weź mnie! SKITRAJ MNIE!!!

Komentarze

Transkrypt

weź mnie! SKITRAJ MNIE!!!
*Twoje mocne postanowienie poprawy *Pocztówka z Kopenhagi *Politechnika z dystansu *Niespotykane zawody: sokolnictwo *Obelżywy “napis” *Pani Karowa i Św.
Barbara *Pajtrakałay symfonowe *”Zestaw wprost piorunujący!” wywiad z wokalistą
Armii *Suplement *Podstawy fotografii: Głębia ostrości *GAPA *Joga *DJ i.llusion (a
bout the souffle) *Idiota Viscontiego
miesięcznik kulturalny Studentów Politechniki Warszawskiej
numer
24
ISSN 1732-9302
19.01.2006
SK w
IT eź
RA mn
J M ie!
NI
E!
!!
Bez serca przyklejonego przejść przez środek
miasta znaczy stawiać opór naciskowi, jaki się
na nas wywiera. Przecież trudno skłamać 10
razy będąc zaczepionym, że już daliśmy, że już
wrzuciliśmy do skrzynki, przecież widzimy, że
wszyscy mają serduszka, przecież nie jesteśmy
od nich gorsi, nie chcemy być izolowani, wykluczeni, napiętnowani nieposłuszeństwem, zaetykietowani jako „BEZ SERCA”, nie chcemy być
przez społeczeństwo ukarani.
Dopóki nie przeciwstawimy się wrzucenia pieniążka nie odczujemy żadnego nacisku, pojawi
się nawet uczucie spełnionego obowiązku, ale
jeżeli ten nacisk istnieje w przeciwnej sytuacji to
znaczy, że istnieje zawsze. Ulegamy złudzeniu,
wierzymy, że to co narzuca się nam z zewnątrz,
zostało stworzone przez nas samych. Że to my
jesteśmy tacy dobrzy, miłosierni, że dbamy o te
niemowlaki i o polskie szpitale. Naprawdę? Czy
corocznie bity rekord zebranych pieniędzy byłby
możliwy bez wielkiej machiny tworzącej presje
społeczną, egzekwującej naszą pieniężną pomoc
z niesłychaną skutecznością? Bez medialnego
szumu?
Oczywiście, że nie byłby, WOŚP to wspaniały twór, który oprócz niebagatelnej pomocy
potrzebującym, tworzy złudzenie, że myślimy
o innych.
Pomyślmy o nich, w ciągu całego roku odbywają się koncerty charytatywne, zbiórki, można
działać w wolontariacie, samemu od siebie, a nie
dzięki orkiestrze.
Spis
Treści
Wstępniak
2
Twoje mocne postanowienie poprawy
- ablahala - str. 3
Warszawa jest kobietą - mówiłbyś warszawka do własnej kobiety ?.
Pocztówka z Kopenhagi
- tasia - str. 4
Liberalni Wikingowie praktykują instytucję “sex friend”. Popularna jest ona
zwłaszcza pomiędzy sąsiadami
Politechnika z dystansu- andrzej curowski - str. 5
a miasto ceglanych domów i białych okiennic
Niespotykane zawody: sokolnictwo
- grztuś - str. 6 - wywiad
ADRES KORESPONDENCYJNY:
CRS, ul. Waryńskiego12, 00-631 Warszawa, z dopiskiem [i.pewu]
tel./faks: (022) 6609105
e-mail: [email protected]
www.ipewu.pw.edu.pl
REDAKCJA:
Redaktor Naczelny: Wiktor Sułkowski Redaktor Prowadzący: Agata Burczyńska
PR: Maciek Falkowski Sekretarz Redakcji: Karolina Zarębska Dział Graficzny:
Adam Jeziorski, Agata Burczyńska Fotografia: Grzesiek Tuszyński, Jacek
Jermakowicz Korekta: Weonika Abramczuk Marketing: Małgorzata
Janikowska Redakcja: Asia Andrysiak, Monika Goszczyńska, Małgorzata
Janikowska, Marcin Jeżo, Szymon Leśniewski, Asia Trautsolt, Andrzej
Curkowski, Darek Giska, Maciek Falkowski, Weronika Abramczuk, Ada
Łoniewska, Natalia Gierymska, Piotr Proczek, Piotr Leśniak, Adam Surmacz
PRODUKCJA:
Wydawca: Samorząd Studentów Politechniki Warszawskiej
Druk: Instytut Poligrafii Politechniki Warszawskiej
Naświetlarnia: Studio Beta
Papier: Amber Graphic 100g/m² - Arctic Paper S.A.
2
Obelżywy „napis” - Weronika Abramczuk - str. 8
dlaczego „kobieta i mężczyzna to teraz jedno i to samo”???
Pani Karowa i Św. Barbara - Adam Surmacz
- str. 8
Nie ma.. wystarczającej ilości odcinków na odrabianie popełnionych błędów !!
Pajtrakałay symfonowe - Werronika Abramczuk
- str. 10
„wprowadzenie życiowego i logicznego bezsensu w zdania całe wzbogaca
formę w sposób przerażający”
„Zestaw wprost piorunujący!” - Piotr
Proczek - str. 12 - wywiad z wokalistą Armii
Współczesne media traktują ludzi jak małpy, ale ja nie jestem małpą, jestem
człowiekiem.
+ wiele innych
3
Nie tak łatwo przewidzieć koniec świata. Już
kolejny rok od zakończenia drugiego tysiąclecia
trwamy w najlepsze, a Apokalipsy jak nie było,
tak nie ma. Toż ten perfidnie wymierzony policzek, musi niezmiernie piec rozgorączkowane
lica milenarystów... Pozostaje im standardowe
wyznaczenie kolejnej daty spełnienia proroctw.
Ewentualnie popełnienie zbiorowej akceleracji
optymistycznych prognoz na przyszłość. Żeby
mieć się czym stresować, przyjmijmy więc za deadline - przesilenie letnie w 2033 roku. Taka jest
przynajmniej oficjalna wersja boliwijskich Córek
Ummo. Tym razem nie mogą się mylić...
A więc – jeżeli któraś z konkurencyjnych przepowiedni nie pokrzyżuje planów powyższej sekcie, mamy przed sobą ponad dwadzieścia sylwestrów i tyleż samo okazji do obierania trudnych
ścieżek autopoprawy. Oto jedna z nich - powtarzaj za mną jak mantrę: Nigdy więcej nie użyję
słowa Warszawka...
Leopold Tyrmand w swoim Dzienniku 1954
przedstawił pewien intrygujący epizod autobiograficzny. W czasie pobytu w jenieckim obozie
w Norwegii był nieznanym szerszej publice indywiduum. Dopiero później zyskał sławę wybitnego pisarza i publicysty, wielkiego popularyzatora jazzu w Polsce. Na wstępie tej anegdotki
warto podkreślić, iż wśród współwięźniów znajdowała się ówczesna norweska elita intelektualna (choć trzeba dodać, że każdy ortodoksyjny
Szwed czy Fin zanegowałby istnienie takowej).
Tyrmand stworzył wokół siebie hermetyczną
grupę współwięźniów, która zaczęła jadać posiłki tylko we własnym towarzystwie. Jak zareagowało otoczenie? Otóż w jednej chwili zgromadzone pod przymusem w tym samym miejscu
najtęższe umysły Skandynawii zaczęły ubiegać
się o zaproszenie do niedostępnego dla pospolitych więźniów stołu. Posiłek w odpowiednim
gronie stał się marzeniem każdego wychudzonego obozowicza w pasiaku...
Znajdująca się przy ulicy Mazowieckiej Cukiernia Ziemiańska, która była sercem warszawskiej literatury dwudziestolecia międzywojennego, mogła pomieścić niespełna dwieście
osób. Sławny Stolik na pięterku znajdował się
Leopold Tyrmand w swoim Dzienniku 1954 przedstawił pewien intrygujący
epizod autobiograficzny.
na półpiętrze schodów łączących dolną i górną salę. To tu właśnie rozciągało się imperium
„Skamandra” – zachłyśniętych nowoodzyskaną wolnością poetów Słonimskiego, Lechonia, Tuwima czy Iwaszkiewicza. Tutaj tworzyli
żarty, bon tony, szmoncesy. Czytali swe dzieła,
by móc o nich dyskutować. Podobno właśnie
w Ziemiańskiej Witold Gombrowicz zaprezentował wybrane fragmenty „Ferdydurke”. Z kolei
Lechoń pełnił znad filiżanki kawy większość
swoich funkcji naczelnego redaktora Cyrulika
Warszawskiego. Niektórzy powiadają, że przede
wszystkim brak kawiarni na emigracji zmusił
Słonimskiego do powrotu na ojczystą ziemię.
Stolik był więc akademią literatury. Zaproszenie
na rozmowę z mistrzami pióra równało się społecznemu wyróżnieniu. Zignorowanie – towarzyskiej degradacji...
Wróćmy jednak do tego niemiłosiernie irytującego słowa Warszawka. W swoim pejoratywnym
wydźwięku określa zbiór relacji międzyludzkich
z pogranicza stołecznego życia towarzyskiego
i biznesu. Pierwsze skojarzenie z pewnością
ociera się o aurę przepychu i snobizmu, poczucia wyższości danej grupy nad resztą społeczeństwa, miejscami komiczną hermetyzację. Za
sprawą ogłupiających, kolorowych pisemek sfery te jednak stały się obiektem westchnień bądź
obsesją rzeszy Polaków...Czy słusznie? To zależy od stolika. Albo okażesz się wychudzonym
pozorantem w pasiaku marzącym o wspólnym
posiłku z elitą więzienia, ewentualnie wymienisz kilka uprzejmości ze Skamandrytą naszych
czasów. Naturalnym wydaje się także, iż nowo-
bogackie elity lubią otaczać się kreatywnymi
ludźmi sztuki. Z dwóch powodów. Po pierwsze
stać je na to, a po drugie...są przeważnie przerażająco nudne...
Warszawa w latach poprzedzających kataklizm drugiej wojny światowej nazywana była
Paryżem północy. Bywalcy światowych stolic
zgadzali się, że określenie to było jednoczesnym
komplementem dla dumy Francuzów. W czasie
kampanii wrześniowej zniszczeniu uległo piętnaście procent budynków, po powstaniu w getcie kolejne dwanaście. W 1944 w ciągu dwóch
miesięcy legła w gruzach oraz została strawiona przez płomienie ponad połowa ówczesnych
zabudowań. Statystycy obliczyli, iż biorąc pod
uwagę same zniszczenia Muranowa, dwieście
tysięcy robotników oraz pięćset wagonów kolejowych pracujący bez chwili wytchnienia wywiozłoby gruz z owej dzielnicy po czterech latach. Na unicestwienie znacznej części polskiego
dorobku narodowego Niemcy potrzebowali sto
sześć dni, czyli okres: od stłamszenia Powstania
Warszawskiego do wejścia wojsk radzieckich.
Łącznie zniszczono osiemdziesiąt pięć procent
serca Miasta, wywieziono czterdzieści pięć tysięcy wagonów dziedzictwa kulturalnego naszego kraju. 3 maja 1945 roku odbyła się wystawa
pod tytułem „Warszawa oskarża”. Roztrzaskany
posąg króla Zygmunta, spalone monety pochodzące ze słynnej w świecie kolekcji numizmatów
z Bizancjum, Grecji i Rzymu. Szczątki ksiąg ,
map, rycin i rękopisów z biblioteki królewskiej.
Misy renesansowe, z których jedli stacjonująNastępna strona
Poprzednia strona
cy w Muzeum Narodowym naziści. Kojarzysz
pełne zdruzgotania słowa Miłosza - „Niczego
mi proszę pana tak nie żal jak porcelany”? Aby
w deszczowe dni nie moczyć sobie obuwia,
Wermachtowcy wyciągali z gablot starodruki
i skrzętnie pokrywali nimi podłogę. Pijani żołnierze bezcześcili egipskie mumie. W mroźne
dni zabytkowe meble służyły za opał, a gobeliny
stawały się kocami. Muzealne sale – ubikacjami.
Z niemiecką skrupulatnością została spalona
Biblioteka Krasińskich, czyli dwieście pięćdziesiąt tysięcy starodruków, map, rękopisów, inkabułów. Dla rozrywki okupanci strzelali z broni
palnej do bezcennych obrazów. Roztrzaskiwali
rzeźby i antyczne posągi. Pomijając wrodzoną
głupotę nadludzi cała akcja rabunkowa nie była
prowadzona przez przypadkowych żołnierzy,
lecz przez wybitnych uczonych i specjalistów
– architektów i historyków sztuki. Instytut
Wschodnioeuropejski z siedzibą we Wrocławiu
wyznaczał kamienice z najstarszym rodowodem, które to później były plądrowane i palone.
Tuż przed wojną na inaugurację Muzeum Narodowego, prezydent Stefan Starzyński otwierał
wystawę „Warszawa wczoraj, dziś , jutro”. Po
wojnie Stolica mogła tylko oskarżać...
Podobno nawet Pablo Picasso pragnął wspomóc swoim pędzlem odbudowę Starówki. Oczywiście partia nie pozwoliła na udział człowieka
o trudnych do zaadaptowania w socrealizmie
pracach. Moja Babcia często wspomina, jak to
chadzała z Dziadkiem po Kościele odgruzowywać miasto. To była co tygodniowa tradycja
rodzin warszawskich, póki głębokie rany Sto-
licy nie zaczęły się zabliźniać. Niemniej...nie
jedna osoba, która przeżyła koszmar okupacji
Warszawy rwała sobie włosy z głowy, gdy odzywał się wizytujący plac budowy przedstawiciel władz KC. Czy chodziło o kolor elewacji,
czy ornamenty na budynkach – impertynenci
spod znaku Stalina wtrącali się do wszystkiego.
Jak zwykło wypowiadać się w takich chwilach
pokolenie Kolumbów – niech im Bóg wybaczy,
bo my nie potrafimy. A jednak – Stare Miasto
wzrosło ponownie i po ponad połowie wieku nie
wygląda już jak makieta na planie architektów.
Jest i dzięki temu łatwiej zaakceptować bolesną
przeszłość...
Po wojnie Warszawa została odbudowana
przez środki płynące z całego kraju. Teraz dług
ten spłaca z nawiązką. Sprawdź ile osób dojeżdżających z wielu zakątków kraju znalazło tutaj
pracę. Dowiedz się, ile pieniędzy wpłacanych
z podatków zbieranych w największym mieście
Polski wraca z powrotem na jego rozbudowę.
Czy masz jeszcze jakieś uzasadnione pretensje
do Warszawy? A więc Drogi Przyjezdny i Ty
Nierozgarnięty Warszawiaku, jeżeli nie jesteś
kolejnym ignorantem i hipokrytą, który dąży
do znalezienia się w degustujących odmętach
obecnych w każdej wielkiej metropolii... wsłuchaj się w moje życzliwe słowa. Chcesz obrazić
snobistyczne pseudoelity, to zrób to w mniej
szufladkujący ludzi sposób. Tak jak na człowieka inteligentnego przystało. Dlaczego mianem
Warszawki nazywany jest lizusowski karierowicz z prowincji, snobistyczny nowobogacki na
bankiecie Playboya, dresiarz szczelnie wypełniający czarne BMW w trakcie wakacyjnego wo-
żenia się po Władysławowie oraz szary zjadacz
chleba? Gdzie jest więc tutaj logika? Litości...
Jaka jest więc Warszawa? Janusz Jędrzejewicz,
zaufany współpracownik marszałka Piłsudskiego, po szokujących zdarzeniach września 1939
r. wyraził się o stolicy w takich słowach: Warszawa... Dziwne, jedyne miasto o stu obliczach,
miasto ukochane. Ustrojone, jak w różnokolorowe sukienki, w mnóstwo jaskrawych, świecących pozorów, roześmianych, lekkomyślnych,
porywających nurt żywy, głęboki, który jest po
prostu strumieniem najprawdziwszego niczem
nie sfałszowanego życia. Jest wybranym punktem
bohaterstwa Polski, jest przyrodzonym miejscem
(...). Warszawa zawsze umiała dawać nie tylko
najofiarniejsze jednostki, ale żywiołowy odruch
społeczeństwa na kryzysy dziejowe narodu”.
Warszawa jest kobietą. Należy Jej się szacunek
ze względu na Jej przeszłość i teraźniejszość.
Słowo Warszawka obraża nie tylko napuszonych snobów (którzy często przyszli na świat
w innym zakątku Rzeczypospolitej), lecz dobre
imię miasta Warsa i Sawy. Pierwszego sierpnia
łuna nad Powązkami rzuca cień na stojącego
w żołnierskiej postawie starszego gentelmana. Na jego ramieniu widnieje biało-czerwona
opaska. Uwierz mi, że nie można odwrócić od
niego wzroku. Ten - przed dziesiątkami kamer,
najpiękniejszą polszczyzną opowiada o swoim
przyjacielu leżącym w znajdującym się za nim
grobie. Jak żył, jak walczył, jak umierał...Nie
dziw się więc, że jestem dumny z człowieka, który wystąpił w obronie Kobiety...Ja też nie pozwolę mówić o Niej źle...
ablalahala
zwani przez niektórych Szwedziuchami, do
dziś praktykują ten bolesny zwyczaj. Względem
innych używek Duńczycy wydają się być dosyć
wstrzemięźliwi. Nałogowe palenie nie jest tu
bardzo poważnym problemem.
Mija trzeci miesiąc odkąd przyjechałam do
miasta czerwonej cegły, cyklistów, Tuborga
i pięknych, blond-włosych ludzi. Spędzony tu
czas pozwolił mi poczynić pewne obserwacje,
którymi się z Wami podzielę.
Tubylcy zwani Duńczykami, tudzież bardziej
pieszczotliwie Dunolami, są osobliwi i zupełnie
szczególni. Przede wszystkim uderza ich umiłowanie zdrowej, niskokalorycznej żywności.
Mleko, które cieszy się największą popularnością ma 0.1% zawartości tłuszczu. Ja, jako przyjezdny barbarzyńca nie doceniam zalet takiego
napitku. Dla mnie, jak pewnie dla większości
moich polskich bratanków, mleko 0.1% nie jest
mlekiem. To najzwyczajniej w świecie woda.
Oczywiście nikt z napływowch osób nie wyraża
4
tego sądu na głos, żeby się zanadto nie narazić
groźnym Wikingom.
Duńczycy po macoszemu traktują CocaColę. Sprzedaje się ją w butelkach z recyklingu.
Oznacza to, że zamiast lśniącej, błyszczącej
i kuszącej butelki, dostajemy Colę, która smutno
pływa w odrapanym i matowym opakowniu.
Miłośnicy Coli wiedzą, że takie entourage dla
brązowego trunku nie jest podniecające.
Do lipca tego roku w Kopenhadze, jak i w całej
Danii, obowiązywała swoista prohibicja, jedno
z licznych kuriozmów tej ziemi. Otóż alkohol do
godziny 20 można było kupić w każdym sklepie,
zaś po tej godzinie coś procentowego można
było dostać tylko w pubie, klubie, etc. Szwedzi,
Duńczycy prowadzą
zdrowy tryb życia,
dlatego też opasłego
Wikinga trzeba szukać
ze świeczką w ręku.
Duńczycy prowadzą zdrowy tryb życia, dlatego
też opasłego Wikinga trzeba szukać ze świeczką
w ręku. Jazda na rowerze i niskokaloryczna
żywność jest gwarantem ich dobrego wyglądu.
Duńczycy nie są przemęczeni pracą- mój kolega
zuważył wręcz, że “Dunole są pracą nieskażeni”.
To oczywiście też przydaje im młodości i urody.
Liberalni Wikingowie praktykują instytucję
“sex friend”. Popularna jest ona zwłaszcza pomiędzy sąsiadami. Seks-partnera można przy-
Studia za granicą stają się ostatnio coraz wyraźniejszym prądem na akademickiej mapie
Europy. Zew przygody nie jest mi obcy, więc
również dałem się ponieść owej fali, a pomyślne
wiatry skierowały mnie do hanzeatyckiego miasta Hamburg. Moim oczom ukazało się miasto
ceglanych domów i białych okiennic, dom wielu
kultur, gdzie z jednej strony dominuje wielki hałaśliwy port z lasem żurawi, z drugiej zaś jezioro
wołać dwoma lub trzema- w zależnosci od przyjętego kodu- uderzeniami w rurę od kaloryfera.
W kwestii dobrych manier Duńczycy stosują
swoje, odmienne nieco od naszych, zasady. Kiedy
chłopak proponuje dziewczynie, że odprowadzi
ją do domu, jest to przez płeć piękną odbierane
jako nieprzyjemna i natarczywa propozycja seksu. Inny wymiar takiej oferty dotyczy wolności
osobistej. Każda Dunka jest niezależna i wolna, więc jeśli ktoś myśli, że może zaoferować
swoje towarzystwo w drodze do niej do domu,
popełnia błąd. Równouprawnienie, moi mili!
Nie można zasadzać się na czyjąś niezależność,
wolność i samodzielność. Inny problem to tzw.
“otwieranie drzwi damom”. W Danii należy
uważać, dotyczy to zwłaszcza przyjezdnych pań,
jako że Dunkom wydaje siś to nie przeszkadzać.
Wychodząc ze sklepu, szkoły czy biura nie można liczyć, że dostąpi się zaszczytu bycia przepuszczoną. Co więcej, trzeba mieć się na baczności, aby nie dostać drzwiami w twarz.
Oczekujcie dalszych wieści z kraju licznych
wysp, jednego półwyspu i kranówy zdatnej do
picia.
Tasia
Alster w centrum, oaza spokoju. Miasto, gdzie
wszechobecne tory kolei miejskiej kontrastują z ogromną ilością zieleni, a dzielnica uciech
wokół ulicy Reeperbahn z romantycznym zakątkiem Blankenese. Mimo wielu urokliwych
miejsc Hamburg ma charakter raczej industrialny, a nowoczesna architektura nie grzeszy pięknem. Wszystko to może budzić mieszane uczucia, ale różnorodność sprawia, że z pewnością
każdy znajdzie tu coś dla siebie. Z tej perspektywy można też czasem docenić walory swojego podwórka. Warto w tym miejscu zauważyć,
że, tak Hamburg, jak i Warszawa, zostały ciężko doświadczone przez wojnę, która odcisnęła
trwałe piętno na ich wyglądzie. Nie bez znaczenia na nasze funkcje życiowe jest przecież fakt,
w jakim otoczeniu przychodzi nam uczyć się,
czy pracować. Co prawda otoczenie to możemy
kształtować, ale i ono kształtuje nas.
Przejdźmy zatem do miejsc najbliższych studentom. Campus TUHH uderza nowoczesnością w typowo hanzeatyckim stylu. Odniosłem
wrażenie, że typowi Hamburczycy wszystko, co
tylko możliwe zbudowaliby z ciemnej, czerwonej cegły. Co ciekawe, z każdej strony do budynku, którego kształt jest nieco udziwniony, trzeba
się wspinać po schodach, co być może miało być
symbolem wspinaczki studenta po wiedzę. Te
symboliczne schody wydają się jednak nadzwyczaj łagodne. System studiów różni się nieco od
naszego. Przedmioty na studiach inżynierskich
wykładane są po niemiecku, a na kierunkach
magisterskich- po angielsku. Zasadniczą różnicą jest jednak możliwość dowolnego doboru
przedmiotów z puli przeznaczonej dla danego
kierunku tak, aby w ciągu roku zdobyć określoną ilość punktów kredytowych. Niezwykle
cenną rzeczą jest praca nieraz w bardzo małych
grupach, a czasem nawet możliwość przeprowadzenia wykładów na prośbę zainteresowanych
studentów. Studentom przysługują też darmowe
Moim oczom ukazało się
miasto ceglanych domów
i białych okiennic, dom
wielu kultur, gdzie
z jednej strony dominuje
wielki hałaśliwy port
z lasem żurawi, z drugiej
zaś jezioro Alster
w centrum, oaza spokoju.
lektoraty. W porównaniu z Politechniką inna
jest też nieco struktura pracy studenta. W ciągu
roku akademickiego przeważają tam wykłady,
a dość mało jest ćwiczeń. Ilość godzin przypadająca na semestr jest również mniejsza niż u nas,
za to wymagany jest większy nakład pracy własnej. Fakt ten wielu studentów wykorzystuje jednak łącząc studia z pracą… zarobkową.
Prężnie działająca stołówka akademicka,
stanowiąca atrybut każdej niemieckiej uczelni,
stanowi codzienny cel popołudniowych
pielgrzymek mas studenckich. Konkurencję dla
niej mogą stanowić jedynie liczne bary tureckie.
Wielokulturowość, będąca zdecydowanym
atutem Hamburga, wyraża się nie tylko na sposób
kulinarny. Studentów wszelkich nacji pełno jest
na uczelni. Mają oni własne stowarzyszenia, które
raz na jakiś czas dają znać o sobie organizując
imprezy, prezentujące swoją kulturę etniczną.
Jednym z przejawów mieszanki kulturowej
Hamburga, a zarazem cennym źródłem wiedzy
o jego mieszkańcach, są rozsiane po całym
mieście sklepy z asortymentem egzotycznym,
stanowiące prawdziwy raj zakupowy.
Nie można nie wspomnieć o tak ważnej instytucji w życiu studenta jak akademiki, które zorganizowane są trochę inaczej niż w Polsce. Studenci mieszkają przeważnie w kilkupokojowych
Następna strona
Jarek Przydacz jest studentem V-go
roku Wydziału Leśnego Szkoły Głównej
Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.
Z zamiłowania jest sokolnikiem. W minione
wakacje przez ponad trzy miesiące pracował
w Kanadzie, ochraniając sady i plantacje przed
dzikim ptactwem.
O jego pasji i wspomnieniach zza oceanu rozmawiał nasz redakcyjny kolega.
Co sprawiło, że zainteresowałeś się sokolnictwem?
Sokolnictwo jest dość nietypową dziedziną,
niewielu ludzi w ogóle wie, że coś takiego w Polsce istnieje. Ja po raz pierwszy zetknąłem się
z sokolnictwem w Technikum Leśnym w Tu-
Poprzednia strona
apartamentach. W tych małych wspólnotach
skupia się życie współlokatorów, natomiast kontakty z dalszymi sąsiadami są już mniej zażyłe.
Może trochę mają na to wpływ robiące wrażenie
sterylnych korytarze… Nie zdarzają się raczej
akty integracji obejmujące cały korytarz np.
podczas imprezy.
Bardzo powszechnym i przyjemnym środkiem
komunikacji w miastach niemieckich są rowery,
niestety równie powszechne bywają też ich kradzieże. Przy odrobinie szczęścia można swoją
własność odkupić prawie za bezcen na pchlim
targu. Jeśli ktoś byłby tym nie w pełni usatysfakcjonowany może, mając bilet semestralny,
stanowiący zarazem legitymację studencką,
podróżować komunikacją miejską w promieniu
ok. 50 km dookoła miasta. A jest co podziwiać.
Uroki okolicznych miasteczek docenili sami
Hamburczycy, spośród których wielu przeniosło
się tam na stałe.
Być może moje impresje i spostrzeżenia, dla
jednych okażą się przydatne, a ciekawość innych
wzbudzą lub nie do końca zaspokoją, dlatego
jeśli macie tylko możliwość, sami przekonajcie
się, jak jest. A wówczas serce Hamburga, bijące
gdzieś w wielkim porcie, będzie na przemian
troskliwie budzić i kołysać Was do snu.
Andrzej Curkowski
6
choli, gdzie jest bardzo duża sokolarnia, działająca w ramach koła zainteresowań.
Czy masz w rodzinie jakieś tradycje z tym
związane?
Nie, nie mam. Trudno zresztą mówić o tradycjach, gdyż po wojnie sokolnictwo w Polsce odrodziło się dopiero w latach 70-tych.
Jak wiele osób w Polsce zajmuje się sokolnictwem?
Aktywnie działających osób, posiadających
własne ptaki, jest około 80, mniej więcej drugie
tyle posiada uprawnienia, lecz nie posiada własnego ptaka łowczego. Należy bowiem pamiętać, że utrzymanie ptaka nie jest łatwym obowiązkiem dla właściciela.
Czy posiadasz swojego sokoła?
Nie, aktualnie nie posiadam. Podczas pracy
w Kanadzie wykorzystywaliśmy sokoły właściciela firmy. Byłoby bowiem dużym problemem
przewiezienie sokoła przez granicę, chociażby ze
względu na wymagane zezwolenia czy miesięczną kwarantannę.
Czy zdarzyło się, że ptak, którym się opiekowałeś, w jakiś sposób cię zaatakował?
Z ptakiem nie jest tak jak na przykład z psem,
który lubi, kiedy się go podrapie za uchem. On
utrzymuje kontakt z człowiekiem ponieważ wie,
że dostanie łatwe jedzenie. Potrafi się przyzwyczaić do obcowania z ludźmi, z ich środowiskiem, jednak nigdy nie będzie to prawdziwa
przyjaźń. Zdarza się, że kiedy coś mu się nie podoba, potrafi dziobnąć w rękę, czy złapać szponami. Nie jest to jednak agresja wobec człowieka
- on tak reaguje, gdyż nie może inaczej wyrazić
swojego niezadowolenia, nie może nam przecież
powiedzieć, że coś mu nie odpowiada.
Czy myślisz, że ułożony przez człowieka ptak
potrafiłby przeżyć sam w naturalnym środowisku?
To zależy. Sokolnik układa swojego ptaka przeważnie pod kątem polowań. Taki ptak na pewno
przetrwa, radząc sobie lepiej niż ptaki dzikie,
które mają zakodowane w genach, jak polować,
i raczej nie potrafią wymyślić same nowych metod zdobywania pokarmu. Tymczasem ułożony
drapieżnik został wyuczony całkiem nowych
sposobów walki, dzięki czemu nie będzie miał
najmniejszych problemów ze zdobyciem pożywienia.
Dużo jest jednak ptaków tzw. rehabilitantów,
odnalezionych z urazami i przyniesionych przez
ludzi do sokolników, by im pomogli. Część z tych
ptaków wraca z powrotem na wolność, jednak
zdarzają się i takie, które na skutek urazów nie
są w stanie same zdobyć pożywienia – te zostają
już na stałe wśród ludzi, trafiając na przykład do
ogrodów zoologicznych.
Z ptakiem nie jest tak
jak na przykład z psem,
który lubi, kiedy się
go podrapie za uchem.
On utrzymuje kontakt
z człowiekiem ponieważ
wie, że dostanie łatwe
jedzenie.
W jaki sposób można zostać sokolnikiem?
W Polsce są dwie organizacje sokolnicze i najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, jest zgłoszenie
się bezpośrednio do którejś z nich. Należy zdać
egzamin łowiecki, a następnie można przystąpić
do państwowego egzaminu sokolniczego. Całość reguluje Ustawa Prawo Łowieckie.
Jakie prace może wykonywać sokolnik?
Głównie jest to ochrona różnych obiektów, na
przykład silosów ze zbożem, śmietnisk, pól golfowych, plantacji, sadów owocowych, a nawet
lotnisk.
Na ptaki, które wyjadają owoce w sadach czy
powodują kolizje z samolotami w okolicach lotnisk, próbowano już wszystkiego: strzelano do
nich, płoszono armatkami hukowymi, jednak
po pewnym czasie przyzwyczaiły się do tych
metod i przestały się bać. Natomiast doskonale
wiedzą, że jeżeli nie uciekną przed drapieżnikiem, to może się to dla nich skończyć śmiercią.
Drapieżniki są układane z reguły tak, by nie polowały, gdyż byłby to olbrzymi problem, gdyby
nasz ptak coś upolował, a później przez pół dnia
konsumował zdobycz, dopóty, dopóki byśmy
go nie znaleźli – w tym czasie nie moglibyśmy
pracować.
Ich zadaniem jest tylko latanie po okolicy, to
wystarcza by odstraszyć dzikie ptactwo, które
do obecności drapieżnika nigdy się nie przyzwyczai.
Czy taka praca jest efektywna? Na jak długo
można się pozbyć problematycznych ptaków?
Ptak to ptak – coś jeść musi, dlatego one próbują non-stop. Czasami zdarzało się, że kiedy sokół latał, dookoła nie było żadnego ptaka, kiedy
zaś tylko wziąłem go na rękawicę i wstawiłem do
namiotu, ptaki już zaczynały się zbierać, zwłaszcza, że uwielbiają one borówkę.
Najgorzej było jednak, kiedy przez kilka dni
z rzędu padał deszcz, w tym czasie ptaki nie żerowały, ja zaś siedziałem w namiocie, czytając
książki. Można się było nieźle zanudzić. Kiedy
zaś tylko rozpogadzało się, stada natychmiast
ruszały do sadów, żeby się najeść, gdyż trzy dni
bez jedzenia dla szpaka czy drozda to bardzo
długi okres.
Oczywiście w okolicy były też inne drapieżniki, jednak one po upolowaniu jednego ptaka
były całkowicie zajęte jedzeniem. Nasze ptaki
natomiast przez cały czas latały. Mieliśmy dwa
sokoły na zmianę, dzięki czemu jeden mógł odpoczywać, a w tym czasie drugi pracował.
W jaki sposób przywoływałeś sokoła?
W celu przywabienia sokoła używa się wabidła, na którym umieszczony jest kawałek mięsa.
Dla drapieżnika jest to niemal jak polowanie.
Lata on dookoła i próbuje je złapać, kiedy zaś mu
się uda, traktuje mięso jako nagrodę. Na zdjęciu
widać kolegę, który umieścił wabidło na wędce,
ponieważ musi być ono dla sokoła dobrze widoczne nawet kiedy stoi się między wysokimi
krzewami borówek.
Jak dużo czasu trzeba poświęcić ptakowi
dziennie?
Myślę, że minimum dwie godziny. Musi mieć
stały kontakt z człowiekiem, musi polatać i najeść się.
Podczas pracy przy ochronie sadów, spędzaliśmy razem cały dzień.. Z reguły wyglądało to
tak, że rano przyjeżdżałem na plantację, roz-
siadałem się wygodnie i czekałem, co się będzie
działo. Jeżeli na horyzoncie pojawiały się jakieś
stada ptaków, na przykład tysiąc szpaków – a takie stado nietrudno przegapić - wtedy wypuszczałem sokoła. Praca ta była bardzo odpowiedzialna, nie mogliśmy pozwolić sobie na brak
zaangażowania, gdyż straty wyrządzone przez
ptaki mogły być bardzo dotkliwe dla farmerów.
Jakie ptaki są wykorzystywane przez sokolników?
Większość ptaków, które mieliśmy do dyspozycji to były rarogi. Sprawdzały się one doskonale, gdyż potrafią latać w dosyć małych przestrzeniach, między drzewami, w terenie górskim.
Czy istnieją jakieś zawody sokolnicze?
W Polsce raz do roku, na początku listopada,
w czasie sezonu polowań na bażanty, odbywa
się spotkanie sokolnicze „Łowy z sokołami”.
Nie ma ono jednak charakteru konkurencji czy
zaciętej rywalizacji, lecz raczej towarzyskiego
spotkania łowieckiego połączonego z wymianą
doświadczeń.
Dwa lata temu w Tucholi zorganizowano konkurs lotów do balonu, jednak zainteresowanie
było małe i nie wiem, czy próbowano tego ponownie.
Z kolei w USA jest takich zawodów bardzo
dużo, odbywają się konkurencje polegające na
jak najszybszym lub najwyższym locie albo na
przykłąd na krążeniu po okręgu o jak najmniej-
szym promieniu. Ocenia się też sposób lotu ptaka, którego się układa.
Czy wiążesz z sokolnictwem jakieś nadzieje
na przyszłość, czy raczej jest to Twoje hobby?
Na razie traktuję to jako hobby, chociaż na
przyszłe wakacje planuję kolejny wyjazd do
Kanady. Jeżeli nadarzyłaby się jakaś okazja na
pracę z sokołami, to oczywiście bardzo chętnie
z niej skorzystam. Nie jest to ciężka praca, trzeba
jednak znać ptaki, wiedzieć jak się z nimi obchodzić, zrozumieć ich psychikę.
Więcej o sokolnictwie i naszym rozmówcy
dowiecie się na stronie: www.sokolnik.republika.pl
Rozmawiał Grzegorz Tuszyński
Zdjęcia pochodzą z archiwum rozmówcy
Pierwsza sobota grudnia to niezwykle ważny
dzień dla fanów rajdów samochodowych z racji
odbywającego się w Warszawie Rajdu Barbórka. Pełna nazwa tej wyjątkowej imprezy brzmi:
Rajd Barbórka Ogólnopolskie Kryterium Asów.
Ma on miejsce po zakończeniu mistrzostw we
wszystkich dyscyplinach sportu samochodowego w Polsce (rajdy, wyścigi górskie, rallycross,
wyścigi płaskie), a jego wyniki nie są uwzględniane w żadnej klasyfikacji. Rajd ten jest spo-
„Cechą dobermana jest lojalność!” – stwierdził
z naciskiem jeden z panów, siedzących w trzecim rzędzie. Z braku ciekawszych zajęć, większa
część zgromadzonych w Teatrze Współczesnym
przysłuchiwała się rozmowie trzech redaktorów nt. tego, jakie są plusy i minusy trzymania
w domu dobermana. Była godzina 18.30 i całkiem spora grupka rozproszonych po całej sali
dziennikarzy, fotografów i operatorów kamery
czekała na przedpremierowy pokaz fragmentów
sztuki zatytułowanej „Napis’ autorstwa Geralda Sibleyras. We Francji mówi się o nim, iż jest
autorem, „na którego można liczyć i z którym
trzeba będzie się liczyć! Jest młody, ma pomysły,
talent i styl.” A poza tym, to „pełen werwy, władający ostrym piórem i poczuciem humoru żartowniś.[...] Wpada w szał na widok głupoty ludzkiej, która niesie ze sobą stereotypy i tak zwane
„prawdy niepodważalne”, poznawane podczas
lektury kolorowych pisemek”.
Te słowa całkowicie potwierdza „Napis”. Bohaterami sztuki są tzw. ludzie na poziomie.
Ułożeni, kulturalni, obyci, obsesyjnie goniący za
nowoczesnością, zorientowani w tym, co dzieje
się na świecie, tacy, których światopogląd zdeterminowany jest przez to, co można przeczytać
w gazetach.
Pewnego dnia w windzie w ich domu pojawia
się obelżywy napis, dotyczący jednego z lokatorów- pana Lebrun, który wraz z żoną właśnie tu
się wprowadził. Bardzo szybko z powodu tegoz pozoru błahego- wydarzenia osoby, uchodzące za spokojne i zrównoważone, zmieniają się
w stado hien.
Fabuła dość prosta i nieskomplikowana,
8
Pewnego dnia
w windzie w ich domu
pojawia się obelżywy
napis... (a oni) ...
zmieniają się w stado
hien.
niezmuszająca widza do czytania „pomiędzy
wierszami”, ale dzięki temu bardzo przyjemna
i odprężająca. Całość statyczna, gdyż rozgrywa
się w czasie przyjęcia zorganizowanego przez
nowych lokatorów. Akcji właściwie nie ma, bo
najistotniejsze są dialogi, jakie prowadzi ze sobą
szóstka głównych, a zarazem jedynych, bohaterów. Z tychże dialogów wypływa komizm
słowny, który jest główną osią całego spektaklu.
Rozmowy postaci ukazują nam ich obłudę i hipokryzję, zawoalowane sztuczną uprzejmością.
Reżyserią polskiej wersji zajął się Maciej Englert, do obsady zaś zaangażowano aktorów
znanych z telewizji (m.in. Krzysztofa Kowalewskiego, Agnieszkę Pilaszewską i Martę Lipińskąznane z serialu „Miodowe Lata”, czy Monikę
Krzywkowską, grającą w serialu „Samo Życie”).
Warto pójść na tę sztukę, aby pośmiać się
z ludzkiej głupoty i prób bycia „cywilizowanymi
Europejczykami” aż do groteskowej przesady
oraz dowiedzieć się, dlaczego „kobieta i mężczyzna to teraz jedno i to samo”. Bo przecież- jak
zauważa pan Bouvier- „kiedyś tak nie było!”
*„Napis” będzie można zobaczyć 24., 25. oraz
26. stycznia w Teatrze Współczesnym.
Weronika Abramczuk / foto: Jacek Jermakowicz
tkaniem towarzyskim kierowców, kibiców i entuzjastów sportów motorowych i jest to swoiste
podziękowanie dla kibiców oraz sponsorów za
mniej lub bardziej udany sezon. Co roku na starcie staje wiele załóg, często z różnych kategorii
sportów samochodowych, również z zagranicy
(np. Fin Harri Rovanpera w 2000, Włoch Paolo
Andreucci w 2004). Jest to jedyna okazja, by zobaczyć walczące na jednej trasie różne rajdówki,
500 konne potwory z rallycrossu, czy nawet auta
zabytkowe.
Specyficzna, bo krótka (w tym roku 5 Odcinków Specjalnych o łącznej długości 11,3 km)
i trudna technicznie trasa oraz często bardzo
szybko zmieniające się warunki pogodowe
wymagają od zawodników wiele umiejętności
i uwagi. Nie ma więc wystarczającej ilości odcinków na odrabianie popełnionych błędów.
Następną rzeczą, jaka odróżnia „Barbórkę” od
innych rajdów jest kolejność startujących zawodników. By było bardziej widowiskowo, załogi
startują od teoretycznie najsłabszej do najmocniejszej. W ten sposób do końca nie wiadomo,
kto wygra odcinek, czy nawet całe zawody.
Kulminacją rajdu jest rozgrywany nocą Odcinek Specjalny Karowa. Do startu zostaje dopuszczonych tylko 30 najlepszych załog z rozegranych wcześniej odcinków. Z tej okazji
na- zamkniętych dla normalnego ruchu- ulicach
Karowej i Browarnej, mimo zimna, gromadzi się
kilka tysięcy fanów. Gorącą atmosferę zapewniają bardzo dynamiczne przejazdy zawodników,
jadących różnymi stylami. Część zawodników
jedzie dla publiczności, popisując się długimi
poślizgami na kostce Wiaduktu Markiewicza,
zbierając za to największe owacje. Pozostali jadą
„na okrągło” starając się wygrać ten prestiżowy
odcinek. Czasem „Pani Karowa” lubi niepokor-
Czasem „Pani Karowa”
lubi niepokornym płatać
figle,o czym świadczą
przedziurawione
opony, pogięte felgi
i wahacze po zderzeniach
z krawężnikami,
wybuchające silniki,
czy nawet kolizje
z barierami.
nym płatać figle, o czym świadczą przedziurawione opony, pogięte felgi i wahacze po zderzeniach z krawężnikami, wybuchające silniki
(bracia Bębenkowie w 2004), czy nawet kolizje
z barierami (Robert Kisiel w 2001). W przeszłości zdarzało się tak, że faworyci, dysponujący
najmocniejszym sprzętem i dużym doświadczeniem, przegrywali z powodu radykalnej zmiany
warunków na trasie. W 2002 roku śnieg pod
koniec rozgrywania odcinka padał tak mocno,
że Leszek Kuzaj, dysponujący najmocniejszym
w stawce Peugeotem 206 WRC zajął dopiero 23
miejsce, uznając wyższość zawodników w Fiatach Cinquecento i Seicento.
W tegorocznym, 43 Rajdzie Barbórka, wystartowały 73 załogi, spośród których metę osiągnęło 53. Obok nowoczesnych samochodów startujących w rajdach lub rallycrossie można było
zobaczyć w akcji zabytkowe Lancie Delty, Fiaty
125 i 131, czy nawet Poloneza 2000. Faworytami
był zeszłoroczny zwycięzca Leszek Kuzaj Subaru
Imprezą i Krzysztof Hołowczyc, jadący Peugeotem 206 WRC. Pierwszy odcinek na Bemowie
wygrał Hołowczyc. Na drugim odcinku Leszek
Kuzaj uzyskał prowadzenie, którego nie oddał
do końca rajdu. Najważniejszy odcinek Karowa
najszybciej przejechał Hołowczyc, natomiast
drugie miejsce zajął Michał Sołowow, pokazując
bardzo szybką i pewną jazdę. Urozmaiceniem
tego odcinka były przejazdy kierowców jadących zabytkowymi samochodami. W generalnej klasyfikacji pierwsze miejsce zajął Leszek
Kuzaj przed Tomaszem Kucharem i Krzysztofem Hołowczycem. Po zakończeniu Karowej
odbyła się dekoracja zwycięzców we wszystkich
klasyfikacjach Rajdu Barbórka oraz Rajdowych
Samochodowych Mistrzostw Polski.
Adam Surmacz
Wydarzenia
Stara Prochoffnia
„Najważniejszym zadaniem pisarza jest
opowiedzieć historię” - tak twierdzi Katurian,
główny bohater najnowszej sztuki Martina
McDonagha „Pan Poduszka”. I autor zdaje się
podzielać zdanie swojego bohatera, opowiadając kilkanaście wzajemnie przenikających się
ze sobą opowiadań z granicy koszmaru i rzeczywistości. Łączy je wspólny temat: dotyczą
w większości morderstw na małych dzieciach.
Nagle te morderstwa zaczynają realizować się
naprawdę- czyt. znalazły idealnego odbiorcę,
który nie oddziela fikcji od rzeczywistości. To
prowadzi do przesłuchań pisarza, autora tych
opowiadań i jego niedorozwiniętego brata
przez niebieskie służby. Oni też mają swoje
opowieści i swoje racje, nie pozwalające trwonić im czasu na analizę wpływu sztuki na rzeczywistość i odwrotnie.
W tej grze na śmierć i życie nie ma wygranych. Tylko Katurian wierzy, że najważniejsze to ocalić opowiadania. Głęboko osadzona
w tradycji irlandzkich opowieści sztuka „Pan
Poduszka” to najnowsza propozycja Sceny
Współczesnej w Starej Prochowni, zrealizowana we współpracy z Teatrem Współczesnym
w Szczecinie.
Premiera 22 i 23 stycznia 2006 r.
Martin McDonagh „Pan Poduszka”
tłumaczenie: Włodzimierz Kaczkowski.
reżyseria: Piotr Ratajczak
scenografia: Martyna Kotlińska
grają: Arkadiusz Buszko, Wojciech Brzeziński.
Stara Prochoffnia
Stare Miasto, ul. Boleść 2
tel. 636 36 24
Stara Prochoffnia (Teatr Tańca, Scena Współczesna):
28,30|01 19.15 „W stronę światła”- premiera!
Dla pierwszych dwóch osób, które napiszą na
adres: [email protected] i wyrażą chęć zobaczenia premiery „Pana Poduszki” 23 stycznia, czekają podwójne zaproszenia.
Teatr Współczesny
„Mimo wszystko” - dewiza życiowa francuskiej aktorki, Sary Bernhardt, legendy teatru
z przełomu XIX i XX wieku, gwiazdy o randze światowej, zwanej przez fanów „boską”.
Kanadyjski dramaturg przedstawił wielką
aktorkę u schyłku życia; z pomocą zaufanego
sekretarza spisuje ona, uzupełnia i koryguje
wspomnienia, przeprowadzając swego rodzaju rachunek sumienia. A ponieważ osobowość
miała niezwykłą, a życie burzliwe i nadzwyczaj barwne...
Przedstawienie trwa 1 godz. 30 min z 1. tylko
przerwą.
Ceny biletów: 30,25,10 zł.
25|01 19.00 Wasza ekscelencja- premiera!
26-27|01 19.00 Wasza ekscelencja; 19.00
Mimo wszystko
28-29|01 19.15 Napis; 19.00 Porucznik z Inishmore
31|01 19.00 Transfer
Przedstawienia odbywają się na dwóch scenach.
Więcej informacji: www.wspolczesny.pl
Na pierwsze dwie osoby, które odpowiedzą
na pytanie: „Która polska aktorka wystąpiła
w roli głównej spektaklu „Mimo wszystko”?”,
czekają podwójne zaproszenia do teatru na 26
i 27|01 o g. 19.00 (Scena w Baraku). Odpowiedzi przesyłajcie na: [email protected]
Teatr Ochoty
27-29|01 19.00 Pułkownik- Ptak
31|01-1|02 19.00 Edukacja Rity
Teatr Konsekwentny
25|01 20.00 Zaliczenie. Lekcja
26|01 19.15 ...i póki smierć nas nie rozłączy
27|01 19.15 Taśma
28|01 19.00 Wyrok śmierci na konia Faraona
29|01 20.00 Taśma
29|01 19.00 Pasolini- modlitwa na zlecenie
Na pierwszych pięć osób, które napiszą na
adres: [email protected] i wyrażą chęć
zobaczenia ww. spektakli (zaznaczyć który!),
czekają podwójne zaproszenia do wykorzystania w styczniu bądź lutym. http://free.art.
pl/konsekwentny
Teatr Ateneum
20-22|01 19.00 I tyle miłości; 19.15 Madame
de Sade
24-25|01 19.00 Zmierzch
Pomiędzy euforią a entropią, po jeziorze absurdu, sunie frywolna łódź bezsensu. Na łodzi
dumnie stoi Stanisław Ignacy Witkiewicz i macha wesoło kończynami górnymi do swych fanatyków. Oni zaś padają na brzuchy z zachwytu
nad jego twórczością, hen, hen, w oddali, na lądzie XXI wieku.
„Każdy może tworzyć byle co i ma prawo być
z tego zadowolonym, byleby nie był w swej pracy
całkowicie szczerym i znalazł kogoś, kto równie
kłamliwie będzie to podziwiał”- zauważył kiedyś
Witkacy z typową dla siebie ironią. I częściowo
miał rację- bo sam dbał, jak tylko mógł, by ukazać sztuczność i iluzoryczność swych dzieł, lecz
my je podziwiamy bynajmniej nie-kłamliwie.
My kochamy szczerze jego pisaninę, z rozkoszą
wręcz orgazmistyczną hasamy po przełęczach
bezsensu wraz z bohaterami jego sztuk, rzuconymi na urojone współrzędne nieeuklidesowej
rzeczywistości.
Stanisław Ignacy Witkiewicz urodził się 24
lutego 1885 roku w Warszawie, jako syn nauczycielki muzyki i słynnego malarza- architekta
Stanisława Witkiewicza, twórcy tzw. stylu zakopiańskiego. Wiódł życie równie zadziwiające, co
i postaci przez niego wykreowane. Był neurotykiem, ale i geniuszem. Wypracował swój własny
system religijny i filozoficzny. Podobno mył się
tylko w zimnej wodzie, podobno też jego małżonka Jadwiga prosiła jego kochankę, by ta go
nie zostawiła, gdyż Staś mógłby się przez to załamać nerwowo. Załamanie (czy raczej poważna
depresja) jednakże i tak się pojawiło, aczkolwiek
przyczyną jego nie była niewiasta. 18 września
1939 roku najbardziej intrygujący przedstawiciel
20-lecia międzywojennego popełnił samobójstwo, dowiedziawszy się, iż do Polski wkroczyła
armia Związku (zd)Radzieckiego.
Był wszechstronnie uzdolniony i znakomicie
wyedukowany, mimo że do szkoły nie uczęszczał. Kształcił się indywidualnie pod kierunkiem swego ojca, który nie miał zaufania do
publicznych placówek oświatowych. Mały Staś,
pod wrażeniem sztuk Szekspira, już w wieku
10
ośmiu lat pisał tzw. juwenilia, czyli swoje pierwsze dramaty np. „Karaluchy”, czy „Księżniczka
Magdalena” (warto sobie przeczytać choćby jeden, ale raczej po to, by się uśmiechnąć na myśl
o tym, jakie urocze pomysły mają dzieci, niż po
to, by się zachwycić fabułą).
Miał wielki talent do rysowania i malowania,
studiował nawet na Akademii Sztuk Pięknych,
a potem założył swoją Firmę Portretową. Warto
dodać, że Witkacy lubił malować, a i pisać również, będąc pod wpływem narkotyków, za które
uważał także kawę, herbatę i papierosy, jako że
prowadzą do uniformizacji społeczeństwa. Na
obrazach często zaznaczał, jaką ilość narkotyku przyjął, nim zabrał się do pracy, zaś swoje
doznania w stanie narkotycznego pobudzenia
psychicznego zawarł w pracy zatytułowanej
„Narkotyki”.
Jest autorem niebanalnej teorii dotyczącej teatru. Wymyślił Teatr Czystej Formy, w którym
pierwotnie miała istnieć sama forma, bez treści,
tzn. sposób prezentacji miał być istotniejszy niż
sam prezentowany przedmiot. Witkacy uważał,
że „wprowadzenie życiowego i logicznego bezsensu w zdania całe wzbogaca formę w sposób
przerażający” i zgodnie z tą zasadą bawił się irracjonalnością i lekceważył logikę. Z kolei wychodząc z innego założenia swojego autorstwa,
mówiącego, iż: „dzieło sztuki powinno być tak
tajemnicze w swojej prostocie czy komplikacji,
jak tajemniczym jest każde żywe stworzenie, takie właśnie, a nie inne”, starał się jak najbardziej
udziwnić i skomplikować fabułę oraz akcję,
pozwalając swej wyobraźni na prawdziwe, swobodne szaleństwo.
Postaci z jego sztuk mają dziwaczne imiona
(np. Rozhulantyna, Tumor Mózgowicz, Murdel
Bęski, Świntusia, Bałandaszek, Scurvy, Gyubal
Wahazar etc.), a pomiędzy ich działaniami nie
istnieje związek przyczynowo-skutkowy. Czyny
ich są często zupełnie nieadekwatne do sytuacji,
wszyscy nawzajem na zmianę nienawidzą siebie
i kochają się, czasem nawet zabijają, po to tylko,
by pojawić się, jak gdyby nigdy nic, w kolejnym
akcie. Niekiedy w wypowiedzi wplatane są zdania w obcych językach, wiele jest także ekstrawaganckich neologizmów w rodzaju „zagwazdranego neohumbugizmu”, czy absurdalnych
inwektyw takich jak: „dziamdzia Wasza mać
zaprzała!”.
Widz powinien mieć świadomość tego, że to,
co dzieje się na scenie jest iluzją. Stanisław Ignacy krytykował teatr naturalistyczny za to, iż pozwala oglądającym na złudne oderwanie się od
Każdy może tworzyć
byle co i ma prawo być
z tego zadowolonym,
byleby nie był w swej
pracy całkowicie
szczerym i znalazł kogoś,
kto równie kłamliwie
będzie to podziwiał
rzeczywistości. Bardzo szczegółowe didaskalia
to jedna z metod, by ukazać nieprawdziwość
całej sytuacji. Zadaniem Teatru Czystej Formy
jest sprawić, by widz doświadczając jedności
elementów przedstawienia, uświadomił sobie
podstawową zasadę Wszechświata- jedność
w wielości, a tym samym zbliżył się do Tajemnicy Istnienia (to podstawowe pojęcie w systemie
ontologicznym Witkiewicza, który uwielbiał
metafizykę).
Inną cechą, wyróżniającą teatr witkacowski
jest to, że w przeciwieństwie do teatru w ujęciu
Arystotelesa, który miał powodować katharsis
u widzów, Witkacy pozwalał raczej na oczyszczenie metafizyczne aktorów.
Zawsze, czytając jego dramaty, marzyłam sobie o tym, by chociaż jeden z nich zobaczyć na
scenie. I oto w listopadzie studenci IV roku Akademii Teatralnej, w uprzejmości swej, wybrali
na swoje zaliczenie inscenizację „Bezimiennego
dzieła”- jednej z tych sztuk Witkiewicza, w której
obok nieprzeciętnej formy, jest i znacząca treść.
Spektakl przygotowano pod kierunkiem Jana
Englerta i przyznam, że byłam nim zachwycona.
Metafizyka emanowała ze sceny, a młodzi aktorzy zdawali się świetnie bawić, odgrywając swoje
irracjonalne role.
Pięknie ukazali dramat Witkacego, zachowując jego totalnie niedorzeczną konstrukcję, a i od
siebie coś dodali. Wyeksponowali mianowicie
wszelkie wątki seksualne tak, iż zrobiła się z tego, można być rzec, sztuka poniekąd wyuzdana;):) Znacznie też podkreślony został wymiar
rozkładu moralnego ludzi w czasie rewolucji.
A tytułowe bezimiennie dzieło jest właśnie
dziełem rewolucji, która pojawia się na gruncie
innej rewolucji i jest symbolem degeneracji społeczeństwa. Jest to zawirowanie, będące parodią
tego, co stało się w Rosji w 1917 roku. Najpierw
podczas rewolucji lutowej obalono carat, a następnie, w ramach rewolucji październikowej,
rząd kierowany przez konstytucyjnego demokratę księcia Lwowa, został obalony przez bolszewików z Leninem na czele.
W sztuce Witkacego problemy polityczne wymieszane są z rozważaniami nad kwestią sztuki,
sprawa religii miesza się z systemem społecznym, a pomiędzy tym wszystkim plącze się filozofia ze swoim pytaniem: „po co?”.
Centralną postacią jest Plazmonik Bloedestaug, młody artysta malarz, który pragnie
metafizyczne uczucia ukazać za pomocą materialnej konstrukcji, zgodnie z koncepcją swego
ojca. Jest szaleńczo zakochany w kompozytorce
muzyki- Róży, która z kolei kocha obsesyjnie
Cyngę- szpiega i przywódcę tajemniczego bractwa mieduwalszczyków, które doprowadzi do
pierwszej rewolucji, a następnie zostanie obalone przez masę motłochu w czarnych spiczastych
czapeczkach, do których przyłączy się nawet
zblazowany książę Padował po tym, jak opuści
go ukochana eteryczna malarka Klaudestyna,
której ulubionym zajęciem jest malowanie metafizyki z punktu widzenia małych robaczków,
a która postanowi zamieszkać w więzeniu wraz
z Plazimonikiem po zamordowaniu przez niego
panny Róży;):)
Witkacy napisał, że : „artysta, prawdziwy artysta, a nie przeintelektualizowany młynek, mielący automatycznie wszystkie możliwe wariacje
i perturbacje, nie powinien bać się cierpienia”,
dlatego też w jego sztukach odważnie wyeksponowany jest absurd, mimo że początkowo nie
zdobywał dzięki temu uznania, a wręcz przeciwnie- był bardzo krytykowany i niedoceniany. Prowadził wiele polemik, próbując obronić
swój punkt widzenia. Z czasem jednak zdobył
ogromną popularność, a obecnie bilety na inscenizacje jego sztuk sprzedają się jak przysłowiowe
świeże bułeczki. Pointą artykułu niech będzie
pointa z „Bezimiennego dzieła”: „dwa są tylko
miejsca dla metafizycznych jednostek w naszych
czasach – więzienie i szpital wariatów”. Hmm.
No to kto się przeprowadza?;):)
Weronika Abramczuk
26-27|01 19.00 Kolacja dla głupca, 19.00 Zatrudnimy starego clowna
28-29|01 19.00 Pokojówki
29|01 19.00 Kolacja dla głupca
31|01 19.00 Król Edyp; 19.15 Pokojówki
Na ochotników (tych pierwszych), którzy
odważą się i napiszą maila na adres: [email protected]
pw.edu.pl oraz odpowiedzą na pytanie:
„Dlaczego teatr Ateneum (w zasadzie...mógłby
być także prawie każdy inny) nie jest czynny
np. 23|01?” czekają podwójne zaproszenia do
teatru Ateneum na poniższe sztuki (napiszcie,
które z nich chcielibyście zobaczyć):
20|01 I tyle miłości
24|01 Zmierzch
26|01 Zatrudnimy starego Clowna
28|01 Pokojówki
29|01 Kolacja dla głupca
31|01 Król Edyp
Wszystkie sztuki startują o 19.00
Spektakle na dwóch scenach: Głównej i 61.
Więcej informacji: www.teatrateneum.pl
Teatr Studio
20-22|01 19.00 Doktor Haust
27-29|01 19.00 Więź
27|01 21.00 Filozofia po góralsku
28-29|01 17.00 Filozofia po góralsku
Zapraszamy na sztuki Teatru Studio. Dla
tych, co do teatru nie zaglądają zbyt często
mamy podwójne zaproszenia na sztuki: Doktor Haust(22|01,g.19), Więź (27|01, g.19), Filozofia po góralsku (28|01, g.17).
Wystarczy napisać na adres: [email protected]
pw.edu.pl i odpowiedzieć na pytanie: „Czyją
wystawę można oglądać w Galerii Kuluary
w PKiN-ie od 9 stycznia?”.
17|02 „Sługa dwóch panów” premiera!
Na pierwsze dwie osoby, które wyrażą chęć
czynnego ukulturalnienia się i odpowiedzą
na pytanie: Jakiej narodowości jest reżyser
teatralny sztuki „Sługa dwóch panów”? czekają podwójne zaproszenia na tę sztukę na 21
i 22.02 godz.19.00. Odpowiedzi proszę przesyłać na [email protected]
Kino Iluzjon
22|01 12.15 Labirynt; 14.15 King Kong (1976);
16.45 Zły porucznik; 18.30 Życie zaczyna się
jutro; 19.45 West Side Story
24|01 18.15 Dwulicowa kobieta; 20.00 Adwokat diabła
25|01 18.30 Człowiek, który wiedział za
dużo; 20.00 Bałkany
26|01 17.00 Aniołowie o brudnych twarzach;
18.45 Szalona miłość; 20.00 Nocny kowboj
27|01 18.00 Manhattan; 20.00 Sokół
maltański
28|01 15.00 Rebeka; 17.30 Taksówkarz; 19.45
New York, New York
29|01 13.00 Willow; 15.30 Bulwar zachodzącego słońca; 17.45 Żądło; 20.15 Bugsy Malone
30|01 18.00 Tess harding; 20.00 Brawura
31|01 17.45 Maratończyk; 20.00 Żądło
KINO LAB
Z cyklu NAJLEPSZE Z 2005:
23|01 19.00 Ukryte
24|01 19.00 FRDV: Un homme, un vrai
25|01 19.00 Ukryte
26|01 20.00 Ukryte
27|01 17.00 Guzikowcy; 19.00 Ukryte
28|01 18.00 Guzikowcy; 20.00 Ukryte
29|01 18.00 Ukryte; 20.00 Guzikowcy
30|01 19.00 Guzikowcy
31|01 19.00 FRDV: Un homme, un vrai
10-12|02 Krótko mówiąc, czyli Krótkie filmy z Holandii. Bilety: 10zl/dzień. Karnet 20zł.
Ulgowe dla studentów.
Na pierwsze cztery osoby, które napiszą na
adres: [email protected] i poproszą o bilety do kina LAB, czekają podwójne zaproszenia:
24.01 godz. 19.00 FRDV „Un homme”, 26.01
godz. 20.00 “Ukryte”, 30.01 godz. 19.00 “Guzikowcy”.
Więcej informacji na nowej stronie kina:
http://kinolab.art.pl
Kino LUNA
Z cyklu imprez Luna-Off:
Przegląd najlepszych filmów niezależnych
z Toruńskiego Festiwalu Filmów TOFFI
20|01 20.30 – Diabeł, Ugór, Melodramat
21|01 18.30 - Silence of the sea, Paper Boy
22|01 18:30 - The love crimes od Gillian
guess
Pokaz specjalny, promujący książkę pt. Prywatna historia kina polskiego.
27|01 20.30 Nikt nie woła
reż. Kazimierz Kutz, scen: J. Hen, muz: W.
Kilar
Po projekcji spotkanie z autorami książki.
www.kinoluna.pl
Kino Muranów
Ojciec i syn
reż. Aleksander Sokurow, prod.: 2003, 84
min.
w kinach od 13 stycznia 2006
Pani Zemsta (Chinjeolhan geumjassi)
reż. Park Chan-wook, prod.: 2005, 112 min.
Maleo, Lica, Guma i Spięty
oraz Trupia Czaszka zagrają
26 stycznia w ramach cyklu „Co
4-tek z muzyką” na urodzinach
ARMII
w
Warszawskiej
STODOLE (ul. Batorego 10).
Początek godz. 20:30
26 stycznia będziecie grali z okazji 21 urodzin ARMII w STODOLE. Staje się to już powoli tradycją, że urodziny obchodzicie w warszawskim klubie. Lubicie tu grać?
- Bardzo lubimy, dla mnie klub Stodoła ma najlepszą salę do czadowego grania w mieście!
Na urodzinach w klubie wystąpią m.in. Maleo, Lica, Guma i Spięty oraz jako gość specjalny: Trupia Czaszka. Dlaczego właśnie taki
skład?
- Maleo, Lica i Guma z Moskwą to są nasi
przyjaciele, a Spięty gra w Lao Che – kapeli, którą bardzo cenię za ich ostatnią płytę „Powstanie
Warszawskie”, natomiast Trupia Czaszka gra
obecnie najbardziej ekstremalny czad w Polsce.
Uważam, że zestaw jest wprost piorunujący!
Właśnie - Maleo, Guma i Stopa swego czasu
grali razem w zespole Moskwa. Czy utwory
i tej grupy usłyszymy na koncercie?
- Moskwa to jeden z najlepszych czadowych
zespołów w Polsce, bardzo ich lubię. W Stodole
zagrają pewnie najlepsze swoje kawałki.
Jakie jeszcze utwory usłyszymy? Może coś
„Siekiery”, w której przecież zaczynałeś swoją
muzyczną przygodę?
- Utwory Siekiery też będą. Publiczność ciągle
się o nie dopomina. To jest wprost straszny czad.
Fani Green Day nie wiedzą, co to punk rock!
Niech przyjdą i posłuchają utworów Siekiery,
Moskwy i Trupiej Czaszki. Green Day to przy
tym nieautentyczny i ugrzeczniony plastik.
Zaczynaliście ponad 20 lat temu, w odległych
i raczej mało już pamiętanych przez obecnych
studentów czasach PRL-u. Wasze teksty raczej
uderzały w ówczesny ustrój. W Polsce zaszły
nieodwracalne zmiany, jak zmieniła się Wasza
muzyka, jak zmieniła się ARMIA?
- ARMIA się w ogóle nie zmieniła, ponieważ
12
nasza walka jest walką duchową, a nie polityczną. Zło, przeciwko któremu walczyliśmy wtedy,
ma po prostu dziś inną twarz, choć ludzie są często ci sami.
Nagraliście wiele płyt, wśród nich tak znaczące dla rodzimego rocka tytuły jak „Legenda”, uważana za jedną z najlepszych płyt lat
90-tych w Polsce. Czy są wśród nich jakieś dla
Ciebie szczególne?
- Wszystkie płyty ARMII są dla mnie szczególne, ponieważ do wszystkich podchodzę z jednakowym zaangażowaniem. Teksty, które śpiewam, mówią o moim życiu. A ja jestem żywym
człowiekiem, z życia nie robię karykatury.
Za czasów „Legendy” zespół ARMIA był
niezwykle modny, puszczano Was w telewizji,
mieliście ogromną popularność. Teraz mimo
iż macie wiernych słuchaczy, nie można już
powiedzieć, że jesteście gwiazdami. Czy nie
żałujesz tego?
- Gwiazdami są ci, którzy są puszczani w radio i w telewizji. Ambitnej muzyki tam niestety
dziś nie uświadczysz. Dawniej ludzie pracujący
w mediach znali się trochę na sztuce, dziś jest
to kompletna tragedia, w której prym wiedzie
kanał MTV Polska. Nigdy nie uważałem się za
gwiazdę. Jak mówił Bob Marley: „gwiazdy są
Nigdy nie uważałem się
za gwiazdę. Jak mówił
Bob Marley: „gwiazdy są
tylko na niebie”.
tylko na niebie”.
Obecna twórczość to jakby odcięcie się od
wcześniejszej, z czasów „Legendy” właśnie.
Można powiedzieć, że przeszedłeś duchową
ewolucję. Jak uzasadnisz te zmiany?
- Ja nie widzę żadnego odcinania się od wcześniejszych czasów, tylko logiczną kontynuację
tego, co rozpoczęliśmy w 1985 roku. Jest to duchowa droga i duchowe poszukiwania.
Co mógłbyś powiedzieć o Waszej ostatniej,
wydanej w styczniu 2005 roku, poetyckiej
i bogatej w gitarowe brzmienia płycie Ultima
Tiule?
- Trudno jest mi mówić o własnej płycie. Zachęcam raczej wszystkich do posłuchania. Na
pewno nie będą żałować.
Wydaje się, że macie spory wpływ na młodzież. Czy tylko do nich trafia Wasza muzyka?
Do kogo obecnie ją kierujecie?
- Swoją muzykę kieruję do wszystkich, ponieważ śpiewam o rzeczach uniwersalnych. Każdy
może utożsamić się z moimi tekstami. Nie uprawiam publicystyki, która dziś jest aktualna, a jutro nie. Moje teksty są ponadczasowe.
Nawiązujecie do tekstów takich artystów jak
Artur Rimbaud czy Samuel Beckett. Czy Wasze utwory stanowią przeciwwagę do tak modnej w muzyce rockowej postawy sex, drugs &
rock’n’roll?
- Nasza twórczość zmusza człowieka do głębszego spojrzenia na swoje życie. Nie interesuje
mnie chwilowa zabawa. Ja traktuję swoich słuchaczy poważnie. W Polsce nie ma drugiego
takiego zespołu, który by sięgał po tak poważne
teksty jak Samuela Becketta.
Klasycznie rockowy skład zawsze uzupełniany był instrumentami dętymi. Wydaje się,
że przełomem było dołączenie do zespołu
Krzysztofa Banasika („Banan”). Jego gra na
waltorni nadała muzyce specyficzne, niespotykane brzmienie. Skąd w ogóle pomysł, by
wykorzystywać całkiem nietypowe dla współczesnego rocka instrumenty - jak waltornia,
flet, wiolonczela, skrzypce czy didgeridoo?
- Po prostu potrzebujemy tych wszystkich
pięknych instrumentów dla wyrażenia subtelności duchowych przeżyć.
Myślicie już o następnej płycie? Co się na niej
znajdzie?
- Oczywiście, już pracujemy nad następną płytą. Co się na niej znajdzie? Apokaliptyczny folk
i bajkowy czad!!!
W 2002 roku rozpocząłeś także solową
działalność. Wtedy to powstała płyta „Taniec
szkieletów”. Czym różni się ona od utworów
ARMII? Będzie kontynuacją solowej twórczości?
- Różni się tym, że jest grana na akustycznych
instrumentach i jest bardziej osobista. Mam za-
miar niedługo nagrać następną płytę solową.
Skomponowałeś również w ostatnim czasie
muzykę do wystawianego w teatrze w Krakowie spektaklu „Juvenilium permanens” wg
Witkacego. Kolejne doświadczenie?
- Twórczość Witkacego jest mi bardzo bliska
ze względu na specyficzne poczucie humoru.
Bardzo się ucieszyłem, że mogę napisać muzykę właśnie do jego sztuki. To, co powstało, jest
zupełnie wyjątkowe w mojej twórczości i do
niczego nie podobne. Kto wie, może niebawem
wydam to na płycie?
Kraków, Wrocław, Poznań, Gdynia, Szczecin
- tam m.in. jeszcze usłyszymy Was w styczniu
podczas ogólnopolskiej trasy koncertowej.
W czym tkwi siła Waszego zespołu - że nadal
chcą Was słuchać?
- Być może w tym, że ludzie potrzebują czegoś więcej niż to, co oferują im obecnie polskie
Fani Green Day nie
wiedzą, co to punk
rock! Niech przyjdą
i posłuchają utworów
Siekiery, Moskwy
i Trupiej Czaszki.
Green Day to przy
tym nieautentyczny
i ugrzeczniony plastik.
media. Mam nadzieję, że my wypełniamy im tę
lukę. Zapraszam na koncerty.
Wasz najlepszy koncert?
- Było ich bardzo wiele i trudno jest mi wybrać
ten najlepszy. Ale chcę powiedzieć, że w Stodole
gra mi się zawsze bardzo dobrze.
Pomówmy teraz trochę o Tobie. Z moich obserwacji wnioskuję, że masz niejako charakter
buntownika. Krytykujesz obecne media, kulturę, a nawet szkolnictwo. Raczej pesymistycznie widzisz przyszłość. Jak to tłumaczyć?
- Po prostu mam oczy otwarte i niełatwo jest
mną manipulować. W obecnych czasach media
proponują ludziom gówno, a ja tak łatwo nie
dam się oszukać. Potrzebuję czegoś więcej niż to,
co mi się narzuca w środkach masowego przekazu. Współczesne media traktują ludzi jak małpy,
ale ja nie jestem małpą, jestem człowiekiem. To,
co my robimy, jest jakby sypaniem soli, aby życie
i kultura nie zgniła i nie zaczęła śmierdzieć.
Mocna wypowiedź. Potępiasz obecny sposób
życia. Uważasz, że człowiekiem rządzi pieniądz, a ten nie zaspokaja pragnienia szczęścia. Być może masz rację, ale czy nie uważasz,
że przedstawiając taki pogląd, jesteś poniekąd
w mniejszości?
- Pieniądz zawsze rządził człowiekiem, nie
tylko obecnie. Teraz po prostu jest propagowany pewien styl życia, w którym pieniądz i konsumpcja dóbr uważane są za największe szczęście. To jest oszustwo. Człowiek tak naprawdę
pragnie czegoś innego. Pragnie kochać i być
kochanym. Wydaje mi się, że w tym wszystkim
należę do zdecydowanej większości, a nie mniejszości, tylko komuś zależy na tym, żeby wmówić
ludziom, że jest inaczej.
Ok, ale jaki masz w takim razie cel w głoszeniu tak niepopularnych opinii? Widzisz w tym
sens? Uważasz, że uda Ci się coś zmienić?
- Nasza wojna jest już wygrana: jak śpiewał
Kult „przecież wiemy, kto zwycięży, stańmy po
stronie zwycięzcy.”
Swoimi utworami, można powiedzieć, krytykowaliście i, może nie bezpośrednio, ale
jednak staraliście się zwalczać komunizm,
tymczasem demokracja też nie należy chyba
do Twoich ulubionych ustrojów!?
- Komunizm to to samo, co faszyzm. Nie widzę
tu zbytniej różnicy. Natomiast demokratycznie
to można wybrać sobie czasem i Hitlera. Kto ma
choć trochę oleju w głowie, ten widzi to obiektywne niebezpieczeństwo. Dlatego ja nie absolutyzuję demokracji, jak to robią niektórzy.
Wygląda na to, że wszystko jest złe, ale skoro
tak, to jaki masz pomysł na lepsze życie? Czym
w ogóle kierujesz się w życiu?
- Przecież nigdy nie powiedziałem, że wszystko jest złe. Skąd taki wniosek? Rzeczy dobrych
jest więcej niż złych. Zło po prostu jest bardziej
krzykliwe, ma dobrą reklamę, szczególnie w mediach. Dobro nie potrzebuje się reklamować. Jest
wypisane w ludzkim sercu. Każdy człowiek wie,
co jest dobre.
Masz jakieś autorytety? Czy widzisz też swoich naśladowców w muzyce i poglądach?
- Mam wiele autorytetów. Są mi one bardzo
potrzebne do życia. Ci ludzie są jak światło, które świeci w ciemności i jak sól, która sprawia, że
życie staje się dobre.
Zdaje się, że upodobałeś sobie twórczość Tolkiena? Czy jeszcze ktoś Cię tak inspiruje?
Tolkien jest dla mnie najlepszym pisarzem
wszechczasów. Lubię też Dostojewskiego, Becketta, Rimbauda.
Widzę, że można by rozmawiać o Twojej
przeszłości, Twoich poglądach i życiu bardzo
długo, ale czym zajmowałby się Tomek Budzyński, gdyby ponad 20 lat temu wspólnie
z gitarzystą Robertem Brylewskim nie założył
ARMII? Czy robisz obecnie coś niezwiązanego z muzyką?
- Maluję obrazy i piszę wiersze. Obrazy można zobaczyć na mojej stronie internetowej www.
budzy.art.pl. Przymierzam się też do wydania
moich wierszy, bo nazbierało się ich trochę.
Życząc Ci powodzenia, pozostaje mi tylko
zaprosić naszych czytelników na Wasz najbliższy koncert.
Oczywiście zapraszamy wszystkich tych, którzy oczekują maksymalnego czadu i głębokich
duchowych przeżyć. Myślę, że nikt nie będzie
zawiedziony. Zapraszam wszystkich.
Dziękuję za wywiad.
Rozmawiał: Piotr Proczek
w kinach od 20 stycznia 2006
Czas, który pozostał (Le Temps qui reste)
reż. François Ozon , prod.: 2005, 78 min.
w kinach od 10 lutego 2006
C.R.A.Z.Y.
reż. Jean-Marc Vallée , prod.: 2005, 127 min.
w kinach od 3 marca 2006
Czeski sen (Český sen)
reż. Vít Klusák, Filip Remunda, prod.: 2004,
87 min.
w kinach od 24 lutego 2006
Klub Stodoła
24|01 THE DONOTS (punk rock Niemcy)
20.00 (studenci PW: 20 PLN)
26|01 ARMIA + goście 20:30 (studenci PW:
22PLN)
14|01 Walentynki
23|02 COMA 20:30
27|02 26. Konkurs Rock’n’rolla im. Billa Haleya (18-2.00)
28|02 Ostatki
14|03 Yann Tiersen 20.00 (studenci PW:
25PLN)
30|03 Myslovitz 20.30
Każdy piątek i sobota imprezy 21-4 (do 22
studenci gratis!)
Dla trójki najwierniejszych czytelników,
którzy wyrażą chęć otrzymania podwójnego
zaproszenia na koncert ARMII, na dyskoteki
piątkowo-sobotnio-karnawałowe, odbywające
się w „Stodole” czekają takowe pod adresem
[email protected]
zebrał Falq
Mamy zwycięzców!
1 miejsce I edycji przeglądu “Młode Wilki-Rebelia 2005” odbywającego się w dniach
7.09-14.12.05 w klubie STODOŁA zgarnęły ex
aequo kapele “Power of Trinity” i Showman.
Druga nagroda poszła do “El Secatorre” z Tychów. Miejsce trzecie- “Tabu” reperezentujące
Wodzisław Śląski.
Konferencję prasową rozliczającą decyzje
jury (przewodniczący Zbyszek Hołdys) podsumował koncert finałowy zwycięzców oraz
gościnny zespołu “Dezerter”.
Patronat medialny przeglądu: i.pewu
w całkiem inny świat. Zresztą dwa bisy kabaretu
Fraszka świadczą same za siebie - nic dodać, nic
ująć. Ostatni numer, po którym już nikt nie miał
ochoty na śmiech... podsumował kunszt, pomysłowość, inteligencję i szaleństwo grupy.
Kto był, ten ma co wspominać, kogo nie było,
niech żałuje, bo kolejny raz GAPA z Kabaretem
się udała:)
Gochus
Fotografia
Tegoroczna edycja konkursu fotograficznego w ramach Grudniowego Akademickiego
Przeglądu Artystycznego rozłożyła na łopatki
sporą rzeszę miłośników tej dziedziny sztuki.
Prawdopodobnie błędy organizacyjne przyczyniły się do małego zainteresowania konkursem.
Nie wmówicie mi bowiem, że na całej naszej
Uczelni, na której działają co najmniej dwa
koła fotograficzne, jest tylko siedmiu czy ośmiu
studentów, którzy chcieli pokazać swoje prace.
A to właśnie wynikało jednoznacznie z wystawy konkursowej zorganizowanej w dniach 5-8
grudnia. Przyczyn mogło być wiele, zapewne
jedną z ważniejszych było rezygnacja organizatorów z wyznaczonej konkretnej tematyki prac
(uczelnia), na rzecz tematyki dowolnej, przy
czym zmiana ta nastąpiła dosłownie w ostatniej
chwili! Takie postępowanie kojarzy mi się wyłącznie z płaczliwym nawoływaniem: „Przynoście cokolwiek, bo brakuje nam zdjęć!”.
I tak się stało: na około 30 fotografii, które zaprezentowano, co drugą można by zaklasyfikować do innego działu tematycznego, na zupełnie
inny konkurs fotograficzny!
Przyznam szczerze, że bardzo trudno było
obiektywnie oceniać zdjęcia, nie mając absolutnie żadnego punktu odniesienia. Sytuację
dodatkowo pogorszył fakt, że większość autorów nie nadawała tytułów swoim pracom, choć
wtedy zdecydowanie łatwiej można by było zrozumieć ich przekaz. Zabrakło też konsekwencji
w zakresie formatu prac – rozumiem, że powiększenia kosztują, ale zdarzały się bardzo ładne fotografie, do których trzeba było przytknąć
nos, by móc podziwiać szczegóły, na przykład
krople rosy na pajęczynie. Ten stan rzeczy mógł
wynikać z opisanych powyżej błędów, należy
bowiem pamiętać, że oczekiwanie na większe
formaty w niektórych fotolabach może wynosić
nawet tydzień.
W zaistniałej sytuacji postanowiłem nie oceniać zdjęć i umiejętności ich autorów, ponieważ
byłoby to niesprawiedliwe i co najmniej złośliwe.
Nagana należy się natomiast organizatorom;
w moim przekonaniu GAPA – foto została przez
nich przeprowadzona w sposób nieprofesjonalny. Zabrakło chociażby dobrego oświetlenia wystawy w Gmachu Głównym.
Bardzo mi przykro, że wysiłki dość sporego
sztabu osób* musiałem opisać w tak krytyczny
sposób, jednocześnie mam nadzieję, że niniejszy
14
tekst przyczyni się do sukcesów kolejnych edycji konkursu, czego organizatorom serdecznie
życzę.
*sztab osób – organizatorzy i autorzy fotografii
Grzegorz Tuszyński
Kabareton czas zacząć
W portfelu przedświąteczne pustki, a zgodnie
ze studenckim mottem „Kiedy za bilety nie płacimy, chętnie gdzieś chodzimy” i ja ostatnio poszłam się pośmiać za free:D. A, że kabaretu czas
nastał - zarówno na scenie politycznej jak i otaczającej nas rzeczywistości, podążyłam tym tropem i wybrałam się na Grudniowy Akademicki
Przegląd Artystyczny, a dokładnie na Wieczór
z Kabaretem - właśnie.
Niedziela, już po zmroku, klub METRO-mechanik, scena, kilka rzędów krzeseł, wyluzowani studenci, dzierżący w łapkach świeżo nalane
browarki i spoko klimat. Ze względu na mój
niebotyczny wzrost zajęłam miejsce z przodu,
aby oparcia od krzeseł mi sceny nie zasłaniały;).
Jako pierwszy zaprezentował się KABARET
SNOBÓW, który tworzą Radek, Robert i Wojtek. Trzeba przyznać, że chłopaki mieli kilka
dobrych momentów. Zaczęli dość spokojnie, ale
z czasem się rozkręcili i sprawiali, iż koleś za mną
wybuchał przerażająco głośnym śmiechem. Ich
pomysłowe skecze, poruszające czasami tendencyjne tematy „ukochanej” teściowej, czy muchy
w zupie „pachniały” przyjemną świeżością.
Jako drugi na scenie pojawił się KABARET
FRASZKA. Ta iście sielankowa nazwa początkowo mnie zniechęciła i już chciałam cichaczem
czmychnąć, ale coś mnie podkusiło aby zostać
– to była niewątpliwie jedna z najlepszych decyzji w moim życiu! Chłopaki pokazali klasę! Spotkanie z tym kabaretem na stałe pozytywnie odbiło się na mojej psychice. Program mieli bardzo
przemyślany i doskonale ułożony. Konferansjer,
który miał za zadanie pozwolić publiczności
złapać oddech pomiędzy kolejnymi skeczami
był genialny w swej prostocie. Nie dało się spokojnie wysiedzieć. Mięśnie brzuchów pracowały
non-stop:) Chłopaki wprowadzili całkiem nowe
pomysły w świat kabaretu, a numerem z „deseczką” (kto był, to kojarzy) zdobyli respekt każdego widza. Już nie wspomnę, że piosenka o papierowym uchu „rzuciła” niemalże wszystkich
na kolana ze śmiechu, a ja ją nucę po dziś dzień.
Skecze jak np.: „U rzeźnika”, ballada o „Kocie
pedale” czy akcja z „Uciekającą myszą...” pozwoliły publiczności na 60 min. przenieść się
Grafika
Aula Główna Politechniki Warszawskiej
często jest miejscem organizowaniu spotkań,
przedstawień, czy też targów. Tym razem od 5
do 8 grudnia mieliśmy okazję oglądać wystawę poświęconą młodym talentom w dziedzinie
fotografii i grafiki. Całość była częścią GAPA (
Grudniowego Akademickiego Przeglądu Artystycznego). W wystawie mógł wziąć udział każdy… szkoda tylko że zgłosiło się tak mało osób.
W kolosalnym pomieszczeniu auli 12 standów
wyglądało nad wyraz śmiesznie. Połowę stojaków zajmowała grafika.
Ciekawe prace były doskonałym przykładem
tego, co można wyczarować w odpowiednim
programie kilkoma kliknięciami myszki, jak
również pokazywały sprawność i kunszt autorów.
Prace 2D Justyny Sioch intrygowały dynamiką
i odwagą w doborze kolorów. 3D zdominował
Michał Korotko.
Tylko w dżemie siła
drzemie
Grudniowy zimowy wieczór, za murami Stodoły śnieg, deszcz, zimno, a w środku tłum rozgrzanych głów, które niosą przed siebie każde
wyśpiewane na scenie słowo.
Ale zacznijmy od początku. Siedzę spokojnie
na schodkach przy barze głównym, dopijam
pivko (bezalkoholowe, się wie), a tu nagle, nie
wiadomo skąd, napad fanatycznych fanów Dżemu! Wybiegają zza schodów, z patio, z holu, nadciągają z góry, depczą po sobie, przepychają się.
Czuję się jakby atakowało mnie stado rozpłodowych bawołów. Chcąc czy nie chcąc, pociągnięta
przez tłum, wpadłam do zaludnionej po samiuśkie brzegi sali klubowej. A tam.... już słychać
rozpoczynające koncert „W drodze do nieba”,
później „Mała aleja róż”, a potem... a któż by na
to zważał, co było potem. Każda piosenka, każda
pieśń Dżemu to niesamowita energia i przeżycie.
Eh, do tej pory czuję się niesamowicie. Płonąca
kula energii przebiega po ciele, kiedy słychać
pierwsze dźwięki melodii, a z ust całej publiki
słowa... Mówią o mnie w mieście. Jak tak dalej
pójdzie Balcar nie będzie musiał w ogóle używać
swojego gardła na koncertach - odwalimy robotę
za niego :-)
Koncert po prostu rewelacyjny. Prawdziwa
muzyka, prosto z serducha, bez ściemy. Bluesowa energia poruszająca nie tylko bluesowa pu-
blikę, wybuchającą co chwila zachwytem
i euforią. Koncert z niesamowitą magią, napięciem i całą legendą Dżemu. Kończony czterema
bisami (nie nowość dla dżemoholików). Niech
żałują Ci, co nie wierzyli w weteranów polskiego rocka i zaczęli wychodzić po pierwszym bisie
:-P Nie usłyszeli „Cegły”, wybornej, kilkunastoletniej “Whisky”, a po usilnych nawoływaniach
publiki - „Snu o Victorii”. I znów chce mi się
żyć!
„Niech żyje bal!
Bo to życie to bal jest nad balem!”
Zawsze marzyłeś o tym, aby pójść na wielki bal? Myślałeś, że takie bywają tylko w bajkach?
„Niech żyje bal!” – magia tych słów zacznie
przemawiać do Ciebie w piękną noc 28 stycznia, podczas której Duża Aula Politechniki
Warszawskiej zmieni swoje oblicze. Piękna
wizualizacja świetlna oraz dźwięki zaczarowanej muzyki sprawią, że znajdziesz się w zupełnie innym bajkowym świecie.
Wszyscy wiemy, że koniec stycznia nie jest
radosnym okresem w życiu studenta. Zaliczenia i przygotowania do sesji zimowej nie wprawiają w pozytywny nastrój. Nie po to jednak
wymyślono karnawał, żeby siedzieć w domu,
a kto wie o tym lepiej niż studenci? Dlatego już
dziś zarezerwuj czas na „Karnavauli” Studencki Bal Karnawałowy, który na stałe odmieni
Twoje dotychczasowe wyobrażenia o zabawie.
Niech skuszą Cię atrakcje, jakie przygotowaliśmy. Pokaz sztuki kulinarnej, walc przy świecach, występ kabaretu, to tylko niektóre z nich.
Będziesz mógł zostać królem lub królową balu,
prezentując swoje umiejętności taneczne. Aby
Was do tego zachęcić, bezpośrednio przed balem 26 i 27 stycznia będziesz mógł podszkolić
się uczestnicząc w bezpłatnych kursach tańca.
Po raz kolejny te niesamowite chwile spędzisz
ze Stowarzyszeniem Studentów BEST, Samorządem Studentów Politechniki Warszawskiej
przy współpracy Samorządów Studentów:
Uniwersytetu Warszawskiego, Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, Szkoły Głównej Służby Pożarniczej, Akademii Medycznej,
Akademii Muzycznej i Akademii Wychowania Fizycznego.
Karnavauli – zatańczmy jeszcze raz!
Więcej informacji znajdziesz na: www.BAL.
polibuda.info ; www.best.pw.edu.pl/BAL
ESTIEM - European STudents od Industrial
Engineering and Managment to międzynarodowe stowarzyszenie studenckie, reprezentujące
młodych ludzi zdobywających wykształcenie
menadżerskie na uczelniach technicznych w całej Europie. Założone w 1990 roku, dziś reprezentuje ponad 40 000 studentów w 25 krajach
Europy, posiadając ponad 66 lokalnych przedstawicielstw. W Polsce ESTIEM istnieje na 3
uczelniach: Politechnice Warszawskiej, Poznańskiej i Gdańskiej.
Studenci tworzący ESTIEM to kreatywni,
młodzi ludzie, zainteresowani zagadnieniami
organizacji i zarządzania w przemyśle. To, co łączy członków stowarzyszenia to wspólny zapał,
idee i międzynarodowe projekty. Są one dla ich
uczestników niepowtarzalną okazją do poznania zagranicznych środowisk studenckich, poszerzenia wiedzy o europejskich uniwersytetach
i firmach, a przede wszystkim zdobywania doświadczenia niezbędnego w dalszej karierze zawodowej. Projekty ESTIEM takie jak VISION,
TIMES czy SUMMER ACADEMY, zazwyczaj
o charakterze międzynarodowym, to doskonała
szansa na zdobycie doświadczeń i umiejętności
niezbędnych później do pracy w międzynarodowych zespołach.
Jednym z najważniejszych wydarzeń w port
folio ESTIEM jest projekt TIMES: Tournament
In Management and Engineering Skills. TIMES
to prestiżowy konkurs case study, związany
z szeroko pojętym zarządzaniem w przemyśle.
Idea tej „gry menadżerskiej” zrodziła się w 1992
roku, odnosząc w szybkim tempie niekwestionowany sukces.
Co roku tysiące studentów w całej Europie rozwiązuje problemy przygotowane przez najlepsze
międzynarodowe firmy. Pierwszy krok w TIMES to Lokalne Kwalifikacje, ich zwycięzcy jada
na jeden z sześciu europejskich Półfinałów a najlepsi wyłonieni z nich, walczą w Wielkim Finale.
Wszystkie koszty pokrywają organizatorzy.
Konkurs TIMES polega na rozwiązywaniu
studiów przypadku, przygotowanych głównie
przez firmy konsultingowe oraz duże, często
międzynarodowe koncerny. Problem, z jakim
zmierza się uczestnicy może dotyczyć zasad
działania przedsiębiorstw bądź też konkretnej
dziedziny i typowego dla niej problemu występującego w codziennym funkcjonowaniu firmy.
Całe przedsięwzięcie odbywa się pod okiem profesjonalnego jury złożonego z przedstawicieli
międzynarodowych koncernów i świata nauki.
Z każdym rokiem TIMES staje się coraz bardziej prestiżowy, zdobywając popularność nie
tylko wśród europejskich studentów. To unikalny konkurs case study wyłaniający menadżerów
spośród studentów uczelni technicznych, często
nie docenianych przez pracodawców.
Zadaniem konkursu jest wyłonić najlepszych,
dlatego studium przypadku jak i prezentacja
jego rozwiązania przeprowadzane są w języku angielskim. Drużyny składają się z 4 osób
a ich skład przede wszystkim stanowią studenci
uczelni technicznych.
W tym roku warszawska grupa ESTIEM wywalczyła organizację jednego z sześciu Półfinałów konkursu TIMES w Europie. O prawo
startu w Wielkim Finale w Brukseli od 22 do 25
lutego 2006r. walczyły będą w Warszawie drużyny z Węgier, Niemiec, Ukrainy, Turcji, Francji
oraz Polski. Podczas Półfinałów każda z drużyn
ma za zadanie rozwiązać 2 case study w ciągu 3
dni trwania konkursu.
Natomiast pierwszy krok w TIMES - Lokalne Kwalifikacje,odbyły się15 grudnia 2005r.
na Wydziale Inżynierii Produkcji Politechniki
Warszawskiej – ulica Narbutta 85. Ich zwycięzcy pojada na PółfinałrozgrywanywBerlinie.
Uczestnicy mieli za zadanie w ciągu czterech
godzin rozwiązać a następnie zaprezentować
rozwiązanie problemu. Jury oceniało nie tyle
przygotowanie merytoryczne, co sposób podejścia do casea, prezentacje jego rozwiązania
czy umiejętność współpracy w zespole.
W tym roku patronat nad warszawską edycją konkursu TIMES objęła Polska Akademia
Nauk a sponsorami i partnerami są znane międzynarodowe firmy: PricewaterhouseCoopers
i Michelin.
Jeśli nie czujesz się obco w tematyce zarządzania, potrafisz pracować w grupie, a twoja znajomość języka angielskiego jest wystarczająca do
prezentacji rozwiązania casea - nie wahaj się!
Zbierz czteroosobową drużynę i zgłoś do nas
swoją kandydaturę.
Więcej informacji i zapisy na stronie internetowej: http:// www.times.pw.edu.pl oraz na plakatach i ulotkach.
W poprzednim numerze dowiedzieliśmy się,
że wartość przesłony ma zasadniczy wpływ na
tzw. głębię ostrości.
Głębią ostrości nazywamy obszar, w którym
widziany przez nas obraz wydaje się ostry. Łatwo
to zrozumieć na następującym przykładzie: wyobraźmy sobie, że przechodzimy przez ruchliwą
ulicę przejściem, przed którym stanęło kilkanaście samochodów. Kiedy się na nie obejrzymy,
zauważymy, że samochód na który patrzymy
widzimy ostro, kilka samochodów w pobliżu
wybranego niemal idealnie ostro, podczas gdy
wszystkie inne przed i za tymi samochodami
wydają się już nieostre. Te pojazdy, które wydają
się nam dostatecznie ostre, są położone właśnie
16
Podstawy
fotografii
:
Głębia ostrości
w obszarze głębi ostrości.
Tak samo jest w fotografii: głębia ostrości rozciąga się przed i za punktem nastawienia ostrości. Nie jest to jednak podział pół na pół, okazuje się bowiem, że przed punktem nastawienia
ostrości rozciąga się jedna trzecia obszaru głębi
ostrości, pozostała zaś część znajduje się za tym
punktem. Tę zależność bardzo często wykorzystuje się w fotografii krajobrazu: fotograf nie
ustawia ostrości na nieskończoność, na przykład na góry położone na horyzoncie, gdyż pozbyłby się w ten sposób dwóch trzecich obszaru
głębi ostrości znajdującego się za nimi. Ustawia
zatem ostrość na wybrany punkt sceny tak, by
góry znalazły się w końcówce obszaru ostrego
odwzorowania.
Obszar głębi ostrości musi być jednak dostatecznie duży, by wszystkie interesujące obiekty
były ostre, toteż stosuje się z reguły małe otwory
przesłony (czyli duże liczby przesłony). Przed
wykonaniem zdjęcia należy zawsze zastanowić
się, które elementy sceny powinny być ostre,
a które rozmyte i w zależności od tego ustawić
ostrość na wybrany punkt oraz zastosować
odpowiedni otwór przesłony, zapewniający żą-
daną wielkość pola ostrego odwzorowania. Nie
można nastawić ostrości dalej niż na nieskończoność, wobec czego wszystko, co znajduje się
w „nieskończoności” lub za nią, będzie zawsze
ostre.
Poza przesłoną są jeszcze dwa czynniki decydujące o głębi ostrości: ogniskowa obiektywu
oraz odległość od fotografowanego obiektu.
Im bliżej znajduje się obiekt, na który nastawiliśmy ostrość, a także im dłuższa jest ogniskowa
obiektywu, tym głębia ostrości jest mniejsza.
Mało tego - obiektywy o dużych ogniskowych,
na przykład teleobiektywy, powodują spłaszczenie perspektywy, dzięki czemu idealnie nadają
się do fotografii portretowej. Powodują bowiem
wyakcentowanie postaci i rozmycie tła. Sprawdzają się także w fotografii krajobrazu: spłaszczenie perspektywy pozwala na zestawienie kilku odległych od siebie obiektów.
Obiektywy szerokokątne powodują natomiast
zwiększenie głębi ostrości.
Jeżeli macie jakieś uwagi lub pytania dotyczące
artykułów serii „Podstawy fotografii”, piszcie na
adres: [email protected]
Grztus
Suplement
Suplement do dyplomu to dokument opracowany przez grupę roboczą powołaną przez
Radę Europy, Komisję Europejską oraz UNESCO/CEPES. Jest on dołączany do dyplomów
wydawanych w ramach kształcenia na poziomie
wyższym w celu ułatwienia oceny i zrozumienia kwalifikacji posiadanych przez absolwenta.
Rzeczpospolita Polska w dn. 17 grudnia 2003
ratyfikowała Konwencję o uznaniu kwalifikacji związanych z uzyskaniem wykształcenia
wyższego w Regionie Europy, zawartą w Lizbonie 11 kwietnia 1997 r. Jej postanowienia
weszły w Polsce w życie z dniem 1 maja 2004 r.
Konwencja Lizbońska nie stanowi bezpośredniej
podstawy prawnej do uznawania zagranicznych
dokumentów o wykształceniu, lecz zawiera wytyczne odnośnie ogólnych zasad oceny zagranicznych kwalifikacji i dobrej praktyki w ich uznawaniu. Nakłada ona na swoich sygnatariuszy
obowiązek dokonywania - na wniosek osoby zainteresowanej - sprawiedliwej oceny kwalifikacji i wykształcenia uzyskanego w innym kraju.
Artykuł IX.3 Konwencji Lizbońskiej mówi:
„Strony będą zachęcać szkoły wyższe, za pośrednictwem krajowych ośrodków informacji lub innych, do stosowania Suplementu do Dyplomu
przyjętego przez UNESCO i Radę Europy”.
Historia
Pomysł stworzenia suplementu narodził się
w 1996 r. z inicjatywy Komisji Europejskiej,
Rady Europy oraz UNESCO/CEPES. Powołana
została grupa robocza, której celem było opracowanie wzoru suplementu do dyplomu- dokumentu, mającego ułatwić międzynarodowe
uznawanie wykształcenia oraz kwalifikacji
zawodowych i akademickich.
Po opracowaniu takowego wzoru przeprowadzono projekt pilotażowy (od września 1997
roku do maja 1998). Wzięły w nim udział wybrane uczelnie z różnych krajów Europy (w tym
69 uczelni Polskich). W pierwszej fazie projektu
szkoły te wydały pewną ilość suplementów do
dyplomu według opracowanego przez grupę
roboczą wzoru. Suplementy te rozesłane zostały
następnie do różnych instytucji z prośbą o ocenę
ich przydatności w takich kwestiach jak przyjęcie na studia, zatrudnienie pracownika, ocena
kwalifikacji zawodowych.
Ocena ta wypadła bardzo pomyślnie. Prace
nad suplementem zakończyły się opublikowaniem raportu końcowego w grudniu 1998 roku,
w którym zaleca się wprowadzenie suplementu
do dyplomu jako ważnego narzędzia w realizacji
zobowiązań sygnatariuszy Konwencji Lizbońskiej.
Komitet Konwencji zachęca m. in. Konferen-
cje Rektorów, Ministerstwa i krajowe ośrodki
informacyjne do wprowadzania suplementu do
dyplomu na poziomie krajowym, podczas gdy
Rada Europy, Komisja Europejska oraz UNESCO/CEPES odpowiadać będą za jego promocję
na arenie międzynarodowej.
Od 1 stycznia 2005 r., zgodnie z rozporządzeniem Ministra Edukacji Narodowej i Sportu
w sprawie rodzajów dyplomów i tytułów zawodowych oraz wzorów dyplomów wydawanych
przez uczelnie (Dz.U. Nr 182, poz. 1881 z późn.
zm.), dyplom składa się z dwóch części: części
A, czyli dyplomu w formie tradycyjnej oraz
części B, czyli tzw. suplementu do dyplomu.
Suplement ma dostarczyć obiektywnych
i pełnych informacji dla lepszego zrozumienia
oraz sprawiedliwego uznawania kwalifikacji
akademickich i zawodowych w kraju i za granicą
Co zawiera suplement?
Suplement to pięciostronicowy dokument formatu A4, który składa się z 8 części.
I. Informacje o posiadaczu dyplomu
(Imię, nazwisko, data urodzenia itd.)
II. Informacje o dyplomie
§ Tytuł uzyskany przez absolwenta
§ krótka nota n.t. statusu prawnego oraz historii uczelni i danego wydziału;
§ ew. nazwa innych uczelni, na których zrealizowano część studiów;
§ język wykładowy
III. Informacje o poziomie wykształcenia
§ Poziom wykształcenia i uzyskany tytuł
§ Czas trwania studiów
§ Co było warunkiem przyjęcia na studia
IV. Informacje o treści studiów i osiągniętych
wynikach
§ System studiów (dzienne, wieczorowe, zaoczne)
§ Standard nauczania (nota prawna),
§ Szczegóły dotyczące programu oraz indywidualne osiągnięcia
- średnia ocen z zaliczeń i egzaminów (SO),
- ocena pracy dyplomowej (PD),
- ocena z egzaminu dyplomowego (ED).
- ostateczny wynik studiów (SOx0,6+PDx0,3+
Edx0,1).
-tabela przedstawiająca wszystkie oceny uzyskane podczas studiów.
§ System ocen stosowany na danej uczelni.
V. Informacje o uprawnieniach posiadacza dyplomu
§ posiadane kwalifikacje i uprawnienia zawodowe,
§ możliwość dalszych studiów np., informacja,
że absolwent może ubiegać się o przyjęcie na stu-
dia magisterskie lub doktoranckie)
VI. Dodatkowe informacje
§ wszelkie informacje nie zawarte powyżej,
mogące pomóc w oszacowaniu poziomu, rodzaju i zastosowaniu posiadanego wykształcenia,
np.: informacja o tym, że uzyskaniu wykształcenia towarzyszyły praktyki w innej instytucji
(przedsiębiorstwie, kraju) lub inne ważne szczegóły dotyczące instytucji szkolnictwa wyższego,
w której uzyskano wykształcenie.
§ Informacje o działalności w kołach naukowych czy samorządzie studentów.
§ - dalsze źródła informacji, w których można
znaleźć więcej szczegółów o danych kwalifikacjach, np.: strona WWW danej uczelni, wydziału, krajowe ośrodki informacji o uznawalności
wykształcenia w Unii Europejskiej (np. Biuro
Uznawalności Wykształcenia i Wymiany Międzynarodowej).
VII. Poświadczenie suplementu
(podpisy, pieczęcie)
VIII. System edukacji w Polsce
Wyjaśnienie, jak wygląda system edukacji
w Polsce, czyli m.in. w jaki sposób zdobyć można określone tytuły zawodowe i naukowe.
Ważne jest, że Suplement nie może zawierać
„żadnych sądów wartościujących, stwierdzeń
wartościujących, stwierdzeń o równoważności
lub sugestii dotyczących uznania”.
Uwaga, cały dyplom, zarówno część A jak i B
(czyli Suplement) wydawane są w języku polskim!
Dyplom w języku obcym.
Zgodnie z zarządzeniem nr 35 rektora PW
z dnia 7.10.2005 r. na Politechnice Warszawskiej
istnieje możliwość uzyskania dodatkowego odpisu dyplomu ukończenia studiów w tłumaczeniu na jeden z następujących języków: angielski,
francuski, hiszpański, niemiecki i rosyjski.
Aby otrzymać takowy dokument należy:
- złożyć pracę dyplomową,
- złożyć streszczenie tej pracy w języku polskim i wybranym języku obcym, w którym
chcemy otrzymać odpis,
- dostarczyć ew. tłumaczenie ocen (w szczególnych przypadkach - np. gdy wcześniej studia
odbywały się na innej uczelni),
- złożyć wniosek o wydanie dodatkowego odpisu w tłumaczeniu na język obcy nie później niż
7 dni od dnia zdania egzaminu dyplomowego,
- wnieść opłatę (na PW wynosi ona 40 zł).
Uwaga: na odpis możemy czekać do 60 dni od
dnia zdania egzaminu!
Dokładniejsze informacje i dokumenty (w tym
przykłady suplementów wydawanych w niektórych krajach) dostępne są w internecie http://
europa.eu, http://www.buwiwm.edu.pl
Opracowała: Ada Łoniewska
Konsultacja merytoryczna: Arkadiusz Orczykowski - Przewodniczący Komisji Dydaktycznej
SSPW
Skuszona chwytliwym hasłem odnalezienia
harmonii ciała, serca i umysłu udałam się na
pierwsze w życiu zajęcia jogi. Wcześniej usilnie zapewniłam panią w recepcji, że pasują mi
tylko godziny wieczorne. Wiadomo, zabiegani
studenci cały dzień spędzają na uczelni. Zanim
udałam się na ćwiczenia z kolorową matą pod
pachą, zastanawiałam się, czy ten cały pomysł
z jogą jest w ogóle dla mnie. Ostatnio moją jedyną formą aktywności fizycznej były biegi do autobusu i wchodzenie po schodach. Czy poradzę
sobie z wygibasami, jakie widnieją na promocyjnej ulotce? Podniósł mnie na duchu fakt, że zostałam skierowana na kurs dla początkujących.
Pomyślałam, że może nie będzie więc tak źle.
W końcu jogę ćwiczą nawet niemłode gwiazdy,
takie jak Sting, czy Tina Turner. Nie mówiąc
o samej królowej Belgii Elżbiecie!
Niestety moja wiara we własne możliwości
podupadła już na starcie. Nauczycielka poleciła
grupie powtórzyć sekwencję powitania słońca
Surya - namaskar. Składają się na nią pozycje
takie jak pies z głową w dół, pies z głową do góry,
czy kij. Za każdym razem, kiedy słyszałam te
jakże oryginalne nazwy, musiałam powstrzy-
18
mywać się od śmiechu. Próbowałam jednak
koncentrować się na oddechu i dawać sobie
radę. Mimo zmęczenia i twardej maty. Nie wiedziałam wtedy, że najtrudniejsze dopiero przede
mną.
Przebrnęłam przez asany stojące, siedzące,
wygięcia i skręty. Nadeszła kolej na pozycje odwrócone. To nic innego jak stanie na głowie, na
rękach i świeca. Przypomniałam sobie zajęcia
wf-u w podstawówce. Trzeba przyznać, że stanie na głowie jest efektowne. Co innego jednak
podziwiać cudzą sprawność, a co innego samemu próbować powtórzyć ten wyczyn. Dostałam
w kość, grupa dla amatorów okazała się dość
ambitna. Zastanawiałam się jedynie, czy następnego dnia będę mogła jeszcze ruszać rękami
i nogami.
Minęła godzina. Ufff. Czas na zasłużony piętnastominutowy relaks w pozycji trupa, czyli
Savasana. To zdecydowanie najprzyjemniejsza
część zajęć. Można skupić się na swoim ciele, odprężyć, wyciszyć gonitwę myśli....
Od mojej pierwszej przygody z jogą minęło już
trochę czasu. Nie żałuję, że spróbowałam. Czy
mogę ją polecić innym? Posłużę się słowami naj-
większego współcześnie żyjącego mistrza jogi
Iyengara: „Słowa nie są w stanie przekazać głębi
jogi – można jej tylko doświadczyć”.
Szukając odpowiedzi na pytanie „Czy joga jest
dla mnie?” warto spytać o radę eksperta.
O tym, skąd pochodzi joga, jakie są jej zalety
i - przede wszystkim - co ma ona do zaoferowania studentom zapytaliśmy Adama Bielewicza,
doświadczonego nauczyciela i założyciela szkoły
Joga! Centrum w Warszawie.
Czym według Pana jest joga? Co możemy
dzięki niej osiągnąć?
Joga jest systemem filozoficznym pochodzącym z Indii. Nie polega ona na wierze, czy filozoficznych dyskusjach. To system praktyczny,
który opiera się na doświadczeniu pokoleń mistrzów. Podstawą hatha - jogi jest praca z ciałem
i oddechem. Jej następstwa obejmują jednak
emocje i umysł. Stan naszego ciała wpływa
na zdrowie i samopoczucie. Dzięki systematycznym ćwiczeniom asan zyskujemy większą
elastyczność, sprawność fizyczną. Następuje
również poprawa na poziomie energetycznym.
Dzięki ćwiczeniom oddechowym zaczynamy
oddychać świadomie. Oddech jest największym
źródłem naszej energii. Możemy nie jeść, nie pić
lub nie spać przez kilka dni, ale bez powietrza
jesteśmy w stanie wytrzymać tylko parę minut.
Im nasze oddechy są dłuższe i pełniejsze, tym
większa witalność. Zdobyta energia jest nam potrzebna do pełniejszego życia, osiągnięcia stabilności wewnętrznej i odporności na czynniki zewnętrzne, takie jak stres. Dalsza droga prowadzi
do całościowego rozwoju człowieka - nie tylko
fizycznego, ale też emocjonalnego i duchowego.
Joga jest zakorzeniona w hinduistycznej tradycji. Jakie były jej najdawniejsze początki?
Pierwsze materialne świadectwa istnienia
jogi pochodzą sprzed 4000 lat, co wiemy na
podstawie odkrytych w Dolinie Indusu figurek
w charakterystycznych pozycjach jogicznych.
Pierwsze teksty pisane, w których mówi się o jodze (Rgweda, Upaniszady, Mahabharata) sięgają 1000 lat p.n.e. Wcześniej panował zwyczaj
przekazu ustnego, kiedy to wiedza na temat jogi
była przenoszona z mistrza na ucznia. Z biegiem
czasu jej formy się zmieniały, chociażby poprzez
wpływy innych kultur, kiedy ta mądrość zetknęła się z cywilizacją Tybetu. Mimo odległych
tradycji, ludzie wciąż znajdują w niej coś wartościowego. Choć z pewnością joga, jaką ćwiczymy obecnie różni się od tej sprzed tysięcy lat.
Jest również bardziej zachodnia, pragmatyczna.
Zmierza do osiągnięcia głównie praktycznych
celów.
Od pewnego czasu można zauważyć wzrost
zainteresowania jogą w polskich mediach.
W pewnych środowiskach nadal jednak panuje wobec niej nieufność i podejrzliwość.
- Rzeczywiście o jodze było głośno. Media podejmowały ten temat, sam opisywałem asany
w miesięczniku „Zwierciadło”. W tej chwili sytuacja nieco się uspokoiła. Oczywiście pojawiają
się również mniej entuzjastyczne reakcje. Nasz
kraj ma katolicką tradycję, dlatego joga spotyka się z brakiem zaufania. Padają określenia
„dziwna gimnastyka”, a nawet sekta. Tego typu
uprzedzenia biorą się z niewiedzy. Na szczęście
w ciągu ostatnich 10 lat zauważam wzrost świadomości społecznej w odniesieniu do jogi. Ludzie zaczynają postrzegać ją jako coś normalnego i rozumieć jej znaczenie. Ma ona nawet swoje
miejsce w polskim systemie edukacyjnym. Studia podyplomowe z kinezy-psycho-profilaktyki
w oparciu o system hatha-jogi zwieńczają ministerialne dyplomy i uprawnienia. W 2002 roku
powstało Polskie Stowarzyszenie Jogi Iyengara.
Zajmuje się ono szkoleniem nauczycieli. To już
oficjalnie uznana forma pracy.
Czy wie Pan, ilu ludzi w Polsce obecnie ćwiczy jogę?
Z tego co pamiętam, ze statystyk tygodnika
„Wprost” wynikało, że podobno w całym kraju
ćwiczy jogę około dwudziestu tysięcy osób. Podejrzewam, że w samej Warszawie mniej więcej
8 tysięcy. W stolicy istnieje kilka dużych ośrodków hatha - jogi, coraz częściej można też ćwi-
czyć w fitness clubach. W większych miastach,
takich jak Kraków, Wrocław, Gdańsk, Szczecin
czy Poznań również bez kłopotów można znaleźć odpowiednią szkołę.
Wyróżnia się około 200 asan. Każda z nich
ma swoją nazwę i funkcję, np. kwiat lotosu,
trójkąt, łuk. Czy rzeczywiście mają one terapeutyczną moc?
W jodze, podobnie jak w fizjoterapii, wiele
asan ma charakter leczniczy. Wykonuje się je
z wielką uwagą i precyzją. Pracując nad pozycją
dochodzimy do granicy naszych możliwości
i powoli je przekraczamy. Wzmacniamy osłabione partie ciała i rozluźniamy wewnętrzne napięcia. Poszczególne asany oddziałują na układ
krwionośny, oddechowy, nerwowy. Pozycje
stojące, takie jak trójkąt, rozciągają kręgosłup
i pomagają utrzymać elastyczność stawów. Skręty pobudzają krążenie krwi, stymulują pracę
narządów wewnętrznych i wzmacniają mięśnie
brzucha. Prawidłowo wykonywane grupy asan
mogą poprawić stan zdrowia, co potwierdzają
lekarze medycyny. Warto zauważyć, że rzadko
kiedy dochodzi do kontuzji. To dlatego, że w jodze nie ma miejsca na gwałtowne ruchy i szarpnięcia ciałem. Ćwiczymy uważnie, zgodnie z naszymi możliwościami.
Czy przy dużej wadzie wzroku powinno się
unikać niektórych pozycji?
Przy dużej krótko lub dalekowzroczności,
w przypadku ryzyka odklejania się siatkówki
należy unikać pozycji odwróconych (stania na
głowie, na rękach, świecy). Rezygnujemy z tego typu pozycji również w czasie menstruacji
i w przypadku ropnego zapalenia uszu. Innymi przeszkodami w praktykowaniu jogi mogą
okazać się niektóre problemy z kręgosłupem,
stawami, biodrami, a także wysokie ciśnienie
krwi. Wszelkie dolegliwości zdrowotne trzeba
zgłaszać nauczycielowi. Chodzi przecież o to, by
sobie pomagać, a nie szkodzić.
Czy aby ćwiczyć jogę trzeba kupić odpowiedni sprzęt? Kieszeń studenta nie jest głęboka...
To zależy od techniki jogi, jaką wybierzemy.
W naszej szkole stosujemy metodę B.K.S. Iyengara i wykorzystujemy pomoce, takie jak koce,
klocki, liny, drabinki. Służą one prawidłowemu
wykonywaniu pozycji i znajdują się na miejscu
do dyspozycji uczestników. Ćwiczymy boso. Jedyne co musimy przynieść ze sobą to wygodny
strój i ewentualnie antypoślizgową matę zwiększającą komfort ćwiczeń. Nie jest to więc duży
wydatek, nawet dla studentów.
Słyszałam, że joga jest poniekąd związana
z wegetarianizmem. Czy to prawda?
W pewnym sensie tak. W dużej mierze wynika
to z przestrzegania hinduskiej zasady „ahimsy”,
która mówi, aby nie krzywdzić żadnej istoty żywej. Istnieje też praktyczny powód. Podejmując
praktykę jogi, nabywamy większą wiedzę na temat funkcjonowania własnego ciała. Zaczynamy
rozumieć i odczuwać związek między naszym
samopoczuciem i stanem zdrowia, a sposobem
odżywiania. Wówczas wiele osób spontanicznie
rezygnuje z jedzenia produktów mięsnych i porzuca tłustą, polską dietę. Oczywiście przejście
na wegetarianizm nie jest konieczne. Wiele osób
ćwiczy bez zmiany swoich nawyków żywieniowych.
Zbliża się sesja - „ulubiony” okres studentów.
Czy joga może nas uchronić przed egzaminacyjnymi nerwami?
Zazwyczaj młodzi ludzie mają wystarczająco
dużo energii i wytrzymałości, aby zupełnie nie
myśleć o swoim stanie zdrowia. Jednak musicie
wiedzieć, że im wcześniej zaczniecie dbać o swoją kondycję, tym lepiej. Joga przychodzi z pomocą szczególnie w stresujących momentach,
takich jak sesja. Uczy koncentracji, umiejętności
skupienia i opanowania. Te zdolności bardzo
przydają się w czasie egzaminów.
Natalia
Chcecie zobaczyć, jak na żywo wyglądają zajęcia hatha-jogi? Oto adresy wybranych szkół
w różnych dzielnicach Warszawy. Niektóre
z nich oferują zniżki dla studentów za okazaniem legitymacji.
Joga! Centrum
ul. Żurawia 32, ul. Koncertowa 4
tel.: (22) 612 20 07, (22) 628 56 72
kom. 503 706 701
e-mail: [email protected]
www.joga.net.pl
Joga Żoliborz
ul. J.Ch. Paska 10
tel.: (22) 423 13 29
kom. 505 693 300
e-mail: [email protected]
www.joga.edu.pl
Akademia Hatha-Jogi
ul. Wałowa 3
tel.: (22) 635 68 69
kom. 601 33 19 39
e-mail: [email protected]
www.ahj.pl
Akademia Harmonijnego Rozwoju
ul. Foksal 10
tel.: (22) 33 24 888
kom. 600 22 83 22
e-mail: [email protected]
www.jogafoksal.pl
Omśrodek Hatha Jogi
ul. Świętokrzyska 31/33 A
ul. Marymoncka 34 AWF
tel.: (22) 826 54 77
kom. 607 637 899
e-mail.: [email protected]
www.hathajoga.pl
Przemek Grundland. Wysztrandował dziś
na plażach Narbutta (czyt. Omaha, Normandia `44). Para rączych tubylców pogoniła go na
głęboką wodę tak, że w biegu pogubił basenowe
klapki. Czy złapie wiatr w żagle? Czy zda najważniejszy do tej pory egzamin?...
Niebawem wszystko stanie się trywialne...
Dzwoni telefon. Kilka procent zebranych w kinie maca się po kieszeniach. Wielu szuka, tylko
jedna nagroda. Obok ktoś dłubie w oku. Profesor Warszawskiej Szkoły Reklamy podniósł
tymczasem rękę i mrugnięciem wysuszonej
powieki dał znak do rozpoczęcia egzaminu dyplomowego. Miejsce: kino `59. Występują: Jean-Paul Belmondo, Jean Seberg, scen. François
Truffaut, reż.: Jean-Luc Godard, muz. live: DJ
Mini (Przemek Grundland), DJ Zbyszek. Wokal
Joasi + tenor lektora H. gratis.
Na ekran spada Belmondo z gadżetami: słuchawką telefoniczną, nie swoim Alfa Romeo,
bronią krótkolufową, przygryzionym, wsuniętym w dziurę między wargami– cigarette’m. DJ,
którego ruch dyskretnie rejestruje z 2. rzędu
promotor, póki, co miksuje. Czasem ma przesunięcia w fazie w stosunku do obrazu z ekranu. Sporadycznie zagłuszy czytającego lektora.
W tle głosu użycza żywa girl swoim mormorando. Kamera z nalepką ’TVP’ save-uje całość, by
później 3-osobowa(!) Rada wrzuciła materiał na
półki, względnie puściła go koło 1:30 w nocy.
Co mówi ekran...? Otóż, zgodnie z wykreowanym ostatnio hasłem kampanii:„Nie czytaj gazet- bądź głupszy!”, lobby rządzące prasą każe
głównemu bohaterowi, Michelowi (Belmondo)
wciąż ją przynajmniej... przeglądać. I to właśnie
w którymś numerze „i.pewu” zobaczy swój portret z podpisem: „Zabójca pozostaje nieuchwytny”. Ofiara czarnego PR-u to 29-letni szatyn,
bardzo były stuart „Air France”. Aktualnie nie
pracuje, bez prawa do zasiłku. Gdy potrzebuje
gotówki, to albo okrada sikającego do pisuaru
20
(rzadziej na podłogę) krawaciarza, albo marzącą o karierze Kingi Dunin– kochankę Patricię,
Amerykankę w Paryżu, krewną niejakiego
Gershwina. Michel to typ łóżkolubny. Waletuje
u swojej młodej przyjaciółki, prowadząc dialogi, których jedynym celem jest zachęcenie jej
do sexu. Średnio po ~17 minutach prób osiąga
sukces. Gdy zdarzy mu się zwlec z wersalki to:
(a) odpala jedną fajkę od poprzedniej, (b) ociera
palcem wargi w tę i z powrotem, (c) odpowiedzi
(a) i (b) plus przygląda się wywieszonemu na
wystawie kinowej plakatowi z Humphreyem
Bogartem. Staje się popularny. Dane z jego paszportu okrążają Paryż. Goszczą nawet na pseudolistach przebojów i elektronicznych tablicach
informacyjno-warningowych.
Na widowni chichot. Poważny człowiek ubrany w muchę wciąż nieruchomy, ale... spocił się
pod spodniami. Starsza koneserka kina nie zdejmuje beretu. Pociąga z kartonu. Egzaminowany
szarpie winyle, zdejmuje bluzę z kapturem– słowem walczy o pięć z plusem.
Michel gra dalej, niezatrzymywany przez
Godarda ani... Grundlanda. Ufa astrologii:
„Czytam horoskopy. Chcę znać przyszłość. Ty
nie?”- tłumaczy się z tego, iż wybiera tytuły
typu: „Gwiazdy nie kłamią”. Do ubranej (jeszcze
przez chwilę) Patricii mówi (bo nie słychać tonu
pytania): „Będziesz dzisiaj spała ze mną”. Wysuwa też tezy: „Gdy dziewczyna mówi, że wszystko
jest w porządku, a nie potrafi zapalić papierosa
to znaczy, że coś ukrywa”. Ta coś ukrywająca,
w międzyczasie spotyka się z dziennikarzem
„i.pewu” na Polach Mokotowskich (czyt. Elizejskich). Po powrocie chce usłyszeć komplement.
Nic prostszego. Tamten otwiera swoje wnętrze
mówiąc: „Chcę iść z Tobą do łóżka, bo jesteś
piękna”. Gdy ta innym razem próbuje stworzyć
nastrój intymności i pyta: „Wolisz płyty, czy
radio?”, man woła: „Zamknij się, bo myślę”, po
czym zauważa dumny z siebie: „Nawet nie wiesz,
jak pomalować usta!”.
Odtwarzane przez Belmondo indywiduum
skończyło zawodówkę. Bez wyróżnienia. Absolwent ZSZ wymyśla czasem: „Najpiękniejszy jest
w Tobie uśmiech z profilu”. Ona mu się w końcu
odwdzięcza wyznaniem: „Zamykam oczy, abyś
stał się czarny. Nigdy nie jesteś do końca czarny”,
po czym wkłada mu się pod kołdrę. Tematy mądrości przemycanych w filmie to pozornie tylko
miłość, relacje płciowe i ich waga. To maska...
Belmondo śledzi depczącego mu po piętach
komisarza policji paryskiej. Wyskakuje z wiozących go taksówek, aby nieznajomym girlsom
podnosić w górę sukienki, po czym szybko uciekać. Ot.... Na ulicach/lotniskach Paryża słychać
głosy: „Lubi Pan Chopina?→ Okropność”. Myśli o wyjeździe do Włoch ze spodziewającą się
dziecka Amerykanką. Żąda nieśmiertelności,
aby potem, jak mówi, po prostu umrzeć. Kamera coraz częściej zbacza na jego jedwabne skarpetki dobrane do tweedowej marynarki. Patricia
wyznaje: „Nie chcę być w Tobie zakochana”, po
czym denuncjuje, dekonspiruje, sypie...
Nie zostałem do końca. Pilny telefon z dziekanatu/ministerstwa/czegokolwiek wyciągnął nas
z kinowego fotela. Z ankiet przeprowadzonych
wśród siedzących do napisów powtarzają się
najczęściej trzy wersje zakończenia:
(a) Patricia denuncjuje, dekonspiruje, sypie...
ale ostatecznie blefuje. Wyprowadza policję paryską w pole. Oboje przekraczają granicę koło
Chamonix (Alpy Zachodnie). Ostatnie sceny:
Michel kradnie auto i suną szosą wprost na
Rzym Juliusza Cezara.
(b) Polizei wbija w niego kulkę. Ten pada na
asfalt. Czyni coś dziwnego ze swoimi ustami.
Zdejmuje okulary, puszcza z ust szluga. Nawet
Bogart zdaje się kiwać głową. Patricia i kilka par
„niebieskich” oczu wpatrzeni w łapiącego nieruchomą pozycję horyzontalną.
(c) Michel trafia za kratki za zabójstwo i wielokrotne kradzieże. Spędzi tam jeszcze Gwiazdkę
1987 roku. Patricia dostaje upragniony etat w redakcji miesięcznika „i.pewu”. Wiąże się na stałe
z jednym z dziennikarzy. Przenoszą się do Tuluzy. Jej dziecko rośnie, pragnie poznać ojca.
Wydarzenie, którego świadkami było przeszło 150 osób możliwe było dzięki działającej
od 15 lat Fundacji Młodego Kina, której celem
jest finansowe wspieranie projektów niezależnych. Swój kamyk (kamień, głaz) wrzuciło do
ogródka kino Iluzjon, które na ww. potrzeby oddało ekran. Także rodzimy klub PW „Remont”
wsparł inicjatywę wypożyczając DJ-owi mikser,
a nawet... głośniki. Zapotrzebowanie na tego
typu imprezy jest spore, o czym świadczy choćby frekwencja. Łączenie seansu starego dobrego
kina z nowymi interpretacjami muzyki współczesnej zwłaszcza granej na żywo to zderzenie,
które rodzi nietypowe zjawiska: 70-latek obok
15-latka (brak relacji wnuk–dziadek) w kinie na
tym samym filmie, o tej samej porze. Taa... muzyka łączy pokolenia...
Falk
„King Kong”
Akcja/Fantasy - Nowa Zelandia, USA 2005
Premiera tego filmu odbyła się już w zeszłym
tygodniu i obecnie leci on w najlepsze w polskich
kinach, niemniej nie mogło zabraknąć w tym
miejscu kilku słów o przedsięwzięciu, nazwanym „największym filmowym wydarzeniem
roku”! „King Kong” Petera Jacksona to remake
obrazu z 1933 roku, kiedy to poszukiwacze przygód i filmowcy, Merian C. Cooper i Ernest B.
Schoedsack po raz pierwszy pokazali widzom
gigantyczną małpę, siedzącą na szczycie Empire
State Building i starającą się uchronić swoją piękną towarzyszkę przed atakiem dwupłatowców.
Trzykrotny zdobywca Oscara, którego trylogia
„Władca pierścieni” tworzy już współczesny
kanon kina, zrealizował własną wizję jednego
z największych klasyków ekranu: King Konga.
Jak się okazuje, zdjęcia do tego filmu były dla reżysera czymś więcej, niż tylko zmierzeniem się
z ikoną pop-kultury. Jak sam mówi, to właśnie
obejrzenie pierwszej wersji legendarnej opowieści o gorylu-olbrzymie skłoniło go do związania
swojej przyszłości z kinem. Jackson odświeża
trochę tragiczną historię miłosną pięknej i bestii,
wzbogacając swój film o niemałą porcję akcji.
Dorzuca dawkę humanizmu, a efekty specjalne
powierza wielokrotnie nagradzanym Oscarami specjalistom z firm Weta Digital Ltd. i Weta
Workshop Ltd. I nie popełnia błedu! Bardzo
mocną stroną filmu są efekty specjalne. Generowana komputerowo postać King Konga wspierana jest mimiką i ruchami brytyjskiego aktora
Andy’ego Serkisa, który użyczał już swoich ruchów Gollumowi z „Władcy Pierścieni”.
„King Kong” opowiada historię filmowca Carla Denham, pragnącego sfilmować słynnego
potwora na jednej z wysp południowego Pacyfiku. Tymczasem tubylcy porywają aktorkę Ann
Darrow, by ją ofiarować olbrzymiej małpie, tytułowemu King Kongowi. Potwór zakochuje się
w kobiecie, Denham jednak chwyta go na wyspie i przewozi do Nowego Jorku, gdzie chce pokazać zdobycz gapiom. Ostatecznie Monstrum
uwalnia się z łańcuchów...
Jack Driscoll (Adrien Brody), w którym zakochuje się Ann Darrow (Naomi Watts) to dramatopisarz zmieniający się dla miłości. King Kong
natomiast, co może Was nieco zdziwić, w filmie
Jacksona to już nie groźna bestia, jak w oryginale, ale starzejący się, zmęczony, pokryty bliznami i doświadczony przez życie goryl, który rozumie, że jest ostatnim przedstawicielem swojego
gatunku. Film przybiera w ten sposób formę
opowieści o samotności i o tym, w jaki sposób
przetrwać w najbardziej niebezpiecznym miejscu na świecie. Obraz trwa blisko trzy godziny.
Budżet filmu to bagatelna suma 207 milionów
dolarów, z której sporą część pokrył sam reżyser, który może jednak sobie na to spokojnie pozwolić, zważywszy na ogromny sukces kasowy,
jakim było trzy miliardów dolarów zarobionych
na ekranizacji trylogii Tolkiena.
Generalnie recenzja jak najbardziej pozytywna. Chodzą opinie, że takiego błysku w oku
Jacksona (przy „King Kongu” – reżysera, scenarzysty i producenta w jednym) jeszcze nie
widzieli. Zdaniem dziennikarza amerykańskiej
edycji Newsweeka, Devina Gordona, inni reżyserzy powinni uczyć się od Jacksona tego, jak
robi się filmy. Jeśli ktoś jeszcze nie obejrzał, zapraszam jak najszybciej do kin!! Ocena (w skali
1-6) – 5,5.
„Opowieści z Narni: Lew, czarownica i stara
szafa”
Przygodowy/Fantasy – USA 2005
Tego filmu również nie mogło tu zabraknąć.
„Kroniki Narni” to jedna z najbardziej oczekiwanych premier sezonu filmowego 2005/2006
i jednocześnie najbardziej prestiżowa z ostatnich produkcji wytwórni Disney’a. Ekranizacja
słynnego cyklu powieściowego, stworzonego dla
dzieci i młodzieży przez C.S. Lewisa, opowiada
historię czwórki rodzeństwa – Łucji, Zuzanny,
Edmunda i Piotra – która odnajduje drogę do
tajemniczej krainy Narni zamieszkałej przez
niezwykłe istoty: mówiące zwierzęta, fauny
i centaury. Bramą do tego niezwykłego świata
okazuje się stara szafa w wiejskim domu, należącym do nieco dziwacznego Profesora. Narnia
od stu lat znajduje się we władzy złego czaru,
a jej mieszkańcy żyją w ciągłym strachu. Dzieci
pomagają prawowitemu władcy - lwu Aslanowi
– pokonać Białą Czarownicę, która zamieniła
bajkową Narnię w krainę zła i wiecznej zimy.
Odtwórcę jednej z głównych ról, Skandara Keynes (filmowego Edmunda) można porównać do
Harry’ego Pottera z ekranizacji książek Joanne K.
Rowling. Również ta postać ma dużo wspólnego
z magią i czynieniem dobra. W filmie partneruje
mu Anne Popplewell (Zuzanna), która wystąpiła
wcześniej m.in. w „Dziewczynie z perłą”. Do roli
Białej Czarownicy, o którą rywalizowało kilka
osób, szczególnie ponoć Nicole Kidman, ostatecznie wybrano Tildę Swinton, znaną doskonale z teatru, filmów Dereka Jarmana, „Orlanda”
Sally Potter, czy ostatnio „Młodego Adama”
i chyba naprawdę jest do niej idealna! Reżyserem
filmu jest Andrew Adamson, Nowozelandczyk,
Następna strona
Historia Vincenzo, Simone, Rocco, Ciro i Luki
niewiele ma sobie równych w historii kina. Z pozoru jest to opowieść o emigracji zarobkowej rodziny z biednego włoskiego południa do Mediolanu, uprzemysłowionego miasta Północy. Tak
naprawdę, zawiera się w niej o wiele więcej, jak
choćby wątek oparty na powieści Dostojewskiego „Idiota”. Film Luchina Viscontiego „Rocco
i jego bracia” ma ciekawą konstrukcję – składa
się z pięciu części, zatytułowanych imionami
każdego z braci, opowiada jednak spójną, chronologiczną historię. W różny sposób odnajdują
się emigranci, pod bacznym okiem czujnej matki, w nowej rzeczywistości. Najstarszy – Vincenzo – prezentuje najprostszy wariant adaptacji: jest szczęśliwym mężem i ojcem, ma prostą
pracę i niczego nie chce zmienić.
Simone przejawia największą niezależność od
rodziny, choć zawsze zwraca się do niej w potrzebie. Jest bokserem, lecz błyskotliwa kariera
nie staje się jego udziałem. Ucieka się do kradzieży, gdy potrzebuje pieniędzy dla upragnionej kobiety. Dla pieniędzy decyduje się nawet przyjąć
rolę męskiej prostytutki.
Rocco (Alain Delon) – centralna postać filmujest najsilniej przywiązany do rodziny, a widząc
zgubny wpływ miasta, chce wrócić na Południe.
To jemu, mimo delikatności i kruchości psychicznej, przypada w udziale kariera bokserska.
Ciro w pełni integruje się z nową rzeczywistością, z grupą społeczną, do której zaczyna należeć – jest robotnikiem w fabryce Alfa Romeo.
Do niego należy komentarz wydarzeń, który
wypowiada choćby w ostatniej scenie rozmowy
z Luką – najmłodszym bratem. To on również
stwierdza w pewnym momencie, że Simone
zgubiło miasto. Jest prawy i dobry, ale cechuje
go także racjonalność, która każe mu zaprzeczyć
południowym tradycjom wierności rodzinie
i oddać Simone w ręce policji.
Luka, wreszcie, ma szanse wrócić na Południe.
22
Na nim nie odcisnęło się jeszcze zgubne piętno
miasta.
Dla mnie centralnym wątkiem w filmie jest
konflikt miedzy Simone, Rocco a Nadią. (Tytuł artykułu nie miał więc być tylko ukłonem
w stronę redakcyjnego kolegi, który w numerze
22 i.pewu pisał o „i.diocie” Kurosawy.) Piękna prostytutka Nadia wywiera na wszystkich
braciach silne wrażenie. Do profesji, którą wykonuje zmusiły ją – tak jak Nastazję Filipownę
Dostojewskiego – życiowe okoliczności. Z pomocą Rocco, który w filmie uosabia księcia Lwa
Myszkina, stara się od niej odejść. Ponosi jednak
klęskę wskutek zaborczych poczynań Simone,
którego miłość jest dla niej fatalna. Podobnie jak
miłość Rogożyna do Nastazji Filipowny. Wiele
jest odniesień treściowych filmu do powieści,
wiele wspólnego w charakterystyce bohaterów.
Choćby identyczny finał historii – Nadia również
zostaje zabita przez rozsierdzonego, zrozpaczonego Simone. W powieści Myszkin i Rogożyn
leżą razem przez całą noc na łóżku, obok zwłok
Nastazji, w filmie Simone i Rocco także padają
na łóżko w objęciach, szlochający i tulący się do
siebie kurczowo. Rocco pragnie ukrywać zbrodnie brata, która ugodziła przecież najbardziej
w niego; mimo tego jak wiele niegodziwości wyrządził mu Simone, nadal bardzo go kocha, jest
gotowy zrobić dla niego wszystko. Podobnie jak
Myszkin, który miłuje Rogożyna i przebacza mu
natychmiast, tak samo jak wszystkim ludziom.
To ta niezrozumiała, bezinteresowna dobroć,
widoczna też u bohatera Viscontiego sprawia, że
książę zasługuje w oczach ludzi na miano „idioty”. Rocco, oprócz rezygnacji z ukochanej Nadii,
decyduje się również na podpisanie 10 – letniego
kontraktu jako bokser, by oddać dług zaciągnięty przez brata. Jego poświecenie zwiększa fakt, ze
nie znosi boksu, który jest całkowicie przeciwny
jego naturze. Wstydzi się emocji, jakie wyzwala
w nim walka. Dlatego po ważnej, wygranej wal-
ce płacze.
Istnieją też różnice w relacjach bohaterów filmu
i powieści, dzięki którym film nabiera unikalnego charakteru. Miłość Myszkina do Nastazji to
tak naprawdę litość, bezgraniczne współczucie,
bezinteresowne oddanie. Miłość Rocco, mimo
że posiada także wszystkie te cechy, jest jednak
miłością mężczyzny do kobiety. Inny jest też powód rozstania prostytutki i szlachetnego mężczyzny. W powieści to Nastazja opuszcza Myszkina, mając świadomość ze małżeństwo z osobą
jej pokroju skompromitowałoby go, złamało mu
życie. W filmie Rocco opuszcza Nadię z poczucia winy, że sięgnął po kobietę, którą kocha brat.
Jest to zachowanie zgodne z zasadą południowej
obyczajowości, według której kobieta brata stanowi tabu. To tłumaczy sposób, w jaki Simone
potraktował ukochaną kobietę – zgwałcił ją na
oczach brata, również po to, by pokazać swoją dominację, by znieważyć mężczyznę, który
wcześniej upokorzył jego. Sprzeniewierzenie
bratu bardzo dotyka Rocco, co widać w pięknej
scenie – na dachu katedry w Mediolanie, gdzie
tłumaczy on Nadii, dlaczego musi ją opuścić.
Liczy na to, że kobieta nie tylko wróci do Simone, ale także będzie go kochać. Bo tak właściwie
powinno być, bo to jemu się ona należy. Zasady
etyki Południa są ważniejsze niż to, czego chcą
bohaterowie, niż to, co czuje Nadia. Ta nieelastyczna obyczajowość, nakazująca wierność rodzinie ponad własne dążenia to częsty motyw
we włoskiej literaturze. Alicja Helman w książce
„Urok zmierzchu” o filmach Luchina Viscontiego podaje także inne pierwowzory literackie dla
tego motywu.
Równie ważny jest jednak epicki wymiar filmu, czyli opowieść o podróży rodziny Prondich
z Południa na Północ. Był to bardzo aktualny
temat w 1960 roku, kiedy powstał film. Dysproporcja miedzy bogatą, uprzemysłowioną Północą a biednym, rolniczym Południem, która jest
obecna we Włoszech do dziś, wtedy była wyjątkowo silna: bezrobocie na Południu sięgało
50 %. Rosaria, matka pięciu braci, decydując się
na przeprowadzkę, chce by jej synowie uniknęli
ciężkiego losu ojca – utrzymywania się z pracy
na roli. Ponosi jednak klęskę – rodzina, głównie
na skutek poczynań Simone, ulega całkowitej
dezintegracji. Rosaria wykrzykuje w pewnym
momencie do synów: „Niech będzie przeklęty
dzień, w którym zdecydowałam się odejść z ziemi waszego ojca!”. Końcówka filmu jest pozornie optymistyczna – stanowi ją rozmowa dwóch
młodszych braci: Ciro, który umiejętnie wpisał
się w nowe wielkomiejskie życie i Luki, który jeszcze nie został przez nie związany, wciąż
może podjąć decyzję o powrocie na rodzinną
ziemię. Nuta nostalgii za utraconymi wartościami, zwróceniu się ku przemijalnemu, dominuje
nad radością z udogodnień, jakie niesie miasto,
z powodzenia Ciro i Vincenza.
Zwracanie się ku tematyce socjalnej było typowe dla reżyserów włoskich drugiej połowy lat
40. i początku lat 50. Poetykę filmów tego okresu zwykło nazywać się neorealizmem włoskim,
a film „Rocco i jego bracia”, powstały w roku
1960, stanowi jego echa. Za pierwszy film neorealistyczny uważa się „Rzym, miasto otwarte”
Roberto Rosseliniego z 1942 roku. Zaś „Opętanie” Viscontiego, powstałe w roku 1942, jest
uznawane za film prekursorski wobec neorealizmu. Filmy te łączyło skupienie na losie prostych, typowych ludzi, na zwykłym, codziennym życiu. Neorealistyczny bohater różnił się
tym od swych filmowych i literackich poprzedników, że nie musiał się niczym wyróżniać. To
„niewyróznianie się”, zwyczajność czyniły z jego
życia temat dla twórców tamtych lat. Tak określił to kiedyś Roberto Rosselini: „Wielkie gesty,
czy wydarzenia ukazuję w tym samym kształcie, z tym samym współczynnikiem napięcia, co
normalne, małe, życiowe czynności. Z tą samą
pokorą staram się opisać jedne i drugie. W obu
rodzajach znajduję źródło dramatyzmu.”. Formalnymi środkami, które temu służyły, była
obiektywna narracja i szara fotografia, bez próby stylizacji. Do arcydzieł neorealizmu należą
choćby „Złodzieje rowerów” Vittorio de Siki
– pięknie sfotografowana, prosta, jednowątkowa
historia o kradzieży i całodziennym poszukiwaniu roweru, który był niezbędnym narzędziem
pracy głównego bohatera. Mimo swej pozornej
nieatrakcyjności to właśnie bieda, bezrobocie,
zawiedzione nadzieje, brak perspektyw na lepsze życie – codzienne rozterki prostych ludzi,
stały się tematem pierwszych filmów wielkich
włoskich mistrzów – Felliniego, Antonioniego,
Pasoliniego.
Należy do nich zaliczyć również Luchina Viscontiego, który- poza zachwycającym „Rocco
i jego bracia”- nakręcił jeszcze niejeden film będący doskonałym świadectwem epoki. Najlepszy i najbardziej znany jest „Zmierzch bogów”
– częściowo oparta na „Makbecie” Szekspiraopowieść o rodzeniu się nazizmu w Niemczech,
o upadku arystokracji i jej ideałów, o tym, jak
władza kusi i niszczy człowieka. Inny film –
„Portret rodziny we wnętrzu”, w którym pojawia
się wątek dionizyjski, przejawiający się głównie
w nieskrępowanej seksualności bohaterów, stanowi diagnozę, a zarazem estetyzację starości.
„Śmierć w Wenecji” zaś, mimo tego, jak została
wyśmiana w filmie „Chłopaki nie płaczą”, nie
opowiada tylko o bohaterze płynącym łódką,
ale również o jego – starzejącego się artysty – zagładzie, na skutek zgubnej namiętności do młodego, polskiego chłopca, która nie pozwala mu
opuścić Wenecji. To, co w tym filmie – adaptacji
opowiadania Tomasza Manna, najciekawsze to
portret miasta, które kusi, usidla, jest piękne,
a zarazem bardzo niebezpieczne.
Ciekawych znów odsyłam do kina Iluzjon oraz
do wypożyczalni mieszczącej się po prawej stronie wejścia do kina Luna – najlepiej zaopatrzonej
w stare filmy wypożyczalni w Warszawie.
AsiaA
Poprzednia strona
warto dodać – współreżyser pierwszej i drugiej
części „Shreka”. Efektami specjalnymi zajęli się
Dean Wright i Richard Taylor, którzy pracowali
przy „Władcy pierścieni”.
Koszt produkcji wyniósł ponad 150 milionów
dolarów. Przygotowania trwały dwa lata, zdjęcia – 18 miesięcy. Kręcono je głównie w Nowej
Zelandii, a także w Czechach i… w Polsce na
Podlasiu. Miało tu miejsce kilkanaście dni zdjęciowych, głównie nad zamarzniętym jeziorem
Siemianówka. To w naszym kraju powstała jedna z najbardziej dramatycznych scen, w której
dzieci mogą albo biec naokoło jeziora, ukrywając
się przed Białą Czarownicą, albo też zaryzykować i przedostać się jego środkiem, dzięki czemu
mogłyby prędzej pospieszyć na ratunek bratu. Podobno reżysera ujęła polska gościnność,
wspaniałe krajobrazy i zabytki, dlatego właśnie
tu postanowił nakręcić tę część filmu. Warto się
wybrać chociażby z tego powodu! :)
Wydaje się, że film może zainteresować zarówno dzieci, jak i towarzyszące im osoby dorosłe.
„Serce nie sługa”
Komedia romantyczna – USA 2005
Chociaż na naszej Uczelni kobiet jest zdecydowana mniejszość, to nie można o nich zapominać, a raczej nawet bardziej Je docenić, co
mam nadzieje teraz czynię, opisując film chyba
zupełnie przeznaczony dla tej piękniejszej publiczności! :) Zniechęcona życiem Rafi (Uma
Thurman) to 37-letnia organizatorka sesji zdjęciowych, porzucona przez męża, zawieszona
pomiędzy tykającym coraz głośniej zegarem
biologicznym i spotkaniami ze swoją psychoterapeutką Lisą Metzger (lauretka Oscara – Meryl
Streep), która zaleca jej ponowne odkrycie cudownego świata randek. Rafi zamartwia się, czy
zdoła poznać kogoś, zanim będzie zbyt późno,
nie może też poradzić sobie z uczuciem zawodu
i niepewności w tym momencie swojego życia.
Bohaterka zadaje sobie pytania – „Czy chcę być
kochana i mieć partnera? Czy chcę mieć dzieci?
Czy muszę wychodzić za mąż? Może wystarczy
sam ojciec?”. Na przekór wszystkiemu, spotyka
w końcu o wiele młodszego mężczyznę – 23-letniego malarza Davida (Bryan Greenberg).
Ku przerażeniu terapeutki okazuje się jednak, że
nowy chłopak jej pacjentki, jest jej... synem. Davida i Rafi poza różnicą wieku dzieli także po-
Twórcy „Opowieści…” dzięki nowoczesnym
technikom komputerowym powołali do życia
całkowicie wiarygodny świat Narni. Sam twórca
tego świata, Lewis, miał – jak powszechnie wiadomo – sceptyczny stosunek do kina. Twierdził,
że gdy pojawia się kamera, umiera wyobraźnia.
Adamson i jego współpracownicy bardzo pragnęli udowodnić, że jednak się mylił. Czy się
udało, to już musicie sobie sami odpowiedzieć.
Ale to naprawdę niezwykła opowieść. Nie będziecie żałować!
Ekranizacja miała już „królewską premierę”
- podczas londyńskiego pokazu w Royal Albert
Hall film obejrzeli m.in. książę Karol z małżonką, Książę Walii wraz z księżną Kornwalii, sir
Cliff Richard, Joan Collins, Roger Moore i Annie Lennox.
Obraz trwa około 2 godzin. W polskiej wersji
językowej usłyszymy Piotra Machalicę (Aslan),
Danutę Stenka (Jadis, Biała Czarownica) oraz
Maję Cygańską, Annę Popplewell, Martę Dąbrowską, Kamilę Kubik, Piotra Deszkiewicza.
Ocena – 6.
chodzenie i poczucie niezależności. On, wychowany według zasad judaizmu, jest miłośnikiem
hip hopu i malarzem-amatorem, mieszkającym
nadal z dziadkami. Ona - niepraktykująca katoliczka - doskonale porusza się w świecie mody,
pełnym fikcji i luksusu. Cały komizm tej romantycznej opowieści, który może powodować nawet
czasem wzruszenie, polega na próbie przezwyciężenia tych różnic. Jak to w komediach romantycznych, film pokazuje, jak przyziemność dnia
codziennego wpływa na miłość od pierwszego
wejrzenia i przekształca ją w dojrzały związek.
Bardzo dobra gra aktorska! Thurman jest w życiowej formie, gra z prostotą i naturalnością.
Oglądanie Streep w takim komediowym repertuarze to także czysta przyjemność. Nic tak nie
bawi widza jak stara, dobra wizyta u psychoterapeuty. Jak sami się przekonacie, najzabawniejsze sceny „Serce nie sługa” rozegrają się właśnie
w trakcie rozmów Rafi z dr Metzger. Sprawdza
się nieznany dotąd Greenberg, który radzi sobie
zarówno w sytuacjach komediowych jak i dramatycznych.
Warto chyba też wspomnieć w tym miejscu
o budżecie filmu, który był tak skromny, że Uma
Thurman nosiła na planie własne ubrania i sama
kompletowała sobie garderobę. Dodać jednak
należy, że zrobiła to naprawdę dobrze!
Także Kochane Panie, jeśli czujecie, że z zegarem biologicznym również jesteście za pan brat
lub też wydaje Wam się, że osoby, które spotykacie, są jakby zupełnie z innej planety, nie pozostaje nic, jak przez lekko ponad 1,5 godziny poszukać rozwiązania wspólnie z Umą Thurman!
Ocena – 5.
El proczo
Wypełnij tabelkę tak, aby każdy wiersz, każda kolumna i każdy kwadrat
3x3 zawierały cyfry od 1 do 9. Dla tych z Was, którzy wpiszą rozwiązanie
z pierwszego wiersza tabeli czekają DARMOWE podwójne wejściówki na
dowolnie wybrany styczniowy film grany w kinie „Luna”. Odpowiedzi
prosimy przesyłać na adres: [email protected]
24