nr 34 - PDF Pismo Studenckie PDF

Komentarze

Transkrypt

nr 34 - PDF Pismo Studenckie PDF
www.pdf.edu.pl
?
c
e
i
n
o
k
ż
u
j
To
Redakcja największego dziennika w Polsce
kwiecień 2011 roku
maj 2011 nr 3 (34) • ISSN 1898–3480 • egzemplarz bezpłatny pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
Warszawa / Łódź / Kraków / Poznań / Wrocław / Gdańsk / Katowice / Szczecin / Lublin / Bydgoszcz / Toruń / Rzeszów / Olsztyn / Kalisz
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.pdf.edu.pl
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
Naczelna strona
Spodziewany koniec
3 Korespondent pilnie
poszukiwany
4-5 Perły z lamusa - prasa
5 O losach świata decyduje
facebook
6 Rozmowa wokół
reporterów
8 Na prawo patrz
– tygodniki po nowemu
Zbigniew Żbikowski
9 Dopalacze na wojnie
10 Casting przepustką
do sukcesu
11 Fotografowanie na ulicy
12-13 Fotoreportaż
14 Czeczenia / Irak – dwie
wojny, różny obraz
15 Kolumna Zygmunta
16 To PRoste – skradziono
logo
17 Case study – siła ojcostwa
18 Na świecie – dobre
wzorce
Jeśli pewne tendencje w mediach
się nasilą i nabiorą przyspieszenia,
może się niebawem okazać, że prasa zacznie obchodzić się bez dziennikarzy. Sceptyk powie: wizja wyssana z palca. Przecież dopóki istnieją gazety, istnieć będą musieli ci,
którzy zapełniają je tekstami. No
właśnie – a kto powiedział, że gazety będą istnieć zawsze? Już dziś
mówi się coraz głośniej o kryzysie
prasy drukowanej. Przekaz informacyjny coraz bardziej wartkim i głębokim strumieniem płynie przez łącza internetowe, rezygnując z pa-
America Online, portal gigant zza oceanu, wszedł na nową drogę, a do sieci wyciekł
dokument, który ją wyznacza: więcej zawartości, więcej odsłon, więcej reklam. AOL
dołącza tym samym do grona farm produkcji zawartości, dziennikarskiego ekwiwalentu chińskiej szwalni dresów. Czy taka farma to także nasza przyszłość?
„Wycieknięty” do internetu dokument wytycza cele firmy na najbliższe miesiące. AOL nie jest taką potęgą jak dawniej, więc potrzebny
jest plan. A Tim Armstrong, szef korporac ji, go ma . St ąd „The AOL
Way”.
Zlecając tematy, redaktorzy AOL
mają brać pod uwagę przede wszystkim cztery czynniki: stopę zwrotu
włożonych pieniędzy, potencjalną
„klikalność”, szybkość produkcji zawartości i zgodność ze standardami redakcyjnymi. Zaraz... jednak są
jakieś standardy. Możemy przeczytać jakie, bo ten mail też wyciekł,
MIESIĘCZNIK STUDENCKI
REDAKCJA
redaktor naczelny:
Zbigniew Żbikowski
z-ca redaktora naczelnego
Paweł H. Olek
redaktorzy:
Tomasz Betka (szef dziennikarstwa), Krystian
Szczęsny (szef foto), Szczepan Orłowski i Kajetan
Poznański (szefowie kultury)
02
może niedużym nakładem otworzyć
własną stację bądź czasopismo internetowe. Inaczej mówiąc: każdy
dziś może być dziennikarzem, bo ma
możliwość tworzenia informacji w
dowolnej formie i puszczania ich w
obieg społeczny z pominięciem gazet czy anten. I nie ma większego
znaczenia to, że taki domorosły
dziennikarz czasami nie wie, jak się
konstruuje tekst informacyjny. W
przekazie tym liczy się bowiem
treść, nie forma. I szybkość.
I tu pojawia się niepokojące pytanie – to po co my w ogóle kształcimy dziennikarzy, uczymy ich gatunków dziennikarskich, warsztatu i
poprawności językowej, skoro w internetowym postmodernistycznym
świecie wykształcają się nowe, hybrydowe formy i każdy może pisać,
jak mu się podoba, nie zważając na
reguły? Po co uczyć się klasycznego dziennikarstwa, skoro – gdyby
dać wiarę najbardziej radykalnym
futurologom – zawód ten i tak
wkrótce zaniknie? Odpowiedź zasadza się na nadziei, że fachowość
Którędy droga na farmę?
19-23 Książe i żebrak
– subiektywny przegląd
kultury
reklama
pieru jako nośnika. Konsekwencje
tego są poważne, bo wcale nie jest
tak, że tylko nośnik się zmienia, a
reszta pozostaje po staremu. Zmienia się bowiem przy tym cała – można rzec – filozofia dziennikarstwa.
Dziś, jak tego uczą w redakcjach
i na studiach, dziennikarz to ten,
który pośredniczy w przekazywaniu informacji: zdobywa je (albo
otrzymuje), przetwarza i upublicznia. Taki szczególny zawód. Otwarty, ale limitowany. Przynajmniej do
niedawna. Liczebność dziennikarzy
ograniczała liczba mediów, w których mogli publikować swoje materiały. Liczba stacji telewizyjnych i
radiowych jest regulowana przez
państwo , a choć wydawanie czasopisma od strony formalnej jest stosunkowo proste, to już od strony finansowej takie łatwe nie jest, co też
stanowi poważną przeszkodę w
mnożeniu tytułów i powiększania
powierzchni do zapełnienia. Od
pewnego czasu jednakże te bariery pękają. Dosłownie każdy, kto ma
chęć, determinację i komputer,
tylko wcześniej. „Nowi” są instruowani, by m. in. nie wyszukiwać nowych tematów, tylko podbierać je
mediom tradycyjnym i aby pisać
pod wyszukiwarki – tak, aby Google
wypluwał tekst jak najwyżej w wynikach.
Nie wiadomo, czy po wdrożeniu
planu dziennikarze AOL będą mieli
czas, żeby mrugnąć, bo szef spodziewa się od każdego z nich od 5
do 10 artykułów dziennie. Na szczęście nie będą musieli zbyt długo
myśleć nad tematami – to załatwią
za nich spece od wyszukiwarek. Ludzie w yszukują wampir y i Lady
zespół redakcyjny:
Dorota Bigo , Piotr Czaplicki, Roksana Gowin, Jan
Grabek, Magdalena Grzymkowska, Bartek Iwański,
Dominika Jędrzejczyk, Patryk Juchniewicz, Anna Maria
Juźwin, Mirek Kaźmierczak, Monika Kiepiel, Anna
Kiedrzynek, Łukasz Lachecki, Agnieszka Lampka,
Klaudia Lis, Marcin Luniewski, Paulina Mućko, Ewa
Piskorska, Agnieszka Plister, Radek Pulkowski, Alicja
Skorupko, Adrian Stachowski, Agnieszka Stachyra,
Krystian Szczęsny, Wioletta Wysocka, Marcel Zatoński
grafika, okładka i skład DTP:
Karol Grzywaczewski / www.grafikadtp.com
Zdjęcie: 29 kwietnia 2011 roku, redakcja "Gazety
Stołecznej", dodatku do "Gazety Wyborczej".
fot. Mirek Kaźmierczak
korekta: Anna Kiedrzynek, Aneta Grabska
druk:
Presspublica Spółka z o.o., nakład: 5 tys. egz.
Oddano do druku 1 maja 2011 roku
Gagę? No to o tym wytwórca kontentu będzie pisał. Zresztą to nie
jest takie ważne, co tam napisze,
byle internauci klikali w tytuł. Może
sobie stukać w klawiaturę, a dział
marketingu już wykombinuje, gdzie
by tu jeszcze wcisnąć reklamy.
W tym miesiącu piszemy dużo o
tym, czy prasa i dziennikarstwo
przeżyją w epoce internetu. Ukazał a s i ę os t a t nio m ą dra k s ią ż ka
(„Śmierć gazet i przyszłość informacji” Bernarda Pouleta), której autor
uważa, że wartościowa i pogłębiona informacja stanie się dobrem dostępnym dla t ych, którz y będą
WYDAWCA:
Instytut Dziennikarstwa
Uniwersytetu Warszawskiego
koordynator wydawcy: Grażyna Oblas
dystrybucja:
Warszawa / Łódź / Kraków / Poznań / Wrocław
/ Gdańsk / Katowice / Szczecin / Lublin
/ Bydgoszcz / Toruń / Rzeszów / Olsztyn / Kalisz
adres redakcji:
PDF miesięcznik studencki
Instytutu Dziennikarstwa UW
ul. Nowy Świat 69, pok. 51,
IV piętro, 00–046 Warszawa,
tel. 022 5520293,
e–mail: [email protected]
Więcej tekstów w serwisie studenckim
www.pdf.edu.pl
jednak pozostanie w cenie. Że będą
potrzebni specjaliści, którzy siedząc nad bystro płynącą internetową rzeką informacji, z których większość stanowią śmieci, potrafią wyłowić z niej taaakie ryby i odpowiednio je przyrządzić, żeby były
strawne. Czytaj: zinterpretują opisane fakt y i pomogą zrozumieć
zmieniający się świat. I że dalej liczyć się będą w tym zawodzie nazwiska, to znaczy - dla czytelnika
ważne będzie nie tylko co i jak jest
napisane, ale też kto to napisał.
Nasi autorzy starają się skonfrontować tezę o rychłym upadku klas yc znie pojmowanego zawodu
dziennikarskiego i klasycznej prasy drukowanej z rzeczywistymi tendencjami, podpierając się opiniami
fachowców. Że dzieje się to akurat
w ostatnim numerze miesięcznika
„PDF” (który przestaje się ukazywać
w wersji papierowej), jest oczywiście niezamierzone.
Zapraszamy do Internetu.
chcieli za nie zapłacić. To katastrofalna wizja, a farmy kontentu wydają się złowieszczym omenem zwiastującym jej spełnienie. Podobno
po śmierci prasy dziennikarstwo ma
żyć w internecie. Jeżeli model farmerski wygra, to nawet to może się
nie ziścić. Do taśmowego wytwarzania zawartości nie potrzeba przecież dziennikarza.
Na pewno nie będzie tak źle, jak
przepowiadają dziennikarze. Po
prostu – nikt się o nich nie martwi,
więc martwią się sami o siebie. Znani są też z tego, że nie mają poczucia humoru i za grosz dystansu do
siebie. Wcześnie umierają, bo dużo
myślą o śmierci, szczególnie prasy
dr ukowan ej i dz iennikar s t wa .
Dziennikarzu, głowa do góry, wokół
wiosna!
Adrian Stachowski
reklama:
Fundacja Szkolnictwo
Dziennikarskie
Nowy Świat 69, p. 307, Warszawa
e-mail: [email protected]
współpraca z serwisem foto:
stała współpraca:
www.facebook.com/redakcjaPDF
World Press
Photo 2011
w Polsce
Fotograficzne odzwierciedlenie
najważniejszych wydarzeń minionego roku w formie najlepszych zdjęć prasowych. Mowa
najbardziej rozpoznawalnym
wśród szerokiej publiczności
konkursie fotografii dla zawodow ych fotorep or terów na
świecie.
W tym roku jury zebrane w
A ms terdamie mia ł o t ward y
orzech do zgryzienia, jakim było
ponad 100 tys. zdjęć nadesłanych przez 6 tys. autorów ze 125
krajów. To rekordowa ilość zgłoszeń w 56-letniej historii istnienia Fundacji World Press Photo.
Z tej masy zgłoszeń komisja
składająca się z fotoedytorów,
fotografów i przedstawicieli
agencji prasow ych z całego
świata nagrodziła zaledwie 56
fotografów z 23 krajów, z czego
tradycyjnie tylko jedno zostało
zdjęciem roku.
Rywalizacja konkursowa to kategorie podzielone dodatkowo
na zdjęcia pojedyncze i serie
zdjęć. W tym roku były to: wydarzenia, wydarzenia reportaż,
ludzie, życie współczesne, życie codzienne, portret, sztuka i
rozrywka, natura oraz sport.
Laur pierwszeństwa przypadł
Jodie Bieber, która wywołała
wiele emocji por tretem Bibi
Aishy – Afganki okrutnie okaleczonej przez męża. Ciekawym
wyróżnieniem jest specjalna nagroda dla górnika z Chile, który
kilkaset metrów pod ziemią dokumentował życie uwięzionych
w kopalni San Jose nieszczęśników.
Warto zaznaczyć polskie sukcesy w tegorocznej galerii zwycięzców. Filip Ćwik zajął trzecie
miejsce w kategorii Ludzie i wiadomości, z zestawem zdjęć poruszającym wątek emocji, jakie
towarzyszyły żałobie narodowej po katastrofie w Smoleńsku.
Drugi biało-czerwony akcent to
Tomasz Gudzowaty i jego opowieść o amatorskich wyścigach
w Meksyku, która została nagrodzona drugim miejscem w kategorii Sport.
Konkurs jest nierozerwalnie
połączony w towarzyszącą mu,
co roku wystawą, która ma na
celu zapoznanie miłośników fotografii z najlepszymi pracami
fotografii prasowej. W tym roku
zwycięskie prace zagoszczą w
100 miastach w 45 krajach świata. Jej polska premiera miała
miejsce w Poznaniu w Centrum
Kultury Zamek. Wystawa potrwa
jeszcze do 20 maja, po czym fotografie zostaną przeniesione
do Warszawy. Będziemy mogli
je tam podziwiać od 23 maja do
12 czerwca w CH Złote Tarasy.
Ponadto ekspozycja zagości w
Krakowie i Opolu.
Redakcja PDF objęła patronat
nad wystawą w Polsce.
Krystian Szczęsny
Korespondent
fot. PAP/Photoshot
Ale numer
Na wejściu
na odległość
Powinnością dziennikarza jest być tam, gdzie nikt nie
dociera – napisał jeden z internautów w komentarzu do
artykułu o wycofywaniu korespondentów zagranicznych
z krajów Afryki Północnej. Tymczasem o pierwszych wydarzeniach w Libii informował z miejsca wypadków jedynie reporter CNN, który przedostał się do tego kraju
na własną rękę, nielegalnie.
Po pierwszych incydentach w Egipcie, gdy los kilku ekip telewizyjnych
był nieznany, redakcje zaczęły szybko wycofywać swoich pracowników
z tego kraju. Dziennikarzom bowiem
nie tylko grożono, ale również stosowano wobec nich różne formy
przemocy. W Libii, gdy protesty się
nasiliły, znajdował się tylko jeden zagraniczny dziennikarz – korespondent CNN, który dostał się do tego
kraju, łamiąc przepisy. Polskie media nie miały wówczas w Libii współpracownika, dopiero, gdy sytuacja
zaczęła się stabilizować, swoich korespondentów na granicę egipsko–
libijską wysłała między innymi TVP.
Najważniejsze przyczyny „oszczędzania” dziennikarzy to wysokie
koszty i niebezpieczeństwo. – Wydatki związane z takimi wyprawami
to głównie drogie ubezpieczenie, a
jest ono dzisiaj konieczne, jeśli
dziennikarz wyjeżdża w strefę działań wojennych – wyjaśnia były korespondent wojenny PAP Mirosław
Ikonowicz.
Alina Kurkus, kierownik działu zagranicznego PAP, twierdzi ponadto,
że redakcje nie chcą brać odpowiedzialności za dziennikarzy, choć
chętni do wyjazdu z pewnością by
się znaleźli. – Również sami reporterzy zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie im grozi. Korespondenci wojenni nie są samobójcami. Jeśli coś im bezpośrednio zagraża, po prostu uciekają – twierdzi
z kolei Bronisław Tumiłowicz, dziennikarz „Przeglądu” i były współpracownik PAP.
Niebezpieczniej niż było?
Czy faktycznie wykonywanie tego
zawodu stało się aż tak niebezpieczne? Ryszard Kapuściński w swoich
reportażach niejednokrotnie opisywał sytuacje, które do bezpiecznych
nie należały. Pytanie, czy stopień ryzyka jest dzisiaj wyższy? – Zawód
dziennikarza zawsze był niebezpieczny, szczególnie w miejscach,
gdzie występowały napięcia polityczne, społeczne lub religijne. Wystarczy przypomnieć relacje wojenne Hemingwaya, Kapuścińskiego
czy Jagielskiego. Sam fakt, że byli
obecni, powodował, że czyhano na
nich i próbowano się ich pozbyć –
odpowiada Mirosław Harasim, zastępca redaktora naczelnego PAP.
Odmiennego zdania jest Ikonowicz, który uważa, że kiedyś napis
„Press” na kamizelce chronił dziennikarza przed ostrzałem, podczas
gdy dziś go prowokuje. Ikonowicz
twierdzi jednocześnie, że zawód korespondenta wojennego stał się w
ostatnich dziesięcioleciach bardzo
niebezpieczny. Potwierdzają to statystyki organizacji „Reporterzy bez
Granic”, które pokazują, że z roku na
rok aktów przemocy wobec dziennikarzy przybywa. W swoim raporcie organizacja podaje, że o ile w
2008 roku porwano 29 dziennikarzy, to w 2009 już 33, a w 2010 aż
51. Od początku 2011 roku zginęło
8 dziennikarzy, a prawie 150 przebywa obecnie w więzieniach.
Współpraca albo kontrola
„Dziennikarze, którzy przedostali
się do Libii, są wyjętymi spod prawa banitami, którzy mogą współpracować z Al–Kaidą. Jeśli się nie poddadzą, zostaną aresztowani” – napisał w oświadczeniu wiceminister
spraw zagranicznych Libii. Coraz
częściej reporterzy muszą troszczyć
się nie tyle o to, by nie znaleźć się
w samym ogniu wydarzeń, ale i o to,
by same władze nie chciały zagrozić ich życiu. Libia nie jest jedynym
państwem, które oficjalnie zadeklarowało wrogość wobec dziennikarzy. W maju zeszłego roku w Izraelu
aresztowano około 15 dziennikarzy
po tym, jak izraelscy komandosi zaatakowali konwój z pomocą humanitarną.
Podobnych przypadków jest coraz
więcej. Harasim zwraca uwagę, że
wielu przywódcom i dyktatorom zależy, aby świat nie wiedział, co się
dzieje. – Rzecz polega na tym, że
strony walczące w takich lokalnych
wojnach często mają coś do ukrycia
i nie lubią obecności dziennikarzy –
komentuje sytuację Ikonowicz. Dodaje, że władze wolą dziennikarza,
który jest po ich stronie i pisze to,
co mu podyktują. Rząd Muammara
Kaddafiego, chcąc pokazać, że mimo
wszystko panuje nad sytuacją, zaprosił dziennikarzy na konferencję.
Przybyło na nią blisko 150 osób, którym pokazano propagandowe materiały. W zamian za to korespondenci musieli napisać to, co przekazał im rząd.
Śmierć dziennikarza jest wydarzeniem medialnym. Odbija się echem
na całym świecie. Coraz częściej
strony w konfliktach atakują reporterów, by nagłośnić swoje działania
i zyskać na prestiżu. „Czasem któraś ze stron konfliktu dochodzi do
wniosku, że porwanie dziennikarza
odbije się szerokim echem, a anonimową ofiarą świat się często nie interesuje” – podkreślał niedawno
Krzysztof Langda, operator filmów
dokumentalnych. Strona, która kontroluje dziennikarzy, a co więcej, decyduje o ich życiu, ma w rękach
czwartą władzę, a więc wszystko.
Relacja zza muru
Dziś korespondencje z Iraku czy Afganistanu dziennikarze nadają z baz
wojskowych. Żyją z żołnierzami jed-
20 kwietnia br. podczas ostrzału libijskiej Misraty zginął Tim
Hetherington, laureat zdjęcia roku w World Press Photo 2007
i współautor głośnego filmu dokumentalnego "Restrepo",
nominowanego w tym roku do Oscara. Na zdjęciu: kadr
z "Restrepo" Kunar w Afganistanie, wrzesień 2007 roku.
nej strony i to od dowództwa zależy,
gdzie danego dnia pojadą i jaki materiał zbiorą. Dużo się mówiło o amerykańskiej propagandzie, która przewijała się w relacjach z interwencji w Iraku. Czy to już zamach na obiektywność i rzetelność informacji?
Mirosław Harasim uważa, że dziennikarz zawsze był w okopie jednej
albo drugiej strony konfliktu, a choć
zadaniem reportera jest docierać do
obydwu stron sporu, nie zawsze jest
to możliwe. Pojawiają się jednak i
inne głosy. Ikonowicz sprowadza
tego rodzaju działalność korespondenta wojennego do roli rzecznika
prasowego. Zastrzega jednak, że
lepsza taka relacja niż żadna.
Szanse na przetrwanie
Rozwój komunikacji i nowych technologii spowodował, że dziennikarstwo nie jest w XXI wieku takim samym zajęciem jak choćby w czasach
Kapuścińskiego. – Dzisiaj wszystko
można znaleźć w internecie, nie
trzeba nigdzie jeździć. Poza tym nastąpił znaczny wzrost uzależnienia
się korespondenta od agencji. Kiedyś dziennikarz sam decydował, jak
się poruszać, z kim rozmawiać, jak
zagospodarować czas. Dziś mamy
telefony komórkowe i szeroko pojętą komunikację elektroniczną,
więc redakcja może sterować dzien-
nikarzem z godziny na godzinę. Niewiele pozostawia się jego własnej
inicjatywie – ocenia Mirosław Ikonowicz.
Czy w takim razie nadchodzi czas
dziennikarzy freelancerów? – Uniezależnienie się od decyzji pracodawców, samodzielne decydowanie
o charakterze relacji, dowolność w
zbieraniu materiałów. Bez wątpienia jest to sposób na uprawianie niezależnego dziennikarstwa – przyznaje były korespondent PAP, ale
podkreśla też, że działanie w charakterze wolnego strzelca jest bardzo ryzykowne, także ze względów
finansowych.
Czy wobec tego korespondenci zagraniczni będą tracić na swojej niezależności i coraz rzadziej jeździć w
miejsca, gdzie dzieją się rzeczy naprawdę ważne? Zdaniem Ikonowicza po obu stronach konfliktu muszą być dziennikarze i każda z nich
musi być wysłuchana. I właśnie dlatego dziennikarstwo przetrwa. Pytanie tylko, czy argumenty obydwu
stron będą przedstawiać zagraniczni korespondenci czy dziennikarze
siedzący przed komputerami, kilka
tysięcy kilometrów od centrum opisywanych wydarzeń.
Alicja Skorupko
03
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.pdf.edu.pl
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
Temat z okładki
Temat z okładki
fot. Tim Brakemeier/PAP/DPA
Coraz trudniej podważyć tezę, że dziennikarstwo w klasycznym rozumieniu tego słowa przechodzi właśnie
do historii. – Koniec z dziennikarzami, którzy jeżdżą do pracy do redakcji i znają się na wszystkim. Jestem
przedstawicielem ostatniego pokolenia – argumentuje Tomasz Wróblewski. Czy faktycznie obserwujemy
schyłek mediów w ich dotychczasowej formule?
Analiza czy kryptoreklama?
Berlin, 15 września 2010 roku. Istniejąca od 50 lat agencja prasowa DPA (Deutsche Presse-Agentur GmbH) otworzyła nową redakcję, która zcentralizowała w jednym miejscu kilkadziesiąt redakcji tematycznych. Na zdjęciu Newsdesk. Za kilka lat taki widok może należeć do rzadkości.
Wróblewski nie ma wątpliwości.
Jego zdaniem proces już się zaczął
i nie da się go powstrzymać. – Znikną dziennikarze, którzy codziennie
przychodzą do redakcji, zbierają
materiały i piszą na każdy temat. Zastąpią ich profesjonaliści w swoich
dziedzinach, zewnętrzni eksperci.
Spowoduje to większą specjalizację i pogłębienie przekazu. Już dzisiaj amerykańskie banki opłacają
swoim pracownikom kursy kreatywnego pisania. Tendencja jest prosta:
lepiej, żeby fizycy uczyli się pisać,
niż żeby dziennikarze starali się zrozumieć fizykę – przekonuje redaktor naczelny „Dziennika Gazety
Prawnej”.
Wiąże się to również z końcem
obecnego modelu funkcjonowania
redakcji, która stanie się wkrótce
wąskim gronem kilku redaktorów,
informatyków i wydawcy. Ważniejsza od pisania będzie wiedza, jaką
dysponuje autor, a nadanie jej odpowiedniej formy stanie się kwestią
wtórną. Dziennikarze znający się na
wielu tematach, utrzymywani przez
konkretne medium, znikną z rynku
lub będą stanowić wyjątek potwierdzający regułę. Podobnie jak windziarz czy kowal, których nieobecności odbiorca wręcz nie zauważy.
Prosty rachunek
Zmiany, jakie zachodzą na rynku
mediów – a na rynku prasy w szczególności – muszą robić wrażenie.
Sprowadzenie ich przyczyn do cyfryzacji i internetu, byłoby nadmiernym uproszczeniem. Bernard Po-
04
ulet, francuski dziennikarz i medioznawca, w książce pod wiele mówiącym tytułem „Śmierć gazet i przyszłość informacji” udowadnia, że
media cierpią dzisiaj nie tylko z powodu wysokiej ceny papieru druk a r s k i e g o , a l e – m oże p r ze d e
wszystkim – z powodu deficytu czytelnictwa i ogólnego spadku zainteresowania społeczeństwa samą
informacją. W jego ocenie, ewentualny koniec prasy drukowanej oznacza zarazem nową, niewiadomą jakość w funkcjonowaniu całej przestrzeni publicznej. O ile bowiem łatwo wyobrazić sobie świat bez gazet, to już sprawna demokracja pozbawiona czwartej władzy wydaje
się dużą zagadką.
Liczby mówią same za siebie.
Dzienna sprzedaż gazet w Stanach
Zjednoczonych wynosiła w 1950 r.
blisko 54 mln, w 2004 r. kształtowała się na podobnym poziome, tyle
że ogólna liczba mieszkańców USA
wzrosła od tego czasu ponad dwukrotnie. Tendencje odchodzenia od
prasy widoczna jest również u reklamodawców. Choć rynek reklam
on-line jako jedyny notuje dwucyfrowy wzrost, to redakcje internetowe są ciągle nierentowne. Cena
reklamy w sieci nadal jest kilkakrotnie niższa niż w tradycyjnych mediach i nie pokrywa kosztów nawet
po uwzględnieniu pieniędzy zaoszczędzonych na druku.
Kiedy w lipcu 2008 r. załamał się
amerykański rynek ogłoszeń prasowych, prezes Google Eric Schmidt
oświadczył, że gazety pogrążyły się
właśnie w „świecie boleści”. Dwa
dni później „Los Angeles Times”
zwolnił jedną piątą składu redakcyjnego. – O tym, że papierowa prasa
ogólnotematyczna będzie obumierać, decyduje prosty rachunek ekonomiczny. Gazeta jako kompendium
wszelkiej wiedzy musi być z założenia mocno powierzchowna. Dla bardziej ambitnego czytelnika to zbyt
mało, a koszt wytwarzania tego rodzaju informacji jest niewspółmierny do jakości. Obecny model staje
się więc anachroniczny i nieopłacalny – tłumaczy Wróblewski.
Pytanie, jak wysoki jest odsetek
społeczeństwa, które chce więcej
czytać, a w dodatku za to płacić?
Reinkarnacja na gorsze
Ostrożniejszy w ocenie jest profesor Maciej Mrozowski, medioznawca z Uniwersytetu Warszawskiego.
– Na rynku widać dwie przeciwstawne tendencje. Z jednej strony pojawia się potrzeba wielozadaniowości dziennikarzy, którzy podejmując bardzo różne tematy, muszą to
robić nieco powierzchownie. Z drugiej strony pojawia się chęć dotarcia do pogłębionej informacji i analizy, której czytelnik nie dostanie
raczej od „zwykłego” pracownika
mediów. Są jednak zarówno dziennikarze, którzy potrafią dotrzeć do
odpowiednich ekspertów, jak i specjaliści potrafiący napisać dobry,
dziennikarski tekst. W prasie będą
się pojawiać artykuły jednych i drugich – przewiduje profesor. Dodaje
również, że nastąpi jeszcze większa
gradacja źródeł informacji – od poważnych prac w naukowych kwartalnikach do popularnej publicystyki w miesięcznikach czy prasie codziennej.
O tym, że obserwujemy koniec zawodu dziennikarza, nie jest przekonany także profesor Włodzimierz
Gogołek, specjalista od technologii
informacyjnych mediów. – Każdego
roku na świecie powstaje mniej więcej jeden zetabajt informacji. Gdyby je wydrukować, można by ułożyć
kilkanaście stosów kartek z Ziemi na
Słońce. Powstaje problem, które z
tych informacji wybrać. Przeciętny
zjadacz chleba sobie z tym nie poradzi. Właśnie tutaj widzę rolę dla
dobrych dziennikarzy, wyławiających te informacje, które są istotne.
Trzeba oddać w tej sprawie władzę
profesjonalistom, niech segregują
wiedzę i przekazują dalej to, co naprawdę ważne – przekonuje.
Profesor nie ma złudzeń – obroni
się sama prasa drukowana, która,
jego zdaniem, będzie się w przyszłości ukazywać wyłącznie w wersji cyfrowej. – Zmianie ulegnie również model dostępu do prasy i sposób prezentacji wiadomości. Bez
wątpienia będzie to formuła mult imedial na , opar t a na g raf ice,
dźwięku i obrazie wideo. Już teraz
ponad jedna trzecia informacji w
sieci to treści wideo. Media przechodzą obecnie proces reinkarnacji: przyjmują inne, cyfrowe ciało.
Z pewnością zginie wiele tytułów,
ale samo dziennikarstwo przetrwa
– prognozuje.
Z diagnozą Wróblewskiego o zmierzchu zawodu dziennikarza i początku tworzenia informacji w oparciu
o specjalistów z zewnątrz nie zgadza się Jacek Żakowski z „Polityki”.
– Takiej tezie zwyczajnie przeczy
rzeczywistość. Wystarczy spojrzeć
na zawartość mediów, w których dom i n u j e p u b l i c y s t y k a . We ź m y
„Dziennik”, który redaguje Wróblewski; tam są niemal wyłącznie
opinie i narracje. Ważniejszym problemem jest to, że nie potrafimy
zdefiniować i rozpoznać rzeczywistych ekspertów spoza redakcji.
Przykładowo, czy Leszek Balcerowicz to w pierwszej kolejności profesor, publicysta, polityk czy może
lobbysta konkretnej grupy ekonomicznej lub światopoglądowej – komentuje Żakowski.
Nasuwa się w tym miejscu pytanie,
czy dziennikarski outsourcing nie
zlikwiduje granicy między informacją i autopromocją czy wręcz zwykłą reklamą. – Daleki jestem od tego,
żeby wieszczyć zupełny zmierzch
tekstów pisanych przez zawodowych dziennikarzy. Zawsze będą jacyś publicyści i wyciągacze afer. Być
może w samych redakcjach nie będzie ich tylu, co dzisiaj, ale za to ci,
którzy zostaną oraz ci, którzy zajmą
miejsce obecnych, będą lepiej przygotowani do pracy. A teksty staną
się bardziej merytoryczne i konkretne – wyjaśnia Wróblewski. Dodaje,
że nie jest prawdą, iż teksty opracowywane przez specjalistów z zewnątrz często nie nadają się nawet
do redakcji. – W trakcie dyskusji na
temat OFE dostaję wiele materiałów
opracowanych przez firmy czy organizacje gospodarcze i zapewniam,
że te „gotowce” nie różnią się warsztatowo od tego, co powstaje w niejednej redakcji. W tych materiałach
są obecne wszelkie formy dziennikarskiej narracji: od wspomnień i
anegdot po rzeczowo opracowane
fakty i liczby – argumentuje naczelny „Dziennika Gazety Prawnej”.
Czy jednak opinia pracownika banku, na przykład na temat najciekawszych na rynku produktów kredytowych to dalej analiza eksperta czy
raczej kryptoreklama własnej firmy?
– Oczywiście, bywa z tym różnie. Z
czasem rynek wymusi jednak większy obiektywizm, bo autorzy, który
stracą wiarygodność, po prostu nie
będą czytani. Dziennikarzom może
się to nie podobać, ale od tego naprawdę nie da się uciec – nie ustępuje Wróblewski.
Profesjonaliści w odwrocie?
O tym, że dziennikarz wcale nie musi
być specjalistą we wszystkim, o
czym pisze, przekonany jest także
Paweł Lisicki, redaktor naczelny
„Rzeczpospolitej”. Aby opisać trzęsienie ziemi, nie trzeba być przecież
sejsmologiem, w większości przypadków wystarczy porozmawiać z
ekspertem i w przystępny sposób
przedstawić temat czytelnikom. –
Zapotrzebowanie na dziennikarzy
będzie stałe. Być może zmieni się
nieco ich rola i będą oni korzystać z
innych źródeł, ale nie wierzę, że zostaną zastąpieni przez specjalistów
z zewnątrz. Co nie znaczy oczywiście, że nie ma ekspertów, którzy samodzielnie potrafią napisać ciekawy artykuł – komentuje Lisicki. Nie
wyobraża on sobie jednak, aby specjalista związany z jakimś środowiskiem lub dziennikarz obywatelski
byli na przykład w stanie przeprowadzić skuteczne śledztwo dziennikarskie. Dlatego zdecydowana
większość trudniejszych, wymagających weryfikacji gatunków dziennikarskich jednak pozostanie. Problem w tym, że właśnie najbardziej
wymagające gatunki, a dziennikarstwo śledcze w szczególności, generują zarazem najwyższe koszty w
redakcji.
Nawet Jacek Żakowski przyznaje,
że faktycznie kończy się model redakcji, jaki znaliśmy do tej pory.
Zmienia się bowiem struktura komunikowania, a dziennikarstwo wytworzone na uniwersytetach należy do
epoki masowej. – Czas masy dobiega dzisiaj końca. Obserwujemy fragmentaryzację rynku, indywidualizację potrzeb informacyjnych społeczeństwa, naprzeciw którym wychodzi coraz bardziej specjalizujący się
internet. Widać to dobrze na przykładzie rynku księgarskiego. Kiedyś
pierwszą rzeczą, którą robiłem, będąc w innym kraju, było odwiedzenie księgarni. Dzisiaj nie muszę już
wychodzić z domu, bo codziennie
dostaję z Amazona informacje, że
ukazała się książka, która mnie interesuje. Amazon wie przecież, co
czytam i co kupuję. Na podobnej zasadzie będzie działać prasa – twierdzi dziennikarz „Polityki”.
Nie sposób nie zgodzić się też z
tym, że technologia umożliwia rozszerzenie rynku i wzrost konkurencji. – W minionym stuleciu, jeśli autor chciał coś napisać, musiał zamieścić swój tekst „w New York Times”,
Redakcja Fotograficzna
Polskiej Agencji Prasowej
Poszukuje kandydatów na
bezpłatne praktyki w warszawskim biurze agencji.
„Washington Post” albo w „Wall
Street Journal”. W konkursie brało
więc udział najwyżej stu dziennikarzy. Dzisiaj rywalizują tysiące blogerów, ale tylko kilku z nich jest na
tyle dobrych, że kupują ich redakcje, a oni stają się profesjonalistami. Podobnie jest ze sportowcami.
W piłkę nożną gra pewnie w Polsce
kilka milionów osób, ale zawodowcami zostaje kilkaset – analizuje Jacek Żakowski. Jego zdaniem tak
samo stanie się z dziennikarstwem
– w w ymianie informacji będą
uczestniczyć tysiące, ale wśród nich
znajdzie się tylko niewielka grupa
prawdziwych profesjonalistów.
Bez pieniędzy, zasad
i pomysłu
Ciągły spadek czytelnictwa, zła sytuacja finansowa większości wydawnictw i zadziwiający konsensus
przedstawicieli mediów w kwestii
tego, że redakcje, jakie znamy od
dziesięcioleci, tracą rację bytu, każą
podejrzewać, że odsetek, o którym
mówi Żakowski, będzie naprawdę
niewielki.
Jacek Michałowski, szef kancelarii
Prezydenta RP, otwierając kilka tygodni temu konferencję poświęconą przyszłości zawodu dziennikarza
i etyce mediów, podkreślił, że dziennikarstwo kojarzy mu się przede
wszystkim z etyką i kompetencją.
Wśród zgromadzonych na sali dziennikarzy, medioznawców i redaktorów dało się zauważyć na twarzach
uśmiech politowania. Prowadzący
dyskusję Igor Janke z „Rzeczpospolitej” odpowiedział ministrowi, że
kiedy ponad dwadzieścia lat temu
zaczynał pracę w Polskiej Agencji
Prasowej, myślał podobnie. Teraz
ma jednak na ten temat zupełnie
inne zdanie. Przyznał też, że mniej
więcej na przełomie wieków każdy
z szefów i właścicieli polskich mediów zdał sobie sprawę, że robi
przede wszystkim biznes – misja i
etyka zniknęły gdzieś za horyzontem. Dzisiaj ten sam biznes powoli,
lecz systematycznie, schodzi z rynku. Jako jedną z przyczyn Janke
wskazał właśnie zatrważający deficyt etyki w dziennikarstwie.
Wydaje się jednak, że przyczyna
jest bardziej prozaiczna, bo we
współczesnych mediach, tak jak w
każdym innym biznesie, w pierwszej
kolejności rozdaje karty wspominany przez Wróblewskiego rachunek
ekonomiczny. Oczywiście, cytując
Bernarda Pouleta, świat informacji
nie zniknie, ale trzeba będzie go wymyślić na nowo. Jak dotąd, brakuje
na to pomysłu.
Tomasz Betka
współpraca: Agnieszka Lampka
i Agnieszka Plister
Kandydaci będą mieli możliwość
poznania sposobu funkcjonowania
agencji fotograficznej oraz zdobycia doświadczenia w pracy przy
wyborze i archiwizowaniu zdjęć
oraz współpracy z wydawnictwami i fotoreporterami.
Zapewniamy elastyczne godziny
pracy, oczekujemy zaangażowania
i entuzjazmu.
Zgłoszenia prosimy kierować na
adres [email protected]
Rewolucja 2.0, czyli ślizganie
się po powierzchni wydarzeń
Trudno nie doceniać roli, jaką podczas arabskiej Wiosny Ludów odegrały media
społecznościowe. Jednak łatwo przesadzić i ją przecenić. Zafascynowanie mediów
„facebookową rewolucją” więcej zasłania i rozmywa niż wyjaśnia. W dzisiejszych
czasach prawdziwą sensacją byłaby rewolucja bez Facebooka i Twittera.
Nowe środki komunikacji i rewolucja spotykały się już nie raz.
W 1978 roku zarzewiem irańskiej rewolucji islamskiej były
nagrane na kasety magnetofonowe przemówienia ajatollaha
Chomeiniego. Dwadzieścia lat
później w Indonezji, do obalenia generała Suharto przyczyniły się telefony komórkowe, dzięki którym protestujący koordynowali swoje działania. Jednak
dzisiaj nikt nie mówi ani o „magnetofonowej rewolucji” w Iranie, ani o „telefonicznym przewrocie” w Indonezji.
Zachodnie media już od dawna zdradzają odrobinę niezdrową fascynację social mediami.
Kiedy w 2009 roku Irańczycy
wyszli na ulice Teheranu, by
kontestować wyniki sfałszowanych wyborów, zachodni dziennikarze zwrócili uwagę na to, że
przy organizowaniu protestów
użyto Twittera szybko zaczęto
nazywać wydarzenia w Iranie
„twitterową rewolucją”. Coś podobnego zdarzyło się pierwszy
raz, więc dziennikarze byli bardzo podekscytowani. Dopiero
potem okazało się, że w 65-milionowym kraju jest tylko 20 tys.
użytkowników Twittera. Trochę
mało jak na rewolucję.
Twitter odegrał wówczas bezsprzecznie pozytywną rolę. Lecz
ani nie umożliwił protestów, ani
ich nie zapoczątkował, nie zapewnił też im sukcesu. Patrzenie na te wydarzenia przez pryzmat zastosowania now ych
możliwości internetu odsłoniło
tylko część – i to nie tę najważniejszą – całego obrazu. Jednak
zachodnie media nie wyniosły z
tego żadnej nauki, co mogliśmy
obserwować jakiś czas temu. Pokusa efektownych nagłówków
znów okazała się zbyt silna.
To Arabowie mają
internet?
Wydarzenia w Egipcie i Tunezji
pokazały siłę internetu, co do
tego nie ma wątpliwości. Jednak
podstawowym błędem i pułapką jest mylenie ze sobą czynnika i przyczyny. Przyczyną tych
rewolucji było społeczne niezadowolenie, dziesięciolecia dyktatorskich rządów, niezgoda na
korupcję i arogancję władzy,
wysokie bezrobocie, droga żywność oraz cały szereg innych powodów, dla których ludzie w
końcu wyszli na ulice. Facebook
i Twitter były „czynnikami”. Wydawać się może, że bardzo niewielu komentatorów tych wydarzeń zdaje sobie sprawę z tego,
że wykorzystanie social media
w tych przewrotach jest rzeczą
mało zaskakującą i w dużej mierze naturalną. Stałoby się tak w
fot. DaSilva PETER/ PAP/EPA
Niech fizycy uczą się pisać
Czy jednak fakt, że coraz więcej informacji można już znaleźć bez „pośrednika”, a funkcje opłacanych
przez redakcje komentatorów pełnią coraz częściej na przykład internetowi blogerzy, nie marginalizuje
znaczenia dziennikarzy? – Wartością
dziennikarza jest to, że potrafi on
zrozumieć nawet skomplikowany
przekaz i przełożyć go na prosty język, aby zanalizować to, co dzieje
się wokół jakiegoś zjawiska. Czytelnik nie ma takiego obowiązku, a w
chaosie informacyjnym potrzebuje
kogoś, kto wyłowi i przygotuje najważniejsze w iadomości. Jeżeli
dziennikarze mają przeciwstawne
poglądy, to nawet lepiej, bo można
ich ocenę skonfrontować – ocenia
Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”. Paradoksalnie,
obecny „zalew” informacji wręcz
sprzyja dziennikarzom, choć Sakiewicz zdaje sobie sprawę, że niektóre dziennikarskie formy będą się
kończyć. Dodaje, że sami dziennikarze mogą redagować gazetę nawet
za pomocą telefonu komórkowego,
a sposobów na uprawianie tego zawodu jest naprawdę wiele.
stał w ytłumaczenie najlepsze z
możliwych.
Odcięcie od sieci sprawiło, że
Egipcjanie wciągnęli na sztandary
swojej rewolucji to, co wzbudziło
strach dyktatora – Facebooka. W zachodnich mediach zaczęły pojawiać
się zdjęcia z nazwą portalu napisaną na murach i transparentach. Kilku protestujących trzymało zdjęcia
Marka Zuckerberga, a jeden z Egipcjan nadał swojej córce imię Facebook, o czym ochoczo doniosły serwisy informacyjne.
Ale to tylko część tej historii.
Rewolucji się nie „lubi”
Palo Alto w Kalifornii, 20 kwietnia
2011 roku. Prezydent USA Barack
Obama w siedzibie Facebooka odpowiada na pytania podczas transmisji
internetowej na żywo. Moderatorem
spotkania był Mark Zuckerberg.
każdym innym kraju, w którym jest
dostęp do internetu i gdzie mieszkają w miarę młodzi ludzie, którzy
potrafią obsługiwać komputery. Facebook, Twitter i Youtube stanowiły narzędzia na tyle przydatne i
efektywne, na ile ludzie potrafili je
wykorzystać.
A Egipcjanie i Tunezyjczycy wykorzystali je świetnie. „Na Facebooku
się organizujemy, dzięki Twitterowi
koordynujemy, a dzięki Youtube pokazujemy światu, co się dzieje” – powiedziała zachodnim dziennikarzom
jedna z egipskich aktywistek.
Portale społecznościowe pozwoliły stworzyć alternatywny dla oficjalnego kanał przekazywania informacji. I to nie tylko taki, którego mogli używać protestujący. Przez pewien czas CNN podawało newsy
wprost z Twittera (zostawmy problem, czy takie informacje są sprawdzone i pewne), a odczytywane na
żywo „tweety” uzupełniały filmy z
Youtube. Reżimowe media prezydentów Mubaraka i Ben Alego nie
mogły już przekonać świata o tym,
że protesty to wybryki anarchistów
i chuliganów.
Po drugie – informacje, które wydostały się z Egiptu i Tunezji, z biegiem czasu zaczęły wywierać presję na opinię międzynarodową. Im
więcej mijało czasu, tym bardziej
prezydent Obama, główny gwarant
władzy Mubaraka w Egipcie, dystansował się od egipskiego prezydenta.
Dlatego wcale nie dziwi, że dyktator odłączył Egipcjanom internet.
Dawniej trzeba było pilnować, żeby
rebelianci nie zajęli budynku telewizji i radia. Teraz społeczeństwo
ma inne możliwości komunikacji. Są
nimi właśnie social media. Jeżeli do
tej pory ktoś nie rozumiał dobrze
znaczenia tego terminu, teraz do-
Przedstawiciele Facebooka nie zajęli oficjalnego stanowiska w sprawie arabskich przewrotów. Nie musieli. Światowe media same wzięły
na siebie akcję PR-owską na rzecz
portalu, jednocześnie upraszczając
i pozbawiając kontekstu to, co rzeczywiście się wydarzyło.
– Chcę podziękować Markowi Zuckerbergowi. Ta rewolucja zaczęła
się na Facebooku – te słowa Waela
Ghonima, człowieka, który założył
profil, który skupił internetowych
aktywistów, obiegły świat w kulminacyjnym momencie egipskiego
wrzenia. Dużo mniej uwagi poświęcono słowom, które wypowiedział
innym razem, kiedy uwolniony po
dwunastu dniach aresztu, stanął na
placu Tahrir: – Używałem wcześniej
nazwy „facebookowa rewolucja”,
ale teraz, patrząc na tych ludzi, widzę, że to rewolucja egipskiego
ludu. Podobne głosy pojawiały się
wśród innych protestujących: – Internet pozwolił nam się zorganizować, ale to nie z powodu Facebooka
znaleźliśmy się tu, gdzie teraz jesteśmy – powiedział dziennikarzom
BBC Malek Mustafa, jeden z internetowych aktywistów.
Przypisywanie sukcesów, jakie odniosły przewroty w Tunezji i Egipcie Facebookowi, Twitterowi, WikiLeaks i Youtube to duża niesprawiedliwość wobec ludzi, którzy ryzykowali życiem, stając naprzeciw
czołgom. Internet ułatwia komunikację i pozwala rozprzestrzeniać się
informacjom w mgnieniu oka, ale
nie wystarczy, żeby trzymać ludzi
na ulicach przez cztery tygodnie.
Kliknięcie „Lubię to!” na profilu aktywistów nie zastąpi ich odwagi i
determinacji.
Rewolucje nie dzieją się w internecie, tylko na ulicach. Portale społecznościowe nie obalają dyktatorów. Dokonują tego ludzie. A że używają internetu? Trzeba się przyzwyczaić – tak teraz będą wyglądały rewolucje.
Adrian Stachowski
05
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.pdf.edu.pl
Rozmowa wokół
Rozmowy
nieprzypadkowe
fot. Krystian Szczęsny
O weryfikacji własnych wyobrażeń na temat reportażu,
rozmowach z mistrzami gatunku, które szczególnie utkwiły
w pamięci oraz o kontraście między uśmiechem a bezkompromisowością swoich bohaterów, z Agnieszką Wójcińską, autorką książki „Reporterzy bez fikcji”, rozmawia Anna Kiedrzynek
Wywiady z polskimi reporterami, które ukazały się niedawno
nakładem Wydawnictwa Czarne, publikowałaś najpierw na
łamach „PDF-u”. Skąd wziął
się pomysł na cykl „Zapisz
to, Kisch!”?
Z ciekawości. Podjęłam studia podyplomowe na dziennikarstwie
w ramach Laboratorium Reportażu
na UW. Temat zajęć z reportażu literackiego koncentrował się tam
wokół szacownego, ale dobrze już
opisanego fenomenu „3K”: Kapuścińskiego, Krall, Kąkolewskiego.
I do nich ograniczał. A przecież w
tym czasie działo się w tej dziedzinie sporo nowych, bardzo ciekawych
rzeczy. Chciałam porozmawiać ze
współczesnymi, ważnymi dla mnie
reporterami, o kolejnych etapach ich
pracy: od szukania tematu, poprzez
dokumentowanie, rozmowy z bohaterami, aż po sam proces pisania,
przekładania zdobytych informacji
na tekst. Moje dojrzewanie do realizacji tego pomysłu zbiegło się w czasie z założeniem przez Pawła Olka
„PDF-u”. Wiedział o moim pomyśle
i zaprosił mnie do współpracy. To
zresztą on był autorem tytułu tego
cyklu. Tak wszystko się zaczęło.
I co, wzięłaś telefon i po prostu
zadzwoniłaś do Katarzyny Surmiak-Domańskiej, Wojciecha
Tochmana, Mariusza Szczygła?
A oni tak poprostu się zgodzili?
Wtedy jeszcze nie miałam numerów
do moich rozmówców. Pisałam do
nich maile. Przedstawiałam się, wyjaśniałam, że jestem z gazety studenckiej i chciałabym porozmawiać
o ich warsztacie. Odpisywali mi i się
umawialiśmy.
Ktoś ci odmówił?
Irena Morawska. Potem jednak, dzięki namowie Mariusza Szczygła, którego poprosiłam o pomoc, zgodziła
się. Ten w y wiad nie ukazał się
w „PDF-ie”. Był ostatnim, jaki zrobi-
06
łam, już tylko z myślą o książce. Z panią Ireną od dawna chciałam porozmawiać. Jej teksty, na przykład „Luiza wdowa idzie na dług”, który
wszedł w skład antologii polskiego
reportażu pod redakcją Szczygła, zawsze robiły na mnie duże wrażenie.
Jednak pani Irena zajmowała się w
ostatnich latach przede wszystkim
filmem dokumentalnym, a trudno
rozmawiać o warsztacie w odniesieniu do tekstów napisanych już spory czas temu. Ale, na szczęście dla
mnie, w październiku zeszłego roku
opublikowała w „Dużym Formacie”
pierwszy po dłuższej przerwie reportaż – „My się nigdy nie nudzimy”,
opowiadający o bohaterach filmu
dokumentalnego jej autorstwa pt.
„Czekając na sobotę”. Potem, już
podczas wywiadu, powiedziała mi,
że przekonała ją też moja determinacja, bo sama w relacjach z bohaterami zachowuje się podobnie.
Dziś numery telefonów mam już do
wszystkich moich rozmówców. Są zapisane w czerwonym notesie, na
stronie z nagłówkiem „reporterzy”.
Ważnym elementem zarówno
cyklu publikowanego w „PDFie”, jak i książki, są portrety
reporterów autorstwa Janka
Brykczyńskiego. Jak doszło
do waszej współpracy?
Poznałam go w Laboratorium Reportażu, na zajęciach z fotografii, które
były akurat poświęcone wymyślaniu
podpisów do zdjęć. Mnie podobały
się pomysły Janka, a jemu moje. Okazało się, że mamy bardzo podobną
wrażliwość. Przy współpracy dziennikarza i fotografa taka chemia jest
niesamowicie ważna. Razem zrobiliśmy dla „Polityki” materiał o chłopakach z blokowiska w Pile, a potem
wspólnie pracowaliśmy nad „Zapisz
to, Kisch!” i innymi reportażami.
Reporter wydaje się idealnym
rozmówcą dla młodego dziennikarza. Wie przecież, czego
się od niego, jako od bohatera,
oczekuje: konkretów, anegdotek, pięknych zdań… Czy z reporterami rozmawia się łatwiej?
Niekoniecznie. To wynika z indywidualnego obycia z mediami, które
było różne w przypadku poszczególnych osób. Jeśli ktoś udzielał już
wcześniej wywiadów albo, tak jak
Mariusz Szczygieł, ma doświadczenie w prowadzeniu własnego programu w telewizji, przychodzi mu
to pewnie łatwiej. Ale nie tylko o to
chodzi. W reakcji na niektóre pytania moi rozmówcy mówili często, że
zmusiłam ich do zastanowienia się
nad s woim zawodem . Dopiero
w czasie wywiadu zaczynali myśleć
nad sprawami, które do tej pory pozostawały w sferze ich intuicji i wydawały im się oczywiste. Pod koniec
spotkania prosiłam każdego o dedykację na książce. Kilkoro napisało mi: „dziękuję za zmuszenie do
przemyśleń”. To było bardzo miłe.
Twoje wyobrażenia na temat
zawodu reportera potwierdziły
się podczas tych rozmów?
Nie całkiem. Gdy zaczynałam, miałam gdzieś w głowie założenie, że poznam magiczny przepis na dobry reportaż. Nic takiego się nie stało. Bo
okazało się, że każdy z moich siedemnastu rozmówców ma inne podejście
do zawodu. Oczywiście, są sprawy,
o których wszyscy mówią zgodnie:
świętość faktów, potrzeba ochrony
bohatera, empatia, słuchanie.
Ale na wiele innych tematów usłyszałam zupełnie sprzeczne opinie.
Na przykład Jacek Hugo-Bader powiedział mi, że najlepszym sposobem na poznanie bohatera i wejście
w jego świat jest pomieszkanie z nim
przez jakiś czas. Z kolei Wojciech
Tochman stwierdził, że mieszkanie
z bohaterem to zły pomysł. Te różnice mnie fascynują. Podczas pracy
nad książką zrozumiałam, że wszysko zależy od indywidualnych decyzji i wątpliwości, które każdy i w
przypadku każdego tekstu rozstrzyga na swój sposób.
Który z rozmówców najbardziej
zaskoczył cię swoim podejściem do zawodu?
Barbara Pietkiewicz. Była dla mnie,
i w pewnym sensie nadal jest, postacią zagadkową, ukrytą za swoimi
bohaterami. Gdy poszłam na spotkanie z nią, zobaczyłam uroczą, starszą panią, która zupełnie bezpośrednio i bez owijania w bawełnę zakomunikowała: „Szczęście mnie nie
interesuje. Ciekawe są tylko zbrodnie”. Kontrast między jej uśmiech em , wew n ę t r zny m c iep ł em ,
a ostrą i bezkompromisową diagnozą własnego zawodu, o którym powiedziała wprost, że często jest nieetyczny, był dla mnie sporym zaskoczeniem.
Jest w książce taka rozmowa,
którą zapamiętałaś szczególnie?
Chyba nie umiałabym wybrać jednej. Wspomnień związanych z tymi
wywiadami mam mnóstwo. Na przykład pierwsze moje spotkanie z Mariuszem Szczygłem. Umówiliśmy się
u niego w domu, w niedzielę koło
południa. Byłam parę minut przed
czasem i siedziałam w parku, naprzeciwko kamienic y, w której
mieszka. Zestresowana niesamowicie. W końcu zdecydowałam się
wejść. Spotkałam go pod klatką. Powiedział, że wyszedł do sklepu, bo
skończyła mu się kawa, a pomyślał,
że na pewno będę chciała się napić.
Rozbroił mnie swoją troską – i już
było łatwiej. Albo rozmowa z Wojtkiem Tochmanem, podczas której
aktualizowaliśmy wywiad na potrzeby książki. Znaliśmy się już wtedy trochę, mówiliśmy sobie po imieniu. Siedzieliśmy we „Wrzeniu świata”, rozmawialiśmy swobodnie, słońce wpadało przez wielkie okna, a ja
pomyślałam: to niesamowite, że siedzę tutaj z Tochmanem, którego
książki podziwiam od tylu lat, a on
opowiada mi o swojej pracy. I że tyle
tych rozmów jest już za mną. Taki
krótki przebłysk szczęścia z tego, co
się robi.
Kim była Agnieszka Wójcińska
podczas tych wywiadów
– uczennicą, pobierającą nauki
od mistrzów czy reporterką,
która rozmawia ze swoimi bohaterami?
Do samego końca, czyli aż do spotkania z Ireną Morawską, czułam się
do pewnego stopnia jak uczennica.
Jednak moja tożsamość jako autorki cały czas umacniała się. Był też
taki moment, w trakcie wywiadu
z Magdaleną Grochowską , gdy
uświadomiłam sobie, że to co robię,
może być ciekawe dla innych, także
dla samych reporterów. Zadając jej
kolejne pytania, przywoływałam
słowa moich poprzednich rozmówców. W pewnej chwili usłyszałam od
pani Magdaleny, że chętnie przeczy-
reklama
tałaby, co jej koledzy po fachu sądzą na różne tematy. Była to jedna
z cegiełek, budujących we mnie
przekonanie, że warto zrobić z tymi
rozmowami coś więcej. Ostatecznie,
pomysł, by wysłać je do wydawnictwa, poddał mi Witek Szabłowski.
Mam wrażenie, że ciągnie cię
do ludzi z pasją. Z jednej strony
reporterzy, a z drugiej bohaterowie twoich tekstów w „Polityce” – winiarze, którzy wbrew
przeciwnościom losu, a nieraz
i wbrew zdrowemu rozsądkowi
próbują stworzyć w Polsce drugą Szampanię, animatorzy kultury zmieniający Pragę, hip-hopowcy z małego miasteczka…
Opisywanie takich osób to w
twoim przypadku świadoma
strategia?
Trudno chyba mówić tu o strategii.
Faktycznie, interesują mnie ludzie,
którzy coś ze swoim życiem robią,
są aktywni, ciekawi świata. Może
dlatego, że ja też staram się, aby
w moim życiu coś się działo, aby decydowała o nim pasja? Małgorzata
Szejnert uważa, że temat się w reporterze „odkłada” i gdy nadchodzi
właściwy moment, następuje detonacja. Czasem wydaje się, że to
przypadek sprawia, że coś nas zafascynuje i dlatego chcemy o tym napisać. Ale czy to wyłącznie kwestia
przypadku? To, że autora pociągają
akurat takie, a nie inne tematy, może
oznaczać, że korespondują one
z tym, co jest w nim, stanowią odpowiedź na jego potrzeby.
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.pdf.edu.pl
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
Trendy
Na mieście
Jeszcze niedawno obserwatorzy rynku czasopism spekulowali, któremu z tytułów nie
uda się przetrwać kryzysu. Minął rok, a rynek zaskoczył samych wydawców. Wbrew
ogólnoświatowym tendencjom polskie periodyki zwiększyły sprzedaż. Najwięcej zyskała „Gazeta Polska”. Od lutego br. ukazuje się tygodnik opinii „Uważam Rze”, który
od razu wyprzedził „Wprost” i „Newsweeka” pod względem sprzedaży.
Smoleńska cezura
W kwietniu zawrzało. W wyniku katastrofy smoleńskiej, zmian politycznych i kontrowersji z nimi związanych, zwiększył się popyt na informację. Nagle okazało się, że suche fakty nie są w stanie zaspokoić potrzeby głębszej analizy przebiegu wypadków. Zwiększone zainteresowanie tygodnikami było racjonalnym odruchem zdezorientowanych obywateli, próbujących
konfrontować opinie i szukać głębszych oraz bardziej merytorycznych komentarzy.
Rekordowe nakłady odnotowano
oczywiście w kwietniu. Największy
wzrost osiągnął „Newsweek”. Podbił sprzedaż o 64 tys. egzemplarzy
(do blisko 175 tys.), by miesiąc później wrócić do punktu wyjścia. Podobnie działo się z pozostałymi tygodnikami, choć różnice sprzedaży
w kwietniu i w maju nie były tak
spektakularne (patrz tab. 2). Tendencję spadkową udało się przełamać jedynie „Gazecie Polskiej”,
która od tego momentu zaczęła cieszyć się coraz większym zainteresowaniem czytelników, by ostatecznie uz yskać średnią roczną
sprzedaż na poziomie 51 tys. i ponad stuprocentowy wzrost w stosunku do roku poprzedniego.
Nowe otwarcie
w „Gazecie Polskiej”
Tuż po katastrofie „Gazeta Polska”
zaskoczyła sztywną deklaracją podporządkowania tygodnika głównemu celowi, jakim miałoby być wyjaśnienie przyczyn wypadku z 10
kwietnia. – Przyjęliśmy zasadę, że
w tej sprawie nie może być żadnej
cenzury. Równoprawnie traktujemy
wszystkie informacje. Pod warunkiem, że są lub mogą być prawdziwe. Nie ignorujemy wiadomości, które z jakichś powodów są niepoprawne politycznie, choćby tego, że
w Smoleńsku mogło dojść do zamachu – wyjaśnia Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny tygodnika. I przekonuje, że od tego momentu zmieniła
się struktura czytelników tygodnika. – Tradycyjnie czytały go osoby
dojrzałe, z pokolenia „Solidarności”
oraz rodziny z niepodległościowymi, często piłsudczykowskimi poglądami. Z czasem pojawiła się również
generacja ich dzieci. Od 10 kwietnia
mamy natomiast zupełnie nową grupę. To ludzie młodzi i w średnim wieku, z dużych miast, mający poglądy
bliższe PiS-owi, choć socjologicznie
odpowiadający bardziej elektoratowi PO – zaznacza Sakiewicz.
Choć minął rok od tej deklaracji,
„Gazeta Polska” nadal cieszy się
sporym zainteresowaniem. Według
ostatnich danych ZKDP jej nakład
ciągle rośnie.
upadały. Pisma takie jak „Ozon”,
„Nowy Dzień” Agory czy „Dziennik”
Springera kończyły się bolesną porażką. My stwierdziliśmy, że wydamy pismo przede wszystkim w oparciu o własne obserwacje, intuicyjnie, nie inwestując w tytuł dużych
pieniędzy. Dlatego też, początkowo,
Wyrazistość kluczem
do sukcesu?
Choć teoretycznie na polskim rynku ciągle istnieje miejsce dla no-
fot. Bartłomiej Zborowski/PAP
Tygodnikom opinii udało się w 2010 r.
zwiększ yć sprzedaż o 8,3 proc.
w stosunku do roku poprzedniego
(rozpowszechnianie płatne razem).
Jak w przypadku każdej rywalizacji,
tak i w tym peletonie znaleźli się
zwycięzcy i przegrani. Porównanie
wyników z marca 2009 r. i z analogicznego okresu rok później nie dawało większych złudzeń. Na rynku
zapanował marazm. Poza „Gościem
Niedzielnym”, „Newsweekiem Polska” i „Przeglądem” dominowały
spadki. Zatrważały niskie wyniki
sprzedaży „Polityki” i „Wprost”.
Wśród siedmiu największych tygodników nie było wówczas „Gazety
Polskiej” (patrz tab. 1.).
Pierwszy numer tygodnika "Uważam Rze" ukazał się 7 lutego 2011 roku.
Na zdjęciu redaktor naczelny Paweł Lisicki i z-ca redaktora naczelnego Michał Karnowski.
Mocne wejście
„Uważam Rze”
Na fali zwiększonego zainteresowania prawicą nową gazetę zdecydowała się wydawać Presspublika. Tygodnik „Uważam Rze. Inaczej pisane” został połączony z dziennikiem
„Rzeczpospolita”. Jak przekonuje
Paweł Lisicki, redaktor naczelny
obydwu tytułów, czasopismo powstało stosunkowo niewielkim
kosztem. – W ostatnim czasie, choć
wydawcy przeprowadzali badania
rynkowe i w oparciu o nie wprowadzali swoje produkty, ich projekty
zdecydowaliśmy się na tańszy papier i layout. Chcieliśmy sprawdzić,
czy dla naszego pomysłu znajdzie
się miejsce na rynku. Kiedy okazało
się, że tygodnik sprzedaje się naprawdę dobrze, podjęliśmy decyzję
o zmianie szaty graficznej i dalszej
inwestycji – wyjaśnia Lisicki.
Choć same koszty były niewielkie,
kampania reklamowa nie należała
do sztampowych. Do zakupu tygodnika zachęcali z billboardów czołowi autorzy „Rzeczpospolitej”. Cie-
Tabela 1
wych periodyków, żadnemu nowemu tytułowi nie udawało się dotąd
pozyskać sympatii czytelników.
– Nasycenie t ygodnikami jest
w Polsce niewielkie. Wystarczy porównać nas choćby z zachodnimi
społeczeństwami. Polacy nie czytają. U nas dominuje kultura oralna. To
słowo mówione jest podstawowym
sposobem komunikacji – analizuje
medioznawca prof. Maciej Mrozowski. Dostrzega on jednak szansę
i przestrzeń dla nowych mediów, bo
LUTY 2010
MAJ 2010
Średni nakład
jednorazowy
Sprzedaż
ogółem
Średni nakład
jednorazowy
Sprzedaż
ogółem
Tytuł
Angora
526 958
371 586
493 667
339 513
Gość Niedzielny
198 620
145 729
196 114
138 747
Polityka
190 000
134 662
195 102
134 315
Uważam Rze
229 425
114 133
-
-
Newsweek Polska
167 408
103 115
166 513
100 248
Gazeta Polska
82 778
Wprost
180 000
95 343
161 068
72 069
Przekrój
85 000
Gazeta Polska
134 470
70 102
58 228
25 374
Przegląd
68 100
Przekrój
81 250
37 628
85 000
40 045
Tygodnik Powszechny
39 495
Przegląd
61 500
21 599
68 100
22 670
Tygodnik Powszechny
39 143
17 747
38 775
17 322
źródło: media2.pl
08
re poszukują takiego forum. – To
grupa prawicowa, ale i populistyczna. Takie teksty pisze się łatwo, bo
są oparte na ograniczonej liczbie argumentów. Wystarczy odpowiednio
nimi żonglować. Ci ludzie będą mogli w łatwy sposób wytwarzać duże
ilości tekstów i jednocześnie nawiążą łatwy kontakt z czytelnikami –
dodaje profesor.
Konkurencja nie śpi?
Po przeciwnej stronie zupełnie
Tabela 2 /
LUTY 2011
Tytuł
w prasie i telewizji pojawia się coraz mniej rzetelnej dyskusji. Istniejące tygodniki nie zaspokajają potrzeb szerokiej publiczności. W ten
sposób powstaje obszar pośredni,
niezagospodarowany.
Również na tym może się częściowo opierać powodzenie projektu
Presspubliki. Nie da się go bowiem
sprowadzić jedynie do umiejętnego zapełnienia luki w dyskursie publicznym konserwatywno-liberalnym głosem prawicy. Liczy się także sposób. – Trzeba znaleźć klucz,
podjąć ryzyko. Produkt powinien
być wyrazisty i inny. Wówczas można pozyskać nowych czytelników
albo odebrać ich tygodnikom już istniejącym – twierdzi Maciej Mrozowski. „Uważam Rze” pozwala pisać i
wyrażać swoje opinie osobom, któ-
KWIECIEŃ 2010
Średni nakład
jednorazowy
Sprzedaż
ogółem
Średni nakład
jednorazowy
Sprzedaż
ogółem
Polityka
190 558
140 382
237 584
174 380
Gość Niedzielny
202 930
139 370
207 722
158 290
Newsweek Polska
187 169
109 097
237 584
174 380
Wprost
170 590
77 993
178 073
115 635
51 308
72 256
42 189
37 924
85 000
49 284
24 080
68 100
26 378
17 741
40 736
21 834
źródło: media2.pl, rp.pl
dobrze radzi sobie t ymc zasem
„Wprost”. Pismo zyskuje nowe oblicze. Tomasz Lis, który objął w maju
stanowisko redaktora naczelnego,
zapowiedział zmiany. Dziś chce pisać w tygodniku „mądrze, uczciwie,
z pasją”. Poza przesunięciem politycznym w kierunku centrum, zmieniła się również sama linia programowa „Wprost”. Tygodnik chętnie
przedstawia teraz jednostkę w szerszym kontekście. Na okładce zawsze
pojawia się zdjęcie konkretnej osoby, w podobny sposób ilustrowana
jest również większość artykułów.
W przeciwieństwie do „Newsweeka”, „Wprost” rzadziej skupia się
na zagadnieniach historycznych, zamiast tego rozbudowuje działy działy dotyczące tematyki społecznej.
Pogłębia przy tym problemy poruszone w telewizyjnym programie
Tomasza Lisa.
Według danych ZKDP, w listopadzie 2010 r. „Wprost” wyprzedził
„Newsweeka” i ze sprzedażą wynoszącą ponad 130 tys. egz. (rozpowszechnianie płatne razem) uplasował się tuż za „Polityką”. Nadspodziewanie dobre wyniki „Wprost”
wzbudziły podejrzenia konkurencji,
która oskarża pismo o ich zawyżanie
i nieprawidłowe przedstawianie
sprzedaży w deklaracji dla ZKDP.
Wniosek o nadzwyczajny audyt w tygodniku złożyła „Polityka – Spółdzielnia Pracy” oraz „Ringier Axel
Springer Polska”, wydawca „Newsweeka”. Jego wyniki jeszcze nie są
znane. Sprawa nie jest jednoznaczna. Wystarczy wspomnieć, że samo
ZDKP zobowiązuje do posługiwania
się trzema różnymi wskaźnikami (nakładem, sprzedażą ogółem, rozpowszechnianiem płatnym razem). A
przepisy są skonstruowane w ten
sposób, że trudno skontrolować, czy
dane podporządkowane określonym
kolumnom są prawdziwe. Pojawił się
również kłopot z klasyfikacją numerów sprzedawanych za pośrednictwem Internetu, bo nie ma obecnie
wiarygodnego sposobu weryfikacji
tych danych.
Kolejne tąpnięcie
„Przekroju”
W obecnej sytuacji rynkowej zupełnie nie potrafi się odnaleźć „Przekrój”. – W latach 60. i 70. był to tygodnik kultowy. Pismo inteligenckie, które dawało namiastkę kontaktu z wielkim światem, z kulturą wyższą – wspomina Maciej Mrozowski.
– Teraz nasze zainteresowania się
zróżnicowały. Potrzeby z nimi związane stara się zaspokoić wiele wyspecjalizowanych pism. Kultura popularna utonęła w komercji. Trudno
związać większą grupę osób o rozproszonych zainteresowaniach, które tradycyjnie przypisywano formatowi „Przekroju” – wyjaśnia.
Wygląda na to, że kolejna próba
przeistoczenia tygodnika w pismo
społeczno-kulturalne okazała się
nieudana. Ze stanowiska odeszła pod
koniec marca redaktor naczelna Katarzyna Janowska, zastąpił ją Artur
Rumianek, dotychczasowy dyrektor
wydawnictwa ds. nowych mediów.
„Przekrój” planuje zintensyfikować
działania w segmencie multimediów.
W marcu ruszyła odnowiona platforma internetowa tytułu.
Mała stabilizacja „Polityki”
Sprzedaż „Polityki” nadal opiera się
na wydaniach specjalnych i nowych
kolekcjach książek. W sierpniu
2010 r. stworzono ponadto jej
wersję audio. Słuchacze mogą odtworzyć dziesięć najważniejszych
artykułów każdego numeru tygodnika. Podobne wydanie, ale dopiero na listopad, przygotował
„Newsweek”, który z kolei jako
pierwszy postanowił podbić rynek elektronicznych kanałów
dystrybucji prasy, uruchamiając
pierwszą w Polsce wersję gazety
na iPady.
„Polityka” może się jednak czuć
zagrożona. Choć nie wiadomo
jeszcze, na ile realne są przedstawiane przez „Wprost ” w yniki
sprzedaży, tygodnik zdecydowanie umacnia swoją pozycję i już
wkrótce może stać się jej groźnym
rywalem. Maciej Mrozowski jest
jednak sceptyczny. – Z pomiarami czytelnictwa jest różnie. Obrazuje to ostatni artykuł w „Press”,
który pokazuje, w jaki sposób
można manipulować danymi
ZKDP – przypomina profesor.
Działania „Polityki” są ostrożne.
Nie wprowadza gwałtowanych
zmian. Prężnie rozwija jednak
swoją platformę internetową. W
przeciwieństwie do „Wprostu”,
udostępnia na niej bezpłatnie
część swoich artykułów. Dużym
wsparciem dla portalu są blogi
Daniela Passenta i Adama Szostkiewicza, które cieszą się sporym
zainteresowaniem internautów.
Ciekawym pomysłem była też
próba zainteresowania Polaków
debatą. „Polityka” nieśmiało próbowała poddać publicznej dyskusji i społecznej analizie kontrowersyjne kwestie.
Walka o życie
Trudno powiedzieć, czy ożywienie na rynku tygodników okaże
się trwałą tendencją. – Wszystkie
zjawiska społeczne cechuje płynność. Żyjemy w okresie, który nazywamy ponowoczesnością, jak
mówi prof. Bauman. Wiele rzeczy
wskazuje na to, że lojalność konsumentów zanika. Z założenia
zmieniają oni swoje przyzwyczajenia. W dorosłe życie wkracza w
coraz większym stopniu grupa ludzi, która nie utożsamia się z zewnętrznymi postawami, chce eksperymentować, poddawać się
chwilowym nastrojom – ocenia
prof. Maciej Mrozowski.
Jeżeli zmniejszy się sprzedaż,
tygodniki zaczną konkurować już
nie tylko o czytelników, ale także
o przetrwanie. Wydawcy powinni jednak zastanowić się nad
nową, wspólną strategią rozwoju, tak, by poszerzyć grono odbiorców prasy, odbudowując swoją pozycję i siłę perswazji. Kolejnym etapem powinno być przejście na wyższy poziom dyskusji.
Tygodniki nie mogą poprzestawać
jedynie na wyniszczającej walce,
która de facto ogranicza paletę
ich poglądów. Monotonia prowadzi bowiem do spłycenia przekazu i pogłębienia kryzysu.
Zdecydowanie lepiej skupić się
na utrzymaniu treści na odpowiednim poziomie – tak, by stać
się alternatywą dla innych, populistycznych mediów.
Agnieszka Plister
Tabsy z drugiego obiegu
Bitwa została wygrana, ale nie wojna – tak w skrócie można przedstawić skutek rządowej nowelizacji do ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, zakazującej handlu i rozpowszechniania dopalaczy na terenie Polski. Co jednak stało się z tymi wszystkimi Loved Up, Druid Fantasy czy Hammerami i ich producentami? Czy zakończyli proceder czy
może przeszli do podziemia i dalej działają w najlepsze?
fot. Marek Zakrzewski/PAP
Miotła z prawej strony
kawostka: pod ich wizerunkami pojawił się czerwony napis: „Właściciel nośnika reklamowego oświadcza, że nie podziela poglądów Michała Karnowskiego” (były obecne
również zdjęcia i nazwiska Rafała
Ziemkiewicza, Roberta Mazurka i
Igora Zalewskiego).
Debiut pisma trzeba uznać za udany. Paweł Lisicki spodziewał się bowiem na początku sprzedaży na poziomie 50 tys. Tymczasem już po
wydaniu kilku numerów przekroczyła 100 tys., czyli podskoczyła do poziomu, który zapewnia całemu projektowi rentowność.
Poznań, 21 marca 2011. Minister zdrowia Ewa Kopacz podczas rozpoczęcia koncertu "Artyści przeciwko
dopalaczom i innym używkom". Koncert zainaugurował w Poznaniu ogólnopolski program profilaktyczny
walki z dopalaczami. Jest on adresowany do młodzieży gimnazjalnej i licealnej oraz rodziców i nauczycieli.
Od czasu zamknięcia tak zwanych
smart shopów minęło już parę miesięcy, jednak handlarze dopalaczami stosują wiele konspiracyjnych
metod na rozprowadzanie swojego
towaru, począwszy od handlu obwoźnego w bagażnikach samochodów, poprzez dilerów osiedlowych,
na handlowaniu spod lady w innych
sklepach kończąc.
Internetowy biznes
Pojawiły się też bardziej wyrafinowane, a przy tym mniej nielegalne
sposoby na handel dopalaczami. Firmy, które dotychczas działały w Polsce, przeniosły się z całym kapitałem do Czech i na Słowację, skąd
mogą wysyłać swój towar do naszego kraju. Niektóre z nich, np. Euforia
czy Coffe Shop, zamieściły w internecie pełny asortyment, z cennikami na poszczególne używki i kosztami wysyłki. Żeby zachęcić potencjalnych klientów, firmy te organizują różne promocje. Jedna z nich założyła nawet bezprowizyjne konto
złotówkowe, które – jak twierdzą
producenci – „istotnie wpłynie na
szybkość dokonywanych transakcji”.
Na stronie można znaleźć również
informacje, że jako potencjalni klienci nie mamy czego się obawiać, ponieważ nasza paczka zostanie zapakowana w sposób niewzbudzający
najmniejszych podejrzeń.
Opakowanie jest pieczołowicie
oklejone taśmą klejącą na górze,
spodzie, na bokach i rogach. Na zamówionej paczce nie ma żadnych informacji na temat jej zawartości i nie
można jej otworzyć bez widocznego uszkodzenia.
Proces zakupu polega na tym, że
po wpłaceniu pieniędzy na konto
sklepu paczka z towarem zostaje wysłana do polskiego pośrednika. Ten
rozsyła paczki do tak zwanych paczkomatów (skrytek pocztowych do-
stępnych całą dobę) w Polsce, z których zamawiający po wpłaceniu należnej sumy anonimowo odbiera zamówiony towar. W przypadku zakupów internetowych wiek nie ma znaczenia – w formularzu zakupu informacja o nim nie jest wymagana. Wystarczy mieć konto, a na nim pieniądze. Mimo że sklepy umieszczone są
za granicą, ceny używek nie uległy
większym zmianom. Zwykle wahają
się one od 40 zł, jeśli dostarcza je
poczta czeska, sięgają 75 zł przy korzystaniu z firmy kurierskiej.
Polak potrafi
Internetowe zakupy to jednak nie jedyny sposób na zdobycie dopalaczy.
Można je dostać także na terenie Polski, chociażby od internetowego czy
osiedlowego dilera. W tym miejscu
należy jednak uściślić, że „dopalacze” sprzedawane na terenie naszego kraju różnią się składem od przysyłanych np. z Czech.
Mówi dwudziestoletni Marek z
Warszawy, który kupował dopalacze:
– W Polsce z reguły już tego nie ma.
Sięga się po substytuty. Substancje,
które były składnikami czynnymi
tamtych dopalaczy. Twierdzi, że
choć większość tych substancji jest
zakazana, pojawiają się w sprzedaży u bardziej „ogarniętych” dilerów.
– Są sprzedawane jak narkotyki, bo,
nie oszukujmy się, są nimi. Dopalacze tylko łagodziły ich efekt – przyznaje. Na pytanie, jak można skontaktować się z dilerem, odpowiada,
że potencjalnych sprzedawców można znaleźć na różnych forach internetowych.
Poza internetem pochodne dopalaczy można kupić także po znajomości. Spytany o średnią wysokość
cen takich używek, Marek odpowiada: – Najpopularniejszy nielegalny
mefedron kosztuje 80 zł za gram. I
to jest taka tzw. dobra cena.
– Z reguły to było tak, że proszek
dopalaczy miał 40-50% substancji
czynnej, reszta to mało istotne dodatki, głównie wywołujące speed. U
dilerów natomiast kupujesz o wiele
czystszy towar – wyjaśnia Marek.
Dopalaczowa bessa?
Jak widać, pomimo rządowej ustawy zakazującej sprzedaży dopalaczy, handlarze znaleźli sposoby, aby
obchodzić prawo i czerpać z tego zyski. Sklepy internetowe prosperują
w najlepsze, oferując szeroki wybór
używek i wysyłając swoje towary z
zagranicy, a dilerzy w kraju rozprowadzają substytuty i pochodne dopalaczy. Zakup tych używek też nie
stanowi problemu dla osób, które takimi substancjami są zainteresowane. Wygląda na to, że nic nie jest w
stanie zaszkodzić handlarzom i dilerom w prowadzeniu interesów.
Jednak czy na pewno?
W Czechach, do których przenieśli
się polscy sprzedawcy używek, parlament w trybie przyspieszonym
uchwalił właśnie ustawę zakazującą
sprzedaży 33 syntetycznie odurzających substancji, znajdujących się
w dopalaczach. Ustawa czeka jeszcze na akceptację senatu i podpis
prezydenta. Według polityków czeskich może wejść w życie już w lipcu tego roku. Czy ta zmiana w liberalnym do tej pory prawodawstwie
czeskim wpłynie na zlikwidowanie
albo przynajmniej zmniejszenie
sprzedaży dopalaczy do Polski poprzez strony internetowe? Być może.
Na odpowiedź na to pytanie pozostaje nam na razie tylko czekać.
Marcin Łuniewski
Imię i wiek bohatera tekstu
zostały zmienione na potrzeby
artykułu.
09
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.pdf.edu.pl
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
Kariera
Warsztat
fot. TVN/Grzegorz Press
Do tego, aby zagrać w filmie, serialu czy reklamie, nie jest konieczne ukończenie szkoły
aktorskiej. Niekoniecznie trzeba być pięknym i młodym. Wystarczy być upartym. Zgłosić się do agencji aktorskiej, reklamowej czy statystów... i mieć dużo szczęścia.
Czego się nie robi... by przejść casting
Dwudziestosześcioletni Paweł twierdzi, że chodzenie po castingach „jest
jak loteria”. Czasami przychodzi kilkaset osób, a szukają tylko jednej. –
Jednak kto nie próbuje, temu na pewno się nie uda – mówi. Sam jest zarejestrowany w wielu agencjach statystów i epizodystów. Ma wyższe wykształcenie i dobrą pracę w branży
assistance na stanowisku koordynatora pomocy. – Mimo to, jeśli mam
czas, idę na casting – dodaje.
Na pytanie, skąd czerpie informacje dotyczące castingów, odpowiada: – Od agencji statystów. Czasami
znajduję ogłoszenia na portalu gumtree.pl.
Wielu chętnych, wygrywają
nieliczni
Paweł najczęściej chodzi na castingi do reklam. Do filmów i seriali nie
musi przechodzić przez eliminacje,
gdyż wybiera go agencja, do której
wcześniej się zgłosił. Pierwsze podejście nie przyniosło mu żadnego
angażu: – Był to casting na epizod
do reklamy sieci Play. Pamiętam, że
było tam mnóstwo ludzi. Około pię-
ciuset, spośród których wybrano kilka. Niestety, wtedy się nie załapałem. Byłem dosłownie na trzech-czterech dużych castingach i tylko raz
wygrałem rolę. Najczęściej dowiadywałem się, że jednak wezmą kogoś innego.
Role przyszły z czasem. – Jak dotąd, miałem stały angaż dziennikarza w serialu „Samo Życie”, epizod
w reklamie firmy deweloperskiej
„Ronson”. Statystowałem w serialu
„Klan”, „Usta-Usta”, „Ludzie Chudego”, w filmach „Och, Karol”, „Śniadanie do łóżka” oraz w wielu reklamach, m.in. firm Orange, Era, TP SA
i innych – wylicza.
Jedna z agencji reklamowych przyznaje, że odwiedza ją wielu chętnych. – Trudno jest nam określić, ile
osób zgłasza się do nas w miesiącu,
ale jest to spora grupa – informują.
Agencja reklamowa Marszal ma
siedzibę na warszawskiej Woli. Na
swojej stronie głównej ogłasza, że
poszukuje osób „w wieku od 6 miesięcy do 70 lat”. Jednak, jak przyznaje Waldemar Nowak, który w
agencji zajmuje się organizacyjną
stroną castingów, „wszystko zależy
od projektu, od tego, na jakie osoby
mamy zapotrzebowanie. Najczęściej
są to ludzie młodzi. Kryterium wieku jest ważne”.
Marta ma dwadzieścia cztery lata,
jest absolwentką Szkoły Aktorskiej
Haliny i Jana Machulskich w Warszawie. Jej pasją jest gra w teatrze. Ma
na koncie niejedno statystowanie w
serialach oraz dubbing w filmie. W
pierwszym castingu wzięła udział,
gdy miała 12 lat. Dowiedziała się o
nim z „Gazety Wyborczej”. Mówi: –
Zorganizowała go agencja „krzak”.
Następnie poinformowała mnie, że
się dostałam, muszę tylko zrobić sesję zdjęciową u nich w studio i wtedy nastąpi kolejny etap rekrutacji.
Rodzice zapłacili 200 zł, ale okazało się, że organizatorzy castingu
dzwonili do wszystkich i informowali ich, że zwyciężyli. Oczywiście
nic z tego nie wyszło.
Marta nie poleca castingów z gazet. Ma swoje sprawdzone agencje
reklamowe, którym ufa. Nie chodzi
na castingi, których reguły nie są do
końca jasne.
„Recall” to drugi etap, kiedy reżyser poznaje wybrańców z castingu.
Liczą się predyspozycje i charyzma.
Szanse mają wszyscy, także niepełnosprawni i starzy. Piękny wygląd,
wbrew pozorom, nie jest wielkim
atutem w walce o rolę. – Może być
bardzo ładna kobieta czy przystojny mężczyzna, jednak na „recall”
idą trzy-cztery osoby. Jedna z nich
dostaje się do reklamy. To zależy od
tego, jak się czuje przed kamerą.
Największe szanse mają osoby naturalne i charakterystyczne – dodaje Waldemar Nowak.
Chodzenie z castingu na casting
nie zawsze oznacza szybki angaż do
czegokolwiek. Czasem na swoje
przysłowiowe pięć minut trzeba po
prostu poczekać. Nie wolno rezygnować.
Łukasz ma dwadzieścia cztery
lata. Z zamiłowania gra amatorsko
w teatrze. Uczestniczy w castingach
do reklam i innych produkcji od około półtora roku. – Na razie nie dostałem roli w żadnej reklamie. Zagrałem w zwiastunie popularnego
TVN-owskiego show „Mam talent”.
Jednak nie traktuję tego jak zlecenia z agencji, tylko bardziej jako
propozycję po znajomości. Cały
c zas trzeba próbować . Możesz
spodobać się od razu, albo chodzić
dwa lata i nic. Ja chodzę do kilku
agencji – opowiada Łukasz. Zgadzając się z Pawłem, dodaje: – To jest
loteria dla tych, którzy nie są aktorami zawodowymi. Jeśli ktoś jest aktorem po szkole, ma większe szanse.
Castingi nie przyciągają wielu zawodowych aktorów. Takim osobom
znacznie łatwiej jest zrobić karierę
z samym dyplomem i odpowiednim
przygotowaniem. Tu przychodzą ludzie w różnym wieku, z różnym wykształceniem. W dodatku nie zawsze w celu zrobienia kariery. – Są
tacy, którzy traktują to jako hobby.
Poznałem też takiego człowieka,
który raz w miesiącu grywał w reklamie, dwa miesiące z rzędu miał
angaż. Potem przez trzy miesiące
nic – wspomina Łukasz. Bywają i
tacy, którzy nie posiadają stałego
źródła dochodów i utrzymują się
wyłącznie z występów czy statystowania, łapiąc ciekawe okazje. Paweł, zapytany o to, czy zna takie
osoby, przyznał, że tak. Są to „panie domu”, które zarabiają na swoje wydatki albo niespełnieni aktorzy. Marta również przyznaje, że ma
kilku takich znajomych.
Zwykle po zgłoszeniu się chętnych
agencja wysyła kolejne propozycje,
dotyczące rodzaju i terminu castingu. – Kiedy dostaniemy upragniony
angaż, najczęściej podpisujemy
kontrakt terminowy, np. dotyczący
prawa do udostępniania wizerunku
w reklamie przez pół roku – opowiada Paweł. Zarobki zależą od rodzaju angażu: w przypadku epizodu w
reklamie są to kwoty od 500 zł do
około 5 tys. Pierwszoplanowa rola
w reklamie to nawet 10 tys. zł., statystowanie w serialach to 50–150
zł za dobę.
Można zarobić
Każdego roku w Polsce powstają
dziesiątki nowych filmów czy seriali. Mniejszy nakład finansowy oraz
duże zapotrzebowanie na reklamy
powodują ich masową produkcję
przez telewizję. Żeby je wszystkie
obsadzić, potrzeba całej masy ludzi
– do ról głównych, drugoplanowych
oraz statystów. Wiele tysięcy osób
zarejestrowanych w agencjach reklamowych i aktorów marzy o przygodzie czy choćby dodatkowym zarobku. Popycha to wciąż nowych
chętnych do zgłaszania swoich kandydatur, ponieważ szansę ma każdy. Często, choć nie zawsze, pierwszy występ oznacza otwartą drogę
do kariery. Zostaje się zauważonym
w telewizji, gazetach czy chociażby w internecie. Poza tym zarobki
w branży medialnej nierzadko są
wysokie. Nic więc dziwnego, że wielu młodych ludzi szuka swojej szansy na castingach. Niektórzy od razu
zakładają porażkę. Inni twierdzą, że
zaistnieć na ekranie można tylko
„po znajomości”. Są też tacy, którzy
– pomimo wszelkich niepowodzeń
– próbują swoich szans.
Jeśli przyjrzeć się współczesnej
scenie polskiego show-biznesu, wyraźnie widać, że aby odnieść sukces
w aktorstwie, nie jest konieczne posiadanie dyplomu uczelni aktorskiej. Żywymi dowodami tej tezy są
tacy aktorzy jak Anna Mucha, Katarzyna Cichopek, Marcin Mroczek i
Rafa ł Mroc zek c z y Alek sandra
Szwed. Przykładów jest o wiele więcej. Daniel Olbrychski, który zaczynał studia aktorskie w latach sześćdziesiątych, uzyskał dyplom magistra aktora zawodowego dopiero w
2010 r., w wieku 65 lat, co wcale nie
przeszkodziło mu zostać ikoną polskiego kina. Grywał on w filmach tak
znakomitych reżyserów jak Andrzej
Wajda, Krzysztof Zanussi czy Nikita Michałkow.
(Niektóre dane osób występujących w artykule na ich prośbę zostały zmienione)
Agnieszka Stachyra
Dominika Zaporska
reklama
Studencki serwis ogłoszeniowy
Dodaj bezpłatne ogłoszenie drobne
www.pdf.edu.pl
10
Fotografia (nie)doskonała
Ze wszystkich stron docierają do nas zdjęcia, które lansują wymóg nienagannej poprawności technicznej. Jest jednak gatunek
fotografii wymykający się tym konwenansom i będący jednocześnie wysoko ceniony wśród świadomych odbiorców fotografii.
Street photography, bo o niej mowa,
to pogranicze dokumentu i reportażu, jednak w odróżnieniu od nich cechuje się odmiennymi ramami, w których przyszło jej funkcjonować. W języku polskim bywa także określana
mianem fotografii ulicznej lub miejskiej, choć są to nie do końca trafione określenia, bo ani ulica ani miasto
nie są dla niej jedynym środowiskiem
funkcjonowania.
Podstawowym założeniem jest wykonywanie zdjęć w określonym typie lokalizacji, którym jest przestrzeń publiczna, przede wszystkim
otwarta, jak ulice, parki, place itp.
Ważną cechą jest subiektywność
przekazu autora zdjęć. Króluje tu
ulotność dokumentowanych chwil,
która często pojawia się na tego rodzaju fotografiach. Ponadto ważne
jest uchwycenie humorystycznych
elementów otoczenia, odautorska
ironia i dostrzeganie niecodziennych
zestawień. Jej powstanie i gwałtowny rozwój w pierwszej połowie XX
w., był powiązany z pojawianiem się
aparatów dalmierzowych, które dzięki swoim małym rozmiarom zrewolucjonizowały fotografom możliwość
wtopienia się w tłum.
Przygodę w tzw. streecie najlepiej
zacząć od bardzo ważnego wyboru
odpowiedniego sprzętu, który możemy obsługiwać szybko, niemalże
intuicyjnie. Nie ma prawa dojść do
sytuacji, aby wyjątkowy kadr nagle
nam przepadł, bo akurat musieliśmy
mozolnie poprawiać parametry ekspozycji. Ponadto ważny jest jego rodzaj. Aparat kompaktowy pozwoli
nam nie zwracać na siebie uwagi, ale
nie da komfortu szybkości i jakości
lustrzanki. Każdy musi tu znaleźć
fot. Mirek Kaźmierczak
Ludzie z selekcji
Czekać, nie rezygnować
swój złoty środek.
Robiąc zdjęcia i jednocześnie chcąc
uniknąć bezpośredniej interakcji z
otaczającą nas przestrzenią wypełnioną ludźmi, musimy odpowiednio
zakamuflować nasze działania. Nie
możemy jednak popadać w skrajność
i zachowywać się jak tajny agent, bo
właśnie tym zaczniemy zwracać na
siebie niepotrzebną uwagę a chodzi
tu o podpatrywanie życia bez ingerencji w uwiecznianą sytuację. Bez
względu na wybrany model sprzętu,
w celu ograniczenia pomyłek, najlepiej używać dużych przysłon, gwa-
rantujących szeroki zakres ostrzenia
obiektywu. Ponadto warto pracować
na wysokich czułościach, które odpowiednio skrócą niezbędny w takim
przypadku dłuższy czas naświetlania. Bardzo przydatną umiejętnością
jest robienie zdjęć bez przykładania
aparatu do oka, przy jednoczesnym
ultrakrótkim zastanawianiu się nad
aspektami technicznymi. Dobrze jest
przyzwyczaić do określonej wartości ogniskowej obiektywu i konsekwentnie jej używać, co ułatwi nam
kadrowanie „z ręki”. Już na samym
początku zapomnijmy, że istnieje
lampa błyskowa czy statyw, bo praktycznie nie będą nam one tutaj przydatne. Ogół tych zabiegów może
znacznie odbić się na jakości naszych
fotografii, ale przekrzywiony horyzont, nietrafiona idealnie ostrość czy
duże szumy przechodzą na drugi
plan, gdy uda nam się uchwycić jedyny w swoim rodzaju temat. To treść
a nie forma ma być wyróżnikiem naszych obrazów.
Zaczynając swoją praktyczną przygodę z fotografią miejską najlepiej
udać się na ogólnodostępne wydarzenie w swojej okolicy, gdzie wręcz
roi się od zapalonych fotoamatorów.
Doskonałym miejscem do przełamania własnych oporów i nieśmiałości
w bliskim fotografowaniu nieznajomych osób może być np. festyn. Należy przygotować się na możliwość
wystąpienia agresywnych reakcji czy
dziwnych spojrzeń, ale w większości
przypadków wystarczy życzliwy
uśmiech, który powinien nas wybawić z kłopotliwych sytuacji. Trzeba
zacisnąć zęby i starać się przezwyciężyć początkowe trudności oraz
nieprzewidywalność ilości wartościowych kadrów, które uda nam się
zdobyć. Raz możemy zrobić kilka bardzo dobrych zdjęć nawet w kilka minut a innym, wrócimy z pustymi rękami po kilkugodzinnej wyprawie.
Do niewątpliwych zalet tego sposobu fotografowania należy zaliczyć
jego niezależność od naszych planów czasowych. Zdjęcia można robić tylko w trakcie dojazdu do pracy
lub (jeżeli mamy wolne) przez cały
dzień, po uprzednim zaplanowaniu
lub spontanicznie np. przy okazji
wyjścia na zakupy. Ten rodzaj fotografii ponadto nie wymaga od nas inwestowania w drogi sprzęt czy dalekich podróży.
Trzeba mieć na uwadze także to,
czym street nie jest. To na pewno niepozowany portret na ulicy czy zdjęcia budynków. Liczy się tu rzeczywistość życia ludzi w jej najbardziej
ulotnych momentach, wyjątkowość
detalicznych wydarzeń, zestawień i
akcenty, które najprawdopodobniej
już nigdy się nie powtórzą.
Najważniejsze, to mieć aparat zawsze przy sobie i zdać się na własną
intuicję, która po odpowiednim treningu będzie bezcenna. Pamiętajmy,
że fotografia uliczna wyrabia spostrzegawczość i wrażliwość na otaczającą rzeczywistość oraz pozwala
utrwalać niecodzienne sytuacje w,
do znudzenia codziennych, miejscach.
Krystian Szczęsny
Więcej radości z fotografowania
Adoptować Nachtweya
Uznany lomografista Kevin Meredith stworzył książkę, która jest jednocześnie albumem, poradnikiem oraz źródłem inspiracji dla fotografów początkujących i poszukujących. Autor zamieścił
tu ponad 60 własnych fotografii z opisami wyjaśniającymi, co sprawiło, że kadr stał się ciekawy.
Wystartował nowy portal emphasis.com z uznanym fotoreporterem, Karimem Ben Khalifem, na czele. Jest to kolejny po Kickstarterze projekt opierający się na „crowdsourcing”, czyli finansowaniu starań fotografów bezpośrednio poprzez ciekawego
świata odbiorcę, wyłączając przy tym edytorów, reklamodawców i redaktorów naczelnych z procesu twórczego autora.
W przekładzie na polski, książka nosi
tytuł: „Tu i teraz. Radość fotografowania”. Znalazła się w księgarniach dzięki wydawnictwu Galaktyka. Jest to
wyjątkowa pozycja, ponieważ autor
opiera się głównie na doświadczeniach z użyciem prostych (pod względem budowy) aparatów Lomo. Kolorowe flesze, które są charakterystyczne dla tego typu konstrukcji, błyskają na całym świecie już od dawna. Ten
rewolucyjny odłam fotografii doczekał się akceptacji i uznania. Meredith
zaczął tworzyć w tym nurcie, gdy jeszcze studiował projektowanie graficzne, czyli około 1998 roku. Estetyka
jego zdjęć została bardzo dobrze
przyjęta w rozwijających się serwisach społecznościowych. Kevin zdobył dużą popularność również dzięki
nagrodom w Tokio i Wiedniu oraz wystawom zbiorowym w najważniejszych galeriach Londynu.
Po dziesięciu latach zbierania doświadczeń i materiałów Kevin postanowił wydać książkę i podzielić się
swoją wiedzą. W oryginalnej wersji
nosi ona tytuł „Hot shots” i na prze-
łomie lat 2008 i 2009 odniosła w
Wielkiej Brytanii duży sukces, po
czym została przetłumaczona na pięć
języków. Od tamtego czasu twórca,
mieszkający obecnie w Brighton, zorganizował własne kursy fotografii
oraz wprowadził na rynek jeszcze jeden poradnik – „52 Photographic Projects” we współpracy z dziewiętnastoma innymi blogerami. W debiutanckiej książce Meredith
opisuje cały wachlarz elementów, jakie składają się na dobre zdjęcie. W
przystępny i atrakcyjny sposób daje
wskazówki, co należy zrobić, aby kadr
stal się interesujący. Zaczynał od pisania na potrzeby swojego bloga,
dzięki temu wypracował swobodny styl wypowiedzi. Nie zanudza
czytelników zbyt wieloma szczegółami dotyczącymi sprzętu. Nakłania do własnych poszukiwań. W
publikacji można znaleźć takie
techniki jak: zdjęcie z zaskoczenia,
portret bez twarzy czy rzut aparatem. Autor podkreśla, że zasady są
po to, aby je łamać. Nie zapomina
jednak o opisie podstawowych reguł – stąd w przedostatnim rozdziale znajdziemy informacje na
temat poprawnej ekspozycji oraz
zasad kompozycji.
Warto, aby każdy poszukujący
fotograf zapoznał się z nowatorskim podejściem autora do fotografii i przekazywania o niej wiedzy, aby rozwinąć własną inwencję twórczą.
Kevin Meredith „Tu i teraz.
Radość fotografowania”
Wydawnictwo Galaktyka,
2010, Ilość stron: 224
Piotr Czaplicki
We współpracy z organizacją „Reporterzy bez granic” i firmą ubezpieczeniową Escapade (specjalizującą się
w ubezpieczeniu reporterów wojennych), grupa jurorów wybiera i promuje projekty fotografów, na rzecz
których (za pomocą strony www)
można przekazać darowiznę. Uprawnia ona przede wszystkim do śledzenia projektu. Im większa darowizna,
tym większe przywileje – od odbitek
po sygnowane i limitowane egzemplarze aż do prywatnej rozmowy z
autorem. Każdy, kto wesprze danego fotografa, minimalną sumą 10 dolarów, może dodatkowo oglądać gotowy materiał 4 dni przed jego publikacją. Każdy projekt jest promowany przez organizację do z góry
ustalonego terminu. Jeśli po jego
upływie, ustalona wcześniej suma
nie została zebrana, darowizny wracają na konta filantropów fotografii.
Jeżeli jednak uda się zebrać fundu-
sze to wtedy projekt zostaje przeniesiony do strefy emphasis.is dostępnej tylko dla sponsorów, gdzie można śledzić ruchy fotografa, postęp
projektu, nawiązać z nim kontakt
oraz oglądać ich przy pracy.
Projekt danego fotografa finansuje się sam poprzez daniny zainteresowanych tematyką. Zarobek reportera natomiast nadal zależy od publikacji materiału np. w prasie. Przy
czym poszczególne tytuły prasowe
mogą uzyskać szczególne, nawet
wyłączne prawa do publikacji poprzez wnoszenie na rzecz projektu
kwotę nie mniejszą niż 50 proc. kosztów fotografa.
Według pomysłodawców portal
powstał z powodu odwrócenia się
mediów od fotoreportażu i „concerned photography”: fotografii socjalnej, ekologicznej czy wojennej.
Jan Grabek
11
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.pdf.edu.pl
www.facebook.com/redakcjaPDF
Fotoreportaż
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
Fotoreportaż
„PS: Myślę o tobie”
Kolejny sukces dziennikarza i fotografa PDF w konkursie fotograficznym!
Nasz redakcyjny kolega, Jan Grabek, otrzymał wyróżnienie za fotoreportaż "PS: Myślę o tobie" w ogólnopolskim biennale fotografii „Kochać człowieka” 2011. Od 29 kwietnia zdjęcia
można oglądać na wystawie w galerii „Tyle światów” Oświęcimskiego Centrum Kultury.
Gratulujemy!
Globalizacja zmieniła nieodwracalnie życie obywateli Europy i wielu innych części świata. Nie inaczej jest z życiem młodej rodziny w Niemczech na początku XXI
wieku. Jeszcze kilka dekad temu nasi pradziadkowie rzadko mieli możliwość przemilczania się dalej niż do sąsiedniej wsi. Obecnie podróżowanie nawet pomiędzy
krajami czy kontynentami dla wielu osób nie stanowi większego problemu. Dzisiejsze życie zaciera podziały, nie tylko te terytorialne.
Para młodych ludzi – bohaterów fotoreportażu – bez tej wolności nigdy nie miałaby możliwości spotkania się, a ich dziecko nie pojawiłoby się na świecie. Kobieta
dzięki polsko-niemieckim rodzicom wychowała się w atmosferze dwujęzyczności.
Natomiast jej mąż pracuje w Polsce, lecz jego korzeniami jest hiszpańska Kraina
Basków. Poznali się, kiedy ona odbywała praktyki w jego ojczyźnie. Niedługo po-
12
tem, po decyzji o przyjeździe do Niemiec, pobrali się.
Dziecko tej międzynarodowej pary już teraz odczuwa negatywne strony wolności,
która jest nieodłączną pochodną globalizacji. Ojciec, by móc zapewnić rodzinie
dobrobyt, zmuszony jest do pracy za granicą. Częste wyjazdy czynią z niego
weekendowego gościa we własnym domu. Większość obowiązków związanych
z codziennością spada więc na matkę.
Zdjęcia są selekcją z większego eseju i zostały wyróżnione w konkursie
ogólnopolskiej biennale fotografii „kochać człowieka” 2011.
www.ock.org.pl
13
www.pdf.edu.pl
Fotografia
Yuri Kozyrev jest jednym z jedenastu niezależnych fotografów wybranych poprzez „2011 Magnum
Foundation Emergency Fund”. Nowojorska fundacja przeznaczyła
100 tys. dolarów na projekty autorów, którzy zajmują się problemami zarówno globalnymi jak i lokalnymi. Pomysł autora nie został jednak ujawniony.
www.magnumfoundation.org
„Różne trendy w fotografii zmieniają się i zanikają, styl fotografa jest
czymś trwałym” - mówi Rachel Barrett, jurorka z Photo District News.
Tegoroczna edycja poszukiwań
młodych talentów wyłoniła Giuliego Di Sturco, który znalazł się wśród
30 fotografów wybranych poprzez
magazyn PDN w ramach eliminacji
talentów „PDN 30 New and Emerging Photographers to watch”. Styl
osobisty był wyznacznikiem wyboru jury, które zwróciło uwagę na
opowiadane historie, sposób ich
przedstawienia i operowanie światłem w dorobkach autorów nadesłanych portfolio.
www.pdngallery.com/gallery/
pdns30/2011/
www.viiphoto.com
Koncern technologii medycznych
BD zorganizował konkurs fotograficzny „Hope for a Healthy World”.
W jury zasiedli MaryAnne Golon
(była fotoedytorka TIME Magazine),
Gary Knight (jeden z twórców agencji VII) i Rethink-Dispatches oraz
Scott Thode (edytor VII The Magazine). Nagrodzono m.in. Stefana De
Luigi w kategorii Best Global Health Multimedia. Zwycięskie materiały będę dostępne na łamach
Photo District News w czerwcu.
www.bdphotocompetition.com
Jury kanadyjskiego konkursu „2011
Anthropographia Award for Human
Rights” wyróżniło Giulio Di Sturco
i Donalda Webera w kategorii Photo-Essay. Ed Kashi, Peter DiCampo
i Stefano Di Luigi osiągnęli sukces
w kategorii Multimedia, w której ten
ostatni otrzymał wyróżnienie honorowe. Konkurs koncentruje się na
historiach zapomnianych tragedii,
nagradza fotografów zajmujących
się prawami człowieka i opowieściami o ich nieprzestrzeganiu.
www.anthropographia.org/2.0
14
Pierwsze jednostki koalicji wkroczyły na iracką ziemię 20 marca 2003
roku. Choć oficjalnie wojna została
zakończona po dwóch miesiącach, to
nadal giną ludzie. Dlaczego tak się
dzieje? Odpowiedź jest zawiła tak
samo, jak prezentowanie tej wojny w
mediach. Brakuje ambitnych publikacji prasowych, przedstawiających
potężny wymiar konfliktu, co z pewnością jest wynikiem cenzury, budowania wizerunku partnerów koalicyjnych oraz niechęci do zdjęć odstraszających reklamodawców. Ale może
też nie ma zdjęć na miarę kadrów z
Wietnamu lub dramatów społecznych z Demokratycznej Republiki
Konga?
W publicznym obiegu nie znajdziemy materiałów fotograficznych z
pierwszych dwóch miesięcy irackich
walk. Nic o bitwie o Kirkuk, w której
ostry ostrzał artyleryjski koalicji
kosztował życie niezliczoną ilość cywilów. Nic o masakrze w Hadithy, dokonanej przez amerykański pluton na
kobietach i dzieciach. Co prawda telewizja BBC informowała o kalekich
noworodkach, których cierpienie
było skutkiem ekologicznych zmian
po działaniach wojennych. Jednak
żaden fotograf nie podjął się realizacji tego tematu. Wyjaśnieniem braku obiektywnej oceny sytuacji jest
cenzura medialna wojsk koalicyjnych. Ale może nie tylko.
Dworzak ma w tym temacie własne
przemyślenia, którymi dzieli się w
photocaście „Chechnya/Iraq”, będącym częścią serii „War Essays”. Autor zdjęć opowiada o tym, jak diametralnie różni się fotografowanie walk
w Czeczenii od dokumentowania
wojny w Iraku. Cenzura wojsk koalicji mocno ogranicza swobodę autora w omawianiu pracy w Iraku, ale zestawienie tej sytuacji z Czeczenią nadaje opowieści dodatkowego kolorytu. Fotograf poprzez ciekawą narrację prowadzi nas od możliwości
Konflikty zbrojne kojarzą się zawsze z tym samym. Krew, cierpienie i ból to elementy nierozerwalnie związane z każdą wojną. Mimo tych podobieństw obrazy walk nie są nigdy takie
same – dowodem tego jest photocast Tomasa Dworzaka „Chechnya/Iraq”.
Styczeń 2005. Podczas misji z jednostką medyczną. W telewizji proces
w sprawie tortur w więzieniu Abu Ghraib. Irak, Baza lotnicza Taji, Bagdad.
otwierających się przed każdym reporterem dokumentującym konflikt,
po osobiste nastawienie do otaczających go tam osób. Najistotniejsze
są jednak wnioski, które unaoczniają, jak bardzo natura amerykańskiej
okupacji wpływa na swobodę pracy
fotografa wojennego.
Do głównych problemów tego photocastu należy zaliczyć dominację
monologu nad zdjęciami, które zdają się być tylko tłem. Dworzak mówi
szybko, co zmusza nas do wysilenia
się podczas słuchania przy jednoczesnym oglądaniu mknących zdjęć.
Sprawia to wrażenie pośpiechu, braku scenariusza prezentacji fotografii, które stały się tu tylko wizualnym
potwierdzeniem słów narratora. Dodatkowo oświetlenie sekwencji fil-
Na wszystkich frontach
Na festiwalu Visa pour Image w Perpignan, 6 września 2001
roku, ogłoszono powstanie Agencji Fotograficznej VII (czyt.
seven), zrzeszającej elitę fotografów dokumentujących światowe konflikty. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że preludium jednej z największych wojen nastąpi 5 dni później.
Nazwa agencji pochodzi od liczby jej
założycieli. Pomysł powstał w 1999
roku w głowach Gary’ego Knighta i
Johna Stanmeyera. Dołączyli do nich
Alexandra Boulat, Ron Haviv, Antonin Kratochvil, Christopher Morris i
James Nachtwey. Ten siedmioosobowy kolektyw zrzeszał jednych z najwybitniejszych twórców fotoreportaży na świecie. Za cel postawili sobie dokumentowanie i publikowanie
relacji z konfliktów. Ich fotograficzne historie są związane nie tylko
z miejscami objętymi działaniami
zbrojnymi, ale opowiadają także o
problemach społecznych, etnicznych, religijnych czy wydarzeniach
politycznych. Obecnie Agencja zrzesza 11 pełnoprawnych członków, a
także 24 osoby uczestniczące w programach VII Network i VII Mentor.
Już 5 dni po ogłoszeniu powstania
Agencji John Nachtwey naciskał
spust migawki, fotografując z okna
swojego apartamentu na Manhattanie płonące Twin Towers. Polityka gabinetu Busha postawiła przed foto-
Co po rewolucji?
Wojna niewidzia(l)na
fot. Thomas Dworzak/Magnum Photos
Kadir van Lohuizen rozpoczął podróż wzdłuż trasy Panam na południu Chile. W 40 tygodni chce dotrzeć do drugiego końca drogi łączącej kontynenty amerykańskie.
Przedsięwzięcie pod nazwą ViaPanam można śledzić i wspierać na
www.emphasis.is. Celem projektu
jest udokumentowanie migracji
amerykańskiej.
www.noorimages.com
Kolumna Zygmunta
Rubryka powstała we współpracy z agencją Ek Pictures, która jest przedstawicielem w Polsce agencji
fotograficznych, m.in.: Magnum i VII. Zdjęcia udostępniono dzięki życzliwości autorów i ich agencji.
grafami trudne zadanie: konflikt, w
który zaangażowana była bezpośrednio ojczyzna większości z nich.
Temat: wojna z terroryzmem. Prace członków Agencji VII są efektem
wyjątkowej wrażliwości, a także indywidualnego spojrzenia każdego
z nich. Podczas gdy Ron Haviv w
„Drodze do Kabulu” pokazuje codzienne obrazy z życia miejscowej
ludności, Stanmeyer utrwala na kliszy los afgańskich uchodźców, Gary
Knight fotografuje krajobrazy Afganistanu ogarniętego wojną, a Nachtwey twarze żołnierzy. Wszyscy
chcą otworzyć oczy ludzi Zachodu na
tragedię innych, którzy często w
związku z religią czy kulturą są uważani za gorszych. Spoglądają przez
wizjer także na Amerykanów – tych,
którzy walczą na Bliskim Wschodzie
oraz tych, którzy zostali w ojczyźnie.
Fotoreportaże Agencji pozwalają
również przyjrzeć się bliżej aspektom społecznym innych kultur, takim
jak samospalanie się afgańskich kobiet, a także wydarzeniom ważnym
mowych, przedstawiających autora,
wyraźnie psuje odbiór ponieważ nie
wpisuje się ono w ogólną estetykę
tworzoną przez fotografie.
Dworzak nie zwierza się ze wszystkiego. Nie mówi ani słowa o tym, że
praca z ramienia wojsk koalicyjnych
jest po prostu najprostszym rozwiązaniem dla fotografa prasowego, który nie jedzie do Iraku w ramach długoterminowego projektu. Autor
wnioskuje tylko, że hermetyczność
kultury irackiej wyklucza inny sposób pracy w tym kraju niż ten wybrany przez niego. Na jego niekorzyść
działa fakt, że innym fotografom z
Zachodu jednak się udało. Wymaga
to po prostu odpowiedniego przygotowania i (prawdopodobnie) często
nielegalnego przekraczania granicy,
ponieważ jedną z największych przeszkód w czasie takiego wyjazdu –
obok niewidocznej linii frontu – jest
proces wydawania wiz. Biurokracja,
która nie jest niezależna od Amerykanów, może trwać miesiącami i
skończyć niepowodzeniem z błahego powodu. Współpraca z wojskiem
jest więc pójściem po najmniejszej
linii oporu. Choć związana z ogromem formalności i stałą kontrolą
pracy fotoreportera przez Pentagon
– jest to pewniejsze rozwiązanie. Na
zdjęciach będą karabiny, hummery i
dzielni amerykańscy żołnierze. Każdy myślący o reklamodawcach edytor gazety woli oglądać właśnie to, a
nie zrozpaczonych Irakijczyków. W
każdym razie cenzura wojsk nie popełniła tego samego błędu, co w
1991 roku przy wojnie o Kuwejt.
Photocast porusza ważne problemy. Mówi o politycznych warunkach
pracy fotoreportera oraz o zaporowych granicach kulturowych, które
mogą znacznie wpłynąć na jego wypowiedź fotograficzną.
Widać zatem jasno, że wizerunek
całej wojny, wroga czy nawet całego
narodu, może zależeć tylko od tego,
jak fotografowie odnajdą się na miejscu konfliktu. To bez wątpienia
ogromna odpowiedzialność.
Thomas Dworzak
„Chechnya/Iraq”
http://inmotion.magnumphotos.
com/essay/warsdworzak
Jan Grabek
fot. Marcus Bleasdale/VII
Krótko
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
2003. Żołnierz milicji leży w improwizowanym szpitalu w Dro Dro (Demokratyczna Republika Konga). Miejscowi w tym rejonie zarzucają milicji
kanibalizm, dlatego ten żołnierz po pojmaniu został przez nich pobity.
w skali światowej, jak trzęsienie ziemi na Haiti.
Agencję VII wyróżnia nie tylko profil, ale także sposób funkcjonowania.
Całkowicie uniezależniła się od tradycyjnych mediów. Prace fotografów
są prezentowane i sprzedawane w internecie. Taka forma prezentacji pozwala autorom w 100% decydować
o kształcie fotoreportażu. Nie muszą
liczyć się ze zdaniem wydawcy i edytora odnośnie selekcji czy postprodukcji. Każdy z fotografów Agencji
VII pracuje niezależnie, najczęściej
na zlecenie najbardziej renomowanych pism. Praca dla prasy daje pre-
stiż i pozwala wybić się najlepszym.
Natomiast zdjęcia publikowane w internecie mają uzupełnić okrojony
często materiał publikowany w prasie i dotrzeć do większej ilości odbiorców. Autorzy oczywiście liczą na
zyski ze sprzedaży zdjęć, ale, jak
zgodnie podkreślają, najważniejszym zadaniem ich fotografii jest pobudzenie ludzkiej wrażliwości, dotarcie z przekazem do mas.
Strona oficjalna Agencji VII
www.viiphoto.com
Po rewolucji zawsze pojawiają się wygrani i przegrani. Także we współczesnej
rewolucji technologicznej ofiar nie brakuje. Gry, Facebook, YouTube wciągają
jak narkotyki – niektórzy nie mogą już bez nich żyć.
Wychowani na obrazach
Czytanie gazety (Marcello Mastroianni i Rita Tushingham
w filmie „Diamonds for Breakfast”)
Wiadomości o tym co, jak i gdzie, rozchodzą się lotem błyskawicy, zmieniając w jednej chwili wiedzę milionów ludzi. Nawet najtwardsze reżimy świata, chcąc współzawodniczyć
z innymi państwami, muszą sięgać po
współczesne narzędzia i technologie, a przy okazji instalują u siebie
kanały swobodnego przepływu informacji. Internet i telefony komórkowe mają w sobie moc rewolucyjną – pozwalają pokonywać wszystkie bariery wymyślone przez regulatorów życia społecznego. O sile nowych technologii przekonała się już
niejedna władza, wystarczy wspomnieć działania WikiLeaks ujawniające tajemne działania największego współczesnego mocarstwa.
Tradycjonaliści
w niebezpieczeństwie
Zmiana narzędzi do przesyłania informacji pociąga za sobą zmiany w
sposobie ich tworzenia. Media elektroniczne pozwalające na odczyt
wiadomości w niemal każdym miejscu świata i w każdej chwili są dziś
podstawą międzyludzkiej komunikacji. Młode pokolenie uznało je za
główny kanał porozumiewania się i
zdobywania wiedzy. Poprzednie formy upubliczniania wiadomości jeszcze funkcjonują, ale widoczny jest
ich schyłek. Prasa drukowana, zajmująca się przekazywaniem wiadomości, zaczyna powoli przechodzić
do internetu. Jej wydawcy nie chcą
uwierzyć, że to już koniec, jeszcze
szukają sposobów, by zainteresować
dwudziesto- i trzydziestolatków zadrukowanym papierem, ale są raczej
skazani na porażkę. To oczywiste, że
młodzi nie będą sięgać po niewygodne i archaiczne dla nich systemy komunikowania się, bo mają
swoje, wygodniejsze w użyciu.
Ekran jako miejsce odbierania wiadomości jest od dawna zadomowiony w naszej kulturze. Pierwszą wojnę z wcześniejszymi mediami wygrał w połowie lat 70. XX wieku, eliminując z rynku tygodniki bazujące
na fotoreportażu. Wiadomości telewizyjne docierały do widzów szybciej, a połączenie ruchomego obrazu z dźwiękowym komentarzem,
wygłaszanym zza obrazu, ułatwiało jego odbiór. Gdy telewizory pojawiły się w większości domów, królujący przez 40 lat fotoreportaż musiał szukać dla siebie nowej przestrzeni, co z czasem stawało się coraz trudniejsze. Dziś w drukowanej
prasie nie ma dla niego miejsca, w
szczątkowej formie trwa jeszcze w
niektórych anglosaskich tytułach,
ale i one znikną w nieodległej przyszłości. Co wtedy stanie się z fotoreportażem?
Ekran telewizyjny już pół wieku
temu przyzwyczaił nas do oglądania gadających obrazów, ale dziś,
prz y wiązany kablem do ściany,
ogranicza możliwość kontaktu z aktualnymi informacjami, zaczyna być
staromodny, choć wciąż znacznie
bardziej żywotny niż gazety. Odkąd
pojawił się iPad, wszystkie dotychczasowe kanały odbierania wiadomości stały się zagrożone. To zagrożenie nie dotyczy samych wiadomości, lecz systemów komunikowania i sposobów budowania informacji. Tradycyjne dziennikarstwo
jest w największym niebezpieczeństwie, bo mały ekran, jak na razie,
nie gwarantuje wygody podczas
czytania obszernych tekstów. Krótkie informacje idealnie wpisują się
w logikę ekranu. Z kolei umieszczone na nim komentarze, analizy czy
reportaże męczą długością i wizualną monotonią.
Za wcześnie, by wyrokować, jak wyglądać będzie przekaz informacji za
kilka lat. Nie ma jednak wątpliwości,
że narzędzia do ich odbioru będą
dziećmi dzisiejszego iPada. Ratunkiem dla gazet będzie ich „przeprowadzka” z kiosków na płaski ekran.
Ci najbardziej zawzięci, zwłaszcza reprezentanci starszego pokolenia,
będą dalej czytać, bo zostali wychowani w kulturze słowa. Młode pokolenie wychowało się na obrazach i
dźwiękach, i takich form przekazywania wiadomości będzie szukać. W
tradycyjnych gazetach tego nie znajdują, więc sięgają po przenośne media elektroniczne, które zawierają w
sobie wszystko, co interesuje młodych – krótkie wiadomości, sporo
dźwięków i obrazów. Kto szybciej i
sprawniej zbuduje wciągający, wizualno-dźwiękowy system przekazu na
urządzenia przenośne, ten wygra.
Szklany ekran zawsze miał moc skupiania na sobie uwagi, także dlatego,
że nie potrzebował ciemności, żeby
być dobrze widoczny. Podobnie działa niewielki ekran komputera przenośnego, dając szansę na kontakt w
każdej chwili i w każdym czasie.
na, czyli fotoreportaż.
Nowe media pozwalają budować
narrację opowieści wielozdjęciowej,
która przypomina wideoklip muzyczny lub reklamę telewizyjną. Programy do przygotowywania fotograficznej prezentacji pozwalają łączyć
zdjęcia z wykorzystaniem najazdów,
przenikań lub nagłych zmian obrazów. Przypomina to montowanie
dzieła kinowego. Obok zdjęć mogą
pojawiać się też dźwięki, filmy, grafika czy tekst. Ekran jest doskonałym urządzeniem do przesyłania widzowi rozbudowanych, wielowarstwowych sekwencji zdjęć. Statyczne, pojedyncze obrazy, oglądane
okiem kamery, ze zbliżeniami na
szczegół z drugiego planu czy możliwością dłuższego przypatrywania
zdjęć opowieści fotografa lub towarzyszącego mu dziennikarza. Gadające głowy nudzą na co dzień w telewizji. Fotokast, czyli multimedialna forma prezentacji fotografii, musi
być inny, ciekawszy i żywszy. Gadanie, nawet najmądrzejsze, zdecydowanie osłabia dynamikę przekazu.
Dzisiejsze narzędzia fotograficzne
pozwalają nie tylko fotografować,
ale również filmować i nagrywać
dźwięk. Autor zdjęć, dokumentujący rzeczywistość, zawsze był najbliżej wydarzenia, inni dziennikarze
mogli budować pisane lub nagrywane sprawozdania na podstawie wywiadów ze świadkami. To nie zmieniło się do dziś. Dzięki wielofunkcyjnemu aparatowi fotograficznemu
możliwy jest zapis filmowy i dźwię-
Przyszłość w nowych
mediach
Nowe narzędzia, służące do przekazu informacji, są wielką szansą dla
fotografii, ale nie w jej tradycyjnym
wydaniu, którego symbolem pozostają albumy. Ze względu na format,
oprawę i sposób wydania ogląda się
je z należnym nabożeństwem, jednak przenoszenie tej formy na ekran
nie ma sensu, a nabożeństwo zamienia się wtedy w nudę. Komputerowe
oprogramowanie pozwala na tworzenie rozbudowanych narracji fotograficznych, przykuwających uwagę
nie tylko treścią, ale i nowoczesną,
dynamiczną formą. Czy fotografowie z tego skorzystają? Czy zechcą
dostosować swoje wypowiedzi do
najnowszych, internetowych form
prezentacji? W gazetach wszechobecne są zdjęcia pojedyncze, pełnią funkcje ilustracji, notatki wizualnej czy prostej informacji. W internecie pełnią one podobną rolę. Naturalne wydaje się pragnienie, aby
za sprawą zmiany narzędzi do przekazywania informacji powróciła rozbudowana wypowiedź fotograficz-
Czytając iPada
się poszczególnym fragmentom, pozwalają na dostrzeżenie tego, czego
w pośpiechu nie zauważamy.
Istotną częścią wypowiedzi umieszczanych w internecie jest dźwięk.
Stanowi on największy problem dla
fotografów, którzy dotąd nie musieli się nim zajmować. Powinni jednak
nauczyć się nad nim panować, tak
jak robią to filmowcy, umiejący
wzmocnić działanie obrazu przy pomocy dźwięku. Niestety, pomoc
osób związanych z radiem nie jest
rozwiązaniem, bo ci z kolei nie wiedzą jak pracować nad obrazem, nie
doceniają też często jego roli.
Najprostszym, ale i najgorszym
rozwiązaniem, jest dołączenie do
kowy. Niełatwo jest nad tym wszystkim zapanować, ale – jak dowodzą
najciekawsi fotografowie i agencje
fotograficzne – jest to możliwe.
Nowoczesne formy wypowiedzi
zauważyli organizatorzy najważniejszych światowych i krajowych konkursów fotograficznych: Picture of
the Year, World Press Photo czy
Grand Press Photo. Może więc fotoreportaż nie zginie, jak głoszono od
lat, a wręcz powróci na królewski
tron jako najszlachetniejsza forma
fotografii, choć już nie w prasie drukowanej, lecz w wirtualnych tytułach, do których należy przyszłość.
Andrzej Zygmuntowicz
Publikacja zdjęć ma charakter edukacyjny
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
Dorota Bigo
15
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.pdf.edu.pl
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
To PRoste
reklama
Case study
Ostatni bieg ratunku
Kto
ukradł
logo?
Wzruszająca historia, wielkie poświęcenie i pełne oddania postawy ludzi, dzięki którym
świat staje się lepszy. Dariusz Szwast poderwał celebrytów, media i przeciętnych Polaków do biegu po zdrowie dla jego syna. Wraz z nim pobiegła także agencja PR Headlines, za co dostała nagrodę w wyścigu po Złote Spinacze 2010.
Czy można w ciekawy i nowatorski sposób poinformować pracowników o
zmianie korporacyjnego
logo? Trzeba im je ukraść!
„Kto ukradł nasze logo?” to stworzona przez Euro RSCG Sensors kreatywna kampania komunikacji wewnętrznej, skierowana do pracowników centrali Grupy Żywiec, wspierająca
wdrożenie nowej identyfikacji wizualnej firmy. Projekt spodobał się pracownikom i ułatwił pozyskanie ich
akceptacji dla zmian wdrażanych w
organizacji. Stworzony na potrzeby
kampanii komiksowy antybohater
GŻmot był stale obecny w mediach
wewnętrznych,
wspierając komunikację różnych zagadnień
firmowych.
Po co firmie
zmiany?
reklama
Zmiana korporacyjnego logo zawsze
niesie ryzyko jej negatywnego odbioru
przez pracowników
firmy. W 2010 roku
przed takim wyzwaniem stanęła Grupa
Żywiec. Firma zdecydowała się na zmianę
identyfikacji wizualnej, ponieważ dotychczasowa nie odzwierciedlała struktury ani
tożsamości firmy. Pracownicy nie identyfikowali się z korporacją, raczej czuli się związani z mniejszymi
strukturami Grupy. Wszystkie te
czynniki miały negatywny wpływ nie
tylko na budowanie spójnej kultury
korporacyjnej, lecz także na identyfikację z celami biznesowymi firmy.
Przez lata w Grupie Żywiec inwestowano przede wszystkim w budowanie silnych marek produktowych,
odkładając na dalszy plan wzmocnienie marki korporacyjnej. Strategię
kampanii wdrażającej nową identyfikację Euro RSCG Sensors oparło
więc na ukazaniu pracownikom znaczenia korporacyjnego logo poprzez
jego… tymczasowe zniknięcie. Miało to uświadomić wszystkim, że zmiany wizerunkowe są niezbędnym etapem rozwoju firmy, a także zainteresować korporacyjnym logo oraz znaczeniem identyfikacji wizualnej. Kluczowe było pozyskanie akceptacji
pracowników, zaangażowanie ich w
proces wdrażania nowego logotypu,
zwrócenie uwagi na wartości wspólne dla całej korporacji oraz stworzenie podstaw do dalszego budowania
kultury korporacyjnej.
Tajemnicza kradzież logo
Na potrzeby kampanii „Kto ukradł nasze logo?” został stworzony fikcyjny
16
antybohater o imieniu GŻmot, który
pewnego dnia dokonał zuchwałej
kradzieży najważniejszego logotypu
– neonu na budynku centrali Grupy
Żywiec. Pracownicy dowiedzieli się
o tym z filmu opublikowanego w serwisie www.youtube.com, dokumentującego „przestępstwo”. W spocie
zobaczyli niezidentyfikowanego
osobnika w stroju superbohatera,
który kradnie neon z dachu budynku. W siedzibie firmy pojaw i ł y s i ę
liczne plakaty w konwencji „poszukiwa-
„Piwnego Obiektywu” zmienił się
w „Biromaniaka”. Na okładce pisma
zamieszczono projekt nowego logo.
Duża część magazynu została poświęcona zmianie identyfikacji, wyjaśnieniu jej koncepcji, pracom związanych z wdrożeniem nowego systemu. Na ostatniej stronie gazetki po
raz pierwszy w historii firmy opublikowano komiks, którego scenariusz
obejmował ujawnienie postaci
GŻmota, sprawcy zuchwałej kradzieży logo Grupy Żywiec, oraz zapowiadał jego dalsze losy. GŻmot na stałe
zagościł bowiem w piśmie jako uosobienie wyzwań stojących przed pracownikami Grupy.
Anna Nawrocka
Account Manager
[email protected]
ny” z wizerunkiem GŻmota, zachęcające pracowników do odnalezienia
sprawcy. Po całej firmie rozesłano
także e-maile z informacją o kradzieży oraz prośbą o pomoc w odszukaniu winowajcy. W przeddzień rozpoczęcia fazy teaserowej neon faktycznie został zdemontowany z dachu. W
tym samym czasie w intranecie Grupy Żywiec opublikowano krótkie informacje zachęcające pracowników
do szukania sprawcy.
Dwa tygodnie po kradzieży logotypu pracownicy otrzymali mail, w
którym prezes oficjalnie poinformował o rozpoczęciu procesu zmiany
identyfikacji wizualnej Grupy Żywiec
SA i wyjaśniał koncepcję nowego
logo. Na cały zespół centrali firmy
czekał również specjalny zestaw
identyfikacyjny (nowe wizytówki,
karty dostępu, czapeczki z nowym
logo oraz broszury promujące pasję,
kluczową wartość dla korporacji).
Działania komunikacyjne obejmowały również stworzenie nowego
magazynu wewnętrznego, który z
Biegnę dla Kacpra” polegała na przebiegnięciu przez zdeterminowanego ojca dystansu 779 km przez całą Polskę
Kacperek Szwast urodził się bez
jednej dłoni i części przedramienia.
– Po okresie smutku zdecydowaliśmy z żoną, że musimy wziąć sprawy w swoje ręce, aby pomóc naszemu synkowi – opowiada Dariusz
Szwast, ojciec Kacperka. –Tak właśnie powstał pomysł biegu dla Kacperka. Projekt nazwałem „Biegnę
dla Kacpra”, a jego głównym celem
było zebranie pieniędzy na zakup
protezy. Chcieliśmy też pokazać
społeczeństwu, że w tym pędzącym
świecie jest jeszcze miejsce na miłość, uczciwość oraz wiarę w to, że
nawet przeciwności losu możemy
przezwyciężyć z pomocą innych –
dodaje. Tak zaczyna się historia projektu „Biegnę dla Kacpra”, polegającego na przebiegnięciu przez zdeterminowanego ojca dystansu 779
km przez całą Polskę.
Przed startem
Patron merytoryczny
W Warszawie wypadała połowa trasy biegu – do pokonania zostało 394
km. 16 czerwca, na Placu Trzech
Krzyży, razem z tatą Kacpra stanęło
ponad 40 osób. Na tym znamiennym
półmetku pojawiły się też znane
osoby, które wspierały projekt: Marcin Meller z żoną Anną Dziewit-Meller, Tomasz Kot, Maciej Dowbor oraz
Damian Śmigielski. Do biegu dołączyła również Joanna PruszyńskaWitkowska, redakcja Teleexpressu,
której przewodził Maciej Orłoś oraz
reprezentacja firmy Blau Farma.
Ostatni odcinek biegu prowadził
drogami Podkarpacia, aż do rodzinnego domu Darka Szwasta w Głojsach. W Krośnie, obok ojca Kacpra,
wystartował jego trener August Jakubik, część ekipy Krośnieńskiego
Klubu Biegacza oraz ponownie Beata Sadowska.
Zwycięski finisz
Pozytywne efekty
występku
W wyniku przeprowadzonych działań komunikacyjnych pracownicy
centrali Grupy Żywiec
poz y t y wnie odebrali
wprowadzenie nowej
identyfikacji wizualnej w
firmie. Wzrosła także ich
świadomość znaczenia
korporacyjnego logo zarówno wewnątrz, jak i na
zewnątr z organizacji.
Dzięki kampanii została
stworzona baza do dalszych działań rebrandingowych w poszczególnych
spółkach korporacji, w tym
w browarach.
Na półmetku
Pomysł na zdobycie uwagi mediów
był prosty i chwytający za serce. Ambasadorką projektu została Beata
Sadowska, dziennikarka i prezenterka telewizyjna. – Kacperku, masz
fantastycznego tatę. Wierzę, że tata
poruszy serca i portfele, bo bez nich,
niestety, czasami się nie da. A może
poruszy i nogi, żeby pobiegły z tatą
przez Polskę? Ja obiecuję, że stanę
na starcie – deklarowała jeszcze
przed rozpoczęciem akcji. I faktycznie, 1 czerwca, w Dzień Dziecka, stanęła na starcie w Gdańsku u boku
taty Kacperka i przebiegła wraz z
nim ponad 55 km. Ale to nie wszystko. Kiedy Beata Sadowska dowiedziała się o problemie Kacperka,
zgłosiła się do Joanny Pruszyńskiej-Witkowskiej, prezes Headlines
Por ter Novelli, zaprz yjaźnionej
agencji PR-owej, i poprosiła o wsparcie dla jego rodziców.
Do biegu, gotowi…
Dariusz Szwast ruszył do biegu, a
agencja Headlines ruszyła z działaniami, których celem było, aby o
inicjatywie kochającego ojca dowiedziała się cała Polska. – Agencja Public Relations Headlines zaangażowała się w ten niezwykły
projekt zwykłego człowieka, ponieważ zaimponowała nam postawa
pana Dariusza Szwasta, ojca, który
chce pomóc swojemu dziecku, ale
także pokazać społeczeństwu, że
trzeba walczyć z przeciwnościami
losu. Jednocześnie projekt stał się
manifestacją zdrowego, aktywnego życia. Biegnijmy dla zdrowia
Kacpra, ale też dla swojego zdrowia, stańmy się nadzwyczajni –
mówi Joanna Pruszyńska-Witkowska.
Na początku graficzka z Headlines
stworzyła logotyp projektu „Biegnę dla Kacpra”. Powstało biuro
prasowe, które na bieżąco dostarczało mediom informacje prasowe
z poszczególnych odcinków trasy.
Patronat nad przedsięwzięciem objęły Radio Zet, E-dziecko, TVP oraz
Dzień Dobry TVN. Ponadto, przez
internet komunikowano się bezpośrednio ze społeczeństwem. Na potrzeby akcji stworzono konta na Facebooku, Twitterze i Flickrze. Pracownicy Headlines nie ograniczyli
się wyłącznie do działań public re-
lations, ale także, dając przykład innym, włączyli się do biegu.
4 czerwca, w atmosferze zwycięstwa i w eskorcie policji, strażaków,
kilkunastu motocyklistów i grupy innych biegaczy, po godzinie 16.00,
Dariusz Szwast zakończył swój bieg.
Tę „ostatnią prostą” relacjonowały
redakcje TVN oraz TVP. Wielkie emocje towarzyszyły kampanii w internecie, gdzie agencja Headlines na
bieżąco informowała o etapach biegu za pośrednictwem Facebooka.
Liczba fanów na fanpage’u gwałtownie wzrosła, kiedy do akcji dołączyła marka kosmetyków dla dzieci i
niemowląt ze swoją CRM-ową akcją
„każdy nowy fan to 2 złote przekazane na konto taty przez Atoperal
Baby”. W ciągu czterech dni od jej
ogłoszenia na Facebooku liczba
osób, które „lubią to”, wzrosła do 35
tysięcy, uzyskując na koniec liczbę
44 tysięcy. Fanpage odwiedzano
117 031 razy podczas 40 dni, co dało
mu 35. miejsce w rankingu na najliczniej odwiedzane i najaktywniejsze strony na Facebooku. 8198 „lajków”, 874 komentarze, 437 wpisów
userów – te dane to również wyraz
zaangażowania internautów w projekt.
Pierwsze miejsce na podium
Poza sukcesem na Facebooku agencja Headlines ma również na koncie
inne osiągnięcia związane z tą akcją. Inicjatywa odbiła się szerokim
echem we wszystkich mediach. Telewizja wyemitowała 16 materiałów, a radio 28. Ukazało się 31 artykułów w prasie oraz 41 w internecie. Ekwiwalent reklamowy zainteresowania mediów szacuje się na
prawie pół miliona złotych. I co najważniejsze, udało się zebrać 82 tysiące złotych.
– Bieg Dariusza Szwasta był nie tylko sposobem na zwrócenie uwagi
społeczeństwa na problem niepełnosprawności wśród najmłodszych,
ale także promował aktywny model
charytatywności – mówi Joanna
Pruszyńska-Witkowska. – Zazwyczaj
rodzice, będący w sytuacji takiej jak
państwo Szwastowie, zwracają się
o pomoc do fundacji działającej w
tym obszarze. O unikalności tego
projektu świadczy fakt, że pan Darek, będąc w tak trudnym położeniu, znalazł siłę i determinację na
stworzenie inicjatywy wymagającej
od niego ogromnego zaangażowania – dodaje.
Akcja była dla rodziców Kacpra
ostatnią deską ratunku, ale, jak zapowiada agencja, z pewnością to nie
był ostatni taki projekt.
reklama
Na trasie
Bieg Darka Szwasta przez Polskę
rozpoczął się w południe, 1 czerwca 2010 roku. Na starcie towarzyszyły mu Radio Zet oraz TVN. Po drodze, do zaangażowanych w akcję
mediów dołączyły TVP, Radio Kolor,
Polskie Radio, Radio Warszawa, Radio Plus i wiele mediów regionalnych. Łącznie wyemitowano ponad
70 minut materiału na temat akcji.
Poparcie dla inicjatywy zadeklarowało również wiele osobowości ze
świata filmu, telewizji i polityki,
m.in. Tomasz Lis, Maciej Kurzajewski, Magdalena Różczka, Edyta Jungowska, Andrzej Olechowski i Leszek Balcerowicz.
Dzięki temu rozgłosowi wzrosło
zainteresowanie zwykłych ludzi,
którzy wspierali Darka Szwasta jak
tylko potrafili. Proponowano mu
noclegi, posiłki, a nawet zdrowotne
masaże. Ponadto wystawiano przedmioty na aukcjach charytatywnych
oraz wpłacano środki na konto Fundacji Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”
i systemu DoMore. Empatią wykazało się również kilka znanych firm:
Deutsche Bank i Blau Farma (marka
Atoperal Baby) przekazały pieniądze
na leczenie Kacpra; Skoda Auto udostępniła samochód, który eskortował Darka Szwasta w trakcie biegu;
firma Nike przekazała strój sportowy i obuwie, w którym inicjator akcji biegł przez 34 dni, a Nałęczowianka zaopatrzyła go w miesięczny zapas wody.
17
PDF miesięcznik studencki – maj 2011
www.pdf.edu.pl
KULTURA_SCENA
Na świecie
reklama
Najdroższe marki bankowe świata
Najbardziej wartościową marką bankową na świecie jest Bank of America.
Magazyn „The Banker” i firma Brand Finance wycenili ją na 30,6 mld dol.
Na kolejnych miejscach znalazły się: amerykański bank Wells Fargo (28,9
mld) i zeszłoroczny lider – HSBC, który jest największym bankiem europejskim (27,6 mld dol.). W zestawieniu 500 najlepszych instytucji znalazło się
także dziesięć polskich marek. Lepsze notowania uzyskały PKO BP (114.
miejsce), BRE (272. miejsce), Bank Zachodni WBK (275. miejsce), w rankingu spadły zaś: Pekao SA (159. miejsce), ING (315. miejsce), GETIN (321.
miejsce), BPH (362. miejsce), Millennium (400. miejsce) oraz Kredyt Bank
(442. miejsce). Firma Brand Finance,
która jest autorem rankingu, funkcjonuje na rynku od 1996 roku. Szacowanie wartości marki bankowej
odbywa się z wykorzystaniem tzw.
metody royalty relief. Daje ona możliwość ustalenia ceny referencyjnej
(minimalnej), którą dana firma musiałaby zapłacić za markę.
Źródło: www.brandirectory.com
Koniec stron internetowych firm?
reklama
Afera wokół
olimpijskiego logo
Logo olimpiady w Londynie w 2012
roku po raz kolejny wzbudza kontrowersje. Sekretarz generalny irańskiego Komitetu Olimpijskiego przekazał oficjalne pismo do Jacquesa Rogge’a, prezydenta Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, w którym
udowadnia, że logo olimpiady budzi rasistowskie skojarzenia, gdyż zawiera ukryte słowo „Zion” – po polsku „Syjon”. Termin „Syjon” jest biblijnym określeniem Izraela jako narodu wybranego, wywodzi się z niego także pojęcie syjonizm, oznaczające doktrynę ideologiczno-polityczną żydowskiego nacjonalizmu.
Z tego powodu Iran uznał, że logo
jest rasistowskie i zagroził bojkotem
igrzysk. „Jesteśmy zdziwieni, że uwaga dotycząca logo wpłynęła dopiero teraz, ponieważ olimpijskie logo
zostało opublikowane już w 2007
roku” – odpierał zarzuty w rozmowie
z BBC szef MKOl–u.
www.ksiazeizebrak.pl
Harvard filtruje
Facebooka
Nie dostajesz się na wymarzoną
uczelnię z powodu wpisów na Facebooku? Jeszcze do niedawna ta perspektywa wydawała się niemożliwa,
ale jak pokazuje przykład Harvardu,
teraz staje się coraz bardziej realna.
Portal latimes.com informuje, że
podczas rekrutacji kandydatów na tę
prestiżową uczelnię komisja przegląda wcześniej ich profile na Facebooku czy Twitterze. Uczelnia bierze pod uwagę już nie tylko życiorysy kandydatów, wyniki w nauce czy
ich szczególne osiągnięcia, ale także to, na ile odpowiednie jest ich
„wirtualne zachowanie”. Dean Tsouvalas z portalu StudentAdvisor.com
wskazuje, że studenci powinni takie
działania wykorzystać na swoją korzyść. Jak twierdzi, dobrą metodą na
zaprezentowanie się w sieci jest zostanie fanem profilu uczelni czy też
pokazywanie swoich talentów, np.
na blogu tematycznym.
Źródło: www.latimes.com,
www.studentadvisor.com
Tradycyjne strony internetowe firm
schodzą na drugi plan w wyniku coraz większej popularności profilów fanpage marek na Facebooku – można
przeczytać na portalu news.cnet.com. Taką informację podał w trakcie londyńskiej konferencji zatytułowanej „Technology for Marketing and Advertising” szef brytyjskiego Facebooka Stephen Haines. Zdaniem Hainesa konsumenci w coraz większym stopniu będą komunikowali się z firmami za
pośrednictwem Facebooka i niebawem zdominuje on w tym zakresie inne
wirtualne formy dotarcia do klientów. Na potwierdzenie tej tezy przedstawiciel portalu zaprezentował
statystyki dotyczące dwóch
światowych koncernów – Coca-Coli i Starbucksa. Fanpage
Coca-Coli odwiedza miesięcznie 21,1 mln osób, natomiast
stronę internetową firmy zaledwie 270 tys. Z kolei fanpage
Starbucksa śledzi 21,1 mln
osób, a stronę internetową 1,8
mln osób.
Źródło: news.cnet.com
Po drugiej wojnie światowej literatura stanęła w rozkroku. Modernizm
osiągnął szczytowe rejestry w prozie Marcela Prousta czy Jamesa Joyce’a. Na amerykańskim panteonie literatury najważniejsze miejsca wciąż
zajmowali Edgar Allan Poe i Ernest
Hemingway, dopiero odkrywany był
William Faulkner. Śmiałymi eksperymentami z trudem przebijała się
Gertruda Stein. Aż do lat sześćdziesiątych XX wieku nie wiedziano, co
nowego można napisać.
Aż nadciągnęła potężna fala i rozbiła ówczesne status quo. W 1959
roku wydano „Goodbye, Columbus”
Philipa Rotha i „The Poorhouse Fair”
Johna Updike’a. Rok później opublikowano „Bakunowego faktora”
Johna Bartha i „Entropy” Thomasa
Pynchona. W następnych latach do
w yżej w ymienionych dołączyła
cała gromada powszechnie dziś
znanych pis ar z y. K r y t y ka nie zwłocznie zaklasyfikowała wszystkich do jednego prądu: literatury
postmodernistycznej.
Sam termin w znaczeniu literaturoznawczym pojawił się po raz pierwszy już w 1959 roku w eseju Irvinga Howe’a „Społeczeństwo masowe a proza postmodernistyczna”.
Zgodnie z tradycyjnym mechanizmem, mimo ogromnych rozbieżności w twórczości poszczególnych
pisarzy, znaleziono cechy wspólne:
niechę ć do konwencjonalnego
przedstawiania historii, autotematyzm, mieszanie gatunków, humor
(często czarny) itd. W tym czasie Federman pisze i nie kończy swojej
pierwszej powieści oraz robi doktorat, zwieńczony bezprecedensową w Ameryce monografią poświęconą wczesnym powieściom Samuela Becketta.
Książka Federmana (w oryginale
„Double or Nothing”) została opublikowana w Stanach Zjednoczonych
w 1976 roku. Autor napisał ją osiem
lat wcześniej, nie mógł jednak znaleźć wydawcy. Przykładowa odpowiedź z bostońskiego domu wydawniczego Little, Brown & Co. brzmiała następująco: „Jako eksperyment
«Double or Nothing» jest zaiste lekturą interesującą. Ale obsesyjny cha-
No more plot
Wydana niedawno przez Ha!art w serii Liberatura książka Raymonda Federmana „Podwójna wygrana jak nic” to powieść, która podważa i ośmiesza cały konwencjonalny proces tworzenia prozy: od wymyślania imion postaci, początku historii i sposobu jej poprowadzenia,
poprzez kwestię narratora, kończąc na języku samym w sobie.
rakter opowiadanej historii, nieomal
namacalna papierowość głównego
bohatera prawie na pewno zniechęciłaby przeciętnego czytelnika. Obawiam się, że w kategoriach komercyjnych nie moglibyśmy liczyć na
sukces tej książki”.
„Podwójna wygrana jak nic” na pozór opowiada historię hazardzisty,
który wpada w obsesję napisania
książki autobiograficznej. Planuje za
38 strona książki
wygrane w kasynie pieniądze zamknąć się na 365 dni w wynajętym
pokoju i wylać na papier historię
dziewiętnastoletniego francuskiego Żyda, który przetrwał Zagładę i
przypływa tuż po drugiej wojnie
światowej do Nowego Jorku. Jednak
sytuacja nie jest tak prosta, jakby się
wydawało. Otóż Federman przedstawia w tej konstelacji cztery, a nie
dwie osoby. Hazardzista jest Drugim,
czyli poniekąd również bohaterem,
który chce napisać książkę z udziałem Trzeciego, czyli młodzieńca
przybywającego do Ameryki. Pierwszy, jak protokolant, spisuje cały pa-
ranoiczny proces myślowy Drugiego. Zaś Czwarty jest odpowiednikiem Freudowskiego superego, czyli po prostu autorem.
Czytelnik wkracza w świat, gdzie zaciera się granica między fikcją a fikcją płynącą z fikcji. Czyta się bowiem
z jednej strony historię Drugiego
(hazardzisty aspirującego do miana
pisarza), który skrupulatnie planuje
swój proces twórczy, komponując
dietę składającą się z klusek i sosu
pomidorowego, robiąc listy niezbędnych zakupów, takich jak kawa, papierosy, papier toaletowy, szczoteczka, pasta do zębów, ryzy papieru, gumy do żucia itd. Wszystko dokładnie liczy, zestawia, wtrącając
przy tym masę przezabawnych refleksji (choć są one przez Drugiego
niezamierzone, a raczej obmyślone
przez Czwartego, tyle że spisane
przez Pierwszego). Z drugiej strony,
niedoszły pisarz wymyśla w międzyczasie poszczególne wątki historii
Trzeciego: jak poznaje już na statku
młodą Amerykankę i się w niej zakochuje, jak w porcie wita go wuj, z którym jedzie metrem na Bronx, wpatrując się w czeluść między nogami
siedzącej naprzeciwko Murzynki itd.
Przy tym Drugi nieustannie zmienia
swoje decyzje dotyczące sposobu
narracji, imion postaci, ich wyglądu,
wpadając nawet niekiedy w rezygnację – chce wszystko rzucić w diabły.
Zaś całość ta przestawiona jest w
sposób absolutnie nieprzewidywalny. Zapisana od dołu do góry, od lewej do prawej, po skosie, spiralnie…
Każda strona „Podwójnej wygranej…” jest osobną typograficzną
kompozycją, Federman stworzył
kompletną architektoniczną strukturę, która czyni powieść wielopiętrową w najrozmaitszych obszarach,
również w tym związanym ze zwy-
czajnie rozumianym odbiorem – czytaniem.
Trzeba przy tej okazji pogratulować znakomitego tłumaczenia i składu Jerzemu Kutnikowi, przyjacielowi Federmana, który być może jako
jedyny (to dopiero trzeci na świecie
przekład „Double or Nothing”) oddał w pełni wizję autora, który w
2008 roku ucieszył się z planu przetłumaczenia powieści na polski, nie
doczekał jednak podziwianych dziś
efektów, gdyż zmarł w 2009 roku.
Nie sposób przy tym przemilczeć
faktu, że to sam Raymond Federman
urodził się w 1928 roku we Francji i
cudem przeżył, dwukrotnie ocierając się o śmierć. Jego rodzicom i siostrom nie udało się przetrwać, on zaś
rzeczywiście opuścił Francję po wojnie i wylądował w Stanach Zjednoczonych, gdzie po tym, jak podejmował się różnych prac, m.in. w zakładach Chryslera i odbył służbę wojskową, zdobył znakomite wykształcenie. Jednak pisarz podchodzi do
wszelkich autobiograficznych faktów nieufnie, będąc przekonanym,
że są one pełne przekłamań i dziur,
a nieobliczalność rzeczywistości
wielokrotnie przechytrzyła już ludzką wyobraźnię. Federman ukuł więc
termin surfikcji – prozy, która rzuca
wyzwanie tradycji pisania, nie próbuje niczego naśladować, ujawnia
fikcyjność rzeczywistości.
wszelkich eksperymentów, to musi
być konsekwentna – nawet za cenę
zapoznania. Nie chodzi o to, żeby literatura była «czytelna» dla miernot, ale o tworzenie literatury, która naprawdę wyraża nasze czasy, nawet jeśli jest «nieczytelna». Być
może to nie nasze książki są nieczytelne, tylko czytelnicy zapomnieli,
jak czytać.”
„Podwójna wygrana jak nic” jest
książką totalną i przełomową. Może
właśnie dlatego nikt nie chciał jej
opublikować. Ta bezradność wobec
rosnącej masy książek, pisanych zawsze tak samo i zawsze o tym samym, wspieranej przez krytycznoliteracki establishment, skłoniła pisarza i bliskiego znajomego Federmana, Ronalda Sukenicka, do założenia
w 1977 roku magazynu literackiego
„American Book Review”. „ABR” do
dziś promuje prozę i poezję powszechnie pomijaną, oferując jej
rzetelną analizę przeprowadzaną
zwykle przez samych pisarzy.
Wspaniale, że i w Polsce istnieją instytucje, którym zależy, aby przybliżać nam dzieła najwyższej próby.
Mówię serio. Wkrótce ma się ukazać
nakładem wydawnictwa Nowa Proza tłumaczenie ostatniej książki zaliczanego do grona najwybitniejszych postmodernistów Thomasa
Pynchona, „Against the Day”, która
będzie nosić tytuł „Na dzień sądu”.
Tylko się cieszyć, później zaś czytać.
A wszystkie książki z supermarketów spalić. Albo lepiej: zrecyklingować i zrobić z nich papier toaletowy
– nigdy nie wiadomo, jakiemu geniuszowi może się kiedyś przydać.
Szczepan Orłowski
Raymond Federman, w komentarzu
do eseju „Surfikcja – cztery propozycje w formie wstępu”, opublikowanego w zbiorze szkiców krytycznych „Nowa proza amerykańska”,
wydanym przez Czytelnika w 1983
roku, stwierdził: „Uważam, że jeśli
[powieść] ma przeżyć obecny nacisk
komercjalizmu rodem z supermarketów, który zmusza ją do porzucenia
reklama
Źródło: news.bbc.co.uk
Public Eye Awards
Public Eye Awards to ranking wskazujący najgorsze firmy świata, których działania są sprzeczne z zasadami odpowiedzialnego biznesu. Są rozdawane w
czasie, gdy prezesi największych firm świata i przywódcy polityczni debatują o ładzie społecznym na Forum Ekonomicznym w Davos. W plebiscycie organizowanym przez szwajcarski oddział Greenpeace i organizację EvB Bern
przyznawane są co roku dwie nagrody: o pierwszej z nich (Global Award) decydują głosy jury konkursu, o drugiej (People’s Award) opinie internautów. W
tym roku zdaniem jury najgorsza firma to koncern górniczy AngloGold Ashanti z RPA, który na skutek wydobycia złota w kopalni w Ghanie zanieczyścił
wodę pitną. W konsekwencji miało to tragiczne skutki dla lokalnej ludności i
środowiska. Zdaniem internautów wygrał fiński producent biopaliw Neste Oil.
Aby wyprodukować biopaliwa, firma musi pozyskać ogromne ilości oleju palmowego, który otrzymuje w wyniku degradacji lasów deszczowych. Co więcej, Neste Oil nazwało swój produkt „green diesel”.
opr. Roksana Gowin
18
Źródło: www.publiceye.ch
19
KULTURA_SŁOWO
KULTURA_EKRAN
Kobieca perspektywa
Niedobranocka
Pomysł przerobienia znanej baśni na produkt z etykietą „tylko dla dorosłych” nie
jest może specjalnie świeży – jeśli chodzi
o komiks, przypomina się tu „Piotruś Pan”
Regisa Loisela. Za sprawą Winshlussa i jego
nagrodzonego w 2008 roku prestiżową nagrodą na festiwalu Angouleme „Pinokia”
okazuje się, że nadal może to być bardzo
dobry pomysł.
Winshluss oparł swój komiks na szkielecie powieści Carla Collodiego, poddając go
sporym przekształceniom, nie tylko w sferze estetyki, tym razem skierowanej do
dojrzałego czytelnika. Wzbogacił historię
pajacyka o dużą liczbę nieoczekiwanie
splatanych ze sobą wątków, zarówno cytujących kulturę wyższą i niższą, jak i ukazujących makabryczny, przerysowany
świat, do absurdu przepełniony okrucieństwem, egoizmem, marnością oraz pozbawiony złudzeń.
Bohaterowie: czy to apatyczny Pinokio,
bardziej cyborg niż pajacyk, czy niespełniony i znudzony, zamieszkały w jego głowie karaluch Jiminy, sadystyczne krasnoludki od Królewny Śnieżki czy też najpierw
niewidomy, później fanatyczny Wonder –
wszyscy potwierdzają rozpaczliwe wołanie autora. W dodatku robią to zwykle bez
słów, samymi obrazami. Nie dlatego, że takie było sztuczne założenie twórcy, ale dlatego, że szaleńczy rytm historii zwykle po
prostu nie potrzebuje dialogu czy komentarza.
Autor utkał ten pęd ze świetnych rysunków, kojarzących się z komiksem frankofońskim, choć jakby bardziej poszarpanych. Winshluss wykorzystuje najróżniejsze techniki, przy okazji wtykając gdzie tylko może liczne nawiązania czy kryptocytaty, których pula zaczyna się na Disney’u
i horrorach klasy B, a kończy na arcydziełach malarstwa, choćby „Lekcji anatomii
doktora Tulpa” Rembrandta.
Dodać należy, że Kultura Gniewu wydała „Pinokia” nie tylko wzorowo, ale i przepięknie. Można tylko i wyłącznie bardzo
polecać.
Ta przejmująca książka pokazuje wojnę od strony, od
której możemy oglądać ją bardzo rzadko – z perspektywy walczących na froncie kobiet. Białoruska reporterka wysłuchała niezliczonej liczby opowieści i ułożyła z nich chór niesłyszanych wcześniej głosów.
Wiele z tych kobiet opowiada, że ich mężowie rozkładali na stole mapy i przyuczali je, aby wiedziały, co mówić – gdzie był front, gdzie kompania, kto dowodził. Ale
zamiast tego opowiadały, jak widziały wojnę swoimi
kobiecymi oczyma – a to inna wojna niż ta, na której
walczą mężczyźni.
„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”
Swietłana Aleksijewicz
Wyd. Czarne
Premiera: 3 listopada 2010
Adrian Stachowski
Pałacem jest dwór porzucony przez szlachecką rodzinę u
progu wojny. Zostawiony samemu sobie chłop przekracza
jego próg i w swej wyobraźni zaczyna przeżywać sceny z życia dawnych panów. Powieść jest zapisem ostatnich chwil
świata chronicznej nierówności. Chłop staje po drugiej stronie jako świadek odejścia klasy panów i tka misterny traktat
społeczny. Autor pisze intensywnie, z pewnego rodzaju „pisarskim gestem”, oddając wykwint pałacowego życia. Dzięki
ujęciu narracji w monolog bohatera stajemy się uczestnikami jego imaginacji. Powieść do powolnego smakowania.
Winshluss: „Pinokio”
Kultura Gniewu
Premiera: 25 listopada 2010
„Pałac” Wiesław Myśliwski
Społeczny Instytut Wydawniczy „Znak”
Premiera: 25 listopada 2010
Radek Pulkowski
Rudolf Wyczółkin
Autobiograficzne post scriptum
Podsumowanie Pały
Jedno z najlepszych wydawnictw komiksowych na rynku wydało „dzieła zebrane”
niejakiego Pały – punka i tej proweniencji zinowego rysownika. Zbiór jest okolicznościowy i sentymentalny, bo fama głosi,
że Kultura Gniewu pierwotnie powstała
t ylko po to, aby
w ydać właśnie
„Zakazany owoc”.
Dla współczesnego, nieżywiącego
podobnych uczuć
cz y telnika, ten
szacunek do trudnych początków, z
jakiego znane jest
ś r o d ow isko ko miksowe w Polsce,
będzie raczej ciężkostrawny. „Zakazany owoc i Bracia Kowalscy w jednym”
prezentują estetykę lubianą tylko przez
osoby w koszulkach z nadrukiem „Old
Punks Never Die”. Niestety, obecnie już
raczej die, a dziełko niewielkie ma szanse funkcjonować na innej zasadzie, bo
shorty w nim zawarte zazwyczaj po prostu nie do końca mają jakikolwiek sens.
Jednak ewentualni fani prawdopodobnie
nie potrzebują żadnej rekomendacji: Pała
to Pała, raczej.
„Zakazany owoc i Bracia Kowalscy
w jednym”
Dariusz „Pała” Palinowski
Kultura Gniewu
Premiera: 4 października 2010
Radek Pulkowski
20
„Wzburzenie” to jedna z nowszych
książek Philipa Rotha, którego coraz lepsze zadomowienie w polszczyźnie nastąpiło już jakiś czas
temu. Dziś mamy dostęp do większości ważnych powieści tego pisarza i wydaje się, że rozpoczęcie
przygody z jego twórczością od
opisywanej książki nie jest najlepszym pomysłem.
Bohater tekstu, Marcus, to Żyd,
student starający wyzwolić się
spod nadzoru nadopiekuńczego
ojca. W tym celu zmienia uczelnię
na oddalony od rodzinnych stron
Winesburg College, gdzie oprócz
zawierania nowych znajomości,
będzie musiał zmierzyć się z konserwatywnym charakterem uczelni, z którym również nie będzie
mógł się pogodzić.
„Wz b u r ze ni e ” p o d w i el o ma
względami eksploruje teren znanych rothowskich obsesji: dorastanie w mieszczańskim domu, presja
otoczenia i próby wyrwania się z
wszelkich możliwych więzów: wyznaniowych, rodzinnych, społecznych. Jeśli zastosowalibyśmy podział powieści wg klasyfikacji Raymonda Queneau, „Wzburzenie” byłoby iliadą - losy Marcusa zostają
wprzęgnięte w historię Stanów
Zjednoczonych, które znajdują się
w jednym z kluczowych momentów
wojny koreańskiej. Zabieg ten jednak przeprowadzony jest bez gracji, charakteryzującej najlepsze dokonania Rotha, a sama powieść zdaje się jedynie przesyconym autobiografizmem post scriptum dla
świetnego „Everymana”.
„Wzburzenie”
Philip Roth
Spółdzielnia Wydawnicza
Czytelnik
Premiera: 7 marca 2011
Łukasz Łachecki
Zainteresowanie średniowiecznym malarstwem Lech Majewski
ujawnił już w „Ogrodzie rozkoszy
ziemskich”, kiedy to dał wyraz swojej fascynacji twórczością Hieronima Boscha. Bohaterka tamtego filmu poszukuje prawdy o życiu, analizując jeden z najsłynniejszych obrazów artysty. W „Młynie i krzyżu”
Majewski poszedł znacznie dalej,
próbując dosłownie ożywić „Drogę
krzyżową” Pietera Bruegla. Wizjonerski pomysł i technologiczne
możliwości pozwoliły stworzyć wyjątkowy, niezwykły kinowy obraz –
osobliwe dzieło sztuki.
Podjęcie próby ożywienia dzieła
flamandzkiego mistrza było przedsięwzięciem karkołomnym. Pozornie
wydaje się, że malarstwo jako sztuka statyczna jest nieprzekładalna na
język kina, o ile nie znajdzie się fortelu, który by tę adaptację umożliwił. Majewski znalazł sposób, choć
początkowo pewnie tylko on wierzył
w sukces swojego konceptu.
Reżyser wybrał dwanaście postaci i ukazał ich codzienne życie – zna-
lazły się wśród nich m.in. roznosiciel chleba czy zakochana para. Nad
wszystkimi, niczym demiurg, króluje młynarz, ze spokojem spoglądający z umieszczonego na wysokiej
skale młyna. Dialogów praktycznie
nie ma – z jednej strony może to wynikać z chęci ukazania codziennego,
monotonnego dnia pracy (niczym w
„Nagiej wyspie” Kaneto Shindo), z
drugiej zaś z dążenia do „przemawiania” obrazem zamiast słowem,
zgodnie z malarskimi tradycjami.
Nieprzypadkowo najwięcej mówi
sam Pieter Bruegel, w którego wcielił się Rutger Hauer. Majewski chce
oddać jego wizję możliwie najpełniej – dlatego to właśnie jemu powierza komentowanie wydarzeń.
Aktorzy grają bez nadmiernej ekspresji, nie wyróżniają się, pozostają jednymi z wielu równorzędnych
bohaterów, co jest zrozumiałe, zważywszy, że u Bruegla nawet postać
Jezusa nie jest wyeksponowana na
pierwszym planie.
Choć „Młyn i krzyż” jest rodzajem
eksperymentu filmowego, ogląda
obrzezany
„Cukrowy Kreml”
Władimir Sorokin
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 13 stycznia 2011
Rudolf Wyczółkin
reklama
Poni˝ej normy
się go wyśmienicie. Odbiór filmu
przypomina kontemplowanie malarskiego arcydzieła, przykuwającego wzrok, zmuszającego do refleksji. I choć oryginał „Drogi krzyżowej” odnaleźć można tylko w Kunsthistorisches Museum w Wiedniu,
jego filmowa replika nie traci siły
oddziaływania.
Włosi
Cukrowy krem
Rok 2028. Rosją rządzi jedynowładca, na ulicach szaleją
oprycznicy. Tytułowy Kreml jest zaś wyrobem cukierniczym,
urastającym do rangi symbolu relacji „władza-lud” w despotycznie rządzonym kraju. Władimir Sorokin żongluje literackimi typami, a rajdy stylistyczne zapierają dech.
Pod warstwą wysmakowanego absurdu tkwi jednak gorzka prawda o poradzieckim społeczeństwie. Karykaturalne
odwrócenie pojęć i przetasowanie
wartości po rozpadzie ZSRR stanowi właściwą materię tej powieści.
Autor nie zawodzi, serwując znów
koktajl aluzji literackich, historii i
zwariowanej fikcji.
Książce można zarzucić sporą
nonszalancję. Precyzyjnie tkana
narracja nagle zostaje zerwana, pozostawiając uczucie niedosytu i
niedopracowania. Należy zatem
traktować „Wzburzenie” jako zaledwie wprawkę, nie do końca poukładany szkic, który autorowi często stawianemu wśród największych współczesnych prozaików
raczej nie przystoi.
Kamera jako p´dzel
Bez rewelacji
W szkole Dominika wychodzą na jaw
jego ciągoty homoseksualne. Wrażliwiec zamyka się w pokoju i uzależnia
od internetu. Zaczyna korespondować
z Sylwią, która wciąga go w grę komputerową pod nazwą Sala Samobójców. Członkowie grupy noszą się z zamiarem skrócenia sobie życia. Posługują się jakąś karkołomną nowomową
- bełkotem tak niezrozumiałym, że
mózg sam przechodzi w stan uśpienia.
Sekwencje dziejące się w grze są animowane i nudne. Dalszą część filmu
wypełniają jęki Dominika i wysiłki
jego rodziców, którzy starają się wyciągnąć syna z depresji. Kompletny
brak struktury. Film jest zwyczajnie
męczący, trudno się zmusić do oglądania fruwających na ekranie wirtualnych postaci, które wyglądają niczym
bohaterowie tanich kreskówek. Jedynie aktualna tematyka nie pozwala
skreślić filmu do końca.
„Sala samobójców”,
reż. Jan Komasa
Dystrybucja: ITI Cinema
Premiera: 4 marca 2011
Joanna Filipiak
Historia intymnych relacji mężczyzny (Bruno)
z bliskimi to opowieść o śmierci, fascynacji, strachu, zazdrości, a przede wszystkim o czasie, który nadaje znaczenie decyzjom bohaterów.
„Italiani” to kolejny film Łukasza Barczyka, w którym eksperymentowanie formą, ciekawe zabiegi
wizualne i tematyczne wysuwają się na pierwszy
plan. Postaci, grane przez znanych z teatru aktorów, są w dramatyczny sposób przerysowane. Minimalną liczbą słów są w stanie wyrazić skrajne
emocje. Film atakuje obrazami – hipnotyczne zdjęcia Kariny Kleszczewskiej budują całą historię.
Zamiast doszukiwać się sensu w rozbitej fabule, lepiej chłonąć to, co nadaje znaczenie całości:
milczenie bohaterów, klimatyczną scenografię,
zmysłowe pejzaże, dźwięki opery, niepokojącą atmosferę. Absurd rodem ze snu.
„Italiani” reż. Łukasz Barczyk
Dystrybucja: Gutek Film
Premiera: 11 marca 2011
Klaudia Lis
Pic na wod´
Miało być wielkie widowisko, istna wojna światów, a tu co? Wrzucają nas między wąskie uliczki, abyśmy śledzili dzielne poczynania paru marines. Zamiast ukazać inwazję na wielką skalę,
autorzy myślą, że wykpią się kilkoma panoramami płonącego miasta. Skoro blockbuster, to
gdzie gwiazda? Aaron Eckhart może strugać bohatera, ale mimo to zlewa się z tłem swoich szeregowców. Skoro blockbuster, to gdzie „fajna dupeczka”? Skoro blockbuster, to... Wszystko tu na
opak, posklejane jakby na pół gwizdka i wręcz
ociekające patetyczną tandetą w stylu „God
bless America”. Jonathan Liebesman kontynuuje swoją tragiczną passę, a my tęsknimy za dobrym Spielbergiem.
„Inwazja. Bitwa o Los Angeles”
Dystrybucja: United International Pictures
Premiera: 18 marca 2011
Kajetan Poznański
„Młyn i krzyż”,
reż. Lech Majewski
Produkcja: Polska /
Szwecja
Premiera:
18 marca 2011
Zawiodą się ci, którzy po najnowszej
produkcji Woody’ego Allena spodziewają się czegoś wyjątkowego. Nie chodzi o to, że filmowi daleko do słynnego „Manhattanu”. Nie chodzi też o to,
że nie sprawdzili się zbyt hollywoodzcy aktorzy. Istotniejsze jest, że gdzieś
zgubiły się absurd, przewrotność, ironia i lekkość wpisane w codzienność.
Mamy bohaterów, którzy w tej scenerii powinni się odnaleźć. Mamy węzeł
emocjonalno-uczuciowych perypetii
i serię nieprzewidzianych zdarzeń,
podsumowanych w szekspirowskim
cytacie, że życie jest powieścią idioty. Zabrakło jednak nowojorskiego dystansu i tradycyjnego pół żartem, pół
serio. I wbrew tytułowi, nawet na moment nie pojawia się żaden przystojny brunet.
„Poznasz przystojnego bruneta”,
reż. Woody Allen
Dystrybucja: Kino Świat
Premiera: 11 marca 2011
Patryk Juchniewicz
Izabela Smolińska
Tak jest przyjemniej
Początek filmu to zarazem początek życia. Na naszych oczach rodzi się bohater – trzydziestokilkuletni Tono. Czym
zasłużył sobie na taką szansę? Kryminalną przeszłością, którą odpokutował
w więzieniu i po pięciu latach może cieszyć się wolnością.
Wolność to jednak pojęcie względne,
a radość nie trwa długo. Tono powraca
do starych realiów. Ta sama wioska,
knajpa, żona,
sąsiedzi. I pokusy. Chce być
u c z c i w y, a l e
wszystko układa się wbrew
jego woli. Walkę Tono o to,
aby nie powrócić do dawnych
nawyków, symbolizują próby
zabicia jelenia.
Mężczyzna nie
może znieść
swojej słabości, ale z drugiej strony nie
jest w stanie
przełamać się
do ponownego czynienia zła. Bardziej
współgra on z naturą niż z ludźmi, czuje się wyalienowany. Jego oczy pozostają martwe. Brak w nich miłości, gdy
patrzy na żonę i syna, brak zachwytu,
kiedy spaceruje po górach, nie ma
w nich również dobroci.
Film zdecydowanie nie wpisuje się
w kampanię antynikotynową, a tym bardziej antyalkoholową. Niewiele jest
scen, w których nie pojawiłaby się słowacka śliwowica domowej roboty. Kiedy jeden z bohaterów pyta, czy w tym
kraju da się coś załatwić na trzeźwo odpowiedź jest jednoznaczna: „Da się, ale
tak jest przyjemniej”. Postacią tą jest
przyjaciel Tono, grany przez Roberta
Więckiewicza. To jednak nie jedyny polski akcent. Muzykę do filmu napisał Michał Lorenc, który pracował m.in. przy
takich filmach jak „Różyczka” czy „Cztery noce z Anną”. Czerpiąc z etnicznych
motywów wpisanych w symfoniczne
dźwięki, zamienił muzykę w rytm serca natury.
Historia byłego więźnia próbującego
ułożyć swoje życie na nowo, umieszczo-
na w kontekście aktualnych problemów
słowackiego społeczeństwa, wydaje się
banalna. Mimo to film urzeka atmosferą, wprowadza do nieco zaściankowego,
ale intrygującego świata. Jeśli dodać do
tego symbiozę muzyki i nagrodzonych
zdjęć, okazuje się, że warto go zobaczyć.
Choćby po to, by przekonać się, czy Tono
osiąga tytułowy „spokój w duszy”.
„Spokój w duszy”
reż. Vladimir Balko
premiera: 25 lutego 2011
dystrybucja: Vivarto
Klaudia Lis
21
Wyleêç z klatki
To historia kobiety, której życie zaciska się na szyi niczym pętla. Życie skażone tym rodzajem grzechu,
jaki odrywa się od oprawcy, by
spocząć na ofierze. Ogromne wrażenie wywiera scena wywiadu dla
TV, gdy prezenterka zarzuca rozmówczynię pytaniami, w ogóle nie
słuchając odpowiedzi. Wyrwane z
kontekstu fragmenty wypowiedzi
są natychmiast wyśpiewywane jak
reklamowe dżingle, pogłębiając
wyrwę między bólem tej kobiety
a beztroską aurą współczesnego
show. Rozbawiona masa wyznawców idei Piękna i Humoru nie jest
w stanie udźwignąć ciężaru prawdziwego ludzkiego dramatu. Nie-
reklama
dojrzałość społeczeństwa, reprezentowanego przez telewizyjne kamery, przeciwstawiona zostaje sceptycznej rozwadze skrzywdzonej kobiety.
Siła spektaklu tkwi w niespójnej
narracji, kojarzącej się z chaosem myśli. Obserwując relacje między postaciami, stosunkowo łatwo jednak
rozpoznajemy chłodną matkę, ojca
pijaka i przyjazną postać brata. Zaś
sama bohaterka występuje w trzech
osobach – to Herta Müller na różnych
etapach życia. Narracja, uwolniona z
klatki logicznego umysłu z jego zasadą liniowości, biegunowości, jednoznaczności, wynikania, pozwala
wniknąć głębiej, a zarazem wzbudza
KULTURA_DŹWIĘK
fot. Stefan Okołowicz
KULTURA_SCENA
podziw dla kunsztu samego przedstawienia. W pewnym momencie
matka sanitariuszka wojskowym
krokiem maszeruje przez scenę,
wydając sobie wojskowe komendy: „dwa, trzy, obrót!” – co za wspaniały formalizm! Wyraziste gesty,
surowa mimika, żadnego udawania. Nie naśladuje się tu rzeczywistości, tylko konstruuje ją przez teatralną sztuczność. To tylko teatr
– rozumie widz – po czym daje się
wciągnąć opowieści o rzeczywistym cierpieniu.
„Król kłania się i zabija”,
reż. Agnieszka Korytkowska-Mazur
Teatr Dramatyczny
premiera: 8 stycznia 2011
Wioletta Wysocka
Portret
nabazgrany
W spektaklu o obiecującym tytule „Portret Doriana Graya” zainteresowały mnie dwie rzeczy:
monolog głównego bohatera, nawiązujący jakby do Wielkiej Improwizacji z „Dziadów” oraz wątek sztucznego odmładzania się
Harry’ego – ze względu na pętlę
czasu, którą kreśli między romant yc z ny m te k s tem W ild e’a a
współczesnością, gdzie szatanowi Doriana na imię Chirurgia Plastyczna.
Trzeba mieć wiele dystansu do
siebie i reguł rządzących teatrem,
by przez dwie godziny znosić trzech
zniewieściałych facetów i ich chore
podejście do życia. Jeśli dołożymy
do tego profanację modlitwy, a potem zestawimy to wszystko z wzniosłymi odczytaniami powieści Wilde’a, uznanej za manifest sztuki – zrozumiemy, że nie warto.
„Portret Doriana Graya”,
reż. Michał Borczuch
TR Warszawa
premiera: 3 marca 2009
Wioletta Wysocka
reklama
koƒca zimy
Justin Broadrick, człowiek-instytucja eksperymentalnego metalu i spiritus movens formacji tak dlań
zasłużonych, jak Godflesh i Jesu, powraca wraz z
projektem Pale Sketcher do całkowitej muzycznej
samowystarczalności. Jest to bez wątpienia dobra
wiadomość, ponieważ – mimo szczerych chęci – o
ostatnich nagraniach jego macierzy trudno powiedzieć cokolwiek dobrego. Z EP-ką „Seventh Heaven”, podobnie jak z
w yda ny m w ubie głym roku długogrając ym debiutem w
formie remiksów nagrań Jesu , spraw y
mają się, na szczęście, zupełnie inaczej. Niemal całkowicie rezygnując z gitar
i sięgając śmiało po
elementy dotychczas
do metalu ledwie inkorporowane, Broadrick nagrał album
atmosferyczny i gęsty, będący fascynującym, twórczym rozwinięciem idei ubiegłorocznego „Pale
Sketcher”. Przeszło dwudziestominutowa EP-ka rysuje się jako niepokojąca nocna medytacja z niespokojnego pogranicza posiekanego rytmicznie
breakbeatu, hipnotycznej pulsacji Gas, rozmarzonego shoegaze’u, naiwnych kolaży spod znaku Kierana Hebdana, a nawet zadymionego, trip-hopowego odrętwienia. Intryguje sposób, w jaki Broadrick
eksploruje własny głos: ścięte, zmultiplikowane i
przetworzone wokale zdają się tu wręcz pełnić tu
rolę pełnoprawnego instrumentu. Dawno już nie
słyszałem w obrębie nowej elektroniki nagrania tak
różnorodnego, a zarazem zręcznie uciekającego od
pretensjonalności.
W kierunku minimalizmu
James Blake jest postacią dobrze
znaną na londyńskiej scenie elektronicznej. Jego muzyka często była
wiązana z dubstepem. Była, bo wraz
z ukazaniem się jego nowego materiału pojawiły się głosy sprzeciwu.
Wystarczy jednak dokładnie przyjrzeć się poprzednim kompozycjom
Blake’a, by zauważyć, że już wtedy
podążał w stronę rozwiązań opartych przeważnie na wokalach.
Materiał jest oryginalny. Blake wymaga od swojego słuchacza zaangażowania. Nie jest to muzyka prosta i
przebojowa – jej głównym zadaniem
jest zbudowanie specyficznej atmosfery. Blake bawi się ciszą, wplatając
w nią pocięte dźwięki. Manipuluje
tak, aby skierować uwagę na konkretne, drobne detale, a przez to zaznacza siłę brzmienia. Wie, kiedy i gdzie
dokładnie wypunktować uderzenia,
kiedy uż yć klawiszy, a kiedy to
wszystko przeciąć. To właśnie druga
rzecz, która nasuwa się na myśl przy
słuchaniu: jest to album bardzo nieregularny rytmicznie. Może to być
„(…) trzeba unicestwić swoje myśli albo zabić ich materialną realizację. Pierwsze jest niemożliwe,
drugie – zbyt podobne do zbrodni; szukanie motywacji we wszystkim, z czym się stykamy, jest antropomorfizacją (…)”. Z tekstu
Lema wyjęto trochę interesujących myśli, choć część dialogów –
zwłaszcza na początku – jest miałka. Za to kilka scen powala na kolana, zarówno ze względu na konstrukcję, jak i na kunszt warsztatu
aktorskiego.
Fabuła, wzięta z powieści fantastycznej Lema, przedstawia zmagania badaczy stacji kosmicznej
Solaris z obcą planetą. Stację zaludniają postacie, będące materializacją ich myśli, lęków i wspomnień. Celowo lub nie, planeta
niszczy ich psychikę, doprowadzając do obłędu.
„Solaris” to dość niezwykły
spektakl. Po pierwsze, wymusza na
widzu pewien stopień samodzielności w sterowaniu własną uwagą. Po drugie, przestrzeń spektaklu, bardziej odczuwalna niż poznawalna, wsysa go do środka, odbierając chłodny ogląd, w zamian
dając wrażenie uczestnictwa. Ba-
dacze wpatrują się w przestrzeń
przed sobą jak w ciche, spokojne,
nieodgadnione morze. Obserwujemy ich twarze, pełne ciekawości, podziwu, niepewności, a nawet lęku. Kontemplując widzów
jako dziwną masę, pełną niezrozumiałej energii, wciągają ich do
wnętrza swego iluzorycznego
świata. Ich twarze upajają się widokiem, pozwalając czasowi na
swobodny przepływ.
Gdybym miała się przyczepić do
inscenizacji, powiedziałabym, że
za mało w niej grozy, a za wiele humoru. Groteska, która zawsze stanowi pewne urozmaicenie języka,
godzi w tak starannie budowaną
od pierwszej sceny powagę. Można też urągać, że czucie wypiera
myślenie, przez co nie wnikamy w
szczegóły historii Lema. Ostatecznie powiem jednak tylko: „trzeba
unicestwić myśli…”
Pale Sketcher – „Seventh Heaven” [EP]
premiera płyty to 22 marca 2011
„Solaris. Raport”,
reż. Natalia Korczakowska
TR Warszawa
premiera: 2 października
2009
Wioletta Wysocka
Czkawka Gallaghera
Gdyby Liam Gallagher zechciał kiedykolwiek rywalizować o tytuł najbardziej grubiańskiego i karykaturalnego
muzyka Wielkiej Brytanii,
konkurencja mogłaby zapewne jedynie oglądać jego plecy. Mniej lub bardziej szczęśliwym zrządzeniem losu,
odejście w 2009 roku z Oasis
jego starszego i bardziej utalentowanego z braci, Noela, nie spowodowało bynajmniej dłuższej przerwy w scenicznej działalności Liama. „Different Gear, Still Speeding”, nagrane pod
wdzięcznym szyldem Beady Eye wspólnie z muzykami współpracującymi z Oasis w ciągu ostatniej dekady brzmi dokładnie tak, jak można było tego oczekiwać. A ponieważ szczegółowa analiza tyleż garażowych, co zdradzających od zawsze tęsknotę za Brytyjską Inwazją melodii Oasis czy projektów wokół nazwiska któregokolwiek z Gallagherów związanych,
jawi się jeszcze bardziej groteskowo, niż sami braciszkowie, powiem tylko, że debiutancki album Beady Eye
po kilku piwach naprawdę ma szanse się podobać.
Czekamy na ruch Noela?
jego zaletą, ale może stać się i wadą.
Blake przez rozmazane plamy
dźwięków stopniuje napięcie, które mocno zapada w pamięć. Tak jest
w przypadku ,,Wilhelms Scream’’ i
,,I Never Learnt To Share’’. Trochę
nudno i monotonnie jest w ,,Why Don’t You Call Me’’ i ,,Give Me My
Month’’. Wszystkie kawałki charakteryzuje natomiast minimalistyczne brzmienie, w które chętnie włącza się pianino, a wszystko łączy połamany wokal Jamesa.
Debiut wokalisty jest eksperymentalny, ale wydaje się, że takie było
jego założenie. Blake’a cechuje niezwykła dojrzałość i wrażliwość na
dźwięk. To bez wątpienia jego duży
talent. Wieloznaczność i niebanalność kompozycji także są na miejscu,
jednak trzeba być ostrożnym, ponieważ w zbyt dużych dawkach mogą
dać efekt odwrotny od pożądanego
– przerysowania i znudzenia. I tak też
się stało w niektórych piosenkach na
tym albumie (np. we wspomnianym
,,Why Don’t You Call Me’’).
James Blake jest oszczędny w
emocjach i skupia się na brzmieniu.
Ta płyta jest ciekawą propozycją dla
fanów minimalizmu.
Szczery Êpiew
tańca, ale potrafi też wprowadzić w
nastrój melancholii, a nawet lekkiego przygnębienia. Lykke Li nie kokietuje, wyraża emocje w sposób prosty,
bezpośredni, dzięki czemu całość
brzmi szczerze. Chwytliwe refreny
oraz jej nonszalancki śpiew powodują, że ,,Wounded Rhymes’’ to album
bardzo wciągający.
„Wounded Rhymes”, nowy album
szwedzkiej wokalistki Lykke Li, jest
zupełnie różny od jej debiutu – dojrzalszy, intensywniejszy. Dynamiczne, a jednocześnie surowe brzmienie
tworzy eklektyczną mieszankę. Lykke Li potrafi być zabawna i prowokacyjna (,,Get Some’’), ale też chłodna i
szorstka (zamykające album ,,Silent
My Song’’). To album skrajny emocjonalnie. Dzięki cymbałkom, bębnom i
plemiennym motywom zachęca do
Bartek Iwański
Daj si´ wciàgnàç
22
Szkice
Lepsze ju˝ było?
O.S.T.R.y ze swoim planem wydawania płyty co roku utożsamia wyrobnictwo, przewidywalność, schematyczność. Odwołującemu się w tytule do najlepszych dokonań „Jazz
dwa trzy” udaje się jednak zachować muzyczną klasę (bity w „Boję
się zestarzeć” czy „W nienawiści”),
świetną technikę i przekonanie, że
tego naprawdę zdolnego muzyka
stać na dużo odważniejsze ruchy niż
kolejny solidny produkt.
„Jazz, dwa, trzy”, O.S.T.R.
Dystrybucja: EMI
Premiera: 22 lutego 2011
Łukasz Łachecki
„James Blake”, James Blake
Dystrybucja: Universal Music
Poland
Premiera: 4 lutego 2011
Paulina Mućko
„Wounded Rhymes”, Lykke Li
Dystrybucja: Warner Music Poland
Premiera: 14 marca 2011
Paulina Mućko
Dajà rad´
To podniecające, że mając ciężko wypracowane, sute emerytury, członkowie Radiohead nie
odcinają kuponów. A jeśli nawet
tego próbują, to przy wyciąganiu utworów sprzed lat pokazują klasę, aranżując je świeżo i ze
smakiem. Radiohead w „King of
The Limbs” pokazują mariaż
wpływów wieloletnich (kraut),
jak i tych przewidywalnych, ale
jednak wcześniej nieobecnych w ich twórczości
(dubstep). Wieńczący płytę „Separator” to najlepszy utwór RH od wielu lat, dlatego pojawiające się
w nim słowa o tym, że to nie koniec, traktuję śmiertelnie poważnie.
„King of The Limbs”, Radiohead
Dystrybucja: Sonic Distribution
Premiera: 28 marca 2011
Łukasz Łachecki
„Different Gear, Still Speeding”
Beady Eye
premiera – 28 lutego 2011
Kajetan Poznański
23

Podobne dokumenty

nr 33

nr 33 Kiepiel, Anna Kiedrzynek, Łukasz Lachecki, Klaudia Lis Paulina Mućko, Ewa Piskorska, Agnieszka Plister, Radek Pulkowski, Aleksandra Siemiradzka, Alicja Skorupko, Adrian Stachowski, Krystian Szczęsn...

Bardziej szczegółowo