sapere aude - Zespół Szkół Ogólnokształcących im. Stanisława

Komentarze

Transkrypt

sapere aude - Zespół Szkół Ogólnokształcących im. Stanisława
S
AP ER E AU
DE
S TR. 1
Gazeta
Społeczności
Szkolnej Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Zambrowie
sapere aude
Rok 12
Nr 4/72
luty 2013
Miesięcznik. Wydaje zespół „Sapere aude”. ZSO w Zambrowie
Święta święta i po świętach... I po Sylwestrze,
który pomógł nam przywitać nowy rok! Powrót
do szkoły po kilku dniach jedzenia i leniuchowania nie był łatwy, ale czego się nie robi dla nauki.
Z najnowszego numeru „Sapera” dowiecie się, jak
pod wpływem magii świąt zmieniła się, na chwilę,
nasza szkoła.
Ponadto: gimbaza z perspektywy licealistów
(czyżby kolejne plastiki na horyzoncie), nasze
pasje i jak to jest podpaść nauczycielowi oraz oczywiście KONIEC I semestru.
Mamy nadzieję, że nie straciliście zapału do walki
o stopnie, bo SHOW MUST GO ON!
Miłej lektury!
Wytrwale pracujący oddział Saperów 
W TYM NUMERZE:
Nasze pasje: taniec
4
Waka, waka, czyli studniówka’2013
6
Tymczasem na froncie
7
Ho, ho ho!!
8
Oczy dookoła głowy
11
Ho, ho, ho!!! S. 8
Małolaty i nałogi. S. 5
Nasze pasje. Strona 4
S TR. 2
R OK 12 4/72
Kalendarz
grudzień – styczeń
5. 12. Wykład o cukrzycy. P. Katarzyna z ośrodka
w Białymstoku wytłumaczyła nam, czym jest cukrzyca. Jest to choroba charakteryzująca się hiperglikemią (podwyższonym poziomem cukru
we krwi). Dowiedzieliśmy się, że u osób chorych
na cukrzycę
może
wystąpić
hipoglikemia
(niedocukrzenie), jeśli poziom cukru spada poniżej
55 mg/dl. Jej objawy to osłabienie, nudności i wymioty, senność, zaburzenia koncentracji, a nawet
śpiączka. Poznaliśmy dwa typy cukrzycy oraz czynniki jej rozwoju: otyłość, stres, brak aktywności
fizycznej, nieprawidłowa dieta. Dowiedzieliśmy się,
jakie powikłania mogą towarzyszyć cukrzycy Jest
to m. in. kwasica ketonowa - brak insuliny powoduje rozkładanie tłuszczów i związane z nim powstawanie ciał ketonowych, które przechodzą do krwi
i moczu chorego. Objawy to odwodnienie, głęboki
i szybki oddech często o zapachu acetonu, ból brzucha, senność. Dowiedzieliśmy się także, na czym
polega leczenie cukrzycy oraz że nieleczona może
prowadzić nawet do niewydolności nerek czy utraty
wzroku.
21.12. Jasełka. Oglądaliśmy przedstawienie pt.
„Wigilijna ulica” przygotowane przez członków
szkolnego teatru „Antrakt” pod kierownictwem p.
Bożeny Rykaczewskiej i p. Elżbiety Chmielewskiej.
W przerwach między występami aktorów usłyszeliśmy chórzystki, a na koniec obejrzeliśmy występ
dziewcząt z zespołu tanecznego. Za oprawę muzyczną odpowiadały p. Katarzyna Murawska i p.
Natalia Fabian.
Ludzie z tej ulicy w niczym nie różnili się od nas mieli podobne zmartwienia problemy. Wielu z nich
nie umiało powiedzieć, po co obchodzą święta,
kiedy pytała ich o to dziennikarka Tylko mały chłopiec udzielił prawidłowej odpowiedzi – święta to
rocznica narodzin Jezusa, który nie tylko przyszedł
do nas dwa tysiące lat temu, ale co roku o tej porze
przychodzi, aby zamieszkać w naszych sercach,
rodzinach. Na koniec wszyscy przenieśliśmy się do
szopki betlejemskiej, gdzie byli Maryja i Józef
z dzieciątkiem. W przerwach między występami
aktorów usłyszeliśmy chórzystki, a na koniec obejrzeliśmy występ dziewcząt z zespołu tanecznego.
Newsy zbiera i redaguje
Magdalena Konopko
z IIIcG
Mój KSM
Smutny, ale rzeczywisty fakt – wstydzimy się Boga.
Wstydzimy się tego, że słuchamy na lekcjach religii.
Wstydzimy się przyznać wśród kolegów, że kochamy
Jezusa. Wstydzimy się. Ja też.
Dwa lata temu, gdy dosyć sceptycznie podchodziłam
do bierzmowania, gdy mój światopogląd ograniczał się
do myśli „ bo tak się robi, no bo mama, bo katechetka,
bo to taki wiek”, pewna osoba zaciągnęła kilka osób,
w tym mnie, na spotkanie. Czego? Każą iść – idziemy,
przynajmniej nie musimy siedzieć na naukach, zawsze
jakiś plus. KSM.. Początkowo spotkania były tzw.
„kółkiem wzajemnej adoracji”, stowarzyszeniem działającym od akcji do akcji. Nie wiedziałam, po co tak
naprawdę tam chodzę, po co działam. Chodziła koleżanka – idę ja. I tak było do tego roku.
Nadeszła pewna zmiana. Pierwsze rekolekcje, na które
pojechaliśmy do Łomży, początkowo traktowałam
raczej jak wyjazd integracyjny. Owszem, miałam rację,
ale zbliżył mnie on do zupełnie innej sprawy. Jestem
katolikiem, bo uczęszczam na Mszę Świętą, bo modlę
się, nie zawsze, ale modlę się. Bo nie zabiłam, nie
kradłam, chodziłam do spowiedzi, na lekcje religii.
Ale... to nie było to. Czegoś ciągle brakowało. Czegoś,
co spowodowałoby, że nie wyobrażam sobie niedzieli
bez Mszy Świętej, dnia bez modlitwy. Na rekolekcjach
dotarło do mnie, że ta dziura, która zalegała w moim
sercu, czekała na Boga, a radość spowodowana obcowaniem z Nim potrafi wycisnąć łzy.
KSM to nie jest katolicka sekta. Nie opiera się
na nieustannym deklamowaniu modlitw, „klepaniu
Zdrowasiek”. To stowarzyszenie przybliża nas, młodych, do Boga, bo właśnie my jesteśmy nadzieją świata. Hasło KSM: „ Przez cnotę, naukę i pracę służyć
Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie – GOTÓW?” Nie żałuję, że należą do tej społeczności. Pomagamy ludziom,
organizując różne akcje, wspieramy ich modlitwą,
rozwijamy się duchowo poprzez wyjazdy na rekolekcje, gdzie poznajemy wspaniałych ludzi. Możemy
z nimi rozmawiać o Bogu, co nie zawsze jest możliwe
wśród moich znajomych. Nie muszę się przy nich
wstydzić Jezusa. Katolickie Stowarzyszenie Młodych
jest otwarte dla wszystkich. Nie bójmy się wychodzić
poza kanon.
Nasze spotkania odbywają się w każdy piątek o 18.00
w parafii Ducha Świętego w Zambrowie. GOTÓW!
Dominika Kowalewska
S AP ER E
AU D E
S TR. 3
Sport
Kolejne koszykarskie rozgrywki MTS Zambrów 19.12.2012r. przyniosły wiele emocji oraz niespodziewany zwrot akcji. Tego wieczoru nasza drużyna, po raz kolejny, walczyła z zespołem
„Żubry Białystok”.
Od pierwszego gwizdka MTS
wysunął się na prowadzenie, kończąc I kwartę wynikiem 21:15.
Niestety, przez kolejne minuty
spotkania między grupami toczyła
się zacięta walka – punkt
za punkt. Mecz zakończył się
wynikiem 71:74. Był to wielki
szo k dl a zgro mad zon ych ,
co prawda nielicznych, widzów,
ale też dla wszystkich zawodników MTS.
MTS Zambrów wkrótce wyjedzie
na zawody na Litwie.
Powodzenia !
Drużyna siatkarek zmierzyła się w Kolnie z zespołem
z Białegostoku i Łap. Dziewczyny bardzo się starały.
Niestety, przeciwniczki okazały się silniejsze.
Zespół z ZSO jest aktualnie w III Lidze Siatkówki
Dziewcząt 2012/2013. Jak zawsze trzymamy za nie
kciuki i życzymy powodzenia w kolejnych starciach.
Na zdjęciu obok – kapitan drużyny MTS Zambrów –
Przemysław Piątek kl. III bG
Oliwia Kalinowska
Kl. III cG
S TR. 4
R OK 12 4/72
Nasze pasje
Przetańczyć z Tobą chcę całą noc ...
Nowy rok szkolny, nowi ludzie i nowe pasje. Wiele
nowych spojrzeń na świat, ale także stara dobra
szkoła. Taniec. Jedni uważają to za chwilowe oderwanie od rzeczywistości, a inni dla tańca żyją. Cały
ich świat kręci się wokół muzyki, ruchu, perfekcji..
Imię i nazwisko: Paulina Łażewska
Wiek: 16 lat
Klasa: IaLO
Hobby/Pasja: taniec towarzyski
Jaki rodzaj tańca wykonujesz?
Tańczę taniec towarzyski, w którego skład wchodzi
5 tańców standardowych (walc angielski, tango, walc
wiedeński, foxtrot, quickstep) oraz 5 tańców latynoamerykańskich (samba, cha cha, rumba, pasodoble,
jive).
Dlaczego akurat ten rodzaj tańca?
Dlaczego tańczę? Hm... Bo tak jak znana tancerka
Tania Kehlet uważam, że „taniec to piękno wspólnego poruszania się mężczyzny i kobiety, porozumiewania się bez słów, interpretacji muzyki, wyrażania
muzyki przez dwóch harmonijnie poruszających się
ludzi.”
Jakie są jego zasady?
Zasady tańca są bardzo skomplikowane i jest ich
wiele. Przede wszystkim, aby móc występować
na turniejach tańca, każdy tancerz musi być zarejestrowany w Polskim Towarzystwie Tanecznym.
W Polsce wyróżniamy klasy taneczne: G,H,F (tzw.
hobby) oraz E,D,C,B,A czyli klasy sportowe. Ja
obecnie posiadam klasę taneczną C. Przygotowując
się na turnieje dostosowujemy naszą choreografię
do przepisów, jakie obowiązują w danej klasie. Aby
przejść do wyższej kategorii, trzeba zdobyć odpowiednią ilość punktów i miejsc na podium.
Jak na Twoją pasję reagują znajomi, przyjaciele ?
Bardzo pozytywnie. Cała moja rodzina zaangażowała się w moją pasję. Każdy z członków rodziny,
przed i podczas turnieju, ma jakieś zadania do spełnienia. Oczywiście koleżanki w szkole też zanudzam opowieściami o tańcu.
Czy ktoś w Twojej rodzinie miał styczność z tą
dyscypliną? Skąd Twoje zainteresowanie?
Krótką przygodę z tańcem miała kiedyś moja starsza siostra i to właściwie ona zaraziła mnie tańcem
towarzyskim. Razem z nią jeździłam na turnieje
tańca podziwiać wspaniałe tancerki i tancerzy na
parkiecie.
Jak wyglądały Twoje początki na parkiecie?
Pierwsi trenerzy, pierwszy turniej..
Z tańcem miałam do czynienia już w przedszkolu,
ale na poważnie zaczęło się 3 lata temu w Klubie
Tańca Towarzyskiego AKAT w Łomży, w którym
tańczę do dziś. Moimi trenerami są Magdalena
Pardo-Baczewska i Jacek Baczewski. Mój pierwszy
występ odbył się na Turnieju Tańca Towarzyskiego
o Puchar Prezydenta Miasta Łomży. Tańczyłam
wtedy w klasie tanecznej F i moja przygoda z tańcem zaczęła się wtedy na dobre
Opowiedz
o
swoich
przygotowaniach.
Jak wyglądają Twoje treningi, kiedy się odbywają,
jak długo trwają?
Taniec pochłania dużo czasu. Dwa razy w tygodniu
mam treningi po 1,5h, lekcje prywatne oraz wykonuję proste ćwiczenia rozciągające w domu. Ponadto w każdy weekend wyjeżdżam na turnieje tańca,
które odbywają się w różnych miastach całej Polski.
Przygotowanie do turnieju zajmuje dużo czasu
i angażuje wiele osób. Makijaż i fryzura turniejowa
to co najmniej 2h. Prócz tego prasowanie sukienek,
dojazd itp. Zazwyczaj jest tak, że gdy mam turniej,
muszę wstać o 6 rano, a wracam do domu o 12
w nocy. Następnego dnia muszę iść na 8 do szkoły
oczywiście wypoczęta, uśmiechnięta i wyuczona.
Czy jako tancerka musisz stosować specjalną
dietę ?
Nie, gdyż podczas tańca spalam tyle kalorii, zużywam tyle energii, że żadna dieta nie jest mi potrzebna. Dlatego wszystkim polecam taniec dla poprawy
formy, sylwetki i kondycji.
Czy wiążesz z tańcem plany na przyszłość ?
Tak. Chciałabym związać swoją przyszłość
z tańcem. Najpierw studia, a później spełnieniem
moich marzeń byłoby przekazywanie mojej pasji
(Ciąg dalszy na stronie 5)
S AP ER E
S TR. 5
AU D E
(Ciąg dalszy ze strony 4)
innym i sędziowanie na turniejach.
Partner Pauliny – Piotr Łuba – opowiedział, jak
wyglądają ich treningi, turnieje, zwycięstwa i porażki.
„Podczas treningu każdy wyłapuje błędy, Paula zwraca
uwagę mi, a ja jej. Kiedy ponosimy porażkę, nie wytykamy sobie błędów, tylko staramy nawzajem się
wspierać. Każdy wnosi do naszej pary co innego. Ja
gadamy na różne tematy (choć najwięcej o tańcu).
Jeśli chodzi o sukcesy, to zajęliśmy pierwsze
miejsce w naszej kategorii tanecznej na pucharze
okręgu podlaskiego, trzykrotnie stanęliśmy też na
podium na turniejach towarzyszących Grand Prix
Polski (nie mówię, jakich, bo i tak nikt nie będzie
wiedział, o co chodzi, poza tym nawet nie pamiętam).
Przebieg turnieju zależy od organizatora. Zdarzają
się turnieje z piękną aranżacją, profesjonalnym
oświetleniem i atmosferą, gdzie widać charakter
tego sportu. Najczęściej tego typu widowiska
odbywają się w jakieś hali sportowej, więc jeśli
ma podłogę pokrytą gumą, to organizatorzy zamawiają specjalny parkiet...itp itd. Aby wziąć udział
w turnieju jako widz, wystarczy na miejscu kupić
bilet.
Najbliższym turniejem o wyższej randze są Mistrzostwa Polski w lutym, gdzie pojawią się najlepsi tancerze z kraju. Niestety, my na razie nie
bierzemy w nim udziału.”
jestem gwałtowny, a Paula czeka na dalszy rozwój
sytuacji. Jeśli chodzi o relacje poza tańcem, to jesteśmy dość dobrymi znajomymi i dość często ze sobą
Alkohol, narkotyki, papierosy, dopalacze. W ciągu zaledwie dwóch
ostatnich lat było o tym głośno w mediach. Szum minął, a problemy
zostały.
Bardzo dziękuję Paulinie i Piotrkowi za poświęcony czas i w imieniu swoim i całej redakcji życzę
wielu sukcesów zarówno w szkole, jak i na parkiecie.
Oliwia Kalinowska
Kl. III cG
Małolaty i nałogi
Ale jaki jest główny problem? Otóż dziwnym trafem największym kłopotem jest dostępność tych produktów. Chodzi tu
dokładniej o dostępność towarów tego typu dla młodzieży. Chociaż słowo „młodzież” nie bardzo tu pasuje... Bardziej trafnym
określeniem będzie określenie „małolaty”. Zapytacie: dlaczego? Według mnie, młodzież to młodzi ludzie, którzy dbają o
siebie pod względem zdrowotnym i nie zgrywają kogoś innego, będąc kilka lub kilkanaście kilometrów od domu.
A małolaty tak robią.
Mniejsza z tym. Nałogi to trudny temat. Szczególnie jeśli chodzi o osoby młode. Jednak popatrzmy na to z pewnej perspektywy. Podam wam pewien przykład.
W środę stałam na jednym z przystanków autobusowych razem z koleżanką. Czekałyśmy na autobus. Wokół nas 95% osób
czekających to gimnazjaliści. W pewnym momencie poczułam silny swąd dymu papierosowego. Tak silny smród, jakby ktoś
palił za moimi plecami. Myślę sobie: „To niemożliwe, by uczniowie gimnazjum palili”. Po tym, jak się odwróciłam, okazało
się, że moje zdanie na temat gimnazjalistów było zdecydowanie za dobre. Moim oczom ukazał się następujący widok: chłopcy
niemający nawet piętnastu lat, trzymający w zębach papierosy. Ledwie toto od ziemi odrosło, a już pali. Strach pomyśleć,
co będzie robić w wieku 40 lat. Co to za pokolenia rosną!… Moje oczy nie zniosły tego widoku i obróciłam się w kierunku
jezdni. A tam kolejny szok. Idą sobie dziewczyny i dzielą się papierosami z jednej paczki. Boże. Dziewczyny ?!
Jednak ja jednej rzeczy nie rozumiem: skoro palą kilka kilometrów od domu, to dlaczego nie zapalą w obecności swoich
rodziców? Ja się pytam: dlaczego zgrywają kozaków tylko przed kolegami? Zastanawia mnie jeden fakt: od osób, które palą,
czuć charakterystyczny gryzący fetor. Czy rodzice tych małolatów nie czują tego zapachu? Są ślepi? Poza tym, przecież
ciągle w szkołach prowadzona jest edukacja antynałogowa, uświadamia się młodym, jakie skutki niesie ze sobą palenie czy
alkoholizm. Czy oni nie zdają sobie sprawy z tego, że w wieku zaledwie dwudziestu lat mogą umrzeć na raka lub inne paskudztwo?
Zdaję sobie sprawę z tego, że te słowa dla wielu niewiele znaczą. Ale mam taką malutka prośbę: słuchajcie, jesteśmy przyszłością naszego narodu. To właśnie my mamy przywrócić Polskę do stanu dawnej świetności. Jeżeli istotnie jest to nasze przeznaczenie, to może czas pomyśleć o tym, co dla nas dobre i przemyśleć troszkę swoje postępowanie.
KB, kl I D lo
S TR. 6
R OK 12 4/72
Waka, Waka... Studniówka A.D. 2013
Ponad 4 miesiące oczekiwania. Dziesiątki prób
poloneza „pokazowego”. Średnio 12 godzin
spędzonych przez uczennice u fryzjerów wg
badań*. W końcu nadszedł ten dzień…
19 stycznia 2013 roku. STUDNIÓWKA.
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy maturzyści
intensywnie przygotowywali się do studniówki,
wybierając garnitury bądź sukienki oraz niezbędne
akcesoria w postaci kolczyków, muszek, krawatów i wszystkiego potrzebnego, by się godnie
zaprezentować. Ale to jeszcze nie wszystko…
Próby, godziny prób. Polonez „pokazowy”.
Taniec klasowy na prezentację. Piosenka na prezentację. Długie debaty dotyczące prezentacji.
Niektórzy z nas mieli już naprawdę dość tego
zamieszania. Kurczę, ja sam odczułem pewną
ulgę, że wreszcie pójdę i się wybawię.
W sali przy Fabrycznej maturzyści zjawiali
się z osobami towarzyszącymi już od godziny 18.,
aby przed rozpoczęciem imprezy zakończyć sesje
zdjęciowe. Wszystko poszło sprawnie i obyło się
bez opóźnień. Po dwudziestej głos zabrali pan
dyrektor oraz przedstawiciele rodziców i uczniów.
Czyli standardowo. Następnie większość zebranych rozpoczęła „chodzonego”, który ze względu
na zbyt małe rozmiary lokalu sprawiał kłopot – za
wolne tempo, za małe odstępy. Jednak kogo to
obchodzi? Przecież zaraz potem nasi koledzy
i koleżanki pokazali, że próby spędzone na nauce
poloneza zaprocentowały na studniówce – pokaz
był wyśmienity.
Zespół pana Gryki dobrze wywiązał się
z zadania, maturzyści wyśmienicie się bawili, zaś sam
wodzirej umiejętnie wodził tancerzami, nieważne, czy
to była „Waka Waka” Shakiry czy też kankan (brawo
dla dziewczyn!). Impreza trwała tylko do godziny piątej
i to była chyba jedyna jej wada.
Spory akapit poświęcę kilku sprawom związanym
z samymi prezentacjami klas i podziękowaniami
dla wychowawczyń. Primo, niemal każda klasa skomponowała składanki, do których tańczyli uczniowie i chyba
tylko jedna klasa skupiła się na pewnej popularnej obecnie piosence. Po drugie, tę popularną piosenkę miały
w repertuarach inne klasy, na co niektórzy reagowali
„alergicznie”. Wyobraźcie sobie taką sytuację: pewien
lubiany w szkole profesor podryguje do rytmu muzyki
towarzyszącej ostatniemu występowi (była to klasa D).
Przy czwartym „Jaaa uwielbiam ją...” chwyta się za
serce i opiera o ścianę. Nie martwcie się, przeżył.
Po trzecie, widać, że każdy się przyłożył i nie chciał
zawieść na jedynym takim balu.
Kurczę, trochę ponad 120 dni i koniec... Na koniec
pozwolę sobie na coś, czego chyba nie robiłem na łamach Sapere, czyli małą prywatę. Chciałbym w imieniu
kl. III B podziękować pani profesor Natalii Fabian
za ogromną pomoc w przygotowaniu prezentacji, jej
rady i poświęcony czas.
A teraz, idziemy do nauki! Niestety.
A.R
*Badania wykazują, że jeśli się na nie powoła, ludzie
wierzą w dowolną informację.
*Komers- nazwa balu obchodzonego w szkołach średnich po zdaniu matury. Zwyczaj jego organizowania
trwał aż do lat 70. XX wieku.
Styczeń w licealnej społeczności uznawany jest za okres studniówkowy. Każdy szanujący się uczeń, spoglądając na starszych
kolegów, zauważa euforię malującą się na ich twarzach. Gdy zaczynałam swoją karierę w tutejszym gimnazjum, jak dziś
pamiętam ostatnie tygodnie przed wielkim dniem. Ciągnące się godzinami próby poloneza, przyozdabianie auli w standardowe
kolory: fiolet i róż, zamiany sal, bo to ta potrzebna tym, bo ta tamtym. Jednym słowem – cała szkoła przeżywała studniówkowy szał. Pamiętam, że gdy byłam w pierwszej klasie gimnazjum, marzyłam, by w przyszłości, na wzór moich starszych kolegów, „ubierać sale”. Jak kto woli, od dyskoteki po drogie salony Hollywood. Tematyka była dowolna, efekt za każdym razem
olśniewający i w pewien sposób magiczny – w końcu własną studniówkę ma się RAZ W ŻYCIU. Niestety, jak to w moim
życiu bywa, wszystko, co było fajne, kończy się akurat wtedy, kiedy mój rocznik wchodzi w dany okres. Klątwa? Jak dla mnie
pech. Od dwóch lat studniówka organizowana jest poza szkołą. Po małym wywiadzie, przeprowadzonym wśród uczniów
Konarskiego, stwierdzam, że zdania są podzielone. Jedni owszem, chcieliby do tego wrócić, ale są również tacy, dla których
studniówka poza szkołą jest czymś „super, cool i wgl czad”. Z powodu? „No bo więcej miejsca. Na auli to duszno i makijaż
płynie. I trzeba się przejmować sprzątaniem, itp, itd. A tam się jedzie na gotowe”. Fakt, można się z tym zgodzić, ale.. Odrzućmy ten makijaż i brak miejsca. Spójrzmy na to ze strony mentalnej. Przecież to jedyny taki bal. Czy studniówka nie traci
swojej duchowości, gdy nie wymaga przygotowań, oczywiście poza ubiorem, makijażem, zaproszeniami, itp., gdy w zasadzie
przyjeżdżamy na tzw. gotowe? Czy gdzieś w natłoku myśli o duchocie, spływającym makijażu, nie utracimy znaczenia studniówki? Mogę mieć cichą nadzieję, że gdy mój rocznik będzie zbliżał się do matury, mentalność nie tylko moich kolegów, ale
również naszych rodziców będzie inna i że tradycyjna szkolna studniówka wróci tam, gdzie miała swoje początki i gdzie jej
charakter nigdy nie zblaknie.
Dominika Kowalewska
S AP ER E
AU D E
S TR. 7
Tymczasem
na froncie...
… czyli rzecz o konfliktach klasowych.
Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, dlaczego wśród
nieskończonej ilości poradników różnej maści
czekających na półkach empiku nie ma pozycji
mówiącej o tym, jak przetrwać w szkolnej dżungli,
a dokładniej, co robić, gdy twojej klasa zacznie
wariować, bawiąc się w zwaśnione rody Montekich
i Kapuletów. Problem jest to bowiem znaczący,
a rozwiązania na horyzoncie pomysłów jak dotąd
brakuje. Dlatego też postanowiłam przeanalizować
problem bezsensownych konfliktów klasowych
i odpowiedzieć na nurtujące mnie pytanie, dlaczego?
Sami Swoi
…A wszystko zaczyna się od tej przysłowiowej
miedzy. Na tym polega cały problem, że początek
konfliktu oraz jego główny powód jest praktycznie
nie do odkrycia. Ze świecą szukać w tym wypadku
mędrca, który odpowiedziałby na to pytanie. Niektóre konflikty zaczynają się już w podstawówce,
z czasem przeradzając się w wojnę, która toczy się
często do ukończenia szkoły. Dobrze, gdy skłócone
osoby rozstają się na koniec podstawówki czy
gimnazjum, lecz gdy konflikt trwa do klasy maturalnej, to już zupełnie inna bajka. Czasem kłótnie
rodzą się dopiero w liceum, gdy na pozór dojrzali
(w granicach rozsądku oczywiście) ludzie, umiejący
komunikować się na poziomie nagle postawią sobie
za cel znienawidzenie jakiejś szczególnej jednostki.
Ok. konflikt między dwójką osób, które mają powody, by nie tolerować siebie nawzajem jeszcze
jestem w stanie zrozumieć, ale gdy narasta on do
rangi wojny klasowej między dwoma wrogimi
„obozami”, zaczynam mieć poważne obawy, czy
na pewno ten świat zmierza w dobrym kierunku.
Z punktu widzenia bezstronnego obserwatora konflikt taki może wydawać się śmieszny, porównywalny do awantury między Kargulami i Pawlakami
toczącymi zaciekły bój w komedii „Sami swoi” .
Mur Berliński
Gdy konflikt na stałe zagości w danej klasie, trudno
o dobrą komunikację, szczególnie, gdy obie strony
traktują go śmiertelnie poważnie. Zupełnie inaczej
odczuwają wszystko osoby trzecie, często wrzucone
w środek konfliktu, tworzące swego rodzaju mur
pozwalający na jako takie funkcjonowanie w tym
jakże nieprzyjaznym środowisku. Osoby te z czasem tworzą osobną grupę, próbującą najzwyczajniej
w świecie odciąć się od reszty dla świętego spoko-
ju. Jest to jednak niezwykle trudne, gdy za każdym
razem, jako „neutralne” muszą robić za mediatora
głupich sporów o „krzywe spojrzenie” i stawiać się w
najmniej komfortowym położeniu w imię „wyższych
celów”. Spróbuj tylko się wychylić, to cię „zjedzą”.
A przecież dorosłe osoby powinny opanować umiejętność „bezkrwawego” rozwiązywania konfliktów.
Dziewczyny vs. Chłopaki
W każdej klasie zdarzają się większe lub mniejsze
potyczki, ale gdyby wziąć pod uwagę podział klasy ze
względu na płeć, chyba każdy by się ze mną zgodził,
iż konflikty najczęściej wybuchają w klasach żeńskich. Niezły paradoks, szczególnie jeśli weźmiemy
pod uwagę stereotyp, że to mężczyźni są bardziej
konfliktowi i to oni najczęściej posługują się przemocą. Jednak po wielu latach obcowania z rówieśnikami
muszę obalić tę teorię. Owszem, chłopcy może są
bardziej agresywni, ale ich kłótnie najczęściej kończą
się na jednej bójce i podaniu sobie ręki - end of story.
Z dziewczynami sprawa wygląda nieco inaczej. Płeć
piękna z reguły zachowuje w pamięci wszystkie żale
i zawzięcie podtrzymuje konflikt, jakby od tego zależała jej godność. Zamiast machnąć ręką, będzie więc
upierać się przy swoim, nawet jeśli jej pobudki są
zgoła niedorzeczne. Stąd też wniosek, że
do ostrzejszych i zacieklejszych zgrzytów dochodzi
między paniami.
Wyrozumiałość to podstawa
Nie uważacie, że świat byłby piękniejszy, gdybyśmy
nauczyli się ze sobą rozmawiać? Bo czyż nie na tym
polega sztuka łagodzenia konfliktów? Niestety, wiele
osób zapomina o tym i przy osobach, których nie lubi,
zamienia się w pięcioletnie dziecko, któremu kolega
zabrał ulubioną łopatkę. Nie mówię tu od razu, że
mamy się wszyscy kochać i przytulać, bo sztuczny
uśmiech i fałszywa życzliwość też nie są zbyt mądrym
rozwiązaniem, ale zanim obrazimy się na wsze czasy,
powinniśmy próbować się nawzajem zrozumieć, bez
podnoszenia głosu, bez krzywych spojrzeń i wypinania się na druga osobę. Niestety, takie zachowanie nie
popłaca w dorosłym życiu, bo nie raz będziemy musieli schować dumę do kieszeni i ugryźć się w język.
Dlaczego więc nie spróbujemy wprowadzić do codziennego postępowania odrobiny wyrozumiałości dla
drugiego człowieka? Wszakże nie każdy jest idealny,
a małe błędy nie powinny prowadzić nas na ścieżkę
wojny z drugim człowiekiem.
K. Kowalewska a.k.a Ciotka Klotka
S TR. 8
R OK 12 4/72
Ho, ho, ho!!!
Mikołajki w naszej szkole to dzień, w którym do grzecznych dzieci przychodzi aż 3
świętych Mikołajów oczywiście w towarzystwie swoich pomocnic śnieżynek .
Aby zdobyć prezent, trzeba było zasłużyć – zaśpiewać piosenkę, wyrecytować wierszyk
lub usiąść na kolana Mikołaja. Pomimo kryzysu Święty rozdał duuużo słodyczy – jego
pomocnice musiały udać się do pobliskiego sklepu, by łakoci wystarczyło dla wszystkich.
Zobaczcie jak to wyglądało.
S AP ER E
AU D E
S TR. 9
S TR. 1 0
R OK 12 4/72
Znasz to?
Znasz to? Siedzisz czasami w samotności i myślisz, po co istniejemy. Skąd się wzięliśmy. O ile dla niektórych
jest to zagadnienie czysto filozoficzne, niewarte przemyślenia, nieistotne, o tyle ja biorę to pod rozwagę.
Według mnie każdy z nas ma do wypełnienia jakąś misję. Inną dla każdego człowieka. Prócz tego ma szereg
zadań, które musi wypełnić, by być naprawdę szczęśliwym. Jeżeli ominie chociaż jedno, powtórki nie będzie,
a sumienie będzie go ścigać do końca życia.
Kto kieruje naszym losem? Zapaleni chrześcijanie zaraz odpowiedzą, że Bóg. No tak, coś w tym jest, ale prócz
tego? Przecież Bóg to nie Big Brother - nie może być tak, że skupi się na jednym człowieku i już pozamiatane
ma na resztę...
Moim zdaniem Bóg owszem, jest istotny w naszym życiu, ale dużo też zależy od nas. To my bezpośrednio
wybieramy swoją drogę i nią idziemy dalej. Bóg może albo nas wspierać albo nas opuści.
A jaka jest nasza rola w życiu drugiego człowieka? Dlaczego niektórzy wierzą w istnienie "bratniej duszy"?
Czy w ogóle coś takiego istnieje? A może to bajka dla nieuleczalnych romantyków?
Moim zdaniem bratnia dusza to mit. Gdyby faktycznie gdzieś był człowiek, który jest nam przeznaczony, nie
byłoby tylu rozwodów, życiowych pomyłek itp. A to, że czasami spotykamy na swej drodze człowieka myślącego podobnie, z którym przez pewien czas jesteśmy jakoś związani, nie ma tu nic do rzeczy. Przypadek. Czysty przypadek, przecież równie dobrze mógłby być to ktoś inny.
Nie ma też dla mnie miłości aż po grób. Kolejna bujda dla tych, którzy lubią się oszukiwać. Czegoś takiego nie ma i nie będzie. Jeżeli już z kimś jesteś przez dłuższy czas, to się
robi kwestia przyzwyczajenia.
To są moje przemyślenia, jeżeli ktoś ma inne zdanie, nie neguję, ale i nie wchodzę w
polemikę. Jednak nikomu się zapewne nie uda przekonać mnie, że jest inaczej. Zbyt dużo
pomyłek ......
AK
Umiesz liczyć?
Licz na siebie
Często wydaje nam się, że druga osoba jest właśnie
tą, której szukaliśmy całe życie. Nieprawda. Taka
postawa jest godna tych, którzy lubią sobie pomarzyć i się oszukiwać. Nie ma czegoś takiego, jak
miłość. To jest iluzja, którą sprzedają nam inni,
byśmy poczuli się lepiej. Mówi, że cię kocha?
W domyśle: sprzedaje ci iluzję, którą bierzesz
za prawdę. Jeżeli już idziesz na te słodkie oszustwa,
to dlaczego potem skarżysz się na życie? Poniekąd
sam jesteś sobie winna/y. Gdybyś od samego początku patrzył na to trzeźwym okiem, nie miałbyś
problemów, do których nie umiesz się teraz zdystansować.
Dlatego – unikaj angażowania się w to, co i tak nie
przyniesie efektów.
Nie słuchaj innych – nie są tobą więc nie umieją
doradzić, co jest dla ciebie najlepsze
Nie oszukuj się – ludzie nie są po to, żeby ci pomagać. No chyba że pogrążyć się w kłopotach, wtedy są
niezawodni ;/
Umiesz liczyć ? Licz sam na siebie – taka jest niezawodna i ponadczasowa rada. Kto cię nie oszuka, ten
cię na pewno sprzeda.
AK
S AP ER E
AU D E
S TR. 1 1
Coraz bliżej święta...
21. grudnia obejrzeliśmy jasełka w wykonaniu szkolnego teatru „Antrakt”, chóru oraz dziewczyn
z zespołu tanecznego. Nad wszystkim czuwały Panie: E. Chmielewska, B. Rykaczewska, K. Murawska
i N. Fabian.
Przedstawienie „Wigilijna ulica” obrazowało życie codzienne ludzi przed świętami. Są oni zabiegani,
zajęci pracą, przedświątecznymi zakupami tak, że zapominają, dlaczego święta są ważne. Na tytułowej ulicy
zobaczyliśmy biznesmanów, którzy spieszą na ważne spotkanie i nastolatki oglądające wystawę w oknie sklepowym. Ulicą przechodziły też dwie starsze panie, które narzekały na swoich sąsiadów. W pewnym momencie
jedna z nich (w jej rolę wcieliła się Martyna Dekutowska) zasłabła i pewien przechodzień pomógł jej dotrzeć
do szpitala. Byliśmy też świadkami rozmowy dwojga znajomych, którzy spotkali się po latach oraz trzech
lekarek, z których jedna narzekała na to, że ludzie zbyt dużo chorują. Wracali tamtędy do domu też rodzice
z dzieckiem. Wszystko obserwował jeden z przechodniów. Ludzi idących ulicą dziennikarka (Dominika Kowalewska) pytała, czy wiedzą, po co obchodzą święta. Okazało się, że tylko nieliczni dostrzegają prawdziwy
sens świąt. Biznesmani byli tak zajęci pracą, że nie mieli czasu na ich obchodzenie, nastolatkom kojarzą się
tylko ze śniegiem, świąteczną atmosferą i prezentami, dla starszych pań święta to czas przebaczania i dzielenia
się, ale prawidłowej odpowiedzi na to pytanie udzielił chłopiec, który wracał z rodzicami do domu – święta to
rocznica narodzin Jezusa, który nie tylko przyszedł do nas dwa tysiące lat temu, ale co roku o tej porze przychodzi, aby zamieszkać w naszych sercach. Na koniec miała miejsce uroczysta scena – przechodzień, który
obserwował wszystko, przeczytał fragment Pisma Świętego o narodzeniu Jezusa, zabrzmiała kolęda „Lulajże
Jezuniu” i wszyscy przenieśli się do szopki betlejemskiej.
W przerwach między występami aktorów śpiewały dziewczyny z chóru. Usłyszeliśmy m. in
„Uciekali’ „Coraz bliżej święta”, „Kto wie” oraz kolędę „Lulajże Jezuniu”.
Na koniec był występ dziewczyn z zespołu tanecznego, które na tę okazję przygotowały dla nas muzyczną niespodziankę.
mk
Oczy dookoła głowy...
Uważaj na belfra...
Przystanek, sklep, park, plac za blokiem... Gdzie najlepiej pójść, aby chociaż na chwilę uciec od szkoły? Plan doskonały raczej nie istnieje zważywszy, że Zambrów to małe miasteczko i na każdym kroku można
spotkać niewłaściwą osobę.
Tok myślenia przeciętnego ucznia gimnazjum wygląda mniej więcej tak:
Poniedziałek. Pierwsza lekcja w planie to fizyka. Zapowiedziana kartkówka – czyżby szykowała się kolejna
pała ? Nie idę. Po co? Nikt nie zauważy. Wcisnę rodzicom kit, że nauczycielka źle sprawdziła listę obecności.
Jakoś to będzie. Gdzie pójść? LIDL – tak! Chodzę między półkami, oglądam wyłożone na półkach produkty aż
tu nagle ... no nie ?! Mrozowska na horyzoncie. I co teraz? Muszę szybko wymknąć się ze sklepu. Może mnie
nie zauważy. Tak udało się! Trzeba wracać. Koniec wolności...
Środa. Ostatnia lekcja to wf. Semestr prawie się kończy, więc nie
trzeba się tak starać. Zresztą i tak mam zagrożenie. Nie opłaca mi
się już chodzić. Idę na „peksy”. Woźny mnie nie zauważy, a koledzy
z klasy mnie nie wydadzą. Idealnie! Ale ze mnie intrygant! Zza rogu
wychodzi pedagog.. O.O oni są wszędzie ...
Nie oszukujmy się. Nauczyciele są bardzo spostrzegawczy – woźni nawet jeszcze bardziej. Z własnego doświadczenia
wiem, że nie można przekroczyć progu szkoły bez wyjaśnień typu:
gdzie? po co? dlaczego?
Może z czasem powstanie mapka, na której zaznaczone
będą miejsca, gdzie najczęściej bywają nauczyciele ZSO. Na pewno
dowiecie się o niej jako pierwsi .
~ OK
S TR. 1 2
R OK 12 4/72
Jak to jest...
Opowiadanie w odcinkach
– Więc jak to rozegramy? - zapytał niższy chłopak, który zwał się bodajże Olaf.
– Przeczekamy ten tydzień, aż sytuacja się uspokoi, potem zrobimy pierwszy ruch – odpowiedział niedawno
przybyły DJ. Wyglądał z pozoru na zwyczajnego nastolatka, który potrafi podnieść głos jedynie w obecności
swoich kolegów, a mimo to cieszył się szacunkiem. To zadziwiające, jak wiele wygląd może powiedzieć
o człowieku, ale również jak bardzo może człowieka zmylić.
– Rafał się już niecierpliwi – powiedział Olaf.
– Wytrzymam – syknął Rafał przez zaciśnięte usta. Strasznie liczył się ze zdaniem Dja albo po prostu nie
chciał mu podpaść.
– Chłopaki, luuuuz. – Dj przybił piątkę z jednym i drugim, po czym zniknął w tłumie.
Słysząc urywającą się rozmowę, jak gdyby nigdy nic podszedłem do chłopaków, którzy właśnie mieli zamiar
odejść.
– Siemano – zacząłem, żeby choć na moment zwrócili na mnie uwagę.
– Czego? - zapytał Rafał dość nieprzyjemnym tonem, który zapewne miał oznaczać, iż mam się oddalić.
– Chciałem po prostu podejść i nawiązać z kimś znajomość – odpowiedziałem.
– Jakbyś nie zauważył, nikt nie chce się z tobą zadawać, inaczej nie byłbyś sam.
– Rafał, zluzuj...
– Nie. Niech wie, że nikt go tu nie chce.
– Ciekawe, czy twoje myśli są tak samo nie wyraźne jak słowa, bo, brachu, seplenisz trochę.
– Radzę ci stąd odejść, bo...
– Bo co? Oplujesz mnie?
– Chodź, idziemy stąd, nie chcę kolejnej bójki – odezwał się Olaf, odciągając agresywnego kolegę.
– Uff, a już myślałem, że przyjdzie mi poznać się z twoim DNA.
– Faza pierwsza – zakończona. Chodziło głównie o to, aby trochę poddenerwować któregoś z nich i sprawdzić,
od którego prędzej bym oberwał. Przynajmniej już wiedziałem, na czym stałem.
Zadzwonił dzwonek, wszyscy z uśmiechami albo bez udali się do klas, rozmawiając o dostanych
niedawno walentynkach. Nie wiedziałem, co takiego było w tych kartkach, skoro to tylko zwykłe kartki, jakieś
wierszyki lub czułe słówka napisane ładnym pismem. A czy nie można czegoś takiego powiedzieć swojej lubej
lub lubemu? Owszem, każdemu jest miło, że dostanie walentynkę, ale po co od razu robić z tego nie wiadomo
jaką sensację.
Nastąpił czas na fazę drugą. Zamiast ruszyć w stronę sali, gdzie aktualnie miałem lekcje, poszedłem
w przeciwnym kierunku.
„Elita” zazwyczaj o tej porze
spotykała się w swoim tajnym miejscu. Stwarzając
pozory trochę zagubionego,
udałem się tam, aby dyskretnie dowiedzieć się nowych
rzeczy. Musiałem się dowiedzieć, co planują na początku. Musiałem im w tym
przeszkodzić. Nie chciałem
grać jakiegoś bohatera. Ale
chciałem zacząć żyć naprawdę. Przecież trzeba pokazać
ludziom, że nie jest się ostatnią ofermą, jak sądzą inni,
prawda?
... ciąg dalszy nastąpi
S AP ER E
AU D E
S TR. 1 3
Przyjemnej lektury
Kolejna przeczytana książka za mną... Ostatnio naprawdę mało czytam, chyba
bardziej pochłaniają mnie puzzle niż powieści. Jednak to chyba nieistotne, co robię
w wolnym czasie, ważniejsze jest to, o jakiej książce wam opowiem.
„Pierwszy śnieg” - idealna na zimowe wieczory, nieprawdaż? Jo Nesbo doskonale
potrafi utrzymać klimat, aby zaciekawić czytelnika, jednak nie w stylu jakiegoś
romansidła, a kryminału. Pisałam już, że uwielbiam kryminały? Tak czy inaczej,
już od pierwszej strony coś się dzieje. Coś, co w gruncie rzeczy zostanie wyjaśnione jakiś czas później. Coś, co może mieć znaczący wpływ na to, co sobie myślimy
podczas czytania. Dlatego radzę czytać uważnie – wszystko może mieć znaczenie.
Komisarz Hole również nie omija ważnych bądź mniej ważnych szczegółów.
Jedne rzeczy odkrywa szybko, inne wolniej, co nie znaczy, że jest to jego złą stroną. Wręcz dobrą. Całą powieść Nesbo zaplanował bardzo dobrze, w końcu jeśli by
tak nie było, ta powieść nigdy nie znalazłaby się na pierwszym miejscu bestsellerów w Norwegii.
Czyta się szybko, opisy nie nudzą, dialogi tym bardziej. Powiem, a raczej napiszę, jeszcze tylko tyle, że duże
znaczenie będzie miał tu bałwan. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nikt z domowników pewnej rodziny go nie ulepił, a mimo to stał on obok domu, patrząc... No już nie będę wam nic zdradzała, nie chcę
być potem obwiniana o zdradzanie, o czym jest cała książka. Powiem tylko tyle, iż nie jest zbyt krótka. Leniwi
zapewne po nią nie sięgną, bo ponad czterysta stron ich przerazi, ale ktoś może akurat się nią zainteresuje. Uważam, że naprawdę warto, mi się tak bardzo spodobała, że musiałam zdobyć kolejną powieść tego autora. A jest
ich dużo i mam zamiar przeczytać każdą.
Więc do dzieła, kto nie boi się krwawych opisów, musi ją przeczytać. ;) A jeśli już zaczniecie, od początku
w głowie będziecie mieli tylko jedno pytanie:
Kto ulepił bałwana?
Związek przez Internet?
Związek przez Internet... Czy to w ogóle ma jakiś sens? Zapewne nie, prawda? Bo przecież jak można
być z kimś, spotykając się jedynie na skype, gg, czy facebooku? Z jednej strony jest to smutne, bo trzeba
brać pod uwagę różne aspekty, dlaczego wynikła akurat taka sytuacja. Jeśli dwie
osoby znają się tylko przez Internet, to nie ma w ogóle o czym rozmawiać, jest
to po prostu żałosne. A jak jest, kiedy chłopak wyjeżdża do pracy za granicę
na dłuższy czas lub na stałe? Teoretycznie rzecz biorąc, należałoby zakończyć
taką znajomość. Powód jest chyba prosty, jeśli nie mamy przy sobie osoby,
którą kochamy, zaczynamy tęsknić, a to czasami wręcz rozrywa nas od środka.
Wtedy może szybciej byśmy zapomnieli o danym człowieku, niż jakbyśmy
mieli codziennie z nim pisać i łudzić się, że jeszcze kiedyś będzie dane tym
dwóm osobom się połączyć. Nadzieja często bywa złudna. Zbyt często, prawda?
Niby wystrzegamy się, że jeśli nas by coś takiego spotkało, od razu zakończyliśmy znajomość. Ale czy to jest takie proste? Czy naprawdę jesteśmy aż tak
bardzo nieczuli, jeśli chodzi o sprawy miłosne, i tak szybko zapominamy? Osobiście chciałabym, aby czasami tak było. Naprawdę. Ale jak to powiadają – serce nie sługa. Jednak powracając do tego chłopaka, który wyjechał – jeśli dziewczyna byłaby pełnoletnia, w końcu po jakimś
czasie mogłaby do niego jechać. Żyliby długo i szczęśliwie, o ile w międzyczasie nie wynikłyby jakiś
nieprzyjemne sytuacje. Ale jeśli dziewczyna jest niepełnoletnia i nie mogłaby być przy swoim lubym?
Co wtedy? Oczywiście można by tu powiedzieć, że znajdzie sobie innego, bo przecież tego kwiatu jest
pół światu. No chyba, iż jest to już ten jedyny, bo przecież nie można tego wykluczyć. Nieraz spotkałam
się z czymś takim, że swoje ludzi poznali się w jeszcze w szkole średniej, albo i wcześniej, i są ze sobą
do dziś, mają trójkę dorosłych dzieci i wiedzie im się dobrze. Nie ma rzeczy niemożliwych, wszystko
może się zdarzyć. Takich przykładów można przytaczać mnóstwo, ale pytanie i tak pozostaje jedno –
czy związek przez Internet ma jakiś sens? Szczerze powiem, że nie wiem. Samoistnie sunie mi się na
palce, aby napisać, iż nie ma, jednak w głębi duszy chyba nie jestem aż tak do tego przekonana. Wszystko zależy od ludzi i od tego, jak rozegrają ten poziom swojego życia. Jeśli uda im się przetrwać taką
rozłąkę – dobrze, jeśli nie – nie byli dla siebie stworzeni. Może ckliwe, ale prawdziwe.
S TR. 1 4
R OK 12 4/72
Drakońskie prawo?
Już samo słowo szkoła źle nam się kojarzy, zwłaszcza, że jesteśmy po wystawieniu ocen z zachowania.
Czy nasz regulamin nie jest zbyt surowy? Nie lubimy
zakazów i nakazów, dlatego buntujemy się przeciwko przestrzeganiu regulaminu, ale czy słusznie?
Do odpowiedzi przyjdzie numer…
Tak, odpowiedź ustna to nieodłączny element naszego życia (podobnie jak sprawdziany, kartkówki
i samo chodzenie do szkoły) niezależnie od tego, czy
to lubimy czy nie. Czy jest oprócz nieprzygotowania
jakiś skuteczny sposób, by tego uniknąć? Niestety,
jeszcze takiego nie wymyślono. Znikanie na pół
lekcji pod pozorem namoczenia gąbki lub pójścia
do toalety raczej odpada. Odpowiedzi typu wiem, ale
nie wiem, jak to powiedzieć też możemy sobie darować. Pozostaje nam zaufać nauczycielom, którzy
bezustannie upominają nas, żeby się uczyć. Myślę, że
to nie jest taki zły pomysł, zważywszy na to, że w
przeciwnym wypadku okaże się, że Jan Kochanowski
urodził się na Sycylii, czasownik odmienia się przez
przypadki, oddech poszkodowanego sprawdza się
na tętnicy szyjnej, a pasożyty wewnętrzne człowieka
to tasiemiec i … dziecko.
Sposobów na „przygotowanie się” do lekcji jest
wiele
Jeżeli każdego dnia zmagasz się z konfliktem tragicznym – pójść do szkoły czy do Lidla – dobrze się
zastanów, zanim wybierzesz cokolwiek. Lepiej będzie jednak wybrać to pierwsze. Nawet jeśli w tej
nieszczęsnej szkole czeka cię kartkówka czy sprawdzian, nieprzyjście na lekcję nie rozwiązuje sprawy.
Pozostaje jeszcze spóźnienie. Nietrudno sobie to
wyobrazić. Jest ósma dwadzieścia i nauczyciel
sprawdza listę obecności. Wreszcie dochodzi
do ciebie – na pewno przyjdzie, ale dajmy mu/jej
jeszcze pięć minut. No i faktycznie, zjawiasz się
za pięć minut lub troszkę później. Cóż… lepiej późno niż wcale.
A teraz rozpatrzmy kwestię tzw. „pomocy naukowych”. Jeśli chodzisz do szkoły nie dlatego, że musisz, ale po to, żeby się czegoś nauczyć, tego typu
metody, moim zdaniem, nie mają żadnego sensu.
Rozumiem, że czasami mamy tyle nauki, że nie
sposób się ze wszystkim wyrobić i uciekanie się do
nich jest ostatecznością, ale każdą ocenę można
poprawić. A co do prac domowych, to sama nazwa
mówi, że są po to, żeby odrabiać je w domu, a nie na
parapecie w łazience szkolnej. Każdemu zdarza się
zapomnieć, ale nie codziennie.
Odpowiedni wygląd to podstawa
Tego, co składa się na odpowiedni wygląd gimnazjalisty, pewnie nie trzeba nikomu przypominać. Skupmy się jednak na makijażu. Delikatny makijaż nie
rzuca się tak bardzo w oczy jak tona tapety na twarzy
i pomalowane paznokcie. Nie żebym miała coś przeciwko malowaniu paznokci, ale wszystko w swoim
czasie – póki co musimy wyglądać jak uczennice.
Każda szkoła ma swój regulamin i musimy się pogodzić z tym, że dopóki jesteśmy uczniami, musimy go
przestrzegać. Zastanówmy się, jak wyglądałoby
życie w naszej szkole, gdyby nie obowiązywał w niej
regulamin. Lepiej? Nie powiedziałabym, ale każdy z
nas może mieć swoje zdanie na ten temat. Zwracam
się jednak do wszystkich, których nie zadowala
ocena z zachowania – przemyślcie to co powiedziałam, bo na pewno stać was na więcej.
mk
Pamiętnik maturzystki
20 stycznia 2013. A 100 dni matura…
A dokładniej 102 dni. Nie, żebym odliczała, ale na potrzeby pamiętnika „wygooglowałam” sobie dokładny
czas, który pozostał nam, biednym maturzystom do tzw. egzaminu dojrzałości. Ze słowem dojrzałości mogłabym polemizować, ale to temat na zupełnie inną dyskusję. Parę słów o studniówce. Mimo moich obaw i lęków
bawiłam się nadspodziewanie dobrze, no może oprócz przykrego incydentu z polonezem (który zostawię bez
komentarza). Największe obawy miałam odnośnie zespołu i tego, czy się na tej „ogromnej” sali wszyscy pomieścimy. Całe szczęście wodzirej zabawy potrafił porwać tłum do wspólnego tańca przy melodii Waka waka,
a miejsca też starczyło dla wszystkich. Nic dziwnego więc, że wytrwałam do końca zabawy, przymykając oko
na jakże często powtarzający się motyw ona tańczy dla mnie  . Niemniej jednak mogłabym się przyczepić
do samej ceny studniówki, która, nie ukrywajmy, była zdecydowanie za wysoka. Ale było – minęło, czas się
wziąć do roboty, gdyż trzy miesiące to mało czasu na ogarnięcie całego materiału na maturę, a jestem pewna,
że znajdę się w gronie tych, którzy zostawią wszystko na ostatnią chwilę, a później będą liczyć na łut szczęścia.
Póki co w ramach poszukiwania motywacji do nauki, będę przynajmniej udawać, że wzięłam się do roboty.
K. Kowalewska
S AP ER E
AU D E
S TR. 1 5
Kogo spotkasz na siłowni...
W XXI wieku presja bycia wiecznie młodym:
jędrnym, zgrabnym i umięśnionym jest silniejsza
jak nigdy dotąd, dlatego coraz większą popularność zdobywają siłownie.
Zyskują one rzesze zwolenników z każdym rokiem, a mania ćwiczeń ogarnia powoli cały
œświat. I jest to jak najbardziej pozytywne zjawisko.
Jednak jak wszystko na tym œświecie (który jutro
rzekomo przestanie istnieć, bo kiedy to piszę, jest
późny wieczór 20 grudnia), siłownie mają swoje
wady.
Pierwsza sprawa- wiele pań przychodzi tam tylko
po to, żeby się pokazać. Zaprezentować nowe
dresy, nowe legginsy z super-hiper anatomicznie
dopasowanej hydro-tkaniny czy też nowe buty
(koniecznie Nike albo Reebok!), które według
reklamy mają zadanie modelować pośladki swymi
wyprofilowanymi podeszwami. Ten typ klientek
siłowni bardzo często ćwiczy w pełnym makijażu.
Co więcej, co kilkanaście minut pędzi do toalety,
aby wszelkie niedociągnięcia zamaskować!
Na siłownię przychodzą również kobiety, które
chcą doprowadzić swoją figurę do perfekcji. Tyle
że perfekcja w ich rozumieniu oznacza idealnie
wyrzeźbione muskuły, silnie odznaczone mięśnie
nóg, brzucha oraz imponujący biceps.
Jeśli mam być szczera, korzystanie z bieżni czy
rowerka pod ostrzałem ich wzroku to cośœ więcej
niż katorga. Podczas gdy ja biegam w swoim tempie, mając urządzenie ustawione na łagodny poziom 3, panie kulturystki z poziomem 12 obserwują mnie z kpiną wypisaną na ich przecieranych co
chwilę ręcznikiem twarzach. Często nie szczędzą
również komentarzy i zawsze czują nieodpartą
chęć zademonstrowania wszystkim, jak działa
dane urządzenie.
Trzecia grupa uciążliwych entuzjastek siłowni to
panie, które żyją na bakier z higieną. Wydawałoby
się, że w takie miejsca przychodzą ludzie, którzy
nie mają tego typu problemów. A jednak! Jeśli
choć raz zobaczysz tam panią wstającą z przepoconego siodełka roweru bądźœ czyjeśœ nieświeże
skarpetki, możesz zrazić się do siłowni do końca
swoich dni. Byłoby to wielką stratą, bo przecież
nie ma nic zdrowszego niż porządny, długotrwały wysiłek!
Przypadki, które opisałam, to jedynie kropla w morzu
osobliwości spotykanych na siłowniach. Istnieją jeszcze
przecież siłownie męskie oraz te uniwersalne, czyli
przeznaczone dla obu płci. W większych miastach
można wykupić karnet na własnego trenera, na zajęcia z
jogi czy pilatesu. Na opisanie tego wszystkiego nie
pozwala mi jednak brak doświadczenia w tych sprawach oraz fakt, że zimą mój wysiłek ogranicza się do
truchtu w stronę szkoły przez œśniegowe zaspy. Cóż,
przynajmniej nikt nie mówi mi, na jaki poziom trudności mam te zaspy ustawić!
Maria Leszczyńska
II D
S TR. 1 6
R OK 12 4/72
Rozmaitości
Botoksy, implanty i inne fanty
Nasze jajo!
Oto rada
na twoje
koszmary!
4 – 2012/2013
ważne
do 15 marca 2013
Zabawa tylko
dla uczciwych!!!
W naszej piaskownicy nie chcemy
oszustów!
W dzisiejszym świecie chirurgia plastyczna uważana jest za
próżną dziedzinę medycyny, która kreuje nierealny obraz piękna. Feministki krzyczą, że kobiety idą pod nóż dla swoich (i nie tylko swoich)
facetów. Internet i telewizja bombardują nas zdjęciami zoperowanych
gwiazd. W całej tej nagonce zapominamy jednak, że wszystkie dziewczyny, które pragną przypominać czwartoligowe "modelki" z tanich
pisemek dla panów robią to na własne życzenie. Biust, który wygląda
jak wypchany piłkami do koszykówki i wargi niczym pontony to ich
gust, ich wizja piękna, ich wola i choćbyśmy chcieli, nie możemy im
tego zabronić. Mądry chirurg powinien wprawdzie takie pomysły wybić pacjentce z głowy, ale zawsze znajdą się tacy, którzy dla pieniędzy
ponaciągają i ponacinają wszystko, co się da.
Z drugiej strony, wypadałoby przyjrzeć się temu, co przemawia na korzyść chirurgii plastycznej. Załóżmy, że jesteśmy 25-letnią
blondynką, zdrową, zgrabną i powabną, z jednym wyjątkiem - nasz nos
wygląda jak pożyczony od Juliusza Cezara. Albo jesteśmy przystojnym
chłopakiem, którego uszy odstają pod kątem 90 stopni od głowy.
Wszyscy mamy jakieś wady, to prawda, ale w przypadku niektórych
jeden defekt może zrujnować samoocenę, pewność siebie, a nawet
efektywność ich pracy- wtedy pomoc skalpela może okazać się nieoceniona. Praca chirurga plastycznego to nie tylko wygładzanie zmarszczek i odsysanie tłuszczu. To także rekonstrukcja twarzy po poparzeniach, naprawianie skutków
podwójnej mastektomii czy
leczenie wrodzonych wad,
zagrażających zdrowiu czy
życiu. A to, że w przerwie
między zakupami bogate panie
wpadają do kliniki na mały
botoks? Jeśli efekt maski na
twarzy im odpowiada i mają się
dzięki temu poczuć lepiej, to
właściwie czemu miałyby sobie
odmawiać? :)
sapere aude,
Gazeta społeczności szkolnej Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Zambrowie
Redakcja: K. Kowalewska (IIIa), Alan Rashid (IIIbLO), Magdalena Konopko, A. Milewska i O. Kalinowska (IIIcG), D. Kowalewska (IaLO), M. Leszczyńska (IIdLO), Anna Kossakowska (ID), Liwia Dąbrowska i Klaudia Bielska
Kontakt z redakcją: 18 - 300 Zambrów, ul. M. Konopnickiej 16, tel. 086 271 27 08,
Opieka redakcyjna: Joanna Mrozowska
Skład i księgowość: Robert Mrozowski
Nakład: 120 egz.

Podobne dokumenty