nadziei znalezienia w nim schronienia i ocalenia, nie wiedząc, że został ogłoszony twierdzą
i zaciska się już wokół niego pierścień oblężenia. Kiedy się zamknął, z okolicznych wzgórz odezwały się działa i na skutą lodem pułapkę zaczęły spadać artyleryjskie granaty, wzniecając pierwsze pożary, nocami rozlewające się purpuro-
wą łuną pod nisko zawieszonymi, ciężkimi chmurami. Zdawały się zapowiadać
odmianę pogody, ulgę odwilży, ale sypały tylko suchym śniegiem, skłębianym
przez wiatr w ostrą zadymkę. Mróz tężał jeszcze bardziej i tylko niebo nad
miastem, wydanym na zagładę, pękało od żaru wznoszących się ku niemu płomieni. Z wież kościołów, jak z wysokich kominów, tryskały snopy iskier, gotyckie cegły kruszyły się w ogniu, przerzucającym się z domu na dom, z ulicy na
ulicę, aż do brzegów portowych kanałów, gdzie lśniące tafle lodu odbijały blask
pożogi, krwawej jak sztandary zdobywców, plądrujących te dzielnice, których
jeszcze nie podpalili.
Gorejący krąg ognia, opasający Stare Miasto i trawiący jego obrzeża,
nie dotarł jednak i nie unicestwił dalszych dzielnic, rozłożonych szeroko, od
morskiego brzegu do morenowych wzgórz. Ich zbocza i osłonięte od wichrów
kotliny, uchroniły wiele zacisznych uliczek i zaułków przed drapieżną zachłannością płomieni i grabieżców, nie powstrzymały wszakże przed ucieczką zamieszkujących je, ogarniętych przerażeniem, ludzi. Na wodach zatoki jeszcze
kotwiczyły okręty Kriegsmarine, odpowiadające salwami ciężkich dział sowieckim bateriom, a przy nabrzeżach portowych cumowały statki ewakuacyjne,
istniały więc szanse wydostania się z potrzasku na ich pokładach. Zabierając
z sobą niezbędne tylko rzeczy i przekradając się ulicami, pozostającymi stale
pod ostrzałem artylerii, całe rodziny usiłowały dotrzeć do zbawiennego portu
i wejść na jakiś ze statków, zastawały jednak na miejscu nieopisany chaos, którego nikt nie mógł już opanować. Przez kłębiący się przy trapach tłum torowali
sobie drogę najsilniejsi i najbardziej brutalni, zaś najsłabsi byli strącani do lodowatej wody lub tratowani, gdy do nabrzeży docierały wiadomości, że sowieckie
czołgi przedarły się już na Saspe i Heubude, że widziano je w Glettkau, a nawet
w Brösen.
Z domów przy Kleine Mölde również uciekali ich mieszkańcy, porzucając
cały swój dobytek i brnąc przez wysokie, śnieżne zaspy i zadymkę, kłującą ich
twarze ostrymi, lodowymi igłami, a potem miotali się w przerażonym tłumie
na portowym pirsie, usiłując daremnie przedostać się na jakiś ze statków, a gdy
odpłynęły, kostnieli z zimna, czekając na następne. W nocy, gdy temperatura
schodziła poniżej dwudziestu stopni, zamarzało wiele starszych osób...
Ostatnia wojenna zima nie miała więc litości, powiększając udrękę tych
wszystkich ludzi, których wygnał z domów i mieszkań, na śnieżną zawieję,
przemożny strach przed nacierającym ze wschodu wojskiem, noszącym na
czapkach i hełmach czerwoną gwiazdę. Kilka lat wcześniej, w pierwszym
dniu wojny, podobny los dotknął mnie i moją rodzinę, wojsko wszakże szło
wówczas z zachodu, a jego znakiem była czarna swastyka. I dzień był inny,
słoneczny i ciepły, ale uczucie rozpaczy, jakie nas ogarnęło, gdy, ruszając na
wojenną tułaczkę, zamykaliśmy za sobą drzwi naszego domu, nie było mniej
dojmujące niż to, którego doznawali mieszkańcy ulicy Kleine Mölde, uciekają-
cy do Neufahrwasser w śnieżystej zamieci. A o nich właśnie ma być ta książka;
skoro rozumiem, jak sądzę, ich uczucia i skoro mieszkam przy tej samej ulicy,
której teraz patronuje mistrz pędzla, Leon Wyczółkowski, mam wiele powodów
i zapewne prawo, aby ją napisać. Ten zamiar powstał już dawno, ale długo dojrzewał, jak to zwykle bywa z literackimi projektami, którym zawsze coś staje
na przeszkodzie. Pozornie pilniejszego i ważniejszego, a przecież nic od pisania
nie jest ważniejsze i bardziej pilne.
Odkładanie pracy niczego zresztą nie dało, gdyż każda kolejna zima
i uderzające falami śnieżyce, świszczący za oknami wicher, zimny, blaszany księżyc na niebie i opadający w dół słupek rtęci, kojarzył mi się z tym
wszystkim, co działo się tutaj u schyłku ostatniej wojny, w mieście, o którym
ona jakby zapomniała i które nazywano schronem przeciwlotniczym Rzeszy.
Kto miał krewnych w Gdańsku i mógł wyjechać z bombardowanego nieustannie Berlina, Hamburga, czy Essen, pakował walizki i ruszał do rodziny
nad Bałtyk, przeczekać najgorszy wojenny czas, zdający się nadchodzić po
niepowodzeniach Wehrmachtu na wszystkich frontach walki w czterdziestym
czwartym roku.
Od Gdańska front był jeszcze daleko. Stał w miejscu na linii Niemna i rozpoczynająca się zima nie zmieniała jego położenia. W mieście, jak co roku
o tej porze, pojawiły się choinki, a na wystawach sklepowych gałązki świerkowe, ozdobione bombkami i lametą, zabawki i oklejone staniolem pudełka
na prezenty. Łagodnie kołujące płatki śniegu podkreślały Weihnachtsstimmung,
opadając bezszelestnie na gzymsy kamieniczek, hełm ratusza, wieże kościołów
i dachy domów. Nakładały puchowe czapki obronnym basztom, tłumiły dzwonki
tramwajów, bieliły maszkarony przedproży, ścieżki w parkach i topiły się w Motławie. Zaścieliły również ogrody przy Kleine Mölde, jezdnię i chodniki, więc
wkrótce zachrobotały na ich płytach drewniane szufle, gdyż należało je dokładnie, zgodnie z przepisami oczyścić, niezależnie od tego, co działo się na frontach,
na morzu i w powietrzu, nad kurczącym się obszarem czarnego imperium.
Każdej zimy, odkąd mieszkamy przy Wyczółkowskiego, muszę także odśnieżać chodnik, czasem kilka razy dziennie, co mnie trochę złości. Jedynie
w nocy, przed snem, dla zaczerpnięcia świeżego powietrza i pięknego widoku
naszej ulicy, biorę się do tego z przyjemnością, przy pomocy szerokiej, ryżowej miotły, aby robić jak najmniej hałasu i nie mącić tej cudownej ciszy, którą
daje jedynie późna noc zimowa, gdy dokoła wszyscy już śpią, a świeżo opadły
śnieg wytłumia nawet dalekie szczekanie psa i wszystkie odgłosy miasta, które
nigdy na dobre nie zasypia. Mamy więc w tej naszej kotlince niczym nie mącony, nocny spokój, a od kilku dobrych lat miły zwyczaj ozdabiania kolorowymi
lampkami przed Bożym Narodzeniem, balkonów i drzew przed domami. Ulica
przybiera więc prawdziwie świąteczny wygląd, który nocą staje się szczególnie
urzekający.
U naszych sąsiadów, państwa Szpaków, palą się liliowe światełka, pan
Stanisław Cybulski przystroił czerwonymi lampkami każdą gałąź swojego bzu,
babcia Plichtowa wystawiła na parterze stożkowy świecznik, redaktor Dominik
Sowa, z którym niekiedy wypijamy po dwie butelki piwa, zawiesił na konarach kasztana wstęgę migających, niebieskich gwiazdeczek, a biały dom państwa Ewy i Henryka Łysiaków, przytulony do ogromnego świerka, osypanego
srebrzystym puchem, z swoimi rozjarzonymi oknami, wygląda jak obrazek,
wycięty z baśniowej książeczki dla dzieci. Tutaj kończy się nasz prostokątny
placyk i zaczyna ulica; schodzi łagodnie w dół, dotykając z prawej strony niewielkiego parku, pełnego wysokich, starych drzew, a z lewej kilkunastu domów
o spadzistych dachach, ustawionych szczytami do jezdni. Przed nimi także palą
się kolorowe lampki, więc kiedy uporam się już z swoją pracą, odkładam miotłę, wychodzę na środek placu i długo przyglądam się migotliwym lśnieniom.
Za ostatnimi drzewami parku ulica zakrzywia się nieco i tam jaśnieje błękitnie
stożek tui przy furtce, prowadzącej do domu Krysi i Andrzeja Raczyńskich,
a w ogródku państwa Sztenclów i pani Krystyny Porębskiej, zapalają się,
na przemian, zielone i żółte latarenki. Bliżej, u Romka Kuriaty i u państwa
Wojciechowskich, z balkonów zwieszają się całe festony fioletowych i pomarańczowych kuleczek, posesję doktorostwa Śliźniów otacza tęczowa, pulsująca mgiełka, najwięcej jednak lampek, w różnych kolorach, zawiesili państwo
Koprowscy. Właśnie z ich posesji wychodzi na miękkich łapkach czarniutka
Mruczka, a za nią zawsze dystyngowany Pikolo, ulubione koty pani Madzi.
Poza nimi dokoła nie ma żywego ducha i nie chciałbym żadnego wywoływać.
Próbuję tylko wyobrazić sobie jak wyglądała ta zaśnieżona, jaśniejąca tęczowym blaskiem ulica, gdy nazywała się jeszcze Kleine Mölde i w tych domach,
na które teraz patrzę, mieszkali inni ludzie; jacyś Baumannowie, Gruberowie,
Kuhnowie i rodzina Hasenfussów, dobrze mi już znana.
Nikt z nich chyba nie przypuszczał, że zbliżające się święta będą ostatnimi,
jakie spędzą w swych mieszkaniach i przy choince zaśpiewają Stille Nacht,
heilige Nacht... A cała Kleine Mölde pogrążona była w ciemności, bo przecież
powszechnie obowiązywało Verdunkelung i żaden promyk światła nie mógł się
przedostać przez papierowe, czarne z jednej, a zielone z drugiej strony, rolety. Nikły poblask prószył jedynie od padającego niemal bez przerwy śniegu.
I tylko taka sama, wówczas i teraz, była cisza zimowej nocy.
Wsłuchiwałem się w nią, jakbym chciał wyłowić jakiś strzęp melodii świątecznych pieśni, śpiewanych za powleczonymi czernią oknami i zdawało mi
się, że z daleka, z tamtego czasu, dobiegają do mnie ledwie rozpoznawalne
dźwięki, pierwsze tony O du fröhliche, o du selige...
Teraz, kiedy wreszcie zasiadłem do tak długo odkładanego pisania, również
jest zimowa noc i pada śnieg. Nie rozpocznę jednak tej opowieści od ostatnich
świąt Bożego Narodzenia rodziny Hasenfussów w domu przy Kleine Mölde
10
89, ponieważ powinienem, jak mi się wydaje, cofnąć się do wcześniejszych lat,
gdy jeszcze szczelnie zakryta była twarz losu i nic nie zapowiadało, że rozdzieli
on nam wszystkim role w dramacie, który już przygotowuje. Muszę także uporządkować sobie wszystko, co dotąd nagromadziłem w notatkach i naszkicowałem pobieżnie, mieszkając tyle lat w tych samych ścianach, chodząc po tych
samych schodach i otwierając te same drzwi, przez które i Hasenfussowie kiedyś
przechodzili, patrząc czasem w to samo lustro, w którym i oni się przeglądali.
Zmatowiało już ze starości, pękło nawet, ale przecież odbijało ich twarze, więc je
zachowałem; razem z księgą meldunkową posesji, paczką listów, kilku kartkami
z raptularza profesora Hasenfussa, albumami fotografii, orderami wojskowymi,
różnymi innymi drobiazgami, nawet zeszytem szkolnym i podziurawioną szpilkami mapą. Tyle jedynie zostało po rodzinie Hasenfussów i z tych rzeczy zacząłem powoli kreślić sobie obraz jej życia w domu przy Kleine Mölde 89, lecz były
to właściwie tylko punkty zaczepienia, rodzaj jakiegoś rusztowania, na którym
dopiero zawiesić chciałbym całą konstrukcję, wypełnić ją i uformować.
Na tym, jak sądzę, polegać będzie moja praca przy pisaniu tej książki, którą
od dawna w sobie noszę i której fragmenty rysowały mi się i rysują dość wyraźnie w różnych okolicznościach. W pewnym sensie przebywam w domu przy
Wyczółkowskiego 89, razem z rodziną Hasenfussów i często mam wrażenie,
jakbym znajdował się w jej kręgu, gdy zasiada do stołu w jadalni i słuchał toczących się przy nim rozmów lub towarzyszył jej podczas familijnych spotkań
z okazji urodzin seniora rodu, czy wspólnie obchodzonych świąt. Szczególny
rodzaj tego zbliżenia wytwarza się dzięki wszystkiemu, co mnie tutaj otacza
i co w przeszłości również istniało. Dlatego chyba, gdy wychodzę, chociażby
do ogrodu i widzę, większe jedynie, ale te same przecież drzewa, które kiedyś
tu rosły, łatwiej mi wyobrazić sobie, zobaczyć wśród nich, któregoś z Hasenfussów, zrywającego owoce, albo krzątającego się przy grządkach z warzywami. Widok z okien na nasz placyk i sąsiednie domy, nie zmieniony od tamtej
pory, pozwala mi spoglądać ku furtce razem z panią Hasenfuss, oczekującą
niecierpliwie listonosza, albo powrotu córki ze szkoły, bo gęsty eintopf już jest
ugotowany i może się przypalić... Stoimy więc obok siebie, chociaż dzieli nas
tak wiele lat i dlatego sądzę, że zdołam opowiedzieć coś niecoś o niej samej i o
jej życiu, a także o jej dzieciach i mężu, który właśnie przegląda w ciemni stare
klisze, jest bowiem zapalonym fotoamatorem i przygotowuje swoje prace na
doroczną wystawę w holu Technische Hochschule.
Pani Ludwika, która przyjechała do Gdańska już latem czterdziestego piątego roku i otrzymała dom przy Kleine Mölde 89 w rekompensacie za majątek
ziemski utracony na Podolu i od której kupiliśmy go z Ireną, żałowała bardzo
tych szklanych klisz, znalazła je bowiem, w większości już potłuczone, w fotograficznej ciemni. Cały dom był zresztą wypatroszony z cenniejszych przedmiotów przez kwaterujących w nim żołnierzy, zabierających do swego kraju
11
wojenne trofea i niszczących to czego zabrać nie mogli lub ocenili jako bezwartościowe dla siebie. Gestem dobrej woli z ich strony można było uznać pozostawienie w całości samego domu, ponieważ często podpalali, na pożegnanie,
miejsca swego kwaterunku. Pani Ludwika zastała więc nowe miejsce swojego
bytowania w żałosnym stanie i długo doprowadzała je do porządku z pomocą
synów, nie skarżąc się na nic, szczęśliwa, że uniosła ich głowy z piekła, jakim
stało się Podole w ostatnich latach wojny.
Spotkałem już ludzi z Kresów, a w Lublinie dzieliłem studencką stancję z nieco starszym od siebie kolegą, który jesienią czterdziestego trzeciego
roku, uciekł z rodziną z okolic Trembowli i opowiadał mi o tym, co działo się
w tamtych stronach. Dlatego, gdy pani Ludwika zamilkła na dłuższą chwilę
i odwróciła twarz w stronę okna, wiedziałem, że nie przygląda się zakwitającej
w ogrodzie wiśni, lecz ma przed oczami niebo krwawe od łun palących się wokół wiosek; złowieszcza poświata zataczała coraz ciaśniejszy krąg grozy wokół
dworu, z którego zbiegła już cała służba, a w lasach gromadziły się oddziały
ukraińskich rezunów, ostrzących noże i topory na gardła Lachów...
Nie przerwałem pani Ludwice żadnym pytaniem tego momentu zadumy,
powrotu do tych dni i jeszcze gorszych nocy, kiedy nie wiedziała, której z nich
czerwony kur załopocze ognistymi skrzydłami na gontowym dachu dworu, wyłamią się rozbite siekierami drzwi i zobaczy uniesione do ciosu kłonice i nabijane gwoździami pałki. I opętane nienawiścią twarze ludzi, którzy jeszcze
niedawno pozdrawiali ją przyjaźnie przy każdym spotkaniu, z którymi dzieliła
chleb tej żyznej, rozległej, ziemi, którzy śpiewali przed gankiem dworu dożynkowe pieśni swymi pięknymi, dźwięcznymi głosami, teraz schrypniętymi od
wywrzaskiwanych gróźb.
– Nikt, kto tam nie był, nie jest w stanie pojąć tego koszmaru – powiedziała
wreszcie, dodając zaraz pytanie o wojenne losy mojej rodziny, a kiedy wyjaśniłem, że zostaliśmy wysiedleni z Wielkopolski, nazwanej już Wartheland, do
Nowego Sącza, skinęła tylko głową. – Mam w Sączu krewnych, Sajdaków.
Może pan ich znał? Mieszkali blisko dworca kolejowego, przy Batorego.
Przeżyli spokojnie całą okupację i dalej siedzą w tym samym domu. A my...
Zawiesiła głos, w którym pojawił się jakiś cichy ton smutku, goryczy, pretensji, nie do tych Sajdaków przecież, których sądeckiego gniazda nie naruszyła
wojna, ale do okrutnego losu, jaki zniszczył jej własne, podolskie, przytulone
do wysokiego, przecinanego jarami brzegu Dniestru, ogarniającego szerokim
zakolem pszeniczne pola, grzybne lasy i zielone gaje, w których wiosennymi
nocami śpiewały słowiki, a późnym latem i jesienią grały kapele świerszczy pod
przeglądającym się w nurtach rzeki ciepłym, złotym księżycem. Zimą, chłodny i srebrny, wyścielał drogę hucznym, karnawałowym kuligom, pędzącym od
dworu do dworu w kurzawie śniegu, wizgu płóz, brzęku janczarów i tętencie
kopyt, mknących z rozwianymi grzywami koni.
12
– Jak się tam żyło, panie Kazimierzu, jak się żyło... – westchnęła lekko
i przysuwając mi talerzyk z kruchymi ciasteczkami, dodała: – Inaczej przyjęłabym pana w mojej Kalinówce, zupełnie inaczej. Trzy dni, co najmniej, musiałby pan zostać. Mój mąż tak lubił gości... – usta drgnęły jej nagle, opuściła
wzrok na biały obrus i położyła na nim obie dłonie. – Do dziś nie wiem, czy
zginął, czy jeszcze gdzieś żyje. A wszędzie już pisałam. Nawet do Moskwy.
Chciała o nim mówić i mówiła tak, jakby miał zaraz zejść z piętra, albo ukazać się na progu sąsiedniego pokoju, wysoki, płowy, w mundurze rotmistrza, bo
takim go widziała ostatni raz, gdy odjeżdżał do swojej brygady, ściągającej rezerwy przed wymarszem na miejsce koncentracji dywizji. Żegnali się na ganku
dworu, a stajenni podprowadzali już parskające głośno, osiodłane konie.
– Mówił, że to dobry znak. Pobiją szybko Niemców i wróci.
Generał Guderian wyprowadzał już na wyjściowe pozycje do ataku swoje
czołgi z czarnymi krzyżami na burtach, samoloty Luftwaffe, obciążone bombami, już kołowały na linię startu, a w Kalinówce nad Dniestrem rotmistrz ułanów
sądził, że wyrusza na rycerską jeszcze wojnę, w której mężczyźni walczyć będą
z mężczyznami i kto wtedy oprze się szarży polskiej kawalerii..? Jego kasztanka strzygła niecierpliwie uszami, jakby słyszała daleki sygnał trąbki i wyginała jedwabiście lśniącą szyję, tocząc dokoła dużymi, ciemnymi, wpadającymi
w odcień fioletu oczami. A on pochylał się z kulbaki, aby jeszcze raz ucałować
ręce żony i dotknąć główek synków, którzy przypadli do ojcowskich, połyskujących srebrzyście strzemion.
Obrazek, pomyślałem, jakby z pracowni Kossaków, nastrojony na patriotyczną nutę, górny i ckliwy, a przecież prawdziwy w każdym szczególe, cały
prześwietlony sierpniowym słońcem, z zielonym sadem i błękitną smugą rzeki
w dalekim tle, gotowy do powieszenia na ścianie bawialni kalinowskiego dworu, obok portretów przodków rotmistrza, husarzy, konfederatów, szwoleżerów,
idących stąd pod Beresteczko, Chocim, Wiedeń, Bar, czy Somosierrę, z pocztem
zbrojnych, wystawionym własnym sumptem. Nie było już tylko w Kalinówce
dworu, a jeśli ocalał z pożogi, mieściły się w nim biura kołchozu, z portretem
Stalina w świetlicy. I nie było żadnego śladu po rotmistrzu, którego szwadron,
przedzierający się do węgierskiej granicy, otoczony został pod Osmołodą przez
sowieckie tanki.
Wówczas, gdy o tym rozmawialiśmy, przy herbacie i skromnych, kruchych
ciasteczkach, portrety generalissimusa wisiały również w naszym kraju i nie
mówiło się głośno o Katyniu, ale pani Ludwika nie bała się nikogo i wyjęła
z komody stare, okupacyjne gazety, w których Niemcy drukowali nazwiska pomordowanych tam przez Sowietów polskich oficerów i rozłożyła je na stole.
– Sprawdzałam wszystkie spisy, ale nie znalazłam Andrzeja – przewróciła
ostrożnie jedną ze stron zżółkłego, krakowskiego dziennika i przesunęła palec
do końca długiej listy. – Tu jest nazwisko bardzo podobne do naszego, tylko
13
imiona się nie zgadzają, więc najważniejszy ślad się urwał. A wolałabym, niech
mi pan wierzy, wiedzieć, że nie żyje, niż myśleć po nocach o tym, gdzie jest
i jak umiera co dzień z głodu i zimna, w jakimś zapomnianym, strasznym łagrze
na północy.
Znów pochyliła twarz, chociaż nie powinna wstydzić się łzy, którą otarła
rogiem chusteczki; spadło ich przecież tyle z oczu polskich kobiet, że utworzyłyby ocean rozpaczy, zebrane razem, przez aniołów smutku, krążących tyle lat
nad naszą udręczoną ziemią.
– Ja nie mam już nadziei, że to się kiedyś skończy, że będzie inaczej – wyznała po chwili, panując ponownie nad głosem. – Wątpię nawet, czy doczekają
tego moi synowie, więc chcę im zapewnić trochę lepsze życie, kupić każdemu
jakieś lokum. Dlatego sprzedaję ten dom.
– A pani? – zapytałem z pewnym niepokojem i niestety nie w trosce o panią
Ludwikę, przyszło mi bowiem do głowy, że zechce pozostać i zatrzymać sobie
jeden z pięciu pokoi lub nawet całe piętro, a wówczas nasza transakcja nie mogłaby dojść do skutku. – Gdzie pani zamieszka?
– Wyjadę stąd. Nie przyzwyczaiłam się do Gdańska i nic mnie z nim nie
wiąże. Nawet ten ogród – spojrzała odruchowo w stronę okna, za którym owocowe drzewa stroiły się w białe kwiaty, a wysmukła brzoza wypuszczała młode,
jasnozielone listeczki. – Upatrzyłam sobie Bieszczady. Tam można nabyć coś
tanio. I jest bliżej.
– Czego?
– Podola.
Po trzydziestu prawie latach od wygnania z rodzinnych stron nie przestała
za nimi tęsknić, a dom w tak pięknym dla mnie zakątku miasta, był dla niej
wyłącznie dachem nad głową, przejściowym schronieniem, które mogła bez
żalu opuścić i zamienić na inne, chociaż i ono stanie się tylko nowym miejscem
pobytu. Prawdziwy dom pozostał w Kalinówce i nie potrafiła pozbyć się uczucia pewnej obcości wobec nadmorskiej ziemi, tak różnej od podolskiej, gdzie
wszystko było piękniejsze i bujniejsze, gdzie spędziła jedyne szczęśliwe lata
swego życia.
– Wybiorę coś nad Sanem, bo może przypomni mi Dniestr... – zakreśliła
na obrusie półkola i łuki, jakby prowadziła palec przez kapryśne zakręty rzeki,
przyglądała się im i nie podnosząc wzroku, dorzuciła: – Myślę, że pan to rozumie, chociaż niczego pan przecież nie stracił.
Na parapecie otwartego okna pojawił się rudy kotek, ten sam, który tak
uważnie mnie obserwował, gdy poprzednio, kilka dni temu, wchodziłem do
domu pani Ludwiki z papierkami do podpisania i zaliczką. Teraz również zwrócił w moją stronę swoje żółte ślepka, wymruczał jakieś kocie powitanie, ułożył
się wygodnie i po chwili już spał, zwiesiwszy jedną łapkę z parapetowej deski
w błogim poczuciu pełnego bezpieczeństwa.
14
– W Kalinówce miałam kilka kotów, a mąż całą sforę psów myśliwskich.
Kiedy to wszystko zaczęło miauczeć i szczekać... – twarz pani Ludwiki rozjaśniła się, ale tylko na moment, gdyż zaraz zapytała nieoczekiwanie: – Nie poczuł
się pan dotknięty?
– Czym?
– Powiedziałam, że pan nic nie stracił, chociaż wiem niewiele o pana rodzinie, więc może popełniłam jakąś niezręczność – sumitowała się z wyraźnym
zakłopotaniem. – Z tej wojny nikt nie wyszedł bez strat. Ale myślałam tylko, że
skoro mieszkaliście państwo w Ostrowie Wielkopolskim, to może pan każdego
dnia pojechać do swojego rodzinnego miasta, pooddychać jego powietrzem.
Nawet powrócić. A ja nie zobaczę już nigdy Kalinówki.
– Podobno nigdy nie powinno się mówić nigdy.
– To jest zabawa w słowa – ruszyła niechętnie ramionami. – Przecież pan
też nie wierzy, że sowieckie imperium rozleci się za naszego jeszcze życia.
Nie wierzyłem, a teraz siedzę nad książką, do której żaden cenzor nie będzie
wściubiał swojego podejrzliwego, czerwonego nochala, bo, do stu wielkich diabłów, nie ma już cenzorów, nie ma nadętych sekretarzy, marionetek, pociąganych
za sznurki przez Wielkiego Brata; rozpadło się to draństwo, udające socjalizm
i będę pisał o czym chcę i jak chcę! Wracam zatem do stołu, przy którym pani
Ludwika dolewa gorącej herbaty do stojących przed nami cienkich, porcelanowych filiżanek, nie zniosłaby bowiem picia jej ze szklanek i pozwoliła sobie
na ten niewielki luksus, gdy wypatrzyła w Desie, po okazyjnej cenie, pozostałości dużego, starego, rosenthalowskiego serwisu. Rozstawiła go dekoracyjnie
w szafkach kredensu z ciemnego drzewa, jedynego niemal mebla, który został po
Hasenfussach i skierował moje myśli ku tym ludziom, więc powiedziałem:
– Oni na pewno też, jeśli w ogóle przeżyli, tęsknią w jakimś niemieckim
mieście do tego domu, jak pani do swojej Kalinówki. Wie pani coś o tej rodzinie?
Zapytałem z prostej ciekawości, gdyż wówczas nawet przez moment nie
przyszło mi do głowy, że będę o niej pisał i bez zbytniego zainteresowania
oglądałem te wszystkie przedmioty, które pani Ludwika znalazła w różnych zakątkach domu i starannie umieściła w dużym, tekturowym pudle, a teraz miała
zamiar powierzyć je mojej pieczy, ponieważ, jak sądziła, ktoś, kiedyś, w dalekiej przyszłości, gdy nastaną te jakieś inne czasy, może tu przyjedzie i będzie
chciał je zabrać. Włożyła do tego pudła nawet kilkanaście całych i stłuczonych
klisz, uważała bowiem fotografie za najcenniejsze bodaj pamiątki, zachowujące
najlepiej ulotny przecież obraz przeszłości.
– Może moim wnukom, jeśli ich doczekam – uśmiechnęła się na samą myśl
o tych pędrakach, które będzie sadzać na kolanach i opowiadać im dawne dzieje
– wolno już będzie pojechać na Podole, zobaczyć Kalinówkę. I gdyby tam ktoś
im dał nasz album rodzinny... – zwiesiła nagle głowę i uśmiech zniknął z jej
15
twarzy. – Nie, nie... Tam się nikt taki nie znajdzie, więc dlatego ja przechowałam te niemieckie rzeczy.
Po takim oświadczeniu pani Ludwiki nie pozostało mi nic innego, jak zgodzić się na zaopiekowanie się tekturowym pudłem i kiedy osiedliśmy już z Ireną przy Wyczółkowskiego 89 i rozpoczął się remont całego domu, zaniosłem
je do schowka na piętrze i tam przeleżało bezpiecznie całe lata, niekiedy tylko
otwierane, a teraz tak użyteczne.
To już chyba wszystko, co chciałem wyjaśnić, zanim rozpocznę pisać
o Hasenfussach, mieszkających niegdyś w domu przy Kleine Mölde achtundneunzig i trochę o tym, jak nam się w nim żyje, bo przecież jakoś splatają się
nasze losy poprzez to, co przyszło nam przeżyć w odległych już wprawdzie
latach, ale których ciężaru nie potrafimy się dotąd pozbyć...
I
K
sięga meldunkowa miała duży format i oprawę z grubej tektury, jak
przystało na ważny dokument, zarejestrowany w odpowiednim urzędzie i opatrzony fioletowymi stemplami. Każdy jej arkusz podzielony
był na rubryki, w których właściciel lub administrator, zarówno kilkupiętrowej kamienicy jak parterowego domu, musiał wpisywać personalia wszystkich
swoich lokatorów, albo członków rodziny, wraz z datami ich urodzenia, przybycia do posesji, ostatnim adresem, a nawet wykonywanym zawodem; krótko mówiąc, kompletem takich informacji, którymi mogłaby interesować się policja,
sprawdzająca niekiedy czy w mieście przebywają osoby, których obecności nie
ujawniono dbającym o porządek władzom.
Z takiej właśnie księgi wynikało, że rodzina Hasenfussów wprowadziła się
do świeżo wybudowanego domu przy Kleine Mölde 89, w połowie kwietnia
1930 roku i składała się z sześciorga osób. Profesor Arnold Hasenfuss wypełnił
wzorowo wszystkie stosowne rubryki swoim wyraźnym, kaligraficznym pismem, wysuszył atrament bibułą, zakręcił kałamarz, starannie oczyścił stalówkę
i oświadczył bardzo uroczyście:
– Nareszcie, Emmo, rzuciliśmy kotwicę. Z tego portu już nie odpłyniemy.
Lubił takie marynarskie zwroty, ponieważ uważał, że mieszkaniec portowego miasta powinien w jakiś sposób akcentować swój związek z morzem.
Pragnął również patrzeć na statki i dlatego, z pierwszą żoną i małą Waldetrudą,
mieszkał przy Fischbrücke, a po ślubie z Emmą de domo Kaldorf, wynajął lokum na Ankerschmiedegasse. Było niewielkie i gdy urodził się Jochen, musiał
przeprowadzić się do nieco większego i wybrał Röpergasse. Tam przyszła na
świat Eliza, więc znów było im ciasno i przeniósł rodzinę na Hakelwerk, oddalając się, niestety, od Motławy i krążących po niej statków. Za tę niewierność
morskim sprawom ukarały całą rodzinę pluskwy, wyłażące nocami z wszystkich swych tajemniczych kryjówek i bezlitośnie opijające się jej krwią. Nie
17
pomagało zdarcie tapet, spryskiwanie różnymi środkami owadobójczymi szpar
w podłogach i ustawianie w miseczkach z wodą nóg wszystkich łóżek. Pluskwy
spadały z sufitu na twarze lub szyje swych nieszczęsnych ofiar, więc uciekli na
Thornscher Weg do okazałej kamienicy, upewniwszy się poprzednio, że jest
wolna od insektów. Tam, pewnej lipcowej nocy, Emma powiła Norberta.
Najmłodsza latorośl rodziny Hasenfussów, trzykilogramowy wyskrobek
Dieter, wydał swój pierwszy w życiu wrzask już w nowym domu przy Kleine
Mölde i został zaraz wpisany przez ojca do księgi meldunkowej pod numerem
szóstym, a nie siódmym, gdyż Waldetruda wyszła już za mąż i zamieszkała
oddzielnie. Nazywała się teraz Tischler, chociaż jej małżonek, Eugen, wcale
nie był stolarzem. Zajmował wysokie stanowisko w firmie Amada, produkującej doskonałą margarynę. Otrzymywał w związku z tym deputat margarynowy
i Waldetruda chciała dzielić się nim z Emmą, lecz ona stanowczo odrzuciła tę
miłą przecież propozycję, tłumacząc Tischlerowej, że sztuczne tłuszcze zatruwają organizm. Być może dlatego mały Dirk, jak go pieszczotliwie nazywano,
rozwijał się wspaniale na polskim maśle, wzmacniany dodatkowo świeżymi
warzywami i owocami, których w obfitości dostarczał rozległy ogród, rozciągający się za domem. Pani Hasenfuss nie musiała udawać się więc do Hali
Targowej ani po ogórki, marchewkę, pietruszkę lub szpinak, zawierający, jak
wiadomo, żelazo, a który Dirk bardzo lubił z duszonymi ziemniakami i lekko
ściętą jajecznicą.
Gleba w ogrodzie nie była, niestety, najlepsza; ku zmartwieniu Emmy nie
udawały się na niej pomidory i kalafiory, wschodziła natomiast bardzo dobrze
rzodkiew i kalarepa, groszek cukrowy i wszystkie odmiany fasoli, a tej z kolei
wielkim amatorem stał się Jochen i sam profesor.
Norbert pozostawał obojętny na uroki ogrodu. Wykręcał się jak tylko mógł
od wszelkich prac ziemnych i chyba z tego powodu pragnął jak najszybciej
wyfrunąć z domu. Po ukończeniu średniej szkoły zapisał się więc zaraz na
kurs handlowy, zdobył dyplom z wyróżnieniem i otrzymał pracę w portowym
biurze maklerskim. Pod tym pretekstem, twierdząc, że codzienny dojazd do
Neufahrwasser zbytnio go męczy, wynajął sobie kawalerski pokój z widokiem
na Westerplatte, zabrał do walizki trochę osobistych rzeczy i opuścił rodzinę.
Emma wyrażała wielkie niezadowolenie z takiego obrotu sprawy, profesor
wszelako uznał, że Norbert jest już dorosły i ma prawo podejmowania własnych decyzji. W księdze meldunkowej odnotował datę odejścia Norberta, wpisał jego nowy adres, przyłożył stempel i udał się do stosownego biura dla dopełnienia urzędowych formalności.
Kolejny wpis w tej ważnej księdze pojawił się w związku z małżeństwem
Lizy, która wyszła za gołego jak święty turecki pomocnika magazyniera,
Torstena Simmela. Emma musiała dopuścić do tego ślubu, gdy jej cnotliwa,
jak się wydawało matce, córka, oświadczyła, że jest przy nadziei, czym przy-
18
prawiła ją o nowe pasmo siwych włosów i wiele bezsennych nocy. Na myśl
o tym jak Liza będzie wyglądała w kościele, Emma skręcała się w pościeli ze
wstydu, słysząc już to okropne słowo Vorschuss, powtarzane przez wszystkie
sąsiadki z placu i czuła gorący pot spływający jej po plecach. Robiła też dokładny rachunek sumienia, szukając tych błędów, jakie popełniła w wychowaniu Lizy, a także Norberta, odkryła bowiem, że jego kawalerski pokój, przy
robotniczej rodzinie, w czynszowej kamienicy nad kanałem portowym, posiada
oddzielne wejście i Norbert może tam zapraszać kogo tylko zechce, więc na
pewno sprowadza sobie wieczorami te rozwiązłe kobiety, których jest przecież
w Neufahrwasser pełno, na rogu każdej ulicy.
W ciemnościach sypialni, przy pochrapującym miarowo Arnoldzie, torturowała się obrazami rozpusty jakiej oddaje się Norbert i z trudem tylko powstrzymywała się przed odrzuceniem coraz gorętszej pierzyny i wybiegnięciem z domu na ratunek grzęznącemu w grzechu synowi. Oskarżała się ponadto o własny niejako udział w tych występkach, gdyż była świadoma bardzo
wcześnie rozbudzonej ciekawości Norberta sprawami... Tu potykała się o słowa, których nawet nie chciała wymówić, a którymi jej własna ciotka Brunhilda,
posługiwała się tak swobodnie i bez żadnego skrępowania. Przyjechała dość
nieoczekiwanie z Berlina, pod pretekstem obejrzenia nowego mieszkania
Hasenfussów przy Thornscher Weg, a została całe dwa tygodnie, robiąc wypady do Zoppot, aby zadać szyku na molo, była bowiem kobietą świadomą swej
urody i lubiła, gdy męskie spojrzenia przesuwały się po jej wyniosłym biuście,
krągłych ramionach i kształtnej kibici.
Arnold nie darzył gościa szczególną sympatią i z powodu lekkiego zeza
w lewym oku – właściwie dodającego jeszcze Brunhildzie niepokojącego uroku – nazywał ciotką Schiele, krzywiąc się również na jej wyzywający, jego
zdaniem, makijaż, fantazyjne, ogromne kapelusze i krzykliwe w kolorach suknie z głębokimi dekoltami, odsłaniającymi, znów w jego opinii, niemal całe jej
piersi. A trzeba przyznać, że były one niezwykle ponętne i być może profesor
miał nieco racji w tym, że wystawianie ich w takiej okazałości na widok publiczny, może na mieszkańcach kamienicy nie robić najlepszego wrażenia.
– Jeszcze pomyślą, że przyjechała do nas jakaś berlińska lafirynda – irytował się, gdy ciotka Brunhilda wychodziła po śniadaniu na dworzec kolejowy,
skąd odjeżdżały pociągi do Zoppot. – Ten Karkowski z trzeciego piętra już się
jej kłania.
– Bo to bardzo uprzejmy człowiek – oświadczała Emma, aczkolwiek sama
nie była zbyt pewna tego, czy w istocie ciotka Brunhilda nie prowokuje nieco
mężczyzn; nigdy jednak nie pomyślałaby, że na ten dorodny biust zerka również
bardzo ciekawie jej sześcioletni Norbert. W swej niefrasobliwości dopuściła nawet do tego, że pozostał ze swoim łóżeczkiem w sypialni, którą, pomimo wszystko, uprzejmie opuścił Arnold, przenosząc się na otomanę do sąsiedniego pokoju.
19
Ciotka Brunhilda zajmowała szczególne miejsce w życiu Emmy i obie
panie, leżąc w małżeńskim łożu Hasenfussów, mogły, nawet długo w noc,
wspominać dawne lata, zwierzać się wzajemnie ze swoich kobiecych tajemnic
i obecnych kłopotów, a chłopczyk spał spokojnie i zupełnie im w tym miłym
trajkotaniu nie przeszkadzał. Nie wiedziały jedynie, że budził się wcześnie
i spod półprzymkniętych powiek przyglądał ciekawie osobliwym ceremoniom,
w jakie zamieniały się poranne czynności ciotki Schiele.
Rozpoczynały się od paradowania Brunhildy po całej sypialni w długiej,
kremowej koszuli nocnej, ozdobionej przy rękawach i dekolcie fioletowymi falbankami, zaledwie przysłaniającymi jej piersi, kołyszące się miękko pod cienkim materiałem. Norbert, śledząc każdy ruch ciotki, miał zapewne nadzieję, że
zobaczy je w całej okazałości, lecz Brunhilda, nie zdejmując koszuli, zbierała
tylko porozrzucane wieczorem części swej bielizny, jakieś tasiemki, szpilki do
włosów i jedwabne pończochy. Udawała się z tym wszystkim za wzorzysty
parawan, gdzie znajdowała się komódka z marmurowym blatem, a na niej stała
duża, fajansowa miednica i dzbanek z wodą. Norbert słyszał tylko jej plusk
i miał wielką ochotę wyskoczyć z łóżeczka, aby przez jakąś szparkę zobaczyć
lepiej te dwie ciotczyne, dziwnie go pociągające, różowe wypukłości, ale obawiał się powrotu matki z czajnikiem gorącej wody, którą dolewała do miednicy i mieszała z zimną. Któregoś ranka ciekawość przemogła jednak strach
i Norbert właśnie przywierał okiem do parawanowej szczeliny, gdy usłyszał
skrzyp drzwi i głos matki, bardziej zdumiony, niż ostry:
– Co tu robisz?
Każde dziecko, przyłapane na czymś podejrzanym, odpowiada na takie pytanie, że nic nie robi, ale Norbert nie zdążył nawet otworzyć ust, gdyż
zza parawanu wysunęła się głowa ciotki, która natychmiast zorientowała się
w sytuacji, dała jakiś tajemny znak Emmie i chłopiec, nie zatrzymywany
przez matkę, czmychnął na korytarz, a następnie schronił się w klozecie, udając nagły ból brzucha. Zupełnie niepotrzebnie, ponieważ Emma nie wróciła
już do incydentu w sypialni, wskutek namowy Brunhildy, która uważała, że
takie sprawy najlepiej pomijać milczeniem, ponieważ rozdmuchiwanie ich i
wałkowanie, pobudza jeszcze bardziej, naturalne skądinąd, zainteresowanie
dziecka płcią odmienną.
– Chyba niezdrowe – sprostowała Emma, ale ciotka porozumiewawczo
mrugnęła okiem i zapytała:
– Nigdy nie chciałaś wiedzieć, jak t o wygląda u chłopców? Przyznaj się.
Emma spiekła raka i pokręciła przecząco głową, ściągając mocno długie
tasiemki fiszbinowego gorsetu Brunhildy i z trudem łącząc metalowe haftki.
Ciotka oddychała płytko, usiłując pomniejszyć objętość swego ciała i Emma
z ulgą zmieniła żenujący ją temat:
– Powinnaś trochę schudnąć, albo kupić szerszy gorset.
20
Brunhilda nie godziła się na żadną z tych propozycji. Gładziła się nawet
z zadowoleniem po biodrach, wyrażając tylko pewne obawy o kształt swoich
nóg.
– Do kolan są, przyznasz sama, takie jak trzeba, ale tutaj – przesuwała
dłonią po obnażonych udach – powinny być szczuplejsze. W pończoszkach
wyglądają znacznie lepiej i dlatego w t e d y... – tu zachichotała – nigdy ich nie
zdejmuję. Zresztą popatrz!
Usiadła na brzegu łóżka i bardzo ostrożnie, powoli, zaczęła naciągać na
stopę, następnie na łydkę i wyżej, cieniutką pajęczynę jedwabiu, umocowała ją
na gumowych klamerkach, zwisających spod gorsetu i wstała, oczekując opinii
Emmy.
– Nie wstydź się i powiedz: którą wybrałabyś, gdybyś była mężczyzną?
Noga obciągnięta błyszczącą pończoszką była niewątpliwie bardziej smukła od obnażonej i Emma przyznała to wreszcie, chociaż nie w taki sposób,
jakiego chyba spodziewała się Brunhilda. Dlatego zapytała:
– Ty nie oglądasz się w lustrze?
– Po co?
Zdziwienie Emmy było tak wyraźne, że Brunhilda roześmiała się głośno.
– Przecież jesteś kobietą! A każda kobieta chce wiedzieć, jak się prezentuje
jej ciało.
– Ciało..? – powtórzyła Emma i ruszyła ramionami. – Ja się rozbieram
tylko do mycia.
– A kiedy jesteś z Arnoldem? – Brunhilda przysiadła z powrotem na brzegu
łóżka i zaczęła, tak samo wolno i dokładnie, wciągać pończochę na drugą nogę;
nie słysząc jednak odpowiedzi uniosła głowę i dostrzegła nowy rumieniec na
policzkach Emmy.
– Chyba nie musimy o tym rozmawiać.
– Skoro nie chcesz... – Tante Schiele wygładziła starannie obydwie pończochy i dorzuciła: – Ale w małżeństwie są to ważne sprawy.
– Wystarczy mi tyle dzieci, ile mam.
– Przecież nie mówię o dzieciach. Po co udajesz niewiniątko? Przypomnij
sobie naszą rozmowę przed twoim ślubem z Arnoldem.
– To było dawno temu.
– I co z tego? Nie jesteście jeszcze starzy.
Ogarnęła Emmę żartobliwie lustrującym spojrzeniem, ale nie dostrzegła
na jej twarzy nawet cienia uśmiechu. Głos, kiedy odezwała się znowu, miała
również ściszony, matowy:
– A może ja nigdy nie byłam młoda?
– Słucham..? – figlarne iskierki w oczach Brunhildy zgasły raptownie.
– Jak mam to rozumieć? Nie dobraliście się z Arnoldem? – objęła ramieniem
Emmę i przygarnęła do siebie. – Powiedz mi prawdę.
21
Była teraz tak samo serdeczna, ciepła i troskliwa, jak wówczas, gdy Emma,
przezwyciężając wreszcie krępujące ją onieśmielenie, odważyła się, po zaręczynach z Arnoldem, połykając z zażenowania niemal połowę słów, prosić ciotkę o rozmowę, ponieważ...
– Ponieważ...
Gdyby w tym momencie Brunhilda powiedziała: – Wyduś to wreszcie
z siebie! – jak często wykrzykiwał ojciec, kiedy nie potrafiła, z obawy właśnie przed jego irytacją i niecierpliwością, dość szybko coś wyjaśnić lub o coś
prosić, zapewne opuściłaby głowę, bąknęła jakieś przeprosiny i odeszła. Ale
ciotka nie przeszyła jej chłodnym, uważnym spojrzeniem, jakim starsze krewne
lustrowały zazwyczaj młode dziewczęta z bliższej i dalszej rodziny, przy okazji
familijnych spotkań i uroczystości. Nie było między nimi zbyt dużej różnicy
wieku i chociaż Brunhilda nosiła na palcu małżeńską obrączkę, nie chodziła,
jak inne mężatki, z zadartym do góry nosem i ta jej odmienność, wyczuwalna
życzliwość i pogodne usposobienie, skłoniły Emmę do wyznania ciotce wszystkich swych tajemnych lęków i zadania takich pytań, których przed nikim innym
nie odważyłaby się postawić.
Za kilka tygodni miała wstąpić w związek małżeński, wziąć na siebie
nie tylko te powinności, które wypełniała jej matka, gotując obiad, sprzątając
mieszkanie, czy prasując koszule męża, ale również inne, których rodzaju właściwie nie znała i mogła się tylko domyślać. Rodzice Emmy, podobnie jak inni
ojcowie i matki, nie widzieli powodu, dla którego mieliby przekazywać swoim
dzieciom wiadomości uznawane ogólnie za nie nadające się dla ich uszu, a przecież w miarę dorastania coraz bardziej je intrygujące. Ciekawość to przecież
pierwszy stopień do piekła – mówili, powołując się na stare i mądre przysłowie
– a życie i tak, w stosownym czasie – dodawali – wszystko przed nimi odkryje, jak kiedyś, oczywiście w stosownym momencie, odkrywało przed każdym
z nich. O własnych utrapieniach z okresu dojrzewania już nie pamiętali i powielali na swoim potomstwie ten sam system obłudnych przemilczeń, któremu
podlegali w dzieciństwie i młodości. Człowiek, zgodnie z tak przyjętą metodą
edukacji, składał się wyłącznie z tego, co wystawało spod ubrania mężczyzny,
czy kobiecej sukni, a więc z głowy, łącznie z szyją, rąk i stóp. Cała reszta, czyli
to, co tkwiło wewnątrz ubrania bądź sukni, oficjalnie nie istniało, zatem nie mogło stanowić powodu do pytań, czy tematu rozmów. Strefą milczenia nie były
objęte jedynie narządy wewnętrzne owej nie istniejącej substancji, wypełniającej spodnie i marynarkę, czy też spódnicę i bluzkę. Dziecko mogło więc usłyszeć, że jakaś ciotka Gertruda ma kłopoty z żołądkiem, lecz nigdy nie dowiedziało się, że nieznana dolegliwość umiejscowiła się w jej piersiach. Dlatego
też, gdy Emmie zaczął nabrzmiewać biust, dotąd gładki i zupełnie taki sam, jak
u chłopców, przyjęła tę odmienność jako coś właściwie oczekiwanego, a jednocześnie wstydliwego i nie poskarżyła się matce na ból sutek, ocierających się
22
nieustannie o płótno bielizny. Podobnie odniosła się do pierwszych, cieniutkich
włosów na łonie, które nawet liczyła i pociągała za końce, badając ich długość
i barwę, lecz i tym sygnałem dokonujących się w niej przemian nie podzieliła
się z matką, ona zaś o nic nie pytała, nie udzielając również córce żadnych
wyjaśnień i rad. Jedynym ich źródłem, bardzo zresztą skąpym i niepewnym,
były dziewczęta w szkole, równie jak ona samotne w swym przeobrażaniu się
z dzieci w zakwitające panienki.
Moje dorastanie upływało w podobnych warunkach i w zbliżonej atmosferze, co oznacza, że Ojciec, chociaż urodzony w Berlinie i uchwycony w twarde
kleszcze panujących tam obyczajów domowych, nie zdołał, zakładając w Ostrowie rodzinę, nałożyć na własne dzieci równie krępującą obręcz. Miała pęknięcia i szczeliny, przez które przedostawały się strumyczki swobody, niesione
przez nową epokę i odmienne otoczenie, była wszakże wystarczająco uciążliwa
i nierzadko silnie doskwierała. Jej obecność odczuwałem szczególnie wtedy,
gdy pragnąłem nieco zmniejszyć długi rejestr nakazów i zakazów; wówczas
zaciskała się natychmiast i Ojciec uświadamiał mnie, że w porównaniu do rygorów, którym on sam był poddany, cieszę się wielką wolnością i powinienem
to docenić, a pragnę nadużywać, na co nie będzie zgody. Dla mojego dobra,
oczywiście, ponieważ cały ten system miał chronić moje starsze rodzeństwo
i mnie przed zgubnymi miazmatami, wydzielanymi przez nowe wynalazki psujące stary, uporządkowany świat. Należały do nich przede wszystkim ruchome obrazy, wyświetlane w ciemnych salach, co samo w sobie stanowiło już
wielkie wykroczenie przeciw moralności. Kobiety i mężczyźni, siedzący blisko siebie w nęcącym mroku, mogli przecież trącać się kolanami, splatać palce
rąk, a jeśli wybrali ostatni rząd, to nawet całować się namiętnie i bezwstydnie, za przykładem postaci ukazujących się na ekranie i często zachowujących
się nieprzyzwoicie. A ponieważ sztuka filmowa rozwijała się bardzo szybko
i wkraczała coraz śmielej na obszary dotąd chronione umownym milczeniem,
ukazywała to, co starannie zakrywano, repertuar kin znajdował się pod ścisłą
obserwacją wszystkich rodziców i młodzież mogła obejrzeć tylko to, co nie
budziło wątpliwości tych surowych cenzorów. Dość dobrze pamiętam, jak moje
starsze rodzeństwo trudziło się, nim mogło pójść do kina, ponieważ uzależnione to było – poza oceną filmu – od wzorowego zachowania i uzyskiwanych
w szkole stopni. Wyprawa do kina była więc dla mojej siostry i brata dużym,
a dla mnie ogromnym wydarzeniem. Za ciężką, czerwoną kotarą w holu kina
Apollo przy Zielonym Rynku w Ostrowie, znajdował się tajemniczy i frapujący
świat, do którego wejścia strzegł pan Szczotka, występujący w niebieskiej, suto
zdobionej żółtymi sznurami liberii; oddzierał starannie od biletu kupon kontrolny, uchylał skrzydło kotary i oto kroczyłem za Ojcem ku rzędom obitych pluszem foteli, z których mogłem oglądać, nieruchomy z emocji, galopującego po
prerii Toma Mixa, walczącego z lwem Tarzana, czy Robin Hooda w zielonym
23
kapelusiku i z nierozłącznym łukiem w ręce. Jedyną osobą, która w naszym
domu nie zaraziła się filmem, była Matka, lecz i ona zrobiła wyjątek, kiedy na
ekran kina Corso, przy ulicy Raszkowskiej, weszła Trędowata. Ojciec, podobnie jak większość mężów, nie zdobył się na obejrzenie filmowej wersji głośnej
powieści Mniszkówny, której panom nie wypadało czytać i ograniczył się tylko do wysłuchania relacji Matki, złożonej oczywiście po niemiecku, ponieważ
moi Rodzice rozmawiali zawsze w tym języku, jeśli poruszali jakieś kwestie
nie przeznaczone dla naszych uszu, nie zdając sobie chyba sprawy, że już wiele
rozumiemy. Nie zdradzaliśmy się z tym i nie zadawaliśmy Rodzicom żadnych
pytań, ponieważ w naszym domu, podobnie jak w domu Emmy, istniały tematy,
których poruszanie nie było możliwe. Byliśmy więc samotni tak samo jak ona,
chociaż urodziliśmy się znacznie później, wszakże ciągle w obrębie działania
tych samych rygorów i tego samego systemu.
Ciężar tej samotności doniosła Emma aż do tego wieku, w którym rodzice
zaczynali myśleć o wydaniu jej za mąż, uznając, że została wystarczająco przygotowana do roli dobrej żony, to znaczy gospodyni domowej, w takim bowiem
kierunku szło przysposobienie dziewczynek do życia małżeńskiego w każdym
właściwie domu. Emma potrafiła więc szyć i cerować, haftować i robić na drutach, sztukę prasowania doskonaliła na spodniach i koszulach ojca, a umiejętność gotowania zdobywała pod bokiem matki, pomagając jej przygotowywać
posiłki w kuchni, tej jedynej enklawie, pozostającej w dyspozycji żony, nazywanej złudnie panią domu. Właściwym i jedynym jego władcą pozostawał
mężczyzna i całe życie rodzinne toczyło się zgodnie z jego wolą i upodobaniami. Żona miała służyć mężowi i posłusznie służyła, czego Emma była codziennym świadkiem i na co dowodów dostarczało jej postępowanie matki, od rana
do wieczora. W przyszłości jej własne miało być takie samo i Emma, zanim
skończyła osiemnaście lat, posiadła już wystarczający stopień biegłości w wykonywaniu wszystkich czynności domowych od śniadania do kolacji włącznie.
Nie otrzymała wszakże od matki żadnych wskazówek, dotyczących nocnych
zajęć małżeńskich, te bowiem pozostawały okryte najściślejszą tajemnicą, jakby w ogóle nie istniały. Z bardzo niejasnych, ogólnikowych aluzji, okrążających z daleka ten zakazany surową tradycją temat, mogła wszelako domyślić
się, że w sypialni winna być również powolna swemu przyszłemu małżonkowi
i sprostać wszelkim jego wymaganiom, gdyż władza męża nad żoną trwa bez
przerwy całą dobę. Córce, wdrożonej do bezwzględnego posłuszeństwa ojcu,
obserwującej taką samą uległość matki, dominacja mężczyzny nad kobietą wydawała się rzeczą zupełnie naturalną, nie pojmowała jednak wyraźnie, co oznacza i jakie sekrety okrywa obowiązek powolności wobec męskich pragnień,
do jakich czynności i działań wzywa żonę i jakimi umiejętnościami musi się
ona wykazać, aby zasłużyć na uznanie męża. Tresura, jakiej była poddawana
od dzieciństwa, nie pozwalała Emmie nawet powątpiewać w słuszność takiego
24
układu zależności. W zgodzie z nim widziała wyraźnie swoje miejsce u boku
mężczyzny, którego kiedyś poślubi i próbowała jedynie wyobrazić sobie tego
kogoś, komu miała się powierzyć na całe życie, a raczej komu zostanie powierzona przez rodziców, wątpiła bowiem, czy wolno jej będzie samej dokonać
tego wyboru. I nie chodziło jej wcale o to, czy ten ktoś okaże się brunetem
lub szatynem, wysokiego albo niskiego wzrostu, lecz jakie ujawni skłonności
i jakim wymaganiom nakaże jej sprostać w tych godzinach nocy, na które została nałożona pieczęć ekscytującej tajemnicy.
Myśli Emmy krążyły więc wokół tej zagadki, wkradły się nawet do jej
snów, podsuwając budzące dreszcz podniecenia obrazy złączonych ust i obejmujących się ramion, dalej bowiem nie sięgała jej wyobraźnia, chociaż domniemywała, że nie jest to kres czekających ją doznań. Budziła się rano z niejasnym
poczuciem winy, rumieniła dziewiczo, a przecież pragnęła powtórzenia tych
sennych majaków i wieczorami wsuwała się pod pierzynę z nadzieją na kolejne pocałunki w obsypanej kwiatami altanie lub nad brzegiem jeziora, w takiej
bowiem scenerii odbywały się te nocne spotkania, ku którym biegła po złotej
smudze marzeń, wyścielonej przez zachodzące słońce na gładkiej tafli wody.
Dlatego też, gdy pojawił się Arnold Hasenfuss i po paru wizytach, poprosił
rodziców o jej rękę, to, chociaż był wdowcem z córką, skinęła głową, zapytana
dla przyzwoitości o zgodę.
Po kilku tygodniach wyprawiono zaręczyny, skropione kminkówką i goldwasserem, którego butelkę, razem z pierścionkiem, przyniósł narzeczony,
posadzony już na krześle obok Emmy, podczas poprzednich wizyt wyłącznie
zajmujący miejsce po przeciwnej stronie stołu, aby pomiędzy młodymi nie doszło do nieobyczajnego splecenia rąk pod obrusem, lub, co gorsza, intymnego
zetknięcia na podłodze przeciwnej płci pantofli. Obecnie mogły się zbliżyć do
siebie, lecz Arnold nie wykonywał żadnych manewrów, zmierzających do tego
celu; siedział wyprostowany i nieco sztywny, w czym matka Emmy dostrzegła
objaw dobrych manier, ojciec natomiast zbytnią powściągliwość oblubieńca.
Dobrze sobie podpiwszy dał temu głośny wyraz, wzywając go do złożenia pocałunku na policzku narzeczonej, co Arnold posłusznie uczynił i Emma, po raz
pierwszy w życiu, poczuła na twarzy dotknięcie ust mężczyzny, który nie był
jej wujem, ani kuzynem. W rzeczy samej było owo dotknięcie bardzo wstrzemięźliwe, muśnięcie raczej, symboliczne i krótkie, lecz Emmie nie pozwoliło
zasnąć. Leżąc w swoim małym pokoiku, dopatrzyła się w nim dobrego znaku,
świadczącego o łagodnym usposobieniu swego narzeczonego i pod zamknięte powieki przywoływała obraz jego twarzy o wyrazistych rysach i prostym
nosie, podkreślonym czarną linią podwiniętego na końcach wąsa, czyniącego
Arnolda podobnym do cesarza. Potem zapragnęła obejrzeć jeszcze raz zaręczynowy pierścionek, a ponieważ zostawiła go w kuchni, przy miednicy, gdy myła
się przed snem, wstała z łóżka i wysunęła cicho na korytarz. Stąpała ostrożnie,
25
zbliżając się do drzwi sypialni rodziców, które, zawsze w nocy zamknięte, tym
razem były uchylone; dochodziło zza nich dziwne sapanie ojca, oraz głośne stękanie matki, przechodzące w bolesne pojękiwanie. Zatrzymała się, zatrwożona,
sądząc w pierwszej chwili, że rodzicom zaszkodziło coś z niecodziennie obfitej
kolacji, więc pchnęła drzwi, chcąc im udzielić pomocy i zamarła na progu.
Do wnętrza pokoju sączyło się skąpe światło ulicznej latarni, dostrzegła
więc w półmroku, na środku podwójnego łóżka, oboje rodziców, tworzących
dziwną figurę splecionych z sobą ciał: ojciec, ciężko sapiąc, leżał pomiędzy
szeroko rozwartymi nogami matki, zaciskającej stopy na jego wielkim zadzie,
który poruszał się szybko, każdym pchnięciem wydobywając z niej coraz dłuższy jęk, przechodzący w płaczliwy niemal skowyt. Aby go nie słyszeć, Emma
zakryła dłońmi uszy, ale stała przez moment, drżąc cała, na progu sypialni,
chociaż pojęła, że w niczym nie może matce pomóc, gdyż wypełnia ona właśnie
swoje nocne obowiązki i chociaż cierpi, musi być powolną wszystkim wymaganiom małżonka.
Powrót pod pierzynę odbyła Emma na zwiotczałych nogach i do rana
nie próbowała nawet zasnąć, odpędzić od siebie koszmarny obraz, wyniesiony z sypialni rodziców. Wpatrywała się tępo w sufit, na którym wstający świt
rysował nikłe zrazu, potem coraz jaśniejsze smugi; pomiędzy nimi chwiejnie
kołysał się w górę i w dół goły tyłek ojca i błyskały bielą kolana matki, a ona
bała się zamknąć oczy, aby pod powiekami nie zobaczyć twarzy narzeczonego.
Gdyby mogła odwołać, unieważnić w skuteczny sposób swoje z nim zaręczyny,
uczyniłaby to natychmiast, ponieważ ogarnął ją lęk przed małżeństwem, przed
zbliżeniem cielesnym z Arnoldem, którego nocnym gwałtownościom będzie
musiała się poddawać, jęcząc i skowycząc z bólu.
Cały następny dzień przeżyła w udręczeniu. Nie potrafiła stłumić odrazy
do ojca, więc usiłowała go omijać, a współczując matce, unikała jej spojrzenia,
uważnie wszakże ją obserwując, zdumiona brakiem jakichkolwiek śladów doznanych cierpień, oznak znużenia kolejnym na pewno napadem żądzy, podpitego w dodatku męża, wszakże niczego takiego nie dostrzegła. Przeciwnie nawet;
matka, podając mu śniadanie pogładziła go czule po zarośniętym jeszcze policzku, a krzątając się później po kuchni i przygotowując obiad, nuciła coś pogodnie, jakby nic się w nocy nie wydarzyło, chwaliła zachowanie Arnolda przy
stole, podczas zaręczynowej kolacji i na różne sposoby wypytywała Emmę
o wrażenie, jakie wywarł na niej przystojny Hasenfuss, wybrany dla niej przez
kochających rodziców na męża. Wszystko to czyniło wielki zamęt w głowie
Emmy, która, jak zawsze dotąd, tak i teraz, po swoim wstrząsającym odkryciu,
musiała zmagać się samotnie z natłokiem prześladujących ją obrazów, myśli
i pytań. Do matki zwrócić się przecież nie mogła z żadnym z nich, toteż, gdy
w mieszkaniu Kaldorfów pojawiła się ciotka Brunhilda, zapragnęła niemal
natychmiast rzucić się w jej ramiona, u niej szukając ratunku w swej udręce.
26
Najpierw musiała jednak przezwyciężyć swój panieński wstyd, a także pewne
onieśmielenie, ponieważ berliński gość przybył do swoich gdańskich krewnych
w całym blasku stołecznego szyku, olśniewając ogromnym kapeluszem, przyozdobionym piórami i barwnymi kwiatami z jedwabiu, błękitnym boa, spływającym na kremową, długą suknię, spod której wysuwały się sznurowane buciki
z glansowanej, granatowej skórki. W innym odcieniu błękitu utrzymana była parasolka z falbankami i tylko torebka, uzupełniająca cały ten strój, pobłyskiwała
srebrem małych, złączonych z sobą kółeczek. Towarzyszył jej ubrany z równą
wytwornością, lecz o pół głowy niższy i łysy grubasek, usiłujący się podwyższyć przy pomocy trzewików na podwójnym obcasie i słomkowego kapelusza
panama, ozdobionego szeroką, czarną wstążką. Był to pan Minkus, drugi mąż
Brunhildy, nazywany przez nią pieszczotliwie Mini, poważny bankowiec, ale
bardzo potulny małżonek i Emmie, przyglądającej się uważnie tej parze, w której ciotka stanowiła wyraźnie dominującą stronę, trudno było zrozumieć, że
nocami poddaje się jego przemocy i pozwala zadawać sobie ból. Znalazła też
wreszcie, podczas popołudniowego spaceru po Lange Brücke, stosowny moment do rozmowy z nią w cztery oczy i wówczas, połykając z zażenowania
niemal połowę słów, powierzyła ciotce wszystkie swe udręki, wyznając też lęk
przed zamążpójściem i czekającymi ją torturami w małżeńskiej sypialni.
Tante Schiele słuchała wynurzeń Emmy z ciepłym zrozumieniem, przyznała,
że musiało sprawić jej wielką przykrość to, co widziała w sypialni rodziców, nie
mogła wszelako powstrzymać uśmiechu, gdy usłyszała porównanie jej do izby
tortur. Najoględniej więc, jak tylko potrafiła, wyjawiła Emmie, że pojękiwań matki nie powodował ból zadawany jej przez męża, lecz były one wyrazem czegoś
zupełnie przeciwnego, sprawiającego kobietom niezwykłą przyjemność.
– Właśnie dlatego wychodzą za mąż – tłumaczyła dalej. – Chcą mieć na
własność kogoś, kto będzie je pieścił. Zresztą mężczyźni podobnie. Tylko nie
zawsze w sypialni i nie zawsze w nocy, bo mają różne zachcianki, fantazje
i upodobania, z którymi kobiety muszą się godzić i najczęściej chętnie godzą.
I to jest właśnie ta powolność, o której słyszałaś i ta uległość jakiej się niepotrzebnie boisz.
Dochodziły już do Fischbrücke i Brunhilda zatrzymała się, dodając:
– Taki był właśnie mój pierwszy mąż, Rudolf. Bardzo pomysłowy i zawsze
gotowy do figlów. Niezmordowany. Pewnie dlatego tak szybko się zwinął. Miał
słabe serce.
– A ty, ciotko? – Emma pobladła z przejęcia i przestrachu. – A twoje serce?
– Jest mocne – Brunhilda położyła dłoń na lewej piersi. – Bardzo mocne.
Reszta towarzystwa zbliżała się do nich i Emma spojrzała na małego bankiera, toczącego swój krągły brzuch na krótkich nóżkach.
– Czy pan Minkus długo wytrzyma? Jakie ma serce?
27
– Końskie – troska Emmy o grubaska rozbawiła Brunhildę tak bardzo, że
z trudem stłumiła wybuch śmiechu, poprzestając na cienkim chichocie. – Jemu
nic nie zaszkodzi.
Z kutrów rybackich, przycumowanych do nabrzeża Kaszubki wołały –
Wangorze! frische Fische! Pomucheln! Flundern! – zachęcając spacerowiczów
do kupna świeżych ryb i pan Minkus, zwabiony ich lśniącymi łuskami, ruszył
w kierunku kutrów, co pozwoliło Emmie na zadanie Brunhildzie jeszcze jednego pytania, sądziła bowiem, że ciotka, stając dwukrotnie na ślubnym kobiercu,
posiadła wiedzę o mężczyznach w stopniu znacznie większym niż inne kobiety
i doprowadziła do doskonałości sztukę obcowania z nimi. Sprawdzając pilnie,
czy rodzice, kroczący za panem Minkusem, znajdują się w bezpiecznej odległości, zaszemrała półszeptem:
– Czy w nocy będę musiała zdejmować koszulę?
Tym razem Brunhilda nie zdołała powstrzymać wesołości, czym uraziła
nieco Emmę, nie przypuszczającą, że w jej pytaniu może być coś zabawnego.
Poza tym krótka, ukradkowa rozmowa z ciotką nie rozjaśniła do końca wszystkich tajemnic małżeńskiej alkowy i Emmę nie unosiły do ślubu promienne
skrzydła radosnego oczekiwania na przestąpienie jej progu. Kroczyła wolno,
środkiem kościelnej nawy, obok człowieka, mającego zostać za chwilę jej mężem, a znała go jedynie z kilku niedzielnych wizyt, odbywających się pod czujnym okiem matki, wiedziała, że jest wdowcem z córką, jak się nazywa i jaki
posiada tytuł naukowy, którym bardziej szczycili się przyszli teściowie doktora
Hasenfussa, niż ona sama.
– Nie dobraliście się z Arnoldem?
Tante Schiele musiała powtórzyć pytanie, zanim Emma ocknęła się z zamyślenia i niechętnie wzruszyła ramionami.
– Po co do tego wracać? Tyle czasu już minęło...
Lustro w sypialni Hasenfussów na Thornscher Weg odbijało ponętne kształty ciotki Brunhildy, jakby jej zwycięskiej urody nie dotknęły lata, które ubiegły
od tamtej rozmowy na promenadzie nadmotławskiej, dla Emmy niestety mniej
łaskawe. Może dlatego, że Arnold nie potrafił już lub nie chciał znaleźć w niej
i otworzyć owego tajemnego miejsca, w którym, jak w każdej kobiecie, ukryta
jest ta jedyna, osobliwa struna, czekająca na swego mistrza, na wirtuoza zdolnego wydobyć z niej najwyższy, najpiękniejszy ton harmonii łączącej dwoje
ludzi, pragnących wspólnie przejść przez życie.
– Ale masz go jeszcze dużo przed sobą. Macie go dużo – poprawiła się
Brunhilda. – Wystarczy, jeśli trzeba, to i owo naprawić.
– Nie powiedziałam, że coś się zepsuło.
– Wymykasz mi się, Emmo. Dawniej byłaś bardziej szczera. Przed ślubem
z Arnoldem mówiłaś...
– Przed ślubem tylko się bałam. I zwierzyłam ci się z tego.
28
– Zrób to również dzisiaj – nalegała Brunhilda. – Umiem słuchać.
– Wiem – przyznała Emma. – Tylko ja mam niewiele do powiedzenia.
– Zawiodłaś się na Arnoldzie? – poddała Brunhilda. – A może zbyt dużo
wymagał? Pamiętasz, co ci mówiłam o moim pierwszym mężu, niezmordowanym Rudolfie? Mnie nie przeszkadzała jego gorąca krew, bo nie mam zimnej,
ale tobie nie podobałyby się takie wyczyny.
– Skąd wiesz?
Tylko na moment oczy ciotki zrobiły się okrągłe ze zdumienia. Rzuciła
szybkie i niedowierzające spojrzenie na twarz Emmy poznaczoną już przedwczesnymi zmarszczkami, na jej więdnące usta i roześmiała się z całym, nie
uświadomionym wprawdzie, ale przecież dotkliwym okrucieństwem pewnej
swych zwycięskich wdzięków, urodziwej kobiety, mającej przed sobą szarą
i niepozorną kurkę domową.
– Mała figlarka z ciebie! – zawołała rozbawiona, wycisnęła głośny pocałunek na policzku Emmy i brnęła dalej, nie przypuszczając, iż może ją ranić. – To
dobrze, że chce ci się jeszcze żartować, ale zdradź mi wreszcie jaki był wtedy
twój mąż? I jaki jest teraz? Przede mną nie musisz niczego ukrywać.
Przesunęła się z brzegu łóżka na jego środek, pociągając ku sobie Emmę,
a ona, podwinąwszy nogi, usiadła w tym samym miejscu, na którym leżała
każdej nocy obok Arnolda, słysząc, nim zasnęła, najpierw jego coraz głębszy i równy oddech, a potem nosowe poświstywanie. Drażniło ją dawniej,
kiedy jeszcze razem wchodzili do sypialni, lecz z wolna przyzwyczaiła się
do wszelkich osobliwych odgłosów, jakie wydaje z siebie w nocy śpiący
mężczyzna, podobnie jak do wszystkiego, co przyniosło jej codzienne życie,
nakładające na jej ramiona jarzmo coraz liczniejszych obowiązków w miarę
powiększania się rodziny, gdyż Arnold zapładniał ją regularnie i statecznie,
traktując solidnie swoje powinności męża i zapewne wyżej je ceniąc od zadań kochanka, nie licujących z powagą instytucji małżeństwa. Wymagania
Arnolda okazały się więc bardzo umiarkowane, wbrew wyobrażeniom Emmy
o pożądliwości mężczyzn, a może nawet gdzieś w niej samej utajonym oczekiwaniom na niezwykłe doznania, zaledwie mgliście jawiące się w półmroku sypialni. Przyuczana od dzieciństwa do uznawania, wszędzie i zawsze,
dominującej pozycji mężczyzny, ulegle przyjęłaby zarówno rozwiązłość
Arnolda, jak przyjęła jego powściągliwość, oddając mu się posłusznie, jeśli
tego sobie życzył, sama wszakże nigdy pierwsza nie ujawniając własnych
pragnień, gdyż nie uchodziło to żadnej obyczajnej kobiecie. Zgodnie z moralnością czasów, w których żyła, powinna być wolna od ułomności pożądania, dozwolonego wyłącznie mężczyźnie, który miał wpisaną jakby w swoją
rolę życiową aktywność erotyczną i posiadał pełną swobodę jej okazywania
i praktykowania. A jeśli nie dysponował, jak Arnold, skłonnością do uciech
zmysłowych, nie musiał się martwić o dostarczanie ich swej małżonce, gdyż
29
oficjalnie nie powinna żadnych oczekiwać. Bierność seksualna Emmy wynikała więc z norm, zakorzenionych w tradycji i wychowaniu, narzucających
jakby kobiecie gorset powściągliwości i wyznaczających granice jej zachowania podczas cielesnego zbliżenia z mężem. Tak zakodowany w Emmie program ograniczeń, zdawał się świadczyć o jej oziębłości, chłodnym dystansie
do poczynań Arnolda w łóżku, umiarkowanych przecież i niezbyt częstych.
Innego rodzaju usposobienie, dziarska jurność i gorąca podnieta stopiłyby
zapewne tę, pozorną w istocie, powłokę pasywności, mąż Emmy nie ujawniał wszakże temperamentu zdobywcy, owej na nic nie baczącej zuchwałości,
która na moment tylko budzi odruch sprzeciwu i obrony, potem paraliżuje,
a w końcu oszołamia, odurza, upaja, pozwala kobiecie odrzucić sztywny pancerz wpojonych jej nakazów i nareszcie wyzwolonej, odpowiedzieć mężowi
równą śmiałością i złączyć się z nim w zmysłowym zapamiętaniu, nie zaś, jak
dotąd, być mu tylko uległą i powolną. Nic takiego nie wydarzyło się pomiędzy nimi. Arnold nie dał Emmie i sobie takiej szansy, nie zdobył się na to szaleństwo, które pozwoliłoby im przekroczyć granicę konwenansów i uczyniło
z ich alkowy nie tylko miejsce wspólnego snu i statecznego wypełniania, od
czasu do czasu, małżeńskich obowiązków, mdłych i nijakich w swej monotonnej jednostajności.
– Oni się bali – powiedziała Brunhilda. – Cały czas się bali.
– Kogo?
– Nas, Emmo, kobiet. I dlatego wymyślili to wszystko tak perfidnie, żeby
trzymać żony w domach, jak w klatkach, przy dzieciach i kuchni. A kiedy zachciało im się figlów, szli do burdelu. Zdejmowali cylindry z tych swoich łysych pał, rozpinali tużurki, ściągali portki z wielkich tyłków i gzili się z dziwkami, bo tylko one...
– Ciotko!
– Bo tylko z nimi mogli wyprawiać to, co chcieli, a w domu...
– Proszę cię!
– A w domu udawali świętoszków.
– Arnold nie chodził tam, gdzie mówiłaś – Emma zdecydowała się wziąć
w obronę męża. – I nikogo nie udawał. I nie udaje. Jest taki, jaki jest.
– I dobrze ci z tym?
– Nie mam wymagań.
– To się dobraliście w korcu maku. Baranek z trusią. Nie jest wam nudno
w tej sypialni? – obrzuciła spojrzeniem cały pokój, zatrzymując wzrok na lampkach, stojących na nocnych szafkach. – I pewnie Arnold zawsze gasi światło.
Rudolf tego nigdy nie robił. Lubił na mnie patrzeć. Mini też lubi.
– Nie wiem, jacy są inni mężczyźni. I nie chcę wiedzieć.
– Trafiłaś w sedno. O to im właśnie chodziło. O to..! Najpierw tatuś, a potem mąż i szlus. Kropka. Ende!
30
Irytację ciotki budziło to, co Emma przyjmowała za zwykłą kolej rzeczy:
przejście córki spod absolutnej władzy ojca pod właściwie taką samą władzę
męża. W ten sposób zaplanowany został los kobiet w jej kraju przed ślubem
i po zawarciu małżeństwa. Miały do niego wnosić, oprócz posagu oczywiście,
nietkniętą dziewiczość i dozgonną wierność. Oznaczało to również, że w ich
życiu miał pojawić się tylko jeden mężczyzna, z którym obcowanie zostało
usankcjonowane aktem urzędowym. Dzięki temu powstał, jak powszechnie
sądzono, rodzaj bariery, chroniącej kobiety przed pokusami, umacniającej ich
cnotę, stanowiącą dumę epoki. Zapięte szczelnie pod szyję i zasłonięte po kostki u nóg, w rękawiczkach i dużym kapeluszu na głowie, ukazywały mężatki
ze swego ciała jedynie twarz, z nieco opuszczonymi na oczy powiekami. Tak
manifestowana skromność i obyczajność, nadawały roli, do jakiej zostały przykute, pozory dobrowolnego wyboru, a nawet wzniosłej misji rodzicielek i strażniczek domowego ogniska, wyznaczonej im przez naturę. Chodziły, a raczej
stąpały w tej glorii, tak długo, dopóki cesarz nie zabrał im mężów, powołując
ich pod broń i wysyłając na całe cztery lata do okopów. Przez tę próbę samotności i przymusowej wstrzemięźliwości nie każda przeszła zwycięsko; wiele
kobiet zapomniało o przysiędze wierności małżeńskiej i łamało ją, szukając
w swej niedoli ukojenia w występnych zbliżeniach z innymi mężczyznami.
Rzuciły tym samym cień na wszystkie niewiasty swego kraju, obalając mit
o ich niewzruszonej cnocie i niezachwianemu przywiązaniu do wpojonych im
od młodości zasad. Wielka wojna zatem, oprócz dotkliwych zniszczeń, jakie
zostawiła po sobie, odsłoniła kruchość fundamentów, na których wspierał się
cały system nakazów i zakazów kształtujący życie zamężnych kobiet. Ustalili
te rygory mężczyźni, dla swej wygody i gwarancji stałej dominacji, a w czasie
wojny sami je łamali, twierdząc obłudnie, że już Zaratustra ustalił iż ku walce
ma być wychowany mąż, niewiasta zasię ku wytchnieniu wojownika. Zażywali
więc tego wytchnienia gdzie się dało i z którą się tylko dało i nikt ich za to nie
potępiał.
– Jeszcze się chwalili swoimi wyczynami. Opędzić się od nich nie szło.
Brunhilda strzepnęła palcami, jakby strącała z nich tych natarczywych,
złaknionych kobiet wojowników, a Emma zapytała, spłoszona nieco takim
oświadczeniem:
– Chyba nie powiesz, ciotko, że ktoś mógł ciebie... że mógł z tobą..?
Zaplątała się, a Brunhilda, zupełnie nie speszona, oświadczyła:
– Jeżeli już, to ja mogłam z kimś. Bo zawsze sama wybierałam. Żaden
mężczyzna nie miał nigdy nade mną władzy. Nie dałam się zapędzić do garnków.
– A pan Minkus? Pozwala ci na wszystko?
– To kochany grubasek. Nie mam z nim żadnych kłopotów. Czasem może
sobie nawet gdzieś wyjść i nie pytam go skąd wraca.
31
– Ty też, ciotko, gdzieś wychodzisz? Sama?
– Po co tak krążysz? – zdziwiła się Brunhilda. – Chcesz wiedzieć, czy go
zdradzam?
Emmie zaokrągliły się nieco oczy, wciągnęła głęboko powietrze i zawieszona pomiędzy grozą a zakłopotaniem, kręciła jedynie głową, jakby nie mogła pomieścić w niej jednocześnie tylu przebiegających przez nią, sprzecznych
myśli. Jej samej nie dotknęło wojenne rozprzężenie obyczajów, gdyż nie miało
do niej przystępu. Zniosła również, zupełnie bezboleśnie, nieobecność Arnolda,
zresztą dość krótką, ponieważ został powołany do armii i wysłany na front dopiero na początku siedemnastego roku, a wiosną osiemnastego, ciężko ranny
we Flandrii, znalazł się w lazarecie wojskowym pod Oliwą, gdzie mogła go
odwiedzać. Zaczepki i propozycje spotykanych po drodze żołnierzy kwitowała
łagodnym i pełnym wyrozumienia uśmiechem, przeznaczonym jakby dla niegrzecznych i źle bawiących się chłopców. Szczególnie natarczywych częstowała drożdżowym ciastem z kruszonką, który piekła co tydzień dla Arnolda
i w ten sposób, uszczuplając nieco porcję męża, zyskiwała bezpieczne przejście
pomiędzy rekonwalescentami, ciągnącymi w ustronne miejsca parku otaczającego wojskowy szpital, mniej oporne kobiety. Nie wyobrażała też sobie, aby
ciotka Brunhilda znalazła się kiedykolwiek w podobnej sytuacji, skoro, jak wyznała, sama wybierała sobie partnerów. Była kobietą wyzwoloną i takich, zapewne, wojenny upadek moralności pozostawił wiele, kończąc epokę męskiego
absolutyzmu lub co najmniej go osłabiając. Zelżało przecież surowe jarzmo
damskiej mody, w zapomnienie odeszły jednakowo wymodelowane, usztywnione fiszbinami staniki i udrapowane, spływające do ziemi spódnice z wydłużonymi, wlokącymi się po ziemi trenami; panie zaczęły pokazywać nogi
i biusty, a suknie ciotki Brunhildy, na które bezsilnie tylko mógł krzywić się
Arnold, przyprawiłyby jego ojca i dziadka, szacownych panów w melonikach
i tużurkach, o gwałtowny brak oddechu, natomiast o udar serca widok strojów
kąpielowych na plaży w Zoppot, najszybciej przyjmującej powojenne nowinki. Zanim jednak powaliłby ich grom odrazy, wezwaliby wszystkie pioruny
niebieskie do wypalenia gniazd rozszerzającego się coraz bardziej rozpasania
i zgnilizny. Jej rodzice i przodkowie uczyniliby podobnie i Emma pomyślała,
że chyba słusznie, skoro zaczynają się chwiać, a nawet łamać fundamenty, na
jakich oparte jest małżeństwo i Tante Schiele tak swobodnie mówi o zdradzie,
uśmiecha się nawet i pyta:
– Dlaczego tak na mnie patrzysz? Zgorszyłam cię?
Nie zaprzeczyła i Brunhilda przysunęła blisko swą twarz do twarzy
Emmy.
– Korzystam tylko z tych praw, które mężczyźni sobie przywłaszczyli. Nie
rozumiesz tego?
Ponieważ Emma milczała, dodała jeszcze:
32
– Teraz będą musieli starać się o nasze względy, a nie tylko nam rozkazywać. I to im wyjdzie na zdrowie. Zobaczysz jak się zmienią.
– Przesadzasz, ciotko – Emma odważyła się wreszcie na słaby protest. – Ja
nie potrzebuję żadnych zmian. Arnold jest dobrym mężem. Nigdy mnie nie
uderzył.
– A kupił ci kiedyś kwiaty? Bo Mini kupuje. Nadskakuje żonie. Arnold też
powinien. Wszyscy mężowie powinni. Należy ich tylko przyuczyć – Brunhilda
rozszerzała coraz bardziej horyzonty nowego urządzenia powojennych obyczajów, ale spojrzawszy na Emmę umilkła i dopiero po chwili dokończyła z nagłą
rezygnacją: – Po co ja to wszystko mówię, skoro tobie jest dobrze? Przecież
Arnold nawet cię nie uderzył. Żyj sobie tak jak dawniej, moja biedna, szara
myszko...
II
W
yjąłem z szafki stary album z rodzinnymi fotografiami, a z kartonowego pudła tych kilka ocalałych zdjęć Hasenfussów, na których
jest Emma, ponieważ chciałem porównać stroje mojej Matki z jej
sukniami. Urodziły się mniej więcej w tym samym czasie, więc musiały ubierać podobnie, służąc, jak w każdej epoce, ogólnym nakazom kreatorów mody.
Obejrzałem więc fotografię Matki sprzed pierwszej wojny światowej, w owym
wymodelowanym staniku i długiej do ziemi spódnicy i zdjęcie pani Hasenfuss
z tego samego okresu i stwierdziłem, że istotnie, ubierały się niemal identycznie.
W latach dwudziestych również, lecz odsłaniając już, całkiem zresztą zgrabne
nogi, do samych kolan. Niestety, włożyły na siebie jakieś workowate suknie,
w których zniknęły ich biodra, a na głowy nasadziły małe, hełmowate kapelindry, ozdobione aplikacjami w kształcie rozet lub kwiatów. Przyjrzałem się
jeszcze kilku innym fotografiom, Matki na spacerze w parku z moim starszym
rodzeństwem, a z Ojcem na tle pawilonów Powszechnej Wystawy Krajowej
w Poznaniu, natomiast pani Hasenfuss przed sklepem kolonialnym Alfreda
Zielsa przy Petersiliengasse i musiałem przyznać, z całym szacunkiem dla obu
pań, że lepiej wyglądały w tych starych strojach i pięknych, dużych kapeluszach z piórami. Skoro jednak chciały tańczyć charlestona...
W moim rodzinnym mieście, Ostrowie Wielkopolskim, w restauracji
Hotelu Europa, gdzie były nawet fordanserki, albo na zabawach karnawałowych w eleganckiej Grandce, przy ulicy Wrocławskiej, na których rodzice bywali, szacowne towarzystwo zapewne pląsało, razem z połową świata, w takt
tego nowoczesnego, szalonego rytmu, mam jednak wszelkie powody przypuszczać, że Emma nie postawiła wówczas nawet jednego kroku na parkiecie, gdyż
Arnold Hasenfuss nie ożenił się z nią po to, aby zapewniać małżonce jakieś
rozrywki. Szukał przede wszystkim drugiej matki dla swej małej Waldetrudy
i znalazł w pannie Kaldorf, łagodnej i cichej, te wszystkie przymioty i cechy ja-
34
kie powinna mieć opiekunka jego osieroconej córeczki i żona mężczyzny, który
od nowego małżeństwa nie oczekiwał już miłosnych uniesień i romantycznych
wzlotów, a głównie stabilizacji i tego spokoju, który potrzebny mu był do pracy, jedynej pasji, jaką ocalił po śmierci Klary. Nie mógł uwierzyć w tę śmierć,
pojąć, że zginęła w tak bezsensowny i tragiczny sposób, pod kopytami spłoszonych koni i kołami ciężkiej platformy, wśród krzyku przechodniów i rozpaczliwych tłumaczeń przerażonego woźnicy, odprowadzanego przez policjantów
do więziennej karetki. Druga karetka, sanitarna, odjeżdżała już z ciałem Klary
i Arnold, pochylony nad nim w szpitalnej kostnicy, wpatrując się w nieruchomą,
zastygłą twarz żony, daremnie pytał dlaczego odeszła, przerywając ich wspólne,
zaledwie rozpoczęte życie. Trwało jedynie kilka krótkich lat, przemknęło zbyt
szybko, jak promienna chwila szczęścia, zwykle skąpo udzielana ludziom przez
kapryśny los, aby tęsknili do niej, gdy przygniecie ich nagłą zamianą radości na
smutek, albo długimi, szarymi godzinami codziennych trudów, pustej wegetacji, po wygnaniu z raju. Zapewne Arnold, po utracie Klary, uciekłby właśnie do
wspomnień, oddawał rozpamiętywaniom minionych upojeń, powtarzał słowa,
które sobie szeptali, obejmując się ramionami, przywoływał obrazy tych nocy,
gdy ona, gorąca od jego pocałunków, zapamiętywała się w pieszczotach, przyjmując go w siebie zachłannie i bez wytchnienia, aby nad ranem nierzadko, już
słodko znużona, zasypiać z głową na jego piersi. Litościwy czas złagodziłby
wreszcie i ból i tęsknotę, pozostawiając Arnoldowi świetlisty, jak jej imię, portret Klary i niczym nie zmącone przeświadczenie o tym, że obdarzyła go takim
oddaniem i takim uczuciem, na jakie wznosi się jedynie najwyższy stopień miłości. Przeniósłby ten portret i takie myśli do następnych lat życia i byłby zapewne zdolny do otwarcia swego serca na ponowną, odmienną już, ale przecież
możliwą skłonność ku innej kobiecie, gdyby nie wizyta pewnego człowieka,
kilka tygodni po pogrzebie Klary.
Przedstawił się jako agent towarzystwa asekuracyjnego i oświadczył, że
jego firma nie wypłaci sumy, na którą ubezpieczona była pani Hasenfuss,
gdyż okoliczności jej tragicznej śmierci, potwierdzone raportem policyjnym, opartym na zeznaniach woźnicy i świadków wypadku, a także własnym
śledztwie firmy, wykluczają realizację umowy, zawartej dnia tego i tego, na
podstawie...
Mamrotał dalej niewyraźnie daty i paragrafy, ale kiedy Arnold oświadczył,
że nie zamierza odwoływać się od przedstawionej mu decyzji, agent uniósł głowę, spojrzał uważnie na swego klienta i stukając kościstym palcem w rozłożone
papiery, oznajmił pouczającym tonem:
– Nie wolno tak postępować w sprawach finansowych. Są zbyt poważne,
a moja firma zbyt solidna, aby mogła i chciała poprzestać na pańskiej rezygnacji z ewentualnych roszczeń wobec niej. Tutaj mam dokumenty, które są podstawą naszej decyzji i przekonają pana, że jest słuszna.
35
Nie zważał już na dalsze protesty Arnolda, który uznał, że cała ta rozmowa
uwłacza pamięci Klary i rozłożył na stole bardzo starannie wykonany szkic sytuacyjny miejsca wypadku. Niebieskie strzałki oznaczały na nim kierunki poruszania się pojazdów, a czerwona to miejsce, z którego wybiegła pani Hasenfuss.
– Bo ona wybiegła, szanowny panie – podkreślił z naciskiem agent i końcem ołówka dotykając kolorowych strzałek, objaśniał dalej rozwój wydarzeń
na jezdni. – Z Hauptstrasse skręciła na Hochstriess platforma, jadąca z piwem
do kasyna oficerskiego, a z przeciwnej strony ukazał się automobil, zatrąbił
ostrzegawczo i spłoszył perszerony. W tym momencie na jezdnię wbiegła, na
nic nie zważając, wprost pod kopyta koni i koła plewagi, szanowna nieboszczka, pańska małżonka. Tak zgodnie zeznają wszyscy świadkowie i dwaj oficerowie, obserwujący cały wypadek z okien kasyna. A słowa panów oficerów
– agent z szacunkiem zwrócił uwagę swego rozmówcy na zawód świadków
– są niepodważalne. To ludzie honoru. Zwrócili uwagę na madame Hasenfuss,
ponieważ widywali ją w swoim kasynie.
W skromnie urządzonym gabinecie Arnolda wszystko znajdowało się jeszcze
na swoim miejscu. Rzędy książek, które Klara lubiła przeglądać, tkwiły w nieporuszonym szeregu, fotel na którym siadywała z wybranym tomem, stał pod oknem, jak zwykle obok lampy osłoniętej białym kloszem z matowego szkła, ale już,
od ściany do ściany, przepłynął lekki powiew, jak dreszcz niosący pierwsze oznaki
dolegliwości o nieznanych jeszcze, a już złowieszczych powikłaniach. Dotknął
twarzy Arnolda, przesunął się po niej i znikając pozwolił mu powiedzieć:
– Musiało zajść jakieś nieporozumienie. Nie mamy, to znaczy, nie mieliśmy – poprawił się – żadnych znajomości w kołach wojskowych. Dlatego nikt
nie mógł widzieć, a tym bardziej widywać mojej żony w oficerskim kasynie.
Zawodowo wyczulony słuch agenta nie uchwycił w tych słowach wyraźnego tonu niepokoju, a tylko jego nikły ślad, lecz mimo to opuścił wzrok na
papiery, jakby nie chciał patrzeć w oczy człowiekowi, któremu zapewne będzie
musiał zadać ból, pytając, o krewnych pani Hasenfuss.
– Czy zna pan, doktorze, porucznika von Goltza?
– Nie znam – twarz Arnolda zaczęła szarzeć. – Kto to jest?
– Według naszych informacji kuzyn, lub uchodzący za kuzyna, szanownej nieboszczki, oficer huzarów. Z nim właśnie spotykała się w kasynie przy
Hochstriess i stamtąd wybiegła, prosto pod końskie kopyta. Musimy to, niestety, uznać za świadome targnięcie się na swoje życie, co uniemożliwia, jak już
wspomniałem, wypłacenie...
– Dosyć! – Arnold nie rzucił się na agenta, nie zgniótł jego gardła, aby
nie mógł wydobyć już z niego ani jednego słowa; zerwał się jedynie z krzesła
i wskazał ręką drzwi. – Proszę wyjść!
Ubezpieczeniowiec zgarnął papiery, wsunął je do teczki i przystanąwszy na
progu, powiedział ściszonym głosem:
36
– Tut mir sehr leid, Herr Doktor.
Całą swą postawą wyrażał tę zadeklarowaną słowami przykrość, skłonił się
jeszcze i zniknął, pozostawiając Arnoldowi zbrukany, podarty na strzępy, unicestwiony, ów świetlany portret Klary, który miał mu zawsze towarzyszyć, jednocześnie z upływem czasu łagodnie blednąc, aby mógł, jeśli zechce, związać
się z inną kobietą, a nawet ją pokochać. Od tego dnia, od tej upiornej godziny,
od tej chwili, w której się dowiedział, że prowadziła podwójne życie, zdradzała
go i okłamywała, że odeszła na zawsze z tym kłamstwem i zdradą, więc nigdy
już nie odwróci się od niej, nie naprawi wyrządzonych mu krzywd i nie da mu
szansy na przebaczenie, jej portret, teraz już inny, odrażający, stale będzie go
prześladował i dręczył, wypali mu serce, wydrąży je i pozostawi puste, niezdolne już do miłości, spróchniałe. Zza każdej twarzy kobiety, do jakiej zechciałby
się zbliżyć, wychyli się obłudnie uśmiechnięta, albo szyderczo wykrzywiona
twarz Klary, aby mu przypomnieć, że wszędzie może czaić się wiarołomstwo,
skoro ta, której bezgranicznie ufał, zadała tej ufności zabójczy cios.
Nastąpiły koszmarne, bezsenne noce. Wprawdzie od dnia śmierci Klary,
żadnej Arnold nie przespał spokojnie, lecz teraz nie udawało mu się nawet
zasnąć. O ile jednak wówczas męczył go bezsens jej tragicznego wypadku
i targała rozpacz za utraconym szczęściem, obecnie rozdzierała inna, jeszcze
bardziej okrutna tortura; nie umiał zrozumieć dlaczego Klara postępowała jak
tania oszustka, dlaczego szukała innego mężczyzny, mając własnego i jak mogła oddawać się dwom jednocześnie i każdemu szeptać czułe słowa miłości,
każdego zapewniać o rozkoszy jakiej doznaje tylko w jego ramionach. Ślepymi
z udręki oczami widział nagie ciało swej żony, prężące się w uścisku kochanka,
wijące w upojeniu pomiędzy grubymi udami huzara, otwierające przed nim
i jęczące z rozkoszy. Tak, po całych nocach, pracowała wyobraźnia upokorzonego mężczyzny, takimi obrazami karmiło się jego poniżenie, gdyż stracone
poczucie fizycznej wyjątkowości godziło boleśnie nie tylko w męską dumę
Arnolda, lecz zhańbiło również należną mu godność prawowitego małżonka.
Podniesienie niezwykle wysoko owej godności przez starą tradycję i strzeżenie
jej dominującą pozycją pana domu, wydawało się Arnoldowi nieco przesadne,
dopóki Klara nie zdeptała jej tymi samymi stopami, które całował w zmysłowym uniesieniu. Nie chciał w swym związku małżeńskim własnej dominacji,
według obowiązujących ogólnie wzorów, lecz pragnął partnerstwa, gdyż Klary
nikt mu nie wyswatał, ani nie oddał w wyniku posagowego porozumienia dwu
familii w charakterze wyrobnicy do kuchni i niewolnicy do sypialni. Poślubił
ją z miłości i tylko to uczucie kierowało całym jego postępowaniem i w dzień
i w nocy, dając, niestety, zgubne skutki. Został rogaczem i musiał przyznać,
że jedynie stary i wypróbowany system trzymania kobiet w ryzach i kontrolowania każdego ich kroku, zapewnia trwałość instytucji małżeństwa, a mężczyzn chroni przed ośmieszającym ich rogalstwem. Należało więc zachować w
37
najgłębszej tajemnicy tę wstydliwą przypadłość, lecz Arnold, chociaż zdawał
sobie z tego sprawę, poszedł do koszar huzarów, aby przekonać się, czy porucznik von Goltz w ogóle istnieje. W swej niedoli uczepił się ostatniego błysku
nadziei, podsuwającego mu przypuszczenie, że agent ubezpieczeniowy wymyślił tę postać, w celu uniknięcia wypłaty odszkodowania, oczernienia niewinnej
Klary, a jednocześnie powstrzymania doktora Hasenfussa przed dochodzeniem
prawdy; jeżeli bowiem zwykli rogacze boją się osławy, to utytułowanych niszczy ona w ich środowisku, szczególnie wyczulonym na punkcie męskiego,
nienaruszalnego prestiżu. Stając przed dowódcą pułku ryzykował więc Arnold
bardzo wiele, ten wszakże nie zadał mu żadnego pytania, oświadczając sucho,
że porucznik von Goltz został przeniesiony do Afryki i odbywa swą zaszczytną
służbę w Kamerunie.
– Herr Oberst, czy pan wie cokolwiek o...
– Nie wiem nic. Żegnam, doktorze Hasenfuss.
Znaczyło to, że pułkownik znał całą sprawę i dla uniknięcia skandalu spowodował wyekspediowanie swego podwładnego do zamorskich kolonii. Tym
samym potwierdziło się również wszystko, co powiedział agent towarzystwa
asekuracyjnego i Arnoldowi nie pozostały już żadne złudzenia, żadna możliwość ocalenia Klary, chociaż tego właśnie najbardziej pragnął. Pękła ostatecznie cienka prezerwatywa iluzji i jad wzgardy zaczął się sączyć bez przeszkód,
kropla po kropli, do otwartej rany jego pamięci o wiarołomnej żonie, przenosząc się z wolna i niepostrzeżenie na całą płeć zwaną niegdyś piękną, obecnie
zdającą się ukazywać Arnoldowi swe inne, odstręczające oblicze. Nie wiedząc
nic o mizoginii, mógł stać się po pewnym czasie zaciekłym mizoginistą i tylko
konieczność znalezienia zastępczej matki dla małej Waldetrudy uchroniła go
przed tą niszczącą fobią, przełamała lęk, jaki wzbudzać w nim zaczęły kobiety i skłoniła do zawarcia drugiego małżeństwa. Może należałoby powiedzieć,
że wymusiła na nim to postanowienie, gdyż wykluczył rozstanie z córeczką
i oddanie jej pod opiekę własnych rodziców, mieszkających na odległym przedmieściu, lub rodziców Klary, chciał bowiem zerwać wszelkie więzy, z ludźmi,
którzy wydali na świat ladacznicę.
Podjęcie ostatecznej decyzji, dotyczącej zaręczyn i ślubu, ułatwiła
Arnoldowi, niemal się nie odzywając, sama panna Kaldorf. Łagodna i cicha,
stanowiła zupełne przeciwieństwo Klary, toteż wywarła na nim dobre wrażenie i stłumiła niemal wszystkie obawy z jakimi się nosił przed oświadczynami.
Spotkanie Waldetrudy z przyszłą macochą wypadło również nieźle i Arnold,
z uczuciem ulgi, rozpoczął nowy etap życia. Zapewniając córeczce opiekę, a sobie spokój, nie pomyślał tylko o tym, co sam zamierza ofiarować swojej nowej
żonie, poza obowiązkami, jakimi obarczy ją prowadzenie domu i wychowanie
dziecka. Serca już dać jej nie mógł, ponieważ razem z Klarą wpadło pod końskie kopyta na Hochstriess, koło koszar czarnych huzarów i ledwie się tłucze,
38
popękane, w jego pustej piersi, pozostawały więc tylko powinności małżeńskie,
a do nich brakowało mu zapału. Odraza poniżonego męża do rozwiązłej żony,
nie objęła jej ciała, nie zatarła w pamięci Arnolda jego urody i uniesień, jakich
doznawał, gdy przyjmowało go, rozpalone i żarliwe w oddaniu. Nie sądził, aby
jakiekolwiek inne mogło być podobne do niego w swej bujnej pomysłowości,
a ciało skromnej Emmy szczególnie. Zresztą nie był nim zbytnio zainteresowany, posiadał wszakże tyle przyzwoitości, że nie zapomniał o ciążącym na
nim obowiązku zdjęcia z nowej żony pieczęci dziewictwa i w noc poślubną
podjął jednak działania, zmierzające do przeprowadzenia tego zabiegu. W tym
celu odchylił pierzynę, chrzęszczącą starannie nakrochmalonym, w półmroku
sypialni lśniącym bielą powleczeniem z cienkiego płótna i ogarnął spojrzeniem
leżącą nieruchomo, na wznak, w batystowej koszuli, Emmę. Miała zamknięte
oczy, ręce wyciągnięte sztywno przy biodrach, a oddech płytki i przyspieszony. Zadrżała, kiedy przesunął dłoń po jej ramieniu i Arnold odstąpił od wykonania egzekucji, przyjmując te wszystkie objawy za postać lęku, chociaż,
czego nie wziął pod uwagę, mogły również oznaczać, trwożne wprawdzie,
lecz pełne podniecenia oczekiwanie na wejście mężczyzny w jej łono, na ów
tajemniczy i doniosły akt, który przeobrazi ją w kobietę. Jeżeli było tak rzeczywiście, wstydliwa nieśmiałość Emmy ukryła to pragnienie, nie okazując
go najmniejszym nawet, rozpoznawalnym odruchem i Arnold nie dowiedział
się o nim, ani tej nocy, ani którejkolwiek z następnych, gdyż nie czynili sobie
w sypialni żadnych intymnych wyznań, nie szeptali do uszu czułych słówek,
ani nie wymawiali swych imion w chwilach zbliżenia, ponieważ nigdy nie zostali kochankami. Łóżka służyły im głównie do spania, albowiem Arnoldowi
wystarczało spokojne, uładzone współżycie z Emmą, bez gwałtownych porywów i burzliwych ekscytacji, stateczne i niezbyt częste seanse małżeńskie, po
których można przyłożyć głowę do poduszki i zasnąć, poświstując przez nos
i nie dbając o to, czy żona ma również ochotę na sen. Przy tym wszystkim
Arnold przywiązywał się coraz bardziej do Emmy, doceniał jej cichą dobroć
i prawość, rozumną ugodowość i darzył niemal tkliwą wdzięcznością za poczucie bezpieczeństwa jakie mu dawała jej nieskazitelna uczciwość w związku, zawartym przed głównym ołtarzem kościoła św. Mikołaja. A kiedy ukoronowały
go ich własne dzieci, podziwiał mądrą do nich miłość Emmy, a szczególnie jej
stosunek do Waldetrudy, która nigdy nie została zepchnięta na pozycję pasierbicy. Taka postawa żony pozwoliła Arnoldowi znieść mężnie ostatni, okrutny
cios, który z oddali, z zaświatów jakby, zdołała jeszcze zadać mu Klara. Otóż
Waldetruda, zdrobniale nazywana Trudzią, lub Waltraudą, traciła powoli, wzrastając, podobieństwo do wyrodnej matki, z czego się cieszył, nie przybierała
wszakże jego rysów, czym się zaczynał coraz bardziej gnębić. Przyglądając
się dziewczynce, wesoło podskakującej na jednej nóżce, bawiącej się lalkami
w miniaturowych pokoikach z tektury, jedzącej obiad lub odmawiającej pacio-
39
rek przed snem, z trudnością opierał się natarczywej myśli, że ma przed sobą
podrzutka, kukułcze pisklę, podsunięte mu przez wszeteczną Klarę, owoc jej
sprośnych, bezwstydnych stosunków z porucznikiem von Goltzem, uprawianych najwidoczniej przez dłuższy czas. A kiedy ta myśl nabrała cech obsesji,
tylko dzięki przykładowi Emmy, otaczającej Waltraudę prawdziwie matczyną
czułością, potrafił oprzeć się niechęci do swej domniemanej córki. Pozostawał
sam z tą uporczywie dręczącą go niepewnością, drążącym głęboko podejrzeniem, ponieważ nie mógł podzielić go z Emmą, przed którą utajnił starannie
plugawe wyczyny swej pierwszej żony. Według wersji, podanej pannie Kaldorf
przed ślubem, Klara Hasenfuss zginęła przypadkiem pod kołami platformy,
wiozącej beczki z piwem, gdy robiła w Langfuhr domowe zakupy. Dlaczego
właśnie tam, tak daleko, skoro miała pod nosem dużo sklepów w śródmieściu,
nie wyjaśniono Emmie, a ona w swej prostolinijności nigdy o to nie pytała.
Dlatego też Arnold nie mógł podzielić się z nową żoną swymi wątpliwościami i kwestię ojcostwa Waldetrudy musiał rozwiązać sam. W tym celu podjął
wędrówkę po zakładach fotograficznych w Langfuhr, słusznie przypuszczając,
że kochanek jego żony, jak to było w zwyczaju panów oficerów wszystkich
broni, nie tylko huzarów, kazał sobie robić, co jakiś czas, zdjęcia w paradnych
mundurach i różnych pozach. Opracował sobie nawet, w własnym mniemaniu,
zręczną formułkę według której poszukuje fotografii porucznika von Goltza,
swego przyjaciela, obecnie odkomenderowanego do afrykańskich kolonii, aby
przesłać mu na urodziny duży portret, zrobiony z tej samej kliszy.
– Oczywiście, zamówiłbym go tutaj i zapłaciłbym dobrze – tłumaczył
właścicielom atelier, a oni, zachęceni taką propozycją, wertowali swoje księgi, grzebali w pudłach, przeglądali różne zdjęcia i kręcili z niedowierzaniem
głowami.
– To dziwne, bardzo dziwne – mówili. – Przychodzi do nas tylu oficerów,
tyle nazwisk mamy zapisanych, a pana porucznika von Goltza nie możemy
znaleźć. Czy naprawdę służył w naszym garnizonie?
Arnold stanowczo potwierdzał, fotografowie jeszcze coś, na wszelki wypadek, sprawdzali, a potem rozkładali bezradnie ręce i doktor Hasenfuss wychodził zgnębiony, nie zaprzestając wszakże swoich penetracji. Uwieńczył je
wreszcie, połowicznym wprawdzie, lecz zawsze lepszym niż żaden, skutkiem.
U zbiegu Elsen i Marienstrasse wkroczył do skromnej pracowni, która, jak głosiła wywieszka, specjalizowała się w wykonywaniu zdjęć grupowych w salach
i na wolnym powietrzu i tam natrafił na ślad porucznika; von Goltz, według
księgi właściciela zakładu, odbierał zbiorową fotografię oficerów swego pułku,
na której zapewne sam również się znajdował. Był to trop wątły i niepewny,
niemniej Arnold polecił panu Zabłockiemu wykonanie powiększenia całej grupy i poddał zdjęcie dokładnym badaniom przy pomocy lupy. Starannie przyglądał się twarzy każdego oficera, potem wręczał szkło fotografowi i pytał:
40
– Czy to ten?
Pan Zabłocki, przybliżając i oddalając lupę, również przypatrywał się pilnie wskazanej głowie, lecz nie kojarzył z nią nikogo, więc badanie trwało dalej
i Arnold powtarzał, nieco już zniecierpliwiony:
– Niech pan próbuje sobie przypomnieć. Niech się pan wysili, Herr Cabloki
– inaczej nie umiał wymówić nazwiska fotografa. – Takiego klienta powinien
pan zapamiętać.
– Przychodzi tu wielu oficerów – bronił się Zabłocki, pochylał znów nad
zdjęciem i wreszcie oznajmił triumfalnie:
– To on!
Podsunął Arnoldowi lupę, a jemu skurcz ścisnął serce; za chwilę miał zobaczyć twarz człowieka, który mógł być ojcem Waltraudy, z którym Klara parzyła
się lubieżnie, tarzając chutliwie na huzarskim łóżku – doktor Hasenfuss nie
szczędził dosadnych epitetów swej pierwszej, wyuzdanej i bezecnej żonie, ale
teraz, u końca poszukiwań, zawahał się nagle, jakby nie pragnął już rozwiązania dręczącej go zagadki, odkrycia tajemnicy, mogącej przecież mieć poważne
skutki dla niego i małej Trudzi. Pobladł wyraźnie, chyba nawet zadrżała mu
ręka, wysuwająca się po lupę i cofająca niepewnie, ponieważ Zabłocki zapytał
niespokojnie:
– Źle się pan czuje?
Zaprzeczył natychmiast, podniósł do oka wypukłą soczewkę i ujrzał twarz
mężczyzny, pociągłą, z wyraźnie widocznym, spiczastym niemal podbródkiem,
prostymi brwiami i ciemną pręgą wąsa pod nosem, przystrzyżonego na cesarski wzór. Resztę rysów twarzy zniekształciło duże powiększenie i Arnoldowi
musiało wystarczyć to, co zobaczył, jeśli naprawdę miał przed sobą fizjonomię
porucznika von Goltza. Przecież Zabłocki, nie zdoławszy rozpoznać poszukiwanego oficera, mógł wskazać zupełnie innego huzara, aby zadowolić niecierpliwego i dziwnego nieco klienta, nie domyślając się, jakie to ma dla niego
znaczenie.
Wracając do domu, z fatalnym zdjęciem w kieszeni, Arnold rozważał te
możliwości, obawiając się, że nigdy nie zrzuci tego garbu wątpliwości, jakim obdarzyła go Klara i w chwili buntu przeciw jej perfidii, prześladującej
go z tamtego świata, miał ochotę, przechodząc przez mostek na Raduni, zatrzymać się, podrzeć fotografię i wrzucić jej strzępy do wody, ale ostatecznie przyspieszył nawet kroku. Zawstydzała go ta chwiejność i postanowił,
nie spoglądając już na zdjęcie, schować je gdzieś głęboko, lecz, oczywiście,
uczynił inaczej; zanim wsunął karton do przepastnej szuflady swego biurka, przyjrzał się jeszcze raz twarzy domniemanego porucznika von Goltza
i obliczom jego huzarskich kolegów, wyglądających jak chrabąszcze z jednakowo przystrzyżonymi wąsami, po czym, odruchowo, dotknął własnego
i podjął natychmiastową decyzję unicestwienia go przy pomocy brzytwy
41
solingen, którą w tym celu wywecował bardzo starannie na skórzanym pasku.
Opuszkiem palca badał dokładnie jej ostrze, kręcił z powątpiewaniem głową
i w rezultacie udał się dopiero następnego dnia do fryzjera, który miał swój
zakład przy Drehergasse. Strzygł się tam regularnie od dłuższego czasu i balwierz, pan Frolmann, witał go wylewnie, jako stałego klienta i już sadzając na
fotelu, rozpoczynał zazwyczaj swój płynny monolog, zawierający nie tylko
najnowsze wiadomości z śródmieścia, ale również uwagi i komentarze dotyczące wydarzeń o światowej randze, gdyż był stałym czytelnikiem gdańskich
i berlińskich gazet, które abonował i posiadał wyrobiony punkt widzenia na
globalną politykę wielkich mocarstw. Zamierzał właśnie ocenić ostatnie posunięcia Paryża, który na prośbę sułtana Maroka wysłał do Fezu korpus interwencyjny pod komendą generała Moiniera, zamilkł wszakże, zdetonowany
i oniemiały, gdy Arnold poruszył wąsem i rzucił krótko:
– Zgolić!
Błyszczące nożyczki, których szczękanie miało towarzyszyć głębszej analizie tego niefortunnego kroku Francji, rozwarły się i zamknęły, ręka balwierza
opadła, a on sam pochylił się nieco, jakby nie zrozumiał zdumiewającego polecenia.
– Słucham?
– Proszę zgolić mi wąsy – Arnold powtórzył swoje życzenie w bardziej
rozwiniętej i uprzejmej formie, lecz fryzjer nie zmienił postawy i schylił się
jeszcze niżej, przypatrując się teraz z upodobaniem jakby tej ozdobie twarzy
każdego szanującego swój wygląd, poważnego mężczyzny.
– Ależ, panie doktorze... – zaprotestował spłoszonym półszeptem. – Ten
wąs należy...
– Do mnie – uciął Arnold, lecz Frolmann nie zamierzał ustąpić i usiłował
przekonać swojego klienta do zmiany tej dziwacznej, z męskiego punktu widzenia, decyzji.
– Proszę wziąć pod uwagę, szanowny doktorze, że wąs podkreśla to, co
w pierwiastku masculinum jest najważniejsze – tłumaczył konfidencjonalnie
– co decyduje o naszym powodzeniu u kobiet, co je do nas nieodparcie przyciąga i działa na nie ekscytująco.
– Niby dlaczego?
– Ponieważ – tu Frolmann zniżył jeszcze bardziej głos, chociaż poza nimi
nie było w zakładzie nikogo – jest widomą oznaką witalnej siły każdego mężczyzny, jego potencji, takim pióropuszem nad wulkanem, który w nim...
– Niech się pan tak nie rozpędza, panie Frolmann – wtrącił Arnold. –
Napoleon nie miał wąsa.
– I tylko dwie żony. A król angielski, Henryk, aż osiem.
– Siedem – sprostował Arnold. – I marny wąsik. Taki sznurek pod nosem.
Zaczynaj pan wreszcie.
42
Nożyczki w ręce balwierza szczęknęły posłusznie dwa razy nad wąsem
Arnolda, nie obcinając wszelako ani jednego włosa. Pan Frolmann miał jeszcze
jedną wątpliwość i zapytał z troską w głosie:
– Czy pomyślał pan o naszym cesarzu, doktorze?
Przeniósł wzrok na portret Wilhelma II, wiszący nad lustrami, wskazując
wyraźnie najwyższy wzór męskości, lecz Arnold zobaczył na nim wąsy porucznika von Goltza i powiedział:
– Nie chcę być do niego podobny.
Zapewne balwierz nigdy dotąd nie usłyszał takiej deklaracji, gdyż cofnął
się o pół kroku, przybrał oficjalną postawę i oświadczył sucho:
– Jak pan sobie życzy.
Nożyczki zawirowały wokół głowy Arnolda, gęsta, biała piana zakryła mu
pół twarzy, błysnęła brzytwa, operacja niszczenia cesarskich wąsów dobiegała
już końca, a mistrz Frolmann, chociaż zapewne przychodziło mu to z trudem,
nie wymówił ani słowa. Żołnierze generała Moiniera zajęli już stolicę Maroka,
Anglicy protestowali, w Szanghaju też coś się działo, a on pracował w zaciekłym milczeniu, skropił osobliwego klienta kolońską wodą, z pulweryzatora
wypuścił chmurę pudru i skłonił się sztywno.
– Gotowe. Jest pan zadowolony?
Z wyrazem najwyższej dezaprobaty spoglądał na doktora Hasenfussa, który przypatrywał się ciekawie swemu odbiciu w lustrze.
– Oczywiście, panie Frolmann. Odmłodniałem o kilka lat. W domu mogą
mnie nie poznać.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu wracał na Ankerschmiedegasse,
niemal wywijając cienką laseczką, z poczuciem jakiegoś wyzwolenia, zerwania tych dolegliwych więzów z wąsatym huzarem, w które uwikłała go
wiarołomna Klara. Szedł lekkim, swobodnym krokiem chłopca, który spłatał
udanego figla swej prześladowczyni i może teraz zapomnieć o koszmarach,
jakimi go dręczyła. Postanawiał jednocześnie zaprzestać podejrzliwego obserwowania Waltraudy, co mu się jednak nie udało. Spiczasty podbródek
porucznika von Goltza, tak dobrze widoczny na powiększonej fotografii, nie
dawał mu spokoju; pomimo wszystkich solennych przyrzeczeń, przypatrywał się z lękiem okrągłej bródce dziecka, jakby oczekiwał, wbrew nadziei,
że zacznie się wydłużać, potwierdzi jego najgorsze obawy i ożywi nie uśpione dotąd, drzemiące w nim demony udręki, zdolne nawet wzbudzić jakieś
uprzedzenia, krzywdzące niewinną przecież Trudzię. Wyciągała do niego
małe rączki, pragnęła ojcowskiej miłości, a on, zobaczywszy na jej bródce
niewielkie wgłębienie, tworzący się najwidoczniej dołeczek, wyruszył zaraz do zakładu pana Zabłockiego i zażądał ponownego odszukania kliszy
z grupą oficerów pułku czarnych huzarów, stacjonujących w koszarach przy
Hochstriess.
43
– Chciałbym, Herr Cabloki, żeby pan zrobił odbitkę w jeszcze większym
formacie – tłumaczył fotografowi i Zabłocki zaprowadził go na zaplecze zakładu, do ciemni i tam, ustawiwszy szklaną kliszę w ramce drewnianego, zaopatrzonego w soczewki urządzenia, zademonstrował Arnoldowi jego możliwości,
wyjaśniając jednocześnie, że przy dużych powiększeniach, obraz rzutowany na
światłoczuły papier traci swą ostrość i nieco się zamazuje.
– Proszę teraz patrzeć uważnie i obserwować, co się będzie działo.
Zabłocki włączył lampę w powiększalniku i Arnold zobaczył w zamienionych przez negatyw miejscach ciemnych na jasne, grupę huzarów z białymi
wąsami i prawie czarnymi twarzami, których zarysy, w miarę powiększania
obrazu, zaczęły rzeczywiście stawać się coraz bardziej niewyraźne. Zrozumiał,
że wyodrębnienie z tej grupy głowy porucznika von Goltza i sprawdzenie, czy
ma dołek na brodzie, jest naprawdę niewykonalne, ale jednocześnie zainteresował się tak dalece wszystkim, co zobaczył w pracowni pana Zabłockiego, że
prawie zapomniał o właściwym celu swej wizyty.
– Pan ma bardzo ciekawą pracę, Herr Cabloki – stwierdził na pożegnanie.
– Czy fotografowanie jest bardzo trudne? Można się tego szybko nauczyć?
– Wszystkiego można się chyba nauczyć, ale nasze, polskie przysłowie,
powiada, że co nagle, to po diable – odpowiedział Zabłocki. – Trzeba posiadać
wiadomości z optyki, chemii, urządzić i wyposażyć ciemnię, no i kupić aparat.
To nie jest tania zabawa. Jeżeli chciałby pan robić rodzinne, pamiątkowe zdjęcia, radziłbym zadowolić się...
– Myślałem o czymś poważniejszym – przerwał Arnold. – Jestem asystentem przy katedrze budownictwa w Technische Hochschule i mógłbym moim
studentom urozmaicić zajęcia fotograficznymi ekskursjami. Do Marienburga,
albo do Marienwerder. Co pan na to, Herr Cabloki?
Przez skromność, zapewne, nie dodał, że właśnie zespoły zabytkowe
w tych miastach były tematem jego pracy doktorskiej i zmartwił się wyraźnie,
gdy Zabłocki stwierdził, że fotografowanie dużych budowli nawet profesjonaliście nastręcza wiele trudności. Rozwiódł się, dość zawile o szerokokątnych
obiektywach, głębi ostrości, regulowanej właściwym stosowaniem przysłony,
którą nazywał blendą, wreszcie o czasie naświetlania kliszy, o perspektywie
i Arnold opuścił jego pracownię z głową pełną nowych, dotąd mu nieznanych
terminów, a jednocześnie silnym postanowieniem przyswojenia sobie koniecznej wiedzy z tej interesującej dziedziny i zajęcia się, amatorsko oczywiście,
fotografią. Cokolwiek więc by się nie powiedziało o występkach Klary, dzięki
niej pośrednio zetknął się Arnold z takim rodzajem kunsztu, który miał stać się
wkrótce jego wielką pasją.
III
W
spomniałem już w jakim stanie znajdował się dom przy Kleine Mölde
89, kiedy wreszcie opuścili go krasnoarmiejcy, kwaterujący w nim
wiosną czterdziestego piątego roku, po zdobyciu Festung Danzig,
a właściwie tego, co ocalało z miasta. Pani Ludwika opowiadała, jakie ogarnęło ją przygnębienie i jaki poczuła smród, gdy weszła pod dach schronienia,
mającego zastąpić jej Kalinówkę, a mnie przypomniała się pusta kamienica
w Nowym Sączu, z której uciekli Niemcy i którą czerwonoarmiści zamienili
w chlew w ciągu niecałego tygodnia. Robili to we wszystkich krajach i miastach,
do których wkraczali; niszczyli, łamali, dewastowali, podpalali, a w dodatku
zasrali – za pozwoleniem – pół Europy, pozostawiając za sobą trwały odór od
brzegów Dunaju do Łaby.
Podłogi w pokojach na piętrze i parterze, w kuchni i suterenie zasłane były
potłuczonym szkłem, rozbitą porcelaną, podartymi gazetami i książkami, wywleczoną z szaf, zbrukaną bielizną, rozprutymi szczątkami materaców – a nuż
jest w nich złoto – pociętymi skrawkami obrazów i puszkami po swinnoj tuszonce. Pani Ludwika brodziła w stertach tego smutnego pobojowiska, ale zanim je
uprzątnęła, oddzielała od zniszczonych rzeczy te, które nadawały się jeszcze
do użytku, a przede wszystkim naczynia kuchenne i stołowe, gdyż z Kalinówki
uniosła jedynie głowy synów i swoją, a teraz musiała zadbać o zagospodarowanie dla nich i dla siebie nowego gniazda. Zmuszona do opuszczenia własnego, potrafiła zachować – pomimo wszystko – współczucie dla innych ludzi,
którzy, gnani przerażeniem przed armią ze wschodu, porzucili swoje domy
i pragnęła, chociaż dla jednej rodziny, ocalić jakieś należące do niej przedmioty. Wyszukiwała zatem starannie to wszystko, co, jak sądziła, miało pamiątkową wartość i umieszczała w dużym, tekturowym pudle, aby kiedyś, w niezbyt
wówczas wyraźnej przyszłości, mogła je komuś przekazać, jeśli w ogóle się
zjawi i zechce odwiedzić znajome strony.
45
W ten właśnie sposób zachowały się, wśród innych rzeczy, o których już napomykałem, ważne papiery i dokumenty Arnolda Hasenfussa. Wynikało z nich,
że doktoryzował się w Berlinie, na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma, a kiedy po
ślubie z Emmą Kaldorf, ustabilizowało się jego życie i zaczęło płynąć spokojnym
nurtem, zaczął powoli myśleć o habilitacji. Wybuch wojny nie tyle przeszkodził
mu w tych zamiarach, ile skłonił do ich odłożenia, uznał bowiem, że powinien
najpierw wypełnić swój patriotyczny obowiązek, a dopiero po zwycięstwie zająć
się osobistymi sprawami. Nie otrzymał jednak natychmiast powołania do armii
i nieco tym zawiedziony, postanowił, na fali ogólnego entuzjazmu, zgłosić się
ochotniczo po mundur i stanąć w wojskowym ordynku.
Utwierdziło go w tym zamiarze wielkie zgromadzenie ludności, jakie odbyło się jesienią czternastego roku pod obeliskiem upamiętniającym żołnierzy
poległych w bitwach z Francuzami, pod którym orkiestra infanterii odegrała
dwa hymny sojuszniczych mocarstw i wszyscy śpiewali Heil dir im Siegerkranz
dla cesarza Wilhelma, a następnie Gott erhalte, Gott beschütze unsern Kaiser,
unser Land dla Franciszka Józefa. A potem wołali ile sił w płucach: Serben
muss sterben! Jeder Schuss – ein Russ! Jeder Stoss – ein Franzos! Jeder Tritt
– ein Britt! Cały Holzmarkt wypełniony był szczelnie wiwatującymi i śpiewającymi ludźmi, w oknach hotelu Deutsches Haus stali panowie i powiewające
chusteczkami panie, w Arnoldzie zaś rosło poczucie łączności z tym tłumem,
ze swymi rodakami, z walczącymi w polu batalionami i gdy sam nakrzyczał się
już i pogniótł podrzucany wielokrotnie melonik, ruszył wydłużonym krokiem
w stronę przystanku tramwajowego, z zamiarem udania się do Langfuhr, do koszar czarnych huzarów i zażądania w stanowczy sposób wcielenia w ich szeregi.
Jaką zawiłą drogą podążały myśli doktora Hasenfussa, jakimi przedziwnymi meandrami krążyły, by w końcu zaprowadzić go na Hochstriess, przed oblicze tego samego pułkownika, którego pytał o porucznika von Goltza, trudno
doprawdy odgadnąć. Można jedynie suponować i to w sposób dość ryzykowny, gdyż w pewnej mierze podważający szczerość jego bojowego entuzjazmu,
iż w najgłębszych pokładach podświadomości przyszłego huzara tkwiły inne
przyczyny, niż ochota do walki i przebijania po kolei jednym sztychem szabli
Ruska, Francuza i Brytyjczyka, a na dodatek Serba. Chociaż sam tak krzyczał
przed chwilą, nie należy chyba sądzić, że był do tego wewnętrznie przygotowany i w pełni akceptował, jako humanista przecież, program zarzynania ludzi
odmiennych niż własna nacji. Wojna jawiła mu się raczej jako pojęcie, nakaz
poświęcenia dla wysokich celów, a zryta pociskami, zasłana trupami i przesiąknięta krwią ziemia, jako pole chwały, nad którym nie unosi się mdlący odór
gnijących ciał, ale jakaś bogini bohaterstwa z łopoczącym sztandarem w dłoni.
Nie kroczył zatem w kierunku koszar przy Hochstriess z wyraźnym zamiarem
uchwycenia w rękę ostrej lancy, służącej do zakłuwania wrogów swego kraju,
lecz z innej potrzeby, której w pełni nie był jeszcze świadomy, z mrocznego,
46
kiełkującego w nim potajemnie pragnienia ukazania się Klarze w mundurze
huzara. Gdyby było inaczej, gdyby kierował się tylko prostą chęcią sięgnięcia
po jakikolwiek przyrząd do zabijania, udałby się z śródmieścia do bliższego
garnizonu, koszar infanterii przy Weidengasse i tam otrzymałby wyposażenie
i broń piechura. Decydując się zatem na konną formację, widział już siebie
w czarnej bermycy na głowie, w szamerowanej kurtce, narzuconej fantazyjnie
na ramiona pelerynce, spiętej pod szyją ozdobną pętlą i w łosiowych spodniach, opinających szczelnie jego masywne uda i uwydatniających solidne
łydy. Pomaszerowałby w tym stroju, przy szabli, podzwaniając ostrogami, na
cmentarz i stanąłby wyniośle przed grobem Klary, aby jej truchło mogło przyjrzeć mu się dobrze pustymi oczodołami czaszki i pożałować, że nie dostrzegło
w nim, gdy jeszcze żyło, tęgiego huzara. Nie musiałoby gzić się z porucznikiem
von Goltzem, rzucać pod koła platformy z piwem i leżeć teraz w zimnym dole,
służąc za żer robakom, zamiast spoczywać w ramionach męża i jego ustom
oddawać swe gorące niegdyś, stworzone do miłości ciało. Powiedziałby też
głośno, aby go tam, pod ziemią, Klara usłyszała:
– Teraz widzisz, co zrobiłaś i kogo straciłaś! – i jeszcze zapytałby, znacznie
ciszej, oczywiście: – Wyznaj mi wreszcie szczerze, możesz już w końcu, czy
ten Goltz był naprawdę lepszy ode mnie?
– Hier ist der Hund begraben – stwierdziłby ktoś z boku, gdyby zrozumiał, co wygaduje ten huzar w galowym mundurze i zapewne miałby rację;
Arnold był tak głęboko zraniony w swej męskiej dumie, że czas, który minął od
śmierci Klary i wykrycia jej zdrady, nie zasklepił jeszcze ciągle jątrzącej się blizny. Nadal doskwierało mu podejrzenie, gryzła bolesna myśl, że von Goltz był
sprawniejszy w dwuosobowej gimnastyce łóżkowej, a co gorsze, wytrwalszy
w zaspokajaniu niewyczerpanych, otchłannych potrzeb Klary na pieszczoty.
W intymnym zespoleniu mężczyzny z kobietą, osiągnięcie sukcesu i zadowolenie partnerki, obarcza niejako z przyczyn anatomicznych, partnera, o ile nie
jest, oczywiście, przygodnym zbliżeniem, lecz aktem opartym na uczuciu, na
głębokiej potrzebie wspólnego, jednoczesnego przeżycia owej chwili najwyższego uniesienia. Tak rozumiał to Arnold, do tego dążył i jak sądził w swej
zarozumiałości, zawsze osiągał. Tymczasem, jak należy przyjąć na podstawie
tego, co się wydarzyło, możliwości Klary i jej wymagania, przekraczały siły
jednego mężczyzny, szukała więc zaspokojenia u drugiego, nie bacząc na spustoszenie, które pozostawi za sobą, gdy rzecz wyjdzie na jaw i triumfujący paw,
zamieniony w rogacza, będzie musiał zwinąć swój tęczowy ogon i skuliwszy
się żałośnie, rozpamiętywać poniesioną klęskę. Rozglądał się też będzie trwożnie, czy nie ma ona świadka, ten upadek bowiem ośmiesza go i dyskredytuje nie
tylko w męskich, lecz także niewieścich oczach.
Zapewne szanowne panie, dziś tak odważne i przedsiębiorcze, tak otwarcie
demonstrujące swe zachcianki erotyczne i tak swobodnie je realizujące, zaopa-
47
trzone w ilustrowane podręczniki i kasety video, podające tysiąc i dwa sposoby
kopulacji, wyciskających ostatnie siły z uznojonych partnerów, uprawiające
seks oralny z przywódcami mocarstw i piszących o tym książki, zmieniające kochanków szybciej niż kapelusze, wzruszą tylko ramionami, słysząc, że
według dawnych, zwietrzałych już obyczajów, ozdobą kobiety była jej cnota,
skromność, a nade wszystko małżeńska wierność i tylko mężczyźni posiadali przywilej relaksu poza domową sypialnią. Nie będą też skłonne pojąć jaką
kompromitacją w owej epoce było rogalstwo i dlaczego doktor Hasenfuss tak
długo przeżywał swój dramat. A wypływał on z poczucia utraty tej dominującej
pozycji nad kobietą, którą przyznawała mu nie tylko obowiązująca tradycja,
lecz sama natura, dająca samcowi przywództwo stada i troskę o zachowanie gatunku, a tym samym instynkt aktywności, jurność i tężyznę. W pewnych jednak
granicach, o czym kobiety rodzaju Klary, zwykły zapominać, domagając się od
swoich partnerów herkulesowych wyczynów, same nie ponosząc, siłą rzeczy,
żadnego ryzyka kompromitacji. A Herkules nie był przecież zwyczajnym mężczyzną, lecz herosem i jeśli nawet zapłodnił na Cykladach czterdzieści kobiet
w ciągu jednej nocy – jak utrzymywali starożytni Grecy – to, zaiste, szanowne
panie, nie pławił się w rozkoszy, ale wykonał ciężką, fizyczną pracę i wypełnił
obowiązek narzucony mu przez Olimp, bowiem w owym czasie Cyklady cierpiały na niedobór mężczyzn i bogowie musieli jakoś temu brakowi zaradzić.
Arnold utracił więc niejako, skutkiem zdrady Klary, męską tożsamość
i pragnął ją odzyskać w mundurze huzara, wszelako został odprawiony z kwitkiem z koszar przy Hochstriess. Wezwano go do armii dopiero w siedemnastym
roku, kiedy cesarz musiał już sięgać po głębokie rezerwy, wygubiwszy na polach bitew niemal połowę z tych żołnierzy, których wysłał do okopów trzy lata
wcześniej. Holzmarkt nie rozbrzmiewał już gromkimi okrzykami entuzjazmu,
z okien hotelu Deutsches Haus nie powiewały batystowe chusteczki, a pod obeliskiem na środku placu, nie koncertowała orkiestra wojskowa. Również doktor
Hasenfuss odebrał kartę powołania bez podniosłego uczucia zapału do walki,
lecz nie podjął próby reklamacji, pożegnał się z rodziną i stawił punktualnie,
w wyznaczonym dniu i godzinie, na Weidengasse, gdyż został przydzielony do
infanterii, jako Kanonenfutter z zaszczytną możliwością złożenia swych kości, obok obgryzionych już przez szczury gnatów innych piechurów, pożartych
wcześniej przez molocha wojny.
Huczał i grzmiał po całych nocach i dniach, wyrzucając z armatnich luf tysiące pocisków, błyskał groźnie wybuchami granatów, przeszywał zasnute dymami przedpola transzei ostrym gwizdem kul, podzwaniał drutem kolczastym,
wył rozpaczliwymi głosami rannych, oblepiał błotem okopów i wydrążonych
w ziemi lejów skulonych w nich żołnierzy, dusił powoli gazem lub zabijał od
razu idących do ataku piechurów, ale oszczędził Hasenfussa, przedziurawiając
mu tylko płuca i miażdżąc biodro, obdarowując w ten sposób, na całe życie,
48
lekkim utykaniem, lecz jednocześnie odznaczając, na pamiątkę wspólnie spędzonych chwil, Żelaznym Krzyżem czwartej klasy.
W drewnianej szkatułce, którą mój Ojciec przechowywał w dolnej szufladzie biurka, były tylko trzy metalowe guziki, kilka mosiężnych łusek i pocisków różnych kalibrów, angielskich, francuskich i niemieckich, trochę monet,
kolorowy bączek z czapki, książeczka wojskowa i odłamek skorupy ręcznego
granatu obronnego z wyskrobanym we wnętrzu napisem: fort Douaumont 26.
Februar 1916...Dziś chyba już dla niewielu coś znacząca nazwa, kiedyś przez
wiele dni nie schodząca z pierwszych stron gazet i jak zły sen wracająca do tych
żołnierzy, którzy w tej rzeźni pod Verdunem brodzili po kolana w błocie i krwi.
Może dlatego ta drewniana szkatułka schowana była na dnie ostatniej szuflady;
Ojciec niechętnie ją wyjmował, kiedy chciałem w niej pogrzebać i zbywał krótkimi odpowiedziami moje pytania, więc w końcu przestałem je zadawać.
Arnold również nie mówił o tym, co przeżył na froncie, ale kiedy go już
wyremontowali w oliwskim lazarecie i wracał z Emmą dorożką do domu, kupił
po drodze gazetę od chłopca, wykrzykującego sensacyjny tytuł:
– WAFFENSTILLSTAND! IM WESTEN WAFFENSTILLSTAND!!
– Nareszcie – powiedział, chociaż to nie było zawieszenie broni, lecz kapitulacja, klęska armii, w której szeregach walczył, wypełniając swój obywatelski
obowiązek, jak się właśnie okazało, daremnie. – Koniec wszystkiego.
Końskie kopyta stukały głośno po bruku, ale Emmie zdawało się, że dosłyszała w głosie męża nie tylko ton ulgi i odważyła się położyć dłoń na jego ręce;
teraz, gdy został powierzony jej opiece, słaby jeszcze, mizerny i jakby zatroskany czymś głęboko, sądziła, że może ośmielić się na taki gest, a nawet zapytać:
– Dlaczego: wszystkiego?
– Bo straciliśmy cesarstwo. W Berlinie rewolucja – wskazał Emmie drugi
tytuł na pierwszej stronie gazety, a po chwili dorzucił, pozornie bez związku:
– We Flandrii, z mojej kompanii, zostało tylko osiemnastu ludzi.
Z drzew alei, ciągnącej się od Langfuhr do Olivaer Tor, opadły już liście.
Jechali nią w milczeniu, gdyż Arnold więcej nie wspomniał o wojnie, chociaż
nagie, pociemniałe gałęzie przypominały mu odarte z kory, osmalone płomieniami konary flandryjskich wiązów, które padały razem z żołnierzami, ścinane jak oni, salwami ciężkich dział. Prześladowały go długo jeszcze obrazy
przeoranej pociskami, rozrytej, zamienionej w cuchnącą maź ziemi pod Ypres,
sterczące z niej czarne kikuty kominów, rozprute ściany domów, roztrzaskane
furgony i wzdęte brzuchy padłych koni, obok żołnierskich trupów, osnute jak
nicią drapieżnego pająka, plątaniną zrudziałego już, kolczastego drutu. Widział
złamane, usiłujące poruszać się jeszcze skrzydła wiatraka z zawieszonymi na
nich, jak żałobne wstęgi, sinymi trzewiami infanterzystów i na dnie leja po artyleryjskim granacie, przerośnięty trawą mundur podoficera, z którego wyciekło
już i wtopiło się w żółtą glinę to wszystko, co kiedyś w nim było. Jawiły mu się
49
w śnie białe palce reflektorów, obmacujące chciwie pole niczyje pomiędzy okopami, w poszukiwaniu żeru dla karabinów maszynowych i oślepiające rozbłyski
rakiet nad liniami zasieków, wydobywające z nocnej czerni widma poległych,
majaczące w zgniłych oparach mgły, unoszącej się nad martwym pobojowiskiem. Zrywał się wtedy z pościeli i patrzył rozszerzonymi z grozy oczami w
mroczne kąty sypialni, jakby tam mogły się jeszcze czaić upiory wojny, podejść
do niego i zabrać z powrotem na czerwone od krwi ściernisko zagłady.
Rozbudzona Emma próbowała pomóc mężowi, pytała co mu się śniło,
ale zbywał ją niechętnym mruknięciem, więc milkła, przykładała znów głowę do poduszki i zaczynała równo oddychać, aby sądził, że zasnęła ponownie.
Czuwała jednak, każdej chwili gotowa wstać, rozpalić ogień w kuchni i zaparzyć Arnoldowi lipowej herbaty z odrobiną mięty na uspokojenie nerwów,
domyślała się bowiem, jakie zmory nawiedzają go w nocy i jakich widziadeł się
lęka. Ona jedna wiedziała, że przywlokły się za nim z okopów i spod kopulastych hełmów obracają ku niemu cieknące już śluzem, opuchłe oczy bez źrenic
i coś szepczą gnijącymi wargami.
Mogła zagłuszyć ten szept, zasłonić mary własnym ciałem, objąć męża
ciepłymi ramionami, ale nie potrafiła przezwyciężyć nieśmiałości, wyzbyć
się obawy, że taki jej gest odczyta opacznie, uzna go za objaw nieprzystojnej,
nieskromnej pożądliwości i odrzuci z niesmakiem. Nie nabyła przecież w tej
sypialni uprawnień kochanki, której wolno wzywać małżonka do czynności
o każdej porze nocy, bez oglądania się na to kiedy wstaje w celu punktualnego
przybycia do pracy. Pod tym względem wszystko zostało po dawnemu w łożnicy Hasenfussów, ziejącej taką samą nudą, jak przed powołaniem Arnolda do
armii. Koszmarne doświadczenia frontowe, codzienne ocieranie się o śmierć
nie wpłynęło na zmianę jego chłodnego usposobienia, nie ożywiło w nim
pragnienia korzystania z darów życia, dopóki jeszcze trwa i Emma pełniła
nadal u jego boku domową służbę, przypominając sobie, że jest kobietą jedynie wówczas, gdy tego zażądał. Natomiast jako matka cieszyła się, że okazywał dzieciom nieco więcej uczucia, co nie przeszkadzało mu w przywróceniu
poprzedniego rygoru, rozluźnionego wyraźnie w czasie minionego roku jej
łagodnych rządów.
Żywot rodziny Hasenfussów wtaczał się zatem powoli w swoje stare łożysko. Po kilkumiesięcznej rekonwalescencji, Arnold, wspierając się jeszcze na
lasce, wkroczył na szerokie schody Technische Hochschule, skręcił w prawy
korytarz na parterze i wszedł do pokoju asystentów. Na jego widok wszyscy
wstali, a obecny w nim również kierownik katedry, podszedł do Arnolda i uścisnął mu mocno rękę.
– Witamy naszego bohatera – powiedział nie rozluźniając uścisku.
– Będziemy zaszczyceni, doktorze, jeśli zechce pan znów pracować razem
z nami.
50
Arnold nie spodziewał się takiego przyjęcia. Koledzy asystenci podchodzili kolejno do niego, potrząsali jego prawicą, a dwóch nawet uczyniło to oburącz, patrząc z atencją na wstążeczkę Żelaznego Krzyża. Emma przypięła mu
ją na wszelki wypadek, chodziły bowiem słuchy, że inwalidzi wojenni, co było
oczywiście wielce oburzające, mają pewne trudności z obejmowaniem swoich
dawnych stanowisk. Recesja szczerzyła już zęby, wielu firmom groziła plajta,
inne ograniczały personel, nie otwierano więc szeroko drzwi przed tymi pracownikami, którzy postradali pełną sprawność, nie biorąc, niestety, pod uwagę
tego, że utracili ją na froncie, chroniąc tyłki dekowników, znających wojnę tylko z gazet. Wyższa uczelnia techniczna nie była wprawdzie prywatnym przedsiębiorstwem, mogła jednak i ona mieć trudności finansowe, więc Emma, pokonując pewien opór męża, skłoniła go do wyjścia z czarno-niebieską baretką
chlubnego odznaczenia.
– Kiedy zobaczą, co dostałeś, nie będą mogli odprawić cię z niczym – mówiła, podając mu kapelusz i laskę, a sprowadzając go ze schodów, dodała jeszcze: – Właściwie powinieneś włożyć swój mundur. Tak byłoby najlepiej.
Zatrzymała się na półpiętrze i usiłowała zaciągnąć męża z powrotem do
mieszkania, lecz Arnold dał zdecydowany odpór jej zamiarom i teraz był zadowolony ze swej stanowczości, ponieważ ukazanie się przełożonemu i kolegom,
tak serdecznie go witającym, w wojskowym stroju, byłoby żenującą, a przede
wszystkim zbędną demonstracją. Kierownik katedry zaoferował mu przecież
nie tylko powrót do pracy, ale zaprowadził nawet do gabinetu rektora Eibela,
aby i ten mógł uścisnąć rękę obrońcy ojczyzny, jak się górnie wyraził.
– Tak, tak, obrońcy ojczyzny... – powtórzył rektor, wyraźnie zatroskanym
głosem. – Tymczasem wrogowie chcą nas od niej oderwać. Niewesołe wiadomości, panowie koledzy, dochodzą z paryskiej konferencji. Stary, niemiecki
Danzig ma zostać wolnym miastem.
Potrząsał siwą głową, jakby nie umiał pojąć, że taki pomysł mógł komukolwiek przyjść do głowy, ale jednocześnie otworzył kunsztownie rzeźbioną szafę,
wyjął z niej pękate lampki i butelkę koniaku.
– Wypijmy za to, aby się tak nie stało – zaproponował, rozlewając odrobinę
alkoholu do lampek. – I za pana szczęśliwy powrót, doktorze Hasenfuss.
Wygłosił jeszcze kilka krytycznych uwag o mężach stanu, rysujących
w Paryżu nowe granice państw tak, jakby dzielili urodzinowy tort, a potem,
zwracając się już bezpośrednio do Arnolda, zaproponował mu uzyskanie venia legendi, do czego, naturalnie, uprawnia tylko habilitacja, oczekuje więc,
że doktor Hasenfuss dokończy wkrótce pisanie rozprawy, które przerwał, aby
walczyć za cesarza i kraj.
– Jednym słowem, doktorze, chciałbym, aby uzyskał pan uprawnienia
samodzielnego wykładowcy, cokolwiek bowiem postanowią ci mędrcy we
Francji, my tutaj, w naszej uczelni, będziemy trwać na swoich stanowiskach.
51
Dlatego – tu pochylił się i dotknął ramienia Arnolda, jakby już powierzał mu
odpowiedzialne zadanie – potrzebni są nam tacy ludzie jak pan. Ofiarni i nieugięci.
Wspomniał też, jakby mimochodem, że w najbliższą niedzielę, pod pomnikiem cesarza Wilhelma I, przy Hohes Tor, odbędzie się zgromadzenie przeciwników paryskich propozycji i byłoby dobrze, gdyby doktor Hasenfuss wziął
w nim udział jako Frontkämpfer, w swoim mundurze i z Żelaznym Krzyżem
na piersi.
– Nie poddamy się tak łatwo – oświadczył, wysączył ostatnią kroplę koniaku i stuknął energicznie pustą już lampką o błyszczący blat biurka. – Pan
Clemenceau usłyszy, co o nim myślimy.
Arnold zastosował się do życzenia rektora, przyszedł na wiec w polowym
mundurze feldgrau, do którego przypiął chlubne odznaczenie i zobaczył wielu,
podobnych inwalidów z orderami, co wcale nie poprawiło mu kiepskiego samopoczucia, każdy bowiem musi sam powłóczyć swoim chromym kulasem, chociażby stało, czy szło obok niego tysiąc innych kuternogów. Również sam musi
sobie odpowiedzieć na pytanie, po co walczył i po co dał sobie przestrzelić płuca,
skoro widzi teraz bezsilne potrząsanie pięściami i wysłuchuje przekleństw miotanych na dyktat wersalski, odrywający jego rodzinne miasto od Vaterlandu..?
Tłum zalegał cały plac, od gmachu banku do hotelu Danziger Hof i gęstniał
przy konnym pomniku kajzera, oklaskując kolejnych mówców i wykrzykując:
– Nieder mit den Franzosen! Nieder mit Clemenceau! Danzig bleibt
deutsch!
– Prosimy do stolika – usłyszał za sobą i pokuśtykał za studentem w korporanckiej czapeczce na głowie, złożył swój podpis na dużym arkuszu papieru,
zasalutował rektorowi Eibelowi, prezydującemu komitetowi protestacyjnemu i zaczął wycofywać się z placu, czując nieprzyjemne mrowienie w nodze.
Pomimo to nie poszedł prosto do domu, skręcił na Holzmarkt, zupełnie teraz
pusty i zatrzymał się przy wojennym obelisku. Oklaski i okrzyki spod Hohes
Tor dochodziły tu wyraźnym echem i Arnold poczuł, że nieznośnie zaczynają piec go oczy, więc przymknął powieki, oparł czoło o zimny kamień, jakby
nasłuchiwał tamtych, sprzed pięciu lat, rzucanych gromko i groźnie na gładką
płytę marmuru: Serben muss sterben! Jeder Schuss – ein Russ! Jeder Stoss – ein
Franzos! Jeder Tritt – ein Britt!
Nie mógł długo zasnąć tej nocy, a kiedy wreszcie zapadł w płytką, męczącą ciemność, upiory pojawiły się znowu. Szły nie kończącym się szeregiem,
wśród rozdartych, czarnych drzew, w żółtych oparach gazu, przenikając przez
kolczaste zasieki i tonąc, jeden za drugim, w ogromnym, błotnistym, wydrążonym przez granaty leju; był już do połowy wypełniony trupami, a na jego brzegu zobaczył przegniły, przerośnięty trawą mundur infanterzysty, pustymi rękawami trzymający wyszczerbiony bagnet i przesuwający go, jak organki, pod
52
hełmem bez czaszki i słyszał, wyraźnie słyszał, że nuci: Morgenrot, Morgenrot,
leuchtest mir zum frühen Tod...
Nie wymyśliłem tej maszkary. Nie muszę wymyślać takich okropności
z tamtej, odległej wojny, ponieważ pamięć o niej była obecna w mojej rodzinie,
zatem pozostała i we mnie. Jako urodzeni w Berlinie, poddani cesarza Wilhelma
II, mój Ojciec i stryj, udali się na jego rozkaz do Francji w żelaznych kapeluszach, czyli pikelhaubach, wuj Sylwester Radowicz służył w Kriegsmarine,
a ze strony matki, z trzech jej starszych braci, jeden poległ we Flandrii, a dwaj
pozostali taplali się w błocie okopów zachodniego frontu, przez całe cztery lata.
Z dalszych krewnych mogę dodać jeszcze do tego szeregu wuja Domalskiego
ze Śremu, kuzyna ojca z Poznania i szwagrów matki z Kobylnicy i Ostrowa
Wielkopolskiego. Tylu ich wywlókł kajzer na swoją wojnę i na każdym, chociaż obca i nienawistna, zostawiła ona swoje niezniszczalne piętno.
Podczas familijnych zjazdów z okazji świąt, w naszym ostrowskim domu
lub u wujostwa Domalskich w Śremie, ci dawni frontowcy nie potrafili się
powstrzymać przed wycieczkami w przeszłość, co okropnie irytowało moją
Matkę i wszystkie ciotki, mnie natomiast bardzo ciekawiło, więc wyciągałem
z wujów różne szczegóły i chyba potrafiłbym jeszcze teraz narysować z pamięci położenie ważniejszych fortów pod Verdunem – oni nigdy nie mówili inaczej – a szczególnie fortu Douaumont, który zdobywał mój Ojciec i wuja Janek
– tak też się mówi w moich rodzinnych stronach – brat Matki. Ten właśnie wuj
zobaczył, gdzieś nad Sommą, czy Marną – dziś już nie pomnę – na ziemi niczyjej, pomiędzy francuskimi i niemieckimi okopami, mundur feldgrau, przegniły,
przerośnięty trawą, z którego wyciekło i złączyło się z błotnistą mazią to, co
było żołnierzem idącym do ataku, a przedtem czyimś synem, bratem, lub ojcem... Mundur opięty był butwiejącym pasem, spiętym klamrą, z zacierającym
się już na niej napisem – Gott mit uns! – i jak przyznawał wuja Janek, śnił mu
się po nocach, obejmował go pustymi rękawami i straszył hełmem bez głowy.
Ojciec nie opowiadał mi takich okropności, lecz stryj i pozostali frontowcy
z naszej rodziny byli mniej wstrzemięźliwi, więc obraz ich dawnej wojny rysuje mi się do dziś wyraźnie i wystarczyłby na materiał do całej, innej wszakże
książki niż ta, którą właśnie piszę. Sądzę jednak, że skoro moi wujowie mieli
swoje obsesje i nocne koszmary z tamtej rzezi, miał podobne również doktor
Hasenfuss, chociaż skrywał je starannie przed Emmą. Jestem więc raczej pewny, że nie zwierzył się żonie również z tego o czym myślał podczas wiecu pod
pomnikiem cesarza Wilhelma I i przy marmurowym obelisku pamięci na Targu
Drzewnym. Poprosił ją tylko, następnego dnia, aby zrobiła mu okład na nogę,
w której nadal odczuwał dokuczliwe mrowienie, zajął się trochę dziećmi, a potem zasiadł do pracy, mając nadzieję, że będzie ona najlepszym remedium na
wszystkie urazy, jakie jeszcze w sobie nosił. Uznał ponadto propozycję rektora
Eibela uzyskania venia legendi, za wysoce obiecującą, ponieważ uprawnienie
53
do prowadzenia samodzielnych wykładów dawało mu w niepewnym, powojennym czasie, względnie bezpieczne oparcie o uczelnię i otwierało perspektywy
na przyszłość, jeśli jakaś pomyślność widniała przed dziwnym tworem wersalskim o nazwie Freie Stadt Danzig.
Arnold nie poszedł żegnać opuszczający miasto garnizon niemiecki, więc
tym bardziej nie chciał patrzeć na defilujących Anglików i nadętych, pęczniejących z dumy, oficerów francuskich, jak stwierdziła Emma, która z Waltraudą
i Jochenem, przyglądała się im z parku przy Silberhütte. Przyniosła też stamtąd
wiadomość, zasłyszaną w tłumie gapiów, że w budynku Komendantury zacznie
niedługo urzędować jakiś brytyjski generał i wydawać zarządzenia, którym
wszyscy będą się musieli podporządkować.
– A ceny idą stale w górę – zakończyła swoją relację, wyjmując z koszyka
mizerne zakupy. – Na obiad zjemy dziś eintopf i sznytki ze smalcem na kolację.
Pensja, którą zaczęła doktorowi Hasenfussowi wypłacać uczelnia, wystarczała jej na razie na utrzymanie domu, jadali jednak skromnie, martwiła się
więc rosnącą drożyzną, w przeciwieństwie do męża, zajętego już swoją dysertacją i wysiadującego całymi godzinami w bibliotece przy Wallgasse, albo
znoszącego z niej sterty książek i przesiadującego nad nimi do późnej nocy.
Cieszyła się, że pochłonęła go praca, a on krążył po starożytnym Rzymie,
wśród jego wspaniałych budowli, ponieważ obrał sobie za temat rozprawy habilitacyjnej, proporcje w architekturze antycznej na przykładach budownictwa
publicznego we wczesnym okresie cesarstwa. Z swej, jedynej wprawdzie, lecz
dość długiej podróży do Italii, przedsięwziętej jeszcze w czasie studiów, powrócił pod silnym wrażeniem monumentalności rzymskich budowli, wyrażających
ambicje imperium, jego potęgę i wielkość, a jednocześnie zaspokajających
naturalną potrzebę człowieka przebywania w otoczeniu odpowiadającym jego
poczuciu piękna, harmonii, symetrii i równowagi, a to właśnie zapewniały mu
niezrównane w swych doskonałych kształtach świątynie i gmachy wzniesione
przez Rzymian. Arnold spacerował więc ponownie wśród zabytków dawnej
stolicy świata pełen podziwu dla kunsztu rzymskich architektów, tworzących
budzące zdumienie dzieła przy pomocy prostych narzędzi i sposobów, a zarazem mających tak doskonałe wyczucie ich proporcji, które, jak nakazywał
Vitruvius, powinny być oparte ściśle na proporcjach ciała dobrze rozwiniętego
człowieka. Studiując traktaty budowniczych Augusta i następujących po nim
cezarów, wertując plany i albumy z rekonstrukcjami całych dzielnic Rzymu,
zatrzymywał się jeszcze raz, w wyobraźni, w miejscach szczególnie wyraźnie
zapamiętanych.
Odeszły gdzieś wojenne upiory, odsunął się jakby cień Klary, a nawet stępił cierń najgłębiej przez nią wbity; twarz Waltraudy, której nie przypatrywał
się już z dawną podejrzliwością. Dziecko zapowiadało się na ładną panienkę,
54
nie sprawiało żadnych kłopotów, otrzymywało w szkole przyzwoite stopnie,
a nawet zaskarbiło sobie rodzaj szczególnej przychylności Arnolda, wykazując
duże zainteresowanie książkami, które przynosił do domu. Trudzia mościła się
cichutko w fotelu z tą, którą pozwolił jej przeglądać, przypatrywała uważnie
rycinom i fotografiom zabytków, a z czasem, ostrożnie, z jakąś niezwykłą, dziecięcą intuicją, nakazującą jej szanować skupienie pracującego przy biurku ojca
– używam takiego określenia, bo przecież jeszcze nie wiem kim jest naprawdę
Arnold dla małej Waltraudy – zaczęła mu zadawać pytania i nie spotkała się
z szorstką odprawą. Doszło nawet do tego, że dostała w prezencie pięknie wydaną Historię Rzymian Christensena z licznymi ilustracjami i potrafiła wkrótce
wymienić z pamięci wszystkie świątynie znajdujące się na Forum Romanum,
ozdabiające go posągi i obeliski, a także wskazać bezbłędnie, na planie, kędy
biegnie Sacra Via, gdzie jest Amphitheatrum Flavium i Circus Maximus, a nawet Arcus Constantini, czy Porta Aurelia. Niebawem zaczęli więc wspólne wędrówki po stolicy cezarów, zatrzymywali się w różnych jej miejscach i Arnold
opowiadał Waltraudzie, z jak niezwykłą umiejętnością, z ciężkich bloków marmurowych, została wzniesiona Kolumna Trajana, jakie znakomite wyczucie
symetrii i proporcji mieli budowniczowie świątyni Wenus i Romy, Jowisza, czy
Teatru Marcellusa. Mając tak wdzięczną i uważną słuchaczkę, czytał jej czasem
krótkie fragmenty swej pracy, zachował jednak w tajemnicy, przykry dla niego i zaskakujący, fakt jej chłodnego przyjęcia na uczelni. Zdecydowała o tym
głównie opinia rektora Eibela, który nie zarzucił wprawdzie dysertacji doktora
Hasenfussa merytorycznej ułomności, owszem, podniósł wysoko rzetelną wiedzę autora o przedstawionych problemach, uznał wszakże ich mały związek
z tymi, jakie przyniosły powojenne czasy.
– Musimy zawsze pamiętać o obowiązku, spoczywającym na elicie umysłowej tego miasta – mówił takim tonem, jakby udzielał upomnienia Arnoldowi.
– Dlatego powitałbym z radością i satysfakcją inną pracę dzisiejszego dysertanta, bardziej zbliżoną do naszych tutaj powinności.
Oznaczało to, że doktor Hasenfuss nie otrzyma jeszcze venia legendi
w Technische Hochschule, wszelako rektor Eibel wezwał go po kilku dniach
na rozmowę w cztery oczy do swego gabinetu, tym razem bez kropli koniaku.
Przypomniał mu o zgromadzeniu pod pomnikiem cesarza Wilhelma I, w jakim
wziął udział i o podpisie, jaki złożył przeciw dyktatowi wersalskiemu, potem
ocenił krytycznie działalność polityków weimarskich, wypełniających ulegle
jego postanowienia i powiedział:
– Ufam, że nadal nie jest pan admiratorem tego monstrum, w jakim obecnie
żyjemy i nie czuje się pan dobrze jako obywatel der sogennanten Freien Stadt
Danzig. Byliśmy poddanymi cesarza, a teraz kim jesteśmy, kolego Hasenfuss?
Niemcy w tym mieście nie są już Niemcami, Polacy nie są Polakami i tylko
Żydzi pozostali Żydami, jak zawsze i wszędzie. A jeśli mi ktoś mówi, że je-
55
steśmy gdańszczanami, albo Niemcami gdańskimi, to go zapytam do jakiego
konsulatu idzie za granicą, w Londynie albo Amsterdamie, jeżeli zgubi swój
gdański paszport?
Błysnął ruszającymi mu się na nosie binoklami i patrzył wyczekująco na
Arnolda.
– Do niemieckiego, naturalnie.
– Do polskiego, kolego Hasenfuss, do polskiego. Tak nas upokorzono
w Wersalu. Tak nas tam sprzedano, wszakże ufam głęboko, że nasz naród zabierze jeszcze głos w tej sprawie, a i my nie będziemy milczeli – mówił to bez
afektacji, lecz z jasną pewnością takiego właśnie obrotu wydarzeń. – Zatem już
obecnie musimy pracować dla przyszłości, każdy na swoim polu.
Poprawił pince-nez, zaakcentował ostatnie słowa plaśnięciem dłoni o poręcz fotela i odchylił się na jego oparcie, oczekując najwyraźniej jakiejś deklaracji Arnolda, on zaś, nieco zaskoczony tego rodzaju wynurzeniami rektora,
oświadczył, że nie należy nawet do stowarzyszenia weteranów wojennych, nie
sądzi więc, aby był z niego jakiś pożytek w innych, aktywnych politycznie gremiach.
– Nie mam, poza salą wykładową, inklinacji do publicznych wystąpień
i byłoby mi trudno...
– Powiedziałem: każdy na swoim polu – przerwał mu Eibel. – I tylko tego
oczekuję od pana, doktorze Hasenfuss. Zamiast krążyć po rzymskich ruinach,
niech pan rozejrzy się dokoła, przypomni, co zbudowaliśmy tutaj, w tym mieście i na tej nadmorskiej ziemi, pokaże pomniki naszej misji cywilizacyjnej...
Gestykulując żywo podniósł wysoko biegłość krzyżackich architektów, gotycką strzelistość wznoszonych przez nich świątyń i dumną wyniosłość potężnych zamków, a gdy Arnold wspomniał, że były już one, częściowo wprawdzie,
tematem jego pracy doktorskiej, zawołał:
– Nigdy za wiele na ten temat! A teraz szczególnie! – i zaraz dodał z emfazą:
– Niech te fortece, doktorze, bronią dziś naszej sprawy, tak samo jak dawniej.
Zapalił cygaro i uznając, że Hasenfuss zrozumiał go właściwie i przyjął propozycję, wspomniał jeszcze o możliwości finansowej pomocy uczelni w wydaniu
drukiem takiej dysertacji, oczywiście bogato ilustrowanej i w dużym nakładzie.
– Najlepiej byłoby, drogi doktorze, gdyby pan posiadał własny materiał
ikonograficzny – Eibel uściślał dalsze szczegóły, jakby rozprawa miała już iść
do druku. – Czy pan fotografuje?
Pytanie rektora zaskoczyło Arnolda, lecz przyznał, że zainteresowała go ta
umiejętność i nosił się nawet z zamiarem organizowanie ze studentami fotograficznych ekskursji, wojna jednak pokrzyżowała mu te plany, wszakże obecnie,
jeśli to możliwe, chętnie by do nich powrócił.
– Mam znajomego fotografa i mógłbym z jego pomocą urządzić na uczelni
małe laboratorium. Niewielkim kosztem – dorzucił, a rektor Eibel przyklasnął
56
temu projektowi i Arnold znalazł się znów w pracowni Zabłockiego, który nie
tylko poznał go od razu, ale również przywitał życzliwie, zapraszając gościnnie
na zaplecze, gdzie zaraz zakrzątnął się koło małego poczęstunku.
– Polskim zwyczajem wypijemy po kieliszeczku – zaproponował. – Na
powitanie po tak długim czasie.
Wódka była mocna, herbata słaba i Arnold, który dawno nie miał w ustach
alkoholu, wzbraniał się trochę przed następną kolejką, ale Zabłocki, znów podpierając się polskim obyczajem, nakłonił go do wypicia na drugą nogę, a potem, twierdząc, że alle guten Dinge sind drei, na trzeci kieliszek, co wytworzyło
pomiędzy nimi owo szczególne zbliżenie, nadające płynności rozmowie i ułatwiające wzajemne zwierzenia. Arnold opowiedział więc Zabłockiemu swoje
perypetie na uczelni z tematem rozprawy habilitacyjnej, wyznał, że przyszedł
prosić go o pomoc, bez niej bowiem nie wywiąże się z rektorskiego zlecenia,
nie otrzyma venia legendi i zapewne zostanie skazany na wieczną asystenturę
przy jakimś profesorze.
– Musi mnie pan nauczyć fotografowania, Herr Cabloki – oświadczył przy
czwartym kieliszku, a przy piątym porozumienie zostało zawarte i Arnold, lekko zarumieniony, wstawał już z krzesła, zbierając się do wyjścia, ale gospodarz
miał w zanadrzu jeszcze jedno przysłowie i zręcznie je modyfikując, wyrecytował:
– Gdy się znajomi rozchodzili, to po jednym zawsze wypili. Strzemiennego!
Ostatnie słowo wymówił w swoim języku i zaraz wyjaśnił, odpowiadając
na pytające spojrzenie Arnolda, że tak żegnali się dawniej Polacy, dosiadając
konia i wsuwając but w strzemię. To przypomniało mu zapewne ułanów, a oni
huzarów i spowodowało, że nagle otwartą dłonią palnął się w czoło, wykrzykując jednocześnie:
– Byłbym zupełnie zapomniał! Znalazłem to zdjęcie!
W pierwszej chwili Arnold, co nieco zamroczony alkoholem, nie skojarzył
niczego, ale kiedy fotograf podsunął mu zabarwiony sepią portret porucznika von Goltza, wytrzeźwiał natychmiast i przybladł. A Zabłocki, nieświadomy
skutków swego odkrycia i sądząc, że sprawia swemu gościowi miłą niespodzianką, wkładał już kartonik do koperty, plotąc pogodnie o swojej skłonności
do bałaganu i roztargnieniu, utrudniającym mu czasem odszukanie w księgach
tego, co sam w nich zapisał.
– Nie stanowię, niestety, wyjątku, Herr Professor. Polacy nie są tak dokładni
i uporządkowani, jak Niemcy. A ten portret został zrobiony, proszę popatrzeć...
– wyciągnął ze stosu innych gruby foliał, otworzył go i nie kartkując wiele,
zatrzymał palec na właściwym miejscu – dwudziestego drugiego października,
tysiąc dziewięćset siódmego roku. Sporo lat temu i tyle się wydarzyło, a pan
porucznik wygląda tak samo jak wtedy. To jest, widzi pan, ta wielka magia
fotografii: zatrzymuje czas!
57
Dopiero teraz spojrzał na Arnolda, sądząc zapewne, że podzieli jego uznanie dla tych niezwykłych możliwości, ukrytych w małych, powleczonych tajemniczą substancją kartonikach, ale jego przyszły uczeń wkładał już do kieszeni kopertę ze zdjęciem huzara i bąkając coś o tym, że wypił za dużo, pożegnał się pospiesznie i niemal wybiegł na ulicę. A w swoim pokoju, jak wówczas,
gdy po raz pierwszy powrócił z pracowni Zabłockiego, czując coraz silniejsze
i szybsze, tępe uderzenia serca, pochylił się nad sepiowym portretem porucznika von Goltza, z którego powoli lecz nieubłaganie, zaczęła wyłaniać się twarz
Waldetrudy.
Zapomniana niemal blizna otworzyła się znowu i każdemu spojrzeniu na
to, przecież coraz mu już bliższe dziecko, towarzyszyła obawa, że dostrzeże
ono w jego wzroku coś nowego, niepokojącego, obcego, unikał więc spotkań
z Trudzią, a ponieważ nie było to łatwe i mogło zostać zauważone, przesiadywał po całych dniach w bibliotece, a Emmie, pytającej dlaczego się tak zamęcza, odpowiadał sucho:
– Mam wyznaczony przez rektora termin i muszę go dotrzymać.
Przyjęła to wyjaśnienie bez urazy dla tonu, w jakim zostało złożone, nawykła od dawna do pewnych szorstkości i chropowatości, pojawiających się
i w głosie męża i w jego postępowaniu wobec niej i dzieci. Nie podejrzewała
również, w swej prostolinijności, że za obecnym zachowaniem Arnolda może
kryć się coś innego, niż rzeczywista konieczność szybkiego zakończenia ważnej pracy, mającej przynieść mu – o czym dobrze wiedziała – upragnione prawo
do samodzielnego prowadzenia wykładów, co oznaczało z kolei podniesienie
uposażenia, perspektywa dla każdej pani domu bardzo istotna i warta znoszenia wszystkich humorów i fanaberii małżonka. Tylko Waltrauda nie potrafiła
zrozumieć dlaczego Vati – tak pieszczotliwie zdrabniała zbyt oficjalnie dla niej
brzmiące słowo Vater – nie ma już dla niej czasu, nie pokazuje jej ciekawych
książek, rysunków i planów fortec i kościołów, którymi się teraz zajmuje.
A doktor Hasenfuss pracował – można tak chyba powiedzieć – z zaciśniętymi zębami. Pisał, zgodnie z sugestiami rektora Eibela, o wzniosłej strzelistości gotyku gdańskich świątyń, o potędze rozsianych na Pomorzu zamków
rycerzy zakonnych, o zawodowej perfekcji architektów w białych płaszczach
z czarnymi krzyżami, łączących umiejętnie obronne partie swoich budowli z ich
funkcjami mieszkalnymi, a nawet reprezentacyjnymi i rekreacyjnymi w jedną,
imponującą formę plastyczną. Osobny rozdział poświęcił rezydencji wielkich
mistrzów zakonu, zwanej Marienburg, posiadającej nawet hortus conclusus,
centralne ogrzewanie, pałacowe komnaty i kościół, a będącej jednocześnie największą fortecą ceglaną średniowiecznej Europy. Mistrz Zabłocki, wprzęgnięty
do współpracy, sfotografował ją ze wszystkich stron, lecz Arnold nie odczuwał
satysfakcji ani z własnego tekstu, układającego się w obszerną, rzetelnie udokumentowaną rozprawę, ani zadowolenia z praktycznego poznawania arkanów
58
sztuki fotograficznej. Brak mu było Waltraudy, z którą mógłby wędrować po
starych warowniach, jak niedawno jeszcze po antycznym Rzymie, pokazać jej
kryształowe sklepienia w marienburskim refektarzu, czy wspiąć się na szczyt
baszty w Frauenburgu i razem z nią spoglądać na wieże katedry, na wewnętrzny
dziedziniec i umocnienia zamku, a wieczorem patrzeć na te same gwiazdy, które mierzył nocami Kopernik i co chwila odpowiadać na jej pytania.
Siedząc przy biurku i porządkując notatki, poprawiając znalezione w tekście błędy lub rozpoczynając nowy rozdział, spoglądał często na pusty fotel,
jakby chciał znów zobaczyć na nim Waltraudę, ale fotografia porucznika von
Goltza stawała mu wtedy uparcie przed oczami. Wiedział, że krzywdzi niewinne przecież dziecko, lecz nie umiał obecnie, gdy zdobył już pewność, że
nie jest jej ojcem, oddzielić Waltraudy od owego momentu, w którym została
poczęta, jakby sama brała udział w tym, co działo się wówczas pomiędzy jego
żoną, a porucznikiem huzarów. W uśpionej, zdawało się, wyobraźni Arnolda,
odżyły ponownie obrazy dwu nagich, splecionych z sobą ciał, prześladujące go
tak długo i doprowadzające do granic obłędu. Biczując się każdym momentem
tej koszmarnej sceny, widział znów rozsypane na poduszce jasne włosy Klary,
jej szeroko otwarte, brązowe oczy i nabrzmiałe usta, wyprężone piersi i białe
uda, rozwierające się coraz szerzej na przyjęcie zwalającego się pomiędzy nie,
masywnego cielska. Oplatała je nogami, przyciągała jeszcze mocniej, jakby
chciała wtłoczyć głębiej, wchłonąć w siebie, poruszające się w niej huzarskie
żądło, a wreszcie, sztywniejąc nagle, odrzucała głowę do tyłu i wspinała się,
skowycząc, na szczyt upojenia.
Poczęciu Waltraudy towarzyszył więc odrażający i przeszywający czaszkę
Arnolda, wstrętny w swym występnym bezwstydzie, krzyk jej matki, a jego
wiarołomnej i wyuzdanej żony. Kiedy myślał o tych wybiegach i kłamstwach,
do których się uciekała, aby w Langfuhr, w jakimś wynajętym pokoju, parzyć
się z porucznikiem von Goltzem, do jakiej perfidnej przebiegłości doszła dla
ugaszenia swej rozpasanej żądzy, której on nie zdołał – niestety – zaspokoić,
występek Klary jawił mu się znów w całej wszetecznej ohydzie, a poczucie
poniżenia powracało z dawną siłą. Ofiarował jej przecież wszystko, co tylko
mężczyzna może dać kobiecie i rozkochany w żonie mąż, a ona wzgardziła
nim dla żołdaka, który ją porzucił, gdy mu się znudziła i wepchnął pod koła
platformy wiozącej piwo dla panów oficerów, licytujących się przy kolejnym
kuflu w kasynie swymi przewagami nad chutliwymi a udającymi skromnisie
mieszczkami, łaknącymi krzepkich, kawaleryjskich uścisków. Szydzili potem
z głośnym rechotem z rogalstwa ich niedołężnych, ogłupionych i naiwnych mężów, hodujących podrzucone im kukułcze pisklęta, jak własne dzieci.
Patrząc na Trudzię, nie potrafił odsunąć od siebie tych obrazów i myśli,
dlatego wolał jej unikać, przeklinając chwilę, w której ustalił, ponad wszelką
wątpliwość, jej podobieństwo do huzarskiego ogiera. Poczucie własnego poni-
59
żenia złączyło się w nim teraz z przykrym przekonaniem, że wyrządza dziewczynce wielką krzywdę swoim zachowaniem. Nie chciał oddalać Waltraudy od
siebie, a nie umiał, przynajmniej obecnie, zbliżyć się ponownie do niej, odsunął
się więc również od własnych dzieci, zasłaniając parawanem pracy. A przecież
nie dawała mu pełnej satysfakcji, co nie znaczyło, że nie wykonał jej starannie;
według opinii rektora Eibela i grona profesorskiego wręcz znakomicie. Po wykładzie habilitacyjnym zebrał szereg gratulacji i został zaliczony do kręgu samodzielnych wykładowców uczelni, z podwyższonym znacznie uposażeniem.
Otrzymał również zapowiedzianą subwencję na wydanie dysertacji drukiem,
rozszerzył ją zatem znacznie, dołączył bogaty materiał fotograficzny i zaniósł
do kantoru edytorskiego, w którym przyjęto go z otwartymi ramionami.
– Słyszałem już, słyszałem – właściciel drukarni odebrał z ukłonem rękopis
z rąk Arnolda. – W naszym mieście wiadomości szybko się rozchodzą i cieszę
się, że pan profesor przyszedł ze swoim manuskryptem właśnie do mnie.
– Jeszcze nie mam tytułu profesora – sprostował doktor Hasenfuss, ale drukarz uśmiechnął się tylko, wyraził przekonanie, że wkrótce go otrzyma, uzgodnił finansowe warunki edycji i opowiadając się za dużym nakładem, oświadczył:
– Ta książka będzie miała powodzenie. Niech pan wierzy mojemu doświadczeniu, profesorze.
Nie pomylił się. Gotyckie budowle naszego Pomorza w twardej oprawie,
ze złoceniami, wydrukowane na kredowym papierze, z pięknymi zdjęciami
starych zamków i kościołów, otrzymały sporo pochlebnych recenzji i znalazły
bardzo wielu nabywców. W ciągu następnych lat były kilkakrotnie wznawiane
i doktor, a wreszcie profesor Hasenfuss, za honoraria ze sprzedaży i odłożone
z wysokich pensji guldeny, zakupił dom z ogrodem przy Kleine Mölde 89.
IV
Z
a panowania Edwarda I Gierka, czyli – jak się wówczas mówiło – w okresie małej stabilizacji, ukształtowały się dość wyraźnie szczeble drabiny
społecznej, wyznaczane ilością posiadanych dóbr materialnych, oraz gatunkami wypijanych trunków, co zwięźle ujmował obiegowy wierszyk, z którego
pamiętam, niestety, tylko fragment. Hierarchizował on obywateli PRL-u w zależności od tego jaki trąbili alkohol i w jakim towarzystwie, a zaczynał się tak:
Nowy podział płac:
w rządzie: zależy, gdzie kto usiądzie –
w sejmie: ile kto funkcji obejmie –
w K.C.: ile kto chce –
dla każdego wypadnie, kto ile ukradnie –
Co się komu należy:
ministrowi: mercedes, whiski i filmowe artystki –
dyrektorowi: wołga, koniaki i kociaki –
kierownikowi: syrenka, wódka wyborowa i koleżanka biurowa –
robotnikowi: dwa piwa i byle dziwa –
Inny wyznacznik pozycji społecznej ustanawiał, licząc od dolnego szczebla, posiadaczy kolorowego telewizora produkcji sowieckiej w małym pokoju
z wnęką kuchenną lub kuchnią bez okna, takiego samego telewizora w większym mieszkaniu, następnie właścicieli telewizora produkcji zachodniej, dostępnego tylko za dewizy w sklepach Pewexu – i tu już zaczynała się wyodrębniona grupa obywateli posiadających, legalnie lub nielegalnie, dolary, funty,
marki, która demonstrowała swoją pozycję zakupami w rzeczonym Pewexie
i Baltonie – dysponujących dużą powierzchnią mieszkaniową (w ramach obowiązujących norm jednemu osobnikowi przysługiwało dziesięć metrów kwa-
61
dratowych), zatem, aby wyprowadzić w pole władze kwaterunkowe, meldowano w tych dużych mieszkaniach jakieś ciotki i babcie, czasem przebywające
już w zaświatach). Do następnej, znacznie już wyższej grupy (podzielonej wewnętrznie na podgrupy), należeli posiadacze wszystkich poprzednio wymienionych dóbr, oraz s a m o c h o d u . Sen o czterech kółkach był jednym z najpiękniejszych w ludowym państwie, a ponieważ sny rzadko się urzeczywistniają,
samochód w PRL-u był trudno dostępny. Tylko używane rzęchy można było
kupić za złotówki, a nowe auta wyłącznie na talony, które otrzymywali przodownicy pracy, górnicy z okazji Barbórki, aktywiści partyjni i znajomi tych,
co rozdzielali owe talony. Rodacy uruchomili więc różne systemy zdobywania
talonów, z łapówkarstwem i pokątnym handlem talonami włącznie.
Posiadacze dewiz mogli, oczywiście – i to był prawdziwy luksus owych
czasów – zamawiać sobie w Pewexie wybrane modele i marki aut produkowanych na Zachodzie i w tzw. demoludach, stąd na polskich ulicach jeździły obok
opli i volkswagenów, moskwicze, wartburgi i skody, pod wieżowcami cementowych osiedli sąsiadowały z sobą citroeny, trabanty i dacie. Kwitł również
import marynarski, można więc było sycić głodny wzrok widokiem lśniących
BMW, mercedesów i taunusów. Za przyzwoleniem Edwarda I wkroczyły wreszcie do miast i miasteczek (tu rzadziej) produkowane w kraju duże i małe fiaty,
nazywane, przez tych, którzy ich nie mieli, sraluchami. Aby je nabyć, trzeba
było w Motozbycie wpłacić odpowiednią kwotę i czekać w kolejce na dostawę
czasem rok i dłużej. Pomimo tych trudności, wzrastała ilość posiadaczy aut, co
nie znaczy, że byli to ludzie zupełnie szczęśliwi, nastąpiło bowiem w ich gronie
ostre rozwarstwienie; tych, którzy jeździli samochodami z demoludów, żarła
zazdrość, gdy mijali samochody zachodnie, dzielące się z kolei wewnętrznie
na marki lepsze i gorsze (tu, dla ścisłości, muszę dodać, że poza wszelką klasyfikacją znajdował się Gomulka-mercedes, czyli dwutaktowa syrenka, poruszająca się najchętniej lewym pasem jezdni, aby nikt nie mógł jej wyprzedzić).
W moim kochanym, rodzinnym Ostrowie na przykład (podobnie było niemal
wszędzie), do elity towarzystwa mogli należeć tylko właściciele samochodów
zachodnich najwyżej notowanych firm, do których nie zaliczał się ani volkswagen, ani taunus, a nawet opel. Tylko w tym ścisłym kółku bankietowano,
urządzano wycieczki za miasto lub wyjazdy urlopowe do Złotych Piasków, nad
Balaton, a gdy Edward I łaskawie popuścił cugli, nawet do Dubrownika.
Prawdziwą high-society ludowego kraju stanowili jednak (o establiszmencie partyjnym tutaj nie piszę, bo on mnie w tym momencie nie interesuje) dopiero ci, którzy posiadali jednocześnie kolorowe telewizory z Pewexu, rasowe
psy, markowe auta zachodnie i wille, zwane dla niepoznaki (wydziały finansowe nie spały) domkami jednorodzinnymi. Według obowiązujących wówczas
norm, powierzchnia takiego domku nie mogła przekraczać stu dziesięciu metrów kwadratowych powierzchni, stosowano więc pomysłowe obniżanie sufi-
62
tów, wkopywano się w ziemię, zmniejszano okna i budowano obszerne domostwa, omijając bezsensowne przepisy.
Natomiast profesor Arnold Hasenfuss wyjął sobie, po prostu, guldeny
z kieszeni i kupił dom z ogrodem, taki jak mu się podobał, nie licząc wcale
jego metrów kwadratowych i nie tłumacząc się z tego powodu przed urzędem
skarbowym. Nie wpisał się też do żadnej elity (należał już przecież do intelektualnej), gdyż wielu ludzi posiadało podobne domy poza obrębem ówczesnego
śródmieścia, prawdziwie zaś luksusowe rezydencje i pałacyki grupowały się
głównie w Langfuhr, szczególnie przy Jäschkentalerweg i biegnącej do Oliwy
Pelonkerstrasse. Już w dawnych wiekach, liczne bractwa i korporacje cechowe, gdańscy patrycjusze i najzamożniejsi kupcy, a nawet uczeni, na przykład
Hevelius, czy później Schopenhauer, fundowali sobie w różnych miejscach
na zacisznych, zadrzewionych peryferiach, liczne dwory, jak tłumaczymy
niejednoznaczny wyraz niemiecki Hof, odnoszący się zarówno do rezydencji
o charakterze pałacowym, jak do gospody, dziedzińca, folwarku lub hotelu.
Szczęśliwie wiele z nich ocalało i do dziś można podziwiać te świadectwa kultury i dobrobytu dawnych gdańszczan.
Wspaniałość wnętrz tych budowli jest mi dobrze znana, a jedna z nich była
przez wiele lat moim drugim domem, pracowałem bowiem w gdańskiej rozgłośni Polskiego Radia, mieszczącej się u zbiegu ulic Uphagena i Grunwaldzkiej,
w dawnej willi fabrykanta likierów, Gustawa Springera. Codziennie, idąc do
swojego gabinetu na pierwszym piętrze, wchodziłem po marmurowych schodach do bogato zdobionego barwną majoliką przedsionka, z niego zaś do ogromnego holu, w którym dominowały imponujące schody z kunsztowną poręczą
i zwisającym z sufitu ciężkim żyrandolem z brązu. Ciemna boazeria, rzeźbione i lustrzane drzwi, witrażowe okna, kominki w salonach i pokojach, dawały
wyobrażenie o tym, jak musiała ta rezydencja wyglądać z pięknymi na pewno
meblami, obrazami, lampami i draperiami, wazonami i serwantkami pełnymi
porcelanowych garniturów do obiadu, kawy, czy herbaty, a także filigranowych
figurek, bo przecież w tym wszystkim lubowała się secesja, willa zaś wzniesiona
została na początku naszego stulecia, w pełnym rozkwicie tego stylu.
W porównaniu z tą i z innymi, podobnymi do niej rezydencjami, posesja
przy Kleine Mölde 89 była dość skromnym domem, w zupełności wszakże odpowiadała potrzebom rodziny Hasenfussów i dlatego Arnold oświadczył uroczyście:
– Nareszcie, Emmo, rzuciliśmy kotwicę. Z tego portu już nie odpłyniemy.
Półkoliste wzniesienie, podobne do ugiętego ramienia falochronu, osłaniało ten port przed nordą, wiejącą od zatoki, a jego szczyt tworzył jakby brzeg
głębokiej misy, wypełnionej zielenią drzew, barwnymi bukietami kwiatów
i czerwonymi jak korale dachami domków, zacumowanych na jej dnie, przy
prostokątnym placyku, wybrukowanym kocimi łbami.
63
Dom Hasenfussów, zakotwiczony w tej zacisznej przystani, miał na parterze kuchnię i trzy pokoje, na piętrze również trzy, a w suterenie jeszcze dwa,
od słonecznej, południowo-zachodniej strony, miejsca zatem było dosyć dla
całej rodziny, tym bardziej, że ubyła z niej Waldetruda, która – jak już wiemy
– wyszła za mąż i nazywała się obecnie Tischler. W pokojach na piętrze umieszczeni zostali chłopcy i Liza, a parterowe zajęła sypialnia Emmy i Arnolda,
jego gabinet do pracy i jadalnia. W suterenie zamieszkała Hedwiga, na którą
wszyscy mówili Hedda, a ostatni pokój, najmniejszy, profesor przeznaczał na
ciemnię fotograficzną, o której wyposażeniu rozmawiał już z Zabłockim. Za
jego namową nabył aparat Voigtländera, mieszkowy, z podwójnym wyciągiem,
metalowy statyw i światłomierz optyczny Bevi, przypominający małą lunetę,
ale prosty w obsłudze i niedrogi, co przy wszystkich wydatkach, związanych
z urządzeniem domu, było dość istotne. Większość mebli Hasenfussowie przewieźli z ostatniego mieszkania przy Thornscher Weg, należało jednak kupić
nową jadalnię, gdyż stara, zdaniem Emmy, nie nadawała się już do użytku.
Arnold nie protestował, chociaż domyślał się właściwych intencji małżonki,
która wymarzyła sobie modny komplet, składający się z kredensu, bufetu z lustrem i oszklonymi szafkami, oraz wyściełanych krzeseł z wysokim oparciem
i stołu, przy którym, po rozciągnięciu, mogło usiąść swobodnie dwanaście osób.
Było też oczywiste, że taką jadalnię zdążyła sobie dawno wypatrzeć i zaprowadziła Arnolda prosto na Breitgasse do dużego salonu meblowego Gustawa
Tarnowskiego, który prowadził ratalną sprzedaż i rozłożył całą sumę za masywny, fornirowany ciemną dębiną komplet, na dogodne spłaty. Transport wliczony
był w cenę kupna i jeszcze tego samego dnia przed dom Hasenfussów zajechał
kryty furgon, zaprzężony w rosłe konie, tragarze wnieśli meble i Emma natychmiast zaczęła wprowadzać się do bufetu.
– Teraz będę miała miejsce na całą porcelanę i stołową bieliznę – powtarzała z zadowoleniem każdemu, kto tylko stanął w progu pokoju, a Lizę zapędziła
do przetarcia denaturatem szybek w bufetowych szafkach, które również zapełniła zaraz wysokimi, ozdobnymi kieliszkami z barwionego kryształu i czeskim
serwisem do kawy, malowanym w chińskie pagody i smoki.
Uległość Arnolda w sprawie jadalni mogła, w rzeczy samej, nic nie oznaczać i niczego nie zapowiadać, oznaczała wszakże i zapowiadała. Wprawdzie
sam profesor, zapytany o przyczyny, dla których pomniejsza obszar swej dominacji, odpowiedziałby zapewne, że spełnienie jednego życzenia małżonki,
która nigdy niczego nie żąda, nie podważa jego pozycji familijnego suwerena,
w rzeczywistości jednak zaczął się z niej powoli wycofywać i zmieniać swój
stosunek do Emmy. Wprawdzie doceniał już znacznie wcześniej, szczególnie
w okresie ostrej inflacji powojennej, skrzętną zapobiegliwość żony, chroniącą
rodzinny stół przed skutkami kryzysu, jej cichą, codzienną, niezawodną dbałość
o potrzeby męża i dzieci, zaradność wszelako i pomysłowość, jaką wykazała
64
w urządzaniu nowego gniazda, wprost go zdumiała, a jednocześnie zastanowiła. Nie protestował więc przeciw pozornie zbędnemu wydaniu pieniędzy na
modną jadalnię, skoro dawna jeszcze istniała, ale kiedy zobaczył piękne meble,
rozstawione już w przeznaczonym dla nich pokoju, doszedł do wniosku, że
stare wyglądałyby w nim szkaradnie i zauważył w życzeniu Emmy racjonalne,
a co więcej, estetyczne podstawy. Stąd blisko już było do konstatacji, że płeć
niższa, a jego żona w szczególności, posiada pewne umiejętności, dotychczas
jej odmawiane lub niedostrzeżone, zdolność podejmowania rozsądnych decyzji,
może zatem, a nawet powinna uwolnić męża od zajmowania się wszystkimi drobiazgami i wyręczać go w wielu sprawach. Pozostawił więc na głowie Emmy
dalsze urządzanie domu i cały ogród, w którym zresztą lubił również popracować
dla rozprostowania kości. Razem z Jochenem sadził więc, według jej planu, młode drzewka owocowe, krzewy agrestu i porzeczek, podczas gdy Liza i Norbert
pastowali podłogi w swoich pokojach i w holu na parterze. Zajęć było więc sporo
i Arnold szybko zrozumiał, że Emmie potrzebna będzie pomoc domowa. Tak więc
u Hasenfussów znalazła się Hedwiga Notcker, nazywana zdrobniale Heddą.
Dla młodych dziewcząt z wiosek, a Hedda pochodziła z Kiezmarku, praca
w mieście, była swego rodzaju szansą na odmianę losu i niezbyt ciekawego życia,
toteż amatorek na służące, jak wówczas mówiono, nie trzeba było długo szukać.
Spodziewały się one uzbierania po jakimś czasie pieniędzy na posag, zatem łatwego i dobrego zamążpójścia po powrocie do swej wsi, a najlepiej w mieście za
chwackiego czeladnika piekarskiego, ślusarskiego lub krawieckiego.
Hedda zwierzyła się Emmie, że myśli o stolarskim, ponieważ mógłby on
przejąć po jej ojcu warsztat w Kiezmarku, albo go sprzedać i otworzyć własny
w Marienburgu.
– Tutaj ci się nie podoba?
– Jeszcze jak! – wykrzyknęła Hedda. – A najwięcej kościoły. Tylko tu jest
wielka drożyzna, a w Marienburgu życie tańsze i łatwiejsze.
Dziewczyna była więc praktyczna i bystra. Szybko zorientowała się, że
w sklepach są różne ceny na te same towary, potrafiła targować się po kaszubsku na rynku i z rybakami nad Motławą, toteż Emma wysyłała ją chętnie po
zakupy, sama poświęcając większość czasu na upiększanie wnętrza domu, które
stawało się coraz bardziej przytulne.
– Rozwieszaj te swoje firany i firaneczki, makatki i zasłonki, a sama paraduj po pokojach jak kopciuch – zrzędziła Tante Schiele, która nie omieszkała
zjechać z Berlina na lustrację posesji Hasenfussów, zachwyciła się jej położeniem, pochwaliła co należało, czym bardzo ujęła profesora, karciła jednak Emmę,
gdy nie było świadków, za wyraźne zaniedbywanie własnej osoby. – Popełniasz
wielkie głupstwo, że tak się rozciągasz i harujesz od rana do wieczora. Możesz to
wszystko zrobić wolniej, a trochę pamiętać o swoim wyglądzie. Zajrzyj w lustro,
chociaż tego nie lubisz, to zobaczysz do czego się doprowadziłaś.
65
Szykowna, jak zawsze wypielęgnowana, ciągle młoda i ponętna Brunhilda,
potrząsała z dezaprobatą swoimi ufarbowanymi na ciemną miedź włosami
i bezskutecznie podsuwała Emmie wyjęte z torebki lusterko.
– Najpierw, ciotko, urządzę dom, a potem będę przeglądała się w lustrach
– usłyszała w odpowiedzi na swoją reprymendę. – Obiecuję.
– A ja ci nie wierzę – Brunhilda sięgnęła po srebrną papierośnicę, osadziła w długiej, szklanej cygarniczce mentolowego salema, błysnęła płomykiem
z zapalniczki i zaciągnęła się wonnym dymem. – Kiedy byłam u was ostatnio,
jeszcze na Thornscher Weg, też obiecywałaś mi różne rzeczy.
– Nie pamiętam.
– Bo nie chcesz – lekkim stuknięciem w szklaną rurkę długiego, pociągniętego czerwonym lakierem paznokcia, Brunhilda strząsnęła popiół z papierosa.
– Jak ty, pani profesorowa, pokazujesz się w ogóle ludziom na oczy? Sąsiadom
chociażby.
– Prawie nikogo tu jeszcze nie znam – tłumaczyła Emma. – A do miasta
nie wychodzę.
– Nawet w niedzielę do kościoła? – brwi ciotki uniosły się nieco. – Jaki tu
macie najbliżej kościół?
– Chrystusa Króla, przy Sandgrube – wyraźnie zawstydzona Emma opuściła wzrok na biały obrus. – Ale tam są polscy księża.
– Nie wykręcaj się. Bóg zna wszystkie języki. W niedzielę pójdziemy razem na mszę – Brunhilda była zdecydowana sięgnąć nawet po wsparcie niebieskich sił dla wydobycia profesorowej, jak lubiła obecnie mówić, z otchłani
domowych zajęć. – A w sobotę do fryzjera.
– Panu Bogu nie jest potrzebna moja ondulacja – odcięła się zgrabnie
Emma. – Mogę iść do kościoła tak, jak stoję.
– Dobrze – zgodziła się nieoczekiwanie Brunhilda. – Tylko co na to powie
twój mąż? Myślisz, że się ucieszy?
Upiła z filiżanki mały łyk trochę wystygłej już kawy, wypuściła z ukarminowanych ust cienką smużkę dymu i sądząc, że przyparła profesorową do muru,
czekała na jej kapitulację, Emma wszakże nie spieszyła się z odpowiedzią. Miała
przecież dla berlińskiej piękności, przywiązującej tak dużą wagę do zewnętrznego wyglądu kobiety, zaskakującą zapewne wiadomość, że Arnold, teraz właśnie,
gdy jest tak zaniedbana, wydaje się zbliżać do niej bardziej niż kiedykolwiek
w poprzednich latach ich małżeństwa. Najpierw podsunęła więc ciotce talerzyk
z konfektami, a potem, pochylając się nad stołem, oznajmiła poufnym tonem:
– Mój mąż się zmienił.
– Na gorsze?
– Nie powinnaś tak mówić – Emma spojrzała z wyrzutem na Brunhildę.
– On jest dobrym człowiekiem.
– Tylko tyle możesz o nim powiedzieć?
66
– To bardzo dużo, ciotko.
– Ale nie wszystko – upierała się Brunhilda. – Przecież narzekałaś na niego. Znowu nic nie pamiętasz?
– Wiem, co mówiłam – Emma nie próbowała zaprzeczać. – Dzisiaj bym
tego nie powtórzyła, bo chyba lepiej rozumiem Arnolda. A teraz, w tym domu,
układa się między nami tak dobrze, jak nigdy dotąd.
– W sypialni też?
– Czy dla ciebie, ciotko, istnieje tylko łóżko? – w głosie Emmy pojawił się
ton wyraźnej dezaprobaty. – Tylko w nim szukasz męża?
– Bo tam jest najbardziej potrzebny. Cała reszta to jedynie dodatek –
oświadczyła Brunhilda z nieobyczajną, jak się wydało Emmie otwartością, ale
powstrzymała się od jakiejkolwiek na ten temat uwagi, pytając tylko:
– A może jest inaczej? Może są takie małżeństwa...
– Jak profesorostwo Hasenfussowie – dopowiedziała ciotka z lekką irytacją.
– Pleciesz bzdury, bo niczego prawdziwego nie przeżyłaś. Chwalisz Arnolda,
bo się niby zmienił i pozwala ci rządzić, a ja myślę, że on tylko zrzucił wszystko
na ciebie i teraz może grzebać spokojnie w tych swoich książkach.
– Nieprawda – obruszyła się Emma. – Posadził w ogrodzie czternaście
drzewek owocowych. I nalegał, żebym sobie wzięła jakąś dziewczynę do pomocy. Kiedyś nawet by o tym nie pomyślał, chociaż dzieci były małe i miałam
pracy po łokcie.
– Nalegał – powtórzyła Brunhilda i podobnie jak wytrawny myśliwy przechodzi obojętnie koło tropów leśnego drobiazgu, wypatrując śladów grubego zwierza,
tak i ona wyłowiła spośród innych tylko to słowo i zatrąbiła na alarm, nachylając
się ku Emmie. – Co wiesz o tej dziewczynie? Przyjrzałaś się jej dobrze?
– Pochodzi z Kiezmarku, z porządnej rodziny – wyjaśniła Emma, dorzucając z zaciekawieniem: – Po co mam się jej przyglądać?
– Bo jest młoda, zdrowa jak rzepa, ładna, piersiasta... – Brunhilda przerwała wyliczanie, jakby coś ją powstrzymało, dokończyła wszakże z determinacją
i bardzo dosadnie – a dupę ma szeroką jak wrota. Tylko wjeżdżać.
– Ciotko! – niemal z przerażeniem wykrzyknęła Emma i podniosła ręce gotowa zapewne zakryć sobie uszy, gdyby Brunhilda chciała mówić dalej, lecz ona
zabrała się do zapalania następnego papierosa i dopiero po chwili powiedziała:
– W piasek chowają głowy tylko strusie. Mądra kobieta trzyma oczy zawsze otwarte. Mam nadzieję, że rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć.
– Aż za dobrze. I przykro mi, że to usłyszałam – głos Emmy był stłumiony
i suchy. – Arnold nie zasłużył sobie na takie podejrzenia.
Zdawało się, że zaraz wstanie z krzesła i nawet za cenę urażenia tak zawsze
miłego gościa, przerwie tę nieprzyjemną już dla niej rozmowę, ale Brunhilda
była szybsza; przysunęła się do Emmy i swoją miękką, gładką dłoń położyła na
jej spracowanej, szorstkiej ręce.
67
– Nie chciałam w niczym uchybić ani tobie, ani profesorowi – zaczęła mówić łagodnie i niemal cicho – jednak są rzeczy, z których musisz sobie zdać
sprawę i które już dawno powinny być ci znane. Tylko ty, moja kochana, w tej
swojej prostoduszności i uczciwości, nie chcesz nawet o nich wiedzieć, a co
dopiero myśleć, że mogą się blisko ciebie zdarzyć.
– Straszysz mnie, ciotko, tym, czego się nie boję. I zostaw Arnolda w spokoju. On ma ciekawsze zajęcia niż uganianie się za kobietami. Może wyjdziemy do ogrodu? Zobaczysz, jak mi wszystko rośnie.
Chciała wysunąć rękę spod dłoni ciotki, ale Brunhilda przycisnęła ją do
stołu i uwięziwszy w ten sposób, nachyliła się ku Emmie.
– Posłuchaj mnie uważnie, profesorowo – poprosiła, patrząc Emmie prosto w oczy. – Nie mam zamiaru niczym cię straszyć, ale podetkanie pod nos
Arnoldowi takiej młodej dziewuchy, może nie wyjść na dobre ani tobie, ani
jemu.
– Powiedziałam ci już...
– Słyszałam – ucięła Brunhilda, nie pozwalając sobie przerwać. – Profesora
bardziej zajmują książki niż kobiety, z tobą włącznie... – gdyby potrafiła, zapewne cofnęłaby ostatnie słowa, lecz Emmie nie drgnęła nawet powieka, więc mówiła dalej. – Twój Arnold może być dziesięć razy profesorem, ale ciągle pozostaje
mężczyzną. A nawet najlepszy z nich ma zapisane gdzieś w środku, to samo,
co inni: libido. Natura im to zapisała i nic na to nie poradzą. Jednych pociągają
kobiety silniej, drugich mniej, ale wszyscy mają do nas słabość. Jeżeli są normalni – uzupełniła, dorzucając jeszcze dla ścisłości – i często zachciewa się im
odmiany.
– To również nakazuje im natura? – zapytała ironicznie Emma. – W takim
razie rozpustnikom należy wszystko wybaczyć.
– O, nie! – Brunhilda uwolniła rękę Emmy, gdyż dla podkreślenia swego
protestu uniosła własną i potrząsając, jakby ostrzegawczo, wskazującym palcem, zawołała: – Nigdy! Mój grubasek już się o tym przekonał.
– Pan Minkus?
Oczy Emmy rozszerzało powoli zdumienie, nigdy bowiem nie przypuściłaby, że zwycięska uroda ciotki może kiedykolwiek doznać drobnej nawet porażki.
Tym mniej prawdopodobna wydawała się klęska jej bujnego ciała, poniesiona
na odwiecznym polu bitwy dwóch płci, w dodatku zadana przez dobrodusznego
pana Minkusa, który codziennie całował ręce swej żony, często kupował prezenty
i przynosił kwiaty, tocząc przed sobą, na krótkich nóżkach, okrągły brzuszek.
– Tak. Wierny i zawsze uśmiechnięty Mini. Wyobrażasz to sobie?
Brunhilda przyłapała go w kuchni ze służącą. Zazwyczaj wstawała późno,
wylegując się w łóżku do dziesiątej, albo nawet dłużej, spokojna o śniadanie
męża, wychodzącego na ósmą do banku, gdyż codzienne jajka na miękko, biały
ser, świeże bułeczki i kawę zbożową z mlekiem, podawała mu Gerda. Była wyso-
68
ka i koścista, miała cienkie i rzadkie włosy, małe, wodniste oczy, krótki, perkaty
nos i wąskie usta, które ciągle oblizywała końcem języka, więc piękna pani domu
mogła być również spokojna o to, że nie będzie stanowiła żadnej pokusy dla
Miniego i smacznie spała, nie zdając sobie sprawy z tego, co dzieje się w kuchni,
kiedy jej grubasek skończy pałaszować śniadanie.
– Wyobraź sobie, profesorowo, że ten drań jadł tyle nabiału, bo, jak mi kiedyś powiedział, wzmaga on potencję. Myślałam, że robi to dla mnie, a on miał
jeszcze do obsłużenia tę długą, chudą szkapę.
– Mogłaś sama podawać panu Minkusowi śniadanie – zauważyła Emma,
niezbyt wstrząśnięta kuchennym dramatem, gdyż sposób w jaki przedstawiała
go Brunhilda, a szczególnie zarysowany przez nią jadowity portret rywalki,
raczej ją rozbawił. – Moim zdaniem straciłaś męża przez własne lenistwo.
– Nie masz racji. Mini mnie zdradził z taką wywłoką, bo chciał odmiany.
Tego samego, co się zachciewa wszystkim durnym chłopom, jakby myśleli, że
ta druga, albo trzecia, ma coś innego między nogami, niż żona. To im się stale
roi w tych głupich łbach, bo coś mają w nich przekręcone.
– Mówiłaś, że przez naturę – przypomniała Emma. – To znaczy, że są niewinni. Robią to, co muszą. Biedny pan Minkus. Po co poszłaś do kuchni. Nie
mogłaś leżeć sobie w łóżku? O niczym byś nie wiedziała.
– Bardzo się dziwię, że ty, taka cnotka, stajesz po stronie łajdusa – obruszyła się Brunhilda. – Pić mi się chciało i widać przeznaczenie zaprowadziło mnie
dokąd należało, bo mogłam przecież zadzwonić na Gerdę. Na nocnym stoliku
mam dzwonek.
Najwidoczniej owo przeznaczenie kazało jej również poruszać się cicho
w korytarzu, nie spłoszyła bowiem występnej pary. Musiała nawet czuć się bardzo bezpiecznie, ponieważ do uszu Brunhildy dotarł kobiecy śmiech, podobny
do końskiego rżenia i męskie nawoływania, jakieś – Hop! Hop! i Hej! Hej! –
więc dwoma susami dopadła drzwi kuchni, szarpnęła je ostro i stanęła w progu,
porażona ohydnym widokiem; Gerda leżała połową swego długiego, kościstego ciała na stole, z nosem wciśniętym w skorupki jajek i okruchy białego sera,
wystawiając chudy i goły tyłek na ochocze zabiegi pana Minkusa. Przyciśnięty
do żółtawych, pomarszczonych i zwiędłych półdupków służącej, wspierając się
rękami o jej biodra, z opuszczonymi do łydek spodniami, Mini wykonywał niemal gimnastyczne skłony i okrzykami przynaglał Gerdę do szybszej galopady,
powodując tym jej radosne piski i chichoty, połączone z konwulsyjnym podrygiwaniem całego tułowia.
– Kwiczała jak rozparzona kobyła – podsumowała Brunhilda swoje dźwiękowe wrażenia. – A mój grubasek piłował ją tak dzielnie, że w ogóle nie zauważył, co się dokoła niego dzieje.
Emma zrezygnowała już z protestów. Zarówno przeciw szczegółom opisu,
jak i coraz jędrniejszemu słownictwu ciotki, więc milczała zawstydzona a za-
69
razem ciekawa epilogu tej sceny, kończącej jednocześnie małżeństwo państwa
Minkusów. Dowiedziała się zatem, że Brunhilda, odzyskując wreszcie władzę
w nogach, ruszyła prosto w stronę wiadra z wodą, zawsze stojącego na ławeczce koło westfalki i wychlusnęła całą jego zawartość na zamroczonych zmysłową zajadłością, kuchennych lubieżników.
– Zapewniam cię, profesorowo, że na żadnej komedii z Hansem Moserem
i Theo Lingenem, nie śmiałam się tak, jak wtedy – kąciki ust byłej pani Minkus
zaczęły drgać, jakby i teraz ogarniała ją wesołość. – Ta szkapa z mokrym łbem
i gołą dupą i ten głupek Mini z opuszczonymi portkami i odpiętymi szelkami,
wyglądali jak po katastrofie morskiej. Nie wiedzieli zupełnie, co się z nimi dzieje.
Ciekła z nich woda i oczy wyłaziły im na wierzch tak mocno, jakby miały za
chwilę wypaść na podłogę. A psiutas Minkusa opadał tak szybko i flaczał, że był
podobny do spłoszonej, chowającej się pod jego wielki brzuch glizdy.
Emma, zupełnie już skonsternowana, opuściła powieki, Brunhilda natomiast, coraz bardziej rozbawiona lub zręcznie udająca rozbawienie, zaniosła się
głośnym śmiechem, sięgając jednocześnie do torebki po chusteczkę dla osuszenia zwilgotniałych rzęs.
– I co było potem? – Emma zajrzała do dzbanka z kawą, aby nie patrzeć
w oczy ciotce. – Co zrobiłaś z tą Gerdą?
– Wyrzuciłam ją z domu. Razem z Minkusem. Rozwiodłam się z tym świntuchem pół roku temu. Teraz jestem wolna jak ptak – Brunhilda skończyła manipulacje z chusteczką i dodała z nutą wyraźnej satysfakcji, mającej zapewne
zmniejszyć rozmiar poniesionej w małżeństwie klęski: – Od całych dwóch miesięcy. Po zerwanych zaręczynach z moim Erwinem.
– Mein Gott! Kto to znowu jest?
Emma złożyła ręce, jakby chciała pomodlić się za ciotkę, a Brunhilda,
już opanowana i ożywiona – taką była zawsze, gdy mówiła o mężczyznach,
znajdujących się w orbicie jej zainteresowań lub wpływów – opisując owego
Erwina, nie szczędziła słów pełnych uznania dla jego surowej, niemal brutalnej urody, kontrastującej zaskakująco z wytwornymi manierami, znawstwem
literatury i malarstwa, a zwłaszcza muzyki, którą nawet amatorsko uprawiał,
grając na fortepianie i śpiewając stare ballady i romance.
– Słuchając go czułam się jak średniowieczna dziewica, w której zakochał
się piękny minstrel, zamierzający porwać ją z warownego zamku i posiąść nad
potokiem, szemrzącym w dębowym gaju. Ach... – Brunhilda westchnęła głęboko,
a Emmie znów robiły się okrągłe oczy, gdyż spodziewała się, że jej ciotka za chwilę sama zanuci miłosną pieśń trubadurów, ona jednak, po chwili zadumy, stwierdziła tylko z ponownym westchnieniem: – Och, jakiż on był romantyczny...
– To dlaczego z nim zerwałaś?
Trzasnęło ostro kółko zapalniczki, Brunhilda wchłonęła kłąb dymu i porzucając liryczny nastrój, stuknęła gniewnie o stół srebrną papierośnicą.
70
– Bo mi przyniósł małżeńską ankietę. On jest oficerem w takim zafajdanym,
czarnym wojsku, niby gwardii przybocznej jakiegoś Heklera, czy Hiklera, który żąda, aby każda narzeczona tych jego przydupasów wypisała w odpowiedniej rubryce, czy umie gotować, wycierać tyłki dzieciom, szyć, cerować i co
myśli o strojeniu się, perfumowaniu i malowaniu ust... – Brunhilda wyliczała
pytania ankiety z rosnącą irytacją. – Ten śmierdziel chce znów zapędzić kobiety
do garnków, prania gaci, sprzątania, prasowania koszul i portek. Wyobrażasz to
sobie? No, więc powiedziałam Erwinowi: albo ja, albo Hekler.
– I kogo wybrał?
– Prosił mnie na kolanach, żebym nie rozdzierała mu serca. A ja na to, że
nie chcę być w jego sercu razem z Heklerem. Rzuciłam Erwinowi ten papier
pod nogi i na tym się skończyło.
– Pewnie żałujesz?
– Jeszcze jak, ale trudno – przymknęła lekko powieki. – Tak ładnie mi
śpiewał wieczorami...
Kuchenna zdrada pana Minkusa, tej miłej, uśmiechniętej kuleczki na
krótkich nóżkach, była porażająco niedorzeczna i bardzo bolesna przez wybór partnerki, gdyż Gerda należała do ścisłej czołówki najbrzydszych berlinianek, mieściła się jednak w skali pojęć Brunhildy, a nawet ją potwierdzała.
W porównaniu z jej bujnym ciałem, pełnym rozkosznych, tajemnych zakamarków, pieszczonych subtelnie przez wytrawnych miłośników, dobieranych
starannie, dla chwilowej lub trwalszej błogości, szkielet Gerdy obciągnięty
żółtawą i zwiędłą powłoką, mógł służyć wyłącznie dla zaspokojenia samczego apetytu na zmianę obiektu pożądania. Dziś Brunhilda powiedziałaby, że
jest on zakodowany w męskich genach, wówczas jednak mówiła o instynkcie,
naturalnym popędzie, zgodnym z powołaniem samca do utrzymania gatunku
i w ten sposób osładzała sobie dotkliwą gorycz ujmy, jakiej zakosztowała jej
kobieca duma, zresztą po raz pierwszy w życiu. Pogodziła się więc z taką nawet, zwycięską rywalką, wybuchnęła jednak wewnętrznym buntem przeciw
rywalowi, temu jakiemuś Heklerowi, czy Hiklerowi, który stanął pomiędzy
nią a Erwinem, przecież nie z przyczyny zdrożnych skłonności jej urodziwego trubadura do obu płci jednocześnie, lecz z innych, dla niej zupełnie
niezrozumiałych racji.
Obiły się jej wprawdzie o jedno ucho, ale wyszły drugim, niejasne pogłoski o pojawiającym się w różnych miastach dziwnym proroku, wygłaszającym
podniecające przemówienia, sama jednak przebywała w zupełnie innym świecie, do którego nie docierały wiecowe pokrzykiwania, zatem nie zapamiętała
nawet nazwiska tego, głośnego już w kraju profety, teraz jednak postanowiła go
obejrzeć i posłuchać, aby się dowiedzieć, kim jest człowiek, zdolny do zawładnięcia samym gadaniem tyloma ludźmi, a zwłaszcza Erwinem, przy którym
znów zaczęły rozkwitać jej stworzone do miłości piersi, ramiona i biodra.
71
Sport-Palast nabity był do ostatniego miejsca, ale Brunhildzie udało się dotrzeć w pobliże mównicy, otoczonej przez młodych mężczyzn w czarnych, obcisłych mundurach i czapkach z trupimi czaszkami na głowach. Dojrzała wśród
nich Erwina i załomotało jej serce, ale jego pospieszne stukanie przygłuszył
nagły, wydobyty z tysięcy gardeł, ogłuszający krzyk:
– Sieg Heil! Sieg Heil!
Zakołysały się czerwone sztandary z białym kołem pośrodku, przekreślonym dziwnym znakiem, jakby krzyżem o złamanych końcach i na podium
wszedł mówca, niewysoki mężczyzna w brunatnej koszuli, ciemniejszych nieco bryczesach i brązowych butach z cholewami. Nie miał na głowie czapki,
a część jego ciemnych włosów, starannie rozdzielonych przedziałkiem, opadała
mu na czoło i lewą brew. Pod nosem ciemniał mu również krótki, szczotkowaty
wąs, zdający się poruszać, gdy lustrował spojrzeniem krzyczący tłum, a raczej
wpijał się w niego oczami, jakby chciał zahipnotyzować tych ludzi, zanim do
nich przemówi. I chyba posiadał magnetyczne zdolności, gdyż bez jednego gestu uciszył całą salę, wyczekał jeszcze dłuższą chwilę, a kiedy można już było
usłyszeć przelatującą muchę, rzucił pomiędzy zbite przy sobie głowy, dwa słowa ostre jak sztylety i jak one przeszywające:
– Deutschland erwache!
Przeprowadziliśmy się już z ulicy Wrocławskiej 150 na aleję Słowackiego
29, róg Konopnickiej i tam właśnie pierwszy raz usłyszałem o Hyclerze, a przynajmniej zapamiętałem to nazwisko w takiej właśnie formie, w jakiej wymawiał je wuja Janek z Przygodzic. Nie przekręcał go złośliwie, ponieważ tego
dnia nie miał najmniejszej ochoty do żartów i kpinek. Był wyraźnie zaniepokojony, trącał końcem biczyska cholewę swego buta i popatrywał na mojego Ojca
spod zsuniętych brwi.
– Powiedz, Zygmunt, co myślisz o tym Hyclerze? – pytał, a Ojciec kręcił
głową również zafrasowany i zaraz obaj zaczęli mówić o Gdańsku i o tym, co
się zaczyna dziać w tym mieście. Nie interesowało mnie to zupełnie i wyszedłem z domu na podwórze, gdzie stała furmanka wuja Janka, zaprzężona w parę
rosłych gniadoszy o lśniącej sierści i długich grzywach. Na koźle siedział kuzyn
Wacek i pałaszował klapsztulę z wątrobianką, ponieważ nie lubił odchodzić
od koni i nie dawał się namówić na wejście do domu i wypicie szklanki gorącej herbaty. Był starszy ode mnie, wyższy i silny, nigdy jednak nie wykorzystywał swej przewagi, a miał do tego wiele okazji, podczas moich pobytów
w Przygodzicach, do których również zjeżdżali, w pogodne niedziele, kuzynowie Wenderscy z Zacharzewa. Wacek prowadził nas wszystkich do Trzcielin, na
groblę, dzielącą rozległe stawy, gdzie mogliśmy, pod jego czujnym okiem zażywać kąpieli. Po powrocie z Gdyni i Juraty, w której spędziłem z Rodzicami
część moich pierwszych, a zarazem ostatnich przed wybuchem wojny, szkolnych
wakacji, stawy trzcielińskie wydały mi się małymi bajorkami przy niezmierzo-
72
nym obszarze Bałtyku. Miały wszakże nas chronić, według strategii wuja Janka,
przed Hitlerem, którego nadal nazywał Hyclerem, gdyby odważył się ruszyć na
Polskę.
– Utopi się w nich, razem ze swoimi blaszanymi tankami – oznajmił wuj
podczas podwieczorku, który ciotka podała na oplecionym winem ganku.
– Wystarczy podnieść stawidła i od doliny Baryczy, aż do Antonina wszystko
zostanie zalane wodą.
Rozstawił na obrusie talerzyki, obrazujące łańcuch stawów, tworzących
obronną zaporę, z równo pokrojonych kawałków drożdżowego placka sformował brygadę niemieckich czołgów i strzepnął wymownie palcami.
– Już po nich – oświadczył, dodając po chwili: – Niech lepiej siedzi w Berlinie na tyłku, bo u nas może go sobie poparzyć...
Tak odnosił się do wiecowych wyczynów niemieckiego Führera wuja
Janek z Przygodzic, a w stolicy Rzeszy wrzask tłumu ogłuszał Brunhildę.
Huczał w jej uszach, zmieszany z głosem mówcy, narastającym również do
ochrypłego krzyku, więc poza bólem w skroniach wyniosła z wiecu tylko niejasne poczucie niepokoju i wielki zamęt myśli, głównie wszakże obraz swego
byłego minstrela, przeobrażonego teraz w czarnego paladyna, wpatrzonego z
pełnym oddaniem i podziwem w miotającego pioruny wodza.
– Nie spotkałaś się więcej z tym Erwinem?
– Nawet nie próbowałam – Tante Schiele odęła dumnie usta. – Chyba nie
myślisz, że będę konkurowała z jakimś hipnotyzerem.
– Jeżeli się kocha...
Emma zawiesiła głos, a Brunhilda zerknęła na nią z wyraźną zachętą.
– Dokończ. Jeżeli się kocha, to co..? Zwija się ambicję w trąbkę?
– Pewnie tak ... – Emma traciła pewność pod badawczym spojrzeniem ciotki. – Mogłaś zrobić pierwszy krok.
– A ty na moim miejscu zrobiłabyś?
– Nie porównujmy się. Twoje życie i moje... – przechyliła głowę w prawo
i w lewo – to chyba dwa bieguny.
– Zimny i gorący? – zażartowała Brunhilda i zaraz, poważniejąc, zadała
nowe pytanie. – Powiedz mi, Emmo, ale zupełnie szczerze: kochasz Arnolda,
czy jedynie przywykłaś do niego?
Na stole leżały różne przedmioty, którymi Emma mogła zająć palce w tak
kłopotliwej chwili, wybrała więc łyżeczkę i wzrok jej padł na wygrawerowane
w srebrze cyfry.
– Tu jest data naszego ślubu – podsunęła łyżeczkę Brunhildzie. – Zobacz,
ile to już lat minęło. Myślę, że...
– Serce nie myśli, tylko czuje – ciotka nie spojrzała nawet na kunsztownie
wyżłobione, lecz nieco już zatarte cyferki. – Mów jasno i wyraźnie.
– Muszę? Po co chcesz to wiedzieć?
73
– Wspomniałaś, że profesor się zmienił, ale nie powiedziałaś nic o sobie
– nalegała Brunhilda. – Jak się teraz układa między wami?
Od początku rozmowy Emma wiedziała, że ciotka doprowadzi ją do takiego właśnie miejsca, lecz wcale nie będzie chciała poznać szczegółów ich nowego życia przy Kleine Mölde 89, ale zapragnie otworzyć drzwi do sypialni na
parterze, uważa ją bowiem za najważniejszy pokój w całym domu, posiadający
wpływ na wszystko, co się w nim dzieje. Tymczasem, jak zwykle, działo się
w nim niewiele i stanowił on głównie miejsce nocnego odpoczynku, spokojnego snu małżeńskiego, wreszcie małą salę koncertową dla poświstującego, nosowego instrumentu profesora, któremu niekiedy akompaniowało pochrapywanie
profesorowej. Wówczas Arnold, zapewne pragnący ciszy dla swoich solowych
występów, unosił się na łokciu, próbując starym sposobem pogwizdywania
przerwać emisję niepożądanych dźwięków, a gdy to nie skutkowało, nakłonić
akompaniatorkę do zmiany pozycji. Pochylał się nad leżącą na wznak Emmą,
przybliżał usta do jej ucha i dotykając ramienia, powtarzał szeptem:
– Połóż się na boku... Proszę, połóż się na boku.
Najczęściej, mamrocząc coś niezrozumiałego, przekręcała się wtedy w
pościeli, mościła jeszcze chwilę i ustępując pola nosowi męża, posłuszna mu
nawet w śnie, równym i bezgłośnym już oddechem poświadczała wykonanie
jego polecenia, rano niczego nie pamiętając.
– Nie budziłaś się nigdy?
– Bardzo rzadko.
– I co wtedy?
– Kładłam się na boku i spałam dalej. Tylko czasem...
– Co..?
Poza Brunhildą nie miała żadnej powiernicy, nikogo z kim mogłaby podzielić
się swoimi najskrytszymi myślami, komu powierzyłaby te pragnienia, które nawet sama zaledwie ośmielała się dostrzegać i rozpoznawać, więc musiały jej wystarczać rzadkie wizyty ciotki dla zrzucenia z serca wszystkich nagromadzonych
w nim ciężarów i uwolnienia tajemnic, ale teraz zawahała się, nim powtórzyła:
– Tylko czasem... czasem chciałabym, żeby mnie objął.
Brunhilda nie roześmiała się, chociaż to pragnienie Emmy mogło się jej
wydać zabawnie skromne. Sama nie miała przecież żadnych oporów przed okazaniem swoich zamiarów mężczyźnie, z którym chciała się zbliżyć, rozumiała
przecież, że dla Emmy jest to próg trudny do przekroczenia. Mimo to postanowiła ją do tego nakłonić i dlatego zapytała:
– A ty nie potrafisz?
– Ja..? – w spłoszonym głosie Emmy odezwały się długie lata tresury, wpajanych w nią zasad i ograniczeń, przypominanych nakazów i zakazów, cały
ciężki bagaż wychowania, który ciągle jeszcze z sobą niosła. – Jak to sobie
wyobrażasz?
74
Ciotka spodziewała się takiej właśnie reakcji, więc teraz uśmiechnęła się
tajemniczo i chowając do torebki papierośnicę i zapalniczkę, oświadczyła:
– Zwyczajnie. Po drodze powiem ci, jak to się robi.
– Po drodze? – zdumiała się Emma. – Dokąd idziemy?
– Do fryzjera – Brunhilda wstała z krzesła. – Moja pierwsza myśl była
dobra. Od tego zaczniemy.
Nie zważała już na opory i wykręty Emmy, nie słuchała jej tłumaczeń i zaciągnęła profesorową na niedaleką Karthäuserstrasse, do zakładu fryzjerskiego,
w którym spędziły pełne trzy godziny.
Znacznie trudniej przedstawiała się sprawa zakupu kapelusza, apaszki
z szyfonu i szeregu innych drobiazgów, upiększających kobietę, ale Brunhilda
posiadała duży dar przekonywania i posuwając się nawet do groźby natychmiastowego powrotu do Berlina, jeśli Emma nie zgodzi się przyjąć od niej tych
kilku prezentów, przygotowała prawie wszystko do odmiany wyglądu profesorowej. Pozostał jeszcze problem sukni, lecz i ten rozwiązała pomysłowość
ciotki i krawieckie umiejętności Emmy. Wprawdzie przegląd przepastnej szafy z garderobą i podjęcie decyzji, z której kiecki zrobić atrakcyjną toaletę nie
przyszło obu paniom łatwo, zdążyły wszakże na czas z przeróbką, a z pomocą
Heddy nakryciem stołu w jadalni do uroczystej kolacji ze świecami. Pretekstem
całej imprezy miały być urojone urodziny Brunhildy, która ubrała się niezwykle
skromnie, chcąc stanowić jedynie tło dla Emmy, przeistoczonej, jak w bajce,
z szarej myszki domowej w strojną, powabną damę. Role były więc rozpisane, scena przygotowana, tylko główna bohaterka sztuki nie mogła opanować
tremy; zupełnie roztrzęsiona, blada z przestrachu, mimo różu na policzkach,
próbowała jeszcze nakłonić Brunhildę do odwołania spektaklu.
– Arnold się z nas wyśmieje – tłumaczyła ciotce gorączkowo – albo będzie
niezadowolony. Może nawet zły.
– Na moich urodzinach? Przy dobrym winie? – Brunhilda zdecydowanie
rozpraszała obawy Emmy. – Tylko przestań się trząść, bo wszystko zepsujesz.
– Pan profesor idzie! – zawołała czuwająca przy oknie Hedda i z piętra
zbiegła Liza z Norbertem, aby powitać ojca, powiesić w antrejce jego kapelusz
i laskę, zdjąć mu trzewiki i podać miękkie pantofle. Jochen, zwolniony już z tego obowiązku, zszedł nieco później, dla podkreślenia swej pozycji najstarszego
syna, lecz i on, zgodnie z obowiązującym w rodzinie Hasenfussów, patriarchalnym obyczajem, ucałował rękę profesora i odebrał od niego teczkę, jak zwykle
wypchaną książkami. W składzie codziennego komitetu powitalnego zabrakło
jedynie Emmy, toteż profesor, przypuszczając, że przyjazd Brunhildy zakłócił
porządek domowy, zapytał, ściągając brwi:
– A gdzie wasza matka? Chyba nie wyszła z ciotką?
Nie otrzymał odpowiedzi od zobowiązanej do milczenia młodzieży, więc
ruszył ku drzwiom jadalni, otworzył je na oścież i znieruchomiał na widok
75
zastawionego do kolacji, odświętnie przybranego stołu, palących się świec
i dwóch kobiet w wieczorowych toaletach, podchodzących do niego, jedna posuwistym krokiem salonowej pantery, druga natomiast, w której rozpoznał po
chwili własną żonę, drobnym truchcikiem onieśmielonej jakby sytuacją, wszelako szykownej i powabnej damy.
Drgające płomyki świec rzucały migotliwy odblask na jej miedziane, wysoko upięte włosy, kamienie kolczyków zwisających z uszu, obnażone ramiona i wyłaniające się z głębokiego dekoltu piersi, strzeżone przypiętą do sukni
różą.
W oczach Arnolda, obejmującego niedowierzającym spojrzeniem postać
Emmy, pojawiło się to, co zgodnie z przewidywaniami Brunhildy, powinno
się w nich pojawić, była więc spokojna o dalszy przebieg wydarzeń, oraz ich
epilog, po zakończonej kolacji. Jego opis nie jest możliwy, ponieważ państwo
Hasenfussowie zamknęli starannie drzwi sypialni, należy więc uszanować
szczególną prywatność tego miejsca i zrozumiałą potrzebę odosobnienia znajdujących się w nim osób. Można jedynie przypuścić, z dużą dozą prawdopodobieństwa, że owej nocy poczęty został Dieter, nazywany pieszczotliwie przez
rodziców Dirkiem. Ciotka Brunhilda została jego chrzestną matką, a chrzestnym
ojcem brat profesora, Maks, natomiast podniosła ceremonia przyjęcia najmłodszego z Hasenfussów na łono Kościoła, odbyła się w bazylice św. Mikołaja.
Latem 1974 roku rozbawiał gdańszczan swoisty dialog, prowadzony na ulicy Szerokiej przez wycięte z styropianu i umieszczone na dachach oświadczenia: władza ludowa ogłaszała dumnie – XXX LAT POLSKI LUDOWEJ – na
co padała odpowiedź z bazyliki – 700 LAT DOMINIKANÓW W GDAŃSKU.
– Często wybieraliśmy się z Danielą w niedzielne przedpołudnia do tych białych zakonników, ponieważ odprawiali w swoim kościele łacińską mszę świętą.
Nadal ma ona dla mnie bardziej uroczysty charakter niż nabożeństwo polskie
i pomaga w większym skupieniu, co wydaje mi się dość ważne. Chciałem również, żeby Daniela przysłuchiwała się pięknemu i dostojnemu brzmieniu mowy
starożytnych Rzymian i łatwiej zdecydowała się na wybór klasy z łaciną, kiedy
skończy szkołę podstawową i zacznie chodzić do liceum. Bardzo zależało mi
na tym, aby odebrała humanistyczne wykształcenie, nie tylko dlatego, że rozświetla ono drogę w ciemnym labiryncie splątanych ścieżek otaczającego nas
świata; liczyłem również, że dzięki niemu mój dobry kontakt z Córką jeszcze
się utrwali i pogłębi przez częste rozmowy na wspólnie interesujące nas tematy.
I tak się właśnie stało, przedłużyło na okres studiów, dzięki czemu mieliśmy
partnerskie stosunki, zamiast martwego sezonu, jaki podobno często występuje
w trudnym dla rodziców i dziewcząt okresie ich dojrzewania. Ponieważ nic jednak nie trwa wiecznie, zatem skończyły się studia Danieli i zjawił Marcin, a na
niego nie mieliśmy już sposobu, ani Irena, ani ja i zostaliśmy sami w naszym
domu, który zrobił się nagle pusty i cichy. Młodzi odwiedzają nas wprawdzie
76
niemal codziennie, ale to już nie jest to samo; kiedy zbliża się północ, nie słyszę
dochodzących z piętra tych wszystkich odgłosów, które zawsze towarzyszyły
przygotowaniom Ireny i Danieli do snu. Buba również nie kręci się pomiędzy nimi i nie tupie łapkami, ponieważ dobiegły kresu jej dni i teraz, nie tylko
nad ranem, ale o różnych porach nocy bezszelestnie zjawia się w moim pokoju
na parterze Matylda, alias Meluzyna, wlepia we mnie żółte ślepia i miauczy.
Oznacza to, że jest głodna, chce się jej pić lub pragnie wyjść na dwór; kiedy
jednak otwieram jej drzwi do ogrodu, biegnie do swojej miseczki, a jeśli napełniam ją kocimi, chrupiącymi przysmakami, kieruje się w stronę drzwi. Potrafi
mnie tak dręczyć kilka razy w ciągu nocy, więc doprowadzony tym do pasji,
wylewam na nią potok najgrubszych przekleństw, jakie znam, a zebrałem ich
bogatą wiązankę w różnych językach, podczas moich morskich wypraw, w portach zachodniego i wschodniego wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. Obsypując
nimi łeb Meluzyny, zastanawiałem się jednocześnie nad zmienną naturą kobiecego serca; przecież tę kotkę przyniosła do domu Daniela, chociaż, zalewając
się łzami, twierdziła po stracie Buby, że nigdy o niej nie zapomni i żadnego
stworzenia nie pokocha już tak, jak naszej brązowej jamniczki. Irena też mówiła coś w tym rodzaju, a teraz obie płaszczą się przed Meluzyną, zabiegają o jej
względy, karmią szwajcarskim serkiem, krojoną w cieniutkie paseczki świeżą
wołowinką, wędzonymi rybkami i obsypują komplementami, a ona przyjmuje
te hołdy nie ruszając nawet wąsami; kiedy się nimi znudzi, podnosi ogon i wskakuje na ciepły parapet nad kaloryferem lub wychodzi do ogrodu łowić myszy
polne, w czym wykazuje, co muszę przyznać, pełny profesjonalizm i perfekcyjną technikę. Każdą upolowaną mysz, zgodnie z kocimi obyczajami, kładzie
na schodach przed drzwiami domu, siada w pobliżu, mruży ślepka i oczekuje
pochwały. Wybaczam jej wtedy wszystko, ponieważ sporo myszy kręci się koło
domu, niektóre nawet przedostają się do środka i gdyby nie Meluzyna, tępiąca
je skutecznie, mielibyśmy duże kłopoty z tymi nieproszonymi lokatorami. Nie
wiem, jak radzili sobie z nimi Hasenfussowie, nie natrafiłem bowiem na ślady
żadnego kota w posesji przy Kleine Mölde 89, obecnie wszakże, w wielu domach przy Wyczółkowskiego, pełnią swoją odpowiedzialną służbę te kieszonkowe tygrysy. O czarnej Mruczce i dostojnym Pikolu państwa Koprowskich
już pisałem, więc uzupełnię tę listę o Maćka redaktora Sowy, Kitę doktorostwa
Śliźniów, który żyje w wielkiej zgodzie z ich olbrzymią owczarzycą kaukaską,
Malwą, o podobnej, kocio-psiej rodzinie państwa Burzyńskich i czterech kotach pani Porębskiej, których imion nie mogę jakoś zapamiętać, chociaż widuję
je często, schodząc do tramwaju lub idąc do sklepu, jak baraszkują za płotem
lub w naszym małym parku, ku uciesze bawiących się w piaskownicy dzieci.
V
O
d pamiętnej kolacji, rubinowej od wina, rozjaśnionej uśmiechami i płomykami świec, życie rodziny Hasenfussów potoczyło się innym już kołem. Zachowały się wprawdzie w jego obrotach ogólne ramy dawnego,
feudalnego systemu zależności, profesor piastował nadal najwyższą godność
seniora, lecz rządził łagodniej, szczególne względy okazując małżonce. Jeszcze
nie miał odwagi całkowicie przed nią się otworzyć, opowiedzieć jej wszystko
o Klarze, poruczniku von Goltzu, a tym bardziej o Waldetrudzie, wyzwalał się
jednak spod ciężaru minionych przeżyć, wsparty o nową więź z Emmą, o to
niespodziewane z nią zbliżenie, które dokonało się wbrew utajonym w nim
zahamowaniom i obawom. Doświadczony poprzednio tak boleśnie, sądząc, że
jest bardziej bezpieczny w skorupie pewnego dystansu i rutynie małżeńskich
powinności, kontentował się nieomal senną uległością Emmy i nie próbował
obudzić w niej żadnego z tych demonów, które drzemią, jak sądził, w każdej
kobiecie, a uwolnione pożerają mężczyznę, wydanego ich władzy.
Instynktowny mizoginista, dotknięty urazami i samolubny w swych lękach, nie oczekiwał więc tego, o co nie zabiegał, lecz chyba podświadomie
pragnął, skoro tak szybko i bez oporów dał się zwabić do pułapki skonstruowanej przez Brunhildę z najprostszych kobiecych przynęt: pięknego stroju,
kunsztownie upiętych włosów, ponętnie odsłoniętego ramienia i dyskretnie
wabiącego biustu, karminu na ustach i odrobiny henny na brwiach i rzęsach.
Rozpoznając w strojnej damie swoją szarą Emmę, a jednocześnie dostrzegając
po raz pierwszy jej zmysłowy wdzięk, uświadomił sobie, że odkrywa przed nim
swe pragnienia, że porzuciła bierną powolność, aby mogli się wreszcie, póki
jeszcze czas, wzajemnie odnaleźć.
Noc osłoniła bezpiecznym mrokiem ich późne spotkanie, poranek wszakże
wystawił oboje na trudną próbę spojrzenia sobie w oczy; byli jakby zmieszani,
skrępowani sobą, niemal zawstydzeni tym, co się wydarzyło, rozmiarem szaleń-
78
stwa, które ogarnęło dwa dotąd tak powściągliwie traktujące się ciała, nagłym
wyzwoleniem utajonej namiętności i gwałtownością łączącego je porywu. Nie
znajdując innego wyjścia i za obopólnym, milczącym porozumieniem, udawali
samych siebie z poprzednich poranków, zachowywali się tak, jakby nic się nie
stało i należało jedynie rozstrzygnąć, czy na śniadanie zjedzą smażone, czy też
ugotowane na miękko jajka. Musieli chyba mieć trochę czasu na przełamanie
wzajemnego onieśmielenia, na oswojenie się, dostosowanie do nowej zupełnie
sytuacji, w jakiej się znaleźli. Przypominali więc owych ludzi z dawnych mitów
i podań, którym zmrok nadawał jakieś osobliwe usposobienie i kształt, a świt
przywracał do dawnej postaci, odbierając wszelako pamięć o tym, czego dokonali i co przeżyli w nocnych ciemnościach.
Ten szczególny dualizm, bez porannej amnezji, nie trwał na szczęście zbyt
długo. Roztapiał się w codziennych zajęciach w domu i w ogrodzie, który dawał spóźnionym kochankom wiele sposobności do wymiany coraz śmielszych
znaków porozumiewawczych: uśmiechu, spojrzenia, dotknięcia rąk, gdy pochylali się wspólnie nad kwiatową rabatą, a nawet sekretnego pocałunku, kiedy
nie było w pobliżu dzieci. Zachowali przecież, przy całej, odmładzającej ich
przemianie, świadomość swych lat i wystrzegali się śmieszności.
Intymne życie rodziców znajdowało się, dla Emmy i Arnolda, w jakiejś
zamkniętej, nieznanej i właściwie nie istniejącej zupełnie strefie. Do owego,
pamiętnego momentu, w którym Emma, stanąwszy w otwartych drzwiach sypialni, zobaczyła splecione z sobą ciała matki i ojca, nie łączyła ich z realnymi
postaciami kobiety i mężczyzny, ponieważ oboje, w jej oczach, nie posiadali
żadnej płci, egzystując niejako poza jej obrębem, poza fizyczną odmiennością
ludzi, dostrzeganą przecież u innych osób i stanowiącą z czasem przedmiot
coraz większego zainteresowania. Natomiast dla Arnolda, który nie przeżył
podobnego wstrząsu, rodzice nie stanowili żadnego cielesnego obiektu, jakby
zostali utworzeni z szczególnej substancji, o właściwościach nie podlegających
jego chłopięcym dociekaniom, koncentrującym się wyłącznie na intrygujących
wypukłościach, zaznaczających się pod sukniami pań i bluzeczkami dziewcząt.
Nauki w zakresie seksu pobierał, oczywiście, u starszych kolegów szkolnych,
podobnie przecież błądzących po jego tajemniczych obszarach, otoczonych
ścisłym kordonem milczenia we wszystkich domach, zgodnie z surowymi nakazami epoki. Zdobywając wiedzę o sekretach ukrywanej przed nim strony
życia tak okrężną i pokrętną drogą i sam ją w ten sposób przekazując innym
chłopcom, edukację swoich synów powierzył również ich własnej przedsiębiorczości. Wtłoczony w twarde rygory obowiązujących obyczajów, nawet nie
zastanawiał się, mówiąc ściślej, nad tą stroną wychowania dzieci, nad możliwością, czy potrzebą ich uświadomienia, ponieważ takie praktyki nie miały
w ogóle zastosowania i w jego, światłej przecież, profesorskiej głowie, myśl
o ich wprowadzeniu także się nie pojawiła. Zbędnie zatem byłoby domniemy-
79
wać, że kiedykolwiek w przeszłości rozmawiał na ten temat z Emmą i dopiero
teraz, gdy doszło do tak wielkiej odmiany w ich małżeńskim życiu i okazało
się, że będą mieli bobaska, zaczął zastanawiać się nad sposobem przygotowania
dzieci do tego wydarzenia.
– Najpierw porozmawiam z Jochenem. Jest najstarszy.
Nad toaletką Emmy paliła się lampka i jej twarz odbijała się dwukrotnie
w skośnie ustawionych bocznych lustrach, toteż widział, że kręci głową i zmienił zamiar:
– Masz rację. Najlepiej będzie jak ty powiesz o dziecku.
– Jochenowi?
– Lizie. Ona to chyba łatwiej zrozumie.
Emma przestała rozczesywać włosy, odwróciła się i zginając w palcach
grzebień, zaproponowała niepewnie:
– Może w ogóle nic im nie mówić..?
– Jak to sobie wyobrażasz? Przecież... – chciał powiedzieć, że dzieci zobaczą jej zaokrąglające się kształty, ale zamilkł, aby nie urazić żony, Emma jednak
myślała również o zmianach, jakie nastąpią w jej wyglądzie, gdyż położyła
wymownie ręce na płaskim jeszcze brzuchu i wyznała bezradnie:
– Będę się wstydziła, Arni. Cieszę się na to dziecko. Tak bardzo się cieszę,
że nawet nie umiem tego powiedzieć. Cały czas myślę o tym, że już tam jest,
że we mnie rośnie, a przecież chciałabym się z nim teraz gdzieś ukryć... Jochen
niedługo skończy siedemnaście lat. A jeszcze Liza i Norbert... – zawiesiła z zakłopotaniem głos. – Nie są już małymi głuptasami. Naprawdę, źle się poczuję,
kiedy zaczną gapić się na mnie. Rozumiesz to?
– Staram się – Arnold wstał, odebrał Emmie grzebień, rozdzielił jej włosy
na trzy pasma i zaczął pleść z nich warkocz. – Próbuję sobie przypomnieć, jak
to było zanim urodził się Maks, mój brat, ale chyba nie przyglądałem się specjalnie matce. Wolałem bawić się moimi ołowianymi żołnierzykami.
– Ile miałeś wtedy lat?
– Siedem. Chodziłem do szkoły.
– Norbert jest starszy. Pewnie dowiedział się już różnych rzeczy od koleżków – Emma poprzez lustro toaletki spojrzała na Arnolda. – Szkoda, że nie od
nas.
Oboje znaleźli się więc w pułapce, którą sami na siebie zastawili, jednocześnie nie ponosząc za to winy, postępowali bowiem wobec swych dzieci dokładnie tak, jak postępowano wobec nich w rodzicielskich domach. Nie przełamali obowiązującego tabu, a teraz, na jakąkolwiek edukację, było już za późno.
Patrzyli więc na siebie, zatroskani, a wreszcie Arnold powiedział:
– Trudno. Jest, jak jest. A radość będzie wielka, kiedy już urodzisz.
Związał koniec warkocza aksamitną tasiemką, a Emma odchyliła głowę
i z nagłym ożywieniem oznajmiła:
80
– Pojadę do Berlina.
– Co to za pomysł? Teraz musisz się oszczędzać. Dbać o siebie, a nie podróżować. Nigdy dotąd nie ruszałaś się z domu i nagle...
– Pojadę do Berlina – powtórzyła Emma, jakby nie brała pod uwagę zastrzeżeń męża. – Ciotka Brunhilda ma duże mieszkanie, zostanę u niej i wrócę
dopiero z dzieckiem.
Najwyraźniej zadowolona z takiego rozwiązania, podniosła się z taboretu
i oparła dłonie na ramionach Arnolda, oczekując jego aprobaty, a dostrzegła
marszczące się czoło i uniesione zdumieniem brwi.
– I co wtedy powiesz? – zapytał rzeczowo i chyba zbyt głośno. – Że znalazłaś je u Tante Schiele w komodzie?
Chciała cofnąć dłonie, trochę urażona chłodnym tonem pytań, więc szybko
ujął jej ręce i zaczął mówić zupełnie innym, ciepłym i ściszonym głosem:
– To dziecko, Emmo, musi urodzić się tutaj, w tym domu, a kiedy dorośnie
i założy nową rodzinę, tu również zaczną przychodzić na świat nasze wnuki,
bo tu będzie...
– Nie rozpędzaj się tak, Arni – wtrąciła Emma, rozchmurzona już zupełnie,
a nawet rozbawiona. – Pomyśl najpierw, gdzie nas wszystkich pomieścisz.
– Est modus in rebus – zacytował natychmiast Arnold. – Kuchnię można
łatwo przenieść do sutereny.
– I nosić rosół po schodach? Ostudzi się. Albo Hedda potknie się o jakiś
stopień i cały rosół wyleje.
– Zamontujemy mała windę. Hedda pokręci na dole korbką i waza z rosołem wyjedzie w jadalni. Co powiesz na to?
– Że mamy za mały stół. Nie usiądzie przy nim razem taka gromada
Hasenfussów.
Przekomarzała się żartobliwie z Arnoldem, a on nie protestował, chociaż
rozsnuwał przed nią, piastowaną wcześniej w myślach i na pewno jej również
bliską, miłą wizję rodzinnego domu, w którym oboje, do późnej starości, cieszyć się będą widokiem swoich wnucząt, a może nawet prawnucząt, baraszkujących wesoło w rozległym ogrodzie, pełnym zieleni, kwiatów i drzew.
– Kupimy duży stół – odpowiedział Emmie poprzez okrzyki maluchów
i szmer liści grusz, śliw i jabłoni, sadzonych jego własnymi rękami, a których
konary, gdy spoglądał teraz w mające nadejść lata, rozrosły się i nęciły obfitością dorodnych owoców; chyba nawet zobaczył samego siebie, zrywającego te
owoce dla skaczących wokół niego dzieci, bo uśmiechnął się do tego przyszłego obrazu i dodał
– Bardzo duży stół.
Niektóre z tych drzew, sadzonych przez profesora Hasenfussa, tyle lat
temu, do dziś jeszcze owocują. Najobficiej rodzi, rok w rok, czereśnia, która zawsze, w pierwszym tygodniu maja zamienia się w cudowny biały bukiet
81
i wtedy mówimy z Ireną, że wygląda jak panna młoda, idąca do ślubu, pachnąca
i wabiąca do siebie złote pszczółki: kiedy się wówczas stanie w jej pobliżu,
słyszy się nieustanny koncert, dźwięczne brzęczenie ich pracowitych, małych
skrzydełek, wirujących w promieniach wiosennego słońca. Niedaleka sąsiadka czereśni, rosnąca również na szczycie skarpy, delikatna wiśnia, obdarzająca
nas niezwykle smacznym owocem, uschła niestety; pomimo naszych wysiłków i zabiegów, sechł jej konar po konarze i trzeba się było z nią pożegnać.
Podobnie, ze starości, łamały się i schły gałęzie śliwy, która rosła przy głównej
ścieżce, biegnącej przez środek ogrodu, więc musieliśmy ją, z ciężkim sercem,
wyciąć. Gruszy też nie zdołaliśmy uratować, mocno starzeje się papierówka,
natomiast ogromnie rozrośnięta, szara reneta, pozostałe jabłonie i dwie śliwy
trzymają się jeszcze dobrze. Najlepiej wszelako i najzdrowiej wyglądają rosnące
na końcu ogrodu dwa włoskie orzechy, sypiące jesienią takim gradem swoich
chrupiących, zamkniętych w twardych skorupach nasion, że wystarcza ich dla
łakomych kruków, zapobiegliwych wiewiórek, dla nas i dla naszych przyjaciół.
Z nimi właśnie, w rzadkie niestety nad morzem, ciepłe wieczory, siadamy przed ogrodowym kominkiem, wbudowanym w skarpę. Nasz zięć, Marcin,
krząta się przy grilu, Daniela skrapia sałatę jakimś sosem, Irena zapala nowego
papierosa, wszyscy popijają Vin de Pays des Pyrénées-Orientales, które dzieci
przywiozły z Lazurowego Wybrzeża i gawędzą, chwilami milknąc, aby posłuchać grających głośno świerszczy.
Pirenejskie wino niezbyt mi smakuje, więc sączę sobie smirnoffa z sokiem
cytrynowym – powinienem napisać lemon juice, bo teraz należy posługiwać
się angielszczyzną – coś tam wtrącam do rozmowy, przyglądam się płomykom ognia, tańczącym w kominku i myślę o panu, profesorze Hasenfuss; może
nawet widzę pana w otoczeniu tych wnuków, które się nigdy nie urodzą, chociaż przygotował pan dla nich duży, bardzo duży stół, jak obiecał pan swej
małżonce, Emmie. Windę też pan zamontował i Hedda kręciła korbką, ale i
tak, pewnego dnia, rosół wyleje się z wazy. O tym jednak dopiero napiszę, bo
nie mogę uprzedzać wydarzeń, chociaż nie oglądam ich w należytym porządku
i to mi trochę przeszkadza, utrudnia zachowanie właściwego toku opowiadania
o życiu pana i pańskiej rodziny. Nawet teraz, kiedy patrzę na ogień w kominku,
ukazują mi się inne płomienie, te właśnie, które pan zobaczył w swojej ciemni
fotograficznej, a przecież do owej nocy, świtu właściwie, jeszcze daleko; pani
Emma powije dopiero Dietera, do Neufahrwasser wyprowadzi się Norbert, Liza
musi wyjść za mąż, bo obie z matką myślą, że Torsten Simmel zmajstrował jej
brzuch, a Jochen rozpocznie studia w Technische Hochschule. No i państwo
powinniście dokończyć rozmowę w sypialni, którą wam przerwałem, żeby powiedzieć kilka słów o drzewach owocowych w naszym ogrodzie. Ukryte w nim
świerszcze nie przestają, w radosnym zapamiętaniu, grać na swoich skrzypeczkach, jak zawsze, od niepamiętnych lat o tej porze roku i tylko dla siebie, nie
82
zważając zupełnie na to, co się dokoła nich dzieje i jacy słuchacze zasiadają
w ich sali koncertowej. Pan, profesorze, kiedy zaczynały uwerturę, lubił stawać
w otwartym oknie swojej biblioteki i gdybym się teraz odwrócił, zobaczyłbym
to okno, ścianę tego domu, w którym chciał pan mieszkać z swoimi dziećmi,
wnukami i prawnukami, ale przyglądam się igraniu płomyków ognia w kominku,
nie mogę bowiem nic zrobić, aby odmienić koleje losu pana i pańskiej rodziny,
a także moich najbliższych i moje własne, gdyż zostały już wyznaczone i zamknięte w znacznej części, zatem próbuję je tylko opisać. Powróćmy więc do
państwa sypialni, ponieważ za chwilę padnie tam pytanie, którego zapewne wolałby pan, profesorze, nie usłyszeć. Przynajmniej nie tego wieczoru, gdy został
nim pan zupełnie zaskoczony i nie przygotowany do odpowiedzi...
Nad toaletką nadal paliło się światło, Emma zamknęła niebieskie, blaszane
pudełko z kremem nivea, wytarła watą końce palców, zgarnęła do szufladki pod
lustrem szpilki do włosów i dopiero wtedy zgasiła lampkę.
– Nie rozumiem czegoś, Arni – zagadnęła, podchodząc do nocnego stolika. – Tyle mówiłeś dzisiaj o rodzinie, o domu dla nas wszystkich, a nawet nie
wspomniałeś o Waltraudzie. Zapomniałeś o swojej najstarszej córce?
Usiadła na brzegu łóżka, wysunęła nawet stopy z miękkich bamboszy, ale
nie położyła się i patrzyła wyczekująco na Arnolda, nie przypuszczając, że dotknęła właśnie jego bolesnej tajemnicy, dotąd głęboko przed nią skrywanej, łączyła się bowiem z tym rodzajem wstydliwego poniżenia, które każdy mężczyzna chciałby na zawsze wygnać z pamięci, a żaden chyba ujawnić. Dlatego profesor zadowolony był z wczesnego zamążpójścia Waldetrudy, ponieważ, prosto
mówiąc, zniknęła mu w ten sposób z oczu. Nie musiał codziennie na nią patrzeć
i ciągle, na nowo, odczuwać ukłucie ciernia, jaki Klara pozostawiła mu w sercu.
Nie potrzebował również zmuszać się do żadnych gestów, mających świadczyć
o jego prawdziwie ojcowskich uczuciach do Waltraudy i dodatkowo sam sobie
wyrzucać, że ich nie posiada w takim stopniu, w jakim mógłby i powinien,
chociaż w części odwzajemniać jej miłość. Z tych powodów ograniczał, do
tylko koniecznych, kontakty z Tischlerami, a w zakupionym domu przy Kleine
Mölde 89, poczuł się niemal wolny od wspomnień, ponieważ w jego ścianach
nie przebywał żaden cień przeszłości. Wszystko tu było nowe, każda cegła,
każda deska i wszystkie wbite w nie gwoździe i jasny tynk, wydzielający woń
świeżości, toteż zanurzył się w tym domu, wpłynął niejako do niego, jak do
portu, nareszcie spokojnego i bezpiecznego, w którym nie było już i nie mogło
być stałego miejsca dla Trudy.
Nosił się, okresowo, z niejasnym i odległym zamiarem jakiegoś ułamkowego, częściowego odkrycia przed Emmą tajemnicy, wiążącej się z jej pasierbicą,
klecił sobie nawet historyjki o adoptowanym dziecku z powodu bezpłodności
Klary i porzucał je z zażenowaniem, miał bowiem świadomość, że tylko odsłonięcie prawdy uwolni go od dźwiganego tak długo ciężaru. Zrzucić go jednak
83
nie miał ani siły, ani odwagi, toteż pytanie Emmy o Waldetrudę wprawiło go
w niemiłą konsternację.
Emma dostrzegła zmianę na twarzy Arnolda, jakieś nagłe jego zmieszanie, zesztywnienie ust i widoczny wysiłek ukrycia zaskoczenia, wywołanego
jej niewczesną chyba dociekliwością, więc ziewnęła, okazując nagłą senność,
poklepała poduszki i wsunęła się pod pierzynę.
– Jestem chyba głupia, że ci jeszcze zawracam głowę – spojrzała z udanym
zdziwieniem na szafkowy zegar, wiszący na ścianie. – Patrz, dochodzi północ!
Trzeba spać, a nie gadać. Kładź się, Arni. Jutro też jest dzień.
Poprawiła jasiek i przymknęła powieki, niezbyt jednak szczelnie, dostrzegła więc, że Arnold nawet nie ruszył się z miejsca. Dopiero po chwili okrążył
łóżko i przysiadając na jego brzegu, powiedział:
– Waltrauda nie jest moją córką.
Rozmawiali niemal do świtu. Właściwie był to monolog Arnolda, któremu
potrzebne było takie właśnie, pełne zrozumienia milczenie Emmy, przerywane
rzadko jakąś ostrożną jej refleksją, rozważnym wtrąceniem, krótką uwagą, podtrzymującą jego determinację wyznania wszystkiego, zeskrobania całej skorupy, narosłej na obolałym miejscu, wyrwania drażniącego ciernia i ostatecznego
strącenia uwierającego garbu noszonej samotnie tajemnicy.
Uwolniony od niej i zmęczony, jak po wykonaniu ciężkiej pracy, zasnął
nad ranem, trzymając w swojej dłoni rękę Emmy, którą opowieść męża wytrąciła
zupełnie ze snu. Leżała nieruchomo z otwartymi oczami, patrząc jak sypialnia
napełnia się z wolna szarą poświatą, przesiewającą się przez zasłony na oknach,
a gdy palce Arnolda drgały nerwowo i silniej zaciskały się na jej ręce, przesuwała
spojrzenie na jego głowę wciśniętą w poduszkę i myślała o sekrecie, zamkniętym
w niej szczelnie przez wszystkie noce, jakie im dotąd wspólnie minęły.
Nie znała dotąd jego rozmiarów ani tkwiących w nim dramatycznych zawikłań, nie domyślała się jak okaleczył jej męża i jakim cieniem położył się na
ich małżeństwie. Dostrzegała zaledwie mglisty zarys jakiejś tajemnicy, tkwiącej w zachowaniu Arnolda wobec Waltraudy, w jego stosunku do tego dziecka,
które do niego lgnęło, chociaż ojciec – teraz wiedziała, że domniemany – od
pewnego czasu zaczął się od niej odsuwać, zamykając się w swoim gabinecie
pod pretekstem nawału pracy.
Zawsze uległa i cicha, nie pytała o przyczyny tego stanu rzeczy, starając się
jedynie własną troskliwością łagodzić sytuację w jakiej znalazła się Waltrauda,
wynagradzać oschłość Arnolda, a gdy znalazł się adorator, doprowadziła
szybko do jej ślubu z Tischlerem i jeśli tylko nadarzała się okazja, jechała do
Langfuhr gdzie, przy zacisznej Steffensweg zamieszkała Waltrauda z mężem,
usadowionym na dobrym stanowisku w Amadzie i mówiąc obrazowo, opływała
w margarynę i gdzie wkrótce urodziła dwóch tłuściutkich chłopców. Bliźniacy
otrzymali, na życzenie ojca, dość pompatyczne imiona, Waldemar i Ferdynand,
84
jednak Waltrauda i Emma skróciły je do Waldi i Ferdi, dla łatwiejszego ich
wymawiania.
Arnold poprawnie przyjął te wydarzenia i Emma, pojmując teraz, a nawet
usprawiedliwiając tę jego rezerwę, jak czyni zawsze kochająca kobieta, oceniając postępowanie swego mężczyzny, pogładziła go nawet ostrożnie po włosach,
lecz po dłuższym namyśle, zaszeptała mu nad uchem:
– Powinieneś trochę więcej z siebie wykrzesać. Waltrauda w niczym ci nie
zawiniła. A serce na pewno ją boli.
Nie była pewna, czy Arnold, oddychając głęboko i równo, dobrze zapamiętał jej wymówkę, zaraz więc przyrzekła za niego i za siebie, że w najbliższym
czasie odwiedzą Tischlerów albo zaproszą ich na Kleine Mölde, wypiją kawę
i zjedzą placek, który babcia upiecze, a Ferdi i Waldi pobaraszkują sobie na
trawie i może dziadek okaże im i Waltraudzie...
Zatrzymała rozwój tej myśli i błądząc spojrzeniem po suficie zaczęła pilnie
szukać innych słów, ponieważ uzmysłowiła sobie, że ani Arnold nie jest dziadkiem, ani ona babcią dla bliźniaków. Mozoliła się długo i bez rezultatu nad
znalezieniem odpowiedzi na pytanie kim właściwie są, ona sama i Arnold dla
chłopców, skoro jej mąż został oszukany przez pierwszą żonę i nie był ojcem
Waldetrudy. W rzeczy samej, co wydało się jej niemożliwe, bo kochała już malców, a od dawna ich matkę, była dla tych trojga, w większym jeszcze stopniu
niż Arnold, obcą osobą, pocieszała się więc tym jedynie, że ani Waltrauda, ani
Ferdi i Waldi nigdy się o tym nie dowiedzą. Poinformowała jeszcze śpiącego
męża, że w najbliższą niedzielę pojadą do Tischlerów i wstała; dochodziła już
siódma, zatem musiała budzić Norberta i Lizę, a od ósmej czekać na hydraulika, który miał uszczelnić krany.
VI
R
ozkosze nowych posiadaczy nie nowego domu, w kraju leżącym pomiędzy Odrą i Bugiem, w czasach nazywanych epoką szczęśliwego
socjalizmu, rozpoczynały się wraz z decyzją o remoncie nabytej nieruchomości. Postanowienie to miało, już samo w sobie, znamiona heroicznego
szaleństwa, zważywszy na obowiązujący system reglamentacji materiałów budowlanych. Na rozległej nizinie, w dorzeczu Wisły i wymienionych uprzednio
arterii wodnych, dziwnym sposobem zabrakło natychmiast gliny, odkąd zaczęto ją wydobywać zgodnie z zasadami gospodarki planowej. Odczuwano też
dotkliwie niedobory piasku, wapna i drewna, nie wspominając już o cemencie, zatem każdy obywatel – wyjąwszy, oczywiście, nadobywateli, czyli osoby uprzywilejowane, należące do szeroko pojętych kręgów władzy – pragnący
zakupić cegły i dachówki (nie mówiąc o fanaberyjnych zachciankach na kafelki
lub terakotę) tudzież wymienione już artykuły deficytowe – to była ich oficjalna
nazwa – musiał złożyć szereg podań z licznymi załącznikami, uzasadniającymi
nieodzowność takich zakupów, potwierdzoną przez odpowiednie urzędy. Aby
jednak uzyskać powyższe potwierdzenia, należało załączyć do nich kolejne załączniki w postaci biletów emitowanych przez bank państwowy, a w poważniejszych wypadkach przez bank zagraniczny, w kolorze zielonym.
Sposoby na wręczanie tych załączników, nazywanych złośliwie łapówkami, były rozmaite, a najprostszy z nich podsuwał sam urzędnik, przyjmujący
honorarium; po prostu podchodził do biurowej szafy, odwracając się plecami
do petenta, który w tym czasie wsuwał banknoty pod stertę papierów na biurku. Urzędnik, pogrzebawszy w szafie, wracał na swoje krzesło, zaglądał pod
papiery i stwierdziwszy obecność oczekiwanego honorarium, przywalał odpowiedni stempel i część sprawy była załatwiona. Jej finał następował dopiero
w miejscu sprzedaży przydzielonych już urzędowo artykułów, ponieważ dysponujący nimi kierownik, chłop nie bity w ciemię, zaledwie zerkał na podsunię-
86
te mu papiery i nie okazując żadnego respektu dla dostojnego fioletu stempli,
oraz zamaszystości widniejących pod nimi podpisów, krzywił się pogardliwie
i oświadczał z ironią:
– Czy ci idioci w biurach zapomnieli, że nie było dostawy cementu?
Zdumiony petent, widząc pod wiatą całą stertę papierowych worków z cementem, wskazywał na nią nieśmiało, a wówczas kierownik, wydąwszy jeszcze mocniej usta, rzucał słowo o tajemniczej mocy, nie wymagające żadnych
dodatkowych wyjaśnień:
– To transport specjalny.
Teraz już petent wiedział, co do niego należy, sięgał po właściwy załącznik
i otrzymywał dostęp do specjalnego cementu, w ilości, jeśli sobie tego życzył,
znacznie większej niż ta, na którą opiewał zdobyty przez niego urzędowy przydział.
Jeśli chciałbym opowiedzieć tutaj, jak przebiegał remont domu, przy ulicy Wyczółkowskiego 89, który kupiliśmy z Małżonką od pani Ludwiki, musiałbym poświęcić temu tematowi zbyt wiele miejsca, więc powiem tylko
w skrócie, że zdobywanie materiałów potrzebnych do tego remontu odbywało
się w przeróżny i skomplikowany sposób, a prace na zewnątrz i wewnątrz budynku, trwały okrągłe dwa lata. I nie był to wcale rekord na naszej ulicy, gdyż
pan mecenas Koprowski remontował i przebudowywał swój dom prawie dwa
razy dłużej, przy czym cała dzieciarnia z Wyczółkowskiego przyswoiła sobie
dokładnie szerokie słownictwo murarskie w całej jego barwnej i soczystej dosadności. Ostatnimi rekordzistami są jednak nasi najbliżsi sąsiedzi, państwo
Szpakowie, którzy nadal remontują i rozbudowują swój nabyty pięć lat temu
dom przy akompaniamencie jędrnej łaciny murarskiej. Dla ścisłości jeszcze dodam, że nasze ekipy remontowe – musieliśmy je kilka razy zmieniać – również
nie składały się z aniołów, nikt jednak wówczas murarzom nie podskakiwał,
ponieważ zdobycie dobrych fachowców należało do bardzo trudnych zadań.
Na niewielkiej przestrzeni tych stron powtórzył się już wyraz zdobywać,
ponieważ obywatele PRL-u (wyjąwszy nadobywateli) nie pozyskiwali potrzebnych im przedmiotów tzw. trwałego użytku, czy wielu artykułów spożywczych,
drogą kupna, lecz musieli je właśnie z d o b y w a ć ! W tym słowie zawierała się
jedna z barw życia w naszym kraju, jego odmienność, wyższość bytowania
w nim, w porównaniu z egzystencją w innych krajach, gdzie dokonywanie zakupów jest nużące w swej monotonnej łatwości. Zdobywanie rozwija przedsiębiorczość, stanowi codzienny sprawdzian umiejętności przetrwania, wydobywa
z zdobywającego pierwotny, zapomniany instynkt myśliwego, polującego uparcie na upatrzony obiekt.
Obywatele PRL-u (wyjąwszy nadobywateli) znajdowali ponadto w tej konieczności zdobywania swoistą przyjemność, należą bowiem do nacji obdarzonej szczególną zdolnością do pokonywania trudności, niejako powołaną do ła-
87
mania przeszkód i zapór dla innych nie do przebycia. Weźmy taką Somosierrę,
na której waleczni niegdyś Francuzi łamali sobie zęby, a Napoleon głowę,
dopóki nie spojrzał na naszych szwoleżerów. Powiada więc do nich: Kochani
Polacy, co to dla was ten wąwozik, tych kilka hiszpańskich baterii. Skoczcie,
no tam i otwórzcie mi drogę do Madrytu... Czemu nie, cesarzu, zaraz to załatwimy – Kozietulski wyciągnął szablę z pochwy, popatrzył na swoich ułanów
i skoczyli! Albo takie Monte Cassino... Próbowali bez skutku zdobyć ten klasztor Amerykanie, Brytyjczycy, Nowozelandczycy, Francuzi, cofnęli się nawet
wojowniczy i nieustraszeni Gurkhowie. A nasi? Wdrapali się na tę górę, zajęli
klasztor i alianci ruszyli na Rzym. Zamknięcie worka pod Falaise w Normandii
to też nie była pestka, a pancerniacy generała Maczka bardzo zgrabnie go zawiązali. A kto złamał szyfr Enigmy? Może ci, co się dzisiaj tym chwalą? Bujda
na resorach! Nasi łebscy matematycy to zrobili.
Mógłbym przytoczyć jeszcze więcej podobnych przykładów, ale znów
odszedłbym zbyt daleko od głównego wątku, zatem dodam jedynie, że dzięki
zamiłowaniu do pokonywania przeszkód i zdobywania rzeczy trudnych do zdobycia, radziliśmy sobie jakoś w socjalizmie i mieliśmy często poczucie satysfakcji, wracając do rodziny po udanym polowaniu, owinięci gronami papieru
toaletowego lub niosąc triumfalnie przed sobą wiązkę kabanosów. Pamiętam
doskonale te piękne momenty, gdy wracając z pracy do domu, wjeżdżałem do
garażu, wyjmowałem z samochodu jakąś zdobycz, a Irena i Daniela siedziały
na szczycie wewnętrznych schodów i radośnie mnie witały, z okrzykami zachwytu wyciągając ręce po elitarne banany, luksusowe pomarańcze i cytryny
lub zwyczajny boczek wędzony, w okresie przejściowych trudności dostępny
tylko spod lady albo w bufetach dla nadobywateli. Czułem się wówczas jak
tygrysica, karmiąca swoje małe w bezpiecznej jaskini, po wyczerpujących lecz
owocnych łowach w dżungli i mruczałem, zadowolony, w błogim poczuciu dobrze spełnionego obowiązku przywódcy stada.
Gdzie można zobaczyć obecnie, gdy supersamy pękają w szwach od obfitości towarów, takie piękne sceny rodzinnego szczęścia? Gdzież te powłóczyste
spojrzenia kobiet, pełne rozkosznych obietnic, rzucane swoim dumnym herosom, składającym pod ich zgrabne nóżki zdobyczny talon na lodówkę lub pralkę? Gdzie miły szczebiot dziatwy, otaczającej tatusia wysupłującego z kieszeni
tabliczkę czekolady, wystaną w długiej kolejce?
W tych szczęśliwych latach, mniej więcej dwa razy w miesiącu, około godziny szesnastej, babcia Plichtowa elektryzowała cały nasz placyk okrzykiem:
Rzucili kawę do sklepu! Wtedy nie było takiego zajęcia, które nie zostałoby
przerwane przez wszystkie sąsiadki, wybiegające z rozwianym włosem ze
swoich domów, aby stanąć w kolejce po dziesięciodekagramową torebeczkę
kolumbijki, lub robusty. Wlokły też z sobą, odciągniętych od zabawy malców,
ponieważ ludowa sprawiedliwość nie dyskryminowała szkrabów i otwierała im
88
szeroko dostęp do tej wonnej używki, mogły zatem również nabyć paczuszkę
ciemnych ziaren. W ten sposób wielodzietna rodzina zdobywała więcej niż kilogram kawy i nadwyżkę, w drodze handlu wymiennego, przeznaczała na inne,
trudno dostępne artykuły. Transakcje załatwiano już w kolejkach, gdzie wymieniano również poglądy na sytuację gospodarczą kraju, perspektywy rozwoju
kultury masowej, stosunki z bratnimi demoludami, a kiedy wszystkich oczekujących przed sklepem ochlapała błotem wołga, wioząca dygnitarza spieszącego
na bankiet, roztrząsano problemy centralizmu demokratycznego i panie podpowiadały sobie pomysły toalet, w jakich pójdą na pochód pierwszomajowy.
Miały więc również, te heroiny kolejkowe, swoje przyjemności w ulicznych salonach dyskusyjnych, nieznane kobietom w nudnych krajach obfitości. Miały, nasze bohaterskie żywicielki, objuczone ciężkimi siatkami, wielkie
chwile triumfu, kiedy mężowie spoglądali z niedowierzaniem na przyniesione
przez nie kiełbasy, wątrobianki i ozorkowe salcesony, a nawet świńskie uszy
i ryje, pozostałości po wyeksportowanych za granicę tucznikach. Po ośmiu godzinach pracy w jakiejś fabryce, biurze, czy na budowie, stały jeszcze chętnie
przed sklepami przez kilka następnych, aby tylko zdobyć te ludowe rarytasy,
a wraz z nimi podziw męża i radosny zachwyt dziatwy.
Powszechny niedostatek wszelkich niemal dóbr stwarzał także wyborną
sytuację lowelasom różnego wieku, mogli bowiem zdobyć przychylność damy,
którą pragnęli uwieść, przychodząc do jej buduaru z butelką szampana (który
piła klasa robotnicza tylko ustami swoich przedstawicieli) lub ofiarowując daremnie przez nią poszukiwane cienie do powiek mascara, perfumy być może
firmy Uroda, a jeśli zamierzali dłużej korzystać z jej wdzięków, żelazko z termostatem, czy też odkurzacz. Nadzwyczajnym prezentem, rozmiękczającym
najbardziej nawet oporne panie, był kolorowy telewizor, albo numer telefonu,
jednoznaczny z przyłączeniem aparatu do nieustannie przeciążonej sieci i braku
w całym kraju automatycznych central, stacji i podstacji.
Panowie pozwalali się uwieść już za buteleczkę pachnącej przemysławki,
jeśli była w ozdobnym koszyczku, elektryczną maszynkę do golenia produkcji
NRD, a bardziej twardzi za nowe felgi lub opony do samochodu, nieosiągalne
drogą legalnego zakupu za złotówki.
Życie w PRL-u miało więc sporo uroku, dając każdemu wiekowi i każdej
płci wiele okazji do prowadzenia barwnej egzystencji, nic więc dziwnego, że
obecnie wzdycha do dawnych czasów tylu byłych przodowników zaradności,
mistrzów zdobywania rzeczy nieosiągalnych, znudzonych obecnie brakiem zajęcia, zirytowanych więdnięciem, obumieraniem wprost ich talentów. Zakupy
nie sprawiają im żadnej przyjemności i ze złością wrzucają do drucianych wózków ananasy nadziewane migdałami, mrożone frutti di mare, kolorowy i jedwabisty w dotyku papier toaletowy i tęsknie wspominają kaszankę, wypatrując
daremnie wśród mnóstwa butelek alkoholu wytęsknionej czystej z czerwoną
89
kartką. Irytują ich również salony samochodowe, w których stoją, do wyboru i koloru, wypucowane, lśniące auta, niegdyś przedmiot daremnych marzeń,
a także załadowane po brzegi hurtownie materiałów budowlanych, dawny teren
ekscytujących zmagań o każdy worek cementu. Sfrustrowani tą bezsensowną
sytuacją, kierują resztki swej energii na zdobywanie szmalu, gdyż obecnie tylko
forsę trzeba zdobywać, co dla byłych wirtuozów przedsiębiorczości jest chyba
zbyt monotonnym zajęciem. Nie wymaga takiej lotności i finezji w działaniu,
takiego talentu w poszukiwaniu dojść do właściwych osób, a tylko brutalnego
rozpychania się łokciami w dostępie do kasy, a to nie wszystkim odpowiada.
Tym resentymentom, smutnemu zniechęceniu i tęsknocie do dawnego, tak
ciekawego życia, nie ulegają wszakże PRL-owscy nadobywatele, nadal pozostający na wyżynach szczególnego uprzywilejowania. W socjalizmie nudzili
się, bo wszystko podtykane mieli pod nos i teraz się nudzą w swoich rezydencjach i w gabinetach prezesów i naddyrektorów, w fotelach bosów, gdzie zajmują się jedynie pociąganiem za niewidoczne gołym okiem sznurki, co nie wymaga wielkiego fizycznego wysiłku. Tyją więc nadal i nawet nie kupują sobie
butów, bo nie zdzierali i nie zdzierają zelówek, jeżdżąc wyłącznie służbowymi
autami i jak kiedyś, tak również obecnie, na koszt obywateli i jak zawsze na
bankieciska. Nie ochlapują tylko błotem kolejkowiczów, gdyż zniknęły ogonki
przed sklepami, co poczytują sobie za osobiste zasługi, wecując wieczorami
stare ordery i przeglądając stare gazety, żeby przypomnieć sobie jak dostojnie wyglądali na trybunach zjazdowych i pierwszomajowych, gdy pozdrawiali
z ojcowską dobrotliwością przeciągający przed nimi i oklaskujący ich lud pracujący miast i wsi, złączony w sojuszu robotniczo-chłopskim.
Jednostajny horyzont dezaprobaty przerywany więc jest ich uśmiechami,
których nie szczędzą kamerom telewizyjnym, nostalgicznym westchnieniom za
starymi, dobrymi czasami dają odpór w rozlicznych wywiadach i tok-szokach
żądaniem spoglądania w przyszłość, która jawi się im niezmiennie dostatnio
i przyjemnie, żadne bowiem wichry i burze nie zdołały dotąd odkleić ich tyłków od stołków, do których przyrosły.
Powstają jednak nowe, pazerne grupy, które chcą zająć dla siebie złotodajne obszary, zgarnąć całą pulę i rozdzielać ją w własnym, zamkniętym kręgu,
tworząc swoje klany i sitwy, na miejsce starych, nadmiernie już spasionych,
a w dodatku osłabianych z wolna i wyszczerbianych nieubłaganym zębem czasu, osypującym siwizną nawet głowy nadobywateli. Te prężne i żarłoczne kolektywy, mieniące się najczęściej elitami, działają w myśl jednego zawołania,
hasła, programu, określającego ich zbożne i wzniosłe cele, a wyrażonego lapidarnym, wszystko mówiącym skrótem: T(eraz) K(...wa) M(y)!!!
VII
Z
ważywszy na wspomniane w poprzednim rozdziale karkołomne trudności, jakie musieliśmy pokonywać przy remoncie naszego domu w końcu
lat sześćdziesiątych, działania profesora Hasenfussa, który na początku
lat trzydziestych podjął decyzję pewnych przeróbek domowych, były tak pozbawione wszelkich emocji, że opis ich zostanie pominięty. Polegały one jedynie na zapowiadanym przez Arnolda przeniesieniu kuchni z parteru do sutereny,
oraz zamontowaniu małej windy na korbkę dla bezpośredniej komunikacji z jadalnią, co bezszmerowo, akuratnie i szybko wykonali sprowadzeni fachowcy.
Przybyli w uzgodnionym terminie wraz z wszystkimi potrzebnymi materiałami, w terminie skończyli i profesor nie musiał uderzyć palcem o palec, poza
wyjęciem z portfela kilku guldenów, a pani Hasenfuss wynosić butelki po wódce
i piwie, co my, niestety, czyniliśmy po odejściu każdej kolejnej ekipy murarzy.
Uroczyste uruchomienie windy nastąpiło pewnej niedzieli w południe.
Tradycyjny rosół z makaronem, w porcelanowej wazie, miał dostojnie pojawić się w jadalni na desce prostego w konstrukcji wyciągu, lecz Hedda, podenerwowana wielką odpowiedzialnością za przebieg całej operacji, zbyt mocno
pokręciła korbką i waza omal nie wyskoczyła z ozdobnej, drewnianej szafki,
z której miała zostać wyjęta przez Lizę i postawiona na stole. Zgromadzona
przy nim cała rodzina Hasenfussów, oczekująca z łyżkami w pogotowiu na
ulubioną potrawę, zobaczyła jedynie efektowny podskok wazy w szafce, a następnie usłyszała jakiś rumor, brzęk rozbijanego naczynia i rozpaczliwe krzyki
Heddy, dobiegające z otworu windy.
Wszyscy Hasenfussowie porzucili natychmiast niepotrzebne już łyżki, skoczyli ku schodom i zbiegli do kuchni, aby ratować tonącą w łzach Heddę, lamentującą nad rozlanym rosołem i rozbitą wazą. Pochylona nad nitkami makaronu, wijącymi się jeszcze jak żółte żmijki w rozpływającym się po kuchennej
posadzce rosole, łkając i szlochając, wyjaśniała nieskładnie, że rączka korbki
91
wyśliznęła się jej z ręki, deska opadła gwałtownie z powrotem razem z wazą,
która przechyliła się i wypadła na flizy podłogi, chociaż usiłowała jeszcze złapać ją w locie.
– Masz poparzone ręce – Emma obejrzała troskliwie czerwieniejącą skórę
na dłoniach Heddy i zaraz zabrała się do obmywania ich octem i owinięcia
bandażami, Liza zmywała już posadzkę, a Jochen i Norbert, uśmiechając się
skrycie, zerkali na konstruktora windy, który wetknął głowę do wnętrza szafki
i badał starannie linki urządzenia, po czym oświadczył stanowczo:
– Tu jest wszystko w porządku. Musisz tylko uważać, Heddo, na korbkę.
A ty...
Dziewczynę zalał nowy strumień łez, więc profesor zrezygnował z dalszych uwag, powrócił do jadalni, gdzie zadowolić się musiał kurą w potrawce z ryżem i kompotem z jabłek, dostarczonych na parter dłuższą drogą przez
schody, ponieważ tego dnia winda nie została ponownie uruchomiona. Dopiero
pod koniec tygodnia Hedda, nie bez oporów, przeszła pod okiem profesora
gruntowny kurs obsługi napawającego ją obawą urządzenia, przyzwyczaiła się
do niego, a wreszcie uznała za bardzo przydatne.
Jej pozycja w domu Hasenfussów nie odbiegała w zasadzie od tej, jaką służące zajmowały w innych, jadła więc osobno, w kuchni, spała w suterenie, miała
wychodne raz w tygodniu po południu, ale rzadko z niego korzystała, nie mając
w mieście żadnych znajomych. Pomagała również w pracach ogrodowych, a gdy
się okazało, że potrafi dobrze gotować, Emma chętnie wyręczała się nią w kuchni,
przygotowując wyprawkę dla mającego urodzić się już wkrótce dziecka.
Coraz bardziej widoczny brzuch przestał ją szybko krępować, gdyż żadne
z dzieci, za wspólnym jakby porozumieniem, nie zwracało najmniejszej uwagi
na zmianę, zachodzącą w wyglądzie matki, dzieląc się jedynie pewnymi obawami związanymi z pojawieniem się nowego członka rodziny.
– Będzie skrzeczał po całych dniach – powiedział, krzywiąc się Jochen,
a Norbert dorzucił:
– I po nocach. Nigdy się już nie wyśpimy.
Nawet Liza kręciła noskiem, jakby czuła już rozchodzącą się po całym
domu woń pieluch i gotującego się stale mleka, którego nigdy nie zdołała polubić i piła pod przymusem, jedynie z dodatkiem słodkiej ovomaltiny. Potakiwała
więc braciom i ze swej strony dodała z przekonaniem:
– Wszystko teraz zacznie się kręcić koło tego szczyla, a my pójdziemy
w odstawkę. Zobaczycie.
Najbliższe dni a nawet tygodnie i miesiące, potwierdziły większość przypuszczeń całej trójki. Emma nie zapomniała wprawdzie zupełnie o swoich starszych dzieciach, ale maleńki Dieter podporządkował sobie na dłuższy czas cały
dom. Miał potężny organ głosowy i najwidoczniej lubił go używać, nie bacząc
na porę, więc jego występy wokalne odbywały się w różnych godzinach, naj-
92
częściej wszakże przed świtem, gdy rodzeństwu najsmaczniej się spało, przed
północą, kiedy właśnie pogrążało się we śnie i po trzecim pianiu kurów. Poza
tym był to bardzo miły chłopczyk, pochłaniający ogromne ilości mleka, zatem
moczący całe sterty pieluch, które Hedda, po wypraniu, rozwieszała w ogrodzie, na sznurkach rozciągniętych pomiędzy drzewami.
Musiała w tym celu wychodzić frontowymi drzwiami i okrążać cały dom
z ciężkim naręczem mokrych pieluszek, ponieważ nie przewidziano bezpośredniego wyjścia do ogrodu w tylnej, północno-wschodniej ścianie ani w domu
Hasenfussów, ani w innych domach przy Kleine Mölde, identycznych w każdym szczególe.
Znalazłem w miejskim archiwum plan całego osiedla, które powstało na
przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, według projektu dwóch architektów: Tomińskiego i Krausego. Na desce kreślarskiej wkomponowali bardzo
pięknie wszystkie domy w zakole wzgórz morenowych, ale firma, która je budowała, nie stanęła na wysokości zadania w tym znaczeniu, w jakim myślimy
o niemieckiej staranności i perfekcji. Z dużym zaskoczeniem stwierdziłem, robiąc pomiary wszystkich pomieszczeń, że nie każda ściana w naszym domu
jest idealnie prosta, a w niektórych, szczególnie na piętrze, zachodzą różnice
wysokości. Wprawdzie niewielkie, ale przecież zauważalne, jeśli w jednym
kącie pokoju odległość podłogi od sufitu wynosi dwa metry i siedemdziesiąt
centymetrów, a w drugim kącie tylko dwa metry i sześćdziesiąt siedem centymetrów. Było też sporo innych niedoróbek i tak się jakoś złożyło, podczas
jednej z wcześniejszych wizyt Güntera Grassa w Gdańsku, że dyskusja w klubie Mestwina przy ulicy Straganiarskiej, zeszła na wizerunek Polaka w oczach
Niemca i Niemca w oczach Polaka. I wówczas Grass oświadczył iż dziwi go
mocno, że w Polsce pokutuje jeszcze mit solidnego i dokładnego rzemieślnika niemieckiego, a mnie zaraz przypomniały się ściany w naszym domu.
Potwierdzały w całej rozciągłości tezę pisarza, lecz audytorium przyjęło ją niemal z niedowierzaniem, zapewne sądząc, że Grass pragnie zrobić przyjemność
polskim hydraulikom, murarzom lub dekarzom. W ubiegłym roku remontowali dach u naszych sąsiadów spod numeru 87 i było to widowisko godne pożałowania; dzięki częstym przerwom na picie piwa, ciągnęło się tygodniami,
od lipca do jesiennych deszczy, których dekarska ekipa widocznie nie lubiła,
gdyż porzuciła swą pracę i zniknęła w sinej dali, a nasi sąsiedzi, zbierając wodę
w wiadra i miski, w pokojach na piętrze, musieli szukać ratunku u innych dekarzy, godząc się na ich twarde warunki.
Ciekawe doświadczenia i przeżycia z rzemieślnikami miała cała ulica
Wyczółkowskiego, która różni się swym obecnym wyglądem dość znacznie
od dawnej Kleine Mölde. Stojące przy niej domy otynkowane były kiedyś na
jeden, jasnobrązowy kolor, miały takie same okna, dzielone szczebelkami na
małe prostokąty, jednakowe drzwi frontowe, a nawet niskie, drewniane płotki,
93
pomalowane na zielono i nikomu z właścicieli nie przychodziło do głowy cokolwiek zmieniać w tym bliźniaczym wystroju, toteż profesor Hasenfuss nie wpadł
na pomysł zamienienia okna w tylnej ścianie domu na szerokie, przeszklone
drzwi. W naszym remoncie i małej przebudowie zrobiliśmy takie wyjście do
ogrodu, uzyskując bezpośredni z nim kontakt i wygodną łączność, stwarzając
przy domu jakby dodatkowy, zielony pokój, w którym, jeśli nadmorska wiosna
i lato sprzyjają, przebywamy przez większą część dnia, a nawet ciepłymi wieczorami. Tutaj siadamy do śniadań, obiadów i kolacji, przy ogniu płonącym
w kominku, wbudowanym w zbocze skarpy, w zupełnej ciszy tej przytulnej,
osłoniętej od wiatrów doliny.
Prawie wszyscy właściciele domów przy Wyczółkowskiego dokonali
w nich także różnych przeróbek; postawili przed nimi kute w metalu płoty,
posadzili ozdobne krzewy i srebrne świerki, pobudowali pergole, po których
pną się róże, otynkowali mury na biały przeważnie kolor, powymieniali drzwi,
urozmaicając wygląd całej ulicy, należącej teraz, jak się słyszy, do najładniejszych w mieście. Wszyscy podtrzymują tę opinię, dbając nie tylko o wygląd
swoich domów, ale również o niewielki park, zajmujący południową stronę
ulicy. Każdej wiosny odbywa się w nim gruntowne usuwanie zeschniętych gałęzi, wywożenie opadłych jesienią liści, oczyszczanie trawników i gracowanie
ścieżek. Przynosimy z sobą łopaty, widły i grabie, a z wieży głośnikowej, zainstalowanej na środku parku przez mecenasa Koprowskiego, rozbrzmiewa muzyka, pracujemy więc ochoczo, pokrzepiając się w przerwach piwkiem, a cała
gromada pomagających nam dzieci sokami owocowymi i ciasteczkami, kończy
się więc to wiosenne sprzątanie wesołym, sąsiedzkim piknikiem z pogwarkami,
wymianą poglądów na różne tematy i wspólną fotografią.
Dbałość o wygląd ogrodów nie jest mniejsza, chociaż nie są one widoczne
z ulicy, ponieważ znajdują się na tyłach domów i wspinają po pochyłości, do
piaszczystej drogi. Rozciąga się za nią teren działkowiczów, z którymi prowadzimy ogrodową rywalizację, przedzielając warzywne grządki rabatami
kwiatów, budując altanki i sztuczne sadzawki dla roślin wodnych i małych,
zielonych żabek.
W naszym ogrodzie postawiliśmy jeszcze, obok dużej piaskownicy, huśtawkę dla Danieli, która urodziła się czterdzieści dwa lata po przyjściu na świat
małego Dietera i mogła krzyczeć ile tylko chciała, gdyż nie miała starszego
rodzeństwa, krzywiącego się z niesmakiem na odgłos tych fanfar. Nie wykorzystywała wszelako tej sytuacji, wydając z siebie cała gamę głośnych i przenikliwych, cieniutkich pisków i wesołych chichotów, głównie podczas codziennej kąpieli. Nie miała zresztą powodów do płaczu, otoczona najczulszą opieką
matki, karmiona przez nią z pedantyczną punktualnością, według ścisłych receptur, zalecanych przez dietetyków, niezmordowanie przewijana, pudrowana
i nacierana oliwkami. Chowała się więc dobrze, rzadko bolał ją brzuszek, spała
94
zdrowo, a te choroby, przez które przechodzą zwykle maluchy, znosiła bardzo
dzielnie.
Mały Dirk także nie chorował często, zawdzięczając to, podobnie jak
Daniela, wspaniałemu powietrzu, wypełnionej zielenią doliny, w której oboje, chociaż w różnym i tak odległym czasie, niejako razem wzrastali. Pani
Hasenfuss, w wiosenne, letnie, a nawet ciepłe, jesienne dni, wystawiała wózek
z Dirkiem do ogrodu, zapewne w to samo miejsce, w którym Irena umieszczała
Danielę, czuwając przy niej nierzadko całymi godzinami i odganiając każdą
muchę, pszczołę i buczącego gniewnie trzmiela, pozwalając jedynie motylom
zatrzymać się na jakimś kwiatku kołderki, okrywającej śpiącą córeczkę. Składał
tam ze zdziwieniem skrzydełka i rozwierał je na powrót, daremnie szukając
swoją trąbką nektaru wśród nieruchomych, zwodniczych płatków i zawiedziony odlatywał, ustępując miejsca innemu, barwnemu lekkoduchowi, kołyszącemu się nad wózkiem na krawędzi słonecznego promienia.
Pani Hasenfuss nie mogła poświęcać tyle czasu Dirkowi. Miała jeszcze
troje dzieci i musiała w szczególny sposób dbać o ich potrzeby, nie chcąc by
sądziły, że nowy braciszek odebrał im matczyną troskliwość i większą część
jej serca, dotąd tak sprawiedliwie podzielonego i czułego. Powściągała nawet
profesora, który, zaabsorbowany zupełnie Dieterem, nieustannie kręcił się koło
niego z aparatem fotograficznym, usiłując utrwalić na kliszy pocieszne minki
malca i cierpliwie, chociaż najczęściej daremnie, czekał na dogodny moment
otwarcia migawki obiektywu. A Dirk wiercił się bez przerwy, nie ułatwiając
ojcu trudnego zadania unieruchomienia czasu, zatrzymania w biegu jego ulotnej, niepowtarzalnej chwili, która, wchłonięta do wnętrza Voigtländera i poddana tajemniczym zabiegom chemicznym w fotograficznej ciemni, na zawsze
mogłaby pozostać na powierzchni zdjęcia.
– Popatrz – powiedziałby ojciec – tak się uśmiechałeś, kiedy miałeś jedenaście miesięcy i osiem dni.
Zajrzawszy do kartoteki potrafiłby nawet podać dokładną godzinę i minutę
tego wydarzenia, ponieważ prowadził staranną dokumentację swej pracy fotograficznej i według wskazówek mistrza Zabłockiego opisywał skrupulatnie
każdą naświetloną kliszę na osobnej fiszce.
– Jeżeli pan zanotuje, Herr Professor, datę, porę dnia i warunki, w jakich
zrobił pan zdjęcie, czy świeciło wtedy słońce, czy było pochmurno, będzie pan
miał podręczny przegląd swoich błędów, bo na nich najlepiej się uczyć – tłumaczył Zabłocki, który nie tylko pomógł Hasenfussowi urządzić ciemnię, ale patronował życzliwie jego dalszym fotograficznym krokom, nie szczędząc mu rad
i wskazówek. Profesor starał się postępować zgodnie z nimi i dlatego spojrzał
z wyrzutem na Emmę, która zniecierpliwiona trochę jego długim kręceniem się
koło Dirka, powiedziała:
– Knypsnij wreszcie tę fotkę.
95
Nawet dobre i kochające żony, a Emma należała przecież do takich, bardzo
często zapominają o tym, co do nich mówią mężowie. Wpuszczają te słowa jednym uchem i wypuszczają drugim, nie zatrzymując ich w głowie i dziwią się,
gdy oni ze smutkiem, boleśnie rozczarowani, muszą przypominać im jakąś rozmowę sprzed miesiąca lub kilku dni, jakiś problem, który wówczas wspólnie,
zdawało się, roztrząsali, omawiane zdarzenie, czy oglądany razem przedmiot.
– Fotografia jest sztuką, Emmo – w głosie Arnolda pojawił się właśnie ów
ton głębokiego zawodu, którym każdy mąż sygnalizuje żonie swoje zdziwienie
takim jej podejściem do interesujących go spraw. – Byłbym ci wdzięczny, gdybyś spróbowała to kiedyś zapamiętać.
Tylko w ciemnobrązowych oczach starego, wiernego wyżła może pojawić
się tyle bezbrzeżnego żalu, gdy jego roztargniony pan zapomni zabrać go na polowanie, ile zobaczyła Emma we wzroku Arnolda. Chciała go zatrzymać, wyrazić swoją skruchę, lecz zniknął już we wnętrzu domu, postanowiła więc nie
okazać już nigdy nawet cienia niechęci, kiedy zapragnie znowu wyprowadzić
całą rodzinę na niedzielny spacer po mszy w bazylice św. Mikołaja i wykonać
kolejną serię pamiątkowych zdjęć. Pełen radosnego zapału nie zdawał sobie
zupełnie sprawy do jakiego stopnia potrafi wymęczyć żonę i dzieci, przeganiając ich po całym Starym Mieście, od Bramy Wyżynnej przy Dominikswall, do
Krantoru na Lange Brücke i fotografując przed frontonami swoich ulubionych
budowli, uważał je bowiem za najbardziej odpowiednie tło dla swojej familii.
Wyróżniał jednak szczególnie Dwór Artusa i zawsze prowadził tam, ledwie powłóczących nogami, czworo Hasenfussów.
– Ustawcie się tutaj – polecał, wskazując Studnię Neptuna, komponującą
mu się dobrze na matówce Voigtländera z dostojnym portalem dawnej siedziby
bractw kupieckich. – Matka z Lizą w środku, a wy dwaj po bokach.
Jochen i Norbert stawali posłusznie na wskazanych pozycjach, tylko jednak po to, aby po chwili je zmienić na nowe polecenie ojca:
– Odwrotnie, chłopcy! – wołał – Achim z prawej, a Bert z lewej. Szybciej,
szybciej, bo mi światło ucieknie!
Spoglądał znów na matówkę, korygował pokrętłem ostrość obrazu, krzywił się z czegoś niezadowolony i chociaż światło niby mu uciekało, modelował
rodzinną grupę od nowa, a kiedy wreszcie uznał, że jest odpowiednio upozowana, nakazywał wszystkim skierować spojrzenia w obiektyw aparatu, przybrać
pogodny wyraz twarzy i nie mrugać powiekami.
– To się odnosi zwłaszcza do ciebie, Elzo – upominał córkę, a przesuwając
krytyczny wzrok na synów, dorzucał: – Zróbcie inne miny. Uśmiechnijcie się.
Tak, jak matka.
Emma rozciągała wzorcowo usta, a profesor, ostatni raz obrzuciwszy
całą grupę kontrolnym spojrzeniem, szykował się do aktu otwarcia migawki.
Naciągał w tym celu stosowną sprężynkę, pochylał się do skoku i tak, w sku-
96
pionym przyczajeniu, ujmując w trzy palce metalowy przycisk na końcu zwisającego z aparatu wężyka, uruchamiał mechanizm samowyzwalacza. Kiedy
zaczynał brzęczeć, Arnold, jak sprinter z dołków startowych, wyrzucał swe
ciało długim susem ku skamieniałej we wdzięcznych pozach rodzinie, zajmował miejsce na jej skrzydle i wbijał oczy w obiektyw Voigtländera, czekając
w napięciu na koniec brzęczenia i suche klapnięcie migawki, wieńczące całą
ceremonię. Zdarzało się jednak czasami, że ktoś nieuważny, a koło Neptuna
kręciło się zawsze sporo ludzi, w ostatniej chwili przeszedł pomiędzy aparatem,
przykręconym do statywu, a pozującymi do zdjęcia Hasenfussami i wówczas
wszystko zaczynało się od nowa. Profesor dawał wtedy wyraz swej irytacji,
kiedy jednak sam zapominał, wykonawszy już wszystkie czynności, podnieść
blaszkę w kasecie z kliszą, co umożliwiało jej naświetlenie, mruczał coś tylko
pod nosem i powtórnie przystępował do dzieła.
Jesienią lub wiosną, gdy łagodny wietrzyk przebiegał ulicami Starego
Miasta, owe wyprawy fotograficzne nie były zbytnio uciążliwe, wszelako
w upalne letnie popołudnia rodzina Hasenfussów, przypiekana słońcem wśród
rozprażonych murów wąskich kamieniczek, łapiąc otwartymi ustami gorące
powietrze i słaniając się z wyczerpania, człapała z wysiłkiem za profesorem,
maszerującym dziarsko bez najmniejszych oznak zmęczenia i żywo wypatrującym nowego miejsca kaźni swoich poddanych.
– Zrobimy jeszcze dwa, trzy zdjęcia – oznajmiał beztrosko. – A potem napijemy się lemoniady.
Jochen i Norbert zwieszali z rezygnacją głowy, Liza wykręcała sobie palce
i tylko Emma ćwiczyła nadal pogodny uśmiech, zapewniając męża o wielkiej
przyjemności, jaką te niedzielne spacery sprawiają jej i dzieciom.
Dłuższe wycieczki artystyczne, przy ustalonej pogodzie, odbywali do parku oliwskiego, gdzie czekały na obiektyw Voigtländera fotogeniczne łabędzie
i Pałac Opatów, na plażę do Brösen albo Glettkau, gdzie tworzyli wdzięczne
grupy w strojach kąpielowych i mogli nawet zanurzyć się w morskich falach,
najczęstszym wszakże celem tych całoniedzielnych eskapad był Jäschkentaler
Wald, letnisko Freudental i oliwskie wzgórza z widokową wieżą na szczycie
Karlsbergu.
Emma i Liza wstawały bardzo wcześnie w owe niedzielne poranki, gotowały jajka na twardo, przygotowywały Klappstulle z wędliną i wodę z sokiem
malinowym, a dla profesora butelkę nie osłodzonej kawy zbożowej. Potem
budziły męską część rodziny na śniadanie, po którym wyruszali wszyscy do
kościoła na mszę, stamtąd zaś na Kohlenmarkt, skąd odchodził co kwadrans
elektryczny tramwaj do Oliwy.
Kosze z prowiantem i butelkami dźwigali chłopcy, Liza niosła statyw,
Emma kasetę z kliszami i białą parasolkę z falbankami, a profesor miał przewieszony na ramieniu aparat w pudełku z twardej skóry, wyścielonej czerwo-
97
nym welurem. W prawej ręce dzierżył okutą laskę z rączką w kształcie lwiej
głowy i wyrzeźbionym napisem Bressanone, przywiózł ją bowiem z studenckiej jeszcze podróży do Włoch, a teraz, jak wytrawny przewodnik, wskazywał
nią kierunek drogi wśród krętych ścieżek lasu porastającego wzgórze, na które
się wspinali.
– I co teraz powiecie?
Arnold, wsparty na lasce, powtarzał to za każdym razem, kiedy stawali
na szczycie Karlsbergu i szerokim gestem ramienia ogarniał leżącą u ich stóp,
skąpaną w słońcu dolinę, jakby odsłaniał piękny obraz malowany wieloma
odcieniami zieleni znaczącej lasy, łąki i zagajniki, pasmami żółci dojrzewających zbóż i błękitu, zamykającego horyzont morza i nieba. Przesuwał wolno
rękę nad wieżami katedry i czerwonymi dachami budynków poklasztornych
w stronę starego rynku oliwskiego, aż do błyszczącej srebrzyście tafli stawu
i wierzchołków drzew rosnących wzdłuż Pelonkerstrasse. Sycił wzrok długą
chwilę tym widokiem, a potem ustawiał starannie rodzinę do fotografii, rozciągał mieszek aparatu, aby uzyskać pożądaną głębię ostrości, uruchamiał mechanizm samowyzwalacza i dołączał do trwającej w bezruchu grupy.
Jedno z tych zdjęć ocalało i patrząc teraz na nie myślałem o tej żmudnej pracy, którą trzeba wykonać dla przywołania słowami minionego czasu, tej chwili,
w której Hasenfussowie stanęli na szczycie Karlsbergu w niedzielne przedpołudnie pewnego upalnego sierpnia. Opis tego momentu, chociażbym bardzo się
starał, będzie najpewniej dość ułomny, a z konieczności – aby nie znużyć nikogo
– skrótowy. Zatem pominę w nim bardzo wiele szczegółów, dotyczących zwłaszcza ubiorów, dziś dla nas tak osobliwych, a więc ciekawych i charakteryzujących
tamte odległe lata, ograniczając się do wzmianki o parasolu z falbankami, czy
rzeźbionej lasce profesora. Z fotografią natomiast rzecz ma się zgoła inaczej.
Wystarczy, jak powiedziałaby Emma, knypsnąć, czyli otworzyć na moment
migawkę aparatu i wszystko zostaje utrwalone na szklanej kliszy, a następnie
przeniesione na powierzchnię światłoczułego papieru, na której pozostaje już na
zawsze. Można więc zobaczyć na zdjęciu, które zrobił profesor Hasenfuss na
Karlsbergu, w tysiąc dziewięćset trzydziestym roku, a więc krótko przed urodzeniem Dietera, nie tylko kapelusz jego małżonki z modnymi ozdobami, aplikacje
na bluzeczce Lizy, sznurowane buty Norberta i jego czapkę z rydelkiem, ale nawet policzyć guziki marynarki Jochena i odczytać pół tytułu gazety, wystającej
mu z kieszeni... Miał więc rację mistrz Zabłocki, kiedy mówił:
– Fotografia posiada magiczną siłę, Herr Professor. Zatrzymuje czas.
Stanowi jego portret i dokument.
Nic dodać, ani ująć. Byłoby mi znacznie łatwiej pisać tę książkę, gdyby po
Hasenfussach zostało więcej klisz i zdjęć, nie mówiąc już o tak modnych wówczas rodzinnych albumach. W domu mieliśmy ich kilka i kiedy przeglądam
ten, który ocalał, jawi mi się przed oczami całe moje dzieciństwo w Ostrowie;
98
niedzielne spacery z Rodzicami i rodzeństwem do parku 3 Maja i stawek z łabędziami przy wieży ciśnień, wyprawy za miasto, na Piaski, do leśnej gospody
na Wenecji, gdzie podawano znakomitą czerninę z suszonymi owocami, jabłecznik z bitą śmietaną i oranżadę o niezrównanym smaku. Były też wyprawy do Antonina na karpia po radziwiłłowsku, a w upalne dni na Szczygliczkę,
gdzie znajdowała się kąpielka, jak dawniej ostrowianie nazywali odkryty basen
kąpielowy z małą trampoliną i drewnianymi pomostami, na których wygrzewaliśmy się w słoneczku. Te wszystkie zdjęcia i wiele innych, ocaliła moja
siostra, przemycając je w tekturowym pudle do jednej z walizek, z którymi
w pierwszym dniu wojny wyruszyliśmy na dworzec kolejowy. Ewakuacyjny
pociąg miał nas zawieźć do Lublina, więc dopóki walizki spoczywały na siatkach bagażowych w przedziale wagonu, pudło z fotografiami było bezpieczne.
W Pruszkowie jednak okazało się, że dalej pójdziemy pieszo i zabierzemy tylko
najniezbędniejsze rzeczy, więc przy przepakowywaniu bagażu odkryte zostało
owo ciężkie pudło. Miało zostać porzucone, lecz siostra nie chciała się z nim
rozstać i dźwigała ten skarb bez słowa skargi w tej części bagażu, która na nią
przypadła. Do dziś jestem jej za to wdzięczny. A do profesora Hasenfussa mam
pretensję o to, że nie zadbał o swoje fotograficzne archiwum, nie zabezpieczył klisz w jakimś schowku, kiedy było już oczywiste, co się musi wydarzyć
w czasie szóstej wojennej zimy...
Czternaście lat wcześniej, jesienią trzydziestego roku, ze względu na ciążę
Emmy, zakończyły się plenerowe sesje zdjęciowe, ale po przyjściu na świat
Dietera, Arnold z nowym zapałem zabrał się do fotografowania, pragnąc przechować na kliszach, zatrzymać na nich nie tylko śmieszne minki synka, lecz
również jego raczkowanie, pierwsze kroki i dalsze wyczyny wesołego brzdąca, stanął wszakże przed nowym doświadczeniem w swojej dotychczasowej
działalności fotoamatorskiej. Wszystko, ku czemu dotychczas kierował obiektyw swego Voigtländera, a więc kościoły i kamieniczki Starego Miasta, baszty i pomniki, łącznie z wdrożoną do swych zadań jego własną rodziną, było
nieruchome i tkwiło w posłusznym oczekiwaniu na klaps migawki, co trwało
zwykle dość długo, przy ogromnej dbałości profesora o jakość każdego zdjęcia. Dieter natomiast wykazywał niezwykłą mobilność i jeśli tylko nie spał,
żwawo przebierał nóżkami, wywijał rączkami, kręcił główką i robił grymasy,
jakby chciał dokładnie wybadać, czy komplet urządzeń, który otrzymał od natury, działa sprawnie i nadaje się do użytku. Przechylał się przy tym do przodu
i tyłu w wózku, a w łóżeczku usiłował sforsować oddzielające go od świata
szczebelki, utrudniał więc ojcu uchwycenie na matówce właściwej ostrości.
Arnold musiał ryzykować zmniejszenie otworu blendy, co z kolei wymagało
dłuższego czasu naświetlania kliszy niż ćwierć sekundy, a wówczas szybkie
ruchy Dirka utrwalały się na negatywie w postaci szarych smug i zamykał się
krąg niemożności.
99
Mimo tych trudności profesor nie ustawał w wysiłkach i ponawiał fotograficzne próby. Najczęściej z dziesięciu wykonanych zdjęć mógł wybrać,
uznając je za dość udane, najwyżej dwa. Po dłuższym, krytycznym namyśle,
do albumu, który założył Dirkowi, wklejał tylko jedno, nie bez obawy zresztą
o opinię Zabłockiego, nadal bowiem pokazywał mu swoje prace, uważnie wysłuchując wszystkich uwag i rad mistrza. Pozyskując jego sympatię, a może
nawet przyjaźń, zdobył również dostęp do wielu tajników sztuki fotograficznej.
Potrafił komponować wywoływacze do klisz i papierów światłoczułych o różnej intensywności, jego negatywy nie miały już ziarna, mógł więc robić duże
powiększenia nawet z ich fragmentów i odpowiednio kadrując, wydobywać
z kliszy główny temat i taki efekt końcowy, który dawał mu pełne zadowolenie.
Spędzał w ciemni wiele czasu, pracując nad wersjami jednego zdjęcia nawet
pół nocy, byłby więc zdruzgotany, gdyby zobaczył dzisiejsze reklamy różnych
firm, oferujących wykonanie trzydziestu odbitek z całego filmu w ciągu godziny. Zauważyłby, nie bez słuszności zapewne, że skończyło się fotografowanie
i jest tylko knypsowanie, jak powiedziałaby jego żona, Emma, czyli pstrykanie,
jak mówimy dziś my sami.
Mój Ojciec nigdy nie knypsował. Należał do ostrowskiego klubu fotoamatorów i w swojej ciemni fotograficznej odprawiał takie same, jak profesor
Hasenfuss, nocne misteria, których wyniki, moczące się w dużej kuwecie,
z wielką ciekawością oglądała rano cała rodzina. Nie było nam jednak wolno
wyjmować z wody, kąpiących się w niej zdjęć, aby nie zarysować przez nieuwagę ich miękkiej powierzchni. Dopiero po wysuszeniu przechodziły z rąk do
rąk, wywołując różne komentarze i stając się głównym tematem dnia w owej
pięknej epoce, gdy trwały jeszcze, nawet wieczorami, długie rozmowy, mało
znane dzisiejszym rodzinom, zajętym głównie telewizyjnymi losami amerykańskich bandziorów i policjantów, ścigających ich z niebywałym poświęceniem za marne, co się podkreśla, pobory, z czego można wnosić, że Wuj Sam
jest skąpy, albo ma pustawą sakiewkę, zatem powinniśmy go wspierać, kupując
jeszcze więcej instruktażowych filmów dla naszych własnych oprychów, aby
mogli dorównać kolegom zza oceanu w uprawianiu swego zawodu.
W domu Hasenfussów nie było nawet radia, przypuszczam więc, że ich
wieczory podobne były do naszych, chociaż posiadaliśmy już mały odbiornik,
wydający piski i gwizdy, spomiędzy których, dopiero po dłuższych manipulacjach gałkami, wydobywały się dźwięki muzyki lub głos spikera, zapowiadającego kolejną audycję. Było to, zaiste, niezwykłe urządzenie i chyba z tego
powodu znajdowało się początkowo pod osobistym zarządem Ojca, który uruchamiał je głównie na transmisje koncertów symfonicznych i podwieczorków
przy mikrofonie, słuchowiska i wiadomości, których słuchał po kolacji, a niekiedy także przed północą, gdy na świecie działo się coś ważnego lub niepokojącego. Takie traktowanie odbiornika radiowego nadawało mu w moich oczach
100
wysoką rangę i otaczało nimbem tajemniczości. Trudno mi było przecież zrozumieć, że nikt w tej drewnianej skrzynce nie siedzi i że z miedzianego drutu,
zwanego anteną, rozwieszonego na dachu pomiędzy kominami, spływają do
niej dźwięki, wysyłane z odległej Warszawy, Lwowa, czy Poznania. A zanosiło
się na coś jeszcze bardziej zdumiewającego i nie mieszczącego się już zupełnie
w mojej, dopiero rosnącej głowie. Otóż wuj Domalski ze Śremu, posiadający również radio, twierdził stanowczo, że wkrótce, w nowych odbiornikach,
zostanie umieszczone małe okienko, a pod nim śrubka, którą wystarczy przekręcić, aby zobaczyć w niej twarz spikera radiowego. Ciotka Jadwisia i moja
Matka śmiały się, oczywiście, z tych rewelacji wuja Stanisława, ale Ojciec,
abonujący niemiecki miesięcznik Koralle i jakiś naukowy kwartalnik techniczny, podtrzymywał tę wizję, w innej jednak wersji, używając na jej określenie terminu Fernsehen. Tak więc zetknąłem się wówczas, po raz pierwszy,
poprzez inne słowo, z zapowiedzią przybycia do naszych domów telewizji,
lewiatana przyszłości, zabójcy wieczornych rozmów rodzinnych i narkotyku dzieci, a jednocześnie wspaniałego wynalazku, szerokiego okna na kraj
i świat. I gdyby mi wówczas ktoś powiedział, że ja sam będę przez długie lata
pracował w rozgłośni radiowej i przygotowywał pierwsze programy w gdańskim studiu telewizyjnym, otwieranym mimo wielkich trudności na wzgórzu przy ulicy Sobótki 15, w budynku dawnej restauracji, śmiałbym się tak
samo z tej przepowiedni, jak moja Matka i ciotka Jadwisia z opowiastek wuja
Stanisława o magicznej śrubce.
W technice fotograficznej, na tej przestrzeni czasu, którą ogarniam pamięcią, zaszły również ogromne zmiany, powściągnę jednak swoje gadulstwo
i powiem tylko, że profesor Hasenfuss zetknął się na uczelni, z posiadaczem
lejki, małoobrazkowego aparatu fotograficznego, który, jak przypuszczał, mógłby rozwiązać wszystkie jego problemy z Dirkiem i zapytał Zabłockiego, czy
radzi mu kupić takie cacko.
– Jak pan powiedział, cacko? – mistrz skrzywił się ironicznie, sięgnął po
kartkę papieru, wyrysował na niej maleńki prostokąt i stuknął w jego środek
końcem ołówka. – Taki jest, Herr Professor, rozmiar negatywu w tej pańskiej
lejce. Może z niego wyjść jakieś porządne powiększenie?
Na tym pytaniu zakończyła się rozmowa i Arnold powrócił do swego wiernego Voigtländera. Dirk natomiast, w miarę wzrastania, zaczynał pojmować,
czego ojciec oczekuje od niego i posłusznie nieruchomiał, gdy zobaczył wycelowany w siebie obiektyw aparatu. Nadszedł też od dawna oczekiwany przez
Arnolda dzień, w którym wyprowadził synka na najwyższy wierzchołek wzniesień, otaczających ich zieloną kotlinę i pokazał mu jego rodzinne miasto.
Leżało, rozłożone szeroko, pomiędzy brzegiem morza a pasmem morenowych wzgórz, z skupiskiem czerwonych dachów kamieniczek, wież kościelnych
i baszt, przytulonych do brzegu, niewidocznej z ich stanowiska, Motławy.
101
– To jest Stare Przedmieście – powiedział, kierując wyciągnięte ramię ku
tej stronie, z której wychylała się już Biskupia Górka. – A to Główne i Stare
Miasto.
Zatrzymał rękę przed wierzchołkami dźwigów stoczniowych, a potem
wskazał chłopcu iglicę Ratusza, ceglany masyw bazyliki Najświętszej Maryi
Panny, wyrastający ponad stłoczone wokół niego domy, pobliskie wieże kościołów św. Jana i św. Mikołaja, miedziany hełm Katarzynki, Wieżę Więzienną
o ponurej sławie i ozdobną Bramę Wyżynną, otwierającą niegdyś główny wjazd
do grodu, otoczonego murem obronnym i strzeżonego wieloma basztami.
– Nie widzę ich, papi – Dirk ciekawie przyglądał się panoramie miasta.
– Gdzie się schowały?
– Nigdzie. Nie były już potrzebne i zostały wyburzone. Tylko kilka ocalało.
Patrz teraz uważnie – Arnold wycelował palec w kierunku Baszty Jacek. – Tam
stoi najwyższa. Ma osiem pięter.
Rozstawiał już statyw z Voigtländerem, aby zrobić Dirkowi obowiązkowe
zdjęcie, a chłopczyk grzecznie ustawił się przed obiektywem aparatu i Arnold
zobaczył na matówce jego głowę pomiędzy wieżami kościołów św. Bartłomieja
i św. Józefa, więc przesunął się z aparatem i umieścił ją nad ścieśnionymi dachami kamieniczek głównomiejskich i zwolnił migawkę.
– Będziesz miał pamiątkę na całe życie – oznajmił Dirkowi w poczuciu
wypełnionej wobec niego ojcowskiej powinności. – A kiedy już dorośniesz,
przyjdziesz w to samo miejsce ze swoim syneczkiem i też go tutaj sfotografujesz.
Lekka mgiełka unosiła się nad kanałami portowymi, jednak nie przysłoniła
zupełnie słońca, które końcami promieni gładziło pokryty zielonkawą śniedzią
hełm Katarzynki, błysnęło na złotym płaszczu króla Zygmunta, rozpostartym
nad Ratuszem, na witrażach kościoła św. Trójcy, musnęło wierzchołek Baszty
Narożnej i spłynęło nurtem Motławy ku Kamiennej Grodzy i kopułom starych
redut, osłaniających niegdyś Dolne Miasto.
Arnold złożył już statyw, ale nie odchodził jeszcze. Zawsze urzekał go ten
widok, a teraz, spoglądając na smugi blasku, błądzące po czerwonych dachach
i na szukającego czegoś w trawie Dirka, pobiegł myślą ku temu porucznikowi
artylerii, który z siedleckich wzgórz, przed stuleciem z okładem, patrzył ku
Bramie Wyżynnej na wychodzące z niej, przy biciu werbli, kolumny kapitulujących, napoleońskich żołnierzy. Porucznik ów, Saksończyk w służbie rosyjskiej,
nazywał się Rupert Willibald von Hasenfuss i nigdy już nie powrócił do swojego Drezna. Zwolnił się z carskiej armii, ożenił z córką kupca i został protoplastą
rodu, którego najmłodsza latorośl baraszkuje teraz w trawie, zapewne w pobliżu stanowisk baterii dział jego prapradziadka. Nie pierwszej wszak, której lufy
skierowane były na to miasto, dzierżące klucze Wisły, strzegące pilnie swoich
praw i przywilejów, drażniące bogactwem i dumą, a nawet pychą swych miesz-
102
kańców, powierzających potężnym murom i własnej odwadze obronę swej
niezależności, a jednocześnie dochowujących wierności przysięgom składanym swym polskim, królewskim dobroczyńcom, zgodnie z dewizą: Gedangen
semper fidelis. I trwało nad brzegiem chłodnego, północnego morza, rzeźbione
w cegle i kamieniu przez pokolenia budowniczych i trwa nadal, nieporuszone
w swej monumentalnej urodzie.
– Papi, tu są żaby – Dirk otworzył złożone ręce i pokazał ojcu mała, zieloną
żabkę, przycupniętą w zagłębieniu dłoni. – Mogę ją zabrać do domu?
Stworzonko uwolniło Arnolda od odpowiedzi, wykonując sprężysty skok
i niknąc w trawie. Dirk usiłował schwytać je ponownie, lecz było zwinniejsze
i szybsze od niego. A ojciec, patrząc na biegającego chłopca, myślał o kręgu,
jaki zatoczył się na szczycie tego wzgórza od dowódcy baterii oblężniczych
dział, porucznika Ruperta Willibalda von Hasenfussa, do małego Dietera, który,
może już podłysiały, szpakowaty, będzie również z tego miejsca, ze swoimi
dziećmi, spoglądał w pogodny, cichy dzień, na przejrzystą mgiełkę, podnoszącą
się z kanałów portowych, na lśniące w słońcu iglice wież, szczyty baszt i dachy
kamieniczek, rozłożonego przy morskim brzegu, dostojnego miasta, dobiegającego tysiąclecia swych dziejów.
VIII
N
asza dorodna i ciągle młoda czereśnia, pospieszyła się o cały tydzień
i już w końcu kwietnia stanęła strojna, w białej sukience, do ślubu
z pszczółkami i wiatrem. Wyszedłem przywitać się z nią, dotknąć jej
gałęzi, obsypanych wiotkimi bukietami, pełnymi nieporównanie delikatnej,
subtelnej woni, popatrzeć na wychylające się z liści czerwone i żółte główki
tulipanów, na zieloną świeżość ogrodu, barwiącego się narcyzami, hiacyntami
i żonkilami, chociaż tegoroczna wiosna nie przyniosła z sobą pogodnej radości.
Zwarzyły ją, zmroziły ponure wieści z południa, z kraju nad Jadranem, który
znam i który urzekł mnie swoją urodą, a teraz znów ogarnięty został pożogą
zniszczenia, grożącą jeszcze szerszym, większym pożarem. Nie pisze się dobrze, kiedy pojawiają się tak złowieszcze znaki, a razem z nimi pytanie o sens
jakiegokolwiek pisania, skoro każdej niemal chwili może zostać przerwane
i rozpoczęta książka nigdy nie zostanie już ukończona..? A spieszyć się nie lubię i nie chcę, więc praca idzie mi wolno i opornie, coraz trudniej właściwie,
gdyż zbliżam się już, w moim opowiadaniu o domu przy Kleine Mölde 89,
do tych lat, które przyniosą rodzinie Hasenfussów wielkie zmiany w jej życiu,
w moim własnym zresztą również i do których nie najłatwiej się wraca, chociaż
właściwie nigdy się od nich nie odeszło i pozostają obecne w pamięci.
Być może Arnold nie przeczuwał niczego. Pokazując małemu Dirkowi
miasto, dostrzegał tylko to, co chciał ze szczytu wzgórza i w przyszłości chłopca zobaczyć, nie zwracał natomiast zbytniej uwagi na to co dzieje się na gdańskich ulicach i co powinno jednak budzić jego obawy. Dodać wprawdzie trzeba
dla ścisłości, że nie rozglądał się zbyt pilnie, zawsze zaabsorbowany zajęciami
na uczelni i sprawami rodzinnymi, których spokojny bieg, za sprawą Lizy, został poważnie i nagle zakłócony.
Nigdy dotąd, ani rodzicom, ani braciom, nie mówiła o jakimś Torstenie
Simmelu, pomocniku magazyniera, więc nikt nie wiedział, że w ogóle istnieje
104
na świecie i że Liza, od dłuższego czasu potajemnie się z nim spotyka. Nikomu
nie przyszło nawet do głowy, że spotyka się z kimkolwiek, ponieważ nie szukała pretekstów do wychodzenia z domu, a z Amady wracała zawsze o stałej porze, nigdy nie spóźniając się na obiad. Dzięki zabiegom Emmy kontakty
z Tischlerami ożywiły się i mąż Waldetrudy, gdy tylko dowiedział się, że Liza
ma zamiar iść do pracy, zatrudnił ją w biurze działu handlowego fabryki, w której również pracował rzeczony Torsten Simmel. Tam się więc poznali, zapałali do siebie gorącym uczuciem i w ustronnym zakątku magazynu margaryny,
uwili sobie gniazdko miłości. Mogli przeto, zakradając się do niego w czasie
przerwy śniadaniowej lub przy innej okazji, gasić swe gwałtowne pragnienia,
nie opuszczając terenu wytwórni i nie budząc niczyich podejrzeń spóźnionymi
powrotami do swoich domów. Nawet czujna Emma w niczym się nie zorientowała i cieszyła się, że Liza, zawsze opieszale wstająca rano z ciepłego łóżka,
z takim zapałem zrywa się z pościeli i biegnie do pracy. Tym większego doznała
wstrząsu, kiedy cała rzecz wyszła na jaw i patrzyła na Lizę szeroko rozwartymi
z osłupienia i zgrozy oczami.
– Jak mogłaś to zrobić? Na miłość boską, Elzo, jak to mogło się stać? – powtarzała, łamiąc sobie palce. – Czy ja cię źle wychowałam? Nie chodziłam
z tobą do kościoła? I co teraz powiem ojcu?
Mogły zalewać się łzami i zalewały całe popołudnie, ponieważ profesor
miał w tym czasie wykłady na uczelni, kiedy jednak wrócił do domu, Emma,
już z suchymi oczami, oświadczyła mu bez zbytnich wstępów:
– Nasza córka spodziewa się dziecka.
– Z kim? – Arnold siadał powoli, jakby w obawie, że krzesło usunie się
spod niego. – Powiedziała ci?
– Tak. Nazywa się Simmel – Emma czuła, że łzy znów napływają jej do
oczu, ale zdołała je powstrzymać. – To pomocnik magazyniera z Amady. Tyle
o nim wiem.
Czekała z niepokojem na dalsze pytania męża, na jakieś zarzuty z jego
strony, sama bowiem obarczała się odpowiedzialnością za to, co się stało, lecz
Arnold ujął jej rękę, zacisnął w swojej dłoni i trwał tak, dłuższą chwilę, w milczeniu, nim powiedział, wyczuwając zapewne jej obawy:
– Nie obwiniaj tylko siebie, Emmo. Zostaw mi tę część, która należy do
mnie. I przyprowadź tu Elizę.
Awantury nie było, chociaż Liza, w obawie przed gniewem ojca, stanęła na
progu pokoju i podeszła bliżej dopiero wtedy, gdy jej to polecił skinieniem ręki,
mówiąc jednocześnie ściszonym, bezbarwnym głosem:
– Gdybyś, Elzo, kochała matkę i ojca, nie zadałabyś nam nigdy takiego bólu.
Skrzywdziłaś jednak nie tylko nas, lecz również siebie. Jeśli potrafisz, popatrz mi
teraz w oczy – nie uchwycił jej wzroku, wbitego w podłogę, więc dorzucił sucho.
– Jutro ten... ten Simmel, ma się tutaj stawić. To wszystko. Możesz odejść.
105
– Papi... – Liza nie ruszała się z miejsca, stojąc nadal z opuszczoną głową
przed ojcem. – Torsten i ja...
– Możesz odejść – powtórzył Arnold i Liza, szlochając, wybiegła z gabinetu ojca, Emma zaś powiedziała:
– Oni się chcą pobrać, Arni.
Powtórzyła mężowi wszystko, co wychlipiała jej Liza, a właściwie to, co
zrozumiała z jej popołudniowego, nieskładnego wyznania, przerywanego strumieniami łez, westchnieniami, jękami i prośbami o przebaczenie, a nawet zgoła
niezwykłymi oświadczeniami, z których miało wynikać, że nie pamięta zupełnie, czy doszło między nią a Torstenem do rzeczywistego zbliżenia, zapadała
bowiem w rodzaj głębokiego omdlenia, zupełnego odurzenia, gdy oszołamiał
ją pocałunkami i pieszczotami.
– Proszę cię, Emmo... – Arnold podniósł rękę, jakby chciał się przed czymś
zasłonić, od czegoś odgrodzić, coś od siebie odepchnąć. – Nie będę tego słuchał.
Zdziwiła się, więc próbował jej wytłumaczyć, że córka stanowi dla ojca
szczególnego rodzaju istotę, nie posiadającą żadnej płci i jej widok w objęciach
jakiegoś mężczyzny jest dla niego tak trudny do zniesienia, że wyklucza go
w ogóle ze swej wyobraźni.
– A jeżeli ma już męża i z nim... – Emma utknęła na moment przed tą fatalną przeszkodą, pętającą zawsze jej usta, gdy miała określić słowem ową czynność, nieustannie uprawianą, jak świat długi i szeroki przez kobiety i mężczyzn,
a przecież nie mającą innej nazwy, poza sztuczną, jak sądziła, lub wulgarną
– z nim obcuje...
– Bez różnicy, Emmo. Dla mnie to zawsze będzie... a teraz już jest – poprawił się – to samo. Coś, o czym nie chcę myśleć, chociaż muszę przyjąć do
wiadomości. Niestety. Dlatego nie rozmawiajmy już o tym.
– A o ślubie Elzy? Zgodzisz się?
– Muszę – skrzywił się niechętnie. – Postawiła nas przecież pod murem.
A nie zasłużyliśmy sobie na to.
Oczy Emmy zaszkliły się, więc objął żonę, przygarnął do siebie, a ona
westchnęła jeszcze głęboko na jego ramieniu, jakby pogodziła się już z ciężkim
ciosem, który spadł na nią tak nagle, lecz następnego dnia, gdy Torsten Simmel
wkraczał na gumowych nogach do gabinetu Arnolda, poczuła dławiący ucisk
w gardle. Zobaczyła przysadzistego, bladego młokosa z rudą czupryną nad czołem i rozbieganymi ze strachu oczami, a przecież myślała, że ujrzy kiedyś Elzę
u boku postawnego mężczyzny, przystojnego bruneta o śmiałym wejrzeniu
i silnym ramieniu, na którym ufnie może oprzeć się kobieta, pragnąca iść z nim
przez życie. A ten chłoptaś najwyraźniej sam potrzebował podpory, odwróciła
się więc, aby nie patrzeć dłużej na niego i schroniła w sypialni, gdzie nie musiała już powstrzymywać nowych łez, wtuliła twarz w poduszkę i płakała żałośnie
nad losem córki i swoim.
106
Liza tymczasem podsłuchiwała pod drzwiami gabinetu ojca, każdej chwili
gotowa odskoczyć od nich, gdy otworzą się nagle i zmaltretowane resztki Torstena
rozpłaszczą się na podłodze holu. Spodziewała się wszak grzmotów i burzy,
a wyłowiła uchem, przyciśniętym do deski, zaledwie kilka słów. Profesor nie mówił głośno, nie gromił Simmela, ułagodzony zapewne, jak sądziła, jego skruszoną
postawą i mikrym wyglądem. Stanowiło to, samo w sobie, korzystną okoliczność
i mogło prowadzić do pomyślnego zakończenia rozmowy, przed którą drżeli oboje,
trzymając się za ręce w tramwaju. Torsten usiłował nawet uciec na jakimś przystanku, lecz jego margarynowa oblubienica udaremniła ten zamiar i doprowadziła
nieszczęśnika przed oblicze przyszłego teścia. Tak bowiem, w rzeczy samej, sprawa się potoczyła, zakończyła wszelako zdumiewającą niespodzianką.
Zgodnie z planami Emmy, ślub kościelny był cichy, bez organów i Veni
Creator, obiad weselny skromny, w najściślejszym gronie rodzinnym i młoda para zamieszkała na piętrze, w pokoju Lizy, który uległ przemeblowaniu.
Wstawiono do niego podwójne, małżeńskie łoże i trzydrzwiową szafę, pozostawiając miejsce na łóżeczko dla nadchodzącego brzdąca, gdy pewnego dnia,
Torsten zbiegł na parter, drżący i przerażony, powtarzając bełkotliwie:
– Moja żona! Moje dziecko! Moja żona! Moje dziecko!
Emma nie mogła sobie później przypomnieć, w jaki sposób, niemal natychmiast, znalazła się przy rozpaczającej głośno córce. Widząc łzy w oczach Elzy
i krew na pościeli, nie musiała zadawać żadnych pytań, poleciła Torstenowi
sprowadzić dorożkę i w niecałą godzinę później zajeżdżała już przed kamienicę
na Paradiesgasse, w której przyjmował pacjentów doktor Nikodem Goldbaum,
powszechnie ceniony ginekolog. Miała jednak pewną trudność w dotarciu z Elzą i Torstenem do jego gabinetu, ponieważ na klatce schodowej natknęła się na
dwóch młodych mężczyzn; niemal zagradzając jej drogę, zapytali, czy wie, że
lekarz, do którego idzie z wizytą, jest Żydem i radzili, aby z chorą córką udała
się do innego, ordynującego na pobliskiej ulicy.
Odepchnęła młokosów, doktor Goldbaum przeprosił ją za incydent na
schodach, a po starannym zbadaniu Lizy oświadczył, że nie była w ciąży i ma
jedynie pewne komplikacje z miesięcznym okresem.
– To nie jest nic poważnego, szanowna pani – uspokajał Emmę, widząc
na jej twarzy czerwone plamy wypieków. – Zapiszę córce skuteczny lek, po
którym wszystko się ureguluje.
Dodał jeszcze, że przykrości, na jakie obecnie narażony jest on sam i jego
pacjentki, zmuszają go do zamknięcia praktyki i przeniesienia jej do polskiej
Gdyni, po czym wypuścił całą trójkę kuchennymi drzwiami, wychodzącymi na
drugą klatkę schodową. Zeszli z niej przez nikogo nie zaczepiani i podwórkiem
kamienicy dotarli na Baumgartsche Gasse, gdzie złapali dorożkę i wrócili do
domu, mocno zemocjonowani diagnozą doktora Goldbauma, nie wracając już
wcale do dziwnego wydarzenia przed jego gabinetem.
107
Elza popłakiwała jeszcze trochę na ramieniu matki, Torsten siedział osowiały na krześle przy łóżku i milczał, wpatrzony tępo w kaloryfer pod parapetem okiennym. Co chwila grzebał palcami w swojej rudej czuprynie i Emma,
spoglądając na zięcia, utwierdzała się w przekonaniu, że jej pierwsze spostrzeżenie było słuszne i ocena jego mazgajstwa prawidłowa. Podążając dalszym
tropem tego stwierdzenia i widząc wyraźnie, że Elza nie będzie miała w nim
oparcia w żadnej trudnej sytuacji życiowej, karciła się teraz za ślub córki nieoględnie zawarty tak szybko. Nie doszłoby przecież do niego, gdyby wcześniej
wyszła na jaw fatalna pomyłka z ciążą. A wówczas Torsten...
– Wybacz mi, Boże... – zawstydziła się zdrożnych zapewne myśli o niepotrzebnym ślubie i możliwości przepędzenia Simmela na cztery wiatry, doznała
wszakże znacznej ulgi, kiedy zwierzyła się z nich Arnoldowi, a on przyznał, że
również uczyniłby to samo, gdyby czas dał się cofnąć. Kazał sobie dokładnie
powtórzyć diagnozę doktora Goldbauma, uspokoił się, ale nie poszedł na piętro
do córki. Odkąd Torsten Simmel zamieszkał pod ich dachem, nie przekroczył
progu jej pokoju, jakby obecność w nim małżeńskiego łóżka, w którym Elza
z nim sypia, była dla niego zbyt trudna do zniesienia. Po wiadomości o jej ciąży, patrzył już na nią inaczej i Emma pojęła, że zbliżenie z Torstenem oddaliło
jednocześnie Lizę od ojca. Nie sądziła wszelako, że powód tego dystansu wypływał z zazdrości o drugiego mężczyznę – jeśli takiego chłystka jak Simmel
można było nazwać mężczyzną – lecz miał inną przyczynę. Podobną chyba
do tej, która zmieniła jej własne spojrzenie na rodziców, gdy odkryła, stając
przypadkiem na progu ich sypialni, że nie są jakimiś wyższymi istotami, lecz
podobnie jak wszyscy inni ludzie, wydani zostali działaniu przemożnych instynktów, obecnych w całej naturze. Pamiętała doskonale, jak trudno jej było,
pogodzić się z tą myślą, zdjąć rodziców z piedestału, na który ich wyniosła
i rozumiała Arnolda, gdyż w jego wyobraźni Elza znajdowała się na podobnym podwyższeniu, nie posiadała płci i związanych z nią pragnień. A gdy
rozbił się ten klosz, w którym ojcowska ułuda zamknęła córkę, pokaleczył
się jego odłamkami i nie potrafił jeszcze zapanować nad skutkami wstrząsu,
jaki przeżył.
– Będzie nam ciężko, Arni, ale musimy się pogodzić z tym, co nas spotkało. A teraz zadbać o to, żeby Liza wróciła do zdrowia. Pójdę z nią za miesiąc do
innego lekarza, bo doktor Goldbaum... – dopiero teraz uświadomiła sobie, że
nie wspomniała Arnoldowi o incydencie w kamienicy przy Paradiesgasse, więc
opowiedziała mu o tym, co wydarzyło się na klatce schodowej i zrobiło na niej
tak niemiłe wrażenie. – Chyba wolno mi iść do takiego lekarza, którego sama
sobie wybiorę.
– Tja... – Arnold słuchał z uwagą relacji Emmy, postukując jednocześnie palcami w oparcie fotela. – Zaczyna się u nas to samo, co w Niemczech
– uchwycił niepokój w spojrzeniu żony i dodał: – Nagonka na Żydów.
108
Nie mylił się. Zły dreszcz przechodził przez miasto. Na drzwiach kilku restauracji w Langfuhr pojawiły się wywieszki z napisem: Hunden und Juden ist
der Zutritt verboten! Mężczyźni w brunatnych koszulach pikietowali żydowskie
sklepy, wyleciały jakieś szyby wystawowe, kilku kupców w jarmułkach zostało
ciężko pobitych drewnianymi pałkami, lecz policja nie znalazła sprawców. Na
uczelni Arnolda doszło do zamieszek, w wyniku których z sal wykładowych
zostali usunięci żydowscy studenci i paru asystentów, przy milczącej aprobacie
rektora i większości profesorów. Reszta udawała, że nic nie widzi i nie słyszy
i Hasenfuss należał do tej reszty. Zamknął się w gabinecie kierownika katedry,
przekręcił klucz w drzwiach, ale nie odgrodził się w ten sposób od krzyków na
korytarzach. Biegły za nim aż na Kleine Mölde, do ukrytego w zacisznej kotlinie domu, który miał dać mu schronienie przed wszystkimi przeciwnościami
i pułapkami losu, ale nawet przez jego ściany zaczęło przenikać echo odgłosów
z ulic ogarniętego groźną infekcję miasta.
Emma wróciła również rozdrażniona z zakupów na Karthäuserstrasse.
Widziała tam mężczyzn malujących białą farbą sześcioramienne gwiazdy na
witrynie cukierni, w której kupowali ciastka, podczas niedzielnych powrotów
z kościoła. Farba była wodnista, rzadka i z ramion gwiazd spływały długie smugi, zamazując wysmarowane pod nimi, koślawe litery, ale zdołała je odczytać.
– Napisane tam było: Juden raus! O co tu chodzi, Arni? Dokąd wszyscy
Żydzi mają się wynosić?
– Dokądkolwiek. Do Palestyny. Może nawet za ocean, do Ameryki – wyliczał Arnold. – Byle jak najdalej od nas.
– Do Palestyny, do Ameryki... – powtórzyła Emma. – Przecież posiadają tu
swoje sklepy, warsztaty, kamienice. Dlaczego mają to wszystko zostawić?
– Bo tak sobie życzy Gauleiter Forster – odpowiedział Arnold. – On teraz
tutaj rządzi.
IX
C
zas, który mija i biegnie tak szybko, nieuchwytny w lustrze, podczas
golenia i na twarzach bliskich, których codziennie widujemy, zatrzymuje się i nieruchomieje na każdej fotografii, zatem utrwalał się również na tych, które profesor wklejał do albumu Dietera. Na zdjęciu zrobionym
w pobliżu dawnych stanowisk baterii dział porucznika Ruperta Willibalda von
Hasenfussa, koło wieży triangulacyjnej, jest on jeszcze małym chłopczykiem,
a wystarczy odwrócić kilka sztywnych kart, aby zobaczyć go, wyższego o półtorej głowy, w ciemnym ubranku, trzymającego w prawej ręce grubą, płonącą
świecę. Stoi pośrodku grupy, podobnie wystrojonych i wyczesanych chłopców
z gromnicami. Wszyscy są bardzo uroczyści i godnie prezentują się na zdjęciach, z Dieterem zawsze na pierwszym planie, czemu się nie trzeba zbytnio
dziwić.
Mój Ojciec również dbał o to, abym był dobrze widoczny na fotografiach
z dnia mojej pierwszej świętej komunii w parafii kolejowej w Nowym Sączu.
Żadne, niestety, nie zachowało się z jego własnej. Jedyną ocaloną pamiątką
z całego w ogóle ojcowego dzieciństwa jest obraz Chrystusa w Wieczerniku
w łagodnych, pastelowych barwach, które nie wyblakły przez dziewięćdziesiąt lat. Dokładnie tyle, jak wynika z informacji pod obrazem, głoszącej, że
Siegismund Radowicz hat die erste heilige Communion empfangen in der Ss.
Corpus Christi – Kirche in Berlin am 21. März 1909. Carl Hoheisel, Curatus.
W ozdobnej ramie starej roboty, zawieszony jest teraz ten obraz w sypialni naszego domu przy Wyczółkowskiego 89 i pieczołowicie chroniony, ma bowiem
nie tylko religijne znaczenie, ale wartość najstarszego rodzinnego zabytku, których pozostało mi niezbyt wiele po wszystkich burzach tego stulecia.
W szufladzie biurka, przy którym piszę, leżą okulary mojego Ojca, na
biurku szkatułka do papierosów z grubego szkła z srebrnym wieczkiem, pod
abażurem lampy umieściłem okrągły zegarek Systéme Glashütte, który wier-
110
nie towarzyszył Ojcu w okopach światowej wojny pod Verdunem, we Flandrii
i pod Rygą i nigdy się nie zepsuł, ale teraz odmówił już posłuszeństwa. Mam
jeszcze portret Matki, Jej srebrny medalik i różaniec, na ścianach kilka obrazów, malowanych przez Ojca, serwis do kawy z rodzinnego domu i swarzędzką
jadalnię, podobną do tej, jaką Hasenfussowie kupili na Breitgasse, jaśniejszą
tylko w barwie forniru i dodatkowo wyposażoną w stojący zegar wahadłowy
Gustava Beckera z ciężarkami, wybijający dźwięcznie godziny. Opisałem go
w powieści Noc Sylwestrowa, a do jadalni moich Rodziców zapewne powrócę
jeszcze w tej książce, ponieważ przy jej stole, szczególnie w święta, gromadziły
się osoby, o których często myślę.
W mojej bibliotece przechowuję również ocalone książki Ojca, dwie kasety z pastelowymi kredkami firmy „Koh-i-Noor”, kilka pudełek z kliszami
fotograficznymi i miniaturkę admiralskiej kotwicy z emblematem przedwojennej Stoczni Gdyńskiej S.A., która, jak daleko sięgam pamięcią, ozdabiała Jego
biurko w Ostrowie.
Otoczony tymi cennymi przedmiotami, odnoszę się także z należnym szacunkiem do pamiątek po Hasenfussach, ponieważ są świadectwem różnych
momentów z życia ludzi, mieszkających niegdyś w tym samym domu, będącym obecnie, z wyroku losu, gniazdem mojej rodziny. Przeplata się w nim czas
miniony z obecnym, odzywają dawno przebrzmiałe głosy, ukazują w lustrze
odbicia zapamiętanych przez nie twarzy, tych samych, które oglądam na zdjęciach, wykonywanych przed wieloma laty przez profesora i starannie wklejanych do albumu Dietera.
Na jednym z nich, jeszcze w komunijnym ubranku, Dirk stoi razem ze
swoimi starszymi braćmi, Jochenem i Norbertem. Są także w odświętnych
garniturach, Achim uśmiechnięty, Bert jakby naburmuszony, ponieważ od
pewnego czasu ma ciężkie przeprawy z matką, sprzeciwiającą się jego zamiarom wynajęcia kawalerki w Nowym Porcie i zamieszkania w pobliżu biura
maklerskiego, w którym niedawno otrzymał posadę. Norbert twierdzi, że traci
zbyt dużo czasu na dojazd do pracy, a matka nie chce go wypuścić spod swoich skrzydeł, rozwodząc się szeroko nad niebezpieczeństwami, jakie kryje
w sobie portowa dzielnica. Stara się również usilnie przeciągnąć na swoją
stronę wahającego się ojca, który uznawał prawo Norberta do samodzielności, a jednocześnie nie miał ochoty rozstawać się z synem i umniejszyć rodzinny krąg o jedną osobę.
Roztrząsali już kilkakrotnie cała sprawę, profesor wahał się nadal, więc
Emma powtarzała wszystko, co zasłyszała o złych obyczajach cudzoziemskich
marynarzy, rozpijających młodych i niedoświadczonych maklerów w cuchnących gorzałką i piwem spelunkach, aby wciągnąć ich w handel przemycanymi
towarami lub ograć w karty, a myślała głównie o ladacznicach, snujących się po
ulicach Neufahrwasser i dybiących na jej syna za każdym rogiem i w każdym
111
zaułku, każdego wieczora i nocy. W mętnym świetle gazowych latarni widziała
ich zniszczone rozpustą twarze, obnażone bezwstydnie biusty, szczerbate, zżółkłe od nikotyny zęby i nadgryzione sromotną chorobą wargi.
– W takiej dzielnicy może się wszystko zdarzyć – mówiła głęboko zatroskana. – Chińczycy przywożą opium, Hindusi haszysz, a Murzyni diamenty z Afryki. Niech się Norbert wplącze w jakieś ciemne interesy, to skończy
w kryminale. Albo gdzieś pod płotem, z nożem w plecach.
Arnold słuchał cierpliwie tych budzących grozę i mających nim wstrząsnąć rewelacji żony, a wreszcie zwracał spojrzenie na syna i Norbert wyjeżdżał
znów ze swoim tramwajem, mówił o tym, ile zaoszczędzi na biletach, mieszkając w Nowym Porcie, a myślał o Torstenie Simmelu, nie lubił bowiem swojego szwagra, nie mógł się przyzwyczaić do jego obecności w domu i wolał
się z niego wyprowadzić. Nęciła go też znacznie perspektywa rozpoczęcia
swobodnego, kawalerskiego życia, bez kurateli rodziców, powiedział jednak
ostrożnie:
– Mężczyzna musi kiedyś stanąć na własnych nogach. Myślę, że im wcześniej, tym lepiej.
– Wielki mi mężczyzna... Jeszcze mu mleko pod nosem dobrze nie obeschło – próbowała ironizować Emma, lecz nie znalazła, ostatecznie, zrozumienia u męża; ku jej najgłębszemu niezadowoleniu Arnold podzielił stanowisko
Norberta i powiedział:
– Matki, Emmo, patrzą na synów inaczej niż ojcowie. Moim zdaniem Bert
może już spróbować, czy potrafi na tych swoich nogach ustać.
– A jak się przewróci i potłucze?
– To będzie musiał się pozbierać. Pod twoim fartuchem tego się nie nauczy.
– Skoro tak uważasz... – zacisnęła usta, bo przecież nie chciała doprowadzić do sprzeczki z Arnoldem i wolała wyjść, wyżalić się w kuchni Heddzie,
lecz przy drzwiach przystanęła, oświadczając z goryczą: – Mężczyźni zawsze
wiedzą wszystko lepiej. Proszę tylko, żeby nikt nie miał do mnie później o nic
pretensji. Ostrzegałam was.
Nie spała dobrze przez wiele następnych nocy. Zbyt boleśnie przeżyła zawód, jaki sprawiła jej córka, aby teraz nie obawiać się o syna, wydanego, jak
sądziła, na łup wielu pokus w nie cieszącej się dobrą sławą dzielnicy miasta.
Ponownie też szukała w pamięci błędów, jakie popełniła w wychowaniu Lizy,
bo przecież jej troska o nią nie dała oczekiwanych rezultatów. Jeśli przy pierwszej okazji uległa tak szybko, w dodatku w jakimś brudnym kącie magazynu
z margaryną i takiemu komuś jak Torsten Simmel, to nie otrzymała chyba od
swej matki takiej ochrony, jakiej potrzebowała. Norbert zapewne nie wyniósł
jej również z domu, więc dręczyła się nocami widokiem rozpustnych kobiet,
które go otaczają i sprowadzają na drogę upadku, chociaż żadne złe wieści nie
dochodziły z Neufahrwasser.
112
Norbert przyjeżdżał co niedzielę na obiad, czasem wpadał na krótko
w środku tygodnia, opowiadał chętnie o swojej pracy i wcale nie miał podkrążonych oczu, na co Emma zwracała baczną uwagę. Ponadto, przy każdym
powitaniu, przytulała go mocno do siebie, pilnie przy okazji obwąchując, nie
wyczuła jednak ani razu zapachu kobiecych perfum, piwa lub wódki i to ją
w pewnej mierze uspokajało, wszelako na kilka dni zaledwie.
W tym trudnym, wypełnionym zmartwieniami okresie, wielką pociechę
stanowił dla Emmy pierworodny Jochen. Studiował przykładnie w Technische
Hochschule i nie przysparzał jej najmniejszych trosk. Nie wdawał się na uczelni
w awantury i bijatyki, które się tam znów powtarzały, nie wstąpił nawet do żadnej
korporacji, ani do nowego związku młodzieży, gromadzącego pod swoim sztandarem coraz więcej studentów. Nosił ten sam emblemat, równoramienny, czarny
krzyż ze złamanymi ostro końcami, jaki pojawiał się na sztandarach wywieszanych w mieście, na czerwonych opaskach, noszonych przez mężczyzn w żółtych
koszulach, a także w oknach wystawowych różnych sklepów.
Początkowo widziało się niewiele tych flag ze swastykami, z upływem
czasu rosła wszakże ich ilość; wątły, czerwony strumyk wzbierał najpierw powoli, rozgałęział się już szybciej na wiele ulic, a wreszcie rozpędzoną, szeroką falą zalał dużą część miasta. Siedleckie wzgórza, osłaniające Kleine Mölde
od gwałtownych porywów wiatru, musiały chyba i dla tej fali stanowić pewną
przeszkodę, gdyż nie wpadła do cichej doliny rwącym potokiem, przesączając
się do kilku jej miejsc zaledwie i w nich zatrzymując.
Hedda, wracając pewnego dnia z Karthäuserstrasse, gdzie robiła zakupy, oznajmiła profesorowej, że chorągiew ze swastyką wywiesił Bacher spod czterdziestego
piątego numeru, Wentland spod sześćdziesiątego pierwszego i jego sąsiad, Duncker
spod sześćdziesiątego trzeciego, Emma jednak wzruszyła tylko ramionami, bardziej
zainteresowana tym, czy dziewczyna przyniosła dobrą śmietanę do ogórków.
– Na mizerię powinna być gęsta – przypomniała Heddzie. – Sprawdziłaś
łyżeczką?
– A jakże – Hedda wyjęła z koszyka słoik ze śmietaną i podała go profesorowej. – Pod siedemdziesiątym trzecim też wisi.
– Co ty wygadujesz? – Emma odłożyła słoik na stół i spojrzała z niedowierzaniem na Heddę. – Przecież tam mieszkają Polacy.
– Obok, pani profesorowo, bliżej nas – sprostowała dziewczyna. – W tym
domu, co ma całą ścianę obrośniętą winem. Nawet wiedziałam, jak się nazywają, ale wyleciało mi z głowy. Może za chwilę sobie przypomnę.
– Nie musisz. Weź się lepiej za tłuczek i rozbij mięso na sznycle – poleciła
Emma. – Będą po wiedeńsku. Ile jajek kupiłaś?
– Rano przywieźli świeże, to wzięłam cały mendel – Hedda sięgnęła znów
do koszyka i wyjmując ostrożnie papierową torebkę z jajkami, wykrzyknęła:
– Kaleta! Nazywają się Kaleta!
113
– Kto?
– Ci Polacy spod siedemdziesiątego piątego. On jest taki wysoki, przystojny,
ona też postawna i bardzo elegancka. Zawsze trzymają się pod rękę. Mają psa.
– Skąd ty to wszystko wiesz? – zdumiała się Emma. – Ja znam tylko naszych sąsiadów z placu, a ty całą ulicę do końca parku.
– I jeszcze dalej – pochwaliła się Hedda, rozkładając płaty mięsa na grubej,
kwadratowej desce, podbitej od spodu gumowymi krążkami. – Dyć chodzę po
zakupy każdego dnia, to się temu i owemu przypatrzę. Ludziom poprzyglądam,
w sklepie posłucham co mówią, sama z kimś pogadam, to i dowiem się różnych
różności... Mocno rozbić te sznycle?
– Na pół palca. Profesor takie lubi.
– I dobrze wysmażone – uzupełniła Hedda. – Tylko jeść, jak na mój gust, za
dużo nie jada. A przecie pani profesorowa mu dogadza. I ja też się staram, jak
mogę, żeby mu smakowało. – Dokładnie rozbijając tłuczkiem mięso, potwierdzała swoją troskę o podniebienie pana domu, którego obdarzała głębokim szacunkiem. – U rzeźnika widziałam ładną knebloszkę i nawet myślałam, czy nie
wziąć ćwierć funta dla pana profesora na śniadanie, ale pomyślałam, że lepsze
będą winerki i kupiłam cztery. A jutro wybiorę się do hali targowej po włoską
kapustę i skopowinę, bo pan profesor chwalił ostatnio...
– Wybierzemy się razem – zdołała wtrącić Emma. – Musimy zrobić większe zakupy, bo w przyszłym tygodniu profesor ma urodziny i przyjdą goście.
Będzie jakieś czternaście, szesnaście osób do stołu. Może nawet z Berlina przyjedzie pani Minkus.
– Którego dnia to wypadnie? – Hedda, nieco spłoszona tą informacją, odłożyła tłuczek i spojrzała na reklamowy kalendarz Amady, zawieszony na drzwiach
kuchni. – Jak zaraz po niedzieli, to trzeba się spieszyć z pieczeniem placków.
– Dopiero w czwartek – uspokoiła ją Emma. – Mamy sporo czasu. W poniedziałek kupimy w kolonialce rodzynki i migdały, olejek rumowy i waniliowy do ciast, kakao do babki, kawę, butelkę koniaku, ze dwa ananasy... Lepiej
sobie to wszystko zapiszę.
– A tort, pani profesorowo? Geburtstag bez tortu...
– Nie martw się. Będzie cytrynowy.
– Ze świeczkami? Ile pan profesor skończy lat?
– Równe sześćdziesiąt, moja Heddo.
– To damy sześć świeczek. Każda jedna za dziesięć lat. Pan profesor
zdmuchnie wszystkie i pożyje sto. Za naszą wsią, na wybudowaniu, mieszkał
kowal, co też dożył setki, a jeszcze czasem podkuł konia i w każdą niedzielę...
Emma nie słuchała już trajkotania Heddy, zajęta sporządzaniem listy produktów, które zamierzała kupić, rozszerzając ją dodatkowo o dwie butelki
wina, ponieważ Geburtstag profesora należał, obok świąt, do najważniejszych
dni roku, obchodzonych zawsze bardzo uroczyście.
114
Podobnie było w naszym ostrowskim domu, w którym urodzinom Ojca
towarzyszyły dodatkowo obchody sylwestrowe, gdyż przyszedł na świat trzydziestego pierwszego grudnia.
Rano, o tej porze, o której zwykle Ojciec wstawał, moje starsze rodzeństwo grało Ständchen, siostra na pianinie, a brat na skrzypcach. Było to zwykle Marzenie Schumanna, Serenada Schuberta, albo jedna z sonat Brahmsa.
Teraz myślę, że wykonywali nie najlepiej te utwory, lecz wówczas słuchałem
ich w podniosłym nastroju, czekając na swoją kolej, do mnie bowiem należała
deklamacja wybranego dowolnie wiersza. Wysuwając prawą nogę, z uniesioną lewą ręką, a drugą umieszczoną w okolicach serca, recytowałem z przejęciem Powrót taty lub Alpuharę Mickiewicza, wznosząc się jeszcze na palcach,
w miejscach szczególnie dramatycznych. Podnosiłem też patetycznie głos i dowiadywałem się później od brata, że skrzeczę, lecz Ojciec przyjmował nasze
występy z nieodmiennym zadowoleniem, nagradzał je kilkoma klaśnięciami
dłoni, a Matka, stojąc w drzwiach jadalni, uprzejmie mu wtórowała i zapraszała
do pięknie nakrytego stołu, na śniadanie.
Druga część urodzinowej, a zarazem sylwestrowej uroczystości, rozpoczynała się wieczorem, wraz z przybyciem gości, wśród których specjalne miejsce
zajmowała moja chrzestna, pani Żakowa i jej małżonek, ona bowiem śpiewała, on zaś grał na altówce, którą nazywał swoją violą d´amore. Umieszczał ją
ostrożnie i czule, obok stojaka z nutami przy pianinie, gdzie czekała cierpliwie
na zakończenie kolacji, urozmaicanej okolicznościowymi toastami i trwającej
do północy. Kiedy zegar zaczynał wybijać dwunastą, strzelały korki szampanowych butli, panowie całowali ręce pań, a sobie ściskali dłonie, składając wzajemnie noworoczne życzenia.
Po tych ceremoniach, sięgano po instrumenty, wśród których wyróżniała się cytra mojego Ojca, podarunek wdzięczności od oficera bawarskiego
za uratowanie życia na froncie, podczas walk o francuski fort Vaux. Ojciec
wyjmował tę cytrę z drewnianego pudła, wyścielonego granatowym aksamitem, zakładał na kciuk prawej ręki metalową obrączkę z kolcem do szarpania strun, siostra siadała do pianina, brat chwytał skrzypce, a pan Żak, kiedy
wszyscy byli już gotowi, dawał znak smyczkiem i nasza jadalnia zamieniała
się w salę koncertową.
Niekiedy udawało mi się zniknąć z pola widzenia Rodziców, zaszyć w kącie za bufetem i słuchać jakiś czas nocnego muzykowania, pamiętam więc
dobrze, że rozpoczynało się zwykle od jakiegoś walca Straussa, potem pani
Żakowa śpiewała Wien, Wien nur du allein... lub Am Prater blühn wieder die
Bäume... a kiedy zaczynały się melodie z Barona cygańskiego, Hrabiny Maricy,
Księżniczki czardasza i innych operetek, mojej chrzestnej towarzyszył kuzyn
Bolesław Łęcki, czołowy tenor ostrowskiego chóru Echo. Był bardzo przystojny i kiedy śpiewał Chcę słodko marzyć, że cię w ramionach mam..., pan Żak
115
zerkał uważnie, czy nie stoi zbyt blisko jego żony, obdarzonej wielką urodą
i posągowymi kształtami, budzącymi niechybnie jakieś męskie niepokoje.
Zdarzało się, że przysypiałem w swojej kryjówce, czego obecnie bardzo
żałuję, każdej bowiem straconej dla pamięci chwili z tego czasu, z cudownego, ostrowskiego dzieciństwa, ogromnie mi dziś brakuje. Zuboża barwy moich
wspomnień o jakiś nikły może, ale przecież istniejący kiedyś odcień, pozostawiając w tym miejscu szarą smugę, podobną do skazy na kliszy fotograficznej,
która nie utrwaliła czyjegoś uśmiechu, spojrzenia, gestu, topiąc go tym samym
w mgle zapomnienia.
Sylwestrowe koncertowania nie były jedynymi, w których uczestniczyłem
jako ukryty za bufetem mały meloman. Odbywały się z innych również okazji,
gdyż nasz ostrowski dom wypełniony był muzyką, różniąc się tym znacznie od
domu Hasenfussów. Przez cały czas czułem, że czegoś w nim nie ma, coś jest
w nim nieobecne i teraz uświadomiłem sobie, że nie słyszałem, w domu przy
Kleine Mölde 89, dźwięków muzyki. Nikt w nim nie grał na żadnym instrumencie, nie zauważyłem też gramofonu i dlatego ucieszyłem się, widząc wśród
prezentów, jakie otrzymał profesor na swoje sześćdziesiąte urodziny, radio telefunken z magicznym okiem i podświetlaną skalą, siedmiolampową superheterodynę o potężnej sile głosu, zapewniającą odbiór audycji z różnych, nawet
odległych krajów, bez zakłóceń i szumów. Takie cacko kosztowało wówczas
sporo guldenów, toteż wzbudziło podziw całej rodziny, przybyłej na Geburtstag
najstarszego z Hasenfussów.
Zgodnie z przewidywaniami Emmy, porannym pociągiem z Berlina przyjechała ciotka Brunhilda, po południu przyszedł Maks, młodszy brat Arnolda,
z żoną i dwiema córkami, ładnymi i wesołymi podlotkami, a przed wieczorem
zajechali dorożką Tischlerowie, wnosząc uroczyście wielkie pudło z telefunkenem. Dźwigała je Waldetruda z mężem, przed nimi zaś kroczyli bliźniacy,
posiadający, jak wiemy, własne imiona, Ferdi i Waldi, w rodzinie nazywani
jednak zbiorowo Wuismuti. Była to zbitka słów stałego ich pytania – Wo ist
Mutti?! – które, jako małe brzdące, kręcąc się ciągle przy matczynej spódnicy,
wywrzaskiwali jednocześnie, gdy tylko Waldetruda, chociaż na moment, znikała z ich pola widzenia. Czuli się bezpieczni jedynie pod jej fartuchem, więc
ich rozpaczliwe – Wuismuti?! – rozlegało się wszędzie i na stałe przylgnęło
do bliźniaków. W miarę dorastania usiłowali strząsnąć z siebie to poniżające
przezwisko, z żadnym atoli skutkiem. Ciotkom i wujom nadal bardzo się podobało. Nawet kuzynki, przy każdym powitaniu, świergoliły: – Jak się macie
Wuismuti? – robiąc przy tym różne grymasy, przewracając oczami, chichocząc
i coś szepcząc do siebie.
To było wstrętne. Waldi i Ferdi z odrazą spoglądali na śmiejące się
dziewczyny, obmyślając różne projekty zemsty, lecz żadnego z nich dotąd
nie zdołali zrealizować. Panienki, wiedzione wrodzoną intuicją swojej płci,
116
nie opuszczały grona dorosłych, przeto bliźniacy, po ucałowaniu ręki babci i dziadka, znikali najchętniej w głębi ogrodu i znaną tylko sobie dziurą
w płocie, przełazili na stok wzgórza, wdrapywali na szczyt wieży triangulacyjnej i stamtąd liczyli statki, stojące na redzie portu. Marzyli o dalekomorskich podróżach i porzuceniu lądu, po którym stąpały bezkarnie i swobodnie
tak obrzydliwe istoty z długimi warkoczami, jak Uta i Astrid Hasenfuss, ich
własne, wyrodne kuzynki.
Mały Dieter też próbował je naśladować. Nieświadom niebezpieczeństwa,
jakie na siebie sprowadza, ani ciężaru obelgi zawartego w rodzinnym przezwisku, stawał przed Waldim i Ferdim, wypinał brzuch i krzywiąc się wzorem Uty
i Asty, pytał urągliwie:
– Wie gehts, Wuismuti?
Zimny dreszcz przebiegał bliźniakom po plecach, a ponieważ Dieter nie
miał intuicji dziewcząt i nie był tak ostrożny jak one, zaciągnęli go pewnego
razu za krzewy agrestu, gdzie otrzymał stosowną lekcję dobrych manier i poznał właściwą formę zwracania się do poważnych osób.
Wszelkie spotkania i uroczystości rodzinne były więc dla młodych
Tischlerów trudne do zniesienia. Wykręcić się z nich nie mogli w żaden sposób,
toteż wkraczając z rodzicami na zagrożony teren, rozglądali się zawsze, z której strony ugodzi w nich najpierw znienawidzone przezwisko. Na Geburtstag
dziadka Arnolda szli zatem również niechętnie, lecz tym razem nikt nie zwrócił
na nich uwagi, gdyż wszyscy skupili się wokół telefunkena, podziwiając wygląd radioodbiornika i żądając jego natychmiastowego uruchomienia.
Eugen, przewidując taki obrót sprawy, przyniósł z sobą zwój miedzianego
drutu, rozwiesił go prowizorycznie z pomocą Jochena między drzewami, końcówkę z wtyczką wsunął do właściwego otworu w tylnej części aparatu, podłączył go do prądu, nacisnął klawisz pod skalą i z głośnika popłynęły dźwięki
muzyki.
– Można zmieniać barwę tonów, regulować czystość odbioru – wyjaśniał
Eugen, demonstrując jednocześnie szeroki potencjał odbiornika, który odzywał
się różnymi językami i melodiami, gdy przesuwał czerwony pręcik po skali,
wywołując stacje nadawcze wielu krajów. – Zmieniać fale z długich na średnie
i krótkie. Łapie całą Europę.
– To nastaw Paryż – zaproponował Maks. – A potem Berlin.
Paryż odezwał się ciepłym, kobiecym altem spikerki, podającej prognozę pogody, a Berlin błyskotliwym wykonaniem popularnej melodii Tanzende
Finger na dwa fortepiany. Eugen wywołał jeszcze z tajemniczego eteru kilka
innych stacji i zadowolony z uzyskanego efektu, oznajmił:
– Teraz ojciec będzie wreszcie wiedział, co się dzieje na świecie.
Sądził zapewne, że teść wyrazi z tego powodu swoje zadowolenie, lecz
profesor powiedział dość chłodno:
117
– Prawdę mówiąc, nie jestem tego zbyt ciekaw.
Przypatrywał się dotąd w milczeniu i z pewną rezerwą manipulacjom
Tischlera, jakby kosztowny prezent nie sprawił mu szczególnej radości i Emma,
obserwująca jednocześnie męża i Waldetrudę, dostrzegła jak uśmiech gaśnie
powoli na jej twarzy. Nie mogła już niczemu zapobiec, więc podeszła tylko do
niej, pocieszając półgłosem:
– Przecież wiesz, jaki on jest. Z mojego prezentu też się nie ucieszył.
– A co dostał?
– Pelikana z pozłacaną stalówką. Popatrzył na niego i powiedział, że nie
potrzebuje dwóch wiecznych piór.
Nie znosiła kłamstw, ale dla Waltraudy robiła wyjątek. Starała się pokrywać
nimi niezręczności Arnolda, które jeszcze zdarzało mu się popełniać. Potykał
się czasem o swoje dawne, zdawało się przezwyciężone już urazy i wycofywał
na chłodny dystans, czym sprawiał nową przykrość Waltraudzie, nie ustającej w wysiłkach zdobycia stałej, cieplejszej więzi ze swym domniemanym
– o czym wiedzieć nie mogła – ojcem. Starała się różnymi sposobami docierać
do niego i Emmie zdawało się niekiedy, że gdyby miłość miała jakąś cenę,
Waltrauda byłaby gotowa ją zapłacić. Podobnie jak zapłaciła za radioodbiornik
tylko po to, aby usłyszeć kilka miłych słów od Arnolda.
Tymczasem profesor uznał za stosowne uzasadnić swój brak zainteresowania nie tylko światowymi wydarzeniami, ale również tym, co dzieje się
znacznie bliżej, oświadczając, że ważniejszy jest dla niego własny spokój, niż
przejmowanie się Austriakami i Czechami, albo Greiserem, czy Forsterem i jego
ludźmi.
– Dopóki nie maszerują po Kleine Mölde, mogą sobie łazić po całym mieście z pochodniami, wywieszać swoje sztandary, wykrzykiwać, co im się podoba i klaskać tym dwom panom.
– Zapomniałeś, Arnoldzie, o jeszcze jednym, najważniejszym panu – wtrąciła Tante Schiele – o Hitlerze.
Wymawiała już prawidłowo nazwisko tego człowieka, który uwiódł
Erwina, odebrał jej pięknego, jasnowłosego trubadura, chociaż uczyniła wiele,
aby do tego nie dopuścić. Tę porażkę przeżyła znacznie silniej, niż rozstanie
z panem Minkusem, którego kuchenny romans z wodnistooką, szkapowatą
Gerdą, był dla niej, pomimo wszystko, bardziej zrozumiały, niż związek Erwina
z wiecowym krasomówcą, w którego wpatrywał się z cielęcym zachwytem.
Dlatego postanowiła zbadać na czym polega tajemna moc tego krzykacza, przy
pomocy której zwabia, hipnotyzuje, oszołamia i zatrzymuje przy sobie tylu
mężczyzn. Nie poprzestała więc na wysłuchaniu jednego tylko przemówienia
Hitlera w Sport-Palast, ale chodziła dłuższy czas na wszystkie wiece, urządzane
w Berlinie przez narodowych socjalistów, na których ten uwodziciel był zawsze
głównym, a często jedynym mówcą. Przestała wówczas, nawet w myślach, na-
118
zywać go mityngowym pyskaczem, zrozumiała bowiem, że w jej kraju zjawił
się człowiek, który swym niezwykłym talentem oratorskim pociągnie za sobą
olbrzymie tłumy i poprowadzi je dokąd tylko zechce. Tym łatwiej, że z mównicy przeniósł się na fotel kanclerza i ogłosił Führerem całego narodu.
– U nas go jeszcze nie było – zauważył Maks, a ciotka Brunhilda spojrzała
na niego niemal z pobłażaniem i powiedziała:
– Możesz być pewny, że niedługo zapuka do waszych drzwi.
– No, no... – zdziwił się ostentacyjnie Maks. – Nasza piękna Brunhilda zajęła się polityką. Czyżby w Berlinie zabrakło już przystojnych mężczyzn? Ani
jednego nam dziś nie przywiozłaś.
– Nie posuwaj się za daleko – szepnęła wujenka Zuzanna, żona Maksa,
pulchna osóbka, znana w rodzinie ze swej zazdrości o męża. – I nie zaglądaj jej
w dekolt. Ma tam to samo, co ja.
– Właśnie chciałem sprawdzić – odszepnął wuj Maks, a ponieważ lubił irytować małżonkę, przysunął się demonstracyjnie do Brunhildy, otworzył przed
nią usłużnie swą papierośnicę, oznajmiając grzecznie: – Przepraszam i proponuję rozejm.
– To ładnie z twojej strony – Brunhilda sięgnęła po papierosa i osadziła go
w długiej cygarniczce, dodając: – A nikogo nie przywiozłam z sobą, bo wiedziałam, że ciebie tu zobaczę, Maksiu.
Czuwającej nad wszystkim Emmie wydało się, że lepiej uprzedzić dalszy
rozwój wydarzeń, a że czas na kolację już nadchodził, mogła więc prosić
do jadalni, gdzie czekały na stole wyborne potrawy, a na kredensie ciasta,
samym swym wyglądem zachęcające do siadania, nakładania na talerze, krojenia, przeżuwania i połykania. A także wychwalania profesorowej za cielęcą
roladę z szynką i boczkiem, móżdżek w cieście, peklowane ozorki z chrzanem, pieczeń wołową z brukselką i pasztet z zająca, za ryby, wśród których
królował pyszny karp w galarecie z rodzynkami i migdałami, a obok niego
węgorz w sosie koperkowym i pulpety z sandacza w zielonej zaprawie korniszonowej.
Emma dziękowała skromnie za pochwały i patrzyła z zadowoleniem na
opróżniające się półmiski, zerkając co jakiś czas ku końcowi stołu, przy którym
usadowiona została młodzież, z trudem zachowująca stosowną do uroczystości powagę. Uta i Asta szeptały coś do siebie chichotliwie, odpychając łokcie
rozpierających się bliźniaków, a Dieter zdążył już zrobić dwie musztardowe
plamy na obrusie i położyć Norbertowi na talerz pestkę z marynowanej śliwki,
za co otrzymał od brata ostrzegawczego kuksańca w żebra. Jochen wyraźnie
dystansował się od tych ekscesów, kroił wołowinę w wąskie paski i rozmawiał
półgłosem z Lizą, siedzącą obok milczącego jak zwykle Torstena. Widelec i nóż
zdawały się ciążyć mu w rękach, ale nikt, poza ciotką Brunhildą, nie zwracał
na niego uwagi.
119
– Czy on zawsze jest taki? – zapytała, pochylając się ku Emmie. – Nie
czuje się u was dobrze?
– My z nim też nie najlepiej. Trudno go zrozumieć.
– A Lizie? Jak im się układa?
– Przestałam pytać. I do niczego się nie wtrącam.
– Ale się martwisz.
– Nawet bardzo. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy to małżeństwo się utrzyma.
– Chcesz, żebym porozmawiała z Lizą?
– Spróbuj. Może tobie łatwiej się zwierzy, bo przede mną się zamknęła.
Chyba... – Emma zawahała się na moment. – Chyba wstydzi się i żałuje tego,
co zrobiła. Do czego ona dojdzie z takim mężem?
– Przepraszam – Brunhilda dostrzegła, że Emmie zaszkliły się oczy i położyła dłoń na jej ręce. – Nie mówmy już o tym.
– Damskie tajemnice? – zapytał Maks, który usłyszał ostatnie słowa
Brunhildy; usiadł specjalnie obok niej, aby Zuzannie dalej grać na nerwach.
– Chętnie czegoś się dowiem.
Ujął w dwa palce wysoką nóżkę kryształowego kieliszka z winem i zwracając się ku Brunhildzie, łypnął jednocześnie okiem na żonę, ale Zuzanna, wbrew
jego oczekiwaniom, słuchała z zainteresowaniem wymiany zdań pomiędzy
Arnoldem a Eugenem i wcale nie patrzyła w jego stronę.
– Z całym szacunkiem, ale ojciec się zamknął we własnej skorupie i nie
wie jak wygląda sytuacja – mówił z ożywieniem Eugen. – Politycy się kłócą,
a moja firma traci. Polacy zatrzymali nam cztery wagony margaryny na granicy. To jakim my jesteśmy wolnym miastem? A ojciec mówi, że wszystko
się ułoży.
– Bo musi – Arnold spokojnie nabijał na widelec zieloną kulkę brukselki.
– Ktoś w końcu ustąpi i wypuszczą wam tę margarynę.
– A inne sprawy? Linia kolejowa i autostrada? – wyliczał Eugen. – To też
trzeba załatwić. Jak najszybciej.
– Komu się tak spieszy? Żyło się nam dotąd nieźle bez autostrady.
– Ciężko się z ojcem rozmawia – w głosie Eugena pojawił się ton zniecierpliwienia; nie dostrzegł nawet spłoszonego wejrzenia Waldetrudy i zapytał
dość obcesowo. – Po czyjej ojciec właściwie jest stronie?
– Rozsądku. Masz coś przeciw temu?
– To nie jest stanowisko. Dziś trzeba powiedzieć... – Eugen poczuł na nodze dotknięcie pantofelka Waldetrudy i dokończył niezbyt zręcznie – że nie
wiadomo, co będzie jutro.
– Mogę wam zdradzić – oświadczyła nieoczekiwanie Zuzanna. – Czytałam
w gazecie horoskop na jesień. Ma być słoneczna i długa.
Eugen Tischler opuścił wzrok na talerz, Arnold natomiast uśmiechnął się
do bratowej z wdzięcznością i powiedział:
120
– To bardzo dobrze. Myślę o posadzeniu w ogrodzie paru nowych drzewek
owocowych, więc taka pogoda mi się przyda.
– To jeszcze nie wszystko – Zuzanna uśmiechnęła się również; wiedziała,
że w rodzinie uchodzi za niezbyt mądre kobieciątko i czerpała z tego pewne
korzyści lub przyjemność zażartowania sobie nawet z profesora, stojącego na
najwyższym szczeblu klanu Hasenfussów. – Ten horoskop przewiduje, że smok
odnowi swoje oblicze na Wschodzie, a nad Zachodem wzniesie się czarny orzeł
i zakryje swymi skrzydłami wiele ziem, od bieguna północnego po gorące piaski pustyni. Co ty na to, Arni?
– Bzdury – profesor pokrył zmieszanie lekceważącym wzruszeniem ramion. – Gazety wydrukują każdą brednię, byle tylko zarobić.
– A Nostradamus? – Zuzanna dostrzegła z zadowoleniem, że Eugen, za
plecami teścia, wytrzeszcza na nią oczy. – Przestudiowałam go dokładnie.
– I co on mówi? – wyrwało się Eugenowi, a Zuzanna odęła lekko usta
i oznajmiła z wysokości swej wiedzy: – Jeżeli nie znasz Nostradamusa, mój
chłopcze, trudno mi będzie cokolwiek ci wyjaśnić.
Zadowolona z odniesionego triumfu, wypuściła dopiero teraz spojrzenie
ku drugiej stronie stołu, gdzie Maks, pozbawiony podniety jej wzroku, niezbyt
gorliwie emablował Brunhildę, uznała przeto, że nie musi interweniować i zajęła się wybornym karpiem, otoczonym wianuszkiem rodzynek i migdałów.
Spustoszenie na półmiskach stawało się coraz większe, toteż Emma uznała, że należy przejść do słodkiej części biesiady, posłała Lizię do kuchni i po
chwili w drzwiach jadalni ukazała się Hedda, niosąc uroczyście tort urodzinowy z zapalonymi świeczkami. Powitany został oklaskami, Arnold zdmuchnął
gracko płomyki, Maks wygłosił toast na cześć brata i wśród nowych wyrazów
zachwytu, rozpoczęło się pałaszowanie cytrynowego dzieła Emmy, a także kruchych ciasteczek z masą orzechową, sernika wiedeńskiego, babki czekoladowej
i biszkoptowych miseczek, wypełnionych kremem brzoskwiniowym, oraz nieodzownego placka drożdżowego z grubą kruszonką.
Na stole zjawiła się jeszcze, wniesiona przez Lizę, waza gorącego ponczu arakowego i butelka koniaku, w wyniku czego wuj Maks, służący niegdyś
w hanowerskim pułku artylerii konnej, zanucił z rozrzewnieniem:
In Hannover an der Leine,
haben Mädchen dicke Beine...
Kilka kropel ponczu musiało również przesączyć się, tajemnym sposobem,
do końca stołu, doszło tam bowiem do pojednania pomiędzy Astą i Utą, a bliźniakami. Dziewczęta pozwoliły Frediemu i Waldiemu głaskać się po kolanach
osłoniętych obrusem, otrzymując w zamian przebaczenie za używanie przezwiska Wuismuti. Natomiast Dirk z nudów lepił kulki z drożdżowego ciasta i zie-
121
wał, dopóki nie usłyszał o jakimś pancerniku, o którym Norbert zaczął opowiadać Jochenowi. Nawet bliźniacy przestali zajmować się kuzynkami i nadstawili
uszu, ponieważ wiadomość o okręcie, mającym wpłynąć do Neufahrwasser
stanowiła dla nich znacznie większą atrakcję, niż kościste jeszcze kolanka Uty
i Asty. Zasypali więc Norberta pytaniami, robiąc przy tym taki hałas, że Eugen
Tischler wyciągnął szyję, chcąc sprawdzić, co wyczyniają jego niesforni synowie, chociaż przykazał im surowo, aby u dziadka na urodzinach zachowywali
się przyzwoicie.
– Mam was uspokoić?! – zagrzmiał zarezerwowanym do karcenia bliźniaków tonem. – Co tam wyprawiacie?
– Nic, Vati – zawołali jednym głosem. – Tylko nasz pancernik przypływa!
Musimy jechać do portu!
– Ja też! – wrzasnął Dirk. – Razem z wami!
Postąpił nierozważnie, gdyż przypomniał matce o swej obecności i otrzymał polecenie natychmiastowego udania się do łóżka, co uczynił bardzo niechętnie, powłócząc nogami i pochlipując. Spod drzwi rzucił jeszcze błagalne
spojrzenie na ojca, lecz ani on, ani nikt inny nie patrzył już w stronę smutnego wygnańca, stojącego ze zwieszoną głową na progu jadalni. Nawet wuj
Maks, rozmarzony ponczem, porzucił wspomnienia o tęgich udach hanowerskich dziewcząt i z uwagą słuchał, co Norbert mówi o portowych pogłoskach
na temat pancernika Kriegsmarine, który ma zacumować w kanale portowym,
naprzeciw Westerplatte.
– Tam jest przecież polska placówka wojskowa – dodał. – Łatwo o jakiś
incydent.
– Tylko mi tu nie kracz – zastrzegł wuj Maks. – Mamy już w mieście za
dużo różnych incydentów. Ale teraz wszystko się uspokoi.
– Tak uważasz? – Arnold był najwidoczniej odmiennego zdania i pokręcił
z powątpiewaniem głową. – Rozhuśtanych emocji nie łagodzi się chyba widokiem armat. Co innego, gdyby Kriegsmarine przysłała tu swój szkolny żaglowiec. Wtedy cel takiej wizyty byłby zupełnie jasny i wyraźny.
– Nie zaszkodzi, jak się Polacy trochę wystraszą – wtrącił Eugen. – Nie
będą może tak uparcie obstawali przy swoich rzekomych prawach i zaczną
ustępować. Wtedy zbudujemy autostradę, nową linię kolejową...
– A potem?
– O czym ojciec mówi?
– O tym, co każdy widzi i słyszy. Nawet ja, chociaż twierdzisz, że zamknąłem się w jakiejś skorupie i nic mnie nie obchodzi, co się dokoła dzieje. Byle
tylko na Kleine Mölde nikt nie hałasował. Teraz jednak, skoro, jak Norbert
powiada, będziemy mieli takiego gościa w porcie...
Niemal codziennie, jadąc tramwajem do uczelni, widział rozwieszone
transparenty z napisem Zurück zum Reich! i umundurowanych mężczyzn, wy-
122
krzykujących to samo hasło, bójki pomiędzy studentami i pikiety przed polskimi sklepami, co nie mogło nastrajać go optymistycznie. Od żółtej rasy, jak
nazywano narodowych socjalistów z powodu koloru ich koszul, odstręczała go
krzykliwość i brutalność, demonstrowana na każdym kroku i wobec wszystkich, którzy nie chcieli im wtórować. W ciągu kilku lat zaledwie zdołali zamienić w tygiel namiętności spokojne dotąd miasto i mogą zechcieć zawładnąć
nim całkowicie, gdy za tydzień lub dwa, poczują za sobą armaty pancernika,
noszącego na swej banderze taki sam znak swastyki, jaki widniał na ich sztandarach.
– Ojciec myśli, że może dojść do puczu?
Arnold nie lubił, kiedy Tischler zwracał się do niego w ten sposób, ale
odpowiedział mu bez jawnej irytacji:
– Chciałbym się mylić, tylko wykluczyć tego nie można. Jakiś tydzień temu
wracałem wieczorem z wykładów i widziałem tych żółtych. Szli z pochodniami
i skandowali: Me-mel ist frei, nun bist du Dan-zig an der Reih´! Jak sądzisz? Do
czego oni się szykują?
– Memel zajęło wojsko – wtrącił Norbert. – A na tym pancerniku mają być
tylko kadeci. Tak słyszałem w porcie.
– Tak słyszałeś... – powtórzył Arnold. – To może wiesz, po co właściwie ci
kadeci do nas przypływają?
– Na korso kwiatowe. Mają też złożyć wieńce pod pomnikiem marynarzy
z krążownika Magdeburg.
– A gdzie jest ten pomnik?
– Niedaleko. Na cmentarzu garnizonowym.
X
G
azety potwierdziły wszystko, co mówił Norbert, ujawniły nazwę okrętu i podały datę, a nawet godzinę jego wpłynięcia do Neufahrwasser.
W oznaczonym przeto dniu, Eugen zjawił się z bliźniakami na Kleine
Mölde 89, żeby zabrać Dietera do portu. Chłopiec, od urodzin ojca, nie przestawał mówić o pancerniku. Marudził, jojczył i prosił tak długo i tak namolnie
o pozwolenie na udział w jego powitaniu, dopóki nie uzyskał zgody obojga
rodziców. Emma, ulegająca zwykle szybciej życzeniom synka niż Arnold, tym
razem trwała w dłuższym od niego oporze. Obawiała się, że Dirk, nawet pod
opieką Eugena, może zagubić się w tłumie, który na pewno wyleje się z miasta
na nabrzeże, aby zgotować załodze okrętu gorącą owację, stanęło więc na tym,
że Norbert zabierze brata do swego pokoju i razem obejrzą całą uroczystość
z jego okna, wychodzącego na kanał portowy.
Dieter nie był uszczęśliwiony takim rozwiązaniem, musiał się jednak z nim
pogodzić, a gdy znalazł się już u Norberta i popatrzył z wysokości piętra na
ścieśnione ludzkie głowy, uznał, że ma lepszy punkt obserwacyjny, niż Eugen
i Wuismuti, którzy poszli na nabrzeże i zapewne niewiele zobaczą. Norbert,
w dodatku, okazał się troskliwym bratem, zakupił bowiem nie tylko dwie rolki dropsów, ale wystarał się również o dużą lornetkę, dzięki której Dieter mógł
nawet odczytać nazwy holowników, wypływających na redę po oczekiwanego
gościa.
Filmy archiwalne i fotografie ukazujące okręt szkolny Kriegsmarine
„Schleswig-Holstein”, wpływający do Wolnego Miasta Gdańska, obiegły wielokrotnie cały świat i są, a przynajmniej były, powszechnie znane. Na ich podstawie oparłem częściowo opis tego wydarzenia w swojej książce Kawalerowie
Virtuti i reprodukcje kilku tych zdjęć leżą teraz przede mną, na biurku. Na jednym z nich widać ogromny transparent, rozpięty na ścianie magazynu portowego, z wypisanym gotyckimi literami pozdrowieniem – Willkommen „Schles­
124
wigHolstein” – bez pauzy między obu członami nazwy okrętu. Fotografia została wykonana z pokładu pancernika, ponad głowami stojących na nim kadetów
w białych mundurach, pozdrawiających zgromadzony na nabrzeżu i wiwatujący tłum ludzi. Z terenu Westerplatte, którego obiektyw aparatu, oczywiście, nie
objął, widzieli tę scenę żołnierze polskiej kompanii wartowniczej, znajdujący
się w pełnym pogotowiu bojowym. Dotarłem, swego czasu, do kilku z nich
i relacje tych bezpośrednich świadków wydarzenia, pozwoliły mi wczuć się
w atmosferę owego gorącego, sierpniowego dnia, spojrzeć na płynący pancernik niejako oczami ludzi, którym mógł nieść i rzeczywiście przyniósł, śmiertelne zagrożenie... A teraz jestem w odmiennej, dość osobliwej sytuacji, ponieważ
mam zobaczyć ten sam okręt z drugiej strony kanału, przez okulary lornetki
niemieckiego chłopca, wydającego co chwilę okrzyki podziwu i zachwytu...
Kolos, sprowadzany z redy przez holowniki w barwnej flagowej gali, przesuwał się wolno obok główek falochronu, mijał basen strefy wolnocłowej, latarnię
kapitanatu portu i na trawersie miał już po chwili okno kawalerki Norberta, z którego wychylał się Dieter. Właził nawet na parapet, nie zważając na ostrzeżenia
brata, usiłującego zapanować nad rozpierającymi smarkacza emocjami.
– Spadniesz, głupku, a mnie matka zabije!
Nie pomagało to wiele, poskutkowała jednak groźba odebrania lornetki,
przez którą Dirk oglądał właśnie płaskie, stalowe kazamaty na pokładzie pancernika, najeżone grubymi lufami ciężkich dział. Policzył je, zszedł z parapetu
i oznajmił Norbertowi:
– Cztery wielkie armaty i pięć trochę mniejszych na jednej burcie. Na drugiej pewnie tak samo, to razem będzie piętnaście. Jak hukną..!
– Czternaście, matole – sprostował Norbert. – Naucz się rachować.
Dieter puścił mimo uszu uwagę brata. Patrzył, urzeczony, na oddalający się
okręt, na kadetów w białych mundurach, stojących wzdłuż burty i na rufie, na
spiętrzone za nimi nadbudówki, wysokie kominy i górującą nad nimi stalową
wieżę obserwacyjną, odetchnął głęboko, wypiął pierś i oświadczył:
– Zostanę marynarzem.
Powtórzył to po powrocie z portu; najpierw Jochenowi, podlewającemu
kwiaty na klombie przed domem, potem Lizie i Torstenowi, a wreszcie rodzicom, których znalazł w głębi ogrodu, u nikogo wszakże, jak mu się wydawało,
nie znalazł pełnego zrozumienia dla swej doniosłej decyzji. Jochen kiwnął tylko
głową, Liza zrobiła to samo, Torsten bąknął coś pod nosem, matka przycinała
róże i nie odłożyła nawet sekatora i tylko ojciec, siedzący w wiklinowym fotelu
pod orzechem, zamknął książkę i powiedział:
– Przed tygodniem chciałeś być automobilistą.
– Teraz już nie – oczy Dirka płonęły nowym zapałem. – Pójdę do szkoły
kadetów, dostanę biały mundur i będę pływał na pancerniku. Wuismuti też się
zaciągną.
125
– Widzieliście wszystko dobrze?
– Wuismuti gorzej, bo nie poszli do Berta. A on mi dał rolnetkę i...
– Lornetkę.
– Dał mi ją i patrzyłem sobie cały czas, jak ten okręt płynął. Taki długi, papi,
jak nasza ulica. A wysoki jak ratusz. Ma piętnaście... – poprawił się – czternaście armat. To pewnie największy pancernik na świecie. Gdybyś go sobie, papi,
chciał obejrzeć, mógłbym pojechać z tobą do portu. Najlepiej jutro.
Mówił szybko, niemal połykając słowa i patrzył z nadzieją na ojca, Arnold
jednak milczał, jakby rozważał propozycję Dirka, ale po chwili powiedział:
– Ani jutro, ani pojutrze.
– To może w przyszły piątek, albo w sobotę – nalegał Dieter. – Bert mówił,
że on będzie stał u nas cały tydzień.
– To umów się z Norbertem.
– Wolałbym pojechać z tobą, papi.
– Nie marudź. Mnie pancerniki nie interesują. – Arnold otworzył książkę,
dając Dieterowi znak, że uważa rozmowę za skończoną, widząc jednak zdumienie, rozszerzające jego oczy i usta wyginające się w podkówkę, złagodził
nieco swoje stanowisko. – No, może w przyszłą niedzielę znajdę trochę czasu.
Zobaczymy jaka będzie za tydzień pogoda.
Jeśli profesor Hasenfuss liczył na deszcz, to bardzo się pomylił. Koniec
sierpnia był słoneczny i upalny, zanosiło się więc na to, że będzie musiał dotrzymać obietnicy i wybrać się z Dieterem do Nowego Portu. Na razie przyszły
kadet musiał zadowolić się oglądaniem marynarzy z pancernika, spacerujących
grupami po Starym Mieście, robiących sobie pamiątkowe zdjęcia na Długim
Pobrzeżu z Krantorem w tle, przed Dworem Artusa na Długim Targu i u stóp
pomnika cesarza Wilhelma I na skwerze przy Bramie Wyżynnej. Obejmowali
za szyję nagą kobietę z brązu, wyobrażającą Wisłę lub siadali na jej kolanach,
czemu Schupo przyglądał się pobłażliwie, a przechodnie nagradzali brawami.
Ich oficerów podejmowano winem w Bodenburg-Speisewagen na Długiej,
a orkiestra okrętu koncertowała na przedprożu Złotej Kamienicy, rzęsiście
oklaskiwana przez tłum słuchaczy, niechętnie ustępujący wyjeżdżającym spod
Zielonej Bramy tramwajom.
Miasto tonęło w powodzi czerwonych flag ze swastyką pośrodku, co nadawało mu odświętny wygląd, zasypiało późno i budziło się wcześnie, jakby
nie chciało stracić ani jednej godziny z tych gorących, słonecznych dni odchodzącego już lata. Nad brzegiem morza jednak, od Jelitkowa do Brzeźna,
nie wygrzewało się tylu plażowiczów, co zazwyczaj o tej porze roku i w takiej
spiekocie. Nad wydmami drgało rozpalone powietrze, zaledwie wieczorami poruszane lekką bryzą, która docierając do Motławy, gasła pomiędzy rozgrzanymi
murami kamieniczek, oddających teraz gromadzony od świtu żar słonecznych
promieni. Noce były więc duszne i przez otwarte szeroko w domach okna do-
126
cierał do mieszkań warkot motorów ciężkich pojazdów, stukot wielu butów,
czasem krótki okrzyk, brzęk metalu uderzającego o metal, ostre przekleństwo
lub stłumiony zaraz śmiech; jakby pod osłoną mroku toczyło się ulicami inne
życie, niż w jasnym świetle dnia.
Niepokojące dźwięki docierały również do zielonej doliny. Duchota była
tu mniej uciążliwa, wietrzyk przemykał niekiedy przez liście drzew, szeleszcząc nimi łagodnie, ale jednocześnie niosąc zza wzgórz głuchy pomruk, który
nie był spokojnym oddechem uśpionego miasta. Emma z Jochenem, stojąc pod
orzechami w ogrodzie, słuchali tego dziwnego dudnienia, nikłego podzwaniania nocnego tramwaju, zakręcającego na pętli przy Karthäuserstrasse i dalekiego, jakby spłoszonego buczenia syren okrętowych.
– Norbert mówi, że z portu wypływa wiele statków – powiedział półgłosem
Jochen. – Przy nabrzeżach robi się pusto, a pancernik zmienił miejsce postoju
i kotwiczy teraz przy twierdzy Weichselmünde. Nikt nie wie, co to może znaczyć.
– Boję się nawet pomyśleć – Emma łamała w palcach podniesiony z trawy patyk. – Tak się nam żyło spokojnie przez te wszystkie lata. Tak tu było
bezpiecznie i cicho. Gdyby teraz miało wydarzyć się coś złego... Hedda powiada...
– Przecież wiesz, Mutti, jaka ona jest. Plecie różne rzeczy. Zmyśla, byle
tylko mielić językiem.
– Nie chcieli jej sprzedać dwóch funtów cukru, tylko jeden. Tego na pewno
nie zmyśliła. Mąki też dostała trzy funty, a chciała cztery. I to w tym samym
sklepie, w którym zawsze kupuje. U Fischera.
– Dlaczego?
– Bo jest, podobno, takie zarządzenie. A kiedy ludzie zaczynają wykupywać żywność, to na coś się zanosi. Zawsze tak było. Przeżyłam swoje lata, to
wiem. Jutro sama pójdę do Fischera, bo jakieś zapasy trzeba zrobić.
Na jabłoni zakwilił spłoszony czymś ptak, zaszurgotał w liściach, ze szczytu drzewa odpowiedział mu drugi i cisza powróciła do ogrodu. Pomruk zza
wzgórz zdawał się również słabnąć i oboje czujnie unieśli głowy.
– Może to tylko manewry naszej Heimwehry – Jochen próbował uspokoić
matkę. – Ojciec nam chyba powie, bo znowu usiadł przy tym swoim telefunkenie. Widziałem, jak wychodziliśmy z domu.
– Stale siedzi. A zrobił Waltraudzie taką przykrość na urodzinach – przypomniała Emma. – Żal mi jej było. Ona jest bardzo wrażliwa.
– I spokojna – dodał Jochen. – Nie pamiętam, żebyśmy się o coś pokłócili.
– Pewnie dlatego, że zawsze wolała ci ustąpić. Zupełnie nie wiem, jak ona
daje sobie radę z Waldim i Ferdim – spojrzała w stronę namiotu, który bliźniacy rozstawili poprzedniego dnia na trawniku pod jabłonią. – Niech sobie teraz
trochę od nich odpocznie.
127
Ani Waltraudzie, a tym bardziej Arnoldowi, nie zwierzyła się z swych
prawdziwych intencji, ale w tych, coraz bardziej niespokojnych dniach, chciała
mieć Wuismutich koło siebie. Uznała, że na uboczu, w osłoniętej wzgórzami
kotlince, będą bardziej bezpieczni niż w Langfuhr, a głośno twierdziła, że na
czas upałów powinni rozbić sobie namiot u dziadka i babci w ogrodzie, gdzie
spiekota tak nie dokucza jak w mieście i noce są chłodniejsze.
– Skoro szkoła dała im teraz tydzień wolnego od nauki, niech przychodzą.
Dirk bardzo się ucieszy – tłumaczyła Waldetrudzie. – I może przestanie ojcu
zawracać głowę pancernikiem. Koniecznie chce w niedzielę jechać do Neufahr­
wasser, a Arnoldowi wcale się to nie uśmiecha. Wyświadczyłabyś mu przysługę, gdyby mógł zostać w domu i słuchać radia.
– Naprawdę, słucha..? – Waltrauda aż pokraśniała z zadowolenia i puściła
synalków do babci, ku rzeczywistej radości Dietera, z wielkim zapałem pomagającego Wuismutim w rozbiciu obozowiska.
Tajemnica dotycząca prawdziwych rodziców Waldetrudy była najściślej
zachowywana przez Arnolda i Emmę, zatem formalnie, w rodzinnej hierarchii,
Dieter stał wyżej od bliźniaków. Był ich wujem, przeto powinien zostać komendantem obozu i kierować pracami przy jego zakładaniu, a następnie wydawać dalsze rozkazy, od razu wszakże został sprowadzony do roli podwładnego
swoich siostrzeńców, obejmujących na zmianę najwyższą, admiralską funkcję
na okręcie. Nie było przecież najmniejszych wątpliwości co do tego, że rozstawiony na trawniku pod jabłonką namiot, jest pancernikiem Schleswig-Holstein,
pień drzewa jego wieżą obserwacyjną, a konary lufami dział, wycelowanych
w okręty ukazującej się na horyzoncie nieprzyjacielskiej eskadry. Admirał zarządzał wówczas alarm bojowy, załoga zajmowała stanowiska i rozpoczynała
się wielka bitwa morska.
Dieter był jednocześnie kanonierem, celowniczym i ogniomistrzem,
a Waldi dowódcą baterii, jeśli Ferdi obejmował stanowisko admirała, gdy nadchodziła jego kolej. Żądali od swego wuja, aby im salutował, trzymał wartę
przed namiotem, pełnił służbę na wierzchołku jabłonki, składał raporty i dbał
o stan całego okrętu, a podczas morskiego boju zwijał się szybko przy działach
i prowadził skuteczny ogień z wszystkich luf, skacząc po konarach jabłonki.
Wyciskali więc siódme poty z Dirka, który pilnie wykonywał otrzymywane
rozkazy, a wieczorami, uznojony lecz szczęśliwy, zasypiał natychmiast, gdy
tylko przykładał głowę do poduszki, aby rankiem zerwać się ochoczo do nowych zadań.
Pancernik w ogrodzie Hasenfussów od kilku dni toczył już morskie boje,
a w Nowym Porcie, przy Twierdzy Wisłoujście, stał nieruchomo SchleswigHolstein w gali banderowej, z codziennie koncertującą na rufie orkiestrą. Jej
kapelmistrz – Musikmeister – Willi Aurich, w swoim dzienniku, który mam
teraz przed sobą, zanotował w niedzielę, 27 sierpnia:
128
Flaggenparade mit Musik. Die Polen werden sich sicher... Gala banderowa
z muzyką. Polacy na pewno są zdziwieni naszym zachowaniem! O godzinie
dziewiątej znowu przemówienie dowódcy. Mówił, że w toku są rokowania,
by drogą pokojową rozwiązać istniejące napięcia... Po południu wolno nam
wyjść na kilka godzin na ląd.
Do zeszytu z notatkami, kapelmistrz Aurich wklejał wycinki z gdańskich
gazet i wykonane przez kogoś zdjęcia. Na jednym z nich widać go w oficerskim mundurze, dyrygującego orkiestrą, na innym salutującego z przedproża
na Długim Targu, oklaskujących orkiestrę gdańszczan. Musiał być jednak nieco
zdezorientowany lub zafrasowany sytuacją, gdyż w środę, 30 sierpnia, napisał:
An unserer Lage hat sich nichts geändert... W naszym położeniu nic się nie
zmieniło.
A w czwartek, 31 sierpnia, zanotował:
Flaggenparade... Unsere Lage scheint sich zu verschärfen... Gala banderowa... Nasze położenie zdaje się zaostrzać, bo adiutant czyni pewne aluzje...
Hoffentlich fällt bald die Entscheidung! Należy mieć nadzieję, że wnet zapadnie decyzja!
Tego samego dnia, wieczorem, ku wielkiej uldze Emmy, w domu przy
Kleine Mölde 89 zjawił się Norbert. Opowiedział o wizycie Schupo, który
obchodził mieszkania w jego kamienicy, polecając wszystkim lokatorom ich
opuszczenie na kilkanaście godzin. Emmę ucieszyło to zarządzenie, ponieważ
zmusiło Berta do wyjazdu z Neufahrwasser i miała teraz prawie całą gromadkę
swoich najbliższych koło siebie.
– Bo gdyby coś się stało...
– Mama ciągle to powtarza, a nic się nie stanie – zapewniał Norbert. –
W poniedziałek widziałem na własne oczy polskiego ministra na pancerniku.
Grała orkiestra, kompania honorowa prezentowała broń, oficerowie salutowali.
Czy to, według mamy, nic nie znaczy?
– Skąd wiesz, że to był polski minister?
– Bo przyjechał limuzyną z biało-czerwoną chorągiewką.
– W takim razie po co ta ewakuacja w Neufahrwasser? – dociekała uparcie
Emma. – Pytałeś tego policjanta?
– Każdy pytał.
– I co wam powiedział?
– Że będą jakieś ćwiczenia. I trzeba zostawić otwarte okna.
– Dla złodziei?
– Mutti... Żeby szyby nie wyleciały. Zresztą mój pokój jest na piętrze.
– A co z mieszkaniami na parterze?
129
– Schupo mówił, że domy będą pilnowane i nikomu nic nie zginie. A jutro
po południu każdy będzie mógł wrócić do siebie.
– Nie podoba mi się to – Emma kręciła z niezadowoleniem głową. – I nic
z tego nie rozumiem.
Wyszła do ogrodu i znów stanęła na samym jego końcu, pod włoskimi
orzechami. Nasłuchiwała dłuższą chwilę, ale dokoła panowała zupełna cisza.
Z zasypiającego powoli miasta nie dochodził pomruk motorów i tylko od strony dworca kolejowego dobiegł do wzgórz gwizd parowozu. Powtórzył się dwa
razy i nic więcej nie mąciło już spokoju letniej nocy.
Emma czekała jeszcze dłuższą chwilę, ale nad ogrodem nie westchnął nawet wiatr. Komar tylko bzyknął jej koło ucha, więc podeszła do jabłoni, opuściła odchylone płótno namiotu, żeby nie pokąsał śpiących bliźniaków i wysypaną
żwirem ścieżką przeszła do drewnianych schodków, które sprowadziły ją ze
stromej skarpy pod oświetlone okno gabinetu Arnolda.
Profesor siedział z synami przy telefunkenie. Wszyscy trzej mieli pochylone głowy, skupione przy głośniku aparatu i unieśli je, kiedy weszła do pokoju.
Przebiegła szybkim, badawczym spojrzeniem po ich twarzach i poczuła mocne,
nierówne uderzenia serca, niepewna, czy przyspiesza je nadzieja, czy lęk.
– Spóźniłaś się – Arnold oparł dłonie na poręczach fotela, ale jeszcze nie
wstawał. – Berlin podał już wiadomości.
Norbert i Jochen wstali, podsuwając jednocześnie matce swoje fotele, ale
nawet tego nie zauważyła. Zapytała:
– Dobre?
– Wydaje mi się, że rozsądek zwycięża – w głosie Arnolda pojawiła się
wyraźna nuta satysfakcji. – Cały czas na to liczyłem. Mówiłem, że musi dojść
do jakiegoś porozumienia.
– I doszło?
– Niezupełnie, ale Berlin czeka na przybycie z Warszawy pełnomocnika
polskiego rządu. Rozpoczną się rokowania, Emmo. Niczego lepszego nie mogliśmy usłyszeć – wstał teraz z fotela i dodał: – Połóż się i śpij spokojnie. Ja posiedzę jeszcze trochę w ciemni, bo przez te ostatnie dni nie miałem do niczego
głowy. Nawet do fotografii.
Wyłączył odbiornik i telefunken mrugnął zielonymi płatkami magicznego
oka, jakby i on dawał jakiś dobry znak Emmie, a jej się wydawało, że uwolniła
się od ogromnego ciężaru męczących, niemal bezsennych nocy. Powiedziała
więc tylko, gdy Norbert i Jochen, zaraz po wyjściu z pokoju ojca, przypomnieli
jej ile razy sami ją uspokajali i prosili, aby niepotrzebnie się nie denerwowała:
– Trudno wam będzie zrozumieć, czym był dla mnie ten tydzień...
Pogładziła ich po głowach, kiedy pochylili się, całując ją w rękę na dobranoc, sprawdziła, czy Dieter śpi i zeszła do kuchni, aby wypić z Heddą filiżankę
herbaty i wydać jej polecenia na następny dzień.
XI
P
ani Hasenfuss położyła się do łóżka krótko po jedenastej i zasnęła niemal natychmiast, ale w mieście wielu ludzi nie spało tej nocy.
Mężczyźni w żółtych koszulach rozlepiali drukowane gotykiem proklamacje na słupach ogłoszeniowych, murach domów i polskich skrzynkach pocztowych, Gauleiter Albert Forster przygotowywał przemówienie radiowe, Wysoki
Komisarz Ligi Narodów, Karol Burckhardt, krążył po swoim gabinecie, posępny
i zamyślony, brytyjski konsul, sir Francis Shepherd palił w kominku tajne dokumenty i notatki, w Generalnym Komisariacie Rzeczypospolitej, przy Neugarten
27, minister Marian Chodacki czekał na telefon z Warszawy, w gmachu Poczty
Polskiej i w budynku dyrekcji Polskich Kolei Państwowych w kilku oknach paliły się światła, przed hotelem Danziger Hof policjant trzymał w rękach tablicę
z napisami – Von den Fenstern weg! Es wird scharf geschossen! – na Westerplatte,
komendant polskiej kompanii wartowniczej, major Henryk Sucharski, rozpoczął
obchód placówek, dowódca pancernika Schleswig-Holstein, Kapitän zur See
Gustav Klei­kamp, wydał już rozkazy swoim oficerom, wyszedł na pokład okrętu,
spojrzał na blednące po wschodniej stronie niebo i na księżyc zniżający się ku
wieżom i basztom, dawnym strażnikom bogatego grodu.
Świecił jeszcze jasno, ale nad basenami i kanałem portowym podnosiła się
już mgła. W jej gęstniejącym oparze rysowała się niewyraźnie sylwetka pancernika, który podniósł kotwicę i ruszył wolno w kierunku...
Wszyscy wiemy w jakim kierunku ruszył Schleswig-Holstein i co stało się
o godzinie 4.45, lecz jak pisać o tym, kiedy słyszę śpiewające w ogrodzie ptaki,
a cały pokój wypełniony jest zapachem kwiatów..? Żona postawiła mi właśnie
na biurku wonny bukiecik, oprószony jeszcze rosą budzącego się, słonecznego
dnia, tak dalekiego od koszmaru tamtej nocy...
W powieści, w której autor dowolnie kształtuje losy swoich bohaterów
i kieruje biegiem wydarzeń, mógłbym napisać: W gęstniejącym oparze rysowała
131
się niewyraźnie sylwetka pancernika, który podniósł kotwicę i ruszył wolno ku
wyjściu z portu, minął główki falochronu, wziął kurs na pełne morze i zniknął
za horyzontem... Komandor Kleikamp odetchnął z ulgą. Patrząc na oddalający
się brzeg, na malejącą sylwetkę miasta, przypomniał sobie pobladłą twarz Burck­
hardta, któremu w czasie bankietu w pałacyku Ligi Narodów, wyznał w chwili
słabości: Otrzymałem straszne polecenie, którego nie mam sumienia wykonać...
Niestety; magiczna moc słów działa jedynie w stworzonej z wyrazów rzeczywistości, przeto komandor Kleikamp wykonał jednak owo straszne polecenie,
jak się podobno wyraził i skierował lufy dział swego pancernika ku nakrytemu
lasem półwyspowi, milczącemu, pogrążonemu w ciemności i ciszy Westerplatte.
Po drugiej stronie kanału portowego stał radiowy wóz transmisyjny i kamery filmowe Wochenschau, stali dziennikarze i fotoreporterzy z aparatami
gotowymi do robienia zdjęć. Przyszli tutaj, jak na rozpoczęcie sensacyjnego
widowiska, które miało rozegrać się na ich oczach i trwać kilkanaście, najwyżej
kilkadziesiąt minut, czekali więc niecierpliwie na podniesienie kurtyny, na gong
otwierający igrzyska. Światu mieli jednak powiedzieć, że ich kraj został napadnięty tego wrześniowego ranka i zmuszony do walki we własnej obronie.
W fonotece gdańskiej rozgłośni, kiedyś pieczołowicie przechowywana, znajdowała się płyta gramofonowa, na której sprawozdawca Landessender Danzig, utrwalił swój reportaż z pierwszego aktu nieoczekiwanie przedłużającego się spektaklu.
Ktoś znalazł tę płytę w czterdziestym piątym roku, wśród innych, w większości
połamanych płyt, zaścielających podłogi redakcyjnych pomieszczeń niemieckiej
stacji radiowej. Z niej właśnie usłyszałem huk dział pancernika, oddających swą
pierwszą salwę i podniesiony z emocji głos niemieckiego reportera:
Salve – Feuerrrrrn! Breiseite auf Breitseite raucht hinüber, ein Schiessen
setzt ein, wie es das Schiff wohl selbst an seinem Ehrentage am Skagerrak
nicht erlebte... (Salwa! Ognia! Z całej burty biją salwy, jedna po drugiej
i rozpoczyna się ogień, którego okręt nie przeżywał nawet w dniu swej
chwały, w bitwie pod Skagerrakiem...)
Wgrałem ten fragment oryginalnego niemieckiego reportażu do słuchowiska o obronie Westerplatte, potem poświęciłem westerplatczykom całą książkę, a w czterdziestą rocznicę wybuchu wojny, spędziłem noc z 31 sierpnia na
1 września, w zachowanej do dziś Wartowni numer 1, skąd rozpoczęliśmy
o godzinie 4.45, nadawanie dla sieci ogólnokrajowej specjalnej audycji, w której dwaj oficerowie z załogi Westerplatte, wówczas porucznicy, Leon Pająk
i Zdzisław Kręgielski, wspominali pierwsze godziny walki z oddziałami niemieckimi, atakującymi polską placówkę.
Była to dla mnie szczególna i pamiętna noc. Przed rozpoczęciem audycji
obeszliśmy cały teren dawnej Wojskowej Składnicy Tranzytowej, tymi samymi
132
ścieżkami, którymi major Sucharski wyruszył na ostatnią inspekcję swej załogi,
a wreszcie przystanęliśmy w tym miejscu nad kanałem portowym, z którego
porucznik Kręgielski zobaczył wyłaniający się z mgły, płynący wolno pancernik.
Mleczny opar, unoszący się nad wodą, zakrywał kadłub okrętu do samego pokładu, wydawać się więc mogło, że mgła niesie na sobie tylko nadbudówki i wieże
artyleryjskie, sunące bezgłośnie w rozrzedzonym już, księżycowym świetle.
– Schleswig wyglądał jak złe widmo, ale pomyślałem, że wychodzi z portu, bo chciałem tak myśleć – powiedział porucznik Kręgielski, wpatrując się
w ciemny tunel kanału, jakby widział tam jeszcze posępną zjawę. – I wtedy
zobaczyłem jak obracają się długie lufy jego dział. Mierzyły prosto, czarnymi
otworami, w nasze stanowiska.
Te puste, złowieszcze czeluście rozjarzyły się nagle, jak krwawe ślepia potwora, nowego Molocha, i pożarły huczącymi jęzorami ognia ciszę całego świata...
Domy przy Kleine Mölde, zaskoczone artyleryjską kanonadą, budziły się,
jeden po drugim. W wielu oknach pojawiały się światła, lecz szybko znikały,
jakby gasił je skowyt kolejnych salw, przetaczających się ciężko nad miastem.
Silne podmuchy napierały na szyby, wprawiając je w niespokojne drżenie,
a w jadalni Hasenfussów rozkołysały kryształowe łezki w zawieszonym nad
stołem żyrandolu. W ozdobnych szafkach bufetu rozdzwoniły się, uderzając
o siebie, wysokie kieliszki do wina, w kuchennym kredensie zagrzechotały fajansowe kubki, a w pracowni fotograficznej zamigotała czerwona żarówka.
Paliła się od kilku godzin. Profesor zszedł do ciemni, uspokojony po wysłuchaniu wieczornych wiadomości i jak zwykle, przy swym ulubionym zajęciu, zatracił poczucie czasu. Wkładał właśnie do kuwety z wywoływaczem
kolejny, naświetlony już papier, gdy zadudniła głucho pierwsza salwa armatnia.
Następne rozrywały już na strzępy ciszę przedświtu, a on stał nadal, znieruchomiały, nie podnosząc nawet głowy, jakby nie mógł oderwać wzroku od zanurzonego w blaszanym korytku papieru, z którego wydobywały się już kontury
szerokiej panoramy miasta. Przygotowywał fotogramy na wystawę swych prac
i zrobił kilka nowych ujęć ze szczytu wzniesień za ogrodem, przy wieży triangulacyjnej i teraz patrzył, jak zza koronki dachów Starówki, zza iglicy Ratusza,
hełmu Katarzynki i wież wszystkich kościołów, podnosi się złowieszcza łuna
pożogi...
Nie potrafił później określić jak długo trwało to złudzenie – bo było przecież złudzeniem, wywołanym przez światło żarówki palącej się w ciemni
i rzucającej czerwone refleksy na płyn w kuwecie i umieszczony w nim papier
fotograficzny – a jednocześnie nie umiał pozbyć się wrażenia, że zobaczył odblask pożaru ogarniającego miasto, ponurą zapowiedź jego zagłady. Próbował
pozbyć się tego przeczucia, tego złowróżbnego obrazu, ale tkwił w nim uparcie
i nie chciał ustąpić. Podobnie jak utajony, a teraz powracający i znów wyraźny
kształt żołnierskiego, przerośniętego trawą trupa, wtapiającego się w grząską
133
maź na martwej, niczyjej ziemi, pomiędzy krętymi liniami wrogich okopów...
Powrócił też, jak upiorne echo, już nie złudny, ale rzeczywisty i tak dobrze
mu znany odgłos kanonady ciężkich dział, oddających, jak niegdyś na froncie,
salwę po salwie. Ogłuszeni wyciem pocisków, skuleni w błotnistych rowach,
zastygali w oczekiwaniu na rozkaz do ataku, a potem biegli: jedni zabijać, inni
po rany i udrękę kalectwa, a wielu po śmierć majaczącą wśród dymów, zasnuwających ropiejące lejami pole... Jeśli teraz znów odezwały się armaty, powtórzy się wszystko od początku...
Czerwona żarówka migotała pod sufitem, w kuwecie czerniał już papier
fotograficzny, ale profesor nie wyjął go z wywoływacza, nie zgasił światła i nie
zamknął za sobą drzwi ciemni, kierując się ku schodom, prowadzącym z sutereny na parter. Były nieco strome, ale nie miały wielu stopni – tylko dwanaście,
wiem dobrze, bo chodzę po nich codziennie – każdy pokonywał jednak z wyraźnym wysiłkiem, jakby nie chciał wstępować w coraz głośniejszy huk dział,
dzwoniące dygotanie szyb i migotliwe błyski, omiatające po każdej salwie strop
nieba nad koronami drzew w ogrodzie i wierzchołkami wzniesień, otaczających
wyrwaną ze snu dolinę.
W holu zobaczył Emmę, w narzuconym na nocną koszulę poranniku, przestraszoną Heddę i przecierającego oczy Dietera. Jochen i Norbert zbiegali z piętra,
a Liza stała na szczycie schodów, trzymając za rękę Torstena. Wszyscy patrzeli
teraz na profesora, jakby on mógł jeszcze coś dodać do tego, co sami słyszeli wyraźnie i co powtarzały donośnie armaty okrętu. Arnold jednak powiedział tylko:
– Wracajcie do łóżek. Niczego tu nie wystoicie. Niedługo wszystko się
wyjaśni.
– A Wuismuti? – Emma przypomniała o bliźniakach, nocujących w namiocie pod jabłonią. – Trzeba ich wziąć do domu. Nie wiadomo przecież, co się
dzieje i co się może jeszcze stać?
– Nic się nie stanie, ale pójdę po nich – zaofiarował się Jochen i dodał:
– Schupo mówił przecież Bertowi, że będą manewry.
– Mówił, mamo – potwierdził Norbert. – Po południu mogę już jechać do
Neufahrwasser. A jutro do pracy.
– Nigdzie nie pojedziesz – oświadczyła stanowczo Emma. – Zostaniesz
tutaj, z nami. A teraz idź z Jochenem po chłopców. I zaraz wracajcie.
– Muszę być w biurze – Norbert spojrzał na ojca, szukając u niego wsparcia, lecz Arnold stanął po stronie Emmy i powiedział:
– Na razie nic nie musisz. Lepiej trochę poczekać.
– Na co? – zapytał Norbert. – Chyba, że ojciec myśli...
– Rób, co ci każe matka – uciął Arnold. – Cokolwiek się stało, albo stanie,
w tym domu nic się nie zmieni. Mam nadzieję, że rozumiesz, co do ciebie mówię.
– Rozumiem – wdrażany latami system działał nadal sprawnie; Norbert
z szacunkiem pochylił głowę, ruszył w stronę drzwi, przy których czekał już
134
Jochen, ale na dworze szarpnął brata za rękaw. – Jak ty to jeszcze wytrzymujesz, Achim?
– Zupełnie dobrze – stwierdził Jochen. – Ojciec wcale nie jest takim despotą, jeśli nie wchodzi mu się w drogę.
– To płaszcz się przed nim dalej. Mnie to już wychodzi uszami i nosem
– przeciągnął palcem po górnej wardze. – Dosyć!
– No, no... – Jochen pokiwał z powątpiewaniem głową. – Zobaczymy jutro.
– A żebyś wiedział – zaperzył się Nobert. – Pojadę i już!
– Zrobisz, jak zechcesz. Tylko...
– Tylko, co?
– Słyszysz, jak grzmocą? Może to jednak nie są manewry?
Wyszli po schodkach na skarpę i rosnące na końcu ogrodu brzozy rysowały się przed nimi ostro w rozbłyskach widmowego światła, omiatającego
niebo po każdej armatniej salwie. Ściany domu nie tłumiły już ich głuchego
echa, kanonada przybrała jakby na sile, a do niskiego dudnienia ciężkich dział
dołączyły się salwy innej, lżejszej broni, zdawać się więc mogło, że tam, za
grzbietem wzgórz, za śródmieściem, nad brzegiem morza, zaczyna rozwijać się
bitwa. Zaniepokojeni tym przyspieszyli kroku, wołali, lecz ani w namiocie, ani
w krzewach i pod orzechami nie znaleźli Wuismutich.
– Są chyba na górze – domyślił się Norbert. – Przy drewnianej wieży.
Siedzieli na samym jej szczycie i nie mieli zamiaru zejść. Zachęcali nawet
wujów, aby dołączyli do nich i bracia Hasenfussowie wdrapali się na ażurową
konstrukcję. Zamierzali ściągnąć z niej zuchwałych szczeniaków, ale widok, który odsłonił się przed nimi, odwlókł na dłuższą chwilę bolesny moment interwencji; rzedniejąca mgła schodziła powoli z morskiego brzegu i kanałów portowych,
odkrywając ciemny, zalesiony półwysep, z którego podnosiły się gejzery płomieni, jakby okręt, ziejący ogniem, rozrzucał pomiędzy drzewa żółte, rozpryskujące
się race, jakby zalewał ten płaski skrawek ziemi strugami rozpalonych iskier, tryskających nieustannie z jego burty. Stalowy kadłub pancernika, drzemiący dotąd
na wodzie, w cieniu starego fortu Weichselmünde, zmienił się nagle w grzmiący,
otoczony obłokiem pary wulkan, wyrzucający ze swego wnętrza czerwoną, wrzącą lawę, podpalającą wszystko co stanie jej na drodze.
Po koronach drzew pełgały już złotorude ogniki i półwysep nakrywać zaczęła czarna, gruba chmura, jak ciężka kopuła, zamykająca się nad mającym
zgorzeć lasem. Norbert oglądał go codziennie z okna swojego pokoju, widział
na jego skraju żołnierzy w zielonych mundurach i powiedział teraz, nie odrywając wzroku od gęstniejących zwojów dymu, kłębiących się pod czystym niebem
budzącego się dnia:
– Spalą się żywcem. Tam jest Westerplatte, Achim.
Na pokładzie pancernika Schleswig-Holstein, reporter tygodnika Kriegs­
marine, Fritz O. Busch, zanotował:
135
Für die wenigen an Deck befindlichen Männer Besatzung des Linienschiffs
scheint die Zeit still zustehen... Niewielu znajdującym się na pokładzie ludziom z załogi pancernika wydaje się, że czas stanął. Zaczarowane oczy
wpatrują się w blask ognia... Eisen, Stahl, Steine, Holz, und Erde wirbeln in
die Luft... Żelazo, stal, kamienie, drewno i ziemia wirują w powietrzu i znów
powracają na ziemię... Glaubt Ihr, dass da noch ein Mensch lebt? – fragt ein
Obermaat... Czy myślicie, że tam ktoś jeszcze żyje? – pyta bosmanmat...
Nein, Herr Obermaat, bestimmt keiner..! Nie, panie bosmanmacie, z pewnością nikt! – odpowiadają marynarze.
Pożar ogarniał już drewniane budynki warsztatów portowych, kiedy
Jochenowi i Norbertowi udało się ściągnąć Wuismutich z wieży triangulacyjnej, zaciągnąć za kołnierze do domu i oddać pod opiekę babci Emmy i Heddy,
jedynej osoby, poza dziadkiem Arnoldem, przed którą czuli prawdziwy respekt,
podreptali więc za nią posłusznie na piętro, a bracia weszli do gabinetu ojca.
Profesor stał przy oknie i nie odwracał się. Z głośnika telefunkena rozbrzmiewała muzyka marszowa, a on patrzył w rozjaśniony już ogród, na przesiewające się przez liście drzew pierwsze promienie słońca i unoszący się
w bladobłękitne niebo, za koronami brzóz, ciemny słup dymu. Nie pytał o nic,
więc i oni milczeli, jak nakazywał szacunek dla ojca i świadomość, że wszelkie
pytania nie są już potrzebne...
Skrzypnęły drzwi i do pokoju weszła Emma. Jednocześnie urwał się wojskowy marsz i z głośnika telefunkena spiker oznajmił:
– Hier ist der Landessender Danzig, der von nun an Reichssender Danzig
heissen wird.
Nikt się nie odezwał. Emma usiadła na brzegu fotela, Arnold odwrócił się
od okna i wszyscy czworo wpatrzyli się w odbiornik, jakby w ten sposób mogli
lepiej usłyszeć, co powie im i całemu miastu radio z ulicy Lastadia, które właśnie
przestało być stacją lokalną, a stało się jedną z rozgłośni Rzeszy. Uderzyło jeszcze akordem fanfar i werbli, a potem odezwało się głosem Gauleitera Forstera:
– Männer und Frauen von Danzig..! Die Stunde, die Ihr seit zwanzig Jahren
herbeigesehnt habt, ist angebrochen. Danzig ist mit dem heutigen Tage
heimgekehrt in das Grossdeutsche Reich... Mężczyźni i kobiety Gdańska!
Wybiła godzina, na którą z utęsknieniem czekaliście przez dwadzieścia
lat. Z dniem dzisiejszym Gdańsk wraca do Wielkiej Rzeszy Niemieckiej.
Wyzwolił nas nasz wódz, Adolf Hitler..! Dziękujemy Panu Bogu, że dał
naszemu wodzowi siłę i możność uwolnienia nas od klęski dyktatu wersalskiego... Danziger und Danzigerinnen..! W tej uroczystej godzinie podajmy sobie wszyscy ręce i przyrzeknijmy naszemu wodzowi, że uczynimy wszystko, co leży w naszej mocy, wszystko dla naszych pięknych,
Wielkich Niemiec... Es lebe unser geliebter Führer, Adolf Hitler!
XII
P
o chłodnej raczej, pierwszej połowie miesiąca, zrobiło się nareszcie ciepło.
Dzień za dniem wstaje teraz słoneczny i kiedy wychodzimy rano do ogrodu,
żeby zjeść śniadanie wśród jasnej zieleni, otacza nas lekki powiew świeżego, wonnego, balsamicznego powietrza, wita brzęczenie pracujących od świtu
pszczół i śpiew ptaków, koncertujących niestrudzenie pod baldachimami liści.
Wszystko dokoła tchnie spokojem, pławi się w jasnym świetle poranka,
jakby ta zaciszna kotlina, w której mieszkamy, odgrodzona była od wszelkich
hałasów świata i niepokojów burzliwego, okrutnego i krwawego dwudziestego
wieku, napiętnowanego największymi porażkami człowieczeństwa. Złe znaki
zamykają również kończące się w konwulsjach i wstrząsach drugie tysiąclecie
chrześcijańskiej ery... Zanim, w chłodnym cieniu leszczyny, wypijemy pierwszą kawę po śniadaniu, spadną nowe bomby na Mitrovicę albo Prištinę, spłonie
kolejna wioska nad Białą Driną, a stromymi ścieżkami górskimi ciągnąć będą
gromady ludzi, wypędzonych w nocy ze swych siedzib... Kiedy oglądam na
ekranie telewizyjnym tych umęczonych, przerażonych uchodźców, posępne
twarze mężczyzn i zapłakane kobiet, widzę znów moją Matkę na progu naszego domu, gdy musieliśmy go opuszczać; tego samego wrześniowego dnia,
w którym komandor Kleikamp salwą dział Schleswig-Holsteina na Westerplatte
otworzył straszliwą puszkę Pandory, a profesor Hasenfuss słuchał z głośnika
swego telefunkena proklamacji Gauleitera Forstera.
Ostrów Wielkopolski leżał wówczas blisko granicy niemieckiej i załoga
warsztatów kolejowych, w których pracował mój Ojciec, przygotowana była
do ewakuacji, na wypadek wojny. W domu również trwało pakowanie w walizy najbardziej potrzebnych rzeczy i zakopywanie w ogrodzie skrzyń z porcelaną stołową, kryształami i srebrem. Znaczyło to, że Rodzice spodziewali się
powrotu do Ostrowa po ustaniu działań wojennych, które miały trwać krótko
i zakończyć się odparciem napastnika. Pomimo to, gdy trzeba było już iść na
137
dworzec, gdzie czekał pociąg ewakuacyjny, Matka nie potrafiła ukryć łez i dobrze pamiętam wypełnione nimi Jej oczy...
Teraz zobaczyłem je znowu. Na twarzy pani Hasenfuss, bo wszystkie matki trwożące się o swe dzieci, płaczą tak samo. Patrząc na Jochena i Norberta,
a potem pochylając się nad śpiącym Dieterem ocierała skrycie te łzy; rozpoznałem je przecież. I wiedziałem, że odtąd, podobnie jak moja Matka, nie zaśnie
już spokojnie, dręczona każdej nocy złymi przeczuciami.
Na razie jednak nie dobiegało nawet południe pierwszego dnia wojny. Nasz
ostrowski pociąg ewakuacyjny jechał bardzo wolno i zaledwie opuszczał dworzec w Kaliszu, kiedy Emma budziła Dirka i Wuismutich. Przed Opatówkiem,
gdy Hedda podawała chłopcom w kuchni śniadanie, został zaatakowany przez
samoloty Luftwaffe.
Maszynista, widząc, że ludzie wyskakują z wagonów, zatrzymał lokomotywę i chociaż bomby nie trafiły w sam pociąg, padały z obu jego stron i zginęło
od nich wielu ludzi, kryjących się w kartoflisku, a wśród nich siostra mojej
Matki, ciotka Wenderska z Zacharzewa. Nie pamiętam, co stało się z zabitymi
i rannymi, ale przypominam sobie, że ten lotniczy atak na cywilny transport
wszystkich zaszokował. O pomyłce pilotów nie mogło być przecież mowy, bo
samoloty leciały nisko i widać z nich było biegnące przez pole kobiety i dzieci.
Zresztą w Sieradzu, do którego dojechaliśmy po południu, okazało się, że bombardowane były również inne, takie same jak nasz, transporty ewakuacyjne,
w których nie było ani jednego żołnierza.
W tym samym mniej więcej czasie, kapelmistrz Willi Aurich, pisał w swym
dzienniku na pokładzie Schleswig-Holsteina:
Trotz des heftigen Artilleriefeuers ist es uns nicht gelungen, die Westerplatte
in unsere Hand zu bekommen... Mimo gwałtownego ognia artylerii, nie
udało nam się dostać Westerplatte w nasze ręce. Ze strony gdańskiej policji zapewniano nas, że można je zająć w dziesięć minut. Obecnie jest
godzina 16.10, ale nic na to nie wskazuje... „Die Westerplatte war in
10 Minuten ein Trümmerhaufen”, so berichten auch die Abendzeitungen...
„Westerplatte stało się w dziesięciu minutach kupą gruzów”, tak donoszą
również wieczorne gazety... Die Berichterstatter hatten es etwas zu eilig...
Sprawozdawcy nieco się pospieszyli...
– Co o tym myślisz, Arnoldzie? – Maks położył bratu na biurku popołudniowe wydania Der Danziger Vorposten i Danziger Neuesten Nachrichten.
– Przecież wszyscy w mieście wiedzą, że atak się nie udał.
– Nie czytam gazet – profesor nie spojrzał nawet na wielkie litery tytułów reportaży, opisujących wygląd Westerplatte po trwającym od świtu ostrzale
dział Schleswig-Holsteina. – Możesz je sobie zabrać z powrotem.
138
– Chcesz dalej udawać strusia? – w głosie Maksa było więcej zdziwienia
niż irytacji. – Otwórz wreszcie oczy, człowieku. Zaczęła się wojna.
– Ale nie tutaj – oświadczył Arnold. – Byłbym ci zobowiązany, gdybyś
zechciał zastosować się...
– Do czego? – przerwał Maks. – Do twoich poleceń?
– Raczej do prośby – sprostował Arnold. – To jest mój dom. I w tym domu
nie będzie się mówiło o wojnie.
– Pierwszej, czy drugiej punickiej? – zapytał zgryźliwie Maks, chociaż
zdawało mu się, że przyzwyczaił się już dawno do dziwactw brata; to wszakże, co teraz usłyszał wyraźnie go zdenerwowało. – Pan profesor Hasenfuss nie
przyjął do wiadomości, że jest wojna i dlatego jej nie ma.
Okno do ogrodu było otwarte, lekki powiew poruszał firanką i przynosił,
razem z ciężkim od zapachu kwiatów, rozgrzanym powietrzem, śpiew ptaków, krążących nad drzewami, a z krzewów ciche jeszcze cykanie świerszczy
przed wieczornym koncertem. Zza wzgórz nie dobiegały żadne echa, mogło
się więc wydawać, że spokój zielonej doliny nie został i nie zostanie niczym
zakłócony.
– Miałem nadzieję, że potrafisz mnie zrozumieć – powiedział wreszcie
Arnold. – Do dziś kuleję po tamtej wojnie. Na jedno życie wystarczy. Gdybyś
sam był na froncie...
– Przepraszam za to, że się za późno urodziłem – wtrącił kąśliwie Maks. –
Powiedz jeszcze, że zapinałem klapę na tyłku, kiedy ty maszerowałeś na Paryż.
Tylko nigdy do niego nie wkroczyłeś.
– Może byłoby lepiej, gdybyśmy się nie pokłócili – zaproponował ugodowo Arnold. – Potem znów nie będziesz się do mnie przez pół roku odzywał.
– Ostatnio przez kwartał – uściślił Maks. – Masz krótką pamięć i bardzo
lubisz przesadzać.
– Coś jeszcze?
– No, proszę... – Maks rozłożył bezradnie ręce. – Profesor już się nabzdycza. A ja chcę ci tylko uświadomić, że nie możesz odwracać się plecami do tego
co się dokoła nas dzieje. Nie zamkniesz się w tym domu na klucz przed całym
światem. Nie uda ci się.
– Dotąd mi się udawało – spojrzenie Arnolda przesunęło się po grzbietach
książek, stojących w równych rzędach na zajmujących całe ściany półkach.
– Mój świat jest tutaj.
W otwartym oknie poruszyła się firanka, w koronach drzew zaszeleściły
liście, wstrząśnięte nagłym dreszczem. Przez ogród, jak ciężkie westchnienie,
przebiegła fala rozgrzanego powietrza, uderzonego podmuchem eksplozji.
Echo nowej salwy zagłuszyło cykanie świerszcza i Maks powiedział:
– To udawaj, że nie słyszysz nawet tych armat. I poczytaj sobie Plutarcha,
albo Liwiusza. A po kolacji wypij ziółka i połóż się wcześnie do łóżka – zgarnął
139
gazety z biurka i wcisnął je do bocznej kieszeni marynarki. – Jutro obudzisz się
wypoczęty i zjesz z apetytem dwa jajka na miękko.
– Wolę Haferflocken.
– Smacznego – Maks podniósł się z fotela. – Szkoda, że nie chcesz ze mną
rozmawiać.
– Nawet z sobą nie potrafię – oświadczył nieoczekiwanie Arnold. – Musisz
mi to wybaczyć.
Ta zaskakująca zmiana tonu złagodziła irytację Maksa. Zatrzymał się przy
drzwiach i powiedział:
– Postaram się nawet zrozumieć.
Stał jeszcze chwilę z ręką na klamce, lecz Arnold nie próbował go zatrzymywać, więc wyszedł, zamykając cicho drzwi do starożytnego Rzymu, jak
w myślach nazywał gabinet starszego brata, z którym różnił się usposobieniem
i trybem życia, co prowadziło niekiedy do sprzeczek i okresowego zawieszania
rodzinnych stosunków. Odnawiały się głównie dzięki Emmie, która łagodziła
konflikty i potrafiła wykorzystać każde święta i familijne uroczystości do zgromadzenia przy wspólnym stole zwaśnionych stron.
Teraz również gotowa była do działania, ponieważ słyszała, kręcąc się po
ogrodzie, podniesiony głos Maksa i czekała na niego przy furtce z koszykiem
pełnym czerwonych malinówek, którymi chciała go udobruchać, wiedząc, że
bardzo je lubi.
– Zerwałam trochę jabłek dla Zuzanny i dziewczynek – oświadczyła nieco
obłudnie. – Uta i Asta mogłyby przyjść i nazrywać więcej, kiedy to wszystko
się skończy.
Patrzyła na szwagra wyczekująco i Maks wiedział, co chciałaby usłyszeć.
Pomimo to powiedział:
– Wojna, Emmo, dopiero się zaczęła.
– Bądź ze mną szczery – poprosiła. – Czy może tak długo potrwać jak
tamta? Mamy znowu głodować?
– O dziesiątej rano była transmisja z Berlina – Maks podjął z koszyka czerwone, dorodne jabłko i obracał je przez chwilę w palcach. – Hitler przemawiał
w Reichstagu i Arnold na pewno go słuchał. Nic ci potem nie mówił? Bo ze mną
nie chciał rozmawiać. Powiedział mi, że w jego domu nie będzie się mówiło
o wojnie.
– Wiesz, jaki on jest – pospieszyła z interwencją Emma. – Do mnie nawet
się nie odezwał. Wyłączył radio i milczał. Ale wiem dobrze, że myślał o tym
samym, czego ja się boję.
Emma mogła się bać tylko o swoich synów i gotowa była czepiać się nawet
złudnych nadziei, więc Maks powiedział:
– Nie musi być tak źle. Od razu Jochena i Norberta do wojska nie wezmą.
A jeżeli nawet, to najpierw do koszar, na pół roku, co najmniej.
140
– A potem na front?
– Do służby garnizonowej na drugie pół roku. W tym czasie wszystko powinno już się skończyć.
– Powinno... – powtórzyła Emma. – Tak samo mówili ludzie podczas tamtej wojny. A trwała cztery lata i mortus był coraz większy. Gotowało się tylko
eintopf z jarzyn, czasem z samej brukwi na skórce od słoniny. Po chleb stało
się godzinami w kolejce przed piekarnią i było w nim więcej kartofli, niż mąki.
Gdyby to miało się jeszcze raz powtórzyć...
Nie otwierała furtki, chociaż Maks odebrał już od niej koszyk z owocami.
Chciała wiedzieć, co właściwie dzieje się w mieście, gdyż pomimo jej protestów, Norbert i Jochen wymknęli się z domu, Hedda, która poszła zrobić zakupy na Karthäuserstrasse, dotąd nie wróciła, a Wuismuti zobaczyli ze wzgórza za
ogrodem jakieś dymy nad Starówką.
– Może wiesz, co się tam pali? – pytała, skubiąc nerwowo rękaw marynarki szwagra. – Siedzę tu jak na szpilkach i cały czas myślę, czy się chłopcom
i Heddzie coś nie przytrafiło, bo wydaje mi się, że już wszędzie strzelają.
– Nie, nie – zapewnił Maks. – Wiesz gdzie jest Polnische Post?
– Wiem.
– Nasza policja chciała zająć budynek, ale Polacy stawili opór i zaczęło się...
Heveliusplatz, przy którym znajdował się gmach Poczty Polskiej, otoczony
był kordonem policjantów i ludzi z SS-Heimwehr-Danzig. Maks dotarł jednak
do wylotu Schlossgasse i stamtąd żadnego pożaru nie zauważył.
– Było sporo dymu, owszem – tłumaczył Emmie.. – Strzelano ostro z dwóch
stron. Granaty też poszły w ruch.
Tkwił, ściśnięty, w gromadzie gapiów, ciągle odganianych i ciągle napierających na policjantów, niedaleko czerwonych wozów strażackich, stojących u wylotu Jungferngasse. Obok nich, pod ścianami domów, przysiedli szturmowcy w
żółtych koszulach i czarnych spodniach, wpuszczonych w buty z cholewami albo
w sztylpy. Kurzyli papierosy i szczękali od czasu do czasu zamkami mauzerów,
czekając najwidoczniej swojej kolei do ataku na ciągle jeszcze ostrzeliwujących
się pocztowców. Grube, ceglane mury chroniły ich skutecznie przed kulami karabinowymi, a nawet pociskami z dwóch samochodów pancernych, podjeżdżających z głośnym terkotem silników pod żelazny parkan przed frontonem poczty.
Na szarych korpusach miały wymalowane białą farbą nazwy: Ostmark i Sudetenland. Oddawały kilka strzałów w okna budynku, osłaniając jednocześnie ludzi
z Heimwehry, rzucających granaty i wracały na poprzednie stanowisko.
– Więcej nic nie widziałem, bo musiałem iść do domu na obiad. Moja Zuza
bardzo nie lubi, kiedy się spóźniam. Zaraz się awanturuje.
– Pewnie dlatego, że nigdy nie wie, gdzie jesteś. Idź już, skoro musisz –
Emma uchyliła wreszcie furtkę. – A gdybyś zobaczył po drodze naszą Heddę, to
jej powiedz, żeby natychmiast wracała. Wyszła już dobre trzy godziny temu.
141
Nie był to właściwie powód do większego niepokoju. Hedda lubiła, robiąc
zakupy, zbierać różne nowinki i Emma chętnie słuchała jej barwnych raportów z życia dzielnicy, tego dnia wszakże wolałaby już widzieć ją z powrotem
w kuchni, poczekać na powrót synów i zamknąć drzwi na cztery spusty; odgrodzić się od nie milknącego echa wystrzałów, oszukać strach, rozpełzający się
w sercu od rana, nikomu go nie okazać i podać kolację o zwykłej porze.
Zawsze siadali do stołu o siódmej, zatem miała jeszcze trochę czasu i wyszła z Dieterem do ogrodu, przywołać Wuismutich, tkwiących wytrwale na
swoim punkcie obserwacyjnym pod wieżą triangulacyjną. Wchodząc na skarpę usłyszała głuche stęknięcie detonacji i zobaczyła nad wierzchołkami brzóz
wznoszący się wysoko, czarny, smolisty słup dymu.
Jochen i Norbert również go widzieli. Dotarli na Heveliusplatz, a raczej
w jego pobliże, mniej więcej o tej porze, o której ich stryj, Maks Hasenfuss,
wracał do domu na obiad. Ulice Starówki przystrojone były czerwonymi flagami ze swastyką, z otwartych okien starych kamieniczek słychać było nadawaną
przez radio muzykę marszową i powtarzaną, poranną proklamację Gauleitera
Forstera o włączeniu Wolnego Miasta do Rzeszy. Przed rozlepionymi na murach plakatami z jej tekstem gromadziły się grupki podekscytowanych ludzi,
gęstniejące w gromady gapiów na ulicach otaczających Heveliusplatz, grzmiący ciągle odgłosem wystrzałów.
An der Schneidemühle zapchana była szczelnie ciekawskimi i zamknięta
kordonem policji, więc Norbert i Jochen, okrężną drogą, dotarli na Schloss­
gasse i przecisnęli się niemal do jej wylotu, strzeżonego przez oddział SS.
Stamtąd mieli widok na dwa działka piechoty, ostrzeliwujące fronton gmachu
pocztowego, nad którym powiewał biało-czerwony sztandar. Po każdym uderzeniu pocisku z muru budynku odłupywały się cegły i ruda kurzawa pokrywała cały plac.
Napierający na policyjne kordony tłum wygrażał pięściami polskim pocztowcom, ostrzeliwującym się z głębokich wnęk okiennych i zachęcał okrzykami SS-manów do kolejnych ataków. Ruszały falami, pod osłoną pancernych
wozów i załamywały się pod gradem kul nieustępliwych obrońców przy resztkach żelaznego parkanu. Napięcie na placu wzrastało, jakby niepowodzenie
atakujących powodowało niezadowolenie gapiów, oczekujących efektownego
zakończenia przedłużającego się już widowiska i niemal gotowych obrzucać
obelgami wszystkich aktorów krwawego spektaklu.
Wprowadzona po południu do walki ciężka haubica piechoty uszkodziła
poważnie główne wejście do gmachu, a przybyli z pomocą saperzy wyrwali
dynamitem pokaźny otwór w ścianie budynku. Ustał ogień karabinowy, ziejący
z okien parteru i pięter. Gmach zamilkł i tłum cywilów zawrzeszczał triumfalnie, by po chwili zawyć wściekle, gdy SS-manów, ruszających do ostatniego,
zdawało się uderzenia, przywitały serie kul z wszystkich piwnicznych okien.
142
Walka rozgorzała od nowa, ale jej straszliwy finał był już bliski. Bracia
Hasenfuss dostrzegli wóz strażacki, podtaczany niepostrzeżenie pod ślepy mur
budynku. Z grubego węża trysnęła ciemna ciecz i ktoś w pobliżu, bardziej domyślny od nich, krzyknął głośno:
– Spalcie żywcem te polskie świnie!
Później, gdy opowiadali to wszystko matce, pominęli pewien szczegół:
ludzką pochodnię, która mignęła im przed oczami w jednym z okien parteru, podpalonego i objętego już płomieniami gmachu. Eksplodowała wpompowana do piwnic benzyna, buchnął ogień i wszystko zasnuła chmura czarnego
dymu. Potem wyłonił się z niej mężczyzna w postrzępionym mundurze urzędnika pocztowego, z osmoloną twarzą i ręką na temblaku. W drugiej trzymał
białe płótno, na całym świecie rozpoznawalny i szanowany znak kapitulacji.
I znów w tłumie podniosły się okrzyki: – Strzelajcie do tych psów! Nie bierzcie jeńców! – i parlamentariusz, trafiony kulami, upadł w rudy pył, zaścielający kamienną kostkę placu. Drgał jeszcze, w rozlewającej się pod nim plamie
krwi, gdy w czeluści zdruzgotanej bramy ukazały się ciemne widma obrońców
Poczty, z podniesionymi wysoko rękami. I wtedy wszyscy usłyszeli głośny,
ostry jak cięcie, rozkaz:
– Nicht schiessen!
– Na gałąź z nimi! – rozległo się w odpowiedzi. – Powiesić!
Tłum zafalował. Naciskani gwałtownie policjanci zwarli kordony, ujmując
się pod ręce. Jochen odtrącił czyjeś łokcie wpijające mu się w żebra, szarpnął do
tyłu i rozpychając ramionami, wyrwał się z grupy wywijających pięściami mężczyzn, pociągając za sobą Norberta. Przez całą Schlossgasse i Burggrafenstrasse
musieli torować sobie drogę wśród ludzi ciągnących na Heveliusplatz, nad którym ciągle jeszcze unosiły się kłęby dymu. Dopiero na Altstädtischer Graben
zrobiło się trochę luźniej i mogli przyspieszyć kroku.
XIII
M
uszę uznać za bardzo dziwny zbieg okoliczności, że właśnie teraz
przyjechał do Gdańska Dieter Schenk, autor książki Die Post von
Danzig – Geschichte eines deutschen Justizmords. Nie zjawił się tutaj
w ubiegłym roku, ani przed miesiącem, lecz w tym tygodniu, w którym skończyłem pisać poprzedni rozdział, jakby przez swoją obecność chciał dodać – nie
wiedząc, oczywiście, o tym – osobisty komentarz do tego rozdziału. Dlatego
też, jak sądzę, nie powinienem z niego zrezygnować, chociaż komentarzy pragnąłem, w miarę możliwości i własnych skłonności do nich, unikać, oddając
przede wszystkim głos rodzinie Hasenfussów, przez której dzieje chcę jeszcze
raz spojrzeć w zawikłaną gdańską przeszłość. Nie stanowi ona jednak rekwizytu z odegranej już sztuki, bo ciągle daje o sobie znać, stale przypomina się
i towarzyszy naszej współczesności, kładąc niekiedy na nią swoje cienie, gdy
budzą się echa wydarzeń, które nie znalazły jeszcze swojego epilogu.
Dla Dietera Schenka, dramat, który rozegrał się na Placu Heweliusza, był
nieznanym epizodem wojny. Miał zaledwie dwa lata, kiedy się rozpoczęła i ani
miejsce urodzenia – daleka Hesja – ani późniejsze studia i praca zawodowa
– był dyrektorem w Federalnym Urzędzie Kryminalnym w Wiesbaden – nie
łączyły go z Gdańskiem. Przypadek sprawił, że to miasto zajęło ważne miejsce
w jego życiu.
Trwająca czternaście godzin obrona Poczty Polskiej w Gdańsku, została
opisana w wielu powojennych publikacjach. Odnaleziono także, we wrześniu
1945 roku, tajny plan ataku na budynek Poczty, sporządzony 3 lipca 1939 roku,
przez Polizeiobermeistra Ericha Goertza. Przewidywał on zajęcie gmachu
przez trzy policyjne grupy uderzeniowe w sile 150 ludzi, uzbrojone w karabiny
i pistolety maszynowe, a także granaty, ładunki wybuchowe, nożyce do cięcia
drutu i siekiery. Dzień i godzina ataku miały zostać wyznaczone – w zależności
od sytuacji – przez Alberta Forstera, gdyby zdecydował się na pozornie sa-
144
modzielne działanie (tzw. pucz), czyli likwidację Wolnego Miasta i włączenie
Gdańska do Rzeszy (zgodnie z ciągle powtarzanym przez nazistów hasłem:
Zurück zum Reich!) lub rozkazem z Berlina, gdyby Hitler postanowił napaść
na Polskę.
Możliwość forsterowskiego puczu wisiała nad Wolnym Miastem od dłuższego już czasu, a po aneksji litewskiej Kłajpedy przez wojska niemieckie w marcu
1939 roku i włączeniu jej do Prus Wschodnich, zamieniła się w realne niebezpieczeństwo. W tej sytuacji wzmocniona została załoga Westerplatte, a Poczta
Polska przygotowana do obrony. Po ogłoszeniu mobilizacji, 30 sierpnia 1939
roku, personel Poczty, liczący 50 osób, został automatycznie zmilitaryzowany
i wykonał swój żołnierski obowiązek, stawiając dwa dni później zbrojny opór
napastnikom, usiłującym wtargnąć do gmachu urzędu, znajdującego się pod suwerenną władzą Państwa Polskiego, na mocy wersalskiego traktatu.
Dieter Schenk przybył do Dworu Artusa na promocję polskiego wydania
swej książki, Poczta Polska w Gdańsku – Dzieje pewnego niemieckiego zabójstwa sądowego – w której, zgodnie z podtytułem, zajął się głównie tym, co
wydarzyło się po zakończeniu walki na Placu Heweliusza, a więc losem tych
pocztowców, którzy ją przeżyli i znaleźli się w niemieckich rękach.
Drobnej budowy, sześćdziesięciodwuletni, siwy już pan na emeryturze, wyznał słuchaczom, zgromadzonym w pięknej, artusowej sali, że ogarnął go wstyd,
gdy dotarł do materiałów z dwóch procesów, wytoczonych trzydziestu ośmiu polskim pocztowcom przed sądem wojennym we wrześniu 1939 roku, w których
oskarżono ich o działalność partyzancką i wszystkich skazano na śmierć.
W obszernym wywodzie Dieter Schenk uzasadnił następnie podtytuł swej
książki, stwierdzając, że wydany w procesie wyrok był w rzeczywistości mordem sądowym ze względu na to, że opierał się na przepisach wojennego prawa
karnego, w Gdańsku natomiast, do dnia 19 grudnia 1939 roku obowiązywał kodeks Wolnego Miasta, nie przewidujący w ogóle kary śmierci. Wojenne prawo
karne nie mogło mieć również zastosowania do wydarzeń na Placu Heweliusza,
ponieważ wojna nie została Polsce wypowiedziana i ataku na budynek Poczty
nie dokonały oddziały Wehrmachtu, lecz gdańskie siły policyjne. Upadały zatem podstawy do postawienia pocztowcom polskim – absurdalnego skądinąd
– zarzutu prowadzenia działalności partyzanckiej, w dodatku z zasadzki, trudno
bowiem przyjąć, że widoczny z wszystkich stron gmach Poczty, z powiewającym nad nim biało-czerwonym sztandarem, miał charakter pułapki, w którą
wciągnięci zostali gdańscy policjanci, grzecznie pukający do bramy ładunkami
dynamitu.
Słuchając Dietera Schenka, próbowałem wyobrazić sobie tę sytuację: jest
szary świt, w budynku Poczty panują ciemności, ponieważ odcięty został do
niego dopływ prądu, nie działają telefony, żadne informacje nie docierają więc
z miasta, w którym atmosfera napięta jest do ostateczności. Urzędnicy, któ-
145
rzy przyszli wieczorem na nocną zmianę, przynieśli alarmujące wiadomości
o aresztowaniach działaczy polonijnych, kilku widziało krążącą po ulicach
karetkę policyjną, popularnie zwaną Grüne Minna, gromadzących się przed
dworcem kolejowym uzbrojonych szturmowców z SS Heimwehr-Danzig, ciężarówki z SA-manami, jadące w stronę portu. Jest oczywiste, że trzeba być
przygotowanym na wszystko i nikt nie śpi.
Dyrektor urzędu, dr Michoń, kończy w swoim gabinecie pisać miesięczne sprawozdanie do ministerstwa – otrzyma za kilkanaście godzin śmiertelny postrzał w brzuch, gdy wyjdzie z płonącego gmachu poczty z białym płótnem, znakiem kapitulacji w ręce... Alfons Flisykowski, podreferendarz, lat 37
– zostanie rozstrzelany za miesiąc na gdańskiej Zaspie – myśli o swojej żonie
i trzyletniej córeczce, Henryce (jest obecna na sali i przyglądam się jej przez
moment, a później będę z nią rozmawiał) – podporucznik rezerwy, Konrad
Guderski, dowódca załogi, obchodzi posterunki obserwacyjne i przypomina
każdemu podwładnemu, że wolno mu użyć broni tylko w odpowiedzi na strzały
napastników – padnie w walce za kilkanaście minut...
W piwnicznych korytarzach Drugiego Rewiru Policyjnego, przylegającego
do budynku Poczty, ukryły się już niemieckie grupy uderzeniowe. Ich dowódca,
podporucznik Alfred Heinrich, patrzy co chwilę na fosforyzującą tarczę ręcznego zegarka; ma wydać rozkaz do ataku o godzinie 4.45, dokładnie w tym samym momencie, w którym pancernik Schleswig-Holstein odda pierwszą salwę
w kierunku Westerplatte. Napad jest precyzyjnie zsynchronizowany. Ładunek
dynamitu wybucha punktualnie o wyznaczonej porze i wstrząsa murami Poczty,
wieża artyleryjska okrętu zionie ogniem, całą granicę polską przekraczają regularne oddziały Wehrmachtu. Ale świat usłyszy, tego samego dnia, o godzinie
10.00, z ust kanclerza Rzeszy, Adolfa Hitlera:
Polen hat heute nacht zum erstenmal auf unserem eigenen Terri­
torium auch bereits durch reguläre Soldaten geschossen. Seit 5.45
Uhr wird jetzt zurückgeschossen! Und von jetzt ab wird Bombe mit
Bombe vergolten!
(w głośnikach frenetyczne oklaski i okrzyki).
Dziś w nocy po raz pierwszy, na naszym własnym terytorium, strzelali regularni polscy żołnierze. Od godziny 5.45 odpowiadamy strzałami! I odtąd na każdą bombę odpowiadać będziemy bombą!
W moich zbiorach znajduje się widokówka produkcji Foto-Sönnke,
Danzig, Langermarkt 31, tel. 25608. Ukazany jest na niej triumfalny wjazd
Hitlera do Gdańska, od strony Złotej Bramy, przed którą rozpięto transparent
z napisem – Ein Volk! ein Reich! ein Führer! – Pancerny mercedes kanclerza
mija właśnie numer 68, gdzie obecnie znajduje się salon znaczków i monet Kol-
146
Art Jacka Kucharskiego, a wówczas mieścił się zakład jubilerski. Kwadratowy
zegar wskazuje godzinę 17.05, albo 13.25 (nawet przy pomocy lupki nie mogę
odróżnić długiej wskazówki od krótkiej). Chodniki po obu stronach jezdni zapchane są wiwatującym tłumem, nad którym unosi się las rąk, podniesionych
w faszystowskim pozdrowieniu. Hitler jedzie do Dworu Artusa, gdzie oznajmi gdańszczanom, że na zawsze wyzwolił ich z polskiego ucisku... To było
19 września, szesnaście dni przed rozstrzelaniem na Zaspie trzydziestu ośmiu
obrońców Poczty Polskiej, skazanych na śmierć za działalność partyzancką...
Przypuszczam, że Hitler stał na podwyższeniu, pod oknem, ale niemal w tym
samym miejscu, w którym, 58 lat, 3 miesiące i 10 dni później, stanął Dieter
Schenk, aby nazwać ten wyrok, jasno i wyraźnie, sądowym morderstwem.
Paragraf 3 ust. 1 specjalnego wojennego kodeksu karnego, na podstawie
którego skazano pocztowców, brzmiał:
Karze śmierci jako partyzant podlega ten, kto nie przynależąc do wrogich
sił zbrojnych i kto nie nosząc przewidzianych prawem międzynarodowym
oznakowań zewnętrznych, pozwalających go rozpoznać, używa broni albo
innych środków bojowych lub ma je w swoim posiadaniu z zamiarem użycia ich na szkodę niemieckiego Wehrmachtu lub sprzymierzonych z nim sił
zbrojnych, z zamiarem zabójstwa członków tych sił zbrojnych, albo podejmuje inne działania, które po wybuchu wojny podejmować mogą jedynie
umundurowani członkowie sił zbrojnych.
Bezpodstawność zastosowania tego paragrafu wynikała z faktu, że Niemcy
napadły na Polskę bez wypowiedzenia wojny – formalnie więc stanu wojny
między tymi państwami w dniu 1 września 1939 roku nie było – oraz z tej
przyczyny, że polscy pocztowcy walczyli z funkcjonariuszami policji gdańskiej
i członkami policji pomocniczej, którzy n i e b y l i żołnierzami Wehrmachtu.
Ponadto i zgodnie z ówczesnymi ustawami, zarówno niemieckimi, a także obowiązującymi w Wolnym Mieście Gdańsku, policja nie miała żadnych podstaw
prawnych do zajęcia budynku Poczty Polskiej. Była to zatem z jej strony napaść, uprawniająca pocztowców do działania w obronie koniecznej własnego
życia, a także powierzonego im urzędu państwowego.
Oskarżycielem w procesie był radca sądu wojennego dr Hans Giesecke,
a sędzią dr Kurt Bode, wiceprezes gdańskiego Wyższego Sądu Krajowego. Obaj
byli zbyt doświadczonymi i dobrymi prawnikami, aby nie wiedzieć, że przystępują do zabójstwa sądowego. Zapewniało im to jednak dalszą karierę zawodową
w narodowosocjalistycznym państwie, w którym prawem są zamiary i wola
Führera. Byli wzorowymi, niemieckimi stróżami prawa, współpracownikami
Führera, najwyższego zwierzchnika sądowego narodu i najwyższego ustawodawcy, jak określał to Carl Schmitt, czołowy teoretyk nazistowskiego prawa.
147
Dr Bode i dr Giesecke rozpoczęli więc procesem polskich pocztowców
własne uczestnictwo w degradowaniu prawa w Trzeciej Rzeszy, do postaci totalitarnego bezprawia i do 1945 roku wspięli się wysoko; pierwszy w sądownictwie powszechnym, drugi w wojskowym. Dr Bode zakończył swoją karierę
w nazistowskim państwie jako jeden z trzydziestu pięciu okręgowych prokuratorów generalnych, z dorobkiem 277 podpisanych przez siebie wyroków śmierci, a dr Giesecke jako starszy sędzia w stopniu pułkownika, w placówce służby
prawnej Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu przy sztabie 15 Armii; jego konto zamykają 72 udokumentowane wyroki śmierci, liczbę tę jednak należałoby
najprawdopodobniej podwoić.
Zza każdego niemal zdania, które Dieter Schenk wypowiada w Dworze
Artusa, wychylają się stosy akt, rejestrów sądowych, orzeczeń, uzasadnień, odwołań, notatek służbowych, życiorysów, podań i innych, różnego rodzaju dokumentów, długo nieraz poszukiwanych w rozmaitych instytucjach, archiwach
i kartotekach, a wydawanych często niechętnie lub nawet rozmyślnie przed nim
ukrywanych.
– Po co odgrzebywać przeszłość, Herr Schenk – słyszał nierzadko, gdy
domagał się dostępu do chronionych pieczęcią tajnej zmowy archiwaliów nazistowskiego wymiaru sprawiedliwości. – Nikomu pan życia nie przywróci swoją
książką, a starych ludzi lepiej zostawić w spokoju. Było, minęło...
Dr Bode i dr Giesecke nie byli w 1945 roku starymi ludźmi. Pierwszy miał
wówczas 50 lat, a drugi zaledwie 38. Nie mogli więc liczyć na biologiczne przedawnienie i poddali się obaj postępowaniu denazyfikacyjnemu, wypełniając
w odpowiedni, korzystny dla siebie sposób, kwestionariusze władz okupacyjnych w zachodnich strefach powojennych Niemiec. Dołączyli do nich również
pisemne świadectwa moralności, czyli zeznania świadków o swej działalności
w Trzeciej Rzeszy. Wymagali tego okupanci, więc powszechną praktyką stało
się wzajemne poświadczanie sobie niewinności przez podobnie obciążonych
nazistowskich prawników, w imię solidarności zawodowej i ideologicznej.
W jednej z tych opinii dr Bode staje się szlachetną osobistością, stojącą ponad wszelką narodowosocjalistyczną bezdusznością, a dr Giesecke sam napisał
o sobie: Nie musiałem, jako sędzia polowy, brać udziału w ściganiu partyzantów. Zwalczały ich we własnym zakresie wojskowe oddziały. Z tego powodu
nie miałem nic wspólnego z jakimikolwiek sprawami partyzanckimi i n i g d y
się nimi nie zajmowałem. Przyznał się jedynie do dwukrotnego wnioskowania
o karę śmierci: raz w sprawie o zabójstwo, a drugi wobec dezertera z armii,
uprzednio już karanego kilkakrotnie żołnierza.
Kłamstw tych nikt nie kwestionował, zgodnie z zasadą cichej amnestii, obejmującej zresztą nie tylko morderców w togach, lecz i innych zbrodniarzy wojennych, którym nie było trudno przejść przez grube sito denazyfikacji. Dr Bode
i dr Giesecke zaczęli więc piąć się znów po szczeblach kariery zawodowej, w czym
148
pomagali im wydatnie koledzy z nazistowskiej kasty prawniczej, którzy zdążyli
już wcześniej zająć wpływowe stanowiska w zachodnioniemieckim sądownictwie.
Pierwszy osiągnął godność wiceprezesa Wyższego Sądu Krajowego w Bremie,
a drugi zasiadł w fotelu prezesa Sądu Krajowego we Frankfurcie nad Menem.
Świadomy swej bezkarności dr Giesecke nie zerwał nawet kontaktów
z b. sędziami Wehrmachtu, odbywającymi regularne spotkania w znanym
uzdrowisku Bad Homburg lub w Marburgu, dla utrzymania przyjacielskich
więzi oraz starań o lepsze renty i emerytury dla tych kolegów, którzy zakończyli już z racji wieku, pracę etatową. Na wieczorne bankiety zapraszano również
żony kombatantów, a pewien uczestnik tych zjazdów, tak opisał jedno z owych
wystawnych przyjęć: Nigdy jeszcze, podczas naszych spotkań, nie panował tak
dobry i radosny nastrój. Przyczynił się do tego hojny podarunek naszego kolegi
N. (szampan dla wszystkich, a dla pań dodatkowo francuskie perfumy i bombonierki), b. sędziego przy sztabie generalnym. Było dobrze po północy, gdy
wróciliśmy do naszych pokojów...
Do 1960 roku nic nie zakłócało sielanki byłych, ale zasłużonych przecież
współpracowników Führera. Dr Bode zdążył przenieść się na wysoką emeryturę, a dr Giesecke prezydował od sześciu już lat w dyrektorskim fotelu, gdy
24 kwietnia Kasimir Aloysius Rogaczewski, obywatel RFN, syn Kazimierza
Rogaczewskiego, pracownika Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku,
złożył w hamburskiej prokuraturze wniosek o wszczęcie postępowania karnego w sprawie bezprawnego skazania na śmierć jego ojca przez sąd wojenny
Brygady Eberhardta. Podobny wniosek, o ustalenie okoliczności zabójstwa
w Gdańsku pocztowca Leona Fuza, złożył jego syn, dr Jerzy Konstanty Fuz, zamieszkały w Kalifornii obywatel Stanów Zjednoczonych, do Centrali Badania
Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu. Czyżby niebo nagle
zwaliło się na głowy Bodego i Gieseckego..?
– Nie doszło nawet do rozprawy głównej... – Dieter Schenk zdaje się teraz
zwracać przede wszystkim do rodzin pocztowców, znajdujących się na sali,
z którymi od dawna znajdował się w kontakcie, pisząc swoją książkę. – Dr Bode
i dr Giesecke nigdy nie stanęli przed sądem w charakterze oskarżonych. Byli
jedynie przesłuchiwani, dla formalności i pozorów, a postępowanie we wnioskowanych sprawach, dobrzy koledzy z nazistowską, jak oni przeszłością, umarzali dziewięć razy.
Pewny swego dr Bode, oświadczył: Dobrze pamiętam, jak po zaznajomieniu się z przepisami karnymi i przejrzeniu akt, poszedłem na rozprawę
z niedobrym przeczuciem, że prawdopodobnie skończy się ona dla oskarżonych
fatalnie. Do tego dołączyło się niemiłe uczucie, związane z koniecznością prowadzenia rozprawy przeciw ludziom, którzy z motywów godnych przecież szacunku, przeciwstawili się zajęciu przez w o j s k o (Bode wytrwale trzymał się tej
kłamliwej wersji) swojego budynku służbowego i nie byli osobnikami, których
149
żołnierz określa mianem „strzelców zza węgła” i których surowo potępia... To
byli niesłychanie przyzwoici ludzie. Życzyłbym sobie, aby nasi urzędnicy zachowali się w podobnej sytuacji tak dzielnie... Rad jestem, że wreszcie mogę mówić
o tym, co mi leży na sercu... Odrażająca sprawa... Myślałem, że o n i (sic!) tych
ludzi jednak nie rozstrzelają.
Tak wybielał się sędzia, który posłał na śmierć trzydziestu ośmiu patriotów
i który spokojnie doczekał, podobnie jak Giesecke, biologicznego przedawnienia, obaj bowiem, otoczeni szacunkiem, dożyli już swoich dni. Jeden w 1979,
a drugi w 1971 roku.
Dieter Schenk cytuje jeszcze Klausa Godau-Schuttke, prawnika zajmującego się następstwami fiaska denazyfikacji w niemieckim wymiarze sprawiedliwości, który stwierdza, że w prowincji Szlezwik-Holsztyn chociażby, większość powojennych prawników wykonywała swój zawód również w czasach
nazistowskich. I tak, na przykład, wszyscy członkowie okupacyjnego Sądu
Specjalnego dla miasta Warszawy, wrócili po czterdziestym piątym roku do
swoich urzędów i godności. To wyjaśnia właściwie wszystko: nie prowadzi się
chętnie dochodzenia przeciwko samemu sobie.
Przepychanki, a właściwie walka o uchylenie wyroku Wojennego Sądu
Polowego Brygady Eberhardta w Gdańsku, trwała t r z y d z i e ś c i o s i e m lat!
Od 24 kwietnia 1960 roku, do 25 maja 1998 roku, w którym to dniu Wielka
Izba Karna Sądu Krajowego w Lubece, anulowała wydane 8 i 29 września 1939
roku w Gdańsku wyroki.
Dieter Schenk siada skromnie, nie oczekując na oklaski. Zrywają się jednak,
owacyjne i długie, kiedy prowadząca spotkanie pani Joanna Konopacka, redaktor naczelny oficyny OSKAR, która wydała POCZTĘ POLSKĄ W GDAŃSKU,
oznajmia, że sprawiedliwy finał został osiągnięty głównie dzięki tej książce. Zawarty w niej obszerny materiał dowodowy, zebrany z wielkim trudem
i wbrew przeciwnościom, nie pozwalał już na dalsze uciekanie w umorzenia
i uporczywe chowanie sprawy pod korcem.
Dr Bode i dr Giesecke wymknęli się sprawiedliwości. Wielu innych nazistowskich morderców w togach również. Powołując się na zasadę pozytywizmu
prawniczego, uwalniali się wzajemnie od odpowiedzialności, robili od nowa
kariery i korzystali z wysokich emerytur. Uznali się za wykonawców obowiązującego i legalnego prawa, wbrew temu co stwierdził w 1949 roku Najwyższy
Trybunał brytyjskiej strefy okupacyjnej Niemiec:
Jeśli w czasie, w którym życiem publicznym rządziły przemoc i samowola, sędziowie, kierując się duchem lub zarządzeniami tego systemu,
nadużywali swego urzędu dla popełniania czynów nieludzkich, to był to
jeden z najniebezpieczniejszych i najtrudniejszych do zniesienia rodzajów zbrodni.
150
Ktoś z dalszych rzędów krzeseł wstał i powiedział, że nasuwa mu się smutna refleksja, ponieważ są również i w Polsce sędziowie i prokuratorzy żądający
dla siebie uznania zasady prawniczego pozytywizmu z dobrym najwyraźniej
skutkiem, dalej bowiem pełnią swe funkcje lub korzystają z wysokich emerytur
i nie są pociągani do odpowiedzialności, chociaż do nich właśnie stosować się
powinna również sentencja brytyjskiego Trybunału, gdyż w latach czerwonego totalitaryzmu nadużywali swego urzędu do popełniania czynów nieludzkich,
wydając wyroki śmierci w sfingowanych procesach, na swoich rodaków, przeciwników reżimu, patriotów tak nieskazitelnych jak generał Fieldorf Nil, czy
Kazimierz Moczarski, szef Kedywu Armii Krajowej (spędził dwieście dwadzieścia pięć dni w jednej celi z generałem SS i policji, Jörgenem Stroopem,
co miało być dodatkową torturą dla żołnierza polskiego ruchu oporu, zrównanego jakby w przestępstwie z hitlerowskim zbrodniarzem wojennym – za tę
okrutną i podłą decyzję, żaden z czerwonych oprawców nie został potępiony
i wymieniony z nazwiska, o odpowiedzialności nie mówiąc, bo nie ma paragrafu na taką perfidię, a nawet gdyby był...). Dyspozycyjni sędziowie i prokuratorzy PRL-owscy czynili to w dodatku w interesie i na rozkaz mocarstwa, które,
chcąc ujarzmić Polaków, zdecydowane było wymordować – niestety częściowo
polskimi rękami – tych wszystkich, którzy mu w tym ujarzmianiu najbardziej
przeszkadzali...
Wracałem przygnębiony do domu, z książką Dietera Schenka w ręce. Za jej
opublikowanie w Niemczech, cztery lata temu, otrzymał autor swoistą nagrodę
– został odesłany na wcześniejszą emeryturę. Zatem czarny totalitaryzm ma
jeszcze długie ręce. Podobnie jak czerwony... Myślę o tym wszystkim, czekając na przystanku autobusowym na numer 115 lub 148 i wolno kartkując
książkę natrafiam na rozdział odnotowujący dalsze losy gdańskich nazistów,
którzy, obok Bodego i Gieseckego, uczestniczyli nie tylko w zamordowaniu
polskich pocztowców, ale byli odpowiedzialni za czystki etniczne i fizyczne
unicestwienie w Okręgu Rzeszy Gdańsk–Prusy Zachodnie dziesiątków tysięcy
Polaków. W samym tylko Konzentrantionslager Stutthof, zginęło 85 tysięcy ludzi. Zabijano ich, jak zeznali więźniowie, którzy przeżyli koszmar obozu, przez:
rozstrzeliwanie – gazowanie – wieszanie – topienie w wannach, beczkach, miskach i kałużach – duszenie – palenie żywcem – rozgniatanie klatki piersiowej
obcasami – rozbijanie głów drągiem – wstrzykiwanie dosercowo fenolu – rozszarpywanie przez psy – metodyczne bicie – mrożenie – głodzenie. 22 marca 1940 roku dokonano w Stutthofie egzekucji 250 działaczy Polonii gdańskiej; wśród zamordowanych znalazł się Antoni Lendzion, poseł do Volkstagu
Wolnego Miasta Gdańska, prof. Władysław Pniewski, nauczyciel w gimnazjum
polskim, ksiądz Marian Górecki, prefekt polskiej szkoły. Komendant obozu
w Stutthofie, SS-Sturmbannführer Max Pauly, został skazany przez brytyjski
sąd wojskowy i stracony w 1946 roku, ale jego następca SS-Hauptsturmführer
151
Paul Werner Hoppe, sądzony w 1957 roku, ukarany został tylko dziewięcioma latami więzienia. Szef gdańskiego gestapo, dr Günther Venediger, dostał
dwa lata więzienia, a pułkownik Willy Bethke, dowodzący napaścią na Pocztę
Polską, nigdy nie stanął przed sądem, podobnie jak komendant gdańskiej policji, Froboes. Prawo karne nie dosięgło również żadnego z gdańskich prawników, ferujących drastyczne wyroki od 1939 do 1945 roku. Z wytoczeniem
sprawy – jak w wypadku dra Ericha Lattmanna i dra Hansa Schimmelpfenniga,
uczestniczących w gdańskich zabójstwach sądowych – zwlekano tak długo, aż
zadziałało biologiczne przedawnienie; przeciwko pierwszemu umorzono dochodzenie z powodu podeszłego wieku (89 lat) i utraty zdolności procesowej,
drugim zainteresował się niemiecki prokurator dopiero po jego śmierci.
Wielu czarnych i czerwonych oprawców spokojnie przeżuwa swoje emerytury, a posiew bezkarności jest niebezpieczny; zaraźliwy i trujący. Jeśli nie ma już
hamulców moralnych, nie ma obawy przed odpowiedzialnością i karą za zbrodnie, zjawiają się nowi mordercy. Rodzi się Kosovo. Gdzie będzie następne..?
Dr Bode i dr Giesecke uszli ziemskiej sprawiedliwości, ale postanowienie
Sądu Krajowego w Lubece z dnia 25 maja 1998 roku ukazało ich jako zabójców
w togach i uchyliło wydany przez nich bezprawnie wyrok z dnia 8 września
1939 roku, uważany za pierwsze orzeczenie sądu wojskowego w drugiej wojnie światowej. Wyrok z Lubeki ma także w historii prawa niemieckiego duże
znaczenie, wpłynął bowiem na anulowanie wszystkich bezprawnie wydanych
wyroków przez hitlerowskich sędziów.
Zajeżdża autobus 115, więc wsiadam, chociaż nie wiem czy wysiądę na
ulicy Wyczółkowskiego czy na Kleine Mölde..? Wiozę z sobą książkę, którą
chciałbym pokazać profesorowi Hasenfussowi, a jednocześnie nie wiem czy
swoją będę mógł dalej tak pisać, jak dotąd ją pisałem..? A jeśli inaczej, to co
usłyszę od Danieli, która partiami robi korektę tekstu, zanim przeniesie go na
dyskietkę..? Może powie, że straciłem umiar i dystans, ale przecie nie wie, że
Dieter Schenk siedzi obok mnie w autobusie i to ma swoje, bardzo duże znaczenie. Zatem wysiądziemy razem na Wyczółkowskiego, wejdziemy do domu nr
89 przy Kleine Mölde i zastanowimy się wspólnie, jak dalej postępować. Noc
jest do tego najlepszą porą. Szczególnie ta, bo wyraźnie słyszę kroki profesora
Hasenfussa, chodzącego po swoim pokoju, przystającego przed otwartym oknem i spoglądającego na odblask łuny nad Starym Miastem, słabnący już ślad
płomieni, pełzających po murach Poczty Polskiej... Jej obrońcy zostali przewiezieni do piwnic Viktoriaschule, przy Holzgasse, a Grüne Minna, krążąca
nieustannie po ulicach, dostarcza tam ciągle nowych aresztantów, wywlekanych z mieszkań od świtu. Za kilkanaście dni w Der Danziger Vorposten ukaże
się artykuł zatytułowany: Verräter, Mordbrenner, Plünderer und Staatsfeinde
werden interniert („Zdrajcy, mordercy, podpalacze, grabieżcy i wrogowie państwa zostaną internowani”)! Profesor, chociaż nie czyta gazet, może tym razem
152
odstąpi od swoich zasad i zajrzy do umieszczonego pod tym tytułem artykułu,
w którym znajdzie następujące słowa:
Ośrodek przejściowy Viktoriaschule. Tutaj przywozi się p o d l u d z i
z wyzwolonych terenów. Po selekcji rozdziela się ich do różnych miejsc...
Oni wszyscy to typy, których nie chciałoby się spotkać w pojedynkę
na ciemnej ulicy. Po każdym z tych więźniów można się spodziewać,
że jest zdolny wydłubać oczy rannym niemieckim żołnierzom, mordować volksdeutschów, podpalać domy i gospodarstwa, gwałcić kobiety
i dziewczęta, popełniać czyny nierządne na dzieciach. Ten element dotknie surowa, ale sprawiedliwa kara, gdy tylko zbrodnie zostaną przestępcom udowodnione w sposób nie budzący wątpliwości.
XIV
V
erdunkelung obowiązywało od zmierzchu. Latarnie były wygaszone,
z żadnego okna nie padało na jezdnię światło i po raz pierwszy cała
Kleine Mölde pogrążyła się w ciemnościach. Emma wychodziła przed
dom, czekała przy furtce, stawała na środku placu, ale niewiele mogła zobaczyć, spoglądając na biegnącą w dół ulicę. Potem znów schodziła do kuchni,
jakby tam spodziewała się znaleźć jednak Heddę i wreszcie zajrzała do gabinetu małżonka.
– Nie wiem, co robić, Arni – powiedziała zatroskana. – Hedda jeszcze nie
wróciła.
W pokoju paliła się na biurku lampa pod zielonym abażurem, w jasnym
kręgu światła leżała otwarta książka. Arnold usiłował czytać, ale chwilami
przesuwał tylko wzrok po czarnych rzędach liter, nie pojmując dobrze związku,
jaki zachodził pomiędzy nimi. Lekkie skrzypnięcie drzwi uwolniło go od trudu
zrozumienia tekstu, więc zamknął książkę, uniósł głowę i zapytał, kiedy Emma
skończyła mówić:
– Po co poszła do miasta?
Bywały takie dni, w których profesor ledwie zauważał Heddę, przebywając, jak powiedziałby Maks, w starożytnym Rzymie, więc Emma nie zdziwiła
się, że okazał umiarkowane zainteresowanie zniknięciem służącej.
– Zrobić zakupy – wyjaśniła. – Musimy mieć w domu jakieś zapasy, skoro można jeszcze coś dostać bez kartek żywnościowych. Sąsiadki słyszały, że
mają być wprowadzone już od poniedziałku.
– Wygląda na to, że zaczynamy wszystko od początku – Arnold pamiętał również głód poprzedniej wojny. – Nie wiadomo tylko, na czym skończymy.
– Teraz musimy pomyśleć o Heddzie – przypomniała Emma. – Chyba
powinniśmy jej poszukać.
154
– O tej porze? – Arnold sięgnął do kieszonki kamizelki, wydobył z niej
okrągły zegarek na srebrnym łańcuszku i spojrzał na zbiegające się razem
wskazówki. – Dochodzi dziesiąta. Gdzie ją znajdziemy?
– Pójdziemy do szpitala. Albo na policję.
– Skoro tak uważasz...
Najbliżej mieli do posterunku na Weinbergstrasse, ale tam nic nie wiedzieli
o zaginionej Hedwidze Notcker i odesłali Hasenfussów do policyjnego prezydium na Karrenwall. Ciemne i puste ulice, przez które szli, robiły wrażenie obcych i głuchych, frontony domów miały martwe okna i bramy. Tylko
na Neugarten, za szpitalem diakonisek, błyskały jakieś światła, kręcili się SAmani, przy chodniku stały nakryte brezentem ciężarówki, do których wpędzano
okrzykami i popychaniem kolbami karabinów, grupę mężczyzn, kobiet i dzieci,
wyprowadzanych z kilkupiętrowej kamienicy.
– Halt!
Wysoki Schupo zagrodził drogę Arnoldowi i Emmie, nakazując im krótkim
gestem przejście na drugą stronę jezdni, ale profesor nie posłuchał wezwania.
Zatrzymał się i zapytał:
– Co się tam dzieje?
Policjant przez moment mierzył wzrokiem Arnolda, jakby zastanawiał się,
czy zachować się wobec tego przechodnia, jak dawny stróż porządku, czy też,
zgodnie z prawem tej nocy, sięgnąć po gumową pałkę; wybrał pierwszą możliwość i odpowiedział:
– Dezynfekcja. Wypędzamy polskie robactwo z naszego miasta. Proszę...
Powtórzył swój gest i Emma pociągnęła za sobą męża, nie chcą dopuścić
do jego dalszej wymiany zdań z policjantem. Dopiero, gdy przeszli ukosem
przez jezdnię, powiedziała:
– Jednak to prawda, co mówiła Bergerowa. Wyrzucają ich z mieszkań.
Podobno z naszej ulicy wywieźli już wczoraj dwie polskie rodziny.
– Nie wspomniałaś mi o tym.
– Myślałam, że to jakaś plotka. Przecież trudno uwierzyć, że można coś
takiego robić. A tutaj... – obejrzała się za siebie, przyspieszając równocześnie
kroku. – Teraz nawet żałuję, że wyciągnęłam cię z domu. Mogłam iść z Jochenem. On jest spokojny i zrównoważony.
– A ja?
– Ty się szybko irytujesz. Obiecaj mi, Arni, że na policji będziesz pytał
tylko o Heddę. Tym ludziom już nie pomożesz, a sam narazisz się tylko na
przykrości. Jeśli nie na coś gorszego...
Zimne macki strachu już zaczęły się rozpełzać. Emma, idąc przez zaciemnione miasto, wyczuwała jakby, że zgaszone latarnie znaczą coś więcej niż
tylko mrok na ulicach. Za tą zewnętrzną zmianą, zdawała się kryć znacznie
głębsza i bardziej dotkliwa ciemność, w której pogrążać się będą wszyscy, ule-
155
gając nowym prawom, tracąc dawne swobody i zarazem odwagę upomnienia
się o nie. Patrząc w policyjnym prezydium na mężczyzn w czarnych mundurach, z trupimi czaszkami na czapkach, pojmowała, że zniewolenie już nastąpiło i oni są jego wykonawcami, oni wydają rozkazy i wymuszą posłuszeństwo,
jeśli ktokolwiek im się sprzeciwi, wyrazi inny pogląd niż ten, który oni wyznają, okaże niechęć wobec głoszonego przez nich programu lub sposobu w jaki
go realizują. Obawiała się więc, że Arnoldowi wymknie się jakieś nieopatrzne
słowo i uprzedzając go, sama zgłosiła zaginięcie Heddy przy okienku, za którym dyżurował policjant.
– Fräulein Notcker – powtórzył, przerzucił kilka kartek leżącej przed nim
księgi i pokręcił głową. – Nie ma tu takiej.
– Nie ma, bo dopiero zgłaszamy, że dotąd nie wróciła do domu – wtrącił
Arnold, a podoficer przyjrzał mu się znad okularów i zapytał:
– Nie wie pan, co się dzieje w mieście? Bardzo wielu ludzi nie wróci dziś
do domu.
Emma nie zdążyła przeszkodzić mężowi i Arnold powiedział:
– Widziałem, że wyrzuca się Polaków z mieszkań. To bezprawie.
Policjant wysunął głowę z okienka i półgłosem doradził:
– Niech pan trzyma język za zębami i popatrzy na tych czarnych. To Reichs­
germanen. Przyjechali z Berlina i nie znają się na żartach. A o służącą proszę
zapytać w Viktoriaschule.
Duży budynek miejskiej szkoły dla dziewcząt, teraz opróżniony z uczennic
na czas okolicznościowych i nadzwyczajnych wakacji z powodu, jak oficjalnie
podano w sierpniu, przybycia do Neufahrwasser, pancernika Schleswig-Holstein,
znajdował się przy Holzgasse, bardzo blisko, bo zaraz za gmachem policyjnego
prezydium, ale wejście do niego nie okazało się łatwe. Z platformy ciężarówki,
która zatrzymała się przed bramą, zeskakiwali właśnie mężczyźni, witani klątwami i wyzwiskami szturmowców w żółtych koszulach. Biegli z pochylonymi głowami do wejścia na dziedziniec szkolny, a szturmowcy okładali ich gumowymi
pałkami, wśród okrzyków i obelg żywo uczestniczącej w tym ponurym widowisku, sporej gromadzie ludzi, tłoczącej się na chodniku po obu stronach jezdni.
Przerażona Emma zacisnęła palce na ramieniu męża, zatrzymała się i cofnęła o kilka kroków. Nigdy nie wymierzyła żadnemu z własnych dzieci bolesnego klapsa, toteż patrząc na ludzi znęcających się nad innymi ludźmi, zaczęła
drżeć. Nie potrafiła nic powiedzieć i powtarzała tylko:
– Wracajmy, Arni. Wracajmy...
– A Hedda? – zapytał Arnold i Emma odwróciła ku niemu pobladłą twarz:
– Myślisz, że może tu być?
– Myślę, Emmo, że wszystko, co dotąd uważałem za niemożliwe, dzieje
się właśnie w naszym mieście – zsunął palce żony ze swego ramienia i dodał:
– Zostań tutaj i zaczekaj na mnie.
156
Odmówiła stanowczo i ruszyła za Arnoldem w stronę bramy, w której zniknęli już przywiezieni ciężarówką mężczyźni i brunatni szturmowcy. Zostali tylko wartownicy, spoglądający ze zdziwieniem na zbliżającą się do nich parę.
Jeden z nich zdjął nawet karabin z ramienia i lufą zagrodził Hasenfussom drogę.
– Halt! Wohin?
– Szukamy zaginionej osoby... – zaczął wyjaśniać Arnold, lecz SA-man
podniósł jeszcze wyżej lufę karabinu, oświadczył, że wstęp do budynku jest
wzbroniony i zamierzał najwidoczniej odsunąć natręta, który stał dalej w miejscu. Zapytał, postępując krok do przodu:
– Haben Sie nicht gehört?
Emmie zdawało się, że SA-man zaraz pchnie lufą Arnolda, a zobaczyła
jak ją opuszcza, gdyż profesor, przypomniawszy sobie najwidoczniej obyczaje
pruskich koszar, rzucił ostrym, rozkazującym tonem:
– Żądam rozmowy z oficerem. Kto tu dowodzi?
– Hauptsturmführer Christoffel – SA-man ściągnął odruchowo obcasy i kilka minut później Arnold stał już przed komendantem Viktoriaschule, zamienionej na tymczasowe więzienie dla aresztowanych Polaków.
Oficer uważnie przejrzał dokumenty Arnolda i zwracając mu je oznajmił
z nieco sztywną uprzejmością, że jeśli Fräulein Notcker jest Niemką, nie może
się tutaj znajdować. Pomyłka, oczywiście, nie jest wykluczona i jeśli zaszła,
zostanie do rana wyjaśniona.
– Musi pan zrozumieć, Herr Professor, że mam prawie pół tysiąca więźniów, a ciągle zwozi się nowych i moi ludzie są bardzo zajęci.
– Nawet widziałem, co robią – zauważył Arnold z tak szczególnym akcentem, że Christoffel niemal konfidencjonalnie oświadczył:
– Zapamiętałem z pana legitymacji, że mieszka pan przy Kleine Mölde, a ja
mam dom przy Richard Wagner Weg, więc jesteśmy prawie sąsiadami. Dlatego
też nie złożę na pana meldunku do moich przełożonych, bo gdybym to zrobił,
miałby pan grube nieprzyjemności. A między nami mówiąc, dziwię się bardzo,
że nie rozumie pan moich ludzi. Biją polskich bandytów, ponieważ zasłużyli
sobie na to. Chcieli, żeby nasze piękne miasto należało do nich, więc trzeba im
wytłuc z łbów te mrzonki...
Dawna Richard Wagner Weg dziś również nosi nazwę tego niemieckiego kompozytora. Z jezdni zniknęły tylko kocie łby, a większość jednakowych niegdyś domów zmieniła swój wygląd. Podobnie jak domy przy ulicy
Wyczółkowskiego, z której, faktycznie, jest tylko kilka minut drogi na Wagnera.
SS-Hauptsturmführer Franz Christoffel, mieszkał tam w domu oznaczonym
numerem 18 i zdarza mi się koło niego przejeżdżać lub przechodzić. Nigdy
wszakże nie miałem ochoty wejść do tego domu i zapytać jego mieszkańców,
czy wiedzą kim był poprzedni właściciel. Ale w tej książce trzeba go, chociaż
krótko, przypomnieć.
157
Pierwszy komendant Viktoriaschule, zamienionej na katownię Polaków i od
grudnia 1939 do końca marca 1940 roku, Lagerkommandant obozu Stutt­hof, miał
w momencie rozpoczęcia swej krwawej działalności czterdzieści jeden lat, należał jednak do starej gwardii hitlerowskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. Posłował
do Volkstagu z ramienia NSDAP i zajmował w tej partii wysokie stanowisko,
pracując jednocześnie w urzędzie senackim. Osadzeni w Viktoriaschule Polacy
i więźniowie Stutthofu, wspominają Christoffela, jako okrutnego i bezwzględnego oprawcę. Jego podwładni, za wiedzą, zgodą i nakazem swego dowódcy,
zachowywali się wobec aresztowanych Polaków w skrajnie bestialski sposób.
Dowożonych z różnych punktów miasta (według dawno już przygotowanych
imiennych list) działaczy polonijnych, urzędników polskich instytucji, nauczycieli, księży, a nawet pracowników Komisariatu Generalnego RP, posiadających
paszporty dyplomatyczne, witano w Viktoriaschule nieodmiennie wyzwiskami
– Polnische Hunde! Polnische Schweine! – ciosami kolb karabinowych, pałek
i pięści, zapędzano do piwnic, a gdy te się zapełniły, do sali gimnastycznej i parterowych pomieszczeń budynku. Następnie poddawano brutalnym przesłuchiwaniom, okradając przy osobistych rewizjach z pieniędzy i wartościowych przedmiotów, jak zegarki, złote obrączki, srebrne papierośnice, a po selekcji odsyłano
do prowizorycznych miejsc koncentracji lub wprost do założonego – już 2 września 1939 roku – obozu w Stutthofie, a nawet rozstrzeliwano. W szczególny sposób pastwiono się, jak zeznawali po wojnie ci, którym udało się przeżyć, nad proboszczem parafii Chrystusa Króla, księdzem Franciszkiem Rogaczewskim (zamordowanym w Piaśnicy), którego – właśnie teraz, gdy piszę o tych strasznych
dla Polaków dniach w Gdańsku – Ojciec Święty, Jan Paweł II, wyniósł na ołtarze
Kościoła Katolickiego, zamiast upomnieć się o krzywdy, wyrządzone Niemcom
przez Polaków, jak zażądała tego przewodnicząca związku wypędzonych, Erika
Steinbach, komentując obecną papieską pielgrzymkę do Ojczyzny. Domagała
się również zwrotu majątku, zagrabionego Niemcom, powołując się na święte
prawo własności, nie wspominając, oczywiście, o tym, że pogwałcili je przede
wszystkim naziści, wydając już dnia 5 września 1939 roku, zarządzenie o konfiskacie całego polskiego mienia w Gdańsku. Towarzyszące temu działania, jak
zresztą całe postępowanie Niemców wobec Polaków, nie miało żadnych znamion
cechujących cywilizowanych ludzi, łączyło się bowiem z programowym ich poniżaniem; obrzucanie obelgami i wyzwiskami, bicie i kopanie było wówczas na
porządku dziennym, nie tylko w Gdańsku, ale w całej okupowanej Polsce.
W moim rodzinnym Ostrowie Wielkopolskim, już jesienią 1939 roku,
rozpoczęło się to, co dziś określa się jako czystki etniczne: z rynku i pryncypalnych ulic miasta wysiedlono wszystkich Polaków. Mieszkańcy pozostałych
dzielnic czekali, z podręcznym bagażem, na swoją kolej. Tak było i w naszym
domu, każdej bowiem chwili, szczególnie nocą, mogliśmy usłyszeć łomotanie kolbami do drzwi i wściekły ryk übermenschów: In zehn Minuten raus!
158
Do opróżnionych w ten brutalny sposób, zasobnych polskich mieszkań,
wprowadzały się niemieckie rodziny, nie wspominając nic o świętym prawie
własności i nie protestując przeciw jego złamaniu. Pili herbatę z polskich filiżanek, gotowali w polskich garnkach, parzyli się w cudzej pościeli i chodzili
po dywanach, których nie kupili. Zajmowali domy, których nie wybudowali
i chcieli już w nich pozostać na zawsze, w tysiącletniej, utuczonej grabieżą
Trzeciej Rzeszy.
Miała ona ogarnąć cały świat i SS-Hauptsturmführer Franz Christoffel, zamieszkały przy Richard Wagner Weg 18, wprowadziłby się może do pałacu
gubernatora Madagaskaru, w nagrodę za to, że walnie przyczynił się do zamienienia Wolnego Miasta Gdańska w beczkę prochu i przyłożył do niej lont,
razem z supergangsterem, Gauleiterem Albertem Forsterem, zamieszkałym
do wybuchu wojny przy Colbatzerstrasse 95 (ul. Zwycięzców), a później przy
Hennersdorfer Weg 1 (ul. Małachowskiego). Zapewne teraz, zgodnie ze świętym
prawem własności, należałoby zwrócić te domy spadkobiercom zbrodniarzy, bo
inaczej pani Erika Steinbach nie wpuści nas – jak publicznie oświadcza – do europejskiej wspólnoty... Tak samo trzeba chyba postąpić w stosunku do potomków dra
Bodego, mordercy w todze, do którego należała willa przy Winterbergstrasse 17
(ul. Orkana). W razie potrzeby służę dalszymi adresami hitlerowców gdańskich,
którym wyrządziliśmy po wojnie jakiekolwiek krzywdy, bo pewnie należy je naprawić jak najszybciej, a przedtem jeszcze grzecznie przeprosić...
Znowu dałem się ponieść emocjom i zboczyłem z głównego nurtu narracji, ale wtłaczają się do niego bez respektu nowe wątki. Po przejrzeniu gazet, wysłuchaniu wiadomości radiowych i obejrzeniu dziennika telewizyjnego, trudno mi czasem powrócić na Kleine Mölde i zająć się jedynie rodziną
Hasenfussów, kiedy mam głowę pełną innych myśli, albo wstaję z fotela zirytowany tym, co zobaczyłem lub usłyszałem. Niełatwo mi również wyłączyć
zupełnie z toku opowiadania skojarzeń z własnymi doświadczeniami i przeżyciami, skoro piszę o czasie, który pozostawił po sobie nie zatarte przez tyle
lat ślady i obrazy. Jeszcze dziś widzę wyraźnie, pisząc o Polakach, wywlekanych z mieszkań w Gdańsku, żółty autobus, jeżdżący jak widmo po Ostrowie
i zbierający wysiedlone już rodziny, zamiatających rynek księży ostrowskich
i twarz tego Niemca, który zrzucił mi czapkę z głowy, gdyż jej przed nim nie
zdjąłem, zgodnie z poleceniem okupacyjnych władz. Wkrótce też pojawiły się
owe osławione napisy Nur für Deutsche na wagonach kolejowych i tramwajowych, na drzwiach restauracji, a nawet na ławkach w parku na terenie całego
Warthegau. W samym Gdańsku wprowadzono dla Polaków godzinę policyjną,
latem od 21.00 do 5.00, a zimą od 20.00 do 6.00, zabroniono Polakom odbywania w konfesjonale spowiedzi w ojczystym języku, używania publicznych
środków lokomocji, odwiedzania restauracji, kin i teatrów, a nawet korzystania
z plaży i kąpieli morskich.
159
Dziś może się to wydawać niewiarygodne, groteskowe lub śmieszne, tak
jednak Herrenvolk usiłował podkreślać swoją wyższość i odgradzać się od niższej rasy, w przyszłości, czyli po zwycięskiej wojnie, przeznaczonej na niewolniczą siłę roboczą.
Nie miałbym zatem w tysiącletnim imperium übermenschów żadnych kłopotów z nadwagą, korzystałbym bowiem stale z ruchu na świeżym powietrzu,
kosząc łąki mojego jasnowłosego i niebieskookiego germańskiego suwerena, orząc jego rozległe pola, czy też wypasając stada jego dorodnego bydła
i otrzymując podobną jak ono, niskokaloryczną strawę w glinianej misce. Po
tym posiłku spałbym sobie w stajni lub oborze, wdychając ożywczy azot, a raz
w roku byłbym dopuszczany do samicy mego podgatunku, aby mogła spłodzić naszemu panu nowych niewolników i niewolnice. Zamiast tego ślęczę,
nie wiadomo po co, nad kartką papieru i oczerniam niewinnych nazistów, zapominając o biednej Heddzie, którą zostawiłem w Viktoriaschule, w łapach SSHauptsturmführera Franza Christoffela.
Polecił on, zaraz po rozmowie z profesorem Hasenfussem, sprawdzić, czy
niejaka Fräulein Notcker została aresztowana, wezwał ją przed swoje oblicze
i obiecał wypuścić następnego dnia, nakazując wszakże, aby pilnie słuchała
o czym się mówi w domu przy Kleine Mölde 89, kto przychodzi do profesora
i donosiła o wszystkim partyjnemu opiekunowi dzielnicy Schidlitz.
– Znajdziesz go zawsze u Ortsgruppenleitera gdzie odbierać będziesz co
miesiąc kartki żywnościowe i odzieżowe – informował dalej, po czym dodał,
surowo i groźnie. – A jeśli powtórzysz komukolwiek innemu, jakie wydałem ci
polecenie, to już więcej nie zobaczysz swojego Kiezmarku. Rozumiesz?
Hedda pokręciła przecząco głową, powstrzymując z trudem łzy.
Oświadczyła, że pan profesor Hasenfuss i pani profesorowa, u których służy już
kilka dobrych lat, są bardzo porządnymi ludźmi, więc nie może ich podsłuchiwać i na nich donosić, a nawet gdyby chciała, to nie będzie miała co powtarzać
temu jakiemuś Blockleiterowi, bo w tym domu nie dzieje się nic złego.
– To może się tobie tylko tak wydawać – Christoffel mówił teraz łagodnie i z ojcowską jakby troską. – Jesteś młodą i niedoświadczoną dziewczyną,
wszystkim ufasz, a nie wiesz, że wróg może się wszędzie czaić. Znajdzie się
nawet wśród Niemców.
– Pan profesor jest dobrym Niemcem – odparła. – Ma Żelazny Krzyż, bo
walczył pod Verdunem.
– To bardzo pięknie, ale teraz nie wszystko może mu się podobać – tłumaczył cierpliwie Christoffel. – Ty zrozumiałaś, że przywieziono cię tutaj przez
pomyłkę, a twój szanowny profesor dziwił się, że robimy porządek z Polakami.
Jakby nie wiedział, że chcieli nas wszystkich wymordować.
Hedda zacisnęła usta. Po tym, co ją samą spotkało i co zobaczyła w Viktoriaschule, nie mogła przecież zapytać Christoffela, czy ksiądz Muzalewski
160
i proboszcz Rogaczewski też szykowali się do zabijania Niemców. Widziała,
przez okienko w piwnicy, jak pędzono ich przez dziedziniec, kopiąc i bijąc,
a jakiś SA-man wołał urągliwie: Na, Grüssgottchen ist auch hier..? Nie wyobrażała sobie również, aby z morderczymi zamiarami nosił się przystojny
i elegancki pan Kaleta z Kleine Mölde, którego widywała na spacerach z żoną
i pięknym, rudym spanielem. Wysoka postać tego mężczyzny mignęła Heddzie
wśród kilku ludzi w mundurach polskich kolejarzy, których SA-mani ustawili nad brzegiem głębokiego zsypu na węgiel, twarzami do ściany budynku.
Żegnali się szerokim znakiem krzyża, słysząc za swoimi plecami szczęk zamków karabinowych i rozkaz: Feuer! Salwa poszła w powietrze, a brunatne
koszule, rechocząc ze śmiechu, strącali kopniakami kolejarzy do węglowego
zsypu. Nad ranem usłyszała także strzały karabinowe, docisnęła się do okienka
i tym razem zobaczyła nieruchome już ciała pod murem dziedzińca.
Wracając na Kleine Mölde przystawała co jakiś czas, przyglądała się jadącym tramwajom i przechodniom, jakby nie wierzyła jeszcze, że wypuszczono
ją z piekła i poza Viktoriaschule istnieje inny, zwyczajny świat, w którym nie
słychać krzyków, wyzwisk, rozkazów i wystrzałów. Oczy zachodziły jej łzami,
ale rozszlochała się dopiero w kuchni, w ramionach Emmy, która tuliła ją do
siebie i lekko kołysząc, jak kołysze się małe, skrzywdzone dziecko, powtarzała
szeptem:
– Już dobrze, dobrze... Jesteś w domu, w domu...
Uspokajała się wolno, z trudem i połykając płynące jeszcze, słone krople
łez, opowiedziała profesorowej, jak trafiła do katowni przy Holzgasse, z kolonialki Majewskiego, gdzie robiła zakupy.
– A cóż cię zaniosło tak daleko? – zdziwiła się Emma. – Bliżej jest tyle
innych sklepów.
– Ale już bez cukru, mąki i ryżu. Wszystko było wykupione, więc poszłam
na Oberstrasse, bo słyszałam, że u Majewskiego można jeszcze coś dostać.
Ustawiłam się w kolejce i wtedy przyjechało SA...
Szturmowcy, przy akompaniamencie wyzwisk, aresztowali Majewskiego
i ze sklepu wygarnęli wszystkie kobiety, wpędzając je zaraz do oczekującej
ciężarówki, chociaż Hedda i dwie inne służące, Niemki jak ona, protestowały
głośno. Zostały szybko uciszone, a w bramie Viktoriaschule, przywitane razami
gumowych pałek i przeprowadzone przez dziedziniec do stolika, za którym siedział SS-man, spisujący personalia aresztantek. Hedda nie miała żadnych dokumentów przy sobie, więc roześmiał się, kiedy oświadczyła, że jest Niemką,
a potem wrzasnął:
– Żadna porządna Niemka nie kupuje niczego u świńskich Polaków. A ty
byłaś u Majewskiego, którego już dawno mamy na oku. Wiesz, co on robił?
Wywieszał dwa razy w roku polską flagę. Teraz dostanie za swoje. Z tobą też
się policzymy! – grzmotnął pałką w blat stołu, odchylił się do tyłu na krześle
161
i jakby dopiero teraz dostrzegając bujną urodę dziewczyny, dorzucił znacząco:
– I to jeszcze dziś w nocy. Sam po ciebie przyjdę.
Wepchnięta do małej piwnicy, gdzie znajdowało się już kilka kobiet, Hedda
z niepokojem oczekiwała zmierzchu i zadrżała, kiedy późnym wieczorem wywołano ją na korytarz. Było to jednak wezwanie do komendanta Christoffela,
który...
Hedda umilkła i Emma spytała z niepokojem:
– Czy on zrobił ci coś złego?
– Nie, ale... – nowe łzy pojawiły się w oczach Heddy – ale nie będę już
mogła zostać u pani. Proszę mnie zwolnić. Chcę wrócić do Kiezmarku. Muszę
wrócić...
– Musisz mi powiedzieć prawdę – Emma znów przygarnęła dziewczynę do
siebie. – Ktoś inny cię skrzywdził? Próbował zgwałcić? A może...
Nie pytała dalej, gdyż Hedda wtuliła twarz w jej ramię i dopiero po dłuższej chwili uniosła głowę, ale zaraz opuściła ją znowu i wyszeptała z ustami
przy ramieniu Emmy:
– Komendant mi kazał... kazał podsłuchiwać, co pan profesor mówi.
Donosić o wszystkim. Dlatego... dlatego sobie pójdę. Wrócę do domu, do rodziców.
Wybuchnęła płaczem i Emma długo nie mogła uspokoić rozszlochanej
dziewczyny. Hedda powtarzała ciągle, że musi się pakować i dopiero wtedy
zrezygnowała z wyjazdu, kiedy pani Hasenfuss obiecała jej, że profesor nie
dowie się o niczym.
– Będzie tak, jak sobie życzysz – zapewniła. – Wstydzić się jednak musisz
nie ty, ale ten, kto cię chciał zmusić do takiej podłości. Nie ma co mówić, ładnych się czasów doczekaliśmy...
W mojej zasobnej – stwierdzam niezbyt skromnie – bibliotece, znajduje się wydzielona część, poświęcona dziejom Gdańska, a w niej szczególnie
cenna książka, GDAŃSK 1939 , która zawiera relacje siedemdziesięciu trzech
osób, Polaków, obywateli Wolnego Miasta Gdańska, z których niemal wszyscy
przeszli, we wrześniu 1939 roku przez katownię, w jaką hitlerowcy zamienili
Viktoriaschule, przy Holzgasse, obecnie ul. Kładki. Zebrał te relacje, opracował
bardzo starannie i wydał w 1984 roku, Brunon Zwarra, autor niezwykle cennych, pięciotomowych Wspomnień gdańskiego bówki, urodzony w 1919 roku
w Gdańsku i do dziś w nim mieszkający, więzień Stutthofu i Sachsenhausen,
świadek naoczny wielu wydarzeń w Wolnym Mieście i losów zamieszkałych
w nim Polaków. Viktoriaschule była więc pierwszą stacją krzyżowej drogi,
przygotowanej dla nich przez nazistów, uzbrojonych w pałki, kastety i pejcze,
bagnety, karabiny i pistolety, pierwszym miejscem, w którym ibermensze ukazali
swoje prawdziwe, przerażające twarze. Nie wystarczała im przecież satysfakcja,
wynikająca z zawładnięcia miastem, nie ograniczyli się do internowania praw-
162
dziwych, czy urojonych przeciwników, jak uczyniłby cywilizowany zwycięzca,
lecz pastwili się nad nimi, pragnęli poniżyć, zanim wielu z nich zamordowali,
znacząc przedtem krzyżem, wymalowanym na czołach czerwoną farbą olejną,
aby skazańcy nie mogli jej zetrzeć i ukryć się w tłumie innych więźniów.
Niemieccy nadludzie z szczególną zaciekłością znęcali się nad polskimi
księżmi, z największą wszakże nienawiścią i skrajnym okrucieństwem odnosząc się do księdza Franciszka Rogaczewskiego, proboszcza kościoła Chrystusa
Króla na Siedlcach, księdza Bronisława Komorowskiego, proboszcza kościoła
św. Stanisława we Wrzeszczu i księdza Mariana Góreckiego z Nowego Portu.
Wszyscy trzej ponieśli męczeńską śmierć z rąk hitlerowców.
Ksiądz Alfons Muzalewski, kapelan Gdańskiego Hufca ZHP, który przeżył gehennę niemieckich obozów koncentracyjnych, tak zeznaje w książce
Brunona Zwarry:
Nas, księży, oznaczano fioletowymi wstążkami, przypinanymi do lewego
ramienia. Pracowaliśmy w różnych komandach, wszakże jeden rodzaj „pracy” zarezerwowany był wyłącznie dla księży – czyszczenie ustępów...
Księdza Mariana Góreckiego – informacja z audycji telewizyjnej Tryptyk
gdański: Gloria Victis, nadanej 29 lipca 1999 roku, o godzinie 16.55, w programie III TVP – hitlerowcy trzymali na łańcuchu, w psiej budzie i do miski
wrzucali mu resztki jedzenia ze swego ibermenszowskiego stołu...
W dawnym gmachu Viktoriaschule mieści się dziś Wydział Biologii,
Geografii i Oceanologii Uniwersytetu Gdańskiego. W izbach przesłuchań stoją
oszklone gabloty ze zbiorami i szafy z książkami, studentki i studenci wypełniają sale wykładowe i korytarze, a ich młode głosy już dawno przytłumiły wrzaski oprawców i krzyk więźniów. Umilkło też echo salw plutonu egzekucyjnego
i tylko mury z czerwonej cegły są milczącym świadkiem tego, co wydarzyło
się tutaj sześćdziesiąt lat temu... Kiedy wypadnie mi przechodzić ulicą Kładki,
zatrzymuję się w tym samym miejscu, z którego Emma i Arnold Hasenfussowie
przypatrywali się, sparaliżowani przerażeniem, swoim uzbrojonym w pałki rodakom, zaprzeczającym temu wszystkiemu, z czego niegdyś Niemcy byli i mogli być dumni. Jeśli dobrze usłyszałem, Arnold, widząc upadającego pod ciosami kolb SA-manów, posła do Volkstagu Wolnego Miasta Gdańska, Antoniego
Lendziona, powiedział wtedy:
– Was für ein fabelhafter deutscher Sieg!
XV
Z
apadła noc i skończył się już długi i trudny dzień wspomnień. Jest bardzo
ciepło, więc dla przewiewu, w całym domu otwarte są okna. Szerokie,
przeszklone drzwi do ogrodu również i stamtąd napływa, razem z zapachem kwiatów, nieco chłodu. Zanim przed świtem odezwą się na drzewach
śpiące teraz ptaki, mam przed sobą kilka godzin na uporządkowanie wszystkich
obrazów, wrażeń i myśli, które tłoczyły się i zderzały z sobą, jak wypowiadane
pod pomnikiem na Westerplatte, polskie i niemieckie słowa.
Zachowały się pod kopułą pogodnego nieba, podobnie jak odgłosy wystrzałów sprzed sześciu dziesiątek lat i mogłem usłyszeć je wszystkie jednocześnie, gdy po południu przyjechałem tu z Ireną, dołączyć nasze kwiaty do
tych, składanych tu dziś od rana pod okiem telewizyjnych kamer, śledzących
każdy krok prezydentów Polski i Niemiec, którzy wyznaczyli sobie spotkanie na tym legendarnym i symbolicznym skrawku ziemi, przywieźli wieńce od
swoich narodów, wygłosili przemówienia i uścisnęli sobie ręce na znak pojednania. Kompania honorowa prezentowała broń, grała orkiestra wojskowa...
Teraz wszyscy już odeszli i jest tutaj cicho, więc można podumać, stanąć
nad brzegiem morza, potem przejść w stronę kanału portowego, którego środkiem płynie ciągle widmo pancernika i wsłuchać się w echo salw przetaczających się jeszcze nad wodą i półwyspem. Wyszczerzone ze stalowych wież
artyleryjskich lufy biją ogniem na wprost, w las osłaniający polskie pozycje.
Działonowy Martin Menzel na swoim stanowisku zwija się jak w ukropie,
gdyż salwa idzie szybko po salwie, jakby ciężkie pociski chciały rozorać cały
półwysep i zmiażdżyć wszystko, co na nim istnieje. Obecnie mówi: Mam
szczerą wolę, aby powiedzieć Polakom i Polsce: przepraszam i proszę o wybaczenie.
W pobliżu stoi Johannes Gehrmann, nazywany pastorem pojednania; nauczył się mówić po polsku już sporo lat temu i doprowadził do pierwszego
164
spotkania w Ciechocinku byłych marynarzy z Schleswig-Holsteina z grupą
westerplatczyków. Nie było to łatwe, ale teraz patrzy z zadowoleniem na wyniki swoich starań. Obaj prezydenci również jemu ściskają rękę. Wszyscy są
zadowoleni. Tylko Wiktor Białous, ciężko ranny podczas obrony Wartowni
Pierwszej, chroniącej koszary od południowego wschodu, nie chce słyszeć
o pojednaniu. Oświadcza otwarcie, że nigdy nie wymaże z pamięci tego, co
Niemcy robili w Polsce w strasznych latach minionej wojny. Dziennikarz, Klaus
Bachmann, korespondent gazet niemieckich i austriackich, przyznaje poniekąd
rację majorowi Białousowi, stwierdzając, że nikt z Polaków, który przeżył okupację hitlerowską, nie musi wybaczać... Redaktor Bachmann nie sądzi również,
aby koncert w gdańskim kościele św. Jana, kogoś pojednał. Szczerze mówiąc,
wątpię... – powiada. A przecież wokół tego koncertu, już od kilku tygodni, robiono w mediach wiele wrzawy, przypominając światową pozycję orkiestry
Izraelskiej Filharmonii Narodowej i jej hinduskiego dyrygenta, Zubina Methy,
gwiazdy pierwszej jasności na muzycznym firmamencie. W wykonaniu tych
artystów, w obecności obydwu prezydentów i doborowej publiczności, mieliśmy usłyszeć i usłyszeliśmy II Symfonię Gustava Mahlera, zwaną Symfonią
Zmartwychwstania, co miało, oczywiście, symboliczną wymowę.
Miejsce koncertu wybrano niezwykle trafnie. W kościele św. Jana działa, przeniesione z kościoła św. Bartłomieja, duszpasterstwo środowisk twórczych, więc znam dobrze tę świątynię. Przechowała ona, ostatnia w gdańskim
śródmieściu, nie zaleczone jeszcze od ponad pół wieku rany, szczerby w filarach i murach, we wnętrzu, na ścianach, czarne ślady po ogniu, który ją trawił
w 1945 roku, groza wojny do dziś jest zatem w niej obecna i przypomina
o sobie nawet tym, co nie chcą pamiętać. W takiej więc scenerii zabrzmiał
utwór niosący w sobie ideowe przesłanie rozpięte na linii życia, śmierci
i zmartwychwstania...
Nasz plac, zamykający ulicę Wyczółkowskiego, przeżył także podniosłą
chwilę. Okazało się, że wśród nas żyje cicho i skromnie, niczym się nie zdradzając, jeden z bohaterskich ochotników do walki z okrętami Kriegsmarine
jako... żywa torpeda. Przed kamerami TVP i telewizji RTL 7, pan Stanisław
Wójcicki, nieco zdeprymowany obiektywami, mikrofonami i ostrymi światłami lamp, opowiadał o swojej decyzji, którą podjął w maju 1939 roku, jako
dwudziestojednoletni żołnierz, słuchacz Centralnej Szkoły Podoficerskiej KOP
w Osowcu.
Po 1945 roku, kiedy komuniści wyszydzali sanacyjną Polskę, kpili również z żywych torped, jako jeszcze jednego dowodu zidiocenia burżuazyjnych
admirałów i generałów. Czerpiąc wskazówki tylko z Notatników Agitatora
nie wiedzieli, że Włosi, Niemcy, Brytyjczycy i Japończycy wprowadzili do
walki w czasie II wojny światowej różne typy żywych torped, zadając przy
ich pomocy duże straty swoim przeciwnikom. Kto w to nie wierzy, może
165
zatelefonować do mieszkającego we Wrzeszczu Andrzeja Perepeczki, autora
książki Podwodni komandosi, której ostatnie wydanie ukazało się zaledwie
pięć lat temu.
Niestety, Polska Marynarka Wojenna nie dysponowała nawet prototypami
sterowanych przez człowieka torped, co wcale nie umniejsza wielkości ofiary,
jaką chcieli złożyć ochotnicy, a nawet ochotniczki. Było ich w całym kraju
kilka tysięcy, a wśród nich nasz sąsiad, spod numeru 95, z czego cała ulica
Wyczółkowskiego jest niezwykle dumna.
XVI
W
niedzielę, przy biciu kościelnych dzwonów, do miasta wkraczały
pierwsze oddziały Wehrmachtu. Na chodnikach ulic, przez które maszerowała piechota i ciągnęły działa, gromadziły się wiwatujące tłumy. Rodzina Tischlerów dołączyła do nich, zajmując dobre miejsce przy banku
i domu towarowym Sternfelda, na rogu Jäschkentalerweg. Wuismuti przepchali się do kamiennego krawężnika i błyszczącymi z emocji oczami wpatrywali
w żołnierzy chrzęszczących skórzanymi pasami, pobrzękujących saperskimi
łopatkami i bronią, spoglądających spod okapów głębokich hełmów prosto
przed siebie, jakby widzieli wyraźnie cel, ku któremu szli równym, odmierzonym krokiem; ich podkute buty wybijały zwycięski werbel o bruk jezdni,
a odpowiadało mu, po obu jej stronach, skandowane grzmiąco:
– Sieg Heil! Sieg Heil!
Mężczyźni powiewali zrywanymi z głów kapeluszami, kobiety rzucały
kwiaty żołnierzom pod nogi, ktoś w pobliżu Tischlerów zaśpiewał:
Heute gehört uns Deutschland
und morgen die ganze Welt!
Wuismuti prężyli się, wypinali piersi i jedynie na chwilę, gdy im omdlewały, opuszczali wyrzucone sztywno w górę, prawe ramiona. Po powrocie do
domu nie mówili o niczym innym, tylko o swoich czynach, którymi zadziwią
armię, gdy dołączą do jej zdobywczego marszu, zapowiadanego przez słowa
proroczej pieśni:
Dziś należą do nas Niemcy,
a jutro cały świat !
167
Zdjęli stojący na szafie globus i okręcając go dokoła osi przyglądali się
uważnie rozmiarom wszystkich kontynentów, wyłaniała się bowiem kwestia
ich wieku i czasu, jaki będzie potrzebny wojsku do wykonania tego wielkiego
zadania. Nie byli pewni, czy zdążą się zaciągnąć pod bojowe sztandary, udali się
więc do jadalni, w której ojciec, czekając na obiad, przeglądał artykuły w Danziger Neuesten Nachrichten. W jednym z nich gazeta, stając nieoczekiwanie
w obronie, dotąd nienawistnego przecież traktatu wersalskiego, wyjaśniała czytelnikom, że Polacy, łamiąc jego postanowienia, ufortyfikowali Westerplatte,
najeżyli betonowymi bunkrami cały półwysep, czyniąc z niego małe Verdun.
Dlatego jeszcze trwają tam walki, wszakże niezawodnie, w najbliższych godzinach zostaną zakończone, gdyż bohaterska Heimwehra, a także szturmowe
oddziały Kriegsmarine...
– Vati!
– Słucham? – Tischler odgiął róg gazety, spojrzał na synów i globus, który
Ferdi umieszczał na stole. – Macie jakieś kłopoty z geografią?
Chłopcy jednocześnie pokręcili przecząco głowami, a Waldi zapytał:
– Ile to może potrwać, Vati?
– Co? – Eugen nie uchwycił związku pomiędzy stojącym przed nim globusem, a pytaniem syna, zatem Waldi, z pomocą Ferdiego, wyjawił ojcu ich wspólny zamiar ochotniczego wstąpienia do wojska, co będą mogli zrobić dopiero za
kilka lat, chcieliby więc dowiedzieć się, jak długo będzie trwało takie zdobywanie
świata, obawiają się bowiem, że może się odbyć bez ich udziału, a wówczas...
– Czulibyście się pokrzywdzeni – domyślił się już bez trudu ojciec, zerknął na odłożoną gazetę, zatrzymał wzrok na fotoreportażu, towarzyszącym
artykułowi o trudnościach w zdobyciu Westerplatte, stuknął palcem w papier
i oświadczył z pewnym rozczarowaniem. – Jeżeli takiego kawałka ziemi nie
możemy zająć od trzech dni, to zdobycie całego świata zabierze nam trochę
czasu. Zdążycie na pewno.
Chłopcy zabrali globus i odeszli uszczęśliwieni, pozostawiając ojcu jego
niezadowolenie z przebiegu działań wojennych w Nowym Porcie. Gauleiter
Forster zapowiadał połknięcie Westerplatte na śniadanie, a tu minął nie tylko
obiad i kolacja, ale posiłki z całych trzech dni, a strzały na półwyspie nie milkły. Opadła też poranna euforia, spowodowana wkroczeniem Wehrmachtu,
gdy rozeszła się wiadomość, że Anglia i Francja wypowiedziały wojnę
Niemcom. Tischlerowie jechali na podwieczorek do Hasenfussów przez opustoszałe ulice, dostrzegając wśród nielicznych przechodniów ludzi z maskami
gazowymi w blaszanych pojemnikach, przewieszonymi na paskach przez ramiona i gotowymi do użycia, jakby zaraz na niebie pojawić się miały brytyjskie samoloty.
Eugen chciał porozmawiać z teściem o zaistniałej sytuacji, ale profesor
Hasenfuss zamknął się w swoim gabinecie i nie otwierał nikomu drzwi. Wyjął
168
z bibliotecznej szafy oprawiony w skórę zbiór biografii rzymskich cezarów
i usiłował zagłębić się w życiorysie Klaudiusza, skreślonym przez Trebeliusa
Poliona, zaledwie przerzucił jednak kilka kartek, odsunął książkę, po chwili
otworzył ją z powrotem, a wreszcie, rezygnując z dalszego oporu, podniósł się
z fotela i włączył odbiornik radiowy.
Reichssender Danzig nadawała reportaż z pokładu pancernika SchleswigHolstein, ciągle ostrzeliwującego Westerplatte, Berlin grzmiał wojskowym
marszem, poszukał więc na podświetlonej zielono skali Paryża i Londynu, których rozgłośnie zgodnie powtarzały informację, że ich państwa znajdują się
w stanie wojny z Trzecią Rzeszą, po odrzuceniu przez Hitlera ultimatum, żądającego zaprzestania agresji przeciw Polsce i wycofania wojsk niemieckich
z zajętej już części terytorium tego kraju. Francuskie Zgromadzenie Narodowe
uchwaliło budżet nadzwyczajny w wysokości sześćdziesięciu dziewięciu milionów franków, a Brytyjczycy...
Nie słuchał dalej. Nacisnął biały klawisz wyłącznika, patrzył jak zwijają się, gasnąc, płatki magicznego oka i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że czas
zaczyna się znów cofać i pod marmurowym obeliskiem na Targu Drzewnym
wojskowa orkiestra gra Heil dir im Siegerkranz, a zgromadzony wokół tłum
skanduje:
– Jeder Tritt – ein Britt! Jeder Stoss – ein Franzos!
Mieli zatem ponownie stanąć naprzeciw siebie, na tych samych polach
Szampanii i Flandrii, na których nie spróchniały jeszcze kości napastników
i obrońców; małych, zadzierżystych, wąsatych Poilou, wyglądających jak bojowe chrabąszcze i twardych, nieustępliwych Tommies, w płaskich hełmach,
niemal niewidocznych nad linią okopów... Ilu tym razem będzie musiało zginąć niemieckich żołnierzy na dalekich przedpolach Paryża, nim parlamentariusze podniosą białe chusty, proponując zakończenie kolejnej, bezsensownej
rzezi..?
Arnold podszedł do okna, za którym rozłożyste krzewy szkarłatnych róż
rozsuwały się powoli, ukazując równe, ciągnące się po horyzont, niezliczone
rzędy białych krzyży. Kroczyły pomiędzy nimi mary w rozpiętych, zwisających
do ziemi płaszczach feldgrau, a prowadząca je zjawa w zbutwiałym mundurze
mamrotała cicho:
Morgenrot, Morgenrot, leuchtest mir zum frühen Tod...
Rozpłynęła się i zniknęła, gdy rozległo się stukanie do drzwi; Dieter domagał się zza nich atlasu i Arnold wpuścił go do gabinetu.
– Jochen obiecał, że narysuje nam dużą mapę świata – chłopiec mówił
szybko, wyraźnie podekscytowany. – Musi mieć tylko atlas, więc Wuismuti kazali mi...
– Nie spiesz się tak – Arnold uniesioną nieco ręką powstrzymał potok słów
Dietera. – Do czego wam potrzebna taka mapa?
169
– Będziemy zdobywali świat, papi! – Dieterowi błyszczały źrenice. –
Wuismuti powiedzieli, że najpierw odzyskamy nasze kolonie, potem zabierzemy całą Afrykę, a potem...
– A potem..? – powtórzył Arnold i zaraz uświadomił sobie całą niestosowność tego pytania, którego przecież jego mały syn nie mógł zrozumieć, chociaż
zmarszczył nos, próbując znaleźć na nie odpowiedź:
– Nie wiem. Wuismuti wymyślili taką grę w wojnę, papi. Powycinamy
z tekturki małe samoloty, okręty, czołgi i armaty. Kto wyrzuci kostką szóstkę,
może strzelać sześć razy, kto piątkę, to pięć, a kto...
– Rozumiem... – Arnold, który mógłby z zamkniętymi oczami odnaleźć
każdą książkę w swojej bibliotece, podszedł do półek i przesuwając palec po
wypukłych grzbietach opraw, jakby nagle stracił w nich orientację, próbował
zyskać na czasie, zastanowić się, co powinien powiedzieć teraz Dieterowi i czy
w ogóle należy coś mówić, kiedy głos zabrały już armaty, radio podaje nazwy
zajętych miast polskich, a wojownicy w stalowych hełmach i bojowym rynsztunku powitani zostali okrzykami radości i triumfu na Hauptstrasse, przemianowanej teraz na Adolf Hitler-Allee... – Ten może być?
Podał synkowi szkolny atlas historyczny Putzgersa, a kiedy Dieter wybiegł
z gabinetu powrócił do okna, ale nie usłyszał już niczego więcej, oprócz głuchego dudnienia dział pancernika, napływającego zza kurtyny wzniesienia, otaczającego zieloną kotlinę.
W tym samym czasie Willi Aurich notował w swoim zeszycie:
Um 04.00 h werde ich wach durch den Lärm des Wachwechsels. Ich gehe
auf die Brücke: auf der Westerplatte wird mit Leuchtspurmunition geschossen.
Sind die Polen noch nicht mürbe..? (O godzinie 04.00 budzi mnie hałas przy
zmianie wachty. Idę na mostek; na Westerplatte strzela się świetlną amunicją. Czyżby Polacy jeszcze nie zmiękli..?) 16.30 h. Der Kommandant spricht
mit den Offizieren über die Lage. Da uns England den Krieg erklärt hat, will
der Führer schnell mit Polen fertig werden... (O godzinie 16.30, komendant
omawia położenie z oficerami. Ponieważ Anglia wypowiedziała nam wojnę,
Führer pragnie szybko załatwić się z Polską.).
W jadalni dopijano już kawę. Kryształowe łezki w wiszącym nad stołem
żyrandolu podzwaniały po każdej salwie, oddawanej w Neufahrwasser przez
artylerzystów pancernika i Eugen Tischler zerkał odruchowo na sufit, potem
spoglądał na teściową, dzieląc z nią niepokój o całość tego prawdziwego dzieła
użytkowej sztuki.
– Jeżeli do tej pory nie spadł, to chyba się utrzyma – powiedziała Emma.
– Najgorzej było wczoraj, kiedy przyleciały samoloty i zaczęły zrzucać bomby.
Wszystko się tu trzęsło.
170
Stukasy pojawiły się nad miastem po południu. Leciały w kilku kluczach,
zatoczyły szeroki łuk w stronę Heubude i zaczęły wspinać się ponad plażą na
wysoki pułap nieba. Monotonny warkot ich silników przeszedł w jękliwy skowyt, a gdy maszyny znieruchomiały i nagle, tracąc jakby równowagę, runęły
w dół, w ogłuszające, porażające wycie. Rozpięte na zgiętych skrzydłach kadłuby, z wysuniętymi jak szpony kołami, wyglądały jak drapieżne pterozaury,
rzucające się na upatrzoną zdobycz.
Leżała nieruchoma; niewielki skrawek ziemi, wysunięty z lądu półwysep,
oblany z dwóch stron morzem, a z trzeciej wodą kanału portowego, pocięty
smugami dymu, ulatującego z płonących drzew, przeorany pociskami dział
okrętowych, ciągle jeszcze odpierający kolejne ataki szturmowców, miał teraz
zostać zmiażdżony decydującym uderzeniem z powietrza, zdruzgotany i rozerwany na strzępy.
W Brösen ludzie powychodzili z domów i gromadzili się w parku, przy pętli
tramwajowej, oglądając, jak w teatrze, niezwykłe widowisko, a Tischler, który
załatwiał firmowe sprawy na Letnicy, wdrapał się na pokryty papą dach magazynu, nie zważając na rozmiękłą w słońcu smołę i swoje jasne spodnie. Patrzył na
nurkujące stukasy, widział odrywające się spod ich skrzydeł bomby, zamieniające
się po chwili w grzmiące piekło wybuchów, gejzerów dymu i ognia.
– I co z tego? Stukasy też nic nie zdziałały – powiedział, gdy echo nowej
salwy odezwało się w kryształkach żyrandola. – Polacy dalej śmieją się z nas.
– Mogę zamknąć okno, jeżeli chcesz, a mama pozwoli – zaproponowała
Waldetruda. – Po co masz się denerwować.
– Ja się tylko dziwię – sprostował Eugen. – Albo nie rozumiem wszystkiego.
Myślałem, że profesor coś mi wyjaśni, a tu drzwi przed zięciem zamknięte.
– Nie przed tobą, bo przed nami też – pospieszyła z wyjaśnieniem Emma.
– Arnold nie chce teraz z nikim rozmawiać. Tylko Dietera wpuścił na chwilę,
bo jemu niczego nie odmówi.
– To niezłe ziółko z niego wyrośnie – zauważył kąśliwie Eugen. – Jeżeli
teraz pozwoli mu się na wszystko...
– Lepiej martw się o naszych chłopców – zaproponowała Waldetruda, przerywając mężowi. – I zainteresuj się, co robią, bo wcale ich nie słyszę. A wtedy
jestem niespokojna.
– Na razie szykują się tylko do podboju świata, więc zjedz sobie jeszcze
jeden kawałek placka, a ja pójdę zobaczyć, co już zdobyli.
Eugen podniósł się z krzesła i ruszył na piętro, do pokoju Jochena, który
przy pomocy pantografu uważnie przenosił z atlasu na duży arkusz brystolu
kontury wszystkich kontynentów. Wuismuti i Dieter dreptali dokoła stołu, śledząc uważnie każdy ruch jego prawej ręki. Oczekiwali niecierpliwie rozpoczęcia gry, chociaż nie doszli jeszcze do porozumienia w kwestii dowodzenia papierową armią, gotową już do działania. Tym razem Dieter nie dał się zepchnąć
171
do podrzędnej roli adiutanta i żądał stanowiska głównodowodzącego, na co
Wuismuti nie chcieli się w żaden sposób zgodzić, uważając, że nie ma stosownych kwalifikacji, które oni sami posiadają w nadmiarze i gotowi są dać na to
dowody, gdy tylko mapa świata zostanie skończona.
Awantura wisiała w powietrzu i tylko wejście Eugena powstrzymało zwaśnione strony przed radykalnymi rozstrzygnięciami sporu, do którego Jochen
nie zamierzał się mieszać, a tym bardziej stawać po stronie Dietera, liczącego
najwyraźniej na pomoc starszego brata w swoim tak stanowczym i odważnym
wystąpieniu przeciw bliźniakom. Teraz, na widok ich ojca, przybrał inną taktykę; odwołał się do jego poczucia hierarchii rodzinnej, które na pewno wskaże
mu właściwe rozwiązanie kwestii dowodzenia.
– Skoro jestem ich wujem – przypomniał Dieter – muszą mnie słuchać.
– W sprawach wojskowych bywa inaczej – Eugen znalazł się w trudnej
sytuacji, ponieważ nie mógł otwarcie zakwestionować familijnych uprawnień
Dietera wobec Wuismutich, a jednocześnie uwzględnić żądania własnych synów, sygnalizowane wymachiwaniem rąk za plecami małoletniego wujka.
– Dowództwo obejmuje najczęściej taki generał, który nosi najwięcej orderów,
a wy nie macie żadnych, dlatego...
– Zaraz je sobie zrobimy – wtrącił pomysłowo Ferdi, ale Eugen pokręcił
głową:
– Ordery to poważna sprawa. Musicie na nie zasłużyć, więc na razie każdy z was będzie dowodził innymi siłami: Dieter lądowymi, Waldi morskimi,
a Ferdi powietrznymi, zgoda?
Ku zdumieniu Eugena, nominacje zostały przyjęte bez protestu. Jochen
skończył rysować mapę, Dieter, zwinąwszy dłoń zatrąbił sygnał do ataku
i wielka armia ruszyła na podbój świata.
XVII
W
uismuti przyjeżdżali teraz codziennie na Kleine Mölde, aby prowadzić kolejną część gry, podbić następne państwo, stawiające jeszcze
daremny opór walecznym, druzgoczącym wszystko na swej drodze,
pancernym dywizjom Dietera. Wysyłane przez Ferdiego eskadry samolotów
obracały w perzynę całe miasta, a okręty admirała Waldiego posyłały na dna
mórz i oceanów dziesiątki nieprzyjacielskich pancerników, setki krążowników,
tysiące torpedowców i korwet. W każdej zdobytej stolicy zatykali zwycięzcy
swoje sztandary, ustanawiali gubernatorów, wprowadzali nowe prawa i osadzali garnizon wojskowy. Dieter trąbił na zwiniętej dłoni, Wuismuti salutowali,
a następnie wszyscy trzej pochylali się nad mapą, aby wybrać kierunek nowego
uderzenia i zgromadzić stosowne siły do przeprowadzenia, tak skutecznej jak
poprzednie, błyskawicznej i miażdżącej ofensywy.
Zajęli już olbrzymie obszary trzech kontynentów, zdobycie pozostałych
było tylko kwestią czasu i jeśli mogli się czymś martwić, to tylko tym, że gra,
która ich tak zafascynowała, wkrótce się skończy i nie pozostanie już nic do
zagarnięcia, wcielenia i zaanektowania. Byli więc w nieporównanie lepszej
sytuacji, niż marszałkowie i generałowie Führera, posłani na pole walki, którzy rozpoczęli dopiero swe wojenne dzieło. Wprawdzie codzienne komunikaty
Oberkommando der Wehrmacht donosiły o stałych sukcesach armii, posuwającej się szybko w głąb terytorium Polski, w samym Gdańsku wszakże, jak
nieznośnie drażniąca drzazga, tkwiło broniące się Westerplatte. Każdy szturm
atakujących oddziałów, poprzedzany przygotowaniem artyleryjskim, załamywał się w krzyżowym ogniu karabinów maszynowych polskich żołnierzy,
chociaż oficerom Schleswig-Holsteina, obserwującym ostrzeliwany półwysep,
wydawało się, że nikt nie powinien pozostawać już żywy, po nawałach ciężkich
pocisków, jakie codziennie kładły na ten skrawek ziemi działa ich okrętu.
Kapellmeister Willi Aurich, pisał na jego pokładzie:
173
7.IX.08.10 h. Zwischen den einzelnen Feuerüberfällen von uns gehen
die Pioniere vor... Deutlich sehen wir się arbeiten. Andere versuchen mit
Flammenwerfern den Wald in Brand zu setzen – vregebens... (Pomiędzy atakami ognia z naszej strony, posuwają się naprzód saperzy. Dokładnie widzimy,
jak oni pracują. Inni usiłują miotaczami płomieni podpalić las – daremnie...)
I wreszcie, z uczuciem ulgi, dwie godziny później:
10.30 h. Ich bin gerade auf der Brücke und beobachte durchs Glas die
Vorgänge auf der Westerplatte. Von der Signalbrücke ertönt plötzlich der
Ruf: Die Westerplatte hat weisse Flagge gehisst! (Stoję właśnie na mostku i
przez lornetkę obserwuję teren Westerplatte. Nagle z mostka sygnalizacyjnego rozlega się okrzyk: Westerplatte wywiesiło białą flagę!)
Radosna wiadomość szybko obiegła miasto i w Neufahrwasser zaczęli gromadzić się ludzie żądni zobaczenia tych zaciętych, zatwardziałych, zaślepionych polskich żołnierzy, którzy strzelając przez siedem dni i nocy, nie pozwalali
im spać spokojnie, a poddali się dopiero wtedy, gdy nie mieli już amunicji.
Generał von Eberhardt zachował się kurtuazyjnie, salutując majora Sucharskiego.
Tapfer geschlagen – powiedział, oddając mu szablę, ale setki gdańszczan wygrażało pięściami i usiłowało zatrzymać autobusy, wiozące obrońców Westerplatte
do koszar policji w Langfuhr. Gdyby nie eskortujący ich marynarze z SchleswigHolsteina, odpędzający wrzeszczący tłum, mogłoby dojść do haniebnych scen...
Tak właśnie powiedział Norbert, który był w portowej dzielnicy i widział
to wszystko.
– Nawet kobiety rzucały kamieniami i krzyczały. Było tak samo, jak tydzień temu, pod pocztą na Heveliusplatz. Nie wiem, co wstępuje teraz w ludzi,
bo... – dodał jeszcze i zaraz umilkł, widząc ojca na progu jadalni, ale profesor
słyszał zapewne, co mówił, gdyż zauważył:
– Może lepiej trzeba by zapytać, co z nich wychodzi? Karmiono nas przecież nienawiścią od dobrych kilku lat. Teraz są skutki.
Wszyscy czekali na głowę domu, stojąc przy swoich krzesłach i usiedli
dopiero wtedy, kiedy profesor zajął miejsce u szczytu stołu. Również od niego
rozpoczęła Emma nalewanie zupy z głębokiej wazy do talerzy, a kiedy Dieter,
jako ostatni, otrzymał swoją porcję, Arnold pochylił głowę i przeżegnał się,
mówiąc półgłosem:
– Dziękujemy, Panie, za te dary, które z Twojej szczodrobliwości spożywać
mamy.
Zanurzył łyżkę w apetycznie woniejącej pomidorówce i wówczas pozostałe łyżki, dotąd spoczywające na obrusie, brzęknęły o brzegi talerzy. W żyrandolu, zawieszonym nad stołem, nie dzwoniły już kryształowe łezki, zza otwartego
174
okna nie napływało echo artyleryjskich salw, po raz pierwszy więc od tygodnia
w jadalni Hasenfussów słychać było znowu wyraźnie jak Dieter chlipie zupę
i wciąga głośno długie nitki makaronu do ust.
– Nie potrafisz jeść ciszej? – Liza spojrzała karcąco na brata. – Płuca można wygadać, a ty robisz swoje.
Generał, który wygrał już tysiąc bitew, pokonał sto armii i wkraczał triumfalnie do stolic wielu podbitych państw, nie powinien być publicznie strofowany, zatem Dieter puścił mimo uszu niestosowne uwagi siostry. Był, poza tym, nadąsany,
ponieważ, mimo nalegań, Norbert nie zabrał go do Neufahrwasser i nie zobaczył
białej flagi nad Westerplatte ani tamtych żołnierzy, opuszczających swoje stanowiska i rzucających broń pod nogi marynarzy z pancernika, na którym przecież
będzie kiedyś sam pływał, a może nawet nim dowodził. Wówczas, gdzieś, na
krańcu świata, skieruje lufy dział swego okrętu, na ostatnie portowe miasto, które
jeszcze nie zostało zdobyte, zrówna je z ziemią i przyjmie kapitulację niedobitków jego załogi. Przydałoby mu się zatem jakieś w tym kierunku doświadczenie
i mógłby je właśnie pozyskać, gdyby sam, nie oglądając się na Norberta, wykradł
się z domu i pojechał tramwajem do pętli przy plaży w Brösen, a stamtąd prześliznął się jakoś w pobliże kanału portowego i leżącego po jego drugiej stronie
Westerplatte. To udałoby się na pewno, trudny jednak do wyobrażenia byłby powrót i spotkanie z ojcem, po złamaniu jego surowego polecenia, nakazującego
Dieterowi bezwzględne pozostawanie w domu, dopóki w mieście nie jest jeszcze
spokojnie. Na taki wyskok chłopiec nie miał odwagi, chociaż zdawał już sobie
dobrze sprawę z swego uprzywilejowanego miejsca w rodzinie jako jej beniaminek, najmłodszy z Hasenfussów, a również oczko w głowie Heddy, która często
wabiła go do kuchni, aby podetknąć mu jakiś smakołyk, a na drugie śniadanka
podawała gorące mleko z ovomaltiną lub kakao, a do tego chrupiące bułeczkikajzerki, rogaliki, masełko i powidła ze śliwek, czy też dżem z truskawek albo
malin, oczywiście własnego wyrobu z ogrodowych zbiorów. Starsze rodzeństwo, wychowywane znacznie surowiej, patrzyło nieco z ukosa na faworyzowanie Dirka, w końcu jednak przywykło do tego i tylko niekiedy, w sprzyjających
okolicznościach, pozwalało sobie na małe w stosunku do niego uszczypliwości,
pośrednio ukazując rodzicom skutki pobłażania we wszystkim synalkowi, który
nie potrafi nawet przyzwoicie zachować się przy stole.
– Ogłuchłeś? – Norbert przyszedł w sukurs Lizie. – Siostra do ciebie mówi.
– No to co? – Dieter nawet nie podniósł głowy znad talerza. – Teraz jestem
zajęty.
– Wszyscy to słyszą – poświadczył ironicznie Norbert. – Ciągniesz nudle
z zupy, aż świszczy.
– Zatkaj sobie uszy, jak ci przeszkadzam albo...
Dieter nagle zamilkł pod karcącym spojrzeniem ojca, który z wysokości
swego patriarchalnego stanowiska przysłuchiwał się uważnie wymianie zdań
175
między rodzeństwem. Dopuszczał do niej niejednokrotnie, badając nastroje panujące w podległej mu gromadce, baczył jednak zawsze, aby mieściła się w dopuszczalnych, wyznaczonych przez niego samego ramach i ucinał ją natychmiast,
gdy któreś z dzieci zaczynało te ramy przekraczać. Tym razem był to Dirk, został
zatem zgromiony nie tylko wzrokiem, lecz również pouczony słownie o niestosowności zwracania się do starszego brata bez należytego szacunku.
– Musisz zawsze pamiętać o pewnej hierarchii, panującej w rodzinie – mówił dalej Arnold, z pewnym namaszczeniem w głosie. – Podobną spotkasz później w społeczeństwie i łatwiej ci będzie odnaleźć w nim swoje miejsce.
– Zupa ci stygnie – wtrąciła Emma, zapominając chyba na moment, że kiedy
jej mąż wygłasza kazanie, cała rodzina powinna go słuchać w skupionym milczeniu; podważanie zbawiennej trwałości tej zasady, nieporównanie ważniejszej od
temperatury pomidorowej zupy, mogło prowadzić do niepotrzebnych zawikłań
w owej hierarchii, której znaczenie właśnie podkreślał, toteż nie zdziwiła się, kiedy
teraz na nią Arnold obrócił swój wzrok i oznajmił z wyraźnym zatroskaniem:
– Jeśli przestaniesz mnie wspierać, nie wiem, co dalej będzie z tradycją
tego domu.
Liza zebrała puste talerze, umieściła je na desce windy i spuściła do kuchni,
a milczący dotąd Jochen zapytał:
– Czy to jest teraz takie ważne? Co ojciec chce uratować?
Norbert spojrzał z niedowierzaniem na brata; Jochen nie tylko poddawał
się zawsze z uległością wszystkim domowym rygorom, ale wydawało się, że
zupełnie mu nie ciążą. Powstrzymywał nawet odruchy buntu, które zdarzały
się Norbertowi, kiedy ich swobody były zbyt mocno ograniczane, a racje nie
brane pod uwagę. Uznawał bez szemrania wolę ojca i słuszność jego sądów,
więc zaskakujące było nieoczekiwane podanie jednego z nich w wątpliwość.
Właściwie powinien zostać zganiony za tę śmiałość, ale ojciec, ku nowemu
zdumieniu Norberta, odpowiedział spokojnie:
– Nas, Jochenie. Naszą rodzinę. Żebyśmy się rozpoznali, kiedy skończy się
wojna. Dlatego w tym domu wszystko pozostanie na swoim miejscu.
– Za miesiąc, czy za pół roku możemy nie siedzieć razem przy tym stole.
– Nawet tego nie mów – Emma zatrzymała się koło windy z półmiskiem
wołowiny w rękach i patrzyła z przestrachem na Jochena. – Przecież wszystkich
nie będą brać do wojska. Ty musisz zrobić swój dyplom, Norbert ma ważną pracę w porcie, a Torsten...– spojrzała teraz na swego rudego zięcia, zgarbionego
na krześle za stołem i pomyślała, że Bóg jej powinien wybaczyć, ale gdyby on
został wzięty do armii, zamiast jej synów, uznałaby to za właściwy wybór losu.
– Torsten ma słabe zdrowie.
Simmel nawet się nie poruszył, jakby nie padło jego imię, na co zresztą nikt
nie zwrócił uwagi. Był tylko tolerowanym z przymusu mężem Lizy i nie należał
do rodu Hasenfussów. Oni również pozostali dla niego obcymi ludźmi, z który-
176
mi miał kontakt pośredni poprzez ciało Lizy, a bezpośredni podczas posiłków
w jadalni, gdyż profesor wymagał obecności przy stole wszystkich domowników, uważając wspólny posiłek za jeden z filarów tradycji. Podnosił jeszcze
jej wartości i znaczenie, ale Torsten nawet nie usiłował go słuchać, zajęty wyłącznie pochłanianiem kruchej wołowiny z modrą kapustą o wybornym smaku
i gorących, parujących jeszcze ziemniaków, oblanych znakomitym, brązowym
sosem. Wychował się na Oruni, gdańskim przedmieściu o nienajlepszej sławie,
w ubogiej rodzinie i nigdy dotąd, nawet w niedziele, nie jadał takich obiadów,
jak codziennie u swoich teściów.
Das Leben ist am schwersten, drei Tage vor dem Ersten... mówiły oruńskie
kobiety przy końcu każdego miesiąca, zanim mężowie nie przynieśli im kolejnej wypłaty, za którą musiały znów opędzić wszystkie wydatki do następnego
pierwszego.
Tutaj nie słyszał o takich kłopotach, jakby przeniósł się do innego świata z czynszowej, dwupiętrowej kamienicy, przesiąkniętej zapachem kiszonych
ogórków i mydlin, wydzielanym z drewnianych cebrów, pełnych przepieranej ciągle bielizny i dziecięcych pieluch. Do dnia zamieszkania w domu Hasenfussów,
Torsten nie kąpał się też w łazience z bieżącą wodą, w wylewanej białą emalią
wannie, a jedynie w sitzbadzie z cynkowej blachy, do którego Simmelowa wlewała wrzątek z ogromnego garnka, zdejmowanego z wysiłkiem z opalanej węglem
westfalki. Wrzątek mieszany był z zimną wodą, przynoszoną w wiadrach z kranu
na półpiętrze, gdzie również znajdował się klozet, z którego korzystali lokatorzy
kilku mieszkań. Prowadziło to niekiedy do scysji pomiędzy nimi, gdy tworzyło
się ogólne, poranne zapotrzebowanie na dostęp do tego przybytku, a poirytowani
mężczyźni z opuszczonymi na spodnie szelkami i skrawkami gazet w rękach,
obawiali się spóźnienia do pracy i popędzali dopingującymi okrzykami tych, którzy zbyt długo przesiadywali za drzwiami, pomalowanymi brązową, łuszczącą
się farbą. W niedzielne poranki byli bardziej cierpliwi, wdawali się w pogawędki,
coraz częściej rozmawiali o polityce, narzekali na niskie zarobki i zaczynali chodzić
tam, gdzie obiecywano im wyższe i każdej rodzinie na świąteczny obiad, tłustą kurę
w garnku z rosołem, jeśli tylko wciągną na tyłki czarne bryczesy, na łydy nałożą
skórzane sztylpy, wystroją się w brunatne koszule, okrągłe czapki takiego samego
koloru i zaczną maszerować po ulicach miasta, śpiewając ile sił w płucach:
Die Fahne hoch...
Rozprawiali o tym co będzie w przyszłości, kiedy już ten sztandar ze swastyką
załopocze nad miastem i ile piwa wyżłopią w knajpie Derra na Karthäuserstrasse,
czasem zapominając zupełnie po co stoją przed klozetem i wtedy Torsten przemykał się pod ścianą i zasiadał spokojnie na drewnianym tronie, odczytując nagłówki artykułów z Danziger Neuesten Nachrichten albo przeglądając dział ogłoszeń,
ponieważ szukał pracy nie wymagającej zbytniego wysiłku. W ten sposób trafił
do Amady, pragnącej zatrudnić pomocnika magazyniera, a następnie do domu
177
przy Kleine Mölde, jako mąż Elizy, którą uwiódł w schowku na tekturowe pudła,
służące do pakowania żółtych kostek margaryny.
Miał spore doświadczenie w potyczkach z oruńskimi dziewczętami. Te,
które pozwalały wyprowadzać się w gęste zagajniki, porastające Bischofsberg,
poddawały się chętnie orężowi silniejszemu niż umocnienia, w jakie wyposażyła je natura i nie czekały na spacery brzegiem plaży na Heubude w wiosenne
wieczory przy świetle księżyca, ani na romantyczną, nocną wycieczkę morską
bocznokołowcem Paul Benecke, na którego pokładzie urządzano zabawy taneczne. Zadowalały się w zupełności, wstając z wygniecionej trawy i opuszczając spódnicę, zaproszeniem do restauracji na gorące kiełbaski z musztardą,
popularne Thüringer Bratwürstl, a potem do wesołego miasteczka na karuzelę,
diabelski młyn lub kolejkę górską, w której również można się było trochę pościskać. Na tym zazwyczaj kończyła się taka krótka przygoda, ponieważ serce
Torstena nie zabiło żywiej do żadnej z poznanych dotąd orunianek.
W Amadzie powoli i starannie rozeznawał teren w rejonie swego miejsca
pracy. Nie był obszerny, a kobiety zjawiające się z jakimiś papierami i fakturami
w magazynie, wydały się Torstenowi mało ponętne, dopóki nie zobaczył panny
Hasenfuss. Szła, stukając obcasikami, przez środek długiej hali, pomiędzy spiętrzonymi po obu stronach pudłami margaryny, lekkim, swobodnym krokiem,
prosto do kantoru kierownika i Torsten mógł dobrze przyjrzeć się jej smukłym
łydkom, nadobnym bioderkom i podniecająco poruszającemu się pod sukienką,
foremnemu tyłeczkowi. Biustu dziewczyny nie zdołał dokładnie zlustrować,
zbyt późno bowiem wychylił się zza stosu tekturowych opakowań, toteż zaczął
kręcić się ze swoim wózkiem w pobliżu kantorku szefa i skonstatował, gdy
panna wyszła z niego, że jest taki, jakiego oczekiwał i jaki lubił: wysoko uniesiony i niewielki, ale wyraźnie zarysowany. W nocy, gdy przed snem rozebrał
już zupełnie zgrabną urzędniczkę, postanowił wszcząć działania, gdy tylko ponownie pojawi się w magazynie. W tym celu spenetrował kilka jego zakątków,
natrafił na ustronny schowek z kartonami, rozłożył kilka z nich na podłodze
i na tak przygotowanym posłaniu zamierzał rozpocząć nowy etap ulubionego
zajęcia. Łatwość z jaką odnosił sukcesy z panienkami na przedmieściu dała mu tę
pewność siebie, która nie waha się przed podjęciem ryzykownego nawet kroku,
ponieważ nie przewiduje porażki. Przekonany o tym, że daje to, czego dziewczęta potrzebują, chociaż głośno tego nie obwieszczają, a nawet z właściwą dla płci
niewieściej przemyślnością, kuszą pozorną obojętnością, mniemał iż pełni swego
rodzaju dobroczynną misję, a co najmniej wykonuje pożyteczne usługi. Patrząc z
tego punktu widzenia chciał tylko wywiązać się z powinności wobec kolejnego,
podniecającego ciała, zdającego się każdym swoim ruchem wysyłać ku niemu
wyraźne, chociaż nie rejestrowane świadomie, sygnały przyzwolenia. Można
to było przyrównać do funkcji pięknej woni, jaką natura każe rozsiewać kwiatom, nie informując ich wcale, że w ten sposób przywołują do siebie kołyszące
178
się nieopodal na wiotkich skrzydłach motyle. Rudy i przysadzisty Torsten nie
utożsamiał się wprawdzie z motylem, miał jednak ambicję przekształcania tych
nieuświadomionych fluidów, emanujących z dziewczęcych kształtów, w oszałamiający dreszcz pożądania, gdy je obejmie ramionami. Ufny więc w swoje,
sprawdzone wiele razy możliwości, zwabił Elizę do schowka i gdy przekroczyła
próg pułapki, przystąpił natychmiast do stosownych czynności.
Trudno doprawdy zgłębić naturę zwycięstw Torstena Simmela, a przecież
odniósł nowe i to bardzo znaczne, łącząc się cieleśnie z urzędniczką, przeto
z osobą stojącą znacznie wyżej od niego nie tylko w firmowej, ale również
w społecznej hierarchii. Jego aparycja, oględnie mówiąc, nie była zachwycająca i żadna panienka, mijając na ulicy krępego rudzielca, kołyszącego się na
pałąkowatych nogach, nigdy z zainteresowaniem nie zawiesiła na nim oka.
Wyglądał na ponuraka, a w dodatku nie potrafił porządnie sklecić kilku dłuższych zdań. Mamrotał raczej pod nosem, zatem nie uwodził dziewcząt przy
pomocy pięknych słówek, których podobno tak bardzo lubią słuchać i powoli
kruszeją pod ich wpływem. Torsten, gdyby nawet posiadał dar wymowy, nie
miałby czasu na jego wykorzystanie w schowku na kartony, musiał zatem innym sposobem dojść do zamierzonego celu. Należy tu dodać, że wykluczał
przemoc i nigdy nie posuwał się do użycia siły w swym zdecydowanym, co
warto podkreślić, działaniu, gdyż przynosiłoby to ujmę jego męskiej próżności. Napotykając na opór nie wzmagał nacisku na broniące się ramiona, ale go
również nie osłabiał. Wiedział, co ma czynić, aby zaczęły wiotczeć i oplatać
się miękko wokół jego szyi. Był w swym postępowaniu podobny do muzyka,
który nie pyta skrzypiec, czy może na nich zagrać, ponieważ ich przeznaczeniem jest gra; zatem ujmuje smyczek, a wdzięczny instrument odpowiada mu
kaskadą harmonijnych dźwięków, jeśli dotyka właściwych strun. Jak się więc
wydaje, Torsten żywił głębokie przekonanie o istnieniu w każdej niewieście
utajonej, niekiedy przed nią samą, gotowości do zespolenia się z mężczyzną
w miłosnym akcie, jak kwiat dąży nieświadomie do tego, aby motylek zanurzył
w nim swą długą, rozkoszną trąbkę i nasycał się słodkim nektarem, ukrytym
w jego rozwartym, wonnym kielichu, jak skrzypce tęsknią do smyczka, ucho
igielne do nitki, czy zamek do klucza. Było to zapewne dość prymitywne rozumowanie, mieszczące się tylko w możliwościach dedukcyjnych Torstena,
ponieważ jednak rzecz nie jest dostatecznie dobrze zbadana, wyjaśniona i rozstrzygnięta, być może rudzielec miał rację. Wskazywałaby na to przynajmniej
jego rozległa praktyka, uprawiana w różnych zacisznych i miłych zakątkach
Bischofsbergu i działkowych ogródków o wdzięcznej nazwie Sonnenland. Miał
zamiar ją przenieść i kontynuować na terenie wytwórni margaryny Amada oraz
w okolicznych krzewach i byłby zapewne realizował ten ambitny a jednocześnie, w jego przekonaniu, dobroczynny plan, gdyby nie to, że w tym momencie,
w którym posiadł Lizę, zabiło głośno jego stukające dotąd leniwie serce.
179
Stare przysłowie mówi: Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. I to się właśnie przydarzyło Torstenowi Simmelowi; wpadł w pułapkę, którą sam zastawił.
Wracał do domu po skończonej pracy i zamiast pogwizdywać przez zęby, jak to
czynił zwykle po kolejnym sukcesie, czuł się jakiś nieswój.
Matka postawiła przed nim talerz ciemnych, ziemniaczanych klusek ze
skwarkami i kiszoną kapustą, lecz odsunął go i melancholijnie zapatrzył się
w okno. W nocy nie mógł zasnąć. Doskwierało mu dziwne ssanie w żołądku,
wylazł więc z łóżka, poszedł do kuchni i zjadł na zimno wzgardzone po południu kluski, zwane w żargonie domowym, żelaznymi. Określenie było właściwe, ponieważ żołądek zmienił mu się teraz w ciężką, twardą kulę i podchodził,
nie wiedzieć czemu, do gardła. Zgięty w pół poczłapał na półpiętro do klozetu
i przesiedział w nim bez rezultatów do drugich kurów, wrócił więc do pościeli,
wiercił się w niej jeszcze jakiś czas, a gdy nad ranem zmorzył go wreszcie sen,
przyszła do niego panna z Amady.
Po kilku godzinach zobaczył ją ponownie. Poruszał się niemrawo przy swoim
wózku i osłabiony męczącymi go, nocnymi dolegliwościami, z trudem podnosił
ciężkie pudła z margaryną, gdy usłyszał znajomy, równy stukot damskich obcasików. Odpowiedziało mu nagłym skurczem serce Torstena, wychylił się więc zza
sterty kartonów, ale panienka z wyższych sfer urzędniczych nawet nie spojrzała na
niego. Szła tak samo jak poprzedniego dnia, lekkim, swobodnym krokiem, przez
środek długiej hali, nie zmierzała wszakże do kantorka kierownika, lecz skręciła
w jedno z wąskich przejść pomiędzy stosami kartonów i skierowała się prosto
ku owemu zakamarkowi magazynu, w którym znajdował się znaleziony przez
Torstena schowek. Nie oglądając się wcale, otworzyła wąskie drzwi i zamknęła je
za sobą. Skradający się za dziewczyną, wczorajszy zdobywca, oniemiał; dopiero
po chwili, przyszedłszy do siebie, jednym skokiem dopadł progu skrytki i szarpnął
drzwi, za którymi czekały na niego gorące ramiona panny Hasenfuss.
– Zjedz chociaż ten mały kawałek – Liza podsunęła mężowi półmisek
z wołowiną i Torsten omal nie zsunął pieczeni na swój talerz własnym widelcem, zamiast przenieść go służącymi do tego celu sztućcami. Irytowały go te
ceregiele przy stole, chociaż podporządkowywał się im posłusznie, irytowały
napuszone sentencje, wygłaszane przez profesora, irytował cały ten dom z jego
obcymi mu obyczajami, ale usiłował również dostosować się do nich, ponieważ
nie wyobrażał już sobie istnienia bez Elizy. Oruński macho, sądząc, że dokonał
podboju w Amadzie, sam został zdobyty i zniewolony. Nie spojrzał już na żadną
dzierlatkę z sąsiedztwa, kręcącą zalotnie kuperkiem, nie tęsknił do miękkiej murawy na Bischofsbergu, ale porzucał natychmiast pudła z margaryną, gdy usłyszał
w magazynie obcasiki Elizy i biegł ulegle za nią do miejsca ich schadzek, aby
zaspokoić rozbudzone przez niego samego, przepastne potrzeby panienki z biura.
A gdy już został jej mężem, odpracowywał ochoczo swój awans społeczny, chociaż z upływem czasu, zdawał się tracić nadmiar posiadanych dotąd sił.
180
– Jeszcze dwa kartofelki i łyżeczkę sosiku – zachęcała Liza i nie czekając
na zgodę męża, uzupełniała ubytki na jego talerzu. Futrowała go tak codziennie, karmiła starannie, nie zważając na spojrzenia pozostałych członków rodziny, krzyżujące się nad stołem, a Torsten zjadał ulegle ogromne porcje, wiedząc,
że otrzyma za to nagrodę, gdy tylko znajdą się w swoim pokoju na piętrze, tam
bowiem Liza, przeciągając się po kociemu, zagadywała pieszczotliwie:
– Co będziemy robili, po takim dobrym obiadku? Czy położymy się do
łóżeczka?
Kładła się w sukni, na kołdrze, ponieważ lubiła, gdy Torsten ją rozbierał, a on
skwapliwie ściągał spodnie i zaspokajał wymagania żony, ku pełnemu jej i własnemu zadowoleniu. Jeszcze nie odczuwał przekształcania się tych poobiednich,
nocnych i porannych przytulanek w powinności małżeńskie, w obowiązki, które
należy wykonać, nadszedł wszakże dzień, kiedy pomyślał, że chętniej znalazłby
się u boku Lizy, ucinając tam sobie spokojną drzemką, niż pomiędzy jej nogami,
jak kleszcze zaciskającymi się na jego plecach i przestraszył się tej myśli, gdyż
nie zrodziła się z lenistwa, ale dziwnej, poobiedniej ociężałości, pozbawiającej
go owej mocy, której tyle dowodów dawał dotąd na Biskupiej Górce, w magazynie Amady, a wreszcie w małżeńskim łożu na piętrze domu przy Kleine Mölde
osiemdziesiąt dziewięć. Jeszcze nie wpadał w popłoch, ale nie mógł zrozumieć,
co się dzieje z jego męską gotowością, z dziarskim zapałem do działania, gdy
tylko Liza wydawała z siebie podniecające miauknięcia, albo pod osłoną obrusa,
przeciągała mu dłoń po udzie, pod koniec rodzinnego obiadu.
Uczyniła tak właśnie, gdy profesor toczył jeszcze swój wywód o tradycji,
a Torsten, puszczając go mimo uszu, dojadał pieczeń wołową, zastanawiając
się z niepokojem co będzie, kiedy wejdą z Lizą na piętro, ona położy się na
kołdrze, a on okaże się niezdolny do zaspokojenia jej życzeń, zwykle bowiem
było ich więcej niż jedno.
– Chciałbym, żebyście zapamiętali to, co powiedziałem – kończył wreszcie
profesor. – Cokolwiek będzie się działo, w tym domu nic nie może się zmienić.
Na froncie, w okopach, goliłem się codziennie, a dowódca naszego pułku, graf
von Bogendorff, jadał obiady na srebrnym talerzu, który ordynans zawsze polerował, żeby tak błyszczał, jakby został wyjęty z pałacowego kredensu.
Wstał, dając tym samym przyzwolenie wszystkim do podniesienia się
z krzeseł i opuszczenia jadalni, co Torsten zawsze witał z ulgą, tego dnia wszakże szedł ku schodom z duszą na ramieniu. Spoglądał na zgrabne, długie nogi
żony, wstępującej przed nim na piętro, ale nie ogarniało go podniecenie, chociaż próbował pobudzić je w sobie widokiem kształtnych ud, wyłaniających
się spod sukienki przy każdym kroku Lizy. Nie sięgnął nawet do klamry skórzanego paska, gdy zamknęła na klucz drzwi ich pokoju i rozciągnęła się na
kołdrze. Usiadł na brzegu łóżka, a kiedy zdziwiona spojrzała na niego, przybrał
frasobliwy wyraz twarzy i westchnął głęboko dla lepszego efektu.
181
– Co ci jest? – zapytała, unosząc głowę i ocierając się policzkiem o ramię
Torstena. – Źle się czujesz?
Na schodach przypomniał sobie początek rozmowy w jadalni, więc teraz
powiedział:
– Nie... Myślę tylko o tym, co mówił Jochen. Gdyby nas zabrali do wojska... – zawiesił głos, ale Liza nie przestawała poruszać policzkiem, zatem dodał: – Wojna dopiero się zaczęła.
– Ciebie nie zabiorą. Mama mówiła, że jesteś słabego zdrowia i miała rację,
bo jakoś kiepsko wyglądasz – Liza zmieniła pozycję, przesunęła się na kołdrze
i położyła głowę na kolanach męża; powoli zaczęła rozpinać mu guziki koszuli
i gmerać pieszczotliwie koniuszkami palców w kożuchu rudych kłaków na jego
piersiach. – Naprawdę nic ci nie jest? Może powinnam cię zbadać?
Uśmiechała się znacząco, ale Torsten pominął milczeniem tę propozycję.
Zdawał się nawet jej nie słyszeć, gdyż uświadomił sobie, że to, czym chciał
nastraszyć trochę Lizę i ostudzić jej zapały, może mu naprawdę się przydarzyć.
O mundurze wcale nie marzył, a rozłąki z żoną nie umiałby nawet sobie wyobrazić. Cóż mógł znaczyć chwilowy brak ochoty na poobiednie z nią igraszki,
a raczej przejściowy kryzys, uniemożliwiający to miłe swawolenie, wstydliwa
niedyspozycja, którą starał się ukryć, wobec pasma dotychczasowych doznań,
rozpoczętych pierwszym spotkaniem w zakamarku magazynu wytwórni margaryny i przyszłych zabaw we dwoje w tym pokoju na piętrze, jedynym przytulnym miejscu w obcym i nieprzyjaznym domu teściów.
– Mogę jednak pójść w kamasze. – wymamrotał po swojemu, bo przecież
nie potrafił wypowiedzieć wyraźnie tego, co zaczęło mu się kłębić w głowie
i już kształtowało w coraz bardziej wyraźny obraz pozostawionej przez niego,
chociaż wbrew jego woli i osamotnionej Lizy, osuwającej się w ramiona innego
mężczyzny. – Co wtedy będzie?
– Nie pójdziesz – obstawała przy swoim. – Jesteś za niski.
– Ale gdyby...
– Przestań gadać głupstwa. I nie wypinaj brzucha.
Próbowała już manipulować przy klamrze skórzanego paska, lecz przytrzymał jej ręce.
– Zaczniesz mnie zdradzać?
– Skąd wiesz? – odpowiedziała pytaniem i roześmiała się, widząc jak Torstenowi
zaciskają się usta i zbiegają w wąską, twardą linię. – Jeszcze się nie denerwuj.
– Musisz mi obiecać, że z nikim się nie zadasz.
– Fe... – Liza odęła usta. – Brzydko się wyrażasz.
– Nie umiem inaczej. Obiecaj.
– Czym ty sobie nabiłeś mózgownicę? Przecież nic ci nie grozi.
– Obiecaj na wszelki wypadek.
– Jesteś uparty, jak kozioł. Obiecuję.
182
Torsten odetchnął głęboko, jakby otrzymał od żony gwarancję wierności,
którą schowa do kieszeni munduru, gdy będzie musiał go włożyć i wyruszyć
na jakiś front; strzelać, ale również wystawiać się na kule, zatem bez pewności powrotu. Ryzyko było więc zbyt duże i należało chyba, jak sądził, zrobić
wszystko, aby go uniknąć. Tym bardziej, że nie odczuwał potrzeby walczenia
o cokolwiek i obojętnie przyglądał się ludziom przebierającym się w brunatne
koszule i w ostatnim czasie urządzającym niemal bez przerwy jakieś manifestacje, maszerującym ciągle po mieście i wykrzykującym stale te same hasła:
Danzig bleibt deutsch!
Wir wollen heim in’s Reich!
Torsten nie miał nic przeciw temu, byleby ta Rzesza dała mu lekką pracę
z dobrą zapłatą, na razie bowiem daremnie jej szukał, a wreszcie zapisał się
na kurs prawa jazdy, zamyślając zostać kierowcą. Wiele gdańskich przedsiębiorstw posiadało już ciężarówki i w gazecie, którą przeglądał, pojawiały się
oferty pracy dla kierowców, a jak sądził, mogło to być zajęcie stosowne do
jego wymagań. Uczęszczał więc pilnie na zajęcia teoretyczne i praktyczne, zdał
z nich egzamin, lecz prawa jazdy nie otrzymał, gdyż potknął się na ostatnim
pytaniu, które brzmiało:
– Powiedz nam, młody człowieku, co będzie po Trzeciej Rzeszy?
– Czwarta – oświadczył Torsten Simmel, zgodnie ze swą matematyczną
wiedzą. – Czwarta Rzesza.
Egzaminator poczerwieniał na twarzy, huknął pięścią w stół i wrzasnął:
– Das Dritte Reich wird ewig sein!
Ideologiczne przygotowanie, które pobierał przed klozetem, na półpiętrze
kamienicy w niedzielne poranki, było najwidoczniej słabe, gdyż został wyrzucony za drzwi, jako przygłup, który nie potrafi pojąć, że nie będzie żadnej
Czwartej Rzeszy, albowiem Trzecia jest i pozostanie wieczna.
– Verstanden!
Gonił go ten wrzask ze śródmieścia na Orunię, przez której główną ulicę maszerowały właśnie brunatne koszule, rycząc – Ein Volk! Ein Reich! Ein
Führer! – powziął więc pewną awersję do tych krzykaczy, łącząc ich z osobą
egzaminatora, tak samo umundurowanego. Poza tym przeszkadzać mu zaczęli w jego dobroczynnej działalności, prowadzonej wśród oruńskich dziewcząt
w zacisznych zakątkach Biskupiej Górki, gdyż urządzali na jej zboczach ćwiczenia w posługiwaniu się karabinem i rzutach atrapami granatów; jeden z nich
trafił go w głowę w tym zupełnie niewłaściwym momencie, gdy swą dzielną
flintę kierował ku znacznie ciekawszemu celowi, niż czarny punkt na wojskowej tarczy strzeleckiej. Wsparty lekko na łokciach Torsten stracił równowagę,
przechylił się, a jego dziarsko wyprężona męskość omsknęła się niefortunnie
183
o próg miękkiej jamki, ześliznęła wzdłuż dziewczęcego uda i utkwiła w ziemi,
wśród szorstkich ździebeł trawy i zabłąkanej tu nieszczęśliwie pokrzywy.
Do utrwalenia barwy wszystkich rozpaczliwych okrzyków, jakie wydobyły
się w owej chwili z gardła Torstena byłby potrzebny papier nutowy, którego
nie posiadam. Nie kwapię się także do szczegółowego opisania dalszego ciągu
tego wydarzenia, ze względu na współczucie, jakie mnie ogarnęło, gdy patrzyłem na zwiniętego w kłębek i świecącego gołym zadkiem młodego Simmela,
na dziewczę, zwierające wstydliwie kolana i na wychylające się zza krzewów,
rozdziawione szeroko głośnym rechotem gęby SA-manów; klepali się po ramionach, kopali po tyłkach, kładli jeden na drugiego i tarzali po murawie, rycząc, kwicząc, chlipiąc, płacząc i wyjąc w ataku szalonego, nieokiełznanego,
niepowstrzymanego śmiechu. Trudno się wobec tego dziwić, że pogłębiła się
niechęć Torstena do tych gruboskórnych drabów, nie potrafiących zachować
się przyzwoicie w delikatnej sytuacji, do której zaistnienia sami się przyczynili, uszanować jej intymność i odejść w dyskretnym milczeniu. Patrząc na ich
pochody, często z orkiestrami i szturmówkami, a po zmroku z pochodniami,
pochylał coraz niżej swój rudy łeb, odwracał się i szedł do najbliższej knajpy na
piwo. Jeżeli była to piwnica Zum grünen Gewölbe nad Motławą, spotykał gromadzących się tam ludzi, równie jak on, chociaż z zupełnie innych powodów,
niechętnych żółtej rasie. Bo tak właśnie nazywano w Gdańsku szturmowców
Alberta Forstera; Gelbe Rasse, albo Braune Pest – brunatna dżuma.
Bywalcy Zum grünen Gewölbe omawiali to wszystko, czego nie można było
znaleźć w Der Danziger Vorposten, gazecie narodowych socjalistów, ale o czym
donosił dziennik opozycji, Die Volksstimme, jeśli zdołali go kupić u biegających
po mieście kolporterów, którym policja na różne sposoby utrudniała sprzedaż
tego pisma, często posuwając się do jego konfiskaty. Docierało ono jednak, niemal regularnie, do kamienicy, w której mieszkali Simmelowie, gdyż abonował je
Ansbach z parteru, jednocześnie prenumerując organ hitlerowców. Oglądał zatem
gdańskie sprawy z dwóch stron niejako, wspierając jednocześnie zwalczające
się siły. Zaasekurowany w ten sposób, mógł, w wypadku zwycięstwa któregoś
z obozów, opowiedzieć się po jego stronie, powołując na długotrwałe z nim sympatyzowanie, przemilczając, naturalnie, podobne więzi z drugim. A kiedy SAmani zaczęli wszczynać na ulicach głośne burdy i awantury, bić mężczyzn nie
zdejmujących kapeluszy przed ich sztandarami, nigdy nie wychodził z domu, nie
niosąc w jednej ręce teczki, a w drugiej zwoju drutu, gdyż był elektrykiem. Tak
zabezpieczony, stawał na krawężniku chodnika i w czapce na głowie przyglądał się jakiejś maszerującej kolumnie brunatnych koszul, z pocztem sztandarowym na czele. Młody Simmel donosił piwo do mieszkania Ansbacha, który nie
uczestniczył w niedzielnych konwentyklach pod drzwiami klozetu, jako jedyny
w całej kamienicy posiadacz reklamowanego szeroko i rzeczywiście taniego, ludowego odbiornika radiowego i stary Simmel zachodził do niego, aby posłuchać
184
berlińskiego dziennika wieczornego lub komentarzy Rolfa Bathe z Landessender
Danzig. Również ludowy był wystawiony na Kohlenmarkt, przed budynkiem
teatru, garbaty Volkswagen, o brązowej karoserii z bakelitu, w niewiarygodnie
niskiej cenie dziewięciuset dziewięćdziesięciu pięciu marek, co w przeliczeniu na
gdańską walutę, wynosiło dwa tysiące sto dziesięć guldenów.
Ansbach odnosił się z dużą rezerwą do takich rewelacji, przypominając zaraz o niedawnej i niespodziewanej dewaluacji guldena, która wywołała powszechną panikę i wykupywanie w sklepach wszystkiego, co się tylko
dało, wobec rosnących gwałtownie cen. Z drugiej strony zdawał się być pod
wrażeniem wielkich manifestacji, jakie urządzali narodowi socjaliści z różnych
okazji, z nadania kanclerzowi Rzeszy, Adolfowi Hitlerowi, honorowego obywatelstwa Wolnego Miasta Gdańska, przyjazdu na Gaukulturwoche ministra
Goebbelsa i defilady pułku SS-Heimwehr w pełnym rynsztunku bojowym.
– Coś mi się wydaje, Herr Simmel, że powinniśmy włożyć na grzbiet żółte
koszule – powiedział pewnego dnia. – I tobie też to radzę, Torsten. Trzeba wsiadać do pociągu, dopóki stoi jeszcze na peronie i czeka.
Sięgnął po jedną z butelek, które Torsten wyjmował z siatki, gdyż zaglądał
czasem na Orunię i dawnym zwyczajem zaopatrywał w piwo dwóch strategów,
konferujących na parterze jego rodzinnej kamienicy. Wydawała mu się, odkąd zamieszkał u Hasenfussów, nieco smrodliwa i szpetna ale przecież bardzo
swojska. Biegające po schodach, tupiące głośno dzieciary, nawołujące je matki,
trzaskające drzwi, krzykliwa sprzeczka na półpiętrze, przy spokoju, a nawet
obowiązkowej niejako ciszy, panującej w domu teściów, gdy profesor pracował w swoim gabinecie, przywracały Torstenowi na godzinę lub dwie świat, do
którego należał i porzucił dla Elizy. Odległość pomiędzy Radaunestrasse, przy
której się urodził, a Kleine Mölde nie była zbyt wielka, a jednak dzieliła te ulice
niemal przepaść. Jasno otynkowane, kryte czerwoną dachówką piętrowe domki, ciągnące się równym rzędem wzdłuż zacisznego skweru, zatopione jakby
w zieleni drzew i kobiercach kwiatów, zdawały się istnieć w innym mieście niż
Ohra, zabudowana starymi głównie ruderami, upstrzona przyklejonymi do nich
oficynami, składami opału, warsztatami rzemieślniczymi, rozlewniami wód
sodowych i lemoniad, czy wreszcie hurtowniami różnych artykułów, do których ciągle podjeżdżały dostawcze auta i wozy zaprzężone w rosłe konie, pozostawiające na wybrukowanych kocimi łbami jezdniach, wyraźne ślady swej
obecności. Zlatywały się do nich swarliwe wróble, równie głośne jak kobiety,
wieszające wypraną bieliznę na sznurach, rozciągniętych pomiędzy drewnianymi szopkami podwórek, wietrzących na parapetach okien pulchne pierzyny
i poduszki, wędrujących z koszykami na zakupy od sklepu do sklepu, czy też
plotkujących przy schodkach, prowadzących do terkoczącego w jakiejś suterenie magla. Kręciła się pomiędzy nimi dzieciarnia, a mężczyźni szli po pracy na
działki, grali w altankach w skata lub popijali piwo w knajpach i czytali gazety,
185
jeśli część z nich nie szła, jak bywało ostatnio, na wiece, pochody i ćwiczenia,
organizowane przez różnego stopnia führerów SA.
A przy Kleine Mölde nic nie zakłócało ciszy i Torstenowi brakowało tego
gwaru Ohry, z Lizą wszakże mógłby zamieszkać nawet na pustyni, pod jedyną
palmą w okolicy, poddawał się więc obyczajom panującym w domu Hasenfussów,
uczestnicząc w nich zresztą w ograniczony sposób, głównie przy posiłkach w jadalni, gromadzących całą rodzinę, jak nakazywała tradycja, tak pilnie przestrzegana przez profesora. Kiedy zaczął się już do niej z wolna przyzwyczajać, kiedy
ten uładzony, uporządkowany dom nie wydawał mu się już tak odstręczający,
pojawiła się dość wyraźna groźba jego opuszczenia, co oznaczałoby niechybnie
rozstanie z żoną i byłoby dla Torstena porażającym, druzgoczącym go ciosem.
– Nie mówmy już o tym – prosiła Liza.. – To nam nie może się zdarzyć.
Brzmiało to niezbyt przekonująco i Torsten nadal kręcił głową, więc uniosła się na łokciu i oświadczyła z naciskiem:
– Nie pójdziesz do wojska.
– Bo ty tak mówisz?
– Bo coś wymyślę. Nie zabiorą mi ciebie – zacisnęła palce na ramieniu męża,
jakby już słyszała, dochodzące z parteru stukanie do drzwi, za którymi stoi policjant
z kartą powołania do armii w ręce. – Nie pozwolę, żebyś został gdzieś zabity.
Za oknem, w ogrodzie, wydłużał się już cień brzozy, rosnącej na skarpie,
a za kolistą koroną wzniesień, otaczających zieloną dolinę, za dachami domów
miasta i wieżami kościołów, słońce pochylające się ku falom zatoki, prześwietlało ostatnimi promieniami martwy, rozstrzelany las na płaskiej mierzei; jeszcze rankiem dobijały go salwy z pancernika, a teraz stał milczący, rozciągając
czarne, osmolone przez ogień kikuty konarów nad trupami żołnierzy, leżących
pomiędzy pniami drzew, po których pełgały żółte języki płomieni. Zanim czerwony krąg słoneczny zanurzy się w morzu, komandor Kleikamp spisze nazwiska poległych i przygotuje listy kondolencyjne, a Kapellmeister Willi Aurich
zanotuje dwa dni później w swoim dzienniku:
Um 17.00 h fahren wir an Land zur Beisetzung unserer restlichen Gefallenen,
welche teilweise erst nach der übergabe der Westerplatte geborgen werden
konnten. (O godzinie 17.00 jedziemy na ląd, na pogrzeb naszych pozostałych poległych, którzy dopiero teraz, po poddaniu się Westerplatte, mogli
być pochowani.)
Dopisze jeszcze pod fotografią z cmentarza Srebrzysko, na której widać
długi szereg trumien, owiniętych sztandarami Kriegsmarine ze swastyką, że
opuszczano je do grobów przy dźwiękach pieśni: Ich hatt’ einen Kameraden...
Ciała synów zamożnych rodzin odesłano w metalowych pojemnikach do
Niemiec.
XVIII
W
iadomość o kapitulacji Westerplatte usłyszeliśmy dziesięć dni później, razem z ponurą wieścią o przekroczeniu wschodniej granicy
Polski przez sowiecką armię. W pieszej wędrówce do Lublina, gdzie
Ojciec miał rozpocząć dalszą pracę z tą częścią załogi ostrowskiej Fabryki
Wagon, która zdoła do niego dotrzeć, doszliśmy do Parczewa. Ze względu na
bombardowanie głównych szos, zapchanych uciekinierami i wojskiem przez
samoloty niemieckie, Ojciec prowadził naszą małą grupkę bocznymi drogami
i to głównie nocą, ponieważ lotnicy niemieccy strzelali do wszystkiego co żyje
na rozścielającej się pod nimi, równinnej ziemi napadniętego kraju, zamienionej
dla nich w łowieckie tereny. Dlatego nałożyliśmy spory szmat drogi, a jaśniej
mówiąc i dzięki Bogu, pobłądziliśmy. Gdybyśmy maszerowali dalej bezdrożami na wschód, dostalibyśmy się niechybnie w strefę działania Armii Czerwonej
i dalsze losy mojej rodziny potoczyłyby się zapewne podobnie do losów setek
tysięcy innych polskich rodzin, wywożonych przez Sowietów za Ural.
Kwaterę znaleźli Rodzice nie bez trudu, w parterowym, dość obszernym
domu państwa Grabowskich, z oszkloną werandą, służącą w te ciepłe ciągle dni
za jadalnię. Nie przypominam sobie wyglądu właścicieli tego domu, zachowałem jedynie w pamięci wrażenie wielkiej życzliwości, jakiej doznaliśmy z ich
strony, tak powszechnej wówczas wobec uchodźców z Wielkopolski, zagarniętej już przez Wehrmacht. Wiem jednak z całą pewnością, że w tym domu było
radio na baterię, ponieważ pan Grabowski i Ojciec, siedzieli przy nim niemal
bez przerwy i znakomicie się uzupełniając, słuchali na przemian Warszawy,
Berlina i Moskwy, gospodarz bowiem znał doskonale język rosyjski, a mój
Ojciec tłumaczył mu niemieckie komunikaty.
Wymieniali więc między sobą informacje i najczęściej podczas kolacji wydawali coś w rodzaju wspólnego biuletynu o coraz gorszej, niestety, sytuacji
naszej armii. Mnie najbardziej zasmuciła wiadomość o kapitulacji Westerplatte,
187
ponieważ z ostatnich wakacji nad morzem pamiętałem naszą wycieczkę motorówką do Gdańska, ceglany mur nad kanałem portowym i żołnierzy w hełmach,
stojących w cieniu drzew na zielonym nasypie.
Norbert Hasenfuss widział ich już bez broni, po kapitulacji, jako jeńców
wojennych i zapewne ich wygląd nie zrobił na nim najlepszego wrażenia. Nie
wiedział jeszcze, podobnie jak ja, że idący do niewoli żołnierze wszystkich pobitych armii, wyglądają podobnie. Z fotografii, wykonanych przez niemieckich
korespondentów i z tygodniowych kronik filmowych Wochenschau, wyłaniały
się długie kolumny prowadzonych do Stalagów i Oflagów, człapiących wolno Francuzów, Belgów, Holendrów, Brytyjczyków, Norwegów i Jugosłowian.
Bez pasów, w rozpiętych, długich płaszczach, ubłoconych butach, zarośnięci
i brudni, z posępnymi, naznaczonymi przez klęskę twarzami, wyglądali jak
łachmaniarze, przy eskortujących ich, roześmianych, zwycięskich żołnierzach
Wehrmachtu.
Nie ma jeszcze wśród tych jeńców Rosjan, później tak straszliwie i nieludzko traktowanych. Podobnie jak Niemcy, uśmiechają się triumfalnie do
swoich korespondentów wojennych, prężą się jeszcze przed nimi dumnie, prowadząc pod karabinami pokonanych polskich jaśnie panów, których napadli
niespodziewanie, niosąc pomoc swoim drogim nazistowskim sojusznikom
w jak najszybszym dobiciu tego pokracznego bękarta traktatu wersalskiego,
który przeszkadzał im dotąd paść sobie w ramiona i objąć serdecznym, braterskim uściskiem, pieczętującym podpisany przez Mołotowa i Ribbentropa w
Moskwie układ o przyjaźni i współpracy, zawierający tajną klauzulę o ostatecznej i bezpowrotnej likwidacji Państwa Polskiego i jego podziale między dwie
wysokie, układające się strony...
W Parczewie, przy małym radiu na baterię anodową, mój Ojciec i pan
Grabowski patrzeli z przerażeniem na siebie, gdy z jego głośnika padały zniekształcane w twardej niemieckiej mowie nazwy miast, zajmowanych przez
Wehrmacht i coraz bliższych Warszawie; gdy przełączali się na Moskwę, wylewały się z niego potoki słów zachwytu, głoszące chwałę oręża, dokonującej cudów waleczności Armii Czerwonej, którą wita ze łzami wdzięczności ciemiężona
ludność kresowa. Sowiecka gazeta Prawda donosiła w tamtych, strasznych dla
nas dniach (przytaczam za publikacją Niezależnej Oficyny Wydawniczej), że:
Narody Związku Sowieckiego, wszyscy obywatele naszego kraju są zjednoczeni jak nigdy przedtem wokół naszej bolszewickiej partii i swego
wielkiego wodza, mądrego towarzysza Stalina, dla nowych i niesłychanych
osiągnięć pracy w przemyśle i kołchozach, dla nowych, wspaniałych zwycięstw Czerwonej Armii na frontach wojennych. Przekroczyła już ona rzekę Niemen, zdobyła ważny węzeł kolejowy Baranowicze, zajęła Tarnopol,
Zbaraż, Kołomyję i Dubno, a jej czołowe oddziały zbliżają się do Wilna
188
i Lwowa. Nasze lotnictwo zestrzeliło siedem polskich myśliwców i zmusiło
do lądowania trzy ciężkie bombowce. W centrum Polski wojska niemieckie
kontynuują natarcie w kierunku Lublina.
[nr 260/7945 z 19 września 1939 r.]
Ze spokojem i majestatyczną siłą wykonuje kraj sowiecki swoje święte zadanie...a nasi bracia, zachodni Ukraińcy i Białorusini, w radosnym zachwycie
witają waleczną Czerwoną Armię, przynoszącą im wyzwolenie spod ucisku
narodowego polskich panów-obszarników...padają w objęcia krasnoarmiejców, wychodzą na ich spotkanie odświętnie odziani, niosą kwiaty, częstują
jabłkami i mlekiem. [...] W ślad za naszym wojskiem płynie fala miłości do
braci z Zachodniej Ukrainy i Białorusi i ta miłość uskrzydla naszych żołnierzy, udziela się mieszkańcom ubogich chatynek, zrujnowanych przez jaśnie
panów na terytorium byłego państwa polskiego.
[nr 261/7946, 20 września 1939 r.]
Korespondent TASSA donosi z Niemiec, że Berlin w tych dniach przyjął
szczególnie ożywiony wygląd. Na ulicach wokół witryn sklepowych i specjalnych gablot, gdzie zostały wywieszone mapy Polski, cały dzień tłoczą
się ludzie. Z ożywieniem komentują szybkie operacje Czerwonej Armii.
Przemieszczenia jej zwycięskich oddziałów oznaczone są na mapach czerwonymi, sowieckimi chorągiewkami.
[nr 261/7946, 20 września 1939 r.]
Żołnierze! Bijcie oficerów i generałów! Przechodźcie śmiało do nas, do
waszych braci, do Armii Czerwonej! – Dowódca frontu ukraińskiego
S. Timoszenko
OŚWIADCZENIE
RZĄDÓW SOWIECKIEGO I NIEMIECKIEGO
Z DNIA 28 WRZEŚNIA 1939 ROKU
Po tym jak Rząd niemiecki i Rząd ZSSR w podpisanej dziś umowie ostatecznie uregulowały problemy powstałe w rezultacie rozpadu państwa polskie­
go i tym samym założyły nowy fundament pod długotrwały pokój w Europie
Wschodniej, dają one wyraz zgodnemu, obopólnemu przeświadczeniu, że za­
kończenie wojny, toczącej się między Niemcami z jednej strony, oraz Anglią
i Francją z drugiej strony, odpowiadałoby interesom wszystkich narodów.
Dlatego oba rządy skierują swe wspólne wysiłki ku temu, by możliwie jak najszybciej osiągnąć ten cel...
189
PRZEMÓWIENIE DEPUTOWANEGO DO NAJWYŻSZEGO
SOWIETU
A.A. KUZNIECOWA
[fragment]
Dzień 17 września 1939 roku, w którym nasza Czerwona Armia przekroczyła granice by wyzwolić naszych braci... spod jarzma obszarników... jest
dniem historycznym.
Mija właśnie sześćdziesiąt lat od tej daty i przeczytałem rano w Dzienniku
Bałtyckim następujące oświadczenie:
Rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych sprzeciwia się stawianiu
znaku równości pomiędzy faszystowską agresją na Polskę i działaniami
Armii Czerwonej 17 września 1939 roku. W opublikowanym 14.09.1999
r. oświadczeniu rosyjski minister napisał, że ma to na celu wysunię­
cie materialnych pretensji wobec współczesnej Rosji. Minister nie chce
usprawiedliwiać działań reżimu stalinowskiego, ale w tamtym czasie były
one podyktowane nie tyle dążeniem do zdobycia cudzych terytoriów, ile
koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa własnego kraju.
Powstaje pytanie – jak lubił mawiać towarzysz Stalin – dlaczego na
wschodnich obszarach Państwa Polskiego, zagarniętych przez Armię Czerwoną
we wrześniu 1939 roku, przeprowadzono już miesiąc później, plebiscyt, a raczej parodię plebiscytu i włączono te ziemie do ZSSR, jeśli nie chodziło (jak
stwierdza cytowana nota) o zdobycie cudzych terytoriów?
Powstaje drugie pytanie: jeśli chodziło tylko – we wrześniu 1939 roku
– o ochronę bratniej, jednoplemiennej z rosyjską, słowiańskiej ludności ukraińskiej i białoruskiej, zamieszkującej wschodnie województwa Rzeczypospolitej,
to dlaczego Polaków, należących przecież do tej samej, słowiańskiej wspólnoty
plemiennej, traktowały władze sowieckie z brutalną bezwzględnością, przeprowadzając w nieludzkich warunkach czystki etniczne na inkorporowanych obszarach i wywożąc z nich w głąb ZSSR setki tysięcy rodzin polskich?
Pani Bronisława Jesionowska z domu Pisarewicz, imiona rodziców: Jan i Klementyna, z ulicy Ojcowskiej nr 14, przychodzi niekiedy pomagać mojej Żonie
w pracach domowych i ogrodowych, ma bowiem, jak to się mówi, dobrą rękę
do roślin, gdyż urodziła się we wsi Motułka pod Augustowem. Była dorastającą
panienką, gdy została – pamięta to dokładnie – w nocy, 10 lutego 1940 roku, w
czasie trzaskającego mrozu, wywieziona z rodziną na Ural, do miejscowości Miel
(mołotowskaja obłast, czerdyński rejon), gdzie pracowała w kopalni rudy żelaza
dwanaście godzin na dobę, albo i dłużej, nawet w nocy, jeśli trzeba było wyładowywać wagony z cegłą lub cementem podstawione na bocznicę kolejową.
190
W tym czasie, gdy panna Bronia, pod eskortą uzbrojonych strażników
z psami, nosiła na plecach ciężkie worki z cementem, sielanka pomiędzy
gangsterami – Hitlerem i Stalinem – już się skończyła. W korespondencjach
filmowych z frontu wschodniego, prezentowanych w Wochenschau, pojawiły
się długie kolumny jeńców – najdłuższe z dotąd oglądanych – z rozbijanych
dywizji sowieckich. Wyglądali koszmarnie ci wczorajsi triumfatorzy, pogromcy polskich jaśnie panów, w swoich długich szynelach, w jakichś łapciach na
nogach, a często boso, z ogolonymi głowami, z nędznymi workami na plecach
i pustką rozpaczy w oczach. Jednak majstersztykiem propagandy zwycięstwa,
w którym użyto jeńców wojennych, była sowiecka kronika filmowa, ukazująca
niemieckich żołnierzy, wziętych do niewoli w Stalingradzie. Było ich mrowie,
obdartych, usmarkanych, sponiewieranych, z odmrożonymi rękami i nogami,
poobwijanymi brudnymi szmatami, zgarbionych i posępnych. Szli, powłócząc
nogami, kilka godzin przez ulice Moskwy, a kiedy przeszli, na jezdnię wyjechały polewaczki, aby zmyć z nich cuchnące ślady germańskich gadów, jak nazwał
komentator sowiecki rozgromionych najeźdźców. Nikt już wówczas w stolicy
ZSSR, czy też ZSRR, nie chciał pamiętać, że tymi samymi ulicami przejeżdżała kilka lat wcześniej lśniąca limuzyna, wioząca Joachima von Ribbentropa
na Kreml, gdzie czekał na niego Josip Wissarionowicz Dżugaszwili, a także
Wiaczesław Mołotow, aby spełnić z wysłannikiem Hitlera toast szampanem za
przyjaźń i czwarty rozbiór Polski.
Obydwie, układające się wówczas strony (czytaj: zaborcy), dołożyły wszelkich starań, aby w przyszłości nie mogło się odrodzić Państwo Polskie w jakimkolwiek kształcie; samo słowo – Polska – miało również i na zawsze zniknąć
i zostać zapomniane. Prześcigając hitlerowców w krwawej gorliwości wydał
Stalin, już wiosną 1940 roku, rozkaz wymordowania w Katyniu i innych
obozach jenieckich, wielu tysięcy oficerów polskich i policjantów, a jesienią
tego samego roku, wysocy funkcjonariusze gestapo i enkawude spotkali się w
Zakopanem aby opracować wspólne metody walki z polskim ruchem oporu,
sposoby eksterminacji polskiej inteligencji i plany przeprowadzenia na wielką
skalę czystek etnicznych, czyli wysiedleń ludności polskiej z jej odwiecznych
miejsc zamieszkania; w strefie okupacji niemieckiej do utworzonego, ze stolicą
w Krakowie, Generalnego Gubernatorstwa, a w strefie okupacji sowieckiej, na
Syberię. Mało znany jest epizod pomorski tych wysiedleń. Miał on miejsce na
terenie powiatu kościerskiego, z którego Niemcy wywieźli tysiące Kaszubów.
Transporty wysiedleńców zostały skierowane do Lublina, skąd miały odejść...
w głąb Rosji. Po kilku dniach postoju pociągi ruszyły jednak z powrotem na
zachód, ponieważ Sowieci odmówili przyjęcia kaszubskich rodzin z małymi
dziećmi i osobami w starszym wieku; potrzebowali jedynie silnych i zdrowych
mężczyzn do wyrębu drzew w syberyjskiej tajdze.
XIX
Z
uzanna Hasenfuss rozłożyła karty tarota, wypisała na arkuszu papieru bieżącą datę i przyglądała się jej z zafrasowaniem: 19.09.39... Nostradamus,
którego pisma pilnie zgłębiała, nadawał takiemu układowi trzech dziewiątek szczególnie niekorzystne, a nawet złowieszcze znaczenie; odwrócone
tworzyły ciąg trzech szóstek – 666 – i symbolizowały księcia ciemności, były
znakiem jego emisariusza, okrutnego legata, wysłanego z czeluści piekieł dla
wykonania dzieła zagłady. Jeśli poniesie przed sobą lub poniosą przed nim czarny krzyż z połamanymi ramionami, zaleje świat krwią, wytraci narody, podpali
miasta i zniszczy świątynie. Ciągnąć będą za nim czterej jeźdźcy Apokalipsy
i gdziekolwiek przyłoży swą pieczęć i wywiesi swój sztandar, stratują później
to miejsce żelaznymi kopytami pędzących koni...
– Gdziekolwiek wywiesi swój sztandar...
Zuzanna zwinęła karty, potasowała je ponownie, podzieliła talię na trzy
części i przez długą chwilę wahała się przed odsłonięciem którejkolwiek; kiedy
to wreszcie uczyniła, zobaczyła mężczyznę w czerwonym płaszczu i koronie na
głowie, siedzącego na tronie i dzierżącego w rękach berło i jabłko. Był to jak
głosił podpis pod kartą – Der Herrscher – władca. Na drugiej odsłoniętej karcie
widniała naga postać wylewająca z dzbanka wodę, pod unoszącą się nad nią
gwiazdą i tak nazwana była ta karta – Der Stern – gwiazda. Na trzeciej karcie
jasnowłosy anioł z promieniami wokół głowy, rozkładał skrzydła i miał pod
stopami objaśnienie – Mässigkeit – umiarkowanie.
Cały układ nie pozostawiał żadnych wątpliwości i Zuzanna zapisała pod
umieszczoną już na arkuszu datą – 19.09.39. i trzema odwróconymi dziewiątkami, czyniącymi trzy szóstki, że potężny władca – Der Herrscher – znajduje
się pod opieką gwiazdy – Der Stern – zwycięstwa i podąża do niego drogą
rozsądku i umiarkowania – Mässigkeit.
– Nic z tego nie rozumiem...
192
Z otwartego szeroko okna napływał gwar ulicy, wypełniającej się już gromadami ludzi, zajmujących miejsca na chodnikach po obu stronach jezdni.
Wisiał nad nią, rozciągnięty w pobliżu Ratusza, transparent z napisem – Danzig
grüsst seinen Führer! – przy ścianach kamienic rozstawione były pylony z herbem Gdańska, na przemian z emblematem swastyki; łączyły je zielone girlandy, nad którymi rozpinał skrzydła orzeł, trzymający w szponach złoty wieniec,
oplatający swastykę. Widniała ona również w witrynach sklepów, nad bramami
domów, szyldami restauracji, na setkach flag ozdabiających całą Langgasse
i papierowych chorągiewkach, którymi radośnie wymachiwały dzieci.
Maks także wywiesił nazistowski sztandar. Przechylony przez parapet mocował drewniany drążek w metalowym uchwycie, spoglądając w stronę Langer
Markt, to znów ku Goldenes Tor, gdzie zawieszono drugi transparent z wykrzykiwanym ostatnio tak często hasłem; Ein Volk, ein Reich, ein Führer!
– Czego nie rozumiesz? – Maks wyprostował się, odszedł od okna i przystając
obok stołu, spojrzał na rozłożone przez żonę obrazki. – Co tam znów widzisz?
– Demona – Zuzanna podkreśliła ołówkiem datę. – Przybywa dziś do nas.
– Ciszej – syknął Maks. – Dziewczynki są w domu, a ty...
– To nie ja – zaprotestowała Zuzanna – to cyfry. Z nimi trudno się sprzeczać. Trzy szóstki to demon. A tarot mówi o potężnym i rozumnym władcy...
Zasłoniła ramieniem karty, ponieważ zdawało się jej, że Maks już po nie
sięga, ale on podniósł tylko ze stołu arkusz, na którym zapisała swój komentarz
do ich układu, rozdarł papier na kilka części i oświadczył niemile brzmiącym
tonem:
– Nie wtrącałem się dotąd do twoich horoskopów i Nostradamusów, ale od
dziś z nimi koniec. Szlus.
Teraz, kiedy cały Danzig czeka niecierpliwie na Hitlera, nie mogę wdawać
się w jakieś szersze dywagacje, dotyczące charakteru Zuzanny, zatem zauważę
jedynie, że nie była tak uległa Maksowi, jak bratowa Emma profesorowi, odparła więc bez należnego mężowi respektu:
– Chcę wiedzieć, co nas czeka i dowiem się, czy to się podoba tobie, czy
nie podoba.
– Nostradamus ci powie na ucho?
– Kpij sobie, ile chcesz, a ja wiem swoje.
– Zatrzymaj więc te bzdury dla siebie – zaproponował Maks – bo gadaniem
o nich możesz narobić nam sporo kłopotu.
– To nie są bzdury – Zuzanna była gotowa do obrony średniowiecznego
wizjonera. – Wszystko, co Nostradamus dotąd przepowiedział sprawdziło się.
Weź chociażby...
– Dosyć! – Maks plasnął otwartą dłonią w blat stołu. – Za chwilę przyjdą
Tischlerowie, więc nie chcę tu słyszeć ani słowa o jakichś szóstkach i demonach. Eugen już wstąpił do partii.
193
– Tak mu się spieszyło? – zgarnęła rozłożone karty. – Pewnie myśli o awansie. A ty?
Wytrzymał spojrzenie lekko zmrużonych oczu Zuzanny, odpowiedzieć
wszakże nie zdążył; z korytarza dobiegło brzęczenie dzwonka, Uta i Asta wybiegły ze swego pokoju otwierać drzwi i po chwili czworo Tischlerów wkraczało do mieszkania, przy czym Waldetruda skręciła zaraz do kuchni, aby
pokroić specjalnie upieczony na okazję wizyty u wujostwa drożdżowy placek
z grubą i słodką kruszonką, której bliźniacy nie zdołali wydłubać po drodze,
chociaż czynili w tym kierunku usilne próby. Teraz wbiegli do pokoju i rzucili
się natychmiast do okna, pragnąc spojrzeć z góry na Długą i tylko Eugen, ze
zwykłym u niego szacunkiem, witał ciotkę i wuja, całował panienki w policzki
i opowiadał o trudnej przeprawie przez śródmieście, jaką mieli za sobą.
– Wszędzie jest pełno ludzi, a im bliżej waszej ulicy, tym ścisk większy
– mówił, a stukając palcem w kolorowy, emaliowany krążek, wpięty w klapę
marynarki, dodał z wyraźną satysfakcją: – Gdyby nie moja odznaka, nie przedo­
stalibyśmy się tutaj. Policja nam pomogła.
– Trzeba było przyjść wcześniej – zauważył Maks, a Zuzanna pochyliła
się nieco, aby lepiej przyjrzeć się partyjnej odznace Eugena i wyglądało to tak,
jakby ją obwąchiwała.
– Starannie zrobiona – oceniła. – Gdybyś chciał, to by cię pewnie wpuścili
nawet do Dworu Artusa. Zobaczyłbyś Hitlera z bliska.
– Już go widziałem – Tischler złożył to oświadczenie z udaną skromnością.
– Przejeżdżał koło nas rano, kiedy wracał z Neufahrwasser.
Pobyt Hitlera na pancerniku Schleswig-Holstein i na Westerplatte dokumentują źródła niemieckie i pisemna relacja sierżanta Władysława Deika,
znajdująca się w zbiorach Gdańskiej Biblioteki PAN. Wspomina on, że ze
względu na znajomość języka niemieckiego, został odłączony od swych towarzyszy broni i skierowany do robót porządkowych na terenie Westerplatte,
gdzie pracowało już półtora tysiąca Polaków, aresztowanych w Gdańsku
i na Pomorzu, głównie nauczycieli, urzędników państwowych, księży
i działaczy społecznych. Przed przyjazdem jakiejś kolumny samochodów
zostali wszyscy spędzeni nad brzeg morza i otoczeni strażą. Wtedy sierżant Deik, stojący na skraju grupy, zobaczył Hitlera, wchodzącego na teren
Westerplatte w otoczeniu oficerów Kriegsmarine i generałów Wehrmachtu.
Wojskowy mundur Deika zwrócił w pewnym momencie uwagę Hitlera, który rozglądał się dokoła ciekawie, lecz z pewnym jakby niezadowoleniem.
Przez adiutanta zapytał Deika, czy należał do załogi Westerplatte, a kiedy
otrzymał odpowiedź twierdzącą, chciał się dowiedzieć jak polscy żołnierze
mogli tak długo powstrzymywać niemieckie ataki i co było głównym powodem kapitulacji. Deik odpowiedział krótko: Strzelaliśmy do wyczerpania
194
amunicji. Adiutant przekazał tę odpowiedź Hitlerowi, który oddalając się
mówił coś z irytacją, energicznie gestykulując. Według sierżanta Deika wyglądało to na reprymendę, udzielaną otaczającym go oficerom. Spostrzeżenie
Deika znajduje potwierdzenie w innych źródłach, z których wynika, że Führer
nie uznał za wystarczające porównanie Westerplatte z kleines Verdun, a tygodniowy opór jego załogi określił jako kompromitujący dla zastosowanej przez
dowódców niemieckich taktyki walki.
– Widziałeś go dobrze? – zapytał Maks. – Jak wygląda?
– Miał czapkę nisko nasuniętą na czoło i rydelek zasłaniał mu oczy – Eugen
przyłożył do czoła dłoń imitującą daszek. – A reszta twarzy wygląda tak, jak na
fotografiach. Zwłaszcza wąs.
– A może to sobowtór Hitlera, skoro tak głęboko wciska czapkę na głowę
– poddała Waldetruda, kładąc na środek stołu płaski talerz z pokrojonym plackiem. – Czytałam gdzieś, że Stalin ma pięciu, czy nawet ośmiu sobowtórów,
rozsyła ich wszędzie i nikt nigdy nie wie, gdzie on sam naprawdę się znajduje.
– Hitler mógłby stać wśród dziesięciu sobotwórów – przejęzyczyła się
Zuzanna – a ja rozpoznałabym go natychmiast, bo prawdziwy... – umilkła
pod ostrym, przewiercającym ją spojrzeniem męża, a chciała powiedzieć, że
prawdziwy demon wydziela specyficzny odór, rodzaj koźlego, capiego smrodu,
zmieszanego z wonią siarki i smoły, co świadczy niezbicie o jego piekielnym
pochodzeniu; ten odór jest niemal nieuchwytny, ale przecież wyczuwalny przez
osoby świadome istnienia demonów, które na rozkaz księcia ciemności sieją na
świecie zamęt, podżegają do wojen i zbrodni, czynią wszystko, aby doprowadzić ludzi do upadku, do takiego osłabienia ducha, stanu prostracji, w którym
nie będą już potrafili im się oprzeć i podporządkują władcy mroku, zaciągną
pod jego znaki, wyda się im bowiem, że on nie tylko podźwignie ich z zapaści,
ale przywróci również siły, pozwoli odzyskać wszystko, co utracili, a nawet
zapewni dominację nad tymi, którzy nie złożyli jeszcze hołdu fałszywym sztandarom, zawieszanym na wysokich masztach. Wyobraziła sobie nawet, że znalazła się przed Dworem Artusa, zastąpiła drogę demonowi, otoczonemu gromadą
paladynów w czarnych mundurach i zdemaskowała go na oczach wiwatujących
tłumów, wołając: Odstąpcie go! On zgubi nas wszystkich! Krzyczała coś jeszcze, nim padła, z piersią przeszytą dwunastoma kulami, a Maks nadal patrzył na
nią surowo, a potem odwrócił się, wziął ze stołu talerz z plackiem i częstował
nim Tischlerów, jakby to on go upiekł i pokroił.
– Nasz Führer nie musi mieć żadnych sobowtórów – powiedział Eugen – bo
nikt nie podniesie na niego ręki. Byłoby to... byłoby to... – powtórzył, szukając
właściwego słowa, tymczasem z ulicy podniósł się i wtargnął przez okno łomot
werbli i klangor piszczałek, a po tym wstępie huknął bęben, wybijając trąbom
rytm wojskowego marsza. Maks omal nie upuścił talerza z plackiem, doniósł go
195
jednak do stołu i podbiegł do okna, przez które wychylała się już Zuzanna. Drugie
okno zajęli Tischlerowie, a przy trzecim stłoczyła się młodzież, co miało pewne
nieprzewidziane skutki, zgoła niegodne tak uroczystego dnia, uwłaczające wprost
powadze chwili, na którą miasto z takim utęsknieniem czekało.
Werble, piszczałki i trąby, którymi zagrzmiała orkiestra wkraczająca na
Langgasse, zapowiadały dopiero nadejście radosnego i doniosłego momentu, ale
Uta i Asta, sądząc, że Führer już nadjechał i spragnione jego widoku, zmuszone
zostały do zdobywania dostępu do okna, objętego w posiadanie przez Wuismutich,
wcale nie zamierzających zrobić trochę miejsca kuzynkom. A one przecież były
w swoim mieszkaniu i sądząc zupełnie słusznie, że mają więcej praw do okna niż
bliźniacy, usiłowały ich od niego odsunąć. W trakcie tego gwałtownego napierania na siebie, ocierania i odpychania rękami, dłonie Wuismutich natrafiły na sprężyste krągłości, ukryte pod gładkim jedwabiem bluzeczek, które kuzynki miały
na sobie i krótka szamotanina ustała tak nagle, jak się zaczęła. Od urodzin dziadka Arnolda, kiedy to, pod osłoną obrusa, pracowicie badali strukturę kolan Uty
i Asty, nie mieli możności kontynuowania studiów i rozszerzenia ich na dalsze,
niewątpliwie interesujące i godne odkrycia obszary. Planowana wspólnie wyprawa na plażę w Brösen nie doszła do skutku, wobec wielkich wydarzeń w mieście,
zatem nie mogli teraz stracić nadarzającej się nieoczekiwanie okazji do przeprowadzenia dokładnego rozpoznania tajemniczych stref, znajdujących się obecnie
w zasięgu ich rąk. Do tego jednak potrzebowali czasu, pragnęli więc aby Hitler
jak najpóźniej ukazał się w Goldenes Tor, nie licząc się zupełnie z niecierpliwością i radosnym podnieceniem tłumów, oczekujących przybycia wyzwoliciela, jak
oznajmiał napis – DER FÜHRER HAT UNS BEFREIT – na okolicznościowym
stemplu, przygotowanym przez gdańską pocztę i na transparencie rozwieszonym
przed Ratuszem.
Okna po przeciwnej stronie ulicy, nad Kaffe-Stuben Weltza i sklepem
Hermanna Louisa, z wielkim dzwonem przy witrynie, jak wszystkie pozostałe
w każdej kamieniczce, wzdłuż całej Langgasse, wypełnione były szczelnie podekscytowanymi ludźmi; sąsiedzi z vis-ŕ-vis uśmiechali się do siebie i pozdrawiali
wymachiwaniem ramion, więc Asta i Uta musiały czynić to samo i nie mogły,
siłą rzeczy, stawiać żadnego oporu rękom kuzynów, wsuwającym się pod ich bluzeczki. Błądziły tam dość niemrawo, lękliwie, jak niewprawni zwiadowcy, którzy
po raz pierwszy znaleźli się na patrolu i jeszcze nie wiedzą, co może się zdarzyć
na nieznanym terenie. Skoro jednak nie napotykali na przeszkody, posuwali się
coraz dalej, chociaż z różną prędkością. Waldi był bardziej przedsiębiorczy, dotarł już do szczytów obydwu krągłości Uty i zamknął nad nimi dłonie. Drgnęły
wówczas plecy dziewczyny, do których szczelnie przylgnął i od nich właśnie zaczął przepływać ku niemu ciepły zrazu, a potem coraz gorętszy fluid. Biegł on
również wzdłuż palców i ramion ku barkom Waldiego i spływał do serca, zaczynającego bić szybko i nierówno. W tym samym czasie Ferdi mozolił się jeszcze z
196
własnymi, obudzonymi nieoczekiwanie skrupułami; nim je pokonał, przy Złotej
Bramie z tysiąca gardeł wydobył się krzyk:
– Sieg Heil!
Ulicą wstrząsnął dreszcz. Zastygła na moment, a potem zahuczała ogłuszającym, przetaczającym się przez nią, podawanym od kamienicy do kamienicy,
od okna do okna, niosącym się aż do Długiego Targu, skandowaniem:
– Ein Volk! Ein Reich! Ein Führer!
Z półkoliście sklepionego przejścia w Złotej Bramie zaczęły wyłaniać się
samochody. Formowały się na jezdni po dwa obok siebie, a przed nimi toczyło
się jej środkiem odkryte auto, skupiające na sobie spojrzenia wszystkich oczu,
w nim bowiem znajdował się ten, na którego czekali; przybył nareszcie, więc
nie milkną okrzyki i sypią się kwiaty. Pod koła szarego mercedesa, na kostki bruku padają pomarańczowe miechunki, fioletowe hortensje, różowe astry,
czerwone i żółte złocienie, ścieląc przed Führerem długi, wzorzysty kobierzec,
ale on nie patrzy na bukiety ani na ręce, które je rzucają, nie podnosi oczu
ku oknom, z których wychylają się roześmiane twarze. Nie odwzajemnia tych
uśmiechów, nie przebiega spojrzeniem po chodnikach, gdzie, głowa przy głowie, tłoczą się wiwatujący gdańszczanie, lecz stoi w odkrytym samochodzie
nieruchomy, jak odlany ze spiżu, z wzrokiem utkwionym przed siebie, z surową
powagą na obliczu. Lewą rękę opiera o pochyloną ukośnie przednią szybę auta,
a prawe, zgięte ramię trzyma niedbale jakby wzniesione, z dłonią na wysokości
barku odgiętą do tyłu i kciukiem, mierzącym w okolice ucha. Sunąc na czele licznej świty, wśród ciżby wielbicieli wydaje się samotny w swej wielkości, nieodgadniony, nie poruszony nawet hołdem, oddawanym mu przez miasto, w którego
obronie wysłał pancernik i salwą z jego dział rzucił dumne wyzwanie do walki
wszystkim, którzy sprzeciwią się jego woli i wielkim planom zdobywczym.
Z okna pierwszego piętra Zuzanna widziała tylko okrągłe denko czapki
Führera, skrawek jej daszka i wąsa, wychylającego się spod czubka nosa, lśniące guziki na mundurowej kurtce, ozdabiający ją srebrny sznur i białą plamę
wnętrza dłoni z odgiętym w stronę ucha kciukiem. Wysuwały się ku tej dłoni
z obu stron ulicy, jakby chciały ją pochwycić i uścisnąć, wyciągnięte sztywno ramiona w miłym Führerowi pozdrowieniu. Ustanowił je na wzór rzymskiego powitania; gdy wódz stawał przed frontem legionów, podnosił się ku niemu las rąk
i głośny okrzyk: Ave caesar! Jednak w podobny sposób witali rzymskiego władcę
również gladiatorzy w Colosseum, przed stoczeniem krwawej walki, kończącej
się zazwyczaj śmiercią jednego z nich. Szli dwójkami po żółtym piasku areny,
stawali przed marmurową lożą imperatora, wznosili prawe ramiona i wołali:
– Ave caesar, morituri te salutant! – Witaj cezarze, mający umrzeć pozdrawiają cię!
I wydało się Zuzannie, że milknie już powtarzane bez końca – Sieg Heil!
– a gromady ludzi zapełniające Langgasse zaczynają wołać:
197
– AVE! MORITURI TE SALUTANT !
Wielka szyba wystawowa w tytoniowym sklepie Obsta na rogu Beutlergasse
zarysowała się i pękając rozsypała na drobne, ostre ułamki, ale stojący obok
ludzie zdawali się tego nie zauważać. Nie odwracali nawet głów, sztywnieli
bowiem i zamieniali w szkielety. To samo stało się z gapiami stojącymi przed
Ratuszem, przed Café Vaterland, z całym tłumem na chodnikach, po obu stronach ulicy i we wszystkich oknach wąskich, kilkupiętrowych kamienic. Tysiące
szkieletów tłoczyło się pod ich murami z wyciągniętymi sztywno rękami, pozdrawiając ciągle wodza upiorów i spoglądając czarnymi oczodołami na jezdnię.
Toczące się wolno po niej samochody, zaczęły zwalniać jeszcze bardziej
i zatrzymywać, jeden po drugim. Prowadzący je kierowcy i rozparci na siedzeniach generałowie, pułkownicy i sztabowi adiutanci nieruchomieli w swoich autach, a na ich strojnych mundurach, jak liszaje brudu, pojawiły się plamy pleśni;
zbutwiałe rękawy pękały i spadały z ramion, ukazując nagie kości. I tylko mercedes Führera toczył się dalej, a on sam nadal stał wyprostowany, z jedną ręką
na przedniej szybie wozu, drugą trzymając uniesioną, z dłonią odgiętą do tyłu
i kciukiem wycelowanym w środek prawego ucha. Zapatrzony przed siebie, w
swoje wielkie cele, zdawał się nie dostrzegać ognistego pierścienia, zaczynającego otaczać i pożerać miasto, trawić je żarem płomieni i kruszyć, dom po
domu, do zupełnego unicestwienia...
Przepalone krokwie stropu Grünes Tor spadały do olbrzymiej sali, pamiętającej królewskie audiencje i bale, a spod łuków jej bram, z kurzawy i dymu,
zaścielającego Langer Markt, wyłaniały się szkielety brunatnych koszul; dźwigając sztandary ze znakiem demona, śpiewały chrapliwie:
Wir werden wieder marschieren,
bis alles in Scherben fällt!
Denn heute gehört uns Deutschland,
und morgen die ganze Welt!
Führer wstępował dopiero na szerokie stopnie przed Dworem Artusa,
gdy Maks i Eugen przenosili do sypialni i kładli na łóżku zemdloną Zuzannę.
Zawisła jakoś dziwnie na parapecie okna i nim Maks zorientował się, że z żoną
dzieje się coś niedobrego, osunęła się bezwładnie na podłogę, nie wydając żadnego jęku ani westchnienia.
Nie odzyskała przytomności pomimo wysiłków Waltraudy, sprowadzony więc został lekarz, co nie było wcale łatwe w takim niezwykłym dniu.
Gdańszczanie podnieceni byli nie tylko przybyciem do ich miasta kanclerza
Rzeszy, ale poruszeni zostali również przemówieniem, jakie wygłosił w Dworze Artusa, stojąc koło największego pieca kaflowego, jaki kiedykolwiek
i gdziekolwiek zbudowano. Może dlatego w jego mowie wszystko też było naj-
198
większe; imperium, jakie wywalczy i dobrobyt, jaki stworzy jasnowłosej rasie
niebieskookich kobiet i mężczyzn...
Doktor Guntner dość niedbale badał Zuzannę. Jej dorodne piersi nie robiły
na nim najmniejszego wrażenia. Pochylał się nad nimi obojętnie, wywijał drewnianym stetoskopem, przykładał go do gładkich pleców nieprzytomnej kobiety
i kręcił głową, co chwilę jednak ją unosząc i zadając różne pytania to Maksowi,
to Eugenowi, jakby te dźwięki, które docierały do jego uszu za pośrednictwem
drewnianej trąbki z wnętrza Zuzanny, były mniej ważne od tych, które rozbrzmiewały zaledwie przed godziną z ulicznych głośników i aparatów radiowych, roznosząc doniosłe słowa Führera do najdalszych nawet zakątków miasta.
Słuchali go więc i spoglądali po sobie ze zdumieniem i podziwem rybacy
w Brösen, Glettkau i Heubude, rentierzy w cichych uliczkach Olivy, przedsiębiorcy w swoich rezydencjach przy Pelonkerstrasse i Jäschkentalerweg
w Langfuhr, rzemieślnicy w Petershagen i dokerzy w Neufahrwasser. Słuchał
go również w swoim pięciopokojowym mieszkaniu przy Ziegengasse Nr 7,
doktor Guntner i dlatego teraz, badając Zuzannę, zastanawiał się głośno, jak to
wszystko Hitler urządzi, żeby każda niemiecka rodzina miała co niedzielę rosół
z kury, w czwartki ajsbajn i tyle piwa, ile głowa domu zdoła wyżłopać.
– A co będzie, proszę panów – tu doktor Guntner wypuszczał z palców
stetoskop, który staczał się między piersi Zuzanny i podnosił dłoń w widomym
znaku zapytania – jeśli Anglicy i Francuzi nie zawrą z nami pokoju, a my ich
nie pokonamy od razu? – wpatrywał się uważnie w twarz Maksa i Eugena, dodając jeszcze: – Wtedy może być...
Nie dopowiedział tej myśli, to znaczy nie dokończył jej głośno albo dlatego,
że czekał na jakąś uwagę ze strony Maksa, albo z obawy przed Eugenem, gdyż
dostrzegł wpiętą w klapę jego marynarki odznakę przynależności do NSDAP;
trudno stwierdzić jakim sposobem, lecz przecież stało się już powszechnie wiadome, że pewnych wątpliwości lepiej nie ujawniać w przytomności osób noszących te metalowe znaczki, ponieważ łączyć się to mogło z różnymi nieprzyjemnościami, o których tu i ówdzie szeptano sobie w wielkiej tajemnicy.
– Niech pana głowa nie boli, doktorze, o to co będzie. Führer wszystko
przewidział – Tischler jako członek partii stanął na wysokości zadania. – Nawet
Stalina owinął sobie dokoła palca.
– Właśnie... – lekarz odchylił nieco lewą pierś Zuzanny, wydłubał spod niej
stetoskop i zapomniawszy chyba o wskazanej ostrożności, zauważył: – Nie wierzyłbym Stalinowi na miejscu Führera. Przecież Stalin to oszust. Miał z Polakami
układ o nieagresji, a jednak ich napadł. Kto zaręczy, że tego nie powtórzy z nami?
Führer – odpowiedź Eugena była znów stanowcza i jasna. – Radzę przeczytać Mein Kampf, doktorze. Otworzą się panu oczy na wiele spraw.
Guntner posłusznie skłonił czoło, a dla spokoju lekarskiego sumienia odchylił
jeszcze powieki Zuzanny, przy świetle małej latarki obejrzał jej źrenice i wstał.
199
– Objawy są jednoznaczne – oświadczył zwracając się do Maksa.
– Szanowna małżonka doznała jakiegoś silnego wstrząsu, którego natury nie
umiem określić. Spróbuję jednak przywrócić ją do przytomności, a panowie
zechcą nieco się oddalić.
Maks i Eugen posłusznie przeszli do sąsiedniego pokoju, a Guntner pogrzebał w swojej walizeczce, wyjął z niej niklowane pudełko ze strzykawką,
napełnił jej zbiorniczek żółtawym preparatem z ampułki, odsłonił różowy, krągły pośladek Zuzanny i wbił w niego długą igłę; opróżniwszy zbiorniczek wyciągał ostrożnie i delikatnie igłę z tej kształtnej krągłości, a gdy pojawiły się na
niej rubinowe kropelki krwi zaczął zmywać je starannie wacikiem nasączonym
spirytusem. Nieuniknione było przeto wielokrotne dotykanie gładkiej skóry,
przesuwanie palcami po jej powierzchni i doktor Guntner, przed chwilą jeszcze tak bezceremonialnie obchodzący się z biustem nieprzytomnej pacjentki,
teraz odczuł nagle zakazaną lekarzowi przyjemność kontaktu z jej ciałem. To
nieprzystojne doznanie potęgowało się gwałtownie i Guntner musiał przywołać
wszystkie wzniosłe zasady lekarskiego powołania, aby powstrzymać swą dłoń
przed dotknięciem sąsiedniej krągłości i osunięciem po półkolistej spadzistości
do dzielącego je wgłębienia, nie kryjącego przecież – przed medykiem zwłaszcza – niczego tajemniczego, a jednak wyposażonego przez zapobiegliwą i dbającą o swe cele naturę, w szczególną moc przyciągającą.
– Chyba tylko rozpustników – skarcił się w myślach Guntner, któremu dotąd nie przydarzyło się nic podobnego, zatem nie mógł pojąć przyczyny deprymującego i wprost zawstydzającego przypływu pożądania, jakie nim owładnęło; na dodatek w czasie wykonywania zawodowych czynności, co pogarszało
jeszcze sytuację. – Jestem więc jednym z nich i to najgorszego gatunku.
Skrzywdził się tą kwalifikacją, bo przecież nie posunął się poza tę granicę
męskiej ułomności, której przekroczenia nie można już wybaczyć; z wyraźnym
ociąganiem nakrył jednak foremną pupcię ponętnej pacjentki, a kiedy wreszcie
otworzyła oczy, zdołał już powrócić do równowagi i zapytać ze zwykłą rutyną.
– Skąd pani przybywa, Frau Hasenfuss?
Zuzanna osłoniła sobie twarz rogiem poduszki, gdyż raziło ją chyba zachodzące słońce, pocięte paskami okiennych żaluzji i wypełniające sypialnię
czerwonym odblaskiem, kładącym się na jasnej tapecie jak odbite echo łuny
unoszącej się nad miastem i jeszcze obecnej pod jej powiekami, jak rudy,
przetykany płomieniami opar, snujący się wśród pustych, wypalonych domów
i wypełniający martwe wąwozy ulic, przez które maszerują nie kończące się
kolumny szkieletów... Uniosła rękę, jakby chciała odegnać te widma i poruszyła niepewnie ustami, nim wyszeptała niezbyt wyraźnie:
– Z piekła.
XX
D
ni są jeszcze niemal upalne i wieczory ciepłe, więc nawet kolacje jemy
w ogrodzie, przy ogniu płonącym w kominku i świecach, osłoniętych
mlecznymi kloszami. Kupiliśmy je w sierpniu, na jarmarku dominikańskim, na ulicy Straganiarskiej, za kościołem św. Jana, gdzie rozłożyli się
ze swymi skarbami kolekcjonerzy, przyciśnięci zapewne potrzebą i zawodowi
handlarze nie znający miary w windowaniu cen za byle zardzewiały scyzoryk,
czy miedziany rondel. Można więc tam było stracić wszystkie pieniądze, jeśli nie powściągnęło się oskomy, na widok różnych różności, wśród których
dumnie królowały gdańskie starocie nie tylko z ubiegłego stulecia, ale również z ostatnich dni wydanego na zagładę miasta, zamienionego obłąkanym
rozkazem Hitlera w Festung Danzig. Wiele drobnych przedmiotów, które nie
spłonęły, czego nie zdołali lub nie mogli zabrać uciekinierzy i wysiedleńcy,
a nie wywieźli krasnoarmiejcy jako wojenną zdobycz, co zatem miało jakąś
wartość pamiątkową lub użytkową i ocalało, zaczęło pokazywać się na jarmarkach dominikańskich, od kiedy zostały przywrócone na samym początku
lat siedemdziesiątych, gdy uznano, że nie zagrażają już budowie socjalizmu
i mogą cieszyć lud pracujący. Wówczas jednak ideologicznie obojętne były
tylko srebrne cukiernice, sztućce, lichtarze, lampy naftowe i ozdobne talerze,
raczej bez napisów niemieckich. Dopiero później pojawił się ten język na starych widokówkach, bukiniści rozkładali drukowane gotykiem dzieła Schillera,
Goethego i Lessinga, jakieś ilustrowane czasopisma, a na sąsiednich straganach zobaczyć można było całe kolekcje fajansowych i cynowych kufli z wygrawerowanymi dwuwierszami, sławiącymi doskonałość gdańskiego piwa.
Gdzieniegdzie, ukryta między kuchennymi nożami, błysnęła klinga sztyletu,
z którego rękojeści wydłubano emaliowany znaczek ze swastyką, zza orderowych wstążeczek koalicyjnych armii wychylała się baretka żelaznego krzyża,
a obok polskich, rosyjskich i angielskich menażek żołnierskich stawała niemie-
201
cka, o charakterystycznym, nerkowatym kształcie. Obecnie natomiast, kiedy
wolno już właściwie wszystko, wychynęły z jakichś zakamarków i ukazały się
na jarmarku w zauważalnych ilościach, kopulaste hełmy Wehrmachtu, bagnety,
klamry pasów z napisem Gott mit uns, marynarskie czapki i furażerki, noszone
przez naziemną służbę Luftwaffe, srebrne sygnety oficerów SS z trupią główką,
skórzane ładownice, odprute od mundurów oznaki pancernych dywizji, różnych formacji Waffen-SS, proporczyki, wywieszane dumnie przez U-Booty,
wracające z wilczych łowów na Atlantyku, lornety morskie, czy wreszcie mapy,
wyjęte z raportówek oficerskich, pokreślone kolorowymi strzałkami, wyznaczającymi kierunki ataku na jakąś przełęcz górską, czy miasto, które nie zostało
jeszcze zdobyte przez niemieckie dywizje, maszerujące długo od zwycięstwa
do zwycięstwa.
Walało się to wszystko w nieładzie, pomiędzy starymi patelniami, miedzianymi kociołkami, czajnikami, konewkami, obcęgami, śrubami i śrubkami,
telefonami na korbkę, doniczkami, miednicami i fajansowymi nocnikami z dużym uchem i ozdobnym szlaczkiem, oplatającym to popularne niegdyś i pożyteczne naczynie. Spryciarze, którzy myśleli, że zbiją kupę szmalu na złomie
po Wehrmachcie, Kriegsmarine i Luftwaffe, srodze się zawiedli. Z nieprzebranych tłumów, przelewających się od rana do wieczora przez uliczki gdańskiej
Starówki, tylko nieliczni turyści oglądali z zaciekawieniem smętne pozostałości po rozbitej armii i po imperium, które miało trwać tysiąc lat, decydując się
rzadko na kupno czegokolwiek. Sic transit gloria mundi – zdawał się mówić ten
stos rupieci, błyszczący niegdyś, a teraz wyprzedawany wśród jarmarcznego
zgiełku, pospołu z lodami, kiełbaskami z rusztu i prażoną kukurydzą. Czego
zresztą nie sprzedaje się i czym się nie handluje na tym targowisku świętego
Dominika, skoro nawet z dalekich Tatr ściągają nad Motławę górale ze swoimi
odwiecznymi kierpcami, futrzanymi rękawicami i swetrami z grubej, owczej
wełny. W ostatnich latach przybywają kupcy z jeszcze dalszych stron, z Odessy, Kijowa i Petersburga, na ulicy Długiej koncertuje corocznie sympatyczny
duet – synek i tatuś – z Witebska, a w poprzednim sezonie grała tam indiańska
kapela z Ekwadoru.
Lichtarze z mlecznymi kloszami, które nabyliśmy za zupełnie przyzwoitą
cenę, przywiezione zostały właśnie z miasta nad Newą. Musiały chyba przejść
przez kilka rąk i zakreślić duży krąg, wracając po sześćdziesięciu latach do
Gdańska; oglądając uważnie ich mosiężne podstawy, znalazłem na obydwu zacierany czymś, ale przecież pod lupką widoczny napis: Danzig, Weihnachten
1906...
– To znaczy, że były zdobyczą wojenną – zauważył redaktor Łuczkowski
z gdańskiego radia; przyszedł porozmawiać ze mną o Noblu, którym w ubiegłą
sobotę szwedzcy akademicy uhonorowali Güntera Grassa, więc tak niedawno
nabyte lichtarze, skojarzyły się nam z opisanym w Blaszanym bębenku zdobywa-
202
niem Gdańska przez Armię Czerwoną. – Mimo to za mało jeszcze wiemy, co się
wówczas tutaj działo. Film Volkera Schlöndorffa też nie pokazuje zbyt wiele.
– Była taka pierwsza, zamknięta projekcja tego filmu dla dziennikarzy, po
której tłumaczono nam dlaczego nie został dopuszczony na ekrany. Właśnie
z powodu tych krótkich scen z marca czterdziestego piątego roku – przypomniałem Romkowi Łuczkowskiemu, który, jako znacznie młodszy ode mnie,
mógł nie pamiętać o tych komplikacjach z książką i jej ekranową adaptacją.
– Towarzysze cenzorzy byli bardzo czujni, bo według obowiązującej wersji
Gdańsk spalił się podczas działań wojennych.
– A według prawdziwej? – zapytał Roman. – Co Grass o tym mówił?
Rozmawialiście przecież z sobą. Był tu nawet u ciebie i podobno piliście wódkę.
Nad koronami drzew w ogrodzie, szeleszcząc w liściach, przemykały lekkie fale wiatru, ale płomyki świec w mlecznych kloszach kołysały się tylko
łagodnie, ożywiając na obrusie cienie kieliszków z czerwonym winem. Nasz
zięć, Marcin, dopiekał na grilu polędwicę, Daniela przyrumieniała grzanki,
Irena usiłowała przekonać Meluzynę, że koty nie jadają kolacji przy stole, a potem powiedziała z lekkim uśmiechem:
– Pili, pili i omal się nie posprzeczali o naszego psa. Teraz, kiedy pan Grass
dostał Nobla, telefonują do Kazimierza z różnych redakcji, bo chcą wiedzieć,
czy to prawda.
Odpowiedziałem skinieniem głowy na pytające spojrzenie Romana, ale
musiałem jednocześnie wyjaśnić mu, że było to zaledwie krótkie spięcie bez
żadnych następstw. Günter Grass był wtedy bodaj pierwszy raz po wojnie
w Gdańsku i oficjalne spotkanie z nim odbywało się w klubie pisarzy przy
Mariackiej. Przyszło sporo ludzi i zrobiło się hałaśliwie, więc o nagraniu rozmowy radiowej nie było mowy. Dlatego zaprosiłem Grassa na wódkę do domu,
a pojechał z nami jeszcze Zbyszek Kosycarz, który robił fotoreportaż z tej imprezy dla Głosu Wybrzeża i Michał Misiorny, doskonale władający językiem
niemieckim. Teraz, kiedy o nowym, tegorocznym nobliście jest tak głośno,
uznał, że to ciekawy epizod i opisał go w jakiejś warszawskiej gazecie, więc
sprawa się jakby upubliczniła.
– Stąd, Romku, te wszystkie telefony i pytania – kończyłem. – A jeśli chodzi o naszego psa, nie spodobał się Grassowi.
– To był piękny, ogromny owczarek. Cały czarny i nazywał się Sorek – dorzuciła Irena. – Wróciłam z nim ze spaceru, zastałam panów przy wódeczce,
więc przywitałam się i zapytałam, czy nie zechcą czegoś przegryźć, a pan Grass
nic, tylko patrzy na Sorka i dziwi się, że mamy takiego zwierza.
– To znaczy, jakiego? – redaktor Łuczkowski uniósł nieco brwi. – Groźnego?
– Nie zgadłeś. Czarnego – Irena zdjęła łapkę upartej Meluzyny z brzegu
stołu i pogroziła jej palcem. – Bo takimi, czarnymi i wielkimi wilczurami – powiedział pan Grass, ruszając tymi swoimi długimi wąsami – SS-mani szczu-
203
li więźniów w obozach koncentracyjnych. I Sorek kojarzył mu się z tamtymi
bestiami, co rozszarpywały ludzi. Nie rozumiał, jak w polskim domu można
trzymać podobnego psa...
– Co nie przeszkodziło nam w wypiciu jeszcze kilku kieliszków – uzupełniłem – i przyjaznym pożegnaniu. Sorka jednak Grass nie pogłaskał po faszystowskim łbie.
Irena zsunęła Meluzynę z kolan i wstała, aby pomóc Danieli i Marcinowi
przy grilu, ponieważ dochodziły już do stołu apetyczne i drażniące zapachy
pieczeni, osiągającej stan smakowej doskonałości. Obrażona kotka, poruszając
ogonem na znak niezadowolenia, przemaszerowała przez trawnik i zniknęła na
schodach, prowadzących do górnej części ogrodu. Sorek nigdy się nie obrażał,
kiedy czymś zajęci, nie mieliśmy dla niego czasu. Był wyrozumiały, dobry i łagodny. Nawet karcony, pochylał ze skruchą łeb, prosząc o wybaczenie, a kiedy
je uzyskał, ogłaszał swą radość głośnym szczekaniem i wesołymi podskokami.
Nie potrafił tylko zapanować nad swą olbrzymią oskomą na szynkę, a mieszkał z nami w okresie, gdy szynka była wielkim i trudno dostępnym rarytasem,
w kraju powszechnego dostatku, widocznego najlepiej w PRL-owskim dzienniku telewizyjnym. Nigdy wszakże nie ściągnął niczego ze stołu, natomiast to
wszystko, co znajdowało się poniżej, uważał za swą zdobycz. Pewnego razu,
tuż przed moimi imieninami, pożarł pół kilograma szynki, który Irena przywiozła z gdyńskich delikatesów, gdzie miała zaprzyjaźnioną ekspedientkę (co
plasowało nas w uprzywilejowanej warstwie społecznej) i ten cenny, pokrojony
już w plastry przysmak, zostawiła na zimnej posadzce w piwnicy. Sorek dobrał
się jakimś sposobem do tej szynki, ucztował w piwnicy kilka minut, a przez
następne pół dnia krążył po ogrodzie, pozostawiając gdzieniegdzie różowe plastry, których nie mógł już strawić. Poza tym niczego poważniejszego nie zbroił
i był prawdziwym przyjacielem, stróżem i opiekunem; kiedy Daniela była maleńka i spała w pogodne dni pod orzechem, warował przy niej, łapał muchy,
kłapiąc paszczęką i warczał, pokazując swoje wielkie kły, kiedy ktoś z naszych
znajomych, a jemu obcy, usiłował zbliżyć się do wózka.
Taki więc był Sorek, wierny, pogodny i posłuszny, po nim zaś, gdy zaginął, przyjechała z mojego rodzinnego Ostrowa jamniczka Buba, o pokrętnym
charakterze, stanowiąca, moim zdaniem, formę przejściową, pośrednią, między
psem a kotem. Świadczyło o tym jej niezdyscyplinowanie, zmienne humory,
zupełna niepodatność na dostosowanie się do jakichkolwiek rygorów i pragnienie dominacji, zresztą zrealizowane w stosunku do Ireny i Danieli, które zupełnie sobie podporządkowała, pomimo moich wysiłków, aby temu zapobiec.
Szczekała jednak po psiemu, w obżarstwie też podobna była do psa, przepadała
za ciastkami i cukierkami, nie odmawiała nawet kropelki piwka z malinowym
sokiem, ale miała za to piękne, brązowe ślepka, które mówiły: nie udawaj, że
mnie nie lubisz...
204
Dożyła sędziwego wieku piętnastu lat, a swoje ostatnie, pożegnalne szczeknięcie wydała w ogrodzie, na rękach Ireny. I zaraz zrobiło się pusto w domu,
więc po niedługim czasie, w cichym porozumieniu z matką, Daniela przywiozła
od swojej przyjaciółki, Kasi Stasiak, małą kotkę, którą nazwałem Meluzyną,
chociaż nie jest podobna do rusałki. Prowadzi jednak tajemniczy tryb życia i co
noc odrywa mnie od pracy namolnym miauczeniem, pragnie bowiem wyjść
z domu w jej tylko wiadomych celach, a wraca często nad ranem. Nie chcę
teraz pisać o niej, gdyż musiałbym użyć wielce nieprzystojnych słów, bo znowu zlazła z piętra i miauczy, a minęła już pierwsza i chciałbym mieć wreszcie
zupełny spokój.
Kocie towarzystwo na Wyczółkowskiego nie jest zbyt duże, psów natomiast naliczyliśmy z Ireną szesnaście. Na samym placyku, w naszym najbliższym sąsiedztwie, jest ich siedem, ale niedawno jeszcze była ósemka z Sinkim
redaktorostwa Sowów. Lubił on odprowadzać do tramwaju swoich domowników, czasem przejechał się kilka przystanków i raz już zaginął, ale redaktor odnalazł powsinogę, zabiedzonego i stęsknionego w schronisku, żona redaktora,
Ewa, odkarmiła go, po czym Sinki wyruszył znowu w świat i już nie wrócił.
Irena bardzo go lubiła, ponieważ za każdym razem, kiedy wyprowadzała samochód z garażu, przychodził po ciastko albo plasterek kiełbasy, które regularnie
otrzymywał.
Sinki był wielorasowcem i do tego gatunku zalicza się trójka piesków –
Murzyn, Fanta i Misio – pana Burzyńskiego spod numeru 97. Pan Burzyński
kilka razy w ciągu dnia wychodzi z tymi pieskami na spacer, trzymając je
na potrójnej, długiej smyczy i wówczas cały plac wypełniony jest radosnym
szczekaniem. Pan Burzyński jest rencistą, jego żona też chyba niewiele zarabia, lecz kiedy Fanta urodziła Murzynka i Misia, a nikt nie zgłosił się po
szczeniaczki, zatrzymali je u siebie i dziś ta szczęśliwa psia rodzinka paraduje sobie po Wyczółkowskiego i naszym małym parku, gdzie spotyka się
z hasającym swobodnie Tobim, terierem pani inżynier Plichty spod numeru
93, nazywanej przez przyjaciół, do których i my mamy zaszczyt się zaliczać,
Jadziunią.
W sąsiedztwie Tobiego mieszkają dwa młodziutkie, śliczne setery, Toja
i Dżasper, więc zapytałem Franulka, synka pani Katarzyny Marszalec, która ma
chyba dwadzieścia kapeluszy, kto wymyśla teraz takie dziwne imiona dla psów,
lecz mi nie odpowiedział i pobiegł do parku, mijając po drodze Bajkę, państwa
Koprowskich, która zza prętów żelaznego ogrodzenia szczeka na wszystkich,
przechodzących chodnikiem. Ta urodziwa dobermanica została niedawno – jak
wieść niesie – zgwałcona przez Maksia, płowego i dobrotliwego grubaska rasy
mieszanej, z którym sąsiadujemy przez druciany płot i podtykamy różne smakołyki, kiedy tego nie widzi jego bardzo surowa pani. Maksio, przy całej swej
poczciwości, jest frantem nie lada i potrafi swoją srogą panią gładko wypro-
205
wadzić w pole, sztuczek jego nie wypada mi jednak zdradzić ze względu na
łączącą nas przyjaźń.
Posesji numer 83, doktorostwa Śliźniów strzeże Malwa, ogromny owczarek (chyba powinienem napisać: owczarzyca?) kaukaski, dysponujący potężnym basem, państwo Ewa i Roman Kuriatowie, spod numeru 79 znajdują się
pod opieką czarnej jamniczki Figi szczekającej sopranem, a państwa Sztenclów
pilnuje bardzo mądry pudel Dino.
Nie mogę, niestety, wspomnieć o wszystkich psach, które witam, schodząc
do tramwaju na Kartuską, gdyż zajęłoby to zbyt wiele miejsca, więc jeszcze
tylko słowo o pani Elidii i panu Wiktorze Morylach, którzy przygarnęli do siebie suczkę, wyrzuconą na ich oczach z forda escorta i nazwali ją Mikunia. Na
ulicy Wyczółkowskiego mieszkają ludzie, którzy naprawdę kochają zwierzęta,
a państwo Morylowie chyba najbardziej z nas wszystkich.
XXI
H
edda Notcker miała również otwarte i współczujące serce. Od półtora
miesiąca opiekowała się skrycie brązowym spanielem o aksamitnych,
długich uszach i niegdyś pięknej, błyszczącej i starannie pielęgnowanej sierści. Teraz ta sierść była skołtuniona, aksamitne uszy żałośnie obwisłe,
a oczy pełne bezmiernego smutku. Hedda zobaczyła tego psa najpierw w parku,
kręcącego się w pobliżu jednego z domów, potem błąkającego się na tyłach
ogrodów i oczywiście rozpoznała w nim spaniela aresztowanych w pierwszym
dniu wojny Kaletów. Widywała przecież tę elegancką parę na spacerach z pieskiem takiej właśnie rasy, zatem nie mogła się mylić i postanowiła wynosić
trochę jedzenia małemu Kukiemu, jak nazwała już w myślach bezdomne zwierzę, aby nie zdechło z głodu, daremnie czekając na powrót swych państwa, na
czuły dotyk delikatnej dłoni, na znajomy głos, nareszcie wzywający go znów
do utraconego w tak nagły i niezrozumiały sposób, psiego raju.
Nie wołał nikt; ani pan, ani pani. Tylko jakaś nieznana osoba dawała mu
znaki, aby się do niej zbliżył, obawiał się jednak podstępu i zachowywał bezpieczną od niej odległość. Głód był jednak silniejszy od strachu, przywołujące
go znaki przyjazne, a zapach kości coraz bardziej kuszący i nadszedł dzień,
w którym spaniel zbliżył się do Heddy, pochwycił kość i uciekł z nią za osłonę
krzewów agrestu. Poczęstowany kromką chleba, grubo posmarowaną smaczną wątrobianką, pozwolił się pogłaskać, a kiedy stanęła przed nim miseczka
z ciepłą, dobrze omaszczoną kaszą, polizał dobrą rękę, która mu ją przyniosła.
Hedda gotowała tę kaszę w nocy, kiedy cały dom już spał, nie miała bowiem odwagi wyznać profesorowej, że karmi bezdomnego, polskiego psa. Po
tym, czego doświadczyła i co zobaczyła w Viktoriaschule, nie wiedziała, czy
opiekowanie się zwierzakiem aresztowanych Polaków nie jest przestępstwem
i nie będzie karane, a za skarby świata nie chciałaby powrócić do piwnicy,
z której okienka można zobaczyć, jak katuje się i morduje ludzi. Wdzięczność
207
psiego serca nie powinna przecież przeważać nad rozsądkiem, a jednak Hedda
układała przed zaśnięciem plany sprowadzenia Kukiego do domu i ukrycia go
w swym pokoju, ponieważ skończyła się już piękna jesień, a zaczęły chłody
i pluchy, więc delikatny spaniel powinien mieć dach na łbem i suche posłanie.
W zasobnym domu Hasenfussów nie było trudno o stary i nikomu już niepotrzebny koc i Hedda w kącie, między łóżkiem a komodą, przygotowała legowisko dla Kukiego, a następnie, z duszą na ramieniu, sprowadziła psinę do
sutereny. Wszystkie konferencje z profesorową odbywały się w kuchni, do pokoju Heddy nikt z domowników nie zaglądał, więc odkrycie w nim jej czworonożnego sublokatora było praktycznie wykluczone. Nastąpiło jednak na drugi
już dzień, gdyż Kuki zaszczekał, nieświadom tego, że jest ukrywanym przestępcą, a pani Hasenfuss w sąsiednim pomieszczeniu przeglądała właśnie słoiki
z zaprawami, sprawdzając, czy konfitury nie zachodzą na wierzchu pleśnią.
Szczeknięcie było wyraźnie rozpoznawalne, zatem nie ulegało wątpliwości, że w domu znajduje się jakiś pies i dźwiękowy trop prowadził do pokoju Heddy. Wiedziona nim, zdumiona Emma, nacisnęła klamkę nigdy nie zamykanych na klucz drzwi służbówki i oczom jej ukazał się brązowy spaniel.
Przyglądał się Emmie uważnie i szczeknął ponownie; trudno określić, czy na
powitanie, czy też ostrzegawczo, jeśli uznał pokój swej opiekunki za teren,
którego powinien strzec przed obcymi. Nie ulegało wątpliwości jedynie to, że
mordkę miał bardzo sympatyczną, sierść już gładką, starannie wyczesaną i duże, ciemnobrązowe oczy, uważnie spoglądające na Emmę. Przestąpił z łapki na
łapkę, a wreszcie usiadł na podłodze i czekał na dalszy rozwój sytuacji.
Nikłe echo szczeknięć dotarło do kuchni i zaalarmowana nim Hedda biegła już uciszać Kukiego, przestraszona i pobladła. Zatrzymała się przy futrynie
otwartych drzwi, z rezygnacją stwierdzając, że przybyła za późno i jej wykroczenie zostało odkryte.
– Co to jest, moja Heddo? – zapytała Emma, kierując wskazujący palec
w stronę Kukiego, chociaż nie ulegało wątpliwości, że na środku służbówki siedzi brązowy cocker spaniel. – Co to ma znaczyć? Jeżeli profesor się dowie...
Tego właśnie Hedda obawiała się najbardziej. Wiedziała przecież, że serce
swojej pani rozmiękczy łatwo opowieścią o losie Kukiego, gdyby jego obecność w suterenie wyszła po jakimś czasie na jaw, reakcji profesora nie mogła
wszakże przewidzieć. Dlatego powiedziała:
– Będę się starała, żeby pan profesor go nie zobaczył...
– To jest dom profesora – przerwała dziewczynie Emma – i niczego tu przed
nim nie wolno ukrywać. Dziwię się, że tego jeszcze nie rozumiesz, chociaż jesteś
już u nas kawałek czasu. Pójdziemy teraz na górę, powiesz skąd wzięłaś tego psa
i po co go trzymasz, a pan profesor zdecyduje, jak dalej z nim postąpić.
Mówiła to wszystko dziwnie oficjalnym tonem, którego Hedda dotąd u niej
nie słyszała, zatem ogarnął ją większy jeszcze przestrach, a kiedy stanęła przed
208
obliczem profesora, nie mogła opanować drżenia łydek, z trudem skleciła
w kilku słowach historię Kukiego i pociągając nosem prosiła o łagodny wymiar
kary dla spaniela i dla siebie.
– Powiadasz więc, że to jest pies Kaletów... – Arnold, który słuchał uważnie
nieskładnego dukania Heddy, kiwnął teraz dwukrotnie głową. – Wiem, o kim
mówisz, bo kłanialiśmy się sobie z panem Kaletą. Rozmawiałem z nim nawet
dwa, albo trzy razy... No, cóż – dodał po chwili zamyślenia – zatrzymajmy tego
psa do powrotu pana Kalety i jego żony.
Spodziewał się zapewne, podobnie jak Emma, uśmiechu na twarzy Heddy,
dziewczyna jednak opuściła głowę i powiedziała półgłosem:
– Ten pan już nie wróci. Zabili go tam...
Nie musiała niczego dopowiadać. Arnold, który właśnie wstawał, usiadł
z powrotem, a Emma przymknęła powieki, jakby obawiała się, że Hedda uniesie głowę i zobaczy jej oczy, znów rozszerzone przerażeniem, jak wówczas,
gdy przytulała do ramienia głowę dziewczyny, próbując ją uspokoić po powrocie z Viktoriaschule.
– Powinnaś o tym zapomnieć. Musisz zapomnieć.
Tak powiedział Arnold, ale po wyjściu Heddy i Emmy nie czuł się najlepiej.
Co mógłby sam pomyśleć o człowieku, wykładającym studentom historię starożytnego Rzymu, który pominąłby milczeniem zbrodnie Nerona i Tyberiusza,
szaleństwa Kaliguli i Domicjana, a mówił tylko o wspaniałych budowlach, powstających w czasie ich panowania i kolejnych zwycięstwach legionów, rozszerzających granice imperium, co jednocześnie znaczyło, że nowe obszary świata ogarnie wysoka cywilizacja, a na podbite ludy padną promienie rzymskiej
kultury. Od pierwszych salw pancernika, dochodzących z Neufahrwasser, nosił
przecież w sobie pytanie, jak opisany zostanie ten dzień i wszystkie dni, które
po nim nadeszły i jeszcze nadejdą, w księdze dziejów dwudziestego stulecia..?
Zastanawiał się, kim będą Niemcy, dla świata, po napadzie bez wypowiedzenia
wojny na sąsiedni kraj i po tym, czego się dopuścili w jego, Arnolda, rodzinnym mieście, a o czym on właśnie kazał zapomnieć Heddzie..? Przecież tego,
co się stało, nie da się już wymazać z annałów dlatego właśnie, że się stało, że
było faktem. A ten, kto usiłowałby to zrobić, będzie kłamcą i fałszerzem, a nie
historykiem.
Szacunek do prawdy wyniósł z berlińskiego uniwersytetu, z wykładów
wszystkich jego profesorów i nie wyobrażał sobie pisania tendencyjnego dzieła
z jakiejkolwiek dziedziny wiedzy, tym bardziej dzieła historycznego. Amicus
Plato, sed magis amica veritas, powtarzali za Arystotelesem jego uniwersyteccy mistrzowie i Arnold postanowił, na razie bez jakiegoś wyraźnego i szerszego zamiaru, robić notatki i zapiski, prowadzić rodzaj raptularza, doszedł bowiem do niepokojącego bardzo wniosku, że to, o czym donoszą gdańskie radio
i gdańskie gazety, mija się często z prawdą. Ktoś zatem, przeglądający te pisma
209
za kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat, wyniesie z nich fałszywy obraz wydarzeń,
odmienny od tego, który namalowała rzeczywistość.
Pierwszy wpis, jaki znalazł się w tym raptularzu, dotyczył fotografa
Zabłockiego, którego Arnold chciał odwiedzić; zabrał z sobą kilka ostatnio
zrobionych zdjęć i pod pretekstem konsultacji zamierzał zorientować się, czy
Zabłockiemu nie jest potrzebna jakaś pomoc, mógł bowiem jako Polak znajdować się w potrzebie. Arnold poczuwał się do obowiązku jej udzielenia,
Zabłockiego wszakże nie zastał, chociaż zakład był otwarty i nad drzwiami, jak
dawniej, wisiał szyld z napisem: FOTO – ILONA.
Notatka, którą Arnold zrobił po powrocie do domu, była krótka: Niejaki
Hans Tubinger poinformował mnie, że jest nowym właścicielem zakładu,
a Zablocki poszedł tam – cytuję dosłownie – gdzie wszyscy Polacy powinni się
znaleźć, czyli w obozie pracy. Nic na to nie powiedziałem, bo trudno dyskutować z takimi poglądami i zapytałem tylko tego Tubingera, czy wie, gdzie taki
obóz się znajduje, więc objaśnił mnie, że podobno w Neufahrwasser, ale nie
radził tam iść. Zatem, co robić?
Druga notatka dotyczyła powołania Norberta do szkoły oficerskiej
Kriegsmarine, a więc wojna, której Arnold nie chciał wpuścić za próg swego
domu, przekroczyła go jednak i przy niedzielnym obiedzie było już jedno puste
miejsce przy stole w jadalni.
Szybciej, niż się ktokolwiek spodziewał – pisał Arnold, a stroskaną Emmę pocieszał tym, że szkoła jest na miejscu, Norbert będzie dostawał przepustki, więc
często może zjawiać się w domu. A zanim otrzyma oficerskie szlify i wypłynie
w morze, wojna dawno się skończy. Liza podzielała opinię ojca, nie wiedząc, że
sam w nią nie wierzy i oglądała Norberta ze wszystkich stron, piszcząc z zachwytu, ponieważ prezentował się wspaniale w marynarskim mundurze. Inne przedstawicielki płci pięknej były chyba podobnego zdania, gdyż młody Hasenfuss
w ciągu kilku zaledwie miesięcy przedstawił rodzicom trzy panny po kolei, twierdząc, że pragną się z nim zaręczyć, a on nie ma nic przeciw temu.
Emmie i Arnoldowi zdecydowanie nie podobały się te wizyty Norberta
z dziewczynami, oblegającymi koszary i nawiązującymi pod ich murami znajomości z wychodzącymi na przepustki marynarzami lub żołnierzami. Upatrywali
w nich odstępstwo od dobrych obyczajów lub zapowiedź nowych, podobnych
do owego rozluźnienia, które przyniosła poprzednia wojna, kiedy to kobiety,
wyzbywając się wstydu i wszelkiej przyzwoitości, polowały na mężczyzn, nie
przebierając w środkach. Zdarzało się nawet, że wabiły ich z okien swoich
mieszkań, wołając do przechodzącego samca:
– Zapraszam na górę, chłopczyku. Mój mąż jest pod Verdunem i tak szybko
nie wróci.
Zanosiło się na to, że znów zaczną tak wołać, ponieważ Führer dał armii
jedynie tyle wytchnienia i czasu, ile potrzebowała na wylizanie się z ran odniesio-
210
nych w Polsce, a kiedy już je wyleczyła, zajął błyskawicznie Norwegię i ruszył
na Francję, omijając linię Maginota, za którą Francuzi spokojnie drzemali, ufni
w dwanaście milionów metrów sześciennych betonu tej zapory, naszpikowanej
armatami i szacunek Wehrmachtu dla neutralności Belgii i Holandii.
Arnold poszarzał, kiedy z głośnika telefunkena zaczęły padać tak dobrze
mu znane nazwy francuskich miejscowości. Miał wrażenie, że ponury koszmar,
jak zły sen, zaczyna się powtarzać i spełniają się jego najgorsze obawy i przypuszczenia. Radio obwieściło jednak triumfalnie, że dziewiętnasty korpus pancerny Heinza Guderiana dokonał wyłomu pod Sedanem i uchwycił przyczółki
nad Mozą, że część francuskich sił i brytyjski korpus ekspedycyjny zostały
okrążone i przyparte do morza pod Dunkierką, a generałowi Weygandowi nie
udało się przywrócić obronnej linii z poprzedniej wojny i zatrzymać Niemców
na rzekach Somme i Aisne...
W szufladce maszyny do szycia Singer znajdowało się metalowe pudełeczko ze szpilkami o kolorowych łebkach i Arnold, kiedy wszyscy już zasnęli,
zszedł na palcach do kuchni i poruszając się ostrożnie, aby nie obudzić śpiącej w swoim pokoju Heddy, dotarł do maszyny, odnalazł pudełeczko i wybrał
z niego po kilka szpilek czarnej i niebieskiej barwy. Kiedy je wkłuwał w mapę
Francji, tłumaczył sobie, że robi to wyłącznie dla lepszego zorientowania się
w sytuacji na froncie, ale przecież serce biło mu niezwyczajnie, gdy czarne
szpilki, oznaczające dywizje niemieckie przeszły przez Mozę, wkroczyły do
Montmédy, skąd niedaleko już było do fortów rozsianych wokół Verdun.
Włączał co noc radio na ostatnie wiadomości i komunikaty wojenne, zapisywał nazwy zdobytych miejscowości, potem wyjmował z zamkniętej na
klucz szafki mapę i szpilki. Nasłuchiwał jeszcze przez moment domowej ciszy,
jakby się bał, że zaskrzypią jakieś drzwi, że ktoś zejdzie na parter, a wreszcie
rozkładał mapę, wygładzał ją dłonią i zaczynał nakłuwanie. Niebieskie szpilki
nieustannie się cofały, wszakże czarne, wbrew jego oczekiwaniom, nie ruszały
na Metz, ani Verdun, lecz parły na zachód w kierunku Charleroi, St. Quentin
i Laon. Dopiero później, jakby mimochodem, uderzyły na południe i przeszły
niemal w kilkadziesiąt godzin przez ten pas ziemi, na którym pułk Arnolda
krwawił w atakach i grzązł w cuchnącym błocie prawie cztery lata.
Profesorowi Hasenfussowi drżały palce, kiedy wbijał czarną szpilkę w kółeczko, obok którego widniała nazwa: Verdun. Nie mógł długo zasnąć tej nocy,
a niewiele dni później, gdy telefunken ogłosił po euforycznym hejnale fanfar,
wkroczenie Wehrmachtu do Paryża, poczuł dziwne pieczenie pod powiekami...
Pamiętam Matkę, płaczącą tego dnia, ale jeszcze lepiej Ojca, klnącego jak
szewc i odsądzającego Francuzów od czci i wiary. Walczył z nimi w kajzerowskiej pikelhaubie i podziwiał ich dzielność, a teraz nie potrafił zrozumieć, co się
stało z wąsatymi Poilou, gdzie podziała się infanteria generałów Focha, Petaina
i Weyganda, nieustępliwa i twarda w obronie, szalona w ataku, kto przetrącił
211
kręgosłup tej armii, liczniejszej przecież i lepiej uzbrojonej od Wehrmachtu,
zanim jeszcze stanęła do walki..? Przecież wszyscy Polacy liczyli na Francję
i powtarzali durny, ale krzepiący wierszyk: Im słońce wyżej, tym Sikorski bliżej... A teraz co mieli mówić, jaki wierszyk ułożyć..?
Mój starszy brat, Henryk, który w ostrowskim gimnazjum ukończył francuską klasę profesor Rościszewskiej i był zakamieniałym frankofilem, łaził z kąta
w kąt, zgaszony, z wydłużonym nosem i powtarzał: c’est impossible...
Nie mógł uwierzyć, jak wielu jemu podobnych, że znalazł się taki Marcel
Déat, który zapytał w swej gazecie L’Oeuvre: Umierać za Gdańsk? Po co?
A pisarz, Paul Fauré odpowiedział mu, że Polska nie jest warta śmierci ani jednego właściciela winnicy z Mâcon. A Maurice Chevalier, postukując laseczką,
w słomkowym kapelusiku, przekrzywionym na głowie, z a g r z e w a ł do boju
żołnierzy, grających w karty na linii Maginota, śpiewając, mniej więcej, tak:
Nie bądźcie głupcami! Nie dajcie się zabić! W Paryżu są zbyt ładne dziewczęta,
a o siódmej wieczorem idzie się do teatru...
Dochodziły również do okupowanego kraju inne, smutne wieści o pogardzie, jaką okazywali oficerowie francuscy, oficerom pobitej polskiej armii, lekceważąc ich raporty o nowej taktyce wojennej, zastosowanej przez Niemców,
która później upowszechniła się pod nazwą blitzkriegu, o zagonach pancernych,
wbijanych jak miażdżące pięści w dywizje piechoty i zmasowanych atakach
stukasów, niszczących z lotu nurkowego obronne pozycje, transporty kolejowe
i zgrupowania rezerwowe na zapleczu frontu. Dopiero gdy ziemię nad Marną
i Sekwaną rozryły niemieckie bomby, a czołgi z czarnymi krzyżami na burtach
rozjechały i stratowały francuską armię, pyszałkowaci pułkownicy i generałowie
otrzeźwieli, ale wtedy było już za późno. W paryskich lupanarach rozpanoszyli
się niebieskoocy blondyni, o których burdelmatrony powiedzą po latach zupełnie
bez żenady, że płacili dobrze i byli piękni, jak herosi z greckich posągów...
Niedawno przeczytałem, co literat francuski, Paul Léautaud i adwokat,
Jacques Sadoul, wcieleni do wojska, pisali o drôle de guerre – dziwnej wojnie,
jak nazwany został ośmiomiesięczny okres bezruchu, panujący na granicy francusko-niemieckiej od września 1939 do maja 1940 roku. Jeszcze dziś robi to
silne wrażenie, jeśli się pomyśli o skutkach tej bezczynności armii francuskiej,
która dała tyle bezcennego wtedy czasu Niemcom na przygotowanie zwycięskiego uderzenia, na wyprodukowanie iluś tam nowych czołgów, samolotów
i dział, tysięcy bomb i milionów sztuk amunicji.
Ta wojna jest dziwną wojną. Pełną jakichś nowych, tajemniczych procedur. Niemcy są agresywni w stosunku do Polski, Anglia i Francja grożą:
Jeśli tkniecie Polskę, będziemy jej bronić i dojdzie do wojny... Hitler pożera Polskę, Anglia i Francja wypowiadają Niemcom wojnę i wojska naszych państw zajmują pozycje wzdłuż granicy, gotowe do walki przeciw
212
Niemcom, które z kolei głoszą, że nic nie mają do Francji ani do Anglii,
pozostają więc w defensywie. A Francja i Anglia, które im wypowiedziały
wojnę, czekają...aż Niemcy zaatakują. Można by sobie wyobrazić Hitlera,
mówiącego o Anglikach i o nas: Nie wiem, czego chcą ci ludzie? Nic im nie
zrobiłem. Co się stało, że mi grożą..? Okropnie śmieszne.
(P. Léautaud, Journallittéraire, Paris 1982, s. 81)
W czasie tych ośmiu miesięcy, które mogły odwrócić koleje wojny, gdyby potężna armia francuska rozpoczęła ofensywę, Niemcy zdążyli zaaresztować w Krakowie 183 profesorów i zamordować dwudziestu z nich, rozstrzelać w Wielkopolsce setki mężczyzn w odwet za ich udział w powstaniu z lat
1918/19, wysiedlić tysiące rodzin polskich do utworzonego już Generalnego
Gubernatorstwa, założyć w Sztuthofie pod Gdańskiem obóz koncentracyjny
i mordować w nim polskich księży i polskich patriotów z Pomorza, urządzić
rzeź w Piaśnicy, gdzie zginęło wielu Kaszubów. Mogli też przygotować się
spokojnie do skupiania Żydów w gettach, stanowiących pierwsze oznaki straszliwego losu, jaki im gotowali. A na linii Maginota:
Wszyscy stawialiśmy sobie pytanie, dlaczego tu jesteśmy? Dni mijają bez
końca, puste, w bezczynności, bez innych zajęć oprócz porannych i południowych apeli. Wieczorami jeszcze jakoś daje się wytrzymać. Drzwi
oddzielające nas od Café des Voyageurs są otwarte. Gramofon mieli swoje stare piosenki. Nie możemy wiecznie grać w karty, pić i pisać do żon.
Leżymy wyciągnięci na materacach i ziewamy. Zaczynamy rozsmakowywać się w lenistwie. Coraz bardziej ograniczamy osobistą toaletę i już się
nie golimy. Nawet zamiatać pomieszczeń nam się nie chce. Czemu służy
doskonalenie się w sztuce wojennej, kiedy wojna została wypowiedziana,
ale się jej nie prowadzi? Jesteśmy na froncie, ale poza rzadkimi wystrzałami
ostrzegawczymi, nie słyszeliśmy ani raz prawdziwych wystrzałów.
(J. Sadoul, Journal de guerre, Plon, Paris, 1968, s. 285)
Klęska Francji przekreślała nasze nadzieje na rychłe zakończenie wojny i oznaczała, że rozpoczęta już noc okupacji, będzie trwała bardzo długo.
A przecież mogło być inaczej...
XXII
W
pobliżu Katowni i zwalistego gmachu Banku Rzeszy, ustawiono ogromną tablicę z mapą Francji, ukazującą obszar zajęty przez
Wehr­macht i strefę wolną, pozostawioną jak ochłap, marszałkowi
Petainowi, który poprosił o zawieszenie broni. Naklejony obok mapy plakat
wyobrażał czarnego orła, szybującego nad sztandarami ze swastyką, a napis
w stylizowanym gotyku głosił: Mit unsern Fahnen ist der Sieg! Wszystkie
gazety natomiast donosiły na pierwszych stronach wielkimi literami o przybyciu do Paryża Adolfa Hitlera i wielkiej defiladzie zwycięstwa pod Łukiem
Triumfalnym. Maks Hasenfuss zatrzymał się na chwilę przed mapą, w sporej grupie ulicznych strategów, potem kupił w kiosku Danziger Neuesten
Nachrichten i berliński Völkischer Beobachter, a następnie skierował się ku
Targowi Rakowemu, ominął przystanek tramwajowy i wolnym, spacerowym
krokiem, zostawiając za sobą szary budynek sądu, ruszył w stronę Siedlec.
Piękne, ciepłe i słoneczne popołudnie zachęcało do takiego spaceru i odpoczynku w zacisznym ogrodzie brata, przy kieliszku wina domowej roboty, którym,
jak ufał, zostanie poczęstowany przez zawsze gościnną bratową.
– Nie odmówisz lampki, prawda? – zapytała Emma, zgodnie z przewidywaniem Maksa, który zapewnił ją, że wypije nawet dwie i wspiął się na wyższy
taras ogrodu, gdzie w cieniu drzew, zagłębiony w lekturze, siedział w wiklinowym fotelu Arnold. Ołówkiem podkreślał coś w książce i uniósł głowę dopiero
wtedy, gdy Maks powiedział:
– Guten Tag. Gdzie przebywasz, profesorze? W Lacjum, w Norikum, a może w Galii? – i nieoczekiwanie wyrecytował – Galia est omnis divisa in partes
tres... Dobry jeszcze jestem, prawda? – roześmiał się, usiadł w stojącym obok
fotelu i sapnął: – Całą drogę szedłem pieszo. A ulica pod górkę do ciebie jakby
coraz wyższa i dłuższa... – założył nogę na nogę i poprawiając starannie kant
spodni dorzucił: – jak wasza do Paryża.
214
– Nasza..? – Arnold, pozostawiając palec wsunięty pomiędzy strony, przymknął okładkę książki, którą trzymał na kolanach i spojrzał pytająco na brata.
– Do kogo pijesz?
– Do ciebie, oczywiście i tego łysego rypały – Maks zerknął na tłoczony złotymi czcionkami tytuł oprawionego w półskórek wydania Commentarii
de bello Gallico, Juliusza Cezara. – Bo ani on, ani ty, nie zdobyliście Paryża.
A Hitler zdobył. Wczoraj go zwiedzał.
Położył na wiklinowym stoliku gazety, lecz Arnold nawet nie spojrzał na
tłuste tytuły. Wyjął wreszcie palec spomiędzy kart książki i powiedział:
– Cezarowi wcale nie chodziło o Paryż. Nie miał wtedy żadnego znaczenia.
Najważniejsza była Alesia i pokonanie Vercyngetoryksa. Do Lutecii Parisiorum
pozwolił wejść Labieniusowi, który...
– Nie zagaduj mnie, Arni – przerwał Maks wywód brata, zapowiadający
się na dłuższy wykład – bo i tak nie uwierzę, że nie myślisz o tym jak Hitler
dokonał w ciągu miesiąca tego, czego wy nie mogliście zrobić przez cztery lata.
Może on naprawdę jest... – zawahał się, jakby zobaczył przed sobą rozłożone
karty tarota i pochyloną nad nimi twarz Zuzanny – kimś zupełnie wyjątkowym.
Wszystko mu się udaje. Paryż jest nasz. Co ty na to?
Arnold milczał. Próbował obezwładnić rękę, która jakby wbrew jego woli
wyciągała się w stronę leżących na stoliku gazet, rozłożyła je i Arnold zobaczył
na dużym zdjęciu panoramę stolicy Francji z wznoszącą się nad dachami domów,
nieco zamgloną iglicą, a pod zdjęciem podpis: Feldgraue auf dem Triumph­
bogen, im Hintergrund der Eiffelturm. Obok umieszczona została fotografia
historycznego wagonu kolejowego z lasku Compiégne, w którym niemieccy
generałowie w 1918 roku podpisywali akt zawieszenia broni. Teraz prosili
o nią oficerowie francuscy, pokazani w momencie wchodzenia do salonki. Na
trzecim zdjęciu przed pomnikiem w Verdun, defilowała zwycięska piechota, na
czwartym wreszcie Hitler spoglądał z otwartego samochodu na Łuk Triumfalny,
z którego zwieszała się ogromna flaga ze swastyką pośrodku.
Maks uważnie śledził wyraz twarzy brata, ale poza lekkim uniesieniem
brwi nie dostrzegł na niej żadnych oznak emocji, więc zapytał wreszcie:
– No i co? Nie chodzą ci mrówki po plecach?
– Chodzą – Arnold złożył berlińską gazetę i nie sięgnął już po drugą. Nie
przyznał się do tego, co robił w nocy, do szpilek z czarnymi i niebieskimi łebkami, które wkłuwał w mapę Francji i do tej, wbitej w serce tego kraju, gdy
fanfary obwieszczały upadek Paryża i do pieczenia pod powiekami. Zza okna,
które otworzył, aby ochłonąć, ostudzić czoło i pulsujące skronie, napływały
z ogrodu, tonącego w przejrzystym, zielonkawym świetle księżyca, zwiewne
szelesty liści, a z pogrążonego w spokojnym śnie miasta dobiegło, stłumione
odległością bicie zegara na ratuszowej wieży; kiedy jego echo spłynęło ze stoku wzgórza i lekkie tchnienie wiatru zgasło wśród konarów drzew, wszystko
215
zastygło w niczym nie zmąconej ciszy. Tak głębokiej, że tocząca się gdzieś,
na zachodnim krańcu kontynentu wojna, wydawała się czymś nierzeczywistym; odeszła daleko od miejsca, w którym się rozpoczęła i miała już nigdy
nie powrócić. Teraz, kiedy o bruk Paryża dudniły buty żołnierzy w mundurach
feldgrau, wydawało się to zupełnie pewne, lecz Arnold, pomimo podniecenia
w jakim się znajdował, nie zapomniał o powlekającym się złowieszczą czerwienią papierze fotograficznym, gdy Schleswig-Holstein oddawał swą pierwszą
salwę w kierunku Westerplatte. Dlatego nie mógł wyzbyć się zupełnie obaw,
które nie chciały go odstąpić, chociaż jednocześnie oszołomiony był rozmiarem zwycięstwa Wehrmachtu, którego przed dwudziestu paru laty nie udało
się osiągnąć cesarskiej armii. Lufy armat jego baterii, podobnie jak wszystkich
innych, rozstawionych wzdłuż linii frontu, wysyłały codziennie tysiące pocisków na okopy upartych wąsali w grzebieniastych hełmach, a kiedy do ataku
ruszała infanteria, witał ją morderczy ogień karabinów maszynowych i musiała
się cofać, zostawiając na ziemi niczyjej nowych poległych i rannych. I tak było
niemal dzień po dniu w tej czteroletniej rzezi, cuchnącej krwią i błotem, a teraz pancerne kliny czołgów rozcinały na pół francuskie dywizje, miażdżyły je
swymi żelaznymi gąsienicami i siejąc przerażenie, parły niepowstrzymanie do
przodu... Arnold zapatrzony na dach sąsiedniego domu, otoczonego bukietami
fioletowego bzu, wracał powoli z tamtych pól bitewnych i powtórzył: – Chodzą
mi mrówki, chodzą... Z różnych powodów. Nie spałem dziś dobrze.
– Zuzanna też tłukła się po mieszkaniu prawie do świtu – Maks wyjął
z kieszeni białożółte pudełko z napisem Reemtsma R-6, zapalił płaskiego
papierosa i wypuścił nosem dwie smużki niebieskawego dymu. – Muszę ci
powiedzieć, Arni, że moja żona dziwaczeje i zaczynam się o nią martwić.
Niech to zostanie między nami, ale potrafi budzić mnie w nocy, bo ma jakieś
koszmary senne i lęki. Wszystko przez te karty, które sobie wiecznie kładzie
i nabija głowę tym, co niby w nich zobaczyła. Rysuje kwadraty magiczne,
stawia horoskopy i plecie takie bzdury o gwiazdach i planetach, że czasem
trudno z nią rozmawiać.
– Ale trzeba – doradził Arnold. – Astrologia jest stara jak świat, a Rzymianie
nie podejmowali żadnej poważniejszej decyzji bez auspicji kapłanów, którzy z
lotu ptaków...
– Chociaż raz zostaw w spokoju te swoje starożytne rupiecie – zaproponował dość obcesowo Maks. – Ja się martwię o Zuzannę, a ty mi opowiadasz...
– Mogę w ogóle nic nie mówić – urażony Arnold ostentacyjnie otworzył
książkę z relacją Cezara o podboju Galii, a Maks podniósł się z fotela i zapewne
bracia znów przestaliby odzywać się jakiś czas do siebie, ale na ścieżce pośrodku ogrodu ukazała się Emma, a za nią Hedda i skaczący obok niej Kuki, który
zadomowił się już na dobre pod dachem Hasenfussów. Kobiety niosły wino
w pękatym, szklanym dzbanie, kielichy na wysokich nóżkach, misternie ple-
216
ciony koszyczek pełen kruchych ciastek i talerzyki z cienkiej porcelany, które
zaraz pojawiły się na wiklinowym stoliku.
– Niepotrzebnie się fatygujesz, Emmo, bo ja właśnie wychodzę... – zaczął
bąkać Maks, ale profesorowej wystarczyło jedno spojrzenie na twarze braci,
aby się domyślić, że już zdążyli się przemówić, więc pokręciła tylko głową,
nalewając rubinowe wino do kielichów.
– Zupełnie jak dzieci. O co wam teraz poszło?
Hedda dygnęła grzecznie i oddaliła się, Kuki również pożegnał się krótkim
szczeknięciem, Arnold ostentacyjnie obserwował krążące wysoko jaskółki, zatem powtórzyła pytanie i Maks, po krótkim wahaniu, przypuścił ją do tajemnicy, objaśnił przyczynę spięcia i dodał z irytacją:
– Twój mąż nie potrafi ze mną normalnie rozmawiać. Powiadam mu, że
martwię się o Zuzę, a on mi wyjeżdża ze swoimi mądrościami. Wielki pan profesor... Metr siedemdziesiąt w kapeluszu.
– Siedemdziesiąt cztery – poprawiła Emma, uśmiechając się łagodnie.
– I bez kapelusza. Możesz mi wierzyć.
Zawsze udawało się jej rozbroić szwagra, tym razem jednak Maks nie roz­
chmurzył się od razu. Znów poczuł obecność starego ciernia zawiści i powiedział:
– Mogło być inaczej.
Profesor nadal spoglądał na ptaki. Nie potwierdził oświadczenia brata,
lecz także mu nie zaprzeczył, a przecież równie dobrze jak on pamiętał dzień,
w którym obaj przedstawili ojcu swoje świadectwa szkolne; on ukończenia
z wyróżnieniem wyższej primy, a Maks...
– No, no... – stary Hasenfuss rozłożył przed sobą dokumenty potwierdzające wystawionymi przez nauczycieli ocenami zdolności jego synów, dumał
dłuższą chwilę, kręcił sztywny koniuszek sterczącego pod nosem wąsa i sapnął,
nim powiedział: – Trzeba coś postanowić.
Krążąca nad miastem Fortuna, bogini ślepego przypadku, rozsypująca
z przepaską na oczach dary ze swego rogu obfitości, musiała jednak zerkać
od czasu do czasu w dół na czerwone dachy kamieniczek, z reguły bowiem
znaczne majątki powstawały tam, gdzie jej przychylność wspomagana była zapobiegliwością, pracowitością i zmysłem kupieckim. A tego talentu Gottlieb
Hasenfuss nie dostrzegał u Arnolda, chociaż on, z racji starszeństwa, powinien
objąć po nim kantor, pomnażać odziedziczone zasoby i dostatek rodziny, którą
założy. Celujące oceny na świadectwie i otrzymane wyróżnienie wskazywały,
że mógłby pójść inną drogą, na to wszakże należało dobrze potrząsnąć sakiewką i wyłożyć z niej sporo marek, więc Gottlieb znów poradził się swego wąsa,
kręcąc w palcach jego zadziorne różki.
– Z tego co tu widzę – oznajmił synom rezultaty narady i postukał w świadectwa grubym cygarem – wynika jasno, że z ciebie, Maks, będzie lepszy kupiec, niż z Arnolda. Masz dość kiepskie cenzurki, tylko w rachunkach jesteś
217
bardzo dobry, to nikt cię nie oszuka, a swoje księgi kasowe poprowadzisz porządnie. Obrotny też jesteś, bo w ubiegłym tygodniu dałem ci półtorej marki na
kalafonię do smyczka, a przedwczoraj na to samo wziąłeś od matki dziewięćdziesiąt fenigów i tylko przypadkiem o tym się dowiedziałem.
Gottlieb Hasenfuss zapalił cygaro, wypuścił z ust smużkę wonnego dymu
i przyglądał się, marszcząc brwi, przestępującemu z nogi na nogę Maksowi,
a ten bąkał coś i kręcił, nim wreszcie wydukał:
– Składam sobie pieniądze.
– Na co?
– Na... – Maks zawahał się przed wyjawieniem właściwego powodu. –
Lubię mieć trochę marek.
– Rozumiem – Gottlieb rozchmurzył się nieoczekiwanie. – To zaleta każdego dobrego kupca. Kapitał należy jednak gromadzić uczciwie i o tym musisz
zawsze pamiętać, kiedy usiądziesz tutaj, na moim miejscu.
Wyglądał dostojnie na tle swojego, wyłożonego ciemną boazerią kantoru,
do którego światło wpadało przez kwadratowe szybki, ujęte w cienkie, mosiężne ramki. Przesuwając się w ciągu dnia po ścianach, rozjaśniało rozwieszone na nich, ozdobnie oprawione dyplomy i certyfikaty, świadczące o renomie
i powadze firmy, zaopatrującej w różnorodne gatunki papieru, tektury, bibuł
i opakowań licznych odbiorców z całego miasta. Maksowi zabrakło rozmachu
ojca i hurtownia pod jego ręką skurczyła się do sklepu z artykułami papierniczymi, biurowymi i szkolnymi, ale tamtego dnia nikt o tym jeszcze nie mógł
wiedzieć, ani przewidzieć: Gottlieb Hasenfuss, palący wonne cygaro, Arnold,
spoglądający z wyczekiwaniem na brata i sam Maks, który przez długą chwilę
przymierzał się do fotela ojca. Przypatrywał się sobie, ubranemu w taki sam
czarny tużurek i kamizelkę z kieszonką na złoty zegarek, szare spodnie i białą
koszulę z sztywnym kołnierzykiem vatermörder, okrążonym ciemnym halsztukiem, pośrodku którego błyszczała duża perła. Był to konterfekt zamożnego
mężczyzny z wąsem i włosami rozdzielonymi równym przedziałkiem; podobał
się Maksowi, zatem mógł spokojnie powiedzieć:
– Jeżeli ojciec tak sobie życzy, to usiądę.
– Musimy jeszcze zapytać, czy twój starszy brat nie ma nic przeciw temu
– powiedział Gottlieb Hasenfuss zza skręcających się w pierścienie smużek
dymu, ponieważ niezbyt często korzystał z przysługującego mu odwiecznego
prawa do arbitralnych decyzji. – Zgadzasz się, Arni?
Jednym skinieniem głowy Arnold pożegnał się ze zmorą ksiąg rachunkowych, a w dodatku zobaczył jak uśmiech zadowolenia wypływa na twarz ojca.
– Mam dobrych synów – oznajmił i pozwolił obydwom pocałować się
w rękę. – Nie zmarnują też na pewno tego, co im daję.
Z taką świadomością Gottlieb Hasenfuss zszedł z tego świata, nie bolał
więc nad tym, że Maks, jak się już rzekło, otrzymanego talentu nie pomnożył,
218
a w dodatku miał chwile zawiści o profesorski tytuł brata, który mógł należeć
do niego, wraz z estymą, jaką powszechnie wzbudzał, gdyby rozmowa z ojcem
potoczyła się inaczej...
– Oczywiście – przyznał wreszcie Arnold, kończąc badanie lotu jaskółek.
– Nie zapominaj jednak, że ojciec pozwolił nam wybierać i ty wybrałeś sklep.
Nie kwapiłeś się do książek, więc nie możesz teraz czuć się pokrzywdzony.
Masz interes w samym centrum miasta, na pryncypalnej ulicy i możesz...
– Tylko liczyć pieniądze – dopowiedział Maks z ironicznym grymasem.
– To przyjdź raz do mnie, spróbuj sprzedawać zeszyty i ołówki... Proszę bardzo,
jakie sobie pani życzy? Może jeszcze gumkę do mazania albo kredki dla dzieci?
Mamy duży wybór... – wstał z wiklinowego fotela, zgiął się dwa razy w ukłonie
i usiadł z powrotem. – I tak od rana do wieczora.
– Nikt ci nie kazał likwidować hurtowni – zauważył kąśliwie Arnold. –
A w sklepie zatrudniasz dwóch subiektów i żonę w kasie. Możesz przez cały
dzień nie kiwnąć palcem w bucie.
– Wszystkim tak się wydaje, bo nie narzekam – Maks sięgnął po nowego
erzeksa i dwa razy zakręcił kółkiem zapalniczki, nim na końcu knota ukazał się
żółty płomyk. – A mógłbym. Subiektów wezmą mi każdej chwili do wojska,
Zuzanna nie chce już schodzić do kasy, bo przewróciło się jej w głowie i chyba samemu przyjdzie mi sterczeć za ladą. A ona w tym czasie będzie pewnie
z Guntnerem...
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że twoja żona i ten lekarz... – obruszyła
się Emma, nie wypowiadając oczywiście słów, których nie zniosłyby jej usta.
– Takimi bezpodstawnymi posądzeniami krzywdzisz ...
– Ależ ja Zuzy o nic zdrożnego nie podejrzewam – bronił się Maks. – Nie
wiem tylko co robić, bo ona powiada, że została stworzona do czegoś wyższego, niż do siedzenia w kasie i liczenia pieniędzy? Spiknęła się z doktorem
i razem odprawiają jakieś, jak to ona nazywa, seanse. Co począć z tym fantem?
– Przeczekać – doradziła Emma. – A najlepiej zrozumieć.
– Spróbuj – dodał Arnold, popierając Emmę. – Twoja Zuzanna urodziła się
w pierwszej połowie lutego, więc jest spod znaku Aquariusa. A Wodnik bardzo
lubi pytać o przyszłość. Szczególnie w niespokojnych czasach.
Maks patrzył przez chwilę na pląsające po obrusie plamki słonecznego
światła, przesiewające się przez liście orzecha i zapalające rubinowe błyski
w wypełnionych winem kielichach, na rabaty kwiatów, rosnących wzdłuż ścieżek i kołyszące się nad nimi motyle, na ten cały, jakby drzemiący w ciszy ogród,
w którym jedynie nie ustawało brzęczenie pszczelich skrzydełek i pomyślał, że
niespokojny czas w takim miejscu mógł wydawać się czymś nierzeczywistym
lub bardzo odległym, nie dotyczącym już ani tego domu, którego czerwony
dach wyłaniał się zza krzewów na dolnym tarasie, ani miasta, rozłożonego
219
pomiędzy brzegiem morza i morenowymi wzgórzami. Gazety leżące na stole
przyniosły przecież dobre wieści, zapowiadały rychły koniec wojny, więc upił
łyk wina i słuchał bez irytacji wywodów Arnolda, który swoim zwyczajem zaczął rozprawiać nie tylko o skłonnościach Wodnika do spoglądania w gwiazdy,
ale o falach proroctw i przepowiedni, towarzyszących zawsze ludzkim lękom,
gdy upada wiara w rozum i powracają magiczne praktyki, a wsparcia szuka się
w tajemnych siłach.
– Brunhilda pisała niedawno, że w Berlinie pojawili się już różni wróżbici
– wtrąciła Emma. – Podobno nawet Himmler i Göring korzystają z ich usług.
A ty masz pretensje do Zuzanny, że kładzie sobie tarota z doktorem Guntnerem.
Kiedy Brunhilda przyjedzie, to się do nich przyłączymy, jeżeli nam pozwolą.
Maks zestrzygł uszami na wiadomość o przyjeździe pięknej ciotki, ale powiedział tylko, zwracając się do Arnolda:
– Nasze żony już nawet nie pytają, czy nam się podoba to co robią, albo
mają zamiar zrobić. Dawniej było to nie do pomyślenia. Pamiętam, że ojciec...
– zamilkł na moment, dostrzegając utkwione w jakimś punkcie spojrzenie brata. – Zdaje się, że wcale mnie nie słuchasz. Wróciłeś z Cezarem do Galii?
– Nie, nie ... przepraszam – Arnold z zakłopotaniem sięgnął po wino i przyznał z rozbrajającą szczerością: – Tak daleko nie zabłądziłem. Zatrzymałem się
w średniowieczu.
– Coś podobnego..?! – zawołał Maks, przechylając głowę z boku na bok,
w udanym zdumieniu. – I cóż tam robiłeś?
– Oglądałem pewien stary miedzioryt.
– Jak to: oglądałeś? – teraz Maks nie musiał udawać zdziwienia. – Nie
masz go przecież przed sobą.
– Mam go tutaj – profesorski palec powędrował do czoła i jeśli mógłbym
dodać teraz swoje trzy grosze, to chciałbym powiedzieć, że pan Hasenfuss, gdyby dożył do obecnych lat, nie musiałby korzystać z internetu, aby obejrzeć jakieś
dzieło dawnych mistrzów, ponieważ wyświetlał je sobie w głowie, jak na kolorowym ekranie, bez opłacania wysokiego abonamentu; zobaczył więc wyraźnie
skrzydlatą postać geniusza, siedzącego bezczynnie na tle rozpoczętej budowli,
wśród rozrzuconych narzędzi ciesielskich i spoglądającego gdzieś w melancholijnym, sceptycznym zamyśleniu, wyraźnie świadczącym, że zwątpił w sens
dalszego wznoszenia gmachu przy pomocy cyrkla i miary. – I ten miedzioryt
pasuje dobrze do tego, o czym mówiliśmy, bo ufności w rozum przeciwstawia
wiarę w tajemne siły i magiczne praktyki. Dlatego jest tam wyobrażony słynny
w średniowieczu kwadrat, w którym dodawanie cyfr i liczb, z którejkolwiek
rozpocząć strony, daje zawsze ten sam wynik: trzydzieści cztery.
– To jakaś sztuczka? – Maks spojrzał podejrzliwie na Arnolda. – Chciałbym
zobaczyć taki kwadrat.
– Mogę ci go zaraz narysować.
220
Arnold, który podczas lektury miał zawsze pod ręką brulion do notatek,
sięgnął po ołówek, zaznaczył na czystej kartce główne linie figury, przeciągnął
poprzeczne i podłużne kreski, a Maks i Emma zaglądali mu ciekawie przez
ramię, gdy zaczął wypełniać wolne pola cyframi i liczbami.
– Gotowe – oświadczył. – Teraz możecie liczyć.
16
3
2
13
5
10 11
8
9
6
7
12
4
15 14
1
– Zobaczymy – Maks przebiegł wzrokiem wszystkie kolumny w pionie, poziomie, a także w skosie i kiwnął głową. – Zgadza się. Wychodzi trzydzieści
cztery. Czy jednak wypada, żeby poważny profesor bawił się w takie głupstwa?
– Dzisiaj wydają się tylko figlami, ale wtedy grały inną rolę – tłumaczył
Arnold, wpadając w belferski ton. – Schyłek średniowiecza wypełniał strach
przed końcem świata i może ludzie próbowali zająć się czymkolwiek, żeby
zapomnieć o swoich obawach. Za sześćdziesiąt lat będzie się kończył nie tylko
nasz dwudziesty wiek, ale zacznie nowe tysiąclecie i kiedy zbliży się przełomowy dwutysięczny rok, pojawić się mogą jeszcze większe lęki niż dawniej.
– Bardzo wątpię, Arni. Ludzie są już mądrzejsi i w koniec świata nikt łatwo
nie uwierzy. Czego więc mieliby się bać? Szkoda, że człowiek żyje tak krótko,
bo rad byłbym zobaczyć, jak tu będzie wtedy wyglądało – Maks zatoczył ręką
półkole, ogarniające jakby cały ogród. – Drzewa się rozrosną, będą rodziły więcej
owoców i dawały więcej cienia, a pod nimi, na trawie, wasze prawnuki... Ktoś tu
idzie – przysłonił sobie dłonią oczy. – W mundurze. Jakiś wasz znajomy?
Niespodziewany gość przystanął na środku ścieżki, zdjął okrągłą, żółtą
czapkę i przecierał sobie czoło chusteczką, a Emma powiedziała:
– To Blockleiter Knoche. Mieszka niżej, pod siedemdziesiątym trzecim.
Dostał dom z całym wyposażeniem po Kaletach, ale biuro ma na Zigankenbergu.
Odbieram tam u niego kartki żywnościowe.
– A on czasem nas rewizytuje – uzupełnił Arnold. – Kiedy tu wchodzi po
skarpie, to zawsze odpoczywa przy czereśni.
– Chyba waży z dwieście funtów – ocenił skromnie Maks, patrząc jak
Knoche toczy się wolno po ścieżce. – Widać nieźle mu się wiedzie.
– Pójdę po kieliszek.
Emma wstała, przywitała się z Blockleiterem, zbiegła z lekkiej pochyłości
i zniknęła na schodach skarpy, a Knoche, posapując, docierał dopiero do stolika
pod orzechami.
221
– Cóż za piękny dzień – oznajmił, ściskając rękę profesora, a po dokonanej
prezentacji z Maksem usadowił się w fotelu i dodał: – Podwójnie piękny, panowie. Jesteśmy w Paryżu.
– Właśnie o tym rozmawiamy – Maks stuknął palcem w rozłożone gazety.
– Mój brat w tamtej wojnie...
– Wiem, wiem... – szeroki uśmiech nie schodził z twarzy Blockleitera. –
Sprowadziłem się tu niedawno, ale znam już całą ulicę. A pana profesora darzę
szczególnym szacunkiem. Za Żelazny Krzyż. Gdyby chciał wstąpić do partii,
rekomendowałbym go z wielką przyjemnością.
– Panie Knoche...
– Rozumiem, profesorze. Doskonale rozumiem, że chce pan mieć czas na
podjęcie decyzji, ale w końcu nad czym tu się zastanawiać? – Blockleiter rozłożył ręce i opuściwszy je z powrotem na oparcie fotela, dorzucił: – Teraz wiele
osób będzie chciało mieć legitymację NSDAP, a ceni się wyżej te, które mają
niższe numery. Dlatego radziłbym...
Emma wróciła z kielichem i Knoche poprzestał na tym dość przejrzystym
napomnieniu, aby wznieść toast za zwycięstwo.
– Wojna jest właściwie skończona, panowie – oświadczył z przekonaniem. –
Francja już nam nie zagrozi, bo weźmiemy ją pod nasz protektorat, odbierając oczywiście Alzację i Lotaryngię. Z Anglikami zawrzemy pokój, podzielimy się z nimi
francuskimi koloniami w Afryce i codziennie będziemy jeść banany i ananasy.
– Myśli pan, że Churchill się zgodzi?
– A ma inne wyjście? – odpowiedział Knoche pytaniem, a kiedy Maks
wyraził przypuszczenie, że za kanałem La Manche może się czuć bezpieczny,
przypomniał mu, że dla Luftwaffe nie stanowi on żadnej przeszkody. – W ciągu
tygodnia Londyn zostanie zrównany z ziemią i wtedy Churchill podda się bez
żadnego gadania. Za Führera, panowie!
Potrącane brzegami kryształowe kielichy wydały czysty, jasny dźwięk,
błysnęły rubinową iskrą, a kiedy toast został spełniony, Blockleiter pochwalił
smak wina, rozsiadł się wygodniej w fotelu i potoczywszy wzrokiem dokoła
stołu, oznajmił, że pozostaje jeszcze do załatwienia problem komunistycznej
Rosji, nikt bowiem, kto czytał Mein Kampf nie wątpi, że Führer, raczej prędzej
niż później, rozprawi się ze Stalinem i zdobędzie na wschodzie Lebensraum dla
nowych pokoleń Niemców.
– Pacta sunt servanda – zauważył Arnold i zaraz dodał tłumaczenie, widząc, że Knoche uniósł lewą brew. – To znaczy, że umowy muszą być dotrzymywane, niezależnie od tego z kim się je podpisuje. A minister Ribbentrop...
– Podpisał tylko kawałek papieru, który można każdej chwili wrzucić do
kosza albo... – sięgnął po leżącą na stole kartkę, na której Arnold wyrysował
magiczny kwadrat i rozdarł ją na pół. – Pan jeszcze wielu rzeczy nie rozumie,
profesorze.
222
– Ja też – przyznała Emma. – Mówił pan, że wojna już się skończyła, a teraz...
– To nie będzie wojna, tylko ekspedycja karna, Frau Hasenfuss – Blocklei­ter
wypił resztę wina i podsunął Emmie pusty kielich. – Wspólnie z Japończykami
uderzymy na bolszewików z dwóch stron i podzielimy się Rosją. Granicą będzie na razie Ural, a potem się zobaczy.
– Co się zobaczy? – zapytał Maks, a rozparty w fotelu Knoche uśmiechnął
się tajemniczo i oznajmił:
– To, co gwiazdy nakażą. Bo zwycięstwo Führera zapisane jest tam, w górze... – odchylił głowę do tyłu i przez moment patrzył na przepływającą wysoko
chmurę. – Przepowiedział to Nostradamus czterysta lat temu. A wszystkie jego
proroctwa się sprawdzają.
Maksa wyraźnie zaskoczył wywód Blockleitera. Wymienił szybkie spojrzenie z Emmą, gdyż oboje pomyśleli jednocześnie o Zuzannie i raczej stwierdził, niż zapytał:
– To znaczy, że warto się z nimi zapoznać.
– Nawet trzeba – oświadczył Knoche. – Nostradamus napisał wyraźnie
w swoich księgach, że wielki wódz Hister pokona Brytanię. Pomylił się tylko
o jedną literę w nazwisku. To zdumiewające. Nadzwyczajne!
XXIII
Z
fenomenem Michela de Nostre-Dame, czyli Nostradamusa z Prowansji,
autora księgi przepowiedni Centuries astrologiques, zawierającej siedemset czterowierszy, zwanych centuriami, nie potrafili się uporać dawniej i nie potrafią do dziś, różnego pokroju badacze i komentatorzy. Centuries
napisane są tak zawiłym i niejasnym językiem, że można ich przesłanie wykładać w różnorodny sposób, co też czyniono od kilku wieków i czyni się nadal,
zależnie od panujących okoliczności. Dlatego Nostradamus był bardzo użyteczny w prowadzonej przez Niemcy i przez Anglię wojnie psychologicznej,
ponieważ każda ze stron fabrykowała własne i korzystne dla siebie komentarze
do jego proroctw.
W naszym ostrowskim domu, na początku okupacji, może dlatego właśnie,
że miał jakoby przepowiedzieć upadek Wielkiej Brytanii, nie mówiło się wcale o Nostradamusie. Wielkim uznaniem otoczony był natomiast kozacki lirnik
Wernyhora, za słowa – krzyż splugawiony razem z młotem padnie – zapowiadające jednoczesny upadek Hitlera i Stalina. Pieśni Wernyhory przepisywała na
maszynie moja siostra Halina, a gdy ich kolportowanie stało się zbyt niebezpieczne, kazano mi nauczyć się na pamięć całego wierszowanego proroctwa
i przenosiłem je w głowie (a tam niemieccy żandarmi nie mogli już zajrzeć)
do ludzi, czekających na ten okruch nadziei i otuchy, szczególnie wszystkim
potrzebny po klęsce Francji.
Pisząc o niej w poprzednich rozdziałach, wypadłem jakby z rytmu, w którym pory roku, zmieniające wygląd ogrodu, otaczającego nasz dom przy ulicy
Wyczółkowskiego 89, mogły zbiegać się z podobnymi zmianami w posesji przy
Kleine Mölde neunundachtzig i wydarzeniami dotyczącymi Hasenfussów, co
jakby ułatwiało mi zbliżenie do nich, pełniejsze zrozumienie tego, co przyszło
im przeżyć; jeśli za oknem gabinetu Arnolda padał śnieg, a ze swego miejsca
za biurkiem widziałem również sypiące się gęsto za szybą białe płatki, dzielący
224
nas obu czas niemal znikał. Teraz natomiast, kiedy nadeszła jesień, przyszło mi
pisać o fatalnym francuskim czerwcu, aby więc ponownie zrównać się z właściwą porą roku i dojść pod koniec grudnia do ostatniej wojennej zimy, muszę
w ciągu trzech miesięcy zaledwie opowiedzieć co działo się z Hasenfussami
przez cztery lata. Zanosi się więc na to, że mój dzień pracy, a zwłaszcza noc,
jeszcze bardziej się wydłuży, bo przecież, licząc już niemal każdą godzinę, nie
zrezygnuję z wyjazdu do Ostrowa na Wszystkich Świętych, z imieninowych
wieczorów u Janusza Wydry i Andrzeja Szaciłły, moich starych przyjaciół, a po
tych uroczystościach z koniecznego odpoczynku, bo kto był u Szaca, ten ma
kaca. Czytać też nie przestanę, zamiast więc martwić się, czy uda mi się to
wszystko pogodzić, spróbuję zmieścić w tym rozdziale dwanaście miesięcy,
które upłynęły od pokonania Francji do uderzenia Hitlera na ZSRR, co pogłębiło obawy Emmy o synów, skłoniło profesora Hasenfussa do pilnego studiowania map europejskiej części sowieckiego imperium, a obudziło nowe nadzieje
Polaków, bowiem Wernyhora przepowiadał, że gdy czarny orzeł oczy swe na
Wschód obróci, ze złamanym skrzydłem wróci.
Zuzanna i doktor Guntner, co jest oczywiste, nie wiedzieli nic o kozackim
proroku. Karty nie ostrzegały ich również wyraźnie o niebezpieczeństwie ze
Wschodu, chociaż wysyłały sygnały o pewnych zagrożeniach z tamtej strony,
zresztą niejasne, a nawet sprzeczne. Mozolili się nad rozwikłaniem tej skomplikowanej zagadki, stosując różne rozkłady: krzyża celtyckiego, gwiazdy, podkowy, czy trójkąta. Analizowali starannie wszystkie wyniki i pogrążali się w ich
interpretowaniu często do późnego wieczora. Maks w tym czasie, tak przynajmniej twierdził, zabawiał się kręglami, zjadał kolację w restauracji hotelu Eden
naprzeciw głównego dworca kolejowego, albo wypijał dwie, najwyżej trzy,
lampki dobrego wina u Louisa Ernsta w Bodenburg-Speisewagen, co zresztą
Zuzannę zupełnie nie interesowało.
Uta i Asta były bardzo zadowolone z nieobecności rodziców, ponieważ
mogły wracać do domu o różnej, nawet późnej porze. Korzystały więc z tej
swobody, lecz tylko Uta pozwalała jeszcze zapraszać się Wuismutim do kina.
Starsza od niej Asta wstydziła się już towarzystwa bliźniaków. Wolała zerkać
na młodych marynarzy i lotników, ponieważ podobały się jej bardzo mundury,
które nosili. Tylko ich mnogość widoczna na ulicach, obowiązujące od zmroku zaciemnienie i kartki żywnościowe, świadczyły o tym, że toczy się wojna.
Daleko jednak od miasta. Tak daleko, że niemal trudno było uwierzyć w jej
trwanie, szczególnie wtedy, gdy lipcowe i sierpniowe słońce zapraszało na plaże w Glettkau, Brösen i Heubude. Dojeżdżające do nich tramwaje pobrzękiwały dzwonkami tak samo jak w poprzednich latach, tak samo śmiały się wysiadające z nich dziewczęta i chłopcy, tak samo rozsiadały się w wiklinowych koszach starsze panie i towarzyszący im panowie. Niewiele tylko było pomiędzy
nimi młodych mężczyzn, opuszczali bowiem miasto o świcie, żegnani na progu
225
domów przez matki i żony i próbowali nie odwracać głów, aby nie widzieć,
że płaczą, że unoszą dłonie do policzków, jakby zamknąć chciały na nich ciepło pożegnalnych pocałunków, ślady ostatniego dotknięcia ust i rąk, które na
rozkaz Führera zdobywać będą nowe ziemie dla swoich rodzin, dla śpiących
w kołyskach dzieci i czcigodnych, oprószonych siwizną starców, zabijając innych starców, inne kobiety i inne, leżące w łóżeczkach maleństwa.
Z domów, otaczających zamykający Kleine Mölde plac, wyszedł już
syn Zombarthów spod numeru 107, syn Winterów spod 103 i młody Siebert
spod 95. Emma znała ich wszystkich dobrze, widziała jak dorastali, jak rankami
szli do szkoły z Norbertem, każdy z swoim tornistrem na plecach, jak bawili się
w parku i pałaszowali maliny z bitą śmietaną, które podawała im w ogrodzie na
urodzinach Lizy. Byli to mili, weseli chłopcy, a teraz poszli podbijać, podpalać
i zabijać, mogli też sami zostać zabici i dlatego z niepokojem myślała o dniu,
w którym Jochen otrzyma kartę powołania do armii, a Norbert skończy szkołę
oficerską i znajdzie się na morzu.
Całe swoje świadome życie nosiła w sobie tę cierniową, bolesną miłość,
której nieustannie towarzyszyła dręcząca obawa o najbliższych, wieczny lęk
przed możliwością ich utraty. Dźwigała ten ciężar od dzieciństwa, gdy śmierć
babci otwarła w niej przeczucie nieuchronnej utraty ojca i matki, a potem, gdy
sama nią została, nachodziły ją nocne lęki o dzieci. Budziła się z kołaczącym
sercem, zrywała z łóżka i pochylała nad ich małymi główkami, nasłuchując,
czy oddychają, czuwała przy nich w czasie choroby, a kiedy podrosły, stawała
przy oknie, czekając na ich powroty ze szkoły i jeśli się spóźniały, już drżała,
wyobrażając sobie, że coś przytrafiło się im po drodze. A teraz miały przyjść
i wiedziała dobrze, że nadejdą, najgorsze chwile; nieustannego, trwożnego wyczekiwania na listonosza, który zamiast wrzucić do skrzynki przy furtce biały
Feldpostbrief, może przynieść list od dowódcy zawiadamiającego z wielkim
żalem, że dnia tego i tego... Otrząsała się z tych myśli, odpychała je od siebie,
lecz natrętnie wokół niej krążyły, więc poprawiała włosy, wzuwała buciki, naciągała niciane rękawiczki i szła na Langgasse do Zuzanny, prosić o położenie
kart, które obudzą może nadzieję na rychłe zakończenie wojny, w tym bowiem
jedynie upatrywała ratunek dla Jochena i Norberta.
O Torstenie raczej nie myślała. Spowiadała się nawet z tej swojej obojętności, uważając ją za grzech, ale nie mogła jej przemóc. Zresztą Simmel
zatroszczył się sam o siebie i tak, jak postanowił, wkręcił się do policji. Nie
można tego inaczej nazwać, bo w miejskiej komendzie niezbyt się kwapili
z pozytywnym załatwieniem jego zgłoszenia ze względu na mało imponującą
posturę ochotnika, ale wreszcie przydzielili Torstena do jakiegoś pomocniczego oddziału i pewnego dnia mąż Lizy pojawił się na Kleine Mölde w mundurze, żelaznym garnku na głowie i butach z cholewkami zmarszczonymi
w harmonijkę.
226
Hedda, która pierwsza zobaczyła Simmela, nie usiłowała nawet powstrzymać wesołości i śmiejąc się głośno, zaprowadziła go do lustra, aby się w nim
przejrzał, zanim pokaże się żonie. Była jednak zbyt dobrego serca i nie mogła
długo patrzeć na takiego niedojdę, więc zaciągnęła go do swego pokoju i zaraz
wzięła się za nożyce, igłę i nici.
– Zdejmuj kurtkę – zaproponowała. – Skrócę ci chociaż rękawy, to zaraz
będziesz inaczej wyglądał. Nie mieli nic lepszego dla ciebie?
– Może i mieli, ale magazynierom nie chce się szukać, więc wziąłem bez
gadania to, co dali – Torsten nie zdejmował kurtki, ale przysiadł na taborecie,
bowiem Hedda była jedyną osobą w domu Hasenfussów, naturalnie poza Lizą,
w której towarzystwie nie czuł się źle i z którą czasem zamieniał kilka zdań.
– Nie musisz mi skracać rękawów.
– Tylko tyle. Trzy centymetry – przyłożyła ceratową miarkę krawiecką do
szerokiego mankietu. – Czemu nie chcesz?
Zmrużył tajemniczo powieki i mamrocząc po swojemu, wyjaśnił Heddzie,
że jeśli będzie wyglądał jak oferma, to może liczyć na stosowne traktowanie
i jakoś przepękać służbę, do której się zgłosił.
– Najlepiej w kompanii gospodarczej – podsumował, pogłaskał Kukiego
po aksamitnym łbie i ruszył ku drzwiom. – Przy kucharzu.
Poczłapał na piętro, nie spotykając na szczęście nikogo na schodach,
zrzucił z siebie mundur i czekał na powrót Lizy z pracy w łóżku, tam bowiem
najłatwiej dochodzili do porozumienia we wszystkich sprawach. Kalkulacje
Torstena i jego recepta na przeżycie wojny, zostały również dokładnie omówione z Lizą w tym właśnie miejscu i początkowo wydawało się, że istnieją szanse
na ich zrealizowanie. Torsten nie został wprawdzie przydzielony do kompanii
gospodarczej, ale na sobotę i niedzielę wracał do Lizy, po całotygodniowym
polowaniu na ukrywane w kaszubskich gospodarstwach knury. Pełnił więc
Simmel służbę w lotnych patrolach, które jeździły od wsi do wsi i przetrząsały Kaszubom wszystkie zakamarki w stodołach, stajniach i oborach, z reguły
wracając z pustymi rękami do miasta. Kiedy jednak, z jakiegoś przemyślnego
schowka wyciągano kwiczące rozpaczliwie zwierzę, które nie miało w uchu rejestracyjnego kolczyka, gospodarz, jako sabotażysta, lądował w miejscowości
Stutthof, w znajdującym się tam obozie karnym dla wrogów Rzeszy, o którym
rozchodziły się szeptaną drogą różne, mało wszakże prawdopodobne pogłoski.
Torsten kilka razy odwoził aresztowanych Kaszubów do Stutthofu, ale nawet Lizie nie opowiadał o wszystkim, co tam zobaczył, a podczas niedzielnych
obiadów siedział, jak dawniej, milczący i zgarbiony nad talerzem. Nikt też o nic
go nie wypytywał, ponieważ znacznie ciekawsze było to, co mówił Norbert,
który został już członkiem załogi budującego się w gdańskiej stoczni Schichaua
okrętu podwodnego, mającego jako U-71 podnieść wkrótce na flagsztoku wojenną banderę Kriegsmarine.
227
– Musimy poznać dokładnie wszystkie jego urządzenia – wyjaśniał z ożywieniem – żeby później, w morzu, nic nas nie zaskoczyło.
Dieter nie spuszczał wzroku z twarzy brata i chłonął z zaczerwienionymi z emocji uszami każde jego słowo. Zadawał też Norbertowi mnóstwo pytań
i otrzymywał odpowiedzi tak dokładne, że mogło się zdawać iż do jadalni wpłynął
i zaprezentował się w całej swej okazałości U-71, podobny kształtem do rekina
i jak on groźny. Na życzenie Dirka zanurzył się na peryskopową głębokość i gotów
był do zaatakowania angielskiego krążownika, który ukazał się na horyzoncie.
– Torpedo, los!
Zakotłowało się pomiędzy półmiskiem z ziemniakami, a salaterką z mizerią, gdzie tonął brytyjski okręt, a Jochen, nadziewając na widelec zieloną kulkę
brukselki, zerkał na siedzącego u szczytu stołu ojca. Wydany przez niego zakaz
rozmawiania o wojnie przestał już obowiązywać, zapewne dlatego, że obecna
– tak przynajmniej sądził Jochen – nie stała się powtórką tej rzezi, w której ojciec uczestniczył, koszmarem błotnistych okopów, pochłaniających całe pułki
i dywizje cesarskiej armii, ale triumfalnym pochodem Wehrmachtu, łamiącym
błyskawicznymi uderzeniami wszelki opór, napotykany na swej drodze i zajmującym z marszu kraj po kraju; trudno było przecież siedzieć przy obiedzie
z nosem spuszczonym na kwintę, gdy w porannych gazetach przeczytało się,
że do sojuszu z Berlinem, po Węgrach, Rumunach i Słowakach, przystępują
Bułgarzy, a wojska niemieckie wylądowały w Afryce, wkroczyły do Belgradu,
zatknęły swój sztandar na Akropolu w Atenach i wypędziły Brytyjczyków
z Krety. Nie sprawdziły się zatem złe przeczucia dawnego frontowego żołnierza, rozwijało się zdumiewające pasmo sukcesów i Norbert mógł swobodnie
w jego obecności nie tylko opisywać Dirkowi swój podwodny okręt, ale również ponarzekać na stoczniowców, którzy zbyt wolno go budują, a tocząca się
na Atlantyku bitwa zdaje się wkraczać w swoją decydującą, końcową fazę.
– Angole nie wytrzymają już długo. Tracą tyle statków, że mogą skapitulować, zanim się zjawimy na oceanie.
– Oby tak się stało – westchnęła Emma. – Kiedy macie wypłynąć?
– Dopiero za trzy, cztery miesiące. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze. A kontrolerzy ciągle wynajdują jakieś usterki, które stocznia musi usuwać. Ostatnio
stwierdzili, że pompa podnosząca rurę peryskopu pracuje za głośno i teraz rozbiera się całe urządzenie.
Norbert był wyraźnie niezadowolony z takiego stanu rzeczy i Arnold, patrząc
na niego, zastanawiał się nad rozmiarem przemiany, jaka się w nim dokonała, bo
przecież nie wychowywał swego syna na wojownika, a miał go teraz przed sobą,
przepełnionego bojowym zapałem i niecierpliwie rwącego się do walki.
– Wszystkim się tak spieszy na twoim okręcie, czy tylko tobie?
Pytanie wydało się Norbertowi niestosowne, ale zakorzeniony silnie szacunek do ojca nie pozwolił mu ujawnić jak niewielkie mają już znaczenie wygłasza-
228
ne przez niego uwagi, jak pomniejszyła się wartość zasad, którymi nakazywał mu
się kierować, jak wreszcie zbladły rysujące się dotąd perspektywy zawodowych
osiągnięć, wobec otwierającego się teraz przed nim barwnego, pełnego emocji życia. Czy można było w ogóle porównywać szarą egzystencję urzędnika w biurze
maklerskim, wycierającego zarękawkami stosy papierów i potulnie oczekującego
awansu na starszego referenta, potem inspektora, a wreszcie kierownika działu, do
kariery oficera Kriegsmarine, który w krótkim czasie może otrzymać dowództwo
okrętu, zwycięsko wracać z każdej morskiej wyprawy i dumnie nosić zawieszony
na wstążce pod szyją rycerski krzyż w wieńcu dębowych liści... Widział już kilka
razy wchodzące do portu U-booty, witane marszami orkiestry i gwizdem syren
stojących przy nabrzeżach statków. Szły wolno, utrudzone zmaganiami z oceanem, poznaczone smugami soli, zaciekami rdzy i śladami stoczonych walk, ale
powiewał nad nimi triumfalnie Wesoły Roger, a z kiosków salutowali wszystkich
witających wspaniali brodacze o wysmaganych wichrami twarzach i śmiałych
oczach, w których odbijał się jeszcze blask ognia, trawiący zatapiane przez nich
statki, nim pogrążyły się w falach. Potem, w kasynie – o czym już tylko słyszał
– strzelały korki butelek szampana, lał się strumieniami koniak, śmiały się dziewczyny i do rana trwały tańce i śpiewy, huczały wiwaty i wznoszono toasty za
każdą celną torpedę..! O tej porze szarzy urzędnicy otwierali już segregatory z aktami, ostrzyli kopiowe ołówki, z przepastnych szuflad biurek wyciągali liczydła,
stemple i gumki, kalki i bibuły, osadzali stalówki w drewnianych obsadkach i poprawiali gumowe krążki pod tyłkami, chroniące ich przed hemoroidami. Później
pili Malzkaffee i żuli odwijane z papierka klapsztule z marmoladą lub serem, a po
południu wracali przepełnionymi tramwajami do swoich mieszkań, jedli obiad
i kładli się na drzemkę... A ojciec pyta, czy mi się spieszy...
– Nasz kapitan nie znosi długiego czekania na wyjście w morze – Norbert
zasłonił się dość zręcznie osobą dowódcy. – Mówi, że to źle wpływa na załogę.
Zwłaszcza taką, jak nasza. Połowa to stare wygi, a reszta nowicjusze.
– Z tobą razem – dorzucił Jochen, nie przypuszczając, że trafia świeżo
upieczonego oficera w najczulsze miejsce. – Dasz sobie radę?
Nawet na torturach Norbert nie wyznałby, że tego właśnie obawia się najbardziej. Nic go nie obchodziły bomby głębinowe Anglików ani straszliwe
sieci, w które ponoć chwytali U-booty, a dręczyła jedynie myśl, że w krytycznej dla okrętu chwili, może zawieść na swoim stanowisku dowodzenia, wydać
niewłaściwy rozkaz lub spóźnić się z wydaniem prawidłowego, narażając całą
załogę na niebezpieczeństwo. Poradził, oczywiście, Jochenowi, żeby pilnował
swojego nosa, bo on sam doskonale wie, co ma robić, kiedy jednak znaleźli
się wreszcie w morzu i kapitan zarządził pierwszy alarm bojowy, Norbertowi
ścierpła skóra na grzbiecie i serce skoczyło do gardła.
– Fliegeralarm! – skrzeczały głośniki, ale nikt nie wiedział, czy rzeczywiście nadlatują nieprzyjacielskie samoloty, czy też dowódca chce sprawdzić
229
ile czasu potrzebować będą nowicjusze na zajęcie stanowisk i przygotowanie
działka na pokładzie do otwarcia ognia.
Norbert dowodził jego obsługą i początkowo osiągał kiepskie wyniki.
Sprawność młodych artylerzystów pozostawiała wiele do życzenia i wychodził ze
skóry, aby ją podnieść do możliwie przyzwoitego poziomu. Poruszanie się po chybotliwym i często zalewanym falą pokładzie nie było jednak łatwe, a poślizgnięcie
się, utrata równowagi i upadek groziły stoczeniem się do morskiej kipieli. Obawa
przed takim upadkiem była trudna do pokonania, ale została przełamana przez codzienne ćwiczenia i Norbert otrzymał pochwałę dowódcy za doprowadzenie swoich
podkomendnych do, jak się wyraził, stanu używalności na podwodnym okręcie.
Dumny był z tego wyróżnienia, mniej wszakże zadowolony z przebiegu całego patrolu, ponieważ wracali do bazy w Gdyni, przemianowanej na
Gotenhafen, niemal chyłkiem, bez Wesołego Rogera nad kioskiem, gdyż nie
storpedowali żadnego statku, a sami znaleźli się w niebezpieczeństwie na
Morzu Północnym i tylko ucieczka do norweskiego fiordu uratowała ich przed
zatopieniem. Zmieniły się więc nieco wyobrażenia Norberta o służbie w podwodnej flocie jako paśmie sukcesów na morzu i honorów na lądzie, co wszakże mogło nastąpić i zapewne nastąpi w bliskiej przyszłości, gdy wypłyną na
szerokie wody oceanu pełne frachtowców, dowożących z kolonii i z Ameryki
zaopatrzenie dla ledwie już zipiącej, a ciągle stawiającej opór, bezsensownie
upartej Brytanii. Znacznie gorzej przedstawiały się problemy, jakie sprawiał
Norbertowi jego nos, który wzdragał się przed wchłanianiem oparów wydzielanych przez maszynownię U-71, dwa kible, oraz ciała członków jego załogi
i znajdujące się w nich otwory. Prościej mówiąc, okropnego smrodu wypełniającego wnętrze okrętu, niemożliwego do usunięcia nawet przez jego wietrzenie,
kiedy szli w wynurzeniu, ładując jednocześnie akumulatory. Wszystko, łącznie z żywnością, bielizną i zawilgoconymi mundurami, których nigdy nie dało
się do końca wysuszyć, przesiąknięte tam było nieustannie wstrętnym odorem
oleju silnikowego, do którego dołączał się ohydny fetor z dwóch zajętych niemal stale ustępów, ponieważ pleśniejący szybko chleb, brak świeżych warzyw
i posiłki przygotowywane z konserw, różnie wpływały na żołądki marynarzy.
Tego, niezbyt malowniczego tła swojej służby Norbert nie opisał rodzinie,
kiedy znów zasiadł przy stole w jadalni do niedzielnego obiadu. Otrzymał po
rejsie kilkugodzinną przepustkę, wsiadł na dworcu w Gotenhafen do podmiejskiego pociągu i po trzech kwadransach był już w domu. Natychmiast wskoczył
do wanny, z niezmierną ulgą włożył świeżą bieliznę i cywilne ubranie, gdyż
Hedda starannie czyściła i odprasowywała jego sukienny mundur i z apetytem
pałaszował świąteczny rosół z makaronem i kurze udko w potrawce z ryżem.
– Jeżeli nie przeniosą nas do innej bazy, to po każdym patrolu będę wpadał
do domu – zapewniał matkę, spoglądającą ciągle na zegar. – I na pewno na
dłużej, niż dzisiaj.
230
– A mogą was przenieść? – zaniepokoiła się Emma. – Dokąd?
– Tego nikt nie wie, ale najlepsza byłaby Norwegia. Nie macie pojęcia jak
w takim fiordzie jest ładnie. Ciemna woda, kolorowe domki, skały i góry, a nad
nimi błękitne, pogodne niebo – Norbert niemal się rozmarzył. – Staliśmy tam
pół dnia, żeby Angole zapomnieli o nas, patrzeliśmy na to wszystko i wiecie co
mi przyszło do głowy..?
– Ryby – podrzucił Jochen. – Gdybyś zabrał z sobą wędkę, mógłbyś pewnie złowić parę ładnych sztuk.
– I kto wie, czy nie będę tego robił, bo pomyślałem – tu Norbert uśmiechnął
się tajemniczo – że mógłbym po wojnie mieszkać w drewnianym domu nad
taką wodą.
– A sąsiedzi? – zapytał Arnold.. – Czułbyś się dobrze wśród Norwegów?
– Dlaczego nie... – Norbert przez moment szukał uzasadnienia. – To podobno bardzo spokojni ludzie.
– I na pewno cię polubią. Po wojnie wszędzie będziemy lubiani.
Dopiero teraz Norbert zrozumiał do czego ojciec zmierza i powiedział, robiąc aluzje do jego zainteresowań:
– Rzymianie też podbijali różne kraje i...
– Byli w nich okupantami – uzupełnił Arnold – na ogół bardzo uciążliwymi.
– Ale tego się już nie pamięta. Pozostały akwedukty, świątynie, Colosseum,
znakomite prawo... – Norbert chciał wyliczać dalej, lecz Arnold powstrzymał
go uniesieniem dłoni.
– Nie rozpędzaj się tak. Colosseum to była rzeźnia.
– Wspaniała budowla, do dziś budząca podziw – upierał się Norbert i Emma, przysłuchując się tej rozmowie, usiłowała zapomnieć, że po obiedzie jej
syn wstanie z krzesła, powie: – Na mnie już czas – przebierze się w wyprasowany przez Heddę mundur i znów zobaczy go przy furtce, a potem schodzącego
w dół, zakrzywiającą się za parkiem uliczką. Zatrzyma się przed tym zakrętem i jeszcze przez chwilę będą patrzeli na siebie, nim odwróci się i zniknie za
domem Dunckerów. Ich syn, Rolf, został w ubiegłym tygodniu powołany do
wojska – słyszało się, że takich powołań miało być ostatnio wiele – i Emma
klęczała długo w kościele św. Bartłomieja, przed obrazem Tadeusza Judy, patrona wzywających ratunku i prosiła go żarliwie, aby uchronił Jochena przed
wcieleniem do armii i roztoczył opiekę nad Norbertem, kiedy znów wypłynie
w morze.
Patrole U-71 nie trwały długo, lecz również nie kończyły się upragnionym sukcesem. Norbert często zjawiał się w domu, ale opuszczał wzrok, kiedy
Dieter stawał przed nim i pytał:
– Ile? – i patrząc z wyrzutem na skonfundowanego brata, dodawał: – Co
mam powiedzieć w szkole?
– Powiedz, że nie jestem dowódcą okrętu.
231
– A gdybyś był?
– Ho, ho...
Norbert unosił ramię w wielce obiecującym geście, który miał oznaczać,
że wówczas U-71 zostałby postrachem Atlantyku i pogromcą brytyjskiej floty.
W głębi serca chował przecież takie pragnienia i sądził, że dowodziłby okrętem zupełnie inaczej niż kapitan Merten, który zdawał się nie mieć łowczego
instynktu podwodnego wilka i jego drapieżności. Unikał ryzyka i postępował
przezornie, co Norbert oceniał jako zbyt daleko posuniętą ostrożność, nie domyślając się, że Merten dociera dopiero załogę, pragnie jej całkowitego zespolenia z okrętem, aby razem stworzyli bezbłędnie działającą, niezawodną
i groźną maszynę do zabijania.
Dowództwo Kriegsmarine informowało codziennie w triumfalnych komunikatach o rosnących ciągle stratach Royal Navy i marynarki handlowej
przeciwnika, podając jedynie wielkości zatopionego tonażu, a nie wspominając
o załogach storpedowanych statków, jakby U-booty posyłały na dno tylko stosy żelastwa bez marynarzy. W okularze peryskopu, do którego Norbert mógł
czasem przyłożyć oko, oglądał również sylwetkę statku zaledwie, zbyt odległą
na to, by dojrzeć było można ludzi na jego pokładzie. Dopiero podczas zimowego patrolu, ograniczonego jak zwykle do niedalekich rejonów, stanął twarzą
w twarz z przerażająco okrutną rzeczywistością wojny morskiej.
Już od półtora tygodnia U-71 kręcił się w pobliżu Wysp Szetlandzkich,
podchodził do Orkadów, podpływał pod cieśninę Pentland, jakby czaił się na
frachtowce płynące z Kanady, były to jednak w odczuciu Norberta, ruchy pozorowane, mające świadczyć o czujności Mertena i uzasadniać trzymanie załogi w pogotowiu bojowym. Większą część dnia U-71 spędzał pod wodą, na
całe noce jedynie wychodząc na powierzchnię dla ładowania akumulatorów
i wypuszczenia przez otwarty właz gromadzącego się stale smrodu. Norbert
rozkoszował się wtedy mroźnym, ostrym powietrzem, wciągał je głęboko
w płuca, jakby chciał zgromadzić w nich chociaż niewielki zapas przed zejściem w cuchnące wnętrze okrętu. Wpatrywał się również długo w rozpiętą wysoko gwiaździstą kopułę nieba, wspartą o niknący w mroku okrąg horyzontu,
jakby chciał wchłonąć wzrokiem tę niezmierzoną przestrzeń, nim położy się
w wąskiej koi, gdzie będzie miał tuż nad głową pokrywę z pomalowanej szarą
farbą blachy. Przyzwyczajony do domowych, a później kawalerskich wygód,
z trudem znosił ciasnotę pomieszczeń podwodnego okrętu i ciągłą konieczność
przebywania wśród marynarzy i oficerów. Tylko kapitan posiadał, miniaturowe
wprawdzie, ale oddzielne pomieszczenie i mógł w nim samotnie przebywać,
wszyscy pozostali ciągle ocierali się o siebie, wdychali swoje fetory, słuchali
chrapania i popierdywania śpiących kolegów.
Dni i noce płynęły monotonnie, podobne do siebie, U-71 krążył jak rekin
wypatrujący ofiary, ale rezygnujący z ataku, gdy ukazywała się na widnokrę-
232
gu. Mertena nie interesowały małe statki, tym bardziej kutry rybackie, które
wzgardliwie ignorował, chowając się nawet przed nimi w zanurzenie, aby nie
doniosły o obecności w pobliżu niemieckiego łowcy i nie ściągnęły mu na kark
brytyjskich korwet i samolotów. Zanosiło się więc na to, że i tym razem powrócą do bazy bez honorowego proporczyka na lince flagowej i Norbert znów
stanie z pustymi rękami przed Dieterem, który coraz trudniej mu to wybaczał,
żądając aby sam objął dowództwo okrętu. Porucznikowi Hasenfussowi właśnie
się to przyśniło, gdy w jednostajny szum maszyny wdarł się ostry świst sygnału
alarmowego i zbudził go, oczywiście, ale nim nie wstrząsnął. Sądził, że jest to
kolejny, pozorowany ruch Mertena, wystarczył mu wszakże jeden rzut oka na
dowódcę, aby stwierdzić, że zaszła w nim zdumiewająca odmiana.
Z cieśniny Pentland wychodziły dwa wielkie, kanadyjskie frachtowce
i pracując ciężko na wzburzonym morzu, brały kurs na południe. Kapitan, przyklejony niemal do peryskopu obserwował, jak przechylają się z burty na burtę, tną
dziobami wysokie fale i posłuszne sterom zataczają wolno ogromny łuk, defilując
jak tarcze strzelnicze przed oczami Mertena; oceniał tę zdobycz na co najmniej
30 tysięcy brutto register ton i nasyciwszy nią wreszcie wzrok, rzucił donośnie:
– Do wynurzenia!
Krążący dotąd leniwie rekin otwierał paszczę, gotując się do ataku. Kapitan
Merten, wydając ten rozkaz, miał przekonać się za chwilę, czy całe miesiące
treningu, przez Norberta uważane za stracone, uczyniły z U-71 celny, śmiercionośny pocisk, rekina właśnie, spadającego niezawodnym, błyskawicznym
rzutem na upatrzoną ofiarę.
Minęły sekundy zaledwie, a cała załoga znalazła się na stanowiskach bojowych. Sprężone powietrze, wypierające wodę ze zbiorników balastowych,
wynosiło okręt na powierzchnię morza i kiedy Norbert ze swoimi ludźmi stanął
przy pokładowym dziale, U-71 zajmował już dogodną pozycję, do oddania salwy torpedowej z dziobowych wyrzutni, a na pomoście dowodzenia ukazał się
kapitan Merten i oficerowie, podający współrzędne celowniczym:
– Głębokość dla torped dwa metry...prędkość pięćdziesiąt...
– Jest – powtarzali regulaminowo marynarze w przedziałach torpedowych.
– Głębokość dwa, prędkość pięćdziesiąt.
– Szybkość celu czternaście węzłów...Odległość tysiąc trzysta metrów...
– Jest. Czternaście i tysiąc trzysta.
– Namiar siedemdziesiąt stopni.
– Jest. Siedemdziesiąt.
Merten, skupiony i uważny słuchał tego swoistego dialogu, prowadzonego
tak, jak na ćwiczeniach. W głosach podkomendnych wyczuwał jednak podniecenie, któremu sam również ulegał, zachowując wszakże nieporuszoną twarz
i chłodny ton ostatnich komend:
– Wyrzutnia pierwsza i czwarta, przygotować się do odpalenia.
233
Musiał upłynąć pewien czas, potrzebny na zalanie komór i otwarcie zewnętrznych pokryw, toteż potwierdzenie nadeszło dopiero po chwili:
– Wyrzutnie gotowe.
Merten przykłada lornetkę do oczu. W dużym zbliżeniu widzi sylwetki ludzi na pokładach frachtowców. Biegną do żurawików, na których zawieszone
są szalupy ratunkowe, ale kapitan Merten nie daje im czasu na ich opuszczenie
i rzuca krótko:
– Torpedo, los!
U-71 drgnął pchnięty odrzutem i Norbert zaczął liczyć sekundy. Nim doszedł do trzydziestu dwóch, powietrzem targnęły dwa, niemal jednoczesne echa
eksplozji i z kadłuba bliższego statku wytrysnął gejzer ognia.
– Hurra! – zrywane z głów marynarskie czapki leciały w górę, na bojowym
pomoście kiosku zachowywano się bardziej powściągliwie, ale i tam widać było
pewne poruszenie; teraz wszyscy oficerowie trzymali już lornetki przy oczach
i patrzeli na przełamujący się i niknący pod wodą kadłub frachtowca. Nim zatonął buchnął jeszcze obłokiem pary z pękających z hukiem kotłów. Krzyku ludzi
ugotowanych w tej parze nie było słychać, tych którzy skakali z pokładów również, ponieważ zamarzali w lodowatej wodzie po kilku minutach. Los innych,
usiłujących wdrapać się na jakieś pływające szczątki zatopionego statku, nie
wydawał się lepszy, na U-71 nikt jednak nie zaprzątał tym sobie głowy. Okręt
odwracał się powoli, aby odpalić torpedę z wyrzutni rufowej i posłać na dno
drugi z kanadyjskich statków. Jego załoga w największym pośpiechu opuszczała na wodę szalupy ratunkowe, podejmując rozpaczliwy wyścig z toczącym się
znów dialogiem śmierci pomiędzy pomostem dowodzenia U-71, a komorą na
rufie, który zakończy rozkaz wykonania egzekucji:
– Torpedo, los!
Kanadyjski frachtowiec próbował jeszcze ustawić się dziobem do prującego już fale pocisku, odchylał się jednak zbyt wolno i huk eksplozji rozerwał
jego śródokręcie, przesądzając tym samym los tych marynarzy, którzy nie zdążyli opuścić szalup i pozostali jeszcze na pokładzie. Skakali teraz z przechylających się burt i usiłowali dopłynąć do przepełnionych już łodzi, skaczących jak
korki na wysokiej fali.
Od wystrzelenia pierwszej salwy torpedowej, do odpalenia drugiej, nie minęło dużo czasu, kanadyjski radiotelegrafista z zatopionego później statku miał
go jednak wystarczająco wiele na wysłanie sygnału SOS i powiadomienie szkockich stacji brzegowych o ataku U-boota, zatem wkrótce mogły nadlecieć brytyjskie samoloty, a po nich korwety, wyposażone w bomby głębinowe. Kapitan
Merten wolał uniknąć kontaktu z nimi, ale jednocześnie pragnął zabrać z sobą
do Gotenhafen kanadyjskiego szypra, podpłynął więc ku szalupom i przez tubę
wykrzyknął donośnie:
– Gdzie jest wasz kapitan?!
234
Nie było odpowiedzi i Merten zawołał jeszcze głośniej:
– Chcę mówić z waszym kapitanem!
Szalupy podnosiły się i opadały, głowy siedzących w nich rozbitków ukazywały się na chwilę i znów niknęły, żaden wszakże nie podniósł się na wezwanie Mertena, który po raz trzeci przyłożył tubę do ust.:
– Captain! Daję ci piętnaście sekund! Jeżeli się nie odezwiesz, będę strzelał! Zrozumiałeś..? Będę strzelał!!
Odwrócił się i nie opuszczając tuby wydał porucznikowi Hasenfussowi
krótką dyspozycję:
– Pierwsza seria ostrzegawcza. Druga w najbliższą szalupę.
Kołysała się o jakieś ćwierć kabla od burty okrętu i Norbert mógł nie tylko
policzyć znajdujących się w niej ludzi, ale również przyjrzeć się ich twarzom.
Zwracały się, jedna po drugiej, ku obniżającej się i kierującej w ich stronę lufie
działa; jeżeli kanadyjski szyper nie odpowie na wezwanie kapitana Mertena,
porucznik Hasenfuss wyda rozkaz otwarcia ognia i ci marynarze z szalupy,
którym się przygląda, stoczą się za jej burtę pomiędzy inne, pływające dokoła
trupy, zsiniałe już i sztywne. Norbert widział rozwarte usta, na których zamarł
ostatni krzyk, puste oczy bez źrenic, zwęglone czaszki bez włosów i skóry,
skostniałe palce, wczepione w krawędź utrzymującej się na wodzie deski, kołnierze kamizelek korkowych, obejmujące martwe już głowy. Bezwładne kadłuby
ludzkie, miotane falami, rozbijały się o rozproszone dokoła szczątki zatopionych
statków, o krawędzie skrzyń i belek, wpadały pomiędzy beczki, które miażdżyły
je na bezkształtną masę, pozostawiającą tylko krwawe ślady na wodzie. Patrzył
jak znikają, ogarniał wzrokiem ten upiorny obszar zagłady i śmierci, od którego
nie będzie potrafił się uwolnić, który nie zniknie, zamknięty już pod powiekami,
rozpięty jak widmowe tło nad okręgiem morza, otwierającym się przed dziobem
U-71, w którąkolwiek zwróci się stronę po nową zdobycz.
Później, leżąc na swoim wąskim posłaniu, na próżno przywoływał sen;
koszmar nie znikał i ponownie liczył sekundy, dzielące go od wykonania rozkazu Mertena, a kiedy minęły usłyszał swój własny głos:
– Feuer!
Pierwsza, ostrzegawcza seria rozłupała baryłkę, tańczącą na fali w pobliżu szalupy, druga miała roztrzaskać jej burtę i zatopić ją, razem ze stłoczonymi w niej marynarzami...W szkole oficerskiej przygotowywano Norberta do
wojennego rzemiosła, wdrażano do roli podwodnego drapieżnika, znał przecież święte prawo ludzi morza, nakazujące zatrzymać się każdemu statkowi
na okrzyk: – Człowiek za burtą! – ratować rozbitków i udzielić im wszelkiej
pomocy, przyjmując na własny pokład. A teraz miał przed lufą swego działa
już nie przeciwników, których trzeba unicestwić w walce, lecz bezbronnych
rozbitków właśnie, chronionych odwieczną zasadą marynarskiej solidarności
i powagą konwencji ustanowionych przez cywilizowane narody... Było jesz-
235
cze jedno, najwyższe prawo i przypomniał je Norbertowi głos, który napłynął
z oddali, cichy zrazu, lecz z każdą chwilą bardziej wyraźny i głośniejszy:
– Piąte; Nie zabijaj..! Nie zabijaj.!! Nie zabijaj!!!
Był to głos jego matki. Powrócił z dzieciństwa, gdy uczyła go dziesięciorga
przykazań, gdy powtarzała je razem z nim w ułożonej przez nią samą codziennej, wieczornej modlitwie. Potem pochylała się, kreśliła nad jego głową znak
krzyża, dotykała ustami czoła i szeptała:
– Śpij spokojnie, syneczku.
Zdawało się, że litościwy sen naprawdę kładzie się już na powieki Norberta
i przenosi go w tamtą dawną, ciepłą i bezpieczną ciszę rodzinnego domu, ale jej
złuda trwała kilka chwil zaledwie; zmąciła się i rozproszyła, rozbiła doszczętnie w grzechocie wystrzałów, które padały na rozkaz porucznika Hasenfussa.
Nie zdołał więc uciec od siebie, schować w odległą przeszłość, zwinąć się na
koi i skryć w sen bez majaków. Musiał znów patrzeć, jak staje przy działku
i komenderuje ponownie:
– Feuer!
Druga seria poszła w burtę szalupy. Rozpruła ją pod linią wodną i kiedy
zaczęła tonąć, kapitan Merten zdecydował się wyłowić z morza tych marynarzy, którzy zdołali dopłynąć do U-71. Czterech zaledwie. Później, przy kolacji
w mesie, powiedział, chociaż nie padło żadne pytanie:
– Ostatecznie, panowie, prowadzimy tu wojnę i naszym głównym zadaniem nie jest ratowanie rozbitków. Gdzie zresztą mielibyśmy ich pomieścić..?
O serii oddanej z działka do szalupy wypełnionej ludźmi, Merten nie
wspomniał ani jednym słowem, nikt też z obecnych przy stole nie podniósł tej
sprawy, bo przecież nie komentuje się rozkazów dowódcy. Befehl ist Befehl
i koniec! Norbert, leżąc w swojej koi i odtwarzając wydarzenia ostatnich godzin, powtarzał to sobie dziesiątki razy, nie czuł się jednak w pełni usprawiedliwiony. Inaczej wyobrażał sobie wojnę na morzu i swój w niej udział, inaczej
również przyjazd do domu po pierwszym sukcesie okrętu, na którym służył.
Nie będzie mógł przecież opowiedzieć przy niedzielnym obiedzie o wszystkim, co zaszło po zatopieniu kanadyjskich frachtowców, czy też zamknąć się
z ojcem w jego gabinecie i zwierzyć się mu z wątpliwości jakich nie może się
pozbyć. Zdecydował się jedynie na rozmowę z Jochenem, któremu relacja brata
z trudem mieściła się w głowie.
– Może powinieneś zameldować o tym gdzieś wyżej. Powiedzieć, co wyprawia twój kapitan – podsunął: – Niemcy nie walczą przecież w ten sposób.
Z okien domu przy Kleine Mölde 89 tak Jochenowi przedstawiała się
jeszcze wojenna rzeczywistość. Prawdę mówiąc, nie poświęcał jej zbyt wiele
uwagi, zajęty fascynującymi planami przestrzennego rozwoju miasta. Katedra
opracowywała je na zlecenie Gauleitera Forstera, którego wyobraźnia imponowała architektom, projektującym gmachy przyszłych urzędów, budynków
236
użyteczności publicznej, pałaców sportu i młodzieży, muzeów i koszar, oczywiście. Nie mówiono tego głośno, ale było wiadome, że pomorski namiestnik
Hitlera, pragnie we wszystkim naśladować swego nauczyciela i wodza. Skoro
więc Führer zamierza, jak niosą słuchy, przebudować Berlin na miarę roli,
jaką będzie odgrywał w niemieckiej Europie, a wkrótce i w niemieckim świecie, Forster postanowił przebudować, a raczej rozbudować Danzig i uczynić
go pierwszym miastem nad Mare Nostrum, w które zamieni się niezawodnie
Bałtyk. Opowiadano sobie półgębkiem, że Albert Speer, nadworny architekt
Hitlera i Arno Breker, jego nadworny rzeźbiarz, przygotowują już gigantyczne
– a niektórzy szeptali, że monstrualne – plany Germanii, tak bowiem nazywać
się miała przyszła stolica świata, zatem Forster powołał także własny sztab projektantów i w pracowniach Technische Hochschule, na deskach kreślarskich pojawiały się pierwsze zarysy monumentalnych wizji Gauleitera. Zniknąć miały domki rybackie w Brösen, drewniany pomost i dość prymitywnie urządzone kabiny
łazienek, ustępując miejsca luksusowemu kąpielisku, wyposażonemu w baseny
z podgrzewaną wodą morską, restauracje i kawiarnie, a także zespół hotelowy
z damskim personelem i apartamentami dla partyjnych dygnitarzy z głębi kraju,
pragnących korzystać z gościnności Forstera. Miało to kąpielisko w pewnym sensie rywalizować z Zoppotem, lecz połączone z nim zostanie szeroką promenadą
nadmorską, biegnącą przez Glettkau, gdzie powstanie wielki ośrodek Kraft durch
Freude dla świata pracy z przystanią, przy której cumować będą wycieczkowe
statki i pasażerskie liniowce, kursujące do portów egzotycznych wysp i lądów,
globalnego imperium kolonialnego Tysiącletniej Rzeszy.
Zabytkowej Starówki nikt nie ruszy, przebuduje się jednak i poszerzy główne
arterie komunikacyjne miasta, cała Ohra ze swoimi pokracznymi domami, obrośniętymi w drewniane szopki, zostanie wyburzona, a robotnicy i rzemieślnicy tej
dzielnicy zamieszkają w kolonii jednakowych, piętrowych szeregowców, w jednakowych, trzypokojowych mieszkaniach z oknami o szybach ujętych w jednakową, drewnianą kratkę. Pośrodku tej kolonii stanie kompleks rekreacyjno-sportowy, kino, a także sala zebrań ludowych, zabaw przy piwie i umiarkowanym
sznapsie, a przede wszystkim dla uroczystych obchodów świąt państwowych
i urodzin Führera. Jego czarnej gwardii poświęcona zostanie jedna z ulic dzielnicy Schidlitz, której falisty ciąg podobny będzie do dwóch S i widoczny z samolotów. Słowiańskich podludzi, potrzebnych do prac porządkowych w mieście
i podrzędnych zajęć, osiedli się w Nassenhuben, za starymi fortyfikacjami lub
jeszcze dalej, w Scharfenberg, aby ich sąsiedztwem nikogo nie irytować.
Na podstawie tych założeń powstała efektowna makieta, którą Forster pokazywał przyjeżdżającym z Berlina bonzom partyjnym. Naradzał się z nimi nad
lokalizacją rezydencji dla Adolfa Hitlera, bowiem ciągle miał nadzieję, że Führer
nie tylko odwiedzi jeszcze Danzig, ale pobędzie dłużej w mieście, którego przyłączenie do Rzeszy uczynił zarzewiem wojny, a teraz jakby o nim zapomniał.
237
Sama wojna zresztą jakby zapomniała również, że istnieje Danzig. Życie
w mieście toczyło się zwyczajnym, niczym nie zakłóconym rytmem, ograniczenia w zakupach, wyznaczane kartkami nie były dokuczliwe, rynek pod
Halą Targową i Fischmarkt przy Schwanturm dostarczały w obfitości świeżych
warzyw, owoców i ryb, nikt nie miał więc powodów do narzekań. W teatrze
grano dobre sztuki klasyków niemieckiej dramaturgii i wesołe komedyjki dla
przebywających na urlopach żołnierzy i marynarzy, a w kinach obejrzeć można
było filmy z największymi gwiazdami ekranu, wśród których błyszczała najjaśniej Zarah Leander, śpiewająca zmysłowym altem: Der Wind hat mir ein
Lied erzählt... w wyciskającym łzy melodramacie La Habanera. Marika Rökk
olśniewała nogami, Theo Lingen i Hans Moser rozśmieszali widownię, a porcję
entuzjazmu dostarczał Wochenschau, aktualny przegląd sukcesów Wehrmachtu,
Kriegsmarine i Luftwaffe.
Wuismuti namiętnie chodzili do kina. Asta, kiedy jeszcze ich się nie wstydziła, siadała z Utą pomiędzy nimi i obie pozwalały głaskać się po zaokrąglonych już kolanach, a nawet nieco wyżej, w zależności od scen rozgrywających
się na ekranach. Najlepszy był pod tym względem film Die drei Codonas, wielce dramatyczna historia o trio cyrkowym, wykonującym straszliwie niebezpieczne salto mortale bez siatki. Codziennie igrali ze śmiercią pod wysoką kopułą namiotu cyrkowego i dopóki mogli niezawodnie liczyć na siebie, kończyli
efektownie i bezpiecznie swój mrożący krew w żyłach numer. Niestety, przyjazną harmonię tria zakłóciła rywalizacja mężczyzn o serce ich pięknej partnerki.
Cała widownia drżała, gdy zbliżał się najbardziej wstrząsający moment filmu;
kiedy wszyscy czekali, czy opętani namiętnością partnerzy uchwycą się w locie
pomiędzy trapezami, czy też jeden z nich dopuści się zbrodniczego spóźnienia,
ręka Waldiego wędrowała po udzie Asty w kierunku znanym wszystkim kinowym grzebalskim, a palce Ferdiego docierały do gumki, jaka przytrzymywała
pończoszki Uty. Poszli na ten film z kuzynkami cztery razy, nim wreszcie dotarli do upragnionego celu, a Uta z Astą westchnęły głęboko, gdyż w tym samym
momencie młodszy z rywali spadał na piasek areny, łamiąc sobie kręgosłup.
Ulubionym kinem Wuismutich był UFA-Palast przy Elisabethkirchengasse,
chodzili jednak również do Astorii przy Schüsseldamm i do Rathaus-Lichtspiele,
skąd Uta i Asta miały tylko kilka kroków do domu, a czasem zapuszczali się
nawet na Langgarten do Capitolu. Obejrzeli więc wspólnie, budzący grozę film
Paracelsus, śmiali się z niezliczonych, a zarazem nieprawdopodobnych przygód barona Münchhausena i śledzili z napięciem akcję w ostrzegającym przed
szpiegami obrazie Achtung! Feind hört mit.
Der weisse Traum, z świetną łyżwiarką Olly Holzmann w roli głównej,
był gorzej notowany przez Wuismutich. Podobnie pozostałe obrazy muzyczne
z wyjątkiem filmu Kora Terry, a to dla pięknych nóg Mariki Rökk. Pół miasta
śpiewało wtedy Das machen nur die Beine von Dolores... lecz Ferdi i Waldi
238
milczeli ponuro, gdyż wówczas właśnie Asta oznajmiła im, że to był ich ostatni,
wspólny seans kinowy.
– Możecie sobie dalej chodzić z Utą – oznajmiła i dodała zjadliwie, stawiając
Wuismutich w sytuacji podobnej do cyrkowych rywali – jeśli ona wam wystarczy.
Złe ziarno szybko kiełkuje i bliźniacy zaczęli spoglądać spode łba na siebie,
toteż Uta postanowiła rozstrzygnąć narastający konflikt w sposób dość osobliwy,
mający jednak wszystkie cechy honorowego pojedynku, zatem możliwy do przyjęcia przez obie strony, starające się o jej względy. Miejsce pojedynku wyznaczyła w odległej i ustronnej części plaży na Heubude, przy sosnowym lasku, aby
nikt nie przeszkadzał Wuismutim w walce o jej serce. Pierwszy etap tych zmagań
zakończył się zwycięstwem Waldiego, który szybciej przypłynął do czerwonej
boi, wyznaczającej kraniec akwenu dozwolonego do kąpieli, w drugim lepszy
był Ferdi, ponieważ wspiął się prędzej i wyżej na wysoką sosnę, więc kuzynka
poddała bliźniaków trzeciej próbie; mieli w niej pokazać, który z nich wytrzyma dłużej pod wodą, kiedy na jej znak zanurzą w niej głowy. Omal się wtedy
nie potopili, gdyż żaden z nich nie chciał ustąpić rywalowi i trwali tak, twarz
przy twarzy, patrzyli sobie w wyłażące im z orbit oczy, purpurowieli i coraz silniej zaciskali usta, chociaż pęczniały im płuca i biły coraz szybciej serca. Uta
widziała tylko ich włosy, kołyszące się pod powierzchnią wody kępki jasnych
nitek i sama wstrzymała oddech, pragnąc w przybliżeniu chociaż poznać rozmiar
determinacji, z jaką kuzynowie walczą o miejsce u jej boku. Doznawała tego
odwiecznego uczucia dumy, które wypełniało piersi okrytych skórami kokietek,
patrzących na owłosionych jaskiniowców, okładających się z ich powodu maczugami, białogłów, dam i damulek, szczebiotek, zalotnic i uwodzicielek, pozwalających rycerzom nadziewać się na kopie, muszkieterom przebijać szpadami
i romantycznym kawalerom palić do siebie z pistoletów o świcie, na skrajach
brzozowych zagajników. Stała więc w jednym szeregu z niezliczonym mrowiem
swoich poprzedniczek, doznając tej samej co one satysfakcji, chociaż w wodzie
moczyło się dla niej tylko dwóch niedorostków. Czekała na kapitulację jednego z
nich, aby obdarzyć łaskawym uśmiechem zwycięzcę, ale gdy żaden z rywali nie
wynurzał się, poczuła niepokój i litościwie przerwała pojedynek, ciągnąc ich za
włosy. Głowy bliźniaków wyskoczyły z wody, jakby zrobiono je z korka; słaniając się i wymachując ramionami, łapiąc powietrze szeroko rozwartymi ustami,
dotarli z wysiłkiem do brzegu na zwiotczałych nogach i padli obok siebie na
piasek, oddychając głęboko i ciężko. Uta przykucnęła obok swych giermków i
zdjęta współczuciem oznajmiła wspaniałomyślnie:
– Mogę kochać was obydwóch.
Zniżające się już ku horyzontowi słońce wirowało Wuismutim w oczach,
coś świszczało im jeszcze w płucach i nie mogli wykrztusić słowa, jednak
zgodnie poruszyli przecząco głowami. A kiedy odzyskali mowę, Ferdi wychrypiał pierwszy:
239
– Nigdy.
A Waldi dodał:
– Teraz musisz wybrać.
– Ani mi się śni – broniła się Uta. – Dawałam wam równe szanse.
– To daj jeszcze jedną – poprosił Waldi. – Ostatnią.
Ujęta tą wytrwałością dziewczyna rozejrzała się dokoła, wszakże ani piasek plaży, ani pochylone morskimi wiatrami sosny nie podsunęły jej pomysłu
czwartej rundy pojedynku. Niemal zrezygnowana przyglądała się również falom, łagodnie podpływającym do jej stóp i już chciała się odwrócić, gdy dostrzegła kołyszące się w zielonkawej wodzie meduzy, półprzezroczyste krążki, obrzeżone jakby fioletową wstążeczką i tej samej barwy rozetką pośrodku.
Swawolne iskierki rozbłysły w jej oczach, ale Wuismutim oznajmiła z chłodną
rezerwą:
– Skoro tak nalegacie...
Bliźniacy zerwali się ochoczo na równe nogi, lecz spojrzeli na Utę niepewnie, kiedy poleciła im wejść do wody i zanurzyć się w niej do pasa. Jeszcze
szumiało im w uszach i skrzypiało w piersiach, więc zapytali jednocześnie
z wyrzutem:
– Znowu?
– Wydawało mi się, że na czymś wam zależy, ale jak nie chcecie... – wzruszyła obojętnie ramionami. – Możecie się ubrać.
Sufrażystki, feministki i dzisiejsze przedsiębiorcze panie, utrzymujące, że
nie nastąpiło jeszcze ich zrównanie z mężczyznami na wielu polach współczesnego życia, nigdy nie wzięły pod uwagę tak oczywistej prawdy, jak ich własna,
odwieczna dominacja nad naszą męską upośledzoną płcią w sprawie ważniejszej zapewne niż ilość ministerialnych tek w rękach kobiet lub posłanek w sejmie, bo dotyczącą w y b o r u : z grona kolegów szkolnych chłopca do odnoszenia
teczki, z grupy studentów partnera do tańców w dyskotece i igraszek w akademiku, z kręgu znajomych smukłego bruneta do przymiarek przedmałżeńskich,
a wreszcie tego, który zostanie zaobrączkowany przed ołtarzem. Fałszywe jest
przecież mniemanie, że to my wybieramy sobie dziewczyny, kochanki i żony;
my tylko występujemy z propozycją, przedstawiamy ofertę, a panie akceptują
spośród nich tę, która im przypadnie do gustu. W semantycznym źródle wyrazu
oświadczyny, tkwi ten fakt w sposób tak jawny, że trudno mu zaprzeczyć; epuzer pucuje się od rana, skrapia wodami pachnącymi i smaruje dezodorantami,
wbija w najlepszy garnitur, jaki posiada, kupuje kwiaty i staje przed wybranką
swego serca. O ś w i a d c z a się, wyraża swoją intencję i pragnienie poślubienia
jej, a ona może to oświadczenie przyjąć albo odrzucić. Na naszych dawnych
kresach mówiono, że kawaler harbuza dostał lub potraktowano go czarną polewką i odprawiony z kwitkiem odchodził w niesławie z opuszczoną smutnie
głową, a panna p r z y j m o w a ł a oświadczyny innego, miłego jej galanta. Tak
240
było zawsze i tak pewnie będzie jeszcze długo, przynajmniej w polskich domach,
bo na razie nie zanosi się na to, żeby panie prosiły panów o rękę w obecności ich
rodziców, bo po kryjomu, jak się słyszy, już to czasem robią.
Upośledzenie kobiet w zasadniczych sprawach jest zatem wymyśloną
przez nie same fikcją. Nie można przecież wyobrazić sobie odwrotnej sceny,
do tej, jaka rozegrała się na skraju sosnowego lasku przy plaży na Stogach
i zobaczyć Utę i Astę w kostiumach kąpielowych, gotowe popłynąć na Hel dla
zdobycia względów jednego z Wuismutich, przyglądającego się im z krytyczną
rozterką. Natomiast bliźniacy odbywający swój pojedynek o Utę wtopieni są
w naturalne tło obyczajów, panujących od zarania wieków pomiędzy odmiennymi naturami i płciami. Decydujące jest bowiem prawo wyboru i łączy się
z nim poczucie dominacji, a w większości przypadków dumy i pychy. Trudno
przecież, aby dziewczyna nie napawała się, bez poczucia wyższości, widokiem
dwóch ociekających wodą i trzęsących łydkami dryblasów, ale Utcie chciało się
tylko śmiać i z trudem ukrywała to pragnienie przed kuzynami.
Kiedy tak siedzę na wydmie i przyglądam się zabawie Uty z Wuismutimi,
przypomina mi się to, co w Ostrowie wyprawiały z nami koleżanki z żeńskiego
gimnazjum, a szczególnie Helutka P. i Jadwiga S. (nie wymieniam ich nazwisk,
bo może te zacne dziś matrony, nie byłyby z tego zadowolone, a ich mężowie
pozwalaliby sobie na jakieś zupełnie niestosowne komentarze), czyli JadziaBums, ponieważ królowała na wszystkich bumsach, jak nazywaliśmy tańcujące
prywatki, urządzane w czasie białego i zielonego karnawału, a także na majówkach, czyli rowerowych lub pieszych wyprawach na Piaski i Wenecję, na Trzcie­
liny, a nawet do Antonina, gdzie zatrzymywaliśmy się pod wiekowymi dębami, rosnącymi koło dawnego pałacu książąt Radziwiłłów albo nad brzegiem
pobliskiego jeziora. Tam właśnie, te urocze dziewczęta, siadały, chichocząc,
na murawie i skromnie zasłaniając kolana plisowanymi spódniczkami, żądały
od nas składania dowodów miłości w różnej i urozmaiconej postaci. A gdy się
już nasyciły swą władzą nad nami, pozwalały w nagrodę pocałować się w policzek, szyjkę, a bardziej odważne za uszko lub nawet, delikatnie, w usta. Dziś
budzić to może śmiech, ale te majówki czy prywatki, z takimi właśnie flirtami
i zalotami, pamiętamy zapewne lepiej i one i my, niż obecni podrywacze imiona
dziewczyn, które zaliczyli po dyskotece na tylnym siedzeniu samochodu taty.
Później, w okresie studenckim, kiedy na ferie akademickie zjeżdżaliśmy
z różnych miast do rodzinnego Ostrowa, na czoło admirowanych przez nas
koleżanek wysunęły się siostry, Ola i Danka S., ze względu na swój wzrost,
smukłe kształty i zgrabne, długie nogi, nazywane Żyrafami. Były ozdobą
wszystkich spotkań studenckiej braci w mieszkaniu Janka Winkowskiego przy
Fabrycznej 13, ale o tym już opowiem, jeśli mi będzie dane, w innej książce.
Teraz napomknąłem o tamtym minionym, młodzieńczym czasie, gdyż przypadł
on na bardzo trudną i paskudną właściwie, pierwszą połowę pięćdziesiątych
241
lat, na okres wielkiego przykręcania czerwonej śruby, która miała wycisnąć
z obywateli PRL-u wszystkie antyludowe, burżuazyjne przyzwyczajenia i uformować ich, jakby w procesie klonowania, na posłusznych wyznawców jedynie
słusznej, leninowsko-stalinowskiej, postępowej koncepcji przebudowy świata.
A przecież potrafiliśmy, nawet wtedy i właśnie wtedy, stworzyć sobie takie
oazy, w których czuliśmy się wolni, dyskutowaliśmy w pełni swobodnie, bawiliśmy się, tańczyliśmy i uwodziliśmy dziewczęta. Byliśmy swobodni w tych
naszych azylach, oddzieleni jakby od ponurego krajobrazu otaczającej nas rzeczywistości.
No i takie mi się sprawy przypomniały, tyle myśli przyszło mi do głowy na
tej wydmie plażowej na Stogach. Więcej nawet, bo patrząc na Utę i Wuismutich,
porównałem jakoś, niestosownie może, ich młodość do naszej i poczułem coś
w rodzaju współczucia. Co oni mieli z swoich szkolnych lat, ze swojej młodości..? Tylko kino właściwie i nadmorską plażę. Dali się zapędzić w kozi róg
przez Führera i pomniejszych führerków, wepchnąć do Hitlerjugend i Bund
Deutscher Mädel, gdzie zostali umundurowani, ustawieni w równe szeregi
i nauczeni bezwzględnego posłuszeństwa. Po każdym poleceniu przełożonych
powtarzali – Jawohl! – maszerowali, walili w werble, trąbili, śpiewali, niosąc
sztandary, chodzili na zbiórki, a w czasie wakacji wyjeżdżali na obozy, gdzie
ćwiczyli do siódmego potu, przygotowując się do szczytnej roli żołnierzy, inaczej mówiąc kanoneflajszu, gdy pognani zostaną na front i zmieleni żelaznymi
trybami wojennego młyna. A dziewczęta miały się szykować do roli gospodyń
domowych i matek, rodzących dla Führera nowych i nowych żołnierzy, potrzebował ich bowiem bardzo, bardzo dużo...
Nie powinno się myśleć o takich sprawach na plaży. Ostatecznie Uta jest
bardzo zgrabną panienką i lepiej zrobiłbym patrząc sobie na nią. Potem na bliźniaków, żeby zorientować się jak zareagują na jej obojętne wzruszenie ramion,
co miało oznaczać, że znów nie będą wiedzieli, ku któremu z nich bardziej się
skłania lub który może, wykonując ostatnie już polecenie, pozyskać jej łaskawą
przychylność. Poprosili więc pokornie, wchodząc do wody, aby wydała im jakiś rozkaz i Uta, tłumiąc chichot, oznajmiła wyniośle:
– Ten z was zostanie przy mnie, który zje więcej meduz. Zaczynajcie.
Zaskoczenie, jakie odmalowało się na twarzach Wuismutich nie poddaje
się żadnemu opisowi. Również przygnębienie, które się na nich po chwili uwidoczniło, gasząc poprzedni zapał. Wlepiali zaczerwienione gały w igrające na
falach galaretowate talerzyki, potem podnieśli wzrok ku Utcie, ale dziewczyna,
nie mrugnąwszy nawet powieką, powtórzyła:
– Zaczynajcie. Na co czekacie?
Swobodnie kołyszące się w wodzie foremne krążki, podobne do małych
parasoli, wyjęte z niej i podniesione dłonią, traciły swój kształt, rozlewały
się, niemal przeciekając pomiędzy palcami. Drgały przy tym, jakby chciały
242
odzyskać poprzednią postać, kurczyły się i rozpłaszczały ponownie, a wtedy
bliźniacy czuli lekkie ukłucia parzydełek, stanowiących jedyną broń tych delikatnych żyjątek. Połknięcie ich w całości nie wydawało się chłopcom możliwe, a poćwiartowanie zębami i przełykanie w kawałkach tak odrażające, że na
samą myśl o tym żołądki ściskały się im i podchodziły do gardeł. A mimo to
Ferdi pierwszy zdecydował się przemóc wstręt, zamknął oczy i otworzył usta.
Zaledwie jednak dotknął językiem śliskiej, fioletowej wstążeczki, odrzucił głowę do tyłu i przechylił dłoń. Waldi zdawał się wahać przez moment, ale również
uwolnił swoją meduzę i obie plusnęły do wody, rozpostarły w niej jak szklane
spodeczki i zagarnięte przez nadbiegającą falę, odpłynęły od brzegu.
Uta z niedowierzaniem przypatrywała się temu, co robią, a Wuismuti, po
wyjściu z wody, zaczęli ubierać się w milczeniu, więc zapytała, nieco teraz
urażona:
– O co wam chodzi? Dokąd idziecie?
– Do tramwaju – odpowiedzieli razem, ponieważ powracał im czasem ten
zwyczaj z dzieciństwa, a Uta, nie rozumiejąc nadal niczego, przypomniała, że
chcieli zostać na plaży do zachodu słońca i trochę popływać.
– A później mieliśmy iść do kina. Nie pamiętacie?
Uśmiechnęli się trochę sztucznie i znów jednocześnie. Pewnie nie było im
łatwo rozstawać się z Utą, ale wiedzieli, że muszą to zrobić i Waldi powiedział:
– Będzie lepiej, jak pójdziemy sami.
I chodzili. W ciągu dwóch tygodni obejrzeli Stern von Rio, podobał im się
Vildvogel, więc kupili bilety jeszcze raz, potem wkręcili się jakoś w Capitolu,
bo zachęcił ich tytuł, na film Frauen sind keine Engel, lecz nic ekscytującego w nim nie zobaczyli, zatem dla odmiany wybrali się do Odeonu przy
Dominikswall na Morgenrot, opowiadający o walce U-bootów z brytyjskimi
okrętami w latach poprzedniej wojny i właśnie wznowiony ze względu na swą
obecną aktualność.
Nie wiem, czy powinienem znów się wtrącić, ale – wstyd się chyba przyznać
– widziałem te wszystkie filmy w czasie okupacji w Nowym Sączu. Naturalnie
bez wiedzy Rodziców, ponieważ w ówczesnym Generalnym Gubernatorstwie
panował powszechny bojkot wszelkich rozrywek, a popularna rymowanka
– polskie świnie siedzą w kinie, a Polacy w Oświęcimie – w zdecydowany sposób piętnowała tych, którzy nie chcieli się podporządkować ogólnie przyjętemu
obyczajowi. Sądeckie kino – wykradałem się do niego pod pretekstem odrabiania lekcji ze Staszkiem Stanuchem, w którym nic wtedy nie zapowiadało
późniejszego, interesującego prozaika – nazywało się Dunajez (Niemcy wymawiają z jak c) i muszę niestety powiedzieć, że nie świeciło pustkami, zatem
grzeszyłem w liczniejszym gronie wyrodnych rodaków, a co gorsza, nie żałuję
tych grzechów. Sekwencja procesji biczowników z Paracelsusa nawet dziś budzi we mnie jakiś odległy dreszczyk, pamiętam dobrze potrójne salto mortale
243
z Die drei Codonas, barona Münchhausena i jego konia, a także podróż na
kuli armatniej tego arcyłgarza, wreszcie znakomitą rewię na lodzie z filmu Der
weisse Traum, zasmuconą twarz Zarah Leander, tęskniącą w La Habanerze do
śniegu i pełną temperamentu Rositę Serrano. Gdzieś w głowie kołaczą mi się
jeszcze słowa i melodia piosenki z filmu Die Frau meiner Träume, którą śpiewała Marika Rökk. Piosenka zrobiła ogromną, aczkolwiek osobliwą karierę,
ze względu na tytuł, powtórzony w refrenie: In der Nacht ist der Mensch nicht
gern alleine... (W nocy człowiek nie lubi być sam...). Odnosiły się one jakby do
miłości wyłącznie, która jest najpiękniejsza w świetle księżyca, ale w bombardowanej nieustannie Trzeciej Rzeszy noce spędzano najczęściej w piwnicach,
zamienionych na schrony przeciwlotnicze, a do nich nie zaglądały romantyczne
promienie przyjaciela zakochanych, tylko zimny, dręczący strach. Zatem nikt
w Niemczech nie chciał samotnie spędzać nocy i piosenka błyskawicznie stała
się przebojem, wyraziła bowiem głośno to, o czym Niemcy zaledwie ośmielali
się szeptać: lęk przed nadchodzącą nocą. Może pomagała go zagłuszyć, zapomnieć na moment o nim i przy pogwizdywaniu refrenu udawać, że świat iluzji
filmowej, beztroski i bezpieczny, istnieje nadal, również po wyjściu z kina, chociaż za rogiem, na centralnym placu miasta, dopala się jeszcze pięciopiętrowa
kamienica, a jutro, być może, zniknie z powierzchni ziemi cała sąsiednia ulica.
Tynk sypał się ludziom na głowy, sowieckie czołgi grzały już silniki do zimowej ofensywy, nadchodził nieuchronny kres wszelkich złudzeń, ale za defetyzm
i brak wiary w ostateczne zwycięstwo można było wpaść w łapy gestapo, więc
śpiewano głośno i bez obawy aresztowania: In der Nacht ist der Mensch nicht
gern allein... Kiedy myślę teraz o fenomenie popularności tej piosenki, zaryzykowałbym przypuszczenie, że zrodził go jakiś spontaniczny, zbiorowy protest
przeciw koszmarowi w jaki zamieniło się życie w Rzeszy w końcowym okresie
wojny. Był to śpiew na krawędzi przepaści, z przerażającym widmem klęski,
nieuchronnie nadciągającej w łunach pożarów, z akompaniamentem werbli,
grzebiących mit tysiącletniego światowego imperium jasnowłosych ibermenszów. Słowa piosenki prześliznęły się jakoś przez oka sieci goebbelsowskiej
cenzury, chociaż trudno powiedzieć, czy ich autor, Willy Dehmel, świadomie
nadał im ten podtekst, jaki odczytała kinowa widownia, czy też publiczność
sama go sobie podłożyła. Nasi satyrycy mieli w okresie PRL-u ten wspaniały
instynkt, który im pozwalał docierać do rodaków przy pomocy najlżejszych
aluzji, mrugnięcia okiem z estrady, kwitowanego natychmiast gromkimi brawami i śmiechem z umiejętnie wyszydzanych pokraczności realnego socjalizmu. Pomiędzy sceną a widownią istniało absolutne porozumienie, wewnętrzna
łączność, gdyż jedna strona nadawała, a druga odbierała na tej samej fali. Czy
jednak Dehmel miał odwagę Laskowika lub Pietrzaka, a wreszcie, czy wiedział
tak dobrze jak oni, na jakiej strunie zagrać, aby utwór został właściwie zrozumiany? Mój stryj Nani, kochany i nieodżałowany Narcyz Radowicz, przebywał
244
przez całą wojnę w Berlinie i po 45-tym roku, gdy już mógł przyjechać na
stałe do Ostrowa, opowiadając o życiu w stolicy Rzeszy, nigdy nie wspominał o jakichś satyrycznych występach, bo ich po prostu nie było, a nieliczne
polityczne kawały, powtarzane były najcichszym szeptem. Do szczytów zuchwalstwa zaliczało się odwrócenie czapki daszkiem do tyłu z jednoczesnym
stwierdzeniem, że Wehrmacht ciągle zajmuje nowe pozycje... Na masówkach
i wiecach fanatycznie i krzykliwie popierano Führera, a po manifestacjach milczano; aprobująco, czy z bojaźni, ze znużenia, czy przygnębienia, rezygnacji
wreszcie i zobojętnienia..? Do jakich Niemców zatem kierował Dehmel swój
tekst i czy wiedział jacy rzeczywiście są jego rodacy? Tylko to jedno, że w nocy
nie chcą być sami? Tylko to..?
A jaki pan jest naprawdę, profesorze Hasenfuss?
Chodzę za panem po całym domu przy Kleine Mölde 89, z parteru na piętro, z piętra do ciemni fotograficznej w suterenie, towarzyszę przy obiedzie
i kolacji, rzadziej przy śniadaniu, bo wstaje pan wcześniej ode mnie, wsuwam
się na palcach do pańskiego, pełnego książek gabinetu, aby nie przeszkadzać
panu w pracy lub rozmyślaniach, w potajemnym nakłuwaniu map kolorowymi
szpilkami, w słuchaniu radia. Siadam w fotelu i przyglądam się panu, studiuję
pana twarz, badam jej wyraz, kiedy głośnik telefunkena informuje o nowych
stratach brytyjskiej floty, liczonych w dziesiątkach tysięcy bruttoregistertonen,
a Norbert jest właśnie w morzu. Uważnie rejestruję pana reakcje, uniesienie
brwi, skrzywienie ust, zmarszczenie czoła, lekki uśmiech czasami, gdy Berlin
nadaje swoje, a Londyn swoje komentarze polityczne i komunikaty wojenne.
Bo nie jest pan posłuszny, profesorze, nawoływaniom władz do odgrodzenia
się od jadu wrogiej propagandy i słucha pan tych cholernych Angoli, którzy
ośmielają się strącać marszałkowi Göringowi jego bombowce nad Kanałem La
Manche i z własnego nieba w dość niepokojących ilościach. Bum, bum, bum,
bum; Hier spricht London. Big-Ben hat acht Uhr geschlagen... Jednocześnie
śledzi pan na mapach postępy Wehrmachtu, a po jego wkroczeniu do Paryża był
pan tym sukcesem, zaobserwowałem to, wyraźnie zafascynowany. Dlaczego,
w takim razie, ociąga się pan, skoro Führer jest genialny, z wstąpieniem do
jego partii i sprawia kłopot Blockleiterowi Knochemu i rektorowi Technische
Hochschule, który też chce się wykazać upartyjnieniem grona swoich wykładowców..? Na razie nie naciska zbyt mocno, ale co pan zrobi, kiedy powie:
– Kolego Hasenfuss, daję panu trzy dni czasu do namysłu. Jeżeli chce
pan mieć nadal katedrę, proszę mi przynieść tę deklarację w poniedziałek.
Podpisaną.
XXIV
N
o i co, profesorze..? Stary Knoche miał rację – powiedział Blockleiter
Knoche. – Za dwa, najdalej trzy miesiące, będziemy w Moskwie.
Siedzieli znowu w ogrodzie, w wiklinowych fotelach pod orzechami, ponieważ był upalny dzień pod koniec lipca czterdziestego pierwszego
roku. Od pięciu tygodni pancerne korpusy Wehrmachtu druzgotały Czerwoną
Armię, brały do niewoli tłumy jeńców z rozbitych lub poddających się dywizji,
pułków i batalionów sowieckich i połykały wprost miasto po mieście, wdzierając się żelaznymi klinami w rozległe niziny Ukrainy, Białorusi i samej Rosji.
Knoche w tym czasie przebywał na urlopie zdrowotnym w Dolomitach, więc
dopiero teraz odwiedził Hasenfussów, cały promienny, tryskający entuzjazmem
i usatysfakcjonowany trafnością swoich prognoz.
– Mówiłem, że ruszymy na bolszewików, siedząc w tym samym fotelu, pod
tymi samymi drzewami. Pamiętam nawet, że piliśmy bardzo smaczne wino – tu
zwrócił się do Emmy – doskonałego, domowego wyrobu pani profesorowej.
– Jeżeli pan ma ochotę... – Emma już wstawała, lecz Knoche powstrzymał
ją i powiedział:
– Za gorąco dzisiaj. Zresztą niedługo już wszyscy będziemy pili krymskie
i gruzińskie wina, więc mogę poczekać. Prawdę mówiąc, nie obrażę się, jeżeli
za moje zasługi dostanę na własność jakąś winnicę nad Czarnym Morzem. Tak,
tak, profesorze, niezłe widoki otwierają się przed nami. Całkiem niezłe.
Przymknął nieco powieki, nogi wyciągnął przed siebie i jeszcze głębiej
zanurzył w fotelu, jakby już wygrzewał się w cieplejszym niż bałtyckie, czarnomorskim słońcu. W jego promieniach dojrzewały ciężkie grona, spływające
fioletową kaskadą ze wzgórz, otaczających biały pałac, nad którym powiewał
sztandar ze swastyką. Na tyłach pałacu, w krystalicznie czystej wodzie basenu,
pluskały się nagie niewolnice, dorodne, kaukaskie dziewczęta, a po rozległym
i starannie pielęgnowanym parku, przechadzały się pawie, na murawie igrały
246
swobodnie jelonki, po konarach drzew skakały zabawne małpki afrykańskie,
prezent od Gauleitera Mozambiku, szkolnego kolegi Knochego i sąsiada z Bött­
chergasse na Starym Mieście, gdzie obaj niegdyś mieszkali.
Na twarzy zagłębionego w fotelu Blockleitera malowała się taka błogość,
że Emma i Arnold nie przerywali mu kontemplacji, chociaż obowiązek gospodarzy nakazywał im podtrzymywać rozmowę, nawet wtedy, gdy nie mieli
na to żadnej ochoty. Dlatego też Emma, kiedy Knoche poruszył się wreszcie,
zapytała:
– Może pan ma ochotę na kawałek ciasta, panie Knoche? Upiekłam rano
jabłecznik, więc jest bardzo świeży i będzie panu na pewno smakował.
– Z własnych jabłuszek? – Blockleiter otworzył jedno oko i Emma wskazała mu papierówkę, rosnącą pośrodku ogrodu:
– A jakże. Z tego drzewa są najlepsze do ciasta. Kruche i słodkie. Gdyby
jeszcze był cynamon...
– Będzie, pani Hasenfuss, będzie – zapewnił Knoche. – Wszystkiego, co
tylko dusza zapragnie, będziemy mieli w bród. O kartkach żywnościowych
szybko się zapomni. A jeżeli pani teraz czegoś brakuje, to proszę przysłać do
mnie Heddę. Może się coś znajdzie z dodatkowych przydziałów.
Uprzejmość Knochego miała swoje ukryte przyczyny. Emma pamiętała,
czego żądał od Heddy komendant Viktoriaschule i powiedziała:
– Wszyscy musimy się jednakowo ograniczać i nie chcemy należeć do wyjątków. Przekona się pan, że mój jabłecznik jest smaczny nawet bez cynamonu.
Wstała i ruszyła ścieżką w stronę domu, a Knoche, kiwając z uznaniem
głową, zwrócił się do profesora:
– Oto wzorowa postawa niemieckiej kobiety. Takie jak ona tworzą ten
wewnętrzny front, o który opiera się nasza zwycięska armia – przeciągnął się
w fotelu i dodał: – Powinny mieć po wojnie swój pomnik.
– Po wojnie... – powtórzył Arnold. – Kiedy to będzie, skoro właśnie rozpoczęliśmy nową? Z Rosją.
– Bolszewicką – uzupełnił Knoche. – Dlatego to już nie jest tylko nasza
wojna.
– A czyja?
– Całej Europy przeciwko komunizmowi.
– Nowa Krucjata?
– Właśnie, profesorze, Krucjata. To jest odpowiednie słowo. Jasne i zrozumiałe we wszystkich językach.
– I sądzi pan, że dotrze? Na przykład do Francuzów?
– Oczywiście – zapewnił Knoche. – We Francji dzieją się bardzo ważne
rzeczy. Mamy w tym kraju wielu zwolenników.
– Trochę trudno to pojąć. Nigdy się nie kochaliśmy z Francuzami. Raczej
ciągle walczyliśmy z sobą.
247
– Teraz to się zmieni.
– Po ostatniej wojnie? – zdziwił się Arnold. – Bardzo upokorzyliśmy
Francuzów. Zabraliśmy im nawet Paryż.
– Rozumiem pana wątpliwości, profesorze. Doskonale rozumiem – Knoche
wstał, przesunął swój fotel i kładąc rękę na ramieniu Arnolda, oznajmił konfidencjonalnie: – Jesteśmy sąsiadami i możemy być ze sobą zupełnie szczerzy,
kiedy rozmawiamy w cztery oczy. Chyba zgodzi się pan ze mną w tej kwestii?
Patrząc na przechylonego w fotelu Blockleitera, Arnold zastanawiał się do
czego zmierza, a jednocześnie odnosił wrażenie, że nie jest takim prostakiem,
jakim mu się wydał przy pierwszym spotkaniu i pierwszej rozmowie. Używał
nawet słów, których się po nim nie spodziewał, wszakże jego deklarację o sąsiedzkiej otwartości potraktował z rezerwą i skwitował grzecznym frazesem:
– Z całą przyjemnością. Naturalnie.
Zdobył się jeszcze na jakiś grymas, mający imitować uśmiech, nie był bowiem zadowolony z sytuacji, w jakiej się znalazł, ani z siebie. Coraz częściej
czuł gorzki ciężar przymusu, który nakładał się na jego postępowanie i podpowiadał nic nie znaczące słowa, w miejsce tych, które chciał i powinien wymówić.
Zapytany o początek tej dolegliwości, o jej pierwsze symptomy, potrafiłby tylko tyle powiedzieć, że zaczęły pojawiać się jeszcze za czasów Wolnego Miasta,
podczas starć na uczelni, pomiędzy niemieckimi i polskimi studentami, których
jakby nie zauważał i nie zajmował wobec nich stanowiska. Podobnie jak wobec
burd i ekscesów na ulicach. Działy się na jego oczach, uważał wszakże, że nie
ma z nimi nic wspólnego, zatem komentować ich nie należy. Zwłaszcza w gronie profesorów i wykładowców, w większości opowiadających się za brunatnymi bojówkarzami Forstera. Musiał więc przyznać, że kierował się względem
na własne dobro i czynił to pod presją zagęszczającej się w mieście atmosfery.
Strach pojawił się później, dopiero pod murami Viktoriaschule, gdy przyszedł
z Emmą, wyciągnąć z aresztu Heddę. Wytłumił się później, zredukował do rozmiarów ostrożności, ale nie zniknął zupełnie i przymus tego wstydliwego uczucia zaczął sterować jego postępowaniem i słowami. Prowadziło to prostą drogą
do rozszczepienia osobowości na wewnętrzną i zewnętrzną, tajną i ujawnianą,
do różnych form kamuflażu, dobierania masek stosownie do okoliczności, czy
chowania za grzecznościowe frazesy, podobne do tego, którym właśnie poczęstował Blockleitera Knochego. Jakiekolwiek czyniłby wrażenie, jego funkcja
polegała przecież na penetrowaniu podległej mu dzielnicy, badaniu panujących
w niej nastrojów i sporządzaniu stosownych meldunków, które później wędrowały do różnych rąk i mogły powodować przykre skutki. Nie chciał więc figurować w raporcie Knochego jako kontestator, obywatel o niejasnych poglądach,
czy w najlepszym wypadku ktoś niezbyt entuzjastycznie nastawiony do wielkich planów Führera. Nie byłoby to zresztą odpowiednie i właściwe określenie postawy Arnolda; on sam nawet nie potrafił jej ściśle opisać i to stanowiło
248
jego pilnie strzeżony problem. Miewał chwile fascynacji na przemian z godzinami wątpliwości, a nawet przygnębienia, gdy uświadamiał sobie ku jakiemu
przeznaczeniu nieuchronnie zmierzały wszystkie imperia i jaki kres je czekał;
z rzymskim cesarstwem włącznie, chociaż zdawało się, że nic nie skruszy jego
potęgi... Dostrzegał poza tym cały mechanizm przemocy, który niejako wbrew
teorii Herrenvolku, sprowadzał obywateli Rzeszy do roli posłusznych wykonawców woli jednego człowieka, a jako osobistą zniewagę odczuwał konieczność przybierania barw ochronnych, ciężar strachu, obecność wewnętrznego
cenzora nakazującego mu, na przykład, prowadzenie rozmowy z Bolckleiterem
Knochem w taki sposób, który nie obudzi jego podejrzliwości. Sądził nawet, że
już powiedział za dużo, ale Knoche rozpromienił się i oświadczył:
– Oczekiwałem takiej odpowiedzi. Bo wielu ludzi niepotrzebnie kryje się ze
swoimi wątpliwościami, a w szczerej rozmowie, takiej jak nasza, można wszystko wyjaśnić. Musieliśmy pokonać starą Francję, żeby podać rękę nowej.
– Proszę, proszę... Pokonać starą i podać rękę nowej... Skąd mu to się wzięło? Pewnie przeczytał w jakimś okólniku Goebbelsa do komórek partyjnych
– pomyślał Arnold, a Knoche rozwodził się dalej:
– W Paryżu, Vichy i wielu innych miastach otwiera się biura werbunkowe
i prowadzi zaciąg ochotników do walki z bolszewikami. To samo dzieje się
w Belgii, Holandii, na Łotwie i w innych krajach. Nawet neutralna Hiszpania
ma sformować pełną dywizję. Tak, profesorze, Europa zrozumiała, co naprawdę jej zagraża i rozpoczyna się wielka krucjata przeciw komunizmowi.
Mam w swoich zbiorach reprint francuskiego plakatu werbunkowego paryskiej kwatery Milice Nationale Populaire ze szczególnego rodzaju hasłem
propagandowym, zachęcającym do wstępowania w jej szeregi, gdyż walczy
contre le bolchevisme et le capitalisme... Na innym plakacie czytamy: La
Légion Fran­çaise veut faire la révolution pour la famille... Wyrażał on stanowisko rządu Vichy, aprobujące powołanie Legionu Ochotników Francuskich
przeciw Bolszewizmowi (LVF),który faktycznie walczył na froncie wschodnim, a swój haniebny szlak bojowy zakończył w gruzach Berlina, oblężonego przez Armię Czerwoną. W okupowanej Belgii sformowana została dywizja
SS Flandern i Legion Valonia, w Holandii 25 tysięcy mężczyzn wstąpiło do
niemieckiej armii, w Danii powstał Korps Schalburg, a w Norwegii Quislinga
faszystowska organizacja Hird, posiadająca swoją młodzieżową przybudówkę,
wzorowaną na Hitlerjugend. W Protektoracie Czech i Moraw istniało Vladni
Vojsko, Chorwaci mieli Ustaszów, Serbowie Korpus Ochotników, składający
się z pięciu pułków, a Słowacy Gwardię Hlinki, wzorowaną na SS. Z Rygi wyruszył na front wschodni Łotewski Legion Sokoły Dźwiny, na Litwie działali
szaulisi, wielu Estończyków zasiliło Wehrmacht, a Ukraińcy wstępowali do dywizji SS Galizien. Nawet wśród Rosjan, walczących przecież na śmierć i życie
z Niemcami, znalazł się generał Własow, który przeszedł na ich stronę i utwo-
249
rzył z sowieckich jeńców wojennych oddziały Russkoj Oswoboditielnoj Armii
(ROA). Oficjalni sojusznicy Berlina, Węgry i Rumunia, wystawili do walki
z ZSRR duże kontyngenty swych regularnych sił zbrojnych. W Nowym Sączu,
przez kilka miesięcy – nie pamiętam już dokładnie roku – stacjonowało węgierskie wojsko i miasto odetchnęło. Niemcy jakby przycichli, z ulic niemal zniknęły znienawidzone mundury feldgrau, a pojawili się na nich wąsaci Madziarzy
i chociaż byli sojusznikami okupantów, nikt jakoś nie uważał ich za wrogów.
Zachowywali się bardzo przyjaźnie, głównie wobec urodziwych nowosądeczanek, z którymi, mimo bariery językowej, szybko nawiązali liczne kontakty. Na
dworcu kolejowym w Sączu zatrzymał się również, na kilka godzin, eszelon
z żołnierzami Mussoliniego i zniknął przed wieczorem, pozostawiając na peronie cukierki w kolorowych papierkach, których nie podnoszono, ponieważ na
Włochów padał czarny cień Duce, gorliwego zwolennika Führera.
Zapewniając profesora Hasenfussa o poruszeniu w całej Europie,
Blockleiter Knoche mylił się o tyle, że ochotnicze zaciągi pod sztandary hitlerowskiej Krucjaty w różnych krajach kontynentu, nie stanowiły poważnej siły.
Miały bardziej symboliczne, niż rzeczywiste znaczenie i nie mogły zaważyć
na przebiegu działań na froncie wschodnim, który potrzebował coraz więcej
armatniego mięsa, wchłaniał w rozwartą, ognistą gardziel, dywizję za dywizją,
miażdżył je i wypluwał zdziesiątkowane. O tym jednak Knoche, siedząc w wiklinowym fotelu pod orzechem w ogrodzie Hasenfussów, nie mógł jeszcze wiedzieć, czy nawet w jakiś sposób przewidywać, ponieważ straty Wehrmachtu,
w porównaniu do odnoszonych, oszałamiających sukcesów, były niemal znikome. Dlatego też rozpierał go wprost bojowy ferwor, zagarniał coraz większe
połacie Rosji i mówił:
– Nowa Europa będzie sięgała po Ural i w ten sposób wypełnimy, profesorze, odwieczną misję Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Ta idea
powinna być panu bliska, prawda?
– Tak pan przypuszcza, Herr Knoche?
– Jestem nawet pewny. Ten, kto przeczytał Mein Kampf musiał to sobie
uświadomić, bo Führer jasno wykłada swoje myśli.
– A skąd pan wie, że mam tę książkę?
– Skąd..? – Blockleiter zmieszał się jakby i zawiesił na moment głos, ale
odzyskawszy kontenans, oświadczył: – Frau Hasenfuss wspomniała mi kiedyś,
że często zagląda pan do niej... Każdy Niemiec zresztą powinien posiadać Mein
Kampf. To przecież nasza biblia.
Należało skwapliwie potwierdzić swoje uznanie dla niej i profesor w kilku gładkich zdaniach wykonał ten obywatelski obowiązek. Wprawił się już
nieco w operowanie systemem frazesów, które satysfakcjonowały jego rozmówców, wtapiał powoli w szeregi chóru śpiewającego z jednakowych nut,
wykonującego te same gesty, powtarzającego takie same opinie. Stał wpraw-
250
dzie w tylnych rzędach tego chóru, ale przecież dołączał swój głos do innych
głosów, ponieważ samo otwieranie ust i udawanie śpiewu byłoby zbyt ryzykowne; nie istniała przecież możliwość przewidzenia kto tkwi obok i pilnie
strzyże uszami.
Knoche przynajmniej nie nadsłuchiwał, co czyniło go prawie sympatycznym. Otwarcie wyjawiał cel swoich wizyt, a teraz kwitował aprobującymi skłonami głowy opinię Arnolda o książce Führera. Nie omieszkał też powiadomić
Emmy, gdy nadeszła z jabłecznikiem i dzbankiem wody z sokiem malinowym,
że śmiało już może jej małżonka rekomendować do partii, ponieważ z godną
uznania wnikliwością przestudiował i ocenił Mein Kampf. Następnie zwrócił
się bezpośrednio do profesora:
– Gdyby pan zechciał przyjść do naszego biura, powiedzmy o czwartej
po południu, podpisalibyśmy deklarację i wszystkie potrzebne dokumenty.
Albo w czwartek, o tej samej porze, jak będzie panu wygodniej. Trafi pan łatwo, bo mieścimy się na Langer Markt czterdzieści jeden, nad sklepem Franza
Kornatha. Przy okazji może pan kupić u niego butelkę wina albo likieru, bo ma
bardzo duży wybór – zażartował jeszcze i podniósł się z fotela, najwyraźniej
uznając swoją misję za zakończoną, ze zdziwieniem więc spojrzał na Arnolda,
który powiedział:
– Trochę się pan spóźnił, Herr Knoche.
– Z czym?
– Ze swoją propozycją. Dwa tygodnie temu wstąpiłem do partii. Należę do
komórki w mojej uczelni.
Zapewne Bolckleiter wolałby zapisać na własnym koncie akces do NSDAP
znamienitego sąsiada i pochwalić się tym w swojej Ortsgruppe, toteż skwaśniał nieco, ale złożył gratulacje Hasenfussowi, zjadł dwa kawałki jabłecznika i
zaczął się żegnać. Profesor odprowadził go do furtki, a po powrocie do ogrodu
zapytał Emmę bez żadnych wstępów:
– Kiedy rozmawiałaś z Knochem o tym, że czytam Mein Kampf?
– Z Knochem... – zdziwiła się Emma. – Co ci, Arni, przychodzi do głowy?
– Na pewno nie rozmawiałaś? Przypomnij sobie, bo to ważne – nalegał
Arnold. – Może napomknęłaś coś na ten temat?
– Nie – oświadczyła stanowczo. – Nigdy.
– W takim razie mamy w domu donosiciela. Właściwie donosicielkę –
Arnold poprawił się zaraz i dorzucił: – Musisz zwolnić Heddę. Natychmiast.
Decyzje głowy domu nie były przy Kleine Mölde 89 kwestionowane, ani
poddawane odroczeniom, jednak tym razem Emma podsunęła najpierw profesorowi szklankę wody z sokiem malinowym i zamiast sakramentalnego: – jak
sobie życzysz, Arni – powiedziała:
– Nie gorączkuj się. Krzywdzisz Heddę bardzo ciężko takim posądzeniem.
To uczciwa dziewczyna.
251
– Też tak sądziłem, ale tylko ona chodzi do biura Knochego po kartki żywnościowe. I tam na nas donosi.
– Chodziła – sprostowała Emma. – Teraz wolę iść sama, bo ona zbyt się
denerwuje, kiedy Knoche bierze ją na spytki. Nie wie już, co wymyślać.
– O czym ty mówisz? – Arnold zmarszczył się surowo. – Wiedziałaś, że
Knoche ciągnie Heddę za język i nic mi nie powiedziałaś?
– Bo mógłbyś uprzedzić się do niej. A dziewczyna nie miała wyjścia.
– To znaczy..?
– Kiedy Heddę wypuszczali z Viktoriaschule, komendant kazał jej donosić
na nas – wyjaśniała Emma coraz bardziej zdumionemu Arnoldowi. – Ona mi to
powtórzyła. Płakała. Chciała się zwolnić i wracać na wieś, ale ją zatrzymałam.
– Wszystko bez mojej wiedzy – Arnold pokręcił głową z dezaprobatą
i wyrzutem jednocześnie. – Czy to było w porządku? Dotąd nie ukrywałaś
niczego przede mną. Nie miałbym powodu uprzedzać się do Heddy, znając
całą prawdę.
– Pewnie masz rację i słuszny żal – przyznała Emma. – Uległam, bo Hedda
bardzo mnie prosiła, żeby nic tobie nie mówić. Wstydziła się ciebie, a równocześnie bała Christoffela, bo mocno ją nastraszył. Musiałam jakoś jej pomóc.
– I co wymyśliłaś?
– Żeby opowiadała Knochemu, jacy to Hasenfussowie są porządni i jak
podziwiają Führera. Szczególnie pan profesor Hasenfuss. Czyta nawet Mein
Kampf. Teraz rozumiesz? Możemy podziękować Bogu, że trafiliśmy na taką
dziewczynę, jak Hedda. Razem wystrychnęłyśmy naszego Blockleitera na
dudka.
– Knoche nie jest głupi – zafrasował się Arnold. – A Hedda...
– Co: Hedda?
– Przypomnij mi, jak ona trafiła do nas?
– Przez Zombarthów. Oni mają krewnych na wsi i polecili nam Heddę.
Przyjechała z drewnianym kuferkiem. Nie pamiętasz?
– Nie. Myślałem, że z jakiegoś pośrednictwa. Moja matka chodziła po
nową służącą do Frau Brummel na Hundegasse, bo ciągle były kłopoty z tymi
dziewczynami.
Nie potrafiłby już ich policzyć. Jedne były krócej, drugie dłużej, starsze,
młodsze, w średnim wieku, brzydkie i ładne, wysokie i niskie, małomówne
i gadatliwe, a nawet frechowne, czyli pyskate, jednak żadna z nich nie potrafiła
sprostać wysokim wymaganiom matki Arnolda. A jeśli już trafiła się taka, która
umiała jednocześnie dobrze gotować, sprzątać, prać i prasować, to nie udawały się jej wypieki, albo przy zakupach produktów dopuszczała się małych
malwersacji i wylatywała z hukiem na ulicę, a Frau Brummel z Hundegasse
wystawiała jej wilczy bilet i nigdy już nie polecała swoim klientkom. Najdłużej
utrzymała się postawna Truda z Löblau, za którą Maks wodził cielęcym wzro-
252
kiem. Była obdarzona wszystkimi przymiotami, jakie mogła posiadać pomoc
domowa, a tylko jedną wadą: skrycie zaglądała do gąsiora z wiśniową nalewką,
który Gottlieb Hasenfuss trzymał w swoim kantorku... Takie to były grzechy
i grzeszki tych kilkunastu chyba Mädchen für alles, które przewinęły się przez
dom rodziców Arnolda. Obecnie, jak mu się wydawało po ujawnieniu przypadku Heddy, mogły one pełnić lub być zmuszane do pełnienia jeszcze innej
roli w bardzo wielu niemieckich rodzinach i stać się informatorkami partyjnych
Block­leiterów, sprawujących nadzór nad mieszkańcami powierzonych sobie
dzielnic.
– Jesteśmy osaczeni, Emmo – powiedział. – Jeśli olbrzym Argos, sługa bogini Hery, miał sto oczu, to Hitler posiada ich setki tysięcy i rozmieszczone są
wszędzie. Gdyby nasza Hedda miała inny charakter, bylibyśmy pod obserwacją
dwadzieścia cztery godziny na dobę, nic o tym nie wiedząc. Jesteśmy więc narodem panów, czy niewolników, których się trzyma na smyczy..?
– Nie irytuj się, Arni – łagodziła Emma – nie warto. Głową muru nie przebijesz. Wstąpiłeś do partii i masz spokój. Knoche nie będzie cię już nachodził.
– Nie wstąpiłem do partii, Emmo. Musiałem wstąpić. A to jest różnica – tu
uniósł znacząco palec – wielka różnica.
Patrzyłem na przygnębionego profesora Hasenfussa i myślałem o tych
wszystkich Parteigenosse, którzy wówczas nie chcieli być w hitlerowskiej
NSDAP, a jednak znaleźli się w jej szeregach, a po wojnie o towarzyszach,
którzy nie chcieli być towarzyszami, a jednak wstąpili w NRD do stalinowskiej
SED, a u nas do PZPR i mówili podobnie, wszystko tym próbując i usiłując
usprawiedliwić: m u s i a ł e m podpisać deklarację...
Profesorowi Hasenfussowi, który nie mógł sam z sobą dojść do ładu, sumienie nie dawało spokoju. Kochał przecież swój kraj, swój naród, z jednej
zatem strony fascynowała go potęga jaką objawił pod znakiem swastyki, prowadzony przez Führera od zwycięstwa do zwycięstwa, ale z drugiej uderzała go bezwzględność z jaką Hitler narzucał wszystkim swoją wolę, wymuszał
posłuszeństwo i miażdżył wszelką swobodę myśli. Gnębił się tym, że teraz,
nosząc znaczek NSDAP, popiera formalnie nazistowski reżim i chociaż Emma
nie zadawała mu pytań, zwierzał się jej ze swych rozterek i obiekcji:
– Oglądamy się za siebie, sprawdzamy czy nikt nas nie podsłuchuje, nie
mówimy ale szepczemy i doszło do tego, że Niemcy boją się Niemców. Czy
kiedykolwiek przypuszczaliśmy, że to będzie możliwe?
Unosił ramiona i patrzył na żonę, a Emma mogła jedynie powtarzać:
– Szkoda twoich nerwów, Arni. Szkoda. Musisz pogodzić się z tym, co jest.
I dostosować do innych ludzi.
– Przecież próbuję. Wstąpiłem do partii, chociaż nie powinienem tego zrobić, skoro mam tyle wątpliwości.
– Zrobiłeś to dla nas, Arni. Dla swojej rodziny.
253
– I dla siebie. Nie muszę się już bać o swoją pozycję na uczelni i mogę dalej
opowiadać studentom o budowlach starożytnego Rzymu, jakby to było jedynie
ważne i stanowiło wystarczającą cenę za tamten podpis.
– Nie rozdrażniaj się – prosiła Emma. – Przecież Rzym, to twoje miasto.
Nigdy nie wiedziałam, gdzie naprawdę jesteś. W naszym domu, czy tam?
Odpowiedział nikłym uśmiechem, jakby antyczny świat nie zapewniał mu
już trwałej przystani, owego zacisznego azylu, do którego chronił się zawsze, kiedy tylko zapragnął oderwać się od zwykłej codzienności lub gdy było mu ciężko
z jakiegokolwiek powodu. Coraz częściej zza niezrównanej w swych proporcjach
i kształtach świątyni Jowisza na Kapitolu, zza kolumn pałaców na Palatynie, kolistej bryły Amfiteatru Flawiuszów, bram cyrku Kaliguli na Mons Vaticanus, czy
mauzoleum Hadriana nad brzegiem Tybru, ukazywał się inny obraz starożytnego
Rzymu, poddanego tyranii jedynowładców, żądających dla siebie boskiego kultu, łasych na pochlebstwa i tępiących bezlitośnie tych, którzy nie okazywali im
bałwochwalczej czci i nie podnosili rąk w poddańczym pozdrowieniu, wołając
jednocześnie: Ave caesar..! Ten sam gest, ukośnie wyrzuconego ramienia, powtarzały teraz całe Niemcy z okrzykiem: Heil Hitler! Zrywał się on jednak nie tylko
na widok Führera; prześcigając w czołobitności poddanych rzymskich imperatorów, używano go również w spotkaniach pomiędzy znajomymi, w biurach i w pociągach, na dworcach i w parkach, u rzeźnika i piekarza, w szpitalu i w kawiarni,
rano i wieczorem, w południe i w nocy, a kto mówił tylko Guten Tag lub Gute
Nacht, bywał notowany jako podejrzany, niechętnie ustosunkowany do osoby
wodza. Dlatego też, nie mówiąc już o urzędowych pismach, nawet listy prywatne
kończyło Heil Hitler!, bo nuż rezydent gestapo na poczcie otworzy kopertę i zapisze nazwisko nadawcy... Fascynacja i kult Führera, tylko częściowo wymuszany,
osiągały więc monstrualne rozmiary i przewyższały swym zasięgiem hołdy oddawane rzymskim cezarom, w jednym tylko im nie dorównując: przed podobiznami
Hitlera nie palono kadzideł. W zamian wódz zażądał ofiar z ludzi...
– Zamyśliłeś się?
Skinął lekko głową, nim odpowiedział, bo właśnie rozglądał się po małej
auli Technische Hochschule; w rzędach ławek, zazwyczaj szczelnie wypełnionych na jego wykładach, zaczynały pojawiać się puste miejsca...
– Powoli ubywa mi studentów. Myślałem o tym, gdzie teraz są i czy jeszcze
żyją.
Niepotrzebnie dotknął wrażliwego miejsca. Spostrzegł, że Emma zaplotła
palce obu rąk i zacisnęła je mocno.
– A Norbert..?
– Dopiero od miesiąca jest w morzu – przypomniał Arnold. – Za dwa, najdalej za trzy tygodnie, będzie znowu w domu.
– A jeżeli... – zawiesiła głos i dodała po chwili: – Może teraz, kiedy my
tutaj siedzimy, jego okręt...
254
Omijała każde słowo, w którym kryło się jakieś złowrogie znaczenie.
Bała się, że wypowiadając je sprowadzi na syna niebezpieczeństwo, czyhające w głębi dalekich wód, gdzie krąży jego stalowe wrzeciono. Chciała wiedzieć jak najwięcej o morskich walkach i w tym celu chodziła do Odeonu, aby
obejrzeć Kriegswochenschau; przyglądała się wtedy z napięciem brodatym
twarzom oficerów, lustrujących lornetami szeroki okrąg morza, szukając między nimi twarzy Norberta. Wyprawy te odbywała najczęściej samotnie, gdyż
Arnold nie dawał się namówić na pójście do kina, Jochen wymawiał się brakiem czasu, a Dietera niechętnie zabierała z sobą, chociaż on właśnie pragnął
zawsze jej towarzyszyć. Patrzył, urzeczony, na ostre dzioby okrętów, rozcinające morskie fale, na zionące ogniem lufy dział i podobne do cygar torpedy,
miotane z wyrzutni U-bootów; podskakiwał na kinowym fotelu, kiedy osiągały
swój cel i z płynącego na horyzoncie statku buchał gejzer płomieni i dymu.
Potem z trudem zasypiał, wiercił się w łóżku i dopytywał o powrót brata, więc
musiała go uspokajać i obiecywać, że szybko nastąpi. Sama nie potrafiła jednak
ukryć rosnącego w niej niepokoju, chociaż Arnold powtarzał, ujmując jej ręce
i rozplatając zaciśnięte palce:
– Nie obejrzysz się nawet, jak miną te dwa tygodnie i Norbert przypłynie.
Ciężko nam jest, Emmo, ale możemy tylko czekać i mieć ufność, że wróci.
Pomódl się, zamiast ciągle zadręczać.
Dwa razy w tygodniu, po zakupach, które robiła z Heddą pod halą targową, gdzie można było jeszcze coś nabyć bez kartek, wstępowała do kościoła
św. Mikołaja, klękała w bocznej nawie, wyjmowała z torebki różaniec i prosiła
Matkę Bożą o opiekę nad Norbertem. Wracała do domu pokrzepiona, zmora
obawy o niego nie dawała się jednak na długo odpędzić i tak w jej sercu kołatały się na przemian strach i nadzieja. Dlatego powiedziała:
– Chyba źle się modlę, Arni. Bardzo krótko czuję ulgę. A teraz boję się
jeszcze... – znów potknęła się o złowieszcze słowo i drgnęły jej palce, zamknięte w dłoniach Arnolda, więc objął je mocniej i zapytał:
– Czego?
– Rosji – wyjaśniła krótko. – Jeżeli wezmą Jochena do wojska, to na pewno
wyślą go na te straszne stepy. Musimy coś zrobić, Arni, żeby go nam nie zabrali.
Arnold milczał, więc wysunęła ręce z jego dłoni, wstała z fotela i zaczęła
zbierać na tacę szklanki i talerzyki, składała łyżeczki, odpędziła pszczołę, wędrującą po okruchach jabłecznika, nim wreszcie zdecydowała się powiedzieć:
– Jesteś teraz w partii, więc chyba poznasz kogoś ważnego, kto mógłby
nam pomóc to załatwić.
Stary świat ładu i prawa rozsypywał się już od dawna i zginął na oczach
profesora Hasenfussa, ale on pragnął zachować go w sobie i nie posiadał w zasobie swoich pojęć wyrazu o takim znaczeniu, jakie nadała mu Emma; niczego
dotąd nie załatwiał, stanął zatem wobec nowego doświadczenia, obok akcesu
255
do partii, w którym wierność zasadom przeciwstawiona być miała konieczności
przetrwania rodziny i wyniesienia głowy Jochena z pożaru jaki się rozszalał
i pochłaniał coraz więcej ofiar. Nadal nakłuwał po nocach kolorowymi szpilkami mapę wschodniej części kontynentu i chociaż te z czarnymi łebkami parły
nieustannie do przodu, pozostał im do zdobycia jeszcze ogromny obszar niezmierzonej Rosji, mogły więc zostać wchłonięte przez owe przepastne stepy,
których tak bała się Emma i przed którymi on sam odczuwał głęboki respekt.
Jednocześnie i niezależnie jakby od tego respektu, znajdował się pod wrażeniem
błyskawicznych postępów armii, które budziły jego podziw i pewną nawet zazdrość, gdy przypominał sobie dreptanie w błocie własnego, cesarskiego pułku
na polach Szampanii. Byłby więc chyba dumny z Jochena, gdyby wziął udział
w tym zwycięskim pochodzie na wschód i gdyby z niego powrócił z Żelaznym
Krzyżem na piersi. Bardziej wszakże prawdopodobne było to, że taki krzyż
znalazłby się nad jego nazwiskiem wśród nekrologów, które pojawiały się gazetach, z nieodmiennym: zginął na polu chwały für Führer und Volk! W takiej
właśnie kolejności...
– Odpowiesz mi, Arni? Zrobisz coś?
Emma stała nadal z tacą w rękach i patrzyła wyczekująco na męża, więc
podniósł się i patrząc gdzieś w bok, powiedział:
– Jeżeli tylko będzie to możliwe.
XXV
P
ierwszy zawsze odzywał się czarny pudel Dingo państwa Sztenclów, po
nim ujadała żarliwie zgrabniutka Figa, jamniczka państwa Kuriatów,
następnie zaczynał szczekać przystojny Floksik, jamnik państwa
Wojciechowskich, dla przyzwoitości i niezbyt gorliwie dawał głos grubasek
Maksio a wreszcie rozpoczynała swoje solo nasza kochana Buba. Wtedy wiedzieliśmy już, że nadchodzi pan listowy, jak kiedyś mówiło się w moim rodzinnym
Ostrowie, a teraz oficjalnie: doręczyciel. Figuni, Floksika i Buby już nie ma, więc
nadejście listonosza oznajmia tylko Dingo i Maksio, ze starej psiej gromadki,
oraz dwie nowe sunie: Malwa państwa Śliźniów i Bajka państwa Koprowskich.
Pan Stefan Mosiński, nasz doręczyciel, pnie się pod górę, wkłada do metalowych skrzynek, umieszczonych przy furtkach, różnej wielkości koperty, a wśród
nich sterty reklamówek licznych pizzerii, super i hiper marketów, oraz firm z całego kraju, prześcigających się w zachęcaniu nas do nabijania im kabzy.
– Szanowna Pani Ireno! – czyta Małżonka skierowany do niej list. – Czeka
na ciebie wysoka nagroda pieniężna! Aby ją wygrać, przyślij do nas swoje zamówienie o wartości 99 złotych... Oni wypili już ze mną brudzia – śmieje się,
przerywając czytanie. – A swoją drogą ciekawe, skąd mają mój adres, bo telefon w książce nie jest na moje imię?
– Teraz wszystko jest towarem, mamo, więc handluje się również nazwiskami – mówi Daniela, która także przegląda wyjętą ze skrzynki korespondencję. – A do mnie nic nie przyszło.
Czuje się trochę zawiedziona, ponieważ zamówiła katalog jakiegoś wysyłkowego domu towarowego, ale po chwili już sobie gwarzy z Ireną o kobiecych
fatałaszkach, nie wie bowiem w czym ma pójść na ślub koleżanki, a ten jest już
w najbliższą niedzielę w kościele Chrystusa Króla, zatem czasu zostało niewiele, a wypada przyzwoicie wystąpić, bo to nasza parafia i będzie na pewno sporo
znajomych...
257
Do jednego ucha wpadają mi te miłe głosy, a drugie łowi dobiegającą przez otwarte drzwi balkonowe szybką wymianę zdań pomiędzy babcią
Plichtową, a taksówkarzami, którzy znowu rzucają pety papierosów na chodnik przed domem pani Marii, a nigdy go nie zamiotą. Babcia Plichtowa użera
się z nimi o to niemal od dnia, w którym nasz sąsiad z naprzeciwka, pan
Leszczyński wynajął firmie Taxi – Komfort całe piętro swojego domu, a mnie
doprowadzają do szewskiej pasji, parkując samochody przed wjazdem do naszego garażu.
Pan listonosz, który obszedł już cały plac, zatrzymuje się teraz przed domem redaktora Sowy, ale nie chce być rozjemcą w sporze pomiędzy babcią
Plichtową a taksówkarzami, wrzuca kilka kopert do skrzynki i przechodzi do
posesji numer 109, gdzie czeka już na niego, jak zawsze pogodnie uśmiechnięta, pani Ewa Łysiak. Rozmawiają dłuższą chwilę, wreszcie pani Ewa coś
podpisuje, zapewne potwierdzenie otrzymania poleconej przesyłki i listonosz
odchodzi... Ot, zwyczajna, niemal codzienna scenka z naszego placu z osobą sympatycznego pana Mosińskiego na pierwszym planie, mnie wszakże
nasunęła ona inny obraz i postać innego doręczyciela poczty, którego tutaj wyczekiwano kiedyś z niepokojem i przyspieszonym biciem serca; Brief­
träger mógł bowiem z swojej torby wyciągnąć kopertę z listem napisanym
przez dowódcę kompanii, batalionu, czy pułku, w którym zawiadamiał on
z głębokim żalem, że dnia tego i tego, Wasz syn, Gefreiter... Feldwebel...
Leutnant... poległ bohaterską śmiercią für Führer, Volk und Vaterland... Też
w takiej kolejności.
W porze, kiedy zwykle się zjawiał, gotujące obiad kobiety zostawiały garnki na małym ogniu i podchodziły do okien, wypatrując niewysokiej, przygarbionej już wiekiem sylwetki w mundurze i okrągłej czapce na głowie, człapiącej wolno wzdłuż domów, usadowionych przy wspinającej się ku placowi
uliczce. Wkładał starannie do skrzynek listy i gazety, zatrzymując się najdłużej
przy furtce Blockleitera, ponieważ Knoche otrzymywał sporo przesyłek. Potem
wkraczał na plac i zaczynał swój obchód od domu Zombarthów, których syn
pełnił służbę garnizonową w Holandii, więc Zombarthowa była o niego spokojna, ale jej sąsiadki, Alferdowa i Winterowa, śledziły każdy krok Briefträgera,
ponieważ jedna miała syna w Afrika Korps, a druga na froncie wschodnim
i obie jednakowo drżały o ich życie.
Wejście listonosza na plac i jego powolny obchód wszystkich skrzynek
pocztowych, był również dla Emmy czasem udręki, cięższej jeszcze, odkąd do
obawy o Norberta, dołączył się strach o Jochena, który, mimo poczynionych
przez profesora starań, został powołany do wojska i znajdował się już w Rosji,
której tak się bała. Stojąc przy oknie szeptała suchymi wargami: Vater unser
der Du bist im Himmel... Spraw, Panie, żeby nie przyszły żadne złe wiadomości... I biegła do furtki, kiedy Briefträger, wyłoniwszy się zza domu Bergerów,
258
pokazywał jej wyjętą już z torby kopertę, rozcinała ją kuchennym nożem, wyjmowała zapisaną kartkę i odetchnąwszy głęboko zaczynała czytać, a twarz jej
rozjaśniała się i oczy nabierały blasku. Listy od Torstena Simmela, jeśli przychodziły, odkładała na kredens w jadalni, skąd zabierała je Liza po powrocie
z pracy i chroniła się z nimi w swoim pokoju, rosząc wielkimi kroplami łez
kulfoniaste litery, naskrobane przez męża, gdyż nie mogła przyzwyczaić się do
rozłąki z nim i pogodzić z nocną samotnością w łóżku.
Udawanie ofermy batalionowej skutkowało dość długo, ale ostatecznie nie
uchroniło Torstena przed wcieleniem do wydzielonego z jednostki oddziału,
który odkomenderowany został do Generalnego Gubernatorstwa i włączony do
pułku policji, stacjonującego w Lublinie. Torsten pisał, że służbę ma spokojną,
bo miasto nie jest zbyt duże i położone w ładnej okolicy, dowództwo urządza
więc wszystkim częste, kilkudniowe nawet, wyjazdy na polowania. Dziwiło to
Lizę dość mocno, ponieważ Torsten, jeśli za kawalerskich czasów polował, to
tylko na dziewczyny z Oruni, o czym jej kiedyś napomknął, a z innym rodzajem
myślistwa nie miał nigdy nic wspólnego.
– Co o tym myślisz, Vati? – pytała przy obiedzie, ale profesor nie kwapił
się do głębszego roztrząsania tej kwestii, załatwiając ją krótko, pomiędzy zupą
a drugim daniem:
– Nie będę zgadywał, a ty zapytasz go sama o te polowania, kiedy przyjedzie na urlop.
Siedział osowiały za stołem, który nie gromadził już całej rodziny przy
wspólnym posiłku. Jadali go zresztą razem tylko w niedzielę, ponieważ w dni
powszednie on sam miewał często po pracy zebrania partyjne, Liza udzielała
się, jako żona policjanta, w Nationalsozialistische Frauenschaft, a Dieter biegał
ciągle na zbiórki Pimpfów w czarnych i krótkich, sztruksowych spodenkach
i musztardowego koloru koszuli. Kiedy pierwszy raz ukazał się w tym stroju,
wyciągnął prawe ramię i zawołał Heil Hitler!, Arnoldowi przeszedł mróz po
plecach. Powiedział wtedy, najłagodniej, jak tylko potrafił:
– Jesteśmy w domu, Dirk. Do mamy ani do mnie nie musisz się zwracać
w ten sposób.
Chłopiec opuścił rękę, spojrzał niepewnie na ojca i zapytał:
– Kogo mam teraz słuchać, Papi? Ciebie, czy mojego drużynowego?
– W domu mnie, a na zbiórce swojego dowódcę – odpowiedział Arnold,
chociaż sprawa nie była prosta i stojąca w pobliżu Emma kręciła z niezadowoleniem głową za plecami Dietera. Potem, kiedy chłopiec poszedł już na piętro
do swojego pokoju, powiedziała:
– Z tego mogą być kłopoty, Arni. Teraz musisz już ostrożnie rozmawiać
z Dirkiem. Dawałam ci przecież znaki, a ty...
– A ja – żachnął się – mam się bać swojego syna? Chyba nie przypuszczasz,
że Dieter stanie się donosicielem?
259
– Nieświadomie – odrzekła. – Wystarczy, że powtórzy to, co usłyszał od
ciebie. Jest jeszcze małym chłopcem i nie rozumie, że to, co się mówi w domu,
musi w domu pozostać. Niedługo jednak powinien się tego dowiedzieć.
– Mamy go uczyć podwójnego życia?
– Mamy go wydać w ręce tych jego firerków i nic mu nie mówić? – odpowiedziała pytaniem. – Chyba widzisz, jak mu ten mundurek imponuje. Mało
nóg nie połamie, tak pędzi na wszystkie zbiórki. Jeżeli zostawimy go samego,
to za rok, za dwa lata, nie poznamy naszego Dirka.
– Przesadzasz, Emmo.
– Porozmawiaj z panią Oster, skoro mi nie wierzysz – zaproponowała.
– Ona ci powie, co teraz robią z dziećmi w tych Pimpfach.
Profesor, oczywiście, nie porozmawiał z Frau Oster, wdową, która mieszkała pod numerem 109, przy wejściu na plac, po drugiej stronie ulicy i miała
starszego od Dietera wnuka, ponieważ nie starał się o nawiązanie i utrzymywanie bliższych stosunków z sąsiadami. Kłaniał się wszystkim, czasem zatrzymywał dla zamienienia z kimś kilku zdawkowych słów i na tym, w przeciwieństwie do Emmy, poprzestawał. Nie znał więc, znów w odróżnieniu od Emmy,
rodzicielskich kłopotów innych mieszkańców Kleine Mölde i nigdy nie odczuwał
potrzeby ich poznawania, zawsze zatopiony w swej pracy i jej zupełnie oddany.
Teraz próbował chronić się za nią nawet przed własnym, ojcowskim strapieniem,
którego przyczyną był Dieter, osłona wszakże okazała się niezbyt szczelna, ponieważ łatwo rozsunęła ją ręka chłopca z zeszytem do prac domowych.
– Pomóż mi, Papi – prosił Dirk, wchodząc do gabinetu profesora, korzystał
bowiem ze specjalnych uprawnień i mógł się zawsze w nim zjawiać, kiedy tylko miał na to ochotę. – To musi być ładnie napisane.
– Musi..? – powtórzył Arnold, ściągając z niezadowoleniem brwi. – Co to
znaczy? Jak ty się zwracasz do ojca?
Dieter, jakby nie słyszał pytania, potrząsał niecierpliwie zeszytem, wreszcie położył go na biurku, otworzył i wskazał palcem podkreślony tytuł zadanego wypracowania:
– Unser Führer.
Trzeba przyznać, że profesor znalazł się w trudnej sytuacji. Nie pisał
wprawdzie za Dirka zadań domowych, ale często pomagał mu w ich odrabianiu, poddając jakąś myśl przewodnią, uzupełniając tekst lub wygładzając jego
chropowatości, zatem i teraz powinien postąpić podobnie, na co jednak nie miał
najmniejszej ochoty. Skoro wypracowanie musiało być – według oświadczenia syna – ładnie napisane, było zupełnie jasne, że jedynie panegiryk zaspokoi
oczekiwania szkoły, Arnold zaś nie czuł się zdolny do jego wysmażenia. Patrzył
na leżący przed nim zeszyt, ale nie przysuwał go do siebie. Jego dłonie leżały
płasko na blacie biurka i odległość pomiędzy nimi a brzegiem kajetu zdawała
się być przestrzenią tak rozległą, że pokonanie jej nie wydawało się możliwe.
260
A przecież nie powinien trwać w bezruchu, okazując synowi, stojącemu przed
biurkiem, zupełne zaskoczenie położeniem, w jakim został przez niego postawiony.
Zaobserwowałem u wielu ludzi, że w kłopotliwych momentach wykonują
bezwiednie jakieś dawno zapomniane gesty, kiedyś posiadające określone znaczenie; na przykład dawni palacze sięgają do kieszeni po paczkę papierosów,
której tam nie ma, a łysi po wyrzucony już grzebień. Natomiast Arnold, poruszywszy wreszcie lewą rękę, uniósł ją ku twarzy, a dokładniej mówiąc, ku górnej
wardze, nad którą niegdyś pysznił mu się cesarski wąs ŕ la Wilhelm II, z sztywnymi, zadzierzystymi końcami. Byłby teraz bardzo przydatny, gdyż profesor,
podkręcając go, mógłby udawać, że zastanawia się głęboko nad podejściem do
tematu i zaraz zacznie pomrukiwać, co znaczyłoby, że jest na właściwym tropie. A przecież nie był i palce, gotowe już do spotkania z kształtnym i twardym
zarostem, zawisły w próżni, zawiedzione zetknięciem z gołą skórą pod nosem.
Mógłby jeszcze przesunąć je po policzku i ciągnąć się za ucho albo masować
skroń dla przywołania jakiejś zbawiennej myśli, wiem wszakże z własnego doświadczenia, że nic nie zastąpi wplątywania palców w brodę – wąsów nie noszę
– skręcania jej włosów w cienkie spirale, lekkiego ich poszarpywania, gdy głowa jest pusta, a należy ją napełnić jak najszybciej. Przyglądając się z boku profesorowi Hasenfussowi i obserwując manewry jego ręki, wiedziałem dobrze,
co pragnęła bezskutecznie znaleźć i nie chciałbym, szczerze mówiąc, wejść
w jego skórę i próbować wyśliznąć się z perfidnej pułapki, nie narażając ani
Dietera, ani siebie, a może nawet całej rodziny, na poważne przykrości, gdyby
wypracowanie nie stało się peanem na cześć Hitlera. Składanie takich hołdów
budziło wewnętrzny sprzeciw profesora i odstręczało go od osoby Führera, podawało w wątpliwość jego wielkość, gdyż, jak sądził, prawdziwie wielcy ludzie
brzydzili się tego rodzaju służalczymi gestami.
Nie było sposobu na wyjaśnienie tego wszystkiego Dieterowi, który stał
przed biurkiem, zupełnie nieświadomy kłopotu, jaki sprawił ojcu wypracowaniem, wymagającym jego pomocy. Profesor nie będzie mógł mu jej odmówić
i zabierze się wreszcie do pisania, czując zimny dotyk lufy przymusu, przyłożonej do czoła.
To podłe, obrzydliwe uczucie. Otarłem się o nie dość wcześnie i patrząc
na sięgającego po pióro Arnolda, zobaczyłem jednocześnie jakby swoją własną klasę w ostrowskim gimnazjum w pewien grudniowy dzień czterdziestego dziewiątego roku; po dzwonku kończącym pauzę wkroczył do niej jeden
z nauczycieli – opuśćmy zasłonę miłosierdzia na jego nazwisko – i oznajmił,
że zbliżają się siedemdziesiąte urodziny towarzysza Stalina, wobec czego cała
polska młodzież pragnie złożyć życzenia ukochanemu chorążemu pokoju, najlepszemu przyjacielowi naszego kraju i wodzowi całej postępowej ludzkości.
Bębnił jeszcze coś o największym strategu wszystkich czasów, pogromcy faszyz­
261
mu i niezłomnym bojowniku, który doprowadzi do zwycięstwa rewolucji na
całym świecie, rozdając jednocześnie kolorowe kartki pocztowe.
– Każda musi być podpisana wyraźnie imieniem i nazwiskiem, aby towarzysz Stalin wiedział, kto przesyła mu życzenia – instruował nas, przechodząc
pomiędzy ławkami, a my spoglądaliśmy, to na niego, to na siebie, ponieważ nic
nam nie było wiadomo o naszym pragnieniu złożenia poddańczego pokłonu
wąsatemu generalissimusowi, a belfer dodawał jeszcze z naciskiem: – Życzenia
mają wyrażać wasz podziw, szacunek i przywiązanie do osoby dostojnego jubilata, bo on prowadzi nas ku wspaniałej, socjalistycznej...
Poza wyprężonymi w ławkach aktywistami ZMP nikt już nie słuchał tego
ględzenia, bo znaliśmy na pamięć te nuty i ryczeliśmy co tydzień na stadionie
sportowym:
... dalej z nami fundamenty kłaść pod gmach Polski nowy,
maszeruje rozśpiewana brać w przyszłości świat tęczowy...
A w auli gimnazjalnej, na akademiach ku czci, chór szkolny zawodził uroczyście:
... nas wyrastił Stalin na wiernost’ naroda,
na trud i na podwigi nas wdochnowił...
Bałwochwalczy obłęd sięgał w tamtych latach swego apogeum, a moskiewscy lokaje i sprytni karierowicze, jak kraj długi i szeroki, od Bugu do Odry,
prześcigali się w czołobitności i aktach służalczego hołdu, usiłując zmusić do
klękania przed Josifem Wissarionowiczem Dżugaszwilim tych wszystkich, którzy stali i chcieli stać prosto.
Mój Ojciec należał do nich. Miał sztywny kark i dlatego zaliczył okrągły
rok, najpierw w piwnicach powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Ostrowie,
który, dla lepszego chyba samopoczucia prześladowanych polskich patriotów,
zajął budynek po gestapo, na rogu ulic Kolejowej i Sienkiewicza, a potem w ostrowskim więzieniu, w celi sąsiadującej z zajmowaną niegdyś przez kardynała
Ledóchowskiego, trzymanego tu przez Prusaków w czasie bismarkowskiego
Kulturkampfu. Następnego dnia po aresztowaniu Ojca – wiadomości o takich
zdarzeniach rozchodziły się szybko, a więc docierały również do gimnazjum
– nasz łacinnik, profesor Wójtowicz, stanął na pierwszej lekcji obok mojej ławki, położył mi dłoń na ramieniu i trwał tak chwilę w milczeniu, a podczas pauzy
koledzy podawali mi rękę i jakoś bardzo mocno zaciskali na niej palce.
A później miałem i oni również, uczcić urodziny Stalina wiernopoddańczymi życzeniami..! Pistolet przymusu został nam przyłożony do głowy, więc
dobrze wiem, co się wtedy czuje i patrząc teraz na profesora Hasenfussa, jestem
262
w stanie zrozumieć, że ugiął się pod tą presją, mając świadomość odpowiedzialności za całą rodzinę; zdarzało się przecież, że odbierano dzieci rodzicom, jeśli
istniało podejrzenie, że nie chcą wychowywać ich w narodowosocjalistycznym
duchu. My natomiast, tak się nam przynajmniej zdawało, odpowiadaliśmy tylko za samych siebie, ryzykowaliśmy – może rozwiązanie klasy lub nawet relegowanie ze szkoły – w swoim własnym imieniu, więc znów wymienialiśmy
między sobą spojrzenia: Krzychu Trzciński – później znany jako Komeda – patrzył na Zdzicha Wunscha, ten na Bogdana Śmigielskiego, on na mnie, ja na
Marka Kornaszewskiego i tak odbyła się ta milcząca narada, w wyniku której
w wagonach kolejowych, wiozących do Moskwy sterty worków, wypchanych
kartkami zaadresowanymi do generalissimusa Stalina, zabrakło pewnej ilości
pocztówek z ostrowskiego gimnazjum, gdyż gdzieś musiały się zawieruszyć...
Wypracowanie Dietera zostało natomiast głośno odczytane przez nauczycielkę, niejaką Fräulein Hecker i nagrodzone wysoką oceną. Chłopiec, pełen
dumy powrócił do domu, przedłożył zeszyt rodzicom i zaraz po obiedzie zasiadł do pisania listów, pragnął bowiem powiadomić obu braci o otrzymanym
wyróżnieniu, uczciwie dodając, że właściwie zawdzięcza je ojcu, co sprawiło,
że Jochen w Rosji, a Norbert we Francji, prawie jednocześnie pokiwali głowami, im bowiem surowy niegdyś Vater, nie udzielał prawie żadnej pomocy
w odrabianiu domowych zadań.
Pułk Jochena, w dymie i ogniu płonących miast i wsi, parł niepowstrzymanie ku Wołdze, a flotylla U-bootów Norberta została niedawno, ku strapieniu
Emmy i Arnolda, przeniesiona z Gotenhafen do Lorient w Normandii, lepszej
bazy wypadowej na Atlantyk, który nadal pochłaniał statki i okręty w toczącej się, bezpardonowej bitwie o szlaki komunikacyjne, arterie życia Wysp
Brytyjskich, nazywanych wówczas niezatapialnymi lotniskowcami Anglików.
Nagła przeprowadzka nastąpiła w najmniej dla Norberta odpowiedniej
chwili, krótko po jego zaręczynach z panną Irmgardą Metzner, nie mógł więc
być również zadowolony z tej zmiany. Tym bardziej, że data ślubu została
ustalona już w dniu zaręczyn, które odbyły się z wielką pompą w rezydencji
Metznerów przy Pelonkerstrasse. Ostatnio była w dobrym tonie i mile widziana przez władze partyjne, obecność córek zamożnych przedsiębiorców,
na przyjęciach, wydawanych dla oficerów U-bootów, wracających ze zwycięskich wypraw morskich do Gotenhafen. Norbert uczestniczył w nich od
pewnego czasu i kiedy zobaczył wchodzącą na salę, miedzianowłosą Irmę,
wiedział już, że wszystko, co dotąd mu się przydarzyło z kobietami, odejdzie
w cień, wobec tego zielonookiego zjawiska, o wąskich biodrach, kroczącego na długich nogach wzdłuż szpaleru brodatych, podwodnych drapieżców.
Dziesiątki oczu taksowało, obmacywało i rozbierało dziewczynę, ona jednak zdawała się nie rozumieć tych spojrzeń, nie wiedziała, że idzie już naga
pomiędzy mężczyznami, którzy po wielu tygodniach przebywania w stalo-
263
wych pudłach, mogli zapomnieć i najczęściej zapominali na lądzie o przyzwoitych obyczajach. Bankiety na ich cześć zamieniały się niemal zawsze
w wielkie pijatyki, puszczały więc hamulce i następowało odpalanie torped
do celów, które raczej nie zygzakowały, aby uniknąć trafienia. Dziewczęta
z Bund Deutscher Mädel, przysyłane podwodniakom do towarzystwa i nazywane niekiedy kpiąco, Bubi Drück Mich, nie ociągały się długo z zdejmowaniem majtek, traktując jak organizacyjny obowiązek udzielenie swych
wdzięków bohaterom wojny morskiej. Miedzianowłosa panienka nie wyglądała jednak na świadomą swych powinności patriotkę i Norbert, wiedząc, co
ją czeka, a nie chcąc do tego dopuścić, postanowił uprowadzić ją z przyjęcia,
zanim rozpocznie się ostre strzelanie. W tym celu, uprzedzając kolegów, stanął przed Irmą, trzasnął obcasami i wykonując obowiązkowy, sztywny skłon
głową, przy którym podbródek musiał dotknąć ciasno zawiązanego krawata,
przedstawił się i ucałował szarmancko smukłe palce dziewczęcia.
Tak rozpoczęta znajomość musiała doprowadzić do szybkich zaręczyn.
Żaden mężczyzna nie pocałował jeszcze Irmy w rękę, kiedy więc poczuła na
niej dotyk ust Norberta, dziwny prąd przebiegł wzdłuż ramienia dziewczyny
i dotarł do serca, przyspieszając jego bicie. Zielone oczy zatonęły spojrzeniem
w niebieskich, dwornego i szykownego oficera, trzeba bowiem przyznać, że
Norbert prezentował się bardzo atrakcyjnie w marynarskim, galowym mundurze i olśniewająco białej koszuli z kołnierzykiem tak starannie wykrochmalonym przez Heddę, że zamienił się w sztywną obręcz, wpijającą mu się w szyję.
Z tego powodu niemal każdy ruch głowy sprawiał mu pewną trudność, więc
starał się ich nie wykonywać, co bystra Irma zaraz zauważyła i chcąc się upewnić w swym przypuszczeniu, dodającym jeszcze splendoru stojącemu przed nią
brodaczowi, zapytała z współczuciem:
– Był pan kontuzjowany?
– Tak – potwierdził gładko i bez wahania Norbert. – Podczas abordażu na
nieprzyjacielski krążownik. Anglicy bronili się bardzo dzielnie. Pokonaliśmy
ich dopiero po godzinnej walce.
Takie były pierwsze słowa, jakie zamienili z sobą, chociaż mogliby wtedy,
oboje i jednocześnie, wyznać sobie to, co już szeptały ich serca, co mówiły oczy
i czego chciały usta. Dopiero o północy spełniło się to pragnienie, gdy wyszli
z kasyna, w którym temperatura na sali bankietowej zaczynała się podnosić
i zbliżała do progu pijaństwa. Orkiestra grała coraz częściej tanga i przytulane w ich rytmie, ściskane i obłapiane dziewczęta z BDM, oddychały szybciej,
kładły głowy na ramiona swych partnerów i przymykały powieki, odurzone
szeptami, sączonymi do ich czerwieniejących z podniecenia uszu. Wiele par
tańczyło już bez skrępowania backe an backe, pienisty szampan ustępował
miejsca złocistym koniakom, dzwoniło szkło kielichów przy wznoszonych toastach, dźwięczał śmiech, a refrenistka śpiewała:
264
Es geht alles vorüber, es geht alles vorbei,
nach einem Dezember kommt wieder ein Mai...
Zanim przeminie również ta roztańczona noc, zanim świt pobieli okna kasyna, zanim powrócą znów do stalowej trumny, na której okrakiem siedzi czarna śmierć, ich nieodłączna towarzyszka, niech szumi w głowie szampan, wino
i koniak, niech zapomną o morskiej głębinie, cmentarzu U-bootów, ginących
w przerażającym milczeniu, nikt na lądzie nie usłyszy bowiem wołania tonących marynarzy; woda zalewa im już rozwarte usta, lecz płuca rzężą jeszcze,
a potem pękają, gdy ujdzie z nich ostatnia kropla powietrza i zadusi oszalałe
z bólu i trwogi serce. Teraz bije jeszcze, więc trzeba pić, pić i rwać dziewczęta,
bo po grudniu może nigdy nie będzie żadnego maja, lipca, października...
– Komm, Kätzchen!
Zupełnie pijany kapitan usiłował na korytarzu zagrodzić drogę Irmie, ale
Norbert, z szacunkiem dla wyższego niż własny stopnia, odsunął go równie łagodnie co stanowczo i bez dalszych przeszkód wyszli z budynku. Kasyno huczało za nimi, na trawniku poruszały się w mroku splecione z sobą cienie i panna
Metzner przyspieszyła kroku, a kiedy znaleźli się na alejce przy plaży, oparła się
plecami o drzewo, jakby nagle opadła z sił. Zapytała dopiero po dłuższej chwili:
– Wam wszystko wolno?
Gdyby wcześniej opuścili salę balową, nie usłyszałby tych słów i nie musiałby powiedzieć zgorszonej laleczce z dobrego domu:
– Pani jeszcze niewiele o nas wie, panno Irmo.
Objęci ramionami w tańcu, zapatrzeni w siebie na parkiecie, teraz wymieniali inne spojrzenia, jakby nie kołysało ich w zgodnym rytmie tango, nie splatały się ręce i nie zbliżały do siebie usta.
– I nie chcę wiedzieć więcej!
Odwróciła się i ruszyła alejką w stronę miasta, Norbert jednak dogonił ją
w trzech susach i zatrzymał pomiędzy drzewami.
– Nie możemy się tak rozstać! – zawołał. – Pani musi mnie wysłuchać.
A potem...
– Lepiej od razu – przerwała. – Gdzie mam się położyć? Na piasku, czy na
trawie? A może na ławce? Gdzie pan woli?
Zasypała go tymi pytaniami, a Norbert stał osłupiały i chociaż, poza kielichem szampana nie wypił nic więcej, poczuł wiotczenie kolan i niemal się
zatoczył na więdnących nogach. Postać dziewczyny zamazywała się przed nim,
wyraźnie jednak słyszał, że jeszcze siecze go, jak batem, ostrymi słowami:
– Przecież panu porucznikowi też trzeba dać nagrodę. Powinien ją dostać
i zaraz dostanie.
Nagłym ruchem odrzuciła torebkę i zaczęła rozpinać guziki jedwabnej
bluzki, a Norbert, odzyskawszy władzę w nogach, znalazł się natychmiast przy
265
niej, uchwycił i unieruchomił jej ręce. Próbowała je uwolnić, krzycząc jednocześnie:
– Puść! I bierz, co ci się należy! Bierz, skoro wam wszystko wolno!
– Mnie nie...
Przestała się wyrywać z uścisku Norberta. Zesztywniała nagle, a potem
obwisła w jego ramionach, jakby wyczerpana szamotaniem, odgarnęła włosy
z twarzy i zobaczył jej szeroko rozwarte oczy.
– Mnie nie – powtórzył. – Bo jesteś dla mnie... – zająknął się, odetchnął
głęboko i wreszcie wydusił z zaciskającego się gardła. – Bo cię kocham.
Bał się, że Irma parsknie śmiechem, wyszydzi go, wyrwie się z jego objęć,
lecz nie poruszyła się nawet i mogło się zdawać, że znów są blisko siebie, jak
w tańczonym niemal przed chwilą tangu, ale Norbert nie odważył się pochylić niżej i dotknąć ust dziewczyny, więc sama uniosła głowę i przymknęła powieki...
Te trzy kropki wcale nie znaczą, że należy domyślać się czegoś poza tekstem. Pomiędzy Irmą i Norbertem doszło tylko do pocałunku, chociaż – kto
odgadnie tajemne pragnienia kobiety? – miedzianowłosa piękność może nie
miałaby nic przeciw większemu zbliżeniu, zapominając, że gorszył ją przed
momentem widok par bezwstydnie parzących się na trawniku przed kasynem.
Norbert wszakże, uwznioślony pierwszym porywem miłosnego uniesienia, nawet w myślach nie obnażał ciała ukochanej, pragnąc tylko jej duszy, ona zaś,
jak wiadomo, znajduje się na ustach kobiety i zdobywa się ją przez pocałunek.
Ten, który złączył usta Irmy i Norberta zapewne był oszałamiający. I to tak
dalece, że w dwa dni później – podwodniacy musieli się spieszyć – porucznik
Hasenfuss zjawił się z kwiatami w rezydencji przy Pelonkerstrasse, poprosił
o rękę Irmy i został przyjęty – legendarnym rycerzom Kriegsmarine nie odmawiało się niczego – a na oficjalne zaręczyny przybyło liczne grono gości, wśród
których profesorostwo Hasenfussowie nie czuli się najlepiej. Arnold nie znalazł
wspólnego języka z brzuchaczami rozprawiającymi o interesach, a Emma czuła
się nieco skrępowana okazałością posiadłości Metznerów i urządzeniem piętrowego pałacyku, otoczonego starymi, wysokimi drzewami. Ich korony odbijało
lustro wody drzemiącego w słońcu stawu, nad którego brzegiem przechadzały
się pokrzykujące z irytacją pawie, przyzwyczajone do ciszy, panującej zazwyczaj w tym spokojnym zakątku wielkiego miasta.
Leopold Metzner odziedziczył posiadłość przy Pelonkerstrasse po ojcu, bankrutującym w latach kryzysu kupcu zbożowym, otrzymał więc obszerny dwór
w dość opłakanym stanie, ale mógł pozwolić sobie tylko na jego skromny remont,
ponieważ interesy w branży spedycyjnej, na którą się przerzucił, nie rozwijały się
najlepiej. Dopiero odbieranie majątku Żydom pozwoliło mu na zagarnięcie konkurencyjnej firmy i zmieniło radykalnie jego sytuację materialną. Stary dwór został
gruntownie przebudowany i zamieniony w kształtny pałacyk, który wypełnił się
zabytkowymi meblami i dziełami sztuki, gdy Metzner, po wybuchu wojny i zajęciu
266
Gdyni, jako Treuhänder jednego z największych polskich przedsiębiorstw przewozowych, ciągnął z niego wielkie zyski i stać go było na kosztowne zakupy.
Teraz z przyjemnością oprowadzał przyszłych teściów swej córki po całej
rezydencji, pokazywał co cenniejsze obrazy, stare srebra, bursztynowe cacka
i zbiór białej broni, którą szczególnie cenił ze względu, jak twierdził bez najmniejszych skrupułów, na rodzinną tradycję. Wplatał również do niej z dumą
wątek morski – i tu nie mijał się z prawdą – prowadząc Arnolda i Emmę do
ozdobnej szafki, w której, za szkłem leżały chińskie szkatułki z laki, misternie
rzeźbione ozdoby z kości, posążek Buddy, pałeczki i wachlarze.
– To wszystko przywiózł z Szanghaju mój stryj – wyjaśniał. – Służył
w cesarskiej marynarce wojennej i popłynął z naszą eskadrą do Chin, w czasie
powstania bokserów. Dlatego tak mnie cieszy, że Irma wyjdzie za syna szanownych państwa i w rodzinie znów będziemy mieli marynarza.
Później, po powrocie na Kleine Mölde, Emma stwierdziła, że Metzner był
wprost ujmujący, w przeciwieństwie do swej żony, której oschła wyniosłość zapewne sprawi, że Norbert nie będzie czuł się zbyt dobrze w jej domu. Napisała
o tym wszystkim do Brunhildy, zapraszając jednocześnie ciotkę na ślub młodej
pary, zapowiedziany na początek jesieni. Niespodziewane przeniesienie okrętu
Norberta do Lorient w Normandii wprowadziło początkowo zamieszanie do
tych planów, narzeczeni postanowili wszakże dotrzymać ogłoszonego terminu,
niezależnie od tego, czy Norbert będzie mógł osobiście wsunąć złotą obrączkę
na palec Irmy, czy też znajdować się będzie w morzu, na pokładzie U-71.
Wojenne śluby na odległość nie były wówczas rzadkością, gdy niemieccy mężczyźni, zapędzeni przez Führera do zdobywania dla niego świata, nie
mogli przerwać swego krwawego zajęcia i niemieckie kobiety musiały składać
małżeńską przysięgę stalowym hełmom, reprezentującym ich narzeczonych
przed urzędnikiem stanu cywilnego. Dla Irmy Metzner i Norberta Hasenfussa
przygotowano jednak szczególnego rodzaju uroczystość zaślubin, kiedy okazało się, że porucznik nie zjawi się na niej, ponieważ U-71 musi w tym czasie
zatapiać nieprzyjacielskie okręty i statki na Oceanie Atlantyckim. Połączenie
narzeczonych nastąpiło zatem, jeśli tak można powiedzieć, drogą powietrzną; wyznaczonego dnia, o tej samej godzinie, w budynku Reichsender Danzig
zgromadzili się rodzice i krewni obojga młodych, oblubienica w białej sukni i
mocno podenerwowany urzędnik stanu cywilnego w czarnym garniturze, a na
pokładzie U-71, przy Norbercie stanął kapitan Merten i wolni od wachty oficerowie, świadkowie oblubieńca. Dokładnie o godzinie dziewiętnastej piętnaście, obaj radiooperatorzy, jeden na lądzie a drugi na morzu, uruchomili swoje
urządzenia, łączność w eterze została nawiązana i Norbert usłyszał głos Irmy,
przyrzekającej mu dozgonną miłość, posłuszeństwo i wierność małżeńską. Po
chwili on również, z odległości tysiąca mil morskich, złożył swoją przysięgę
i ślub został zawarty zgodnie z przepisami wojennego prawa.
267
Kapitan Merten otworzył później butelkę szampana, koledzy złożyli świeżo upieczonemu żonkosiowi gratulacje, okraszając je okolicznościowymi dowcipami o rogaczach, a w rezydencji przy Pelonkerstrasse, siadano do stołu zastawionego takimi frykasami, których Hasenfussowie a nawet Tante Schiele od
dawna już nie widzieli. Leopold Metzner sprowadził je, dzięki swym rozgałęzionym koneksjom, z neutralnej Szwecji, sojuszniczych Włoch, a także podbitej
Francji, Grecji i Jugosławii. Był więc krem ze szparagów z groszkiem ptysiowym, turbot z pomarańczami, małże i ostrygi, różne gatunki serów, południowe
owoce, ciasta, kawa i wyborne alkohole, wszakże nastrój w ogromnej jadalni
mąciła nieobecność pana młodego. Jedynie sam gospodarz i Maks Hasenfuss,
podpiwszy sobie nieźle, próbowali rozruszać towarzystwo, ale Metznerowa
pozostała sztywna, Irma uśmiechała się blado, a Emma i Zuzanna prawie się
nie odzywały. Profesor także był poważny i tylko Brunhilda, niezniszczalnie
urodziwa i ponętna, pomagała podtrzymywać rozmowę, opowiadając berlińskie anegdoty i plotki ze świata teatru i filmu, ostatnio bowiem przebywała
w artystycznych kręgach, chodziła na premiery i wydawane po nich przyjęcia,
na których pojawiał się często sam minister Goebbels, a także pewien głośny
w stolicy jasnowidz.
– Wyobraźcie sobie państwo, że ostatnio zaginął bez śladu i nikt nie wie, co
się z nim stało – zakończyła tajemniczo, a Maks, jak zwykle niefrasobliwy po
osuszeniu paru kieliszków, zauważył żartobliwie:
– Może zobaczył coś, czego nie powinien widzieć?
Zuzanna, zaintrygowana wzmianką Brunhildy o jasnowidzu, nie zdołała
zapobiec niestosownemu wyskokowi męża, który mógł go drogo kosztować;
lepiej zrobiłby trzymając język za zębami, gdyż ścigane były i karane dotkliwie
wszelkie nieprawomyślne aluzje, szpasy i dowcipy. Należało o nich donosić
i Metznerowa być może miała zamiar wykonać swój obywatelski obowiązek,
ponieważ zapytała chłodno:
– Mianowicie?
Maks odwrócił ku niej swój zaczerwieniony nos, przymknął nieco powieki
i uśmiechnął się niewinnie:
– Po piątym kieliszku zawsze plotę jakieś bzdury, a dziś wypiłem już sześć,
więc...
– Siedem – sprostowała Zuzanna. – I to ci powinno wystarczyć.
– W dniu ślubu mojego bratanka? – zdziwił się Maks, a Metzner zaraz pospieszył mu z pomocą i wzniósł toast za zdrowie Norberta:
– Niech zawsze wraca szczęśliwie z morza! – zawołał i potoczył wzrokiem
dokoła stołu, zatrzymując go na córce, Irma jednak nie podniosła kieliszka,
rozpłakała się, zerwała z krzesła i wybiegła z jadalni.
XXVI
N
ie widzę ich razem...
Po raz trzeci Zuzanna rozkładała karty i wynik ciągle był jednakowy. Mocno zdeprymowana, zwróciła się do Brunhildy:
– Może ty spróbujesz?
Na stoliku, nakrytym czarnym jedwabiem, chroniącym przed niepożądanymi fluidami, paliły się w wysokich kandelabrach świece równym, ledwie
drgającym płomieniem, co również oznaczało, że aury w pokoju nic nie zakłóca; nawet posapywanie Maksa i Brunhilda potasowała karty, prosząc doktora
Guntnera, aby je przełożył.
– Raz, dwa, trzy.
Siedzieli we czworo już dobrych kilka godzin w mieszkaniu lekarza i Maks
niechybnie zasnąłby, gdyby nie podniecające sąsiedztwo berlińskiej ciotki. Patrzył
na jej długie palce, zakończone pomalowanymi czerwonym lakierem paznokciami, a potem, nieco się cofając, przesuwał spojrzenie wzdłuż ramienia Brunhildy
i kierował je ku głębokiemu wycięciu w sukni, aby sycić się widokiem wyłaniającego się stamtąd biustu. Mógł to czynić bez obawy, ponieważ Zuzanna wpatrzona
była w karty, Guntner się nie liczył, a Brunhilda zdawała się nie dostrzegać jego
wzrokowych manipulacji. Nie zareagowała nawet wówczas, kiedy przymuszony
nieledwie emanującymi z niej i przenikającymi go prądami, przysunął kolano do
jej uda. Dało to Maksowi wiele do myślenia, rozważać zatem począł następne posunięcia, sytuacja ułożyła się bowiem dla niego niezwykle korzystnie; Brunhilda,
przyjeżdżając z Berlina, zawsze zatrzymywała się na Kleine Mölde, tym razem
wszakże zamieszkała na Langgasse, nocować więc będą wspólnie pod jednym
dachem co najmniej tydzień, jeśli nie dłużej i różne rzeczy mogą się w tym czasie wydarzyć. Zuzanna usilnie prosiła Emmę o zgodę na tę zmianę, ponieważ
pragnęła szerzej porozmawiać z ciotką o berlińskich jasnowidzach, a także odbyć z nią i z doktorem Guntnerem, serię wieczornych seansów. Maks, naturalnie,
269
okazał również swoje nagłe zainteresowanie tarotem i teraz parzyło go kolano,
dotykające pod stołem gorącego uda Tante Schiele.
Tymczasem na stole sprawy nie toczyły się najlepiej. W siedmiu kartach
rozłożonych w trójkąt, Irma i Norbert byli znów oddaleni od siebie. Rozkład
sześciu kart w kształcie krzyża celtyckiego potwierdzał ten stan, a pięć kart
ułożonych w podkowę jeszcze go umocniło.
Doktor Guntner pytał przyciszonym głosem:
– Co się pojawia?
– Przestrzeń – odpowiedziała Brunhilda. – Nie potrafią jej pokonać.
– Co nad nim?
– Wielka woda.
– Co pod nim?
– Głęboka woda.
Spojrzeli po sobie, jakby zobaczyli przed momentem, na czarnym jedwabiu, cień okrętu Norberta, płynącego w zanurzeniu. Potwierdzało to wiarygodność wróżby, bo przecież U-71 znajdował się w morzu i mógł właśnie, skryty
pod falami, zbliżać się do jakiegoś konwoju angielskich statków, aby zająć dogodną pozycję do odpalenia torped. Dlatego ostatnie rozłożenie kart i odczytanie ich znaczenia powinno być decydujące, chociażby brzmiało jak wyrok.
A Guntner znów pytał:
– Co się pojawia?
Na kolejnym obrazku zobaczyli żółty Księżyc w pełni, zawieszony nad
dwiema wieżami, pomiędzy którymi wiła się wąska dróżka, co oznaczała, że
prowadzi do nieznanego celu. Pod tarczą Księżyca wyły psy, a z jeziora, w którym odbijał się jego blask, z wielkim wysiłkiem gramolił się czerwony rak.
Guntner pokręcił z zakłopotaniem głową, a Zuzanna powiedziała:
– Znów woda. Wygląda na to, że okręt Norberta ma sporo kłopotów, ale
powróci z morza i załoga wyjdzie na suchy ląd.
– A psy? – zapytał Guntner. – Przecież wiemy, do jakiego świata tu należą.
Księżyc też jest dwuznaczny.
Omijał złowieszcze słowa, bo przecież wyjące psy wyszły z cmentarnego
mroku, natomiast Księżyc unosił się jednocześnie nad kołyską i grobem, sprawiał więc zawsze kłopoty z ustaleniem, co w tym momencie oświetla. Zuzanna
wolała oczywiście wybrać kołyskę i podsunęła dość zaskakującą myśl o dziecku Irmy i Norberta.
– A poprzednie rozłożenia? – przypomniał skrupulatny Guntner. –
Wyglądały na bardzo wyraźne. Nie widzieliśmy razem Irmy i Norberta.
– Wyglądały – powtórzyła Zuzanna. – Mimo wszystko mogliśmy się pomylić. Bardzo chciałabym, żeby tak było.
Podniosła wzrok, szukając wsparcia u Brunhildy, ale znalazła tylko częściowe, gdyż ciotka powiedziała:
270
– Tak. W tarocie nic nie jest dosłowne i zupełnie przejrzyste. Tutaj jednak...
– zawahała się. – Mamy dużo powodów do niepokoju. Zobaczmy zresztą, co
jest dalej.
Odkryła następną kartę i cofnęła spłoszone palce przed wizerunkiem
Persefony, trzymającej w prawej dłoni granat, owoc zmarłych. Patrzeli wszyscy na ten posępny znak i nawet Maks rzucił na niego okiem, a Zuzanna, ciągle szukając lepszych wyjaśnień, przypomniała, że Persefona, którą Rzymianie
nazywali Prozerpiną, tylko przez część roku przebywa w podziemnym świecie
i włada duszami umarłych.
– Wiosną wraca do swej matki na ziemię, w roli bogini kiełkujących ziaren,
czyli nowego życia – dowodziła dalej. – Moja myśl o dziecku, która was tak
zdziwiła, chyba się potwierdza i może nie będzie tak źle, jak się nam wydawało
na początku, może jest nadzieja?
– Ja też ją mam – oświadczył nieoczekiwanie Maks i zerknął na profil swej
sąsiadki. – Lepiej jest uważać, że będzie dobrze, niż źle.
– Tylko czasem można się pomylić – szepnęła mu do ucha Brunhilda. –
Weź to kolano, bo cię uszczypnę tam, gdzie zaboli.
Mały incydent nie zwrócił uwagi Zuzanny i doktora, zajętych nie tylko
kartami, lecz również sobą i gdyby tak przyszła nam ochota zajrzeć pod stół,
to zobaczylibyśmy nie tylko kolano Maksa odsuwające się niechętnie od uda
Brunhildy, ale także splecione z sobą, pod narzutą z czarnego jedwabiu, palce Guntnera i Hasenfussowej. Pamiętnego dnia triumfalnego przejazdu Hitlera
przez Langgasse, w starym kawalerze, wezwanym do zemdlonej Zuzanny,
obudziła się późna namiętność na widok jej obnażonego, kształtnego tyłeczka
i już nie miała zamiaru go opuścić, chociaż próbował z nią walczyć. Uznał,
że znalazł się w konflikcie z etyką lekarską, zgodnie z którą damskie pośladki
mogły być tylko miejscem do zrobienia zastrzyku, nie zaś źródłem zdrożnych
myśli i obiektem pożądania. Karcił się za ten nieoczekiwany zew zmysłów,
osobliwy tym bardziej, że w swojej rozległej praktyce wbijał setki razy igłę
strzykawki w takie różowe okrągłości i nigdy nic niestosownego nie zaświtało mu w głowie. Dopiero przy pani Hasenfuss zapomniał, że jest lekarzem
i ten moment słabości odmienił jego dotychczasowe, dość monotonne życie.
W młodości trochę poszalał z pielęgniarkami w szpitalach, miał kilka krótkich
romansów, ale nigdy nie związał się dłużej z żadną kobietą i nie miał zamiaru
tracić dla żadnej z nich kawalerskiej swobody, naginać swoich nawyków do
wymagań innej osoby i pozostał w wolnym stanie, trochę w nim dziwaczejąc,
jak każdy chyba samotny mężczyzna. Swoje obowiązki zawodowe wypełniał
sumiennie, trochę eksperymentował z hipnozą, co zbliżyło go do wąskiego i
hermetycznego kręgu ludzi mających uzdolnienia wizjonerskie. Nie wprowadzał do niego Zuzanny, ponieważ zbliżając się do niej jako wyłączny przewodnik po ezoterycznym świecie, mógł łatwiej uzyskać wpływ na jej zmysły
271
i nakłonić do rozkosznych uniesień. Kalkulacje owe okazały się trafne; doktor
Guntner, znacznie bieglejszy od Zuzanny w odczytywaniu zawiłości układów
tarota, rozpoczął od wspólnego studiowania tych kolorowych obrazków swoje
podchody zwiadowcze i manewry okrążające w zaciszu wyłożonego miękkim
dywanem saloniku, gdzie nakryty jedwabiem stolik, płonące świece i tykanie
zegara, wybijającego kolejne godziny, tworzyły szczególny nastrój, sprzyjający
nie tylko porozumieniu dusz, ale również ich cielesnych powłok, w których tymczasowo przebywają.
Późne powroty Zuzanny do domu nie budziły protestów Maksa, który
już od dłuższego czasu zaniedbywał swoje powinności małżeńskie i zazdrość
o żonę nie mąciła mu dobrego samopoczucia, umacnianego najczęściej w podziemiach Dworu Artusa przy kuflu piwa lub kieliszku wina. Pogodzona z tym
stanem rzeczy Zuzanna, miała jednak trudności z pokonaniem bariery wierności, do której zobowiązała się w dniu ślubu. Zatem z wewnętrznymi oporami
udostępniała Guntnerowi, bardzo wolno i partiami, jeśli tak można powiedzieć,
interesujące go obszary swoich wdzięków, nim ostatecznie wydała na łup jego
cierpliwej, lecz i upartej żądzy, terytorium najpilniej dotąd strzeżone. Stało się
to niezbyt dawno, zaledwie kilka miesięcy przed przyjazdem Brunhildy i nie­
doświadczeni jeszcze kochankowie, oszołomieni w dodatku tym, co się między
nimi wydarzyło i dzieje, nie potrafili tego całkowicie zataić, powściągnąć tych
drobnych gestów i spojrzeń, które wymieniali pomiędzy sobą, a które nie uszły
uwagi bystrych oczu berlińskiej lwicy. Ciotka zorientowała się szybko, że coś
łączy Zuzannę z lekarzem, ale nie wiedziała w jakiej fazie rozwoju znajdują się
sprawy i zapytała o to bez żadnych ogródek, gdy wrócili do mieszkania przy Lang­
gasse i Maks położył się na kozetce w jadalni, a one zostały same w sypialni.
– Taka już jestem i musisz mi wybaczyć ciekawość.
Zuzanna lekko spąsowiała, nie wyparła się jednak niczego. Dodała tylko,
jakby się usprawiedliwiając:
– Rolf chce nawet, żebym się rozwiodła z Maksem.
– A ty..? – Brunhilda mogłaby teraz Zuzannie szepnąć coś niecoś o jej
mężu, uważała jednak, że był, podobnie jak wszyscy mężczyźni, ofiarą wyższych sił natury i dobierając się pod stolikiem do jej uda, usiłował tylko wykonywać polecenia tych przemożnych mocy, którym kobiety, według swego
gustu, mogły z lubością ulegać lub dawać im stanowczy odpór, jak właśnie
sama to uczyniła przed kilkoma godzinami, odtrącając wstępne zaloty Maksa.
– Zostaniesz z nim?
– Mamy przecież córki. Kochają swojego ojca.
– To już duże panny. Na pewno by cię zrozumiały.
– Nie, nie... – Zuzanna potrząsnęła głową – Tego im nie zrobię. Ani
Arnoldowi i Emmie. Ona teraz taka biedna, boi się o Jochena i Norberta. Co jej
powiemy, ciotko? Bo jutro na pewno tu wstąpi i zapyta jak wypadła wróżba.
272
– Musimy skłamać. Sama często tak robię w Berlinie. Nie trzeba wyprzedzać złych wieści. Przychodzą i tak zbyt szybko. A będzie ich coraz więcej.
– To przewidział ten jasnowidz? U Metznerów nie chciałaś o nim mówić,
ale teraz możesz chyba powiedzieć dlaczego zniknął?
Rozbierały się powoli. Zuzanna składała na taboreciku wszystko, co zdejmowała z siebie, a Brunhilda, swoim zwyczajem krążyła po sypialni, rzucając
gdzie popadło każdą część bielizny i pończochy. Zatrzymała się, upuściła na
podłogę gumowe podwiązki i pochyliła nad Zuzanną, półszepcząc:
– Widział wielką rzekę w Rosji i całe pole pełne trupów naszych żołnierzy.
Padał na nich gęsty śnieg. Ostrzegał przed tym, więc został sprzątnięty.
– Znałaś go?
– Tylko raz z nim rozmawiałam. Myślę, że naprawdę coś takiego zobaczył.
– We śnie?
– Tego nie wiem.
– Pytam, bo miałam niedawno zły sen.
– Dlaczego sądzisz, że zły? – Brunhilda usiadła obok Zuzanny na brzegu
łóżka i zaczęła wyjmować szpilki z włosów. – Sny można różnie rozumieć.
Pamiętasz swój dobrze?
– Mam go stale przed oczami, bo taki był wyraźny.
– Zobaczyłaś samą siebie?
– Nie. Wiem tylko, że stałam z Arnoldem, Emmą i Dirkiem, koło drewnianej wieży za ich ogrodem. Stamtąd widać całe miasto i zatokę. I z tej zatoki zaczęła podnosić się ogromna fala. Rosła w oczach, zielononiebieska, cała prześwietlona słońcem, z wielkim czubem białej piany na grzbiecie. Zakryła już
pół nieba i nagle zaczęła się załamywać. Wtedy zrozumiałam, że runie w dół
i zaleje całe miasto. Może nawet ogrody i domy przy Kleine Mölde, chociaż
zasłonięte są wzniesieniem. Mieliśmy najwyżej kwadrans na ucieczkę.
– Zdążyliście? – Brunhilda przestała wyjmować szpilki i przyglądała się
uważnie Zuzannie, która miała szeroko otwarte, nieruchome oczy, jakby oglądała nadal przerażającą górę wodną, zwieszającą swój pienisty wierzchołek nad
wieżami i skupionymi wokół nich dachami kamieniczek, aby za moment kruszyć je bezszelestnie i miażdżyć w stężałej ciszy snu. – Dokąd uciekliście?
– Nie wiem – powieki Zuzanny drgnęły lekko. – To było jakieś małe miasteczko w obcej okolicy. Szliśmy do niego razem z wieloma ludźmi przez jakieś
zbocze pełne ostrych skał i kamieni. Wszyscy mieli węzełki, plecaki i walizki.
Szukaliśmy czegoś do jedzenia i noclegu, ale miasto było już pełne zbiegów
i objedzone do kości. Arnold zaczął pukać do ostatnich drzwi i wtedy się obudziłam.
– To wszystko?
– Nie. Następnej nocy śniło mi się zakończenie.
273
– No, no... – zaciekawiona Brunhilda oparła się wygodniej na poduszce.
– Nic nie mówisz o Maksie i dziewczynkach. Nie było ich z tobą?
– Pokazały mi się tylko raz, a potem rozpłynęły w powietrzu i nigdzie nie
mogłam ich znaleźć. Zaglądałam nawet pod kamienie, jakby Asta i Uta mogły
się tam schować, ale zobaczyłam tylko piasek, a pod największym kamieniem
wodę albo lustro. Nie mogę sobie przypomnieć.
– Jednak spróbuj, bo to ważne – poprosiła Brunhilda. – Woda ma swoje
znaczenie, a lustro swoje. Jeżeli przeglądałaś się w nim, to Artemidor powiedziałby, że wkrótce będziesz oglądać swą twarz na innej ziemi. To może oznaczać podróż – uniosła się na łokciu. – Czy Maks nie wspominał ostatnio, że
chciałby zwinąć interes i przenieść się do innego miasta?
– Nie. Na to jest za leniwy. Po co zresztą mielibyśmy się gdzieś przenosić?
– Może będziecie musieli? – tłumaczyła z pewnym zakłopotaniem ciotka. – Spojrzenie w lustro potwierdza cały twój sen. Uciekasz przed falą, którą
zobaczyłaś. Jesteś czymś zagrożona i szukasz gdzieś schronienia. Może nawet
tracisz wszystko, co miałaś i zostajesz bez dachu nad głową.
– A spojrzenie w wodę?
– Najpierw mi powiedz, jaka była ta woda? Czysta?
– Chyba tak, skoro myślałam, że to lustro.
– Chwała Bogu – Brunhilda odetchnęła z wyraźną ulgą. – Czysta woda
oznacza uporządkowanie wszystkich spraw i wydobycie się z kłopotów. Można
powiedzieć, że niweczy znaczenie całego snu, przekreśla jego złe znaki.
– To nie był cały sen – przypomniała Zuzanna. – Następnej nocy znalazłam
się w jakimś kościele. Było w nim pełno ludzi, a obok mnie stał Maks z tornistrem
na plecach. Dziewczynek znów nie widziałam. Arnold i Emma też zniknęli.
– Co jeszcze zobaczyłaś?
– Duży witraż nad ołtarzem. Popękany i dziurawy. Chciałam uciekać z tego
kościoła. Bałam się czegoś. Obudziłam się w takim strachu.
– Zapamiętałaś coś z tego witraża?
– Nie jestem pewna. Chyba kwiaty.
– W jakim kolorze?
– Białym.
To nie był dobry kolor. Białe kwiaty w śnie łączą się z tragicznymi wydarzeniami, ale Brunhilda nie miała ochoty straszyć Zuzanny i powiedziała:
– Mowa kwiatów jest bardzo trudna. Aluzyjna, mglista, często myląca,
a kolory mają wiele znaczeń. Każdy niby wie, że czerwony to miłość, ale i krew
jednocześnie, więc co wybrać?
Przeciągnęła się na łóżku i ziewnęła ostentacyjnie, ale Zuzanna nie miała
jeszcze ochoty wejść pod kołdrę. Przysunęła się do Brunhildy i zapytała:
– Ty się, ciotko, bawisz trochę tym wszystkim, prawda?
274
Uśmiechała się niepewnie, oczekując odpowiedzi i Brunhilda odwzajemniła jej uśmiech. Dostrzegła zaniepokojenie Zuzanny nagromadzeniem tylu
ostrzegawczych znaków w układach tarota i obrazami z fatalnego właściwie
snu, złagodziła więc ich wymowę, potraktowała ją pobłażliwie i przyznała, że
wróżbami zajmuje się dla rozrywki, bo lubi ten dreszczyk przebiegający po plecach, gdy odkrywa nową kartę i przez moment ma wrażenie, że otwiera tajemne
drzwi do zakrytej przed innymi przyszłości.
– Potem okazuje się, że to złudzenie, ale znów siadam przy stoliku, bo coś
mnie do niego ciągnie – ujęła dłoń Zuzanny i przesuwając palcem po siatce
pokrywających jej wnętrze linii, dodała jeszcze: – Inni tutaj starają się coś zobaczyć albo obserwują gwiazdy i układają horoskopy. Pół Berlina tym się zajmuje
i ja należę do tej połowy.
Przesadziła nieco chcąc uspokoić Zuzannę, prawdą jednak było, że w artystycznych kręgach stołecznego towarzystwa, w których się obracała, potworzyło się wiele kółek, próbujących na różne sposoby zdjąć pieczęć z koperty wypełnionej wyrokami losu, chociaż nikt nie powinien przypuszczać, że mogą być
niekorzystne, skoro wszystko układało się tak niezwykle pomyślnie. Gazety
i radio rozpowszechniały codziennie nowe komunikaty o zwycięstwach na lądzie, morzu i w powietrzu; marszałek Rommel kierował już szkła swojej lornetki ku minaretom Kairu, a generał Paulus ku Wołdze, przez berlińskie stoliki
nakryte czarnym jedwabiem i oświetlone płomykami świec, przebiegł jednak
dreszcz strachu, gdy rozeszła się pogłoska, że właśnie nad tą rzeką sławny jasnowidz zobaczył białe pole śmierci...
– Może przyjechałabyś do mnie na tydzień albo dwa? – zaproponowała,
podnosząc się z poduszek. – Powróżyłabyś sobie z nami i poznała bardzo przystojnych mężczyzn.
Ściągnęła przez głowę niebieską halkę i zdjęła stanik, a Zuzanna, patrząc
na odsłaniające się przed nią biodra i piersi Brunhildy, powiedziała niezbyt stosownie:
– Nie chciałabym ci przeszkadzać, ciotko.
– W czym? – zdziwiła się Brunhilda. – Na razie mieszkam sama.
– Nie masz teraz nikogo?
– A powinnam mieć? – odpowiedziała pytaniem, sięgając po nocną koszulę. – Może chcę trochę odpocząć? Przyjedziesz?
– Czy ja wiem..? – zastanawiała się Zuzanna. – Musiałabyś wyjść po mnie
na dworzec. Nigdy nie byłam w Berlinie.
– To wreszcie będziesz. Zobaczysz, jakie to osobliwe miasteczko. Nawet
teraz – zapewniała Brunhilda.. – Nie ponudzisz się w nim nawet przez chwilę.
XXVII
K
iedy myślę o Berlinie, myślę również o moim Ojcu. W końcu było to
Jego rodzinne miasto i wielokrotnie oprowadzał mnie po nim, opowiadał o Zorndorferstrasse, przy której się urodził i mieszkał, rysował plan
całej dzielnicy, żebym wiedział, jakimi ulicami chodził do szkoły i w niedzielę
do kościoła Bożego Ciała ze swoimi rodzicami, bratem Narcyzem i siostrami.
W latach sześćdziesiątych, gdy otwarta została granica z Niemiecką Republiką
Demokratyczną i na podstawie odpowiedniego stempla w dowodzie osobistym
można było pojechać nawet do Berlina, postanowiłem zobaczyć dom, w którym
Ojciec spędził swoje dzieciństwo, ale miałem wielkie trudności ze znalezieniem owej Zorndorferstrasse. Do Palisadenstrasse dotarłem łatwo i wiedziałem,
że poszukiwana przeze mnie ulica musi być gdzieś w pobliżu, tabliczki jednak
z jej nazwą nigdzie nie dostrzegłem, a pytani o nią przechodnie kręcili głowami i rozkładali bezradnie ręce. Wreszcie domyśliłem się, że w NRD, podobnie jak w naszym kraju, wiele ulic mogło otrzymać nowe nazwy, mające inną
wymowę ideową, niż poprzednie. W każdym mieście PRL-u, obok obowiązkowego placu lub ulicy Stalina, patronami wielu innych zostawali marszałkowie sowieccy albo polscy rewolucjoniści, zatem w Berlinie musiało być tak
samo i o dawną nazwę jakiejś ulicy należało pytać tylko starsze osoby, mogące ją pamiętać. Rozejrzałem się więc, podszedłem do kobiety w stosownym
wieku, zapytałem o Zorndorferstrasse i usłyszałem, że przemianowano ją na
Mühsamstrasse. Była tuż, za rogiem, obejrzałem więc, ocalałą na szczęście, kamienicę numer 15, w której na świat przyszedł malutki Zygmuntek Radowicz,
a po powrocie do Gdańska zapragnąłem dowiedzieć się czegoś o Mühsamie, co
też okazało się dość trudne; w oficjalnej wersji Erich Mühsam przedstawiony
jest jako niemiecki komunista, zamordowany w hitlerowskim obozie koncentracyjnym, zatajony wszakże został w niej fakt, że ten ideowy rewolucjonista
i antyfaszysta, schronił się w ZSRR przed aresztowaniem, ale został, po podpi-
276
saniu paktu o przyjaźni i współpracy, pomiędzy Stalinem i Hitlerem, wydany
przez enkawudzistów bratnim gestapowcom i przez nich dosłownie wdeptany
obcasami w cementową posadzkę więziennej celi. Jest więc bohaterem swojego narodu i pozostał patronem dawnej Zorndorferstrasse, co sprawdziłem na
planie Berlina, który kupił mi dziś przed południem na Długim Targu mój zięć
Marcin, za dziewiętnaście złotych.
Dosyć drogo, ale plan obejmuje również okolice Berlina i odnalazłem na
nim Krummendammer Heide i Müggelsee, ulubione miejsce letniego plażowania i kąpieli całej rodziny Radowiczów, spłynąłem rzeką Szprewą, mijając
podmiejskie knajpki i drewniane przystanie klubów wioślarskich, które w sezonie urządzały taneczne zabawy. Stryj Narcyz, kiedy już osiągnął stosowne
lata, zdobywał tam nagrody w konkursach walca, a mój Tata, zgodnie z Jego
zapewnieniami, wolał wiosłować i wyrabiać sobie muskuły, należał bowiem
jednocześnie do Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, w którym wymagano
od członków dobrej kondycji fizycznej. Utrwaleni są obaj na starej fotografii, w białych ubraniach młodych elegancików z tamtych dawnych czasów,
z słomkowymi, płaskimi kapeluszami panama na głowach i czarnymi laseczkami w rękach. Na odwrocie zdjęcia jest data – maj 1914 – musieli więc,
w kilka miesięcy później, zdjąć te ładne ubranka, wciągnąć na grzbiety wojskowe mundury, a na głowy włożyć cesarskie pikelhauby i pomaszerować
do Francji. Po czterech latach wrócili do zupełnie innego Berlina: szarego,
zbiedniałego, wygłodzonego i ogarniętego rewolucyjnymi wstrząsami. Ojcu
trudno było dotrzeć z dworca kolejowego do domu, gdyż w całej dzielnicy
strzelano, a na Palisadenstrasse, przez którą musiał przejść, trwały zacięte
walki pomiędzy bojowcami Spartakusa, a oddziałami Noskegarde. Nie przyłączył się do żadnej strony, chociaż obie wzywały go do tego, bo cenna była
każda lufa, a Tata zabrał z sobą swoją flintę, jak każdy frontowy żołnierz
w owych niespokojnych miesiącach po zawieszeniu broni. Karabin Ojca znalazł się później w Ostrowie, kiedy powstańcy podnieśli tam broń przeciw zaborcy, natomiast flinta stryja Narcyza błyskała ogniem i grzmiała nad Havelą,
przy Charlottenbrücke. Nani był niespokojnym duchem i zbratał się z anarchistami, którzy byli przeciw wszelkiej władzy i też chcieli odegrać swoją
rolę w zrewoltowanym Berlinie.
Krążąc wzrokiem po kolorowym planie miasta, w którym tyle się wydarzyło, docieram wreszcie do Bramy Brandenburskiej, dzielącej Berlin przez
ostatnie pół wieku, na część wschodnią i zachodnią i tam się zatrzymuję, ponieważ zbliża się dziesiąta rocznica obalenia osławionego muru, którym Nikita
Chruszczow odgrodził swych niemieckich poddanych od rodaków z sektorów
kontrolowanych przez aliantów. Przypominam też sobie telewizyjną relację
z tego niezwykłego dnia, gdy berlińczycy, z jednej i drugiej strony muru, szalejąc z radości, kruszyli go, czym się tylko dało, no i twarz młodej Niemki, pła-
277
czącej ze szczęścia i wołającej do reportera TVP: Dziękujemy, Polacy! Nigdy
wam tego nie zapomnimy!
– Ciekawe, jak długo będą pamiętali? – mówi redaktor Łuczkowski, który
wieczorem przyszedł na pogawędkę i na u-boota, którym obiecałem go poczęstować. – Bo nam się najchętniej wypomina złodziei samochodów i pijanych
kierowców na niemieckich autostradach.
Korzystając z ostatnich dni ciepłej jesieni, zasiadamy przy kominku, w którym ogień rozpalił Marcin, a teraz z Danielą krząta się przy grilu. Irena przynosi na tacy grube płaty wołowiny, obsypane przyprawami, a ja przyrządzam uboota, uważnie obserwowany przez Romana, któremu poza intrygującą nazwą,
nie zdradziłem jeszcze składników tajemniczego trunku ani formy, w jakiej zostanie podany. Dopiero niedawno zostałem poczęstowany u-bootem w Klubie
Aktora, naprzeciwko naszej literackiej siedziby przy ulicy Mariackiej i teraz
robię to samo, co barman w tamtej knajpce; najpierw nalewam czystą wódkę do dwóch szklaneczek, wkładam je na dno dwóch dużych kufli i ostrożnie
zalewam jasnym piwem Hevelius, bo ono najlepiej mi smakuje. W ten sposób
zatapiam wypełnionego wódką, szklanego u-boota i gotowy trunek podsuwam
Romkowi do wypicia, zalecając łagodne przechylanie kufla.
– Wódka i piwo powinny się stopniowo mieszać z sobą, a szklaneczki nie
wolno przewrócić – objaśniam ceremoniał i zaczynam wolno sączyć bursztynowozłocisty napój, a redaktor Łuczkowski pilnie mnie naśladuje, odstawia
opróżniony do dna kufel i pyta:
– Ile u-bootów możemy dziś zatopić?
– Całą flotyllę – śmieje się Irena, wskazując na puszki z piwem, stojące na
ogrodowym barku; wyglądają jak małe bomby głębinowe, zanosi się więc na
ostrą potyczkę, przy smakowicie pachnącej i dobrze przysmażonej wołowinie,
którą Daniela i Marcin podają już na stół, z gorącymi grzankami, oraz sałatką
z pomidorów i kiszonych ogórków, porządnie obsypaną koprem, szczypiorkiem, pieprzem i szczyptą soli.
Marcin będzie jeszcze prowadził samochód i poprzestanie na wodzie mineralnej, więc dla Żony i Córki przyrządzam drinka z soku pomarańczowego
i ostatnio modnej w Gdańsku, szwedzkiej wódki absolut. Marudzę coś przy
tym o konieczności popierania rodzimego monopolu, ale uznano mnie zaraz
za eurosceptyka, który nie rozumie potrzeby wymiany produktów pomiędzy
unijnymi krajami, więc mówię, że jeszcze do nich nie należymy i nie wiadomo
kiedy panowie w Brukseli łaskawie otworzą przed nami drzwi.
– Diabli mnie biorą, kiedy słyszę jak do nich pokornie pukają nasi premierzy i ministrowie i ciągle dowiaduję się, że muszą czekać, bo polskie kalafiory
i szparagi nie urosły jeszcze do unijnych rozmiarów, wiśnie mają za twarde
pestki, a krowy za cienkie ogony. Nawet polskie pszczoły są głupsze od zachodnich, bo nie robią miodu według brukselskich receptur i trzeba będzie przeszko-
278
lić je na specjalnych kursach, za miliony euro, które wpadną znów do kieszeni
ekspertów z krajów piętnastki, bo oni tylko potrafią rozmawiać z pszczołami.
Po angielsku, oczywiście.
– Nie denerwuj się, tato – prosi Daniela, a ja się właśnie denerwuję i powtarzam to samo, co mówiłem już przy tym stole nie wiem ile razy, że gdyby w Polsce nie doszło do przewrotu, to w tej całej Unii nie byłoby połowy
Niemiec i mur berliński stałby do dzisiaj.
– Romek ma rację – stukam z irytacją widelcem o brzeg talerza. – Minie
jeszcze trochę czasu, a zacznie się mówić, że upadek komunizmu zaczął się
w Berlinie, przy Bramie Brandenburskiej.
– Już się tak mówi – dodaje Marcin, który niedawno przygotowywał jakiś
materiał telewizyjny w Hamburgu. – Po co pamiętać o tym, że Polacy coś dla
nich zrobili?
– No, nie jest chyba tak źle – łagodzę, ale patrzę z zadowoleniem na swojego zięcia i złość już mi przechodzi. Przygotowuję następnego u-boota i mimowiednie spoglądam w stronę otwartego okna dawnej biblioteki profesora
Hasenfussa i myślę, że gdyby siedział przy swoim biurku, przerwał czytanie
i mógł być świadkiem naszej rozmowy z odległej przestrzeni swojego czasu,
zdumiałby się niewątpliwie, słysząc o czym rozprawiamy. Bo zaczęliśmy teraz
wałkować ślimaczącą się sprawę odszkodowań dla przymusowych robotników
z lat wojny. W mieście Danzig nie było już prawie Polaków, nie mógł więc profesor Hasenfuss widzieć ulicznych łapanek, jakie urządzali na ludzi jego rodacy
w miastach Generalnej Guberni; kordonem uzbrojonych żandarmów zamykano
niespodziewanie jakąś ruchliwą ulicę i zgarniano z niej do ciężarówek wszystkich przechodniów, potem ich selekcjonowano jak zwierzęta i silnych, zdrowych
mężczyzn, a także kobiety, wysyłano pociągami do prac przymusowych na roli
i w fabrykach Rzeszy. Ta wielomilionowa (do Niemiec wywożono również ludzi z innych krajów okupowanej Europy), bezpłatna siła robocza pomnożyła, jak
właśnie wyliczono, majątek przedsiębiorstw niemieckich o 180 miliardów obecnych marek. Suma więc olbrzymia, a przedsiębiorcy niemieccy nie kwapią się
jakoś teraz do otwarcia kiesy i utworzenia funduszu, z którego wypłacono by
odszkodowania dla tych osób, które jeszcze żyją i utraciły zdrowie z powodu
nieludzkich warunków pracy i złego na ogół traktowania.
Irena nie lubi rozmów o tamtych, wojennych latach, ale tym razem sama
opowiada nam o losach pana Józefa Skabluka, dziś prawie siedemdziesięcioletniego mieszkańca Wrocławia, który wywieziony został do Niemiec z leśniczówki Magdalenka koło Tomaszowa Lubelskiego. Przeczytała o panu Józefie
w jednym z tygodników kobiecych, które czasem kupuje i również sądzi, że
jeszcze wielu Niemców ma do dziś bardzo twarde serca.
– To był wtedy dziesięcioletni dzieciak i musiał pracować dwanaście godzin na dobę, codziennie, bez niedziel i świąt w jakimś gospodarstwie pod
279
Lipskiem, razem z sześcioma Francuzami, jedną Ukrainką i trzema innymi
Polakami – mówi z współczuciem. – Był traktowany na równi z nimi, jak dorosły i Niemiec go bił, kiedy nie nadążał ze swoją robotą. Na ubraniu nosił duże
„P” i każdy ibermensz mógł go zepchnąć z chodnika, uderzyć albo kopnąć.
Powiedzcie mi teraz, jaki adwokat wyceni cierpienia tego chłopca, który jest
dziś schorowanym starcem i ponad pięćdziesiąt lat czeka na sprawiedliwość.
A takich jak on mamy jeszcze wielu. Czy to jest w porządku?
– Powinniśmy teraz zatopić czwartego u-boota i zalać naszego polskiego
robaka, bo ciągle jeszcze gryzie. Słyszeliście może o nowej wschodniej marchii? Nikt nie słyszał? – upewniłem się i przesuwając wzrok dokoła stołu, dodałem. – To jeszcze usłyszycie...
Niedobre są takie rozmowy przed nocą. Źle mi się po nich pisze, więc opuszczam biurko, bo jeśli coś mnie irytuje, rozdrażnia, doskwiera lub zniechęca, idę
do Ostrowa. Tak nazywam jadalnię w naszym domu przy Wyczółkowskiego
89, w której stoją meble moich Rodziców, dokładnie w takim układzie, w jakim stały w Ostrowie, a na ścianach wiszą trzy małe obrazki, malowane przez
Ojca i duży obraz mojego gimnazjum, oczywiście pędzla ostrowianina, prof.
Tadeusza Gaworzewskiego. Wchodząc nocą do jadalni, przenoszę się niejako
do rodzinnego domu, żeby spotkać się z Ojcem. Zawsze mi Go brakowało, gdy
odszedł do lepszego świata, a szczególnie brakuje teraz, kiedy piszę tę książkę
i budzą się upiory z czasów wojny. Przesłaniają inne postaci, które również
powinienem widzieć, mącą jasność widzenia dzisiejszych spraw i wkraczają
na środek sceny, jakby chciały narzucić swą obecność, chociaż zostały już na
zawsze pogrzebane pod ruinami dekoracji przerażającego dramatu, w którym
grały główne role. Przecież Ojciec właśnie, w latach wojny, nie pozwolił nienawiści spustoszyć serc swoich dzieci, chociaż nie udało mu się nakłonić nas do
mówienia w domu po niemiecku, abyśmy w innej przyszłości, w którą wierzył,
nie mieli odruchu niechęci, słysząc dźwięki tej mowy. Polecał nam również
witać się grzecznie z panem Brandlerem, który przychodził czasem do naszego
mieszkania w Nowym Sączu, w mundurze niemieckiego urzędnika Ostbahnu,
wieszał na mosiężnym haczyku w korytarzu swój pas z pistoletem i zostawał
na kolacji, w większej części przygotowanej z przyniesionych przez niego produktów. Należał do kierownictwa warsztatów kolejowych w Nowym Sączu,
w których pracował Ojciec, tam się poznali i szybko znaleźli wspólny język,
gdy okazało się, że Herr Brandler urodził się w Berlinie i mieszkał niedaleko
Zorndorferstrasse, w pobliżu parku Friedrichshain. Musieliśmy zrozumieć, że
to jest ten inny Niemiec, nie mający nic wspólnego z hitlerowcami, o których
mówił w taki sposób, jakby należeli do jakiegoś obcego, barbarzyńskiego narodu.
Przypominam sobie to wszystko, czekając w jadalni, w tym moim Ostrowie,
na rozmowę z Ojcem i dochodzą do mnie wszystkie odgłosy domu, które sły-
280
chać tylko nocą. Bo dom przecież żyje i jedynie hałasy dnia zagłuszają cieniutkie poświstywanie komina, spokojny oddech ścian i krokwi dachowych, szeptanie wody w kaloryferach, skrzypnięcia desek i trzeszczenia sęków, w których
siedzą zamknięte kraśnięta kaszubskie i tupią ze złości małymi nóżkami, usiłując daremnie wydostać się z pachnących żywicą komórek do pełnego szelestów
i szmerów ogrodu, gdzie śpią ostatnie jesienne kwiaty.
Zza koron wysokich topoli wyłania się księżyc i gaszę lampę, żeby patrzeć
jak bladozielone smugi jego światła przesuwają się po powierzchni stołu, przy
którym siedzę i odbijają w szybkach szafek bufetu, zaglądając jednocześnie do
umieszczonego pomiędzy nimi lustra. Biegną również po podłodze, do uchylonych drzwi dawnego gabinetu profesora Hasenfussa, który o tej porze albo
pracuje albo włącza telefunkena, żeby posłuchać na krótkich falach nocnego
serwisu BBC; niepokoi się coraz bardziej o starszego syna, walczącego na froncie wschodnim, w szóstej armii generała Paulusa, mianowanego przez Hitlera
drogą radiową feldmarszałkiem i tylko z Londynu może się dowiedzieć, co
naprawdę dzieje się nad dalekim brzegiem Wołgi.
XXVIII
J
ochen zamarzał; powoli i z przerwami. Umierał już dwa miesiące, razem
z szóstą armią, ze swoją dywizją, pułkiem i kompanią w piekle stalingradzkiego kotła, daremnie oczekując odsieczy. Pisał do domu listy, starannie
kaligrafując adres na niewielkim arkuszu papieru z nadrukiem Feldpostbrief,
ale litery, które stawiał, były coraz bardziej koślawe, gdyż grabiały mu palce
od mrozu, zaciskającego się silniej wokół otoczonych oddziałów, niż pierścień
sowieckiego wojska. Gryzmolił ołówkiem, ponieważ atrament dawno już stężał w wiecznym piórze, które wręczyła mu matka, kiedy wyruszał na front,
prosząc, aby pisał często, codziennie, jeśli mu się uda, bo ona będzie każdego
ranka wypatrywała listonosza.
– Uważaj na siebie i wracaj szczęśliwie, synku – powtarzała, tłumiąc łzy.
– Pamiętaj, że czekamy na ciebie wszyscy.
Odprowadziła go z Dieterem i Lizą do furtki, a on, schodząc w dół uliczką,
pachnącą wiosennymi kwiatami, odwracał się co kilka kroków i podnosił rękę
w pożegnalnym geście. Dopiero przy ostatnich drzewach parku, które zasłoniły
mu rodzeństwo i matkę, poprawił pasy tornistra i ruszył wydłużonym krokiem
ku Karthäuserstrasse, skąd dojechać miał do koszar. Tam również młodzi mężczyźni w mundurach, z tornistrami na plecach i bagnetami przy pasach, którzy
dostali przepustki na pożegnanie rodzin, wsiadali do dzwoniących na przystankach tramwajów i próbowali uśmiechać się do konduktorek, podobnych do ich
sióstr pozostawionych w domach a one odwzajemniały te uśmiechy żołnierzom, podobnym do ich braci walczących już na afrykańskim lub wschodnim
froncie.
Danina składana przez miasto molochowi wojny, za upragnione wcielenie
do Rzeszy, była coraz większa. Z ulic, biur, sklepów i fabryk znikali mężczyźni,
a ich miejsce zajmowały kobiety. O niektórych układano nawet piosenki i żołnierze śpiewali, wysiadając z tramwajów przed bramami koszar:
282
Meine kleine Schaffnerin...
Plutonowy Toller, dowódca Jochena w szturmowej drużynie, zanim urwało mu głowę koło stacji kolejowej Woroponowo, twierdził nawet, że podczas
przejazdu z Langfuhr, gdzie mieszkał, do śródmieścia, zakochał się w takiej klei­
ne Schaffnerin, której spod granatowej furażerki wymykał się kosmyk jasnych
włosów. Miała na imię Hanelore i dała mu swój adres, a w odpowiedzi na list,
który napisał do niej z Rosji, przysłała fotografię. Plutonowy zamierzał ożenić się
z nią na Boże Narodzenie, bo miał już przyrzeczony urlop, ale w połowie listopada zatrzasnęła się pułapka i Toller spędził święta razem z swoimi podkomendnymi w podziemiach teatru stalingradzkiego. Zaśpiewał z nimi: O du fröhliche,
o du selige... a w sylwestrowy wieczór już nie żył. Jego odcięta od korpusu głowa
leżała w stalowym hełmie, jak w misce, pod nogami Jochena i krew plutonowego
opryskała mu buty. Nie śmiał jej zetrzeć, chociaż po wszystkim, co widział i czego doświadczał codziennie w tym upiornym kotle, powinien zobojętnieć na każdą
krew. Toller jednak urodził się w Brösen i był częścią miasta, które jawiło się
teraz Jochenowi pod kopułą ołowianych chmur w świetlistej smudze złocistego
blasku; zasypywany śniegiem przygasał powoli, pozostawiając rozjaśnioną tylko
jedną uliczkę, całą w wiosennych kwiatach, tak bowiem zapamiętał swoją Kleine
Mölde, kiedy schodził z niej po raz ostatni, odwracając się co kilka kroków, żeby
jeszcze raz spojrzeć na matkę, Dietera i Lizę.
Z ojcem pożegnał się wcześniej, w jego zacisznej bibliotece i obaj starali
się być mężni; Jochen pochylił się do ojcowskiej ręki i ucałował ją, jak czynił to
zawsze, gdy był jeszcze chłopcem, a profesor położył dłoń na jego głowie.
– Nie mogę powiedzieć: Niech cię Bóg prowadzi – Arnold mówił cicho,
panując nad głosem. – Będę Go tylko prosił, żeby cię ocalił.
To było wszystko i z tym wyruszył Jochen w długi marsz przez rosyjski
step, płonące wsie i opustoszałe miasta ku wielkiej rzece Wołdze. Oddalał się
coraz bardziej od domu, ale nie miał jeszcze żadnych złych przeczuć, nikłego
nawet wrażenia, że jest to droga bez powrotu. Wiedział, jak każdy żołnierz, że
w odpowiednim czasie otrzyma urlop, a jeśli zostanie ranny, pociąg sanitarny
zawiezie go do szpitala na głębokich tyłach frontu, gdzie po wyreperowaniu
pozwolą mu pojechać na wypoczynek do rodziny.
Kolejka urlopowa zbliżała się już do Jochena, ale jednocześnie osłabł impet
ofensywy i generał Paulus nie zdobył z marszu Stalingradu. Wyrosła przed nim
ściana zaciekłego oporu, potrzebował zatem każdego żołnierza do jej przełamania i urlopy zostały wstrzymane. A później nawet ranni nie byli pewni, czy startujące z polowych lotnisk samoloty zabiorą ich do kraju, gdyż zatrzasnęły się drzwi
pułapki, zastawionej na szóstą armię i ponad trzysta tysięcy żołnierzy znalazło się
w okrążeniu. Generał Paulus chciał się z niego wyrwać i mógł to jeszcze uczynić,
ale Hitler nakazał mu zostać na miejscu, przyjąć pozycję jeża i czekać na odsiecz.
Kiedy nie nadeszła, pozostało już tylko oczekiwanie na śmierć.
283
Dotychczasowe trudy marszu na wschód, Jochen znosił nadspodziewanie
dobrze. Ostatecznie był to zwycięski marsz i chociaż nie miał duszy wojownika,
uległ w pewnej mierze triumfalnemu nastrojowi, panującemu w całej armii. Dla
dowódcy swego pułku projektował nawet rezydencję, którą ten zamierzał po
wojnie wybudować nad Morzem Kaspijskim, spodziewał się bowiem otrzymać
za frontowe zasługi kilka szybów naftowych. Awansem niejako przeniósł swego nadwornego architekta do kancelarii pułkowej i Jochen, prawie nie wysiadając z sztabowej ciężarówki, dojechał do Wiertiaczego, gdzie dalej szkicował
rzuty poszczególnych pięter willi pułkownika Fischera. Tam właśnie nastąpiło
przerażające przebudzenie i zimny dreszcz przebiegł Jochenowi po plecach;
jeżeli znalazł się w kotle, to być może nie wejdzie już nigdy do pokoju ojca, nie
zobaczy matki krzątającej się w kuchni, Dietera nad książką, Lizy i Norberta,
domu przy cichej uliczce, miasta nad zatoką i... Jolandy.
Nikt w rodzinie nie wiedział o jej istnieniu. Jochen ukrywał swój związek
z tą kobietą, ponieważ naruszał on zasady, które zostały mu wpojone i na których powinien się opierać, a Jolanda była mężatką. Major Lutz, jej małżonek,
wojował w Afryce i łykał pustynny pył, a Jochen osuszał butelki koniaku z jego
zasobnego barku, palił jego cygara i chodził w jego szlafroku, co nie osłabiało wprawdzie wojennego zapału oficera sztabu feldmarszałka Rommla, z tego
prostego powodu, że nic o tym nie wiedział, ale naruszało solidarność z frontowym żołnierzem, którym powinien być przepojony każdy mężczyzna i każda
kobieta w kraju, stanowiącym niezłomne zaplecze walczącej armii. Tymczasem
Jolanda, zamiast strzec swej małżeńskiej cnoty, uwiodła Jochena, on zaś, niepomny na szacunek dla żony wojownika, rzucił się w jej ramiona i upajał wdziękami, należącymi do majora Afrika-Korps. Spleciony z Jolandą w miłosnym
uścisku nigdy nie pytał, czy jest jej pierwszym wojennym kochankiem, ponieważ
obawiał się, że jakimś nierozważnym słowem może ją urazić i zostać wygnany
z raju, w którym tak nieoczekiwanie się znalazł. Na krótko, niestety i teraz, rzucony do stalingradzkiego kotła, nie mógł pozbyć się myśli, że ktoś zajął już jego
miejsce u boku lnianowłosej piękności i czyni z nią to samo przeciw niemu, co on
czynił przeciw majorowi. Jeśli to był jakiś odwet losu, to odwet bardzo okrutny,
bo majorowi Lutzowi było w Afryce przynajmniej ciepło, a on marzł w Rosji,
maszerując w śnieżnej zadymce, nadciągającej falami z rozległego stepu.
Szósta armia utknęła w tej otwartej, białej pustce i szukając osłony przed
wichrami, dmącymi z wszystkich stron, wkopywała się w ziemię, usiłując jednocześnie przyjąć nakazaną przez Hitlera pozycję jeża i utworzyć silne linie
obronne, zataczające półokrąg, obejmujący również miasto, które miała zdobyć, ale zdołała jedynie wgryźć się w kilka dzielnic, zamieniając pozostałe,
teutońskim obyczajem, w ruiny i zgliszcza. A berlińskie radio, mianując zamkniętych w kotle żołnierzy bohaterami, godnymi nowej pieśni o germańskich
herosach, zapewniało ich jednocześnie, że każdą dywizję, każdy pułk i batalion,
284
będzie prowadził do boju sam Führer, wkrótce więc zabrzmią nad Wołgą fanfary zwycięstwa!
Ordynans pułkownika Fischera, szeregowiec Bolt, w cywilu rolnik z Meklemburgii, słuchał z należnym nabożeństwem radiowego orędzia, a kiedy głośnik huknął werblami i piszczałkami wojskowego marsza, spojrzał na Jochena
okrągłymi ze zdumienia i podziwu oczami.
– Führer jest z nami? – zapytał. – Przyleciał do Pitomnika?
Jochen lubił małego, ruchliwego i wesołego Bolta, ale teraz skrzywił się,
patrząc jak cielęcy zachwyt rozlewa się na jego twarzy i rozdziawia mu usta.
– Duch Führera będzie z nami, ćwoku – wyjaśnił. – Na pewno poczujesz
go niedługo w sobie, a wtedy wstąpią w ciebie i w nas wszystkich nowe siły
i nikt nas nie pokona.
– Tylko duch, powiadasz... – na rozpromienionej przed momentem twarzy Bolta pojawił się grymas zawodu, a feldwebel Mischke, pogryzający suchą
kiełbasę, odkroił z bochenka grubą pajdę chleba i celując nożem w ordynansa,
oznajmił mentorskim tonem, przez nos:
– Kolega Hasenfuss wytłumaczył ci, zakuty łbie, że Führer liczy na ciebie,
a ty się jeszcze krzywisz. Wydaje się pewnie szeregowcowi Boltowi, że nasz
wódz powinien przybyć tu osobiście i wetknąć mu flintę w garść, skoro innym
żołnierzom wystarczy, że w Berlinie kiwnie palcem, a pójdą za nim na koniec
świata. Zrozumiałeś, ofermo?
Bolt nie był ofermą, ćwokiem, ani zakutym łbem, ale skwapliwie skinął głową i Jochen, przyglądając się spod oka ordynansowi i feldweblowi, zastanawiał
się, który z nich odgrywa tutaj swoją małą komedię. W koszarach, a później,
podczas marszu na wschód, przez rosyjski step, ku Wołdze, żołnierskie rozmowy, kręciły się nieodmiennie wokół żarcia, kobiet, doniesień z rodzinnych
stron i domów, które przynosiła w listach sprawnie działająca poczta polowa.
Tak przynajmniej było w kompanii sztabowej, do której należał Jochen, zajmując w niej, mimo niskiego stopnia, uprzywilejowane stanowisko ze względu na
protekcję pułkownika Fischera. Rysował więc plany jego przyszłej rezydencji
nad Morzem Kaspijskim i nie brał bezpośredniego udziału w walkach, które toczyły się jakby poza burtą ciężarówki, będącej jego pracownią, sypialnią
i jadalnią. Dzielił ją z ordynansem Boltem, feldweblem Mischkem, i sierżantem
Neumannem, który stanowił filar kancelarii pułku i niewyczerpane źródło sprośnych opowieści, prowadził bowiem bardzo rozrywkowe życie kawalerskie, kontynuował je po ślubie z córką hanowerskiego piekarza, a także w Rosji, gdzie był
stałym klientem polowych burdeli, podwożonych szóstej armii, aby wojownicy
mieli chwilę wytchnienia i nabrali nowej werwy do dalszego zabijania, podpalania i miażdżenia wszystkiego, co im stanie na drodze do wyznaczonego celu:
zdobycia Stalingradu. I dopiero tam, nad Wołgą, gdy skończyło się pasmo sukcesów i rozpoczęła mordercza walka o miasto, ono właśnie wkroczyło jako główny
285
temat do rozmów w sztabowej ciężarówce. Jednocześnie wkradać się do nich zaczął nowy ton, w miarę pogarszania się sytuacji i po zamknięciu kotła coraz bardziej wyraźny; nieufności w nieomylność Berlina, czyli pośrednio, strach jeszcze
niedawno pomyśleć, samego Führera. Pochwały jego geniuszu konstruowane
były w taki sposób i zaprawione tak zręcznie wplecioną kpiną, że Jochenowi
trudno było niekiedy zorientować się, który z żołnierzy rżnie większego głupa,
a który zachował lub usiłował zachować resztki wiary w wodza, a tym samym
nadzieję, że wydostanie on szóstą armię z pułapki w jakiej się znalazła.
Na razie była dość obszerna i na wschodzie front niemiecki opierał się
o zdobyte z trudem dzielnice Stalingradu, na północy przebiegał za linią kolei
obwodowej, południowym skrajem dotykał miejscowości Cybienko, a na zachodzie zamykał przestrzeń pomiędzy Baburkinem a Karpowką, gdzie toczyły
się właśnie zacięte walki. We wnętrzu tej przestrzeni znajdowały się dwa lotniska, w Pitomniku i Gumraku, a pułkownik Fischer umieścił się ze swoim sztabem nad rzeczką Rososzką, przygotowując w jej rozwidleniu zapasową pozycję
obronną, na wypadek zajęcia przez Rosjan Borodkina.
Pozycja miała duże znaczenie, toteż do budowy stanowisk dla karabinów maszynowych, moździerzy i dział przeciwpancernych, stanąć musiał nawet feldwebel Mischke, ordynans Bolt i Jochen. Wymigał się jedynie sierżant
Neumann, obiecał jednak pamiętać o kolegach i donosić im konserwy z zapasów sztabu, do których miał ukryty dostęp. I tak żarcie wróciło na swoje naczelne miejsce w myślach i rozmowach żołnierzy, ponieważ racje żywnościowe,
już w kilka dni po zamknięciu kotła przez Rosjan w rejonie Kałacza, zostały
zmniejszone o połowę, a po cofnięciu się armii na drugą linię obrony i utracie
części magazynów, ograniczone do głodowych porcji. Na polowych lotniskach
lądowało wprawdzie codziennie kilkadziesiąt samolotów załadowanych po brzegi
kiełbasami i chlebem, nie wystarczało to jednak na wypełnienie żołądków dwustu
tysięcy walczących mężczyzn i stu tysięcy rannych i chorych. Mnożące się wszy
roznosiły tyfus, szalała biegunka, a za progiem prowizorycznych szpitali i punktów opatrunkowych, szczerzył swe straszliwe, lodowate zęby, generał Mróz.
Ziemianka, w której rezydował obecnie Jochen z ordynansem Boltem
i feldweblem Mischkem, również nie chroniła ich zbytnio przed zimnem, dokuczliwym szczególnie w nocy, gdy temperatura na zewnątrz dochodziła do
trzydziestu stopni poniżej zera. Mieli wprawdzie drewno z rozebranej w pobliżu stodoły, ale piecyk zrobiony z kanistra po benzynie, dawał więcej dymu niż
ciepła, więc na noc opatulali się czym tylko mogli i zasypiali w płaszczach pod
stertą koców, wystawiając spod nich jedynie czubki nosów. Rano sprawdzali czy
nie odmarzły i klęli swój untersztand a po niespełna tygodniu wzdychali tęsknie
do niego, jak do przytulnego, zacisznego i ciepłego schroniska; zostali z niego
przegnani przez czołgi z czerwonymi gwiazdami na burtach, które pewnego
wieczora wychynęły zza wzgórz i oślepiając przeciwnika reflektorami, rycząc
286
silnikami i ziejąc ogniem, po prostu rozjechały umocnioną pozycję pułku. Nie
troszcząc się o to, co zostawiają za sobą, popędziły w kierunku Bolszej Rososzki,
a resztki żołnierzy pułkownika Fischera, słysząc dalekie urra sowieckiej piechoty, wzięły nogi za pas i za zamarzniętą rzeczką rozsypały się po stepie.
Jochen biegł za Boltem, przystawał, kiedy ordynans zatrzymywał się dla
nabrania oddechu i cały czas słyszał za sobą oddalające się, to znów przybliżające sapanie Mischkego. Biegli tak i szli na przemian, poganiani strachem, niemal
do świtu, potykając się w ciemności, brnąc w zaspach i pokonując przysypane
śniegiem, zdradliwe rozpadliny w skamieniałej od mrozu ziemi. W jednej z nich
Mischke skręcił sobie stopę i już nie mógł biec dalej, więc dowlekli się z nim do
czegoś, co w mroku przypominało komin chłopskiej chaty i było rzeczywiście
kominem. Zachowało się przy nim pół glinianej ściany i jakieś nadpalone szmaty, pod które się wsunęli i skuleni blisko siebie, natychmiast zasnęli. I byłby to
zapewne ich ostatni sen, gdyby ból w wykręconej stopie nie zakłócił go feldweblowi, a ten tarmoszeniem i szczypaniem w policzki, nie zbudził Jochena i Bolta.
Pomogli mu zdjąć futrzany but, obejrzeli spuchniętą i zsiniałą kostkę nad stopą,
naciągnęli na nią but z powrotem i spróbowali nakłonić Mischkego do dalszego
marszu, ale feldwebel zdołał zrobić zaledwie kilkanaście kroków, podpierając się
znalezionym za glinianą ścianą kijem i osunął się na wieko jakiejś połamanej
skrzynki po amunicji. Sflaczał zupełnie, toteż Jochen postanowił, że odprowadzą
go do najbliższego punktu sanitarnego, a potem dopiero poszukają swoich dowódców, jeśli ocaleli lub jakiegokolwiek oficera, który zechce ich przygarnąć.
– Do najbliższego punktu – powtórzył Bolt, patrząc pytająco na Jochena.
– A gdzie on jest? Tu, czy tam?
Ordynans wyciągnął jedną rękę w kierunku południowym, drugą wymierzył ku wschodowi i obaj stali tak bezradnie pośrodku białego, roziskrzonego
w zimnym słońcu pustkowia, na którym czerniały wraki spalonych samochodów, czołgi bez wieżyczek lub gąsienic i porzucone działa przeciwlotnicze ze
sterczącymi w niebo, długimi lufami, niepokojącymi oznakami chaotycznego
odwrotu rozbijanych rosyjskim młotem niemieckich oddziałów. Feldwebel siedział ze zwieszonymi ramionami na skrzynce i mamrotał coś niewyraźnie, więc
Jochen pochylił się ku niemu i wyłowił z tego mamrotania dwa słowa: Gumrak
i szpital. Powtórzył je Boltowi, ale ordynans skrzywił się tylko:
– On się już nigdzie nie doczłapie.
– Pomożemy mu.
– Jak? – zapytał Bolt. – Weźmiesz go na plecy?
– Zrobimy sanki.
– Z czego? – Bolt kopnął krótką i wąską deseczkę, leżącą na śniegu. – Z tej
skrzynki?
– Może tam się coś znajdzie? – Jochen spojrzał w kierunku wraków spalonych samochodów. – Musi się coś znaleźć.
287
– To idź, poszukaj. Ja tu z nim zostanę.
Ordynans cały czas mówił o feldweblu bez żadnego szacunku dla jego stopnia i w taki sposób jakby Mischke nie znajdował się o krok od niego, niczego nie
słyszał i był już tylko zamarzającym ciężarem, który utrudni jemu i Jochenowi
dalszy marsz, ucieczkę właściwie przed czerwonoarmistami, mogącymi wyłonić
się zza wzgórz nad Rososzką lub od strony Borodkina. Zerknął nawet w tym kierunku, a znieruchomiały dotąd Mischke usiłował podźwignąć się ze skrzynki.
– Boisz się Ruska – rzucił ordynans, jakby znów zauważył istnienie feldwebla, a Mischke pokręcił głową:
– Ciebie, Bolt. Zastrzelisz mnie, kiedy zostaniemy sami.
– Ma gorączkę albo zwariował – ordynans spojrzał wymownie na Jochena,
który mimowiednie zatrzymał wzrok na pistolecie maszynowym, przewieszonym przez ramię ordynansa; tylko on z ich trójki nie rzucił w śnieg broni,
gdy zaczęła zbyt ciążyć, ale przecież było nie do pomyślenia, że zawsze dotąd
uczynny i wszystkim życzliwy Meklemburczyk, mógłby skierować lufę swego
szmajsera przeciw rodakowi, towarzyszowi frontowych trudów, posiadającemu
w dodatku wysoką, w porównaniu z nim samym, rangę, jednocześnie wszakże,
co Jochen zauważył, nie okazywał mu należnego respektu i jakby się zmienił
tej okropnej nocy panicznej ucieczki, padania w śnieg, podnoszenia się, marszu
i biegu z sercem w gardle i rzężeniem w płucach, więc może on także, Jochen
Hasenfuss, był tego ranka innym już człowiekiem niż poprzedniego dnia o tej
samej porze i dlatego powiedział:
– Chyba wszyscy powariowaliśmy w tym kotle.
Takie przypuszczenie nasuwało się najszybciej na wyjaśnienie i usprawiedliwienie tego, co wydarzyło się nad rzeką Rososzką, gdy pojawiły się sowieckie
czołgi i panika ogarnęła oddziały pułkownika Fischera. Niemieccy żołnierze,
dotąd gromiący czerwonoarmistów, uciekali teraz w popłochu przed nimi, porzucając niemal bez oporu swoje pozycje i Jochen uciekał razem z nimi, a strach
jeżył mu włosy pod stalowym hełmem. Nałożył go pod przymusem i poszedł
na wojnę, której celów nie rozumiał i nie akceptował, ale jadąc przez rosyjski
step nabierał podziwu dla potęgi armii, do której został wcielony i odnoszonych
przez nią, oszałamiających zwycięstw. A teraz jeden okrzyk – Panzer! Iwan!
– rozpraszał doborowe oddziały tej armii, jak gromadę zajęcy i Jochen nie miałby niemieckiego serca w piersi, gdyby ten widok nie zranił go głęboko, nie
przeraził i nie zawstydził. Tym bardziej, że wśród tych żołnierzy, rejterujących
w popłochu, z obłędem w oczach, widział samego siebie. Przeto w obłędzie
właśnie, w zbiorowej psychozie zamkniętych w okrążeniu dywizji, znajdował
wytłumaczenie dla własnego lęku i przerażenia swych towarzyszy broni, dotąd
dumnych zdobywców, wysłanych przez Führera na podbój świata.
Tę dumę, odwagę, waleczność, gotowość do poświęceń i największych
ofiar, stale wpajane wojsku przymioty, wdeptał pułk futrzanymi butami w śnieg
288
na stepie. Jochenowi wszakże udało się wynieść z tego pogromu i ocalić jedną
z najważniejszych cnót żołnierskich: koleżeństwo. Powiedział więc, powstrzymując Mischkego od wstania ze skrzynki:
– Siedź tu i czekaj. Pójdę z Boltem poszukać czegoś w tych samochodach.
– A wrócisz? – feldwebel wyciągnął rękę i palcami wczepił się Jochenowi
w rękaw płaszcza. – Na pewno?
– Wrócimy z sankami – Jochen łagodnie odgiął palce Mischkego. – Bądź
spokojny. Za godzinę będziemy z powrotem.
Przyszli po trzech godzinach, ale ciągnęli za sobą dwie pary konstrukcji,
przypominających sanki: jedną do transportu feldwebla, a drugą wyładowaną
puszkami konserw, które znaleźli w przewróconej na bok ciężarówce. Była
w nich wołowina, szynka i groch z wędzonką, posilili się więc solidnie, usadowili Mischkego w jego pojeździe i ruszyli, kierując się ruchem słońca, na
południe, spodziewając się, że w tamtej stronie znajdą Gumrak i miejsce w
szpitalu dla feldwebla. Ordynans Bolt odzyskał jakby swą uczynność i bez protestów ciągnął sanki z Mischkem, co nie było wcale łatwe, zważywszy na ich
prymitywną konstrukcję i nierówności terenu, po którym się poruszali. Przed
zmierzchem natrafili znów na przewróconą i częściowo spaloną ciężarówkę,
znaleźli w niej nowe zupełnie koce, mundury, podbite futrem płaszcze oficerskie i sczerniałe od ognia trupy. Jochen z Boltem wynieśli je i ułożyli na śniegu,
nie chcieli bowiem sąsiadować z nimi w legowisku, które sobie wymościli na
noc w miękkich kożuchach, dających rozkoszne ciepło, spali więc jak kamyczki do wschodu słońca, nie słysząc ani stękania i jęczenia feldwebla, ani dalekiej
kanonady artyleryjskiej; gdzieś toczył się jeszcze bój, gdzieś byli jeszcze żołnierze, którzy słuchali swych oficerów i walczyli, łudząc się nadzieją odsieczy,
otwarcia kotła i wyjścia z śmiertelnej pułapki.
Ostatnie pogłosy bitwy dotarły do trójki uciekinierów, gdy wygrzebywała
się spod ciepłych futer, ruszyła więc w odwrotną stronę, poszukując nadal jakiegoś punktu sanitarnego. Stopa feldwebla wyglądała coraz gorzej, ale jednocześnie uratowała Jochena i Bolta przed zarzutem maruderstwa, gdy zatrzymał ich
patrol oddziału zaporowego, wyłapujący dekowników, włóczących się po stepie
i usiłujących jakoby odnaleźć swoje zagubione jednostki. Dowodzący patrolem
podoficer obejrzał nogę Mischkego, wskazał drogę do polowego lazaretu i polecił
Boltowi i Jochenowi zameldować się, po odprowadzeniu kolegi, w Gorodiszczu,
gdzie formowane są nowe bataliony i gdzie dostaną coś gorącego do jedzenia.
– Porządny chłop – powiedział ordynans, patrząc na oddalającego się podoficera. – Z żandarmami nie poszłoby nam tak gładko. A ten nawet nie zapytał,
co wieziesz na swoich sankach, ani gdzie zgubiłeś flintę. Za to idzie się pod sąd
wojenny.
– Myślisz, że jeszcze coś takiego działa? – Jochen zatoczył ramieniem szerokie półkole. – W tym bałaganie?
289
– Na pewno – obstawał przy swoim Bolt. – Lepiej podnieś po drodze jakieś
żelastwo. Licho nigdy nie śpi.
Może zdrzemnęło się jednak, bo dotarli bez przeszkód do kilku chat, pozostałych z dużej wsi stepowej, w których lekarze opatrywali i operowali nadciągających ze wszystkich stron rannych i chorych żołnierzy, a raczej słaniających się i ledwie człapiących widm. W szybko zapadającym mroku majaczyły
ich upiorne cienie, nikomu już niepotrzebne wymiociny frontu, zbędne gęby
do wyżywienia, niebezpieczni roznosiciele tyfusu i biegunki, opuszczający co
chwilę spodnie i obrzydliwie cuchnący. Tłoczyli się przed drzwiami drewnianych chałup, rozpychali, zużywając ostatek sił na dotarcie do stołu operacyjnego, czy do sanitariusza, wydającego lekarstwa i zmieniającego przesiąknięte
krwią opatrunki.
– Kiepska sprawa – ocenił Bolt sytuację, przyglądając się zjawom, oblegającym chaty. – Tu nikt nikomu nie ustąpi.
– Powiedz, że jestem oficerem – Mischke poruszył się niespokojnie na sankach – porucznikiem, albo kapitanem.
– Nie żałuj sobie – zakpił Bolt. – Awansuj się nawet na majora. Tu już
szarże nic nie znaczą.
– Mam pieniądze.
– Podetrzyj się nimi.
Jakiś cień przykucnął obok sanek, wypiął białą plamę tyłka i Bolt odskoczył w bok, porażony smrodem i strachem. Jochen bał się również tej zgrai
srających bez przerwy obdartusów, zasłaniał sobie usta rękawicą i coraz słabiej opierał się przemożnemu pragnieniu ucieczki z tego strasznego miejsca.
Pozostawienie w nim bezradnego feldwebla, na tężejącym już mrozie, nie wydawało mu się również możliwe, więc w jednoczesnym przypływie olśnienia
i desperacji, sięgnął do worka z konserwami i rzucił przed siebie, na śnieg,
najpierw jedną, a po chwili drugą i trzecią puszkę wołowiny.
– Co robisz, idioto?! – wrzasnął Bolt, ale Jochen nawet nie odwrócił głowy;
rzucał następne puszki i suchary, a kiedy zakotłowało się przy nich i widma
oblepiające drzwi chaty ruszyły również po zdobycz, krzyknął:
– Jazda!
Popchnął ordynansa i razem wciągnęli sanki z feldweblem na próg chaty,
podnieśli Mischkego na rękach, wepchnęli do jasno oświetlonej izby i uciekli. Tylko przez moment owionął ich panujący w niej zawiesisty, mdlący fetor,
tylko przez chwilę widzieli sanitariuszy zakładających żołnierzom opatrunki
na ropiejące rany, lekarza w zakrwawionym, ceratowym fartuchu, stojącego
po kostki w czerwonej mazi i odpiłowującego ramię przywiązanemu do stołu
operacyjnego podoficerowi, ale to wystarczyło i mniej odporny od ordynansa
Jochen, zgięty w pół, wymiotował w przydrożnym rowie. A później, kiedy szli
już w stronę Gorodiszcza, powiedział:
290
– Lepiej już być zabitym, niż rannym.
– Fakt – zgodził się ordynans. – Srać na czerwono wcale bym nie chciał.
Boltowi wydawało się, że zaraził się biegunką i przez następną dobę marszu
żywił się tylko sucharami, które ocalały w jego chlebaku. Z tego powodu nie
robił też wymówek Jochenowi za utratę konserw i dopiero gdy dochodzili do
linii kolejowej, biegnącej do Stalingradu, napomknął coś o grochu z wędzonką,
który mógłby już zjeść bez szkody dla swego burczącego głośno i zdrowego,
na szczęście, żołądka.
– W domu matka często gotowała grochówkę na szpeku, z majerankiem
i kiszoną kapustą. To dopiero było żarcie – pociągnął nosem, jakby z dalekiej
Meklemburgii doleciał do niego zapach smakowitej zupy. – Zmiatałem jak nic
dwa talerze i rozglądałem się za trzecim. A peklowany ajsbajn z grochem...
– Przestań... – burknął Jochen i zatrzymał się; zadymka hulająca po śnieżnym pustkowiu opadła nagle i odsłoniła na torach sylwetki kilku wagonów towarowych. – Chyba tam zajrzymy po ten twój groch.
Podeszli do wagonu, który miał rozsunięte drzwi, ale znaleźli w nim tylko
zsiniałe, zamarznięte trupy i wycofali się szybko, aby nie ulec pokusie przeszukania kieszeni ich płaszczy i mundurów, bo mogły być w nich papierosy, jakaś
tabliczka czekolady albo witaminowe cukierki, oszukujące głód.
– Sami grenadierzy pancerni – Bolt rozpoznał patki na kołnierzach i zeskakując na śnieg, dorzucił: – Cholerny cmentarz na kołach...
Ominęli sąsiedni wagon, który był również otwarty, wspięli na stopień
następnego i zaczęli mocować się z ciężkimi, rozsuwanymi drzwiami; ustąpiły nadspodziewanie łatwo, jakby ktoś pomógł im z drugiej strony i zapraszał
w ten sposób do środka, zobaczyli jednak wycelowane w siebie lufy karabinów
i usłyszeli dochodzący z głębi ciemnego wnętrza, skrzekliwy głos:
– Zabierajcie się stąd, koledzy. W tym wagonie wszystkie miejsca leżące
są zajęte.
– Mogą być stojące – Bolt zdjął z ramienia pistolet maszynowy i odryglował zamek. – Rozsunieta sie kapke i wszyscy sie zmieścimy.
Nie mieli żadnych szans, gdyby tamci otworzyli ogień, ale Jochen, który za
radą ordynansa zaopatrzył się już po drodze w broń i zaczynał przyswajać sobie
wilcze zasady przetrwania w kotle, zarepetował także swego szmajsera, stanął
obok Bolta i krzyknął:
– Dogadajmy się! Dajemy dziesięć cygar za jeden nocleg!
Lufy w wagonie obniżyły się i ten sam skrzekliwy głos odkrzyknął:
– Właźcie!
Wysunęły się zaraz pomocne ręce, Bolt i Jochen zostali wciągnięci do wagonu i niemal natychmiast te same ręce chciały ich wyrzucić, gdy okazało się, że nie
mają żadnych cygar, ale w przywódcy dekowników, tyczkowatym plutonowym,
tliło się jeszcze poczucie solidarności żołnierskiej i pozwolił im zostać.
291
– Położycie się tam, obok panów oficerów – wskazał przybyszom ciemny
kąt wagonu. – I nie grzebcie im w kieszeniach, bo wszystkie są puste.
Dodał jeszcze jakieś pogardliwe przekleństwo pod adresem swego własnego dowódcy, który trzymał w walizie jedwabną piżamę, skórzane etui z przyborami do golenia i srebrne kieliszki z wygrawerowanym herbem.
– Bo to był graf von und zu i pewnie myślał, że jedzie tu na wycieczkę.
A zginął... – plutonowy skrzywił się – lepiej nie mówić jak.
– Dostał prosto w brzuch i wylazły mu na wierzch wszystkie flaki. Trzymał
je łapami i wył pół dnia, zanim kojfnął – objaśnił inny dekownik, najwidoczniej
nie posiadający skrupułów plutonowego, a trzeci z nich uzupełnił:
– Skomlał, żeby go zastrzelić, ale żaden z nas nie chciał tego zrobić.
Ostatecznie jesteśmy wszyscy chrześcijanami, nicht wahr?
Nikt nie zaprzeczył, więc zabrali się do otwierania konserw. Dłubali
w puszkach końcami bagnetów i pakowali sobie do ust wielkie kawały zimnego mięsa, co sprawiło, że Bolt i Jochen, pominięci w tej uczcie, spoglądali na
nich oczami głodnych psów, czekających pod stołem na jakąś litościwą kość.
Nie spadała jednak i Jochen powiedział:
– Spragnionych napoić, a łaknących nakarmić, mówi pismo. Co wy na to,
bracia chrześcijanie?
Zarechotali zgodnie, a plutonowy zawołał:
– Złapali palec i już chcą rękę! Ale mają rację, do diabła!
Sięgnął za siebie i rzucił Jochenowi dwie puszki wołowiny. Pochłonęli je
w oka mgnieniu i już kładli się spać obok oficerskich trupów, gdy małe okienka
pod dachem wagonu wypełniły się migotliwym blaskiem, po którym podpłynęło do torów głuche dudnienie dział, przemieszane z ostrym, budzącym grozę,
powtarzającym się świstem.
– Stalinorgel – wyszeptał ktoś i nikt w wagonie się nie odezwał, tam bowiem, gdzie padały pociski tajemniczej broni rosyjskiej, topiło się wszystko
od żaru, a ludzie i artyleryjskie konie zamieniali się w żywe pochodnie; łuna
ognia rozjaśniła ołowianą powłokę nisko wiszących chmur, a oni w milczeniu
patrzeli przez szpary w deskach na żółtą kurzawę, unoszącą się nad horyzontem
i dopiero po dłuższej chwili plutonowy powiedział:
– To w stronie Orłowki. Coraz bliżej nas. Chyba czas się stąd wynosić.
Trudno było wyjść w mroźną, nocną zawieję, więc uradzili, że zostaną
do rana, ponakrywali się kocami i zasnęli, pochrapując i sapiąc. Tylko Jochen
wiercił się niespokojnie, przewracał z boku na bok i budził, toteż on pierwszy
zobaczył o świcie pełznące przez step oddziały, odchodzące z rozbitych zapewne przez organki Stalina pozycji. Nie uciekały w panice, jak jego własny pułk,
nie rozbiegły w zadymce po białej pustyni; wycofywały się w pełnym ładzie,
ale najwidoczniej były już u kresu sił, bo ich odwrót przypominał bardziej pełzanie właśnie, niż marsz.
292
Potrząsnął za ramię ordynansa, a kiedy Bolt oprzytomniał, wysunął się
spod koców i również przycisnął twarz do szpary w deskach, zapytał:
– Dołączymy do nich?
– Nie. Tam zaraz może być masakra – Bolt zakrzątnął się spiesznie koło
swoich manatków. – Zwiewajmy stąd i to szybko.
Dekownicy budzili się również, spoglądali przez szpary na maszerujące
oddziały, a ponieważ były daleko i nie kierowały się w stronę torów, zaczęli
mamrotać coś o śniadaniu i już zabierali się do otwierania puszek, kiedy pułap
chmur nad stepem otworzył się i wypadły z niego, rycząc silnikami, sowieckie samoloty. Pełznące po śniegu szare gąsienice skłębiły się i rozpierzchły, rozrywane wybuchami bomb i sieczone ogniem karabinów maszynowych.
Stwardniała ziemia stękała głucho, pękała i krusząc się w bryły wzlatywała
wysoko, razem z połamanymi wozami taborowymi, poćwiartowanymi końmi i ludźmi. Za torami nad stepem zawisła kurzawa śniegu, dymu i płomieni,
a Jochen i Bolt, nie oglądając się już na to pole zagłady, oddalali się od niego,
biegnąc co sił w nogach i tchu w płucach w stronę Gorodiszcza. Tak się im
przynajmniej zdawało, ale pobłądzili i następnego dnia znaleźli się w Gumraku, gdzie znajdowało się największe w kotle lotnisko i szpital, oblężony przez
tłumy rannych i chorych żołnierzy. Lądowały tu i startowały transportowe
Junkersy i Heinkle, z zaopatrzeniem dla uwięzionej w okrążeniu armii, a zabierały tych rannych żołnierzy i oficerów, którym lekarze wystawiali odpowiednie
przepustki lub takich, którzy zdołali się, walcząc na pięści i zęby, dostać na ich
pokłady. Gromady obszarpańców, koczujące wokół płyty lotniska, czatowały
na każdy samolot szykujący się do odlotu i Jochen widział kłębiących się przy
nich żołnierzy, słyszał wrzaski i przekleństwa żandarmów, daremnie usiłujących utrzymać jakiś porządek. Przeciążone samoloty z trudem odrywały się od
ziemi, strząsając na nią tych wszystkich, oszalałych już ludzi, którzy czepiali
się kół i skrzydeł w obłędnej nadziei wyrwania się w taki nawet sposób z stalingradzkiego piekła. Na betonowym pasie, po każdym starcie transportowca
pozostawały dziesiątki trupów, a mimo to, do następnego samolotu znów biegli
wyjący dziko szaleńcy i znów rozpoczynała się walka o życie, które tu, nad
Wołgą, nie miało już żadnej ceny.
– Nic tu na razie po nas – zawyrokował Bolt, który zaciągnął Jochena na
obrzeże lotniska, sądząc, że szybko wkręcą się do jakiejś z odlatujących maszyn.
– Musimy się gdzieś zadekować, bo nóż widelec, trafi się jakaś okazja i fiuuu...
Zostawimy to całe gówno i naplujemy na nie z góry. Potem dadzą nam urlop i...
– Zamknij się – Jochen nie mógł słuchać dłużej bredzenia ordynansa. –
Żadnego urlopu już nie będzie.
– Chcesz tu zdychać, to zdychaj – Bolt wzruszył obojętnie ramionami. – Ja
się zabieram z tego przystanku.
– Będziesz się bił z rannymi o miejsce?
293
– Z każdym. Bo mnie teraz obchodzi tylko moja własna dupa. Wszystko
inne mam gdzieś. Rozumiesz?
Jochen nie odpowiedział. Odwrócił się, ruszył wydłużonym krokiem przed
siebie i tak się rozstali. Samoloty, hucząc silnikami, przylatywały i odlatywały;
w którymś z nich, być może, ordynans Bolt wywoził swoją dupę, zdrową i całą,
nie wiedząc, że na głębokich tyłach frontu, pod Rostowem, czy Woroneżem,
tam gdzie lądowały maszyny wracające z Gumraku, żandarmi wojskowi, rosłe
chłopy z półkolistymi blachami na piersiach, wyłapywali żołnierzy, którzy nie
mieli dokumentów, uprawniających ich do opuszczenia stalingradzkiego kotła.
Odprowadzali takich dezerterów z pola walki w ustronne miejsce i natychmiast
rozstrzeliwali... Żandarmi szóstej armii z wewnętrznymi niejako dezerterami,
postępowali łagodniej; uznając ich tylko za dekowników, kierowali do oddziałów formowanych z resztek rozbitych kompanii, batalionów i pułków, które
znów szły na bojowe stanowiska i walczyły tak długo, dopóki ponownie nie
zostały zdziesiątkowane.
Taką właśnie drogą Jochen Hasenfuss, zatrzymany przez patrol żandarmerii w pobliżu lotniska w Gumraku, dostał się do oddziału kapitana Presta i nie
mógł trafić gorzej, ale jego bezpośrednim dowódcą został plutonowy Toller
i trudno było o lepszy przydział, gdyż okazało się, że obaj są landsmannami,
urodzili się bowiem w tym samym mieście.
– Zum Teufel! – wołał plutonowy, ściskając rękę szeregowca Hasenfussa.
– Jaki ten sakramencki świat jest sakramencko mały! Musimy się napić sakramenckiego sznapsa z tej sakramenckiej okazji!
Rozglądał się już za flaszką, ale sakramencki niewątpliwie kapitan Prest
wydał oddziałowi rozkaz wymarszu i Jochen rozpoczął, na północ od Gumraku,
kopanie rowu strzeleckiego w twardej jak kamień, zlodowaciałej ziemi. Miał on
przebiegać przez grzbiet niewielkiego wzniesienia i kapitan Prest, stanąwszy na
jego szczycie, zaryczał, a głos miał sakramencko donośny:
– Führer powiedział: Ani kroku w tył! I mój batalion wykona ten rozkaz.
Macie czas do wieczora na wykopanie stanowisk. I kopcie głęboko, żeby Iwan
nie odstrzelił wam tyłków. Kto się będzie opierdalał, pogada sobie ze mną.
Verstanden?!
Wszyscy zrozumieli, tylko skamieniała, rosyjska ziemia nie chciała pod­
porządkować się rozkazowi kapitana Presta. Ona również stawiała opór najeźdźcom, chociaż wdzierali się w nią siekierami i kilofami, łamali łopaty, wydłubując z największym wysiłkiem grudę po grudzie z zakrzepłego w żelazny
pancerz gruntu. Stepowy wicher siekł żołnierzy igłami lodu, mróz tężał, a po
nich spływał pot, koszule przylepiały się im do zgiętych grzbietów, ale wgryzali
się uparcie w ruską opokę, przeklinając bolszewików, kapitana Presta, swoich
generałów, całą armię, cały świat i swój parszywy los, który zagnał ich do tego
zakazanego miejsca na obcej ziemi, odległego o trzy tysiące kilometrów od ich
294
własnego kraju, od domów w Palatynacie, Brandenburgii, Szlezwiku, Turyngii,
w Berlinie, Hamburgu, czy Lubece, w setkach innych miast i wielu prowincjach.
Zagnani pod chmurne niebo nadwołżańskie i na pustkę śnieżnego stepu, zgrzytali
zębami i przeklinali półgębkiem, bo kapitan Prest przechodził z krańca na kraniec
pozycji, poganiał ich i również klął, nie widząc strzeleckiego okopu, tylko płytkie
dziury, wyskrobane dygoczącymi z wysiłku i mdlejącymi już rękami; podnosiły
coraz niżej kilofy, coraz słabiej waliły toporami, a kapitan ryczał:
– Kopać głęboko, zasrani markieranci! Głęboko!
Ktoś nie wytrzymał. Wyprostował się, rzucił siekierę pod nogi kapitana
i też ryknął:
– Spróbuj sam! Kop!
Zapomniał co to jest befehl albo oszalał i stał naprzeciw swego dowódcy
z wykrzywioną wściekłością twarzą, a żołnierze zamarli w pół ruchu i dreszcz
przerażenia przebiegł wszystkim po plecach, bo tamten jeszcze wrzasnął z obłąkanym błyskiem w oczach:
– Gdzie jest twój Führer?! Niech tu przyjdzie i zobaczy, jak zdychamy!
Kapitan Prest milczał. Sięgał powoli do kabury pistoletu i Jochen pochylił głowę; nie chciał patrzeć na to, co się stanie za chwilę, ale strzał nie padał. Oficer pasował się z sobą, podnosił i opuszczał lufę pistoletu, a wreszcie oświadczył sucho:
– Pracuj dalej, żołnierzu. Jutro staniesz przed sądem wojennym.
Nad ranem zjawili się żandarmi, zabrali buntownika i Jochen pomyślał,
że ordynans Bolt miał rację; wszystko waliło się dokoła, ale sądy polowe nadal działały i plutony egzekucyjne wykonywały ich wyroki, jakby za mało
jeszcze ludzi ginęło na ciągle kurczących się liniach obrony. Pęknięcia, łatane
i ryglowane w jednym miejscu, pojawiały się w drugim i trzecim, a w ostatnich godzinach, mniej więcej o tej porze, w której został rozstrzelany szeregowiec z oddziału Jochena, Rosjanie zmusili do odwrotu dwie dywizje broniące
Wiertiaczego i teraz ich resztki spływały obok wzgórza zajętego przez batalion
kapitana Presta, w rzeczywistości o sile ognia wzmocnionej kompanii.
– Przyszła kolej na nas – powiedział plutonowy Toller. – Sakramencki Iwan
może tu być jeszcze dzisiaj. A wtedy wykonamy rozkaz Führera... Ani kroku
w tył! Nasz dowódca już się o to postara. Ze spluwą w garści.
Sięgnął do kieszeni, pokrzepił się solidnym łykiem wódki i podał Jochenowi
płaską, metalową flaszkę. Stali obaj przy stanowisku karabinu maszynowego
i przyglądali się przeciągającym w pobliżu wozom taborowym, bateriom dział,
ciężarówkom wypełnionym skrzyniami z amunicją, sanitarkom, czołgom i maszerującym pomiędzy nimi kolumnom piechoty. Brudni, zarośnięci żołnierze
wlekli się wolno, noga za nogą, w zszarganych płaszczach, przygarbieni, zobojętniali na pokrzykiwania oficerów, przynaglających ich do przyspieszenia
kroku. Kiedy zniknęli za kurtyną sypiącego gęsto śniegu, Toller znów łyknął
z flaszki, poczęstował Jochena i nieoczekiwanie zapytał:
295
– Pamiętasz jak Wehrmacht wkraczał do naszego miasta? Jak to wojsko wyglądało, jak sakramencko waliło butami o jezdnię... Ludzie śpiewali
i wrzeszczeli.
– Słyszałem tylko dzwony – Jochen oddał plutonowemu flaszkę, a Toller
spojrzał na niego z niedowierzaniem:
– Siedziałeś w domu? Gdzie ty właściwie mieszkasz?
– Przy Kleine Mölde. To taka mała uliczka.
– Nawet nie wiedziałem, że gdzieś jest. Jaka to dzielnica?
– Schidlitz. Niektórzy mówią, że Zigankenberg.
– Pewnie chciałbyś tam teraz być... – plutonowy odwrócił głowę ku zachodniej stronie niewidocznego spoza śnieżnej zasłony horyzontu. – Ja mieszkam przy Eichendorffweg. Też krótka ulica i bardzo spokojna. Wszędzie blisko,
nawet do przystanku tramwajowego. Piątką jeździło się do Brösen, na plażę
i latem...
– Nie możemy o tym myśleć, panie plutonowy – wtrącił Jochen – bo zaraz
nas szlag trafi. Niech pan lepiej da pociągnąć jeszcze raz z tej flaszki.
– Masz sakramencki recht, chłopie – Toller sięgnął po butelczynę. – I nie
mów do mnie, panie plutonowy. Wystarczy Anton. Po tamtej stronie, w niebie
albo w piekle i tak wszyscy mają być równi.
Jochen zgodził się z Antonem. Osuszali powoli metalową flaszkę i czekali
na śmierć, ale nie przyszła jeszcze tego dnia. Rosjanie uderzyli w zupełnie innym miejscu i batalion kapitana Presta został przesunięty do wąwozu Carycy
dla osłony znajdujących się tam magazynów amunicyjnych i żywnościowych,
a następnie na przedmieścia Stalingradu, gdzie pełnił parszywą funkcję oddziału zaporowego i gdzie zastało go Boże Narodzenie.
Toller zakwaterował swój pluton w podziemiach teatru, żołnierze postawili
zapalone świeczki na denkach pustych puszek po konserwach, Jochen zmajstrował choinkę ze znalezionego na zapleczu sceny zielonego kartonu, usiedli
wokół niej i zaśpiewali O du fröhliche, o du selige... a potem Stille Nacht, heilige Nacht... Zjawił się również kapitan Prest z małym, bateryjnym radiem, włączył je i usłyszeli z głośnika tę samą kolędę, a potem miły kobiecy alt oznajmił,
że Berlin będzie w noc wigilijną składał życzenia świąteczne wszystkim frontom i placówkom wojskowym, od Koła Polarnego do piasków Sahary, gdzie
walczą i pełnią swą ofiarną służbę dla kraju żołnierze wielkiego Führera. Zaraz
też inny, ale także kobiecy głos, poprosił o uwagę Narvik i Stavanger, Brest
i Le Havre, Tunis i Trypolis, a potem Sewastopol, Kercz i Taganrog. Kapitan
Prest rozkładał coraz szerzej ramiona, jakby chciał swoim podkomendnym ukazać ten ogromny obszar ziem, od Oceanu Lodowatego, po Morze Śródziemne,
Czarne i Azowskie, nad którym powiewa flaga ze swastyką, ale oni czekali
kiedy Berlin wywoła Stalingrad. Chcieli wiedzieć jakie prześle im życzenia,
a usłyszeli jedynie, że są bohaterami, o których poświęceniu i ofierze kraj nigdy
296
nie zapomni. Zabrzmiało to jak mowa pogrzebowa i kapitan, aby zatrzeć jej
wrażenie, obiecał wszystkim dłuższy wypoczynek i dotrzymał słowa.
Jochen spał dwie doby z krótkimi przerwami na zjedzenie luksusowych
obiadów świątecznych, składających się z wodnistego krupniku, końskiej pieczeni i przemarzniętych ziemniaków. Potem pomaszerował do Woroponowa,
gdzie bronił stacji kolejowej i gdzie plutonowemu Tollerowi urwało głowę,
podczas zajmowania nowej pozycji, przy wieży ciśnień. Zabrał jego zakrwawiony, blaszany znaczek tożsamości, gdyż spadł na śnieg z odciętej szyi i ostatni
list do Hanelore, małej Schaffnerin z Langfuhr i dołączył do swoich listów, które gryzmolił ołówkiem, zgrabiałymi z zimna palcami. Związywał je sznurkiem
w małe paczuszki, aby w jednym worku pocztowym odlatywały do kraju i docierały na Kleine Mölde, do domu numer 89, gdzie przy oknie stoi Emma, jego
matka i codziennie wypatruje listonosza. Obiecał jej przecież przy pożegnaniu, że
będzie pisał tak często, jak tylko to stanie się możliwe, aby nie czekała daremnie
i nie trwożyła się o niego. Wiele samolotów startujących z wnętrza kotła strącała
jednak sowiecka artyleria przeciwlotnicza, a w styczniowych walkach utracony
został Gumrak i Pitomnik, razem z listami Jochena; step do rzeki Carycy i torów
kolei obwodowej, zasłały wraki czołgów, spalone wozy taborowe, ciężarówki,
działa bez lawet, zdychające konie i tysiące żołnierskich trupów.
Zginął również kapitan Prest, batalion uległ rozproszeniu i Jochen w panującym dokoła chaosie, nie zatrzymany przez żaden z zaporowych oddziałów,
znalazł przytułek w ciemnym labiryncie piwnic, korytarzy, kanałów i tuneli,
koszmarnym, budzącym grozę, lecz dającym nieco schronienia przed mrozem,
podziemnym Stalingradzie. Dogorywali tam chorzy i ciężko ranni, dla których
nie było już ratunku, gnieździły się gromady maruderów, dekowników i wyzbytych wszelkich sił obszarpańców, okutanych w płaszcze, strzępy kołder
i koce. Łaziły po nich leniwie tabuny opitych krwią wszy, przemykały spasione
szczury, lecz ci ludzie, obojętni już na wszystko, poddali się losowi, oczekując
tylko na pograniczu jawy i snu, wyzwolenia przez śmierć obecną tu wszędzie,
a przecież nie zawsze litującą się nad tymi, którzy najbardziej jej potrzebowali.
Zamykała często oczy majaczącym w gorączce i niczego już nieświadomym,
a innym, jeszcze przytomnym, pozwalała wyć z bólu po całych dniach i nocach,
gnić we własnych odchodach i ropie, wyciekającej z obciętych kikutów rąk
i nóg i wić się z szarpiącego wnętrzności głodu.
Jochena poraziła ta skowycząca upiornie ciemność i zawiesisty, dotykalny niemal, obrzydliwy smród. Wycofałby się chyba z progu tego piekła, ale
czuł zimne dreszcze i nogi uginały się pod nim, znalazł więc, nie bez trudu,
skrawek miejsca pod szklistą od szronu ścianą, przycupnął pod nią i usiłował
cokolwiek dostrzec w mroku, nie rozjaśniały go bowiem wystarczająco tlące
się w kilku miejscach wątłe płomyki świec, co czyniło piwnicę podobną do
cmentarza, kiedy w Zaduszki opuszczą go już żywi, pozostawiając martwym
297
dopalające się ogarki na mogiłach. Były też, rzeczywiście, na pół grobowcem
te rozległe podziemia pod ruinami stalingradzkiego domu towarowego, gdyż
Jochen, pytając sąsiada z lewej strony, skąd pochodzi, nie otrzymał żadnej odpowiedzi, ponieważ umarłych nie obchodzą już ziemskie sprawy. Odezwał się
natomiast sąsiad z prawej i jego głos zabrzmiał jakąś znajomą nutą z dalekiej
przeszłości, kiedy na niebie świeciło jeszcze słońce i żaby rechotały w rozlewiskach rosyjskich rzek... Tamten mówił o leżącym pod ścianą nieboszczyku
i innych trupach, których już nikt nie wynosi i obgryzają je szczury, a Jochen
pochylał się, przybliżał do niego, chcąc rozpoznać rysy twarzy, lecz zobaczył
jedynie owiniętą szmatami głowę i niemal skryte pod nimi oczy, sterczący
nos i poruszające się usta.
– Czy nie byłeś, kolego, ze mną w sztabie pułkownika Fischera? – zagadnął
wreszcie, kiedy sąsiad przestał mówić i wyciągnął bagnet, aby zademonstrować
jego użycie w walce z szczurami, odłożył go jednak natychmiast i wymamrotał,
najwidoczniej poruszony silnie tak nadzwyczajnym spotkaniem:
– Hasenfuss..? Rozpoznałeś mnie?
– Tylko po głosie, panie sierżancie – odpowiedział Jochen i uścisnęli się,
a Neumann, niegdyś filar kancelarii pułku i stały klient polowych burdeli, przyznał, że jedynie te głosy im się zachowały, bo gdyby teraz ktoś ich zobaczył, nie
odgadłby, kogo ma przed sobą.
– Nawet moja Berta i dzieci – dodał: – I nie miałbym do nich o to żalu.
Powiedziałbym im jednak, kto mnie tak urządził. Kto mnie tu posłał, żebym
zdychał jak parszywy pies między trupami i szczurami.
Jochen odruchowo zerknął w prawo i w lewo, a Neumann pokiwał swoją
szmacianą głową:
– Tak, tak – zamruczał. – Rozglądaliśmy się zawsze dokoła, czy nie podsłuchuje nas jakiś szpicel. Pozwoliliśmy zrobić z siebie tchórzów i sraliśmy
w portki ze strachu przed gestapem, ale tu, w tym gównie nikt nie ma już nad
nami władzy.
– Panie sierżancie...
– I nigdy nie będziemy już podnosili łap i ryczeli: Sieg Heil! Skończyło się.
Przy wejściu do piwnicy zamigotały światła latarek elektrycznych, błysnęły blachy na piersiach żandarmów i Jochen powtórzył półszeptem:
– Panie sierżancie, za to idzie się pod mur.
– Musieliby mnie tam zanieść – Neumann odrzucił koc i Jochen zobaczył
owinięte krwawymi łachmanami kikuty nóg sierżanta. – Bo ja nigdzie już nie
pójdę. A Führer chciał, żebym maszerował na koniec...
– Halt’s Maul! – syknął Jochen i sierżant zamilkł; obaj patrzeli na zbliżających się żandarmów, przeczesujących podziemia i szukających wśród półtrupów takich, którzy udźwigną jeszcze karabin i chociaż kilka razy wystrzelą,
zanim sami padną. – Oni się z niczym nie liczą.
298
Światełka latarek nie dotarły do nich. Żandarmi, przy wtórze przekleństw
i wyzwisk, wywlekli z piwnicy kilku żołnierzy, ciemność powróciła i Neumann
powiedział:
– Jesteś w porządku, Hasenfuss. Ale byłoby lepiej, gdyby mnie zastrzelili.
Nie męczyłbym się dłużej i powiedziałbym wreszcie głośno, kto jest naszym
mordercą.
Zapewne miał rację, bo zmarł dopiero po trzech dniach i Jochen leżał teraz
pomiędzy dwoma trupami. Karmił się w chwilach przytomności tym, co znalazł w chlebaku sierżanta, majaczył w gorączce i wtedy wracał do domu przy
Kleine Mölde. Obok kostnieli z zimna jego towarzysze broni, a on pławił się
w słońcu, na hamaku, w ogrodzie pełnym kwiatów, brzęczenia pszczół i świergotu ptaków. Nie czuł już ohydnego, gnilnego fetoru, nie widział szczurów,
wgryzających się w twarz sierżanta Neumanna, nie słyszał jęków i krzyków,
wypełniających piwnicę, gdyż po ogrodowej ścieżce szła do niego uśmiechnięta Jolanda w tej samej powiewnej sukience, w której pierwszy raz ją zobaczył.
W wiklinowym koszyczku niosła świeżo zebrane truskawki, przysiadła obok
hamaka, wybierała najczerwieńsze, dotykała je ustami i podawała Jochenowi,
jak słodki, pachnący pocałunek.
Jeszcze poddawał się tej pieszczocie, jeszcze trwała złuda, ale już, jak dalekie odgłosy zbierającej się gdzieś burzy, docierały do niego pomruki artyleryjskiej kanonady; zbliżyły się wkrótce i spotężniały, zmieniły w nawałę głuchych
detonacji, odbijały dudniącym echem w podziemiu, jakby potężny młot chciał
rozbić jego sklepienie. Rosyjskie baterie ciężkich dział zza Wołgi rozpoczęły
ostrzeliwanie Stalingradu, położyły ogień na śródmieściu i miażdżyły betonowe powały domu towarowego. Sufit piwnicy zdawał się kruszyć, sypał się
z niego ceglany pył i odłamki tynku, sucha kurzawa pogłębiła jeszcze ciemność
i kleszcze trwogi zacisnęły gardła półtrupów. Na moment jedynie, bo rozwarły
się zaraz i potępieńcze wycie wypełniło mroczny, bezpieczny dotąd schron.
Odrętwiałe, przemarznięte lub rozpalone gorączką, ledwie dyszące, okaleczone
kadłuby zaczęły się poruszać, wygrzebywać z szmat i koców, przesiąkniętych
moczem i łajnem, gramolić poczwarnie i pełzać do wyjścia. Tam, przeklinając,
płacząc, skomląc i jęcząc, walczyły z sobą w ciasnocie przejścia, odpychały
wzajemnie, właziły na siebie, gniotły i dusiły.
Jochen nie chciał czołgać się pomiędzy trupami, pełznąć po skorupach
stwardniałego gówna, rozgarniać rękami śmierdzące łachy, strzępy zakrwawionych i cuchnących ropą bandaży, więc najpierw dźwignął się na łokciach, podciągnął korpus, ukląkł i rzężąc z wysiłku stanął na drżących nogach. Opierając
się plecami o ścianę, posuwał się, krok po kroku, ku wybitemu w murze przejściu do sąsiedniej piwnicy. Było trudniejsze do sforsowania i mniej oblężone,
toteż wydostał się do przestronniejszego podziemia, a stamtąd na rumowisko,
będące niegdyś przybudówką domu handlowego.
299
Atak artylerii rosyjskiej już się skończył i najwyższe domy w śródmieściu Stalingradu straciły ostatnie piętra. Płonęły kikuty ruin gmachu teatralnego i rudy odblask padał na rozległy plac, pokryty gruzowiskiem, na barykady
z płyt chodnikowych, worków z piaskiem, przewróconych ciężarówek i rozbitych czołgów, oplątanych zwojami drutu kolczastego. Jochen, nie wiedząc
po co i dokąd dąży, dotarł do jakiegoś wgłębienia i przycupnął za betonowym
blokiem, z którego sterczały obłamane pręty zbrojeniowe, rozpłaszczył się pod
nim, kiedy w powietrzu rozległ się ryk samolotowego silnika. Nie była to jednak sowiecka maszyna, lecz transportowiec z czarnymi krzyżami na skrzydłach; krążył nad śródmieściem i zniżył nad placem, zrzucając swój ładunek na
rozległe rumowisko, sąsiednie ulice i wąskie ścieżyny, wydeptane wśród ruin.
Drewniane skrzynki i pojemniki nie miały spadochronów i rozbijały się na ziemi o cegły i kamienie, rozsypując dokoła puszki konserw, chleby, pęta kiełbas,
szynki, kartony czekolady i papierosów. Rano miały zostać zebrane przez służby prowiantowe, lecz z szczelin w ścianach wypalonych gmachów, zza stosów
pokruszonych cegieł, z jam wygrzebanych pod teatralnymi schodami, śledziły te zrzuty głodne oczy ukrywających się tu zbiegów i dekowników. Kiedy
Junkers odleciał, wychynęli ze swych kryjówek i przemykając szybko, skacząc
i czołgając się zwinnie, docierali do tych frykasów, mających podtrzymać ducha bojowego walczących jeszcze oddziałów, porywali swą zdobycz i znikali
jak cienie. Byli trudnym celem dla żandarmów, pełniących służbę wartowniczą
na barykadzie i mających rozkaz strzelania bez ostrzeżenia do każdego, kto
okrada frontowych żołnierzy, toteż polowania na plądrujące plac widma, nie
przynosiły wielkich rezultatów i nie odstraszały nocnych desperatów.
Jochen nie miał ich sprytu, siły i zwinności. Wylazł niezdarnie zza bryły betonu i posuwając się wolno na łokciach i kolanach, gramolił ku rozbitej skrzynce i rozsypanym dokoła niej chlebom. Dygotał cały, z kącików ust
ściekała mu ślina, na języku czuł smak wypieczonej skórki, rozczapierzonymi palcami sięgał już po najbliższy bochenek, dotknął go, schwycił zachłannie i przygarnął do piersi. Tulił chleb pieszczotliwie, odwlekał jeszcze chwilę
rozkoszy, a kiedy wreszcie pochylił głowę, aby dotknąć go ustami, ucałować,
a potem odłamać pierwszy kęs, klapnął sucho karabinowy strzał i ostry grot
żaru rozdarł mu plecy...
XXIX
M
uszę szczerze wyznać, że pisząc poprzedni rozdział, straciłem apetyt. Dotąd był doskonały, a teraz jedzenie rosło mi – jak to się niekiedy mówi – w ustach i nie miałem ochoty nawet na ulubioną kurę
w potrawce z ryżem, czy zawijane zrazy z kaszą gryczaną, które tak znakomicie
przyrządza Irena. Nie chwaliłem też Danieli, doskonalącej się od zamążpójścia
zdumiewająco szybko w sztuce kulinarnej i zadziwiającej Marcina i swoich własnych rodziców, ciągle nowymi i wymyślnymi daniami. W ostatnią niedzielę zaprosiła nas na obiad i wystąpiła z pieczenią cielęcą w białym winie, z zielonym
groszkiem, karotką i szparagami. Krzątała się na pewno w kuchni sporo czasu,
starała jak mogła, a ja nałożyłem sobie na talerz małą porcyjkę, przeżułem ją
i nic nie powiedziałem, bo miałem nabitą głowę tym sakramenckim, jak powiedziałby plutonowy Toller, kotłem stalingradzkim, w którym ibermensze dostali
wreszcie porządnego łupnia i pełzali po śniegu jak nędzne robale. Jochen zdychał tam z głodu i nie potrafiłem zajadać się ze smakiem domowymi specjałami.
Ostatecznie jestem jakoś związany z tymi Hasenfussami, nieledwie mieszkam
z nimi razem w jednym domu, nie mogłem zatem patrzeć obojętnie na to, co działo się z Jochenem i nie zapisywałem tego bezdusznie. Siadałem w jadalni do stołu
z długimi zębami, pamiętając, że kostnieje z zimna w jakiejś ziemiance i jego
chlebak jest zupełnie pusty. Zdawałem też sobie sprawę z tego, że za sobą mam
okno, to samo, przy którym codziennie stawała Emma, również i z coraz większym niepokojem myśląc o Jochenie, ponieważ listonosz od dłuższego czasu nic
już nie wrzucał do blaszanej skrzynki przy furtce. Telefunken w pokoju Arnolda
uderzał w górne tony, przekazując wiadomości ze Stalingradu, zachłystywał podziwem dla bezprzykładnego bohaterstwa, żelaznej woli walki i wspaniałej, dumnej postawy żołnierzy generała Paulusa, ale serce Emmy trzepotało niepewnie,
rozdarte pomiędzy nadzieją i trwogą, gdy mały człowieczek w mundurze pocztowca wkraczał na zaśnieżony plac i zaczynał grzebać w swojej torbie.
301
We wszystkich domach przy Kleine Mölde, z których na podbój świata
wyruszyli mężczyźni w bojowym rynsztunku, stały w oknach kobiety i śledziły każdy krok tego rozdawcy kopert z nadrukiem Feldpostbrief, jakby z jego
ruchów już i wyrazu twarzy, z jakim podchodzi do skrzynek pocztowych przy
furtkach, mogły odgadnąć jakie przynosi wiadomości. Dotąd nie było złych
i pierwszą, najgorszą z możliwych, otrzymali Zombarthowie spod numeru sto
siódmego, na początku czterdziestego trzeciego roku. Emma, czekając jak zwykle na listonosza, zobaczyła małego pocztowca wchodzącego do domu naprzeciwko, a w chwilę później usłyszała, mimo zamkniętych okien, rozpaczliwy
krzyk Zombarthowej. Odczekała kilka minut, a gdy listonosz ominął jej furtkę,
pobiegła do sąsiadki, aby pocieszyć ją w nieszczęściu. Zombarthowa podała
jej pismo od dowódcy Willego, w którym donosił ze smutkiem, że Leutenant
Zombarth poległ za Führera i Vaterland pod Marsa Matruk i odznaczony został
pośmiertnie Krzyżem Żelaznym i medalem za udział w kampanii afrykańskiej.
Nieco później zjawiła się Alferdowa i Winterowa, których synowie walczyli na
froncie wschodnim i razem płakały, spoglądając z Emmą wzajemnie na siebie,
jakby tymi spojrzeniami pytały, która z nich pierwsza dostanie podobne, żałobne
zawiadomienie.
– Wymorduje wszystkich naszych synów – Zombarthowa nie liczyła się już
ze słowami. – A leciałam jak głupia na Langgasse, żeby go witać. I wrzeszczałam: Niech żyje Führer! Teraz wydrapałabym mu ślepia.
Przeraziły się tych słów i rozeszły szybko do swoich domów, a Emma,
jeszcze roztrzęsiona, opowiedziała Arnoldowi, gdy wrócił z uczelni, co się wydarzyło przed południem i profesor przyniósł atlas, żeby pokazać żonie gdzie
leży Marsa Matruk. Potem odwrócił kilka kart, odnalazł mapę Wschodniej
Europy z ogromnym, zabarwionym zielonym kolorem obszarem równiny rosyjskiej i oboje zatrzymali wzrok na wstędze Wołgi, na czarnym punkcie nad jej
kolanem, oznaczającym położenie Stalingradu. Na lewym skraju mapy widniały kontury maleńkich państw bałtyckich i niebieska plamka Prus Wschodnich,
przy polskiej i litewskiej granicy.
Emma mierzyła spojrzeniem tę wielką przestrzeń i westchnęła głęboko:
– Tak strasznie daleko i żadnej wiadomości.
– To, że Jochen nie pisze, jeszcze nic nie znaczy – Arnold położył dłoń na
ręce Emmy, bo wspierali się wzajemnie nawet takimi, małymi gestami. – Jego
listy mogły zaginąć. To się zdarza na wojnie.
– Słyszałam, że ze Stalingradu nikt już nie dostaje listów.
– Nie wierz we wszystko, co ludzie mówią.
Pocieszał Emmę, jak potrafił, ale sam miał bardzo złe przeczucia. Co wieczór słuchał Londynu i Berlina, krążył w nocy po swoim pokoju, a kiedy wreszcie wchodził do sypialni, stąpając cicho, aby nie zbudzić żony, ona unosiła głowę z poduszki i pytała nieodmiennie:
302
– Co mówili?
– Ciągle to samo. Nasze radio, że trwa bohaterska obrona, a Londyn, że
Rosjanie zaciskają pierścień i proponują Paulusowi kapitulację. Spróbuj zasnąć. Dam ci tabletkę.
Zgadzała się bez oporu, połykała biały krążek, ale po chwili pytała znowu:
– Skapituluje?
– Powinien. Ale Hitler mu nie pozwala. Jemu nie jest zimno.
Niepotrzebnie to powiedział, bo Emma zaraz chciała wiedzieć, czy w styczniu są w Rosji duże mrozy, więc zmniejszał je o połowę, zapewniał, że najwyżej
jakieś piętnaście, osiemnaście stopni poniżej zera i znów prosił, żeby zasnęła,
a wtedy padało to najważniejsze pytanie:
– Myślisz, że Jochen żyje?
Arnold obejmował żonę ramieniem, dodawał jej otuchy i zapewniał
o własnej ufności w ocalenie Jochena, chociaż jej nie posiadał zbyt wiele, powoływał się na swoje doświadczenia frontowe, mówił, że nawet z największej
nawały artyleryjskiej pod Verdunem, wychodzili żołnierze nie draśnięci odłamkiem granatu, ale Emmie to nie wystarczało. Szukała jeszcze potwierdzenia
u Zuzanny i szła do bratowej na Langgasse przez zaśnieżone miasto, drzemiące
jakby w białym puchu, który tłumił brzęk dzwonków tramwajowych, sygnały
klaksonów rzadko przejeżdżających samochodów, głosy i kroki przechodniów.
W tej miękkiej, rozścielonej dokoła ciszy, w spokoju ulic, w dostojnej urodzie
ceglanych świątyń i frontonach kamieniczek, przybranych w zimowy strój,
ginęły jakby wszelkie echa bitewnego zgiełku, odgłosy dalekich walk, toczących się w skwarze pustyni i w mroźnej zawiei bezbrzeżnego stepu, pod kopułą
chłodnego nieba i na chłostanym wichrami oceanie. Pod drzewami skweru przy
Silber­hütte, osypanymi skrzącą się migotliwie szadzią, gromadka dzieci rzucała się śnieżkami, na placu przed gmachem teatru stała jeszcze świąteczna,
kolorowa choinka, przed Goldenes Tor kataryniarz wygrywał, kręcąc korbką,
melodyjkę ze starej piosenki o młynareczce z pewnej wsi, podśpiewując nieco ochryple przy refrenie: Noch einmal, singe singt, Nachtigall... Kino Gloria
na Langgasse, zapraszało na komedię z Paulem Hörbigerem i tylko plakat,
przypięty na drzwiach przy winno-piwnym sklepie Franza Kornatha, przypominał, że toczy się wojna i miasto składać jej będzie należną daninę nie tylko
z mężczyzn, ale także ze swej młodzieży; AUCH DU!, zapewniał napis pod
rysunkiem wyobrażającym chłopca w mundurze Hitlerjugend, zapatrzonego
w tę samą bitewną dal, w którą wpatruje się żołnierz Waffen-SS w stalowym
hełmie, o wyrazistych rysach twarzy i ostrym profilu germańskiego wojownika. A za szybą wystawową papierniczego sklepu Maksa Hasenfussa leżała gra
planszowa Jürgen und Hubert spielen Krieg i Emma, wchodząc do mieszkania
szwagrostwa, powiedziała do witającej ją w korytarzu Zuzanny:
303
– Takie gry wojenne, jakie sprzedajecie w waszym sklepie, przewracają tylko dzieciom w głowach. Ciesz się, że masz córki, bo nasz Dieter ciągle biega na
jakieś zbiórki i ćwiczenia. A w ogrodzie, zamiast ulepić bałwana, wybudował
sobie fortecę ze śniegu i teraz jest albo generałem Paulusem albo Jochenem.
Nie wie, jak rani mi tym serce.
Zdejmowała powoli płaszcz i futrzany toczek z głowy, zsunęła z bucików
gumowe śniegowce, a Zuzanna włożyła je do mosiężnego korytka, aby tam
obciekły z wody i dopiero w saloniku, do którego obie przeszły, wyjawiła bratowej, że w nocy pytała właśnie o Jochena i karty bardzo ją uspokoiły.
– Żyje?! – Emma pobladła nieco. – Mów!
– Żyje i wróci – zapewniała Zuzanna. – Jeżeli chcesz, położymy karty jeszcze raz.
Nie czekając na odpowiedź Emmy, bo była oczywista, zaczęła zasuwać
story w oknach i krzątać się przy stoliku. Spodziewała się wizyty bratowej i tak
manipulowała kartami, rozkładanymi na czarnym jedwabiu, aby ją uspokoić.
Dostrzegała przecież w jakim Emma jest stanie i uznała, że mistyfikacja jest
w takim przypadku nie tylko usprawiedliwiona, ale nawet konieczna. W blasku
zapalonych świec zadawała więc kolorowym obrazkom, ułożonym w kształt
krzyża celtyckiego, kolejne pytania ściszonym, modulowanym stosownie głosem:
– Jaka jest twoja obecna sytuacja?
Przesunęła wskazujący palec ku środkowej karcie, wyobrażającą kobietę
w powiewnej szacie, wpatrującą się w nocne niebo za otwartym oknem; u stóp
kobiety znajdowało się pięć złotych pucharów i Zuzanna objaśniła ich znaczenie:
– Z czterech przewróconych pucharów wylewa się wino, co znaczy, że
sytuacja Jochena jest bardzo trudna, piąty puchar jednak stoi na nóżce, zatem
nic nie jest jeszcze stracone.
Emma zbierała niemal wzrokiem każde słowo z ust Zuzanny, ona zaś pytała dalej:
– Co nad tobą, Jochenie?
Odwróciła następną kartę i Emma zobaczyła ponownie kobietę, dostojną
damę w błękitnej pelerynie i koronie na głowie, siedzącą na rzeźbionym tronie ze złotym mieczem w dłoni. Zuzanna powitała ją uśmiechem zadowolenia,
była to bowiem Królowa Mieczy, symbolizująca osobę, która cierpi i zmaga
się z przeciwnościami losu, dumnie i bez słowa skargi. Wyjaśniła to Emmie,
kończąc optymistycznym wnioskiem:
– To dobra monarchini. Ona da Jochenowi siłę do przetrwania.
Przesunęła palec w lewo i nim odwróciła leżącą tam kartę, zapytała:
– Co przed tobą?
Oczom Emmy ukazała się łódź z wioślarzem. W drewnianej burcie tkwiło
sześć mieczy i Zuzanna wykrzyknęła:
304
– Sprawdziło się! Popatrz na wodę! Z jednej strony łodzi jest mocno wzburzona, a z drugiej spokojna.
– Co to znaczy?
– Wyjście z zagrożonego miejsca. Wioślarz płynie ku bezpiecznemu brzegowi. Potwierdza to sześć mieczów, a szóstka oznacza harmonię, koniec zmagań i rozwiązanie problemów. Jochen jest uratowany, Emmo!
Szybkim ruchem zmieszała karty, zręcznie wyciągnęła ostatnią z talii, położyła na środku stolika i odwróciła. Ukazała się twarz Maga z promieniami
światła nad głową i rekwizytami z Małych Arkanów: pucharem, kijem, pentaklem i mieczem.
– To przesądza sprawę – Zuzanna położyła dłoń na karcie. – Mag otwiera
nowe możliwości, pozwala na dokonywanie wyboru, a to oznacza potwierdzenie wszystkiego, czego się już dowiedziałyśmy o Jochenie.
– Kiedy wróci do domu?
– Tego karty nam nie powiedziały i nie mogły powiedzieć. Musisz być
cierpliwa i czekać.
Zuzanna zdmuchnęła świece i rozsunęła story. Wolała ograniczać się do
ogólników i uczyniła słusznie; zaledwie kilka dni po wizycie Emmy rozgłośnia
berlińska uderzyła w posępne tony pogrzebowych marszów, państwowe flagi
zjechały do pół masztów na znak żałoby, a Völkischer Beobachter w tytule na
cztery szpalty ogłosił, że Der Kampf der 6. Armee um Stalingrad ist zu Ende,
dodając poniżej: Oni polegli, aby Niemcy mogły żyć!
– Nie czytałem jeszcze podlejszego kłamstwa – Arnold rzucił gazetę na
stół. – Ogłaszają, że bohaterska walka szóstej armii zakończyła się, a przecież Londyn podał w nocy, że Paulus skapitulował i ponad dziewięćdziesiąt
tysięcy jego ludzi poszło do sowieckiej niewoli. Czy możesz to sobie wyobrazić? Z trzystu tysięcy chłopa zostało dziewięćdziesiąt. To znaczy, że dwieście
dziesięć tysięcy żołnierzy poległo. Tylko dlatego, że Hitler chciał mieć naftę
z Baku i maszerować dalej. Nikt jeszcze Niemcom nie wykopał takiego grobu, jak wielki Führer. Co się musiało dziać w tym przeklętym Stalingradzie...
Dwieście tysięcy!
– Um Gotteswillen, Arni! – Emma załamała ręce. – Przecież tam jest nasz
Jochen! A ty mówisz o grobie... Już nie wierzysz , że żyje?
Przez ostatnie dni karmiła się tym wszystkim, co usłyszała od Zuzanny
o Jochenie, jej zapewnieniami, że wyjdzie cało z opresji, w jakiej się znalazł,
przypominała sobie wygląd tajemniczych postaci z kart tarota, a szczególnie
świetliste oczy Maga, wskazujące jej synowi jakąś nową drogę, po której będzie mógł bezpiecznie kroczyć, co znaczyło zapewne jego powrót do domu
i zwolnienie z wojska. Arnold jednak zdawał się nie podzielać tej ufności, gdyż
powiedział jakimś drewnianym, stłumionym głosem:
– Mam nadzieję, że dostał się do niewoli. Tylko nadzieję, Emmo.
305
Opuściła głowę i oboje siedzieli teraz w milczeniu, wpatrując się tępo w talerze, z których nic nie ubyło, w jadalni pustego domu, przy stole nakrywanym,
nie tak dawno przecież, na sześć, a po ślubie Lizy na siedem osób. Losem jej
męża nie przejmowali się zbytnio, ponieważ stacjonował gdzieś w byłej Polsce
i nic mu tam podobno nie groziło, ale wolne krzesła, zajmowane kiedyś przez
synów, ciągle im przypominały o czyhających na nich niebezpieczeństwach.
Posępny los szóstej armii, który dzielił Jochen, coraz gorsze wieści, dochodzące znad Wołgi, przysłoniły jakby koszmar bitwy toczonej na Atlantyku przez
okręty podwodne Kriegsmarine, przymgliły nieco postać Norberta i sylwetkę
U-71, nurzającego się w burzliwych falach oceanu i tropionego nieustannie
przez zawzięte jak psy myśliwskie korwety brytyjskie. Wystarczyło wszakże
jedno spojrzenie na miejsce, które zwykle zajmował, aby uprzytomnili sobie
jak cienka jest linia dzieląca jego życie od przerażającej śmierci w morskich
głębinach.
Na progu jadalni ukazała się Hedda, spojrzała na nietknięte talerze i pokręciła frasobliwie głową:
– Tak nie można, proszę państwa. Trzeba coś zjeść.
Podeszła bliżej, czekała chwilę i zabierając wreszcie nakrycia zapowiedziała, że kartofle odsmaży na kolację, kiedy Liza wróci z pracy, a Dirk ze
zbiórki.
To były kolejne, puste miejsca podczas obiadu przy stole; Arbeitsamt skierował Lizę do fabryki łożysk kulkowych, pracującej na trzy zmiany, a Dietera
wchłonęły ćwiczenia i marsze, mające przysposobić go do trudów w szeregach
Hitlerjugend i przyszłych zadań wojownika i zdobywcy. Arnold czuł, że chłopiec wymyka mu się z rąk, oddala coraz bardziej od niego, od matki, rodzinnego
kręgu i domu. Ten dom zresztą, ciche miejsce w otoczonej wieńcem wzniesień
dolinie, bezpieczny port, do którego zawinęli już na zawsze – jak powiedział
Emmie, gdy przekraczali po raz pierwszy jego próg – rozpadał się i pustoszał.
A w rodzinnym kręgu pojawiły się szczerby, puste krzesła przy stole. Uładzony,
spokojny rytm rodzinnego życia został zakłócony i przerwany. Wszystko, co
budował tak długo zaczęło walić się w gruzy od tamtego, wrześniowego świtu,
gdy z Neufahrwasser dobiegły do jego fotograficznej ciemni głuche echa artyleryjskich salw z pokładu pancernika, zakotwiczonego w kanale portowym
naprzeciw Westerplatte...
Zwinął leżącą na stole gazetę, dźwignął się ciężko z miejsca, ale jeszcze
nie ruszał ku drzwiom; patrzył na żonę, siedzącą nadal nieruchomo za stołem
i po chwili powiedział:
– Nie umiem cię pocieszyć, Emmo. Teraz możemy się już tylko modlić.
Zacisnęła usta, aby stłumić szloch, a kiedy Arnold wyszedł z jadalni przestała opierać się łzom, opuściła głowę na ręce złożone na obrusie i płakała bezgłośnie, powtarzając szeptem:
306
– Zmiłuj się, Panie... Uratuj go... Ocal ich obu...
Tylko tak potrafiła prosić, ale ta cicha i krótka modlitwa powoli ją uspokajała. Otworzyła Dieterowi frontowe drzwi z suchymi już oczami, pomogła mu
otrzepać się ze śniegu i zeszli razem do kuchni, gdzie Hedda postawiła przed
chłopcem kubek gorącego mleka z masłem i miodem, najlepszy jej zdaniem
środek przeciw przeziębieniu.
– Kto to widział, żeby ganiać takich małych knypów po śniegu i na mrozie
– zrzędziła. – Spocą się tylko, a potem wiatr ich przewieje i grypa gotowa.
– Nie jestem żadnym knypem – obruszył się Dieter. – W przyszłym roku
skończę czternaście lat i mogłabyś to sobie zapamiętać. A dziś nie mieliśmy
wcale ćwiczeń. Była tylko pogadanka. Dlatego wcześniej wróciłem.
Pił mleko małymi łykami, przekomarzał się z Heddą, dał się wylizać
Kukiemu i wytarmosił go za uszy, a Emma przyglądała mu się z zatroskaniem,
ciągle mając przed oczami werbunkowy plakat Waffen-SS, który widziała przed
paroma dniami na Langgasse, wyciągający szpony po dorastających chłopców,
wymusztrowanych w Hitlerjugend. Dieter niezawodnie zostanie do niej wcielony, gdy ukończy te swoje wymarzone czternaście lat i ubierze się w brunatną
bluzę i czarne spodenki, a do skórzanego pasa przypnie ostry sztylet z wtopioną
w rękojeść swastyką, pierwszą broń, zanim wetkną mu do ręki karabin i każą
zabijać... Widziała przecież jak błyszczały mu oczy, gdy patrzył na Wuismutich,
paradujących w mundurkach HJ, na uzbrojonych wartowników przed koszarami przy Hochstriess, a przede wszystkim na Norberta, gdy zjawiał się z wizytą
na Kleine Mölde, podczas urlopu, którego większość spędzał ze swoją żoną,
w willi jej rodziców przy Pelonkerstrasse. Po ostatnim urlopie Norberta doszła
stamtąd radosna wiadomość o ciąży Irmy, ale Emma nie potrafiła cieszyć się
nią tak, jak chyba powinna i jak cieszyły się niegdyś wszystkie przyszłe babcie.
Miłą nadzieję na, być może wnuka, mąciła jej myśl, że urodzi się nowy żołnierz, o którego życie będzie drżało serce jego matki, jak teraz drży jej własne
o wygnanych na wojnę synów, jak trwoży się już dziś o los Dietera, zaprawianego w Pimpfach do służby w szeregach wiernych i ślepo posłusznych janczarów Führera.
Dopił już mleko, odstawił kubek, ale nie wstawał z taboretu. Podniósł łyżeczkę, oglądał ją ze wszystkich stron, a wreszcie spojrzał na Emmę i zapytał
niepewnie, z wyraźnym wahaniem:
– Nie będziesz płakała, Mutti? – i zaraz dodał, jakby chciał zapobiec tym
łzom. – Nasz Jochen poległ i jest bohaterem. Tak powiedział dowódca mojego
zastępu. A jutro rano, na szkolnym apelu, oddamy cześć żołnierzom, którzy
zginęli w Stalingradzie. Tam wszyscy walczyli do końca i nikt się nie poddał.
Ja też będę tak walczył.
XXX
C
iosy często spadają parami. Późnym latem czterdziestego trzeciego
roku, do domu przy Kleine Mölde 89, powróciło to, co zostało z Torstena Simmela. Po zmroku, zapewne dlatego, aby sąsiedzi nie mogli zbyt
wiele zobaczyć, zajechała na plac szara furgonetka i dwaj sanitariusze wynieśli z niej kadłub byłego feldwebla sto drugiego pułku policji, stacjonującego
w dystrykcie lubelskim Generalnego Gubernatorstwa, a trzeci sanitariusz i kierowca, wózek inwalidzki i tornister podoficera. Przesunęli zręcznie nosze przez
otwarte drzwi i dopiero we wnętrzu domu posadzili korpus bez nóg na wózku.
Torsten w tym momencie zacisnął mocno zęby, a mimo to syknął z bólu, odszukał palcami prawej ręki metalową poręcz, uchwycił ją mocno, oparł plecy na
skórzanej poduszce i odetchnął głęboko, z widoczną już ulgą.
Hedda cofała się przed Simmelem, jak przed upiorem, któremu nieopatrznie otworzyła drzwi, a Liza znieruchomiała na progu jadalni. Patrzyła na męża
rozszerzającymi się z przerażenia oczami, otwartą dłonią usiłowała zamknąć
drgające coraz prędzej usta, stłumić rosnący w niej krzyk, uderzył jednak gwałtownie, wydarł się z niej, wysoki i przenikliwy.
Trwa tu jeszcze. Jak wszystkie głosy wydane pomiędzy tymi ścianami, których echa zdają się do mnie docierać z przeszłości, w cichych godzinach nocy,
kiedy piszę tę książkę i staram się, w miarę możliwości, odtworzyć dzieje rodziny
Hasenfussów. Trwa więc tu jeszcze ten straszny, wibrujący krzyk przerażonej kobiety i jak mógłbym go nie usłyszeć, skoro Liza, patrząc na okaleczonego męża,
drżąc i skowycząc, stała zaledwie o kilkanaście kroków od miejsca, w którym
teraz siedzę przy biurku i pracuję. Wydaje mi się nawet, że gdybym wyszedł
z swojego pokoju, minął sąsiedni, z którego zrobiliśmy wyjście do ogrodu i stanął
w holu, zobaczyłbym ich wszystkich: wózek z Torstenem, dygoczącą Lizę, struchlałą Heddę, podnoszącą do oczu róg fartucha, Emmę z Dieterem, zbiegających
po schodach z piętra i Arnolda wychodzącego z biblioteki.
308
Feldwebel Simmel, podczas długiego pobytu w szpitalu, a później w sanatorium, przygotowywał się do dnia, w którym sanitariusze przywiozą go na
Kleine Mölde i zostawią pod dachem teściów inwalidę bez nóg i lewej ręki,
a Lizie bezużyteczny wrak męża. Pragnął zdobyć się na postawę godną frontowego żołnierza i trzymać dumnie podniesioną głowę, chociaż nie wracał
z Rosji, gdzie toczyła się bitwa regularnych armii, lecz z Warszawy, a ściślej
z tej części tego miasta, z której utworzone zostało getto dla Żydów. Jego pułk
został odkomenderowany z Lublina do pomocy innym oddziałom policyjnym
i formacjom SS w stłumieniu powstania, które wybuchło w otoczonej murem
i drutem kolczastym, żydowskiej dzielnicy. Strzelał więc do cywilów, palił miotaczem płomieni żywych jeszcze ludzi, a tego nie mógł powiedzieć profesorowi
Hasenfussowi, byłemu kapitanowi cesarskiej artylerii, weteranowi walk pod
Verdunem i kawalerowi Żelaznego Krzyża. Oznajmił zatem krótko, suchym
tonem, wyćwiczonym podczas bezsennych, szpitalnych nocy, kiedy ucichły już
krzyki Lizy i teść zbliżył się do jego wózka, że został ranny pod Rostowem:
– Odpieraliśmy atak bolszewickich czołgów. Podeszły bardzo blisko i stało się.
Przeciągnął palcami ocalałej ręki po luźno zwisających od kolan spodniach
i Liza znów zaniosła się szlochem. Uklękła i przywarła ustami do ręki Torstena,
Hedda chlipała cicho, a Emma pochyliła głowę; może nie mogła patrzeć na
okaleczonego zięcia, o którym nie myślała zbyt często i teraz poruszyło ją sumienie, przejęło do głębi współczucie wobec nieszczęścia, jakie na niego spadło, w tej samej przecież Rosji, w której walczył i zaginął Jochen.
Sanitariusze nie odeszli jeszcze. Czekali najwidoczniej na jakieś dyspozycje i Arnold, widząc bezradność kobiet, polecił im zanieść Simmela na piętro.
I dopiero tam, w pokoju, który już był i ponownie miał się stać sypialnią małżeńską jego i Lizy, stracił Torsten tę ochronną sztywność, wytrenowaną w szpitalu i w sanatorium. Patrzył na Lizę, zaścielającą łóżko świeżym prześcieradłem
i mgła łez przysłoniła mu oczy. Wiedział, że nigdy już nie wrócą ich poobiednie
pieszczoty i nocne misteria, że Liza nie zaśnie o świcie na jego ramieniu, wyzuta
z sił, z tym uśmiechem błogiego znużenia na ustach, który wypełniał go męską
dumą i czynił gotowym do dalszych zmagań, potyczek i swawoli na każde jej
skinienie. Teraz miał być dla żony jedynie ciężarem i przeklinał poniżenie, na
jakie został skazany, drętwiał z rozpaczy i wstydu na myśl o tym, ile razy będzie
zdany na jej pomoc w potrzebach, przy których nikt nie pragnie mieć świadków.
Obcy ludzie w szpitalu i sanatorium, pielęgniarki i pielęgniarze, byli mu obojętni, przy Lizie jednak będzie nieznośnie skrępowany i upokorzony. Dlatego,
gdy skończyła zmieniać bieliznę pościelową i podeszła, aby go rozebrać, poprosił
o zgaszenie światła.
– Nie chcę, żebyś na mnie patrzała.
Przykucnęła przy wózku i przytuliła policzek do ręki Torstena. Zdawała
się rozumieć, co czuje, bo sama miała wrażenie, że może być jej trudno znieść
309
widok jego okaleczeń. Tego jednak nie mogła mu powiedzieć, podobnie jak nie
ośmieliła się jeszcze objąć jego głowy, pochylić się nad nim i ucałować w usta.
Był na pewno jej mężem, a jednocześnie kimś innym, obcym nieledwie. Tuląc
policzek do jego ręki chciała oswoić tę obcość, oddalić ją, bo przecież za chwilę
znajdzie się w łóżku z tym człowiekiem, który jest Torstenem Simmelem, ale
przecież innym niż jej dawny Torsten. Oddała go machinie wojennej zdrowego
i całego, a ona zużyła go, przemieliła w swoich trybach i zwróciła jej kalekę bez
nóg i ręki, którego ma przyjąć jak dawnego małżonka, chociaż nim już nie jest.
Po pierwszym okrzyku rozpaczy i bólu, to właśnie odczucie wypełzło skądś
niespodziewanie i jak zły cień stanęło pomiędzy nią a Torstenem, a właściwie
tym kadłubem na wózku, który był nim kiedyś.
– Zgaś światło – poprosił jeszcze raz. – I przynieś mi...
Nie dokończył, więc uniosła głowę i zapytała:
– Co mam przynieść?
Ręka Torstena, którą trzymała jeszcze w swoich dłoniach, drgnęła, więc
zacisnęła na niej palce, jakby chciała zapewnić go o swojej gotowości do wypełniania wszelkich jego życzeń i usłyszała nikły, zaledwie zrozumiały szept:
– Nachttopf...
Wyszarpnął rękę i zasłonił sobie usta, ale nie powstrzymał szlochu ani łez
i płakał żałośnie, bezradny i upokorzony, a Lizę zalała fala czułości i współczucia. Tamten zły cień odsunął się jakby, ale nie zniknął zupełnie i powrócił, kiedy
spełniła życzenie Torstena, a później musiała wynieść nocnik, razem z jego
śmierdzącą zawartością i wymiotowała w łazience. Klęczała na chłodnej posadzce z czołem opartym o brzeg wanny, wstrząsana obrzydzeniem i przytłoczona
rozpaczą; pojęła przecież z całą jasnością, że codziennie, przez nie wiadomo ile
lat, będzie tak właśnie usługiwała Torstenowi. Będzie go również ubierała i rozbierała, zmieniała mu bieliznę, myła, a jeśli zechce czegoś jeszcze...
Wzdrygnęła się i podniosła z klęczek, poprawiła włosy w lustrze i usiłowała odwrócić się od tamtych myśli, przywołać inne, przypomnieć sobie kim był
dla niej Torsten, jak biegła w Amadzie do schowka na kartony, żeby się z nim
spotkać, jak w tym pokoju, do którego zaraz wejdzie, w tym łóżku, do którego
się położy, garnęła się do niego, oplatała ramionami i zapamiętywała w jego
uściskach. Każdy świt nadchodził wtedy zbyt wcześnie, a teraz, naciskając wreszcie klamkę, nie wiedziała, jak zniesie dotknięcie kikuta jego ręki lub nogi.
Torsten obawiał się również ich pierwszej nocy i kiedy Liza weszła do
pokoju, zaczął oddychać spokojnie i równo, pozorując sen. Pochrapywał nawet
i tylko przez szparki powiek śledził poruszenia żony, stąpającej na palcach po
skrzypiącej nieco podłodze. Postanowiła nie budzić męża, rozebrała się szybko,
wsunęła cicho do łóżka i znad brzegu poduszki przyglądała się nieruchomej sylwetce na wózku. W ten sposób, drzemiąc i budząc się na przemian, oszukiwali
się oboje do rana. Śniadanie przyniosła im na tacy Emma i zaledwie zdołali je
310
zjeść, gdy zjawił się Blockleiter Knoche, aby powitać bohatera. Przyniósł kartki
żywnościowe na dodatkowe przydziały żywności i rozwiązał kłopotliwą sprawę
znoszenia i wnoszenia Torstena po schodach, obiecując przysyłać do tej czynności chłopców z HJ. Przyrzekł również załatwić w Arbeitsamcie zwolnienie Lizy
z obowiązku pracy, aby mogła całkowicie poświęcić się pielęgnacji męża.
– Jeżeli będą jeszcze jakiekolwiek potrzeby, proszę zwracać się z nimi do
mnie, a ja zrobię już co należy – zapewniał solennie, a na koniec wizyty odbył rozmowę w cztery oczy z byłym feldweblem Simmelem, który niechętnie
wprawdzie, ale przecież ujawnił mu prawdę o swoim udziale w likwidacji warszawskiego getta:
– Tam się działy takie rzeczy, Herr Knoche, że lepiej o nich nie mówić.
Dlatego powiedziałem żonie i teściom, że zostałem ranny pod Rostowem.
– I bardzo dobrze zrobiłeś, Simmel – Knoche uważał, że z racji swego wieku
i urzędu, tak właśnie powinien zwracać się do Torstena. – Są jeszcze u nas ludzie
i twoi teściowie należą pewnie do nich, którzy nie potrafią zrozumieć, dlaczego
musimy skończyć z Żydami raz na zawsze. Potem będą nam dziękować za wytępienie tego plugastwa, ale nigdy nie zapytają, ile to nas kosztowało. Weźmy ciebie, chociażby...Gdyby nie Żydzi, nie zostałbyś inwalidą. Tak, tak, Simmel, to oni
winni są wszystkiemu i za to ponoszą teraz karę. A ty zasługujesz na odznaczenie
i nagrodę. Palisz papierosy? – zapytał nieoczekiwanie i Torsten skinął głową:
– Nauczyłem się w Polsce.
– Nie ma już żadnej Polski – sprostował z lekką irytacją Blockleiter. –
I nigdy nie będzie. Jest tylko Generalgouvernement. Co tam robiłeś? Walczyłeś
z polskimi bandytami?
Torsten nie kwapił się z odpowiedzią, więc Knoche musiał go ośmielić
i wyjaśnić, że wobec niego, jako funkcjonariusza NSDAP, nie obowiązuje go
tajemnica służbowa.
– W gazetach o tym się nie pisze – ciągnął dalej – ale my, w partii, mamy
informacje, że w Guberni grasują polskie bandy.
– Partyzanci – wtrącił Torsten i Knoche skosił na niego oczy:
– Quatsch! To są rabusie i opryszki. Ilu ich zabiłeś?
– Żadnego. Zabijałem Żydów.
– To jeszcze lepiej – ucieszył się Blockleiter. – Wystaram ci się o policyjny
medal zasługi. I o papierosy. Jakie lubisz?
– Josetti Juno. Albo erzeksy.
– Dostaniesz jedne i drugie – Knoche wstał, pożegnał się przepisowym
Heil Hitler! i wypełnił dokładnie wszystkie swoje obietnice. Liza została zwolniona z obowiązku pracy, Emma otrzymywała dodatkowe kartki żywnościowe,
Torsten przydziały papierosów, a lorbasy z Hitlerjugend znosiły go z piętra
i w ciepłe jeszcze, pogodne dni jesienne ustawiały z wózkiem w ogrodzie, na
trawniku pod orzechami. Tylko sprawa policyjnego medalu trochę się odwleka-
311
ła, co Torstena najmniej obchodziło. Starał się usilnie oddalić od wszystkiego,
co łączyło się z jego służbą w 102 pułku policji, wymazać z pamięci wydarzenia w których uczestniczył, jeśli wydarzeniami można nazwać działania, jakie
pułk podejmował w dystrykcie lubelskim Generalgouvernement i warszawskim getcie i co tam wyczyniał. Wygrzewał się więc w słońcu, próbując nie
myśleć o niczym, patrzył na żółknące liście, na odlatujące na południe ptaki, na
Kukiego, buszującego pomiędzy krzewami agrestu i wypatrywał nadejścia Lizy
z kubkiem miętowej herbaty.
Najtrudniejsze noce i dni, jak się zdawało, mieli już za sobą. Wprawdzie
Torsten nadal prosił o gaszenie światła w pokoju, gdy szykowali się do snu,
a Lizie nadal zbierało się na wymioty, kiedy wynosiła cuchnący nocnik i opróżniała go w klozecie, ale potrafiła już bez większych oporów, rozebrać i ubrać
męża i położyć się obok niego w łóżku. Właśnie obok niego, a nie z nim, ponieważ za milczącą jakby i obopólną umową, nie wykonywali żadnych gestów,
prowadzących do zbliżenia. Torsten obawiał się swej nieporadności i jeszcze
jednego upokorzenia, a Liza nadal nie mogła przezwyciężyć awersji do jego
obciętych nad kolanami nóg i wzdragała się przed ich dotknięciem. Leżeli więc
w ciemności, w szerokim, małżeńskim łóżku, każde ze swoimi obawami i pragnieniami, bo przecież byli zbyt młodzi na to, aby mogli się od nich uwolnić.
Musiała zatem nadejść i nadeszła taka noc, która pokonała ich lęki, ale nie spełniła nadziei na powrót do dawnego współżycia. Feldwebel Simmel został okaleczony dotkliwiej, niż wskazywałyby na to jego obcięte nogi i brak lewej ręki;
rany sięgały znacznie głębiej i nie chciały się zabliźnić, pozostawiając trwały
uraz. Już w szpitalu, gdy zasypiał po proszkach, zaczął powracać w śnie do
getta i lubelskich miasteczek, do których przed świtem najczęściej, wkraczała
jego kompania, a kiedy budził się i słyszał jęki i krzyki kolegów, wzywających
pomocy pielęgniarek, zdawało mu się, że to tamte głosy z płonących ulic żydowskich dzielnic, które podpalali miotaczami ognia, z parterowych domków
żydowskich rymarzy, czy krawców w jakiejś Komarówce lub Bychawie. Zabrał
te sny i te głosy do sanatorium, przybyły z nim również na Kleine Mölde. Tu
usiłował zmierzyć się z nimi i odegnać je, bo przecież mogły zniknąć i zamilknąć lub chociaż zblednąć i ścichnąć, gdyby zdołał odgrodzić się od nich z pomocą Lizy, gdyby ona potrafiła zasłonić je i zagłuszyć. Jednocześnie przecież
bał się zbliżenia z żoną, a gdy wreszcie nastąpiło i nie skończyło pomyślnie,
a ponowione wspólnie wysiłki również spełzały niemal na niczym, Torsten popadł w depresję, a Liza w rozdrażnienie, którego nie potrafiła ukryć.
– Przy operacji musieli ci coś uszkodzić – zawyrokowała. – Chyba powinnam cię zawieźć do jakiegoś dobrego lekarza?
– Nawet najlepszy mi nie pomoże – Torsten sięgnął po papierosa; posługiwał się sprawnie prawą ręką, więc zapalił go bez trudności. – Musiałby zajrzeć
mi do głowy.
312
– Co ty pleciesz? Na głowie nie masz nawet draśnięcia.
– To jest w środku, Lizo.
Uniosła się na łokciu i zapytała, już zaniepokojona:
– Jakiś ból? Zejdę na dół i przyniosę ci aspirynę.
Czekała na odpowiedź, ale Torsten milczał. Krążek żaru na końcu papierosa powiększał się, gdy zaciągał się dymem, rozświetlał na moment jego twarz
i przygasał. Wreszcie usłyszała:
– Zostań... Powiem ci to teraz albo nigdy... – papieros znów się rozjarzył
i dostrzegła, że Torsten przymknął powieki. – Okłamałem was. Twoich rodziców i ciebie. Nie byłem na froncie w Rosji. Mój pułk stacjonował w Lublinie,
a ja dostałem przydział do drugiej kompanii pierwszego batalionu...
Służba nie była początkowo ciężka. Kompania Torstena ochraniała budynki administracji niemieckiej, jakieś magazyny, zakłady produkujące dla wojska
grzebienie, pasy i paski, sznurowadła, torby parciane i rękawiczki, patrolowała miasto, legitymując wyrywkowo przechodniów, a szczególnie młodych
mężczyzn w długich butach i bryczesach, w prochowcach z podniesionymi
kołnierzami, jak wymagał tego okupacyjny szpan w konspirującej Guberni.
W wolnym czasie chodzili gromadnie do kina Nur für Deutsche, do restauracji
Nur für Deutsche, do burdelu Nur für Deutsche, grali w karty, żłopali piwo,
czytali gazety i spali. Później zaczęły się wyjazdy za miasto, przeczesywanie
lasów, wypady do okolicznych wsi i rewizje chłopskich domów i zagród w poszukiwaniu ukrywających się tam Żydów, zbiegów z lubelskiego, zamojskiego,
czy nawet warszawskiego getta. Wozili z sobą psy, zajadłe wilczury tresowane
do tropienia ludzi i przy ich pomocy udało im się znaleźć kryjówki wielu żydowskich rodzin. Niektóre były bardzo przemyślnie skonstruowane, wykopane
głęboko pod klepiskami stodół, stogami słomy, pod komórkami na narzędzia
rolnicze, z tunelami ułatwiającymi ucieczkę. Jeżeli się takie zdarzały, strzelali
do biegnących Żydów lub wypuszczali na nich psy, żeby oszczędzić trochę
amunicji. Najwięcej zabawy miały psy z żydowskimi dziećmi, które rozrywały kilkoma szarpnięciami kłów, a oni z żydowskimi dziewczętami, które przeraźliwie wrzeszczały, gdy je gwałcili na oczach ich matek i ojców. Następnie,
w zależności od humoru dowódcy, albo pakowali tych Żydów, którzy jeszcze
żyli do ciężarówek i odwozili do lubelskiego getta, albo zabijali na miejscu,
razem z rodzinami polskich chłopów, które ich ukrywały.
Po takim wyczerpującym dniu dostawali zawsze specjalny przydział wódki, popijali sobie, przypominali różne śmieszne epizody z odbytej wyprawy
na wieś, bo czasem kąpali Żydówki w gnojówce, a Żydom obcinali pejsy
i nie mogli nadziwić się tym głupim Polakom, którzy wiedzieli, że ukrywanie
Żydów karane jest śmiercią, a jednak próbowali ratować im życie, melinowali
w swoich zagrodach i karmili, jakby to byli ich najbliżsi krewni. A przecież
wszędzie wisiały ostrzegawcze plakaty z napisami: Żydzi + wszy = tyfus plami-
313
sty! I ostrzeżenia o karze śmierci. Zastanawiali się też, dobrze już podpici, czy,
gdyby było odwrotnie, Żydzi ukrywaliby w swoich domach poszukiwanych
Polaków i narażali się na rozstrzelanie razem z nimi.
Dowódcy kompanii Torstena znudziła się ta notoryczna głupota polskich chłopów i postanowił przestraszyć tych matołków, którzy zamiast hodować i tuczyć
świnie dla niemieckich ibermenszów i pod ich opieką pracować spokojnie na roli,
żywili i ukrywali żydowskie robactwo. Obmyślił zatem szczególny rodzaj egzekucji i podczas kolejnej wyprawy, kiedy w okolicy Międzyrzeca wyciągnęli z ziemianki pod stodołą grupkę Żydów, kazał wpędzić do tej stodoły całą polską rodzinę, która ich ukrywała i podpalić strzechę. Usmażyli się wtedy wszyscy Polacy
ze swoimi Żydami, w dużym, ładnym ognisku, innym głupim i niepoprawnym
chłopom polskim dla przykładu i przestrogi. Musieli przecież, spędzeni z całej wioski, patrzeć na ten fajerwerk, słuchać wściekłego ujadania wilczurów, rwących się
na smyczach, śmiechu podpalaczy, łoskotu łamiących się krokwi i przerażającego
skowytu swoich sąsiadów, zagłuszającego drapieżny syk płomieni.
To właśnie te krzyki, palących się żywcem ludzi, przywlokły się za Torstenem
Simmelem do szpitala i sanatorium i nie opuściły go w domu przy Kleine Mölde.
Zmieszały się z nimi wrzaski, płacz i jęki Żydów z podlubelskich miasteczek,
gdyż po ekskursjach do lasów i wiosek, oddziały sto drugiego pułku policji zabrały się za żydowską biedotę z parterowych domków Lubartowa, Radzynia,
Końskowoli, Poniatowej, a nawet mniejszych jeszcze siedlisk ludzkich, rozsianych w dorzeczach Bugu i Sanu. Należał do nich również Józefów, położony
pomiędzy Biłgorajem a Tomaszowem Lubelskim, do którego pierwszy batalion
pułku w sile pięciuset chłopa, wyruszył na ciężarówkach w nocy i jechał tak, aby
przybyć do celu wyprawy przed świtem. Każdy z policjantów otrzymał gruby
pejcz a wołowej skóry, który miał służyć do wypędzania Żydów z mieszkań i
zgromadzenia ich na rynku miasteczka. Dowódca batalionu, dobroduszny major
Trapp, nazywany dlatego przez podkomendnych Papą, wydał przed wyjazdem
wyraźny rozkaz, Torsten zapamiętał to dobrze, zabijania na miejscu tych Żydów,
którzy, mimo użycia pejczów, nie będą chcieli opuścić swoich domów lub próbowali z nich uciec. Mieli też zabijać niedołężnych starców i staruszki, mogących
mieć trudności z dotarciem o własnych siłach na miejsce zbiórki, jak również
chorych, leżących w łóżkach, niezależnie od wieku, zatem nawet dzieci. Lekarz
batalionu, doktor Schoenfelder, naszkicował na tablicy sylwetkę człowieka i zaznaczył na niej miejsca, w które należało trafiać, aby skutecznie zabić. Zalecono
także szeregowym policjantom założenie bagnetu na lufę karabinu, aby podczas
strzelania do Żydów, nie podchodzili do nich zbyt blisko. Z broni krótkiej należało mierzyć w tył głowy, zachowując również odpowiedni dystans do celu.
Befehl ist Befehl, więc Torsten przewiesił sobie karabin przez ramię, wsunął
prawą dłoń w pętlę pejcza i ruszył za swoim plutonowym w stronę najbliższego
żydowskiego domu. Nie napotkali w nim na opór żadnego z mieszkańców, nie
314
znaleźli chorych w łóżkach, kilka starszych osób sprawiało wrażenie zupełnie
sprawnych, zaprowadzili więc całą gromadkę na rynek, gdzie odbywała się już
selekcja Żydów. Zdolnych do pracy mężczyzn oddzielono od bezładnej gromady i wysłano do pobliskiego lasu, gdzie kazano im kopać dół głęboki na dwa
metry, szeroki na trzydzieści i długi na pięćdziesiąt metrów; gdy był gotowy
i przymusowi grabarze odjechali ciężarówkami do lubelskiego getta, do lasu
wprowadzono pierwsze grupy Żydów z Józefowa...
– Przestań! Nie chcę tego słuchać. Przestań – powtarzała błagalnie Liza;
skręciła się w kłębek na łóżku, nakryła głowę poduszką, a Torsten niemiłosiernie brnął dalej, nie zważając na protesty i prośby żony; składał tę swoją makabryczną opowieść z nieporadnych słów, chwilami mamrotał niewyraźnie, jakby
mówił już tylko do siebie, przed sobą odtwarzał obraz tego strasznego dnia
w polskim miasteczku, którego ulice zaścielały już żydowskie trupy, a leśny dół
czekał na następne ofiary. Leżał na plecach ze wzrokiem utkwionym w suficie
i może widział w ciemności majora Trappa, który przed rozpoczęciem egzekucji pozwolił wystąpić z szeregu policjantom, nie mającym odwagi do wzięcia
w niej udziału i wystąpiło kilku starszych wiekiem szeregowców.
– Sześciu albo ośmiu. Nie pamiętam dobrze. Nie pamiętam...
– A ty? Ty też wystąpiłeś? Powiedz, że wystąpiłeś – zażądała spod poduszki, bo przecież wszystko słyszała, chociaż usiłowała nie słuchać. – Powiedz!
Torsten nie wystąpił. Nie chciał, żeby plutonowy powiedział o nim
Schlappschwanz i najpierw strzelił w tył głowy staremu Żydowi, potem kędzierzawemu chłopcu, potem trzem kobietom i małej dziewczynce, która klęczała w piasku nad dołem i skuczała jak przerażony piesek. Trzymał się ściśle
instrukcji i nasadził bagnet na lufę karabinu. Dlatego miał czysty mundur i nie
obryzgała go żydowska krew ani nie zapaskudziły kawałki mózgu, jak jego sąsiada, podoficera, który strzelał z pistoletu i nie zachował właściwego dystansu
do żydowskich głów. Prawie cały był upaćkany i major Trapp ostro go skarcił za
niechlujny wygląd i odesłał do Józefowa, żeby tam doprowadził się do porządku.
Co pewien czas pozwalał też swoim podkomendnym zrobić przerwę na papierosa, a wtedy Żydzi, których jeszcze nie zabito, musieli czekać na swoją kolej,
w zbitej gromadzie lub klęcząc nad dołem, wypełnionym już w części trupami ich
braci. Wielu modliło się głośno, kobiety zawodziły jakieś żałobne pieśni i Papa
Trapp pozwalał im na to. Wydawał się zdegustowany i już zmęczony zadaniem,
jakim został obarczony, toteż kiedy batalion zakończył swoją krwawą pracę i miał
opuścić Józefów, podziękował tylko krótko utrudzonym policjantom za wzorowe
wypełnienie służbowego obowiązku i rozkazał przy rogatce postawić przygotowaną wcześniej tablicę z napisem: Diese Stadt ist judenfrei!
Torsten chciał jeszcze opowiedzieć żonie jak awansował na sierżanta i co robił w getcie warszawskim, podczas żydowskiego powstania, ale Liza nie mogła
znieść dłużej jego koszmarnego mamrotania i chciała uciec z pokoju, więc za-
315
milkł i więcej się nie odezwał. A następnego dnia, kiedy chłopcy z Hitlerjugend
znieśli go z piętra, zażądał wystawienia wózka przed furtkę, miał bowiem jakoby
odbyć z Heddą spacer po parku, przylegającym do Kleine Mölde. Tak właśnie
powiedział, jak później zeznali chłopcy, odprawił ich i zanim Liza zorientowała
się, że jej mąż został sam na placu, Torsten zwolnił hamulec przy kole i jego
inwalidzki wózek zaczął powoli toczyć się po pochyłości. Lekko podskakując
na bruku minął stojące naprzeciw siebie domy z numerami 87 i 109 i znalazł
się na ulicy. Stara Osterowa spod sto dziewiątego właśnie, oświadczyła oficerowi śledczemu z kripo, badającemu całą sprawę, że widziała Torstena na
wózku, który wtedy jechał jeszcze wolno; chciała nawet, jak twierdziła, wybiec
i dogonić młodego sąsiada, ale sama jest prawie inwalidką, bo dusi ją astma i nie
może biegać, więc otworzyła tylko okno i wołała do pana Simmela, żeby zaciągnął hamulec, ale on nawet nie odwrócił głowy... Tymczasem wózek nabierał
już szybkości i żona Blockleitera Knochego, który dostał dom pod numerem 75,
po aresztowanym i zamordowanym w Viktoriaschule panu Kalecie, podała do
protokołu, że tylko mignął przed jej oknami, a ona prasowała wtedy bieliznę, bo
mąż musi mieć zawsze czystą na swoim wysokim stanowisku i nie mogła zostawić gorącego żelazka na jego koszuli i zatrzymać tego nieszczęśnika. Zeznanie
Knochowej potwierdziła Frau Auerbach spod numeru 67, dodając, że wózek,
pędząc prędko, kolebał się mocno i mógł się każdej chwili przewrócić i wtedy
powiedziała do męża, który naprawiał przeciekający kran nad zlewem w kuchni,
że dzieje się coś z tym Simmelem od Hasenfussów, więc oboje wybiegli z domu,
ale on już leżał pod płotem Wentlandów, tych, co mieszkają pod sześćdziesiątym
pierwszym i miał rozbitą głowę o krawężnik chodnika. Twierdzi tak, ponieważ na
krawężniku była krew i takie brunatne gruzełki, chyba kawałki mózgu z pękniętej
czaszki. Zresztą córka Dunckerów, sąsiadów Wentlandów spod sześćdziesiątego
trzeciego, która pracuje w szpitalu diakonisek, przy Karthäuserstrasse mówiła to
samo, a ona chyba wie dobrze, jaki kolor ma ludzki mózg.
Były feldwebel, Torsten Simmel, leżał więc z rozbitą głową na bruku jezdni, w tym miejscu, w którym kończy się park, a Kleine Mölde zakręca lekko
i rozdwaja się, biegnąc dalej w stronę Zigankenberg. Miał otwarte szeroko oczy
i usta, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć lub krzyknąć do tych wszystkich
ludzi, którzy wyroili się z domów całej ulicy, otaczali przewrócony wózek
i patrzeli oszołomieni na mały kadłub w policyjnym mundurze, skulony przy
kamiennym krawężniku, przed posesją Wentlandów. Rozstępowali się w milczeniu, robiąc przejście Elizie Simmelowej, kiedy nadbiegła zdyszana, wyprzedzając matkę i Heddę. Nie płakała ani nie krzyczała. Przyklękła tylko przy tym
nieszczęsnym rudzielcu, który chciał przepękać wojnę przy pułkowej kuchni,
a został sierżantem i mordercą. Może również przypomniała sobie, że strzelając
do ludzi starał się nie zabrudzić munduru, a teraz spryskała go jego własna krew
i te włókniste gruzełki brunatnego koloru...
316
XXXI
I
rma Hasenfuss urodziła w przepisowym czasie prawie czterokilogramowego chłopczyka i w audycji radiowej dla marynarzy powiadomiła Norberta
o tym radosnym fakcie. Brzmiało to niemal jak tajemniczy szyfr, ponieważ
w tych pomostach, zbudowanych z fal eteru i przerzucanych z lądu do walczących na morzach i oceanie okrętów Kriegsmarine, nie można było ujawnić
niczego, co pozwoliłoby nasłuchowi wroga, zidentyfikować jakąkolwiek jednostkę, a szczególnie U-booty i wysłać przeciw nim szybkie i zajadłe niszczyciele, wyładowane bombami głębinowymi. U-71 unikał ich jakoś szczęśliwie
w ostatnich rejsach, sam zatapiając kilka statków z płynących przez Atlantyk
konwojów i zawinął do Lorient na dłuższy postój dla zasłużonego odpoczynku
załogi. Norbert otrzymał miesięczny urlop i wsiadł do pierwszego pociągu, odchodzącego do Paryża, gdzie przesiadał się na nocny ekspres berliński z innego
dworca. Miał zatem sporo czasu, wysiadł z metra w śródmieściu, pospacerował nad Sekwaną, zjadł doskonały obiad w jakiejś restauracji w pobliżu placu
Vendôme, potem posiedział w kawiarni i przyglądał się paryskiej ulicy, ruchliwej i barwnej, zdającej się należeć do innego świata niż ten, w którym przebywał jeszcze przed kilkunastu godzinami; zamknięty w ciasnocie stalowego
cygara, pogrążonego w wodnej toni i wypełnionego ciężkim smrodem przepoconych drelichów, nie mytych ciał, wyziewów z kibla i gorących smarów,
wiecznym klekotem zaworów, niemal zapomniał, że gdzieś szeleszczą jeszcze
liście drzew, śpiewają ptaki, pachną kwiaty, kobiety w kolorowych sukienkach
uśmiechają się do mężczyzn i nad głową, zamiast szarej blachy świeci, do diaska, prawdziwe słońce! Patrzył więc na to paryskie, jasne niebo, pochłaniał
je wzrokiem, słuchał gwaru ulicy, jakiejś melodii wygrywanej na harmonii,
stukotu kopyt dorożkarskiego konia, rozkoszował się smakiem lekkiego wina
i tylko hałaśliwi żołnierze Wehrmachtu, krążący od burdelu do burdelu, przypominali mu, że znajduje się w okupowanym mieście. Innych śladów wojny
317
w Paryżu nie dostrzegł, toteż rano, po podróży ekspresem, stał długą chwilę na
ulicy przed dworcem, patrząc na zasnuty dymami Berlin, po nocnym nalocie
brytyjskich Wellingtonów.
– Marszałek Göring nas oszukał, panie kolego. Powiedział, że będzie
się nazywał Mayer, jeżeli chociaż jedna bomba spadnie nam tutaj na głowę.
A spadają często i zostawiają brzydkie ślady, jak to pan kolega na pewno zauważył, jadąc do nas tramwajem.
Norbert czuł się zakłopotany. Przyjechał do ciotki Brunhildy z krótką
wizytą, a drzwi mieszkania otworzył mu wysoki mężczyzna z czarną opaską
na lewym oku; wyglądał jak pirat, przebrany w mundur SS z dystynkcjami
Standartenführera, zachowaniem przypominał wszakże oficera wyższej rangi,
gdyż zaprosił zaraz Norberta do salonu i mimo wczesnej pory potraktował go
lampką koniaku, dodając jednocześnie, że Frau Minkus, chociaż nie wstaje
przed dziesiątą, na pewno wyjdzie z łóżka, gdy tylko się dowie, jaki miły gość
do niej zawitał.
– Wysłałem w tym celu do sypialni naszą Mädchen, która zaraz poda panu
śniadanie, ja bowiem muszę udać się do mego biura, gdzie wykonuję pracę
zupełnie bezużyteczną z punktu widzenia wysiłku wojennego Rzeszy, ponieważ zajmuję się badaniem pochodzenia Germanów, wywodzących się, zdaniem
mojego szefa, Reichsführera Himmlera, z samej Atlantydy, która zamieszkana
była, jak wiadomo, przez półbogów z Kosmosu, zatem my jesteśmy ćwierćbogami, jako ich potomkowie – ciągnął na jednym oddechu, napełnił ponownie
lampki koniakiem i nieoczekiwanie zapytał: – Czy pana okręt ma już jakieś
konto?
– Owszem, nawet niezłe – odpowiedział przytomnie Norbert, chociaż nie
oswoił się jeszcze z dziwną sytuacją w jakiej się znalazł. – Zatopiliśmy siedem
statków, a uszkodziliśmy na pewno dwa razy więcej.
– A kiedy, według pana, pokonamy Anglików na morzu?
Norbert znał odpowiedź na to pytanie, ponieważ jednak był przy zdrowych
zmysłach, nie miał najmniejszego zamiaru ujawniać jej pułkownikowi SS.
Natomiast bez mrugnięcia powieką oznajmił mu, że zgodnie z przewidywaniami admirała Dönitza, pogrom brytyjskiej floty nastąpi mniej więcej za dwa,
trzy lata.
– Właśnie takich oficerów potrzebuje admirał Dönitz – ucieszył się jakby
Standartenführer. – Mają wierzyć w to, co mówi, chociaż kłamie. Bo on też
nas oszukał. Obiecał, że jego U-booty zagłodzą Wielką Brytanię. Co pan na to,
panie kolego? Zagłodziliście?
Norbert zesztywniał. Nie wiedział do czego zmierza ten SS-man, który
wcale nie spieszył się do swoich badań nad pochodzeniem Germanów, po raz
trzeci nalewał koniak do pękatych lampek i wygłaszał prowokacyjne opinie,
najprawdopodobniej po to, aby pociągnąć Norberta za język i dowiedzieć się,
318
czy w podwodnej flocie jest więcej takich oficerów jak Oberleutnant zur See
Oskar Kusch, którego za defetyzm skazano na śmierć i rozstrzelano, o czym
najcichszym szeptem opowiadano ostatnio w Lorient. Oświadczył więc sucho:
– Moim jedynym zadaniem i obowiązkiem jest wykonywanie rozkazów
przełożonych, jakiekolwiek by one nie były, Herr Standartenführer.
– Ale przecież pan myśli. A tu rozmawiamy prywatnie, w mieszkaniu pana
pięknej cioteczki, której mam zaszczyt być przyjacielem. Mógłby pan zatem
obdarzyć mnie większym zaufaniem i nieco uchylić...
– Wolałbym wychylić – Norbert uniósł wypełnioną koniakiem lampkę,
chcąc zyskać na czasie i jeśli się uda, zmienić temat rozmowy. – W morzu nie
pijemy alkoholu, więc proszę się nie dziwić, że korzystam z okazji, a nawet...
Na progu salonu stanęła Tante Schiele w lekkim peniuarze, jeszcze zaróżowiona od snu i głos uwiązł Norbertowi w gardle; ilekroć ją witał wracało to
samo stukanie serca, z jakim podkradał się w sypialni rodziców do parawanu,
za którym myła się ciotka. Mogła mieć na sobie nawet futro z srebrnych lisów,
a on zawsze widział jej piersi, kołyszące się nad porcelanową miednicą i czuł tę
suchość w ustach, odbierającą mu na moment zdolność wypowiedzenia jednego
chociażby słowa powitania. A teraz stała przed nim w niemal przezroczystym
poranniku, narzuconym na nocną koszulę i wyciągała do niego ręce, najprawdopodobniej zupełnie nieświadoma wrażenia jakie może wywierać w takim
stroju nawet na członku rodziny.
– Korzystaj, chłopcze, korzystaj! – zawołała, zapewne słysząc co mówił.
– Tutaj jest sporo flaszek z dobrym alkoholem. Ale najpierw ucałuj swoją stęsknioną cioteczkę.
Norbert odstawił lampkę i niemal podbiegł do Brunhildy, a ona otoczyła
mu szyję ramionami, musnęła ustami jego usta, a potem skromnie nadstawiła oba policzki do ceremonialnych całusów, oznajmiła, że idzie się ubrać
i poleciła Standartenführerowi, aby do jej powrotu dotrzymał gościowi towarzystwa.
– Mógłbyś też zarezerwować na wieczór stolik w jakimś miłym lokalu –
zaproponowała. – Niech Norbert zobaczy, jak wygląda nocne życie w Berlinie
i ilu mamy tu dekowników.
Standartenführer skinął posłusznie głową, wypił z gościem jeszcze kilka
łyków koniaku i pojechał do swojego biura, a Norbert zasiadł z ciotką do śniadania, które Mädchen w białym fartuszku i koronkowym czepeczku na włosach, podała w jadalni.
– Nie dziw się niczemu, tylko jedz – Brunhilda podsunęła Norbertowi półmisek z wędliną. – On ma specjalne przydziały.
– Widzę – marynarz, karmiony w morzu konserwami i pleśniejącym chlebem, przyglądał się przez chwilę gotowanej szynce, plasterkom salami, wędzonej polędwicy i cienko pokrojonej serwolatce, nim zdecydował się nałożyć coś
319
z tych frykasów na swój talerz. – Muszę przyznać, ciotko, że nie spodziewałem
się zobaczyć u ciebie pułkownika SS. Myślałem, że pomyliłem drzwi.
– No tak, ty przecież nic nie wiesz, a to jest Erwin. Wrócił do mnie.
Pokonałam Hitlera! – wykrzyknęła triumfalnie Brunhilda, a Norbert spoglądał
na nią z jeszcze większym zdziwieniem, niż na półmisek z wędliną i powtórzył
z niedowierzającym przerażeniem:
– Pokonałaś Hitlera? Co ty wygadujesz, ciotko?
Historia o pięknym trubadurze, wyśpiewującym Brunhildzie miłosne pieśni i ukradzionym jej przez Führera, nie była znana Norbertowi, więc ciotka
z wyraźną satysfakcją opowiedziała mu o walce, jaką stoczyła z Hitlerem o serce i ciało Erwina.
– Na początku przegrywałam i położyłam na nim krzyżyk. Mówiłam do
siebie, że skoro jest taki głupi i wszędzie lata za tym diabłem, to nie chcę go
znać. Dostał czarny mundur i nie powiem, dobrze w nim wyglądał, nawet bardzo dobrze, ale dla mnie nie miał już czasu. Zawsze stał na wiecach przy swoim
Führerze, patrzył na niego jak cielę na malowane wrota, a temu ślepia wyłaziły
z łba i ryczał jak opętany. Tumanił ludzi, a mojego Erwina tak omotał, że dałby
się porąbać za niego. Kiedy jednak zaczęła się wojna i wrócił z frontu bez oka,
ukląkł przede mną i powiedział, że Hitler go oszukał, to rozumiesz chyba, że
nie mogłam odepchnąć skruszonego grzesznika i przygarnęłam biedaka z powrotem do serca.
Wielkie armie zmagały się ciągle i w ogromnym trudzie, na lądzie, morzu
i w powietrzu z hitlerowską potęgą, a pani Brunhilda Minkus już pokonała jej
wodza i patrzyła teraz dumnie na Norberta, który oburącz schwycił się za głowę, jakby chciał zatkać sobie uszy, żeby nie słyszeć bluźnierstw, wygłaszanych
przez tę piękną, ale jakże nierozważną kobietę. Ona zaś dodała jeszcze:
– Szkoda, że mało jest u nas takich ludzi, jak Erwin.
– To znaczy, jakich? – zapytał Norbert, zabierając się wreszcie do przekrojenia plastra wędzonej polędwicy. – Przecież SS-mani mówią: Meine Ehre
heisst Treue! A gdzie jest duma i wierność twojego Standartenführera? Stracił
tylko oko i już mówi, że został oszukany?
– A ty nie zostałeś? – odpowiedziała pytaniem Brunhilda. – Nie czujesz się
oszukany?
Zapał z jakim Norbert wstępował pierwszy raz na pokład U-71, dawno już
minął. Ostudził go skutecznie koszmar podwodnej wojny, strach nie tyle przed
samą śmiercią, ile przed duszeniem się w stalowej trumnie, jeśli zostanie uszkodzona bombami głębinowymi i osiądzie na dnie morza, codzienny, wszechobecny smród, wypełzający z klozetu i przepoconej bielizny, a wreszcie przenikający do każdej łyżki strawy ohydny posmak oliwy i zjełczałych smarów.
Wielka przygoda, zuchwała wyprawa na podbój mórz i oceanu, okazała się polowaniem z zasadzki, podstępnym czatowaniem w ukryciu na zdobycz, a nawet
320
hańbiącą napaścią na bezbronne ofiary, pozostające bez szans na ocalenie, po
storpedowaniu statku, na którym płynęły. Było to ponure tło pirackich rajdów
U-bootów, nie ruszających na przeciwnika pod rozwiniętym sztandarem. Nie
miało żadnych znamion rycerskiej walki z otwartą przyłbicą, chociaż dekorowano krzyżami rycerskimi najokrutniejszych drapieżców tej nikczemnej wojny. Na szyi dowódcy U-71 dyndało się już na wstążeczce takie odznaczenie,
ale nie wszyscy członkowie załogi byli dumni z wyczynów kapitana Mertena.
Nie wyrażali oczywiście głośno swej dezaprobaty do jego metod walki, ale
w rzucanych niekiedy przez marynarzy przekleństwach Norbert mógł odczytać, co myślą o gównie, w którym ten Ritterkreuzträger i admirałowie na lądzie, każą im się babrać. Wyżej ta krytyka nie sięgała nigdy; zgrzytali zębami,
ale dupy Führera nie ośmielili się ugryźć, albo z resztek wbitego im w łby
kultu, albo najzwyczajniej ze strachu, bo nikt już pod słońcem swastyki nie
wierzył, że jest wolnym człowiekiem i może chlastać jęzorem, jak tylko mu
się podoba. I nagle tutaj, w Berlinie, na pierwszym piętrze kamienicy przy
Holbeinstrasse okazało się, że mówi się głośno o tym, o czym marynarze na
U-71 nawet nie szepczą, a on sam nie miał jeszcze odwagi pomyśleć. Dlatego
chyba, słuchając bluźnierczych wypowiedzi ciotki popadł w głęboką rozterkę, lecz uznał, żując wędzoną polędwicę, że nie powinien pozostawić ich bez
protestu. Przełknął zatem smakowity kęs wędliny, pochodzący z specjalnych
przydziałów wiarołomnego SS-Standartenführera i oznajmił z odcieniem
smutku w głosie:
– Nie powinnaś tak do mnie mówić, ciotko. A ja nie powinienem milczeć,
kiedy obrażasz, nazywając oszustem...
– Obrażam..?! – wykrzyknęła Brunhilda. – Powtarzam tylko to, o czym
wiedzą już wszyscy. Poza głupcami i ślepcami. Tobie jeszcze nie otworzyły się
oczy? Nie widzisz, że Hitler wpakował nas w wojnę, którą musimy przegrać?
– Widzę. Ona już jest przegrana.
– To o co walczysz?
– O honor.
– Pięknie, rycerzu. Bardzo pięknie. Tylko nie wiem, czy pamiętasz o tym,
że jesteś już ojcem, że twój maleńki synek chciałby mieć tatusia, a Irma męża.
Norbert rozjaśnił się na samo wspomnienie dziecka i żony, równocześnie
spoglądając, nieco zdziwiony, na ciotkę. Nie spodziewał się, że ona, admiratorka wesołego i swobodnego życia, potrafi w taki sposób myśleć o rodzinie,
której nigdy przecież nie chciała naprawdę stworzyć. Tak przynajmniej sądził,
na podstawie tego, co o niej wiedział, a raczej się domyślał. A miał się jeszcze
bardziej zdziwić, gdy dorzuciła:
– Zawsze chciałam mieć dziecko, chłopca, oczywiście, a dzisiaj jestem zadowolona, że nie udało mi się go urodzić, bo ten szubrawiec, Hitler, zamordowałby go teraz, jak zamordował już tylu młodych Niemców.
321
– Ciotko... – zimny dreszcz przebiegł Norbertowi po plecach, jakby już
słyszał kroki nadchodzącego plutonu egzekucyjnego. – Mów ciszej.
– Właśnie – prychnęła pogardliwie Brunhilda. – Na tym ten drań wygrał.
On ryczał coraz głośniej, a my mówiliśmy coraz ciszej, a w końcu przestaliśmy
się odzywać do siebie. Zastraszony, potulny Herrenvolk, stado pokornych nadludzi, które Führer wypędził na rzeź.
– Gdyby nie poszli za nim tacy jak twój Erwin, ciotko...
– Pleciesz bzdury – przerwała z irytacją. – Popierały go miliony. A Erwin
odwrócił się od niego, kiedy zrozumiał wreszcie, że ma być wierny narodowi,
a nie temu, kto sprowadził na nas tysiąc nieszczęść. A sprowadzi jeszcze więcej. Ja sama mogę być jutro bez dachu nad głową, a nawet bez głowy.
– Anglicy często przylatują?
– Zdarza się, że co noc.
Polędwica i szynka przestały Norbertowi smakować, więc sięgnął po salami. Postój w Berlinie przebiegał inaczej, niż to sobie wyobrażał. Już na dworcu kolejowym powitał go plakat, wyobrażający żołnierza w stalowym hełmie,
obwieszonego ładownicami z amunicją i granatami, zatkniętymi za pas; jeden
z granatów trzymał w żylastej ręce, a wielkie litery nad jego głową układały
się w wezwanie: SO WIE WIR KÄMPFEN – ARBEITE DU FÜR DEN SIEG!
Na innym plakacie widniało krótsze i wymowniejsze hasło: SIEG UM JEDEN
PREIS! Zatem złuda zwycięstwa za wszelką cenę, tylko za jaką, myślał, patrząc z okien tramwaju na poszczerbione bombami ulice stolicy, na rozwleczone po niebie dymy pożarów, pędzące jezdnią czerwone wozy straży ogniowej
i karetki pogotowia. Ich sygnały słychać było, mimo zamkniętych okien, na
pierwszym piętrze kamienicy przy Holbeinstrasse, która również może spłonąć
jakiejś następnej nocy lub zamienić się w rumowisko, o czym przed chwilą
mówiła ciotka z wymuszonym zapewne dystansem.
Zapalała właśnie papierosa, osadzonego w długiej, szklanej cygarniczce
i objaśniała Norberta, że Berlin składa się obecnie z dwóch niejako miast: nadziemnego i podziemnego. Właściciel każdej kamienicy został zobowiązany do
wygospodarowania w piwnicy specjalnego pomieszczenia na Luftschutzraum,
do którego muszą zbiegać wszyscy lokatorzy, gdy tylko zawyją syreny, ogłaszające przybycie nocnych, bardzo hałaśliwych gości. Podczas ich wizyt Berlin
pustoszeje i zamienia się właśnie w podziemne miasto. Ludzie siedzą skuleni
w schronach, nasłuchują wybuchów bomb, patrzą na tynk sypiący się z piwnicznego sufitu i pytają sami siebie: Po co nam to było? Czy myśmy naprawdę
tego chcieli?
– Zapomnieli, albo chcą zapomnieć, że kiedy ten drań, Hitler, ryczał –
Butter oder Kanonen?! – to wrzeszczeli – Kanonen! – i teraz mają za swoje
– kończyła Brunhilda, znów podsuwając Norbertowi półmisek z wędliną, a on
uśmiechnął się mimowiednie i zauważył niezbyt taktownie:
322
– Cioteczce na szczęście niczego nie brakuje. Ani masła, ani... – zreflektował się i nie dokończył, ale Brunhilda nie poczuła się dotknięta i powiedziała:
– Wieczorem przekonasz się, co naprawdę można zjeść w Berlinie. W odpowiednim miejscu, oczywiście...
Wkraczał nieco onieśmielony do owego tajemniczego miejsca o egzotycznej
nazwie Tropicana, ponieważ nigdy jeszcze nie odwiedził prawdziwego nocnego
lokalu z dystyngowanymi kelnerami, orkiestrą grającą modne przeboje i przyciemnionymi światłami, w których dyskretnie iskrzyła się biżuteria kobiet i lśniły
grubo plecione srebrną i złotą nicią dystynkcje oficerów różnych formacji i wysokich stopni, co dodatkowo peszyło Norberta, posiadającego w tym towarzystwie
najniższą rangę. Zdawało mu się, że to właśnie zwraca na niego uwagę, a przecież
męskie spojrzenia nie kierowały się na paski jego rękawów, ale na Brunhildę,
którą wspierał swoim ramieniem. Opięta w długą suknię z połyskliwej, fioletowej
lamy, uwydatniającą jej kuszące kształty, przemierzała parkiet posuwistym krokiem nocnej pantery ku stolikowi zarezerwowanemu przez Standartenführera.
On sam, w galowym mundurze, z czarną przepaską na oku, postępował za nią
i Norbertem, składając lub oddając na prawo i lewo powitalne ukłony.
– Proszę się rozejrzeć, panie kolego – zaproponował, kiedy już usiedli we troje na półokrągłej, miękkiej kanapie, w niszy, stanowiącej doskonały
punkt obserwacyjny. – Jesteśmy wśród samych kawalerów Żelaznego Krzyża.
Niektóre z nich zostały zdobyte w ciężkich walkach pozycyjnych pomiędzy
biurkami sztabowymi.
– A pański?
– Spodziewałem się tego pytania – przyznał Standartenführer. – Na Krymie.
Tam straciłem oko i złudzenia.
– Zatem co panu pozostało?
– Ja mu pozostałam, Norbercie – wtrąciła Brunhilda i dodała, chcąc zapewne zmienić temat rozmowy. – A to niemało, bo ważę parę funtów.
Zbliżył się starszy kelner z pomocnikiem i kartą dań, umieszczoną w okładce z wytłaczanej skóry i rozpoczęła się narada, której Norbert przysłuchiwał się
z rosnącym zdumieniem, wynikać z niej bowiem mogło, że do Tropicany nie
zawitała jeszcze wojna i nikomu tutaj nie doskwierają jej ograniczenia. Kelner,
najwidoczniej przyzwyczajony do kapryśnych pań i wybrednych panów, przyjmował uprzejmym skłonem głowy zmieniające się decyzje, skreślał odrzucone i zapisywał w swoim notatniku kolejne propozycje, doradzał inne potrawy
i przystawki, a wreszcie pogratulował wyboru, gdy stanęło na ostrygach i krewetkach w pikantnym sosie toskańskim, kremie ze szparagów i pieczeni cielęcej z frykanda, duszonej w maśle, z dodatkiem rumu i soku z świeżych pomarańczy. W Tropicanie podawano tę pieczeń z ryżem i prażonymi migdałami, ale
Brunhilda zamówiła dodatkowo zieloną sałatę, skropioną cytryną, a na deser
brzoskwinie podgrzane w białym winie.
323
– Może masz jeszcze jakieś życzenie, Norbercie? – zapytała, a kiedy zaprzeczył, odprawiła kelnera i przez dłuższą chwilę lustrowała stoliki w pobliżu
parkietu, na który wstępowała właśnie wśród oklasków lnianowłosa piosenkarka; orkiestra zagrała tusz, a Brunhilda przerwała swoją obserwację i pochyliła
się ku Erwinowi. – Ona była podobno kochanką Heydricha i mieszkała z nim
w Pradze.
– To plotka – sprostował Standartenführer. – Sam Heydrich ją rozgłaszał,
żeby zatuszować swoje sprawki z chłopcami. Nawet jemu nie uszłyby takie wybryki na sucho. Hitler nienawidzi pederastów. Czy pan wie, dlaczego? – zapytał,
zwracając się do Norberta. – Otóż z żadnych tam moralnych powodów, ale dlatego, że każdy dorosły Niemiec musi być ojcem. Najlepiej kilkakrotnym, a pederaści uchylają się przed tym obowiązkiem, czyli kradną naszemu Führerowi
dzieci, z których mają wyrosnąć żołnierze albo matki żołnierzy. Kopulacja musi
więc być powszechna i nieustanna, bo w naszej kwaterze głównej obliczono, że
dla utrzymania spokoju i porządku w podbitych krajach potrzeba będzie...
Nie dokończył, ponieważ zgasły wszystkie lampy na sali i tylko jeden reflektor rzucał snop światła na piosenkarkę. Stała w jego kręgu, czekając na pierwsze
uderzenia werbla, a gdy zabrzmiały i trąbka podała ton, zaczęła śpiewać:
Vor der Kaserne, vor dem grossen Tor,
stand eine Laterne, und steht sie noch davor,
so wolln wir da uns wiedersehn,
bei der Laterne wolln wir stehn
wie einst Lili Marleen, wie einst Lili Marleen...
Norbert przechylił głowę na oparcie kanapy, przymknął powieki i słuchał
piosenki o dziewczynie, która odprowadzała swojego żołnierza pod bramę koszar, gdzie grano już capstrzyk, więc musieli się rozstać i żegnali pod latarnią,
łączącą ich cienie... Zniknęła gdzieś Tropicana, ciotka Brunhilda i Standartenführer Erwin Wulf, zniknęła piosenkarka i pozostał tylko jej głos, podobny do
tego, który codziennie o północy, opowiadał Norbertowi o Irmie, a marynarzom
na pokładzie U-71 o pozostawionej na lądzie żonie, narzeczonej, czy kochance.
Milkły wtedy wszystkie rozmowy i przez trzy minuty z odbiornika radiowego
płynęła melodia i słowa każdemu z nich znane na pamięć, a przecież nieodmiennie budzące tę samą tęsknotę i zadumę, podobne uczucia i myśli. Wiedzieli, że
na rozległym morzu słuchają piosenki o Lili Marleen nie tylko ich towarzysze
broni z innych okrętów, ale również załogi Royal Navy, z którymi prowadzili
bój na śmierć i życie. To była również piosenka tamtych marynarzy i śpiewała
ją dla nich swoim matowym, niskim, budzącym dreszcze głosem, zmysłowa
i uwodzicielska kobieta w cylindrze, kusząca długimi nogami w błyszczących
pończochach młodych i starych mężczyzn, wypełniających niegdyś do ostat-
324
niego krzesła sale kinowe, jak Niemcy długie i szerokie. Błękitny anioł odleciał
jednak, nie chciał mieszkać ani wracać do kraju, w którym jego głos zagłuszały
wrzaski brunatnych koszul, więc teraz, każda z walczących armii miała swoją Lili Marleen i żołnierze po obu stronach frontu słuchali tej samej piosenki
w dwóch językach, nadawanej przez hitlerowskie i brytyjskie stacje radiowe.
Nie pamiętam, czy po raz pierwszy usłyszałem Lili Marleen po niemiecku, czy po angielsku i w którym to było wojennym roku. Przypominam sobie jedynie, że fakt ten poprzedzały rozmowy Ojca z moim starszym bratem,
Henrykiem, o jakimś kryształku, który należało zdobyć, ponieważ był najważniejszą częścią urządzenia o tajemniczej nazwie: detektor. Otóż brat zdobył
wreszcie taki kryształek, detektor został zbudowany i od tego dnia, co wieczór
niemal, pomagałem w rozwieszaniu pod sufitem anteny plecionej z cieniutkich,
miedzianych nitek, a potem przyglądałem się dalszym manipulacjom z dwiema
tekturowymi tulejkami, na których nawinięte były zwoje drutu. Henryk wsuwał
je i rozsuwał tak długo, dopóki z słuchawek położonych na talerzu przestały
wydobywać się piski i chrobotania, a odezwało się przesławne bum–bum–bum–
bum i jakże w nowosądecki wieczór okupacyjny krzepiąco brzmiące polskie
słowa: Tu mówi Londyn... Później brat słuchał jeszcze dziennika BBC po francusku, a Ojciec po niemiecku i dla konfrontacji ostatnich wiadomości z Berlina
o północy. Pomiędzy te audycje wplątywała się jakoś Lili Marleen i nic mi
przecież nie mówiące, a łączące się z tą piosenką imię i nazwisko jej wykonawczyni, Marleny Dietrich. Ojciec był pewny, że to ona właśnie śpiewa dla angielskich żołnierzy i marynarzy, bo znał dobrze jej głos, jeszcze z Berlina, który
opuścił dopiero w połowie lat dwudziestych, a wtedy młodziutka Marlena występowała już w teatrzykach i kabaretach na szalejącym w nocy i rozwiązłym
Alexanderplatz w centrum miasta, pogrążonego w inflacji i rozpuście. Ojca nie
śmiałem nigdy pytać o tę kobietę-wampa i nie musiałem, bo o Marlenie Dietrich
wiedział sporo mój stryj Narcyz, bon vivant i bywalec berlińskich tingel-tanglów, który po wielu latach od tamtych czasów, już w Ostrowie, opowiadał mi
o niej i o uroku, jaki rzucała na każdego, kto ją widział na scenie i słuchał jej
piosenek. Nigdy wówczas nie przyszło mi do głowy, że tę sławną uwodzicielkę,
znaną na całym świecie aktorkę filmową, również sam zobaczę w dość obskurnej hali sportowej Stoczni Gdańskiej, służącej również jako sala widowiskowa
i koncertowa nawet, innej bowiem, tak dużej, nasze miasto nie posiadało. I nie
posiada do dziś, co też warto powiedzieć.
W tej właśnie stoczniowej hali, gdzie nie było porządnej garderoby dla artystów, nie mówiąc już o tym... właśnie, nie mówiąc już o tym, o czym mówić
nie wypada, a dokąd każdy musi chodzić, nawet król i to podobno pieszo... występowały w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, różne sławy, a nawet
legendarne gwiazdy międzywojennego filmu i sceny, jak niezapomniany chłopiec z Sosnowca, Jan Kiepura, sex-bomba Casino de Paris i Folies Bergére,
325
Mulatka Joséphine Baker, a wreszcie Lola-Lola z Błękitnego anioła, czyli babcia Marlena Dietrich.
Siedzieliśmy z Ireną dość blisko sceny i mogę dziś przysiąc, że babcia, jak
pozwoliłem sobie nietaktownie ale celowo nazwać Lolę-Lolę w trzydzieści kilka lat po sławnej premierze skandalizującego filmu, prezentowała się tak samo
efektownie, jak na fotografiach w przedwojennych magazynach filmowych; ta
sama blada twarz, te same, cieniutkie łuki brwi nad błyszczącymi oczami, te
same usta i ta sama, zachwycająca figura. Podkreślała jej kształty długa suknia
z niebieskiej lamy, na którą artystka narzuciła białe boa i wyglądała tak, jakby
przed chwilą wysiadła z automobilu i kroczyła ku jasno oświetlonemu wejściu do paryskiego Maxima, londyńskiego Sheratona, czy nowojorskiej Astorii.
Powitały ją długie oklaski i zrywały się po każdej piosence, a ja czekałem cały
czas na Lili Marleen. Daremnie...
Przypomniałem sobie to wszystko, opisując pobyt Norberta w berlińskiej
Tropicanie, gdzie po występie piosenkarki, pojawił się na estradzie Zauber­künstler,
z bardzo skąpo odzianą asystentką. Najpierw zamknął ją w dużym kufrze i pokroił
na kawałki wielką piłą, a potem, całą już i zdrową, obrzucił nożami, a wreszcie
wprowadził w stan hipnotycznego snu, zszedł z estrady i przysiadając się do
najbliższego stolika zawołał, ujmując w palce nóżkę wysmukłego kieliszka:
– Powiedz, co teraz chciałbym zrobić?
– Chciałbyś napić się szampana, ale nikt ci go nie nalał – odpowiedziało
medium, przy wtórze głośnego śmiechu całej sali; kiedy się uciszył, sztukmistrz
pytał dalej:
– Powiedz z kim siedzę przy stoliku?
– Z dwiema paniami i dwoma oficerami. Obaj są z Luftwaffe.
– W jakiej randze?
– Jeden jest majorem, a drugi podpułkownikiem.
Szmer uznania zamienił się w oklaski, ktoś jednak, najwidoczniej bardzo
podejrzliwy, wykrzyknął:
– Ona wszystko widzi! Trzeba jej zawiązać oczy!
– Proszę bardzo – Zauberkünstler, przygotowany chyba na takie zarzuty,
wyjął z kieszeni czarną przepaskę i podał niedowiarkowi. – Niech pan sam to
zrobi.
Obaj zbliżyli się do asystentki, siedzącej nieruchomo z zamkniętymi oczami, oficer okręcił jej przepaskę dokoła głowy, zawiązał końce i chciał odejść,
ale sztukmistrz powstrzymał go, mówiąc:
– Za pozwoleniem, panie kapitanie, zabrał pan coś mojemu medium.
Zanim oficer zdążył się oburzyć, sztukmistrz pokazywał już wszystkim
biustonosz, wyciągnięty zza jego kołnierza, co wywołało nowy wybuch śmiechu i nowe oklaski. Norbert nie przyłączył się do nich i Standartenführer, nieco
już podpity, pochyliwszy się ku niemu, zapytał:
326
– Jest pan zdegustowany, panie kolego?
Norbert nie zaprzeczył. Bąknął coś o profanacji munduru, a Erwin skrzywił
się ironicznie:
– Tu jest Berlin, panie kolego. A w Berlinie śmiejemy się z różnych rzeczy.
Zresztą to wszystko jest wyreżyserowane. Dla szpasu. Gdzieś trzeba odetchnąć,
zapomnieć o tym całym świństwie, bo inaczej...
– Tylko się nie irytuj – wtrąciła Brunhilda i położyła dłoń na ręce Erwina,
zwracając się również do Norberta. – Jeżeli będziecie chcieli, możecie sobie
jeszcze porozmawiać w domu. Tu macie bawić się i jeść.
– I pić – dodał Standartenführer wznosząc kieliszek. – Za naszego gościa
i nasze okręty podwodne.
Znów się wykrzywił i Norbert, który także wychylił sporo kieliszków, miał
wielką ochotę chlusnąć koniakiem w tę bladą, jednooką gębę, a potem wstać
i wyjść z tego lokalu, pełnego bawiących się beztrosko, wysokich szarż wojskowych, wydekoltowanych kobiet i stolików, zastawionych po brzegi przysmakami, nawet z nazw nieznanymi żołnierzom taplającym się w rosyjskim
błocie i marynarzom U-bootów, jedzącym pleśniejący w wilgoci chleb i cuchnącą smarami kiełbasę. Patrzył z rosnącym obrzydzeniem na rechoczących hałaśliwie pułkowników i majorów, oklaskujących występującego teraz komika,
który pokazywał jak Churchillowi opadają ze strachu spodnie, gdy patrzy na
klucze bombowców Luftwaffe, ukazujące się nad Londynem.
– Gott strafe England! – wrzasnął ktoś w głębi sali i zebrał gromkie brawa,
komik błazeńsko wyszczerzał zęby, kłaniając się na prawo i lewo, Erwin zapalał kolejnego papierosa, a Norbert usiłował przełknąć kęs brzoskwini, pływającej w ciepłym winie i dyskretnie obserwująca go Brunhilda zapytała:
– Straciłeś apetyt?
Nie chciał robić przykrości ciotce i zaprzeczył, kiedy jednak zaproponowała powrót na Holbeinstrasse, zgodził się skwapliwie i dopiero tam oświadczył
przy otwartej butelce:
– Twój Erwin ma rację, ciotko. Zostaliśmy oszukani.
Standartenführer już zasnął w fotelu, ale jeszcze trzymał w palcach zwieszonej z jego oparcia ręki pękaty kieliszek; kapały z niego na puszysty dywan
bursztynowe krople koniaku i Brunhilda powiedziała:
– On stracił właściwie wszystko. Dlatego tak się upija – rozsunęła palce
Erwinowi, postawiła kieliszek koło butelki i spojrzała pytająco na Norberta.
– A my jeszcze po jednym?
Norbert skinął głową, rozlał koniak do lampek, ale nie podnosił swojej.
Nasłuchiwał dłuższą chwilę, nim zdjął wzrok z sufitu, jakby tam mógł zobaczyć
angielskie samoloty.
– Zdawało mi się.
– Dziś już nie przylecą – zawyrokowała Brunhilda. – Za późno.
327
– Powinnaś, ciotko, wynieść się z Berlina. U rodziców, na Kleine Mölde byłoby ci zupełnie dobrze – zachęcał Norbert. – Pokój Jochena jest teraz wolny.
– I będzie.
Od momentu gdy rano zobaczyła Norberta, dręczyła ją myśl, że musi
mu przekazać złe wieści z domu, ale czekała na stosowny moment i sądziła,
że właśnie nadszedł. Z ostatniego listu Emmy wynikało, że nie zawiadomiła
Norberta ani o zaginięciu brata, ani o samobójstwie szwagra, ponieważ sądziła,
podobnie jak Arnold, że nie powinien otrzymywać w Lorient takich wiadomości i wypływać z nimi w morze. Czekali oboje na urlop Norberta, ale Brunhilda
postanowiła uprzedzić go o wszystkim i przygotować na smutne spotkanie
z rodzicami i Lizą.
– I będzie..? – powtórzył Norbert z nutką niepokoju w głosie. – Czy coś się
stało? Matka nie pisała mi nic o Jochenie. Jest ranny?
– Zaginął w Stalingradzie. Miejmy nadzieję, że dostał się do bolszewickiej
niewoli. A Torsten Simmel nie żyje.
Palce Norberta zacisnęły się na nóżce kieliszka. Podniósł go do ust, przechylił i wolno odstawił na białą serwetę.
– Teraz kolej na mnie – wyszeptał. – On wymorduje nas wszystkich.
XXXII
P
an Andrzej Zaleski z pierwszego programu Polskiego Radia, urodzony
gawędziarz i wielki miłośnik przyrody, zapowiada przedłużenie jesieni,
co wyraźnie widać w naszym ogrodzie. Snują się wprawdzie po nim jakieś poranne mgiełki, ale gawrony jeszcze nie przyleciały, jeże nie szykują się
do snu, jakby wcale nie spodziewały się nadejścia chłodów i śniegu, a wiewiórki beztrosko skaczą po gałęziach, zapominając o gromadzeniu zapasów
na zimę.
Pamiętam dobrze, że szósta wojenna jesień nie była tak pogodna i długa. W parku oliwskim już dogasała i porucznik Hasenfuss, krocząc obok Irmy,
pchającej dumnie wózek z śpiącym smacznie ich maleńkim synkiem, patrzał na
blednące płatki róż, więdnące złocienie, chryzantemy i astry, a potem przenosił
wzrok na twarz dziecka i żony, jakby chciał utrwalić je wśród żółtych liści
i kwiatów, zanim przywoływać je będzie i oglądać na tle szarego pustkowia
morza i ołowianego pułapu nisko zwieszających się chmur. Pod koniec urlopu
pogoda ustaliła się i codziennie wychodzili razem do pobliskiego lasu lub do
parku właśnie, gdzie Norbert przenosił każdą chwilę tych spacerów do tego
zakątka pamięci, do którego schroni się dopiero wtedy, gdy najbliższym lądem
będzie dno oceanu i dla U-71 wybije ostatnia godzina. Zbliżała się nieuchronnie
z każdą kolejną wyprawą przeciw alianckim konwojom, eskortowanym przez
szybkie okręty, wyposażone w coraz skuteczniejsze urządzenia do wykrywania
U-bootów i coraz lepszą broń do ich niszczenia. Norbert nie wiedział, oczywiście, jaka to broń i jakie urządzenia, domyślał się jednak ich istnienia, skoro do
bazy w Lorient wracało z bojowych patroli coraz mniej załóg i w kasynie ubywało znajomych twarzy starych wilków podwodnych. W ich miejsce pojawiały
się coraz młodsze, a do betonowych schronów wpływały nowe jednostki, budowane seryjnie i pospiesznie w bałtyckich stoczniach. Świeże załogi, czekając
na rozkaz wyjścia w morze, oglądały filmy w koszarowym kinie, chodziły na
329
występy artystycznych trup na koszarowej estradzie i nawiedzały przykoszarowy burdel. W kasynie lał się koniak, a na dnie butelek pełzał strach, do którego
nikt się nie przyznawał.
W oliwskim parku krył się za drzewami gubiącymi liście, chociaż nie powinien mieć wstępu do tego cichego ustronia przy starej katedrze, do strzyżonych żywopłotów przed dawnym pałacem opatów cysterskich, zielonego stawku, po którym pływały łabędzie, a jednak przysiadał na ławce, obok Norberta,
a on wsuwał wtedy rękę pod ramię Irmy, zaciskał na nim palce i rozciągał usta
w uśmiechu, kiedy odwracała ku niemu twarz, po raz setny pytając:
– Czy nie jest śliczny?
Skwapliwie potwierdzał urodę leżącego przed nim w wózku bobaska, robiącego śmieszne grymasy i ciekawie przypatrującego się ptaszkom, siadającym
na gałęziach krzewów i dziobiącym czerwone korale owoców. Irma pochylała
się nad wózkiem, poprawiała malcowi kołderkę i żądała od męża kolejnych pochwał, chociaż nieustannie głosiły ją rodzinne chóry na Pelonkerstrasse i Kleine Mölde. Rodzice Irmy podkreślali podobieństwo dziecka do matki, natomiast
Emma i Arnold widzieli w nim wykapanego Norberta. Babcia Hasenfuss szyła
czapeczki na jego łysą główkę, aby się nie przeziębił, a dziadek Hasenfuss uruchomił swego, nieco zaniedbanego ostatnio Voigtländera i w trakcie kilku sesji
zdjęciowych, wykonał szereg portretów wnuka, a także zbiorowych fotografii,
na pierwszym planie z synową i Felixem, takie bowiem imię otrzymał po długich sporach, najmłodszy z Hasenfussów. Pelonkerstrasse żądała starogermańskiego Ottokara, a Kleine Mölde obstawała przy antycznym Octavianie, z czego powstał, dla świętego spokoju, właśnie Felix, aby był szczęśliwy w życiu.
Dużego wyboru gatunków papieru fotograficznego już nie było, ale doświadczenie Arnolda pozwoliło mu ze zwykłego, matowego bromu wyciągnąć
wszystkie jego możliwości i wywołać zdjęcia o szerokiej gamie szarości, półcieni i głębokiej czerni. Dla Norberta przygotowany został komplet w małym
formacie i kiedy przyjechał z domu teściów, aby się pożegnać przed powrotem
do Lorient, ojciec wręczył mu fotografie w blaszanym pudełku, żeby na okręcie
nie przedostała się do nich wilgoć.
– Zamykaj szczelnie wieczko – przypominał, niepotrzebnie przesuwając
leżące na biurku papiery, odkręcając i zakręcając ponownie wieczne pióro, jakby musiał znaleźć zajęcie dla rąk, zanim położy je na pochylonej przed nim
głowie syna, jak kładł, nie tak dawno przecież, na głowie Jochena. – Musisz na
morzu dbać o swoją żonę i mojego wnuka.
Maleńki Felix był pierwszą osobą podczas całego urlopowego pobytu
Norberta, dzielonego pomiędzy Pelonkerstrasse a Kleine Mölde. I tam i w domu rodziców mówiło się głównie o tym, czy spał dobrze w nocy, czy ma apetyt
i czy nie boli go brzuszek, ale nagłe westchnienie Emmy, milczenie Arnolda
i pusty, wlepiony w ścianę wzrok Lizy, uświadamiały Norbertowi o kim nie-
330
ustannie myślą rodzice i siostra. Liza ukrywała swoje łzy po Torstenie, więc
nie chciał jakimiś pytaniami pogłębiać jej smutku, chociaż dręczyła go zagadka
samobójczej śmierci szwagra. Inaczej rzecz miała się z Jochenem, którego los
nie był wiadomy, ale przecież wyjaśni się prędzej, czy później, jak powtarzał
rodzicom, starając się ich pocieszyć.
– Po wojnie nastąpi wymiana jeńców i wtedy okaże się, że nasz Jochen
przeżył ją cały i zdrowy – mówił, pozorując przekonanie, którego nie posiadał
i zwracając się do Arnolda, dodawał: – Ojciec sam opowiadał kiedyś, że po
tamtej wojnie tak właśnie było. To teraz nie może być inaczej.
Arnold, ze względu na Emmę skinął potwierdzająco głową, a ona przy­
pomniała sobie przeciągające niegdyś przez główną ulicę Langfuhr długie kolumny Rosjan, wziętych do niewoli po bitwie pod Tannenbergiem, gdzie feldmarszałek Hindenburg pobił generała Samsonowa. Całe miasto wyległo wtedy
na Hauptstrasse i przypatrywało się jeńcom, kroczącym wolno środkiem jezdni
i ciekawie przyglądającym się z kolei stojącym na chodnikach ludziom i budynkom obcego miasta. Nie robili wrażenia przygnębionych klęską swej armii; wyglądali raczej na zadowolonych z tego, że mają już za sobą całą wojnę,
toczoną dla jakichś nieznanych im celów i doczekają spokojnie jej końca, nie
narażając się na utratę życia. Pokrzepiło ją to przypomnienie, gdyż utrwalało
w niej przypuszczenie, że Jochen, podobnie jak tamci żołnierze przez Langfuhr,
przechodził wolnym krokiem przez jakieś rosyjskie miasto i teraz przebywa
bezpiecznie w jenieckim obozie, chroniony prawami cywilizowanego świata.
Powiedziała więc:
– Musimy się modlić, żeby tak się stało jak mówisz, Bert.
Podreptała do kuchni, gdzie Hedda szykowała Norbertowi prowiant na drogę i kiedy zostali sami, Arnold podniósł się z fotela, podszedł do okna i odezwał
się stamtąd, nie odwracając głowy:
– Twoja matka myśli, że obecna wojna jest podobna do tamtej, ale ty, jak
sądzę, nie masz takich złudzeń.
– Nie mam.
– To dobrze – Arnold stał nadal przy oknie, wpatrując się w astry na ogrodowej skarpie, gdyż łatwiej mu było rozmawiać z synem, nie patrząc na niego.
– Lepiej mnie zrozumiesz, jeśli ci powiem, że nie liczę ani na powrót twojego
brata, ani na jakąkolwiek pomyślną dla nas odmianę losu.
– To znaczy?
– Że nic nie zostanie nam oszczędzone.
– Naszej rodzinie?
– Każdej. Wszystkim Niemcom – uściślił Arnold. – To, co szykowaliśmy
innym, obraca się teraz przeciw nam. Sam widziałeś, jak wygląda Berlin. A inne
miasta? Londyn podaje, że każdej nocy są naloty i bombardowania.
– Ojciec słucha Londynu?
331
– Codziennie – potwierdził i zapytał nieoczekiwanie: – Czy wiesz, że wstąpiłem do partii? To nie było dobrowolne, ale jednak noszę znaczek NSDAP.
Dopiero teraz Norbert zrozumiał dlaczego ojciec nie odwraca się od okna,
więc oświadczył bezzwłocznie:
– Wielu ludzi go nosi dla świętego spokoju.
– A w domu słucha Londynu, jak twój ojciec – zadrwił z siebie Arnold.
– Teraz noszę płaszcz na dwóch ramionach. Podoba ci się to?
Norbert podszedł do okna, stanął obok ojca i przez moment miał zamiar
objąć go ramieniem, przygarnąć do siebie, lecz takich gestów synowskiej poufałości nie przewidywały reguły, według których został wychowany, więc tylko powiedział:
– Vati, nie zrobiłeś tego dla siebie. Nie miałeś innego wyjścia.
– Tak się tylko mówi – odparł. – Pewnie po to, żeby można golić się w lustrze. Wypada mi więc zapuścić brodę. Może nawet bardzo długą.
Odruchowo przetarł dłonią podbródek, co Norbert dostrzegł kątem oka.
Nigdy nie wyobrażał sobie, że ojciec, głowa rodziny, najwyższy jej autorytet i prawodawca, nie zobowiązany do wyjaśniania żadnych swoich decyzji
i motywów postępowania, będzie tłumaczył się przed nim z jakiegoś podjętego
kroku, jakikolwiek by on był i cokolwiek by znaczył. Nie czuł się więc zręcznie
w powstałej nieoczekiwanie sytuacji i chciał jak najprędzej ją zakończyć. Tym
bardziej, że pragnął powierzyć małego Felixa szczególnej trosce ojca, jeśli nie
wróci z morza, a przeczucie, że po urlopie wyjdzie z Lorient w swój ostatni
rejs na U-71, nie opuszczało go od wyjazdu z Berlina, pobytu w Tropicanie,
nocnej rozmowy z ciotką Brunhildą i złych wiadomości o Jochenie i Torstenie
Simmelu, niewydarzonym mężu Lizy.
Urlopowy czas, który dzielił pomiędzy Pelonkerstrasse a Kleine Mölde,
nie pozwalał mu na zbyt długie rozmowy z siostrą, domyślał się jednak, że
zamknęła w sobie jakąś ponurą tajemnicę, dotyczącą jej męża i kierującą jego
ręką, gdy zwalniał hamulec swego inwalidzkiego wózka. Ze strzępów zdań,
z oderwanych słów, jakie czasem wymknęły się Lizie, wynikało, że w Polsce
działo się coś przerażającego i że Torsten w tym uczestniczył, ale szanował
uczucia siostry i nie usiłował przedrzeć się przez zasłonę, którą zapuściła za
policjantem Simmelem, który dłużej nie chciał już żyć. Wolał sądzić, że uciążliwość okropnego kalectwa, doprowadziła go ostatecznie do tragicznej decyzji,
niż dociekać prawdy o sytuacji w okupowanym kraju i co naprawdę wyczynia
w nim niemiecka policja, a szczególnie pułk, w którym służył jego rudy i nie
darzony sympatią szwagier. Nie poruszał więc tej drażliwej i ciemnej sprawy
w poprzednich rozmowach z ojcem, nie zamierzał też dotknąć jej w obecnej,
ostatniej już, jak sądził.
Obawy Arnolda były bliskie przeczuciom Norberta. Słuchając codziennie
Londynu, miał wyraźny obraz morderczej bitwy, toczącej się już czwarty rok
332
na Atlantyku. U-booty, które według głośnego sloganu admirała Dönitza, są
wilkami morza, bo atakują, szarpią i zatapiają, nie tylko nie zdobyły w tej
walce przewagi, ale zdawały się tracić ofensywny impet, ponosić coraz większe straty. Z najprostszego rachunku prawdopodobieństwa wynikało zatem, że
wśród ofiar tej atlantyckiej rzezi, znajdzie się wkrótce okręt, na którym służy
Norbert, wojenne szczęście nigdy bowiem nie trwa wiecznie i pewnego dnia
lub nocy opuści U-71.
Stali więc obaj przy oknie, wpatrzeni w ogrodową skarpę, zupełnie jej nie
widząc, bo w tej chwili pożegnania inne obrazy stawały im przed oczami; minionego, spokojnego czasu, zburzonego tak gwałtownie i nieodwracalnie utraconego, a przez to jeszcze bardziej drogiego.
– Zbudowaliście z Jochenem drewniane schody z poręczami – odezwał się
wreszcie Arnold. – Potem pomalowaliście je na zielono, a Jochen nie mógł się
doczekać, kiedy wyschną...
– I cały się ubabrał olejną farbą. Wyglądał jak nieboskie stworzenie i mama
nie wiedziała, co z nim zrobić – dopowiedział Norbert i dodał jednym tchem:
– Chciałbym, żeby Irma zamieszkała z wami i Felix mógł się tutaj wychowywać, ale teściowie nie zgodzą się na to.
– Spróbuj ich przekonać – Arnold nie okazał zdziwienia projektem syna;
uśmiechnął się nawet na myśl o pojawieniu się w ogrodzie kolejnego, małego
odkrywcy świata, którego będzie zachwycać lub niepokoić wszystko, co pełza
wśród traw, skacze ponad nimi i fruwa. – Emma i Liza byłyby zachwycone.
– A ty, ojcze, wziąłbyś go pod swoją opiekę, gdyby... – nie miał odwagi powiedzieć otwarcie, o czym myśli i Arnold, widząc jego wahanie, powiedział:
– Nie musisz mnie oszczędzać. Ale twojej matce pęknie serce, jeśli coś
ci się stanie. Nie po to urodziła ciebie i Jochena, aby mogła was stracić w tej
morderczej wojnie. Wszystko jednak w ręku Boga, Norbercie. On jeden może
cię ocalić. A o moim wnuku będę pamiętał. Nazywa się przecież Hasenfuss
i należy do nas.
– Dziękuję... – podobnie jak Jochen i Norbert pochylił się do ręki Arnolda.
– Będę spokojniejszy, skoro mnie zrozumiałeś.
Odebrał starannie zapakowaną paczkę z prowiantem, przygotowaną przez
Heddę, ucałował matkę i siostrę, nacisnął na głowę oficerską czapkę, wyszedł
z domu i znów, podobnie jak Jochen, zatrzymał się w tym miejscu, w którym
Kleine Mölde zakręca przy ostatnich drzewach parku, zasalutował i zniknął
z oczu rodzicom, Lizie i Dieterowi, który ponownie postanowił zostać marynarzem. Tym razem jednak nie na pancerniku, lecz, jak starszy brat, na okręcie
podwodnym, który atakuje, szarpie i zatapia!
Powiadomił listownie Norberta o swojej decyzji, a kiedy nadszedł wreszcie wymarzony dzień czternastych urodzin i mógł już wstąpić w szeregi Hitler­
jugend, poprosił o przydział do formacji morskiej, noszącej furażerki z ciemno-
333
granatową wypustką. Zaprezentował się w niej najpierw Heddzie i ją również
poprosił o wyprasowanie brunatnej bluzy, czarnej chusty i czerwono-białej
opaski ze swastyką w kwadratowym polu. Wyłożył też na kuchenny stół resztę
swojego umundurowania: czarne, welurowe spodenki, długie, białe skarpety
i pelerynę przeciwdeszczową, oraz sztylet w pochwie, skórzany pas z metalową
klamrą, rzemienny ściągacz do chusty, naramienniki i pleciony sznur funkcyjny. Rozwinął go przed Heddą, oświadczając z dumą, że został mianowany Ka­
meradschaftführerem i ma pod swoimi rozkazami piętnastu chłopców.
– Ledwie cię przyjęli, a już jesteś zastępowym? – dziwiła się Hedda, rozkładając na desce do prasowania brunatną bluzę. – Nie za szybko?
– To dlatego, że Norbert jest oficerem na okręcie podwodnym – wyjaśnił
Dieter. – Mój drużynowy powiedział, że U-booty to najgroźniejsza broń naszego Führera i my wszyscy z morskiego hufca będziemy na nich służyć. Kazał mi
też przyprowadzić na zbiórkę Norberta, kiedy znowu przyjedzie na urlop, żeby
nam opowiedział, jak wesoło żyje się w Kriegsmarine.
XXXIII
P
rzez cały tydzień od wyjścia z Lorient, ta część załogi, która nie pojechała na początku urlopu specjalnym pociągiem do Hamburga, słuchała
opowieści o przygodach, jakie mieli ich koledzy w dzielnicy za blachą,
w której spędzili trzy doby na pijaństwie i rozpuście. Byli niemal honorowymi
gośćmi tego miejsca uciech, jako najdzielniejsi z dzielnych, podwodni rycerze
Führera i teraz, pełni zapału do walki, byli gotowi atakować, szarpać i zatapiać. Tymczasem dowódca poprowadził okręt na południe, zbliżył do Azorów
i przyczaił się za Corvo, najdalej na zachód wysuniętą wyspą tego archipelagu.
Na północnym Atlantyku szalały już zwykłe o tej porze roku sztormy, niebo
zawleczone było ciężkimi, ołowianymi chmurami, a nad pokładem U-71 zamykała się prześwietlona słońcem kopuła błękitu. Byli sami na pustym oceanie,
mieli go tylko dla siebie, pluskali się koło burt kołyszącego się leniwie okrętu,
opalali, jakby ich urlop przedłużył się nieoczekiwanie i wojna zniknęła gdzieś
za kolistą linią horyzontu. To rozkoszne leniuchowanie przerwało dopiero po
kilku dniach pojawienie się mlecznej krowy, jak nazywali zaopatrzeniowy tankowiec, z którego pobrali paliwo i dodatkowy prowiant, co oznaczało, że ich
okręt pozostanie na patrolu dłużej niż zwykle. Dopiero wówczas, gdy U-71,
zostawiając za rufą Azory, ruszył na południowy zachód, kapitan Merten wyjaśnił oficerom na odprawie w mesie, że dołączają do piętnastu innych okrętów
podwodnych, które na środku oceanu rozciągają szeroką sieć, aby łapać w nią
statki płynące z amerykańskich portów, Nowego Orleanu i Houston, do Anglii
i Gibraltaru. Tworzyli więc wilcze stado, ale mogli również atakować samodzielnie, nie spodziewającego się w tym rejonie nieprzyjaciela, pozbawionego
w dodatku osłony lotniczej, te dalekie akweny oceanu znajdowały się bowiem
poza zasięgiem samolotów alianckich.
– Mam nadzieję, panowie, że polowanie nam się powiedzie i dostaniecie
wreszcie Żelazne Krzyże.
335
Sam Merten był już kawalerem Krzyża Rycerskiego i nosił go zawsze na
szyi, a jak niektórzy twierdzili, nie zdejmował nawet kładąc się do snu, ponieważ otrzymał to wysokie odznaczenie z rąk samego Führera podczas uroczystej audiencji w Kancelarii Rzeszy dla asów podwodnej floty. Oficerowie
kapitana Mertena nie mogli, oczywiście, oczekiwać, że spotka ich podobne,
najwyższe wyróżnienie, jednakże perspektywa zdobycia zaszczytnego krzyża
była dla nich wystarczająco kusząca i przyjęli oświadczenie dowódcy pomrukiem zadowolenia. Norbert również znalazł się w tym chórze, bo przecież Eisernes Kreuz był jakby niezależnym od ponurej rzeczywistości wojny,
dumnym świadectwem osobistej odwagi i waleczności żołnierza, czy marynarza. W jednej z szuflad ojcowskiego biurka leżało również małe pudełko
z Żelaznym Krzyżem i Norbert wkroczyłby chętnie do domu, mając taki sam
na piersi.
Spokojny początek patrolu, leniwy postój przy Azorach, pogodne niebo
i niemal gładki ocean, odegnały od niego ponure myśli i przeczucia, toteż
szczęśliwy powrót do Lorient i jakiś tydzień nowego urlopu zaczęły wydawać
się Norbertowi zupełnie możliwe. Tym bardziej, że nadal zupełnie nic się
nie działo; U-71 szedł na południowy zachód równą, marszową prędkością
dwunastu węzłów, cały czas w wynurzeniu, a wachta przepatrywała z wysokiego kiosku kolisty horyzont. Był zupełnie pusty i dopiero czwartego dnia
po odprawie, późnym popołudniem, dwaj obserwatorzy wykrzyknęli niemal
równocześnie:
– Dym, prawo czternaście!
Oznaczało to, że od strony prawej burty U-71, ukaże się jakiś statek, więc
zabrzęczały dzwonki alarmowe, w kiosku pojawił się kapitan Merten, przyłożył do oczu lornetkę i Norbert, jeśli kiedykolwiek czytał w jakiejś powieści,
że na czyjejś twarzy pojawił się drapieżny uśmiech, to teraz zobaczył, jak on
wygląda; górna warga dowódcy uniosła się nieco, rozciągnęła i odsłoniła równy rząd białych zębów, gotowych do kąsania, szarpania i gryzienia. Zdawało
się, że Merten bezgłośnie chichocze, widząc rosnącą w silnie powiększających
szkłach, sylwetkę statku i szacuje tonaż swej ofiary, który przekaże w meldunku
do sztabu admirała Dönitza, kiedy już pośle ją na dno oceanu.
– Wygląda na jakieś dwanaście tysięcy ton – ocenił z satysfakcją. – Ładna
sztuka. Dopiszemy ją do naszej kolekcji.
Statek szedł samotnie pod amerykańską banderą i z jego kursu wynikało,
że płynie do Gibraltaru lub na spotkanie z innymi frachtowcami, z którymi razem, już w konwoju i pod eskortą niszczycieli, skieruje się do Anglii. Kapitan
Merten, rozważając głośno te dwie możliwości, zastanawiał się, czy storpedować statek od razu i w wynurzeniu, czy też zejść pod wodę i kryjąc się w jego
kilwaterze dotrzeć do całego konwoju i zaatakować go wspólnie z innymi
U-bootami, które zawiadomi o odkrytej zdobyczy.
336
– Robi jakieś dziesięć węzłów i pójdziemy za nim, jak po sznurku – mruczał Merten pod nosem. – Chyba, że przestanie zygzakować i przyspieszy, to
w nocy może nam gdzieś zniknąć.
– Cokolwiek zrobi jest nasz – powiedział pierwszy oficer wachtowy. – Panu
jeszcze, kapitanie, żaden statek nie umknął.
Nie było to czyste pochlebstwo. Merten miał już na swoim koncie ponad
sto tysięcy zatopionego tonażu i teraz dziarsko zabierał się do powiększenia
tego konta, skrupulatnie zapisywanego przy jego nazwisku w odpowiedniej
komórce sztabu admirała Dönitza. Krótkie rozkazy padały jeden za drugim,
U-71 zanurzył się na głębokość peryskopową i zachowując odległość jednej
mili, płynął za nieświadomym śmiertelnego niebezpieczeństwa amerykańskim
frachtowcem. Po zmierzchu, w szybko zapadających ciemnościach na podzwrotnikowych szerokościach geograficznych, zaprzestał on jednak zygzakowania i zniknął w mroku, zwiększając jednocześnie swą prędkość.
– Volle Kraft! Voraus! – zakomenderował kapitan Merten, w maszynowni
powtórzono: – Cała naprzód! – i U-71 rzucił się w pościg za swą ofiarą i nie bez
wysiłku zbliżył się do niej ponownie dopiero o północy. Jednak dalsze śledzenie
statku i dotarcie do konwoju, z którym zapewne miał się połączyć, nie było już
możliwe. Według meldunku złożonego Mertenowi przez głównego mechanika,
silniki pracujące ponad sześć godzin z maksymalną wydajnością, nie zapewnią
nadal okrętowi wymaganej prędkości.
– Amerykanin nam ucieknie, kapitanie – oświadczył krótko mechanik
i Merten wydał rozkaz załodze przygotowania się do ataku torpedowego w wynurzeniu:
– Zalać pierwszą i czwartą wyrzutnię. Otworzyć pokrywy zewnętrzne.
U-71 wychodził na powierzchnię oceanu, otrząsając wodę z pokładu i burt,
Norbert ze swoimi artylerzystami zajmował stanowisko bojowe przy dziale,
a z pomostu kiosku, na którym pojawił się już dowódca, padały nowe rozkazy:
– Głębokość dla torped dwa metry, szybkość trzydzieści pięć. Odległość
do celu sześć kabli, prędkość celu piętnaście węzłów, długość celu ponad sto
metrów!
Nocne niebo zasnute było strzępiastymi chmurami i sylwetka statku ukazywała się wyraźnie w szkłach lornetki Norberta tylko wtedy, kiedy wiatr wydmuchiwał w nich otwór dla bliskiego pełni księżyca. Frachtowiec płynął spokojnie, kołysząc się łagodnie na długiej, oceanicznej fali, a za plecami porucznika
Hasenfussa, na bojowym pomoście kiosku, kapitan Merten wydawał kolejne
komendy, które miały zakończyć jego rejs i życie załogi, a jak się niebawem
okazało, również pasażerów, cywilnych i wojskowych.
– Wyrzutnie pierwsza i czwarta gotowe! – zameldowano z wnętrza okrętu
i kapitan Merten jeszcze raz przyłożył lornetkę do oczu, jakby chciał pożegnać
ofiarę, którą ma pożreć i wreszcie zakomenderował:
337
– Torpedo, los!
Odpalono salwę i podwójnemu świstowi towarzyszył podwójny plusk
wody, potem zapadła trzydziestosekundowa, pełna napięcia cisza, a po niej
Norbert usłyszał dwie, niemal równoczesne detonacje, lecz nie zobaczył płomieni wybuchów. Torpedy nie zatrzymały również statku, który płynął dalej
i U-71 zaczął się odwracać, aby oddać salwę z wyrzutni rufowych.
– Druga i trzecia przygotować się do odpalenia!
Radiooperator zameldował na pomost bojowy w kiosku, że przechwycił
sygnał SOS z trafionego statku:
– Nazywa się California i podaje swoją pozycję.
– Zaraz go uciszymy. Druga wyrzutnia gotowa? – Merten zrezygnował
z odpalenia salwy, powtórzył namiar i po otrzymaniu meldunku o gotowości
wyrzutni, rzucił znów krótko:
– Torpedo, los!
Trzydzieści sekund ciągnęło się bardzo długo, za to cios zadany przez trzecią torpedę zatrzymał Californię. Rufę statku objęły płomienie i w ich blasku
Norbert widział w szkłach lornetki biegających po pokładzie ludzi i opuszczane
na wodę szalupy ratunkowe. A kapitan Merten wykrzyknął po raz trzeci:
– Torpedo, los!
Zanim czwarte uderzenie przełamało Californię na pół i statek zniknął
w falach, Norbert dostrzegł wśród rozbitków w szalupach kilka kobiet i natychmiast zameldował o tym dowódcy, sądząc, że podejmie akcję ratunkową ale
Merten chciał jak najprędzej oddalić się z miejsca, o którym wiedziały już okręty nieprzyjacielskie i zapewne płynęły ku niemu, aby dopaść i zatopić podwodnego wilka. U-71 wolał być jednak myśliwym, niż zwierzyną i po kilku dniach
zaatakował ponownie. Tym razem zatopił płynący samotnie tankowiec jedną
celną salwą z dziobowych wyrzutni. Statek nie był zbyt duży, więc torpedy
rozerwały go na dwie części i pod niebo buchnął wysoki gejzer ognia. Paliła się
również rozlana na powierzchni fal ropa i marynarze, którym tonący statek nie
pozostawił czasu na opuszczenie szalup, skakali z jego burt pomiędzy syczące
grzywy płomieni. Bijąc rozpaczliwie rękami o wodę, próbowali torować sobie
na jej powierzchni wolną drogę ucieczki, rozgarniali fale, odpychając od siebie
tańczące na nich jęzory ognia, nurkowali pod jeziorami płonącej ropy tylko po
to aby wypłynąć w środku innych. Miotali się konwulsyjnie, a ci, których ogarnęły już płomienie, wyli nieludzkimi głosami, błagalnie wzywając pomocy.
U-71 kołysał się lekko w odległości dwóch kabli od obrzeża rozlanej na
wodzie ropy. Oficerowie i marynarze na jego pokładzie patrzeli na pływające
ognisko, które sami rozpalili na oceanie, słuchali skowytu palących się żywcem
ludzi, wezwań o ratunek i jęku konających, milczący i nieruchomi, jak statyści
w ostatniej scenie upiornego dramatu. Łuna pożaru kładła na ich twarze czerwone smugi, w źrenicach oczu odbijał się blask ognia, a przed nimi, niemal
338
w zasięgu ich rąk, wychylały się z fal głowy, płonące jak pochodnie i wyciągały
ramiona w ostatnim, próżnym geście nadziei...
– Verfluchte Schweinerei! – zaklął celowniczy przy pokładowym dziale
i Norbert, przewracając się tej nocy bezsennie z boku na bok w swej wąskiej
koi, daremnie próbował ustalić kim jest właściwie on sam, bezwolny obserwator wojennego morderstwa i tamten marynarz, który zdobył się na głośne przekleństwo, a jednocześnie wykonałby każdy rozkaz dowódcy? Kim są wreszcie
pozostali oficerowie, świadomi tego, że U-71 nie działał zagrożony przez żaden wrogi okręt, istniały więc warunki do ostrzeżenia załogi tankowca przed
atakiem torpedowym i wezwania jej do opuszczenia statku, ale żaden z nich
nie ośmielił się wspomnieć o tym kapitanowi Mertenowi? Nad ranem, nim zapadł w męczącą drzemkę, postanowił, że poruszy przy stole tę sprawę, kiedy
jednak zasiadł na swoim miejscu w mesie, nie wykrztusił ani jednego słowa.
Natomiast Merten, jakby w nocy nic nie zaszło, zaczął opowiadać o swoim
rajdzie w końcu czterdziestego pierwszego roku do wschodniego wybrzeża
Stanów Zjednoczonych.
– Podpłynąłem tak blisko Nowego Jorku, że widziałem światła wesołego
miasteczka na Coney Island – mówił, krojąc pieczeń cielęcą w sosie o smaku
oleju silnikowego i dodając z wyraźnym zadowoleniem. – A potem była rzeź
niewiniątek. W ciągu tygodnia zatopiłem jedenaście statków, bo pływały bez
eskorty i oświetlone, jakby nikt z Amerykanów nie mógł uwierzyć, że i dla nich
rozpoczęła się wojna, a U-booty potrafią przepłynąć Atlantyk.
Zapewnił też swoich oficerów, że jeszcze wiele razy pod jego dowództwem
zadziwią przeciwników, ale nie dane mu było dotrzymać tej obietnicy. Po ponownym spotkaniu z Milchkuh i uzupełnieniu z jej zbiorników zapasów paliwa,
U-71 skierował się ku środkowym akwenom oceanu, gdzie Merten spodziewał
się natrafić na jakiś większy konwój, płynący do Anglii, zaatakować go i zatopić kilka co najmniej statków. W tym celu zwiększył ilość obserwatorów na pokładzie do sześciu i o zmierzchu czwartego dnia oczekiwań, usłyszał wreszcie
upragniony meldunek:
– Dym na kursie!
W chwilę później drugi obserwator wykrzyknął:
– Dwa dymy, prawo cztery!
Trzeci obserwator dostrzegł następną smużkę dymu odchyloną nieco w lewo od kursu U-71 i kapitan Merten już wiedział, że ma przed sobą oczekiwany,
duży konwój, rozciągnięty szeroko, w kilku kolumnach, pomiędzy które będzie
mógł wśliznąć się w nocy, wystrzelić torpedy i umknąć, zanim okręty eskorty
ruszą za nim w pościg.
Z odległości jedenastu mil morskich, obserwatorzy ocenili po ilości dymów,
że w konwoju płynie ponad trzydzieści statków, zatem smakowity kąsek dla całego wilczego stada, ale kapitan Merten nie mógł przed własnym atakiem zawia-
339
damiać inne U-booty o swoim odkryciu, ponieważ radiowy meldunek zdradziłby
jego obecność i zniweczył tak ważny dla niego moment zaskoczenia. A konwój
nie zygzakował, więc nie spodziewał się w pobliżu żadnego okrętu podwodnego
i U-71 mógł bez większego ryzyka podążać jego śladem i to w wynurzeniu, ponieważ nagła ulewa ograniczyła widoczność i posłużyła mu za osłonę.
Około północy deszcz przestał padać i Norbert, na stanowisku przy dziale
pokładowym przed kioskiem, naliczył przez lornetkę dwadzieścia siedem statków i dziewięć okrętów eskorty; dwa z nich płynęły w straży tylnej konwoju
i tych należało się najbardziej obawiać. W starciu z nimi działo Norberta nie
miało żadnych szans, U-71 nie został jednak wykryty, opłynął konwój i znalazł
szeroką lukę pomiędzy korwetami pilnującymi jego prawej flanki a pierwszą
kolumną frachtowców. Robiąc zwrot w lewo, kapitan Merten zdjął artylerzystów z pokładu, zanurzył okręt na płytką głębokość peryskopową, wpłynął pomiędzy frachtowce, idące w luźnym szyku i oddał w krótkich odstępach dwie
salwy z dziobowych i rufowych wyrzutni. Trzy torpedy były celne, z trzech
statków trysnęły płomienie i załoga U-71 trzykrotnie wrzasnęła triumfalnie,
aby zaraz zamilknąć, bowiem Merten nakazał ciszę na okręcie, a głównemu
mechanikowi polecił zejść na głębokość stu dwudziestu metrów. Z największą
szybkością, jaką tylko można było wycisnąć z silników elektrycznych, oddalali
się od konwoju, słysząc za sobą głuche detonacje bomb głębinowych, rzucanych przez korwety w miejsce, które zdążyli już opuścić.
– Poczekamy teraz aż się wszystko uspokoi, a nad ranem zaatakujemy znowu – oświadczył Merten, nie wiedząc, że przestał już być myśliwym; hydrofony U-71 uchwyciły zbliżający się szum śrub dwóch okrętów, a nagły, suchy
grzechot, jakby ziaren grochu rzucanych na pokład, zawiercił wszystkim złowróżbnie w uszach.
– Zostaliśmy namierzeni – zameldował podoficer do centrali i Merten nakazał natychmiastową zmianę kursu i prędkości, a także pogłębienie zanurzenia; o kilka sekund za późno i wszyscy, nie wyłączając dowódcy, unieśli twarze,
spoglądając z niepokojem na nisko sklepiony nad ich głowami, stalowy pułap
śródokręcia.
Korwety rzuciły pierwszą serię bomb głębinowych i Norbert liczył półgłosem odległe, głuche detonacje, zaciskając palce obu rąk na metalowej poręczy.
Żarówki zamigotały tylko na moment i znów paliły się spokojnie, więc pomyślał, że nie nastąpiła jeszcze ta chwila, której nadejścia obawiał się od dawna,
chociaż pomyślny dotąd przebieg patrolu przytłumił znacznie ten niepokój.
Wszystkim zresztą zdawało się, że wojenne szczęście ich nie opuściło i U-71
również teraz wywikła się z niebezpiecznego położenia, ale druga seria bomb
głębinowych rozwiała te nadzieje. Wybuchały bardzo blisko, żarówki pękały
jedna za drugą, strumienie wody trysnęły do wnętrza okrętu, który zaczął wyraźnie przegłębiać się na rufę i opadać coraz niżej. W ciemności ktoś krzyknął:
340
– Toniemy!
– Halt’s Maul! – zagrzmiał kapitan Merten i rzucił opanowanym już głosem: – Przeszasowywać zbiorniki balastowe!
Zapaliły się lampki awaryjne, a szum przepompowywanej wody i powrót
kadłuba na równą stępkę pozwoliły przypuszczać, że U-71 nie został śmiertelnie raniony, ale woda nadal przeciekała do jego wnętrza i załoga usiłująca
naprawić powstałe uszkodzenia, brodziła już w niej po kolana.
– Główna pompa zęzowa poszła w diabły, a połowa akumulatorów nadaje
się na szmelc – meldował Mertenowi główny mechanik. – Przewody hydrauliczne popękały w kilku miejscach, nity puszczają, a lewy zbiornik wynurzenia
jest rozerwany. Mam mówić dalej?
Przez twarz kapitana przebiegł krótki skurcz, ledwie widoczny w słabym
świetle awaryjnych lampek. Pływał wystarczająco długo na U-bootach, aby
wiedzieć, co oznacza raport pierwszego mechanika, a mimo to zapytał:
– Została jakaś szansa?
Szef maszynowni odruchowo spojrzał w górę na grube krople, gromadzące
się na stalowym pułapie i powiedział:
– Jeżeli uszczelnimy przecieki, zanim zaleje nas woda. Mogę się odmeldować?
– Dokąd? – zdziwił się Merten, a mechanik wyszczerzył zęby w szerokim,
szyderczym uśmiechu:
– Na tamten świat, kapitanie. Do Walhalli dzielnych germańskich wojowników, gotowych zginąć za Führera...
Zasalutował z przesadną starannością, odwrócił się i odszedł rozchlapując
wodę, a Norbert, do którego dotarły tylko strzępy tej rozmowy, zrozumiał, że
U-71 nie wypłynie już na powierzchnię oceanu. Uszczelnianie przecieków ma
tylko dać zajęcie załodze, zapobiec panice i podtrzymywać do ostatniej chwili
nadzieję na ocalenie, chociaż woda będzie podnosiła się coraz wyżej, coraz wyżej... gdyby jednak rosnące ciśnienie było od niej szybsze i zmiażdżyło kadłub,
nie dusiliby się powoli w najczarniejszym, nieprzeniknionym mroku stalowego
grobowca, szukając rozpaczliwie otwartymi ustami resztek powietrza...
Norbert poczuł, że wilgotnieją mu dłonie, wytarł je więc odruchowo
o spodnie, sięgnął do kieszeni na piersiach i wyjął z niej metalowe pudełko
z fotografiami. Otworzył wieczko i usiadł obok Irmy i Felixa, na ławce w altanie
ogrodu, tam, gdzie ojciec zrobił to zdjęcie zaledwie przed dwoma miesiącami
i wręczył mu je razem z innymi, aby był bliżej domu, gdy nadejdzie ta godzina,
o której obaj wiedzieli, że jest już blisko. Teraz, gdy wybiła, wyszeptał, patrząc
na papierowe twarze żony i maleńkiego synka:
– Przyszedłem się pożegnać...
Woda sięgała wszystkim do pasa i Norberta obejmował lodowaty chłód.
Sztywniały mu palce, ale wyjmował z pudełka kolejne fotografie: rodziców,
341
Lizy i Dietera. Powtarzał im te same słowa i tylko, patrząc na zdjęcie Jochena,
zawahał się, nim powiedział:
– Myślę, że spotkamy się jeszcze tej nocy...
Czatujące na powierzchni oceanu korwety, zrzuciły jeszcze jedną serię
bomb głębinowych. U-71 zachybotał się, zgasły awaryjne lampki, a razem z nimi złudzenie ocalenia i wnętrze żelaznej trumny wypełniło wycie oszalałych
z przerażenia skazańców. Ktoś w pobliżu Norberta modlił się głośno:
– Vater unser, der Du bist im Himmel...
Norbert przeżegnał się i dołączył do modlitwy marynarza, przy ostatnich jej słowach odchylając głowę, gdyż woda dochodziła mu już do ust.
Poprzez narastający szum w uszach i dudnienie tętna w skroniach usłyszał
jeszcze wyraźnie wystrzał z pistoletu, a potem już tylko zmieszane w jeden
chór wołania o pomoc i przekleństwa, złorzeczenia i jęki, wyzwiska i chichot
tych, co z lęku tracili już zmysły. Również serce Norberta dygotało z trwogi,
ale wspiął się na palcach, uchwycił krawędzi górnej koi, podciągnął na rękach i wydźwignął nieco ponad poziom wody. Mogło to przedłużyć mu życie
o parę minut zaledwie, ale walczył o te chwile, o kilka ostatnich oddechów,
chociaż piersi rozrywał mu ból i pękały płuca. Wyprężył ramiona, gdy woda
znów liznęła mu usta, ale uderzył głową o stalową blachę półkolistego poszycia i to był już kres ucieczki. Z tej granicy mógłby spojrzeć tylko wstecz,
lecz tracił przytomność i nie zobaczył niczego poza czarnymi skrzydłami
Thanatosa, okrywającymi kadłub U-71...
XXXIV
N
a kredensie w jadalni Emma postawiła fotografie Jochena i Norberta,
powiększone z małego formatu i starannie wywołane w ciemni przez
Arnolda. W szklarni przy Karthäuserstrasse zdjęcia nie zostały oprawione w czarne, lecz ciemnobrązowe ramki, ponieważ obaj młodzi Hasenfussowie
zostali uznani przez władze wojskowe za zaginionych. Podtrzymywało to wiarę
Emmy w ich powrót po wojnie, a nawet budziło nadzieję, że dadzą wcześniej
jakiś znak życia przez szwajcarski Czerwony Krzyż. Zamierzała również sama
rozpocząć poszukiwania i przeprowadzała na ten temat rozmowy z listonoszem,
zapraszając go do kuchni, gdzie Hedda przyrządzała mu zaraz Kaffee mit Milch,
w której było więcej namiastki zbożowej, niż zmielonych ziaren prawdziwej
kawy, pieczołowicie przechowywanych w blaszanej puszce. Listonosz wypijał
dwie filiżanki owego napoju, zjadał dwa ciasteczka z płatków owsianych, naśladujące makaroniki, obiecując jednocześnie Emmie dostarczenie potrzebnych
jej adresów nie tylko w Genewie, ale również w Sztokholmie.
– Radziłbym, gnädige Frau, napisać do Szwecji. Tam są różne organizacje
interesujące się losem jeńców wojennych. Może natrafią na jakiś ślad.
Podnosił się z taboretu, dziękując za kawę i Emma usiłowała wcisnąć mu
do torby kilka marek, protestował jednak stanowczo, oświadczając, że będzie
wystarczająco wynagrodzony, jeśli jego pomoc odniesie jakiś dobry skutek.
– Teraz roznoszę za dużo złych wiadomości – powiedział, przystając jeszcze
na progu kuchni. – Nigdy nie myślałem, że moja praca będzie tak ciężka. Dawniej
ludzie uśmiechali się do mnie, a teraz patrzą ze strachem. To jest bardzo przykre.
Kłaniał się i wychodził; mały człowieczek w pocztowym mundurze, z torbą
pełną łez, trudną więc do udźwignięcia, a Hedda, zamykając za nim drzwi, mówiła:
– Honorowy. Nasz listowy w Kiezmarku zawsze brał, jak mu się coś dawało. Pojadę chyba w niedzielę do rodziców, to też coś dostanę. Może kurę
i mendel jajek?
343
Emma niechętnie zgadzała się na te wyjazdy, ponieważ sądziła, że rolnikom
również się nie przelewa w piątym roku wojny, wszakże po powrocie Heddy
z Kiezmarku z pełnym koszykiem wiejskich produktów, zapominała o swych
zastrzeżeniach, ciesząc się na urozmaicenie stołu.
Kiedy teraz patrzę jak Emma opróżnia wiklinowy koszyk, przypominam sobie z jaką radością witaliśmy w czasie okupacji naszą Mamę, wracającą szczęśliwie ze swoich wypraw po żywność do otaczających Nowy Sącz
wsi. Powiadam – szczęśliwie – gdyż każda z tych wypraw mogła się bardzo
źle skończyć. Dworzec kolejowy w Sączu patrolowali przecież niemieccy
Bahnschutze i zaglądali do bagaży wysiadającym z pociągów podróżnym; jeśli
znaleźli u kogoś słoninę, kiełbasę, masło, czy – nie daj Boże – wieprzowinę
ze świeżego, czyli pokątnego, niedozwolonego przez okupanta uboju, wówczas los takiego podróżnego, wojennego przestępcy, nie był godny zazdrości.
Zostawał aresztowany i odsyłany do obozu koncentracyjnego, w którym szanse
przeżycia były raczej znikome. Dlatego jeździłem często z Matką i mogłem,
w razie nalotu Bahnschutzów, umknąć ze zdobytą żywnością, znałem bowiem
różne tajemne wyjścia z dworca, przez które tylko mały chłopiec potrafił się
przecisnąć. Dzięki tym wyprawom poznałem dobrze piękne okolice Nowego
Sącza, wysiadaliśmy bowiem z Matką na stacji w Marcinkowicach i maszerowaliśmy do Klęczan i Chomronic, a nawet dalej, po drugiej stronie torów
kolejowych, do Kłodnego i Tęgoborza. Zapuszczaliśmy się także w innym, południowym kierunku, do Zawady, Biegonic, a najchętniej do Nawojówki nad
rzeką Kamienicą, do wodnego młyna, prowadzonego przez rodzinę państwa
Jędrzejewskich, wysiedloną z Inowrocławia, o ile dobrze pamiętam. W tym
młynie zawsze mogliśmy kupić trochę kaszy i mąki za okupacyjne pieniądze,
które na wioskach nie były chętnie przyjmowane. Gospodarze i gospodynie
pragnęli za jajka, czy wędzonkę i inne produkty, otrzymać coś trwalszego, na
przykład bieliznę pościelową, obrusy, zastawę stołową, garnitur, płaszcz w dobrym stanie, czy futro. Gromadzili tą drogą wymiany różne dobra, a pewien
włościanin z Podegrodzia zaproponował Matce całego wieprza za safę z zębami, bo chciałby ją dać w posagu córce, wychodzącej wkrótce za mąż. Sprawi
tego wieprzka, podzieli, ukryje w furze pod słomą, ułoży na niej swoją białkę,
że niby wiezie ją do lekarza i tak dostarczy nam mięso do domu, a zabierze wymarzony mebel i olśni nim rodzinę narzeczonego córki i wszystkich sąsiadów...
Ponętna to była transakcja, lecz nie doszła do skutku, ponieważ nasze pianino
– to była właśnie owa safa z zębami, czyli klawiszami – zostało w Ostrowie,
z którego nas wysiedlono jesienią czterdziestego roku.
Wojenny mortus dotykał zatem w pewnym, aczkolwiek nieporównywalnym stopniu, polskie i niemieckie rodziny, w dobrym położeniu znajdowały
się więc te, które miały jakieś kontakty z wsią i mogły z nich korzystać. Frau
Hasenfuss wzbraniała się jednak przed ich nadużywaniem, zawsze bowiem
344
pojawiała się kwestia zapłaty za zawartość koszyka, której Hedda nie chciała
przyjmować. Tym razem również, na pytanie Emmy, ile jest jej winna za przywiezione produkty, wzruszyła tylko ramionami:
– Nic. Przecież pani wie.
– Co mam wiedzieć? – Emma potrząsnęła słoikiem miodu przed nosem
służącej. – Że to spada twoim rodzicom z nieba? Następnym razem nie waż się
przywozić czegokolwiek z Kiezmarku. Zrozumiałaś?
Hedda kiwała posłusznie głową, a po trzech, czterech tygodniach jechała
znów na wieś, wracała z pełnym koszem i cała scena powtarzała się od początku do końca z dużą dokładnością. Emma, nie mając innego wyjścia, podnosiła uposażenie Heddy i kupowała jej jakieś drobiazgi, ponieważ materiału
na sukienkę lub na porządny płaszcz, nie mogła znaleźć w coraz bardziej pustoszejących, a niegdyś tak zasobnych, bławatnych i konfekcyjnych sklepach.
W spożywczych były również braki, ale miasto nie głodowało. Kartki żywnościowe miały pełne pokrycie we wszystkich produktach na jakie opiewały, a rynek warzywny i owocowy przy Hali Targowej uzupełniał dietę mieszkańców.
Emma rzadko posyłała tam Heddę; po flance pomidorów najwyżej, szparagi
i kalafiory, bo te jakoś nie chciały się wiązać w jej własnym ogrodzie, w którym
wykorzystała każdy skrawek ziemi, nawet trawniki pod orzechami zamieniając
na grządki. Wskutek tego Arnold został pozbawiony swojej zielonej czytelni,
nad czym zresztą wcale nie ubolewał, zajęty nowymi sprawami, które całkowicie go pochłonęły. Wychodząc z domu zabierał zawsze aparat fotograficzny
i statyw, a kiedy wracał, długi czas spędzał w ciemni i Emmie trudno go było
stamtąd wyciągnąć na obiad, czy kolację.
– Mam teraz na głowie ważniejsze rzeczy niż jedzenie – tłumaczył, siadając wreszcie do stołu i zanurzając łyżkę w jarzynowej zupie, którą Emma
gotowała na bulionowych kostkach maggi, zastępujących skopowinę lub wieprzową biodrówkę. – I muszę się spieszyć.
Emma, bardziej zaprzątnięta korespondencją ze Szwajcarią i Szwecją,
niż zajęciami profesora, nie nalegała na dalsze wyjaśnienia, ale pewnego dnia
Arnold otworzył schowek pod schodami, gdzie znajdowało się wszystko, co
może się kiedyś w domu przydać i usiłował znaleźć w nim tekturowe pudło
po telefunkenie. Zadanie to bez udziału żony okazało się niewykonalne, zatem
przywołał ją do pomocy i oznajmił, że jeszcze przed wojną, pamięta to doskonale, włożył do tego pudła inne, małe pudełka po kliszach fotograficznych.
– Teraz są mi bardzo potrzebne – podkreślił z naciskiem. – Ale tu zrobiła
się prawdziwa stajnia Augiasza, bo każdy coś wrzuca i wrzuca, a ja...
– A ty jedno tylko pudło – dopowiedziała Emma, zagłębiła się w schowku,
rozsunęła stertę kartonów i z ciemnego kąta wydobyła bez trudu zgubę Arnolda.
– Możesz mi powiedzieć, co tu będziesz pakował?
– Chodź, pokażę ci.
345
Zataszczył pudło na parter do swego pokoju i zaczął wydobywać z niego
mniejsze pudełka po szklanych kliszach. Przyglądał się im z jakimś osobliwym
sentymentem, odczytywał napisy na wieczkach i pokazywał Emmie:
– Agfa – Extrarapid Platten, na nich robiłem swoje pierwsze zdjęcia. A tu
masz Eral – Ernemann Werke Dresden, to były drogie klisze i wolałem kupować
polskie. Zupełnie dobre i tańsze, w takich brązowych i czarnych pudełkach. Są
tutaj, na samym spodzie, Alfa, Orto-Antihalo i Ultra-Rapid. Bardzo czułe. Nie
potrzebowały dużo światła – podał pudełko żonie i zapytał: – Pamiętasz nasze
wyprawy do Oliwy?
Wyjął ostatnie pudełko z nadrukiem GEVAERT Super-Sensima-Special,
wyprostował się i spojrzał w okno, jakby dostrzegał za nim oliwskie wzgórza,
na które się wdrapywali i gdzie ustawiał aparat fotograficzny, a Emma powiedziała półgłosem:
– Byliśmy wtedy wszyscy razem. Z Jochenem i Norbertem. A teraz gdzie
oni są i kiedy wrócą..? Czy ta wojna nigdy się nie skończy?
– Może prędzej niż sądzimy – odpowiedział Arnold. – Na froncie wschodnim cały czas się cofamy.
– Chyba nie myślisz, że zobaczymy tu Rosjan?
– Jest coś, Emmo... – Arnold zawahał się, ale dokończył – coś, czego ci
dotąd nie powiedziałem. Może pamiętasz, że pracowałem w ciemni, kiedy
Schleswig-Holstein zaczął strzelać do Polaków na Westerplatte?
– Pamiętam.
– Trzymałem akurat papier w wywoływaczu. Fotografię panoramy
Starówki. I papier cały się zaczerwienił. Jakby paliło się miasto.
– Masz w ciemni czerwoną żarówkę – przypomniała Emma, ale profesor
pokręcił głową:
– To nie był jej odblask. Gdyby Rosjanie jednak wkroczyli...
– Nawet tego nie mów – Emma uniosła dłonie do uszu. – Nawet nie
mów...
– Przecież się cofamy. – Arnold nie posłuchał wezwania żony. – Gdzie
byliśmy, a gdzie jesteśmy...
Nie zaprzestał całkowicie zaznaczania kolorowymi szpilkami niemieckich
i sowieckich pozycji, lecz robił to znacznie rzadziej, gdyż planowe zajmowanie
z góry upatrzonych stanowisk, jak radio i gazety nazywały odwrót Wehrmachtu,
było widoczne nie tylko na jego ukrywanej w biurku mapie. Z okien tramwaju, wjeżdżającego na most koło gmachu byłej dyrekcji polskich kolei, oglądał
jeszcze niedawno stojące na torach lokomotywy, ozdobione wielką literą „V”,
znakiem zwycięstwa na wszystkich frontach. Wiele gmachów w mieście stroiło
się podobnie, ale nie na długo; „V” dziwnym sposobem znikało bez śladu, a nad
wejściem do dworca pojawiło się nowe hasło: Alle Räder müssen rollen für den
Sieg! Następne żądało zwycięstwa za wszelką cenę!, ujawniając niejako oficjal-
346
nie, że jest ono zagrożone. Nikt jednak nie ośmielił się tego głośno stwierdzić
i tylko po kątach budynku Technische Hochschule szeptano o konieczności
jakiegoś zabezpieczenia przed zniszczeniem najcenniejszych chociażby dzieł
sztuki, znajdujących się w kościołach i muzeach. Arnold również, jak jego
koledzy z katedry i wydziału, nie chciał być uznany za defetystę, posunął się
jednak o krok dalej niż oni; przeszedł od szeptania do działania i nie oglądając
się na nikogo, sam dokonał swego rodzaju fotograficznej inwentaryzacji tych
dzieł dawnych mistrzów, które uważał za najważniejsze. Krążył więc ze swoim
Voigtländerem po kościołach i robił zdjęcia, oficjalnie do swojej nowej książki,
którą jakoby szykował do druku. Przed żoną nie musiał, oczywiście, niczego
ukrywać, ale i wtajemniczać we wszystko co robi, więc dopiero gdy wyniknęła
konieczność znalezienia pudła po telefunkenie, nadarzyła się sposobność pokazania jej plonu kilkumiesięcznej pracy i wyjaśnienia powodów, dla których
została podjęta. Uczynił to, wyjmując z dolnej szuflady biurka przycięte równo,
opisane na odwrocie i ponumerowane fotografie obrazów i płaskorzeźb zdobiących ołtarze, figur stojących w niszach bocznych naw, malowideł na stropach
i ścianach świątyń, wielu innych bezcennych skarbów sztuki, gromadzonych
w nich od setek lat, a teraz narażonych na zatratę.
– Trzeba coś zrobić, nim będzie za późno, bo gdyby to wszystko miało się
spalić...
Rozsunął leżące na biurku zdjęcia i chociaż utrwalone na nich obrazy pozbawione były barw, otwierały się przed nim jak okna na odległe epoki, w których
były tworzone. Zaludniali je święci, oddający hołd Bogu, pasterze adorujący
Dzieciątko, biblijni prorocy, modlący się patrycjusze i rycerze w błyszczących
zbrojach, grzesznicy strącani do piekielnych otchłani, ale również rzemieślnicy
w swoich warsztatach, drwale i żeglarze na pokładach statków, wpływających
do gdańskiego portu. Pojawiały się też pejzaże i rodzajowe sceny we wnętrzach
domów, ukazujące codzienne życie ich mieszkańców, widoki miasta z jego najokazalszymi budowlami i górującą nad nimi wieżą kościoła Mariackiego, obok
lśniącej iglicy Ratusza.
Rozsunięte fotografie ułożyły się w długą wstęgę, jakby pod rękami Arnolda
utworzyła się galeria dawnego malarstwa, z jej najsłynniejszym obrazem, Sądem
Ostatecznym, pędzla brugijskiego mistrza, Hansa Memlinga. Emma tylko raz
oglądała ten tryptyk, zawieszony na ścianach kaplicy św. Doroty w kościele
Mariackim i później przez trzy noce śniły się jej tłumy wrzeszczących golasów, kłutych widłami i wydzieranych aniołom przez czarne, szkaradne diabły.
Zapamiętała również stojącego pośrodku obrazu Michała Archanioła w pięknej,
złocistej zbroi i narzuconym na nią purpurowym płaszczu, ważącego ludzi na
błyszczących szalach. Teraz, patrząc na postać anielskiego generała, nie mogła
oprzeć się wrażeniu, po wszystkim, co powiedział Arnold, że znajduje się razem z nim w otaczających Archanioła i oczekujących na zważenie gromadach
347
grzeszników, nadchodzi bowiem ponury czas klęski i wielkiego sądu. Dlatego
powiedziała:
– Mówisz o ratowaniu obrazów, Arni, a co będzie z nami?
Zadał już sobie takie pytanie i nie znalazł na nie odpowiedzi, bo nie rozumiał tej wojny i jej obyczajów, jeśli miała jakiekolwiek, a w szeptanki o zdarzających się okrucieństwach nie potrafił i chyba nie chciał uwierzyć, nie godziły
się bowiem z jego niemieckim poczuciem honoru i kodeksem obowiązków kapitana cesarskiej armii. Mógłby jeszcze teraz wyrecytować postanowienia tego
kodeksu, powiedział więc:
– Ludność cywilna powinna być chroniona i ewakuowana ze strefy działań
wojennych, jeśli tylko jest to wykonalne. Na froncie we Francji...
– Nie jesteśmy we Francji, Arni – zauważyła Emma i spojrzała znów na
Michała Archanioła, trzymającego w ręce wagę, na Chrystusa, opierającego
stopy o kulę ziemską i górującego nad tłumem przestraszonych maleńkich ludzików. – Będę miała znowu złe sny. Boję się tego obrazu. Dlaczego musiał
trafić właśnie do naszego miasta?
– Co też ci chodzi po głowie, Emmo? Memling chciał tylko przestraszyć
grzeszników, nie ciebie – Arnold zebrał fotografie i część podsunął żonie. –
Jeżeli chcesz mi pomóc, to segreguj zdjęcia, wkładaj do pudełek po kliszach
i na wieczku pisz z jakiego są kościoła.
Przez kilka minut pracowali w milczeniu, nim Arnold znowu się odezwał:
– W pelplińskiej katedrze wisi Pokłon pasterzy Hermana Hahna, cały
w ciemnej tonacji. Tylko na małego Jezusa pada snop blasku, który wkrótce
rozjaśni mroki pogańskiego świata. Et lux in tenebris lucet, et tenebrae eam
non comprehenderunt... Gdyby to odnieść, Emmo, do dzisiejszych czasów, moglibyśmy powiedzieć tak samo, że otaczające nas ciemności nie ogarną światła,
które jednak gdzieś w nich świeci.
– Jednak...gdzieś... – powtórzyła Emma. – Tylko gdzie i chyba bardzo słabo, bo trudno je zobaczyć. Pewnie tylko na obrazach, które chcesz ratować.
– Bo są zupełnie bezbronne. Można je ciąć bagnetem, deptać i palić, a nigdzie nie uciekną, więc potrzebują ochrony. Najlepiej byłoby wywieźć z miasta
chociaż te najcenniejsze i dobrze ukryć.
– Sam nic nie zdziałasz.
– Właśnie – Arnold włożył kilka fotografii do pudełka po kliszach Alfa
super-rapid i napisał na wieczku Johanneskirche. – Tą sprawą musi się zająć
wielu ludzi. Myślę, że tacy się znajdą.
Nie mylił się. Dostarczył swoje fotografie muzealnikom i konserwatorom
miejskim, którym udało się uzyskać zgodę Gauleitera nie tylko na zabezpieczenie i ukrycie wielu obrazów, ale nawet na demontaż Studni Neptuna i wystroju Czerwonej Sali Ratusza przy Langgasse. Pułapkę defetyzmu ominięto
nie wspominając o zbliżaniu się Rosjan, ale o możliwości nalotów na miasto,
348
dotąd jakoś oszczędzane przez samoloty alianckie, a nawet nazywane schronem
przeciwlotniczym Rzeszy, teraz już nie tylko w nocy druzgotanej bombami.
Emma pisała już dwukrotnie do Brunhildy, wzywając ją do opuszczenia
Berlina, jednak Tante Schiele nie umiała zdecydować się na rozstanie z swoim
Erwinem, który nadal pił i śpiewał jej smutne canzony.
– Jakby przeczuwał, że to już nasze ostatnie miesiące...
Drżała, kiedy Emma objęła ją i przytuliła mocno do siebie, niczego jeszcze
nie rozumiejąc i po raz pierwszy widząc łzy w jej oczach. Na trzeci list w tej
samej sprawie wcale nie odpisała, a teraz stanęła niespodziewanie w drzwiach
domu przy Kleine Mölde z małą walizką w ręce i zaciskała mocno usta, powstrzymując łkanie.
Z biblioteki wybiegł Arnold, odebrał Brunhildzie bagaż, Emma pytała czy
napije się gorącej herbaty, czy najpierw woli się wykąpać, a ona opadła na krzesło, jakby straciła wszystkie siły. Nie odpowiadała na żadne pytanie, mocowała
się z zatrzaskiem torebki, wreszcie wyjęła z niej pudełko salemów, ale miała trudności z zapaleniem papierosa; trzęsły się jej palce, chwiał się płomyk
w metalowej osłonce zapalniczki, nim zdołała rozjarzyć tytoń i zaciągnąć się
dymem. Wtedy dopiero powiedziała stłumionym, matowym głosem:
– Erwin nie żyje...
Nie ocierała łez ściekających na policzki; zawsze gładkie i lekko zaróżowione, jak wnętrze morskiej muszli, teraz jakby obwisłe i poszarzałe. Zniknęła
gdzieś uwodzicielska uroda powabnej pani Minkus, a przed Emmą i Arnoldem
siedziała niemal stara kobieta, z wysiłkiem wydobywająca słowa z zaciśniętego
gardła:
– Umierał trzy dni... Najdłużej z nich wszystkich... Na rzeźnickim haku...
Płakała bezgłośnie w ramionach Emmy, która gładziła ją po włosach i całowała mokre powieki, zaledwie słysząc szept ciotki, gdy powtarzała:
– Trzy dni... Na haku...
Oddychała płytko, nierówno, ale kiedy uniosła głowę, sięgnęła znów po
papierosa i zapalniczkę; zalśniło złoto i wtopiona w nie emaliowana tarcza
z czarnym znakiem podwójnej błyskawicy: SS. Brunhilda zamknęła zapalniczkę w dłoni i powiedziała:
– Tylko to zostało mi po nim. Tylko to...
Arnold podał jej lampkę koniaku. Był bardzo blady i głos miał ściszony,
gdy zapytał:
– Ciebie nie aresztowali?
– Wzięli mnie na kilka dni. Przesłuchiwali bez przerwy i bili grubymi bykowcami. Możesz zobaczyć moje plecy – upiła łyk koniaku i dodała:
– Przekonali się jednak, że nie wiedziałam o niczym i wypuścili. Chyba mieli
dość trupów i mój nie był im potrzebny.
– Pozwolili ci wyjechać z Berlina?
349
– Nie pytałam o to nikogo, a nawet... – umilkła i spojrzała uważniej na
Arnolda. – Zostanę u was tylko jedną noc, jeżeli się boisz...
Profesor Hasenfuss nie bał się. Był przerażony. Wiadomość o zamachu na
Hitlera usłyszał z berlińskiego radia wieczorem, tego samego lipcowego dnia,
w którym pułkownik von Stauffenberg pozostawił swoją teczkę z bombą pod
solidnym stołem w Wilczym Szańcu, głównej kwaterze Führera w Prusach
Wschodnich. Bomba wybuchła, lecz zginęło tylko czterech oficerów sztabu,
a Hitler ocalał i zapowiedział bezlitosne wyeliminowanie kliki zdrajców i kryminalistów, czego dokona, wydając stosowne wyroki, specjalny Sąd Ludowy...
Spiker przekazywał te informacje grobowym głosem, w porannym dzienniku
była już mowa o aresztowaniach, w następnych dniach o wyrokach śmierci,
a teraz dowiadywał się od Brunhildy, jak wyglądała zapowiedziana zemsta
Hitlera na uczestnikach spisku.
– Pułkownik Stauffenberg miał szczęście, bo został rozstrzelany. Tylko
rozstrzelany – powtórzyła. – Innych oficerów powiesili za żebra na rzeźnickich
hakach, żeby umierali długo, w strasznych męczarniach. Szczególnie okrutnie
obeszli się z Erwinem. Należał przecież do czarnej gwardii tego potwora.
Zwiesiła głowę, Arnold zaś chciał powiedzieć, że był jednak kanclerzem,
szefem państwa, więc spiskowcy złamali składaną mu przysięgę wierności, powstrzymał się jednak. Ze względu na tę załamaną i cierpiącą kobietę, a również
dlatego, że sam nie był pewien jak daleko sięgać może obowiązek wierności
wobec wodza, który prowadzi swój naród do klęski, do katastrofy, do przepaści.
Wokół Rzeszy zaciskały się kleszcze więc spiskowcy chcieli ocalić Niemcy od
zagłady, uwolnić je od... – tu Arnold zawahał się jakby, ponieważ pamiętał, co
myślał o Hitlerze, po zajęciu Paryża i pokonaniu Francji po sześciu tygodniach
Blitzkriegu... – szaleńca, który stracił poczucie rzeczywistości i gotów jest
dalej posyłać na śmierć posłusznych mu ślepo żołnierzy... Pamiętał również,
że w starożytnym Rzymie też zabijano tyranów, gdy niczym nie krępowana
i ograniczana władza odbierała im rozum, wszystko to jednak nie pomniejszało
wstrząsu i zamętu, jaki zamach na Führera wywołał w jego własnej ocenie
skrytobójstwa. Nie osłabiało również paraliżującego lęku, który podpełzł pod
próg domu, gdy stanęła na nim Brunhilda, a za nią cienie oprawców z gestapo;
mogli przecież rozmyślnie puścić ją wolno, aby doprowadziła ich do innych ludzi, związanych przez nią z berlińskimi spiskowcami. Wówczas przyjdą, może
nawet tej nocy i załomoczą pięściami w drzwi i wrzasną: Aufmachen! Polizei!
Łatwo było wyobrazić sobie, co stanie się później i Arnold musiał przełamać
zaporę lęku nim zdołał powiedzieć:
– Zostaniesz u nas tak długo, jak tylko zechcesz.
Emma spojrzała z wdzięcznością na męża i zabrała Brunhildę do łazienki,
a potem do sypialni, ponieważ ciotka odmówiła zjedzenia kolacji. Wypiła tylko
szklankę herbaty z rumem, a mimo to nie udało się jej zasnąć. Emmie zdawało
350
się nawet, że płacze, więc przysunęła się do ciotki, a po chwili usłyszała jej
szept:
– Ciągle go widzę. Kołysze się stale przede mną na tym haku... – uniosła
się na łokciu i powiedziała nieco głośniej: – Zuzanna kładła mi karty, kiedy
ostatni raz tutaj byłam. Wyszło jej, że Erwina dotknie ręka demona, a wiesz
przecież, że demon to dla niej Hitler, więc sądziłam, że ten potwór wręczy mu
jakieś odznaczenie. Taka, widzisz, byłam głupia. Niczego się nie domyślałam.
A przecież upijał się. Z rozpaczy, że Niemcy giną, a on uwierzył szarlatanowi,
który obiecywał mu tysiącletnią Rzeszę... – umilkła i nasłuchiwała przez chwilę, a potem zapytała, znów ściszając głos do szeptu: – Słyszysz?
– To tylko gałęzie stukają w okno, bo zerwał się wiatr – Emma pogładziła
uspokajająco ciotkę po ramieniu. – Nie powinnaś się już bać.
– Widziałaś moje plecy i nie rozumiesz? – Brunhilda wzdrygnęła się mimowiednie. – Kto raz dostał się w ich łapy, nigdy tego nie zapomni i nie pozbędzie
się strachu. Zasnąć też nie potrafi.
Arnold nawet nie próbował. Hedda pościeliła mu na kozetce w bibliotece,
nie położył się wszakże i krążąc po pokoju w miękkich, filcowych bamboszach,
nasłuchiwał bacznie, czy do nocnych szelestów i szmerów otaczających dom, nie
dołączy się warkot silnika samochodu, skrzyp furtki i stukot kroków na kamiennych schodkach, prowadzących do frontowych drzwi. Mijały jednak godziny dręczącej niepewności, a gestapo nie przyjeżdżało. Następnej nocy również. W ciągu
dnia zjawił się tylko Blockleiter z zawiadomieniem o manifestacji, podczas której
złożone zostanie oświadczenie wierności Führerowi, po zbrodniczym zamachu
na jego osobę. Knoche był uroczysty i poważny, ale nie odmówił wypicia lampki
wina, co uczyniwszy oznajmił, celując palcem w sufit:
– To był znak stamtąd. Opatrzność ocaliła Führera i teraz musimy jeszcze
mocniej zewrzeć przy nim szeregi, bo nadchodzi godzina ostatecznych rozstrzygnięć. Jest za pięć dwunasta, Genosse Hasenfuss.
– Co pan ma na myśli, Herr Knoche? – Arnold ponownie napełnił kieliszki,
a Blockleiter opuścił palec, sięgnął po wino i pozostając w tym samym, proroczym natchnieniu, powiedział:
– To mianowicie, że najbliższe miesiące przyniosą rozwiązanie. Mamy
nową broń i rzucimy Anglików na kolana. Połowa Londynu leży już w gruzach.
Zniszczymy cały, jeśli nie poproszą o zawieszenie broni.
– Sami? – zdziwił się ostrożnie Arnold. – Bez Amerykanów i Francuzów?
– Francuzi nic nie znaczą – Knoche skrzywił się pogardliwie. – Zresztą
nawet oni nie chcą, żeby Stalin zagarnął połowę Europy. Amerykanie również,
więc przestaniemy do siebie strzelać i pójdziemy razem na bolszewików.
Wypił trzeci kieliszek wina i pożegnał Arnolda mocnym uściskiem dłoni.
– Proszę pamiętać, Herr Professor, o jutrzejszej manifestacji i przyjść z całą rodziną na Heumarkt. Będzie przemawiał Gauleiter Forster.
XXXV
O
bszerny Heumarkt wypełniony był szczelnie od krańca po kraniec
posłusznymi gdańszczanami, którzy na wezwanie partii przybyli ze
wszystkich dzielnic miasta, aby zapewnić Führera o swej niezłomnej
wierności i woli wytrwania przy nim aż do ostatecznego zwycięstwa. To zdecydowane pragnienie wyrażał napis na transparencie, rozwiniętym na środku placu: Mit dem Führer bis zum Endsieg! Tam ustawiły się również poczty sztandarowe, orkiestra wojskowa, równe szeregi dziewcząt w Jung-Mädel-Uniform
i chłopców w mundurkach Hitlerjugend. Między nimi prężył się na lewym
skrzydle Dieter Hasenfuss, dumny ze swej brunatnej koszuli, czarnych spodenek, sztyletu u boku i opaski ze swastyką na rękawie, a na prawym skrzydle,
wśród najstarszych i najwyższych dryblasów, stali obok siebie Wuismuti z długimi, mosiężnymi trąbkami w rękach.
– Pięknie wyrośli – powiedziała Emma do Waldetrudy, nie widziała bowiem bliźniaków od dłuższego czasu, ale twarz Tischlerowej nie rozjaśniła się
uśmiechem, jak każdej matki, kiedy usłyszy miłe słowo o swoich dzieciach;
nachyliła się do ucha Emmy i zaszeptała:
– Żałuję, że nie urodziłam dziewczynek. Obaj chcą zgłosić się ochotniczo
do marynarki. Nie wiem, co robić, bo proszę i błagam, a oni swoje. Ferdi marzy
o U-bootach, żeby jak wujek Norbert... – zmieszała się nagle i pragnąc zatrzeć
popełnioną niestosowność, zapytała: – Czy dostała mama jakieś wiadomości?
– Żadnych – Emma odwróciła głowę; nie chciała pokazywać Waltraudzie
zwilgotniałych oczu. – I to jest najgorsze. Pisałam do Sztokholmu, do Genewy,
jak mi radził nasz listonosz, ale ani szwedzki ani szwajcarski Czerwony Krzyż
nie ma w swych rejestrach twoich braci.
Skonfundowana Waldetruda próbowała pocieszać Emmę, ale dostrzegła kątem oka karcące spojrzenie profesora i zamilkła. Zawsze ogarniało ją onieśmielenie, gdy tak patrzył na nią. Musiał zapewne, stojąc bardzo blisko, pochwycić
352
jedno lub dwa słowa, które pozwoliły mu domyślić się z jakiego powodu Emma
pochyliła głowę i sięgnęła do torebki po chusteczkę, więc udzielił Waldetrudzie
milczącej nagany, po czym odwrócił wzrok w stronę grupy pielęgniarek w szarych fartuchach i białych, sztywnych czepkach na głowach. Rozpoznał w niej
swoje bratanice, Utę i Astę, a po chwili zobaczył bratową i Maksa. Okrążyli orkiestrę wojskową, minęli poczty sztandarowe i podeszli, aby się przywitać.
– No, proszę – powiedział Maks, zdejmując kapelusz. – Dzięki naszemu
Führerowi, spotyka się nareszcie cała rodzina. Młodzież w szeregach, my tutaj,
a twój mąż, Trudi, gdzie? Drapnęli go wreszcie do wojska?
– Eugen pojechał do Oslo – odpowiedziała Waldetruda, dotknięta nieco
pytaniem stryja. – Amada chce otworzyć filię w Norwegii.
– Dopiero teraz? – zdziwił się Maks. – Nie za późno?
– Mów ciszej – syknęła Zuzanna, rozejrzała się dokoła, ale nie zobaczyła
w pobliżu nikogo podejrzanie nadstawiającego ucha i wsunęła rękę pod ramię
Arnolda. – Twój brat wpakuje nas kiedyś w poważne kłopoty. I niepotrzebnie
docina Waltraudzie. Co to go obchodzi, że Eugen się dekuje? Mądrze robi. Ma
się dać zabić? Dla kogo? Dla tego łotra? Na tym placu widać wyraźnie, do czego nas doprowadził. Przecież tu stoją same kobiety...
Śmiało obracała językiem i niewiele przesadziła. W tłumie, oczekującym
na przybycie Gauleitera, nie było właściwie dorosłych i młodych mężczyzn
w cywilnych ubraniach, jakby wytraciło ich morowe powietrze, oszczędzając tylko dzieci, dorastających chłopców i posuniętych już w latach emerytów. Arnold,
uczestniczący po raz pierwszy w takiej masowej manifestacji, był wstrząśnięty
rozmiarami tego spustoszenia i zastanawiał się, co Forster może teraz powiedzieć
mieszkańcom zasobnego, tak jeszcze niedawno i ludnego miasta, któremu panowanie swastyki, zamiast obiecywanej prosperity i tysiąca tłustych lat, przyniosło pustoszejące sklepy, kartki na żywność, odzież i buty, a nawet na mydło
i gwoździe, nocne zaciemnienie ulic i narastający strach przed niepewnym jutrem
i widmem zbliżających się bolszewickich czołgów. Jak wreszcie wytłumaczy stojącym przed nim kobietom, które straciły mężów i synów, sens tej ofiary, jeżeli
była pozbawiona tego sensu i została złożona najzupełniej daremnie, przynosząc
zamiast chwały zwycięstwa, poniżenie klęski...
Od strony Silberhütte nadjechały czarne limuzyny, z żadnej nie wysiadł jednak Gauleiter. Być może zabrakło mu odwagi do wystąpienia przed ludźmi, na
których sprowadził same nieszczęścia i główne przemówienie wygłosił Ritter­
kreuzträger Oberstleutnant Drewes, którego nikt nie znał. Mówił jednak krótko,
a kiedy zapytał, czy wszyscy gdańszczanie przyrzekają wierność Führerowi do
ostatniego tchnienia i gotowi są oddać za niego życie, uniósł się las rąk i pod niebo wzbił taki sam wrzask, jak w dniach minionych zwycięstw i chwały.
Sygnaliści z Hitlerjugend zadęli w trąbki, werbliści uderzyli w bębenki, orkiestra wojskowa zagrzmiała marszem, pochyliły się do przysięgi sztandary, a profe-
353
sor Hasenfuss musiał zdobyć się na wielki wysiłek, aby podnieść prawe ramię.
Sterczało przed nim wyprostowane, jak haniebny znak zniewolenia, ciążyło jakby
wstyd miał wagę ołowiu, ale musiał znieść to dławiące uczucie upokorzenia i dotrwać do końca ceremonii. Oczywiście Emma, Waldetruda i Maks mieli również
uniesione ręce, a Zuzanna, jeszcze przed chwilą miotająca obelgi na Hitlera, teraz
wiwatowała głośno i bez najmniejszej żenady na jego cześć, uznawała bowiem
przydatność ochronnych gestów do przetrwania i przechytrzenia krążących wszędzie gestapowskich szpicli, a także mnożących się, dobrowolnych donosicieli.
– Tych najtrudniej rozpoznać, bo to może być każdy – mówiła później.
– Nawet zawistny sąsiad.
Po manifestacji zaprosiła szwagra i bratową, a także Waldetrudę na kawę
i z dumą wniosła do jadalni porcelanowy dzbanek. Uchyliła pokrywkę i razem
z wydobywającą się spod niej parą, rozeszła się po pokoju aromatyczna woń,
mile wchłaniana przez stęsknione do niej nosy.
– Prawdziwa! – zdumiała się Emma. – Zdobyłaś specjalny przydział?
– Kupiłem od szwedzkich marynarzy – pochwalił się Maks, uprzedzając
odpowiedź Zuzanny. – Oni dobrze wiedzą, że u nas jest knap ze wszystkim,
więc przychodzą do sklepu niby po widokówki, albo koperty i wyciągają zza
pazuchy paczkę kawy, rodzynki, czekoladę, to biorę, chociaż każą sobie słono
płacić. I jeszcze się śmieją.
– Z kogo? – zapytała Waldetruda i Maks też się roześmiał, chociaż niezbyt
wesoło:
– Z nas, z Niemców. Po co zaczynaliście wojnę, powiadają. Mieliście
wszystkiego w bród i taniej w tym waszym Danzigu niż u nas w Sztokholmie,
ale chcieliście być u Hitlera, a nie w wolnym mieście, to macie za swoje. Ładnie
was urządził.
– Z Niemców mogą się śmiać ci Szwedzi, ale nie z nas – oznajmiła nieoczekiwanie Waldetruda, co sprawiło, że wszyscy spojrzeli na nią, a profesor zapytał:
– Co masz na myśli?
– Różnice. Nie jesteśmy tacy, jak Reichsgermanen – odpowiedziała. –
Nawet mówimy trochę inaczej.
– Drobne odmienności.
– A jednak.
– Wobec tego za kogo się uważasz? Kim jesteś?
– Gdańszczanką – oświadczyła bez wahania. – Nikim innym.
– Quatsch – uciął sucho Arnold, ale Maks, który słuchał uważnie tej wymiany zdań, pokręcił z powątpiewaniem głową.
– Dla naszego profesora to bzdura, a dla mnie...
– Nie zaczynaj znowu – poprosiła Emma, bojąc się kolejnego spięcia pomiędzy braćmi. – Rzadko się ostatnio widujemy, więc nie docinajmy sobie bez
potrzeby. Rozkoszujmy się lepiej kawą.
354
– I jeszcze czymś do kawy – dopowiedział ugodowo Maks, sięgnął do bufetu po karafkę i rozstawił kieliszki. – Nalewka na pestkach z waszych wiśni.
Zeszłorocznych. Popatrzcie jaki ma kolor – rozlał ostrożnie rubinowy specjał,
zachęcił do skosztowania, a kiedy wypili i zdawało się, że chmury zostały rozproszone, spędził je na powrót, zwracając się do Waldetrudy. – Masz chyba
rację, bo kiedy się tak dobrze zastanowić nad tym co mówiłaś, to ja na pytanie,
kim jestem, też odpowiedziałbym: Ich bin Danziger.
– A kto miałby cię o to zapytać? – zaciekawił się Arnold z cierpkim grymasem. – Kto?
– No... – Maks zawahał się. – Bolszewicy. Gdyby tu jednak przyszli...
Wtedy powiem, że nie jestem żadnym Niemcem, tylko gdańszczaninem. Mam
nawet swój stary paszport obywatela Freie Stadt Danzig. Zachowałem go na
pamiątkę, a teraz może się przydać.
Roześmiał się głośno, lecz Arnold spojrzał na niego surowo, ściągnął usta
w małą tulejkę i wypuścił z niej cienki świst:
– Tja... Zawsze byłeś lawirantem. Nasz ojciec stale powtarzał...
– Zostaw ojca w spokoju, profesorku – uciął Maks. – Gdyby wstał z grobu
i dowiedział się, że jego uczony syn wstąpił do partii dla kariery, to by się dopiero ucieszył.
– Na pewno umiałby zrozumieć...
– Że nosisz płaszcz z podwójną podszewką. Ale lawirantem jestem ja.
Maks mówił coraz głośniej i Zuzanna poruszyła się niespokojnie na krześle, a Emma wstała od stołu i powiedziała:
– Dłużej nie będę tego słuchała. Sami urywajcie sobie głowy..
Skierowała się ku drzwiom, więc Zuzanna i Waldetruda ruszyły za nią
i weszły do kuchni, gdzie Emma oparła się o kredens tak ciężko, że zadzwoniły
w nim szklanki i brzęknęły sztućce w szufladzie.
– Przepraszam, mamo. Nie chciałam nikogo rozgniewać.
Waltrauda była skruszona i przygnębiona, więc Emma przygarnęła ją mocno do siebie i ucałowała w czoło.
– Twój szanowny ojciec i stryj szukają tylko pretekstu do sprzeczki i każdy
jest dobry – oznajmiła z rezygnacją, a Zuzanna dorzuciła:
– Starzeją się i zrzędzą. Zaparzyć jeszcze kawę?
– Dziękuję, ciociu. Muszę się zbierać – Waldetruda nachyliła się nad ręką
Emmy i dotknęła ją ustami, a kiedy się wyprostowała, spojrzała na drzwi jadalni, zza których dochodziły wzburzone głosy braci Hasenfussów. – To są nerwy.
Ostatnio wszyscy zrobili się bardzo nerwowi. Mój Boże, kiedy ta wojna się
skończy..?
Wyszła ze zwieszoną głową i teraz, gdy zostały same, Emma opowiedziała
Zuzannie o przyjeździe Brunhildy z Berlina, o jej aresztowaniu przez gestapo
i strasznej śmierci na rzeźnickim haku Standartenführera SS Erwina Wulfa.
355
– Twoja wróżba się spełniła – Emma mówiła coraz ciszej. – Dotknęła go
ręka demona. A Brunhildzie przybyło dziesięć lat. Powinnaś się z nią zobaczyć.
Tylko nie mów nic o tarocie. Ciotka boi się chyba tych kart.
– Ja też zaczynam się bać – przyznała Zuzanna. – Kiedy siadamy z doktorem i rozpoczynamy seans, wydaje mi się, że oprócz nas jest w pokoju jeszcze
ktoś, czy coś... Nie wiem, jak to nazwać. Okna są zawsze zamknięte, a czuję
jakiś chłodny przewiew.
– On również?
– Nie. I to go martwi. Uważa, że jest pozbawiony tej wrażliwości, którą ja
podobno mam, a wcale bym już teraz nie chciała mieć.
– Dlaczego?
Zuzanna zakryła dłonią oczy. Powiedziała dopiero po chwili:
– Bo widzę w tarocie tylko jeden obraz.
– Jaki?
– Lepiej nie pytaj – podniosła się z krzesła, podeszła do okna i patrząc na
widoczną z niego wieżę Marienkirche, dodała półgłosem: – Ognia i dymu...
Zdawał się już rozsnuwać wokół tej wieży i spływać ku dachom domów,
a przecież rozpinała się nad nimi kopuła bezchmurnego nieba i lipcowe słońce, wychylając się każdego poranka zza morskiego widnokręgu, rozświetlało
szlak wodny rybakom, wracającym z nocnego połowu do budzącego się ze snu
miasta. Pyrkoczące motorkami kutry i żaglowe łodzie dopływały do przystani
na Bohnsacku, o tej samej porze budziła się robotnicza Ohra, sztauerzy z Neufahrwasser kończyli wyładunek drobnicy z fińskiego frachtowca, staromiejski
Fischmarkt rozbrzmiewał już głosami handlarek, na Langgasse dzwoniły tramwaje, w restauracji hotelu Danziger Hof nakrywano białymi obrusami stoliki do
śniadania, tonące w zieleni ogrodów Schidlitz rozbrzmiewało śpiewem ptaków,
w Langfuhr polewaczki rosiły główną ulicę, a Oliva słuchała bicia dzwonów,
wzywających na poranne nabożeństwo. Rozpoczynał się kolejny, pogodny dzień,
w zapomnianym przez wojnę mieście, więc urzędniczki w biurach stemplowały bez pośpiechu papierki i wkładały je do segregatorów, przyjmowały interesantów i chłodziły się wodą sodową, kobiety wychodziły z domów po zakupy,
sprawdzając pilnie, czy są jakieś dodatkowe przydziały na kartki żywnościowe,
Schupo na skrzyżowaniach ulic wycierali pocące się karki i czoła, bo upał tężał z godziny na godzinę. Na plażach w Brösen, Glettkau i Heubude baraszkowały dzieci, a załogi ukrytej w pobliskim lasku baterii dział przeciwlotniczych
pozrzucały kurtki mundurowe i opalały się, ćmiąc papierosy i spoglądając na
pluskające się w ciepłych falach dziewczęta. Wokół półwyspu helskiego krążył
stateczek Kraft durch Freude, wypełniony kuracjuszami z Zoppot, jak co roku
leczącymi swe dolegliwości w tym sławnym uzdrowisku, a Danziger Neuesten
Nachrichten donosiły o regatach żaglówek na zatoce i wyścigach kajaków wokół mola. Wieczorem można było obejrzeć jakąś komedię lub film obyczajowy
356
w jednym z wielu kin albo wybrać się do teatru na aktualnie graną sztukę Mit meinen Augen, z gościnnie w niej występującym Karlem Pschigode. Obowiązujące
od zmierzchu zaciemnienie nie dokuczało nikomu i nie przypominało o wojnie,
ponieważ słońce o tej porze roku zachodziło późno i można było długo spacerować wieczorem po Lange Brücke, czy nad brzegiem morza, a także posiedzieć na
ławce w parku, z czego korzystali najchętniej urlopowani żołnierze i marynarze,
obcałowując tam panienki, a nawet osamotnione mężatki, spragnione męskich
ramion. Obsiadały one stoliki ogrodowych kawiarni, pogryzały ciasteczka z płatków owsianych i uśmiechały się przychylnie, gdy stawali przed nimi barczyści
podoficerowie, a nawet zwykli infanterzyści i salutując dziarsko proponowali
przechadzkę po wydmach w świetle księżyca.
Koleżanki Lizy Simmel wydeptały już wiele ścieżek w nadmorskim piasku, którego ziarenka wypadały czasem z ich kosmetyczek, gdy pudrowały
sobie noski przed wyjściem z biura. Chichotały wówczas, rzucały na siebie
porozumiewawcze spojrzenia, naszeptywały coś sobie i próbowały zabierać
Lizę do jakiejś kafejki, ale Simmelowa wracała na Kleine Mölde, bo jeszcze
pamiętała rudego Torstena i trzymała jego fotografię w czarnej ramce na nocnym stoliku. Pewnej soboty wszakże uległa namowom i po nudnym dniu pracy
w Kataster­amcie, wyruszyła z Gudrun i Martą, które miały mężów na froncie,
do ich ulubionej kawiarni nad kinem Tobis, przy Langgasse. Były tam, jak się
okazało, umówione z dwoma oficerami Kriegsmarine, a wkrótce znalazł się
również trzeci oficer, któremu przypadła rola partnera Lizy. Musiał cieszyć się
w tym lokalu dużymi względami, ponieważ nie miał kłopotów z zamówieniem
butelki trudno już dostępnego mozelskiego wina, które niewinnie ale i podstępnie rozpoczęło alkoholową biesiadę.
Simmelowej dość szybko zaszumiało w głowie. Nie jadła obiadu, a po pierwszej butelce zjawiła się na stole druga i trzecia, oficerowie wznosili toasty za piękne gdańszczanki, Gudrun z Martą były w coraz weselszym nastroju, starała się
więc im dorównać i wkrótce pozbyła się wątpliwości, czy postąpiła właściwie,
przychodząc z nimi do Café Tobis. Oficerowie sypali dowcipami i byli swobodni,
ale bardzo poprawni w zachowaniu, a jej partner wręcz szarmancki i przystojny
jak oceniała znad brzegu wypełnionego winem, kolejnego kielicha. Nie wycofała się więc z towarzystwa, gdy Marta zaproponowała, aby na resztę wieczoru
przenieść się do jej mieszkania, gdzie będzie wszystkim wygodniej i trochę sobie
potańczą, ma bowiem sporo dobrych płyt i nowe igły do gramofonu.
Przejazd tramwajem do Langfuhr i otomanę pełną poduszek w mieszkaniu
Marty pamiętała Liza dobrze, pierwsze tańce i bruderszafty również, potem
jednak wszystko zamazało się jej i rozpłynęło w bursztynowej strudze koniaku.
Jego ostry smak czuła jeszcz