DAWNA MEDYCYNA DAWNA MEDYCYNA I WETERYNARIA I

Komentarze

Transkrypt

DAWNA MEDYCYNA DAWNA MEDYCYNA I WETERYNARIA I
DAWNA MEDYCYNA
I WETERYNARIA
PACJENT
Praca zbiorowa pod redakcją:
Mariusza Z. Felsmanna
Józefa Szarka
Mirosławy Felsmann
Chełmno 2011
Recenzenci:
Prof. dr hab. Andrzej Felchner
Prof. dr hab. Włodzimierz Kluciński
Prof. dr hab. Tadeusz Rotkiewicz
Prof. dr hab. Józef Szarek
Dr hab. Walentyna Korpalska
Projekt okładki:
Mariusz Z. Felsmann
Józef Szarek
Skład i łamanie:
Mariusz Z. Felsmann
Józef Szarek
ISBN 83-919037-2-9
Wydawca: Muzeum Ziemi Chełmińskiej w Chełmnie
Monografia dofinansowana przez
Starostwo Powiatowe w Chełmnie
2
Spis treści
Wstęp ……………………………………………………………...………..………..……...… 7
Pacjent człowiek …..…….………………………………..……………………..…..………. 9
DZIECI, MŁODZIEŻ, DOROŚLI - PACJENCI OŚRODKÓW ZDROWIA W LATACH 30TYCH XX WIEKU (NA PRZYKŁADZIE PIOTRKOWA TRYBUNALSKIEGO
I POWIATU PIOTRKOWSKIEGO) ………………………………..……………….………. 11
Andrzej Fechner
MEDYCZNE I SPOŁECZNE PROBLEMY PACJENTÓW Z PADACZKĄ
DAWNIEJ I DZIŚ ………………………………………………………………………….…. 31
Mirosława Felsmann, Barbara Futyma, Anna Andruszkiewicz
PACJENT Z PADACZKĄ – DAWNIEJ I DZIŚ ……...………………………….…………. 51
Seweryna Konieczna
PACJENCI I LEKARZE W CZASIE EPIDEMII CHOLERY 1831-1832 NA ZIEMIACH
POLSKICH POD PRUSKIM ZABOREM ………………………………………………….. 69
Walentyna Krystyna Korpalska
EWOLUCJA OPIEKI NAD PACJENTEM Z ZABURZONĄ ŚWIADOMOŚCIĄ ……….. 87
Agata Kosobucka
ODCZUCIA BÓLOWE U NOWORODKA – HISTORIA PROBLEMU OD
STAROŻYTNOŚCI DO DZIŚ …………………………………………………………...… 113
Magdalena Kowalewska
UCZEŃ PACJENTEM LEKARZA SZKOLNEGO W II RZECZYPOSPOLITEJ (NA
PRZYKŁADZIE WOJEWÓDZTWA LUBELSKIEGO) …………………………….…….. 133
Joanna Majchrzyk-Mikuła
GRUŹLICA – TERAPIA CHOROBY DO CZASÓW PIERWSZEGO SWOISTEGO
LEKU STREPTOMYCYNY…………………………………………………..…….………. 153
Przybylski Grzegorz, Pyskir Małgorzata, Pyskir Jerzy, Bannach Małgorzata
OPIEKA HIGIENICZNO-LEKARSKA NAD NAJMŁODSZYMI PACJENTAMI W
PIOTRKOWIE TRYBUNALSKIM W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM …………….… 171
Kataryzna Szymczak
LECZENIE ŻÓŁTACZKI W LECZNICTWIE LUDOWYM NA ZIEMIACH POLSKICH
W WIEKU XIX-TYM I W PIERWSZEJ POŁOWIE XX WIEKU ………………………… 193
Lilianna Wdowiak, Paweł Wysokiński
3
POSTRZEGANIE NIEKTÓRYCH EKTOPASOŻYTÓW PRZEZLUDNOŚĆ WIEJSKĄ
I WALKA Z NIMI NA ZIEMIACH POLSKICH NA PRZEŁOMIE XIX I XX WIEKU ….. 215
Lilianna Wdowiak, Paweł Wysokiński
PASOŻYTY PRZEWODU POKARMOWEGO W LECZNICTWIE LUDOWYM NA
ZIEMIACH POLSKICH NA PRZEŁOMIE XIX i XX STULECIA ………………………. 237
Paweł Wysokiński, Lilianna Wdowiak
PROBLEM „ŻABY” W OPIECE NAD NOWORODKIEM I NIEMOWLĘCIEM NA
ZIEMIACH POLSKICH W WIEKU XIX-TYM I W PIERWSZEJ POŁOWIE
XX WIEKU …………………………………………………………………………………... 257
Paweł Wysokiński, Lilianna Wdowiak
LECZNICTWO UZALEŻNIEŃ W POLSCE W LATACH 1918-1939 ……………….... 277
Adrian Zandberg
Pacjent zwierzę ……………………………………….……..………………………..….. 303
SZCZUR – BOHATER NAUKI, PRZYJACIEL CZŁOWIEKA, SZKODNIK, PACJENT 305
Karolina Barszcz, Marta Kupczyńska, Agata Godlewska
LECZENIE OWIEC NA TERENIE GALICJI W XIX WIEKU W OPARCIU O
DZIAŁALNOŚĆ KAZIMIERZA WODZICKIEGO …………………….………………….. 323
Wacław Łuczak, Maciej Adamski, Norbert Pospieszny
WYBRANE ZAGADNIENIA Z HISTORII LECZENIA ZWIERZĄT W CZASACH
STAROŻYTNYCH ………………………………………………………………………..… 331
Maria Makowiecka, Michał Skibniewski, Marta Kupczyńska, Ewa Skibniewska,
Karolina Barszcz
ZWIERZĘ – PACJENT CZY TERAPEUTA?.............................................................. 349
Katarzyna Olbrych, Tomasz Szara
LWOWSKI KOŃ TRAMWAJOWY JAKO PACJENT …………………..……………….. 367
Zbigniew Wróblewski, Antoni Gamota
Dawna medycyna i weterynaria ………………………….……..……………..……….. 377
ZWIERZĘ – ŹRÓDŁO INSPIRACJI W RÓŻNYCH KULTURACH ………..………….. 377
Karolina Barszcz, Marta Kupczyńska, Michał Wąsowicz
4
ELEMENTY MEDYCZNE I WETERYNARYJNE WE WSPÓŁCZESNYCH HERBACH
MIAST POLSKICH ……………………………………………….………………………… 397
Mariusz Z. Felsmann, Józef Szarek
PODKOWA JAKO ELEMENT GODEŁ W POLSKICH HERBACH SZLACHECKICH 421
Mariusz Z. Felsmann, Babińska Izabella
HISTORIA LWOWSKIEJ UCZELNI WETERYARYJNEJ I OCALENIE JEJ
ZASOBÓW HISTORYCZNYCH ……………………………………………………….…. 449
Antoni Gamota
DZIAŁALNOŚĆ PROFESORA JÓZEFA SZPILAMANA, PIERWSZEGO REKTORA
AKADEMII WETERYNARYJNEJ WE LWOWIE, W 90–TĄ ROCZNICĘ ŚMIERCI .... 459
Antoni Gamota, Zbigniew Wróblewski
WSPÓLNE POCZĄTKI ANATOMII WETERYNARYJNEJ I ANATOMII CZŁOWIEKA 469
Jacek Gulczyński , Ewa Iżycka-Świeszewska
GABINETY I ZBIORY OSOBLIWOŚCI JAKO PIERWSZE MUZEA ANATOMII,
ANATOMII PATOLOGICZNEJ ORAZ HISTORII NATURALNEJ …………………….. 483
Jacek Gulczyński, Ewa Iżycka-Świeszewska
KAPŁONIENIE CZYLI KASTRACJA PTACTWA DOMOWEGO ORAZ SPRZĘT DO
TEGO UŻYWANY…………………………………………………………………………... 505
Alicja Krzyżewska-Młodawska
WETERYNARIA W FILATELISTYCE
W ZBIORACH MUZEUM WETERYNARII W PRZASNYSZU ………………………….513
Waldemar Krzyżewski
WPŁYW DOMESTYKACJI NA KSZTAŁTOWANIE RAS I MORFOTYPÓW PSA ORAZ
WYSTĘPOWANIE CHORÓB……………………………………………………………… 525
Marta Kupczyńska, Karolina Barszcz, Michał Skibniewski, Maria Makowiecka
DR MED. JERZY /GEORG/ SEGER – SIEDEMNASTOWIECZNY LEKARZ
I BOTANIK ………………………………………………………………………………….. 545
Marian Łysiak, Aleksander Drygas
EPIDEMIE JAKO PRZYCZYNY PORAŻEK MILITARNYCH ORAZ POWAŻNYCH
STRAT OSOBOWYCH I MATERIALNYCH …………………………………………….. 555
Mirosław Mariusz Michalski
EPIDEMIE I ZASTOSOWANIE BRONI BIOLOGICZNEJ W PRZEBIEGU DZIAŁAŃ
WOJENNYCH W CZASACH NOWOŻYTNYCH …………….…………………………. 571
Mirosław Mariusz Michalski, Mariusz Zbigniew Felsmann
5
ZASŁUGI KS. S. B. JUNDZIŁŁA DLA NAUKI WETERYNARII NA PODSTAWIE
ARTYKUŁU Z 1806 ROKU ZAMIESZCZONEGO W DZIENNIKU WILEŃSKIM ……. 591
Norbert Pospieszny, Wiesław Łuczak, Maciej Adamski
ZARYS HISTORII I DZIEŃ DZISIEJSZY BADAŃ SYSTEMU KONTROLI POSTAWY
………………………………………………………………………………………………… 597
Przybylski Grzegorz, Pyskir Małgorzata, Pyskir Jerzy, Bannach Małgorzata,
Gołda Ryszard
MOJE PSY, LEKTURY, WSPOMNIENIA - Z REFLEKSJI LEKARZA WETERYNARII
………………………………………………………………………………………………… 611
Jerzy Szenfeld
DOCENT DR JAN CHWALIBÓG - TWÓRCA POWOJENNEJ WETERYNARII
GORZOWSKIEJ ……………………………………………………………………..…….. 619
Jerzy Szenfeld, Michał Stosik*
PROBLEMATYKA ZJAZDU INSPEKTORÓW FARMACEUTYCZNYCH
(WARSZAWA, 7 – 8 KWIETNIA 1933 ROKU) .………………………....……………... 629
Wojciech Ślusarczykk
HELENA JURGIELEWICZOWA (1897-1980) PIERWSZA POLKA, KTÓRA
OTRZYMAŁA DYPLOM LEKARZA MEDYCYNY WETERYNARYJNEJ PO
UKOŃCZENIU POLSKIEJ UCZELNI ……………………………………………….…… 657
Jan Wiśniewski, Marek Nowicki
PROFESOR STANISŁAW KRÓLIKOWSKI - CHIRURG WETERYNARYJNY,
HISTORYK I WYBITNY PEDAGOG ………………………………………………….….. 663
Zbigniew Wróblewski, Antoni Gamota
ZWIERZĘ - ISTOTA CIELESNA, CZY DUCHOWA? WYBRANE POGLĄDY NA
PRZESTRZENI DZIEJÓW …………………………………………………………….….. 673
Helena Przespolewska, Michał Skibniewski, Henryk Kobryń
Spis autorów ……………………………...............……………………………….……… 693
6
Wstęp
Historia (est) testis temporum, lux veritatis,
vita memoriae, magistra vitae, nuntia vetustatis.
Historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy,
życiem przeszłości, nauczycielką życia, głosicielką tradycji.
Cycero "De oratore" II, 9, 36.
Wziąwszy pod uwagę definicje zdrowia, tak w odniesieniu do
ludzi jak i zwierząt, jakie obowiązywały i obowiązują w oficjalnej, opartej na zdobyczach naukowych, medycynie, każdy z nas był „zdrowia
pozbawiony”. Tym samym, jako osoby chore, ściślej nie zdrowe, przynajmniej potencjalnie byliśmy pacjentami. Historia medycyny i weterynarii, jakby na nią nie spojrzeć, jest historią chorego – pacjenta. Rola
chorych w rozwoju nauk medycznych jest nie do przecenienia. Samoobserwacje i własne odczucia pozwalały, mimo rozwoju techniki pozwalają nadal, na łączenie przyczyn i skutków, co pozwalało na zaniechanie popełniania błędów i stosowanie nowych metod i technik. Pacjent wbrew własnej woli, ale i wbrew woli lekarza, stawał się swoistym królikiem doświadczalnym, którego śmierć często wskazywała
na ślepą uliczkę określonych sposobów leczenia.
W zamyśle pomysłodawców niniejszej monografii jest przybliżenie dziejów pacjenta w historii rodzaju ludzkiego, pacjenta człowieka
i pacjenta zwierzęcia.
Mariusz Z. Felsmann
Józef Szarek
7
8
PACJENT CZŁOWIEK
9
10
DZIECI, MŁODZIEŻ, DOROŚLI - PACJENCI
OŚRODKÓW ZDROWIA
W LATACH 30-TYCH XX WIEKU
(NA PRZYKŁADZIE PIOTRKOWA RYBUNALSKIEGO
I POWIATU PIOTRKOWSKIEGO)
Andrzej Felchner
Zakład Historii i Teorii Kształcenia, Instytut Nauk Pedagogicznych
Wydział Nauk Społecznych
Filia w Piotrkowie Trybunalskim
Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego
Jana Kochanowskiego w Kielcach
ul. J. Słowackiego 114/118, 97-300 Piotrków Trybunalski
[email protected]
Omawiając problematykę relacji: pacjent, a ośrodek zdrowia
w naszym kraju w latach trzydziestych dwudziestego wieku należy na
wstępie przypomnieć, czym w tamtych czasach były takie placówki,
jaką spełniały rolę i gdzie były ulokowane w całym systemie służby
zdrowia II Rzeczypospolitej.
Dziś, w początkach kolejnego stulecia i tysiąclecia, ośrodek
zdrowia potocznie jest kojarzony z przychodnią posiadającą wiele gabinetów lekarskich o różnych specjalnościach, nastawioną głównie na
leczenie zgłaszających się pacjentów. Profilaktyka jest tam na dalszym planie. Na przykład udzielane są porady, co do domowej opieki
czy żywienia noworodków i dzieci w wieku przedszkolnym. Rzadziej
pamięta się, że w takich współczesnych placówkach mogą również
11
działać przychodnie zwalczające różne współczesne uzależnienia,
nastawione w dużej mierze na profilaktykę, prowadzoną z wykorzystaniem najnowszych zdobyczy wiedzy.
Idea nowoczesnego ośrodka zdrowia narodziła się w dziewiętnastym wieku, na fali dużych przemian organizacyjnych w służbie
zdrowia, spowodowanych wielkimi odkryciami i rozwojem medycyny.
Po odzyskaniu po pierwszej wojnie światowej niepodległości przystąpiono w naszym kraju do tworzenia jednolitego i jednocześnie wielosektorowego systemu organizacyjnego służby zdrowia. Początkowo,
w pierwszych latach niepodległości, nie było rozbudowanej sieci przychodni. W razie potrzeby potencjalni pacjenci udawali się po poradę
do prywatnych gabinetów lekarskich, lub szukali pomocy w przyszpitalnych ambulatoriach. Okazało się to jednak niewystarczające. Rozpoczęła się wówczas dyskusja nad modelem lecznictwa zwanego popularnie otwartym. W czasopismach medycznych publikowano szereg
artykułów na ten temat. Ostatecznie do polskich warunków adaptowano rozwiązania ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Ośrodki
zdrowia miały być przede wszystkim centrami profilaktyki, zakładano
równocześnie, że lecznictwo będzie tam prowadzone w bardzo ograniczonym zakresie. Pierwsza taka instytucja została utworzona w roku
1925 w Warszawie, następne powstawały zarówno w stolicy (kolejna
w roku następnym), jak i w całym kraju. Do wybuchu wojny utworzono
ich już ponad sześćset (3, 4, 5, 6, 14, 15, 17). Rozwój tych placówek
w latach trzydziestych ubiegłego wieku pokazuje tabela nr 1.
12
1934 r.
1935 r.
1936 r.
1937 r.
Tab. nr 1. Rozwój ośrodków zdrowia w Polsce w latach 1934-1937
(według danych urzędowych)
260
310
397
482
246
231
119
170
119
112
294
273
154
227
156
156
366
362
245
287
203
228
436
444
314
364
222
322
74
51
107
156
71
81
104
143
662
453
776
544
996
692
1138
840
65
363
75
433
89
231
115
277
Liczba osób pod opieką ogółem
przeciętnie na jeden ośrodek
523872
2015
704914
2274
1085329
2734
1407272
2920
Ilość udzielonych porad ogółem
przeciętnie na jednego lekarza
1331213
2011
1462122
1884
2233014
2242
2663880
2341
Ilość odwiedzin domowych ogółem
przeciętnie na jedną pielęgniarkę
246602
544
283339
521
378176
546
425018
506
Nazwa
Ogólna ilość ośrodków zdrowia,
w tym:
z przychodnią przeciwgruźliczą
z przychodnią przeciwjagliczą
z przychodnią przewciwweneryczną
z gabinetem opieki nad dzieckiem
z gabinetem opieki nad matką
z gabinetem medycyny szkolnej
z działem higieny (zwanym wówczas sanitarnym)
z innymi działami, gabinetami, przychodniami
Personel:
liczba zatrudnionych lekarzy
liczba zatrudnionych pielęgniarek
liczba zatrudnionych kontrolerów sanitarnych
inni pracownicy
Źródło: 3
Jak wynika z danych zawartych w tabeli numer jeden nie tylko
rosła ilość omawianych placówek (w ciągu zaledwie czterech lat niemal się podwoiła), ale również podobnie znacznie wzrosła liczebność
personelu medycznego i wizyt w domach, a ilość udzielanych porad
13
i liczba pacjentów nawet szybciej, bo prawie się potroiła. Różnice
w organizacji omawianych placówek wynikały zapewne z kilku przyczyn: lokalnych potrzeb, możliwości finansowych, jak również personalnych, zwłaszcza braku lekarzy specjalistów. Po ilości przychodni
specjalistycznych widać również, iż za największe zagrożenie uważano gruźlicę i jaglicę.
Doktor Marcin Kacprzak, jeden z ówczesnych czołowych twórców idei ośrodków zdrowia jako instytucji nastawionych głównie na
profilaktykę, tak prezentował wtedy swoje poglądy: […] jest rzeczą
nader pożądaną, aby obejmował on całokształt zagadnień zdrowia
publicznego, to znaczy, że w tej instytucji powinna się koncentrować
zarówno akcja społeczno-zapobiegawcza, jak i sanitarno-policyjna.
W ośrodku zdrowia powinna być prowadzona walka z gruźlicą, jaglicą,
chorobami wenerycznymi, opieka nad matką i dzieckiem, walka
z alkoholizmem i chorobami umysłowymi, może on zawierać laboratorium podręczne, poradnię sportową, i inne pokrewne działy […] winien
być sprawowany nadzór nad zaopatrywaniem ludności w wodę, nad
usuwaniem nieczystości, nadzór nad ogólną czystością, nad środkami
spożywczymi, walka z chorobami zakaźnymi […] Nie da się uniknąć
stosowania metod leczniczych w chorobach społecznych, zwłaszcza
wśród ludności niezamożnej […] Poza tym lecznictwo niejednokrotnie
znajdzie zastosowanie tam, gdzie ludność jest zupełnie pozbawiona
pomocy lekarskiej, ale wtedy działalność leczniczą należy w miarę
możności odseparować od zapobiegawczej […] (14). Jak wynika
z powyższej wypowiedzi, a także z różnych innych materiałów, chcia-
14
no tworzyć i rzeczywiście organizowano placówki w pierwszym rzędzie zajmujące się bardzo szeroko pojmowaną profilaktyką. Niewątpliwie niektóre działania częściowo dotyczyły kwestii opieki społecznej
i polegały na wspieraniu najuboższych pacjentów również w dziedzinie lecznictwa. W stolicy zaczęto od roku 1935 tworzyć nawet jednolite Ośrodki Zdrowia i Opieki Społecznej. Duża śmiertelność noworodków, zły stan higieny, połączony z niskim poziomem wiedzy na temat
właściwej opieki nad dziećmi, choroby zakaźne atakujące najmłodszych powodowało, iż na tym polu ośrodki zdrowia spełniały niezwykle
ważną rolę zarówno poprzez działalność leczniczą, jak i zapobiegawczą. Bardzo istotne było też zwalczanie schorzeń określanych wówczas jako społeczne - gruźlicy, jaglicy czy chorób wenerycznych,
a także uzależnień od alkoholu. Obok lekarzy dużą rolę odgrywały
specjalnie do takich działań kształcone pielęgniarki społeczne, które
znaczną część swojego czasu pracy poświęcały na odwiedzanie pacjentów w domach, na miejscu udzielając porad z zakresu profilaktyki.
Stosowano również różne formy, często bardzo nowoczesne, propagandy prozdrowotnej, prowadząc wiele akcji także poza murami placówek. Poprzez propagowanie zasad higieny starano się ograniczać
występowanie chorób zakaźnych. Współpracowano szeroko z lekarzami i higienistkami szkolnymi, przejmując stopniowo wiele obowiązków z zakresu opieki medycznej nad uczniami, łącznie z leczeniem
zębów najmłodszych pacjentów w gabinetach dentystycznych (4, 7, 9,
10, 11, 12, 13, 15, 16, 18).
15
Ostateczne ukształtowanie się omawianych placówek nastąpiło
tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. W Ustawie z 15 czerwca 1939 r. (opublikowanej 23 czerwca) O publicznej służbie zdrowia,
w artykule numer 6, szeroko określono zadania ośrodków zdrowia. Do
podstawowych należało: […] krzewienie higieny i podnoszenie stanu
zdrowotnego ludności, a w szczególności: sprawowanie opieki higieniczno-lekarskiej nad matką i niemowlętami, dziećmi w wieku przedszkolnym i szkolnym, zwalczanie chorób społecznych i zakaźnych,
piecza nad higieną otoczenia, udzielanie pomocy leczniczej w nagłych
przypadkach i udzielanie pomocy leczniczej i położniczej ubogim; ponadto ośrodki zdrowia mogą udzielać pomocy leczniczej i położniczej
funkcjonariuszom państwowym, pracownikom samorządowym, osobom ubezpieczonym w ubezpieczalniach społecznych i innym na mocy specjalnych umów. […] (19). Nie starano się jednak organizować
wszędzie jednolitych organizacyjnie placówek, zdawano sobie bowiem
sprawę, że różne mogą być potrzeby i oczekiwania potencjalnych pacjentów na przykład w stolicy, w powiatowym Piotrkowie Trybunalskim, czy w małym miasteczku lub wiosce, położonym na Polesiu.
Dlatego też na mocy artykułu numer 9 tejże Ustawy, Minister Opieki
Społecznej (w tym resorcie znajdował się bowiem Departament Służby Zdrowia) miał ustalać z lokalnymi władzami i innymi zainteresowanymi stronami zakres działań poszczególnych takich instytucji (19).
Ustawa ta, ostatecznie sankcjonująca istnienie i działalność ośrodków
zdrowia, faktycznie nie zdążyła wejść w życie, ale jest zamknięciem
kilkunastoletniego okresu rozwoju i przemian tych placówek. Można
16
też przypuszczać, iż dawałaby jednocześnie dobre podstawy prawne
do dalszych, różnorodnych działań na rzecz zgłaszających się pacjentów.
W Piotrkowie Trybunalskim pierwszy ośrodek zdrowia powstał
cztery lata po warszawskim - w roku 1929. Do tego czasu na terenie
miasta działały różne placówki oraz ambulatoria przy dwóch istniejących wtedy szpitalach. Niektóre z nich, zwłaszcza spieszące z pomocą matkom i małym dzieciom, istniały jeszcze przed odzyskaniem niepodległości, inne powstawały stopniowo w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Na około rok przed utworzeniem pierwszego na terenie
miasta i powiatu ośrodka zdrowia w mieście działały między innymi
trzy przychodnie - przeciwweneryczna (powstała po uchwaleniu
w 1922 r. Rozporządzenia o nadzorze nad nierządem), przeciwjaglicza i przeciwgruźlicza (Towarzystwa Przeciwgruźliczego) oraz ambulatoria - dla ubogich pacjentów i dla uczniów. Wszystkie wymienione
powyżej połączono w jeden ośrodek zdrowia. Później dołączono do
niego istniejącą wcześniej Stację Opieki nad Matką i Dzieckiem.
W 1936 roku pracowało w nim już sześciu lekarzy specjalistów
(z dziedzin: chorób wewnętrznych - trzech oraz płuc, a także okulista
i wenerolog), dwóch kontrolerów: do spraw higieny (sanitarnych) oraz
żywności, a także pięć pielęgniarek i woźny. Ten ostatni zajmował się
też dezynfekcją pomieszczeń w wypadku stwierdzenia chorób zakaźnych, miał bowiem ukończony specjalistyczny kurs. Przez kilka lat
ośrodek był jedyną taką placówką na obszarze miasta i powiatu. Podzielono już jednak ten teren na rejony, wzrastała liczebność kadr
17
medycznych i stopniowo, zwłaszcza po poprawie sytuacji gospodarczej po wielkim kryzysie, przystąpiono do organizacji kolejnych instytucji. W roku 1938 był jeszcze jeden ośrodek w samej stolicy powiatu,
ośrodki zdrowia pracowały także w Bełchatowie, Kamieńsku, Sulejowie i Wolborzu. Terenowe były mniejsze od piotrkowskich, nie miały
choćby przychodni przeciwgruźliczej i zatrudniano w nich lekarza rejonowego, czasami tylko wspieranego przez drugiego specjalistę. Na
krótko przed wybuchem wojny, piotrkowski lekarz powiatowy planował
podzielić podległy mu obszar na sześć rejonów i zorganizować dalsze
placówki. Niewątpliwą przeszkodą w szybkim rozwoju były wysokie
koszty założenia, a także utrzymania takich instytucji, ponoszone
głównie przez lokalne samorządy. Z tego powodu na przykład ośrodek
zdrowia w Sulejowie do września 1939 roku nie rozwinął pełnej działalności (1, 2, 4, 8, 16).
Jak wynika z przedstawionych kwestii przedwojenne ośrodki
zdrowia stały się bardzo ważnymi placówkami w polskim systemie
opieki medycznej. Należy więc spróbować przeanalizować i przybliżyć, po około osiemdziesięciu już latach, kim byli korzystający z tych
instytucji, jak wyglądały relacje: ówczesny ośrodek zdrowia i jego pacjenci. Oczywiście, z powodu upływu czasu, nie można zastosować
metod najlepszych w takich przypadkach, na przykład badań ankietowych. Można jednak z zachowanych sprawozdań i innych dokumentów spróbować wyciągnąć dane, które pozwolą nam chociaż w części
przybliżyć te zagadnienia.
18
W całym kraju w ośrodkach zdrowia opiekowano się ciężarnymi, które następnie były pod kontrolą pracowników tej instytucji
w okresie poporodowym, udzielano też wszechstronnej pomocy noworodkom i niemowlętom. Nie było tylko izb porodowych. Kontakty były,
jak można przypuszczać, dość intensywne. Udzielano porad medycznych, badano w gabinetach ginekologicznych, a ponadto pomagano
materialnie zarówno ciężarnym, jak i matkom po porodzie. Dawano,
lub wypożyczano wyprawki dla niemowląt. Dołączano do tego specjalnie przygotowane i wyjałowione rzeczy potrzebne przy samym porodzie. Prowadzono szeroką akcję uświadamiającą i uczącą matki
opiekowania się własnymi maluchami w okresie ciąży i po porodzie.
Bardzo ważne było też przygotowywanie w tak zwanych mlecznych
kuchniach odpowiedniego dla najmłodszych zdrowego pokarmu (1, 2,
4, 5, 14, 19).
Nie wszędzie był oczywiście tak szeroki zakres działań.
W piotrkowskim ośrodku zdrowia w roku 1936 nie było na przykład zatrudnionego lekarza ginekologa, czy pediatry. Pracowały za to dwie
pielęgniarki, które miały ukończony dodatkowo 3 m-ny kurs żłobków
w Warszawie (1). Można więc przypuszczać, iż nie było też gabinetów
tych specjalności, a być może w razie potrzeby kierowano dzieci lub
ciężarne do miejscowych szpitali, udzielając porady i pomocy tylko
w mniej skomplikowanych przypadkach. Podobnie było w mniejszych
placówkach na terenie powiatu (1, 2, 4). Kto korzystał z ośrodków
zdrowia - czy wszystkie kobiety? Zapewne tylko niektóre, będące
w trudnym położeniu materialnym - bezrobotne, najmniej zarabiające,
19
samotne matki pozbawione wsparcia rodzinnego. Osoby mogące korzystać z Kas Chorych, a potem Ubezpieczalni Społecznej, a więc na
przykład pracownice różnych urzędów i instytucji, wojska, policji, żony
osób tam zatrudnionych, nie były pacjentkami ośrodków zdrowia. Korzystały one z pomocy przysługującej im z racji ustawy, na przykład
w instytucjach wojskowej służby zdrowia. W Piotrkowie Trybunalskim
i w większych miejscowościach na terenie powiatu rozbudowano ponadto całą sieć medycznych placówek ubezpieczeniowych, na czele
z wzniesionym w latach trzydziestych szpitalem. Pacjentami ośrodków
zdrowia nie były też prawdopodobnie osoby zamożne, które stać było
na wizytę w prywatnym gabinecie ginekologicznym lub pediatrycznym.
Można jednak przypuszczać, że nawet po uwzględnieniu lepiej sytuowanych, wspomnianych grup społecznych, pacjentki ośrodków zdrowia z omawianego terenu to spora grupa (1, 2, 4, 8). Janusz Żarnowski oceniając przemiany zachodzące w polskim państwie i społeczeństwie okresu międzywojennego stwierdzał […] Na pewno modernizacja objęła infrastrukturę kolejową i telekomunikacyjną, technikę i technologię w znacznej części wielkiego przemysłu, warunki bytu zamożniejszych warstw ludności w miastach - łącznie z dietą, medycyną i higieną, wreszcie wiele dziedzin kultury, a zwłaszcza tzw. kulturę masową, stanowiącą par excellence czynnik modernizacyjny. Lecz nie
objęła w poważniejszej mierze rolnictwa, stanowiącego źródło utrzymania większej części ludności, słabo tylko dotknęła uboższych i zamieszkałych na peryferiach mas ludności miejskiej, drobnej produkcji
i handlu […] (20). Takie właśnie osoby o niewielkich dochodach były
20
głównie pacjentami ośrodków zdrowia w Piotrkowie Trybunalskim oraz
w powiecie piotrkowskim, jak i zapewne różnych lokalnych instytucji
świadczących pomoc społeczną. W sprawozdaniu z ostatniego kwartału 1937 roku w jednej tylko przychodni dla matki i dziecka piotrkowskiego ośrodka zdrowia podano, iż w tym czasie w ewidencji było
dwustu dwudziestu pięciu małych pacjentów (wśród nich trzydzieści
siedem to dzieci nieślubne), którym udzielono sto czterdzieści porad,
czterdzieści trzy odwiedzono w domach, siedem skierowano do szpitali, dwoje maluchów zmarło. Wydano im ponadto osiem tysięcy pięćset dziewięćdziesiąt sześć litrów mleka podzielonych na ponad trzydzieści osiem tysięcy porcji, przeciętnie dziennie niemal sto siedemdziesiąt. W ewidencji było też stale ponad sześćdziesiąt matek, trzynastu z nich udzielono dodatkowo pomocy materialnej (2).
Inaczej wyglądała sytuacja w gabinetach medycyny szkolnej.
Analizując różne dokumenty i opracowania można stwierdzić, iż te
placówki obejmowały swoją działalnością ogół dzieci i młodzieży. Była
wśród nich oczywiście też dość liczna grupa uczniów ubogich. Ci dodatkowo mogli korzystać również z pomocy medycznej w specjalnym
ambulatorium dla osób niezamożnych, podobnie, jak z dożywiania
w placówkach oświatowych (1, 2, 4, 8). Gabinety medycyny szkolnej
prowadziły jednak przede wszystkim wielokierunkową działalność profilaktyczną. Polegała ona między innymi na okresowych przeglądach
higienicznych ciała i odzieży, organizowaniu kącików czystości, prowadzeniu pogadanek, wyświetlaniu filmów, czy innych akcjach propagandowych. Adresatami tych różnorodnych działań zapobiegawczych
21
byli wszyscy uczniowie, bez względu na status społeczny i materialny.
Należy pamiętać, iż już od roku 1919 istniał obowiązek i przymus
szkolny. Takim więc wspomnianym działaniom prozdrowotnym podlegały wszystkie młode obywatelki jak również obywatele chodzący do
szkół powszechnych na obszarze miasta i powiatu. Sprzyjało to niewątpliwie ogólnemu podnoszeniu poziomu higieny, zwłaszcza, że pielęgniarki czy higienistki nie ograniczały swej pracy do murów ośrodka.
W razie potrzeby, zwłaszcza przy stwierdzeniu rażących zaniedbań
w dziedzinie higieny, lub w przypadku wykrycia chorób zakaźnych,
odwiedzały też uczniów w ich miejscu zamieszkania. Polecenia pracowników ośrodka, odnoszące się na przykład do poprawy stanu higieny mieszkania, musiały być wykonywane, na równi z innymi decyzjami administracyjnymi (1, 2, 4, 7, 9, 13, 14, 18, 19). Podobnie
w sposób masowy przeprowadzano inne istotne akcje profilaktyczne szczepienia przeciwko niektórym chorobom zakaźnym. Obejmowano
nimi zarówno maluchów, jak i dzieci w wieku szkolnym. W październiku roku 1936 zaszczepiono na przykład przeciwko ospie na terenie
powiatu piotrkowskiego prawie pięć i pół tysiąca maluchów mających
ponad jeden rok życia (szczepienia pierwszego stopnia), a powtórnie
w tym samym roku - około siedem i pół tysięcy dzieci po ukończeniu
przez nich siódmego roku życia, a więc już uczniów pierwszych klas
szkół powszechnych (2). Szczepiono także dzieci i młodzież przeciwko durowi brzusznemu przed wysłaniem ich na kolonie, głównie na tereny, gdzie ta choroba występowała endemicznie (4).
22
W Piotrkowie Trybunalskim i na terenie powiatu ze szczególnym
natężeniem prowadzono walkę z chorobami, które wówczas określano
jako społeczne. Działania te można uznać za bardzo potrzebne i celowe pod każdym względem. Najgroźniejszą z nich była gruźlica.
Z materiałów sprawozdawczych składanych przez miejscowych lekarzy wynika, iż rzeczywiście zagrożenie ze strony tej choroby było bardzo duże. Warto przy tym pamiętać, iż wówczas, w latach trzydziestych ubiegłego wieku, nie potrafiono jej skutecznie leczyć. Niektóre
postacie tej choroby próbowano wyleczyć poprzez stawianie odmy,
w innych wypadkach przeprowadzano operacje chirurgiczne, chorych
wysyłano też do sanatoriów przeciwgruźliczych, stosowano również
odpowiednią dietę, ale przy ostrym przebiegu gruźlicy lekarze byli
w wielu wypadkach bezradni. Szczegóły dotyczące pacjentów będących pod opieką przychodni przeciwgruźliczej największego piotrkowskiego ośrodka zdrowia z tylko jednego kwartału 1937 roku zawiera
tabela nr 1. Widać też wyraźnie, iż dość dokładnie śledzono losy osób
znajdujących się w bezpośrednim otoczeniu chorego, poddając je obserwacji, niestety niewiele było osób, które wykreślano z ewidencji jako wyleczone lub zdrowe po przeprowadzeniu badań (2).
Inną groźną chorobą społeczną, dziś zupełnie u nas nieznaną,
była jaglica. Nie leczona mogła doprowadzić do zupełnej utraty wzroku, ale nie powodowała zgonów. W wypadku tej choroby terapia była
bardziej skuteczna, jednak pacjenci długo musieli być pod kontrolą
specjalistów. O dużym zasięgu tej choroby świadczą choćby spra-
23
wozdania ośrodka zdrowia z niewielkiego kilkutysięcznego Wolborza
z jednego tylko kwartału 1938 roku (tabela nr 3). Placówka ta
Mężczyźni
Kobiety
Dzieci do 15
roku życia
Razem
Tab. nr 2. Pacjenci poradni przeciwgruźliczej piotrkowskiego ośrodka zdrowia
w IV kwartale 1937 r.
Liczba osób pod opieką poradni pierwszego dnia kwartału
539
682
310
1531
Liczba osób zapisanych w kwartale
38
30
15
83
Ogółem pod opieką przychodni
577
712
325
1614
w tym zamiejscowych
26
17
4
47
w tym pacjenci pozostający na obserwacji
113
145
85
343
Zmarli w kwartale na gruźlicę
7
6
1
14
Skreśleni z ewidencji jako wyleczeni lub zdrowi
1
16
15
32
Pacjenci z gruźlicą płuc (prątkujący)
60
25
-
85
Pacjenci z gruźlicą płuc (nie prątkujący)
148
184
26
358
Pacjenci z gruźlicą gruczołów przyoskrzelowych
51
79
50
180
Pacjenci z innymi postaciami gruźlicy
19
22
18
59
Ogółem pacjenci z gruźlicą
278
310
94
682
Pacjenci skierowani do szpitali
7
3
1
11
Pacjenci skierowani do sanatoriów
8
5
2
15
Pacjenci wobec których zastosowano sztuczną odmę w poradni
?
?
?
33
Ilość wykonanych zabiegów sztucznej odmy w poradni
?
?
?
127
Nazwa
Źródło: 2.
24
obejmowała swym zasięgiem też okoliczne wsie, ale i tak te dane
świadczą o powszechnym zagrożeniu tą chorobą, zwłaszcza wśród
dzieci. Jej występowanie świadczyło głównie o niskim poziomie higieny, łatwo się było bowiem zarazić tą chorobą używając na przykład
w rodzinie wspólnego, brudnego, długo nie zmienianego ręcznika.
Dlatego też tak duże znaczenie miała działalność profilaktyczna.
W przytoczonym w tabeli nr 3 sprawozdaniu podano również, iż przeprowadzano pogadanki na temat jaglicy w pięciu okolicznych szkołach. Widać wyraźnie, iż działalność poradni przeciwjagliczych, znajdujących się w większości ośrodków zdrowia, też była niezwykle potrzebna. Bez nich wiele osób mogło być inwalidami (2, 4).
W latach 30-tych dwudziestego wieku duże zagrożenie powodowały też choroby weneryczne. Nie dziwi więc fakt istnienia specjalistycznych przychodni w wielu ośrodkach zdrowia. W tabeli nr 4 dla
przykładu podano informacje z jednego tylko kwartału z przychodni
przeciwwenerycznej bełchatowskiego ośrodka zdrowia. Również
w tym niewielkim wówczas mieście leczono sporą grupę osób z powodu wspomnianych chorób i stale pojawiały się nowe przypadki, mimo iż, zgodnie z obowiązującą ustawą, starano się systematycznie
kontrolować prostytutki, będące głównym źródłem zakażeń. Także na
ten temat prowadzono szeroką akcję uświadamiającą, propagandową.
W sprawozdaniu wykorzystanym w tabeli nr 4 poinformowano, iż
w różnych środowiskach tylko w tym jednym kwartale wygłoszono
osiem pogadanek, wydano ponadto osiemdziesiąt broszur. Choroby te
25
Pacjenci z jaglicą
Pacjenci z podejrzeniem
jaglicy
Pacjenci
stykający się z jaglicą
Pacjenci
bez styczności
z jaglicą
Pacjenci ogółem
Tab. nr 3. Pacjenci poradni przeciwjagliczej ośrodka zdrowia w Wolborzu
w IV kwartale 1938 r.
311
52
2
4
369
Zapisani w IV kwartale
5
4
-
16
26
Wypisani w IV kwartale
5
1
-
16
22
W tym wypisano po wyleczeniu
3
-
-
-
3
Ilość porad i założonych opatrunków
327
72
2
35
436
Ilość wykonanych małych zabiegów
12
-
-
-
12
Nazwa
Zapisani w poprzednim kwartale
Źródło: 2.
stanowiły poważne zagrożenie nie tylko z powodów zdrowotnych, ale
i społecznych, a także moralnych. Pozytywnym był fakt już skutecznego leczenia tych chorób, choć w wypadku kiły był to proces dość długi,
co zresztą również wynika z tabeli nr 4 (2, 4, 16). W wypadku wszystkich trzech ostatnio omówionych przychodni specjalistycznych można
też dodać takie same uwagi jak przy poradni dla matek i dzieci - korzystali z niej na ogół ludzie mniej zamożni, nie ubezpieczeni, których
nie stać było na korzystanie z prywatnych gabinetów.
26
Nazwa
Pacjenci
z kiłą
Pacjenci
z rzeżączką
Pacjenci
z zakaźnymi
chorobami skóry
Ogółem wszyscy
pacjenci
Tab. nr 4. Pacjenci przychodni przeciwwenerycznej ośrodka zdrowia w Bełchatowie
w IV kwartale 1938 r.
Pozostali z poprzedniego kwartału
8
-
-
8
Przybyło w tym kwartale
7
8
6
21
Wypisano w ciągu kwartału
8
7
6
21
Pozostała na następny kwartał
7
1
-
8
Liczba osób leczonych
15
8
6
29
Ilość udzielonych porad
208
48
18
274
Ilość dokonanych zabiegów
-
-
-
198
Źródło: 2.
W zakończeniu można stwierdzić, iż
- ośrodki zdrowia w Polsce w latach trzydziestych dwudziestego
wieku bardzo się rozwijały
- stopniowo sieć takich placówek obejmowała cały kraj,
w związku z tym odgrywały one coraz większą rolę w walce o poprawę zdrowotności społeczeństwa
- wspomniane instytucje prowadziły głównie działalność profilaktyczną, a leczniczą tylko w niektórych wypadkach, uzasadnionych
istotnymi potrzebami społecznymi
27
- pacjentami przedwojennych ośrodków zdrowia byli w pierwszym rzędzie najubożsi mieszkańcy miast, nie podlegający systemowi
ubezpieczeń społecznych, stopniowo także ludność wiejska, mająca
najtrudniejszy dostęp do lekarzy
- bardzo istotna i szeroka była działalność profilaktyczna,
zwłaszcza prowadzona dla dzieci i młodzieży szkolnej.
Streszczenie
W pracy przedstawiono na wstępie zagadnienia dotyczące organizacji ośrodków zdrowia w Polsce w latach trzydziestych dwudziestego wieku. Po krótkim zarysowaniu historii powstania i rozwoju tych
placówek na przykładzie Piotrkowa Trybunalskiego i powiatu piotrkowskiego przeanalizowano i określono, kim byli przede wszystkim
pacjenci ośrodków zdrowia. Ukazano na tych przykładach, jaką istotną
rolę w systemie ochrony zdrowia w naszym kraju pełniły wówczas te
instytucje.
Piśmiennictwo
1. Archiwum Państwowe w Piotrkowie Trybunalskim, zespół nr 1, Starostwo Powiatowe
Piotrkowskie ([1915] 1919-1939), sprawozdania z działalności służby zdrowia.
2. Archiwum Państwowe w Piotrkowie Trybunalskim, zespół nr 2, Wydział Powiatowy
w Piotrkowie (1917-1950), sprawozdania z działalności służby zdrowia.
3. Dwadzieścia lat publicznej służby zdrowia w Polsce Odrodzonej 1918-1938,1939 r.,
Warszawa.
4. Felchner A.: Zdrowie i zdrowotność piotrkowian. Z problematyki zdrowotności mieszkańców Piotrkowa Trybunalskiego i powiatu piotrkowskiego na tle całego kraju (od
końca lat 20-tych do początków 70-tych XX wieku), Wrocław 2006.
5. Jastrzębowski Z.: Ośrodki zdrowia w polskiej koncepcji lecznictwa samorządowego
(1918-1939), „Zdrowie Publiczne”, 1998, Tom CVIII, nr 11, s. 460-464.
28
6. Jastrzębowski Z.: Spory o model lecznictwa. Opieka zdrowotna w koncepcjach polskiej polityki społecznej w XIX i XX wieku (do 1948 roku), Łódź1994.
7. Kopczyński S.: Opieka higieniczno-lekarska nad dzieckiem normalnem w szkole,
Warszawa1929.
8. Kotlicki K.: Zakres i formy opieki społecznej w Piotrkowie Trybunalskim w latach
1926-1933, „Zbliżenia. Kwartalnik Społeczno-Oświatowy”, 1992, nr 2, s. 5-14.
9. Majchrzyk-Mikuła J.: Lekarze szkolni w Polsce w latach 1918-1939, [w:] Zawód lekarza na ziemiach polskich w XIX i XX wieku, red. Bożena Urbanek, Warszawa 2009.
10. Majchrzyk-Mikuła J., Fechner A.: Higienistki szkolne w profilaktycznej opiece zdrowotnej w latach 1918-1939, [w:] Zawód pielęgniarki na ziemiach polskich w XIX i XX
wieku, red. Bożena Urbanek, Warszawa 2008.
11. Marcysiak M.: Przygotowanie zawodowe pielęgniarek społecznych w okresie międzywojennym, [w:] Zawód pielęgniarki na ziemiach polskich w XIX i XX wieku, red.
Bożena Urbanek, Warszawa 2008.
12. Mart G.: Metody i narzędzia propagandy higieny międzywojnia, [w:] Zawód lekarza
na ziemiach polskich w XIX i XX wieku, red. Bożena Urbanek, Warszawa 2009.
13. Olszewska M.: Kwestie zdrowotne w szkolnictwie II Rzeczypospolitej, [w:] Z dziejów
zdrowia publicznego, red. Jan Nosko, Łódź 2006 .
14. Ośrodki zdrowia w Polscer, pod red. M. Kacprzaka, Warszawa, 1928.
15. Paciorek M.: Higiena dzieci i młodzieży w polskim czasopiśmiennictwie medycznym
okresu międzywojennego, Warszawa 2010.
16. Rozporządzenie Ministra Zdrowia Publicznego w porozumieniu z Ministrem Spraw
Wewnętrznych z dnia 6 września 1922 r. o nadzorze nad nierządem, „Dziennik Ustaw
Rzeczypospolitej Polskiej”, 1922, nr 78, pozycja 715, s. 1388-1389.
17. Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 22 marca 1928 r. o zakładach
leczniczychr., „Dziennik Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej”, 1928, nr 38, pozycja 382,
s. 831-841.
18. Ustawa z dnia 21 lutego 1935 r. o pielęgniarstwie, „Dziennik Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej”, 1935, nr 27, pozycja 199, s. 457-460.
19. Ustawa z dnia 15 czerwca 1939 r. o publicznej służbie zdrowia, „Dziennik Ustaw
Rzeczypospolitej Polskiej”, 1939, nr 54, pozycja 342, s. 857-859.
20. Żarnowski J.: , Polska 1918-1939. Praca technika społeczeństwo, Warszawa1999.
Praca zawiera 28 044 znaki (> 0,5 arkusza wydawniczego)
29
30
MEDYCZNE I SPOŁECZNE PROBLEMY
PACJENTÓW Z PADACZKĄ
DAWNIEJ I DZIŚ
Mirosława Felsmann, Barbara Futyma*,
Anna Andruszkiewicz**
Katedra i Zakład Pedagogiki i Dydaktyki Pielęgniarskiej
Wydział Nauk o Zdrowiu Collegium Medium im L. Rydygiera,
Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu
* Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym im. J Brudzińskiego
w Bydgoszczy
Oddział Neurologii Dziecięcej z Pododdziałem Rehabilitacji.
**Katedra Promocji Zdrowia, Wydział Nauk o Zdrowiu
Collegium Medium im L. Rydygiera ,
Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu
„Ludzie myślą, że padaczka jest boską chorobą
przede wszystkim dlatego, że jej nie rozumieją.
Ale jeśli wszystko, czego nie rozumieją, nazywali by boskim,
nie byłoby końca boskim przedmiotom”.
Hipokrates
Droga była długa - od czasów niewiedzy, uprzedzeń, zabobonów, przesądów i stygmatyzacji do dziś….. i jak powiedział Rajendla
Kale… czasów wiedzy, przesądów i stygmatyzacji.
Padaczka (epilepsja) jest jedną z najczęstszych chorób układu
nerwowego. Powoduje znaczne ograniczenie funkcjonowania chorego
w społeczeństwie, a u najmłodszych pacjentów prowadzi często do
31
zahamowania rozwoju ruchowego i umysłowego. Jest chorobą przewlekłą, chorobą, w której leczenie trwa wiele lat, a stygmatyzacja społeczna utrzymująca się nawet po opanowaniu napadów i odstawieniu
leków sprawia, że pacjent odczuwa piętno tej choroby niekiedy do
końca życia. Niekorzystny wpływ padaczki na społeczne funkcjonowanie chorego wiąże się z gorszymi wynikami w nauce, a następnie
trudnościami w znalezieniu pracy. Dla chorych i ich bliskich te czynniki
są niekiedy równie istotne jak częstość napadów padaczkowych (1).
Padaczka jest znana ludzkości od najstarszych wieków.
Wzmianki o tej chorobie odnaleźć można w pismach pochodzących
z minionych cywilizacji i dawnych kultur. Najstarszym dokumentem
zawierającym informacje o padaczce jest gliniana tabliczka napisana
32
w języku sumeryjskim, pochodząca z okresu 1067-1046 p.n.e. Tabliczka, zapełniona znakami pisma klinowego, była zatytułowana „ąntashubba”, co w języku sumeryjskim oznacza „chorobę padania”.
Przekaz zawierał opisy oparte na wnikliwych obserwacjach sytuacji
zapowiadających napady. Znajdujemy tam również zapisy dotyczące
rokowania, przebiegu padaczki, oraz opisy wielu typów napadów, które obecnie nazywamy napadami toniczno-klonicznymi, napadami nieświadomości oraz napadami częściowymi złożonymi(5).
W mezopotańskim zbiorze praw czyli w Kodeksie Hammurabiego z 1900 roku p.n.e wymieniana jest choroba zwana bennu (tak
określano padaczkę).
Istota tej choroby była przedmiotem dociekań wielu starożytnych i średniowiecznych autorów, m.in. Arystotelesa, Hipokratesa,
Galena, Awerroesa. W pismach tych filozofów można odnaleźć próby
określenia przyczyn oraz sposoby leczenia padaczki.
Sposób spostrzegania zarówno choroby jak i osób borykających
się z napadami epileptycznymi ulega w dziejach historii ludzkości,
można rzec, zmianom naprzemiennym. W czasach starożytnych bardzo często padaczka ze względu na specyfikę i żywiołowość napadów, które jak sądził Paracelsus, miały jakąś boską siłę, była uznawana za świętą chorobę, zesłaną przez bogów ( morbus sacer). Tak traktowano padaczkę w starożytnym Egipcie. Rzymianie wierzyli, że jest
to choroba demoniczna i zarazem zaraźliwa. Według Rzymian można
było zarazić się padaczką poprzez dotyk i oddech osoby chorej.
W Europie średniowiecznej, zarówno chorzy jak i obawiający się cho-
33
roby, modlili się do świętych i relikwii. Do szczególnie ważnych patronów chorych na padaczkę zaliczano Trzech Króli oraz św Walentego.
Chorym dawano specjalne błogosławione pierścienie, które miały pomagać kontrolować napady padaczki. Kazano nosić na szyi woreczki
z mirrą, kadzidłem i złotem, i co wieczór odmawiać modlitwę za duszę
ojców i matek Kacpra, Melchiora i Baltazara (14).
W okresie renesansu chorych z padaczką uważano za proroków. Przekonania te opierano na założeniach, że chorzy na padaczkę
w czasie napadu mogą być w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Przypisywano im również niezwykłe zdolności i ponad przeciętną
inteligencję, ponieważ bardzo dużo wielkich ludzi, przywódców i filozofów miało padaczkę. Można nawet pokusić się o stwierdzenie typu fascynacja tymi osobami. Wielu badaczy do dziś szuka dowodów na istnienie związku między padaczką i wyjątkowymi uzdolnieniami niektórych osób. W German Epilepsy Museum w Kork jest lista znanych postaci chorujących na padaczkę.
1
W piśmiennictwie odległych epok odnajdujemy również próby
wyjaśniające patofizjologiczne mechanizmy padaczki. Hipokrates
przeciwstawiając się wersji o pochodzeniu padaczki od bogów, uważał, że padaczka ma swoje źródło w mózgu. Twierdził, iż utrata świadomości występuje w wyniku braku powietrza w mózgu, co jest następstwem zagęszczenia krwi przez nadmiar śluzu; nadmiar tego ślu1
Na liście chorujących na padaczkę znajdujemy takie nazwiska jak: Herkules, król Saul, Sokrates, Aleksander, Juliusz Cezar, święty Paweł, Ludwig II,
Moliere, Napoleon, Pius IX, Dostojewski, Nobel, van Goch, Lenin.
34
zu (piana) wychodzi z ust człowieka w czasie napadu. Powietrze
uwięzione w żyłach kończyn powoduje gwałtowne ich drgania. Twierdził również, że na padaczkę chorują te osoby, których mózg zawiera
nadmiar flegmy tzw. flegmatycy (14).
Medycyna epoki Odrodzenia rozwijała somatyczny aspekt pochodzenia padaczki. Cornelius Agrippa uważał, że padaczka może
wystąpić również w wyniku działania pewnych toksyn. Carolus Piso
natomiast wprowadził diagnostykę różnicową napadów histerii i padaczki. Twierdził on, że napady histerii mają emocjonalno-afektywne
pochodzenie, podczas gdy napady padaczkowe mają swój początek
w mechanicznym uszkodzeniu czaszki i mózgu (7).
W czasie Oświecenia nastąpił ponowny zwrot w kierunku traktowania padaczki, jako choroby zakaźnej. Osoby z tymi zaburzeniami
były zamykane w szpitalach psychiatrycznych. Teologowie i „lekarze”
wierzyli także w czarownice rozsiewające padaczkę (19).
Na przestrzeni dziejów leczenie padaczki w różnych kulturach
zależało od poziomu wiedzy medycznej i panującej filozofii. Zapobieganie napadom było nie tylko domeną medyków, lecz także leżało
w gestii szamanów i egzorcystów. Największe zainteresowanie budziły napady drgawek o bogatej symptomatologii, często kojarzone z mistycyzmem, magią i szamaństwem czy chorobą psychiczną.
W leczeniu stosowano przeróżne metody. Smarowano usta
chorego krwią a także kazano pić krew prosto z ludzkich ran (14).
Częstymi praktykami, które opierały się na teorii upośledzonej drożności żylnej, były upusty krwi, wstrzymywanie oddechu, potrząsanie gło-
35
wą. Zalecano spożywanie wątroby żabiej, picie psiej krwi lub moczu
osoby, która pierwsza widziała napad (11). Osobom chorym na padaczkę zabraniano sypiania na otwartym powietrzu w noc księżycową,
zalecano unikanie samogwałtu, zakazywano współżycia płciowego
(uważając za Hipokratesem i Demokrytem, że było ono lekką postacią
napadu padaczkowego). Czasem, jako środek leczniczy zalecano sterylizację (2, 14, 19). W Szkocji mężczyzn kastrowano, kobiety skazywano na dożywotnie dziewictwo a ciężarne palono na stosie. Chorych
na padaczkę uznawano za nieczystych, unikano ich, zakazywano
spożywania posiłków i picia z tych samych naczyń, korzystania z tej
samej łaźni co chorzy. Epileptyków zamykano w miejscach odosobnionych lub wypędzano z miast czy wtrącano do więzień (3, 4, 18).
Postanowienia Synodów jednoznacznie zakazywały komunikowania
chorych na padaczkę, aby w ten sposób nie bezcześciły one poświęconego miejsca i nie zainfekowały naczyń liturgicznych (3, 4).
Rozwój nauk medycznych w XIX wieku daje początek upadkowi
nieracjonalnych poglądów na pochodzenie padaczki. W odniesieniu
jednak do leczenia, całkowicie nieuzasadnione poglądy przetrwały do
początków XX wieku, czy nawet do II wojny światowej. Ogromny postęp, w rozumieniu padaczki, został zapoczątkowany w końcu XIX
wieku badaniami elektrofizjologicznymi i wprowadzeniem encefalografii klinicznej przez Hansa Bergera.
Do pierwszych leków przeciwpadaczkowych należały pochodne
waleriany i belladonny (pokrzyk wilcza jagoda) podawane oddzielnie
lub łącznie. Otrzymanie bromku przez Balarda w 1826 roku i synteza
36
mocznika przez Wöhlera w 1828 roku otworzyły drogę pierwszym
preparatom laboratoryjnym, które okazały się później skuteczne w leczeniu padaczki. Leczenie bromkami, mimo znacznych objawów
ubocznych, utrzymywało się przez ponad 50 lat. Epoka bromu skończyła się praktycznie z chwilą wprowadzenia znacznie skuteczniejszego leku przeciwpadaczkowego - kwasu fenyloetylo - barbiturowego
(Luminalum) przez Hauptmana w 1912 roku i metylofenobarbitalu
w 1932 roku przez Weesa. Do 1938 roku znane i stosowane były trzy
leki przeciwpadaczkowe, których skuteczność oceniano na podstawie
wnikliwych obserwacji klinicznych, a nie badań laboratoryjnych (5).
W dzisiejszych czasach, mimo rozwoju technik diagnostycznych, zdecydowanych sukcesów terapeutycznych, oraz akcji popularyzujących wiedzę o padaczce, pozostaje ona nadal chorobą wstydliwą, obciążoną stygmatyzacją i dyskryminacją chorego w społeczeństwie. Jest to tym istotniejsze, że padaczka jest jedną z najczęstszych
chorób układu nerwowego, która może wystąpić w każdym wieku
i może dotknąć każdego z nas. Choruje na nią około 500 mln ludzi na
świecie, a rocznie stwierdza się 2 mln nowych zachorowań. W krajach
słabo rozwiniętych liczba zachorowań jest większa z powodu gorszych
warunków życia i większego ryzyka urazów głowy lub neuroinfekcji.
Zazwyczaj odsetek chorych w populacji ogólnej szacuje się na 1%
(15). Oznacza to, że w Polsce około 400 tysięcy ludzi choruje na padaczkę. Epilepsja jest chorobą ludzi młodych gdyż pierwszy napad
padaczkowy ma miejsce w 30% przypadków przed ukończeniem 4 ro-
37
ku życia, w 50% przed 11 rokiem życia i w 70% przed ukończeniem
14 roku życia (16).
Padaczka nie jest chorobą dziedziczną, dziedziczny jest niski
próg pobudliwości komórek nerwowych mózgu. Co ważne, w ok. 6575% przyczyna padaczki jest nierozpoznawalna. Epilepsja nie jest
jednostką chorobową (nie ma jednej przyczyny, jednolitego przebiegu
i rokowania), a objawem, który może być spowodowany wieloma,
często jednocześnie działającymi czynnikami uszkadzającymi (6, 8).
Pacjent chory na padaczkę z powodu skłonności do występowania napadów ma zazwyczaj poczucie swojej niesprawności, która
wyraża się ograniczeniami prawidłowego funkcjonowania fizycznego
i psychicznego: zmniejszeniem ufności we własne możliwości i poczuciem mniejszej wartości, a w wymiarze ogólnym – pogorszeniem jakości życia. Padaczka stanowi problem zarówno dla chorego, jak i jego
rodziny. Rodzice dziecka z padaczką mogą obawiać się, że dziecko
umrze, otaczać je nadmierną opieką, albo odrzucać. Dziecko może
czuć się niepewnie, zwłaszcza, jeśli widzi bezradność i przygnębienie
rodziców. Kiedy padaczka pojawia się u nastolatków, może powodować nie tylko złość, ale również bunt, ponieważ marzenia o przyszłym
życiu, rozwoju osobistym mogą ulec zdecydowanym zmianom.
Dodatkowym obciążeniem jest stygmatyzacja chorych na padaczkę. Wiąże się ona z określonymi sankcjami środowiskowymi. Lęk
przed stygmatyzacją sprawia, że wielu chorych wyczuwa jej istnienie
na długo, zanim rzeczywiście wystąpią nieprzyjazne reakcje ze strony
38
otoczenia. W tych przypadkach główne utrudnienia życia pacjenta są
częściej związane z przeczuwaniem stygmatyzacji niż z reakcjami
ujawnianymi przez otoczenie. Na tej podstawie można sądzić, że najlepszym sposobem walki ze stygmatyzacją jest ujawnienie choroby
i jej skuteczne leczenie. Ujawnienie choroby może stwarzać jednak
wiele dodatkowych problemów, bardzo dużo zależy od środowiska,
w którym przebywa chory i jego rodzina. Jeśli chodzi o skuteczne leczenie, prognozy są o wiele pewniejsze. W ostatnich latach stwierdza
się znaczący postęp w możliwościach leczenia padaczki, co przekłada
się, w sposób wymierny, na jakość życia chorych.
Działania na rzecz poprawy jakości życia pacjentów z padaczką
są szczególnie istotne w stosunku do chorujących dzieci. Tak naprawdę, choroba ta zmienia całe życie, nie tylko dziecka, ale również
całej rodziny. Reakcją na rozpoznanie padaczki u dziecka jest pojawienie się u rodziców wielu negatywnych zachowań i postaw, a mianowicie:
• Poczucia winy, zwłaszcza, gdy padaczka ma podłoże genetyczne.
• Postawy nadopiekuńczej - rodzice pragną chronić dziecko przed
zewnętrznymi
zagrożeniami,
jednak
ich
nadopiekuńczość
zmniejsza samodzielność dziecka, spowalnia rozwój jego osobowości i ogranicza umiejętność funkcjonowania w środowisku,
którą normalnie nabywają zdrowe dzieci. W skrajnych przypad-
39
kach rodzice poświęcają się całkowicie opiece nad dzieckiem,
zaniedbując potrzeby własne i reszty rodziny.
• Obawy i żalu. Rodzice boją się rozpoznania, napadów, przewlekłego charakteru choroby. Jednocześnie rodzi się żal, że tracą
szansę wychowania w pełni zdrowego dziecka.
• Przeniesienia lęku o dziecko na służbę zdrowia. Przewlekła
choroba dziecka, towarzyszące jej upośledzenie umysłowe
i wtórne „wypalanie się” rodziców, związane ze stałą opieką nad
dzieckiem sprawiają, że poszukują oni osób odpowiedzialnych
za chorobę dziecka w placówkach służby zdrowia (12).
Choroba jednego z dzieci niejednokrotnie wymaga zmian
w funkcjonowaniu pozostałych członków rodziny. Zmiany te dotyczą
codziennego programu zajęć, rezygnacji z niektórych przyjemności,
ambicji, planów zawodowych, hobby.
Wpływ padaczki na funkcjonowanie chorych i ich rodzin w wielu
wymiarach życia, zostaje również zauważony w medycynie. Kiedyś
w leczeniu padaczki chodziło tylko o opanowanie napadów, dziś podejmuje się szereg badań dotyczących oceny jakości życia, która ujmowana jest globalnie i jest całościową oceną życia. W tej całościowej
ocenie brane są pod uwagę główne sfery aktywności człowieka – fizyczna, psychiczna i społeczna, które poddawane są ocenie w aspekcie subiektywnym i obiektywnym.
40
W naszym kraju w ocenie jakości życia dzieci z padaczką stosowany jest między innymi kwestionariusz Health-Related Quality of
Life in Childhood Epilepsy (QOLCE) (9).
QOLCE jest kwestionariuszem dla dzieci z padaczką w wieku 418 lat, wypełnianym przez rodziców.
Kwestionariusz wyróżnia 5 kategorii funkcjonowania dziecka:
• Funkcjonowanie fizyczne składa się z 12 pytań, tworzących
dwie podskale-ograniczenia fizyczne (10 pozycji testowych)
oraz energia/zmęczenie (2 pozycje) - oceniające wpływ padaczki na szeroki zakres aktywności dziecka. W skali nie uwzględniono ograniczeń w codziennych czynnościach, takich jak możliwość poruszania się czy zadbania o siebie, które są przede
wszystkim skutkiem zaburzeń neurologicznych.
• Funkcjonowanie poznawcze składa się z 22 pytań tworzących
4 podskale - uwaga/koncentracja (5 pozycji), pamięć (6 pozycji),
język (8 pozycji) i inne poznawcze (3 pozycje). Dotyczy częstych u dzieci z padaczką zaburzeń poznawczych, mogących
być skutkiem uszkodzeń strukturalnych mózgu, napadów padaczkowych bądź problemów psychospołecznych. Podskala inne poznawcze dotyczy planowania, rozwiązywania problemów
i czasu reakcji.
• Funkcjonowanie emocjonalne składa się z 19 pytań tworzących 4 podskale - depresja (4 pozycje), lęk (6 pozycji), kontrola/bezradność (4 pozycje) i samoocena (5 pozycji). Badania pokazują częste współwystępowanie z padaczką dziecięcą zabu-
41
rzeń lękowych, depresji, niskiej samooceny i zewnętrznego poczucia kontroli. Pytania w tej kategorii dotyczą ogólnego dobrostanu dziecka, z uwzględnieniem podanych wyżej dysfunkcji
• Funkcjonowanie społeczne składa się z 7 pytań tworzących
3 podskale - interakcje społeczne (3 pozycje), aktywności społeczne (3 pozycje) i stygmatyzacja (1 pozycja). Dzieci z padaczką często relacjonują trudności z niezależnością, akceptacją
społeczną i stygmatyzacją. Prowadzi to do ukrywania przez wiele z nich choroby oraz do minimalizowania kontaktów społecznych ze względu na związaną z nimi stygmatyzację. Pozycje testowe badają problemy społeczne w szkole, relacje z rówieśnikami i członkami rodziny oraz ograniczenia dotyczące czasu
wolnego i aktywności społecznych dziecka.
• Zachowanie składa się z 14 pozycji tworzących jedną podskalę. Obejmuje typowe zaburzenia funkcjonowania, opisywane
u części dzieci z padaczką. W przeciwieństwie do poprzednich
kategorii, założeniem tutaj jest pomiar bezpośrednio obserwowalnych zachowań dziecka.
Pytania oceniające zdrowie ogólne oraz ogólną jakość życia dziecka
nie zostały włączone do żadnej z powyższych kategorii i tworzą osobne podskale, oceniające zdrowie dziecka w porównaniu z jego rówieśnikami oraz jakość życia.
W związku z szerokim zakresem badanych aspektów funkcjonowania, dostosowanych do specyficznej problematyki padaczki, oraz
z dobrymi własnościami psychometrycznymi Kwestionariusz Jakości
42
Życia w Padaczce Dziecięcej może być wykorzystywany zarówno do
badań naukowych, umożliwiając zwrócenie uwagi na specyficzne
aspekty funkcjonowania dzieci z padaczką, jak i w praktyce klinicznej
oferując lepsze zrozumienie funkcjonowania dziecka i dostosowanie
terapii do jego indywidualnych potrzeb.
W roku 2010 autorzy pracy, przeprowadzili badania jakości
życia kwestionariuszem QOLCE u 43 dzieci z padaczką objętych
opieką medyczną w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym im. J Brudzińskiego w Bydgoszczy na Oddziale Neurologii Dziecięcej z Pododdziałem Rehabilitacji.
Wyniki w podstawowych obszarach funkcjonowania dzieci
przedstawia zamieszczona poniżej tabela nr 1
Tab.3 nr 1. Funkcjonowanie dzieci z padaczką N=43
średnia
minimum
maksimum
odchylenie
standardowe
ograniczenia fizyczne
56,48
0
90,63
25,69
energia/zmęczenie
55,23
12,5
100
23,18
uwaga/koncentracja
64,07
0
100
25,55
pamięć
58,53
0
100
26,13
język
64,97
0
100
26,84
inne poznawcze
59,11
0
100
29,82
depresja
71,07
33,33
100
14,32
lęk
65,27
25
95,83
17,96
skale
43
średnia
minimum
maksimum
odchylenie
standardowe
61
0
100
25,28
samoocena
64,97
12,5
93,75
19,86
interakcje społeczne
76,49
12,5
100
28,24
aktywność społeczna
76,74
25
100
25,17
stygmatyzacja
83,82
0
100
26,03
zachowanie
65,28
14,58
88,46
18,53
zdrowie ogólne
41,86
25
75
17,86
jakość życia
59,88
25
75
16,49
Ogólna QOLCE
63,72
29,17
87,92
16,74
skale
kontrola/bezradność
W każdej z poddanych ocenie skali możliwy do uzyskania wynik mieści się w przedziale od 0 do 100 punktów i stanowił średnią ocenę
z pytań wchodzących do danej skali. Im wyższy poziom, tym lepsze
funkcjonowanie dziecka w danej sferze.
Interpretując wyniki zamieszczone w powyższej tabeli można
wysunąć wnioski, że badane dzieci najlepiej funkcjonują w sferach:
stygmatyzacja, interakcje społeczne, aktywność społeczna, depresja.
Najgorzej w zdrowiu ogólnym. Największe zróżnicowanie poziomu jakości życia (heterogeniczność) w badanej grupie odnotowano w skalach: inne poznawcze, interakcje społeczne. Najmniejsze zróżnicowa-
44
nie wyników (jednorodność grupy) w depresji, jakości życia oraz
w wyniku ogólnym.
Podstawowym aspektem rozważań w prezentowanej pracy jest
funkcjonowanie w wymiarze społecznym. Krótki historyczny przegląd
relacji społecznych w stosunku do chorych na padaczkę nie wypadł
pozytywnie. Szereg współczesnych publikacji czy wypowiedzi, zarówno osób chorych jak i ich rodzin bądź też znajomych twierdzi, że dzieci
z padaczką często mają trudności z niezależnością, akceptacją społeczną i stygmatyzacją. Osoby z padaczką nawet w dzisiejszych czasach spotykają się z dyskryminacją ze strony społeczeństwa, brakiem
akceptacji i nietolerancją. Prowadzi to do ukrywania przez wielu z nich
choroby oraz do minimalizowania kontaktów społecznych. W badaniu
z wykorzystaniem kwestionariusz QOLCE poddano ocenie: interakcje
społeczne, aktywność społeczną i stygmatyzację. Pozycje testowe
badają problemy społeczne w szkole, relacje z rówieśnikami i członkami rodziny oraz ograniczenia dotyczące czasu wolnego i aktywności
społecznych dziecka.
Analiza zebranego materiału wskazuje, że 62,79% dzieci nigdy
nie musiało ograniczać interakcji społecznych z powodu swojej choroby, czy też choroba nie wpłynęła negatywnie na te interakcje. 16,28%
rodziców uważa natomiast, że choroba niekorzystnie wpływa na relacje jego dziecka z innymi osobami w niektórych sytuacjach a 11,63%
badanych wskazuje, że padaczka znacznie ograniczyła interakcje
społeczne jego dziecka i odizolowała go od innych.
45
W wynikach oceniających aktywność społeczną dzieci podobnie, 62,79% dzieci nigdy nie musiało z powodu choroby ograniczać
swoich kontaktów towarzyskich a także swojej aktywności w czasie
wolnym. Co ciekawe, duża grupa rodziców sądzi, iż choroba wręcz
pozytywnie wpłynęła na przyjaźnie i relacje ich dzieci z innymi rówieśnikami. Na negatywny wymiar choroby dziecka w tej kwestii, uskarża
się ponad 16,28% ankietowanych.
Zadawalające wyniki uzyskano również w ocenie stygmatyzacji
społecznej, gdyż zdecydowana większość uważa, że ich dziecko
z powodu choroby nie czuje się napiętnowane czy też naznaczone.
Choroba nigdy nie utrudniła utrzymywania przyjaźni czy też nie wystraszyła innych osób.
Wcześniejsze badania w Polsce z wykorzystaniem kwestionariusza QOLCE również wskazują na poprawę społecznych postaw
wobec chorych z padaczką. Jednakże potoczne obserwacje czy dyskusje na forach internetowych zdają się często zaprzeczać tym optymistycznym opinią (10,17).
Padaczkę charakteryzują przede wszystkim napady o różnej
częstotliwości i nasileniu. Najczęstszymi objawami napadu jest utrata
świadomości, zniekształcenia ciała w trakcie napadu drgawek, ślinotok, nie trzymanie moczu. Napady są nieprzewidywalne, towarzyszą
im często urazy. Przeraża to zarówno chorego ale przede wszystkim
nieuświadomionego obserwatora. Zatem wiele osób odczuwa niepokój będąc świadkiem napadu i mając do czynienia z osobą, która ma
padaczkę.
46
Wiele badań i doniesień medialnych wskazuje na to, że wcześniej czy później dziecko chore na padaczkę doświadczy odrzucenia
i stygmatyzacji.
Stygmatyzacja powoduje, że już sami chorzy, zarówno dorośli
jak dzieci, postrzegają siebie inaczej. Jak wskazują badania
J.A.Collins, dorośli, chorujący na padaczkę, postrzegają siebie, jako:
mniej wartościowych, gorzej adaptujących się, mniej dojrzałych, mniej
stabilnych, mniej zdolnych do walki, trudniej osiągających sukcesy,
gorzej dostosowujących się do sytuacji. Poczucie stygmatyzacji zgłaszało: 14% pacjentów w okresie remisji padaczki, 25% z nowo rozpoznaną padaczką, 38% z aktywną postacią padaczki, 51% członków
grup samopomocowych chorych na padaczkę.
Badania przeprowadzone w Europie w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, wykazały, że ponad połowa z 5000 badanych pacjentów czuła się napiętnowana społecznie przez zachorowanie na padaczkę. [ ](Grabowska-Grzyb, 2002).
Okazuje się, że wysoki odsetek postaw negatywnych występuje
w wielu krajach Europy Zachodniej (Francja i Grecja ponad 60%,
Niemcy, Włochy, Szwajcaria, Wielka Brytania, Czechy ponad 50%,
Szwecja, Finlandia, Holandia ponad 40%). Najniższy odsetek negatywnych postaw wobec chorych na padaczkę stwierdzono w Polsce
(31%).(Kramer i wsp., 2003) (13).
Sonda, którą przeprowadziła J.K. Austin w 2006 roku wśród
19441 nastolatków w Wielkiej Brytanii, na temat odrzucenia i stygmatyzacji młodzieży chorującej na padaczkę wykazała, że: 75% młodzie-
47
ży chorej na padaczkę jest częściej zaczepiana i terroryzowana przez
rówieśników niż ich koledzy. Chorzy na padaczkę w ocenie rówieśników są mniej uczciwi i mniej godni zaufania, mniej towarzyscy i mniej
zabawni oraz mniej zainteresowani sportem i rozrywkami niż normalna młodzież.
Powyższe wyniki i stwierdzenia zupełnie nie przystają do zmian,
jakie zaistniały w opiece medycznej w kwestii pacjentów z padaczką.
Co raz bardziej rozpowszechniony i akceptowany w świecie medycznym model holistyczny pozwala na spostrzeganie padaczki, jako
schorzenia o wielowymiarowych skutkach. Możliwości leczenia są coraz większe i efektywniejsze. Głównym celem prowadzonych badań
klinicznych jest poszukiwanie terapii mniej inwazyjnych i leków, których działanie nie ma efektów niepożądanych. Popularyzacja badań
oceniających szeroko rozumianą jakość życia w naukach medycznych
świadczy o zrozumieniu faktu, że stopień ułomności, kalectwa czy też
zależności nie jest wyłącznie funkcją uszkodzenia fizycznego spowodowanego chorobą. Wpływają na to również czynniki społeczne i psychiczne. Zatem badania, dotyczące jakości życia pacjentów z padaczką, nie tylko poprawiają opiekę medyczną nad chorymi, ale dają również inny rodzaj korzyści - pozwalają na wyodrębnienie mechanizmów
leżących u podłoża zależności między chorobą a czynnikami psychospołecznymi.
Czas zatem na naprawę społeczeństwa. W tym miejscu pozwolę sobie ponownie przytoczyć słowa Hipokratesa -
48
„Ludzie myślą, że padaczka jest boską chorobą przede wszystkim, dlatego że jej nierozumieją.”
Aby wyeliminować stygmatyzację i dyskryminację osób chorych
na padaczkę należy szerzyć wiedzę na temat tej choroby i sposobów
reagowania oraz udzielania pomocy osobom w trakcie napadu. Należy uświadamiać społeczeństwo, że osoby chore na padaczkę mogą
uczęszczać do normalnych szkół i są zdolne do wykonywania i spełniania się w różnych bezpiecznych dla nich rolach zawodowych i rolach życiowych. W pełni opisuje to Europejska Deklaracja dotycząca
padaczki "Wyjść z cienia" z 25 października1998 r. W różnych krajach, również w Polsce powstało szereg organizacji wspierających
chorych z padaczką.
Piśmiennictwo
1. Appleton R. Gibbs J.: Padaczka u dzieci I młodzieży. Wydawnictwo Medyczne Urban
& Partner. Wrocław 2000.
2. Biegański A., Domański J., Prus J.: Padaczka. Nauka o chorobach wewnętrznych,
t.1. Choroby Układu nerwowego, s. 229-237. Kraków 1905.
3. Creutz W.: Die Neurologie des 1-7 Jahrhunderts. Eine Historich – Neurologische Stusie von Dr Walter Creutz. Georg Thime ( Verlag) Leipzig 1934.
4. Domański S.:Wykłady o chorobach układu nerwowego. Kraków 1881.: 34-42.
5. Guberman A.: Podstawowe zagadnienia kliniczne padaczki. D.W. Publishing Co.
1999.
6. Koncewicz R.:Drgawki – problem w podstawowej opiece zdrowotnej. Medycyna Rodzinna, zeszyt 20, 5, 2002.
7. Majkowski J.:Bibliografia padaczki 1543- 2000. Fundacja Epileptologii. Warszawa
2006.
8. Marszał E.: Drgawki gorączkowe I padaczka wieku dziecięcego. W: Kohler B, Marszał E., Świetliński J (red) Wybrane zagadnienia z pediatrii. Śląska Akademia Medyczna. Katowice 2002.
9. Mathiak K. i inni.: Kwestionariusz jakości Życia w padaczce dziecięcej – polska adaptacja kwestionariusza Heath Related Qualitet Life in Chidhood Epilepsy Questionnaire. Neurologia i Neurochirurgia Polska. 2007, 41, 3: 203-214.
49
10. Mojs E., Głowacka M.D. Samborski Wł.: Występowanie zaburzeń poznawczych
i emocji w padaczce i ich implikacje dla terapii. Annales Academiae Medicae Stetinensis. 2007, 53,3: 82-87.
11. Piotrowski A.:O padaczce. Nowiny Lekarskie 1913; R25,nr12: 636-643.
12. Poradnik dla rodziców i opiekunów. Problemy społeczne, wychowawcze i edukacyjne u dzieci i młodzieży. Wydane nakładem firmy Glaxo Smith Kline Commercial. Wydawnictwo Bi Folium.
13. Ronen M. G., Streiner D., Rosenbaum P.: Health and Quality of Life Outcoms. BMC
Public Health.2003.[bad europ].
14. Sokołowski S.: Święta choroba, czyli historia padaczki. Problemy 1950. R 6, nr 7:
473-478.
15. Sidor K., Ostoja – Chrząstowska W.: Padaczka i jej leczenie u dzieci. Nowa Pediatria, zeszyt 29, nr 2. 2002.
16. Sidor K.: Wybrane zagadnienia z neurologii dziecięcej. PZWL. Warszawa 1997.
17. Talarska D.: Jakość życia dzieci z padaczką w oparciu o kwestionariusz QOLCE.
Polska Medycyna Rodzinna, 2004, 6.Suppl.1: 42-44.
18. Thomayer A.: Padaczka kiłowa. Przegląd Lekarski. 1881 R 20, nr 43: 569-570
19. Thornton E.M.: Hynotism. Histeria and Epilepsy; Cz 3 A partticular of epilepsy. Wiliam Heinemann Medical Boks Ltd London 1976.
Praca zawiera 27 045 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
50
PACJENT Z PADACZKĄ – DAWNIEJ I DZIŚ
Seweryna Konieczna
Zakład Historii i Filozofii Nauk Medycznych
Gdański Uniwersytet Medyczny
[email protected]
Padaczka jako problem społeczny
Padaczka należy do najczęstszych chorób neurologicznych
i występuje u ludzi w każdym wieku. Szacuje się, że na świecie cierpi
na nią około 50 milionów osób (2). Choroba ta może występować
w różnym okresie życia. Najczęściej dotyka ludzi młodych (80 %
wszystkich padaczek ujawnia się do 20. roku życia), jednakże nie jest
rzadka u osób w podeszłym wieku, kiedy to zachorowalność związana
jest ze starzeniem się mózgu. Dlatego też należy być świadomym tego, że na padaczkę może zachorować człowiek w każdym wieku,
a nawet ten zupełnie zdrowy i bez wcześniejszych oznak problemu
(8).
Zachorowanie niesie za sobą konsekwencje dotyczące dalszego życia, także w aspekcie społecznym. Rozpoznanie choroby budzi
u pacjentów i ich najbliższych uczucie zaskoczenia, lęku, niesprawiedliwości. Chorzy stają się niepewni swojej przyszłości, pracy, edukacji,
relacji z przyjaciółmi, możliwości założenia rodziny. Rodzice chorych
dzieci obawiają się o życie swego potomstwa, otaczają je nadmierną
opieką, bądź też wręcz przeciwnie – opuszczają je. Często pacjenci
51
z padaczką skrywają swoją chorobę w obawie przed odrzuceniem ze
strony otoczenia (2). Utrata przytomności, występowanie konwulsji,
naprężenie ciała, wygięcie go w łuk, szczękościsk, ślinotok, sinica,
nietrzymanie moczu czy przygryzanie języka podczas napadu budzą
przerażenie. Ten stereotypowy sposób postrzegania chorych na padaczkę często jest krzywdzący, gdyż rodzajów napadów jest wiele,
a niektóre są zupełnie niedostrzegalne.
Wielu cierpiących jest z tego względu społecznie izolowanych,
co potęguje uczucie osamotnienia, odosobnienia, niepełnosprawności,
niską samoocenę czy poczucie bezradności (21). We współczesnym
świecie, nawet w krajach wysoko rozwiniętych, istnieje wiele mitów
i stereotypów dotyczących choroby i codziennego funkcjonowania
chorych, które budzą strach i lęk. Zdrowe społeczeństwo często wyklucza takie osoby z życia społecznego, traktując je jako obywateli
gorszej kategorii. Co więcej, padaczka jest przez część owego społeczeństwa mylnie uznawana za chorobę psychiczną i nieuleczalną (19,
20).
Z tego względu chorzy pozbawieni są awansu społecznego
i zawodowego, możliwości udziału w życiu publicznym. Dzieci pozbawiane są często możliwości należytego kształcenia, a dorośli ignorowani są przez pracodawców, co doprowadza do wysokiego poziomu
bezrobocia wśród chorych. Dyskryminacja spowodowana jest często
brakiem wiedzy na temat samej choroby, nieznajomością sposobów
pomocy chorym podczas napadu. Kluczową rolę odgrywają zaniedbania w kształtowaniu tolerancyjnych wzorców postaw społecznych.
52
Otoczenie nie dostrzega faktu, że chory boryka się z wieloma problemami. Przede wszystkim obawia się o własne życie, jego komfort może znacząco ulec zmianie. Dodatkowo izolacja ze strony społeczeństwa i poczucie osamotnienia często doprowadzają do depresji, a nawet prób samobójczych (2).
Padaczka – „święta choroba”
Od niepamiętnych czasów lekarze taką nazwą obdarzali to
schorzenie [4]. Jest chorobą znaną od początków dziejów ludzkości,
a jej opisy można znaleźć w najstarszych z ksiąg starożytnych cywilizacji. Pierwsze wzmianki na jej temat pojawiły się już w egipskich papirusach 5000 lat przed narodzinami Chrystusa, czy też w babilońskim
Kodeksie Hammurabiego zredagowanym w XVIII wieku p.n.e. (3).
Wtedy to uważano padaczkę za chorobę nadprzyrodzoną, pochodzącą od bogów. W celu wyleczenia chorzy byli poddawani rozmaitym
czynnościom, odprawiano nad nimi modły do licznych bóstw, a nagłe
ustąpienie objawów tłumaczono istnieniem zjawisk nadprzyrodzonych.
O padaczce wspominają także hinduskie święte księgi Wedy, które
stanowiły całość ówczesnej wiedzy człowieka o świecie ludzi i bogów,
Biblia, żydowski Talmud, rzymska encyklopedia medyczna Celsusa
De Medicina Libri Octo, bizantyjski Tetrabiblion Aetiusa z Amis, czy
Canon Medicinae Avicenny (4, 5).
Dokładne opisy napadów padaczkowych występują również
w babilońskim podręczniku diagnostyki medycznej Sakikku, gdzie
53
wymienione zostały objawy poprzedzające napady, a także czynniki je
prowokujące (6).
Padaczka jest chorobą, jak twierdzą niektórzy, tysiąca nazw.
Ludzie mieli nadzieję, że mogą uniknąć choroby poprzez nadanie jej
nazwy. Dlatego też można spotkać się z różnymi określeniami padaczki: w Egipcie nazywano ją nesejt (niebezpieczna, zesłana przez
bogów), świętą chorobą, wielką chorobą (11, 13), w Babilonie bennu
(10), morbus demoniacus, morbus sacer, morbus comitialis, morbus
lunaticus, caducus, morbus Herculeus (1), passio sacra, maiora sacra,
puerillis passio, divinitus immisse (12). Charaka Samhita nazywał padaczkę „apasmara”. 40 babilońskich tablic datujących się na 2000 r. p.
n. e. z British
Museum w Londynie opisuje różne rodzaje napadów i ich wiele
nazw. W Polsce padaczkę nazywano „wielką chorobą”, „padającą
chorobą”, „niemocą św. Walentego” (18).
Historia padaczki i pacjenta z padaczką
Przez tysiąclecia przyjmowano, że padaczka to choroba spowodowana przez złe duchy. Dopiero lekarz z Kos – Hipokrates (460 –
375 p. n. e.) – uwolnił medycynę od przesądów i oparł ją na logicznym
wnioskowaniu i doświadczeniu. Swe spostrzeżenia na temat padaczki
zawarł w traktacie O świętej chorobie, gdzie dokładnie opisał jej objawy. Podkreślił w nim, że nie jest to choroba „nadprzyrodzona”, a choroba ciała, zlokalizowana w mózgu i wywołana naturalnymi przyczynami. Natomiast lekarz Aretaios z Kapadocji (I – II wiek), naśladowca
54
Hipokratesa, doskonały obserwator i pisarz, pozostawił po sobie
wszechstronniejszy od dotychczasowych opis padaczki (4, 7).
Asklepiades (ok. 128 – 56 p. n. e.), grecki lekarz i filozof
z Prusy, krytyk hipokrateizmu, zamiast patologii humoralnej wprowadził patologię solidarną, co doprowadziło go do rewolucyjnych wniosków. Uznał, że choroba to zmiany w częściach stałych organizmu,
w atomach i ich układach, a nie skażenie soków ustrojowych. Przyjął,
iż padaczka i choroby psychiczne mogą powstawać w wyniku ucisku
na mózg opon mózgowych lub uszkodzonej czaszki (4). Inny znakomity starożytny lekarz, Galen (ok. 130 – 210 n.e.), który znacznie przyczynił się do rozwoju nauk medycznych, opisał wiele postaci napadów
padaczkowych. On także wprowadził pojecie „aury” (7).
Grecki lekarz z Cylicji, Dioskurides Pedanios (I w.), zalecał chorym cierpiącym na epilepsję pieczoną wątrobę baranią i oślą. Pliniusz
Starszy (23 – 79 r. n. e.), rzymski pisarz i historyk, radził zaś stosować
serce wilka, mięso ssącego jeszcze psa, jądro kogucie, mózg wielbłąda, krew jagnięcia, pierwsze potomstwo jaskółcze oraz nalepić ogon
smoka owinięty skórą gazeli i związany rzemieniem ze skóry jelenia
na lewe ramię chorego. Starożytni Rzymianie dokonywali także kastracji chorych na padaczkę, ale słusznie zauważyli, że żaden z okaleczonych chorych nie został z niej wyleczony. Starożytni Kymryjczycy
kierowali na epileptyka dym ze spalonego koźlego mózgu, polewali
głowę żółcią psa, a także zmuszali cierpiącego do spożywania mieszaniny wysuszonego, ludzkiego mózgu z wodą konwaliową. Do innych środków przeciwpadaczkowych należały serce czarnego osła,
55
sproszkowana śledziona źrebięcia, spopielone młode kruki, roztarty
kieł świni, jądra niedźwiedzie i ośle, krew zamordowanych i jeńców
wojennych oraz spopielona czaszka wisielca – złodzieja (3). Chorych
na padaczkę przypiekano żelazem aż do kości, zarzucano im na głowy czarne chusty. W Chinach leczono sproszkowanymi zębami słonia,
w Japonii podczas napadu kładziono choremu na głowę słomiany
pantofel, w Indiach wycinano epileptykowi fragment ciała, a ranę wypełniano nawozem (14).
Dopiero Hipokrates, który uznał padaczkę za chorobę wywołaną
naturalnymi przyczynami,zastosował leczenie ziołowe, dietetyczne
i humoralne (14).
Około 1005 roku świętą chorobę ostatecznie „zdesakralizował”
oraz wprowadził termin odpowiadający dzisiejszej „epilepsji” lekarz, filozof i encyklopedysta związany z Persami i Tadżykami, Abu Ali ibn
Sina, zwany Awicenną (980 – 1037 r.) (4).
Czasy średniowieczne nie przyniosły jednak postępów w poznaniu padaczki, a zrozumienie naturalnej przyczyny tej choroby popadło w zapomnienie. Ówczesnym lekarzom europejskim nadal bliższe było określenie choroby jako „świętej”. Świadczyła o tym zwiększająca się liczba orędowników, którzy jej patronowali (około 40).
Uważano bowiem, że padaczka jest karą od Boga lub wynikiem opętania przez złe duchy. Nazywano ją cierpieniem św. Walentego, złem
św. Jana, chorobą św. Corneliusa, czy chorobą św. Pawła.
Świadomość zaraźliwości wielu chorób i obawa przed nimi
sprawiły, że padaczkę uznano za chorobę zakaźną. Wiele kobiet
56
z epilepsją oskarżano o czary, tysiące z nich poddawano torturom
i zabijano. Na podstawie książki Malleus Maleficarum („Młot na czarownice”) wydanej w strasburskiej drukarni można stwierdzić, że w ten
sposób odebrano życie ponad 200 000 kobiet. Według ówczesnych
poglądów padaczka była spowodowana uderzeniem, rażeniem, jadowitym oddechem, ukłuciem, złym spojrzeniem, zemstą demonów czy
karą bogów. Leczenie natomiast polegało na odmawianiu egzorcyzmów, wykonywaniu praktyk religijnych, wyklinaniu, zamawianiu, cudownych ocaleniach, wykonywaniu wyroków inkwizycyjnych, procesach wiedźm, symbolicznym wypędzaniu, noszeniu amuletów (kamieni, monet, łańcuchów, proszków, zegarów) czy przenoszeniu na inne
osoby (3).
Od czasów średniowiecznych aż do początku XIX wieku cierpiących na padaczkę, podobnie jak osoby z zaburzeniami psychicznymi, przykuwano łańcuchami do ściany i zamykano w ciemnych celach. Twierdzono, że na efekt leczenia wpływa zarówno długość łańcucha, jak i miejsce przykucia (np. noga czy szyja). (4, 7).
W czasach renesansu próbowano racjonalnie podejść do zagadnienia, przede wszystkim do leczenia padaczki. Pietro Andrea
Mattioli, XVI – wieczny włoski lekarz, renesansowy komentator dzieła
Dioskuridesa (greckiego lekarza, który wprowadził jako pierwszy ziołolecznictwo do nauk medycznych) w roku 1568 wydał rozprawkę, gdzie
zalecał stosowanie konwalarii przy zawrotach głowy, napadach apopleksji i padaczki. Ponad 150 lat później, w 1729 roku, polski lekarz
Efraim Bogusław Herman wydał rozprawę De affectu spasmodico –
57
convulsivo e vermibus, którą poświęcił padaczce. Występował w niej
przeciwko przesądom i wierze w czary, jednak nie przeszkodziło mu
to uzależnić tego schorzenia od zarobaczenia (4).
Leczenie farmakologiczne padaczki zapoczątkował natomiast
ojciec medycyny nowożytnej, Paracelsus (1493 – 1541r.). Zastosował
on opium, chloroform, papawerynę i hioscyjaminę (15, 18). Oryginalną
metodą terapii było podawanie choremu kamfory w dużej dawce, aby
spowodować napad padaczkowy, po którym przez dłuższy czas napady nie występowały (18). Sposób leczenia epilepsji od XVI do XVII
wieku był konsekwencją przyjęcia humoralnej teorii powstania „wielkiej
choroby”. Uznano, że padaczka powoduje „dym” osadzający się
w ścianach komór mózgu lub zatykający otwory do nich prowadzące.
Metody leczenia powinny usunąć nadmiar tego „dymu” albo nadmiar
cieczy powodujący jego powstawanie. O takich metodach pisał Capivaceus w swym dziele Practica medicina… (1594). Podzielił on metody leczenia na farmakologiczne (materia medicinalis) oraz zabiegowe (materia chirurgica). Leczenie farmakologiczne polegało na usuwaniu nadmiernych ilości flegmy w wyniku stosowania środków przeczyszczających wytwarzanych z cebuli morskiej oraz z kości ludzkiej
czaszki. Dzieciom zalecano wąchanie ruty. Leczenie zabiegowe natomiast obejmowało leczenie podczas napadu (in paroxysmo) oraz
między nimi (extra paroxysmum).
W obu przypadkach polegało ono na upuszczaniu krwi i prowokowaniu wymiotów. W trakcie napadu medyk musiał skaleczyć choremu duży palec u nogi, a następnie ssać go, co pobudzało wypływa-
58
nie krwi. Miało to przywrócić drożność zatkanych otworów prowadzących do komór w mózgu. Inną metodą było drażnienie gardła epileptyka piórem maczanym w oliwie oraz silne pocieranie ciała szorstkim
materiałem. Leczenie między napadami polegało na upuszczaniu krwi
(venta sectio). Chorym zalecano stosowanie właściwej diety – unikanie wina, spożywanie niedużych ilości owoców, posilanie się o stałych
porach dnia, wodolecznictwo (16).
Krótki rys leczenia padaczki w Polsce
Udokumentowane dane na temat leczenia padaczki w Polsce
pochodzą z XVI wieku. Pierwszą pozycją był poradnik zielarski Stefana Falimirza (1534), gdzie znalazł się rozdział na temat medykamentów przeciw chorobie św. Walentego. Szymon z Łowicza w książce
Enhiridion Medicinae z 1537 roku wymienił różne leki przeciwpadaczkowe – ludzką krew (sanguis hominis), jądra niedźwiedzia (testis ursini) czy mózg myszy (cerebrum mustallas).
Zalecenia we wszystkich dawnych polskich zielnikach, poradnikach, kalendarzach oraz przewodnikach gospodarskich i zdrowotnych
pełne były przesądów i opisów tzw. Leków sympatycznych. Powszechnie praktykowane było leczenie cierpiących na padaczkę
w przerwach między napadami krwią wisielców. Nawet wykształceni
lekarze byli przekonani, że pierścień wykonany z kopyta łosia w pełni
chronił przed napadami. Jeszcze w XVIII wieku zwiększający się brak
lekarzy, brak wykształcenia wśród szlachty i mieszczan, biorące górę
przesądy oraz kołtuneria w małych miastach i na wsiach prowadziły
59
do propagowania najbardziej absurdalnych poczynań pseudo lekarskich. Chorym na padaczkę podawano świeżą krew ściętych przez kata osób (najdroższe były pierwsza szklanka, krew panieńska, kawalerska oraz katolicka), a dla lepszego efektu terapeutycznego pomocnik
kata poganiał „pacjenta” do szybszego biegania. Niewiarygodnym wydaje się fakt, że poczynania te miały jeszcze miejsce w czasach działalności Komisji Edukacji Narodowej (1773 – 1794 r.) (4).
W XVII wieku Ludwik Perzyna, zakonnik Braci Miłosierdzia, lekarz warszawskiego Szpitala Jana Bożego, a potem przeor kaliskiego
klasztoru, jeden z rozdziałów swej rozprawy Lekarz dla włościan czyli
rada dla pospólstwa w chorobach i dolegliwościach naszemu krajowi,
albo właściwych, albo po większej części przyswojonych poświęcił
padaczce. Wyróżnił w nim różne postacie padaczki: wrodzoną, nabytą, ostrą, myślową (16).
Znane osoby – pacjenci cierpiący na padaczkę
Chorzy na padaczkę przez blisko 2000 lat otoczeni byli lękiem,
niezrozumieniem, podejrzeniami i obarczeni ogromnym piętnem. Traktowano ich jak wyrzutków i z powodu choroby karano. Jednak niektórzy z nich osiągnęli sukces oraz zdobyli sławę.
Znani i wielcy tego świata, którzy mimo trapiącego schorzenia
zaistnieli w dziejach ludzkości to m.in. Gajusz Juliusz Cezar, Aleksander Macedoński, Joanna d'Arc, Napoleon Bonaparte, Fiodor Dostojewski, Alfred Nobel, Vincent van Gogh, Georges Gershwin, Hektor
Berlioz, Florence Griffith Joyner (9). I można by wymieniać jeszcze
60
długo, długo listę sławnych pacjentów z padaczką, a jest to bardzo
ważne, ponieważ te znane nazwiska uzmysławiają społeczeństwu, jak
wielu ludzi z padaczką doszło do najwyższych zaszczytów i jednocześnie, że z tą chorobą można funkcjonować społecznie i na co dzień.
Gajusz Juliusz Cezar (100 – 44 p.n.e)
Juliusz Cezar był jednym z faktycznych założycieli Imperium
Rzymskiego, wybitnym politykiem, dyktatorem, największym wodzem
starożytnego świata i pisarzem.
O padaczce Juliusza Cezara pisało wielu rzymskich autorów.
Biograf Cezara, Swetoniusz, w Żywocie Cezara wspomniał o dwukrotnym wystąpieniu napadów padaczkowych u władcy w miejscach
publicznych. Jeden miał miejsce w trakcie bitwy o miasto Thapsus.
Podczas tych napadów zabierano Cezara z widoku publicznego, aby
nie widziano go w momencie braku kontroli nad samym sobą. O chorobie dyktatora wspominali także Appianusz i Plutarch. Napady padaczkowe pojawiły się u Cezara najprawdopodobniej w jego dorosłym
życiu i były rzadkie. Niektórzy autorzy uznawali padaczkę polityka za
wynik nadużywania alkoholu. Jednak wydaje się pewnym, że była to
padaczka późna, objawowa, może pourazowa.
Na padaczkę pourazową cierpiało wielu żołnierzy rzymskich.
Była ona wynikiem dużej ilości urazów głowy doznanych w bitwach.
Rzymianie zauważyli, iż padaczka jest częstą przypadłością wojowników i przyjęli, że musi być spowodowana obrażeniami mózgu. Uznali,
że Juliusz Cezar, który także był wojownikiem, musiał cierpieć na pa-
61
daczkę właśnie z tego powodu.Choroba Cezara przetrwała w powszechnej świadomości jako cecha „ojca Imperium Rzymskiego”.
Dowodem tego jest fakt, że Kaligula, jeden z cesarzy rzymskich, imitował publicznie napady padaczkowe w celu przekonania otoczenia,
że cierpi na przypadłość największych wodzów świata: Juliusza Cezara i Aleksandra Wielkiego (17).
Joanna d’Arc (1412 – 1431)
Joanna d’Arc to francuska bohaterka narodowa, patronka Francji, święta Kościoła katolickiego. D’Arc twierdziła, iż działa kierowana
przez Boga, miała liczne widzenia świętych. Od 12. roku życia przeżywała stany ekstatyczne, w czasie których widziała światła, postacie
świętych i aniołów oraz słyszała ich głosy. Wielu neurologów sądzi, że
były to napady padaczkowe częściowe proste albo złożone z płata
skroniowego, w mechanizmie padaczki odruchowej, ponieważ wizje
często występowały na dźwięk dzwonów kościelnych.
Napoleon Bonaparte (1769 – 1821)
Napoleon Bonaparte był pierwszym konsulem Republiki Francuskiej w latach 1799 – 1804, cesarzem Francuzów w latach 1804 –
1814 oraz prezydentem (1802 – 1805) i królem Włoch w latach 1805 –
1814. W 1805 roku minister spraw zagranicznych i bliski współpracownik cesarza Talleyrand sporządził dokument, w którym napisał
o Napoleonie: „wzdychał i toczył pianę z ust, miał ten rodzaj drgawek,
które kończyły się po kwadransie”.
62
Bibliografia Napoleona opublikowana w 1833 roku zawierała informacje, że od młodości miał napady, a gdy uczęszczał do paryskiej
szkoły i ukarano go nakazem jedzenia na kolanach za niezdyscyplinowanie, miał tak silny napad, że został z owej szkoły zwolniony. Wielu badaczy jest przekonanych, że Bonaparte cierpiał na padaczkę.
Uważają, że poważna bradykardia mogła przyczynić się do wtórnego
uszkodzenia naczyniowego mózgu oraz zaburzenia rytmu prowadzącego do objawowych napadów padaczkowych. Przeciwnicy tej teorii
natomiast zwracają uwagę, że żaden z cesarskich lekarzy nigdy nie
wspomniał o chorobie Napoleona.
Fiodor Dostojewski (1821 – 1881)
Fiodor Dostojewski to wielki pisarz rosyjski, mistrz prozy psychologicznej, jeden z najwybitniejszych twórców literatury światowej
(21). Dostojewski cierpiał najprawdopodobniej na napady padaczkowe częściowe proste, częściowe złożone oraz wtórnie uogólnione toniczno – kloniczne. Pisarz swoją chorobą obdarował kilku bohaterów
swych powieści. Zawdzięczamy mu opisy doznań towarzyszących napadom częściowym prostym z objawami psychicznymi. Na padaczkę
chorował Kiriłłow z Biesów oraz książę Myszkin – bohater Idioty (17).
W 1867 roku żona pisarza opisała jego napad: „Fiodor Michajłowicz
opowiadał coś interesującego mojej siostrze. Nagle przerwał w pół
słowa, zbladł, uniósł się z kanapy i powoli przechylił w moją stronę. Ze
zdziwieniem ujrzałam jego wykrzywioną twarz. Naraz rozbrzmiał
63
straszny, nieludzki krzyk, niemal skowyt i Fiodor Michajłowicz powoli
upadł do przodu” (7).
Alfred Nobel (1833 – 1896)
Alfred Bernhard Nobel był szwedzkim przemysłowcem, naukowcem, wynalazcą dynamitu i fundatorem Nagrody Nobla (21). Wydaje się, że miał drgawki w dzieciństwie, o czym świadczą informacje
zawarte w autobiograficznym poemacie naukowca. Nie jest jednak do
końca ustalony charakter tych drgawek, wynalazca był dzieckiem bardzo chorowitym i słabym. Zawsze powtarzał, że przeżył dzięki troskliwej opiece matki. Troska ta była bardziej niż zrozumiała, gdyż pięcioro
braci i sióstr małego Alfreda umarło w dzieciństwie. Informacje te pozwalają współczesnym epileptologom na wysnucie różnych przypuszczeń: może rodzina Nobla cierpiała na genetycznie uwarunkowaną
padaczkę dziecięcą, bądź jakąś encefalopatię mitochondrialną. William Gordon Lennox, wielki amerykański neurolog, w swym dziele Epilepsy and Related Disorders napisał, że Nobel cierpiał na migrenę
i drgawki od dzieciństwa.
Vincent van Gogh (1853 – 1890)
Vincent Willem van Gogh był holenderskim malarzem. Jest
sztandarowym przykładem artysty – szaleńca, który naznaczony był
zarówno geniuszem, jak i chorobą (17, 21). Matka van Gogha chorowała na epilepsję. Choroba ta, na którą także cierpiał, naznaczyła jego
życie. Początkowo pracował w firmie zajmującej się sprzedażą dzieł
64
sztuki, co wzbudziło w nim zainteresowanie malarstwem. Gwałtowne
i nieprzewidywalne wybuchy złości uniemożliwiały mu znalezienie
pracy. Oprócz padaczki cierpiał także na schizofrenię, porfirię oraz
prawdopodobnie na chorobę Meniere'a. W 1888 roku malarz miał
pierwszy epizod gwałtownego podniecenia i omamy słuchowe. Wtedy
to obciął sobie kawałek ucha. Trafił do szpitala psychiatrycznego,
skąd pisał do brata:
„Ludzie mają tu serce i rzecz powiedziana jest pewniejsza niż
pisana. (…) Ja też jestem taki, ludziom tutejszym, którzy pytają mnie
o zdrowie, odpowiadam, że wpierw umrę z choroby wraz z nimi i dopiero później moja choroba umrze. To nie znaczy, że nie będę miał
dłuższych chwil wytchnienia, ale kiedy raz już człowiek jest chory naprawdę, wie, że drugi raz nie może nabawić się tej samej choroby: ze
zdrowiem i chorobą jest tak samo jak z młodością i starością”.
Po opuszczeniu szpitala napady padaczkowe nasiliły się, a van
Gogh popadł w długotrwały stan przygnębienia z urojeniami, czasem
przerywany gwałtownym pobudzeniem. W maju 1890 roku artysta
próbował popełnić samobójstwo, odebrał sobie życie strzelając z pistoletu. Nie wiadomo, od kiedy van Gogh chorował na epilepsję. Prof.
Gastaut, analityk jego życia i choroby, uważał, że miał on napady padaczkowe częściowe złożone oraz stany padaczkowe nie drgawkowe.
Ostatnie dwa lata życia artysty upłynęły pod znakiem długotrwałych
epizodów depresyjnych i psychotycznych. Nie można dziś stwierdzić,
czy te zaburzenia psychiczne były typowe dla padaczki – czy była to
65
schizofrenopodobna psychoza padaczkowa, czy zupełnie niezależne
schorzenia jak choroba afektywna dwubiegunowa (17).
Podsumowanie
W dzisiejszych czasach większość pacjentów z padaczką może prowadzić normalne życie. Jest to wynikiem zaangażowania i wysiłku
wielu ludzi – lekarzy, farmakologów, psychologów, terapeutów, rodziny chorego. Warunkiem prawidłowego funkcjonowania jest optymalne
leczenie, przeważnie farmakologiczne. Rokowania byłyby znacząco
korzystniejsze, gdyby postępowi medycyny i farmakologii towarzyszyła zmiana atmosfery wokół padaczki i pacjenta z tą chorobą (8). I chociaż obecnie w odbiorze społecznym osoby niepełnosprawne i cierpiące z powodu chorób przewlekłych budzą współczucie, to padaczka
od wieków pozostaje schorzeniem wstydliwym i budzącym strach.
Warto sobie jednak uświadomić, że pacjent z padaczką obecnie jest
w dużo lepszej sytuacji społecznej niż było to w przeszłości. Można
śmiało wysunąć tezę, że padaczka była jedną z najbardziej absurdalnie rozumianych i leczonych chorób z jakimi przyszło się borykać medycynie. Można zaryzykować stwierdzenie, że pacjent z padaczką był
poniekąd maltretowany zarówno przez leczących go jak i społeczeństwo, a brało się to z niewiedzy, z trudności w zrozumieniu i poznaniu
tego zachorowania. Padaczka była zawsze chorobą tajemniczą, a to,
co było nieznane tym bardziej budziło lęk i przerażenie. Dzisiaj znamy
naukowe podstawy występowania napadów padaczkowych, a więc
66
część tajemnicy choroby została odsłonięta. Pozostaje więc lepsze
wytłumaczenie jej otoczeniu.
Streszczenie
Praca przedstawia trudną sytuację pacjentów z padaczką na
przestrzeni wieków. Padaczka nadal należy do chorób ciężkich, nieprzewidywalnych i ograniczających życiowo, ale w medycynie dokonał
się ogromny postęp i pacjenci z tą chorobą funkcjonują o wiele lepiej
w społeczeństwie. W minionych epokach do choroby tej podchodzono
w sposób magiczny, w leczeniu dominowało podejście szarlatańskie,
później postępowanie zupełnie przypadkowe, pozbawione podstaw
naukowych i wreszcie w wieku dwudziestym farmacja i medycyna zaoferowała pacjentowi konkretne leczenie oparte na racjonalnych przesłankach. Nim do tego doszło wielu chorych na padaczkę przez całe
stulecia leczonych było w sposób przedziwny a nawet okrutny - stosowano np. serce czarnego osła, jądra niedźwiedzia, spopieloną
czaszkę wisielca itd. a ponadto chorych kastrowano, głodzono, torturowano. Od reguły zawsze są wyjątki, stąd i w przeszłości zdarzały się
postacie, którym mimo choroby udało się osiągnąć sukces i sławę.
Wśród nich był np. Juliusz Cezar, Napoleon Bonaparte, Fiodor Dostojewski, Alfred Nobel i wielu, wielu innych, których przykład umacnia
osoby cierpiące na tę właśnie chorobę. Dzisiaj znamy naukowe podstawy występowania napadów padaczkowych, a więc część tajemnicy
choroby została odsłonięta. Pozostaje więc lepsze wytłumaczenie jej
otoczeniu.
67
Piśmiennictwo:
1. Creutz W.: Die Neurologie des 1-7. Jahrhunderts, Georg Thieme Verlag/Leipzig
1934: 101-105.
2. Jędrzejczak J.: Padaczka. Najtrudniejsze są odpowiedzi na proste pytania. Termedia
Wydawnictwa Medyczne. Poznań 2008: 5 – 7, 61 – 71, 98.
3. Krukowski Z.: GBL Przemysłowo-Handlowe Zakł. Chemiczne. Ludwik Spiess i syn S.
A. Warszawa 1928.
4. Majkowski J.: Bibliografia padaczki 1543 – 2000 w pracach autorów polskich oraz
zagranicznych publikujących w Polsce. Fundacja Epileptologii. Warszawa 2006
5. Majkowski J.: Rys historyczny: koncepcje padaczki i jej leczenia w książce. Padaczka. PZWL. Warszawa 1986: 17 – 28.
6. Majkowski J.: Z kart odległej historii. Epi 2001: 3: 1 – 3.
7. Kronika medycyny. Red. M.B. Michalik. Wydawnictwo „Kronika”. Warszawa 1994: 40
– 126.
6. Noskowicz – Bieroniowa H.: Zmagania z padaczką. Agencja Wydawniczo–Usługowa
Emilia. Kraków 2000: 5 – 14.
9.. Rosenthal M.: Diagnostik und Therapie der Nervenkrankheiten. Erlangen 1870.
10. Schneble H.: Heillos, heilig, heilbar Geschichte der Epilepsie. Walter de Gruyter
2003.
11.Schneble H.: Von der „Heiligen Krankheit” zum „Fallenden Siechtag”. Einhorn –
Presse Verlag 1987.
12. Siemianowski C.: Padaczka w starym i nowym testamencie. Epileptologia 1998: 6:
35-39.
13. Sokołowski S.: „Święta choroba” czyli historia padaczki. Problemy 1950: 6, 7: 473478.
14. Szapiro J.: O jedności i mechanizmie rozmaitych postaci padaczki. PZWZ. Warszawa 1955.
15. Szumowski W.: Historia Medycyny. PZWZ. Warszawa 1961.
16. Tomal M.: Padaczka w tekstach niektórych autorów od XVI do XVIII wieku. Doniesienia wstępne. Epileptologia 1994: 2: 39-53.
17. Wolańczyk T.: Epitafia. Szkice z dziejów epileptologii. Wydawnictwo KR. Warszawa
2007: 42 – 46, 68 – 69, 80 – 81, 108 – 113, 120 – 122.
18. https://apps.who.int/inf-fs/en/fact168.html.
19. http://www.doctormed.pl.
20. http://linemed.pl.
21. http://pl.wikipedia.org.
Praca zawiera 26 591 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
68
PACJENCI I LEKARZE W CZASIE EPIDEMII
CHOLERY 1831-1832 NA ZIEMIACH POLSKICH
POD PRUSKIM ZABOREM.
Walentyna Krystyna Korpalska
Zakład Historii Medycyny i Pielęgniarstwa
Collegium Medicum im. L. Rydygiera Bydgoszczy
UMK w Toruniu
Cholera, przez długie lata uważana była za jedną z chorób gorączkowych typowych dla krajów egzotycznych, która nie może zaszkodzić mieszkańcom kontynentu europejskiego. Nadano jej starą
grecką nazwę kholera, co oznacza upływ żółci. Rozszerzająca się
w XIX wieku epidemia tej choroby była wielkim zaskoczeniem dla Europejczyków. Pierwsze przypadki zachorowań odnotowano w Moskwie już w 1830 roku. Tymczasem, według ustaleń epidemiologów
cholerę cechuje zdolność szerzenia się pandemicznego. W wieku XIX
1
odnotowano pięć, a w XX dwie pandemie cholery .
Jak dziś powszechnie wiadomo, cholera jest ostrą chorobą zakaźną, wywołaną przez przecinkowca cholery – vibrio cholerae – odkrytego przez Roberta Kocha w 1883 roku. Przenoszenie zarazka na1
D. Naruszewicz – Lesiuk, Cholera, [w:] Choroby zakaźne i ich zwalczanie
na ziemiach polskich w XX wieku, pod red. J. Kostrzewskiego, W. Magdzika
i D. Naruszewicz – Lesiuk, Warszawa 2001, s. 166 (dalej: Choroby zakaźne...). Zob. też: J. Ruffie, J. Ch. Sournia, Historia epidemii. Od dżumy do
AIDS., Warszawa 1996, s. 121 – 128.
69
stępuje drogą pokarmową, najczęściej przez wypicie zakażonej wody,
lub spożycie zakażonych, surowych jarzyn, czy owoców. W opinii epidemiologów, zwierzęta w tym łańcuchu zakażenia nie odgrywają istotnej roli. Charakterystycznymi objawami choroby są ostra biegunka
i wymioty, sine plamy na ciele i gwałtowne chudnięcie. Odwodnienie
organizmu znacznej części chorych, zwłaszcza dzieciom i osobom
starszym, odbiera szanse na przeżycie. Zejście śmiertelne w nie leczonych przypadkach może nastąpić już w kilka godzin po zakażeniu.
Jak wynika z obfitej literatury na ten temat, pandemia z lat 18311832 wyszła z odwiecznych ognisk endemicznych południowo –
wschodniej Azji i dotarła do Rosji. W tym samym czasie pierwsze
przypadki odnotowano też w kilku miastach Francji, miedzy innymi
w Paryżu. Bezpośredni i rzeczywisty wpływ na przedostanie się epidemii na ziemie polskie miał pochód wojsk rosyjskich, wysłanych do
stłumienia powstania listopadowego, w którego szeregach panowała
cholera. Udowodniono już, że choroba przenosiła się wzdłuż trasy
2
przemarszu armii rosyjskiej . Kiedy epidemia rozprzestrzeniała się
2
Zob.: Z. Chiżyński, Organizacja i metody walki z epidemiami cholery azjatyckiej w Królestwie Kongresowym w latach 1831 – 1905, „Zdrowie Publiczne” 1970, nr 10, s. 923 – 929; tegoż: Cholera azjatycka na ziemiach polskich
przed 100 laty, „Wiadomości Lekarskie” 1971, T. 24, nr 10, s. 991 – 993; tegoż: Obraz kliniczny cholery azjatyckiej w opisach pierwszej epidemii w Polsce w 1831 roku, „Polski Tygodnik Lekarski” 1971, T. 26, nr 30, s. 1177 –
1178; L. Korc, Pierwsza epidemia cholery w Polsce, „Wiadomości Lekarskie” 1971, T. 24, nr 11, s. 1114 – 1117; J. W. Chojna, Piśmiennictwo lekarskie związane z epidemią cholery na ziemiach polskich w czasie powstania listopadowego, AHM 1981, T. 44, z. 2, s. 143 – 155; J. Krzyś, Postępowanie
70
w Królestwie Polskim władze pruskie, pod pretekstem zatrzymania
epidemii, nakazały w połowie maja całkowite zamknięcie granicy
z Królestwem, Galicją, Wolnym Miastem Krakowem i otoczenie jej
kordonem sanitarnym
Metoda ta została usankcjonowana już w roku 1770 edyktem
3
króla pruskiego Fryderyka II . Jakkolwiek ze względów epidemiologicznych ustanawianie kordonów sanitarnych mogło być uzasadnione,
to cele polityczne i wojskowe miały tu znaczenie decydujące. Dla rozwijającego się państwa pruskiego kordony były także ochroną przed
„zarazą polityczną”. Jednakże cholera czyniła dalsze wyłomy w kordonie sanitarnym: w ostatnich dniach maja pojawiła się w Gdańsku,
w połowie lipca w Poznaniu, Toruniu, Grudziądzu, a w sierpniu 1831
4
we Wrocławiu i Bydgoszczy .
Jak wynika z wielu innych dostępnych źródeł, władze pruskie,
w przeciwieństwie do odpowiedzialnych czynników na terenie Królestwa Polskiego, przygotowały się sumiennie do odparcia epidemii.
profilaktyczne przeciwko cholerze w wojsku polskim podczas powstania listopadowego, AHM 1984, T. 47, z. 4, s. 539 – 550.
3
U. Jonecko, A. Jonecko, Studia nad patentem o kordonie sanitarno- woskowym Księstwa Śląskiego z roku 1770, AHM 1973, z. 3, s. 163-175.
4
J. C. Ollenroth, Die asiatische Cholera in Regierungs Bezirk Bromberg während des Jahres 1831, Bromberg 1832, s. 17; zob. też sprawozdanie Ollenrotha ze stanu sanitarnego w rejencji. Archiwum Państwowe w Bydgoszczy,
Rejencja Bydgoska, Registratura Medyczna (dalej: APB RB RM), sygn.
I/1918; R. Stasch, Epidemia cholery azjatyckiej w Poznaniu w 1831 roku,
AHFM 1933, T. 13, s. 101 – 159.
71
Przede wszystkim, jak wspomniano wyżej, w maju 1831 roku zamknięto granice Prus wojskowym kordonem sanitarnym. Dla osób
przybywających z Kongresówki wyznaczono miejsca dla odbycia kwarantanny. W Berlinie powołano dla usprawnienia akcji w całym państwie nadzwyczajną komisję, obdarzoną specjalnymi pełnomocnic5
twami. Podobne komisje powołano na szczeblu prowincji i regencji .
Komisjom tym podlegały komisje powiatowe i gminne. Okresowo zwoływano konferencje lekarzy i chirurgów, na których dzielono się najnowszymi ustaleniami co do sposobów rozpoznawania choroby i stosowanych środków leczniczych. Podjęto rozliczne starania, które miały na celu obronę przed zbliżającą się zarazą. W organach władz regencyjnych – Dziennikach Urzędowych ogłaszane były wszystkie lokalne i centralne zarządzenia prewencyjne i pouczenia dla ludności –
6
równolegle w języku polskim i niemieckim . Wszystkie zmierzały do
poprawy stanu sanitarnego społeczeństwa. Propagowaniu higieny
sprzyjał przestrzegany tu od lat obowiązek elementarnego nauczania.
Było to jednak postępowanie profilaktyczne na miarę ówczesnego
5
J. C. Ollenroth, op. cit., s. 15; R. Stach, op. cit., s. 102-108; L. Korc, Lekarz,
a pacjent w świetle zarządzeń pruskiej Regencji Opolskiej w czasie epidemii
cholery w latach 1831-1832, AHFM 2002, T. 65, z. 2/3, s. 282; W. Korpalska, Epidemia cholery w Bydgoszczy w 1831 r., [w:] Życie codzienne
w XVIII-XX wieku i jego wpływ na stan zdrowia ludności pod red. B. PłonkiSyroki i A, Syroki, Wrocław 2003, s, s. 339 – 347
6
W. Kaczorowski, Epidemia cholery na terenie Górnego Śląska (rejencji
opolskiej) w latach 1831-1832, .[w:] Epidemie w Polsce od czasów najdawniejszych po czasy współczesne, Kraków 2005; W. Korpalska, Sześć wieków
opieki zdrowotnej w Bydgoszczy, Toruń 2008, s. 266-269; s. 142-144; R. Stasch, op. cit., s. 103.
72
stanu medycyny. Nieznajomość etiologii cholery czyniła mieszkańców
XIX – wiecznych miast i wsi bezradnymi wobec tej epidemii. Jedyną
skuteczną bronią były zarządzenia sanitarne i troska o higienę osobistą.
Wydawano szereg obwieszczeń, które pouczały, jak należy postępować, by ustrzec się zarazy. Podawano ludności wskazówki dietetyczne i higieniczne, zaznajamiano z pierwszymi objawami choroby
i zwracano uwagę na konieczność szybkiej pomocy lekarskiej.
Szczególną uwagę zwrócono na czystość ulic, placów, kościołów i szkół. Zakazano odbywania jarmarków. Ostrej kontroli poddano
produkcję i sprzedaż żywności. W miastach zamykano miejsca publiczne: szkoły, teatry, domy gościnne. Dla podróżujących z terenów
7
zagrożonych wprowadzono specjalne „karty legitymacyjne” . Ten, kto
nie posiadał takiej karty podlegał przymusowej kwarantannie i odesłaniu do miejsca zamieszkania.
W myśl zarządzeń władz pruskich władze policyjne i służby medyczne miały obowiązek meldowania o każdym podejrzanym przypadku choroby, a w wypadku potwierdzenia podejrzenia chorych
i osoby z ich otoczenia należało izolować, domy okadzać i zamykać.
W wielu miejscach urządzano na koszt miast domy kwarantannowe,
baraki „choleryczne” i punkty sanitarne, w których dzień i noc dyżuro-
7
Tamże.
73
8
wali ochotnicy, gotowi pielęgnować chorych . Wyposażeni byli oni
w lekkie skrzynki (Cholera – Hilfs – und Rettungs Apparate), łatwe do
transportu, ze środkami leczniczymi, takimi jak: herbata z ziółek, spirytus kamforowy, plaster z much hiszpańskich, działająca wymiotnie
ipekakuana i temu podobnymi ingrediencjami. Pomimo tych wszystkich zabiegów i wprowadzenia ostrego reżimu profilaktycznego nie
udało się stworzyć zapory przeciw rozprzestrzenianiu się epidemii.
Choroba przekraczała granice i zagrażała sąsiednim krajom.
Należy się zastanowić, jakie czynniki wpływały na sytuację pacjentów w czasie epidemii cholery w XIX wieku na ziemiach polskich
pod pruskim zaborem. Myślę, że wymienić tu należy:
• poziom wiedzy medycznej w XIX wieku;
• sytuację epidemiologiczną;
• stosunki polityczno-społeczne i sytuację ludności;
• funkcjonowanie instytucji opieki zdrowotnej.
Jak wynika z przeprowadzanych analiz przepisów sanitarnomedycznych wydawanych przez władze pruskie oraz działań podejmowanych przez służby ochrony zdrowia w omawianym czasie, brak
sukcesów w walce z cholerą wynikał z poziomu wiedzy medycznej
w tym zakresie. Niski poziom wiedzy z zakresu bakteriologii i niedostateczna znajomość zakażeń bakteryjnych czyniły wysiłki personelu
8
J. C. Ollenroth, op. cit., s. 16; W. Ślusarczyk, Okadzanie listów podczas
epidemii cholery w zaborze pruskim w 1831 roku. Pytanie o sposób postrzegania cholery, [w:] Epidemie w Polsce, s.303-306.
74
medycznego nieskutecznymi. Co do samej istoty cholery zdania wów9
czas były podzielone .
Część środowiska medycznego wyrażała pogląd, że cholera
jest choroba zakaźną i rozprzestrzenia się przez kontakt. Starano się
ustalić jakimi drogami zarazek wnika do organizmu. Zwracano uwagę
na zbiorowiska ludności, ruchy wojsk, znaczenie pożywienia, warunków mieszkalnych, pracy, wody, powietrza i wiele innych. Inny pogląd
reprezentowali zwolennicy teorii miazmatu, obecnej w koncepcjach
medycznych od czasu Hipokratesa. Chorobę miał wywoływać bliżej
nie określony, szkodliwy czynnik, którego siedliskiem jest powietrze,
lub ziemia. W odpowiednich warunkach miazmat uaktywniał się, powodując chorobę. W ich przekonaniu kordony, kwarantanny i izolacja
są działaniami nieskutecznymi, ponieważ natura miazmatu nie jest zaraźliwa.
W rejencji bydgoskiej takie poglądy reprezentował dr Jan Karol
Fryderyk Ollenroth, który zajmował się organizacją opieki medycznej
w tej rejencji od 1816 roku. Ważnym jego atutem, poza znakomitym
przygotowaniem merytorycznym, była znajomość języka polskiego.
Doktorowi Ollenrothowi zawdzięczamy obszerny opis przebiegu epidemii cholery w Bydgoszczy i w rejencji w 1831 roku. W dziele tym,
opublikowanym rok później, a cytowanym wcześniej, omówił on na
9
R. Stasch, op. cit., s. 124-129. K. Broczek, Naukowe i praktyczne informacje o cholerze w publikacji Uniwersytetu Wileńskiego z 1830 roku, [w:] Epidemie w Polsce ,s. 25-30.
75
szerokim tle historyczno – geograficzno – statystycznym rozwój epidemii, organizację walki z nią oraz zawarł wnikliwy i wyczerpujący obraz kliniczny cholery wraz z poglądami na jej istotę i przebieg (zgodnie
10
ze stanem ówczesnej wiedzy medycznej) . Stwierdzał, iż cholera jest
chorobą niebezpieczną, o niejasnej etiologii, gwałtownych objawach,
dobrze poznanym przebiegu klinicznym i zdecydowanie złym rokowaniu. Poświęcę tej publikacji nieco więcej miejsca, ponieważ poglądy
dr. Ollenrotha były reprezentatywne dla sporej części ówczesnych
11
niemieckich medyków .
W obszernej części „medyczno – klinicznej” swojego sprawozdania przytoczył on szereg dowodów na poparcie tej tezy. Zestawił
skrzętnie obserwacje meteorologiczne (pory roku, kierunek wiatrów,
klimat, opady atmosferyczne, ruchy ziemi i powietrza) oraz uwarun12
kowania geograficzne i geologiczne . W parze z tymi czynnikami zewnętrznymi miały też iść przyczyny wewnętrzne, usposabiające do
choroby, jak: złe powietrze, przeziębienie, przebycie malarii, a także
błędy dietetyczne, opilstwo, niechlujstwo, złe warunki mieszkalne,
czynniki psychiczne. Podkreślał, że epidemia wybuchła równocześnie
w kilku miejscach, że wcześniej zaczęła się u ptactwa domowego.
10
J. C. Ollenroth, op. cit.; zob. też sprawozdanie Ollenrotha ze stanu sanitarnego w rejencji. APB RB RM, sygn. I/1918.
11
R. Stasch, op. cit., s. 124-129; J. Gerstenberg, R. Stasch, O epidemii cholery azjatyckiej w Poznaniu w 1837 roku, AHFM, T. XV, Poznań 1935, s. 4552.
12
,J. C. Ollenroth, op. cit s. 13 – 15; 27, 52.
76
Wiele przytoczonych argumentów miało podkreślać miazmatyczną naturę choroby. Cholera – zdaniem radcy Ollenrotha – nie należy do grupy chorób kontagionistycznych (zakażenie następuje per
contactum), ponieważ przechorowanie tych chorób daje pełne uodpornienie. Nawrót choroby, w przypadku cholery – kończył się zejściem. Dziś już wiemy, że poglądy te były błędne – samo zetknięcie
z czynnikiem etiologicznym nie wystarczało do zaistnienia choroby,
tak jak nie zawsze zachorowanie dawało pełną odporność. Jednakże
w czasach kiedy doktor Ollenroth zdobywał podstawy wiedzy medycznej nie było to jeszcze takie oczywiste.
Zdaniem dr Ollenrotha rozprzestrzenianie się cholery było ściśle
związane ze środowiskiem społecznym. Wskazanie na społeczne tło
chorób prowadziło go jednak do zaskakujących wniosków. W pracy
radcy medycznego znajdujemy zadziwiające, jak na światłego przecież człowieka, dywagacje o szczególnym usposobieniu ludności polskiej do zachorowań, jak gdyby wskazując ją jako winną rozsiewania
zarazy. Poglądy o złych ludziach, przyczyniających się do rozsiewania
13
zarazy były w pierwszej połowie XIX wieku jeszcze wciąż popularne .
W opinii Ollenrotha większość polskich poddanych nie ma
ugruntowanych postaw, ich wartości są wytworzone przez przypadek,
żyją bez planu, bez perspektyw. Cechuje ich indolencja, ignorancja,
bigoteria i zabobonność. Obraz tych ludzi wygląda żałośnie – pisał Ollenroth. Powiedzenie „polski brud” jest dosłowne. Celują w tym polscy
13
Zob.: Historia medycyny, pod. red. T. Brzezińskiego, Warszawa 2000, s.
430 – 432.
77
Żydzi i katolicy. Nie dbają o czystość ciała, ubrań, pościeli, potraw,
napojów i narzędzi. Zaniedbane są ich mieszkania i otoczenie, panuje
w nich złe powietrze.
Przeciwieństwem – według naczelnego lekarza rejencji – są
oczywiście mieszkańcy rejencji narodowości niemieckiej, którzy górują
nad polskimi współmieszkańcami. Cechuje ich: zaradność, gospodarność, czystość, świeżość umysłu, powściągliwość i roztropność. Ich
mieszkania i warunki życiowe są bardzo dobre. Tych cech brakuje Polakom, których obraz rysuje się przytłaczająco żałośnie, do tego wykorzystują oni gościnność i życzliwość Niemców ponad miarę. Dlatego
14
też Niemcy winni stłumić tę indolencję i ignorancję .
Poglądy doktora Ollenrotha, wychowanka berlińskiej szkoły medycznej, ukształtowane, jak się wydaje, pod wpływem oświeconego
absolutyzmu, zaowocowały w jego pracy koncepcją niedostosowania
społecznego i kulturowego, jako przyczyny zaburzeń somatycznych.
Ta krytyczna charakterystyka polskiego społeczeństwa miała też
z pewnością stanowić rodzaj alibi dla podejmowanych w czasach epidemii restrykcji. Radca medyczny Ollenroth uważał, że władza ma
prawo nakłaniać, a nawet zmuszać poddanych do przestrzegania takich zasad życia, które zapewniają zachowanie zdrowia. Dla uzasadnienia tych, słusznych przecież, poczynań dorobił jednak irracjonalną
argumentację.
14
J. C. Ollenroth, op. cit., s. 11.
78
Z pewnością strach przed cholerą był przyczyną różnych reakcji
mieszkańców: bierności, nadmiernej pobożności, ale też niepokojów,
wzburzenia, agresji, czy alkoholizmu. Podejście lekarzy do pacjentów
miało często charakter restrykcyjny. Ludność polska nastawiona niechętnie do zarządzeń władz pruskich nie wierzyła ich zapewnieniom,
bojkotowała je, nie ufała lekarzom. Wraz z wygasaniem epidemii nastroje te prawdopodobnie ustępowały.
Z pewnością dr Ollenroth miał rację, że warunki środowiskowe
miały istotne znaczenie dla przebiegu epidemii
15
Zauważono też, że
cholera miała częściej przebieg śmiertelny w miastach, niż na wsi.
Przyczyną tego było masowe przemieszczanie się ludności w epoce
industrializacji i urbanizacji. Prowadzone badania statystyczne wykazały, że rozprzestrzenianie się choroby było ściśle związane ze środowiskiem społecznym, zarobkami i warunkami mieszkaniowymi.
Istotne znaczenie dla osłabienia odporności miał stan permanentnego
niedożywienia ludności. Ciasnota lokalowa oraz elementarny brak higieny w skupiskach biedoty miejskiej i robotników przemysłowych
sprzyjały rozszerzaniu się zarazy.
Mimo różnorodnego arsenału środków i sposobów stosowanych
w terapii, wyniki leczenia cholery były niezadowalające. W terapii dominowała jeszcze „terapeutyczna trójca”: puszczanie krwi, środki wymiotne i przeczyszczające. Aż do czasu odkrycia Roberta Kocha,
15
J. Ruffie, J. Ch. Sournia, op. cit., s. 13-125; E. Kościk, Cholera we Wrocławiu, [w:] Życie codzienne…, s. 348-352; J. Gerstenberg, R. Stach, op. cit.,
s. 44-45.
79
głównym kryterium rozpoznawczym cholery był obraz kliniczny. Z powodu nieznanej etiologii i patogenezy cholery leczenie było bardzo
16
zróżnicowane . Zalecano ponad sto różnych środków leczniczych,
wśród których dominowały opium i kalomel. Ciągle też eksperymentowano z nowymi lekami. W aptekach oferowano wiele antycholerycznych mikstur.
Lekarze walczący z epidemią w 1831 roku pozostawili jednak
w swoich sprawozdaniach wnikliwy i wyczerpujący opis obrazu klinicznego cholery. Ułatwiało to jej rozpoznanie już na początku następnych epidemii. Praktyczne wnioski wyciągnięte z tych doświadczeń przyczyniły się znacznie do większej niż dotychczas dbałości
o higienę wody, pożywienia, mieszkań, a przez to ograniczenia zasięgu epidemii. Stosowano racjonalną grupę zabiegów ochronnych, wykorzystano zwłaszcza korzystne działanie bakteriobójcze wapna chlo17
rowanego, znanego i używanego już od drugiej połowy XVIII wieku .
Ogółem, w czasie 98 dni epidemii w 1931 roku (w Poznaniu 83
dni), w liczącej 6683 mieszkańców Bydgoszczy zachorowało 149
osób, w tym 90 wojskowych. Zmarło 100 osób. Wyższa śmiertelność
ludności cywilnej uwarunkowana była z pewnością tym, że chorowali
ludzie w różnym wieku i żyjący w różnych warunkach. W wojsku zaś
16
M. Urbanik, Sposoby leczenia cholery na ziemiach polskich XIX wieku,
[w:] Epidemie w Polsce…], s. 315-324.
17
Wskazówki postępowania przy czyszczeniu, Dziennik Urzędowy Rejencji
Bydgoskiej (dalej: DURB), nr 10, 3. 03. 1832; Instrukcja przepisująca postępowanie we wszystkich prowincjach Państwa Pruskiego pod względem cholery azjatyckiej, DURB nr 14, 6. 06. 1832; Historia medycyny, s. 230.
80
byli ludzie młodzi i bardziej odporni. Potwierdzają to dane dla Poznania, z których wynika, iż zachorowało tam znacznie więcej ludności
cywilnej, niż wojskowych. Szczyt zachorowań przypadł na drugą połowę sierpnia i początek września. Choroba była „egalitarna” – umierali nie tylko ludzie biedni i żyjący w złych warunkach, ale także lekarze,
chirurdzy i osoby pielęgnujące chorych.
W czasie epidemii w 1831 roku ze wszystkich części monarchii
najbardziej ucierpiała ludność rejencji bydgoskiej. Śmiertelność
znacznie przewyższała tu ogólny odsetek zgonów w państwie pruskim. Dla Bydgoszczy wynosiła ona 76,27%, w Poznaniu 61,85%, we
18
Wrocławiu 59%, ogólnie w monarchii 58,53% .
Publikowane instrukcje i zarządzenia sanitarne stanowiły wzór
postępowania profilaktycznego przy nawrotach epidemii. Kolejna epidemia cholery wybuchła w prowincji poznańskiej i na Górnym Śląsku
19
w drugiej połowie 1837 roku . Nie wzbudziła już jednak tak wielkiego
strachu jak ta w 1831 roku. Natomiast w Bydgoszczy i powiecie bydgoskim nie stwierdzono zachorowań na tę chorobę!
18
J. C. Ollenroth, op. cit., s. 35 – 36; R. Stasch, op. cit., s. 123; E Kościk, op.
cit., s.348.
19
J. Gerstenberger, R. Stasch, op. cit, s. 40 – 69; J. Kwak, Epidemie
w miastach górnośląskich od XVIII do połowy XIX wieku, [w:] Epidemie
w Polsce, s. 208-212.
81
W drugiej połowie XIX wieku w Bydgoszczy odnotowywano
20
mniej przypadków zachorowań na cholerę . Mimo nieznajomości etiologii choroby lekarze zdawali sobie sprawę, iż cholera rozprzestrzenia
się przez kontakt z chorymi ludźmi, skażoną wodą i produktami spożywczymi. Umożliwiało to stosowanie szeregu środków zapobiegawczych. Na obszarze zaboru pruskiego każdy przypadek wystąpienia
cholery był skrupulatnie rejestrowany przez policję medyczną. Domy,
w których wystąpiły przypadki zachorowań były dezynfekowane, rodziny chorych poddawano kwarantannie przez 4 tygodnie. Szczególnemu nadzorowi policyjnemu i kontroli medycznej poddawano flisaków, przewoźników i marynarzy, zwłaszcza przybywających z Królestwa i Galicji, a także kolejarzy i podróżnych spoza granic prowincji.
Zaostrzone kontrole przeprowadzano na stacjach kolejowych oraz
w portach rzecznych. Osoby podejrzane o chorobę miały być na mocy
zarządzeń policyjnych izolowane na 2 – 3 doby w specjalnych barakach. Stosowany w tych sytuacjach przymus uzasadniały obawy
przed rozprzestrzenianiem się epidemii. W czasie epidemii cholery
z lat 1892 – 1893 w stolicy rejencji bydgoskiej odnotowywano jedynie
pojedyncze przypadki zachorowań na cholerę.
20
Bericht des Magistrats zu Bromberg über die Verwaltung und den Stand
der Gemeinde – Angelegenheiten für das Jahr – 1860, 1864, 1865, 1866,
1867.
82
Szóstą pandemię cholery wywołał przecinkowiec cholery typu
21
klasycznego . Na ziemie polskie cholera przeniknęła z Rosji w 1905
roku i szerzyła się głównie drogą wodną. Było to już jednak w czasie
uznania i wprowadzenia w nauce i praktyce medycznej paradygmatu
bakteriologicznego.
Pierwsze przypadki zachorowań odnotowano w lipcu i sierpniu1905 roku.. Władze przygotowały się sumiennie do odparcia ataku
epidemii. Nad całością prac czuwał prezydent regencji jako nadzwyczajny komisarz do walki z cholerą w dorzeczu Brdy i Noteci – Staatskommisar für die Cholera – Bekämpfung in Stromgebiet der Brahe
und Netze. Podjęto wzmożone kontrole środków żywności, produktów
spożywczych, ujęć wody, stacji filtrów, wprowadzono zakaz spożywania ryb z Brdy. Zmobilizowano cały personel medyczny, przygotowano
plany ustawienia przenośnych „baraków cholerycznych”. Do akcji
uświadamiającej wprzęgnięto nauczycieli, których obowiązkiem było
przekazywanie uczniom podstawowych zasad przestrzegania higieny.
Szczególną uwagę zwrócono na miejscowy garnizon. Ostrej kontroli
poddano metody zaopatrywania w wodę, usuwania fekaliów, warunki
izolacji chorych. Dzięki tym zabiegom zasięg epidemii był niewielki,
a baraki choleryczne stały się wkrótce niepotrzebne. Jeżeli wiele reakcji społecznych było typowych jak w czasach epidemii dżumy, men21
Choroby zakaźne, s.166; APB RB RM, sygn. I/337; I/1326; Die Choleraerkrankungen im Brahe – und Netzegebiet (Regierungsbezirk Bromberg) im
Jahre 1905, Von Dr. Jaster Reg. u. Med. – Rat in Bromberg, [w:] Die Cholera des Jahres 1905 in Preussen. Abdruck aus dem „Klinischen Jahrbuch”,
Jena 1906, s. 105 – 154.
83
talność ludzi uległa jednak zmianie. Koncepcje sanitarne zrodzone
w epoce oświecenia odżyły w chwili zagrożenia nawrotami epidemii
cholery w następnych latach. Należy podzielić opinię, że epidemie
cholery wywarły znaczący wpływ na reformy opieki zdrowotnej nie tyl22
ko w prowincji poznańskiej .
Jak pokazano wyżej, w czasie epidemii z lat 1831-1832, w wielu
miejscach kontynentu europejskiego, zarówno w Rosji, jak i we Francji
zdesperowani mieszkańcy szukali winnych, „kozła ofiarnego”. Przede
wszystkim obwiniano władze. Podejrzewano działania nieznanych trucicieli. Oskarżano personel medyczny: lekarzy, pielęgniarki, personel
pomocniczy powoływany przez władze sanitarne. Ponieważ śmiertelność była bardzo duża, a wielu chorych umierało w szpitalach, atakowano ambulatoria i szpitale, dewastowano apteki, atakowano lekarzy
23
na ulicy. W Rosji mordowano lekarzy i pielęgniarki .
W roku 1961 wybuchła siódma pandemia cholery i w zasadzie
nie ustąpiła do dziś. Choroba ta nadal stanowi istotny problem zdrowotny i zbiera śmiertelne żniwo w różnych regionach świata.
Na obszarze Haiti epidemia cholery wybuchła kilka miesięcy po
24
trzęsieniu ziemi, które spustoszył wyspę w styczniu 2010 roku .
22
Z. Jastrzębowski, Spory o model lecznictwa. Opieka zdrowotna w koncepcjach polskiej polityki społecznej w XIX i XX wieku (do 1948 roku), Łódź
1994, s. 1.
23
J. Ruffie, J. Ch. Sournia, op. cit., s. 124-125.
24
Informacje za:
http;//pl.wikipedia.org/wiki/Epidemia_cholery_na_Haiti_(2010) [dostęp 27.
28. 10; 14. 11. 2010].
84
W wyniku rozprzestrzeniania się choroby zmarło wiele osób. Na wyspie wprowadzono stan wyjątkowy. Najwięcej zachorowań odnotowywano w miejscach, w których warunki sanitarne były bardzo złe. A takich miejsc na wyspie po trzęsieniu ziemi było wiele. Dochodziło do
gwałtownych protestów przeciwko bezczynności rządu. Zaatakowano
żołnierzy misji stabilizacyjnej ONZ, oskarżając ich o przywleczenie
choroby z Neapolu. Do grudnia 2010 zlinczowano ponad 40 osób,
ofiarami tych samosądów byli ludzie podejrzewani o uprawianie czarów, które rzekomo sprzyjały rozprzestrzenianiu się choroby. W październiku 2010 zaatakowano klinikę, którą miała otworzyć organizacja
Lekarze bez Granic.
Spojrzenie w przeszłość uświadamia nam, jak uniwersalne
i ponadczasowe są zachowania ludzkie w obliczu zagrożenia. Przedstawiony wyżej przebieg epidemii cholery, które nękały kontynent europejski w XIX wieku w zestawieniu z reakcjami mieszkańców obszarów dotkniętych współcześnie tą chorobą, potwierdza to spostrzeżenie.
Streszczenie:
W artykule omówiony został przebieg epidemii cholery na ziemiach polskich pod pruskim zaborem w XIX wieku. Szczególnie podkreślono rolę uniwersalnych i ponadczasowych zachowań ludzkich
w obliczu zagrożenia chorobami epidemicznymi.
Praca zawiera 20 489 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
85
86
EWOLUCJA OPIEKI
NAD PACJENTEM Z ZABURZONĄ
ŚWIADOMOŚCIĄ
Agata Kosobucka
Katedra i Zakład Pedagogiki i Dydaktyki Pielęgniarskiej
Wydział Nauk o Zdrowiu Collegium Medium
Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu
ul. Techników 3, 85-801 Bydgoszcz
[email protected]
„Pacjent to nie tylko zbiór objawów i oznak, zaburzonych funkcji,
uszkodzonych organów i rozedrganych emocji.
To przede wszystkim człowiek, przeniknięty strachem i nadzieją, poszukujący ulgi, pomocy i pocieszenia”
(Priniples od
Internal Medicine).
Wraz z rozwojem nauki, w tym także medycyny, ciało ludzkie,
mechanizmy nim rządzące, stanowią dla nas, adeptów sztuki medycznej, coraz mniejszą zagadkę. Dzięki ogromowi wiedzy różnych
gałęzi nauk przyrodniczych, specjalistycznej aparaturze potrafimy
zmierzyć, zważyć, ocenić niemal wszystko. Istnieją jednak obszary, co
do prawidłowości ich funkcjonowania jesteśmy w stanie jedynie spekulować, próbować zrozumieć i rozważać we własnym sumieniu
i sposobie postrzegania rzeczywistości, takie, które mimo wielu wysiłków ciągle okryte są dużą dozą niepewności i niepełnego poznania.
87
Taką kwestią pozostaje ciągle poziom świadomości osób nieprzytomnych, ich zdolność percepcji otaczającego świata.
Świadomość, stan psychiczny - obecnie cieszące się dużym zainteresowaniem medycyny i dziedzin jej pokrewnych - kwestie pozamaterialne związane z ludzkim organizmem, mają stosunkowo krótką
historię. Najczęściej rozpatrywane były w oparciu o panujące poglądy
filozoficzne. Jeszcze w XIX wieku najbardziej rozpowszechnionym
wśród lekarzy poglądem był materializm, zakładający, że człowiek
składa się tylko z materii i że nie ma w nim żadnego innego, niematerialnego czynnika. Ówczesna nauka potwierdzała tego typu tezy.
Chemicy poznawszy układ atomów, twierdzili, że nie można wykazać
nic prócz materii. Zajmujący się anatomią, preparując tkanki, nie mogli
odpreparować nic niecielesnego. Psychiatrzy także skłaniali się ku
myśli, że hipoteza duszy nie jest hipotezą potrzebną i konieczną.
W taki sposób studenci medycyny, już w trakcie nauki, wyrabiali sobie
światopogląd materialistyczny, mechanistyczny, deterministyczny.
Przedstawiciele filozofii ścisłej, określali, co prawda materializm, jako
najbardziej płytki system filozoficzny, ale ich głos nie był w stanie
przebić się przez ogólnie panujące nastroje. Początki zmian w tym zakresie łączą się z działaniami Emila du Bois- Reymonda berlińskiego
lekarza i fizjologa, który w latach 1872-1880 wygłosił dwa publiczne
odczyty krytykujące w śmiały sposób słabe strony materializmu, podjął
jednocześnie próbę rozszerzenia zagadnienia. Jego wykłady cieszyły
się ogromnym zainteresowaniem i były tłumaczone także na obce języki. Co niektórzy nazwali du Bois- Reymonda drugim Kantem, choć
88
obiektywnie ujmując usystematyzował on tylko i ujął w przystępny
sposób to, co filozofowie -jak np. Leibniz- podawali już od dawna.
Zdefiniował on pojęcia, które od wielu stuleci zajmowały umysł ludzki.
W swoich wyjaśnieniach wyszedł od, jego zdaniem, siedmiu podstawowych zagadek wszechświata. Są to: istota materii i siły, odpowiedź
na pytanie jak powstał ruch, jak powstało życie- czy należy skłaniać
się ku poglądowi teleologicznemu, czy mechanistycznemu, jak powstała świadomość, rozumne myślenie, zagadnienie wolności. Jego
zdaniem z tych siedmiu genialnych zagadek, dwie nigdy nie były i nie
będą rozwiązane: istota materii i siły, oraz pytanie jak powstała świadomość. O tej ostatniej pisał on tak: „ Wyobraźmy sobie teraz, żeśmy
osiągnęli nareszcie znajomość astronomiczną ciała ludzkiego, narządów zmysłów, układu nerwowego, mózgu. Otóż znajomość nawet
astronomiczna mózgu, nie wykaże nam nigdy nic więcej, prócz materii
w ruchu. Żadne, jakie by się dały wymyślić, ruchy atomów nie pozwoliłyby na rzucenie mostu do państwa świadomości. Wydaje się wprawdzie (…), jak gdyby przez znajomość spraw materialnych w mózgu
pewne sprawy i zdolności, jak pamięć, bieg i kojarzenie wydarzeń, talenty stawały się dla nas zrozumiałe. Krótkie jednak zastanowienie
poucza, że to złudzenie”.
Warte także zaprezentowania są inne niematerialistyczne głosy
w środowisku medycznym tego okresu, które należą do zwolennika
paralelizmu psychofizycznego Fechnera. Gustaw Fechner, niemiecki
przyrodnik i filozof, jest autorem poglądu filozoficznego, zbliżonego do
poglądów Spinozy. Twierdził, że dusza i ciało są to dwa różnorodne
89
sposoby przejawiania się jednej i tej samej nie znanej rzeczywistości.
Są od siebie oddzielone, ale pozostają wartościami równorzędnymiparalelnymi. Wszelkim zespołom fizycznym odpowiadają zespoły psychiczne, nie zawsze możliwe jest jednak ich poznanie. Jesteśmy
w stanie, poznać tylko te z nich, które przeżywamy we własnej świadomości, odbywa się to, gdy za jej pośrednictwem doświadczenie zewnętrzne łączy się z doświadczeniem wewnętrznym (światem psychicznym). Według jego założeń możemy spróbować odnaleźć drogi,
którymi to połączenie podąża, dziedziną zajmującą się tymi kwestiami
jest psychofizyka.
Jej podstawowym zadaniem jest wprowadzenie
pomiarów do świata psychicznego. Fechner jest autorem tzw. prawa
psychofizycznego, uogólnił też prawo Webera. Swoimi założeniami
i badaniami budził nadzieję, że być może uda nam się poznać nie tylko prawidłowości matematyczne w psychofizyce, ale i psychologii.
Niestety do dziś są to jedynie nadzieje (8).
Ostateczny upadek materializmu nastąpił dopiero w XX wieku.
Jest to początek odkrywania nowych teorii w chemii fizycznej, zajmującej się budową atomu. W momencie, gdy fizykochemicy zaczęli wykazywać, iż atom to jedynie skomplikowany układ elektronów, materializm został pozbawiony podstawy swojej egzystencji- materii mianowicie. Dzięki Einsteinowi, który wykazał, że klasyczna mechanika
Galileusza, zakładająca ruch materialnych ciał w pustej przestrzeni,
nie znajduje już potwierdzenia, zaczęto podejmować liczne próby nowego zrozumienia świata, w tym i także człowieka. Próby te zgodnie
z tym, co założył du Bois- Reymond jak dotąd nie przyniosły jednak
90
ostatecznych i pewnych rozwiązań i być może tej zagadki- tak jak
przewidział- nigdy nie uda nam się rozwikłać. Zatem i my- żyjący
w nowoczesnym i scjentystycznym XXI wieku nadal rozważamy kwestie stanu świadomości, próbujemy dotrzeć do jej podstaw, zrozumieć.
Jednak mimo wielu prób, ciągle nie posiadamy niepodważalnych wyników dotyczących tej jakże ciekawej i jednocześnie trudnej materii.
Skoro odpowiedzi na zagadki du Bois-Reymonda ciągle zostaję nieodgadnięte, warto przyjrzeć się bliżej poziomowi świadomości naszych pacjentów, tych, których tak często uważamy za pozbawionych
świadomości tylko na podstawie faktu, iż są oni nieprzytomni.
Z chorymi nieprzytomnymi najczęściej spotykamy się na oddziałach intensywnej terapii, gdyż to właśnie tam dzięki respiratorom i specjalistycznej aparaturze chorzy pogrążeni w śpiączce, z różnych przyczyn, bądź utrzymywani w niej farmakologicznie zachowują podstawowe życiowe funkcje.
Początki intensywnej terapii sięgają lat 50 XX wieku. W Danii,
zespół anestezjologów, na czele z Ibsenem, zorganizował oddział, na
którym prowadzono długotrwale sztuczne oddychanie. Pierwszy pacjent został przyjęty do tego oddziału 21 grudnia 1953 roku, miało to
miejsce w Szpitalu Komunalnym w Kopenhadze w trakcie epidemii polio, która w 75% przypadków kończyła się zgonem chorego w przebiegu niewydolności oddechowej charakterystycznej w pierwszej fazie
choroby. Ciekawym rozwiązaniem było zatrudnienie przez Ibsena studentów, którzy przy wykorzystaniu zestawu Watersa, prowadzili
sztuczną wentylację. Obniżenie śmiertelności, w tym przypadku do
91
25%, należy potraktować za nie lada osiągnięcie. Dalszy rozwój oddziałów intensywnej terapii wiąże się z kolejnymi osiągnięciami techniki. Niezmiernie istotne staje się pojawienie maszyn zwanych respiratorami, początkowo sztucznymi płucami. Te medyczne urządzenia reanimacyjne umożliwiły sztuczne, wymuszone oddychanie mieszaniną
oddechową, w sytuacjach ustania czynności oddechowej, bądź celem
jej ułatwienia. Warte jest to wspomnienia, gdyż przed wejściem do
użycia tego typu urządzeń, chory, u którego akcja oddechowa zanikała, bądź była zaburzona, był praktycznie skazany na śmierć. Nie istniały możliwości stałego, oddechu zastępczego ( poza wykorzystaniem pracy ludzkich rąk, jak w przypadku Ibsena i zatrudnionych przez
niego studentów, co jednak nie spełniłoby swojej roli w dłuższym
okresie trwania) (6, 7).
Projekt urządzenia, mającego działać jak respirator, powstał już
w XV wieku, jego autorem był Leonardo da Vinci. Pierwszy działający
respirator to dzieło francuskiego nauczyciela chemii i fizyki, jednego
z pionierów lotów balonem: Jean- Francois Pilatre de Rozier'a, miało
to miejsce na początku lat 80-tych XVIII wieku. Jego model został następnie wykorzystany, z powodzeniem od 1799 roku przez Aleksandra
von Humbolta, na potrzeby pruskiego górnictwa. Jednakże dopiero
Philip Drinker z Uniwersytetu Harvarda w 1848 roku, jako pierwszy
opatentował respirator. Urządzenie to absolutnie w niczym nie przypominało znanej nam dziś aparatury, zarówno z wyglądu jak i sposobu działania.
92
Ryc. 1. Oddział “żelaznych płuc” z umieszczonymi w środku chorymi
na polio. Kalifornia Rancho Los Amigos Hospital (1953)
Była to duża metalowa skrzynia, zamykana od zewnątrz na klapę. Chorego umieszczano w środku- jedyną wystającą częścią ciała
była głowa. Szczelność aparatu była zapewniona przez gumowe
uszczelki otaczające ściśle szyję pacjenta. Zmiany ciśnienia wewnątrz
aparatu, generowane przez dwa domowe odkurzacze, powodowały
93
wymuszone podnoszenie, lub ściskanie klatki piersiowej, co u tych
pacjentów było jedyną szansą na podtrzymanie oddechu. Pierwszą
osobą żyjącą w „żelaznym płucu” był syn amerykańskiego magnata
kolejowego, Fredrik B. Smite Junior. W 1936 r. przebywając w Pekinie
zachorował na polio, podróż do USA odbył właśnie dzięki temu urządzeniu. Z czasem zaczęto nazywać go „człowiekiem w żelaznym płucu”, dokładał wielu starań by podobna terapia stała się dostępna nie
tylko dla ludzi tak zamożnych jak on sam. Dalszy rozwój techniki, wynalezienie prototypu nowoczesnego respiratora ( Engstrȍma, Szwecja) stworzyło perspektywę ratowania życia ludzkiego na specjalnych
oddziałach. W oddziałach tych realizowano różne koncepcje leczenia.
Różny był również ich system organizacyjny, ale zawsze to nie choroba, a stan zagrożenia życia decydowały o umieszczeniu chorego
w jego strukturze. W USA pierwszy oddział tego typu stworzył Safar
w 1958 roku, w Polsce były to oddziały intensywnej terapii w ośrodkach akademickich w Łodzi w 1960r, w Poznaniu w 1961, i Katowicach w 1963. Od tego momentu dziedzina, jaką jest intensywna terapia, rozwija się niezwykle dynamicznie. Ostatnie dziesięciolecia przyniosły wiele zmian i odkryć, strategia wentylacji chorych z ARDS,
wprowadzenie metod nieinwazyjnego i minimalnie inwazyjnego monitoringu, oraz leków nowej generacji. Na podstawie szeregu badań klinicznych opracowano i wdrożono standardy i procedury postępowania
w poszczególnych przypadkach, które sprawiają, że jesteśmy w stanie
ratować i przedłużać ludzkie życie coraz lepiej i pewniej. Ciekawostkę
stanowi jednak fakt, że od momentu opublikowania danych o śmier-
94
telności w oddziale intensywnej terapii autorstwa Ibsena, kiedy to owy
wskaźnik kształtował się na poziomie 36%, obecnie wynosi on 2530%. Problem małej dostępności profesjonalnego sprzętu, został zastąpiony całym szeregiem powikłań, co pokazuje nam- praktykom- jak
długą drogę pokonaliśmy i że znajdujemy się ciągle na samym jej początku (6, 7).
Medyczny Słownik Encyklopedyczny „nieprzytomność” definiuje jako : „utratę przytomności, stan zaburzenia czynności ośrodkowego układu nerwowego, przede wszystkim wyłączenia kory mózgu. Jest
to stan zagrożenia życia, mimo że oddychanie oraz krążenie mogą
być utrzymane i bez względu na wywołującą ten stan przyczynę.
Oprócz czynnika przyczynowego, zagrożenie stanowi niedrożność
oddechowa, prowadząca, jeżeli nie zostanie usunięta, do niewydolności oddechowej, następnie krążenia i w konsekwencji do bezdechu
i śmierci” (1).
Dla celów tej pracy, za „pacjenta nieprzytomnego”, będę uważała nie tylko osobę, u której ten stan wynika z czynników chorobowych,
ale także taką, której „przytomność” została zdeprymowana farmakologicznie. Brak przytomności wydaje się kwestią bardzo łatwą do zaobserwowania i zweryfikowania. Na ogół nie zauważamy widocznej
reakcji osoby na bodźce, którym ją poddajemy (np. głos). Elektroencefalogram (urządzenie rejestrujące pracę czynnościową mózgu) wskazuje na stan nieprzytomności, który potwierdza ocena wg skali
Glasgow. W powszechnej opinii osoba nieprzytomna, jest osobą pozbawioną świadomości. Jednakże świadomość jest stanem ciągle
95
ocenianym, definiowanym, poddawanym szeregu dyskusjom. Jakże
często słyszymy głosy osób, które przebywały w stanie śpiączki i mimo braku widocznej reakcji na otaczający świat pamiętały głosy, wypowiedzi, dźwięki, odczucia, których doświadczały w tym stanie. W fachowym piśmiennictwie nie brak dowodów na to, że osoby poddane
znieczuleniu ogólnemu, które w teorii łączy się z całkowitym wyłączeniem świadomości, znajdowały się w tzw. „stanie pośrednim” pomiędzy pełną przytomnością umysłu, a jej wyłączeniem. Osoby operowane np., przypominają sobie słowa, zdania, które były wypowiadane
w trakcie operacji przez personel biorący w niej udział. Ciekawostką
jest, że już w latach 70-tych przy zastosowaniu hipnozy, ukazano, że
w wiele miesięcy po przebytym zabiegu osoby będące pod wpływem
znieczulenia, potrafiły przywołać całe fragmenty dialogów zasłyszanych w trakcie ich własnej operacji. W tym badaniu dowiedziono również, że organizm osoby dopasowywał się do zasłyszanych opinii,
o pozytywnym, bądź nie rokowaniu. W Holandii, wobec stu pacjentów
poddawanych operacji wycięcia woreczka żółciowego stosowano alternatywną metodę relaksacyjną: pacjentom założono na uszy słuchawki puszczono muzykę o charakterze odprężającym wzmacniając
oczekiwany efekt powtarzaniem sugestii typu „ jestem odprężony”,
„czuję się dobrze”. Wyniki wskazały, że chorzy poddani relaksacji
wracali do zdrowia znacznie szybciej, odczuwali mniejsze dolegliwości
bólowe po zabiegu, i subiektywnie lepiej oceniali swoje samopoczucie,
niż pozostali pacjenci po takiej samej operacji.
96
W ostatnich latach, dzięki wzrostowi zainteresowania monitoringiem neurologicznym, w tym także kontrolą funkcji mózgu osoby znajdującej się w znieczuleniu ogólnym, zauważono, że bodźce optyczne,
dotykowe, a zwłaszcza akustyczne są przez cały czas kierowane do
mózgu, działanie leków może je jednak specyficznie zniekształcać.
Przy obecnym poziomie wiedzy medycznej i pielęgniarskiej można
śmiało stwierdzić, że brak świadomości u chorego nieprzytomnego
nigdy nie ma charakteru całkowitego, wszechogarniającego. Potwierdzają to wyniki badań zbierane od ponad trzydziestu lat, mówiące,
o tym, iż 40-50% chorych budzących się ze śpiączki pourazowej przypomina sobie mające miejsce w jej okresie wydarzenia.
Jak wspomniałam już wcześniej, zdecydowana część pacjentów
będących pod opieką oddziałów IT jest nieprzytomna, w stopniu głębokim, w stanie śpiączki lub występują u nich inne ilościowe zaburzenia świadomości. Są to prawie zawsze osoby w stanie zagrożenia życia, bądź takie, których stan określamy jako „ogólnie ciężki”. Fakt ten
jak i wiele innych czynników powodują, że często naszą pracę z tymi
chorymi charakteryzuje tzw. paternalizm medyczny, absolutnie nie
uwzględniający ich podmiotowości i autonomii. Pacjent będący zależny całościowo od działania specjalistycznej, skomplikowanej aparatury, pod wpływem silnie działających leków staje się niejednokrotnie
„przedmiotem” opieki medycznej. Odbiór wrażeń i komunikacja werbalna są często utrudnione, lub całkowicie niemożliwe, opierają się
tylko na jednokierunkowym przekazie pielęgniarek i lekarzy. Specyfiką
opieki w tychże oddziałach jest stechnicyzowanie, bezdyskusyjnie wy-
97
suwanie na pierwszy plan danych i parametrów na temat stanu somatycznego, bezbłędnych zapisów, wyników badań laboratoryjnych, gdyż
to one dają możliwość podjęcia szybkich działań i zabezpieczenia
podstawowych funkcji życiowych. Jako pozytywną zmianę należy odnotować fakt, że coraz powszechniejszą praktyką staje się zwracanie
uwagi także na kwestie pozamaterialne i typowo medyczne, na rzecz
poprawy samopoczucia psychicznego i stanu duchowego osoby chorej, także tej nieprzytomnej, jak i w stanie zagrożenia życia. Każdy
chory ma zapewnione prawo do opieki duszpasterskiej, wynika ono
z konstytucyjnego zapisu dotyczącego wolności sumienia i religii (art.
53 Konstytucji RP).
Sytuację pacjentów znajdujących się w zakładach opieki zdrowotnej w tej kwestii reguluje.
Nikt nie kwestionuje przydatności tego typu praktyk, zdając sobie sprawę z faktu, że dla osoby w ciężkim stanie wielokrotnie stanowi
to pocieszenie i daje nadzieję.
Nieograniczone kontakty z rodziną
i osobami najbliższymi, stosowanie alternatywnych metod mających
zadbać nie tylko o ciało, ale i psychikę człowieka (jak np. stosowanie
muzykoterapii) to już dzisiejsza codzienność życia szpitalnego. Tego
typu praktyki wróciły do łask po wielu, wielu latach. Stosowanie muzyki w terapii datuje się od starożytności. Siłę emocjonalną melodii, jej
oddziaływanie na duszę ujęli Grecy w nauce o „ etosie muzyki”. Nauka
o etosie należała do najbardziej osobliwych teorii estetycznych Greków, oddziałujących pośrednio na medycynę. O uzdrawiającej mocy
muzyki pisał Arystoteles twierdząc, że muzyka uzdrawia przez du-
98
chowe oczyszczenie. Nierzadko to muzycy występowali w roli lekarzy.
Pamiętamy o zamówieniu na muzykę nasenną złożonym Bachowi,
przez hrabiego Keiserlinga, który cierpiał na bezsenność. Powstała
wówczas słynna aria a efekt był znakomity. Dziś w oparciu o szereg
przeprowadzonych badań, działanie relaksacyjne bodźców dźwiękowych na OUN traktuje się, jako część terapii. Tępo, rytm, natężenie
dźwięku muzyki oddziałują zwłaszcza na sploty trzewne i splot słoneczny, procesy wydzielnicze żołądka, kory nadnerczy, tętno, objętość oddechową, opory oddechowe i ciśnienie krwi. Konsonanse
brzmią inaczej niż dysonanse. Muzyka oparta na konsonansach przyjemna dla ucha pobudza w mózgu człowieka inne ośrodki niż dysonanse i nastraja mózg jak instrument w sposób pozytywny. W publikacji neonatologów amerykańskich z 2000 roku czytamy, że muzykoterapia zastosowana u wcześniaków w oddziałach intensywnej terapii
wpłynęła korzystnie na nastrój, percepcję bólu, częstość uderzeń pracy serca, ciśnienie krwi, przyrost wagi.
Komunikację werbalną z powodzeniem zastępujemy pozawerbalną, która wielokrotnie przynosi lepsze zrozumienie niż potok wypowiadanych słów. Ośrodki akademickie na całym świecie zwracają
uwagę swoim studentom, przyszłemu personelowi medycznemu, na
kwestię podmiotowości pacjenta, holistyczną ocenę jego potrzeb, konieczność
informowania
o
wykonywanych
procedurach,
nawet
w przypadku, gdy chory nieprzytomny nie będzie miał możliwości wyrażenia swojej woli i ewentualnego sprzeciwu. Podobne praktyki powodują, że osoba, którą uważa się za nieświadomą, a odbierająca
99
mimo wszystko sygnały z zewnątrz nawet w niewielkim stopniu, nie
będzie czuła braku zainteresowania, lęku płynącego z niezrozumienia
i zaskoczenia pewnymi czynnościami. Sam pobyt pacjenta w oddziale
intensywnej terapii, podejmowane tam działania terapeutyczne, wywołują u niego napięcie, wzbudzają różne reakcje obronne, które ściśle
uzależnione są od indywidualnych cech, wcześniejszych doświadczeń, odporności na stres. To my, naszym działaniem, jesteśmy
w stanie zminimalizować lęk, pobudzić organizm chorego do współwalki z chorobą. Nawiązanie kontaktu z pacjentem, emocjonalnej więzi poprzez dotyk, ton głosu, gesty, koncentrację na jego mocnych
stronach, stanowią bardzo istotną część elementarnej psychoterapii,
za którą odpowiedzialni są wszyscy członkowie zespołu będący przecież najbliżej swojego pacjenta. Warto podkreślać i przypominać na
każdym poziomie edukacji i praktyki zawodowej zagadnienia np. medycyny prenatalnej, która podaje, iż nawet przy nie w pełni pracującym
mózgu, istnieje możliwość do przyjmowania i przepracowywania informacji, które następnie kreują ostateczne rozumowanie i odczuwanie. W podstawach psychoanalizy podkreśla się, że umysł człowieka
nie jest istotą równoznaczną tylko i wyłącznie z jego mózgiem, wyciąga się śmiało idące hipotezy, że także ciało ludzkie jest organem odpowiedzialnym po części za przechowywanie informacji. Czy rozważając podobne zagadnienia, mając w świadomości, iż umysł człowieka,
jest mimo ogromnego zainteresowania i wielu badań, nadal materią,
która nie jest do końca zbadana, ktokolwiek ma prawo traktować osobę pacjenta nieprzytomnego (pomijając kwestie etyczne i moralne) ja-
100
ko nieobecną? Informujmy chorego, także tego, który nie jest w stanie
nam odpowiedzieć i wyrazić zgody bądź sprzeciwu, o fakcie, że zostanie poddany nawet najprostszej- z naszego punktu widzenia- czynności, jak np. zmianie pozycji ułożeniowej, bądź kaniulacji żyły obwodowej.
Warto przy okazji wspomnieć o kwestiach zawartych w prawach
pacjenta, gdyż to właśnie one oparte na prawach człowieka
i obywatela nakładają na personel szereg odpowiedzialności i obowiązków. Międzynarodowym pierwowzorem do powstawania deklaracji, lub prawa pacjenta była Deklaracja Praw Pacjenta WHO z 1994
roku, oraz Europejska Konwencja Bioetyczna z 4 kwietnia 1997 r.
W Polsce od dnia 6 listopada 2008 roku prawa pacjenta są uregulowane w Ustawie o Prawach Pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta.
Ustawa ta obowiązuje od 5 czerwca 2009 r. Może warto- w kontekście
omawianego tematu- przyjrzeć się tym wybranym, których poszanowanie leży w gestii zespołu sprawującego opiekę nad chorym nieprzytomnym hospitalizowanym, tym, które niejednokrotnie mogą wydawać
się problematyczne i być łamane nawet nie do końca świadomie. Pacjenci nieprzytomni nie posiadają bezpośredniej możliwości zadbania
o swoje prawa, z oczywistego powodu, jakim jest ich stan fizyczny, nie
są w stanie zaprotestować, zwrócić uwagi. Chory nieprzytomny nie
posiada kontroli nad tym, w jakiej sytuacji się znajduje, co nakłada na
nas- personel medyczny- ogromne obciążenie. Warto pamiętać, że
przyznanie jednej stronie praw, nakłada na drugą stronę obowiązki.
Człowiek dysponujący swoimi prawami może wymagać konkretnych
101
zachowań, lub zaniechań, odpowiedniego zachowania się. Należy, jako sztandarową zasadę, zapamiętać słowa D. Karkowskiej „ Prawa
pacjenta służą społecznej zbiorowości, a żaden człowiek nie jest zabezpieczony przed tym, że nie stanie się częścią tej zbiorowości.” Poszanowanie podstawowych dyrektyw, takich jak zapewnienie prawa
do ochrony zdrowia i życia, bez względu na pochodzenie, rasę, poglądy polityczne bądź religijne, leży po stronie państwa. Chciałabym
jednak zwrócić uwagę, na drobniejsze, mogłoby się wydawać, mniej
istotne kwestie, które szczególnie dotykają chorych nieprzytomnych,
gdyż nie są w stanie zareagować na ewentualne zaniechania. Prawo
do godności, w Karcie Praw Pacjenta formułowane, jako prawo do poszanowania godności osobistej, jest zapewniane także przez konstytucję, jako wartość nie nienaruszalna i będąca źródłem wolności
i praw człowieka i obywatela. Godność osobista to subiektywne przekonanie jednostki o jej autentycznej wartości, jako człowieka, bez
względu na to czy jest zdrowy, czy chory, jest przestępcą, alkoholikiem, bądź osobą uznaną za margines społeczny. Podążając tym tropem chory powinien być traktowany całościowo, nie przez pryzmat
„uszkodzonej funkcji lub sprawności”, jako podmiot posiadający swój
własny system wartości i wiedzy. To prawo zobowiązuje personel do
odpowiednich zachowań. Naruszenie godności osobistej zakłada
umyślność po stronie sprawcy. Chory (także nieprzytomny) może
oczekiwać od osób sprawujących nad nim opiekę okazywania szacunku dla jego godności osobistej, poprzez zaznaczenie jego autonomii i podmiotowości. Ma prawo wymagać, by personel medyczny
102
zwracał się do niego używając jego imienia i nazwiska, używał języka
i terminologii dostosowanej do poziomu wiedzy i percepcji słuchacza.
Wg D. Karkowskiej „ naruszeniem godności jest także zadawanie
nadmiernego i zbędnego bólu poprzez niestaranne, niedbałe, niesprawne, lub wręcz brutalne wykonywanie świadczeń medycznych”.
Choć wydaje się, że tak niewiele potrzeba by przestrzegać tych paru
podstawowych zasad, w przypadku pracy z chorym nieprzytomnym,
bardzo łatwo- niestety- przekroczyć pewne granice. Posiadając wiedzę, iż osoba ta jest bezbronna, także w sensie werbalnym, nie ma
możliwości zwrócenia uwagi i wyrażenia swojego niezadowolenia,
często „pani Janina” zostaje po prostu „panią Janką”, bądź wręcz
„Janką”, co najprawdopodobniej nie miałoby miejsca w przypadku
osoby przytomnej. W tą część prawa uderzają także nieprofesjonalne
sformułowania zachowań, które np. doprowadziły do obecnego stanu
i komentarze, na temat tuszy chorego, jego higieny.
Wspomniane wyżej prawo do godności wiąże się bardzo ściśle
z prawem do intymności. Pojęcie intymności dotyczy osoby samego
pacjenta- sfery jego życia poufnego, osobistego, ale także relacji z innymi osobami, opartymi na serdeczności, zażyłości stosunków. Naruszenie intymności wiąże się z poczuciem wstydu, którego po raz kolejny pacjent nieprzytomny nie jest w stanie nam okazać, więc niezwykle łatwo popełnić w tej sferze wykroczenie. Prawo do poszanowania intymności to także, obecność podczas procedur medycznych
tylko i wyłącznie personelu mającego ku temu kwalifikacje i będącego
niezbędnym do wykonania danej procedury medycznej. Wyjątek sta-
103
nowi obecność studentów zawodów medycznych w szpitalach, klinikach uczelni medycznych, chory ma jednak prawo odmówić ich obecności. Należy także dbać o zapewnienie- w granicach możliwości –
prywatności i unikać zbytniego eksponowania nagości.
Dobrym drogowskazem powinna być dla nas odpowiedź na pytanie typu; Czy znajdując się w podobnym stanie jak mój pacjent,
chciałabym być traktowana w podobny sposób? Błędy w tych kwestiach wynikają często z naszej bezmyślności, nieprawidłowych nawyków, tłumaczone są natłokiem obowiązków, brakiem czasu- zawsze
należy je korygować.
Z prawem do poszanowania godności osobistej i intymności
wiąże się także prawo do poufności, zagwarantowane nie tylko prawami pacjenta, ale także Konstytucją i ustawami zawodowymi lekarzy,
pielęgniarek, kodeksami etyki zawodowej. Dotyczy to nie tylko kwestii
typowo medycznych, które znajdziemy w historii choroby, ale także
naszych spostrzeżeń, również tych, dotyczących życia osobistego. Do
ochrony tego typu danych jesteśmy zobowiązani nie tylko w momencie, gdy dany chory znajduje się pod opieką naszego oddziału, ale
także, gdy go opuszcza i w przypadku zgonu. Informacji należy udzielać tylko osobie wyznaczonej przez pacjenta. Także i to prawo niestety prościej złamać w przypadku człowieka nieprzytomnego, który nie
może wyrazić swojego sprzeciwu, dodatkowo zakładamy, iż nie słyszy
tego, co i w jaki sposób mówimy na jego temat.
Ostatnim prawem, chyba jednym z trudniejszych, jest prawo pacjenta do godnej śmierci, możliwość umierania w godności i spokoju.
104
Z treści zapisu tegoż prawa wynika, iż człowiek umierający ma prawo
do wszelkich pozytywnych, lub nie, informacji o swoim stanie zdrowia
(jak i również do nieinformowania), umierania bez zbędnego bólu (niwelowanie dolegliwości bólowych traktujemy jako poszanowanie
człowieczeństwa), uzyskania wsparcia psychicznego, obecności osób
bliskich. W kwestii skorzystania z części zapisów tej ustawy, w przypadku osób nieprzytomnych działamy niejednokrotnie intuicyjne, bądź
zgodnie z prośbą bliskich osoby chorej. To w naszym obowiązku leży
takie traktowanie osoby umierającej by odpowiadało to powadze
śmierci (2).
Wartym poruszenia tematem w tym momencie rozważań, jest
nowa definicja śmierci i harwardzkie kryteria śmierci pnia mózgu, które
zrewolucjonizowały dotychczasowe podejście do tej trudnej materii.
Samo pojęcie śmierci, nie tylko w obszarze intensywnej terapii, dostarcza wielu dylematów etycznych. Śmierć chorego traktuje się
w medycynie, jako porażkę. Przy zastosowaniu arsenału sprzętu, leków, zaangażowaniu ludzi z najwyższymi kwalifikacjami, mamy możliwość podtrzymywania i przedłużania ludzkiego życia, ale nie pokonania ostatecznego momentu, jakim jest zgon. Do połowy lat pięćdziesiątych obowiązywała tzw. „klasyczna definicja śmierci”, zakładała
ona, że zgon następuje wówczas, gdy ustaje krążenie krwi. Okazało
się jednak, że nie ma ona zastosowania w przypadkach, gdy krążenie
jest zachowane, ale proces śmierci objął już mózg. Zatem opieka nad
chorym, definiowanym, jako chory nieprzytomny, była w rzeczywistości opieką nad zmarłym, choć z zachowanymi funkcjami układu krą-
105
żenia. Rewolucją okazało się opublikowanie Raportu Komisji Nadzwyczajnej Wydziału Medycznego Uniwersytetu Harvarda do Zbadania
Definicji Śmierci Mózgowej, który powstawał pod patronatem Amerykańskiego Stowarzyszenia Lekarzy i Amerykańskiego Stowarzyszenia
Adwokatów. Umożliwiło to także uregulowanie i zalegalizowanie początków transplantologii, poprzez pozyskiwanie ukrwionych narządów
od osób zmarłych w mechanizmie śmierci mózgowej. Wywołało to
ogromne poruszenie i dyskusje przedstawicieli różnych nauk, z filozofami i etykami włącznie. Dla ubiegłego stulecia to wydarzenie można
uznać za najbardziej zajmujące w zakresie medycyny.
Raport z Harvardu wprowadził pewne regulacje, jednakże warto
w tym miejscu wspomnieć, że pierwsze opisy objawów stanu, określanego obecnie jak śmierć mózgowa, powstały znacznie wcześniej
za sprawą autorów europejskich, głównie francuskich. To w publikacjach klinicznych Risshede'a i Ethelberga z 1953r, odnajdujemy opisy
pięciu chorych, u których pod wpływem urazu czaszkowo- mózgowego doszło do głębokiej śpiączki wraz z towarzyszącymi jej brakiem odruchów ze strony nerwów czaszkowych i stwierdzonym w angiografii
zatrzymaniem przepływu mózgowego krwi. Także Lofstedt i von Reis
w 1956r opisali sześciu pacjentów z bezdechem, nieobecnością odruchów w zakresie unerwienia nerwów czaszkowych, wielomoczem, obniżeniem ciepłoty ciała, obniżeniem ciśnienia tętniczego krwi, jak
i również potwierdzonym częściowym zatrzymaniem przepływu mózgowego krwi. W 1959r. Mollert i Goulon opisali chorych, z klinicznymi
objawami śmierci mózgu i brakiem bioelektrycznej aktywności, co na-
106
zwali stanem przetrwałej śpiączki. Do1968r, kiedy to powstały pierwsze, eksperckie kryteria harvardzkie, powstawało zarówno w USA
i Europie wiele propozycji diagnostyki śmierci mózgu. W 1957 r. Pius
XII w Innsbrucku podczas spotkania z anestezjologami przyznał, że
„ustalenie kryteriów śmierci i podanie momentu śmierci leży w kompetencji lekarzy, nie teologów”, potwierdził także, iż stosowanie nadzwyczajnych metod terapeutycznych, które nie są w stanie odwrócić przebiegu choroby, a jedynie wydłużają czas umierania, wobec krytycznie
chorych jest niezasadne. Był to znaczący głos, w wyznaczaniu nowych granic rozstrzygania pomiędzy życiem a śmiercią, niezwykle
zresztą potrzebny, gdyż lekarze transplantolodzy, oskarżani byli o zabójstwo ( jak np. Sura Wada, Japończyk, który po dokonaniu pierwszej w tym kraju transplantacji serca pobranego z ciała chorego zmarłego w mechanizmie śmierci mózgowej został oskarżony o morderstwo), wynikało to między innymi z braku powszechnie akceptowanych kryteriów śmierci mózgowej. W 1968 r. w Sydney Światowy
Zjazd Towarzystw Medycznych podjął doktrynę o zdysocjowanym
charakterze śmierci. Według członków towarzystwa nie można precyzyjnie określić początku, jak i końca zjawiska, ale możliwe jest w dowolnym momencie podanie medycznych kryteriów tego stanu, potwierdzających jego nieodwracalność. Za takie zjawisko została uznana także śmierć mózgowa-jako proces rozciągnięty w czasie. Do
uznania jednak jej występowania potrzebne były pewne i wiarygodne
kryteria, proste i praktyczne testy diagnostyczne, ponadto posiadające
podstawy prawne. Ostatnim, najtrudniejszym chyba kryterium, gdyż
107
takim, na które nie mamy bezpośrednio wpływu było uzyskanie społecznej zgody na stosowanie podobnych praktyk. Podstawą do opracowania kryteriów harvardzkich były obserwacje Roberta Schwaba
w Massachusetts General Hospital w Bostonie. W pracowni neurofizjologii na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX wieku wykonywał on
EEG u chorych w głębokiej śpiączce, z czego u 150 wystąpiły objawy
śmierci mózgu. Uważał, że to następująca triada objawów świadczy
o jej wystąpieniu. Wśród objawów wymienia: śpiączkę, brak odruchów, nieruchome gałki oczne, szerokie źrenice- bez reakcji na światło, brak ruchów oddechowych i płaski zapis EEG. W 1963r.podał te
objawy, jako objawy śmierci mózgowej.
Czwartego stycznia 1968r.na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Harvarda powstaje komisja, której zadaniem miało być ocenienie
dotychczasowych kryteriów śmierci pnia mózgu, zweryfikowanie ich
i ewentualne stworzenie nowych. W jej skład wchodzili specjaliści:
neurochirurgii, neurologii, transplantolodzy, prawnik, socjolog i teolog
oraz historyk medycyny i filozof. H. Beecher – organizator i inicjator
prac komisji, już w 1965 r. proponował, by stan przetrwałej śpiączki
przyjąć, jako uzupełnienie klasycznej krążeniowej definicji śmierci.
Proponował także, aby proces diagnostyczny pod kątem jej stwierdzenia oprzeć na badaniu klinicznym oraz elektroencefalografie, korzystając jednocześnie z doświadczeń Schwaba i innych.
Nieodwracalną śpiączkę, jak wymiennie nazywano śmierć mózgową, zdefiniowano, jako nieodwracalny stan śmierci mózgu. Natomiast śmierć mózgu zdefiniowano, jako brak uchwytnych w badaniu
108
klinicznym funkcji układu ośrodkowego i obwodowego. Wyróżniono
cztery grupy objawów mających potwierdzać wystąpienie tego zjawiska. Po pierwsze zanik percepcji i reaktywności, rozumiany, jako brak
odpowiedzi na zewnętrzne bodźce, takie jak ból, dźwięk, w postaci cofania kończyn, przyspieszenia oddechu, wydawania dźwięków. Po
drugie, brak spontanicznych ruchów w czasie jednogodzinnej obserwacji, lub w odpowiedzi na ból, dotyk, dźwięk, światło, a także brak
spontanicznego oddechu w czasie trzech minut po odłączeniu od respiratora (z zachowaniem prawidłowej prężności dwutlenku węgla
w krwi tętniczej w chwili rozpoczęcia próby o poprzedzającej dziesięciominutowej wentylacji powietrzem atmosferycznym). Następnie brak
odruchów takich jak, reakcja na światło szerokich źrenic, brak ruchów
gałek ocznych przy zwrocie głowy i drażnieniu błony bębenkowej
strumieniem wody, brak odruchu rzęskowego, rogówkowego, wymiotnego, a także brak głębokich odruchów ścięgnistych, podeszwowych,
oraz zanik takich czynności jak przełykanie, prężenie, wydawanie
dźwięków, ziewanie. Jako ostatni w kolejności, płaski zapis elektroencefalogramu w zapisie trwającym co najmniej dziesięć minut ( najlepiej jeśli zapis trwa dwadzieścia minut). Ewentualnie można było
stwierdzić brak przepływu mózgowego poprzez nie pojawienie się na
dnie oka znacznika podanego przez żyłę obwodową. Jeśli wyżej wymienione objawy utrzymywały się powyżej doby, można było stwierdzić nieodwracalność zmian. „Harvardzkie kryteria śmierci mózgu” zostały z czasem zweryfikowane, w niektórych aspektach, dość znacząco. Na owe zmiany miał między innymi wpływ rozwój technik diagno-
109
stycznych. Wykluczono z objawów diagnostycznych nieobecność odruchów rdzeniowych i objawów dezintegracji somatycznej organizmu,
jak spadek ciśnienia tętniczego krwi, obniżenie temperatury ciała, zaburzenia metaboliczne. Wyodrębniono osobne postępowanie w grupie
noworodków i niemowląt, dopracowano próbę bezdechu, wprowadzając miedzy innymi preoksygenację wstępną, insuflację tlenu podczas
odłączenia od respiratora. W momencie publikacji standardu eksperckiego, jakim były omawiane kryteria, autorzy nie posiadali wyników
badań klinicznych na dużych populacjach, co powodowało wielokrotne
podważanie ich wiarygodności. Dopiero z czasem, znaczna część
wątpliwości została zniwelowana, gdy pojawiły się badania oceniające
ich prawdziwość. W późniejszym etapie zarekomendowano trzy etapy
procedury diagnostycznej, weryfikując w pewnym stopniu kryteria
harvardzkie. Za warunek wstępny uznano wykluczenie potencjalnie
odwracalnych przyczyn braku funkcji mózgu (hipotermia, wstrząs, zatrucie lekami). Za charakterystyczne objawy uznano wykazanie
śpiączki z brakiem reaktywności, bezdech, szerokie niereaktywne na
światło źrenice, brak odruchów pniowych i brak aktywności bioelektrycznej mózgu w 30 minutowym zapisie EEG. Warunkiem jest stwierdzenie powyższych objawów, przez co najmniej sześć godzin, a EEG
powinno być wykonane w ostatnich 30 minutach okresu obserwacji
klinicznej. W przypadku braku możliwości wykonania badania klinicznego wykazuje się brak przepływu mózgowego. Uzupełniono również
wnioski o zwrócenie uwagi na fakt, iż obecność odruchów rdzeniowych nie wyklucza rozpoznania śmierci mózgowej, gdyż występują
110
one u niemal 40% badanych. Reasumując na dzień dzisiejszy można
przyjąć następującą definicję śmierci: „osobę uznaje się za zmarłą,
gdy nastąpiła całkowita i nieodwracalna utrata wszelkiej zdolności integracji i koordynacji fizycznych i umysłowych funkcji ciała, jako całości”.
Ponieważ dzięki obecnemu poziomowi wiedzy, rozbudowanej
aparaturze i farmakologii można niezwykle długo podtrzymywać
sztucznie istotne funkcje życiowe, jak krążenie i oddychanie, stwierdzenie nieodwracalnej utraty wszystkich funkcji mózgowych staje się
wystarczającym i koniecznym warunkiem stwierdzenia śmierci. W innym wypadku musielibyśmy potwierdzić, że wentylowany mechanicznie pacjent z całkowicie zniszczonym mózgiem żyje i jest po prostu
nieprzytomny (3, 10).
Jako podsumowanie i skłonienie do refleksji nad tematem świadomości pacjenta nieprzytomnego, naszego sposobu traktowania jego
osoby pozwolę sobie przytoczyć słowa neurofizjologa, laureata nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, Sira Johna Ecclesa :
„ Najważniejsza realność mojego „ja” nie może być zidentyfikowana z mózgiem, neuronami i impulsami nerwowymi. Uważam, że
w mojej egzystencji leży fundamentalna tajemnica, przewyższająca
każde biologiczne wytłumaczenie”.
Piśmiennictwo
1. Barczewski M., Bogusz J.: Medyczny słownik encyklopedyczny. Fogra, Oficyna
Wydawnicza, Kraków, 1993.
2. Fryś A.: Wybrane prawa pacjenta nieprzytomnego. [w}: Anestezjologia i Ratownictwo;
111
3, s. 364-369. 2009.
3. Iwańczuk W.: Harwardzkie kryteria śmierci mózgu. W: Anestezjologia i Ratownictwo.
2008; 2, s. 265-273.
4. Krymska B.:Pacjent nieprzytomny podmiotem szczególnej troski zespołu
terapeutycznego. W: Pielęgniarka i Położna 2005; 47, s. 4-7.
5. Łazowski T.: Dylematy wentylacji respiratorem - zło konieczne czy dobrodziejstwo?
W: Gabinet lekarski. 2003; 6, s 61-63.
6. Macheta A.: Historia Anestezjologii na świecie i w Polsce. W: Gabinet Prywatny.
2009; 5/6, s. 71-73.
7. Rybicki Z.: Intensywna terapia wczoraj, dziś i jutro. W: Anestezjologia i Ratownictwo.
2008;2, s. 221- 225.
8. Szumowski W.: Historia medycyny filozoficznie ujęta. Wyd. nauk. Derewicki, Kęty
2008, str. 606-611.
9. Wołowicka L., Dyk D.: Anestezjologia i Intensywna Terapia. Klinika i pielęgniarstwo.
PZWL, Warszawa 2007.
10. Wójcik B.: Śmierć mózgu jako kryterium śmierci człowieka. Problematyka
filozoficzno- etyczna. Medycyna Praktyczna 2007;4,s.196-199.
Praca zawiera 39 070 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
112
ODCZUCIA BÓLOWE U NOWORODKA
– HISTORIA PROBLEMU
OD STAROŻYTNOŚCI DO DZIŚ
Magdalena Kowalewska
Katedra i Zakład Pedagogiki i Dydaktyki Pielęgniarskiej
Wydział Nauk o Zdrowiu Collegium Medium
Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu
ul. Techników 3, 85-801 Bydgoszcz
[email protected]
Problem bólu u niemowląt pojawił się już w czasach starożytnych. Dyskutowano wówczas na ten temat w oparciu o wiedzę filozoficzną i fizjologiczną. Zastanawiano się również, nad możliwościami
oceny i mierzenia bólu: niektórzy twierdzili, że jest to niemożliwe, inni,
że jego ocena może być dokonana poprzez uważną obserwację. Leczenie bólu u dzieci było mniej problematyczne i kontrowersyjne niż
w czasach nowożytnych, ponieważ ludzie byli pewni, że dzieci są
zdolne do odczuwania bólu. Starożytni pisarze uważali, że dzieci odczuwają ból nawet bardziej niż dorośli. Platon (ok. IV w. p.n.e.) twierdził, że zarówno cierpienie jak i przyjemność są wynikiem interakcji
pomiędzy ziemią, ogniem, powietrzem i wodą, które są składowymi
ludzkiego ciała. Uważał, że na początku życia wymienione interakcje
są szczególnie gwałtowne, więc dla niemowląt wszystkie odczucia są
113
bolesne.
1
Wiele cywilizacji natomiast wierzyło, że to siły nadprzyro-
dzone powodowały, podtrzymywały, bądź leczyły ból i choroby w zależności od duchowego dobra lub zła człowieka. Niestety nie wiadomo
czy bogowie w zadawaniu bólu rozróżniali w jakiś sposób dorosłych
i dzieci.
Po upadku Cesarstwa Rzymskiego, w czasach średniowiecznych, ludzie ponownie wierzyli, że ból i choroby mają swój początek
w gniewie Boga lub kaprysie demonów. Święty Augustyn (V w. n. e.)
pisał, iż wszystkie choroby chrześcijan są dziełem demonów, które
zadawały cierpienie głównie świeżo ochrzczonym, niewinnym nowo2
rodkom. Niektórzy starożytni pisarze sugerowali, że wrażliwość na
ból jest częściowo zależna od dotychczasowych doświadczeń bólowych. Hipokrates (V/IV w. p. n. e.) pisał: „ci, którzy są przyzwyczajeni
do znoszenia bólu, nawet jeśli są słabi i starzy, znoszą to znacznie łatwiej niż młodzi i silni, którzy nie są do niego przyzwyczajeni”, czyli
3
większe doświadczenie bólowe zmniejsza wrażliwość na ból. Uważano także, że wrażliwość na ból jest wynikiem fizjologicznej niedojrzałości małych dzieci. Wurtz w 1656 r. twierdził również, że noworod1
Keele KD: “Some historical concepts of pain” in: Proceedings the international symposium held under auspices of the University Federation for Animal Welfare (Ed.: Keele CA, Smiths S), Middlesex Hospital, London, 1962,
s. 12-27.
2
Haggard HW: “Devils, drugs and doctor: the story of the science of healing
from medicine-man to doctor”. Heinemann, London, 1929; s. 281-397.
3
Chadwick J, Mann WN: “The medical works of Hippocrates: a new translation from the original Greek made especially for English readers”. Blackwell
Scientific Publications, Oxford, 1950; s. 150-160.
114
ki urodzone przedwcześnie, są bardziej czułe na ból w porównaniu
z noworodkami donoszonymi.
Zachowanie dziecka, które najczęściej uznawano, jako objaw
bólu był płacz. Starożytni uważali, że płacz może być oznaką także
innych odczuć: nudy, głodu, samotności. Grecki lekarz, Soranus
(II w. n. e.) wierzył, że płacz jest także ćwiczeniem układu oddechowego, uważał jednocześnie, iż przedłużający się płacz może powodować fizyczne szkody w organizmie dziecka.
Starożytna medycyna stosowała kilka metod leczenia bólu
u dzieci. Pierwsza odwoływała się do pomocy sił nadnaturalnych, jak
np. przepowiednie w starożytnym Egipcie czy amulety. Amulety były
skonstruowane tak, by można je było powiesić na szyi dziecka. Na
wspomaganie trawienia stosowano czerwony koral (Oestereicher, XVI
w.n.e.), ząb zmarłego człowieka (Ferrarius, 1577 r.) albo korzeń
brzanki, a na złagodzenie bólu podczas ząbkowania ząb żmii lub zielony jaspis (Aetius, VI w. n.e.).Innym podejściem do leczenia bólu było zwrócenie uwagi na mleko kobiet karmiących; twierdzono, że korzystne substancje podawane kobiecie są przekazywane dziecku poprzez mleko matki. Uważano, że niedoskonałości mleka kobiecego
mogą być potencjalnymi przyczynami bólu i chorób u dzieci. Zakazywano np. spożywania pokarmów wiatropędnych, takich jak fasola czy
groch. Wśród innych stosowanych metod należy wymienić środki podawane bezpośrednio dziecku doustnie, przykładane do skóry
w postaci okładów albo maści lub podawane w postaci czopków. Soranus proponował kilka środków na ból podczas ząbkowania, np. po-
115
dawanie niemowlęciu kawałka tłuszczu do ssania zanim zacznie ząbkować. Pocieranie dziąseł tłuszczem z kurczaka lub mózgiem zająca
zalecane było już w trakcie wyrastania zębów. Jeśli ból trwał, mimo że
ząb już wyrósł, zalecał owijanie szyi niemowlęcia wełnianą opaską
4
i różne okłady na dziąsła. Za najbardziej kontrowersyjny sposób leczenia uznawano stosowanie opium w celu uśmierzenia bólu, ale także do usypiania małych pacjentów. Opium po raz pierwszy pojawia się
w notatkach Ebersa (1553 -1550 r. p.n.e.) gdzie jest polecane, jako
lekarstwo dla płaczącego dziecka: „kapsułki z maku, kał osy ze ściany
utrzyj razem, odcedź i podawaj przez cztery dni”.
5
Opium było zale-
cane także przez Rhazesa i Awicennę, jako remedium na płacz i bezsenność u dzieci.
6
Bagellardus podkreślał, że leczenie płaczu czy
bezsenności powinno się zaczynać od łagodniejszych środków ze
względu na sedatywne działanie opium. Harris był nieugiętym przeciwnikiem stosowania opium u noworodków podkreślając, że są inne
środki, które mogą przynieść ulgę, jeśli są podawane w wystarczających ilościach.
7
Nie wiadomo, czy Bagellardus i Harris wiedzieli
o uzależniającym działaniu opioidów.Oprócz tych sposobów leczenia
4
Temkin O: “Soranus’ gynecology”. Johns Hopkins Press, Baltimore, 1956;
s. 79-174
5
Unruh AM: “Voices from the past: ancient views of pain in childhood”.
Clin J Pain 1992; s. 247-254.
6
Cruse JM: “History of medicine: the metamorphosis of scientific medicine
in the ever-present past”. American Journal of Medical Science, 1999;
s.171-80.
7
Clendening L: “Source book of medical history”. Courier Dover Publications, Dover, 1960; s.262-263.
116
bólu starożytni pisarze wspominali, że zapewnienie dziecku komfortu
i poczucia bezpieczeństwa może być elementem postępowania prze8 9
ciwbólowego. ,
Na początku XX wieku ciągle uważano, że płacz przynosi korzyści układowi oddechowemu, np. w 1908 r. Holt uważał, że noworodek powinien płakać po 15-20 min dziennie żeby rozprężać płuca.
Obecnie, płacz uważany jest za sposób komunikowania podstawowych potrzeb, nie zawsze musi być oznaką bólu. Niektórzy badacze
uważają, że istnieje rozwojowy wzorzec płaczu.
Płacz noworodka jest fizjologiczną odpowiedzią na biologiczne
zagrożenia jak głód, ból, choroba, uraz. Starsze niemowlęta płaczą
także w zależności od stanu emocjonalnego.
10
Płacz i towarzyszące
mu zmiany w zachowaniu podczas snu czy aktywności stały się podstawą skonstruowania nowoczesnych skal do mierzenia bólu, jak np.
Children’s Hospital of Eastern Ontario Pain Scale.
11
W XX wieku, kiedy medycyna „przejęła władzę” nad porodami,
wniosła jednocześnie podejście odrzucające pojęcie odczuwania bólu
8
Temkin O: “Soranus’ gynecology”. Johns Hopkins Press, Baltimore, 1956;
s. 79-174.
9
Cruse JM: “History of medicine: the metamorphosis of scientific medicine
in the ever-present past”. American Journal of Medical Science, 1999; s.
171-80.
10
Lester BM:” Introduction: there’s more to crying then meets the ear”. In:
Infant crying: theoretical and research perspectives. New York Plenum
Press, New York 1985; s. 1-27.
11
Mc Grath PJ, Cunningham SJ, Schillinger J, Dunn J, Chapman J: “The
CHEOPS: a behavioral scale to measure postoperative behavior in children”.
Advances in Pain Research and Therapy, 1985; s.395-402.
117
u noworodków, wynikające ze starożytnych uprzedzeń i „naukowych”
dogmatów. Bolesne doświadczenia dzieci z lekarzami mają miejsce
do dziś w neonatologii, chirurgii noworodka, agresywnym położnictwie
i religijnych rytuałach. Niemowlęta były w niebezpieczeństwie zanim
zaczęto traktować je, jako prawdziwych ludzi oraz akceptować ich
uczucia i doświadczenia. Głębokie uprzedzenia odbijały się cieniem
na noworodkach przez wieki: były traktowane, jako podludzie, przedludzie lub jak to ujął Luis de Granada w XVI wieku „niższe zwierzę
w ludzkiej postaci”. W Wieku Nauki (XVI-XVIIIw), sytuacja dzieci nie
zmieniła się na lepszą. Autorytety naukowe pozbawiły niemowlęta
krzyku przez nazywanie go „przypadkowym dźwiękiem”, okradli je
z uśmiechu przez nazywanie go „skurczem mięśni”; pozbawili je
wspomnień, nazywając je „fantazjami” i okradli ich z bólu, nazywając
12
go „odruchem”.
Jeszcze do niedawna panowała opinia, że dzieci odczuwają ból
w mniejszym stopniu niż dorośli, a noworodki wcale. Niektórzy naukowcy i klinicyści uważali, że noworodek nie ma, lub ma bardzo niewielkie, doświadczenie bólowe, więc nie odczuwa różnicy między bólem a przyjemnością.
13
Uważano, że wrażliwość na ból wzrasta
z wiekiem, jako wyuczona odpowiedź na bodźce.
12
David B. Chamberlain; “How Well Do Clinical Pain Assessment Tools
Reflect Pain in Infants”? PloS Medicine, czerwiec 2008
13
Maurer D, Maurer C: “The world of newborn”. Basic Books, New York,
1988; s. 32-40.
118
Większość XX-wiecznych twierdzeń na temat bólu u dzieci została sformułowana w oparciu o teorię biorącą pod uwagę fizjologiczne domniemanie, że całkowita mielinizacja komórek nerwowych, niezbędna do funkcjonowania dróg nerwowych, jest niezbędna do umożliwienia odczuwania bólu. Nawet, jeśli wątpiono, że fizjologiczna niedojrzałość jest wystarczającym wytłumaczeniem na niewrażliwość
dzieci wobec bólu, pisano, że dzieci są bardziej odporne na ból niż dorośli. Opisując operację u dziecka, Thorek twierdził: „często znieczulenie nie jest potrzebne. Gąbka zamoczona w wodzie z cukrem często
14
wystarczy, żeby uspokoić dziecko” ; Swafford i Allen natomiast pisali:
„pacjenci pediatryczni rzadko potrzebują leków w celu uśmierzenia bólu pooperacyjnego, ponieważ dobrze tolerują dyskomfort. Dziecko
mówi, że nie czuje się dobrze, że czuje się nieswojo albo chce do rodziców, ale często nie odnosi tego nieszczęścia do bólu”.
15
W 1941 r. Mc Graw oceniała reakcje dzieci na ból spowodowany nakłuciem pięty w celu pobrania krwi do badań. Przebadała 75
dzieci w wieku od kilku minut po urodzeniu do 4 lat. Wyniki badań
ujawniły, że najmłodsi chorzy w wieku od kilku minut do kilku dni po
urodzeniu nie reagują na ból albo ich reakcja jest rozproszona;
u dzieci starszych reakcja staje się bardziej zlokalizowana. Mc Graw
uważała, że próg bólu u noworodków na bodźce zewnętrzne jest wy-
14
Thorek M: “Modern surgical technique” (Vol. III). Lippincott, Montreal,
1938; s. 20-21.
15
Stafford LI, Allen D: “Pain relief in pediatric patient”. Medical Clinics of
North America, 1968; s. 131-136.
119
soki oraz że nie potrafią one rozpoznawać i lokalizować źródła zewnętrznej stymulacji bólowej. Te informacje uznano za przełomowe
i funkcjonowały one w środowisku medycznym przez następne 30 lat.
Nie zwrócono przy tym uwagi na błędy metodologiczne tego badania
– nie podzielono badanej grupy w zależności od stanu klinicznego
dziecka. Przyjęto, że małe dzieci, które prawdopodobnie nie mają pamięci bólowej, nie potrzebują uśmierzania bólu.
16
Merskey sugerował,
że pojmowanie bólu przez dzieci jest niedojrzałe i że tą zdolność nabywa się z wiekiem. Uważał, że nawet, jeśli noworodki odczuwają ból
– ich reakcja jest o wiele słabiej wyrażona niż u dorosłych. Był on
członkiem interdyscyplinarnego komitetu, który stworzył pierwszą definicję bólu, jako: „nieprzyjemne czuciowe lub emocjonalne doświadczenie związane z obecnym lub potencjalnym uszkodzeniem tkanek
lub opisywane w kategoriach takiego uszkodzenia”. Należy zwrócić
uwagę, że ból jest zawsze subiektywny. Każdy uczy się zastosowania
tego słowa poprzez doświadczenia związane z urazami z początkowych okresów życia”.
17
Definicja ta stała się fundamentem każdej po-
wstającej publikacji dotyczącej bólu u małych dzieci. Proszę zwrócić
uwagę, że publikacja ukazała się w 1979 roku- zaledwie przed trzema
dekadami. Podręczniki dotyczące rozwoju człowieka popierały przekonanie, że niemowlęta nie są zdolne do odczuwania bólu w taki sam
16
Mc Graw MB: “Neural maturation as exemplified in the changing reaction
of the infant to pin prick” in: The neuromuscular maturation of the human infant. (Ed.: Mc Graw MB), Hafner, New York, 1969; s. 42-47.
17
Merskey H:” Pain in terms: a list with definitions and notes on usage”. Pain
1979; s. 249.
120
sposób jak dorośli. Mc Graw sprawiła, iż wierzono, że wynika to dodatkowo z nie w pełni rozwiniętych połączeń między częścią receptorową układu nerwowego a wyższymi ośrodkami nerwowymi. W trzeciej edycji „Rozwoju człowieka po urodzeniu” Sinclaira twierdzono:
„noworodek […] potrafi czuć smak, zapach, ale może nie mieć w pełni
rozwiniętego odczuwania bólu”. Jednak w szóstej edycji tego podręcznika (1998 r.) pisano już, że nie wiadomo dokładnie jak dobrze
rozwinięte jest czucie bólu u dzieci, a niektórzy eksperci zaczęli uwa18
żać, że nawet płód może odczuwać ból. W artykule poglądowym na
temat rozwoju mózgu ludzkiego Sidman i Rakic donosili, że kora mózgowa ma kompletną strukturę anatomiczno-fizjologiczną już w połowie okresu ciąży. Wtedy, po raz pierwszy, zaczęto postrzegać ból nie
z perspektywy rozwoju poznawczego, ale jako kwestię anatomiczną
i fizjologiczną.
19
Koncepcja zakładająca, że percepcja bólu zależy od
stopnia rozwoju nie została jednak jeszcze całkiem porzucona. Zastanawiano się, czy układ nerwowy noworodka jest wystarczająco rozwinięty żeby przekazywać i odbierać sygnały bólowe, mniej – czy dzieci
mają zdolność rozumienia swojego bólu.
W 1980 r. Valman i Pearson w rozważaniach: „Co czuje płód”
wyjaśniali, że płód może słyszeć i reagować na światło dobiegające
spoza macicy w ostatnich tygodniach ciąży. Stwierdzali, że młode pło-
18
Zisk RY:” Our youngest patient’s pain-from disbelief to belief”? Pain
Management Nursing, 2003; s. 40-51.
19
Sidman RL, Rakic P: “Neuronal migration, with special reference to developing human brain: a review”. Brain Res 1973; s. 1-35.
121
dy „dotykane” mają tendencje do uciekania, a bardziej dojrzałe poruszają się w kierunku bodźca. Podkreślali, że płody muszą być poddawane głębokiej sedacji podczas wykonywania procedur wewnątrzmacicznych manipulacji, takich jak np. transfuzje wewnątrzmaciczne (aby
płód nie uciekł przed igłą). Tętno płodu przyspiesza w ciągu pierwszej
minuty od rozpoczęcia procedury i wraca do poziomu wyjściowego tuż
po jej zakończeniu. Ta publikacja stała się podstawą do poznania fizjologicznych reakcji związanych z bólem w najwcześniejszym okresie
życia człowieka. W późniejszych latach potwierdzono, że płody potrafią okazywać, iż odczuwają ból w sposób podobny do dorosłych.
20
Robinson i Gregory w 1981 r. jako jedni z pierwszych podkreślali, że
właściwe znieczulenie jest niezbędne u noworodków poddawanych
procedurom chirurgicznym.
21
Inni autorzy zwracali uwagę na niewła-
ściwie prowadzoną analgezję pooperacyjną u dzieci: część z nich nie
otrzymywała wcale leczenia, a tylko 35% dzieci otrzymywało opioidy
w dawkach terapeutycznych.
22
W 1984 r. Owens zakwestionował teo-
rię i definicję bólu opublikowaną wcześniej przez Merskey’a. Podkreślał znaczenie innych sposobów oceniających poziom bólu w sytuacji,
kiedy chory ma ograniczoną zdolność do ekspresji werbalnej, takich
20
.Valman HB, Pearson JF: “What the fetus feels”. British Medical Journal,
1980; s.233-234.
21
Robinson S, Gregory GA:” Fentanyl-air-oxygen anesthesia for ligation of
patent ductus arteriosus in preterm infants”. Anesthezy Analog, 1981; s.331334.
22
Beyer JE, DeGood DE, Ashley LC, Russell GA:” Patterns of postoperative analgesic use with adults and children following cardiac surgery pain”, 1983; s. 71-81.
122
jak pomiar częstości akcji serca, stężenia kortyzolu we krwi oraz obserwowanie zachowania np. płaczu czy wyrazu twarzy.
23
Jak na ironię, w rękach lekarzy XX wieku, urodzenia stały się
bardziej bolesne dla dzieci niż miało to miejsce w przeszłości. Generalnie, lekarze nie byli zaniepokojeni bólem niemowląt, a bardziej samymi zagrożeniami płodu (np. wahania rytmu serca). Dlatego też
zdobycze medycyny stały się dla noworodków źródłem bólu i cierpienia, np.:
1. Ból podczas porodu w szpitalu.
W ciągu ostatniego półwiecza, poród w szpitalu stał się standardem rodzenia. Z punktu widzenia noworodka, nowy rodzaj porodu
charakteryzuje się serią bolesnych procedur. Źródła bólu to: rany głowy spowodowane elektronicznym systemem monitorowania, pobieranie krwi w czasie porodu, ekstrakcje kleszczowe (spowodowane przez
częstsze teraz zewnątrzoponowe znieczulenie matki), ekstremalne
zaburzenia orientacji spowodowane trzymaniem za pięty do góry nogami, temperatura pomieszczenia i narzędzi 20 stopni niższa od tej
panującej w łonie matki, jasne światło, hałas, nakłucia pięty, zastrzyki
z witaminami, szczypiące krople do oczu, drażniące wycieranie i mycie, nagłe oddzielenie od matki i umieszczanie w pomieszczeniu pełnym innych płaczących noworodków; to wszystko jest wyraźnym bolesnym, denerwującym i rażącym naruszeniem zmysłów dziecka. Po23
Owens ME: “Pain in infancy: conceptual and methodological issues. Pain”, 1984; s.
213-230.
123
łożnicy bronią wszystkich tych praktyk, nazywając je potrzebnymi dla
„najlepszej opieki”.
2. Ból w łonie matki.
Nawet przed urodzeniem, istnieją warunki, które mogą wywołać
ból i płacz dziecka. Kiedy powietrze dostaje się do krtani noworodka,
możliwym staje się usłyszenie płaczu. „Płacz w łonie matki" (znany jako vagitus uterinus) jest dramatycznym sygnałem płodu na ból, rzadko, ale dobrze udokumentowany na przestrzeni lat.
24 25 26
Praktycz-
nie wszystkie dzisiejsze przypadki płaczu płodu są wywoływane położniczymi manipulacjami: testy, celowe przekłuwanie worka owodniowego i przymocowywanie elektrod do głowy lub pobrania krwi
z żył na głowie, gdy dziecko jest nadal w kanale rodnym. Fakt, że 20%
tych płaczących płodów umiera, jest świadectwem znaczenia i pilności
ich krzyku.
24
27
Graham, M. “Intrauterine Crying”, British Medical Journal, vol. 1, May 31,
1919; s. 675.
25
Russell, P.M.G. “Vagitus Uterinus: Crying in Utero”, The Lancet, vol. 1,
1957; s.137-138.
26
Thiery, M., A. Yo Le Sian, M. Vrijens, D. Janssens. ”Vagitus Uterinus”, Journal of Obstetrics & Gynecology of the British Commonwealth, vol.
80, 1973; s. 183-185.
27
Ryder, G.H. “Vagitus Uterinus”, American Journal of Obstetrics & Gynecology, vol. 46, 1943; s..867-872.
124
3. Ból w Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka.
Noworodki przedwczesnie urodzone i te z ciężkimi schorzeniami
muszą zmierzać się z bólem. Ból staje się głównym towarzyszem tego
życia, ponieważ przez cały czas dzieci są unieruchomione a rurki in28
tubacyjne, ssaki, sondy i cewniki penetrują ich gardła. Ciągle w tych
małych ciałkach tkwią rury, igły, druty; ich delikatna skóra łatwo ulega
poparzeniu alkoholem stosowanym do dezynfekcji np. przed wkłuciami lub jest przypadkowo zdarta, gdy usuwane są plastry i elektrody.
Śmiertelność i zachorowalność na tego typu oddziałach jest wysoka.
Dzieci cierpią emocjonalnie, poznawczo, opóźniony jest także ich
rozwój neuromotoryczny.
29
4. Ból podczas operacji bez znieczulenia.
Noworodki i niemowlęta do 18-go miesiąca życia, były rutynowo
operowane bez środków znieczulających. Tak było w praktyce przez
dziesięciolecia, ale był to fakt nieznany opinii publicznej aż do roku
1985, gdy pewni rodzice odkryli, że ich ciężko chore, przedwcześnie
urodzone dzieci poddawane były poważnej operacji bez podania nar-
28
Marshall, R.E. “Neonatal Pain Associated with Caregiving Procedures”, Pediatric Clinics of North America, vol. 36, no. 4, 1989; s. 885-903.
29
Coolman, R.B., F.C. Bennett, C.J. Sells, M.W. Swanson, M.S. Andrews,
N.M. Robinson. “Neuromotor Development of Graduates of the Neonatal Intensive Care Unit: Patterns Encountered in the First Two Years of
Life”, Journal of Developmental & Behavioral Pediatrics, vol. 6, no. 6, 1985
s. 327-333.
125
kozy.
30 31
Do tego czasu, dzieci były zazwyczaj paraliżowane kurarą
do zabiegu, co uniemożliwiało im „kiwnięcie palcem” lub nawet wydanie jakiegokolwiek dźwięku protestu! Jill Lawson poinformowała, że jej
przedwcześnie narodzone dziecko- Jeffrey, miał wycięte otwory po
obu stronach szyi, w prawej piersi, nacięcie od okolicy mostka do kręgosłupa, złamane żebra oraz, podwiązaną dodatkową tętnicę w okolicy serca. Kolejny otwór został wycięty w lewym boku w celu umieszczenia drenu; to wszystko, podczas gdy on nie spał, a był sparaliżowany za pomocą leków! Anestezjolog, który był przy zabiegu powiedział: „Nigdy nie zostało wykazane, że wcześniak odczuwa ból”.
32
Pani Lawson opisała najczęściej wykonywaną u wcześniaków operację- torakotomię z powodu występowania przetrwałego przewodu tętniczego. Eksperci wierzyli, że może być ona „bezpiecznie wykonana
przy użyciu tlenu i pankuronium, jako jedynych środków farmakologicznych”.
33
Dopiero po tym, jak rodzice rozgłosili ich historię w telewi-
zji, radio i prasie, podejście etyczne do tego typu praktyk zaczęło być
po raz pierwszy tematem poważnych rozważań. Główne medyczne
sprzeciwy odnośnie znieczulania niemowląt głosiły, że jest ono zbędne i niebezpieczne. Zostały one rozwiane dzięki badaniom Kanwal
30
Lawson, J. Letter. “Birth”, vol. 13, no. 2, 1986; s. 125.
Lawson, J. Letter. New England Journal of Medicine, May 26, 1988;
s.1198.
32
Lawson, J. Letter. Perinatal Press, vol. 9, 1986); s. 141-142.
33
Wesson, S.C.” Litigation of the Ductus Arteriosus: Anesthesia Management of the Tiny Premature Infant”, Journal of the American Association of
Nurse Anesthetists, vol. 50, 1982 ; s. 579-582.
31
126
Anand i wsp. w Oksfordzie w latach 1985/87. Dokonując dokładnych
pomiarów reakcji niemowlęcia na zabieg chirurgiczny, udowodnili, że
dzieci doświadczały bólu, potrzebowały i dobrze tolerowały znieczulenie i prawdopodobnie umierały z powodu wstrząsu metabolicznego
i endokrynologicznego po operacjach przeprowadzanych bez znieczulenia.
34
Po tych wynikach badań, wśród buntu rodziców, lekarze za-
częli uwzględniać potrzebę zmian i obiecali traktować noworodki
w chirurgii tak jak innych pacjentów, co zakończyło 140 lat dyskrymi35
nacji tych bezbronnych istot. .
Zwalczanie bólu u noworodków ma na celu nie tylko zapobieganie nieprzyjemnym doznaniom, ale także ochronę przed niekorzystną
dla organizmu reakcją na stres. Ból może powodować u noworodka
zaburzenia w funkcjonowaniu wielu układów i narządów, a wyzwolone
reakcje metaboliczne i endokrynologiczne mają negatywny wpływ na
przebieg leczenia. Znany jest ujemny wpływ bólu na układ immunologiczny. Do najbardziej widocznych, łatwych do oceny zmian, będących wynikiem działania bodźca bólowego należą zaburzenia w układzie sercowo-naczyniowym. Występują one w postaci tachykardii,
a także wahań ciśnienia tętniczego. W konsekwencji prowadzi to najczęściej do obniżenia wartości ciśnienia parcjalnego tlenu we krwi tętniczej i niedotlenienia tkanek. Szczególnie niebezpieczne są wahania
34
Anand, K.J.S. “Hormonal and Metabolic Functions of Neonates and Infants Undergoing Surgery”, Current Opinion in Cardiology, vol. 1, 1986; s.
681-689.
35
Poland, R.L., R.J. Roberts, J.F. Gutierrez-Mazorra, E.W. Fonkalsrud.
“Neonatal Anesthesia”, Pediatrics, vol. 80, no. 3, 1987; s. 446.
127
ciśnienia krwi u noworodków z bardzo niską lub z krańcowo niską
urodzeniową masą ciała. Powodują one zmiany ciśnienia wewnątrzczaszkowego, mogące doprowadzić do powstania lub nasilenia się
36
krwawienia w ośrodkowym układzie nerwowym.
Obecnie nie ma już wątpliwości, że nawet najmłodsze dzieci
odczuwają ból i każdemu z nich należy zapewnić właściwe a więc
skuteczne i bezpieczne leczenie. Prowadzone są badania nad zastosowaniem różnych metod zwalczania bólu. Amulety czy przepowiednie nie są już oczywiście stosowane, ale mogą być ciągle częścią
praktyk religijnych czy kulturowych. Terapia bólu u noworodka przez
leczenie mamki jest rzadziej brana pod uwagę, chociaż skład mleka
kobiecego oraz dieta matki karmiącej są nadal szczegółowo badane,
37
jako czynniki mogące powodować kolkę.
Leki działające sedatywnie
i przeciwbólowe od dawna stosowane są u pacjentów dorosłych. Jednak dopiero od drugiej połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku,
datuje się wyraźny wzrost zainteresowania tą formą terapii u noworodków.
Znieczulenie do bolesnych zabiegów u noworodków może mieć
charakter ogólny lub miejscowy. Stosując znieczulenie miejscowe lub
przewodowe unika się depresji oddechu i bezdechów. Uspokojenie
36
Piotrowski A.; “Metody ograniczania bólu noworodków z intensywnej terapii”, W: Materiały z II Międzynarodowego Zjazdu Położnych, Położnych
Rodzinnych i Neonatologicznych „Edukacja poporodowa- profilaktyka
zdrowej rodziny”, Świnoujście 23-26 kwietnia 2008, s. 16-20.
37
Unruh AM: “Voices from the past: ancient views of pain in childhood”.
Clin J Pain 1992; s. 247-254.
128
noworodka i uzyskanie u niego efektu analgetycznego można osiągnąć w sposób dość niekonwencjonalny, lecz skuteczny, poprzez podaż słodkiej substancji na przednią część języka. Najbardziej przydatna okazała się glukoza w stężeniu 25%, jednak efekt roztworu 20%
jest także wyraźny. Efekt uspokajający obecny jest także po podaniu
fruktozy, cukrozy czy mleka matki, działanie tych substancji jest jednak słabsze. Mechanizm działania ww. środków jest, jak się wydaje
związany z uruchomieniem endogennych szlaków opioidowych. Odczuwanie słodkiego smaku jest rozwinięte nawet u wcześniaków
i u nich metoda ta może mieć także szerokie zastosowanie.
38
Leki przeciwbólowe podawane doustnie, w postaci czopków, iniekcji lub maści są najczęstszymi sposobami postępowania. Stosowanie opioidów jest szeroko dyskutowane; obawa przed uzależnieniem
zbyt często przesłania ich skuteczność w uśmierzaniu bólu, choć nie
ma dowodów, że dzieci leczone opioidami stają się narkomanami.
Szeroko stosowane są również niefarmakologiczne metody psychologiczne: relaksacja, obrazowanie kognitywne, terapia rodzinna i grupowa a także metody fizyczne: oparta na zasadzie sprzężenia zwrotnego - bioofeecbek czy przezskórna stymulacja elektryczna. Złotą regułą w postępowaniu przeciwbólowym jest tzw. analgezja z wyprzedzeniem, koncepcja zakładająca rozpoczęcie podawania leków prze38
Piotrowski A.; “Metody ograniczania bólu noworodków z intensywnej terapii”, W: Materiały z II Międzynarodowego Zjazdu Położnych, Położnych
Rodzinnych i Neonatologicznych „Edukacja poporodowa- profilaktyka
zdrowej rodziny”, Świnoujście 23-26 kwietnia 2008, s. 16-20.
129
39
ciwbólowych jeszcze przed zadziałaniem bodźca bólowego . Najważniejszym czynnikiem ograniczającym u noworodka traumatyczne
oddziaływanie bólu i strachu są działania najprostsze: wygodne ułożenie w „gniazdku”, przyjazny, ciepły dotyk, trzymanie go na piersi
(„kangurowanie”), nawet w czasie wykonywania zabiegów, a w końcu
specjalne techniki pielęgnacji dziecka lub uspokajania go.
40
Na szczęście nie ma już potrzeby kłucia noworodków szpilkami
w celu sprawdzenia czy czują ból. Jest to oczywiste, a przede wszystkim potwierdzone setkami przeprowadzonych, nie zawsze etycznych
eksperymentów. Nie pozostaje nam nic innego, jak rzetelne i świadome wykorzystanie tej wiedzy w naszej praktyce.
Streszczenie
W czasach starożytnych panowało przekonanie, że noworodki
i dzieci odczuwają ból tak samo a nawet bardziej niż dorośli. Zatem
podejmowano szereg dyskusji w oparciu o wiedzę fizjologiczną i filozoficzną i zastanawiano się nad metodami oceny natężenia bólu i jego
eliminacji. Wśród różnych stosowanych sposobów leczenia bólu
wskazywano także na konieczność zapewnienie dziecku komfortu
i poczucia bezpieczeństwa, jako elementu postępowania przeciwbólowego.
39
Gottschalk A, Smith DS:” New concepts in acute pain therapy: preemptive
analgesia”. American Family Physician 2001; vol. 63, s.1979-1984.
40
Helwich E.; „Wcześniak”, PZWL Warszawa 2002, s.147.
130
W XX wieku, kiedy medycyna „przejęła władzę” nad porodami,
wniosła jednocześnie podejście odrzucające pojęcie odczuwania bólu
u noworodków, wynikające ze starożytnych uprzedzeń i „naukowych”
dogmatów.
Jeszcze do niedawna panowała opinia, że dzieci odczuwają ból
w mniejszym stopniu niż dorośli, a noworodki wcale. Niektórzy naukowcy i klinicyści uważali, że noworodek nie ma, lub ma bardzo niewielkie doświadczenie bólowe, więc nie odczuwa różnicy między bólem a przyjemnością.
Praca zawiera 22 603 znaki (> 0,5 arkusza wydawniczego)
131
132
Uczeń pacjentem lekarza szkolnego
w II Rzeczypospolitej
(na przykładzie województwa lubelskiego)
Joanna Majchrzyk-Mikuła
Zakład Historii i Teorii Kształcenia,
Instytut Nauk Pedagogicznych Wydział Nauk Społecznych
Filia w Piotrkowie Trybunalskim
Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego
Jana Kochanowskiego w Kielcach
ul. J. Słowackiego 114/118, 97-300 Piotrków Trybunalski
[email protected]
Przeobrażenia społeczne i ekonomiczne zawsze wywierały
wpływ na egzystencję dziecka. Zwłaszcza w okresie II Rzeczypospolitej, kiedy trudna sytuacja materialna i polityczna w kraju nie sprzyjała
prawidłowemu rozwojowi opieki nad młodym pokoleniem. Byt nieletnich uzależniony był od pochodzenia, a przede wszystkim statusu materialnego rodziców. Przeprowadzone w okresie międzywojennym badania nad rodzinami wiejskimi i robotniczymi wykazały, iż niewiele
z nich było w stanie zapewnić właściwe warunki do życia i rozwoju
swemu potomstwu (11). Zdecydowana większość z nich zamieszkiwała tereny wiejskie. Szczególnie trudna sytuacja była dzieci z województw wschodnich, a także z centralnych, gdzie wieś cechowała się
dużym
zubożeniem
społeczeństwa,
które
ciągle
borykało
się
z głodem, zimnem i chorobami. Tereny te były bowiem w latach 1914-
133
1920 wielokrotnie dewastowane w czasie działań zbrojnych (9, 26).
Dlatego też możliwości rozwoju dzieci stworzone przez rodzinę wiejską okresu międzywojennego dalekie były od ideału, wpływając na
znaczne zwiększanie się liczby pacjentów. Najwięcej kontrowersji budziły warunki mieszkaniowe, które na ogół były fatalne. Najczęściej
wszyscy sypiali w jednej izbie. Często w tym samym pomieszczeniu
obok znajdował się inwentarz. O trudnej sytuacji dziecka wypowiadała
się m.in. Maria Lipska-Librachowa, zwracając uwagę na […] brak studzien zamkniętych, bliskość obory, stajni i chlewa, nawóz w najbliższym sąsiedztwie chaty, rojowisko much-wszystko to składało się na
całość warunków niesprzyjających zdrowiu i normalnemu rozwojowi
dziecka […] (16). Podobnie wyglądały sprawy higieny osobistej.
W społeczności wiejskiej nie przywiązywano wagi do czystości. Wynikało to braku odpowiednich warunków, miejsca, a nawet naczynia
przeznaczonego wyłącznie do mycia. Mieszkańcy wsi używali do tego
celu wiadra, lub innego naczynia, które często stosowane było nie tylko do mycia, ale także do innych czynności gospodarskich. Zazwyczaj
codzienna toaleta ograniczała się do opłukania twarzy i oczu. Często
jednak zdarzały się przypadki, jak opisuje w pamiętniku Wilhelm Kalita, gdzie […] w niektórych wioskach odległych od rzeki czy potoku są
dzieci szkolne, a nawet dorośli, którzy w życiu swem nie kąpali się. Po
całodziennej pracy kładą się spać brudne, często w odzieniu, by rano,
nieraz bez mycia się pójść do szkoły lub swego zajęcia[…] (5). Na wsi
panowało fałszywe wyobrażenie o szkodliwości regularnych kąpieli.
Dlatego też tylko kilka razy do roku ludność wiejska kąpała się. Oka-
134
zjami do umycia całego ciała były święta oraz inne uroczystości rodzinne np. wesela (27). Również wiele do życzenia pozostawiały warunki bytowe uczniów miasteczek i większych aglomeracji miejskich.
Położenie w jakich przyszło im żyć, odbiegało znacznie od tego, które
potrzebne było do normalnego rozwoju dziecka. […] ciężkie warunki
materialne, głód – w konsekwencji sprawiają, że dziecko miejskie to
istota niedorozwinięta, niedokrwista, pozbawiona sił odpornych –
a więc podatny materiał dla chorób […] (23). Źle odżywiona młodzież,
mieszkająca w ciasnych zawilgoconych mieszkaniach bardzo często
umierała na gruźlicę. Natomiast blisko połowa dzieci urodzonych
w tym środowisku nie dożywała roku.
Zbyt niski stan higieny społeczeństwa oraz katastrofalna sytuacja sanitarna, była zasadniczym źródłem panującego powszechnie
brudu, który niewątpliwie miał wpływ na stan zdrowia i jakość życia
dzieci i młodzieży. Choroby w owym czasie atakowały je w równym
stopniu, bez względu na środowisko. Istotny wpływ na wzrost zachorowań, powiększanie się liczby pacjentów wywodzących się z grona
uczniów miały jednak także i inne czynniki. Można je choćby ukazać
na przykładach z województwa lubelskiego. Leżało ono w centrum
II Rzeczypospolitej, graniczyło zarówno z ziemiami wschodnimi, na
których szczególnie często występowały choroby zakaźne, jak i z innymi obszarami, gdzie zachorowalność była mniejsza.
Jak wiadomo, wśród wielu występujących wówczas chorób infekcyjnych były i takie, których bakterie roznosiły pasożyty, przykładowo dur osutkowy - jego zarazki chorobotwórcze przenoszą wszy.
135
Rozpowszechnioną w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego
wieku jaglicą często zarażano się poprzez brudne ręczniki, używane
przez wiele osób, przez dłuższy czas. W obszernym artykule omawiającym szerzenie się tej choroby w różnych zakładach opiekuńczych
doktor medycyny Marian Zachert pisał w roku 1928 […] Charakterystycznym jest, że w woj. śląskim np. gdzie zakłady opiekuńcze są dobrze urządzone (umywalnie z bieżącą wodą, ręczniki, ogólna czystość) tylko 4,5% dzieci jagliczych uległo zakażeniu w zakładzie,
a 95,5% najprawdopodobniej już przybyło do zakładu z jaglicą […]
(28). Również źródłem różnych chorób skóry, na przykład świerzbu,
było elementarne nie przestrzeganie higieny. Brak ogólnej dbałości
o czystość powodowało rozprzestrzenianie się ostrych chorób zakaźnych przewodu pokarmowego na czele z durem brzusznym oraz
czerwonką. To tylko niektóre przykłady (6, 10, 22).
Stan higieny osobistej uczniów w omawianym okresie pozostawał bardzo często wiele do życzenia. W najróżniejszych przekazach dokumentach sprawozdawczych, artykułach prasowych czy w opracowaniach – stale pojawiają się informacje na ten temat. W piśmie dyrektora ośmioklasowego Filologicznego Gimnazjum imienia Stanisława Staszica w Lublinie 22 stycznia 1919 roku podano […] młodzież ta
nie jest wolna od pasożytów […] młodzież szkoły pochodzi w 9/10 ze
sfer, wśród których zamiłowanie porządku i czystości, znajomość higieny i zasad zdrowotności jest bardzo nikła, zmusza szkołę do urządzenia w gmachu szkolnym kąpieli natryskowych […] (2). Kilka lat
później, we wrześniu 1922 r., doktor medycyny Wacław Pawłowski,
136
w miejscowej codziennej gazecie „Ziemia Lubelska”, tak opisywał stan
czystości uczniów […] Dziatwa nasza w ogóle nie odznacza się dbałością o czystość ciała i zdarza się jeszcze widzieć jednostki uderzająco niechlujne. Szyję, uszy, stopy, a nade wszystko kolana tych okazów (na szczęście coraz rzadszych) pokrywa skorupa brudu - ciemna,
cuchnąca, z trudem zaledwie usuwalna. Zwykłym zjawiskiem jest wtedy świerzba, pryszczyca, liszaje, wrzodzianki, a przede wszystkim
wszawica. Wstrętnie brudna i w dodatku niekompletna bielizna uzupełnia ten obraz […] (15). Ten trudny nam obecnie do wyobrażenia
wygląd dzieci i młodzieży, uczęszczającej przecież systematycznie do
szkół, znalazł potwierdzenie w kolejnej prasowej publikacji, która pojawiła się pięć lat później. Można więc domniemywać, iż opisane braki
występowały przez dłuższy czas. W krótkim gazetowym doniesieniu
z posiedzenia lubelskiej powiatowej Rady Szkolnej, odbytego w maju
1927 r. z udziałem lokalnych władz, między innymi poinformowano
społeczeństwo, iż […] Rada Powiatowa postanowiła zwrócić się do
poszczególnych Dozorów Szkolnych, by szkoły swoje zaopatrzyły
w miednice, dzbanki, mydło, ręczniki itd., a to dlatego, że 70 procent
dzieci jest brudnych, co w znacznym stopniu sprzyja rozszerzaniu się
różnego rodzaju chorób […] (29). W następnym roku doktor medycyny
Klemens Sokal, prezentując szczegółowo różne kwestie dotyczące
zdrowotności i zachorowalności dzieci i młodzieży wspomnianego powiatu lubelskiego obliczył, że […] Wszy i gnidy - chłopcy 371, dziewczęta 495, razem 866, choroby skórne 31 […] Czystość ciała: kąpie
się 1 x tyg. - 282, 1 x 2 tyg. - 129, 1 x mies. - 226, 1 x 2 mies. - 59,
137
1 x 3 mies. - 98, 1 x 4 mies. - 76, 1 x 6 mies. - 217, 1 x rok - 158, wcale nie - 821 […] (24). Dane te dobitnie pokazują, jak zły był stan higieny osobistej ówczesnych uczniów, a zapewne i ich rodzin, bo w takich
wypadkach dzieci nie były wśród swych najbliższych wyjątkiem. Jeśli
podzielić tę grupę uczniów na dwie części, to zaledwie 696 spośród
nich kąpało się regularnie, przynajmniej raz na dwa miesiące, najwięcej jednak raz w tygodniu lub raz w miesiącu. Druga część była niemal
dwukrotnie większa. Wśród nich zdecydowanie przeważali uczniowie,
którzy nie kąpali się wcale. Było ich więcej, niż tych, korzystających
z takich udogodnień cywilizacyjnych systematycznie, przynajmniej raz
na dwa miesiące. W cytowanym powyżej opracowaniu przytoczono
ponadto informacje zebrane przez doktora medycyny Mateusza Mędrkiewicza, lekarza szkół powszechnych z tego terenu. W roku szkolnym 1927/1928 przebadał on 14.724 uczniów tych placówek oświatowych z 16 gmin powiatu lubelskiego, stwierdzając między innymi […]
brudne 1.729, zawszone 3.980 […] świerzb 158, parchy 10, choroby
skóry 127 […] (24).
W oficjalnym sprawozdaniu dotyczącym całego województwa
lubelskiego w roku szkolnym 1933/1934 zamieszczono dane, które
potwierdzają wymienione powyżej informacje. Dla przykładu przy dokładnych oględzinach w samym Lublinie na sześć tysięcy osiemset
czterdziestu jeden przebadanych uczniów (co stanowiło około połowę
wszystkich uczęszczających do szkół) jako brudnych określono aż
dwa tysiące czterystu pięćdziesięciu dwóch, a świerzb stwierdzono
u stu osiemdziesięciu jeden. Jeśli pomnożyć to przez dwa to prawdo-
138
podobnie w przybliżeniu pięć tysięcy uczniów w wojewódzkim Lublinie
rzadko, albo bardzo rzadko się myło! Podobne szczegółowe badania
w niektórych powiatach dały także bardzo złe wyniki. W powiecie łukowskim przeglądowi czystości poddano sześć tysięcy trzystu
uczniów, sześćset trzydziestu dwóch z nich było brudnych, dwustu
pięćdziesięciu zawszonych, a u dwudziestu sześciu wykryto świerzb.
Na innym terenie, w powiecie siedleckim, na sześć tysięcy siedemdziesięciu ośmiu dzieci do brudnych zaliczono czterystu dziewięciu,
zawszonych trzystu jedenastu, a ze świerzbem czterdziestu. Podobne
dane były i w tomaszowskim - ośmiuset zbadanych, dwustu brudnych,
trzysta pięćdziesiąt zawszonych, trzech ze świerzbem. Te ostatnie
jednak dane - zbyt zaokrąglone - nie są w pełni wiarygodne (1). Kilka
lat później, w roku sprawozdawczym 1937/1938 widać niewielkie
zmiany, zwiększyła się w niektórych wypadkach liczba badanych
dzieci, ale generalnie jednak stan higieny dzieci szkolnych w dalszym
ciągu był zły. W stolicy województwa przebadano choćby we wspomnianym czasie (1937/1938) osiem tysięcy siedemset sześćdziesięciu
siedmiu uczniów (na ponad dwadzieścia siedem siedemset tysięcy
ogółem), ale brudnych było tylko tysiąc sześćset czterdzieści osiem,
zawszonych jednak aż tysiąc trzysta siedemdziesięciu dwóch, a ze
świerzbem tylko dziewięciu uczniów. W powiecie łukowskim w tym
czasie pod opieką było ponad dziewięć tysięcy ośmiuset uczniów,
przebadano o około tysiąc mniej, do brudnych zaliczono ponad tysiąc
pięćset pięćdziesiąt, wszy stwierdzono u dwóch tysięcy czterystu
trzech, a świerzb - u dziesięciu. Na terenie siedleckiego poddano w la-
139
tach 1937/1938 oględzinom ponad sześć tysięcy ośmiuset uczniów
(z ogólnej liczby blisko dwadzieścia cztery i pół tysiąca chodzących do
szkół), jako brudnych i zawszonych zakwalifikowano po ponad ośmiuset, a świerzb wykryto aż u blisko stu uczniów (1). Jak widać taka sytuacja w znacznym stopniu zwiększała liczbę młodych pacjentów.
Taki niedobry stan higieny, który przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego był jak widać nie najlepszy, miał niewątpliwie
duży wpływ na przykład na zapadalność na dur brzuszny. Trudno bowiem przypuszczać, by w domach i rodzinach, w których nie dbano
o elementarną czystość ciała swych pociech panował ład i schludność. W piśmie Urzędu Wojewódzkiego Lubelskiego z 27 maja 1933
roku, podano liczbę pacjentów, u których wykryto tę chorobę w roku
1932. Tylko w Lublinie stwierdzono dwieście siedemnaście zachorowań, w powiecie puławskim - dwieście dziewiętnaście, lubelskim – sto
sześćdziesiąt dwa, garwoliński – sto dwadzieścia, a sokołowskim sto
dziewięć. Najmniej przypadków duru brzusznego wykryto w powiatach: tomaszowskim oraz hrubieszowskim – po dwadzieścia jeden, łukowskim - dwadzieścia trzy oraz włodawskim - trzydzieści osiem. Żaden jednak powiat nie był wolny od tej choroby, a w sumie na obszarze tego województwa wykryto w jednym tylko 1932 roku dur brzuszny
u niemal tysiąca siedemset pacjentów (3).
W różnych statystykach zwraca również uwagę problem wszawicy, a więc potencjalne zagrożenie durem osutkowym. Dla przykładu
w jednym tylko sprawozdaniu higienistki szkolnej, dokonującej przeglądu w kilku zaledwie powszechnych szkołach lubelskich stwierdzono
140
w roku 1936 […] wrzesień] - liczba dzieci przejrzanych 2.286, brudne
147, zawszone 7, z gnidami 245 […] październik] - liczba dzieci przejrzanych 3.303, brudne 182, zawszone 31, z gnidami 341 […] (2). Dur
osutkowy stanowił realne zagrożenie przez cały okres międzywojenny,
oczywiście na daleko mniejszą skalę niż w pierwszych latach drugiej
Rzeczypospolitej. W województwie lubelskim w roku 1934 zapadło na
tę chorobę dwieście siedemdziesiąt sześć osób, a zmarło osiemnaście (ponad sześć procent). W roku następnym było sto trzydzieści
zachorowań i dziesięć zgonów, a w 1936 roku odpowiednio sto
osiemdziesiąt dwa zachorowania i szesnaście zgonów z powodu duru
osutkowego (4). Dane te dotyczą wprawdzie wszystkich mieszkańców, ale zapewne wśród wymienionych pacjentów była też pewne
grupa dzieci i młodzieży, a możliwość infekcji była duża, wystarczył
choćby przelotny kontakt w sklepie, u fryzjera, albo w jakimkolwiek
miejscu, aby wszy znalazły nowego nosiciela. Można dodać, iż w roku
szkolnym 1936/1937, tylko w Lublinie, wśród uczniów szkół powszechnych, stwierdzono między innymi: dwadzieścia jeden przypadków duru brzusznego, jeden – osutkowego, czterdzieści osiem płonicy, osiem błonicy, dwieście dziesięć odry, czy siedemdziesiąt dziewięć
świerzbu. Na różne choroby zakaźne zmarło wtedy ośmiu uczniów lubelskich szkół powszechnych (2).
Mówiąc ogólnie o higienie należy również pamiętać o sprawach
związanych z jamą ustną, z chorobami i czystością zębów. Nie było
z tym najlepiej. W roku 1932 w sprawozdaniu z jednego z lubelskich
gimnazjów wspomniano wprawdzie, że zdecydowana większość
141
uczniów tej placówki myła zęby codziennie - takich uczniów było stu
trzydziestu sześciu, a tylko siedemnastu nie dbało o czystość w tym
zakresie, ale jednocześnie przytoczono liczby dotyczące leczenia zębów. Tylko w jednym roku szkolnym 1931/1932 w tej małej przecież
i elitarnej placówce założono uczniom sto siedemdziesiąt jeden plomb
i wyleczono zapalenie miazgi lub zgorzeli u pięćdziesięciu ośmiu dalszych. Nie dziwi więc, że na przykład na czternastu uczniów klasy
pierwszej tylko siedmiu nie wymagało w tym czasie pomocy dentystycznej, w klasie piątej – na dwudziestu sześciu również tylko siedmiu, a w ostatniej ósmej na dwudziestu – trzynastu (25). Takie dane
ze szkolnego gabinetu stomatologicznego pozwalają postawić duży
znak zapytania przy powyższej informacji dotyczącej higieny jamy
ustnej. Można przypuszczać, iż przynajmniej część uczniów tego gimnazjum po prostu wstydziła się przyznać, że mało dba o czystość zębów i w przeprowadzonym wywiadzie podawała inne dane, niż było
w rzeczywistości.
Poza kwestiami dotyczącymi higieny dużą rolę w poprawie kondycji dzieci i młodzieży szkolnej odgrywa jak wiadomo właściwe odżywianie - może wpływać na zwiększanie lub zmniejszanie liczby pacjentów. Również i w tym wypadku w całym okresie międzywojennym
nie było najlepiej. Świadczą o tym zarówno informacje o dożywianiu,
jak i o nie najlepszym wyglądzie, świadczącym o braku pożywienia
w tym tak ważnym dla przyszłego, dorosłego życia okresie, Są to
sprawozdania z poszczególnych placówek, jak i bardziej ogólne.
142
W dokumencie z roku szkolnego 1921/1922 z 8-o klasowej
Żeńskiej Szkoły Realnej Wł. Kunickiego z Lublina podano, iż na 314
uczennic dożywiano od 70 do 80 z nich, a ogólne […] odżywianie
i rozwój fizyczny dziewcząt średni, starszych lepszy, młodszych - klasa 2-3 gorszy […] (2). W innym sprawozdaniu z 31 stycznia 1923 roku
z Państwowego Seminarium Nauczycielskiego Męskiego w Lublinie
(do którego, wbrew nazwie, uczęszczały też dziewczęta) podano […]
Odżywianie chłopców złe 24, średnie 182, dobre 34. Fizyczny rozwój
chłopców zły 23, średni 150, dobry 58. Odżywianie dziewcząt złe 4,
średnie 70, dobre 16. Fizyczny rozwój dziewcząt zły 6, średni 43, dobry 41. 2-ch chłopców nie przyjęto z powodu wątłego zdrowia. Młodzież szkolna pochodzi ze wsi […] (2). W tym samym roku dyrektorka
8-mio klasowego Gimnazjum Filologicznego Żeńskiego w Lublinie pisała w informacji do miejscowego Magistratu […] Młodzież na ogół
odżywia się znośnie. Najbiedniejszym szkoła wydaje śniadania, w zimie gorące (dożywianie). 9-cio letni okres wojenny sprawił, że rozwój
młodzieży, jak u nas - dziewcząt w ogóle szwankuje. Waga ciał w wielu wypadkach nie jest wystarczająca. Ze względu na dość częste zapadanie na zdrowiu (zajęte „wierzchołki:”, choroby serca, układu nerwowego, anemia i.t.d.) wypada nieraz dawać urlopy uczennicom w celu odpoczynku i nabrania zdrowia. […] (2). W lubelskim Państwowym
Gimnazjum imienia Stanisława Staszica w roku szkolnym 1931/1932
[…] od listopada do kwietnia wszyscy uczniowie otrzymywali drugie
śniadanie […] (25).
143
Taka niezbyt dobra sytuacja występowała w nielicznych średnich szkołach, gdzie znaczna część młodzieży pochodziła z rodzin
nieźle sytuowanych, a więc i lepiej odżywianych. Doktor medycyny
Kazimierz Dietrich w artykule opublikowanym w końcu 1923 roku,
omawiającym uczniów szkół powszechnych powiatu lubelskiego obliczył, iż […] Pod względem odżywiania na pierwszym miejscu stoi kolonia Dąbrowa, posiadająca 41,8% dobrze odżywionych dzieci, dalej
Białka - 34,9%, Cyganka - 28,O% i nareszcie Jaszczów - 27%. Najlepsze odżywianie w koloniach jest zrozumiałe, gdyż ogólny dobrobyt
kolonistów zwykle jest daleko lepszy od dobrobytu ludności wsi i miasteczek. Przypatrując się ogólnemu stanowi odżywiania w poszczególnych szkołach widzimy jednak, że dominującym jest stan dostateczny […] (8). Z taką oceną jednak nie bardzo się można zgodzić.
Przecież nawet w najbogatszej miejscowości ponad połowa uczniów
była niedostatecznie odżywiona, a jak wyglądało to w najgorszych?
Tam pewnie tylko nieliczne dzieci miały wystarczająca ilość odpowiedniego do potrzeb pożywienia. Na poparcie takiego stwierdzenia
można przytoczyć informacje z już wykorzystanego opracowania
dr K. Sokala. Podał on, że […] Nie jada dostatecznie ciepłej strawy
24,2% Nie pije mleka w dostatecznej ilości 18,7%. Nie pije wcale mleka 14,0%. Nie jada dostatecznej ilości mięsa 53,5% […] (24). A Teodor Wolski w roku 1928 lapidarnie stwierdził […] Dzieci odżywiają się
na ogół źle, jak to wskazuje statystyka i często przychodzi dziatwa do
szkoły po zimnym śniadaniu, a nawet bez śniadania […] (19).
144
W okresie wielkiego kryzysu lat 1929-1935, gdy sytuacja wielu
rodzin była szczególnie trudna, o rozmiarach dożywiania w województwie lubelskim w jednym tylko roku szkolnym 1931/1932 informowała
w swym opracowaniu dr J. Morozowa (21). Ogółem tylko w 237 szkołach dożywiano 15.857 dzieci przez 1 do 9 miesięcy. Taką akcję prowadzono głównie w placówkach miejskich. Zależała ona niewątpliwie
nie tyle od potrzeb potrzebujących, a od zamożności lokalnych władz
samorządowych. Dla przykładu w samym Lublinie we wszystkich
dwudziestu jeden szkołach powszechnych, na ogółem dwanaście tysięcy siedemdziesięciu ośmiu uczniów akcją taką objęto trzy tysiące
siedmiuset osiemdziesięciu siedmiu z nich przez okres sześciu miesięcy, a dalszych tysiąc pięćset siedemdziesięciu dwóch przez jeden
miesiąc. W samym Chełmie we wszystkich ośmiu szkołach na prawie
cztery tysiące uczniów dożywiano od siedemdziesięciu do czterystu
siedemdziesięciu siedmiu z nich przez osiem miesięcy, a w powiecie –
ze stu czterdziestu jeden placówek pomoc w żywieniu świadczono zaledwie w siedmiu – przez dziewięć miesięcy dla od dwudziestu pięciu
do trzystu czterdziestu uczniów. W Puławach także we wszystkich
czterech placówkach akcją objęto zaledwie trzystu pięćdziesięciu
uczniów z ogółem dwóch tysięcy dziewięćdziesięciu, a w powiecie –
ze stu czternastu placówek ogółem dożywianie prowadzono w jedenastu z nich. Z dwudziestu czterech tysięcy siedmiuset czterdziestu
dziewięciu chodzących do nich uczniów pomoc w tym zakresie świadczono tysiącowi siedemdziesięciu siedmiu z nich (20).
145
Aby przeciwdziałać tak niekorzystnemu stanowi rzeczy, poprawiać zdrowotność, zmniejszać zachorowalność, również wśród
uczniów, starano się objąć opieką jak największą liczbę dzieci
i młodzieży, zwłaszcza na wsi, a także prowadzono szeroką akcję profilaktyczną.
W Sprawozdaniu z działalności sanitariatu i stanu zdrowotnego
województwa lubelskiego za rok 1935/1936 stwierdzano między innymi […]. Propaganda higieny prowadzona była głównie przez lekarzy
powiatowych, Ośrodki Zdrowia i szkoły. Na terenach wiejskich dużą
rolę odgrywały „konkursy zdrowia w chacie wiejskiej” […]. Zwalczanie
gruźlicy propagowane było intensywnie w okresie „Dni przeciwgruźliczych”. Duże znaczenie propagandowo miała Wystawa higieniczna,
zorganizowana w październiku 1935 r. w Lublinie przez Oddział Lubelski Polskiego T-wa Higienicznego przy współudziale Polskiego
Związku Przeciwgruźliczego, Instytut Spraw Społecznych, innych instytucji społecznych i gospodarczych, Zarządu m. Lublina i innych
samorządów, władz szkolnych i przy poparciu Ministerstwa Opieki
Społecznej (4). Można przypuszczać, iż większość dzieci i młodzieży
zarówno z Lublina, jak i z okolic zwiedzała wspomnianą wystawę, jak
i uczestniczyła w innych podobnych akcjach.
Dwa lata później, 25 maja 1937 roku Zarząd Miejski w Lublinie
w piśmie do miejscowego Urzędu Wojewódzkiego stwierdził (dane
odnoszą się prawdopodobnie do bieżącego, lub poprzedniego roku
szkolnego) […]. Dzieci w szkołach odwiedzane są przez lekarza 2krotnie w ciągu miesiąca, a przez higienistki przeglądane są pod
146
względem czystości 4 razy na miesiąc. Liczba dzieci, zbadanych
przez lekarzy szkolnych w ciągu roku, wyniosła 7.800 na ogólną liczbę
14.167 uczęszczających do szkół. W tym samym czasie w ambulatorium szkolnym udzielono 3.200 porad chorym dzieciom […]. Ponadto
w szkołach wygłoszono z zakresu higieny szkolnej i o chorobach zakaźnych około 80 pogadanek, oraz rozdano ulotki pouczające o walce
z tyfusem plamistym i brzusznym, czerwonką i grypą […] (4). Należy
dodać, iż niewątpliwie nieco gorzej w obydwu przypadkach było na
wsiach, zwłaszcza oddalonych od miast powiatowych, gdzie lekarze
powiatowi docierali stosunkowo rzadko. Ich działalność w szkołach nie
mogła być dostatecznie efektywna ze względu na obciążenie innymi
obowiązkami oraz małą ich liczebnością w rejonach. Jeżeli porównamy pod względem stanu opieki higieniczno-lekarskiej szkoły miejskie
ze szkołami wiejskimi, to okazuje się, że w 1926 r. w całej Polsce zaledwie 1,1% szkół wiejskich posiadała nadzór lekarski (14,17,18). Niestety stan ten stan ten pogorszył się wraz z nastaniem w latach trzydziestych wielkiego kryzysu ekonomicznego, który dotknął także samych uczniów, a zwłaszcza ograniczył im dostępność do świadczeń
lekarskich. Jednym z powodów było, brak dostatecznej liczby lekarzy,
którzy niechętnie osiedlali się na wsi i w małych miasteczkach. Innym
powodem braku odpowiedniej opieki zdrowotnej były względy ekonomiczne. Wielu rodziców nie stać było na korzystanie z fachowej opieki
zdrowotnej. Koszty usług lekarzy praktykujących na prowincji przekraczały możliwości finansowe budżetu domowego. Ze względu na to
ludność wiejska musiała szukać alternatywnej pomocy zdrowotnej.
147
W związku z tym większość z nich korzystała z usług znachorów, bab
czy felczerów (13). Należy również mieć na uwadze to, że młodzież
wiejska, a zwłaszcza dzieci, w porównaniu do swoich miejskich rówieśników, nie tylko rozwijała się w znacznie gorszych warunkach higienicznych ale też i kulturowych. Wartość dziecka zależała od jego
przydatności w gospodarstwie. Liczyła się jako darmowa siła robocza.
Zatem rodzice dbali przede wszystkim o zdrowe dzieci, nie zajmując
się zbytnio chorymi, traktując je jako dodatkowy ciężar. Często rozumując w ten sposób […]. Jeżeli na doktora i lekarstwa dla jednego
dziecka wydam tyle, to inne dzieci pomrą mi z głodu. To już wolę
niech umrze, bo zresztą jak będzie kaleką, to i tak nie będę miał go
z czego utrzymać […] (13). Dlatego też śmiertelność wśród tej populacji była bardzo duża, nie mogła ona liczyć na pomoc nawet ze strony
najbliższych im osób.
Na znaczną poprawę stanu zdrowia uczniów szkół wiejskich liczono w momencie powstawania ośrodków zdrowia, którym została
przypisana m.in. opieka higieniczno-lekarska nad szkołami. Lekarz tej
placówki miał w swoich obowiązkach m.in. sprawować nadzór nad
uczniami, badać ich przynajmniej raz w roku i ewentualnie kierować
do odpowiednich poradni mieszczących się w ośrodku zdrowia (12).
W samym województwie lubelskim w roku szkolnym 1933/34 przebadano ponad 40% uczniów szkół powszechnych (1). Liczba ta może
wydawać się niezadowalająca, ale przy braku lekarzy, zwłaszcza na
terenach wiejskich, stanowiła dość wysoki odsetek. Dzięki nim wielu
uczniów trafiało pod specjalistyczna opiekę lekarską. Niewątpliwie
148
działalność ich przynosiła pozytywne wyniki, ale dopiero w dłuższej
perspektywie, gdyż różne nawyki, nawet te najgorsze, bardzo trudno
jest usunąć.
Warto na zakończenie przypomnieć niektóre stwierdzenia doktora medycyny Jana Danielskiego, opublikowane na początku 1939
roku. Stanowią one jakby podsumowanie i jednocześnie zawierają
pewne postulaty, […] Dla dzieci w wieku szkolnym organizowana jest
opieka lekarska przez Ośrodki Zdrowia, zaś w większych miastach
również przez lekarzy szkolnych. O ile szkoły średnie mają opiekę tę
stosunkowo dostatecznie zorganizowaną, o tyle dzieci szkół powszechnych jeszcze w dużym stopniu pozbawione są stałej opieki lekarskiej […] Podkreślić należy wpływ szkoły na szerzenie zasad higieny i na podniesienie obyczajów higienicznych życia nie tylko młodzieży lecz i starszego pokolenia. Zwłaszcza w warunkach wiejskich,
szkoła oddaje pod tym względem olbrzymie usługi […] Dożywianie
dzieci szkolnych, a także organizacja kolonii i półkolonii letnich również odgrywa niepoślednią rolę w tej ogólnej akcji zdrowotnej […] Akcja ochrony zdrowia dziecka na terenach wiejskich łączy się ściśle
z rozwojem życia gospodarczego i kulturalnego. Sprawy higieny życia
codziennego, warunków mieszkaniowych, odżywiania, odpowiednich
lokali szkolnych, higieny pracy - mają tu niezmiernie ważne znaczenie
[…] (7). Niestety nie udało się zrealizować wszystkich postulatów
w tak krótkim, bo tylko dwudziestoletnim okresie niepodległości. Nadal
panujący niedostatek w wielu warstwach społeczeństwa pokazał, jak
dalece sięgały opóźnienia w sferze socjalnej i opiekuńczej państwa,
149
wywołane na Lubelszczyźnie w dużej mierze zaniedbaniami ze strony
rosyjskiego zaborcy. Najbardziej odczuwały to dzieci i młodzież, których stan zdrowia nie pozwalał na prawidłowe funkcjonowanie. Potrzebowały pomocy lekarskiej, która niestety nie zawsze była im należycie okazywana. Mimo, że w Konstytucji z 1921 roku zagwarantowano dzieciom prawa m.in. do rozwoju fizycznego, zapewnienia opieki
lekarskiej, pożywienia a także dostępu do oświaty, to jednak jak wykazała późniejsza praktyka, miały one w zasadzie charakter fakultatywny. W dużej mierze względy ekonomiczne Państwa a przede
wszystkim samorządów, na których spoczywał obowiązek opieki,
przyczyniały się do tego, że nawet najbardziej słuszne postulaty nie
mogły być zrealizowane.
Streszczenie
Po odzyskaniu niepodległości zjawiskiem powszechnym były
trudności ekonomiczne społeczeństwa. W najgorszych warunkach
znalazły się dzieci i młodzież. Skutki nędzy, głodu i braku odpowiednich warunków higieniczno-sanitarnych spowodowały znaczne zwiększenie liczby pacjentów wśród młodego pokolenia. U większości tej
populacji występowały choroby na tle niedożywienia i zaniedbań higienicznych. Walka z nimi była nie łatwa ze względu na ogólne ubóstwo mieszkańców, a zwłaszcza trudności w dostępie do lekarzy.
Charakterystyczny dla tego okres wydaje się być niedostateczny poziom opieki nad dziećmi i młodzieżą, zarówno ze strony samych rodziców jak i nowo odradzającego się Państwa. Przede wszystkim ro-
150
dziny robotnicze i chłopskie nie były w stanie zapewnić dziecku odpowiednich warunków i otoczyć go dostateczną opieką lekarska
w trakcie choroby. Co prawda obowiązek ten spoczywał również na
Państwie, ale podejmowane działania na rzecz podniesienia poziomu
higieny szkolnej czy zapobiegawcze, zwłaszcza przeciw chorobom
społecznym, były niewystarczające. Wszystkie te czynniki miały niewątpliwie wpływ na niezbyt dobrą jakość życia ówczesnego młodego
pokolenia Polaków.
Pismiennictwo
1. Archiwum Akt Nowych w Warszawie, zespół: Ministerstwo Opieki Społecznej 19181939.
2. Archiwum Państwowe w Lublinie, zespół: Akta miasta Lublina 1918-1939.
3. Archiwum Państwowe w Lublinie, zespół: Starostwo Powiatowe Lubartowskie 19181939.
4. Archiwum Państwowe w Lublinie, zespół: Urząd Wojewódzki Lubelski 1919-1939
[1940-1944], Wydział Pracy, Opieki i Zdrowia.
5. Chałasiński J.: Młode pokolenie chłopów, Warszawa, t. 1, 1938.
6. Choroby zakaźne w Polsce i ich zwalczanie w latach 1919-1962, red. Jan Kostrzewski, Warszawa 1964.
7. Danielski J.: Ochrona zdrowia dzieci i młodzieży, „Życie Młodych”, nr 1, 1939.
8. Dietrich K.: Spostrzeżenia dotyczące stanu szkół powszechnych powiatu lubelskiego,
„Zdrowie. Organ Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego”, 1923, nr 12.
9. Dwadzieścia lat publicznej służby zdrowia w Polsce Odrodzonej 1918-1938, Warszawa 1939.
10. Felchner A.: Zdrowie i zdrowotność piotrkowian. Z problematyki zdrowotności
mieszkańców Piotrkowa Trybunalskiego i powiatu piotrkowskiego na tle całego kraju
(od końca lat 20-tych do początków 70-tych XX wieku), Wrocław 2006.
11. Janota Bzowski J.: Kryzys współczesnej rodziny polskiej, „Rodzina”, 1922, nr 1.
12. Kacprzak M.: Ośrodki zdrowia w Polsce, Warszawa 1928.
13. Kacprzak M.: W walce o zdrowie wsi polskiej, Warszawa 1937.
14. Kopczyński S.: , Opieka higieniczno-lekarska nad dzieckiem normalnym w szkole,
Warszawa 1929.
15. Lekarz szkolny o obowiązkach rodziców i opiekunów uczącej się młodzieży, , opr.
Wacław Pawłowski, „Ziemia Lubelska”, 1922, nr 243.
16. Lipska-Librachowa M.: Dziecko wsi polskiej, Warszawa 1934.
151
17. Majchrzyk-Mikuła J.: Lekarze szkolni w Polsce w latach 1918-1939, [w:] Zawód lekarza na ziemiach polskich w XIX i XX wieku, red. Bożena Urbanek, Warszawa.,
2009.
18. Majchrzyk-Mikuła J., Felchner A.: Higienistki szkolne w profilaktyce opieki zdrowotnej w latach 1918-1939, [w:] Zawód pielęgniarki na ziemiach polskich w XIX i XX wieku, red. Bożena Urbanek, Warszawa 2008.
19. Monografia szkolnictwa m. Lublina za czas od 1917 do 1927 roku wydana przez
Magistrat m. Lublina dla uczczenia 10-lecia niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej,
red. Teodor Wolski, Lublin 1928.
20. Morozowa J.: Stan higieny i opieki higieniczno-lekarskiej w szkołach Okręgu Szkolnego Lubelskiego w r. szk. 1931/1932, „Dziennik Urzędowy Kuratorium Okręgu
Szkolnego Lubelskiego”, 1933, nr 1.
21. Morozowa J.: , Stan higieny i opieki higieniczno-lekarskiej w szkołach Okręgu
Szkolnego Lubelskiego w roku szkolnym 1934/1935, „Dziennik Urzędowy Kuratorium
Okręgu Szkolnego Lubelskiego”, 1935, nr 9.
22. Olszewska M.: Kwestie zdrowotne w szkolnictwie II Rzeczypospolitej [w:] Z dziejów
zdrowia publicznego, red. Jan Nosko, Łódź 2006.
23. Rudolf M.: Sprawa mieszkaniowa a gruźlica, „Lekarz Polski”, 1929, nr 1.
24. Sokal K.: Higiena w szkołach powszechnych powiatu lubelskiego, Lublin 1928.
25. Sprawozdanie dyrekcji gimnazjum za rok szkolny 1931/1932. Państwowe Gimnazjum im. Stanisława Staszica w Lublinie, Lublin 1932.
26. Sprawozdanie z dorobku dziesięcioletniej działalności władz administracji ogólnej na
terenie województwa lubelskiego (w latach 1918-1928), ze szczególnym uwzględnieniem od maja 1926 roku, z dziewięcioma tablicami wykresów, „Lubelski Dziennik Wojewódzki”, 1929, nr 33a.
27. Więckowska E.: Walka z ostrymi chorobami zakaźnymi w Polsce w latach 19181924, Wrocław 1999.
28. Zachert M.: Jaglica w zakładach opiekuńczych, „Opieka nad Dzieckiem”, 1928, nr 1.
29. Zasiłki dla szkół powszechnych. Miednice, mydło, ręczniki, , „Ziemia Lubelska”,
1927, nr 120.
Praca zawiera 32 229 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
152
GRUŹLICA – TERAPIA CHOROBY
DO CZASÓW PIERWSZEGO SWOISTEGO
LEKU STREPTOMYCYNY.
Przybylski Grzegorz, Pyskir Małgorzata*, Pyskir Jerzy**,
Bannach Małgorzata***
Katedra i Klinika Chorób Płuc, Nowotworów i Gruźlicy
UMK w Toruniu Collegium Medicum w Bydgoszczy
ul. Seminaryjna 1, 85-326 Bydgoszcz,
[email protected]
*Katedra i Klinika Rehabilitacji UMK w Toruniu,
Collegium Medicum w Bydgoszczy
**Katedra i Zakład Biofizyki UMK w Toruniu,
Collegium Medicum w Bydgoszczy
***Katedra Pielęgniarstwa i Położnictwa UMK w Toruniu
Collegium Medium w Bydgoszczy
Choroba pojawiła się wśród ludzi, co najmniej kilka tysięcy lat
temu. Odnalezione w Izraelu najstarsze ludzkie szczątki ze śladami
gruźlicy należą do matki i niemowlęcia. Kobieta zaraziła gruźlicą
dziecko prawdopodobnie niedługo po porodzie. Stało się to 9 tys. lat
temu. Badań tych dokonał zespół pod kierunkiem prof. Marka Spigelmana począwszy od lat 50-tych XX w (3). Znalezisko znajdowało się
pod wodami Morza Śródziemnego, kilkaset metrów od lądu, na terenie
opuszczonej wioski z okresu neolitu nieopodal Hajfy. Po jego przebadaniu okazało się, że szczep Mycobacterium tuberculosis w dużym
stopniu przypomina ten, który dzisiaj krąży wśród ludzi. Równie wcze-
153
sny dowód na istnienie gruźlicy u człowieka znajdujemy w zdeformowanym gruźliczo ludzkim szkielecie przedstawiającym typowy garb gibbus charakterystyczny dla choroby Potta. Najstarsze przykłady
gruźlicy kręgosłupa w formie skamieniałości określane są na około
8000 lat p.n.e. (1). Kości z okresu neolitycznego (około 5000 p.n.e.),
znalezione w rejonie Heidelbergu przedstawiają podobne zmiany
gruźlicze. Odkrycia wśród egipskich mumii deformacji kręgosłupa
wskazują okres 4000 lat p.n.e.. Jeden z najstarszych tekstów prawnych na świecie – Kodeks Hammurabiego około 1900 lat p.n.e. –
wspomina o przewlekłej chorobie płuc, która najprawdopodobniej była
gruźlicą (14). Hipokrates (460–370 p.n.e.), najsławniejszy z greckich
lekarzy, opisuje pojęcie phthisis z języka greckiego jako marnienie
(23). Uważał gruźlicę płuc bardziej jako chorobę dziedziczną. W indyjskiej literaturze od 1500 p.n.e. znajdujemy fragmenty, w którym suchotom przypisuje się nadmierne znużenie, zmartwienia, głód, ciążę
i rany płucne (22). Żaden Bramin nie otrzymał pozwolenia na związek
małżeński z kobietą, gdzie w rodzinie pojawiła się gruźlica. Galen
(131–201) podejrzewając zakaźną naturę gruźlicy, ostrzegał przeciw
intymnemu kontaktowi z chorymi na suchoty. Przez kolejne wieki od
tego czasu medyczne myślenie nie odbiegało twierdzeń Galena (11).
Analizując rozwój choroby w ciągu historii, można zauważyć, że przypływy choroby zawsze kierowały się rozwojem nowych miejskich
struktur wciągających duże ilości ludzi na ograniczonej przestrzeni.
Tak przedstawiało się z ustanowieniem miast Doliny Nilu, w starożytnej Grecji i w Rzymie. Sławna ‘plaga Justyniana’ była prawdopodobnie
154
wywołana w pewnym stopniu najazdem do śródziemnomorskich miejskich kultur młodych ludzi z północy i ze wschodu Europy, którzy nie
mieli przedtem kontaktu z gruźlicą (6). To prawdopodobnie również
wyjaśnia, dlaczego gruźlica nie jest wspomniana w księgach Biblii. Te
pisma dotyczą głównie wiejskich populacji, które nie były związane
z dużym nagromadzeniem ludzi (5). W okresie renesansu we Włoszech, Verona(1478–1553) zarezerwował termin ‘phthisis’ wyłącznie
dla suchot płucnych. Początek badań anatomopatologicznych choroby wiąże się z Vesaliuszem (1514–1564), wielkim anatomem renesansu, który badał i opisywał normalną morfologię ludzkiego ciała, inni
zaś lekarze rozwinęli techniki badania sekcyjnego i zaczęli łączyć wyniki autopsji z symptomami choroby (11). XVII w zapoczątkował erę
szczegółowego opisu patologicznego gruźlicy. Sylvius de la Boë
w 1679r, pierwszy stwierdził, że gruzełek jest stałą i charakterystyczną
zmianą patologiczną w płucach i innych organach suchotników. Uważał on chorobę za dziedziczną, zaś Ryszard Morton (1637– 1698) nie
przekreślał możliwości transmisji przez kontakt intymny (14). W 1680,
Francuz Franciscus Sylvius przeprowadził badania anatomiczne węzłów płucnych od chorych na gruźlicę, które nazwał guzkami - tubercula, obserwując ich rozwój w kierunku jam. O zakaźnej naturze gruźlicy może mówić wydany edykt w 1699r w Republice Lucca nakazujący izolowanie osób kontaktujących się z umierającymi z powodu gruźlicy. Imiona pacjentów z suchotami były również raportowane do
władz i poddane dezynfekcji (18). W 1720, angielski lekarz Benjamin
Marten (1704–1722), wyraził podejrzenie, że gruźlica mogłaby zostać
155
przenoszona przez "oddech" chorego człowieka, zainhalowanego jeden od drugiego i tym samym tworząc etiologię tej choroby (14, 18).
Decydujące odkrycia XIX w związane były z rozwojem mikroskopii.
Ewolucja odkrycia przyczyny choroby rozpoczęła się od dyskusji nad
zakaźną naturą choroby. Wiedeński patolog Carl Von Rokitansky
(1804–1878) w pracy Systematik der speziellen Pathologie und Therapie, w przygotowanym spisie skrofułę, gruzełek i gruźlicę określa jako oddzielne choroby pod nagłówkiem „haematoses”. W 1834, wprowadził termin „tuberculosis” dla opisania jedynie dolegliwości związanymi z gruzełkami. Do śmierci nie traktował skrofuły i gruźlicy jako
jednej choroby (6). Z kolei Rene Laënnec (1781–1826) – wynalazca
stetoskopu uważał gruźlicę za chorobę podobną do nowotwora złośliwego. W 1844 r Jakub Henle (1809–1885) postawił hipotezę, że gruźlica mogłaby być zaraźliwa: ‘... pod pewnymi okolicznościami ... gdzie
jest bardziej oznaczona predyspozycja’. Wysunął trzy założenia dla
udowadniania infekcyjności choroby takich, że czynnik przyczynowy:
(1) musi zostać znaleziony w każdym przypadku choroby; (2) nie powinien powodować innej choroby i (3) jego podanie musi zawsze wywołać tę samą chorobę [18]. Francuski chirurg wojskowy Jean Antonin
Villemin(1827–1892) wykazał, że gruźlica jest zaraźliwą chorobą, która może być transmitowana od ludzi lub bydła na króliki lub świnie;
jednak odkrycie to zostało zignorowane przez jego współczesnych kolegów na długie lata. Krew lub plwocina od królików z gruźlicą,
wstrzyknięta do innych zwierząt laboratoryjnych w kontrolowanych
eksperymentach, prowadziła do rozwoju gruźlicy, podczas gdy analo-
156
giczny transfer z nowotworu nie miał żadnego efektu na odbiorcach
(6,18). Prawdziwą przyczynę choroby odkrył jednak dopiero bakteriolog Robert Koch (1843–1910), uczeń Henlego. W wykładzie na forum
Towarzystwa Fizjologicznego w Berlinie dnia 24. marca 1882 zademonstrował po raz pierwszy bakterię i dokonał jej identyfikacji jako
czynnika przyczynowego choroby (2). Robert Koch w ten sposób
spełnił założenia swojego nauczyciela, Henlego (1, 18). Był niemieckim lekarzem i bakteriologiem. Odkrywca bakterii wywołujących wąglika, cholerę i gruźlicę. Jest laureatem nagrody Nobla w 1905 roku za
badania nad gruźlicą. W 1890 roku Koch sądził, że znalazł lekarstwo
na gruźlicę. Uzyskał je z zabitych bakterii gruźlicy. Lek okazał się nieskuteczny.
Ponieważ gruźlica opanowała społeczeństwo, dotykając wielu
intelektualistów i artystów kontynentu w pierwszej połowie XIX wieku,
jej typowe symptomy jak chude i blade twarze zakażonych stawały się
znakiem piękna. Gruźlica zwana również białą plagą otrzymała nadany przez Johna Bunyan tytuł głównej przyczyny zgonów ludzkich (4).
W literaturze XIX i XX stulecia roi się od postaci doświadczonych
przez gruźlicę. Występują one między innymi w tak znanych utworach,
jak „Dama kameliowa” Aleksandra Dumasa, „Czarodziejska góra”
Tomasza Manna czy „Brzezina” Jarosława Iwaszkiewicza. W Polsce
w XVIII wieku gruźlica należała do chorób o najczęstszym występowaniu. Dr Antoni Formika umieścił „suchoty” wśród najczęściej występujących chorób (16). Władysław Szumowski uznał określenia: „kaszel”, „wąskie piersi”, „suchoty”, „plucie krwią” i „wyniszczenie” za
157
określenia symptomów tej samej jednostki chorobowej – gruźlicy (26).
Wydane wielokrotnie w XVIII wieku Compendium medicum auctum
upatrywało przyczyn „suchot" w częstym piciu gorzałki, win wapiennych, w ustawicznym paleniu tytoniu, w częstym zażywaniu leków,
w przebywaniu w zakurzonych i zadymionych pomieszczeniach,
w kontaktach z chorymi ludźmi oraz w dziedzicznym przekazywaniu
choroby (27).
Na przełomie XIX i XX wieku leczenie gruźlicy można podzielić
na zachowawczo-objawowe oraz inwazyjne. Teoretyczne podstawy
leczenia klimatycznego gruźlicy stworzył Niemiec Herman Brehmer,
który w 1854 roku jako pierwszy w Europie utworzył sanatorium
w miejscowości Goerbersdorf (dzisiejsze Sokołowsko) na Śląsku.
Brehmer sądził, że chorzy na gruźlicę posiadali serca małe, co miało
powodować niedostateczne ukrwienie płuc ze skłonnością do „zapaleń z następowym zserowaceniem”. Zasadą terapii w Goerbersdorfie
był stały pobyt w górach oraz stosowanie środków pobudzających akcję serca. Wielu współpracowników i asystentów Brehmera było Polakami. Z tego ośrodka wywodził się Alfred Marcin Sokołowski (1849–
1924), pionier polskiej pulmonologii oraz sanatoryjnego leczenia chorób płuc. W czasie studiów Sokołowski zachorował na gruźlicę i aby
podkurować swoje płuca, zdecydował się wyjechać do Goerbersdorfu.
Obdarzony niezwykle krytycznym umysłem, Sokołowski uważał, że
u niektórych chorych po chłodnych natryskach i półkąpielach lub wielogodzinnych górskich spacerach stan się pogarszał, natomiast przez
leżenie – wyraźnie się poprawiał. W uzdrowisku tym Sokołowski prze-
158
bywał w latach 1874–1879. Zyskał dobrą renomę, stając się po dwóch
latach od przyjazdu zastępcą Brehmera. Znany szeroko wśród lekarskiej społeczności międzynarodowej zasłynął także jako społecznik
dużego formatu, autor m.in. książek: „Wielkie klęski społeczne”, „Choroby proletarjatu”, kierownik Sekcji Przeciwgruźliczej Warszawskiego
Towarzystwa Higienicznego (15). Na ziemiach polskich w tamtym
okresie na ftyzjatrę dużego formatu wyrósł łódzki lekarz Seweryn Sterling, który skłaniał się głównie ku leczeniu klimatyczno-dietetycznohigienicznemu (24, 25). Wzorem placówek zagranicznych dr Sterling
na zorganizowanym przez siebie (w 1898 r.) „oddziale dla piersiowych” w Szpitalu im. Izraela i Leonii Poznańskich w Łodzi starał się
zapewnić pacjentom duże ilości powietrza i światła, dobre warunki higieny osobistej i spokojnego wypoczynku. Od każdego chorego wymagano około 5 godzin leżakowania w ogrodzie lub na sali oraz około
2 godzin spaceru w ogrodzie lub po korytarzach szpitala (ruch i aeroterapia). Na sen przeznaczano około 10 godzin. Tak uregulowany
rozkład dnia był skorelowany z optymalnie rozumianą higieną osobistą
(mycie ust i zębów po przebudzeniu i po jedzeniu, mycie ogólne, mycie rąk, obowiązek plucia do spluwaczek, utrzymywanie postawy wyprostowanej podczas chodzenia i posiłków) (24). Ogromną wagę
przykładano do wartości kalorycznej, jakości i składu spożywanych
przez pacjentów posiłków (19). Zgodnie z przekonaniem, iż metoda
higieniczno-dietetyczna jest skuteczna w połączeniu z oddziaływaniem zdrowego, suchego klimatu, w Europie zakładano prewentoria
i sanatoria przeciwgruźlicze. Pierwsze w Polsce nizinne sanatorium
159
przeciwgruźlicze powstało w 1879 roku z inicjatywy dr. Henryka Dobrzyckiego w Mieni koło Mińska Mazowieckiego. W 1893 roku otwarto
sanatorium dr. Gajslera w Otwocku, w 1898 – pierwszy zakład dla
chorych na gruźlicę w Zakopanem, natomiast w 1909 roku sanatorium
w Hołosku Wielkim koło Lwowa (20). Doktor Sterling w swoim działaniu terapeutycznym uważał, że „większość objawów chorobowych należy tylko łagodzić aż do czasu, kiedy znikną wraz z ustąpieniem
przyczyn je wywołujących”. Przed erą leków przeciwprątkowych było
to zadanie nader trudne, częstokroć wręcz niewykonalne. Przed erą
tuberkulinową próbowano leczyć gruźlicę za pomocą bezpośrednich
iniekcji substancji przeciwgruźliczych w miąższ płucny. Pierwsze próby wspomnianego leczenia miały miejsce w 1873 roku, kiedy prof.
Mossler z Greifsfeldu wstrzyknął do jam gruźliczych roztwór nadmanganianu potasu, licząc na wywołanie w ten sposób rozrostu tkanki
łącznej, powodującej zabliźnienie kawern. Profesor Sokołowski stosował podobne leczenie w 1880 roku, wstrzykując słaby roztwór kwasu karbolowego i 2% „nalewki jodowej” w sanatorium w Goerbersdorfie. Począwszy od lat 80. XIX wieku w postępowaniu istotną rolę odgrywało leczenie odkrytą przez Roberta Kocha tuberkuliną (19). Już
kilka miesięcy po wprowadzeniu preparatu do praktyki klinicznej
w prasie lekarskiej pojawiły się jednak głosy ostrzegające przed stosowaniem tuberkuliny u chorych na gruźlicę. Zdania w tej kwestii były
podzielone (24). Wierzono, że tuberkulina sprzyja wyzwalaniu sił odpornościowych organizmów oraz że za sprawą szczepionki można
niekiedy, głównie w stanach lekkich, uzyskać wyleczenie anatomiczne
160
i kliniczne, w stanach średnich – znaczną poprawę, a w stanach ciężkich – powstrzymać postęp choroby. Znając odkrycia Clemensa P. Pirqueta (zjawiska alergii w 1903 r. i testu tuberkulinowego w 1907 r.),
sprawdzano również diagnostyczne walory tuberkuliny. W ówczesnym
postępowaniu klinicznym uciekano się również do inwazyjnych metod
leczenia gruźlicy. Na początku XIX w, stwierdzano poprawę u chorych
na gruźlicę, gdzie pojawił się wysięk opłucnowy i samoistna odma.
Pierwsze eksperymenty z odmą sztuczną przeprowadził na początku
XIX wieku szkocki lekarz James Carson. Uczony pragnął zbadać elastyczność tkanki płucnej w zależności od wprowadzonego do opłucnej
gazu. Nie wpadł jednak na pomysł zastosowania odmy opłucnowej do
leczenia gruźlicy. W 1888 r, Karol Forlanini utworzył pierwszą
sztuczną odmę przez napełnianie jamy opłucnowej azotem. Pierwszy
zabieg tego typu przeprowadził w 1890 roku. Całkiem niezależnie
John Murphy z Chicago spostrzegł, że jednostronna odma będącą
skutkiem urazu klatki piersiowej bardzo rzadko wywoływała trudności
w oddychaniu. W 1898 r opublikował opisy odmy wywołanej trokarem
i był prawdopodobnie pierwszym, który użył nowej techniki rentgenowskiej, do monitorowania wielkości zapadnięcia się płuca. Z ustaleń
Zbigniewa Woźniakowskiego wynika, że prekursorem zabiegu odmy
płucnej na ziemiach polskich był dr Tadeusz Borzęcki – w 1908 roku.
Do leczenia gruźlicy płuc w Łodzi odmę wprowadził dr Sterling. Wiadomo, że w latach 1911–1914 leczył odmą 55 chorych. Pozytywne
efekty stosowania odmy opłucnowej były niekiedy utrudnione przez
tzw. zrosty. Zarówno próby przecinania zrostów opłucnowych po
161
otwarciu klatki piersiowej, jak i przypalania ich żegadłem galwanicznym nie dały spodziewanego rezultatu. Dopiero w 1910 roku szwedzki
lekarz Hans Christian Jacobaeus ogłosił metodę przepalania zrostów
łączących opłucnę ścienną z opłucną płucną, wykorzystując w tym celu cystoskop. Wybuch I wojny światowej uniemożliwił spopularyzowanie powyższej metody w Europie. Również na krótko przed wybuchem
wojny Niemiec E. Stuertz wysunął sugestię leczenia zmian gruźliczych
umiejscowionych w dolnych płatach płucnych za pomocą przecięcia
nerwu przeponowego. Doświadczenia eksperymentalne wykazały, że
po przecięciu nerwu przepona przybiera położenie wdechowe, czyli
unosi się do góry. Do metod inwazyjnych leczenia gruźlicy należała
także torakoplastyka, której istotą było pozbawienie płuc naturalnego
pancerza, czyli żeber, ponieważ po rozległym ich wycięciu miąższ
płucny objęty zmianami gruźliczymi się zapadał. Pierwszy opisał tę
metodę Paul Leopold Friedrich w 1908 roku. W 1912 roku dr Zdzisław
Dyndelski podczas zabiegu wykonanego na ziemiach polskich wybrał
torakoplastykę polegającą na usuwaniu niewielkich (3–4 cm) przykręgosłupowych odcinków wszystkich żeber. Torakoplastyka była powszechnie stosowana w okresie międzywojennym. Przy dobrej technice, operacje płuc z jamami gruźliczymi powodowały zamknięcie ich
i odprątkowanie chorego przy niskiej śmiertelności okołooperacyjnej.
Przeciwnie, przed wprowadzeniem leków przeciwgruźliczych, operacje takie jak: lobektomia, segmentektomia lub dekortykacja obarczone
były progresją procesu swoistego i tworzeniem się przetok i ropniaka
opłucnej. Gdy tylko streptomycyna weszła do powszechnego użytku
162
operacje te miały krótkotrwały renesans, jednak w końcu era chemioterapii swoistej spowodowała koniec leczenia chirurgicznego gruźlicy
płuc (9). Przed I wojną światową opracowano również koncepcję wytwarzania wolnej przestrzeni zewnątrzopłucnowej, czyli tzw. komory
odmowej, którą, chroniąc przed wypełnieniem rozprężającym się płucem, „plombowano” parafiną. Metodą tą starano się leczyć gruźlicę
jamistą płuc. Resekcji tkanki płucnej z powodu gruźlicy przed wybuchem II wojny światowej w Polsce nie wykonywano. Po okresie tuberkulinowych emocji zaczęto gorączkowo poszukiwać innych „cudownych” leków przeciwgruźliczych. Na początku XX wieku środkiem całkowicie skutecznym w leczeniu choroby miała być loretyna, zwana też
gryzeryną. Nieco później podobne właściwości przypisano wapniowi
i fosforowi. W latach 20. XX wieku do terapii gruźlicy wprowadzono
preparat złota – sanokryzynę. W 1927 roku zastąpił ją lien, czyli wyciąg ze śledziony. Na koniec lat 30 przypadł okres leczenia gruźlicy
miedzią.
Historię szczepienia przeciwgruźliczego należy rozpocząć jeszcze przed odkryciem antybiotyków przeciwgruźliczych. Tym sposobem Francuzi Calmette i Guérin na początku 1900r wyhodowali po
231 pasażach odzjadliwiony z pełną immunogennością szczep prątka
bydlęcego (bacille Calmette-Guérin) na pożywce zawierającej glicerynę i żółć wołu (12). Uodpornienie BCG najpierw było przeprowadzone
w Paryżu w 1921 r., szczególnie u dzieci z wysokim ryzykiem infekcji
i wkrótce zostało spopularyzowane w całej Europie. Jednak w 1930 r.
metodę tę częściowo wstrzymano kiedy 240 dzieci w Lubece nie-
163
umyślnie zostało zaszczepionych zjadliwym szczepem prątka ludzkiego w wyniku czego doszło do 73 zgonów (12). Niemniej jednak, przed
1945 r, szczepienie BCG wróciło „do łask”, nawet w Niemczech. Przez
długi czas, opinia o szczepionce opierała się na jej profilaktycznym
działaniu. Szczepienie BCG likwidowało najcięższe postaci gruźlicy
wśród dzieci jak prosówkę gruźliczą i zapalenie opon mózgowo rdzeniowych. Szczepionka BCG obecnie jest uważana za jedną z najbezpieczniejszych z wszystkich szczepionek, za wyjątkiem osób z niedoborami immunologicznymi u których może rozwinąć się proces miejscowy lub rozsiany bydlęcej gruźlicy.
W USA niebezpieczeństwo rozwoju prątka bydlęcego zostało
zahamowane jeszcze przed końcem XIX wieku. W 1900r, w siedemnastu stanach bydło importowane musiało wykazać się ujemnymi testami tuberkulinowymi. W 1908 r. w Chicago wprowadzono obowiązkową pasteryzację mleka. W 1917 r. program wykonywania odczynów
tuberkulinowych zainicjowany został dla całego bydła w USA (8).
Przeciwnie, głównym tematem badań w Niemczech ogniskowało się
na określeniu rozprzestrzeniania się gruźlicy wśród ludzi, nie zaś na
jego transmisji w mleku zakażonego bydła. To zostało oparte na pamiętnym błędzie Roberta Koch, który uważał prątek bydlęcy za niepatogenny dla człowieka. Badania nad tym problemem nie zostały w Europie podjęte przed 1930 r. To wtedy pojawiły się infekcje z układu
pokarmowego przez zakażenie mlekiem krowim (1). Na początku lat
50-tych wprowadzone regulacje prawne - wbrew kręgom farmerskim –
spowodowały systematyczną rzeź stad bydła z pozytywnym odczy-
164
nem tuberkulinowym. Dzięki tym przepisom problem gruźlicy układu
pokarmowego przestał istnieć (12).
Do czasu zapoczątkowania właściwej chemioterapii gruźlicy duży wkład na terenie obecnego województwa kujawsko–pomorskiego
wniósł szpital w Bydgoszczy łącznie z sanatorium w Smukale.
Szpital mieszczący się przy ulicy Seminaryjnej 1 w Bydgoszczy
zwany później Szpitalem im. Giese-Rafalskiej zbudowany został
w 1885 r ze środków przekazanych testamentem przez Ludwikę Giese z domu Rafalską. Plac pod budowę o powierzchni 1 hektara przy
ulicy Seminaryjnej przekazały władze miasta. W szpitalu funkcjonował
oddział wewnętrzny i chirurgiczny. Po 17 latach, w 1902 r, obok budynku głównego wybudowano parterowy barak dla 25 łóżkowego oddziału zakaźnego. Duży napływ chorych, szczególnie na gruźlicę, powodował ciągłe przepełnienie baraku, natomiast pozostałe oddziały
dysponowały na ogół wolnymi miejscami. Zatrudnienie - w 90 łóżkowym szpitalu pracowało 3 lekarzy, 14 sióstr Diakonisek i 2 pielęgniarzy. W 1926 roku wybudowano w sąsiedztwie budynku głównego
Szpitala kosztem ówczesnych 100 tysięcy złotych drugi barak z 30
łóżkowym oddziałem dla chorych na gruźlicę płuc. W 1938 roku Szpital dysponował 128 łóżkami. W czasie wojny funkcjonował jako niemiecki szpital wojskowy. W odniesieniu do dzisiejszego Szpitala
mieszczącego się w Smukale, obecnie dzielnicy Bydgoszczy historia
jest niezwykle ciekawa. W latach 1904-1905 staraniem Centralnego
Niemieckiego Komitetu dla Budowy Zakładów Przeciwgruźliczych pod
patronatem cesarzowej Augusty Wiktorii - żony Wilhelma II, na terenie
165
byłej wioski Smukała Górna powstaje 50 łóżkowe prewentorium dla
kobiet zagrożonych gruźlicą. W krótkim czasie profil pacjentów zmienia się. Przybywa chorych wymagających aktywnego leczenia. Po
trzech latach dobudowano skrzydło, co pozwoliło na zwiększenie ilości
łóżek do 140, a w latach 1908 - 1909 pobudowano willę dla lekarza,
który do tej pory dojeżdżał z Bydgoszczy. W latach 1912 - 1913 staraniem fundacji Berty Amalie Stiftung powstaje pawilon dziecięcy. Leczenie w owym czasie ograniczało się do leżakowania na świeżym
powietrzu. Chorym musiał wystarczyć jeden lekarz (dyrektor prewentorium - dr August Scherer), studenci odbywający praktyki oraz jedna
pielęgniarka na 15 - 20 pacjentów. Funkcjonowanie zakładu zapewniały głównie pieniądze z Zakładu Ubezpieczeń. Po przejęciu budynków przez władze polskie w 1920 r. dyrektorem Krajowej Lecznicy dla
Piersiowo-Chorych w Smukale mianowano dra Franciszka Czajkowskiego, poprzednio asystenta Oddziału Chorób Wewnętrznych w Poznaniu, a od 1926 r. dra Stanisława Meysnera, poprzednio ordynatora
Oddziału Gruźlicy Szpitala Klimatycznego w Zakopanem. W 1929 r.
Krajową Lecznicę przemianowano na Wojewódzkie Sanatorium dla
Piersiowo-Chorych. W głównym budynku znalazło pomieszczenie 139
łóżek z pododdziałem chirurgicznym, a w oddzielnym pawilonie 41 łóżek dla lżej chorych. W krótkim czasie Sanatorium stało się jednym
z najlepszych w kraju. Dr Meysner stosował nowoczesną jak na tamte
czasy metodę leczenia gruźlicy odmą opłucnową wspomaganą przepalaniem zrostów. Swoją pracę dokumentował wykonując barwne ilustracje obrazów postrzeganych podczas wziernikowania jamy opłuc-
166
nej. Część tych szkiców przetrwała do naszych czasów i znajduje się
w zbiorach Instytutu Gruźlicy w Warszawie (10, 17).Jednakże skutecznie zaczęto zwalczać gruźlicę dopiero po II wojnie światowej
a odkrycie przez Selmana Waksmana streptomycyny w 1944 roku
stanowiło rzeczywisty przełom w terapii tej groźnej choroby (7). Jednak ciągle stajemy przed dylematem niepowodzeń w walce z gruźlicą.
Jeśli nie podejmie się nowych działań, to przed upływem 2015 roku 40
mln osób na świecie zachoruje na gruźlicę a co najmniej 8 mln umrze
z powodu tej choroby. W XXI wieku nikt nie powinien umierać na gruźlicę! Tego oczekuje od nas społeczność świata.
Streszczenie
Gruźlica jest chorobą uznaną za największego zabójcę w historii
ludzkości. Biorąc pod uwagę dwa ostatnie stulecia, choroba ta jest
odpowiedzialna za miliony ludzkich istnień. Do lat czterdziestych XX
wieku nie stosowano antybiotykoterapii swoistej w leczeniu gruźlicy.
Praca ta zajmuje się terapią tej choroby aż do ery chemioterapii Jest
to spojrzenie wstecz jak na przestrzeni wieków człowiek niestety
przegrywał te walkę z „białą plagą”.
Historię leczenia gruźlicy nazwano „ historią porażki medycyny”
(13). Już samo to, iż gruźlica została ogłoszona przez Światową Organizację Zdrowia ogólnoświatowym problemem, nasuwa pytanie, czy
obecnie dostępne strategie zwalczania gruźlicy zawiodły dlatego, że
były stosowane w niewłaściwy sposób, czy też dlatego, że same
w sobie są po prostu nieskuteczne. Gruźlica jest chorobą uznaną za
167
największego zabójcę w historii ludzkości (21). Dlatego też należy
spojrzeć wstecz jak na przestrzeni wieków człowiek niestety przegrywał te walkę aż do czasu odkrycia streptomycyny w 1944r. Tej właśnie
walce leczenia gruźlicy aż do ery chemioterapii poświęcona jest ta
praca.
Piśmiennictwo:
1. Ayvazian L.: History of tuberculosis; in ReichmanLB, Hershfield (eds): Tuberculosis.
New York, Dekker, 1993.
2. Daniel T.: Captain of Death: the Story of Tuberculosis, University of Rochester Press,
New York.1997.
3. Donoghue H. et al.: Detection and Molecular Characterization of 9000-Year-Old Mycobacterium tuberculosis from a Neolithic Settlement in the Eastern Mediterranean.
PLoS ONE. 2008; 3(10): e3426.
4. Dubos R.: The White Plague. Boston, Little, Brown, 1952.
5. Dubos R. Man.: Medicine and Environment. London, Pall Mall Press, 1968.
6. Ferlinz R.: Die Tuberkulose in Deutschland und das deutsche Zentralkomitee zur Bekämpfung der Tuberkulose. Pneumologie 1995;49: 617–632.
7. Fijałek A.: Leczenie gruźlicy płuc przed zastosowaniem antybiotykoterapii swoistej
Zdrowie Publiczne 2005 115(2);232-243.
8. Francis J.: Tuberculosis in Animals and Man.London, Cassell, 1958.
9. Gaensler E.: The surgery for pulmonary tuberculosis.Am Rev Respir Dis
1982;125:73–84.
10. Grądzki W.: Primum non nocere nr 2/1993, 9/1994.
11. Guthrie D.: A History of Medicine. London, Thomas Nelson, 1945.
12. Herzog H.: History of Tuberculosis. Respiration 1998;65:5–15.
13. Holme C.: Tuberculosis: story of medical failure. Br Med. J1998, 317:1260.
14. Keers R.: Pulmonary Tuberculosis: A Journey Down the Centuries. London, Baillière-Tindall, 1978
15. Kierzek A.: Alfred Marcin Sokołowski a Władysław Matlakowski. Przyczynek do historii sanatoryjnego leczenia gruźlicy płuc. Annales Academiae Stetinensis. Roczniki
Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. 2007, 53, 2, 124–128
16. Konopka S.: Nieznana relacja dra Antoniego Formiki o medycynie polskiej. Arch
Hist Filoz Med. 1967; 3-4: 443.
17. Korpalska W.: Sanatorium Przeciwgruźlicze w Smukale w 100-lecie otwarcia. Kartka
z dziejów walki z gruźlicą w Bydgoszczy. Wiadomości Akademickie, 2005,16,1.
18. Löffler W.: Geschichte der Tuberkulose; InHein J, Kleinschmidt H, Uehlinger E
(eds):Handbuch der Tuberkulose. Stuttgart, Thieme,1958, vol 1..
19. Moskwa Z.: Zarys historii leczenia gruźlicy płuc. Warszawa, PZWL, 1987: 63-64.
168
20. Pawłowska-Dąbrowska M.: Sprawozdanie z czynności Szpitala Miejskiego Łódzkiego dla Lekko Gruźliczych w Chojnach pod Łodzią za lata 1916–1917. Zdrowie. 1918;
7: 201-202.
21. Ryan F.: Tuberculosis: The greatest story never told.1992. Swift Pubkishers, Worcestershire, Great Britain.
22. Seyda B.: Dzieje medycyny w zarysie. Warszawa, PZWL, 1973: 457.
23. Smith I. M:ycobacterium tuberculosis pathogenesis and molecular determinants of virulence. Clin Microbiol Rev.2003;16:463–496.
24. Fijałek A.: Supady J.: Gruźlica płuc w Łodzi od schyłku wieku XIX do 1918 r.. Z dziejów
walki z gruźlicą, Łódź 2002.
25. Supady J.: Przykłady ewolucji zjawiska śmierci z powodu chorób zakaźnych
w aspekcie historycznym. Studia Medyczne 2009; 13: 79-847.
26. Szumowski W.: Na co najwięcej chorowali nasi pradziadowie przed 150 laty? Arch
Hist i Filoz Med. 1929; 9: 177.
27. Woźniewski Z.: Historyczny zarys leczenia gruźlicy płuc w Polsce. Warszawa,
PZWL,1967: 35-57.
Praca zawiera 27 065 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
169
170
OPIEKA HIGIENICZNO-LEKARSKA
NAD NAJMŁODSZYMI PACJENTAMI
W PIOTRKOWIE TRYBUNALSKIM
W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM
Katarzyna Szymczyk
Zakład Historii i Teorii Kształcenia,
Instytut Nauk Pedagogicznych Wydział Nauk Społecznych
Filia w Piotrkowie Trybunalskim
Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego
Jana Kochanowskiego w Kielcach
ul. J. Słowackiego 114/118, 97-300 Piotrków Trybunalski
[email protected]
Sprawy związane z ochroną zdrowia społeczeństwa niepodległej Polski, obok konieczności uregulowania innych ważnych kwestii
ogólnospołecznych były jednymi z najważniejszych obszarów działań
podejmowanych w odbudowującym się państwie. Wyrazem tej troski
było wydanie dn. 4 kwietnia 1918 r. dekretu o utworzeniu Ministerstwa
Zdrowia Publicznego, Opieki Społecznej i Ochrony Pracy i przekazanie nowo powstałemu ministerstwu spraw publicznej służby zdrowia
(10, 17, 20).
Sytuacja zdrowotna społeczeństwa polskiego po odzyskaniu
niepodległości była bardzo trudna. Również w Piotrkowie Trybunalskim w pierwszych latach po wojnie największą dolegliwością dla
mieszkańców Piotrkowa była bardzo zła sytuacja związana z aprowi-
171
zacją miasta. Niedostatek żywności pozostawał najważniejszym problemem. Dopiero od 1921 r. zaczęła rysować się powolna poprawa,
malały trudności aprowizacyjne. W mieście – podobnie jak w całym
kraju – zaczął funkcjonować normalny rynek towarowo – pieniężny.
Zjawisko niedożywienia, choć zaistniałe na innym podłożu, trapiło ludność robotniczą Piotrkowa także w latach wielkiego kryzysu ekonomicznego 1929-1933. Znacznie dłużej utrzymywał się niepokojąco niski poziom higieny osobistej mieszkańców. Wiele do życzenia pozostawiał stan czystości lokali mieszkalnych. Ogólnie rzecz biorąc niski
standard życia Piotrkowian przekładał się na takową dziedzinę sanitarną. Pośród przyczyn owych zaniedbań, podstawową było zubożenie szerokich mas ludności, a więc brak środków pieniężnych na zakup mydła, bielizny, pościeli, ubrań itp. Mieszkania, których stan katastroficznie pogorszył się w latach wojny, nie odnawiane i nie ulepszane, pozbawione elementarnych urządzeń sanitarno-higienicznych,
były coraz bardziej przeludnione. Lokale jednoizbowe zajmowało
36,6% obywateli, stanowiły one 40,1% wszystkich mieszkań (9, 26).
Miasto nie posiadało kanalizacji ani wodociągów, brakowało urządzeń
dezynfekujących i dezynsekcyjnych (2). Dopiero od 1925 r. rozpoczęto rozbudowę sieci wodno-kanalizacyjnej. Przykładowo, jeszcze
w 1931 r. do sieci wodociągowej podłączonych było zaledwie 19%
domów w mieście, a do sieci kanalizacyjnej 17,1% (8). Wspomniana
niekorzystna struktura mieszkaniowa, warunki bytowe, jak również
brak właściwych nawyków higienicznych, a co za tym idzie nie przestrzeganie przepisów sanitarnych sprzyjało rozwojowi groźnych cho-
172
rób infekcyjnych (zakaźnych).
W dokumentach Magistratu niejako z dumą podkreślano, iż
w trosce o higienę i utrzymywanie czystości dzieci, samorząd […] stale prowadzi bezpłatne kąpiele szkolne. Każde z 7800 dzieci szkolnych
ma wyznaczoną kąpiel raz na miesiąc (23). Ta częstotliwość korzystania z łaźni miejskiej najlepiej świadczy o poziomie ówczesnych warunków sanitarnych.
W obliczu tak skomplikowanej sytuacji gospodarczo-finansowej
miasta sprostanie higieniczno-lekarskim potrzebom ludzi okazywało
się wyjątkowo trudne, szczególnie, że do roku 1928 Piotrków nie posiadał żadnego zakładu opiekuńczego. Stąd też Magistrat zmuszony
był do tworzenia systemu opiekuńczego od podstaw. Już sam fakt, iż
w roku 1925 stosunek procentowy sumy budżetowej przeznaczonej
na opiekę wynosił 8,6% całości budżetu, a w roku 1929 wzrósł do
17%, świadczy o należytym zrozumieniu problemu (3, 22). W latach
późniejszych, zwłaszcza ostatnich przed II wojną światową, wydatki
na szeroko pojętą pomoc społeczną (obejmującą trzy sektory: oświatę, pomoc społeczną i służbę zdrowia) wzrosły z 36% budżetu miasta
w roku 1934/35 do 52,5% w roku 1937/38 (21). Stosunek procentowy
wydatków budżetowych przeznaczonych na opiekę w poszczególnych
latach przedstawia tabela nr 1.
W ostatnich latach okresu międzywojennego sprawozdania budżetowe podają szczegółowe kwoty przeznaczane na potrzeby dzieci
i młodzieży. Na ich podstawie możemy wywnioskować, iż największe
sumy przekazywano na dofinansowanie szkół powszechnych, w dal-
173
szej kolejności na dożywianie dzieci i młodzieży. Ponadto władze
utrzymywały od 1937 r. poradnię stomatologiczną przeznaczoną dla
uczniów wszystkich piotrkowskich palcówek oświatowych. Jak podkreślono w ostatnim przedwojennym sprawozdaniu magistratu powołano ją [...] z uwagi na zatrważający stan uzębienia dzieci szkolnych
(przeszło 90% dzieci w szkołach z próchnicą zębów) […]. Wzorując
się na inicjatywie m. Radomia, który – jedyne w Polsce pod tym
względem miasto – zaprowadził przymus leczenia zębów u dzieci
szkolnych – ustalono plan systematycznego leczenia wszystkich dzieci pierwszych i siódmych oddziałów szkół powszechnych oraz akcji
doraźnej, którą objęto wszystkie dzieci szkolne (7 tysięcy). [...] Dotychczas wyleczono (zaplombowano) zęby wszystkim dzieciom, które
opuściły szkołę
Tab. nr 1. Stosunek procentowy wydatków budżetowych przeznaczonych
na wydatki społeczne w latach 1925-1937/38
Rok
Wydatki
Ogółem w zł
Wydatki społeczne
(oświata, opieka, zdrowie)
w zł
Procent
%
1925
–
66.300
8,6
1929
–
264.425
17,0
1934/35
1.251.823
478.813
36,0
1935/36
1.681.724
469.378
43,4
1936/37
959.955
470.276
49,0
1937/38
1.080.326
567.722
52,5
Źródło: 21,22.
174
1939/40
66.070
191.056
39.905
5.610
26.028
33.640
40.620
–
–
–
39.778
1938/39
53.928
178.189
45.749
6.090
24.730
353
36.315
1937/38
33.943
165.258
40.846
1.028
25.976
Pływalnia
554
26.942
1936/37
26.729
146.630
39.016
–
23.769
23.702
1935/36
23.927
151.086
31.369
24.895
154.851
Wydatki na młodzież od lat 14 - 20 (szkoła zawodowa, wychowanie
fizyczne i stypendia)
–
Wydatki na sieroty
i dzieci opuszczone
–
Wydatki na dentystystykę(!) szkolną
22.249
Wydatki na dożywianie dzieci
od 7 - 14 lat, w szkołach,
na koloniach oraz gwiazdka dla dzieci
28.263
Na szkolnictwo powszechne
–
Wydatki na dożywianie
niemowląt i dzieci do lat 6
21.126
Nazwa
1934/35
Tab. nr 2. Szczegółowe wydatki na pomoc dla dzieci i młodzieży z budżetu
miejskiego Piotrkowa Trybunalskiego z lat 1934-1939
Źródło: 21.
powszechną w r. 1937/1938 oraz objęto akcją leczenia systematycznego 2.000 małych pacjentów, leczeniem doraźnym zaś – wszystkie
dzieci uczęszczające do szkół. Od 1 II 39 r. Ambulatorium czynne jest
7 godzin dziennie (12). Omawiane powyżej wydatki na pomoc dla
dzieci i młodzieży z budżetu miasta z lat 1934 – 1939 przedstawia ta-
175
bela nr 2.
W kraju budującym system opiekuńczy od podstaw za jedną
z naczelnych zasad przyjęto otoczenie należytą troską matki i dzieci.
Powołano np. Polski Komitet Pomocy Dzieciom (24). Do podstawowych ośrodków, które niosły pomoc rodzinie należały stacje albo tzw.
ośrodki opieki społecznej, często łączone z ośrodkami zdrowia w tzw.
ośrodki opieki społecznej i zdrowia. Były to instytucje bezpośrednio
podlegające administracji komunalnej, opierające swą pracę na bezpośredniej współpracy z różnymi organizacjami i instytucjami społecznymi, komisjami opieki społecznej i opiekunami społecznymi. Sprawowały opiekę i udzielały pomocy rodzinom i dzieciom na określonym
terenie w tzw. rejonie opiekuńczym.
W praktyce pomoc rodzinie polegała przede wszystkim na przekazywaniu przydziałów żywności, odzieży, obuwia i środków leczniczych dla dzieci najbiedniejszych. W niewielkim zakresie stosowano
zapomogi finansowe, na ogół doraźne i jednorazowe. Podejmowano
również próby załatwienia pracy bezrobotnym, kierowania dzieci do
różnych instytucji i organizacji społecznych mogących udzielić pomocy, starano się załatwiać miejsca w przedszkolu, szkole, świetlicy, na
kolonii czy półkolonii itp. Gdzieniegdzie rozwijano akcję poradnictwa
rodzicom w zakresie troski o zdrowie najmłodszych pacjentów, ich
rozwój i prawidłowe wychowanie. Inną formę opieki nad rodziną pełniły stacje opieki nad matką i dzieckiem nazywane też przychodniami.
Udzielały one pomocy i zapewniały opiekę higieniczno-lekarską oraz
wychowawczą najczęściej młodym matkom i ich niemowlętom.
176
W 1937 r. było w Polsce 570 tych stacji obejmujących opieką 187,9
tys. osób. W miastach liczba stacji była znacznie wyższa i wynosiła
402, zaś na wsiach było ich tylko 168 (8).
W Piotrkowie Trybunalskim dopiero w 1928 roku powołano do
życia Miejską Stację Opieki nad Matką i Dzieckiem oraz w 1929 roku
Miejski Ośrodek Zdrowia. Podstawowym zadaniem stacji było stworzenie właściwej opieki nad kobietą ciężarną, jako przyszłą matką oraz
nadzór nad zdrowiem i rozwojem dziecka do końca trzeciego roku życia. Troska ta przejawiała się poprzez prowadzenie okresowych kontroli kobiet ciężarnych i dzieci przez lekarza, udzielanie pouczeń o higienie ciąży, zasadach karmienia piersią, sztucznego odżywiania, zasadach pielęgnacji niemowląt i sposobach zabezpieczania ich przed
chorobami zakaźnymi. Ubogie matki zwalniane były od wszelkich
opłat, a nadto korzystały z bezpłatnej pomocy położnych w czasie porodu oraz otrzymywały bezpłatną wyprawkę i mleko dla noworodka
(16).
W mieście opiekę nad matką i dzieckiem pełniły następujące
zakłady prywatne:
Stacja opieki nad matką i dzieckiem dla ludności chrześcijańskiej
– „Kropla Mleka”,
Stacja opieki nad matką i dzieckiem dla ludności żydowskiej –
„Kropla Mleka”,
Żłobek dla niemowląt przy chrześcijańskiej „Kropli Mleka”,
Ochronka dla dzieci wieku 3-6 lat przy chrześcijańskiej „Kropli
Mleka”,
177
Schronisko dla sierot przy Towarzystwie Dobroczynności dla
chrześcijan,
Schronisko dla dzieci inwalidów wojennych i poległych na wojnie,
Schronisko dla sierot przy Towarzystwie Dobroczynności dla Żydów,
Ochronka dla dzieci żydowskich im. Grossera (2).
W roku 1926/27 pod stałą opieką wymienionych stacji opieki
nad matką i dzieckiem znajdowało się 275 małych pacjentów dla których wydano 30.463 litrów mleka. Poza tym w zakresie ochrony macierzyństwa magistrat utrzymywał dla ubogich matek położną miejską,
a każda kobieta mogła skorzystać z bezpłatnych porad i pouczeń (6).
Z kolei ewidencja z ostatniego kwartału 1937 roku jednej
z piotrkowskich przychodni dla matki i dziecka podaje liczbę 225 niemowląt, którym wydano 8.569 litrów mleka podzielonych na 38.310
porcji. W tym okresie ośrodek udzielił około 150 porad, jednocześnie
zarejestrowano 46 wizyt domowych, siedmioro dzieci skierowano do
szpitali, dwoje niemowląt zmarło (7).
Jak już wyżej wspomniano przy stacji Opieki nad Kobietą Ciężarną istniały dwa żłobki: jeden dla dzieci do lat 3, drugi dla dzieci
w wieku od 3 do 6 lat. Ten drugi żłobek pełnił rolę ochronki. Dzieci
przebywając w nim, były przebierane w ubranka zakładowe i otrzymywały pełne, całodzienne utrzymanie. Nad ich zdrowiem czuwała
wykwalifikowana pielęgniarka. Wieczorem matki odbierały swoje dzieci do domów. Ten rodzaj sprawowania opieki umożliwiał matkom podjęcie pracy zarobkowej. Liczba dzieci w placówce wynosiła przeciętnie
178
10 – 12, zaś w ochronce 35.
Sieroty, półsieroty i dzieci bezdomne przebywały w schroniskach, zaś dzieci niepełnosprawne odsyłano do specjalistycznych zakładów zamiejscowych. Ogół dzieci przebywających w schroniskach
miejskich wynosił w 1928 r. – 98 osób. Dla potrzeb ubogiej, uczącej
się młodzieży funkcjonowały cztery bursy prywatno – społeczne, również subsydiowane przez Magistrat. Dla przykładu w 1928 r. przebywało w nich 88 osób (3).
Magistrat piotrkowski sprawował również opiekę nad sierotami,
dziećmi opuszczonymi i kalekimi. Przedsięwzięcie to realizowano,
bądź za pośrednictwem zakładów opiekuńczych działających w mieście, lub umieszczając dzieci na własny koszt u osób prywatnych.
W latach 1923 – 1933 władze miasta, uważając, że nie należy
szczędzić sił i środków na rzecz młodego pokolenia, zorganizowały
dzieciom dożywianie i miesięczne wyjazdy na kolonie letnie. Organizatorzy tych ostatnich mieli na uwadze przede wszystkim dobro dziecka, […] wszędzie i na każdym kroku, w każdym planie organizacyjnym
wychodzono z założenia, iż dziecku trzeba dać jak najwięcej swobody,
wypoczynku i kontaktu z naturą. Opieka wychowawcza powinna dążyć
do wyzyskania wszelkich możliwości naturalnych, które mogą przyczynić się do kulturalnego i moralnego kształtowania dziecka (13).
W Piotrkowie Trybunalskim z tej możliwości wypoczynku korzystały
przede wszystkim dzieci najbiedniejsze oraz przesyłane do tych placówek przez lekarzy szkolnych i higienistki. Dzieci żydowskie, na życzenie rodziców, były kierowane na kolonie lub półkolonie, organizo-
179
wane przez Towarzystwo Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej
w miejscowości Wierzeje lub w lesie Wolborskim. W tym ostatnim wypadku chodziło głównie o względy religijne, jak również odpowiednie
„koszerne” jedzenie.
Ogółem w latach 1927-1933 z kolonii letnich skorzystało 1 676
dzieci (szczegóły zamieszczono w tabeli nr 3).
Tab. nr 3. Kolonie letnie organizowane przez Magistrat w latach 1927 – 1933
Rok
Kolonie w Podklasztorzu
Kolonie /półkolonie żydowskie
dzieci chrześcijańskie
dzieci żydowskie
chłopcy
dziewczęta
chłopcy
dziewczęta
1927
85
105
18
18
1928
92
112
32
23
1929
100
115
26
24
1930
51
53
16
15
1931
67
79
19
19
1932
106
143
21
20
1933
129
140
24
24
ogółem
630
747
156
143
Źródło: 23.
Organizacja letniego wypoczynku wakacyjnego dawała najmłodszym możliwość nie tylko spędzenia kilku beztroskich tygodni poza środowiskiem rodzinnym, w którym dzieci, ze względu na złe wa-
180
runki bytowe, narażone były na różne choroby zakaźne, ale co istotniejsze kolonie zapewniały właściwe, pełnokaloryczne wyżywienie,
poprawiające kondycje uczniów. W sprawozdaniach magistratu
z omawianego okresu wyraźnie podkreśla się, iż […] kolonie letnie to
niezastąpiony i najskuteczniejszy środek opieki zapobiegawczej, służący poratowaniu nadszarpniętych sił […] dzieci (23). Świadczą o tym
badania pokolonijne, które wykazywały znaczną poprawę zdrowia
dzieci, zwłaszcza dożywianie, korzystnie wpływające na przyrost wagi
ciała – wynosił on od 0,1 kg do 6,6 kg (3).
Drugim, obok kolonii letnich, ważnym elementem profilaktyki było dożywianie najbiedniejszych dzieci. Dziecko głodne nie może i nie
powinno się uczyć. Przyjmując taką zależność, za naglącą potrzebę
uznano konieczność dożywiania w szkołach: […] dzieci dochodzących
lub dojeżdżających z dalszych okolic, a więc zmuszonych do bardzo
wczesnego spożywania pierwszego śniadania i bardzo późnej pory
obiadowej oraz dzieci „słabowitych”, zwłaszcza ze skłonnościami do
zachorowań na gruźlicę i wymagających dodatkowego dokarmiania
(14).
Podobnie jak winnych miastach Polski, również w Piotrkowie
Trybunalskim dożywianie najczęściej odbywało się w szkołach, w czasie zajęć. Akcją objęto dzieci najsłabsze, wykazujące niedobór wagi
ciała oraz największą skłonność do różnego rodzaju chorób, a przede
wszystkim gruźlicy. Akcja ta została zapoczątkowana w roku szkolnym
1925/26 i objęła wówczas 620 dzieci. W latach następnych dożywiano
rocznie przeciętnie 1000 – 1300 uczniów.
181
Opieka społeczna wielokrotnie łączyła się ze służbą zdrowia.
Widać to najlepiej na przykładzie wspomnianej powyżej Stacji Opieki
nad Matką i Dzieckiem, gdzie prowadzono także działalność profilaktyczno-leczniczą. Sprawozdania władz miejskich Piotrkowa Trybunalskiego podają, iż dopiero w drugiej połowie lat 20-tych rozpoczęły
działalność przychodnie specjalistyczne, zarówno dla samych dzieci –
ambulatorium szkolne, jak i takie, w których najmłodsi pacjenci stanowili liczną grupę korzystających (18). Mowa tu zwłaszcza o dwóch
placówkach: przeciwgruźliczej i przeciwjagliczej, a także dla ubogiej
ludności. Wszystkie wymienione powyżej wraz z innymi ambulatoriami
i przychodniami weszły w skład utworzonego w roku 1929 Miejskiego
Ośrodka Zdrowia. Rozwinął on w pełni swoją działalność w początkach lat 30-tych (12). W 1936 roku pracowało w nim już sześciu lekarzy specjalistów, dwóch kontrolerów: do spraw higieny (sanitarnych)
oraz żywności, a także pięć pielęgniarek i woźny. Ten ostatni zajmował się też dezynfekcją pomieszczeń w wypadku stwierdzenia chorób
zakaźnych.
W okresie międzywojennym w Polsce, jak również w Piotrkowie
Trybunalskim występowało duże zagrożenie ze strony chorób, określanych społecznymi. Ogólnopolska ankieta z lat 1925-1926 przeprowadzona w 784 zakładach opiekuńczych zamkniętych, tj. takich w których dzieci były stałymi pensjonariuszami, wykazała że w 579 placówkach (około 74%) stwierdzono zachorowalność na jaglicę. W szkołach
piotrkowskich liczba zachorowań na jaglicę w roku 1924 wynosiła – 93
dzieci w tym 48 chłopców i 45 dziewcząt (4). Jednak najgroźniejszą
182
z chorób nękających piotrkowską społeczność była gruźlica, chociażby z tego względu, iż ówcześnie nie potrafiono jeszcze skutecznie jej
leczyć. Zjawisko to obrazują materiały sprawozdawcze składane przez
miejscowych lekarzy. Szczegóły dotyczące najmłodszych pacjentów
będących pod opieką przychodni przeciwgruźliczej z wybranych kwartałów 1937 i 1938 roku zaprezentowano w tabeli nr 4. Na podstawie
tychże spisów można zaobserwować dużą dbałość i dokładność obserwacji stanu zdrowia dzieci, niestety niewiele z nich wykreślano
z ewidencji jako wyleczone lub zdrowe po przeprowadzeniu badań (7).
Oczywiście największe potrzeby w zakresie opieki zdrowotnej istniały
w grupie dzieci szkolnych. Dotyczyły one z jednej strony zapewnienia
każdemu dziecku miejsca w szkole elementarnej z drugiej zaś opieki
i pomocy dziecku, które miało utrudnione warunki uczęszczania do
szkoły lub było pozbawione opieki domu rodzinnego. Szkoły szczególnie powszechne, na terenie większych skupisk ludzkich podejmowały opiekę nad dzieckiem głównie z zakresu zapewnienia bezpieczeństwa i ochrony zdrowia ucznia, pomocy materialnej, dożywiania
oraz opieki wychowawczej w czasie pozalekcyjnym i pomocy uczniom
mającym trudności w nauce. W 1932 r. było w Polsce ponad 1000 lekarzy szkolnych, większość z nich jednak pracowała w szkołach średnich. Szkoły powszechne tylko w wielkich miastach pozwolić sobie
mogły na tę formę opieki nad dziećmi (8).
W powiecie piotrkowskim w 1937 roku sprawozdania podają, iż
w 205 szkołach opiekę higieniczno-lekarską sprawowało 7 lekarzy
szkolnych i 2 higienistki szkolne. Liczba szkół odwiedzonych w ciągu
183
roku przez personel medyczny wyniosła 118. Na ogólną liczbę 24.676
uczniów badaniom poddano 21.103 dzieci. Spośród badanych wykazano: brudnych – 2.176; zawszonych – 3.287; ze świerzbą(!) 270;
z jaglicą 373 (1).
Tab. nr 4. Najmłodsi pacjenci poradni przeciwgruźliczej piotrkowskiego ośrodka
zdrowia w IV kwartale 1937 r. i IV kwartale 1938 r.
Nazwa
Dzieci do 15 roku życia
1937
1938
Liczba osób pod opieką poradni 1-go dnia kwartału
310
264
Liczba osób zapisanych w kwartale
15
14
Ogółem pod opieką przychodni
325
272
W tym zamiejscowych
4
5
W tym pacjenci pozostający na obserwacji
85
83
Zmarli w kwartale na gruźlicę
1
-
Skreśleni z ewidencji jako wyleczeni lub zdrowi
15
-
-
1
Pacjenci z gruźlicą płuc (nie prątkujący)
26
31
Pacjenci z gruźlicą gruczołów przyoskrzelowych
50
65
Pacjenci z gruźlicą płuc (prątkujący)
184
Nazwa
Dzieci do 15 roku życia
1937
1938
Pacjenci z innymi postaciami gruźlicy
18
15
Ogółem pacjenci z gruźlicą
94
112
Pacjenci skierowani do szpitali
1
-
Pacjenci skierowani do sanatoriów
2
1
Źródło: 7.
Jak już wspomniano w szkołach opiekę lekarsko-higieniczną
nad dziećmi sprawowali lekarze szkolni, przy współudziale higienistek
szkolnych, określanych mianem „szkolnych opiekunek zdrowia”. Do
ich obowiązków należało min. pomaganie lekarzom szkolnym podczas
badań (mierzenie, ważenie), szczepienia, pilnowanie czystości wśród
dzieci (w razie potrzeby mycie, czesanie, strzyżenie), sprawdzanie
przyczyn dłuższej nieobecności dzieci w szkole oraz przekonywanie
rodziców o potrzebie utrzymywania czystości i leczenia najmłodszych
(15).
Zakres czynności higieniczno-lekarskich szczegółowo określał
Regulamin pracy personelu lekarsko-higienicznego w publicznych
szkołach powszechnych w Piotrkowie Trybunalskim, mianowicie:
udzielanie rad i wskazówek rodzicom dzieci wymagających specjalnej
opieki lub też powiadamianie rodziców piśmiennie o patologicznym
stanie zdrowia dziecka; przeprowadzanie przeglądów kontrolnych
185
dzieci, których stan zdrowia tego wymaga; kontrolowanie obowiązujących szczepień; czuwanie nad stanem sanitarnym pomieszczeń
i urządzeń szkolnych; prowadzenie ewidencji chorób i zapobieganie
szerzeniu się chorób zakaźnych; wydawanie decyzji, co do powrotu
dziecka do szkoły po przebytej chorobie; urządzanie pogadanek z zakresu higieny dla rodziców i uczniów klas starszych (5).
W sprawozdaniu z roku 1933 czytamy […] W specjalnie przez
Magistrat zorganizowanem(!) ambulatorium szkolnem(!) 2-ch lekarzy
szkolnych i higienistka miejska udzielało stale bezpłatnych porad
i opatrunków. Personel ambulatorium kilkakrotnie w roku dokonywał
ogólnych oględzin dzieci, dzieci chore zwalniał od nauki, kwalifikował
na kolonje(!) letnie, przeznaczał dzieciom tran[sport], kwalifikował na
obozy harcerskie, prowadził specjalnie energiczną walkę z chorobami
ocznemi(!) (jaglicą) i innymi chorobami zakaźnemi(!) (świerzb) itd. Badano warunki domowe dzieci, udzielano fachowych porad oraz środków leczniczych. Prowadzono pozatem(!) strzyżenie, odwszanie(!),
urządzano pogadanki o zachowaniu czystości ciała, o chorobach
i środkach zapobiegających, o ratownictwie (3-4 razy rocznie w każdej
szkole) [...]. Przeprowadzono rokrocznie w oddziałach szkół powszechnych szczepienia ochronne przeciwko ospie, przeciętnie rocznie ok. 1300 dzieciom, dokonywano szczepień przeciwpłoniczych(!)
[...] W nagłych wypadkach udzielano bezpłatnie pomocy lekarskiej
dzieciom szkolnym w ich prywatnych mieszkaniach. Dzieci chore na
jaglicę i gruźlicę skierowywano do odpowiednich przychodni w [...]
stan ogólny jest tego rodzaju, iż 70% dzieci szkolnych jest w Piotrko-
186
wie zdrowych, 25% ogółu dziatwy to dzieci chorowite i 5% wyniszczonych (wybitnie anemicznych) (11, 23).
Od roku 1935 opiekę medyczną nad uczniami skoncentrowano
w placówkach oświatowych, tworząc tam gabinety lekarskie. Powiększono zatem personel lekarski i pielęgniarski, a wszystkim dzieciom
uczęszczającym do szkół założono kartoteki zdrowia. Wprowadzeniu
opieki medycznej do szkół, czyli do środowiska, w którym dziecko
przebywa, zawdzięczano, […] iż żadna z panujących na terenie miasta epidemii, nawet szkarlatyna, […] dur brzuszny – nie przeniosły się
do szkół (11, 21).
W ramach podejmowanych przez państwo akcji profilaktycznych
masowo przeprowadzano szczepienia przeciwko niektórym chorobom
zakaźnym. Na przykład w Piotrkowie w roku 1926/27 przeciętnie 950
dzieci rocznie poddawano szczepieniom przeciw ospie. Konieczność
i powszechność szczepienia zapisano w 1. artykule ustawy z dn. 19
lipca 1919 r. o przymusowym szczepieniu ochronnym przeciw ospie:
w Państwie Polskim wszystkich mieszkańców obowiązuje przymusowe szczepienie ochronne przeciw ospie. Każde dziecko miało być
szczepione dwukrotnie: przed upływem pierwszego roku i w siódmym
roku życia (szczepienia pierwszego i drugiego stopnia). Szczepienia
były bezpłatne i odbywały się dwa razy w roku, w terminach ustalonych urzędowo. Dzieci nie szczepionych nie wolno było przyjmować
do szkół i innych zakładów wychowawczo-oświatowych (27).
W październiku roku 1936 na terenie powiatu piotrkowskiego
zaszczepiono przeciwko ospie około pięć i pół tysiąca rocznych dzieci,
187
a powtórnie w tym samym roku – siedem i pół tysięcy uczniów pierwszych klas szkół powszechnych (3,7). Dzieci i młodzież szczepiono
także przeciwko durowi brzusznemu.
Wszystkie powyższe starania Magistratu wynikały z troski
o dobro każdego dziecka, z myślą o jego przyszłości jako obywatela,
członka narodu i społeczeństwa.
Podobna dbałość o interesy najmłodszych stała się przedmiotem obrad Ogólnopolskiego Kongresu Dziecka. Zwrócono na nim
uwagę na wzajemne prawa i obowiązki rodziców i dzieci oraz na fakt,
iż powinności opiekunów winny być stanowione i wykonywane w taki
sposób, aby […] dziecko było wychowane fizycznie i umysłowo, moralnie i religijnie, jako dzielny i dobry członek rodziny i narodu (19).
Niezbędnym było również ustawowe unormowanie opieki lekarskiej nad dzieckiem od chwili jego poczęcia do l5-go roku życia.
W związku z tym należało:
− zwiększyć liczbę instytucji opieki zdrowotnej nad matką i dzieckiem,
− zorganizować sieć lekarzy szkolnych, a organizację pomocy lekarskiej oprzeć na zasadach spółdzielczo-ubezpieczeniowych.
W dziedzinie żywienia dzieci zaczęto dążyć do jego poprawy
drogą zwalczania „ignorancji ogólnej” i doraźnego racjonalnego dożywiania. Założono, iż w zakresie szpitalnictwa powinno istnieć jedno
łóżko szpitalne dla dziecka na 1000 mieszkańców, a jeden szpital
dziecięcy na województwo lub miasto ponad 100 000 mieszkańców.
Przyjmowanie do szpitali uzależniono od stanu zdrowia dziecka a nie
od warunków płatniczych. Mówiono o rozbudowie sieci poradni higie-
188
ny psychicznej oraz zakładów wychowawczych i leczniczych dla dzieci
umysłowo upośledzonych.
Również Ustawa z 15 czerwca 1939 r. o publicznej służbie
zdrowia dawała mocne podstawy prawne do dalszych działań opiekuńczych, jednocześnie podkreślała konieczność krzewienia higieny
i podnoszenie stanu zdrowotnego ludności , […] sprawowanie opieki
higieniczno-lekarskiej nad matką i niemowlętami, dziećmi w wieku
przedszkolnym i szkolnym, zwalczanie chorób społecznych i zakaźnych (25).
Wprowadzenie w życie wyżej wymienionych postulatów uniemożliwił wybuch II wojny światowej.
Streszczenie
W okresie międzywojennym piotrkowskie władze samorządowe czyniły wszelkie starania zmierzające do zrealizowania założeń
opiekuńczych wobec potrzebujących mieszkańców. Wysiłki te koncentrowały się głównie na tworzeniu nieistniejących dotychczas instytucji
i zakładów opiekuńczych, jak również na innych formach niesienia
pomocy szczególnie w zakresie opieki zdrowotnej. Za jedną z naczelnych zasad przyjęto otoczenie należytą opieką higieniczno-lekarską
najmłodszych pacjentów.
Piśmiennictwo
1. Archiwum Akt Nowych, Ministerstwo Opieki Społecznej, 1918-1939, t. 813.
2. Archiwum Państwowe w Piotrkowie Trybunalskim, Akta miasta Piotrkowa, sygn.
1348, Sprawozdanie za okres I-IV 1920.
189
3. Archiwum Państwowe w Piotrkowie Trybunalskim, Akta miasta Piotrkowa, sygn.
2570, Opieka społeczna.
4. Archiwum Państwowe w Piotrkowie Trybunalskim, Inspektorat Szkolny w Piotrkowie
1917-1950, t. 71 , s. 119.
5. Archiwum Państwowe w Piotrkowie Trybunalskim, Inspektorat Szkolny w Piotrkowie
1917-1930, t. 199, s. 24-30.
6. Archiwum Państwowe w Piotrkowie Trybunalskim, zespół nr 1, Starostwo Powiatowe
Piotrkowskie ([1915] 1919-1939), t. 1057.
7. Archiwum Państwowe w Piotrkowie Trybunalskim, zespół nr 2, Wydział Powiatowy
w Piotrkowie (1917-1950), sprawozdania z działalności służby zdrowia.
8. Balcerek M.: Rozwój opieki nad dzieckiem w Polsce w latach 1918-1939, Warszawa
1978.
9. Baranowski K.: Zabudowa i warunki mieszkaniowe w latach 1918-1939, [w:] Dzieje
Piotrkowa Trybunalskiego, pod red. B. Baranowskiego, Łódź 1989.
10. Dziennik Praw Królestwa Polskiego, 1918, Nr 5, dekret Nr 8 z 15 maja 1918 r.
11. Felchner A.: Dzieci i młodzież szkolna w oficjalnych sprawozdaniach władz miejskich Piotrkowa Trybunalskiego (1925-1939), [w:] Myśl i praktyka pedagogiczna. Studia ofiarowane profesorowi Lucjanowi Olszewskiemu w 70 rocznicę urodzin i 50 pracy zawodowej, pod red. W. Chmielewskiego i W Starzyńskiej, Piotrków Trybunalski
2008.
12. Felchner A.: Zdrowie i zdrowotność Piotrkowian. Z problematyki zdrowotności
mieszkańców Piotrkowa Trybunalskiego i powiatu piotrkowskiego na tle całego kraju
(od końca lat 20-tych do początku 70-tych XX wieku), Wrocław 2006.
13. III Kongres Międzynarodowy wczasów letnich dzieci i młodzieży, 1988, „Życie Młodych” R. 7/1, nr 2, [w:] Źródła do pedagogiki opiekuńczej, red. I. Leparczyk, t. 1, Warszawa 1938.
14. Kopczyński S.: Opieka higieniczno-lekarska nad dzieckiem normalnem(!) w szkole,
Warszawa 1929.
15. Kopczyński S.: Rola lekarza powiatowego w dozorze higieniczno-lekarskim nad
szkołami, Warszawa 1919.
16. Kotlicki K.: Zakres i formy opieki społecznej w Piotrkowie Trybunalskim w latach
1926-1933, „Zbliżenia. Kwartalnik Społeczno-Oświatowy”, ., 1992, nr 2.
17. Leś E.: Od filantropii do pomocniczości. Studium porównawcze rozwoju i działalności organizacji społecznych, Warszawa 2000.
18. Majchrzyk-Mikuła J.: Początki opieki zdrowotnej w szkolnictwie polskim, [w:] Myśl
i praktyka pedagogiczna. Studia ofiarowane profesorowi Lucjanowi Olszewskiemu
w 70 rocznicę urodzin i 50 pracy zawodowej, pod red. W. Chmielewskiego i W Starzyńskiej, Piotrków Trybunalski 2008.
19. Ogólnopolski Kongres Dziecka, „Życie Młodych” R. 7/1, 1938, nr 11, [w:] Źródła do
pedagogiki opiekuńczej, red. I. Leparczyk, t. 1, Warszawa 1988.
190
20. Opieka społeczna. Zbiór ustaw i rozporządzeń, opr. S. Grochowski, E. Chwalewik,
Warszawa 1929.
21. Samorząd Piotrkowa Trybunalskiego w latach 1935-1939 (krótki zarys działalności),
Piotrków Trybunalski 1939.
22. Sprawozdanie Magistratu Miasta Piotrkowa od roku 1923-1928, Piotrków Trybunalski 1928.
23. Sprawozdanie samorządu miejskiego Miasta Piotrkowa za lata 1925–1933, Piotrków Trybunalski 1933.
24. Status Polskiego Komitetu Pomocy Dzieciom, „Opieka nad Dzieckiem”, R. 4, 1926,
nr 2, [w:] Źródła do pedagogiki opiekuńczej, red. I. Leparczyk, t. 1, Warszawa 1988.
25. Ustawa z dnia 15 czerwca 1939 r. o publicznej służbie zdrowia,., Dziennik Ustaw
Rzeczypospolitej Polskiej, 1939 r, nr 54, pozycja 342
26. Warunki pracy i życia w Polsce międzywojennej, w świetle badań społecznych, ,
red. D. Polińskiego, Warszawa 1980.
27. Zasadnicza ustawa sanitarna z dnia 19 lipca 1919 r., Dziennik Praw Państwa Polskiego, nr 63, poz. 731.
Praca zawiera 29 171 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
191
192
LECZENIE ŻÓŁTACZKI
W LECZNICTWIE LUDOWYM
NA ZIEMIACH POLSKICH
W WIEKU XIX-TYM
I W PIERWSZEJ POŁOWIE XX WIEKU
Lilianna Wdowiak, Paweł Wysokiński*
Samodzielna Pracownia Edukacji Medycznej,
Wydział Nauk o Zdrowiu, Pomorski Uniwersytet Medyczny,
al. Powstańców Wielkopolskich 72, 70-111 Szczecin
Studium Doktoranckie Wydziału Lekarskiego,
Pomorski Uniwersytet Medyczny,
ul. Rybacka 1, 70-240 Szczecin,
[email protected]
Niegdyś każde zażółcenie powłok skórnych i błon śluzowych,
niezależnie od czynnika sprawczego, zarówno w medycynie oficjalnej,
jak i w ludowej nazywano żółtaczką, nie wiedząc, iż żółtaczka stanowi
jedynie objaw spotykany w wielu schorzeniach, a nie jest osobną jednostkę chorobową.
„Lud nasz i inne ludy europejskie nie mają dokładniejszego wyobrażenia o chorobach wewnętrznych” – napisał niespełna osiemdziesiąt lat temu Henryk Biegeleisen, zauważając: „Z chorób wewnętrznych może najwcześniej znaną była żółtaczka”(2).
Poddano analizie dziewiętnastowieczne i dwudziestowieczne
piśmiennictwo dotyczące ludowych sposobów walki z „żółtaczką” na
193
ziemiach wchodzących w skład państwa polskiego jeszcze przed zaborami i na terenie Polski w granicach uzyskanych po II wojnie światowej, zakładając iż terapia za pomocą środków medycyny ludowej
musiała okazać się bezużyteczna. Czy jednak w istocie tak było?
W medycynie oficjalnej relacja lekarz – pacjent miała nieco inny
format niż relacja znachor – chory mieszkaniec wsi. Znachor rozumiał
swojego pacjenta (23, 25, 15). A lekarz? Niekoniecznie. Zazwyczaj
trudno było lekarzowi pojąć meandry rozumowania mniej wykształconych od niego chłopów. Ludność wiejska zresztą odnosiła się do
„miastowych” lekarzy z dużą nieufnością. Dopiero E. Biernacki (3, 4,
5), a za nim W. Biegański (1) zwrócili jako jedni z pierwszych uwagę,
iż „czynniki psychiczne” pełnią w zdrowieniu pacjentów istotną rolę,
wcześniej do nich nie przywiązywano szczególnego znaczenia (poza
chorobami nerwowymi). Przed wybuchem II wojny światowej, lekarze
już w pełni zdawali sobie sprawę, jak ważną rolę w terapii odgrywa
psychika pacjenta. Wiejski, podolski lekarz, S. Spittal napisał:
„...znaną jest rzeczą, że wpływ psychiczny, skierowujący uwagę chorego na inne tory, a tym samym odwracający jego myśli od cierpienia,
jako też wiara, są bodźcami dla słabnącej woli chorego, podnietą
w formie jakby zastrzyku, wykrzesującą nieznane, drzemiące w ukryciu zasoby energii fizycznej i duchowej, które stanowią bardzo skuteczną broń przeciw chorobie” (26).
Niewykształceni, rzadko umiejący czytać, nie znający anatomii
i fizjologii znachorzy, cieszyli się na ogół dużym szacunkiem swojego
otoczenia (23, 15). Znakomicie znali mentalność współmieszkańców
194
wsi i potrafili nawet w przypadkach całkowitej bezradności znaleźć
sposoby przyniesienia ulgi w cierpieniach. Chociaż zarzucano im
ciemnotę, zacofanie, wiarę w przesądy (25, 16, 15, 23) – na ogół wyjaśniali chorym w sposób dla nich zrozumiały pochodzenie choroby
i wykorzystywali nieznane wówczas w medycynie metody terapii, które
dzisiaj nazwalibyśmy „psychologicznymi” - odwołanie się do religii, sił
nadprzyrodzonych, wizualizację, czy „efekt placebo”.
Etiologia
„O ludziach złych, zgryźliwych, śledziennikach powiadają u nas
i w Niemczech, że im się żółć przelewa. Objawem słabości wątroby
jest żółtaczka, którą nasz i inne ludy przypisują złości, za Homera
używano tego samego wyrazu na oznaczenie żółci i gniewu”– pisał H.
Biegeleisen (2). Gdy wątroba „wzruszy się od złości”, „z pasji wstrząśnie”, „z gniewu żółć zaleje”(26) - pojawiała się żółtaczka. Powszechnie wierzono, że żółtaczkę wywołują również robaki. Jako powód choroby wymieniano także niedożywienie (7), spożywanie szkodliwych
i „ostrych” pokarmów (26). Jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku na Kujawach uważano, iż żółtaczka nie należy do chorób zakaźnych. Według ówczesnych sądów mieszkańców wsi kujawskich, do
powodów jej wystąpienia należały: przeziębienie, złe odżywianie, „wydzielanie przez żołądek mało tłuszczu”, „nadmierny wysiłek – od którego żółć się wylewa”, zmartwienie, „zepsuta krew”, „spojrzenie przez
monstrancję”, na koniec - chora wątroba (30).
195
Terapia
H. Biegeleisen podawał, podpierając się wielce archaicznymi
autorytetami, iż w starożytnych Indiach kładziono choremu na żółtaczkę złoty pieniądz na piersi, w dawnej Grecji zalecano spożycie polewki
z ptaka z żółtymi piórami, bądź lekarstw sporządzonych ze złocienia,
w starożytnym Rzymie – pomocne chorym miały być żółte łapki koguta uwarzone w winie, a w wielu miejscach w Europie stosowano kąpiele w wodzie, w której moczył się złoty pieniądz lub pierścień, picie płynów, do których wrzucano żółte przedmioty (np. bursztyn, kamienie
półszlachetne). Wiązano na ciele żółtą nitkę, wypijano płyny z naczyń
złotych lub sporządzonych z żółtego wosku, przeglądano się w roztopionym maśle lub w złotych, złoconych, bądź mosiężnych przedmiotach (2).
Podobnie
postępowano
również
na
ziemiach
polskich.
W pierwszej połowie wieku XIX koło Czerska wrzucano do wody,
w której kąpano noworodka, złoty pierścionek. Miał on zniszczyć żółte
zabarwienie skóry i zapobiec zołzom (9). Na wymieszanym etnicznie
Podolu złota moneta, pierścionek, czy obrączka (najlepiej z amerykańskiego złota) spełniały takie samo zadanie (26). Ale już w niektórych rejonach Kresów nastąpiła „dewaluacja” – wystarczało tylko
„uskrobać” trochę miedzi i zjeść opiłki z chlebem (33).
W myśl funkcjonującej w dawnej medycynie zasady similia similibus curantur, w przypadku leczenia żółtaczki przez ludowych terapeutów ewidentny jest związek pomiędzy symptomem choroby (żół-
196
tawe zabarwienie powłok skórnych i błon śluzowych) a doborem lekarstw, które również powinny być żółte bądź złote (Tab. I).
Leczenie sympatyczne żółtaczki przez mieszkańców wsi dostrzegał już M. Udziela (1891), a za nim H. Biegeleisen (1929), K. Moszyński (1934), czy S. Spittal (1938) (32, 2, 27, 26). K. Moszyński nawet uważał, iż leczenie sympatyczne miało w przypadku żółtaczki racjonalne podstawy, bowiem „…zioła żółto kwitnące zawierają składniki, które, pobudzając wydzielanie żółci są lekiem efektywnym przeciwko żółtaczce…”, „...zastosowanie owych ziół w medycynie ludowej
przeciw żółtaczce tylko z pozoru oparte jest na sympatetycznym [wg
oryginalnej pisowni – przyp. aut.] związku, jako że środek jest wysoce
skuteczny”. Podawał, iż w myśl tej zasady żółtaczkę leczono za pomocą marchwi i roślin żółto kwitnących, np. Anthemis tinctoria (27, 6).
Zgoła inne stanowisko zajmowało środowisko lekarskie. Doktor S. Łazarewicz grzmiał na łamach „Nowin Lekarskich”: „Jaskółcze ziele ze
swym pomarańczowym sokiem miało być dobrym środkiem w żółtaczce. Wężownica, krzyżownica lub jaszczurnica, tak zwana dla słupków
podobnych do języków jaszczurczych, miała pomagać w pokąszeniach przez żmije, jaszczurki. Zioła podobne z powodu swych plamek
białych do błony płucnej świeżo wydobytych płuc zwierzęcych,
ochrzczono mianem płucnika lekarskiego i stosowano w chorobach
płuc. Wątrobnik czyli ziele wątrobne posiadało listki podobne w swym
rysunku do zrazików wątroby. I dziw się, że dzisiaj jeszcze niejeden
owczarz z pogardą spogląda na lecznictwo nowoczesnej nauki! Mając
czasu pod dostatkiem na pastwisku, w otaczającej przyrodzie roz-
197
grzana fantazya znalazła przecież całe mnóstwo podobieństw. Dziwić
się chyba tylko można naszemu ludowi a może i sferom do inteligencyi się zaliczającym, jeżeli nie zdają sobie sprawy, skąd tacy owczarze lub baby mądre zdobywać mają sobie wiedzę bez poprzedniej
głębszej nauki! (16)”.
W mniemaniu ludu polskiego żółtaczka opuszcza ciało chorego
moczem” – pisał H. Biegeleisen (2). M. Udziela podawał, iż wydalano
mocz na ugotowane mięso, a przed zachodem słońca wylewano go
na rozstajne drogi, bądź siusiano do wydrążonej marchwi i wieszano
ją w kominie (32), „aby się tam choroba uwędziła”(2). Czasami marchew zastępowano żółtym korzeniem brukwi (26). „Żeby się jednak
[choroba – przyp. aut.] nie powtórzyła, należy jarzynę po wyparowaniu
moczu zakopać w nawozie, by uległa zupełnemu zniszczeniu” – dodawał S. Spittal (26).
Na ziemiach polskich jedzono również surowy korzeń marchwi
(na czczo), lub pito z niego odwar (11), bądź sok (30), a przy kamicy
żółciowej sporządzano napar z owoców marchwi (14).
Innym ludowym typem sympatycznego leczenia stanowiło
przemywanie twarzy odwarem z żółtych kwiatów, pocieranie jej kwiatami, smarowanie sokiem z żółto kwitnącej rośliny lub żółtym owocem.
Stosowano do tych celów między innymi: arnikę górską (30, 19), glistnik jaskółcze ziele (32, 26, 16), mniszek lekarski (30, 19), cytrynę (32,
2). Czasami jednak wyłamywano się z tego schematu żółtości i smarowano twarz lekko żółtawym wywarem z kalafiora, przez lud zwanego „śmierdziuszką”, który święcono na Matkę Boską Zielną (32), po-
198
dobnie jak na Podolu marchew (26), z której wywar służył również do
mycia twarzy. Na Kujawach przemywano twarz wodą z parzonej wątroby wieprzowej lub wołowej (30). H. Biegeleisen podawał, iż leczono
żółtaczkę także kąpielami z dodatkiem ziół kwitnących na żółto albo
z żółtymi kaszami (jagłami) (2). W okolicach Mińska i Witebska powszechnie sięgano po wywar z kocanki piaskowej, w którym się kąpano (33). Dziurawiec, dziewanna, nostrzyk, piołun, jaskier dodawane
bywały do wody w balii na Podolu, a w żółtaczce niemowląt wlewano
do kąpieli wywar z glistnika jaskółczego ziela (26). Doktor M. Zieleniewski (zapewne na podstawie własnych obserwacji poczynionych
wśród mieszkańców Małopolski) napisał, iż: „pierwsza kąpiel miała
»gubić« wszelkie plamy dziecięciu (marculae hepaticae), jeśli je posiada”, ale chyba nic do wody nie dodawano, bo o tym nie wspominał
(35). Na Kresach, w Puciłkowiczach należało „kąpać się w odwarze
z trochy korali ponsowych z dodatkiem kilku sztuk monety srebrnej”,
wlewano również do wody wywar z kocanki piaskowej. Powszechne
w tym rejonie stały się również ablucje w rozpuszczonej w wodzie glinie, jak również w ciemnożółtej wodzie, w której moczono poprzednio
tzw. „surówkę”, czyli świeżo utkane płótno oraz nakrywanie ciała
czerwoną tkaniną (33).
Chorzy na żółtaczkę „leczyli się” poprzez oglądanie swojego
odbitego oblicza. Najczęściej spoglądano w patenę (nazywaną też
dawniej „patyną”) – pozłacany talerzyk stosowany do kładzenia hostii
w trakcie mszy (9, 32, 2, 30). „Chorzy chcą się przeglądać
w kościelnej patenie, że kolor złoty patyny uświęcony przez Sakra-
199
ment, daje zdrowie” (10) - pisał O. Kolberg. Na Kujawach wierzono, że
jeśli chory zobaczył w patenie trumnę, to umierał (30). Z badań
J. Jeszkego przeprowadzonych na terenie Wielkopolski wynikało, iż
w razie zapadnięcia na żółtaczkę należało „przejrzeć się w kościelnej
patenie lub lusterku, na czczo”(8). „Chory na żółtaczkę, szczególnie
gdy mu białka oczu żółcią zachodzą, powinien się przeglądać w czystym złocie n. p. w dukacie lub kielichu kościelnym i to po trzykroć na
dzień o wschodzie i zachodzie słońca i w południe” – wierzono w okolicach Chełma (11). W rejonie Tykocina uznano, iż chociaż można
użyć pateny, równie dobrze nadaje się do tego celu każdy inny złoty
przedmiot (21). „Chory na żółtaczkę udaje się do zakrystjana i, uprosiwszy go o udzielenie patyny i ustawienie jej na kształt lusterka,
wpatruje się w nią dość długo i odchodzi w przekonaniu, że tym sposobem pozbył się tej choroby”- zanotował A. Osipowicz (18). Natomiast nie w patenę, lecz w kościelny kielich spoglądali mieszkańcy
Podola i Opolszczyzny (26, 24). Przeglądano się w celach terapeutycznych również w chrzcielnicy (35).
Praktykowano także mniej religijne metody terapii, przyglądając
się sobie w smole a nawet w gnojówce (9, 26). Dodamy, iż gnojówka
powinna mieć kolor złocisty (26). „Plaster smoły wylewa się przed chorym i gdy smoła ostygnie, chory z wlepionymi oczami wpatrywać się
w nią winien, a żółtaczka powoli wejdzie w smołę (Grodzisk Mazowiecki)”(13). Na Pomorzu rozlewano na talerzu smołę szwedzką (28).
W okolicach Tykocina należało spoglądać na wodę, do której wpusz-
200
czano żywego szczupaka. Ryba miała „przejąć” żółtaczkę i zżółknąć
(21, 2).
Kolor żółty (namiastkę koloru złotego) łączono w kulturze europejskiej między innymi z zazdrością. Przynoszenie rzeczy, na którą
chory miał ochotę i darowanie jej choremu, jak to miało miejsce np. na
Kujawach (30), wskazuje na następujący schemat myślenia: ktoś jest
żółty, bowiem jest zazdrosny o coś, czego nie ma, wobec tego gdy to
„coś” dostanie - minie i zazdrość, i choroba.
Wierzono, iż żółtaczkę „wyciągał” czosnek. W okolicach Łowicza zawieszano na szyjce dziecka na konopnej nitce 9 ząbków czosnku, gdy zżółkł, miała minąć żółtaczka (2). Tak samo postępowano
w leczeniu dorosłych na Podolu (26). Na terenie Karpat wieszano na
szyi różaniec z czosnku, który nosiło się dopóty, dopóki ząbki nie
zżółkły i nie wyschły (31). „Robili z niego różaniec - jak powiadali –
i zawiesili na kark coby było naokoło, nosiło się aż uschnął, to wyciągało jakoś”(31). A. Paluch podaje, iż jeszcze w roku 1977 w okolicy
Radłowa zakładano aż sześć sznurków z nawleczonymi ząbkami
czosnku, które miały „wyciągnąć żółć z człowieka”. Innym sposobem
wykorzystania czosnku było nacieranie nim piersi (19).
W końcu XIX wieku M. Udziela pisał, iż według polskich wierzeń
ludowych „wyciągał chorobę” nieopierzony gołąbek usadzony na piersi
chorego (32), co potwierdzał S. Spittal, (26), H. Biegeleisen (2).
Za niezwykle skuteczny środek w „wyciąganiu żółtaczki” uchodził lin (2). Lin (Tinca tinca), zwany na ziemiach polskich również
pszenicznikiem, oczeretniakiem bądź kaliniakiem – słodkowodna ryba
201
z rodziny karpiowatych pokryta jest drobnymi żółtawymi łuskami. Zapewne jej wygląd spowodował, iż w terapii ludowej żółtaczki właśnie
ta ryba odgrywała poczesną rolę. Według M. Udzieli rozcinano lina
i kładziono na piersi chorego, natomiast ogon ryby nacinano na krzyż,
płukano w wodzie, a potem popłuczyny dawano ofierze żółtaczki do
wypicia (32, 22). Gdy B. Szychowska – Boebel w końcu lat sześćdziesiątych XX wieku prowadziła swoje badania na Kujawach, jako jeden
ze skutecznych sposobów w leczeniu żółtaczki podawano picie krwi
z lina (30). W roku 1892 donosił o tym samym ludowym remedium
doktor J. Pełczyński (21). O skuteczności terapii za pomocą lina
wcześniej informował O. Kolberg, lecz podawał, iż „żywcem wzdłuż
rozpłatany” lin położony na obie stopy stanowił w Kaliskim i Sieradzkim w mniemaniu ludu skuteczne lekarstwo na „mocną gorączkę” (12).
Wierzono nie tylko w „przenoszenie” i „wyciąganie” choroby, ale
i w to, że żółtaczkę można było „wyrzucić”. „Na żółtaczkę. Jaglanej
kaszy mąż lub żona pacjenta, lub krewna baba ma ugotować w nowym garnku i nową mieszać łyżką (drewnianą). Po ugotowaniu wynieść garnek na cudzą granicę i tam kaszę wylać tyłem (nie oglądając
się na nią), i uciec czym prędzej do domu. Żółtaczka zejdzie na grunt
ten, gdzie była kasza wylana, i tam czepić się może kogoś innego,
a chory wyzdrowieje...” (13). Przenoszenie „żółciochy” na kaszę opisywała M. Parczewska a za nią J. Jeszke (20, 8). W okolicach Kalisza: „Należy iść rano do trzech domów i uprosić trzy garstki jagieł, następnie zmieszawszy je razem ugotować w niepolewanym garnku, po-
202
łowę płynu wypić, a połową umyć twarz, wygotowane zaś ziarnka rzucić na pole” (20).
Żółtaczkę próbowano również „zbrzydzić”. Chorego smarowano
krwią miesięczną (32), radzono by „zeskrobać białą masę z uschłego
krowiego łajna i dawać to z wódką czy wodą przez kilka dni z rana po
pół łyżeczki od herbaty” (21), zalecano picie wódki zmieszanej z kałem psim lub gęsim (30, 32), żywiąc nadzieję, że w końcu choroba odczuje dyskomfort i opuści ciało pacjenta. Picie wódki z ekskrementami
zwierząt stosowano na Kujawach jeszcze w końcu lat sześćdziesiątych XX wieku.
Do tego czasu przetrwał również inny sposób leczenia żółtaczki:
jedzenie wszy. W końcu XIX wieku miało pomóc zjedzenie dziewięciu
wszy umieszczonych po trzy w chlebowych pigułkach (32), w drugiej
połowie wieku XX na Kujawach zjadano wszy ludzkie lub pasożytujące na świniach również z chlebem (30, 28), zagubiona jednak została
magia liczb – m.in. 3 i 9 były niegdyś liczbami magicznymi, pomocnymi w leczeniu. Na Opolszczyźnie również umieszczano wesz w chlebie i zjadano ją – „żeby przerobiła krew”. O tym niecodziennym sposobie terapii donosił także F. Wereńko, który napisał: „Trzy żywe wszy
w chlebie zagniecione i choremu podane działać mają wybornie, usuwając przede wszystkiem smutne usposobienie (nudu)”(33). Na Wileńszczyźnie wszy miało być aż 9, należało je położyć na chleb i posmarować kromkę masłem (29). A. Osipowicz zjadanie wszy tłumaczył następująco: „w mniemaniu ludu, pasożyt ów, uwolniwszy się
203
z wnętrza gałki, odbywa wędrówkę w trzewiach pacjenta i, poruszając
znajdujące się tam zawartości, zapewnia uzdrowienie”(18).
Serwatka (2) i żółte masło (26) – to inne odzwierzęce środki będące w użyciu w leczeniu żółtaczki na Mazowszu i na Podolu.
W okolicach Mińska zalecano „kawałkiem sadła przez psa ogryzionym
smarować się” (33), a w okolicach Krakowa spożywano borsucze sadło z wódką (35).
Na Opolszczyźnie posługiwano się mlekiem, do którego wrzucano marchew, węgiel drzewny oraz pieprz. Codziennie zwiększano
składnik o jeden i pito miksturę przez dni dziewięć. „W następnych
9 dniach, w podobny sposób, co poprzednio, równomiernie zmniejszano liczbę tych składników” – pisał Z. Półtorak (24).
Oprócz koproterapii szeroko stosowano wewnętrznie środki roślinne, jak się okazuje, niekoniecznie kwitnące na żółto (Tab. 1).
Tab. nr 1. Rośliny stosowane w leczeniu żółtaczki na ziemiach polskich w XIX i XX w.
Polska
nazwa rośliny
Łacińska
nazwa rośliny
Sposób stosowania
Źródła*
Agrest
Ribes
grossularia L.
jedzenie owoców
B
Arnika górska
Arnica
montana L.
nacieranie twarzy
kwiatami
SB, P
Borówka czarna
Vaccinium
myrtillus L.
picie wywaru z jagód
PZ
204
Polska
nazwa rośliny
Łacińska
nazwa rośliny
Sposób stosowania
Źródła*
Bukwica
zwyczajna
Betonica
officinalis L.
picie naparu z ziela
KAP
Bylica boże
drzewko
Artemisia
abrotanum L.
?
SB
Bylica piołun
Artemisia
absinthium L
kąpiel w odwarze
SS
Centuria
pospolita
Centaurium
umbellatum L.
picie naparu z ziela, świeżego soku
KAP
Chaber bławatek
Centaurea
cyanus L.
picie naparu z kwiatów
KAP,
JE,
Chaber łąkowy
Centaurea
jacea L.
picie naparu z kwiatów
T
Chmiel
zwyczajny
Humulus
lupulus L.
wyciąg alkoholowy z
kwiatów
KAP
Cykoria
podróżnik
Cichorium
intibus L.
picie odwaru z korzenia
KAP
Cytryna
zwyczajna
Citrus limon L.
smarowanie twarzy sokiem
U
205
Polska
nazwa rośliny
Łacińska
nazwa rośliny
Sposób stosowania
Źródła*
Czosnek
pospolity
Allium
sativum L.
korale z ząbków czosnku
– w zapobieganiu, leczeniu, nacieranie ciała
KAP,
T, P, SS
Dyptam
Dictamnus
albus L.
?
SR
Dziewanna
Verbascum
sp. L.
picie naparu lub
wywaru z kwiatów,
kąpiel w wywarze
SB,
KAP
SS
Dziurawiec
Hypericum
perforatum L.
picie naparu z kwiatów,
liści, kąpiel w odwarze
T, KAP
SS
Glistnik
jaskółcze ziele
Chelidonium
maius L.
smarowanie
twarzy sokiem,
kąpiel w odwarze
U
SS
Goryczka
Gentiana sp. L.
picie odwaru
SS
Jałowiec
pospolity
Juniperus
communis L.
picie wywaru
z szyszkojagód i ich żucie
PZ
Jaskier
Ranunculus sp.
L.
kąpiel w odwarze
SS
Jemioła
Viscum album L.
rosnąca na dębach, stosowana wewnętrznie
SZ
206
Polska
nazwa rośliny
Łacińska
nazwa rośliny
Sposób stosowania
Źródła*
Kalafior
Brassica
oleracea L.
picie odwaru z kwiatu,
mycie twarzy odwarem
U
Kasztanowiec
zwyczajny
Aesculus hippocastanum L.
picie naparu z kwiatów
SB
Kocanka
piaskowa
Helichrysum
arenarium L.
picie naparu z kwiatów,
kąpiel z wywarem
FW
Konopie siewne
Cannabis
sativa L.
picie odwaru i nalewki z
nasion , „mleko konopne”
W
Kopytnik
pospolity
Asarum
europaeum L.
picie nalewki z liści lub
z korzeni
PZ
Kurzyślad polny
Anagallis
arvensis L.
picie naparu z ziela
KAP
Marchew zwyczajna
Daucus
carota L.
picie naparu z owoców
(przy kamicy żółciowej),
jedzenie korzenia, picie
odwaru, soku
KAP,
SB, M,
U, B, K,
JA, S
Marzanka wonna
Asperula
odorata L.
napar z liści
PZ
207
Polska
nazwa rośliny
Łacińska
nazwa rośliny
Sposób stosowania
Źródła*
Mniszek lekarski
Taraxacum
officinale L.
nacieranie twarzy
kwiatami
P, SB
Nostrzyk
lekarski
Melilotus
officinalis L.
kąpiel z wywarem
SS
Ogórek
Cucumis sativus
L.
jedzenie kiszonych ogórków
B
Olcha
Alnus
glutinosa L.
jedzenie „szyszek”
SB
Pierwiosnek
lekarski
Primula
officinalis L.
picie naparu z kwiatów
T
Pietruszka
zwyczajna
Petroselinum
crispum L.
picie gotowanego mleka z
natką pietruszki
PZ
Pięciornik gęsi
Potentilla
anserina L.
napar z ziela i kwiatów
PZ
Piwonia
Paeonia
officinalis L.
picie wywaru z kwiatów
T
Przylaszczka
pospolita
Hepatica
nobilis Mill.
picie naparu z kwiatów
PZ
Psianka
słodkogórz
Solanum
dulcamara L.
picie wywaru z łodyżek
KAP
208
Polska
nazwa rośliny
Łacińska
nazwa rośliny
Sposób stosowania
Źródła*
Rumian żółty
Anthemie
tinctoria L.
?
M
Szanta
zwyczajna
Marrabium
vulgare L.
picie naparu z ziela
KAP
Szczaw
zwyczajny
Rumex
acetosa L.
picie wywaru z liści, odwaru z korzeni
KAP
* B = Henryk Biegeleisen, FW = Franciszek Wereńko, JA= Inga Jaguś, JE = Jaromir
Jeszke, K = Oskar Kolberg, KAP =Eugeniusz Kuźniewski, Janina Augustyn-Puziewicz,
M = Kazimierz Moszyński, P = Adam Paluch, PZ= Zbigniew Półtorak SB = Barbara
Szychowska-Boebel, SR = Elżbieta Szot – Radziszewska, SS = Stanisław Spittal, SZ=
Stanisław Szpilczyński, T = Danuta Tylkowa, U = Marian Udziela, W = Beata Wysakowska, WF = Franciszek Wereńko
Na terenie Karpat żółtaczkę leczono pijąc „herbatę” z kluczyków - kwiatów pierwiosnka, dziurawca lub żółtej piwonii (31). Zamieszkujący Beskid Żywiecki górale używali przy żółtaczce głowacynę
– chaber łąkowy (Centaurea jacea). „Myli się tym i herbatę pili” –
twierdziła jedna z informatorek D. Tylkowej (31). H. Biegeleisen pisał,
iż na Mazowszu „stosują w tej chorobie na wewnątrz środki – żółtego
koloru: (...) kwaszone ogórki, uświęconą i ugotowaną marchew lub
agrest”(2). Napary z ćmiana - kocanki piaskowej pijano powszechnie
w odległych rejonach Kresów (33). „Modrak zebrany przed św. Janem”(8) polecano w Wielkopolsce. Chabra bławatka używano również
i w innych częściach Polski (14). „Można także zagotowawszy gentianę pić jej wywar trzy razy dziennie po malutkiej szklaneczce (26)”- po-
209
dawał podolski przepis S. Spittal, nie wiadomo jednak, czy miał na
myśli ciemnobłękitną goryczkę (Gentiana verna L.), zwaną i dzisiaj potocznie „gencjaną”, czy rosnąca w Karpatach odmianę żółtą – Gentiana lutea L. lub inne jej gatunki. Na Opolszczyźnie sporządzano napary: z marzanki wonnej i z pięciornika gęsiego, leczono również wywarem z jagód borówki czarnej i szyszkojagód jałowca pospolitego, natką pietruszki, którą gotowano w mleku oraz nalewką z kopytnika pospolitego (24).
Do kuracji z żółtaczki na ziemiach polskich używano również
odwaru i nalewki z nasion konopi oraz tzw. „mleko konopne”, otrzymywane z siemienia (34 ). Równie skuteczny w żółtaczce „osobliwie
od robaków pochodzącej” miał być dyptam (Dictamnus albus L.) (27).
Stosowanie inhalacji wydaje się nieco osobliwym sposobem likwidowania żółtaczki, niemniej również po nie sięgano – na Podolu.
„Chory powinien nazbierać nad rzeką dwanaście płytkich kamieni (jakimi chłopcy puszczają »kaczki« po wodzie), rozgrzać je do czerwoności i wrzucić do gorącej wody w obszernym naczyniu, np. makutrze,
dużej misce, lub miednicy. Po czym naczynie należy natychmiast
przykryć płótnem, np. prześcieradłem i przez nie wdechiwać parę wydobywającą się z wnętrza”(26). W Wielkopolsce wdychano zapach
końskiej uryny (8).
Pomocne w terapii miały być również bursztyn, który starannie
proszkowano (8) oraz turkus, który zalecały kalendarze, w których pisano: „Turkoides - leczy wnętrzne choroby, żółtaczkę” (28). Na Litwie
należało „umyć się mydłem, którym myto trupa” (29).
210
Prewencja
Zabezpieczały korale, które bladły, gdy ktoś zachorował (Kujawy), noszony na szyi naszyjnik z czosnku, wystrzegano się jedzenia
marchwi w Boże Narodzenie, w związku z przekonaniem, że człowiek
stanie się żółtym przez cały rok (32).
Zakończenie
Jak wynika z powyższej analizy, polską medycynę ludową charakteryzowała całkowita nieskuteczność terapeutyczna wobec zażółcenia powłok skórnych, tym bardziej, iż wystąpienie „żółtaczki” mogło
przecież być symptomem wielu chorób, stąd też przeważnie powszechnie stosowano magiczne sposoby leczenia. Zaskoczenie budzi
jedynie fakt, iż te formy terapii przetrwały do drugiej połowy XX wieku,
o czym świadczą badania B. Szychowskiej-Boebel, D. Tylkowej,
A. Palucha czy J. Jeszkego (30, 31, 19, 8).
Żółtaczkę od starożytności wiązano z żółcią, a więc z nieprawidłowym działaniem pęcherzyka żółciowego, rzadziej z wątrobą. Podobnie działo się i na ziemiach polskich. Biegeleisen wspominał, iż
żółtaczka stanowi „objaw słabości wątroby”, był to jednak ówczesny
naukowy punkt widzenia, a nie powszechny, ludowy, chociaż w niektórych rejonach ziem polskich domniemywano, iż zżółknięcie skóry
ma z niedomaganiami wątroby jakiś związek. Dopiero w drugiej połowie XX wieku pojawia się w świadomości mieszkańców polskich wsi
bardziej zaznaczone i wyraźne łączenie żółtaczki również z wątrobą,
które przejawia się sięganiem po wywary z wątroby i przemywaniem
211
nimi twarzy (Kujawy), jedzeniem wątroby w myśl zasady similia similibus curantur. Jak się wydaje, ten sposób terapii żółtaczki jest stosunkowo późny, gdyż nie wspomina o nim ani Kolberg, ani Udziela, ani
Biegeleisen, ani im współcześni folkloryści. Na ziemiach polskich stosowano w leczeniu żółtaczki 42 rośliny (Tab. I), przeważnie kwitnące
na żółto, lub mające żółte korzenie czy owoce oraz bliżej niezidentyfikowane grzyby o żółtych owocnikach. Część z tych fitoterapeutyków
służyła do kąpieli, przemywania lub pocierania twarzy, stąd też ich
znikome działanie terapeutyczne, tylko niewiele z nich (np. dziurawiec,
cykoria, chaber, kasztanowiec, kocanka czy szanta) mogło wpływać
korzystnie na funkcjonowanie wątroby i dróg żółciowych. Szeroki wachlarz środków magicznych, jakimi dysponowała medycyna ludowa
i pomysłowość ludowych terapeutów, zasługuje na podziw. Wywoływanie efektu placebo czasami prowadziło do wyleczenia. Chorego nie
pozostawiano samemu sobie. Dawano mu wytłumaczenie, dlaczego
zachorował, nadzieję, że pomogą mu stosowane zabiegi, przyjmowane lekarstwa, wiara, modlitwy, pobożność, i magia.
Streszczenie
Żółte zabarwienie skóry i błon śluzowych stanowi objaw spotykany w wielu schorzeniach, lecz niegdyś zarówno w medycynie ludowej jak i oficjalnej wyróżniano chorobę o nazwie żółtaczka. Poddano
analizie dziewiętnastowieczne i dwudziestowieczne piśmiennictwo
naukowe dotyczące ludowych sposobów walki z żółtaczką na ziemiach polskich, przedstawiając poglądy dotyczące pochodzenia cho-
212
roby, sposobów leczenia i zapobiegania. Przeważnie powszechnie
stosowano magiczne sposoby leczenia, najczęściej związane z zasadą „similia similibus curantur”. Niektóre magiczne formy terapii przetrwały do drugiej połowy XX wieku. Stosowano również koproterapię
oraz ponad 40 fitoterapeutyków, z których zaledwie kilka znalazło
uznanie we współczesnym ziołolecznictwie w schorzeniach wątroby
i dróg żółciowych.
Piśmiennictwo:
1. Biegański W.: Logika medycyny, czyli krytyka poznania lekarskiego. Warszawa 1908,
s. X.
2. Biegeleisen H.: Lecznictwo ludu polskiego. Kraków 1929, s. 225-228.
3. Biernacki E.: Istota i granice wiedzy lekarskiej. Warszawa 1899.
4. Biernacki E.: Zasady poznania lekarskiego. Warszawa 1902.
5. Biernacki E.: Co to jest choroba? Lwów 1905.
6. Broda B.: Mowszowicz J., Przewodnik do oznaczania roślin leczniczych, trujących i
użytkowych. Warszawa 1985, s. 696.
7. Jaguś I.: Lecznictwo ludowe w Królestwie Polskim na przełomie XIX i XX wieku. Kielce 2002, s. 34.
8. Jeszke J.: Lecznictwo ludowe w Wielkopolsce w XIX i XX wieku. Czynniki i kierunki
przemian. Wrocław 1996, s. 69.
9. Kolberg O.: Dzieła wszystkie, Krakowskie, T. 7, cz. III. Wrocław – Poznań1962, s.
140.
10. Kolberg O.: Dzieła wszystkie, Poznańskie, T. 15, cz. VII. Wrocław – Poznań 1962, s.
157.
11. Kolberg O.: Dzieła wszystkie, Chełmskie, T. 33, cz. II. Wrocław – Poznań 1964, s.
211.
12. Kolberg O.: Dzieła wszystkie, Kaliskie i Sieradzkie, T. 46. Wrocław – Poznań 1967,
s. 469.
13. Kolberg O.: Dzieła wszystkie, Mazowsze, T. 42, cz. VII. Wrocław – Poznań 1970, s.
345.
14. Kuźniewski E., Augustyn – Puziewicz J.: Przewodnik ziołolecznictwa ludowego.
Warszawa – Wrocław 1984, s. 59-60.
15. Libera Z.: Znachor w tradycjach ludowych i popularnych XIX-XX wieku. Wrocław
2003, s. 202-243.
16. Łazarewicz S.: Z historyi przesądów w medycynie. Now. Lek. 1912, R. 24, nr 8, s.
496-504.
17. Moszyński K.: Kultura ludowa Słowian, t. 2, cz. 1. Warszawa 1967, s. 216.
213
18. Osipowicz A.: Lecznictwo ludowe. Wisła 1897, t.11, z. 4, s. 771-783.
19. Paluch A.: Świat roślin w tradycyjnych praktykach leczniczych wsi polskiej. Wrocław
1984, s.100, 284.
20. Parczewska M.: Lecznictwo ludowe. Wisła 1896, t.10, z. 2, s. 342 -344.
21. Pełczyński J.: Lecznictwo ludowe. Wisła 1892, t. 6, z. 4, s. 911-916.
22. Petrów A.: Lud ziemi Dobrzyńskiéj, jego charakter, mowa, zwyczaje, obrzędy, pieśni, przysłowia, zagadki, itp. ZWAK 1878, t. 2, cz. III, s. 3-182.
23. Piątkowski W.: Lecznictwo niemedyczne w Polsce w XX wieku. Wrocław 1988, s.
11-15.
24. Półtorak Z.: Lecznictwo ludowe rodzimej ludności Opolszczyzny. Opole 1989, s. 82.
25. Radzicki J.: Znachorstwo w aspekcie medyczno-sądowym, prawnym i społecznym.
Warszawa 1960, s. 88-107.
26. Spittal S.: Lecznictwo ludowe w Załoźcach i okolicy. Materiały dotyczące sposobów
leczenia, zielarstwa, wierzeń, zabobonów i znachorstwa. Rocz. Podol. 1938, t. I,
s.62-225.
27. Szot – Radziszewska E.: Stosowanie roślin o właściwościach odurzających w polskiej tradycji ludowej XIX i XX wieku, [w:] Historia leków naturalnych, p. red. Barbary
Kuźnickiej, t. VI., Rośliny odurzające w polskiej literaturze naukowej XIX wieku. Warszawa 2007, s. 83-102.
28. Szpilczyński S.: Z dziejów przesądu i zabobonu w lecznictwie. Warszawa 1956, s.
51-54.
29. Szukiewicz W.: Wierzenia i praktyki ludowe (zabobony, przesądy, wróżby i.t.d.), zebrane w gubernji Wileńskiej. Wisła 1903, t.17, z. 4, s. 432-444.
30. Szychowska – Boebel B.: Lecznictwo ludowe na Kujawach (Materiały i rozważania).
Toruń 1972, s. 40-41.
31. Tylkowa D.: Medycyna ludowa w kulturze wsi Karpat polskich. Tradycja i współczesność. Wrocław 1989, s. 54-79.
32. Udziela M.: Medycyna i przesądy lecznicze ludu polskiego. Przyczynek do etnografii
polskiej. Wisła 1891, t. 7, s. 5-288.
33. Wereńko F.: Przyczynek do lecznictwa ludowego. MAAE 1896, t. 1, s. 99-228.
34. Wysakowska B.: Surowce i preparaty konopi stosowane w Polsce XIX wieku. Warszawa 2004, s. 65.
35. Zieleniewski M.: O przesądach lekarskich ludu naszego. Kraków 1845, s. 17-47.
Praca zawiera 29 928 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
214
POSTRZEGANIE NIEKTÓRYCH
EKTOPASOŻYTÓW
PRZEZLUDNOŚĆ WIEJSKĄ
I WALKA Z NIMI NA ZIEMIACH
POLSKICH NA PRZEŁOMIE XIX I XX WIEKU
Lilianna Wdowiak, Paweł Wysokiński*
Samodzielna Pracownia Edukacji Medycznej,
Wydział Nauk o Zdrowiu, Pomorski Uniwersytet Medyczny,
al. Powstańców Wielkopolskich 72, 70-111 Szczecin
Studium Doktoranckie Wydziału Lekarskiego,
Pomorski Uniwersytet Medyczny,
ul. Rybacka 1, 70-240 Szczecin,
[email protected]
„Lud nie rozróżnia wszy głowowej, odzieżowej i łonowej, tylko
dzieli je na duże i małe” – narzekał lekarz, Stanisław Spittal (26). Niestety, chłopi wykazywali się jeszcze większą ignorancją, bo nie tylko
nie rozróżniali wszy, lecz wręcz nie pojmowali, skąd się one biorą.
Szczególnie uciążliwe dla ludzi były krwiopijcze: pluskwa (Cimex lectularius) – insekt należący do Homoptera,
różne gatunki
pcheł, zwłaszcza pchła ludzka (Pulex irritans) – Aphaniptera, czy wszy
(Pediculus humanus) i Phthirius pubis - Anoplura.
Na ziemiach Mazowsza, Podlasia, Wielkopolski czy Małopolski
wszy nazywano gnidami, mendami, mędakami, mędoweszkami, weszkami, wszołami (1), natomiast na Kresach posługiwano się również
215
takimi określeniami jak nędza, czy kuska. Pchły zwano płeszkami,
błeszkami, błochami. Pluskwy, zakopiańscy górale określali mianem
pleszczyc (6).
Celem pracy stało się ukazanie poglądów ludności na temat
pluskiew, pcheł i wszy – ich pochodzenia, sposobów ich zwalczania,
funkcjonujących wokół nich przesądów, metod zapobiegania ich rozprzestrzenianiu. Autorzy skupili głównie swoją uwagę na etnograficznych opisach ludności zamieszkującej w wieku XIX ziemie polskie
(w rozumieniu obszaru przedrozbiorowego), więc siłą rzeczy zarysowały się istotne różnice kulturowe.
W dziewiętnastowiecznych wiejskich drewnianych chałupach,
pozbawionych często tynku i podłóg, niekiedy kryjących pod jednym
dachem obórkę, stajnię i kurnik (fot.1) grasowały insekty – nie tylko na
głowach (czasami skołtunionych), ciele i odzieży ich mieszkańców, ale
i w ścianach domów. O imponującej liczbie gatunków owadów zasiedlających dawne wiejskie domy, świadczy drewniana tabliczka
umieszczona na jednym z budynków skansenu w Dziekanowicach
w Wielkopolskim Parku Etnograficznym (fot.2). Ale owady nie były jedynie problem wiejskim. Insekty nie oszczędzały również mieszkańców miasteczek i miast.
O ektopasożytach pisali głównie folkloryści i etnografowie badający ludność zamieszkałą w części zaboru rosyjskiego (na tzw. Kresach) i w zaborze austriackim, natomiast brakuje takich doniesień
z zaboru pruskiego.
216
Fot.1. W niewielkich domach, pod jednym dachem z ludźmi mieszkały zwierzęta.
Fot. 2. Tablica na domu w skansenie w Dziekanowicach z informacją o zamieszkałych
w drewnianych domach krytych strzechą owadach.
217
Opinie inteligentów na temat wiejskiej higieny
„Mimo nowych zasad nauczania i nowych programów szkolnych, podstawowa nauka o zdrowiu ludzkim, higiena, jest jeszcze
i teraz po macoszemu traktowana. (...) Czy same słowa skutek odniosą? A poza tym dom, tj. chata wiejska, której tutaj opisywać nie myślę,
bo chyba dobrze jest znaną wszystkim z ich rodzinnych okolic, czy
nawet w kilku procentach odpowiada choćby prymitywnym warunkom
higieny? Często urąga ona całej wiedzy o zdrowiu i jak na ironię chlubi
się tym właśnie, że w niej nie gnieździ się zaraza, tylko ludzie są
zdrowi” – konstatował w 1928 roku podolski lekarz Stanisław Spittal
(26).
„Czystość bardzo wątpliwa panuje naogół w chacie, a dzieci,
naturalnie, brudniejsze są jeszcze od dorosłych. Dopóki są małe, kąpią je często; potem ten chwalebny zwyczaj zwolna ustaje, i z czasem
matka poprzestaje na myciu i czesaniu niedzielnem; wtedy też dzieciak dostaje czystą koszulę. Bardzo to niewystarczające i ze smutkiem
zanotować wypada, że dzieci włościańskie nadzwyczaj są brudne,
a włosy ich, zwykle dość gęste i obcięte koło głowy, roją się od szkaradnych zwierząt” - ubolewała nad mieszkańcami Komarowicz, wioski
położonej w powiecie mozyrskim w guberni mińskiej na łamach „Wisły” E. Jeleńska (10).
W roku 1888 profesor Izydor Kopernicki odbył w związku ze
swoimi antropologicznymi i etnograficznymi zainteresowaniami podróż
do Galicji Wschodniej. Zauważył, jak bardzo różnią się od siebie różne
grupy górali. Najbardziej niechlujni wydawali mu się Łemkowie i Boj-
218
kowe, bardziej dbali o swoje otoczenie „Połonińscy” i Tucholce, najbardziej Hucułowie. Chociaż nie wyrażał tego dosłownie, Izydor Kopernicki najwyraźniej był zdumiony powszechnie występującymi
u Łemków i Bojków „kurnymi” chatami i panującą w nich „czystością”.
„W izbach porządniejszych, w ostatnim kącie, tj. u samych drzwi naprzeciw pieca, jedyne miejsce z ułożoną podłogą przygotowane jest
dla małych cieląt w zimie. Dodawszy do tego nieumieconą podłogę
z ubitej gliny i powygniatane w niej doły, a po stole, po ławach i na
piecu, w największym nieładzie porozrzucane motki przędziwa, niedojedzone placki owsiane, otrzęsione z drzew dzikie gruszki i jabłka
i t.p., a pod ławami kupy ziemniaków obok wszelkiego śmiecia - mamy
obraz najpowszechniejszy typowego mieszkania Łemków. Nie ubóstwo wcale jest przyczyną takiego stanu rzeczy, lecz nałogowe i tradycyjne niedbalstwo o porządek i schludność...”- pisał (16).
Jak wynika z tych opisów – pchły, wszy i pluskwy w niektórych
rejonach dawnej Polski miały wręcz rajskie warunki bytowania,
a każdego człowieka, który szukał schronienia w domu, mogły traktować jak suto zastawiony stół, tym bardziej, że nie do końca było wiadomo, skąd się pasożyty biorą.
Ludowe opinie na temat pochodzenia pasożytów
W okolicy Tarnobrzegu wierzono, iż wszy wychodzą ze skóry
„wszywego” człowieka (31). W mniemaniach ludowych w okolicach
Wieliczki:„Gnidy mo kuzdy cłek w skórze. Musi mieć i pon i zyd i chłop
i hrabia najwiąksy. Ale gnidy sie tego najwioncyj trzymajom, kto jest »
219
wsawy«”(9). Powszechnie panowała wiara w istnienie ,,»wszawej choroby«, która niczem nie da się uleczyć, ale owszem przyprawia chorych o śmierć, gdyż robactwo »żywcem toczy ciało«" (28) - pisał Marian Udziela.
„Powstają one z zadania przez czarownicę, lub jako kara za
grzechy. Stale żyją w ukryciu pod skórą i tam się rozmnażają,
a dopiero na skutek złej woli czarownicy wydostają się na zewnątrz.
Kto w niedzielę w świeżej i czystej bieliźnie szuka za wszami, mieć je
będzie (kara Boża). Gdy babie pierzącej bieliznę życzy się szczęść
Boże, w bieliźnie będą wszy” (26). Samo nawet liczenie wyczesanych
wszy (w Przemyskim) miało powodować ich obfitsze występowanie
(2). Wszy powstają, gdy zmoczy się włosy rybim śluzem – wierzono
w Puciłkowiczach położonych w dorzeczu Dźwiny (30).
Niedaleko Przemyśla panowała opinia, że pluskwy powstają ze
smrodu (2). Na Kresach wśród ludności polskiej i ukraińskiej mniemano, iż pluskwy rodzą się z mraki, jak nazywano tam mgłę (14). Wszelkie robactwo wychodzi z ziemi na Matkę Boską Roztworną (Zwiastowanie) – 25 marca wierzono w okolicach Dobrzynia(21).
Wszy jako motyw kary boskiej dotykający ludzi bezbożnych pojawiał się w różnych regionach ziem polskich. W położonym na skraju
Beskidu Niskiego Iwoniczu, przyrodnik i etnograf Bronisław Gustawicz
(1852-1916) zanotował ludowe podanie o tym, jak Pan Jezus idąc po
wsi (a była to niedziela i odbywała się msza), zobaczył ludzi siedzących na przyzbie. Spytał ich, dlaczego niczego nie robią. Usłyszał „Ej,
kiedy to dziś niedziela, to cóżbyśmy robieli?” Pan Jezus wziął garść
220
pyłu i cisnął w nich ze słowami „No teraz będziecie mieli co robić”(7).
Z pyłu powstały wszy. Mniemanie, iż robactwo u ludzi narodzić się
może z zadania czarów, albo też jako dopust boży za popełnione
grzechy, panowało prawie na całym obszarze ziem polskich (28).
W badanym etnograficznym materiale źródłowym nie znaleziono ludowego wytłumaczenia, skąd wzięły się pchły.
Przesądów – ciąg dalszy
W położonym na stokach Beskidu Małego Andrychowie, niedaleko Wadowic, panowało przekonanie, iż pchła chodząca po ręku,
wróżyła, iż nadejdzie list (5). W wielu rejonach Galicji uważano, że
spadnie deszcz, gdy pchły stawały się nadmiernie dokuczliwe (31),
zapowiedzią deszczu w okolicach Brzeska (Małopolska) stanowiło
iskanie się kur (3). „Wesz na ucho wyłazi – pogoda” (21) – prorokowano na ziemi dobrzyńskiej i na Mazurach. W Małopolsce rozlanie
wody na podłogę w dzień wigilijny miało zapowiadać, iż w domu pojawią się pluskwy (31).
Jedzenie pieczonej rzepy groziło inwazją wszy (31). W Galicji
i w Przemyskim wierzono, iż posiadacz wszy stanie się bogaty (31, 2).
Na Podolu niewłaściwa technika szukania wszy miała powodować, iż
ich właściciel tracił orientacje w terenie: „Szukający za nimi w głowie
winien szukać na prawej i lewej połowie głowy, bo inaczej zabłądziłby
łatwo i to gdziekolwiek” (26). Wierzono również, iż wszy opadną tego,
kto się napije soku z brzostu (8), czyli z wiązu. Snuto przypuszczenia,
że pojawienie się na chorym człowieku zwiększonej liczby wszy, zwia-
221
stuje jego śmierć. „Jeśli chory, zwłaszcza z otwartymi ranami ma
umrzeć, to wtedy w ranach ukazują się masowo wszy”(26).
Zwalczanie insektów
Silnie trującym odwarem z gałązek proskuryny - trzmieliny zwyczajnej i brodawkowatej (Euonymus europaeus L. i. Euonymus verrucosus Scop. - Celastraceae) zmywano zawszawione głowy dzieciom
na Wołyniu (15). Na Podolu: „Aby się wszy pozbyć, nacierają się naftą
(kamfiną). Najczęściej dotyczy to głowy, ale nieraz i całego ciała. Czasem kupują szarą maść w aptece i nią się nacierają, ale nie zmieniają
przy tym bielizny, ani się nie kąpią, ani nie przepatrzą kożuchów, czy
szmat, którymi się okrywają”(26). Szara maść sprzedawana w miasteczkowych aptekach jako „maść na wsoły, na gadzinę, sara maść” –
była to maść sporządzana z nasion kichawca lekarskiego (Sabadilla
officinarum Brandt – Liliaceae) - unguentum Sabadillae. Oprócz „szarej maści” aptekarze ze zmielonych nasion kichawca wytwarzali ocet
sabadylowy – Acetum Sabadillae i nalewkę sabadylową – Tinctura
Sabadillae. Preparaty te są w użyciu jeszcze do dzisiaj.
„Kto ma pod podeszwami młode weszki, kładzie leszczynowe liście do butów” – pisał Marian Udziela. Podawał on, iż dzieciom na terenie dawnych ziem polskich obwiązywano zawszawione głowy leszczynowymi liśćmi (28). Przypuszczalnie wierzono, iż wszy nie przepadają za zapachem tej rośliny.
W Zakopanem i jego okolicach, aby „wyzbyć się robactwa” macerowano w wodzie przez 5-9 dni tojad mordownik, a następnie zmy-
222
wano wodnym wyciągiem z rośliny całe ciało. Niekiedy tojad zanurzano w moczu. Tojad, nazywany powszechnie przez górali toja, omiak
czy łabusztan (6) należy do roślin niezwykle trujących i z tego względu
w lecznictwie ludowym był bardzo rzadko stosowany. Autorzy nie spotkali się z wewnętrznym jego użyciem w celach terapeutycznych, niemniej Adam Paluch pisał o stosowaniu go jako środka poronnego. Tojad używano w przypadkach bólu piersi - na Litwie (20).
„Niedaleko Przemyśla pluskwy usuwano, smarując miejsce
gdzie się znajdowały ogórkiem” (2). Po obierki z ogórka sięgano i na
Podolu. Po ugotowaniu ich w wodzie, przemywano wywarem ściany
i sprzęty (26). Stosowano w tym celu również glistnik jaskółcze ziele
(4).
Na Wołyniu piołun, którego
zwano tam połyniem należał do
ziół, które święcono w dniu 11 sierpnia (św. Makoweja). Gdy w chatach pojawiały się pchły, wyścielano ich wnętrza piołunem, wkładano
również ziele piołunu w pościel (22). Kolberg zamieścił informację, iż
na Pokuciu posługiwano się w tym celu rdestem - „dreseną” – „...ziele
gorzkie kładzie się do siennika. Aby pchły leżącego na nim człowieka
nie kąsały”(13). Tatrzańscy górale używali do tego celu paproci, nerecznicy samczej, którą nie tylko umieszczano w pościeli, lecz również w szparach ścian domów. Nieopodal Wieliczki, w Woli Batorskiej
również używano do przepłoszenia pcheł bliżej niezidentyfikowanych
paproci (6). W małopolskim Szczepanowie, niedaleko Brzeska, kładziono do łóżek rumianek (6, 28). Józef Rostafiński pisał, iż działanie
223
owadobójcze przypisywano nasionom kolendry - „kładzione pod pościel wytraca pchły i pluskwy” (23).
Wiejskie kobiety, aby nadać włosom połysk i właściwy kolor,
stosowały do ich płukania szereg roślin – między innymi: kwiat rumianku, „szyszki” chmielu, ziele ciemiernika białego, kłącze tataraku
(20). Rośliny te również miały inne zadanie – wypraszały z głów nieproszonych gości. Polacy i Rusini zamieszkali na Kresach, aby pozbyć się wszy sięgali po wysoce trujące wywary z widłaku wrońca lub
korzeni ciemiernika, albo ciemiężycy (30). Trudno ustalić jednoznacznie, czy używano ciemiernika, czy ciemiężycy, bowiem nazwy ludowe
tych roślin są bardzo do siebie zbliżone.
Odwar z utartych świeżych liści zimowitu jesiennego służył
u zwierząt domowych do „wygubienia wszy i oddalenia innych owadów”(4). W okolicach Łowicza zawszawionemu bydłu przychodziła
z pomocą puciwka. „Smrodynia zowią »puciwka«. Z niej gałązki zakładają się na kark cielęciu. aby się wszy pozbyło” (29) - pisał Marian
Wawrzeniecki o stosowaniu czeremchy zwyczajnej (Padus avium
Mill.), zwanej również trzemchą, czy kocierpką. Odwarem z piołunu
zmywano zbyt zawszawione zwierzęta gospodarskie na terenie całego dawnego państwa polskiego (4). W tabeli I. przedstawiono najczęściej stosowane w zwalczaniu pcheł, wszy i pluskiew środki roślinne.
Jak z tego wynika, niektóre roślinne środki należały do niezmiernie toksycznych (np. tojad, zimowit jesienny, cięmiężyca, czy
ciemiernik) i należało stosować je z dużą ostrożnością.
224
Działania magiczne
„Chatę jak bielić »na wspak«, tj. od drzwi, to się pluskwy wyniosą” – uważano w Mysłakowie nieopodal Łowicza (29). Związany przez
całe swoje życie z Kielecczyzną, zapalony etnograf, ksiądz Władysław
Siarkowski (1840-1902), nie raz zapewne pomagał osobiście miejscowej ludności „pozbyć się” pcheł i wszy. „Jeżeli jaka osoba ma robactwo po ciele, którego żadnym sposobem pozbyć się nie może, to
powinna iść do kościoła i poprosić księdza, który przed nabożeństwem czyni aspersyją, aby tenże po skończonej aspersyi, ją wyłącznie pokropił święconą wodą (Kielce)” (25) - pisał. Innym sposobem
praktykowanym w tym rejonie było podłożenie swoich pcheł sąsiadowi: „Pcheł z domu łatwo się pozbyć w ten sposób: w wigiliją Bożegonarodzenia trzeba czysto dom pozamiatać, śmieci zebrane potajemnie
wsypać na sąsiednią oborę, a wtedy przeniesą się do domu, przy którym śmieci wysypano (pińczowskie)”(25). Zapewne „podkładanie insektów” było szeroko praktykowane na ziemiach polskich, bowiem
w Przemyskim: „Aby się pozbyć pluskiew z domu, należało kilka złapać »...zawiązać je w szmatę, włożyć do jakiego towaru i razem z nim
sprzedać, a opadną tego, kto je kupił«” (2). W dorzeczu Dźwiny pluskwom urządzano „pogrzeb”. Powszechnie wkładano je zmarłym do
trumny, bądź też: „Jedną pluskwę sadzą na łapciu i niosą przed umarłym w czasie pogrzebu”- pisał Franciszek Wereńko (30). „Łapciami”
nazywano niegdyś buty.
W odległych rejonach Kresów zamawiano „czerwiej” u zwierząt
domowych, wyrywając krzaczek lebiody i łamiąc go w palcach. Czyn-
225
ność wykonywano trzykrotnie o wschodzie i zachodzie słońca, powtarzając: „Jak z kamła lebieda spadajeć, kab i czerwi tak spadali”. Innym
sposobem oczyszczenia bydła, było zrobienie „załomu” na dziewannie. Dziewannę przyginano do ziemi (w kierunku zachodnim), przyciskając jej wierzchołek kamieniem, przy czym wymawiano magiczną
formułę, w której „pannę dziewannę” informowano, że pozostanie „załamana”, dopóki z krowy nie wygoni czerwi. Aby „panna dziewanna”
nie miała jakichkolwiek wątpliwości, co do celu swoich przyszłych
działań, określano dość dokładnie, jak wygląda zaatakowana przez
robactwo krowa (kara, bura, bez jednego rogu, etc.) i opisywano okolicę ciała z której należało czerwie wypędzić. Gdy insekty opuszczały
zwierzę, dziewannie zwracano wolność, likwidując „załom” (30).
Zapobieganie
W metodach ludowej prewencji przeważały działania magiczne,
niemniej stosowano również szereg środków racjonalnych.
Wiele działań magicznych, zapobiegających pojawieniu się insektów, związanych było ze świętami Bożego Narodzenia i świętami
Wielkanocnymi. W wigilię Bożego Narodzenia na Kresach nie wolno
było wypowiadać słów „mak” i „hreczka”, „bo by przez cały rok były
w tym domu pchły tak wielkie, jak hreczka a tak liczne jak mak” (6).
Ponieważ na wigilijnej wieczerzy podawano w wielu rejonach kluski
z makiem, posługiwano się słowami zastępczymi – np. na mak mówiono „zatyrka” (6). Pod nazwą „hreczka” kryje się gryka, roślina nazywana dzisiaj Fagopyrum esculentum L. (Polygonaceae Juss.). Drugi
226
dzień świąt Bożego Narodzenia, 26 grudnia, to dzień św. Szczepana.
W dniu św. Szczepana, aby pchły nie grasowały przez cały rok w łóżkach, trzeba było spalić wiechcie słomy z domowych sienników. „Na
święty Szczepan” nie pozwolono również wejść nikomu do izby, gdy
nie była pozamiatana (3), w przeciwnym wypadku groziła przez następny rok inwazja insektów.
„W wielkanocny poniedziałek, czyli w święty Lejek gospodynie
domowników przestrzegają, »żeby się nikt nie iskał, a nawet grzebienia do ręki nie brał, boby len w polu zarósł tak chwastem, żeby go nie
można oplewić«” (18) – wierzono w Małopolsce. Natomiast na Kresach (Puciłkowicze), w Wielki Czwartek gospodyni przed wschodem
słońca rozbierała się do naga, zamiatała izbę i wyrzucała śmieci na
podwórze, co miało zapobiec pojawieniu się pcheł (30). Z niewyjaśnionych powodów wiązano w tym rejonie pchły z dudkiem. Przeciwko
pchłom okadzano izbę pierzem z dudka, a słysząc po raz pierwszy na
wiosnę głos tego ptaka, trzykrotnie powtarzano: „niech pchły i wszy
wyniosą się za siedem wód”. Przeciwko pluskwom stosowano okadzania z proszku sporządzanego z ususzonych pijawek. Praktykowano również „przepłaszanie” insektów za pomocą kija, którym zabito
wcześniej żmiję. Kij umieszczano za belką w chacie, zapewne ku
przestrodze. Innym sposobem było wrzucenie na piec kopyta z tylnej
nogi padłego konia (30). Dbałość o higienę we wszystkich rejonach
dawnych ziem polskich zajmowała poślednie miejsce. Doroczne porządki czyniono zwykle przed świętami wielkanocnymi. We Fredrowskich Rudkach, położonych nad rzeką Wiszenką, część nadrzecznego
227
terenu nazwano „Mytnią”, bowiem przed świętami wynoszono nad
brzeg rzeki wszystkie sprzęty z domostw i poddawano gruntownemu
myciu (12). W dorzeczu Dźwiny przynoszono do łaźni parowej bieliznę, aby pozbyć się wszy z odzieży (30), natomiast nie trafiały do łaźni kożuchy, skądinąd ulubione miejsce pobytu wszy odzieżowej.
W domostwach powszechnie zalewano miejsca, gdzie gromadziły się pluskwy wrzątkiem („Oparzają łóżka i ściany wodą wrzącą”).
Ściany i łóżka smarowano także żółcią wołową wymieszaną z octem,
naftą rozbełtaną w oleju lub odwarem ze zgniłych raków (30).
W okresie międzywojennym chłopcom ścinano włosy do skóry,
„na zero”, aby wszy nie miały gdzie się zagnieździć. W dni świąteczne, kiedy było więcej wolnego czasu, kobiety gęstym grzebieniem,
najlepiej bukszpanowym, wyczesywały wszy z głów dzieci. Szczegóły
tej „operacji” przybliżył Franciszek Wereńko: „Wreszcie w każdą niedzielę zrana (a czasem i w każde inne święto) odbywa się walne
oczyszczanie głów młodego pokolenia przez matkę lub starszą siostrę
w rodzeństwie za pomocą grzebienia lub szczotki używanej zarazem
i do czesania lnu, lub tez przy pomocy noża i palców; w tym ostatnim
razie czynność oczyszczania zwie się »szukaniem, czyli skrobaniem
w głowie«. Wszy biją, rozgniatając je paznokciem dużego palca
u prawej ręki na grzebieniu, lub na ławie, a nigdy na stole...” (30).
Zakończenie
O pchłach i pluskwach mieszkańcy dawnych ziem polskich żartowali, tworząc zagadki w rodzaju: „Carniusieńkie, malusieńkie, ale
228
najwięksego cłowieka rusy”, „Maleńka, czarnieńka, całą kłodę porusza” – lecz dzisiaj mało już osób je zrozumie. Jeszcze bardziej tajemniczo brzmiała zagadka: „Czerwone koryto do ściany przybito”(19).
Pomimo dowcipów, pluskwy, pchły i wszy stanowiły ogromne utrapienie nie tylko dla włościan, ale i dla innych stanów, skoro czasopismo
poświęcone „umiejętnościom i wynalazkom” w roku 1828 zamieszczało „Sposób na pluskwy: Tęgi odwar tureckiego pieprzu, którym się
wymywają sprzęty i zakrapiają szczeliny w ścianach, ma być skutecznym środkiem od
tego plugawego owadu” (27). Inne czasopismo
z tego samego okresu i o podobnym profilu zalecało na pluskwy odwar z młodych gałązek modrzewia (17). Metody te zapewne nie były
bardziej skuteczne od specyfików używanych przez chłopów.
Zasługuje na zastanowienie fakt, iż w opisach folklorystów
z zaboru pruskiego nie pojawiają się informacje o wszach, pchłach
i pluskwach. Zapewne liczne zarządzenia higieniczne władz pruskich
zaowocowały poprawą dbania o czystość w środowisku wiejskim (11),
niemniej trzeba pamiętać również o tym, iż skuteczną walkę z analfabetyzmem i brudem na wsi prowadzili poznańscy społecznicy, właściciele majątków, czy nawet kościół. Na przykład, w ukazującym się od
1837 roku w Lesznie „czasowym piśmie dla włościan” – Szkółce Niedzielnej, oprócz głoszenia ewangelii zamieszczano pożyteczne dla
chłopów porady.
229
Streszczenie
Celem pracy stało się ukazanie poglądów ludności zamieszkałej
na obszarze przedrozbiorowej Polski na temat pluskiew, pcheł i wszy
– ich pochodzenia, sposobów ich zwalczania, funkcjonujących wokół
nich przesądów, metod zapobiegania ich rozprzestrzenianiu Zarysowały się istotne różnice pomiędzy ludnością zamieszkałą w poszczególnych zaborach. Ludność w zaborze rosyjskim i austriackim nie kojarzyła pojawienia się insektów z brudem, niemniej wypracowano dość
skuteczne sposoby ich zwalczania u ludzi i zwierząt, natomiast pruskie przepisy higieniczne spowodowały, iż problem ten miał marginalne znaczenie na ziemiach wchodzących do zaboru pruskiego
Tab. 1. Rośliny używane do zwalczania pcheł, wszy i pluskiew przez ludność wiejską
zamieszkałą na ziemiach polskich (XIX-XX w.)
Nazwa polska
Nazwa łacińska
Sposób stosowania
bylica piołun
psia ruta, piołun,
psyruta, wermut, pilonek
Artemisia absinthium L.
Asteraceae Dum.
wkładanie ziela w pościel,
wyścielanie chaty
chmiel zwyczajny
chmil
ciemiernik biały
sporzyść, świńska zielina,
czamiaryca
230
Humulus lupulus L.
Cannabaceae Endl.
Helleborus niger L.
Ranunculaceae Juss.
odwar z korzeni, odwar
z „szyszek” do mycia włosów, stosowanie kremu
z masła i kwiatów chmielu
na włosy
mycie w wywarze włosów
Nazwa polska
Nazwa łacińska
Sposób stosowania
ciemiężyca biała
czemer, czemerycia
Veratum album L.
Melanthiaceae Batsch
odwarem, czasem z dodatkiem soli i siarki smarowano głowę
czeremcha zwyczajna
smrodynia, pucówka,
trzemchą, kocierpka
Padus avium Mill.
Rosaceae Juss.
zakładanie gałązek bydłu
glistnik jaskółcze ziele gliśnik, celidonia, jaskółcze
ziele, cyngalia, roztopaść
jaskółecznik, zółtnik, złotnik, listownik,
Chelidonium maius L.
Papaveraceae Juss.
smarowanie sokiem miejsc,
gdzie pojawiały się pluskwy
jaskier ostry
kazły
Ranunculus acris L.
Ranunculaceae Juss.
okadzanie pomieszczeń,
aby „wygubić” pluskwy
kolendra
koriander
Coriandrum sativum L.
Apiaceae Lindl.
wkładanie nasion w pościel
leszczyna
orzech laskowy, oryszyna,
liscyna
Corylus sp. L.
Betulaceae A. Gray
obwijanie głowy liśćmi,
wkładanie liści do butów
231
Nazwa polska
Nazwa łacińska
Sposób stosowania
nerecznica samcza
panna baba, ferecyna
Polystichium filix Roth –
(Dryopteris filix-mas)
Dryopteridaceae Hert.
wkładanie ziela w pościel
ogórek siewny
Cucumis sativus L.
Cucurbitaceae Juss.
smarowanie przekrojonym
owocnikiem miejsc, gdzie
pojawiały się pluskwy
rdest plamisty
dresena
Persicaria maculosa Gray
Polygonaceae Juss.
wkładanie ziela w pościel
rumianek pospolity
kamelki, kamila, marona,
roman
Matricaria chamomilla L.;
dawniej
Chamomilla recutita L.
Asteraceae Dum.
wkładanie kwiatów i ziela
w pościel, płukanie włosów
w naparze z kwiatów
tatarak zwyczajny
ajer, lepicha, tatar,
tatarczuk
Acorus calamus L.
Acoraceae J.G. Agardh
mycie włosów z odwarze z
kłącza
tojad
toja, omiak, łabusztan,
pantofelki Matki Boskiej,
mordownik
Aconitum sp. L.
Ranunculaceae Juss.
mycie ciała wodnym wyciągiem z tojadu
trzmielina brodawkowata
proskuryna
Euonymus verrucosus Scop.
Celastraceae R. Br.
zmywanie wywarem skóry
głowy
232
Nazwa polska
Nazwa łacińska
Sposób stosowania
trzmieliny zwyczajna proskuryna
Euonymus europaeus L.
Celastraceae R. Br.
zmywanie wywarem skóry
głowy
wroniec widlasty
widłak wroniec
Huperzia selago L. Lycopodium selago L.
Huperziaceae Bernh.
zmywanie wywarem skóry
głowy
zimowit jesienny
Colchicum autumnale L.
Colchicaceae DC.
zmywanie wywarem skóry
zwierząt
złocień właściwy
jastrun, roman
Leucanthemum vulgare
Lam.
dawn. Chrysanthemum leucanthemum L.
Asteraceae Dum.
sproszkowane ziele złocienia wsypywano w miejsca
gdzie gromadziły się pluskwy, okadzanie pomieszczeń
Piśmiennictwo
1. Brückner A.: Słownik etymologiczny języka polskiego. Warszawa 1970, s. 607.
2. Cisek M.: Materyjały etnograficzne z miasteczka Żołyni w powiecie Przemyskim.
ZWAK 1889, t. 13, cz. III, s. 54-83.
3. Gawełek F.: Przesądy, zabobony, środki lecznicze i wiara ludu w Radłowie w powiecie brzeskim. MAAE 1910, t.11, cz. III, s. 47-106.
4. Gerald-Wyżycki J.: Zielnik ekonomiczno-techniczny, czyli Opisanie Drzew, Krzewów
i Roślin dziko rosnących w kraju, jako też przyswojonych, z pokazaniem użytku ich
w Ekonomice, Rękodziełach, Fabrykach i Medycynie domowéj, z wyszczególnieniem
jadowitych i szkodliwych, oraz mogących służyć ku ozdobie ogrodów i mieszkań
wiejskich ułożony dla gospodarzy i gospodyń, t. 2. Wilno 1845, s. 5-390.
5. Gonet S.: Kilka szczegółów z wierzeń ludu w okolicy Andrychowa. Odczynianie uroków. Lud 1896, t. 2, s. 331-334.
6. Gustawicz B.: Podania, przesądy, gadki i nazwy ludowe w dziedzinie przyrody
(część druga). ZWAK 1882, t. 6, cz. III, s. 201-317.
233
7. Gustawicz B.: O ludzie Podduklańskim w ogólności, a Iwoniczanach w szczególności.
Cześć wtóra. Lud 1901, t. 7, z.1, 128-146.
8. Hodoly L.: Mały przyczynek do wierzeń i podań ludowych o zwierzętach i roślinach.
ZWAK 1882, t. 6, cz. III, s.318 -321.
9. Hradecka S.: Przyczynki do wierzeń ludu w Wierzbanowy, pow. Wieliczka. Lud 1903,
t. 9, s. 64-68.
10. Jeleńska E.: Wieś Komarowicze w powiecie mozyrskim. Wisła 1891, t. 5, z. 3, s.
479-486.
11. Jeszke J.: Lecznictwo ludowe w Wielkopolsce w XIX i XX wieku. Czynniki i kierunki
przemian, Wrocław 1996, s.8.
12. Józef znad Wiszenki: Niektóre wierzenia ludowe w Rudkach spisał Józef z nad Wiszenki w latach 1870-5. Lud 1899, t. 5, s. 346-357.
13. Kolberg O.: Pokucie, Dzieła wszystkie, t. 31, cz. III. s.145. Wrocław – Poznań 1963,.
14. Kolbuszowski E.: Materyały do medycyny i wierzeń ludowych według opowiadań
Demka Żemeły w Zaborzu w pow. Rawskim. Lud 1896, t. 2, s. 157-163.
15. Kopernicki I.: Przyczynek do etnografii ludu ruskiego na Wołyniu z materyjałów zebranych przez P. Zofiję Rokossowską we wsi Jurkowszczyźnie w pow. Zwiahelskim.
ZWAK 1887, t. 11, cz. III, s.130-228.
16. Kopernicki I.: O góralach ruskich w Galicyi. Zarys etnograficzny według spostrzeżeń
w podróży odbytej w końcu lata 1888. Kraków 1889, s. 6.
17. Leńczowski J.: Doświadczony sposób wygubienia pluskiew i ich nasienia. Piast czyli
Pamiętnik Technologiczny obeymuiący przepisy dla gospodarstwa domowego i wieyskiego, ogrodnictwa, sztuk pięknych, rękodzielń i rzemiosł: niemniey, lekarstwa, domowe, pospolite i zwierzęce, 1829, t.3, s. 66.
18. Mátyás K.: Kilka zwyczajów wielkanocnych w Tarnobrzeskiem. Lud 1895, t. 1, s.
129-130.
19. Orzeszkowa E.: Ludzie i kwiaty. Wisła 1890, t. 4 z. 1, s. 12-13.
20. Paluch A.: „Zerwij ziele z dziewięciu miedz...” Ziołolecznictwo ludowe w Polsce
w IX wieku i na początku XX wieku. Wrocław 1989, s. 59-.121.
21. Petrów A.: Lud ziemi Dobrzyńskiéj, jego charakter, mowa, zwyczaje, obrzędy, pieśni, przysłowia, zagadki, itp. ZWAK 1878, t. 2, cz. III, s. 3-182.
22. Rokossowska Z.: O świecie roślinnym wyobrażenia, wierzenia i podania ludu ruskiego na Wołyniu we wsi Jurkowszczyźnie pow. Zwiahelskim, ZWAK 1889, t. 13, cz.
III, s. 163-199.
23. Rostafiński J.: Zielnik czarodziejski to jest zbiór przesądów o roślinach. ZWAK 1895,
t.18, cz. II, s. 1- 191.
24. Rulikowski E.: Zapiski etnograficzne z Ukrainy. ZWAK 1879, t. 3, cz. III, s. 62-166.
25. Siarkowski W.: Materyjały do etnografii Ludu polskiego z okolic Kielc, cz. II. ZWAK
1879, t. 3 cz. III, s. 1-61.
26. Spittal S.: Lecznictwo ludowe w Załoźcach i okolicy. Materiały dotyczące sposobów
leczenia, zielarstwa, wierzeń, zabobonów i znachorstwa. Rocz. Podol.1938, t.1, s.
62-225.
27. Sposób na pluskwy, anon. not. w rubr. „Rozmaitości”, Izys Polska, czyli Dziennik
umiejętności, wynalazków, kunsztów i rękodzieł, poświęcony krajowemu przemysłowi, tudzież potrzebie wieyskiego i mieyskiego gospodarstwa, 1827/28, t. 2, cz. 3, nr 7,
s. 330.
234
28. Udziela M.: Medycyna i przesądy lecznicze ludu polskiego. Przyczynek do etnografii
polskiej. Wisła 1891, t. 7, s. 5-288.
29. Wawrzeniecki M.: Wieś Mysłaków. Notaty ludoznawcze. MAAE 1907, t. 9, cz. II, s.
230-239.
30. Wereńko F.: Przyczynek do lecznictwa ludowego. MAAE 1896, t.1, cz. II, s. 99-228.
31. Wierzchowski Z.: Materyjały etnograficzne z powiatu Tarnobrzeskiego i Niskiego w
Galicyi. ZWAK 1890, t. 14, cz. III, s. 145-251.
Praca zawiera 28 625 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
235
236
PASOŻYTY PRZEWODU POKARMOWEGO
W LECZNICTWIE LUDOWYM NA ZIEMIACH
POLSKICH NA PRZEŁOMIE
XIX i XX STULECIA
Paweł Wysokiński, Lilianna Wdowiak*
Studium Doktoranckie Wydziału Lekarskiego,
Pomorski Uniwersytet Medyczny,
ul. Rybacka 1, 70-240 Szczecin,
*Samodzielna Pracownia Edukacji Medycznej,
Wydział Nauk o Zdrowiu,
Pomorski Uniwersytet Medyczny,
al. Powstańców Wielkopolskich 72, 70-111 Szczecin
[email protected]
„Każde zwierze nosi w swych wnętrznościach swojego robaka,
który je gryzie, pozbywa się, gdy się w niem zbytecznie rozmnoży,
temiż co i my ludzie, środkami. Człowiek nie może uchronić się zupełnie od pasożytyzmu...” – konstatował w połowie XIX wieku François
Vincent Raspail (1794-1878), francuski lekarz i polityk, autor popularnej w Europie książki „Domowy lekarz i domowa apteka”, który odniósł
spektakularny sukces handlowy jako twórca receptury cenionego
wówczas lekarstwa. Doktor Raspail sądził, iż właśnie robaki stanowiły
powód 4/5 chorób gnębiących ludzkość (18).
Można przypuszczać, że chłopi zamieszkujący ziemie porozbiorowe dawnej Polski nie znali dziełka Raspaila, ponieważ tylko nieliczni
237
potrafili czytać, jednakże z podobnym jak on niepokojem spoglądali na
robaki. „Wedle ogólnego wierzenia - każdy człowiek musi mieć robaki
(glisty), a zwłaszcza pracujący przy ziemi, a jeśliby ich nie miał, żyć by
nie mógł. Robaki bowiem w małej liczbie są nawet pożyteczne i pomocne w trawieniu. U starszych nie jest to właściwie żadna choroba,
tylko u dzieci (...). Gorzej przedstawia się sprawa, gdy robaki nie są
zwyczajne, ale złośliwe, tj. soliter (tasiemiec taenia). Wtedy człowiek
jest stale bladozielony, apetyt mu nie dopisuje, choć je bardzo wiele,
bo nic mu jedzenie nie służy. Również usposobienie takich chorych
pozostawia bardzo wiele do życzenia: są stale skwaszeni, niezadowoleni ze wszystkiego, źli i zawistni w stosunku do zdrowych, jednym
słowem śledziennicy” – pisał o podolskich poglądach ludowych lekarz
i poeta, Stanisław Spittal w 1938 roku (23). Że dziecko ma glisty, dowodzi jego wygląd; jest ono wtedy blade, jakby przeźroczyste, ma sińce pod wpadniętymi oczyma, traci apetyt, dłubie w nosie, cierpi na
nudności, ślini się i zgrzyta ząbkami we śnie, a brzuch ma wzdęty i bolesny” (23).
W medycynie ludowej nie wszędzie różnicowano choroby pasożytnicze przewodu pokarmowego. Wyróżniano glisty i robaki, które
najczęściej ze sobą utożsamiano, jednak tasiemiec, zwany soliterem
bądź wstęgowcem, postrzegany był już jako robak „nadzwyczajny”,
złośliwy. Podobne mniemanie o pasożytach funkcjonowało powszechnie na terenie Mazowsza, Wielkopolski, Małopolski, na Podlasiu czy na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczypospolitej. Ludność
238
należąca do warstw wykształconych, rozróżniała glisty (askarydy) od
owsików, potocznie nazywanych „robakami”.
Zamiarem autorów pracy jest ukazanie ludowej etiologii, przesądów, sposobów leczenia niektórych chorób pasożytniczych przewodu pokarmowego wśród ludności wiejskiej na ziemiach wchodzących
w skład państwa polskiego przed utratą niepodległości i po odzyskaniu państwowości – do wybuchu II wojny światowej. Pragniemy również wykazać, iż osąd o stosowaniu w lecznictwie ludowym przygodnych środków, w przypadku leczenia robaczyc, należy uznać za pozbawiony podstaw.
Opinie na temat pochodzenia pasożytów
W okolicach Krakowa sądzono w pierwszej połowie XIX wieku,
iż powodem pojawienia się u dziecka robaków było zjedzenie robaczywego owocu lub wypicie wody zanieczyszczonej robakami (28,
23). Powodem „czerwiwości” według ludowych wierzeń było również
spożywanie słodkich pokarmów. „Robaków dostaje się przeważnie
z jedzenia słodyczy, cukru, cukierków, pierników, miodu itp., bo tym
właśnie odżywiają się glisty. Przeto, kto więcej je słodyczy, ma więcej
glist” – żartował z ludowych poglądów Stanisław Spittal (23, 10). Tego
typu sądy funkcjonowały jeszcze powszechnie w latach 60-tych XX
stulecia, a nawet i później (24, 27).
239
Przesądy
„Powodem bólu brzucha jest obecność w nim robaków. One albo uduszają dziecię, skoro mu zapchają gardło; albo też przedziurawiwszy serce, gdy dwie glisty się główkami zetkną, o życie przyprawią” – pisał Michał Zieleniewski o polskich wierzeniach ludowych (31).
Wierzono, iż robaki, gdy księżyc znajduje się w nowiu, stają się bardziej niż zazwyczaj agresywne. Sądzono, iż robaki uwielbiają słodycze, natomiast nie lubią gorzkich bądź kwaśnych smaków (5).
„Glisty może mieć i dorosły człowiek w żołądku. Skłonność do
wymiotów u takiego chorego pochodzi stąd, że glisty do żołądka
»szczą«” – zanotował Marian Udziela opinię z Ostrężnicy, małopolskiej wioski położonej niedaleko Krzeszowic ( 29).
Według wierzeń ludowych istniały również „robaki zaskórne”,
maleńkie, z czarnymi łebkami, które ulokowane były „około stosa piecierzowego” i mogły dziecko „ususzyć”, więc smarowano okolicę
w której miały przebywać miodem przaśnym, co miało je zwabić, następnie dziecko kąpano w grochowinach i za pomocą brzytwy golono
okolice kręgosłupa. Zabieg ten miał robaki unicestwić na dobre (31).
Jeżeli rana nie goi się przez kilkanaście lat, podejrzewano, że
powodem tego stanu rzeczy jest obecność w ranie robaka jelonka,
który żywi się mięsem. Zabić jelonka nie można było, bo groziła za to
rannej osobie śmierć. Toteż, aby robak nie zjadał ciała ludzkiego,
przykładano na ranę mięso (31).
W XIX wieku, w badanym materiale źródłowym właściwie nie
znaleziono już przesądów, o których pisał Józef Rostafiński w swoim
240
„Zielniku czarodziejskim”, a które dotyczyły okładania okolic pępka
dziecka aloesem, plastrami z piołunu, szanty, maruny, ziaren słonecznika, czarnuszki i miodu. Zapewne przestano już wierzyć, iż aloes
„przyłożony na pępek zabija glisty” (20). Tylko na Białorusi przykładano na pępek cebulę (30).
Leczenie
W terapii robaczyc do czasów II wojny światowej nie sposób
rozdzielić terapii racjonalnej od terapii magicznej. Jak się wydaje, czosnek stanowił pierwszoplanowe remedium we wszystkich regionach
ziem polskich.
Aby pozbyć się robaków, zalecano jedzenie trzy razy dziennie
czosnku lub żuru, do którego dodawano czosnek (15). W okolicach
Krakowa spożywano czosnek, który uprzednio moczono w wódce
przez 9 dni (liczba magiczna w polskim lecznictwie ludowym) (26). Pito mleko, w którym gotowano czosnek. Czosnkiem posługiwano się
również do robienia nasiadówek: „Gotują również kilka ziaren czosnku
w słodkim mleku i wlawszy to do jeszcze nieużywanego garnuszka,
sadzają na nim dziecko, aby wzburzone glisty wylazły z odbytnicy do
garnka”(23). „Gdy dziecię choruje na robaki, wieszają mu na nitce na
szyji ząbki czosnyku (czosnku)”(8) - wierzono w położonych nieopodal
Lwowa Rudkach nad Wiszenką, w majątku Aleksandera Fredry. Podobnie postępowano w okolicach Krakowa, gdzie nie tylko noszono
naszyjnik z czosnku, ale również nacierano nim skronie i przeguby
dłoni (31).
241
Oprócz wszechobecnego czosnku, jedzono pieczony groch, nasiona czarnuszki, podawano gorzkie środki (31) lub kwaśne (4, 23).
Uznaniem cieszyła się również wódka: „Powszechnym jest przecież
zwyczaj dawania dzieciom alkoholu, jako lekarstwa, n. p. przeciw robakom” – pisano w XIX- wiecznej Galicji (3). Na Podolu w wódce macerowano korzenie glistnika jaskółczego ziela – „gdyż to ma również
pomagać, ale nie zawsze” (23).
Podstawy ludowych poglądów i rzutowanie ich na terapię robaczyc u dzieci wyjaśnił znakomicie Stanisław Spittal, który posiadł
rzadką w owych czasach umiejętność patrzenia na choroby z ludowego punktu widzenia: „A gdy robaki już są i rozmnożyły się, na dziecko
trzeba wtedy bardzo uważać, zwłaszcza w czasie nowiu. Wtedy bowiem zaczynają się one burzyć, odbywają wędrówki, zwijają się
w kłęby, pchają się do gardła, mogą więc dziecko udusić. Pchają się
również do serca, nosa i ucha, które poranić mogą i nawet łacno
o śmierć przyprawić, zwłaszcza gdyby im na nowiu lek jakiś podano,
który by je zanadto wzburzył. Po nowiu jednak można już przeciw nim
śmiało wystąpić. Przede wszystkim dzieciom podejrzanym o robaki
nie dają żadnych słodyczy. Natomiast zbrzydzić je starają się przez
podawanie kwaśnych potraw, jak kiszona kapusta, ogórki, barszcz.
Potrawy te psują glistom humor, więc zaczynają się one burzyć
i pchać do gardła. Aby zaś zamknąć im tę drogę i nie dopuścić do
uduszenia dziecka przez ich kłąb, wieszają na szyi chorego paciorki
z nanizanych na nitkę ziarnek obranego z łupinki czosnku” (23).
242
Na Podolu podawano na czczo dzieciom cierpiącym na robaki
odwar z pieprzu gotowanego w mleku, odwar z tysiącznika lub czarny
chleb z miodem i nasionami cytwaru. „Miód słodki, jako ulubiony przysmak dla robaków, jest dla nich przynętą, wraz z którą zjadają truciznę” (23).
Napar z kwiatów wrotyczu stanowił popularny środek odrobaczający we wszystkich zakątkach ziem polskich (5, 19). Roślinę prawie wszędzie święcono na Matkę Boską Zielną, by była bardziej skuteczna. Na Wołyniu prywoteń (wrotycz – Tanacetum vulgare L.) hodowano w przydomowych ogródkach (19). Do zwalczania robaków
używano zarówno naparu z kwiatów, jak i z nasion wrotyczu (12,19).
Gdy metoda ta zawodziła, na Wołyniu sięgano po bardziej drastyczny
środek - odwar z korzeni nerecznicy samczej nazywanej tam „pannababa” (Polystichium filix Roth) (19). Na Pokuciu „na czerwaky” zalecano również pić wywar z korzenia bliżej nie zidentyfikowanej paproci
(17). W okolicach Chełmna korzystano również z czerwonych owoców
psianki słodkogórz (9, 5), które zjadano w niewielkiej liczbie, ze
względu na toksyczny charakter rośliny, natomiast w dorzeczu Dźwiny
sięgano po równie trujące jagody psianki czarnej (30).
W Galicji spożywano pieczony groch, nasiona czarnuszki moczone w wodzie po kwaszonych ogórkach lub burakach, a gdy podejrzewano, iż robaki są powodem bólu brzucha, podawano gorzkie
środki (31, 28). „Na zgubienie glist” za dobry środek uważano odwar
z bylicy bożego drzewka (Artemisia abrotanum L.), tysiącznika. Dobry
na spędzenie robaków okazał się i bluszcz, pod warunkiem, iż był wa-
243
rzony w nowym garnku. Dzieci kąpano w wywarze z bluszczu,
a w trakcie kąpieli kilka kropel odwaru dawano im do ust. Wodę po
kąpieli wylewano daleko od domu, w sadzie (11,23). Kolberg odnotował, opracowując etnografię Małopolski, iż „żebro czartowe” „morzy
robaki” (10). W nawiasie podał łacińską nazwę – Succisa. Zapewne
miał na myśli „czarcikęs łąkowy”, zwany driakwią Succisa pratensis
L., dawniej nazywaną Scabiosa succisa L. „Czartowym żebrem”, również określano komonicę zwyczajną, roślinę pastewną.
Innym remedium na glisty stanowił odwar z korzenia waleryjanu– kozłka lekarskiego (Valeriana officinalis L, - Valerianaceae) który
należało wykopać na wiosnę, jeszcze przed zakwitnięciem rośliny.
Waleriana często występowała nad brzegami rzek i jezior, na mokradłach, w wilgotnych zaroślach. Sięgano również po odwar z liści bobrownika (Menyantes trifoliata L. - Menyanthaceae), czyli bobrka trójlistnego, rośliny rosnącej, podobnie jak kozłek, na podmokłych terenach (19, 12). Na Białorusi zalecano pić odwar ze starej miotły
z wiechciem z „chwoszczu barawoha” ( skrzypu zimowego) (30).
Bobrek trójlistny, tysięcznik, czosnek, skrzyp oraz wrotycz pospolity i wrotycz maruna używane były „do morzenia i wyprowadzania
robaków” we wszystkich kręgach społeczeństwa (19, 12, 23, 28, 30).
Józef Gerald-Wyżycki w Zielniku ekonomiczno-technicznym (2) wymieniał ponadto brzozowy sok, chmiel pospolity, czubek turecki, inaczej kardę lub karnę (drapacz lekarski Cnicus benedictus L.– Asteraceae), jałowiec sawinę, marchew ogrodową, oman (Inula sp. L. Asteraceae), pawężnicę brodawkowatą (Peltigera aphtosa L. – rodzaj
244
grzyba, ongiś uważany za porost lub mech), świeży sok z kłączy
perzu, czy pokrzyw, piołun, rozmąconą w wodzie żywicę sosnową
i „rumianek pachnący” (rumianek pospolity - Matricaria chamomilla L.Asteraceae), rabarbar (2). Nie udało nam się jednak znaleźć potwierdzenia, iż rośliny te były używane do walki z robakami wśród
„włościan”, chociaż prawie wszystkie (poza pawężnicą?) znalazły zastosowanie w lecznictwie ludowym.
Znacznie mniej informacji można znaleźć na temat leków używanych w pozbywaniu się tasiemca. „Solitera trują odwarem z kurdybanu (bluszczyk ziemny); dobrze także działają gruszki, ulęgałkami
zwane” - donosiła na łamach „Wisły” Melania Parczewska (15, 7).
„Niezawodnie zgubi solitra (...) kwaśne mleko, gdy się go pije w dużej
ilości” – wierzono w XIX wieku w Krakowie (29). „By ratować chorych
na tasiemca, gotują dwie kopy dyniek (ziarnek arbuza - Cucurbita maxima, Cucurbita Pepo) na mleku i dają to do zjedzenia choremu, lub
częściej utarłszy dwie kopy pestek zaparzają kipiącym mlekiem. Po
wypiciu tego leku soliter się spędzi (odejdzie)”- pisał Stanisław Spittal
(23). W okolicach Mińska należało do 6 kwart nieprzekwaszonej sołoduchy dodać liści rzepy, nasiona kminu, cebulę, sól, podzielić na trzy
części i tak spreparowaną sołoduchę trzeba było jeść przez trzy dni.
Na czwarty dzień tasiemiec się wynosił (30). Dla Franciszka Wereńki
określenie „sołoducha” stanowiło oczywistość, lecz dzisiaj pewien kłopot sprawiło nam odkrycie, co to takiego właściwie było. „Sołoduchą”
nazywano mąkę żytnią z cukrem i rodzynkami, którą zalewano gorącą
wodą i poddawano fermentacji. Aby pozbyć się solitera, Józef Gerald-
245
Wyżycki polecał, jako lek sierocy, wywar z dokładnie wyczyszczonych
korzeni „paprotki samczej Aspidum Filix Mas” (2). Dzisiaj roślina ta
nazywana jest nerecznicą samczą Dryopteris filix-mas, bądź Polystichium filix Roth. Jako „panna-baba” paproć ta służyła w lecznictwie
ludowym na Kresach w pozbywaniu się robaków (19). Używane
w lecznictwie ludowym fitoterapeutyki obrazuje tabela I.
Oprócz fitoterapii stosowano koproterapeutyki, by „zbrzydzić
chorobę”: „Przeciw robakom, z największą wiarą w skuteczność dają
pić płyn wyciśnięty ze świeżego gnoju końskiego – dziewczynie od
klaczy, a chłopcu od konia - podawał Izydor Kopernicki (12). Innych
specyfików zaliczanych do ściśle pojmowanej koproterapii w omawianym okresie nie napotkaliśmy. Jeszcze w XVIII stuleciu tego typu
środków używano częściej, a kalendarze zamieszczały „znakomite”
recepty w rodzaju: „Proszek na glisty doświadczony. Weźmij glist
ziemnych, albo glist, które wychodzą z dzieci, opłucz ich pięknie winem białym, włóż je w garnuszek polewany, dobrze zatkaj, włóż je
w piec piekarski (...), utrzyj z nich proszek miałki, daj tego proszku
dzieciom tyle, co czerwony złoty zaważy” (13). Leczenie sympatyczne
w XIX wieku w przypadku robaków wydaje się zanikać, bowiem nie
spotyka się w tym okresie zbyt wielu podobnych środków w medycynie ludowej.
Informację o tym, że sięgano po naftę zawdzięczamy lekarzom
pracującym na Kresach. „Podobnie jak czosnek działa nafta (kamfina,
gaz), przeto i nią smarują dołek, namazują nozdrza, a nawet podają
nieco dziecku do wypicia” (23). Łyżeczkę nafty (karasiny) dawano
246
dzieciom również na Białorusi, lub zakupywano w aptekach Oleum
Terebinthinae Rectificatum (30) – oczyszczony olejek terpentynowy.
Działania magiczne
„Na robaki i glisty dzieciom smarują w dołku i pod nosem dziegciem” (16, 15, 30). „Skórka z zaskrońca szczęście przynosi. Tłuczoną
mielutko dają pić z miodem dziecku na robaki” (6) – pisano. O pozostałych sposobach, które dzisiaj nazwalibyśmy „magicznymi”, wynikającymi z przekonania, iż robaki można było „przepłoszyć” napisano
uprzednio, natomiast nie wspomniano dotąd o zażegnywaniu robaków. Jak się wydaje, nie było tych formuł zbyt wiele, bowiem zarówno
Marian Udziela, jak i Stanisław Spittal powołują się tylko na jeden
tekst zażegnywania:
"Święta Cecylija pięć córecki miała:
jedna glisty przędła, a druga motała;
trzecia na kłąbku zwijała;
czwarta łebki urywała;
piąta do morza ciepała" (28, 23).
Zażegnywaniu towarzyszyły odpowiednie gesty. Przy „urywaniu
łebków” osoby wykonujące zabieg obrazowały choremu, jak ukręcają
głowy glist czy robaków, a „wrzucaniu do morza” towarzyszył ruch rąk
ukazujący wyrzucanie intruzów na ziemię. Po trzykrotnym powtórzeniu
półgłosem formuły, nakazywano choremu odmówienie odpowiednich
247
modlitw (trzech „Zdrowaś Maryja” do Przemienienia Pańskiego) (28).
Wysoce interesująca wydaje się konotacja ze świętą Cecylią. Dlaczego wybrano właśnie jej postać, skoro była to patronka muzyki kościelnej, „święta dziewica”? O pięciu córkach Cecylii zatem nie mogło być
mowy. Odnalezione w katakumbach św. Kaliksta w Rzymie zwłoki
Cecylii, ponad 600 lat po jej męczeńskiej śmierci uległy naturalnemu
strupieszeniu (mumifikacji), opowiadano więc legendy o jej „nienaruszonym ciele” czyli o ciele, którego nie były w stanie toczyć robaki.
Można przypuszczać, iż zapewne dziewicza żona św. Waleriana ludowi nie kojarzyła się z dziewictwem, skoro była mężatką, lecz
z opornością zwłok na zjedzenie przez robaki.
W czasie prowadzenia poszukiwań napotkano również na trzy
teksty dotyczące zamawiań robaczyc u bydła (22, 21).
Zapobieganie
Najpopularniejszym sposobem zapobiegania robaczycom było
powszechne posypywanie chleba nasionami czarnuszki. Ale w niektórych rejonach, chleb stanowił rarytas i nie stać było wszystkich chłopów na jego wypiek. Chleba nie jadały najmłodsze, raczkujące po glinianej polepie czy klepisku dzieci, najbardziej narażone na kontakt
z pasożytami, a i samo użycie czarnuszki nie zabezpieczało przed parazytozami. Ludność wiejska, pomimo propagowania higieny przez lekarzy i nauczycieli, na ogół nie łączyła pojawienia się robaków
z czystością.
248
Zakończenie
W połowie XIX wieku w lecznictwie domowym ceniono sobie poradniki, których autorami byli zazwyczaj lekarze, lecz nie docierały one
wszędzie, z uwagi na masowy analfabetyzm chłopów. Wśród tych poradników wysoką pozycję zajmował Domowy lekarz. Françoisa V. Raspaila (18). Działania terapeutyczne doktora Raspaila cechowała
mnogość specyfików. Wśród licznych środków na pasożyty jelitowe,
wymieniał on: czosnek, wódkę kamforową, proszek z korzenia paproci, kalomel (chlorek rtęci), „marzanę”, aloes, korzonki granatu. Za najtrudniejsze uważał leczenie „piekielnej jędzy naszych wnętrzności” –
solitera. Inne robaczyce traktował jako „zmory mniejszego kalibru”
(18).
Popularny w zaborze pruskim poradnik tłumaczony z języka
niemieckiego doktora medycyny Frickego, na tasiemce zalecał pestki
dyni (zmieszane z borówkami), kwaśną kapustę i surową marchew,
ewentualnie spożywanie mleka kokosowego. Oprócz trzech gatunków
tasiemca, pośród robaków Fricke rozróżniał glizdy i czerw. Skutecznym remedium na nie miało być po wzięciu środka przeczyszczającego mleko zagotowane z liśćmi krwawnika i pestkami cytryny (1). Terapia proponowana przez Frickego nie odbiegała zbytnio od ludowych
metod leczenia robaczyc, jakie stosowano na ziemiach polskich, prócz
mleka kokosowego i cytryn, które nie były łatwo dostępne dla przeciętnego mieszkańca wsi.
„Nowoczesna encyklopedia zdrowia” opracowana przez czołowych lekarzy II Rzeczypospolitej, która ukazała się tuż przed wybu-
249
chem wojny, zalecała w leczeniu pasożytów jelitowych sałatkę śledziową z cebulką, wyciąg z paproci, sól gorzką (tasiemce), pozyskiwaną z bylicy cytwarowej santoninę i olejek widłakowy (glisty), natomiast na owsiki – lewatywę z mleka z czosnkiem i smarowanie odbytu
szarą maścią (14).
Tab. 1. Rośliny używane w leczeniu dolegliwości spowodowanych przez pasożyty jelitowe w lecznictwie ludowym na ziemiach polskich na przełomie XIX i XX wieku
Nazwy polskie
Nawa łacińska
Sposób użycia
Robaki/glisty
bluszcz
Hedera sp. L.
Araliaceae Juss.
kąpiel i picie
odwaru z liści i łodyg
bluszczyk kurdybanek
kurdyban, bluszczyk ziemny,
obłożnik, kondrotek, kurdybonek, przerwa,
ziele św. Piotra, skulasznik
Glechoma hederacea L
Lamiaceae Lindl.,
picie odwaru z liści
bobrek trójlistny
bobrownik, krzyżok, wodna
koniczyna
Menyantes trifoliata L.
Menyanthaceae Bercht.
Presl.
odwar z liści
bylica boże drzewko
boże drzewko
Artemisia abrotanum L.
Asteraceae Dum.
odwar z ziela
250
Nazwy polskie
Nawa łacińska
Sposób użycia
bylica cytwarowa
cytwar, rupnik cytwarowe
nasinje
Artemisia cina Berg Asteraceae Dum.
nasiona zmieszane
z miodem
centuria pospolita tysiącznik,
tysięcznik, czerwieniec,
serdecznik, żółó ziemna
Centaurium erythraea
Rafn.
Gentianaceae Juss.
odwar z liści i kwiatów
czarnuszka
czarnucha
Nigella sativa L.
Ranunculaceae Juss.
nasiona moczone w
kwasie po ogórkach lub
burakach
czosnek pospolity
czosnyk, czosnek babie ziółko
Allium sativum L.
Alliaceae Juss.
wieszanie na szyi,
smarowanie obszaru
pod nosem dziecka,
jedzenie ząbków czosnku, nasiadówki nad
mlekiem z czosnkiem,
nalewka alkoholowa
dynia olbrzymia
dynka, bania, harbuz,
arbuz, malon
Cucurbita maxima Duch.
Cucurbitaceae Juss.
gotowanie ziarek w
mleku
glistnik jaskółcze ziele gliśnik, celidonia, jaskółcze ziele, cyngalia, jaskółecznik,
zółtnik, złotnik, listownik,
roztopaść
Chelidonium maius L.
Papaveraceae Juss.
nalewka alkoholowa z
korzenia
251
252
Nazwy polskie
Nawa łacińska
Sposób użycia
groch
Pisum sp. L.
Fabaceae Lindl.
gotowane lub pieczone
nasiona
kalina koralowa
Viburnum opulus L.
Adoxaceae Trautv.
spożywanie owoców
kapusta warzywna
Brassica oleracea L.
Brassicaceae Burn.
spożywanie kiszonych
liści
kozłek lekarski
walerian, waleriana
Valeriana officinalis L.
Valerianaceae Batsh
odwar z korzenia
ogórek
Cucumis sp. L.
Cucurbitaceae Juss.
kiszone owoce
nerecznica samcza
panna baba, ferecyna
Polystichium filix Roth –
vel
Dryopteris filix-mas
Dryopteridaceae Hert.
odwar z korzenia
psianka czarna
Solanum niger L.
Solanaceae Lindl.
surowe jagody
psianka-słodkogorz
kartofelki, pomocnik, ˛
lisnyk
Solanum dulcamara L.
Solanaceae Lindl.
surowe jagody
Nazwy polskie
Nawa łacińska
Sposób użycia
skrzyp zimowy
Equisetium hyemale L.
Equisetaceae Michx.
wywar z ziela
wrotycz maruna
marzanka, maronka
Matricaria parthenium L.
vel
Tanacetum parthenium
Asteraceae Dum.
napar z kwiatów
wrotycz pospolity
prywoteń, smakowe ziele, durant
Tanacetum vulgare L. –
Asteraceae Dum.
napar z kwiatów
Tasiemiec
bluszczyk kurdybanek
kurdyban, bluszczyk ziemny,
obłożnik
Glechoma hederacea L
Lamiaceae Lindl.,
picie odwaru z liści
dynia olbrzymia
dynka, bania, arbuz, harbuz
Cucurbita maxima Duch.
Cucurbitaceae Juss.
wywar z ziarek (gotowanych w mleku),
sproszkowane ziarka +
wrzące mleko
grusza pospolita
ulęgałka, ulężałka
Pyrus communis L.
Rosaceae Juss.
jedzenie owoców
Pozostaje otwartym pytanie, kto się od kogo uczył?
Jak z tych rozważań wynika, medycyna ludowa dysponowała arsenałem środków bardzo zbliżonym do medycyny oficjalnej. Wszystko
wskazuje na to, że terapeuci ludowi i ludność wiejska w przypadku leczenia dolegliwości wywołanych przez pasożyty jelit, znaleźli skutecz-
253
ne lekarstwa i znano się na dobieraniu prawidłowych dawek, aby zapobiec zatruciu ludzkiego organizmu. W przypadku chorób pasożytniczych w znacznym stopniu wyeliminowane zostały działania magiczne, tak częste w przypadku leczenia innych schorzeń.
Streszczenie
Celem pracy jest ukazanie ludowej etiologii, przesądów, sposobów leczenia niektórych chorób pasożytniczych przewodu pokarmowego wśród ludności wiejskiej na ziemiach wchodzących w skład
państwa polskiego przed utratą niepodległości i po odzyskaniu państwowości – do wybuchu II wojny światowej. Poddano analizie piśmiennictwo etnologiczne z okresu XIX i XX wieku. Okazało się, że
świadomość ludności wiejskiej na temat pochodzenia pasożytów cechowało przesądne myślenie, ale pomimo tylko częściowej znajomości etiologii chorób, wypracowano skuteczne sposoby kuracji. Lecznictwo ludowe w terapii robaczyc dysponowało szeroką gamą dosyć skutecznych fitoterapeutyków, ze środków odzwierzęcych stosowano jedynie mleko i rzadko - urynoterapię. Leczeniu niekiedy towarzyszyły
działania o charakterze magicznym, jednakże nie wysuwały się na
pierwszy plan. Osąd o stosowaniu w lecznictwie ludowym przypadkowych środków, w przypadku leczenia chorób spowodowanych przez
pasożyty przewodu pokarmowego, należy uznać za pozbawiony podstaw.
254
Piśmiennictwo
1. Fricke [?]: Domowa pomoc czyli książka dla dobra choréj ludzkości. Hanower, bez r.
wyd., s. 227-228.
2. Gerald-Wyżycki J.: Zielnik ekonomiczno-techniczny, czyli Opisanie Drzew, Krzewów
i Roślin dziko rosnących w kraju, jako też przyswojonych, z pokazaniem użytku ich
w Ekonomice, Rękodziełach, Fabrykach i Medycynie domowéj, z wyszczególnieniem
jadowitych i szkodliwych, oraz mogących służyć ku ozdobie ogrodów i mieszkań
wiejskich ułożony dla gospodarzy i gospodyń, t. 2. Wilno 1845, s. 381-390.
3. Golińska Z.: Badania nad alkoholizmem w zachodniej Galicyi. Lud 1902, t. 8, s. 6276.
4. Gustawicz B.: O ludzie Podduklańskim w ogólności, a Iwoniczanach w szczególności.
Lud 1900, t. 6, s. 36-80.
5. Gustawicz B.: Podania, przesądy, gadki i nazwy ludowe w dziedzinie przyrody
(część druga). ZWAK 1882, t.6, cz. III,s.201-317.
6. Hradecka S.: Przyczynki do wierzeń ludu w Wierzbanowy, pow. Wieliczka. Lud 1903,
t. 9, s. 64-68.
7. Jeszke J.: Lecznictwo ludowe w Wielkopolsce w XIX i XX wieku. Czynniki i kierunki
przemian. Wrocław1996, s. 59.
8. Józef znad Wiszenki: Niektóre wierzenia ludowe w Rudkach spisał Józef z nad Wiszenki w latach 1870-5. Lud 1899, t. 5, s. 346-357.
9. Kolberg O.: Dzieła wszystkie, Chełmskie, t. 34, cz. 2. Wrocław – Poznań 1964, s.194.
10. Kolberg O.: Dzieła wszystkie, Krakowskie, t.7, cz.3. Wrocław – Poznań 1962, s.155157.
11. Kolbuszowski E.: Materyały do medycyny i wierzeń ludowych według opowiadań
Demka Żemeły w Zaborzu w pow. Rawskim. Lud 1896, t. 2, s. 157-163.
12. Kopernicki I.: Przyczynek do etnografii ludu ruskiego na Wołyniu z materyjałów zebranych przez P. Zofiję Rokossowską we wsi Jurkowszczyźnie w pow. Zwiahelskim.
ZWAK 1887, t. 11, cz. III, s. 130-228.
13. Lekarstwa różne domowe, dla ludzi bardzo potrzebne, które każdy może sobie zrobić, (1750), Kalendarz uniwersalny, [w:] Kalendarz półstuletni 1750-1800, opr. B.
Baczko i H. Hinz. Warszawa 1975, s. 181-182.
14. Nowoczesna encyklopedia zdrowia; Rząsnicki A. (red.), t. 3. Warszawa 1939, s.
111-114.
15. Parczewska M.: Lecznictwo ludowe. Wisła 1896, t. 10, z. 2. s. 342-344.
16. Petrów A.: Lud ziemi Dobrzyńskiéj, jego charakter, mowa, zwyczaje, obrzędy, pieśni, przysłowia, zagadki, itp. ZWAK 1878, t. 2, cz. III, s. 3-182.
17. Piotrowicz S.: Znachorka i wróżka Jewdokia Bojczuk. Materyały folklorystyczne ze
wsi Bortnik na Pokuciu. Lud 1907, t. 13, s. 216-232.
18. Raspail F. V.: Domowy lekarz i domowa apteka. Teoryczna i praktyczna nauka jak
sobie przyrządzać i używać lekarstw, zachować zdrowie lub wyleczyć się jak najprędzéj i małym kosztem z większéj części chorób uleczyć się dających, oraz jak sobie przynieść ulgę równą prawie zupełnemu wyzdrowieniu w chorobach nieuleczalnych lub chronicznych. Warszawa 1851, s. 313-323.
255
19. Rokossowska Z.: O świecie roślinnym, wyobrażenia, wierzenia i podania ludu ruskiego na Wołyniu, we wsi Jurkowszczyznie pow. Zwiahelskim. ZWAK 1889, t.13, cz.
III, s. 163-199.
20. Rostafiński J.: Zielnik czarodziejski to jest zbiór przesądów o roślinach. ZWAK 1895,
t.18, cz. II, s. 1- 191.
21. Rulikowski E.: Zapiski etnograficzne z Ukrainy. ZWAK 1879, t.3, cz. III, s. 62-166.
22. Siarkowski W.: Materyały do etnografii Ludu polskiego z okolic Kielc. Część II.
ZWAK 1879, t. 3, cz. III, s. 3-61.
23. Spittal S.: Lecznictwo ludowe w Załoźcach i okolicy. Materiały dotyczące sposobów
leczenia, zielarstwa, wierzeń, zabobonów i znachorstwa, Rocz. Podol. 1938, t. 1, s.
62 -225.
24. Szychowska – Boebel B.: Lecznictwo ludowe na Kujawach (Materiały i rozważania).
Toruń 1972, s. 66.
25. Środki lecznicze i ich nazwy aptekarskie u ludu, autor anon. Lud 1899, t. 5, s. 164166.
26. Świętek J.: Liczby Trzy i Dziewięć w mitach, wyobrażeniach, mistycznych praktykach i w zwyczajach ludowych. Lud1905, t. 11, s. 371-388.
27. Tylkowa D.: Medycyna ludowa w kulturze wsi Karpat polskich. Tradycja i współczesność. Wrocław1989, s. 82.
28. Udziela M.: Medycyna i przesądy lecznicze ludu polskiego. Przyczynek do etnografii
polskiej. Wisła1891, t. 7, s. 5-288.
29. Udziela M.: Przyczynki do medycyny ludowej. Lud 1905, t. 11, s. 394-401.
30. Wereńko F.: Przyczynek do lecznictwa ludowego. MAAE 1896, t.1, cz. II, s. 99-228.
31. Zieleniewski M.: O przesądach lekarskich ludu naszego. Kraków 1845, s. 38-39.
Praca zawiera 27 707 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
256
PROBLEM „ŻABY” W OPIECE NAD
NOWORODKIEM
I NIEMOWLĘCIEM NA ZIEMIACH POLSKICH
W WIEKU XIX-TYM
I W PIERWSZEJ POŁOWIE XX WIEKU
Paweł Wysokiński, Lilianna Wdowiak*
Studium Doktoranckie Wydziału Lekarskiego,
Pomorski Uniwersytet Medyczny,
ul. Rybacka 1, 70-240 Szczecin,
*Samodzielna Pracownia Edukacji Medycznej,
Wydział Nauk o Zdrowiu, Pomorski Uniwersytet Medyczny,
al. Powstańców Wielkopolskich 72, 70-111 Szczecin
[email protected]
Nazwa
Pleśniawki, schorzenie jamy ustnej noworodków i niemowląt
określano onegdaj mianem żaby, czasami pieszczotliwie nazywano je
żabką. Zwano je również: skoczką, krostkami, krostami, pryszczami,
a nawet pryszczycą (17). W pierwszej połowie wieku XIX krakowski
lekarz, Michał Zieleniewski (1821-1896), który napisał o przesądach
ludowych dysertację doktorską, twierdził, że „żabkę” mylono z „grzybkami” i „cuchnieniem gnilcowym” (32). W końcu XIX wieku inny lekarz, uczestnik powstania styczniowego, Klemens Köhler (1840-1901)
z Poznania zauważył, iż „nowotwory wszystkie w ustach nazywa prosty lud żabkami”, nie mając na myśli nowotworu we współczesnym
znaczeniu tego słowa, lecz wszelakie zmiany chorobowe w obrębie
257
jamy ustnej (9). Zamieszanie w ludowym nazewnictwie potwierdził
Henryk Biegeleisen: „Z chorób narządu trawienia zasługuje na uwagę
t. z. żaba. W pierwszym roku życia zapadają dzieci na puchlinę w jamie ustnej, zwanej przez lud nasz żabką, a nazwę tę nadają także
krostkoia pod językiem (aphthae) i zapaleniu krupowemu” (1). Nie do
końca autorzy ci mieli rację, bowiem w niektórych rejonach ziem
wchodzącym przed zaborami do państwa polskiego, znakomicie odróżniano pleśniawki od innych schorzeń. Na przykład we Lwowie posługiwano się terminami takimi jak pliśniawka czy mlecznica, na terenie Beskidu Śląskiego używano słowa plugawka, w Beskidzie Sądeckim i Wysokim – studzienica, chociaż też mówiono tam na to schorzenie żaba (1, 26). Adam Paluch wymienia także określenia: oskólnica,
pleśnina, lecz nie podaje w jakich rejonach je stosowano (17). Najbardziej zastanawiające są jednak nazwy używane na Kujawach i na Litwie – bedki, bedłki, grzybki, grzyb, czy pleśniawki, a w Poznaniu też
obok żaby – bedłki (25, 14, 12, 13) Czy był to tylko zbieg okoliczności?
Rozpoznanie i etiologia
„Pleśniawki lub inaczey grzybki są to białe plamki rozmaitey
wielkości robiące się u dzieci nowonarodzonych na ustach, w gębie
i na iezyku, które nayczęściey bywają skutkiem nieochędostwa, albo
niezdrowego mleka matki lub pospolicie mamki, albo też wtenczas
powstaią, kiedy dzieci pozbawione mleka niewieściego karmią się
sposobem sztucznym a mianowicie sesołką” - pisał wileński lekarz Mi-
258
kołaj Mianowski w 1825 roku (14). W tych czasach nie wiedziano
jeszcze, iż istotnie można było uznać za sprawcę nieszczęścia zakażenie grzybem Candida albicans, dlatego zadziwiające jest, iż w niektórych okolicach posługiwano się nazwą „grzybki” czy „pleśniawki” na
określenie zmienionych chorobowo miejsc. Warto zwrócić uwagę również na „sesołkę” i „nieochędóstwo”, które Mikołaj Mianowski (17831843) wymienia, jako jedne z powodów powstawania pleśniawek.
„Radca Kollegialny, filozofii, medycyny i chirurgie Doktor, w Cesarskim
Uniwersytecie Wileńskim sztuki położniczey Professor” (14, 11) wydał
swoją pracę, gdy sprawca rewolucji w położnictwie, Ignacy Semmelweis (1818-1865) liczył sobie siedem lat. Wymienianie „nieochędóstwa” jako powodu choroby należy więc uznać za bardzo cenne i celne spostrzeżenie.
Teodor Teofil Matecki (1810–1886), poznański „praktykujący lekarz, chirurg i akuszer” (12), a ponadto powstaniec i społecznik, nie
upatrywał powodów powstawania pleśniawek w brudzie. „Bedłki. - Tak
nazywamy białe, okrągłe plamki, które się tworzą na powierzchni języka, podniebienia, dziąseł i policzek w gąbce. Powstają one przez to, iż
na tych miejscach przyskórka w drobny pęcherzyk się wznosi i następnie pęka” – pisał w „Poradniku dla młodych matek...”(1848), nie
wyjaśniając przyczyn schorzenia (12). Jednak w opublikowanych prawie 20 lat później „Radach i naukach ...”, ze zdziwieniem zauważył:
„Dość wcześnie jednak bez śladu zagajają się te wrzodki, osobliwie
jeźli jamę ustową czysto utrzymywać będziem” (13).
259
Ówczesne naukowe poglądy na powstawanie pleśniawek zmieniały się wraz z postępem w higienie i mikrobiologii. Wśród ludu panowały ugruntowane opinie. W niektórych rejonach ziem polskich
uważano, iż przyczyną tej choroby było zabicie żaby, która odrastała
potem na języku, natomiast zapewne ze Słowacji do Galicji przybył inny przesąd, iż w czasie snu dziecka wpadła mu do ust żabka (1, 27).
W dobie higienicznej niewiedzy, bo tak można nazwać cały XIX
wiek, pomimo odkryć dokonanych przez Pasteura czy Kocha, głośnych jedynie wśród inteligencji, niemowlętom pozwalano ssać najróżniejsze przedmioty. W czasie ząbkowania, dzieciom na Śląsku
Opolskim dawano do gryzienia gęsią kość lub klucz. „[Kluczem] odmyka się te zęby” – twierdzono (20). Klucz miał zatem przyśpieszyć
ząbkowanie. Autorzy niniejszej pracy nie znaleźli podobnych przekonań w pozostałych rejonach ziem polskich, lecz pisano o innych magicznych działaniach w oparciu o tak zwaną „magię sympatyczną” np.
o naszyjniku z nasion trującego rzepienia pospolitego (Xanthium
strumarium L.), zwanego zębownikiem. Nasiona obszywano materiałem i wieszano na kaftanikach ząbkujących dzieci na Suwalszczyźnie
(16). Zapewne po jakimś czasie tkanina była brudna. „Ażeby się
dziecka pieniądze w dalszym życiu trzymały, zawieszają mu we woreczku na szyjce przez jedną noc dwa dziesiątaczki srebrne, zapleśniałe” – pisał o sandomierskim zwyczaju Zygmunt Wierzchowski (30).
Lecz już w Krakowie i w jego okolicach panowało powszechne przekonanie, iż żabki nabywają dzieci, które bawią się pieniądzem lub
grzebieniem (32, 1). M. Zieleniewski, w roku 1845 w swojej dysertacji
260
traktował te ludowe spostrzeżenia o pieniądzach czy grzebieniu jako
przejawy przesądnego myślenia, chociaż solennie we wstępie rozprawy obiecywał, iż je sprawdzi (32). Nawet nie próbował tego uczynić. Nie potrzeba było upływu stuleci, wystarczyły trzy dekady, gdy
okazało się, że częściowo racja leżała po stronie ludu, a niektóre
z przytaczanych „przesądów” nimi wcale nie były.
Na Kujawach jeszcze w końcu lat 60-tych XX wieku uważano, iż
powodem powstawania pleśniawek jest zły pokarm matki, ssanie
brudnego smoczka, włożenie do buzi grzebienia, łyżki, przedmiotów
z miedzi i żelaza, powietrze i „cug” – przeciąg (25). Tak jak wszędzie,
lecznictwo ludowe ulegało przemianom, bowiem do tradycyjnych wierzeń dołączano elementy wiedzy naukowej.
Rokowanie
„Na te wszystkie okoliczności akuszerka baczenie mieć powinna; bo zdarza się, iż takowa choroba, z początku lekka i na pozór nic
nie znacząca, będąc zaniedbana śmiercią się kończy. Skutki z niey
są: że dziecię z trudnością albo wcale ssać nie może; ciągle iest niespokoyne i ślini się: często womituie; stolec ma brzydki zielony ze
rznięciem połączony; nisczeie i nakoniec umiera, ieżeli albo choroba
trwa długo, albo też plamki zrobią się żółte, zciemnieią, a potém do
żołądka i do kanału kiszkowego przeydą i rozszerzą się”— pisał
M. Mianowski (14). „Jeśli bedłki są rozrzucone, a dziecko zresztą
zdrowe, w takim razie niewielkie ich jest znaczenie. Zwykle już dnia
piątego do siódmego nikną...” – napisał w 1848 roku T. Matecki, doda-
261
jąc jednakże: „Lecz bedlki liczne, z sobą spływające i do chorób innych przyłączające się wymagają już pomocy lekarza” (12). Wiele lat
później w „Radach starego lekarza...”, uspakajał nadal, iż „pleśniawki
są najniewinniejsze”, lecz zaraz przestrzegał: „czasami dołączają się
do ciężkich chorób przewodu pokarmowego, także do chorób gorączkowych” (13).
Leczenie
„Skoro akuszerka takowe plamki na ustach lub na ięzyku postrzeże, powinna natychmiast udadź się po radę do lekarza: sama zaś
przemywa ie czystą wodą letnią lub z winem zmieszaną i zabrania
karmiącey wszelkich potraw niestrawnych, tłustych i kwaśnych, które
mléko psuć i odmieniać mogą. W niebytności lekarza może sama
akuszerka użyć miodu różanego, którym kilka razy na dzień pleśniawki namasczać należy” – zalecał M. Mianowski (14).
Wskazania M. Mianowskiego nie odbiegały zbytnio od rad Ludwika Perzyny (1752-1812), popularyzatora wiedzy medycznej, należącego do Zakonu Szpitalnego św. Jana Bożego, potocznie nazywanego bonifratrami. W XIX wieku dość znaną publikacją była praca
„Nauka położna krótko zebrana...” (19). Perzyna na „pleśń białą
w gębach” u noworodków i niemowląt podawał następujące remedia:
„Płucz winem z wodą, w którym szałwiia gotowana była – potym smaruy różanym miodkiem, w ktorym trochy soli rozpuścisz – niechay iada
poleweczkę z rozcieraney marchwi z różanym miodkiem (...). Żabka
pod językiem. Smaruy różanym miodkiem z solą rozpuszczonym”
262
(19). Jak z tego, niejako przy okazji wynika, Perzyna różnicował „pleśń
białą” od „żabki”.
T. Matecki nie demonizował pleśniawek, jak to czynił M. Mianowski: „... dla ulżenia dziecku radzę natenczas pędzlować w gąbce
odgotowaniem korzenia ślazowego, miodkiem różannym samym, lub
w połączeniu z boraksem. (...) Na wszelki sposób nieradzę wycierać
bedłek inkaustem, albo jak to czasami wiejskie kobiety robią, uryną.
Każda inna słabość w gąbce, niemoże być przedmiotem leków domowych” (12).
Rady, zarówno Perzyny, jak i Mianowskiego, czy Mateckiego
niewiele jednak przyczyniły się do szerzenia oświaty zdrowotnej wśród
kobiet wiejskich. Powód był prosty: panie te nie umiały zazwyczaj czytać, a i zaufanie do lekarzy i duchownych bywało mocno ograniczone.
„Lud daje wiarę wszelkim czarom, zamawianiom, urokom, zadawaniom chorób; wierzy w złych, w czarownice, stośnicami również zwane, w owczarzów, i nieraz, chociaż za radą dworu, proboszcza lub jakiego rozsądniejszego sąsiada, wezwie w jakim przypadku doktora,
nie przeszkadza to, że po wyjściu lekarza, z większym zaufaniem odda się w ręce umiejącego lub umiejącej zamawiać lub zażegnywać
choroby. W receptę, zapisaną przez doktora, nie mają wiary; więcej
zaufania okazują aptekarzom, których, przyszedszy do apteki, proszą
nieraz o radę” – pisała Melania Parczewska w końcu XIX wieku (18),
a nie był to pogląd odosobniony.
W okolicach Olkusza — żabę leczono „przykładaniem do bolącego miejsca żywej, zielonej żabki”, którą po przyłożeniu „trzeba od-
263
nieść w to miejsce, skąd się ją wzięło”. „Żabę gubią w Stopnickiem
w ten sposób, że żabkę zieloną, złapaną w trawie, »zaszywają w woreczek, który zawiesza się na ciele chorej dzieciny«. Wycierają też
pod językiem ususzoną majową żabkę, święconą w zielu” – Henryk
Biegeleisen podawał przykłady ludowego zastosowania zasady similia
similibus curantur (1). Twierdził również, że górale z Krościenka pozbywali się choroby poprzez jej symboliczne zakopanie. Trzeba było:
„zrobić nożem dołek pod dębem, napluć doń trzy razy, tyleż razy
obejść go dokoła”, a potem opuścić to miejsce (1, 27), zapewne bez
oglądania się za siebie, jednakże tego typu działania mogły podjąć
dopiero dzieci starsze, czy dorośli a nie noworodki, czy niemowlęta,
więc raczej ten sposób leczenia nie dotyczył pleśniawek, lecz symptomów innych schorzeń objawiających się w jamie ustnej. O innym,
również magicznym sposobie „spędzania” krost z końca XIX wieku pisał Konrad Zalewski: „Na krosty u dzieci: Trzykrotnie polać psa wodą,
w której dziecko się kąpało, a krosty zginą. Najlepiej czynić to o zachodzie słońca” (31).
„Żabę się zażegnuje, inaczej się jej nie wyleczy”- stwierdziła
wiekowa mieszkanka Obidzy w Beskidach, gdy Danuta Tylkowa prowadziła tam badania. „W tym celu - jak powiada – »idzie się do złotej
wierzby przeżegna się wytnie się skórkę [kawałek kory] i przyniesie do
chałupy«. Korę tę należy trzykrotnie przesunąć dziecku po języczku,
odmawiając przy tym Pozdrowienie Anielskie bez »amen«. Po zakończonym zabiegu korę należy odnieść w to samo miejsce, skąd ją wy-
264
cięto, przykleić, przeżegnać się i wrócić do domu nie oglądając się za
siebie, tylko odmawiając przez cała drogę »Zdrowaś Mario«” (26).
W okolicach Kielc zamawiano żabę w następujący sposób:
„Szła Najświętsza Panienka
krzyżowymi drogami
(napotkała żabę ze żabionkami)
Żabin się wrócił, a żaba nie wróciła
(bodajższ żabo w niwecz obróciła)” (15).
Na Rusi brano pokarm wylewający się przy jedzeniu z pyska
świni, smarowano nim jamę ustną dziecka, wypowiadając słowa:
„Kuciu, kuciu (świnio), do koryta!
Pliśniawka z jazyka!” (1)
Korzystano z „pomocy” świni także na Podolu, o czym wspomniał lekarz, Stanisław Spittal. Gdy dziecko dostawało pleśniawek, jego rodzicielka udawała się do chlewu i zanurzała palec w resztkach
jedzenia, które znajdowało się w świńskim korycie, a potem smarowała tym dziecku wnętrze buzi (24).
Zabawny przypadek leczenia żabki opisywał K. Köhler (9), który
od księdza z Kiełczewa pod Kościanem (Wielkopolska) otrzymał skonfiskowane narzędzia „praktyk czarodziejskich”. Były nimi skamieliny –
belemnity, zwane przez lud „piorunowymi strzałkami”, albo „pioruno-
265
wymi kamyczkami”. Zaciekawiony doktor Köhler nawiązał kontakt
z zamawiaczką, która jak wynikało z jego ustaleń, posługiwała się przy
zamawianiu żaby skamieniałym jeżowcem. „Kobieta ta twierdziła, że
jeżowce wyrastają na głowach królów żab, a że są oznaką ich majestatu królewskiego. Miała 4 takie skamieliny, które oddała księdzu,
przyrzekając nadal już więcej nie zażegnywać. (...) Na jednym jeżowcu, przejętym krzemionką, przypadek zrządził, że została na podstawie tego skamieniałego mięczaka gładka (...) powierzchnia. Kobieta
twierdziła, że sama tę koronę z króla żabiego głowy ścięła, a płaszczyzna gładka, to ślad pozostały od cięcia. Autosugestya, zdaje się,
wywarła na nią taki wpływ, że robiła wrażenie o głębokiem przekonaniu swego twierdzenia, które byłaby gotowa poprzysiąc”. Tekst zamawiania brzmiał:
„Szczęśliwą była ta godzina, kiedy Panna porodziła syna, oby
też i ta tak szczęśliwą była". Trzy razy: W imię Ojca...."Dokąd to
idziesz żabo, babulinko? Nie chodź tam, bom ja tam była. Przeżegnałam cię rączką Najświętszej Panny”. Trzy razy: W imię Ojca... ” (9)
Właśnie do Matki Boskiej przy leczeniu żaby odwoływano się
najczęściej. Zapewne rozumowano, iż skoro sama była matką, powinna najlepiej pomóc w leczeniu dzieci. Nie stwierdzono zbyt częstych
odwołań do Matki Bożej w leczeniu innych chorób skóry (29). Na terenie Beskidów posługiwano się następującą formułą:
„Żaba byś skamlała
Siły, mocy nie miała
266
Żabka do wody
A Panienko Maryje
Broń piekielnego ognia” (26) .
W czasie wypowiadania tych słów przecierano język chorego
dziecka czerwoną szmatką. Czynność tą powtarzano trzy razy, wypowiadając zamówienie, a po zakończeniu „terapii” gałganek wrzucano
do potoku, by uniósł w dal chorobę. Przedtem trzeba było udać się
nad rzekę przed wschodem słońca i obudzeniem się ptaków, nabrać
spienionej wody zgodnie z prądem, w milczeniu, nie oglądając się za
siebie, przynieść do domostwa, zanurzyć w niej skrawek czerwonego
sukna i trzykrotnie wymyć buzię dziecka. Pozostałą wodę i materiał
wynoszono z powrotem do rzeki, nie odzywając się do nikogo i nie
oglądając się za siebie. „Preferowano szczególnie miejsca, w których
schodzą się 3 potoki. Liczba 3 bowiem, która - zgodnie z wierzeniami
symbolizowała zmianę, miała zapewnić powrót do zdrowia” (26).
Prowadząc swoje badania w latach 80-tych XX wieku, D. Tylkowa zauważyła, iż chociaż już nie stosowano magicznych formułek,
nadal przecierano pleśniawki zmoczoną lub suchą czerwoną szmatką.
„Mogłoby to świadczyć o powszechnym niegdyś praktykowaniu opisanego wyżej magicznego »zmywania« żaby” – pisała (26).
W Krakowie i jego okolicach również „zmywano” żabkę za pomocą pocierania zmienionych chorobowo miejsc suknem jasnoczerwonym, uprzednio zwilżonym bieżącą wodą, a zabieg stawał się bardziej skuteczny, gdy odbywał się w Wielki Piątek lub przed wschodem
267
słońca (32, 1). Z Małopolski pochodzi tekst zażegnywania żabki
i szkorbutu, który nazywano „ślinogorzem”: „»Sła Najświętsa Panienka z Panem Jezusem drogo, napadła ślinogorza z zabo. Kaj ty idzies,
ślinogorzu z zabo? Dy ja ide do tego cłowieka chrzconego, mianowanego N. N., pod język, będe go susyć, morzyć. A ty jego nie ususys,
nie umorzys, ja cie zegnam nie z grzechem, nie z moco, Najświętsej
Panienki i Pana Jezusa i wsyćkich świętych pomoco«. Potem odmawia chory lub najbliższy z krewniaków trzy »Zdrowaś Maryja« do
Przemienienia Pańskiego” – pisał Marian Udziela (27).
Inny tekst z Beskidów, przytoczony przez D. Tylkową wskazuje,
iż przy magicznych praktykach posługiwano się również sierpem, nierzadko używanym przy zamawianiu wszelkich chorób skórnych (29).
Dokonując symbolicznego „ścięcia”, mówiono:
„Sierpiku, sierpiku
zebrałeś z pola
oziminę i jarzynę
spędź plugawke” (26).
Gdy domowe zabiegi nie przynosiły rezultatu, wówczas szukano pomocy u „specjalisty”, który potrafił zamówić żabę (26, 1, 6). „Jak
stwierdzają respondenci jeszcze w okresie międzywojennym zamawiania żaby na terenie badanych wsi było zjawiskiem powszechnym”
– pisała D. Tylkowa (26).
268
W wioskach położonych w Beskidzie Wysokim leczenie pleśniawek polegało na „zbrzydzeniu choroby”. Jamę ustną dziecka
przecierano obsiusianą pieluszką, śliną płynącą podczas pojenia z pysków zwierząt, wodą z fekaliami. W Beskidzie Śląskim posługiwano
się krwią menstruacyjną, wypowiadając słowa: „skadeś przisła — wracaj”. Odmiennie postępowano w okolicach Żywca – żabę usuwano
tam szmatką zanurzoną w atramencie, bądź w cukrze (26).
Najwcześniejsze wzmianki dotyczące stosowania atramentu
w celu likwidowania pleśniawek pochodzą z połowy XIX wieku. O tym,
że był to sposób używany w Wielkopolsce, wiadomo z publikacji
T. Mateckiego (12). „Krosty w buzi u dzieci smarują atramentem,
przykładają liście kapusty” – pisała Janina Bogdanowiczówna o leczeniu pleśniawek na Lubelszczyźnie (2). Smarowano bedki atramentem
również na Kujawach (25). „Zabieg, pozbawiony z czasem całej magicznej oprawy, uproszczony został do zasadniczej czynności - dziś
już nie zawsze zrozumiałej dla samych wykonawców, a miejscami
przybierającej nawet wtórne pozory działania racjonalnego. Świadczyć
o tym może stosowane w niektórych wsiach (...) wycieranie buzi
dziecka szmatką zamaczaną w wodzie z atramentem. Atrament
uznawano za środek odkażający, identyfikując go prawdopodobnie ze
stosowaną w lecznictwie oficjalnym pioktaniną - płynem dezynfekującym o fioletowym zabarwieniu” - pisała D. Tylkowa (26). Nie można
zgodzić się z tym poglądem.
Rzecz w tym, iż fiolet gencjanowy, zwany również pioktaniną,
bądź fioletem goryczki, podobnie jak zieleń brylantowa – aptekarska
269
viride nitens, środki odkażające, również wchodziły onegdaj w skład
atramentów, były ich wodnymi, bądź alkoholowymi roztworami. W tym
wypadku, można tylko chylić czoła przed ludowymi terapeutami.
W wyniku poszukiwań leków do dezynfekcji, w roku 1872 wprowadzono do farmacji pioktaninę (21), a doktor Matecki wspominał o smarowaniu buzi dzieci atramentem w roku 1848. Wynika z tego jednoznacznie, iż ludność wiejska zastosowała atrament w leczeniu pleśniawek, zanim w medycynie oficjalnej odkryto bakteriobójcze działanie niektórych barwników.
Jaromir
Jeszke
w
swoich
badaniach
stwierdził,
iż
w Wielkopolsce „pleśniawki na języku zwalczano pocierając świeżo
osiusianymi pieluszkami” (6), co świadczyć może o zaniku zwyczaju
używania atramentu. Po nasączone moczem pieluszki chwytano również na Kujawach. Sięgano także po takie środki, jak: „smoła” z fajki,
spirytus, słona woda, soda oczyszczana, papka z mąki i cukru, napar
z rumianku, kala (nadmanganian potasu). Pocierano również buzię
dziecka zawiniętymi w szmatkę białymi grzybkami rosnącymi w drewnianych studniach, lub obciętym ogonem czarnego kota (25). Barbara
Szychowska-Boebel podczas badań nie spotkała się już z zamawianiem.
Na zainteresowanie zasługuje wzmianka o stosowaniu cukru na
Kujawach (25), podobnie jak w okolicach Żywca (26). „Nowiny Lekarskie” z roku 1889 zamieściły informację o tym, iż Fournier „z dobrym
skutkiem w praktyce dziecięcéj” w leczeniu pleśniawek używał słabego roztworu sacharyny i spirytusu, którym nakazywał 4-5 razy dzien-
270
nie pędzlować gardło (22). Najprawdopodobniej autor notatki miał na
myśli słynnego francuskiego lekarza Jeana Alfreda Fourniera, którego
uważano za eksperta w leczeniu chorób skóry. Nie wątpiąc w działanie grzybobójcze spirytusu, wydaje się, że sacharyna i sacharoza mogły stanowić raczej znakomitą pożywkę dla Candida albicans. W II połowie XIX wieku znany był już również jako lek nadmanganian potasu,
który w XVII wieku opisał Johann Glauber. Angielski chemik Henry
Bollmann Condy opatentował początkowo nadmanganian sodu
(1850), a później potasu (kryształki lub proszek Condy’ego). Produkował środek od roku 1867, walcząc w sądach z konkurencją (4), lecz
trudno ustalić jest datę jego zastosowania na ziemiach polskich.
W dwudziestoleciu międzywojennym kali było już przez lekarzy zapisywane. Badania nad środkami odkażającymi towarzyszyły rozwijającej się mikrobiologii. Już R. Koch przebadał kilkadziesiąt substancji
(4). Lekarze w ostatnich dwóch dekadach XIX wieku zaczęli porzucać
miód na rzecz środków chemicznych.
W medycynie ludowej w leczeniu pleśniawek nie posługiwano
się zbyt często fitoterapią. Na „betki” koło Kielc aplikowano sok
z czerwonych buraków (23, 5), gdzie indziej sięgano po rumianek (17,
25), czy po liście kapusty (2), pocierano śluzówkę korą wierzby (26).
Zapobieganie
„Gdy duża żaba pełza ku domowi, to powiadają, że to czarownica idzie. W ogóle każdą większą żabę, ropuchę pełzającą po ziemi
mają za czarownicę, omijają ją daleka i nawołują dzieci, aby się do
271
niej nie zbliżały, bo może zaczarować” – wierzono w Galicji (28). Panowało przekonanie, iż zabicie żaby skutkuje „odrośnięciem” jej pod
językiem sprawcy. Aby temu przeszkodzić, pod język wkładano czosnek (27).
„Nie wywołuj żaby z wody”: „Gdy ktoś na Pokuciu wobec dziecka wymawia słowo żaba — (żieba najczęściej szniaga) — powinien
zaraz dodać wyrazy: »czesnok dytyni pid jazykom«. Gdyby tych wyrazów nie dodał, dziecko dostałoby pod językiem ranę, zwaną żieba, dla
podobieństwa tejże rany do żaby«” (8, 1). Wymawiać słowa „żaba”
przy dziecku także nie wolno było na Podolu. Posługiwano się wobec
tego synonimami: „skakawka” albo „weselucha”. „Gdyby jednak ktoś
przez zapomnienie powiedział żaba, powinien wnet dla odczarowania
dodać: czasnyk pid jazyk, a cebulka w sr...” – pisał Stanisław Spittal.
„Aby dziecko nie dostawało owrzodzeń na języku lub w jamie ustnej,
przemywa, a raczej przeciera mu matka w czasie kąpieli usta, dziąsła
i język szmatką lnianą, szorstką i maczaną w wodzie kąpielowej” (24).
Nie pozwalano dzieciom brać do ust grzebienia, by nie nabawiło
się pleśniawek nie tylko w Małopolsce, w Beskidach, ale i na Lubelszczyźnie, czy na Kujawach. (33, 26, 3, 25).
Zakończenie
Pierwszy opis choroby (1839) spowodowanej przez grzyby i wykrycie grzybiczej etiologii niektórych schorzeń zawdzięczamy niemieckiemu chirurgowi Bernhardowi von Langenbeckowi (1810-1887). Rodzaj grzybów drożdżopodobnych pod nazwą Monilia albicans jako
272
pierwszy opisał w roku 1853 Charles Philippe Robin (1821?- 1885).
Monilia albicans zmieniła nazwę na Candida albicans w roku 1923
dzięki pracy Christine Berkhout (1893–1932) z Utrechtu (33).
Zwrócenie uwagi na higienę (ochędóstwo) przez Mikołaja Mianowskiego należy uznać za spostrzeżenie wyprzedzające swoją epokę. Zarówno medyczne, jak i część ludowych sposobów leczenia pleśniawek, oparte były na doświadczeniu. Pędzlowanie zmian chorobowych za pomocą miodu „różannego" wydaje się być jak najbardziej
zasadne. W zeszłym roku badania nad miodem prowadzone przez holenderski zespół doprowadziły do wyizolowania defensyn-1, białka,
które stanowi cześć układu odpornościowego pszczoły i jest dodawane do miodu (10). Jak uznano, właśnie dzięki temu białku miód posiada tak znaczne działanie antybakteryjne. Odkrycie antymykotycznych
właściwości miodu, znane z praktyki, przypuszczalnie wkrótce potwierdzą doświadczenia. W ludowych metodach zwalczania pleśniawek na ziemiach polskich, miód niestety nie znalazł uznania, za to
wcześniej niż w medycynie oficjalnej dostrzeżono korzystne działanie
barwników i mocznika. W terapii pleśniawek w polskiej etnomedycynie
położono znaczny nacisk na leczenie magiczne, głównie oparte na
zamawianiach. Działania te miały na celu uspokojenie matek, lecz nie
dzieci. W nielicznych tylko przypadkach żaba okazywała się groźną
chorobą. Ogromna śmiertelność wśród niemowląt w wieku XIX
i wpierwszej połowie XX wieku, lęk o dziecko skłaniały do sięgania po
magię, i religię. Stosowano środki drastyczne, budzące obrzydzenie
273
(koproterapia), czy dla dziecka niebezpieczne (np. „smoła” z fajki).
Aleksander Osipowicz, urzędnik z Suwałk, żywo zainteresowany kulturą ludową, w końcu XIX wieku napisał: „Wobec unikania pomocy lekarskiej, właściwego włościanom, wobec zbójeckich leków, zadawanych chorym przez znachorów, i zupełnego zaniedbania djety oraz
warunków higjenicznych, podziwiać należy znakomity hart fizyczny ludzi wiejskich, których pomimo tak niefortunnych okoliczności, chyba
sama matula-przyroda, jako istoty oddane twardej i ciągłej pracy
wśród ruchu i na wolnym powietrzu, pielęgnuje i uzdrawia!” (16). Nic
dodać, nic ująć. Przetrwali najsilniejsi.
Streszczenie
Pleśniawki, schorzenie jamy ustnej spowodowane przez Candida albicans, dotykające najczęściej noworodki, niemowlęta i małe
dzieci, nazywane były na ziemiach polskich „żabą”, „żabką”, „grzybkami”. W leczeniu pleśniawek w dużej mierze opierano się na magii,
niemniej znaleziono również skuteczne sposoby ich zwalczania za
pomocą fito- i koproterapii. Ludność wiejska zastosowała atrament
w leczeniu pleśniawek, zanim w medycynie oficjalnej odkryto bakteriobójcze działanie niektórych barwników. Lekarz, profesor Mikołaj
Mianowski z Wilna w roku 1825 zwrócił uwagę na brud jako czynnik
wywołujący chorobę.
274
Piśmiennictwo
1. Biegeleisen H.: Matka i dziecko w obrzędach, wierzeniach i zwyczajach ludu polskiego. Lwów 1927, s. 242-343.
2. Bogdanowiczówna J.: Kilka notatek z medycyny ludowej, ze wsi Nadrybie w pow.
Chełmskim. Wisła 1896, t.10, z. 2, s. 345-348.
3. Gawełek F.: Przesądy, zabobony, środki lecznicze i wiara ludu w Radłowie, w pow.
Brzeskim. MAAE 1910, t.11, cz. III, s. 47-106.
4. Hugo W. B.: A brief history of heat and chemical preservation and disinfection.
J. Appl. Microbiol. 1991, t. 71, nr 1, s. 9 -18.
5. Jaguś I.: Lecznictwo ludowe w Królestwie Polskim na przełomie XIX i XX wieku. Kielce 2002, s.102.
6. Jeszke J.: Lecznictwo ludowe w Wielkopolsce w XIX i XX wieku. Czynniki i kierunki
przemian. Wrocław1996, s. 52- 68.
7. Kolberg O.: Dzieła wszystkie, Krakowskie, t.7, cz.3. Wrocław – Poznań 1962, s. 154.
8. Kolberg O.: Dzieła wszystkie, Pokucie, t.31, cz.3. Wrocław – Poznań 1963, s. 135.
9. Köhler K.: O belemnitach. Lud 1896, t. 2, s. 39.
10. Kwakman P., de Velde A., de Boer L., Speijer D., Vanderbroucke C. G., Zaat S.:
How honey kills bacteria. FASEB J. 2010, r. 24, nr 7, s. 2576-2582.
11. Machulak M.: W stronę Solecznik. Krosno 2002, s.27.
12. Matecki T. T.: Poradnik dla młodych matek czyli fizyczne wychowanie dzieci w
pierwszych siedmiu latach. Poznań 1848, s.263-264.
13. Matecki T. T.: Rady i nauki starego lekarza dla nielekarzy. Poznań1867, s. 193-194.
14. Mianowski M.: Nauka sztuki położniczej dla niewiast. Wilno 1825, s. 443-444.
15. Michalski T.: Oblicze Zdrowotności. Potęga natury, zwyczaje, wizje, zioła sekrety
znachorskie. Przedbórz 2007, s. 62.
16. Osipowicz A.: Lecznictwo ludowe. Wisła 1897, t.11, z.4, s. 771-783.
17. Paluch A.: Etnologiczny atlas ciała ludzkiego i chorób. Wrocław 1995, s. 84.
18. Parczewska M.: Lecznictwo ludowe. Wisła 1896, t.10, z. 2, s. 342 -344.
19. Perzyna L.: Nauka położna krotko zebrana, cyrulikom, położnym, jako też i babom, czyli kobietom przy rozwiązaniu rodzących położnic służącym, dla wiadomości
bardzo potrzebna: na pytania i odpowiedzi rozłożona. Kalisz 1790, s. 135-136.
20. Półtorak Z.: Lecznictwo ludowe rodzimej ludności Opolszczyzny. Opole 1989, s. 21.
Rembieliński R., Kuźnicka B.: Historia farmacji. Warszawa1987, s.124-125.102.
22. Sacharyny przeciwko pleśniawkom, anonim, rubr. Zapiski lecznicze. Now. Lek.
1889, R.1, nr 11, s. 580.
23. Siarkowski W.: Materyały do etnografii Ludu polskiego z okolic Kielc. Część II.
ZWAK 1879, t. 3 cz. III, s. 3-61.
24. Spittal S.: Lecznictwo ludowe w Załoźcach i okolicy. Materiały dotyczące sposobów
leczenia, zielarstwa, wierzeń, zabobonów i znachorstwa. Rocz. Podol. 1938, t. 1, s.
62 -225.
25. Szychowska – Boebel B.: Lecznictwo ludowe na Kujawach (Materiały i rozważania).
Toruń 1972, s. 32.
26. Tylkowa D.: Medycyna ludowa w kulturze wsi Karpat polskich. Tradycja i współczesność. Wrocław 1989, s. 65-103.
275
27. Udziela M.: Medycyna i przesądy lecznicze ludu polskiego. Przyczynek do etnografii
polskiej. Wisła 1891, t. 7, s. 5-288.
28. Udziela S.: Lud polski w powiecie Ropczyckim w Galicyi. ZWAK1890, t.14, cz. III,
s.1-136.
29. Wdowiak L., Kaczmarek J.: Psychological aspect in treating skin diseases in Polish
ethnomedicine, [w:] K. Janowski, S.
Steuden (ed.) Biopsychosocial Aspects of Health and Disease, t. 1. Lublin 2009,
s.30-39.
30. Wierzchowski Z.: Materyjały etnograficzne z powiatu Tarnobrzeskiego i Niskiego
w Galicyi. ZWAK 1890, t. XIV, cz. III, s. 145-251.
31. Zalewski K.: notatka w rubryce Poszukiwania. Wisła 1903, t. 17, z.3, s. 368.
32. Zieleniewski M.: O przesądach lekarskich ludu naszego. Kraków1845, s. 35.
33. Zieliński K. W.: Słownik pochodzenia nazw i określeń medycznych. Antyczne
i nowożytne dzieje chorób w ich nazwach ukryte. Bielsko Biała 2004, s. 122.
Praca zawiera 29 385 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
276
LECZNICTWO UZALEŻNIEŃ W POLSCE
W LATACH 1918-1939
Adrian Zandberg
Wyższa Szkoła Komunikowania,
Politologii i Stosunków Międzynarodowych
ul. Rozłogi 10, 01-310 Warszawa
[email protected]
Początki nowoczesnego lecznictwa uzależnień przypadają na
ziemiach polskich na pierwsze lata dwudziestego wieku. Datujący się
na ten okres rozwój instytucji i organizacji społecznych zajmujących
się zwalczaniem alkoholizmu nie zbiega się w czasie ze szczególnym
natężeniem pijaństwa. Szczyt spożycia przypadł na ziemiach polskich
w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku, kiedy osiągnęło ono
poziom ok. 10 litrów czystego alkoholu na osobę rocznie (nota bene
1
niewiele wyższy niż obecnego) . W kolejnych dekadach ilość wypijanego alkoholu sukcesywnie spadała, osiągając w przededniu pierw2
szej wojny światowej poziom 2-4 litrów alkoholu na osobę . Podobnie
1. J. Moskalewicz et al., “Poland,” w: Alcohol and Temperance in Modern
History. An International Encyclopaedia (Oxford: ABC-CLIO, 2003), 482;
WHO global status report on alcohol and health (Genewa: WHO, 2011),
276.
2. T. Brzeziński, “Społeczne problemy alkoholizmu w Polsce w latach 19181939,” Archiwum Historii i Filozofii Medycyny 60, n. 4 (1997): 347; J. Moskalewicz, A. Zieliński, “Poland,” in International handbook on alcohol and
277
jak w innych krajach, rozwój lecznictwa uzależnień można więc wiązać raczej z upowszechnieniem w Polsce postrzegania niekontrolowanej konsumpcji środków odurzających jako choroby (a także samego ukutego przez Magnusa Hussa pojęcia alkoholizmu) i ze spadkiem
społecznej akceptacji dla nietrzeźwości niż z możliwym do uchwyce3
nia statystycznie narastaniem problemu społecznego .
Powstające u schyłku stulecia kliniki odwykowe opierano zazwyczaj o zasadę ścisłej abstynencji. Za wzór służyło szwajcarskie
sanatorium w Ellikon am Thur, założone w 1888 roku przez dr Augusta Forela. Fala zainteresowania lecznictwem uzależnień z pewnym
opóźnieniem dotarła także na ziemie polskie. W 1910 r. dr Teodor Łapiński ubolewał wprawdzie, że „we wszystkich trzech zaborach zro4
biono pod tym względem bardzo mało jeśli nie nic zupełnie” , ale była
culture, ed. Dwight B. Heath (Westport: Greenwood Publishing Group,
1995), 225.
3 H. Spode, “Sucht - Faktum oder Fiktion? Zum Krankheitsmodell des Alkoholismus aus Sicht derhistorischen Anthropologie,” w: Menschenbilder in der
Medizin - Medizin in den Menschenbildern, ed. Karl-Friedrich Wessel et al.
(Bielefeld: Kleine, 1999), 766-772; H. G Levine, “The discovery of addiction,” Journal of Studies on Alcohol 39, n. 1 (1978): 143–174; A. Chwalba,
red., Obyczaje w Polsce: od średniowiecza do czasów współczesnych (Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 2005), 279; T. Nasierowski, “Historia
uzależnień,” Psychiatria w Praktyce Ogólnolekarskiej 7, n. 3 (2007): 123124; A. Rothe, Otrucie wyskokowe, czyli alkoholizm, jego wpływ na rozwój
i pomnożenie się chorób nerwowych w kraju i za granicą (Warszawa: E.
Wende, 1882); W. Chodecki, “O pijaństwie. Studium społecznohigieniczne,” Biblioteka Warszawska 4 (1885): 339-362.
4 T. Łapiński, “O zakładach leczniczych, ambulatoryach i przytułkach dla alkoholików,” Zdrowie 20, n. 1 (1910): 34.
278
to ocena nieco przesadzona. Co prawda plany budowy w Królestwie
5
ośrodków dla uzależnionych z funduszy kuratoriów trzeźwości nie
zostały zrealizowane ze względu na brak środków finansowych (dysponenci funduszy uznali, że bardziej celowe od leczenia pojedynczych
uzależnionych będzie spożytkowanie pieniędzy na adresowaną do
szerokich grup społecznych działalność prewencyjną, m. in. organi6
zowanie bezalkoholowych imprez masowych ), ale sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej na terenie zaboru niemieckiego. Na
przyszłych ziemiach II Rzeczpospolitej działały tam trzy ośrodki odwykowe: katolicki, prowadzony przez zakon kamilianów w Tarnowskich
7
Górach, oraz dwa protestanckie: w Gościejewie i Bojanowie . Ponadto
5 J. Dąbrowski, “Kuratorya trzeźwości,” Wielka encyklopedia powszechna
ilustrowana (Warszawa, 1908), 499-501; I. Krasińska, “Kuratoria Opieki nad
Trzeźwością Ludową w latach 1898-1914 i ich wpływ na życie kulturalnooświatowe mieszkańców miast i miasteczek guberni radomskiej,” Almanach
Historyczny 1 (1999): 77-108; L. Bregman, “Leczenie pijaków i walka z alkoholizmem,” Zdrowie 17, n. 11 (1901): 821-846.
6 Szerzej: L. Bregman, “Leczenie pijaków i walka z alkoholizmem,” Zdrowie
17, n. 11 (1901): 821-846.
7. P. Gantkowski, “O leczeniu alkoholików i zwalczaniu alkoholizmu ze
szczególnem uwzględnieniem istoty alkoholizmu, profilaktyki i higieny,” Archiwum Higieny 1, n. 2 (1925): 125; W. Jaszczołt, J. Paciorkowski, Polityka
społeczna państwa polskiego (Ministerstwo Opieki Społecznej, 1935), 383;
W. Martius, Deutsche Trinkerheilstätten: Geschichte und Aufgaben des Verbandes von Trinkerheilstätten des deutschen Sprachgebiets (MässigkeitsVerlag, 1908), 72-73; W. Węglicki, Monografia Rzymskokatolickiej Parafii
Pw. Św. Jana Chrzciciela i Św. Kamila w Tarnowskich Górach (Tarnowskie
Góry: Epigraf, 2002), 22-29, 84-87.
279
w Poznaniu od 1907 roku funkcjonowała opieka ambulatoryjna
8
w postaci miejskiej stacji opiekuńczej dla alkoholików .
Okres pierwszej wojny światowej przyczynił się zahamowania
działalności przeciwalkoholowej w dawnym zaborze niemieckim. Brak
funduszy i zainteresowania ze strony organów publicznych spowodował zamknięcie istniejących zakładów odwykowych, stąd w momencie
odzyskania przez Polskę niepodległości w kraju nie działał żaden taki
9
ośrodek . Okres budowy publicznego lecznictwa zakładowego przypada dopiero na połowę lat 20. Punktem zwrotnym było przyjęcie
w 1924 r. przez parlament ustawy o monopolu spirytusowym, zgodnie
z którą 1 procent zysków ze sprzedaży alkoholu miał zostać przeznaczony „na walkę z alkoholizmem, szpitale i schroniska dla alkoholi10
ków” . Były to pierwsze stałe fundusze publiczne przeznaczone na
leczenie alkoholizmu.
W 1925 r., antycypując „większy dopływ pieniędzy”, Departament Służby Zdrowia zaplanował stworzenie sieci zakładów odwykowych ulokowanych w pobliżu większych miast: Warszawy, Łodzi,
11
Lwowa, Poznania, Krakowa, Wilna i Torunia . Dostępne fundusze
8 Archiwum Akt Nowych, Polskie Towarzystwo Walki z Alkoholizmem
"Trzeźwość" 785/1, s. 7; Gantkowski, “O leczeniu alkoholików i zwalczaniu
alkoholizmu ze szczególnem uwzględnieniem istoty alkoholizmu, profilaktyki i higieny,” 141.
9 Ibid., 125.
10 Dz.U. 1924 nr 78 poz. 756
11 AAN, Polskie Towarzystwo Walki z Alkoholizmem Trzeźwość 785/1, s.
120-121
280
okazały
się
zdecydowanie
skromniejsze
od
zakładanych
12
i w rezultacie do 1939 r. powstały w Polsce tylko dwa takie ośrodki.
W 1927 r. ponownie otwarto dla pacjentów przejęty przez poznański
13
Krajowy Związek Komunalny ośrodek odwykowy w Gościejewie ,
a w 1929 r. państwo nabyło zrujnowany pałacyk magnacki w Świącku
Wołłowiczowskim koło Grodna z zamiarem przebudowy rezydencji na
specjalistyczne sanatorium, zdolne przyjąć do 100 pensjonariuszy14.
Zakład dla uzależnionych
uruchomiono ostatecznie po kilkuletnich
pracach remontowych w październiku 1933 roku15. Kierownictwo objął w nim dr Henryk Zajączkowski, wysłany uprzednio w podróż studyjną po wiodących europejskich ośrodkach dla uzależnionych16.
Łącznie z reaktywowanym ośrodkiem kamilianów w Tarnowskich Górach pod koniec lat 30. działały więc w Polsce 3 specjalistyczne zakłady odwykowe17. Dla porównania w Niemczech funkcjonowało
12 “Z działalności Departamentu Służby Zdrowia. Walka z alkoholizmem,”
Warszawskie Czasopismo Lekarskie 6, n. 28 (1929): 671-672.
13 “Schronisko dla alkoholików w Gościejewie pod Rogoźnem,” Świt. Miesięcznik poświęcony walce z alkoholizmem 24 (1927): 166; “Nowa lecznica
krajowa w Gościejewie,” Ilustracja Poznańska, 13.08.1927, s. 3.
14 „Sprawozdanie z działalności referatu walki z alkoholizmem w okresie
1919-1929”, AAN, Polskie Towarzystwo Walki z Alkoholizmem „Trzeźwość” 785/1, s. 408
15 “Państwowe sanatorium dla narkomanów w Świącku,” Trzeźwość 8, n. 79 (1933): 181-185.
16 “Kronika,” Trzeźwość 6, n. 6-9 (1931): 207.
17 J. Gallus, Przewodnik neurologiczno-psychiatryczny po Polsce (Warszawa: Komitet Organizacyjny I Zjazdu Neurologów i Psychjatrów Ziem Słowiańskich, 1936), 21-22.
281
w tym okresie 65 takich instytucji, dysponujących 2000 łóżek18. Niedobór miejsc powodował, że – z braku innych możliwości - uzależnieni
trafiali często do szpitali psychiatrycznych. W latach trzydziestych niektóre z nich (m.in. w Choroszczy i Kościanie) zdecydowały się na wydzielenie oddzielnych pawilonów dla nałogowców i stosowanie wobec
nich specjalnego trybu o charakterze leczniczo-wychowawczym.
W większości zakładów, niedopasowanych do obsługi alkoholików,
stanowili oni – jak twierdził w 1933 roku dr Henryk Zajączkowski –
„dosłownie plagę, przyczyniając ogromnie dużo trudności lekarzom
i personelowi zakładu, z drugiej zaś strony cierpiąc bardzo sami na
niedostosowaniu do warunków zakładu psychiatrycznego”19.
Terapia prowadzona w zakładach odwykowych w Gościejewie
i Świącku opierała się o założenie niemożności powrotu uzależnionego do kontrolowanej, umiarkowanej konsumpcji alkoholu. Jej celem
było przygotowanie do pełnej i trwałej abstynencji20. Podstawę leczenia stanowiła psychoterapia, jednak towarzyszył jej szeroki wachlarz
innych metod leczniczych. Pobyt w zakładzie rozpoczynał się od detoksykacji. Alkohol odstawiano na oddziale zamkniętym, podając
środki uspokajające, pomagające znieść towarzyszącą początkom
przymusowej abstynencji bezsenność i stany lękowe. Pensjonariu18 “Protokół posiedzenia Sekcji do zwalczania alkoholizmu przy Państwowej
Naczelnej Radzie Zdrowia, które odbyło się w dniu 24.VI 1932 r. w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych,” Zdrowie 48, n. 3-4 (1933): 178.
19 Ibid., 179.
20 H. Zajączkowski, “Lecznictwo alkoholików,” Trzeźwość 12, n. 1-3
(1937): 12.
282
szom aplikowano gorące kąpiele (celem „anemizacji mózgu”) oraz
podskórne zastrzyki strychniny, mającej pełnić rolę „antidotum na
działanie alkoholu na układ nerwowy”. W cięższych przypadkach
w okresie odstawienia pacjenta utrzymywano w narkozie21. W dalszej
fazie leczenia sporą popularnością cieszyła się autohemoterapia, czyli
domięśniowe zastrzyki ze świeżo pobranej krwi pacjenta, choć – jak
przyznawał pod koniec lat 30. dr Zajączkowski – metoda ta „częściowo zawiodła pokładane w niej nadzieje”22 (stosowano ją jednak nadal
w przekonaniu, że przyśpiesza odtrucie organizmu i przywraca prawidłową przemianę materii). W przypadku morfinistów dr NeczajHruzewicz, kierownik zakładu w Gościejewie, rekomendował także
podawanie leków rozkurczowych (aminofiliny) oraz (zaczerpnięte
z medycyny chińskiej) „wstrzykiwanie zawartości pęcherza wywołanego na skórze chorego środkami pryszczącemi”23. Spośród mniej inwazyjnych metod Świąck i Gościejewo oferowały szereg zabiegów typowo sanatoryjnych. Świąck reklamował umieszczone w pałacowych
oficynach urządzenia do „elektryzacji: djatermię i pantostat”, salę wo-
21 Ibid., 9; J. Neczaj-Hruzewicz, “Lecznictwo nałogowców,” Trzeźwość 12,
n. 8 (1937): 517-518.
22 Zajączkowski, “Lecznictwo alkoholików,” 9; W. Mitkus, “Próby leczenia
alkoholizmu autohemoterapją,” Polska Gazeta Lekarska 7, n. 32 (1928): 576578; Autohemoterapię, podobnie jak okresowe zastrzyki ze strychniny, stosowano także jako metodę leczenia ambulatoryjnego. Stanisław Deresz, “Leczenie pozazakładowe alkoholików,” Rocznik Psychiatryczny 16 (1931): 176;
Fundowicz, “Działalność przychodni przeciwalkoholowej w Białymstoku od
dnia 1.III.1933 do 15.IX.1935 r.,” 419.
23 Neczaj-Hruzewicz, “Lecznictwo nałogowców,” 518.
283
doleczniczą, oferującą „kąpiele zwykłe, tlenowe, jodłowe, piankowe,
półkąpiele, oraz kąpiele częściowe, natryski parowe, szkockie, biczowe, wachlarzowate, deszczowe”, a także gabinet fototerapii światłem
widzialnym, podczerwonym i ultrafioletowym24. Alkoholikom zalecano
picie wód zdrojowych, kąpiele mineralne, fizjoterapię, gimnastykę na
świeżym powietrzu, a także przejście na dietę wegetariańską25. Obydwa państwowe zakłady odwykowe stosowały także terapię pracą.
Działały w nich pracownie stolarskie (w Świącku także introligatorska),
w których pensjonariusze mogli spędzać czas, zarabiając przy okazji
na drobne wydatki26. Na przylegających do zakładów fermach rolnych
pacjenci uprawiali na swoje potrzeby warzywa i owoce, z ich pracy korzystano także przy remoncie i rozbudowie ośrodków27. Organizowana w ramach terapii praca nie ograniczała się zresztą tylko do wysiłku
24 J. Szymański, “Państwowe zakłady dla narkomanów i alkoholików Świąck i Gościejewo,” w: Szpitale psychiatryczne w Polsce, t. 3 (Warszawa,
1937), 35-36; Gallus, Przewodnik neurologiczno-psychiatryczny po Polsce;
Polski almanach uzdrowisk (Polskie Towarzystwo Balneologiczne, 1934);
M. Klimowicz, “Wieści ze Świącka,” Trzeźwość 10, n. 8-9 (1935): 385-392;
W. Bienin-Bielenin, “Życie w Świącku,” Trzeźwość 11, n. 12 (1936): 604.
25 P. Gantkowski, “Czy w leczeniu alkoholików można się w wybranych
przypadkach posługiwać również i leczeniem w uzdrowiskach?,” w: Pamiętnik I Kursu Dokształcającego dla Lekarzy w Ciechocinku-Zdroju (Włocławek: Neuman & Tomaszewski, 1928), 63-64.
26 Bienin-Bielenin, “Życie w Świącku,” 608; Przewodnik i informator po
pawilonie Poznańskiego Wojewódzkiego Związku Komunalnego (Starostwo
Krajowe w Poznaniu) na Powszechnej Wystawie Krajowej (Poznań, 1929),
11.
27 mec., “Z życia w Świącku,” Trzeźwość 9, n. 9-10 (1934): 239; Klimowicz,
“Wieści ze Świącka,” 388; Szymański, “Państwowe zakłady dla narkomanów
i alkoholików - Świąck i Gościejewo,” 36.
284
fizycznego – przykładowo, nałogowcy z Gościejewie wydawali na wysłużonym szpitalnym szapirografie pismo Abstynent28. Co ciekawe,
w latach 30. polscy lekarze byli mocno sceptyczni wobec pierwszych
prób prowadzenia terapii awersyjnej, która po drugiej wojnie światowej
(po odkryciu w 1948 roku disulfiramu) miała stać się tak popularną
formą leczenia alkoholizmu zarówno w Polsce, jak i innych krajach
bloku wschodniego29.
Istotnym czynnikiem utrudniającym leczenie był pół-otwarty charakter zakładów, który umożliwiał pacjentom przemycanie alkoholu.
Dyrektor sanatorium w Świącku, dr Zajączkowski,
świadomy tego
problemu, nie chciał jednak wdrażać „nadmiernej kontroli, ograniczenia swobody, inwigilacji i rewizji”, obawiając się, że polityka braku zaufania, uderzająca w godność pacjentów, „niszczy te walory psychiczne, na których mamy zbudować jego przyszłą egzystencję”. Stosowane rozwiązania, takie jak obowiązkowa abstynencja personelu zakładu
czy dobre wynagrodzenia pielęgniarzy, mające uchronić ich przez
„pokusą czerpania dochodów z przemytu środków narkotycznych”30,
nie były zbyt skuteczne. W korespondencji Juliusza Żuławskiego zachował się list, rzucający interesujące światło na praktykę funkcjonowania ośrodka. W 1936 roku dobry znajomy pisarza, a zarazem pacjent zakładu w Świącku, prof. Janusz Domaniewski, relacjonował:
28 Pojedyncze numery pisma zachowały się w zbiorach Biblioteki Narodowej
29 Zajączkowski, “Lecznictwo alkoholików,” 10.
30 Ibid., 10-11.
285
„Jeśli miałem kiedyś wątpliwości, czy jestem alkoholikiem, to rozwiały
się one ostatecznie. Niewątpliwie jednak taki facet jak ja łatwo może
tu wpaść w nałogowe pijaństwo. Wyobraź sobie trzydziestu gości, którzy przez cały dzień nie mówią o niczym innym jak o alkoholu i marzą
o tym, jakby tu dobrze popić. Zakład jest otwarty, więc właściwie każdy może od czasu do czasu wyjść i urżnąć się lub przemycić butlę gorzały. Trudności tylko podniecają. Każde oszukanie sanitariuszy lub
lekarzy uważane jest za najlepszy kawał”31.
Proceder przemycania alkoholu i narkotyków dotyczył, jak się
wydaje, przede wszystkim grupy „nałogowców niepoprawnych”, czyli
tych, którzy nie wyrażali woli zostania abstynentami, a trafiwszy do
Gościejewa czy Świącka pod presją rodzin bądź z wyroku sądu, traktowali pobyt w zakładzie jako tymczasową, przymusową przerwę
w dotychczasowym stylu życia. „Kumulacja pacjentów, rokujących nadzieję wyleczenia z pacjentami beznadziejnymi – pisał w 1935 roku
dyrektor ośrodka w Gościejewie, dr Neczaj-Hruzewicz - psuje efekt
leczniczy i przeszkadza w leczeniu”32. Terapeuci nie mieli fizycznej
możliwości odseparowania rozpoznanych „nałogowców niepoprawnych”. Negatywnie oceniano jednak praktykę odsyłania ich do szpitali
psychiatrycznych, w których także wpływali oni ujemnie na współpacjentów, łamiąc panującą tam dyscyplinę. Pojawiające się w latach
31 J. Żuławski, red., “List Janusza Domaniewskiego do Juliusza Żuławskiego, 8.05.1936,” w: Z domu (Warszawa: PIW, 1978), 305-306.
32 J. Neczaj-Hruzewicz, “Lecznictwo nałogowców niepoprawnych,” Trzeźwość 10, n. 8-9 (1935): 319.
286
trzydziestych projekty stworzenia odpowiedniego odrębnego zakładu,
współfinansowanego z przymusowej pracy pensjonariuszy, nie zostały
nigdy w praktyce zrealizowane33.
Dla ośrodków odwykowych problemem okazał się art. 82 kodeksu karnego z 1932 r., dający sądom prawo do przymusowego
umieszczania skazanych, których czyn pozostawał w związku
z konsumpcją środków odurzających, w „odpowiednich zakładach
leczniczych”34. W rzeczywistości zakłady takie po prostu nie istniały.
Świąck i Gościejewo nie były przygotowane do przetrzymywania osób
skazanych, nierzadko za poważne przestępstwa. Mimo to sądy kierowały skazanych do zwykłych placówek odwykowych (dezorganizując
pracę terapeutyczną z innymi pacjentami) bądź – zdecydowanie częściej – do zakładów dla umysłowo chorych35.
Uwagę polskich terapeutów uzależnień przykuwała kwestia resocjalizacji uzależnionych po zakończeniu leczenia zakładowego. Lekarze byli świadomi, że wyrywanie pacjenta z codziennego otoczenia
33 Ibid., 320.
34 Grupa osób, których dotyczył art. 82, była dość spora, gdyż - zgodnie ze
stosowaną wykładnią prof. Makarewicza - przepis odnosił się nie tylko do
czynów dokonanych pod wpływem substancji psychoaktywnych, ale do
wszelkich przestępstw dokonywanych przez osoby uzależnione, które można
powiązać z ich nałogiem, takich jak np. kradzieże, fałszowanie recept przez
morfinistów itp. J. Makarewicz, Kodeks karny z komentarzem (Lwów: Zakład
Narodowy im. Ossolińskich, 1932), 162-164.
35 “Polski Komitet do Spraw Narkotyków i Zwalczania Narkomanij. Sprawozdanie z Walnego Zgromadzenia 20.III.1935,” Trzeźwość 10, n. 11-12
(n.d.): 582.
287
jest wskazane tylko dla części nałogowców36. „Ozdrowieńcy”, wracający po wielomiesięcznym leczeniu zakładowym, borykali się ze społeczną stygmatyzacją. „Bo proszę sobie wyobrazić – pisał w 1928 roku
w gościejewskiej gazetce zakładowej jeden z tamtejszych pacjentów –
człowiek młody, który chwilowo wpadł w alkoholizm, zachwiał się i wyleczył, jak z każdej choroby, wychodzi z lecznicy. Czy duże ma szanse, że znajdzie zajęcie? Wszak dla ogromnej ilości osób słowa: był w
zakładzie dla alkoholików są czemś piorunującem, czemś w rodzaju:
siedział za kradzież w więzieniu”37. Problem ten stał się szczególnie
dolegliwy w realiach dynamicznie rosnącego w latach 30. bezrobocia.
Starając się mu zaradzić, związany z ruchem abstynenckim senator
Aleksander Iżycki proponował utworzenie kolonii byłych nałogowców,
przeznaczonych dla pacjentów, którzy zakończyli leczenie zakładowe i
stali się abstynentami, lecz ze względu na okoliczności życiowe nie
mogli wrócić do dawnej pracy. Projekt zakładał utworzenie przez państwo samowystarczalnych, kolektywnych gospodarstw rolnych, funkcjonujących pod nadzorem lekarskim istniejących zakładów leczniczych38. Do utworzenia takich placówek ostatecznie jednak nie doszło.
Pomimo państwowego charakteru zakłady dla alkoholików były
dostępne przede wszystkim dla przedstawicieli elit społecznych.
36 Zajączkowski, “O ośrodkach pracy dla uleczonych nałogowców i organizacji opieki pozazakładowej,” Trzeźwość 10, n. 8-9 (1935): 316.
37 „Do naszych czytelników”, Abstynent 1, 1(1928): 3
38 Zajączkowski, “O ośrodkach pracy dla uleczonych nałogowców i organizacji opieki pozazakładowej.”
288
W połowie lat trzydziestych koszt pobytu pacjenta wynosił (zależnie od
wybranego standardu) od 150 do 300 złotych miesięcznie39 - wobec
przeciętnych zarobków robotnika ok. 100 złotych miesięcznie40. Przy
zalecanych 6 miesiącach kuracji łączny koszt leczenia w tym trybie
sięgał około 1000 złotych, co (abstrahując nawet od pozostawania
przez pół roku bez zarobków) było sumą zawrotną z punktu widzenia
przeważającej większości pracowników najemnych. Niedostępność
lecznictwa zakładowego dla uboższych klas społecznych dobrze obrazują badania dochodów alkoholików, przeprowadzone w latach
1925-1934 przez warszawski I Miejski Ośrodek Zdrowia. Spośród
1278 ankietowanych (mieszkających w relatywnie zamożnym mieście)
ok. 35% legitymowało się zarobkami poniżej 100 zł, a niemal 80% poniżej 300 zł miesięcznie41. Wśród pacjentów ośrodków odwykowych dominowali w efekcie wojskowi, urzędnicy i przedstawiciele wolnych zawodów42. Ograniczenie dostępności Świącka i Gościejewa
było krytykowane przez znaczące postaci polskiego świata medycznego. W 1934 dyrektor Państwowego Zakładu Higieny, docent Gustaw Szulc, wskazywał na nieracjonalny z punktu widzenia terapeutycznego charakter segregacji pacjentów według kryterium zdolności
do opłacenia leczenia. Do lecznictwa zakładowego trafiały bowiem
39 Polski almanach uzdrowisk, 399, 445-446.
40 Mały Rocznik Statystyczny 1934, s. 166
41 S. Stypułkowski, Dziesięcioletnia działalność Poradni Przeciwalkoholowej w I Miejskim Ośrodku Zdrowia w Warszawie (Warszawa: Trzeźwość,
1936), 41.
42 “Kronika. Z życia w Świącku,” Trzeźwość 9, n. 9-10 (1934): 238.
289
osoby radzące sobie - mimo uzależnienia - w życiu zawodowym, które
z powodzeniem mogłyby leczyć się w trybie ambulatoryjnym. W wyniku przyjętego w Polsce modelu zajmowali oni w Świącku i Gościejewie miejsca chorym, którzy „dzięki nałogowi stoczyli się już na dno
nędzy”43. Koszty leczenia powodowały, że nieliczne łóżka w zakładach odwykowych pozostawały niewykorzystane. W 1935 roku,
w okresie przejmowania placówki w Gościejewie z rąk samorządu
przez państwo, na 30 dostępnych łóżek przypadało 12 pacjentów, obsługiwanych przez 12 pracowników (zajmujących się, poza opieką lekarską, m.in. obsługą przyzakładowej szparagarni i oranżerii). Zarazem, pomimo wysokich opłat pobytowych, budżet ministerialny dokładał do funkcjonowania lecznicy 31 000 zł rocznie, co wzbudzało spore
kontrowersje wśród opinii publicznej. Problem zakładów odwykowych
trafił nawet pod obrady Senatu, podczas których, przy okazji debaty
nad budżetem zdrowotnym, padła wręcz propozycja likwidacji Gościejewa i przeniesienia pacjentów do ogólnych szpitali psychiatrycznych44.
Odpłatne zakłady odwykowe, dysponujące w skali kraju mniej
niż 200 miejscami dla pacjentów, przyczyniały się w nikłym stopniu do
43 G. Szulc, “Narkomania jako zagadnienie higieny społecznej,” Medycyna,
n. 5 (1934): 162.
44 “Nieuzasadniony atak,” Trzeźwość 11, n. 1-4 (1936): 148-149; Por. także
dyskusję o “luksusie i demoralizującym wpływie leczenia zakładowego” w:
M. Klimowicz, “Sprawozdanie z posiedzenia sekcji do walki z alkoholizmem
Państwowej Naczelnej Rady Zdrowia (27.06.1935),” Trzeźwość 10, n. 8
(1935): 378-383.
290
zwalczania zjawiska nałogowej konsumpcji alkoholu. W drugiej połowie lat 20. w kręgach medycznych popularność zyskiwała idea opieki
ambulatoryjnej. Psychiatra z Tworek, dr Stanisław Deresz, wyrażał
opinię znacznej części środowiska, pisząc: „Jak w zakresie walki
z gruźlicą nie uznajemy obecnie za conditio sine qua non wysyłanie
każdego przypadku do sanatorium, a staramy się unormować warunki
życia pacjenta tak, aby mógł on wyzdrowieć nie odrywając się od codziennych zajęć, tak i w alkoholizmie kierujemy do zakładów specjalnych tylko pewne przypadki ciężkie, w których okres głodu alkoholowego wymaga izolowania pacjenta. Koszta leczenia ambulatoryjnego
są nieskończenie niższe od zakładowego i dlatego niepomiernie więk45
sza liczba osób może z niego korzystać” .
Na ziemiach polskich pierwsze poradnie przeciwalkoholowe
powstały jeszcze przed pierwszą wojną światową pod zaborem niemieckim. W „Szkicu planu walki z alkoholizmem w Polsce”, sformułowanym w 1919 roku w Ministerstwie Zdrowia Publicznego, przewidziano dla nich istotną rolę w polityce przeciwalkoholowej niepodległej
46
Polski . Ambulatoryjne lecznictwo alkoholizmu rozwijało się jednak
bardzo powoli. Do 1925 roku istniał tylko jeden taki ośrodek, wspiera-
45 S. Deresz, “Stanowisko lekarzy w sprawie zwalczania alkoholizmu,” Lekarz Polski 5, n. 2 (1929): 26-27.
46 J. Szymański, “Szkic planu walki z alkoholizmem w Polsce”, 15.03.1919
(Polskie Towarzystwo Walki z Alkoholizmem “Trzeźwość,” Archiwum Akt
Nowych, 785/1)
291
47
ny od czasów przedwojennych z kasy miejskiej Poznania . Podobnie
jak w przypadku zakładów odwykowych, sytuację zmieniło istotnie dopiero utworzenie państwowego funduszu przeciwalkoholowego zasilanego z zysków monopolu spirytusowego. Zgodnie z ustawą stowarzyszenia i samorządy organizujące poradnie dla alkoholików mogły
48
liczyć na dofinansowanie tej działalności z budżetu państwa . Od połowy lat dwudziestych ambulatoria zaczęły powstawać w dużych miastach: Warszawie, Lwowie, Wilnie, Katowicach, Białymstoku, ale także
mniejszych, jak w Kozienicach czy Pruszkowie. Niektóre z nich utworzono pod auspicjami organizacji społecznych, inne przy zainicjowanych w połowie lat dwudziestych przez Fundację Rockefellera ośrodkach zdrowia, grupujących w zamyśle poradnie zajmujące się działal49
nością higieniczno-zapobiegawczą . Pomimo rządowych deklaracji,
47 P. Gantkowski, “Miejskie stacye opiekuńcze dla alkoholików oraz pogląd
na 3 1/2 letnią działalność poznańskiej stacyi,” Nowiny Lekarskie 23, n. 7
(1911): 467-471; Gantkowski, “O leczeniu alkoholików i zwalczaniu alkoholizmu ze szczególnem uwzględnieniem istoty alkoholizmu, profilaktyki
i higieny.”; Alkoholizm i jego zwalczanie w grodzie Przemysława w roku
1930 (Poznań: Koło Poznańskie Polskiej Ligi Przeciwalkoholowej, 1930), 810; “Z działalności Departamentu Służby Zdrowia. Walka z alkoholizmem.”
48 Centralne instytucje odpowiadające za zdrowie publiczne preliminowały
dotacje dla organizacji społecznych na organizację poradni także przed wejściem w życie ustawy monopolowej, ale projekty te spotykały się ze skutecznym oporem ze strony ministerstwa skarbu. Por. np. korespondencja w tej
sprawie z 1921 r. w: AAN, Polskie Towarzystwo Walki z Alkoholizmem
„Trzeźwość” 785/1, s. 239-242
49 M. Kacprzak, “Powstanie i rozwój ośrodków zdrowia,” w: Ośrodki zdrowia w Polsce, red. Marcin Kacprzak (Warszawa: Komitet Polski Międzynarodowej Konferencji Służby Społecznej, 1927), 81-99.
292
zgodnie z którymi każdy „właściwie rozbudowany ośrodek zdrowia winien obejmować walkę z wszelkimi rodzajami chorób społecznych,
50
m.in. ... alkoholizmem i narkomanią” , liczba takich poradni pozostała
skromna
przez
cały
okres
dwudziestolecia
międzywojennego.
U schyłku lat 30. w całym kraju funkcjonowało tylko 14 ambulatoriów
dla alkoholików
51
(dla porównania w Niemczech istniało ok. 500 takich
52
instytucji ). Największa spośród nich, warszawska przychodnia przeciwalkoholowa funkcjonująca od 1925 roku przy I Miejskim Ośrodku
Zdrowia, przyjęła łącznie w latach 1925-1939 około 2000 alkoholi53
ków . Pod opiekę poradni poznańskiej trafiało pod koniec lat 20. oko54
ło 100 nowych pacjentów rocznie . Liczby te były oczywiście zdecy-
50 W połowie lat 30. w Polsce istniało ok. 300 ośrodków zdrowia – widać
więc jasno, że cytowana deklaracja ministra opieki społecznej Władysława
Jaszczołta nie znajdowała pokrycia w faktach; Sprawozdanie stenograficzne
z 15 posiedzenia Sejmu w dniu 22 lutego 1936 r., s. 22.
51 Dwadzieścia lat publicznej służby zdrowia w Polsce odrodzonej, 19181938 (Warszawa: Ministerstwo Opieki Społecznej, 1939), 75.
52 “Protokół posiedzenia Sekcji do zwalczania alkoholizmu przy Państwowej
Naczelnej Radzie Zdrowia, które odbyło się w dniu 24.VI 1932 r. w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych,” 178; Około 200 z tych placówek założono
jeszcze przez I wojną światową: Gantkowski, “O leczeniu alkoholików
i zwalczaniu alkoholizmu ze szczególnem uwzględnieniem istoty alkoholizmu, profilaktyki i higieny,” 142.
53 Stypułkowski, Dziesięcioletnia działalność Poradni Przeciwalkoholowej
w I Miejskim Ośrodku Zdrowia w Warszawie, 17; S. Stypułkowski, “Dział
higieny psychicznej I-go miejskiego ośrodka zdrowia w Warszawie w walce
z alkoholizmem,” Trzeźwość 14, n. 5-6 (1939): 378.
54 Alkoholizm i jego zwalczanie w grodzie Przemysława w roku 1930, 9;
“Poradnia przeciwalkoholowa w Poznaniu,” Świt. Miesięcznik poświęcony
walce z alkoholizmem 26, no. 305 (1929): 194.
293
dowanie skromniejsze w mniejszych ośrodkach miejskich – Białystok,
w którym ambulatorium dla alkoholików prowadziło tamtejsze Towarzystwo Eugeniczne, rejestrował w połowie lat trzydziestych około 30
55
nowych pacjentów rocznie . W latach trzydziestych, według danych
Ministerstwa Opieki Społecznej, wszystkie poradnie przeciwalkoholo56
we w Polsce miały pod swoją opieką średnio ok. 1500 osób rocznie .
Nowe poradnie przeciwalkoholowe borykały się często z brakiem pacjentów, odnoszących się podejrzliwie do ich działalności. Porażki takie odnosiła w pierwszych latach istnienia także modelowa
przychodnia przy I Miejskim Ośrodku Zdrowia w Warszawie. Dobrze
uwidacznia to porównanie jej popularności z innymi działami ośrodka:
przykładowo w 1927 roku poradnia przeciwalkoholowa przyjęła 64
osoby – wielokrotnie mniej od przeciwjagliczej (9814 pacjentów), wenerycznej (3493 pacjentów) czy przeciwmalarycznej (1447 pacjen57
tów) . Dla przychodni przeciwalkoholowych podstawowym wyzwaniem była identyfikacja potencjalnych pacjentów i ich rodzin. Wykorzystywano do tego celu komisariaty policji, które w kilku miastach (m. in.
55 S. Fundowicz, “Działalność przychodni przeciwalkoholowej w Białymstoku od dnia 1.III.1933 do 15.IX.1935 r.,” Trzeźwość 10, n. 10 (1935): 416;
O różnicach w skali działalności przychodni przeciwalkoholowych por. także: M. Skokowska-Rudolfowa, “Zadania Ośrodków Zdrowia w zwalczaniu
alkoholizmu,” Zdrowie 46, n. 19 (1931): 1092.
56 Dwadzieścia lat publicznej służby zdrowia w Polsce odrodzonej, 19181938, 74.
57 M. Kacprzak, red., “Ośrodki zdrowia w Warszawie według materiałów
i sprawozdań urzędowych,” w: Ośrodki zdrowia w Polsce (Warszawa: Komitet Polski Międzynarodowej Konferencji Służby Społecznej, 1927), 26,28.
294
58
W Warszawie , Poznaniu
59
60
i Wilnie ) przekazywały do ambulatoriów
adresy osób zatrzymanych za przebywanie w miejscach publicznych
61
w stanie nietrzeźwym . Tzw. model wiedeński, czyli praktyka umarzania kar pod warunkiem udania się pod opiekę lekarską (stosowany
62
m. in. w Wilnie ), przekładał się na dużą liczbę przyjęć nowych pacjentów, ale powodował także, że statystyki zapełniały osoby zainteresowane uniknięciem kary, a nie faktycznym podjęciem leczenia.
W opinii lekarzy lepsze efekty przynosiła praca z osobami, które trafiały do poradni same, przyprowadzone przez rodzinę lub leczących się
już znajomych. W Warszawie w połowie lat 30. z tych właśnie grup rekrutowała się przeważająca większość pacjentów, podczas gdy udział
58 S. Stypułkowski, “Poradnia przeciwalkoholowa i jej działy pomocnicze,”
Trzeźwość 8, n. 7-8 (1933): 162; Stypułkowski, Dziesięcioletnia działalność
Poradni Przeciwalkoholowej w I Miejskim Ośrodku Zdrowia w Warszawie,
72; S. Stypułkowski, “System walki z alkoholizmem na terenie I-go Miejskiego Ośrodka Zdrowia,” Zdrowie 48, n. 5-6 (1933): 249.
59 Klimowicz, “Sprawozdanie z posiedzenia sekcji do walki z alkoholizmem
Państwowej Naczelnej Rady Zdrowia (27.06.1935),” 378.
60 “Opieka nad alkoholikami,” Świt. Miesięcznik poświęcony walce z alkoholizmem 26, n. 306 (1929): 207.
61 Zgodnie z art. 7 ustawy o ograniczeniach w sprzedaży napojów alkoholowych z 23 kwietnia 1920 r. samo przebywanie w miejscu publicznym w stanie nietrzeźwym podlegało karze aresztu do 1 miesiąca lub grzywny do 20
tysięcy marek. „Recydywistom” za publiczne upicie się mogło grozić nawet
3 miesiące aresztu i 100 tysięcy marek grzywny.
62 “Opieka nad alkoholikami.”
295
podopiecznych pozyskanych za pośrednictwem policji z biegiem cza63
su spadł do kilku procent .
Wspomniane już dane o uzależnionych leczących się w przychodni warszawskiej, zebrane na podstawie kart pacjentów i opublikowane w 1936 roku przez dr Stanisława Stypułkowskiego, pozwalają
nakreślić portret modelowego pacjenta ambulatorium dla alkoholików.
Największą grupę stanowili wśród nich mężczyźni (94%) w wieku 2040 lat (71%), z wykształceniem podstawowym (59%), o – jak już
wspomniano - niewysokich dochodach. Około 45% pacjentów warszawskiego ośrodka dysponowało stałym zarobkiem, większość pracowała dorywczo (25%) lub była bezrobotna (26%). Pod względem
zawodowym dominowali rzemieślnicy (43%) i robotnicy (20%), przy
istotnie mniejszym udziale urzędników (12%), kupców (5%) i zniko64
mym wojskowych, nauczycieli czy policjantów . Zbliżony obraz dają
statystyki zebrane w latach 1907-1911 przez przychodnię poznańską.
Wśród ponad 400 przyjętych przez nią pacjentów dominowali rzemieślnicy, robotnicy (w tym ok. 35% robotników niewykwalifikowanych) i nisko wykwalifikowani pracownicy usług, w przeciwieństwie do
właścicieli gospodarstw rolnych, mieszczaństwa czy inteligentów, którzy pojawiają się w statystykach ośrodka sporadycznie (14 kupców,
63 Stypułkowski, Dziesięcioletnia działalność Poradni Przeciwalkoholowej
w I Miejskim Ośrodku Zdrowia w Warszawie, 31-33; Stypułkowski, “System
walki z alkoholizmem na terenie I-go Miejskiego Ośrodka Zdrowia,” 254.
64 Stypułkowski, Dziesięcioletnia działalność Poradni Przeciwalkoholowej
w I Miejskim Ośrodku Zdrowia w Warszawie, 36-42.
296
65
3 restauratorów, 2 gospodarzy, 1 redaktor) . W dwudziestoleciu międzywojennym zwiększyła się ilość leczonych w poznańskiej poradni
urzędników i kupców, nadal jednak zdecydowanie dominowali robotni66
cy i rzemieślnicy . W praktyce lecznictwo ambulatoryjne było dostępne niemal wyłącznie dla ludności wielkomiejskiej. W Warszawie
i Poznaniu, dla których dysponujemy danymi statystycznymi opisującymi populację leczonych alkoholików, spoza miasta pochodziło mniej
67
niż 10% pacjentów .
Instytucje zajmujące się leczeniem uzależnień – zarówno w wydaniu zakładowym, jak i ambulatoryjnym – współpracowały ściśle ze
stowarzyszeniami antyalkoholowymi. Zapisanie się do takiej organizacji i aktywny udział w jej pracach postrzegano jako element terapii
68
podtrzymującej pacjenta w abstynencji . Poza psychicznym oparciem
stowarzyszenia zapewniały porzucającym picie alkoholu alternatywny
sposób spędzania wolnego czasu, „znajdując wyładowania i ucząc
69
wyżywania życiowego w sposób społeczny” . Oferta „godziwych rozrywek” nie mogła ograniczać się do umoralniających pogadanek. Jeden z zajmujących się tą problematyką lekarzy oceniał na łamach
„Zdrowia”, że podopieczni poradni byli „zupełnie nieprzygotowani do
65 Gantkowski, “Miejskie stacye opiekuńcze dla alkoholików oraz pogląd na
3 1/2 letnią działalność poznańskiej stacyi,” 470.
66 Alkoholizm i jego zwalczanie w grodzie Przemysława w roku 1930, 9.
67 Stypułkowski, Dziesięcioletnia działalność Poradni Przeciwalkoholowej
w I Miejskim Ośrodku Zdrowia w Warszawie, 34; Alkoholizm i jego zwalczanie w grodzie Przemysława w roku 1930, 9.
68 Zajączkowski, “Lecznictwo alkoholików,” 12-13.
69 Neczaj-Hruzewicz, “Lecznictwo nałogowców,” 517.
297
słuchania odczytów, niesforni, hałaśliwi i nie umiejący skupiać uwagi
70
na przeciąg 15-20 minut” . Aby utrzymać ich w zasięgu oddziaływania lecznicy, działające przy poradni mokotowskie koło Polskiego Towarzystwa Walki z Alkoholizmem „Trzeźwość” oferowało szeroki wachlarz abstynenckich rozrywek, m. in. „sporty, herbatki, tańce... orkiestrę, zespół dramatyczny, lekcję tańców, chór... szwalnię, stolarnię
71
i pracownię dekoracji” . W propagowanym przez warszawskich lekarzy modelu lecznictwa ambulatoryjnego ruch abstynencki pełnił rolę
swoistego zamiennika dla sesji grupowych. Dr Stanisław Stypułkowski, opisując w 1933 roku „System walki z alkoholizmem na terenie
I Miejskiego Ośrodka Zdrowia w Warszawie”, argumentował wręcz, że
działalność stowarzyszeniowa „posiadając jej [terapii grupowej – przyp. AZ] zalety nie posiada jej wad... Ujemną stroną tej metody [tj. terapii
grupowej – przyp. AZ] jest ujawnianie publicznie dodatkowych chorób,
zboczeń i dolegliwości w obecności grona obcych osób, co musi mieć
miejsce na każdej wizycie lekarskiej i co jest bardzo bolesne dla ambicji i psychiki chorego. W poradni Ośrodka Zdrowia zachowana jest
tajemnica lekarska w całej pełni... natomiast na terenie Koła odbywa
się praca zbiorowa, oparta na serdecznej i dobrowolnej pomocy kole72
żeńskiej ”. Koła abstynenckie działały także przy poradniach w innych
70 Stypułkowski, “System walki z alkoholizmem na terenie I-go Miejskiego
Ośrodka Zdrowia,” 252.
71 Ibid., 250,252.
72 Ibid., 252-253.
298
73
miastach , na przykład w zakładzie w Świącku podobną rolę odgrywało, składające się z pacjentów i personelu, Towarzystwo Przyjaciół.
Z rozsianych po artykułach prasowych informacji o ich działalności wyłania się obraz działalności stowarzyszeń zgodny z oceną, sformułowaną w 1950 r. przez dr Zajączkowskiego (notabene, w tym okresie
jednego z pierwszych polskich propagatorów Anonimowych Alkoholików): „w obecnym ujęciu była to niewątpliwie, w całym tego słowa
74
znaczeniu, terapia grupowa” .
Związki łączące instytucje lecznictwa uzależnień z ruchem antyalkoholowym były wielopoziomowe. Ich rola nie wyczerpywała się na
zapewnianiu społecznego wsparcia dla przechodzących terapię pacjentów. Organizacje takie jak PTWA „Trzeźwość” propagowały korzystanie z ośrodków odwykowych, współorganizowały poradnie alko-
73 Fundowicz, “Działalność przychodni przeciwalkoholowej w Białymstoku
od dnia 1.III.1933 do 15.IX.1935 r.,” 419; Trudno niestety oszacować skalę
działalności kół zrzeszających niepijących alkoholików. Sprawozdania referatu walki z alkoholizmem przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych zawierają co prawda imponującą statystykę, zgodnie z którą np. w 1929 koła abstynenckie miały zrzeszać ponad 70.000 członków, ale jest to wynikiem ujęcia w tej liczbie zupełnie odmiennego fenomenu, jakim były katolickie bractwa trzeźwości, zrzeszające parafian, którzy złożyli przysięgę powstrzymania się od picia wódki (choć niekoniecznie innych napojów alkoholowych).
Szerzej o bractwach trzeźwości: A. Bielewicz, “Bractwo Trzeźwości jako reakcja społeczna na zjawisko pijaństwa i alkoholizmu,” w: R. Kwaśniewski,
R. Sobiech, P. Zamecka, red., Zaradność społeczna (Wrocław: Ossolineum,
1990), 77-118.
74 H. Zajączkowski, “Psychoterapia grupowa alkoholików,” w: Zagadnienie
alkoholizmu w świetle referatów wygłoszonych na III Zjeździe Higieny Psychicznej (Warszawa, 1950), 19-20.
299
holowe, lobbowały na rzecz finansowania walki z alkoholizmem z budżetu państwa. Z drugiej strony znaczna część lekarzy specjalizujących się w problematyce uzależnień była bezpośrednio zaangażowana w działalność organizacji, legitymizując autorytetem medycznym
kontrowersyjne w swoim radykalizmie projekty, takie jak np. zakończone fiaskiem wprowadzenie prohibicji w podwarszawskim Pruszko75
wie w latach 1929-1931 .
Podsumowując: polskie lecznictwo uzależnień zostało zbudowane w oparciu wywodzący się z prac Benjamina Rusha i Thomasa
Trottera, utwierdzony przez Christopha Wilhelma Hufelanda i Constantina von Brühl-Cramera i dominujący już bezsprzecznie w dwudziestoleciu międzywojennym paradygmat uzależnienia jako choroby
uniemożliwiającej powrót do kontrolowanej konsumpcji alkoholu
(i analogicznie – innych substancji psychoaktywnych). Z tej perspektywy celem interwencji klinicznej było doprowadzenie pacjenta do
trwałej abstynencji, a następnie jej podtrzymywanie. Działalność taką
prowadziły zakłady odwykowe oraz ośrodki lecznictwa otwartego. Instytucje te były stosunkowo nieliczne w porównaniu do placówek zajmujących się zwalczaniem innych chorób społecznych - przykładowo
w 1936 roku na 10 poradni przeciwalkoholowych przypadało 291 poradni wenerycznych, 458 przeciwgruźliczych i 590 przeciwjaglicz-
75 M. Skwara, Historia Pruszkowa w zarysie. Pruszkowskie międzywojnie., t.
2 (Pruszków: Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Henryka Sienkiewicza w Pruszkowie, 2006), 136; J. Szymański, Prohibicja w Pruszkowie
(Warszawa: Trzeźwość, 1929), 13,17.
300
76
nych . Przez cały okres dwudziestolecia lecznictwo uzależnień funkcjonowało więc na skromną skalę, borykając się z niedofinansowaniem i wynikającą z niego ograniczoną dostępnością.
76 Mały Rocznik Statystyczny 1939, s. 298.
301
302
PACJENT ZWIERZĘ
ZWIERZĘ
303
304
SZCZUR – BOHATER NAUKI, PRZYJACIEL
CZŁOWIEKA, SZKODNIK, PACJENT
Karolina Barszcz, Marta Kupczyńska,
Agata Godlewska*
Katedra Nauk Morfologicznych
Wydziału Medycyny Weterynaryjnej SGGW w Warszawie,
ul. Nowoursynowska 159, 02-776 Warszawa
*Przychodnia Weterynaryjna OGONEK
ul. Klemensiewicza 7, 01-318 Warszawa
[email protected]
Szczury odgrywają w życiu człowieka wiele istotnych ról, a historia wzajemnych relacji pomiędzy obydwoma gatunkami jest bardzo
długa i sięga początków ludzkości. Od najdawniejszych czasów
wzbudzają strach i obrzydzenie, ale jednocześnie fascynację. Obdarzone niezbyt sympatycznym wyglądem, prowadzące nocny tryb życia, gromadzące się głównie na wysypiskach odpadów, były nieproszonymi gośćmi najstarszych ludzkich obozowisk. Szczury intrygują
jednak swoją nadzwyczajną zwinnością, zdolnością do pokonywania
najróżniejszych przeszkód, wyjątkową plennością oraz gotowością do
walki w momentach zagrożenia. Człowiek szybko zauważył, że są to
zwierzęta obdarzone swoistą inteligencją, szybko się uczące, co pozwala im na adaptacją do nawet bardzo niekorzystnych warunków
środowiska. Nic więc dziwnego, że szczurom zawsze towarzyszyły
przesądy, magia i mity.
305
Historia ewolucji gryzoni jest tematem dociekań wielu badaczy.
Jednak niewielka liczba szczątków kostnych tych zwierząt w materiałach wykopaliskowych oraz trudności i różnice w ich datowaniu są powodem licznych sporów naukowców. Przypuszcza się, że praprzodkowie rzędu gryzoni pojawili się na Ziemi około 55 milionów lat temu.
Z tego okresu pochodzi Paramys, znaleziony w Ameryce Północnej
oraz Eurazji. Jest on uważany za najstarszego przedstawiciela gryzoni
i opisywany jako duże, skoczne zwierzę przypominające wiewiórkę.
W stosunku do szczura przyjmuje się, że pochodzi z Azji PołudniowoWschodniej i stosunkowo niedawno rozprzestrzenił się po całym świecie (3, 6,).
Na przestrzeni lat klasyfikacja gryzoni, w zależności od przyjętych kryteriów, zmieniała się wielokrotnie. Początkowo myszy i szczury traktowano, jako jedną grupę Mus, którą w XVIII wieku opisał
Linneusz (3). Na początku XIX wieku wprowadzono podziały na osobniki wspinające się, żyjące w norach i chodzące. W późniejszym okresie wśród gryzoni wyróżniono jedynie dwie grupy: króliki i tzw.
„wszystkie inne” (3). Następne klasyfikacje oparto o określone cechy
morfologiczne, głównie różnice w budowie mięśnia żwacza oraz mikroskopową budowę zębów. Obecnie według obowiązującego w Polsce mianownictwa taksonomicznego, opracowanego przez Komisję
Nazewnictwa Zwierząt Kręgowych afiliowaną przy Polskim Towarzystwie Zoologicznym w gromadzie ssaków (Mammalia) wyróżniono
rząd Rodentia – gryzonie. Zakwalifikowano do niego 13 nadrodzin,
a w ich obrębie kilkadziesiąt rodzin (10). Gryzonie uważane są za naj-
306
liczniejszy rząd ssaków, obejmujący ponad 1 800 gatunków zamieszkujących bardzo różne środowiska (2). Większość z nich należy do
zwierząt lądowych, często bytujących w drążonych przez siebie korytarzach podziemnych lub zajmujących różne nory, jamy i zagłębienia
terenu. Wyróżniono osobno gatunki nadrzewne (np. wiewiórki, polatuchy), półwodne (bobry), jak również żyjące wyłącznie pod ziemią (np.
kretoszczury, golce). Do gryzoni należą także osobniki o wyjątkowo
cennym futrze – szynszyle i nutrie. Te gatunki oraz kilka innych określanych wspólnie mianem „zwierzęta laboratoryjne” (myszy, szczury,
świnki morskie), człowiek świadomie selekcjonuje i hoduje. W stosunku do nich możemy mówić o udomowieniu krótkotrwałym bądź lokalnym (2, 4, 9). Olbrzymia zdolność przystosowawcza i wysokie tempo
rozrodu umożliwiające utrzymanie licznej populacji nawet w niesprzyjających warunkach spowodowały, że gryzonie zasiedliły wszystkie
kontynenty z wyjątkiem Antarktydy. Obecnie uważa się, że stanowią
one 40 % wszystkich gatunków ssaków. Sukces ewolucyjny tych zwierząt jest przesłanką intrygujących komentarzy naukowców, iż to właśnie gryzonie przetrzymają każdą katastrofę ekologiczną i zasiedlą
Ziemię po wymarciu ludzkości (2, 3).
Według wspomnianej obowiązującej taksonomii szczury należą
do rodziny myszowatych Muridae, podrodziny myszy właściwych Murinae (10). Na szczególną uwagę zasługują dwa gatunki występujące
także w Polsce: szczur śniady (Rattus rattus) i szczur wędrowny (Rattus norvegicus). Mniejszy i bardziej smukły szczur śniady nazywany
bywa również okrętowym, dachowym bądź błękitnym. Jego ubarwie-
307
nie jest osobniczo zmienne; ma brązowy lub nawet czarny grzbiet
oraz boczne części ciała i jaśniejsze podbrzusze. Charakteryzują go
duże, prawie nagie uszy i długi ogon pokryty łuskami oraz rzadkim
owłosieniem. Prawdopodobnie pochodzi z lasów tropikalnych południowo-wschodniej Azji, skąd wraz z żaglowcami przemieścił się na
inne kontynenty. W Polsce występuje w dorzeczu Odry i w niektórych
portach na wybrzeżu Bałtyku. Doskonale się wspina i skacze na wysokość ponad 1 metra. Co bardzo ciekawe preferuje życie na wysokościach, a w budynkach zajmuje najwyższe kondygnacje (dachy, strychy). W ostatnich latach jego liczebność znacznie zmniejszyła się
gdyż z wielu środowisk został wyparty przez swojego konkurenta –
szczura wędrownego. Ten gatunek jest obecnie najbardziej powszechnym, także i w Polsce. Szczur wędrowny określany jest synonimicznie nabrzeżnym, kanałowym, zwyczajnym, rudym bądź norweskim. Cechuje go mocna, krępa budowa ciała, brunatno-szary grzbiet
z odcieniem żółtawo-rudym oraz znacznie jaśniejsze, czasem nawet
białe podbrzusze. W stosunku do swojego pobratymcy ma mniejsze
uszy i krótszy ogon. Bardzo dobrze pływa i chętnie buduje gniazda na
wilgotnych terenach. W budynkach mieszkalnych i gospodarskich najczęściej zamieszkuje kanały, przestrzenie pod podłogami oraz piwnice. Na uwagę zasługuje jego wyjątkowo silny zgryz. Udowodniono, że
2
nacisk na 1 cm powierzchni trącej zębów może wynosi nawet około
500 kg. Oba gatunki należą do synantropijnych – zwierząt, które nauczyły się czerpać korzyści z życia w pobliżu siedlisk ludzi. Warto zaznaczyć, że populacja szczurów, w przeciwieństwie do innych dzikich
308
gatunków (w tym także synantropijnych), nie ucierpiała z powodu ingerencji człowieka w środowisko naturalne (3, 15, 16).
Tylko niektóre gryzonie są samotnikami (np. świszcz). Większość żyje w społecznościach liczących od kilkudziesięciu do nawet
kilku tysięcy osobników, którymi najczęściej przewodzą dorosłe samce. W bardzo licznych koloniach szczurzych występuje wyraźna gradacja socjalna. Wyróżnia się osobniki dominujące tzw. „alfa” i „beta”
oraz osobniki uległe. Do licznych taktyk ustalania hierarchii należą
przede wszystkim gryzienie, boksowanie, postawa grożenia oraz gonitwa. Dominantami są zwykle największe i najsilniejsze szczury, które
większość czasu spędzają odpoczywając oraz dbając o swoje futro.
Zdecydowanie słabsze, tzw. osobniki podporządkowane żyją w ciągłym strachu przed „szczurzą arystokracją”, rzadziej biorą udział
w rozmnażaniu i pełnią funkcję swoistych „testerów” nowego pokarmu
(14). Szczury należą do pantofagów – zwierząt wszystkożernych,
choć preferują jednak produkty pochodzenia zwierzęcego. W pierwszej kolejności wybierają zawsze świeży, wysokoenergetyczny pokarm. Zróżnicowana dieta zapewnia im sprawność fizyczną i sprzyja
wysokiej rozrodczości. Dorosły szczur o masie około 300 g zjada
dziennie 20 - 30 g paszy i wypija 25 - 30 ml wody. Głodne osobniki
stają się agresywne zarówno w stosunku do zwierząt jak i ludzi. W sytuacji skrajnego głodu zdarza się, że szczury zjadają słabszych przedstawicieli swojego gatunku (14).
Patrząc na twarz szczura mamy wrażenie, że zwierze „świdruje” nas swymi małymi, błyszczącymi oczyma. Zmysł wzroku nie jest
309
jednak najmocniejszą stroną tego zwierzęcia. Szczury są wrażliwe na
światło i wykazują tzw. fototaksję ujemną. Dlatego też większość życia
spędzają w kryjówkach, a największą aktywność wykazują o zmroku
oraz w nocy. Bardzo chętnie gromadzą się w zacienionych miejscach
i zawsze podążają w kierunku ciemnych pomieszczeń. Siatkówka oka
szczura posiada jedynie dwa rodzaje czopków, czyli światłoczułych
receptorów umożliwiających rozróżnianie barw. Szczur widzi, zatem
tylko dwa kolory: zielony i niebieski, a dodatkowo także światło ultrafioletowe. Ponadto ze względu na zdecydowanie niewielką ilość czopków (zaledwie 1 % powierzchni siatkówki), należy przypuszczać, że
kolory te są odbierane raczej jako wyblakłe. Badania wykazały jednakże, iż rozróżnianie barw nie jest dla szczurów kluczowe. Zdecydowanie większe znaczenie zdaje się mieć natomiast ich natężenie.
Przyjmuje się, że ostrość widzenia szczura jest o 20 razy gorsza niż
u człowieka obdarzonego normalnym wzrokiem. Natomiast dystans,
na którym są w stanie dokładnie rozróżnić przedmiot wynosi około 50
- 75 metrów. Patologie narządu wzroku są powszechne u osobników
albinotycznych. Słaby wzrok, zwłaszcza w lokalizacji przeszkód,
wspomaga wyjątkowo dobrze rozwinięty zmysł dotyku. Bodźce odbierane są głównie przez włosy czuciowe (zatokowe). Dzięki nim szczury
są lepiej zorientowane w otaczającym je świecie, poruszają się pod
ziemią i pływają. Włosy zatokowe zlokalizowane są wokół wierzchołka
nosa oraz rozmieszczone na tułowiu. Obecność tych ostatnich umożliwia szczurom tzw. tigmotaktyzm. Polega on na identyfikacji otaczających je rzeczy poprzez ciągłe ich dotykanie bocznymi częściami ciała.
310
Osobnik w pomieszczeniu zamkniętym przemieszcza się zawsze
wzdłuż ścian i okrąża znajdujące się wewnątrz przedmioty. Szczury
mają bardzo dobrze rozwinięty zmysł węchu. Poruszające się zwierzęta bezustannie zwracają głowę w różnych kierunkach oceniając pod
względem zapachowym otoczenie. Pozwala im to odnaleźć pożywienie, wykryć wroga, odróżnić poszczególnych członków stada oraz
rozpoznać ścieżki i granice terytorialne. Szczury znaczą moczem
i wydzielinami ciała środowisko, w którym przebywają. Zawarte w nich
feromony odbierane są przez inne osobniki i ułatwiają szybką orientację w terenie. Z jednej kropelki moczu szczur jest w stanie odczytać
informacje dotyczące płci, dojrzałości płciowej, statusu rozrodczego,
statusu socjalnego, poziomu stresu drugiego osobnika. Pomocą
w identyfikacji zapachów jest specyficzna struktura układająca się na
dnie jamy nosowej, czyli narząd lemieszowo – nosowy (organum vomeronasale). Wspomniany narząd jest w pełni rozwinięty u gadów,
natomiast u kręgowców wyższych występuje raczej w formie szczątkowej. Narząd lemieszowo-nosowy jest jednak u szczurów dobrze
wykształcony i pełni zasadniczą rolę w rozpoznawaniu feromonów.
Nie mniej ważnym dla tych zwierząt jest zmysł słuchu i równowagi.
Szczury słyszą nawet ultradźwięki o częstotliwości do 100 kHz; dla
porównania człowiek odbiera dźwięki najwyżej do 20 kHz. Wydawane
głosy – piski, o wysokiej częstotliwości są sygnałem do ucieczki
w momencie zagrożenia a także specyficznym sposobem komunikacji
z innymi osobnikami. Posiadają także zdolność utrzymania właściwej
pozycji ciała spadając nawet z dużych wysokości. Szczury rozróżniają
311
wszystkie podstawowe smaki: słodki, słony, gorzki i kwaśny. Obdarzone są również zdolnością indentyfikacji kwasu glutaminowego,
określaną smakiem umami. Pozwala im to na szybkie wyszukiwanie
produktów pochodzenia zwierzęcego i wysokobiałkowych. Szczury są
także wyjątkowo wrażliwe na zanieczyszczenia pokarmu. Niektóre
substancje szkodliwe potrafią wykryć w stężeniu zaledwie 250 ppb
(12, 14, 20).
Wspaniale rozwinięte zmysły połączone z wyjątkową sprawnością fizyczną powodują, że szczury rzadko spotykają na swojej drodze
życiowej „przeszkody”, których nie są w stanie pokonać. Te niezwykłe
zdolności adaptacyjne spowodowały, że człowiek zaczął je wykorzystywać dla własnych potrzeb. Obecnie szczur jest podstawowym gatunkiem wśród tzw. zwierząt laboratoryjnych. Szybki rozwój prei postnatalny, wielkość, małe potrzeby bytowe a także plenność oraz
bezpośrednio z nią związana możliwość uzyskania wielu osobników
o dużym podobieństwie genetycznym sprawiły, że stały się one doskonałym modelem biomedycznym. Pierwszą udokumentowaną sekcję zwłok szczura przeprowadzono w 1621 r. i można stwierdzić, że
od tej daty rozpoczęła się jego służba na niwie nauki. Na przestrzeni
lat przeprowadzano na nim najróżniejsze doświadczenia, dokonywano
sekcji i wiwisekcji, rażono go prądem, zarażano chorobami, topiono,
manipulowano jego genami, kontrolowano za pomocą fal radiowych,
wysyłano w kosmos i poddawano testom psychofizycznym. Przyczynił
się on do wielu ważnych dla ludzkości odkryć, które wprawdzie przyniosły olbrzymie korzyści oraz postęp, ale pochłonęły i pochłaniają
312
mnóstwo istnień. Dlatego też, uważa się go za „bohatera nauki”, który
przeszedł długą drogę pełną nieuniknionego heroizmu i męczeństwa
w służbie ludzkości (3).
Wzrost zainteresowania hodowlą szczurów odnotowano na początku XX wieku w Wielkiej Brytanii, gdy po raz pierwszy zaprezentowano je na jednym z pokazów zwierząt domowych. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że już w 1822 r. nieopodal Bristolu eksponowano albinotyczne szczury, jako tzw. ciekawostkę przyrodniczą. Biało ubarwione osobniki zaczęto odławiać a następnie oswajać. W wielu kulturach uważano je za wyjątkowe zwierzęta, które przynoszą szczęście.
Pierwsza wystawa gryzoni odbyła się 23 października 1901 r. w Aylesbury w hrabstwie Buckingham. W kategorii „Szczury, dowolnego
rodzaju”
zwyciężyła Mary Douglas, prezentująca równomiernie
umaszczonego, czarno-białego osobnika. Właśnie dzięki działalności
publistycznej tej hodowczyni wzrosła popularność tych zwierząt. Zaczęto interesować się ich hodowlą oraz tworzeniem nowych odmian.
Utrwalano określone cechy eksteriorowe poprzez selekcję i odpowiedni dobór par. W 1912 r. na łamach cieszącego się uznaniem
wśród miłośników gryzoni czasopisma Fur and Feather stworzono
specjalną kolumnę zatytułowaną „Przegląd Szczurzy” poświęconą wyłącznie problematyce tych zwierząt. Dzięki pionierskiej działalności
Mary Douglas uznano za „matkę szczurzego hobby” (3). Od 1974 r.
wNebraska Wesleyan University odbywa się Rat Olympic (Szczurza
Olimpiada). W 2004 r. zmieniono jej nazwę na Xtreme Rat Challenge.
Do głównych konkurencji zalicza się bieg z przeszkodami, wspinanie
313
po linie, podnoszenie ciężarów oraz skok w dal. Od kilku lat jedną
z atrakcji wystaw jest specjalny wyścig określany jako agility. Szczury
muszą pokonać tor zbudowany z 6 do 8 przeszkód o wyrafinowanej
konstrukcji, w czasie nieprzekraczającym dwóch minut. W 1976 r.
utworzono National Fancy Rat Society (NFRS) zrzeszającą miłośników szczurów. W czasie swojej działalności organizacja ta opublikowała oficjalną listę wyprowadzonych ras (odmian), które dopuszcza
się do dalszej hodowli i prezentacji na wystawach. Obejmuje ona między innymi: Champagne, Russian Blue, Rex, Topaz, Lilac Agouti, Argente Cream, Platinum. Cele współczesnej hodowli są dość specyficzne. Miłośnicy szczurów dążą do „ocieplenia” jego wizerunku.
Zmiany eksteriorowe dotyczą głównie umaszczenia, barwy tęczówki
oraz kształtu uszu (3, 18, 19). Dla podkreślenia znaczenia szczurów
w życiu człowieka dzień 4 kwietnia uznano za World Rat Day – Światowy Dzień Szczura.
Szczur został zaliczony do tzw. zwierząt towarzyszących. Cieszy się on niezwykłym uznaniem głównie ze względu na wysoką inteligencję, przywiązanie do człowieka, a także małe wymagania bytowe
oraz pokarmowe. Obecnie hodowane osobniki wywodzą się przede
wszystkim z odmian laboratoryjnych. Wysoki współczynnik inbredu
u tych zwierząt jest przyczyną ujawniania się różnego rodzaju zaburzeń, w tym spadku odporności. Szczur stał się, regularnym pacjentem lecznic weterynaryjnych. Do najczęściej stwierdzanych patologii
zalicza się: nowotwory sutków oraz przysadki, zakażenia układu oddechowego, choroby powłoki wspólnej, choroby inwazyjne (pasożyty),
314
choroby serca (kardiomiopatia przerostowa) i zapalenie macicy (8,
11). Właściciele zwierząt są zwykle bardzo mocno z nimi związani
emocjonalnie. Oczekują, iż w procesie diagnostycznym i terapeutycznym lekarz weterynarii wykorzysta wszystkie możliwe metody, często
nawet bardzo nowoczesne a tym samym kosztowne. W większości
przypadków właściciele podejmują również decyzję o długotrwałym
leczeniu czy poważnym zabiegu chirurgicznym. Nowy pacjent stał się
swoistym wyzwaniem dla lekarzy weterynarii. Wymusiło to pogłębianie
wiedzy dotyczącej jego morfologii, fizjologii oraz etiologii i przebiegu
różnych chorób. W medycynie weterynaryjnej, zauważalna zarówno
w procesie kształcenia jak i w praktyce klinicznej, ukształtowała się
nowa dziedzina związana ze zwierzętami egzotycznymi i gryzoniami,
w tym oczywiście szczurami. Od kilkunastu lat Komisja do Spraw
Specjalizacji Lekarzy Weterynarii w Polsce prowadzi specjalizację
z zakresu użytkowania i patologii zwierząt laboratoryjnych. Jej program jest jednym z 17-stu oficjalnie zarejestrowanych. Tytuł specjalisty w zakresie tej dziedziny może uzyskać tylko lekarz weterynarii,
z odpowiednim stażem w praktyce klinicznej, po ukończeniu dwuletniego kursu i zdaniu stosownego egzaminu.
Na przestrzeni wieków szczur postrzegany był jednak przede
wszystkim, jako groźny szkodnik. Od najdawniejszych czasów człowiek chciał przejąć kontrolę nad jego narodzinami, życiem i śmiercią.
Zjawisko zarówno nagłego pojawiania się jak i zaskakującego znikania bardzo licznych stad tych zwierząt zawiera w sobie element metafizyczny, który zawsze intrygował ludzi. Znalazło to odzwierciedlenie
315
w wielu legendach i mitach. Według wierzeń do wabienia szczurów
należało używać czarów, zaklęć, magicznych ksiąg oraz wzywać na
pomoc demony. Uważano więc, że mogły to robić tylko osoby obdarzone nadprzyrodzonymi mocami. Uznawano je za podobne do diabłów i nazywano „zdegradowanymi Orfeuszami”. Znana jest opowieść
o wędrującym po świecie szczurołapie, który grając na fujarce i pozostawiając w dziurach zapisane przyśpiewki skutecznie przeganiał
szkodniki z gospodarstw ludzkich. Według legend pozbawieni zapłaty
likwidatorzy tych gryzoni w odwecie za pomocą czarodziejskich sztuczek wywabiali z osad na bezdroża dzieci i zwierzęta gospodarskie
(3).
Sposoby walki ze szczurami są tematem wielu opracowań. Opisywano w nich rodzaje przynęt, projekty pułapek oraz receptury trucizn. Należy tu wymienić opublikowany w 1590 r. przez Leonarda
Mascall’a zbiór „rozmaitych machin i pułapek” na szczury i myszy oraz
tekst z 1680 r. wpisujący oba gatunki na tzw. listę szkodników (3). Materiały te odzwierciedlają również postawę człowieka wobec tych zwierząt w różnych okresach historycznych. Początkowo szczury, które
zanieczyszczały i pożerały żywność postrzegano jedynie, jako zagrożenie ekonomiczne. W XIX wieku wraz z rozwojem budowy kanałów
ściekowych oraz innych urządzeń sanitarnych stały się one symbolem
brudu i nieczystości. Ludzie bardzo szybko powiązali pojawianie się
ich nadmiernej liczby z rozprzestrzenianiem się zaraz, co wzbudzało
ogromy lęk i odrazę. Według obecnej wiedzy gryzonie te przenoszą
około 70 chorób, do których zaliczono między innymi: leptospirozę, tu-
316
laremię, tyfus i listeriozę. Jednak za najgroźniejszą, wywołującą
ogromny strach i wiązaną tylko ze szczurami, przez długi czas uważano dżumę. Dość późno, bo dopiero w 1898 r., francuski uczony Simond serią eksperymentów udowodnił, że to pchły bytujące na ich ciele są wektorami zakażenia. Wykazał także, iż szczury są bardzo wrażliwe na zakażenie bakterią Yersinia pestis (czynnik etiologiczny dżumy) i giną po kilku dniach wskutek silnej bakteriemii. Natomiast zakażone pchły zmieniają żywiciela, w tym przenosząc się na człowieka.
Udowodniono również, że rezerwuarem zarazka są głównie inne niż
szczury gryzonie, będące bezobjawowymi nosicielami. Najbardziej
znana epidemia dżumy miała miejsce w latach 1330 - 1352. Obecnie
nie stanowi już takiego zagrożenia, bowiem współczesna medycyna
pozwala na jej całkowite wyleczenie. Jednak zakażone gryzonie spotyka się w wielu regionach geograficznych, ale transmisja na ludzi
zdarza się stosunkowo rzadko. Szacuje się, że jest to 1 000 – 3 000
przypadków rocznie na całym świecie (3, 20).
Pomimo, że szczury tępione były od najdawniejszych czasów,
wraz z rozwojem nauki, zaczęto zwracać uwagę na tzw. akceptowalne
i nieakceptowalne sposoby ich zabijania. Carl Prausnitz w swojej pracy z 1908 r. podkreślał, że pułapki powinny zabijać zwierzę natychmiast bądź łapać je żywcem. Stanowi to dowód na to, że szczur pomimo statusu szkodnika stał się również postrzegany, jako stworzenie
zdolne do odczuwania bólu. Stosowanie różnorodnych pułapek i trucizn nigdy nie doprowadziło do jego całkowitego wytępienia. Dlatego
uznano, iż zabijanie szczurów jest najlepszą metodą kontroli ich li-
317
czebności. Według danych literturowych w połowie XIX wielu na terenie Wielkiej Brytanii zarejestrowano oficjalnie 2 256 łowców tych
szkodników. Osiągnięcia tych zawodowych łapaczy nawet dziś szokują. Szczurołap z Suffolk zabił 11 465 szczurów w czasie 21 tygodni,
natomiast specjaliści z Londynu wyłapywali około 8 - 9 tysięcy sztuk
rocznie. Wybuch I Wojny Światowej oraz spadek zainteresowania
wspomnianym „zawodem” sprzyjał rozprzestrzenieniu się gryzoni.
Problem stał się na tyle istotny, że zaczęto organizować międzynarodowe zawody zabijania szczurów oraz wprowadzono system zapłaty
za każdą złapaną sztukę. Ogłaszano również konkursy na komercyjne
wykorzystanie szczurzych skór. Na Hawajach strzelanie do tych zwierząt stało się ulubioną formą hazardu. Do walki ze szczurami szkolono
również psy. Sławny bulterier Billy zabijał ponad sto osobników w czasie poniżej 12 minut (3).
Dziś trudno stwierdzić, czy głód lub liczebność tych zwierząt były powodem, że szczur stał się popularną potrawą kulinarną w wielu
regionach świata. Istnieją wzmianki o suszonych szczurach sprzedawanych w Chinach, duszonych w czerwonym winie przez francuskich
kucharzy, smażonych w oleju kokosowym na Filipinach oraz podawanych na porcelanowych talerzach w Kornwalii. Ciekawe, że większość
opisów dotyczących ich spożywania brzmi bardzo zachęcająco,
a mięso pod względem smaku i delikatności porównywane jest do króliczego. W XVIII wieku pojawił się pogląd, że spożywanie szczurów
ma niekorzystny wpływ na pamięć. Tłumaczono to tym, iż koty, których dieta złożona jest głównie z gryzoni, nie przywiązują się do swo-
318
ich właścicieli, zapominają o nich i nie są tak wierne jak psy. Natomiast Chińczycy do dziś wierzą, że spożywanie szczurzego mięsa jest
zdrowe dla włosów i przeciwdziała łysieniu (3).
W zależności od kraju i lokalnych tradycji szczur może przynosić szczęście bądź pecha. Nawet sąsiadujace ze sobą społeczności
miały odmienny stosunek do tego zwierzęcia.
Hindusi uważają szczury za zwierzęta święte oraz przynoszące
szczęście. Według mitologii indyjskiej Bóg Ganesa przedstawiany
z głową słonia, jest patronem uczonych i nauki. Towarzyszą mu zawsze szczury siedzące na jego stopie lub tworzące emblematyczny pojazd. Bóstwo pomaga rozwiązywać wszelkie problemy, a obecne przy
nim zwierzęta symbolizują ich przezwyciężanie. Dlatego o łaskę Ganesa do dziś zabiegają ludzie rozpoczynający ważne przedsięwzięcia
życiowe (3, 5). W świątyni poświęconej Karni Macie mieszkają tysiące
szczurów, które uważane są za wcielenia istot ludzkich. Według lokalnej legendy, żyjącej w XV wieku mistyczce nie udało się przywrócić
życia zmarłemu dziecku hinduskiego mędrca. Rozgniewana Karni Mater zapowiedziała, że już nikomu nie pozwoli znaleźć się w rękach
Jamy – Boga Śmierci. Według tego wierzenia zmarli przyjmują postać
szczurów zanim ponownie się narodzą. Dlatego też, zwierzęta te
w miejscu kultu mają status istot świętych i są stale dokarmiane przez
mnichów oraz przybywających turystów z całego świata (3).
Liczne doniesienia na temat symboliki szczurów odnajdujemy
w religiach Dalekiego Wschodu. W mitologii japońskiej Daikoku opiekun kupców, rzemieślników oraz rolników jest jednym z siedmiu bo-
319
gów szczęścia i dobrobytu. Przedstawiano go, jako tęgiego mężczyznę siedzącego na workach wypełnionych ryżem. Wysłannikami Daikoku są białe szczury symbolizujące bogactwo (1, 3).
W kulturze chińskiej szczur jest pierwszym zwierzęciem horoskopu. Według legendy na czele szeregu zwierząt ujętych w zodiaku
miał stanąć wół. Jednak zwinny i przebiegły gryzoń usiadł niepostrzeżenie na jego grzbiecie a następnie zeskoczył na ziemię w momencie
nominacji. O szczurze gryzącym coś w nocy mówi się, że liczy pieniądze, stąd też dla skąpców używa się określenia „pieniężny szczur”.
Według innej legendy szczur przynosił ludziom ryż i dlatego uznany
został za pożyteczne zwierzę. Ich liczne pojawienie w domostwie
oznaczało jednak rychłe przybycie kotów, te zaś według Chińczyków
symbolizują biedę i ubóstwo. Wierzono również, że szczury mogą
przemieniać się w demony męskie (7, 13).
W religii chrześcijańskiej pojawia się postać Świętej Gertrudy
z Nivelles, żyjącej w VII wieku. Na średniowiecznych ikonach najczęściej przedstawiano ją w towarzystwie szczurów. Wierzono, że przyciągała ona płynące od nich zło po to, aby nad nim zapanować. Należy podkreślić, że w Biblii istnieją jedynie nieliczne wzmianki o gryzoniach. Szczury opisywane są najczęściej negatywnie, jako znienawidzone szkodniki roznoszące plagi, zanieczyszczające i pożerające
zapasy. Według Prawa Mojżeszowego zaliczane są do tzw. zwierząt
nieczystych (3, 17).
Na przestrzeni lat powstało wiele przesądów związanych ze
szczurami. Pogryzione przez nie ubrania uznawane było za znak nie-
320
szczęścia natomiast zniszczone firanki zwiastowały śmierć w rodzinie.
Panowało także przekonanie, że zwierzęta te przynoszą pecha w czasie łowienia ryb. Pod koniec XIX wieku w Szkocji zabraniano używania
słowa szczur podczas zarzucania wędek (3).
Szczury znalazły także swoje miejsce w literaturze pięknej.
W bajkach Ezopa i La Fontaine’a, te małe, zwinne istoty dzielnie walczą z przeciwnościami losu. Morał jest jasnym przesłaniem. Nawet
najmniejszy i odrzucany przez społeczeństwo może zwyciężyć. Pozycje te są jednymi z nielicznych przykładów gdzie gryzoń ten pełni rolę
wychowawczą. W „Dżumie” Alberta Camusa i „Roku 1984” George’a
Orwella, powszechnie znanych powieściach, szczury odgrywają kluczowe role. W obu przytoczonych przykładach zwierzęta te mają znaczenie symboliczne i przede wszystkim wpływają na podświadomość
głównych bohaterów. Wywołują negatywne reakcje, wzbudzając irracjonalny strach zaburzają psychofizyczny, wewnętrzny porządek
człowieka. W XX wieku relacje pomiędzy szczurem i człowiekiem skupiają się wokół tematów apokaliptycznych. Według naukowców przerażonych wizją katastrofy nuklearnej szczury miały największe szanse
na przetrwanie. Ponadto postrzegano je, jako chytre, egoistyczne istoty pozbawione uczuć, świadomości i pełne okrucieństwa (3).
Szczury obecne są we wszystkich aspektach ludzkiego życia
i kultury. Od kuchni do religii, od sztuki do hodowli, od nauki do chorób. Mimo to, że ciągle uważane są za szkodniki, coraz częściej hodowane w domach stały się dla wielu ludzi także przyjaciółmi.
321
Streszczenie
Szczury od stuleci były uważane za groźne szkodniki. Jednakże
w dzisiejszych czasach, pomimo wciąż mocno zakorzenionej niechęci
do tego gatunku, ich popularność, jako zwierząt towarzyszących stale
rośnie.
Piśmiennictwo
1. Bailey G., et al.: Mitologia. Mity i legendy świata. PWN, Warszawa, 2009.
2. Burnie D.: Królestwo Zwierząt. Świat Książki, Warszawa, 2003.
3. Burt J.: Szczur. Universitas, Kraków, 2006.
4. Carwardine M., Cox R.K.: Wybryki natury. National Geographic Society, Warszawa,
2007.
5. Cotterell A.: Słownik mitów świata. Książnica, Katowice, 1996.
6. Dzik J.: Dzieje życia na Ziemi. PWN, Warszawa, 2003.
7. Eberhard W.: Symbole Chińskie. Słownik. Universitas, Kraków, 2007.
8. Gabrisch K., Zwart P.: Praktyka kliniczna: zwierzęta egzotyczne. Galaktyka, Łódź,
2009.
9. Lasota-Moskalewska A.: Zwierzęta udomowione w dziejach ludzkości. WUW, Warszawa, 2005.
10. Polskie Nazewnictwo Zoologiczne. I. Ssaki. Polskie Towarzystwo Zoologiczne. Komisja Nazewnictwa Zwierząt Kręgowych. PWN, Wrocław, 1986.
11. Quesenberry K. E, Carpenter J. W.: Ferrets, Rabbits and Rodents. Clinical Medicine
and Surgery (2nd edition), Saunders, St. Louis.
12. Rat Behaviour and Biology. www.ratbehaviour.org
13. Saunders N.J.: Dusze Zwierząt. Świat Książki, Warszawa, 1996.
14. Szkodniki sanitarne - pokarm gryzoni. www.szkodnik.waw.pl.
15. Szkodniki sanitarne - szczur śniady. www.szkodnik.waw.pl.
16. Szkodniki sanitarne - szczur wędrowny. www.szkodnik.waw.pl
17. Szczepanowicz B., Mrozek A.: Atlas Zwierząt Biblijnych. WAM, Kraków, 2007.
18. The National Fancy Rat Society. www.nfrs.org.
19. Xtreme Rat Challenge. Nebraska Wesleyan University www.nebrwesleyan. edu.
20. Ziętek J., Adaszek Ł., Winiarczyk S.: Choroby zakaźne myszy i szczurów z elementami zoonoz, wybranymi zagadnieniami z hodowli, anatomii i fizjologii. Elamed, Katowice, 2010.
Praca zawiera 28 555 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
322
LECZENIE OWIEC NA TERENIE GALICJI
W XIX WIEKU W OPARCIU O DZIAŁALNOŚĆ
KAZIMIERZA WODZICKIEGO
Wacław Łuczak, Maciej Adamski, Norbert Pospieszny *
Instytut Hodowli Zwierząt
Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu
*Zakład Anatomii Zwierząt
Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu
Na ziemiach polskich wiek XIX charakteryzował się w hodowli
zwierząt dużym pogłowiem owiec. Zajmowano się owczarstwem
w szerokim tego słowa znaczeniu, a mianowicie: wełną, rozrodem, rasami owiec, systemami chowu, żywieniem, pomieszczeniami, tzw. „higieną” oraz organizacją i ekonomiką produkcji owczarskiej. W tym
czasie słowo higiena obejmowało zabiegi pielęgnacyjne i lecznicze
wykonywane na owcach. Rozwój owczarstwa zależał od działalności
tzw. „sortierów”, właścicieli dużych owczarń i autorów podręczników
owczarskich. Sortierami nazywano osoby zawodowo opiekujące się
owcami i zajmujące się selekcją owiec ze względu na jakość wełny.
Najważniejszą postacią w owczarstwie w Galicji w XIX wieku
był niewątpliwie Kazimierz Wodzicki. Do naszych czasów nie doczekał
się fachowego opracowania działalności zootechnicznej. Jedynie
skrupulatny i dobrze poinformowany prof. Pruski /1975/ wspomina
o Wodzickim w historii hodowli zwierząt w Galicji.
323
Kazimierz Stanisław Michał Wodzicki urodził się w 1816 roku
w Korzkwi koło Ojcowa /olkuskie/ w jednym z majątków rodzinnych.
Był synem Józefa i Petroneli z Jabłonowskich i wnukiem w linii ojcowskiej Eliasza - generała wojsk koronnych i ostatniego starosty krakowskiego. O jego wykształceniu wiemy dzisiaj niewiele. Prawdopodobnie
otrzymał staranne wykształcenie domowe. Dostęp do studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim miał utrudniony, ze względu na granice Rzeczypospolitej Krakowskiej. W swoich pamiętnikach Kazimierz Girtler
zapisał, że w 1821 roku Kazimierz Wodzicki z braćmi Henrykiem
i Aleksandrem uczyli się na pensji Franciszka Szopowicza w Krakowie.
Szeroką sławę uzyskał jako ornitolog, autor prac naukowych
i popularno naukowych oraz racjonalny myśliwy dbający o ochronę
przyrody. Był członkiem licznych towarzystw naukowych. Na jego
cześć nazwano kilka gatunków ptaków i muchówek /łącznie 7 gatunków/. Wodzicki mówił o sobie: ”jestem apostołem ornitologii”. Zarządzanie majątkiem spowodowało, ze Wodzicki odsunął się od ornitologii w stronę działalności rolniczej. Zootechnicy za prof. Pruskim są
zgodni, że Wodzicki był „apostołem owczarstwa galicyjskiego”. Na postawie najnowszej literatury na tamte czasy i własnych doświadczeń
w prowadzeniu dużej owczarni napisał cztery obszerne artykuły o zagadnieniach owczarskich w rozprawach CK. Galicyjskiego Towarzystwa Rolniczego w latach 1853-1860. W 1867 roku wydał obszerny
podręcznik: Vademecum dla owczarzy wschodniej Galicji. Udzielał się
również społecznie, zwłaszcza jako poseł do sejmu krajowego we
324
Lwowie i państwowego we Wiedniu. Był także fundatorem stypendium
z którego skorzystał min. prof. zoologii Antoni Wierzejski.
Zmarł w 1889 roku, w wieku 73 lat. Nekrolog zamieściły ważniejsze europejskie czasopisma ornitologiczne. Kolekcję ornitologiczną obejmującą prawie wszystkie ptaki krajowe podarował Muzeum
Komisji Fizjograficznej Akademii Umiejętności w Krakowie, gdzie
znajduje się do dnia dzisiejszego. Część zgromadzonych dubletów
podarował Uniwersytetowi Jagiellońskiemu i Szkole Rolniczej w Czernichowie.
Kazimierz Wodzicki jako myśliwy
Obok Włodzimierza Dzieduszyckiego należy Wodzicki do najwybitniejszych postaci łowiectwa galicyjskiego z końca XIX wieku.
W1871 roku założył ekskluzywne towarzystwo łowieckie zwane Towarzystwo Lisowickie lub Zakon Lisowicki. Kazimierz Wodzicki organizując towarzystwo wydzierżawił jednocześnie obwód łowiecki o powierzchni 30 tysięcy mórg (ponad 15tyś ha) u stóp Beskidu Stryjskiego. Był on podzielony na 3 rewiry: lisowicki /od niego pochodzi nazwa
towarzystwa/, bolechowski i taniawski. Działalność ta dzięki znajomości i umiłowaniu przyrody doprowadził do niezwykłego powiększenia
pojemności łowisk w zwierzynę, po mimo początkowych trudności.
Został wieloletnim prezesem towarzystwa używając skromniejszego
tytułu „łowczy”. Barwny opis 422 polowań przeprowadzonych w latach
1871-1895 znajdujemy na 909 stronach Kronik Lisowickich. Zostały
one wydane w stu egzemplarzach. Historycy łowiectwa pisząc o Wo-
325
dzickim dodają na koniec, że był on również autorem licznych dzieł
rolniczych.
Działalność owczarska Wodzickiego
Kazimierz Wodzicki rozpoczął hodowlę owiec na własną rękę
w rodzinnej Korzkwi uzyskując materiał hodowlany od ojca z gospodarstwa w Porębie Wielkiej. Były to owce, jak je sam określił w typie
negretti górskie. Co 3 lata kupował tryki od hr. Larischa i od hr. Schafgotscha w Kopicach. Owczarnia przynosiła niewielkie zyski chociaż
Wodzicki sprzedawał wełnę na targach wiedeńskich po dobrej cenie.
Wprowadzanie nowości naukowych z dziedziny chowu i lecznictwa do
swojej owczarni było dla właściciela kosztowne. Z tego powodu upoważniło to autora do zajmowani się osobiście różnymi problemami
związanymi z hodowlą owiec, w tym opieką nad ich zdrowiem. Około
1842 roku sprzedał on Korzkwię i przeniósł się do Hołhocz w powiecie
brzeżańskim a potem do Olejowa w powiecie złoczowskim, w którym
z powodzeniem gospodarował aż do śmierci.
Leczenie owiec
Szeroko pojmowanym zagadnieniom ochrony zdrowia owiec
poświęcił Wodzicki w swoim podręczniku obszerny rozdział zatytułowany Higiena dla owiec i ich choroby.
Słowo higiena oznaczało u Wodzickiego warunki utrzymywania
owiec dla zapewnienia najlepszej ich zdrowotności i wykonywanie
przez owczarzy określonych zabiegów pielęgnacyjnych i leczniczych.
326
W podręczniku podaje wiele sposobów postępowania leczniczego.
Szczególną uwagę zwraca na konieczność wnikliwej obserwacji zwierząt, co jak wiadomo, jest pierwszym warunkiem postępowania diagnostycznego. Charakterystyczne dla danej choroby objawy pozwalają na w miarę trafne rozpoznanie jej w praktyce. Najciekawsza jest
część lecznicza, chociaż w ówczesnych czasach dysponowano niezbyt dużym asortymentem leków i często sposób ich podawania był
prymitywny.
Przy ospie /variolae ovinae/ autor zaleca przeprowadzenie tak
zwanej owinacji, stosowanej już z powodzeniem w innych krajach. Polegała ona na szczepieniu profilaktycznym zdrowych jeszcze owiec
nie osłabionym wirusem ospy, czyli wirusem zjadliwym w celu wywołania odpowiedzi immunologicznej (odporności). Zdaniem autora „najstosowniejszy jest spód ogona półtora cala od wzrostu już z tej przyczyny, że owcy w ruchach nie przeszkadza i że zaszczepiona materia
ustawicznie się wygrzewając, szybko i doskonale dojrzewa”.
Podaje również opis działania przy stwierdzeniu: blednicy, choroby gnilnej, wodnej puchliny, motylicy. Autor przyznaje, że jest jedna
choroba, której główną przyczynę słusznie upatruje w pasieniu owiec
na mokrych lub niskich łakach oraz zamarzniętych oziminach. Podane
objawy – obrzęki, marskość wątroby, zaburzenia trawienne – towarzyszą ogólnemu wyniszczeniu organizmu, charłactwu i wreszcie śmierci.
Autor zaleca lepszą opiekę i żywienie chorych zwierząt a jeśli to nie
pomaga, zadawanie przez tydzień co dwa dni pigułki wielkości laskowego orzech wg następującej recepty:
327
„pól kwarty tartego piołunu
pół kwart gencjany
kwartę tatarskiego ziela
dwa funty opiłków żelaza
kwaterkę soli kuchennej
pół kwarty tłuczonego jałowca
mąka żytnia”/zmieszanie i zlepienie/
Zapalenie śledziony - tą nazwą określa autor wąglik /antrax/
w pierwszym stadium choroby, kiedy występuje ostry obrzęk śledziony
przechodzący w stadium czyraków gromadnych. Po opisie objawów
autor zwraca uwagę na fakt uporczywości choroby podając do zastosowania tylko tzw. środki zaradcze. Kolejną fazę choroby nazywa karbunkułem.
Kołowacizna zdaniem Wodzickiego jako choroba nieuleczalna
jest okrywana tajemnicą i grasuje w owczarniach intensywnie prowadzonych.
Przy kulawce zaleca wycinanie nożem nadgniłych części racic
oraz moczenie po dwie godziny na dobę w wodzie z dodatkiem kwasu
saletrowego lub solnego. Gdy środki te nie wstrzymują ropienia zaleca
sporządzenie maści w proporcji na 200 owiec o następującym składzie:
„1 i ½ funta dziegciu
¾ funta oleju terpentynowego
¾ funta saletrzanego kwasu
328
3 funty niebieskiego witriolu
Giez owczy /oestrus ovis/ zwany przez autora gzikiem owczym
lub muchą pajęczą. Walka z nim polegała na posmarowaniu dziegciem lub olejkiem z rogu jelenia/ rasura cornu cervi/ okolic nozdrzy. Tę
metodę odstraszania stosuje się z powodzeniem do dziś. Skutecznym
sposobem było także sprowokowanie zwierzęcia do kichania.
Piśmiennictwo
1. Brzęk G.: Wodzicki Kazimierz Stanisław Michał. /w/ Feliksiak S. Red. Słownik biologów polskich. PWN. Warszawa1987, 582-583.
2. Cąkała S.: /red./. Choroby owiec. II wyd. PWRiL Warszawa, 1981.
3. Pruski W.: Hodowla zwierząt gospodarskich w Galicji w latach 1772-1918. Ossolineum, 1975.
4. Wodzicki K.: Vademecum dla owczarzy wschodniej Galicji. Lwów, nakładem autora,
1867.
Praca zawiera 8 804 znaki (< 0,5 arkusza wydawniczego)
329
330
WYBRANE ZAGADNIENIA Z HISTORII
LECZENIA ZWIERZĄT W CZASACH
STAROŻYTNYCH
Maria Makowiecka, Michał Skibniewski,
Marta Kupczyńska, Ewa Skibniewska*, Karolina Barszcz
Katedra Nauk Morfologicznych
Wydziału Medycyny Weterynaryjnej SGGW w Warszawie,
ul. Nowoursynowska 159, 02-776 Warszawa
*
Katedra Biologii Środowiska Zwierząt
Wydziału Nauk o Zwierzętach SGGW w Warszawie,
ul. Ciszewskiego 8, 02-776 Warszawa
[email protected]
W czasach prehistorycznych zarówno człowiek pierwotny jak
i otaczający go świat fauny żyli w trudnych warunkach środowiskowych. Wspólnie narażeni byli na te same zagrożenia ze strony sił
przyrody oraz klęsk żywiołowych. Występujące powszechnie choroby
zakaźne i urazy zmusiły ludzi do stosowania praktyk leczniczych, które z początku miały charakter zachowań instynktownych lub były działaniami całkowicie przypadkowymi. Najwięcej informacji dostarczała
człowiekowi wnikliwa obserwacja natury a zwłaszcza zachowań chorych zwierząt. Lizanie ran, usuwanie ciał obcych poprzez ocieranie się
o drzewa i głazy, kąpiele w zimnej wodzie bądź błocie oraz zmiana
pożywienia były dla ludzi wskazówkami do podobnego postępowania.
Przyroda i chore zwierzęta stały się dla człowieka pierwszymi nauczycielami lecznictwa.
331
Stosowanie praktyk leczniczych u zwierząt prawdopodobnie ma
historię tak starą, jak proces udomowienia poszczególnych gatunków.
Domestykacja wymusiła określone postępowanie – zapewnienie odpowiedniego bytu, który dziś określamy dobrostanem. Choroby zwierząt boleśnie doświadczały również ludzi. Szerzące się epidemie powodujące upadki całych stad prowadziły do klęski głodu. Przesłanki te
były powodem, że ludzie zaczęli interesować się stanem zdrowia
zwierząt. Jedne z pierwszych materialnych dowodów takiego związku
pochodzą ze starożytnego Egiptu. Hieroglify zamieszczone w papirusach z VI i V wieku p.n.e. dowodzą, że istniały osoby, których zadaniem było leczenie nie tylko ludzi, ale także zwierząt. Świadczą one
także o tym, że w medycynie starożytnego Egiptu działania racjonalne
stosowano na równi z praktykami magicznymi i religijnymi. Najbardziej
znanymi dokumentem jest papirus Smitha opisujący zabiegi chirurgiczne (ok. 1600 rok p.n.e.) oraz papirus Ebersa z tekstami o chorobach wewnętrznych i środkach leczniczych (ok. 1500 p.n.e.). Kolejny,
papirus z Kahun (ok. 2500 lat p.n.e.), odnosi się bardzo szczegółowo
do ginekologii. Zawiera on także konkretne zapisy lecznicze zalecane
do stosowania u zwierząt, stąd określany jest również, jako papirus
weterynaryjny z el-Kahun (7, 17). Zamieszczono w nim opisy takich
chorób jak wścieklizna, pomór bydła i wągrzyca świń (17). Według
T. Rotkiewicza, uznanego deontologa i historyka weterynarii, istniał
również dokument, który Autor określił jako „Księga przygotowywania
lekarstw dla różnych części ciała zwierzęcego” (19). Inskrypcje zamieszczone w wymienionych źródłach mówią o środkach leczniczych
332
pochodzenia roślinnego, zwierzęcego i mineralnego, które podawano
chorym w różnych postaciach. Znajdziemy w nich wiele opisów anatomicznych, stanów fizjologicznych, a także patologicznych wraz
z metodami ich leczenia, które nawet dzisiaj uznamy za poprawne.
Obok nich zamieszczono formuły magiczne i zaskakujące wskazania
lecznicze. Na bóle polecano tłuszcz hipopotama, mleko kobiety po
urodzeniu syna, ale także cebulę oraz czosnek (5). Medykamenty
przynoszące ulgę ludziom Egipcjanie stosowali również u zwierząt.
Obserwacje dokonywane w trakcie balsamowania zwłok pozwoliły im
na dość dobre poznanie anatomii człowieka. Papirusy umieszczane
przy mumiach zawierają informację przede wszystkim o przyczynie
zgonu oraz często także krótką historię choroby (7). Egipcjanie balsamowali również zwierzęta. Odnaleziono okazy mumii praktycznie
wszystkich gatunków żyjących na terenie ich kraju a także pochodzących z odległych rejonów geograficznych. Pozwala to sądzić, że morfologia zwierząt była również dziedziną, którą Egipcjanie dobrze poznali. Badania przeprowadzone nowoczesnymi metodami obrazowymi
pozwoliły wykazać różne patologie u niektórych mumii. W wielu przypadkach zauważono również ślady dokonanych z powodzeniem zabiegów chirurgicznych (4). Świadectwem rozwijającej się opieki weterynaryjnej są także pochówki świętych byków Apis. Zmumifikowane
ciała tych zwierząt dowodzą, że dożywały one sędziwego wieku.
W zachowanych dokumentach odnajdujemy szczegółowe instrukcje
dotyczące ich prawidłowego chowu, utrzymania oraz wiele informacji
medycznych (4, 7).
333
Na XVIII w. p.n.e. datowany jest szczyt kultury materialnej Babilonu. W krainie z dorzecza Eufratu i Tygrysu astronomia, matematyka,
prawo i medycyna stały na bardzo wysokim poziomie (7, 17). Z tabliczek pokrytych pismem klinowym odczytano, że Babilończycy korzystali z wiedzy lekarskiej zapożyczonej między innymi od Egipcjan.
W Mezopotamii uważano, że chorobę wywołują złe moce. Materializowano je w postaci rzeźb ludzko-zwierzęcych i posługiwano się nimi
podczas obrzędów religijnych oraz pokazywano chorym, jako środek
leczniczy. Znano wiele leków pochodzenia roślinnego oraz mineralnego, które powszechnie stosowano zarówno wewnętrznie jak i zewnętrznie (7). W Kodeksie Hammurabiego (2003 - 1961 p.n.e.) odnajdziemy liczne zapisy prawne odnoszące się do wynajmu zwierząt,
wynagrodzenia za usługi weterynaryjne oraz kar za złe leczenie (7,
17). Podstawową zasadą tego kodeksu było twarde prawo „oko za
oko”, co powodowało, że wykonywanie zawodu lekarza zapewne nie
było łatwe (7).
Najstarsze zabytki mówiące o medycynie starożytnej Grecji pochodzą z XII w. p.n.e. W dwóch największych dziełach epickich tego
okresu, Iliadzie i Odysei Homera, znajdują się wzmianki o lekarzach,
uczniach boskiego Asklepiosa (5, 7). Kult tego boga był wyjątkowo silny i związany wyłącznie z lecznictwem. Do świątyń Asklepiosa, nazwanego również Eskulapem przychodzili nie tylko chorzy ludzie, ale
przyprowadzano tam także chore zwierzęta. Pacjenci byli poddawani
zabiegom oczyszczającym, takim jak posty i kąpiele oraz zabiegom
magicznym. Główną metodą uzdrowienia był hipnotyczny sen na tere-
334
nie świątyni. W Epidauros, największym ośrodku kultu, kapłani wspomagali się również takimi metodami leczniczymi jak ukąszenie węża
lub lizanie ran przez psy (7). Do czasów współczesnych dotrwało wiele zapisów o stosowaniu przez kapłanów elementów medycyny naturalnej. Na przeróżne schorzenia zalecali pacjentom częste kąpiele
w ciepłej oraz zimnej wodzie, gimnastykę, posty, dietę, zioła, maści
preparowane na podłożu wyciągów roślinnych z domieszkami minerałów oraz miód (5, 7).
Historia lecznictwa związana jest z prowadzeniem badań na
zwierzętach. Były one przede wszystkim przyczynkiem do rozwoju
morfologii i fizjologii człowieka oraz służyły dyscyplinom klinicznym takim jak np. chirurgia. W starożytnej Grecji powstały ośrodki skupiające
największych intelektualistów zajmujących się poznaniem i zrozumieniem praw natury oraz istot żywych. Nazwano je Szkołami Medycyny,
a ich liderami byli tak znani filozofowie jak Demokryt, Hipokrates, Platon, Arystoteles, Sokrates i wielu innych (5, 7, 17). Najbardziej znaną
była szkoła Hipokratesa (470 - 360 p.n.e.). Uczonego nazwano Ojcem
Medycyny (Pater Medicinae), bowiem jego traktaty w większości odnoszą się do szczegółowych analiz przyczyn oraz sposobów leczenia
różnych chorób. Współczesna medycyna nadała mu tytuł niezrównanego diagnosty. Zalecenia wydawał po wnikliwym badaniu pacjenta
uwzględniającym jego wiek, stan umysłu, odżywienie, łaknienie,
brzmienie głosu, temperaturę ciała, tętno, oddech, wygląd skóry,
owłosienia i błon śluzowych. Oglądał także krew, kał i mocz. Metody
leczenia opierał na podstawowej zasadzie – primum non nocere –
335
przede wszystkim nie szkodzić, którą zapisali w swojej przysiędze
współcześni lekarze. Obserwacje Hipokratesa i jego uczniów oraz kilku anonimowych autorów, zawarte zostały w 52 tomowym rozprawie
„Corpus Hippocraticum” (ok. 440 - 350 p.n.e.). Dzieło, uznane za najstarszy medyczny zabytek starożytnej Grecji, dostarcza ogromnej
wiedzy z zakresu anatomii, fizjologii, patologii, chirurgii i położnictwa
(7, 17, 19). Podejmując próby rozwiązania zagadnień etiologicznych
oraz epizootiologicznych w dziele zatytułowanym „Aforyzmy i rokowania” Hipokrates rozstrzyga je w radykalny sposób. Stwierdza, że „choroby wyradzają się nade wszystko ze zmian pór roku, a w samych porach powstają one z gwałtownej zmiany zimna i gorąca i innych tym
podobnych okoliczności” (5). W większości pisma Hipokratesa mają
jednak charakter empiryczny i racjonalny, bowiem prowadził on liczne
badania oparte na doświadczeniach wykorzystujących także żywe
zwierzęta. Zapewne w szkole Hipokratesa nie wykładano nauk weterynaryjnych. Wiadomo jednak, że interesowały go również zagadnienia związane ze zdrowiem zwierząt. Opisał bowiem opuchliznę jamy
brzusznej u kotów i psów, padaczkę u kóz oraz owiec, a także umiał
stwierdzić u nich gorączkę. W swoich księgach wskazywał na występowanie podobnych objawów u ludzi i zwierząt, sugerując tym samym
stosowanie podobnych metod leczniczych. Zauważył także możliwości
przenoszenia się różnych chorób między zwierzętami i ludźmi (5, 19).
Uwzględniając racjonalne podejście Hipokratesa do chorych ludzi
można przypuszczać, że w podobny sposób traktował zwierzęta.
336
Wśród zachowanych dzieł starożytnej Grecji na uwagę zasługują prace Xenophonta (445-354 p.n.e.). Był przede wszystkim żołnierzem, ale interesującym się jazdą i końmi. W traktatach jego autorstwa
znajdziemy bardzo szczegółowe opisy zasad chowu i pielęgnacji tych
zwierząt, ale także charakterystyki wielu chorób. Sądzi się, że jako
pierwszy opracował reguły określania wieku konia na podstawie wyglądu uzębienia (17, 19).
Ogromny wkład w poznanie świata zwierząt wniosły dzieła Arystotelesa (384 - 322 p.n.e.). Filozof ten był najsławniejszym uczniem
Platona (472 - 347 p.n.e.), twórcy filozofii idealizmu. Wykształcenie
miało zasadniczy wpływ na badania własne Arystotelesa. Opierały się
one przede wszystkim na doświadczeniu i licznie przeprowadzonych
dysekcjach zwierząt. Uważa się go za twórcę doktryn morfologii, bowiem szczegółowo zajmował się budową i kształtem organizmów.
Swoje spostrzeżenia zawarł w dziele pt. „Historia animalium”, w którym odnajdziemy również wiele informacji odnoszących się do systematyki świata zwierząt (1, 2, 8). Filozof nie odnosił się praktycznie do
chorób, ale jego obserwacje wywarły ogromny wpływ na uczonych
i lekarzy z państw basenu morza śródziemnego oraz krajów arabskich
(8, 9).
Osiągnięcia medycyny greckiej i egipskiej inspirowały rzymskich
badaczy nauk przyrodniczych (7, 8, 9). Starożytni Rzymianie stworzyli
liczne poradniki agrarne, traktaty o zapobieganiu chorobom i leczeniu
zwierząt (7, 9, 13, 22, 23). Wiele spośród nich nie przetrwało próby
czasu. Istnieją w formie szczątkowej lub dowiadujemy się o nich
337
z późniejszych opracowań, gdzie pojawiają się cytaty, odwołania do
zawartych w nich informacji lub tylko ich tytuły. Stąd na szczególną
uwagę zasługuje zachowane w całości dzieło Luciusa Iuniusa Columelli (I w.n.e.) „De re rustica” (O gospodarstwie wiejskim). Pisany
przez wiele lat traktat składa się z 12 ksiąg poświęconych agrotechnice. Zawiera on szczegółowe informacje o życiu i kulturze ludności
wiejskiej, hodowli zwierząt (w tym ryb i pszczół), uprawie roślin i stosowaniu nawozów. W dziele tym Autor stwierdza również, że każdy
z dobrych rolników powinien posiadać dostateczną wiedzę z zakresu
medycyny weterynaryjnej (7, 17, 19). Ponadto kształtuje on postawę
etyczną lekarza zwierząt odnosząc się do poglądów i przysięgi Hipokratesa. Musiały jednak upłynąć setki lat, aby na jej wzór opracować
zasady, jakimi powinien kierować się lekarz weterynarii. Dokonał tego
w 1629 roku hiszpański lekarz weterynarii F. B. Ramirez (9, 13).
W swoich opisach Columella powołuje się na dzieło Aulusa Corneliusa
Celsusa (ok. 25 p.n.e-50 n.e.) De medicina libri octo i jego wzorem
wprowadza łacińsko-grecką nomenklaturę obowiązującą do dziś
w medycynie i weterynarii (3). W traktacie Columelli znajdujemy wiele
opisów chorób zwierząt, metod ich rozpoznawania, sposobów leczenia a także wykaz niezbędnych leków. W wielu przypadkach okazuje
się, że są one zbliżone do współczesnej praktyki weterynaryjnej. Columella dla ludzi zajmujących się leczeniem zwierząt wprowadza termin mulomedicus lub veterinarius. Warto podkreślić, że ten ostatni
funkcjonuje do dnia dzisiejszego. W swoim dziele Columella wyraża
opinię, że rolnictwo oraz prawidłowo prowadzona hodowla żywego in-
338
wentarza są fundamentem rozwoju gospodarki. Zasadniczą rolę przypisywał hodowli bydła, której znaczenie w ówczesnych czasach wskazuje nazwa powszechnie stosowanej jednostki monetarnej – pecunia,
pochodzącej od greckiego słowa pecus, czyli bydło. Na awersie wczesnych monet rzymskich i greckich wybijano zazwyczaj głowę Jowisza
lub Ateny, a na rewersie głowę byka. O wielkiej mądrości Columelli
świadczy jego nacisk na profilaktykę. We wspomnianym dziele podaje
szereg sposobów jak chronić stada przed chorobami i zarazami,
zgodnie ze stosowaną nawet obecnie zasadą, że lepiej jest zapobiegać niż leczyć. Autor przypisuje również ogromne znaczenie higienie
pomieszczeń dla zwierząt oraz konieczności izolowania osobników
chorych. Proponuje także określone schematy leczenia oraz omawia
różne zabiegi chirurgiczne (5, 7, 9, 19).
Równie ważnym poradnikiem rolniczym z tego okresu był „Traktat o rolnictwie” (Opus agriculturae) Rutyliusza Taurusa Emilianusa
Palladiusza. Jedną z ksiąg Autor zatytułował De veterinaria medicina.
Zawarł w niej szereg informacji odnoszących się przede wszystkim do
hodowli koni. Opisał bardzo szczegółowo prawidłową konstrukcję
stajni i wybiegów, metody przechowywania siana oraz szereg zabiegów pielęgnacyjnych. Odniósł się także do zasad żywienia, użytkowania i rozmnażania. W dziele tym Paladiusz zajął się także chorobami
koni wskazując na różne metody lecznicze (14).
Znacznie później, bo w IV w.n.e., Publiusz Flavius Vegetius Renatus (Wegecjusz) publikuje obszerny poradnik dla hodowców i lekarzy weterynarii „Digestorum Artis Mulomedicine Libri”. Autor, odwołu-
339
jąc się do zaleceń wielu znanych medyków, spisał w tym dziele praktycznie wszystko, co było ówcześnie wiadome na temat chorób zwierząt, tworząc swoistą encyklopedię. Należy podkreślić, że przekaz ten
ma charakter naukowy. Renatus dokonuje bowiem krytyki wielu stosowanych metod leczniczych i analizuje ich skuteczność. Księga I zatytułowana została „objawy ogólne chorób koni i ich terapia, czystości
stajen oraz zwierząt”. Zawarte w niej opisy współczesna medycyna
określiłaby, jako choroby ogólnoustrojowe. Księga II „choroby poszczególnych części ciała i ich leczenie”, odnosząca się także do koni
zawiera opisy 149 chorób i metod leczenia. Wiele zaleceń wzbudza
kontrowersje, ale równie duża ich część znajduje głębokie uzasadnienie we współczesnej wiedzy medycznej. Księgę III Renatus poświęcił
„budowie ciała konia w zależności od wieku i pochodzenia oraz kompozycji leków”. Choć informacje morfologiczne mocno odbiegają od
dzisiejszej wiedzy na temat anatomii konia, to warto podkreślić, że obserwacje dotyczące pokroju różnych ras dostarczają rzetelnej wiedzy.
Wieloskładnikowe maści, plastry, wywary i napoje, obok tak dziwnych
jak często zalecany szpik jelenia, zawierają substancje stosowane we
współczesnym ziołolecznictwie. Czwartą Księgę Renatus zatytułował
„choroby i leczenie wołów”. Przekazywaną wiedzę oparł przede
wszystkim na obserwacjach innych znanych lekarzy, opatrując ją swoimi komentarzami. Opisał prawidłowe warunki chowu oraz zasady żywienia tych zwierząt. Wśród chorób zwrócił uwagę na nosaciznę, zaburzenia pokarmowe oraz pasożyty (18). Próbował podnieść rangę lekarza zwierząt, gdyż jak twierdził, łatwiej jest wykryć chorobę u czło-
340
wieka, który wskaże bolące go miejsce. Można go uważać za twórcę
patologii porównawczej, ponieważ w swoim dziele porównuje doświadczenia w terapii ludzi i zwierząt. Opisuje gorączkę zwracając
uwagę na przyspieszone tętno i brak łaknienia, które jej towarzyszą.
Wskazuje na wywołujące ją czynniki, czyli zmęczenie, nadmierny wysiłek, wysoką temperaturę powietrza w porze letniej oraz szkodliwy
skład paszy i wody do picia. Przyczyn choroby szuka w płynach ustrojowych. Uważa, że choroby są zaraźliwe i dzielą się na ogólne i miejscowe. Podobnie jak jego poprzednicy, Renatus nie jest wolny od
przywiązania do guseł. Koniowi dotkniętemu kolką radzi pokazać stado gęsi, które jako obrończynie Kapitolu, przegonią cierpienia zwierzęcia. Podobnie jak wielu ówczesnych medyków wysoko ceni sobie
znane już od XII wieku p. n. e. cudowne remedium na wszelkie dolegliwości, jakim jest upust krwi. Zaznacza jednak, że należy go wykonywać z pewnym umiarem, zwłaszcza u ogierów, które i tak tracą płyny ustrojowe podczas kopulacji. Reatus kładzie nacisk na higienę
stajni, żywienie i utrzymanie konia oraz pielęgnację racic (19, 20).
W tej materii jest zgodny z panującymi ówcześnie poglądami. Na
przykład Warron w traktacie o gospodarstwie rolnym zaznaczył, że
podłogę w oborze dla krów cielnych, jak też w innych pomieszczeniach dla zwierząt należy wybrukować kamieniami lub podobnym kruszywem, aby zwierzętom nie gniły racice. Także w wielkim dziele starożytności, jakim jest poemat o rolnictwie „Georgiki” Wergiliusz zwraca
uwagę na warunku zoohigieniczne panujące w pomieszczeniach inwentarskich (13, 22, 23, 24). Poza wieloma innymi chorobami Rena-
341
tus leczył także zmiany rozrostowe u zwierząt, przy czym uważał, że
guzy należy wypalać gorącym żelazem lub bardziej skutecznymi
w tym przypadku narzędziami miedzianymi. Przykładem świadczącym
o wysokim poziomie jego wiedzy chirurgicznej jest opis postępowania
w przypadku podwinięcia rzęs (trichiasis). Nakazuje naciąć powiekę
w pobliżu rzęs poczynając od strony spojówki aż do skóry i nałożyć
klamry, aby oko uzyskało pełną możliwość widzenia. W następnym
etapie należy wyciąć pasek skóry powieki, założyć szwy a na oko opatrunek z gąbki nasyconej najlepszą oliwą i solanką. Umieszczony
wcześniej opatrunek zdejmuje się po pięciu dniach a na oko nakłada
maść do oczu Collyrium, na powieki zaś maść do ran Tetrapharmacopn. Po utworzeniu blizny należy usunąć założone uprzednio klamry
(19, 20).
Innym znanym lekarzem zwierząt czasów antycznych był Apsyrtos (Apsyrtus) z Kladzomen (280 - 337 n.e.). Pełnił on funkcję hipiatry
w wojskach Konstantyna I Wielkiego będąc jednocześnie wielkim autorytetem w tej dziedzinie (21). Podobnie jak jego poprzednicy w wielu
przypadkach i prawie u wszystkich gatunków zwierząt zalecał stosować upusty krwi (nawet przy świerzbie). U koni wykonywał ten zabieg
na podniebieniu, skroniach, pęcinie i koronce. Co ciekawe, w jego postępowaniu można zauważyć pewne niekonsekwencje polegające na
tym, że niektóre z zabiegów raz polecał, zaś innym razem odradzał.
Apsyrtus opisał różne sposoby postępowania podczas zabiegów operacyjnych z zakresu ortopedii w leczeniu kulawizn, złamań i zwichnięć.
342
Do czasów współczesnych przetrwało 121 listów, z których wynika, że
posiadał dużą wiedzę morfologiczną i umiejętności praktyczne, np.
w zatrzymaniu moczu zalecał masaż pęcherza moczowego przez odbytnicę. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, iż używane przez niego
leki u zwierząt były tymi samymi preparatami, jakie wykorzystywano
w leczeniu ludzi. Jednak w niektórych postępowaniach terapeutycznych stosował również gusła i zaklęcia. Oto kilka przykładów zabiegów chirurgicznych wykonywanych przez Apsyrtusa. Wzdęcie brzucha
radzi leczyć przekuwając mostek trepanem. Z kolei przy puchlinie
wodnej, w celu odpływu wody, igłę wkłuwa się w najniższym punkcie
brzucha. Przepukliny należy wcisnąć i podwiązać, oraz przeciwko nawrotom zabezpieczyć pasem przepuklinowym. Wypadanie odbytnicy
leczy się poprzez amputowanie wynicowanej części. Ostre zapalenie
kaletki w okolicy guza wyrostka łokciowego leczy się wcierkami
a w przypadkach przewlekłych należy ją usunąć. W leczeniu kręczu
szyi (torticollis) wprowadził metodę nałożenia na jej wypukłej powierzchni trzech oddalonych od siebie „szwów” wykonanych z mitry
woskowej. Związane mocno sznurem konopnym zmuszały pacjenta
do utrzymania naturalnej pozycji szyi. „Klamry” pozostawały pod skórą, aż zropiały i odpadły. W leczeniu złamań proponuje założyć opatrunek usztywniający (szynę) na okres 40 dni i utrzymywać konia na
macie podwieszającej. Przy wypadniętej macicy u klaczy każe zwierzę
położyć na grzbiecie, polewać narząd ciepłą wodą, podrażniać przy
pomocy cienkiej igły, obmyć wywarem z wina ziołowego, piany olejowej oraz oleju z owoców granatu i odprowadzić do jamy miednicy. Na-
343
stępnie do światła macicy wsunąć świeży pęcherz, nadmuchać go
i zawiązać, po czym na srom założyć trzy szwy, w takich odstępach,
aby możliwe było oddawanie moczu. Po upływie 12 dni należy wyjąć
szwy a pęcherz nakłuć, wypuścić powietrze i wyciągnąć. Opisana metoda leczenia wypadnięcia macicy zaproponowana przez Apsyrtusa
przetrwała aż do początków XIX wieku. Zbiór wiadomości na temat
lecznictwa koni autorstwa Apsyrtusa znalazł się w bizantyjskim zbiorze Hippiatrika opracowanym w X wieku na polecenie cesarza Konstatntyna VII Porfirogenety. Dzieło to stanowiło kompendium wiedzy
o chorobach koni obowiązujące przez kolejne stulecia (6, 20).
Jednym z podstawowych zabiegów chirurgicznych stosowanych
od najdawniejszych czasów była kastracja. W rozwiniętych rolniczo
państwach najczęściej wykonywano ją u bydła w celu otrzymania
osobników lepiej przystosowanych do pracy pociągowej. Zauważono,
że kastrata cechuje masywna budowa ciała, wybujały wzrost i większa
siła. Ważnym powodem do wykonywania tego zabiegu były walory
smakowe mięsa. U kastratów mięśnie przerastają obficie tkanką tłuszczową, co powoduje, że jest smaczniejsze i bardziej kaloryczne. Nie
mniej ważkim wskazaniem wykonywania kastracji była chęć poskromienia temperamentu zwierząt (13). Wykonywano ją także, jako zabieg leczniczy a jej stosowanie zalecano między innymi u ogierów
w chorobie jąder, ale także mózgu i nerek (9). Należy podkreślić, że
kastracji dokonywano już w okresie neolitu. Najstarsze kości kastratów pochodzące z terenu Polski datowane są na okres kultury pucharów lejkowatych, zaś znaleziska z terenu Niemiec na okres ceramiki
344
wstęgowej rytej (10, 11, 15). Można zatem sądzić, że w czasach
rzymskich był to zabieg dobrze znany a wykonujący go ludzie mieli
doświadczenie zarówno w technice operacyjnej, jak też niezbędną,
gromadzoną przez pokolenia, wiedzę na temat powikłań towarzyszących kastracji. Jądra niszczono rozmaitymi sposobami: ogniem, przez
zgniecenie lub odcięcie a także przez zmiażdżenie powrózka nasiennego. Z całą pewnością doświadczeni hodowcy preferowali kastrację
metodą bezkrwawą. Columella radził, aby nie wykorzystywać w tym
celu noża, lecz leszczotki sporządzone z rozłupanej łodygi zapaliczki
cuchnącej (Ferula assa-foetida), której grubość osiąga nawet 8 cm.
Roślinę tę do dziś stosuje się w lecznictwie ludowym. Rutyliusz Palladiusz polecał wąskie cynowe paski, którymi należało ściskać mosznę
niczym kleszczami. Dopiero po zmiażdżeniu powinno nastąpić odcięcie jąder za pomocą noża (9, 13, 16). Podobne metody postępowania
przetrwały w nieco zmodyfikowanej formie do czasów współczesnych.
Przykładem może być zastosowanie kleszczy Burdizzo do bezkrwawej kastracji bydła (12).
Okres starożytności cechował się niezwykłym rozwojem medycyny i weterynarii. Poczynione w tym czasie spostrzeżenia na temat
morfologii ciała człowieka i zwierząt, chorób oraz sposobów ich leczenia przez wiele stuleci stanowiły dogmat. Niektóre z nich przetrwały do
czasów nam współczesnych w formie niemal niezmienionej jak np.
metoda bezkrwawej kastracji bydła lub upusty krwi stosowane powszechnie także w XX wieku podczas leczenia mięśniochwatu pora-
345
żennego oraz ochwatu u koni. Można zatem stwierdzić, że był to czas,
w którym powstały podwaliny współczesnej medycyny i weterynarii.
Streszczenie
Artykuł przedstawia zarys historii leczenia zwierząt w czasach
antycznych. Omówiono poglądy starożytnych na temat przyczyn chorób oraz podstawowe formy terapii za pomocą środków farmakologicznych oraz zbiegów chirurgicznych.
Piśmiennictwo
1. Arystoteles: Zoologia (Historia Animalium), tłum. i oprac. P. Siwek, PWN, Warszawa,
1982.
2. Arystoteles: Historia animalium; De generatione animalium (W:) Dzieła wszystkie.
PWN, Warszawa, 1990.
3. Celsus A.C.: De Medicina. Leiden, 1730.
4. Chrószcz A., Janeczek M., Pospieszny N.: Mumie zwierzęce w starożytnym Egipcie.
Medycyna Wet. 2006, 62 (11), 1330-1332.
5. Iwańska J.: Przyczyny, zapobieganie i leczenie chorób epidemicznych w starożytnej
Grecji i Rzymie. Seminare, 2010, 28, 2, 223-327.
6. Janeczek M., Chrószcz A., Ożóg T.: Via punica et via hellenica incognita? Transfer
wiedzy w świecie antycznym. Medycyna Wet. 2009, 65 (6), 427-430.
7. Kądziołka A.: Zarys historii medycyny weterynaryjnej i deontologii. Wyd. Akademii
Rolniczej, Lublin 1988.
8. König H.E., Liebich H.G.: Veterinary Anatomy of Domestic Mammals. Textbook and
Colour Atlas. Schattauer, Stuttgart, 2007.
9. Kreyser K.: Zwierzęta gospodarskie w traktatach agrarnych pisarzy rzymskich i wieku
cesarstwa. Wyd. SGGW, Warszawa, 1996.
10. Krysiak K.: Szczątki zwierzęce z osady neolitycznej w Ćmielowie, Wiadomości Archeologiczne, 1950, 14, 165-228.
11. Krysiak K.: Materiały zwierzęce z osady neolitycznej w Gródku Nadbużnym, pow.
Hrubieszów, Wiadomości Archeologiczne, 1956, 23, 49-60.
12. Kulczycki J.: Chirurgia operacyjna zwierząt domowych. PWRiL, Warszawa, 1960.
13. Lasota-Moskalewska A.: Zwierzęta udomowione w dziejach ludzkości. Wyd. UW,
Warszawa, 2005.
14. Mikołajczyk I.: Rzymska literatura agronomiczna. Wyd. UMK, Toruń, 2004.
15. Müller H.H.: Die Haustiere der Mitteldeutschen Bandkeramiker, Berlin, 1964.
346
16. Palladiusz, Rutyliusz Taurus Emilianus Palladiusz: Traktat o rolnictwie, przekład Mikołajczyk I., Wyd. UMK Toruń, 1999.
17. Pospieszny N.: Historia medycyny i deontologii weterynaryjnej. Choroby drobiu oraz
ptaków ozdobnych – materiały szkoleniowe zeszyt 2. UWP Wrocław, 2009.
18. Pubiusz Wegecjusz Renatus: Zarys Antycznej sztuki weterynaryjnej. Wyd. P.P.
Evan, Warszawa.
19. Rotkiewicz T.: Historia weterynarii i deontologia. Wyd. UWM, Olsztyn, 2006.
20. Schebitz H., Brass W.: Chirurgia ogólna dla lekarzy weterynarii i studentów. PWRiL,
Warszawa, 1983.
21. Tarczyński S. i inni.: Zarys historii polskiej weterynarii z podstawami deontologii.
PWN, Warszawa, 1990.
22. Warron, Marek Terencjusz Warron: O gospodarstwie rolnym, przekład Mikołajczyk
I., Wrocław, Warszawa, Kraków, 1991.
23. Warron, Marek Terencjusz Warron: Rerum rusticarum libri tres, przekład Mikołajczyk I., Wyd. UMK, Toruń 1992.
24. Wergiliusz P. Maro: Georgiki, przekład Czerny A.L., PIW, Warszawa, 1956.
Praca zawiera 26 575 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
347
348
ZWIERZĘ – PACJENT CZY TERAPEUTA?
Katarzyna Olbrych, Tomasz Szara
Katedra Nauk Morfologicznych,
Wydział Medycyny Weterynaryjnej
SGGW w Warszawie
[email protected]
Udomowienie mięsożernych gwarantowało bezpieczeństwo ludzi. Psy ostrzegały przed zagrożeniem i chroniły wypasane stada
zwierząt gospodarskich przed drapieżnikami. Koty zapewniały spokojny sen gospodarza chroniąc jego spichlerz przed szkodnikami. Z biegiem lat człowiek poznawał naturalne zachowania swoich czworonożnych przyjaciół i umiejętnie wykorzystywał je do swoich rozmaitych potrzeb. Wzajemna symbioza pogłębiała się, zacieśniały się relacje
zwierzę – człowiek. Ewoluowały również potrzeby ludzi. Zaczęto postrzegać zwierzęta w innym świetle i zauważać odmienne, niematerialne korzyści płynące z towarzystwa zwierząt w życiu człowieka. Zauważano niejednokrotnie, że już samo przebywanie z czworonogiem,
wspólna zabawa czy głaskanie uspakaja i poprawia samopoczucie ludzi. Wraz z postępem cywilizacji rozwijała się medycyna, również na
tym polu działalności człowieka zwierzęta odegrały ważną role, którą
pełnią do dzisiaj (5, 19, 29).
Najstarsze wzmianki o „leczniczych” właściwościach psów pojawiają się już w opracowaniach dotyczących czasów starożytnych.
349
W mitologii egipskiej bóg Anubis o głowie szakala lub psa pełnił rolę
lekarza i aptekarza bogów, był również strażnikiem tajemnic mumifikacji i reinkarnacji. Za atrybut sumeryjskiej bogini Guli ,,Wielkiej Lekarki'' również uważano psa, podobnie było z babilońskim i chaldejskim
bóstwem Mardukiem. W starożytnej Grecji w kulcie syna Apollina,
Asklepiosa (Eskulapa), uznanego za boga medycyny, pełniły one rolę
uzdrowicieli. W świętym gaju, sanktuarium Asklepiosa zbierali się chorzy, którzy wystawiali chore części ciała do polizania przez psy specjalnie w tym miejscu trzymane i szkolone. Wierzono bowiem, że ich
języki mają moc leczniczą. Na terenie świątyni znaleziono tabliczki
z inskrypcjami, które miały poświadczyć cudowną moc świątynnych
psów Thuson z Hermiony, niewidomy chłopiec, odszedł uzdrowiony,
gdy jeden z psów mieszkających przy świątyni w biały dzień polizał
mu oczy. Bliskość tych zwierząt i przyciskanie go do ciała w miejscach
„chorych” miały powodować przejście choroby na czworonoga. Najczęściej stosowano taką „terapię” w przypadku bólu stawów oraz zgagi. Wiara w cudowną moc psów liżących rany i owrzodzenia przetrwała do czasów chrześcijańskich, gdzie niektórych świętych cieszących
się zdolnościami uzdrawiającymi przedstawiano z tymi zwierzętami.
Artystyczne świadectwa korzystania w Europie z psów przewodników
można następnie odszukać w średniowiecznych drewnianych rzeźbach. Trzynastowieczne chińskie malunki na pergaminie, znajdujące
się w zbiorach nowojorskiego Metropolitan Museum, przedstawiają
podobne sceny z Dalekiego Wschodu. Grafiki Gainsborougha (17271788) i Bewicka (1753-1828) dostarczają więcej detali o prowadzą-
350
cych czworonogach. Obie przedstawiają niewidomego mężczyznę
prowadzonego przez psa, który przekracza wąski drewniany mostek;
w jednym wypadku niewidomemu towarzyszy również osoba widząca.
Najwcześniejsze systematyczne treningi zwierzęcych przewodników były relacjonowane przez wiedeńskiego okulistę Georga Beera;
odbywały się w paryskim szpitalu Quinze-Vingts w połowie XVIII wieku
(11). Chardin przedstawił artystyczną wizję psa przewodnika w czasie
treningu na obrazie, który trafił do Luwru w 1753 roku. Trening psów
był następnie prowadzony także w Wiedniu, gdzie zarówno pudle
i szpice były poddawane treningom przez ich niewidomych właścicieli.
Instytut w Wiedniu wprowadził bardziej systematyczny trening dla
niewidomych w 1819, wydając pierwszy podręcznik. Do utrzymania
dyscypliny na treningu używano laski dla niewidomych i specjalnej
uprzęży. Zainteresowanie psami przewodnikami znacząco wzrosło
w czasie pierwszej wojny światowej, kiedy niemieckim służbom medycznym powierzono rehabilitację wielu młodych ludzi, którzy stracili
wzrok na skutek działań wojennych. Już podczas trenowania setek
tych zwierząt, w 1916 służby medyczne umieściły swego pierwszego
systematycznie szkolonego psa przewodnika u niewidomego weterana wojennego Paula Feyena. Zaledwie 3 lata później szkolono już
średnio około 600 psów rocznie (25). Jednak stopniowo odchodzono
od leczenia tylko dolegliwości fizycznych, a uzdrawiające właściwości
tych czworonogów zaczęto koncentrować na sferze psychologicznej
(17).
351
Pierwsze próby wykorzystania zwierząt w psychiatrii podejmowano w IX wieku. W ośrodku Gheel w dzisiejszej Belgii, zwierzęta wykorzystywano jako element „terapii naturalnej”. Kolejne, znacznie późniejsze, bo w XVIII w. Pochodząca z 1792 roku wzmianka wspomina
o ośrodku w Anglii, w York Ratter, w którym leczeniu poddawano osoby psychicznie chore, kierował nim William Tuke. Elementem terapii
była praca w gospodarstwie oraz zajmowanie się małymi zwierzętami
– dzięki temu pacjenci uczyli się samokontroli oraz pewności siebie.
Zakład położny z dala od miasta, posiadał ogród, w którym hodowano
małe zwierzęta, a opiekę nad nimi powierzono pacjentom. Dzięki
swym metodom odniósł on duży sukces. Pomimo to terapię z pomocą
zwierząt uznano za "nienaukową". Tuke został wyśmiany, a jego metoda popadła w zapomnienie. Lecz 100 lat później powstał w Niemczech w Bethel zakład, w którym podjęto terapie Williama i zastosowano ją w praktyce. Ośrodek założony w 1860 roku, który istnieje do
dziś, także wykorzystywał zwierzęta – w podobny sposób jak w Anglii.
Obecnie szpital posiada dwie farmy, oraz stadninę koni, a zwierzęta
w dalszym ciągu pomagają ludziom (2,3).
Jednak o prawdziwym rozwoju dogoterapii możemy mówić dopiero w XX wieku. Przyniósł on wiele nowych doświadczeń i badań, na
podstawie których można dziś naukowo udowodnić przydatność zwierząt we wspieraniu różnego rodzaju terapii. Pierwszą pracę naukową
stwierdzającą, że zwierzę, a zwłaszcza pies, może odgrywać bardzo
ważną rolę w życiu dziecka było opracowanie W. Flower’a Bucke’a.
W 1903 roku przeanalizował on 1200 dziecięcych wypracowań na te-
352
mat psów. Z jego badań wynikało, że dzieci samotne i cierpiące,
w szczególny sposób wiążą się z psami i wiele zyskują na kontakcie
z nimi. Na owe czasy była to bardzo rewolucyjna teoria, która zapoczątkowała zainteresowanie wpływem zwierząt na zdrowie psychiczne
ludzi (17).
W 1944 ukazał się artykuł H.S. Bossarda pod tytułem „Zdrowie
psychiczne właścicieli psów” który opisywał role, jakie zwierzęta odgrywają w życiu ludzi, a szczególnie dzieci. Te czworonogi są przede
wszystkim źródłem nieograniczonej miłości i akceptacji, dzięki czemu
nawiązują doskonały kontakt z dziećmi. Pies został przedstawiony jako „nauczyciel” dziecka w wielu aspektach życia, z akcentem położonym na sferę emocjonalną i rozwój psychiczny (7).
Najważniejszym jednak krokiem w kierunku uznania dogoterapii
jako metody rehabilitacji były badania i prace Borisa Levinsona. Początkowo opierał się on na pracach Bossarda, jednak znacznie rozwinął jego teorię. W opublikowanym w 1964 roku artykule jako pierwszy
użył określenia „terapia z udziałem zwierząt” (ang. pet therapy). Prowadził badania nad dziećmi z autyzmem i zauważył, że pacjenci dużo
szybciej i chętniej otwierają się przed jego psem – Jingles’em – niż
przed nim samym. Zaczął pracować nad wykorzystaniem tego stworzenia jako pomostu do nawiązania kontaktu z dziećmi. Dzięki temu
skuteczniej mógł prowadzić terapię. Opierając się na swoich obserwacjach Levinson wysunął następujące hipotezy:
353
• Opieka nad zwierzęciem w dzieciństwie może wyrobić zwiększoną wrażliwość na uczucia i postawy innych ludzi, nauczyć tolerancji, samoakceptacji i panowania nad sobą.
• Życie w towarzystwie zwierząt domowych pozwala dziecku zrozumieć istotę życia i śmierci
• Zwierzęta sprzyjają rozwojowi emocjonalnemu, stanowiąc dla
dziecka
wsparcie
i
dając
mu
poczucie
bezpieczeństwa
w chwilach osamotnienia i wyobcowania.
Publikacje Levinsona przyczyniły się do uznania dogoterapii jako alternatywnej metody wspierania terapii psychologicznej. Zaczęto
prowadzić badania, powstała też Delta Society – organizacja założona
w 1977 przez Michela McCulocha. Obecnie Delta jest wiodąca międzynarodową organizacją badającą wpływ zwierząt na ludzi w celu
udowodnienia przydatności tej metody (27).
Pierwszy program dogoterapii oparty na naukowych przesłankach skierowany był do pacjentów szpitala psychiatrycznego przy
uniwersytecie w Ohio. Opracowało go małżeństwo psychiatrów – Sam
i Elizabeth Corson, którzy w roku 1975 przeprowadzili go z udziałem
50 pacjentów. Każdy z nich mógł sobie wybrać psa, którego odwiedzał
codziennie w sąsiadującej ze szpitalem hodowli. Trzech podopiecznych zrezygnowało z udziału w programie, jednak u pozostałych odnotowano znacząca poprawę stanu zdrowia. Psy wzmocniły pozytywny kontakt pomiędzy pacjentami i personelem, przyczyniły się do
wzrostu niezależności, pewności siebie i zaufania do świata. Wielu
chorych opuściło potem szpital (18).
354
Do Polski dogoterapia dotarła nieco później. Pierwsze wzmianki
o niej pojawiły się pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy to Maria
Czerwińska razem ze swoimi psami odwiedzała placówki, w których
przebywały dzieci niepełnosprawne. W ubiegłym roku obchodzono
dwudziestolecie dogoterapii w Polsce. Obecnie w naszym kraju działa
kilkanaście organizacji dogoterapeutycznych, wśród których warto
wymienić Przyjaciela (Warszawa), Dogtora (Gdańsk), Ama Camen
(Łódź), Właśnie Tak! (Bydgoszcz) , czy Psa dla Stasia (Warszawa)
(27).
Obecnie na całym świecie prowadzone są badania dotyczące
wpływu zwierząt na rozwój i funkcjonowanie człowieka. Dogoterapia
staje się coraz powszechniejszą i docenianą formą wspomagania lecenia, której działania nie da się zastąpić w żaden inny sposób. Trudno wymienić wszystkie schorzenia kwalifikujące się do zooterapii.
Najogólniej mówiąc terapia z udziałem zwierząt najwięcej korzyści
przynosi ludziom niepełnosprawnym fizycznie i psychicznie. Największy pożytek przynosi dzieciom z cechami autystycznym, ADHD czy
Zespołem Down’a (13, 21). Psia terapia pomaga także pacjentom
cierpiącym na mózgowe porażenie dziecięce (14). Jednak nie tylko
niepełnosprawni mogą skorzystać z kojącej obecności zwierząt. Co
ciekawe, zabawa ze zwierzęcym terapeutą wpływa także na socjalizację i uwrażliwienie więźniów, narkomanów czy trudnej młodzieży. Psy
sprawdzają się nawet w terapii osób starszych i samotnych, nie mówiąc już o dzieciach z domów dziecka - opieka nad czworonogiem czy
tylko krótkie spotkania na spacerze doskonale łagodzą samotność
355
i stres. Dogoterapia opiera się na przyjacielskich cechach zwierzęcia.
Działają one na zmysły, często bez udziału naszej świadomości (15,
16, 20, 22).
Jednak pies nie jest jedynym zwierzęciem wykorzystywanym
w szeroko pojętej animaloterapii. Innym czworonogiem, który związał
się na przestrzeni lat z człowiekiem, by w końcu odegrać role „ludzkiego lekarza” jest koń. Historia relacji między człowiekiem i koniem
jest nie mniej długa i koń, podobnie jak pies, doskonale nadaje się do
terapii.
W V w p.n.e. odnajdujemy już pierwsze wzmianki o wykorzystaniu w lecznictwie koni, które zostały zawarte w dziele „Corpus Hippocrateum” pochodzącym z IV w p.n.e, a spisanego 100 lat poźniej. Autorem tego traktatu był Hipokrates z Kos, który zachwala w nim jazdę
konną jako wysokowartościową gimnastykę ciała i ducha pobudzającą
funkcje organizmu i łagodzącą schorzenia. Równie pochlebne opinie
hipoterapia uzyskała w dziełach Asklepiadesa, Paracelsusa, Vesaliusza, La Mettrie. W historii medycyny, rehabilitacji i psychologii koń
miał ogromne znaczenie, jednak do drugiej połowy dwudziestego wieku był zdecydowanie niedoceniany.
Dopiero w 1870 roku szkocki lekarz John Brown u asteników
z powodu niedostatku bodźców stosował jazdę konną. Było to pierwsze celowe użycie konia do zabiegów terapeutycznych. W Wielkiej
Brytanii w roku 1945 wprowadzono jazdę konną do terapii dzieci
z dysfunkcją ruchową. Liz Hartel duńska amazonka dotknięta chorobą
Hainego-Medina nie przerwała treningów. Dzięki jeździectwu jej stan
356
zdrowia uległ na tyle poprawie, że mogła wystartować w1952 w Olimpiadzie w Helsinkach i zdobyć srebrny medal w konkurencji ujeżdżania koni. Tę datę uważa się za narodziny nowoczesnej hipoterapii
(24).
W 1954 roku Nora Jacques stworzyła w Angli pierwsze regularne grupy chorych usprawnianych na koniu. Również wWielkiej Brytanii
w 1964 roku powstała pierwsza międzynarodowa organizacja RDI
(Relationship Development Intervention) zajmująca się popularyzacją
rzetelnej wiedzy na temat tej metody na świecie (27).
W latach sześćdziesiątych zaczęto stosować hipoterapie
w takich państwach jak Niemcy, Francja, a w Kanadzie i Stanach
Zjednoczonych po roku 1968 powstają specjalne towarzystwa (28).
W
latach
siedemdziesiątych
nastąpił
rozwój
hipoterapii
w krajach Beneluxu, Austrii, Szwajcarii oraz powtórnie w Skandynawii
(pierwsze próby podjęto w 1946 roku zaraz po II Wojnie Światowej ,
po wybuchu epidemii polio). W 1976 roku w Bazylei odbył się pierwszy
międzynarodowy kongres, na którym podkreślono olbrzymi wpływ
kontaktu z koniem u dzieci z okołoporodowym i późniejszym uszkodzeniem mózgu (8).
W 1984 roku powstała Polska Organizacja Hipoterapeutyczna
pod kierownictwem prof. Grohmala konsultanta do spraw rehabilitacji
w Krakowie. Rok później powstaje pierwsza oficjalna placówka
w Swoszowicach w klubie jeździeckim Krakus zajmująca się terapią
z użyciem koni w formie kursu wakacyjnego. Jeden sezon turystyczny
trwał 24 dni i obejmował siedemdziesięcioro dzieci z różnymi schorze-
357
niami. Największa poprawa wystąpiła u pacjentów ze skoliozą (tzw.
chorobą Scheuermana). Po turnusie ustąpiły u nich dolegliwości bólowe i poprawiła się ich sprawność ogólna. Największy postęp zaobserwowano u pacjentów, którzy powtarzali cykl 4 i więcej razy w roku.
Lata osiemdziesiąte to również okres rozwoju tego rodzaju terapii na
terenie Czech, Słowacji i Węgier. Natomiast w państwach byłego
Związku Radzieckiego początki hipoterapii przypadają na lata dziewięćdziesiąte (8).
Dziś metoda ta jest rozpowszechniona na całym świecie
i stanowi jedną z cenniejszych form rehabilitacji wieloprofilowej. Jej
uniwersalność polega na jednoczesnym oddziaływaniu ruchowym,
sensorycznym, psychicznym i społecznym. Ćwiczenia i jazda na
grzbiecie końskim doskonalą równowagę, koordynację, orientację
w przestrzeni oraz poczucie rytmu, stymulują i normalizują czucie powierzchowne a także zwiększają poczucie własnej wartości. Na
szczególną uwagę zasługuje terapia, której istotą jest emocjonalny
kontakt pacjenta z koniem bez konieczności wsiadania na grzbiet
zwierzęcia i jazdy. Tego typu rehabilitacja wywiera zbawienny wpływ
na osoby z zaburzeniami emocjonalnymi oraz rozwija pozytywnie społecznie. Hipoterapia przynosi korzyści zarówno somatyczne jak psychiczne. Można w ten sposób rehabilitować dzieci z takimi schorzeniami jak: mózgowe porażenie dziecięce, stany po urazach czaszkowo-mózgowych, minimalne uszkodzenie mózgu (ADHD), choroby
mięśni, choroby psychiczne, wady postawy, skoliozy I stopnia według
skali Coba, stany po amputacji i wady rozwojowe kończyn, zespoły
358
genetyczne (Zespół Down’a), przepukliny oponowo-rdzeniowe (warunkowo w zależności od wysokości uszkodzenia), zespoły psychologiczne (zaburzenia emocjonalne, upośledzenia umysłowe, niedostosowanie społeczne) dzieci niedowidzące i niewidome. Hipoterapia
również przeznaczona jest dla osób dorosłych i daje dobre efekty
w następujących schorzeniach: stwardnienie rozsiane (SM), stany po
urazie mózgu (wylewy, zatory), stany po urazach czaszkowomózgowych, uzależnienia, patologie społeczne (2, 3, 5,8, 21).
Kot podobnie jak pies czy koń towarzyszył człowiekowi od tysięcy lat. Zwierzęta te były udomowione w starożytnym Egipcie jeszcze
w czasach przeddynastycznych, czyli już 3500 lat p.n.e. . 2000 lat
później, w czasach faraonów Tutenchamona i Ramzesa, umocnił się
kult bogini Bastet (Bast; imię to oznacza: tę, która drapie), przedstawianej jako kotka lub kobieta z głową kotki. Bastet to bóstwo wszystkiego, co radosne: macierzyństwa, płodności, dzieci, miłości, radości,
muzyki i tańca. Była boginią domu - żaden dom egipski nie mógł się
obejść bez kota. Zwierzęta te były podziwiane za trzy cechy przypisywane faraonom: odwagę, siłę i aktywność. Według Herodota (który
utożsamiał Bast z grecką boginią Artemidą), za czasów władców XXII
dyn, rezydujących w Bubastis, gdy w Egipcie wybuchł pożar, ludzie
martwili się bardziej o koty niż o płonące gospodarstwo. Hellenowie,
a następnie Rzymianie również przyjaźnili się z kotami, uważając je za
stróżów domowego ogniska. W świecie arabskim koty czczono m. in.
dlatego, że ich wielbicielem był prorok Mahomet (3).
359
W średniowieczu nie traktowano kociego rodu łaskawie. Wierzono, że szatan przyjmuje postać czarnego kota, co było powodem
prześladowań ludzi sympatyzujących z kotami. Do czasu. W latach
1346 - 1352 XIV wieku przez Europę przeszła straszliwa epidemia
"czarnej śmierci" - dżuma, która pochłonęła 30-50% mieszkańców
kontynentu. Uświadomiono sobie wówczas, że koty polujące na
szczury, które przenosiły chorobę, są naturalnymi sojusznikami ludzi.(9) Na miedziorycie Albrechta Dürera "Adam i Ewa" z 1504 roku
widzimy już kota pomiędzy innymi zwierzętami w rajskim ogrodzie
(28).
Historia zatoczyła koło i podobnie jak w wielu innych przypadkach, współcześni uznali racje starożytnych: w latach sześćdziesiątych XX wieku koty zostały oficjalnie wprowadzone do medycyny
przez Brazylijkę Nise da Silveira. Nazwa felinoterapia pochodzi od łacińskiego słowa felis - kot oraz greckiego therapeia - opieka, leczenie.
Jest to jedna z najnowszych gałęzi animaloterapii, czyli zooterapii.
W Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii i w Szwecji, istnieją co
najmniej dwa programy animaloterapii opracowane przez psychologów, terapeutów i pedagogów. Pierwszy polega na resocjalizacja
więźniów, młodzieży trudnej, osób z problemami życiowymi. Celem
drugiego jest poprawa jakości życia osób starszych, dotkniętych przez
los, pacjentów hospicjów. W Polsce felinoterapię stosuje się od grudnia 2005 r.
Oprócz korzyści psychologicznych "koci terapeuci" świetnie
wpływają na zdrowie fizyczne osób starszych. Codzienne zabiegi pie-
360
lęgnacyjne, karmienie czy głaskanie zmuszają do ruchu. Dotykanie
miękkiej kociej sierści łagodzi bóle reumatyczne rąk, ponieważ pacjent
podczas głaskania mimowolnie gimnastykuje mięśnie i stawy.
W Szwecji coraz częściej wykorzystuje się felinoterapię w leczeniu
dzieci autystycznych. Badania naukowe wykazały również, że osoby
żyjące w towarzystwie zwierząt mają niższy poziom cholesterolu i triglicerydów (1), a co za tym idzie - zmniejsza się ryzyko miażdżycy
i choroby zakrzepowej; u posiadaczy zwierząt ryzyko zawału zmniejsza się o 3% (10).Felinoterapię wykorzystuje się, pracując z dziećmi
autystycznymi, Zespołem Down’a, z dziećmi nadpobudliwymi, a będącymi w normie intelektualnej (23). Bywa one też stosowana u osób borykających się z chorobą Alzheimera, Parkinsona, będących po wylewach krwi do mózgu.
Dziś istnieje wiele koncepcji terapeutycznych i pól zastosowań
zooterapii. Przede wszystkim konie, koty, psy i delfiny pomagają rozwiązywać niektóre problemy pacjentów przechodzących rehabilitację,
niepełnosprawnych fizycznie lub psychicznie, socjalizowanych więźniów, narkomanów i tzw. trudnej młodzieży. W delfinariach leczone
i rehabilitowane są osoby z chorobami psychicznymi, neurologicznymi, onkologicznymi oraz kobiety w ciąży. Długookresowe badania potwierdzają efektywność terapii z delfinami w przypadku dzieci z Zespołem Down’a, autyzmem i innymi schorzeniami psychicznymi i fizycznymi (26). Zaobserwowano u niektórych psów zdolności do wykrywania chorób nowotworowych u człowieka. Okazało się, że poszczególne nowotwory wydzielają specyficzny zapach, dobrze rozróż-
361
niany przez odpowiednio przeszkolone psy. Pies przewodnik niewidomych umożliwia sprawniejsze przemieszczanie się tych osób i jest
dla nich towarzyszem umożliwiającym prowadzenie aktywniejszego
życia. Jednak mimo potwierdzonej badaniami skuteczności animaloterapii należy pamiętać, że stanowi ona jedynie uzupełnienie pozostałych metod leczenia, jakim poddawany jest pacjent. Kontakt z psem,
koniem, kotem czy innym zwierzęciem przyśpiesza proces zdrowienia,
ułatwia terapeucie nawiązanie kontaktu i wyzwala spontaniczną aktywność pacjenta, nie zastąpi jednak rehabilitacji w jej podstawowych
formach.
W literaturze można znaleźć zamiennie używane terminy: animaloterapia, terapia kontaktowa z udziałem zwierząt, czy zoo terapia.
W zależności od rodzaju pracy jaką wykonują zwierzęta stosuje się
bardziej szczegółowe określenia:
- pet therapy-terapia z udziałem zwierząt domowych,
- animal assisted therapy- terapia ze wsparciem zwierzęcia,
- animal assited activity- aktywność ze wsparciem zwierząt,
- animal service- usługa zwierząt,
- animal facilitated therapy- terapia wspierana przez zwierzęta,
- animal companionship -towarzystwo zwierzęcia przewodnika,
- animal visits - wizyty zwierząt,
- dog service -pies usługodawca,
- pet facilitated therapy- terapia wspierana przez zwierzęta domowe,
oraz terminy związane z rodzajem używanego zwierzęcia:
362
- delfin - delfinoterapia,
- koń - hippoterapia,
- pies - kynoterapia, bądź dogoterapia
- kot - felinoterapia, czasem kototerapia (4, 12, 15, 16)
W języku angielskim zwierzę określane jest słowem pet lub
animal. Animal jest zwierzęciem często dzikim, takim którego nie
trzymamy w domu, nie głaszczemy, nie bierzemy do łóżka, aby spało
w naszych nogach. Pet to zwierzę, które traktujemy niejednokrotnie
jak członka rodziny, troszczymy się o nie, pieścimy, jesteśmy w stanie
poświęcić swoje zdrowie dla ocalenia go od niebezpieczeństwa. Dlaczego przyjęto sformułowanie „animal” w stosunku do zwierząt wykorzystywanych w terapii? Otóż w krajach takich jak Stany Zjednoczone,
Kanada, czy Szwecja w domach coraz częściej utrzymuje się różne
zwierzęta w roli domowych maskotek, przewodników czy stróżów
obejścia. Stają się nimi świnie, gęsi domowe, kuce szetlandzkie, węże, gekony, kameleony, małpy i inne stworzenia. Zaczęto przyjmować,
że każde zwierzę duże czy małe, jednak takie, które mieszka w domu,
z którym mamy kontakt wzrokowy, słuchowy czy dotykowy, może wywierać pozytywny wpływ na człowieka i jego zdrowie, a więc stać się
terapeutą.
Na przestrzeni dziejów zwierzęta zawsze służyły człowiekowi do
zapewnienia określonych potrzeb. Zmieniały się one wraz z rozwojem
cywilizacji. Dzisiaj ludzie czerpią jeszcze jedną istotna korzyść z towa-
363
rzystwa czworonogów, a one wypełniają jeszcze jedną, ważną rolę.
Są naszymi lekarzami.
Streszczenie
Zooterapia jest metodą terapeutyczną stosowaną od wieków.
W leczeniu pomagają psy, koty, konie, delfiny i inne zwierzęta. Kontakt z czworonogiem poprawia samopoczucie chorych, przyspiesza
rehabilitację i powrót do zdrowia. Może on stanowić samodzielną metodę lub uzupełniać inne.
„Na tym świecie różnie bywa,
Zabawnie i dziwnie.
Raz jednostka jest szczęśliwa,
To znów wręcz przeciwnie.
W dżungli życia, w życia buszu
Zawsze ci pomogą
Cztery łapy,
Para uszu,
Oczy,
Nos
I ogon.”
(Ludwik Jerzy Kern „Cztery łapy”)
Kultura posiadania zwierząt rozwijała się od czasów prehistorycznych, kiedy to człowiek zdołał udomowić pierwsze ssaki. Początkowo wszystkie starania związane z utrzymaniem dobrego stanu ich
364
zdrowia wiązały się z oczywistymi korzyściami dla człowieka. Zdrowy
inwentarz gwarantował bowiem zdatne mleko do picia, mięso do jedzenia oraz ciepłą odzież. Zwierzęta często stanowiły środek transportu, a zdarzało się, że również zapewniały budulec na ludzkie domostwa.
Piśmiennictwo
1. Anderson W., Reid, P., Jennings G.: Własność zwierząt i czynników ryzyka chorób
układu krążenia. Medical Journal. 1992, 157 s. 298-301.
2. Baranowicz K.: Zwierzęta w rehabilitacji osób niepełnosprawnych. Forum Edukacyjne
Wydziału Pedagogiki Wyższej Szkoły Informatyki. 2006; 3 s. 116-119.
3. Bartkiewicz W., i inni.: Czy zwierzęta potrafią leczyć? : terapie z udziałem zwierząt
wspomagające rehabilitację osób niepełnosprawnych. Warszawa 2008.
4. Bartkiewicz W., Zawadka M.: Pies - terapeuta i przyjaciel rodziny : rola psa w procesie rehabilitacji niepełnosprawnego dziecka. Warszawa 2008.
5. Baumans V.: Use of animals in experimental research: an ethical di lemma. Gene
Therapy. 2004; 11: 64–66.
6. Baum E.: Terapia zajęciowa. Warszawa 2008.
7. Bossard J.H.S.: Zdrowie psychiczne właścicieli psów. Londyn 1944.
8. Brzuchacz M.: Terapia psychomotoryczna małych dzieci z zaburzeniami i utrudnieniami w rozwoju psychoruchowym w hipoterapii. Szkoła Specjalna . 2005; 4: 295299.
9. Duncan Ch., Scott S.: Czarna Śmierć. Epidemie w Europie od starożytności do czasów współczesnych. Warszawa 2008.
10. Fridman E.: Rola zwierząt domowych w zwiększaniu dobrobytu człowieka: skutki fizjologiczne. New York 1995.
11. Ireson P.: Another Pair of Eyes. British Journal of Visual Impairment. 1991; 9 s. 101102.
12. Jakimiuk-Baran K., Lewandowska M.: Heca na cztery łapy : gry i zabawy z udziałem
psa terapeuty. Warszawa 2005.
12. Kaczmarek B.: Wspomaganie rozwoju dzieci z zespołem Downa - teoria i praktyka. Kraków 2008.
13. Kott T.: Zajęcia pozalekcyjne i terapia zajęciowa z osobami o obniżonej sprawności
umysłowej. Warszawa 2005.
1˛4. Kulisiewicz B.: Witaj, piesku! : dogoterapia we wspomaganiu rozwoju dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Kraków 2007.
15. Kulisiewicz B.: Dogoterapia we wspomaganiu nauki i usprawnianiu techniki czytania. Kraków 2009.
16.Kurzeja A., Godawa J.: Wykorzystania zoo terapii w terapii pedagogicznej na przykładzie terapii z udziałem psa. Katowice 2009.
365
17.Machoś-Nikodem M.: Dogoterapeutyczny program polisensorycznej stymulacji porozumiewania się : poradnik dla logopedów, dogoterapeutów i nauczycieli wykorzystujących terapię kontaktową w pracy z dziećmi z dysfunkcjami rozwojowymi. Warszawa
2007.
18. McCulloch et al.: Diagnostic Accuracy of Canine Scent Detection in Early-and LateStage Lung and Breast Cancers. Integrative Cancer Therapies. 2006; 5 (1).
19. Majewska B., Kohler R.: Psy w terapii dzieci agresywnych i doświadczających
przemocy. Warszawa. 2005; 4 s. 11-13.
20. Olechnowicz J., Lessing H.: Czego można się nauczyć o dziecku autystycznym
w kontakcie z koniem? : inspiracja lekturą "Wokół autyzmu". Polskie Forum Psychologiczne. 2005, t. 10 (1) s. 81-85.
21. Pawlik-Popielarska B.: Terapia z udziałem psa. Warszawa 2008.
22. Pisula E., Danielewicz D.: Wybrane formy terapii i rehabilitacji osób z autyzmem.
Kraków 2008.
23. Pyrka-Majerkiewicz M.: Jeździectwo jako sport osób niepełnosprawnych. Szkoła
Specjalna. 2005; 2 s.138-148.
25. Refson, K., Jackson A.J., Dusoir A.E., Archer D.B.: Ophthalmic and visual profile of
guide dog owners in Scotland, British Journal of Ophthalmology. 1999; 83 s. 470-477.
26. Schott S., Weiss J.: Uczmy się od delfinów : jak żyć szczęśliwie w rosnącym chaosie trzeciego tysiąclecia. Katowice 2006.
27. Włodarczyk-Dutka M.: Terapia psychopedagogiczna z udziałem psa. Ostróda 2006.
28. Więcek J.: Zwierzyniec terapeutyczny. Ekoświat. 2007; 2, s. 46-47.
29. Willis C. et al.: Olfactory detection of human bladder cancer by dogs: proof of priciple study. British Medical Journal 2004, 329 s. 712.
Praca zawiera 26 988 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
366
LWOWSKI KOŃ TRAMWAJOWY
JAKO PACJENT
Zbigniew Wróblewski, Antoni Gamota*
Gabinet Weterynaryjny, ul Mickiewicza 41, 12-200 Pisz,
*
Narodowy Uniwersytet Medycyny Weterynaryjnej
i Biotechnologii im. S.Z. Grzyckiego we Lwowie
[email protected]
Postanowieniem Cesarza Austrii z 27. 12. 1880 r. wyznaczono
termin otwarcia c.k. Szkoły Weterynarii i Szkoły Kucia Koni
w połączeniu z Zakładem Leczenia Zwierząt na dzień 01. 10. 1881 r.
Od początku działalności szkoły rozpoczęto starania u władz
o podniesienie lwowskiej weterynarii do rangi studiów uniwersyteckich
(7, 8). Wymagało to od nielicznej w tym czasie kadry naukowej olbrzymiego wysiłku prowadzenia zajęć dla studentów na wysokim poziomie ,organizacji kuźni, klinik, pomocy dydaktycznych, prowadzenia
badań naukowych oraz publikacji naukowych w czasopismach fachowych, a także reprezentowania uczelni na zjazdach naukowych.
W bardzo trudnych warunkach lokalowych rozpoczęto organizację klinik stanowiących podstawowa bazę do świadczenia usług dla
miasta Lwowa i okolic. Był to nieodzowny warunek pozyskiwania pacjentów do działalności dydaktycznej i badawczej (7, 8). Pierwszymi
były Klinika Chirurgiczna i Klinika Chorób Wewnętrznych zorganizowane w prymitywnych i ciężkich do pracy warunkach , gdy na uczelni
367
nie było jeszcze oświetlenia elektrycznego. Jeden z założycieli Szkoły
Weterynarii we Lwowie prof. Henryk Kadyi tak oto opisuje warunki
pracy klinicystów (7, 8):
Za budynek kliniczny służy stajnia nizka i ciemna, przy której nie
ma
najmniejszego
lokalu,w
którymby
profesorowie,
asystenci
i słuchacze mogli złożyć swoje wierzchnie odzienie, co zresztą byłoby
zbytecznem wobec panującego w klinice zimna. Z powodu braku
światła w klinice badanie chorych zwierząt odbywa się po prostu pod
gołem niebem, jeżeli chodzi o to, aby badający i obecni słuchacze coś
widzieć mogli. W stajniach klinicznych nawet przy zupełnie otwartych
drzwiach mało co widać, a gdyby drzwi zamknąć, coby w porze zimowej było pożądane i wskazane już ze względu na chore zwierzęta,
wtedyby tam zapanowała absolutna ciemność (1).
Paradoksem historii jest fakt ,że budynek przetrwał wszystkie
burzliwe dzieje historii uczelni i do dzisiejszego dnia spełnia rolę stajni.
Istniejące kliniki spełniały funkcje dydaktyczne, a w okresie ferii
studenckich pracowały jako lecznice dla zwierząt, dlatego też ich działalność trwała nieprzerwanie przez cały rok .Opłaty za leczenie zwierząt pobierano tylko w przypadku koni psów i kotów, stosowano zniżki
a w uzasadnionych przypadkach odstępowano od opłat za usługi weterynaryjne.
Szybko uczelnia stała się dobrze funkcjonującym zakładem
leczniczym dla zwierząt, nie tylko dla miasta ale również dla okolicznych miejscowości (7, 8). Lecznictwo zwierząt stanowiło źródło dochodów wspomagających budżet szkoły (1, 7). W owych czasach
368
podstawowym pacjentem weterynaryjnym był koń, który pod koniec
XIX wieku miał podstawowe znaczenie militarne i gospodarcze. Poziom hipiatrii, sukcesy w dziedzinie terapii, badania naukowe oraz publikacje budowały zasadnie prestiż uczelni. Liczba publikacji naukowych związanych z tą dziedziną nauk weterynaryjnych stanowi pokaźny dorobek uczelni. Do dnia dzisiejszego wspomina się o lwowskiej szkole ortopedii, której ostatnim przedstawicielem w Polsce był
zmarły 11. 07 1985 r. we Wrocławiu prof dr. Henryk Szczudłowski (8).
O tramwajach konnych dawno już zapomniano, a tym bardziej
o problemach zdrowotnych koni pociągowych używanych do tego
środka transportu.
Pierwsza linia tramwaju konnego we Lwowie została otwarta 05.
05. 1880 r. na trasie: Dworzec ↔ ul. Gródecka ↔ ul. Hetmańska ↔
Plac Mariacki ↔ Plac Halicki ↔ Plac Bernardyński ↔ Plac Cłowy.
Tramwaje posiadały zajezdnię przy rozwidleniu ul. Gródeckiej i Janowskiej. Dnia 31. 05. 1894 r. wprowadzono pierwszy tramwaj elektryczny i od tego czasu rozpoczęła się stopniowa likwidacja tramwaju
konnego, ostatni kurs konny odbył się 29. 12. 1908 r. (9).
Konie pracowały w specyficznych warunkach, głównie na twardym kamiennym bruku. Ciągnęły wprawdzie wagony na gładkich szynach, ale ciężar wozów potrafił być znaczący, zwłaszcza gdy wagony
były przepełnione. Duży problem stanowiło wtedy ruszanie i hamowanie, które wymagało krótkiego ale znaczącego dla konia wysiłku.
Znacznym obciążeniom poddane były kończyny miedniczne co powodowało duże przeciążenia mięsni oraz ścięgien (szczególnie zgina-
369
czy), a także stawów oraz kopyt. Każdy koń codziennie przebywał trasę ok 24 kilometrów, a okres użytkowania koni w tramwaju wynosił
średnio około 5 lat (2).
Problemy zdrowotne koni tramwajowych spowodowały, że opiekę weterynaryjną Towarzystwo Tramwajowe we Lwowie powierzyło od
dnia 01. 07. 1891 r. niedawno powstałej c.k. Szkole Weterynaryjnej
we Lwowie, a lekarzem nadzorującym został dr Włodzimierz Kulczycki. Liczba koni tramwajowych wynosiła wówczas 113. Najwięcej tych
zwierząt pochodziło z Rosji, Galicji oraz Węgier i były one rozmieszczone w 4 dużych i w 3 mniejszych stajniach rezerwowych. Największym problemem w pierwszym roku sprawowania opieki weterynaryjnej była epizootia grypy koni, która objęła wszystkie stajnie. Przechorowały wtedy wszystkie konie i nie doszło do żadnego zejścia śmiertelnego (2, 3).
Opieka weterynaryjna wymagała rzetelnej wiedzy, dokładności,
szybkiej diagnozy, częstych interwencji zabiegów chirurgicznych i ambulatoryjnych, gdyż od lekarzy weterynarii w dużym stopniu zależały
wyniki ekonomiczne linii tramwajów konnych oraz zapewnienie płynnego i punktualnego transportu publicznego dla mieszkańców Lwowa.
Profesjonalna opieka nad końmi była kontynuowana nieprzerwanie do
końca 1905 r. (2, 3, 4, 5, 6). Prowadzono szczegółową dokumentacje
i statystkę ,wydano szereg publikacji kazuistycznych, a do dzisiejszego dnia w zbiorach Katedry Chirurgii lwowskiej uczelni zachowały się
liczne preparaty kości kończyn ze zmianami patologicznymi pochodzących od koni tramwajowych, liczące dziś dużo ponad 100 lat. Na
370
uwagę zasługuje fakt, że pokolenia profesorów tej katedry ocaliły wymienione preparaty przed zniszczeniem.
Dla zilustrowania problemów zdrowotnych koni tramwajowych
wybrano okres 1903 – 1905 czyli ostatni okres świetności tego rodzaju
transportu we Lwowie (6, 9).
W analizowanych latach we Lwowie siłę pociągową tramwajów
konnych stanowiło od 138 do 142 koni. W tym okresie 348 przypadków wymagało interwencji lekarsko–weterynaryjnej (6). Czołowe miejsce w statystyce stanowią, co jest zupełnie zrozumiałe, z uwagi na
charakter pracy zwierząt, schorzenia ortopedyczne:
zapalenia kopyt powstałe wskutek uderzeń, odgnieceń od niedopasowanych podków, czy też urazów na nierównych i twardych podłożach;
podbitki - miejscowo ograniczane krwiaki podeszwy ,powstałe
wskutek punktowych urazów spowodowanych przez kamienie, żwir
czy twarde przedmioty znajdujące się na jezdni;
nagwożdżenia - rany tworzywa kopytowego powstałe wskutek nadepnięcia podeszwą na ostro zakończone ciała znajdujące się na
drodze;
zagwożdżenia - rany tworzywa kopytowego powstałe wskutek niewłaściwego kucia;
pęknięcia puszki kopytowej o różnej etiologii na tle urazowym,
bądź złej jakości rogu kopytowego;
371
nadwyrężenie ścięgien i pochewek ścięgnowych powstałe wskutek użytkowania koni na twardym śliskim podłożu oraz powstałe jako następstwo częstych długich zjazdów i podjazdów;
zapalenie ścięgien i pochewek ścięgnowych powstałe wskutek
pracy na grząskim lub bardzo śliskim terenie;
gruda - polietiologiczne schorzenia skóry pęcin;
narośla kostne powstałe wskutek urazów – nakostniaki, intensywnego użytkowania koni z wadami postawy kończyn: szpat, zajęczak,
sarniak;
ochwat - schorzenie niedokrwienne tworzywa kopytowego o różnej
etiologii;
zapalenia stawów na tle urazowym i infekcyjnym;
urazy koronki kopyta powstałe wskutek urazów zewnętrznych - zatrat, niewłaściwej budowy.
Użytkowanie koni w zaprzęgu powodowało również szereg obrażeń zewnętrznych, przeważnie były to: uszkodzenia skóry takie
jak rany, otarcia, odparzenia spowodowane stosowaniem wadliwej,
źle dobranej lub uszkodzonej uprzęży;
skaleczenia i stłuczenia o elementy tramwaju konnego lub
powstałe przy wadliwym hamowaniu, przy zatrzymywaniu się na stromych zjazdach lub też będące skutkiem uszkodzeń mechanicznych
elementów zaprzęgu;
urazy powstałe wskutek upadku pod wóz tramwajowy na
śliskim podłożu lub przy próbie gwałtownego zatrzymania się albo też
na skutek kolizji drogowej.
372
Schorzenia wewnętrzne takie jak kolki, nieżyt górnych dróg
oddechowych, zapalenie płuc, schorzenia jamy ustnej i uzębienia.
Choroby zaraźliwe i zakaźne, a mianowicie tężec, wąglik, zaraza piersiowa (6).
W 1903 r. interwencji chirurgicznej wymagało 100 przypadków,
a 10 koni poddano leczeniu zachowawczemu. W 1904 r. chirurgicznie
leczono 77 koni, natomiast tylko 3 zwierzęta na choroby wewnętrzne.
W 1905 r. w marcu wystąpiła enzootia zarazy piersiowej która trwała
od początku marca do końca czerwca, a jeden przypadek choroby
wystąpił we wrześniu. Przebieg choroby poza jednym przypadkiem był
dosyć łagodny i zejść śmiertelnych nie notowano, 95 koni w trakcie
roku wymagało interwencji chirurgicznej natomiast 3 konie leczono na
choroby wewnętrzne.
Konie w trakcie leczenia nie były używane do pracy, okres przeciętnej niezdolności jednego konia do pracy wynosił w 1903 r. około
13 dni, a w 1904 r. około 7 dni, natomiast w 1905 r. około 14dni.
Szczególną uwagę zwracano na ochronę pacjentów w trakcie terapii
i rekonwalescencji, nie dopuszczając na zbyt wczesne użytkowanie
koni. Czas zwolnienia konia od pracy zależał od rodzaju dolegliwości
(tabela 1).
W swojej pracy Włodzimierz Kulczycki podaje, że absencja chorobowa w pracy u koni tramwajowych wynosiła 4,3 % w 1903 r., 1,3 %
w 1904 r. i był to najkorzystniejszy wynik w ciągu 15 lat oraz 3,7 % w
373
Tab. 1. Kształtowanie się zwolnienia koni od pracy w zależności od rodzaju
dolegliwości.
Rodzaj choroby
Liczba dni bez pracy
podbitki
5 - 12
nagwożdżenia
14 - 15
zagwożdżenia
7 - 35
nadwyrężenia wiezadeł i ścięgien
7 - 12
zapalenie scięgien i pochewek ściegnowych
12 - 15
pęknięcia puszki kopytowej
9 - 12
zapalenie kaletki maziowej
6 - 22
szpat narośla kostne
35 - 40
ochwat zapalenie stawów
10 - 35
skaleczenia
8 - 14
kolki
1-2
nieżyt górnych dróg oddechowych
12 - 32
zapalenie płuc
11 - 32
374
1904 r. (6). W analizowanym okresie wystąpiły również przypadki zejść śmiertelnych oraz skierowania koni na ubój z konieczności. W1903 r. padły 2 konie, a przyczyną były choroby bakteryjne: tężec i wąglik. W 1904 r. padły 2 konie w następstwie pęknięcia żołądka
oraz rozległego pęknięcia miednicy po wypadku tramwajowym (6).
Należy stwierdzić, że w stosunku do liczby koni i rodzaju użytkowania,
liczba zachorowań nie była duża. Zwraca uwagę fakt, że nie stwierdzano dużej liczby zachorowań z objawami kolek i ochwatu oraz nie
notowano zachorowań na mięśniochwat porażenny. Świadczy to
o właściwej pielęgnacji, żywieniu i użytkowaniu zwierząt oraz właściwej opiece weterynaryjnej.
Szczegółowa analiza zachorowań koni tramwajowych we Lwowie może być cennym źródłem do porównań dla współczesnych stajni
sportowych i rekreacyjnych, gdzie liczba notowanych przypadków
chorobowych bywa w wielu okolicznościach znacznie większa, a przyczyną jest bardzo często niewłaściwe żywienie i użytkowanie i to
w czasach gdy tak dużo mówi się o dobrostanie koni.
Streszczenie
Po otwarciu w 1881 r. c.k. Szkoły Weterynaryjnej we Lwowie
w trudnych warunkach stworzono kliniki i rozpoczęto świadczenie
usług weterynaryjnych. Najczęstszym pacjentem ówczesnych klinik
weterynaryjnych szkoły był koń. Od roku 1891 – 1905 prof. Włodzimierz Kulczycki sprawował stałą opiekę nad końmi tramwajowymi
miasta Lwowa, stanowiącymi dla uczelni zarówno doskonały materiał
375
dydaktyczny jak i naukowy - co też budowało prestiż uczelni. Powstało
wiele prac kazuistycznych, uzyskano wiele istniejących do dziś preparatów związanych z patologią kośćca. Wpłynęło to również na poziom
hipiatrii na uczelni, a zwłaszcza ortopedii. W połączeniu z dobrymi
wynikami terapii miało wpływ na prestiż uczelni. Sporządzona statystyka chorób koni daje pełny przegląd schorzeń rejestrowanych u koni
i świadczy o dobrych rezultatach prowadzonej opieki weterynaryjnej.
Analiza schorzeń jest cennym źródłem porównawczym do oceny
zdrowotnej współczesnych stajni.
Piśmiennictwo
1. Kadyi H.: Rozwój i działalność c.k. Szkoły Weterynarii we Lwowie od jej założenia
w roku 1881 aż do końca roku szkolnego 1893/94 C.K. Szkoła Weterynarii, Lwów,
1895.
2. Kulczycki W.: Wykaz statystyczny chorób u koni tramwajowych we Lwowie. Przegląd
Weterynarski, 1892, 12: 270-274.
3. Kulczycki W.: Wykaz statystyczny chorób u koni tramwajowych we Lwowie za rok
1893. Przegląd Weterynarski, 1893, 5: 128-131.
4. Kulczycki W.: Wykaz statystyczny chorób u koni tramwajowych we Lwowie za rok
1895 i 1896. Przegląd Weterynarski, 1897, 3: 65-69.
5. Kulczycki W.: Wykaz statystyczny chorób u koni tramwajowych we Lwowie za rok
1898, 1899 i 1900. Przegląd Weterynarski, 1901, 10: 324-329.
6. Kulczycki W.: Wykaz statystyczny chorób u koni tramwajowych we Lwowie za rok
1903, 1904, 1905. Przegląd Weterynarski, 1906, 8 i 9: 305-309.
7. Perenc A.: Historja lecznictwa zwierząt w Polsce, Toruń, 1936.
8. Praca zbiorowa pod redakcją Tarczyńskiego S. Zarys historii polskiej weterynarii
z podstawami deontologii. PWN, Warszawa, 1990: 131-134, 154.
9. Wikipedia, 2011. Tramwaje we Lwowie. http://pl.wikipedia.org/wiki/.
Praca zawiera 13 238 znaków (< 0,5 arkusza wydawniczego)
376
DAWNA MEDYCYNA
I WETERYNARIA
377
378
ZWIERZĘ – ŹRÓDŁO INSPIRACJI W RÓŻNYCH
KULTURACH
Karolina Barszcz, Marta Kupczyńska, Michał Wąsowicz
Katedra Nauk Morfologicznych, Wydział Medycyny Weterynaryjnej
SGGW, ul. Nowoursynowska 159, 02-776 Warszawa
[email protected]
Człowieka najdawniejszych epok otaczał świat, którego nie rozumiał. Naturalne zjawiska przyrody takie jak gwałtowne wichury
i opady, wylewy rzek, gromy, błyskawice, wybuchające pożary, były
dla ówczesnych ludzi przerażające, często apokaliptyczne. W tym
samym, groźnym środowisku bytowały silne zwierzęta o ogromnych
rozmiarach, których pokonanie wymagało od człowieka wyjątkowego
wysiłku i sprytu. Dlatego też w większości kultur to właśnie zwierzętom
przypisywano nadprzyrodzone zdolności, dzięki którym władały one
światem przyrody oraz ludzkim przeznaczeniem. Starożytne dokumenty, zarówno pisane jak i najróżniejsze formy ikonograficzne, zawierają wizualizacje różnych przedstawicieli fauny, jako opiekuńczych
duchów, wysłanników bądź towarzyszy istot świętych. Bardzo często
bogów przedstawiano całkowicie pod postacią zwierząt albo dodawano tylko określone elementy ich budowy (głowy, rogi, skrzydła, itp.).
Większości bóstw, jako atrybuty mocy i władzy, przypisywano także
konkretne zwierzę.
379
Najstarsze, odkryte dotychczas, motywy zoologiczne wzbudzają
wiele kontrowersji. Wymienić tu należy „kamienną bibliotekę” z Ica
(Andy), rysunki z Nazca (Peru) oraz malowidła naskalne w jaskini Altamira (Hiszpania) i jaskini Lascaux (Francja). Szczególnie intrygujące, a jednocześnie wzbudzające sporą polemikę wśród badaczy, są
ogromne naziemne figury rozciągające się na powierzchni ponad 500
2
km na płaskowyżu Nazca (16). Jak się przypuszcza, stworzone zostały przez Indian między 300 r. p.n.e. a 900 r. n.e. Wśród systemu linii wyraźnie różnicuje się pająk, którego odnóża osiągają długość 40
metrów, kondor, koliber, pies i małpa. Niektóre z przedstawianych
zwierząt osiągają wielkość nawet 120 metrów. Wysnuto wiele teorii interpretujących znaczenie tych geoglifów. Od największego na świecie
podręcznika astronomii, poprzez specyficzny system nawadniający
lub plac zawodów sportowych, do lądowiska dla przybyszy z kosmosu
(16). Nie mniej zagadkowa jest „kamienna biblioteka”. Stanowi ją zbiór
kamieni wulkanicznych, na których prawdopodobnie Inkowie wyryli
wiele postaci zwierząt. Wykonane badania powłoki głazów określiły
wiek rysunków na nie mniej niż 12 000 lat. Najbardziej kontrowersyjnym jest fakt, że jeden z nich odzwierciedlał dokładnie pterozaura żyjącego ponad 140 mln lat temu. I w tym przypadku badacze bardzo
różnią się w interpretacji znaczenia „kamiennej biblioteki”. Niektórzy
uważają je za fałszerstwo, inni przypisują im zasadniczą rolę w rytuałach religijnych Inków (13, 16, 24). Rysunki zdobiące ściany wspomnianych jaskiń, pochodzące z epoki późnego paleolitu, przedstawiają głównie wizerunki najpotężniejszych roślinożerców (jeleni, turów,
380
2
bizonów i koni). W Lascaux na łącznej powierzchni około 100 m ,
umieszczonych jest około 150 malowideł i ponad 15 000 rytów skalnych. Spośród komnat jaskini na szczególną uwagę zasługuje tzw.
Sala Byków. Wizerunki bydła (turów) mają imponujące rozmiary,
a niektóre malowidła osiągają nawet 5 metrów długości. Sylwetki
zwierząt zostały przedstawione z zaskakującą dokładnością i dbałością o szczegóły anatomiczne. Natomiast postać człowieka pojawia
się stosunkowo rzadko i przedstawiana jest jedynie w sposób schematyczny. Na rytach naskalnych widoczne są wizerunki szamanów
oraz myśliwych posiadających zwierzęce atrybuty jak np. ptasie maski. We wszystkich grotach widoczne są również abstrakcyjne symbole, których znaczenia dotychczas nie zinterpretowano. Uważa się, że
ludzie paleolityczni traktowali jaskinię, jako pradawny ośrodek sakralny, w którym odprawiano rytuały magiczne w podziękowaniu za obfitość zwierzyny oraz udane łowy (2, 8, 24).
Najlepiej zachowanymi przykładami sztuki prehistorycznych
Afrykanów są saharyjskie malowidła i ryty naskalne znajdujące się na
wyżynie Tasali Wan Al-Hadżdżar we wschodniej Algierii (24). Najstarsze spośród nich powstały ponad 10 000 lat temu, a ich interpretacja
jest również tematem badań wielu naukowców. Według archeologów
dzieła te zostały podzielone na pięć okresów chronologicznych. Wyróżniono m. in. „epokę myśliwską”, w której przedstawione są gatunki
zwierząt do dziś spotykane w rejonie podzwrotnikowym oraz myśliwi
zaopatrzeni w łuki, oszczepy i drewniane dzidy. Do „epoki bydła” zali-
381
czono wizerunki zwierząt udomowionych oraz sceny z życia codziennego (24).
Egipcjanie uważali, że zwierzęta są żywymi, naziemnymi obrazami bogów. Nieosiągalne dla człowieka ich cechy, jak zdolność latania, szybkość i waleczność, traktowali za przejaw boskiej mocy. Stąd
też w niektórych świątyniach czczono poszczególne gatunki zwierząt.
Najbardziej znanym przykładem jest święty byk Apis, symbol płodności, siły i męstwa. W Memfis, gdzie znajdowała się rezydencja i miejsce jego kultu, uważano go za żywe wcielenie boga – stwórcy Ptaha.
Wierzono, że na Ziemi przybierał on postać czarnego byka z białym
trójkątem na czole, dlatego trzymano go w zagrodzie niedaleko świątyni. Po śmierci urządzano zwierzęciu pogrzeb, który należał do wielkich wydarzeń religijnych. Ciało byka było uroczyście mumifikowane
i składane w ogromnych sarkofagach w Serapeum – grobowcu świętych Apisów. Nowego następcę rozpoznawano dzięki specjalnym znakom, ponieważ wierzono, że po śmierci dusza wędruje do innego
zwierzęcia. Według mitologii egipskiej boginią nieba była Hathor.
Przedstawiano ją w postaci krowy bądź kobiety z krowimi rogami, pomiędzy którymi znajdował się dysk słoneczny. Hathor uważana była
również za boginię urody, miłości, płodności i małżeństwa (6, 8, 14).
Kult kota w starożytnym Egipcie kojarzony jest z dwiema boginiami: Sechmet i Bastet. Pierwszą przedstawiano głównie z głową lwicy. Uznawano ją przede wszystkim za patronkę wojny i zemsty. Natomiast bogini Bastet posiadała dwa oblicza. Wizualizowano ją przede
wszystkim, jako kobietę – kota, ale także w postaci kobiety z głową
382
lwicy. W kociej kreacji uważana była za łagodną boginię miłości
i płodności oraz opiekunkę ogniska domowego. Ta wiara była tak silna, że po naturalnym odejściu kota właściciele na znak żałoby goli sobie brwi a człowieka, który umyślnie go zabił skazywano na śmierć.
Zwłoki zwierząt balsamowano i umieszczano na cmentarzach w Bubastis, gdzie znajdował się główny ośrodek kultu bogini-kocicy. Drugi
wizerunek Bastet, z głową lwicy, był symbolem zwinności i siły. Utożsamiano ją wtedy z boginią wojny Sechmet, mającą chronić władcę
podczas bitew (5, 14).
Związek pomiędzy bóstwami a zwierzętami znajduje wyraz
w sztuce, która przedstawia je najczęściej pod postacią człowieka
z głową zwierzęcia. Umieszczane na głowach ozdoby i ich kształt
wskazywały na moc oraz pozycję noszącej osoby. Faraona wyruszającego na pole bitwy chroniło wyobrażenie sępa umieszczonego na
królewskim diademie. Ptak ten kojarzony był z boginią Nechbet, patronką Górnego Egiptu. W okresie Późnego Państwa sęp stał się potężnym symbolem władzy królewskiej, a jego wizerunki występowały
w grobowcach władców. Spośród ptaków w sztuce jak i w mitologii
egipskiej na uwagę zasługują również sokół i ibis. Pierwszy z nich
związany był z licznymi bóstwami, stąd też jego wizerunek stał się synonimem boga. Drapieżna natura i dostojny lot czyniły go odpowiednim symbolem dla Horusa, syna Ozyrysa, króla bogów i patrona władzy królewskiej. Sokoła utożsamiano również z opiekunem rzemiosła
wojennego – Montu, bogiem słońca – Re oraz bogiem pogrzebu – Sokarem. Natomiast święty ptak ibis uznawany był za wcielenie Thota,
383
boga księżyca i patrona pisarzy. W Hermopolis, głównym ośrodku jego kultu, znaleziono tysiące zmumifikowanych ptaków (1, 6, 10).
Również w mitologii greckiej zwierzęta najczęściej pojawiają się
jako atrybuty bogów. Władca Olimpu Zeus posiadał obok siebie orła,
bogini łowów Artemida – jelenia, a król mórz Posejdon – konia. Według wierzeń bogowie i boginie obdarzeni byli niezwykłymi mocami,
dzięki którym przemieniali ludzi i samych siebie w zwierzęta. Kirke
zamieniła żeglarzy podróżujących z Odyseuszem w wieprze. Natomiast zazdrosna Atena, pięknie tkającą Arachne przeobraziła w pająka. Zeus pod postacią białego byka porwał Europę, córkę króla Fenicjan. Przemieniony w orła uprowadził do niebios przystojnego Ganymedesa. Natomiast księżniczkę Ledę uwiódł pod postacią łabędzia
(18, 21, 22).
Za pomocą zwierząt mityczni bogowie wymierzali kary swoim
przeciwnikom bądź zależnym od ich woli ludziom. Obdarzony nadludzką siłą Herakles za zabicie własnych dzieci został skazany na
służbę u króla Eurysteusa. Na jego polecenie heros miał wykonać 12
na pozór niemożliwych prac. Spośród nich część dotyczyła pokonania
agresywnych zwierząt: lwa nemejskiego, dzika erymantejskiego, drapieżnych ptaków stymfalijskich i żywiących się ludzkim mięsem koni
(3, 22). Prometeusz, który spowodował, że bogowie w ramach ofiar
dostawali gorsze mięso, a ponadto wykradł im ogień, został zakuty
w łańcuchy na najwyższym szczycie Kaukazu. Przez wieczność codziennie przylatujący orzeł bądź sęp miał wyszarpywać ciągle odrastającą skazańcowi wątrobę (3, 22).
384
W religii celtyckiej składanie zwierząt w ofierze było powszechnym rytuałem. Jednak gatunki dzikie i udomowione otaczano wielką
czcią. Konie, byki, dziki i jelenie przede wszystkim podziwiano za ich
szybkość, zwinność, odwagę oraz piękno. Według wierzeń zwierzynę
i myśliwego łączył szczególny związek. W czasie polowań Celtowie
traktowali swoje zdobycze z szacunkiem, a śmierć zwierzęcia wymagała przyzwolenia ze strony bogów. Stąd też zachowało się wiele podań mówiących o magicznych jeleniach i dzikach, które wabiły myśliwych do krainy umarłych (1, 3). Cernunnos, którego imię znaczy „Rogaty” bądź „Władca jeleni” uważany był za jedno z najpotężniejszych
zoomorficznych bóstw celtyckich. Odnajdujemy go na licznych płaskorzeźbach przedstawianego jako Pana Zwierząt. Najbardziej znana
zdobi srebrny kocioł z Gundestrup, pochodzący z I bądź II wieku n.e.
W jednej ze scen Cernunnos ukoronowany rozłożystym porożem, pokazany jest w towarzystwie byka, dzika, delfina oraz węża o głowie
barana.
Rogi
boga-jelenia
symbolizują
połączenie
króla
kniei
z drzewami, które wyrastają z jego głowy na podobieństwo konarów.
Ponadto zrzucane poroże, podobnie jak opadające z drzew liście było
symbolem naturalnego cyklu wzrostu i obumierania. (1, 3, 18). Celtowie odczytywali przyszłość z lotu ptaka, który ponadto symbolizował
przemieszczanie się duszy człowieka. Z dźwięków wydawanych przez
kruki i gołębie odczytywano zapowiedź nadchodzących wydarzeń.
Według wierzeń wodne ptactwo wyrażało łączność pomiędzy niebem
a ziemią natomiast wrony i kruki uważane za padlinożerców kojarzono
385
z nadejściem śmierci. Opowieści z terenów Walii wspominają o ptakach bogini Riannon, które przynosiły kojący sen chorym (3).
Kluczową rolę w życiu Innuitów, rdzennych mieszkańców obszarów arktycznych i subarktycznych Grenlandii, Kanady i Alaski, odgrywa bogini morza – Sedna. Według wierzeń ojciec wyrzucił ją
z łodzi, a gdy chciała się ratować obciął jej palce, z których następnie
powstały pierwsze foki. Sedna utonęła i opadła na dno, gdzie zamieniła się w potężną boginię, duchową matkę wszystkich morskich zwierząt. Wierzono, że gdy zbyt skromnie składano jej hołdy zatrzymywała
zwierzęta w głębinie, co uniemożliwiało ludziom ich upolowanie. Jeden z symbolicznych jej wizerunków wraz z licznymi zwierzętami
umieszczony został na pochodzącym z XIX wieku obrazie „Arktyczny
kosmos” namalowanym na foczej skórze (3, 6, 18).
W wielu tradycjach kulturowych zwierzęta są bohaterami mitów
i legend o powstaniu świata. Częstym motywem jest wyobrażenie
pływającego w pierwotnej pustce bądź wodach olbrzymiego jaja,
z którego wykluwa się wszechświat oraz bóg stwórca. Dlatego też
istotną rolę odgrywały stworzenia składające jaja. Dotyczyło to głównie symbolizujących siły ziemskie i świata podziemnego – węży oraz
reprezentujących niebiańskie przestworza – ptaków. W różnych kulturach znajdziemy dla tej teorii liczne przykłady. Według Hindusów bóg
Wisznu odpoczywał na grzbiecie węża Ananty czekając na powstanie
nowego wszechświata, a gad Wasuki utrzymywał na swoich głowach
świat (18, 21). Znany w Afryce, starożytnej Grecji i Ameryce Środkowej Uroboros przedstawiany był w postaci węża bądź smoka, z wła-
386
snym ogonem w swojej paszczy, pożerający samego siebie. Gad
i utworzone z jego ciała koło są symbolem wieczności, zniszczenia,
nieskończoności odnawiania się świata i światów oraz wskazują, że
koniec w procesie wiecznego powtarzania odpowiada początkowi
(21). Na terenach Afryki północnej wierzono, że pierwszą stworzoną
istotą był wąż Minia. Według legend jego głowa sięgała nieba, a ogon
zanurzony był w wodach podziemnych. Pewnego razu stwórca pociął
go na siedem części, z których następnie stworzył wszechświat. W religiach afrykańskich gad ten utożsamiany jest również z tęczą, która
oplata i podtrzymuje świat. Tęczowy wąż Akurra jest także popularnym motywem w mitologii australijskich Aborygenów. Gad opiekuje
się przede wszystkim wodą i przynosi opady deszczu (3, 18, 21). Według dawnych mieszkańców Wyspy Wielkanocnej to Make Make uważany był za stwórcę wszechświata. Na malowidłach naskalnych
przedstawiany jest jako człowiek-ptak, trzymający w ręku jajko, z którego wykluł się wszelki byt. Ibanowie z Borneo wierzą, że pierwszymi
istotami były duchy Ara i Irik w postaci ptaków. Wydobyły one z kosmicznego niebytu dwa jaja, z których stworzyły niebo i ziemię (3, 21).
W wielu religiach śmierć nie jest końcem egzystencji, lecz stanowi początek drogi do życia wiecznego. Stąd też według wierzeń zarówno prawdziwe jak i baśniowe zwierzęta odgrywały rolę opiekuńczych duchów, strażników bądź przewodników po świecie umarłych.
Cerber, mitologiczny pies o trzech głowach, mieszkał nad brzegiem
Styksu i wpuszczał umarłych do świata podziemnego. Egipski Anubis,
był najważniejszym bogiem zmarłych w czasach Starego Państwa.
387
Przedstawiano go z głową lub pod postacią szakala bądź psa, a jego
czarne umaszczenie odnoszono do rozkładających się ciał, ale także
do koloru żyznej gleby doliny Nilu, jako symbolu odrodzenia (10).
W wielu religiach pojawia się wiara w reinkarnację, jednak w najbardziej rozbudowanej formie występuje ona w hinduizmie. Według wierzeń dusza bądź świadomość człowieka po śmierci wciela się w nowy
byt fizyczny zarówno ludzki jak i zwierzęcy. Hindusi utrzymują, że
zmarli przyjmują postać szczurów zanim ponownie się narodzą. W religii afrykańskich Buszmenów myśliwi po śmierci zmieniali się w antylopy eland, a Aztekowie widzieli w kolibrach dusze poległych wojowników (1, 21).
W wielu tradycjach kulturowych istotną rolę odgrywało niebo.
Według wierzeń było ono siedzibą bogów i niebiańskich stworzeń.
Zwierzęta widziano zarówno w pojedynczych gwiazdach jak i całych
konstelacjach. Podobieństwo w interpretacji gwiazdozbiorów można
zaobserwować w różnych, oddalonych od siebie kulturach. Przykładem jest tu występująca w tradycji zachodniej Wielka Niedźwiedzica
utożsamiana z Niebiańskim Niedźwiedziem północnoamerykańskich
Indian. Ponadto w większości kultur rozwinęła się sztuka przepowiadania przyszłości oparta na systemie znaków zodiaków. W astrologii
zachodniej gwiazdozbiory kojarzone są ze zwierzętami rzeczywistymi
jak również fantastycznymi (koziorożcem, wodnikiem). Natomiast
w horoskopie chińskim wszystkie znaki zodiaków, oprócz smoka,
przedstawione są pod postacią zwierząt dzikich bądź udomowionych
(21).
388
Zwierzęta występujące w Biblii, począwszy od Księgi Rodzaju
aż po Apokalipsę, przedstawione są w dwóch aspektach. Pierwszy
z nich dotyczy opisów wyglądu i zachowania się osobników wolno żyjących jak również gatunków udomowionych funkcjonujących w życiu
codziennym człowieka. Z drugiej strony poszczególne zwierzęta pełnią funkcję symboliczną, metaforyczną i alegoryczną stając się popularnymi motywami literackimi wykorzystywanymi w wielu kulturach. Ich
wizerunki służą przedstawieniu wartości duchowej człowieka, sytuacji
narodów, relacji zarówno międzyludzkich, jak i pomiędzy Bogiem
a człowiekiem. Zwierzęta biblijne ukazane są również jako narzędzia
woli boskiej. Przykładem jest tu opis dziesięciu plag egipskich, wymierzonych Egiptowi przez Boga Jahwe, spośród których wymienia się m.
in. komary, muchy i żaby (20, 23). W Apokalipsie św. Jana pojawiają
się, szczególnie wyraźne w interpretacji, metafory ze świata zwierząt,
których celem jest podkreślenie dramatycznych wydarzeń. Czterej
jeźdźcy przybywają na koniach o maści: białej – symbolizującej potęgę wojsk; ognistej – zapowiadającej wojnę; czarnej – oznaczającej
głód oraz trupio bladej – przepowiadającej rychłą śmierć. Wizję katastrofy zwiastował również głośny ryk lwa i krzyk lecącego orła (20).
Według Prawa Mojżeszowego królestwo zwierząt zostało podzielone na zwierzęta czyste i nieczyste. Do pierwszej grupy zaliczono
gatunki, które można było spożywać oraz składać w ofierze Bogu. Natomiast zwierząt nieczystych należało się wystrzegać i zabroniono ich
jedzenia. Obecnie uważa się, że podział ten miał wyeliminować zwie-
389
rzęta czczone przez pogan i stanowił swoistego rodzaju ochronę
przed obcymi kultami (20, 23).
Popularną tradycją w niemal każdej religii jest składanie ofiar
krwawych bądź bezkrwawych. Według tradycji chrześcijańskiej do
tzw. zwierząt ofiarnych zalicza się przede wszystkim: owce, kozy, bydło, gołębie i synogarlice. Z opisów biblijnych dowiadujemy się, że
praktyka ta wywodzi się z zamierzchłych czasów. W Księdze Rodzaju
Abel zabił jednego ze swoich baranów, a najlepsze części podarował
Stwórcy. Przymierze pomiędzy Bogiem a Abrahamem przypieczętowano złożeniem ofiary z udomowionych przeżuwaczy i ptactwa.
W ikonografii chrześcijańskiej jagnię jest symbolem Chrystusa składającego z siebie ofiarę dla zbawienia ludzkości (12, 20, 23).
W czasach Średniowiecza duchowni odwołując się do Księgi
Rodzaju podkreślali podporządkowanie zwierząt władzy człowieka.
Uważano, że posiadają one duszę, ale jednocześnie są istotami nierozumnymi, wręcz głupimi. Osobniki, które wyrządzały krzywdę bądź
szkodę człowiekowi uznawano za złe lub opętane. Zwierzęta te sądzono i karano, aż do XVI wieku. Spośród wszystkich udomowionych
gatunków najczęściej oskarżano świnie. Przykładem jest tu rycina
przedstawiająca publiczną egzekucję maciory. Skazano ją na karę
śmierci za zjedzenie dziecka i stracono w miejscowości Falaise
w Normandii w 1386 roku. Natomiast w roku 1541 nałożono ostatnią
karę na rój szarańczy, który spustoszył północne Włochy (21).
Wraz z rozwojem chrześcijaństwa nastąpiła również gwałtowna
zmiana stosunku człowieka do kotów. Utraciły one boskie przywileje
390
i stały się zwierzętami prześladowanym w imię nowej religii. Od około
600 r. n.e. uważano je za uosobienie wszelkiego zła. Rosnąca liczebnie populacja kotów uznana została za przyczynę i roznosicieli zarazka w czasach szalejącej epidemii dżumy. Ponadto zostały one posądzone o współpracę z czarownicami, stały się zwierzętami przeklętymi, które zaciekle prześladowano, tępiono i masowo likwidowano.
Znęcanie się nad kotami przyjęło postać ludowych festynów. Palono je
i mordowano na różne sposoby ku uciesze tłumów. Negatywne nastawienie kościoła katolickiego wobec tych zwierząt determinowało ich
wizualizację w sztuce chrześcijańskiej. W czasach Renesansu przedstawiano je jako symbol zdrady i złych mocy. Albrecht Durer (1471 1528) w drzeworycie „Adam i Ewa” ukazuje kota towarzyszącego
Ewie, który jest wyrazem jej niepoprawności i nadmiernej seksualności (4, 5).
Stosunek ludzi do zwierząt kształtowały także poglądy uznanych filozofów. W założeniach Kartezjusza (René Descartes, 1596 1650), życie jest czysto mechanicznym procesem, determinowanym
przez materialne impulsy. W tej koncepcji zwierzęta są po prostu maszynami, a ich zachowania wynikają jedynie z fizycznej budowy. Ten
skrajny racjonalista uważał, iż nie są one zdolne do reakcji mających
swoje źródło w umyśle bądź duszy, tak jak w przypadku człowieka.
Wpływ jego mechanistycznej filozofii był tak silny, że upoważniał niektórych do twierdzenia, iż wycie cierpiącego zwierzęcia jest jedynie fizycznym odruchem, a nie oznaką bólu. Pod koniec XVII wieku niektórzy intelektualiści sprzeciwiali się doktrynie kartezjańskiej określając ją
391
mianem morderczej (11, 21). W czasach Średniowiecza momentem
przełomowym w postrzeganiu zwierząt stała się działalność Świętego
Franciszka z Asyżu (1182 - 1226). Uznany został za jednego z najważniejszych filozofów tego okresu, odnowiciela średniowiecznej moralności i reformatora Kościoła. Głównymi założeniami Jego poglądów
obok uwielbienia Boga, był zachwyt nad pięknem świata oraz miłość
do wszystkich stworzeń bożych. W ikonografii przedstawiany jest
w charakterystycznym brązowym habicie, najczęściej w otoczeniu
różnych zwierząt. Głoszony przez Świętego Franciszka światopogląd
był powodem, że powszechnie uznano go za protektora zwierząt,
a hodowcy ptaków domowych przyjęli za swojego patrona (17).
Na przełomie XVIII i XIX wieku artyści europejscy zarzucili malarstwo o treści religijnej i historycznej na rzecz scen przedstawiających życie codzienne. Zwierzęcymi motywami były głównie psy, koty
oraz konie. Symbolem piękna, elegancji i delikatności stały się koty.
Już sama ich obecność świadczyła o zamożności i bezpieczeństwie
domu. Antoine Watteau (1684 - 1721), Jean Fragonard (1732 - 1806),
Giovanni Tiepolo (1696 - 1770) na swoich dziełach przedstawiali zadowolone koty w otoczeniu pasterek bądź w objęciach panien z bogatych rodzin. Dla niektórych malarzy zwierzęta te podkreślały erotyzm
portretowanych postaci. Eduard Manet (1832 - 1883) w obrazie „Olimpia” chcąc wyeksponować zmysłowość modelki umieścił u jej stóp
spokojnego kota (5, 9). Sir Edwin Henry Landseer (1802 - 1873) angielski malarz i rzeźbiarz wiktoriański uznawany jest za jednego
z najwybitniejszych animalistów wszechczasów. Malował przede
392
wszystkim zwierzęta, a w szczególności psy, konie, jelenie oraz sceny
z polowań. Spośród licznych portretów psów różnych ras należy wymienić olejny obraz „Eos” przedstawiający greyhounda Królowej Wiktorii i Księcia Alberta, szkic kredkowy „Alpejskie mastify” oraz obraz
pod tytułem „King Charles spaniele”. Najbardziej znaną rzeźbą artysty
są lwy umieszczone pod Kolumną Nelsona na Trafalgar Square
w Londynie. Na cześć tego twórcy jego nazwiskiem (psy Landseer)
nazwano jedną z ras psów molosowatych w typie górskim (7, 19).
Wśród zwierząt obrazowanych w malarstwie polskim z XIX wieku główną rolę odgrywają psy i konie. Oba te gatunki są nieodłącznym
elementem scen rodzajowych obrazów Juliusza Kossaka (18241899), których wiodącą tematykę stanowią polowania i stadniny końskie. Widzimy to m.in. na akwareli „Wyjazd na polowanie” i obrazie
olejnym „Bieg myśliwych z psami za jeleniem”, przedstawiających
jeźdźców w otoczeniu spuszczonych psów myśliwskich. Podobne motywy pojawiają się również w malarstwie Józefa Brandta (1841 1915). Inny nasz wielki wizażysta, Józef Chełmoński (1849 - 1914),
malował głównie ptaki. Ich piękno na tle naturalnego środowiska
utrwalił na tak słynnych obrazach jak „Powitanie słońca. Żurawie” czy
„Bociany” (7). Postacie zwierząt odnajdziemy także w sztuce ludowej.
Najlepszym przykładem są tu różnokolorowe wycinanki łowickie i kurpiowskie oraz jednobarwne pochodzące z okolic Kołbieli. Przedstawiają one motywy ze świata ludzi, zwierząt lub roślin. Jednak szczególnie
popularnymi formami są koguty, które występują w różnych wzajemnych konfiguracjach i układach (15, 25).
393
Przytoczone aspekty wskazują, że między człowiekiem i zwierzętami od prehistorycznych czasów istniały silne związki emocjonalne. Ich charakter zmieniał się wraz z upływem czasu, rozwojem cywilizacji i nauki. We wszystkich kulturach obok człowieka pojawiają się
zwierzęta. Powiązania i zależności między nimi utrwalone zostały
w różnych formach. Dziś wiele z tych wytworów ludzkiej ręki są dla
współczesnych niezastąpionymi informacjami o codziennym życiu
i zmianach, jakie w nim następowały. Stanowią także ważki przekaz
dla specjalistów wielu dziedzin, między innymi humanistów, antropologów, biologów i zoologów. Te ślady przeszłości świadczą, że dla
człowieka zwierzęta zawsze były inspiracją do tworzenia i kreowania
światopoglądów.
Streszczenie
Wizerunki zwierząt od najdawniejszych czasów przedstawiano
w malarstwie naskalnym i obrazowym, na ścianach budowli, petroglifach oraz przedmiotach codziennego użytku. Najczęściej związane
były z określoną symboliką.
Piśmiennictwo
1. Adkinson R.: Święte symbole – ludy, religie, misteria. Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa, 2009.
2, Albanese M.A., Bourbon F., Corradi G.M., Demichelis S., Durando F., Longhena M.,
Kochav S., Merchionne G., Viola D., Tiradritti F.: Zaginione cywilizacje. Muza, Warszawa, 2000.
3. Bailey G., et al.: Mitologia. Mity i legendy świata. PWN, Warszawa, 2009.
4. Balicka B.: Kot święty i przeklęty. Studio Astropsychologii, Białystok, 2007.
394
5. Barszcz K., Kupczyńska M, Kobryń H., Wąsowicz M., Wielądek A.: Kot - odwieczny
bojownik czy przyjaciel człowieka? Dawna medycyna i weterynaria militarna. Towarzystwo Przyjaciół Dolnej Wisły, Chełmno, 2009.
6. Cotterell A.: Słownik mitów świata. Książnica, Katowice, 1996.
7. Cunliffe J.: Rasy psów. Kompendium. Parragon, Ożarów Mazowiecki, 2005.
8. Deres W., Jańczak D.: Bydło domowe – przesądy, magia i mity. Przeobrażenia
i zmiany. Wydawnictwo Akademii Podlaskiej, Siedlce, 2010.
9. Edney A.: Kot. Arkady, Warszawa, 2008.
10. Freeman C.: Egipt. Starożytne kultury. Penta, Warszawa, 1998.
11. Huxley R.: Wielcy przyrodnicy. Od Arystotelesa do Darwina. PWN, Warszawa,
2009.
12. Impelluso L.: Natura i jej symbole. Rośliny i zwierzęta. Arkady, Warszawa, 2006.
13. Kamienie z Ica. www.paranormalne.eu
14. Lasota-Moskalewska A.: Zwierzęta udomowione w dziejach ludzkości. WUW, Warszawa, 2005.
15. Mironiuk-Nikolska A.: Polska sztuka ludowa. Sport i Turystyka – MUZA, Warszawa,
2010.
16. Nazca. www.wikipedia.org
17. Niewęgłowski W.A.: Leksykon Świętych. PWN, Warszawa, 1999.
18. Philip N.: Mity i legendy bez tajemnic. Świat Książki, Warszawa, 2009.
19. Pickeral T.: The dog. 5000 years of the dog in art. Merrell, London, 2010.
20. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Pallotinum, Poznań-Warszawa, 1990.
21. Saunders N.J.: Dusze Zwierząt. Świat Książki, Warszawa, 1996.
22. Schmidt J.: Słownik mitologii greckiej i rzymskiej. Książnica, 1996.
23. Szczepanowicz B., Mrozek A.: Atlas zwierząt biblijnych. WAM, Kraków, 2007.
24. Veser T.: Skarby ludzkości. Muza, Warszawa, 2001.
25. Wycinanki ludowe i artystyczne. www.mazowsze_wycinanki.republika.pl.
Praca zawiera 26 531 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
395
396
ELEMENTY MEDYCZNE I WETERYNARYJNE
WE WSPÓŁCZESNYCH HERBACH
MIAST POLSKICH
Mariusz Z. Felsmann, Józef Szarek
Zespół Weterynarii Sądowej i Administracji Weterynaryjnej
Katedra Patofizjologii, Weterynarii Sądowej i Administracji
Wydział Medycyny Weterynaryjnej UWM w Olsztynie
ul. Michała Oczapowskiego 13, 10-719 Olsztyn
[email protected]
Herby miast, podobnie, jak inne symbole heraldyczne, są nie
tylko elementami rozpoznawczymi, ale stanowią często odwołanie do
historii. Te jednostkowe swoiste znaki zestawiane są z różnej liczby
symboli – od elementów pojedynczych do kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu - tworzących godło (2, 6).
Nawet pobieżne spojrzenie na obecność określonych symboli,
w herbach miast w naszym kraju pozwala na zauważenie powtarzalności niektórych z nich w poszczególnych regionach, czy tez województwach. Fakt ten nie powinien dziwić, kiedy powiążemy znaki heraldyczne z herbami wielkich i mniejszych rodów magnackich oraz
szlacheckich, których przedstawiciele byli założycielami, a nawet właścicielami, wielu miast i miejscowości we wcześniejszych wiekach (1,
2, 6, 7). Podobnie rzecz ma się w wizerunkami świętych, czczonych
w poszczególnych regionach, a nawet symbolami zwierzęcymi, w tym
397
mitycznymi. Obecność symboli rozpoznawalnych globalnie i lokalnie
nie zawsze wynika ze związków miast posługujących się tymi znakami
z organizacjami czy osobami noszącymi je pierwotnie (2, 6, 7).
W wielu herbach polskich miast można odnaleźć symbole związane z medycyną i weterynaria, szczególnie jeśli kryterium to zastosujemy do historii, często bardzo odległej, tych dziedzin nauki. To założenie przyświecało autorom w tworzeniu niniejszej pracy. Związki
omawianej symboliki z medycyną i weterynarią przyjęte przez autorów
nie zawsze są ścisłe, czy też jednoznaczne, stąd też warto przedstawić kryteria brane pod uwagę podczas dociekań. Herby jako elementy
graficzne nie odzwierciedlają, ściślej bardzo rzadko odzwierciedlają,
rzeczywistość. Same herby, jak też ich elementy, muszą być w miarę
proste, stąd też odzwierciedlenia postaci, zwierząt, roślin, czy też
elementów architektonicznych są najczęściej uproszczeniami lub
schematami (6, 7). Te uproszczenia sprawiają czasami trudność
w rozpoznawaniu konkretnych zwierząt, czy też rośli. Autorzy chcąc
uniknąć błędów w zakwalifikowaniu określonych gatunków zwierząt
i roślin oraz innych symboli, jako kryterium najistotniejsze przyjęli opisy herbów znajdujące się w uchwałach wadz określonych miasta (5).
Do elementów weterynaryjnych nie zaliczono zwierząt wolnożyjących
(np. jeleni, czy dzików) oraz zwierząt mistycznych (np. smoków, czy
gryfów). Mimo tych wydawałoby się jasnych kryteriów, w pewnych
szczególnych przypadkach należało odstąpić od tej zasady, ze względu na specyficzną symbolikę bezpośrednio i pośrednio związaną
z medycyną i weterynarią. Czyniono tak jedynie w przypadkach wyni-
398
399
400
kających z zasad heraldyki, a także w przypadkach wynikających
wprost z historii, religii i kultury europejskiej. Te „odstępstwa” zostały
wyjaśnione w części szczegółowej podczas omawiania poszczególnych symboli i herbów. W symbolice religijnej uwzględniono jedynie
symbole bezpośredni związane z lecznictwem oraz postacie świętych
przypisywane chorobom i konkretnym działom medycyny.
W pracy opisano kaduceusz zastosowany prawidłowo w herbie
jednego z miast, aby zwrócić uwagę na błędne uznawane tego symbolu za medyczny lub weterynaryjny,
1. Symbolika medyczna i weterynaryjna w herbach szlacheckich
Współcześnie niektóre miasta naszego kraju posługują się herbami będącymi odwzorowaniem lub nawiązaniem do herbów szlacheckimi (1, 2, 7). Dzieje się tak najczęściej dla podkreślenia znaczenia niegdysiejszych właścicieli dla powstania i rozwoju danego grodu.
Nawiązania herbowe dotyczą w pewnej części władców naszego kraju, jak też władców panujących przez lata nad ziemiami współcześnie
należącymi do Polski. Wśród herbów rodowych są i taki, których symbolika nawiązuje do znaczeń medycznych i weterynaryjnych przyjętych na wstępie.
1.1 Herby szlachecki jako pierwowzory herbów miast.
Elementy medyczne i weterynaryjne występujące w herbach
niektórych miast w naszym kraju są dokładnym odwzorowaniem lub
nawiązaniem do znanych herbów szlacheckich i magnackich. Należa-
401
ły one do rodów zamożnych i wpływowych, gdyż tylko takie mogły lokować miasta i być ich właścicielami. Najważniejsze z tych znaków
heraldycznych to herby o nazwach – Ciołek, Dołęga, Junosza, Jastrzębiec, Lubicz, Promnicz, Prus, Prus III, Starykoń, Wieniawa, Wieruszowa (1).
Elementy wymienionych powyżej herbów lub ich wierna replika
została przyjęta przez władze poniżej wymienionych miast jako własne herby (5).
Bychawa dla upamiętnienia rodu Myszkowskich posługuje się
w swoim herbie znakiem Jastrzębiec.
Dobra - miasto w Wielkopolsce - posługuje się herbem Junosza, będącym znakiem Ignacego Gałeckiego niegdysiejszego właściciela miejscowości.
Iłowa zawdzięczająca swój rozwój Baltazarowi von Promnitz
i jego następcom, umieściła na swojej tarczy herbowej kompilację
elementów tarczy herbowej tego rodu – strzały i gwiazd oraz element
będącego klejnotem herbu – psa z obrożą. Ten ostatni element dodano do herbu rodowego (Promnicz) po nadaniu Promnitz`om tytułu
hrabiowskiego.
Jedwabne, jako jeden z elementów swojego herbu wykorzystało szlachecki znak heraldyczny Lubicz.
Łapy, miasto na Podlasiu, posługują się również herbem Lubicz.
402
Milanówek dla podkreślenia znaczenia Michała Lasockiego dla
powstania miasta, w prawej części tarczy herbowej umieściło herb Dołęga, jakim posługiwał się ten szlachcic.
Nowogrodziec nawiązując do swoich średniowiecznych tradycji
używa w swoim herbie dwóch elementów zwierzęcych pochodzących
ze znaków heraldycznych rodu von Rechenberg – właścicieli miasta
w XV w. Jednym z elementów jest głowa barana na tarczy, drugim
głowa barania. Pierwotnie były to głowy kozłów.
Praszka dla podkreślenia związków z założycielem miasta Piotrkiem Kowalskim, umieściła na kładce między basztami – główny
element herbu) wizerunek czarnego kozła. Jest to nawiązanie do herbu Wieruszowa, jakim posługiwali się Kowalscy założyciele miasta.
Przecław w nawiązaniu do herbu z XVI w. posługuje się znakiem Pobóg.
Ropczyce posiadają złożony herb. Głównym jego elementem
jest sokół stojący na barku podkowy, wewnątrz której umieszczony
jest krzyż maltański. Podkowa z krzyżem wewnątrz jest odwróconym
herbem szlacheckim Jastrzębiec, którego klejnotem był sokół, co mogło stanowić inspirację do obecnej formy herbu miasta.
Rudnik nad Sanem dla nawiązania do wcześniejszych właścicieli miasta podzielił swoją tarczę herbową na dwie części. Na prawej
części znajduje się odwzorowanie herbu szlacheckiego Dołęga, którym posługiwali się Ulińscy.
403
Sędziszów – dawna siedziba Jastrzębców - w nawiązaniu do
historii w swoim herbie umieścił elementy herbu o nazwie nawiązującej do rodu – Jastrzębiec.
Siemiatycze swój dostojny herb podzieliły na dwie części.
Ważniejsza z nich, prawa, jest odzwierciedleniem herbu Jabłonowskich, właścicieli miasta w XVIII w., nazywanego Prus III
Skoki. Symbolika herbu – podkowa i krzyż - jest nawiązaniem
do starego herbu Lubicz. Z pierwotnego znaku usunięto górny krzyż,
a krzyż środkowi jest obecnie w innej formie i barwie w stosunku do
pierwowzoru.
Stęszew oparł wzór swojego herbu na znakach trzech rodów
władających onegdaj tym grodem. Prawa część tarczy herbowej nawiązuje do książąt Jabłonowskich posługujących się herbem Prus, lewa zaś część to znak Wieniawa, którym posługiwali się między innymi
Broniszowie.
Sucha Beskidzka posługująca się w swoim herbie wizerunkiem
konia wykorzystuje herb szlachecki o nazwie Starykoń.
Trzcianka posługuje się herbem Ciołek na pamiątkę rodu Poniatowskich- założycieli miasta
Wielichowo mające w swym herbie byczka nawiązuje tym samym do jednej z odmian herbu Ciołek.
Ulanów, podobnie jak Milanówek, posługuje się herbem Dołęga.
Żary posługują się herbem o tarczy czteropolowej. Dwa dolne
pola odzwierciedlają elementy herbu Promnicz, którym posługiwał się
404
ród Promnitz. Trzecie pole jest odwzorowaniem tarczy herbowej tego
rodu, a pies ze złota obroża widniejący na czwartym polu to klejnot tego znaku rodowego
Herby miast pochodzące wprost z herbów szlacheckich
Bychawa
Dobra
Jedwabne
Łapy
Sucha Beskidzka Trzcianka
Milanówek
Sędziszów
Wielichowo
Iłowa
Siemiatycze
Żary
405
2. Symbolika związana z medycyną
2.1. Elementy wynikające z tradycji religijnych
2.1.1. Krzyże
W tradycji chrześcijańskiej krzyż, jako symbol męki pańskiej,
odgrywa znaczącą rolę. W różnych wersjach graficznych stał się symbolem kościołów, zakonów, a nawet konkretnych świętych (krzyż św.
Andrzeja).
W okresie wypraw krzyżowych, X – XIV w., był nie tylko ich
symbolem, ale też stanowił znak rozpoznawczy wielkich i małych zakonów zajmujących się opieką na chorymi i poszkodowanymi (3, 4, 7).
Najbardziej rozpoznawalny obecnie jest krzyż maltański. Kawalerowie
Maltańscy (Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników św. Jana z Jerozolimy z Rodos i z Malty) swoje tradycje wywodzą z Zakonu Joannitów powstałego w Ziemi Świętej w połowie XII w. (3, 4).
406
Obecna wersja krzyża maltańskiego symbolizuje:
- w barwie, poprzez biel, – cnotę i czystość
- cztery ramiona - wierność, honor, wstrzemięźliwość i przezorność
- osiem rozwidleń –osiem błogosławieństw lub osiem cnót rycerskich:
1. Żyć w prawdzie 2, Mieć wiarę 3. Żałować za grzechy 4.Dawać dowody pokory 5. Miłować sprawiedliwość 6. Być miłosiernym 7. Być szczerym i wielkodusznym 8. Znosić
prześladowania
Członkowie zakonu do dzisiaj niosą pomoc humanitarna
i organizują opiekę zdrowotną dla najbardziej potrzebujących. Krzyż
maltański był i pozostaje symbolem bezinteresownej i oddanej pomocy niesionej bliźnim w potrzebie, szczególnie w ratowaniu życia
i zdrowia ludzkiego. Jest odzwierciedleniem cnót najwyższych (4).
W herbach miast polskich symbol ten występuje często, nie
zawsze w kontekście wynikającym z pierwotnej symboliki, co nie znaczy, iż nie należy traktować tego krzyża jako elementu związanego
z opieką nad chorymi, tym samym symbolu związanego z medycyną.
Krzyż maltański jako główny lub jeden z równorzędnych elementów, występuje szczególnie w herbach miast Polski północnej
i zachodniej – Mirosławca (symbol wcześniejszych związków miasta
z zakonem Joannitów), Wejherowa (miasto zwane Jerozolima Kaszub znajdowało się pod opieką Joannitów).
Po dwa krzyże maltańskie znajdują się w herbach dwóch miast.
Elbląg na współczesnej tarczy herbowej ma dwa krzyże w kolorach
czerwonym i białym. Pochodzenie tych krzyży, pierwotnie w innym
kształcie, wywodzi się wprost od założycieli miasta Zakonu Krzyżac-
407
kiego. Herb Nowych Skalmierzyc nie ma związków heraldycznych,
a powstał w latach dwudziestych ubiegłego stulecia.
W herbach innych miast krzyż ten występuje jako jeden
z elementów i nie stanowi symbolu pierwszoplanowego. Można go
spotkać na tarczach herbowych – Starogrodu Gdańskiego (chociaż
symbol ten został nadany przez Krzyżaków, a herb od czasów lokacji
nie uległ zmianie). Krzyż maltański w herbie Chełmna jest symbolem
chrześcijaństwa (miasto założyli Krzyżacy). W herbie Cybinki krzyż
maltański nawiązuje do zakonu Joannitów, wcześniej templariuszy,
mających komturie w Łagowie.
Powstały w XX w. herb Nowych Skalmierzyc zgodnie z opisem
zawartym w statucie gminy zawiera dwa białe krzyże maltańskie. Patrząc na obowiązujący herb miasta dostrzegamy na niej dwa krzyże
oficerskie - z heraldycznego punktu widzenia. Jednakże opis herbu
jest elementem ważniejszym dlatego też i ten herb został przywołany
w tym miejscu.
Swoje krzyże charakterystyczna dla siebie miały też inne zakony szpitalne. Templariusz posługiwali się krzyżami barwy czerwonej,
jednakże ich kształt był zmienny. Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa
i Świątyni Salomona zajmował się również opieką nad chorymi i potrzebującymi pomocy, nie tylko w Outremer (3).
Na białej chorągwi niesionej przez Baranka Bożego umieszczonego na tarczy herbowej Sulęcina widnieje czerwony krzyż maltański,
kolor krzyża może sugerować wcześniejsze związki z zakonem Templariuszy.
408
Zakon Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą został utworzony
w XIII w przez św. Agnieszkę Czeską, znaną z dobroczynności, fundatorkę szpitala dla ubogich w Pradze. Zakon miał charakter szpitalny.
Symbolem zakonu był krzyż maltański w kolorze czerwonym
z umieszczoną pod nim sześcioramienną gwiazda w tym samym kolorze, godło umieszczone na czarnym polu.
Herbem Siechnic, miasta w województwie dolnośląskim, jest
znak zakonu Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą umieszczony na białym polu.
409
Herby miast zawierające krzyże jako elementy herbu
Elbląg
Siechnice
Mirosławiec
Chełmno
2.1.2. Święci
Herby miast polskich zawierają na tarczy postaci świętych oraz
postacie biblijne. Podobnie jak w przypadku krzyży, postacie umieszczane herbach stanowią ich główny element lub też jeden z elementów. Postaci świętych związanych z medycyną najczęściej widnieją na
tarczach herbowych miast województwa dolnośląskiego i podkarpackiego.
Herb Susza nawiązuje bezpośredni do czasów kiedy nosił niemiecką nazwę Rosenberg. Pierwszoplanowym elementem znaku miasta jest postać św. Rozalii. Statut miasta nie określa związków świętej
z miejscowością. Rozalia z Palermo żyjąca w XII w. normańska księżniczka - według legendy – uratowało swoje rodzinne miasto przez zarazą w XVII w., kiedy to ukazując się jednej z mieszkanek Palermo we
śnie poinstruowała ją co uczynić dla odparcia zarazy.
W herbie Suwałk, otrzymanym za czasów Augusta II, umieszczono dwóch świętych Romualda i Rocha. Ten drugi przedstawiany
410
jako postać z psem, jest patronem szpitali aptekarzy i lekarzy. Jako,
że pies przy postaci św. Rocha jest atrybutem świętego herbu Suwałk
nie można zliczyć do mającego związek z weterynarią.
Świętego Wawrzyńca jako główne postacie w herbie umieściło
miasto Sepólno Krajeńskie oraz. Wojnicz. Święty przedstawiany jest
z kratą, która była narzędziem jego kaźni. Według dawnych wierzeń
modlitwa do tego świętego jest pomocna w chorobach reumatycznych
i poparzeniach.
Olsztyn, a także miasta Sobótka i Pakość, umieścił w swoim
herbie postać św. Jakuba Starszego (Większego). Ten święty jest patronem aptekarzy i drogistów.
Herby miast odnoszące się do postaci świętych
Susz
Suwałki
Wojnicz
Sobótka
Michał Archanioł (św. Michał), ten najważniejszym z Archaniołów, jako główna postać został umieszczony w herbach Łańcuta
i Strzyżowa. Natomiast miasto Strzelin i Sanok umieściły tę postać,
odpowiednio na połowie i 1/3 tarczy herbowej. Św. Michał jest patronem radiologów i dobrej śmierci.
411
2.2. Elementy wprost odnoszące się do medycyny
2.2.1. Symbole medyczne
W herbach dwóch miast polskich znanych i uznanych, jako
ośrodki uzdrowiskowe można zauważyć symbole tradycyjnie uznawane za medyczne.
Na lewej tarczy herbowej Otwocka widnieje zielony wąż. Symbol ten umieszczony w herbie miasta w 1926 roku nawiązuje do walorów uzdrowiskowych tego miasta.
Józefów nad Wisłą chcąc podkreślić uzdrowiskowy charakter
miasta na lewym polu tarczy herbowej umieścił laskę Eskulapa (węża
Eskulapa owiniętego wokół laski), zwaną też laską Asklepiosa – symbol medycyny.
2.2.2. Symbole i elementy uzdrowiskowe.
W herbie jednego z najbardziej znanych polskich uzdrowisk –
Ciechocinka – widnieje tężnia będąca nie tylko największą atrakcją
miasta, ale też ważnym obiektem terapeutycznym. Wizerunek tego
potężnego obiektu uzdrowiskowego, jako główny element herbu jest
znakiem rozpoznawczym Ciechocinka od zaledwie kilku lat.
Wiele miast naszego kraju, szczególnie na południu, w dwuczłonowej nazwie ma rzeczownik „Zdrój”, co oznacza ich położenie na
obszarach mających lecznicze właściwości klimatyczne i środowiskowe. Tryskające źródła, fontanny, dzbany stanowią elementy herbów
miast położonych na terenach bogatych w wody zdrojowe.
412
Szczawnica Zdrój dla podkreślenia właściwości leczniczych
swoich wód jako głównego elementu herbu użyła wizerunku dzbana.
Jedlina Zdrój i Świeradów Zdrój umieściły w swoich jednopolowych
tarczach herbowych symbole wody źródlanej (Świeradów dodatkowo
wodę z bąbelkami) dla podkreślenie leczniczych właściwości miejscowych wód głębinowych. Podobnie uczyniła Szczawnica, dzieląc jednakże tarcze herbową symboliczna linią Dunajca. W dwupolowej tarczy herbowej Iwonicza Zdroju w części dolnej umieszczono źródełko
bijące w środku pawilonu uzdrowiskowego (podobnie jak w herbie Jedliny).
Kudowa Zdrój w czteropolowej tarczy herbowej zawarła dwa
elementy „medyczne”. W najważniejszym górnym prawym polu
umieszczone symboliczne cztery strumienie wody jako odwołanie do
leczniczych właściwości miejscowych wód, w lewym dolnym polu
umieszczono czerwone serce symbol schorzeń kardiologicznych leczonych w Kudowie i jej okolicach.
Herby miast z symboliką leczniczą
Otwock
Ciechocinek
Szczawnica
Rabka Zdrój
413
2.3. Symbole różne
Dla podkreślenia znaczenia Rabki Zdroju jako najważniejszego
uzdrowiska dla dzieci, władze miasta na połowie tarczy herbowej
umieściły pół twarzy złotowłosego dziecka.
W herbie miasta Marki widnieje, jako jeden z elementów, kaduceusz. Ten symbol i atrybut boga Hermesa przez niektórych brany jest
błędnie za symbol medyczny. Wielu ludzi sugeruje się zapewne tym
symbolem używanym jako znak medyczny w Stanach Zjednoczonych,
szczególnie w armii amerykańskiej. Z tym niewłaściwym, dla heraldyków
wręcz
niedopuszczalnym,
używaniem
kaduceusza
jeden
z autorów spotkał się otrzymując jako pamiątkę wspólnych kontaktów
z żołnierzami armi amerykańskiej znaczki i medale pamiątkowe, amerykańskich oddziałów medycznych i weterynaryjnych, zawierających
ten element jako główny symbol.
3. Symbolika związana z weterynarią
Leczeniem zwierząt nie zawsze zajmowali się lekarze weterynarii. Przed laty wiele schorzeń leczyli kowale, hodowcy poszczególnych
zwierząt oraz różnego rodzaju zielarze i „zaklinacze”. Stąd też pewna
trudność z precyzyjnym zakwalifikowaniem symboliki umieszczanej
w herbach miast jako weterynaryjnych. Aby przyjąć w miarę obiektywne kryteria autorzy uznali za elementy weterynaryjne wizerunki zwierząt gospodarskich i towarzyszących człowiekowi jako dawnych
i obecnych pacjentów. Przy czym za kryterium świadczące o przyjęciu
wizerunku za dany gatunek zwierzęcia uznano jego opis zawarty
414
w statucie miasta posługującego się konkretnym herbem. Nie brano
pod uwagę zwierząt mistycznych i dzikich, chyba że te ostatnie niosą
znamiona interwencji „weterynaryjnej” – np. mają kółko w nozdrzach.
Jako bezspornie weterynaryjne elementy uznano podkowy i elementy
związane z podkuwaniem koni.
3.1. Podkowy i podkuwanie koni.
Podwarszawska miejscowość Podkowa Leśna dla podkreślenia nazwy umieściła w swoim herbie jako główny element srebrną
podkowę.
Podkowa zwrócona rogami w dół z krzyżem kawalerskim przylegającym do niej z góry jest jednym z głównym elementów Czyżewa.
W tym przypadku symbol ten nawiązuje do rodu Czyżewskich i ich
herbu.
Srebrna podkowa zwrócona rogami w dół jest jednym z kilku
elementów herbu Borku Wielkopolskiego. Sułkowice dla podkreślenia
tradycji kowalskich umieściły w swoim herbie srebrną podkowę
umieszczoną w dół. Międzyrzecz Podlaski posiada herb łudząco podobny do szlacheckiego herbu Lubicz, głównym jego elementem jest
srebrna podkowa umieszczona barkiem w górę. Podobnie umieszczoną, złotą, podkowę w swoim herbie ma Kurów (w województwie
świętokrzyskim) symbol ten nawiązuje najprawdopodobniej do szlacheckiego herbu Jastrzębiec. Głównym elementem herbu Robczyc
jest jastrząb, jednakże ptak ten siedzi na barku białej podkowy.
415
3.2. Elementy będące świadectwem ingerencji człowieka w stosunku
do zwierząt.
W nozdrzach wołów, turów, byków będących elementami herbów miast widnieją kółka. Ten element służący poskramianiu tych potężnych zwierząt musiał być umieszczony tam przez człowieka poprzez krwawy zabieg, tak wiec symbole te można zaliczyć z całą pewnością do weterynaryjnych.
W herbie Chojnic widnieje łeb tura zwrócony na wprost ze złotym pierścieniem w nozdrzach, podobny wizerunek, żubrzej głowy,
z kołem w nozdrzach widnieje w herbie Dynowa. Herb Baranowa
Sandomierskiego zawiera wizerunek głowy rogatego zwierzęcia podobnego do tura lub byka z kółkiem w nozdrzach jednakże autorzy nie
mogli dotrzeć do dokumentów zatwierdzających ten herb. Natomiast
w herbie Leszna na prawej połowie tarczy umieszczono pół łba byka
ze skręconym złoty kółkiem w nozdrzach.
3.3. Wizerunki zwierząt
Koń, jedno z najbardziej rozpoznawalnych zwierząt gospodarskich, bez którego nie można sobie wyobrazić rozwoju cywilizacyjnego w epoce przedindustrialnej, stanowił zawsze podmiot zainteresowania swojego właściciela, tym samym była przedmiotem troski
i opieki, w tym weterynaryjne.
Miasto Konin, jak sama nazwa wskazuje, zawdzięcza swoją
nazwę koniom właśnie. Biały koń będący jedynym elementem herbu
miasta nie jest w tym przypadku zaskoczeniem. Tym Bardziej, że za-
416
równo herb i nazwa miasta wywodzą się od legendarnego stada dzikich koni ratujących przypadkowo dawnego władcę tych ziem.
Bardzo podobny herb z dodatkowo umieszczonym na końskim
grzbietem młotkiem kowalskim mają Kowary
Wizerunek gniadego konia z żółtą grzywą, ogonem i pęcinami
stanowi główny element herbu Suchowoli.
Miasto Kobyłka umieściło w swoim herbie konia koloru czerwonego. Wbrew sugestii płynącej z nazwy miasta, wizerunek konia jest
jednym z pomniejszych elementów herbu.
Głowę białego wołu ze złotymi rogami jako jedyny element herbu możemy zobaczyć na czerwonej tarczy herbowej Człuchowa. Całe
zwierze w barwie brązowej jako swój herb przyjęło miasto Wołów.
Na tarczy herbowej Bojanowa widzimy białego baranka z zakręconymi rogami wybiegającego z lasu w prawą stronę.
Jedno z czterech pól tarczy herbowej Mszany Dolnej przedstawia białego rogatego baranka.
W herbie Lublina widnieje biały kozioł ze złotymi rogami wsparty o krzew winorośli.
Wieruszów natomiast jako element swojego herbu wybrał czarnego kozła.
Miasto Kędzierzyn-Koźle w swoim herbie umieściło aż trzy
głowy czarnych kozłów ze złotymi rogami. Jest to nawiązanie do tradycji heraldycznych miasta Koźla.
Wśród ptaków użytkowych widniejących na tarczach herbowych
polskich miast najliczniej reprezentowane są koguty.
417
Wizerunek białego koguta (kura) kroczącego w lewą stronę
przedstawia w swoim herbie Oława. Zdaniem niektórych heraldyków
herb nawiązuje do szlacheckiego polskiego herbu – Kur biały.
Podobny, srebrny, kogut zwrócony w przeciwną stronę umieścił
w herbie miejskim Stoczek Łukowski – miasto na Lubelszczyźnie
Kogut w naturalnych (na tarczy herbowej biały) barwach jest
jednym z pomniejszych elementów złożonego herbu Dusznik Zdroju.
Gęś porwaną z miasta przez lisa i niesioną w pysku jest jednym
z elementów herbu Górowa Iławeckiego. W tym współczesnym znaku miasta współczesny lis zastąpił pierwotnego wilka a gęś była niegdyś jagnięciem. Tak czy owak porywane zwierzę należy do zwierząt
domowych.
Najmniejsze ze zwierząt widnieją, jako jeden z elementów, we
współczesnym herbie Golubia-Dobrzynia, są to dwa białe gołębie.
Jeden biały gołąb siedzący na toporze widnieje w herbie Rejowca
Fabrycznego.
Herby miast z symboliką „weterynaryjną”.
Podkowa Leśna
418
Kurów
Chojnice
Kowary
Wołów
Bojanowo
Wieruszów
Oława
Piśmiennictwo
1. Gajl T.: Herbarz polski od średniowiecza do XX wieku. Wyd. L&L, Gdańsk, 2007.
2. Gołdyn P.: Symbolika Religijna I Koscielna w herbach miast polskich do końca XX
wieku. Wyd. DIG, Warszawa, 2008.
3. Steward D.: Mnisi wojny.Wyd. Zysk i s-ka. Poznań, 2005.
4. Sire H.JA.: Kawalerowie maltańscy. PIW. Warszawa, 2000.
5. Statuty miast wymienionych w tekście.
6. Znamierowski A.: Insygnia, symbole i herby polskie. Wyd. Świat Książki, Warszawa,
2003.
7. Znamierowski A.: Wielka księga heraldyki. Wyd. Świat Książki, Warszawa, 2008.
Praca zawiera 23 699 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
419
420
PODKOWA JAKO ELEMENT GODEŁ
W POLSKICH HERBACH SZLACHECKICH
Mariusz Z. Felsmann, Babińska Izabella
Zespół Weterynarii Sądowej i Administracji Weterynaryjnej
Katedra Patofizjologii, Weterynarii Sądowej i Administracji
Wydział Medycyny Weterynaryjnej UWM w Olsztynie
ul. Michała Oczapowskiego 13, 10-719 Olsztyn
[email protected]
Rozwój cywilizacyjny, szczególnie w dawnych epokach, wiązał
się bezpośrednio z rozwojem techniki wojennej - wszak historia powszechna w znacznej mierze to historia wojen.
Rozwój cywilizacyjny to także udomowianie i wykorzystywanie
zwierząt przez człowieka. Wolnożyjące zwierzęta po udomowieniu
zmieniały środowisko naturalnego bytowania, często człowiek przenosił udomowione gatunki zwierząt do środowiska im nieprzyjaznego.
Udomowienie konia, szczególnie zaś używanie go do jazdy wierzchem, naraziło kopyta tego, pierwotnie stepowego zwierzęcia, na częste i poważne uszkodzenia (11, 16). Poruszanie się po kamienistym
gruncie, czy też innym twardym podłożu, prowadziła do nadmiernego
i szybkiego ścierania się puszki kopytowej (4, 6, 8, 15). Obciążanie
konia jeźdźcem, siodłem oraz bojowym rynsztunkiem ten proces nie
tylko przyspieszało, ale narażało wierzchowca na dodatkowe, często
poważne, uszkodzenia (1, 6, 8, 10). Przykładem wpływu uszkodzeń
421
końskich kopyt na kampanię wojenną, znaczącą dla historii, jest armia
Aleksandra Macedońskiego próbująca podbić Azję. W wyniku uszkodzenia kopyt wiedzionych przez armię macedońską koni, koniecznym
było porzucenie większości wierzchowców przed osiągnięciem celu
wyprawy. (15). Przez całe stulecia żadna z wielkich cywilizacji nie mogła rozwiązać problemu ochrony kopyt końskich przed uszkodzeniami.
W starożytnym Rzymie duże znaczenie przywiązywano do pielęgnacji
końskich kopyt, podejmowane również próby stosowania metalowych
podkładek przywiązywanych do końskich kopyt, (7, 12, 15). Niektóre
ludy plotły z sitowia swoiste „kapcie” dla ochrony końskich kopyt (15).
Dopiero Gallowie i Celtowie zastosowali podkowy przybijane do rogowej części kopyta (16). Te początkowo prymitywne podkowy udoskonalili Rzymianie zapoznając się z tym epokowym dla rozwoju jazdy
wynalazkiem podczas swoich podbojów (12, 16). Coraz lepsza znajomość anatomii i fizjologii końskiego kopyta pozwoliła z czasem udoskonalić zarówno podkowy jak też proces podkuwania. W okresie wypraw krzyżowych, gdzie w bitwach ciężkozbrojna jazda europejska
odgrywała pierwszoplanową rolę, podkuwanie koni było powszechnym
i wykonywanym profesjonalnie zajęciem (2, 8, 10, 13). „Żelazna podeszwa” solea ferrea - jak nazywano podkowę w języku łacińskim – stała
się wtedy elementem użytkowania koni i pielęgnacji kopyt stosowanym z niewielkimi zmianami do dzisiaj (11).
Okres wypraw krzyżowych przyczynił się do rozwoju etosu rycerskiego; rycerz nierozłącznie kojarzony jest z silnym rumakiem.
Chociaż pierwsza krucjata w swojej drugie fazie przebiegała z wyko-
422
rzystaniem nielicznych, jak na potrzeby kampania, koni, trudno sobie
wyobrazić przeprowadzenie wypraw krzyżowych bez tych zwierząt.
Ciężkozbrojna jazda od początku drugiego tysiąclecia naszej ery miała decydujące znaczenia do rozstrzygnięć większości bitew. Te mobilne i zdyscyplinowane formacje nie mogłyby istnieć bez zdrowych i silnych koni (2, 3, 13, 14) . Wierzchowce z kolei nie wytrzymałyby trudów wojennych kampanii i ciężaru okutego w zbroję jeźdźca, gdyby
nie podkowy chroniące kopyta przed urazami i ścieraniem. Tym samym z cała pewnością można stwierdzić, że podkowa oprócz miecza
i zbroi jest elementem bez którego etos rycerski nie mógłby powstać.
Z drugiej strony przytwierdzanie tego przedmiotu do puszki kopytowej
wymagało nie tylko wprawy, ale również znajomości anatomii i fizjologii, i to nie tylko kopyta. Ówcześni kowale znani byli z umiejętności leczenia wielu końskich dolegliwości i chorób, tak więc można uznać ich
za naturalnych protoplastów lekarzy weterynarii.
Znaki własnościowe w postaci prostych linii i ich połączeń stosowane były w wielu kulturach od setek lat. Znaki te uległy z czasem
przekształceniu w bardziej skomplikowane, następnym etapem było
ich usystematyzowanie bowiem zaczęli się nimi posługiwać ludzie
szlachetnie urodzeni, ale też cechy i miasta (17, 18). Wspomniany
wcześniej okres wypraw krzyżowych z racji wspólnej walki rycerstwa
z różnych stron Europy wymusił konieczność zastosowania widocznych z dużej odległości i szybko rozpoznawalnych znaków. Konieczność ta doprowadziła do powstania znaków heraldycznych przekształcających się z czasem w znane dzisiaj herby (18). Początek drugiego
423
tysiąclecia przyniósł szybki rozwój herbów rodowych w naszym kraju.
Panowie i rycerstwo polskie, później szlachta, przyjmowali i używali
herbów według nieco innych zasad niż reszta Europy. Potomkowie
pierwszych herbowych przenosząc się na coraz to inne tereny zmieniali nieco, czasem zasadniczo, kolorystykę herbów oraz pierwotne
symbole. Działo się tak najczęściej kiedy rodowe dobra opuszczali kolejni potomkowie głowy rodziny. Z czasem zwyczaj ten doprowadził do
powstania bardzo wielu odmian pierwotnych herbów. Ten sposób tworzenia znaków rozpoznawczych nie był akceptowany w krajach zachodniej Europy. Złota wolność szlachecka powodowała też brak
w rodzimych herbach znaków rangowych, co było i jest powszechnym
zwyczajem na zachodzie i południu naszego kontynentu (17, 18).
Biorąc pod uwagę powyższe prawidła, do których można dodać
umieszczanie na tarczach herbowych prostych symboli znanych z życia codziennego, nie trudno się domyślić dlaczego podkowa jest jednym z częściej używanych symboli heraldycznych, szczególnie w początkach naszej państwowości. Ten powszechnie znany wśród rycerstwa i doceniany przedmiot możemy znaleźć jako element, najczęściej
dominujący, w wielu polskich herbach. Symbol ten kojarzony z koniem
i kowalem, jako element ochrony końskiego zdrowia można powiązać
z historią weterynarii (9, 12). Powszechność zastosowania tego symbolu w herbach używanych w naszym kraju świadczą o znaczeniu
podkowy dla rycerstwa. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że wybierane do herbów symbole nie były przypadkowe i kojarzono je z elementami o ważnym do herbowego znaczeniu.
424
Dla przejrzystości tekstu autorzy ograniczyli się jedynie do symboli umieszczanych na tarczy herbowej, pominięto symbole znajdujące się w innych elementach herbu, w tym w szczególności w klejnotach (17, 18). Omawiając poszczególne herby opisane zostaną, z pominięciem obowiązującego w heraldyce blazonowanie. Pierwotne postacie najstarszych herbów; ich odmiany zostaną opisane poprzez
wybrane przykłady. Inne herby mające mniej herbowych opisane zostaną, jeżeli jest to możliwe, w grupach według podobieństwa. Autorzy
pomijają, jako nie mające znaczenia dla niniejszego opracowania, rozróżnień na herby rangowe (np. książęce, czy hrabiowskie) (5, 17,18)
Objętość niniejszej publikacji nie pozwala na zaprezentowanie
wszystkich herbów zawierających podkowę jako symbol stanowiący
godło lub jego część, ponadto nie jest to konieczne dla istoty przekazu.
Wszystkie
ilustracje
pochodzą
z
portalu
Wikipedia
-
www.pl.wikipedia.org (16), a wzorce opisanych herbów konfrontowano
z „Herbarzem polskim” (5).
Podkowa w całości lub we fragmencie (najczęściej pół podkowy) występuje w prawie 400-tu herbach szlacheckich i magnackich.
Tarcza herbowa, w herbach prostych, w większości przypadków jest
barwy błękitnej, rzadziej czerwonej, czasem tylko tynktura jest zielona
lub żółta. Podkowa występuje w zdecydowanej liczbie godeł w kolorze
srebrnych (białym), rzadziej element ten jest złoty (żółty).
425
1. Herby
1.1. Herby z pojedynczą podkową jako elementem głównym.
Trudno nie rozpocząć omawiania tematu od herbu zawierającego jako jedyny element godła pojedynczą podkowę oraz noszącego
nazwę „PODKOWA”. Upraszczając zasady blazonowanie herb ten
można określić jako błękitna tarcza ze srebrną podkową. Taki opis dla
osób znających zasady heraldyki zupełnie wystarczy bowiem naturalnym wizerunkiem podkowy jest przedstawianie jej rogami w dół,
a barkiem (miejscem gdzie znajduje się kapturek) w górę (15, 17, 18).
Odwrotny wizerunek podkowy określono by – podkowa na opak. ObO
roty o 90 określano by jako – podkowę zwróconą w prawo lub lewo.
Znaku tego używali przedstawiciele niewielu rodów (cześć
Ostrowskich) i nie był to herb popularny. Istnieją cztery wersje tego
herbu numerowane cyframi rzymskim. Wersja II i IV ma tarczę czerwoną, wersja III białą. W wersji II i III wewnątrz podkowy umieszczono
miecz, a nad nią złotą gwiazdę odpowiednio ośmio i sześcioramienną.
W wersji IV podkowa jest przesunięta do góry, a w niej i obok niej
umieszczono trzy srebrne ćwieki. Popularność odmian tego herbu –
SOWIŃSKI (podkowa jest złota), NIECZAJ (tarcza czerwona, wewnątrz podkowy strzała zakończona rosochą) – również była niewielka.
Z innych herbów z pojedynczą podkową wymienić należy herb
JAGODOWICZ,
WODORADZKI.
426
JĘDRZEJEWICZ
JENDRZEJOWICZ
MAŁACH,
Jako ciekawostkę można przywołać herb PRAWOŚĆ, w jego
godle podkowę trzyma w prawej dłoni kobieta.
Bardziej popularnym herbem, wizerunkiem i nazwą związanymi
z omawianą tematyką, jest „TĘPA PODKOWA” - występująca
w trzech wersjach oraz czterech odmianach. Najstarszym wizerunkiem tego znaku rodowego jest srebrna podkowa ze złotym krzyżem
kawalerskim umieszczonym w jej wnętrzu, całość na błękitnej tarczy.
W wersji II tego herbu podkowa jest złota, a w wersji III tarcza jest
barwy czerwonej, a podkowa koloru złotego wewnątrz której widnieje
półtorakrzyż srebrny w lewo. Odmiana o nazwie „SKOWROŃSKI”
różni się od wersji III pierwowzoru jedynie wielkością półtorakrzyża.
Odmianę „STABROWSKI” od wersji pierwotnej różnią inne elementy
poza tarcza herbową, bowiem ta jest wierna pierwowzorowi. Herb
„ZABŁOCKI” jest odmianą wersji III, przy czym tarcza jest błękitna,
podkowa srebrna, a półtorakrzyż jest złoty. Czerwona tarcza ze
srebrną podkową i takimże krzyżem kawalerskim wewnątrz jest wizerunkiem herbu OKOLSKI, kolejnej z odmian. W odmianie TĘPEJ
PODKOWY o nazwie „BRZEZICKI” tło pozostaje wierne wersji pierwotnej, podkowa przybiera barwę złotą, a krzyż umieszczony jest na
barku podkowy, zgodnie z heraldyką określa się takie umiejscowienie,
kiedy elementy stykają się, zaćwiczeniem. Właściwym jest określenie
godła herbu, jako podkowa z zaćwiczonym na barku krzyżem kawalerskim. Herbu w wersji pierwotnej używali Modlińscy i Żychowscy.
Herbem tym szczycili się Zbyszko i Maćko z Bogdańca, bohaterowie
427
Sienkiewiczowskich Krzyżaków. Oryginalną, pochodzącą z XIX w.,
wersję tego herbu przedstawia poniższa ilustracja.
Mniej znane i popularne herby zawierające pojedynczą podkowę, jako godło na tarczy herbowej to JEDRZEJOWICZ i MILATYŃSKI.
Tarcze herbowe tych znaków praktycznie nie różną się od godła
PODKOWA, różnią je inne elementy heraldyczne. W tym miejscu warto zaznaczyć, że herby te pochodzą z tak zwanej nobilitacji, czyli nadania godności szlacheckiej za zasługi. Wiązało się to zawsze z nadaniem herbu; opisane powyżej nadano pod koniec XVIII w. Wiele
herbów z nobilitacji było w zasadniczych elementach tożsamymi ze
starymi znakami rodowymi lub podobnymi do nich. Dla odróżnienia
nobilitowanych od starej szlachty ich herby miały nowe nazwy (17,
18).
428
1.2. Herby z podkową i innymi elementami
1.2.1. Herby z najliczniejszą liczbą odmian.
Wykorzystywana przez wielu szlachetnie urodzonych możliwość
przyjmowania do szlachty osób zasłużonych dla danego rodu lub najzwyczajniej przyjaciół, spowodowało powstanie odmian herbów pierwotnych. Adopcji spowodowała istnienie w naszej heraldyce odmian
herbów pierwotnie należących do rodów szlacheckich, w tym herbów
mających w godle podkowę. Autorzy osobno omówią poniżej kilka takich herbów.
Najwięcej odmian, z podkową na tarczy, posiada herb
JASTRZĘBIEC.
JASTRZĘBIEC
Według legendy pierwszym herbowym „Jastrzębca” był rycerz,
który dzięki podkutemu koniowi mógł szybko poruszać się po oblodzonych skałach pod Łysą Górą i dzięki temu wykazać się męstwem.
429
Tracza herbowa posiada od zawsze błękitną tynkturę (barwę). Na niej
znajduje się podkowa na opak, czyli przednią częścią w dół, w podkowie umieszczony jest centralnie krzyż kawalerski. Symbol herbowy
trzyma w szpanie jastrząb stanowiący klejnot herbu. Obecnie kolor
podkowy i krzyża przyjmuje się jako złoty (w heraldyce tynktura złota
i srebrna są wymienne odpowiednio z żółtą i biała), niektórzy z heraldyków twierdza, iż pierwotnie kolor tych elementów był srebrny (17,
18). Wizerunek herbu znany jest z pieczęci z końca XIV w. Ten bardzo znany i popularny w Polsce herb był używany przez ponad 1700
rodów. Spośród wielu herbowych można wymienić Andrzeja Frycza
Modrzewskiego i Michała Skrzetuskiego – pierwowzór sienkiewiczowskiego Jana Skrzetuskiego. Herb ten najpopularniejszy był w Wielkopolsce, na Mazowszu, w Małopolsce i ziemiach na wschód i północny
wschód od tego regionu. Heraldycy podają ponad 1700 rodów posługujących się tym herbem.
JASTRZĘBIEC
w
odmianach
przybiera
różne
barwy
i konfigurację elementów godła, przykładami tych odmian są herby
o nazwach
–BIAŁACHOWSKI,
CZERNICKI,
CZERNYSZEW,
DRĄGOWSKI, DOMARADZKI I i II, GRĘBECKI, JACZYŃSKI,
KOŚCIELSKI, ŁUKOMSKI, MIERCZYŃSKI, NIEMYSKI, SIKORSKI,
SZASZEWICZ, SZASZEWSKI, UNIERZYCKI.
Na przykładzie herbu Jastrzębiec można prześledzić zmiany,
prowadzące do odmian pierwotnego znaku, zmiany zarówno w elementach tworzących godło, jak też w kolorystyce tarczy herbowej oraz
innych elementów nie będących przedmiotem rozważań. Główny ele-
430
ment godła - podkowa - w zdecydowanej większości odmian jastrzębca zachowuje swoje położenia, barkiem w dół, jedynie herb
o
BERNATOWICZ-GIEJSZTOFF zawiera odwróconą o 180 podkowę.
W niektórych odmianach pierwotnego herbu podkowa przyjmuje barwę srebrną (białą). W odmianie Jastrzębca używanej między innymi
przez Chylińskich, stąd nazwa herbu – CHYLIŃSKI, tarcza przybiera
barwę czerwoną. Przykłady odmian Jastrzębca podano poniżej
ABRAHAMOWICZ
BEŁZA
CHYLIŃSKI
Nie wiele mniej odmian ma równie stary herb ŚLEPOWRON.
Pierwsze wzmianki o tym znaku heraldycznym pochodzą z początków
XIII w. Pierwotnie tarcza herbowa była barwy błękitnej. Na niej widniała srebrna podkowa, na której barku zaćwiczono złoty krzyż kawalerski. Na krzyżu siedzi czarny kruk ze złotym pierścieniem w dziobie.
431
ŚLEPOWRON
Spośród najbardziej znanych herbowych można wymienić Augustyna Kordeckiego Przeora klasztoru w Częstochowie podczas potopu szwedzkiego, poetę Zygmunta Krasińskiego, Kazimierza Pułaskiego, Karola Szymanowskiego oraz Wojciecha Jaruzelskiego. Herbem tym, wraz z odmianami, posługiwało się prawie tysiąc rodów polskich i litewskich. W odmianach herbu obok pierwotnego godła znajdujemy inne elementy, a także brak niektórych z elementów pierwotnych. W trzech przypadkach występuje też zmiana tynktury tarczy
herbowej,
Przykładowe odmiany herbu ŚLEPOWRON -
432
KAMECKI, LEŚNIEWSKI, LUTOSTAŃSKI, OLSZEWSKI IV i V,
POKRZYWNICKI, RABE, SOBOLEWSKI, ROSYNIEC – zachowują
w godle podkowę, jako jeden z głównych elementów, podczas gdy inne symbole w niektórych odmianach nie występują.
CZARNOWRON
KUROWSKI
ROSYNIEC
Popularnym herbem z podkowami w godle jest LUBICZ, znak
heraldyczny używany w różnych odmianach przez ponad 1200 polskich i litewskich rodów.
Ten powstały już w XII w. herb używany był w Rzeczpospolitej
bardzo powszechnie. Można doliczyć się ponad tysiąc dwustu herbowych posługujących się tym znakiem w różnych odmianach. Znak ten
to podkowa srebrna na błękitnym polu z zaćwiczonym na barku srebrnym krzyżem kawalerskim i takim krzyżem wewnątrz.
Herbem tym szczycił się hetman Stanisław Żółkiewski oraz
Czesław Miłosz. Zarówno pierwotną wersję herbu jak też jego odmia-
433
ny należały do mniej zamożnej szlachty stąd też brak wielu znamienitych i znanych herbowych spod tego znaku heraldycznego.
LUBICZ
LUBICZ w przykładowych odmianach – LUBICZ II, III, IV, V, VI,
ABRAMOWICZ, ŁYŻYŃSKI-ABRAMOWICZ, SZYRMA, SZANTYR,
MACKIEWICZ, MONKIEWICZ, PIWNICKI, SAGSEWSKI. Podobnie
jak w przypadku opisanych powyżej herbów, podkowa pozostaje
głównym elementem odmian znaku LUBICZ, przy zmianach położenia
krzyży, dodatków innych elementów heraldycznych, a także koloru
tarczy herbowej.
Podkowa i pies, elementy „weterynaryjne”, występują w bardzo
popularnym
w
całej
dawnej
Rzeczypospolitej
herbie
POBÓG
i POBÓG II, co prawda pies widnieje w klejnocie herbu nie zaś na jego
434
tarczy. Herb ten, wzmiankowany już w X w., związany jest według legendy z herbem ZAGŁOBA i JASTRZĘBIEC, od których pochodzić
ma tynktura tarczy i główny element godła, a nazwa symbolizuje pobożność pierwszego herbowego. Herb ten można opisać jako srebrna
podkowa na polu błękitnym z zaćwiczonym na barku złotym krzyżem
kawalerskim. Należy zaznaczyć, że pierwotnie kolor tarczy był czerwony.
BOBÓG
Mało znana postać hetmana kozackiego Piotra KonaszewiczaSahajdacznego, wsławionego w wielu bitwach w obronie Rzeczypospolitej, w tym w bitwie pod Chocimiem w 1621 r., jest przykładem
nadawania polskich herbów szlacheckich również przedstawicielom
innych narodów. POBÓG należał do herbów szlachty pochodzenia ta-
435
tarskiego. Spod tego znaku jest znany działacz niepodległościowy
Roman Dmowski.
ALCHIMOWICZ
BRZUCHALSKI
MONTOWT
Odmiany herbu to – ALCHIMOWICZ, DOLIŃSKI, GURSKI,
JAKUBOWICZ,
HORWAT,
LESZCZYŃSKI,
SRZEDZIŃSKI,
MONTOWT,
SUCHODOLSKI,
SAWANIEWSKI,
SURGOLEWSKI,
SZANTYR, TOŁOCZKO, WIEKOWICZ.
Ostatnim opisywanym herbem z podkową, jako głównym elementem godła, jest DOŁĘGA. Według legendy herb pochodzi z czasów Bolesława Krzywoustego, pierwsze źródła historyczne zawierające ten znak datowane są połowę XIV w. DOŁĘGA to herb Pawła
Włodkowica, postaci znanej i zasłużonej dla XV-to wiecznej Rzeczypospolitej. Można by rzec, że Paweł Włodkowic był prekursorem praw
człowieka i propagatorem pokojowego współistnienia ludzi różnych
wyznań. Współcześnie do herbowych DOŁĘGI zaliczyć możemy Ta-
436
deusza Mazowieckiego. Odmiany herbu noszą nazwy - DĄBROWSKI,
GRUNWALTH, KOMOROWSKI, NARZYŃSKI, SIERAKOWSKI,
DOŁĘGA
.
DĄBROWSKI
GRUNWALTH
437
1.2.2. Herby z podkową i innymi znakami heraldycznymi w godle.
Wymienione powyżej herby nie są jedynymi znakami heraldycznymi występującymi w odmianach. Mniej liczne odmiany możemy znaleźć w herbach KRZYWDA, BIAŁYNIA, BELINA, DĄBROWA,
NIEZGODA, KRZYWDA, CZEWOJA, ŁADA, ZATAJONY MIESIĄC
BOŻA, WOLA,. Znaki te wraz z odmianami zostaną wymienione z innymi herbami w dalszej części tekstu.
Bardzo wiele herbów jako godło ma wizwrunek podkowy wraz z innym
elementem lub elementami. Najczęściej podkowa łączona jest z różnego rodzaju krzyżami, spośród których najczęściej występuje krzyż
kawalerski. Przykłady takich herbów
BORKOWSKI,
BOROWSKI,
wymieniono po niżej
GRZĘBSKI,
-.
KONIECPOLSKI,
KOWNACKI, KRZYWDA, NABIAŁEK, NYCZ, OLSZEWSKI VI,
PEŁKOWSKI, PINDZEWSKI, PIWNICKI, POZNAŃSKI (odm. BOŻA
WOLA),
SZPENDOWSKI,
WOLNICKI,
WDZIECZNOŚĆ,
ZAKRZEWSKI. WOYNAROWICZ, SULISKI.
Inne krzyże w połączeniu z podkową reprezentują poniżej
przedstawione przykłady herbów.
BIAŁA,
DĄBROWA,
DĄBRÓWKA,
GOLĘDZINOWSKI,
KOZŁOWSKI IV I KOZŁOWSKI, ŁOŚ, PUCHAŁA, RADOMSKI (ODM.
PRUS III), SŁAWĘCIN, (ODM. KRZYWDA, ŚWINIARSKI (ODM.
PUCHAŁA), (odm. DĄBROWA), ZAŁĘSKI,.
Nie rzadziej na tarczy herbowej podkowie towarzyszyła strzała
lub strzały. Te elementy znajdziemy między innymi w herbach BIAŁYNIA,
438
BRZUCHAŃSKI,
DANISZEWSKI
(odm.
RUDNICA),
EJNAROWICZ (odm. BIAŁYNIA), GRABOWSKI, KONISKI (odm.
ODROWĄŻ), MUCHLA (odm. RUDNICA), RADECKI, RUDNICA,
RUDNICA
II,
RUTKOWSKI,
STUPACZEWSKI,
SZABŁOWSKI,
WIŚNIEWSKI, WOJNO, ZAGŁOWA (ze strzałami).
Strzały i krzyże jako dodatki do podków na tarczach herbowych
występują równie licznie jak elementy wymienione powyżej. Widnieją
one na tarczach znaków o nazwach - BIAŁOBŁOCKI, BIAŁYNIA,
KUBITKIEWICZ
(odm.
ŁADA),
MAKOWIECKI,
NARUTOWICZ,
NARUTOWICZ II, OKULICZ, OTOCKI, PODGÓRSKI, POPŁAWSKI,
SZYSTOWSKI, TOCKI.
Podkowa występuje też w parze z innymi elementami. Herby
KOCHANOWSKI (odm. ZAGŁOBA), DUBOWIK, SZWAJKOWSKI,
KOLEŃSKI (dwie odmiany), ZAGŁOBA zawierają w godle szable,
a JAROCZEWKI, NIEZGODA oraz NIEZGODA II miecz. Inne rodzaje
broni znajdujemy w herbach MĄDRZEJEWSKI – topór, a MAZEWSKI,
NAPOLSKI (odm. NIEZGODA), MINKOWSKI (odm. NIEZGODA),
ZGAJEWSKI, SYPNIEWSKI strzały i groty. W kilku przypadkach
wstępują gwiazdy – TOWTOKOWICZ, TOCZYŁO, SPIECZYŃSKI,
KARŁOWICZ.
W herbach ZBROŻĘK, POKORA, .LIS VII ZATAJONY MIESIĄC I,
ZATAJONY MIESIĄC II reprezentowane są też klucze i inne przedmioty.
Podkowa w towarzystwie wielu innych przedmiotów widnieje
w ponad pięćdziesięciu herbach, innymi w herbach: ORĘŻ, BOŻA
WOLA,
BIAŁOSKÓRSKI,
BRZEŻEWSKI,
BARBERIUSZ,
439
BRATKOWSKI, CZARNYSZ, CIESZYCA, GUTAKOWSKI, JANDAR,
JACYNA, KLONICKI, KALNIEWICZ, KUDRYS, LAUDAŃSKI, ŁADA,
MIRSKI-ŚWIATOPOŁK, MOWCZAN, MOZERKO (odm. DĄBROWA),
MROCZEK (odm. DĄBROWA), NAWLICKI PODTĘPAPODKOWA,
ROGOCKI, RYBIEŃSKI (odm. ŁADA), SIEDLECKI (odm. BOŻA
WOLA),. SZCZEPAŃSKI, WIECKI II, WODORADZKI, WYSZGIRT,
ZAJERSKI, ZALESKI, ZAMŁYŃSKI, ZAWOROWICZ.
BARBERIUSZ
BIAŁA
440
BIAŁYNIA
BOŻA WOLA
BIAŁOSKÓRSKI
DĄBROWA
JACYNA
NABIAŁEK
ZAGAJEWSKI
KITA
NIEZGODA
ZAGŁOBA
KOSARZEWSKI(ŁUK)
POKORA
ZATAJONY MIESIĄC
441
3. Herby z mnogimi podkowami jako elementem głównym godła.
Dwie podkowy w pas na czerwonym polu zwrócone do siebie
barkami są godłem herbu CZEWOJA. W innych odmianach tego herbu występuje odpowiednio krzyż ćwiekowy oraz miecz, a w odmianie
PRUSZKOWSKI tarczę dzieli w słup czarna linia.
Trzy podkowy na opak na czerwonej tarczy tworzą herb
BUCHOLC. Również trzy podkowy jako główny element godła, ale
wraz z mieczem, widnieje na błękitnej tarczy herbu BELINA, podobnie
jak w odmianie KONOJACKI, natomiast odmiana TELATYCKI różni
się od pierwowzoru układem podków i brakiem miecza. W odmianie
BĘDZINSKI zamiast miecza występuje krzyż ćwiekowy, tarcza tego
herbu jest czerwona; odmiana ta, w kolorystyce i godle, jest bliższa
pierwotnej wersji herbu BELINA
CZEWOJA II
442
CZEWOJA III
BELINA
4. Herby z częściami podków jako elementem godła.
W około dziesięciu herbach szlacheckich występujących w Rzeczypospolitej jako element godła występuje pół podkowy. Takie
przedstawienie przedmiotu wynika najczęściej z podziału tarczy herbowej na części co odbywało się czasami z podziałem godła.
Herb PRUS III, zwany tez NAGODY, jest przykładem łączenia elementów różnych herbów w następstwie łączenia radów. Pół podkowy
pochodzi z najprawdopodobniej z herbu POBÓG. Odmianą tego herbu jest WIECHULSKI, BYSIŃSKI, BLANK. Herb RYWOCKI, uznawany za odmianę herbu PRUS I, tarczą herbowa bardziej podobny jest
do herbu PRUS III. Pół podkowy występuje w herbach CZARNECKI V
(odm.
PRUS
III),
KUBLICKI
(dwa
herby
o
tej
nazwie),
KRZYŻANOWSKI III, LITWAN i OPACKI.
PRUS III
BLANK
443
5. Herby złożone.
Dzieje wielu rodów szlacheckich związane są z licznymi ślubami
między poszczególnymi rodami. Na losy poszczególnych przedstawicieli rodów szlacheckich i magnackich wpływały burzliwe dzieje Rzeczypospolitej i Europy. Odzwierciedlenie losów rodów i ich przedstawiciele są herby o złożonych godłach i tarczach herbowych. Niektóre
z nich zawierają podkowę będąca elementem herbu istniejącego
wcześniej w innych element ten występuje z innych przyczyn.
Herby złożone z podkową jako jednym z elementów widnieją
w herbach: BRÜHL, BAKURYŃSKI, BALCEROWICZ, HEMPEL,
HUMNICKI, IWAŃSKI, KLUSZEWSKI, KRZYŻAK, KUCZKOWSKI,
LUBICZOBRA,
LUBIENIECKI,
MROZIŃSKI,
MŚCIGNIEW,
PANCERZ, PAWŁOWSKI, SMOLUCHOWSKI, STRZAŁA XI, SZALA,
SZULC
II,
SZYDŁOWSKI,
WĘGRZECKI,
WIELOPOLSKI,
ZŁOTYKŁOS.
BAKURYŃSKI
444
KOZIŃSKI
KOZIŃSKI II
445
446
6. Herby z elementami zwierzęcymi i podkową.
Niniejsze opracowanie związane jest z początkami weterynarii,
wszak kowale byli pierwszymi „lekarzami”, nie tylko zwierząt, dlatego
też warto w tym miejscu podać kilka przykładów herbów szlacheckich
zawierających w godle poza podkową wizerunki zwierząt. Poza wcześniej opisanymi herbami, w których widnieją wizerunki zwierząt
(JASTRZEBIEC, ŚLEPOWRON, czy POBÓG) należy przywołać i inne.
Ptaki drapieżne, sokoły i jastrzębie oraz krukowate, spotykamy
w godłach herbów CZARNOWRON, KOŁYSZKA, KOSSAKOWSKI,
KRASIŃSKI,
RASZYNIEC,
SIEDMIORADZKI,
SOBOLEWSKI,
SZLUBOWSKI, WRANA, ZASULICZ i ŻUKOWSKI.
Ciekawe są cztery herby galicyjskie z nobilitacji z wizerunkiem
strusia trzymającego w dziobie lub pazurach podkowę - KUBIN,
MARISCHLER, SCHMID I STRAUS. Inny ptak – łabędź siedzący na
barku podkowy widzimy w herbie DOWGIRD.
W godle herbu KOMOROWSKI widzimy ptaka z wężem w dziobie siedzącego na podkowie, w godle herbu SUTOCKI widnieje ryba,
a herb WIPSZA jako jeden z elementów godła przyjął, oprócz podkowy i krzyża, węża.
Piśmiennictwo
1. Arystoteles: Zoologia (historia animalizm). PWN, Warszawa, 1982.
2. Asbridge T.:Pierwsza krucjata nowe spojrzenie, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań,
2006.
3. Barber M.: Templariusze. PWN, Warszawa, 2003.
447
4. Chuchała J. i inni: Chów, hodowla i użytkowanie koni. Wyd. SGGW, Warszawa,
1991.
5. Gajl T.: Herbarz polski od średniowiecza do XX wieku. Wyd. L&L, Gdańsk, 2007.
6. Garbowski J.: Chów koni, PIWR, Warszawa, 1950.
7. Klaudiusz Elian: O właściwościach zwierząt (wybór). Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, 2005.
8. Janowski T. M.: Zoohigiena – higiena środowiska i siedliska hodowlanego oraz
zwierząt gospodarskich. PWN, Warszawa 1973.
9. Owczarczyk J.: Ratownictwo medyczne w Siłach Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej. Lekarz Wojskowy, 2006; 82(2), s. 81-82.
10. Perenc A.: Historia lecznictwa Zwierząt w Polsce. Zakład Narodowy im. Ossolińskich Wyd. PAN, Wrocław Warszawa, 1958.
11. Prawocheński R: :Hodowla koni tom I, Państwowy Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego, Puławy, 1947.
12. Prost E., Welento J.: Weterynaryjny słownik terminologiczny. PWRiL, Warszawa,
1973.
13. Schebitz H., Brass W.: Chirurgia ogólna dla lekarzy weterynarii i studentów, PWRiL, Warszawa, 1983.
14. Seward D.: Mnisi wojny. Wyd. Zysk i s-ka. Poznań. 2005.
15. Sire H.J.A.: Kawalerowie maltańscy. PWN, Warszawa, 2000.
16. Szczudłowski K.: Kucie kopyt i racic. Weterynaryjny Instytut Wydawniczy, Lublin,
1948.
17. Wikipedia, www.pl.wikipedia.org.
18. Znamierowski A.: Insygnia, symbole i herby polskie. Wyd. Świat Książki, Warszawa,
2003.
19. Znamierowski A.: Wielka księga heraldyki. Wyd. Świat Książki, Warszawa, 2008.
Praca zawiera 26 455 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
448
HISTORIA LWOWSKIEJ UCZELNI
WETERYARYJNEJ I OCALENIE JEJ
ZASOBÓW HISTORYCZNYCH
Antoni Gamota
Narodowy Uniwersytet Medycyny Weterynaryjnej
i Biotechnologii im. S. Z. Grzyckiego
we Lwowie
Lwów jest organizmem znacznie starszym aniżeli dzisiejsze pojęcie państw narodowych, jakie na arenie europejskiej poczęło się pojawiać dopiero w XIX stuleciu. Żadna z narodowości, zamieszkujących
dawny Lwów nie była tu „okupantem” – co czasem dla doraźnych celów politycznych, próbowano wmówić. Wszyscy tutaj pracowali dla
dobra miasta, wykorzystując dobre położenie geograficzne do pomnażania jego bogactwa.
Z czasem Lwów stał się ważnym ośrodkiem kulturalnym o wielonarodowościowym charakterze i z mieszkańcami niezwykle związanymi ze swoim miastem. W dziejach polskiej weterynarii Lwów odegrał rolę, której nie da się bagatelizować, a w XIX i XX wieku był dla
Polaków jednym z najważniejszych ośrodków kulturalnych i naukowych obok Krakowa, Warszawy, Wilna i Poznania.
Tworzenie nowoczesnego wyższego szkolnictwa weterynaryjnego powstało dzięki inicjatywie wielu lekarzy medycyny, która wynikała z przyrodoznawstwa i dostrzegania niebezpieczeństwa chorób
449
odzwierzęcych, jak również z potrzeby zwalczania i lecznictwa zwierząt ze względów gospodarczych. Powstała koncepcja stworzenia
grupy zawodowej o wykształceniu akademickim świadomej swojej misji ochrony człowieka przed zoonozami oraz zdolnej do podjęcia diagnostyki, terapii i profilaktyki chorób zwierząt (2).
Większość szkół weterynaryjnych w Europie powstała pod koniec XVIII wieku. Liczne próby zorganizowania wyższego szkolnictwa
na ziemiach polskich w języku ojczystym kończyły się niepowodzeniem ze względu na uwarunkowania polityczne takie jak rozbiory Polski, wojny i powstania narodowościowe. Takie uwarunkowanie nie
sprzyjałyo rozwojowi nauki, natomiast polityka szczególnie w zaborze
Pruskim i Rosyjskim, była szczególnie agresywna z dążeniem całkowitego wynaradawiania Polaków (2). Inna sytuacja panowała w Galicji,
która otrzymała własną autonomię. Nie bez znaczenia był również wysoki poziom nauczania i osiągnięcia ówczesnej medycyny oraz prestiż
jaki osiągnęli polscy lekarze medycyny w oczach władz ówczesnej
Austrii, a często i u samego cesarza Franciszka Józefa I. Stworzyło to
dogodne warunki do powołania, po dwuletnich staraniach, CK Szkoły
weterynaryjnej we Lwowie z polskim językiem wykładowym, którą
otwarto 01. 10. 1881 r. Wybitne zasługi w doprowadzeniu do powstania uczelni wniósł ówczesny protomedyk Galicji, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie Alfred Biesiadecki. Jego zasługą było
oddanie szkoły, jako uczelni wyższej, pod zarząd Ministerstwa Wyznań i Oświaty oraz skompletowanie odpowiedniej kadry naukowej.
(2, 3).
450
W 1871 r. Sejm Galicyjski podjął uchwałę o założeniu Szkoły
Weterynaryjnej we Lwowie. Dziesięć lat później otwarto c.k. Szkołę
Weterynaryjną we Lwowie z polskim językiem. Dyplomy ukończenia
Szkoły nadawały absolwentom tytuł lekarza weterynarii.
W roku 1898/99 po reformie studiów zmieniono nazwę uczelni
na Akademię Weterynaryjną, a od 1901 r. kierowanie Akademią powierzono rektorowi (1, 2, 3). W latach 1908 i 1909 akademia otrzymała pełne prawa akademickie, m.in. prawo habilitacji docentów, nadawania stopnia doktora medycyny weterynaryjnej, a także prawo obieralności rektora. Zestawienie dyplomów lekarskich i doktorskich wydanych we Lwowie w latach 1885-1918 zawiera nazwiska 511 lekarzy
weterynarii: w tym 363 Polaków, 59 Czechów i Morawian, 57 Rusinów
(Ukraińców), 18 Chorwatów, 8 Bułgarów, 8 innych Słowian. Ten wielonarodowościowy charakter uczelni wynikał z dwóch przyczyn, tj. wykładów w języku polskim i wielonarodowościowości miasta Lwowa.
Z inicjatywy grona profesorów lwowskiej uczelni powstało również pierwsze polskie towarzystwo korporacyjne skupiające członków
naszego zawodu - Galicyjskie Towarzystwo Weterynarskie (1886 r.),
a także pierwsze pismo fachowe Przegląd Weterynarski, będące później protoplastą do tworzenia podobnych czasopism w Polsce. Profesorowie tej uczelni prowadzili szeroką działalność patriotyczną, społeczną i popularyzatorską. To z ich inicjatywy powstało Galicyjskie
Towarzystwo Ochrony Zwierząt (1876 r.), i Galicyjskie Towarzystwo
Hodowców Drobiu (1894 r.) i wiele innych.
451
Akademia Weterynaryjna we Lwowie nie doznała uszczerbku
w czasie okupacji rosyjskiej w okresie I wojny światowej, walk polskoukraińskich oraz podczas obrony Lwowa przed bolszewikami, ale jej
działalność była kilkakrotnie przerywana działaniami wojennymi. Najdłuższe zawieszenie zajęć było podczas 10-miesięcznej okupacji
Lwowa przez wojska rosyjskie (09. 1914 r. – 08. 1915 r.). W tym czasie mienia uczelni strzegła garstka naukowców: prof. dr W. Kulczycki
i asystenci S. Runge i K. Szczudłowski (1, 2, 3).
W 1922 r., z racji wysokiego poziomu kształcenia, uczelnia
otrzymała
nazwę
Akademii
Medycyny
Weterynaryjnej
(AMW).
W okresie międzywojennym nastąpił rozwój bazy materialnej uczelni
Wzniesiono budynek domu dla studentów i powiększono Zakład Anatomii Porównawczej, zwłaszcza prosektorium. Dokonano zakupu przylegającego do uczelni pałacu Batyckich, w którym umieszczono 4 zakłady. Przed wybuchem wojny ukończono nowoczesny budynek dla
Zakładu Położnictwa i Ortopedii, który miał być oddany do celów dydaktycznych 01. 10. 1939 r.
Przed wybuchem wojny w AMW we Lwowie pracowało 75 pracowników naukowo-dydaktycznych, w tej liczbie 8 profesorów zwyczajnych i 5 nadzwyczajnych: Anatomii Patologicznej - Aleksander
Zakrzewski, Anatomii Porównawczej i Anatomii Topograficznej - Antoni Bant, Botaniki i Rolnictwa - Bronisław Janowski, Chemii Lekarskiej
i Patologii Ogólnej - Wacław Moraczewski, Chemii Ogólnej i Nauki
o Mleku - Stanisław Niemczycki, Chorób Kończyn i Polikliniki Chirur-
452
gicznej i Kliniki Położniczej - Kazimierz Szczudłowski, Farmakologii
i Toksykologii - Wincenty Skowroński, Fizjologii - Andrzej Lisiecki, Histologii i Embriologii - Jerzy Alexandrowicz, Hodowli Zwierząt - Tadeusz Olbrycht, Mikrobiologii - Stanisław Legeżyński, Nauki o Środkach
Spożywczych Zwierzęcego Pochodzenia - Alfred Trawiński, Patologii
i Terapii Szczegółowej Chorób Chirurgicznych - Stefan Gajewski, Patologu i Terapii Szczegółowej Chórób Wewnętrznych i Zaraźliwych Zygmunt Markowski, Zoologii z Paratyzologią i Biologii Ogólnej - Gustaw Poluszyński (1, 3).
W 1939 r. z oblężenia Lwowa przez wojska niemieckie uczelnia
wyszła bez strat (2). Dnia 22 września 1939 r. wojska radzieckie
wkroczyły do Lwowa i rozpoczęła się grabież bazy materialnej uczelni.
Na cele wojskowe zajęto budynki oddawanego do użytku Zakładu Położnictwa i Ortopedii wraz z budynkami klinik i szpitalem do koni. Teren ten akademia utraciła na zawsze i do dzisiaj, mimo starań, go nie
odzyskano. Uczelnia zmieniła nazwę na Lwiwskij Weterynarnyj Instytut, a poza rosyjskimi pracownikami o charakterze politycznym, zajęcia prowadziła kadra naukowa przedwojennej akademii: A. Bant, A.
Zakrzewski, W. Moraczewski, A. Klisiecki, W. Skowroński, E. Mikulaszek, Z. Markowski, K. Szczudłowski, A. Trawiński, S. Niemczycki, B.
Janowski, G. Poluszyński, W. Herman oraz doc. S. Grzycki, doc. E.
Hamerski i dr Z. Sembratowa (2). W czasie działań wojennych
w 1941 r. uczelnia ucierpiała (wprawdzie nieznacznie) w czasie
ostrzału artyleryjskiego - ale w zasadzie baza materialna, sprzęt naukowy i dydaktyczny pozostały nietknięte. Władze niemieckie na tere-
453
nie uczelni utworzyły Tierarztliche Fachkurse zu Lemberg, mimo niemieckiego nadzoru kształcenie studentów trwało dalej (3). W 1944 r.
przed wycofaniem się hitlerowców ze Lwowa rozpoczęła się grabież
sprzętu i księgozbioru uczelni, który wywieziono ze Lwowa.
Po zakończeniu II wojny światowej w myśl jałtańskich postanowień zwycięzców Lwów znalazł się poza granicami Polski. Ostatnim
rokiem działalności Polaków na uczelni był rok akademicki 1944/45.
Później rozpoczęły się masowe przesiedlenia na zachód ludności polskiej, w tym pracowników i studentów akademii medycyny weterynaryjnej. Tak zazwyczaj przedstawiana jest historia Akademii Weterynaryjnej w polskim piśmiennictwie (2, 3). Odnosi się wrażenie, że po
1945 r. uczelnia praktycznie przestała kontynuować chlubne tradycje
Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Na uczelni pozostała
garstka naukowców z dyplomem przedwojennej Akademii Medycyny
Weterynaryjnej we Lwowie, którzy z niemałym trudem, w niekorzystnych warunkach politycznych, kontynuowali pracę poprzedników byli
to: prof. Wacław Moraczewski, prof. Wincenty Skowroński, doc. dr
hab. Stefan Grzycki, asystenci lek. wet . Leon Zając, lek, wet. Roman
Mikoła, lek. wet. Biłozor Roman i lek. wet. Wiktor Hanasiewicz. To im
oraz ich uczniom zawdzięczamy pamięć historyczną oraz fakt, że tak
wiele zasobów historycznych przetrwało do dzisiejszego dnia.
Ich wysiłek, połączony z niełatwą przecież ze względów politycznych edukacją historyczną swoich studentów, uchronił, niestety
tylko, część zbiorów bibliotecznych, preparatów anatomopatologicz-
454
nych i pamiątek po profesorach przed bezmyślnym niszczeniem i grabieżą.
Po przywiezieniu przez Armię Radziecką odzyskanego pod Poznaniem zagrabionego przez hitlerowców majątku uczelni rozpoczęło
się palenie książek ostemplowanych hitlerowską pieczęcią przez
Niemców, w tym wielu z nich napisanych w języku polskim, jako literatury faszystowskiej. Tylko część książek zostało uratowanych przez
pracowników, ukryto je na terenie katedr.
W czasach Związku Radzieckiego doszło do największych strat
dóbr materialnych uczelni. Zmniejszono, jej obszar, zlikwidowano
bramę wjazdową i solidne ogrodzenie terenu, zlikwidowano kuźnię,
która służyła do celów dydaktycznych, wybudowano na terenie uczelni
Komitet Partii - co było później przyczyną całkowitego wyburzenia
i zniszczenia budynku dobrze wyposażonej rentgenologii i unikalnej,
ze względu na wyposażenie, apteki. Uzyskany teren, mimo, że było
miejsce na inną lokalizację, przeznaczono pod kotłownię, która
ogrzewała budynek partyjny. Wydawano również polecenia niszczenia
zbiorów preparatów zgromadzonych na terenie katedr.
Część najcenniejszych preparatów anatomicznych i anatomopatologicznych zostało zabranych do Akademii Medycznej we Lwowie.
Dzięki postawie niektórych pracowników uczelni oraz ich świadomości
historycznej na terenie uczelni pozostało sporo zasobów historycznych, bezcennych dla polskiej weterynarii i sięgających początków c.k.
Szkoły Weterynarii we Lwowie. Zbiory te nie są skatalogowane,
a część z nich jest ukryta w różnych pomieszczeniach, rozproszonych
455
w kilku katedrach: Katedra Chirurgii posiada unikalną na skalę europejską kolekcję podków ortopedycznych, ponad 100 tablic poglądowych dla studentów, w tym jedna wykonana przez profesora Stanisława Królikowskiego, album naukowy profesora Królikowskiego - zawierający liczne zdjęcia, ryciny, projekty instrumentów, duży zbiór szklanych negatywów z przełomu XIX i XX wieku; Katedra Anatomii Patologicznej dysponuje zachowaną starą salą sekcyjną, książkami i protokołami sekcyjnymi, książką c.k. Instytutu Wścieklizny, sprzętem do
sporządzania preparatów anatomopatologicznych, mokrymi preparatami anatomopatologicznymi (niektóre z nich z początków istnienia
uczelni); Katedra Anatomii posiada kompletne szkielety zwierząt z początków istnienia uczelni, dużą liczbą preparatów kostnych oraz narządów, w tym preparaty pokazane na Wystawie Krajowej w Poznaniu
w 1929 r. (na której AMW we Lwowie miała dużą własną ekspozycję
swoich osiągnięć); Biblioteka w Domu Akademickim ma starodruki na
tematy hodowlane i weterynaryjne, zbiory czasopism, podręczników
akademickich, księgę inwentarza, dokumenty sporządzane osobiście
przez prof. Stanisława Królikowskiego.
Przedstawiono tylko część unikalnych zasobów historycznych
pozostałych we Lwowie. Są one nieskatalogowane, przechowywane
w złych warunkach, a naszą powinnością jest je ocalić. Musimy poznawać historię naszego zawodu, by mieć poczucie własnej tożsamości. Powinniśmy odczytywać przesłania dawnych mistrzów Ars Veterinaria dla przyszłych pokoleń. Naszą powinnością jest czerpanie inspi-
456
racji do pracy naukowej, zawodowej i społecznej, a także kształtowanie świadomości i etyki przyszłych pokoleń lekarzy weterynarii.
Streszczenie
Geneza powstania polskojęzycznej szkoły weterynaryjnej we
Lwowie związana jest z jednej strony z koncepcją polskiej medycyny
stworzenia grupy zawodowej o wykształceniu akademickim i z drugiej
antypolską polityką Rosji i Prus prowadzoną w porozbiorowej Polsce.
Autonomia Galicji stworzyła dogodne warunki do stworzenia uczelni
weterynaryjnej we Lwowie. Historia szkoły to z jednej strony duże
sukcesy naukowe oraz liczne działania wojenne, które nie spowodowały uszczerbków w pracy i w zasobach materialnych uczelni aż do
1945 r., do przesiedlenia polskich naukowców. Od tego czasu grupa
pozostałych nielicznych naukowców w trudnych warunkach politycznych starała się kontynuować tradycję uczelni i ocalić jej zasoby historyczne.
Piśmiennictwo
1. Lewandowski L.: Akademia Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie,
http://www.lwow.com.pl, 2009.
2. Perenc A.: Historja lecznictwa zwierząt w Polsce. Nakładem autora, Toruń, 1936,
253-286.
3. Praca zbiorowa pod redakcją Tarczyńskiego S. Zarys historii polskiej weterynarii
z podstawami deontologii, PWN, Warszawa, 1990, 131-134,140-141.
Praca zawiera 13 161 znaków (< 0,5 arkusza wydawniczego)
457
458
DZIAŁALNOŚĆ PROFESORA JÓZEFA
SZPILAMANA, PIERWSZEGO REKTORA
AKADEMII WETERYNARYJNEJ WE LWOWIE,
W 90–TĄ ROCZNICĘ ŚMIERCI
Antoni Gamota, Zbigniew Wróblewski*
Narodowy Uniwersytet Medycyny Weterynaryjnej
i Biotechnologii im. S. Z. Grzyckiego
we Lwowie,
*Gabinet Weterynaryjny,
ul Mickiewicza 41, 12-200 Pisz,
[email protected]
Józef Szpilman urodził się w Łańcucie 01. 07. 1855 r. Wykształcenie średnie zdobył w Rzeszowie w istniejącej od 1658 r. do dzisiejszego dnia szkole średniej i jest jednym z 10 wybitnych wychowanków
tej szkoły (10). Po ukończeniu gimnazjum wstąpił na Wydział Lekarski
w Krakowie, gdzie uzyskał dyplom lekarza medycyny w 1879 r. (4, 5,
6).
Początkowo zamierzał poświęcić się okulistyce przyjmując posadę asystenta w klinice okulistycznej, co stworzyło możliwość uzyskania rocznego stypendium w Szwajcarii. W czasie podróży pociągiem do Berna młody asystent spotyka prof. Alfreda Biesiadeckiego
naczelnego lekarza Galicji, który widział konieczność stworzenia nowoczesnego szkolnictwa weterynaryjnego we Lwowie, mającego znaczenie dla podniesienia stanu zdrowia oraz rozwoju ekonomicznego
459
tej części kraju. Późniejsze rozmowy z dr Henrykiem Kadyi przekonały
go o decyzji podjęcia pracy w Szkole Weterynaryjnej we Lwowie (4,
5).
W Bernie przebywał 2 lata studiując pod kierunkiem światowej
sławy prof. Marcelim Nenckim, m.in. zgłębiając wiedzę na temat chemii drobnoustrojów. Fakt ten zadecydował o jego zainteresowaniu
bakteriologią, której pozostał wierny do końca życia. W tym samym
czasie pod kierunkiem Luchsingera studiował farmakologię i fizjologię
doświadczalną. Po dwuletnim pobycie w Bernie powrócił do Wiednia,
a wobec przedłużających się procedur otwarcia szkoły we Lwowie
podjął pracę początkowo w Szpitalu Rudolfa. Po uzyskaniu stypendium rządowego rozpoczął w dniu 01. 10. 1881 r. naukę w Wojskowym Instytucie Weterynaryjnym w Wiedniu, a po jego ukończeniu pozostał w nim jeszcze przez rok jako asystent kliniczny (4, 5).
W 1883 r. za stypendium rządowe odbył krótkie staże w instytutach weterynaryjnych w Peszcie, Berlinie, Pradze, Halle, Lipsku,
Dreźnie i Genewie (4).
Dnia 04. 09. 1884 r. uzyskał nominację na adiunkta farmakologii
i fizjologii w CK Szkole Weterynaryjnej we Lwowie (4, 5, 6, 7). W następnym roku Władysław Szpilman bierze urlop i odbywa kilkumiesięczne studia u Roberta Kocha w Berlinie (4, 5). Po powrocie do
Lwowa tworzy laboratorium bakteriologiczne. Popularyzuje najnowszą
wiedzę szkoląc praktykujących lekarzy medycyny i lekarzy weterynarii
oraz prowadząc ćwiczenia praktyczne i wykłady oraz jednocześnie
budząc wielkie zainteresowanie w całej Galicji. Właśnie przekazywa-
460
nie najnowszych osiągnięć z dziedziny bakteriologii zbudowało duży
prestiż prof. Józefa Szpilmana i Uczelni Weterynaryjnej w całej Austrii.
Gruntowna znajomość bakteriologii oraz duże zapotrzebowanie na
wiedzę z tej dziedziny spowodowały, że prof. J. Szpilman prowadził
etatowe wykłady na wielu lwowskich uczelniach w zakresie chorób
zakaźnych, inwazyjnych i odzwierzęcych (4, 5). Z dużą odwagą
i szczęściem, w niewiarygodnie prymitywnych warunkach, przy lampach naftowych, prowadził w laboratorium badania nad nosacizną,
wąglikiem, szelestnicą, wścieklizną oraz badania nad skutecznością
szczepień ochronnych (4).
W 1888 r. został profesorem zwyczajnym fizjologii i farmakologii. W 1894 r. profesorem szczegółowej patologii i terapii zwierząt.
W latach 1894 -1897 pełnił obowiązki dyrektora c.k. Szkoły Weterynaryjnej we Lwowie. W 1897 r. dokonał podziału swojej katedry, wydzielając naukę o chorobach zakaźnych z bakteriologią (4, 5).
Walcząc o podniesienie statusu uczelni Lwowskiej i reformę weterynarii w Austrii, dzięki olbrzymiej wiedzy i determinacji w rzetelnym
argumentowaniu swych poglądów, zaskarbił sobie szacunek i przychylność cesarza Austrii Franciszka Józefa I, którego znał osobiście.
W dowód swoich zasług w 1897 r. otwiera na polecenie Ministra
Spraw Wewnętrznych Stację Badań Rozpoznawczych Wścieklizny we
Lwowie, a w 1897 r. z nominacji cesarskiej zostaje dożywotnio pierwszym rektorem c.k. Akademii Weterynaryjnej we Lwowie. Od 1907 r.
zostaje Radcą Dworu Cesarza Austrii, a w 1908 r. mianowano go
Członkiem Rady Weterynaryjnej przy Ministerstwie Rolnictwa w Wied-
461
niu (4, 5, 8). Forma dożywotniej nominacji cesarskiej na rektora c.k.
Akademii Weterynaryjnej we Lwowie wzbudziła krytyczną dyskusję
grona profesorskiego, po długoletnich staraniach rozporządzeniem
cesarskim 23. 06 1909 r. uczelnia uzyskała całkowite prawa uniwersyteckie wraz z prawem wyboru rektora przez grono profesorskie z tytułem rector magnificus.
W 1909 r. prof. Józef Szpilman zostaje pierwszym z wyboru rektorem c.k. Akademii Weterynaryjnej we Lwowie (4, 5, 8). W 1910 r.
zostaje mianowany profesorem epizootiologii i bakteriologii
W latach 1913 - 1914 rozpoczął organizowanie nowoczesnego
Instytutu Bakteriologicznego z zespołem pracowni w pozyskanych dla
Akademii Weterynaryjnej nowych budynkach. Pierwsza wojna światowa przerwała te prace (4, 5). W 1914 r. został wysłany przez rząd Austrii z misją rozpoznania i zwalczania księgosuszu w Bułgarii. W czasie okupacji rosyjskiej Lwowa przebywał w Wiedniu. Do Lwowa powrócił 15. 11. 1915 r. Po powrocie z wojennej tułaczki do Lwowa,
schorowany prof. Józef Szpilman, podjął pracę na uczelni. Starał się
urządzać pracownie Instytutu Bakteriologicznego, ale były to działania
dorywcze, przerywane walkami z Ukraińcami i obroną Lwowa przed
nawałą bolszewicką. Należy też wspomnieć, że prof. Szpilman został
powołany dnia 18. 03. 1920 r. na członka państwowej komisji egzaminacyjnej dla przyszłych państwowych lekarzy weterynarii przez Ministerstwo Rolnictwa i Dóbr Państwowych (4).
462
Prof. Józef Szpilman umarł we Lwowie w dniu 11. 11. 1920 r.,
a spoczywa w bardzo skromnej i obecnie zaniedbanej kwaterze na
Cmentarzu Łyczakowskim.
Działalność prof. Józefa Szpilmana w Galicyjskim Towarzystwie
Weterynarskim
Na I Walnym Zgromadzeniu Towarzystwa, dnia 01. 08. 1886 r.
prof. Szpilman wystąpił z inicjatywą reformy studiów weterynaryjnych
i jako pierwszy stwierdził konieczność podjęcia działań w celu przemianowania Szkoły na Akademię. Został też upoważniony do przedstawienia tej sprawy na krajowym zjeździe lekarzy weterynarii
w Wiedniu. Wieloletnie wysiłki podjęte wspólnie z prof. Henrykiem Kadyi doprowadziły do uzyskania pełnego statusu akademickiego uczelni.
Prof. Szpilman sprawował różne funkcje we władzach towarzystwa pełniąc również stanowisko prezesa. Przez 13 lat pełni funkcje
redaktora naczelnego Przeglądu Weterynarskiego, przemianowanego
później w Przegląd Weterynaryjny. W pracy tej był cały czas wierny
założeniu, że „umieszczać będzie artykuły napisane językiem przystępnym, zawsze jednak dbać będzie o to, aby były napisane na podstawach czysto naukowych”.
Publikuje na łamach czasopisma 18 prac własnych. Wygłasza
28 doniesień na zebraniach naukowych Galicyjskiego Towarzystwa
Weterynarskiego. Publikuje 44 prace naukowe, w tym 15 w języku
niemieckim, 1 w języku francuskim i 28 w języku polskim (4, 5, 6, 7).
463
Działalność w dziedzinie hodowli zwierząt
Był jurorem wielu wystaw hodowlanych, opracował instrukcje
i schematy ocen oraz prowadził szkolenia osób w tym zakresie. Był
zastępcą przewodniczącego komisji licencyjnej na okręg lwowski.
Znacznie przyczynił się do założenia istniejącego do dziś w Polsce
Towarzystwa Hodowców Drobiu, a także założycielem i wieloletnim
redaktorem czasopisma „Hodowca drobiu”. Stworzył przy Akademii
docenturę ryboznawstwa i został honorowym członkiem Towarzystwa
Rybackiego (4, 5).
Działalność w Towarzystwie Higienicznym
Był pionierem nowocześnie pojętej higieny ogólnej, do której jako bakteriolog przykładał dużą uwagę. Propagował ją nie tylko w szkołach wyższych Lwowa, ale także w szkołach średnich, ludowych oraz
wśród ludności miast i wsi, gdzie prowadził działalność popularyzatorską. Skonstruował apteczkę domową pierwszej pomocy oraz tornister
do tej pomocy (torbę sanitarną).
Był współzałożycielem i redaktorem naczelnym Przeglądu Higienicznego (4, 5, 6).
Działalność społeczna dla miasta Lwowa
Pełnił obowiązki radnego miasta Lwowa od 1893 r. przez 2 kadencje. Wniósł olbrzymie zasługi dla poprawy warunków higienicznych
w mieście a tym samym ochrony zdrowia mieszkańców miasta. Z jego
inicjatywy zbudowano wodociągi miejskie i rzeźnię miejską. Inwestycje
464
te poprzedzały liczne podróże z delegatami z ramienia Rady Miejskiej
do różnych miast Europy, co zaowocowało stworzeniem własnych,
uwzględniających specyfikę miasta Lwowa, nowatorskich rozwiązań.
Był inicjatorem wprowadzenia nadzoru nad targowiskami i oczyszczania miasta. Zajmował się organizacją i wyposażeniem szkół. Znacznie
przyczynił się swoją działalnością do poprawy warunków zdrowotnych
i zwalczania chorób zakaźnych wśród mieszkańców Lwowa (4, 5).
Pierwsza stacja pogotowia ratunkowego we Lwowie w 1893 r.
powstaje przy wydajnej pomocy prof. Józefa Szpilmana wspólnie
z propagatorem idei ratownictwa baronem Jaromirem Mundy, pod patronatem dr. Edwarda Strojnowskiego. Pierwszymi dyżurującymi sanitariuszami byli lwowscy studenci weterynarii (3, 4).
Prof. Szpilman był wśród darczyńców i zarazem jednym z inicjatorów budowy pomnika Króla Jana III Sobieskiego. Jego podpis figuruje pod aktem erekcyjnym tego pomnika. (W 1950 r. pomnik przekazano Polsce i od 1965 r. stoi na Targu Drzewnym w Gdańsku – 1.)
Był erudytą jego wykłady akademickie, pogadanki, odczyty czy
wystąpienia były zawsze doskonale przygotowane i prezentowane
zrozumiałym dla odbiorców języku, przekonywujące oponentów,
urozmaicone licznymi preparatami, planszami czy fotografiami. Zawsze gromadziły wielu słuchaczy.
Był doskonałym organizatorem, wymagającym i zawsze starannie dobierającym współpracowników. Wymagał gruntowej wiedzy, rzetelności, dyscypliny w pracy. Nie stronił od krytycznych ocen i gorzkich
stwierdzeń, wszędzie tam gdzie to było konieczne.
465
Nigdy nie uchylał się od żadnej pracy naukowej oraz społecznej,
był zawsze tam gdzie było „coś do zrobienia”. Każdy jego wyjazd zagraniczny był dokładnie przygotowany, kończył się sprawozdaniem
oraz wnioskami, które z obserwowanych rozwiązań można zastosować w pracy naukowej czy społecznej. Był surowym i wymagającym
pedagogiem, czym zaskarbił sobie duży szacunek, wspierał materialnie studentów będąc członkiem wspierającym a później honorowym
Bratniej Pomocy Studentów Akademii Weterynaryjnej we Lwowie.
Olbrzymi zapał do pracy i cechy jego charakteru powodowały,
że umiejętnie skupiał zawsze wokół siebie wielu zapaleńców. Potrafił
skutecznie pozyskiwać środki pieniężne stosując przekonywującą argumentację. Zawsze jednak twierdził że: „środki pieniężne dla pewnych celów uzyska byle tylko znaleźli się ludzie dla nich odpowiedni”
(4, 5).
Odznaczony wieloma odznaczeniami, dyplomami honorowymi,
adresat wielu listów i dyplomów pochwalnych. Był członkiem honorowym towarzystw naukowych i filantropijnych. Był prestiżowym gościem wielu uroczystości, zjazdów i kongresów nie tylko w ówczesnej
Austrii ale i w Europie (4).
Pod koniec ubiegłego roku lwowska uczelnia zorganizowała
uroczyste obchody z okazji 90 rocznicy śmierci pierwszego rektora
Akademii Weterynaryjnej. Odbyła się uroczysta Msza Święta i złożono
kwiaty na grobie prof. Józefa Szpilmana. Miała też miejsce sesja naukowa (9). W Polsce niestety o tak zasłużonej postaci dla nauki i zawodu zapomniano.
466
Streszczenie
Prof. Józef Szpilman, z wykształcenia lekarz medycyny, został
przekonany do zorganizowania polskiego szkolnictwa weterynaryjnego we Lwowie. Z wielką determinacją, dzięki swojej wiedzy, argumentacji i pozycji naukowej, od 1884 r. do 1909 r. podjął wraz z gronem
współpracowników zakończony sukcesem olbrzymi trud i wysiłek
stworzenia pierwszej polskiej akademickiej uczelni weterynaryjnej
z pełnymi prawami uniwersyteckimi. Będąc uczniem Roberta Kocha
rozwinął we Lwowie nowoczesną bakteriologię i higienę. Był współzałożycielem Galicyjskiego Towarzystwa Weterynarskiego, Towarzystwa
Higienicznego, Towarzystwa Hodowców Drobiu oraz redaktorem naczelnym Przeglądu Higienicznego i Hodowcy Drobiu. Był działaczem
społecznym zasłużonym dla rozwoju miasta Lwowa.
Piśmiennictwo
1. Akt Erekcyjny pomnika Jana III Sobieskiego, Lwów, 20. 11. 1898.
2. Kadyi H.: Rozwój i działalność c.k. Szkoły Weterynarii we Lwowie od jej założenia
w roku 1881 aż do końca roku szkolnego 1893/94 C.K. Szkoła Weterynarii, Lwów,
1895.
3. Kotłobułatowa I.: Lwów na fotografiach 1860-2006 . Wydawnictwo „Centrum Europy”,
Lwów 2008, 274.
4. Królikowski S.: ŚP Józef Szpilman. Przegląd Weterynaryjny, 1920, 7-12, 182-195.
5. Legeżyński S.: Prof. dr Józef Szpilman redaktor 1886 – 1898. Przegląd Weterynaryjny, wydanie jubileuszowe, Lwów, 1936, 73-75.
6. Perenc A.: Historja lecznictwa zwierząt w Polsce. Nakładem Autora, Toruń, 1936,
253-286.
7. Praca zbiorowa pod redakcją Tarczyńskiego S. Zarys historii polskiej weterynarii
z podstawami deontologii. PWN, Warszawa, 1990, 131-134, 140-141.
8. Szpilman J.: Smutna karta z dziejów weterynarii w Austrii i o potrzebie reform studiów
weterynaryjnych i reorganizacji służby weterynaryjnej w armii osnute na tle rezolucji
Rady Państwa z dnia 11 lipca 1891 roku. Przegląd Weterynarski, 1890, 11, 251-255.
9. Michajło Padura: Pamiati pierszoho rektora Akademii Svit Universitetu, Lviv, 2011,
16, 5-7.
467
10. Świeboda J.: Historia I Liceum Ogólnokształcącego im ks. St. Konarskiego w Rzeszowie - trzeciego pod względem dorobku w kraju. http://1lo.rzeszow.pl, 26. O2.
2010.
Praca zawiera 13 349 znaków (< 0,5 arkusza wydawniczego)
468
WSPÓLNE POCZĄTKI
ANATOMII WETERYNARYJNEJ
I ANATOMII CZŁOWIEKA
Jacek Gulczyński, Ewa Iżycka-Świeszewska *
ISPL Jacek Gulczyński Gdańsk,
[email protected]
*Katedra i Zakład Patomorfologii Uniwerstetu Medycznego
w Gdańsku, ul. Dębinki 7, 80-211 Gdańsk
[email protected]
Stosunek do ciała ludzkiego przez lata był wynikową dążeń do
poznania i poszerzenia wiedzy, lęków często o podłożu egzystencjalno-religijnym,
oraz
rozważań
natury
etyczno-filozoficznej.
W przypadku ciała ludzkiego osiągało to skrajne położenia - od totalnej negacji i zaniechania wykonywania autopsji do otwartego, publicznego sekcjonowania w ogólnie dostępnych teatrach anatomicznych.
W przypadku zwierząt interakcje te miały zgoła odmienny charakter.
Choć zwierzęta potrafiły budzić podziw, czasami lęk, wykorzystywane
były w celach pokojowych, jak i w kampaniach wojennych, stanowiły
źródło pokarmu, pomoc w jego wytwarzaniu, bądź służyły tylko do zabawy, to ich ciała nie stanowiły takiego tabu jak ciało ludzkie.
Podstawy anatomii znane były już w czasach prehistorycznych.
W wyniku polowań ludzie poznawali anatomię zwierząt. W przypadku,
469
gdy zwierzę okazywało się silniejsze bądź sprytniejsze, współplemieńcy mieli możliwość nauki anatomii na poszkodowanym (3).
Ryc. 1. Rysunek naskalny datowany na ok 6000 lat p.n.e. Kakadu National Park, Northern Territory, Australia. Podobne rysunki znaleziono także w Afryce.
Pierwsze wzmianki o sekcji zwłok zwierząt pochodzą z Babilonii
ok. 3500 lat p.n.e., lecz nie miały one jeszcze na celu poszerzenia
wiedzy. Obraz narządów wewnętrznych oraz ich ułożenie miały przepowiadać przyszłość – obrazy jelit oraz wątroby miały nieść informację
od bogów.
470
Wzmianki dotyczące terapii zarówno ludzi jak i zwierząt datują
się na ok. 3000 lat p.n.e. w Chinach (głównie fitoterapia). Egipskie hieroglify z podobnego okresu pokazują zwierzęta udomowione, a więc
także wszelkie konsekwencje płynące z ich przebywania w pobliżu
człowieka, a także dbania o nie i ich dobrostan. Pierwszy szpital dla
zwierząt, o którym wiemy powstał w Indiach za panowania cesarza
Ashoki 3 wieke p.n.e.
Papirus Edwina Smitha datowany na czasy 16 lub 17 dynastii,
ok. 1600 r p.n.e., podaje wyraźne wskazówki jak leczyć chirurgicznie
niektóre choroby. Prawdopodobnym jest, że został on przepisany ze
znacznie starszego źródła. Część autorów uważa, że autorem mógłby
być Imhotep, pierwszy wielki lekarz, a zarazem kapłan i architekt, autor piramidy schodkowej Dżesera w Sakkarze, który żył prawdopodobnie ok. 3000-2500 p.n.e. Późniejsze inskrypcje pokazują, że umiejętności wykorzystywane choćby przy procesie mumifikacji wskazują
na dość dobrą znajomość anatomii człowieka (przynajmniej w niektórych obszarach ciała). Zabiegowi mumifikacji poddawano także zwierzęta. Mnogość technik, a także fakt, że znalezione np. mumie pawianów miały w sposób fachowy usunięte kły przemawiają za więcej niż
podstawową znajomością anatomii zwierząt (2, 10).
Pierwszym, o którym pisze się, iż mógł wykonywać sekcje, zarówno zwierząt jak i ludzi, w celach naukowych był Grek, Alkmeon
z Krotonu (ok. VI-V wiek p.n.e). Był uczniem Pitagorasa, lekarzem, fizjologiem, ale i filozofem. Uważał, że zdrowie jest stanem równowagi
pomiędzy trzema parami przeciwstawnych czynników: wilgoci i sucho-
471
ści, ciepła i chłodu, goryczy i słodyczy. Dzieło jego życia „O Naturze”
jak i pozostałe niestety zaginęły. Zachowały się jedynie cytaty w pracach Galena i Plutarcha.
W starożytnej Grecji w 4 wieku p.n.e., Arystoteles, również wykonywał sekcje, lecz wyłącznie na zwierzętach. Jednak dzięki porównaniom wyników tychże sekcji i wiedzy uzyskanej podczas opieki nad
rannymi w walkach żołnierzami, wspartą obserwacją zabitych, miał
dość szczegółową jak na tamte czasy wiedzę na temat anatomii. Krótko po nim Herofiles z Chalcedonu wykonywał już sekcje publicznie,
tłumacząc obserwatorom poszczególne etapy i wyjaśniając detale.
Jako pierwszy opisał ogólnie układ krążenia, potrafił odróżnić nerwy,
a także żyły od tętnic. Podał także ogólny opis układu nerwowego
oraz moczowo-płciowego (5).
Herofiles wraz z Erasitratosem z Keos (Chios) założyli aleksandryjską szkołę medyczną, z pierwszym w historii wydziałem anatomii.
Erasitratos, dzięki swej wiedzy i umiejętnościom stał się na tyle cenionym anatomem, że cytował go później nawet Galen.: „Żyła bierze swój
początek z tego samego miejsca, do którego docierają tętnice, które
są rozproszone w całym ciele, tam mają swój początek i powracają do
sangwinicznej (prawej) komory serca; a tętnica (czy też żyła płucna)
powstaje w miejscu, gdzie żyły mają swój początek i dochodzą do
pneumatycznej (lewej) komory serca”. Świadczy to jak blisko byli właściwego opisania krążenia płucnego na prawie dwadzieścia wieków
przed Harleyem (5, 9).
472
Herofiles prowadził swe badania podczas licznych autospji, które przeprowadzał osobiście na zwłokach. Istnieją jednak doniesienia
Celsusa i Tertuliana, że dokonywał również wiwisekcji na skazanych
przestępcach, co w Aleksandrii było dopuszczalne przez prawo ustanowione prze dynastię Ptolemeuszy. W latach późniejszych władcy
usunęli z miasta Greków, co zakończyło funkcjonowanie słynnej szkoły, a także zaniechanie nauczania anatomii i techniki sekcyjnej.
Nawet działający później Galen, przez wieki uważany za wyrocznię w sprawach anatomii, sekcjonował zwierzęta, głównie naczelne, o czym sam pisze w swoim dziele „De anatomici administrationibus”: „Wybierzcie te małpy, które najbardziej przypominają człowieka,
z krótką szczęką i małymi kłami. Odkryjecie, że pozostałe części również będą przypominać te ludzkie” (1).
Niewątpliwie Galen posiadł obszerną wiedzę na temat układu
kostnego i mięśniowego, głównie z czasów gdy zajmował się rannymi
żołnierzami i gladiatorami. Jednak opatrując rannych nie miał częstego dostępu do narządów wewnętrznych, co później wyraźnie wytknął
Vesalius w swym dziele „Fabrica”.
W Rzymie w I w. n.e. żył Lacius Junius Columella, autor 12tomowego dzieła, które zajmowało się, poza uprawą roślin, także hodowlą zwierząt i opieką nad nimi. On też prawdopodobnie jako pierwszy użył określenia „veterinarius” dla określenia osoby zajmującej się
bydłem i nierogacizną (drugim takim określeniem było „souvetaurinarius”). Słowo to wywodziło się od łacińskiego „veterina” stosowanego
dla okreslenia zwierząt stadnych.
473
Spuścizna starożytności prawie zaniknęła w średniowiecznej
Europie. Na szczęście wiele z dzieł dawnej Grecji, Rzymu, Persji
a nawet Indii zachowane zostało w tłumaczeniach w świecie islamskim. Poza tłumaczeniami nie sposób tu także nie wspomnieć Al Raziego [Rhazes] (865-925) autora dziewięciotomowej encyklopedii medycznej „Liber de medicina ad Almansorem” inaczej “Liber Almansoris”, gdzie część rozdziałów poświęcona jest anatomii, czy Avicennie
[Ibn Sinna] (980-1037), który w swym Kanonie („Al Canun fi al Tibb”)
usystematyzował anatomię, a neuroanatomii poświęcił oddzielny rozdział (9, 13).
Umiłowanie Arabów do koni, ich hodowli i leczenia zostało
przeniesione wraz z medycyną dotyczącą człowieka do Europy tzw.
Zachodniej (choć ówczesna Hiszpania była pod wływami Maurów).
Ibn Zuhr znany również jako Avenzoar (1091-1161) znany ze
swego dzieła “Al-Taisir” wykonywał sekcje zarówno na ludziach jak
i zwierzętach w celu wprowadzenia wiedzy praktycznej do umiejętności lekarzy. On też jako pierwszy, opierając się na swej znajomości
anatomii, opisał i przeprowadzał tracheotomie, jako zabiegi ratujące
życie (9, 11).
W okresie rozwijającego się renesansu Leonardo da Vinci
(1452-1519) był osobą niezwykłą. Powodem dla którego postanowił
dogłębnie studiować anatomię zarówno zwierząt jak i człowieka, była
próba jak najlepszego i najgłębszego poznania natury oraz możliwości
oddania jej później w sztuce. Osobiście wykonał kilkadziesiąt sekcji,
i choć w swych opisach nie zawsze trafnie oddawał mechanizmy (wie-
474
rzył w prace Galena) to szczegółowość jego rysunków do dziś budzi
podziw. Słynny jego rysunek pokazujący przekrój przez ciężarną macicę kobiety, powstał dzięki anatomii porównawczej. Leonardo obserwował noworodka, porówywał jednak z rozciętą ciężarną macicą bydła
(12).
Anatomem, który nie bał się zaprzeczyć dogmatom Galena był
Andreas Vesalius (1514-1564). Młody Flamand, studiujący w Leuven,
potem w Paryżu i Padwie, początkowo wykonywał sekcje potajemnie,
potem już jawnie. Wykonując raz sekcję małpy z rodzaju naczelnych
odkrył wiele szczegółów podawanych przez słynnego poprzednika
opisującego w ten sposób anatomię człowieka. Dzięki dokładnej analizie uznał, że Galen nigdy nie wykonał sekcji człowieka i wytknął
u niego ponad 200 błędów, co spowodowało konflikt z wieloma profesorami – m.in. jego nauczycielem Sylwiuszem z Paryża. Wykazał wyraźnie, że nie można
przenosić wszystkich relacji anatomicznych
zwierząt na człowieka. Taki rozwój anatomii oraz wykazywanie różnic
anatomicznych wpłynęło znacznie na rózwój anatomii porównawczej.
Najsłynniejszą pracą Vesaliusa była De humani corporis fabrica
librii septem wydana w 1543r., ilustrowana rycinami Calcariego,
ucznia Tycjana. Ten sam artysta uważany jest za autora rycin do innego wielkiego dzieła. Była to Anatomia del Cavallo Carlo Ruiniego
(1530-1598), pierwsze poważne dzieło dotyczące anatomii weterynaryjnej. Księga ta dała także podstawy do rozwoju tej dziedziny jako
osobnej gałęzi nauki (3, 9).
475
Ryc. 2. Anatomia del Cavallo – Carlo Ruini
Spuściznę uniwersytetu padewskiego kontynuował na gruncie
brytyjskim William Harvey (1578-1657). Student Fabriciusa ab Aquapendente (1537-1619), potem profesor anatomii w Królewskiej Szkole Medycyny w Londynie. Jego głównym dziełem było „Exercitatio
476
Anatomica de Motu Cordis et Sanguinis in Animalibus” (Praca anatomiczna o ruchu serca i krwi u stworzeń żywych) wydane w 1628 we
Frankfurcie. We wstępie napisał: „Zadanie to znalazłem tak żmudnym
i uciążliwym, tak pełnym trudności, że bliski byłem myśli, że … praca
serca zrozumiała jest jedynie dla Boga. Nie byłem bowiem w stanie
zauważyć kiedy miejsce miał skurcz, a kiedy rozkurcz, tak szybko po
sobie następowały”(4, 9). Jednakże dzięki m.in. pracy Fabriciusa i Ruiniego nad budową serca, oraz własnym badaniom na zwierzętach
odkrył mechanizm pracy układu krążenia (8). Początkowo poznawał
budowę serca zmiennocieplnych (np. węgorzy), a następnie ich układu naczyniowego. Zauważywszy, że lewa komora pompuje krew do
układu tętniczego, a prawa do krążenia płucnego, zaobserwował także, że skurcz występuje prawie jednoczasowo, a nie jak uważano poprzednio niezależnie od siebie. Ponadto sekcjonując embriony zauważył przewód tętniczy oraz opisał jego rolę w krążeniu płodowym.
W konsekwencji badań nad układem naczyniowym przeprowadził publiczny eksperyment polegający na ciasnym zaciśnięciu odpowiednika
współczesnej stazy na ramieniu ochotnika. Gdy po chwili ramię bladło
oraz spadała jego temperatura jako wykładniki zamknięcia krążenia
poniżej opaski, delikatnie ją zwalniano. Powodowało to napłynięcie
krwi przez głębiej położone tętnice, przy zamkniętym odpływie żyłami.
Kończyna robiła się ciepła, zaczerwieniona, a żyły powierzchowne
nabrzmiewały. Całkowite zwolnienie opaski przywracało naturalny
przepływ krwi w naczyniach i powrót kończyny do normalnego wyglądu (6, 9).
477
Ryc. 3. Eksperyment Williama Harveya
Harvey w swych poglądach głosił także, że życie nie może powstać z nieorganicznej materii nieożywionej i w pracy „Exercitationes
de generatione animalium” („Badania nad pochodzeniem zwierząt”)
wydanej w 1651r., umieścił słynne zdanie: „Omne vivum ex ovo” –
„Wszystko, co żyje, pochodzi od jaja”. W swych poszukiwaniach anatomicznych sekcjonował około stu gatunków zwierząt.
Giovanni Battista Morgagni (1682-1771) włoski anatom, był początkowo prosektorem przy Antonio Marii Valsalvie (1666-1723), który
piastował wówczas na uniwersytecie w Bolonii stanowisko demonstrator anatomicus. Gdy Valsalva został przeniosiony do Parmy, Morgagni
478
przejął stanowisko i wówczas wykazał się swymi umiejętnościami.
Sekcjonował w w jednym z najstarszych Theatrum anatomicum w Europie (drugie było w Lejdzie) przyciągając na zajęcia wielu obserwatorów, nie tylko studentów. Podczas licznych autopsji zaobserwował korelacje między objawami klinicznymi, a zmianami anatomopatologicznymi w narządach wewnętrznych, zapisywanymi później w raportach
sekcyjnych.
Ryc. 4. Theatrum anatomicum w Leiden
Jego fundamentalna praca De Sedibus et Causis Morborum
(O miejscach i przyczynach chorób) powstała jako wynik 70 listów,
w których prawie 700 przypadków jest opisanych bardzo szczegółowo
479
„a capite ad calcem” – od głowy po stopy - dając usystematyzowany
obraz wiążący wiele objawów klinicznych z obrazem zmienionych narządów wewnętrznych. Morgagni uważany jest za ojca patomorfologii
(4).
John Hunter (1728-1793), szkocki lekarz i anatom, początkowo
był asystentem swego brata Williama (1718-1783), również lekarza,
położnika i anatoma, członka Królewskiego Towarzystwa Naukowego.
Oddzieliwszy się od jego praktyki zajął się szerzej leczeniem zwierząt.
Po pewnym czasie uznał je na tyle ciekawsze, że zarzucił praktykę leczenia ludzi. Pozostawił po sobie więcej opublikowanych prac dotyczących weterynarii niż wszyscy jego poprzednicy (zajmujący się
zwierzętami) przez ponad wiek.
Około roku 1760 (prawdopodobnie w 1762) Claude Bourgelat
założył pierwszą szkołę weterynaryjną. Miało to miejsce w Lyonie we
Francji. Pierwszym profesorem katedry anatomii został Honore Fragonard (1732-1799), który sekcjonował i preparował zwierzęta,
z części z nich wykonując stałe eskpozycje, do obejrzenia również
dziaj w Musee d’Alfort w Paryżu. Był to prawdopodobnie ten moment
kiedy wyraźnie oddzieliły się od siebie medycyna człowieka od medycyny zwierząt (7).
480
Ryc. 5. Lekcja anatomii Dr Tulpa
Streszczenie
Od chwili udomowienia zwierząt stały się one niedłącznym elementem środowska człowieka. Równolegle z rozwojem świadomości
dotyczącym ciała ludzkiego lecz także wagi i użyteczności zwierząt,
rosła także potrzeba dbania o nie. W ten sposób często równolegle,
czasami równoczasowo wzbogacała się wiedza na temat budowy ciała jednych i drugich. Dla wielu pierwszych anatomów zwierzęta stanowiły pewnego rodzaju pole doświadczalne, dla innych stanowiły odniesienie i na tej podstawie budowali wiedzę o ciele człowieka, nie
zawsze w zgodzie z prawdą. Lekarze zajmujący się zwierzętami
w wielu społecznościach nie cieszyli się wielką estymą i pomimo wielu
481
prób dopiero początek XVIII wieku dał prawdziwe zainteresowanie weterynarią, a następnie wydzielenie jej jako osobnej i jakże ważnej nauki.
Piśmiennictwo
1. Brain P. Galen on bloodletting: A study of the origins, development and validity of his
opinions, with the translation of the three works. Cambridge University Press 1986 p.
10, 140.
2. Chrószcz A., Janeczek M., et al.: Mumie zwierzęce w strożytnym Egipcie. Dawna
Medycyna i Weterynaria Militarna, Chełmno 2009.
3. Gulczyński J, Iżycka-Świeszewska E, Grzybiak M.: Short history of autopsy. Part I.
From prehistory to middle od 16th century. Pol J Pathol 2009; 60: 109-114.
4. Gulczyński J, Iżycka-Świeszewska E, Grzybiak M.: Short history of autopsy. Part II.
From the second half of 16th century to contemporary times. Pol J Pathol 2010; 3:
169-175.
5. Herophilus: the art of medicine in early Alexandria : edition, translation, and essays
Heinrich von Staden; Cambridge ; New York : Cambridge University Press, 1989. p.
46, 260.
6. Halsall P.: http://www.fordham.edu/halsall/mod/1628harvey-blood.html 1998
7. http://musee.vet-alfort.fr/web/Musee_Fragonard/151-copie-de-le-museefragonard.php.
8. http://www.nlm.nih.gov/exhibition/historicalanatomies/ruini_home.html.
9. Kożuszek W. :Rozwój anatomii patologicznej na Uniwerystecie Wrocławskim oraz
w Akademii Medycznej we Wrocławiu wraz z zarysem historycznym. Wrocław 2007.
Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego. p. 28-60.
10. Medicine in Ancient Egypt. Sameh M. Arab. źródło – Internet.
11. Nogales A. Espert.: Aproximacion a la historia de las autopsias. II.- Edad Media. EJ
Autopsy 2004, 9-15.
12. O’Malley Ch. and de C.M. Saunders J.B.: Leonardo da Vinci on the Human Body.
Reprint 2003. Gramercy Books.
13. Samir S. Amr.: The Contributions of Arab and Muslim Civilization to Medicine. 22nd
European Congress of Pathology, Florence, Italy. 2009. Congress materials “Update
in Pathology”.
Praca zawiera 16 150 znaków
(wraz z ilustracjami stanowi to > 0,5 arkusza wydawniczego)
482
GABINETY I ZBIORY OSOBLIWOŚCI JAKO
PIERWSZE MUZEA ANATOMII, ANATOMII
PATOLOGICZNEJ ORAZ HISTORII
NATURALNEJ
Jacek Gulczyński, Ewa Iżycka-Świeszewska*
ISPL Jacek Gulczyński Gdańsk,
[email protected]
*Katedra i Zakład Patomorfologii Uniwerstetu Medycznego
w Gdańsku, ul. Dębinki 7, 80-211 Gdańsk
[email protected]
Historia muzeów takich jak znamy je dziś jest stosunkowo niedługa. Samo słowo wywodzi się z greki – museion czyli miejsce przebywania Muz. Miało ono stanowić ośrodek, w którym skupiać się miała
wiedza z różnych obszarów, a ludzie mieli dzielić się swymi poglądami
i nauczać innych. Obrazowi temu bardziej odpowiadają współczesne
uniwersytety. Prawdopodobnie pierwszym było Muzeum w Aleksandrii. Założone ok. 295r p.n.e przez Ptolemeusza I Sotera, w całości
przeznaczone dla zapewnienia uczonym jak najlepszych warunków do
pracy. Prawdopodobnie dzięki pomocy Demetriusza, kontynuatora
pracy Teofrasta i Arystotelesa, Museion ten strukturą swą bardzo
przypominał ateńskie szkoły Platona i Arystotelesa. W obrębie kompleksu znajdowały się ogród botaniczny, zoologiczny, obserwatorium
astronomiczne oraz największa w ówczesnym świecie Biblioteka
Aleksandryjska (11).
483
W języku współczesnym muzeum jest jednostką organizacyjną
nienastawioną na osiąganie zysku, której celem jest gromadzenie
i trwała ochrona dóbr naturalnego i kulturalnego dziedzictwa ludzkości
o
charakterze
materialnym
i
niematerialnym,
informowanie
o wartościach i treściach gromadzonych zbiorów, upowszechnianie
podstawowych wartości historii, nauki i kultury polskiej oraz światowej,
kształtowanie wrażliwości poznawczej i estetycznej oraz umożliwianie
korzystania ze zgromadzonych zbiorów (9, 12).
W miarę rozwoju cywilizacyjnego wykształcała się u ludzi chęć
zbierania i kolekcjonowania rzeczy niezwykłych i rzadkich. Dotyczyło
to zarówno przedmiotów, które wychodziły z ręki artysty, ale także pochodzenia naturalnego. Miało ono w założeniu pozwolić zrozumieć
i przyswoić sobie świat zewnętrzny zamykając go w małej, zamkniętej
przestrzeni. Początkowo były to zaledwie pojedyncze eksponaty, lecz
stopniowo, w zależności od stopnia zamożności, ale także wiedzy
i kultury, tworzone były coraz większe kolekcje. Do eksponatów pochodzących z Europy zaczęły dochodzić te przywiezione z Nowego
Świata. W 1519 po raz pierwszy powrócił do Europy Ferdynand Cortes (Hernán Cortés de Monroy Pizarro Altamirano, marqués del Valle
de Oaxaca) (ok. 1485-1547) przywożąc ze sobą oprócz złota, wytwory
rękodzieła Azteków, ale także liczne okazy fauny i flory. Przedmioty
te, w zestawieniu z tymi pochodzącymi ze Starego Świata, nie zawsze
mogły podlegać tym samym próbom katalogowania. Stąd powstawały
pierwsze bardzo ogólne podziały na naturalia i artificialia. Theatrum
Sapientiae, jak nazwał je po raz pierwszy Giulio Camillo (1480-1544),
484
doradca Cosimo di Medici (1519-1574) miały służyć poszerzaniu horyzontów, ale także katalogowaniu eksponatów oraz wiedzy już posiadanej. Podczas przygotowywania podobnych miejsc dla władców
niemieckich po raz pierwszy pojawiło się określenie Kunstkabinet
(Wunderkabinet) dla określenia przeszklonej szafki, w której mogły
być wystawiane eksponaty. Pomieszczenia w których się znajdowały
nazwano Kunstkamern lub Wunderkamern i gromadziły w swych zasobach między innymi rzadkie lub dziwne przedmioty pochodzenia naturalnego ze świata roślinnego bądź zwierzęcego. Tak jak i inne kolekcje muzealne,
powstawały zazwyczaj dzięki mecenatowi majęt-
nych osób, rodzin bądź instytucji.
Idea kolekcjonowania przedmiotów bądź artefaktów w tzw. „mikroskali” (lub mikrokosmosie) miała odzwierciedlać świat zewnętrzny
makroskali (makrokosmosu), ale także miały na celu pokazanie szerokich horyzontów oraz wiedzy i zainteresowań ich właścicieli. Mogły
być także wyrazem zmian w sposobie myślenia, postrzegania świata
tak charakterystycznego dla okresu Renesansu. Dzięki temu powoli
krystalizowały się pierwsze kolekcje muzeów historii naturalnej.
Cosimo I di Medici (1519-1574) Wielki Książę Toskanii, wielki
mecenas sztuki (m. in. twórca galerii Uffizzi) w Palazzo Vecchio dla
swoich zbiorów wykorzystywał początkowo pomieszczenia scrottoio
i guardaroba. Pośród eksponatów pochodzenia naturalnego wystawione były zęby, szkielety ryb, oraz żuchwa słonia. Za jego wzorem
poszedł także władca bawarski Albrecht V w Monachium (6).
485
W roku 1561 Ullysee Aldrovandi (1522-1605) otrzymał jako
pierwszy tytuł profesora nauk przyrodniczych (lectura philosophiae naturalis ordinaria de fossilibus, plantis et animalibus). Był to wynik jego
ponad 10-letnich wypraw, które miały na celu kolekcjonowanie
i katalogowanie roślin, zwierząt oraz minerałów w kolekcji, którą sam
nazwał „teatro o microcosmo della natura”. W roku 1595 opisał swą
kolekcję, która pod koniec życia obejmowała ponad 18.000 eksponatów dotyczących „diversita di cose naturali” czyli różnorodności rzeczy
naturalnych. Kolekcja była na tyle obszerna, że po śmierci autora pozwoliła zasilić kilka uniwersytetów i instytucji, aby na początku XX
wieku zostać ponownie połączona i powrócić w znakomitej większości
do Palazzo Poggi w Bolonii, gdzie jest obecnie przechowywana (14).
Podobną kolekcję zgromadził Duńczyk Ole Worm (1588-1655).
Naukowiec, który studiował na kilku uniwersytetach, w roku 1611 uzyskał tytuły doktora medycyny na Uniwersytecie w Bazylei, a w 1617
Magistra w zakresie sztuki w Kopenhadze. W międzyczasie był osobistym lekarzem króla Danii Christiana IV, i co dotyczyło stosunkowo
niewielu, w czasie lokalnego rzutu epidemii Czarnej Śmierci (w XIV w.
uśmierciła ok. 1/3 populacji Europy, kolejne w następnych wiekach
miały bardziej charakter lokalny) pozostał w mieście, by pomagać chorym. Jego głównym wkładem w zakresie medycyny są kosteczki
Worma (Wormian bones) – drobne kostki wypełniające przestrzenie
w szwach między kośćmi pokrywy czaszki. Jednakże to jego Museum
Wormianum, skatalogowane i opisane w 1655 roku,
stanowiło
ogromną ciekawostkę na skalę europejską. Oprócz wypchanych zwie-
486
rząt, skamielin, kolekcjonował także zabytki literatury skandynawskiej
[6].
Ryc. 1. Sala muzealna w Palazzo Poggi w Bolonii
W swym naukowym podejściu stawał zarówno po stronie badań
empirycznych jak i starych podań i wierzeń. Udowodnił, że rajskie ptaki bezzasadnie noszą nazwę „apoda” i dysponują w pełni wykształconymi typowymi dla ptaków odnóżami. Dowiódł także, że lemingi są
gryzoniami rozmnażającymi się w sposób typowy dla ssaków, a nie
jak większość wówczas uważała, biorą się z powietrza. Wg Worma
jednorożec był stworzeniem mitycznym i rogi jednorożca funkcjonujące „w obrocie” najpewniej były rogami narwali. Z drugiej jednak strony
badał empirycznie skuteczność tegoż rogu jednorożca jako antidotum
przeciwko truciznom. Trucizny podawał małym ssakom, stosując na-
487
stępnie sproszkowany „róg jednorożca” i notował wysoką skuteczność.
Ryc. 2. Museum Wormianum
W Anglii John Tradescant Starszy (ok. 1570-1638) naturalista
i podróżnik również zebrał znaczną kolekcję, którą skatalogował wg
znanego podziału na naturalia (w obrębie których znajdowały się zwierzęta, rośliny i minerały) oraz artificialia luźno eksponowane. Prawdopodobnie była tam pierwsza ekspozycja skamieniałości dinozaurów.
Po raz pierwszy skatalogowane w roku 1634, „kurioza” wystawione
były w budynku nazwanym Arką, eksponaty botaniczne natomiast na
488
terenie ogrodu. Kolekcja stworzyła pierwsze w Anglii muzeum otwarte
dla publiczności, następnie przekształcone w Ashmolean Museum (9).
Kolekcje podobnego typu powstawały w całej Europie będąc
symbolem statusu a zarazem demonstrowały poziom zainteresowania
wiedzą współczesną oraz świadomość złożoności natury. Trend ten
prowadził do coraz popularniejszego kolekcjonowania eksponatów,
a potem także całych zwierząt.
Pierwsze muzea anatomiczne
Rozwój anatomii datował się od starożytności. Wiemy, że już
Egipcjanie posiadali pewną wiedzę na temat budowy ciała ludzkiego,
co m.in. wykorzystywane było przy prostych zabiegach chirurgicznych
opisywanych w Papirusie Edwina Smitha (datowanym na około 1600
lat p.n.e), a także pośmiertnie w procesie mumufikacji. Szkoła grecka,
począwszy od Alkmeona z Krotonu, poprzez Hierofilesa z Chalcedonu
i Galena wnosiła już dość szczegółowe dane dotyczące budowy poszczególnych układów, a także obserwacji pierwszych patologii (11).
Choć średniowiecze nie było najświetniejszym okresem do rozwoju
nauki, to częściowo dzięki obecności Maurów w Hiszpanii oraz dzięki
uniwersytetom włoskim, powoli chęć doskonalenia doprowadziła do
oficjalnej zgody na wykonywanie autopsji w coraz szerszym zakresie.
Ogromny wkład w rozwój tej dziedziny mieli m.in. Leonardo da Vinci
(1452-1519), Antonio Benivieni (1443-1502)
czy Andreas Vesalius
(1514-1564). Vesalius zasłynął nie tylko swym nowoczesnym jak na
ówczesne czasy podejściem do anatomii jako dziedziny oraz autopsji,
489
lecz także pracą podsumowującą jego doświadczenia De humani corporis fabrica librii septem. Dzieło wydane w 1543 r., ilustrowane było
rycinami Calcariego, ucznia Tycjana.
W 1594 roku Fabricius ab Aquapendente (1537-1619), profesor
anatomii na Uniwersytecie w Padwie zbudował pierwsze stałe theatrum anatomicum, a wkrótce podobne powstało także w Lejdzie.
W konsekwencji rozwoju anatomii szczegółowej, zarówno człowieka
jak
i
zwierząt,
musiało
doprowadzić
do
znajdowania
i rejestrowania anomalii i patologii. Obserwacje tych zmian stawały się
elementem dydaktycznym, które w każdym wymiarze pokonywały,
bez względu na to jak doskonałe by nie były, dwuwymiarowe ilustracje
i ryciny.
W sytuacji gdy liczba odkrywanych zmian rosła, problemem zaczynała być kwestia utrwalania poszczególnych eksponatów, zwłaszcza gdy dotyczyły człowieka i zwierząt.
Najprostszym sposobem pozyskiwania eksponatów było zdobycie preparatów osteologicznych, w większości już gotowych. Uzyskiwano je poprzez usunięcie tkanek miękkich, a następnie macerację.
Niestety ten sposób nie pozwalał na utrwalenie zmian dotyczących
powłok, bądź narządów wewnętrznych. Preparaty tzw. mokre powstawały zazwyczaj poprzez zanurzenie tkanek miękkich w różnych
roztworach, najczęściej alkoholowych utrwalaczy. Preparaty suche
powstawały po nastrzykiwaniu naczyń żywicami, lub woskiem, a następnie były suszone. Ostatnią metodą było uzyskiwanie preparatów
poprzez trawienie. Dotyczyło to przede wszystkim układu naczynio-
490
wego. Naczynia ostrzykiwano najczęściej woskiem, a następnie cały
organ poddawano działniu substancji trawiących tkanki miękkie. Pozostawał nie poddający się reakcji wosk idealnie oddający przebieg
i kształt naczyń.
O ile w przypadku zwierząt nie było dużego problemu, to kwestia zdobywania zwłok ludzkich, ich części bądź organów wewnętrznych w celach naukowych, początkowo bardzo negatywnie odbijała
się na liczbie eksponatów.
William Harvey (1578-1657) anatom i fizjolog, był studentem
słynnego Fabriuciusa ab Aquapendente z Padwy. Dla swych badań
nad układem krwionośnym opracował technikę badania przebiegu naczyń poprzez nastrzykiwanie różnymi substancjami. Technikę tę udoskonalił Frederick Ruysch (1673-1731) – początkowo farmaceuta,
później położnik, ale przede wszystkim anatom. Po wielu mniej lub
bardziej udanych próbach doszedł do receptury, która pozwalała
utrzymać narządy i całe zwłoki w doskonałym stanie przez długi czas,
nawet w kontakcie z powietrzem. Efekty swej pracy przedstawiał
w specjalnie przygotowanym budynku na przedmieściach Amsterdamu, eksponując zarówno małe dioramy z elementami roślinnymi, mineralnymi ale także szkieletami płodów, oraz całe kompozycje, na które składało się kilka w pełni ubranych zwłok ludzkich. Swe wrażenia
z tej wystawy tak opisywał ówczesny ambasador Francji de Fontenelle:
„Wszystkie ciała utrwalone (nastrzyknięte) przez niego (Fredericka Ruyscha) zachowały swój charakter i młodzieńczą świeżość.
491
Można by je wziąć za osoby żywe w głebokim spoczynku, ich członki
w paraliżu snu. Można by powiedzieć, ze Ruysch posiadł sztukę
przywracania do życia zmarłych. Jego „mumie” stanowią objawienie
życia, podczas gdy egipskie nie prezentują nic poza śmiercią” (5).
Piotr I, car Rosji, był pod takim wrażeniem, że po pierwszym
spotkaniu w 1697 roku, a następnie odbyciu kilku kursów anatomii
u Ruyscha postanowił nabyć całą jego kolekcję wraz z sekretem produkcji „liquor balsamicum”. W roku 1717 cała kolekcja została przewieziona do Sankt Petersburga, gdzie dała początki Kunstkamerze
(Gabinetowi Ciekawostek), muzeum funkcjonującym do dziś.
Ryc. 3. Diorama
Dzięki carowi starającemu się wprowadzić Rosję do Europy,
również poprzez naukę, w roku 1718 wydano edykt, który nakazywał
492
by każdy znaleziony „ludzki, czy to bydlęcy, ale także każdego zwierzęcia i ptactwa dziwny twór” miał być przekazywany do Sankt Petersburga. Muzeum zostało otwarte dla publiczności w roku 1719.
W swych zasobach obejmujących zarówno faunę jak i florę całego
świata do dziś można podziwiać kilkadziesiąt oryginalnych preparatów
przywiezionych jeszcze z Amsterdamu (16).
William Hunter (1718-1783), szkocki lekarz, położnik i anatom,
członek Królewskiego Towarzystwa Naukowego, w trakcie studiów
w Paryżu i Lejdzie poznał i docenił wagę wykładów z wykorzystaniem
ludzkich zwłok. Zaczął kolekcjonować preparaty, a także wykonywał
gipsowe odlewy i modele (jako trwalsze) np. przekrojów ciężarnej macicy. W międzyczasie w 1742 r znacznie rozszerzył swą kolekcję poprzez nabycie wszytkich preparatów anatomicznych Dr Jamesa
Douglasa (1675-1742) również szkockiego anatoma, pochodzącego
z Edynburga. Hunter na własny koszt rozbudował i przebudował własny dom przy Great Windmill St. W Londynie, umieszczając tam zarówno bibliotekę, sale wykładową, ale także theatrum anatomicum.
W przylegającym pomieszczeniu było umieszczone museum, dostępne dla przychodzących studentów. Na podstawie testamentu zostało
przeniesione w roku 1807 do Glasgow, gdzie otwarto je jako Hunterian Museum. Do dziś dnia funkcjonuje ono jako muzeum posiadające
liczne kolekcje, a np. eksponaty z zakresu zoologii liczone są na ponad 600.000. Preparaty anatomopatologiczne przedstawiają głównie
patologie z zakresu neonatologii oraz chorób zakaźnych takich jak syfilis, czy gruźlica (4, 15).
493
Ciekawostką może być to, że młodszy John Hunter (17281793), także lekarz i anatom, tylko początkowo był asystentem swego
brata Williama. Później zaczął tworzyć własną kolekcję, która objęła
ok. 15.000 eksponatów, w tym wiele ze świata zwierząt (20).
Honore Fragonard (1732-1799) w 1762 r został zatrudniony
przez Claude’a Bourgelata (1712-1779) założyciela pierwszej wyższej
szkoły weterynaryjnej w Lyonie (ok. 1760). To właśnie tam zaczął on
prezentować wypreparowane zwierzęta. W roku 1765 Ludwik XV zainicjował szkołę weterynaryjną w Paryżu, najpierw przy ul. Sainte
Appolline a następnie do dzielnicy Alfort - École Nationale vétérinaire
d'Alfort in Maisons-Alfort). Fragonard został tam pierwszym profesorem anatomii, przygotowując ponad tysiąc preparatów. Po rozstaniu
ze szkołą nie zaprzestał pracy i kontynuował ją w domu, sprzedając jej
efekty arystokratom chcącym powiększyć bądź rozpocząć prywatne
kolekcje. Było to również spowodowane faktem, iż ciała po wypreparowaniu były „układane” w formy bardziej teatralne niż w celach edukacyjnych. Wyraźnym przykładem może być tu słynny „Jeździec apokalipsy” wzorowany na rysunku Albrechta Durera (1471-1528). Po
okresie Wielkiej Rewolucji Francuskiej, w czasie której Fragonard był
członkiem Narodowej Rady ds. Sztuki, większość kolekcji została
zniszczona, lub rozproszona (19).
494
Ryc. 4. Honore Fragonard – Jeździec
W roku 1795, profesor Gerardus Vrolik (1775-1859) zajął się teratologią i stąd powstała kolekcja przypadków obejmujących wady
wrodzone. Jego pracę kontynuował syn Willem Vrolik (1801-1863),
zamykając zbiory liczbą ponad 5 tysięcy preparatów zarówno osteologicznych, jak i tzw mokrych. Po jego śmierci w niepewnej sytuacji dotyczącej dalszych losów społeczeństwo miasta Amsterdam wykupiło
kolekcję i przekazało nieodpłatnie Atheneum Illustre, poprzednikowi
Uniwersytetu Amsterdamskiego. Później została ona poszerzona
495
o osteologiczną kolekcję anatomopatologiczną Hoviusa. Może być
ona do dziś oglądana w Wydziale Anatomii i Embriologii Uniwersytetu.
Ryc. 5. Albrecht Durer – Apokalipsa
496
Ryc. 6. Albrecht Durer – Apokalipsa
W tym samym czasie we Wiedniu funkcjonowało AKH (Allgemeines Krankenhaus der Stadt Wien). Były oddział zamknięty dla pacjentów umysłowo chorych Narrenturm zostało w całości przekształcone
w muzeum anatomopatologiczne, gdzie przechowywano preparaty zarówno osteologiczne, jak i maceraty. Od roku 1796, kiedy to cesarz
Franciszek I je ustanowił, kuratorami były sławy wiedeńskiej medycyny i anatomii patologicznej włączając w to największego Karla Rokitansky’ego (1804-1878) (21).
W roku 1810 równocześnie z utworzeniem Uniwersytetu Berlińskiego, z połączenia trzech muzeów Anatomo-zootomicznego, Zoologicznego oraz Mineralogicznego, powstało Berlińskie Muzeum Historii
497
Naturalnej. Było pierwszym państwowym muzeum na świecie. Obecnie zbiory obejmujące zoologie, paleontologię i mineralogię obejmują
ponad 30 milionów eksponatów. W chwili obecnej najbardziej znanymi
eksponatami są zrekonstruowany szkielet brachiozaura oraz najlepiej
zachowany skamieniały okaz Archeopteryxa. Podobne muzea wkrótce
powstały w Londynie, Paryżu i innych większych miastach Europy,
a znacznie później obu Ameryk.
W tym samym wieku w berlińskim Charite Rudolf Virchow
(1821-1902) rrównież tworzył kolekcję preparatów anatomopatologicznych. Jego motto „nie ma dnia, bez eksponatu (do muzeum)” doprowadził do tego, że w roku 180 eksponatów było już 19 tysięcy,
a przed wybuchem I wojny światowej – ponad 25 tysięcy. Wojna
w znacznym stopniu zniszczyła zarówno budynej jak i jego zbiory, lecz
dzięki pracy następców muzeum ponownie może poszczycić się
ogromną kolekcją, częściowo udostępnianą zwiedzającym (22).
Muzea modeli
Musimy zaznaczyć, że równolegle do sztuki utrwalania prepartów pochodzenia naturalnego rozwijał się kierunek odtwarzania natury
przy pomocy modeli wykonanych głównie z wosku bądź gipsu (metodę gipsową stosował już W. Hunter). Sztuka ceroplastyki, czyli modelowania w wosku powoli doskonaliła się w XVI i XVII wieku. Stała się
bardzo
użyteczną
i dydaktycznych.
498
dziedziną,
również
w
celach
naukowych
Gaetano Zumbo (1656-1701), który studiował anatomię, (podobno zainspirowany suchymi preparatami anatomopatologicznymi
pozostawionymi dla dobra Instutu Naukowego w Bolonii przez Antonio
Maria Valsalvę (1666-1723) chirurga i anatoma), a następnie pracował
w tymże mieście i wykonywał kolorowe modele woskowe dla celów
stricte dydaktycznych. Jego następcą został Ercole Lelli (1702-1766).
Współpracując z Giovannim Manzolini and Anną Morandi Manzolini
(1714-1774), małżeństwem profesorów w zakresie anatomii, wykonali
wiele modeli woskowych dokładnie oddając szczegóły narządów wewnętrznych, a także naczyń, nerwów i mięśni. Wiele z tych prac anatomicznych i teratologicznych do dziś może być oglądana w Instituti di
Anatomia Umana Normale oraz Museo delle Cere Anatomiche Luigi
Cattaneo w Bolonii (7).
W roku 1771 powstało we Florencji Muzeum La Specola (Obserwatorium) jako Imperial Regio Museo di Fisica e Storia Naturale
założone przez Piotra Leopolda, Wielkiego Księcia Toskanii z pochodzenia Medyceusza. Miało być ono otwarte dla szerokiej publiczności
(choć restrykcje dotyczyły stroju zwiedzających) i prezentowało ciekawostki natury jak skamieniałości, minerały, egzotyczne rośliny ale
również zwierzęta.
499
Ryc. 7. Museo La specola
Szkoła florencka była jedną z najważniejszych w ówczesnej Europie i stała się na tyle sławna, że jej modele stanowiły trzon kolekcji
Josephinum (1782) – Wojskowej Szkoły Medycznej we Wiedniu, Uniwersytetu w Cagliari (Sardynia) - Wax Anatomy Museum (otwarte do
dnia dziejsiejszego) a także wielu innych. [7]
Museo Anatomico Uniwersytetu w Sienie powstało na bazie kolekcji
profesora anatomii Uniwersytetów w Pizie i Florencji, Paolo
Mascagniego (1755-1815). Mascagni wzmocniony dodatkowymi funduszami oraz pomieszczeniami stworzył kolekcję obejmującą woskowe modele anatomiczne, teratologiczne płodów, ok. ośmiuset czaszek, a także modeli naczyń (głównie limfatycznych – jego głównego
500
celu badań). Pośród obfitej kolekcji rycin anatomicznych znajduje się
kilka wykonanych przez Leonarda da Vinci.
Pośród materiałów polskich znalazł się opis pierwszej w Europie
publicznej sekcji płodu dokonanej w roku 1613 w Gdańsku, przez profesora anatomii w Atheneum Gedanense Joachima Olhaviusa (15701630). Sekcjonowano zdeformowany płód, dość dokładnie przedstawiony później na rycinach. Sposób przedstawienia może sugerować,
że płód został utrwalony (13). Drugą ważną informacją jest fakt nabycia drugiej kolekcji od Fredericka Ruyscha przez polskiego króla Augusta II Mocnego. Została ona umieszczona w Dreźnie w Kunstkamerach Pałacu, lecz następnie uległa rozproszeniu, a częściowo zniszczeniu podczas II wojny światowej i nie zachowało się nic z ich pierwotnego stanu (17).
Drogą morską, głównie z Holandii, sprowadzała eksponaty do
swej kolekcji Anna z Sapiehów Jabłonowska, wojewodzina bracławska (1728-1800). Założyła w pałacu w Siemiatyczach gabinet historii
naturalnej, w założeniach zgodny z wzorcowymi gabinetami Medyceuszy i Habsburgów. Źródłem historycznym, obrazującym zasoby tego gabinetu są zachowane listy przyjaciółki księżnej, Renaty Gralach
z Gdańska. W jednym z nich opisała odebrane dla księżnej eksponaty
z Holandii: Bilioteka nasza upodobniła się raczej do muzeum, z chwilą
gdy ozdobiłam ją przeszło 189 słojami, zawierającymi czworonogi, ryby, węże itp. – zakonserwowane w spirytusie. Obok tego ptaki z obcych krajów i wypchane małpy, muszle, wśród których najcenniejszymi okazami są Pavillon d’orange i Nautilus papirac (10).
501
Jak pisze Kowalczykowa, najstarszym zachowanym w Polsce
preparatem anatomicznym, i bodajże najsłynniejszym eksponatem
w obrębie kolekcji Muzeum Collegium Medicum Uniwerystetu Jagiellońskiego, jest utrwalony w wyskoku (spirytusie) czteromiesięczny
prawidłowo wykształcony płód ludzki, przechowywany w walcowatej
flaszce z zielonkawego szkła, zabezpieczonej mosiężną ramką. Znajdująca się na nim inskrypcja:
AD 1686 29 Julii Szynwalde inclusus; AD 1691 datus Serenissimo Joanni 3 Regi Polo 23 Juni” ogląd
zewnętrzny flaszy
z preparatem, sposób jej wykonania oraz krój czcionki a także zapiski
w archiwach przemawiają za jej autentycznością. Wszystko wskazuje
na to, że był on podarowany królowi Janowi III Sobieskiemu, który był
zbieraczem różnych osobliwości i posiadaczem całkiem sporej ich kolekcji (1, 3).
Streszczenie
Chęć kolekcjonowania znalezisk, czy też wyrobów rąk ludzkich
towarzyszyła człowiekowi od dawna. Miała pomóc zrozumieć świat
zewnętrzny i przyswoić go. W latach późniejszych kolekcje świadczyły
także o guście i zamożności właścicieli. W erze rozkwitu Renesansu
i zainteresowania naturą i człowiekiem, równolegle z rozwojem anatomii, zaczęto także kolekcjonować ciekawostki ze świata fauny i flory.
Wraz z wzrastającą liczbą wydziałów medycznych na uniwersytetach
europejskich wzrastało także zapotrzebowanie na pomoce naukowe,
zwłaszcza, gdy okazało się, że nie muszą to być jedynie dwuwymia-
502
rowe ryciny. W ten sposób, na bazie najpierw pojedynczych Kunstkabinetów, powstawały Kunstkamery, a potem całe muzea. Wyodrębniły
się z nich wyspecjalizowane muzea anatomiczne i anatomopatologiczne oraz muzea historii naturalnej, choć i w części z nich można
również znaleźć eksponaty mówiące o licznych tajemnicach ciała
ludzkiego (6).
Piśmiennictwo
1. Ciechanowski St.: Najstarszy w Polsce preparat, pamiątka po królu Sobieskim, „Polska Gazeta Lekarska”, (23) 1938, s. 481- 483.
2. Dzik J.: Dzieje idei narodowego muzeum przyrodniczego [w]: Materiały sesji naukowej 200 lat muzealnictwa warszawskiego - dzieje i perspektywy. Zamek Królewski
w Warszawie 16-17 XI 2005 r. Warszawa 2006.
3. Kowalczykowa J.: Sto lat krakowskiego Zakładu Anatomii Patologicznej, „Patologia
Polska”, (4) 1952.
4. Keppie L.: William Hunter and Hunterian Museum in Glasgow 1807-2007. Edinburgh
University Press 2007, p. 7-18.
5. Museum anatomicum Ruyschianum, sive catalogus rariorum quae in Authoris aedibus asservantur. Amsterdam, 1691. 2nd edition, 1721; 3rd edition, 1737. English
translation, London, 1751.
6. Impey O., MacGragor A. The Origins of Museums: The Cabinets of Curiosities in Sixteenth- and Seventeenth-Century Europe, 2001.
7. Museo La Specola, Firenze. Encyclopaedia Anatomica. 2006 Taschen.
8. Salter H.E., Mary D. The Old Ashmolean Museum', A History of the County of Oxford:
Volume 3: The University of Oxford (1954), pp. 47-49.
9. Słownik Języka Polskiego PWN 2010.
10. Szwarc Z.: Prywatne ogrody botaniczne a rozwój nauk przyrodniczych w ośrodku
gdańskim w XVI-XVIII w. „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki”, rok 1986.
11. Świderkówna A.: Hellenika, wizerunek epoki od Aleksandra do Augusta. PWN 2009.
str. 152-223.
12. Ustawa z dnia 29 czerwca 2007 r. o zmianie ustawy o muzeach (Dz. U. z 2007 r.
Nr 136, poz. 956 z późn. zm.]
13. Żydowo M., Bukowski M.: Dzieje nauk medycznych w Gdańsku.
www.gumed.edu.pl/attachment/attachment/308/Dzieje_ALG_i_AMG_www_20071
030_1.pdf.
14. http://www.bub.unibo.it/en-US/Historical-Artistic-heritage/MuseoAldrovandi.aspx?LN=en-US&idC=61669.
15. http://www.hunterian.gla.ac.uk/.
16. http://kunstkamera.ru/en/.
503
17. http://www1.medizin.uni-halle.de/iaz/meckel/seite6b.htm.
18. http://www.msn.unifi.it/mdswitch.html.
19. http://musee.vet-alfort.fr/web/Musee_Fragonard/151-copie-de-le-museefragonard.php.
20. http://www.rcseng.ac.uk/museums/.
21. http://www.narrenturm.at.
22. http://www.bmm.charite.de.
Praca zawiera 25 349 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
504
KAPŁONIENIE
CZYLI KASTRACJA PTACTWA DOMOWEGO
ORAZ SPRZĘT DO TEGO UŻYWANY
Alicja Krzyżewska-Młodawska
Katedra Chorób Małych Zwierząt z Kliniką
Wydziału Medycyny Weterynaryjnej SGGW,
ul. Nowoursynowska 159 C, 02-776 Warszawa
[email protected]
Kapłon to wykastrowany i specjalnie utuczony młody kogut. Kapłony były kiedyś wykwintnym i dość popularnym daniem. Kuchnia
staropolska XVI i XVII wieku obfitowała w przepisy na dania
z kapłonów np.: „potrawka z pięciu kapłonów” (2). W Wielkiej Brytanii
praktyka kapłonienia była mniej popularna niż na lądzie, chociażby we
Francji, gdzie w niektórych rejonach kraju zajęcie to stanowiło źródło
dochodu, zwłaszcza dla kobiet. Cena kapłonów w Londynie była dwukrotnie wyższa niż nie kastrowanych kurcząt (1), co świadczy
o wykwintności mięsa i potraw z niego przyrządzanych.
Zabieg kapłonienia wykonywało się głównie w celu uzyskania
kogutów większych rozmiarów oraz bardziej tłustych, co poprawiało
zdecydowanie smakowitość mięsa w porównaniu z kogutami niekastrowanymi. Opisane przez dr Kluka tymi słowami: ”… Kogut bowiem
cały rzadko, zwłaszcza od pieszczonych żołądków, bywa zażywany:
jakoż w samey rzeczy tak lubieżny, i gorący Ptak, nie ma innego mię-
505
sa, iako tylko suche, niesmaczne, i trudne do strawienia. Przeciwnym
sposobem Kapłon, osobliwie tłusty, jest bardzo soczystym pożywieniem. …” (3). Ponadto zapobiegano walkom kogutów w stadzie (1), co
również zostało ciekawie opisane przez dr Kluka: „Kapłona imię daie
się owemu młodemu Kogutowi, ktoremu członki rodzajne wyrzynaia
się, aby przez swe lubieżności nie wynędzniał, aby stał się tłuściejszym, i mięso iego było smacznieysze” (3). Ponadto można było używać kapłonów jako opiekunów młodych kurcząt. Odciążało to kury
i przyspieszało ich ponowne niesienie jaj: … ”Kapłony zażyte być mogą do prowadzenia Kurcząt dla oszczędzenia Kur, które prędzey niosąc się pożytkować mogą. …” (3). Na kapłony wybierało się kogutki
z wiosennego odchowu, najlepiej takie, które miały pojedynczy grzebień i niebieskawe policzki (4). Trzy- lub czteromiesięczne kogutki były
najodpowiedniejsze (4, 5). Oznaką gotowości do kapłonienia było
gdakanie i pianie oraz rośnięcie ostróg na tylnych kończynach (4).
Kogutki natomiast późno wylężone nie nadawały się do zabiegu (3).
Na parę tygodni przed kastracją odłączało się ptactwo od grupy, co
miało na celu wolniejsze rozwijanie się jąder (4). Najodpowiedniejszymi miesiącami do wykonywania zabiegu są według Hobdaya sierpień, wrzesień i listopad. Natomiast dr Kluk zauważył zależność między ciepłą porą roku, a zwiększoną umieralnością kogutków po zabiegu. Dlatego zalecał kapłonienie najlepiej przed Św. Janem: „ … osobliwie gdy się to czyni w ciepłe czasy, zdychać mogą… Kogutki poźno
wylężone nie zdadzą się do tego: najlepsze są, które przed S. Janem
kapłonione być mogą” (3).
506
Do przeprowadzenia zabiegu kapłonienia potrzebne były dwie
osoby (1, 4, 5): jedna do przytrzymania ptaka, a druga do wykonania
samego zabiegu. W ostateczności może sobie poradzić jedna osoba
przygniatając koguta 2 butelkami wody, połówkami cegły lub wywiązując pasami (1). Zwierzę powinno być przegłodzone na 24 - 36 godz.
przed zabiegiem dzięki czemu przepełnione jelita nie zasłaniają pola
operacyjnego (1, 5). Ptaka kładzie się na boku z wyciągniętymi do tyłu
kończynami (1, 5), bądź na grzbiecie z kończynami przyciśniętymi do
boków (4). W miejscu cięcia wyrywa się pióra. Opisywane były dwie
metody kapłonienia: w starszych książkach z jednego cięcia w poprzek brzucha (4), natomiast w późniejszych doniesieniach preferowano metodę dwóch cięć zażebrowych (1, 5). Cięcie długości ¾- 1 cala wykonuje się w poprzek brzucha poniżej ogona (4) lub wzdłuż
przedniego brzegu ostatniego żebra na długości 3 cm po prawej i lewej stronie (5), według Hobdaya natomiast pomiędzy dwoma ostatnimi żebrami (1). Jądra koguta znajdują się na wysokości ostatniego
żebra tuż przy kręgach lędźwiowych. Po nacięciu powłok brzusznych
i rozszerzeniu brzegów rany chwyta się krezkę jądra i skręca ją (5) lub
miażdży odpowiednimi narzędziami. Nie zaleca się wyrywania na siłę
jądra z powodu ryzyka krwawienia (1). W cięciu brzusznym wprowadza się palec nasmarowany oliwą na ślepo i szuka jąderek posuwając
się wzdłuż grzbietu: ”…Po zrobionym otworze, operujący smaruje sobie palec oliwą, wsuwa go przez otwór wewnątrz brzucha ostrożnie
obok kiszek, po lewym boku, aż ku grzbietowi, gdzie jąderka płciowe
w kształcie białego migdału są przyrośnięte, a namacawszy je, ujmuje
507
zakrzywionym palcem najprzód prawe jądro, wysuwa je aż do otworu
i jak najostrożniej wyłupuje je, następnie drugie. ...” (4).
Postępowanie pooperacyjne również różni się w zależności od
zastosowanego cięcia i roku wydania podręcznika. W starszych doniesieniach i cięciu w poprzek brzucha zalecano włożyć do brzucha
w miejscu jąderek kawałek niesolonego masła i ranę zszyć jedwabną
nitką, posmarować olejem, a następnie posypać miałko przesianym
popiołem, co miało przyspieszać gojenie się rany. Zalecano również
oddzielić wykastrowane kogutki na 3 (3) lub 8 dni od reszty stada
i zamknąć je w czystym kurniku oraz żywić chlebem i piwem oraz poić
dużą ilością wody (4). Z kolei przy cięciu bocznym międzyżebrowym
zalecano pozostawienie rany bez szycia, gdyż sama bardzo szybko
się zasklepia. Jedynym ryzykiem jest odma podskórna, którą łatwo
można zlikwidować nacinając skórę, co zupełnie nie stanowi zagrożenia dla ptaka (1). Przy cięciu bocznym za ostatnim żebrem zalecano
zszycie rany kilkoma węzełkami (5).
Ciekawe są praktyki opisywane w podręczniku Lewandowskiego, stanowiące część składową kapłonienia. Otóż zalecano również
poza odjęciem jąder pozbawić koguta grzebienia i dzwonków oraz odciąć ostrogi, które potem przytwierdza się na miejsce grzebienia. „…
Aby kapłonowi wynagrodzić wziętą mu ozdobę w grzebieniu, osadza
się w świeżej tegoż ranie, ucięte z nóg ostrogi, które łatwo się przyjmują i rosną, lecz i tu trzeba również to miejsce obficie zalewać oliwą
i zasypywać popiołem, aby krwotok nie powstał i zagojenie rany prędzej nastąpiło. …”
508
Narzędzia używane do kapłonienia były stosunkowo proste.
Podstawę stanowił nóż lub skalpel w zależności od stanu posiadania
osoby wykonującej zabieg. Bardziej polecano stosowanie tępego noża. We wcześniejszych doniesieniach w ogóle nie używano narzędzi
do uchwycenia i podwiązania jąder. Robiono to za pomocą własnych
palców (4). Z czasem zaczęły pojawiać się narzędzia ułatwiające
uchwycenie i wydobycie jądra. Przykładem takich narzędzi jest zestaw
Farmer Miles składający się między innymi z łyżkowatego kształtu
szczypczyków ułatwiających uchwycenie jądra oraz narzędzia rozchylającego żebra (1). Podręcznik Szyfelbajna zaleca oprócz narzędzi
ogólnie używanych dodatkowo druciany rozwieracz ran, hak do przerwania otrzewnej i szczypczyki do skręcenia jąder (5). W zbiorach
prywatnego Muzeum Weterynarii Wiesławy i Waldemara Krzyżewskich w Przasnyszu znajduje się zestaw mogący służyć do kapłonienia kogutów. Składa się on z dwóch skalpeli oraz trzech haków: jednego ostro, a dwóch tępo zakończonych. Szacowany ich wiek to koniec dziewiętnastego stulecia. Wszystkie oprawione są w drewnianych
uchwytach. Skalpele są z zabezpieczeniem przypadkowego otwarcia.
Jeden z nich wyprodukowany przez firmę G. Mann drugi natomiast
przez firmę Thamm. Dwa haki są niewiadomej produkcji, jeden natomiast wyprodukowany przez firmę Bott and Walla.
Poza kogutami zabiegowi kastracji poddawano również kokoszki, indyki samce i samice (4), ponadto opisano zabieg u kaczek, gęsi,
łabędzi oraz strusi (1). Oczywiście zabieg u innych ptaków wykonywany był zdecydowanie rzadziej niż u kogutów. Kokoszki poddane
509
kapłonieniu nazywane są pulardami (3). Zabieg wykonuje się również
w celu polepszenia jakości mięsa kury. Procedura wykonania była podobna do tej u koguta. Nacięcia dokonywano pod ogonem po wcześniejszym wyskubaniu piór. Uwidaczniała się wtedy biała maciczka
i po naciśnięciu palcem pod kuprem wysuwała się, wtedy zalecano jej
odcięcie. Mięso pulardy porównywane było do bażanciego. U indyków
zalecano dokonywanie zabiegu kapłonienia z cięcia bocznego ze
względu na wielkość ptaka i tym samym łatwiejszy dostęp do jąder
(4). Zabieg kapłonienia strusi wykonywano głównie w Republice Południowej Afryki. Z powodzeniem przeprowadzano go zarówno u samic
jak i samców. Co ciekawe, zauważono zmianę koloru piór kastrowanych samic i tym samym wzrost ich wartości w porównaniu z samicami niekastrowanymi. Kapłonienie strusi stało się, jak donosi autor,
bardzo popularne w regionie. Zabieg, w odróżnieniu od wykonywanego u kur był już przeprowadzany w znieczuleniu chloroformowym. Ponadto cięcia dokonywano od tyłu w miejscu przechodzenia kończyny
w tułów, po uprzednim wywiązaniu strusia z kończynami wyciągniętymi do przodu. Zalecano również odkażanie miejsca cięcia oraz szycie
wszystkich warstw w miejscu cięcia. U samicy strusia wykonuje się
zabieg bardzo podobnie pamiętając, że ptaki mają rozwinięty tylko
prawy jajnik (1).
Obecnie zabiegu kapłonienia już się nie wykonuje. Być może
związane jest to z pojawieniem się kur typu brojler. Ponadto w Wielkiej
Brytanii jest to procedura zakazana ze względu na dobro zwierząt,
510
z czym nie można się nie zgodzić. Zabieg nawet szybko wykonywany
musi być bolesny i traumatyczny dla ptaka.
Streszczenie
Kapłonienie czyli kastracja kur, kogutów i innego ptactwa domowego. Opisano cele i sposób wykonywania zabiegu, narzędzia
używane podczas procedury, ciekawe opisy postępowania podczas
operacji jak i po zabiegu.
Piśmiennictwo
1. Hobday Frederick T.G.: Castration (including cryptorchids and caponing) and ovariotomy. Edinburg and London, 1914, 86-88.
2. Karbowiak A.: Obiady profesorów Uniwersytetu Jagielońskiego w XVI i XVII wieku.
Towarzystwo Miłośników Historyi i Zabytków Krakowa, Kraków, 1900 r.
3. Kluk K.X.: Zwierzat domowych i dzikich, osobliwie kraiowych, historyi naturalney początki i gospodarstwo. Potrzebnych i pozytecznych domowych chowanie, rozmnazenie, chorob leczenie, dzikich łowienie, oswoienie, zażycie szkodliwych zas wygubienie. Tom II. Z figurami o ptastwie. Warszawa, 1779, 129-130.
4. Lewandowski J.H.: Poradnik Weterynaryi gospodarczej czyli nauka dochodzenia
przyczyn , poznawania, zapobiegania i leczenia chorób: koni, bydła rogatego, owiec,
trzody chlewnej, psów, kotów i ptastwa domowego, sposobem alleopatycznym
i homeopatycznym dla użytku ziemian i chodujących zwierzęta domowe. Warszawa,
1878, 643-649.
5. Szyfelbejn E.: Przewodnik Lekarsko weterynaryjny. Praca zbiorowa. Warszawa,
1952, 396.
Praca zawiera 10 465 znaków (< 0,5 arkusza wydawniczego)
511
512
WETERYNARIA W FILATELISTYCE
W ZBIORACH MUZEUM WETERYNARII
W PRZASNYSZU
Waldemar Krzyżewski
Muzeum Weterynarii Wiesławy i Waldemara Krzyżewskich
06 – 300 Przasnysz ul. Gdańska 5
[email protected]
Filatelistyka odzwierciedla różne aspekty życia społecznego,
gospodarczego, kulturalnego jak też naukowego. Dlatego oczywiste
jest, że pojawia się na znaczkach pocztowych również tematyka weterynaryjna. Najczęściej na znaczkach możemy spotkać naszych pacjentów z grupy zwierząt towarzyszących takich jak psy i koty. Przykładem jest np. seria wydana w 1969 r. w Polsce. Przedstawia ona
wizerunki ośmiu najczęściej występujących ras psów w naszym kraju.
Jak też seria pięciu znaczków z Kuby. Koty są reprezentowane na
bloczkach wydanych przez lokalne poczty Federacji Rosyjskiej. Równie często pojawiają się na znaczkach konie. Np. w ośmio-znaczkowej
serii wydanej w 2005 r. na Ukrainie. Czy też na znaczkach niemieckich wydanych w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Piękny jest
znaczek przedstawiający św. Jerzego, na koniu, walczącego ze smokiem wydany przed pierwszą wojną światową w Rosji. Na znaczki trafiły również papużki, rybki, chomiki i króliki. Świetnym przykładem jest
513
seria z Izraela wydana w1998 r. Znacznie rzadziej są pokazywane wizerunki zwierząt gospodarskich. Do takich serii należą znaczki wydane w Rumuni w 1963 r., na których prezentowany jest drób domowy:
kury, gęsi i indyki. Ale też bydło i świnie na znaczkach wydanych
w 1962 r. Do takich tematów nawiązuje także seria prezentująca rasy
świń wydana w Korei Pd. Pięknym przykładem tej tematyki jest seria
wydana we Francji w 2004 r. prezentująca zwierzęta żyjące na fermie.
Zobaczymy tam krowę, osła, królika i kurę z pisklętami. Owce oczywiście znajdziemy na znaczkach z Nowej Zelandii i Australii. Na znaczkach znajdziemy też użytkowane przez człowieka, ale dla nas, zwierzęta egzotyczne. Słonie są na znaczkach z Laosu wydanych
w 1982 r. Wielbłądy na znaczkach z Mongolii z 1985 r. i znaczku
z Afganistanu z 1997 r. Na znaczkach spotkamy także gołębie ozdobne jak i pocztowe - seria polska z 1994 r., seria kubańska z 2001 r.,
czy znaczek hiszpański z 1986 r. Należy też wspomnieć o pszczołach
prezentowanych na znaczkach z Białorusi, Azerbejdżanu, byłego
ZSRR, Korei, Fidżi, Argentyny, Izraela i innych. Do owadów użytkowych należy również jedwabnik prezentowany na znaczkach tureckich
z 1989 r.
Na znaczkach prezentowane są podstawowe nauki biologiczne
mające zastosowanie w weterynarii. Paleontologię prezentują znaczki
pokazujące rozwojowe formy prehistoryczne konia - seria wydana
w Afganistanie w 1996 r. Genetyka jest prezentowana na znaczkach
wydanych w 1984 r. przez Watykan. Widzimy na nich Grzegorza
Mendla - czeskiego zakonnika żyjącego w latach 1822–84, odkrywcę
514
podstawowych praw genetyki (4). Światowej sławy fizjologów ukazują
znaczki wydane w Argentynie. Prezentują one: Wiliama Harvey’a to
żyjący w latach 1578–1657 angielski fizjolog i anatom, który pierwszy
opisał budowę i funkcjonowanie układu krwionośnego (4). Drugi z serii
to Cloud Bernard, żyjący w latach 1813–78 francuski fizjolog, odkrywca glikogenu i jego przemian oraz roli wątroby w przemianie cukrów
(4). Następny - Iwan Pawłow, żyjący w latach 1849–1936, rosyjski fizjolog, który jako pierwszy opisał odruchy warunkowe (4). Hematologia jest zaprezentowana na kopercie ostemplowanej okolicznościowym stemplem ze zjazdu hematologów, który się odbył w 1961 r.
w Wiedniu. Farmakologię zaprezentowano na kopertach wydanych
z okazji zjazdów farmakologów w 1963 roku w Pradze i w 1975 r.
w Helsinkach. W 1971 r. ukazała się w Kanadzie koperta wydana
z okazji pięćdziesiątej rocznicy odkrycia insuliny. Mikrobiologia i immunologia zaś jest reprezentowana na kopercie wydanej w 1966 r. we
Francji. Zaprezentowany jest na niej Ilia Miecznikow, laureat Nagrody
Nobla - rosyjski mikrobiolog i zoolog, żyjący w latach 1845–1916, odkrywca zjawiska fagocytozy (4). Na innej kopercie widzimy Luwika
Pasteura (1822 – 95), francuskiego mikrobiologa, twórcę podstaw
immunologii i mikrobiologii, który jako pierwszy opracował skuteczną
szczepionkę przeciwko wściekliźnie (4). W 1943 r. w Niemczech wyemitowano znaczek z okazji setnej rocznicy urodzin Roberta Kocha,
żyjącego w latach 1843–1910, niemieckiego mikrobiologa odkrywcy
prątka gruźlicy i tuberkuliny (4). W 1982 r. ukazała się karta pocztowa
wraz ze znaczkiem prezentująca tego uczonego. W Polsce zaś
515
w 1977 r. ukazała się koperta prezentująca polskiego mikrobiologa
i zoologa, odkrywcę szczepionki przeciwko durowi brzusznemu (4) prof. Rudolfa Weigla, który żył w latach 1883 – 1957.
Hodowlę zwierząt zaprezentowano na ośmiu znaczkach. Widzimy na nich: krowy, konie, owce, świnie, gęsi i kury. Serię tę wydano w Polsce w 1975 r. z okazji XX Zjazdu Europejskiej Federacji Zootechnicznej w Warszawie. Znaczek z 1971 r. o podobnej treści wyemitowano z okazji Wystawy Rolniczej w Argentynie - pokazuje także
zwierzęta hodowlane. Podobnie jak i koperta fińska z 1988 r. Także
na licznych kopertach wydawanych z okazji zawodów jeździeckich,
wystaw psów rasowych w Polsce w 2006 r., Szwecji 1989 r., czy też
NRD w 1989 r. Hodowla owiec jest prezentowana na kopertach wydanych w Australii w 1987 i 1988 r. Szczególnie bogato jest prezentowana hodowla pszczół. Na znaczkach wydanych w 1963 r. w Czechosłowacji z okazji Apimondii. W Polsce ukazała się z tej okazji sześciuznaczkowa seria z 1987 r., w której oprócz pszczół i ula jest pokazany
bartnik przy pracy nad barcią. Z tej okazji ukazało się również kilka
kopert okolicznościowych. W 2005 r. ukazał się znaczek z Apimondii
w Irlandii. W 2000 r. obecna Jugosławia wydała znaczek z okazji kongresu pszczelarskiego. W 2000 r. Ukraina wydała znaczek pokazujący
Piotra Prokopowicza ,ojca pszczelarstwa Ukrainy i Rosji, z okazji 150.
rocznicy śmierci. W Polsce bardzo częstym gościem na znaczkach
jest ks. dr Jan Dzierżon, żyjący w latach 1811-1906, twórca nowoczesnego polskiego pszczelarstwa (4). Pokazano go na znaczkach i kopertach z: 1956, 1971, 1987, i 2006 roku. Specjalnymi kopertami zo-
516
stały upamiętnione dni pszczelarstwa w Katowicach w 1987 r. i w Zamościu w 1990 r. Biologię żywności pokazuje znaczek wydany w Bułgarii w 2005 r. z okazji 100-lecia odkrycia przez Stamena Grigorowa
(1878–1945) bułgarskiego mikrobiologa bakterii Lactobacillus bulgaricus odpowiedzialnych za pozytywną fermentację mleka i produkcję
jogurtu (4).
Anatomia
zwierząt
jest
ukazana
na
znaczku
wydanym
w Afganistanie w 1996 r. Pokazany jest na nim schematyczny szkielet
konia. Parazytologia zwierząt jest pokazana w serii kubańskiej. Na
znaczkach widzimy pasożyty: psa, konia, owcy, świni, krowy i kury.
Opieka sanitarna i związana z nią kwarantanna jest prezentowana na serii znaczków wydanych w Antylach Holenderskich
w 1979 r. Pokazują wizerunki konia, bydła i kozy, oraz logo panamerykańskiego biura sanitarnego w Waszyngtonie. Opieka nad hodowlą
świń jest ukazana na kopercie wydanej w Finlandii w 1998. Opiekę
sanitarną nad zwierzętami dzikimi ukazuje seria znaczków wydanych
w Korei w 1979 r. i koperta wydana w Finlandii w 1982 r. Kwarantanna
sanitarna jest przedstawiona na kopercie, która ukazała się w 2008 r.
w Australii. Kwarantanna jest jednym z elementów walki z chorobami
zakaźnymi. Kilka z nich znalazło swoje odzwierciedlenie w filatelistyce. Dwa bloczki wydane w 2007 r. w Gwinei Bissau są poświęcone
wściekliźnie, roli psów w jej rozprzestrzenianiu i szczepionce wynalezionej przez Ludwika Pasteura. Na pierwszym bloczku widzimy Ludwika Pasteura i akt szczepienia człowieka, a w tle psy rasy Bernardyn ratujące dzieci. Na drugim bloczku zamieszczono cztery znaczki,
517
na których umieszczono Ludwika Pasteura przy pracy w laboratorium
i gabinecie lekarskim, w tle każdego znaczka widnieje inna rasa psa
ratującego ludziom życie z symbolem Czerwonego Krzyża na opaskach. Często na znaczkach ukazana jest walka z gruźlicą; np. na
znaczku Polskiego Związku Przeciwgruźliczego z 1932 r., serii znaczków podkreślających występowanie gruźlicy u zwierząt dzikich – Finlandia 1961 r. Z okazji setnej rocznicy odkrycia prątka gruźlicy wydano
w Polsce dwie koperty. Na jednej z nich - dwa znaczki pokazujące
Roberta Kocha i Odo Bujwida, polskiego mikrobiologa, autora wielu
prac z zakresu weterynarii, żyjącego w latach 1857–1942 (3), oraz
okolicznościową pieczęć mówiącą o tej rocznicy. Na drugiej kopercie
jest Robert Koch zarówno na znaczku jak i pieczęci pokazującej jego
związek z Wolsztynem. Jugosławia wydała także znaczek z okazji tygodnia walki z gruźlicą. Przedstawiono na nim w sposób graficzny popiersie Roberta Kocha. W prawym dolnym rogu widnieje dwuramienny, czerwony krzyż gruźliczy. Z tej samej okazji w 1993 r. w Macedonii
ukazał się bloczek pokazujący drogi szerzenia się gruźlicy. Bloczek
składa się z czterech znaczków. Na pierwszym widnieje tylko napis:
Tydzień Walki z Gruźlicą - 14 – 21.09.1993. Na drugim - pszczoła
miodna. Na trzecim - grupa dzieci. Czwarty, to wychodząca zza skały
koza, jako istota zagrożoną gruźlicą. Na wszystkich znaczkach widnieje charakterystyczny dwuramienny krzyż gruźliczy. W dwóch państwach afrykańskich ukazały się znaczki pokazujące walkę z pomorem bydła (księgosuszem). W 1968 r. taki znaczek ukazał się w Senegalu. Przedstawia on w bardzo sugestywny sposób byka w połowie
518
zdrowego z symbolem strzykawki jako szczepienia przeciwko księgosuszowi i w drugiej połowie oddzielonej ciemną linią martwego byka nieszczepionego. Drugi znaczek o podobnej treści wydano w Górnej
Wolcie. Zaprezentowano na nim w sposób graficzny szczepienie bydła przez lekarzy weterynarii. Zwalczanie brucelozy pokazano na kopercie wydanej w 1964 r. na Malcie. Pokazane są na niej dwa znaczki
prezentujące uczonych zajmujących się tą chorobą. Jest tam Dawid
Bruce - szkocki lekarz, mikrobiolog pałeczki maltańskiej (brucella melitensis) (4), żyjący w latach 1855 – 1931. Drugi znaczek prezentuje
grafikę związaną z Kongresem FAO o tej tematyce. W 2007 r. wydano
w Korei znaczek pokazujący walkę z grypą zwierząt - w tym ptasią
i świńską. Widnieje na nim wizerunek lekarza wykonującego dezynfekcję oraz schematyczne rysunki kury, gęsi, psa, świni i dzikich ptaków na tle mapy świata. W prawym dolnym rogu umieszczono symbole serotypów wirusa.
Położnictwo zwierząt zostało przypomniane pieczęcią okolicznościową wydaną przez Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Przasnyskiej
z okazji 100. rocznicy urodzin prof. dra hab. Romana Hoppe (1908–
1979). Wykładowcę położnictwa zwierząt na warszawskim Wydziale
Weterynarii i autora 110 publikacji weterynaryjnych (1).
Okazją do wypuszczania w obieg znaczków o tematyce weterynaryjnej stały się kongresy naukowy odbywające się w różnych krajach świata. Znaczkami i okolicznościowymi kopertami zostały upamiętnione światowe kongresy weterynarii odbywające się w Australii
w 1983 r. Na znaczku wydanym z tej okazji możemy zobaczyć odciski
519
łap psa pozostawionych na marmurowej posadzce. Znaczek umieszczony został na specjalnej kopercie z wydrukowaną grafiką pokazującą lekarza weterynarii leczącego konia, dziecko bawiące się z psem,
jak również plaster pszczeli i różne rasy kur. W Japonii w 1995 r. na
znaczku przedstawiono zdjęcie psa rasy labrador oraz schematyczne
rysunki krowy i konia. W Tunezji w 2002 r. wydano znaczek, na którym w sposób schematyczny przedstawiono zarys krowy, owcy i kury.
U dołu znaczka widoczne są symbolicznie narzędzia pracy lekarza
weterynarii; mikroskop, strzykawka i płytka Petriego. Specjalną kopertę z pieczęcią i nadrukiem wydano w Hiszpanii z okazji światowego
kongresu specjalistów chorób małych zwierząt. Nadruk na kopercie
przedstawia obrączkowanego ptaka ozdobnego siedzącego na gałęzi
w sposób schematyczny oraz napis: Barcelona 24–27 wrzesień 1980.
Z boku rysunku widnieje nazwa kongresu. Również w Polsce ukazywały się okazjonalne pieczęcie na kopertach z okazji Zjazdów PTNW,
np. w roku 1971 w Warszawie, w 1978r. we Wrocławiu, w 2004 r.
w Warszawie. Okazjonalna pieczęć ukazała się również na kopercie
wydanej z okazji II Międzynarodowej Konferencji Włośnicowej we
Wrocławiu w 1969 r. Pieczęć ma kształt wydłużonego prostokąta –
z lewej strony, w kwadracie rysunek włośnia i napis górny: Trichinellosis, napis dolny - Wrocław 26–29 VI 1969
po środku napis:
II Międzynarodowa Konferencja Włośnicowa.
W specjalny sposób uczczono rocznice powstawania szkół weterynaryjnych w rożnych krajach. 200-lecie powstania szkoły weterynaryjnej w Alfort we Francji 1967 r. uczczono znaczkiem, na którym
520
widnieje podobizna prof. Gastona Ramona (1886 – 1963) francuskiego lekarza weterynarii, odkrywcy szczepionki przeciwko tężcowi i błonicy (4), nadrukiem na kopercie i pieczęcią. Dwusetną rocznicę szkoły
weterynaryjnej w Wiedniu upamiętniono zestawem trzech kopert
i specjalnym znaczkiem z symbolem weterynarii. Na pierwszej widnieje scena przedstawiająca jeźdźca prowadzącego konia. Na drugiej wizerunek słonia w ZOO. Na trzeciej powiększony znaczek pocztowy
wydany z tej okazji. Widzimy na nim symbol weterynarii - wąż owinięty
wokół kielicha, wokół symbolu napis: Dwieście lat szkoły weterynaryjnej w Wiedniu. 200-lecie szkół weterynaryjnych upamiętniono również
w Danii w 1973 r. na znaczku przedstawiono wizerunek założyciela
szkoły, oraz w Szwecji w 1975 r. Na szwedzkim znaczku obok ryciny
weterynarza leczącego konia, widnieje podobizna Petera Hernqvista,
(1726–1808) szwedzkiego uczonego a zarazem założyciela szkoły.
W Polsce 125 rocznicę powstania warszawskiej uczelni weterynaryjnej upamiętniono dwiema okolicznościowymi pieczęciami. Na jednej
widnieje schematyczny wizerunek krowy z profilu, nad nim daty 18401965, a w otoku napis: 125 lat Uczelni Weterynaryjnej. Na drugiej pieczęci jest przedstawiona schematycznie głowa krowy. W centrum rysunku znak weterynarii - wąż owinięty na mieczu. Między rogami daty:
1840- 1965, a w otoku środkowym napis: Zjazd absolwentów. W otoku
zewnętrznym, napis: 125 lat Uczelni Weterynaryjnej. W 2003 r. ukazał
się znaczek upamiętniający 150-lecie powstania szkoły weterynaryjnej
w Meksyku. Znaczek przedstawia zbitkę dwóch fotografii. Jedna
przedstawia leczenie konia w XIX wieku, druga - współczesną salę
521
operacyjną. W prawym rogu symbol weterynarii - duża litera V i napis:
150 lat nauki weterynarii w Meksyku. Swoją szkołę weterynaryjną
uhonorowała też Górna Wolta. Na znaczku przedstawiono graficznie
leczenie przez dwóch lekarzy krowy rasy afrykańskiej. Dość często
można spotkać nadruki weterynaryjne na kopertach - np. nadruk „Veterinary medicine” na kopercie wydanej w Stanach Zjednoczonych
w 1980 r. Czy też w Polsce, nadruki regionalnych Izb Weterynaryjnych, np. Warszawskiej Izby Lekarsko – Weterynaryjnej na kopercie
z 2005 r. firm weterynaryjnych - firmy farmaceutycznej Scan Vet Poland na kopercie z 2008 r, firmy farmaceutycznej Bio Factor na kopercie z 2010 r. czy też Targów Weterynaryjnych na kopercie z 2008 r.
To krótkie opracowanie tylko przybliża ten temat i obejmuje pozycje znajdujące się w jednej kolekcji. Nie zawiera ono chociażby
znaczków opisanych przez Konrada Millaka w 1958 r. Znaczka wydanego w Turcji w 1957 r. przedstawiającego lek. wet. Mehmeta Ahifa twórcę tureckiego hymnu narodowego. Jak też znaczka wydanego
w Francji w 1951 r. Przedstawieni są na nim trzej zasłużeni twórcy
współczesnej weterynarii francuskiej: Boulet, Choveau i Nocard (2).
Streszczenie
Na znaczkach pocztowych często możemy spotkać naszych
pacjentów. Prezentowane są również różne aspekty życia naukowego
oraz społecznego środowiska weterynaryjnego. Przedstawiony zbiór
nie prezentuje całości tej tematyki, ale stanowi znaczny jej wycinek.
522
Piśmiennictwo
1. Krzyżewski W.: Historia Weterynarii Ziemi Przasnyskiej w XIX i XX wieku. Przasnysz
1994.
2. Millak K.: Lekarze weterynaryjni na znaczkach pocztowych. Medycyna Weterynaryjna, 1958, 14, (11),704.
3. Millak K.: Słownik Polskich Lekarzy Weterynaryjnych 1394 – 1918. Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Lublin, Warszawa 1960 – 1963.
4. Nowa Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1996.
Praca zawiera 15 939 znaków (< 0,5 arkusza wydawniczego)
523
524
WPŁYW DOMESTYKACJI NA
KSZTAŁTOWANIE RAS I MORFOTYPÓW PSA
ORAZ WYSTĘPOWANIE CHORÓB
Marta Kupczyńska, Karolina Barszcz,
Michał Skibniewski, Maria Makowiecka
Katedra Nauk Morfologicznych Wydziału Medycyny Weterynaryjnej
SGGW w Warszawie,
ul. Nowoursynowska 159, 02-776 Warszawa
[email protected]
Pies (Canis lupus f. domestica, Canis lupus f. familiaris, Canis
familiaris) towarzyszy człowiekowi od tysięcy lat, dlatego też historia
jego ewolucji związana jest nieodłącznie z dziejami ludzkości (11, 19).
Od najstarszych epok wokół pierwotnych ludzi krążył dziki pies. Oba
gatunki zasiedlały te same środowiska, polowały na podobne zwierzęta, będąc naturalnymi biologicznymi konkurentami. Z upływem czasu
konkurencja przeobrażała się w swoistą „symbiozę” – wspólnotę.
Człowiek zaczął izolować dzikie osobniki, wykorzystywać je jako stróży i pomocników w łowiectwie, zwierzęta zaś otrzymywały pożywienie.
Z całą pewnością w pewnym okresie trwania owej wspólnoty dzikie
psy znajdujące się w siedlisku pierwotnego człowieka zaczęły się
rozmnażać, tym samym dając początek ich domestykacji i dalszej hodowli. Liczne badania specjalistów dotyczące procesu oraz miejsca
udomowienia tego gatunku doprowadziły do powstania wielu teorii.
525
Bardzo często były one sprzeczne z sobą, a ich autorzy wielokrotnie
zmieniali zdanie. Obecnie uważa się, że praprzodkiem psa domowego
był wilk szary (Canis lupus), a zmiany ewolucyjne polegały na przystosowaniu go do środowiska i potrzeb człowieka. Współczesne badania genetyczne naukowców w Kalifornii na materiale pobranym zarówno od wilków, kojotów i szakali oraz różnych ras psów, zamieszkujących odmienne strefy geograficzne, potwierdziły hipotezę, że to właśnie wilk jest protoplastą współczesnego psa domowego (4, 14, 18,
21). Najstarsze, odkryte do tej pory, szczątki kostne psa znalezione
bezpośrednio obok ludzkich datowane są na ok. 14 000 lat p.n.e. (12).
Natomiast badania z wykorzystaniem technik biologii molekularnej sugerują, że proces wyłaniania się gałęzi genetycznej psa, związanej ze
wspomnianą izolacją psa dzikiego, nastąpił znacznie wcześniej, bo
nawet 135 000 – 100 000 lat p.n.e. (13, 18). Archeozoolodzy wyróżniają następujące zasadnicze pojęcia związane z udomowieniem:
monotopię i politopię oraz monofilię i polifilię. Oznacza to, że udomowienie następowało w jednym (monotopia) lub wielu (politopia) niezależnych od siebie ośrodkach geograficznych oraz że określony gatunek wywodzi się od jednego (monofilia) lub wielu (polifilia) praprzodków. W stosunku do Canis lupus f. domestica, z całą pewnością można stwierdzić, że jest gatunkiem politopicznym. Przypisuje się mu także monofiletyczność, choć bezwzględnie gatunek kształtowały różne
odmiany wilka, bytujące w poszczególnych strefach geograficznych
(11).
526
Do najstarszych i niezależnych od siebie ośrodków udomowienia psa zaliczane są obszary współczesnej Europy, Palestyny, Iraku,
Ameryki Północnej oraz Dalekiego Wschodu. Z odnalezionych szczątków kostnych psa tych obszarów datowanych na przełom paleolitu
i wczesnego mezolitu archeolodzy zrekonstruowali trzy podstawowe
jego formy: Canis familiaris inostrancevi, Canis familiaris ladogensis,
Canis familiaris putiatini. Każda z nich dała początek określonym liniom rozwojowym, formującym się w późniejszych okresach, którym
nadawano kolejne miana łacińskie. W neolicie najbardziej pospolitym
był tzw. pies torfowy (Canis familiaris palustris), którego szczątki kostne odnajdywane są na całym kontynencie dzisiejszej Europy. Uważa
się go za protoplastę współczesnych małych psów reprezentujących
takie rasy jak szpice, teriery, pinczery a także wielu z grupy psów
określanych, jako ozdobne i do towarzystwa. W epoce brązu ukształtował się Canis familiaris decumens, ciężki pies o masywnej głowie,
morfologicznie podobny do molosów. Od niego wywodzi się także psy
stróżujące, owczarki oraz rasy sportowe (22).
W Starożytnym Egipcie powszechnie występowały psy przypominające pokrojem dzisiejsze charty. Były to osobniki wysokie,
o szczupłej budowie ciała, wydłużonej części twarzowej głowy ze spiczastymi uszami, smukłych kończynach oraz długim ogonie. Ich ikonograficzne wizerunki znajdujemy na ścianach domostw, świątyń
i grobowców oraz przedmiotach codziennego użytku. Znane są także
liczne posążki a także reliefy przedstawiające właśnie takie psy. Zamieszczane inskrypcje określały je, jako tesem. Jednak na podstawie
527
licznych dokumentów ikonograficznych odnoszących się do scen życia codziennego, obrządków religijnych, walk i polowań wyróżniono
około 13 odmiennych pokrojowo psów z różnych okresów tego państwa. Psy pełniły wiele funkcji: chroniły i pasły stada, brały udział
w polowaniach oraz poruszały koła wodne w systemach irygacyjnych.
Bardzo szybko uzyskały także status domowych i wartościowych
zwierząt, stąd traktowano je również, jako cenne królewskie podarunki. Uważa się ponadto, że starożytni Egipcjanie byli pierwszymi, którzy
wprowadzili imiona dla swoich psów. Stosowne inskrypcje widnieją do
dziś na ścianach różnych budowli, co wskazuje to na duży związek
emocjonalny pomiędzy nimi i ich właścicielami. W piramidzie Cheopsa
na jednym z malowideł umieszczono psa faraona – Akbaru. Ryciny
czterech psów spoczywających u stóp swojego pana widnieją na
ścianie grobowca Antefa II. Pod jednym z nich, psie o białej sierści
i zwisających uszach, odczytano imię – Bahakaa (3, 12, 13). W panteonie bóstw egipskich znajdziemy wiele zoomorficznych odniesień do
psa. Jednym z najstarszych znanych nam bóstw był Wepwawet.
Przedstawiano go najczęściej, jako człowieka z głową zwierzęcia
przypominającego szakala. Dlatego też, początkowo archeolodzy byli
przeświadczeni, iż pies domowy w basenie Morza Śródziemnego wywodzi się właśnie od szakala. Z czasem Wepwaweta zaczęto nazywać Anubisem. To bóstwo miało już jednak głowę wyraźnie podobną
do tesema. Podobnie wizualizowany był bardzo często najważniejszy
z bogów tej kultury – Ozyrys. Przypuszcza się również, że Egipcjanie
farbowali swoje psy. Na licznych malowidłach przedstawiane są one
528
w barwach czerwonych, zielonych i niebieskich. O emocjonalnym stosunku do psa świadczy także fakt, że po śmierci ciało zwierzęcia mumifikowano, a właściciele pogrążali się w żałobie. Istniało również
prawo, które nakazywało każdemu, kto znalazł zwłoki psa ustalić ich
pochodzenie i dostarczyć właścicielom, aby mogli je godnie pochować
(2, 3, 5, 12, 13, 17). Około 625 roku p.n.e. w Egipcie powszechnie
zaczęto hodować psy w typie molosów, morfologicznie przypominających dzisiejsze duże i ciężkie mastify. Przypuszcza się, że pochodzą
one z krainy Molossis w Epirze, dzikich obszarów górskich leżących
na granicy grecko-albańskiej (20). Sądzi się, że do starożytnego Egiptu przyprowadził je wraz ze swoim ludem, Molossus, wnuk Achillesa.
Dlatego też, lud ten nazywano Molossami, a rasę ich psów – psami
molosów. Trzymano je w licznych sforach i szkolono przede wszystkim do walki. Na podstawie zachowanych dokumentów można sądzić,
że prowadzono nawet świadomą selekcję, celem otrzymania osobników o wyjątkowej wielkości, masie ciała, sile oraz agresji. Zwierzęta
używano zarówno do zmasowanych ataków podczas prowadzonych
wojen, jak i w walkach ku uciesze ludzi. Właściciele nadawali im bardzo sugestywne imiona np.: Ten Który Zniszczy Wszystkich Nieprzyjaciół, Zabójca Wszystkich Wrogów czy Ten Który Biegnie i Szczeka
(3, 17).
W starożytnej Grecji psy nie były aż tak popularne jak
w Egipcie. Arystoteles w swoich rozprawach zoologicznych wymienia
wspomniane psy z Epiru, mniejsze, myśliwskie molosy z Molossji, lakońskie ze Sparty, cyrenejskie, indyjskie oraz maltańkie. Uważa się,
529
że Grecy wyhodowali jedną własną rasę psów lakońskich natomiast
resztę sprowadzili z innych państw. Także i greckim wojskom często
towarzyszyły liczne grupy psów wyszkolonych w walce (12).
Powszechnie przyjmuje się, że starożytni Rzymianie, jako
pierwsi
wprowadzili
świadomą
selekcję
oraz
hodowlę
psów.
Z zachowanych dokumentów wynika, że podzielili oni psy na trzy typy:
Canes Villatici – o szerokiej klatce piersiowej, dużej głowie i oczach,
opadających uszach (psy duże i molosowate), Canes Pastorale –
osobniki duże w typie owczarka niemieckiego oraz Canes Venatici –
małe psy sportowe oraz towarzyszące człowiekowi. Badania morfometryczne czaszek wykopaliskowych dowiodły, że w starożytnych
Pompejach ówczesne psy wyraźnie zróżnicowały się na osobniki małe
o morfotypie brachycefalicznym i dolichocefalicznym oraz duże w typie mesaticefalicznym (22). Większość psów sprowadzono z Grecji
i innych krajów podbijanych przez Cesarstwo Rzymskie. Jedynie rasę
saletyńską uważa się za rodzimie wyprowadzoną przez Rzymian.
Z tego okresu pochodzi wiele informacji dotyczących użytkowania
i utrzymania tych zwierząt. Ze względu na pełnione funkcje początkowo psy dzielono na myśliwskie, stróżujące i pasterskie. Zwracano
również uwagę na aspekt przywiązania się psa do właściciela.
Religia muzułmańska uważa psy za „zwierzęta nieczyste“, jednak od najdawniejszych czasów prawo to nie dotyczy chartów saluki.
Według wierzeń chart perski został zesłany ludziom przez Allacha
i miał on przynosić im szczęcie oraz radość. Stąd też chart perski saluki uznawany jest za najstarszą na świecie rasę psów myśliwskich.
530
W starożytnym kraju Sumerów znany był już 5 tys. lat p.n.e. Ceniono
go przede wszystkim za zdolności myśliwskie oraz niepowtarzalną
urodę. Podziwiano jego harmonijną budowę, płynne, pełne gracji ruchy. Charty ze względu na szybkość poruszania się i dużą wytrzymałość wykorzystywano do polowań z sokołami na gazele oraz zające.
Hodowano je w czystości rasy a także traktowano z szacunkiem
w przeciwieństwie do tzw. „zwykłych psów“. Wraz z wędrującymi Arabami psy te rozprzestrzeniły się w Afryce Północnej i na Bliskim
Wschodzie (13).
W starożytnej Persji zabicie psa traktowano, jako zbrodnię.
Cztery miasta w Babilonii zwolniono nawet z płacenia danin w zamian
za to, że ich mieszkańcy zobowiązali się do utrzymania i szkolenia
tych zwierząt dla wojska (3, 12).
W religii buddyjskiej bardzo silnie czczono dzikie kotowate,
szczególnie zaś mitologicznego lwa. Przypuszcza się, że dlatego właśnie mnisi buddyjscy zaczęli selekcjonować psy w kierunku upodobnienia ich do tego zwierzęcia. Zastanawiające jest jednak to, że
w konsekwencji były to osobniki drobne, o małych wymiarach, jednak
z bardzo intrygującą i bogatą sierścią. Małe kudłate pieski mnisi uważali za święte i wierzyli w wędrówkę swoich dusz do ich ciał. Z tej grupy psów wywodzą się takie rasy jak pekińczyk, Lhasa apso, spaniel
tybetański, terier tybetański i Shih tzu (20).
Historia powstawania ras jest tematem licznych pozycji literatury
krajowej i zagranicznej, których autorami są często bardzo uznani badacze takich dyscyplin jak archeozoologia, zoologia czy biologia. Na-
531
leży tu jednak podkreślić, że w wielu przypadkach wyrażane poglądy
bardzo różnią się między sobą. Próbę uporządkowania tych problemów podjęli kynolodzy. Uwzględniając proces powstawania poszczególnych ras dzielą oni psy na pięć podstawowych grup:
1. Rasy lokalne (naturalne)
Powstały
na
skutek
nieświadomej
selekcji
człowieka
w zamkniętej izolowanej populacji. Nazywane są również rasami prymitywnymi, a wśród nich możemy wyróżnić hodowane przez Pigmejów myśliwskie psy basenji, towarzyszące Eskimosom samojedy oraz
protoplastów większości ras molosowatych – mastify tybetańskie.
2. Rasy przejściowe
Należą do nich psy rasowe wywodzące się z ras naturalnych,
które zostały poddane świadomej selekcji w obrębie danej populacji.
Przykładem są wyhodowane w Walii dwie rasy psów pasterskich
welsh corgi cardigan oraz welsh corgi pembroke różniące się wielkością uszu i ogona. Obecnie uważa się, że na skutek kierunkowej selekcji uzyskano większość hodowanych współcześnie ras psów.
3. Rasy powstałe na skutek uszlachetnienia
Do ich utworzenia wykorzystano rasy lokalne, które krzyżowano
z jedną bądź kilkoma rasami o pożądanych cechach. Następnie prowadzono świadomą selekcję osobników w celu ujednolicenia typu. Do
532
tej grupy zaliczane są m. in. owczarki szetlandzkie oraz setery angielskie.
4. Rasy kulturalne, czyli szlachetne
Wyprowadzone zostały na skutek świadomego krzyżowania rasotwórczego. Osobniki ras wyjściowych o wybranych cechach, kojarzono w celu uzyskania nowej rasy, lepiej przystosowanej do określonych zadań. Spośród nich należy wymienić m.in.: dobermany, czeskie
teriery i czechosłowackie wilczury.
5. Rasy powstałe przez wykorzystanie pojawiającej się spontanicznie
mutacji pojedynczego genu i utrwalenie jej poprzez hodowlę wsobną.
Do tej grupy zalicza się wszystkie rasy nagich psów, u których
występuje gen braku owłosienia oraz osobniki ras achondroplastycznych charakteryzujące się skróceniem kości długich (9).
Z świadomą hodowlą, dążącą do powstawania i utrwalania konkretnego fenotypu, wiąże się wiele problemów. Związane są nie tylko
z bezpośrednim procesem selekcji, ale także z określonymi kosztami.
Dlatego też, w 1911 roku powołano Międzynarodową Federację Kynologiczną (Fédération Cynologique Internationale, FCI). Głównym zadaniem tej organizacji jest propagowanie hodowli psów rasowych,
urządzanie wystaw i pokazów a także oparte na podstawach naukowych tworzenie nowych oraz udoskonalanie istniejących standardów
dla osiągnięcia idealnych eksterierowo przedstawicieli ras (7, 8, 23).
533
Aktualnie zarejestrowano ponad 350 ras, które zaklasyfikowano do 10
grup, odzwierciedlający pochodzenie i użytkowość psów:
Grupa 1 – Owczarki i inne psy pasterskie z wyłączeniem szwajcarskich psów do bydła,
Grupa 2 – Pinczery i sznaucery, molosy, szwajcarskie psy górskie i do
bydła, pozostałe rasy,
Grupa 3 – Teriery,
Grupa 4 – Jamniki,
Grupa 5 – Szpice i psy w typie pierwotnym,
Grupa 6 – Psy gończe i rasy pokrewne,
Grupa 7 – Wyżły,
Grupa 8 – Aportery, płochacze i psy dowodne,
Grupa 9 – Psy ozdobne i do towarzystwa,
Grupa 10 – Charty.
Bez względu na region geograficzny zmiany związane
z udomowieniem psa dotyczą zawsze cech morfologicznych, fizjologicznych oraz w znacznej mierze wzorców behawioralnych. Szczególnie ostatnio wymienione mogą być bardzo drastyczne oraz manifestować się zarówno, jako hipertrofia jak i atrofia określonych zachowań. Uciążliwe szczekanie, często w wyniku spostrzeżenia nieznanego kształtu czy przedmiotu, wielokrotne znakowanie moczem miejsca
swojego pobytu (domu), koprofagia (zjadanie własnych odchodów),
objawianie ogromnego stresu w sytuacjach nagłych (hałas, strzały) –
to przykłady hipertrofii zachowań. Atrofię obserwujemy przede
wszystkim w zachowaniach macierzyńskich (zanik wyrywania sierści
534
podczas budowy gniazda, brak podstawowych instynktów przy karmieniu potomstwa), zaburzeniach komunikacji wewnątrzgatunkowej
na skutek dokonywanych świadomie przez człowieka zmian fenotypowych (obcinanie ogona, modelowanie uszu) oraz co ma bezpośredni związek ze zmianami fizjologicznymi – przełamanie monoestralności. Należy jednak podkreślić, że mimo wpływu działalności
człowieka, przeważająca większość psów domowych zachowała niezwykle ważną cechę charakterologiczną wywodzącą się od dzikich
przodków, czyli bytowanie w stadzie. W grupie wielo-osobniczej psów
bardzo szybko kształtuje się hierarchia podobna do modelu typowego
dla wilków prowadzących złożone życie społeczne. Także pojedynczy
osobnik traktuje domowników oraz ludzi wokół niego, jako własne stado. Warto jednak zaznaczyć, że na strukturę tak pojętej sfory wpływ
ma przede wszystkim człowiek, a nie zwierzę (9).
W wyniku przyjętych metod hodowlanych dążących do ukształtowania określonych cech fenotypowych doprowadzono do utrwalania
określonego genotypu.
Główną zasadą stosowaną w tym procesie było sterowanie rozrodem, a więc łączenie tylko osobników o widocznych pożądanych
cechach morfologicznych. Nie mniej ważnym celem było osiągnięcie
cech psychicznych, przydatnych przede wszystkim do określonego typu użytkowania. Od stuleci uważano, że otrzymanie „czystego rasowo” osobnika można uzyskać tylko na drodze kojarzenia równie „czystych” i uznanych za wzorcowe reproduktorów oraz matek. Metoda hodowli w bliskim pokrewieństwie (inbred) odegrała istotną rolę nie tylko
535
w kształtowaniu konkretnej rasy. Dziś możemy także stwierdzić, że inbred miał zasadniczy wpływ na tworzenie gatunków. Bowiem jeżeli
w jakiejś populacji pojawi się nowa, korzystna cecha, to tym szybciej
się ona utrwali, im bardziej ta populacja będzie pozbawiona wpływów
zewnętrznych. Taką drogą powstał między innymi pies domowy poprzez świadome odseparowanie przez człowieka grupy wilków. W tym
aspekcie inbred nie zawsze jest przyczyną wywołującą błąd genetyczny. Zarówno w przyrodzie jak i hodowli pozbawionej ingerencji
człowieka działa podstawowa zasada ewolucji – doboru naturalnego.
Osobniki chore, lub jedynie tylko różniące się eksterierem od pozostałych, podlegają eliminacji i nie biorą udziału w dalszym rozrodzie.
Uznanie jednak tej metody hodowlanej, jako jedynej w prowadzeniu
rasy musiało wywołać także nieoczekiwane konsekwencje. Korzystanie tylko z tzw. rodowodowych osobników, głównie championów spowodowało, że jeden reproduktor był ojcem nawet kilkuset potomków.
Niestety, tylko te z nich, które stawały się championami równie aktywnie brały udział w reprodukcji, często kojarzone w bardzo bliskim pokrewieństwie. W efekcie można stwierdzić, że dochodziło do paradoksalnej sytuacji, którą można określić, jako świadome „klonowanie”
wzorcowych osobników. Należy tu także podkreślić, że często ujawnienie się jakiejś mutacji stanowiło podstawę do utrwalenia określonego pokroju – psów o małych wymiarach ciała, bezwłosych lub przeciwnie z nadmiernym owłosieniem, ze spłaszczonymi twarzami, krótkimi kończynami itp. Cel dalszej hodowli związany był wyłącznie z zachowaniem wyglądu, który spodobał się człowiekowi. Zbyt mała pula
536
genowa zdeterminowała utrwalanie cech niepożądanych. Stąd też
w obrębie gatunku Canis lupus f. familiaris obserwujemy wyjątkowe
predyspozycje rasowe lub morfotypowe do występowania określonych
chorób. Problem ten jest tematem wielu publikacji, także obszernych
monografii, z których wynika, że dotyczy to ogromnej liczby chorób.
Patologie upośledzają prawidłowe funkcjonowanie każdego układu
organizmu, u określonych ras wywołują choroby systemowe oraz metaboliczne lub objawiają się znaczącą skłonnością do chorób nowotworowych i mogą dotyczyć osobników w każdym wieku. Swoistymi
rekordzistami są tu owczarki niemieckie, które stanowią około 16%
wszystkich psów rasowych. Obecnie stwierdzono około 140 chorób
dziedzicznych, rodzinnych, idiopatycznych lub do których ta rasa jest
wyjątkowo predysponowana. Badania duńskie wykazały, że wśród
psów chorych na nadwrażliwość kontaktową 50% stanowiły właśnie
owczarki niemieckie. Choroba ta związana jest z nadmierną reakcją
alergiczną skóry lub błon śluzowych w kontakcie z bardzo różnymi
substancjami, w tym niestety również lekami. Rasa ta jest także obciążona najgorszym wskaźnikiem rasowym, w stosunku do dysplazji
stawu biodrowego (6). Równie drastyczne problemy dotykają grupy
pudli. Opisano u nich ponad 100 takich chorób. Poważne patologie,
takie jak chrzęstniakowatość mnoga, mnoga dysplazja nasad kości,
pseudochondroplazja, ujawniają się przede wszystkim u pudli miniaturowych i związane są z ciężkimi zaburzeniami w budowie szkieletu
kończyn. Grupa tych psów predysponowana jest także do chłoniakomięsaka, czerniaka jamy ustnej czy nowotworów jąder. Obserwujemy
537
obecnie ponowny wzrost popularności bokserów. Prowadzone badania morfometryczne szkieletu głowy upoważniają do stwierdzenia, że
ta rasa nie jest jeszcze do końca ukształtowana (11). Tym bardziej
w dalszej pracy holowanej należy uwzględnić, że już dziś opisano
w jej obrębie skłonność do 79 chorób. Jedną z poważniejszych jest
kardiomiopatia rozstrzeniowa, którą odnotowano u 3,4% populacji
bokserów (6). Powszechne są także wady zgryzu, głównie przodozgryz, co ma zasadniczy wpływ na pobieranie pokarmu. Według
A. Gough i A. Tomas’a (2006) innymi rasami równie obciążonymi są
cocker spaniele (98 chorób), labrador retriver (93), doberman (76),
golden retriver (73), sznaucery (69), jamniki (69), beagle (62), buldogi
(60), rottweiler (57), pointery (50).
Obecnie uważa się, że najwięcej niepożądanych zmian związanych jest z aparatem ruchu. Wiele ras określanych jest wspólnym
mianem achondroplastycznych lub chondrodystroficznych. Defekt ten
spowodowany jest działaniem pojedynczego recesywnego genu,
a ujmując to bardzo ogólnie choroba polega na zaburzeniach wzrostu
chrząstek nasadowych. W konsekwencji u osobników dorosłych dochodzi do skrócenia kości kończyn i rozrostu kości czaszki. Do ras
obciążonych tą chorobą należą: gryfony, jamniki, alaskan malamuty,
buldogi, boston teriery, pekińczyki, basety (9). Psy ras dużych (powyżej 12 kg), tzw. szybkorosnących, predysponowane są do wspomnianej już dysplazji stawów biodrowych. Odnosi się ona do nieprawidłowo
ukształtowanych elementów kostnych, co powoduje niestabilność
stawu, wtórne zmiany zwyrodnieniowe, nadwichnięcia lub zwichnięcia.
538
Poza całkowitą protetyką choroba jest praktycznie nieuleczalna. Powstaje na skutek złożonego oddziaływania pomiędzy czynnikami genetycznymi i środowiskowymi. Obok owczarków niemieckich, patologię tę stwierdza się u labrador retriverów, dogów niemieckich i rottweilerów. U wymienionych ras obserwuje się również inny złożony proces chorobowy, o podłożu poligenicznym, określany, jako dysplazja
stawu łokciowego. Najczęściej występującą postacią tego zaburzenia
jest całkowite bądź częściowe odłamanie się wyrostka łokciowego
(tzw. izolowany wyrostek łokciowy). Odizolowany fragment kości prowadzi do zmian zapalnych w stawie, a w konsekwencji do ograniczenia zakresu ruchów zginania i prostowania (10). Psy miniaturowe
i średnie cechuje wrodzone zwichnięcie rzepki. Istotą tego problemu
są zaburzenia rozwojowe dotyczące grzebienia bloczka kości udowej
lub samej rzepki. Zaburzenia dotyczące budowy kręgów (tzw. półkręgi) oraz prawidłowego, synchronicznego wzrostu kości promieniowej
i łokciowej są charakterystyczne dla buldogów. Do spontanicznego
złamania końca dalszego kości piszczelowej bardzo często dochodzi
u greyhoundów wyścigowych.
Powszechnym problemem w hodowli psów jest także zespół
oddechowy psów krótkogłowowych, określany także, jako zespół niedrożności górnych dróg oddechowych lub syndrom brachycefaliczny.
Termin ten odnosi się do wielu nieprawidłowości anatomicznych
stwierdzanych u psów ras brachycefalicznych takich jak: buldog angielski, buldog francuski, boston terier, pekińczyk, shih tzu, mops,
cavalier King Charles spaniel. Do najczęściej opisywanych zaburzeń
539
zalicza się: zwężenie nozdrzy przednich, załamanie osi długiej przewodów i małżowin nosowych, powiększenie migdałków, wydłużenie
podniebienia miękkiego, wywinięcie kieszonek krtaniowych, zwężenie
szpary głośni oraz zapadnięcie krtani i tchawicy. Stopień natężenia
tych zmian jest osobniczo zmienny. U poszczególnych przedstawicieli
morfotypu brachycefalicznego może rozwijać się pojedyncza wada lub
najróżniejsze kombinacje wymienionych nieprawidłowości. Anomalie
anatomiczne prowadzą do zaburzeń w przepływie powietrza przez
górne drogi oddechowe i wywołują objawy niedrożności takie jak głośne oddychanie, świst oddechowy, duszność, sinica oraz omdlenia.
Objawy te nasilają się najczęściej podczas wysiłku fizycznego, pobudzenia emocjonalnego oraz pod wpływem wysokiej temperatury otoczenia. W większości przypadków osobniki dotknięte tym zespołem
adaptują swój organizm do specyficznej morfologii, ale często wywołuje on poważne dolegliwości ogólnoustrojowe, pociągające konieczność interwencji chirurgicznej (15). Morfotyp brachycefaliczny obciążony jest także szeregiem patologii dotyczących gałek ocznych. Wynika to przede wszystkim z charakterystycznie ukształtowanej trzewioczaszki (twarzy) i stosunkowo płytkich oczodołów (1). Patologie układu ruchu dotyczą także mięśni. U psów różnych ras stwierdza się liczne miopatie dziedziczne. Należy tu wymienić: dystrofię mięśni prowadzącą do zwyrodnienia cytoszkieletu mięśni szkieletowych, dziedziczną miopatię labradorów (DML), miotonię charakteryzującą się
nieprzerwanym czynnym skurczem i opóźnioną fazą rozluźnienia mięśni oraz warunkowane genetycznie miopatie niezapalne (16).
540
Proces konsekwentnej selekcji w celu kształtowania poszczególnych ras wpłynął także na uwarunkowane genetycznie predyspozycje do chorób metabolicznych i ogólnoustrojowych. Można tu wymienić zapalenie wątroby bedlington terierów, spowodowane odkładaniem się miedzi w hepatocytach; kamicę moczanową i nefropatię
dalmatyńczyków bądź cukrzycę pudli. Zaburzenie rozwojowe takie jak
wrodzone zespolenie wrotno-oboczne występuje, jako wada związana
z rasą miniaturowych sznaucerów, yorkshire terierów, wilczarzy irlandzkich, buldogów angielskich i owczarków staroangielskich.
Niektóre patologie są tak charakterystyczne dla poszczególnych
ras, że wyodrębniono je, jako oddzielne jednostki, np. anomalia oka
collie. W stosunku do tej rasy opisano szereg wad dotyczących gałki
ocznej, uwarunkowanych genetycznie i związanych z kojarzeniem
osobników marmurkowych z przewagą okrywy białej (6).
Dążenie do utrwalenia określonego koloru sierści wywołało także i inną patologię obserwowaną praktycznie w obrębie każdej z ras.
Często z genem białego włosa związana jest głuchota jedno- lub obustronna (6).
Przytoczone liczne przykłady wyraźnie wskazują jak świadoma
działalność człowieka wpłynęła negatywnie na gatunek Canis lapus f.
familiaris. Niestety należy stwierdzić, że mimo ogromnej wiedzy, jaką
dziś posiadamy w dużym stopniu pomijamy ją w prowadzonej współcześnie hodowli psów rasowych.
541
Streszczenie
Świadoma działalność człowieka w celu uzyskania idealnie eksteriorowych osobników wpłynęła negatywnie na gatunek Canis lapus f.
familiaris. Dlatego też obserwujemy wyjątkowe predyspozycje rasowe
lub morfotypowe do występowania określonych chorób.
Piśmiennictwo
1. Bedford P.G.C.: Choroby gałki ocznej u psów ras brachycefalicznych. Magazyn Weterynaryjny, 2010, 19, 492-498.
2. Chrószcz A., Janeczek M., Pospieszny N.: Mumie zwierzęce w starożytnym Egipcie.
Medycyna Wet. 2006, 62 (11), 1330-1332.
3. Cunliffe J.: Rasy Psów – Kompendium. Parragon, Ożarów Mazowiecki, 2005.
4. Dzik J.: Dzieje życia na Ziemi. Wprowadzenie do paleobiologii. PWN, Warszawa,
2003.
5. Freeman C.: Egipt. Starożytne kultury. Wydawnictwo Penta, Warszawa, 1998.
6. Gough A., Thomas A.: Predyspozycje rasowe do chorób u psów i kotów. SIMA WLW,
Warszawa, 2006.
7. Grandjean D.: The Royal Canin Dog Encyclopedia. Aniwa Publishing, Paris, 2005.
8. Grandjean D.: The Royal Canin Dog Encyclopedia. Small & Toys Breeds. Aniwa Publishing, Paris, 2006.
9. Kaleta T., Fiszdon K.: Wybrane zagadnienia z genetyki i zachowania się psów. Wydawnictwo SGGW, Wrszawa, 2002.
10. Kealy J.K., McAllister H.: Diagnostyka radiologiczna i ultrasonograficzna psów i kotów. Elsevier Urban & Partner, Wrocław, 2007.
11. Kupczyńska M.: Anatomia kliniczna jamy nosowej i zatoki czołowej psa domowego
(Canis lupus f. domestica). SGGW, Warszawa, 2007.
12. Lasota-Moskalewska A.: Zwierzęta udomowione w dziejach ludzkości. WUW, Warszawa, 2005.
13. Monkiewicz J., Wajdzik J.: Kynologia. Wiedza o psie. UWP, Wrocław, 2007.
14. Morell V.: The origin of dogs: running with the wolves. Science 1997, 276, 16471648.
15. Nelson R.W., Couto C.G.: Choroby wewnętrzne małych zwierząt. t.I, Elsevier Urban
& Partner, Wrocław, 2008.
16. Nelson R.W., Couto C.G.: Choroby wewnętrzne małych zwierząt. t.III, Elsevier
Urban & Partner, Wrocław, 2008.
17. Oeser E.: Człowiek i pies. Historia przyjaźni. Bellona, Warszawa, 2009.
18. Pennisi E.: A Shaggy dog history. Science, 2002, 298, 1540-1542.
19. Polskie Nazewnictwo Zoologiczne. I. Ssaki. Polskie Towarzystwo Zoologiczne. Komisja Nazewnictwa Zwierząt Kręgowych. PWN, Wrocław, 1986.
542
20. Räber H.: Encyklopedia psów rasowych. t. I. MULTICO Oficyna Wydawnicza, Warszawa, 1999.
21. Vilá C., Savolainen P., Maldonado J.E., Amorim I.R., Rice J.E., Honeycutt R.L.,
Crandall K.A., Lundeberg J., Wayne R.K.: Multiple and ancient origins of the domestic dog. Science, 1997, 276, 1687-1689.
22. Zeda M., Manca P., Chisu V., Gadau S., Lepore G., Genovese A., Farina V.: Ancient Pompeian Dogs – morphological and morphometric evidence for different canine populations. Anat. Histol. Embrol. 2006, 35, 319-324.
23. Związek Kynologiczny w Polsce www.zkwp.pl.
Praca zawiera 28 209 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
543
544
DR MED. JERZY /GEORG/ SEGER
– SIEDEMNASTOWIECZNY
LEKARZ I BOTANIK
Marian Łysiak, Aleksander Drygas
Komisja Historyczna
Kujawsko-Pomorskiej Okręgowej Izby Lekarskiej w Toruniu.
87-100 Toruń ul. Chopina 10
[email protected]
1
Jerzy Georg Seger urodził się 8 lipca 1629 r. w Norymberdze .
We wczesnej młodości przybył z rodzicami do Torunia, gdzie uczęszczał do miejscowego gimnazjum (stąd nie bez powodu w wieku dojrzałym uważał się za Torunianina). Po ukończeniu gimnazjum w 1648
2
r. wyjechał na studia medyczne do Lipska . Wiedzę medyczną pogłębiał następnie w kolejnych uniwersytetach europejskich – w Wittenberdze, Altdorfie, Bazylei i Kopenhadze, (gdzie zresztą przebywał najdłużej, bo w latach 1652-1655). Pociągała go tam asystentura
i przyjaźń z wybitnym anatomem duńskim Thomasem Bartholinem
(1616-1680), któremu później zresztą zawdzięczał swoje zainteresowania i sukcesy w tym przedmiocie.
1
Drygas A., Seger Jerzy (1629-1678)…, Słownik Biograficzny Pomorza
Nadwiślańskiego. T. 4 (R-Ż), Gdańsk 1997, s. 193.
2
Ibidem: zob. równ.: Nadolski Br., Wyjazdy młodzieży gdańskiej na studia
zagraniczne w XVII wieku. „Rocznik Gdański”, T. XXIV, 1965, s. 197.
545
Trudne warunki materialne zmusiły go jednak do podjęcia funkcji guwernera dla synów znanych osobistości, po raz pierwszy zajmował się synami podkomorzego halickiego Jana Teodora Potockiego,
po raz drugi byli to synowie Elżbiety Berens w Wandsbeck pod Ham3
burgiem . Dzięki temu mógł odbyć kolejne podróże naukowe, m.in.
przebywał w Akademii w Sora, w Lüneburgu, na uniwersytecie
4
w Altdorfie, wreszcie w Bazylei (gdzie świeże jeszcze były wybitne
osiągnięcia w zakresie botaniki Kaspra Bauhina, zmarłego w 1624 r.).
Podczas pobytu w Bazylei, Seger w 1660 r. uzyskał stopień doktora
medycyny na podstawie rozprawy pt. „De Hippocratis orthodoxaria in
doctrina de nutritione foetus humani in utero”. Po obronie pełnił w Bazylei (przelotnie) obowiązki asesora (odpowiednik dzisiejszego adiunkta), po czym w 1662 r. ponownie wyjechał do Kopenhagi.
W roku 1663 Jerzy Seger powrócił do Torunia, gdzie objął obowiązki fizyka miejskiego. W 1666 r. w Gimnazjum Toruńskim powierzono
mu
zaszczytną
funkcję
honorowego
profesora
fizyki
5
i matematyki, którą pełnił do roku 1673 .
Okres toruński w biografii Jerzego Segera zapisał się wzmożoną działalnością naukową; to on w Toruniu przeprowadził pierwszą
6
sekcję zwłok w 1666 r. (70 lat wcześniej aniżeli dr med. Henryk Lo3
Drygas A., Seger Jerzy (1629-1678)…, s. 193.
Ibidem.
5
Salomonowicz S., Kultura umysłowa Torunia między barokiem a oświeceniem. [w:] Historia Torunia
pod red. M. Biskupa. Tom II, cz. III, Toruń 1996, s. 346.
6
Ibidem.
4
546
elhoeffel w Warszawie). Popularność Segera musiała być znaczna
w Polsce, skoro przez 12 lat zajmował stanowisko nadwornego lekarza aż trzech królów polskich – Jana Kazimierza, Michała Korybuta
7
Wiśniowieckiego i Jana III Sobieskiego .
Pokaźny jest też jego dorobek publikacyjny (przeszło 30 publi8
kacji) , a wśród nich pięć dotyczących padaczki: „Epilepsja ex incauto
usu olei Juni perini”, „Epilepsja igne curata”, „De epilepsja gravidarum
eiusque embrionem per XXV hebdomadas infestante”, „De caecitate
9
post epilepsiam in parturiente” i „De strabismo ex epilepsja” . Przedmiotem jego zainteresowania było też zwłóknienie trzustki: „De Scirro
Pancreatis et Glandularum Mesenterii Lethali”. Warto tu dodać, że
powyższą publikację oparł na podstawie przypadku trzyletniej dziewczynki przybyłej do Torunia z Lublina w 1673 roku. U pacjentki dr Seger stwierdził opóźniony rozwój fizyczny, przewlekłą gorączkę, wymioty oraz biegunkę. W badaniu pośmiertnym wykonanym przez chirurga
Bartholomausa Taubenheima ustalono, że jedyną zmianą chorobową
była stwardniała trzustka i węzły chłonne krezki. Opis ten był trzecim,
po Peterze Paaw (Leyda 1595) Gerardzie Blasiusie (Amsterdam
7
Ibidem.
Drygas A., Seger Jerzy (1629-1678)…, s. 194.
9
Łysiak M., Dr med. Georg Seger (1629-1678), pionier w dziedzinie epileptologii dziecięcej w Toruniu.
„Neurologia Dziecięca”, Vol. 14/2005, Nr 28, s. 59-61.
8
547
10
1677) w literaturze europejskiej , dotyczącego takiego przypadku
11
medycznego (czyli diagnostyki mukowiscydozy) .
Może warto w tym miejscu jeszcze dodać, że dziś już wiemy, że
mukowiscydoza jest chorobą genetyczną, dziedziczoną po obojgu rodzicach, nosicielach nieprawidłowego genu „cystic fibrosis transmembrane regulator” (CFTR), odpowiedzialnego za pojawienie się tej cho12
roby .
Po 10 latach pracy w grodzie Kopernika Jerzy Seger przeniósł
13
się do Gdańska (prawdopodobnie po ponętniejsze stanowisko) ,
gdzie w 1674 roku (wg S. Sokoła w 1675 roku) objął katedrę anatomii
w Gimnazjum Gdańskim oraz stanowisko lekarza miejskiego, które
zajmował do końca życia
14
(zmarł 19 grudnia 1678 roku).
Jako lekarz miejski Seger miał prawo sprawdzać wiadomości
kandydatów na chirurgów oraz rozsądzać ewentualne spory (obowiązek ten lekarze miejscy spełniali dopiero od połowy XVI w.). Gdy
11 marca 1677 roku Seger zgłosił burmistrzowi śmiertelny wypadek,
10
Szczepaniak M., Krawczyński M., Cichy W., Kotelska-Dubiel N., Obraz
mukowiscydozy (CF)
w opisach do początku XX wieku. „Ped. Pol.” 2003, LXXVIII, 1, s. 80.
11
Łysiak M., Czarnecki J., Dr med. Georg Seger (1629-1678), autor pierwszego w Polsce opisu
mukowiscydozy u 3-letniej dziewczynki. „Ped. Wsp. Gast. Hepatol. i Żyw.
Dziecka”. 2005, 7, 1,
s. 61-62.
12
Brzozowska Z., Błąd w łańcuchu DNA. „Gazeta Farmaceutyczna”, Nr
2/166/, 2006, s. 34.
13
Salomonowicz S., op. cit., s. 309.
14
Drygas A., Seger Jerzy (1629-1678)…, s. 194.
548
do którego doszło na skutek nieumiejętnego leczenia przez niepowołanego osobnika, Rada Miejska wezwała pokątnego „lekarza” w celu
wyjaśnienia tej sprawy, a następnie poleciła lekarzom miejskim pod15
dać go egzaminowi .
Także w Gdańsku Seger, jako profesor anatomii, przeprowadzał
publiczne sekcje zwłok. Był członkiem Academiae Naturae Curiosorum
oraz
utrzymywał
kontakty
z
Towarzystwem
Naukowym
16
w Londynie .
Seger był też autorem wielkiego podręcznika przyrodoznawstwa, którego wydanie drugie z 1677 roku (jedynie dziś istniejące)
ukazało się w Gdańsku pt. „Synopsis physicae antiquo-novae”. Pierwsze wydanie dzieła, dziś nieznane, przygotował autor jeszcze w okresie toruńskim. Jak już napisał S. Salomonowicz: „Seger był umiarkowanym eklektykiem o postawie filozoficznej, jednakże jego podręcznik, obejmujący całość wiedzy o przyrodzie otwierał już drogę do zdo17
byczy nauki nowożytnej” .
Zaangażowanie się Segera w sprawy medyczne szło także
w parze z jego zainteresowaniami botanicznymi (niewątpliwie widać tu
wpływ J. K. Bauhina, z którym Seger zetknął się podczas studiów
w Bazylei).
O zainteresowaniach botanicznych Segera świadczy – opublikowana jeszcze w 1699 roku – dysputa pt. „Theoremata physica de
15
Ibidem.
Ibidem.
17
Salomonowicz A., op. cit., s. 346.
16
549
animalis et in specie de plantis”, na której tezy odpowiadał student
18
Gimnazjum Toruńskiego Daniel Grewer .
Nadto Seger ogłosił cztery drobne notatki botaniczne w czasopiśmie „Synopsis Musaei Wormiani”, gdzie wymienił rzadkie rośliny,
owoce i korzenie, jakie znajdowały się w muzeum przyrodniczym pro19
fesora Wormiana .
Można zatem powiedzieć, że od zarania swego dorosłego życia
Jerzy Seger był popularyzatorem najnowszych osiągnięć nauki europejskiej w dziedzinie botaniki, a jednocześnie świetnym wykładowcą
tego przedmiotu w Gimnazjum Akademickim. Jego wykłady odznaczały się jasnością i zarazem przejrzystością, choć botanika nie była jego
główną dziedziną zainteresowań; swymi pracami badawczymi zapisał
się raczej w historii nauk medycznych i zoologicznych, znany był bowiem z tego także, że dokonywał sekcji łasic, różnych ptaków, węży
20
i innych zwierząt .
Zainteresowanie Segera botaniką, musiało być jednak dosyć
spore, skoro znalazło wyraz w prywatnej jego korespondencji. Przykładem list wysłany z Torunia do dr Sachsa we Wrocławiu, w którym
główna uwaga poświęcona była roślinie rosnącej w okolicach Torunia,
18
Sulma T., Schwarz Z., Z dziejów botaniki na Pomorzu Gdańskim. Część II.
Rozwój botaniki
w Gdańsku w dobie oświecenia. „Studia i Materiały z Dziejów Nauki Polskiej”. Seria B. Z 27, 1977,
s. 71.
19
Drygas A., Seger Jerzy (1629-1678)…, s. 195.
20
Ibidem.
550
a którą Seger określił – po łacinie – jako „Polygonum polonicum cocci21
ferum” lub „Chermasinum polonicum” . Sprawa jest bardzo ciekawa,
ale też i bardzo niepewna. Zresztą sam Seger też tak do końca nie był
pewny, co to była za roślina, skoro w liście do Sachsa wymienił tylko
dwie przypuszczalne nazwy: Polygonum polonicum… i Charmesinum
polonicum – po polsku: „rdest polski” i „kosmaczek polski”.
Zostawmy jednak na chwilę dociekania botaniczne nad owymi
roślinami zwróćmy uwagę na ich podwójne nazewnictwo łacińskie, jakiego użył Seger. Skąd ono się wzięło? Ze stuprocentową pewnością
można stwierdzić, że był to efekt pobytu studiów Segera w Bazylei,
gdzie świeży jeszcze był wpływ znakomitego mistrza Kaspra Bauhina
(1560-1624), który dla botaniki europejskiej położył wielkie zasługi, był
on bowiem pierwszym badaczem – systematykiem roślin, który „wymyślił” podwójną dla nich nazwę: rodzajową i gatunkową (vide: Pinax
theatri botanici, Basel 1623). Nie bezpodstawnie zatem Seger w liście
do Sachsa wspomniał nazwisko Bauchina, kiedy próbował badane
przez siebie rośliny określić podwójnym nazewnictwem (oczywiście,
należy tu dodać, że od czasów K. Bauhina nazewnictwo roślin ulegało
zmianie za sprawą kolejnych systematyków, głównie Karola Linneusza (1707-1778) i innych, choć ich podwójne nazewnictwo pozostało.
21
Miscellanea Curiosa sive Ephemeridum Medico – Physicarum Germanicarum Academiae Naturae
Curiosorum. Biblioteka Narodowa, Warszawa. Druk z 1670 r., sygn. P.S.
1663/krus 7225. druk
w mikrofilmie Nr 83969.
551
Wróćmy jednak do roślin wymienionych w liście do Sachsa.
Oczywiście, rozpoznanie ich przez Segera było błędne. Nie mniej Seger w swych dociekaniach botanicznych podał bardzo istotną informację, że ów „rdest” (Polygonum) bądź „kosmaczek” (Chermesinum) –
jak je wystawić na działanie słońca, to po pewnym czasie opada
z nich coś na kształt … piasku, który – również po pewnym czasie –
ożywa! „Piasek” ów – jak podał Seger – przekształcał się w … żywe
robaczki, które „utarte na mokro barwią łatwo i wszystko na kolor
karmazynowy”.
I ta właśnie informacja okazała się właściwym drogowskazem
do zidentyfikowania rośliny jak i owego „piasku”, który … ożywa! Rośliną tą jest czerwiec – Scleranthus, rodzaj z rodziny goździkowa22
tych . W Polsce – w miejscach piaszczystych na nizinach występuje
czerwiec roczny (Scleranthus annus), zielony lub żółtawo – zielony
oraz – rzadziej – czerwiec trwały (Scleranthus perennis), błękitnawy
lub sinozielony, na którego korzeniach pasożytuje owad, tzw. „czer23
wiec polski” – Porphyrophora polonica . To właśnie tego pluskwiaka
zbierano masowo w średniowieczu, używając do barwienia tkanin; był
nawet eksportowany. Dopiero po odkryciu Ameryki pluskwiak ten
22
Szafer Wł., Kulczyński St., Pawłowski B., Rośliny polskie. Część I. Warszawa 1988, s. 141;
- zob. rów.: Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, T. 2, Warszawa 1963,
s. 740.
23
Słownik biologów polskich, red. Stanisław Feliksiak. Warszawa, PWN
1987:480.
552
(czerwiec polski) został wyparty przez sprowadzoną zza oceanu ko24
szenilę .
Należy dodać, że koszenila (Coccus cacti L.), żyjąca w Meksyku
na opuncji, dostarczała po wysuszeniu czerwonego barwnika, wchodzącego w skład karminu. Już od połowy XVI w. koszenila całkowicie
wyparła polski surowiec, jakim był czerwiec polski – Porphyrophora
polonica L.
Jerzemu (Georgowi) Segerowi zawdzięczamy to, że w swoich
zainteresowaniach botanicznych zwrócił uwagę na taką „dziwną” roślinę, która dostarczała „żywego piasku” – małego robaczka, który był
(i jest nadal) małym pluskwiakiem, a który wysuszony dostarczał ongiś
cennego barwnika.
Streszczenie
Biografia dr med. Jerzego (Georga) Segera należy do najbardziej frapujących spośród współczesnych mu lekarzy toruńskich. Urodzony 8 lipca 1629 roku w Norymberdze, we wczesnej młodości przybył z rodzicami do Torunia. Studiował na znaczących uniwersytetach
europejskich. Był autorem przeszło 30 publikacji z zakresu medycyny,
a także o dziwo botaniki. Autorzy przytaczają badania Segera dotyczące, jak się zdawało, dziwnej rośliny rosnącej w okolicach Torunia.
24
Drygas A., Historyczno – gospodarcze i naukowe tło narodzin przemysłu
chemicznego
i farmaceutycznego w Europie. ACTA MEDICA PREMISLIENSIA, Tom
XXII, 2001, s. 45-64.
553
Roślinę tę nazwał Polygonum polonicum (rdest polski) i Charmesinum
polonicum (kosmaczek polski). Rozpoznanie to było błędne, jednakże
informacja o opadającym z niej żywym piasku okazała się drogowskazem do rozpoznania czerwca, z którego w średniowieczu produkowano cenny barwnik.
Praca zawiera 10 446 znaków (< 0,5 arkusza wydawniczego)
554
EPIDEMIE JAKO PRZYCZYNY PORAŻEK
MILITARNYCH ORAZ POWAŻNYCH
STRAT OSOBOWYCH I MATERIALNYCH
Mirosław Mariusz Michalski
Katedra Parazytologii i Chorób Inwazyjnych
Wydziału Medycyny Weterynaryjnej UWM w Olsztynie,
ul. Oczapowskiego 13, 10-719 Olsztyn,
[email protected]
Choroby zakaźne i inwazyjne towarzyszyły ludzkości od początku narodzin życia. Dzieje ludzkości były ustawicznie przeplatane długimi okresami epidemii – trądu, dżumy, ospy, tyfusu plamistego, kiły,
cholery, duru brzusznego, salmoneloz, gruźlicy, wąglika i innych, które
były przyczyną większych strat wśród ludzi niż same działania wojenne. Wielokrotnie o losach wojen rozstrzygał nie oręż, lecz straty poniesione w wyniku szerzących się epidemii. Do tego, występujące
wśród zwierząt epizootie doprowadzały państwa do ruiny gospodarczej i były przyczyną klęsk głodowych (1, 2). Epidemie przyczyniły się
do upadku Aten, Kartaginy, powstrzymały pochód Aleksandra Macedońskiego do Indii. Dżuma Justyniana, która ciągnęła się przez pół
wieku, pochłonęła około 10 mln obywateli Imperium Rzymskiego (przy
średniej liczbie mieszkańców szacowanej na około 60 mln), przyczyniając się walnie do jego upadku (1). Epidemia tyfusu prawdopodobnie zdziesiątkowała w 166 r. n.e. powracającą po pokonaniu Partów
555
armię Marka Aureliusza. Dzieje starożytnej Grecji są również związane z wieloma epidemiami. W połowie V w. p.n.e. Ateny były u szczytu
potęgi militarnej i gospodarczej, a ich największym rywalem była Sparta. Każde z miast dążyło do przejęcia władzy nad jak największą liczbą greckich polis. W momencie najazdu spartan na środkową Grecję,
ateńczycy schowali się za murami miasta mając zamiar nękać terytoria spartańskie najazdami od strony morza. Tego planu nie udało się
jednak zrealizować, ponieważ w 430 r. p.n.e. w oblężonych Atenach
oraz pobliskim Pireusie wybuchła zaraza, która w ciągu kolejnych
czterech lat spowodowała śmierć mniej więcej jednej trzeciej ludności
miasta, o czym możemy przeczytać w zapiskach starożytnego historyka Tukidydesa. Na podstawie opisu można sądzić, że tajemniczą
zarazą mogła być dżuma, ospa, a może nawet zakażenie wąglikiem.
Dopiero współczesne badania greckich uczonych pod kierunkiem dr
Manolisa Papagrigorakisa z uniwersytetu w Atenach, oparte na badaniach DNA z zębów trzech ofiar tej tajemniczej choroby, dowiodły, że
ludzie ci byli zakażeni bakterią Salmonella typhi, która powoduje dur
(tyfus) brzuszny. Choroba zebrała ogromne ofiary, a ostatnie dni życia
wyglądały przerażająco. Według Tukidydesa – „z braku mieszkań ludzie tłoczyli się w dusznych barakach – a było lato – i umierali w zupełnym chaosie. Trupy leżały stosami, a chorzy tarzali się na ulicach”.
Według badaczy podczas epidemii zmarł mniej więcej co czwarty
ateński żołnierz, łącznie z najważniejszym wtedy w Atenach Peryklesem. Doprowadziło to w konsekwencji do przegrania wojny w 404 r.
p.n.e. Klęska Aten miała też bardzo poważne konsekwencje dla skłó-
556
conych Hellenów, których nie miał kto zjednoczyć i już kilkadziesiąt lat
później macedoński król Filip II wkroczył na rdzenne ziemie greckie,
torując drogę swemu synowi. Niektórzy uważają, że gdyby nie zaraza,
to ten „bystry chłopak” zapisałby się na kartach historii jako Aleksander Macedoński, a nie Aleksander Wielki (12).
Antycznej potędze – Rzymowi, przynajmniej kilkakrotnie zaszkodziły nieznane choroby, oto jeden z takich przypadków. W II wieku germańskie ludy Markomanów i Kwadów zajmowały tereny dzisiejszych Czech i Moraw, a rzymskie plany zakładały utworzenie na ich
ziemiach nowej prowincji – Markomanii. Miało więc dojść do przesunięcia granicy imperium daleko na północ, aż do podnóża Sudetów
i Karpat. Należy domniemywać, że intensywne wpływy Rzymu objęłyby zapewne także i obszar znajdujący się po dzisiejszej polskiej stronie gór. Niestety, w 165 r. n.e. rzymskich legionistów zaatakowała tajemnicza zaraza, przywleczona ze wschodu. Według jednych badaczy
była to odra, według innych – dżuma. Zaraza ta grasowała na terenie
imperium przez co najmniej kilkadziesiąt lat. Historyk Kasjusz Dion
odnotował, że tylko w samym Rzymie umierało dziennie około 2 tysiące osób. W sumie liczbę ofiar szacuje się na 5 mln, czyli ok. 5 – 7 %
mieszkańców państwa, łącznie z dwoma znakomitymi cesarzami –
Lucjuszem Werusem (w 169 r.) i Markiem Aureliuszem (w 180 r.).
Można przypuszczać, że to osłabienie rzymskiej armii, a nie siła germańskich plemion, miało decydujący wpływ na niekorzystne dla imperium zakończenie wojen markomańskich w 180 r. n.e. Rzymianie musieli opuścić na zawsze tereny leżące na północ od Dunaju (12).
557
Choroby zakaźne niejednokrotnie utrudniały kampanie wojskowe, przyczyniały się do ich wstrzymania lub były przyczyną dużych
strat w oddziałach wojskowych. Wiemy, np. z „Iliady”, że w wojskach
greckich oblegających Troję panowała jakaś zaraza, od której ginęły
zwierzęta, a potem ludzie (1). Jedną z najstarszych chorób ludzkości
jest włośnica (wywoływana przez larwy Trichinella spiralis, czyli włośnia krętego). Zachowały się opisy zachorowań na tę chorobę wśród
wyznawców religii judejskiej, stąd, w zasadach prawa starozakonnego
od dawna przestrzegano zakazu spożywania mięsa wieprzowego.
Podobnie i Mahomet (7 wiek p.n.Ch.) za przykładem Mojżesza zakazał spożywania wieprzowiny, uznając ją za źródło choroby. Prawdopodobnie, pierwszą, najstarszą epidemię włośnicy zanotowano w 422
r. p.n.e. u Kartagińczyków, których posłano na wojnę z Sycylią. U żołnierzy wystąpiły objawy chorobowe wskazujące na włośnicę, co zadecydowało o niepowodzeniu tej zbrojnej wyprawy (11).
Również historię wypraw krzyżowych czyta się jak kronikę epidemii. Dla przykładu – w pierwszej krucjacie armia, która w roku 1098
stanęła pod Antiochią w sile około 300 tysięcy ludzi, do roku 1101
stopniała do 20 tysięcy, a czwarta krucjata pod wodzą Baldwina
z Flandrii wskutek wybuchu dżumy nie doszła w ogóle do Jerozolimy.
Od roku 1500 p.n.e. historia notuje 41 okresów epidemii dżumy, która
wyludniała miasta i wsie, a do Europy została zawleczona najpierw
przez Rzymian, a później przez krzyżowców (2). Dżuma szalejąca
w Europie w XIV wieku opóźniła o około sto lat nadejście renesansu.
Do tej pory sądzono, że spowodowała ona zagładę około jednej trze-
558
ciej ludności Europy, lecz obecnie mówi się już o mniej więcej połowie
europejczyków, a nawet 60 % całej populacji. Norweski historyk Ole
J. Benedictow twierdzi, że przed epidemią w Europie mieszkało 80
mln ludzi, a zmarło aż 50 mln. Brak rąk do pracy oraz elit zdolnych do
rządzenia przyczynił się do ostatecznego upadku systemu feudalnego
i rozwoju bardziej nowoczesnych form organizacji społecznej. Z kolei
paradoksalnie, strach przed powracającą dżumą powodował zamykanie miejskich łaźni i „kult brudu” (12).
W wielu kampaniach duże straty powodowała kiła (łac. Lues),
choroba zakaźna wywoływana przez krętka bladego (Treponema pallidum), zwana powszechnie syfilisem lub francuską chorobą. Pierwszy
jej atak w Europie zanotowano w 1495 r. wśród oblegających Neapol
żołnierzy francuskich króla Karola VII. Inwazja Francuzów zakończyła
się szybko i krętek blady wraz z żołnierzami powędrował na północ
Europy (7).
Smutne karty w historii świata zapisała ospa prawdziwa (inacz.
czarna ospa – łac. Variola vera), wirusowa choroba zakaźna o ostrym
przebiegu. Cechuje ją bardzo duża śmiertelność, nawet do 80 %
i zniszczyła ona niejedno potężne imperium. Pierwszą znaną w historii
ofiarą ospy był faraon Ramzes V (1160 r. p.n.e.), a pierwsza odnotowana epidemia ospy prawdziwej pojawiła się w czasie wojny peloponeskiej (431- 404 p.n.e.) pomiędzy ateńczykami i spartanami (5, 12).
Historia powszechna mówi, że hiszpańscy konkwistadorzy zwyciężali,
ponieważ mieli lepszą broń (armaty i muszkiety), jednak to broń biologiczna, którą hiszpańscy żołnierze nieświadomie przynieśli, wyrządziła
559
znacznie więcej szkody. W 1519 r. Hernan Cortes dobił do brzegu
ówczesnego imperium Azteków. Początkowo był postrzegany jako
Bóg, ale z czasem aztekowie wzniecili rebelię i hiszpanie musieli uciekać. W czasie walki chory na ospę Hiszpan zmarł, a aztekowie przeszukując ciała poległych najeźdźców zostali przez przypadek zainfekowani. Ospa powoli wyniszczała społeczeństwo azteków (szacunkowo około 25 % populacji), ich żołnierzy i samego imperatora. Hiszpański ksiądz opisał to następująco: ”Jako że Indianie nie znali lekarstwa
na chorobę, umierali gromadnie, umierali jak pluskwy. Nierzadko zdarzyło się, że każdy z domu umarł i, że niemożliwym było zakopać
znaczną liczbę zmarłych, zawalano ich domy, żeby stały się ich grobowcami”. Żołnierze, którzy przeżyli byli słabi, wtedy też łatwo pokonano azteków i dotarto do Tenochtitlan, gdzie Cortes stwierdził, że
ospa zabiła więcej azteków niż armaty. W imperium Inków efekt ospy
był jeszcze bardziej wyniszczający. Ospa prawdziwa szybko roznosiła
się od wsi do wsi imperium. W ciągu miesięcy choroba zabiła imperatora, jego następcę i większość ważnych dowódców, a wkrótce potem
imperium najechał zbrojnie Francisco Pizarro. Z kolei, w czasie wojny
prusko-francuskiej w latach 1870 - 1871 na ospę zmarło ponad 23 tys.
żołnierzy, więcej niż poległo w walce (13).
Sama idea użycia w walkach broni biologicznej (stosując tutaj
współczesne nazewnictwo) jest bardzo stara, co zilustruje kilka przykładów. Jeden z udanych przypadków ataku bronią biologiczną w starożytności dotyczył tularemii. Dokonali tego Hetyci, wykorzystując fakt,
że tularemia wywołuje chorobę u ponad 100 gatunków zwierząt
560
i człowieka, stąd straty można zadać ludziom i jednocześnie obniżyć
potencjał gospodarczy wroga, paraliżując oddziały transportowe wykorzystujące zwierzęta juczne i doborowe oddziały rydwanów. Hetyci
posłużyli się żywymi (zarażonymi) zwierzętami, jako środkiem roznoszenia choroby. Historia świata odnotowała tę chorobę jako „zarazę
hetycką” lub „chorobę hetycką” i pustoszyła ona kraje Bliskiego
Wschodu pod koniec 14 w. p.n.e. Powracające z kampanii w SyroPalestynie wojska hetyckie przeniosły tularemię na teren ich własnego
państwa w Anatolii. Tajemnicza choroba była przyczyną śmierci królów hetyckich – Suppiliuma I i Arnuwanda II. Wykorzystało to państwo
Arzawy, które zaatakowało z północy, pociągając za sobą kilka innych
państw. Z kolei Hetyci, przed podjęciem przeciwuderzenia wysłali na
teren wroga zarażone tularemią zwierzęta. Choroba dotknęła samego
władcę Uhhazitisa, którego dotknął stan zapalny stawów kolanowych
(10). Obecnie wiemy, że tularemia jest ostrą zakaźną chorobą bakteryjną, wywoływaną przez polimorficzną pałeczkę Francisella tularensis. Charakterystyczną cechą choroby jest obrzęk zmienionych węzłów chłonnych i może również wystąpić posocznica, zarówno u zwierząt jak i u ludzi. U ludzi choroba objawia się wysoką gorączką, potami, bólami mięśni i stawów.
Inne przykłady - w 6 w. p.n.e. Asyryjczycy zatruwali żywność
wrogów sporyszem (przetrwalniki grzyba buławinki czerwonej – Claviceps purpurea), a Ateńczycy zatruwali wodę w mieście Krissa. Tatarzy
oblegając Kaffę starali się wzniecić u obrońców miasta epidemię dżumy, Napoleon podczas kampanii włoskiej próbował wywołać epidemię
561
malarii w mieście Mantua, a Brytyjczycy w 1763 roku zastosowali po
raz pierwszy broń biologiczną w pełnym tego słowa znaczeniu, zarażając Indian w Nowej Szkocji zarazkami ospy prawdziwej. Również
wąglik (łac. Anthrax), wywoływany przez laseczki wąglika (Bacillus anthracis) był już znany w starożytności. Pierwsze, pewne opisy tej choroby pochodzą od Hipokratesa oraz Wergiliusza. W XVI wieku w Republice Weneckiej istniało prawo, które karało śmiercią osoby handlujące mięsem zwierząt zarażonych tą chorobą.
Podczas wojny trzydziestoletniej losy wielu potyczek również
rozstrzygały szalejące epidemie. W 1632 r. wojska Gustawa Adolfa
i Wallensteina stojące naprzeciw siebie pod Norymbergą opuściły swe
stanowiska uciekając przed durem i szkorbutem, a straty w sile żywej
wynosiły 18 tysięcy żołnierzy (2). Jednym z decydujących czynników,
który przyczynił się do powstania niepodległości Haiti była żółta febra,
która z armii francuskiej liczącej 25 tysięcy żołnierzy pochłonęła 22 tysiące (2). Żółta febra (łac. Febris flava) inaczej żółta gorączka, jest
chorobą wywoływaną przez wirusa (z grupy Flavivirus) przenoszonego między innymi przez komary żyjące w strefie tropikalnej. Infekcja
może przebiegać pod różnymi postaciami klinicznymi – od łagodnych
objawów do ciężkiej choroby, kończącej się śmiercią.
Francuski lekarz Armand w swej „Historii medyko-chirurgicznej
wojny krymskiej” opisuje skutki panującej w walczących armiach epidemii duru plamistego i cholery. Według jego obliczeń tylko w ciągu
4 miesięcy z liczącej 300 tysięcy armii francuskiej ubyło z linii 48 000
562
żołnierzy z powodu chorób. Z kolei Von Linstow (2) podaje również
liczne straty poniesione w ludziach w latach 1854 – 1856 (tabela 1).
Tab. 1. Straty poniesione w ludziach skutkiem chorób na wojnie
w latach 1854 – 1856 według Von Linstowa (2).
Narodowość
Ranni
Polegli
i umarli
z ran
Chorzy
Zmarli
z powodu
chorób
Francuzi
39 869
20 356
196 430
49 815
Anglicy
18 283
4 947
144 390
17 225
Konkurentką dżumy w masowym uśmiercaniu ludzi była cholera
(Cholerae). Jest to ostra i zaraźliwa choroba zakaźna przewodu pokarmowego, której przyczyną jest spożycie pokarmu lub wody skażonej szczepami przecinkowca cholery (Vibrio cholerae) produkującymi
enterotoksynę. Kolebką cholery są Indie, a Europa poznała tę chorobę
dopiero na początku XIX wieku, chociaż, uważa się, że straszliwą zarazą, która wybuchła podczas wojen Kartagińczyków z Syrakuzami
była właśnie cholera. Kiedy Himilkon oblegał tyrana Syrakuz Dionizjusza wydawało się, że losy obleganych są już przesądzone, tymczasem latem 396 r. p.n.e. w obozie Kartagińczyków wybuchła zaraza.
Sytuację wykorzystał Dionizjusz, atakując agresorów z lądu i morza,
w wyniku czego Kartagińczycy ponieśli klęskę (10). Chorobę cechuje
śmiertelność około 1 % (skrajnie do 20 %) przypadków prawidłowo leczonych i 50 % przy braku leczenia. Na świecie miało miejsce 7 pan-
563
demii cholery. Do zakażenia dochodzi na drodze pokarmowej, głównie
przez skażoną ludzkimi odchodami wodę. W początkowym okresie
zakażenia dominuje biegunka, wymioty, zwykle bez gorączki i bólu
brzucha. Stolec ma charakterystyczny wygląd – przypomina wodę po
płukaniu ryżu i posiada swoisty, słodkawy zapach. Na naszych ziemiach epidemia cholery pojawiła się w 1831 r. w Gdańsku, zaczęła się
27 maja i trwała do 19 października. Pierwszymi chorymi byli robotnicy
portowi. Według zapisków policyjnych Prezydium Policji, w pierwszym
miesiącu zachorowało ponad 400 osób, z czego zmarło około 300 (9).
Epidemia cholery w armii carskiej o mały włos nie zmieniła losów części kampanii w przebiegu tłumienia powstania listopadowego. W oddziałach rosyjskich przyczyną wybuchu epidemii cholery byli żołnierze
Iwana Dybicza, którzy przywlekli ją z terenu Bałkanów z okresu wojny
rosyjsko-tureckiej z lat 1828-1829, zakończonej pokojem w Adrianopolu. Jej ofiarą padł sam głównodowodzący, który zmarł w czerwcu
1831 r., a dwa tygodnie później z tego samego powodu zmarł wielki
książę Konstanty. Epidemia wybuchła również w niektórych rejonach
europejskiej części Rosji, a jej następstwem były bunty ludności. Ironią losu jest, że właśnie lata 1827 - 1831 były najcięższymi dla armii
rosyjskiej aż do wybuchu wojny krymskiej. Jej straty bojowe wyniosły
wtedy prawie 44 tys. żołnierzy. Z kolei, z powodu epidemii w 1829 r.
zmarło około 90 tys. żołnierzy, a w 1831 aż 114 tys. – 1/7 stanu osobowego carskiej armii (3). Ofiarą panującej epidemii cholery był także
Adam Mickiewicz, który zmarł na nią 26. 11. 1855 r. w Konstantynopolu. Przebywał on w tym mieście aby pomóc zorganizować Legion Pol-
564
ski, wzorem założonego przez siebie Legionu Polskiego we Włoszech
podczas Wiosny Ludów w 1846 r.
Dużym problemem dla załóg okrętów wojennych był szkorbut
(wynik niedoborów witaminy C), gdzie głównym źródłem pokarmu były
suchary, solone mięso i ryby. W dawnej Anglii troska o zdrowie marynarzy królewskich i sprawność bojową ekspediowanych na wojny kolonialne żołnierzy nadawała ton poszukiwaniom lekarstwa na szkorbut. Za pierwszy, naukowy opis tej choroby uznaje się notatkę Jamesa
Linda z 1753 r., który w 1757 r. dowiódł, że świeże owoce i jarzyny leczą szkorbut i zapobiegają chorobie. W 1820 r., naczelny lekarz wojennej floty rosyjskiej, Piotr Wiszniewski, przekonywał o aktywności
przeciwszkorbutowej „środków dietetycznych ze świata roślinnego”.
Skuteczną walkę z chorobą za pomocą pokarmów roślinnych opisał
w 1834 r. D.P. Sinopeus, ordynator Kronsztackiego Szpitala Morskiego i prawie w tym samym czasie, kierownik służby medycznej rosyjskiej floty bałtyckiej - Bacheracht, który podkreślał, że szkorbut pojawia się „kiedy jedzenie bywa przez długi czas używane bez wszelkich
traw i roślin …” Dyrektor służby zdrowia japońskiej marynarki, Takaki,
wprowadził w 1882 r. do menu załóg okrętowych racje świeżych zbóż,
owoców i warzyw. Zaraz po ustaleniu budowy witaminy C w 1932 r.
przez Hawortha, jej syntezy i zarazem pierwszej syntezy witaminy na
świecie dokonał Polak, Tadeusz Reichstein, za co otrzymał w 1950 r.
Nagrodę Nobla. Tak więc, nasz rodak po raz drugi w dziejach opracował lek na szkorbut (8).
565
W dawnych czasach, podstawą dobrego leczenia rannych
i chorych żołnierzy były różnego rodzaju wykazy leków i substancji
leczniczych wraz z instrukcjami lub opisami ich podawania i sposobami leczenia. W naszym kraju mamy bardzo chwalebny przykład takiego dzieła. Jest nim wydana drukiem w 1794 r. w czasie oblężenia
Warszawy i tłoczona przez polskiego jakobina, księdza Józefa Mejera
w jego własnej drukarni na Rynku Starego Miasta - „Pharmacopaea
Castrensis
et
Nosocomialis
Exercitus
Nationalis”,
autorstwa
sztabsmedyka generalnego dr Hiacynta Augusta Dziarkowskiego
(1747 - 1828) (4). Profesor B. Hryniewiecki tak o nim pisał: „Był on zasłużonym obywatelem kraju, cenionym pisarzem w materii lekarskiej
(pierwszy wprowadził u nas szczepienie ospy), podczas powstania
kościuszkowskiego łożył z własnej kieszeni na szpitalnictwo, później
dał impuls do założenia w Warszawie Szkoły Lekarskiej, gdzie był profesorem”. Karta tytułowa tego dzieła w języku polskim brzmi: „Farmakopea obozowa i lazaretowa wojska koronnego wydana w Warszawie
1794 r. w drukarni ks. J. Mejera z polecenia Wydziału Potrzeb Wojskowych i kosztem Wydziału Instrukcji Narodowej”. W drukowanych
Aktach Powstania Kościuszki, tom III 1955 r. na stronie 50 pod nr 89
jest następujące pismo Najwyższego Naczelnika do Wydziału Potrzeb
Wojskowych, datowane 17 lipca 1794 r. z obozu pod Mokotowem: „Na
raport Wydziału Potrzeb Wojskowych odpowiadając, zalecam, aby lazaret w najlepszym był utrzymany porządku tak w dobraniu doskonałych felczerów, jako i w przyzwoitym dozorze dla rannych. Patent na
szarżę generalnego sztabsmedyka Dziarkowskiemu przez Radę wy-
566
branemu posyłam i gorliwość jego w służeniu darmo przez ciąg rewolucji ocenić umiem”. Na pierwszej stronie swojego dzieła Dziarkowski
pisze: „Ażebym mógł bez nadmiernych kosztów ze strony Skarbu Narodowego pośpieszyć niezwyciężonemu żołnierzowi we wszelkiej potrzebie z pomocą zdrowotną, postanowiłem wydać książeczkę bardzo
krótką, oszczędnie ułożoną, wolną od nadmiaru leków, wygodną
w marszu i dosyć zwięzłą” (4). Indeks leków, substancji czynnych i leków złożonych był bardzo szeroki, a ich trafność i przydatność zilustruję komentarzem profesora Stefana Tarczyńskiego, który tak ocenił
grupę leków przeciwrobaczych (verminosa): „wymienione leki są wybrane wyraźnie z myślą o robaczycach, nękających w szczególnie dotkliwym stopniu ludność, żyjącą w niehigienicznych warunkach. Dotyczy to przede wszystkim żołnierzy w polu. W farmakopei podano do
dzisiaj używane w lecznictwie środki, służące do zwalczania u ludzi
inwazji najważniejszych w naszych warunkach przywr, tasiemców i nicieni. Niektóre ze środków – chinina i emetyna są stosowane nadal
w leczeniu schorzeń pierwotniaczych – zimnicy (malaria) i biegunki
pełzakowatej amoebiasis)” (4). W tym miejscu należy tylko podziwiać
fachowość,
zaangażowanie
i
długowzroczność
generalnego
sztabsmedyka oraz Naczelnika Powstania, Tadeusza Kościuszkę.
Przez analogię można by nazwać waszyngtońską - farmakopeę rewolucyjnej armii amerykańskiej, wydaną w Filadelfii w 1778 r. W Stanach
Zjednoczonych jest ona zwana The Lititz Pharmacopoeia, gdyż opracowana była w Lititz, prawdopodobnie przez dr Wiliama Browna, lekarza wojskowego w tej miejscowości (4).
567
Na zakończenie należy jeszcze wspomnieć o słynnej malarii
(łac. Malaria). Jej nazwa pochodzi od włoskiego słowa malaria, co
znaczyło „złe powietrze”. W Rzymie, gdzie malaria szalała od wieków,
uważano, że jej przyczyną są opary z bagien. Z jej powodu zmarło co
najmniej czterech papieży i prawdopodobnie uśmierciła ona Dantego.
Na malarię chorowali: Jerzy Waszyngton, Abraham Lincoln i Ulysses
S. Grant. W XIX w. choroba tak bardzo dawała się we znaki w stolicy
USA, że pewien wybitny lekarz forsował (bezskutecznie) pomysł osłonięcia całego miasta gigantyczną siatką przeciw owadom. Malarii
przypisuje się milion ofiar w armii Unii w czasie wojny secesyjnej,
a podczas II wojny światowej w rejonie Pacyfiku pochłonęła ona więcej istnień ludzkich niż prowadzone tam walki. Niektórzy naukowcy
uważają, że połowa ludzi, jacy kiedykolwiek żyli, zmarła na malarię
(5).
Ten krótki przegląd świadczy dobitnie o znaczącej roli wielu
groźnych epidemii, w szerzeniu strat w sile żywej walczących stron
oraz ich skutkach dla miejscowej ludności w dłuższym okresie czasu
po ich zakończeniu.
Streszczenie
W opracowaniu przedstawiono przykłady wpływu różnego rodzaju epidemii na porażki oddziałów wojskowych oraz przebieg kampanii wojennych, od starożytności do I Wojny Światowej. Omówiono
między innymi niektóre znane w dziejach epidemie dżumy, ospy, tyfusu plamistego, duru brzusznego, cholery, wąglika, tularemii, włośnicy,
568
w kontekście strat w sile żywej, a czasami wynikających z tego tytułu
daleko idących konsekwencji polityczno-gospodarczo-historycznych.
Piśmiennictwo
1. Anusz Z.: Zapobieganie i zwalczanie zawodowych chorób odzwierzęcych. Wydawnictwo ART Olsztyn, 1995.
2. Biuletyn Zarządu Dezynfekcji, Dezynsekcji i Deratyzacji Ministerstwa Zdrowia. Warszawa, PZWL, 1955.
3. Bohun T.: Królestwo Polskie kontra Imperium Rosyjskie. Mówią Wieki, 2010, 11/10
(610): 29-31.
4. Bukowiecki H., Furmanowa M.: Leki proste i złożone w lazaretach armii kościuszkowskiej i rewolucyjnej armii amerykańskiej. Studia i Materiały z Dziejów Nauki Polskiej Seria B, 1966, (12): 3-40.
5. Finkel M.: Chaos we krwi. Malaria. National Geographic Polska, 2007, 7(94): 28-63.
6. http//www.biolog.pl.
7. http//www.dziennik.pl/nauka/.
8. http//www.olimp-supplements.com.
9. http//www.wikipedia.org.
10.Janeczek M., Chrószcz A., Ożóg T.: Próby stosowania broni biologicznej
i chemicznej w starożytności oraz epidemie i ich wpływ na dzieje: Życie Weterynaryjne, 2010, 85(3): 230-233.
11. Kocięcka W.: Włosień kręty i włośnica, Volumed Wrocław, 1996.
12. Piotrowska A.: Przypadek kontra człowiek. Focus Historia, 2009, 10: 38-40.
13. Urbanek M.: Czarna ospa w czerwieni. Polityka, 2003, 29(2410): 62-64.
Praca zawiera 22 988 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
569
570
EPIDEMIE I ZASTOSOWANIE
BRONI BIOLOGICZNEJ
W PRZEBIEGU DZIAŁAŃ WOJENNYCH
W CZASACH NOWOŻYTNYCH
Mirosław Mariusz Michalski,
Mariusz Zbigniew Felsmann*
Katedra Parazytologii i Chorób Inwazyjnych
Wydział Medycyny Weterynaryjnej UWM w Olsztynie
ul. Michała Oczapowskiego 13, 10-719 Olsztyn
*
Zespół Weterynarii Sądowej i Administracji Weterynaryjnej
Katedra Patofizjologii, Weterynarii Sądowej i Administracji
Wydział Medycyny Weterynaryjnej UWM w Olsztynie
ul. Michała Oczapowskiego 13, 10-719 Olsztyn
[email protected]
Historia przebiegu wielu wojen wskazywała na przypadki częściowego ich rozstrzygnięcia w aspekcie strat poniesionych w wyniku
szerzących się epidemii, a nie tylko samego oręża. Jedną z takich
epidemii była ospa prawdziwa (Variola vera), wirusowa choroba zakaźna o ostrym przebiegu, cechująca się bardzo wysoką śmiertelnością, dochodzącą nawet do 80 %. W okresie I wojny światowej,
w 1915 r., duża epidemia ospy wystąpiła w Galicji i południowej Kongresówce – odnotowano wtedy kilkadziesiąt tysięcy zachorowań (11).
Ospa prawdziwa należy współcześnie do grupy chorób mających znaczenie jako broń biologiczna, a to z racji: dużej śmiertelności, dużej
zaraźliwości (przenosi się na ludzi poprzez powietrze oraz kontakt po-
571
średni i bezpośredni) oraz trudności w rozpoznawaniu we wczesnym
etapie ataku (5). W Polsce, najgłośniejsza w czasach nam współczesnych epidemia czarnej ospy pojawiła się we Wrocławiu w 1963 r.
(została ona przywleczona z Indii) (15).
Innym przykładem jest nosacizna (Malleus), zakaźna i zaraźliwa
choroba zwierząt nieparzystokopytnych (najczęściej koni), wywoływana przez pałeczkę nosacizny (Burkholderia mallei). Nosacizna może
być też niebezpieczną zoonozą dla ludzi, a sama pałeczka nosacizny
może przeżyć w środowisku zewnętrznym nawet kilka tygodni.
W 1916 r. Niemcy rozprzestrzeniali przy pomocy szpiegów na froncie
zachodnim pałeczki nosacizny, które miały wywołać pomór wśród koni
aliantów. Liczono, że epidemia sparaliżuje transport wroga, ale sukcesu nie odniesiono, a dalsze badania przerwała militarna klęska Niemiec.
W latach 30 - 40-tych XX wieku w czasie wojny w Chinach
i Mandżurii, Japończycy wykorzystywali pałeczki dżumy, łącznie
z próbą zarażenia członków Komisji Ligi Narodów. Utworzyli również
na terenie Mandżurii specjalną jednostkę zajmującą się badaniami
nad bronią biologiczną (w nieludzki sposób zabito 3 tys. ludzi, a na terenie Chin wywołano kilka pandemii chorób zakaźnych).
Swoją drogą, do 1939 r. Japończycy byli światowym liderem
w badaniach
nad
bronią
biologiczną. W
centrum
badawczym
w Pingfan wyprodukowano m.in. 4 tys. bomb z wąglikiem. W 1947 r.
odnaleziono masowy grób jeńców wojennych różnej narodowości, na
których eksperymenty przeprowadzali naukowcy z centrum ba-
572
dawczego w Pingfan. Po zbadaniu zwłok ustalono, że 31 osób zmarło
na wąglika, 60 na cholerę, 12 na dyzenterię, 16 na tężec, 106 na
dżumę, 22 na dur brzuszny, 41 na gruźlicę i 9 na tyfus (8).
Idea zastosowania drobnoustrojów na polu walki zachwyciła
bolszewików, „wielkie epidemie tyfusu w latach 1918 - 1921 w Rosji
wywarły ogromne wrażenie na dowódcach Armii Czerwonej” – zanotował w swoich wspomnieniach jeden z twórców sowieckiej broni biologicznej Ken Alibek. Alarm, że coś niepokojącego dzieje się w ZSRR,
po raz pierwszy ogłosił polski wywiad w 1925 r. Polskie zabiegi dyplomatyczne przyczyniły się do tego, że podczas rokowań rozbrojeniowych w Genewie, 17 czerwca 1925 r. (konferencja została zwołana
w celu ograniczenia międzynarodowego handlu bronią), aż 108
państw, w tym ZSRR, podpisało konwencję o zakazie rozprzestrzeniania i stosowania broni chemicznej oraz biologicznej.
W tym miejscu należy wspomnieć, że polskiej delegacji
w Genewie przewodniczył generał Kazimierz Sosnkowski. Historyczną
zasługą Generała jest ustanowienie międzynarodowego zakazu stosowania broni bakteriologicznej, zawartego w Protokole Genewskim
w 1925 r., będącego w mocy od 08. 02. 1928 r., którego stronami jest
obecnie ponad 160 państw. Protokół ten obecnie nic nie stracił na
znaczeniu, mimo podpisania Konwencji o Zakazie Prowadzenia Badań, Produkowania i Magazynowania Broni Bakteriologicznej z 1972 r.
Generał w swoim genewskim wystąpieniu zawarł między innymi następujące stwierdzenia, które do dzisiaj nic nie utraciły ze swojej aktualności: „broń bakteriologiczna, jeśli chodzi o jej produkcję, posiada
573
przewagę nad bronią chemiczną. Może ona być produkowana łatwiej,
taniej i w absolutnej tajemnicy. Z drugiej strony, jest ona z natury swojej zdolna do rozprzestrzeniania i rażenia, niezależnie od czynników
atmosferycznych i terenowych. Wystarczy rozpocząć działania tą bronią na minimalną skalę, aby rezultaty stawały się coraz bardziej przerażające i przybierały coraz większe rozmiary” (10).
Pomimo tego, że ZSRR był sygnatariuszem Protokołu Genewskiego, pod koniec lat 20 XX wieku Rada Wojskowo-Rewolucyjna wydała dekret o „Kompleksowym programie opracowania broni zawierającej zarazki”, a ośrodek badawczy założono na Wyspach Sołowieckich. Latem 1942 r. samoloty Armii Czerwonej rozpyliły zarazki tularemii nad jednostkami armii III Rzeszy nacierającymi na Stalingrad.
Epidemia, jaka wówczas wybuchła, spowolniła ofensywę, lecz po kilku
tygodniach bakteria przeniosła się na stronę radziecką, powodując
tam jeszcze większe straty. Dlatego też, Rosjanie wstrzymali się z jej
dalszym stosowaniem. W byłym ZSRR masowo produkowano wirusa
ospy, zarazki dżumy płucnej i wąglika, a także prowadzono badania
z wirusami Ebola (8).
Istnieje również ciekawy i tajemniczy wątek polskich badań nad
bronią biologiczną w okresie przedwojennym. Z inicjatywy Oddziału II
Sztabu Głównego, czyli wywiadu, zainwestowano wtedy większe sumy w badania naukowe. W 1935 r. powstał Samodzielny Referat
Techniczny (SRT), którego pierwszym szefem został kpt. Ignacy Harski. Na wyposażenie tajnego centrum badawczego ulokowanego
w Warszawie wydano sporą jak na tamte czasy kwotę około 0,5 mln
574
złotych. Dwa lata później w SRT pracowało 7 oficerów i prawie 60 naukowców oraz techników. Równolegle prowadzono tam badania nad
gazami bojowymi, substancjami toksycznymi oraz drobnoustrojami.
W aktach stalinowskiej prokuratury można wyczytać, iż pracowano
tam nad: „uzjadliwieniem bakterii chorobotwórczych z grupy Salmonella, a to: tyfusu, paratyfusu A, para B, para C, Gaertnera, grupy czerwonki jak: Shiga-Kruze, Flexnera, Stronga i opracowaniem metod zakażania tymi bakteriami ludzi, zwierząt, pokarmów i wody”. Na początku lat 30 skupiono się na toksynie botulinowej (jadzie kiełbasianym).
Starano się stworzyć skuteczne antidotum, a jednocześnie znaleźć
sposób na zastosowanie jadu w warunkach bojowych. Jednym z najzdolniejszych bakteriologów tamtych czasów był dr Jan Golba, którego zespół osiągnął spore sukcesy. Dr Gebarska-Mierzwińska opracowała metodę przechowywania zarazków dzięki ich odwodnieniu, uzyskano sproszkowany jad kiełbasiany o dużym stopniu toksyczności,
udało się też znaleźć sposób namnażania bakterii tyfusu na masową
skalę przy pomocy sztucznej pożywki (8).
Dr Golba był też pomysłodawcą nowatorskiego eksperymentu.
Na ramie podwozia samochodu zamontowano kompresor z rozpylaczem i przy jego użyciu rozpylono w kilku punktach Warszawy specjalne szczepy bakterii, a następnie sprawdzano doświadczalnie, jak
następuje rozprzestrzenianie się mikroorganizmów w powietrzu (Brytyjczycy dopiero w lipcu 1963 r. na stacji metra Coliers Wodo w Londynie przeprowadzili podobny eksperyment). Nowatorskie pomysły dr
Golby wzbudziły żywe zainteresowanie Japończyków z centrum ba-
575
dań w Pingfan, z którymi odbyła się tajna konferencja w 1936 r.
w Warszawie.
Po klęsce wrześniowej, dr Golba przedostał się do Anglii
i opracował raport na temat swoich badań dla „Laboratorium Zdrowia
Publicznego” w Porton (pod tą nazwą krył się brytyjski tajny ośrodek
badań nad bronią biologiczną). Prawdopodobnie, osiągnięcia polskich
bakteriologów zostały wykorzystane przez angielskich uczonych do
pracy nad uzyskiwaniem takiej formy wąglika, którą można rozpylać
nad dużym obszarem przy użyciu bomb kasetowych. Bomby ze
sproszkowanym wąglikiem Anglicy wypróbowali w latach 1941 - 42 na
wyspie Gruinard (u wybrzeży Szkocji), gdzie samoloty RAF-u obrzuciły bombami kasetowymi stado owiec, uwiązanych do palików. Wyspa
została skażona na dziesiątki lat, a miejscowa ludność uważała, że
ptactwo przywlekło z niej trzy kolejne epidemie wąglika, które wybuchły w Szkocji w latach 1954, 1961 i 1965 (badania kontrolne przeprowadzone w 1976 r. wykazały, że stężenie wąglika w glebie było
wciąż takie samo). Działanie to było związane z zagrożeniem użycia
broni chemicznej lub biologicznej przez hitlerowskie Niemcy. Pod koniec wojny listów z wąglikiem używała także polska Armia Krajowa,
jednak bez większych sukcesów – jako broń listy wąglikowe nie są
zbyt skuteczne (8).
Próby użycia broni biologicznej podczas II wojny światowej nie
zakończyły się jednak sukcesem dla „biologicznych agresorów”. Osiągnięcia naukowe z dziedziny nauk biologicznych, w tym w szczególności zastosowanie na frontach nowoczesnych leków (jak na owe
576
czasy), zwalczających chorobotwórcze drobnoustroje, pozwoliły na
zdecydowane zmniejszenie strat wśród żołnierzy oraz częściowo
wśród ludności cywilnej (1, 2). Z kolei, po II wojnie światowej, w latach
60-tych XX w. Amerykanie i Brytyjczycy zbudowali za 100 mln dolarów
fabrykę broni biologicznej w Pine Bluff w Arkansas (budowla miała
4 hale naziemne i 3 podziemne) i można było produkować w niej
dziennie setki kilogramów bakterii. Sam wąglik (Anthrax), jest zakaźną
chorobą odzwierzęcą wywoływaną przez laseczki wąglika (Bacillus
anthracis) i może być on wykorzystywany jako broń biologiczna zarówno przez armie jak i przez bioterrorystów. Laseczka wąglika lub jego zarodniki wnikają do organizmu następującymi drogami: przez skórę (postać skórna choroby), drogą pokarmową (postać jelitowa) lub
drogą oddechową (postać płucna). Z ogniska pierwotnego dochodzi
do rozprzestrzenienia się infekcji na cały organizm. Pierwsze, pewne
opisy choroby pochodzą już od Hipokratesa oraz Wergiliusza. W XVI
w. w Republice Weneckiej istniało prawo, które karało śmiercią osoby
handlujące mięsem zwierząt zarażonych tą chorobą. Rozwój „wojskowej” wersji wąglika rozpoczęły Niemcy wykorzystując swoją pracę
w 1916 r., gdy broń ta została przesłana wraz z „instrukcją obsługi” do
ambasady niemieckiej na terenie Rumunii, której później wypowiedziano wojnę. Na terenie ZSRR po zakończeniu wojny rozwijana była
broń biologiczna, zawierająca jako ładunek również laseczki wąglika.
Prace badawczo-produkcyjne w wojskowej fabryce broni B w Swierdłowsku spowodowały w 1979 r. zakażenie ludności cywilnej poprzez
przypadkowe uwolnienie aerozolu z wąglikiem. Zachorowało wtedy 79
577
osób, z czego zmarło 68 (u 77 chorych wystąpiła postać płucna tej
choroby) (7). Z kolei, w Oboleńsku (100 km od Moskwy) prawdopodobnie w 1972 r. powstał ośrodek pod nazwą Wszechzwiązkowy Instytut Mikrobiologii Stosowanej, zwany „Biopreparat”. Zatrudniał on 25
tys. ludzi w 18 odrębnych fabrykach. Laseczki wąglika były hodowane
w dwudziestotonowych kadziach, które co 2 dni dostarczały około
1 tony świeżych bakterii, a zakładano, że 100 kg wąglika może
uśmiercić około 3 miliony ludzi (8).
W okresie I wojny światowej między innymi na ziemiach polskich gwałtownie wzrastała liczba zachorowań na dur plamisty –
z około 35 tys. przypadków w 1916 r. do 44 tys. w 1917 r., prawie
100 000 przypadków w 1917 r. i 230 tys. w 1919 r. (10). W tym też
czasie, w okopach frontu wschodniego wykryto chorobę nazwaną gorączką
okopową,
nieco
podobną
do
duru
plamistego,
lecz
o łagodniejszym przebiegu, której wektorem są wszy. Choroba ta
w okresach międzywojennych nie występowała, a podczas II wojny
światowej pojawiła się ponownie, lecz w małym natężeniu epidemicznym (14).
Do sporych strat w sile żywej przyczyniały się również epidemie
grypy. Wiosną 1918 r. wojska niemieckie rozpoczęły serię ofensyw
mających na celu odciągnięcie sił nieprzyjaciela od kluczowych portów
nad kanałem La Manche, a następnie przerwanie brytyjskich linii zaopatrzeniowych i komunikacyjnych. Jednocześnie przez francuskie
okopy przetoczyła się epidemia niegroźnej grypy, którą prawdopodobnie przywieźli ze sobą amerykańscy żołnierze. Choroba objawiała się
578
osłabieniem i kilkudniową gorączką, ale mimo gwałtownego przebiegu
infekcji, chorzy szybko wracali do zdrowia. To był początek epidemii,
która przeszła do historii pod nazwą grypy hiszpanki. W momencie
rozpoczęcia przez aliantów wielkiej ofensywy jesienią 1918 r., po obu
stronach frontu umierały na hiszpankę już setki tysięcy żołnierzy.
W drugiej fali epidemii infekcja przebiegała co najmniej równie gwałtownie, ale śmiertelność była znacznie wyższa. Zauważono, że umierali na nią nie tylko najmłodsi i najstarsi, ale także ludzie młodzi
i zdrowi (należy przypuszczać, że przyczyniało się do tego osłabienie
i niedożywienie). Grypa niezwykle szybko rozprzestrzeniła się na cały
świat, więc mimo śmiertelności wynoszącej „zaledwie” 1 %, w latach
1918 - 1920 umarło na nią przypuszczalnie od 20 do 40 milionów ludzi
na całym świecie, a więc więcej niż w wyniku działań wojennych lat
1914 - 1918 (4).
Bardzo groźną epidemią była cholera (Cholerae), której przyczyną jest spożycie pokarmu lub wody skażonej szczepami przecinkowca
cholery
(Vibrio
cholerae)
produkującymi
enterotoksynę.
W okresie I wojny światowej na ziemiach polskich, a zwłaszcza na terenie Galicji wschodniej, zarejestrowano w latach 1914 i 1915 odpowiednio około 2 700 i 30 000 chorych na cholerę, a do tego w latach
1914, 1915 i 1917 wystąpiły duże epidemie czerwonki (11).
Oprócz chorób zakaźnych, wiele szkód przynosiły żołnierzom
zakażenia i infekcje. Przykładowo – niski poziom opieki medycznej
oraz brak antybiotyków podczas I Wojny Światowej powodował, że
względnie błahe kontuzje lub rany mogły doprowadzić do zgorzeli ga-
579
zowej. Choroba jest wywoływana przez beztlenowe bakterie z rodzaju
Clostridium (w większości przez Clostridium perfringens). W przebiegu
tego zakażenia bakterie uwalniają do tkanek gaz oraz bardzo groźne
dla życia toksyny. Według danych niemieckich 12 % ran nóg i 23 %
ran rąk kończyło się zgonem, wywołanym głównie zakażeniem. Z kolei, 44 % Amerykanów, u których rozwinęła się gangrena, nie przeżyło
wojny, połowa rannych w głowę zginęła, a tylko 1 % rannych w brzuch
przeżyło. Trzy czwarte wszystkich obrażeń spowodowanych w czasie
walk było wywołanych pociskami artyleryjskimi, a rana wywołana
odłamkiem była z reguły groźniejsza niż postrzał karabinowy, bo okruchy ziemi czy skał wywoływały groźne zakażenie. Podczas zimy,
groźną plagą były też liczne odmrożenia, ponieważ temperatura
w okopach spadała często do kilkunastu stopni poniżej zera (6).
Okres pierwszej wojny światowej oraz okres wojny polskobolszewickiej na byłych i obecnych terenach naszego kraju, spowodował nagłe pogorszenie się sytuacji epidemiologicznej. Gwałtownie
wzrastała liczba zachorowań na dur plamisty z ok. 35 tys. W 1916 r.
do 44 tys. w 1917 r., prawie 100 tys. w 1917 r. i 230 tys. w 1919 r. Zapadalność na dur plamisty w I-szej połowie 1920 r. wahała się od 250
do 365 na 100 000, w II-giej połowie roku obniżyła się do 40 na
100 000, przy śmiertelności 11 – 12 %. Na drugim miejscu znajdowały
się zachorowania na czerwonkę – zapadalność ok. 70/100 000 przy
śmiertelności ok. 18 %, dur brzuszny z zapadalnością ok. 64/100 000
i śmiertelnością ok. 9 % zajmował trzecie miejsce. Poważny problem
stanowiła epidemia płonicy, która spowodowała ponad 16 tys. zacho-
580
rowań – zapadalność 25, a śmiertelność 14 %, ospa i błonica miały
podobną zapadalność ok. 3,0 na 100 000 (11). W celu zapobieżenia
przenoszeniu chorób zakaźnych w głąb kraju przez reemigrantów
z kierunku wschodniego, na granicy rosyjskiej powstał kordon sanitarny, który był utworzony z trzech pierścieni. Pierwszy pierścień obejmował posterunki jeszcze poza granicą Polski. Drugi obejmował
w stacje graniczne, a trzeci stacje docelowe. Najpierw udzielano przyjeżdżającym pierwszej pomocy, chorych umieszczano w przygotowanych wagonach i transportem przesyłano do drugiej linii kordonu –
stacji kwarantannowej. Kwarantanna trwała co najmniej pięć dni. Ludzi
chorych umieszczano w szpitalach, a zdrowych kąpano, dezynfekowano ich ubrania i bagaże, poddawano odwszawianiu i szczepieniom
ochronnym przeciwko durowi brzusznemu, cholerze i ospie prawdziwej. Trzecim etapem podróży reemigrantów ze wschodu była stacja
docelowa położona w miejscowości, do której chcieli dotrzeć. Tu
przebywali pięć dni, do chwili osiedlenia się. Tu również znajdowały
się oddziały izolacyjne, w których zatrzymywano chorych zakaźnych,
których nie zdołano wykryć wcześniej. Kontrola sanitarna i epidemiologiczna nad powracającymi Polakami ze wschodu ustawała w chwili
ich stałego osiedlenia się (13).
W czasach bardziej nam współczesnych, w wojskach byłego
ZSRR walczących w Afganistanie w ramach 40 Armii w latach 1979 1999 straty sanitarne uwarunkowane były w 79 – 88 % zachorowaniami na choroby zakaźne, a w 12 – 21 % innymi zachorowaniami
i ranami. Struktura chorób zakaźnych przedstawiała się następująco:
581
wirusowe zapalenie wątroby szerzące się drogą pokarmową – 40 –
51 %, dury i paradury – 10 – 27 %, inne schorzenia jelitowe – 14 –
20 %, pełzakowica 3,3 – 11 %, malaria 2,7 – 5 % (9).
Dla oddziałów wojskowych operujących w gorących strefach
naszego globu równie ważną sprawą, jest ochrona przed atakiem
stawonogów, które są głównym wektorem niebezpiecznych chorób.
W zakresie ochrony żołnierzy przed owadami, szczególnie walczących w strefach tropikalnych i subtropikalnych, w okresie II wojny
światowej i tuż po niej, rozwinęła się produkcja ochronnych środków
syntetycznych. W latach 40-tych i 50-tych XX w. Amerykański Departament Rolnictwa zbadał ponad 9 tys. substancji, które okazały się
skutecznymi środkami odstraszającymi owady, a do czasów współczesnych przebadano 20 tys. takich substancji (3). Również we
wspomnieniach polskich żołnierzy przebywających w okresie ostatniej
wojny na terenie Iraku podkreśla się brak wody, upały, pustynny wiatr
Chamsin i różnego rodzaju choroby przenoszone przez stawonogi.
Żołnierze skierowany przeciwko sobie przez przyrodę „pełen arsenał
środków” nazywali „siedmioma plagami irackimi”. Należała do nich
plaga komarów roznoszących malarię, plaga tzw. popataczy (niepozornych muchówek, których ukłucie powodowało wysoką gorączkę,
silne ogólne osłabienie i zwykle zapalenie spojówek, stąd m.in. żołnierze niemieccy z korpusu Rommla nosili stale na pustyni ciemne okulary), plaga skorpionów i tarantuli, plaga tzw. falangi (szybko biegających pająków, których ukąszenie powodowało występowanie dokuczliwych wyprysków na skórze), plaga tzw. scolopendry (nazywanej
582
przez żołnierzy czterdziesto-nóżką, z najbardziej jadowitą odmianą –
Scolopendra gigantica), plaga leiszmaniozy (pozostawiająca na całe
życie duże blizny na ciele). Postrachem żołnierzy były też chorobotwórcze ameby i lamblie (Giardia sp.), występujące szczególnie obficie
w dopływie rzeki Tygrys, rzeczce Little Zaab (15).
We współczesnym opracowaniu służb medycznych armii amerykańskiej, na liście niebezpiecznych owadów i pajęczaków znajdują
się: pchły, wszy łonowe i głowowe (będące wektorami tyfusu endemicznego), komary i muchy będące wektorami malarii oraz filarioz
(Brugia malayi, Wuchereria bancrofti), leiszmaniozy, trypanosomozy,
onchocerkozy (inacz. ślepoty rzecznej – Onchocerca volvulus), bartonelozy (inacz. gorączki okopowej lub choroby kociego pazura), shigelozy (inaczej czerwonki bakteryjnej), salmonelozy, wirusowego zapalenia wątroby, żółtej febry (Febris flava), gorączki Denga, gorączki Doliny Rift (Rift Valley Fever), gorączki Zachodniego Nilu (West Nile
Fever) oraz kleszcze, będące wektorami Lyme disease (inaczej boreliozy), gorączki kleszczowej, tularemii (Francisella tularensis), erlichiozy monocytarnej, gorączki gór skalistych (inaczej gorączki plamistej),
babeszjozy (Babesia microti) i porażenia kleszczowego (3).
Doświadczenia wojen prowadzonych w dwudziestym wieku, pozwoliły z jednej strony na powstrzymanie się przed zastosowaniem
broni biologicznej na szeroką skalę, z drugiej zaś strony stały się „inspiracją” do pracy nad udoskonalaniem biologicznych czynników chorobotwórczych, jako środków rażenia ludzi i zwierząt. Broń biologiczna
zwana jest czasami „bronią masowego rażenia ubogich” lub „bronią
583
jądrową ubogich”, które to określenie zawdzięcza dostępności i łatwości produkcji, a szczególnie dotyczy to broni bakteriologicznej (możliwość produkcji nawet w warunkach domowych i polowych). Stosunkowo niewielkie objętościowo i wagowo ilości czynników biologicznych
są w stanie wywołać bardzo duże straty w szeregach przeciwników
i przy dzisiejszym stanie technologii można tę broń przenosić na bardzo duże odległości. Efekt działania broni biologicznej można spotęgować jednoczesnym zastosowaniem broni konwencjonalnej, czy też
broni chemicznej. Zadaniem tych środków rażenia jest niszczenie naturalnych barier ochronnych organizmów wrażliwych – mechaniczne
uszkodzenia skóry i błon śluzowych, czy też uszkodzenie tych barier
wysoką temperaturą lub środkami chemicznymi (oparzenia termiczne
i chemiczne) (1, 2, 12). Należy też wspomnieć, że w doktrynach wojennych rozpatrywano użycie tego rodzaju broni przed lub bezpośrednio po atakach jądrowych. Od zakończenia drugiej wojny światowej,
aż do dzisiaj trwają pracę nad tym rodzajem broni i prace te z różną
intensywnością prowadzone są w coraz większej liczbie krajów (1, 2,
12). Do zakończenia zimnej wojny w arsenałach wielkich mocarstw
zgromadzono tysiące głowic, pocisków oraz różnego rodzaju zasobników zawierających jednorodne czynniki chorobotwórcze jak też ich
mieszaniny. Obecnie, jeśli wierzyć zapewnieniom władz większość
państw, zniszczyły one znaczną część swoich zasobów biologicznych,
ale należy pamiętać, że ilość przeszła tutaj w jakość. Co więcej, rządy
niektórych państw zatwierdziły próby symulacyjne możliwości zastosowania takiej broni na własnych obywatelach. Co prawda nie mamy
584
danych z krajów dawnego bloku wschodniego, wiemy natomiast, że
w latach 70-tych w Stanach Zjednoczonych rozpylano nad miastami
bakterie uznawane za niechorobotwórcze dla sprawdzenia ich rozprzestrzeniania się w populacji ludzi. Jednak, nawet te wydawałoby
się niegroźne drobnoustroje, jak Serratia marcescens (pałeczka
krwawa, pałeczka cudowna), wywołały u ludzi zachorowania. Przykład
ten świadczy wymownie o niebezpieczeństwie związanym z manipulacjami drobnoustrojami w populacji ludzkiej. Tylko z nielicznych doniesień i tzw. „przecieków” wiemy o intensywnych pracach nad wykorzystywaniem osiągnięć inżynierii genetycznej do celów militarnych.
Nie należy mieć złudzeń, że technologia ta jest elementem prac nad
modyfikowanymi czynnikami biologicznymi mającymi wywołać określony pożądany przez agresora skutek, czyli, pracuje się nad stworzeniem drobnoustrojów mogących jak najskuteczniej zabijać, przy jednoczesnej maksymalnej odporności na dostępne chemioterapeutyki.
Tym samym powstrzymywanie się przed użyciem tej broni nie jest
zjawiskiem stałym, a przyszły lokalny konflikt zbrojny między desperacko atakującymi lub broniącymi się nawet niedużymi krajami, może
zakończyć się tragedią nie tylko dla obu walczących stron. Musimy
mieć na uwadze, że przyszły konflikt zbrojny z użyciem broni biologicznej spowoduje niewyobrażalnie wielkie straty wśród ludności i zapewne zwierząt, a stosunek zabitych przez biologiczne czynniki chorobotwórcze w stosunku do poległych na konwencjonalnym froncie
przekroczy znacznie dotychczas znane statystyki (1, 2, 12, 16).
585
Wspomniano już, że nawet niewielka dywersja biologiczna
opóźniała marsz lub zatrzymywała wrogie armie, chociażby poprzez
zatruwanie studni w wyniku umieszczania w nich zwłok ludzi lub zwierząt. Te proste metody dywersji i walki partyzanckiej stosuje się do
dzisiaj na różną skalę. Przykładowo - podczas konfliktu wietnamskiego partyzanci Wietkongu (Vietcong) umieszczali w zamaskowanych
zagłębieniach ostre kawałki bambusa zanurzone uprzednio w kale.
Skaleczenia te nie zabijały żołnierzy amerykańskich, ale skutecznie
eliminowały ich z walki. „Globalna wioska” jaką stał się nasz glob,
umożliwia praktycznie bez większych utrudnień, przemieszczanie się
z kontynentów na kontynenty praktycznie w ciągu kilku godzin. Ataki
terrorystyczne jakie zdarzyły się na dużą skalę w ostatnich latach są
odzwierciedleniem linii podziału interesów, już nie państwowych i narodowych, ale religijnych, światopoglądowych i ekonomicznych (2,
12). Ubodzy nie mając środków na kosztowny i drogi nowoczesny
sprzęt wojskowy uciekają się do możliwie prostych i tanich metod „rażenia” wrogów, chociażby poprzez sianie terroru i powodowanie jak
największej dezorientacji w systemach państw zachodnich (właśnie
poprzez broń biologiczną). Działania bioterrorystyczne nie zostały jak
dotąd zastosowane w praktyce na szeroką skalę, był jednak czas na
początku naszego stulecia, kiedy za pomocą przesyłek pocztowych
próbowano zakażać adresatów bakteriami przetrwalnikowymi. Przykład ten obrazuje jak łatwo można wykorzystać istniejącą infrastrukturę cywilną do działań stricte militarnych, bowiem dla broni biologicznej
linią frontu jest każde miejsce, w którym żyją wrażliwi na nią ludzie
586
i zwierzęta (2, 12). Podobno wystarczy zarażenie 2 % populacji zwierząt gospodarskich na obszarze ich intensywnego chowu, aby w praktyce wstrzymać produkcję żywności z terenów z nich pochodzących.
Przykłady symulacji strat w populacjach ludzkich i zwierzęcych są
przedmiotem rozważań praktycznie w każdym współczesnym kraju;
są one również pomocne przy rozważaniach przeciwdziałaniu zachorowań naturalnych. Jeżeli znajdują się ochotnicy do rozrywania się ładunkami wybuchowymi, można przypuszczać, że desperaci wyszkoleni przez terrorystów są w stanie zarazić się zjadliwym szczepem
drobnoustroju wywołującego groźną zarazę i najzwyczajniej w świecie
przebywać w miejscach gromadzenia się i przemieszczania ludzi –
metro, dworce kolejowe i terminale lotnicze są tego najlepszym przykładem (2, 12).
Jeden z autorów podczas ćwiczeń w przeciwdziałaniu skutkom użycia broni biologicznej
587
Opisana sytuacja sprawia, że obecnie pojęcie wojny i pokoju
oraz wroga muszą być definiowane inaczej niż w czasach minionych.
Wszelkie granice i wyraźne podziały zostały zatarte, w odróżnieniu od
konfliktów zbrojnych w poprzednich stuleciach i epokach, kiedy to
czynniki biologiczne - nieznane ówczesnym ludziom, wywierały określone działania i niezależnie od walczących wpływały negatywnie na
stronę przeciwnika lub obie walczące strony. Sukces w opanowaniu
wpływu biologicznych czynników chorobotwórczych na żołnierzy walczących w XX w. obecnie należy już do przeszłości. Nasz kraj, nieposiadający broni biologicznej i niepracujący nad jej uzyskaniem, może
jednak stać się obiektem takiego ataku. Dla uchronienia ludności Polski i wojska, istnieje cały system służący wykrywaniu ewentualnych
ataków, ale przede wszystkim mający na celu szybkie i skuteczne
zwalczanie skutków tego typu ataków. Główną rolę odgrywają tutaj
specjalistyczne jednostki wojska polskiego. System ten oparty jest na
pięciu Wojskowych Ośrodkach Medycyny Prewencyjnej (Bydgoszcz,
Gdynia, Modlin, Kraków i Wrocław) będących pierwszą linią wykrywania i działań wstępnych, Centrum Reagowania Epidemiologicznego Sił
Zbrojnych RP (jednostka koordynująca) oraz Ośrodku Diagnostyki
i Zwalczania Zagrożeń Biologicznych WIHiE w Puławach – głównym
laboratorium diagnostycznym o klasie bezpieczeństwa BSL-3 (12, 16).
Opisane przykłady potwierdzają znaczącą rolę epidemii oraz
wielu innych schorzeń niezakaźnych, w powstawaniu znaczących strat
w szeregach walczących stron oraz wśród ludności cywilnej. Przedstawiają też kierunki współczesnych prac nad ewentualnym wykorzy-
588
staniem broni biologicznej na współczesnym polu walki, również
w aspekcie zagrożeń ze strony bioterrorystów.
Streszczenie
W opracowaniu przedstawiono przykłady wpływu epidemii na
przebieg
działań
wojennych,
łącznie
z
działaniami
celowymi
w zakresie użycia broni biologicznej od 1914 r. do czasów nam współczesnych. Opisano między innymi epidemie dżumy, ospy, tyfusu plamistego, grypy, duru brzusznego, cholery, wąglika, tularemii, zarówno
w aspekcie strat w zgrupowaniach wojskowych jak i strat wśród ludności cywilnej.
Piśmiennictwo
1. Chomiczewski K., Gall W., Grzybowski J.: Epidemiologia działań wojennych
i katastrof, Warszawa, 2001.
2. Chomiczewski K., Kocik J., Szkoda M.T.: Bioterroryzm zasady postępowania lekarskiego, Warszawa, 2002.
3. Gupta R., Robert L. JR., Lawyer P.G.: Arthropods of military importance, in: Military
Preventive Medicine: Mobilization and Deployment. vol. 1, 2000.
4. http//www.biokompost.wordpress.com.
5. http//www.biolog.pl.
6. http//www.wikipedia.org.
7. http//www.zgapa.pl.
8. Krajewski A.: Kanapka ze śmiercią, Polityka, 2003, 29(2410): 43-49.
9. Lach J., Sulgostowska T., Bzdęga J.: Inwazje pasożytnicze u żołnierzy armii europejskich stacjonujących w klimacie tropikalnym lub subtropikalnym w II połowie XX wieku. Probl. Hig. Epidemiol., 2006, 87 (2): 92-96.
10. Mierzejewski J.: Generałowie Kazimierz Sosnkowski i Shiro Ishi – dwie postawy
wobec wojny bakteriologicznej, Życie Weterynaryjne, 1999, 74 (5): 227-228.
11. Naruszewicz-Lesiuk D., Magdzik W.: Choroby zakaźne na ziemiach polskich
w dwudziestym wieku. Przegląd Epidemiologiczny, 2000, 54 (supl. 3): 5-9.
12. Płusa T., Jahnz-Różyk K.: Broń biologiczna zagrożenia i przeciwdziałanie. Warszawa, 2002.
589
13. Sztuka-Polińska U.: Zapobieganie i zwalczanie chorób zakaźnych w Polsce w okresie międzywojennym. Przegląd Epidemiologiczny, 2000, 54 (Suplement 3): 16-22.
14. Ślusarski W.: Owady, żywy transport i siewcy zarazy. Biblioteka Zarządu Dezynfekcji, Dezynsekcji i Deratyzacji, Warszawa, 1955.
15. Urbanek M.: Czarna ospa w czerwieni. Polityka, 2003, 29(2410): 62-64.
16. Zieliński A., Sadkowska-Todys M.: Bezpieczeństwo biologiczne w pracowniach mikrobiologicznych i biomedycznych, Warszawa, 2002.
Praca zawiera 29 656 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
590
ZASŁUGI KS. S. B. JUNDZIŁŁA
DLA NAUKI WETERYNARII
NA PODSTAWIE ARTYKUŁU Z 1806 ROKU
ZAMIESZCZONEGO W DZIENNIKU WILEŃSKIM.
Norbert Pospieszny, Wacław Łuczak*, Maciej Adamski *.
Zakład Anatomii Zwierząt
Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu
*Instytut Hodowli Zwierząt
Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu
Życie i działalność księdza Stanisława Bonifacego Jundziłła
/1761 –1847/ są stosunkowo dokładnie poznane /Baranowski 1996,
Grębecka 1993, Sławiński 1947/. W takiej sytuacji postanowiono zajmować się zagadnieniami szczegółowymi z jego życia, w tym zasługami dla nauki weterynarii. Warto wspomnieć, że podczas studiów
w szkołach pijarskich a następnie w zreformowanym Uniwersytecie
Wileńskim wyrobił w sobie ogromne zamiłowanie do nauk przyrodniczych. Zasłynął później jako światowej sławy profesor tego Uniwersytetu w zakresie botaniki. Dodatkowo wykładał również zoologię.
W 1831 roku przeżył gorycz likwidacji Uniwersytetu Wileńskiego. Formalnie nie posiadał dyplomu lekarza weterynarii. Jego zasługi dla
Uniwersytetu Wileńskiego w zakresie weterynarii były niebagatelne.
Stanisław Jundziłł stosunkowo wcześnie, bo już w czasach działalności Komisji Edukacji Narodowej /KEN/, zapoznał się z problema-
591
mi weterynaryjnymi. Z polecenia KEN odbył podróż naukową do
Wiednia /dwukrotnie/ w celu zbadania warunków do utworzenia szkoły
weterynaryjnej w kraju. Z powodu sytuacji politycznej zdobyte doświadczenia w zakresie weterynarii, uzyskane w Wiedniu, nie zostały
chwilowo wykorzystane.
Akt erekcyjny Uniwersytetu z 1803 roku
przewidywał utworzenie w składzie wydziału lekarskiego katedry weterynarii określanej jako „katedra bydlęcego leczenia”. Z tego powodu
jako profesor Uniwersytetu Wileńskiego miał ponownie kontakty z zagadnieniami weterynaryjnymi. W trzy lata później katedrę objął prof.
Bojanus, a w 1823 roku otwarto Instytut Weterynaryjny. Konsekwentne działania władz uniwersyteckich wspierał Jundziłł w różny sposób,
w tym także pracami z dziedziny weterynarii.
W redagowanym wspólnie z Jędrzejem Śniadeckim Dzienniku
Wileńskim ogłosił cztery prace: Ośpica owiec 1805, str. 10-17;
O włośniku 1805, str. 400-414; Ułomki nauki bydlęco lekarskiej 1806,
str. 131-165 i O chorobie bydlęcej, liżączce 1821, str. 347-350.
Celem niniejszego opracowania jest zaznajomienie Czytelników
z treścią i znaczeniem stosunkowo obszernego opracowania „Ułomki
nauki bydlęco lekarskiej”. Należy podziwiać erudycję i kompetencje
prof. Jundziłła. W krótkim wstępie autor chwali rząd za zrozumienie
zaniedbanej dla rolnictwa sprawy podniesienia rangi hodowli zwierząt
domowych, szczególnie bydła, co ujawniło się między innymi utworzeniem katedry weterynarii w Uniwersytecie Wileńskim.
Pierwszy rozdział artykułu traktuje o historii nauki ze szczególnym zwróceniem uwagi na chorobę wołów, o której mówił już Hipokra-
592
tes: „a która się od utraty apetytu i sposobności przeżuwania zaczyna”. Następnie tę samą zarazę opisał historyk Liwiusz w księdze piątej. Choroba występowała w 355 roku po złożeniu Rzymu tak bardzo
często, że postanowiono zasięgnąć rady u kapłanów sybilijskich. Ponadto Senat zalecił uroczyste modły, a w świątyniach składano błagalne ofiary dla odwrócenia klęski. Tę samą lub podobną zarazę opisuje Wergiliusz w księdze trzeciej dzieła „O ziemiaństwie”, podobne
opisy zostawili także Owidiusz i Lukrecjusz. Zdaniem Jundziłła z tamtych czasów nie ma dzieła, w którym opisano by choroby bydła i sposoby ich leczenia, aczkolwiek cytuje opinię Wegecjusza: „iż Grecy
i Rzymianie tem się zatrudniali, ze medycyna bydlęca zaraz po ludzkiej kładziona była”. Ponadto w dziełach pisarzy rolniczych pojawiają
się określenia „medicus veterinarius’ lub tylko „veterinarius”.
Za pierwsze dzieło weterynaryjne uważa Jundziłł „Artis veterinariae seu mulomedicine libri quattor” napisane przez Wegecjusza
w końcu drugiego a najpóźniej na poczatku trzeciego wieku. W dziesiątym wieku cesarz bizantyjski Konstantyn Porfirogenet polecił uczonym, aby zebrali wypisy z dzieł starożytnych traktujących o weterynarii. Wypisy te dotrwały do naszych czasów i są jedyną informacja
o oryginałach. W czasach nowożytnych dzieło Wegecjusza opublikowano w 1528 i 1563 roku w tłumaczeniu na francuski oraz w 1595 roku wypisy Porfirogeneta również po francusku. Współczesne wydanie
dzieła Wegecjusza przygotowała renomowana firma wydawnicza
Teubner z Lipska.
593
W dalszych rozważaniach Jundziłł opisuje zarazę bydła z 1711
roku i lat następnych, która doprowadziła do prawie całkowitego
zniszczenia bydła. Zaczęła się w państwie weneckim od chorego wołu
pochodzenia węgierskiego. Od niego zaraziło się bydło przebywające
w tej samej oborze, a wkrótce potem cale pogłowie. Z Wenecji zaraza
przeniknęła do Włoch, Francji, Anglii, Niemiec, Niderlandów, opanowała doliny Szwajcarii i Tyrolu, rozszerzyła się w Danii, Szwecji, Polsce, Inflantach i Rosji. Autor podkreśla, że we Włoszech chorobą bydła zajmowali się lekarze Romazzini i Lancisi. Ponadto z obserwacji
wynikało, że zwierzęta po przechorowaniu powtórnie nie chorują. Dało
to podstawę do rozpoczęcia szczepień.
W końcowej części opracowania Jundziłł wymienia słynnych
uczonych z zakresu weterynarii i opisuje zakładanie katedr i szkół weterynaryjnych oraz omawia ich wpływ na likwidowanie chorób zwierząt
i ogólny dobrobyt w danym kraju. Pisze o historii weterynarii w sposób
kompetentny,
jednocześnie
z
wyraźnym
zaangażowaniem
i entuzjazmem, przygotowując tym samym grunt do rozwoju weterynarii na uniwersytecie.
Drugi rozdział artykułu to: „Cel nauki, przysposabiające wiadomości, przymioty lekarza’. Cel nauki zawodu jest zakreślony szeroko,
obejmuje rozmnażanie, utrzymywanie, doskonalenie i ochronę zdrowia wszystkich gatunków zwierząt. Zajmujący się zwierzętami lekarz
weterynarii powinien być obiektywny, wolny od uprzedzeń, nie wstydzić się wątpliwości, szukać wiedzy w książkach. Niezależnie od posiadanej wiedzy i umiejętności powinien zachować pilność i pracowi-
594
tość gorliwego obserwatora. Naukę weterynarii Jundziłł dzieli w zasadzie na trzy części. W części pierwszej za podstawę uważa hodowle
i żywienie zwierząt, w drugiej – anatomię i fizjologię, a w ostatniej
umieszcza patologię oraz terapię ogólną i szczegółową. Jako profesor
botaniki wspomina wielokrotnie o lekach krajowych, pochodzenia roślinnego, które powinno się stosować w miejsce drogich pochodzących z zagranicy. Pisze także o roślinach trujących, wskazując na konieczność posiadania stosownych na ten temat wiadomości przez lekarza weterynarii. Zwraca również uwagę na zagadnienia natury zootechnicznej, jak pomieszczenia i czystość mające na celu niedopuszczenie do wybuchu zarazy oraz wspomina o administracji weterynaryjnej.
Upłynęło 12 lat zanim podobnymi zagadnieniami zajął się prof.
S.
Girtler
z
Uniwersytetu
Jagiellońskiego.
Poglądy
Jundziłła
w zakresie weterynarii były jak na owe czasach bardo nowoczesne,
a i dzisiaj warte są przypomnienia.
Piśmiennictwo
1. Baranowski H.: Bibliografia Wilna. T.I. Uniwersytet Wileński. Toruń 1996. (Szkoła weterynaryjna poz. 722 – 731, S.B. Jundziłł poz. 2435 – 2458).
2. Grębecka W.: Stanisław Bonifacy Jundziłł – wybitny uczony polskiego Oświecenia,
1761 –1847. /w/ Wkład pijarów do nauki i kultury w Polsce XVIII – XIX w. KHNiT PAN
Warszawa 1993, 240 –261.
3. Girtler S.: Rosprawa o potrzebie i użytności Nauki Weterynarii. Rocz. Tow. Nauk.
Krak. 3, 1818,116 – 154.
4. Jundziłł S. B.: Ułomki nauki bydlęco lekarskiej. Dziennik Wileński 2, 1806, 131 –163.
5. Perenc A.: Historia lecznictwa zwierząt w Polsce wyd. II. Ossolineum Wrocław.
6. Sławiński W. X.: Stanisław Bonifacy Jundziłł. Lublin 1947.
Praca zawiera 7 525 znaków (< 0,5 arkusza wydawniczego)
595
596
ZARYS HISTORII I DZIEŃ DZISIEJSZY BADAŃ
SYSTEMU KONTROLI POSTAWY.
Przybylski Grzegorz, Pyskir Małgorzata*, Pyskir Jerzy**,
Bannach Małgorzata***, Gołda Ryszard****
Katedra i Klinika Chorób Płuc, Nowotworów i Gruźlicy UMK
w Toruniu Collegium Medicum w Bydgoszczy
*Katedra i Klinika Rehabilitacji UMK w Toruniu,
Collegium Medicum w Bydgoszczy
**Katedra i Zakład Biofizyki UMK w Toruniu,
Collegium Medicum w Bydgoszczy
***Katedra Pielęgniarstwa i Położnictwa UMK w Toruniu
Collegium Medium w Bydgoszczy
****Instytut Biologii Eksperymentalnej,
Uniwersytet Kazimierza Wielkiego w Bydgoszcz
e-mail:[email protected]
Wstęp
Jedną z cech wyróżniających człowieka spośród innych mieszkańców Ziemi jest pionowa orientacja sylwetki. Takie ustawienie osi
ciała w polu grawitacyjnym implikuje bardzo niewielką płaszczyznę
podparcia. Dodatkowo wielosegmentowa budowa ciała oraz jego pokaźna wysokość powoduje, że systemem w warunkach statycznych
człowiek w postawie stojącej jest niestabilny i ciągle narażony na utratę równowagi [2,3,9]. Nasz organizm posiada jednak zdolność kontrolowania swej postawy w spoczynku oraz w ruchu i reagowania na
zmiany warunków otaczającego środowiska. Jest to proces złożony,
597
odpowiada za niego skomplikowany mechanizm zmysłowo-odruchowy
nazywany systemem kontroli postawy (ang. postural control system).
To on sprawia, że człowiek orientuje się w przestrzeni, dzięki jego
pracy nasz organizm obudzony w środku nocy rozpoznaje pozycję leżąca, podczas morskiego rejsu odczuwa bujanie na falach, a kiedy
tańczy walca czuje wirowanie. W czasie obrotu głowy czy podskoku
odpowiednie receptory przekazują do mózgu informacje o kierunku,
w jakim się zwróciliśmy, a następnie zostaje skorygowana postawa
czy ruch całego ciała. Jeśli jednak nie zmienia ono swego położenia
w przestrzeni a odbiera zmieniające się widoki, wówczas do mózgu
docierają sprzeczne dane ( np. w czasie jazdy samochodem lub na
karuzeli), co jest przyczyną objawów choroby lokomocyjnej. Cierpią na
nią często dzieci, ponieważ umiejętność utrzymania równowagi nie
jest cechą wrodzoną lecz nabytą w długim procesie uczenia się i nie
jest ona jednakowa dla wszystkich ludzi [3].
W odróżnieniu od innych zmysłów np. węchu, słuchu, czy wzroku, które mają jeden wyspecjalizowany narząd, prawidłowe funkcjonowanie systemu kontroli postawy ciała zależy od prawidłowej czynności i współdziałania trzech układów: przedsionkowego, wzrokowego
i proprioceptywnego (3, 14, 26). Postawa ciała w ciągły sposób jest
dostosowywana do zmieniających się warunków otoczenia. Na prawidłową kontrolę postawy ma wpływ wiele czynników zewnętrznych
i wewnętrznych. Jedne z nich mogą powodować zaburzenia pracy
systemu, inne natomiast mogą ją poprawiać. Stabilność postawy
zmienia się wraz z rozwojem osobniczym. Od chwili urodzenia zdol-
598
ność utrzymania stabilności postawy ciała człowieka stopniowo się
poprawia do osiągnięcia najlepszych rezultatów u młodych ludzi, by
ulec wyraźnemu pogorszeniu w starszym wieku. Prawdziwym problemem związanym z pogorszeniem działania układu kontroli postawy są
upadki, zazwyczaj spotykane u ludzi w podeszłym wieku. Najczęstszą
ich przyczyną są potknięcia oraz zawroty głowy, które następnie powodują utratę równowagi. Często takie upadki kończą się złamaniami,
hospitalizowaniem, a tym samym jeszcze większym ograniczeniem
funkcji życiowych (14).
Prawidłowa praca systemu kontroli postawy człowieka wpływa
na zdolność wykonywanych złożonych zadań ruchowych. Dobra ocena funkcjonowania tego skomplikowanego systemu jest konieczna ma
duże
znaczenie
nie
tylko
w
diagnostyce
otolaryngologicznej
i neurologicznej, ale jest bardzo ważna również w rehabilitacji zaburzeń równowagi i zawrotów głowy oraz przy uprawianiu wielu dyscyplin sportowych. Dlatego ocena funkcjonowania systemu kontroli postawy stała się przedmiotem intensywnych badań naukowych już
w dziewiętnastym stuleciu. Od tego czasu diagnostyka ta bardzo intensywnie się rozwijała by osiągnąć ogromny postęp w czasie wprowadzenia komputerowej rejestracji danych. W dalszej części niniejszego opracowania zostanie pokrótce przedstawiona historia rozwoju
badan systemu kontroli postawy, jej dzień dzisiejszy i perspektywy
rozwoju.
599
Historia rozwoju badań systemu kontroli postawy
Pierwszą metodą oceny pracy systemu kontroli postawy odnotowaną w piśmiennictwie jest próba zaproponowana i opisana przez
Moritza Heinricha Romberga, niemieckiego lekarza neurologa, autora
klasycznego podręcznika wydanego w połowie dziewiętnastego wieku
(23). Test ten polega na ocenie zachowania się pacjenta w pozycji
stojącej, wyprostowanej, ze złączonymi stopami i ramionami wyciągniętymi do przodu. Badanie wykonuje się dwukrotnie: z otwartymi
i zamkniętymi oczami. Osoba o prawidłowo funkcjonującym układzie
kontroli postawy zachowuje w tych warunkach pozycję pionową, natomiast chwianie się we wszystkie strony lub w stronę uszkodzonego
błędnika lub upadek uważa się za objaw patologiczny. Próba ta doczekała się licznych modyfikacji, które zwiększyły wartość kliniczną
testu (11, 12, 13, 25). W różnych formach próba Romberga stosowana jest w praktyce do dnia dzisiejszego. Jedną z bardziej znanych
modyfikacji testu jest wykonanie go przy niestandardowym ustawieniu
stóp – zamiast równolegle koło siebie stopy ustawione są jedna tuż
przed drugą. Obecnie stosowana wersja jest zastosowanie w próbie
miękkiego podłoża ( np. materaca).
Kolejnym krokiem w poprawie oceny pracy systemu kontroli postawy była próba wskazywania, którą zaproponował w 1910 roku Robert Bárány - austriacki otiatra węgierskiego pochodzenia, laureat nagrody Nobla z 1914 r. (za prace nad fizjologią i patologią aparatu
przedsionkowego). W czasie testu naprzeciwko siedzącego człowieka
umieszcza się przedmiot, następnie poleca się zamknięcie oczu i kil-
600
kakrotne wskazanie widzianego wcześniej przedmiotu. Przy zaburzeniach czynności błędnika badany ulegał iluzji ruchu przedmiotu
i wskazywał obok rzeczywistego położenia (8). R. Bárány wykonywał
testy także po irygacji ucha zewnętrznego wodą ( inna temperatura
wody w każdym uchu) i analizował zmiany w wykonywaniu testu.
Dalszy etap rozwoju diagnostyki systemu kontroli postawy stanowiła próba zaproponowana w 1913 roku przez Józefa Babińskiego
i G.A. Weilla (1). Pierwszy z autorów to francuski neurolog, syn polskich emigrantów, był współzałożycielem Francuskiego Towarzystwa
Neurologicznego, od 1907 r. jego przewodniczącym. Badanie polegało na wykonaniu pięciu kroków do przodu z zamkniętymi oczami, następnie (dalej bez otwierania oczu) kolejnych pięciu kroków do tyłu,
następnie do przodu i tak przez 30 sekund. W przypadku jednostronnego upośledzenia błędnika chory chodził w charakterystyczną
gwiazdę.
W 1924 roku Max Heinrich Fisher z Berlina i Ernest Wodak
z Tel Awiwu opisali pierwszy test chodu w miejscu z rękami założonymi na klatkę piersiową zaobserwowali rotację pacjentów wokół własnej osi podczas chodu. Używając podobnego protokołu badania
próbę dreptania opisał w 1938 roku Siegfried Unterberger, austriacki
(18)]. Przy marszu z zamkniętymi oczami laryngolog, pod niemiecką
nazwą ”der Tretrersuch” (26). Próba ta jest czasem określana dynamiczną próba Romberga. Badany podnosi wyprostowane ręce do poziomu i z zamkniętymi oczami maszeruje w miejscu w ciągu jednej
minuty, unosząc wysoko kolana, tak by w najwyższym punkcie były
601
zgięte pod kątem prostym. Zdrowi ludzie przemieszczają się od położenia wyjściowego do końca marszu maksymalnie o 70 cm, a obrót
w stosunku do pierwotnego kierunku nie przekracza 10 stopni. Unterberger zaobserwował, że rotacja jest wykonywana w stronę przeciwną
do dominującej u danego badanego. Wadą prac Unterbergera oraz
Fishera i Wodaka zarzucaną w dalszych publikacjach jest brak informacji na temat grupy badanych.
Podobny test do próby dreptania w 1940 roku przedstawił Cäsar
Hirsch (niemiecki otolaryngolog żydowskiego pochodzenia, zmuszony
do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych) nazywając go próbą walca
(”the waltzing test”). W 1959 roku Tadashi Fukuda, japoński otolaryngolog, zmodyfikował tę próbę i nazwał ją po angielsku ”the stepping
test” (10). Fukuda wykonał uważnie badania na 500 osobach i korelował wyniki z diagnozą kliniczną. Stwierdził on, że wykonanie przez
zdrowa osobę 100 kroków w miejscu nie powoduje obrotu. Jednak
pomiary oparte na identycznym protokole wykonane przez P. Jordana
z Tel Awiwu w 1963 roku okazały się być sprzeczne z wynikami
T. Fukudy (15). Dalsze udoskonalanie powyższej próby zostało dokonane w 1963 roku przez Kaja Zilstorff-Pedersena i Erica Peitersena
(18) ze Szpitala Uniwersyteckiego w Kopenhadze. Ci ostatni badacze
zwrócili uwagę na niedostateczną kontrolę parametrów w badaniach
wykonywanych przez wcześniejszych autorów.
Kolejna metodą oceny pracy systemu kontroli postawy była próba chodu podczas której badana osoba idzie prosto przed siebie
z zamkniętymi oczami. Podczas testu obserwuje się, czy następuje
602
zbaczanie od kierunku chodu. Ulepszeniem tego badania była próba
szynowa, opisana przez Heatha w 1942 roku, a później przez Corneliusa Getzingera z Uniwersytetu w Kansas w 1961 roku. Test ten wykonuje się chodząc boso po drewnianych szynach o różnej szerokości, a przy tym piętę przystawia się do palców. W tej próbie ocenia się
odległość, którą badanemu udało się przejść utrzymując się na szynie
(13, 24, 25).
W 1967 roku Eric Peitersen stwierdził, że marsz w miejscu
z zamkniętymi oczami jest jedną z prób, która pomimo dotychczasowych wysiłków nadal pozostaje niedostatecznie przebadana a uzyskane wyniki są niemiarodajne (19). Peitersen zauważył, że do chwili
powstania pracy nie ma dobrej metody badania patologii pracy systemu kontroli postawy, ponieważ nikt do końca nie rozumie jak pionowa
postawa ciała jest utrzymywana w statyce i podczas chodu. Podsumowując: opisane dotychczas badania były bardzo proste do wykonania, nie wymagały specjalistycznej aparatury. Wnoszą one wiele informacji do diagnostyki klinicznej, jednak nie dostarczają obiektywnych parametrów ilościowych do oceny niewielkich ruchów ciała oraz
pracy systemu kontroli postawy.
Wraz z doskonaleniem się możliwości technicznych wykonywania pomiarów i pojawieniem się odpowiedniej aparatury opisano próby
obiektywizacji oceny równowagi i stabilności postawy. Nils G. Henriksson z Uniwersytetu w Lund oceniał różnice nacisku dolnych kończyn
badanego stojącego na dwóch wagach ustawionych obok siebie. Test
603
ten pozwolił na obliczenie współczynnika asymetrii obciążeń kończyn
dolnych podczas swobodnego stania.
Ilość problemów do rozwiązania w dziedzinie poznania
i diagnostyki systemu kontroli postawy sprawiła, że w 1969 roku zostało powołane Międzynarodowe Towarzystwo Posturograficzne,
zrzeszające przedstawicieli wielu dziedzin, między innymi: otolaryngologów, neurologów, neurochirurgów, fizjologów, okulistów, ortopedów,
biomechaników. Głównym celem tego Towarzystwa uznano rozwijanie
wiedzy o tonicznej aktywności posturalnej człowieka oraz jej nieprawidłowościach (9,16). W Polsce pionierskie badania posturograficzne
rozpoczęto w latach siedemdziesiątych w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej w Warszawie. Innymi ośrodkami zajmującymi się
podobna tematyką były AWF we Wrocławiu oraz Politechnika Warszawska (9, 16).
Z historii do współczesności – rozwój nowoczesnych badań posturograficznych.
Już na początku lat siedemdziesiątych XX wieku rozwój metody
rejestracji danych z wykorzystaniem techniki komputerowej pozwolił
na udoskonalenie badań systemu kontroli postawy. W 1974 roku Lewis M. Nashner, amerykański neurolog, jako pierwszy podjął próbę
głębszego zrozumienia pracy tego systemu. Rozpoczął on rozważania
z punktu widzenia sprzężenia dwóch układów: nerwowego i mięśniowego (17). Nasher użył prądu elektrycznego przyłożonego obustronnie do wyrostków sutkowatych w celu wyidukowania kołysania. Wyka-
604
zał on istnienie metody stymulacji mięsni antygrawitacyjnych. Badania
pokazały, że chociaż wysiłki ciała zmierzające do kompensacji kołysania angażowały zarówno narząd przedsionkowo-rdzeniowy jak i sygnały od stóp i kończyn dolnych, to jednak początek odpowiedzi posturalnej na wytrącenie z położenia równowagi leży wyłącznie po stronie przedsionkowo – rdzeniowej. W celu obiektywnej oceny odruchów
posturalnych Nasher wykorzystał platformę z wmontowanymi czujnikami tensometrycznymi. Były one połączone z komputerem, co pozwoliło na szybką akwizycję danych i zapisanie ich na nośniku, co dało możliwość dalszej obróbki.
Od tego czasu obserwuje się bardzo dynamiczny rozwój metod
analizy pracy systemu kontroli postawy wykorzystujących statyczne
i dynamiczne platformy posturograficzne (3, 11, 27). Przykładem jest
platforma, której cała płaszczyzna jest podzielona na dwie podłużne
części. Badana osoba staje na jedną kończyną na każdej części.
W czasie około 30 sekund swobodnego stania rejestrowana jest siła
nacisku na podłoże niezależnie prawej i lewej kończyny dolnej. Pomiar prowadzi się zarówno przy otwartych jak i zamkniętych oczach.
Bardziej rozbudowana jest platforma z większą ilością czujników, które pozwalają na śledzenie w czasie przemieszczania się charakterystycznych punktów. Jednym z nich jest rzut środka ciężkości COG
(ang. center of gravity) na płaszczyznę platformy. Innym wyznaczanym punktem jest COP (ang. Centre-Of-Foot-Pressure) wyznaczany
na podstawie rozkładu siły nacisku każdej stopy na podłoże. Platformy
605
wykorzystywane od czasu pionierskich badań Nashera pozwalają
między innymi na:
Rejestrację sygnałów odwzorowujących przemieszczenia COP
ciała człowieka w rzucie na płaszczyznę podstawy w osi strzałkowej oraz osi czołowej
Wyznaczenie parametrów oceny wyników testu
Obserwowanie parametrów uzyskiwanych w trakcie trwania badania
Archiwizację wyników po zakończeniu testu
Przedstawienie danych na monitorze w układzie współrzędnych
Uzyskanie zintegrowanych raportów graficznych i liczbowych
Konwersję wyników badań oraz przebiegów wychyleń w obu
osiach
Szczegółowa analiza rejestrowanych krzywych – statokinezjogramów ( obraz błądzenia COP na płaszczyźnie X-Y) i stabilogramów
(niezależne wykresy wychylenia w kierunku prawo-lewo oraz przód –
tył od czasu) pozwala na obliczanie wielu parametrów opisujących
drobne wychwiania, skorelowane często z rytmem fizjologicznym (oddychanie, praca serca). W ostatnich latach obserwuje się bardzo dynamiczny rozwój teoretycznych metod analizy wyników badań prowadzących do dokładniejszego zrozumienia funkcjonowania systemu
kontroli postawy. Niedawno pojawiła się nowa metoda służąca do
oceny krzywych uzyskanych podczas pomiarów posturograficznych.
Jest nią analiza dyfuzyjna statokinezjogramów. Wykorzystuje ona ra-
606
chunek macierzowy i umożliwia wyznaczenie tzw. macierzy dyfuzji
oraz innych parametrów będących miernikami aktywności systemu
kontroli postawy człowieka. Nadal prowadzone są intensywne badania
nad tą metodą analizy danych posturograficznych (5, 7, 21).
Tematem często poruszanym w literaturze jest wpływ różnych
czynników na pracę systemu kontroli postawy (2, 4, 6). Wiele doniesień dotyczy stabilności sylwetki wśród wyczynowych sportowców.
Wykazano, że w grupie zawodników uprawiających czynnie takie dyscypliny jak: gimnastyka, akrobatyka, sporty walki, różne skoki:
zarówno narciarskie, jak i do wody czy o tyczce, notuje się lepszą pracę systemu kontroli postawy (20, 22, 24, 25). Jednak u pływaków
w próbach posturograficznych uzyskano wyraźnie gorsze wyniki od
osób nie trenujących intensywnie pływania (25).
Nowością
jest
zastosowanie
metod
posturograficznych
w rehabilitacji zawrotów głowy i zaburzeń równowagi. Szczególne
znaczenie ma to w przypadku występowania problemów neurologicznych, w zakresie zdolności ruchowych, koordynacji, a także w zakresie obniżenia sprawności układu kontroli postawy, wynikających z wystąpienia zawrotów głowy pochodzenia obwodowego. Przeprowadzanie ćwiczeń bezpośrednio na platformie posturograficznej jest idealnym rozwiązaniem, umożliwiającym jednocześnie zadawanie ćwiczenia i kontrolę jego wykonania (2).
607
Podsumowanie
W podsumowaniu należy podkreślić, że ponad 150-letnia historia badań systemu kontroli postawy przyniosła wiele nowatorskich
rozwiązań i wniosła wiele w dziedzinę zrozumienia funkcjonowania
ludzkiego organizmu. Jednak daleko jeszcze do stwierdzenia, że
o systemie kontroli postawy wiemy wszystko. Przed nauką jest jeszcze wiele do zrobienia, wyraźnie rysuje się konieczność interdyscyplinarnej współpracy wielu specjalistów, a współczesna technologia dostarcza coraz lepszych narzędzi badawczych.
Streszczenie
Pionowa postawa ciała jest charakterystyczna dla sylwetki ludzkiej. W związku z taką orientacją ciała w polu grawitacyjnym jesteśmy
nieustannie narażeni na utratę równowagi. Jej ciągłe utrzymywanie
jest procesem złożonym, za którego realizację odpowiedzialny jest
system kontroli postawy. Diagnostyka tego systemu była przedmiotem
zainteresowania badaczy już w połowie XIX wieku. W pracy przedstawiono podstawowe etapy rozwoju sposobów badań. Wskazano na
olbrzymi postęp metod diagnostycznych i stosowanej aparatury. Pomimo to
nauka ma w dziedzinie badan systemu kontroli postawy
jeszcze wiele do odkrycia.
Piśmiennictwo
1. Babinski J, Weill G. A.: Désorientation et déséquilibration spontanée et provoquée.
La déviation angulaire. „CR Soc Biol”. 74, ss. 852-855, 1913.
608
2. Błaszczyk J. W., Czerwosz L: Stabilność posturalna w procesie starzenia. Gerontol.
Pol. 2005, 13 (1): 25-36.
3. Błaszczyk J.W.: Biomechanika kliniczna. PZWL, Warszawa, 2004, 192-232.
4. Błaszczyk J.W.: Kontrola stabilności postawy ciała. Kosmos, 1993,42 (2): 473-486.
5. Bosek M, Grzegorzewski B, Kowalczyk A, Two-dimensional Langevin approach to
the human stabilogram. Human Movement Science. 2004, 22: 649-660.
6. Bosek M., Pyskir M., Pufal E., Sykutera M., Grzegorzewski B., Kała M., Piekoszowski
W., Śliwka K.: Posturograficzna ocena zaburzeń równowagi osób poddanych
działaniu alkoholu lub chloropromazyny. Z Zagadnień Nauk Sądowych 2003, 56: 515.
7. Collins J. J, De Luca C. J.: Open-loop and closed-loop control of posture: random
walk analysis of center-of-pressure trajectories. Exp. Brain. Res. 1993, 95: 308-318.
8. Dolowitz D. A.: Testing vestibular spinal reflexes. In: Spector M. (ed.) Dizziness and
vertigo. Grune and Stratton, New York, 1967, 86-92.
9. Flis K.: Posturografia nie tylko dla pilotów. Głos Uczelni, 2001.
10. Fukuda T.: The stepping test. Acta Oto-laryngologica (Stockholm) 1959; 50: 95-108.
11. Held-Ziółkowska M.: Metody oceny równowagi posturalnej – komputerowa
posturografia dynamiczna. Magazyn Otorynolaryngologiczny. 2006, tom V, zeszyt 2,
no 18.
12. Held-Ziółkowska M.: Metody oceny równowagi posturalnej – próby kliniczne na
sprawność postawy i chodu. Magazyn Otorynolaryngologiczny. 2006, tom V, zeszyt
2, no 18.
13. Janczewski G., Pierchała K.: Zaburzenia równowagi w wieku podeszłym. Przew.
Lek 2003, 6 (2): 34-38.
14. Jaskólski A., Jaskólska A.: Podstawy fizjologii wysiłku fizycznego z zarysem
fizjologii człowieka. Wrocław, 2005, 69-71.
15. Jordan P.: Fukuda’s stepping test : a preliminary report on reliability. Archives of
Otolaryngology 1963; 77: 243-245.
16. Kubiczkowa J.: Rola posturografii w medycynie lotniczej. Pol. Prz. Med. Lot. 1998,
4 (3): 301-310.
17. Nashner L. M., Wolfson P.: Influence of head position and proprioceptive cues on
short latency postural reflexes evoked by galvanic stimulation of the human
labyrinthe. Brain Research 1974; 67: 255 – 268.
18. Peitersen E.: Vestibulospinal reflexes VI: relationship between vestibulospinal and
vestibule-ocular reflexes in normal subjects following thermal stimulation. Archives of
otolaryngology 1963, 78: 797-802.
19. Peitersen E.: Vestibulospinal reflexes X theoretical and clinical aspects of the
stepping test. Archives of otolaryngology 1967; 85: 88-94.
Perrin P, Deviterne D, Hugel F, Perrot C.: Judo, better than dance, develops
sensorimotor adaptabilities involved in balance control. Gait and Posture 2002, 15:
187-194.
20. Priplata A., Niemi J., Salen M., Harry J., Lipsitz L. A., Collins J. J.: Noise–Enhanced
Human Balance Control. Physical Review Letters 2002, 89(23): 238101-1 – 2381014.
609
21. Pyskir M., Pujszo R., Bosek M., Grzegorzewski B., Błach W.: Wpływ wybranych
ćwiczeń fizycznych na system kontroli postawy człowieka. Med. Sport. 2004, 20 (5):
247-253.
22. Romberg M.: Lehrbuch der Nervenkrankheiten des Menschen. Berlin, Duncker,
1840-1846. 2nd edition, 1851; 3rd edition (unfinished), 1857, 1 volume. Also under
the title of Pathologie und Therapie der Senisbilitäts- und Motilitätsneurosen. English
translation: A Manual of the Nervous Diseases of Man. 2 volumes. London, Sydenham Society, 1853. Translated and edited by Sir Edward Henry Sieveking (18161904) Sydenham Society, 1853. Translated and edited by Sir Edward Henry Sieveking (1816-1904).
23. Taniewski M., Radtke-Partyka A.: Pobudliwość kaloryczna układu równowagi
koszykarek. Med. Sportowa. 1992, 8 (24): 13-13.
24. Taniewski M., ZaporoŜanow W., Kochanowicz K., Kruczkowski D.: Ocena
czynności układu równowagi sportowców na podstawie badania odruchów
przedsionkowordzeniowych i przedsionkowo-ocznych. Med. Sportowa. 2001, 17 (6):
227-231.
25. Unterberger S.: Vestibularisgrenzgebiet der Otiatrie und Neurologie. Fortschritte der
Neurologie, Psychiatrie und ihrer Grenzgebiete, 1940, 12: 329-348.
26. Zagrobelny Z., Woźniewski M.: Biomechanika kliniczna. Wrocław, 1999, 143-157.
Praca zawiera 21 285 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
610
MOJE PSY, LEKTURY, WSPOMNIENIA
- Z REFLEKSJI LEKARZA WETERYNARII
Jerzy Szenfeld
Gabinet Weterynaryjny,
ul. Kostrzyńska 24/B, 66-400 Gorzów Wlkp.
[email protected]
Od redaktorów
Zwierzęta zależne od człowieka, zwłaszcza chore, stają się stworzeniami
szczególnie bezbronnymi. W skomercjalizowanym świecie bywa, że powołanie do określonego zawodu, szczególnie miłość do niego, staje się przedmiotem kpiących westchnień. Co prawda monografia ta jest wydawnictwem naukowym, jednakże redaktorzy
uznali za zasadne umieszczenie w tym miejscu osobistych refleksji lekarza weterynarii
z bardzo długim stażem, który zaczynał swoją pracę w „zamierzchłych czasach”, w zupełnie innej rzeczywistości.
Z początków świadomości wyłania się rozpacz po kundlu, dziś
wypada raczej powiedzieć mieszańcu. Był bardzo samodzielny
i zaradny.
Wabił się Cygan i zginął tragicznie przez nieporadność
przyjaciela ojca, który z Galicji na Ziemie Odzyskane przywiózł swój
paniczny strach przed psami.
Rozpacz dziecka, która szczęśliwie szybko, choć może tylko
powierzchownie, mija, usunął obraz bernardyna, mimo swojej łagodności wzbudzającego respekt graniczący ze strachem. Ten odznaczał
się niezwykłą opiekuńczością.
611
Wiele lat później przyjdzie czas na obiektywne obserwacje
z ważnymi (dla autora tekstu) publikacjami.
Wcześniej jednak kilkuletni chłopiec musiał pogodzić się, a to
przyszło mu już dużo trudniej, z kolejnym odejściem swojej przyjaznej,
choć
budzącej
strach
fascynacji.
Tym
zdyscyplinowanym,
o pogodnym usposobieniu olbrzymem, który w oczach dziecka nabierał jeszcze wielkości. W latach gdy pierwsze antybiotyki częściej niż
do ludzi trafiały do chorych koni, pan Suchocki, opiekun Barrego,
usłyszał, że choroba jego pupila jest nieuleczalna…
I - co już było straszne - aby mu skrócić cierpienie, trzeba go
zastrzelić.
Dziecko
najpierw
pilnie
nasłuchiwało,
a
następnie
z empatią temu wiekowi właściwą dzieliło smutek przyjaciela dziadka.
Dopytywało o szczegóły i domagało się wyjaśnień, tym usilniej im
konsekwentniej dorośli próbowali zbywać jego ciekawość, już wtedy
grawitującą w kierunku „medycznego powołania”. Tym usilniej, im
bardziej próbowali sobie poradzić z jego przeżyciami, których przecież
nie mogli zgłębić, i już łatwiej dostrzegalnym niepokojem.
To chyba wtedy pojawiły się pierwsze naiwne, dziecięce marzenia: ”Jak dorosnę, będę umiał im pomóc”.
Z tamtej dalekiej przeszłości wracają poruszające obrazy, akcje
hycli (mające duże znaczenie w zwalczaniu wścieklizny) zbierające
w małych miasteczkach pogranicza wałęsające się bezpańskie psy.
Towarzyszyły im opowieści małych i dużych gapiów, że przynajmniej
część z nich zostanie przeznaczona „na mydło”.
612
Ważniejsze! Chłopiec zapamiętał radość opiekunów, gdy
w ostatniej chwili zabierali z rąk „łapaczy” swoich niesfornych pupili,
oraz strach i smutek, tak przynajmniej to odbierał, tych stworzeń, które
pozostały w klatkach na wozach i wkrótce opuszczały miasteczko.
Wiele lat później, eufemistycznie, nazwano to depopulacją.
Z następnych, szkolnych już lat, wracają obrazy koleżanek
i kolegów mówiących o swoich czworonożnych przyjaciołach.
Wkrótce pierwszy poważny wybór, dla czternastolatka najczęściej niełatwy, chyba nie do końca uświadomiona średnia szkoła weterynaryjna, w jakiejś mierze naśladownictwo rok starszego kolegi, później zresztą prawnika. Po części kalkulacje dotyczące przyszłego życia :„Jeśli rodziców nie będzie stać na studia…?” Zanim pięć lat w dobrej szkole, jeszcze rozmowa z ojcem, komandosem generała Sosabowskiego, i jego dobrze zapamiętane pytanie „Wiem, chcesz pomagać, ale nie boisz się krwi lub wykonywania zabiegów, oglądania ran
i trzewi?”
Duże akcje zwalczania groźnych chorób zakaźnych były tym,
czym manewry dla wojska. Różne też służby angażowano do pomocy
przy zwierzętach, także nas, jeszcze uczniów szkół. A że przy tamtym
z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pogłowiu zwierząt potrzebna była każda para rąk, korzystano także z, chętnych do pracy więźniów - co dla dwudziestolatka było kolejnym nowym doświadczeniem.
Ówczesne obserwacje sprowadzały się do konstatacji: Z towarzyszącymi zwierzętami, psami, kotami rozmawiają serdeczniej niż między
sobą. Często mówią wprost: „Panie, zwierzęta są lepsze” – choć
613
większość ma trudności z odpowiedzią dlaczego. To wielu wie… Nie
ma trudności dla szczerze zainteresowanych.
Praktyki miały posmak prawdziwej przygody, z namiętnym wielokrotnym opowiadaniem o ciekawych przypadkach sobie nawzajem,
najbliższym oraz zainteresowanym spoza zawodu. Dzienniczek praktyk z wpisaną dobrą oceną i pochwałą urastał do sukcesu życiowego.
Tylko choroby odzwierzęce, wówczas także nasze zawodowe,
i siermiężna rzeczywistość przebrzmiałej (czy na pewno?) epoki ograniczająca możliwość zapobiegania zoonozom – co jakiś czas mroziły
radość i kazały weryfikować entuzjazm, zwłaszcza gdy któryś z kolegów dowiadywał się, że sam jest chory lub przedwcześnie odchodził.
Bruceloza codziennie była na ustach koleżanek i kolegów po fachu.
Zabrała wielu szlachetnych, przedwcześnie! Fałszerze prawdy nie
chcą do dziś o jej ofiarach słyszeć.
Także ta „…prawdziwa miłość nigdy nie ustaje …”
Skąd się wzięła, dlaczego trwała?
Chyba także dojrzewała?
Do dziś te pytania pozostają bez odpowiedzi. A rozważania – jak prawie zawsze – niedokończone.
„To co jest z miłości wszystko jakby sporo
A co z przymuszenia wszystko jakby choro” (Mikołaj Rej)
Otwarta formuła nauki kazała w uprawianej profesji widzieć
coraz więcej asocjacji budujących nowe, bogatsze piękno. Kazała także odkryć bogate relacje człowieka opiekuna z jego „braćmi mniejszymi”. Również wspólnotę poszukiwań. Kazała dostrzec ich często
ofiarną rolę w procesie poznawczym człowieka.
614
Jako pierwsze na myśl przychodzą zwierzęta doświadczalne.
Pomyślmy o nagrodzie, najczystszą były opisy literackie, także poezja
poświęcona swoim czworonożnym przyjaciołom.
Gdzieś w okolicach początku studiów czas przyniósł Nagrodę
Nobla współtwórcy etologii Konradowi Lorenzowi. Zaczytywanie się
w jego popularnych przekładach: „Tak zwane zło”, „I tak człowiek trafił
na psa” i in. było potrzebą, kanonem, po trosze także snobistycznym
obowiązkiem,
Jeszcze z lat studenckich pozostała w pamięci wakacyjna opieka nad pudlem pani docent z
sąsiedniego wydziału,
która
w studentach weterynarii wyższych lat upatrywała zasadnie dobrych
opiekunów dla swojej pupilki w przypadku wyjazdów, na które nie mogła jej zabrać. Tak naprawdę „pudliszki” tyleż głupiutkiej co sympatycznej i oddanej. Ta mała czarna suczka zmieniała sobie menu dokładnie co dwa tygodnie w sobotę przed południem. Ale co ważniejsze
tymczasowemu opiekunowi okazywała bezwarunkową, pełną przywiązania psią miłość. Ciekawe że w okresie jej nasilonego poszukiwania.
Razem z dyplomem przywieźliśmy malutką puszystą kulkę,
10-tygodniowego mieszańca znakomicie wręcz „udającego” walijskiego corgi. Uratowany przed losem swoich doświadczalnych pobratymców przysparzał wielu zabawnych, choć najczęściej niechcianych
atrakcji. Nie wiedzieć czemu był agresywny w stosunku do starszych
kobiet i osób w mundurach. Na nasze szczęście najczęściej straszył
odzianego przepisowo listonosza. Szczególną czułością darzył klien-
615
tów pobliskiego baru, zamroczonych do stanu horyzontalnego alkoholem. Komuś podobał się za bardzo, choć pilnowany był starannie, może tylko wychowywany nazbyt liberalnie, któregoś dnia znikł bez śladu. Całej czteropokoleniowej rodzinie długo jeszcze co jakiś czas wydawało się, że widziała go z kimś w tramwaju lub z tramwaju …jak
spacerował w obcym towarzystwie.
Horyzont biologicznego rozumienia poszerzały też namiętne polemiki nad bestselerowymi pozycjami Desmonda Morrisa „Naga małpa”(6), dużo później „Zwierzę zwane człowiekiem”(7) oraz Vitusa Droschera „Cena miłości”(2) czy „Rodzinne gniazdo”(3), i in. pozycjami
wówczas wyczekiwanymi i „zdobywanymi”. A na poziomie ewolucji
genetycznej postęp w rozumieniu przyniosła pozycja, „Biologia twórcza” Jeana Rostanda; ta ostatnia lektura wśród innych zwieńczona
wyjątkowym egzaminem u wspominanej do dziś profesor Marii Szelągiewicz.
Psy w swoim naturalnym środowisku wróciły w tym samym
mniej więcej czasie w niewielkiej objętości książeczce Hugona Lawicka „Solo dziki pies dingo” – apoteozie macierzyństwa psów żyjących
w naturalnych siedliskach. Opisie przypadku wyłamującego się z odwiecznych praw przyrody.
Równocześnie, choć nie wiem, czy taki był zamiar autorki, po
powrocie ze stażu w USA Agata Fonberg(1) złożyła hołd psom używanym do wywoływania nerwic doświadczalnych, które przyczyniły się
do poznania ich etiopatogenezy. Relacjonowane w tej pracy badania
616
innych autorów określenie „nasi bracia mniejsi” czyniły jeszcze bardziej uprawnionym.
Autora, który w rodzimej literaturze przedmiotu znalazł zaledwie
trzy prace na omawiany temat, fakt ten zmusił do przedstawienia
w najogólniej dostępnym, jednym z nielicznych wówczas branżowych
tytułów dwóch prac przeglądowych przenoszących wyżej wymienione
badania na grunt weterynaryjny.(8,9) W ocenie niektórych życzliwych
recenzentów ukazały się za wcześnie. Na pewno też w nie najwłaściwszej dekadzie lat osiemdziesiątych.
W pamięci najbliższej rodziny ma swoje miejsce jamniczka Bella
(imię jej szybko zamieniliśmy na mniej pretensjonalne), która była
z nami za krótko, chora na cukrzycę a na koniec otruta tak, że pomoc okazała się nieskuteczna. Pod powiekami został jej ufny do końca wzrok i własna przykra bezradność, a w pamięci jej niezwykła czuła
osobowość.
Wkrótce po niespełna sześciu latach pojawiła się możliwość łatwiejszego opisywania doświadczeń swoich i kolegów na łamach dostępniejszych już biuletynów Izb Lekarsko-Weterynaryjnych a także
wymiany między nimi. Uruchomiły one nowe formy aktywności koleżanek i kolegów również na gruncie pozazawodowym. Nie zabrakło
pierwszych, na różnym poziomie, prób literackich, w tym poetyckich.
Chętnym dało to możliwość dzielenia się z kolegami, czytelnikami szerzej pojętą historią zawodu oraz przekazywania polemik dotyczących etosu zawodowego. Także teraz nie zabrakło opisów psich
pacjentów, którzy trwalej wpisali się w pamięć.
617
Wieloletnie już doświadczenie obligowało do stawiania pytań,
o odpowiedź na które nie było i nie jest łatwo. Pytań, które śmiało podejmowali najlepsi, jak się wydawało, niezbyt często. Pytań z pogranicza „białej” i naszej „zielonej” medycyny, ale także etyki i filozofii medycyny, ogólniej ujmując. Czasami szczęśliwie prowadzących także
na trudny grunt bioetyki. Pytania prowokowały do poznawania prac
zmierzających do rzetelnej odpowiedzi.
Obok rosła tęsknota za minionym romantyzmem tego zawodu,
który dwadzieścia lat wcześniej rozpoczął swój szybki marsz w niebyt.
Jak daleka i jak obiektywna okaże się samoocena?
Oby mnie, wszystkim moim koleżankom i kolegom przyniosła
spokój, wszak nie zawsze marzenia młodości, zrealizowane w wieku
dojrzałym, mogą zaświadczać o pięknym życiu.
Piśmiennictwo:
1. Fonberg E.: „Nerwice. Przesądy a nauka”, „Wiedza Powszechna, Warszawa 1971.
2. Dróscher V.B.: Cena miłości, P W „Wiedza Powszechna”, Warszawa 1980.
3. Dróscher V.B.: Rodzinne gniazdo, PW „Wiedza Powszechna”. Warszawa 1980.
4. Lorenz K.: „I tak człowiek trafił na psa” PIW,2006.
5. Lorenz K.: „Tak zwane zło”, PIW, Seria Biblioteka Myśli Współczesnej, 2003.
6. Morris D.: „Naga małpa”,PIW,1976.
7. Morris D.: „Zwierzę zwane człowiekiem”, PRIMA, Świat Książki, Warszawa 1997.
8. Szenfeld J., Deptuła W., Rączkiewicz J.: Życie wet.1983.
9. Szenfeld J., Deptuła W., Rączkiewicz J.: Życie wet.1986.
618
DOCENT DR JAN CHWALIBÓG
TWÓRCA POWOJENNEJ WETERYNARII
GORZOWSKIEJ
Jerzy Szenfeld, Michał Stosik*
Gabinet Weterynaryjny, ul. Kostrzyńska 24/B, 66-400 Gorzów,
*
Katedra Biologii Molekularnej,
*Wydział Nauk Biologicznych, Uniwersytet Zielonogórski,
ul. prof. Z. Szafrana 1, 65-516 Zielona Góra
[email protected]
Jan Chwalibóg urodził się 06 maja 1906 r. w Łącku, pow. Nowy
Sącz, gdzie ojciec dr n. med. Henryk Chwalibóg był lekarzem okręgowym. Szkołę powszechną ukończył w Łącku. Na świadectwie z tego
okresu, zaczynającym się: Kraj: Galicya, okręg szkolny Nowy Sącz,
Szkoła Ludowa Mięszana, czytamy: Jan Chwalibóg w roku szkolnym
1912/1913 uczęszczał do szkoły tutejszej i wykazał w obu półroczach:
zachowanie się chwalebne, pilność wytrwałą, porządek zewnętrzny
ćwiczeń piśmiennych – bardzo staranny, a dalej już widnieją same
oceny bardzo dobre. Dyplom lekarza weterynarii uzyskał 01. 04.
1931 r. na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie.
Dr Jan Chwalibóg z ogromnym zapałem uprawiał szereg sportów, a wśród nich jeździectwo. Ta pasja o mało nie doprowadziła go
do przedwczesnej śmierci. Upadek z konia, tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności, skończył się ciężką operacją - z usunięciem jednej
619
nerki (a miało to miejsce w czasie, gdy o penicylinie jeszcze nikt nie
słyszał).
Zwolniony z obowiązku odbycia służby wojskowej, pierwszą posadę obejmuje w Rożniatowie pow. Dolina, jako Miejski Lekarz Weterynarii. Po roku musi rezygnować z tego stanowiska, ponieważ bez
porozumienia z „zainteresowanym” znalazł się na liście składek ONR
(Obóz Narodowo-Radykalny). Po odwołaniu, w którym stwierdził, że
nie należy do żadnych stronnictw i jako taki nie będzie płacił składek,
poradzono mu zmianę posady. Przenosi się, więc do Kobrynia (woj.
poleskie), gdzie do 31. 10. 1935 r. pracuje na stanowisku Miejskiego
Lekarza Weterynarii. Następnie na podobnym stanowisku pracuje
przez rok w Drohiczynie Poleskim i rok w Lubowli na Wołyniu. Jesienią 1937 r. odbywa urzędową praktykę rzeźnianą w rzeźni lwowskiej
po ukończeniu, której w listopadzie tego roku obejmuje stanowisko
Miejskiego Lekarza Weterynarii i kierownika rzeźni w Dubnej na Wołyniu. Tu zastaje go wybuch drugiej wojny światowej rozpoczynający
tułaczkę po wejściu Armii Czerwonej – w styczniu 1940 r.
W sierpniu tego roku obejmuje stanowisko asystenta w Katedrze Epizootiologii Lwowskiego Instytutu Naukowego. Po zajęciu
Lwowa przez Niemców pracuje parę miesięcy w Zakładzie profesora
Rudolfa Stefana Weigla przy produkcji szczepionki przeciw tyfusowi
plamistemu. O tym miejscu pracy, po latach, profesor Andrzej Kajetan
Wróblewski napisał, że obok wiodącego poziomu naukowego słynęło
ono z pięknych mądrych kobiet, zabiegających o względy przystojnego szefa co atmosferę czyniło wysoce „naerotyzowaną”.
620
Następnie dr Jan Chwalibóg przenosi się do Krakowa, gdzie
przez pewien czas pracuje w Weterynaryjnym Zakładzie Rozpoznawczym wraz z prof. Kazimierzem Markiem i prof. Jerzym Szaflarskim.
Pierwszego kwietnia 1942 r. przenosi się do Radomia, tutaj doświadcza końca wojny i wyzwolenia. Z okresu II wojny światowej zachowało
się jego ulubione zdjęcie ilustrujące zaangażowanie w pracę naukową
(ryc. 1). Zaraz w 1945 r. dr Jan Chwalibóg nawiązuje kontakt z Państwowym Instytutem Weterynarii w Puławach, a personalnie z prof.
Witoldem Stefańskim – pracę doktora w tej jednostce ilustruje ryc.
2 i 3. Podejmuje pracę w Instytucie, a prowadzone przez dr Chwaliboga laboratorium wkrótce staje się (13. 06. 1945 r.) Wojewódzkim Zakładem Higieny Weterynaryjnej (dalej WZHW) dla woj. kieleckiego.
W tym samym czasie kieruje laboratorium bakteriologicznym dla szpitali miejskich w Radomiu.
Pierwszego maja 1946 r. decyzją Ministra Rolnictwa, jako znający produkcję surowicy przeciw różycowej, zostaje przeniesiony służbowo do Gorzowa Wielkopolskiego z poleceniem jak najszybszego
uruchomienia produkcji tejże surowicy. (Różyca jest w tym czasie
głównym problemem hodowli świń.) Tak zostaje otwarty lubuski rozdział życia rodziny Chwalibogów, bo wkrótce przybywa także do Gorzowa żona Marianna z dziećmi.
621
Ryc. 1. Dr Jan Chwalibóg na jednym ze swoich ulubionych zdjęć
– z okresu II wojny światowej.
Ryc. 2. Dr Jan Chwalibóg (trzeci od prawej strony) wśród pionierów Gorzowskiego Oddziału Państwowego Instytutu Weterynarii w 1948 r. – późniejszego „Biowetu“ Gorzów
622
Z powierzonego zadania wywiązuje się szybko, za co otrzymuje
pochwałę i nagrodę. W tym samym roku, w lipcu 1946, zebrane wcześniej obserwacje i materiały zaowocowały obroną pracy doktorskiej nt.
„Dwoinkowych zakażeń u cieląt” na Uniwersytecie Marii CurieSkłodowskiej w Lublinie,
Ryc. 3. Dr Jan Chwalibóg (trzeci od prawej strony) z najbliższymi współpracownikami
Gorzowskiego Oddziału Państwowego Instytutu Weterynarii - 1950 r.
W styczniu 1948 r. na prośbę Ubezpieczalni Społecznej
w Gorzowie i za zgodą władz Instytutu obejmuje kierownictwo Laboratoriów Chemiczno-Bakteriologicznych Ubezpieczalni. Tę dodatkową
pracę wykonuje do stycznia 1953 r., a od lutego tego roku na pół etatu
obejmuje stanowisko kierownika WZHW w Gorzowie Wlkp.
Z końcem 1952 r. nastąpiła reorganizacja PIW, w wyniku, której
zakłady produkcyjne zostały wydzielone tworząc Zakłady Przemysłu
Bioweterynaryjnego „Biowet”. W marcu 1953 r. dr Jan Chwalibóg zo-
623
staje mianowany zastępcą dyrektora ds. produkcji w Biowecie” gorzowskim. Likwidacja stanowiska zastępcy dyrektora ds. produkcji
w 1958 r. i odejście ówczesnego dyrektora stawia doktora Jana Chwaliboga przed wyborem, o którym tak pisze w jednym z życiorysów:
„Rada Robotnicza Zakładu i Dyrekcja Naczelna Przemysłu Bioweterynaryjnego zwróciły się do mnie z propozycją objęcia stanowiska dyrektora Zakładów w Gorzowie z warunkiem zrzeczenia się pracy dodatkowej w W.Z.H.W. Ze względu na to, iż praca administracyjna nie
odpowiada moim zamiłowaniom, odmówiłem i od 1 lipca 1958 roku
przeszedłem na pełny etat kierowania WZHW w Gorzowie”.
Tak więc od lipca 1958 r. przechodzi do pracy w WZHW łącząc
to stanowisko z pasją naukową i obowiązkowością lekarza weterynarii
– pedagoga, wprowadzającego w życie młodych adeptów nauk weterynaryjnych. Zakład prowadzony przez dr Jana Chwaliboga realizuje
wiele badań z zakresu chorób zwierząt gospodarskich. Opisano wiele
ciekawych przypadków kazuistycznych oraz opracowano dwie instrukcje rozpoznawcze dla WZHW w kraju, dotyczące różycy i pasterelozy. Ponadto w WZHW w Gorzowie, jako pierwszym w kraju,
wprowadzono do prac rutynowych ustalanie wrażliwości na chemioterapeutyki izolowanych szczepów bakteryjnych z nadesłanego materiału. Do osiągnięć tego Zakładu należy zaliczyć również wydatną pomoc
(przy współpracy z dr n. wet. Bogdanem Bartoszem) przy rozpoznawaniu wielu chorób świń, które były w kraju mało znane. Powstały także trzy prace doktorskie (dr Jerzego Zahaczewskiego, dr Wandy Dubieńskiej, dr Barbary Buszkiewicz) oraz do czwartej wykonano część
624
laboratoryjną (dr Bogdan Bartosz). W okresie kierowania WZHW,
później ZHW w Gorzowie Wlkp. przez doc. dr J. Chwaliboga istnieją
następujące pracownie: mikrobiologiczna, serologiczna, parazytologiczna i chorób pszczół, chorób drobiu, bydła, badania mleka, środków spożywczych, chemii i toksykologii, pożywek, oraz dział wirusologii, który rozpoznaje wściekliznę, w których pracuje liczny personel
(ryc. 4). W tym też czasie Docent wraz ze swoimi najbliższymi współpracownikami święci tryumf powstania Polskiego Towarzystwa Nauk
Weterynaryjnych oraz jednego z pierwszych (piątego) Oddziału terenowego tej organizacji w Gorzowie Wlkp., o tyle wyjątkowego, że poza
weterynaryjnym ośrodkiem akademickim.
Doc. dr Jan Chwalibóg, mimo konsekwentnego unikania przynależności do jakichkolwiek organizacji politycznych, w uznaniu zasług
otrzymuje Medal 10-lecia Polski Ludowej. Stopień samodzielnego
pracownika naukowego uzyskuje w 1968 r., a w 1974 r. zostaje powołany na stanowisko docenta. W ocenie wszystkich swoich współpracowników był szefem wymagającym, pedantycznym, ale szanującym
współpracowników i dbającym o ich osobisty, w tym naukowy rozwój.
Zaświadczają o tym liczne publikacje naukowe ze współpracownikami
oraz uzyskane przez nich, za jego kierownictwa, stopnie naukowe.
Wszyscy jego byli współpracownicy zgodnie też podkreślają prawość
charakteru Docenta i jego pogardę dla matactw, spokój i godne zachowanie także wtedy, gdy krętactwa itp. sztuczki kazały rodzinie
zmieniać kolejne mieszkania, wiadomym, a nigdy do końca, nieopisa-
625
nym faktem - nie na lepsze. Ile razy w grę wchodził merkantylizm – był
Pan docent „ponad”.
Ryc.4. Dr Jan Chwalibóg w 1971 r. z współpracowniczkami Wojewódzkiego Zakładu
Higieny Weterynaryjnej w Gorzowie Wielkopolskim.
Nadwątlone siły regeneruje żywym
i pełnym
kontaktem
z przyrodą. Początkowo chodzi na polowania, ale na początku lat
pięćdziesiątych odebrano mu broń, a że nie miał zwyczaju prosić - do
dziś w „archiwach” rodzinnych pozostało zaświadczenie o rekwizycji.
Gdy zabrakło polowań, jako odpoczynek po pracy, która zawsze zdawała się być najważniejsza, pozostało wędkowanie i kontakty towarzyskie, których pretekstem bywał m.in. brydż. W 1961 r. zostaje docent Chwalibóg uhonorowany Krzyżem Kawalerskim „Polonia Restituta”.
626
W 1963 r. ponownie podejmuje dodatkową pracę „za zezwoleniem
władz nadrzędnych” jako kierownik
Zakładu Badawczo-
Doświadczalnego, który to zakład ma za zadanie doskonalenie produkcji i opracowywanie receptur i technologii nowych preparatów.
Stosowany powszechnie przez długi okres „Serovitulifor”
i cieszący się dobrą opinią „Suiferrovit” są autorstwa zespołu docenta
Jana Chwaliboga. Liczne nagrody i wyróżnienia człowieka, który nigdy
nie starał się być „na fali”, najlepiej o nim zaświadczają, tak jak te, których nie przyjął, bo wiązałyby się z nimi jakieś przywileje. W swej godności zostawiał miejsce innym. Wielokrotnie pisano o nim jako
o pionierze Gorzowa Wlkp., bo rzeczywiście przybył do tego miasta
jako jeden z pierwszych, nie skorzystał jednak z przywilejów, jakie
z tego tytułu zyskali inni.
Doc. dr Jan Chwalibóg, po ciężkiej chorobie, zmarł 13 września
1983 r., a spoczął na gorzowskim cmentarzu w Ziemi Lubuskiej, której
poświęcił ponad połowę swojego pracowitego życia.
Doc. Jan Chwalibóg w trakcie swej wieloletniej pracy zawodowej udzielał się naukowo i swoje spostrzeżenia przedstawiał na łamach prasy fachowej. Opublikował ponad 70 prac. Dorobek ten nie
obejmuje jednak około dziesięciu publikacji dotyczących choroby Aujeszky (m.in. z współautorstwem dr Bogdana Bartosza), z uwagi na
utajnianie występowania tej choroby przez wiele lat. W swoim bogatym życiu, oddanym bez reszty pracy zawodowej, cieszył się ogromnym uznaniem, zaufaniem i serdecznością całej rzeszy pracowników
służby weterynaryjnej. Zawsze skromny, życzliwy, rzetelny i pracowity,
627
o wysokiej kulturze osobistej, służył pomocą każdemu, przekazywał
młodym zapał, umiejętności oraz umiłowanie ciężkiego zawodu lekarza weterynarii. Na stanowisku kierownika ZHW pracował do 31. 12.
1976 r., tj. do chwili przejścia na emeryturę. Był członkiem, założycielem i wieloletnim przewodniczącym Lubuskiego Oddziału PTNW, aktywnym członkiem Zrzeszenia Lekarzy i Techników Weterynarii oraz
Polskiego Towarzystwa Mikrobiologii. Za swe zasługi odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Medalem XLecia PRL, Odznaką Zasłużony Pracownik Rolnictwa, Odznaką za
Zasługi w Rozwoju Województwa Zielonogórskiego, Złotą Odznaką
Honorową Zrzeszenia Lekarzy i Techników Weterynarii, Honorową
Odznaką za Zasługi dla PTNW, Medalem 50-Lecia Zrzeszenia Lekarzy i Techników Weterynarii i wieloma innymi.
Materiały źródłowe:
Materiały archiwalne w zasobach córki doc. Jana Chwaliboga, Magdaleny ChwalibógKoziczyńskiej.
Szenfeld J.: Docent dr Jan Chwalibóg - przy uprzejmej współpracy córki Magdaleny
Chwalibóg-Koziczyńskiej i jej męża Włodzimierza Koziczyńskiego. Centaur Lubuski,
1992, 2(8): 3-4.
Szenfeld J.: Docent dr Jan Chwalibóg - wspomnienie w dwudziestą rocznicę śmierci.
Centaur Lubuski, 2004, 14(3): 62.
Informacja uzyskana od Ś.p. dr Bogdana Bartosza, wieloletniego współpracownika doc.
Jana Chwaliboga.
Praca zawiera 12 002 znaki (< 0,5 arkusza wydawniczego)
628
PROBLEMATYKA ZJAZDU
INSPEKTORÓW FARMACEUTYCZNYCH
(WARSZAWA, 7 – 8 KWIETNIA 1933 ROKU)
Wojciech Ślusarczyk
Zakład Historii Medycyny i Pielęgniarstwa
CM im. L. Rydygiera w Bydgoszczy UMK w Toruniu
ul. Jagiellońska 15 , 85-067 Bydgoszcz
[email protected]
W odrodzonym państwie polskim (1918 – 1939) zadanie przeprowadzania rewizji aptek i drogerii, działających na terenie danego
województwa znalazło się w gestii wojewódzkiego inspektora farma1
ceutycznego . Jego obowiązkiem było również sprawowanie pieczy
nad wytwórniami i hurtowniami zaliczanymi do przemysłu chemiczno –
2
farmaceutycznego . Utworzenie powyższego urzędu stanowiło innowację, pozwalającą na kontrolowanie niniejszych placówek przez far3
maceutów . Przed odzyskaniem niepodległości było to bowiem zada4
nie lekarzy . Już w 1918 r. zorganizowano w Warszawie półroczny
1
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 12122.
Hanisz K.: Organizacja nadzoru państwowego nad aptekarstwem
w II Rzeczypospolitej. „Farmacja Polska”, t. LIV, 1998 r.,
s. 509.
3
Ibidem, s. 509.
4
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 12164., Korpalska W.: Sześć wieków opieki zdrowotnej w Bydgoszczy, Toruń 2008, s.
219 – 230.
2
629
5
kurs dla przyszłych inspektorów farmaceutycznych . Przez cały okres
międzywojnia ich praca stanowiła niezwykle istotny element polityki
6
zdrowotnej państwa polskiego .
5
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 12164., Hanisz, Op. Cit., s. 509.
6
Hanisz, Op. Cit., s. 506 – 513., W 1945 r., po przerwie wywołanej II wojną
światową, urząd wojewódzkiego inspektora farmaceutycznego został przywrócony., „Rocznik Farmaceutyczny 1949/50”, s. 11.
630
7
Ministerstwo któremu podlegały sprawy zdrowia , organizowało
8
zjazdy wojewódzkich inspektorów farmaceutycznych . Odbywały się
7
W okresie istnienia II Rzeczpospolitej, kwestie zdrowia, a w tym także aptek, podlegały różnym ministerstwom. Spowodowane było to wprowadzaniem częstych zmian w tym zakresie. Dekret Rady Regencyjnej z dnia
3 I 1918 r. podporządkował sprawy zdrowia świeżo utworzonemu Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Pierwsza zmiana nastąpiła już w kilka miesięcy
później. Dekret Rady Regencyjnej z dnia 4 IV 1918 r., powołał do życia Ministerstwo Zdrowia Publicznego, Opieki Społecznej i Ochrony Pracy. Kolejny dekret Rady Regencyjnej z dnia 30 X 1918 r. utworzył osobne Ministerstwo Zdrowia Publicznego i Opieki Społecznej oraz Ministerstwo Ochrony
Pracy. Kwestie aptek podlegały wówczas Ministerstwu Zdrowia i Opieki
Społecznej, które w 1919 r. zmieniło nazwę na Ministerstwo Zdrowia Publicznego. Funkcjonowało ono do dnia 28 I 1924 r. Zostało ono wówczas zlikwidowane na mocy ustawy w rzedmiocie zniesienia Ministerstwa Zdrowia
Publicznego, z dnia 28 XI 1923 r. Równocześnie weszło w życie rozporządzenie Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, z dnia 18 I 1923 r., w przedmiocie rozdziału kompetencji Ministra Zdrowia Publicznego. Na jego mocy zostały one podzielone między Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oraz Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej. Kwestie aptek przyporządkowano Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, w którego strukturze kwestiami lecznictwa
zajmował się Departament V Służby Zdrowia. Kolejna zmiana nastąpiła
w dniu 1 VII 1932 r. Weszło wówczas w życie rozporządzenie Prezydenta
Rzeczypospolitej z dnia 21 VI 1932 r. o przekazaniu zakresu działania Ministra Spraw Wewnętrznych w sprawach zdrowia publicznego Ministrowi Pracy i Opieki Społecznej. W dniu 12 VII 1932 r. zmieniło ono nazwę na Ministerstwo Opieki Społecznej. Stan taki utrzymał się do wybuchu II wojny
światowej., Dz. Pr., R. 1918,
Nr 1, poz. 1., Dz. Pr., R. 1918, Nr 5, poz. 8.,
Dz. Pr., R. 1918, Nr 14, poz. 31., Hanisz, Op. Cit., s. 506 - 513., Drygas A.:
Kształtowanie się podstaw prawnych aptekarstwa w przekroju dziejowym.
Studia nad podstawowymi źródłami do dziejów farmacji europejskiej
i polskiej, Gdańsk 1995, t. II, s. 75., Archiwum Państwowe w Bydgoszczy,
UWP w Toruniu, sygn. 12134.
631
9
one z różną częstotliwością . Posiadały charakter szkoleniowy oraz
pełniły rolę forum wymiany doświadczeń między uczestnikami. Poruszana wówczas tematyka stanowiła odbicie aktualnych problemów
farmaceutycznych, występujących na terenie poszczególnych woje10
wództw, jak i całego kraju .
W dniach 7 – 8 kwietnia 1933 r., w Warszawie, w sali Ministerstwa Opieki
11
Społecznej (dalej MOS ) odbył się zjazd, w którym
z ramienia MOS uczestniczyli:
• Wiceminister Opieki Społecznej dr Eugeniusz Piestrzyński
• Dyrektor Departamentu Służby Zdrowia dr Jan Adamski
• Wicedyrektor Departamentu Służby Zdrowia dr Bohdan Ostromęcki
• Inspektor Państwowej Służby Zdrowia dr Leonard Kowarski
• Naczelnik Wydziału Farmaceutycznego Wacław Sokolewicz
• Naczelnik Wydziału Inspekcyjno - Organizacyjnego dr Franciszek
Jarniński
• Naczelnik Wydziału Higieny Społecznej dr Józef Kowalczewski
• Naczelnik Wydziału Walki z Chorobami Zakaźnymi dr Henryk Palester
8
Zjazdy te zostały przywrócone, w odrodzonym państwie polskim, po 1945
r., Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Naczelna Izba Aptekarska, sygn.
53.
9
Patrz: „Kronika Farmaceutyczna”, 1931 r., XXX, Nr 7, s. 76 - 78., „Wiadomości Farmaceutyczne”, 1935 r., Nr 4, s. 52 - 53.
10
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 12139.
11
Było to pierwsze tego typu przedsięwzięcie zrealizowane po przyłączeniu
Departamentu Służby Zdrowia do MOS., Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
632
• Naczelnik Wydziału Zakładów Leczniczych i Uzdrowisk dr Witold
Przywieczerski
• Radca Ministerialny Felicjan Miller
• Asesorzy Wydziału Farmaceutycznego Maria Sokalówna i Maria
Nehringowa
• Dyrektor Państwowego Zakładu Higieny dr Gustaw Szulc
• Dyrektor Działu Chemii Państwowego Zakładu Higieny dr Mieczy12
sław Dominikiewicz .
Wśród obecnych znajdował się także dyrektor Oddziału Farmaceutycznego Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie prof. Jan Mu13
szyński .
W zjeździe uczestniczyli również wszyscy urzędujący wówczas
wojewódzcy inspektorzy farmaceutyczni. Listę obecności przedstawia
tabela nr 1.
Wśród uczestników znajdował się także Adam Kalicki, pomocnik
14
inspektora farmaceutycznego Warszawy .
W opracowaniu niniejszym skupimy się na treści wystąpień
15
przedstawicieli MOS , a także na referacie prof. Jana Muszyńskiego,
dyrektora Oddziału Farmaceutycznego Uniwersytetu Stefana Batore12
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
Ibidem.
14
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
15
Państwowy Zakład Higieny był budżetowany bezpośrednio ze środków
MOS. Możemy więc przyjąć iż stanowił jego integralną część., Patrz: Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej o Państwowym Zakładzie Higjeny
z dnia 10 VI 1927 r., Dz. U. RP., R. 1927, Nr 54, poz. 477.
13
633
Tab.1. Wojewódzcy inspektorzy farmaceutyczni (1933 r.)16.
Lp.
Wojewódzki Inspektor Farmaceutyczny
Województwo
1
Aleksandr Marcinkowski
2
Jan Pazderski
3
Janusz Baliński
4
Franciszek Sianko
5
Józef Zawidzki
lubelskie
6
Franciszek Sypek
lwowskie
7
Wiktor Wagner
8
Tadeusz Czajkowski
9
Bronisław Labes
poleskie
10
Władysław Siuda
pomorskie
11
Władysław Śliwinski
poznańskie
12
Helena Lehrówna
13
Jan Pluciński
14
T. Najder
tarnopolskie
15
Jan Nartowski
warszawskie
16
Nikodem Hrynaszkiewicz
wileńskie
17
Józef Kalajeff
wołyńskie
16
Warszawa (miasto)
białostockie
kieleckie
krakowskie
łódzkie
nowogródzkie
stanisławowskie
śląskie
Ibidem., Musimy tutaj nadmienić, iż „Kalendarz Farmaceutyczny na rok
1933” pod redakcją F. Heroda podaje jako inspektora na województwo nowogródzkie Bronisława Labesa, zaś Tadeusz Czajkowski określony został jako inspektor na województwo poleskie., „Kalendarz Farmaceutyczny na rok
1933”, red. Herod F., s, 264.
634
17
go w Wilnie . Ilustrują one bowiem stanowisko władzy centralnej oraz
przedstawiciela świata nauki wobec spraw związanych z aptekarskim
18
odcinkiem ówczesnej polskiej farmacji . Podczas spotkania wygłoszono sześć referatów. Jednak ze względu na to, iż treść wystąpienia
pt. Zakres działalności inspektorów farmaceutycznych w stosunku do
nowych przepisów sanitarnych w okresie ostatnich 2-ch lat wygłoszonego przez Radcę Ministerialnego Felicjana Millera nie zachowała
19
się , poprzestaniemy na przybliżeniu treści pięciu wystąpień, poświęconym następującym zagadnieniom:
• Zadania inspektorów farmaceutycznych
• Zaniedbania w zakresie składu i jakości leków przygotowywanych
w aptekach
• Wady w zakresie obrotu narkotykami
• Wady w zakresie pracy i urządzenia aptek
17
Sprawozdanie z niniejszego zjazdu ukazało w tej samej formie w „Kronice Farmaceutycznej”, 1933 r., XXXII, Nr 11., s. 151 – 155 oraz w „Wiadomościach Farmaceutycznych”, 1933 r., Nr 23, s. 303 – 306. W formie maszynopisu znajduje się ono również w zasobach Archiwum Państwowego w
Bydgoszczy., Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn.
12139.
18
Należy tu zaznaczyć, iż materiał źródłowy dotyczący omawianego zjazdu
nie zawiera referatów wygłaszanych przez poszczególnych wojewódzkich inspektorów farmaceutycznych. Z kolei nieliczne dyskusje podejmowane po
wystąpieniach nie rzucały nowego światła na omawianą tematykę., Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
19
„Kronika Farmaceutyczna”, 1933 r., XXXII, Nr 11., s. 154., „Wiadomości
Farmaceutyczne”, 1933 r., Nr 23, s. 306.
635
• Zdominowanie rynku farmaceutycznego przez leki chemiczne
i związane z tym zagrożenia
•
Pozwoli nam to na sformułowanie, w końcowej części niniejszego opracowania, problemów trapiących polskie apteki na początku lat
trzydziestych XX w.
Zadania ówczesnych inspektorów farmaceutycznych zostały
omówione w referacie zatytułowanym Wytyczne działalności inspektorów farmaceutycznych jako organów służby zdrowia, wygłoszonym
przez Wacława Sokolewicza, Naczelnika Wydziału Farmaceutycznego.
Na wstępie referent przytoczył główne przepisy prawne stanowiące podstawę działalności wojewódzkich inspektorów farmaceutycznych. Były to Zasadnicza Ustawa Sanitarna z dnia 19 VII 1919
20
r. , rozporządzenie Ministra Zdrowia Publicznego z dnia 20 I 1921 r.
w przedmiocie kontroli nad produkcją i sprzedażą środków leczniczych i opatrunkowych, wód mineralnych i trucizn oraz nad produkcją
21
kosmetyków , a także okólnik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych
22
z dnia 14 X 1930 r. (Nr 188) . Zgodnie z powyższymi regulacjami rolą
inspektorów było sprawowanie nadzoru nad wyrobem i sprzedażą
20
Dz. Pr. P.P., R. 1919, Nr 63, poz. 371.
Dz. U. RP, R. 1921, Nr 10, poz. 63.
22
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.,
„Kronika Farmaceutyczna”, 1933 r., XXXII, Nr 11., s. 152., „Wiadomości
Farmaceutyczne”, 1933 r., Nr 23, s. 303., Hanisz, Op. Cit., s. 510, 512.
21
636
środków leczniczych oraz trucizn na terenie danego województwa.
W związku z tym inspektorzy zobowiązani byli do:
• przeprowadzania
inspekcji
w
zakładach
wytwarzających
i sprzedających środki lecznicze
• ewidencjonowania firm tego typu oraz zatrudnionego w nich personelu
• sprawowania pieczy nad nadawaniem koncesji na prowadzenie apteki oraz, w przypadku wytwórni, na produkowanie środków leczniczych i trucizn
• współdziałania z innymi władzami w zakresie przestrzegania
przepisów celnych, akcyzowych, monopolowych, a także regulacji dotyczących wag i miar oraz ochrony roślin, o ile wiązały się one z kwe23
stiami farmaceutycznymi .
Zdaniem prelegenta wymienione wyżej powinności nie wyczerpywały jednak obowiązków inspektorów farmaceutycznych. Powinni
oni bowiem ponadto być dokładnie zapoznani „(…) z zagadnieniami
służby zdrowia w całości i dostosowywać dwoją działalność w harmonijnym wysiłku do ogólnych celów polityki państwowej.” Zadanie to należało realizować poprzez kształtowanie wśród kierowników i personelu aptek „(…) poczucia obowiązku w odniesieniu do społeczeństwa,
a przede wszystkim chorego obywatela, podniesienia godności zawo-
23
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
637
du, [a także] zrozumienia
słuszności i celowości zarządzeń władz
24
nadzorczych .”
Na podległym sobie terenie szczególną uwagę powinni poświęcać aptekom wykazującym niski lub obniżający się poziom działalności merytorycznej. Jako przyczynę problemów tego typu Sokolewicz
podał brak poczucia obowiązku, niedbalstwo, a nawet złą wolę kierowników. Jego zdaniem błędy te powinny być niwelowane nie tylko
na drodze obowiązkowych, dokonywanych co dwa lata inspekcji, lecz
także poprzez przeprowadzanie wyrywkowych, ponadprogramowych
25
kontroli, odbywających się nie rzadziej niż raz na pół roku .
Dość ciekawą uwagą referenta było stwierdzenie, iż inspektorzy
powinni pamiętać o tym, iż wyłącznie formalny i „suchy” stosunek wobec aptekarzy nie przyniesie w ostatecznym efekcie korzyści. Mówca
proponował w zamian podejście wolne od szablonu, nacechowane
podejściem pedagogiczno – wychowawczym, podkreślając przy tym
26
jednak, że żadne wykroczenia nie mogą być tolerowane .
Inspektorzy winni ponadto uświadomić aptekarzom konieczność
aktywizacji wytwórczości laboratoryjnej w aptekach i doszkalania
w tym zakresie młodych adeptów farmacji. Sokolewicz uważał bowiem, iż działalność laboratoriów tego typu jest niezwykle ważna, jako
alternatywa na czas klęsk żywiołowych lub wojny. Z kolei w zakresie
produkcji poza aptecznej zadaniem inspektorów powinno być pobu24
Ibidem.
Ibidem.
26
Ibidem.
25
638
dzenie lokalnych środowisk do zakładania wytwórni środków leczni27
czych .
Do obowiązków inspektorów należało także wpływanie na aptekarzy aby zaopatrywali biblioteki apteczne w najnowszą literaturę,
zwłaszcza w zakresie analityki oraz aby nie zatrudniali w swych placówkach personelu niefachowego, „(…) w szczególności przy obecnem bezrobociu, kiedy wielu bardzo wykwalifikowanych farmaceutów
28
pozostaje bez pracy .”
Przemawiający twierdził również, że inspektorzy farmaceutyczni, poprzez udzielanie uwag kierownikom aptek, powinni propagować
29
konsumpcję krajowych preparatów oraz roślin leczniczych , a także
lnu i konopi używanych do wyrobu fartuchów dla personelu, waty, ko30
loraturek itp .
Na koniec Sokolewicz poruszył problem drogerii, zaznaczając iż
inspektorzy powinni usilnie baczyć, aby nie uzurpowały sobie one
prawa do sprzedaży pełnej gamy leków, a co za tym idzie miana „aptek drugiego rzędu”, o co zabiegały wówczas organizacje drogistow31
skie .
27
Ibidem.
Ibidem.
29
Zdaniem referenta uprawa i konsumpcja rodzimych roślin leczniczych powinna być promowana zwłaszcza na terenie ubogich kresów wschodnich.,
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
30
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
31
Ibidem.
28
639
Zagadnienie zaniedbań w zakresie składu i jakości leków przygotowywanych w polskich aptekach zostało omówione w referacie zatytułowanym Wyniki badania środków leczniczych w roku 193 1i 1932
w pracowni Działu Chemji Państwowego Zakładu Higieny, wygłoszonym przez dyrektora tejże placówki dr. Mieczysława Dominikiewicza.
W 1931 r. Dział Chemii dokonał 3404 analiz środków leczniczych, z czego 23% próbek nie odpowiadało wymaganiom. W roku
następnym przeprowadzono 5404 analiz z negatywnym wynikiem dla
32
36% próbek . Wyższy procent odrzuconych środków wynikał z faktu
skoncentrowania uwagi na lekach, które zostały negatywnie ocenione
już rok wcześniej. Dominikiewicz zastrzegł więc, iż uzyskanych w ten
sposób danych nie można przełożyć bezpośrednio na wszystkie apte33
ki w kraju .
Refertent wskazał na liczne uchybienia w zakresie jakości surowców leczniczych oraz ich proporcji użytych podczas przygotowywania leków. Częstym błędem było stosowanie niewłaściwych, tańszych składników. Najlepszym tego przykładem może być wosk
pszczeli zastępowany woskiem zafałszowanym lub sztucznym. Z kolei
w przypadku środków zawierających kwas solny notorycznym problemem było jego zbyt niskie lub zbyt wysokie stężenie. Jako kolejne bolączki referent wymienił między innymi używanie gorszych gatunków
chininy, zbyt małą ilość kamfory w olejach i spirytusie kamforowym,
32
33
Ibidem.
Ibidem.
640
a także w przypadku 14. badanych preparatów, obecność alkoholu
34
metylowego zamiast etylowego .
Dominikiewicz wskazał również na częsty problem niedostatecznej estetyki leków raz niedociągnięcia typowo techniczne takie jak
niestaranna filtracja cieczy, niedokładne odmierzanie składników,
35
a także niewłaściwe ucieranie i mieszanie proszków oraz maści .
Na koniec referent podkreślił konieczność zintensyfikowania
kontroli surowców leczniczych przeprowadzanych przez same apte36
ki .
Wady w zakresie obrotu narkotykami zostały nakreślone przez
Marię Sokalównę, asesora Wydziału Farmaceutycznego, w referacie
pod tytułem O ustawodawstwie i nadzorze nad środkami odurzającemi
37
oraz walce z ich nadużyciem .
Mówczyni zaznaczyła, iż dwa nowe przepisy dotyczące nadzoru
nad środkami odurzającymi wydane w ciągu ostatnich dwóch lat, nie
wprowadziły zasadniczych zmian. Stanowiły one bowiem uzupełnienie
lub rozszerzenie dotychczasowych regulacji prawnych opartych na
Konwencjach Haskiej i Genewskiej z 1925 r. Pierwsze z nich - Rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych i Ministra Sprawiedliwości
z dnia 15 XII 1931 r. w porozumieniu z Ministrem Skarbu o rozcią-
34
Ibidem.
Ibidem.
36
Ibidem.
37
Ibidem.
35
641
38
gnięciu na kodeinę systemu certyfikacji przywozu lub wywozu , miało
39
przeciwdziałać nielegalnemu przerabianiu kodeiny na morfinę .
Z kolei Rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych w porozumieniu z Ministrem Przemysłu i Handlu z dnia 22 lutego 1932 r. w sprawie
zmiany rozporządzenia z dnia 15 III 1930 r. o uznaniu niektórych
substancyj i przetworów odurzających za wywołujące szkodliwe skutki
dla zdrowia
40
rozszerzało grupę substancji odurzających określonych
jako szkodliwe dla zdrowia. Obrót środkami tego typu miał podlegać
dokładnym kontrolom, ze względu na fakt podpisania przez Polskę
Konwencji Genewskiej dnia 13 VII 1931 r. o ograniczeniu fabrykacji
41
i o uregulowaniu podziału środków odurzających .
W swoim wystąpieniu Sokalówna wyraziła opinię, iż „[…] nadzór, wykonywany przez P.P. nspektorów, dotyczący środków odurzających, musi być zaostrzony.” Tworzone przez nich sprawozdania
świadczyły bowiem, iż w aptekach dochodziło do licznych nieprawidłowości w tym zakresie. Do najczęściej popełnianych błędów należało niewłaściwe przechowywanie narkotyków oraz brak koniecznej dokumentacji. Ponadto środki odurzające przetrzymywane były, w po42
zbawionych do tego uprawnień, aptekach zakładowych .
Niektóre apteki próbowały prowadzić hurtową sprzedaż środków
odurzających wyprodukowanych w innych wytwórniach. Tymczasem
38
Dz. U. RP, R. 1932, Nr 12, poz. 72.
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
40
Dz. U. RP, R. 1932, Nr 28, poz. 276.
41
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
42
Ibidem.
39
642
w myśl rozporządzenia z dnia 1 III 1928 r. były one upoważnione do
hurtowej sprzedaży jedynie tych substancji odurzających, które zosta43
ły wyprodukowane w ich własnych laboratoriach .
Problem stanowił również fakt spóźniania się koncesjonowanych wytwórni i hurtowni z dostarczaniem do urzędów wojewódzkich
obowiązkowych sprawozdań ze swej działalności. Przesyłana doku44
mentacja zawierała ponadto dużo błędów .
Zdaniem Sokalówny nieprawidłowości popełniane były również
przez lekarzy, którzy nie stosowali się do Rozporządzenia Ministra
Spraw Wewnętrznych z dnia 20 V 1929 r. o detalicznej sprzedaży
45
substancyj i przetworów odurzających .Do najczęstszych błędów należało:
• nieczytelne wypisywanie recept
• wypisanie recept na zwykłym papierze bez nadruku i adresu lekarza oraz nazwiska pacjenta
• wypisywanie recept bez dokładnych poleceń stosowania danego
środka,
• wypisywanie recept z dopiskiem „pro me” lub „pro autore”
46
Sokalówna podkreśliła, że recepty wypisane w taki sposób mu47
szą być wysyłane do MOS w celu przeprowadzenia kontroli .
43
Ibidem.
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
45
Dz. U RP, R. 1929, Nr 48, poz. 402.
46
Ibidem..
44
643
Ponadto zdaniem referentki, z raportów wojewódzkich inspektorów farmaceutycznych wynikało, iż środki odurzające były nielegalnie
sprzedawane w drogeriach. W takich przypadkach obowiązkiem inspektorów powinno być nie tylko skierowanie sprawy do sądu lecz
48
także natychmiastowe zamknięcie łamiącej prawo drogerii . Ten sam
problem dotyczył również składów aptecznych, czyli drogerii hurtowych. Mimo tego, iż często nie posiadały one pozwolenia na obrót
środkami odurzającymi, próbowały odgrywać role pośredników między
49
wytwórniami a aptekami . Sokalówna zakomunikowała, iż „Tego rodzaju pośrednictwo Ministerstwo uznało za niedopuszczalne i wino
50
być [ono] systematycznie tępione .”
Co ciekawe urzędy wojewódzkie, wbrew obowiązującym przepisom, nie informowały władz centralnych o zaistniałych problemach.
Z tego powodu MOS „O niektórych większych sprawach handlu nielegalnego lub przemytu dowiaduje się z gazet.” Narażało to na szwank
dobre imię Polski na forum Ligi Narodów. Sokalówna dodała także, iż
„Trzeba pamiętać, że prasa niemiecka bacznie śledzi wszystko, co się
dzieje w Polsce i w formie przejaskrawionej umieszcza na swoich
51
szpaltach .”
47
Ibidem.
Ibidem.
49
Ibidem.
50
Ibidem.
51
Ibidem.
48
644
Swój referat Sokalówna zakończyła sugestią, iż należy się
w najbliższej przyszłości zastanowić nad zagadnieniem zalewu Polski
52
narkotykami, rozumianym jako środek podboju .
Wady w zakresie pracy i urządzenia aptek omówił Wacław Sokolewicz Naczelnik Wydziału Farmaceutycznego, przedstawiając
53
ogólne wrażenia z podróży po województwach .
Wygląd zewnętrzny zlustrowanych placówek był na ogół dostateczny. Zdarzały się jednak przypadki, w których wystój okien wystawowych oraz izb ekspedycyjnych przypominał stylem drogerię lub per54
fumerię .
Również jako dostateczny Sokolewicz ocenił porządek panujący
w pomieszczeniach aptecznych, dodając przy tym, iż mają miejsce
liczne niedociągnięcia w zakresie przechowywania ziół. Ponadto
w większości zrewidowanych aptek panował nieporządek, a nawet
55
chaos w urządzeniu materialni i piwnic .
Nie wiele lepiej przedstawiały się biblioteki apteczne. Najczęściej były one zdekompletowane i bezładnie urządzone. Zamiast polskich pozycji przeważały w nich książki obcojęzyczne. Zdarzało się
52
Ibidem.
Nie znamy tytułu niniejszego wystąpienia. Nie wiemy też jakie województwa mówca miał na myśli. Można jednak zaryzykować tezę, iż wymienione
tu uwago odnoszą się do większości województw II Rzeczypospolitej., Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
54
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 1239.
55
Ibidem.
53
645
też, iż biblioteki sytuowano w miejscach niedostępnych dla personelu,
56
na przykład w mieszkaniu właściciela apteki .
Nieprawidłowości dotyczyły też przechowywania substancji odurzających, które umieszczano najczęściej w ogólnodostępnych szafach. Dokumentacja obrotu narkotykami była prowadzona najczęściej
57
niedbale . Duża część aptek nie posiadała przy tym aktualnych spisów lekarzy i weterynarzy, bez których prawidłowe wydawanie narko58
tyków było w zasadzie niemożliwe .
Wiele zastrzeżeń posiadał Sokolewicz do stanu laboratoriów aptecznych. W większości przypadków były one nieczynne. Znajdujące
się w nich urządzenia określił jako zdewastowane. Wyjątki od tej reguły były nieliczne. W przeważającej większości apteki wykonywały
tylko „najprymitywniejsze preparaty galenowe”, co do których jakości
istniały często poważne zastrzeżenia. Sprzedawano bowiem głównie
59
leki gotowe nabywane w hurtowniach .
Podobnym niedowładem cechowały się laboratoria analityczne.
W większości przypadków, zarówno przyrządy jak i odczynniki były
60
„(…) zdekompletowane lub w stanie nie do użycia. ”
W aptekach zatrudniano personel niefachowy, powierzając mu
wykonywanie zadań osób z wykształceniem farmaceutycznym, takich
61
jak praca w recepturze lub za pierwszym stołem .
56
Ibidem.
Ibidem.
58
Ibidem.
59
Ibidem.
60
Ibidem.
57
646
Leki recepturowe były często wykonywane niewłaściwie i nieestetycznie. Wiele do życzenia pozostawiały także opakowania. Przykładowo środki wymagające zabezpieczenia przed światłem znajdo62
wały się w opakowaniach ze szkła białego zamiast ciemnego .
Z kolei w niektórych aptekach, zwłaszcza w województwach zachodnich i południowych, sprzedawano leki zagraniczne, niedozwolo63
ne do obrotu na terenie państwa polskiego .
Sokolewicz zaznaczył również, iż właściciele aptek ociągali się
często z wypełnieniem instrukcji inspektorów farmaceutycznych.
Część aptek bojkotowała wydane polecenia mimo tego, że ich wyko64
nanie nie wiązało się z żadnymi wydatkami .
Wystąpienie zostało zakończone uwagą, iż zarządzenia Naczelnika Wydziału Farmaceutycznego, powinny być przekazywane do
wszystkich aptek przez urzędy wojewódzkie. Natomiast wszystkie
okólniki tychże urzędów, adresowane do podległych mu aptek, muszą
również być przesyłane do wiadomości Wydziału Farmaceutyczne65
go .
Zdominowanie ówczesnego rynku farmaceutycznego przez leki
chemiczne i związane z tym zagrożenia zostały przedstawione w referacie zatytułowanym Przyczynki do wzmocnienia nadzoru nad obrotem ziołami leczniczemi wygłoszonym przez prof. Jana Muszyńskiego,
61
Ibidem.
Ibidem.
63
Ibidem.
64
Ibidem.
65
Ibidem.
62
647
dyrektora Oddziału Farmaceutycznego Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie.
Intensywny rozwój chemii, który nastąpił w II poł. XIX w. sprawił,
iż „Wszelkie rośliny, które nie wykazywały zawartości wyraźnie i szybko działających związków chemicznych, zaczęto wyrzucać ze skarbnicy lekarskiej, piętnując je pogardliwą nazwą <<babskich leków>>.”
Wiodącą rolę w tych przemianach odgrywały niemieckie środowiska
medyczne, stanowiące wzór dla często bezkrytycznie zapatrzonych
66
w nie polskich lekarzy .
Choć rozwój syntetyzowania leków wynikał ze szlachetnych pobudek medyków i chemików, stwarzał jednak niebezpieczeństwo nadużyć ze strony kupców i przemysłowców, dążących do wypuszczania
na rynek leków określanych jako nowe, a będących w gruncie rzeczy
kolejnymi i droższymi wariantami środków już istniejących. Owe pseudo – nowe leki posiadały niemal identyczny skład jak leki „stare” i nie
różniły się od nich działaniem. „Dość powiedzieć, że już w roku 1907
opatentowano i zarejestrowano przeszło 700 takich nowych leków
syntetycznych, t.zn. że codziennie uszczęśliwiano ludzkość dwoma
67
nowemi lekami.”, podkreślał z ironią Muszyński .
Problem stanowiła również, coraz bardziej natarczywa reklama,
zachęcająca lekarzy do przepisywania kolejnych nowinek. „Kliniki
i szpitale ciągle badają nowe leki. Ale zaledwie zdążą otrzymać jakie
takie wyniki orientacyjne, gdy już pojawia się jakiś nowy niby udosko66
67
Ibidem.
Ibidem.
648
68
nalony preparat i tak bez końca .”, narzekał profesor. Druki reklamowe podkreślały zaś wyłącznie zalety specyfików, milcząc na temat
działań ubocznych. Sytuacja ta niosła ze sobą zagrożenie dla zdrowia
69
i życia pacjentów .
Ponadto w ich oczach lekarz stawał się „(…) zwykłym propagatorem wypuszczonego przez fabrykanta specyfiku.” W konsekwencji
tego, o ile dany lek był dostępny bez recepty, pacjent omijał gabinet
lekarski, kierując się bezpośrednio do apteki, co groziło pauperyzacją
70
zawodu lekarza .
Konsekwencją tego stanu rzeczy była też coraz częstsza rezygnacja ze sprawdzonych leków naturalnych. Miało to wpływ na zmiany
w programach studiów lekarskich, z których wycofano botanikę i far71
makognozję .
Sytuacja ta była niebezpieczna także dlatego, że ówcześni pacjenci, przyzwyczajeni jednak do leków roślinnych, nie otrzymując ich
ze strony lekarzy, zwracali się do różnego rodzaju szarlatanów. Co
ciekawe Muszyński nie miał na myśli wiejskich znachorów, lecz osoby
działające w dużych miastach, tytułujące się mianem „indyjskich lub
tybetańskich lekarzy”. Tajemnica ich sukcesu leżeć miała właśnie
72
w tym, że posługiwali się oni wyłącznie lekami ziołowymi .
68
Ibidem.
Ibidem.
70
Ibidem.
71
Ibidem.
72
Ibidem.
69
649
Referent twierdził, iż obowiązkiem lekarzy jest doskonalenie
wiedzy na temat roślin leczniczych. Powinni oni przy tym skupić się na
działających delikatnie środkach dietetycznych, dostarczających organizmowi składników odżywczych. Zdaniem Muszyńskiego to właśnie
rośliny tego typu dominowały w tak zwanej „medycynie ludowej”. Ich
zastosowanie było konieczne gdyż rozpowszechniona denaturacja
pokarmów spowodowała, iż realnym zagrożeniem stały się choroby
wywołane niedoborem witamin i minerałów. Zaradzić miało temu czę73
ste zalecanie naparów, odwarów oraz soków z roślin leczniczych .
Analiza powyższych wystąpień pozwala na sformułowanie problemów trapiących ówczesną polską farmację na odcinku aptekarskim. Uderzający jest fakt, iż w wielu przypadkach zagadnienia poruszane przez referentów zazębiają się tworząc dość spójny obraz.
Wyraźnym zjawiskiem było zaniechanie w aptekach wytwórczości laboratoryjnej. Nieliczne działające laboratoria produkowały zaś
środki mało skomplikowane. Wiązało się to z faktem zdominowania
obrotu aptecznego przez gotowe leki chemiczne produkowane przez
przemysł farmaceutyczny, przy jednoczesnym odejściu od środków
roślinnych.
Zjawisko to, jednoznacznie potępione przez prof. Jana Muszyńskiego, miało negatywny wpływ na rozeznanie lekarzy i farmaceutów
wśród rosnącej ilości lekarstw. Palący problem stanowiły zwłaszcza
środki pozornie nowe, będące w istocie marketingowymi modyfika-
73
Ibidem.
650
cjami leków już istniejących. Do korzystania z nich namawiała nie do
końca uczciwa reklama. Stwarzało to niebezpieczną sytuację, w której
pacjenci rezygnowali z korzystania z usług lekarzy, kierując swe kroki
bezpośrednio do apteki. Z drugiej zaś strony tradycyjne przywiązanie
do leków naturalnych, niestosowanych już de facto przez oficjalną
medycynę powodowało, iż chorzy szukali porady u egzotycznych
szarlatanów.
Leki
recepturowe
wykonywane
były
często
niedokładnie
i nieestetycznie. Do zjawisk nierzadkich należały przypadki nielegalnego zastępowania droższych składników tańszymi oraz niedbałość
w zakresie proporcji i techniki wykonania. Używano przy tym surowców złej jakości, co spowodowane było niewłaściwymi warunkami ich
przechowywania. Większość kierowników aptek nie przywiązywała
również wagi do należytego prowadzenia laboratoriów analitycznych.
Zła jakość surowców wiązała się pośrednio z nieodpowiednim,
a nawet chaotycznym urządzeniem zapleczy aptecznych. Większą
uwagę poświęcano bowiem wystrojowi witryn oraz izb ekspedycyjnych, które traciły nierzadko apteczny charakter przypominając aranżacją drogerie i perfumerie.
Wiele do życzenia pozostawiały także biblioteki apteczne. Panował w nich nieład. Ich zasoby były nieaktualne i wybrakowane.
Członkowie
personelu
mieli
do
nich
utrudniony
dostęp,
co
z pewnością nie sprzyjało wysokiej jakości pracy.
Zdecydowanie groźniejszym zjawiskiem było natomiast częste
powierzanie zadań wymagających wykształcenia farmaceutycznego
651
członkom personelu niefachowego. Z punktu widzenia MOS postępowanie takie było podwójnie nieetyczne ze względu na wysokie bezro74
bocie dotykające wówczas farmaceutów .
Częstym problem w aptekach było również nieprawidłowe przechowywanie środków odurzających oraz niedbałe prowadzenie dokumentacji związanej ze sprzedażą substancji tego typu. Błędy
w dokumentacji popełniano również w wytwórniach i hurtowniach prowadzących obrót narkotykami. Wieloma wadami cechowały się także
recepty lekarskie wypisywane na środki odurzające. Sytuacja ta mogła
być wynikiem zwykłego bałaganu. Sprzyjała jednak niewątpliwie roz75
wojowi narkomanii .
Co gorsza narkotykami usiłowały niekiedy nielegalnie handlować składy apteczne oraz drogerie detaliczne. Działania te wiązały się
również ze sprzedażą leków silnie działających, co wpisywało się
w ogólną tendencję aspirowania przez drogerie do miana aptek drugiego rzędu. Ponadto w wystąpieniu Marii Sokalówny, narkotyki zostały określone jako „środek podboju” Polski. To dość enigmatyczne
określenie należy rozumieć jako przejaw antyniemieckich uprzedzeń
cechujących ówczesne polskie środowiska urzędnicze.
74
Ślusarczyk W.: Warunki pracy personelu aptek pomorskich w latach 1920
– 1939, [w:] „Pieniądz, kapitał, praca. Wspólne dziedzictwo Europy”, red.
Filipow K., Warszawa 2008, s. 232.
75
Ślusarczyk W.: Problem nielegalnego obrotu środkami odurzającymi
w aptekach na te
Praca zawiera 8 521 znaków (< 0,5 arkusza wydawniczego)
renie Kujaw i Pomorza Gdańskiego w latach 1920 – 1939. „Apothecaria
Bydgostiana. Studia z Dziejów Farmacji i Medycyny”, t. XI, s. 162 – 166.
652
Należy zaznaczyć, iż w ówczesnych aptekach, zwłaszcza na
zachodzie i południu kraju, przez cały okres międzywojnia, spotykano
niemieckie leki nie dopuszczone do sprzedaży na terenie Rzeczypospolitej. Sytuacja ta nie wynikała jednak raczej z antypolskiej polityki
Niemiec,
lecz
z
przywiązania
polskich
lekarzy,
farmaceutów
76
i pacjentów do niemieckich środków leczniczych .
Wadą działania władz wojewódzkich był brak należytego przepływu informacji z terenu do MOS i z powrotem, co na szczeblu centralnym w znaczny sposób utrudniało kontrolę spraw farmaceutycznych, a w przypadku „wycieku” informacji do prasy (zwłaszcza niemieckiej), prowadziło do powstawania złego wizerunku państwa polskiego na arenie międzynarodowej.
Działalność wojewódzkich inspektorów farmaceutycznych przebiegała najczęściej sprawnie, choć dla lepszego oddziaływania na aptekarzy, sugerowano im mniej urzędnicze a bardziej koleżeńskie podejście. Inspektorzy powinni byli ponadto uświadamiać kadrę aptekarską co do ważkiej roli jaką odgrywały apteki w polityce zdrowotnej
państwa. Było to tym bardziej konieczne, gdyż część aptekarzy z powodu niedbałości, nieświadomości lub nawet złej woli bojkotowała
uwagi inspektorów, co bez wątpienia wpływało ujemnie na jakość pracy aptek.
Przedstawiony tu obraz rysuje się w dość ponurych barwach.
Polska farmacja na odcinku aptekarskim cechowała się licznymi wa-
76
Patrz wystąpienie prof. Jana Muszyńskiego.
653
dami, których wyeliminowanie zależało w dużej mierze od aktywności
i umiejętności wojewódzkich inspektorów farmaceutycznych. Musimy
jednak pamiętać, iż referenci, ze względu na pełnione przez siebie
obowiązki, skupiali się głównie na niedoskonałościach, pomijając milczeniem zjawiska pozytywne.
Streszczenie
Praca przedstawia problemy dotyczące aptek II Rzeczypospolitej na początku lat trzydziestych XX w. Zostały one sformułowane
w wystąpieniach wygłaszanych podczas Zjazdu Inspektorów Farmaceutycznych, odbywającego się w dniach 7 - 8 kwietnia 1933 r.
w Warszawie. Analizowane referaty stanowią przede wszystkim świadectwo stanowiska ministerialnych władz farmaceutycznych, według
których do najczęstszych bolączek ówczesnego aptekarstwa należały:
zła jakość leków, niewłaściwe urządzenie aptek, powierzanie specjalistycznych czynności personelowi niefachowemu, nielegalna sprzedaż
narkotyków oraz słaba aktywność laboratoriów aptecznych i analitycznych przy jednoczesnym rozpowszechnienie gotowych leków chemicznych.
Źródła
Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Naczelna Izba Aptekarska, sygn. 53
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 12122
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 12134
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 12139
Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, UWP w Toruniu, sygn. 12164
„Kalendarz Farmaceutyczny na rok 1933”, red. Herod F.
„Kronika Farmaceutyczna”, 1931 r., XXX, Nr 7
654
„Kronika Farmaceutyczna”, 1933 r., XXXII, Nr 11
„Rocznik Farmaceutyczny 1949/50”
„Wiadomości Farmaceutyczne”, 1933 r., Nr 23
„Wiadomości Farmaceutyczne”, 1935 r., Nr 4
Dz. Pr., R. 1918, Nr 1, poz. 1
Dz. Pr., R. 1918, Nr 5, poz. 8
Dz. Pr., R. 1918, Nr 14, poz. 31
Dz. Pr. P.P., R. 1919, Nr 63, poz. 371
Dz. U. RP, R. 1921, Nr 10, poz. 63
Dz. U. RP., R. 1927, Nr 54, poz. 477
Dz. U RP, R. 1929, Nr 48, poz. 402
Dz. U. RP, R. 1932, Nr 12, poz. 72
Dz. U. RP, R. 1932, Nr 28, poz. 276
Piśmiennictwo
1. Drygas A.: Kształtowanie się podstaw prawnych aptekarstwa w przekroju dziejowym.
Studia nad podstawowymi źródłami do dziejów farmacji europejskiej i polskiej,
Gdańsk 1995, t. II.
2. Hanisz K.: Organizacja nadzoru państwowego nad aptekarstwem w II Rzeczypospolitej. „Farmacja Polska”, t. LIV, 1998 r., s. 506 – 513.
3. Korpalska W.: Sześć wieków opieki zdrowotnej w Bydgoszczy, Toruń 2008.
4. Ślusarczyk W.: Problem nielegalnego obrotu środkami odurzającymi w aptekach na
terenie Kujaw i Pomorza Gdańskiego w latach 1920 – 1939. „Apothecaria Bydgostiana. Studia z Dziejów Farmacji i Medycyny”, t. XI, s. 162 – 166.
5. Ślusarczyk W.: Warunki pracy personelu aptek pomorskich w latach 1920 – 1939,
[w:] „Pieniądz, kapitał, praca. Wspólne dziedzictwo Europy”, red. Filipow K., Warszawa 2008, s. 225 – 234.
Praca zawiera 29 130 znaków (> 0,5 arkusza wydawniczego)
655
656
HELENA JURGIELEWICZOWA (1897-1980)
PIERWSZA POLKA, KTÓRA OTRZYMAŁA
DYPLOM LEKARZA MEDYCYNY
WETERYNARYJNEJ PO UKOŃCZENIU
POLSKIEJ UCZELNI
Jan Wiśniewski, Marek Nowicki*
Ośrodek Historii Weterynarii i Deontologii przy Katedrze Higieny Żywności i Ochrony Zdrowia Publicznego,
Wydział Medycyny Weterynaryjnej
Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie,
ul. Nowoursynowska 159, 02-776 Warszawa,
*Katedra Higieny Żywności i Ochrony Zdrowia Publicznego,
Wydział Medycyny Weterynaryjnej
Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie,
ul. Nowoursynowska 159, 02-776 Warszawa.
[email protected]
Postać Pani Heleny Jurgielewiczowej zasługuje na przypomnienie nie tylko dlatego, że jako pierwsza Polka otrzymała dyplom lekarza
medycyny weterynaryjnej po ukończeniu polskiej uczelni, co stanowiło
wielkie osiągnięcie, była także bardzo ciekawą osobowością, kobietą,
która potrafiła z powodzeniem łączyć pracę zawodową z pasją sportową. Urodziła się 7 czerwca 1897 roku w Krakowie. Pochodziła ze
szczególnej rodziny. Ojcem Heleny Jurgielewiczowej był wybitny lekarz, bakteriolog Odo Feliks Bujwid, uczeń i współpracownik najpierw
Roberta Kocha, a następnie Ludwika Pasteura, matką zaś Kazimiera
657
Bujwidowa sławna emancypantka. Miało to ogromny wpływ na
ukształtowanie Jej osobowości i późniejsze dążenie do pokonywania
kolejnych życiowych wyzwań. Po uzyskaniu świadectwa dojrzałości
w I Gimnazjum Żeńskim w Krakowie w 1915 roku rozpoczęła studia
w Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Jednak pełne prawa studenckie zdobyła dopiero w 1918 roku, będąc na czwartym roku
studiów. Przez pierwsze trzy lata była słuchaczką nadzwyczajną. Egzaminy zdawała w trybie eksternistycznym na końcu każdego roku
studiów. W latach 1918-1920 była komendantem ruchomego szpitala
koni pełniąc służbę weterynaryjną w Wojsku Polskim. Także uczestniczyła czynnie w przewożeniu broni ze wschodu do Krakowa dla drużyn strzeleckich Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Została za to
odznaczona Krzyżem Niepodległości z mieczami. Została także odznaczona Krzyżem Walecznych z trzykrotnym okuciem za czynny
udział w obronie Lwowa w 1918 roku, na odcinku obrony „Cytadela”.
Jako pierwsza kobieta w Odrodzonej Polsce, dekretem Wodza Naczelnego nr 2167 z dnia 27 maja 1919 roku pierwszego Marszałka
Polski Józefa Piłsudskiego, została podporucznikiem Wojska Polskiego. Po wojnie 1920 roku wróciła na studia i w 1923 roku w Akademii
Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie uzyskała dyplom lekarza medycyny weterynaryjnej. W latach 1923-1926 pracowała w Warszawie
w Laboratorium Bakteriologicznym Ministerstwa Rolnictwa i Dóbr
Państwowych jako asystentka prof. dr Z. Szymanowskiego. W 1926
roku została kierownikiem zakładu utylizacyjnego w Warszawie,
aw 1932 roku wicedyrektorem Rzeźni Warszawskiej. Zaprosiła ze
658
Lwowa do współpracy doc. dr Irenę Maternowską i wspólnie zreorganizowały działające przy rzeźniach w Warszawie Laboratorium Mięsoznawczo-Bakteriologiczne. Aby zdobyć doświadczenia dotyczące budowy i organizacji nowoczesnych rzeźni Helena Jurgielewiczowa i Irena Maternowska odbyły podróż do Kopenhagi. Poza pracą zawodową
Helena Jurgielewiczowa brała aktywny udział także w pracy społecznej. Została za to odznaczona Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta. Po wybuchu wojny w 1939 roku przedostała się do Francji, gdzie
pracowała w Instytucie Pasteura w Garches. Po zajęciu Francji przez
wojska niemieckie Helena Jurgielewiczowa przeniosła się do Grenoble, gdzie kierowała schroniskiem „Grand Hotel” i z dużym poświęceniem opiekowała się polską młodzieżą. Zaangażowała się także
w konspirację. Po aresztowaniu przez Niemców została najpierw osadzona w twierdzy Perpignon, a następnie przewieziona do obozu koncentracyjnego dla kobiet w Ravensbrück. Po zakończeniu II wojny
światowej Helena Jurgielewiczowa powróciła do Polski. Pomimo wyczerpania i złego stanu zdrowia podjęła pracę w służbie weterynaryjnej. Jedyną pracą jaką mogła uzyskać była praca lekarza weterynarii
w terenie, lecz na to nie pozwalał Jej stan zdrowia. Dlatego też odbyła
kurs dla mikrobiologów żywności w Państwowym Zakładzie Higieny
w Warszawie i rozpoczęła pracę w służbie zdrowia, jako kierownik
pracowni mikrobiologicznej filii Państwowego Zakładu Higieny w Krakowie, a następnie w stacji sanitarno-epidemiologicznej w Myślenicach. Pracowała tam do chwili przejścia na emeryturę w 1973 roku.
W 1974 roku wróciła do Warszawy, gdzie zmarła 29 listopada 1980
659
roku. Była członkiem wielu organizacji, miedzy innymi Polskiego Towarzystwa Nauk Weterynaryjnych i Zrzeszenia Lekarzy i Techników
Weterynarii. Zrzeszenie Lekarzy i Techników Weterynarii nadało Pani
doktor Helenie Jurgielewiczowej godność Członka Honorowego i Złotą
Odznakę ZLiTWet (2).
Oprócz pracy zawodowej i społecznej bardzo ważną życiową
pasją Heleny Jurgielewiczowej był sport, a w szczególności jeździectwo, w którym osiągnęła wielki kunszt i zdobyła wiele nagród w kraju
i za granicą. Helena Jurgielewiczowa należała do pionierów sportu
kobiecego w Polsce. Już jako uczennica I Gimnazjum Żeńskiego
w Krakowie w 1912 roku wstąpiła do sekcji wioślarskiej Akademickiego Związku Sportowego. Członkiem i założycielem AZS w Krakowie
w 1909 roku był ojciec Heleny Jurgielewiczowej, profesor Uniwersytetu Jagielońskiego Odo Feliks Bujwid, który także przez wiele lat wspierał finansowo sekcję wioślarską. W 1913 roku podczas wycieczek
wioślarskich przepłynęła 727 km. Starty w regatach rozpoczęła
w 1914 roku. Początkowo była sternikiem w osadzie męskiej, a następnie wiosłowała w osadach mieszanych odnosząc w regatach
w 1918 roku liczne zwycięstwa. Uprawiała także pływanie, uczestnicząc w konkursach pływackich organizowanych przez krakowski AZS
(np. „Wpław przez Wisłę”), działała także w Zarządzie Sekcji Krajoznawczo-Turystycznej AZS w Krakowie. Po skończeniu studiów zainteresowała się hippiką, a szczególnie konkurencją skoków. Startowała
w barwach Klubu Sportowego Rodziny Wojskowej. Biorąc udział
w licznych zawodach i konkursach hippicznych zdobyła 30 nagród.
660
Jednym z największych sukcesów sportowych Heleny Jurgielewiczowej było zdobycie I nagrody w międzynarodowych zawodach w konkursie par razem z rotmistrzem Adamem Królikiewiczem. Zawody te
odbyły się 27 maja 1927 roku z okazji otwarcia nowego hipodromu
w Łazienkach Królewskich w Warszawie. Po zakończeniu kariery
sportowej Helena Jurgielewiczowa bardzo aktywnie działała społecznie w organizacji kobiecej Rodzina Wojskowa. W latach 1930-1938
kierowała największą sportową organizacją kobiecą w Polsce, pełniła
funkcję wiceprzewodniczącej, a później przewodniczącej Zarządu
Głównego Klubu Sportowego Rodziny Wojskowej. Klub ten zrzeszał
około 2000 członkiń w 16 dyscyplinach sportu. W latach 1938-1939
była także przewodniczącą stowarzyszenia Rodzina Urzędnicza. Po II
wojnie światowej i powrocie do Polski Helena Jurgielewiczowa żywo
interesowała się jego działalnością AZS i brała udział w zebraniach
Koła Seniorów AZS. Sportowe tradycje rodzinne znalazły również
swój wyraz i kontynuację w działalności wnuków Pani doktor Heleny
Jurgielewiczowej. Wnuczka Hanna była dyrektorem Klubu AZS AWF
Warszawa, a wnuk Piotr zawodnikiem AZS i polskim olimpijczykiem
z Montrealu w 1976 roku (1). Działalność zawodowa, społeczna, patriotyczna, a także sportowa Heleny Jurgielewiczowej może być wzorem i przykładem dla przyszłych pokoleń jak przezwyciężać przeciwności losu i pracować dla dobra ojczyzny i współobywateli.
661
Streszczenie
Praca przedstawia osobę Pani doktor Heleny Jurgielewiczowej,
pierwszej Polki, która otrzymała dyplom lekarza medycyny weterynaryjnej po ukończeniu polskiej uczelni. Jej działalność zawodową, społeczną, patriotyczną, a także pasję sportową, która stanowiła dopełnienie i ważny element Jej życia.
Piśmiennictwo
1. Rotkiewicz M.: Sport w życiu Heleny Jurgielewiczowej. Kobiety w polskiej weterynarii. Streszczenia referatów przygotowanych na sesję naukową Sekcji Historii Medycyny Weterynaryjnej PTNW, Ciechanowiec, 25-26 września 1997. Wydawnictwo
SGGW, Warszawa 1997. s. 19-20.
2. Tropiło J.: Lekarz medycyny weterynaryjnej Helena Jurgielewiczowa (1897-1980)
w setną rocznicę urodzin. Kobiety w polskiej weterynarii. Streszczenia referatów
przygotowanych na sesję naukową Sekcji Historii Medycyny Weterynaryjnej PTNW,
Ciechanowiec, 25-26 września 1997. Wydawnictwo SGGW, Warszawa 1997. s. 1718.
Praca zawiera 8 521 znaków (< 0,5 arkusza wydawniczego)
662
PROFESOR STANISŁAW KRÓLIKOWSKI CHIRURG WETERYNARYJNY, HISTORYK
I WYBITNY PEDAGOG
Zbigniew Wróblewski, Antoni Gamota*
Gabinet Weterynaryjny,
ul Mickiewicza 41, 12-200 Pisz,
*
Narodowy Uniwersytet Medycyny Weterynaryjnej
i Biotechnologii im. S. Z. Grzyckiego
we Lwowie
[email protected]
Prof. magister nauk weterynaryjnych Stanisław Poraj Królikowski urodził się w Warszawie 06. 05. 1853 r. W 1871 r. w rodzinnym
mieście został absolwentem gimnazjum klasycznego i rozpoczął studia w Szkole Weterynaryjnej w Warszawie, którą ukończył w 1875 r.
z tytułem lekarza weterynaryjnego (12, 13, 15).
Po otrzymaniu stypendium rządowego udał się do Akademii
Medyko –Chirurgicznej w Petersburgu gdzie 1878 r. po publicznej
obronie rozprawy Demodex follicularis canis otrzymał tytuł magistra
nauk weterynaryjnych (13, 15). Po uzyskaniu stopnia naukowego oraz
prolongaty stypendium przez następny rok kontynuuje studia w Petersburgu w zakresie chirurgii oraz fizjologii. W 1879 r. otrzymuje dwie
propozycje pracy: profesora w Instytucie Weterynaryjnym w Charkowie oraz posadę nauczyciela w Warszawskiej Szkole Weterynaryjnej.
663
Wybrał Warszawę, gdzie pracował do końca marca 1884 r.. Zniechęcił się trudną sytuacją w szkole i obarczaniem pracą przekraczającą
jego obowiązki (12, 15).
W 1883 r. został powołany do objęcia Katedry Chirurgii
w lwowskiej uczelni. Od 1884 r. wykładał chirurgię z okulistyką oraz
objął kierownictwo lecznicy dla psów na stanowisku adiunkta tymczasowego do czasu uzyskania austriackiego obywatelstwa w 1886 r.
W 1889 r. otrzymuje tytuł profesora nadzwyczajnego (12, 13, 15).
W 1890 r. został wybrany przez grono profesorskie kierownikiem biblioteki szkoły - było to wówczas niezwykle prestiżowe stanowisko
(13, 15).
Dnia 01. stycznia 1893 r. otrzymał tytuł profesora zwyczajnego
chirurgii weterynaryjnej. W 1903 r. został prorektorem Akademii Weterynaryjnej, a później jeszcze kilkakrotnie piastował to stanowisko (12,
13, 15).
W roku 1897 i 1903 na własny koszt odbył podróże do Włoch
i Niemiec wizytując szkoły i instytuty weterynaryjne oraz zwiedził wystawę rolniczo handlową w Hanowerze. Każda z wizyt inspirowała go
do wdrażania nowych technik operacyjnych, konstrukcji i ulepszania
narzędzi chirurgicznych oraz przedstawiania osiągnięć Akademii Weterynaryjnej we Lwowie. W 1911 r. został wybrany rektorem i piastował tę godność do 1913 r.. Wybuch pierwszej wojny światowej zastał
go w Pradze, a trudności komunikacyjne uniemożliwiły mu powrót do
Lwowa, natomiast późniejsza ciężka choroba spowodowała, że przebywał tam półtora roku (12, 15).
664
Oprócz pracy na macierzystej uczelni współpracował ze Szkołą
Rolniczą w Dublanach, gdzie wykładał anatomię zwierząt i weterynarię oraz był także wykładowcą higieny na Wyższych Kursach Ziemiańskich we Lwowie (15).
Od 1899 r. przez 12 lat był redaktorem Przeglądu Weterynarskiego propagując to wydawnictwo wśród polskich lekarzy weterynarii
we wszystkich zaborach, nawiązując z nimi bliskie kontakty, publikując
prace tamtejszych wybitnych przedstawicieli zawodu m.in. Boczowskiego, Chełchowskiego, Ktłubaja. Prawie połowa nakładu tego czasopisma trafiała za granice, aż do odległych zakątków europejskich
imperium rosyjskiego.
Dzięki zabiegom prof. Królikowskiego Przegląd Weterynarski
stał się ważnym elementem integrującym rozsianych po świecie polskich lekarzy weterynarii, spełniając rolę ważnego łącznika naukowego i zawodowego - często jedynego z językiem ojczystym (15).
Prof. Królikowski był członkiem Galicyjskiego Towarzystwa
Ochrony Zwierząt, brał czynny udział w zebraniach, był autorem wielu
artykułów popularyzujących wiedzę weterynaryjną, a także propagatorem idei ochrony zwierząt domowych - czyli współcześnie rozumianego dobrostanu (13, 15). Przykładem takiej działalności są opublikowane drukiem liczne artykuły i odczyty na temat chorób odzwierzęcych
przeznaczony dla lekarzy i studentów weterynarii oraz właścicieli
zwierząt .Uważał słusznie, że edukując społeczeństwo o tych zagrożeniach zmniejszy liczbę zachorowań u ludzi. Choroby odzwierzęce
stanowiły wówczas w Galicji poważny problem, stwierdzano wówczas
665
m.in. wściekliznę. W latach 1887 - 1889 aż 8.57 % ogólnej liczby zgonów u ludzi spowodowała wścieklizna. Prof. Królikowski zalecał osobom pokąsanym jak najszybszy wyjazd do najbliższego Instytutu Pasterowskiego (Kraków, Warszawa, Wilno), gdzie przygotowywano
szczepionki apelując jednocześnie by ludziom biednym koszty pokrywane były przez gminy. Notowano wypadki śmierci spowodowane
przez wąglik, włośnicę, wągrzycę, echinokokozę, zachorowania na
nosaciznę, promienicę, grzybicę i świerzb odzwierzęcy. Podejrzewano
możliwość przenoszenia przez pasożyty zewnętrzne psów i kotów zarazków dżumy i tyfusu. Ostrzegał przed gruźlicą bydła mimo, że na
kongresie w Londynie w 1901 r. Koch i Schulz stwierdzili że gruźlica
bydła nie stwarza zagrożenia dla ludzi. Uważał, że: „Koch i Schulz
popełnili jedną z najcięższych pomyłek, jakie uczeni mogą popełnić”.
Zalecał spożywanie krowiego mleka po przegotowaniu lub ogrzewaniu
do temperatury 80ºC (8, 10). Wykłady czy też odczyty na temat chorób odzwierzęcych widząc przerażenie na twarzach słuchaczy kończył
stwierdzeniem: „Czyż jednak z tego wynika że należy nam co prędzej
pozbyć się tych wiernych przyjaciół i niepotrzebnych wrogów? Wcale
nie! Winniśmy nad zwierzętami roztoczyć czułą a rozumną opiekę,
chronić je od chorób, bronić od zaraz. Dbać przede wszystkim o to,
aby warunki w których żyją, były właściwe ich ustrojowi. Pod tym
względem rzeczywiście musimy pozbyć się fałszywego sentymentalizmu. Zasadą naszą winno być dostarczenie zwierzętom jak najlepszych warunków bytu (……). A gdy mimo należytego utrzymania nie
powinniśmy zaniedbywać choroby i nie pozostawiać zwierzęcia wła-
666
snemu jego losowi, lecz przez odpowiednie postępowanie dopomódz
mu gdy to możebne chroniąc tem samem i siebie od niebezpiecznych
następstw’’ (10).
Katedra, którą prowadził prof. Królikowski była doskonale zorganizowana. Był świetnym klinicystą, chirurgiem, prowadził dokładną
dokumentację pacjentów i wykonywał ją własnoręcznie. Rejestrował
ciekawe przypadki chorobowe, opisywał nowe techniki operacyjne,
osobiście sporządzał, mając duże zdolności plastyczne, ilustracje, tablice poglądowe, ilustrował także własne publikacje naukowe i podręczniki. Chętnie wprowadzał wszelkie nowinki techniczne, był jednym
z pierwszych profesorów polskich, który to pod koniec XIX wieku, we
współpracy z zawodowym fotografikiem Władysławem Borzemskim,
stworzył bogate archiwum fotograficzne przypadków weterynaryjnych
(15).
Podstawowymi pacjentami prof. Królikowskiego były konie i małe zwierzęta, którym poświęcił najwięcej publikacji i doniesień na zebraniach naukowych. Opracował wiele metod operacyjnych u koni,
np.: kastracji, operacji przepuklin, leczenia powikłań pokastracyjnych,
powikłanych ran, dokonał próby transplantacji tkanek u konia, opracował technikę operacji podwinięcia powieki u psów. Był konstruktorem sprzętu używanego w chirurgii, skonstruował znane do dziś
kleszcze kastracyjne dla ogierów, zbudował własnej konstrukcji stół
operacyjny dla dużych zwierząt, dotchawiczy aparat do podawania
chloroformu i wiele innych. Zajmował się opatrunkami ustalającymi
u koni, opracowując sposoby ich mocowania. W Katedrze Chirurgicz-
667
nej stworzył muzeum patologiczno – chirurgiczne, bogate w preparaty
kostne, złamań narośli kostnych, nieprawidłowości zębów i zgryzu
u koni, zbiór pasożytów zwierzęcych i preparatów mikroskopowych.
Wiele z nich dzięki kolejnym kierownikom Katedry Chirurgii przetrwało
i do dzisiejszego dnia służąc jako pomoc dydaktyczna dla studentów
medycyny weterynaryjnej. Zgromadził bogate instrumentarium chirurgiczne, gdzie oprócz narzędzi zakupionych znajdowało się szereg narzędzi własnej konstrukcji (2, 3, 4, 5, 6, 7, 9).
Wielkim dziełem prof. Stanisława Królikowskiego było stworzenie biblioteki naukowej, którą prowadził z przerwą spowodowaną
pierwszą wojną światową aż do śmierci. Zgromadził ponad 7 000 tomów książek, czasopism naukowych polskich i zagranicznych (15).
Mimo licznych grabieży znaczna część tej kolekcji istnieje do dziś
z widniejącymi wpisanymi ręką profesora numerami ewidencyjnymi.
Wielką zasługą profesora było udostępnienie zbiorów bibliotecznych studentom. Profesor Królikowski był sprawiedliwym i życzliwym, lubianym przez młodzież, pedagogiem. Otoczył osobistą opieką
ponad 30 studentów z Zaboru Rosyjskiego, którzy w czasie prześladowań szkolnych przybyli do Lwowa (15). Wielkim wyróżnieniem ze
strony młodzieży akademickiej było otrzymanie statusu członka honorowego Bratniej Pomocy Studentów Akademii Weterynaryjnej we
Lwowie. Profesor był też wieloletnim członkiem wspierającym samopomoc studentów (14). Był honorowym członkiem i prezesem filistrem
korporacji Lutyko–Venedia. Wiele energii poświęcił pracy społeczno
zawodowej w Galicyjskim Towarzystwie Weterynarskim, gdzie piasto-
668
wał godność honorowego członka. Prof. Stanisława Królikowskiego
cechowały cztery zdecydowane kierunki zawodowe był znakomitym
chirurgiem, pedagogiem, historykiem weterynaryjnym oraz w sposób
perfekcyjny prowadził bibliotekę akademicką. Drukiem ogłosił 11 prac
w formie książek, z czego 4 podręczniki, opublikował też 63 prace naukowe, z czego 50 prac w Przeglądzie Weterynaryjnym (12, 15).
Prof. Stanisław Królikowski zmarł we Lwowie 09.03.1924 r.
i został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim.
Prof. Królikowski wielką wagę przywiązywał do propagowania
historii weterynarii jako samodzielnej dyscypliny naukowej, a biblioteka, którą prowadził stała się nieoficjalną katedrą historii weterynarii.
Dowodem tego są liczne artykuły historyczne, monografie, artykuły
rocznicowe, które ukazały się we Lwowie od początku działalności
uczelni do 1924 r., które stanowią do dziś bezcenne źródło wiedzy.
Był autorem pierwszej bibliografii polskiej weterynarii i hodowli zwierząt domowych, a we wstępie pozostawił przesłanie do przyszłych pokoleń wskazując aby jego dzieło posłużyło do napisania przyszłej historii polskiej historii weterynarii (1). Po śmierci profesora uchwalono
stworzenie Funduszu Wydawniczego imienia prof. Stanisława Królikowskiego. Zebrano nawet kwotę 578 zł, którą przekazano w 1925 r.
na budowę domu akademickiego dla studentów (12).
Aleksander Perenc w Historii weterynarii stwierdza: Rękopisy
profesora zawierają szereg poważnych prac z dziedziny historii weterynarii. Obowiązek ogłoszenia tych prac spoczywa ze względu na ich
669
trwałą wartość na członkach zawodu względnie na organizacjach
zrzeszeniowych lekarzy weterynaryjnych (12).
W obecnych czasach zainteresowanie historią weterynarii
w Polsce wśród lekarzy weterynarii jest stosunkowo niewielkie. Postać
i niedoceniane w należytym stopniu zasługi prof. Stanisława Królikowskiego dla polskiej weterynarii uległy właściwie zapomnieniu. Może
zbliżająca się 100 rocznica śmierci profesora będzie okazją do spełnienia przesłania Aleksandra Perenca.
Streszczenie
Prof. Stanisław Królikowski – to lekarz weterynarii, absolwent
Szkoły Weterynaryjnej w Warszawie, z magisterium uzyskanym w Petersburgu. W 1884 r. przenosi się do Szkoły Weterynaryjnej we Lwowie.
Prof. Stanisława Królikowskiego cechowały cztery zdecydowane kierunki zawodowe: był znakomitym chirurgiem i zarazem konstruktorem sprzętu chirurgicznego, pedagogiem, wybitnym historykiem
weterynaryjnym. Napisał wiele wartościowych prac, a wśród nich
pierwszą polską bibliografię weterynaryjną. W sposób perfekcyjny
prowadził bibliotekę akademicką, gdzie zgromadził ponad 7 000 tomów.
Piśmiennictwo
1. Królikowski S.: Bibliografia polskiej weterynaryi hodowli zwierząt. Nakładem Redakcji
Przeglądu Weterynarskiego, Lwów, 1891.
670
2. Królikowski S.: Przyczynek do leczenia ran pod wilgotnym strupem. Przegląd Weterynarski, 1887, 4, 20-81.
3. Królikowski S.: Bandaż haftowy. Przegląd Weterynarski, 1889, 5, 105-106.
4. Królikowski S.: Przyrząd nowego sytemu do znieczulania zwierat domowych z pomocą wpylania chloroformu do tchawicy. Przegląd Weterynarski, 1890, 12, 268-269.
5. Królikowski S.: Gumki w zastosowaniu do bandażów. Przegląd Weterynarski, 1891,
3, 67-69.
6. Królikowski S.: Przyczynek do narośli kostnych na kończynach u koni. Przegląd Weterynarski, 1891, 4, 89-93.
7. Królikowski S.: Kastracja samców przez zgniecenie sznurka nasiennego. Przegląd
Weterynarski, 1899, 12, 328-332.
8. Królikowski S.: Jak się ustrzedz chorób, które mogą się przenosić ze zwierząt na ludzi. Ksiegarnia Altenberga, Lwów, 1903.
9. Królikowski S.: Przyczynek do wiedzy o przeszczepianiu tkanek zwierzęcych. Przegląd Weterynarski, 1905, 1, 1-6.
10. Królikowski S.: Chore zwierzę a człowiek. Drukarnia Dziennika Polskiego, 1911.
11. Kulczycki W.: Lwowska Akademia Medycyny Weterynaryjnej w czasie wojen. 19141920. Przegląd Weterynaryjny, 1932, 4, 156.
12. Perenc A.: Historja lecznictwa zwierząt w Polsce. Nakładem Autora, Toruń, 1936,
253- 271, 276-278.
13. Praca zbiorowa pod redakcją Tarczyńskiego S.: Zarys historii polskiej weterynarii z
podstawami deontologii, PWN, Warszawa, 1990, 131-134, 141.
14. Sprawozdanie Wydziału Towarzystwa Bratniej Pomocy Słuchaczów Akademii Weterynaryjnej we Lwowie za 1904-1905, Lwów, 1906.
15. Zakrzewski A.: Prof. mgr Stanisław Królikowski redaktor 1899-1912. Przegląd Weterynaryjny, wydanie jubileuszowe 1886-1935, Lwów, 1936, 77-70.
Praca zawiera 13 206 znaków (< 0,5 arkusza wydawniczego)
671
672
ZWIERZĘ - ISTOTA CIELESNA, CZY
DUCHOWA? WYBRANE POGLĄDY NA
PRZESTRZENI DZIEJÓW
Helena Przespolewska, Michał Skibniewski,
Henryk Kobryń
Katedra Nauk Morfologicznych Wydziału Medycyny Weterynaryjnej
SGGW w Warszawie,
ul. Nowoursynowska 159, 02-776 Warszawa
[email protected]
Los zwierząt jest nierozerwalnie związany z losem człowieka.
Od wielu tysięcy lat panuje on nad nimi decydując o ich życiu
i śmierci. Początkowo stanowiły one jedynie źródło pokarmu, rozmaitych surowców oraz siły pociągowej. W miarę upływu czasu wytworzyła się między nimi więź emocjonalna i zwierzęta stopniowo stawały
się podmiotem (23). Mimo to przez wieki we wszystkich kulturach i religiach, miliony żywych istot ginęły na ołtarzach, złożone jako ofiara
bogom (23, 44).
Współcześnie bardzo żywy stał się problem podmiotowości
zwierząt. Część społeczeństwa domaga się dla nich praw, prawie takich samych jak dla ludzi wyrażając pogląd, że „czas zaprzestać postrzegania i traktowania ich jak żywe przedmioty” (36, 37). Autor tego
stwierdzenia, Peter Singer, uważa również, że wszystkie argumenty
na podparcie ludzkiej wyższości nie są w stanie zaprzeczyć jednej
673
prawdzie: w cierpieniu zwierzęta są nam równe. Ludzką ignorancję
w zakresie złego traktowania zwierząt określił jako „szowinizm gatunkowy”. Wyraża on pogląd, że „nie powinno się dyskryminować żadnej
istoty na podstawie przynależności gatunkowej” (36, 37). Orędownicy
praw zwierząt dążą do przyznania im statusu podmiotów moralnych,
wobec których człowiek winien przestrzegać określonych norm zbliżonych do zasad obowiązujących u ludzi. Zakazują one wyrządzania
krzywdy, zadawania bólu a także traktowania innej istoty posiadającej
samoistną wartość wyłącznie jako środka do celu, bez poszanowania
jej indywidualnego interesu.
Aktualne prawo polskie chroni zwierzę do pewnego stopnia.
Ustawa o ochronie zwierząt z dnia 21 sierpnia 1997 zawiera zapis
mówiący: „Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę
i opiekę”. W niektórych kwestiach prawnych może jednak być traktowane jak inne przedmioty o czym traktuje następujący fragment:
„W sprawach nie uregulowanych w ustawie do zwierząt stosuje się
odpowiednio przepisy dotyczące rzeczy” (43).
Radykalni zwolennicy idei praw zwierząt uważają nawet, że „nie
powinny one stanowić źródła pożywienia dla rodzaju ludzkiego, gdyż
ten współcześnie jest w stanie wyżywić się pokarmem pochodzenia
roślinnego”. Wśród nich jest Sylwester Graham, który twierdził, że
„anatomia porównawcza dowodzi, iż człowiek jest z natury istotą owocożerną” (19). Już wcześniej podobny pogląd wyrażał znany rosyjski
pisarz Lew Tołstoj, który uważał, że „człowiek może zdrowo żyć nie
674
zabijając zwierząt dla pożywienia. Dlatego też, jeżeli zjada mięso,
uczestniczy w odbieraniu zwierzętom życia tylko po to, aby zaspokoić
swój apetyt. Działanie takie jest więc niemoralne” (19).
W 1990 roku w Oberwolfach na konferencji pt. „O duszę zwierząt", psycholodzy, biolodzy, filozofowie oraz przedstawiciele innych
dyscyplin nauki opracowali osiem postulatów, które zawarli w petycji
skierowanej do papieża prosząc, aby uznał, iż zwierzęta obdarzone są
nieśmiertelną duszą (26). Z tego faktu wynika, iż mają one prawo do
życia, nienaruszalności cielesnej, godności i zaspokajania naturalnych
potrzeb.
W oparciu o nauczanie i pisma św. Franciszka z Asyżu Ruch
Ekologiczny – REFA przygotował Dekalog ekologiczny, w którym nakazuje otaczać wszystkie istoty żywe miłością, troską i szacunkiem
(35). Jeden z jego punktów nakazuje traktowanie wszystkich istot
stworzonych z należną czcią i miłością.
Na drugim, przeciwstawnym, biegunie stoją poglądy ludzi,
wśród których pokutuje kartezjański mit zwierzęcia – maszyny, nie
mającego uczuć a nawet nie czującego bólu fizycznego (11, 42). Z takim przedmiotem, niekiedy w imię dobra ludzkości, można zrobić
wszystko. Świadczą o tym tysiące wiwisekcji wykonywanych na żywych, czujących istotach, liczne przeszczepy narządów, a nawet całych głów. Ten horror jest codziennością kilkudziesięciu milionów
zwierząt na Ziemi. Są to koty, szczury, psy, myszy, króliki, małpy,
świnki morskie, ptaki, płazy i ryby. Na zwierzętach testuje się leki,
środki chemiczne, kosmetyki itp. Zaraża się je przeróżnymi drobno-
675
ustrojami aby wyprodukować szczepionki, poraża prądem aby poznać
pracę mózgu, zatruwa w celu sprawdzenia działania leków oraz trucizn. To tylko niektóre okrucieństwa człowieka w stosunku do zwierząt
stosowane szeroko w imię nauki i postępu.
Człowiek jest także zdolny do dręczenia zwierząt dla rozrywki.
I tak, np. w Korei odbywają się walki koni, w Hiszpanii – byków, a na
całym świecie walki psów i kogutów. Zwierzęta tresowane w cyrkach
są wielokrotnie obiektem przemocy fizycznej i psychicznej. W niektórych szkołach tresury są to rutynowe metody pracy służące złamaniu
oporu tresowanego zwierzęcia oraz poddaniu go woli i dominacji
człowieka (4).
Niezbyt odległe od tych praktyk jest łowiectwo, traktowane
współcześnie jako forma rozrywki. W imię wątpliwego interesu ekonomicznego i rzekomej konieczności „regulacji” relacji przyrodniczych,
jak również tradycji, dochodzi do masowego uśmiercania zwierząt
różnych gatunków.
Niekiedy w swoich poczynaniach człowiek czuje się usprawiedliwiony przytaczając wyższe racje odnoszące się także do aspektów
religijnych. Przecież Bóg powiedział, że ma on władać zwierzętami
i wobec tego uważa, iż jako panu przyrody wolno mu wszystko. Jest to
przykład nadinterpretacji ponieważ biblijne przekazy mówią wyraźnie,
że „Pan jest dobry dla wszystkich i Jego miłosierdzie ogarnia wszystkie Jego dzieła” (28). Katechizm Kościoła Katolickiego wyraża pogląd,
iż Bóg kocha wszystkie swoje stworzenia, troszczy się o wszystkie,
nawet o wróble (32).
676
Stosunek człowieka do zwierzęcia w dużym stopniu wynika
z różnic jakie ten pierwszy znajdował pomiędzy nim i „bratem mniejszym”. Bez względu na poglądy zajmujemy trwałe miejsce w systematyce zoologicznej. Od zwierząt różni nas wyprostowana postawa, budowa mózgowia, możliwość abstrakcyjnego i kreatywnego myślenia,
używanie symboli oraz szczególna budowa aparatu głosu umożliwiająca porozumiewanie się mową artykułowaną. Człowiek posługuje się
pismem, tworzy religię i kulturę. Ma świadomość dobra i zła oraz potrafi je rozróżnić. Niektórzy powiedzieliby, że człowiek jest zwierzęciem najwyżej zorganizowanym. Są też tacy, którzy podejrzewają, że
tak naprawdę człowieka od zwierzęcia nie różnią kwestie jakościowe
a ilościowe, i że być może jesteśmy wzajemnie spokrewnieni bardziej
niż nam się wydaje. Im lepiej poznajemy świat zwierząt, tym więcej
znajdujemy w nim podobieństw do naszych zachowań. Nieobce są im
cierpienie, poczucie humoru, zdolność wytwarzania narzędzi i świadomość własnego istnienia. Will Cuppy powiedział, że „jeżeli zwierzę
coś zrobi, nazywamy to instynktem, jeżeli zrobi to człowiek, nazywamy
to inteligencją” (30).
Bliższe poznanie psychiki i możliwości intelektualnych zwierząt
nakazuje współczesnemu człowiekowi zweryfikowanie swojego stosunku do tej części przyrody ożywionej.
Od samego początku istnienia, człowiek postrzegał istoty żywe
poprzez pryzmat posiadania lub braku duszy. Jeśli już przyjął, że mają
one coś co nazwał duszą (świadomością, jaźnią), to zastanawiał się
677
jakie są jej losy po zakończeniu życia, czy umiera wraz z ciałem,
a może jest nieśmiertelna i funkcjonuje dalej.
Dusza jest jednym z pojęć opisujących zjawisko, którego istnienia nie można udowodnić naukowo. Definiowanie duszy zajęło niektórym filozofom całe życie i nie doprowadziło do jednoznacznego określenia. Pomimo tego wszyscy wiemy, że dusza ściśle wiąże się z życiem.
Starożytni Grecy wierzyli w obecność duszy nieśmiertelnej zarówno u człowieka jak i u zwierząt, na co wskazują liczne mity (27).
Nazywali ją psyche, thymos (thumos), core, anima lub arche. Jedni
twierdzili, że mieści się gdzieś w głębi ciała, a inni wskazywali na konkretny narząd.
Thymos jest słowem analogicznym do psyche z jedną istotną
różnicą – thymos był śmiertelny, natomiast psyche – nieśmiertelna.
Homer identyfikował duszę zarówno z uczuciem jak i rozumem.
Twierdził on, że kiedy człowiek umiera, jego dusza – nieśmiertelna
część osoby – wylatuje z ust pod postacią motyla, a w Iliadzie czytamy o tym, że Hektor padł martwy bez rozumu (34, 38).
Wierzono, że dusza dostaje się do ciała wraz z pierwszym wdechem, a opuszcza je przy śmierci wraz z ostatnim tchnieniem. Psyche
czyli oddech, wywodzi się z mitu o pięknej królewnie Psyche, której
nadano cechy ludzkiej duszy. Grecy traktowali psyche jako mentalny
odpowiednik ciała stanowiący jego cień, niezdolny do normalnego istnienia. Grecka psyche z czasem ewoluowała w łacińską psyche
678
(umysł) i anima (dusza); wtedy też w wierzeniach rzymskich przestała
być motylem i stała się ostatnim tchnieniem umierającego (38).
Wyobrażano sobie także duszę w postaci małej laleczki, widocznej przez źrenicę, którą nazywano core, w języku łacińskim zaś
określano ją terminem pupilla. „Laleczka” zwana też „panienką” pokazująca się przez źrenicę to upersonifikowana dusza (38). Jest to
w pewnym sensie racjonalne, gdyż dziś wiemy, że źrenica stanowi
niejako okienko z widokiem na mózgowie (siatkówka rozwojowo stanowi fragment mózgowia), a dusza nie mieściłaby się wówczas w oku
lecz w mózgowiu.
Hipokrates uważał nawet, że dusza – fundament życia i siły –
mieści się w żołądku. Wtórował mu w tym wiele lat później Paracelsus
twierdząc, że sekretna zasada witalna, arche lub archeus znajduje się
właśnie w żołądku (18).
Inny grecki filozof Arystoteles siedliskiem duszy (miłości) uczynił
serce. Pogląd ten przetrwał do czasów bliskich współczesnym (18).
Wielu zastanawia się nawet, czy wraz z przeszczepionym sercem, nie
przeszczepia się świadomości (czytaj duszy) człowieka będącego
dawcą.
Herofilos, Galen oraz Kartezjusz umiejscawiali duszę w szyszynce – niewielkim gruczole leżącym na terenie mózgowia. Hinduscy
jogini uważali nawet, że poprzez szyszynkę podczas medytacji dusza
opuszcza ciało (16).
Określeniem pozycji zarówno człowieka jak i zwierzęcia
w świecie przyrody zajmowali się filozofowie greccy. Szanowali oni
679
przyrodę i zwierzęta obdarzone duszą, które były jej częścią. Orfeusz,
założyciel religii orfickiej, przez niektórych uważny za postać fikcyjną,
„widział, jak zbiegły się wokół niego leśne zwierzęta, zafascynowane
jego słowami, pieśnią i miłością, jaką je obdarzał” (27). Filozof ten
nauczał, że zwierzęta podobnie jak ludzie mają duszę, jak oni żyją
wiecznie, po czym powracają na ziemię. Nawoływał aby ludzie
wstrzymali się przed spożywaniem pokarmów mięsnych (33). Platon
ukazał Orfeusza w zaświatach wybierającego duszę łabędzia (8, 15).
Pitagoras (572 – 474 p.n.e.) uczący szacunku wobec wszelkiego życia, również zakazywał swoim uczniom udziału w krwawych ofiarach i spożywania mięsa. Mówił, że wszystko to co człowiek zwierzęciu wyrządził, spadnie z powrotem na niego. Twierdził także, iż tak
długo jak człowiek będzie zabijał zwierzęta, ludzie będą uśmiercali się
nawzajem. W istocie, ten kto zabija i zadaje ból, nie zazna radości
i miłości (21).
Plutarch (50 – 125 n.e.) poświęcił królestwu zwierząt kilka traktatów, był on zagorzałym zwolennikiem ich ochrony. W utworze pt.
„Gryllos, czyli o rozumności nierozumnych zwierząt”, dowodził, że wykazują one inteligencję nawet wyższą aniżeli ludzie. W traktacie zatytułowanym „O zmyślności zwierząt” przypisał tym stworzeniom pewne
cechy cnót moralnych (39). Był on zdecydowanym przeciwnikiem ich
zabijania w celu pozyskiwania pożywienia mówiąc m. in. że „z powodu
kawałka mięsa pozbawiamy te istoty słońca, światła, całej życiowej
ewolucji, do której mają prawo poprzez narodziny oraz życie” (21).
680
Inne stanowisko reprezentował Arystoteles (384 – 322 p.n.e)
autor klasycznej definicji istot ludzkich jako „zwierząt rozumnych”,
uważając, że zwierzęta mają tylko duszę wegetatywną i zmysłową,
a pozbawione są duszy rozumnej. Uważał on, że ludzie posiadają racjonalny umysł, który wynosi je ponad inne gatunki i to wyższe rozumowanie daje człowiekowi prawo do wykorzystywania zwierząt, które
istnieją. Tuż po ogłoszeniu tego stwierdzenia Arystoteles dodał jeszcze, że tak jak możemy polować na pozbawione cech ludzkich zwierzęta, możemy również "polować" i brać do niewoli inne istoty ludzkie,
na przykład "barbarzyńców", których Grecy uważali za niższą rasę (1,
2).
Platon (427 – 347 p.n.e), zachowując biologiczne rozumienie
duszy, przestał traktować ją materialnie. Jest ona, jako czynnik życia,
przeciwieństwem materii, z natury bezwładnej. Natomiast dusza jako
źródło ruchu jest realna, ale nie materialna. Uważał on, że ciało i jego
zmysły są dla duszy narzędziami poznania. Poznaje ona różne zjawiska sama bezpośrednio, bądź pośrednio, posługując się tymi narzędziami. Platonizm był nie tylko dualizmem idei i rzeczy, ale również
duszy i ciała. Platon wierzył w reinkarnacje; dusza dla odkupienia win
musiała się wielokrotnie wcielać w postacie ludzkie, a także zwierzęce
(31).
W posiadanie duszy, zarówno przez ludzi jak i zwierzęta wierzyli
także Hebrajczycy. Słowo nephesz oznacza oddychanie oraz siłę witalną zawartą we krwi, stanowiącą synonim życia. Określa również
psychikę czyli świat myśli, uczuć i woli człowieka. Duszę tę znajdowali
681
we krwi, która była siedliskiem życia. Stary testament wielokrotnie
wspomina o tym, że zwierzęta mają duszę. Można tu przytoczyć
fragment Księgi Rodzaju, gdzie czytamy: „Upomnę się o waszą krew
przez wzgląd na wasze dusze – upomnę się o nią u każdego zwierzęcia” (28). W polskim tłumaczeniu słowo „dusza” zastąpione jest słowem „życie”. Określenia krew-dusza-życie można zatem traktować
jako równoznaczne. W innym miejscu Księgi Rodzaju znajdujemy
fragment o przymierzu pomiędzy Bogiem i istotami żywymi: „Ja zawieram przymierze z wami i waszym potomstwem, które po was będzie;
z wszelką istotą żywą, która jest z wami; ptactwem, ze zwierzętami
domowymi i polnymi, jakie są przy was.” W Księdze Wyjścia Bóg nakazuje pomagać zwierzętom, szanować ich godność i uczucia. Również w Starym Testamencie znajdujemy tekst, który mówi o stosowaniu podobnego prawa zarówno w stosunku do ludzi jak i do zwierząt:
„Jeśli wół pobódł mężczyznę lub kobietę tak, iż ponieśliby śmierć,
wówczas wół musi być ukamienowany”. Biblia Starego Testamentu
stawia ludzi na równi ze zwierzętami, kiedy Bóg domaga się ofiary:
„I oddasz mi pierworodnego syna. To samo uczynisz z pierworodnym
z bydła i trzody” (28).
Współczesny Judaizm
uważa zwierzęta za istoty będące
szczególnym dziełem Boga, które mają większą wartość niż przedmioty martwe. Poprzez uznanie zasad koszerności człowiek wyraża szacunek dla zwierząt. Zakaz spożywania krwi bierze się z faktu, że jest
ona symbolem życia i duszy. Zasada rozdziału potraw mlecznych
i mięsnych podkreśla opozycję pomiędzy życiem, które symbolizuje
682
mleko a śmiercią, którą wyraża mięso. Mleko uzyskuje się od zwierzęcia żyjącego, które właśnie wydało nowe życie. Mięso zaś pochodzi
od zwierzęcia martwego (25).
Starożytni Egipcjanie wierzyli w życie duszy oraz ciała po
śmierci zarówno człowieka jak i zwierzęcia. Twierdzili, że śmierć jest
stanem przejściowym do nowego świata. Egipska Księga Umarłych
mówi, że każdy człowiek składa się z kilku czynników, m. in. z ciała fizycznego – Khat. Wierzono, że po śmierci zmienia się ono w ciało duchowe – Ka i mieszka wśród bogów. Istniejące również po śmierci ciało duchowe, wymagało jedzenia, picia oraz przyjemności. Kolejnym
czynnikiem była dusza – Ba, czyli niematerialna osobowość, wyposażona w cechy moralne i intelektualne. Pomimo, że uważano ją za nieśmiertelną to nie mogła ona jednak istnieć bez ciała. Serce traktowano
również jako źródło życia i bytu. Jego zniszczenie powodowało unicestwienie zarówno sobowtóra ciała jak i pierwowzoru duszy. Mózg był
tylko narządem produkującym śluz, nieistotnym w życiu pośmiertnym,
więc usuwano go w czasie mumifikacji (3). Aby zachować ziemską
powłokę człowieka dla Ka i Ba, Egipcjanie mumifikowali zwłoki. Usuwano większość narządów, przy czym zachowywano serce jako siedzibę myśli i siły życiowej (13). Otaczali czcią liczne gatunki zwierząt,
w których widzieli ucieleśnienie bogów, uznawali je za równe człowiekowi i zupełnie od niego niezależne. Mumifikowano je więc jako żywy
obraz Boga (10). Wierzono w ich życie pozagrobowe i w związku
z tym balsamowano i grzebano wiele gatunków zwierząt. Były to nie
tylko ssaki, ale również płazy, gady i ptaki. Wedle egipskich zwycza-
683
jów – do grobu wkładano zmarłemu zwierzęciu to, co mogło mu się
przydać w życiu pozagrobowym, np. kotu – miski z mlekiem i zabalsamowane myszy, by po śmieci nie głodował. Egipcjanie z ewentualnych złych uczynków w stosunku do zwierząt byli rozliczani na sądzie
Bożym (20).
W Hinduizmie istnieje wiara w reinkarnację, czyli wędrówkę
dusz. Według wyznawców tej religii dusza przechodzi przez coraz
wyższe postacie – od przedmiotu, przez postać rośliny, zwierzęcia,
człowieka aż po zjednoczenie i stopienie się z Bogiem Absolutem raz
na zawsze. W skrajnych przypadkach, w wyniku kary za popełnienie
poważnych zbrodni, dusza może przybrać postać niższą (14).
Szczególnej ochronie zwierzęta podlegały w starożytnych Indiach. Przez wieki wielkie umysły tego kraju walczyły o ochronę świata zwierzęcego. Prawo Karmy rozciągało się zarówno na ludzi jak
i zwierzęta. W epilogu Mahabharaty, Youdhisthira nie zgadza się
wejść do raju, jeśli nie zostanie tam wpuszczony również jego pies,
gdyż raj bez zwierząt nie byłby rajem. Budda zabraniał składania ofiar
ze zwierząt mówiąc: „Zwierzęta, które zabijacie, złożyły wam daninę
z mleka i wełny. Złożyły swą ufność w wasze ręce, które im teraz podrzynają gardła. O wy, co błagacie bogów o łaskawość, sami nie macie
litości dla tych stworzeń, dla których jesteście bogami. Nikt nie może
oczyścić swej duszy krwią. Stąd wniosek: albo bogowie są dobrzy
i krew może w nich wzbudzić tylko odrazę, albo są źli i krwią nie da się
ich przekupić. Nie możecie waszych niecnych czynów przenieść na
głowę niewinnego zwierzęcia. Za wasze grzechy powinniście odpo-
684
wiadać osobiście”. Cesarz Asioka Wspaniały, który panował w III w.
p.n.e. zabraniał zabijania zwierząt w celach ofiarnych lub kulinarnych.
W pierwszym wydanym edykcie mówił: „Niegdyś w kuchni króla, wybrańca bogów o przyjacielskim spojrzeniu, codziennie były zabijane
tysiące zwierząt do zjedzenia. Lecz teraz, w chwili gdy wykuwa się to
prawo, dla przygotowania posiłku zabija się tylko trzy zwierzęta: dwa
pawie i gazelę. W przyszłości nawet te trzy zwierzęta nie będą
uśmiercane”. Był on także założycielem pierwszych szpitali dla chorych i rannych zwierząt (33).
W kulturze chrześcijańskiej człowiek jest bytem jednostkowym
(substantia), w którym można rozróżnić „istotę" (essentia) i „istnienie"
(existentia), czyli ciało i duszę, które stanowią u niego psychofizyczną
jedność. Ciało jest śmiertelne w przeciwieństwie do nieśmiertelnej duszy. Po śmierci dusza oddziela się od materii przechodząc w istnienie
wieczne (40, 41). Dusza to niematerialna esencja istnienia człowieka,
która po oddzieleniu się od ciała nazywana jest duchem. W Biblii
znajdziemy następujące fragmenty świadczące o tym, że zwierzęta
nie są pozbawione duszy: „Przemówił Bóg – niech się zaroją wody rojem dusz żyjących i niech stworzenia latające latają nad ziemią po obliczu przestworza niebios. Niech ziemia wyda żyjące dusze według ich
rodzajów, zwierzę domowe i inne poruszające się zwierzę oraz dzikie
zwierzę ziemi według jego rodzaju. I tak się stało” (28). We fragmencie tym ryby, jak też zwierzęta domowe i dzikie zostały określone takim samym słowem: „dusze”. Rozmaite zwierzęta, w tym również pta-
685
ki, nazwano duszami także w Księdze Rodzaju 9:10, Księdze Kapłańskiej 11:46 oraz Księdze Liczb