Pływający biznes Oferta – przebogata!

Transkrypt

Pływający biznes Oferta – przebogata!
n Kupując od boat-boysów conches dobrze jest poprosić sprzedawcę o wydobycie mięsa z muszli, bo można sobie samemu nie poradzić!
zniknęła w naszych przepastnych żołądkach
jako przekąska na lunch). Z rozmowy z naszym dostawcą wynikało, że zbiera on tam
ostrygi od kilkunastu lat i utrzymuje z tego
siebie i rodzinę.
Pływający biznes
O ile w północnej części łańcucha Małych
Antyli oraz na wyspach będących zamorskimi departamentami Francji czy Holandii zjawisko to jest prawie nieznane, o tyle w części
południowej, a zwłaszcza na St. Vincent
i Grenadynach jest wręcz masowe.
Standardem jest, że dopływający do portu
lub kotwicowiska jacht jest „przechwytywany” przez łódkę, często wyposażoną w mocny
silnik zaburtowy, obsadzoną jedno- lub wieloosobową załogą. Oferują oni wskazanie miejsca
kotwiczenia, postoju przy kei lub boi, pomoc
przy cumowaniu, znalezienie restauracji na
wieczór, informują o miejscach poboru wody
i miejscowych osobliwościach. Zajmują się też
dostarczaniem na jachty zaopatrzenia, wody
i paliwa, a nawet proponują usługi pralnicze.
Oczywiście oczekują za to wynagrodzenia, które jest na ogół dość sztywno ustalone i próby
targowania się są raczej niemile widziane.
Konkurencja między boat-boys powoduje, że niekiedy wypływają oni dość daleko od
brzegu, by być pierwszymi, którzy nawiążą
kontakt z jachtem. Niepisany kodeks mówiący, że należy przyjąć usługi od tego pierwszego,
jest na ogół przestrzegany przez obie strony.
Oferta – przebogata!
Znakomitym urozmaiceniem jachtowego
menu mogą być produkty nabywane od
boat-boys oferujących świeżo złowione ryby
lub skorupiaki. Gdzieś na Grenadynach podpłynęła do nas duża łódka z kilkoma tubylcami. Starali się nam sprzedać muszle, wielkie
jadalne ślimaki (conches), rekina i homary.
Po bardzo atrakcyjnej cenie kupiliśmy kilka
ślimaków oraz olbrzymiego homara, którego tego samego wieczora upieczono nam na
grillu w restauracji na wyspie Union.
Sprzedawcy wydawali się bardzo zadowoleni, poprosili jeszcze o piwo, a poczęstowani złocistym, dobrze schłodzonym napojem
wdali się z nami w pogawędkę. Z rozmowy
wynikało, że nie zawsze są tak miło przyjmowani – sporo jachtów stara się ich odpędzić,
prawdopodobnie z obawy o swoje bezpieczeństwo, o czym potem.
W wielu miejscach do jachtu podpływają
na łódkach dzieci, sprzedające różne wytwory lokalnego rzemiosła oraz miejscowe
owoce. Często oferują też masową produkcję
indyjską lub chińską – korale, koszulki i inne „atrakcje”. Objazdowy (choć trafniejsze
byłoby tu określenie „opływający”) sklep
z owocami z napisem „Fruitman” jest jedną
z osobliwości kotwicowiska w Rodney Bay
na wyspie St. Lucia.
W miejscu kręcenia filmu „Piraci z Karaibów” – w zatoce Wallilabou na St. Vincent
dzieci przypływały wręcz wpław z owocami
na cumujący do boi jacht. Tam też najpierw
jeden z miejscowych boat-boys w malutkiej
wiosłowej łódeczce wypłynął nam na spotkanie daleko na pełne morze, by zaoferować swe
usługi polegające na wskazaniu boi do cumowania i pomocy przy obłożeniu „sznurków”.
Skorzystaliśmy z tej oferty – mooring trzymał
pewnie, a dodatkowo nasz „cumownik” wywiózł naszą rufową cumę na ląd i przywiązał
ją do grubego drzewa. Kosztowało nas to 20
wschodniokaraibskich dolarów, ale stwierdziliśmy, że nie jest to wygórowana cena za
bezpieczne cumowanie. Po chwili jednak
podpłynęła inna, większa łódka z dwoma
75