Wydanie drugie - antidatum : Lublin niespiesznie

Komentarze

Transkrypt

Wydanie drugie - antidatum : Lublin niespiesznie
wydanie drugie 2014 I www.antidatum.com
W WYDANIU MIĘDZY
INNYMI: angelus
spinacz cafe
tradycja pomidorowej
lubelski lipiec 1944
wydanie drugie 2014 I www.antidatum.com
redakcja:
łucja frejlich-STRUG, andrzej frejlich
dział reklamy:
tel. 81 532 87 39
fotografie:
łucja frejlich-STRUG, andrzej frejlich,
JAKUB KAZNOWSKI
sKład i grafika:
lariat™ studio graficzne, www.lariat.pl
ul. okopowa 10/4, lublin, tel. 516 979 240
magazyn bezpłatny portalu antidatum.com, sprzedaż całości lub fragmentów
jest niedozwolona i stanowi naruszenie przepisów prawa i grozi
odpowiedzialnością prawną. wszelkie prawa zastrzeżone dla ich właścicieli.
wykorzystanie materiałów z niniejszej publikacji możliwe jest wyłącznie
za zgodą redakcji z powołaniem się na źródło treści.
© 2014 antidatum
Niewielu z nas może pozwolić sobie
dzisiaj na luksus niespiesznego życia.
Nieustannie gdzieś biegniemy zaabsorbowani
aktualnymi problemami. W natłoku
codziennych spraw nie zauważymy, jak
wiele rzeczy nam umyka, bezpowrotnie ginie
w otchłani upływającego czasu.
Na przekór panującym tendencjom
proponujemy Państwu udać się w niespieszną
podróż. Podróż z Lublinem w tle, chociaż
zasięgiem tematycznym wykraczającą
dalece poza zwykłe zwiedzanie miasta.
Chcemy, aby smakowanie Lublina stało się
pretekstem do głębszej refleksji nad kulturą,
sztuką i stylem życia.
W Antidatum postaramy się na chwilę zatrzymać
czas. W kadrach fotografii i tekstach będących
próbą uchwycenia ulotnych chwil oraz
nietuzinkowych wydarzeń – tych współczesnych
i minionych. Podejmiemy próbę wydobycia spod
warstwy kurzu zapomnianych historii i miejsc,
które nie przetrwały próby czasu. Pochylimy się
nad dziełami sztuki, zarówno tymi docenionymi
jak i ukrytymi gdzieś, zepchniętymi na margines
świadomości. Zwrócimy uwagę na pełne
kunsztu dzieła ludzkiej wyobraźni, którym często
trudno przedrzeć się przez gęstą warstwę
otaczających nas informacji.
Mamy świadomość tego, że czas i jego
percepcja są zjawiskami subiektywnymi.
Dlatego na łamach naszego pisma pojawią się
teksty pisane z perspektywy przedstawicieli
dwóch kolejnych pokoleń. Ich autorzy
postrzegają świat inaczej, ogniskują swoją
uwagę na innych zjawiskach, poświęcają
swój czas odmiennym aktywnościom
i zainteresowaniom. To, co ich łączy, to
filozofia życiowa, która nakazuje doceniać
szczegóły, cieszyć się pięknem i odnajdować
je w rozmaitych zaułkach Lublina,
rzecz jasna - niespiesznie.
REDAKCJA
ANDRZEJ
Historyk sztuki, bizantynista.
Mieszka w Lublinie od dawna
i kocha to miasto jak swoje.
Fascynuje go dobre rzemiosło
w każdym jego aspekcie.
Docenia przede wszystkim kunszt
zegarmistrzów, ale czary krawców,
jubilerów, a nawet repuserów też
stara się zgłębić. Nie poprzestaje
na podziwianiu.
To on rozmontuje zegarek
lub radio po to, by zrozumieć,
„jak to działa”. Lubi przyrodę
i dobre, czyste buty.
ŁUCJA
Córka Andrzeja. Zawodowo poszła
w ślady rodziców, choć na drodze
wykształcenia zahaczyła jeszcze
o ogrody. Urodziła się w Lublinie
i nigdy nim nie znudziła. Po
Ojcu odziedziczyła zamiłowanie
do detali i tradycji, ale patrzy na
nie oczami młodszego pokolenia.
Pociągają ją zapomniane miejsca,
dobre książki i kuchnia „nie na skróty”.
3
Lato
edytorial
z domowym
makaronem
Lato jest dla wielu z nas okresem wypoczynku, a przynajmniej
okazją do tego, żeby zwolnić, więcej uwagi poświęcić
odkładanym na bok sprawom. Mamy teraz więcej czasu na to,
by dokładniej przyjrzeć się temu, co jemy, co nosimy, a także
przestrzeni, która nas otacza (co niekoniecznie sprowadza się
do przysłowiowego remontu podczas urlopu). To również
świetny czas na to, by lepiej poznać własne miasto, oprócz
wiecznie rozkopanych ulic i topiącego się asfaltu dostrzec
niepowtarzalne miejsca i ciekawe wydarzenia, które mają tu
miejsce.
W drugim wydaniu „antidatum” zaprosimy Was na dania
z kurkami do sympatycznej knajpki w Lublinie, a także na zupę
z najlepszych malinówek z domowym makaronem do kuchni
Babci Krysi. Pokażemy Wam również, jak było na Festiwalu
Twórczo zakręconych w Krasnymstawie i czego można się
dowiedzieć o przestrzeni publicznej na Placu Czechowicza.
Będziecie mogli przeczytać o zegarku, który idealnie pasuje
do wszystkich sportowych stylizacji doskonałych na weekendowe
przygody lub podróże w nieznane. Już w sierpniu warto
pomyśleć też o tym, czy nasze buty na jesień nie wymagają
interwencji dobrego szewca. Pokażemy Wam efekty pracy
jednego z rzemieślników, którzy pozostają wierni tradycji,
a rzeczy niemożliwe... zajmują im po prostu nieco więcej czasu
niż standardowe usługi.
Zapraszamy!
Łucja Frejlich-Strug
5
Angelus
– „kawał czasomierza”
7
Angelus – „kawał czasomierza”
W kolejnym odcinku zegarkowych fascynacji przedstawiam
następnego z moich faworytów – Angelusa. Nazwa brzmi
pięknie i poważnie, a mój egzemplarz, jedyny, jaki posiadam,
wygląda równie dostojnie. W porównaniu z Bovetem
z poprzedniego tekstu, Angelus to kawał czasomierza. Ze swą
średnicą 38 mm bez koronki, nawet wśród współczesnych
zegarków nie wygląda na mniej wyrośniętego braciszka.
Optycznie wydaję się jeszcze większy, a to za sprawą
niesłychanie prostej w grafice tarczy. Kiedyś srebrzysta, a dziś
dzięki patynie czasu lekko kremowa, cechuje się wzorową
czytelnością i elegancją, rodem ze stylistyki zegarków
militarnych okresu II Wojny Światowej. Także i po wojnie taka
moda utrzymywała się nie tylko we wzornictwie zegarków, ale
i ubiorze, czego reprezentacją był styl mundurowy. Godziny
oznaczono cyframi arabskimi, które od skali sekundowej
oddziela wąska złota ramka. Podziałka sekundnika jest
wyskalowana z dokładnością do 1/5 sekundy dłuższymi
i krótszymi indeksami kreskowymi. Co pięć sekund mamy
oznaczenie cyfrowe – cyferki małe, ale czytelne gołym okiem.
Ta zdumiewająca precyzja nie jest niepotrzebnym bajerem,
bowiem zegarek ma centralny sekundnik w czerwonym kolorze.
Wskazówki godzinowa i minutowa są szkieletowe - typu
„wojskowego”, z fluorescencyjnym wypełnieniem. Grafikę
tarczy dopełnia logo, napis Angelus, wpisany w podwójną
ramkę, od góry zamkniętą dwuspadowym daszkiem. Patrząc
na tarczę i formę koperty wręcz uderza stylistyczna czystość
i funkcjonalność – to niemal ideał klasycznego zegarka.
Stan wizualny zegarka uznać można za zadowalający. Na
tarczy kilka drobnych rys wokół osi wskazówek – pewnie skutek
ciężkiej ręki nieuważnego zegarmistrza. Chromowana koperta
posiada przetarcia powłoki na krawędziach. Niestety, koronka
nie jest oryginalna – pierwotna była duża i płaska. Zamierzam
wyszukać odpowiednią, może nie oryginał, ale z epoki. Dekiel
jest stalowy, opatrzony numerem seryjnym i opisany „hermetic”.
A pod deklem serce zegarka – jeden z najlepiej znanych
własnych bazowych mechanizmów Angelusa: kaliber 215.
Potężny balans ze złotymi śrubami regulacyjnymi, system
antywstrząsowy, płyty szlifowane w „paski genewskie”
i kontrastujący z nimi lustrzany poler kół naciągowych. Wszystko
masywne i wręcz niezniszczalne. Tak kiedyś robiło się
mechanizmy, jakość była kwestią przyzwoitości a nie luksusem.
Mechanizm jest tzw. przejściówką z dodatkowym kołem
9
Angelus – „kawał czasomierza”
zębatym nad płytą główną i niewielkim mostkiem z logo
umieszczonym na nim. Jeszcze nie udało mi się dociec,
dlaczego inne oznaczenia i cechy mechanizmu nie zostały
wybite na płytach, tylko ręcznie wygrawerowane.
Dziś marka już nie istnieje, około 1980 roku zmiotła ją –
podobnie jak wielu innych mniejszych szwajcarskich
producentów – rewolucja kwarcowa. Byli zbyt słabi finansowo,
albo zbyt ukierunkowani w swej ofercie, aby przetrwać ten
największy kryzys w historii szwajcarskiego zegarmistrzostwa.
Pamięć o manufakturze przechowali przede wszystkim
„Paneristi”- miłośnicy Panerai, jednej z najbardziej kultowych
i luksusowych marek współczesnego zegarmistrzostwa, a obok
nich najbardziej wtajemniczeni znawcy klasycznych zegarków.
Bo Angelusa doceniają tylko koneserzy. Doceniają za klasyczny
styl prostych zegarków 3-wskazówkowych, zaawansowanie
techniczne chronografów, chronografów z potrójną datą, a nawet
tak wyrafinowanych komplikacji jak repetiery. I na tym wcale
nie wyczerpuje się lista mechanicznych rozwiązań.
Wiemy już, kiedy marka zakończyła swój żywot, a jakie były
jej początki? W tym wypadku historia wcale nie jest tak odległa.
W 1891 roku Angelus Watch Company powołana została przez
braci Stolz w szwajcarskiej wiosce Le Locle, która już wtedy
była siedzibą kilku znaczących wytwórców, by stać się dzisiaj
jednym z największych centrów zegarmistrzowskich świata.
Produkcja zaczęła się od zegarów kieszonkowych i stołowych,
ale już od początku nie pozbawionych innowacyjności. Prace
nad własnymi mechanizmami trwały do II Wojny Światowej.
Specjalnością stały się chronografy w różnych rozmiarach
11
Angelus – „kawał czasomierza”
13
Angelus – „kawał czasomierza”
i wariantach materiałowych – od kopert chromowanych po
złote. Najbardziej indywidualną ofertą Angelusa i pewną
specjalnością stał się „Chronodato”. Chronograf z dodatkową
funkcją potrójnego kalendarza. W małych okienkach na tarczy
umieszczono wskazania dni tygodnia i miesiąc, a dodatkowa
czwarta wskazówka pokazywała aktualny dzień miesiąca. Był
to największy z chronografów i okręt flagowy firmy. Produkty
Angelusa znajdowały licznych klientów także poza Europą,
głównie w Ameryce Południowej. Firma pracowała nad
następnymi ambitnymi projektami. Największym wyzwaniem
była komplikacja kwadransowego repetera z automatycznym
naciągiem. Prototyp o nazwie „Tinkler” był gotowy ok. 1957, ale
nie stał się rynkowym sukcesem z powodu kosztów projektu i zbyt
wysokiej ceny jednostkowej zegarka. Sprzedano niewiele
egzemplarzy, za to dzisiaj są one prawdziwymi rarytasami
kolekcjonerskimi. Właściciele i konstruktorzy firmy nie
rezygnowali jednak ze śmiałych projektów, w 1978 r. był gotowy
następny naręczny repeter, tym razem pięciominutowy. Lecz
dni manufaktury były już policzone – właśnie nadeszła era
kwarcu i masowej taniej produkcji płynącej z Azji. Dla tak
małego domu zegarmistrzowskiego, jak Angelus nie było już
ratunku. Marka nie przetrwała, ale pozostały piękne czasomierze
z jej logo, te najciekawsze pochodzą z lat 40 – 50-tych. Angelus
zaopatrywał w swe doskonałe mechanizmy także innych
wymagających producentów zegarków. I tu wracamy do
wspomnianej powyżej florenckiej firmy Officine Panerai.
Pracując na zamówienie armii – głównie marynarki, firma
potrzebowała wydajnych i niezawodnych mechanizmów. Przy
opracowaniu prototypów sięgano po mechanizmy różnych
producentów. Model „Mare Nostrum” z 1943 r. wyposażony
został w Angelusa kaliber 215 ze stoperami. Model nie wszedł
jednak do seryjnej produkcji. W latach pięćdziesiątych
pracowano nad dwoma kolejnymi modelami dla włoskiej
marynarki: „Luminor Marina Militarne” i „Luminor”. W nich
zastosowano mechanizm bez dodatkowych funkcji, ale za to
z 8-dniową rezerwą chodu – kaliber 240. Słuszne gabaryty
militarnych „Panerajów”- 47 – 50 mm, pozwalały na zapakowanie
do kopert dużych mechanizmów Angelusa z dodatkowymi
bębnami sprężyn.
Historia Angelusa skończyła się definitywnie, ale egzemplarze
jego zegarków wciąż zasilają kolekcje wielbicieli marki, albo po
prostu miłośników pięknych klasyków szwajcarskiej sztuki
zegarmistrzowskiej. Może i na Ciebie czeka kolejny w jakimś
pudełku ze skarbami po dziadku. Ja już swojego odkryłem!
Andrzej Frejlich
15
Moje „Brooksy”
– stare buty na nowy sezon.
17
Moje „Brooksy”- stare buty na nowy sezon.
Lato, zwłaszcza tak ciepłe jak w tym roku, sprzyja zakładaniu
lekkiego obuwia. Niektórzy z nas chętnie zrzuciliby je w ogóle.
Wcale nie myślimy o tym, co przyjdzie nam założyć za dwa trzy miesiące, gdy spadną temperatury i nastaną słoty. Właśnie
zabrałem się za obuwnicze remanenty. Na pierwszy ogień
poszły moje ulubione – i też najbardziej uniwersalne „Brooksy”.
To przysłowiowe woły robocze – noszę je od września do maja,
a czasami też w zimne dni letnie. O przywiązaniu do nich, ale
też i jakości, świadczy fakt, że mam je już ponad dziesięć lat.
Oczywiście to żaden wyczyn w przypadku dobrych butów
w całości wykonanych ze skóry i szytych, a nie klejonych.
Dokładne oględziny ujawniły, że lata i mój sposób chodzenia
zrobiły swoje. Stan wierzchów nie budzi zastrzeżeń – skóra
licowa o pięknym odcieniu tytoniowego brązu nabrała
szlachetnej patyny. To w równym stopniu zasługa samej skóry,
jak i mojej systematycznej pielęgnacji. Interwencji szewca
wymagały spody. Podeszwa z grubej skóry i nabijana
mosiężnymi ćwiekami zdarła się na czubku, który nieładnie
zaczął podnosić się do góry. Podobnie obcas, chociaż flek od
tyłu zabezpieczono wkładką z twardego tworzywa, po tylu
latach zużył się znacznie i nie tylko wyglądało to niechlujnie,
ale i groziło dalszymi zniszczeniami kolejnych warstw skóry na
obcasach. Pozostawał wybór szewca. Znacie Państwo dwa
magiczne zwroty współczesnych rzemieślników: nie da się i to
się nie opłaca. Poszedłem do zakładu Pana M. Skrzypka przy
Lubartowskiej 31 i już pierwsze wrażenie było pozytywne.
Charakterystyczny zapach kleju i gumy, a właściciel nastawiony
pozytywnie i stoicko spokojny - mimo fanaberii klienta. Wszystko
jest możliwe, wszystko da się zrobić!
Szybko ustaliliśmy, że nie będzie przyklejania nowej zelówki
na całą podeszwę, tylko odbudowa zdartego noska z tworzywa
o podwyższonej odporności na ścieranie. Podobnie flek. Aby
pozostawić jak najwięcej z oryginału, wycięta zostanie zużyta
część i uzupełniona takim samym tworzywem, jak nosek.
A może, jeśli poniesie mnie fantazja, to zarówno nosek, jak
i obcas zaopatrzę w metalowe żabki. To wypróbowana metoda
ochrony newralgicznych części podeszwy, stosowana przez
naszych dziadków i pradziadków. Boję się tylko głośnego
stukania.
Moje buty określiłem jako „Brooksy”, ponieważ pochodzą od
znanego producenta męskiej odzieży i wszelkiego rodzaju
akcesoriów – Brooks Brothers. Firma założona w 1818 roku z racji
pozycji, jaką zdobyła oraz wieku, uchodzi za jedną z ostoi
amerykańskiej mody męskiej. Jej międzynarodowa pozycja
porównywalna jest z europejskimi – głównie angielskimi
19
Moje „Brooksy”- stare buty na nowy sezon.
i włoskimi odpowiednikami. Z powodu ścisłych związków jej
własnej historii z najważniejszymi wydarzeniami i postaciami
amerykańskiego życia publicznego, uznawana jest wręcz za
kwintesencję amerykańskiego stylu życia – dla jasności trzeba
dodać, że chodzi o Wschodnie Wybrzeże. Aby nie być
gołosłownym wystarczy wymienić nazwiska niektórych jej
klientów: Abraham Lincoln, Andy Warhol, Woody Allen.
Ich sklep mieści się przy Madison Avenue 346 w Nowym
Jorku. Ubrać się tu można kompletnie i po zdecydowanie
umiarkowanych cenach w porównaniu z równie prestiżowymi
europejskimi odpowiednikami. Specjalnością firmy i produktem
cieszącym się niekwestionowanym uznaniem na całym świecie
są koszule, zwłaszcza te mniej formalne, z charakterystycznym
miękkim kołnierzykiem o wyłogami przypinanych na guziczki.
Podobno – tak twierdzą Amerykanie – te kołnierzyki to ich
największy wkład do klasycznej mody męskiej.
Niestety, moim prywatnym zdaniem, Brooks Brothers wykazują
w ostatnim czasie przesadną skłonność do uwspółcześniania
swej oferty. Te modernizacyjne tendencje pewnie zjednują im
nowe rzesze młodszych klientów, ale stopniowe odchodzenie
od tradycji powoduje odpływ klientów najcenniejszych – tych
stałych, zdeklarowanych. Tych, którzy dziedzicząc fortuny po
swych przodkach, kultywowali także ich tradycyjne wartości,
których jednym z zewnętrznych przejawów był styl Braci Brooks.
Moje buty należą jeszcze do tych tradycyjnych wyrobów
„Brooksów”. Tradycyjnych w stylu – ten rys zachowawczości
jest dla mnie zaletą a nie wadą, ale co najważniejsze, także
użytych materiałach, technice produkcji i jakości wykonania.
I może to właśnie te cechy decydują o moim do nich przywiązaniu.
Brooksowie nie produkują butów sami, ale sygnowane przez
nich obuwie jest zamawiane u renomowanych – czytaj
tradycyjnych, wytwórców amerykańskich i europejskich. Moje
powstały w Northampton, angielskim bastionie sztuki obuwniczej
z dwóchsetletnią metryką. Jest to model „Grafton”,
a konstrukcyjnie buty z rantem, otwartą przyszwą i masywnie
wzmocnionymi czubkami, tzw. „bluchersy z długimi skrzydłami”.
To rozwiązanie konstrukcyjne, dekoracyjne dziurkowanie
i gruba podeszwa pasują do butów mało zobowiązujących,
użytkowo wszechstronnych i niesłychanie kompatybilnych
w różnych zestawieniach stylowych.
Dziś, po kilkudniowej wizycie w warsztacie szewskim na
Lubartowskiej, „Brooksy” wróciły do mnie. Z wykonanej pracy
jestem zadowolony. To tylko wstępna - wizualna ocena. Ta
pełna będzie możliwa po kilku miesiącach intensywnego
21
Moje „Brooksy”- stare buty na nowy sezon.
... zarówno nosek, jak i obcas
zaopatrzę w metalowe żabki.
Boję się
tylko głośnego
stukania.
23
Moje „Brooksy”- stare buty na nowy sezon.
użytkowania. Za jakiś czas postaram się już bardziej fachowo
ocenić pracę szewców.
Ta odrobina troskliwości należy się nawet zwykłym – często
trywialnym przedmiotom, z którymi, tak jak z ludźmi obcujemy
na co dzień. Buty coraz częściej są wytworem chwilowej mody
i masowej produkcji. Tym bardziej powinniśmy dbać o te, które
są zaprzeczeniem obowiązujących tendencji. Powstały
w zgodzie i w oparciu o wielopokoleniową tradycję rzemieślniczą,
która coraz wyraźniej postrzegana jest jako rodzaj sztuki, bo
należy już do rzadkości i wymaga niemal „tajemnej” wiedzy.
Andrzej Frejlich
25
„Fabryka Dobrej
Przestrzeni”
– wystawa
Obecnie mieszkańcy miast, a także wsi bombardowani są
ogromną ilością reklam w przestrzeni publicznej. Na
przystankach autobusowych, słupach i murach wiszą mniej lub
bardziej legalne plakaty i ogłoszenia. Gdy stoimy na czerwonym
świetle, czytamy propozycje usług detektywistycznych lub
robót mini-koparką. Wielkie billboardy wgryzają się swoją
treścią w mózg nieświadomego odbiorcy, a nawet bywają
przyczyną wypadków drogowych. Nawet w historycznych
częściach miast zewsząd atakują nas kolorowe szyldy i krzykliwe
reklamy nieprzystające do wiekowej architektury. Na szczęście
są ludzie, którzy nie przechodzą nad tą rzeczywistością do
porządku dziennego i próbują dotrzeć do społeczeństwa
zarówno z dobrymi, jak i złymi przykładami reklam, ponieważ
przestrzeń publiczna należy do nas wszystkich i możemy mieć
wpływ na to, jak wygląda.
Od 26 lipca przy Krakowskim Przedmieściu, na wysokości
Placu Czechowicza, oglądać można wystawę przygotowaną
przez stowarzyszenie Miasto Moje A w Nim. W opisie tej
27
Wystawa „Fabryka Dobrej Przestrzeni”
organizacji czytamy, że jej celem jest „obrona polskich miast
przed nadmierną ekspansją reklam i szyldów”. Jej działalność
odbywa się na polu dążenia do zmiany prawa w tej dziedzinie,
edukacji oraz wspierania dobrych wzorców. Stowarzyszenie
organizuje również konkurs „miastoszpeciciel” na najbrzydszą
miejską reklamę.
Wystawa „Fabryka dobrej przestrzeni” przybliża odbiorcom
najważniejsze aspekty przestrzeni publicznej, pokazuje
zarówno pozytywne, jak i negatywne przykłady reklam i szyldów
obecnych w naszej wspólnej przestrzeni. Pośród polskich
i europejskich znajdziemy też kilka lubelskich akcentów: szyld
Foto Rożka został pokazany jako przykład harmonijnej, ale
dobrze widocznej reklamy, natomiast identyfikacja wizualna
restauracji Old Pub przy ulicy Grodzkiej uznano natomiast za
wzór dbałości o detale i adekwatnego do otoczenia doboru
kolorów.
Wystawa cieszy się dużą popularnością, zarówno wśród
mieszkańców, jak i turystów odwiedzających nasze miasto.
Moim zdaniem dobrym rozwiązaniem jest to, że wystawa
traktująca o przestrzeni publicznej w tej właśnie przestrzeni
znalazła swoje miejsce. Stłoczona w pomieszczeniach galerii
z pewnością nie byłaby tak autentyczna i nie dotarłaby do tak
szerokiego grona odbiorców.
Łucja Frejlich-Strug
29
Festiwal Twórczo Zakręconych w Krasnymstawie
Festiwal
Twórczo
Zakręconych
w Krasnymstawie31
W ramach II Targów Turystyki Wiejskiej i Kulturowej „Lubelskie
Lato 2014” w dniach 4 – 6 lipca 2014 w Krasnymstawie odbył
się Festiwal Twórczo Zakręconych.
Sam festiwal nie był nastawiony tylko i wyłącznie na
prezentację artystycznych dokonań i praktycznych umiejętności
przybyłym do Krasnegostawu gościom. 4 i 5 lipca (piątek
i sobota) odbyły się warsztaty, na które trzeba było się wcześniej
drogą elektroniczną rekrutować. Przedmiotem warsztatów były
różnorodne techniki rękodzielnicze: koronka klockowa, koronka
pętelkowa, wyplatanie ze słomy, garncarstwo, florystyka
z osikowego wióra, repusowanie, czerpanie papieru itp. Z tej
zaledwie częściowej wyliczanki widać, że asortyment technik
rękodzielniczych był wyjątkowo szeroki. Wiele z nich to techniki
dziś już niemal całkowicie zapomniane.
Niedziela 6 lipca była dla widzów. Imprezy skupione na
urokliwym krasnostawskim rynku, otoczonym kamieniczkami,
pośród których najokazalej prezentował się ratusz, dzięki
słonecznej pogodzie przyciągnęły wielu zwiedzających. Mogli
oni uczestniczyć w pokazach
i kiermaszach uczestników
Festiwalu
Twórczo
Zakręconych. Towarzyszyły
im
występy
zespołów
ludowych i orkiestr dętych
z
Lubelszczyzny.
Prezentowały się Lokalne
Grupy Działania, organizacje
i firmy turystyczne. Wiele
osób
kupowało
wyroby
twórców i różnego typu
materiały oraz akcesoria
niezbędne do rękodzieła.
Chętnie
dyskutowano
z rzemieślnikami i artystami.
Przyznam
szczerze,
że chociaż
doceniam
kunszt koronczarek
i artystek wykazujących
się niesłychaną biegłością
w hafcie koralikowym, to
w
większym
stopniu
pociągały
mnie
pokazy
umiejętności
bardziej
konkretnych, na przykład
wykonywanie
dębowych
beczek.
33
Festiwal Twórczo Zakręconych w Krasnymstawie
Blacha ustępuje
pod uderzeniami
punc
i młotków...
Do Krasnegostawu przyjechałem jednak dla jednego pokazu
– repusowania. Jest to dawna technika formowania blachy,
najczęściej miedzianej, polegająca na ręcznym wybijaniu
wgłębień młotkami i puncami o różnych formach, którymi
kształtuje się obrabiany metal.
Pierwszy raz pokaz tej techniki obejrzałem na filmach
dostępnych w YouTube w wykonaniu grupy twórczej Rextorn,
zaledwie kilka tygodni temu. Odsyłam do prezentacji „Smocze
jajo”, „Godło Starków z Gry o tron”. Można oglądać bez końca.
Filmy zrealizowane przez jednego z członków grupy,
z niesłychaną kulturą artystyczną, z odpowiednią muzyką w tle,
pokazują artystyczny kunszt i biegłość techniczną repusera.
Mimo, że Rextorn ma siedzibę we Wrocławiu, to jeden z jej
członków jest „naszym człowiekiem” – mieszka w Świdniku.
Czarny namiot Rextorna prezentował się na rynku okazale. Pod
nim mogliśmy na żywo obejrzeć znane ze wspomnianych filmów
„smocze jajo”, „wilkora Starków”, ale też iglice dachowe,
sterczyny, wiatrowskazy, rzygacze.
Panowie Jacek i Piotr rozstawili swe stanowiska, rozłożyli
narzędzia i zaczął się pokaz. Praca repusera jest wyczerpująca,
ale i od zwykłego gapia wymaga cierpliwości. Jest to proces
długotrwały. Naprzemienne rozhartowywanie blachy gazowym
palnikiem i kucie. Przedmiot wyłania się z płaskiej blachy powoli,
stopniowo przyjmuje zamierzoną przez mistrza formę. Blacha
ustępuje pod uderzeniami punc i młotków o różnych główkach.
Powstają wyroby niesłychanie finezyjne, jubilerskie, pokryte
drobnym ornamentem wypukłym, ale i przedmioty duże przestrzenne. Często składające się z kilku elementów misternie
35
Festiwal Twórczo Zakręconych w Krasnymstawie
zespolonych techniką lutowania. Oczywiście w Krasnymstawie
śledziliśmy tworzenie przedmiotów niewielkich, takich, które
mogły powstać za „jednym posiedzeniem”. Był to motyw
floralny, wykonany przez pana Jacka i ryba – element herbu
Krasnegostawu autorstwa pana Piotra. Warto podążać za
pokazami repuserów – to bardzo stara i niemal zapomniana już
technika. Śledźcie Państwo doniesienia, może znów zawitają
gdzieś na Lubelszczyznę.
Andrzej Frejlich
37
Pierwszego sierpnia świętowaliśmy siedemdziesiątą rocznicę
wybuchu Powstania Warszawskiego. Z racji okrągłej daty było
trochę mniej zamieszania i negatywnych emocji, tak często
w ostatnich latach towarzyszących dacie 1.08. Prawie nie dzielono
ludzi na tradycyjnych i nowoczesnych patriotów. Za to przechodząc
Lipiec
1944
w Lublinie
przez centrum Lublina około godziny „W” zobaczyłem bardzo
budujący obraz. Gdy zawyły syreny, wszyscy – starsi i młodsi
zastygli w bezruchu. Oddawali cześć bohaterskim Warszawiakom.
Nie zachowywali się ani tradycyjnie, ani nowocześnie – zachowywali
się godnie. Jeśli była to tylko taka okazjonalna, chwilowa godność,
39
Lipiec 1944 w Lublinie
to i tak zasługuje na uznanie.
Przy tej okazji warto uświadomić sobie, że zaledwie kilka dni
wcześniej Lublin świętował równie okrągłą datę – rocznicę
wyzwolenia miasta. Gdy powstańcy Warszawy chwytali za broń,
zakładali biało-czerwone opaski i zaczynali wznosić barykady,
Lublin zachłystywał się pierwszymi dniami wolności. Mimo
cuchnącego
swądu
dopalających
się
kamienic
i
gruzów
zasypujących ulice, panowała wielka radość.
Jakiś czas temu trafiła w moje ręce książka Zbigniewa Miazgi
Zdarzyło się. Lublin 1944. Jest to zbiór reportaży, przywołujących
wydarzenia 1944 roku poprzez wspomnienia ludzi - lublinian i tych,
którzy przywędrowali tu jako do pierwszego, tak dużego miasta na
wyzwolonym skrawku Polski. Do miasta, które na kilka miesięcy
stało się stolicą państwa, centrum życia administracyjnego
i kulturalnego. W te kilka ostatnich lipcowych dni panował
powszechny entuzjazm, potem były próby stworzenia namiastki
normalności.
Ale już w połowie sierpnia zaczął się sowiecki terror, zaczęto
budować jedyną słuszną wizję nowego państwa. Na stronie 8
wspomnianej książki widzimy zdjęcie podpisane „Warta akowska
przed zdobytym gmachem poczty głównej”. Na masywnych
płycinowych drzwiach wejściowych wisi już orzeł w koronie, ale na
prawo od wejścia skrzynka pocztowa wciąż nosi napis „Deutsche
Post Osten”. Przed drzwiami stoją dwaj nastoletni chłopcy. Nasze
babcie powiedziałyby „jak malowani”. W pełnym rynsztunku,
podtrzymują karabiny zawieszone na ramionach. Za pasami
zatknięte zdobyczne niemieckie granaty. Biało – czerwone opaski
na rękawach. Nie pozują, choć szyku im nie brak. Zaintrygowani
patrzą w lewo – zapewne tam dzieje się coś ważnego. Tak uchwycił
ich fotoreporter. Jeden z nich, chłopak z bujną czupryną w jasnej
wypłowiałej bluzie, za pasem, obok granatów zatknięty ma różaniec.
Dziś taki „rekwizyt” byłby odebrany jako obciachowy. To
niepotrzebna ostentacja swych przekonań, wszak wiara i jej symbole
to sprawa prywatna i nie należy nią epatować. A na tym zdjęciu ten
znak ufności w opiekę Boga jest jak najbardziej na miejscu i wcale
nie koliduje z zatkniętymi obok granatami. Co więcej, nawet przydaje
szyku stylowym akowcom. Dzieje się tak, bo są oni autentyczni,
wydają się być kompletni. Instynktownie wyczuwa się, że nie ma
w nich rozziewu między powierzchownością a wnętrzem.
Ciekawe czy wierzyli, że strzegąc poczty odbudowują zalążki
państwa, czy już wiedzieli o działaniach NKWD, czy przeczuwali,
że ponownie będą musieli uciekać do lasu, albo trafią do tych
samych więzień, które przed chwilą oswobodzono: na Zamek,
Majdanek, na Chopina 2, Krótką?
Wolność, która przyszła do Lublina w lipcu 44 wcale nie była taka
łatwa.
Obrazek zaobserwowany dzisiaj na Placu Litewskim w godzinie
„W” i zdjęcie opisane przed chwilą dzieli dystans siedemdziesięciu
lat. Jaka jest kondycja współczesnych 20-latków? Miejmy nadzieję,
że współczesny równolatek akowca z różańcem, byłby w stanie
podjąć ważniejsze decyzje, niż wybór odpowiedniego zakładu
kosmetycznego, który w sposób fachowy, usunie mu zbędne
owłosienie z klatki piersiowej.
Andrzej Frejlich
41
Pomidorowa
z makaronem
Krysi
Babci
43
Pomidorowa z makaronem Babci Krysi
Prawdziwym
spektaklem
jest akt powstawania
„klusków”
Na pytanie, jaka zupa pomidorowa jest najlepsza, wiele ze
znanych mi osób bez wahania odpowiada, że ta ugotowana
przez ich babcię lub mamę. W moim przypadku bezsprzecznie
jest to zupa pomidorowa Babci Krysi, koniecznie podawana
z „kluskami”, czyli domowym makaronem. Potrawa ta,
ubóstwiana od wczesnego dzieciństwa, była lekiem na całe zło
i najlepszym paliwem dla uczennicy podstawówki. Dziś już nie
jest w stanie rozwiązać wszystkich problemów, jednak
z pewnością wzmacnia poczucie bezpieczeństwa.
Miałam to szczęście , że podstawówka, do której chodziłam
znajdowała się dwieście metrów od domu moich Dziadków.
Pomimo tej niewielkiej odległości Dziadzio Edzio wychodził po
mnie po zakończeniu lekcji, jednak w taki sposób aby „nie robić
mi obciachu”. Czekał na mnie w ustalonym miejscu, na skraju
terenu szkoły. Na moje pełne nadziei pytanie, co jest na obiad,
zazwyczaj żartobliwie straszył mnie znienawidzonym
krupnikiem. Wiedziałam jednak, że nawet jeśli krupnik
rzeczywiście jest, to kochająca babcia z pewnością ulepiła
specjalnie dla mnie kilka pierogów ruskich. Największą radość
jednak sprawiała zawsze ukochana zupa pomidorowa
z kluskami.
Babcia Krysia przez wiele lat sama robiła i wekowała
w litrowych słoikach przecier pomidorowy, który jest głównym
składnikiem tego pokarmu bogów. Wiadomo jednak, że
w sezonie zupę należy przygotowywać ze świeżych, pachnących
słońcem pomidorów. Nadają się do tego różne odmiany, ale
najbardziej lubimy tzw. „Zamojskie” – duże, czerwone i miękkie
oraz malinówki, które najlepsze są w lipcu i sierpniu. Do
przygotowania ciasta na kluski Babcia używa mąki pszennej
kupionej u zaprzyjaźnionego młynarza i jajek, które zniosły kury
sąsiadki z Woli Gardzienickiej.
Proces tworzenia pomidorowej z kluskami jest niemalże
misterium, dlatego czuję, że muszę go opisać od początku do
końca, z dbałością o szczegóły. Bazą zupy jest zawsze wywar
z warzyw lub z warzyw i kurczaka. Na moją prośbę wybieramy
opcję bezmięsną. Świeżą włoszczyznę z dodatkiem kilkunastu
ziaren pieprzu i dwóch listków laurowych gotujemy przez
niecałą godzinę, po czym pozostawiamy do „naciągnięcia”.
W międzyczasie sparzamy i obieramy ze skórki cztery wspaniałe
malinówki. Kroimy je w plastry i podsmażamy na łyżeczce
masła. Moim zdaniem zapach duszonych pomidorów to jeden
z najpiękniejszych aromatów świata. Gdy pomidory zaczynają
się rozpadać, zdejmujemy je z ognia i miksujemy blenderemżyrafą. Dolewamy do nich przecedzony wywar z warzyw
i gotujemy kilka minut na średnim ogniu. Zupę zabielamy
kilkoma łyżkami śmietany 18% (Babcia najbardziej ceni tę
z Krasnegostawu) rozrobionymi z odrobiną mąki i solą. Gotową
zupę gotujemy jeszcze kilka minut, aby pozbyć się surowego
smaku mąki i wyłączamy gaz. Sekretem idealnej pomidorowej
jest wrzucenie do garnka kawałka masła i pozostawienie go
45
Pomidorowa z makaronem Babci Krysi
pod przykryciem na kilkanaście minut.
Prawdziwym spektaklem jest akt powstawania „klusków”,
czyli makaronu. Na początku Babcia zdejmuje obrus
z kuchennego stołu, który nosi na sobie ślady powstania
milionów klusków. Stół kupili Dzidkowie na samym początku
ich małżeństwa, ma więc z pewnością ponad pięćdziesiąt lat.
Kilkukrotnie namawiano Babcię na kupno nowego stołu, jednak
ona nie widziała sensu w wymianie mebla, który jest solidny,
trwały i świetnie spełnia swoją funkcję. Bardzo mnie cieszy
nieugiętość Babci, ponieważ dla mnie to mebel, który ma w sobie
historię tysięcy wspaniałych potraw i wielu szczęśliwych lat. To
przy nim piłam wyciśnięty przez Babcię sok z warzyw i jadłam
pracowicie wyłuskany przez Dziadzia słonecznik.
Dziś, tak samo, jak wiele razy wcześniej, Babcia „na oko”
wysypuje na stół kupkę mąki i dużą szczyptę soli. Po środku
robi wgłębienie, w które wbija pięć jajek o słonecznych żółtkach.
47
Pomidorowa z makaronem Babci Krysi
...rulon, który Babcia
błyskawicznymi ruchami
kroi na wąskie pasemka...
49
Pomidorowa z makaronem Babci Krysi
Szybkimi ruchami zagniata ciasto, które najpierw klejące
i bezkształtne, powoli staje się sprężystą, ale miękką kulką
oprószoną mąką. Babcia dzieli ją na cztery części i każdą z nich
rozwałkowuje na duży i tak cienki, że aż prawie przezroczysty,
placek. Dwa placki złożone jeden na drugim, dwukrotnie
przecięte i zwinięte tworzą rulon, który Babcia błyskawicznymi
ruchami kroi na wąskie pasemka. W tym procesie najważniejszy
jest nóż, który babcia każdorazowo ostrzy osełką oraz niezwykła
wprawa, dzięki której spod rąk Babci wychodzą wstążki klusek,
a jej palce pozostają nienaruszone. Gotowe kluski należy
rozrzucić po stole, aby się nie skleiły i gotować przez kilka
minut , aż będą sprężyste i miękkie, ale nie rozgotowane.
Gotowe kluski Babcia hartuje zimną wodą i wylewa na durszlak.
W tej chwili do akcji wkraczają wszyscy obecni z widelcami
w dłoniach, ponieważ takie świeże, jeszcze wilgotne kluski są
najsmaczniejsze.
Na koniec wystarczy włożyć do głębokiego talerza kluski
i zalać je gorącą zupą pomidorową. Moim zdanie, im więcej
klusków, tym lepiej, ponieważ zupy zawsze można sobie dolać.
Jest to najlepszy obiad na lato, z powodzeniem zastępuje dwa
dania, choć Babcia zawsze bulwersuje się, że chcemy jeść
samą zupę. Proces robienia domowych klusek jest dość
pracochłonny i z pewnością laikowi takiemu jak ja zająłby dużo
czasu, jednak efekt jest go wart.
Łucja Frejlich-Strug
51
Spinacz
CAFE
Naszym celem
były kurki...
53
SPINACZ CAFE
Na łamach naszego pisma pragniemy stworzyć mapę
ciekawych i wartych odwiedzenia miejsc jakich w Lublinie
przecież nie brakuje, a często są nieznane lub niedoceniane.
Nie mamy zamiaru się ograniczać, obok zakładów
rzemieślniczych i targów chcemy zwracać uwagę także na
interesujące i niebanalne restauracje, kawiarnie oraz wszelkie
przybytki dostarczające pozytywnych wrażeń dla ciała, ducha
i umysłu. Naszym celem jest przedstawienie Wam naszych
wrażeń z niespiesznej po nich wędrówki. Wiele radości
sprawiłoby nam również poznanie Waszych propozycji miejsc,
które mogłyby stać się celem niedzielnych spacerów załogi
Antidatum. Propozycje prosimy nadsyłać na adres
[email protected] antidatum.com lub zamieszczać na naszym
facebook’u : www.facebook.com/antidatum.
Jednym z miejsc, które już od dawna nas intrygowało,
a mimo to nie mieliśmy okazji go poznać była Spinacz Cafe
zlokalizowana przy ulicy Ewangelickiej 6, naprzeciwko zboru
ewangelicko-augsburskiego. Sprzyjający moment na
odwiedzenie kawiarni nadarzył się dopiero na początku
sierpnia. Pospieszyliśmy tam przede wszystkim skuszeni
sezonową ofertą, w której niepodzielnie panowały wówczas
kurki. Miejsce zwraca uwagę kolorowym szyldem, który
wyraźnie odznacza się na dość monotonnym tle fasady
kamienicy. Wnętrze lokalu jest jeszcze bardziej kolorowe,
wyposażone na sposób eklektyczny, przez co z powodzeniem
może stanowić tło dla wpatrzonych w tablety spod znaku
jabłka brodatych studentów w okularach o grubych
oprawkach. Wiele przedmiotów przeżywa tutaj drugą
55
SPINACZ CAFE
młodość. Można na przykład zasiąść na krześle, które do
złudzenia przypomina element wyposażenia szkolnych sal
z lat 90. Na szczęście nie trzeba tego robić bo nie brakuje
wygodnych siedzisk z miękkimi poduszkami. W Spinacz Cafe
odnajdziemy także przedmioty, którym nadano nową funkcję.
My nie mogliśmy oderwać wzroku od wieszaka, którego
haczyki wykonane były z wygiętych kluczy płaskich
niezbędnych w każdej skrzyni z narzędziami. Miłośnikom
designu na pewno wnętrze przypadnie do gustu. Pewien
zgrzyt w tym umilającym konsumpcję enturage’u stanowią
dwa, nieme wprawdzie, ale jednak błyskające uparcie LEDowymi wyświetlaczami telewizory. Pewnie mimo woli
przyciągałyby nasz wzrok gdybyśmy nie usiedli poza
zasięgiem ich oddziaływania.
Określenie tego miejsca jako kawiarni może być nieco
mylące, ponieważ oprócz różnorakich napojów kofeinowych
w ofercie znalazły się również potrawy, które dla wiecznie
nienasyconych mogą stanowić smakowity lunch lub
(o zgrozo!) zaledwie przystawkę, a dla tych o mniejszym
apetycie nawet obiad. W menu wypisanym kolorową kredą na
ścianie zabrakło nam niestety ciast i deserów nieodłącznych
przecież pozycji w ofercie każdej kawiarni. Znajdziemy tam za
to kanapki, naleśniki i makarony podawane w barwnych
kombinacjach z warzywami lub kurczakiem. Podawane, co
trzeba podkreślić, w sposób bardzo elegancki i malowniczy
jakiego nie powstydziłaby się niejedna szacowna restauracja.
Naszym celem były rzeczone kurki, na których
konsumpcji w pełni się skoncentrowaliśmy. Tagliatele z tymi
smakowitymi grzybkami było bardzo smaczne, ale to naleśniki
okazały się hitem. Połączenie duszonych kurek z suszonymi
pomidorami, świeżą rukolą i dobrym octem balsamicznym
było strzałem w dziesiątkę. Wprawdzie opowiadamy się za
niespiesznym stylem życia, ale w kwestii tych cudownych
owoców lasu robimy wyjątek. Trzeba jak najszybciej nasycić
się ich smakiem, bo wkrótce pozostaną tylko wspomnieniem.
Ochłodę w gorącą niedzielę zapewniło nam frappé z mango.
Spinacz Cafe jest miejscem, do którego z pewnością
wrócimy, zarówno na szybki lunch, jak i po to, by spokojnie
posiedzieć przy kawie z ciekawą książką. Nowości w menu
oraz promocje będziemy z ciekawością śledzić na stronie
Spinacza na facebook’u: www.facebook.com/SpinaczCafe.
Łucja Frejlich-Strug i Artur Strug
57
Nieaktualności
Lato w 1914 roku było bardzo gorące. Rozżarzone ulice
i budynki bardzo dawały się we znaki mieszkańcom Lublina.
Ulga nie przychodziła wraz z gwałtownymi burzami, które wcale
nie oczyszczały atmosfery, a jedynie powodowały dodatkowe
straty. Można powiedzieć, że pogoda w znacznym stopniu
odzwierciedlała gorącą i napiętą atmosferę na arenie polityki
międzynarodowej. Echa epokowych wydarzeń docierały do
Lublina wieloma kanałami, prasa relacjonowała rozwój
wypadków w kraju i Europie, co jednak wcale nie oznaczało, że
Lublinianie przestali z napięciem śledzić doniesienia z „własnego
podwórka”.
W wydaniu „Życia Lubelskiego” z 11 czerwca możemy
przeczytać, że „P. Tadeusz Piotrowski, dyrektor banku
Warszawskiego, dokonał kupna posesji (…) zajmującej miejsce
przy ul. Namiestnikowskiej, pomiędzy gimnazjum a kościołem,
pod budowę gmachu mającego mieścić przyszłe Muzeum
i Bibliotekę im. Hieronima Łopacińskiego”. Na działce, o której
mowa, przy obecnej ulicy Narutowicza, pomiędzy III LO
a kościołem pobrygidkowskim, stoi dziś gmach biblioteki
Łopacińskiego, gdzie w czytelni zbiorów specjalnych czytam
zmikrofilmowane wydanie „Życia Lubelskiego”.
W kolejnym wydaniu „Życia” znajduje się zapowiedź
„wieczornicy
gimnastycznej”
organizowanej
w najbliższą niedzielę (14.06.1914) przez towarzystwo
„Przyszłość”. W programie znajdują się pokazy gimnastyczne
m.in.:„ćwiczenia na przyrządach”, „ćwiczenia szwedzkie”,
a nawet „ćwiczenia laskami wykonywane przez zastęp męski”
oraz „ćwiczenia maczugami wykonywane przez zastęp żeński”.
Na zakończenie wieczoru, dla tych którym wciąż mało będzie
mocnych wrażeń, przewidziano tańce.
18 czerwca, w artykule pod tytułem „Z nieporządków
miejskich”, możemy przeczytać słowa, które okazują się
aktualne mimo upływu okrągłych stu lat i mogłyby z powodzeniem
posłużyć opisowi wielu miejsc współczesnego nam Lublina:
„chodniki przy ul. Zamoyskiej naprzeciwko „Rusałki” aż do
mostu należałoby doprowadzić do porządku, gdyż przechodnie
narażeni są w ciemnościach na wykręcanie nóg”.
Pod koniec czerwca jeden z redaktorów napisał dowcipny
tekst pod tytułem „Nowy środek przeciwko pijaństwu”, w którym
opisuje wypadki, do których doszło w „restauracyi Tivoli” przy
ul. Królewskiej, gdzie niejaka P.K. „wszczęła awanturę
i powybijała szyby z tej racyi, że małżonek jej zbyt często
odwiedza ów przybytek i składa hołd Bahusowi”. Zaskakujące
jest, jak aktualne są dziś problemy społeczne, które nękały
Lublin na początku XX wieku.
W lipcu 1914 roku na łamach lubelskich gazet prawie
59
NIEAKTUALNOŚCI
codziennie pojawiały się informacje dotyczące stanu zdrowia
Jego Ekscelencji biskupa Jaczewskiego. Arcypasterz po
długiej chorobie „został dysponowany na śmierć i przyjął Oleje
święte”. Z Watykanu otrzymał również telegram ze „specjalnym”
błogosławieństwem od Ojca Świętego. Biskupowi nie udało się
przezwyciężyć choroby i 23 lipca Lublin pogrążył się w żałobie.
W niedzielę 12 lipca odbyła się wycieczka cyklistów do
Kazimierza i Janowca zorganizowana przez „znanego w naszym
grodzie sportsmena, p. Józefa Lennerta”. Dzielni cykliści
w Puławach spotkali się z kolegami z Radomia i po wspólnym
spożyciu śniadania „udano się razem do Kazimierza, skąd, po
zwiedzeniu pamiątek miejscowych, przepłynąwszy łodziami
przez Wisłę, wycieczkowicze znaleźli się w Janowcu”. Tam
„dokonano kilka (!) zdjęć fotograficznych, a spożywszy obiad
cykliści udali się w powrotną drogę”.
Biorąc pod uwagę fakt, iż nawet obecnie w głąb miasta,
zwłaszcza nocą, zapuszczają się dziki i łosie, nie mówiąc już
o zającach i bażantach, nikogo pewnie nie zdziwi, że „przy
zbiegu ulic Zamoyskiej i Foksal zatrzymano dwie błąkające się
krowy”. Zwierzęta „odprowadzono do magistratu, gdzie
oczekiwały na odbiór „po udowodnieniu własności”.
W drugiej połowie lipca pojawia się kilka wzmianek
o nieszczęśliwych wypadkach, które mają miejsce podczas
trwających żniw oraz szczytu sezonu na owoce. „W Czarnym
Stoku, parafii Szczebrzeszyńskiej, (…), Jan Olech spadł
z czereśni, na której rwał sobie jagody”. Nieszczęśnik uderzył
głową w podłoże i zabił się na miejscu. Z kolei we wsi Skoki,
gm. Czemierniki niejaki Józef Chudek „spadł z wozu
naładowanego zbożem i nadział się na kołek sterczący przy
wozie”. Pan Józef miał więcej szczęścia, ponieważ przeżył
i został odwieziony do szpitala SS. Szarytek w Lublinie.
Wzmiance o tym wypadku autor nadał wdzięczny tytuł „Wbity
na kołek”.
Pod koniec lipca szpaltę dotyczącą wydarzeń z miasta
zdominowały informacje o aresztowaniach dokonywanych
przez „ajentów policyi śledczej”. Na przykład, w hotelu
Nadwiślańskim zatrzymano „trzech podejrzanych osobników,
których, jak się okazało przy śledztwie, policya poszukiwała od
dłuższego czasu”. Przy aresztowanych znaleziono budzące
grozę przedmioty: „rewolwer, łom, nóż sprężynowy i wiele
rzeczy pochodzących z kradzieży”. Ponadto w dniu pogrzebu
ś.p. ks. Biskupa Jaczewskiego „policya dokonała szeregu
aresztowań złodziei kieszonkowych operujących energicznie
w tłoku”.
Łucja Frejlich-Strug
61
Twoja
reklama
w naszym
magazynie
[email protected] I tel. 81 532 87 39
już teraz
zapraszamy
do wydania
on-line
63

Podobne dokumenty