nr 16 - PDF Pismo Studenckie PDF

Komentarze

Transkrypt

nr 16 - PDF Pismo Studenckie PDF
www.redakcjaPDF.pl
y
n ow
m e d i ac h
portal o
a
www.red
l
kcjaPDF.p
marzec nr 3 (16)/2009 • ISSN 1898–3480 • egzemplarz bezpłatny
pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
y
c
r
o
i
b
Od
,
o
t
ą
j
u
m
y
otr z
ą
j
u
k
e
z
c
o
o
czeg
dziennikarstwo | Gdzie się zacząłem
Naczelna strona
Marcin Gadziński.
Na wejściu
W mediach, czyli w realu
redaktor naczelny:
Zbigniew Żbikowski
z-ca redaktora naczelnego
Paweł H. Olek
redaktorzy:
Alicja Bobrowicz, Anita Krajewska
zespół redakcyjny:
Emil Borzechowski, Tomasz Betka,
Roksana Gowin, Magdalena
Grzymkowska, Agnieszka Juskowiak,
Marcin Kasprzak, Paweł Łysakiewicz,
Joanna Maria Sawicka, Julian Tomala,
Agnieszka Wójcińska, Wioletta Wysocka
współpraca:
Jan Brykczyński, Tomasz Jelski, Elżbieta
Stryjek, Maria I. Szulc, Bartosz Zaborowski
stały felieton:
Andrzej Zygmuntowicz
Zakochany w Ameryce
właściwy moment, zwracać na siebie uwagę, upodobniając się
do tych, którzy już w wirtualnym świecie istnieją. Sposób drugi:
zmajstrować amatorski portal u siebie na biurku i posłać się
w przestrzeń medialną samodzielnie, licząc, że ktoś, gdzieś,
kiedyś ten cyfrowy wizerunek pochwyci, przeniesie,
wypromuje, upowszechni.
Jest jeszcze jedna kategoria osób, pozostających
w kręgu zainteresowania naszego miesięcznika:
ci, którzy działają na granicy obu światów. Którzy
obsługują urządzenia do „teleportacji” wizerunków,
przenoszenia świata prawdziwego w przestrzeń medialną. Ludzie mediów. To oni w największej mierze
przykładają się do tego, jak wygląda świat,
do którego zwykli śmiertelnicy pragnęliby przeniknąć, albo – i tak bywa – są przenoszeni nic o tym nie
wiedząc. Oni też decydują, jakimi drogami i sposobami ten wykreowany obszar nierzeczywistości,
przeobrażający się na naszych oczach w „prawdziwą
rzeczywistość”, wpływa na ów nietrwały świat cieni,
który zdaje się nie istnieć, dopóki nie pojawi się na
łamach czasopism, ekranach kin i telewizorów, monitorach komputerów, stronach książek.
Zajmując się tym wszystkim, „PDF” zajmuje się więc jak najbardziej „realem”. Światem, który dla coraz większej rzeszy stanowi
jedyną, wartą uwagi rzeczywistość.
Był dziennikarzem sportowym, szefem
działu miejskiego w „Życiu”, amerykańskim
korespondentem „Gazety Wyborczej”
i założycielem strony bialydomek.blox.pl.
Teraz jest szefem portalu Sport.pl.
| Marek Kuprowski
Poszedłem na Wydział Dziennikarstwa UW i już na pierwszym roku
zacząłem przeglądać ogłoszenia.
Wcześniej pisywałem do lokalnych,
pruszkowskich gazetek. Właściwym
dla mnie momentem stały się wczesne lata dziewięćdziesiąte, strasznie
dużo ciekawych rzeczy działo się
wtedy w kraju. To był oczywiście
start „Gazety Wyborczej”, wielkie
przemiany dzienników, „nowa”
telewizja publiczna, masa nowych
mediów i młodych ludzi, którzy zaczynali wtedy szybko robić kariery,
bo stare pokolenie może jeszcze nie
odchodziło, ale było wiadomo, że
będą musieli odejść.
Zbigniew Żbikowski
projekt graficzny, okładka i skład DTP:
Karol Grzywaczewski / [email protected]
WYDAWCA:
Instytut Dziennikarstwa
Uniwersytetu Warszawskiego
koordynator wydawcy: Grażyna Oblas
druk: Polskapresse Sp. z o.o.
nakład: 7 tys. egz.
adres redakcji:
PDF pismo warsztatowe
Instytutu Dziennikarstwa UW
ul. Nowy Świat 69, pok. 51
(IV piętro), 00–046 Warszawa,
tel. 022 5520293,
e–mail: [email protected]
Więcej tekstów w portalu
internetowym: www.redakcjaPDF.pl
współpraca z serwisem foto:
stała współpraca:
Piszesz,
fotografujesz,
interesujesz się PR?
Szukamy
współpracowników.
Kolegia redakcyjne,
każda środa godz. 20:00
Instytut Dziennikarstwa
UW, sala 27
| 02 |
| Anita Krajewska – Plus-minus
W marcu – witamy wiosnę (i odchudzamy się)!
Pożyczam od niezapomnianego Jana Kamyczka (czyli Janiny
Ipohorskiej) i rozbudowuję tytuł jednego z rozdziałów jego
niezapomnianej książki „Jak oni mają się
ubierać?”, bo z tym właśnie kojarzy mi się
akcja „Gazety Wyborczej” „Odważ się – Polacy, odwagi!”. Do wspólnego odchudzania
od czasu do czasu zachęcają różne media,
najczęściej prasa kobieca. Tym razem do
zrzucenia zbędnych kilogramów z rozmachem zachęca opiniotwórczy dziennik, a do
udziału w akcji angażuje kilku pracujących
w wydawnictwie łasuchów. Każdy na łamach
gazety opowiedział o swoich jedzeniowych
grzeszkach, słabościach i marzeniach, by
w końcu od kilku fałdek się uwolnić. Dodaje
to akcji wiarygodności, bo co innego zaapelować do czytelników – odchudzaj się narodzie, a czym innym jest pokazywać, że do
zbijania kilogramów zachęciło się własnych.
Po dwóch tygodniach są już pierwsze efekty
– niektórzy schudli sześć a nawet dziewięć kilogramów, inni dopiero dwa. Ale jeszcze bardziej widocznym efektem jest to, że do akcji
przyłączyło się ponad pięć tysięcy Polaków,
Szczucie Pawlakiem
Już nie kryzys, nie dramatycznie
potrzebna reforma służby zdrowia ani nawet nie spory kompetencyjne pomiędzy premierem
a prezydentem zajmują media. Pierwsza połowa marca zdecydowanie należała do PSL
i wszelkich kontekstów z tą partią związanych. Zaczęło się od informacji „Dziennika”, który oskarżył Waldemara Pawlaka
o nepotyzm i robienie interesów z dotowaną
z budżetu państwa Ochotniczą Strażą Pożarną, której wicepremier jest honorowym
przewodniczącym. Kilka dni później – znów
w „Dzienniku” – pojawiły się informacje
o tym, że podległy mu resort gospodarki naciskał na urzędników z Ministerstwa Zdrowia, by zarejestrowali lek produkowany przez
jeden z zagranicznych koncernów. PSL już zapowiedziało pozew przeciw „Dziennikowi”.
Ludowcy od lat mają problem z dostosowaniem się do standardów panujących w cywilizowanym świecie polityki, które mówią np.
o tym, że państwowe stanowiska obsadza się
na drodze konkursów, kierując się w wyborach kompetencjami kandydatów, a nie ich
nazwiskiem. Cieszę się, że Waldemar Pawlak i jego koledzy lubią pomagać rodzinie
i znajomym, ale niech nie robią tego za nasze
pieniądze. I cały ten tekst mógłby znaleźć się
w „Plusie” – brawo media, że patrzycie na
ręce – gdyby nie to, że znów dziennikarze
i publicyści odchodzą od meritum, zamiast
skupiać się na walce o transparentną i trzymającą standardy politykę. Wolą jątrzyć,
dzielić, dopatrywać się drugiego, trzeciego
i dziesiątego dna. Co mam na myśli? Nudzą
mnie i denerwują spekulacje o tym, że zaraz
rozpadnie się rządząca koalicja, że PO chce
wymienić ludowców na SLD, że sporom w koalicji nie ma końca. Dziennikarze napuszczają na siebie polityków obu partii i mało w tych
staraniach intencji skłonienia ich do refleksji
o jakości naszej polityki. Znów chodzi tylko
o to, żeby panowie z telewizorów pokłócili się
i nawzajem poobrażali. Coś przynajmniej by
się działo. Bo ile można mówić o kryzie?
którzy w diecie wspierają się na stronie www.
odwazsie.pl. Wiem dobrze, co to znaczy walczyć ze zbędnymi kilogramami, niestety nigdy nie miałam jakichkolwiek dobrych skojarzeń z tym związanych. Akcja „Gazety” po
raz pierwszy pozwoliła mi pomyśleć o odchudzaniu pozytywniej, z przekonaniem, że nie
muszą to być tylko katusze, ale przemyślany
i dający satysfakcję wysiłek, który opłaca się
podjąć. I za to plus, bo jestem pewna, że wiele
osób zawdzięcza temu cyklowi podobne nastawienie.
fot. Piotr Piotrowski/PAP
korekta: Joanna Maria Sawicka
Przez dwa lata byłem w „Życiu”
Wołka zastępcą szefa działu sportowego. Potem zostałem szefem
działu miejskiego, co było moim
pierwszym dużym awansem. Nie
wiedziałem, czy sobie poradzę.
Podstawowa zasada jest taka, żeby
pogadać z paroma mądrymi ludźmi, posłuchać ich rad. Ja wtedy tak
zrobiłem, zresztą zawsze tak robię
i to się sprawdza, uspokajasz tak
swoje irracjonalne obawy. Potem
jest ten dziwny moment, kiedy stajesz przed całą grupą, wszyscy na
ciebie patrzą, nikt cię nie zna. Byłem jednym z nich, a oni patrzą na
mnie jak na szefa, na nową miotłę.
To dziwne uczucie. Najważniejsze,
żeby pokazać, że choć jestem wyżej, to nie jestem jednym z szefów
przysłanych nie wiadomo skąd
przez górę, tylko jednym z nich,
dziennikarzy.
Od zawsze strasznie interesowała mnie Ameryka. Po drugim
roku studiów dziennikarskich
poszedłem też na amerykanistykę. NBA, pierwszy kontakt z Internetem – to wszystko przecież
media amerykańskie. Na dziennikarstwie pisałem pracę o „New
York Timesie”. Czułem, że mam
mocne przygotowanie. Pamiętam,
że przychodziłem rano do pracy
i pierwsze, co robiłem, to włączałem CNN albo Fox News. W dziale
sportowym „Gazety Wyborczej”!
Ludzie przychodzili i mówili:
„Jezu, ten Gadziński znowu jakąś
Kalifornię ogląda!”. Potem był
11 września. Stałem w tym dziale
sportowym bez ruchu. Przez cztery godziny patrzyłem w ekran telewizora. Miałem tego dnia jakiś
ważny tekst. Michael Jordan miał
chyba ogłosić kolejny powrót do
koszykówki, ja miałem napisać
do tego fajny komentarz. No ale
stałem jak zamurowany, wreszcie
szef działu Olejniczak wziął mnie
na bok i mówi: „Wiesz co, ty idź do
domu i w domu oglądaj telewizję”.
Przecież oni musieli zrobić gazetę,
mimo że to był 11 września. Wtedy
poczułem, że w dziale sportowym
już swoje zrobiłem. Zwykle co 2-3
lata rozglądam się za czymś nowym. Widzieli to Olejniczak i wicenaczelny „Gazety”. Usłyszałem:
„Wiesz, jeszcze w tym roku będzie
taki konkurs, bo Węglarczykowi
się kończy kontrakt...”. Wystartowało 10-15 osób z „Gazety”.
Trzeba było dać na jednaj kartce
swoje CV i wizję pracy w Ameryce. Ja to CV miałem dość mocne
– dziennikarstwo, amerykanistyka, praca o „NYT”, roczne stypendium w Stanach. Potem odbyła się
rozmowa z czwórką naczelnych:
Michnikiem i jego zastępcami, Heleną Łuczywo, Stasińskim i Pacewiczem oraz zastępcą kierownika
działu zagranicznego, bo sam kierownik – Marcin Bosacki, obecny
korespondent – też wystartował
w tym konkursie. To była godzinna
rozmowa, pytali o najdziwniejsze,
podchwytliwe rzeczy. Pamiętam,
że najbardziej zażył mnie Adam
Michnik. Zapytał, z kim bym
porozmawiał, gdybym miał zrobić wywiad z jakąś Amerykanką
o amerykańskich kobietach. Zacząłem wymyślać: z jakąś panią
senator... On mówi: A o amerykańskiej kulturze? Już wtedy wiedziałem, że ma w głowie jakieś nazwisko i że jak zgadnę, to dobrze...
Oczywiście nie zgadłem. Chodziło
mu o pisarkę Toni Morrison. Nie
sądziłem zatem, że dobrze wypadłem. Konkurs wygrał Marcin Bosacki, ja zająłem drugie miejsce.
On był wtedy jednak świeżo upieczonym szefem działu zagranicznego, więc uznano, że pojadę ja,
a Marcin pojedzie po mnie.
rys. Maria I. Szulc
REDAKCJA
„PDF” powstał jako czasopismo zajmujące się światem mediów,
co dokładniej precyzuje rozwinięcie tytułu: PR, dziennikarstwo,
fotografia. Chodzi w tym przypadku o dyscypliny, w jakich można
się specjalizować podczas studiów w Instytucie Dziennikarstwa
UW. I tu zaczynają się schody. Koncentracja na tym
wycinku wręcz sama się naprasza o zarzut, że pismo jest oderwane od rzeczywistości. Nic bardziej
błędnego. Czyż bowiem media nie są lustrem tak
zwanego prawdziwego życia?
Nie bez przyczyny powiada się, że co nie istnieje
w mediach, nie istnieje naprawdę. Pomińmy filozoficzną dyskusję o to, co znaczy istnieć naprawdę.
Zgódźmy się, że przesączanie się „życia prawdziwego” do świata wirtualnego osiągnęło już moc strumienia, a od kiedy pojawiły się w Internecie portale
społecznościowe, zjawisko to można przyrównać
do powodzi, jaka zalewa świat po przerwaniu tamy.
Teraz już każdy, kto chce zaistnieć „naprawdę”, pragnie pojawić się w przestrzeni cyfrowej, analogowej,
papierowej, krótko mówiąc – medialnej.
Narodzić się w obszarze medialnym można teraz na dwa sposoby. Sposób pierwszy: trzeba w odpowiednim momencie znaleźć
się w polu działania specjalnego portalu (w fantastyce mówi się
o oknie czasowym), który przeniesie nas – dokładniej nasz żywy
obraz – w inny wymiar. O obecności portalu świadczą najczęściej
obiektywy kamer, mikrofony, czasami telefony komórkowe czy
laptopy. Wybrańcy przekraczają tę granicę światów wielokrotnie,
niekiedy kilka razy dziennie, inni muszą pilnować, czatować na
Reportaż o samobójcach z mostu
Golden Gate to chyba najciekawszy
temat, jaki zrobiłem w Ameryce.
Strasznie ciekawe miejsce, chyba
najbardziej uwielbiane na świecie
przez samobojców. Trzy procent
tych ludzi przeżywa. Czyli jest to
skuteczniejsze niż rzucanie się pod
samochód, pod pociąg czy strzelenie
sobie w głowę. Jeden z tych, którzy
przeżyli, zabrał mnie na ten most,
żeby pokazać, jak wyskakiwał. Most
był spowity mgłą, dość długo szło
się do tego miejsca i w pewnym momencie mówi mi: To tu. Ja pytam:
I co? A on: No, podszedłem, zrobiłem krok... pokażę ci! I w tym
momencie ruszył do tej barierki
dynamicznym krokiem, a mi serce
zamarło. Ten facet już raz z tego
mostu skoczył! Miałem z nim dobry
kontakt, wydawało mi się, że żartuje, ale na sekundę mnie zmroziło.
Zatrzymał się w ostatniej chwili.
Jest masa stereotypów o Ameryce.
Że Ameryka jest „jakaś”. Jak przyjeżdżali do mnie goście, mówiłem:
Ameryka jest wszystkim, co sobie
tylko wyobrażasz i jeszcze milionem innych rzeczy. Czy Amery-
kanie są infantylni? Nie, to stereotyp. Czy w Ameryce są infantylni
ludzie? Tak, bardzo dużo. Są też
ludzie nijacy, genialni i kompletnie wybitni, strasznie fascynujący.
Tam są wszystkie gatunki ludzi, jakie sobie tylko można wyobrazić.
To samo dotyczy innych rzeczy.
Że w Ameryce jest brudno, pełno
grubasów i wszyscy piją colę. No
pewnie, to trochę prawda. Tylko
że jest też masa ludzi, którzy mają
kompletnego hopla na punkcie
sportu, fitnessu i choć jest to może
kraj najbardziej otyłych ludzi na
świecie, to jednocześnie jest to
kraj najbardziej usportowiony. To
wszystko do nich pasuje. W każdej
dziedzinie przypisać im można
wiele łatek, ale zawsze trzeba pamiętać, że to jest tylko jedna część,
a nie obraz całej Ameryki.
Tworząc Biały Domek, nie spodziewałem się aż tylu czytelników.
Wybrałem sobie taki wycinek, który mnie najbardziej fascynował:
amerykańska polityka z technicznego, operacyjnego punktu widzenia. Nie jakieś wielkie idee, którymi zajmują się intelektualiści.
Mnie najbardziej fascynują tamtejsze mechanizmy, które są tak
odmienne od naszych. Cały czas
uczę się nowych rzeczy. Miałem
nadzieję, że ludzie, którzy i tak interesują się amerykańską polityką,
na moim blogu będą znajdować
informacje, do których trudno im
dotrzeć. Wiele razy udawało mi
się to i byłem strasznie z tego zadowolony, że wychwytywałem jakieś drobiazgi, a po dwóch, trzech
dniach okazywało się, że to była
wielka sprawa. To była satysfakcja, że umiem wyłapywać w amerykańskiej kampanii rzeczy, które
najpierw wydawało się, że przejdą
niezauważone, a potem okazywało
się, że były naprawdę ważne.
Blog był też strasznie fajną rzeczą dlatego, że pozwalał mi pisać
niegazetowo. Nie musiałem myśleć o czytelniku masowej gazety
ogólnopolskiej, któremu za każdym razem musiałem tłumaczyć:
to jest partia republikańska, a to
demokratyczna. Pisałem tak, jakbym pisał do siebie. Może to było
czasem trochę aroganckie, ale...
chrzanić to, to jest mój blog!
| 03 |
| Wróżył Marcin Kasprzak
sne wypowiedzi, które tak chętnie cytuje „Sueddeutsche Zeitung” i zda sobie nagle sprawę,
że jest chora psychicznie. Pokornie zadzwoni do szpitala i cały
świat, a w szczególności Polskę,
obiegną jej zdjęcia, na których
zamiast w czerwonej, agresywnej
garsonce będzie stała w kaftanie
bezpieczeństwa. W sumie na
geopolityczną mapę świata i tak
nie będzie to miało wpływu, ale
może chociaż Polacy będą zasypiać spokojniej.
fot. www.tvp.pl
Wróżba z „Kto się zmienił:
Steinbach czy Niemcy?”
„Rzeczpospolita”,
12 marca 2009 roku
Nowa era w TVP
Dialog w serialu „Klan”. Ola Lubicz
mówi do pani Steni: „Przez Internet może pani zapłacić abonament
za swoją ulubioną telewizję”. Krzyczę: nie warto! Z pewnością pani
Stenia nie widziała jeszcze „Stawki większej niż życie”, „Janosika”
i z utęsknieniem czeka na „Potop”
w święta Bożego Narodzenia.
Pewna regularność i tradycja
w Telewizji Polskiej oraz minimalne ryzyko zaskoczenia spowodują,
że telewizja ta stanie się tak nudna,
że nawet właściciele stacji (w domyśle: cały naród) nie będą chcieli
jej oglądać. Otóż przyszłość Telewizji Polskiej wygląda zaskakująca. Włączana od lat do wszystkich
możliwych programów Justyna
| 04 |
Steczkowska uzna, że nie prowadziła jeszcze wiadomości, programu „Tomasz Lis na żywo” oraz nie
była rzepką przed rundami w Familiadzie. Kiedy odegra już każdą
możliwą rolę w TVP, ktoś wreszcie
skapnie się, że Justyna Steczkowska od 1995 roku nagrała tylko
dwa przeboje i w sondzie ulicznej
99 proc. przechodniów nie potrafi
wymienić trzech tytułów jej piosenek. Nareszcie skończy się ERA
JUSI i Telewizja Polska wkroczy
w nową erę.
Wróżba z „Telewizja
bez abonamentu?”,
„Rzeczpospolita”,
12 marca 2009 roku
W Polsce reguły zmienia się
w trakcie trwania gry. Studenci
na maturę patrzą czasem z sentymentem, czasem zmęczeni sesją stwierdzają, że matura była
dla nich formą relaksu. Prawda
dla tegorocznych maturzystów
może być jednak dosyć trudna do przyjęcia. Znając miłość
ministerstw do zmian, jeszcze
w maju może okazać się, że każdy uczeń musi zdawać na maturze „wiedzę o tańcu” i język
francuski (z całym słownictwem
stosowanym w dialekcie gabońskim) na poziomie rozszerzonym! Ponadto z roku na rok testy będą coraz trudniejsze, żeby
zdawał 1 uczeń na 10 śmiałków.
Uwaga! Wyciekły tematy prac
z historii w arkuszach rozszerzonych w 2011 roku! Podobno ma
to być „Wpływ uprawy kakao na
politykę wewnętrzną Indonezji
i stosunki z Pakistanem”. Dobra prognoza: średnio na jedno
miejsce na studiach ubiegać się
będzie 0,11 ucznia, ponieważ
prawie nikt nie przebrnie przez
testy maturalne! Z racji, że
branża edukacyjna ma się nieźle – dzieci już będąc w brzuchu
mamy uczą się angielskiego, to
może niebawem naukę będą pobierały komórki macierzyste?
Wróżba z „Próba obowiązkowej
matury z matematyki 2010”,
www.matura.gazeta.pl
z 8 stycznia 2009 roku
fot. Mira Pavlakovic/sxc.hu
fot. Adam Hawałej/PAP
Cyrk zmian
Steinbach w psychiatryku
Pani Steinbach nadal bryluje.
Oczywiście w polskich dziennikach, bo jej obecność na niemieckiej scenie politycznej jest tak
znikoma, jak siła przebicia Janusza Korwin-Mikkego. Jednak
o ile Mikkemu pozostała dziś już
tylko muszka, Steinbach ma coraz więcej zdjęć z Angelą Merkel
i coraz większą satysfakcję z zadymy, jaką wywołuje w środowiskach polsko-niemieckich. Spokojnie, moi mili. W najbliższym
czasie Erika Steinbach będzie
zmieniała mieszkanie. Podczas
przeprowadzki urządzi sobie podróż sentymentalną. Dokładnie
przeczyta wszystkie wywiady,
których udzieliła, przejrzy wła-
dziennikarstwo | Słowo / Obraz
fot. Paweł Supernak/PAP
Wróżenie z newsów | dziennikarstwo
Polak jednak nie
światowiec
Jeszcze w ostatnie wakacje Polacy poczuli się iście europejsko
i z ułańską fantazją buszowali po
egipskich bazarach, przeliczając cenę (prawie srebrnej) lampy
Alladyna na złotówki, mnożąc
wartość dolara razy dwa. Tymczasem dziś „tambylcy egipscy”,
jak określiła ich jedna z agencji
turystycznych, z żalem targują się
o pluszowego wielbłąda, bo nie
mogą uwierzyć, że kiedyś mogli
za tę samą ilość dolarów (czy tam
funtów egipskich) kupić kryształową piramidę. Tak – złoty nie
ma się świetnie, co odbija się nie
tylko na turystach, ale przede
wszystkim na polskiej gospodarce. Wprawdzie nie będziemy
musieli zmniejszać czcionki na
banknotach, żeby zmieściła się
tam ilość zer (jak niegdyś włoskie
liry czy wietnamskie dongi), ale
na zakupy w loecknickim Lidlu
nie będą mogli sobie pozwolić
„Polacy przygraniczni”. Może
nagle stwierdzimy, że „co polskie, to lepsze”. Zamiast do kraju
faraonów, powrócimy do starej,
dobrej Łeby, a zamiast sushi jadać
będziemy karpia w bułce tartej?
Wróżba z „Koniec
słabego złotego”
Polska The Times,
13 marca 2009 roku
Kapiszon
Szkoła bastion
Po wydarzeniach w Badenii
nasz nowy minister sprawiedliwości już na pewno nie będzie
opowiadał o prawie do posiadania broni w domu. 18-latek
musiał być niezbyt zadowolony z oferty edukacyjnej, którą
oferowała mu szkoła w Winnenden. Niestety, stosunki nauczyciel – uczeń coraz dalsze
są od starodawnego schematu
mistrz – uczeń i coraz bardziej
przypominają kontakty Gołota – Tyson. Polska młodzież
nakłada kosze na głowy lub zamyka katechetę w szafie i wrzuca monety, bawiąc się w „do
grającej szafy grosik wrzuć”.
Nasi koledzy zza Odry widocznie bawią się w inne produkcje,
„trochę bardziej” kryminalne.
Jedne i drugie „zabawy” mogą
spowodować, że do szkół będzie się wchodzić przez bramki,
w przeźroczystych plecakach,
a zamiast poczciwej pani woźnej, witać nas będzie profesjonalna firma ochroniarska
z wykrywaczem metali. Tragedia w Badenii to nie tylko tragedia Niemców. To także tragedia
cywilizacyjna, gdzie czasem
zamiast rodziców, wychowują
młodzież gry komputerowe i seriale kryminalne (nie, nie mam
na myśli „W11”).
Wróżba z „Masakra w
Winnenden: Post mordercy to
fałszywka”,
„Gazeta Wyborcza”,
13 marca 2009 roku
| Zbigniew Żbikowski, PDF
Obraz tekściarza
Kicz i tandeta
Rozpoczęła się era nowych filmów!
Najpierw Polacy tłumnie chodzili
do kin na filmy o polskich pseudomacho-gangsterach, później na
wielkie ekranizacje lektur szkolnych, a jeszcze później na komedie romantyczne. Film „Kochaj
i tańcz” powoduje, że człowiek tak
naprawdę nie wie, czego się jeszcze
można spodziewać. Ani muzyka,
ani dialogi, ani zjawiskowe kreacje aktorskie. W filmach główną
rolę odgrywać będzie Warszawa,
wymuskany amant i oczywiście
Karolak. Polska kinematografia
już postanowiła się rozdwoić – po-
wstają filmy beznadziejne, na które
chodzą miliony i filmy relatywnie
niezłe, na których nawet podczas
premiery zostają wolne miejsca
w niewielkich salach kinowych.
Kolejni aktorzy będą otwierać sklepy z winami (Marek Kondrat), grać
w reklamach kleju do protez (Teresa Lipowska) lub po prostu wszyscy
wezmą udział w „Tańcu z Gwiazdami” (połowa pewnie drugi raz).
Widzowie na polskie filmy chodzić
nie będą już na pewno.
Wróżba z „Kochaj i tańcz bije
rekordy popularności”
www.lansik.pl
Mężczyzna unosi rewolwer. Zaraz padnie strzał. Wokół niego
stoi kilkadziesiąt osób. Nikt nie
zamierza go powstrzymać. Przeciwnie, wydaje się, że pragnieniem
wszystkich jest, by człowiek za sekundę pociągnął za cyngiel. Żeby
to się stało.
Mężczyzna ma na głowie hełmofon, atrybut czołgisty. Ma też na
sobie szynel piechura bez dystynkcji. Spod szynela wystają fragmenty wojskowego munduru. Jego
oczy przysłaniają okulary przeciwsłoneczne. Wygląda dziwnie.
Zagadkowy strój wyróżnia go
z tłumu. Zwraca uwagę, przyciąga
kamery. Obiektyw stojącego obok
fotoreportera wskazuje na miejsce
poza kadrem, w które skierowana
jest lufa rewolweru. Zza jego pleców wyłania się mikrofon – ktoś
tę scenę nagrywa. Teatralna poza
mężczyzny podczas składania się
do strzału i jego strój każą się domyślać, że odgrywa on jakąś ważną rolę w ulicznym happeningu.
W tle tej dynamicznej sylwetki
stroi dość statyczny tłum, część
osób z tła trzyma w dłoniach
| Piotr Malinowski, Polska Agencja Prasowa
drzewce flag z logo Solidarności, niczym
halabardnicy halabardy. Ktoś spośród
uczestników tej sceny także ma na głowie
hełmofon, ktoś inny beret czołgisty. Ale
tylko mężczyzna z rewolwerem nosi zielony mundur.
Z lufy pistoletu wystaje walcowaty ładunek. To nie rewolwer na kule a rakietnica.
Za moment pojawi się na ulicy czerwony
obłok. Strzelą migawki aparatów, włączone zostaną kamery, dźwięk zarejestrują
mikrofony. Utrwalona scena rozpocznie
własne, automiczne życie w mediach. Nikt
nie będzie pytać, jak się nazywa mężczyzna
z siwym wąsem. Jest symbolem, bezosobowym głosem tłumu, wyraża protest setek,
może tysięcy pracowników sektora zbrojeniowego. Z wewnętrznej kieszeni jego
płaszcza wystaje kilka białych kartek. Pewnie z tekstem tego, co mężczyzna w imieniu innych mężczyzn i kobiet ma światu do
powiedzenia.
Wyraz jego twarzy mówi wprost, że wystrzeliwując flarę na ulicy, niczego się nie
obawia. Za nim stoi racja manifestanta
i halabardy straży przybocznej. Gdyby
przyszedł sam i na warszawskiej ulicy odpalił rakietę, od razu byśmy się dowiedzieli, jakie nosi nazwisko.
Słowo fotografa
Czy to strajk czy pole walki? Dobre zdjęcie powstaje wtedy, gdy
jesteś blisko fotografowanego zdarzenia. W tym miejscu należałoby
przywołać postać Roberta Capy,
który mawiał: „Jeśli twoje zdjęcia
nie są dostatecznie dobre, to nie
jesteś dostatecznie blisko”.
Zdarza się, że najlepsze zdjęcia
powstają przypadkowo, ale gdy
mówimy o zawodowych fotoreporterach umiejętność uchwycenia chwili jest podstawową
umiejętnością a zarazem miarą
profesjonalizmu. W mgnieniu oka
fotograf podejmuje szereg decyzji,
które wpłyną na wygląd zdjęcia.
Dobór czasu, przesłony – w dobie
aparatów cyfrowych nadal stanowią podstawę dobrze wykonanego
zdjęcia.
Powróćmy jednak do naszej fotografii. Załóżmy, że parametry
mamy już odpowiednio dobrane,
uwzględniliśmy natężenie światła,
typ oświetlenia, jesteśmy wystarczająco blisko wydarzenia – obserwując jego przebieg,
niejako wyczekując odpowiedniej chwili,
pojawia się ów „jegomość” w hełmofonie
i z rakietnicą w dłoni. Ciekawa postać która na tle protestującej masy urozmaici nasz
materiał. Tło stworzone z flag Solidarności
dzierżonych przez zawiedzionych związkowców i nasza postać, która na pierwszy
rzut oka przykuwa uwagę, jednak już po
chwili, śledząc jego spojrzenie, wzrok kierujemy na rakietnicę.
Dobrze skomponowane zdjęcie ma dać odbiorcy jasny przekaz na temat tego, co chciał
nam przekazać fotograf. Kolejna istotna
sprawa to kadr, który powinien być tak
skomponowany, aby nasz obiekt nie znajdował się w jego centrum, bo często uważa się,
że zdjęcia poziome uchodzą za bardziej dynamiczne. Ostatnia kwestia to tzw: „równoważenie plam”. Wyobraźmy sobie, że w spód
zdjęcia wbijamy szpilkę – kolor czarny waży
najwięcej, a biały najmniej. Zdjęcie musi
być tak skomponowane, aby na owej szpilce
utrzymało równowagę.
| 05 |
World Press Photo | temat numeru
temat numeru | World Press Photo
Tegoroczna edycja World Press Photo
to jeszcze jeden dowód na to, że kultura
popularna zaczyna odciskać piętno
także na sposobach opowiadania
o rzeczywistości znacznie bardziej
skomplikowanej niż kolejna przygoda
serialowego aktora czy piłkarza.
| Andrzej Zygmuntowicz
Zdjęcie Roku 2008 Anthony Suau, USA, Time. Kryzys ekonomiczny w USA: eksmisja, detektyw
Robert Kole musi przekonać się, że mieszkańcy opuścili swój dom, Cleveland, Ohio.
III miejsce w kategorii Wydarzenia: Wojciech Grzędziński, Polska, Napo Images dla Dziennika,
Konflikt w Gruzji, sierpień 2008 roku
Rozesłany do mediów komunikat
tego najgłośniejszego konkursu fotografii prasowej zawierał ledwie
21 zdjęć. Dysponując tym zestawem,
nie da się w pełni ocenić tegorocznej
edycji konkursu. Dopiero poznanie
całości nagrodzonych prac, a jest
ich 383, pozwala ustosunkować się
do tego, co zdaniem szacownego
jury jest najbardziej wartościowe we
współczesnej fotografii prasowej.
Estetyka jak z komórki
W każdej kategorii pojawia się choć
jeden zaskakujący materiał, budzący pytanie o to, co dziś jest fotoreportażem i który z nich jest naprawdę dobrze zrobiony. Już w pierwszej
z nich, analizującej najważniejsze
nagłe wydarzenia, zdumiewa wyróżnienie przyznane Sebastianowi
D’Souza za 11 zdjęć dokumentujących atak terrorystyczny na dworzec
kolejowy w Mumbai. To całkowicie
amatorska robota o przypadkowych
kadrach, choć da się to jakoś wytłumaczyć, bo wkoło latały kule, ale po
co taka ilość zdjęć ułożonych bez
składu i ładu? Ani chronologii, ani
logiki, a estetyka jak z kiepskiego
telefonu komórkowego.
W następnej kategorii, też poświęconej wydarzeniom, pierwsza nagroda przypadła Davidowi
Monteleone za cykl zdjęć zrobionych w Abchazji, krótko po wojnie
gruzińsko-rosyjskiej o południową
Osetię (Abchazja to drugi, obok
Osetii Południowej, teren sporny
między Gruzją a Rosją, podczas
gdy większość rdzennej ludności
abchaskiej dawno wyemigrowała
do Turcji). Zbiór 12 zdjęć o estetyce
współczesnego, nieco niestarannego dokumentu, sprawia wrażenie
dość przypadkowo zebranych kadrów bez jakiegokolwiek klucza,
poza tym, że zrobione były w Abchazji. Dowiadujemy się, że tutejsi
mieszkańcy bywają na kamienistej
czarnomorskiej plaży, pojawiają się
na imprezach masowych i prywatnych, miewają groźne oblicza, niektórzy noszą mundury, w kraju jest
trochę powojennych ruin, są góry
i lasy, a także krowy. Bardzo podobnie wygląda trzecia nagroda
w kategorii „Ludzie w wydarzeniach”, za cykl zdjęć o powstańcach
tuareskich w Mali. Ich estetyka
żywcem przypomina wakacyjne
obrazki robione przez tysiące turystów wędrujących po świecie.
Reportaż o ludziach
z plastiku
Im głębsze zanurzenie w zbiorze nagrodzonych zdjęć, tym więcej zaskoczeń. W obu kategoriach sportowych
wyróżniono konceptualne ćwiczenia. W pierwszej najwyższą nagrodę
przyznano Vincentowi Laforet za
zdjęcia zrobione z jednego punktu
nad wieżą lub trampoliną olimpijską. Aparat rejestrował figury i miny
zawodników skaczących do wody.
Skoczkowie figury mają identyczne
a miny arcypodobne – zdumiewające odkrycie, że w identycznych sytuacjach ludzie zachowują się identycznie. Howard Schatz z kolei rejestrował twarze bokserów przed walką
i po niej, w stylistyce zdjęć portretowych do kart identyfikacyjnych dla
dowolnej korporacji. Banalna realizacja żywcem przypomina typowe
ćwiczenia szkolne zadawane słuchaczom szkół fotograficznych. Ale
najbardziej szokująca jest nagroda
w kategorii portret, którą otrzymał
Li Jiejun za 12 zdjęć z plastikowymi
ludzikami w rolach głównych. Owe
ludziki zostały poustawiane w kadrze
przez autora według znanych fotografii wojennych. Znajdziemy wśród
nich słynne zdjęcie Roberta Capy
z wojny domowej w Hiszpanii
„Śmierć żołnierza republikańskiego”, kadr Joe Rosenthala „Zatknięcie
flagi na Iwo Jimie” czy „Pocałunek”
Alfreda Eisenstaedta, zrobiony na
ulicy nowojorskiej w dniu zakończenia II wojny światowej. Czy to
naprawdę jest fotoreportaż?
Odbiorca oczekuje,
nadawca dostarcza
Żeby odbiorca
nie miał kłopotu
Podobnie zaskakujących werdyktów
jury jest znacznie więcej. Co z nich
wynika? Jak we wszystkich wcześniejszych edycjach World Press
Photo także i tym razem jurorami
byli wytrawni, doświadczeni fotografowie i edytorzy z najważniejszych tytułów prasowych i agencji
fotograficznych. Ich wybory, choć
zaskakujące, mówią jednak o istotnych przemianach w fotografii zwanej prasową. Z werdyktu dowiadujemy się nie tylko o tym, jak wygląda
dzisiejsza fotografia publikowana
w gazetach i czasopismach, ale także, kim jest dzisiejszy odbiorca prasy i prezentowanych w niej zdjęć.
Ogromna większość fotoreportaży
i zdjęć pojedynczych, wybranych
do nagród, to bardzo proste kadry,
dość nachalnie i jednoznacznie
oznajmiające swą treść. Tak, by nie
sprawić kłopotu odbiorcy. Niepotrzebne jest wyrobienie estetyczne
ani praca intelektualna, ani żadne
inne przygotowanie przy percepcji
obrazów. Kawa na ławę, by dotarło
do każdego.
Choć nie jestem pewien, czy wszyscy wiedzą, gdzie leży Abchazja, jak
skomplikowana jest jej historia, i co
obecnie z nią i wokół niej się dzieje. Podobnie nie podejrzewam, by
każdy Amerykanin czy Europejczyk wiedział, kim są Tuaregowie,
i o co im chodzi w walce z władzami
Mali. Może czytelnik zainteresuje się, patrząc na zdjęcie ? Nie, to
chyba za duży wysiłek. Popatrzy
na zdjęcie w gazecie, uśmiechnie
się lub zasmuci losem nieznanych
i nierozpoznawalnych postaci z niewiadomego miejsca świata i czym
prędzej przejdzie na ostatnią stronę, by sprawdzić, czy Real dokopał
Barcelonie lub Arsenal zlał Liverpool. A tam parada ukochanego
bramkarza, główka napastnika,
przewrotka obrońcy, faul pomocnika. Rozpoznawalne układy, od lat
zawsze takie same, żadnych zasko-
czeń, wszystko jasne i zrozumiałe.
Kartkując inne strony gazety, zapewne zauważy duże zdjęcie serialowej gwiazdki, festiwalowej
piosenkarki lub zwyciężczyni popularnego programu telewizyjnego
z kolejnym jegomościem, z którym
podobno zaczęła się zadawać, ale
teraz to już naprawdę. Z typowymi
celebrytami walkę na łamach prasy
toczą jedynie najważniejsi politycy,
ale i oni ujmowani są w banalnych
kadrach. Gdy nie ma nagłych kataklizmów, jak powódź, trzęsienie ziemi, jednodniowa wojna czy strzały
szaleńca, to dominującymi tematami stają się miejscowi bohaterowie
masowej wyobraźni, wciskani do
głów odbiorców wszystkimi możliwymi kanałami, przy użyciu najmniej skomplikowanych ujęć.
By fotografia mówiąca ważne rzeczy o współczesnym świecie i jego
zwyklejszych mieszkańcach mogła
dotrzeć do ogółu odbiorców, musi
być budowana tak, jak te popularne
kadry z życia polityków, aktorów
i sportowców. W możliwie najprostszy sposób, by dać choć cień
szansy na dotarcie do adresata. Gdy
gazety stały się zwykłym towarem
rynkowym, niczym mydło i powidło, głównym celem wydawców jest
sprzedaż i wynikający z niej zysk.
A wtedy to nie gazeta kształtuje gust
odbiorcy, tylko odbiorca wymusza
na wydawcy, by zechciał wpasować
się w jego upodobania, bo jeśli nie,
to gazeta zysku nie przyniesie. I tak
kultura popularna, najczęściej zwykła wręcz do bólu, zaczyna odciskać
piętno także na sposobach opowiadania o rzeczywistości, tej znacznie
bardziej skomplikowanej, ale też
i znacznie ciekawszej niż kolejna
erotyczna czy inna przygoda serialowego aktora czy piłkarza.
Tegoroczne rozstrzygnięcia jury
World Press Photo potwierdzają te
zauważane już wcześniej tendencje
estetyczne w wyborze sposobów
opowiadania o współczesności.
Tematy szczęśliwie dalej pozostają
ważne i aktualne. Niezależnie od
wielu uwag dotyczących decyzji jurorów, warto analizować to, co jest
na zdjęciach, bo ciągle najważniejsze są nasze ludzkie sprawy.
Nasi górą
Na tle wielu oryginalnych i dziwnych nagród bardzo ciekawie zaprezentowali się polscy autorzy,
których, jak nigdy dotąd, była aż
piątka. To wielki sukces naszych
fotoreporterów. Znacznie większy
niż ten, który osiągnęli nasi giganci
sportów zimowych na ostatnich mistrzostwach świata. Ale prasa krajowa prawie tego nie zauważyła, co też
dość wymownie mówi o relacjach
między dziennikarzami piszącymi
w naszej prasie a dziennikarzami
opisującymi rzeczywistość przy
użyciu aparatów fotograficznych.
Wojciech Grzędziński otrzymał
trzecią nagrodę za opis wojny gruzińsko-rosyjskiej. To spośród wielu
nagrodzonych materiałów o Gruzji
obraz najpełniejszy i najciekawiej
analizujący zwarcie malucha z mocarzem, ukazujący, jakie są skutki
tego zwarcia dla zwykłych obywateli, których ambicje polityków nie
zajmują w najmniejszym stopniu.
Każdy kadr Grzędzińskiego to
inna opowieść, dopełniająca historię bezsensownej i tragicznej, jak
wszystkie inne, wojny. Justyna Mielnikiewicz także otrzymała nagrodę,
i to drugą w kategorii „Człowiek
w wydarzeniach”, za materiał z Gruzji ogarniętej wojną. Jej podejście
do tematu jest zdecydowanie inne,
pokazuje napięcie, oczekiwanie,
niepewność, strach i rozpacz cywilów, głównie kobiet, które nic nie
mogą zrobić – pozostaje im czekać
na rozwój wypadków i kolejne wiadomości o najbliższych, z nadzieją,
że nie będą złe. W kategorii „Sport”,
niejako tradycyjnie już, nagrodą
uhonorowano Tomasza Gudzowatego za przyciągający oko portret
młodego jeźdźca mongolskiego
prowadzącego konia. Ten kadr to
bardzo szlachetna robota fotograficzna, doskonałe operowanie skalą
tonalną, kompozycją i światłem.
Niespokojne i trochę nieprzyjemne
zdjęcie Tomasza Wiecha, ukazujące
śniadanie w korporacji, otrzymało
trzecią nagrodę w kategorii „Życie
codzienne”. Chłodna, błękitna kolorystyka i radykalne cięcie przez
twarz bohatera robią niemiłe wrażenie, ale też dzięki takiemu skadrowaniu widzimy przylepiony do twarzy zawodowy uśmiech, synonim
sztuczności współczesnego świata
wielkich firm, narzucających swoim pracownikom i współpracownikom znormalizowane standardy
zachowań czy strojów. W kategorii
poświęconej szeroko rozumianej
sztuce i rozrywce drugą nagrodę
otrzymał Kacper Kowalski za serię
zdjęć wykonanych we Władysławowie w czasie wakacji. Spojrzenie na
plażę z ptasiej perspektywy, z dość
dużej wysokości, od rana do wieczora, pozwoliło zauważyć rytm,
według którego żyją urlopowicze
w nadmorskim kurorcie. To analiza
o uniwersalnym charakterze. Praca
Kowalskiego bardziej wpisuje się
w dzisiejsze realizacje dokumentalne o charakterze artystycznym
niż w tradycyjny fotoreportaż. Jest
to też informacja o nowych tendencjach w fotografii rzeczywistości,
bo takie formy wizualnego opowiadania o współczesności pojawiają
się w tygodniowych dodatkach do
dzienników czy miesięcznikach podróżniczych i kulturalnych.
Tych pięć nagród to jak najbardziej
zasłużony sukces naszych reporterów, od dawna dostrzegających najważniejsze wyzwania współczesności i umiejących o nich mówić najczytelniejszym międzynarodowym
językiem, jakim jest fotografia.
Zdjęcia wyróżnione w konkursie
World Press Photo 2009 można
obejrzeć na stronie
www.worldpressphoto.org
I miejsce w kategorii Ludzie
i wydarzenia - reportaż:
Callie Shell / Aurora Photos.
II miejsce w kategorii Sport
- akcja (zdjęcie pojedyncze),
Mark Dadswell / Getty Images.
I miejsce w kategorii Sport
- akcja (reportaż),
Vincent Laforet, Newsweek
III nagroda w kategorii Prezentacje
sportu: Tomasz Gudzowaty, Polska,
Yours Gallery, Child jockey, Mongolia
I miejsce w kategorii Wydarzenia
ogólne - zdjęcie pojedyncze:
Luiz Vasconcelos,
a Jornal A Critica / Zuma Press.
I miejsce w kategorii Sport - prezentacje (reportaż): Zhao Qing/China Youth Daily.
| 06 |
I miejsce w kategorii Wydarzenia w zbliżeniu - zdjęcie pojedyncze:
Chen Qinggang / Hangzhou Dail.t
II miejsce w kategorii Życie codzienne - zdjęcie
pojedyncze: Tomasz Wiech / Gazeta Wyborcza.
I miejsce w kategorii Ludzie i wydarzenia
- zdjęcie pojedyncze: Chiba Yasuyoshi / AFP.
II miejsce w kategorii Wydarzenia
ogólne - reportaż:
Olivier Laban Mattei / AFP
| 07 |
Zapisz to, Kisch! – Magdalena Grochowska | dziennikarstwo
Starość – temat pani reportażu „Lewa
strona gobelinu” – to wątek spychany
w naszej kulturze na margines.
Czemu pani po niego sięgnęła?
Przez lata pracowałam w przekonaniu, że to
ja wybieram temat. Od pewnego czasu podejrzewam, że to temat przychodzi i sięga po
mnie. Codziennie spaceruję po parku przy
Akademii Muzycznej. To niewielki skwer,
więc chodzę w kółko. Inni ludzie też chodzą
w kółko, ale zwykle właśnie do mnie lgną jakieś dziwne historie… Idą z przeciwka mężczyzna i kobieta. Ona ma piękny rudy kok.
W ich kroku, w ich fizycznej bliskości jest
harmonia. Za drugim okrążeniem widzę ich
w zupełnie innej konfiguracji. Ona dwa kroki
za nim, rozedrgana, harmonia pękła! Ludzie
wokół nie zauważają, że przed chwilą rozegrał się tu mały dramat… I kiedy ta kobieta
mnie mija, pytam: „Czy coś się stało?”. Nie
powinnam się tak zachować, ale nie mogę się
powstrzymać. Nie powoduje mną niezdrowa
ciekawość, raczej impuls współczucia. Ona
przystaje i zaczyna mi opowiadać swoje życie. Że bierze leki na schizofrenię, i te piękne
przeczytałam wywiad z Tadeuszem Konwickim, w którym mówi on: „Starość to wstydliwe zajęcie”. W 2004 roku robiłam portret
Gustawa Holoubka. Był już wtedy chory, odsłonił się. Mówił o lęku przed śmiercią. Takie
oto impulsy przesyłało mi życie... Słuch mi
się wyostrzył na wszystko, co dotyczyło tego
wątku. Wchodziły mi w ręce późne wiersze
Czesława Miłosza, dzienniki Sándora Máraiego, Jarosława Iwaszkiewicza. Odkrywałam,
że można przeżywać starość w skrajnie różny
sposób. Márai znajduje ukojenie w pistolecie;
w świadomości tego, że sam może się uwolnić od życia. A dla Miłosza starość to wejście
w „klarowność poranka”.
rude włosy jej wychodzą, i tak dalej… Można
powiedzieć: przypadkowe spotkanie. Mnie to
dręczy – przypadek czy ścieg losu? Chaos czy
porządek? Czy posuwam się według jakiegoś
ukrytego wzoru mojego istnienia? Konstanty
Jeleński z kręgu paryskiej „Kultury”, zafascynowany grą przypadku w życiu, mawiał, że
przypadek to niższa forma cudu. W moim reportażu Maria Lipska mówi, że wzór istnieje,
ale my widzimy tylko lewą stronę gobelinu…
Może te dziwne historie przychodzą do mnie
po prostu dlatego, że jestem na nie otwarta.
rozmowy z żyjącymi, ale też zapiski
i dzienniki nieżyjących?
Na zajęciach z reportażu podczas moich studiów dziennikarskich znany wówczas reportażysta narysował na tablicy sinusoidę. Miała
obrazować ludzkie życie. Powiedział, że do
reportażu bierzemy tylko ekstremalne wychylenia linii. Wzloty i upadki. Nie interesuje nas norma, mysia bieganina. To jest moje
pierwsze kryterium selekcji materiału.
W pisaniu jest jakaś tajemnica i nie potrafię
o tym mówić.
A potem tekstu jest zawsze „za dużo”. Autor
musi być wobec siebie bezwzględny – trzeba
ciąć niemiłosiernie. To bolesny zabieg.
Od czego zaczęła pani pracę nad
tekstem?
Od klucza bohaterów. Odrzuciłam koncepcję,
że będą to „zwykli” ludzie. I potoczyło się.
Staram się wystrzegać sztywnego planu. Pozwoliłam, by te rozmowy mnie prowadziły.
dziennikarstwo | Zapisz to, Kisch! – Magdalena Grochowska
zania, widzę gotowe akapity. Muszę wstać
i je zapisać. To nieustanne „bycie w pracy”
męczy rodzinę. Mnie też męczy, że bohater
mną rozporządza. Czasem zadaję sobie pytanie, czyim życiem żyję. Po napisaniu tekstu czuję się pusta. I tak cyklicznie: wypełniam się życiem bohaterów, wypluwam ich,
a potem jestem jak wydrążony owoc.
Jakie są w takim razie zyski
z bycia reporterem?
Zyskiem jest spotkanie z drugim człowiekiem. On obdarowuje mnie swoją historią,
a ja doznaję dzięki niemu wzruszenia. To
mnie uczłowiecza. Mogę bezkarnie zdejmować mu maski, odsłaniać kolejne warstwy. Mogę zaspokajać moją ciekawość
tej… jakiejś ostatecznej granicy w człowieku. Mogę garściami czerpać z ich myśli,
odbywać podróże intelektualne, opierać
się na nich. Dodają mi otuchy swoją postawą moralną. Ja się od nich dowiaduję, że
można być przyzwoitym. Ale to wszystko
nie czyni mnie ani lepszym, ani przyzwoitszym człowiekiem.
Sypiając we troje
| Z Magdaleną Grochowską
rozmawia Agnieszka Wójcińska
| fotografia: Jan Brykczyński
Wykonując ten zawód,
mam okazję, by w pracy
stawiać najważniejsze
pytania. Bohaterowie
obdarowują mnie swoimi
historiami. To mnie
uczłowiecza. Ale nie
czyni mnie ani lepszym,
ani przyzwoitszym
człowiekiem.
Co pani robi z takimi historiami?
Kolekcjonuję je. Utrwalam. Najczęściej trafiają do dziennika. Mam obsesję, że wszystko przemija. Jest tak, jak Maria Janion powiedziała w moim tekście: żyjąc, tracimy
życie. Teraz siedzimy i gadamy, i ta chwila
już umiera… Lubię grzebać w starych pocztówkach na targu w Kazimierzu, na małym
rynku. Dlaczego kupuję kartki pani Barbary,
wysłane z Krakowa do rodziny tuż po powstaniu warszawskim? Trzymam je w szufladzie.
Chcę coś ocalić. Nie wiem, czy cząstkę losu
pani Barbary, o którym nie mam pojęcia, czy
może coś w sobie?
A jak było z tą starością – jak to się
stało, że ten temat przyszedł do pani?
To był proces. W 2001 roku „zajmowałam
się” śmiercią. Pisząc o niej, pewnie chciałam
się uwolnić od własnych lęków. Wtedy dotknęłam tematu starości. W 2003 roku, zbierając materiał do reportażu o Irenie Jurgielewiczowej, rozmawiałam z Heleną Liberową,
bardzo starszą panią. Mówiłyśmy o doświadczeniu utraty. „Po pół wieku wspólnego życia utracić męża – powiedziała – to jak rozedrzeć drzewo na pół”. Mówiła spokojnie,
ale pod spodem czuło się burzę. Pamiętam
moje pytanie – zadane bez namysłu – które
mnie samą zaskoczyło: „Jak to jest w starości?”. Bez zdziwienia odpowiedziała: „To jest
tak: bierze się klucze od mieszkania, staje się
w przedpokoju i nie wie się, czy wyjść po zakupy czy nie. A jeśli wyjdę, to może zasłabnę.
Więc stoi się w tym przedpokoju...”. Przedpokój jako metafora starości – zrozumiałam,
że muszę to opisać. Mniej więcej w tym czasie
| 08 |
Jak pani układała poszczególne
elementy tego reportażu – miała pani
Długo pani pracowała nad tym
tekstem?
Zwykle piszę bardzo wolno, czasem jeden
akapit zabiera mi kilka godzin, ale ten temat
mnie niósł. Wzór się sam układał. Ten reportaż jest jak gobelin, pozszywany z malutkich
szmatek. Przebierałam w nich, bawiłam się
nimi i miałam przyjemność z pisania. To się
rzadko zdarza. Pisanie jest w gruncie rzeczy
okropnie ciężką pracą, również fizycznie.
Czasem pocę się, gdy wymyślam jakieś zdanie… A w tym przypadku – to zdumiewające
– chwilami czułam, że frunę.
A ten „ciężar pisania”, o którym
pani mówi, nie przenosi się na pani
rodzinę?
Jasne, że tak. Najbliżsi reportera są jego
ofiarami. Ja ten problem w jakimś stopniu oswoiłam – wszystko przegadywałam
z córką. Od dzieciństwa „towarzyszyła” mi
w moich reporterskich przygodach i naprawdę była ich ciekawa. Opowiadanie córce historii miało podwójną funkcję: podtrzymywało naszą więź i uczyło mnie dyscypliny,
bo w trakcie opowieści musiałam dokonać
pierwszej selekcji materiału... Przez ostatnie
trzy lata pracowałam nad książką o Jerzym
Giedroyciu. W kącie mojej pracowni, która
jest zarazem naszą sypialnią, leżał stos teczek i książek. Mój mąż mówił: „Sypiamy
w trójkę…”. Istotnie, zawsze ktoś nam towarzyszy, rozpycha się w naszym życiu. W nocy
przychodzą mi do głowy pomysły, rozwią-
Tak jak pani wspomniała,
bohaterowie tego reportażu są
szczególnie dobrani – prof. Maria
Janion, prof. Jerzy Jedlicki, prof.
Barbara Skarga. Czemu postanowiła
pani rozmawiać o starości właśnie
z tymi ludźmi?
Znałam ich z pracy nad wcześniejszymi
tekstami. Nie byłam dla nich anonimową
dziennikarką, nie musieliśmy się poznawać
i budować zaufania, bo jakaś relacja już
między nami była. Z Marią Lipską, która
w „Gobelinie” rysuje tę scenę – przechodzi
obok lustra i pokazuje język starej kobiecie
z kokiem – spotykałam się kilkakrotnie,
gdy pisałam o Janie Józefie Lipskim. Pewnego razu otworzyła szafę i przytuliła się
do rękawa kurtki zmarłego męża. Wiedziałam, że jeśli wtedy odsłoniła przede mną
swe najgłębsze uczucia, to teraz mogę zadawać trudne, bolesne, czy nawet krępujące
pytania, jak choćby to, co dzieje się z ciałem w starości. Chyba nie miałabym odwagi pytać o to ludzi, do których przychodzę
pierwszy raz.
Jak wyczuć tę właściwą chwilę, po
czym ją rozpoznać?
Trzeba zaufać własnej intuicji i doświadczeniu
w byciu z ludźmi. Ale też coś z siebie im dać.
W pierwszym okresie mojej pracy myślałam,
że jeśli perfekcyjnie przygotuję się do rozmowy, wszystko przeczytam, przyjdę punktualnie i będę konkretna, to uzyskam odpowiedzi
na moje pytania. Potem zrozumiałam, że bez
zaangażowania emocji teksty wychodzą jak
suche wióry. Relacji z bohaterem nie wolno
sprowadzić do wysysania i pasożytowania na
nim. Jeśli Maria Lipska obdarowuje mnie sceną, w której jednym gestem mówi o swej miłości wszystko, to ja też chcę jej coś dać… Dać
prawdziwie ludzką uwagę, wykraczającą poza
przedmiot rozmowy.
W ostatnich latach zdarza mi się, że uciekam
od konkretnych pytań, za to coraz częściej
mówię po prostu: „Nie rozumiem…”. Albo
buntuję się i wściekam na oczach bohatera…
„Dlaczego Bóg dopuścił do tego, że zatłuczono niewinnego i szlachetnego człowieka?”.
Niczego nie udaję, to jest uczciwe. W takich
chwilach rodzi się prawdziwa wymiana myśli.
Dochodzimy do tego, czy każdemu
można zadać każde pytanie.
I tak, i nie. Zajmuję się teraz Janem Strzeleckim. Socjolog, filozof, myśliciel, zamordowany w 1988 roku w nocy przy Wisłostradzie.
Zabrakło mu benzyny, dopadli go młodzi
bandyci i zatłukli kijami. Niektórzy twierdzą, że był to mord polityczny… Właśnie
rozmawiałam z jego synem. Kategorycznie
założyłam przed rozmową, że nie mogę pytać o jego przeżycia związane ze śmiercią
ojca. No bo jakże można zadać takie pytanie:
„Co pan czuł, gdy, będąc w Ameryce, dowiedział się pan, że…” i tak dalej. W pewnym
momencie on mówi o poczuciu bliskości duchowej z ojcem. I wtedy ja nagle pytam mniej
więcej tak: „Dla pańskiego ojca «braterstwo»
stanowiło kluczowe pojęcie. W duchu Jana
Strzeleckiego byłoby nie czuć nienawiści do
morderców. Czy jest pan zdolny do przebaczenia?”. Stało się, pytanie padło. Ale była
to właśnie ta jedyna chwila, w której mogło
paść. Wszedł w ten temat i nie miałam wrażenia, że go zraniłam.
Jury, które w 2005 roku przyznało
pani Grand Press za tekst „Lewa
strona gobelinu”, w uzasadnieniu
napisało, że dzięki niemu zaczynamy
rozumieć starość i wstydzimy się
niektórych swoich zachowań wobec
osób starszych. Czy taki był pani
zamysł?
Mną żadna misja nie kieruje. Moja motywacja jest egoistyczna – chcę sobie odpowiedzieć
na pytania, które mnie nurtują. Tak się składa, że moja praca, obcowanie z bohaterami,
daje mi okazję do stawiania najważniejszych
pytań. O śmierć. O Boga. O cierpienie. O sens
ludzkiego istnienia.
Nigdy nie napisała pani
tekstu z misją?
Może raz… W maju 1997 roku zginął w wypadku samochodowym profesor Wacław Dec
– znany w Polsce ginekolog-położnik. Siedzę
przy śniadaniu i słyszę w wiadomościach
radiowych, że Kuria Archidiecezji Łódzkiej
odmawia mu pogrzebu liturgicznego, gdyż
– według niej – głosił poglądy sprzeczne
z piątym przykazaniem. A Dec po prostu nie
był hipokrytą: w okresie kampanii prawicy
na rzecz penalizacji aborcji miał odwagę powiedzieć w telewizji to, co wiele osób myślało
po cichu. Że aborcja jest złem, ale są sytuacje,
które kobietę do takiego kroku zmuszają.
Więc jem śniadanie i czuję, jak mi rośnie
w gardle gula. Tu się dzieje jakaś krzywda!
Trzeba coś zrobić, upomnieć się o prawdę
o tym człowieku! Taka była moja misja…
Jeszcze tego samego dnia pojechałam do Łodzi. Stan wkurzenia – w moim przypadku
– to bardzo dobra motywacja do pisania. Silne emocje mnie uruchamiają.
Pani reportaż o starości, jego w sumie
pesymistyczny wydźwięk, wywarł na
mnie duże wrażenie. Pani też napisała
w mailu do mnie, że panią „trzepnął”.
Co pani miała na myśli?
Utwierdził mnie w przekonaniu, że odpowiedzi nie będzie. Musimy żyć w niepewności
i nie doznamy ukojenia. W mieszkaniu Marii Janion chodzi się korytarzami z książek
– pani profesor mówi, że zagląda do nich, by
znaleźć jakąś wiadomość, ale jej nie znajduje.
Ja też nie znajduję odpowiedzi.
A jak na pani tekst zareagowali
czytelnicy? Dostała pani od nich
jakieś listy?
Wiele. Pisali, że ten reportaż zmusił ich do
przemyślenia spraw, nad którymi nigdy się
nie zastanawiali, i od których uciekali. To
niesamowite, że coś uruchamiam w innych
ludziach. Autor jest trochę jak Pan Bóg: lepi
bohatera z gliny tych różnych rozmów, stwarza go. I buduje obrazy w głowach czytelnika.
Niezwykła rola czarodzieja, która jednak szalenie zobowiązuje – do uczciwości i ostrożności. Zwłaszcza, jeśli bohater nie żyje, bo już
nie może się obronić.
A nie boi się pani, że istnieje ryzyko
przelukrowania pozytywnego
bohatera?
Oczywiście, łatwiej jest opisywać zło, dramat,
świństwo. Ale jeśli zdarzy się coś dobrego,
dlaczego o tym nie napisać? Dobro jest po-
trzebne i czytelnikowi, i autorowi. Cudza szlachetność też potrafi „podnieść”
czytelnika i autora, choćby na chwilę.
Czy obsypałam lukrem Giedroycia
albo bohaterów książki „Wytrąceni
z milczenia”, lewicujących inteligentów
uwikłanych w PRL? Starałam się zachować równowagę między szlachetnością
a małością. Zadbałam o odcienie szarości, bo dla mnie nic nie jest jednoznaczne, a pod spodem zdarzeń zawsze kryje
się drugie dno. W przypadku bohaterów nieżyjących udzielałam im kredytu – wątpliwości rozstrzygałam na ich
korzyść. Czy coś kiedyś zataiłam, żeby
wzór był ładniejszy? Nie.
Nie bała się pani zabierać za
temat starości? To jest jak
stanie przed drzwiami – jak
je otworzymy, to one już będą
otwarte.
Czy ja się w ogóle boję w tej pracy? Moją
ostatnią książkę „Giedroyć” opatrzyłam mottem zaczerpniętym z Czesława
Straszewicza: „…nie daj się z gór znosić
wiatrom…”. Straszewicz mówi: „niech
strach nami nie rządzi, miejmy odwagę
iść pod prąd…”. Taki wymóg sobie stawiam jako reporterka i jako człowiek.
Jeśli towarzyszy mi lęk, to jego źródłem nie jest „groza” tematu, widok za
otwartymi drzwiami. Źródło jest we
mnie. Mam coraz mniej zaufania do
siebie, do swojego warsztatu, coraz więcej niepewności w sobie. Coraz wolniej
piszę. Jestem coraz mniej pewna swoich
ocen. Gdy zaczynałam pracę, niewiedza
– a może nawet arogancja wobec życia
– czyniły mnie silną. Przeszłam przez
wiele lektur i rozmów, które doprowadziły mnie do punktu: „Nie wiem”. Lękam się, że niebawem nie będę w stanie
napisać żadnego tekstu.
Kiedyś trzeba odejść z tego zawodu.
Ale – jak dotąd – nie zamieniłabym go
na żaden inny. Zresztą, nic innego nie
umiem robić, nawet gotować.
Magdalena Grochowska:
Reporterka „Gazety Wyborczej” od
1996 roku. Ukończyła podyplomowe
dziennikarstwo na Uniwersytecie
Warszawskim. Wcześniej studiowała
w Bułgarii uprawę winogron.
Pracowała w „Głosie Nauczycielskim”,
„Przeglądzie Tygodniowym”, „Życiu
Warszawy”. Autorka zbioru reportaży
„Wytrąceni z milczenia” (Świat Książki,
2005) o ludziach teatru oraz filozofach
z nurtu polskiej lewicującej inteligencji.
W maju ukaże się jej książka „Giedroyc”.
Co czyta Magdalena Grochowska?
Zawsze przy łóżku – późna poezja
Miłosza w zbiorach: „To”, „Druga
przestrzeń”, „Wiersze ostatnie”.
Z powodu jej głębi, rytmu, obrazów
i piękna. I dla warsztatu –
gimnastykuje język, uczy skrótu.
W zasięgu ręku – „Wybór pism”
Simone Weil w przekładzie
i opracowaniu Miłosza. Kartkowana,
żeby uchronić się przed pychą.
Dzienniki - Eliade, Kafka, Dąbrowska,
Gombrowicz, Nałkowska, Kijowski...
Przeglądane, żeby nabrać dystansu.
Szkoła polskiego eseju – Stempowski,
Jeleński, Janion, Skarga, Michnik.
Żeby się uczyć. Amos Oz, zwłaszcza
„To samo morze”. Bo rozumie
kobiecość.
| 09 |
Świeży plan | dziennikarstwo
Dziennikarka
przełomu
Trzeba napisać „na zaraz” reportaż o sklepowych przecenach? Nie ma
problemu. Potrzebny artykuł o przyszłości demograficznej polskiego
narodu, przeprowadzenie szeroko zakrojonej akcji społecznej czy
zorganizowanie debaty z najważniejszymi polskimi politykami
i naukowcami? Bułka z masłem. Sylwia Czubkowska uosabia wszystkie
zalety i wady polskiego dziennikarstwa czasu przełomu: elastyczność,
pracowitość, ambicję, ale też zdawkowość i brak głębszej wiedzy.
| Maciej Stryjek
Kim właściwie jest Sylwia Czubkowska? Ma dwadzieścia siedem
lat, ale pracowała już w pięciu dużych redakcjach. Ma dwadzieścia
siedem lat i etat oraz wysoką pensję w jednym z najbardziej opiniotwórczych dzienników w kraju. Ma
dwadzieścia siedem lat, a w profesjonalnym dziennikarstwie zdążyła już się zadomowić.
‑ W obecnych czasach to całkiem
normalna droga kariery. Studia
są jedynie niezbyt przydatnym
dodatkiem. Tam fachu się nie nauczysz – zaczyna rozmowę z dużą
pewnością siebie Czubkowska.
Jednak na początku łatwo nie było.
Mimo to skończyła nauki polityczne i latynoamerykanistykę na
Uniwersytecie Warszawskim. Tak,
jak większość jej kolegów, szukała
możliwości zostania dziennikarza.
Od zawsze chciała nim być. Łatwa,
prestiżowa i dobrze płatna praca
– myślała. Po drugim roku dostała
się wreszcie na staż do „Polityki”.
To był jej pierwszy krok w stronę
poważnego dziennikarstwa.
Jesteście nikim!
‑ W sumie niewiele się tam nauczyłam. Poza z rzadka zlecanymi prostymi pracami były jedynie nudy.
Nikt się mną nie interesował – tłumaczy. Dlatego jeszcze podczas
tych samych wakacji spróbowała
swoich sił w „Rzeczpospolitej”,
ale wpadła z deszczu pod rynnę.
Było tam ze trzydziestu studentów takich jak ona – bezosobowy
tłum. Drobne pracki, brak zainteresowania ze strony przełożonych.
Szarość, masowość i od czasu do
czasu pisanie krótkich banalnych
tekstów. Nikt im niczego nie mówił, nie poprawiał. Na pytania o ja-
kość materiałów, dostawała jedynie
zdawkowe odpowiedzi. Na dodatek
w połowie stażu jej szef dokonał
masowego zwolnienia.
– To było coś wręcz nie do pomyślenia. Przychodzimy rano do redakcji, a on nas zatrzymuje wszystkich w korytarzu i wygłasza tyradę
o tym, jak bardzo jesteśmy bez-
nadziejni. Tak zbiorczo ocenił, że
dziennikarze z nas nie będa – ciągnie. – Ciekawe, skąd on to wiedział, przecież nie pamiętał nawet
naszych imion.
Kryzys. Dwa staże – oba niezbyt
udane. Zaczęła wątpić w sensowność obierania tak ryzykownej kariery. Może te wszystkie krytyczne
opinie o dziennikarzach, które
wcześniej obijały się jej o uszy, mają
w sobie dużo prawdy? Może rzeczywiście to praca niepewna, stresująca i mało satysfakcjonująca?
Drugi start
Postanowiła dać sobie jeszcze jedną
szansę. Jak nie wyjdzie – potraktuje to jako fajną przygodę. Jeśli się
uda – zwycięstwo będzie jeszcze
słodsze. Zaskoczyło. Rok później
dostała się na staż do „Przekroju”.
Tam potraktowano ją poważnie.
Był wreszcie czas na pisanie przemyślanych tekstów, po raz pierwszy mogła zorientować się w problemie. – Początkowo nie płacono
dużo – takie drugie kieszonkowe.
Ale za to po raz pierwszy dostałam
możliwość pisania i to mi się naprawdę podobało. Wreszcie można było zobaczyć własne nazwisko
w poważnej gazecie – mówi.
Poczuła się jak prawdziwy dziennikarz. Redakcja, telefony, własne
biurko. Małe, choć niezwykle ważne atrybuty profesjonalizmu. No
i zaproponowano jej etat. Rzecz,
o której marzy każdy młody adept
tego fachu. Nie było już czasu na
studia. – Właściwie od czasu „Przekroju” błagałam o zaliczenia. Przed
egzaminami trochę poczytałam, ale
tak ogólnie to braliśmy profesorów
„na litość”. Wiesz: praca, obowiązki
i tak dalej – mówi szczerze.
A wiedza potrzebna do pisania na
poważne tematy? Wszystkiego, co
potrzeba do napisania tekstu, można
dowiedzieć się po krótkim researchu.
Tak naprawdę dziennikarz powinien
znać się na wszystkim – nie ma tematu, którego podstaw (potrzebnych do
napisania artykułu) nie da się zgłębić
w kilka godzin.
‑ Zresztą nawet w tygodnikach jedynie przelatuje się po tematach. Znajdujesz coś ciekawego, trochę o tym
czytasz, wykonujesz parę telefonów,
piszesz tekst i „następny proszę”
– podsumowuje pracę w nowoczesnych redakcjach Czubkowska.
Wyrabianie nazwiska
Mimo sukcesu, zaczęła szukać czegoś nowego. W końcu jej kariera
nie mogła stanąć w miejscu. Okazja
nadarzyła się, gdy zaczął powstawać nowy tytuł – „Polska The Ti-
mes”. Kompletowano właśnie ekipę, która miała uruchomić nową,
prestiżową gazetę. Postanowiła
spróbować swoich sił, aby wybić
się w nowej redakcji bez skostniałej hierarchii. To był kolejny sukces
– dostała pracę.
Miała wrażenie, że na debatę publiczną patrzy z bliska, ale przez
szybę. Kuszące, ale też irytujące.
– To był taki niby poważny dziennik. Z jednej strony mieliśmy
wszelkie atrybuty wielkości: duży
nakład, wysokie stawki, ogólnopolską sieć dystrybucji. Jednak
z drugiej mało kto traktował nas
poważnie, nie byliśmy opiniotwórczy – wyjaśnia.
W myśl zasady: jeśli stoisz, to się
cofasz – zaczęła szukać czegoś innego. Pracowała na wyrobienie
sobie nazwiska, rozglądała się za
czymś nowym. Wysłała CV do
redakcji „Dziennika”. To była jej
szansa i do tego mogła negocjować
już jako profesjonalista. Dostała
wysoką pensję i niezależną pozycję, ale i więcej obowiązków.
Coraz bardziej zawalona pracą,
powoli myśli o zmianie swojego
życia. Wyraźnie przestała czerpać
z tego satysfakcję. Przesiadywanie
od rana do nocy w redakcji, nieustanne telefony w czasie wolnym,
stresująca praca, szybkie tempo. Jedynie zarobki i prestiż trzymają ją
na miejscu. Ale to już nie tak słodkie, jak kiedyś. – W gruncie rzeczy,
długo się tak nie da żyć – podsumowuje, a w jej głosie, mimo młodego
wieku, słychać nutę zwątpienia.
Gdzie byłeś
wczoraj w nocy?
W Internecie można zaistnieć
jako gwiazda, bywalec, celebryta,
można też jako ich fotograf.
A może jednak pójść
w kulinaria?
Zaczęła rozglądać się za czymś
spokojniejszym – myśli o otwarciu
restauracji. W końcu na Zachodzie
to całkiem popularny sposób na
dostatnie życie.
‑ Pomysł sam w sobie jest świetny,
ale gdy zapoznałam się z wysokością czynszów, to mnie poraziło.
Na razie to nie dla mnie – dodaje
przygnębiona. Postanowiła jednak
zrobić z tej wiedzy pożytek. Napisała tekst o bankach windujących
ceny. Ot tak, żeby przynajmniej
rzecznicy musieli się tłumaczyć.
Była spora afera. Czy zostanie
w dziennikarstwie? Trudno powiedzieć. Czy nowi, którzy przyjdą na
jej miejsce, będą inni? Nie sądzi
– w tym biznesie nie ma miejsca dla
specjalistów. To się po prostu nie
sprzedaje. Złota zasada – jak nie jesteś w stanie czegoś zrozumieć, nie
gnęb tym czytelnika. Czy jest jej
z tego powodu źle? Takie jest życie
– odpowiada filozoficznie.
reklama
Dział Foto Polskiej Agencji Prasowej
Poszukuje kandydatów na bezpłatny staż do pracy w warszawskim biurze agencji.
Kandydaci będą mieli możliwość poznania sposobu funkcjonowania agencji
fotograficznej oraz zdobycia doświadczenia w pracy przy wyborze
i archiwizowaniu zdjęć oraz współpracy z wydawnictwami prasowymi i fotoreporterami.
Zapewniamy elestyczne godziny pracy, oczekujemy zaangażowania i entuzjazmu.
Zgłoszenia prosimy kierować na adres [email protected]
| 10 |
fotografia | Trendy
fot. Jan Steckiewicz /
| Jan Steckiewicz
Wraz z rozwojem Internetu powstały liczne serwisy społecznościowe: MySpace, Grono, etc. Można się na nich zareklamować przy
pomocy zdjęć, pokazać, kim jestem
i co mnie kręci. To już miliony
stron i miliardy odsłon. W tym
gigantycznym natłoku informacji,
ludzi i obrazów potrzebny jest ktoś,
kto dokona selekcji, obiektywnie
stwierdzi, co jest „fajne”, a co nie.
To ci, którzy z aparatami fotograficznymi krążą po klubach, imprezach i ulicach, i pstrykają, a potem
wybierają i umieszczają zdjęcia
na swoich stronach. Jednak i tu
ciężko o receptę na sukces. Wraz
z rosnącą dostępnością aparatów
cyfrowych, ludzi starających się
w ten sposób zaistnieć przybywa.
A wielkich może być tylko kilku.
Dwóch, o których chcę napisać,
już tej wielkości doświadczyło.
Zacznijmy od Marka Huntera, znanego jako The Cobra Snake. Sam
określa się jako śmieszny, włochaty Żyd. Nie studiował fotografii,
nie został obdarzony ani specjalną
urodą, ani też nie stara się podążać za trendami w modzie. Jednak
ludzie, którzy sami są piękni, młodzi, modni i bogaci lgną do niego
jak muchy. Wszystko dlatego, że
Mark wie, co w trawie piszczy. Choć
sam nie jest modny, wie, co modne
jest. Wie, gdzie dobrze być i kogo
znać. Ale co najważniejsze, mieszka
w Los Angeles. Wystarczy, że wyjdzie na spacer i już może wpaść na
jakąś gwiazdę. Rozeznanie w świecie kultury, zarówno popularnej,
jak i alternatywnej, oraz fakt, że tak
wiele osób interesuje się tym, co się
dzieje w LA, sprawiły, że jego strona internetowa jest znana na całym
świecie. Sam fotograf stał się gwiazdą zapraszaną na wszelkie pokazy
mody, bankiety, imprezy na całym
świecie. Dało mu to jeszcze więcej
okazji do robienia zdjęć oraz coraz
większą grupę wielbicieli.
Drugi przykład – Merlin Bronques,
Afroamerykanin, mieszkający na
drugim wybrzeżu USA. Jego kariera
jest czystym przypadkiem. Bronques wcale nie interesował się fotografią. Zawsze chciał być muzykiem,
próbował swoich sił i w zespole,
i solo. Dało mu to kilka minut niezbyt wielkiej sławy, ale też wstęp do
świata mody i muzyki. Dla zabawy
zaczął prowadzić blog. Żeby mieć
więcej materiałów, nosił ze sobą
na imprezy prosty aparacik i strzelał nim zdjęcia swoim znajomym.
Okazało się, że te obrazki mają
dużo większe powodzenie niż jego
muzyka. Czym założyciel „Last Night’s Party” przyciągnął widownię?
Pokazał świat mody i luksusowych
klubów od zaplecza. Świat, który dla
przeciętnych odbiorców istnieje tylko w formie umalowanych modelek
w modnych ciuchach i na pokazach.
Merlin pozwala nam zajrzeć pod
tę maskę. Pokazuje imprezy, brud,
seks i narkotyki. To odróżnia go od
Marka Huntera – grzecznego chłopaka, który nawet nie lubi samych
imprez, a jedynie je dokumentować. W przeciwieństwie do niego
Bronques najlepiej czuje się właśnie w okolicach sodomy i gomory.
Czy dla kogoś, kto chciałby u nas
pójść tą drogą, może wyniknąć
z tego jakaś nauka? Taka przede
wszystkim, że można zaistnieć na
różne sposoby. Można jak Cobra
Snake noc w noc chodzić do klubów,
robić setki zdjęć i kuć powoli swój
wizerunek w oczach salonów i ludzi
interesujących się takim środowiskiem, tym samym zyskując sławę.
Można też być takim samym salonowcem, jak osoby fotografowane.
Wydaje się to nawet dużo bardziej
naturalne. Jeżeli jesteś jednym
z nich, bywalcy pozwolą ci na dużo
więcej, bo znając cię, nie obawiają
się wyrządzenia krzywdy. Wystar-
ge.com
www.generat ions tran
czy zobaczyć zdjęcia Bronques’a
i to, co się na nich dzieje! Najważniejsze, by tę pracę zwyczajnie lubić.
Nie musisz być oryginalny, bądź autentyczny. Zdjęć rób dużo i często,
a w końcu zdobędziesz uznanie.
Dla opisanych fotografów dużym
ułatwieniem jest fakt, że mieszkają w Stanach Zjednoczonych, które
są wyznacznikiem stylu życia dla
wielu osób na całym świecie, chcących wiedzieć, jak się imprezuje
w USA. Co nie znaczy, że Polsce
takie działania nie mają racji bytu.
Może tylko wymagają więcej pracy.
Mark Hunter:
www.thecobrasnake.com
Merlin Bronques:
www.lastnightsparty.com.
Polskie przykłady:
www.pitaparty.blogspot.com
www.generationstrange.com
www.elusivboy.ownlog.com
| 11 |
fotoesej | Bartosz Zaborowski
Bartosz Zaborowski | fotoesej
Żywioł młodych
Zdjęcia wykonane w skateparku w BlueCity.
Chciałem przedstawić młodzież, która pasjonuje się
sportem, jakim jest jeżdżenie na desce. Niektórzy
zaczynają już od najmłodszych lat, stopniowo
doskonaląc umiejętności, a ich zamiłowanie przeradza
się w pasję. Jest to nie tylko zabawa, ale również ciężki
trening, czasem obarczony nie tylko zmęczeniem
fizycznym. Upadki są częste, czasem kończą się
kontuzjami i złamaniami. Miejsce ludzi z pasją?
fotografie: Bartosz Zaborowski
| 12 |
| 13 |
Perły z lamusa: Billy Brandt
| fotografia
PR | Case study
fot. PAP
Fotograf społeczny, mistrz dziwacznych
aktów, wirtuoz pejzażu – Billego Brandta
można określić na wiele sposobów. On
sam miał jasno sprecyzowane zdanie na
fotografii. Mawiał: „Fotografia jest wciąż
bardzo nowym medium i wszystko w niej
musi zostać wypróbowane... fotografia nie
ma zasad. To nie sport. Ważny jest efekt,
a nie sposób, w jaki został osiągnięty”.
| Magdalena Grzymkowska
Blisko dwieście tysięcy pracowników ochrony zarabia 5,60 zł netto za godzinę pracy.
O prawa ochroniarzy po raz pierwszy zawalczono podczas kampanii społecznej agencji
On Board PR, zorganizowanej we współpracy z NSZZ „Solidarność” oraz Helsińską
Fundacją Praw Człowieka. Wysiłek organizatorów doceniło jury Mercury Exellence
Awards.
Fotograf
Ciężki chleb
bez zasad?
| Agnieszka Juskowiak
Urodził się 3 maja 1904 roku
w Hamburgu. Część dzieciństwa
spędził w Niemczech. Kiedy miał 16
lat, wykryto u niego gruźlicę i młody Bill spędził sześć kolejnych lat
w szwajcarskim sanatorium w Davos. Po zakończeniu kuracji wraz
ze swoim bratem Rojfem wyjechał
do Wiednia. Zdecydował, że będzie
zarabiał na życie fotografią. Miał
szczęście, bo zaopiekowała się nim
Eugenie Schwarzwald, austriacka
filantropka, pisarka i pedagog. Ta
obyta w świecie kobieta skupiała
wokół siebie same znakomitości:
Oskar Kokoschka dawał jej lekcje
rysunku, a Arnold Schönberg uczył
muzyki i kompozycji. Dzięki niej
Brandt liznął światowego życia.
Pewnego dnia panią Schwarzwald
odwiedził Ezra Pound – poeta
i krytyk, którego młody artysta Bill
wkrótce sportretował. Ten, by się
odwdzięczyć, obiecał przedstawić
go znajomemu fotografowi – Manowi Rayowi.
Breton, „Manifest surrealistyczny”]. Zaczął współpracować jako
fotograf freelancer z „Paris Magazine”.
Anglik w domu?
W 1930 roku wyjechał do Wielkiej
Brytanii, gdzie rozpoczął projekt
fotograficzny – rejestrowanie angielskiego społeczeństwa. Po przyjeździe do Londynu Brandt wraz
ze swoją żoną Evą zadomowił się
w Belsize Park. Jednak cała praca
nie trwała długo. Fotografował życie londyńskiej ulicy. Nie skupiał
się jednak jak inni na dokumentowaniu konkretnej warstwy społecznej. Jego projekt był egalitarny.
Bohaterami zdjęć byli zarówno
bogaci przedstawiciele wyższych
sfer jak i robotnicy, miejsca zapomniane jak brudne tereny fabryk
DADA czy nie dada?
W 1929 roku Brandt wyjechał do
Paryża, gdzie wkrótce zaprzyjaźnił się z Manem Rayem. Szybko
został asystentem w jego studio.
Man Ray był amerykańskim fotografem, reżyserem surrealistą,
który do Paryża przyjechał w 1920
roku po nieudanej próbie zaszczepienia dadaizmu na grunt amerykański. Po publikacji jednego
numeru gazety „New York Dada”
stwierdził: „Dadaizm nie może
żyć w Nowym Jorku, bo cały Nowy
Jork jest dada”.
Ledwie trzymiesięczna znajomość z Rayem szybko zaowocowała fascynacją eksperymentami
w sztuce, nieskrępowaną fantazją
w doborze środków wyrazu, bo
„surrealizm to czysty automatyzm psychiczny, który ma służyć
do wyrażenia bądź w słowie, bądź
w piśmie, bądź innym sposobem,
rzeczywistego
funkcjonowania
myśli. Dyktowanie myśli wolnej
od wszelkiej kontroli umysłu,
poza wszelkimi względami estetycznymi czy moralnymi” [Andre
| 14 |
Elephant and Castle Station,
Londyn 1940
Sir Alec Guinness , Campden
Hill, Londyn 1952
Bezbronni ochroniarze
Akt , Hampstead 1952
i elitarne dzielnice mieszkaniowe.
W latach 1931-1935 powstał materiał do jego pierwszego albumu
fotograficznego „The English at
Home”, na którego kartach obok
biedy widać bogactwo, a dzieci
z East Endu przeplatają się z dziećmi arystokratów.
glądały zburzone budynki oraz
jakiego rodzaju zniszczeniom uległy. Fotografie z tego okresu można
obejrzeć m.in. w albumie „Camera
in London” (1948). Zrobił jedynie 35 ujęć. Kto inny kończy jego
dzieło – Brandt musi zrezygnować
z pracy z powodów zdrowotnych.
Angielski Canaletto?
Portret
W 1938 roku publikuje „Noc
w Londynie” („A Night in London”), album, na którego stronach
widać nieokreślone niemal iluzoryczne gry świateł. W 1937 roku
objeżdża tereny Wielkiej Brytanii,
skąd przywozi mnóstwo ujęć. Fotografuje miasta i życie ich mieszkańców z perspektywy społecznej
i ekonomicznej. To stamtąd pochodzą jedne z jego najsłynniejszych
fotografii miasta.
Niemal za chwilę wybucha II wojna światowa, jednak pola bitew
szczęśliwie go omijają. Zamiast
karabinu w ręce trzyma aparat.
W 1940 roku zostaje zatrudniony
przez Ministerstwo Informacji do
udokumentowania
bohaterstwa
mieszkańców Londynu, dzielnie
opierających się nalotom na Wielką Brytanię. Obok mieszkańców
rejestruje także obiekty architektoniczne. Prace wykonuje nawet
w czasie zaciemnienia bez użycia
flesza. Opublikował je w „Picture
Post”. Można powiedzieć, że wykonał coś, co dla Warszawy (choć
w nieporównanie większym stopniu) zrobił Canaletto – dzięki jego
„inwentaryzacji”
fotograficznej
wiadomo było po wojnie, jak wy-
Drugim nurtem jego twórczości był
portrety, pejzaże i akty. Przygoda
z portretami na dobre rozpoczęła
się od minireportażu w magazynie
„Lilliput” w grudniu 1941 roku. Robił wówczas serię zdjęć pt. „Młodzi
poeci demokracji” („Young Poets
of Democracy”) do tekstu Stephena
Spendera. Pozowali mu m.in.: Dylan
Thomas, Louis MacNeice, Alun Lewis i Anne Ridler. Fotografował też innych
artystów dla magazynów: „Picture Post”
i „Harper’s Bazaar”.
Zasłynął jednak aktami. Niektóre spośród nich wydają się
być inspirowane malarstwem Balthusa
(1908-2001), malarza
polskiego pochodzenia albo sprawiają
wrażenie wyjętych z
filmów Hitchcocka,
jak np. portret sir
Guinnessa. Zdjęcia
wykonane są z dziwacznej perspektywy, szokującej jak na
owe czasy. To zbliżenia skupione na deta-
lu, który z reguły jest gigantycznie
duży albo zupełnie zniekształcony.
Niektórzy twierdzą, że ta tendencja
była spowodowana cierpieniem,
jakiego na skutek poważnej choroby doznał w dzieciństwie Brandt.
Akty autorstwa Brandta pokazane
zostały w publikacji „Perspektywy
aktów” („Perspectives of Nudes”)
w 1961 roku.
Późniejsze lata swojego życia spędza na dalszym fotografowaniu.
Dzieli się też swoją bogatą wiedzą –
zostaje wykładowcą w prestiżowej
Royal College of Art. Jego twórczość sprawiła, że stał się jednym
z najbardziej wpływowych fotografów XX wieku. Bill Brandt umiera
w 1983 roku.
Przy pomocy agencjai On Board PR we
wszystkich najważniejszych mediach pojawiły się informacje o warunkach, na jakich
zatrudniani są pracownicy ochrony. Lista
grzechów pracodawców w tej branży jest
długa: niskie płace (firmy ochroniarskie
obsługujące urzędy i instytucje publiczne
ustalają konkurencyjne ceny kosztem wynagrodzeń dla pracowników), zatrudnienie
na umowę-zlecenie, brak świadczeń zdrowotnych i urlopowych czy brak szkoleń zawodowych. W świetle tych problemów głównym celem kampanii, do której włączyła się
także Helsińska Fundacja Praw Człowieka,
były starania o zmianę polityki firm wyzyskujących swoich pracowników. Organizatorom zależało na dotarciu do szerokiej
opinii publicznej i pozyskaniu społecznego
przyzwolenia na proponowane zmiany.
Było to możliwe dzięki wsparciu Fundacji
Helsińskiej, która zapewniła kampanii zainteresowanie i zaufanie opiniotwórczych
mediów.
Kampania trwała 6 miesięcy i została zakończona w październiku 2008 roku. Grupami
docelowymi kampanii były przede wszystkim te osoby, od których zależy wprowadzenie zmian prawnych w tym obszarze, czyli
m.in. parlamentarzyści, instytucje rządowe
i eksperci rynku pracy. Sami ochroniarze
swoją aktywną postawą (np. udzielaniem
wywiadów dla mediów) mieli przyczynić
się do realizacji celów kampanii. Kampania
kierowana była również do dziennikarzy,
którzy mieli nagłośnić problem. – Chcieliśmy, żeby problemy pracowników ochrony
ujrzały światło dzienne, aby było więcej zrozumienia ze strony społeczeństwa – tłumaczy Krzysztof Zgoda ze związku zawodowego „Solidarność”.
Hubert P. i inni
Na potrzeby kampanii przygotowano dwa
raporty: „Pracownicy ochrony – wyzysk
w państwie prawa” oraz „Pracownicy ochrony
w urzędach publicznych”, i zaprezentowano
dziennikarzom podczas konferencji prasowej.Agencja posłużyła się historią Huberta
P., który po 46 godzinach nieprzerwanej
pracy w trakcie dyżuru zasnął za kierownicą. W wypadku odniósł obrażenia, które
uniemożliwiły mu pracę przez pół roku.
Wraz z żoną i trójką dzieci pozostał bez
żadnych świadczeń, bo pracę wykonywał na
podstawie umowy o dzieło.
Na przedstawione w raportach informacje
szybko zareagowała Państwowa Inspekcja
Pracy, która przeprowadziła kontrolę w kilkunastu firmach ochroniarskich. Stawiane
w raporcie zarzuty potwierdziły się.
Ulotki i strona www
Akt , East Sussex Coast 1959
swoich miejsc pracy, np. Mazowieckiego Urządu Wojewódzkiego, Euro
Banku i Getin Banku.– Ich celem było
zwrócenie uwagi
kierownictwa firm,
z a t r u d n i a j ą c yc h
największe firmy
ochrony, na patologiczną sytuację
w sektorze – tłumaczy Norbert Kilen,
dyrektor strategiczny On Board. – Po
raz pierwszy o problemie dowiedzieli
się klienci banków
i urzędów publicznych. Zdarzało się,
że otrzymane ulotki
przekazywali
pracownikom, aby
zwrócić ich uwagę na argumenty
związkowców – dodaje.
Innym działaniem,
mającym charakter informacyjny, było stworzenie serwisu
internetowego www.10zl.org. – Nazwa strony nawiązuje do stawki za godzinę, którą
pracownicy ochrony chcą wynegocjować
z pracodawcami – tłumaczy Kilen. – Przed
rozpoczęciem kampanii stawka za godzinę
pracy ochroniarza wynosiła 4-5 zł. Serwis
adresowany do pracowników sektora ochrony ma zachęcać ich do organizowania się
i walki o swoje prawa – podkreśla.
reklama
Efekty
Ponad 220 publikacji w największych
mediach, podpisanie porozumień z sześcioma największymi firmami ochrony,
skupiającymi trzy czwarte rynku, oraz
aktywizacja 4,5 tys. ochroniarzy – to tylko niektóre osiągnięcia kampanii. Ponadto podpisano porozumienie z Polskim
Związkiem
Pracodawców
„Ochrona”
i utworzono grupę roboczą, pracującą nad
poprawą sytuacji pracowników ochrony.
Rozpoczęto też proces zmiany prawa o zamówieniach publicznych – powstał Zespół
ds. Ochrony przy Komisji Trójstronnej, pracujący nad modyfikacją przepisów. – Dzięki
zaangażowaniu NSZZ „Solidarność” udało
się ograniczyć budżet kampanii do absolutnego minimum. Jedyne koszty zewnętrzne
związane były z drukiem ulotek, kosztami
przejazdów, kosztami organizacji konferencji prasowej oraz funkcjonowania strony
internetowej – dodaje Kilen. W jego ocenie
założone cele zostały osiągnięte. – Firmy
ochroniarskie otworzyły się na dialog z pracownikami, ale jest to dopiero punkt wyjścia
do tego, żeby sytuację zmienić na stałe.
Kampania została nagrodzona
w międzynarodowym konkursie Mercury
Exellence Awards 2008/2009. NSZZ
„Solidarność” pracuje z On Board od dwóch
lat. Kolejną kampanią planowaną przez
agencję będzie akcja „Solidarność na kryzys”.
W ramach komunikacji bezpośredniej
podczas kampanii rozdano 15 tys. ulotek,
m.in. w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu.
Ochroniarze rozdawali ulotki w pobliżu
| 15 |
W praktyce | PR
PR | W praktyce / To PRoste
Jak przygotować CV – rady dla przyszłych stażystów
CV musi przekonać twojego potencjalnego pracodawcę, by cię zatrudnił.
Dlatego przy jego pisaniu pamiętaj, by znalazły się w nim poniższe informacje:
Jan Kowalski
adres: ul. Polna 8, 32-719 Łódź
data urodzenia: 23 kwietnia 1978 roku
stan cywilny: kawaler
telefon: 0 890 576 298
e-mail: [email protected]
Informacje
o wykształceniu:
na którym roku
studiów jesteś
i jakiej uczelni.
Wykształcenie:
od 2008 – Uniwersytet Warszawski, kierunek psychologia
od 2005 – Uniwersytet Warszawski, kierunek polonisytka
2001 – 2005 – liceum im. Henryka Sienkiewicza w Łodzi, matura rozszerzona
Doświadczenie:
Prezentacja doświadczenia
zawodowego: Standardem jest,
że podaje się je w kolejności od
najnowszych do najstarszych.
Pamiętaj również o wpisaniu
działalności w organizacjach
pozarządowych.
od 2008 – Radio Rytm – praktyka w dziale informacji
od 2006 – dziennik – „Nasze Miasto” – reporter miejski
Umiejętności:
jezyki obce:
Najczęściej nie czują mediów, chociaż
mają dużą wiedzę teoretyczną. Ale bywa
też, że po stażu otrzymują propozycję
zatrudnienia.
Stażyści na głębokiej wodzie
angielski – bardzo dobry, niemiecki – średnio, francuski – bardzo słabo
obsługa komputera PC i Mac, prawo jazdy kategorii B
Dodatkowe umiejętności
i zainteresowania: ukończone
kursy, szkolenia. Najlepiej,
żeby były przydatne w twojej
przyszłej pracy. Zainteresowania:
Sport, turystyka i ochrona środowiska
Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zawartych w ofercie pracy,
niezbędnych do realizacji rekrutacji zgodnie z Ustawą z dnia 29.08.1997 o ochronie danych
osobowych (Dz. U. Nr 133, poz. 8330.)
Na końcu dopisz formułę
prawną o wyrażeniu zgody
na przetwarzanie danych
osobowych.
Aleksandra Ślifirska, dyrektor generalna Kobold Public Relations
Pamiętaj, że CV świadczy o tobie i od niego może
zależeć, czy zostaniesz przyjęty do pracy. Dlatego
musi wyglądać czysto i estetycznie i musi być
napisane bez błędów ortograficznych.
| Piotr Zabiełło-Adamczyk
– Pracowaliśmy przy mikroskopijnych biurkach, a gdy już zabrakło dla nas miejsca, siedzieliśmy na korytarzu w przejściu. Do tego
często musiałam nosić ciężkie rzeczy ‑ wspomina Ania, studentka dziennikarstwa, która
odbyła staż w jednej z większych sieciowych
agencji PR. Dopiero po wielu interwencjach
firma zdecydowała się na zatrudnienie osoby
wykonującej prace fizyczne. Historie takie
jak Ani można mnożyć. Dlaczego więc staże
cieszą się tak dużym zainteresowaniem? ‑ Dla
przyszłego pracodawcy odbycie praktyki to
znak, że już na studiach szło się w określonym
kierunku, pracowało przy projektach, zdobywało doświadczenie ‑ tłumaczy Małgorzata,
była stażystka, a obecnie pracownik jednej
z warszawskich agencji PR. Bywa także, że
jest to szansa na stałe zatrudnienie. Norbert
Kilen, dyrektor strategiczny agencji On Board
PR, podkreśla, że staż jest najlepszą drogą rekrutacji wartościowych konsultantów PR.
CV to za mało
– Na staż najłatwiej jest dostać się osobom,
które mają w agencji znajomych, które mogłyby polecić ich kandydaturę ‑ tłumaczy
Milena Zielińska, studentka trzeciego roku
dziennikarstwa, która ma za sobą dwumiesięczny staż w dużej agencji. Osoby, które znajomości nie mają, muszą uzbroić się
w cierpliwość i zacząć szukać firmy na własną
rękę. ‑ Warto wchodzić na strony internetowe
agencji. Często firmy nie zamieszczają ogłoszeń w serwisach rekrutacyjnych, mają po
prostu dział „oferty pracy” i tam informują
o aktualnym zapotrzebowaniu na pracowników – radzi Ania.
– Aplikacji od studentów przychodzi bardzo
dużo. Nie mamy czasu rozmawiać ze wszyst-
| 16 |
kimi – wyjaśnia Aleksandra Ślifirska, dyrektor generalna Kobold
Public Relations. ‑ Już na poziomie
CV i listu motywacyjnego młody
człowiek powinien nas czymś zaskoczyć i zainteresować. Po wysłaniu dokumentów warto zadzwonić i
przedstawić się – podkreśla.
Jeden ze stażystów w naszej
agencji poczuł się tak dobrze w
roli PRowca, że próbował przejąć
naszych klientów - mówi
Aleksandra Ślifirska dyrektor
generalna Kobold Public Relations
Z jej doświadczenia wynika, że przygotowanie poprawnego CV to dla
wielu przyszłych PR-owców spore
wyzwanie. – Nieumiejętność redagowania tych dokumentów dyskwalifikuje już na starcie – dodaje dyrektor Ślifirska. – Jeżeli dostaję maila
z błędem ortograficznym, to raczej
nie mam ochoty angażować takiego
stażysty w projekty firmy. Oczywiście, błędy zdarzają się każdemu,
ale CV i list motywacyjny to bardzo
ważne dokumenty i warto je przed
wysłaniem sprawdzić – podkreśla. Nie tylko kawa i ksero
‑ Stażując, można poznać codzienną praktykę PR. Podejście do komunikacji, organizację pracy, sposób budowania relacji z klientem
i dziennikarzami ‑ tłumaczy Nor-
bert Kilen. W praktyce poznawanie pracy
agencji PR zaczyna się od wykonywania wielu żmudnych i mało ambitnych zadań.
– Na początku zajmowałam się robieniem
baz danych, „obdzwonką”, monitoringiem
mediów i wszystkimi najbardziej czasochłonnymi, nudnymi pracami ‑ opowiada Milena
Zielińska. – Każdy musi przez to przejść, bo
to swoisty test, czy nadajesz się do tej pracy
czy nie, czy jesteś na tyle rozsądny i odpowiedzialny, żeby powierzyć ci bardziej ambitne
zadania. Na szczęście szybko zaczęto przydzielać mi bardziej samodzielne i ciekawe
projekty ‑ wyjaśnia.
– Często rzucamy stażystę na głęboką wodę
– tłumaczy Aleksandra Ślifirska. – Musi nauczyć się relacji z mediami, organizacji wydarzeń specjalnych, researchu, musi umieć
radzić sobie na spotkaniach z klientem. Dla
stażysty bardzo korzystne jest poznawanie
wszystkich obszarów działalności agencji.
Stuprocentowy PR-owiec to ktoś, kto sprawnie porusza się w obszarze PR, potrafi poradzić sobie z różnymi projektami – opowiada.
– Początki były trudne. Przez pierwszy tydzień
towarzyszył mi straszny stres – czy na pewno
sobie poradzę ‑ wspomina Milena Zielińska.
Dla wielu zupełnie nowym doświadczeniem
okazuje się walka z terminami i duża liczba
obowiązków. ‑ W tej pracy konieczne jest robienie wielu rzeczy ,,na wczoraj”, pod presją
czasu i w dużym stresie - komentuje Małgorzata, studentka III roku dziennikarstwa, stażystka jednej z warszawskich agencji.
– Z czym stażyści mają największe problemy? – zastanawia się Aleksandra Ślifirska.
– Najczęściej nie czują mediów, chociaż często mają dużą wiedzę teoretyczną. Popełniają
błędy ortograficzne. W przypadku niektó-
rych osób musieliśmy cofać się aż do szkoły
podstawowej – wspomina. – W pracy PRowca najważniejsze jest pisanie i mówienie.
Wielu młodych ludzi ma z tym problemy.
Szefowie są wyrozumiali
Większość agencji PR nie ma stałego programu
stażu. ‑ Do każdego staramy się podchodzić indywidualnie i te sprawy pozostają w obszarze
odpowiedzialności dyrektorów poszczególnych
działów – tłumaczy Norbert Kilen. Według
Aleksandry Ślifirskiej opracowanie stałego
programu byłoby niepraktyczne: – Naturalne
jest, że przebieg stażu będzie za każdym razem
inny – komentuje. – Każdy stażysta wchodzi do
firmy w zupełnie innym momencie. Czasami
właśnie organizujemy eventy, czasami dzieje
się coś zupełnie innego – dodaje.
Najczęściej staż trwa około trzech miesięcy.
W większości przypadków stażyści otrzymują skromne wynagrodzenie, które, jak
podkreślają PR-owcy, „nie jest porównywalne z zarobkami w branży”. ‑ W jednej firmie
płacono 350 zł netto, w drugiej 800 zł netto
‑ opowiada Ania, stażystka dwóch warszawskich agencji. – W obu przypadkach była to
stała kwota, niezależna od czasu rzeczywiście przepracowanego w miesiącu.
Ile godzin dziennie spędza stażysta w firmie?
Podobnie jak w przypadku programu stażu,
jest to sprawa indywidualna. – Miałam ustalony indywidualny grafik, jako że studiuję
dziennie i muszę chodzić na zajęcia ‑ wspomina Milena Zielińska. – Staż odbywałam
codziennie, ale w różnych godzinach, czasami
8 godzin, a czasami 4. Moi szefowie byli naprawdę bardzo wyrozumiali – ocenia. Przeważnie stażyści pracują mniej niż pracownicy; nie zostają po godzinach, nie przychodzą
w weekendy. – Kilka razy zdarzyło
mi się zostać dłużej – przypomina
sobie Ania. – Nie miałam natomiast
problemu z wyjściem wcześniej, ale
nie prosiłam o to często, żeby nie
odebrano tego jako sygnał, że mi nie
zależy – tłumaczy.
Stażysta się zastanawia
Co zyskują stażyści? Przede wszystkim doświadczenie. – Jeden ze
stażystów w naszej agencji poczuł
się tak dobrze w roli PR-owca, że
próbował przejąć naszych klientów
– śmieje się Aleksandra Ślifirska.
– Korzyści są ogromne, a nauczyć
się można bardzo wielu rzeczy –
ocenia Ania. – Wszystko zależy od
tego, do jakich projektów zostanie
się przedzielonym, ale z każdego
przy zaangażowaniu i chęci można
wynieść bardzo wiele.
Zarówno byli stażyści, jak i pracownicy podkreślają, że staż to też
dobra okazja, aby „przymierzyć
się” do zawodu PR-owca. – Uważam, że staż to relacja oparta na
obustronnej korzyści ‑ ocenia Norbert Kilen. – Ze strony stażysty to
szansa na naukę praktyki PR, spróbowanie swoich sił. Ze strony firmy
zaś rzeczywista pomoc w prostych
projektach ‑ podsumowuje.
Staż to też szansa na pracę. ‑ Idealna sytuacja jest wtedy, kiedy
stażysta przychodzi na staż po to,
żeby się uczyć i potem zostaje pracownikiem – opowiada Aleksandra
Ślifirska. ‑ Nie ma sensu szkolić kogoś, kto potem zasili szeregi konkurencji. U nas w agencji stażyści
mają jasno wyznaczone cele stażu
i wiedzą, że jeżeli naprawdę będą się
starać, to zaproponujemy im pracę
– dodaje. Jak to wygląda w praktyce? – Kiedy zbliżał się koniec stażu,
pomyślałam, że czuję się tu dobrze
i fajnie byłoby zostać – wspomina
Małgorzata. ‑ Na szczęście szefowa
i zespół byli tego samego zdania,
więc ostatecznie zostałam, awansując oczywiście na wyższe stanowisko – opowiada.
Nadzieję na zatrudnienie mogą
mieć jednak tylko aktywni
i najbardziej zaangażowani.
Według PR-owców gotowość
do przejścia na etat to też kwestia dojrzałości, której często
stażyści jeszcze nie mają. – To
są bardzo młodzi ludzie, którzy
dopiero szukają swojej drogi w
życiu zawodowym – tłumaczy
Ślifirska.
– Bardzo wiele osób, które dziś
pracują w On Board PR, zaczynało od stażu. Nie jest to jednak
regułą – dodaje Norbert Kilen.
– Myślę, że błędem jest postrzeganie okresu stażu jako jakiegoś
okresu próbnego – tłumaczy. –
Staż to szansa na nauczenie się
czegoś, spróbowanie swoich
sił. Wiązanie z nim nadziei na
późniejsze zatrudnienie nie jest
dobre dla obu stron: zarówno
dla praktykanta, jak i dla firmy,
która z końcem stażu po prostu
nie ma wolnego stanowiska, by
móc zaproponować jego objęcie
– podsumowuje.
Kurs certyfikacyjny Praktyk NLP
Zakopane, 9-17 maja 2009 roku (60 godzin)
Szkolenie w zakresie usprawniania metod działania,
nauczania, zarządzania i negocjacji.
www.szkolnictwo-dziennikarskie.pl
Konferencje
prasowe
Wśród usług, jakie zapewnia swoim klientom
agencja public relations, jest między innymi
organizacja i obsługa konferencji prasowych.
Spotkania z mediami to jeden z kluczowych
elementów media relations, podstawy działań
każdej agencji PR. Jakie miejsca polecane są
na organizację tego typu wydarzeń? Jakich
elementów nie powinno zabraknąć podczas
spotkania z mediami? Czy zainteresowanie klientów
konferencjami prasowymi wzrasta, czy maleje?
Odpowiada Dorota Tuszyńska, Senior Account
Manager agencji Euro RSCG Sensors.
Gdzie najczęściej organizuje
się konferencje prasowe?
Dobór odpowiedniego miejsca na
konferencję prasową zależy od kilku aspektów: liczby zapraszanych
dziennikarzy, tematu konferencji,
klimatu, w jaki chcemy wprowadzić zaproszonych gości. Może być
to restauracja, sala konferencyjna
w hotelu, klub. Inną lokalizację wybierzemy na konferencję, na której
prezentowane są wyniki finansowe
firmy, inną w przypadku premiery
na rynku nowego produktu, np. kosmetyku czy samochodu.
Jak należy wyposażyć
miejsce, w którym odbywa
się konferencja prasowa?
Także w przypadku wyposażenia miejsca czy sali na spotkanie
z mediami decyduje jego cel. Przy
prezentacji wyników finansowych
firmy, jej planów sprzedażowych,
prezentacji nowego zarządu – sala
powinna być dostosowana inaczej
niż w przypadku konferencji lifestylowej, związanej z prezentacją nowego produktu firmy. Tu mamy bowiem większa swobodę. Uogólniając
jednak, na „klasycznej” konferencji
prasowej nie powinno zabraknąć
odpowiedniej wielkości ekranu,
rzutnika bądź innego nośnika,
z którego wyświetlana będzie prezentacja/wizualizacja, nagłośnienia,
oświetlenia, mównicy, podestu bądź
odpowiednio zaaranżowanego i widocznego miejsca dla prelegentów.
Nie można zapomnieć o przygotowaniu wystarczającej liczby miejsc
dla zaproszonych gości. Jeśli potrzebne będzie tłumaczenie, powinniśmy zadbać także o odpowiedni
sprzęt i tłumaczy.
Czy istnieje zależność
pomiędzy branżą, jaką
reprezentuje dany klient,
a miejscem, które wybiera
na konferencję prasową?
O wyborze miejsca na konferencją
prasową decyduje nie tyle obszar
działalności firmy, ale tematyka podejmowana na spotkaniu z prasą.
Jeśli temat konferencji dotyczy dzia-
łalności korporacyjnej firmy, miejsce
i charakter wydarzenia powinny być
dobrane odmiennie niż w przypadku poruszania tematów związanych
z wprowadzeniem na rynek nowego
produktu. Wówczas mamy nieco
większą swobodę w przygotowaniu
wydarzenia. Wtedy całe wydarzenie
– miejsce, scenariusz, atrakcje – staramy się dostosować do marki, wpisać w jej świat i klimat.
Jak duże jest obecnie
zainteresowanie klientów
konferencjami prasowymi?
Konferencje prasowe organizowane
są bardzo często, choć coraz bardziej popularne stają się telekonferencje oraz wideokonferencje. Nie
wydaje się, by całkowicie zastąpiły
one „tradycyjne” spotkania reprezentantów firmy z dziennikarzami,
trend ten jednak będzie nabierał na
sile. Z racji wygody, a także, co dla
mediów najistotniejsze, szybkości
otrzymania informacji.
Dorota Tuszyńska
Senior Account Manager
w Euro RSCG Sensors
Jeśli macie pytania, piszcie:
[email protected]
Patronat merytoryczny:
| 17 |
PR na świecie | PR
PR | Wiwisekcja
PR na świecie
opracowała Roksana Gowin
Australia stawia na markę
PR-owiec
Australijska Agencja Turystyczna chce
wykorzystać popularność filmu „Australia” do promowania marki kraju i zachęcania turystów do jego odwiedzenia – podaje magazyn „Visual Communication”.
Według rankingu CBI Australia od Olimpiady w 2000 roku stale utrzymuje wysoką
pozycję pod względem rozpoznawalności
i atrakcyjności na świecie. Magazyn podkreśla, że rola kształtowania wizerunków
narodowych jest dostrzegana nie tylko
przez władze Australii, ale też inne państwa. Daje to bowiem nie tylko wymierne
korzyści związane z rozwojem turystyki,
ale powoduje także wzrost zaufania oraz
lojalności wobec kraju.
stoi w cieniu
Z Katarzyną Przewuską,
szefową agencji Euro RSCG Sensors
rozmawiał Marek Maślanka
Źródło: Visual Communication, Brand
Australia, Andrea Insch
50 urodziny Barbie
Wpadka Facebooka
Zarząd Facebooka, jednego z najpopularniejszych portali społecznościowych
na świecie, zamieścił ostatnio na swojej
stronie nowe zasady korzystania z serwisu. Internauci są oburzeni.
Według nowych zasad tracą prawo do
zdjęć i innych materiałów, które zamieszczają na portalu. Ponadto Facebook może swobodnie udostępniać
wszystkie dane teleadresowe użytkowników sponsorom, którzy wykorzystają
Warto kupować prasę
Trzystu przedstawicieli amerykańskich
tytułów prasowych zainicjowało kampanię PR, która ma na celu przekonanie
ludzi, że warto czytać i kupować tradycyjną prasę. Poprzez rozmaite akcje
i reklamy pomysłodawcy kampanii podkreślają, że prasa mimo ekspansji Internetu i telewizji nadal stanowi ważne
źródło informacji. Szefowa Associated
Press Donna Barrett tłumaczy, że spadek sprzedaży prasy jest związany nie
tylko z kryzysem ekonomicznym, ale
przede wszystkim z kryzysem zaufania
i wiarygodności wobec tego medium.
Zabiegi public relations mają przekonać
opinię publiczną do wysokiego poziomu
informacji, jaki mogą znaleźć jedynie
w prasie drukowanej.
Źródło: www.NewsBusters.org
Więcej na narzędzia PR
Firmy zapewniające usługi i produkty
PR odnotowały w okresie kryzysu ekonomicznego wyraźny wzrost przychodów
– informuje tygodnik „PRweek”.
Vocus, dostawca oprogramowania zarządzającego PR, zanotował całkowity przychód za 2008 rok w wysokości 77,5 miliona
dolarów – to o 33 proc. więcej niż w roku
ubiegłym. Kierownictwo firmy przewiduje, że w 2009 nastąpi wzrost przychodów
o kolejne 10 milionów dolarów.
Źródło: www.PRweek.com
je do własnych celów marketingowych.
Firma pod naporem krytyki przywróciła stary regulamin, ale mimo to jej wizerunek bardzo ucierpiał na całej sprawie.
Serwis bulldogreporter.com wytyka
zarządowi Facebooka, że konsultacja
z działem PR przed wprowadzeniem
zmian z pewnością byłaby dla portalu
dużo mniej kosztowna niż odbudowywanie wizerunku firmy.
Źródło: www.bulldogreporter.com
Sport się opłaca
Po tegorocznej transmisji meczu Super
Bowl – rozgrywki o najważniejsze trofeum w futbolu amerykańskim, w której
uczestniczą triumfatorzy dwóch zawodowych lig USA – o 7 punktów procentowych
wzrosła rozpoznawalność miasta Tampa
na Florydzie, gdzie odbywały się zawody
– podaje magazyn biznesowy „Business Journal”. Transmisję meczu oglądało ponad
18 milionów osób. „Business Journal” informuje, że podczas emisji komentatorzy
sportowi kilkadziesiąt razy wspomnieli
w pozytywnym kontekście o mieście, podkreślając jego atrakcyjność i walory.
Źródło: www.bizjournals.com
Holmes Report wyróżnia
polską agencję
Polska agencja Profile z siedzibami
w Warszawie i Poznaniu została uznana przez wydawnictwo The Holmes
Group za najlepszą agencję Centralnej
i Wschodniej Europy.
Tytuł Agencji Roku przypadł firmie
Burson-Marsteller. Jak podaje portal
proto.pl, wyniki obejmowały kraje regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód
i Afryka). Publikowane od 15 lat raporty
The Holmes Group są uznawane w branży PR za jedno z najistotniejszych i najbardziej szanowanych wydarzeń roku.
Są wyznacznikiem pozycji, jaką agencje
public relations zajmują na rynku.
Źródło: www.proto.pl
| 18 |
Firma Mattel, światowy producent zabawek, rozpoczęła zintegrowaną kampanię promującą Barbie jako symbol
mody i pop kultury – podaje tygodnik
„PRweek”.
Okazją do tego stała się 50. rocznica
powstania Barbie, która minęła 9 marca 2009 roku. Mimo to kampania PR
ma trwać przez cały rok, a jej głównym
celem będzie dotarcie do trzech generacji konsumentów poprzez różnego
rodzaju eventy i komunikację online.
Twórcy kampanii utworzyli mikrostronę (http://barbiestyle.barbie.com), na
której będzie można śledzić najnowsze
wydarzenia, pobierać aplikacje, a także
oglądać stare reklamy Barbie. – Strona zapewnia najlepsze materiały, które
umożliwią internautom tworzenie własnych elementów. Ale nadal będą przez
nas inspirowani – dodaje Lauren Dougherty, dyrektor PR firmy Mattel.
PR-owcy ruszają
na pomoc Rosji
Agencja Public Relations Ketchum
zatrudniła firmę lobbingową Alston
& Bird, która ma zająć się kwestiami
handlu, energetyki, ekonomii a także
polityki militarnej Rosji.
Jak podaje portal O’Dwyer PR, agencja
Ketchum współpracuje z najbardziej
prominentnymi politykami rosyjskiego
rządu, a także z państwowym monopolistą – firmą Gazprom. Rosja zapłaciła
agencji Ketchum za jej dotychczasowe usługi ok. 2,9 miliona dolarów (od
sierpnia 2008 roku do stycznia 2009).
Jak podaje portal, firma brała czynny
udział w znalezieniu funduszy na wojnę w Gruzji, a także na odcięcie dostaw
gazu dla Ukrainy. Ponadto agencja koordynowała wystąpienie Władimira Putina dla CNN oraz przemówienia prezydenta Dymitra Miedwiediewa.
Źródło: www.odwyerpr.com
Źródło: www.PRweek.com
Czas na McCafe
Firma McDonald’s będzie jednym ze sponsorów Mercedes-Benz Fashion Week. Koncern chce wypromować swoją nową sieć
Nowe oblicze Al Jazeery
Telewizja Al Jazeera rozpoczyna kampanię PR, mającą na celu zmianę wizerunku stacji, dotychczas kojarzonej głównie
z organizacją terrorystyczną al Kaida i jej
liderem Osamą Bin Ladenem – informuje portal agencji informacyjnej Reuters.
Kanał chce pozyskać nowych widzów
zarówno w USA, jak i Kanadzie, a także
dotrzeć do szerszej liczby odbiorców na
świecie. Kampanię rozpoczęto od stworzenia serwisu internetowego IWantAJE.net w wersji anglojęzycznej, który ma
zadaniem jest przełamanie stereotypów
o antysemickiej i antyamerykańskiej linii programowej stacji.
Źródło: www.reuters.com
kawiarni McCafe. Według przedstawicieli
firmy Fashion Week to świetna okazja do
zaprezentowania nowej marki. Strategia
PR promująca nie tylko Fashion Week, ale
też jego sponsorów, opiera się na mailingu,
bezpośrednim kontakcie z najbardziej znanymi projektantami, krajowej oraz lokalnej
promocji wydarzenia, a także rozdawaniu
bezpłatnych wejściówek na eventy i pokazy.
Ponadto McDonald’s ma zapewnić specjalne
przewodniki „McCafe look book”, pokazujące różnorodną ofertę napojów dostępnych
w wyznaczonych punktach.
Źródło: www.PRweek.com
Agencja w sieci
Wystarczy przejść kilka metrów od miejsca, w którym pracuje się nad strategią
komunikacyjną dla korporacji, by zobaczyć, jak powstaje informacja prasowa
o kredycie hipotecznym. Dwa metry dalej trafimy na burzę mózgów poświęconą
budowaniu wizerunku marki znanego producenta samochodów. Idąc dalej,
możemy sprawdzić, jaki model pieluszek będzie hitem w tym sezonie. Tak
pracuje agencja public relations Euro RSCG Sensors.
| Marek Maślanka
Słabsza dynamika
Decyzja o założeniu Euro RSCG Sensors
zapadła w 2003 roku. Agencja dołączyła
do międzynarodowej grupy komunikacyjnej Euro RSCG Worldwide, w skład której
wchodzą m.in. agencje reklamowe, agencje
marketing services czy interactive. W Polsce
Euro RSCG Sensors stała się częścią Grupy
Euro RSCG Poland.
– Agencja PR była potrzebna, aby uzupełnić
portfolio usług dla klientów grupy – mówi
Katarzyna Przewuska, dyrektor zarządzająca. Jednak firma szybko zaczęła pracować
dla własnych klientów. – Przykłady agencji
PR-owych w grupach komunikacji marketingowej pokazują, że bez dużej swobody
działania agencje nie zawsze osiągają sukces – tłumaczy Przewuska. W 2006 r. agencja osiągnęła przychód w wysokości 12 mln
zł – 65 proc. więcej niż rok wcześniej. Tym
samym znalazła się na drugim miejscu rankingu miesięcznika „Press”. Wyprzedzała
ją tylko Sigma International (Poland). Jednak rok później dynamika wzrostu nie była
już tak wysoka. – Po latach dynamicznego
rozwoju musieliśmy się zastanowić co dalej,
uporządkować standardy i wewnętrzne procedury – tłumaczy Katarzyna Przewuska.
W grupie łatwiej
Euro RSCG Sensors podzielona jest na pięć
działów: komunikacji konsumenckiej, komunikacji korporacyjnej, btob & finacial
services, relacji z inwestorami
oraz wydzielony w tym roku dział
komunikacji zdrowotnej. Żaden
z nich nie jest wiodący, działy często ze sobą współpracują. Utworzony w styczniu zeszłego roku
dział relacji inwestorskich współ-
Euro RSCG Sensors podzielona
jest na pięć działów: komunikacji
konsumenckiej, komunikacji
korporacyjnej, btob & finacial
services, relacji z inwestorami
oraz wydzielony w tym roku dział
komunikacji zdrowotnej.
pracuje ściśle z działem korporacyjnym, aby skuteczniej komunikować się ze środowiskiem biznesowym. Zdaniem pracowników,
o przewadze agencji na rynku
przesądzają dwa elementy. Po
pierwsze: Euro RSCG Sensors jest
częścią grupy marketingowej – tym
samym oferowane rozwiązania
są zintegrowane, wychodzą poza
wąskie postrzeganie PR jako relacji z mediami. Po drugie – działa
ona w ramach międzynarodowej
sieci Euro RSCG Worldwide PR,
umożliwiającej dostęp do obszernego know-how, pochodzącego od
zagranicznych partnerów.
Na czym to polega?
Praca w Euro RSCG Sensors, szczególnie na
niższym stanowisku, wiąże się z zadaniami,
które niekoniecznie spełniają oczekiwania
młodych, pełnych zapału ludzi. Robienie
press booków, aktualizacja baz danych,
poprawianie informacji prasowej. Szefowa
agencji zaznacza: w PR bardzo ważna jest
pokora, a także zaangażowanie. – Sama
przeszłam przez trudne początki. Zdarzało
mi się przez pół nocy faksować zaproszenia
do dziennikarzy albo szukać zielonego płótna na konferencję prasową – podkreśla. Maciej Makuszewski, account manager z Euro
RSCG Sensors, dodaje: – Trudno to uwielbiać, ale wszystko ma jakiś cel.
Którędy do pracy?
Aby dostać się na praktyki do agencji, należy wysłać CV i pomyślnie przejść rozmowę
rekrutacyjną. – Jeżeli poczujemy, że dana
osoba będzie pasować do naszego zespołu, wykazuje się aktywnością i ma otwarty
umysł, to z pewnością zasili szeregi naszej
firmy – przekonuje Przewuska. Nowo przyjęty pracownik zostaje oprowadzony po
wszystkich agencjach należących do Grupy
Euro RSCG Poland. Otrzymuje również pakiet materiałów wprowadzających go w firmowe standardy obsługi klienta.
Jest pani jeszcze PR-owcem
czy dyrektorem?
Mam nadzieję, że zawsze będę bardziej
PR-owcem niż nawet najdoskonalszym
managerem. Uważam, że agencja nie
odniesie sukcesu, jeżeli na czele nie stoi
PR-owiec.
Pamięta pani swój pierwszy
kontakt z PR?
To było w trakcie studiów
ekonomicznych.
A pierwsze zadanie PR-owskie?
Zajmowałam się aktualizacją spisu
bankomatów jednej z instytucji
finansowych na potrzeby poradnika
dla konsumentów.
Co stanowiło największe wyzwanie?
Sylwester roku 2000, który spędziłam
w pracy. Prowadziliśmy projekt
kryzysowy dla firm, które obawiały
się problemu milenijnego.
Często zwalnia pani pracowników?
Zwolnienia się zdarzają, ale uważam
je za błędy w rekrutacji. Zatem są to
moje porażki.
Na czym polega praca w agencji?
Praca w agencji to codzienne
doradztwo i realizacja celów
komunikacyjnych i biznesowych
wyznaczanych przez klienta. To
pozostawanie w cieniu klienta, dla
którego świadczy się usługi. Jeśli
komuś marzy się praca w agencji
ze względu na eventy, gwiazdy
i błysk fleszy, to wychodzi z błędnego
założenie.
Co zrobić, aby odnieść sukces w PR
i zostać szefem tak dużej agencji jak
Euro RSCG Sensors?
Tak jednoznacznie zdefiniowany cel
może frustrować. Kiedy zaczynałam
pracę w Euro RSCG Sensors, nie była
to duża agencja, zatem najlepiej
realizować cele poprzez własną pracę.
Czasem, gdy patrzę wstecz, myślę
sobie: „Ile udało nam się zrobić!”,
ale wciąż widzę, ile przed nami.
| 19 |
Subkultura | kultura
Gdzie czas nie ma znaczenia
Takich historii: przychodzi śmierć,
by zabrać jednego z członków rodziny, wydarza się miliony. Towarzyszy
im dezintegracja, erupcja żalu
i strachu, zamknięcie, pustka. Można to było opowiedzieć zwyczajnie,
zachowując liniowość czasu i jednoznaczność przestrzeni. Twórcy „Terminalu” wybrali jednak inną drogę.
Po scenie snują się enigmatyczne
postaci, jakby były własnymi cieniami, z garstki luźno powiązanych
słów dowiadujemy się o chorobie
matki, a z wszystkiego, co między
słowami, przeczuwamy bliskość
i nieuchronność śmierci. Tu, jak
w zaświatach, czas nie ma znaczenia, obrazy, sceny, dialogi rodzą się
z niczego i giną w światłocieniu,
kpiąc z logiki. Genialny zabieg rozbicia głównych postaci – matki oraz
syna – na dwa wcielenia, dezorientuje widza, a zarazem przenosi go
w inny świat, gdzie myśli przeplatają się z faktami, a wspomnienia egzystują na równi z teraźniejszością.
Czy ta kobieta żyje, czy umarła, czy
jest w tej chwili atrakcyjną trzydziestolatką czy zmęczoną życiem
starszą kobietą – to bez znaczenia.
Wszystkie obrazy i wydarzenia
nakładają się na siebie we wspólnej
płaszczyźnie. Zamysłem sztuki jest
dotarcie do istoty śmierci, do nagiej
prawdy, „odartej z nieistotnego
konkretu” – jak wyraża się o swym
dziele sam Noren. To nie rzeczy,
zdarzenia, słowa stanowią faktyczną treść psychiki, ale sposób, w jaki
je widzimy, układamy, odczuwamy,
doświadczamy. Dopiero tu, na poziomie subiektywizmu, znajdujemy
znaczenia i sensy, a poprzez indywidualne odczucia docieramy do
obiektywnej prawdy. Ten paradoks
doprowadził scenarzystę i reżysera
do stworzenia dzieła, które stawia
odbiorcy wysokie wymagania i zmusza do aktywnego uczestnictwa.
Możliwe, że twórcy przecenili możliwości odbiorcy, zapominając, że
do pełnego zrozumienia przekazu
potrzebuje on konkretu, realnego,
uchwytnego nośnika abstrakcji. Zacieśnienie znaczeń słów, dołożenie
treści, narzucenie nieco wyraźniejszych ram czasowo-przestrzennych
Samotna
przeciw
policji
Film otrzymał
trzy nominacje
do Oscara,
w kategoriach:
aktorka pierwszoplanowa
(Angelina Jolie),
scenografia (James J. Murkami,
Gary Fettis) oraz
zdjęcia (Tom Stern). I choć w końcu
„Oszukana” nie otrzymała żadnej
statuetki, naprawdę warta jest
obejrzenia. Niesamowita scenografia niemal namacalnie wprowadza
widza w klimat Los Angeles lat
20. Scenariusz, oparty na faktach,
przedstawia losy niezwyczajnej kobiety, Christine Collins (granej przez
Angelinę Jolie). Cała historia jest
właściwie studium nad psychiką
matki, która po utracie dziecka staje się wyjątkową jednostką, zdolną
poruszyć całe społeczeństwo,
w efekcie doprowadzając do wielkich zmian. Miasto Aniołów w latach
20. ubiegłego wieku rządzone było
przez skorumpowaną i wszechwładną policję. Christine samotnie
wychowuje syna Waltera. Pewnego
dnia, gdy po powrocie z pracy nie
zastaje chłopca w domu, zgłasza
jego zaginięcie.
Po półrocznych poszukiwaniach
policja Los Angeles ogłasza sukces.
Tyle tylko, że Collins wie, że chłopiec dostarczony jej przez policję i
podający się za Waltera, nie jest jej
synem. Gdy zrozpaczona matka domaga się dalszego śledztwa, spotyka się ze zmową skorumpowanych
policjantów, a w końcu, oskarżona
o szaleństwo, trafia do szpitala
psychiatrycznego.
Dalsze losy są łatwe do przewidzenia, historia nie zaskakuje nadzwy-
| 20 |
pomogłoby w odczytaniu myśli
dramaturga oraz w empatycznym
spojrzeniu na dramat umierającej
kobiety i jej rodziny. Zamiast tego
koncentrujemy się na przyłączaniu kolejnych puzzli i chwytaniu
słów, których znaczenie nam
umyka.
Najłatwiej zinterpretować sztukę, uznając syna, wokół którego
ogniskują się ostatnie sceny, za
schizofrenika, a pozostałe postaci
– za wspomnienia i wyobrażenia
postaci członków rodziny, z którymi mężczyzna toczy nieustanne
kłótnie, pertraktacje i rozmowy.
Wówczas otwiera się przed
widzem nowa, niesamowita
kategoria przeżycia – wrażenie
znalezienia się we wnętrzu czyjejś głowy, w centrum jego myśli,
za „obiektywem” jego oczu. Czy
taki był zamysł autora – ciężko
stwierdzić. Ale czyż z teatrem
nie może być jak z poezją: autor
kładzie przed nami dzieło, a co z
niego zaczerpniemy – to nasze.
Wioletta Wysocka
„Terminal” Larsa Norena
Teatr Narodowy,
Scena przy Wierzbowej
reż. Andrzej Domalik
Ciekawe założenie,
schematyczne rozwinięcie
czajną fabułą. Świetnie natomiast
oddane są realia okresu, w którym dzieje się akcja filmu, co bardzo uprzyjemnia jego oglądanie,
a właściwie umożliwia, ponieważ
140 minut, to zdecydowanie za
długo, by utrzymać nieustanne
zainteresowanie widza. Atutem
tego obrazu są na pewno piękne,
kaszmirowe usta Angeliny, jej
stroje, jak i gracja, z jaką gra
swoją bohaterkę. Czy to jednak
wystarczy, by uznać jej rolę za
wyjątkową? Jest ona na pewno
przełomowa dla aktorki, zrywa
z pewnym, utrwalonym wizerunkiem, aczkolwiek w zestawieniu
z grającym drugoplanową postać
Johnem Malkovichem, charyzmatycznym duchownym, Jolie
wypada gorzej. Cała historia,
pomimo lukrowania, wyidealizowania, czy w pewnych przypadkach (słusznie) demonizowania,
tworzy przyjemny obraz, godny
polecenia wszystkim fanom
amerykańskich produkcji.
Anna Majewska
Rok produkcji: 2008
Tytuł oryginalny: Changeling
Reżyseria: Clint Eastwood
Scenariusz: Paul Haggis , Dave
Kajganich
Zdjęcia: Tom Stern
Kobieta z bazaru, niepotrafiąca
uciec od nędzy życia (Paulina
Holtz). Żydówka borykająca się ze
wspomnieniami z dwóch powstań
(Joanna Żółkowska). Zniewieściały
starszy pan, stykający się z ludzką
nienawiścią (Kazimierz Kaczor).
Wreszcie rozhisteryzowana i wściekła jedenastolatka, mająca pretensje do całego świata (Anna Moskal).
Cztery różne historie opowiedziane
jedna po drugiej. Tak jakby cztery
połączone monodramy. Celowo nie
czytałem nagrodzonej Paszportem
Polityki książki Sylwii Chutnik przed
wizytą w teatrze, żeby przeżyć zaskoczenie. Żadnego zaskoczenia
nie było.
Sztuka zaczyna się intrygująco.
Pierwsza postać jest niespotykanie
zwyczajna. Pracuje na bazarze,
sprzedając co popadnie, nie ma
większych ambicji, fascynuje się
ulicą, każe się nazywać Czarną
Mańką, żyje w sposób prosty, ale nie
prostacki, jest naturalna i autentyczna jak mało która taka postać
w różnych dziełach kultury naszych
Michnik pod lupą
Bouyeure’a
Przez jednych
wynoszony
na piedestał,
przez innych
odsądzany od
czci i wiary.
Dla jednych
bohater
i współtwórca
wolnej Polski, dla innych zdrajca
i współsprawca wszystkich jej
patologii. Adam Michnik wywołuje u nas skrajne emocje – albo
się go podziwia, albo nienawidzi.
Cyril Bouyeure pokazuje, że
nawet w przypadku Michnika
możliwa jest ocena pośrednia,
pozbawiona emocji i osobistych
awersji. W książce zauważymy
wyrazy sympatii dla głównego
bohatera i ogromny szacunek
dla jego dokonań, nie obawiajmy
się jednak czterystustronicowej
laurki dla naczelnego „Gazety”.
Bouyeure przedstawia życiorys człowieka nadającego ton
polskiej debacie publicznej od
kilkudziesięciu lat. Życiorys pełen
zaskakujących zwrotów i zakrętów, wewnętrznych paradoksów,
wreszcie wielkich sukcesów
i bolesnych rozczarowań. Przeczytamy zatem o utopijnej wierze
Michnika w komunizm, zdeptanej
ostatecznie w 1968 roku, o jego
bezkompromisowej walce
czasów, bez
popadania
w skrajności.
Mogłaby
odwrócić
negatywny
wizerunek
alkoholików
prostego
ludu warszawskiego,
na który to
wizerunek sam ów lud usilnie pracuje, gdyby nie… No właśnie, gdyby
nie sięgnęła po flaszkę. Od tej chwili
los jej jest beznadziejny, okazuje się
nagle, że dobijają ją zachowania, na
które nie ma już wpływu (wychowanie przez toksycznych rodziców,
zdradzający mąż i bezpłodność).
Nieźle się zapowiadający, nienachlany etos szarych ludzi, żyjących
po swojemu z dala od wielkich
spraw, zostaje od razu przesiąknięty jakąś niepasującą tu paskudną i
pesymistyczną ideologią. Problem
z autorytarnym systemem i wyciągnięciu ręki do ludzi firmujących ów
system. Podczas lektury poznamy
nieprzejednanego opozycjonistę,
który w odpowiedzi na sugestię
o emigracji do Izraela ripostuje
milicjantowi, aby ten najpierw
wyemigrował do Związku Radzieckiego. Odnajdziemy dysydenta
dążącego do porozumienia Kościoła
z lewicą w imię wspólnych wartości
tłamszonych przez aparat komunistyczny. Zobaczymy wreszcie kreatora najbardziej opiniotwórczego
dziennika w kraju, ideologa skazanego na nieformalny ostracyzm po
aferze Rywina. Książka Bouyeure’a
to również opis polskiej opozycji
antykomunistycznej i targających
nią wewnętrznych sporów, które
wkrótce przerodziły się w otwartą
wojnę. Widać niekiedy, że jest to
opis z perspektywy zachodniej, nie
mniej jednak opis godny uwagi i zasługujący na wnikliwą lekturę. Nade
wszystko jednak Bouyeure zrobił
coś, co nie udało się nikomu wcześniej: bez kompleksów i uprzedzeń
przelał na papier historię człowieka,
który jeszcze długo będzie odciskał
piętno na polskich dziejach najnowszych. Należą się za to autorowi
olbrzymie słowa uznania.
Tomasz Betka
Julian Tomala
„Kieszonkowy Atlas Kobiet”
w Teatrze Powszechnym
Reż. Waldemara Smigasiewicz
Konkurs Fotografii Studenckiej Pstrykaliada 2009
Jest to ogólnopolski konkurs fotograficzny organizowany przez Niezależne Zrzeszenie Studentów. W tym
roku odbędzie się XI edycja. Nadesłane fotografie przechodzić będą wstępne eliminacje w 9 polskich
miastach, zaś w Szkole Głównej Handlowej pod koniec kwietnia poznamy ogólnopolskich laureatów.
Zasady są proste.
1 . Zrób zdjęcie / zdjęcia w następujących kategoriach:
- Bóg jest kobietą? / - Małe jest piękne / - Przejazdem / - Uniwersytet Warszawski w obiektywie
2. Do 14 kwietnia prześlij je w formie elektronicznej na adres [email protected] oraz dostarcz je osobiście
lub drogą pocztową do biura Niezależnego Zrzeszenia Studentów Uniwersytetu Warszawskiego.
3. 23 kwietnia przyjdź na Galę Finałową w Szkole Głównej Handlowej, aby dowiedzieć się, że to Ty wygrałeś jedną
z atrakcyjnych nagród.
4.W dniach 28.04-10.05 odwiedź Auditorium Maximum, by zobaczyć swoje zdjęcie wśród innych prac studentów UW.
5. Zapraszamy również na Galę i Dni Pstrykaliady Uniwersytetu Warszawskiego, które odbędą się na przełomie kwietnia
i maja 2009.
Regulamin, formularz zgłoszeniowy i szczegóły na www.pstrykaliada.art.pl
W okopach
starej gwardii
Chcę być wziętym recenzentem. Biorę się więc za
napisanie recenzji filmu, który właśnie wchodzi na ekrany.
Nie jest to proste. Czytając recenzje w naszej prasie,
zdążyłem nabrać przeświadczenia, że to, jak sam oceniam
film, jest może ważne, ale nie mniej ważne jest to, jakiej
gazecie chcę zaoferować mój tekst.
Cyril Bouyeure
„Adam Michnik. Biografia”
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2009
tej bohaterki i kolejnych postaci nie
wypływa z czegoś, na co mieliby
wpływ. Wpisuje się w ich życie na
siłę problemy historyczne i społeczne. W efekcie dramaty ludzkie
dalszych postaci wydają się coraz
bardziej schematyczne.
Im bliżej końca każdej z historyjek,
tym większy zawód. Ludzie użalają się nad losem, ale nie szukają
żadnej alternatywy. Ciekawy obraz
lokalnej społeczności (wątki łączy
eteryczna postać grana przez Adama „Popiełuszkę” Woronowicza,
wszyscy mieszkają na Ochocie,
skąd chodzą na bazar Banacha)
ulega załamaniu, a nadzieja na
wartościowsze rozwinięcie okazuje
się złudna.
kultura | Na mieście
| Julian Tomala
Czy mi się to podoba czy nie, na rynku
prasy funkcjonuje podział na czerwonych
i czarnych i muszę się do niego dostosować.
I muszę, nie pamiętając przyczyn tych podziałów, a raczej pamiętając je tzw. pamięcią podręcznikową, tę grę ciągnąć dalej.
Jeśli chcę na prawo...
Piszę więc o filmie „Popiełuszko. Wolność
jest w nas”. Załóżmy – do pisma prawicowego. Generalnie film jest dobrze zagrany,
mogę więc docenić klasę aktorską Adama
Woronowicza w roli tytułowej. Wypada też
sypnąć nieco komplementów na temat epickości filmu. Ważnym zadaniem recenzenta
jest także, w tym przypadku, wychwalić pod
niebiosa technikę kręcenia filmu: mieszanie
scen paradokumentalnych z archiwalnymi
nagraniami, zestawionymi tak umiejętnie,
że nie można się zorientować, co jest prawdą, a co stylizacją. Reżyser filmu może być
przyrównany do średniowiecznego artysty,
który oddaje swój talent na chwałę Stwórcy,
sam ukrywając swoją osobę (Małgorzata
Rutkowka, „Nasz Dziennik” z 17.02.2009).
Wartość duchowa filmu – jeżeli chcę o niej
pisać to raczej w sposób oczywisty: Polska
walczyła z komuną narzuconą odgórnie,
a religia była dla niej ogromnym wsparciem,
bez niej niemożliwe byłoby wywalczenie
wolności. Ale o to, czy w filmie nie zabrakło
czasem wymiaru duchowego głównej postaci, „metafizycznego świata sacrum” mogę
zapytać jako recenzent już raczej niekatolicki, np. jako Mirosław Winiarczyk z „Najwyższego czasu!” (nr 9/2009).
...na lewo
Jeżeli film mi się podobał, mogę o tym napisać jeszcze w „Gazecie Wyborczej” albo w
„Polityce”, oczywiście o ile jestem Pawłem
T. Felisem albo Zdzisławem Pietrasikiem.
W tym pierwszym przypadku nie mogę
zapomnieć jednak o zarzucie uprawiania
hagiografii. Jeżeli chciałbym napisać do
gazety jeszcze bardziej lewicowej, mogę
zapomnieć o publikacji, bo tam żadna recenzja, dziwnym trafem, się nie ukazała.
A może właśnie moja byłaby pierwsza? Ale
miesiąc po premierze?
i powołać się na „Zabić księdza” Agnieszki
Holland choćby po to, by pokazać, że można
to było zrobić inaczej, zachować psychologię
postaci negatywnej, o ile oczywiście ma się
Eda Harrisa w obsadzie. W gazecie prawicowej, np. „Gazecie Polskiej”, dobrze użyć argumentu, że taki właśnie czarno-biały świat
był, a przedstawiciele władzy wcale nie byli
„ludźmi honoru”.
...albo pod ścianę
Trudno w prasie drukowanej uciec od ideologii, może więc jako recenzent powinienem
spróbować w Internecie? I tutaj ryzykuję tyle,
że zostanę opluty. Gdy skrytykuję film zbyt
ostro, zostanę przyrównany do morderców
Popiełuszki, jak recenzent filmweb.pl Łukasz
Muszyński. Jeżeli z kolei nie jestem recenzentem portalu, moja wypowiedź może łatwo
przepaść niezauważona wśród ponad dwustu
wątków na temat filmu.
Przyjdzie więc zmusić się do napisania recenzji do gazet nieco dalej na prawo, choć
nie pod ścianą. O ile to „Dziennik”, film
może dostać co najwyżej jedną gwiazdkę.
Dlaczego? Mimo zamieszczenia wywiadu
z Woronowiczem, trzeba w tekście zarzucić,
że taki film nie jest wcale potrzebny. Nie wybija się ponad narodowo-patriotyczny kicz.
W innych gazetach, na przykład w „Rzepie”,
mogę napisać, że film jest bardzo dobry…
albo bardzo zły. Kłócili się już o to Barbara Hollender z Rafałem Świątkiem. Czyżby
„Rzepa” była bastionem wolności słowa? No
tak, ale skoro zamieszczono tam już skrajnie pozytywną recenzję i skrajnie negatywną, nie będą drukować trzeciej.
Gdy nie jestem swój...
Jeżeli chcę uciec od ideologicznej oceny filmu, pozostać przy wartościach artystycznych, zawsze jest to możliwe. Docenić aktorstwo można zawsze, chociaż trzeba uważać
na negatywną krytykę na przykład prymasa
Glempa, grającego samego siebie. Jeżeli sam
jestem księdzem, mogę śmiało ganić owe
„aktorstwo”, jak ks. Andrzej Luter w „Kinie” (3/2009), jednak w innych przypadkach
jest to już ryzykowne. Jednolity podział
świata: dobry ksiądz solidarnościowiec i źli
ubecy też nie powinien uciec mojej uwadze.
W lewicującej lub centrowej gazecie jednak warto uznać taki podział za szkodliwy
...mogę być niedostrzeżony
...albo niedoceniony
Ciężkie jest życie recenzenta. Ale przecież,
jeżeli chcę być znany i ceniony, muszę gdzieś
zacząć. W mediach skrajnych muszę uważać
nie tylko na to, jak oceniam film pod względem artystycznym, ale i ideologicznym.
Czasami pojawi się konieczność zaparcia się
siebie i ocenienia strony artystycznej filmu
pozytywnie, bo film jest słuszny, czasami
na odwrót – przyjdzie skrytykować środki
artystyczne filmu, bo jest niesłuszny, nawet
jeżeli te dwie sfery powinny być oddzielane.
Jeżeli nie jestem w „starej gwardii” recenzenckiej, własne moje zdanie liczy się jak
zeszłoroczne śniegi. A jeżeli zaczynam, od
razu powinienem się dostosować. Jeżeli się
dostosuję i sprzeciwię sobie, nie będę ceniony, jako nieszczery recenzent, a jeżeli się
nie dostosuję, nie wydrukują mnie, nie będę
więc znany. Zanim zrecenzuję film muszę
zatem zrecenzować własne życie.
reklama
wydawca.com.pl
portal rynku wydawniczego
| 21 |
Subkultura | kultura
Afisz
Baśń o milionerze
ze slumsów
Zieleń i czerwień w jednym
„A kto przysięgę naruszy, ach biada
jemu za życia biada i biada jego złej
duszy” – napisano w jednej z kart
tytułowych programu opery prezentującej dwa jednoaktowe dzieła pod
wspólnym tytułem „Dwa słowa”.
Słowo dane – nienaruszalne słowo
przysięgi to w istocie jedyny wątek
łączący lekkie i radosne, prawie
operetkowe „Verbum nobile”
z obciążającą serce, tragiczną
„Przysięgą” Tasmana.
Pod względem muzycznym i dramatycznym jak i inscenizacyjnym
te dwie opery mają się do siebie jak
zieleń i czerwień na palecie barw
– jedna znosi drugą. Tajemniczość,
groza towarzysząca od pierwszych
taktów „Przysiędze”, burzy roztoczony przez pierwszy utwór sielankowy nastrój. Reżyserowi udało się
jednak odnieść uwerturę z opery
reklama
Moniuszki do całości widowiska,
a poprzez osobę narratora powiązać
z drugą opowieścią.
„Verbum nobile” Moniuszki, przez
jednych cenione za prostotę i szczerość, przez innych za to samo krytykowane, Laco Adamik przeniósł w
realia lat 30. XX wieku. W stylowym,
monumentalnym wnętrzu eleganckiej kawiarni, z udziałem liczącego
kilkadziesiąt osób chóru, rozgrywa
się historia panny Zuzi, zakochanej
w przystojnym Michale, który trafił
w gościnę do jej domu po tym, jak
wpadł pod koła wozu ojca. Miłość,
jak w typowej powiastce dworskiej,
zostaje uznana za zakazaną, ale
zaskakujący bieg wydarzeń przynosi
niespodziewany happy end.
Tasman swoją operę tworzył
zgodnie z zasadą, że muzyka nie
powinna opisywać treści, ale tworzyć własną, równoległą do niej
dramaturgię. Rzeczywiście, bez
muzyki libretto, oparte na opowiadaniu Balzaca, straciłoby nie
tylko szkielet muzyczny, ale – co
ważniejsze – część swej niezwykłej aury. Opowieść Balzaka,
przedstawiona językiem poezji
przez Dominique Vincent, muzyka Tasmana oraz scenografia
tworzą idealnie skomponowaną,
niezwykle przejmującą całość,
która z jednej strony przeraża
i budzi najgorsze przeczucia,
z drugiej upaja cudowną kompozycją słów, muzyki, plastyki
i ruchu.
W sumie całość tworzy zajmujący spektakl. Jego mocniejszą
częścią jest jednak „Przysięga”.
Wioletta Wysocka
Dwa słowa: Verbum Nobile
i Przysięga, Opera Narodowa.
Reż. Laco Adamik
Recenzując tegorocznego oscarowego triumfatora, trzeba mieć się
na baczności, aby nie dać się zwieść
peanom, wznoszonym zewsząd na
jego cześć. Nie jest to łatwe, tym
bardziej, jeśli mamy do czynienia
z dziełem dobrym, jakim jest niewątpliwie „Slumdog, milioner z ulicy”.
Dobrym, lecz nie doskonałym.
Już na początku filmu widać, że
różni się on od większości zachodnich produkcji ostatnich lat. Szkatułkowa budowa utworu jest jednym z
lepszych zabiegów użytych w filmie.
Dzięki niej film balansuje pomiędzy
reportażem a typową powieścią. Na
słowa pochwały zasługują brawurowe zdjęcia. Dynamiczne ujęcia,
przeplecione nieruchomymi kadrami, głównie scen gry i przesłuchania,
okazały się strzałem dziesiątkę. Jeśli
chodzi o rewelacyjne strony filmu, na
tym by trzeba poprzestać.
Udźwiękowienie filmu jest chyba
jedną z najbardziej kontrowersyjnych
kwestii. Jeśli nagrody Akademii
Filmowej przyznawane są za
poprawnie zmontowaną ścieżkę
dźwiękową i nic
ponadto – może
ten film na nią
zasłużył. W przeciwnym wypadku
Oscar za najlepszą
piosenkę i dźwięk
jest małym nieporozumieniem. Być
może nagrody te
zostały przyznane z rozpędu, bądź na
fali zachwytu kulturą indyjską. Ścieżka dźwiękowa może jest dobra, lecz
na pewno nie rewelacyjna.
Gra niektórych aktorów czasem
irytuje, w szczególności odtwórczyni
postaci Lakity. Być może jest to kwestia samej postaci, którą pozbawiono
niemal całkowicie charyzmy. Główna
prowodyrka wydarzeń powinna nieco
bardziej przekonywać widza.
Film nie jest ambitnym dziełem,
takim, po obejrzeniu którego widz
wychodzi w milczeniu z kina, pełen
zadumy. Jest to baśń, której dziś
potrzebuje cały świat. Ciężkie
w odbiorze filmy przytłoczyły
współczesną widownię. Powrót do
konwencji baśni, gdy świat pogrąża
się w marazmie, najwyraźniej trafił
w gusta jury. Niezależnie, czy był to
najlepszy film 2008 roku, czy też nie,
jest on bez wątpienia wart obejrzenia. Jeśli tylko nie wmówimy sobie
przed zobaczeniem filmu, że jest on
arcydziełem na skalę światową.
Emil Borzechowski
POWRÓĆMY JAK ZA DAWNYCH LAT
Teatr Syrena | reżyseria Krzysztof Jaślar
W programie wieczoru usłyszą Państwo
szlagiery o różnorodnej tematyce i z różnych
okresów twórczości Jerzego Jurandota. Będą
piosenki o miłości, takie jak „Nie kochać w
taką noc, to grzech” i „Jest taki jeden skarb”;
piosenka o stolicy „Walczyk Warszawy”,
stylizowana ballada podwórkowa „Ballada
o jednej Wiśniewskiej” czy z gatunku czarnego
humoru „Pieśń o Jasiu nieboszczyku”.
Przypomnimy popularne przedwojenne
przeboje takie jak „Ada, to nie wypada”
i „Nikt mnie nie rozumie, tak jak ty”, kuplety
„Niedobrze panie Bobrze”, powojenny
szlagier „Wio koniku” a także tytułowy utwór
„Powróćmy jak za dawnych lat”. Dzisiaj
przeboje Mistrza Jurandota usłyszymy
w nowych aranżacjach Włodzimierza Korcza.
Występują m.inn.: Wojciech Malajkat, Zbigniew Zamachowski,
Piotr Polk, Hanna Śleszyńska, oraz Grupa MoCarta
POŻEGNANIE Z TYTUŁEM! Ostatnie spektakle: 28 i 29 kwietnia, godz. 19.00
| 22 |
| 23 |
Szkolenia medialne dla dziennikarzy i PR–owców
organizowane przez Fundację na rzecz Rozwoju Szkolnictwa Dziennikarskiego
działającą przy Instytucie Dziennikarstwa UW
Kurs certyfikacyjny Praktyk NLP
Zakopane, 9-17 maja 2009 roku (60 godzin)
Szkolenie w zakresie usprawniania metod działania,
nauczania, zarządzania i negocjacji.
Kurs certyfikacyjny Mistrz praktyk NLP
Zakopane, 5–13 września 2009 roku (60 godzin)
Szkolenie dla osób posiadających certyfikat Praktyka NLP.
Organizujemy również szkolenia zamknięte, gdzie program dostosowany jest
do potrzeb i oczekiwań indywidualnych klientów.
Zgłoszenia przyjmujemy pod adresem e–mail: [email protected]
Szczegółowe informacje: tel. (22) 55 20 293, 0 502 825 492, www.szkolnictwo–dziennikarskie.pl
Patronat medialny:
Patronat branżowy:

Podobne dokumenty