Regularnika Drugiej Ery

Komentarze

Transkrypt

Regularnika Drugiej Ery
Nr WAKACJE (6-9)/2015
Mad Max:
Avengers - czas nudy
© Foto by Piotr Derkacz
NADCHODZĄCE
WYDARZENIA
RELACJA Z FESTIWALU
W YWIAD
Z MICHAŁEM
K ARZYŃSKIM
WSTĘPNIAK
Hej!
W końcu, po mniejszych i większych przeszkodach,
oddaję w Wasze ręce szósty, specjalny numer
„Regularnika”. Mam nadzieję, że oczekiwaliście go
z niecierpliwością, a to, co znajdziecie w środku
wynagrodzi Wam tak długi czas oczekiwania.
Numer ten poświęcamy w głównej mierze
Pyrkonowi. Swoją refleksją w 15-lecie festiwalu
podzielił się z nami Piotr „Prezes” Derkacz, którego
tekst, wraz z towarzyszącymi zdjęciami, które ukazują,
jak Pyrkon zmieniał się na przestrzeni lat, szczerze
Wam polecam. Ponadto macie możliwość przeczytać
mnóstwo wywiadów przeprowadzonych podczas
Pyrkonu z jego gośćmi (między innymi: Robertem
Wegnerem, Kubą Ćwiekiem, Basią Karlik, KobietąŚlimak czy Markiem Piestrakiem), a także relacje
z różnych paneli dyskusyjnych czy prelekcji, które
miały miejsce podczas festiwalu. Wszystko to dzięki
zaangażowaniu młodych dziennikarzy tworzących
grupę Komando Kultury, którzy wspomogli naszą
redakcję podczas Pyrkonu. Dziękujemy!
W najnowszym numerze „Regularnika” nie mogło
również zabraknąć tradycyjnych rubryk. Znajdziecie
w nim zatem klubowy kwestionariusz, recenzje
filmowe, zapowiedzi wydarzeń.
Życzę przyjemnej lektury!
PS. Wszelkie pomysły na rozwój Regularnika",
"
propozycje i sugestie proszę kierować
na adres
[email protected] z tytułem „Regularnik
DE”. Jeżeli sam/sama chcesz napisać kilka słów,
i dzięki temu współtworzyć razem z nami kolejny
numer, koniecznie napisz. Z otwartymi ramionami
przyjmiemy nowych członków ekipy.
Redakcja
redaktor naczelna
Magdalena Idzik
[email protected]
skład popełniliMichalina Mianzu Michalik
Katarzyna Katja Młynarczyk
2 ‧ Regularnik Drugiej Ery
W tym numerze popisali się:
Autorzy:
Anna Lathea Brożyna,
Aleksander Mag Gruszczyński,
Magdalena Selena Idzik,
Kasia Kalinowska
Paweł Paszko Matuszak,
Pola Mikołajczak,
Krzysiek Kasjusz Otto,
Klaudia Krasna Szygenda
Autorzy wydania specjalnego:
Asia Sikorska
Marika Kaiser
Dagmara Witkowska
Paulina Czerniak
Marcin Pigulak
Mateusz Rybicki
Piotr Prezes Derkacz
Korekta:
Magdalena Selena Idzik,
Martyna Jałoszyńska,
Angelika Klotz,
Iza Zagdan
W tym numerze:
Nadchodzące wydarzenia.......................................................................... 3
Premiery Filmowe......................................................................................... 7
Recenzja filmu: Mad Max: Na drodze gniewu.......................... 8
Recenzja filmu: Avengers - czas nudy...................................... 9
Nadchodzące konwenty........................................................................... 10
DKK: Starość askolotla Jacka Dukaja...................................... 12
PyrNewsy: Czy ktoś robi Pyrkon w maju?............................................ 12
Kącik Zarządu............................................................................................... 13
Wywiad z Michałem Karzyńskim............................................................ 14
Relacja z FESTIWALU PYRKON
O ekipie relacjonującej.............................................................................. 16
Od konwentu po festiwal fantastyki..................................................... 17
Każda lawina zaczyna się od ziarnka piasku
- rozmowa z R. Wegnerem......................................................... 20
Nie piszę pod publiczkę
- wywiad z J. Ćwiekiem............................................................... 23
Przyszłość według Dimitrija Glukhovsky'ego
- relacja z panelu....................................................................... 28
"Jak do tej pory woda sodowa
jakoś mi do łba nie uderzyła"
- wywiad z A. Pilipiukiem........................................................... 30
Wszystko co chcielibyście wiedzieć
o alkoholu, ale baliście się zapytać......................................... 31
Nie jest źle, a może być tylko lepiej
- relacja z panelu o kręceniu
filmów fantastycznych w Polsce................................................. 32
Wywiad z M. Piestrakiem i Z. Lesieniem................................ 33
Fantastycznie niezaleznie
- relacja z panelu o produkcji filmów
w Polsce i za granicą.................................................................. 36
Wywiad z P. Budzowskim........................................................ 36
Lament Paranoika
-recenzja filmu .......................................................................... 39
"Dobrze 'czuję' horror"
- wywiad z D. Kocurkiem............................................................ 40
Horror w literaturze i filmie
- relcja z panelu......................................................................... 43
"Bardzo lubię absurd"
- wywiad z Kobietą Ślimak......................................................... 44
Wywiad z Quazem.................................................................... 48
O wyjątkowości harfy, magii kołysanek
i braku zaufania do smoków
- rozmowa z harfiarką B. Karlik................................................... 50
"Jestem bardziej twórcą, niż aktorką"
- wywiad z Shappi...................................................................... 54
Pyrkon oczami uczestników.................................................................... 58
NADCHODZĄCE
WYDARZENIA
Przygotowała: Magdalena Selena Idzik
TYGODNIÓWKA
WTOREK 18:00
Siedziba Drugiej Ery
Słowackiego 13
Sekcja bitewniakowa Drugi
Front zaprasza na gry bitewne
w Siedzibie.
ŚRODA 20:00
Amore del Tropico
Ratajczaka 26/2
Spotkania Drugiej Ery w Amore
del Tropico do późnych godzin
nocnych, przy trunkach,
piłkarzykach, dartach i dobrej
rozmowie. Zapraszamy
wszystkich zainteresowanych
fantastyką i nie tylko!
CZWARTEK 18:00
Siedziba Drugiej Ery
Słowackiego 13
Sekcja planszówkowa Druga
Tura zaprasza na wspólne granie
w siedzibie.
NIEDZIELA 18:00
Siedziba Drugiej Ery
Słowackiego 13
Sekcja filmowa Drugi
Element zaprasza na wspólne
oglądanie filmów, seriali, animacji
– słowem: tego wszystkiego,
co fantastyczne pojawiło się do
tej pory oraz pojawia nadal na
dużym i małym ekranie!
»
Regularnik Drugiej Ery ‧ 3
› Żywiec Miejskie Granie na Malcie
› Pokoziołek
Spacer z przewodnikiem: „Trasa królewska” // „Trasa cesarska”
Od początku czerwca do końca września; w soboty i niedziele
12:05-13:35
przed Ratuszem
„Od początku czerwca rozpoczynamy cykl letnich weekendowych
spacerów, które nazwaliśmy Pokoziołkami. Swoją nazwę wycieczki
zawdzięczają temu, że przewodnik czeka na chętnych przed ratuszem
w soboty i niedziele o godzinie 12:05, czyli kilka chwil po tym jak
skończą trykać się koziołki. Spacery kierujemy przede wszystkim do
turystów odwiedzających latem Poznań, ale dołączyć do grupy może
oczywiście każdy. Przez 1,5h chcemy pokazać to, co w naszym mieście
trzeba koniecznie zobaczyć. W polskiej wersji językowej w soboty czeka
nas trasa królewska czyli zwiedzanie okolic Starego Rynku, w niedziele
trasa cesarska, a więc spacer poprzez Plac Wolności w kierunku dzielnicy
zamkowej. Nie zapominamy też o turystach zagranicznych zapraszając
ich w każdą sobotę na Pokoziołki w języku angielskim. Akcja letnich
spacerów potrwa aż do końca września! Wszystkie spacery odbywają
się w konwencji freewalking tour. Startujemy niezależnie od warunków
pogodowych i liczby uczestników, wstępne zapisy nie są wymagane, a na
koniec wycieczki można podziękować przewodnikowi napiwkiem.
Aktualne informacje można znaleźć na naszej stronie internetowej
(www.popoznaniu.pl) oraz profilu na facebooku (www.facebook.com/
PoPoznaniu).”
»
4 ‧ Regularnik Drugiej Ery
Maltańska Scena Muzyczna
28.06. - 30.08.
20:00
ul. Wiankowa 3
Żywiec Miejskie Granie na Maltańskiej Scenie
Muzycznej to cykl darmowych koncertów
w scenerii Jeziora Maltańskiego. Przez całe
lato czeka Was szereg muzycznych wydarzeń.
Wstęp bezpłatny.
› XXX POLCON
20-23.08.
Politechnika Poznańska
»
Regularnik Drugiej Ery ‧ 5
»
›
Widowisko historyczne: Husaria pod
Gnieznem
3-5.07
22:00
Teren „Starego Probostwa”, Murowana Goślina
„Czasy Potopu Szwedzkiego. Ważą się losy wojny,
kiedy Czarniecki zastawia pułapkę na armię króla
Karola Gustawa pomiędzy Gnieznem a Kłeckiem.
Trzy dni przed bitwą (czwartek, 5. maja 1656)
stacjonujące tu wojsko polskie zelektryzowała wieść
o cudzie w gnieźnieńskiej katedrze. Krucyfiks, stojący
na jednym z bocznych ołtarzy, zaczął krwawić. Wobec
zebranego tłumu żołnierzy i mieszczan sceptyczny
Wespazjan Kochowski własnoręcznie dotknął
krucyfiksu i upewnił się, „”że to prawdziwa krew
płynie”” - jak to potem napisał. Co ów cud miał
powiedzieć Polakom? To tajemnica, którą odczytywano
na różne, przeciwstawne sposoby.
W niedzielę, 8. maja, nastąpiła bitwa, podczas której
husaria Czarnieckiego wykonała szarżę na pozycje
szwedzkie. Szwedzi uniknęli jednak klęski chroniąc
się za przekopem, skąd salwami z muszkietów
powstrzymali polski atak. Wśród szarżujących był
Wespazjan, który otrzymał dwukrotny postrzał
w „”wiarołomną”” rękę, tę samą, którą dotykał Krwi
Pańskiej.
Cudowny krucyfiks do dziś odbiera cześć w kaplicy
przy katedrze gnieźnieńskiej.
O tych właśnie wydarzeniach opowiadać będzie
Widowisko „”Husaria pod Gnieznem””.
Bilety:
Bilet normalny: 30 zł
Bilet ulgowy: 25 zł (bilet ulgowy przysługuje dzieciom
i młodzieży uczącej się - do 26 roku życia oraz seniorom
od 65 lat)
Bilet rodzinny: 95 zł (2 bilety normalne + 2 ulgowe)
Bilet
dla
posiadaczy
dowolnej
karty
dużej
rodziny:
20
zł
/
osoba
(ważny tylko po okazaniu karty przy wejściu)”
»
6 ‧ Regularnik Drugiej Ery
Święty Marcin
› Strefa
7.07.
14:00
CK Zamek
ul. Święty Marcin 80/82
„Masz ochotę na podróż nad
morze, czy do Paryża? Wybierz się
do Punktu Wakacyjnego, który
rozgości się w geometrycznym
środku miasta, u zbiegu ulicy Św.
Marcin i Gwarnej.
g.14-17 - punkt wakacyjny
w Środku Poznania - akcja
artystyczna, wstęp wolny
g. 18 - zwiedzanie ulicy Święty
Marcin - start pod kościołem
Świętego Marcina, wstęp wolny”
› Zwiedzanie zamku
z przewodnikiem
8.07.
18:00
Hol Wielki, CK Zamek
ul. Święty Marcin 80/82
„Zwiedzanie zamku
z przewodnikiem!
Zbiórka w Holu Wielkim.
Bilety: 10 zł
Ilość miejsc ograniczona!
Bilety dostępne w:
- Centrum Kultury Zamek
- Bilety 24
- Centrum Informacji Miejskiej
Arkadia”
»
PREMIERY FILMOWE
opisy na podstawie portalu FILMWEB
Przygotował: Krzysiek Kasjusz Otto
4 czerwca
› San Andreas
Katastroficzny/USA,
reż. Brad Peyton,
obsada: Tdwayne Johnson,
Carla Gugino, Alexandra Daddario
Pilot ratownik przemierza stan Kalifornię po
trzęsieniu ziemi, aby odnaleźć i uratować swoją córkę,
której dotychczas nie miał okazji poznać.
12 czerwca
› Magical Girl
Dramat/Hiszpania,
reż. Carlos Vermut, obsada: José Sacristán, Bárbara
Lennie, Luis Bermejo, Israel Elejalde
Ojciec śmiertelnie chorej dziewczyny postanawia spełnić jej ostatnie życzenie i zdobyć sukienkę bohaterki
japońskiej kreskówki.
19 czerwca
› Naznaczony: rozdział 3
Horror/USA,
reż. Leigh Whannell, obsada: Dermot Mulroney,
Stefanie Scott
Quinn Brenner, czując, że duch matki chce się z nią
skontaktować, prosi o pomoc medium Elise.
5 czerwca
› Agentka
Komedia, Akcja/USA,
reż. Paul Feig, obsada: Melissa McCarthy, Jason
Statham, Rose Byrne, Jude Law
Analityczka CIA zgłasza się na tajną misję, która ma
zapobiec globalnej katastrofie.
12 czerwca
› Jurassic World
Przygodowy, Sci-Fi/USA,
reż. Colin Trevorrow, obsada: Chris Pratt, Bryce
Dallas Howard, Ty Simpkins
Naukowcy tworzą nowy gatunek dinozaura. Wkrótce
sytuacja wymyka się spod kontroli i gad ucieka
z parku.
26 czerwca
› Minionki
Animacja, Familijny, Komedia/USA,
reż. Kyle Balda, Pierre Coffin, obsada (głosy): Sandra
Bullock, Jon Hamm, Steve Carell, Pierre Coffin
Gru zostaje zatrudniony przez tajną organizację,
aby powstrzymać złą Scarlet Overkill, która u boku
męża, wynalazcy Herba, planuje przejąć władzę nad
światem.
26 czerwca
› Polowanie na prezydenta
Akcja/Finlandia, Niemcy, Wielka Brytania,
reż. Jalmari Helander, obsada: Ray Stevenson, Samuel
L. Jackson, Onni Tommila, Jim Broadbent
Samolot z prezydentem USA na pokładzie zostaje
zestrzelony i spada do lasu. Trzynastoletni chłopiec
pomaga głowie państwa przetrwać w dziczy.
»
Regularnik Drugiej Ery ‧ 7
Mad Max:
Ostatnim razem, kiedy Wojownik Szos gościł
premierowo na ekranach kin, był rok 1985. Było to
3 lata przed Wasteland i 12, a także zanim na rynku
zagościł Fallout. Chociaż do tego czasu George Miller
zdążył już nakręcić 3 filmy o Maxie Rockatanskym,
klimaty postapo w popkulturze dopiero raczkowały.
Gdy stylistyka świata po zagładzie zaczęła zagarniać
coraz szersze rzędy dusz, trylogia Mad Maxa zawsze
stała na panteonie klasyków. I chociaż żadna z części
nie była przy tym szczególnie doskonała, rola Mela
Gibsona oraz ryk ośmiocylindrowego silnika
bezsprzecznie nadawały im jednak status kultowych.
Powrót reżysera do tej marki po 30 latach niósł ze
sobą wiele ryzyka. Czasy się wszak zmieniły, trudno
produkować nowe filmy według starego wzorca,
a jedynym wkładem w kinematografię w nowym
milenium były dla Millera dwie części Tupotu małych
stóp. Niepokój fanów postapo mógł być duży. Jednak
świetnie zrealizowany trailer nowego filmu, wraz
z obsadzeniem w roli protagonisty Toma Hardy'ego,
wydawał się zapowiedzią kawałka dobrego kina. Jak się
wkrótce okazało, rezultat jest nawet lepszy, niż by się
można – patrząc na poprzednie części – spodziewać!
Już od pierwszego ujęcia widz przygotowywany
jest na widowisko prawdziwie epickie. Widać to po
rozmachu planu (ogromie postnuklearnej pustyni
ze współgrającymi paletami żółci i błękitu), a także,
paradoksalnie, po prostocie scenografii. Z niewielkimi
wyjątkami jest to film o ludziach i samochodach na
pustkowiach – i ta właśnie wąska specjalizacja prowadzi
obraz do maestrii!
Choć świat przedstawiony, w który wciągnięty
zostaje widz, ma pełno sekretów, fabuła sama w sobie
jest, zgodnie z kanonami serii, nieskomplikowana.
Nieustępliwe fatum sprowadza na Maxa pościg, który
kończy się pojmaniem protagonisty i sprowadzeniem do
Cytadeli. Jest to mieścina rządzona żelazną pięścią przez
Wiecznego Joe (gra go Hugh Keays-Byrne, również
główny zły z pierwszej części) – groteskowego władykę
zamieniającego swych zwolenników w fanatycznych
wyznawców. Kiedy harem jego żon zostaje porwany
przez zaufaną wojowniczkę Furiosę (Charlize Theron),
wraz ze swymi wiernymi oddziałami wyrusza z obławą.
Wbrew woli Max dołącza do tej przedziwnej nagonki.
A skoro jest nagonka, to i wybuchom pisane jest
wkrótce nadejść.
Całą dalszą fabułę można praktycznie rzucić
w kąt, bo choć twórca konsekwentnie snuje
wątki poszczególnych postaci, jedyne, co się liczy
przez większość Mad Maxa: Na drodze gniewu to
wysokooktanowa, przepięknie dźwięcząca akcja.
Wymiany ognia, walka wręcz, taranowanie aut
i akrobatyczne ewolucje ludzkich i metalowych ciał.
Wszystko to spaja się w jednolity kryształ, który
8 ‧ Regularnik Drugiej Ery
błyszczy niczym chromowana karoseria. Jest tu dużo szaleństwa, szczypta
humoru, jest też, niebędąca nawet punktem kulminacyjnym, burza
piaskowa. Brak tu słabo zagranych ról, i choć trudno zastąpić Gibsona
innym aktorem, Hardy bardzo przyzwoicie odnajduje się w tej kreacji.
Mniej w nim luzu niż w przypadku poprzednika, niemniej ograniczenie
tej swobody wyszło filmowi zdecydowanie na dobre.
Na pewno nie jest to film zarezerwowany jedynie dla (wy)znawców
poprzednich części. Odnajdzie się tu każdy miłośnik kina akcji, jednocześnie
doceniając, że jest to towar wyższej jakości niż produkowany masowo
sensacyjny chłam. Millerowi udała się rzadko spotykana sztuka: wracając
po latach do serii, na której wyrobił swe nazwisko, zauważalnie podnosi
jej poprzeczkę. Pozostaje mieć nadzieję, że i przy kolejnych odsłonach nie
spuści z tonu. Wygląda bowiem na to, że wśród wszechobecnych kinowych
kontynuacji i rebootów, na scenie ponownie rozgościł się kolejny klasyk.
Piąta część przygód Wojownika Szos została już zapowiedziana, pozostaje
więc zacierać ręce z nadzieją na jeszcze więcej wyśmienitej rozwałki!
Krzyszof Kasjusz Otto
Avengers
- czas nudy
Na film Avengers czekali wszyscy z niecierpliwością.
Kolejne przygody bawidamka Starka, gogusiowatego
Kapitana Ameryki, czy odciętego psychicznie od otaczającego go świata Thora, jakimś cudem bawiły ludzi
do tej pory. Ale w końcu nadszedł Czas Ultrona.
Oglądając ten film widz zastanawia się, czy Whedon
był obecny na planie, gdy go kręcili. Pierwsze 60 minut
można spokojnie przespać – w filmie nie dzieje się absolutnie nic. Teoretycznie możemy upierać się, że reżyser próbował zbudować napięcie, ale wychodząc z kina
nie pamiętamy już co działo się na początku i dlaczego
trwało to tak długo. Zabieg trochę przypomina książki
Kinga, gdzie początek jest cichy i spokojny, a potem
nagle z szafy wyskakuje straszny klaun, jednak u Kinga siedzimy nad lekturą gryząc palce z przejęcia, a nie
ziewając.
Tradycyjna już lekkość rozmowy pomiędzy Avenegersami zamiast bawić wydaje się być sztuczna (choć
teoretycznie powinna być bardziej naturalna). Prowadzenie rozmów na poziomie dwójki lekko podpitych
znajomych nie pasuje absolutnie do ciężkiej walki
z praktycznie niewidocznym przeciwnikiem. Zdaje się,
że ktokolwiek pisał dialogi chciał sprawić wrażenie luźnej rozmowy przy niedzielnym obiedzie, który odbywa
się w klatce z tygrysem. Chyba nie tędy droga.
Aktorzy przerzucają się nieustająco dowcipami, które czasem są przytłoczone ilością słów wypowiadanych
przez pozostałych. Brakuje tych kilku sekund na refleksję, że dany tekst był żartem i należy się zaśmiać. Czasem jednak, kiedy to wychwycimy, okazuje się, że żarty
te wcale nie są śmieszne. Na fali tej całej nudy wypływa
dodatkowo romans Nataszy i doktora, który lubi kolor zielony. Miło. Na tle tłuczenia po głowach złych
charakterów zawsze dobrze jest popatrzeć na odrobinę
napięcia seksualnego, ale tego, niestety, tu także brak.
Widz ma wrażenie, że jednego dnia agentka Romanoff
po prostu stwierdza, że ona lubi złych chłopców i uparcie będzie się kręcić wokół tego jednego. Ich romans
nabiera sensu i tempa gdy odwiedzają dom Hawkeye'a,
ale i ten moment intymności zostaje zbagatelizowany
głupkowatymi żartami o prysznicu.
Druga połowa filmu nagle staje się interesująca.
Avengersi znajdują swój cel, złe postacie stają się dobre,
a kolejne cliché filmów o superbohaterach ustawiają się
w kolejce, aby znaleźć się na ekranie. Śmierć jednego
z głównych bohaterów przyjmujemy ze spokojem, bo
to w końcu Whedon, ale z drugiej strony byłoby lepiej,
gdyby w widzu mogło coś drgnąć, gdy ten umiera.
Avenegersi oczywiście ratują świat, zyskują nowych
popleczników i w ogóle są radośni na końcu, jakby
im kto w kieszeń nasmarkał. Nawet Natasza zdaje się
przyjmować dość lekko zawód jej życia. A może po
prostu Scarlett Johansson jest aż tak złą aktorką…?
Dobra wieść to świetna muzyka, która towarzyszy
Avengersom już od pierwszego filmu z nimi związanego. Na szczęście
Danny Elfman w tej kwestii nigdy nie zawodzi.
Podsumowując, film nadal warto jest obejrzeć: jest tu sporo walki, eksplozji oraz pięknych kobiet i przystojnych mężczyzn, mamy więc na co
popatrzeć. Jeżeli jednak widz ma ochotę na nieco bardziej zaawansowaną
rozrywkę i choć trochę nieprzewidywalną fabułę, powinien jednak wybrać
coś innego.
Klaudia Krasna Szygenda
Regularnik Drugiej Ery ‧ 9
KONWENTY
8-12
lipca
Animatsuri
10-12
lipca
Fantasjon
11-12
lipca
Orkon
11-26
lipca
Rafineria
Piątek
www.antykonwent.pl
13-19
lipca
Pisz
Dzikon 17-19
lipca
Mikon Myślenice
17-19
lipca
Dni Jakuba Wędrowycza 17-19
lipca
RYUcon
Kraków
ryucon.pl
17-19
lipca
Jagacon
17-19
lipca
OldTown
Stargard Szczeciński
oldtown.info.pl
20-26
lipca
Ostatnie Tornado
23-26
lipca
3-5
lipca
Baltikon
Sopot
baltikon.pl
24-26
lipca
3 - 12
lipca
Fornost
26-2
lipca/
sierpnia
Wonderful Battlefield Arena
4-5
lipca
Płońsk e-sport challenge
30-2
lipca/
sierpnia
Fantastyka na sportowo
4-5
lipca
CosCon
31-2
lipca/
sierpnia
nadchodzące
FORT 2015
Przygotował: Aleksander Mag Gruszczyński
LEGENDA:
»»
»»
»»
»»
»»
»»
»»
»»
»»
»»
»»
konwent ogólnofanatstyczny
konwent literacki
konwent planszówkowy
konwent science-fiction
konwent post-apo
konwent RPG
konwent LARPowy
konwent komiksowy
konwent dotyczący gier komputerowych
konwent dotyczący mangi i anime
Czyżowice
www.larpfort.pl
Warszawa
animatsuri.pl
Kołobrzeg
sfscifi.org
Łutowiec k. Żarek
orkon.org
Wojsławice
djw.konwent.com
inne imprezy związane z fantastyką
Suchedniów
www.jagacon.pl
Ziemie Jałowe Będzin
ziemie.postapocalyptic.net
Medalikon
Częstochowa
30 - 5
czerwca/
lipca
www.medalikon.pl
Dreamhaven
Gliśno Wielkie
dreamhaven.pl
Wrocław
wbarena.mangowcy.pl
Lubartów
www.fns.kfzs.pl
10 ‧ Regularnik Drugiej Ery
Czyżowice
ostatnietornado.pl
Łutowiec
fornost.com.pl
Płońsk
plonsk.esportchallenge.pl
Bytom
coscon.pl
Regularnik Drugiej Ery ‧ 11
Dyskusyjny Klub Książki:
Starość
aksolotla
Jacka Dukaja
Choć tym razem na spotkaniu DKK przyszło nam stawić czoła warunkom atmosferycznym (pamiętajcie, dobry kocyk jest dobry…) jak
i konieczności zamienienia wygodnych leżaków na mniej wygodne
(aczkolwiek sprzyjające bliższej integracji) drewniane stołki, dzielnie
dobrnęliśmy do końca i kolejną dyskusję możemy uznać za udaną. :)
Choć większość z nas rozczarowała się nieco formą, w której została nam
podana powieść (a dokładniej jej nieadekwatnością do kampanii marketingowej), już sama jej treść została oceniona pozytywnie.
Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów tym z Was, którzy nowego dzieła
Dukaja nie mieli jeszcze w rękach, głosami uczestników i uczestniczek
ostatniego spotkania DKK powiem, że warto: 10/10 osób, w mniejszym
lub większym stopniu, poleciłoby Wam Starość aksolotla.
W tej powieście znajdziecie zarówno specyficzny dla autora język (ale podany w dość przystępnej formie – zwłaszcza w pierwszej połowie książki,
później Dukaj znowu staje się Dukajem… ;)), jak i niesamowitą kreację
świata. Pojawi się również wiele ciekawych rozważań natury filozoficznej
oraz oryginalnych pomysłów, których nie znajdziecie w innych powieściach science fiction. I choć część z nas zwróciła uwagę, że powieści
brakuje akcji oraz głębszego rozbudowania postaci i ich charakterów to
świat, w który zabrał nas autor i klimat, który udało mu się stworzyć,
zasługują na uznanie.
Byście nie doznali szoku lub głębokiej depresji uprzedzę Was zawczasu:
e-book kończy się znacznie wcześniej niż byście się tego spodziewali – do
70% tekstu napawać możecie się fabułą powieści, później zostaną Wam
już wyłącznie przypisy.
W tej krótkiej formie Dukaj zawarł tak wiele ciekawych pomysłów, iż
każdy z nich mógłby stać się zaczątkiem kolejnego opowiadania, a nawet
książki. W wielu momentach czujemy zatem spory niedosyt, z którym
nie będzie nam dane nic zrobić – autor nie ma bowiem w zwyczaju
poszerzania i rozbudowywania stworzonych wcześniej dzieł.
Ciekawym podsumowaniem dla tej mini-powieści (jak i całej twórczości
Dukaja) są słowa Prezesa, który stwierdził, iż gdyby połączyć ze sobą
światy, które tworzy pisarz z umiejętnościami autora takiego jak Wegner
(który sprawnie tworzy złożone postacie i wciągające fabuły) powstałby
opus magnum polskiej fantastyki. A Wy zgadzacie się z tymi słowami? :)
Serdecznie zapraszam Was na kolejne spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki:
10.08. – opowiadania nominowane do nagrody
im. J.A. Zajdla za rok 2014
14.09 – Cmętarz Zwieżąt Stephena Kinga
Kasia Kalinowska
PyrNewsy
Czy ktoś robi Pyrkon w maju?
Przecież już po wszystkim, uczestnicy rozjechali się
do domów, twórcy programu pławią się w blasku
chwały, wystawcy przeliczają zyski, a wolontariusze
wreszcie odpoczywają... Nic bardziej mylnego!
Wymęczeni, ale szczęśliwi organizatorzy Pyrkonu
siadają do koniecznej, choć żmudnej majowej pracy.
Rozliczanie faktur i zaliczek 70. organizatorów,
porządkowanie dokumentów, wystawianie faktur
180. wystawcom to praca, która łatwo umyka
oku, jeśli jest wykonana, ale bez niej nie byłoby
kolejnego Pyrkonu! Więc jeśli zobaczycie w siedzibie
Martynę ślęczącą nad zaliczkami albo poskramiającą
Wielkiego Latającego Potwora Spaghetti, to
uśmiechnijcie się do niej i doceńcie jej pracę. Jeśli
zdziwieni jasnym światłem w siedzibie sobotniego
wieczora wejdziecie i zobaczycie w środku Scorpia
i Jacka mierzących kable sieciowe, Monikę, Olę,
Magdę, Alę i Polę wystawiające faktury albo
Czarka i Tinu liczącego żetony w planszówkach –
pozdrówcie nas i uśmiechnijcie się na myśl o całych
tych żmudnych porządkach.
Niemniej myślimy już powoli o kolejnej edycji.
W kolejnym ”Regularniku” przedstawimy Wam
koordynatorów Pyrkonu 2016! A już od lipca
zaczniemy zbieranie zespołu organizatorów
i współpracy do kolejnej edycji. Jeśli chcecie dołożyć
swoją cegiełkę do tego niesamowitego projektu –
odezwijcie się do któregoś z koordynatorów albo
napiszcie na adres: [email protected] Robienie
Pyrkonu to naprawdę świetna zabawa!
Pola Mikołajczak
12 ‧ Regularnik Drugiej Ery
KĄCIK ZARZĄDU
Quo Vadis, Druga Ero?
W środę, 17-go czerwca, odbyło się coroczne spotkanie
"Quo Vadis, Druga Ero?", na którym przedstawiliśmy
projekty Klubu – zarówno już się toczące, jak i propozycje
nowych. Dziękujemy wszystkim za przybycie. Klub
wyciągnął wnioski dotyczące promocji, a koordynatorom
projektów zostanie przesłana lista osób, które zgłosiły chęć
zaangażowania się w prace.
Chcielibyśmy przeprowadzić również szereg spotkań
otwartych, organizowanych zarówno przez poszczególne
sekcje, jak i cały Klub, aby zaprezentować osobom spoza
Drugiej Ery nasze działania i projekty oraz zachęcić ich do
aktywności w ramach Stowarzyszenia.
Konwenty refundowane
Lista konwentów refundowanych w najbliższych miesiącach:
• Dni Fantastyki, Wrocław, 26-28 czerwca: członek 40 pln,
aktywny sympatyk 20 pln
• Ziemie Jałowe, Będzin, 30 czerwca – 5 lipca: członek 50
pln, aktywny sympatyk 25 pln
• OldTown, Kluczewo, 20-26 lipca: członek 60 pln,
aktywny sympatyk 30 pln
• Zakonki, Miłocice Małe, 14-16 sierpnia: członek 40 pln,
aktywny sympatyk 20 pln
Ponadto refundowane będą konwenty: Copernicon, Falkon,
Nordcon – szczegóły wkrótce.
Zachęcamy do zgłaszania swoich propozycji konwentów –
przesyłajcie je na adres e-mail: [email protected]
Przypominamy, że refundacja przysługuje członkom Klubu
nie zalegającym ze składkami za okres dłuższy
niż 3 miesiące oraz aktywnym
sympatykom.
Przyjmowanie nowych członków
Po wakacjach planowane jest przyjmowanie
nowych członków do Klubu. Do tego czasu zachęcamy
do przesyłania propozycji, kto z sympatyków powinien
zostać Waszym zdaniem przyjęty. Maile z kandydatami
i argumentacją przesyłajcie na adres e-mail: [email protected]
drugaera.org.
Dziękujemy przy tym wszystkim, którzy swoje propozycje
już przysłali.
Nowe
pomieszczenie
w siedzibie Klubu
Siedziba Klubu rozrosła się o nowe
pomieszczenie. Chcemy, aby wszyscy klubowicze
współtworzyli tę przestrzeń. W związku z tym odbędzie
się otwarte spotkanie, na którym omówimy jak chcielibyście
nową salę zagospodarować i ozdobić. Szczegóły
wkrótce.
Sekcja
literacka
Jakiś czas temu Basia
Michalewska zrezygnowała
ze stanowiska szefa sekcji literackiej
"Druga Strona". Basia nadal zostaje z nami
i będzie opiekować się biblioteką. Serdecznie
dziękujemy za ogromny wysiłek włożony w sekcję! Jeśli
ktoś z Was chciałby zaopiekować się aspektem literackim
w Klubie piszcie na [email protected]ugaera.org
Regularnik Drugiej Ery ‧ 13
Z MICHAŁEM
KARZYŃSKIM
Jeśli przychodzisz na spotkania drugoerowe tylko w środy, to możesz nie znać jeszcze Michała “Miśka” Karzyńskiego, którego
postanowiłam przepytać ze względu na aktualny temat numeru. Naturalnym środowiskiem występowania Miśka jest siedziba
klubowa, a dokładniej biuro pyrkonowe. Jest on motorem działań projektowych w klubie. Wielka szkoda, że Pyrkon zjada aktualnie
większość jego czasu – ma ogromną wiedzę dotyczącą pracy wolontariackiej
i między innymi jemu należy przypisać zasługę powstania siedziby klubowej.
Poniżej przeczytajcie jak odpowiedział na nasz klubowy kwestionariusz!
Przygotowała: Anna Lathea Brożyna
W Drugiej Erze zajmuję się...
...sprzątaniem magazynu, wygłaszaniem uwag,
ale przede wszystkim organizowaniem kolejnych
Pyrkonów. Przez kilka lat pełniłem funkcję
Wiceprezesa, ale musiałem z niej zrezygnować, gdyż
brakowało mi już czasu na inne aktywności.
W życiu prywatnym...
...ratuję odrobinę świata jako aktywista Greenpeace’u,
zbieram książki do przeczytania na emeryturze i po
latach wolontariackiego orgnizowania Pyrkonu uczę
się ten czas prywatny znajdować.
Fantastyką zainteresowałem się...
...przez Hobbita i sagę o Wiedźminie. Później przyszedł
czas na RPG-i i pierwsze konwenty. I przyznaję, że tak
jak niektórzy ze słodyczy najbardziej cenią schabowe,
tak mi z fantastyki pozostały głównie konwenty, khem,
festiwale!
Do Klubu trafiłem...
...bo chciałem robić Pyrkon, więc Paszko powiedział:
„Najpierw wpadnij na spotkanie środowe, a potem
do mnie na spotkanie organizacyjne”. I tak z Pyrkonu
przyszło członkostwo w Zarządzie, gdzie wraz z Latheą
stanowiliśmy duet walczący o lepsze jutro dla całego
Klubu. Myślę, że całkiem nieźle się nam to udało!
Druga Era jest dla mnie...
...ważną częścią rzeczywistości, organizacją, która wiele
mnie nauczyła i którą udało mi się – wraz z grupą ludzi
– zmienić.
W fantastyce interesuje mnie...
...realizm. Przełożenie na nasz świat, na naszą
rzeczywistość.
Moja ulubiona książka to...
Ciężko mi powiedzieć, nigdy się do żadnej nie
przywiązałem na dłużej, ale myślę, że prędzej byłby to
jakiś reportaż, niż książka fantastyczna.
Mój ulubiony film to…
...Psy Władysława Pasikowskiego. Bo dzieją się
w Polsce, bo postaci nie są jednoznacznie dobre lub
złe, bo nie przebierają w słowach i czynach.
Gdyby każdy klubowicz miał swojego smoka,
który by się upodabniał do właściciela, do jego
zwyczajów, pasji... to jak wyglądałby Twój smok?
Zapewne miałby przy sobie wiele różnych przedmiotów,
wokół niego fruwałyby kartki z zapiskami i notatkami,
w ręce miałby bilet PKP. Byłby w trakcie czegoś, na
pewno nie zwróciłby uwagi na hobbita czającego się
na jego skarby!
14 ‧ Regularnik Drugiej Ery
Dziękuję bardzo za odpowiedzi! Przybliżyłeś nam tym samym
fragment nowszej historii Pyrkonu i Klubu. Trzymamy kciuki za
kolejny Pyrkon!
RELACJA
Z FESTIWALU
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Regularnik Drugiej Ery ‧ 15
EKIPIE
RELACJONUJĄCEJ
O
Asia Sikorska
Studentka V roku filmoznawstwa,
wielka fanka Benedicta
Cumberbacha, Xaviera Dolana,
kina dokumentalnego oraz
wszystkiego, co w kinematografii
najlepsze. Miłośniczka erpegów, tych
stolikowych i komputerowych, która
marzy, by na jej komputerze poszedł
nowy Wiedźmin. Uwielbia również
Krainę lodu!
Marika Kaiser
Kończy właśnie V rok filmoznawstwa
oraz III rok germanistyki. Nałogowy
gracz, który nie wyobraża sobie
wieczoru bez konsoli, chyba że
dorwie akurat jakąś ciekawą książkę.
W kinematografii interesuje ją
mit superbohatera oraz kino
postmodernistyczne, a do swojej
ukochanej trójcy reżyserów, których
filmów nigdy nie przegapi w kinie,
zalicza Christophera Nolana, Darrena
Aronofsky’ego i Davida Finchera.
Dagmara Witkowska
Studentka filmoznawstwa i kultury
mediów na UAM w Poznaniu. Fanka
filmów Quentina Tarantino. Uznaje
wyższość burtonowskich Batmanów
nad resztą ekranizacji tego komiksu.
Przyznaje się do słabości do musicali,
szczególnie tych krwawych. Marzy
o podróży do Śródziemia i liście
z Hogwartu. Do pełni rockowego
szczęścia brakuje jej koncertów
Led Zeppelin i Queen z Freddiem
Mercurym.
Paulina Czerniak
O krok od bycia absolwentką
filmoznawstwa i kultury mediów.
Wyznaje zasadę, że nie ma życia
pozafilmowego. Interesuje się
sztuką reżyserii i zagadnieniem
gatunków filmowych. Lubi
podróże autostopem (choć nie
jest w nich ekspertem), pieczenie
ciast i powieści kryminalne.
Marzy o odbyciu podróży dookoła
świata w pogoni za festiwalami
filmowymi.
Marcin Pigulak
Absolwent historii oraz student V
roku filmoznawstwa. Za pierwszą
emocjonującą przygodę ze światem
filmu uznaje seanse japońskiej
[kursywa]Godzilli[/kursywa] na
kasetach VHS w pierwszej klasie
podstawówki. Miłośnik kultury
rosyjskiej, chociaż bardziej niż
twórczość braci Strugackich lubi
napisane na kwasie książki Philipa
S. Dicka.
Mateusz Rybicki
Chaotycznie praworządnie
neutralny i marudne wcielenie
Dalai lamy w jednym. Poszukiwacz
przygód, ciekawych brzmień oraz
interesujących ujęć. Po godzinach,
zawsze stara się uczyć „czegoś
nowego”.
Nieprzypadkowo ta szóstka filmoznawców znalazła się na tej karcie. Słynne hasło, wypowiadane przez Piotra Fronczewskiego
w grze Baldur’s Gate brzmiało „Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”, a my sumiennie postanowiliśmy się do jego
słów zastosować. Naszą pierwszą „wyprawą” było współtworzenie biuletynu dla festiwalu filmowego „Ale kino!” Szybko połknęliśmy festiwalowego bakcyla, dlatego nie czekając długo zgłosiliśmy się do „Regularnika Drugiej Ery”, aby móc dla niego zrelacjonować tegoroczny Pyrkon. Wypatrujcie Komanda Kultury (jak w przypływie nagłego, poprykonowego natchnienia nazwaliśmy naszą
grupę) na innych wydarzeniach i mamy nadzieję, że nieraz jeszcze o nas usłyszycie (lub, co adekwatniejsze, nas poczytacie)!
›
16 ‧ Regularnik Drugiej Ery
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Od
konwentu po festiwal fantastyki
Relacja z Pyrkonu
Piotr „Prezes” Derkacz
Minęła właśnie jubileuszowa, piętnasta edycja Pyrkonu: imprezy, której nazwa ewoluowała od “dni z fantastyką w Poznaniu”, “konwentu”, poprzez “ogólnopolski konwent fantastyki” aż do “festiwalu fantastyki
i popkultury”. Organizowana przez Drugą Erę impreza
zbiera zasłużone pochwały, a ja się zastanawiam: jakim sposobem wylądowaliśmy w tym miejscu? Jak to
się stało, że z małego lokalnego konwentu, robionego
przez garstkę zapaleńców, Pyrkon wyrósł na imprezę
o randze międzynarodowej?
Powodów jest kilka. Po pierwsze, przede wszystkim ludzie zgromadzeni wokół naszego klubu, którym chce
się angażować w robienie “fajnych rzeczy z fajnymi
ludźmi”, a przy okazji “wiedzą jak”. Po drugie, wzrastająca popularność fantastyki, która stała się najbardziej
interesującym elementem naszej popkultury (mało kto
nie słyszał o Grze o Tron, Władcy Pierścieni, czy Wiedźminie). Po trzecie, dostępność w Poznaniu największych w Polsce powierzchni targowo-konferencyjnych.
Po czwarte, umiejętność przekazywania organizacyjnego know-how z pokolenia na pokolenie, co sprawia,
że nie powtarzamy błędów, stosujemy sprawdzone rozwiązania oraz współpracujemy ze sprawdzonymi firmami. Po piąte, uzyskiwane od lat wsparcie finansowe
w postaci dotacji z Wydziału Kultury Urzędu Miasta
Poznania i Ministerstwa Kultury (w tym przypadku
z wyłączeniem Pyrkonu 2015). Po szóste, otwarcie się
na środowiska.
To wszystko sprawiło, że wykorzystaliśmy szanse,
które się pojawiły i stworzyliśmy razem wyjątkowe
wydarzenie. Pyrkon przyzwyczaił nas do gwałtownych
wzrostów frekwencji, bowiem od pierwszej swojej targowej edycji w 2011 roku powiększył liczbę uczestników prawie …dziesięciokrotnie. Skoki frekwencji
wymagają od organizatorów dobrego planowania i elastycznego reagowania. Dzięki tym dwóm elementom
udaje się co roku zapewnić uczestnikom doskonałą
i bezpieczną zabawę.
› Rok 2008 - organizatorzy po zakończeniu Pyrkonu
Nie inaczej było i tym razem. Wprowadzone usprawnienia, pomimo kolejnego rekordu liczby uczestników, sprawiły, że odczuwali oni większy
komfort niż w roku ubiegłym.
Pobity został także rekord ilości programu. Tym samym tegoroczny
Pyrkon oferował prawie wszystko, co miłośnika fantastyki mogło zainteresować – niezależnie od jego wieku. Na Pyrkonie bawić się mogli zarówno
najmłodsi podczas szkoleń na rycerzy Jedi, jak i starzy wyjadacze, bowiem
gościliśmy wielu uznanych twórców z bogatym dorobkiem. Paradoksalnie
jednak, w większości relacji to nie oferta programowa wybija się na pierwszy plan, ale atmosfera tworzona przez samych uczestników.
Kolorowe, pogodne i przyjazne rzesze fanów, które zapełniają poznańskie targi, porywają swoim entuzjazmem i pozytywną energią. Z Pyrkonu
nie chce się wychodzić, dlatego też “Pyrkon nie zasypia”, pozwalając na
nieprzerwaną zabawę non-stop przez ponad 50 godzin od piątku do niedzieli. Energia, którą generują uczestnicy, udziela się także organizatorom
i gżdaczom, którzy są w stanie pracować z uśmiechem i ogromnym zaangażowaniem przez trzy dni. Czasami trzeba wręcz im przypominać o jedzeniu i chwili odpoczynku, spędzić ten czas napędzani jedynie pyrenergią.
› Rok 2009 - początek mody na kolejkony, z którymi organizatorzy usilnie walczyli
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Regularnik Drugiej Ery ‧ 17
Przeglądając relacje internetowe z imprezy pozwoliłem
sobie wynotować kilka interesujących cytatów:
“Pyrkon trzeba przeżyć, po prostu. Tej atmosfery nie
zastąpi nic.”
(cytat z relacji na polygamia.pl);
“...despite the truly huge number of fans at the con,
the feeling of closeness and coziness one gets at a convention of 300 remained. I blame the enthusiasm
and the atmosphere. And possibly magic.”
(fragment relacji chorwackiej uczestniczki z http://
rantalica.com/);
“wbrew pozorom, również Polacy potrafią się z czegoś
cieszyć i podchodzić do kultury z niezwykłą pasją”
(relacja z bloga Marcina Zwierzchowskiego);
“To był mój pierwszy Pyrkon i oczywiście nie ostatni!
Takiego klimatu i takich ludzi nie ma nigdzie indziej!
Widzimy się za rok!” (komentarz uczestnika na
Facebooku).
Niezmiennie mnie fascynuje w jaki sposób wokół
Drugiej Ery udało się zgromadzić ludzi, którzy dla idei
robienia “fajnych rzeczy z fajnymi ludźmi” oraz promowania naszego wspólnego hobby jakim jest fantastyka, potrafią z takim zaangażowaniem i pasją tworzyć
Pyrkon.
Co daje taka działalność wolontariacka? Niepowtarzalną możliwość samorozwoju, który jest dla mnie
osobiście bardzo istotny i przydaje się w codziennym
funkcjonowaniu oraz w życiu zawodowym. Ulepszając
Pyrkon, i pracując nad jego rozwojem, rozwijamy się
sami.
Na zakończenie szczerze dziękuję wszystkim, którzy
przyczynili się do sukcesu imprezy w ciągu minionych
15 lat, chylę czoła przed Waszym zaangażowaniem i pasją. Niezmiernie się cieszę, że możemy razem pracować.
A jeżeli mowa o tym, co będzie za kolejne 15 lat …
tutaj chyba trzeba będzie poprosić o pomoc fantastów!
› Prezes KF "Druga Era" we właściwym miejscu
›
18 ‧ Regularnik Drugiej Ery
Najbardziej oblegany punkt programu za czasów sal
lekcyjnych. Zgadujecie tematykę? :)
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
› "Morze fantastów" na tegorocznym Pyrkonie
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Regularnik Drugiej Ery ‧ 19
KAŻDA
LAWINA
ZACZYNA SIĘ OD
ZIARNKA PIASKU
– rozmowa z pisarzem Robertem M. Wegnerem
Marcin Pigulak: Na tegorocznym Pyrkonie będziesz
między innymi brał udział w prapremierze swojej
książki Pamięć wszystkich słów. To już czwarta
odsłona cyklu o świecie Meekhanu. A jak wyglądały
początki Twojej pracy pisarskiej?
Początki mojej pracy pisarskiej – o ile można tak to
nazwać – sięgają wieku nastoletniego, szkoły średniej,
a nawet końcówki szkoły podstawowej. Jak każdy
młody chłopak, rozmiłowany w literaturze, coś tam
próbowałem sobie pisać – głównie ręcznie, długopisem
i piórem. Zapełnionych miałem kilka dosyć grubych
zeszytów. Pamiętam, że później, gdy już mogłem
zasiąść przed klawiaturą, największym problemem było
dla mnie przepisywanie tego, co stworzyłem wcześniej
ręcznie… Chociaż sporo tekstów uległo dzięki temu
gwałtownej zmianie i nauczyłem się dużo o tym,
co można a czego nie należy robić, jaka jest różnica
między tekstem zapisanym ręcznie, a takim w pliku
tekstowym i jak inaczej go się czyta. Tak więc była to
dla mnie niezła szkoła.
MP: W 2002 roku na łamach czasopisma „Science
Fiction” ukazało się opowiadanie Ostatni lot
nocnego kowboja, co można uznać za Twój debiut.
A czy już wcześniej próbowałeś wysyłać swoje
teksty? Czy Ostatni lot jest takim opowiadaniem, co
do którego miałeś pewność, że to właśnie je musisz
wysłać?
To był ten moment, kiedy po iluś tam latach pisania
do szuflady stwierdziłem, że lepiej nie będzie i chyba
nie mam się czego wstydzić, więc trzeba by spróbować
wysłać opowiadania i pokazać je szerszej publiczności.
To było jeszcze przed boomem, gdzie każdy mógł
wrzucić coś w sieć i zaistnieć, więc do debiutu
potrzebowałem papieru. Wysłałem redaktorowi
Szmidtowi dwa opowiadania: Ostatni lot nocnego
kowboja i Ponieważ kocham cię nad życie. Wydrukował
pierwsze z nich. Ponieważ kocham Cię… nie ukazało
się, więc uznałem, że było beznadziejne i wstyd mi było
później nawet o nie zapytać. Po mniej więcej czterech
latach kupiłem przypadkowo „Science Fiction”,
otworzyłem stronę… i pierwsza moja myśl, gdy
20 ‧ Regularnik Drugiej Ery
zobaczyłem tytuł, brzmiała mniej więcej tak: „o kurczę, ktoś wymyślił taki
tytuł, jak ja kiedyś”! Potem przeczytałem pierwsze dwa zdania i zbierałem
szczenę z podłogi. Powiem tak – dla mnie osobiście to jest jeden z tych
przykładów, jak przypadek może wpłynąć na życie człowieka. Wtedy nie
kupowałem regularnie „Science Fiction”, nie byłem obecny w sieci, nie
miałem kontaktu z szerszym gronem ludzi zaangażowanych w fantastykę.
Gdybym tego numeru nie kupił, najprawdopodobniej nie wiedziałbym
nawet, że to drugie opowiadanie też się ukazało i się spodobało, że na
forum SFFiH odbyła się całkiem ciekawa wielostronicowa dyskusja na
temat tego opowiadania, że ludzie chcieli wiedzieć więcej o tym świecie.
Gdyby nie ten przypadek, być może do tej pory nic więcej bym nie
stworzył. Ewentualnie napisałbym parę rzeczy do szuflady i one tam by
sobie leżały. Byłem na tyle zaskoczony i podbudowany reakcją czytelników,
że skontaktowałem się z Robertem Szmidtem i zacząłem mu wysyłać te
kilka opowiadań, które jeszcze miałem w szufladzie. Potem już poszło.
MP: Jak przebiegał proces formowania całego uniwersum Meekhanu?
Od jakich inspiracji się zaczęło? Miałeś już gotowy obraz świata, ze
wszystkimi prowincjami, czy następowało to po kolei?
Każda lawina zaczyna się od tego ziarnka piasku, które spada pierwsze. Dla
mnie tym ziarenkiem piasku było jedno z moich pierwszych opowiadań,
tekst o złodzieju w pewnym portowym mieście. Znacie go – to był
Altsin, a miasto nazywało się Ponkee-Laa. To było opowiadanie, które
na szczęście nigdy nie ujrzy światła dziennego, bo nie nadawało się do
niczego, natomiast wtedy właśnie zaczęło mnie fascynować, co jest poza
tym miastem, z kim ono handluje (skoro jest miastem handlowym), jak
wygląda linia wybrzeża, skąd się biorą takie banalne rzeczy jak dostawy
żywności, przypływ-odpływ pieniądza, gdzie są granice księstwa, w którym
Ponkee-Laa się znajduje… Bawiłem się później przez rok w tworzenie
takiego świata i historii „dla siebie”. Wymyślałem sobie kawałek świata
typu Wschód, umieszczałem tam opowiadanie z bohaterami. Zaciągnęło
mnie coś na Północ – pisałem następne opowiadanie, zerknąłem na
Południe – pojawiał się kolejny bohater ze swoją historią. Tak się to
rozwijało. Ale pierwszy był Altsin i jego miasto.
Paweł „Paszko” Matuszak: A czy pisałeś od razu wszystkie opowiadania
dotyczące kolejno Północy, Południa, Wschodu i Zachodu czy
przeplatałeś?
Przeplatałem. Ale teraz nie odtworzę kolejności, w której je pisałem.
Wydaje mi się, że najpierw był Zachód, później Północ, potem Południe
i Wschód. Na początku miałem po dwa opowiadania z każdej strony
świata, które ukazywały się w „Science Fiction”. Kiedy postanowiłem, że
trzeba zebrać to do kupy i spróbować zrobić z tego książkę, dopisałem resztę
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
historii. Łatwiej było, gdy już miałem wymyślony świat
i stworzonych bohaterów.
PM: A czy tworząc świat, miałeś już pomysł na
fabułę całej sagi, czy też przyszła z czasem?
Przyszła z czasem. To znaczy, ziarnem, z którego
wyrosła, była prosta historia o złodzieju, który się
gdzieś tam włamuje i ma problemy z tym, co ukradł.
Najpierw był świat – współczesne Imperium, ale
potem zacząłem się zastanawiać, skąd się Imperium
wzięło, jak się rozwijało, jaka była jego historia, co
było wcześniej, zanim jeszcze nastało Imperium,
jakie są zasady rządzące światem (także na poziomie
transcendentalnym). Tak naprawdę imperia nie
powstają z niczego, nie ma czegoś takiego, że mamy
kilka wiosek barbarzyńców, a za dwadzieścia lat
powstaje tam imperium. W momencie, gdy zacząłem
pisać pierwszy tom opowiadań, wiedziałem, jaką
historię chcę opowiedzieć, sięgającą wstecz i w przód.
Chyba konsekwentnie ciągle do tego zmierzam.
MP: Jakie wyzwania i zagrożenia stoją przed
tworzeniem historii i mitologii takiego fikcyjnego
świata? Czy musisz regularnie powracać do tego,
co wcześniej napisałeś, aby w pewnym momencie
jedno wydarzenie nie wykluczało drugiego?
Zawsze interesowałem się historią. W szkole
podstawowej i średniej była moim konikiem. Tak
jak znam historię naszego europejskiego kręgu
kulturowego, kojarzę, co z czego wynikało i jakie były
następstwa danych wydarzeń, bitew, pojawiania się
religii, idei, prądów kulturowych, dynastii i tak dalej,
tak znam historię Meekhanu. Jeżeli pojawia się jakiś
nowy pomysł, zazwyczaj jestem w stanie bardzo szybko
stwierdzić, czy on pasuje do tej historii, czy też będzie
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
– mówiąc kolokwialnie – totalnie od czapy, zburzy mi logiczny ciąg tego,
co się działo kiedyś. Tak więc, jeżeli nie uznam, że nowe pomysły są ok,
to odpadają.
MP: Czy istnieje postać, grupa lub frakcja w świecie Meekhanu, która
jest szczególnie bliska Twojemu sercu?
Nie. Nie mam ulubionego bohatera. Nie mam takiej grupy, której bym
kibicował, bo jest jeszcze sporo rzeczy, sporo bohaterów, sporo – jak to
ująłeś – frakcji do pokazania, które też wydają mi się ciekawe. Daleko mi
do George’a Martina, który zabija swoich bohaterów tuzinami, non stop,
bo ja wszystkich swoich bohaterów lubię. Nie za coś konkretnego, tylko
raczej pomimo ich wad. Niektórzy są strasznie irytujący, ale mam nadzieję,
że udało mi się stworzyć i opisywać grupę ludzi ciekawych, a jednocześnie
w pewien sposób przyzwoitych. To znaczy, nie mają oni problemu
z zabijaniem czy oszustwem. Po prostu żyją w trudnym świecie i się do
niego dostosowują, ale gdzieś tam w środku jakiś rdzeń przyzwoitości
chyba w każdym z nich tkwi i za to ich lubię. Ale to jest temat na następne
książki. Zresztą, w Pamięci wszystkich słów też pokażę wam dwa nowe
zakątki świata i różne kultury.
MP: W kontekście prapremiery Twojej książki… Jakiej reakcji fanów
na wydarzenia zawarte w powieści się spodziewasz?
Dokładnie takiej samej jak na wszystkie poprzednie książki. Będzie grupa
ludzi, którzy uznają, że im się to bardzo podoba, a będzie grupa, która
uzna, że autor dał ciała na całego. Będzie grupa czytelników, która powie
„może być, ale wolelibyśmy Czerwone Szóstki” (bo jest grupa fanów
Czerwonych Szóstek, która prawie że mnie prześladuje) i będzie taka,
która powie, że fajnie, iż autor nie powiela schematu fabularnego z Nieba
ze stali i tak dalej. Nie myślę o docelowej grupie czytelniczej, opowiadam
po prostu historię swojego świata. Wiem, że jednym będzie podobać
się bardziej, innym mniej. Przy pierwszych dwóch tomach opowiadań
każda część była w nieco innym zakątku świata, każda miała inny klimat
i innych bohaterów. Nie wiem czy można użyć tego określenia, ale jest to
taka „multiliteratura”. Jako autor staram się pokazać świat z różnych stron
i nadal będę to robił.
Regularnik Drugiej Ery ‧ 21
MP: A czy grupa zdeterminowanych fanów może na
tyle wpłynąć na Roberta Wegnera, żeby przemyślał
pewne decyzje fabularne, które podejmuje?
Jeżeli porwą mi dzieci – owszem (uśmiech).
W pozostałych przypadkach… To nie jest tak, że
mam wymyśloną całą fabułę, cały jego cykl od A do
Z. Przestałbym pisać, gdybym kiedykolwiek tak zrobił,
ponieważ stałbym się dla samego siebie strasznie
nudny. To by było fatalne dla mnie, jako autora.
Wiem, jaką opowieść chcę przekazać, natomiast
później wrzucam bohaterów w ten wir i idę za ich
historią. Zdarza się, że bohaterowie bywają uparci i nie
robią tego, co ja bym chciał jako autor, żeby zrobili, co
czasami skutkuje znacznie fajniejszymi rozwiązaniami
zaplątanych historii niż by się wydawało. Najlepsze
pomysły, najlepsze dialogi, najlepsze sceny przychodzą
mi do głowy w trakcie pisania.
MP: Polski przemysł gamingowy rozwija się
coraz bardziej intensywnie. Co byś zrobił, gdyby
zwrócono się do Ciebie z propozycją, abyś napisał
scenariusz gry komputerowej (np. cRPG) osadzonej
w świecie Meekhanu?
Jest troszeczkę za wcześnie. Jeszcze nie ujawniłem
wszystkich sekretów tego świata, nie ujawniłem
głównych, takich naprawdę podstawowych wątków
– i na to jeszcze trzeba będzie poczekać. Andrzej
Sapkowski skończył sagę zanim zdecydował się na
oddanie praw autorskich do filmu, później do gier i tak
dalej. Odmiennym przykładem jest George Martin –
serial obecnie wyprzedza książkę i fabuła rozjeżdża się
z nią totalnie. Chciałbym wpierw doprowadzić cykl
do takiego stanu fabularnego, że ewentualna gra nie
będzie spoilerować treści lub się z nią rozjeżdżać. To
byłoby troszeczkę nieuczciwe wobec czytelników.
PM: Ale przed samym przenoszeniem Meekhanu
na inne media jak gry czy filmy nie miałbyś nic
przeciwko?
Nie, bo to jest naturalna ewolucja opowieści.
Współczesny świat i technika daje nam możliwości
opowiadania historii w różny sposób. Kiedyś siadało
się przy ognisku i jeden facet gadał, za co dostawał
lepsze kąski ze wspólnie upolowanego mamuta.
Później pojawiło się pismo, co pozwoliło zapisanej
opowieści zataczać szersze kręgi niż mógł to zrobić
jeden człowiek, chodzący od wioski do wioski.
Radio, telewizja, Internet, komputer, komiks – to jest
naturalna ewolucja sposobów przekazywania historii,
które autor ma do opowiedzenia.
PM: Oczywiście. A czy chciałbyś brać czynny udział
w takim przenoszeniu historii i mieć nad tym jakąś
kontrolę?
Bałbym się tego, bo jestem strasznie upierdliwy, jeśli
chodzi o wyobrażenia, jakie mam na temat moich
bohaterów… Sposobu, w jaki mówią, czasami nawet
maniery w jaki patrzą spode łba na kogoś. Oni bardzo
mocno żyją u mnie w głowie. Gdyby ktoś rysował to
nie tak jak ja sobie wyobrażam, to musiałbym albo
przełykać łzy, albo się kłócić. Jednak z pewnością
chciałbym mieć jakiś tam wpływ. Autor podchodzi do
takich spraw jak do własnego dziecka. Chce patrzeć jak
dorasta, rozwija skrzydła, wychodzi z poczwarki.
MP: Z uwagi na prapremierę Twojej książki jest
22 ‧ Regularnik Drugiej Ery
to być może zbyt wczesne pytanie, ale czy masz już w głowie fabułę
kolejnych części?
Mam ją już w głowie. Zresztą zakończenie Pamięci wszystkich słów będzie
pewnie sugerować co niektórym, w którą stronę teraz uderzę. Natomiast
będę unikał odpowiedzi na pytania dotyczące czy już piszę i tak dalej, bo
zaczynam być przesądnym na ten temat. Za każdym razem, gdy określam
jakiś termin kolejnej książki, coś się nieprzyjemnego dzieje w moim życiu
i wszystko się rozwala.
PM: A czy masz już pomysł na to, ile tomów miałaby zawierać cała
saga?
Co najmniej jeszcze trzy. Nie chcę się wiązać obietnicą iluś tam
konkretnych tomów, bo to się kończy na przykład tak jak u autora, który
powinien skończyć na siódmym tomie, ale obiecał dziesięć, więc leje wodę
co najmniej przez trzy książki. Albo na odwrót – powinien tak naprawdę
napisać dodatkowo jeszcze jedną książkę, ale obiecał pięć, więc kończy,
zostawiając połowę wątków uciętych. Ale jeśli chodzi o mnie, to czekają
nas jeszcze co najmniej trzy tomy.
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Nie publiczkę
piszę pod
– wywiad z Jakubem Ćwiekiem
Marika Kaiser: W tym roku mija dziesięć lat od
Twojego literackiego debiutu, czyli pierwszego
Kłamcy. Jak oceniasz z perspektywy czasu zmiany
na polskim rynku literackim?
Bardzo ciężko stwierdzić, w jaki sposób to wygląda,
ponieważ ja się niespecjalnie rynkowi przyglądam. Staram się patrzeć na to troszeczkę szerzej, czyli obserwuję
wszystko, co się dzieje w popkulturze. Rynek książkowy jest tylko małą jej częścią, tym bardziej rynek fantastyczny.
Trochę też odstawiłem na bok obserwowanie polskiej sytuacji. Wiem jednak na pewno, że sporo dzieje
się w tematyce kryminałów, zyskują popularność, co
mnie bardzo cieszy. Szczególnie to, że zasłużone triumfy święci obecnie Marcin Wroński, absolutnie fantastyczny pisarz, którego twórczość śledziłem jeszcze
wtedy, gdy zaliczał się do grona autorów fantastyki. Są
to bardzo fajne zjawiska.
MK: A jeśli miałbyś spojrzeć ogólnie na rynek polski, na popkulturę?
Myślę, że popkultura ma się całkiem nieźle, chociaż, w pewnym stopniu,
ciągle jej się obawiamy – cały czas trochę wstydzimy się jej i w tym tkwi
problem; autorzy mają dziwne przeświadczenie, że popkultura jest czymś
nie w pełni wartościowym.
Pamiętam to bardzo dobrze i do dziś mam z tego powodu ogromny
żal do Szczepana Twardocha – który gdzieś tam wyrasta z naszego środowiska – że w pewnym momencie zaczął mówić o tym, iż literatura nie
potrzebuje popu. Guzik prawda. Wszystko, co tak naprawdę jest istotne
w literaturze i co rzeczywiście wpłynęło na pokolenia, to jest pop. Spójrzmy chociażby na Biblię, która została napisana w taki, a nie inny sposób,
czy też na twórczość Szekspira. To wszystko, to właśnie jest pop.
MK: Nie masz takiego wrażenia, że ludzie mają do popu bardzo ambiwalentny stosunek? Że nie jest on czymś obojętnym?
To jest o tyle zabawna sprawa, że tak naprawdę wszyscy mamy do czynienia z popem, tylko przyjmujemy go albo świadomie, albo nie. W tym
drugim wypadku ludzie zaczynają nam wciskać coraz łatwiejszą papkę. Bo
popkultura – jak wszystko zresztą – może być zarówno dobra, jak i zła.
© Foto by Mateusz Rybicki
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Regularnik Drugiej Ery ‧ 23
© Foto by Karolina Stefańska
© Foto by Karolina Stefańska
24 ‧ Regularnik Drugiej Ery
I to nieświadome przyjmowanie papki sprawia, że zaczynamy utożsamiać
popkulturę, jako zjawisko, z tymi absolutnie najgorszymi, skrajnymi przypadkami.
Z jednej strony częścią kultury masowej, ogromnie niestety w tej chwili
ważną, są te wszystkie durne programy telewizyjne, ale z drugiej strony
popkulturą zdecydowanie był na przykład Ray Bradbury, który przed tym
przestrzegał, więc wszystko zależy od świadomości odbiorcy.
Natomiast, tak jak mówię, cieszy mnie to, że pojawiają się autorzy, którzy się przebijają i potrafią pisać to, co naprawdę chcą. A jednocześnie trafiają do szerokiego grona odbiorców! Zygmunt Miłoszewski jest dla mnie
kimś takim. Zobacz, on zaczął i zadebiutował horrorem. Potem dopiero
napisał kryminały, no a ostatnio książkę w stylu Dana Browna, właściwie
krok po kroku pokazując, że można trafić do szerokiego grona odbiorców.
Pisać książki popularne i przy tym absolutnie niegłupie, co generalnie jest
moim zdaniem absolutną podstawą. I szczerze mówiąc jest masa książek,
które są zarówno popularne, jak i niegłupie.
MK: Czyli chodzi poniekąd o tę dwukodowość dzieła? Mamy ten odbiór, nazwijmy to, prosty i ten głębszy, dzięki któremu odnajdujemy
różne odniesienia do innych dzieł kultury?
Myślę, że to nawet więcej niż dwukodowość. Umberto Eco mówił kiedyś bodajże o warstwowości takich historii i najlepszym tego przykładem
może być jego własne Imię Róży. Możesz przeczytać tę książkę jako zwykły
kryminał i będzie okej. Możesz ją przeczytać jako kryminał z podłożem
historycznym i będzie super. Możesz przeczytać to jako pewną dyskusję
na tematy filozoficzne i znowu działa. I tak dalej. Im więcej tak naprawdę
wnosisz jako odbiorca, tym więcej wyciągasz z danej książki. I to jest właśnie fajnie skonstruowana, dobra popkultura, której oczekuję i za którą
wyglądam. Ale żebyśmy mogli coś takiego zrobić, musimy mieć twórców,
którzy mają ambicje, aby tworzyć dobrą popkulturę. Nie wstydzą się tego
i nie są z tego powodu ignorowani.
MK: Czyli musimy też zmienić nieco nasz własny odbiór popkultury?
Tak, to zawsze jest najistotniejsze. Kultura masowa opiera się na odbiorcy.
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
© Foto by Mateusz Rybicki
Jest pod tym względem fajna, jeżeli twórcy podejdą do niej uczciwie. To
znaczy – ja chcę opowiedzieć dobrą historię, ale nie chcę opowiadać historii, którą wszyscy bezkrytycznie wezmą. To jednak jest troszeczkę różnica.
Nie piszemy pod publiczkę, ale piszemy z uwzględnieniem tego, dla kogo
dana opowieść powstaje. Opowiadamy naszą historię i to jest najważniejsze. Jeżeli coś takiego nastąpi, a widać, że już następuje w niektórych przypadkach, to wtedy popkultura będzie tylko zyskiwać.
MK: Dobrze, że zeszliśmy na temat popkultury, gdyż chciałam Cię zapytać oPapieża sztuk. Tytuł nowego Kłamcy to oczywiste nawiązanie
do Andy’ego Warhola. Czy ma to jakieś przełożenie na sposób kreowania książki? Czy, niczym prorok popu, przesuwasz w niej pewne
granice i bawisz się z czytelnikiem?
Tak, takie właśnie było założenie tej książki. To znaczy, Kłamca miał do
opowiedzenia pewną historię. Najważniejszym celem było dla mnie zamknięcie jej w tych czterech tomach i zakończenie jej na tym etapie. I kiedy już ją zakończyłem, mogłem wrócić do pewnych rzeczy, do pewnych
zjawisk, o których chciałem w tym cyklu poopowiadać od samego początku. Jednym z nich jest właśnie to, w jaki sposób odbieramy literaturę
popularną. W jaki sposób ona może się z nami bawić.
Andy Warhol potrafił to robić w sposób niezwykły i myślę, że nawet
bardziej niż wizualna wartość jego dzieł, kluczowe jest, co one nam przekazują i w jaki sposób rzeczywiście mówią o popkulturze. O tym, czym ona
jest, do czego się sprowadza i tak naprawdę – co może być sztuką. Dlatego
też bardzo sobie cenię twórczość Warhola i chciałem to tutaj w odpowiedni sposób, z jednej strony prześmiewczy, z drugiej jednak będący czymś na
kształt hołdu, przedstawić.
MK: Jakie więc formy „sztuki” możemy zobaczyć w nowym Kłamcy?
Nie chciałbym psuć niespodzianki, bo myślę, że dosyć kluczowe jest, aby
każdy czytelnik odkrywał to sam. Zaimponował mi kiedyś Joss Whedon
jednym z odcinków Buffy, który stworzył. Dosyć modne było wtedy robienie odcinków musicalowych, ale były one w każdym serialu trochę
oderwane od fabuły. To znaczy, że nie pasowały jakoś specjalnie do całej
reszty i były po prostu takim musicalowym przerywnikiem. Joss Whedon
natomiast uzasadnił fabularnie wszystko to, co dzieje się na ekranie i dlaczego bohaterowie nagle zaczynają śpiewać. Oczywiście miał to trochę
ułatwione w takim, a nie innym świecie, ale z drugiej strony wykorzystał
to ułatwienie najlepiej jak to było możliwe. I właśnie przez to naprawdę
fajne! Strasznie mi zależało, by napisać coś takiego – żeby wszystko, co
dziwnego dzieje się w książce, każdy wpływ na narrację i tak dalej, miały
swoje fabularne uzasadnienie.
MK: Ten rok to chyba rok wielu powrotów – wróciłeś do Ciemność
płonie, stworzyłeś kolejną książkę z uniwersum Kłamcy – czy ciężko ci
się rozstać z dawnymi bohaterami, czy też masz już w głowie pomysły
na kolejne postaci?
Ciemność płonie bardzo chciałem wznowić od dawna, bo jest to dla mnie
ogromnie ważna książka. Czytelnikom także brakowało jej na rynku, często mnie o nią dopytywali. A że trwało to naprawdę długo, czasami było
już naprawdę ciężko fizycznie odpowiadać w kółko na to samo pytanie.
Z drugiej strony, oczywiście, mnogość pytań mobilizowała i sprawiała, że
musiałem coś zrobić. Towarzyszyły temu, pod wieloma względami, problemy techniczne. Były też pewne niezgodności, jakie w tym temacie miałem
z wydawcą, ale wreszcie udało się dotrzeć do momentu, w którym mogłem
przenieść powieść do nowego wydawnictwa. I cieszę się bardzo, że to nastąpiło.
Zależało mi na tym, żeby spojrzeć na tę książkę troszeczkę z dystansem,
po czasie sprawdzić, czy rzeczywiście opowiada ona tę historię, którą chciałem przekazać. Okazało się, że tak właśnie jest. Oczywiście wydana została z bardzo drobnymi poprawkami. Nanieśliśmy te rzeczy, których ja nie
byłem w stanie zrobić w satysfakcjonujący sposób wcześniej, na przykład
wstawki w języku śląskim. W tej chwili są one poprawione dzięki temu,
że poznałem Marcelego Szpaka, który bardzo mnie ratuje w przypadku
Dreszcza. Tłumaczy on wszystkie wypowiedzi Alojza i robi to naprawdę
Jakub Ćwiek
człowiek o niezwykle szerokiej
gamie zainteresowań, znawca
popkultury, miłośnik muzyki
rockowej, ale przede wszystkim
jeden z najpopularniejszych
pisarzy fantastycznych w Polsce.
Zadebiutował w 2005 roku
cyklem opowiadań o nordyckim
bogu kłamstwa – Lokim – który
szybko wkroczył do panteonu
najbardziej rozpoznawalnych bogów
w popkulturze.
Większość roku spędza w „drodze”,
jednak podróże nie kolidują
z jego pracą twórczą. W przeciągu
ostatnich dziesięciu lat powołał do
życia tak oryginalnych bohaterów
jak motocyklowy gang rodem
z Nibylandii w cyklu Chłopcy, czy
rockowego superbohatera, tytułowego
Dreszcza.
Regularnik Drugiej Ery ‧ 25
zanim wpadną na to, o co chodzi, będą jechać przez wieczność… Potem
jednak uznałem, że nie jest to materiał na długą opowieść, zatem skumulowałem wątki i wprowadziłem je do Dreszcza.
MK: Zawsze ciekawiła mnie jedna kwestia: światy, w których osadzasz
swoje książki to dobrze nam znana rzeczywistość. Czy nie myślałeś
żeby kiedyś zabawić się w Boga i stworzyć coś zupełnie nowego?
Nie wierzę w nowe. Tworzenie świata, nawet od podstaw, opiera się na
pewnej bazie, którą już posiadamy – na naszych ograniczeniach. Bardzo
lubię background rzeczywistości, ponieważ jest to dobra odskocznia, można się od niej odbić, można się do czegoś odnieść. Natomiast niespecjalnie
ciągnie mnie w stronę światów fantasy budowanych od początku do końca, ponieważ nie chciałbym robić nic na siłę, a nie mam jakiejś wyraźnej
wizji tego typu. Nie mam zresztą wielkiej pokusy, żeby rzeczywiście tworzyć świat od podstaw. Inna sprawa, że niespecjalnie kojarzę jakikolwiek
świat stworzony od początku do końca. Niemal wszędzie widać inspiracje
tolkienowskie, a i Tolkien czerpał z konkretnych historii. Sama więc rozumiesz…
MK: Czyli nie da się po prostu stworzyć świata zupełnie od nowa?
Uważam, że jesteśmy w pewien sposób ograniczeni. Po pierwsze słowami,
po drugie kulturą. Sapkowski kiedyś o tym mówił. Zastanawiał się, czy
w naszym wymyślonym świecie król może się nazywać królem, skoro nie
było tam takiej, a nie innej historii i genezy słowa. W związku z tym po
prostu niespecjalnie mnie w tę stronę ciągnie.
MK: Na koniec wróćmy może jeszcze do Kłamcy. Jest on w końcu
gwiazdą tegorocznego Pyrkonu. W czym, według Ciebie, tkwi fenomen Lokiego, nie tylko tego stworzonego przez Ciebie, ale ogólnie
postaci, która jest tak chętnie wykorzystywana przez twórców?
To jest fenomen trickstera w ogóle. Trickster, czyli oszust, który łamie
zasady, bo może i uważa to za zabawne. Buntownik, czyli postać, która generalnie każdego, kto nigdy nie łamał zasad, a przecież zawsze kusi,
zaciekawia w bardzo mocny sposób. Jest w tym troszeczkę zazdrości, ale
i podziwu. Wszyscy ci bohaterowie, którzy są na granicy prawa, są trochę
© Foto by Karolina Stefańska
w fenomenalny sposób. No i teraz zadziałał także tutaj, w związku z czym w dużym stopniu uwiarygodnił
Ciemność płonie. Jednocześnie dopisałem kilka historyjek pokazujących moje inspiracje, które bardzo mocno
interesowały odbiorców.
Natomiast jeśli chodzi o powrót do uniwersum
Kłamcy… Wróciłem do niego już w zeszłym roku. To
nie był duży problem, ponieważ te historyjki ciągle
gdzieś tam siedzą mi w głowie. Od dawna szykowałem
się do tego, żeby przygotować coś z okazji dziesięciolecia. Nie wiedziałem jednak, że ten powrót przyjmie
tak szaloną formę. Miałem jednak wstępny zarys, więc
nowa książka powstawała dokładnie tak jak wczesne
opowiadania o Kłamcy. Cieszy mnie to, ponieważ było
to trochę domknięcie pewnego rozdziału. Nie znaczy
to, że już nigdy nie powrócę do postaci Lokiego, bo
cały czas miewam różne drobne pomysły, ale jednak
w pewien sposób doprowadziłem moją i Kłamcy historię do pewnego końca. Na szczęście wyglądał on
właśnie tak.
MK: Skoro już wspomniałeś o opowieściach dworcowych. Planujesz nawiązać w jakiś sposób w przyszłych książkach do swoich przygód z PKP?
Nie wiem, ciężko mi teraz jednoznacznie stwierdzić.
Nawiązałem do pociągu w Dreszczu i pomysł na to
pojawił się nagle, zupełnie znikąd. Chciałem kiedyś
napisać opowiadanie o pociągu jadącym z Przemyśla
do Szczecina. To jest chyba jedna z najdłuższych tras
w Polsce, o ile nie najdłuższa właśnie. W opowiadaniu
tym bohaterowie nie mogą opuścić pociągu, ponieważ
są zaplątani w pętli czasowej do momentu, w którym
nie rozwiążą jakiegoś zadania. Może się więc okazać, że
26 ‧ Regularnik Drugiej Ery
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
nieprzewidywalni. Właśnie z powodu tej nieprzewidywalności są to postaci, które fajnie umieścić w powieści. Nigdy nie wiemy, w jaki sposób mogą się potoczyć
ich losy i tak dalej. Natomiast Loki wziął się stąd, że
kultura nordycka i wszystkie związane z nią historie
mają bardzo duży wpływ na całą kulturę anglosaską,
która w obecnej chwili jest ogromnie ważna dla całej
popkultury. W związku z tym to się jakby krok po kroku niesie.
MK: Czy w związku z dziesięcioleciem Kłamcy planujesz dla fanów jakieś inne niespodzianki? Wiem,
że myślałeś nad ekranizacją. Czy prace w tej sprawie
postępują, czy na razie wszystko owiane jest jeszcze
tajemnicą i nie możesz nam nic zdradzić?
Nigdy nie wspominałem o tym, że będzie ona gotowa
na dziesięciolecie. Na pewnym etapie prac nie widać
żadnego progresu, ponieważ to są prace przygotowywane po cichu i nie są specjalnie efektowne. Na pewno
pierwsze pomysły obsadowe będą bardziej interesujące dla otoczenia, ale do nich też dotrzemy. Na pewno
w pewnej chwili wyskoczymy z crowdfundingiem, bo
chcemy w ten sposób zebrać część funduszy na ten film.
Chcemy go stworzyć sami i na własnych zasadach. Absolutnie nie chcemy, żeby jakoś specjalnie blokowano
nas cenzurą bądź polityką konkretnego producenta.
Zależy nam, by była to historia od początku do końca
nasza, więc w związku z tym wcale się nam nie spieszy.
Obecnie jednak wraz z Agatą Rudniewską przygotowuję scenariusz, mamy też parę pomysłów reżysersko-technicznych na to, kto, gdzie i czym się zajmie. No
i to sobie stopniowo płynie. Ale tak, przygotowuję też
jeszcze kilka niespodzianek.
MK: Bardzo dziękuję za rozmowę!
© Foto by Karolina Stefańska
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Regularnik Drugiej Ery ‧ 27
Przyszłość
według Dmitrija Glukhovsky’ego
Relacja z panelu
Marika Kaiser
Nasza przyszłość rysuje się w ponurych barwach: z jednej strony zostaniemy zaatakowani przez wrocławskie
zombie, z drugiej zaś przez grasujące po Nowej Hucie
popromienne mutanty. A wszystko to wśród zgliszczy,
trupów i radioaktywnych oparów. Światłem w tunelu
wydaje się trzeci, proponowany nam scenariusz: miasta o monumentalnych konstrukcjach, nieograniczone
możliwości i, przede wszystkim, nieśmiertelność. Wygląda to całkiem obiecująco, prawda? Wystarczy jednak
rzut oka na nazwisko autora tej koncepcji, by poczuć
nieprzyjemny dreszcz na plecach i zorientować się, że te
subtelnie utkane pozory mogą być bardzo mylne.
Tegoroczna edycja Pyrkonu obfitowała w znamienite
nazwiska polskiej i zagranicznej literatury fantastycznej, jednak w sobotnie popołudnie festiwalowa Scena
Główna zamieniła się w prawdziwą stolicę powieści
postapokaliptycznej. Na scenę wkroczyli bowiem:
prawdziwy niszczyciel światów, Dmitry Glukhovsky
(człowiek, którego żadnemu fanowi postapo przedstawiać nie trzeba) w towarzystwie dwóch polskich
przedstawicieli tego samego gatunku – Pawła Majki
(autora Dzielnicy Obiecanej, pierwszej polskiej powieści z Uniwersum Metro 2033) oraz Roberta Szmidta
(autora Szczurów Wrocławia, książki o tyle niebywałej,
że pisarz zapewnił w niej miejsce swoim czytelnikom:
wśród osób, które zgłosiły się na jego profilu facebookowym, a odzew był niesamowity, wytypował kilku
szczęśliwców, których w fantazyjny sposób uśmiercił na
kartach swojej powieści).
Każdy, kto odwiedził Pyrkon, widział zapewne Scenę
Główną. Trudno sobie wyobrazić, by tych rozmiarów
pomieszczenie mogło się zapełnić po brzegi na czas
innego wydarzenia niż Maskarada lub Gala Pyrkonu,
jednak w czasie spotkania z wydawnictwem Insignis
sala pękała w szwach, a podekscytowanie uczestników było niemalże namacalne. Nic więc dziwnego, że
moment wkroczenia na scenę tych trzech autorów był
omalże chwilą magiczną – każdy z nich został osobno
zaproszony na scenę, a podczas wejścia, jak i całego
wydarzenia, towarzyszyły mu osoby przebrane za bohaterów jego książek. Gromkie brawa, okrzyki i gwizdy
było zapewne słychać na terenie całego festiwalu.
Spotkanie moderowane było przez przedstawiciela
wydawnictwa Insignis i choć osoba, która w wprawny
sposób lawirowałaby między poszczególnymi tematami
oraz, w chwilach koniecznych, sprowadzała rozmowę
na właściwy tor była na scenie niezbędna, szanowny
Pan nie spełnił swojej roli w sposób dla uczestników satysfakcjonujący. Pod jego przewodnictwem wydarzenie
to miało charakter bardziej marketingowy, okraszony
wieloma spoilerami, co mogło zniechęcić potencjalnych czytelników.
Sytuację uratowali jednak sami autorzy oraz towarzysząca Glukhovsky’emu tłumaczka, która ze swojej roli,
28 ‧ Regularnik Drugiej Ery
zważywszy na gardłowe problemy autora, wywiązała się w sposób znakomity.
Paweł Majka w zajmujący sposób, nie zdradzając jednak zbyt wielu
szczegółów, czym zaostrzył tylko apetyt fanów Uniwersum Metro 2033,
opowiadał o wydanej w 2014 roku Dzielnicy obiecanej i planach jej kontynuacji. To pierwszy polski projekt zrealizowany według koncepcji Glukhovsky’ego i co w nim najciekawsze – akcja wcale nie toczy się w metrze,
a w krakowskiej Nowej Hucie.
Robert Szmidt ze znamiennym dla siebie luzem przedstawił, mające swoją
premierę w czasie Pyrkonu, Szczury Wrocławia – powieść, w której zombie-apokalipsa dotyka naszej ojczyzny, a czytelnicy dosłownie umierają
w czasie rozwoju fabuły. Ten ciekawy zabieg, angażujący w bezpośredni
sposób odbiorców twórczości Szmidta, przyniósł mu w fandomie niesamowity rozgłos, a każdy szanujący się fan zombie chciał w jak najbardziej
makabryczny sposób zginąć na kartach jego książki. Autor Szczurów.. nie
tylko opowiadał o procesie tworzenia swojej książki, wsparciu czytelników
oraz procesie twórczym kolejnego tomu. Miał dla uczestników również
bardzo ważny komunikat. Komu jego obecność na panelu poświęconym
twórczości Glukhovsky’ego mogła się wydać przypadkowa i zupełnie niezrozumiała, szybko przekonał się, iż w rzeczywistości miała ona swoje bardzo konkretne uzasadnienie.
W 2014 roku Polska dołączyła do grona państw współtworzących Uniwersum Metro 2033, jednak nie ukrywajmy, nasz wkład w ten monumentalny projekt był do tej pamiętnej soboty dość minimalny i choć Paweł Majka zapowiedział, iż Dzielnicą obiecaną nie powiedział pierwszego i zarazem
ostatniego słowa w tej historii, zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to wciąż
tylko jeden autor i jedna seria książek. Niemałym zaskoczeniem dla uczestników było więc podpisanie symbolicznej umowy, dzięki której Robert
Szmidt przyłączył się do tego wielokulturowego projektu. Idąc śladami
Majki, autor również nie osadzi swojej powieści w najbardziej oczywistym
mieście jakim jest Warszawa, gdyż, jak sam powiedział, nie tylko ona posiada swoje metro. Miejscem postapokaliptycznych wydarzeń uczyni on
dobrze znany ze swojej najnowszej powieści Wrocław, pod którego ulicami
rozciągają się setki kilometrów tuneli. Mam nadzieję, że Szmidt szybko
uchyli rąbka tajemnicy, gdyż sam pomysł wydaje się niezwykle intrygujący.
Nietrudno zgadnąć, iż największą gwiazdą tego spotkania, człowiekiem,
na którego przyjazd czekali wszyscy zgromadzeni na sali, był Dmitry
Glukhovsky. Wiedział o tym również prowadzący spotkanie, przeciągając w niemiłosierny sposób chwilę, w której dopuści rosyjskiego autora
do głosu. Miarą popularności może być liczba sprzedanych książek, ilość
osób, która przychodzi na jego spotkania autorskie, lajki na Facebooku,
komentarze pod zdjęciem oraz wielość języków, na które przetłumaczona
została jego powieść, jednak największym uznaniem dla autora jest niewątpliwie cisza, która panowała w momencie, gdy zachrypniętym głosem
Glukhovsky przywitał swoich czytelników. Setki osób zamilkło w jednej
chwili tylko po to, by chłonąć ledwie docierające do ich uszu, chropowate
i zniekształcone przez mikrofon, słowa ich idola.
Glukhovsky często powtarza, iż nie lubi używać słowa „fan”, gdyż jest to
uwłaczające dla czytelnika i stawia go niżej niż autora, który konotowany może być w tym momencie z bóstwem. Jednak podziw, jaki widać
było w postawie osób na sali sprawia, że o Glukovskim nie można myśleć
inaczej, niż jako o człowieku niezwykłym. Niezwykły jest również sposób, w jaki opowiada o swoich książkach, inspiracjach, sytuacji w jego rodzinnym kraju. Niestety, słuchaczom niedane było nacieszyć się głosem
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
pisarza – ze względu na problemy z gardłem musiał
posiłkować się tłumaczką, która skądinąd ze swoją rolą
poradziła sobie w sposób zaskakująco dobry. Można
było wyczuć, iż zna Dmitrija nie od dzisiaj i doskonale
wie, co chciał nam w danej chwili przekazać. Uczestnicy spotkania usłyszeli bardzo wiele o najnowszej powieści Rosjanina – Futu.re – w której wizja przyszłości
diametralnie różni się od tej przedstawionej w serii Metro. Ponadto autor zdradził, iż inspiracją dla tej historii
było jego własne życie. W momencie, gdy jego dziewczyna oznajmiła mu, iż chciałaby mieć dzieci, Glukhovsky zdał sobie sprawę z tego, że jego życie i rozwój
artystyczny zostaną zahamowane. Jest to sedno jego
powieści: dysonans między własnym rozwojem, który
zapewni nam pewną nieśmiertelność, a nieśmiertelnością w postaci naszych potomków. Znamienne w Futu.
re jest to, iż rzekoma przyszłość, którą przedstawia pisarz, jest łudząco podobna do naszego własnego świata.
Ten brak produktywności i rozrost miast w górę, Dmitry tłumaczy tym, iż wraz z życiem wiecznym w lu-
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
dziach umarła chęć rywalizacji i dążenia do wielkości – brak nieuchronności śmierci sprawił, że nie czują potrzeby zapisania się w pamięci swoich
potomków, gdyż żadnych przyszłych pokoleń już nie będzie. Wizja ta,
choć o lata oddalona od współczesności, porusza problemy bardzo aktualne. Jest to charakterystyczne dla twórczości Glukhovsky’ego, który często
powtarza, iż science fiction pozostawia dla autora wygodną furtkę, by pod
przykrywką nierzeczywistych wydarzeń komentować bardzo współczesne
problemy.
Ze względu na drobne problemy z głosem rozmowa z pisarzem została
drastycznie skrócona do niezbędnego minimum, co pozostawiło po sobie
ogromny niedosyt, gdyż Dmitry niewątpliwie posiada w sobie coś, co hipnotyzuje i przyciąga czytelników. Jego książki i słowa sprawiają, że po tym
spotkaniu nie można było zwyczajnie wrócić do swojej rzeczywistości i do
dziś nawiedza mnie myśl, iż przedstawione przed niego dystopie są potwornie realne, zbyt realne, by mogły pozostać tylko fikcją. Pozostaje nam
liczyć na to, że ten niezwykły twórca zawita do naszego kraju jeszcze nieraz!
Regularnik Drugiej Ery ‧ 29
„ Jak do tej pory
woda sodowa
jakoś mi do łba
– wywiad z Andrzejem Pilipiukiem
Jest Pan niezwykle popularnym autorem, posiadającym rzeszę oddanych fanów. Jak Pan radzi sobie
z popularnością? Czy często jest Pan zaczepiany na
ulicy z prośbą o autografy i informację, kiedy ukaże
się kolejny zbiór przygód Jakuba Wędrowycza? Jak
Pan reaguje w podobnych sytuacjach?
Zazwyczaj nikt mnie nie zaczepia na ulicach. Bardzo
rzadko ktoś mnie rozpozna. Pewna popularność jest
wpisana w ten zawód, ale pisze się dla elit, więc i namolnych fanów mamy zdecydowanie mniej niż muzycy. Radzę sobie z popularnością – jak do tej pory woda
sodowa jakoś mi do łba nie uderzyła… To już pewnie
nie uderzy.
Z drugiej strony – popularność trochę pomaga w moich pracach regionalistycznych. Fakt, że jestem jakoś
tam znany trochę szerzej, otwiera niektóre drzwi.
Czy często bywa Pan na konwentach fantastyki, takich jak Pyrkon? Co Pan sądzi na temat tego rodzaju fanowskiej aktywności?
Trudno policzyć – sądzę, że jestem na mniej więcej
15-20 spotkaniach rocznie. Z tego większość stanowią
imprezy branżowe – konwenty miłośników fantastyki.
To ciekawe zjawisko od strony intelektualnej jak i socjologicznej. Są ludzie, którzy chcą się spotkać ze sobą,
pogadać. Są i tacy, którzy umieją to sprawnie zorganizować. Chwała jednym i drugim…
Nawiasem mówiąc, pamiętam Pyrkony z lat 90-tych.
Wtedy to były kameralne imprezy na 150-200 uczestników. Serce rośnie, gdy człowiek widzi, jak nasz ruch
się rozwija, obrasta oryginalną własną modą, rękodziełem, sztuką…
Jest Pan z wykształcenia archeologiem. Czy uważa
Pan, że istnieją jakieś kierunki studiów specjalnie
pomocne w zawodzie pisarza? Czy też nie ma to najmniejszego znaczenia?
Trudno mi wyrokować – w moim przypadku studia
archeologiczne okazały się optymalne. Wykorzystuję
zdobytą wiedzę i poznane metody badawcze, zbierając
materiał do wszystkich utworów, które zatrącają o historię.
Być może interdyscyplinarne studia humanistyczne
okazałyby się jeszcze lepsze? Nie wiem. Zniechęciłem
się do życia akademickiego.
Na pewno mógłbym lepiej wykorzystać czas studiów,
pochodzić na dodatkowe wykłady, niekoniecznie na
moim wydziale…
30 ‧ Regularnik Drugiej Ery
nie uderzyła
”
Jakie są, według Pana, najważniejsze cechy charakteryzujące dobrego
pisarza? Czy bardziej istotne są konsekwencja i samozaparcie, czy też
nieograniczona wyobraźnia i otwarty umysł?
Sama wyobraźnia to za mało. Na pewno kluczowe są zainteresowania własne, dociekliwość i praca samokształceniowa. Ośli upór niestety też. 5 lat
szarpałem się, usiłując wydać pierwszy tom Wędrowycza.
By cokolwiek osiągnąć w tym zawodzie trzeba się nastawić na 10 lat dzikiej orki. Na napisanie nie jednej książki, nie kilku, ale wielu. 2-3 książki
rocznie przez pierwsze 10 lat. Potem powinno być z górki.
Jest Pan znany z tego, że posiada Pan swoje pisarskie rytuały. Ciekawi
mnie, czy mimo narzuconego rygoru miewa Pan niemoc twórczą? Jeśli
tak, to jak Pan sobie z nią radzi?
Zawsze mam coś do roboty. Jeśli nie piszę, to poprawiam rzeczy wcześniej
napisane albo czytam i dokształcam się… Nie zatrzymuję się nawet na
chwilę.
Mam już 41 lat. Zbyt wiele czasu zmarnowałem na mozolne przebijanie
się przez rzeczywistość.
Choć stworzył Pan wiele powieści i wykreował różnych bohaterów, nie
można zaprzeczyć, że to Jakub Wędrowycz odcisnął największe piętno na polskiej fantastyce. W czym tkwi, Pana zdaniem, jego siła? Czy
tworząc tę postać spodziewał się Pan, że zdobędzie taką popularność?
Brakowało nam fantastyki lekkiej, na wesoło, i przy tym osadzonej w naszych realiach. Ja to dostarczyłem. Wędrowycz to trochę filozof, trochę
anarchista, ale też człowiek, który nie da sobie w kaszę dmuchać, i którego
dobrze mieć po swojej stronie.
Podejrzewałem, że postać Wędrowycza posiada swój potencjał, także komercyjny – gdzieś w rok po debiucie byłem tego prawie pewien.
W tej chwili mamy dwa komiksy poświęcone tej postaci oraz kolekcjonerską grę karcianą. W tym roku czeka nas X edycja Dni Jakuba Wędrowycza.
Niestety, od lat nie udało się wykonać kolejnego kroku, jakim byłaby ekranizacja jego przygód.
Niestety – to nie Ameryka. Tu nie wystarczy dobry pomysł i ciężka harówka. Tu trzeba się mozolnie przedzierać ze wszystkim.
Czy mimo, jak na tryb Pana pracy, dość długiej przerwy, planuje Pan
wrócić do Wędrowycza w którejś z kolejnych książek?
W tej chwili ukończyłem pisanie 7. tomu opowiadań bezjakubowych,
przede mną 8. tom Wędrowycza i kolejny tom przygód socjalistycznych
wampirów z warszawskiej Pragi. A na rok 2016 przewidziane dwa projekty
– niespodzianki.
Pod koniec ubiegłego roku wypłynęła informacja o adaptacji Wędrowycza.
Projekt ten otrzymał również dofinansowanie PISF wraz z dwoma innymi
filmami fantastycznymi. Czy mógłby nam Pan zdradzić jakieś szczegóły
dotyczące tego przedsięwzięcia? Czy sądzi Pan, że możemy się spodziewać
pewnego „renesansu” w obrębie polskiej fantastyki filmowej?
Myślę, że nie należy mówić hop póki nie przeskoczymy – poważnych przymiarek do ekranizacji było już kilka.
Rozmowę przeprowadziły: Marika Kaiser i Asia Sikorska
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Wszystko,
co chcielibyście wiedzieć
o alkoholu, ale
baliście
się zapytać
Relacja z panelu Andrzeja Pilipiuka
Asia Sikorska
Andrzej Pilipiuk opowiadać potrafi. Co więcej, robi to
tak dobrze, że nieważne, czy mówi o historycznych początkach denaturatu, czy też o tym, jak słonie sprytnie
nadpękają dynie, by następnie zostawić je na parę dni
i wrócić na miejsce, gdy owoce sfermentują. Nieważne,
bo Andrzeja Pilipiuka – niezależnie od tematu, jaki podejmuje – słucha się tak samo dobrze.
Wiedzieli o tym organizatorzy Pyrkonu, decydując
się udostępnić autorowi wykładu pod znamiennym
tytułem „Z alkoholem przez wieki i kultury” miejsce
na scenie głównej. A trzeba w tym miejscu podkreślić, że scena główna robi wrażenie. Usytuowana na
podwyższeniu, otoczona bramkami, czeka na wejście
znamienitych gości. Czy raczej – czekają na nie setki
słuchaczy usadowieni wokół podwyższenia. Andrzej
Pilipiuk wszedł na scenę, jakby znał ją nie od dzisiaj.
Rozsiadł się na pojedynczym krześle, ustawionym w jej
centrum, postawił obok butelkę z wodą, założył nogę
na nogę i zaczął opowiadać.
Andrzej Pilipiuk
z wykształcenia archeolog,
z zamiłowania pisarz. W 2003
roku zdobył Nagrodę im. Janusza A.
Zajdla za opowiadanie [kursywa]
Kuzynki[/kursywa]. Łącząc lekkość
pióra, oryginalny humor i zdolność
do wyszukiwania niecodziennych,
historycznych ciekawostek, trafił do
czołówki najbardziej poczytnych
autorów w Polsce, a jego powieści
sprzedały się w ponad 600 tysiącach
egzemplarzy.
Jest ojcem pierwszego polskiego
„superbohatera” – Jakuba
Wędrowycza, który dorobił się nie
tylko siedmiu tomów zawierających
jego niebanalne przygody, ale
również własnego festiwalu
w Wojsławicach.
Pilipiuk mówi charakterystycznie: wyraźnie, ale monotonnie, niezwykle ciekawie, ale nie wyrażając zbyt wielu emocji. I właśnie to stanowi klucz do sukcesu jego
gawędziarstwa, to właśnie ta powierzchowna obojętność i ukryta w głosie przekora przyciągają. Jest w sposobie opowiadania Pilipiuka jakaś magnetyczna siła,
która nie pozwala tak po prostu opowieści zignorować.
Jestem przekonana, że osoby, które opuściły pawilon
numer 8 w trakcie wykładu pisarza, policzyć można na
palcach jednej ręki.
niż wynalezienie naczyń, musiałby przebić się przez sterty źródeł historycznych, które z pewnością nie byłyby tak zajmujące, jak opowieść Pilipiuka. Zresztą, kto może mieć większe predyspozycje do streszczania dziejów
alkoholu niż autor przygód Jakuba Wędrowycza?
Bo Pilipiuk nie dość, że zdecydowanie ma tę moc, jeśli
chodzi o opowiadanie, to jeszcze opowiadał nie byle
co. Panel stanowił niepowtarzalną okazję, by poznać
zabawną, a jednocześnie merytoryczną (autor z wykształcenia jest archeologiem, co słychać było w jego
przemówieniu) historię alkoholu wszelakiego. Gdyby
ktoś chciał sam z siebie odszukać informacje o tym dlaczego zmieniano zapisy w Koranie pod kątem spożycia
alkoholu, a także na jaki okres datuje się początki alkoholowych libacji i, że jest to zdecydowanie wcześniej
Jego wywód miał jednak spójny i przemyślany charakter. Rozpoczął się
od czasów najdawniejszych, przebiegł przez starożytność, średniowiecze,
zahaczył o nowożytność, a skończył na zabawnych alkoholowych anegdotkach z czasów PRL. Pilipiuk, przed rozpoczęciem wykładu, wspomniał,
że podobną gawędą dzielił się wcześniej z fanami w Krakowie. Jest to dobry znak! Znaczy bowiem, że autor lubi wracać do tego tematu i – mam
nadzieję – kiedyś, na Pyrkonie, jeszcze raz przeprowadzi gości przez tę, co
prawda wybiórczą, ale jakże fascynującą historię alkoholu. Gdyby się na
to zdecydował – naprawdę warto się na tę prelekcję udać! Ja to na pewno
zrobię. Jeszcze raz.
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Rzecz jasna, z racji ograniczonego czasu – panel pisarza trwał tylko godzinę
– Pilipiuk dokonać musiał koniecznej selekcji materiału.
Regularnik Drugiej Ery ‧ 31
Nie
jest źle, a może być tylko lepiej
Relacja z panelu o kręceniu filmów fantastycznych w Polsce
Dagmara Witkowska
Pyrkon to nie tylko wywiady zpisarzami czy reżyserami, fandomowe panele, bądź cosplaye. To również
niezwykle przydatne imotywujące spotkania ztwórcami, którzy mogą naprowadzić na odpowiednią ścieżkę
młodych artystów. Do tego typu wydarzeń zdecydowanie można zaliczyć panel „Kręcenie filmów fantastycznych wPolsce”.
Spytacie: „Jakich? To Wiedźmin nie był pierwszym
iostatnim fantasy”? Otóż nie! Opostępach w tej dziedzinie, atakże dobrych izłych stronach filmowego biznesu opowiedzieli nam: Janusz Bocian (grafik ireżyser),
Piotr Budzowski (montażysta ireżyser), Wiktor Kiełczykowski (reżyser), Krzysztof Piskorski (pisarz ipoczątkujący scenarzysta), Krzysztof Spór (dziennikarz,
juror Festiwalu Niezależnych Filmów Fantastycznych
iHorrorów wBielawie), amoderatorem spotkania był
Amadeusz „Amadi” Andrzejewski (montażysta ireżyser). Temat był na tyle kontrowersyjny, że doszło nawet
do użycia łaciny podwórkowej, ale gdzie spotykają się
ludzie, których łączy wspólna, niełatwa pasja, tam są
iemocje.
Spotkanie miało słodko-gorzki charakter. Padło wiele
negatywnych opinii na temat polskiego środowiska filmowego, anajmocniej dostało się producentom iPISF-owi (Polski Instytut Sztuki Filmowej).
Panowie często podkreślali, jak trudno się przebić
wbranży, wktórej kręcenie a’la Bergman czy Kieślowski (zcałym szacunkiem dla obu reżyserów iich twórczości!) jest wyznacznikiem dobrego kina; jak trudno
dać się poznać szerszej publiczności; jak rzadko filmy
fantasy wyświetlane są na festiwalach. Młodzi twórcy
32 ‧ Regularnik Drugiej Ery
zostali dobitnie ostrzeżeni przed niesprawiedliwością PISF-u, układami
wśrodowisku filmowców czy złym rozporządzaniem pieniędzmi przez producentów.
Na szczęście wyżej wymienione aspekty ciężkiego życia filmowca, szczególnie tego niezależnego, który wkłada wswą twórczość całe serce ioszczędności (aż trzeba zacząć jeść zupę ztynku, by film powstał wtakiej formie,
ojakiej się marzy), nie pojawiły się na początku dyskusji. Słuchacze, wśród
których zpewnością znalazło się kilku adeptów tej wymagającej sztuki,
prawdopodobnie opuściliby salę wpopłochu. Adużo by stracili! Bowiem
okazuje się, że – parafrazując Amadiego – nie jesteśmy już tak wdu*ie
jak dwa lata temu iwsferze filmów fantasy zaczyna się coraz więcej dziać.
By było dobrze, jeszcze daleka droga, ale goście panelu podzielili się sposobami, jak tę drogę skrócić. Najważniejszy jest scenariusz – oryginalny
pomysł, dialogi skonstruowane wmyśl zasady „minimum słów, maksimum
treści”; ważne, by myśleć opełnym metrażu, ale przycinać pomysł do budżetu.
By tego dokonać, najlepiej uczyć się od profesjonalistów: na warsztatach
podczas imprez typu Script Fiesta, zksiążek, np. Story Roberta McKee czy
programów na YouTube Ted Talk. Wreżyserii natomiast najważniejsza
jest praktyka. Jedynie wdziałaniu, wkierowaniu ludźmi, wpodejmowaniu
decyzji, wbyciu autorytetem dla ekipy filmowej, można nauczyć się, jak
wyreżyserować film. Budżet natomiast najlepiej zdobywać poprzez crowdfunding, zrzeszanie jak największej społeczności fanów wokół projektu
iłapanie kontaktów do ludzi zbranży na festiwalach iwarsztatach.
Ponadto, potrzeba choćby jednego filmu, który zmieni nastawienie polskich widzów, producentów idystrybutorów do kina fantasy czy kina
gatunkowego wogóle. Czy dokona tego Bal Utracony Andrzejewskiego,
czy krótkometrażówki Bociana, np. Tricity Raiders bądźThe Bartender Budzowskiego, lub Czarny Szlak Ebonitu Kiełczykowskiego? Amoże Krawędź
czasu lub Inkluzja Piskorskiego doczeka się ekranizacji izmieni bieg zdarzeń? Miejmy nadzieję, że niedługo się otym przekonamy!
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Markiem Piestrakiem i
Zbigniewem Lesieniem
Wywiad z
Z okazji 30-lecia premiery filmu Test pilota Pirxa udało nam się spotkać z jego reżyserem,
Markiem Piestrakiem oraz odtwórcą jednej z głównych ról, Zbigniewem Lesieniem.
W PRL-u panowie wspólnie stworzyli wiele kultowych filmów kina gatunku, w tym
wspomnianego jubilata, Klątwę doliny węży , Powrót wilczycy czy serial Przyłbice i kaptury.
Marcin Pigulak: W tym roku mija 30 lat od premiery
filmu Test pilota Pirxa. Film będzie wyświetlany na
Pyrkonie na specjalnym pokazie. Chcielibyśmy z tej
okazji spytać, jak z perspektywy tych minionych lat,
a także tak dużego doświadczenia filmowego, oceniają Panowie ten obraz? Czy uważają Panowie, że
można było coś zmienić, czy wręcz utwierdzają się,
że to co postanowili zrobić jest dobre?
Marek Piestrak: Proszę pana, odpowiedź jest trudna,
bo do swojego ukochanego dziecka (to był mój debiut
kinowy) człowiek ma, oczywiście, jakieś uczucia. Ten
film był wtedy, w tamtych warunkach w Polsce, wyjątkowy. Po Milczącej Gwieździe, która stanowiła koprodukcję NRD-owską (u nas robili tylko część dekoracji)
to był pierwszy polski film science fiction i to jeszcze
według Lema. No, więc było to dziecko wymarzone
i zrealizowane w bardzo trudnych warunkach, które
teraz są właściwie niemożliwe, bo teraz film ten kosztowałby prawdopodobnie około 30-50 milionów złotych. Wtedy robiliśmy to w koprodukcji, u nas nie było
żadnego wydziału zdjęć specjalnych, który mógłby nas
wspomóc. Taki wydział istniał w Rosji, chociaż my kręciliśmy nie w Rosji, tylko w Estonii.
Zbigniew Lesień: W Kijowie.
MP: W Kijowie też, na hali. Myśmy oglądali mało
filmów science fiction w Polsce, więc to było przekraczanie różnych barier. Musieliśmy z operatorami i aktorami wymyślać mnóstwo rzeczy. Teraz się to ogląda
inaczej, ale mój przyjaciel Janusz Pawłowski, który wykłada w różnych szkołach filmowych, pokazuje często
ten film studentom i jak twierdzi, jest dobrze odbierany. Z różnych względów, nie tylko dlatego, że jest starannie… świetnie zagrany, ale także studenci twierdzą,
że się mało zestarzał, że nie wyobrażają sobie, że tak
dawno temu tego typu filmy science fiction w Polsce,
w naszym obozie, można było produkować. Trzeba
sobie uzmysłowić, że nie było wtedy żadnych takich
komputerów – zdjęcia realizowano tradycyjnie – przez
podwójne, potrójne ekspozycje…
ZL: Przez infraekran.
MP: I to, mimo wszystko, w porównaniu do dzisiej-
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
szych filmów science fiction, które kosztują po 200 czy 300 milionów, jest
dosyć siermiężne, ale mimo wszystko jakoś się broni. Tym bardziej, że myśmy się o jedną rzecz starali, żeby to nie był sztucznie plastikowy film, udający jakąś przyszłość za 200-300 lat. Nie, myśmy się starali tak zrobić, żeby
te elementy się nie starzały specjalnie. Czyli raczej w budowie tego statku
kosmicznego i tych wnętrz opieraliśmy się o pewne elementy współczesnej
techniki wojskowej. Żeby to było typu industrialno-przemysłowego, a nie
rozbuchane plastiki, które wydawały się synonimem przyszłości. I to jakoś
się broni. To tak w skrócie.
MP: W nawiązaniu do poprzedniego pytania – zastanawiam się, jak
Panowie wspominają pracę nad filmem, może mogą się Panowie podzielić jakąś anegdotką?
ZL: Anegdoty to ja mogę opowiadać dwie godziny, aż taśmy nie starczy.
Mój przyjaciel chciał mnie zabić w każdym swoim filmie – bo ja grałem we
wszystkich jego filmach – ale na szczęście nigdy mu się to nie udało. Jednak pamiętam, że jest taka scena, kiedy Calder chce opanować statek, ale
załoga włącza przyśpieszenie, przez co rozrywają mu się ręce i leci w głąb
pokładu, przebijając się przez ściany. Ekipa filmowa kombinowała, żeby to
zrobić na jakichś linkach. Wreszcie mądrze wymyślili, że wykonają rusztowanie, położą w poziomie tylną ścianę (była cienka na mniej więcej metr
dwadzieścia, a reszta wzmocniona, żeby konstrukcja się trzymała), cztery
metry w górze, dwóch kaskaderów będzie mnie trzymało za ręce i za nogi
i celowało, a kamera będzie nade mną, żeby oni trafili… I już wymierzają,
ale mnie coś tknęło i mówię: „A jakie tam są pod spodem materace?”.
Myślałem, że takie, jak do skoku o tyczce, a okazało się, że były trzy jakby
z sali gimnastycznej. Obok był AWF, więc przerwali zdjęcia i przywieźli ten
materac. W tym czasie kierownik produkcji myślał, że zdjęcia już zostały
zrobione, więc szczęśliwy przyszedł na plan, stwierdzając, że skoro aktor
żyje, to wszystko jest w porządku, ale zobaczył mnie, wiszącego, który
mówi: „Edziu, pamiętaj, że w razie czego ubezpieczenie…” On się wtedy
przeraził: „Nie! Stop! Ja nie pozwalam!” Ale trafili, akurat szczęśliwie, spadłem, „poleciałem” w poziomie.
MP: My cię wtedy naprawdę zrzucaliśmy z góry…? To ja już nie pamiętam. To jednak 35 lat temu… Ja pamiętam jak się te ręce rozrywały. Ta
scena wywołała naszą dumę po premierze, bo najsłynniejszy ówczesny krytyk, bardzo złośliwy, Zygmunt Kałużyński, napisał, że w tej scenie powiało
prawdziwym Hollywood! Zresztą, Zbyszek, wtedy byłeś lżejszy, teraz byś
szybciej leciał na dół…
ZL: Tak, teraz bym szybciej leciał. Pamiętam, że strasznie mnie rozbawiło,
jak byliśmy na pokazie filmu w Czechosłowacji. Siedzimy na honorowych
miejscach zmuszeni oglądać film po raz kolejny… Nagle, jak się usłysza-
Regularnik Drugiej Ery ‧ 33
łem zdubbingowanego po czesku, to nie wytrzymałem
i wyszedłem. Ale mile to wspominam, po pierwsze
dlatego, że grałem z najlepszymi wtedy rosyjskimi, radzieckimi aktorami. Był Iwaszow, który grał w Balladzie o żołnierzu, był Kajdanowski, aktor Tarkowskiego
(Stalkera grał), Toñu Saar, aktor z Estonii, fantastyczny. Desnitsky, aktor i reżyser z MChT-u (Moskiewski
Akademicki Teatr Arstystyczny). Powiem wam jedną
rzecz… Oni mieli taki sam stosunek do swoich władz,
mówili o nich tak samo, jaki my o swoich, i to była fantastyczna płaszczyzna porozumienia. A poza tym każdy
się starał, żeby atmosfera była fajna.
MP: Atmosfera była cudowna, a porozumienie – wspaniałe. To byli wielcy aktorzy, których znano właściwie
na całym świecie. Na terenie Związku to był typ gwiazd
hollywoodzkich. Gdziekolwiek wchodziliśmy, do lokalu czy czegoś, to natychmiast się drzwi otwierały, no, to
byli gwiazdorzy. Filmy tam miały widownię po kilkanaście milionów widzów.
MP: Test pilota Pirxa nie jest jedynym filmem
w Pana karierze, w którym bazuje Pan na twórczości
Stanisława Lema. Przypomnę tylko Śledztwo z 1973
roku, film telewizyjny. Skąd to zainteresowanie Lemem? Jak Pan ocenia inne adaptacje prozy Lema,
zarówno radzieckie, jak i kręcone na Zachodzie?
MP: Skąd zainteresowanie? To może jest truizm… To
jest tak, jak chłopiec, który czyta science fiction i zaczyna się interesować. Po raz pierwszy zetknąłem się
z Lemem przy okazji tygodnika „Świat Przygód”, to był
komiks współczesny, ale znajdowały się tam też opowiadania. Tam Lem drukował swoje pierwsze opowiadanie
chyba nawet. Nie wiem, czy nie pod pseudonimem,
nie pamiętam, bo to najpierw nie wiadomo było, kto
34 ‧ Regularnik Drugiej Ery
to napisał, potem się okazało, że to było Lema. Człowiek z Marsa chyba.
Ale to już mi się tak podobało! Potem wyszli Astronauci i kolejne książki. Marzyłem, żeby zrobić coś według Lema. Potem zafascynowała mnie
właśnie powieść Śledztwo, była fantastyczna. Skończyłem szkołę filmową,
zaproponowałem – zespole szefował Ścibor Rylski, literackim był Konwicki – no i zaakceptowali, powiedzieli, że to dobry pomysł. Napisałem scenariusz, pojechałem do Lema. Lem przeczytał, wniósł poprawki (nawet mam
rękopis) co on by sugerował, żeby zrobić, absolutnie nie wymagał, ale że
można by było coś przerobić… Film udało się zrobić i Lem go akceptował.
Śledztwo podobało mu się bardzo. Grał Fetting, Borowski…
ZL: Ja.
MP: Zbyszek, grałeś mniejszą rolę.
ZL: Sierżanta.
MP: No, to po tym mówi Lem: „No, to panie Marku, jak pan będzie dalej
chciał robić coś według moich książek, to ja panu daję zielone światło”.
A ponieważ były opowiadania o pilocie Pirxie, pomyślałem, że warto by
było zrobić i jakoś się udało.
MP: Czym była dla Pana rola androida Caldera w filmie pana Piestraka? Pana wcześniejsza filmografia opierała się na obrazach obyczajowych i psychologicznych, a tu taki odskok w stronę kina gatunków…
Czy później, na przykład oglądając filmy science fiction zwracał Pan
uwagę na aktorów, którzy odgrywali podobne role?
ZL: Nie. W Teście… chodziło o to, żeby widz nie poznał, że jestem robotem. Trzeba było grać bardzo prawdziwie. Z kolei Abart grał tak, że ludzie
od początku byli przekonani, jakby był robotem. Natomiast mnie zależało
na tym, żeby – tak jak w kryminale – nikt się nie dowiedział, kim jest
Calder i żeby to było pełne zaskoczenie. Nawet jak robiliśmy zbliżenia, jak
jemy, kiedy połykamy, próbowaliśmy grać na takie dwa warianty.
MP: Te bardziej realistyczne. Bo to było tak, że pan Abart był bardzo charakterystycznym aktorem i jego twarz mogła budzić podejrzenie. Ja nawet
początkowo chciałem, żeby trochę bardziej się zbliżył w stronę realizmu,
a on z kamienną twarzą. Ale pomyślałem, że to będzie suspens większy,
jeśli wszyscy będą podejrzewać że on jest robotem, a był kto inny.
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
MP: Anegdotę pan chciał! To powiem panu. My chcieliśmy stworzyć wrażenie, że to nie dzieje się w jakiejś
bardzo dalekiej przyszłości. Chcieliśmy, żeby wszystko
było nowocześniejsze, inne. I sobie wyczytałem gdzieś,
że są już telefony w Europie z wybieraniem numerycznym, nie tarczowym. I nasz wózkarz był bardzo zdolny
i ja mu naszkicowałem, jak taki telefon wygląda, bo
gdzieś go widziałem, i on mi go zrobił z drewna, te
klawisze, wszystko wyrzeźbił ładnie, pomalowaliśmy
jakąś farbą i ten drewniany telefon, potem w innych
kolorach, był w scenach jak ktoś do kogoś dzwonił, to
miał tę atrapę i udawał, że wybija numery.
MP: A jaki jest stosunek Panów do współczesnego kina science fiction, fantasy? Często pojawiają
się głosy, że współczesne filmy bazują bardziej na
efektach niż na treści. Czy rzeczywiście panowie tak
uważają? Czy jakieś obejrzane ostatnio filmy uważają panowie za istotne, szczególnie ważne?
MP: Niektóre są świetne, niektóre bardzo dobre.
Ostatnio był ten film, co trzej aktorzy grają…
ZL: Grawitacja.
MP: Obserwowałem z zapartym tchem, podobał mi
się niesłychanie. Fantastycznie! Technika, wspaniała
gra aktorów, cała historia, zwrot akcji, bardzo mi się
podobało.
ZL: Ja lubię ten typ science fiction, kiedy człowiek
zostaje postawiony w sytuacji, gdzie się spotyka z niewiadomym. Nie bawią mnie zbytnio czarodziejskie
różdżki i kostiumy z Gwiezdnych Wojen. Tam, gdzie
człowiek jest narażony na coś innego, nie na niebezpieczeństwo, ale na coś, co nie jest dla niego zdefiniowane.
Jego przeżycia – to mnie interesuje.
MP: Bajki dziejące się na innych planetach, chociaż
technicznie wspaniałe, choćby Avatar (oglądałem
oczywiście): technika oczywiście wspaniała, ale mnie
nie wciągnął, w odróżnieniu od Grawitacji. Natomiast
w filmach, nawet sprzed kilku lat, w których, np. wyrusza wyprawa amerykańskich oldboyów, żeby wysadzić asteroidę, to akcja jest wciągająca. A takie filmy
tylko dla samej techniki, dla opowiedzenia tylko bajki,
już mniej.
Asia Sikorska: A jak pan ocenia kino gatunkowe
w Polsce? Nie pytam o realizacje science fiction…
MP: …bo ich nie ma.
AS: Tak, ale teraz jest taki boom na filmy historyczne, kostiumowe, np. Miasto 44, Bitwa Warszawska.
Mówi się często, że to jest kino, które stawia na efekty, nie na opowiadanie historii.
MP: Według mnie to też jest trochę truizm dla krytyków, że kino to jest cała paleta różnych historii. Tak
jak w literaturze były powieści awangardowe, nowa fala
francuska, powieści historyczne, były odpowiedniki
dzisiejszych seriali, najpierw drukowane w odcinkach,
które opowiadały tylko same historie. I tak samo w kinie – są filmy bardzo problemowe, arthouse’owe… To
wszystko trzeba szanować, każdy gatunek ma swoich
odbiorców. I są filmy dla szerokiej widowni, nie wszyscy chodzą do arthouse’ów, to by w ogóle kinematografia upadła, gdyby nie było takich filmów, które gromadzą te miliony widzów. To jest potrzebne, a jakie są te
filmy?... Ja nie jestem krytykiem, nie chcę punktować
czy osądzać. Ja oglądam filmy historyczne i trochę jak
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
kolega reżyser, trochę jak krytyk, widzę słabości i dobre strony. Trudno
mi oceniać.
ZL: Kiedyś Marek robił serial historyczny – Przyłbice i kaptury. Wprawdzie na jedną scenę nie chciał się zgodzić – chciałem zabić Jagiełłę i mówię:
„Zróbmy takie jedno ujęcie, że go zabijam, będzie fajnie. Zrobimy ciąg
dalszy, że potem się historia zmienia...” Żałował trochę.
MP: Tak, tak… Nie, ja żartuję.
AS: Ale kiedyś chyba było trudniej, bo też mieliśmy takiego Szulkina.
Przecież to człowiek, który stworzył w pewnym sensie kino gatunkowe. Wojna światów jest kinem gatunkowym.
MP: To całkiem inne science fiction. Bo nie chodziło o sam gatunek science fiction, tylko o filozofię. Pod maską ukrył to, o czym nie mógł mówić
wprost. Czy Ga Ga: Chwała bohaterom, na przykład. Ubrane w formę. To
nie science fiction, to inaczej można by było nazwać.
AS: Ale tuż po przełomie ustrojowym Machulski zrobił swoją Seksmisję. To już jest kino science fiction. I wydaje mi się, że w porównaniu
z produkcjami, które są realizowane teraz, jest dużo bardziej staranne
pod względem fabularnym i realizatorskim. I nie wiem, czy po prostu
te możliwości technologiczne sprawiły, że teraz jest to robione mniej
starannie.
MP: Ja nie wiem, czy mniej starannie…, czy to też zależy od talentu. Machulski jest utalentowanym człowiekiem, a filmy robią często ludzie mniej
utalentowani…
AS: Ale Bitwę Warszawską zrobił Hoffman….
MP: Tak. No, Hoffman zrobił. Człowiek, który zrobił też Potop i zrobił
mnóstwo innych świetnych filmów kina gatunkowego. Bitwa Warszawska… nie chciałbym oceniać Hoffmana, bo to jest wielki, uznany, znany
mi reżyser i wspaniały człowiek. I ja myślę, że niektóre sceny są tam wspaniałe, te batalistyczne. I główna sprawa, że ten film nie odniósł takiego
sukcesu, jaki mógłby odnieść. To była wina słabości scenariusza i, według
mnie, postawienia na złego głównego bohatera, który nie może tak wyglądać jak Szyc w tego typu filmie. To był film typu Przeminęło z wiatrem!
ZL: No, Clark Gable różnił się trochę od Szyca.
MP: Totues proportions gardées, tutaj nie mamy Clarke’a Gable’a.
Dagmara Witkowska: Jak panowie uważają, co widz młodego pokolenia, wychowany na Matrixie czy Avatarze, może wyciągnąć z filmu
Test pilota Pirxa?
ZL: Nie odpowiem na to pytanie, bo po prostu przyjeżdżając na Pyrkon
stanąłem, rozdziawiłem dziób i zobaczyłem te tysiące przewalających się
przebranych ludzi i powiedziałem, że trafiłem na inną planetę, to nie jest
mój świat, niestety, i boję się, że trudniej im będzie odebrać Pirxa, zastanowić się… Trochę się spłyciły problemy. Spłyciło się społeczeństwo.
Jest wychowane na kiepskich serialach. Nie ma czasu się zastanawiać, nie
ma czasu przeżywać. Boje się, że nie odbiorą tego tak, jak byśmy chcieli
i marzyli.
MP: Może odbiorą inaczej, może jako coś dziwnego, zdziwią się, że kiedyś
takie filmy robiono. Może inteligentniejsi, bo przecież są tacy, nie można
jedną miarą traktować całej młodzieży, odczują pewne zagrożenia, które
stoją przed nami w przyszłości bliższej czy dalszej. Być może jakieś przesłania, nie moje, ale Lema, o zagrożeniu światem przyszłości, androidami,
robotami, być może do nich trafią, chociaż częściowo.
Regularnik Drugiej Ery ‧ 35
Fantastycznie
niezależnie
Relacja z panelu o produkcji filmów w Polsce i za granicą
Dagmara Witkowska
W niedzielnym panelu dyskusyjnym Piotr Budzowski,
reżyser, autor nagrodzonego wielokrotnie poza granicami naszego kraju filmu krótkometrażowego The
Bartender i Martin Gooch, brytyjski reżyser, człowiek-orkiestra filmowa, twórca takich produkcji jak After
Death – a mysterious ghost story i The Search for Simon
(wyświetlanego pierwszego dnia Pyrkonu) – porównali
realia pracy nad filmem w Polsce i za granicą.
Obaj panowie należą do przedstawicieli twórców kina
niezależnego, dlatego nie porównywali produkcji wysokobudżetowych. Spotkanie moderował Stanisław Mąderek – również reżyser filmów niezależnych. Dyskusja
miała charakter poszukiwania odpowiedzi na pytania:
dlaczego tak drogo i tak trudno zrealizować własny film
oraz w którym kraju życie filmowca niezależnego jest
łatwiejsze i dlaczego? Jednak ogólny wniosek płynący
z wypowiedzi gości, połączony z sukcesami ich kariery
zawodowej, jest raczej optymistyczny. Jak się okazuje –
trywialnie – dla chcącego, nie ma nic trudnego.
Jak wypadamy my, Polacy? Otóż okazuje się, że nie
mamy powodów do kompleksów. Czy jednak jest
satysfakcjonująco? Niekoniecznie. Obaj goście podkreślali, jak trudno jest stworzyć film nie posiadając
funduszy ani rozpoznawalnego w branży nazwiska. Ale
z drugiej strony udowodnili, że wkładają wiele serca
i ciężkiej pracy w każdy etap produkcji. A jak to wygląda po kolei?
Panowie zasadniczo w wielu punktach się zgadzali.
Fundusze trudno zdobyć, a więc Gooch tworzy krótkie, tanie zajawki swoich filmów, by zwizualizować
producentom swój pomysł, natomiast Budzowski,
pracując jako montażysta oraz kręcąc krótkie metraże,
zdołał sfinansować produkcję swojego trwającego kilkanaście minut filmu,
a z czasem jeden z aktorów stał się jego współproducentem. Storyboardów raczej nie piszą, chyba że scena jest wymagająca lub droga. Właściwie większość rzeczy załatwia się dzwoniąc, prosząc, pytając, ubiegając się
o swoje, będąc jednocześnie reżyserem, castingowcem, producentem.
Na przykładzie naszego rodaka okazuje się, że można w ten sposób załatwić elegancki apartament do swojego filmu. Brytyjczyk natomiast przestrzega, że z każdą odmową, w sercu tworzy się kamizelka kuloodporna
wzmacniająca determinację. A jest ona potrzebna, gdyż jak obaj twórcy
podkreślają – bez konkretnych pieniędzy, praca nad filmem jest jeszcze
dłuższa. Do tego dochodzi jeszcze montaż, który zwykle zabiera dwa razy
więcej czasu, niż nam się wydaje na początku zdjęć.
Gooch radzi, by być cierpliwym, ponieważ w przypadku kina niezależnego
nikt nie będzie chciał później obejrzeć wersji reżyserskiej filmu, dlatego
trzeba przy montowaniu dopracować produkcję tak, by była jak najbardziej idealna. Budzowski natomiast nie zabiera się do montażu od razu
po skończeniu zdjęć. Woli nabrać dystansu, by później świeżym okiem
spojrzeć na zgromadzone materiały, katalogować te dobre, ale i te słabsze
sceny. Po upływie czasu konieczne jest bowiem wręcz bezwzględne odrzucanie zbędnych ujęć (a przecież każdy reżyser kocha to, co nakręcił).
Kwestia efektów specjalnych również wygląda podobnie: obaj panowie,
którzy sami tworzą efekty do swoich filmów, zgadzają się, że są one niezwykle drogie, a ich cena przekłada się na ich jakość oraz długość procesu ich
tworzenia. Jak dodał Mąderek – renderowanie na własnym komputerze
dawniej mogło zabrać i pół roku, a u profesjonalisty – 20 minut.
Zatem być może zamiast porównywać, powinniśmy zacząć współpracować? Na przykładzie filmu Budzowskiego można odnieść wrażenie, że jest
to dobre rozwiązanie: jest planowane powstanie pełnometrażowej wersji
The Bartender w koprodukcji koreańsko-amerykańskiej.
Wywiad z
Piotrem Budzowskim
Asia Sikorska: Skończył Pan Łódzką Szkołę Filmową na wydziale montażu. Dlaczego właśnie montaż
Pana zainteresował? Jako filmoznawca uważam,
że montaż jest czymś, co odróżnia film od innych
sztuk, bez czego ten nie może istnieć, ale jednocześnie jest pracą żmudną, długotrwałą, może przez to
trochę niewdzięczną, dlatego też ciekawi mnie, dlaczego właśnie na tę dziedzinę się pan zdecydował.
Piotr Budzowski: Nie skończyłem PWSFTViT. Studiowałem tam 3 lata i w końcu nie zrobiłem licencjatu.
Tak śmiesznie wyszło. Trochę z wyboru, a trochę nie.
Polityka. Jak miałem osiem lat chciałem być operatorem, jednak moją pasją jest komputer i jakoś tak z zain-
36 ‧ Regularnik Drugiej Ery
teresowania operatorką zająłem się montażem i efektami specjalnymi. Na
montaż namawiał mnie też mój największy mentor – Andrzej Maleszka.
Posłuchałem jego rady i tak zostałem montażystą. Montaż występuje nie
tylko w filmie. Każde mrugnięcie okiem to jest cięcie. W teatrze też mamy
montaż. Chociażby podział na akty. Podobnie jest w muzyce. Są takty.
W piosenkach refreny i zwrotki. Generalnie nie zgodzę się z tym, że montaż jest cechą ekskluzywną filmu. Jest natomiast w filmie bardzo ważny.
Jest to istotnie praca czasem bardzo długa, żmudna i trudna. Wydaje mi
się, że żeby być dobrym montażystą trzeba być dobrym filmowcem w ogóle. Znać się na dramaturgii, mieć jakieś pojęcie o plastyce, użyciu dźwięku, muzyki – generalnie mieć wiedzę, jak zrobić dobry film. Jest to praca
niewdzięczna, ponieważ czasami trzeba przekopywać się przez góry złego,
naprawdę złego materiału i, praktycznie zużywając całą swoją energię,
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
próbować zrobić z tego coś, co da się oglądać. Czasem
się udaje, czasem nie. Jednak nawet jak się uda, to ludzie mówią: świetny reżyser, świetni aktorzy, muzyka.
Montażysta jest zazwyczaj troszkę w cieniu. Dla mnie
to dobrze. Uczę się na błędach innych, nie biorąc za nie
bezpośredniej odpowiedzialności. Traktuję siebie trochę jak asasyna (śmiech). Patrzę, obserwuję w cieniu,
a w odpowiednim momencie uderzam precyzyjnym
ciosem. Pierwszym moim ciosem był The Bartender
i był to cios, mogę po czasie powiedzieć, praktycznie
perfekcyjny.
AS: W jaki sposób Pan pracuje, ile zwykle zajmuje
zmontowanie pełnometrażowego filmu? Czy to zależy od reżysera? Czy zwykle mocno ingerują w proces montażu? Czy inaczej ta praca wygląda w przypadku filmu dokumentalnego i fabularnego? Może
całkiem różni się w przypadku serialu?
PB: Ja nie montuję fabularnych pełnometrażowych filmów. Z dwóch powodów. Po pierwsze: w Polsce duże
filmy montuje tylko kilku, wciąż tych samych montażystów. Chyba, że jest to jakaś niezależna produkcja.
Po drugie: film fabularny, pełnometrażowy, wymaga
ogromnego nakładu kreatywności, energii i czasu.
Przyznam szczerze, że nie mam ochoty po raz kolejny
siadać do materiału i wypruwać z siebie całej mojej siły
i serca tylko po to, aby film nie okazał się kolejną mierną produkcją. Chciałbym usiąść do filmu, o którym
wiem, że naprawdę warto nad nim pracować, a nie próbować ratować coś, co i tak zniknie gdzieś w masie filmideł dostępnych na rynku festiwalowym i kinowym.
Po kilku próbach z fabułą dałem sobie spokój. The
Bartender był pierwszym moim fabularnym projektem
po trzech latach przerwy. Generalnie nie ma reguły na
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
to, ile zajmuje montowanie pełnometrażowego filmu. Niektórzy montują 2,5 miesiąca, inni – parę lat. To zależy od wszystkiego: począwszy od
reżysera, a na jakości kawy skończywszy (śmiech). Oczywiście praca przy
filmie fabularnym różni się od pracy nad filmem dokumentalnym. Zrobiłem w życiu więcej filmów dokumentalnych niż fabularnych i uważam,
że dokument ma dużo większą swobodę opowiadania niż fabuła. To oczywiście brzmi jak banał, ale patrząc na polskie dokumenty – niekoniecznie
wszyscy to rozumieją. Mamy w Polsce dużo dobrych dokumentów (w tym
oscarowych) i olbrzymią ilość bardzo złego kina tego rodzaju. Osobiście
wolałbym pracować przy dobrej fabule niż dokumencie, ale bardzo szanuję
ludzi, którzy robią dobre dokumenty, bo jest to tak samo trudne jak zrobienie dobrego filmu fabularnego. Jest to inny rodzaj pracy, który wymaga
innych umiejętności, ale też jest to ciężka i wymagająca dziedzina. Serial
to z kolei temat, w którym siedzę już od kilku lat. Traktuję to jako pracę,
przy której uczę się bardzo dużo. Uczę się jak nie opowiadać historii i jak ją
opowiadać. Paradoksalnie, serial w Polsce nie istnieje. Kręci się tyle seriali,
że zajmują one chyba z 70% anteny wszystkich nadawców, a mimo tego
nie ma czego oglądać (śmiech). Wynika to, w moim poczuciu z tego, że
nie ma w Polsce dobrych producentów i mądrych nadawców. Co gorsza,
nie ma w Polsce dobrych reżyserów serialowych. Dobra, może jest dwóch.
Jest za to od groma reżyserów telenowelowych, którzy traktują swoją pracę
niepoważnie i jest to dla nich tylko sposób na zarabianie pieniędzy. Nakręcić, skolaudować, zapomnieć. Uważają, że serial jest złem koniecznym
w drodze do fabuły lub szybkim sposobem na zarabianie kasy. Dzięki pracy z takimi ludźmi zacząłem zauważać jak czasami mało brakuje, aby ze
słabego serialu, za pomocą kilku innych decyzji na planie, zrobić naprawdę
porządne kino. Ale ta wiedza jest moja i tylko moja (śmiech).
AS: Co Pan sądzi o kondycji kina gatunków w Polsce? Rozmawialiśmy
wcześniej z panem Piestrakiem i stwierdziliśmy, że teraz mniejszą wagę
przywiązuje się do fabuły, a większą do efektów specjalnych. Co Pan
na ten temat sądzi?
PB: Pana Piestraka bardzo szanuję i uważam, że wykonał naprawdę dużo
świetnej roboty. Niemniej nie zgadzam się z nim. Według mojej wiedzy,
Regularnik Drugiej Ery ‧ 37
już od Mélièsa efekty w kinie były czymś, co ludzie
chcieli i lubili oglądać. Teraz też tak jest. Zawsze powstawało mnóstwo filmów gatunkowych, słabych horrorów czy fantasy, które miały efekty i nic poza tym.
Jednak najważniejsze filmy, które pamiętamy i oglądamy, to przede wszystkim wspaniałe historie. Nie
ma ich wiele, ale nie ma ich mniej niż kiedyś. Teraz
też takie powstają: Matrix czy nowszy The Moon, cała
trylogia Batmana Christophera Nolana, Sin City, Gra
o Tron... I jeszcze wiele innych. Wiadomo, że efekty
stały się bardziej popularne, ale to tylko środki. To,
co ludzi porywa, to historie i postaci – efekty zawsze
mogą być lepsze. Kina gatunkowego w Polsce nie ma.
Ja mam taki pogląd, że kino składa się z trzech elementów: twórców, filmu i widowni. Widownia jest. Twórców naprawdę potrafiących kręcić i mających coś do
powiedzenia mógłbym policzyć na palcach jednej ręki.
Jest mnóstwo ludzi, którzy kręcą filmy amatorsko lub
półprofesjonalnie, ale większość z nich nie ma tak naprawdę nic do zaprezentowania. Ani treści, ani formy.
Nie mówiąc już o warsztacie. Ich dzieła to w większości
garażowe próby zrobienia Gwiezdnych Wojen. Niestety,
to nie może się udać. Na festiwalu w Bielawie spotkałem kilku ciekawych twórców, ale bez supportu i odpowiedniego zaplecza nie są oni w stanie zrobić nic,
co trafi do szerszej publiczności. „Szerszej” czyli takiej,
która jest bezkompromisowa, oczekuje opowieści na
najwyższym poziomie i nie pozwala na żadną umowność. Twórcy gatunkowi w Polsce kisną więc w takich
małych społecznościach, które nie pozwalają im się tak
naprawdę zbytnio rozwijać ani pomóc w tworzeniu
czegokolwiek. Nie należy się poddawać – owszem – ale
z pustego i Salomon nie naleje. Filmiki na Youtubie,
nawet z setkami tysięcy odsłon, to nie jest to, czego
ci ludzie potrzebują. Czego my wszyscy potrzebujemy.
Piszę teraz scenariusz fabuły i wiem, że w Polsce go nie
zrealizuję. Nie ma tu ani pieniędzy, ani ludzi, którzy
potrafiliby taką produkcję poprowadzić. A jeśli nie ma
ani twórców, ani zaplecza, to jak tworzyć filmy? Filmów więc nie ma. Nie ma kina gatunkowego w Polsce.
Marcin Pigulak: Zanim zadam pytanie na temat
Pańskiej etiudy The Bartender, chciałbym na wstępie zapytać o źródło Pańskich zainteresowań science
fiction lub ogólnie fantasy. Czy posiada Pan swoich
mistrzów gatunku literackiego i filmowego?
PB: Fantastyka – w szerokim pojęciu – interesowała
mnie zawsze. Szczególnie ta mroczna jej część. Uwielbiam magię, legendy i podania. Science fiction zainteresowałem się tak naprawdę od czasu premiery gry
38 ‧ Regularnik Drugiej Ery
Mass Effect i kompletnie w to wsiąknąłem. Ta fascynacja zaczęła się chyba
gdy miałem 7 lat i odkryłem Akademię Pana Kleksa – moją pierwszą przeczytaną samodzielnie, od deski do deski, książkę. Potem był Hobbit i dalej
poszło... Poza tym od ósmego roku życia grałem jako aktor dziecięcy w filmach Andrzeja Maleszki. Filmy te przesiąknięte były magią i cudownymi
wydarzeniami. Jeśli chodzi o mistrzów, to moimi numerami jeden wśród
twórców filmowych są Sergio Leone i Steven Spielberg. Z literatury wyróżniłbym H.P. Lovecrafta i Tolkiena.
MP: Uważam, że bez żadnej przesady można uznać Bartendera za
obecnie najciekawszy projekt polskiego kina gatunków. Skąd pomysł
na taką produkcję? Jak wyglądało skompletowanie ekipy, w tym nawiązanie współpracy z Janem Wieczorkowskim?
PB: Dziękuję za tak miłą opinię. Chciałem zrobić coś małego. Kameralnego. Na zasadzie ćwiczeń, jakie reżyserzy odbywają w szkole filmowej. Jedna
przestrzeń, dwóch aktorów. Jakiś czas temu moim nowym hobby został
bartendering. Dla mnie miksowanie drinków to rodzaj alchemii i w ten
sposób wpadłem na pomysł. Początkowo miały być cztery 10-minutowe
filmy. Dwa reżyserować miałem ja i dwa mój przyjaciel, Sindre Sandemo.
Ostatecznie powstał tylko The Bartender, czyli trzeci film z serii. Autorem
zdjęć jest mój wieloletni przyjaciel, Bartek Nalazek, który jest asystentem
Janusza Kamińskiego. Pracował przy takich filmach jak Warhorse, Lincoln
Spielberga czy Boychoir z Dustinem Hoffmanem. Jan Wieczorkowski po
prostu kocha science fiction (śmiech). Został koproducentem filmu. Gdy
go zobaczyłem na pierwszym spotkaniu od razu wiedziałem, że będzie idealny do tego zadania. Bardzo dobrze, że zgodził się też Tomasz Tyndyk,
który jako jedyny aktor w tym kraju mógł zagrać Bartendera. W ekipie
znaleźli się też Natalia Mleczak, Bogumił Misala, Jan Wroński czy Sara
Milczarek. Ekipa, którą udało się skompletować nie ma sobie równych.
I to, mam nadzieję, widać na ekranie. Film ten jest zrobiony praktycznie
bez pieniędzy, a wygląda i ogląda się jak kawałek z Hollywood.
MP: Czy w Pańskim założeniu etiuda The Bartender ma stać się zalążkiem jakiejś dłuższej formy – filmu fabularnego lub serialu internetowego?
PB: The Bartender jest teaserem pełnego metrażu. Wydarzenia przedstawione w tym krótkim filmie to mniej więcej 70-ta minuta historii w pełnym metrażu. Oczywiście w filmie dokonamy pewnych zmian, więc ta
scena (bo ten film jest tak naprawdę jedną, długą sceną) zostanie skrócona
i zmieniona, ale esencja i klimat, a przede wszystkim jakość, którą chcemy
uzyskać, już widać. W tej chwili trwają ostatnie prace nad scenariuszem.
Na jesieni mamy zamiar rozpocząć proces szukania inwestorów i preprodukcji. Myślę, że, chociażby ze względu na obsadę, będzie to produkcja
międzynarodowa. Miejmy nadzieję, że wszystko uda się tak, jak zaplanowaliśmy. W pewnym momencie wystartuje też crowdfunding, który,
mamy nadzieję, pomoże nam dopiąć budżet. Poza tym The Bartender nauczył mnie wiele i przede wszystkim dowiódł, że potrafię zrobić film tak
jak chcę, i to działa. W lecie przyszłego roku mam zamiar nakręcić 30-minutową etiudę fantastyczną, natomiast oprócz tego pracuję nad serialem
internetowym, o którym na razie nie powiem zbyt dużo (śmiech).
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Lament
Paranoika
Recenzja filmu
Marika Kaiser
Lament Paranoika to krótkometrażowy debiut Darka
Kocurka, polskiego grafika i twórcy okładek do dzieł
takich autorów jak Stephen King, Orson Scott Card,
czy też Stefan Darda.
Gdy słyszymy tytuł Lament Paranoika nie kojarzy się
on nam zapewne z niczym konkretnym. Być może
myślimy o średniej jakości dramacie, ale na pewno nie
przychodzi nam wtedy do głowy Stephen King, a dokładniej – jeden z jego najoryginalniejszych utworów.
Zdziwione miny i zmarszczone w geście zadumy brwi
wielu czytelników mistrza horroru są tu jak najbardziej
uzasadnione, bo jak twierdzi sam autor tego krótkometrażowego filmu „nawet, jeśli ktoś jest wielkim fanem
Kinga i czyta regularnie jego książki, to i tak zapewne
nie zna tego opowiadania”. Przyczyna tego jest w pewien sposób banalna, a zarazem stawia nas, odbiorców,
w bardzo niekorzystnym świetle – Lament Paranoika
napisany jest wierszem.
Główny bohater filmu to tytułowy paranoik, który jest
zamknięty w swoim klaustrofobicznym mieszkaniu
i snuje rozważania na temat związanych z nim teorii
spiskowych. Zwracając się momentami bezpośrednio
do widza, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z jego
obecności, przedstawia mu dybiące na jego życie postacie i zdarzenia, które jedynie potwierdzają jego chorą
teorię.
Sam monolog, który stanowi kompletną treść opowiadania Kinga jest monotonny, wyprany z wszelkich
emocji, momentami nieco cyniczny, lecz, co najważniejsze, zupełnie niepasujący do młodego przerażonego
mężczyzny (w tę rolę wcielił się Michał Modliński),
który na naszych oczach kuli się pod drzwiami, obawiając się każdego odgłosu dobiegającego zza ściany.
Głos, który do nas przemawia, to głos dojrzałego,
rozsądnego człowieka (narratorem jest Leszek Tele-
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
szyński), który racjonalnie przeanalizował swoją sytuację i podjął wszelkie
kroki, by zapobiec nieuchronnej klęsce. Dysonans ten, zamierzony czy też
nie, sprawia, że widz w jeszcze większym stopniu dostrzega paranoję, która
ogarnęła bohatera. Kontrast między rozbieganym wzrokiem, trzęsącą się
sylwetką, a spokojnym głosem robi piorunujące wrażenie.
Duszny, ciężki, przytłaczający, chwytający mocno za gardło i nieopuszczający nawet długo po seansie klimat tego filmu został dodatkowo osiągnięty
dzięki połączeniu techniki komiksowej z pewnymi charakterystycznymi
chwytami filmu noir. Miasto, które przedstawia reżyser, to klasycznie
ciemne, ponure miejsce, w którym ciągle pada deszcz. Pod drzwiami
głównego bohatera czai się mężczyzna w czarnym płaszczu, a samo mieszkanie paranoika skąpane jest jedynie w nikłym blasku księżyca. Atmosferę
niepokoju podkreśla dodatkowo rozedrgany obraz, który zdaje się symbolizować chaotyczne, choć ubrane w spokojne słowa myśli paranoika.
Całość dopełniona została tym, w czym Darek Kocurek sprawdza się od lat
– mistrzowską oprawą graficzną. Ilustracje, stanowiące w dużej mierze tło
dla przedstawionych wydarzeń, napawają widza swego rodzaju niepokojem. Ogromne miasto to w gruncie rzeczy labirynt, w którym za każdym
rogiem czyha niebezpieczeństwo.
Na szczególną uwagę zasługuje również świetnie dobrana muzyka, którą
reżyser skomponował wraz z Jackiem Kuderskim (basistą zespołu Myslovitz). Momentami monotonna, hipnotyzująca, ślizgająca się gdzieś na
krawędzi mózgu, wwiercająca się w głowę niczym dźwięk pozytywki, innym razem, jakby wyciągnięta żywcem z filmu science fiction. Przewijające
się przez ten krótki film motywy muzyczne świetnie ilustrują monotonną
narrację. Nadają jej swego rodzaju rytmiczności i organizują przedstawiony obraz.
Dziesięć minut. Tyle trwał seans Lamentu Paranoika i tyle też wystarczyło,
bym po opuszczeniu ciemnej sali, przez kilka minut ledwie powstrzymywała się przed tym, by nie obejrzeć się przez ramię, sprawdzając, czy ktoś
mnie nie śledzi. Hipnotyzująca, klaustrofobiczna, duszna i paraliżująca
myśli, a przede wszystkim wpędzająca w paranoję – atmosfera tego filmu
na długo przylgnęła do mnie i trudno było mi się z niej otrząsnąć.
Biorąc pod uwagę to, w jaki sposób Lament Paranoika oddziałuje na widza, trudno uwierzyć, iż jest to kino amatorskie, reżyserski debiut człowieka, który na co dzień z filmem związany nie jest. Pozostaje mieć tylko
nadzieję, że Darek Kocurek nie poprzestanie na jednym filmie i swój talent
przekuje w kolejne, równie angażujące, dzieło.
Regularnik Drugiej Ery ‧ 39
„
„‘czuję’
Dobrze
horror
– wywiad z Darkiem Kocurkiem
Czy mógłbyś nam opowiedzieć jak zaczęła się Twoja
praca nad tworzeniem okładek do książek?
W sumie był to trochę przypadek. Zaczęło się od mojej współpracy z portalem stephenking.pl. Ekipa z tej
strony, bodajże w 2006 roku, wymyśliła, żeby zrobić
kalendarz kingowy – taki gadżet dla fanów. Ponieważ
wcześniej podsyłałem im fanarty i grafiki, zapytali czy
nie podjąłbym się tego zadania. Z początku byłem
sceptycznie nastawiony, dwanaście grafik to dużo pracy, a ja byłem jeszcze wtedy początkujący w tej dziedzinie, ale zaryzykowałem. Po wykonaniu kalendarza
wrzuciłem grafiki w formie plakatów na stronę i to był
ten moment, który zadecydował o tym, że zająłem się
tworzeniem okładek.
W tym samym czasie wydawnictwo Albatros poszukiwało grafik, które miały zostać użyte na okładkach
wznowień książek Stephena Kinga w Polsce. Tak się
złożyło, że trzy z grafik przeznaczonych do kalendarza
wydawca uznał za odpowiednie. Pewnego dnia po prostu dostałem telefon z wydawnictwa. Dowiedziałem
się wówczas, że są zainteresowani moimi ilustracjami.
W pierwszej chwili myślałem, że to żart, bo wtedy
w ogóle nie planowałem zajmowania się pracą nad
okładkami. W dodatku, były to okładki do książek
Kinga, którego byłem od dawna wielkim fanem. To
było dla mnie ogromne wyróżnienie.
Czy obecnie tworzysz okładki tylko do książek Kinga?
Nie, oczywiście nie. Chwilę po nawiązaniu współpracy
z pierwszym wydawnictwem, zgłosiło się kolejne, a potem następne. Na chwilę obecną regularnie współpracuję z trzema dużymi wydawnictwami, a od czasu do
czasu z kilkoma mniejszymi.
Najwięcej okładek zrealizowałem w ostatnim czasie
do książek Orsona Scotta Carda – zajmowałem się już
dwiema seriami, a teraz zaczynam pracę nad trzecią, co
w sumie daje kilkanaście okładek. Kolejny autor to Stefan Darda, pracowałem nad okładkami do wszystkich
jego książek. Oprócz tego w grę wchodzi jeszcze szereg
innych autorów.
Na tegorocznym Pyrkonie byłeś jednym z gości panelu „Horror w literaturze i filmie”. Jak ten pierwiastek grozy i niepokoju przemycasz do swoich
40 ‧ Regularnik Drugiej Ery
prac, by czytelnik wiedział od razu z czym ma do czynienia spoglądając na okładkę twojego autorstwa?
Wydaje mi się, że w miarę dobrze „czuję” horror i jestem w stanie to uczucie adekwatnie przekazać. Staram się tego nie robić w sposób przesadnie
przerażający. Jestem dużym fanem horrorów azjatyckich, które grozę oddają w inny sposób niż makabra. Tam dziewczynka z długimi, czarnymi
włosami jest w stanie przestraszyć widzów bez stosowania wyszukanych
efektów specjalnych. Dlatego staram się w ilustracjach grozę wprowadzać
w sposób raczej delikatny.
Nie jest oczywiście tak, że makabry unikam totalnie. Na jednej z moich
ostatnich okładek pojawia się kobieta z obciętą głową. Staram się jednak
nie sprawiać, by czytelnik czuł obrzydzenie patrząc na obwolutę.
Czy mógłbyś nam przybliżyć jak w Twoim przypadku wygląda proces
tworzenia?
Najważniejsze jest dla mnie, aby wydawca udostępnił mi cały tekst, co
z reguły się dzieje. Zdarza się, że gdy dostaję zlecenie, nadal trwają prace nad tłumaczeniem książki, więc wydawnictwo dysponuje tylko krótką
notatką prasową. Wtedy tylko krótki, enigmatyczny opis musi wystarczyć,
choć przyznam, że nie do końca lubię wtedy pracować nad okładką. Zdecydowanie bardziej wolę zapoznać się z całą książką, wyciągnąć z niej coś
konkretnego, aby czytelnicy nie wytknęli później, iż na okładce pojawia się
coś, co nie ma związku z faktyczną treścią.
A jak wygląda sprawa z typografią? Czy dostarczasz tylko grafikę, czy
masz wpływ na wygląd czcionki?
Tu jest różnie. W przypadku książek Stefana Dardy, w wydawnictwie Videograf, jest to zaprojektowane z góry. To wydawcy nanoszą typografię,
a moim zadaniem jest stworzenie ilustracji, która się w nią wpasuje. Natomiast jeśli chodzi o książki Carda – odpowiadam wówczas za całość,
okładkę i czcionkę. Kilka książek, którymi zajmowałem się ostatnio, na
przykład nowa pozycja Radeckiego i Cichowlasa – Miasteczko – również
są w całości zaprojektowane przeze mnie.
Twoje prace są znane za granicą. Grafiki przedrukowywane były przez
brytyjskie magazyny, a kalendarz z kingowymi ilustracjami cieszył się
dużą popularnością w Holandii. Czy fani z zagranicy często się odzywają?
Tak, od czasu do czasu trafia do mnie ich pozytywny odzew. To dotyczy
przede wszystkim ilustracji związanych z Kingiem. Z niektórymi fanami
jestem w stałym kontakcie. Amerykański portal darktower.org często zgłasza się do mnie z prośbą o wykonanie małej grafiki, na przykład baneru.
Dostaję również wiadomości z odległych, dla nas egzotycznych krajów,
takich jak Brazylia, Wenezuela. Mogłoby się wydawać, że jest tam tylko
garstka fanów Kinga, tymczasem w Brazylii czy Argentynie jest ich całkiem sporo. Nierzadko ktoś z zagranicy chce także wydrukować czy zamó-
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
wić moje prace.
A czy w związku ze swoją popularnością za granicą,
otrzymujesz również jakieś oferty pracy?
Nie nazwałbym tego jakąś szczególną popularnością.
Nie posiadam stałej współpracy okładkowej, jeśli o to
chodzi. Jest taki pewien projekt, z którego być może
coś wyjdzie i będą to właśnie okładki kingowe dla pewnego włoskiego wydawnictwa, ale to jeszcze nic pewnego i sprawa dopiero się kształtuje.
Natomiast jeśli chodzi o jakąkolwiek współpracę z zagranicą, to zgłaszają się do mnie brytyjskie magazyny
związane z Photoshopem i tym podobne, które są
zainteresowane jakąś krótką galerią czy też artykułem
dotyczącym zrobienia jakieś grafiki. Z innych ciekawszych zamówień to zlecenie z opery z San Francisco,
czy okładka dla kanadyjskiej grupy hard-rockowej. Od
czasu do czasu są to plakaty promujące zagraniczne
adaptacje opowiadań Stephena Kinga.
Na Pyrkonie mieliśmy okazję zobaczyć Twój, poniekąd, debiut filmowy Lament Paranoika. Jest to dość
nietypowe dzieło, które łączy w sobie komiks i pewne elementy filmu noir. Szczerze mówiąc jeszcze
długo po tej projekcji trzymał mnie ten nastrój. Jestem ciekawa, skąd wziął się pomysł na taki projekt?
Tak, faktycznie to mój pierwszy tego typu projekt.
Może zacznę od odpowiedzi, dlaczego akurat Lament
Paranoika. Uważam, że jest to jedno z najbardziej nietypowych opowiadań Stephena Kinga i na każdym
spotkaniu tę jego nietypowość udowadniam. Dzisiaj
również. Nawet jeśli ktoś jest wielkim fanem Kinga
i czyta regularnie jego książki, to i tak zapewne nie zna
tego opowiadania. Na każdym takim spotkaniu, jak to
dzisiejsze, robię krótki test. Pytam słuchaczy o to, kto
zna lub czyta Kinga i zgłasza się las rąk, lecz gdy po
chwili pytam o znajomość opowiadania Lament Paranoika, jedna, może dwie osoby podnoszą rękę. Dlatego z całą pewnością mogę stwierdzić, że faktycznie
jest to jedno z najmniej znanych opowiadań, a wynika
to między innymi z tego, że jest napisane wierszem
i ludzie je po prostu omijają. Wiem o tym z rozmów
z innymi czytelnikami, że nawet wielcy fani Kinga czytając książkę Marzenia i koszmary, z której pochodzi
to opowiadanie, dochodzą do Lamentu Paranoika, widzą wiersz i ciach, lecą kilka kartek dalej, do kolejnego
tekstu napisanego prozą. Dlatego też jednym z moich podstawowych celów było po prostu zapoznanie
ludzi z tym opowiadaniem, bo według mnie ma ono
naprawdę ogromny potencjał, chociażby do tego, by
zrobić z niego krótkometrażowy film. Natomiast sam
pomysł na realizację zrodził się w momencie, kiedy
robiłem kolejny plakat do zagranicznej amatorskiej
adaptacji opowiadania Stephena Kinga. Zadałem sobie
nagle pytanie, dlaczego w kraju, gdzie jest tylu fanów
Kinga, nikt jeszcze się nie podjął tego typu zadania?
Stwierdziłem, że skoro nikt tego nie robi, to ja to zrobię. :)
Lament Paranoika to taka Twoja jednorazowa przygoda czy planujesz jeszcze stworzyć w przyszłości
jakąś adaptację filmową?
Chodzi mi po głowie jeszcze jedna adaptacja, ale byłaby ona o wiele bardziej pracochłonna, ponieważ
chciałbym ją zrobić nieco inną techniką. Mam już na-
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Darek Kocurek
grafik komputerowy, twórca licznych
okładek, a okazjonalnie również
reżyser. Zadebiutował jako autor
grafik do kalendarza stworzonego
przez serwis stephenking.pl i na stałe
związał się z twórczością słynnego
autora horrorów tworząc liczne
okładki do polskich wydań jego
dzieł. Współpracuje z wieloma
polskimi wydawnictwami, ale znany
jest również za granicami naszego
kraju. Jego prace często trafiają do
brytyjskich magazynów, a swoich
fanów ma również w odleglejszych
zakątkach świata. W 2014 roku
spróbował swoich sił jako reżyser
krótkometrażowego filmu Lament
Paranoika, który oparty został na
jednym z dość nietypowych opowiadań Stephena Kinga.
Regularnik Drugiej Ery ‧ 41
wet pewne konkretne wizje i wiem jak to wszystko miałoby wyglądać, ale
zdaję sobie sprawę z tego, że byłoby to trudne do zrealizowania i potrzebowałbym na to dużo czasu. Chcę się zabrać do tego dopiero, gdy będę już
naprawdę przygotowany i będę wiedział, że dam radę to zrobić.
Na Twoim profilu YouTube widziałyśmy również, że tworzysz, czy też
tworzyłeś, coś w stylu trailerów do książek. To dość nietypowe zjawisko, szczególnie w Polsce. Zastanawiam się, czy Twoim zdaniem, to
zachęca czytelnika w równym stopniu jak trailer filmu? Skąd w ogóle
pomysł, by robić coś takiego?
Wpadłem na ten pomysł zupełnie niespodziewanie, podczas tworzenia
jednego z kalendarzy kingowych. W ramach promocji wrzuciłem krótką
animację, która pokazywała pewne fragmenty grafik. Po prostu animacja
plus muzyka. Wcześniej tego nie robiliśmy, a jak się okazało, ludziom się
to spodobało. Taki dodatkowy element generujący pewien szum wokół
projektu i pozwalający dotrzeć do większej ilości osób.
Kolejnym trailerem, i chyba pierwszym, który zrobiłem do książki, był
ten stworzony dla Stefana Dardy. Nie pamiętam już, czy pomysł wyszedł
od Stefana czy ode mnie, ale padła propozycja, by zrobić coś podobnego
również dla jego książki. Myślę, że w jakiś sposób trailer ten się sprawdził.
Planujesz wrócić do tego w przyszłości?
Jasne, mógłbym jeszcze kiedyś zrobić coś w tym stylu, ale wiesz, to zawsze
dużo więcej pracy i nie zawsze można znaleźć na to czas.
Na koniec chciałybyśmy jeszcze zapytać o Twoje plany na przyszłość,
na najbliższy rok.
Obecnie nie mam mocno sprecyzowanych planów, ponieważ już na chwilę
obecną jestem dość mocno obłożony robotą. Szczerze mówiąc to co muszę
zrobić teraz, to taki plan na kilka najbliższych miesięcy, więc trudno mi
planować coś więcej. Szczególnie, że nie wiem, co dojdzie jeszcze w międzyczasie.
Obłożone na tę chwilę są oczywiście okładki. Mam już kilka w kolejce.
Między innymi kolejną serię Orsona Scotta Carda, kolejny kalendarz kingowy – to będzie kolejnych siedem grafik, ponieważ liczy on sześć stron
i oczywiście okładkę. Być może zrobimy trzecią edycję kalendarza dla Stefana Dardy. Tak że na chwilę obecną mam naprawdę masę roboty. Ponadto, ciągle po głowie chodzi mi ten film, o którym wam już wspominałem
i myślę o tym, jak się za niego zabrać.
Rozmowę przeprowadziły: Paulina Czerniak i Marika Kaiser
42 ‧ Regularnik Drugiej Ery
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Horror
w literaturze i filmie
Relacja z panelu
Paulina Czerniak
Czym się różni horror od thrillera? Jak zbudować grozę
i napięcie za pomocą słowa, a jak za pomocą obrazu?
Czy w dzisiejszych czasach jest jeszcze coś, co potrafi
nas przestraszyć? Odpowiedzi na te pytania mogli usłyszeć uczestnicy panelu „Horror w literaturze i filmie”,
który odbył się drugiego dnia Pyrkonu.
W dyskusji moderowanej przez Klaudię Heintze
uczestniczyło czterech gości, których twórczość związana jest z grozą przejawiająca się za pośrednictwem różnego rodzaju mediów. Dawid Kain i Kazimierz Kyrcz
to pisarski duet, którego debiutancki zbiór opowiadań
Piknik w piekle spotkał się z wieloma przychylnymi
recenzjami, podobnie zresztą jak kolejne wspólne projekty czy tworzone indywidualnie książki obu autorów.
Twórczość Kaina przyprawiona jest czarnym humorem
i absurdem, podczas gdy Kyrcz celuje w realizm obrazowania pokrętnych mechanizmów ludzkiej psychiki.
Błażej Kujawa to reżyser, którego najnowszy krótkometrażowy film Paranoia został nagrodzony między
innymi na lublińskim festiwalu Na Linii Czasu czy
w Gorzowie Wielkopolskim podczas Festiwalu Filmów
Frapujących. Z kolei Darek Kocurek zajmuje się grafiką i malarstwem. Jest autorem okładek do polskich
wydań książek między innymi Stephena Kinga i Orson Scotta Carda, a przed rokiem zrealizował również
pierwszą polską adaptację twórczości Kinga, Lament
Paranoika opartą na opowiadaniu o tym samym tytule.
były osobiste opowieści, w których panowie opisywali co byłoby dla nich
najgorszym koszmarem (były to na przykład: powtarzający się przerażający
sen czy idea życia wiecznego, które po setkach lat stałoby się uciążliwe).
Podczas panelu podjęty został również temat cienkiej granicy między tym,
co straszy, a tym, co nie jest już w stanie wywołać w czytelniku lub widzu
żadnych emocji, czy wręcz powoduje śmiech politowania zamiast dreszczu napięcia. Najczęściej powtarzającym się zarzutem okazała się sytuacja,
w której przed widzem czy czytelnikiem zostają odkryte wszystkie karty,
pozbawia się dane dzieło wszelkiej tajemnicy, a to przecież ona niejednokrotnie stanowi dla odbiorcy źródło większego lęku, niż łopatologiczne
wyjaśnianie wszelkich zjawisk i sytuacji. Omówiony został także wątek
horroru w funkcji katharsis, rodzaju bezpiecznego „przeżywania” strachu
przed ekranem czy nad kartami książki. Na koniec goście zdradzili także, w jaki sposób udaje im się przemycić pierwiastek lęku do dzieł, które
tworzą, z jakimi komentarzami ze strony odbiorców swoich prac się spotykają oraz jakie tematy uważają za tabu i nie podjęliby się ich w swojej
twórczości.
Zgromadzeni autorzy zasypywali słuchaczy mnóstwem ciekawych anegdot
związanych z ich pracą i przytaczali niezliczoną ilość przykładów filmów
oraz książek związanych z omawianymi tematami. Reprezentowali różne
dziedziny (literaturę, film oraz grafikę), dzięki czemu mogliśmy przekonać się, jak horror wykorzystywany jest w różnych mediach oraz poznać
odmienne perspektywy poglądów na grozę we współczesnej popkulturze.
Panel ten był jednym z punktów tegorocznej edycji Pyrkonu, w których
bardzo chciałam uczestniczyć i zdecydowanie był to dobrze spędzony czas!
Zaproszeni goście rozpoczęli od opowiedzenia zgromadzonym słuchaczom jak definiują pojęcie horroru
i co najbardziej ich przeraża. Ciekawym elementem
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Regularnik Drugiej Ery ‧ 43
„
Bardzo lubię
„
absurd
Jak to się wszystko zaczęło? Od kiedy rysujesz
komiksy? Jakie były początki Kobiety-Ślimaka?
Jako dziecko naprawdę dużo rysowałam, co było
niezrozumiałe dla mojej rodziny, bo nikt w niej nie
przejawiał podobnych skłonności. Niedługo potem
odkryłam książki (pochodzę ze wsi, gdzie dostęp do
biblioteki nie jest taki prosty), więc stwierdziłam,
że jednak będę pisarką. Komiksy wyszły jako
hybryda rysowania i pisania. I tak to już było, że od
tego momentu miałam zawsze włączoną zazdrość
w dziedzinie rysunków, komiksów i książek. W ogóle
nie interesowało mnie, gdy ktoś wygrywał np. konkursy
sportowe czy jakieś inne muzyczne, ale gdy ktoś osiągał
sukcesy na polu literatury, rysunku czy komiksu –
wtedy zazdrość była, też chciałam to robić.
Po pierwszych próbach literacko-rysunkowych na
mojej drodze pojawiły się mangi, co skutkowało tym,
że wpadłam na pomysł, by je rysować. Pomyślałam,
że stworzę sobie pięć tysięcy tomów jakiejś bardzo
mangowej mangi i będzie super, ale niestety okazało się,
44 ‧ Regularnik Drugiej Ery
że coś takiego wymaga wiele pracy i wysiłku, a ja niekoniecznie potrafię.
No a potem odkryłam komiksy online i nagle się okazało, że nie trzeba
wkładać nie wiadomo ile pracy, by stworzyć nie wiadomo ile stron – po
prostu można narysować mniej, opublikować to i ewentualnie uzupełniać.
Na początku w ogóle rysowałam tylko w zeszycie, takim w kratkę. Ostatnio
część tych rysunków nawet odkryłam. Boże, jak to bardzo było o niczym,
jeszcze gorzej niż dziś.
Myślę, że fani byliby zachwyceni, gdyby mieli możliwość zobaczenia
Twoich pierwszych, zeszytowych prób.
Ale to było całkowicie o niczym! Miałam na przykład taką tendencję, że
gdy nie wiedziałam, co zrobić z bohaterami, jaką historię im zaserwować,
stawiałam na ich drodze nową, kolejną postać. Generalnie, moje pierwsze
próby to zbiór wszystkich najgorszych tradycji błędowych, jakie popełniają
młodzi twórcy. W końcu nie było wtedy jeszcze Internetu – a przynajmniej
ja go nie miałam – więc nie istniała możliwość, by swoje prace porównać
z innymi, zobaczyć jak inni rysują i jakie błędy popełniają.
W Twojej twórczości przewija się dużo zwierząt. Są ślimaki, koty,
jednorożce, jakiś czas temu narysowałaś nawet znaki zodiaku
w formach zwierzęcych. W większości te motywy są zmutowane, ale
wciąż posiadają zwierzęce kształty. Czy to oznacza, że wolisz, bardziej
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
niż ludzi, rysować zwierzęta?
Na pewno mam jakiś fetysz mutantów. Lubię rysować
rzeczy o naprawdę dziwny kształtach. Teraz na
przykład rysuję ślimaki, które są jednocześnie kotami
i kondomami. Z drugiej strony – lubię również
rysować grube kształty. Lubię, gdy ten tłuszczyk mi
się przelewa na rysunku, to jest bardzo wdzięczne. Za
takie też uważam, gdy na przykład ramiączko stanika
wpija się w tłuszcz ślimaka-dominatrix. Jednak tylko
zwierzęta rysuję grube. Ludzie są zawsze chudzi. Nie
wiem dlaczego, ale faktem jest, że kiedy mam ochotę
narysować tłuszczyk, to na ogół wychodzi mi jakieś
zwierzątko.
Jak to jest – najpierw masz pomysł, później rysujesz,
czy rysujesz coś, a potem do tego pojawia się pomysł
na narrację? Co zdarza się częściej?
Zdecydowanie to pierwsze. Często zdarza się, że
gdzieś obok mnie odbywa się jakiś dziwny dialog albo
wydarzenie i zastanawiam się, jak go zaadaptować na
potrzeby komiksu. Co by nie było: najpierw jest jakaś
myśl, inspirowana rzeczywistymi zdarzeniami, bądź
nie, a potem – rysunek.
Wyjątkiem jest tu seria czarnych kotów (na stronie
sklepowej mój wydawca nazwał je „depreskoty”, ja
nazywam je „koszmarne koty”). Najpierw sobie rysuję,
potem patrzę, że wyszedł mi z tego rysowania kot,
a potem patrzę mu w pysk i zastanawiam się – czo
ten koteł chce mi powiedzieć? Jaka jest jego życiowa
motywacja? Dlaczego jest smutny? I mu dopisuję jakąś
treść.
A nie masz na przykład tak, że czekasz na
natchnienie?
Nie bardzo. Cała Chata Wuja Freda powstała raczej na
zasadzie olśnień. Przyjęłam metodę objawieniową, że
tak powiem. Najpierw pomysł wpadał mi do głowy,
a później go realizowałam. Ewentualnie miałam
w pamięci jakąś specyficzną sytuację lub dialog, który
nagle do mnie przychodził z pomysłem na rysunek
i brałam się do pracy. Nigdy nie było tak, że po prostu
siedziałam i czekałam, aż w głowie wykrystalizuje mi
się pomysł.
Twój humor jest abstrakcyjny, ale równocześnie
mocno zanurzony w rzeczywistości. Jeśli chodzi
o ten abstrakcyjny rys – z czego czerpiesz inspirację
na rysunki i fabuły w komiksach? Wynika to może
z tego, że oglądałaś w życiu dużo Monty Pythona?
Bardzo lubię absurd. I od razu, na wstępie, muszę się
przyznać, że prawie w ogóle nie oglądałam Monty
Pythona, co jest o tyle zabawne, że raz narysowałam
jakiś odcinek komiksu i ludzie zaczęli to komentować,
mówiąc, że straszna zrzynka z Monty Pythona. A ja,
autentycznie, nie miałam pojęcia, że Monty Python
wpadł na podobny pomysł.
Jeśli nie Monty Python to może coś innego ma
wpływ na specyficzny humor Twojej twórczości?
Czy też po prostu ten charakterystyczny absurd
jakoś zawsze do Ciebie przemawiał?
Nie wiem skąd mi się to wzięło. Po prostu zawsze
lubiłam wykrzywiać to, co widziałam i niespecjalnie
wiem, z czego to wynika. Tak samo, od zawsze, miałam
upodobanie do barwnych metafor. Inspirację czerpię
w sumie z patologii, z mojej mentorki, i z Polski
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Ilona „Kobieta Ślimak”
Myszkowska
najbardziej znana jest jako autorka
komiksowego bloga „Chata Wuja
Freda”, którego trzy albumy
ukazały się również w formie
drukowanej (w 2011 roku
Ślimacze opowieści, a w 2012
Chata Wuja Freda. (Prawie)
trzy lata absurdu oraz Ślimacze
Opowieści 2. Miłość i patologia.
Jest również współautorką komiksu
internetowego „Barwy biedy”.
W 2014 roku rozpoczęła swój
romans z grami, zaczynając od
stworzenia planszówki „iGranie
z Gruzem”, a obecnie zajmuje się grą
komputerową „Mortal Dating”.
Regularnik Drugiej Ery ‧ 45
ogólnie. I z biedy.
Czy było kiedyś tak, że coś ci się przyśniło i ujęłaś
to w komiks?
Przez wiele lat w ogóle nie śniłam. Teraz zaczęłam śnić
i to jest bardzo, naprawdę bardzo dziwne przeżycie.
Więc nie, raczej nie miałam takiej sytuacji.
Porozmawiajmy o Twojej działalności poza Chatą
Wuja Freda. Chciałabym zapytać o grę „iGranie
z Gruzem”. Skąd pomysł na stworzenie gry? Skąd
czerpałaś inspirację do stworzenia rozgrywki?
Przyszedł do mnie kolega, który zajmuje się
planszówkami i grami karcianymi i powiedział mi, że
miał sen. Moja pierwsza reakcja to „nie mam czasu”,
ale on drążył temat, mówił: „Miałem sen. Grałem
w grę z postaciami z Chatki”. Uznałam, że to śmieszny
pomysł, ale wart wykonania. Cały proces tworzenia gry
opisałam w komiksie „iGranie z Gruzem”, w którym
można ze szczegółami prześledzić cały przebieg
tworzenia.
W końcu kolega zrezygnował z projektu, ale ja
włożyłam w tworzenie go tyle pracy, że uznałam, że
szkoda, gdyby miało się to zmarnować. Dwa lata
projekt przeleżał w szafie. Wracałam jednak do niego
co jakiś czas, dopisywałam coś, testowałam go, a potem
zajął się nim już wydawca, Black Monk.
Czyli najpierw powstały rysunki, a potem przyszła
chęć wydania gry?
Tak. Zaczęłam się zajmować rysowaniem planszówki
zanim pojawił się projekt wydania jej, ponieważ nie
miałam w ogóle pojęcia jak wygląda rynek gier, jacy są
wydawcy i czy w ogóle tacy istnieją. Kiedyś ktoś mnie
nawet zapytał o to, jakie są pieniądze z planszówek, a ja
odpowiedziałam, że nie mam pojęcia, że robię to po
prostu dla zabawy.
Przy wydawaniu gry korzystałaś z platformy
polakpotrafi.pl. Czy zdziwił Cię odzew fanów,
którzy zebrali kwotę ponad siedem razy większą niż
ta, która była potrzebna na zrealizowanie projektu?
Było to dość szokujące, przyznaję. Nie spodziewałam
się takiego wyniku. Ale to chyba wiąże się z tym, że nie
umiem przewidzieć reakcji ludzi. Czasem coś narysuję
i myślę, że to będzie bardzo dobre, a nikogo to nie
obchodzi, a czasem coś według mnie jest słabsze i mam
wątpliwości, czy wrzucić to do sieci, a nagle orientuję
się, że wszyscy repostują akurat ten obrazek. Ponad
5 lat w branży – wciąż zero wyczucia.
Swojego czasu byłaś często na kwejku.
Kwejku, demotywatorach i tak dalej. Ostatnio komiks
o fałszywych pragnieniach obiegł cały Internet.
Czujesz wtedy dumę? Twoje prace pojawiają się
w różnych zakątkach sieci.
Na początku, kiedy kwejk pojawił się w Internecie,
nie rozumiałam na czym to polega. Ja byłam
użytkowniczką soup.io, więc skojarzyłam, że te dwa
serwisy mają podobną zasadę funkcjonowania. Moje
prace już wcześniej pojawiały się na zupie, ale kiedy
ktoś powiedział mi, że jestem „na głównej na kwejku”
to pytałam „to dobrze?” [śmiech]. Nie sądziłam
na początku, że tego typu serwisy będą się cieszyły
dużą popularnością, ale ostatecznie wiele osób, które
widziały tam moje prace, zaczęły śledzić również
Chatkę.
46 ‧ Regularnik Drugiej Ery
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Oprócz zajmowania się Chatą wuja Freda jesteś
także scenarzystą Barw Biedy. Kiedy przeglądałam
ten komiks zauważyłam, że pomimo rysu
humorystycznego, jego treść dotyka poważniejszych
tematów. Czy to dlatego, że Barwy mają inny
krąg odbiorców, a fani Chatki mogliby nie być
zainteresowani takimi wątkami?
Pojawiają się tam tematy społeczne, to prawda. Ale
na początku Barwy miały zupełnie inaczej wyglądać.
Główna bohaterka miała na swojej drodze spotykać
różnego rodzaju patologie, na przykład przemoc czy
dyktaturę. Uosobieniem tych patologii mieli być kolejni
współlokatorzy bohaterki. W którymś momencie to
jednak skręciło w inną stronę, wyszło trochę inaczej, ale
nie żałuję. To, co pojawia się w komiksie, przychodzi
do mnie „metodą objawieniową”, jak ją nazywam.
Dużo wątków wychodzi również w trakcie tworzenia,
wynika z kontekstu, w jakim znalazła się dana postać,
to tworzy jej historię. Analizuję daną postać w danej
przestrzeni, postać przeze mnie dochodzi do pewnych
wniosków, które pojawiają się potem w komiksie.
Barwy są fabularyzowane, a Chatka jest zbiorem
osobnych komiksów.
W Chatce mogę wracać na przykład do jakiejś
tendencji, ale raczej tego nie robię, nie odwołuję się do
dawnych odcinków. Każdy nowy to zamknięta całość.
Natomiast, jeśli zacząć by czytać Barwy od powiedzmy
30-go odcinka, to na pewno trudno byłoby zrozumieć
o co chodzi. Powinno się śledzić całą pseudofabułę,
żeby mieć jej pełny obraz. W Chatce jeden odcinek
to jedna wypowiedź, więc nie trzeba znać szerszego
kontekstu.
A jak się czujesz w roli scenarzystki Barw
(rysowaniem zajmuje się Kiciputek – przyp. red.)?
Trochę dziwnie. To trochę jak magia! Zwykle proces
wygląda tak: wymyślasz coś, tworzysz i jest. Ale w tym
przypadku wygląda to inaczej – pojawia się pomysł, nic,
i nagle: jest. Magia! [śmiech] To jest nieco czarodziejski
proces, gdy samemu nie odpowiada się za rysunki.
Czasami jestem zaskoczona tym, co dostaję, bo ja mam
pewną wizję, którą rysowniczka może potraktować
inaczej. Czasem jest to duże wzbogacenie, choć czasem
uważam to za profanację [śmiech].
Tworząc fabułę czy nowe postaci masz gotowy
rysunek w głowie i próbujesz go jak najdokładniej
przekazać czy może zdajesz się całkowicie na
rysownika?
Raczej nie, myślę, że bardziej po prostu „czuję” postać.
W przypadku współpracy z Kiciputkiem przy Barwach
wygląda to tak, że przekazuję ogólny opis postaci,
czy postać ma być ładna lub brzydka, włosy takie
a takie, sympatyczna/niesympatyczna. Czasem dodaję
szczegóły, jak na przykład opis konkretnego rodzaju
spojrzenia, np. „ma spojrzeniem topić beton”.
Czasami zdarza mi się opisać, jak widzę jakiś kadr
albo wysłać Kiciputkowi jakiś ogólny szkic.
Rozmowę przeprowadziły Asia Sikorska
i Paulina Czerniak
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Regularnik Drugiej Ery ‧ 47
Wywiad z
Quazem
Mateusz Rybicki: Miło Cię widzieć, Quaz!
Tomek Drabik „Quaz”: Mi także miło!
MR: Jesteś bardzo twórczą personą. Przez dłuższy
czas przedstawiałeś się jako „Quaz”, twórca komiksu
dla graczy Gamer9, nieraz w swoich filmach
używałeś muzyki, którą sam skomponowałeś. Jak
to się stało, że masz takie szerokie zainteresowania?
TD: To wynika głównie z tego, że przez całe życie
próbowałem coś robić. Różne rzeczy mi się podobały,
próbowałem ich. Przy czym nigdy nie miałem wrażenia,
że robię coś naprawdę dobrze, więc za każdym razem
dochodziłem do pewnego momentu i zajmowałem się
czymś innym. Tak było właśnie z muzyką. W liceum
miałem kapelę rockową ze znajomymi, ale nie jestem
jakimś super muzykiem i generalnie nie byłem nigdy
z tego do końca zadowolony. Potem próbowałem
rysować, ale tak naprawdę moje rysowanie przez te
wszystkie lata to było tylko udawanie, że umiem
rysować.
MR: Jednak zanim zacząłeś tworzyć wideorecenzje,
a tym się teraz przede wszystkim zajmujesz,
prowadziłeś parę pasków internetowych, między
innymi Thanatosa, który opowiadał poważną
historię, czy komiks dla graczy Gamer9, o czym
często wspominałeś na początku swoich materiałów.
W pewnym momencie zacząłeś jednak tworzyć
wideorecenzje gier. Co Cię skłoniło do tego, żeby
się tym zająć?
TD: Podobało mi się to, co robił James Roth „Angry
Video Game Nerd” – to było bardzo fajne i próbowałem
zrobić coś podobnego. Na początku wychodziło mi to
straszliwie. Mojej pierwszej recenzji nikt nie widział.
Nie została nigdzie opublikowana i nigdy nie zostanie.
Jest po prostu za słaba. Potem powstawały kolejne.
Gdzieś tam po drodze dogadałem się z Gaminatorem,
chcieli, żebym realizował dla nich jakieś wideo i pytali
się, czy chciałbym jakieś robić. Na początku myśleli,
że będę robił gameplaye albo coś w tym stylu. Ja im
zaproponowałem recenzje i tak to się właśnie zaczęło.
Nie chciałem kopiować „Angry Video Game Nerda”,
ale podobało mi się to, co on robi i chciałem zrobić coś
48 ‧ Regularnik Drugiej Ery
podobnego, oczywiście w swoim stylu.
MR: Możesz nam zdradzić, jaka była ta pierwsza nieopublikowana
recenzja?
TD: Call Of Cthulhu: Dark Corners of the Earth. To była straszliwa
recenzja. Chciałem ją opublikować w komiksie Gamer9, a że powstawał
w dwóch językach, to chciałem to zrobić po angielsku. Mój angielski jest
koszmarny, a wtedy był jeszcze gorszy. Więc nagrałem dwie straszne rzeczy
i uznałem, że nie mogę tego puścić.
MR: W twoich materiałach występuje potężny element autorski.
W wielu z nich nie jesteś po prostu Tomkiem Drabikiem, tylko
wcielasz się w różne postacie np. Militarnego Quaza i innych. Tych
postaci jest całkiem sporo.
TD: To też jest inspiracja z Zachodu, bo to tam takie patenty są wymyślane.
Zawsze chciałem, żeby w recenzjach było coś fajnego. Pamiętam, że był
taki okres, że powstawał tekst do recenzji, a potem wymyślałem żarty.
Teraz staram się tego na siłę nie robić. Jak nie mam pomysłu na żart, to
go po prostu nie ma, zamiast tego idę w stylistykę, w klimat recenzji.
Generalnie zawsze chciałem, żeby coś takiego było, bo zrobienie suchego
tekstu nagranego do samego gameplayu jest dla mnie mało interesujące.
Myślę, że inaczej dawno bym się wypalił, bo publikuję już od 2007 roku.
MR: Czy planujesz kontynuować swój komiks Gamer9? Czy chciałbyś
wrócić do tworzenia pasków?
TD: Nie ma na to czasu, to się wypaliło. Był taki moment, że zrobiłem
fabułę, a potem ją rzuciłem i zacząłem robić formę bez fabuły, gdzie były
żarty. Potem chciałem powrócić do fabuły, ale już tego nie czułem i to
było bardzo na siłę. W pewnym momencie to się zatrzymało w miejscu
i chyba po prostu bym już nie chciał. Nie chciałbym wracać do komiksu,
bo nie czuję, że robię to bardzo dobrze, więc nie chce mi się tego robić.
Nie umiem rysować. Wiem, że niektórzy uważają, że jest inaczej, ale jak
ktoś ma wprawne oko, to widzi, że to jest udawane. Gdzieś tam za mną
chodzi pomysł, żeby spróbować zrobić z Thanatosa książkę, ale nigdy
nie napisałem niczego dłuższego, więc trochę się tego boję, a poza tym
nie mam czasu, ponieważ normalnie pracuję. YouTube nie jest dla mnie
zajęciem typowo zarobkowym, raczej hobbystycznym.
MR: Twoje wideo na YouTube to przede wszystkim recenzje, ale
próbujesz też eksperymentować z formą, jak to miało miejsce
z recenzją nowego Tomb Raidera, gdzie nakręciłeś 4 filmy, a widz
mógł sam zadecydować, czy chce posłuchać o plusach albo minusach
gry. Jedną z Twoich eksperymentalnych form były wrzucane przez
Ciebie livestreamy. Potem je porzuciłeś – akurat w momencie, kiedy
przeżywamy boom, kiedy prawie każdy je nagrywa.
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
TD: To może wynikać z tego, że mam tendencje do
nietrafiania. W momencie, kiedy robiłem recenzje,
nikt tego nie robił. Jak to się zaczęło, to nie robiłem
tego na YouTube, a jak zacząłem, to już wszyscy
byli przede mną, jeżeli chodzi o oglądalność. Ale
livestreamów nie robię, bo tego po prostu nie czuję.
Są ludzie, którzy się w tym odnajdują, którzy potrafią
gadać z głowy ciekawe rzeczy. Ja jednak czuję, że
dużo lepiej jest, kiedy napiszę sobie tekst wcześniej
i wszystko odpowiednio zaplanuję.
MR: Oglądasz livestreamy?
TD: Bardzo rzadko, ale to też jest kwestia czasu, bo
to jest strasznie czasochłonne zajęcie – patrzenie, jak
ktoś przechodzi grę. Aczkolwiek widzę, co jest w tym
fajnego. To jest troszeczkę takie przedłużenie grania
komuś przez ramię. Patrzyłeś, jak starszy brat grał.
Jeżeli lubisz osobę, która to prowadzi i ona na dodatek
jakoś fajnie się produkuje przy graniu, to jest to
całkiem przyjemne, aczkolwiek czasochłonne.
MR: Czy masz jakieś rady dla młodych twórców?
TD: Widzę, że jest tendencja kopiowania rozwiązań,
które już istnieją. W tej chwili jest bardzo dużo
kanałów z grami na wideo dla młodzieży, gdzie
dominuje pewna agresywna stylistyka. Nie mam nic
przeciwko temu, jest odbiorca, jest i twórca. Wydaje
mi się, że bardzo dużo ludzi, widząc, że to jest obecnie
najpopularniejsze, chociażby pod względem ilości
wyświetleń, stara się odtwarzać, a sądzę, że w tej chwili
jest bardzo ciężko się w to wbić, a zwłaszcza wybić. Jeśli
miałbym mieć jakąś radę, to aby ludzie szukali jakiegoś
pomysłu na siebie, zamiast je kopiować. Oczywiście
można się inspirować, sam się inspirowałem.
MR: Czy masz jakieś przemyślenia dotyczące branży
gier komputerowych?
TD: Ludzie narzekają, że gry się w jakiś sposób
zmieniają i wini się za to konsole, głównie przez to,
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
że wychodzą na tę, a nie inną platformę. Tak naprawdę to, na co mało
się zwraca uwagę, to że gry stały się naprawdę popularne. W tej chwili
jest to rozrywka masowa o bardzo dużym zasięgu i one zmieniają się pod
masowego odbiorcę – to nie ma nic wspólnego z platformami. Aczkolwiek
zmienia się coś w drugą stronę. Twórcy gier zorientowali się, że jednak
typowy odbiorca Kinecta nie kupuje dużo gier. To jest człowiek, który
pobawi się trochę i o nim zapomina. Zaczyna występować nawrót gier
dla bardziej zaangażowanego gracza, jest ich więcej. Gry ostatnio zrobiły
się dłuższe. W 2009 wyszło Demon’s Souls, gierka, która stała się na swój
sposób kultowa, aczkolwiek jest to tytuł skrajnie hardkorowy. Na początku
wyszła w Japonii i przez pierwsze pół roku nie mogła się wydostać na
zachodni rynek, bo nikomu się nie wydawało, że może to kogokolwiek
zainteresować. Dzisiaj gra tych samych twórców – Bloodborne – wychodzi
na PS4 i jest reklamowana jako gra, która ma sprzedać tę konsolę.
Hardkorowe gry są w cenie.
MR: Czy mainstreamowe gry dorosły do pokazywania dojrzałych
tematów?
TD: Wydaje mi się, że jest tutaj problem, bo tego typu tematyka ma to
do siebie, że jest w pewien sposób kontrowersyjna. Ona może negatywnie
wpłynąć na sprzedaż, a mainstreamowe gry są wysokobudżetowe – ktoś
wykłada pieniądze, aby to wyprodukować i stara się minimalizować ryzyko.
To nie jest kwestia tego, że nie dorosły, ale tego, że jest zbyt duże finansowe
ryzyko. To tak jak z wysokobudżetowymi produkcjami w kinach, które
raczej starają się trzymać bezpiecznej tematyki. To raczej bardziej niszowe
i niskobudżetowe produkcje starają się poruszać kontrowersyjne tematy.
Battlefield: Hardline miał problemy z tym, co się działo w Ferguson
w Stanach, chodzi o temat militaryzacji policji. Oni produkowali grę,
która wydawała im się zupełnie bezpieczna i nagle pojawił się temat
społeczny, który stał się dla nich trochę niewygodny. Myślę, że tutaj
zupełnie przypadkiem dotknęli tematu, nie mając do niego komentarza,
bo nie planowali żadnego. O ile gry niszowe dojrzały, to mainstreamowe
produkcje będą się raczej nadal trzymały od dojrzałych tematów z dala.
Regularnik Drugiej Ery ‧ 49
O wyjątkowości
harfy,
magii kołysanek
i braku zaufania do smoków
– rozmowa z harfiarką
Barbarą Karlik
Marcin Pigulak: Która to dla Ciebie odsłona Pyrkonu?
Barbara Karlik: Dowiedziałam się przed chwilą, że to
piętnasty Pyrkon, więc jest to też moja piętnasta edycja. Jestem w zasadzie od samego początku z konwentem, może dlatego, że odbywa się on w moim rodzinnym mieście.
MP: Czy z perspektywy tych piętnastu edycji wspominasz któryś z konwentów szczególnie przyjemnie?
BK: Problem z fajnymi imprezami jest taki, że w pewnym momencie zaczynają się zlewać w jedną super-hiper imprezę. Gdy się przychodzi pierwszego dnia na
konwent, to nagle ten rok, który trzeba było na niego
czekać – znika. I robi się jedna wielka impreza. Więc
ja nie pamiętam, które z nich szczególnie były takie
„wow, super”. Pamiętam, że w zeszłym roku miałam
bardzo miłą sytuację w czasie koncertu… Zawsze robię
wprowadzenie, w którym opowiadam na jakiej gram
harfie, jaki to instrument, czym się różni od harfy orkiestrowej i tak dalej. Mówię: „Słuchajcie, kto tutaj jest
pierwszy raz? Może wszyscy są po raz kolejny i po co ja
mam tłumaczyć coś, co przecież wszyscy już wiedzą…
Podnieście ręce”. Podniosło dwie trzecie auli. Przez
chwilę myślałam, że wszyscy się zmówili i sobie robią
żarty typu „jak Maskota zapyta, czy jesteście pierwszy
raz, podnoście ręce”. A z drugiej strony bardzo fajnie
wspominam też Pyrkony na Dębcu, zanim konwent
wyrósł z tamtej miejscówki. Były takie bardziej kameralne, chociaż wiadomo, że każda impreza będzie szła
w różnym kierunku. W tej chwili Pyrkon się rozwija,
jest coraz większy. Pierwszy konwent na Targach też
był bardzo fajny, bo nagle zrobiło się tyle przestrzeni!
A teraz, no cóż… Impreza się zmienia, każdy Pyrkon
jest troszeczkę inny, a jednocześnie jest tą samą wielką
imprezą.
MP: Bohaterką Twojego koncertu będzie wczesna
harfa celtycka. Czy mogłabyś pokrótce wyjaśnić naszym czytelnikom, co jest w niej wyjątkowego?
BK: Szczerze powiedziawszy, koncertuję tylko na wczesnej harfie celtyckiej. To instrument, w którym się specjalizuję, a gram na nim od 2001 roku. Instrument,
na którym będę grała jutrzejszy koncert, to replika
50 ‧ Regularnik Drugiej Ery
XVI-wiecznej harfy ze Szkocji, z Edynburga. Był on obecny w Irlandii
i Szkocji między X a XIX wiekiem. Jako złota harfa o srebrnych strunach
na niebieskim tle widnieje w herbie Irlandii. Jest bardzo charakterystyczny, wręcz unikalny na skalę europejską. Chociaż w Europie wytwarzano
rozmaite harfy – gotyckie, barokowe, o dwóch rzędach strun, o trzech
rzędach strun, krzyżowe, to w Irlandii i Szkocji była obecna taka właśnie
wyjątkowa harfa o metalowych strunach.
MP: Co jest takiego wyjątkowego w muzyce, którą niesie harfa? Co
Cię szczególnie w niej urzekło, spowodowało, że stwierdziłaś, że to jest
ten rodzaj muzyki, który chcesz uprawiać?
BK: Tutaj trzeba poruszyć trzy tematy. Po pierwsze, ciężko mówić o muzyce na harfę. Mogę coś powiedzieć o muzyce na harfie celtyckiej, dlatego że
harf, jak już wspomniałam, jest dosyć sporo rodzajów i każda muzyka na
każdy z tych instrumentów będzie zupełnie inna. Podobnie jest z gitarą –
na każdym rodzaju gra się inaczej. Mamy harfy historyczne, które z kolei
dzielą się na ileś tam rodzajów oraz harfy elektryczne. A muzyka na harfę
celtycką, ta wczesna muzyka, jest dosyć niezwykła. Na każdym koncercie staram się zagrać jakiś utwór historyczny, w którym będziemy mogli
słyszeć, jak brzmiała muzyka sprzed wieków. Piszę również własne utwory. To, co jest bardzo charakterystyczne dla tej harfy, to jej bardzo długie
wybrzmienie. A teraz druga kwestia, którą chciałam poruszyć… Co mnie
urzekło w harfie. Dotarłam do muzyki harfowej przez muzykę celtycką.
Śpiewałam w zespole celtyckim i wtedy zaczęłam szukać jak wygląda sprawa z tymi harfami, bo jako małe dziecko marzyłam, żeby grać na takim
instrumencie, ale nawet nie śmiałam zapytać rodziców, czy mogę, bo to
drogi instrument. I kiedy dowiedziałam się w tamtym momencie – to był
dwutysięczny rok – że harfa może mieć metalowe struny, byłam kupiona
na samym początku, bo słuchając gitar bardziej mi się podobały metalowe
struny od nylonowych. Potem dowiedziałam się, że jest to właśnie wczesna
harfa celtycka… że prawie nikt na niej nie gra… że będę mieć problemy
z nauczycielami…. Ale już wtedy byłam uparta – mówię: metalowe struny
tylko i wyłącznie! W tej chwili jest tak, że nawet w Irlandii, kiedy ktoś
mówi „celtic harp” – harfa celtycka albo harfa irlandzka – najczęściej ma
na myśli współczesny instrument z XIX wieku z nylonowymi strunami. Ja
gram na metalowych strunach, ich brzmienie jest po prostu niesamowite,
no i możliwości, jakie daje ten instrument, są troszeczkę inne od tych,
które oferuje nylon.
MP: Z pewnością podczas słuchania Twoich koncertów niejedna osoba zapragnęła pójść w Twoje ślady i grać na harfie. Jakich podstawowych rad chciałabyś udzielić komuś, kto jest „zielony” w kwestii grania na tym instrumencie, a chciałby wykonać pierwsze, podstawowe
kroki, żeby móc zostać harfiarką lub harfiarzem?
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Regularnik Drugiej Ery ‧ 51
© Foto by Justyna Miśkowiec
BK: To nie pierwszy raz, kiedy dostaję to pytanie.
Mniej więcej raz, dwa razy na miesiąc otrzymuję maila
lub telefony od ludzi, którzy chcieliby grać na harfie.
Myślę, że pierwszą, taką podstawową rzeczą, którą fajnie byłoby zrobić, to sprawdzić, na jakiej harfie chcemy
grać. Tutaj zrobię taką małą kryptoreklamę – na mojej
stronie harfiarka.pl w dziale „Harfa” znajduje się artykuł jak zacząć na niej grać i tam są chociażby wymienione różnice między harfami, jak dojść do tego, na
której harfie chcę grać i być może skąd wziąć pierwszy
instrument. Największy problem z graniem na harfie
jest taki, że trzeba ją kupić, gdyż ciężko jest się uczyć na
instrumencie, którego nie ma się w domu. Natomiast
jeżeli ktoś ma jakieś zdolności manualne, to można
harfę zrobić samemu dosyć niskim kosztem. Najważniejsze to spróbować, gdyż harfa ma bardzo – jak to się
mówi – niski próg wejścia. Czyli nawet jak gramy proste melodie, to na harfie będą brzmieć one magicznie.
Nie ma tego momentu, co w skrzypcach, że dopóki się
nie nauczymy ciągnąć smyczkiem, to będzie brzmieć
fatalnie. Jednak, jak mówią Anglicy: „easy to start, hard
to master”. Więc później już te wszystkie subtelności są
trudne do ogarnięcia, ale jest to nauka, która przynosi
wiele satysfakcji. Myślę, że pierwszym krokiem jest zorientowanie się, jaki instrument chcemy i skąd powinniśmy go kupić. Taka mała przestroga: troszkę nie lubię pakistańskich harf, dostępnych na różnego rodzaju
serwisach aukcyjnych. Są to nylonowo-strunowe harfy
z dźwigienkami, z wyrzeźbionymi po bokach różami.
Mam do nich zastrzeżenie w kwestii bardzo wysokiej
ceny w stosunku do słabej jakości. A ponieważ są to
i tak jedne z najtańszych instrumentów na rynku,
ludzie je kupują . Gdyby kosztowały połowę tego, to
bym stwierdzała: „super, jest instrument, na który każdego stać, można sobie zacząć na nim grać”. Wiem, że
52 ‧ Regularnik Drugiej Ery
niektórzy je ulepszają. Słyszałam o dziewczynie, która zmieniła oryginalne
struny na struny z włókna szklanego i mówi, że harfa brzmiała super. Ale
raz się trafi świetny egzemplarz, a raz fatalny.
MP: W zeszłym roku wydałaś swój trzeci album studyjny. Czy mogłabyś przybliżyć, jaki repertuar zawiera ten album oraz jak przebiegała
nad nim praca? Z tego co wiem, brałaś udział w kampanii Polak Potrafi, która skończyła się pełnym sukcesem w postaci wydania tej płyty.
BK: Tak, owszem. Jestem niebywale szczęśliwa, że mogłam ją zorganizować z tymi wszystkimi ludźmi, którzy mi pomogli. Pomysł na płytę narodził się już jakiś czas temu z mojej fascynacji kołysankami. Album nazywa
się Suantrai – struna snu i jest właśnie płytą kołysanek, aczkolwiek nie
wszystkie z tych piosenek są takimi klasycznymi, cichutkimi, usypiającymi utworami. Chociaż mówiąc to, przypominam sobie moją koleżankę,
która stwierdziła, że nie da się jej słuchać w aucie. Puściła płytę o piątej
rano przy mglistej pogodzie i musiała ją wyłączyć po trzech minutach, bo
było niebezpiecznie. Tak więc nie słuchajcie jej w samochodzie! (śmiech)
W każdym razie, dlaczego kołysanki… Lubię folklor przekazywany, żywą
tradycję. Kołysanki są jednym z tych elementów tradycji, z którym prawie
każdy z nas ma styczność w którymś momencie swojego życia. Myślę, że
przetrwa on długo, długo po tym, jak utwory folkowe zostaną przeistoczone w rock i ogólnie nieco się rozmyją. Drugą rzeczą, którą kocham
w kołysankach, jest ich niesamowity, leczniczy potencjał. Bo przyznam
szczerze, że jeżeli są jakieś frazy, które działają na mnie jak czerwona płachta na byka, to jest to „ty masz talent”. Jakkolwiek by tego nie określić, są
dla mnie wyznacznikiem strachu przed śpiewaniem. Albo, gdy ktoś mówi:
„nie mam talentu, nie mogę się za to zabierać, gdy zaczynam śpiewać,
ludzie mi mówią zamknij się”. A przecież nie chodzi o to, aby śpiewać
pięknie. Śpiewanie, tworzenie muzyki, jest bardzo przyjemnym zajęciem
i nie powinno się tego robić tylko wtedy, kiedy wychodzi super. Kołysanki są na tyle niesamowite, że kiedy w pewnym momencie pojawia się na
świecie dziecko, to nagle się okazuje, że ono dużo lepiej reaguje na śpiew
swojej matki czy ojca – nieważne, czy fałszuje, czy też nie – niż na głos jakiejś super piosenkarki z płyty. Okazuje się wtedy, że ten rodzic nie będzie
się zastanawiał, co o nim sobie pomyślą ludzie – on po prostu zaśpiewa tę
kołysankę dziecku i ono wreszcie zaśnie. Więc to jest absolutnie niesamowite, to jest ten potencjał, który strasznie mi się w kołysankach podoba.
Zbieram je. Mam jakieś swoje różne ulubione utwory, a w tym wypadku
pojawiła się opcja, żeby nagrać z nimi płytę. Stworzyłam więc program
i projekt na Polak Potrafi. Poprzednie płyty wydawałam własnym sumptem z pomocą mojej mamy, która mi bardzo pomaga (a zresztą ma zamiar
przyjść na jutrzejszy koncert). W tym wypadku stwierdziłaMP: „ok, jeśli
mam zbierać pieniądze na tę płytę i jeszcze pożyczać od mamy, to zajmie
to następne trzy lata. Jeśli teraz zrobię projekt, to ludzie będą mogli się
dorzucić i dostaną tę płytę”. Oczywiście absolutnie niesamowicie się udzielali, dorzucali się, a ci, którzy nie mieli pieniędzy, to mnie przepraszali, co
w ogóle nie było potrzebne, bo samo to, że podali słowo dalej, że zrobili sobie zdjęcie z kotem… Tak… W pewnym momencie wyszła bardzo śmieszna akcja z kotami, która zaczęła się od tego, że nagrywałam filmik na Polak
Potrafi i Maciej Tauer, który mi to organizował stwierdził: „Wiesz co…
filmik jak filmik, musisz wrzucić wycięte sceny”… i faktycznie, zrobiliśmy
filmik z wyciętych scen, który jest przezabawny. W pewnym momencie
przechodzi mój kot – chwyciłam go i mówię: „Harfiarka prosi o wsparcie”!
I od tego się zaczęła akcja, że jeżeli ktoś zrobi sobie zdjęcie z kotem, to niezależnie od tego, jak pójdzie zbiórka, dostanie Kot-łysankę (jedną z kołysanek, która znajduje się na płycie) i… ludzie robili zdjęcia z kotem. Jak ktoś
nie miał prawdziwego kota, to robił sobie zdjęcie z pluszowym kotem, albo
z psem, albo z pluszową świnią, albo ze szczotką do włosów… ludzie mieli
przecudowne pomysły! No i wtedy faktycznie widziałam w statystykach, że
dużo więcej osób wchodzi na tę stronę. Super przeżycie.
MP: Więc na pewno potwierdzisz rolę Internetu, która pozwala nawiązać kontakt z fanami i jest świetnym narzędziem do rozwoju własnej twórczości?
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
BK: Jakby na to nie patrzeć, gdyby nie Internet, nie
grałabym na harfie. Swoją pierwszą harfę znalazłam
przez Internet. Gdyby nie Internet, nie znalazłabym
również człowieka, który zrobił mój drugi instrument.
Ponadto w Internecie jest mnóstwo materiałów do
nauki. Przez Internet można się również w tej chwili
uczyć. Sama udzielam lekcji przez Skype’a, a nie tylko na żywo, metodą „jeden na jeden”. Przez Internet
dowiedziałam się o warsztatach w letniej szkole harfy
w irlandzkim Kilkenny, organizowanych przez Historical Harp Society. W tym roku będę na nich – jeśli się
nie mylę – jedenasty raz. Internet jest idealnym narzędziem, w tym także do kontaktu z fanami.
MP: Jak wygląda u Ciebie proces tworzenia utworów?
BK: Bardzo różnie. Tworzę zarówno swoje własne,
autorskie kompozycje, które nazwałabym po prostu
piosenkami, ale też filk, czyli folk wymyślonych światów. Komponuję utwory osadzone w jakiś konkretnych światach, np. Czarne Oceany według książki Jacka
Dukaja albo Kołysankę Dory Wilk według cyklu Anety
Jadowskiej, wobec czego czasem najpierw się pojawia
inspiracja do tekstu. W przypadku Kołysanki Dory
Wilk zaczęłam pisać tekst, po czym w połowie przyszło mi do głowy, że w zasadzie opowiada o wiedźmie
z książki, która w dużej części odwołuje się do symboliki pogańskiej, wobec czego powinnam zrobić z tego
slip jig’a (charakterystyczny utwór o rytmie trójkowym – trzy jest również
bardzo ważną, pogańską liczbą). Trzeba było przerobić cały tekst, żeby pasował do tego rytmu. I faktycznie – utwór dzięki temu zrobił się dużo
fajniejszy. Czasem jest tak, że najpierw napiszę melodię, ona mi chodzi po
głowie i napiszę do niej tekst, ale najczęściej zaczynam od tekstu. W zasadzie jest pół na pół.
MP: Jesteś także znana jako miłośniczka RPG. Czy istnieje system lub
gra komputerowa, do których chętnie wracasz?
BK: Bardzo lubię standardowe RPG przy stole i LARPy. Ostatnio miałam
dosyć dużo kontaktu z nowoczesnymi erpegami, które troszeczkę wykręcają cały koncept. Zaczęłam grać w Apocalypse World, który jest super fajny
oraz Remember Tommorow i kilka innych takich niezależnych erpegów,
w których mistrz gry się zmienia. Z drugiej strony mam swój autorski
świat – Ezoteryczny Poznań. To takie urban fantasy z elementami magicznymi, które dzieje się w Poznaniu. Jakby na to nie patrzeć, granie w światy,
które nawiązują do naszego współczesnego jest o tyle fajne, że wszyscy wiemy, gdzie jest poznańska Cytadela i jeżeli potwór będzie tam wychodził,
to równocześnie wszyscy będą wiedzieć gdzie to jest w świecie systemu.
Podobnie jeżeli wampiry gromadzą się przy Centrum Kultury Zamek. Na
mojej półce czeka Dresden Files. Jestem wielką miłośniczką urban fantasy,
a jednocześnie ze starych, wydanych systemów, mam wielki sentyment do
Shadow Run… Uwielbiam! Cybernetyka i magia, elfy z cyber-wszczepami… Po prostu cudo! I smoki w korporacjach. Nigdy nie ufaj smokom!
© Foto by Justyna Miśkowiec
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Regularnik Drugiej Ery ‧ 53
„Jestem
twórcą„,
bardziej
aktorką
niż
– wywiad z Shappi
Shappi, bardzo cieszymy się, że jesteś dzisiaj tutaj
z nami i że zgodziłaś się na ten wywiad.
To sama przyjemność, dziękuję serdecznie.
Jesteś jedną z najsłynniejszych cosplayerek nie
tylko w Polsce, ale i na świecie. Zostałaś laureatką
wielu zagranicznych konkursów i miałaś okazję
obserwować różne środowiska cosplayerów.
Chciałam Cię jednak zapytać o Twoje początki
związane z tworzeniem strojów. Jak narodził się
ten pomysł? I przede wszystkim – czy pamiętasz
pierwszy strój, który stworzyłaś i co to była za
postać?
Tak, oczywiście, tego się nie zapomina! Sam pomysł na
cosplay narodził się, gdy zaczęłam jeździć na konwenty
mangi i anime. To takie małe imprezy w szkołach. Było
to chyba w 2009 roku, wtedy też praktycznie zaczęłam
robić własne stroje. Moim pierwszym kostiumem była
Gwendolyn z gry [kursywa]Odin Sphere[/kursywa] –
mojej ukochanej gry. Postać na obrazku jest bardzo
ładna, ale moja sukienka była okropna! Teraz, gdy
na nią patrzę, to w życiu nie założyłabym jej jeszcze
raz. Ale tak, wspominam to bardzo miło i to był taki
właśnie pierwszy krok w ten fajny, kolorowy świat.
Ale wtedy ten strój był dla Ciebie satysfakcjonujący?
No tak! Wtedy to było arcydzieło! Teraz to, no cóż…
ojej.
Czy jest ktoś – jakiś inny cosplayer – który stanowi
dla Ciebie inspirację, motywuje Cię w jakiś sposób,
albo którego po prostu podziwiasz?
Jak najbardziej. W Polsce jest to na przykład Kairi
(Katarzyna Siedlecka), która jest dla mnie ogromnym
wzorem, jeśli chodzi o schludność i czystość stroju. Za
granicą… Myślę, że Volpin. Jest to twórca „propsów”,
części do strojów – broni, dodatków, kawałków zbroi.
To człowiek, który robi po prostu najlepsze jakościowo
rzeczy.
Sama prowadzisz warsztaty z tworzenia strojów,
nagrywasz również filmiki instruktażowe. Co
sprawia Ci większą radość: tworzenie stroju czy
wcielanie się w postać na scenie? A może zupełnie
nie rozdzielasz od siebie tych dwóch ról i taktujesz
54 ‧ Regularnik Drugiej Ery
je właściwie jako jedność – najpierw tworzysz strój, a potem naturalnie
w nim występujesz?
Raczej to pierwsze. W nazwie mojej działalności jest właśnie „workshop” –
zajmuję się warsztatem. Bardziej interesuje mnie proces tworzenia samego
kostiumu, czas, który spędzam nad robieniem go, niż zakładanie go
później. Jest to troszkę śmieszne, bo generalnie ludzie robią stroje właśnie
po to, żeby się w nie później przebierać, a mnie bardziej bawi samo ich
wykonywanie.
Właśnie. Wcielają się jakby w daną postać. Ciebie takie coś w ogóle
bawi, czy nie bardzo?
To jest przyjemne, oczywiście. To fajna sprawa, móc założyć ten strój
i pokazać się potem ludziom, ale ja jednak jestem bardziej twórcą, niż
aktorką, więc patrzę na to pod względem technicznym.
Czy w związku z tym wiążesz swoją przyszłość zawodową z tworzeniem
strojów?
W tym momencie studiuję psychologię…
Przyznasz, troszeczkę się to z cosplayem nie pokrywa…
Dokładnie. Ale mam taką małą nadzieję, gdzieś głęboko w serduszku, że
mi się uda i będę robić takie rzeczy zawodowo. Zarabiać tym na życie.
A więc nie jest to dla Ciebie takie zwykłe hobby, które przy okazji
przynosi jakieś minimalne zyski, tylko naprawdę chciałabyś na tym
w przyszłości zarabiać?
W tym momencie, tak. Jest to hobby, które daje mi kieszonkowe na moje
własne wydatki, czy też wyjazdy. Ale przyznam, że staram się pracować nad
swoim portfolio, żeby jednak kiedyś, w przyszłości, coś w tym kierunku
robić. Chciałabym zawodowo tworzyć stroje, może zająć się również
marketingiem, promocją, co robię teraz dorywczo.
Na tegorocznym Pyrkonie jesteś jurorką Maskarady (dop. red.
konkurs strojów). Czy trudno jest Ci obiektywnie oceniać prace
innych uczestników, wiedząc jak dużo pracy wymaga stworzenie
stroju?
Bardzo ciężko. To jest naprawdę dobre pytanie, ponieważ większość osób
dokonuje werdyktu patrząc na efekt końcowy. Ja natomiast, jako osoba,
która niejako siedzi w tej całej „zabawie”, jestem świadoma tego, ile dana
osoba wkłada pracy, swojego czasu w wykonanie kostiumu, choć nie
wyszedł on może do końca tak, jak by tego chciała. Jest mi wtedy strasznie
żal, gdy nie mogę dać takiemu cosplayerowi tej pierwszej nagrody,
ponieważ widzę jaki jest końcowy efekt, który podlega głównej ocenie.
Na co zwracasz uwagę przy takich strojach?
Głównie na wykonanie techniczne. Jestem bardzo przywiązana do tego
jaki jest poziom wykończenia, czystość stroju. Myślę, że na tym będę się
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Aleksandra „Shappi” Tora
to jedna z najbardziej znanych
na świecie polskich cosplayerek.
Brała udział w wielu europejskich
konkursach: w 2013 roku została
mistrzynią Europy w kategorii solo
na European Cosplay Gathering
w Paryżu, natomiast w 2014
roku w czasie Cosplay World
Masters w Portugalii. Swoją
przygodę z cosplayem rozpoczęła
w 2009 roku, a pasję do tworzenia
kostiumów szybko przekuła ze
zwykłego hobby w ciężką, ale
przynoszącą niesamowite efekty,
pracę. Obecnie współpracuje
z twórcami gier, prowadzi
własne warsztaty, tworzy filmy
instruktażowe, wykonuje stroje na
zlecenie, ale nie stroni również od
występowania w swoich kreacjach na
różnego rodzaju imprezach.
56 ‧ Regularnik Drugiej Ery
głównie skupiać przy ocenie kostiumów podczas Pyrkonu.
Na Pyrkonie byłaś przebrana za Bellonę. Dlaczego właśnie na tę
postać się zdecydowałaś?
Bellona jest postacią z gry Smite, w którą nie miałam jeszcze czasu zagrać.
Jednak zdecydowałam się na stworzenie kostiumu, dlatego że myślałam
o nim pod kątem projektu. Przy okazji tego cosplayu korzystałam z Worbli
(termoplastycznego materiału używanego w tworzeniu kostiumów). Jest
to dla mnie nowy temat i chciałam sprawdzić jego możliwości.
I jak wrażenia? Jak się z tym materiałem pracuje?
Dosyć ciężko, trzeba mieć do niego niezwykłą cierpliwość, ale chyba
dałam radę!
A jeśli chodzi o samo przebieranie się – wolisz wcielać się w postaci
z gier czy z filmów albo seriali? Zdaję sobie sprawę, że w związku
z Twoją współpracą, na przykład z gryonline.pl, bohaterowie gier
często stanowią przedmiot Twoich cosplayów, ale czy preferujesz
właśnie takich bohaterów, czy nie ma dla Ciebie różnicy, skąd postać
pochodzi?
Ogólnie jestem zapalonym graczem. Wolę więc jednak gry, ale niestraszne
mi stroje z filmów czy seriali. Mieszam między wszystkim, co dostępne,
ogranicza mnie tylko to, jaka postać mi się spodoba!
Tworzysz niesamowicie dokładne cosplaye, których przygotowanie
zajmuje wiele godzin pracy. Czy planując je starasz się, by przede
wszystkim prezentowały się jak najlepiej, czy też równie ważny jest
dla Ciebie komfort? Przypuszczam, że niektóre elementy – takie jak
wielkich rozmiarów bronie czy skrzydła – trudno w całości przewieźć
na konwent. Przystępując do działania zapewne zastanawiasz się jak je
zrobić, by można było je potem ponownie rozłożyć?
W najbliższym czasie mam około sześciu konwentów za granicą, więc
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
muszę spakować strój do naprawdę niewielkiej walizki,
także myśl o tym, jak przetransportować strój stale
mi towarzyszy podczas jego tworzenia. Bellona ma na
przykład ogromny miecz, który jest większy ode mnie,
ale dziś miałam ten komfort, że mogłam przewieźć jej
strój w samochodzie. Miecz oczywiście jest rozkręcany.
Większość moich kostiumów to trochę takie puzzle,
które później na miejscu muszę skręcić, poskładać
i zamocować do siebie na przykład na rzepy, bo tylko
w taki sposób jestem w stanie je przewieźć.
I dużo zajmuje to czasu?
Różnie, ale da się to zrobić przed występem.
A nie miałaś nieprzyjemnych sytuacji, że podczas
przewożenia coś poszło nie tak? Któraś część
cosplayu ucierpiała w transporcie?
Oj, tak. Jechałam na konwent za granicą, cosplayowe
finały konkursu Euro Cosplay w Londynie. Mój
kostium leciał tam pocztą, ponieważ tam dla
wygody wysyłało się stroje paczkami pocztowymi.
Najwyraźniej niezbyt dbale obchodzono się z moją
paczką, bo stelaż skrzydeł przybył nadpęknięty. Tak
więc, gdy wypakowałam skrzydła, zorientowałam się,
że są zniszczone. Co prawda, cała historia nie skończyła
się źle, ponieważ z pomocą przyszli moi znajomi, więc
udało mi się wyjść na scenę, ale to zdecydowanie nie
było to, co chciałam.
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Na pewno wszyscy, którzy widzieli Twoje cosplaye zdają sobie sprawę,
że ich przygotowanie jest niezwykle czasochłonne. Ja bym chciała
się jednak spytać o coś, co jest nieodłączną częścią cosplayów, a na
co zwykle w mniejszym stopniu zwraca się uwagę, zachwycając się
strojem. Ile czasu zajmuje Ci cosplayowy makijaż? Jak dużą wagę do
niego przykładasz?
Ogólnie uważam, że twarz powinna jak najbardziej pasować do postaci.
Tak więc wszystkie chwyty charakteryzatorskie, takie jak kolorowe
soczewki czy sztuczne rzęsy, są właśnie po to, by się upodobnić do postaci.
Makijaż zajmuje mi minimum godzinę. Wychodzę z założenia, że musi
być dokładny i wyrazisty, tak aby dobrze prezentował się na scenie.
Czy są jakieś rady, których mogłabyś udzielić początkującym
cosplayowcom? Od czego najlepiej zacząć przygodę ze stworzeniem
strojów? Za jaki materiał się wziąć?
Każdy jest inny, więc nie jestem w stanie powiedzieć dokładnie, że
powinniście zacząć od tego czy tego. Najbardziej uniwersalną radą jest to,
żeby nie brać niczego za ciężkiego. Cosplayerzy, zwłaszcza początkujący,
mają taką tendencję, że decydują się na coś bardzo trudnego, pokroju
Transformersa, co zazwyczaj nie wychodzi, zrażają się, odrzucają kostium
w kąt i tak kończy się ta pasja. Należy więc stawiać mniejsze kroczki –
najpierw jakiś łatwy strój, potem krok wyżej, większa kiecka, zbroja i tak
dalej. Progres, jakkolwiek będzie powolny, doprowadzi początkującego do
celu.
Rozmowę przeprowadziły:
Marika Kaiser i Asia Sikorksa
Regularnik Drugiej Ery ‧ 57
PYRKON OCZAMI UCZESTNIKÓW
Sondy przeprowadzali: Marcin Pigulak i Mateusz Rybicki
SONDA NUMER 1:
uczestniczki
Jesteśmy na festiwalu już trzeci raz. Mam wrażenie,
że jest dużo więcej cosplayerów, a kostiumy są coraz
lepsze i coraz bardziej wymyślne. Szkoda, że tak mało
Star Treka w tym roku! To znaczy, ludzi przebranych
za postacie ze świata ST jest sporo, trochę gorzej z prelekcjami na ten temat. Jeśli chodzi o panele, to chyba
faktycznie trochę mniej znalazłyśmy dla siebie w tym
roku, ale ogólnie i tak się cieszymy, że tu jesteśmy.
Najbardziej się skłaniamy ku panelom naukowym, być
może także literackim. Najwięcej się z nich wynosi.
SONDA NUMER 2:
rodice z dwójka dzieci
Niestety obowiązki nie pozwoliły nam na wcześniejsze
przyjście, więc niedziela jest pierwszym dniem naszej
wizyty. Dzieciom w tej chwili najbardziej podobają
się smoki, a synowi dodatkowo szturmowcy i wystawa Star Wars (świetnie zrobione makiety z dopracowanymi szczegółami), w tym droidy i miecze świetlne.
Myślę, że syn już się zaraził klimatem Pyrkonu. Gdy
dzisiaj zobaczył te stroje, powiedział: „Ja już mam plan,
na przyszły rok się przebiorę!”. Każdy dzieli się swoją
pasją, żyje tym. Jest to takie głębokie zainteresowanie.
Fajnie, że to się też innym podoba.
58 ‧ Regularnik Drugiej Ery
SONDA NUMER 3
Agnes, Mateusz i Adam
Jesteśmy po raz pierwszy na konwencie, chociaż nasza drużyna wojów
jeździ na Pyrkon od jakiegoś czasu. Multum osób, niesamowite wrażenia, niesamowite przebieraństwo z każdej strony, po prostu bardzo fajna
zabawa. Jesteśmy drużyną wojów historycznych, reprezentujemy wojów
polskich z tysięcznego roku. Bardzo często pomagamy także wikingom,
dlatego też często mylą nas z nimi. Na konwencie wszystkich interesuje to,
czym się zajmujemy. Akurat jesteśmy tutaj w sile trzech drużyn z tej samej
epoki, tak więc mamy możliwość pokazania różnych wyposażeń, ubiorów,
kolorów. Myślimy, że to nie jest nasza ostatnia wizyta na Pyrkonie. Pewnie
po jego zakończeniu wrócimy zmęczeni i padniemy na łóżka, ale to i tak
nie zmienia faktu, że jest fajnie.
SONDA NUMER 4
Maciej i Blanka
To nasz drugi dzień na konwencie. Jesteśmy tutaj co roku, tak więc nie
jest to pierwszy konwent dla naszej córki. Biorę udział w pokazach bitewaniaków, także głównie tam spędzam czas, a żona z córką zwiedzają
resztę konwentu. Organizujemy event gry Bold Action – jest to gra w realiach drugiej wojny światowej. Przepiękne makiety, przepiękne stoły, jest
to bardzo fajny system, nowość od niedługiego czasu. Także warto się tym
zainteresować.
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
SONDA NUMER 6
SONDA NUMER 5
Marcel
Wydaje mi się, że na tym Pyrkonie jest trochę więcej ludzi niż w zeszłym
roku, a na pewno jest tak w przypadku cosplayerów. Ludzie są bardzo kreatywni, co wzbogaca ten festiwal. Podoba mi się, że atmosfera jest zbliżona
nieco do Woodstocku. Jest dużo paneli tematycznych, każdy może znaleźć coś dla siebie. Bardzo ciekawe było dla mnie spotkanie z Andrzejem
Pilipiukiem. Rozebrał na czynniki pierwsze pracę pisarza i to, jak musi
się bronić przed znawcami różnych tematów, którzy doszukują się błędów w jego twórczości. Poza tym trafiałem raczej przypadkowo na różne
panele, na przykład… o kucykach Pony, co było dosyć szczególne. Uczestnicy tak bardzo wykłócali się na temat serialu, że myślałem, iż w pewnym
momencie wybuchną zamieszki (uśmiech). Tak zagorzałej dyskusji nie widziałem na żadnym innym panelu. Poza tym trafiłem na panel historyczny
o Japonii. Szczerze mówiąc prawie na nim zasnąłem, ale to dlatego, że nie
zaznajomiłem się z tematem wcześniej. W sumie wybór panelu jest kwestią
preferencji. Nie są stricte nudne czy ciekawe. Każdy ma swoje upodobania i myślę, że z racji różnorodności tematów każdy może coś dla siebie
znaleźć. To mój pierwszy cosplay. W tym roku przebrałem się za stalkera.
W postapo siedzę od mniej więcej pięciu lat, a zaczęło się od pierwszego
„Fallout’a” – klasyka! Podoba mi się obecność dużej rzeszy fanów tych klimatów – OldTown, Brotherhood of Beer, Alkochemicy z Poznania, a także
kilka innych ekip. To tworzy bardzo fajny klimat. Można na luzie pogadać
ze wszystkimi o tych samych zainteresowaniach.
Bartek, na Pyrkonie prowadził larp
pt. „Morderstwo pod dachem”
Przede wszystkim odczuwam pozytywne wrażenia. Był
to mój pierwszy larp, co tym bardziej stanowiło wyzwanie. Przede wszystkim takie, że poza przygotowaniem wszystkiego, co potrzebne – co zajmuje pewną
dozę czasu – tak naprawdę nie wiemy, czego można
się spodziewać przy takim larpie, bo występuje tutaj
czynnik ludzki w postaci tylu graczy, ilu ich mamy. Ja
akurat miałem dziewięcioro graczy. Nie wiemy nigdy
co się stanie, jak dana osoba zagra. Trzeba improwizować na każdym etapie gry i działać z tym, co się ma.
Jeżeli chodzi o larpy na Pyrkonie, brałem w nich udział
dwa lata temu oraz w zeszłym roku. Zawsze tak bywa,
że startuję w wielu larpach, ale jest tylko kilka perełek.
Wiele z nich nie jest do końca przygotowanych i nie
do końca mi się to podobało, aczkolwiek rok temu
miałem okazję być na larpie grupy Limes Mundi (prowadzą też swój trzydniowy larp w czerwcu i wrześniu).
Zrobili kawał dobrej roboty. Nie byłem na lepszym
larpie. Inspiracja i wiele motywów, które zastosowałem
w swojej sesji, pochodziły od tej grupy i tam najwięcej się nauczyłem, tam powstały największe emocje.
Sesje Limes Mundi były powodem, dla którego sam
chciałem poprowadzić rozgrywkę. Czy w przyszłym
roku także planuję zostać larpmasterem? Na chwilę
obecną cieszę się, że zrobiłem swoją przygodę i wypełniłem zadanie, które sobie wyznaczyłem. Co będzie za
rok – zobaczymy. Może postawię sobie inne wyzwanie?
Prawdopodobnie coś jeszcze zrobię.
›
Wydanie Specjalne: PYRKON 2015
Regularnik Drugiej Ery ‧ 59
SEE YOU SPACE COWBOY...

Podobne dokumenty