Untitled

Komentarze

Transkrypt

Untitled
.
SPIS RZECZY
1-
Wstęp ……………………………………………………. 3
2-
List z 15 lipca 1996 …………………………………….. 4 – 5
3-
List z 4 września 1996………………………………….. 6 – 9
4-
List z 28 października 1996 ........................................ 10 – 15
5-
List z 27 listopada 1996 .............................................. 16 – 21
6-
List z 24 stycznia 1997 ................................................ 22 – 27
7-
List z 12 marca 1997 ................................................... 28 – 34
8-
List z 6 czerwca 1997 .................................................. 35
9-
List z 10 czerwca 1997 ................................................ 36 -38
10-
List Julka Serafina z 27 marca 1997 ........................... 39
11-
List Julka Serafina z 27 maja 1997 ............................. 40 – 41
12-
List Julka Serafina z 6 czerwca 1997 .......................... 41
13-
List Julka Serafina z 11 czerwca 1997 ........................ 42 – 53
14-
List z 21 lipca 1997 ...................................................... 54 – 56
15-
List z 25 lipca 1997 ...................................................... 57 – 58
16-
List z 4 marca 1998...................................................... 59 - 66
17-
List z 14 lipca 1998 ..................................................... 67 - 71
18-
List z 5 października 1998 ............................................ 72 – 78
19-
List z 2 stycznia 1999 ................................................ .. 79– 83
20-
List z 30 kwietnia 1999 .................................................84 – 88
21-
List z 6 grudnia 1999 .................................................... 89 - 102
22-
List z 3 sierpnia 2000 ................................................... 103 - 126
23-
List z 21 sierpnia 2000 ..................................................127
24-
List z 19 lipca 2000 ....................................................... 128 - 144
25-
List z 24 sierpnia 2002 .................................................. 145 - 154
2
WSTĘP
Parę dni temu skończyłem 85 lat. Obudziłem się rano, spojrzałem na kalendarz. Tak,
nie ulega wątpliwości. Od dzisiaj jestem bardzo starym człowiekiem.
Kiedy przed paru tygodniami wysłałem do Archiwum Akt Nowych w Warszawie trzy
wielkie paki zawierające moje archiwum - dokumenty, fotografie i filmy z ostatnich 68
lat, zdawałem sobie sprawę z nadchodzącego „nieszczęścia” 85-ych urodzin. Tym
niemniej zachowałem jeden skoroszyt zawierający zawierający kopie 24 listów, które za
chwilę będziecie czytać. Listy te pisałem do przyjaciół w Montrealu i Ottawie w latach
1996 do 2002. Latach moich vancouverskich początków, które po 45 szczęśliwych i
raczej ciekawych wiosnach montrealskich, nie były najłatwiejsze. Listy te mówią o moim
spotkaniu z Vancouver, opowiadają o moich, paru w tym czasie, wojażach do Polski.
Jednym słowem są dalszym ciągiem opowiadań o moim życiu. Tym po roku 1996, na
którym zakończyłem tom II wspomnień pt. JA-JO PAMIĘTA.
Przygotowując listy do druku, zwłaszcza te pisane po podróżach do Polski, stwierdziłem,
że muszę zaopatrzyć je w odnośniki, ktore pomogą czytelnikom w identyfikacji ludzi i
rzeczy o których piszę. W odnośnikach tych korzystałem z tekstów internetowej
WIKIPEDII.
Spotkałem dzisiaj sowę siedzącą na gałęzi drzewa rosnącego na brzegu rzeki Frazer,
miejsca moich, prawie codziennych spacerów. Była nieduża – nie więcej jak 30 cm.
wzrostu, szara. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi, nieruchomymi oczami. Nie wiem
czy była zdziwiona. Robiła wrażenie obojętnej na moją obecność. Po chwili zamknęła
oczy. Właściwie zasłoniła je kurtyną powiek też szarych. I siedziała nadal nieruchoma i obojętna. Ignorowała mnie. Najwyraźniej przestałem się dla niej liczyć.
Czy ta sowa zdawała sobie sprawę, że widzi przed sobą starca bogatego w
doświadczenia przeszło 80 lat ? A wogóle czy sowy myślą ? Stało przed nią COŚ na
dwóch nogach, bez skrzydeł, zupełnie niegroźne i chyba zupełnie nieważne.
Świadomość, że po tylu latach, o których uparłem sie pisać, nawet dla sowy jestem
zupełnie niczym - wzbudza lekką obawę. A mówią, żw sowa to mądry ptak.
3
Vancouver 15 lipca 1966 r.
Najmilsi, Drodzy Przyjaciele, and all you uncorrigible Ethnics, (1)
Od tygodnia jesteśmy już w słonecznym Vancouver. Myślami i sercem oczywiście ciągle w
Montrealu. Raz jeszcze dzięki ogromne za wszystkie serdeczności okazane nam przed
wyjazdem (i wcześniej). Pożegnanie na lotnisku przez obie Hanie, Andrzeja i Julka (2) –
pozostanie w pamięci.
Vancouver zaskoczył nas przepyszną pogodą. W dzień 30 stopni i chłodny wiaterek od
oceanu. W nocy 15 stopni - i tak już od tygodnia ! Czekamy na zapowiadany deszcz.
Nie wszystko jednak - nawet w Vancouver - jest słoneczne. Nasze meble i reszta dobytku
ciągle w drodze. Podobno mają dojechać jutro ! W rezultacie Hanka mieszka u Anny (nasza
Nr.2 córka), a ja w śpiworze na podłodze naszego nowego mieszkania. Harcerski taki żywot
ujemnie wpływa na stare „krzyże” i prowadzi do głębokich refleksji na temat
małomieszczańskich nawyków - takich na przykład jak przywiązanie do własnego łóżka.
Jedynym miejscem gdzie można usiąść jest WC. Tutaj też piszę do Was ten list. Na teczce
mojej trzymanej na kolanach. Teczka (tzw. dyplomatka) zastępuje biurko a WC fotel. Drzwi
są szeroko otwarte na zupełnie pusty pokój. Są gdzieś w tej sytuacji, głęboko ukryte, jakieś
niebezpieczne symbole.
Przyjazd do Vancouver to prawie przyjazd do innego kraju. Wszystko zaczynać trzeba od
początku i wszystko wygląda trochę inaczej. Prawo jazdy, telefon, ubezpieczenie, medi-care,
lekarz, dentysta, nowy fryzjer, kupno samochodu, bank, etc. etc. Czasami załatwianie tych
spraw jest miłym zaskoczeniem, czasami tylko zaskoczeniem. Np. ubezpieczenie samochodu
jest trzykrotnie droższe niż w domu (w Quebec).
Codzienne krążenie po nowym mieście pozwala na formowanie pierwszych opinii. Niezwykle
ciekawa jest demografia tego miasta. W wielkim skrócie : na plaży sami biali, w sklepach
Chińczycy, w parkach (bardzo tu pięknych) Japończycy (3) . Czy to coś znaczy ? Wczoraj na
rynku na Granville Island (właściwie to nie rynek a targ czy bazar, który jest dużą atrakcją
turystyczną), w tłumie kupujących usłyszałem fragment rozmowy dwu przystojnych pań :
„kurwa – ale tu tłok”. Dodaje to odwagi i pewności, że nie tylko Polska ale i my, nie zginiemy.
4
Czujemy się tymczasem wyśmienicie, choć ciągle gdzieś w zakamarkach świadomości kryje
się pytanie : co wy durnie na starość wyprawiacie ? Oczywiście jeszcze za wcześnie żeby
na to pytanie odpowiedzieć.
List ten jest listem wspólnym, wysłanym pod różne adresy. Uściski i pozdrowienia
indywidualne, dla każdego z Was osobno i bardzo, i bardzo serdeczne.
Hanka i Maciej
(1) List adresowany jest do przyjaciół w Montrealu i Ottawie : Hanki i Andrzeja Czerwińskich,
Hanki i Pusza Hahnów, Janki i Wiesława Kędzierskich, Zosi i Macieja Kirste, Ireny i
Stnisława Petrusewiczów, Hani i Olka Sidowowiczów, Hani i Julka Serafinów, Teresy i Izia
Żółtowskich.
(2) Hania i Andrzej Czerwiński, Hania i Julek Serafin.
(3) Vancouver i jego przedmieścia zamieszkuje około 2,000,000 ludności. 40 % z nich, czyli
około 800,000, to ludzie urodzeni poza Kanadą (dane statystyczne z 2007 roku).
5
Vancouver 4 września 1996 r.
Najmilsi,
Za dwa dni minią dwa miesięce od naszego przyjazdu do Vancouver. Wydaje się, że mija też
lato - czas więc najwyższy żeby napisać następny list – sprawozdanie, wiedząc, że aż się
zwijacie z ciekawości co u nas.
Pogoda - jest to główne (często jedyne) zainteresowanie tubylców. Mieliśmy cudowne dwa
miesiące słońca, temperatura 20 – 30 stopni bez wilgoci ! Na Labour Day włożyłem po raz
pierwszy długie spodnie. Szorty są tu akceptowanym strojem, nawet w kościele (eat your
heart Wiesiu). Dzisiaj jest już chłodniej. Rano było tylko 12 stopni, ale świeci słońce i ostry
zarys gór świadczy o rześkości i czystości powietrza.
Pogoda i brak zajęć zawodowych powodują złudzenie niekończących się wakacji.
Oczywiście, jak każde złudzenie, musi się kiedyś skończyć. Ciagłe spacery i częste pływanie,
dobre na zdrowie, źle działają na szare komórki.
Dzieci nasze, które niestety muszą pracować żeby zarobić na życie, zaniepokojone są
naszym zupełnym nieróbstwem. Usiłują zainteresować nas i wciągnąć w życie miejscowych
senior citizens, których jest tu cholernie dużo. Czasami wydaje się, że w Vancouver
mieszkają tylko staruchy i Chińczycy.
Przyznać trzeba, że wyżej wymienione staruchy mają tu świetnie zorganizowane życie. W
ramach tego ogólnego „trendu” (poprawnie po polsku powinno być : trynt) pod tytułem żyjmy
dłużej – umierajmy zdrowsi, Hania zaczyna w przyszłym tygodniu kursy gimnastyki TAI – CHI.
Jest to raczej nam obcy, azjatycki sposób gimnastyki. Polega to na wyginaniu się - ale
wolno, stojąc na jednej nodze. Wygląda to jak film w zwolnionym tempie. Czasami robi się to
z mieczem w ręku. Pocieszne to i chyba nie może prowadzić do niczego dobrego.
Ja również jestem pod presją młodszego pokolenia, które uważa, że moje lenistwo prowadzić
może tylko do zguby. Tu mała dygresja. Mój mentor z czasów Politechniki Warszawskiej
profesor Ciborowski, często dawał mnie moim przyjaciołom z Zakładu Urbanistyki za przykład
dużego potencjału stania się człowiekiem kultury. Tłumaczył to moim absolutnym lenistwem
dającym czas na kontemplację zagadnień prawdziwie istotnych.
6
Wracając do sprawy znalezienia dla mnie jakiegoś zajęcia. Ostatnio sugerowano abym
zapisał się na kursy haftowania ornatów. Ma to podobno wpłynąć łagodząco na moje
stargane nerwy i dać pole do popisu mojej „artystycznej wyobraźni”, która jest mi
przypisywana ze względu na mój zawód, oraz, co najważniejsze, zbliżyć ma mnie do
Stwórcy, pod którego opiekę zapewne wkrótce się udam. Ponieważ list ten może wpaść w
ręce osób nieletnich o charakterze jeszcze nie uformowanym - nie będę opisywał mojej na tą
sugestię reakcji.
W ubiegłą niedzielę wybraliśmy się w góry. Mount Seymour leży na północ od Vancouver w
parku prowincjonalnym o tej samej nazwie. W odległości od miasta około 30 minut jazdy
samochodem. Na wysokości około 1,500 metrów ponad poziomem morza, na szczycie góry,
jest mały parking, z którego prowadzi szereg tras spacerowych (hiking trails). Z pierwszej
trasy wycofaliśmy się już po pół godzinie gdyż była dla staruszków za trudna. Druga scieżka
prowadziła do małego jeziorka otoczonego cedrami i sosnami imponującej wysokości.
Niestety, po zejściu w dół do jeziorka trzeba było wracać pod górę. Daje to możliwość
sprawdzenia własnych sił, o czym lepiej nie pisać. W drodze powrotnej do domu
zawadziliśmy o małą zatokę o nazwie Deep Cove, gdzie na kamienistej plaży można wybierać
z pod kamieni małe kraby. Warto zauważyć, że i Mount Seymour i Deep Cove leżą od
Vancouver w odległości mniejszej niż odległość Beaconsfield – Gajówka.
Byliśmy (tym razem nie w roli sportowców) w nowej bibliotece miejskiej otwartej wiosną tego
roku, i projektowanej przez Mosze Safdi. Tego samego Izraelitę, który projektował nowe
muzeum na Sherbrooke i Habitat na Expo ’67. Wydaje mi się, że Hania wysłała fotografię
tego budynku do Biblioteki Polskiej. Budynek przypomina Colosseum w Rzymie. Zimny i
wyobcowany z otoczenia. Technologia biblioteczna natomiast i wszystkie ułatwienia dla
użytkowników przechodzą ludzkie pojęcie. Nie ulega wątlipowści, że to High-Tech i wiek XXI.
Dzisiaj będziemy mieli pierwszego gościa. Przyjeżdża Maciej Zaleski. Ciekawi jesteśmy tej
wizyty. Mówił nam przez telefon, że jego żona Alisia, która własnie wróciła z długich wakacji
w Polsce, namawia go na powrót do Kraju Ojców.
Ciągle jest tu pięknie, wygodnie i ... trochę obco. Najbardziej brakuje nam Was, Najmilsi.
Czasami jadąc szeroką autostradą wśród pięknych lasów bez przydrożnych szałasów
sprzedających fryty, przez mosty, których nikt nie naprawia bo są całe, czy idąc gładkimi
chodnikami i mijając małych, skośnookich Azjatów o kamiennych twarzach
7
8
– brak nam wtedy pustych sklepów a louer, brudnych ulic pełnych zgrabnych dziewczyn, brak
nawet gęstego, wilgotnego powietrza montrealskiego lata. W takich chwilach nierozważnej
chandry wracamy do domu, gdzie po zmięszaniu Bloody Ceasar (z właściwą proporcją
Tabasco) oglądamy francuską telewizję Made in Quebec słuchając tego straszliwego bełkotu
gdzie bezrobocie przypisuje się złej pogodzie, brak zębów brakiem zaufania do dentystów, a
wszystko razem tłumaczy jako niezawodną Gallic Logic. I wtedy znów jest nam dobrze i
chcielibyśmy żebyście poszli naszym śladem i przyjechali do Vancouver, gdzie dzieją się
rzeczy prawdziwie ważne : ... what about the weather tomorrow ?
Nie wiem czy ktoś z Was był w czasie Festiwalu Filmowego w Montrealu na filmie pt. It’s
never to late. Jest to film, który oryginalnie nazywał się Colour Grey i w którym Hanka i ja
graliśmy role niemych staruszków. Zostawiając w ten sposób trwały ślad w historii
montrealskiej kinomatografii.
Jeśli chodzi o zostawianie śladów, to wiosną tego roku wydano w Warszawie książeczkę
wspomnień wojennych żołnierzy jednego z konspiracyjnych oddziałów tych czasów.
Przesyłam Wam parę kartek tych wspomnien, zakładając, że nie macie jeszcze dosyć tego
rodzaju „literatury”.
W każdym razie będzie o czym plotkować przy wódeczce, który to piękny zwyczaj, mam
nadzieję, kontynuujecie ku naszej niewymiernej zazdrości.
Ściskamy Was wszystkich bardzo serdecznie,
H+M
9
Vancouver 28 października 1996
Najmilsi nasi,
Oto następna relacja z Vancouver. Ostatni raz pisałem w połowie września. Minęło siedem
tygodni, a każdy tydzień niewiele dłuższy od mgnienia oka.. Bardzo to deprymujące,
zwłaszcza w konfrontacji z uparcie stojącą w miejscu metryką.
We wrześniu pojechaliśmy na weekend do Zaleskich, do Vernon. 450 km. od Vancouver w
tym 150 km. przez wysokie góry wspaniałą autostradą o uroczej nazwie COQUIHALLA
Highway. Przyjemnie nam u nich było bardzo. Spotkaliśmy u Maćków dr. Wandę Jegier i co
normalne, większość czasu spędziliśmy na rozmowach o Was i innych Montrealskich
znajomych.
Maciej Zaleski w sposób poważny zajmuje się rolnictwem na małą skalę. Sadzi ziemniaki i
podwiązuje pomidory. Gościnność jego jest niemal agresywna. Gdyby nie to, że nasz
samochód ciągną konie mechaniczne, zapewne kazałby je wyprząc żeby zatrzymać nas na
parę dodatkowych dni. Są to u niego zapewne zmiany atawistyczne. Utwierdziła mnie w tym
przekonaniu wiadomość od Zosi, że Maciej Z., spakowawszy walizki leci do Was do
Montrealu na Bal Lotników. Wszystko razem przypomniało mi wierszyk starego pachciarza
zauroczonego ziemiańskim stylem życia :
Oj dziedzice, oj dziedzice
Sieją żyto i pszenice,
Potem jadą do stolice
U fryzjera golą lice,
Pomadują włosy w szpice
I wychodzą na ulice.
Moja opinia o Vernon nie uległa zmianie.
Po powrocie byliśmy jeszcze dwa razy w Snow Water. U podnóża Mount Baker w stanie
Washington, gdzie mieszka nasz, a raczej Hani, stary kolega z wojska, właśnie wracający do
siebie po drugim by-passie. Snow Water to wakacyjne osiedle dla 200 rodzin położone nad
rzeką North York Nooksack z powodzeniem udającą Dunajec w Pieninach. Las tam rośnie
wysoki, typu rain forest z drzewami porośniętymi mchem i wyrastającymi jedno z drugiego.
Wszystko to bardzo piękne gdyby nie te baseny, korty
10
tenisowe i cywilizacja na każdym kroku, od której w takim krajobrazie chciałoby się uciec.
Oczywiście w Snow Water można pójść na dalszy spacer, ale nie za daleko bo teren
ogrodzony jest siatką. Przy wjeździe jest bariera (czyli szlaban po polsku), maszt z
gwiaździstą flagą i stróż bezpieczeństwa z pistoletem przy pasie.
Znalazłem dwa borowiki.
Chciałem Wam również donieść, że nie zaniedbaliśmy kulturalnych stron naszego życia. W
ramach ciągłego poszerzania horyzontów intelektualnych nabyliśmy bilety na serię koncertów
Vancouver Symphony. I tu wiele miłych niespodzianek. Siedzibą orkiestry jest stary
ORPHEUM THEATRE. Chyba z tego samego okresu co Montrealski, przed laty wyburzony
HIS MAJETY’S THEATRE i Szkoła Teatralna na St. Lawrence poniżej Ste. Catherine. W
Polsce ten styl architektury nazywano Secesyjny. Dużo złotych ozdób, zbędnych wygibasów,
czerwone fotele i kryształowe żyrandole. Wypisz, wymaluj, pałac Poznańskich w mieście
Łodzi.
Największym teatrem Vancouver jest QUEEN ELIZABETH THEATRE. Z tego samego okresu
co Montrealski PLACE DES ARTES.
Oba były projektowane przez ten sam zespół
architektów.
QUEEN ELIZABETH jest teatrem większym niż ORPHEUM dlatego
przeznaczony jest na występy, które wedle tubylców noszą większy ciężar gatunkowy (Holy
Cole czy The Nylons).
Dyrektorem muzycznym i dyrygentem Vancouver Symphony jest Sergiu Commisiona, chyba
Hiszpan. Jest on jednocześnie dyrygentem Głównej Orkiestry Symfonicznej w Madrycie.
Świetnie daje sobie radę z dużą, prawie stuosobową orkiestrą. Po tym błaźnie Dutoit to raczej
miła niespodzianka. Równie miła jest atmosfera starego, lekko już „wytartego” wnętrza teatru.
Publiczność raczej starsza wiekiem i o dziwo, zupełnie brak Azjatów. Nie chciałbym byście
odnieśli wrażenie, że Azjata jest dla mnie ze względów rasowych, nie do zaakceptowania.
Napewno nie. Zauważam natomiast zupełną odrębność i brak (nawet prób) zbliżenia,
poznania i wzajemnego przenikania kultur. Ja, który historię Jagiellońską Rzeczpospolitej
Obu Narodów znam trochę z książek, a Quebeckie TWO SOLITUDES z własnego
doświadczenia, nie wróżę miejscowemu współżyciu Azji i Ameryki, opartemu na jednym tylko
wspólnym mianowniku, którym jest konsumpcjonizm i adoracja dolara - nic dobrego.
Maestro Commmisiona rozpoczął koncert odegraniem O CANADA, Bardzo mi się ten
zwyczaj spodobał i przypomniał czasy przedhistoryczne czyli lata pięćdziesiąte, kiedy to
każdy ostatni seans w Montrealskim kinie kończył się odegraniem hymnu naszego
Brytyjskiego opresora i ciemiężcy.
11
W programie koncertu, w pierwszej części, podobnie jak to bywało w Montrealu, był jakiś
krótki kawałek nieznanego kanadyjkiego kompozytora. Szczęśliwie był to utwór krótki.
2-gi koncert fortepianowy Chopina z solistą o nazwisku Emanuel Ax był świetnie zagrany. Ax
urodził się w Polsce. Jako drobne pacholę wyjechał do Kanady, później do Izraela.. Obecnie
mieszka w Nowym Yorku. W części drugiej orkiestra grała Ein Heldenlebel Ryszarda
Straussa, moźe trochę za głośno.
Zapowiada się, że będzie dobry sezon. Wychodząc z koncertu, w głównym holu zauważyłem
dwa duże, obok siebie wiszące portrety. Jeden Artura Rubinsteina, drugi piosenkarki rodem z
Winnipeg, popularnej w latach sześćdziesiątych panienki o imieniu Julliette. Jej program
telewizyjny nosił nazwę „My pet Julliette”. Nie było wątpliwości, że jesteśmy w Vancouver.
Vancouver, okazuje się, jest miastem festiwalów. W ostatnich paru tygodniach byliśmy na
trzech. Czwarty mamy w zapasie.
1- Międzynarodowy Festiwal Filmowy
2- , Greek Festival
3- Apple Festival
Na Festiwalu Filmowym widzieliśmy, między innymi, dwa polskie filmy. Jeden zrobiony przez
. Wajdę pt. „Holy Week” (Wielki Tydzień) , drugi „Temptation” (Pokuszenie) reżyserowany
przez Barbarę Hass. Oba filmy po polsku z angielskimi napisami.
Film Wajdy oparty jest na książce Andrzejewskiego o tym samym tytule. Jest to historia
Wielkiego Tygodnia w 1943 roku, w czasie likwidacji warszawskiego getta . Wajda wcześniej
zrobił film, którego scenariusz oparty był również na książce Andrzejewskiego pt. „Popiół i
Diament”. Książka ta pisana zaraz po wojnie, w czasach rozpasanego Stalinizmu, pisana
była na zamówienie i zgodnie z obowiązującą recepturą. Ogłoszona została szczytowym
osiągnięciem polskiej literatury (vide „Zniewolony Umysł” Miłosza). Był tam szlachetny
komunista i młody, wyprowadzony na manowce Zapluty Karzeł Reakcji. Jednym słowem
klasyk socrealizmu. „Wielki Tydzień” jest w zasadzie do „Popiołu” podobny. Charaktery są
prostacko przerysowane (podobnie jak w prymitywnych westernach gdzie człowiek dobry
chodzi w białym kapeluszu a zły w czarnym). Są jednak momenty w tym filmie kiedy Wajda
pokazuje swój reżyserski pazur. Sceny płonącego getta są kopiami znanych autentycznych
fotografii. Scena z karuzelą pełną rozbawionych ludzi, to scena z wiersza Miłosza. Świetny
wreszcie patrol po zęby uzbrojonych Gestapowców, wolno poruszających się jak widmo
Apokalipsy, jest symbolem powtarzającym się w filmie parokrotnie.
12
Drugi film, „Temptation”, jest dużo, dużo lepszy. Reżyser filmu Pani Barbara Hass,
przedstawiona publiczności przed rozpoczęciem filmu, usiadła obok mnie. Nie mogłem
jednak z Panią Basieńką zamienić ani jednego słowa. Szedł od niej tak straszy zapach dymu
z papierosów, że musiałem się przesiąść. „Temptation” to film psychologiczny w pełnym tego
słowa znaczeniu. Świetnie grany przez nieznanych mi aktorów. We wstępie zaznaczono, że
dla wielu z nich jest to pierwszy film w ich życiu. Treść filmu jest prosta (B. Hass jest autorką
scenariusza). Rzecz dzieje się w czasach najgorszego stalinizmu. Wsadzają księdza
biskupa do „kicia” i chcą go „przygotowć” do procesu o szpiegostwo. W innym więzieniu
młoda zakonnica zgadza się na współpracę z UB. Przeniesiona zostaje do więzienia w
którym siedzi biskup z zadaniem wyciągnięcia z Jego Ekselencji obciążających zeznań.
Biskup zakochuje się w zakonnicy, a zakonnica w biskupie. Dalej nie powiem. Film
naprawdę jest dobry. Świetne dialogi, dobra fotografia i muzyka. Okropne natomiast jest
tłumaczenie na angielski. Nie znając polskiego nie należy tego filmu oglądać.
Festiwal Grecki odbywał się w Greek Community Centre. Bardzo okazałym i podobnym w
swoim założeniu do Ośrodka Greckiego na Cote Ste Catherine w Montrealu. Duży kościół,
sala teatralna i biura. Byliśmy tam w samo południe, przed popisami folklorystycznymi, ale w
czasie podawania lunch’u. Atmosfera trochę podobna do naszych montrealskich bazarów
minus zapach kapusty. Kuchnię grecką znacie, więc nie będę narzekał.
Apple Festiwal odbywa się w miejscowym ogrodzie botanicznym, który stanowi część
uniwersytetu UBC. Położony na wysokim w tym miejscu brzegu morza (w Vancouver mówiąc
morze myśli się o Strait of Georgia, która dzieli kontynent od Vancouver Island, dopiero
zachodni brzeg tej wyspy jest brzegiem Pacyfiku). Jabłka jak jabłka. Duży wybór.
Najciekawsze są eksperymentalne skrzyżowania o dziwnych kształtach, kolorach i smakach.
Widziałem jabłonkę, która rosła wszerz a nie wzwyż, przywiązywana do metalowych drutów,
podobnie jak winorośl. Jedno takie drzewko, którego poziome gałęzie rozciągały się do 40
stóp po obu stronach głównego pnia, a pionowe gałęzie rosły nie wyżej jak 6 stóp, obsypane
były pięknymi owocami. Cel tego gwałtu na naturz był oczywiście handlowy. Z niskiego
drzewa taniej jest zbierać owoce. Szereg osób zaczyna zauważać u mnie początki Sinofobii.
Może tak, ale patrząc na karłowate jabłonie nie można nie zauważyć Azjatyckich wpływów i
nie robić porównania z Bonsai Tree, kalekimi mini-stopami Japonek, i nawet z filmem „The
bridge on the river Kwai”. Jest to jakieś genetyczne okrucieństwo.
13
Czeka na jeszcze Writers Festival. Może pójdziemy na spotkanie z P.D.James, moją
ulubioną autorką powieści kryminalnych. Ostatni raz w życiu na podobnym spotkaniu bylem
razem z Hanią w Warszawie 49 lat temu. Był to wieczór autorski Ildefonsa Gałczyńskiego,
który deklamował swoje wiersze.
Pod koniec wieczoru kompletnie pijanego poetę
wyprowadzono z estrady.
Do spraw groźnych, nie dających się pominąć w prawdziwej relacji z Vancouver należy moje
pierwsze spotkanie z miejscowymi stomatologami. Nie muszę podkreślać ani powagi sytuacji,
ani nieszczęść finansowych do których takie spotkania prowadzą. Moja nowa dentystka ma
gabinet urządzony w sposób i w stylu podobnym do dekoracji wnętrz na filmach kosmicznych,
takich jak „Star Wars” czy „Star Trek Nr.17”. Okna gabinetu typu sufit – podłoga wychodzą na
jedną z głównych ulic o nazwie Robson Strasse, co już się źle kojarzy. Przez te okna nie
można jednak obserwować życia ulicznego, gdyż biedny pacjent natychmiast jest układany w
fotelu tortur w pozycji horyzontalnej, z głową na wysokości kolan dentystki. Celem
natychmiastowego pognębienia przeciwnika, dentystka i jej asystentki ubrane są w spodnie.
Detali tortur nie będę Wam podawał. Nie są zapewne Wam obce. Nie będziecie się też
dziwić jeśli powiem, że leżąc w tym fotelu-łóżku, przez łzy, oczyma duszy widziałem cichą
piwniczkę Dr. Bienieckiej z ciupagą i reprodukcjami Stryjeńskiej na ścianie i samą Panią
doktor, która nie tylko leczyła nasze pełne ubytków korzonki, ale również była źródłem
ostatnich wiadomości.
Ach ten Montreal !
Na zakończenie dwie informacje i jedna prośba.
Informacja Nr.1
Dyrektorem miejscowego Holocaust Muzeum jest Pani Tamara Szymanska. Nie ma ona nic
wspólnego z moją bratową o podobnym nazwisku.
Informacja Nr.2
Zapewne zauważyliście, że nareszcie uruchomiłem mój komputer i drukarkę, czego dowodem
ten list. Brak polskich czcionek napewno utrudnia czytanie. Mam nadzieję, że w przyszłości
brak ten będę mógł naprawić.
14
Prośba !
którą kieruję do wszystkich wolontariuszek Pana Stefana (1) Na miłość Boską przyślijcie coś
Szymborskiej. Napewno odeślemy po przeczytaniu. Przykra sprawa – ale jej wierszy nie
znamy. Pani Wisława ani nie gra w tenisa, ani nie była sexually harassed - jest więc osobą
zupełnie nieznaną. Pozwala to czasem uniknąć żenujących pytań. Ale to jednak Noblistka !
O pogodzie nie piszę bo się psuje (pogoda), nie ma więc czym się chwalić.
Ściskamy jak zawsze bardzo serdecznie. Tym wszystkim, którzy na nasze listy odpisują,
dziękujemy.
H&M
(1) Pan Stefan : Stefan Władysiuk, bibliotekarz Biblioteki Polskiej w Montrealu, opiekun i
koordynator pracy wolontariuszek biblioteki, do których należały adresatki Listów do
Przyjaciół.
15
Vancouver 27 listopada 1996 r.
Nasi Najmilsi,
To będzie ostatni list pisany przed Świętami i przed wyjazdem części z Was na florydzkie
wakacje. List z choinką i opłatkiem. W obu wypadkach symbolicznie. Natomiast Życzenia i
wszystkie Serdeczności do nich dołączone są jak najbardziej autentyczne.
WESOŁYCH ŚWIĄT ! ! !
Do tego wspólnego do Was listu, pozwolicie, że dołączę fragmenty osobiste. Kierowane do
tych z Was, którzy do nas piszą. I od tego zacznę dziękując Zosi za odbitki wierszy
Szymborskiej. Jesteśmy zachwyceni Jej poezją. Czy mogłabyś nam napisać kto jest
tłumaczem Jej wierszy na angielski ? Wiadomości z życia polskiego w Montrealu czytaliśmy z
największą ciekawością. Zafascynowani jesteśmy wrażeniami Twoimi z Balu Lotników, które
w dłuźszej rozmowie telefonicznej przekazał nam również Maciej z Vernon (1). Czyżby czas
stanął w miejscu ? Dowodzi to, że nawet poeci tej miary co Szymborska mogą się mylić w
swoim pesymizmie. Na dowód cytuję fragment Jej wiersza pt. „Schyłek wieku” :
Kto chciał cieszyć się światem
Ten staje przed zadaniem
Nie do wykonania
Głupota nie jest śmieszna
Mądrość nie jest wesoła
Nadzieja
To już nie jest ta młoda dziewczyna
Et caetera, Niestety
Ciekawe było Twoje Zosiu spotkanie z osobą o tym samym imieniu co Twoja bratowa.
Wyobraź sobie, że ja Panią Irenkę znam. Jest ona bowiem siostrą MOJEJ bratowej. Nigdy o
tym nie wspominałem, nie chcąc Ci robić przykrości.
16
Dla Puszów (2) próbować będziemy rozwiązać zagadkę rodziny Odyńców. Dla informacji
podaję, że panna Odyczanka (czy tak nazywa się córka Odyńca ?) jest sporo od nas młodsza,
choć jej rodzice są z pokolenia naszych rodziców.
U nas zaczęła się zima. Wedle opinii tubylców o dwa miesiące wcześniej niż zwykle.
Pierwszy śnieg, który stopniał zresztą po paru godzinach, spowodował istną panikę. Wiele
osób przypisywało ten kataklizm zmianom demograficznym miasta.
Definitely
unaccommodating weather (3) łączy się dla wielu z Shockingly improper language situation
(4). A posłać takich na przeszkolenie do Quebec’u !
W tych jak widzicie ciężkich chwilach, dla nas mieszkających w Vancouver, pocieszająca jest
świadomość, że w tym koglomeracie ras i języków, istnieje grupa, która Chińczyków się boi,
Hindusów uważa za brudasów, po angielsku raczej nie mówi, a po polsku mówi
zdecydowanie kiepsko. Grupa ta odznacza się sprytem i cwaniactwem wręcz znakomitym
(cwaniactwo jest to słowo polskie) oraz hucpą (słowo używane przez mniejszość żydowskiego
pochodzenia w II Rzeczpospolitej oraz w Nowym Jorku), która pozwala tej grupie, a myślę o
naszych rodakach, prosperować i utrzymywać się ponad falami rozbujałej gospodarki
Wolnego Rynku. Pozwolicie, że dam przykład. W sklepie o nazwie „Zofia – Polish Store” na
ulicy Fraser, gdzie raz w tygodniu kupuję „Politykę” i „Wprost”, Pani Basieńka (urocza
ekspedientka z nogą porosłą gęstym włosem) sprzedaje z „pod lady” półlitrowe butelki napoju
o nazwie GNIEŹNIEŃSKA GORZKA WYBOROWA, 40 %, produkowana przez „Polmos”. Na
butelce jest doklejony skromny napis : For pharmacy sale only (5). Cena tego „lekarstwa” jest
o połowę niższa niż cena podobnych napojów sprzedawanych w sklepach alkoholowych. I jak
tu nie być dumnym, że się człowiek urodził w Polsce ?
Właściwie nie jestem pewien czy „hucpa” pisze się przez samo „H” czy przez „CH”. Zawsze
miałem z tym kłopoty.
Nie myślcie jednak, że w dalekim Vancouver, lecząc się GNIEŹNIEŃSKĄ GORZKĄ
WYBOROWĄ i czytając „Politykę” , powoli zmieniamy się w rasowych HOMO SOVIETICUS,
do czego wyżej wymieniona dieta zapewne prowadzi. Otóż NIE ! Siła charakteru (tym razem
na pewno przez „CH”) zawiodła nas na następny koncert Vancouver Symphony. Tym razem
było trochę gorzej. Koncert wiolonczelowy Elgara nie bardzo zachwycał, zwłaszcza, że moja
uwaga skupiona była na soliście, który przy każdym pociągnięciu smyczka, tak rzucał lokami,
że powinien spaść z krzesła. Nie spadł. W drugiej części koncert uratowała Symfonia nr.1
Czajkowskiego. Bliskie serculiryczne dźwięki melodii ludowych, zarówno w Allegro Tranquillo
17
jak i w Allegro Moderato, oddawały czar i głębię wrażej nam, a jednocześnie bliskiej
rosyjskiej duszy. I przysięgam na wszystkie świętości, że powyższe zdanie sam wymyśliłem.
W połowie miesiąca przyleciała do nas z Montrealu Dorota z córkami. Był to rekonesans
związany z ich przeprowadzką do Vancouver, latem przyszłego roku. Niestety były tylko parę
dni. Przyleciały w czwartek, odleciały w poniedziałek. Radość mieliśmy wszyscy ogromną.
Na zmianę gościliśmy je u siebie i w domu Anny. Ze łzą w oku i trwogą w sercu
obserwowałem złośliwość genów przenoszących cechy dziedziczne, tam gdzie nie trzeba.
Bowiem córki moje upodobały sobie wino czerwone typu Bordeaux oraz wino białe typu
Chablis, w sposób, można powiedzieć niepohamowany. Mam nadzieję, że to nasze rodzinne
re-union w przyszłym roku, źle się nie skończy.
Numer Jeden i Numer Dwa, mówię o wnukach montrealskich, zabrałem w celach
edukacyjnych, do Muzeum Antropologii, które jest częścią uniwersytetu BC. Nie tylko po to
żeby pokazać im wspaniałe zbiory sztuki szczepów indiańskich zamieszkujących Vancouver
Island, Queen Charlotte Island i zachodnie wybrzeże Brytyjskiej Kolumbii, ale przede
wszystkim żeby zobaczyły budynek muzeum, który uważam za najlepszy współczesny projekt
architektoniczny jaki widziałem. Projekt nie jest duży, ale należą mu się same piątki ze
wszystkich elementów, które składają się na dobrą architekturę.
Budynek ulokowany jest na zachodnim krańcu terenów uniwersyteckich, na końcu półwyspu
wchodzącego w Strait of Georgia, mającego od północy English Bay a od południa North Arm
of Fraser River. Stosunkowo niski budynek, którego koncepcja konstrukcyjna naśladuje
podstawowe założenia Indian ze szczepu Haida (post and beam - 6) we współczesnej
oczywiście interpretacji, wkomponowany jest w skłon terenu. Po prostu są to słupy i belki
betonowe, każda ustawiona trochę niżej, połączone szklanymi dachami. Zachodnia ściana
głównej Sali wystawowej, wychodząca na park, zbudowana jest z grubego szkła, bez podpór
pionowych czy poziomych. W tej przeszklonej dziennym światłem przestrzeni stoją wspaniałe
Totem Poles należące do szczepów o najwyższej kulturze i talencie rzeźbiarskim – Haidi,
Nootka i Niska.
Totem Pole nie jest symbolem religijnym, jak do niedawna błędnie uważałem, zapewne
zasugerowany podobieństwem do słowiańskiego Światowida. Totem Pole jest znakiem
herbowym, identyfikującym i jednocześnie opowiadającym o historii rodu i jego legendarnych
początkach. Legendy te, zwykle początki rodów wywodzą z życia zwierząt i ptaków. Ciekaw
jestem czy Darwin o tym wiedział ? Byłoby mu łatwiej.
18
Muzeum Antropologii na Umiwersytecie Brytyjskiej Kolumbii w Vancouver – projektował Erickson
19
Totem Pole i jego rzeźby to symbole początku i końca. Tajemnica odczytania tych symboli
znana jest tylko Starszym rodu i przekazywana jest z pokolenia w pokolenie. Ścinaniu drzewa
na Totem Pole towarzyszy ceremoniał proszący Przyrodę o przebaczenie za grzech zwalenia
drzewa i przyrzekający, że zostanie ono Przyrodzie przy końcu swego istnienia zwrócone.
Drzewa najczęściej używane na Totem Pole to sekwoje i cedry, odporne na wilgoć i trwające
setki lat. Kiedy w końcu przegniłe padają, nie wolno ich dotykać, aż w całkowitym rozkładzie
połączą się z ziemią.
Muzeum zawiera bogactwo informacji dotyczących głównie Indian Brytyjskiej Kolumbii i ich
tragicznych losów od czasów zderzenia się z kulturą europejską. A było to tak niedawno, bo
w końcu XVIII wieku ! Oprowadzająca nas po muzeum niewiasta, podkreślając rasistowskie
założenia w polityce, najpierw Hudson’s Bay Company, później Kanady i jej Indian Affairs
Department, nawiązała do najnowszej historii i zmieniającej się postawy władz i opinii
publicznej w tych sprawach. Jako przykład podała dymisję przedstawiciela Korony Brytyjskiej
w Quebec’u, ktoremu grzeszne wybijanie szyb w żydowskich sklepach w latach trzydziestych
przeszkodziło w wykonywaniu obowiązków w latach dziewięćdziesiątych. Moje Quebecois
wnuczki zaskoczone były popularnością jaką się cieszy ich rodzinna prowincja w Zachodniej
Kanadzie.
Mimo „strasznego” mrozu, było minus 4 stopnie, wybraliśmy się w ubiegłą sobotę obejrzeć
ciekawostkę okolic Vancouver. Na południe od miasta, tuż przy granicy amerykańskiej w
miejscowości Ladner, na podmokłych rozlewiskach rzeki Boundry, ktore dawniej tworzyły
deltę rzeki Fraser, założono rezerwat ptaków. Bardzo tu wszystko jest pysznie urządzone.
Rozlewiska poprzecinane są groblami po których można spacerować w otoczeniu setek
ptaków, głównie kaczek wszelkiego rodzaju i małych ptaszków wielkości pół wróbla, które
jedzą z ręki. Widzieliśmy też orły i czaple, ale z pewnej odległości.
O tej porze największą atrakcją są stada snow gees, ktore właśnie przyleciały tutaj na
zimowisko. Po wdrapaniu się na wieżę obserwacyjną można zobaczyć dziesiątki tysięcy
(dosłownie !) tych dużych, śnieżnobiałych ptaków siedzących na wodzie. Ptaki te są trochę
większe od polskich wiejskich gęsi, wielkości Canada Gees. Przylatują w połowie listopada z
Syberii, gdzie głównym ich siedliskiem jest wyspa Wrangla. Wracają do Ruskich na wiosnę.
Podobno ich przylot i odlot, w gigantycznych kluczach, robi duże wrażenie. Pomyślałem
sobie, że dla tych z Was, którzy na Święta zamiast indyka jedzą gęś, opis naszej wycieczki
może wydać się ciekawy i smaczny.
20
Najmilsi, to już stanowczo na dzisiaj dosyć.
Raz jeszcze wiele Serdeczności, jak to się tutaj mówi „sezonowych”, oraz nie sezonowo, ale
zupełnie normalnie i po ludzku ściskamy,
Hanka i Maciej
(1)- Maciej z Vernon : Maciej Zaleski
(2)- Puszowie : Hanka i Edmund (Pusz) Hahnowie
(3)- Definitely unaccommodating weather : Stanowczo niesprzyjająca pogoda
(4)- Shockingly improper language situation : Szokująco niewłaściwa sytuacja językowa
(większość Chińczyków nie mówi po angielsku)
(5)- For pharmacy sale only : Do sprzedaży tylko w aptekach
(6)- Post and beam : Słup i belka
21
Vancouver 24 stycznia 1997 r.
Najmilsi nasi,
No to już po Świętach !
Nie mogę tego listu zacząć inaczej jak dziękując za Waszą wyjątkową pamięć o nas.
Serdeczną, poprzez listy, telefony i upominki. W takim zbiorowym liście jakim jest ten, nie
będę Wam indywidualnie dziękował (robi to Hanka w osobnych listach), ale dla Wszystkich
razem, jedna wielka Buźka !.
A więc Święta były u nas „białe”, tak jak być powinno. Dowaliło tego śniegu aż za dużo, ku
naszej wielkiej radości i panice tubylców. W ten sposób mogłem włożyć swoją zimową kurtkę
i nosić ją przez całe cztery dni. Tak długo trwała tutaj prawdziwa zima. Ponieważ śniegu nie
usuwa się tutaj z ulic czekając na odwilż, więc przez 2 (słownie dwa) dni trudno było jeździć
samochodem. Mimo tych „szalonych” trudności, dzień przed Wigilią, wybrałem się do
znanego Wam z poprzednich listów sklepu polskiego „Zofia”. Nareszcie dowiedziałem się kto
jest właścicielem sklepu. Jest nim niejaki pan o wdzięcznym imieniu Stelian K. Dyskutując ze
Stelianem zalety karpia w galarecie, dowiedziałem się, że ...w Wigilię zamykamy o 16-ej, w
Pierwszy Dzień Świąt też będziemy zamknięci, w Drugi Dzień wszyscy będziemy mieli kaca
więc nie warto otwierać ... Do człowieka o takim imieniu, a przede wszystkim o takich silnych
przekonaniach nabiera się głębokiego zaufania. Ściszając więc głos, spytałem Steliana gdzie
tu można dostać Opłatek wigilijny. Mówiłem ściszonym głosem, nie chciałem bowiem, żeby
cały sklep wiedział, że nie znam adresu miejscowej plebanii. A nuż wzieliby mnie za komucha
czy, nie daj Boże, kogoś z KOR’u. Stelian, też ściszając głos oświadczył ... mam tu kopertę z
Opłatkiem dla jednej klientki, ale baby nie lubię to sprzedam panu za pięć zielonych.
W ten sposób była Wigilia jak zawsze, z Opłatkiem, choinką, jednym pustym nakryciem dla
nieoczekiwanego gościa (jak zawsze nikt się nie zjawił), z wnuczką w białych pończochach i
czarnych lakierkach i zięciem (tym razem tym, który lubi śledzie). Nie było tylko siana pod
obrusem. Nasze montrealskie wnuczki z dostępem do stajni, były za daleko.
Po Świętach, a przed Sylwestrem, pojechaliśmy na wycieczkę. W te same okolice o których
pisałem w poprzednim liście. Tym razem była to grobla (przecięta granicą amerykańską),
w poprzek delty rzeki Fraser, która po jedenej stronie miała olbrzymie golfowisko,
22
a po drugiej moczary z morzem na horyzoncie. Na tych moczarach – rozlewiskach siedziały
pojedyńcze białe sowy (snow owl). Są to wielkie ptaki, wysokości naszej wnuczki (ca. 4 – 5
stóp), tylko w odróżnieniu od niej nieruchome i zupełnie milczące. Przylatują tutaj z Antarktyki
na miesięczne zimowe wakacje. Zupełnie jak Wiesiowie na Florydę. Te sowy ze względu na
krótki pobyt w Vancouver, są wielką atrakcją dla miejscowych bird watchers (1). Wyposażeni
są oni, (bird watchers) w fantastyczny ekwipunek obserwacyjny. Począwszy od zwykłych
lornetek a skończywszy na olbrzymich lunetach na statywach. Złapawszy w obiektyw lunety
ptaka o wyjątkowych rozmiarach czy urodzie, zapraszają przechodzących do oglądania.
Wyraźnie są dumni i zadowoleni ze swoich osiągnięć. Cóż za dziwny i szczęśliwy świat ludzi,
można powiedzieć, o ptasiej wyobraźni.
Sylwester spędziliśmy w domu. Szampan wypiły dzici i wnuki (podobno wolno im to robić
tylko raz w roku) przed północą. „Bomba” na Times Square (2) spadła u nas już o godzinie 9ej wieczorem. Nowy Rok zaczęliśmy z drinkiem w ręku siedząc przed telewizorem. Jak na
czcigodnych starców wypada, wspominając dawne Sylwestry i szaleństwa z tym związane.
Następnego dnia byliśmy na spacerze w pobliskim parku. I proszę nie bierzcie tego zbyt
osobiście i nie traktujcie tego co piszę jako złośliwość. Ale ... magnolie miały duże mysie
pączki (podobne do kwiatów polskiej szarotki), tulipany, żonkile i krokusy, wystawały chyba
dwa cale z ziemi. A wszystko to działo się w środku, jakby nie było, kanadyjskiej zimy.
Na gwiazdkę dostałem książkę o papieżu Janie Pawle II napisaną przez Bernsteina,
dziennikarza z Washingtonu, tego samego, który obalił Nixona swoimi artykułami w
„Washington Post”. Przed Świętami w jednym z grudniowych numerów „Polityki” czytałem
recenzję z Pamiętników płk. Adama Ludwika Korwin-Sokołowskiego, w latach trzydziestych
Szefa Gabinetu Marszałka Piłsudskiego (ciekaw jestem czy Irena go znała ? (3), w których to
pamiętnikach dużo o konflikcie Marszałka z biskupem polowym Stanisławem Gall’em.
Dzisiejsza prasa polska pełna jest artykułów przekazujących emocje jakie wywołuje konflikt
między biskupem Leszkiem Sławojem-Głodziem, Naczelnym Kapelanem Wojska Polskiego a
post-komuchami (dlaczego post ?). Również w tym samym czasie dostałem książkęwspomnienia księdza Janickiego z Londynu. Ksiądz Janicki był w naszym plutonie w czasie
Powstania Warszawskiego (jeszcze wtedy nie był księdzem), a później został dyrektorem
polskiego gimnazjum Ojców Marianów w Fawley Court w Henley-On-Thames pod
Londynem.
23
Jeszcze wcześniej listopadowa poczta przyniosła relacje o Mszy Św. za duszę Władka
Marcinkowskiego (4) celebrowanej w Prokatedrze Warszawskiej na Kamionku przez kapelana
Organizacji Kombatanckich, biskupa Kraszewskiego. 54 lata temu byliśmy z podchorążym
Kraszewskim na tym samym kursie Podchorążówki Piechoty. Był to rok 1943.
Tak mnie nagle ci wszyscy księża „naszli” w tym samym czasie. Przypuszczam, że może to
być kara za mój anty-klerykalizm, w którym nie tylko moja wina. Jest chyba dziedziczny i
genetycznie można to jakoś wytłumaczyć. Mój Ojciec, sceptyk i człowiek napewno światły,
podobno był dużym anty-klerykałem. Piszę podobno, bo wiem o tym tylko z przekazów
ustnych. Ostatni raz rozmawiałem z moim Ojcem mając lat 13. Postawa jego jest dla mnie
dzisiaj w pełni zrozumiała. Wżenił się On w rodzinę głęboko endecką i zapewne była to dla
Niego jedna z form protestu. Dlatego też leczył za darmo biedotę żydowską, kpił z księdza
proboszcza, a przez miejscowych Ojców Bernardynów, z którymi był w wiecznej wojnie,
uważany był za Antychrysta. Mnie to niewiele wtedy obchodziło, a moje przedwojenne
gimnazjum księży Marianów na Bielanach pod Warszawą ciepło i miło wspominam. Dopiero
teraz wielebne duchowieństwo mnie dogoniło i to tyloma książkami naraz.
Książka o papieżu jest zgrabnie napisana, po dziennikarsku, łatwym amerykańskim
angielskim, i czyta ją się pysznie. Postać papieża tak nam bliska i tak dla nas ważna,
przedstawiona jest w tej książce jako osoba, która najbardziej i w pierwszym rzędzie
przyczyniła się do upadku komunizmu. Powinno to budzić w nas podziw i szacunek. Z
drugiej strony łatwość z jaką przychodzą papieżowi kompromisy dla celów politycznych i
strategiczne manipulacje organizacją kościelną, są dużym zaskoczeniem.
Wyraźny
antyfeminizm papieża przy jednoczesnym głębokim kulcie Maryjnym, trudno zrozumieć bez
zgłębienia tajników psychologii ludzkiej. Zapewne Bernstein, a napewno ja, nie jesteśmy do
tego przygotowani ani powołani. Natomiast prawdziwie konserwatywny fundamentalizm
katolicki, który papież reprezentuje, zupełnie mi nie przeszkadza. Ktoś kto chce być dobrym
katolikiem powinien znać katechizm i powinien brać go na serio. Chodzić do kościoła,
przygody w łóżku sprowadzać do jednej osoby, innej płci i biologicznego rytmu. Innymi słowy,
nie powinno być łatwo tym, którzy chcą być dobrymi katolikami. Papież w tej książce nie jest
człowiekiem ciepłym i nie promieniuje miłością, zdawałoby się, nieodłącznym atrybutem
chrześcijaństwa. W konkluzji książki, papież przedstawiony jest jako ostatni monarcha
absolutny, podobny do postaci Boga z fresków Michała Anioła na sklepieniu kaplicy
Sykstyńskiej. Postaci, której raczej trzeba się bać niż ją kochać.
Rola, którą kościołowi
polskiemu narzucił kardynał Wyszyński, a którą kontynuuje kardynał Glemp, też nie zgadza
24
się z obrazem, który większość z nas sobie stworzyła. W książce Bernsteina, Wyszyński,
Prymas Tysiąclecia, dla wielu z nas męczennik walczący z komunizmem, okazuje się
pragmatycznym, zachowawczym politykiem. Kto wie, czy nie była to postawa słuszna, która
umożliwiła kościołowi polskiemu przetrwanie ? I kto wie czy Bolcia Piaseckiego z jego
PAX’em (5) historia nie zrobi drugim Wielopolskim ? Oczywiście jest to tylko jedna książka o
tym wybitnym człowieku. Książek na jego temat ukaże się jeszcze wiele.
Ostatnio komuchy w Polsce mają duże kłopoty z wojującym kapelanem Wojska Polskiego
biskupem Leszkiem Sławojem-Głodziem. Okazuje się, że sprawa nie jest bez precedensu.
Jak wspomniałem płk. Korwin-Sokołowski w swoich pamiętnikach pisze o tym jak to biskup
Gall, w tym czasie też naczelny kapelan Wojska Polskiego, obraził Marszałka Piłsudskiego,
nie biorąc udziału w kondukcie pogrzebowym ministra Czerwińskiego (no relation, jestem
pewien). Biedny Czerwiński wyznania kalwińskiego, przeszedł na katolicyzm przed samą
śmiercią. Jedni uważali, że za późno, drudzy, że w sam czas. Marszałek zarządał dymisji bp.
Gall’a jako biskupa polowego. Sprawa oparła się o nuncjusza papieskiego. Piłsudski,
któremu mocne słowa nie były obce, o biskupie Gall’u powiedział : ... nazywam go świnią i to
plugawą. Księdza Gall’a może to spotkać, że każdy oficer miałby prawo bić go po pysku, a ja
nie mógłbym wobec takiego faktu wyciągnąć konekwencji. Taki czyn byłby bezkarny. Postać
rozeźlonego Marszałka, mimo błahości sprawy, wygląda całkiem sympatycznie. Podobno
często wpadał w złość jak mu się ktoś opierał. Dlatego robiono to nieczęsto. Ciekaw jestem
co teraz o Sławoju-Głodziu i starym NSZ-towcu Kraszewskim, mówią Kwaśniewski i Oleksy
jak się zejdą razem.
Dzisiejsze elity rządzące Polską, jak i my zaraz po przegranej wojnie w 1939 roku, o
międzywojennym dwudziestoleciu nie mówią najlepiej. Łatwo zapominając, że w tym jakże
krótkim czasie na ziemiach byłych trzech zaborów potrafiono stworzyć jednolitą administrację,
odeprzeć najazd ze wschodu i przetrwać, bez pomocy z zachodu, kryzys gospodarczy. Ten
biedny kraj, a taką była Polska, dopiero w ostatnim międzywojennym pięcioleciu zaczął
rozbudowywać swój przemysł i wchodzić na drogę cywilizacyjnego rozwoju. Dzisiaj widać, że
między rokiem 1918 a 1939, naród polski wykazał niebywały rozsądek i równowagę,
odrzucając ideologię obu sąsiadów, zarówno komunizm jak nazizm (narodowy socjalizm). I
mimo, że polska demokracja była napewno kulawa, to w Polsce istniały partie opozycyjne i
niezależne związki zawodowe. Będąc daleko od przodujących państw Europy, Polska
potrafiła być krajem względnie normalnym i odpornym na totalitarne szaleństwa. W czasie
kiedy za wschodnią i zachodnią granicą występowały symptomy obłędu.
25
Książka-wspomnienia księdza Janickiego nie bardzo mu się udała. Dużo poprzekręcał i dużo
zapomniał. Trudno też uwierzyć, że na barykadach powstańczych znalazł się z rozkazu
Boskiego. Pamiętam, że był dowódcą drużyny łączności czyli tak zwanych „drucików”. I że
bęben z kablem telefonicznym ciągnął na barykadę, o ile dobrze pamiętam, z rozkazu
dowódcy plutonu.
Tyle się o tych księżach rozpisałem, bo też spadli na moją głowę wszyscy razem w tym
samym czasie. Również, jak to przy Świętach, przypomniał się Tatuś Nieboszczyk i Jego z
duchowieństwem kłopoty. Chyba zrobiłem to zupełnie niepotrzebnie, bo po pierwsze często
sobie ludzie religię z księżmi mylą, a o religii jak wiadomo przy stole i w listach, dyskutować
się nie powinno. Po drugie nic to z Vancouverem nie ma wspólnego, a to winno być tematem
moich listów. Wybaczcie więc dygresję, raczej nie na miejscu. Przyrzekamy poprawę !
Byliśmy w kinie na „English Patient”. Film raczej głośny i trzeba było zobaczyć. Wydaje mi
się, że nieprawdziwy. Ludzie tak się nie zachowują. Melodramat - tak to się chyba nazywa.
Trochę też za długi jak na moją kość ogonową. Pustynia natomiast przepyszna. Zupełnie jak
ją sobie przypominam z Omanu.
Hanka zaczęła drugi semestr chińskiej gimnastyki.
Ja wciągam się w komputer. Jestem już podłączony do internetu. Zwracam uwagę
zainteresowanych na nasz E-mail (w nagłówku). Zainteresowanie komputerem, nieostrożnym
zająć może całe życie. Ostrożnym, a za takiego się uważam, może życie ułatwić. Pierwszy
przykład pod ręką – błyskawiczna i tania korespondencja, encyklopedyczna informacja i
codzienne „Donosy” (6). Komputer to głupia maszyna, bardzo złośliwa, ale o olbrzymim
zasobie informacji, z którymi nie wie co zrobić. Zupełny brak inicjatywy.
W początkach lutego idę na operację gęby. Nazywa się to Preprosthodonic Crown
Lengthening Therapy. Przez parę dobrych tygodni po operacji nie będę mógł normalnie jeść.
Ciekaw jestem czy się rozpiję ?
Sciskamy Was do następnego listu,
H&M
26
(1)- Bird watchers : Ludzie podglądający ptaki
(2)- Bomba na Times Square : Zwyczajowo w Nowym Jorku na Times Square o północy w
noc sylwestrową, „bomba” (świetlna kula) opuszczana wzdłuż ściany jednego z wieżowców
ogłasza początek Nowego Roku.
(3)- Irena : Irena Petrusewcz : córka gen. Tokarzewski-Karaszewicza, jako młoda dziewczyna
uczęszczała do szkoły mieszczącej się w Belwederze.
(4)- Władek Marcinkowski : Władysław Marcinkowski (Jaxa), działacz polityczny ONR,
założyciel „Związku Jaszczurczego”, Zastępca D-cy Brygady Świętokrzyskiej NSZ
(5)- Bolcio Piasecki : Bolesław Piasecki : Przedwojenny przywódca „Falangi”, założyciel i
prezes „Pax’u”, katolickiej organizacji społeczno, polityczno-komercyjnej
współpracującej z komunistyczną władzą w PRL od 1945 do 1989 roku
(6)- DONOSY : Tytuł pierwszej polskiej gazety komputerowej wydawanej przez ludzi
związanych z Wydziałem Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego od roku 1989.
Gazeta apolityczna, podkreślająca wagę wolności słowa.
27
Vancouver 12 marca 1997
Nasi Najmilsi,
Już marzec i zaczęła się wiosna. Mimo, że listy te mają być relacjami z Vancouver, a wiosna
jest tu sprawą dużej wagi, pisać o niej w tym liście nie będę. Jestem zbyt dobrze wychowany,
żeby przyjaciołom, głównie mieszkającym na zasypanym śniegiem NDG opisywać kwitnące
przed domem azalie.
Luty był dla nas nie najlepszym miesiącem, mimo, że jest to miesiąc naszych rocznic,
jubileuszów i świąt imieninowo-urodzinowych (a propos, za pamięć o tych naszych świętach
serdecznie dziękujemy). Wszystkie te rocznice zapewne przyczyniły się walnie do tego, że
metryka dogoniła nas nagle i bezceremonialnie. Licząc lata, które minęły od naszego
entuzjastycznego marszu do ołtarza, zdaliśmy sobie sprawę jak bardzo jesteśmy starzy. Do
tych smętnych rachunków doszła Hani choroba, typowy symptom niewydolności organizmu.
Cukrzyca nie jest chorobą błahą. Hanka jako no nonsens osoba zabrała się do tego w
sposób wielce energiczny, wykorzystując wszelkie osiągalne i dostępne w BC Health Care
Program usługi i ułatwienia. Spędziła cztery dni w szpitalu (na noc wracając do domu), gdzie
brała udział w różnych kursach i ćwiczeniach. Rezultatem tego jest srogi rygor diety,
spacerów, wypoczynku, regulowanej frekwencji posiłków, lekarstw i badań krwi. Nie jest to
ani przyjemne ani łatwe i wymaga żelaznej dyscypliny. „Goodbye to wódeczka” stało się
tragicznym hasłem dnia. Rezultaty nie dały na siebie długo czekać. Już po paru tygodniach
nastąpiła znaczna poprawa.
Ja trochę zaniepokojony tą sytuacją, zacząłem się rozglądać (co powinienem zrobić dużo
wcześniej), za lekarzem specjalistą w dziedzinie moich dolegliwości, to znaczy zacząłem
szukać kardiologa. Mój obecny GP, miły człowiek, ale dobry do przedłużania starych recept
przepisanych mi jeszcze w Montrealu.
Moje zderzenie się z BC Health Care Program było równie pozytywne jak Hani. Cała ta
„zdrowotna” biurokracja jest tutaj o wiele sprawniejsza niż w Quebec. Lekarstwa wydawane
są na okres trzech miesięcu. Opłata za medykamenty : $ 5.00 od recepty. Laboratoria do
badania krwi etc. są prywatne. Jest ich wiele, w rezultacie nie ma czekania i kolejek.
Darmowe dla starców.
Znalazłem wreszcie kardiologa. Wyobraźcie sobie, ten sam facet, który w roku 1972 w
Montreal General pierwszy mi powiedział, że mam sklerozę naczyń wieńcowych. Był
28
w tym czasie młodym lekarzem pochodzenia polskiego, ale nie mówiącym już po polsku.
Poszedłem do niego z polecenia Neli Buckiewicz (1) Teraz, po 25 latach , przyjęty zostałem
przez miejscową sławę dr. Henry Mizgala, profesora kardiologii na uniwesytecie Brytyjskiej
Kolumbii i lekarza w Vancouver Hospital and Health Sciences Centre. Szpital ten zajmuje
parę bloków w śródmieściu Vancouver. Główny budynek, Lee Pavilion, ufundowany został
przez bogatego Azjatę zaledwie parę lat temu. Można powiedzieć na wyrost, gdyż w tym
wieżowcu niesłychanie luksusowym, górne piętra stoją puste ze względu na brak pacjentów.
Jest to wersja oficjalna. Złośliwi twierdzą, że Prowincjonalnemu Ministerstwu Zdrowia brak
kasy na wypełnienie łóżkami tych pustych pokoi. W tym to szpitalu już w 4 (słownie cztery)
dni po telefonie dr. Mizgali przeszedłem badania pt. Nuclear Angiogram. Są to badania serca
polegające na wprowadzeniu w system krwionośny materiału radioaktywnego i fotografowaniu
serca przy pomocy promieni Gamma. Sprawa bezbolesna, choć dość długa. Na wszelki
wypadek sprawdzałem tego samego dnia wieczorem. W ciemności nie świecę się !
Po tych i innych badaniach stary Mizgala dał mi stamp of approval na następny rok. Gębę
moją, którą pokrajał dr. Lee, ale nie ten od szpitalnego budynku (Lee po polsku to chyba
Kowalski) goi się wyśmienicie i obawy, że się rozpiję jeść nie mogąc, okazały się
niepotrzebne. Oboje z Hanią z tych doświadczeń lekarsko-szpitalnych wyciągnęliśmy
wniosek, że w Vancouver da się chorować.
Luty miał jeszcze jedną ujemną stronę. 200-letnią rocznicę urodzin Franz Schuberta.
Vancouverska orkiestra symfoniczna uczciła okazję wielkim koncertem tylko jego muzyki.
Gwoździem programu była 9-ta Symfonia. Nie było to jeszcze najgorsze. Niestety cały
miesiąc program w CBC był prawie całkowicie wypełniny jego pieśniami, których my nie
bardzo lubimy. Ale to Wam pewnie też dokuczało.
Zosia (2) była tak dobra, że przysłała nam kopię „Przeglądu Polskiego” ze stycznia tego roku,
z omówieniem konkursu na pomnik bitwy pod Monte Cassino. Autorem tych omówień był
kolega Zosi, architekt z Nowego Jorku. Konkurs wygrał nieznany mi rzebiarz o nazwisku
Zemle przy współpracy znanego mi architekta Wojciecha Zabłockiego. Pomnik, już w
budowie, stanie w Warszawie na osi Arsenału przy ulicy gen. Andersa (dawniej Nowotki a
jeszcze dawniej Nalewki) na skwerze przy Ogrodzie Krasińskich. Do tego artykułu dołączona
jest niewiele mówiąca fotografia makiety pomnika i jego opis. Nie ma niestety planu
sytuacyjnego. Pomnik to gruba i wysoka kolumna (8.5 metra czyli prawie 30 stóp) stojąca na
2-u metrowym cokole i uwieńczona skrzydlatymi formami mającymi nawiązywać zarówno do
uskrzydlonej Nike (nie mylić z butami), jak i do husarskich skrzydeł.
29
30
Na fotograii nie bardzo to widać, ale wedle opisu ma tam być jeszcze całun okrywający urnę z
prochami, orzeł polski, tarcze z odznakami jednostek biorących udział w bitwie i 7 masztów
flagowych upamiętniających wszystkie narody biorące w tej bitwie udział. Opis i fotografia
makiety zawiera za mało informacji żeby można pozwolić sobie na uczciwą i sprawiedliwą
krytykę tego projektu. Chciałem jednak przy okazji dorzucić parę uwag związanych z tym
projektem i z pomnikami wogóle. W ostatnim dziesięcioleciu wzniesiono dwa, dobrze nam
znane, oba poświęcone wojnie. Pierwszy to gigantyczne pole bitwy w brązie. Pomnik
Powstańców Warszawskich ustawiony na placu Krasińskich, w bliskim sąsiedztwie przyszłego
pomnika bitwy o Monte Cassino. Ta monumentalna pomyłka i tryumf socrealizmu w sztuce
pokazuje wszystko. Żołnierzy, dzieci, kobiety, księży, ruiny, gruzy, walące się mury i płonące
znicze. Podobne to jest trochę do tych wszystkich pomników rozsianych po całym bywszym
przodującym kraju świata, Związku Radzieckim. W Warszawie nie brak przykładów tej brązkamiennej prostackiej propagandy. Pomnik Braterstwa Broni, przez Warszawiaków nazywany
pomnikiem Czterech Smutnych, na Pradze przed cerkwią przy skryżowaniu dawnej
Zygmuntowskiej (dzisiaj Solidarności) z Targową. Podobne monstrum Ludowa Ojczyzna
zafundowała żołnierzom bezpieki poległym w walce z „wrogiem wewnętrznym”. Pomnik stał
na osi Saskiej, na dawnym placu Żelaznej Bramy. Popularnie zwany Pomnikiem Utrwalaczy,
rozebrany został za czasów „wczesnego Wałęsy”.
Drugim znanym pomnikiem ostatniego dziesięciolecia jest pomnik poświęcony poległym w
wojnie wietnamskiej w Waszyngtonie. Ulokowany na trawniku Washington Mall, który łączy
The Capitol z Lincoln Memorial, jest to pomnik cudo. Rozdzierająco dramatyczny w swojej
prostocie i skromności formy. Wpuszczony w ziemię mur z polerowanego czarnego marmuru
z tysiącami nazwisk poległych i nic więcej. Jest to jeden z niewielu pomników przy którym
ludzie płaczą.
Wróćmy do pomnika Monte Cassino. Symboliczne powiązanie z Nike jako symbolem
zwycięstwa, trudno uważać za koncepcję rewelacyjną. Jedną, warszawską, właśnie usunięto
z placu przed Teatrem Wielkim i czeka na nowy adres. Te prawdziwe zwycięskie panienki,
jedna z Akropolu, druga skradziona z wyspy Samothrace i stojąca w Louvre, powinny
wystarczyć. Ile tych uskrzydlonych Victorii poniewiera się po świecie ? Przy pomniku Monte
Cassino będą jeszcze flagi i tarcze. Jak wspominałem, nie znam planu sytuacyjnego
pomnika. Przyjmę jednak każdy zakład, że znajdzie się tam miejsce na małą defiladę i
składanie wieńców.
31
Bitwa pod Monte Cassino była nie tylko wielkim zwycięstwem, stała się również symbolem
wielkiej polskiej tragedii. Czy ten pomnik potrafi to przekazać ? Już nie długo będziemy to
wiedzieć. Odsłonięcie pomnika planowane jest na 17-go maja tego roku, 53-cią rocznicę
bitwy.
Chyba nie wszyscy wiecie, że przed samym wyjazdem z Montrealu, za namową zresztą
jednego z Was, wzięliśmy udział w nagrywaniu dla Telewizji Polskiej serialu składającego się
z portretów filmowych ludzi, którzy w wyniku ostatniej wojny z Polski wyjechali, i teraz, po
odzyskaniu niepodległości, do Niej nie wrócili. Ten serial telewizyjny pt. „Mała Wielka
Emigracja” ma wejść na ekrany w Polsce jesienią tego roku. Składać się on będzie z szeregu
półgodzinnych odcinków. W jednym z tych odcinków, już gotowym, występuje Hania. Kopię
taśmy prześlemy do Biblioteki Polskiej na Peel. Hania nie bardzo jest z tego filmu
zadowolona. Filmowanie u nas w domu w Beaconsfield trwało 2 godziny. Autor, realizator
tego odcinka, musiał zmieścić się w półgodzinnym programie. W tekst wpleciono stare
fotografie i wycinki z wojennych filmów dokumentalnych, co jeszcze bardziej skróciło, to co
Hanka chciała powiedzieć. Biorąc udział w tym serialu celem naszym było przekazanie
widzom w Polsce, małego fragmentu historii pokolenia wychowanego w Polsce Niepodległej,
dla ktorego spełnianie obowiązków, że tak powiem obywatelskich, było sprawą zwykłą i
oczywistą. Chcieliśmy również powiedzieć, że w wyniku wojennych doświadczeń, jak i, a
może nawet przede wszystkim doświadczeń powojennych oraz względnie otwartej głowy, dla
pokolenia tego, nową Ojczyzną stał się raczej świat niż Polska. Nie wydaje nam się żeby film
przekazał nasz message.
Dwa dni temu odwiedziłem Simon Fraser University. A muszę Wam powiedzieć, że w
Vancouver jest to moje ulubione miejsce. Pierwszy raz byłem tam lat temu chyba 20.
Uniwersytet ten projektował Arthur Ericson, architekt z Vancouver, który w 1963 roku wygrał
konkurs na ten projekt. Nawiasem mówiąc, Ericson parę lat temu ogłosił bankructwo, co jest
dowodem zupełnej obojętności życia wobec talentów pozbawionych cech komercyjnych.
Campus położony jest na górze, jakieś 20 km. na wschód od Vancouver, czyli jadąc w Waszą
stronę. Dojeżdża się do niego krętą drogą wśród lasów. Nagle otwiera się widok na
wspaniały zespół budynków uniwersyteckich. Na osi wschód – zachód stoi szereg budynków
stopniowo wznoszących się coraz wyżej, połączionych placami, schodami i dziedzińcami.
Jest tam wszystko czego wymaga nowoczesny ośrodek dydaktyczno-naukowy. Część
akademicka, a więc sale wykładowe, laboratoria, biblioteki i gabinety profesorskie ,
32
teatry, sale gimnastyczne, jadalnie, kawiarnie i kluby, boiska sportowe, bieżnie i korty
tenisowe, dom akademicki i podziemne garaże. Z jednej strony (północnej) tego ciągu
budynków widać zasnieżone góry (nawet latem), z drugiej strony w dolinie las, a na
widnokręgu błyszcząca wstęga rzeki Fraser. Spacerowałem po tych placach i dziedzińcach,
siedziałem w słońcu na monumentalnych schodach otoczony tłumem roześmianych twarzy,
młodych twarzy. Trzy-czwarte to Azjaci. Głownie Chińczycy. Ocena znaczenia i uznanie
ważności wiedzy i nauki u tych ludzi, jest godna podziwu. Trzeba pamiętać, że z tych
luksusów i cieplarnianych warunków Simon Fraser korzystają nie tylko dzieci
uprzywilejowanych milionerów z Hong-Kongu, ale rówież dzieci drobnych sklepikarzy ze
slumsów China Town w Vancouver.
Przypomniały mi się moje pierwsze lata studenckie po wojnie. Dziurawe buty i zupki w
obskurnej stołówce u św. Zyty na ulicy Kanoniczej. Zazdrosny byłem tylko chwilę. W drodze
powrotnej do domu doszedłem do wniosku, że te zupki u św. Zyty były właściwie pyszne, a
czasy chyba najciekawsze w moim życiu. Wydział Architektury mieścił się wtedy na Wawelu,
w budynku jeszcze ciepłym po gubernatorze Hans Franku. Uczyliśmy się rysować na
dziedzińcu Wawelskiego Zamku. Wisła, która płynęła w dole węższa była od Fraser, ale
Wawel ... to jednak inna skala, inne czasy. Nie mówiąc o tym, że miałem wówczas 19 lat. To
robi zasadniczą różnicę. Ach, co to były za czasy !
Jak widać na obrazku, piszę po polsku, dość dużo czytam w tym języku, używam go na
codzień w domu, a jednak ... co chwila nadziewam się na polskie słowa, których nie znam.
Wiadomo, język żyje i rozwija się. Parę dni temu wypełniałem formularz polski, w którym to
dokumencie byłem osobą przekazującą innej osobie dar. Wyobraźcie sobie, że w tym
formularzu figurowałem jako DARCZYŃCA ! Czy to nie przesada ?, zwłaszcza, że rymowało
to mi się ze słowem złoczyńca.
Wielkanoc za pasem. Nie zapominajcie o śledziku pod wódeczkę w Wielki Piątek. Nie na
darmo dzień ten po angielsku nazywa się Good Friday !
WESOŁEGO ALLELUJA WAM ŻYCZYMY !!!
Hanka i Maciej
33
Simon Fraser University - agora – jeden z publicznych dzidzińców uniwersytetu
(1)- Nela Buckiewicz : Dr Petronela Buckiewicz, od wielu lat nieżyjąca, nasz montrealski
lekarz domowy i oddany przyjaciel.
(2)- Zosia : Zofia Harasimowicz Kirste
34
Vancouver 6 czerwca 1997 r.
Kochani Nasi,
Za parę tygodni upłynie pełny rok od czasu naszego wyjazdu z Montrealu. Dostatecznie długi
okres czterech sezonów, lata, jesieni, zimy i wiosny, żeby można z dużą dozą pewności
stwierdzić, że jesteśmy zadowoleni i że decyzja nasza była właściwą. Do stron ujemnych
naszego życia można się przyzwyczaić, podobnie jak do wspólnego mieszkania z teściową.
Nawet brak Was tu na codzień mniej dokucza odkąd zaczeliście nas odwiedzać. W końcu
maja był u nas Pusz (1), parę dni później wpadli do nas Hanka Anders i Andrzej Nowakowski
(2), tak, że nawet Rawdon przypomniał się jak żywy.
Tym nie mniej i zgodnie z życiowymi prawdami, odległość, która nas dzieli, musi się z czasem
wydłużyć. Co potwierdzają nawet te nieszczęsne wybory, które wykazały, że jeśli się nie jest
z sobą na codzień i w stałym kontakcie, to zaczyna się być distinctly różnym.
Listy nasze do Was, które miały zaspokoić Waszą ciekawość, a dla nas być kontynuacją
starych kontaktów, zmieniły się niestety w monolog, zapewne nie zawsze dla Was ciekawy.
Co też ma chyba coś wspólnego z odległością i, używając sterego komunału, jest nie do
uniknięcia. Jak podatki i inne przykre zmiany biologiczne.
W konkluzji mamy nadzieję, że lato będzie dla Was łaskawsze niż ostatnia zima, że black flies
i inna zwierzyna złagodnieją, że PQ przestanie Wam dokuczać, że nowy konsul okaże się
godnym następcą Pani Małgorzaty (3), że letnie zakupy Stefana (4) nie sprowadzą się tylko
do polskich tłumaczeń amerykańskich kryminałów, że może wódeczka stanieje ? ... jednym
słowem życzymy Wam miłych wakacji !
Ściskamy i do zobaczenia – usłyszenia (niepotrzebne skreślić)
Hanka i Maciej
(1)- Pusz : Edmund (Pusz) Hahn, nasz przyjaciel jeszcze ze Szwecji mieszkający w Ottawie.
(2)- Hanka Anders i Andrzej Nowakowski : którzy przed paru laty po wieloletnim pobycie na
Florydzie wrócili do Quebec’u i zamieszkali w Rawdon.
(3)- Pani Małgorzata : Małgorzta Dzieduszycka, Konsul RP w Montrealu, z którą adresaci
naszych listów utrzymywali przyjazne stosunki.
(4)- Stefan : Stefan Władysiuk, bibliotekarz Biblioteki Polskiej w Montrealu.
35
Vancouver 10 czerwiec 1997 r.
Drogi Juleczku (1),
Miło było usłyszeć Hani i Twój głos ubiegłej niedzieli. Jeszcze przyjemniej usłyszeć, że mimo
oporów, usiłujesz napisać list. Potraktuj to jako ćwiczenie w self discipline (nie potrafię
znaleźć polskiego odpowiednika tego określenia). Im bliżej końca, (niestety), karność
intelektualna jest coraz bardziej potrzebna. Można to osiągnąć (słyszałem, ale to pewno
plotka), robiąc rzeczy, które przychodzą trudno. Na przykład pisząc listy. Oczywiście daleki
jestem od przewidywania bliskiego końca, który w poprzednim zdaniu wspomniałem.
Mówiłeś, że głównym celem Twego telefonu była chęć porozmawiania na temat wyborów (2).
Skończyło się na rozmowie starszych panów na temat zdrowia. No cóż, zapewne nie można
tego uniknąć. Jak to podobne do tej opowieści o poborowym, któremu wszystko się z dupą
kojarzyło. Czując się usprawiedliwionym, kontynuuję : wczoraj byłem u tego chirurga, który
ewentualnie będzie mnie operował.
Zdecydowaliśmy, że nóż będzie rozsądnym
rozwiązaniem sytuacji. Jedyną ewentualną przeszkodą może być opinia anastetologa, z
którym mam się spotkać w ciągu najbliższych paru dni. Obiecano mi termin operacji nie
dalszy niż jeden miesiąc. Operacja nazywa się Carotid Endarterectomy. Tu znów nawala
moja polszczyzna. Chorowałem tylko po angielsku, a medycznego słownika polskoangielskiego nie posiadam. Ta egzotyczna nazwa to proste czyszczenie zapchanych arterii
zasilających moje szare komórki w tlen. W moim wypadku jest to atreria po prawej stronie
szyi. Operacja ma trwać dwie i pół godziny. Mortality rate = 3 %. Możliwość stroke w czasie
operacji = 2 %. W wyniku udanej operacji możliwość stroke w ciągu najbliższych pięciu lat
zmniejsza się do 4.5 lat. Obecnie (przed operacją) możliwość taka wynosi 11 %.
Cała ta imponująca statystyka pomogła mi w powzięciu decyzji, mimo, że w zasadzie nic mi
nie dolega. Oczywiście wolniej myślę i zaczynam zapominać o sprawach prostych a
ważnych. W ostatnim miesiącu dwa razy zostawiłem kluczyki do samochodu w zapłonie
zatrzaskując drzwi. Na tym kończę o tych sprawach, mając nadzieję, że im tych statystyk nie
popsuję.
Załączam do listu parę stron miejscowej gazety. Będziesz miał obraz jak głęboko żeśmy się
tutaj stoczyli.
Poznałem też tu paru tubylców, entuzjastów Reform Party.
Moje
doświadczenia z polskim radykalnym nacjonalizmem, z
czasów kiedy byłem małe
pachole,
36
to liberalna sielanka w porówniu z tym kompletnym wstecznictwem. Załączam również kopię
artykułu Barbary Amiel (żony Conrad Black’a – (3) z MacLean’s (4). Jest to artykuł złośliwy i
dowcipny, a ja takie rzeczy lubię i cenię.
Nasze kanadyjskie wybory, zwycięstwo Labour Party w Anglii, socjalistów we Francji i
zbliżające się wybory w Polsce, gdzie Post-Komuna wychowana w Realnym-Socjalizmie, z
pełnym cynizmem naśladuje amerykański system napychania sobie kieszeni - wszystko to
zmusza do pełnej rewizji pojęć, do których przyzwyczailiśmy się, a które zupełnie dzisiaj nie
obowiązują. Lewica – Prawica, Socjalizm – Nacjonalizm. Pojęcia dziewiętnastowieczne z
czasów rozkwitu ideologicznych frazesów, które zrodziła rewolucja francuska. W rezultacie
tych wszystkich ideologii sprawiedliwość społeczna dała nam Stalina, a gorący, egoistyczny
patriotyzm i miłość własnego narodu, języka i historii, Hitlera. Dzisiaj we wszystkie te
szlachetne prawdy nikt nie wierzy. Poszły do lamusa. Komentarz polityczny określa to
zjawisko : „znalazły się na śmietniku historii”. W Warszawie, którą pamiętam z dawnych
czasów, powiedzieliby, że „pała przegięła się w drugą stronę”. Najważniejsze to papu i to na
własnej misce.
Oczywiście my tutaj (zauważ, że będąc człowiekiem światłym, myślę w skali kontynentów !),
jesteśmy w tym najlepsi, a będąc w wyniku upadku Sowietów jedynym „ważniakiem”, staliśmy
się wzorem do naśladowania. CZEGO ?
Przecież cała ta zabawa to wulgarny Darwinizm, który uważa, że silniejszy jest lepszy od
słabego a bogatszy lepszy od ubogiego. A jest lepszym dlatego, że stał się bogatszym.
Jan Paweł II, który tak beznadziejnie wrobił się w katolicki fundamentalizm, ma dużo racji w
swym negatywnym podejściu do zachodniego konsumeryzmu i libertynizmu.
Wydaje się Dziecinko (5), że żyjemy w zupełnie wyjątkowych czasach wielkich ZMIAN.
Szybkość z jaką postępuje rozwój biologii, astronomii i systemów przekazywania informacji,
przy zahamowaniu rozwoju filozofii i sztuk pięknych, zaprowadzi nas w świat zupełnie nowy i
inny. Obawa przed jutrem, podobno jest objawem starości. Na obawy te składa się
świadomość, że to co idzie jest mi obce, niezrozumiałe i nieatrakcyjne.
Siedząc przed moim komputerem, gdzie po naciśnięciu właściwego klawisza wiem już
wszystko i natychmiast i w wielkim uproszczonym skrócie, myślę sobie, że chyba już na mnie
czas ?
Nic nowego do tego burdelu nie wniosę, nikogo nie przekonam, nic nie rozumiem,
a czasami zapewne i przeszkadzam. Nie chcę też być prezydentem ani premierem.
37
Ale w tym jak wiesz jestem inny od naszych wspólnych przyjaciół (6).
Oczywiście ciągle wierny podstawowym przywilejom obywatelskim nie powiem Ci na kogo
głosowałem. Niepoprawny optymista, ciągle czekam na list profesora-porucznika.
Maciej
(1)- Juleczku : Juliusz Serafin, jeden z adresatów moich listów. Bywszy socjalista, więzień
sowiecki, żołnierz II Korpusu gen. Andersa. W bitwie o Monte Cassino nie brał udziału tylko
dlatego, że został ranny w przeddzień bitwy. Ukończył London School of Economics. W
Kanadzie zajmował wysokie stanowiska, najpierw w przemyśle lotniczym w Montrealu, później
w administaracji państwowej w Ottawie. Człowiek o niezwykle błyskotliwej inteligencji.
Koneser dobrych alkoholi.
(2)- Wybory : Kanadyjskie wybory do Parlamentu Federalnego miały miejsce 2 czerwca 1997
roku. Jean Chretien i jego Partia Liberalna zdobyli po raz drugi bezwzględną większość w
Parlamencie. Reform Party of Canada zastąpiła Bloc Quebecois jako Official Opposition.
(3)- Conrad Black :
Baron Black of Crossharbour swego czasu właściciel imperium
wydawniczego do którego należały między innymi : Daily Telegraph (UK), Chicago Sun Times
(USA), Jerusalem Post (Israel) i National Post (Canada). Przed otrzymaniem brytyjskiego
tytułu zrzekł się obywatelstwa kanadyjskiego. W roku 2007 został w Stanach Zjednoczonych
skazany na 6.5 lat więzienia za przestępstwa finansowe.
(4)- MacLean’s : Kanadyjski tygodnik założony w 1905 roku poświęcony wiadomościom z
życia społecznego, politycznego i kulturalnego Kanady.
(5)- Dziecinko : Zwrot często używany przez Julka Serafina.
(6)- Chcieć być premierem lub prezydentem : aluzja do naszego wspólnego znajomego
Jerzego Georga Korey-Krzeczowskiego, którego wybujała ambicja miała doprowadzić do
wysokich stanowisk w Polsce lub w Kanadzie.
38
W połowie czerwca 1997 roku dostaliśmy w jednej kopercie parę listów od Julka Serafina.
Listy te datowane były – pierwszy 27 marca, ostatni 11 czerwca 1997 roku. Do listów Julek
dołączył szereg załączników. Tekst listów jak i załączniki przytaczam poniżej :
Montreal 27 marca 1997 r.
Bardzo nam mili Haniu i Macieju,
Raz jeszcze dziękujemy za Wasz list z 12.3.97. Jak wspominałem w czasie naszej ostatniej
rozmowy telefonicznej zacząłem pracować nad essejem „Wpływ Oceanu Spokojnego na
rozwój wrodzonych talentów pisarskich starszego pokolenia architektów pochodzenia
polskiego”. Będzie w nim m.inn. próba oceny zbawiennego wpływu tychże faktów na rosnące
kołtuństwo montrealskiego grona Staruszków. Bez lipy !
Narazie przesyłam kopię „Komunikatu Informacyjnego Koła Żołnierzy 7 Pułku Ułanów
Lubelskich im. gen. Kazimierza Sosnkowskiego”. Tylko dla członków (for Members only).
Rok XLXXVII – 9 czerwiec 1996, Nr. 79. Podaję pełny tytuł publikacji jak przystało na prof.
por. J.S. (ref. pp. 30, 35, 41), który choć „nie czuje się dobrze na zdrowiu, stale popiera swoją
pomocą aby umożliwić (nam) życie Koła”.
Nigdy nie można w pełni przewidzieć w jakiej postaci przejdzie się do historii. Na stronie 35
jestem w sąsiedztwie por. dr. S. Szancer, którego pamiętam z podchorążówki jako dość
pulchnego, rudego Izraelitę, który miał duże trudności z musztrą i paradnym krokiem (jeden z
bardziej brutalnych podoficerów-instruktorów na wstępnym kursie militarnym zapędził się tak
daleko, że czasem wykrzykiwał : ... wy ch.... w bandarzu, nogę wyżej ! N.b. miałem niemałe
zdolności do paradnego marszu i mimo nie-gwardyjskich chudych łydek maszerowałem w
pierwszej szóstce jako „kierunkowy” (mam zdjęcie !). Później dali mi za to b. wysoką lokatę
i awans ... Epopeję podrózy S.S. do, a zwłaszcza z Egiptu, opowiem innym razem.
39
Montreal 27.5.97
Bardzo nam mili etc.
Nie pamiętam już dokładnie sytuacji w jakiej przerwałem pisanie epistoły z 27.3.97. W kilka
dni później zamierzałem kontynuować, ale jakoś nie wyszło. Potem doszedłem do wniosku,
że raczej głupawo napisałem te dwie stroniczki i należałoby je przeredagować lub „skrócić i
wyrzucić”. Ostatecznie minęły dwa miesiące i nic nie zostało zadziałane. Zachowuję więc
niezmieniony originał i kontynuuję, hopefuly, „na wysokim koniu”.
1- Komunikat meteorologiczny : przez ostatnich parę tygodni tzw. wiosenna pogoda bije
rekordy – deszcz, zimno i wiatr, który wydaje się dąć ze wszystkich kierunków naraz
(zjawisko dość normalne w czasie mego pobytu w Ottawie – tutaj raczej niezwykłe).
2-Komunikat towarzysko-zdrowotny : życie towarzyskie uległo zawieszeniu, częściowo z
powodu pogody a częściowo na skutek generalnego kwękania zdrowotnego Montrealskich
Staruszków.
3-Komunikat ekonomiczno-polityczny : odmalowaliśmy mieszkanie przyczyniając się w ten
sposób do poprawy sytuacji ekonomicznej w tej prowincji i będziemy głosować na NDP (New
Democratic Party) co sytuacji politycznej w tej prowincji nie zmieni.
4-Dziedzina rozrywkowa : kiedyś, wiele lat temu, wpadł mi w ręce pamflet (?) rzekomo z
drugiej połowy XVIII wieku, na temat rozrywek polskiego tzw. „dziedzica”. M.inn. było tam
patrzenie jak śnieg pada i macanie dworskich dziewek. To ostatnie odpada ze względów
historycznych, ale załączam kopię strony 573 „Who is who” z roku 1981 na temat KoreyKrzeczowskiego B.Sc.Econ., LL.M., C.M.C., F.R.E.S. etc., some 89 lines ! Enjoy !
5-Refleksje z „wysokiego konia” : Kontrast między Waszym Vancouverskim życiem bogatym
w zdarzenia i wrażenia, a naszym Montrealskim ciumkaniem, jest uderzający. Przyczynia się
do tego niewątpliwy talent pisarski i cierpliwość skryby Maciusia, ale jest też wyraźna różnica
w umiejętności obserwowania i cieszenia się życiem. Obawiam się, że ja stetryczałem już
zupełnie (Hania żyje jeszcze w dość pełny sposób głównie z powodu dzieci i wnuków). „W
tym temacie” postanowiłem przesłać Wam parę refleksji innych ludzi niż J.L. Borges i M.
Hemar. „Instantes” Borges’a są wolnym tłumaczeniem z hiszpańskiego przez Konrada
Studnickiego, b. starego kolegi od czasów Londyńskich, teraz w Ottawie, i jego naśladowanie
40
„Gdybym”. Wydaje mi się, że Wy niewiele musielibyście zmienić w przeszłości ...
M.
Hemara „Buchalteria” jest raczej beznadziejna, nie tyle w formie ile w treści, i załączam ją
głównie dla ostatniej zwrotki. Obawiam się, że quite relevant to myself. Zamykam tę serię
tłumaczeniem „Gdybym” na angielski przez Jean Tatarski, b. ciekawą i dzielną Szkotkę w
moim wieku, wdowę po dość typowym polskim oficerze z Rawdon.
Skrobię te dwie stroniczki już przeszło dwie godziny i wszystko wychodzi albo mętnie albo
ckliwie, albo wogóle nie do taktu. Może coś wymyślę do rzeczy na zakończenie, lepsze niż
„Gdybym” - Gdybym miał milion to bym nie był świnią - zaraz bym go wydał i znów nic nie
miał.
Jul, cdn.
Montreal 6.6.97
Dear H. & M.
Nic do rzeczy nie wymyśliłem, ale za to uporałem się (częściowo) z jakimś paskudnym
wirusem, który cholernie mnie męczył suchym kaszlem i bólem w stawach i połączoną z tymi
objawami bezsennością w nocy i otumanieniem w dzień (trochę jak ostatni tydzień kampanii
wyborczej).
Jako, że jest to rocznica D-day, postanowiłem dokonać szeregu dzieł.
Dokończyć
pozaczynane listy, za-aranżować odkładane spotkania (medyczne i inne) i wogóle „ruszyć
się”, choć obawiam się, że rezultaty tego zrywu będą jak z tą stękającą górą i myszą.
To już wszystko – ślemy Wam serdeczne pozdrowienia,
Hanka i Julek
41
Montreal 11.6.97
Kochani H & M
A jednak to jeszcze nie wszystko. Po niedzielnej rozmowie z Wami postanowiłem poczekać
na zapowiedziany list, który dostaliśmy dzisiaj. Dziękujemy. List Wasz, choć krótki tym
razem, w pełni potwierdza moją refleksję z „wysokiego konia” (mój list z 27.5.97) – jestescie
niezwykle udanymi ludźmi i bardzo nam jest Was brak. Usłyszymy się wkrótce, a zapewne
zobaczymy się wczesną jesienią tego roku. Chyba tym razem wyzujemy się na Zachód z
początkiem września or so.
Tak się złożyło, że parę tygodni temu natknąłem się na b. nowe wydanie „James Thurber –
Writings and Drawings” (piękne wydanie ca. 1000 stron) i z myślą o Was, z trudem niemałym,
zrobiłem kopie z kilku rysunków. To już ostatni załącznik.
Wszystkiego dobrego,
H&J
Mój Częstochowski wierszyk „zerżnięty” przez Pusza (moja wina – był nabazgrany) na
pożegnalnej party w Montrealu :
Hania nadobna, roztropna, pogodna.
Maciuś wnikliwy, ździebko złośliwy
Oboje nad miarę pomocni, życzliwi etc.....
42
Trzeba już zsiąść z tego tematu por. prof. i por. dr., ale muszę jeszcze naszkicować tło i
genezę, a przede wszystkim autora str. 35. Władysław Rubnikowicz, major kawalerii
pancernej, był moim bezpośrednim dowódcą gdy dołączyłem do 12 Pułku Ułanów we
Włoszech (początek marca 1944). Był trochę starszy ode mnie i całkiem dobry dowódca, ale
wyglądał jak chłopię i był irytująco optymistyczny i entuzjastyczny. Nazwałem go „Harcerzyk” i
przylgnęło to do niego na dobre (pół wieku z hakiem). Gdy tworzono 7 Pułk Ułanów
Lubelskich, Władek i ja byliśmy częścią kadry. On jako wzorowy oficer, a ja jako tzw.
„inteligentny, ale trudny element”. W 7 Pułku „Harcerzyk” został dowódcą szwadronu, a ja
„objąłem” pluton w innym szwadronie - to był grudzień 1944 roku. Szkolenie szło dość
opornie z wielu względów technicznych, personalnych i „motywacyjnych”. U siebie w plutonie
miałem paru podoficerów i kilku ułanów z 12 pułku, a reszta z AK, z Brygady Świętokrzyskiej z
maquis i z Wermachtu. Tzw. „góra” rwała się do boju (oficjalnie) - Władzio naprawdę - ja i
kilku innych umiarkowanie. Było jasne, że nie zdążymy się „uporządkować” przed końcem
wojny. W tym czasie mieliśmy, (Władek i ja), kilka starć tzw. ideologicznych, potem nasze
drogi się rozeszły i spotkaliśmy się w Londynie, dopiero w 1972, by polubić się na nowo
„rodzinnie”. Władek ma b. miłą żonę i córkę, obie rzutkie i inteligentne dziennikarki. Władzio
od lat był i jest podporą Koła w Londynie - teraz pojechał na Święto pułkowe do Polski i
dumny jest ze swojej roli - całkiem słusznie. Kłopot jest z tym, że przy wszystkich swoich
zaletach orłem nie był i nie jest - zwłaszcza jeśli chodzi o pisanie i wyczucie co pasuje a co
nie. I tutaj jest mój dylemat. Muszę do niego napisać gratulując sukcesu i dzieła (via
Komunikat pułkowy), a przecież „krew mnie zalewa”, że przy swoich najlepszych chęciach,
„zrobił mnie w konia” w „historycznym” numerze 79.
Poniżej fragment strony 35 Komunikatu 7-go Pułku Ułanów Lubelskich, o którym wspomina
Julek w swoim liście :
Por. Prof. Juliusz SERAFIN - Montreal, Canada. Julek pisze, że nie czuje się dobrze na
zdrowiu. W dodatku odbył podróż do Polski na pogrzeb swojej siostry. Pomimo tego pamięta
o nas i stale popiera swoją pomocą aby umożliwić nam życie Koła. Życzymy Julkowi szybkiej
poprawy na zdrowiu i pocieszenia dla Rodzinki.
43
44
BUCHALTERIA
M. Hemar - Londyn 1971
Odpiać na straty :Przyjaciół zobojętniałych,
Niedoszłe kochanki,
Noce przegrane w karty,
Przespane poranki,
Wieczory zmarnowane,
Na kawiarniane żarty,
Nienapisane wiersze,
Zaprzepaszczone tematy :
Odpisać na straty :
Wiosenny Lwów, Zakopane,
W sniegach niebieskich i białych,
Sosny Juraty,
Światy którymi się włóczę,
Noatalgią zapamiętałą,
Języki których
Już się nie nauczę,
Urojone tragedie,
Nieprawdziwe dramaty,
Czas z którego zostało
Tak mało już, tak mało,
A koniec taki bliski
Zapisać na zyski –
Cóż mogę ?
Szczęścia krótkie przebłyski,
Trochę muzyki,
Smutki wierne, wierszyki,
Książki moje – na drogę,
Spakowane walizki.
Zaczynam się lękać,
Że zamknę życie
Na b. znacznym
Deficycie
45
INSTANTES (CHWILE)
Jorge Luis Borges
Gdybym raz jeszcze mógł przeżyć moje życie
Próbowałbym więcej błędów popełnić,
Nie szukałbym doskonałości, dałbym sobie więcej luzu,
Byłbym bardziej zwariowanym,
Mniej rzeczy brałbym na serio.
Mniej dbałbym o hygienę,
Więcej bym ryzykował.
Więcej bym podróżował,
Kontemplowałbym więcej w ciemności,
Wspinałbym się więcej po górach,
Przepływałbym więcej rzek.
Szukałbym nowych krajów i nowych miejsc,
Jadłbym więcej lodów a mniej pożywnych posiłków.
Miałbym więcej problemów, ale prawdziwych a nie urojonych.
Byłem jednym z tych, którzy spędzali życie sensownie i pracowicie,
Byłem jednym z tych, którzy nie ruszali się z domu bez termometru,
Bez butelki z wodą, parasola i kaloszy –
Gdybym raz jeszcze miał żyć, podróżowałbym bez niczego.
Oczywiście znałem chwile radości,
Ale gdybym mógł raz jeszcze żyć, szukałbym tylko chwil radosnych,
Nawet jeśli tego nie wiedziałem, teraz rozumiem, że życie składa się z momentów,
Gdybym mógł raz jeszcze żyć,
Chodziłbym boso od początku wiosny do końca jesieni,
Patrzyłbym częściej w obłoki i podziwiał wschody słońca,
Bawiłbym się więcej z dziećmi.
Ale to wszystko przeszło jak przeszło,
Mam 85 lat i wiem, że umieram.
NB. Jorge Luis Borges, Argeńtyńczyk, pisarz i filozof (specjalista od Scopenhauera, ale jak
widać z INSTANTES nawrócił się !). Uważany był za jednego z pierwszych nowoczesnych
pisarzy Ameryki Łacińskiej, którzy wprowadzili tą literaturę do światowej czołówki.
46
„GDYBYM” (naśladowanie J.L. Burges’a „INSTANTES”) napisane zostało przez KONRADA
STUDNICKIGO, kolegę Julka Serafina jeszcze z czasów studenckich w Londynie, później w Ottawie.
Tłumaczenie angielskie tego wiersza znajdziecie na następnej stronie.
GDYBYM
Gdyby mi dali raz jeszcze przeżyć moje życie,
Szukałbym radości a nie sukcesów,
Zapomniałbym o rozsądku, nie bałbym się błądzić.
Rozumiałbym, że życie składa się z chwil i dbałbym o każdą chwilę.
Miałbym więcej problemów, ale prawdziwych a nie urojonych.
Gdybym życie moje rozpoczął na nowo,
Więcej dziewczyn bym kochał,
Więcej bawiłbym się z dziećmi,
Więcej przyjaźni bym szukał,
Więcej w niebo bym patrzył i podziwiał chmurki,
Więcej bym się cieszył wschodem i zachodem słońca,
Biegałbym boso i drapałbym się po górach,
Szukałbym miejsc nieznanych nikomu.
Gdybym mógł uczyć się na nowo,
Uczyłbym się z życia a nie z powtarzanych mądrości.
Uczyłbym się od tych, którzy patrzą i rozumieją,
Unikałbym ludzi wiedzą obciążonych.
Nikogobym nie przekonywał.
Więce jbym słuchał niż mówił,
Mnie jbym ludzi urażał i mniej dbałbym o ich zdanie.
Słuchałbym więcej własnego sumienia a mniej przykazań.
Żyłbym w pokoju z samym sobą,
Szukałbym radości dla siebie i innych.
No, ale drugiego życia nikt mi nie da,
Co było, było,
Co jest, jest.
Co będzie, będzie.
Gdy będę odchodził nie powiem „do widzenia”,
Powiem : „bądźcie szczęśliwi i dajcie szczęście innym”.
47
This is a rather loose translation done by JEAN TATARSKI, of a poem GDYBYM written by
KONRAD STUDNICKI.
IF ……….
If I could live my life again
I’d look for joy and not success
Forgetting to be reasonable
Not fearing to blunder.
I’d realize that life consist of moments
And I would treasure every one.
I would have problems, but real ones – not imaginary.
If my life were to start a new
I’d love more girls
Play more with children
Make more friends
Gaze more at the heavens and wonder at the clouds
Take more delight in the sunrise and the sunset
I would run barefoot and climb mountains
And seek out places unknown to others.
If I could learn anew
It would be from life, not words of wisdom handed down
I’ should learn from those who observe and understand
Avoiding those weighed down with knowledge.
I would not seek to convince anyone.
I would listen more and talk less
I would avoid offending people
Not caring so much for what they thought
Listening more to my own conscience
Then to the preaching of others.
And seek happiness for myself and others.
But ……………….
I cannot have another life
What was – is past
What is – is now
What will be – will be
When I depart I shall not say “Goodbye”
I will say “Be happy – and give happiness to others.
48
Oto parę stron książki JThurber’a
którą Julek przysłał nam z własnym odręcznym komentarzem.
49
50
51
52
53
Vancouver 21 lipiec 1997 r.
Drogi Julku,
Dopiero dzisiaj mogę odpowiedzieć na Twój “złożony” list. Powodem spóźnienia była
oczywiście moja operacja a w pierwszym rzędzie wszystkie wstępne badania, które były i
przewlekłe i było ich wiele. Wszystko to nie sprzyjało zebraniu myśli. Ale o tym później w tym
liście.
Cieszymy się na zapowiedzianą jesienną wizytę. Dajcie znać wcześniej o terminie przyjazdu,
byśmy mogli godnie przygotować Wasze spotkanie z Vancouverem. Kiedyś wspominałeś, że
chcielibyście zawadzić o Vernon. To też wymaga koordynacji, bo Zaleski zaniepokojony
ciągłymi wyjazdami Alisi (1) do Polski, zamierza przeprowadzić jesienną inspekcję na miejscu.
Rysunki J. Thurber’a, które przysłałeś, aktualizując swoim komentarzem, bardzo dobre.
Komunikat 7-go Pułku Ułanów ciekawy. Tutaj nie bardzo mogę sobie wyobrazić porucznikaprofesora jako „wiodącęgo” w marszu paradnym. Nawiasem mówiąc, czy Ty kiedyś
„splamiłeś” się jazdą na koniu ?
Ja zaczynam mieć wątpliwości czy to przekazanie barw Pułku ludowym śmigłowcom (2) było
decyzją słuszną. Jest to mój stary problem jaki mam z „grubą kreską”. Wiosną tego roku
czytałem tekst nowelizacji polskiej ustawy o kombatantach, który stawia tych z prawdziwego
zdarzenia w jednym szeregu z bojcami Urzędu Bezpieczeństwa z lat najgorszego Stalinizmu.
Lata 1944 – 1956 w Polsce nie były latami wojny domowej, co wmawia w nas współczesna
post-komuna, tylko rozpaczliwą samoobroną przed planową eksterminacją elit polskich,
wykonywaną przez sowieckiego okupanta i wiernie mu służące instytucje PRL. Czy
naprawdę jeszcze raz trzeba przeprowadzać dowód na to, kto w Polsce był katem a kto jego
ofiarą ? Jeśli nowelizacja wejdzie w życie, to odeślę swoją Kartę Kombatancką do Polski.
Zyciorys towarzysza Georga Krzeczowskiego kapitalny ! Co to jest „Military Order of St.
Agatha of Palermo” ? Cóż za próżność ! Można powiedzieć kolekcjonerska.
Wiersze, które przysłałeś, wszystkie pesymistyczne. Śmierć to sprawa nieodwracalna i nie do
uniknięcia. Nie powinna być powodem rozpaczy, zwłaszcza jeśli przychodzi na
czasie.
54
Nikt chyba, a jeśli to niewielu, kończy życie w przekonaniu, że wszystko i zawsze robił tak jak
należało i z pożytkiem nie tylko dla siebie. Bardziej mi odpowiada poniżej zamieszczony
komentarz żegnania się ze światem. Jest to autentyczny wierszyk Warszawskich Powązek.
To tam, naprzeciwko cmentarza był bar o nazwie „Pod Trupkiem”, gdzie pijali miejscowi
grabarze po ciężko przepracowanym dniu. Tam też zapewne powstał ten wierszyk :
Nie będziesz jeść nieboraku
Z kartoflamy kapuśniaku
Kapuśniaku z kartoflamy
Bo idziesz w smentarne bramy.
Jak już wiesz po telefonie Hani, jestem już po operacji. Jak pisałem w ostatnim liście,
przygotowania były długie i liczne. Sama operacja, która miała miejsce w ubiegły piątek rano,
trwała tylko dwie i pół godziny. W niedzielę, czyli wczoraj o godzinie 10 rano byłem już w
domu. Muszę się przyznać, że narkoza zawsze okropnie mnie wykańcza. Jestem piekielnie
zmęczony, nie mogę spać, przełykanie nawet wody sprawia mi trudności. Jednym słowem
czuję się jak małe zagubione dziecko we mgle. Podobno ma to szybko minąć. Rozcięli mnie
od lewego ucha aż po grdykę. Oczyszczono arterię i spięto 12-ma klamerkami. Wyglądam
jak prawdziwy kawalerzysta po nieudanej bitwie. Dla mnie, który zawsze miał trudności z
nawiązaniem tzw. casual conversation, ta moja blizna na szyi przedstawia szalone
możliwości. Wyobraź sobie sytuację następującą : Party, pełne pięknych pań. Podchodzę do
jednej z nich i zaczynam mniej wiecej w ten sposób :
..... kończyła się noc i zbliżał się świt. Z gęstej ciemności lasu wynurzył się szwadron
kawalerii i w ciszy z rzadka przerywanej szczękiem oręża rozwinął się w szyku bojowym na
lizjerze lasu. Przed nimi rozciągało się zamglone pole. We mgle czekali na nich ONI.
Rotmistrz Ksawery Staropolski stanął w strzemionach, wyciągnął szable, w której jak
błyskawice odbijały się pierwsze promienie wschodzącego słońca .......
W tym momencie odwracam się i niedbałym ruchem, pokazuję mojej rozmówczyni lewą
stronę szyi z szeroką blizną ! Ach , żebym mógł gdzieś jeszcze dostać buty z cholewami .
Tak to Dziecinko, nie ma takiego zła, które by na dobre nie wyszło. Nie mówiąc już o tym, że
w wyniku tej operacji napewno umrę zdrowszy.
55
Od tygodnia mamy już u siebie Dorotę, która moją starą Hondą przejechała cały kontynent.
Znalazła już mieszkanie, szuka teraz pracy żeby za to mieszkanie zapłacić. Jej córki
przyjeżdżają w końcu sierpnia. Tymczasem więc wszystko rozgrywa się pomyślnie, tzn.
wedle planów.
Dla Hani przy zbliżających się Imieninach łączymy Najlepsze Życzenia, dla Was obojga wiele
serdeczności,
Hanka i Maciej
(1)- Alisia : żona Maćka Zaleskiego, często wyjeżdżająca z domu w Vernon na dłuższe wojaże.
(2)- Przekazanie barw : Koło Żołnierzy 7-go Pułku Ułanów Lubelskich istniejące w Londynie i w
Polsce, postanowiło przekazać sztandar pułkowy i tradycje pułku, 7-mu Batalionowi Kawalerii
Powietrznej stacjonującemu w Nowym Glinniku. Decyzją MON z marca 2000 roku Batalion ten
otrzymał nazwę : „7 Dywizjon Ułanów Lubelskich im. gen. Kazimierza Sosnkowskiego”
56
Vancouver 25 lipiec 1997 r.
Mili nasi,
Piszę wcześniej niż zamierzałem, ale nie mogę przecież zostawić bez odpowiedzi Wasze
telefony i miłe zainteresowanie moim zdrowiem. Zapewne pamiętacie jak w poprzednich
listach zachwycałem się sprawnością systemu opieki zdrowotnej w naszej nowej ojczyźnie.
Pisząc to, nie wiedziałem jak szybko danym mi będzie sprawdzać to wszystko na własnej
skórze.
Rutynowe w zasadzie testy pociągnęły za sobą dokładne badania mego systemu
krwionośnego, z którym od dawna jestem „na bakier”. To, że moja prawa carotid, od lat już
zapchana, leży odłogiem, wiedziałem od dawna. Zaskoczeniem była wiadomość, że
drożność po lewej stronie zmniejszyła się do 10 %. Dla tych, którzy carotid mylą z
marchewką (co sam dość długo robiłem), podaję do wiadomości, że dwie carotid arteries,
lewa i prawa, są głównymi drogami, którymi krew płynie do mózgu. Łączą one serce z
mózgiem via szyja.
Skracam ten wykład medyczny i podaję konkluzje. Żeby w zaistniałej sytuacji, dość duże
szanse na stroke , zmniejszyć do osiągalnego minimum, postanowiłem poddać się operacji,
która nazywa się Carotid Endarterectomy.
Operowano mnie 18-go lipca po jednodniowym pobycie w szpitalu. Trwało to dwie i pół
godziny, pod pełną narkozą. Rozcięto mi szyję od lewego ucha aż do grdyki, przecięto
carotid, wyskrobano do czysta i załatano. Operacja się udała. Krew wali teraz jak w nowym
WC marki Crane lub American Standard. Łeb tylko, który przyzwyczaja się do nowej sytuacji,
boli mnie okrutnie. Ale na to są lekarstwa.
Do domu wróciłem w niedzielę 20-tego, a dzisiaj idę na zdejmowanie „wszów”, jak mówi
biegła w polszczyźnie, jedna z moich córek. Właściwie to nie są szwy tylko spinacze.
Lato u nas piękne teraz po mokrym i zimnym czerwcu. Niestety moja przecięta szyja nie
sprzyja pływaniu. Jak się już zupełnie zagoi to też przez parę tygodni wypada unikać
straszenia ludzi.
Jutro idziemy wynajmować mieszkanie dla Doroty. Jeszcz go nie widziałem, ale podobno
zacne. Pracy to ona jeszcze nie znalazła, ale jak zawsze jest pełna optymizmu.
57
Montrealskie „małe” dziewczynki dolatują dokładnie za miesiąc, meble i koty za dwa tygodnie.
Jutro będziemy celebrować imieniny Anien. W naszym wypadku tylko dwóch, żony i córki.
Cała Wielka Reszta świętować będzie w Montrealu, Sutton, Ottawie i Rawdon.
Przesyłamy Wam wszystkim Najlepsze Życzenia i wiele Serdeczności,
Hanka i Maciej
Dr. SALVIAN był chirurgiem, który
„oczyścił” moją carotid. Parę lat później za jego radą i z jego polecenia założono mi dwa
stenty w Renal Arteries i dwa stenty w Iliac Arteries (patrz rysunek).
58
Vancouver 4 marzec 1998
Nasi Najmilsi,
Już od wielu miesięcy nie pisaliśmy do Was tych naszych wspólnych listów. Jako że i
odpowiedzi były znikome (z miłymi wyjątkami) i chyba zamierzona dwustronna
korespondencja zmieniała się w monolog. Przypuszczam również, że nasz entuzjazm w
akceptowaniu Vancouveru, jego przyrody i krajobrazu przede wszystkim, mógł wielu z Was
wydawać się przesadzonym lub wręcz niewłaściwym.
Jak można być szczęśliwym w mieście gdzie „tłuste pączki magnolii” są rezultatem spuchlizny
deszczowej a brak rodaków uniemożliwia zebranie czwórki do bridga ?
Ostatnio jednak zaczęliśmy dostawać od Was listy, nie mówiąc o częstych telefonach. Nie
czując się więc zupełnie zapomniani, wznawiamy korespondencję, przyrzekając, że będziemy
wzorowo politically correct.
Mniej kwiatów, więcej deszczu !
W pierwszym rzędzie zbiorowe wyrazy współczucia z okazji „zimy wieku”, czy jak mówią w
Iraku mother of all winters (1). Śledziliśmy te Wasze nieszczęścia z wielką uwagą, i w
telewizji i w prasie (ciągle regularnie czytam „Gazette”), a dzisiaj dzięki Andrzejowi (2)
mieliśmy nawet komunikat o Waszych losach przysłany pocztą elektroniczną. Szczęśliwie
Wasze posiadłości i w Rawdon i w Dolinie Faraonów (3) nie poniosły szkód. Nie ulega
najmniejszej wątpliwości, że cały ten dopust Boży inspirowany był przez Rząd Federalny.
Mamy nadzieję, że jak przystało na prawdziwych demokratów pamiętać o tym będziecie przy
następnych wyborach.
My oczywiście też mamy swoje problemy z arogancką bandą z Ottawy (4). Specjalnie jeśli
chodzi o łowienie ryb. Jak zapewne wiecie, łososie jako native born (5) mają kanadyjskie
obywatelstwo (mimo braku znajomości choćby jednego z dwóch głównych dialektów
chińskich). Jak każdy porządny Kanadyjczyk, łososie jak tylko podrosną to wyrywają do
USA, gdzie taniej i gdzie w czystym, chłodnym Pacyfiku u brzegów Alaski biesiadują tak długo
aż poczuwszy wolę Bożą wracają do kraju rodzinnego żeby założyć rodzinę. Nie jest to
sprawa łatwa, gdyż po drodze czyha na nie imperialistyczna flota amerykańska z
59
zastawionymi sieciami, Nieliczny tylko łosoś, któremu uda się przerwać blokadę, zaiste godną
Kuby czy Iraku, wpada w sieci kanadyjskie. Tak przynajmniej interpretuje to premier
Brytyjskiej Kolumbii, nijaki Clark, facet o dużej wyobraźni i małym, czarnym wąsiku,
uderzająco podobny do mego starego fryzjera z Beaconsfield o dźwięcznym imieniu Giacomo.
Premier Clark chciałby ukarać Amerykanów w sposób możliwie bolesny. Przeszkadza mu w
tym Rząd Federalny w Ottawie, jak wiadomo zdalnie kierowany przez wstrętnego erotomana z
Washington’u (6). Federaliści w Ottawie, musicie wiedzieć, są przeciwni Brytyjskiej Kolumbii
głównie za to, że jest położona po złej stronie Gór Skalistych. Teraz po złożeniu Wam tych
wyjaśnień zrobią mnie pewnie honorowym członkiem Reform Party (7), która jest partią
intelektualnie wiodącą w tej Prowincji, mimo, że na skutek socjalistycznych szachrajstw, u
władzy znalazła się tu NDP (8).
Wracając do tych ryb to ja nie zupełnie zgadzam się z naszym Premierem. Podejrzewam, że
te ryby same, z własnego wyboru wpadają w amerykańskie sieci. W tym miejscu chcą się
powołać na precedens historyczny z okresu kiedy ojcem wszystkich narodów był
niezapomniany Włodzimierz Iljicz Ulianow Lenin. Pisał o tym znany satyryk sowiecki Michał
Zoszczenko w swoich „Opowiadaniach o Leninie”. Książeczka ta mimo, że przeznaczona dla
dzieci radzieckich, wzbudziła tak wielką radość wśród mas pracujących i ludów miłujących
pokój, że autora pozbawiono członkostwa w Związku Pisarzy a książeczkę wycofano z
obiegu.
Jako dowód rzeczowy załączm kopię jednego z tych opowiadań pt. „O tym jak Leninowi
podarowano rybę”. Proszę o zwrócenie uwagi na zdanie, które podkreśliłem na stronie 48.
Wydaje się, że Włodzimierz Iljicz coś mnie ostatnio prześladuje. W ubiegłym tygodniu byliśmy
na koncercie. W programie była 12-ta Symfonia Szostakiewicza poświęcona Leninowi i
Rewolucji Październikowej. W programie koncertu znalazłem następującą notatkę o Leninie,
którą pozwolicie, że przytoczę :
Lenin’s personality blended enormous scholarship, the passionate temperament of
revolutionery, tactical genius and great administrative ability. Lenin swayed his party by his
power of persuasion and moral authority…… Dalej dowiedziałem się że : Shostakowich
grew to adulthood under Lenin. During later persecutions under Stalin’s dictatorship he had
his remembrance of Lenin to sustain him ....
60
Wszystkie te straszne bzdury napisał nijaki Hugh Davidson w roku 1998. Nie wiem kim on
jest i co było powodem tego bełkotu. Prawdę mówiąc lepiej rozumiem Szostakowicza, który
zapewne swoją muzykę komponował w śmiertelnym strachu. A dając czwartej części tego
koncertu tytuł : „Jutrzenka Ludzkości – Tryumf Lenina” oczekiwał na nieuniknioną, nocną
wizytę NKWD. Ale czego bał się Hugh Davidson ? tego zrozumieć nie mogę.
Oczywiście po przeczytaniu tego wszystkiego byłem uprzedzony do muzyki, która nie mogła
mi się podobać. I rzeczywiście, od początku do końca było to tryumfalne walenie w bębny,
kotły i cymbały.
Skoro jesteśmy już w „tym temacie” jak mówi wszystkim nam miły Lech Wałęsa, chciałem
Wam zwrócić uwagę na wydaną niedawno w Paryżu
książkę pt. „Czarna Księga
Komunizmu”. Praca zbiorowa kilku historyków, którą omawia Leopold Unger (8) w ostatnim
(styczeń - luty) numerze KULTURY. Książka ta szacuje liczbę ofiar komunizmu na 100
milionów ludzi. Chyba miał rację Hugh Davidson pisząc o sile perswazji Lenina. Nie wiem
czy książka ta wyszła już w polskim tłumaczeniu. Jeśli tak, to warto przekonać Stefana
Władysiuka (9), żeby to przywiózł ze swojej dorocznej wyprawy do Polski.
Paryska KULTURA sprawia mi coraz większy zawód. Prenumeruję to pismo od 1952 roku,
uważając, że zawsze było wzorem odpowiedzialnego dziennikarstwa. Miała ogromny wpływ
na kształtowanie myślenia politycznego wielu Polaków na emigracji i w Kraju. Pierwsza, w
artykułach Mieroszewskigo potrafiła rozsądnie zaakceptować zmianę polskiej granicy na
wschodzie i pierwsza wytyczała drogę porozumienia z naszymi wschodnimi sąsiadami.
Giedroyć potrafił zebrać w swoim miesięczniku ludzi wyjątkowych. Wspomniany już
Mieroszewski, Gombrowicz i Miłosz, Czapski i Jeleński, Herling-Grudziński a ostatnio Mariusz
Wilk. Część z nich dzisiaj już nie żyje, Herling-Grudziński odszedł z hałasem i trzaskiem a
stary Giedroyć zupełnie stracił głowę. I dobrze się stanie, że KULTURA przestanie wychodzić
po jego śmierci. Szkoda tylko, że pismo umiera zbrzydzone artykułami Krzysztofa
Wolickiego, Zastępcy Szefa wojewódzkiej Bezpieki w Warszawie (w roku 1945) i felietonami
Tomasza Jastruna – „Smecza”, sfrustrowanego prominentnego dziecka.
Tracąc KULTURĘ zapewne brak nam będzie rozsądnej i umiarkowanej przeciwwagi dla
rosnących wpływów kościelnego fundamentalizmu. TYGODNIK POWSZECHNY i księdza
Tischnera wyraźnie krępują powiązania z kościelną hierarchią. Tymczasem ojciec Rydzyk i
Radio Maryja bezwstydnie kompromitują polski katolicyzm.
61
Dostałem na imieniny wspaniałą książkę. „Barney’s Version” napisaną przez Mordecai
Richler’a (10). Gorąco polecam. Książka przypomina mi stary Montreal z lat pięćdziesiątych i
sześćdziesiątych, jego ludzi, ulice, „Club de Hockey Canadien” i smoked meat on rye (11), a
przede wszystkim bogatych montrealskich Żydów, którzy stanowili kiedyś chyba połowę moich
klientów. Richler nie zostawia na nich jak i na Quebeck’im szowinizmie „suchej nitki” . To
naprawdę dobra satyra i prawdziwy obraz Montrealu, który znałem i który minął i nigdy nie
wróci.
Załączam fotografie rodzinne, żebyście nie zapomnieli jak wyglądamy.
młodszego pokolenia zostawiamy Waszej wyobraźni.
Who is who z
W zasadzie czujemy się OK, wziąwszy pod uwagę podeszły wiek. Pamiętacie zapewne z
naszych poprzednich listów pienia pochwalne na temat tutejszego systemu opieki zdrowotnej.
Doszedłem ostatnio do wniosku, że z lekarzami nie należy zbytnio się spoufalać. Zaczynają
cię wysyłać od specjalisty do specjalisty, a każdy ma do dyspozycji najnowszą maszynę
diagnostyczną. Krew z człowieka ciągną i każą sikać do plastykowych słoików, zapewne
zakładając, że jak dobrze się szuka to w końcu coś się znajdzie. Własnie jestem w trakcie
takich perypetii, niecierpliwie czekając żeby się dowiedzieć co mi dolega.
Ściskamy Was Serdecznie,
H&M
PS : Dlaczego większość mieszkańców Nowej Fundlandii w czasie ostatniego referendum w Quebec’u
była po stronie głosujących YES ? Bo byli święcie przekonani, że po odłączeniu się Quebec’u od
Kanady podróż do Toronto będzie co najmniej o 3 godziny krótsza.
(cytat z „Barney’s Version” by M. Richler)
(1)- Mother of all winters : Matka wszystkich zim
(2)- Andrzej : Andrzej Czerwiński
(3)- Dolina Faraona : Tak nazywaliśmy tą część Eastern Townships (okolice Foster, Fulford I
Sutton) gdzie leżała nasza „Gajówka” i gdzie letnie domy mieli Kędzierscy,
Petrusewiczowie i Kędzierscy.
(4)- Banda z Ottawy : Pejoratywne określenie Rządu Federalnego w Ottawie.
62
(5)- Native born : Tubylcy
(6)- Erotoman z Washington’u : Bill Clinton, Prezydent USA
(7)- Reform Party : Federalna partia polityczna ( w BC zaangażowana również w politykę
prowincjonalną) istniejąca w latach 1987 – 2000. Powstała w Zachodniej Kanadzie jako
populistyczna partia protestu. W roku 2000 zmieniła nazwę na Canadian Alliance, później
połączyła się z Progressive Conservative Party of Canada.
(8)- NDP : New Democratic Party (Nowa Partia Demokratyczna). Social-demokratyczna partia
polityczna po „lewej” stronie politycznego spektrum Kanady.
(9)- Stefan Władysiuk : bibliotekarz Biblioteki Polskiej w Montrealu.
(10)- Mordecai Richler : (1931 – 2001) Kanadyjski autor licznych książek, esejów i scenariuszy
filmowych.
(11)- Smoked meat on rye : Kanapka z wędzonej wołowiny na kromce żytniego chleba.
Przysmak i specjalność Montrealu.
Obok i na
opowiadanie Michała Zoszczenki, o którym piszę w tym liście.
63
następnych
stronach
znajdziecie
64
65
66
Vancouver 14 lipca 1998
Najmilsi,
Już trzeci raz od wyjazdu z Montrealu Życzenia Imieninowe Hankom składamy tą drogą.
Obfitość Hanek w Waszej części Kanady jest zaiste wyjątkowa. Dla mnie, który w dniu św.
Anny celebrowałem imieniny mojej matki, a dzisiaj celebruję imieniny żony, siostry i córki, nie
jest to sytuacja wyjątkowa. Robiłem to dawniej, zrobię i dzisiaj, systemem hurtowym.
A więc WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO ŻYCZYMY Wam wszystkim razem ! ! !
Nie musimy zaznaczać, jak bardzo żałujemy, że nie możemy w tym dniu być razem z Wami.
Wiosna nie była dla nas łaskawa w tym roku. Straciliśmy dwóch przyjaciół. Andrzej Sozański
i Tadeusz Siemiątkowski, tak od siebie krańcowo różni, w paru wypadkach do siebie podobni.
Mimo, że obydwaj mieszkali w Montrealu, wydaje mi się, że się nie znali. Dla nas ich śmierć
była nie tylko utratą ludzi bliskich, ale również symbolicznym końcem epoki. Końcem jednej
epoki i symbolem dwóch różnych światów.
Andrzej, beztroski ułan, przedstawiciel przedwojennego Beau Monde (1) z kieliszkiem
szampana w ręku i piękną panią na ramieniu. To kolorowe życie skończyło się w 1939 roku
nagle i niespodziewanie. Skończył się i mundur i beztroskie życie. Ale nie zmieniły się
zasady postępowania ! Stiff upper lip (2) i jak zawsze bezgraniczna miłość życia. Skończył
się Lwów, zaczął się Montreal. Andrzej tego nie zauważył. Stworzył sobie własny świat, który
może w mniejszej skali, ale kręcił się jak dawniej. Był zapewne jednym z ostatnich, który
wczorajszy styl życia usiłował kontynuować do końca. Kiedy żegnałem się z nim parę dni
przed naszym wyjazdem z Montrealu, stary i schorowany, szeptem godnym modlitwy czy
intymnych zwierzeń, dopytywał się czy wódeczka ciągle mi smakuje. Andrzeja i Tadeusza,
poza oczywiście wspólnym językiem i wspólnym Krajem pochodzenia, łączyła niezmienność
przekonań (choć zupełnie różnych) i zdolność niezauważania toczącego się w koło, „obcego”,
kanadyjskiego życia. Nic poza tym. Dosłownie nic, nie mieli ze sobą wspólnego.
67
Tadeusz brał udział w życiu politycznym od wczesnych lat akademickich. Był nacjonalistą
skrajnym i bezkompromisowym. Na Polskę zachorował wcześnie i na zawsze. Obrazu Jej,
który sobie stworzył, nigdy nie zmienił. Obrazu tego nie przesłoniła mu ani wojna ani prawie
półwiekowe doświadczenia życia za granicą Kraju.
Był człowiekiem niesłychanej prawości
i uczciwości. Był człowiekiem nie tylko wierzącym ale i religijnym, co zawsze wzbudza u mnie
głęboki podziw i szacunek. Odwiedził nas w Vancouver w ubiegłym roku. Naszą
korespondencję kontynuowaliśmy w wielogodzinnych dyskusjach. Mimo, że wywodziliśmy się
z tego samego „obozu”, zupełnie nie mogliśmy dojść do porozumienia, nad czym obydwaj
ubolewaliśmy. Śmierć Tadeusza jest też dla nas symbolem końca epoki. Końcem świata
ludzi, którzy życie swoje poświęcili Polsce bez reszty. Ludzi rozczarowanych, zawiedzionych i
przegranych, ale nigdy nie wątpiących w słuszność swoich przekonań. W naszej pamięci
zostanie na zawsze zimny, marcowy poranek na Bałtyku, w trzecim dniu naszej ucieczki z
Ludowej Ojczyzny, kiedy nagle otworzyła się klapa zamykająca wyjście na pokład kutra i do
kubryku (3) z dość dużej wysokości spadł Tadeusz Siemiątkowski z okrzykiem ZIEMIA !
Był to rok 1949.
W parę lat później, w roku chyba 1953, przy jak zawsze kuchennym stole gościnnego domu
państwa Sozańskich, Andrzej wprowadzał nas w świat szlachetnych trunków. Napełnił
kieliszek likierem Cointreau i powiedział, Pijcie wolno, zamknijcie oczy, a będzie wam się
wydawać, że wąchacie kwiaty. Któż dzisiaj potrafi tak docenić smak życia ?
Odejście tych dwóch ludzi zostawiło lukę nie do wypełnienia. Została tylko pamięć i radość
żeśmy Ich mogli nazywać przyjaciółmi.
Nie wiem czy pamiętacie jak narzekałem na redaktora Giedroycia (4) w naszym ostatnim
liście ? Otóż w 124 numerze ZESZYTÓW HISTORYCZNYCH wydawanych przez Paryski
INSTYTUT LITERACKI, redaktor Giedroyć zrehabilitował się w moich oczach umieszczając
fascynujący artykuł Arthura Sehn’a pt. „Król Polski Abraham Prochownik”. W swoim artykule
autor opowiada historię starej legendy żydowskiej, wedle której pierwszym królem Polski był
Żyd, Abraham Prochownik. Ale żeby nie być gołosłownym, przytoczę treść tej legendy, tak
jak była ona podana w przedwojennej Encyklopedii Trzaski, Ewerta i Michalskiego :
68
Po śmierci króla Popiela, który miał ze swego grzesznego ciała złożyć obfitą daninę
gromadzie myszy, tron polski został osierocony. Na wiecach w Kruszwicy, zgromadzeni
wyborcy, nie mogąc się zgodzić na wybór nowego władcy, postanowili stosownie do projektu,
przedstawionego przez najstarszego z pomiędzy siebie, iżby ten kto by z brzaskiem dnia
przybył do miasta, krolem okrzyknięty został. Cztery straże rozstawione były koło mostu
prowadzącego do miasta by donieść kto pierwszy do miasta przybędzie.
Przypadek zrządził, że Żyd Abraham, sprowadzający zwykle proch do miasta i z tego względu
Prochownikiem zwany, pierwszy stanął u mostu jeziora Gopła. Z radością powitany przez
ustawione nad brzegiem straże, zaprowadzony został do miasta, gdzie stosownie do
uradzonego planu, koronę Lechicką miał otrzymać.
Z początku Abraham stanowczo odmówił przyjęcia ofirowanej mu korony, ale widząc, że
wyborcy w swoim postanowieniu trwają i odmowy przyjąć nie chcą, uprosił sobie dzień czasu
do namysłu, by w modlitwie do Boga znaleźć poradę, zastrzegając wszakże, by mu w jego
rozpamiętywaniach nie przeszkadzano. Dwa dni i noce upłynęły, a Abraham nie ukazywał się
cierpliwemu ludowi. Nareszcie trzeciego dnia, gdy cierpliwość zgromadzonych przebrała
miarę, jeden z najstarszych ziemian podniósł głos i zawołał :
Bracia ! tak długo pozostać nie może ! Kraj bez naczelnika niechybnie popadnie w zatratę.
Ponieważ Abraham z chaty nie wychodzi, przeto ja go z niej wywołam. I to mówiąc porwał
siekierę i wybił drzwi chaty, w której Abraham był się zamknął. Wtedy Abraham występując
przed zgromadzone tłumy zawołał :
Polacy ! oto wasz ziomek Piast i jego wybierzcie na swgo naczelnika. Posiada on rozum
wytrawny, gdyż uważał, że Kraj bez władcy istnieć nie powinien ; posiada on odwagę, gdyż
dla ocalenia swej Ojczyzny, sprzeciwił się danemu rozkazowi nie przeszkadzania mi w
pobożnym rozmyślaniu. Jemu ofiarujcie koronę, a będziecie za to Bogu i Abrahamowi przez
całe życie wdzięczni.
I tak Piast został królem obwołany.
69
Nie wiem jak poważnie można traktować legendy i czy Abrahama Prochownika można razem
z Popielem, Krakiem, Wandą i smokiem włożyć do jednego worka skarbów ludowych
opowieści.
Niepokoi mnie fakt, że wychowany na polskich bajkach i legendach, o
Prochowniku słyszę po raz pierwszy. Z drugiej strony legenda ta mogłaby stanowić
precedens dla późniejszych, napewno faktów historycznych.
Król Jan Kazimierz w roku 1656 ogłosił Matkę Boską Królową Korony Polskiej. W roku 1717
papież Klemens XI potwierdził koronację oficjalnym papieskim dekretem. Jak wiemy Matka
Boska pochodziła z tych samych stron co Abraham Prochownik i .... ale chyba nie będę
kontynuował tych historycznych rozważań.
Nawet w gronie przyjaciół jest to temat
niebezpieczny, zwłaszcz w dniu Waszej patronki, św. Anny, która była matką Maryi, która
........ Dosyć tego !
U nas w Vancouver (pogoda to zawsze bezpieczny temat) lato tego roku nie jest takie ładne
jak było w ubiegłym. Część tubylców twierdzi, że to wina El Ninio (5), część, że winę ponosi
Jean Chretien (6). W każdym razie jest mniej dni słonecznych. Ciągle bardzo zielono i
kolorowo.
Połowa naszych wnuków na wakacjach poza miastem, połowa zajęta na różnych kursach.
My starzy jakoś „ciągniemy”. Mnie trafiło ostatnio lumbago. Leczę to bardzo wymyślną
gimnastyką i masażami. Gimnastyka nudna i uciążliwa. Masaże bardzo fajne. Masuje mnie
Chińczyk o imieniu Johnny Wing Wan Tai. Jest on 100 % kopią (może to klon ?) służącego
inspektora Clouseau (7). Ten służący nazywał się Kato. Zrozumiałe to będzie tylko dla tych z
Was, którzy oglądali serię filmów „Pink Panther”.
Dostaliśmy zaproszenie, z którego nie będziemy mogli skorzystać. 100-letni Jubileusz Pani
Poznańskiej (8) wydaje się dużym ewenementem w życiu montrealskiej Polonii. Uroczystość
w Polskim Konsulacie. I pomyśleć, że gdyby nie moja „kolaboracja” z reżymem
komunistycznym to świętować byście musieli na Frotenac czy Prince Arthur (9).
Powyższą uwagą kończę dzisiejszy list.
Ściskamy Was serdecznie,
H. & M.
70
(1)- Beau Monde : francuskie określenie arystokracji, wyższego stanu, eleganckiego towarzystwa.
(2)- Stiff upper lip : dosłowne tłumaczenie z angielskiego to „sztywna górna warga”. Używane
jako idiom określa człowieka wykazującego się siłą ducha w obliczu przeciwieństw i opanowaniem
w wyrażaniu uczuć.
(3)- Kubryk : Kabina załogi umieszczona pod pokładem kutra rybackiego.
(4)- Giedroyć : Jerzy Giedroyć (1906 – 2000) pisarz i działacz polityczny. Wydawca i redaktor
naczelny miesięcznika KULTURA, pisma literacko-politycznego wydawanego w Paryżu w
latach 1947 – 2000.
(5)- El Nino : W języku hiszpańskim „Dzieciątko Boże”. Używane do określenia okresowego,
gwałtownego ocieplenia wód Oceanu Spokojnego powodującego nagłe zmiany klimatyczne
w krajach leżących nad Pacyfikiem.
(6)- Jean Chretien : Joseph Jacques Jean Chretien, Polityk francusko-kanadyjski urodzony w
1934 roku. Przywódca Kanadyjskiej Partii Liberalnej. Premier Rządu Federalnego 1993 – 2003
(7)- Inspektor Clouseau : Fikcyjna postać inspektora policji francuskiej w serii filmów pt. „Pink
Panther”. Rolę inspektora grał brytyjski aktor Peter Sellers.
(8)- Pani Poznańska : Wanda Poznańska, wdowa po ŚP. Karolu Poznańskim (1893-1971)
konsulu polskim w Paryżu i Londynie. Osoba wyróżniająca się w środowisku powojennej
Polonii montrealskiej. Elegancka, nieprzeciętnie inteligetna, patriotka polska. Fascynowała
się brydżem jeszcze po setnych urodzinach.
(9)- Frontenac i Prince Arthur : W tym wypadku odwołuję się do siedziby dwóch staro-polonijnych
organizacji społecznych mieszczących się na ulicach Frontenac i Prince Arthur w Montrealu.
71
Vancouver 5 październik 1998
Najmilsi,
Od wczoraj zaczął padać deszcz. Koniec niezwykle pięknego lata i początek szarej tutaj
jesieni. Atmosfera sprzyjająca pisaniu listów, jako że nie przyzwyczailiśmy się jeszcze
(przynajmniej ja) do miejscowych zwyczajów, które nakazują spacerować w deszczu na
zasadzie, „ w zdrowym ciele – zdrowy duch”. Deszcz oglądany nawet przez okno, kojarzy mi
się z katarem, kaloszami i aspiryną. Powyższe uwagi o pogodzie są dowodem naszej
częściowej adaptacji do miejsca zamieszkania. Jak już nie raz pisałem, od wymiany uwag
na temat pogody, zaczynają tubylcy KAŻDĄ rozmowę – przypuszczam, że i listy.
Nim jeszcze zacząłem pisać ten list, przyrzekłem sobie, że nie będzie w nim ani słowa o
Clintonie i pięknej „Esterce” (1). I gdyby nie wierszyk, który przypadkowo wpadł mi w oko, nie
zrobiłbym żadnych w tym kierunku aluzji. Wierszyk nie tylko (jakże słusznie !) podkreśla
zalety wieku dojrzałego, fakt znany nam wszystkim od wielu już lat, ale, zapewne,
usprawiedliwia błędy młodości.
Słowo z słowem igra, skrzy się,
Fruwa jak piłka w tenisie,
Czasem leciutko dotyka
Misternego dwuznacznika.
Któż mistrzem w takiej rozmowie ?
Tylko dojrzali panowie !
A młody ? głupie to, płoche,
Tylko pobrudzi pończochę.
Chcąc Wam przekazać obraz życia w naszym nowym mieście, zdałem sobie sprawę, jak
mimo dzielących nas gór, dużo mamy z sobą wspólnego. Oto przykład : Problem, który miły
72
nam wszystkim Jacques Parizeau (2) tak głęboko wziął sobie do serca, a który w Quebec’u
winno się pisać dużymi literami : ETHNICS, jest również naszym problemem. Jako że
jesteśmy od Was distinct (3) , my piszemy to słowo małymi literami. Ciągłe zamieszanie i
niepokój w naszym mieście i jego okolicach powoduje visible minority (4) o nazwie Sikhs.
Zapewne po polsku powinienem napisać Sikowie. Nie robię tego, gdyż od czasu jak w
polskiej prasie Muzułmanie zastąpieni zostali słowem Islamiści, nabrałem wstrętu do
spolszczania (też ładne słowo) nazw obcych.
Sikhs są społecznością głeboko religijną. Życie ich koncentruje się w świątyniach, gdzie
kapłani-mędrcy są dla nich prawdziwymi autorytetami. W pewnym stopniu przypomina to
sytuację z przed lat na polskiej wiejskiej parafii z księdzem proboszczem w roli „wiodącej”, czy
też w małym prowincjonalnym miasteczku z jego przemądrym rabinem (vide książki Isaac
Bashevis Singera -5). Ośrodek władzy kapłańskiej Sikhs mieści się w Indiach, skąd co
ważniejsi Guru (6) wydają edykty.
Edykty te, zwane Hukumnana, są zapewne
odpowiednikami znanych nam bulli wydawanych przez papieży. Hukumnana’ny określają
„właściwy” sposób postępowania, i jak to często z kapłanami bywa, „właściwy” sposób
myślenia.
Sikhs w diasporze, podobnie do innych, ulegają wpływom innych kultur co prowadzi do
nieprzestrzegania licznych przepisów religijnych. W Kanadzie doprowadziło to do niesnasek,
które spowodowały podział Sikhs na dwie grupy. Jedną z nich cechują poglądy umiarkowane,
drugą ortodoksyjny fundamentalizm. Ludzie obu grup, jako głęboko religijni, nienawidzą się
serdecznie, można powiedzieć żywiołowo i z głębi serca.
Jednym z ich zwyczajów religijnych jest wspólny posiłek po modłach. Nie jest to jednak
skromna kawa z pączkami po Mszy w Misji św. Wojciecha, ale normalna, wielodaniowa
biesiada. Ma ona miejsce w świątyni i starym zwyczajem powinna odbywać się w kucki na
podłodze.
Otóż grupa Sikhs o poglądach umiarkowanych wprowadziła demoralizujący zwyczaj
spożywania darów Bożych siedząc na krzesłach i przy stole. Fundamentaliści potraktowali to
jako bluźnierstwo. Pierwszym krokiem w walce z heretykami był nocny najazd na świątynię i
usunięcie mebli. Następnego dnia stoły i krzesła wróciły na swoje miejsce, co oczywiście
spowodowało następny najazd zakończony symbolicznym spaleniem drewnianych mebli na
stosie. Kiedy i to nie pomogło, fundamentaliści przez swoje kontakty i wpływy (a jednak i tu
kumoterstwo !), doprowadzili do tego, że główny Guru w Indiach specjalną Hukumananą
ekskomunikował i wyklął Sikhs biesiadujących przy stołach.
73
Dla Was, będących od tych spraw daleko, może się to wydać błahe czy wręcz niepoważne.
Napewno nie jest to sprawa tak poważna jak ekskomunika Bolcia Piaseckiego (7) – wielu z
Was zapewne to pamięta, mimo, że karano w ten sposób tylko jego głupotę, nie mówiąc już o
Galileuszu i Koperniku, którzy rzeczywicie „zakręcili” w sposób poważny. Konflikty religijne
nigdy nie są rzeczą błahą, czego jeszcze jednym dowodem będzie dalszy rozwój historii, którą
Wam opisuję.
Klątwa rzucona przez Guru Nr.1 nie pomogła. Skorumpowana część Sikhs nadal ucztowała
przy stołach. Sikhs znani są z waleczności. Wiedzą o tym dobrze Anglicy, którym Sikhs, nim
zaczęli pomagać, dali się dobrze we znaki. Ślady po tych dawnych wojennych przewagach,
można nawet dzisiaj oglądać pod postacią dwóch kukieł ubranych w mundury, w turbanach na
głowie, ze spisammi w ręku (spisa jest to broń ułańska), siedzących na prawdziwych
wypchanych koniach przed głównym wejściem do świątyni na Ross street w Vancouver.
Zapewne te historyczne wspomnienia w połączeniu z religijnym fanatyzmem doprowadziły do
zajść, których byliśmy świadkami parę tygodni temu.
Na dziedzińcu przed świątynią, starły się grupy uzbrojone w obrzędowe kindżały zwane
kirplan. Poleciały turbany ! polała się krew.
Tylko energiczna i natychmiastowa akcja niezawodnej Królewskiej Konnej, zapobiegła
większym rozruchom. Musicie wiedzieć, że Królewska Konna cieszy się tu na Zachodzie
wielkim szacunkiem. Nawet najwięksi sceptycy zgodni są w przekonaniu, że po usunięciu
niezrozumiałych słów francuskich ( Maintiens Le Droit ) z herbu tej instytucji, można będzie ją
uznać za swoją, mimo, że jest to służba federalna. RCMP (8) nie tylko, że rozbroiła
walczących, ale w ramach akcji prewencyjnej zamknęła świątynię aż do odwołania.
Nam śledzącym te fascynujące wypadki z wielkim zainteresowaniem, nie uszedł uwagi fakt o
smaku gorzkiej ironii. Zaraz po zajściach, frakcja umiarkowana ogłosiła, że ma w swoich
rękach wiarygodne dowody, wedle których, najwyżsi kapłani w Indiach, biesiadują nie tylko
przy stołach, ale także siedząc na kanapach ! Z niepokojem czekamy na dalszy rozwój
wypadków, o czym nie omieszkamy Was informować.
Tymczasem niezdrowe zainteresowania zaspokajamy oglądając w telewizji sprawozdania z
ostatnich igrzysk w Irlandii i czytając historyczne wspomnienia moich starych przyjaciół
partyjnych z ich walk z ubojem rytualnym w Drugiej Rzeczpospolitej Polskiej.
Oczywiście nie tylko na tym kończą się nasze zainteresowania. Lato za nami i życie zaczyna
być ciekawsze. Donosimy, że Vancouver Symphony zaczęła już sezon. Nadal pod batutą
Sergiu Comissiona. On, jak i orkiestra na medal. Gorzej z solistami. Powodem jest jak
74
zwykle brak fuduszy. W rezultacie V.S. nie stać na solistów ponad poziom taki, jak
powiedzmy Janina Fijałkowska (9). Byliśmy już na pierwszym w naszej serii koncercie.
Bardzo udane popołudnie. Zwłaszcza Rapsodia Rumuńska George Enesco, nieznanego nam
przedtem kompozytora.
Festiwal filmowy, który jest tu skromną namiastką Waszego czy torontońskiego festiwalu, nie
pokazał nic ciekawego. Widzieliśmy natomiast dwa filmy pozafestiwalowe godne polecenia.
„Saving Private Ryan” bardzo nam odpowiadał. Zapewne oglądaliście ten niezwykły film.
Jego autentyczność, sposób fotografowania a w pierwszym rzędzie udźwiękowienie, są
najwyższej miary. Do tego stopnia, żeśmy nawet Spielbergowi (10) darowali brak klasy i
umiaru w powiewaniu gwiaździstym sztandarem w zakończniu filmu. To zakończenie bardzo
mi przypominało filmy sowieckie z lat pięćdziesiątych, kiedy każdy, obowiązkowo, kończył się
kantatą i zdjęciami nieba gdzie z poza obłoków ukazywało się wąsate oblicze ojca wszystkich
narodów miłujących pokój. Drugi film, który również nam się podobał, to film kubański z przed
paru lat. Oglądaliśmy go w telewizji z wypożyczonej video-kasety. Jest to pierwszy film jaki
widzieliśmy, który homoseksualizm traktuje w sposób ludzki i miłosierny. Co nietypowe i miłe
w tym filmie to zupełny brak niezdrowego podniecenia, które dzisiaj możnaby określić jako A
la Kenneth Starr (11). Jest to film o przyjaźni, a ponieważ „kręcony” był na Kubie, jest to film
równieź słoneczny.
Negatywne strony naszego tutaj życia , nic się przez ostatnich parę lat nie zmieniły. Po
pierwsze brak nam tu przyjaciół i ludzi z którymi moglibyśmy porozmawiać na temat inny niż
pogoda, tłok na Lions Gate Bridge i ostatnio głośne morderstwo nieletnich w Burnaby. Po
drugie brak nam polskich książek. Próbowałem przez pewien czas czytać ksiązki nagrane na
taśmę magnetofonową, które łaskawie przysyłał mi pan Stefan z Waszej bublioteki. Niestety
wybór był bardzo ograniczony i tego rodzaju „czytanie” zupełnie mi nie odpowiada. Osoba
czytająca, zwykle zresztą dobry aktor, przez tempo, natężenie i modulację głosu, czytany
tekst interpretuje na własny sposób. Jest w tym sporo podobieństwa do podstawiania
śmiechu w sytuacyjnych komediach telewizyjnych. Sprawa nie do przyjęcia.
Sytuację ratuje trochę komputerowy Internet. W pierwszym rzędzie umożliwia to czytanie
dzienników na bieżąco. Tygodniki polskie mogę kupić w miejscowych sklepikach.
Ale czy można mieć własną opinię o tym co się dzieje w tym nieszczęsnym nadwiślańskim
kraju czytając tylko jego prasę ? Sprawa raczej ryzykowna. Dawniej, to znaczy w Montrealu,
była możliwość konfrontacji z myślącymi ludźmi przyjeżdżającymi z Polski. W Vancouver z
polskim środowiskiem nie mamy nic wspólnego, tak że o ile nawet ktoś tu dobrnie, to my o
tym nie wiemy.
75
Dawniej czytanie paryskiej KULTURY napewno stymulowało szare komórki.
Dzisiaj
miesięcznik ten zajmuje się głównie zacieraniem śladów „Hańby Domowej” (12). Czasami
wydaje mi się, że warszawska POLITYKA jest pismem bardziej liberalnym niż dzisiejsza
KULTURA. Sporo zresztą ludzi pisuje w obu tych pismach. Moje rozczarowanie KULTURĄ
nie ma oczywiście nic wspólnego z naszym pobytem w Vancouver.
Jak widzicie słowo „dawniej” nie schodzi mi z ust, czy raczej z klawiszy mego komputera.
Dzisiaj wszystko wydaje się walić. To w co święcie wierzyliśmy, przestaje być święte.
Obawiam się, że prawdziwą wykładnią moralności społecznej stały się kwadratowe, żółte
głowy z telewizyjnego programu „Simpsons” (13), a symbolem postępu i najnowszych
osiągnięć wiedzy, sukienka Moniki Lewinsky (14). Wszystko to jest prawdopodobnie
dowodem nie tyle tego, że świat się kończy, ile dowodem, że przynajmniej w moim wypadku,
zacząłem się starzeć w tempie przyśpieszonym.
Trudności w akceptowaniu zmian
zachodzących w otaczającym mnie życiu, są nieodstępnym sygnałem zgrzybiałości.
Jedynym jasnym momentem w tym nieodwracalnym procesie, który nazywa się starość, jest
świadomość, że ktoś bliski potrafi kontynuować sposób życia, który nieskromnie pozwolę
sobie nazwać życiem człowieka usiłującego niezależnie myśleć.
Jadąc parę dni temu
samochodem z jedną z moich wnuczek, o której do niedawna myślałem że jedynie co dobrze
robi, to jeździ na koniu, usłyszałem półgodzinny wykład na temat różnic, które ta młoda osoba
widzi między sprawiedliwością a prawem. Ponieważ wykład był w języku angielskim, chodziło
o różnicę między Justice a Law. Temat okazuje się, że ważny nawet dla ludzi interesujących
się sportem hipicznym. W rezultacie byłem i zbudowany i radośnie mi było na sercu.
Jednocześnie poczułem się bardzo, bardzo stary.
Na tą ostatnią dolegliwość znalazł radę mój kuzyn, choć tylko niewiele ode mnie młodszy, nie
poczuł jeszcze prawdziwego ciężaru lat. Zapytany przez przychylną mu sąsiadkę : How old
are you my Dear ? (15), odpowiedział bez zająknienia : I am 69, but that’s only 46 American
(16).
Na tym optymistycznym akcencie (co prawda nie dla tych co zimują na Florydzie) , kończymy
dzisiejszy list.
Ściskamy Was bardzo serdecznie,
Hanka i Maciej
76
(1)- Piękna Esterka : Jest to nawiązanie do „skandalu obyczajowego” Prezydenta Bill Clinton z Moniką
Lewinsky z lat 1995-1997 a aferą miłosną króla Kazimierza Wielkiego (1310-1370) z Żydówką
krakowską Esterka.
(2)- Jacques Parizeau : Ur. w 1930 roku ekonomista i polityk. Jeden z przywódców separatystycznych
Quebec’u. Premier Prowincji Quebec w latach 1994 – 1996. Odegrał znaczną rolę w upaństwowieniu
Hydro-Quebec i Asbestos Corporation. Byl jednym z założycieli Quebec Pension Plan. Ożeniony z
Polką, Alicją Poznańska (1930 – 1990).
(3)- Distinct : La societe distincte, określenie używane przez separatystów quebeckich określające
„wyjątkowość” Quebec’u w federacji kanadyjskiej.
(4)- Visible Ethnic Minority : dosłownie „widzialna mniejszość etniczna”. Oficjalna nazwa kategorii
demograficznej obejmująca ludzi innych niż ludność tubylcza, rasy inne niż aryjska o kolorze skóry innym
niż biały.
(5)- Isaac Bashevis Singer : (1902 – 1991) Pisarz w języku Yiddish (często nazywanym nowohebrajskim) urodzony w Polsce. Emigrował do Stanów Zjednoczonych w 1935 r. Otrzymał literacką
nagrodę Nobla w 1978 roku.
(6)- Guru : W hinduizmie określenie człowieka o wielkiej wiedzy, mądrości i autorytecie, który używa tych
przymiotów celem nauczanie innych ludzi. W interpretacji kultury Zachodu nazwa Guru obejmuje również
ludzi obdarzonych dużym autorytetem z racji swojej wybitnej pozycji spolecznej, gospodarczej czy
wybitnego intelektu.
(7)- Bolcio Piasecki : Bolesław Piasecki (1915 – 1979) Polityk i pisarz. Przed wojną przywódca skrajnie
nacjonalistycznej „Falangi” po wojnie przywódca tzw. „postępowych katolików”. W czasie wojny D-ca
tajnej organizacji wojskowej „Konfederacja Narodu”. Odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Założyciel
organizacji PAX, ktorą komuniści używali do walki z kościołem katolickim. W 1854 r. Piasecki
opublikował książkę pt. „Zagadnienia istotne”, w ktorej zawarł własną wizję miejsca katolików u boku
władzy komunistycznej. Watykańska Kongregacja Św. Officium umiesciła książkę na Indeksie za
zacieranie różnic między marksizmem a religią katolicką. Po interwencji bp. Klepacza (w tym czasie
zastępującego więzionego Prymasa Wyszyńskiego) udało się nie dopuścić do ekskomunikacji
Piaseckiego i PAX’u.
(8)- R.C.M.P. : The Royal Canadian Mounted Police. (Krolewska Kanadyjska Policja Konna) Policja
federalna działająca we wszystkich Prowincjach Kanady. Powstała w 1920 r. z połączenia North-West
Mounted Police (założonej w 1873 r.) z Dominion Police (założonej w 1868 r.).
(9)- Janina Fiałkowska : Kanadyjska pianistka ur. w 1951 roku w Montrealu, pochodzenia polskoszkocko-indiańskiego (szczep Cree). Arthur Rubinstein był jej mentorem i doradcą . Specjalnością
Fiałkowskiej jest muzyka Szopena i Liszta.
(10)- Spielberg : Steven Spielbrg, amerykański reżyser filmowy, scenarzysta i producent ur. w 1946 r.
Otrzymał nagrodę „Oscar’a” za filmy „Schindler’s List” i „Private Ryan”.
77
(11)- Kenneth Starr : Amerykański prawnik ur. w 1946 r. Słynny ze swego obyczajowego
konserwatyzmu, doradca prawny, sędzia i przewodniczący Komisji Śledczej Kongresu USA prowadzącej
dochodzenia związane z „pozamałżenską aferą” Prezydenta Clinton’a i Moniki Lewinsky.
(12)- Hańba Domowa : Tytuł książki – zbioru wywiadów z polskimi pisarzami, które przeprowadził Jacek
Trznadel. Tematyka tych wywiadów dotyczy postawy polskich twórców literatury w latach stalinizmu (lata
czterdzieste i pięćdziesiąte XX wieku). Książka ukazała się w 1966 r. wydana przez paryską KULTURĘ i
w polskim podziemnym wydawnictwie NOWA.
(13)- Simpsons : Tytuł amerykańskiego animowanego serialu telewizyjnego. Jest to satyra, parodia
codziennego życia rodzinnego przeciętnej rodziny amerykańskiej.
(14)- Monica Lewinsky : Ur. w 1973 r. Amerykanka, urzędniczka „Białego Domu”, z którą Prezydent USA
Bill Clinton miał (jak sam to określił) niewłaściwe stosunki. Afera ta pod nazwą „Lewinsky Scandal”
doprowadziła do oskarżenia (impeachment) Prezydenta i pozbawienie go na 5 lat uprawnień prawnika.
(15)- How old are you Dear ? : Ile masz lat Kochanie ?
(16)- I’am 69, but that’s only 46 American : Mam 69 , ale to tylko tyle co 46 amerykańskich. (jest to
różnica wartości dolarów kanadyjskich I amerykańskich).
78
Vancouver 2 styczeń 1999
Najmilsi,
Nie udało mi się listu tego napisać przed Świetami Bożego Narodzenia. Piszę na początku
roku 1999. Zauważcie, że roku tego nie nazywam ostatnim rokiem milenium, ale najzwyklej
rokiem 1999. O tym kiedy się naprawdę kończy, a kiedy zaczyna nowy wiek następny,
dyskutować nie będziemy. Wszyscy z nas bowiem wynieśli ze szkoły podstawową znajomość
rachowania.
Ostatni czy nie, niech będzie dla Was wszystkich jak najlepszy i łaskawy !
Tym razem niewiele będę pisać o Vancouver. O pogodzie nie mogę powiedzieć nic innego,
ale że jest wstrętna. Jeśli nie pada deszcz to wiszą niskie, sine chmury. Gór zupełnie nie
widać. Jest ciemno i ponuro. Mimo, że jest ciepło, nie bardzo chce się wychodzić z domu. W
ten sposób nie można podglądać tubylców i robić na ich temat, nie zawsze sprawiedliwe
uwagi, co ostatnio było moim faworytnym zajęciem. Nie znaczy to, że gnijemy tu, razem z
innymi w wilgotnym marazmie bezczynności i intelektualnego bezwładu.
Korzystając z deszczowej pogody przeczytałem książkę wręcz przepyszną, ułatwiającą
zapomnienie o tym co się dzieje za oknem. Autora nie znałem, a dowiedziałem się, że jest
taki zupełnie przypadkowo, oglądając z nim wywiad w telewizji. Książkę chciałem Wam
gorąco polecić. Muszę też parę słów o niej powiedzieć. Autor nazywa się Thomas Cahill,
tytuł książki : „The Gifts of the Jews” (1), wydana przez Nan A.Talese (Doubleday). Jest to
mała ksiązka 15 x 22 cm. zawierająca tylko 290 stron drukowanych na pięknym papierze.
Jest to 2 tom w serii zatytułowanej : „The Hinges of History” (2).
Thomas Hill, Amerykanin, studiował historię i teologię. Po przeczytaniu książki doszedłem do
wniosku, że jest on również poetą z nieprzeciętnym poczuciem humoru. „The Gifts of the
Jews” jest niemal liryczną podróżą w pra-historię. Interpretuje Stary Testament w sposób
niecodzienny i bardzo nowoczesny. Rozmowy Abrahama i Mojżesza (w książce używane są
ich hebrajskie imiona Avraham i Moshe) z Bogiem, są kapitalnie komentowane i przypominają
podobne rozmowy-przetargi w komedii muzycznej „Fidler on the Roof” (3). Czytając
dowiedziałem się jakie były prawdziwe powody zniszczenia Gomory i Sodomy. Okazuje się,
79
że to nie grzeszne uciechy Sodomitów, ale okazany przez nich brak gościnności w stosunku
do wysłanych celem pertraktacji Aniołów, był prawdziwym powodem gniewu i kary Bożej.
Nawiasem mówiąc, wydaje się, że na tego rodzaju liberalne podejście do sprawy wartoby
zwrócić uwagę prokuratora Kenneth Starr’a (4).
Jest to książka o początkach monoteizmu, opisująca jak szczep prostych pustynnych
nomadów potrafił stworzyć nową filozofię i dać początek wartościom, które później stały się
podstawą, zarówno chrześcijaństwa jak i zachodniej cywilizacji. Wielu z nas którym
antysemityzm i żydowska „inność” nie były obce, często nie zdawało sobie sprawy, jak wiele
uznawanych przez nas wartości jest darem Żydów.
Poniżej pozwolę sobie zacytować parę zdań z tej książki (uwagi powodowane śmiercią
Mojżesza), ktore, mam nadzieję, zachęcą Was do jej przeczytania.
To a large extent, the lives of Moshe and his patriarchal predecessors must remain opaque to
us, almost as opaque as the lives of our dimmest ancestors, the hominids of prehistory. We
know they looked up at the night sky in wonder, wandered ceaselessly with only a vague
notion of destination, and heard the promptings of an inner voice, which they associated with
the terrifying marvels of nature. But the harsh and singular specifics of their lives were quite
unlike our own, we who can scarcely close our ears to ceaseless din of modern advertising,
who never venture far from the familiar, for whom the night sky, eclipsed by round-the-clock
electricity ; is no longer a marvel at all. But in this ending, in the death of Moshe, we can feel a
basic human kinship beneath the dramatic differences. The description of the still vigorous
old man must recall to us the ancient grandeur of Michelangelo’s Moses, huge armed,
straight-backed, eagle-eyed, who after so many harrowing meetings with God and
disappointments with his people can face death without flinching. We, to, shall die without
finishing what we began. Each of us has in our live at least one moment of insight, one
Mount Sinai – an uncanny, other-worldly, time stopping experience that somehow succeeds in
breaking through the grimy, boisterous present, the insight that, if we let it, will carry us trough
our life. But like Moshe or Martin Luther King, though we may remember that we “we have
been to the mountain top”, we do not enter the Promised Land, but only glimpse it fleetingly.
“Nothing what is worth doing”, wrote Reinhold Niebuhr, “can be achieved in our lifetime,
therefore we must be saved by hope. Nothing which is true or beautiful or good makes
complete sense in any immediate context of history ; therefore we must be saved by faith.
Nothing we do, however virtuous, can be accomplished alone ; therefore we must be saved by
love.
That accomplishment is intergenerational and may be the deepest of all Hebrew insights. (5)
80
Domyślacie się zapewne, jak ciągle jestem zanteresowany wszystkim, co się dzieje w moim
rodzinnym mieście. Dlatego też wielki niepokój wzbudziły dwie wiadomości dotyczące
Wilanowa, będącego dzisiaj przedmieściem Warszawy. Pierwsza wiadomość to uchwała
Sejmu RP z przed dwóch miesięcy. Uchwalono mianowicie olbrzymią większością głosów
(zaledwie 20 głosów przeciw), że u progu 3-go tysiąclecia, śluby złożone przez Sejm
Czteroletni, który dla uczczenia konstytucji 3-cio majowej (1791) postanowił w stolicy Kraju
zbudować Światynię Opatrzności, należy wypełnić. Losy majowej konstytucji wszyscy znamy.
Ze świątynią było podobnie. Ślady fundamentów nigdy nie zbudowanego kościoła można
dzisiaj oglądać w Ogrodzie Botanicznym (tam gdzie wedle Ordonki kwitły bzy). Pomysł
budowy odżył przed ostatnią wojną. Prof. Pniewski (6) zaprojektował wspaniałą świątynię
(orginał szkicu tego projektu mamy u siebie w domu). Wedle tego projektu, świątynia nieco
podobna do dzisiejszego Pałacu Kultury i Nauki stojącego prawie na rogu Marszalkowskiej i
Alei Jerozolimskich, miała być półtora raza wyższa od paryskiej katedry Notre-Dame i miała
stanąć na Polu Mokotowskim. Przyszła wojna i znów z tego projektu nic nie wyszło. Obecna
uchwała, nawiązując do ślubów z przed 200 lat mówi : „Światynia Opatrzności Bożej będzie
symbolem wdzięczności Narodu za odzyskanie wolności w 1989 roku, za 20 lat pontyfikatu
Ojca Świętego Jana Pawła II i za 2000 lat chrześcijaństwa. Światynię postanowiono
zbudować w Wilanowie przy Trakcie Królewskim prowadzącym do wszystkim Wam znanego
pałacu. W tym samym czasie, z inicjatywy niejakiego pana Tadeusza Dębskiego i przy
poparciu burmistrza i radnych Wilanowa, zawiązała się Fundacja budowy pomnika króla Jana
III . Jak pamiętacie, król Jan Sobieski i Marysieńka byli pierwszymi właścicielami pałacu, który
sobie szczególnie upodobali. Król Jan raczył tam nawet umrzeć. Aby ukoronować militarne
dokonania króla, Fundacja budowy pomnika z panem Dębskim na czele (nawiasem mówiąc
pan Dębski jest pierwszym prywatnym właścicielem Pizzerii na wschód od Łaby, pionierem
inicjatywy prywatnej z ulicy Nowy Świat), postanowiła, że częścią pomnika będzie buława o
wysokości 72 metrów. Na szczycie buławy będzie taras widokowy i restauracja obrotowa.
Buława pokryta będzie złotym pyłem i plakietkami z nazwiskami sponsorów. Po naciśnięciu
guzika w komputerze, na plakietce zabłyśnie nazwisko sponsora. Do oświetlenia całości
zobowiązała się znana firma „Osram”. Pomnik-buława stanie przed pałacem w Wilanowie i
będzie zwieńczeniem Traktatu Królewskiego.
Oba te projekty wzbudziły moje zaniepokojenie. Oczyma duszy zobaczyłem tą „perłę
polskiego baroku” (określenie, które pozwoliłem sobie pożyczyć z książki W. Fijałkowskiego
pt. „Rezydencja Króla Zwycięzcy”), przygniecioną z jednej strony świątynią, może nie tak dużą
jak Notre-Dame, ale napewno wielką, bo spuchniętą od tych wszystkich zachwytów
wdzięcznego Narodu. Z przodu zasłoniętą połyskującą i kręcącą się w miejscu buławą króla
Jana, symbolem zapewne nie tyle jego przewag militarnych, co sprawności męskiej.
81
Niepokój mój zwiększała świadomość, że pomniki i kościoły buduje się w Polsce sprawnie,
szybko i często.
Ponieważ oba projekty były omawiane w warszawskim tygodniku POLITYKA, wysłałem do
nich list, w którym hamując moje wielkie wzburzenie, sugerowałem rozsądne rozwiązanie
tego, jak to się dzisiaj w Polsce mówi, „kompleksowego problemu”. Ku memu zdumieniu list
opublikowano.
Ta cała historia z Wilanowem, regularne czytanie prasy polskiej, tej drukowanej i tej w sieci
internetowej, oraz nieczęste niestety spotkania z rodakami ze „Starego Kraju”, napawają mnie
smutkiem ogromnym. Żalem nad schamieniem naszego Kraju. Przez ostatnie pół wieku w
Polsce ciągle padał deszcz i wszystkiemu byli winni towarzysze radzieccy.
Ale dzisiaj ?
Okazuje się, że staliśmy się Krajem absolutnie plebejskim z tak nieliczną elitą ludzi
kulturalnych, że aż straszno !
To prawda. Upadek komunizmu w ostatniej chwili uratował Polskę od zapaści cywilizacyjnej.
Odsłonił jednoczesnie Jej słabość i ubóstwo kulturalne. Jak wyczerpanego człowieka,
czepiają Jej się teraz wszystkie najgorsze choroby współczesnej, dekadenckiej i dobrze nam
znanej konsumpcyjnej cywilizacji zachodniej.
Zapewne, że jest Miłosz, Szymborska,
Penderecki i Górecki. Ale czy prawie 40 milionów ludzi, którzy twierdzą, że mówią po polsku,
nie stać na coś więcej ?
Leży przede mną świąteczny numer wspomnianej już raz POLITYKI. W artykule opisującym
przedświąteczne zakupy w miejscowym hipermarkiecie, autor zachwyca się sprawnością
nowoczesnego markietingu, który w sposób naukowy, na odpowiednich standach
umieszcza towar impulsowy i podstawowy. Nad głowami kupujących zwisają kolorowe
danglery a przez głośniki systemu nagłaśniającego płynie melodia najmodniejszej kolędy :
Jingle bell, jingle bell !
A pamiętacie jak narzekaliśmy na Czarnego Franka (7), którego „cara stała na cornerze” ? (8).
W pierwszy dzień Świąt oglądaliśmy w telewizji kardynała Glempa składającego nam
życzenia świąteczne. Ten niewątpliwie świętobliwy duchowny w swojej homilii schylał glowę
przed „uboGOM stajenKOM”.
Ale musicie wiedzieć, że mnie, człowiekowi sfrustrowanemu, trudno się zrelaksować.
Ściskamy, jak zawsze Wam oddani,
Hanka i Maciej
82
(1)- The Gifts of Jews : Dary Żydów
(2)- Higes of History : Zawiasy Historii
(3)- Fidler on the Roof : Skrzypek na Dachu, tytuł znanej amerykańskiej komedii muzycznej.
(4)- Kenneth Starr : Patrz odnośnik Nr.11 do listu z 5 października 1998 r.
(5)- Usiłowałem ten tekst przetłumaczyć na język polski. Nic mi nie wychodziło. Moje tłumacznie
przekazywało treść, nie potrafiło oddać piękna prozy. Postanowiłem więc zostawić tylko tekst angielski.
(6)- Prof. Pniewski : Bohdan Pniewski (1897 – 1965), znany architekt , projektant Sądów na ul. Leszno
i hotelu „Patria” w Krynicy. Mój profesor na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej w latach
1946 – 1949. Dobry znajomy (niemal krewny) rodziny Kamlerów, to on w 1943 roku przekonywał mnie
do zalet studiów architektonicznych.
83
Vancouver 30 kwiecień 1999 r.
Najmilsi,
Dawno do Was nie pisaliśmy, oczywiście z ważnych powodów. W lutym okropnie się
rozcelebrowaliśmy, o czym wiecie. Łączyło to się z przemiłą wizytą naszego kuzyna z
Montrealu, która zupełnie zdezorganizowała naszą rutynę, nie mówiąc już o szkodach
wyrządzonych wątrobie.
Później przyszły niespodziewane odejścia ludzi bliskich, krewnych i znajomych, co i Was nie
ominęło. Nasza kuzynka Hanka Dobrzańska, która przeniosła się do Vancouver prawie w tym
samym czasie co my, odeszła niespodziewanie i cicho.
Można powiedzieć prawie
niezauważalnie. A że w pragmatycznym świecie Anglo-Saskim śmierć jest końcem, nawet
pamięci, slowo „pogrzeb” powinno się tu tłumaczyć na „Disposal Arrangement” (1).
A moźe tak być powinno ?
Później była jeszcze Wielkanoc, czekanie na wiosnę, oporną w tym roku i ciekawa wizyta
rodaków z Trzeciej Rzeczpospolitej, o czym później.
Wiosna już minęła i zaczęło się lato. Magnolie, żonkile i tulipany przekwitły. Zaczęła się orgia
kolorów rododendronów i bratków. Dzisiaj rano na spacerze w Queen Elizabeth parku, już o
10 rano było prawie 20 stopni. Niebo czyste, widać ośnieżony szczyt Mount Baker za
południową granicą. W parku, grupa starszych Koreańczyków uprawia Tai-Chi. Przynieśli z
sobą magnetofon i przy dźwiękach muzyki : Ding-Dong-Ding wolno wymachują mieczami.
Wnoszę z tego, że są to Koreańczycy Północni.
Jest tak pięknie, że nawet w obliczu wroga chce się żyć !
Nie mogę Wam też nie opowiedzieć o tym jak parę tygodni temu, po raz drugi w życiu
wstydziłem się, że jestem Kanadyjczykiem. Pierwszy raz oblałem się rumieńcem wstydu,
oglądając w telewizji jak Pierre Elliott Trudeau (2) całował w usta towarzysza Breżniewa. Nie
był to rumieniec wywołany niecodziennością zdarzenia, choć zdawałem sobie sprawę, że
Pierre jest młodszy od Leonida Ilyicza. Był to po prostu wstyd , wywołany głupotą człowieka,
którego dotychczas szanowałem. Czyżby Pierre nie znał rozkoszy dyskretnego pocałunku ?
Czy naprawdę musiał to robić publicznie ?
Drugi raz zdarzyło się to parę tygodni temu.
84
Nagle z ekranów telewizji, z pierwszych stron gazet i z komunikatów radiowych zniknęły
wynędzniałe tłumy Kosowarów i pożary Belgradu
WAYNE GRETZKY (3) PRZECHODZI NA EMERYTURĘ ! ! !
Trzydziestoparoletni milioner, gracz w hockeya, idol tysięcy, wzór do naśladowania, bohater
narodowy, Kościuszko ! zostawia nas samych ! Czy naprawdę świat, w którym my żyjemy
tak wygląda ? czy rzeczywiście wszystkie wartości nam się pomieszały ? przestaliśmy być
wrażliwi na nieszczęścia innych i nie potrafimy patrzeć dalej jak płot własnego podwórka ! w
Izbie Gmin przerywa się debatę na temat udziału Kanady w wojnie na Bałkanach i wnosi o
mianowanie Gretzkiego „Ambasadorem Sportu”. Jakiż to smutny i żenujący obraz Kraju, który
uznałem za swój.
Nawiązałem korespondencję z moją starą koleżanką, z którą razem zaczynałem studia w
1945 roku. Od tego czasu straciłem ją z oczu i nie wiedziałem co się z nią dzieje. Dzisiaj
emerytowany architekt i profesor architektury, pisze do mnie z Krakowa, który pamiętam z
przed przeszło pół wieku. Jak jednak wiele spraw w „Starym Kraju” jest ciągle niezmiennych.
Kraków i jego ludzie są tego dobrym przykładem. Gdzie indziej na świecie jak w Krakowie, co
trzeci architekt pisze pracę doktorską ? A co dziesiąty pracę habilitacyjną ! Kiedy oni
projektują ? Jak dawniej, przemożny wpływ ma Uniwersytet Jagielloński, który kształtuje
życie elit i który poufnie nazywa sie U-Jot. I tak jak przed pół wiekiem, kiedy tam mieszkałem,
życie toczy się na osi U-Jot – Wawel. Przez Wawel rozumie się siedzibę Arcybiskupstwa
przede wszystkim. Silny antyklerykalizm ściera się tu z Kościołem. Może właśnie to
spowodowało, że to miasto w tym samym czasie potrafiło wydać takich konserwatywnozachowawczych księży jak Jan Paweł II i kardynał Sapieha (4) z jednej strony, a ksiądz
Tischner (5) i Turowicz (6) z „Tygodnikiem Powszechnym” z drugiej. Nawiasem mówiąc, kto z
Was jeszcze nie czytał , to powinien wziąć z Biblioteki Polskiej książkę pt. „Między Panem a
Plebanem” – są to arcyciekawe rozmowy między księdzem Tischnerem, Michnikiem i
redaktorem Żakowskim. Z wielkim żalem i smutkiem dowiaduję się, że ksiądz Tischner
przeszedł operację raka gardła.
Za parę tygodni rozpoczyna się następna pielgrzymka papieża do Polski. W kontekście
spraw polskich jest to zawsze dużym wydarzeniem. Łatwo się zapomina, a chyba nie wolno,
jak w latach osiemdziesiątych ten człowiek, właściwie sam jeden, w pojedynkę, wyciągnął za
uszy, prawie 40 milionów naszych zastraszonych rodaków. Wyciągnął ich z socjalistycznego
marazmu, ucząc ludzkiej godności i odwagi. Z drugiej strony trudno nie zauważyć, że polskie
kumoterstwo, nie ominęło nawet tej wielebnej Osoby. Od czasu swego pontyfikatu, Jan Paweł
85
kanonizował 7 polskich świętych i beatyfikował 20 Polaków. A teraz wyniesie na ołtarze w
zbiorowej beatyfikacji 108 polskich męczenników !
Nie wiem czy jeszcze pamiętacie jak bardzo byliśmy „uczuleni” na picie wódeczki i jak zawsze
te sprawy były bliskie naszego serca ? Hani cukrzyca odebrała nam tą jedną z niewielu
radości życia. Dlatego z wielkim zainteresowaniem przeczytałem w Internecie recenzję z
książki nijakiego Włodzimierza Paźniewskiego pt. „Kołnierzyk Słowackiego”. Recenzent
pisze, między innymi, że w tej książce autor dzieli Europę na 3 obszary na których dominują 3
różne kultury spożywania alkoholu. Kultury wina, piwa i wódeczki. Stawia też tezę, że
zależnie od tego jaki alkohol pije się na danym obszarze geograficznym, w kokretnym
państwie uprawia się taką a nie inną politykę ! Alkohol decyduje też o kolorycie życia
zbiorowego. Musi to być książka arcyciekawa i pouczająca. Jeśli Wasze Panie mają jeszcze
wpływ na Pana Stefana (7), o czym nie wątpię, to czy nie dałoby się namówić go na zakup tej
książki w czasie jego dorocznej pielgrzymki do Ojczyzny ?
Kontynuując sprawy alkoholowe. Wiecie jak zawrotną karierę zrobiła wódka na kontynencie
Amerykańskim. Kiedyśmy tu przyjechali w roku 1951, wódeczki w Komisji Likiernej nie było.
A dzisiaj ! Amerykanie, którzy zawsze wszystko usiłują ulepszyć, mięszają wódkę z każdą
inną cieczą, zapominając lub nie znając pięknych i starych tradycji picia tego szlachernego
napoju bez dodatków i upiększeń. Dlatego z dużą radością, w jednym z ostatnich numerów
„New Yorker’a”, znalazłem ogłoszenie, z którego treścią chciałem się z Wami podzielić. W
ogłoszeniu tym obok fotografii smukłej flaszki polskiej wódki „Belvedere” można było znaleźć
napis następującej treści :
Our vodka has survived Ivan the Terrible, the Ottomans, the Czars, the Nazis, the Soviets,
and Vermouth !
To się nazywa perspektywa historyczna i to zapewne tłumaczy mój szacunek dla tego
szlachetnego napoju.
Mieliśmy pierwszą wizytę z Polski. Mój kolega, architekt z Montrealu, rok temu przeszedł na
emeryturę i razem z małżonką postanowił wrócić do Polski. Są to ludzie, którzy w odróżnieniu
od Was i od nas, w Kanadzie znaleźli się nie dlatego, że po wojnie nie chcieli do Polski
wrócić, czy z Polski musieli uciekać, ale z prostych powodów chęci polepszenia sobie, jak to
się dzisiaj w Polsce mówi, „warunków bytowych”. Ich obecny powrót do Ojczyzny oparty był
na identycznych przesłankach jak ich wyjazd z Polski przed laty. Dzisiaj, z kanadyjską
emeryturą i kanadyjskimi oszczędnościami można w Polsce „urządzić się znacznie taniej”.
86
Dlatego z wielką ciekawością przysłuchiwałem się uwagom ludzi, o których wiedziałem, że z
Kanadą nie łączy nic innego poza Social Insurance Number, Old Age Security i oczywiste
powiązania z Regie des Rentes du Quebec. Okazuje sie, że tak jak dawniej w Kraju
pachnącym żywicą, wszystko było złe, tak teraz źle jest nad Wisłą. Zadziwiające jest
prostactwo, skądinąd kulturalnych i ciekawych ludzi, w sprowadzaniu porównania obu Krajów
do różnic w cenach benzyny, jajek i butów.
Tak jak dawniej nie zauważali w Kanadzie spraw istotnych, tak dzisiaj nie widzą ich w Polsce.
Leży to zapewne poza strefą zainteresowań ograniczających się wyłącznie do problemów
konsumpcyjnych. W ich wypadku trudno też chyba coś zauważyć z okien domu na Saskiej
Kępie, w których zmuszeni „sytuacją” musieli wstawić kraty. Sprawy bezpieczeństwa
osobistego dla ludzi, którzy wiecznie się boją, są bardziej istotne niż dla ludzi dla których
sprawy te nie są najważniejsze (żona mego kuzyna mieszkająca w Nowym Jorku 40 lat, nigdy
sama „nie odważyła się” jechać subway’em). Są też może przykładem ludzi, u których
cwaniactwo i tak zwana „zaradność życiowa” nie zna granic. Wyobraźcie sobie ludzi z
Warszawy, którzy lądują w Vancouver z karteczką na której zanotowany jest adres jedynego
w Kanadzie sklepu, w którym legalnie można nabyć Pepper Spray. Okazało się, że był to
sklep dla myśliwych, a Pepper Spray okazał się Bear Reppelent, co zresztą na jedno
wychodzi. A kiedyś jako złośliwy kawał uważano opowieści cudzoziemców o tym jak po
ulicach Warszawy chodzą niedźwiedzie.
Sezon muzyczny zamknęliśmy 2-gą Symfonią Rachmaninowa. Bardzo pięknie zagraną.
Mamy bilety sezonowe na „jaskółkę”, w prawie ostatnim rzędzie balkonu. W pierwszej części
kocertu był ten nieszczęsny Wagner i orkiestra grająca w pełnym składzie. Mimo dużej
odległości prawie wyrzuciło nas na korytarz nazywany kuluarami teatru. Ładne słowo.
Do Hani przypętał się artretyzm, bolesny ogromnie. Pożałujcie jej trochę bo cierpi okrutnie.
Pisanie do Was listów, nasi Najmilsi, choć nie często, sprawia nam radość, bo przybliża do
nas Quebecki Kraj Rodzinny (to prawie jak z Mickiewicza). Oczywiście zdajemy sobie
sprawę, że nawet to, że nie mamy nic ważnego do powiedzenia, też trzeba jakoś wyrazić.
I na tym polega nasz problem.
Ściskamy,
H&M
87
(1)- Disposal arrangement : dosłownie po angielsku : ugodnienie pozbycia się czegoś.
wypadku uzgodnienie procedury pogrzebowej tzn. msza święta – spopielenie zwłok – urna.
W tym
(2)- Pierre Elliott Trudeau : Pierre Philippe Elliott Trudeau (1919 - 2000), premier Kanady w latach
1968 do 1979 i 1980 do 1984. W młodości socjalista, w 1960 r. rozpoczyna karierę polityczną w
szeregach Partii Liberalnej Kanady. W latach sześćdzisiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych
zdominował życie polityczne Kraju. Jego wybitny intelekt i talent polityka pozwolił na zachowanie
jedności narodowej Kanady w obliczu separatyzmu Quebeckiego i doprowadził do uchwalenia
Konstytucji Kanadyjskiej z jej Kartą Praw i Swobód (Chart of Rights and Freedoms) . Przeciwnicy
zarzucali mu arogancję i faworyzowanie Rządu Federalnego w stosunkach z Rządami Prowincji.
(3)- Wayne Gretzky : Wayne Douglas Gretzky ur. w 1961 w Brantford, Ontario. Gracz w hockeya na
lodzie, uważany za najlepszego gracza w historii NHL (National Hockey League). Przeszedł na
emeryturę w 1999 r. Na Olimpiadzie w 2002 roku był Głównym Trenerem kandyjskiej drużyny
hockeyowej, która zdobyła Złoty Medal.
(4)- Kardynał Sapieha : Adam Stefan Sapieha (1867 – 1951), arcybiskup metropolita krakowski,
kardynał, książe siewierski, senator 1-ej kadencji w II RP. Przez historyków uważany za jedną z
czołowych postaci w dziejach Kościoła polskiego w drugiej połowie XX wieku. Nazywany Księciem
Niezłomnym.
(5)- Ksiądz Tischner : Józef Stanisław Tischner (1931 – 2000), ksiądz katolicki, filozof, pisarz, góral.
Kilkakrotny Dziekan Wydziału Filozoficznego Papieskiej Akademii Teologicznej. W 1980 r. podjął
działalność publiczną i był powszechnie uważany za kapelana „Solidarności”. Kawaler Orderu Orła
Białego.
(6)- Pan Stefan : Stefan Władysiuk, bibliotekarz Biblioteki Polskiej w Montrealu
88
Vancouver 6 grudzień 1999 r.
Najmilsi,
Minęło siedem miesięcy od naszego ostatniego listu. Czas najwyższy żeby znów zacząć
pisać, zwłaszcza, że okazji niemiara. W pierwszym rzędzie wyprawa do Polski. I Hani i moja.
Osobno, bo z różnych przyczyn. Była to nasza pierwsza od pięciu lat wizyta w Polsce.
Wrażeń mnóstwo.
Zbliżający się Y2K (już za parę tygodni), uważany jest przez wielu za ważny ewenement,
godny listu. My ludzie długowieczni, pomińmy to milczeniem.
Podróż Hani z powodów czysto rodzinnych, polegała na spędzaniu czasu z chorą ciotką,
staruszką. Zadanie niełatwe. Wróciła i smutna i zmęczona.
W czasie nieobecności Hani ruszyłem „z kopyta” i udało mi się skończyć pisanie moich
wspomnień. Ludzie, którzy nie spędzili długich trzech lat na pisaniu w zasadzie bzdur, i
którzy nie zdają sobie sprawy jaki to straszny wysiłek, nazwali moją pracę „Opus Minor”.
Może będziecie mogli ocenić słuszność tej oceny. Będzie to zapewne dzieło pośmiertne, nie
chcę bowiem za życia tracić przyjaźni ludzi mi bliskich. Nie jest to prawda zupełna. Głównym
bowiem celem mojego wyjazdu było znalezienie wydawcy dla mojej książki, której dałem tytuł
JA-JO REMEMBERS, (Ja-Jo jest to przydomek, którym obdarzyła mnie wnuczka Nr.1).
Dalszy ciąg listu nie będzie relacją pamiętnikarską (po 3 latach mam tego zupełnie dosyć), ale
urywkowymi wrażeniami z Kraju wielkiego nonsensu, zagubionego w nowej rzeczywistości jak
dziecko we mgle. Kraju bardzo biednego i ciągle bardzo mi drogiego.
Podróż z Vancouver do Warszawy to jednak długa wyprawa. O tej porze roku, przy kiepskich
połączeniach, od drzwi do drzwi, zajmuje pełne 22 godziny. Leciałem w prostej linii, która na
globusie wygląda jak łuk łączący Vancouver z Amsterdamem. Zadziwiające jak wielka jest
Kanada. Leci się nad nią prawie bez końca. W ciemnej, granatowej nocy usianej milionami
gwiazd. Na wysokości 10 000 metrów gwiazdy były pod nami, nad nami i z obu stron. Trochę
tak jak na telewizyjnych filmach gwiezdnych. Dobry Scotch ułatwia wrażenie nieważkości a
po paru koniakach nie ulega wątpliwości, że ma się spiczaste uszy, zieloną twarz i antenę na
głowie. Patrząc na stewardessy ma się wrażenie, że za chwilę wylądujemy na Venus.
89
Lotnisko na Okęciu o godzinie 9-ej wieczorem, dobrze oświetlone i nienagannie błyszczące
czystością, może zmylić. Tego, że Europa została w samolocie KLM nie sposób nie
zauważyć natychmiast po wyjściu z lotniska. Ciemna, w gęstej, wilgotnej mgle, „Warsaw by
night” (1), robi przygnębiające wrażenie. Oczywiście wszystko to niknie przy spotkaniu z
ludźmi, którzy nas witają. Coraz ich mniej. Coraz bardziej schyleni i pomarszczeni, ale są.
„Nie dają się”, są niezmienni jak wódeczka i śledzik (wino dla Pań). Mówią wszyscy
jednocześnie. Jest źle, ale da się żyć. Balcerowicz, Kwaśniewski, papież (może nie w tej
kolejności). Brak wyobraźni pomieszany z „Wishful Thinking” (2), wieczny optymizm i
przekonanie, że na wiosnę będzie lepiej. Pocieszają się tym, że w Rosji jest gorzej. Jak ja to
dobrze pamiętam i znam !
To są Ci najbliżsi, dzisiaj raczej ludzie starzy, na marginesie życia, w większości w fortecach
swoich mieszkań gdzie schronili się zaraz po wojnie, żeby przetrwać. Niezłomni – dla których
Polska skończyła się w 1939 roku.
Żeby zobaczyć prawdziwą Polskę trzeba wyjść na ulicę. Pojechać niemiłosiernie zatłoczonym
tramwajem i pójść do „urzędu”. Spojrzeć w twarze tych prawie 40 milionów rodaków i zdać
sobie sprawę z ogromu zmian, które przeorały Polskę w ostatnim półwieczu. Dzisiaj jest to
Kraj etnicznie jednolity (nie używam określenia etnicznie czysty – jest na indeksie słów
zakazanych), bez mniejszości narodowych (choć wielu widzi Żyda za rogiem każdej ulicy),
społecznie, żeby nie powiedzieć klasowo, zupełnie inny niż przed wojną. Polska inteligencja,
elita intelektualna i polskie ziemiaństwo, zostały prawie całkowicie przez niemiecko-sowiecką
spółkę wyeliminowane z życia Kraju. Polska stała się krajem „par excellence” plebejskim. 45
lat „realnego socjalizmu” przeniosło miliony ze wsi do miast. Tysiącom dało wykształcenie,
lecz nie nauczyło niezależnego myślenia. Z prymitywnych wiejskich chat przeniosło do
nędznej namiastki mieszkania z łazienką, nie ucząc podstawowych zasad higieny osobistej.
Dało „darmową” opiekę lekarską, nieucząc czyszczenia zębów. Zapewniało „wczasy” nad
morzem lub w górach. W zamian za posłuszeństwo zapewniało opiekę od kołyski do grobu.
Nędzna to była opieka, ale dla wielu milionów stała się pierwszą i ostatnią szansą w życiu.
Wszystko to skończyło się nagle i bezpowrotnie. Patrząc na zmiany zachodzące w Polsce,
zmiany, które w nowomowie nazywają się zmianami „przekształceniowymi”, nie wolno o tym
zapominać.
Nie pozwolą też o tym zapomnieć twarze ludzi mijanych na ulicach. Tłum ludzi krótkich i
przysadzistych. Rudo farbowane włosy wszędzie obecnych sekretarek z nieodłączną
szklanką ‘”herbatki”. Tysiące urzędników z wąsami a la Wałęsa, kłaniających się w pas i
90
całujących panie w rączki, lekko cuchnąc niedomytymi ciałami. Każdy ma w klapie marynarki
order albo znaczek, który go natychmiast identyfikuje i odpowiednio „ustawia”. Brak znaczka
w klapie marynarki wzbudza zaniepokojenie. Niewiadomo z kim ma się do czynienia.
Postawę życiową wielu, określa dzisiaj ilość słów obcych używanych w mowie potocznej.
Spotkałem takiego, który właśnie szedł na briefing do swego bossa, który zajmuje się
monitoringiem zespołów markietingowych firmy.
Kanał 2-gi Telewizji Polskiej w godzinach rannych nadaje „na żywo” obrady sejmowe.
Zaskakuje straszliwa polszczyzna panów posłów.
Akcentują słowa w złym miejscu,
upodabniając polski do czeskiego. I to okropne OM w każdym zdaniu i na każdym kroku. Oni
mówiOM, debatujOM, kłucOM się i zaśmiecajOM język polski.
Zapewne jestem trochę niesprawiedliwy. Ale gorzko i ciężko mi było na sercu kiedy
chodziłem ulicami mojego rodzinnego miasta wśród ludzi zupełnie mi obcych. Ale czy
Warszawa jest ciągle moim miastem ? Późna jesień ograbiła ją z zieleni, pierwszy śnieg-błoto
pokrył ją brudnym liszajem. Otaczały mnie, jak grzyby rosnące po deszczu, nowe wieżowce
śródmieścia. Wszystkie, jak jeden mąż, wierne kopie najgorszej postmodernistycznej
architektury amerykańskiej. W konflikcie z otoczeniem, wyobcowane z krajobrazu miasta.
Próba ucieczki w labirynt uliczek Starego Miasta przyniósło jeszcze jedno roczarowanie. Mój
ulubiony zaułek, Szeroki Dunaj i jego piękne kamieniczki, upstrzone zostały kolorowymi
szyldami w rodzaju : Drink Bar, Souvenirs i Coca-Cola.
Jedno w Warszawie jest nie do pobicia. Pomniki ku czci. Wydaje się, że martyrologia weszła
w krew tego miasta. Stosuje się tu bardzo prostą zasadę. Im większa klęska narodowa, tym
większy pomnik. Stary już dzisiaj pomnik Powstania Warszawskiego, socrealistyczna
symfonia w brązie i betonie, litościwie została stonowana szkłem i stalą nowych sądów.
Pomnik AK wyglądał lepiej na makiecie niż wygląda w rzeczywistości. Jego symbolika cienia
wędrującego po mapie Polski wymaga słońca. W Warszawskim klimacie rzecz nie częsta.
Monumentalny i dramatyczny pomnik poświęcony wywiezionym na Sybir (na ulicy
Konwiktorskiej), w formie toru kolejowego, gdzie każdy podkład szyn nosi nazwę sowieckiego
łagru, i na końcu którego stoi wagon-platforma załadowana krzyżami, robi wrażenie.
Specjalnie w dniu w którym go oglądałem, kiedy był lekko posypany śniegiem. Pomnik bitwy
pod Monte Cassino (3) z białego włoskiego marmuru, raczej dobry. Pomnik Brygady gen.
Maczka (4) na placu Inwalidów całkiem dobry. Husarskie skrzydła bardzo ładne, choć
drapieżny orzeł przypominał mi koguta wykonującego swoje zawodowe obowiązki. Okropny
jest pomnik Hallerczyków (5) w Alei Wojska Polskiego. Gigantycznej wielkości monstrum,
91
POMNIK PAŃSTWA PODZIEMNEGO W WARSZAWIE
w poblizu Sejmu
92
gdzie z fal Atlantyku wyłaniają się dzielne Polonusy z Chicago, z brązu, w hełmach
pomalowanych niebieską farbą.
Cmentarz Powązkowski to jeden z najładniejszych parków Warszawy. Byłem tam tydzień po
Zaduszkach, kiedy ślady niezwykłej rewerencji jaką Polacy darzą swoich zmarłych, były
jeszcze widoczne. Dla mnie jest to miejsce specjalne. Tutaj jest grób mojej matki,
symboliczny grób mego ojca, i od paru miesięcy symboliczny grób mego brata.
10-go listopada, w przeddzień Święta Niepodległości zostałem zaproszony na niezwykłą
uroczystość wojskową. Wymaga to pewnego wprowadzenia, nie wszyscy bowiem znają
moje, a raczej Hani powiązania z Wojskiem Polskim.
7-my Pułk Ułanów Lubelskich był „rodzinnym” pułkiem Kamlerów. W pułku tym „służyli” i
niestety ginęli, kolejno, dwóch Hani stryjów w 1918 roku, wuj i Hani ojciec w 1944. W tym
pulku (w czasie okupacji używali oni kryptonimu „Jeleń”) w czasie Powstania Warszawskiego
była sanitariuszką Hania. Przed wojna i w czasie wojny 39-go roku, pułk ten razem z 1-ym
Szwoleżerów i 11-ym Ułanów Legionowych tworzył Mazowiecką Brygadę Kawalerii. Przed
paru laty (już w III RP), w ramach zmian zachodzących w wojsku tzw. „Ludowym”,
postanowiono, że istniejące pułki Kawalerii Powietrznej (heliktopery czyli z polska śmigłowce)
przejmą nazwy i tradycje przedwojennych pułków kawalerii. W ten sposób powstała 25-ta
Dywizja Desantowo-Spadochronowa Kawalerii Powietrznej. W jej skład wchodzą : 7-y Pułk
Ułanów Lubelskich, 1-y Pułk Szwoleżerów i Pułk 11-y, który jest w trakcie formowania.
Jednym słowem zupełnie jak przed wojną.
Nieliczni już dzisiaj dawni żołnierze przedwojennych pułków są aktywnymi członkami Kół
Pułkowych, ktore usiłują przekazać stare tradycje, w które bogate jest wojsko polskie,
nowemu pokoleniu. Hani brat jest jednym z bardziej czynnych i ruchliwych działaczy takiego
Koła Pułkowego – oczywiście 7-go Pułku Ułanów.
7-y Pułk skoszarowany jest na lotnisku w Nowym Glinniku pod Tomaszowem Mazowieckim,
parę kilometrów od Spały. 10-go listopada miała się tam odbyć uroczystość przysięgi
żołnierskiej nowych rekrutów, pokazy wojskowe, zmiana dowództwa, defilada i oczywiście
obowiązujący w tradycjach kawaleryjskich bankiet. Bankiet, powinniście wiedzieć, nowomowa
polska określa słowem : RAUTA. Zostałem na tą uroczystość zaproszony trochę w
charakterze księcia małżonka. Reprezetowałem własną żonę, która w annałach Pułku
zarejestrowana jest jako starszy ułan Hanna Kamler – „Kama”.
93
Zimno było jak cholera, wiał ostry wiatr, kiedy z grupą zaproszonych gości zasiadłem na
trybunie honorowej, zbudowanej wzdłuż pasa startowego lotniska. Na trybunie, trzęsąc się z
zimna siedzieli, gen brygady Jan Kempara (6), obecny Dowódca 25-ej Dywizji Kawalerii
Powietrznej, Kapituła Krzyża Virtuti Militari (trzech staruszków : generał lotnictwa, komandor
Marynarki Wojennej i płk. Szaniawski (7), kawalerzysta). Powinniście wiedzieć, że sztandar
7-go Pułku Ułanów, jest jedynym sztandarem Wojska Polskiego trzykrotnie dekorowanym
Krzyżem Virtuti Militari. W 1920 roku, 1939 roku i w czasiie Powstania Warszawskiego w
1944 roku. Stąd obecność zgrzybiałej Kapituły. Obok, staropolskim zwyczajem, siedzieli,
miejscowy Wojewoda, Starosta i Wielebne Duchowieństwo.
Defilada jak to defilada. Dobrze się ci chłopcy prezentowali. W polowych mundurach,
czerwonych beretach, każdy z karabinem maszynowym Kałasznikowa (8). Orkiestra grała,
sztandar powiewał, żołnierze składali przysięgę a ksiądz kapelan święcił wszystkich i
wszystko co się pod kropidło nawinęło.
Ciekawym i nieoczekiwanym momentem było wywołanie prymusów z każdego plutonu.
Wystąpili z szeregów i do każdego podeszła jego matka. Każdej mamusi gen. Kempara
wręczył wiązankę kwiatów. Był to wyjątkowo ciepły i zaskakujący moment tej wojskowej
uroczystości.
Z nad pobliskiego lasu nadleciało teraz parę nisko lecących śmigłowców, z których na linach,
w pełnym uzbrojeniu, z twarzami pomalowanymi na czarno, spuszczali się młodzi
kawalerzyści. Wszystko to odbywało się w obłokach świec dymnych, których dym, ostry wiatr,
wiał nam prosto w oczy. W tym momencie, na sporej wysokości nadleciało 6 śmigłowców, z
których na spadochronach skakał następny desant. Po wylądowaniu, obie grupy „starły” się w
walce ręcznej. Uzbrojeni byli w noże i przypominało to trochę zapasy oglądane w telewizji.
Walka odbywała się przy ogłuszającej kanonadzie karabinów maszynowych. Bylo to
widowisko wielce budujące. Nie na darmo żołnierze Pułku obok proporczyków ułańskich
noszą na ramionach symbol NATO i tylko szczęśliwy zbieg okoliczności uratował ich od
wyjazdu do Kosova, gdzie mogliby za Naszą i Waszą wolność oddać życie.
Teraz (przynajmniej dla mnie), zaczęła się główna część uroczystości. Podstawiono dwa
autobusy, którymi zaproszeni goście przejechali do pobliskiej Spały, gdzie w Olimpijskim
Ośrodku Przygotowawczym miała się odbyć Rauta.
94
Przy wejściu do Sali ze stołami suto zastawionymi jadłem stały dwa szeregi czarno ubranych
kelnerów i kelnerek z tacami pełnymi kieliszków z szampanem. Kiedy każdy miał już kieliszek
w ręku odezwały się werble. Zapadła cisza ... i generał Kempara wrzasnął wielkim głosem :
Za pomyślność Siódmego Pułku Ułanów Lubelskich imienia generała Kazimierza
Sosnkowskiego ! w tym momencie orkiestra zaczęła grać : My Pierwsza Brygada ... i zaczęła
się RAUTA.
Tak suto zastawione stoły widziałem ostatni raz w Moskwie na bankiecie w Domu Drużby,
gdzie architekci radzieccy gościli architektów kanadyjskich. Był to rok 1972.
Wódka lała się strugami. Zaczęły się tańce. Okazuje się, że ostatnim szykiem mody
panienek w Nowym Glinniku i Spale są spódniczki „mini”. Jest to rodzaj mody chętnie
widziany przez panów po siedemdziesiątce, w każdej części świata. Wydawało mi się, że
żony oficerów niższych rangą nosiły spódniczki krótsze od żon majorów i pułkowników.
Mogłem się mylić.
Ciekawe rozmowy miałem z gen. Kemparą i jego zastępcą, płk. dyplomowanym T. Bukiem (9)
Obaj płynnie mówili po angielsku i obaj kończyli kursy dla oficerów sztabowych w Fort
Leavenworth w Kansas, USA . Kiedy dowiedzieli się, że w czasie wojny byłem żołnierzem
Narodowych Sił Zbrojnych, w sposób ostry przerwali tańce i wznieśli toast na cześć Brygady
Świętokrzyskiej, której prawie legenda jest w tej części Polski dość żywa. Kempara, który ma
paroletni staż w Oddziałach Rozjemczych ONZ służył w Namibii, Jugosławii i Iraku. Z płk.
Bukiem, który zaledwie parę tygodni temu wrócił z USA, i którego słabość do czystej
wyborowej właściwie schłodzonej, jest chyba większa niż moja, jestem po imieniu. Kiedy
wychodziłem mówił do mnie czule per „Jaszczur”, co przypuszczam kojarzyło mu się ze
„Związkiem Jaszczurczym”, podziemną organizacją wojskową, której przed laty byłem
członkiem.
Kolega Hani brata, który przywiózł nas swoim samochodem z Warszawy i z tego powodu
skazany był na picie wody sodowej i soków owocowych, w pewnym momencie stanowczo
oświadczył : .. panowie, jedziemy do domu. Tu za chwilę rozpoczną się góralskie tańce. Z
tego też powodu nie mogę kontynuować mojej barwnej opowieści ze spotkania z Wojskiem
Polskim. Spotkanie to było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Nie wiem co się dzieje na
wyższym szczeblu dowodzenia. Na szczeblu pułku, wydaje sie, że szkoła sowiecka została
kompletnie wyeliminowana. Szkoda tylko, że te śmigłowce takie marne i ... że to wojsko tak
bardzo rwie się do prawdziwej wojaczki. Zaiste pamięć polska jest niezwykle krótka.
95
Do Krakowa pojechałem obładowany 30-toma kilogramami manuskryptów. Pociągiem, który
nazywał się Inter-City. Warszawa – Kraków, non-stop 2 godziny i 40 minut. W raczej
luksusowych warunkach I klasy (jako weteran walk za Ojczyznę mam 50 % zniżki na
kolejach). Klimatyzowany wagon, lotnicze fotele, kawa, kanapki i gazety. Jedym słowem to
wszystko co w Polsce nazywają „Pełna Europa”. Do momentu kiedy się pójdzie do toalety.
Nie wnikajmy jednak w szczegóły przykre.
W Krakowie bagażowy złapał mi taksówkę i spytany ile mu jestem winien, odpowiedział : jak
pan da mi „dychę” to się nie obrażę. Odrazu poczułem się w domu.
Nie licząc dnia czy dwóch, kiedy w Krakowie byłem przejazdem w latach wczesnych
dziewięćdziesiątych, zjawiłem się tu pierwszy raz od lat pięćdziesięciu i czterech. Tutaj w
1945 roku rozpocząłem studia na Wydziale Architektury, który mieścił się na Wawelu w
biurach gubernatora Franka, niemieckiego namiestnika okupowanej w czasie wojny Polsce.
Rozpoczynało nas studiować około 50 osób. 54 lata później, przy życiu zostały cztery osoby.
Dwie koleżanki, jeden kolega z Krakowa i ja. Czy ich poznam ?
Poznałem. Zmienieni oczywiście, ale w jakiś dziwny sposób ciągle ci sami. Polska
serdeczność i gościnność jest ogólnie znana.. To co spotkało mnie ze strony Zosi, Danki i
Stefana trudno opisać i nie da się zapomnieć. Właściwie to ciągle nie wiem dlaczego. Przez
54 lata nie mieliśmy żadnego kontaktu i dopiero niedawno dowiedzieli się, że żyję i mieszkam
w Kanadzie. Przypuszczam, że byłem trochę traktowany jak Łazarz nieoczekiwanie
wychodzący z grobu.
Pierwszego dnia wybraliśmy sie razem na Wawel. Do starej szkoły, która dzisiaj mieści się na
Kleparzu, w potężnie rozbudowanej Politechnice Krakowskiej. Znaleźliśmy miejsce gdzie
przed 54 laty rysowaliśmy egzamin wstępny. Wawel jest wspaniały. O tej porze prawie pusty.
Właśnie zmieniają kamienną nawierzchnię zamkowego dziedzińca. W rogu, mała kolejka
ludzi spokojnie czekających na miejsce przy zamkowej ścianie. Parę minut oparcia się
plecami o jeden z kamieni w tej ścianie leczy wszystkie dolegliwości i schorzenia. Trudno
uwierzyć, ze za parę tygodni będzie rok 2000. Jednak tego rodzaju zabobony pasują do tego
miasta. Ja sam wierzę w Wawelskiego smoka. Podobno w Wandę co niechciała Niemca, nikt
już nie wierzy. Z prostego powodu – wysokiego kursu Deutch Marki.
Kupuję bilet wejściowy do katedralnej krypty, do grobów królewskich. Sprzedaje mi je stara
zakonnica, która zamiast dziękuję mówi Bóg zapłać. Aż się miło robi. Dawno czegoś
podobnego nie słyszałem. Przy wejściu na schody prowadzące do krypty, dziadek siedzący
96
na małym stołeczku mówi – tylko uważajcie bo tam ciemno, a przy Sobieskim są dwa schodki
i łatwo się przewrócić. W tej polskiej świątyni panuje cicha, prawie domowa atmosfera.
Jesteśmy zupełnie sami. Nasza czwórka i kości królów, wodzów i poetów. Wielkie kamienne
sarkofagi i małe srebrne trumienki królewskich niemowląt. Sikorski i Piłsudski na dwóch
odległych końcach labiryntu krypty. Nawet po śmierci zachowano dzielący ich dystans. W
ścianie wmurowana urna z prochami i ziemią z Katyńskiego lasu. Na niej świeży, czerwony
goździk. Czy można przerwać nić, która w tak prosty, bezpretensjonalny sposób - małą urną
z brązu - łączy zamierzchłą historię mojej Ojczyzny z losami mojej rodziny ?
Czy zrozumieją to moje wnuki, dla których poprawne odczytanie nazwiska na jednym z
sarkofagów - Tadeusz Kościuszko - będzie niewykonalnym zadaniem ?
Z Wawelu idziemy ulicą Kanoniczą w kierunku rynku. Ślicznie odnowione kamieniczki, małe
sklepiki, kawiarenki. To tutaj w jadłodajni dla ubogich, prowadznej przez Towarzystwo św.
Zyty, miłe staruszki, 54 lata temu, w dni bezmięsne (było to jedno z osiągnięć tryumfującego
socjalizmu), podawały mi kotlet schabowy (szczyt szczęścia w owych czasach) ukryty pod
zielonym morzem szpinaku.
Stary Kraków, nawet w listopadzie jest miastem wyjątkowo pięknym. Starannie odnawiany,
pozbywa się śladów zniszczeń jakie wyziewy huty aluminium w Skawinie zostawiły na murach
miasta. Gdzie indziej jak w Krakowie o godzinie 6-ej rano zaczynają dzwonić dzwony
wszystkich kościołow. Unoszą się w górę stada gołębi i zaczyna się nowy dzień. Ludzie też
są tu inni. Nie ulega wątpliwości, że jest to miasto uniwersyteckie. Tłumy studentów o
twarzach trochę mniej kanciastych niż na Marszałkowskiej. Dużo pięknych dziewczyn ładnie
ubranych. Ogólna swoboda, niewymuszona uprzejmość. Wczesnym popołudniem u
Noworola, kawiarni w Sukiennicach (10) można spotkać wszystkich, którzy w Krakowie się
liczą. I nie jest prawdą, że w Krakowie trzeba być albo biskupem albo doktorem
habilitowanym. Choć prawdą jest, że jak dawniej, Kraków to dwa światy - konserwatywny
kardynał na Wawelu i liberalny rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Największą prawdą, z
której Kraków nie chce zdać sobie sprawy jest fakt, że jest on dzisiaj małym, niezwykle miłym,
prowincjonalnym miastem.
Nie będę Was nudził moimi pertraktacjami z Krakowskim Wydawnictwem Literackim, z którym
nawiązałem kontakt dzięki i przez moich krakowskich przyjaciół. Wydanie książki, zwłaszcza
dla nowicjusza jakim jestem, jest procesem skomplikowanym i długim. Mam nadzieję, że
potrafimy doprowadzić sprawę do końca, ku zadowleniu obu stron.
97
Do Lublina, sprawdzić możliwości wydawnicze w Katolickim Uniwerystcie Lubelskim i ich
oficynie wydawniczej zabrał mnie mój przyjaciel samochodem, który w Polsce nazywają czule
„Maluchem”. Nie jestem zupełnie przekonany czy jest to naprawdę samochód.
Prawie 300 kilometrów przez Sandomierz i Kraśnik dojechaliśmy jednak do Lublina. Tam
spotkały nas dwa nieszczęścia. Pazerne dusze księży z KUL’u i zamieć śnieżna, która
sparaliżowała całą południowo-wschodnią Polskę.
Z księżmi była sprawa prosta
odrzuciłem ich propozycje, które były dla mnie nie do przyjęcia. Ze śniegiem było gorzej.
Każdy gwałtowny początek zimy, nazywa się w Polsce „Zimą Stulecia”. Podobnie jak w
Montrealu (o ile mnie pamięć nie myli), każda taka burza jest zawsze niespodziewana i
zawsze powoduje kompletny chaos. Drogi były nieprzejezdne - zostaliśmy więc w Lublinie.
Dało nam to okazje do obejrzenia „Pana Tadeusza”. Ten ostatni film Wajdy (11) jest napewno
dużą sensacją. Nie ulega wątpliwości, że jest to najlepszy polski film jaki widziałem. Nie
wyobrażałem sobie, że można zrobić dobry film mówiony wierszem. Jest świetnie grany,
począwszy od ról głównych a skończywszy na drobnych epizodach. Ma dobrą muzykę i jest
świetnie fotografowany. Chyba jedynym mankamentem filmu jest fakt, że z winy Mickiewicza
(12), jest to film tylko dla Polaków (jak chyba większość polskiej literatury).
Scenariusz, w którego pisaniu brał udział Wajda, zaczyna film od końca poematu Mickiewicza.
W pierwszej scenie, Mickiewicz w swoim paryskim mieszkaniu czyta Epilog „Pana Tadeusza”,
który jak pamiętacie zaczyna się od słów - O tym – że dumać na paryskim bruku ... Film
kończy się w tym samym paryskim mieszkaniu autora, pierwszymi wersetami poematu Litwo ! Ojczyzno moja ! Ty jesteś jak zdrowie ... w międzyczasie dzieje się mnóstwo
cudownych scen, które pamiętacie, więc nie będę o nich pisał. Jest jedna scena, ktorej nie
mogę nie wspomnieć. Scena grzybobrania. Filmowana w zwolnionym tempie tylko z muzyką
– bez słów – czysta poezja. Film gorąco polecam.
Z Lublina do Krakowa wracaliśmy 12 godzin czyli z przeciętną szybkością 25 km/g.
Prawdziwa makabra. W Krakowie zabrano mnie na koncert w Filharmonii Krakowskiej. Przy
Plantach na ulicy Sraszewskiego. Za moich czasów było tam kino, które się spaliło i zostało
zaadaptowane na salę koncertową. Brzydkie to okropnie i raczej malutkie. Ale orkiestra
dobra (grali Beethovena i Mussogorskiego). Ciekawe, że w odróżnieniu, przynajmniej od
Vancouver, koncert traktowany jest tu jako wydarzenie również towarzyskie. Publiczność
przychodzi elegancko ubrana. Przerwa jest dość długa, w czasie której pije się kawę lub
wino. Odniosłem wrażenie, że wszyscy tam się znają, co jest bardzo możliwe, bo i miasto
małe i zapotrzebowanie na tego rodzaju muzykę nie specjalnie szerokie.
98
Zdążyłem przelecieć się po starym UJ. Byłem w Collegium Maius, gdzie 80 lat temu
studiował mój ojciec a 450 lat temu Nick Copernicus. UJ ogromnie się rozrósł. Jest nowa,
olbrzymia Biblioteka Jagiellońska. Inne uczelnie też. Nowy gmach Akademii Górniczej, na
Kleparzu olbrzymia Politechnika Krakowska. Nie ulega wątpliwości, że minęło pół wieku od
czasu kiedy tu biegałem. Stara Akademia Sztuk Pięknych na placu Matejki, miejsce moich
pierwszych balów akademickich, nic się nie zmieniła. Brudna jak zawsze. Okna niemyte
chyba od czasu mego wyjazdu z Krakowa.
Piękne i miłe jest to miasto i z żalem z niego wyjeżdżałem, obiecując sobie szybki powrót.
Znów w Warszawie, nawiązałem kontakt z Centralną Biblioteką Wojskową, w której byłem
niezwykle gościnnie przyjmowany. Jej dyrektorem jest młody płk. dr. Krzysztof Komorowski,
który ułatwił nam (mnie i moim przyjaciołom z okresu wojny) wydanie już drugiej z kolei
książki, na temat, który w Polsce nazywa się kombatancki. Ta druga książka, której pierwszy
wydruk, tzw. „szczotkowy”, przywiozłem z sobą dla zrobienia korekty, zawierać będzie,
między innymi, wspomnienia Tadeusza Siemiątkowskiego (13), które on zawsze chciał wydać
jako książkę i nie zdążył. Biblioteka jest duża i sprawnie zorganizowana, choć daleka jeszcze
od pełnej komputeryzacji. Położona jest na Pradze, tuż obok miejsca, które znamy z historii
jako „Olszynkę Grochowską”. Z radością zauważyłem sporo młodych ludzi studiujących w
obszernej czytelni Biblioteki.
Najciekawsze zdarzenie miałem w ostatnich dniach pobytu w Warszawie. Tu muszę Was, jak
mówi nieoceniony Lech Wałęsa (14) „wprowadzić w temat”. W 1943 roku, naszej
konspiracyjnej Szkole Podchorążych ufundowano sztandar, który poświęcono i przekazano
nam, późnym wieczorem w kościele przy ulicy Siemca. W czasie Powstania sztandar był z
nami w IV plutonie kompanii „Warszawianka” w Domu Kolejowym na rogu ulic Żelaznej i
Chmielnej. Po kapitulacji i przed wyjściem do niewoli niemieckiej, broń plutonu i sztandar
schowano w rejonie Domu Kolejowego. Po wojnie, kiedy zaczęły się aresztowania, jeden z
naszych kolegów po „ostrym” przesłuchaniu „puścił farbę” i Urząd Bezpieczeństwa broń i
sztandar znalazł. Wydawałoby się, że na tym sprawa się kończy. Był to rok 1946. Przed
paru tygodniami jeden z młodych historyków odkrył małe archiwum Urzędu Bezpieczeństwa
obecnie w posiadaniu Biura Ochrony Państwa (15). W archiwum tym znalazł dokumenty z
procesu naszych kolegów w 1946 roku. Wśród dokumentów był niezwykle dokładny opis
naszego sztandaru (wielkość, materiał, kolor itp), sporządzony jako „dowód rzeczowy” przez
kapitana Urzędu Bezpieczeństwa o wdzięcznym nazwisku - Pachołek. Z tym niezwykle
cennym dokumentem udaliśmy się do Muzeum Wojska Polskiego, gdzie w pracowni
konserwatorskiej specjaliści od sztandarów (okazuje się, że są tacy), z entuzjazmem
99
rozpoczęli prace nad odtworzeniem sztandaru.
Sztandarowej Muzeum.
Czeka na niego już miejsce w Sali
Jak widzicie, niezwykła sumienność policjanta o nazwisku Pachołek zaowocowała po 53
latach.
Trzy tygodnie minęły jak z bicza trzasnął. Czas było wracać do domu. Z Amsterdamu do
Vancouver leciałem trasą trochę inną. Żeby uniknąć przeciwnego wiatru, który nazywa się „jet
stream”, samolot leciał łukiem podchodzącym niemal pod biegun północny. Z Amsterdamu
wyleciałem o godzinie 14:00 tamtejszego czasu. Do Vancouver przyleciałem o 15:00 Pacific
Time. Leciałem więc „zegarowo” tylko jedną godzinę. W czasie tej godziny - wyleciałem
wczesnym popołudniem, leciałem podbiegunową nocą i wylądowałem znów wczesnym
popołudniem - wszystko tego samego dnia kalendarzowego. Tak naprawdę to moja podróż
trwała 10 godzin.
Chyba więcej męczyć Was nie będę. Na zakończenie chciałem dodać :
1- W Polsce jest wielka bieda.
2- System wolnej gospodarki rynkowej zwanej liberalnym kapitalizmen
w Polsce jest wyjątkowo kulawy.
3- Zaufanie społeczne do Rządu, Partii Politycznych, Sejmu, Wymiaru
Sprawiedliwości i Kościoła, zbliża się do momentu krytycznego równego
zeru.
4- Przy rosnącym antyklerykalizmie, jedynym autorytetem jest papież.
5- Naprawienie szkód jakie pół wieku komunizmu przyniosło polskiej
gospodarce i polskiej psychice, zajmie następne pół wieku czyli dwa
pokolenia.
6- Są to obserwacje zupełnie amatorskie i nie należy przywiązywać do nich
specjalnej wagi.
7- Natomiast zupełnie na serio i bardzo serdecznie, składamy Wam Najlepsze
Życzenia Świąteczne.
Ściskamy,
Hanka i Maciej
100
(1)- Warsaw by night : Warszawa nocą.
(2)- Wishful thinking : dosłownie myślenie życzeniowe - chyba najlepiej : chciejstwo.
(3)- Bitwa pod Monte Cassino : zwana także bitwą o Rzym. Była to seria bitew między aliantami a
Niemcami, która miała miejsce w 1944 roku w rejonie klasztoru Monte Cassino we Włoszech. Alianci
prowadzili atak w trzech fazach – wszystkie uderzenia zakończyły się klęską. Dopiero czwarta faza
zakończyła się zwycięstwem. Główną siłą tego natarcia rozpoczętego 11-go maja 1944 roku był II
Korpus Polski pod dowództwem gen, Ansersa. Bitwa skończyła się 18-go maja zdobyciem ruin
klasztoru przez Wojsko Polskie. Bitwa ta uznana jest za jedną z najbardziej zaciętych walk II wojny
światowej. W bitwie tej II Korpus stracił 924 żołnierzy, 2930 zostało rannych.
(4)- Gen. Maczek : Gen. Stanisław Maczek (1892 – 1994). D-ca Dywizji Pancernej I Polskiego
Korpusu biorącego udział w inwazji Francji w 1944 roku. Był D-cą Dywizji Pancernej w kampanii
wrzesniowej 1939 roku i D-cą formacji pancernej we Francji w roku 1940.
(5)- Hallerczycy : Popularna nazwa żołnierzy – ochotników „Błękitnej Armii” powstałej w czasie I wojny
światowej z inicjatywy Romana Dmowskiego i Komitetu Narodowego Polskiego przy pomocy państw
Ententy. W skład Armii organizowanej i szkolonej w Niagara-on-the-Lake w Kanadzie początkowo
wchodzili emigranci polscy ze Stanów Zjednoczonych (ok. 22 000), Kanady (ok. 221) i Brazylii (ok.
300). Po przetransportowaniu Armii do Francji dołączyli do niej polscy jeńcy z wojsk austro-węgierskich
i niemieckich. W 1919 r. Armia Hallera (D-cą jej był gen. Józef Haller von Hallenburg 1873 – 1960),
została przerzucona z Francji do Polski, weszła w skład Wojska Polskiego i brała udział w wojnie
polsko – ukraińskiej (1919 r.) i wojnie polsko – bolszewickiej (1920 r.).
(6)- Gen. Jan Kempara : Gen. Dywizji Jan Kempara ur. w 1951 r. D-ca 25 Brygady Kawalerii
Powietrznej. Pracował w strukturach NATO i w Sztabie Generalnym WP. Kilkakrotnie brał udział w
misjach zagranicznych. Obecnie na emeryturze.
(7)- Płk. Szaniawski : Ppłk. Witold Szaniawski (1917 – 2003), pseudonim „Luśnia”. Oficer 7-go Pułku
Ułanów, D-ca konspiracyjnego szwadronu AK „Jeleń”. Aresztowany przez NKWD, później przez UB,
skazany na karę śmierci zamienioną na karę więzienia w którym spędził 9 lat. Sekretarz Kapituły
Orderu Virtuti Militari.
(8)- Kałasznikow
:
Legendarny karabinek automatyczny kalibru 7.62 produkcji rosyjskiej
zaprojektowany przez Michaiła Kałasznikowa. Był standardową bronią strzelecką w Armii Czerwonej i
państwach Układu Warszawskiego. Produkowany obecnie w różnych państwach i w różnych wersjach.
Wyprodukowany w oszałamiającej ilości ok. 50 milionów sztuk.
(9)- T. Buk : Gen. broni Tadeusz Buk (1960 – 2010). Wywodzi się z 7-go Pułku Kawalerii Powietrznej.
W latach 2004 – 2005 był Zastępcą D-cy Wielonarodowej Dywizji Centrum w Iraku. W latach 2006 –
101
2007 był Zastępcą D-cy Połączonego Dowództwa ds. Budowania Afgańskiego Systemu
Bezpieczeństwa. Od 2009 był D-cą Wojsk Lądowych Wojska Polskiego. Zginął w katastrofie lotniczej
pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r.
(10)- Sukiennice : Zabytkowy budynek Sukiennic znajduje sie w centralnej części Rynku Głównego w
Krakowie. Zbudowane jako kramy handlowe przez księcia Bolesława Wstydliwego w roku 1257
przeszły liczne zmiany. Nowe, murowane, wystawił król Kazimierz Wielki. W 1875 – 1879 Sukiennice
przebudowano. Dolna hala została zmieniona na ciąg kramów handlowych, na piętrze znajduje się
Galeria Polskiego Malarstwa i Rzeźby XIX wieku.
(11)- Wajda : Andrzej Wajda ur. w 1926 roku. Polski reżyser filmowy i teatralny. Współtwórca
„polskiej szkoły filmowej”, laureat honorowego „Oscara”, senator 1-ej kadencji w latach 1989 – 1991.
(12)- Adam Mickiewicz : Adam Bernard Mickiwicz (1798 – 1866). Polski poeta, działacz i publicysta
polityczny. Obok Juliusza Słowackiego i Zygmunta Krasińskiego uważany za największego poetę
polskiego romantyzmu (grono tzw. Trzech Wieszczów) oraz literatury polskiej w ogóle. Członek
Stowarzyszenia Filomatów, mesjanista związany z Kołem Sprawy Bożej Andrzeja Towiańskiego. W
okresie pobytu w Paryżu był wykładowcą literatury słowiańskiej w College de France. Znany przede
wszystkim jako autor ballad, powieści poetyckich, dramatu „Dziady” oraz epopei narodowej „Pan
Tadeusz”.
(13)- T. Siemiątkowski : (1910 – 1998) Studiował na Politechnice Warszawskiej gdzie należał do
akademickiej organizacji Obozu Narodowo – Radykalnego. Był także członkiem tajnej Organizacji
Polskiej. Po klęsce wojny 1939 roku od razu przystąpił do działalności konspiracyjnej w ramach
Organizacji Wojskowej Związek Jaszczurczy a od 1942 roku w Narodowych Siłach Zbrojnych.
Organizator i D-ca Oddziału Bojowego przy Komendzie Głównej ZJ a następnie NSZ. Przeprowadził
wiele akcji, które polegały m.in. na likwidowaniu agentów i donosicieli. W NSZ miał stopień
podporucznika. Brał udział w Powstaniu Warszawskim jako Zastępca D-cy kompanii „Warszawianka”
jednocześnie D-ca 1-go plutonu. Po Powstaniu w niewoli niemieckiej w obozie w Murnau. Po
zakończeniu wojny dołączył do Brygady Świętokrzyskiej NSZ stacjonującej w Niemczech. W 1946
wraca do Kraju jako emisariusz Brygady. W 1949 opuszcza Polskę. Po dwuletnim pobycie w Szwecji
emigruje do Kanady. W Kanadzie pracował w zawodzie inżyniera konstruktora jednoczesnie czynny w
Kole Żołnierzy NSZ, Stowarzyszeniu Inżynierów Polskich i w kościele Misji św. Wojciecha. Opublikował
wiele wspomnień z okresu wojny. Dwukrotnie odznaczony Krzyżem Narodowego Czynu Zbrojnego.
(14)- Lech Wałęsa : ur. w 1943 r. Polityk i działacz związkowy. Z zawodu elektryk. Współzałożyciel i
pierwszy Przewodniczący „Solidarności”. Prezydent RP w latach 1990 – 1995.
(15)- Biuro Ochrony Państwa : Organizacja istniejąca od 1990 do 2002 roku, stanowiąca część Służb
Specjalnych RP.
BOP zastąpił zlikwidowaną Służbę Bezpieczństwa Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych.
102
Vancouver 3 sierpień 2000
Najmilsi,
Jeszcze jedna podróż do Polski. Tym razem dość długa – byłem tam dwa miesiące. Podróż
naładowana wrażeniami, pełna emocji. Tak jak bywają ostatnie spotkania. Pożegnania z
kimś bardzo bliskim i swoim.
W odróżnieniu od mego ostatniego sprawozdania z ubiegłej jesieni, postaram się uniknąć
wniosków i opinii. Są to sprawy zbyt skomplikowane. Czasami trudno być obiektywnym.
Często prowadzi to do pochopnych i niesprawiedliwych sądów.
Teksty o polskiej rzeczywistości są dzisiaj liczne i ogólnie dostępne. Jeśli chcecie dowiedzieć
się o stopniu korupcji, braku bezpieczeństwa i stanie służby zdrowia, sięgnijcie do
comiesięcznych artykułów „Smecza” i Ewy Barberyusz w paryskiej „Kulturze”.
Jeśli z filisterskiej pozycji zadowolonego z siebie obywatela „Najlepszego Kraju Świata”, jakim
ostatnio ogłoszono Kanadę, chcecie dowiedzieć się o wszystkich niedoskonałościach polskiej
cywilizacji, porozmawiajcie z pierwszym z brzegu „zachodnim” turystą, który własnie wrócił z
Warszawy czy Poznania. Takim co siusiu robi tylko u McDonalds’a (bo tam czysto), pieniądze
nosi w pasie zapiętym pod majtkami (bo tak bezpiecznie), staje przed każdym kantorem
wymiany pieniędzy (w nadziei, że złotówka znów spadła na wartości) i narzeka na
nieklimatyzowane restauracje (jak można żyć bez air conditioning). Porozmawiajcie z takimi,
którym bursztynowy kamyk w srebrnej oprawie (najczęściej zwykły plastyk) zastępuje
zainteresowanie sztuką, dając jednocześnie satysfakcję, ktorą nazywają „dobry bargain”.
Czy jestem niesprawiedliwy ? zapewne tak. Korzystam z jednego z nielicznych przywilejów
starości, który nazywa się brakiem tolerancji.
Niesmak i odraza do tego rodzaju towarzyszy podróży zaczęły się już wcześniej. Na samym
początku mojej wyprawy, kiedy zawadziłem o Londyn i spotkałem się tam z miejscowymi
rodakami. Ze wględu na bliskość Polski mówi się tam prawie wyłącznie o okazjach natury
handlowej, I pomyśleć, że jeszcze do niedawna handlować potrafili tylko Żydzi. Tam też
dowiedziałem się, że Żydzi rządzą teraz Polską. Polacy zaś usiłują handlować. Należy
jednak uważać, bo większość z nich (w wyniku półwiekowej dominacji marksizmu) to złodzieje
i cwaniacy.
103
Z szaleństwem kupowania (po polsku : shopping) na skalę prawdziwie gigantyczną,
zderzyłem się w strefie wolnocłowej lotniska Heathrow w Londynie. Jest to prawie miasto
najwspanialszych sklepów świata. Tłumy ludzi z kopiastymi wózkami przed sobą, przewalają
się wśród tych wspaniałości. Pełno burnusów i turbanów. Błyszczące od potu, tłuste twarze
murzyńskich kacyków i ich żon (?) w bajecznie kolorowych szatach obwieszonych złotymi
łańcuchami. Nerwowi, rozkrzyczani i pewni siebie, ustawiają się w kolejkach do odlotu
samolotów. Do Bejrutu, Kairu, Asbary, Addis Ababy, Lagos i Acry. Tych samych miast, które
niemal codziennie możecie oglądać na wieczornych wiadomościach telewizyjnych, gdzie małe
wychudzone dzieci o wielkich oczach pokrytych chmurami much, umierają z głodu.
Miał to być list pozbawiony sądów i opinii. Chyba nie dam rady.
Tym razem lądowałem w Krakowie. Na lotnisku imienia Jana Pawła II. Prawie symboliczny
początek mojej polskiej podróży. Ale o tym później. Lotnisko w Balicach pod Krakowem jest
równocześnie lotniskiem wojskowym. Tym tłumaczono mi obecność dzielnego wojaka
uzbrojonego w karabin maszynowy, stojącego u stóp rampy. Wózki na bagaż szczepione
łańcuchami wymagały jednej polskiej złotówki żeby móc z nich korzystać. Ale skąd wziąć
złotówkę jeśli kantor wymiany pieniędzy znajduje się po drugiej stronie kontroli paszportowej ?
Jest to przykład, szczęśliwie coraz mniej licznych nonsensów, pozostałości realnego
socjalizmu.
Pierwsze dwa tygodnie w Krakowie poświęcone były moim problemom wydawniczym. Nie
będę Was zanudzał szczegółami, ale moich Wspomnień, ze wzgledów finansowych, zapewne
w Krakowie nie będę mógł wydać. Sporo czasu spędziłem z uroczą dr. Lucyną Kulińską.
Młodym socjologiem i politologiem krakowskim, która w ubiegłym roku wydała ciekawą
książkę pt. „Narodowcy”. Dr. Kulińska kończy teraz drugi tom tej książki, w niewielkiej mierze
opartej na materiałach które udało mi się dla niej zebrać w USA i Kanadzie. Ma ona dostęp
do archiwum byłego Urzędu Bezpieczeństwa. Niesłychanym zbiegiem okoliczności zdobyła
kopię przesłuchania w UB jednego z moich kolegów (z roku 1946).
W protokole
przesłuchania ten miły kolega denuncjuje mnie i moją ówczesną, już powojenną działalność
„antypaństwową”. Ten mój nieszczęsny kolega i były towarzysz broni zmarł dwa lata temu.
A szkoda. Co za niesłychana ironia losu. Dokument ten, ktory pół wieku wczesniej groził mi
wieloletnim więzieniem w najlepszym wypadku, i pośrednio był przyczyną mojego wyjazdu z
Polski, dzisiaj daje mi ... 50 % zniżkę na przejazdy polskimi kolejami, rzekomy szacunek
obywateli III Rzeczpospolitej i darmowe przejazdy tramwajem (ale tylko w Warszawie). Mimo,
że wdzięczność moja nie ma granic, utrudnia to dyskusje z ludźmi nowego pokolenia o
obowiązkach i zaletach społeczeństwa obywatelskiego.
104
Krakowski Kazimierz. Jedna z najstarszych części miasta. Żydowska dzielnica miasta,
zniszczona i ślicznie odbudowana. Synagogi i cmentarz. Ulica Szeroka z restauracją Ariela.
Kazimierz jest miejscem dorocznego Festiwalu Kultury żydowskiej i miejscem pielgrzymek
Żydów z całego świata. Dziwne miejsce, gdzie romans pięknej Esterki z ostanim z
Jagiellonów splata się z grozą hitlerowskich mordów. Dzisiaj pełne słońca, muzyki i śpiewu.
Ciemnych wnętrz domów modlitwy migających płonącymi świecami i tajemniczych cmentarzy
otoczonych wysokim murem.
Czy ktoś z Was jadł kiedyś „pipkes” ? Jest to szyja gęsia wypełnina gęsim mięsem, tłuszczem
i kaszą. Zaszyta, zostaje usmażona na kolor złoty. Skórka staje się chrupka a nadzienie
rozpływa się w ustach. Dla ludzi z nadwyżką choleterolu jest to oczywista trucizna, którą
spożywać należy przepłukując pejsachówką (1). Restauracja „Ariela” specjalizuje się w tej
truciźnie.
Pieniny i Spisz. Z grupą przyjaciół wyjechaliśmy na dwutygodniowe wakacje w Pieniny, nad
granicę słowacką. Ta przepiękna i niezwykła część polskiego Podgórza leżącego u stóp Tatr,
warta jest poznania. Parę informacji nim zacznę się zachłystywać urodą Pienin. Tym z Was,
którzy z polską geografią nie są na ty, ale domyślają się gdzie jest Zakopane, chciałem
wyjaśnić, że Nowy Targ leży 20 km. na północ od Zakopanego. Niedzica, serce Pienin
Spiskich położona jest 30 km. na północny – wschód od Zakopanego. Pieniny Spiskie leżą
między doliną rzeki Białki na zachodzie i jej ujściem do Dunajca, a doliną Kacwińskiego
Potoku po stronie wschodniej. Po północnej stronie Dunajca (wzdłuż którego biegnie granica
państwa), z jego uroczym kanionem (po polsku przełomem), leżą Pieniny Czorsztyńskie i
Pieniński Park Narodowy. Spisz przez wiele setek lat leżał poza granicami Polski (Węgry,
Austria, Słowacja) co spowodowało dużą po dziś dzień, odrębność tego regionu.
W XI wieku, po śmierci króla Bolesława Chrobrego zaczęła się tutaj wielowiekowa dominacja
Węgrów, trwająca do połowy XVIII wieku kiedy Spiszem zawładnęła Austria, anektując go, jak
całą Ziemię Sądecką do monarchii Austro-Węgierskiej. Poczucie odrębności narodowej
Słowaków, także zamieszkujących te tereny, wykorzystali Niemcy, włączając po wybuchu II
wojny światowej Spisz do kolabrującego z nimi państwa Słowackiego. Trudno się więc dziwić,
że w bogatej kulturze Górali spiskich można do dziś znaleźć obok elementów czysto polskich,
także węgierskie i słowacke. Dzisiaj ogromna większość mieszkańców polskiego Spiszu
uważa się za Polaków, choć funkcjonuje tu oficjalna słowacka mniejszość narodowa. Istnieją
szkoły z polskim i słowackim językiem nauczania i częściowo dwujęzyczne napisy. Dla mnie,
byłego Quebecois’a, dużym zaskoczeniem była lekkomyślność władz polskich, które pozwoliły
na dwujęzyczne napisy, w których wysokość (wielkość) liter polskich i słowackich była
105
identyczna. Przeoczenie, które dzięki czujności Radia Maryja (2) mam nadzieję da się
naprawić. Dużym przeoczeniem jest również pozwolenie na modlenie się w języku
słowackim. Może to spowodować błędne wrażenie, że Pan Bóg rozumie ten język.
Są cztery powody, które sprawiły, że mój pobyt w Pieninach był wyjątkowo udany. Chciałbym
się nimi z Wami podzielić. A więc : krajobraz Pienin, architektura regionu, miejscowi Górale
no i w pierwszym rzędzie przyjaciele, którzy byli moimi towarzyszami i przewodnikami po
połoninach, lasach i kościołach Pienin.
Obawiam się, że ta nietypowość Pienin, jak i mój brak obiektywizmu w ocenie doświadczeń i
wrażen, sprawi, że nie będzie to typowy obraz Polski w 2000 roku. Tym nie mniej, oglądałem
autentyczny kawałek III Rzeczpospolitej i rozmawiałem z autentycznymi mieszkańcami tego
Kraju. Mieszkałem w Niedzicy. Chodziłem na południowe połoniny, przeważnie szlakiem na
Cisówkę. Przejechałem samochodem Pieniński Park Narodowy. Zwiedziłem okoliczne wsie i
miasteczka, Krościenko, Grywałt, Sromowce, Lapsze i Kacwin.
Walory krajobrazowe Pienin związane są przede wszystkim z szatą roślinną i zróżnicowaną
morfologią Pienin Czorsztyńskich. Strzelste sylwetki tworzące efektowne wapienne ściany
oraz doliny w postaci skalnych wąwozów, są największą atrakcją regionu. Spływ tratwami
przełomem Dunajca pomiędzy Sromowcami Wyższymi a Szczawnicą o długości 15
kilometrów, wśród niedostępnych, prawie pionowych ścian po obu stronach rwącej rzeki, robi
wielkie wrażenie. Płynąłem tamtędy 53 lata temu. Tym razem największą atrakcją były
połoniny i lasy Pienin Spiskich połozone na południe od Dunajca.
Z Niedzicy, stromymi ścieżkami, szło się wśród rozkwieconych łąk na Cisówkę. Ścieżka była
raczej stroma, więc omijana przez turystów.
Byliśmy tam zresztą przed sezonem
turystycznym.
Łąki przed sianokosami były falującymi na wietrze barwnymi kobiercami
wszystkich możliwych kolorów. Po sianokosach zielonym dywanem pokrytym kopkami siana
odurzająco pachnącymi trawą i ziołami. Słońce i wysoko na błękicie nieba wiszące skowronki
zanoszące się śpiewem.
Z drogi na Cisówkę roztaczał się widok niezapomniany. Na północ Zalew jeziora Pienińskiego
z ruinami zamku w Czorsztynie i wieżami zamku w Niedzicy. Na drugim planie łagodne stoki
Pienin z ostrym szczytem Trzech Koron. Na południe dolina Łapszanki i Kacwinskiego
Potoku i dalej niekończąca się , jak okiem sięgnąć, panorama zaśnieżonych szczytów
tatrzańskich. Jak mówią tubylcy - Hej ! aż po Gerlachowsky styt.
106
107
Można patrzeć na góry albo położyć się na łące i patrzeć w niebo. Można prowadzić ciekawą
rozmowę, bo jest z kim. Można też leżeć i nic nie mówić, dziwiąc się, że świat jest tak piękny.
Po zejściu z połonin , zmęczeni, wstępowaliśmy do karczmy Hajduk, u stóp zamku w
Niedzicy, na placki kartoflane i Żywieckie piwo. Na prawdziwe owcze, a nie „krówskie”
oscypki (3) popijane węgierskim winem.
Jezioro Pienińskie, zalew na Dunajcu, jest długie na chyba 9 km. W najszerszym miejscu ma
ok. 2 km. i rozciąga się między wsią Dębno na zachodzie a tamą, tuż na południe od zamku
w Niedzicy. Budowę tamy, przepustów i turbin zakończono przed zaledwie 4 laty. Zaporę
budowano 30 lat. Planować zaczęto jeszcze przed wojną. Przed paru laty, w czasie wielkiej
powodzi, tama uratowała Kotlinę Orawsko-Nowotarską i Ziemię Nowo-Sondecką od wielkiej
klęski. Godna podziwu jest staranność w wykonaniu tego wielkiego przedsięwzięcia. Troska
o zachowanie równowagi ekologicznej i czystości środowiska jest wyjątkowa i to nie tylko w
skali wschodnio-europejskiej. Dwa przykłady : brzegi jeziora retecyjnego (tego poniżej
tamy), wykończone betonowymi płytami, zostały przykryte specjalną siatką, do której
przymocowano prawdziwą murawę. Na jeziorze, dzisiaj popularnym ośrodku żeglarskim,
zabronione jest używanie łodzi motorowych.
Architektura regionu. Dolina Dunajca od wieków była szlakiem komunikacyjnym łączącym
Królestwo Polskie z Węgrami. Ten szlak handlowy znany pod nazwą „Via Regia”, strzeżony
był przez dwa zamki obronne. W Czorsztynie po północnej stronie Dunajca i w Niedzicy
(prawie vis a vis) po południowej stronie rzeki. Zamek w Czorsztynie z czasów Kazimierza
Wielkiego, od połowy XV wieku był siedzibą starostów Czorsztyńskich. To tutaj, jak
pamiętamy z „Potopu” (4), schronił się uciekający przed Szwedami Jan Kazimierz. W 1710
roku zamek spłonął i do dzisiejszego dnia pozostaje malowniczą ruiną.
Zamek w Niedzicy zbudowany przez węgierski ród Berzeviczów w latach 1320 – 1330,
zawsze w rękach węgierskich, rozbudowany zostaje w wytworną rezydencję renesansową. W
roku 1858 przechodzi w ręce też węgierskiej rodziny Salomonów i pozostaje w nich do końca
II wojny światowej w 1945 roku. Od 1949 roku zamkiem opiekuje się Stowarzyszenie
Historyków Sztuki, które stworzyło tu Muzeum Spiskie i instytucję popularną w Polsce
Ludowej – Dom Pracy Twórczej. Muzeum zamkowe czynne jest i dzisiaj. Dom Pracy
Twórczej zmieniono na pierwszej klasy hotel (z ulgami dla członków Stowarzyszenia
Historyków Sztuki). Rodzina Salomonów - prawowitych właścicieli zamku, którym „władza
ludowa” odebrała zamek, rozproszona jest po świecie. Nie mają oni najmniejszych szans na
odzyskanie praw własności do obiektu tej skali co zamek w Niedzicy. Do dzisiejszego jednak
dnia (prawie dzisiejszego), grzebią oni swoich zmarłych na małym, uroczym cmentarzyku w
pobliżu zamku.
108
Kiedy w roku 1949 zamek w Niedzicy przejęło Ministerstwo Kultury i Sztuki, ujawniła się jedna
z najbardziej fantastycznych historii związanych z zamkiem. Historia ta ma początek w XVIII
wieku, kiedy to jeden z potomków rodu Berzeviczów, budowniczych zamku, wyjechał w
poszukiwaniu majątku a może przygód, do Ameryki Południowej. Będąc w Peru ożenił się z
Indianką szlachetnego rodu, z którą miał córkę zwaną Umina. W 1781 roku wybucha
powstanie Indian peruwiańskich pod wodzą Tupac Amaru. Powstanie skierowane było
przeciw hiszpańskim ciemiężcom. Umina poślubia w tym czasie bratanka Tupac Amaru,
noszącego to samo imię. Powstanie, które trwało 5 lat i którego punktem kulminacyjnym było
oblężenie stolicy Cusco – upada, a wódz powstania Tupac Amuru zostaje przez Hiszpanów
stracony. Jego bratanek a mąż Uminy, zostaje pretendentem do tronu Inków. Ucieka on,
zabierając część skarbów Inków, razem z żoną i teściem Sebastianem oraz innymi wodzami
Inków do Włoch, gdzie żyje z rodziną w latach 1783 do 1797. Pod koniec tego okresu Tupac
Amaru zostaje w tajemniczy sposób zasztyletowany, a sam Sebastian w obawie o życie córki i
wnuka ucieka do Węgier i postanawia zamieszkać na zamku w Niedzicy. W tym czasie
zamek był w rękach rodziny Horvathów z Palocsa. Sebastian Berzeviczy miał wpłacić jakąś
kwotę ze skarbów Inków, za zamek niedzicki, który Horvathowie odstępują indiańskim
zbiegom. Ale i tu dosięga ich mściwa ręka Hiszpanów. Umina, córka Sebastiana Berzevicza
ginie zasztyletowana na zamku niedzickim i zostaje pochowana w krypcie pod kaplicą
zamkową. Sebastian Berzeviczy, chcąc ratować życie syna Uminy, wzywa swego bratanka,
Wacława Benesz-Berzeviczy mieszkającego na Morawach i w obecności wodzów indiańskich,
którzy nazywani są „Radą Emisariuszy Inków” zostaje spisany na zamku w Niedzicy w dniu 21
czerwca 1797 roku akt adoptowania syna Uminy, jednorocznego Antonia Tupac Amaru przez
Wacława Benesz-Berzeviczy. Wacław zabiera małego Antonio na Morawy i w 1798 w aktach
parafialnych Morawskiego Krumlowa wpisany zostaje Antoni Wacław jako syn Wacława i
Anny Benesz. Antoni żeni się z Polką, ma dwie córki i dwóch synów, Ernesta i Wilhelma
Benesz. Antoni Benesz Tupac Amaru umierając w roku 1877 przekazuje dokumenty rodzinne
synowi Ernestowi, nakazując mu, aby nigdy sie tymi sprawami nie interesował, gdyż
dzidzictwo to przynosi nieszczęście. I tak w następnych pokoleniach tego rodu zanika
tradycja związków rodzinnych z królewskim szczepem Inków. Dopiero wydarzenia zaszłe w
zamku niedzickim w 1946 roku ujawniły związek tego zamku z Inkami z dalekiego Peru,
którzy w nim przez krótki okres czasu przebywali przed 150 laty.
109
Otóż wnuk Ernesta Benesza, Andrzej Benesz zamieszkały wówczas w Bochni znając z
przekazów rodzinnych związki swej rodziny z Inkami, rozpoczął poszukiwania dokumentów,
ktore by te związki wyjaśniały. W archiwum kościoła św. Krzyża w Krakowie odnalazł on akt
adopcji małego Antoniego Tupac Amaru. Dokument ten spisany 21 czerwca 1797 roku i
zaprzysiężony w kaplicy zamku w Niedzicy, ujmuje w siedmiu punktach obowiązki jakie
przejął na siebie Wacław Berzewiczy adoptując Antoniego. Za wykonanie tych obowiązków w
przyszłości, tenże Wacław otrzymał część skarbu Inków z którymi oni zbiegli z Peru.
Dokument adopcji zawiera zobowiązania Wacława do ujawnienia Antoniemu, gdy stanie się
pełnoletnim, tajemnicy testamentu Inków, dotyczącego skarbu Inków peruwiańskich. Skarb
ten został ukryty przed najeźdzami hiszpańskimi przez wodza Tupac Amuru w Titicaca w
Peru, a częściowo zatopiony w zatoce pod Vigo (Hiszpania), składał się również z
niezużytych sum złożonych przez „Radę Emisariuszy Inków”.
W punkcie czwartym
dokumentu adopcji, Wacław Berzowiczy zobowiązuje się ukryć wręczony testament pod
progiem bramy wejściowej do zamku górnego w Niedzicy. W punkcie piątym Wacław zostaje
zobowiązany do opieki nad grobem Uminy, Sebastianowej córki, znajdującym się pod basztą
kapliczną zamku niedzickiego.
Wspomniany Andrzej Benesz, praprawnuk Antonia Benesza Tupac Amaru, mając odpis aktu
adopcji, przybył do zamku w Niedzicy 31 lipca 1946 roku i w obecności miejscowych władz
dokonał wyjęcia progu bramy wejściowej, odnajdując pod tym progiem rurę ołowianą długości
30 cm. zaklepaną na końcu i zalutowaną ołowiem. Po otwarciu tej rury wyjęto z niej pęk
rzemieni powiązanych węzłami. Rzemienie te na swych końcówkach zaopatrzone były w
złote blaszki. Trzy wyrażnie odznaczające się grupy blaszek odnosiły się zapewne do trzech
części testamentu. Odnaleziony pęk rzemieni stanowi tzw. „quipu”, czyli znaki liczb i jakości,
jakimi posługiwali się Indianie peruwiańscy. Określa ono zapewne miejsce, gdzie ukryte
zostały skarby Inków. Próbą odczytania tego „quipu” zajął się najbardziej zainteresowany
praprawnuk. Nieznane są dalsze losy zarówno „quipu” jak i skarbów.
Przytoczoną opowieść oparłem na oświadczeniu Andrzeja Benesza z 1955 roku oraz na
krytycznym opracowaniu dr. Anny Kowalskiej – Lewickiej pt. „Egzotyczna legenda
niedzickiego zamku”.
Ja skarbu oczywiście nie szukałem. Byłem natomiast w wyśmienitej sali tortur i w lochu
niedzickiego zamku, w którym więziono legendarnego zbójnika góralskiego - Janosika. Tego
polskiego Robin Hood’a powieszono później za żebro na haku, na rynku w pobliskim Nowym
Targu.
110
Zamek w Niedzicy jest bardzo piękny. Pokoje w części hotelowej umeblowane są antykami.
Niestety za drogie na moją kieszeń. Dostępne natomiast dla Zbiga Brzezińskiego (5), tego z
Washingtonu a nie z Peru, który spędzał tam weekend w czasie kiedy ja deptałem trawę na
łąkach albo piłem piwo u Hajduka.
Zupełnym cudem – dla mnie wielkim objawieniem, jako że mało na ten temat wiedziałem, była
wiejska architektura sakralna tego regionu. Nie będę Was zanudzał, ale nie mogę nie
wspomnieć o paru uroczych, starych, modrzewiowych kościółkach. Jak i ..... o niesłychanej
szpetocie i brutalnej nieskromności współczesnych świątyń.
We wsi Dębno położonej w widłach Białki i Dunajca znalazłem kościółek pod wezwaniem św.
Michała Anioła. Zbudowany z modrzewiowego drewna bez użycia gwoździ w wieku XV.
Zachował się wraz z wystrojem i wyposażeniem, praktycznie w niezmienionym stanie. W
ołtarzu śliczny tryptyk z krucyfiksem i datą AD 1380. Kościół otaczają 500-letnie drzewa.
Również nad Dunajcem, poniżej ujścia Białki, leży wieś Frydman.
Oglądałem tu
wczesnogotycki, murowany kościół św. Stanisława z przełomu wieku XVIII i XIX. Przemyślnie
wzmocniony masywnymi skarpami z kolorowym, barokowym wnętrzem.
We wsi Grywałd w dolinie Wąskiego Potoku, na wzgórzu, otoczony wiekowymi jesionami stoi
maleńkie drewniane cacko. Czarny ze starości modrzew. Konstrukcja zrębowa. Niestety
kościółek zamknięty wielką żelazną kłódką. Obok, dzięki Bogu trochę poniżej i zasłonięty
drzewami, stoi betonowy potwór z wielkim krzyżem. Obcy chrześcijańskiej pokorze, jakby
urągał swemu liczącemu 500 lat skromnemu sąsiadowi.
W Krościenku nad Dunajcem, sporym letniskowym miasteczku, znalazłem podobna sytuację.
Kościółek z XIV wieku o założeniach częściowo gotyckich, zamknięty na cztery spusty. Na
sąsiedniej ulicy, nowy, olbrzymi betonowy kościół przykryty czerwoną blachą. Prowadzą do
niego monumentakne kamienne schody. Sam kościół w formie dwóch wielkich brył, jedna
wisząca nad drugą. Z odległości wygląda to jak dwa gigantyczne psy spięte z sobą w akcie
kontynuowania gatunku. Znów brak umiaru, pycha i brak dobrego smaku.
Prawie w każdej wsi można znaleźć ślady architektury drewnianej z XIV czy XV wieku.
Niestety są to już dzisiaj tylko ślady. Parę chałup, spichlerz. Współczesna architektura, ta z
ostatnich 50 lat, uniknęła na szczęście w małych miasteczkach nieszczęścia
socrealistycznych blokowisk. Niestety domy budowane dzisiaj (ostatnich 10 lat) to czerwona
cegła, imitacja dachówki i przedziwne formy łuków, podcieni i wieżyczek. Wycudaczone to
111
okropnie i zupełnie wyobcowane ze środowiska.
Prawdę mówiąc urągające pięknu
krajobrazu i rozłażące się wstrętnym liszajem po jedym z piękniejszych zakątków Polski.
Jak już wspominałem, zamek w Niedzicy był kiedyś własnością węgierskiej rodziny
Salomonów. Ulica u podnóża zamku i stojące wzdłuż niej domy (dzisiaj nazywa się ta ulica
Niedzica-Zamek, w odróżnieniu od Niedzicy, wioski położonej o pół kilometra od zamku nad
potokiem o nazwie Niedziczanka). Niedzica-Zamek, kilkadziesiąt domów, zamieszkała jest
przez potomków dawnych „dworskich ludzi”. Do końca ostatniej wojny wszyscy oni
zatrudnieni byli w majątku, którego siedzibą był zamek Salomonów. Odniosłem wrażenie, że
większość tych ludzi jest z sobą jakoś spokrewniona. We wsi przeważały trzy nazwiska Florek, Bogaczyk i Kowalczyk. Dzisiaj napewno są to Polacy. Jeszcze niedawno możnaby
ich nazwać Góralami, Słowakami, Węgrami ? Mówią piękną gwarą góralską, w której sporo
jest słów słowackich. Każdy ma krewnego w Ameryce. Żyją z uprawy małych poletek,
obsługi turystów i dorywczej pracy. Ilość inwentarza żywego jest skromna. Jedna „krówka’,
dwie „świnki”, sporo kur i indyków. Domy są raczej porządne. Prawie każdy ma na piętrze
pokoje do wynajęcia (nazywa się to – noclegi), z nowoczesną łazienką, lodówką i
używalnością małej kuchenki. Mieszkałem własnie w takim pokoju. Dom był odwrócony
tyłem do ulicy i frontem do podwórza, z którego wchodziło się również do obory, stodoły i
składu na narzędzia. Podwórze było brukowane. Stał tam stary samochód (Polonez) i prawie
antyczny, ale ciągle sprawny traktor firmy „Ursus”. Do domu (klucz wisiał na gwoździu przy
drzwiach) wchodziło się od strony podwórza. Prosto w ciepło-kwaśny zapach mleka i sera.
Na spoczniku schodów stał wazon z papierowymi kwiatami. W pokoju nad łóżkiem wisiała
wielka makata w ramach, przedstawiająca chrzest Chrystusa. Zapewne ślady chłopskiego
zwyczaju wieszania „świętych” obrazów w rogu pokoju.
Na zawsze zniknął smród obornika, świnia tarzająca się w błocie, połamany płot z pół
rozbitymi garnkami zatkniętymi na jego deskach i ... miliony much. Tak pamiętałem wieś w
środkowej Polsce w latach czterdziestych. Jednak czas robi swoje. Moja gospodyni, Marta,
wdowa z dorosłym synem, miała lat chyba 60. Zgięta pod kątem prostym, od ciągłego
pielenia ogródka warzywnego, pracująca latem od świtu do późnego wieczora. Zimą czyta
książki ! Spędziłem z nią miłe chwile na rozmowach przy kieliszku węgierskiego wina. W
pokoju, w którym była sporej wielkości biblioteczka. Mówiła ciekawie, niemal każde zdanie
kończąc góralskim - Hej !
Niedziele Marta spędza w kościele (czasami na dwóch
nabożeństwach) i na oglądaniu telewizji. Maszt antenowy umożliwia jej odbieranie szeregu
kanałów telewizyjnych. Jest osobą głęboko religijną z raczej sceptycznym podejściem do
kleru. Muszę się przyznać, rozmowy z Martą i obserwacje jej życia, zmieniły trochę moje,
112
wydawałoby się ustalone i negatywne spojrzenie na polską wieś. Oparte nie tylko na
„Chłopach” Reymonta i „Weselu” Wyspiańskiego, ale również na osobistych doświadczeniach
z lat wojny i wczesnego dzieciństwa. Do „polskiego ludu” nigdy nie miałem zaufania i zawsze
mnie on niepokoił.
Tu pozwolę sobie zrobić małą dygresję. W ostatnim numerze (Nr.132) paryskich „Zeszytów
Historycznych” jest ciekawe omówienie konferencji zorganizowanej przez Instytut i Stację
Naukową PAN w Paryżu, poświęcone przesłaniu „Kultury” paryskiej i niezwykle ciekawemu i
aktualnemu tematowi - „Inteligencja wobec przeszłości i przyszłości”. Gorąco polecam ten
artykuł. Jest tam świetne wprowadzenie Krzysztofa Pomiana, który definiuje pojęcie
inteligencji chłopskiej będącej rezultatem zmian społecznych ostatnich 50 lat. Postulaty
Pomiana dotyczą nowej inteligencji polskiej i są wyjątkowo zgodne z moimi przemyśleniami i
doświadczeniami, które wyniosłem z ostatniej podróży.
Ale wróćmy do mojej Marty. Dowiedziałem się (pokazywała mi dokumenty), że jest ona córką
chłopa pańszczyźnianego. Okazuje się, że pańszczyzna w Niedzicy zniesiona została
dopiero w 1934 roku w wyniku reformy rolnej z roku 1932. Nie wiem co było dla mnie
bardziej szokujące i zaskakujące, czy to, że w Polsce pańszczyzna istniała jeszcze w 1934
roku czy to, że dosłownie w jednym pokoleniu mogły zajść tak wielkie zmiany. W Marcie,
córce pańszczyźnianego chłopa znalazłem osobę pełną dobroci i godności, spokoju i
życiowej mądrości.
W Niedzicy wakacje spędzałem nie sam, ale w paroosobowej grupie. Przyjaciół architektów
(w stanie spoczynku), z pierwszych lat mego zainteresowania zawodem, ktore były latami
krakowskimi. Działo się to w połowie ubiegłego wieku a nawet trochę wczesniej. Byli też
ludzie nowopoznani. Historycy sztuki i konserwatorzy zabytków, zawodowo związani z
regionem od lat. Wspólne zainteresowania i osobisty urok tych ludzi sprawił, że wakacje w
Pieninach długo pozostaną w mojej pamięci. W Vancouver już od paru lat pozbawiony jestem
kontaktu z ludźmi o wspólnych zainteresowaniach. Ciekawe dyskusje i wspólne zwiedzanie
okolic, wspaniała pogoda i ... nazwijmy to zaciekawieniem moich towarzyszy, trochę dla nich
egzotycznym sposobem mieszania alkoholi, ktore z zadowoleniem im demonstrowałem,
dopełniały obraz niemal idealnych wakacji.
Po powrocie do Krakowa dwa dni zabrało mi pranie i przygotowania do dalszej podróży. Do
Warszawy pojechałem znanym mi z ubiegłej jesieni pociągiem o nazwie „Inter-City”. Różnica
polegała na tym, że tym razem gdy wyjeżdżałem z Krakowa temperatura podskoczyła do 34
stopni. Chłodzenie, po polsku zwane klimatyzacja, „wysiadło” i było gorąco nie do
wytrzymania.
113
Całą drogę , zresztą niedługą bo trwającą tylko 2 godziny i 40 minut stałem w otwartym oknie
wagonu. W rezultacie do stolicy dojechałem straciwszy głos. Następnego dnia dostałem
lekkiego zapalenia oskrzeli.
W Polsce za odpowiednią opłatą usługi lekarskie są
natychmiastowe i sprawne. Oczywiście ludzie którzy się szanuja, nie leczą się u zwykłego
lekarza. Człowiek leczy się u profesora. Rezultatem mojej „profesorskiej” wizyty była
piorunująca dawka antybiotyków, która nie tylko zwaliła mnie z nóg, ale, co w warszawskich
stosunkach jest gorsze od najbardziej wstydliwej choroby - uniemożliwiała mi konsumpcję
alkoholu.
Warszawa. Moje miasto. Tutaj sie urodziłem, tu wychowałem. To własnie Warszawę, jak mi
kiedyś bardzo bliski krewny powiedział, usiłowałeś zniszczyć i spalić. Dziś jest to dla mnie
miasto prawie nieznane. Pełne obcych twarzy, brzydkie, hałaśliwe, czasami wręcz wrogie.
Najbliższych i przyjaciół odwiedzać mogłem na warszawskich Powązkach. Jest to jedno z
nielicznych miejsc pełnych ciszy i spokoju. Nie zawsze. Grób mojej matki znalazłem
częściowo zdewastowany. Świeży grób przyjaciela zaniedbany i pokryty grubą warstwą
kurzu. Przygnębiająca jest nowa architektura Warszawy. Buduje się dużo, brzydko, bez ładu
i planu, wedle najgorszych wzorów modnego na zachodzie (przed 10 laty) post-modernizmu.
Spotkanie z resztkami „braci kombatanckiej” raczej przygnębiające. Ząb czasu zrobił
niesłychane spustoszenia. Nieliczni żyjący całkowicie zaabsorbowani stawianiem pomników i
tablic „ku czci”. Wartość tego rodzaju pomników pamięci zupełnie się zdewaluowała.
Legenda powstańcza narasta w szybkim tempie. Oficjalnie zaakceptowana interpretacja
głosi, że bez Powstania nie byłoby Wolnej Polski w 1989 roku (?). Od tego czasu minęło już
56 lat. Wielu z nas, którzy pamiętają ten czas tragicznej pomyłki i grozy, może tylko stanąć w
zadumie i ... milczeć.
Boże Ciało. Erupcja dewocji. Okazja do wyjścia na ulice i pokazania jaką siłą jest dzisiaj
Kościół w Polsce. Pisać o tym będę opisując moje ostatnie dwa tygodnie w Krakowie. W
Warszawie procesje Bożego Ciała, uliczne ołtarze i tłumy ludzi paraliżują miasto. Główna
procesja idzie szlakiem katedra - Krakowskie Przedmieście. Prowadzi prymas. Odbywa się
to rano. Popołudniu procesje powtarzane są w każdej parafii.
W Radości pod Warszawą w „daczy” jednego z powstańczych kolegów mieliśmy odpoczywać
wspominając dawne, dobre czasy. Tak się umawialiśmy od przeszło już pół roku. Okazało
się, że zostało nas tyko trzech. Starych, utykających i zgarbionych. Spędziliśmy trzy dni na
piciu wódki, narzekaniu na życie, ktore nas skrzywdziło (jeden z nas własnie się rozszedł z
czwartą żoną, co błędnie uważałem za powód do celebracji) i śpiewaniu ochrypłymi głosami
114
powstańczych piosenek. Przypominało mi to trochę Rawdon (6) z lat pięćdziesiątych, kiedy
śpiewając ukraińskie dumki wzywaliśmy „sokoły” do omijania „gór i dołów”.
W sumie był to żałosny obraz weteranów przegranej wojny, właścicieli metryk straszących
zbliżającym się odejściem na „wieczną wartę”. Miałem tam być tydzień - wyjechałem po
trzech dniach. Nie wytrzymała ani dusza ani wątroba.
W ten sposób zdążyłem odwiedzić montrealskich przyjaciół, którzy przed paru laty na stałe
wrócili do Warszawa. Mieszkają w luksusowej willi odziedziczonej po rodzicach na Saskiej
Kępie. Ślicznie tam i wygodnie. Zupełnie jak w Kanadzie. Niepokoją trochę kraty w oknach
wszystkich pięter, poczwórne zamki, stalowe ogrodzenie ogródka i puszki z pieprzowym
spray’em, które mili gospodarze noszą w kieszeniach. Temat rozmowy też lekko niepokojący.
Jeden czy dwa paszporty ? polski czy kanadyjski ? gdzie płacić podatki i jak uniknąć
płacenia podatków ? czy masło jest tańsze w Montrealu czy w Warszawie ? Zdając sobie
sprawę z powagi poruszanych zagadnień ..... zdegustowany wróciłem do Krakowa.
W pociągu jechałem z młodym człowiekiem z Toronto. Syn Polki i Włocha. Ledwo mówiący
łamanym językiem polskim. Jechał do Krakowa na przyspieszony kurs języka polskiego na
Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie będzie studiować Business Management. Hm ?
Zostały mi jeszcze dwa tygodnie na Kraków. Musicie wiedzieć, że Kraków latem roku 2000
stał się nmastem zupełnie wyjątkowym. Unia Europejska z okazji końca XX wieku
zadeklarowała szereg miast europejskich jako „European Cities of Culture 2000”. Obok
Avignon, Bologna, Brussel i Praha, znalazł się Kraków. W związku z tym, miasto i piękne i
stateczne, „ociekające” kulturą i historią tysiącletniego państwa, ale napewno miasto
prowincjonalne, nagle ożyło i stanęło na głowie. Stało się centrum zainteresowania w skali
dotychczas nieznanej. Kraków stał się „Cracovia Urbs Celleberima” (7).
Mój list nie potrafi oddać Wam walorów tego miasta z jego licznymi, gotyckimi i barokowymi
kościołami. Wspaniałych renesansowych budowli. Czaru wąskich uliczek, ciemnych synagog
i dostojnych auli uniwersyteckich. Rynku krakowskiego z zatloczonymi Sukiennicami,
kolorowymi parasolami ulicznych kawiarni, tęczą barw kwiatowego rynku i milionami (chyba)
natrętnych gołębi.
Grobami królewskimi na Wawelu i majestatycznym gotykiem
trzynawowego kościoła św. Katarzyny na Kazimierzu.
Dwa tygodnie to strasznie krótki okres. Nie na wszystko miałem czas, nie wszędzie mogłem
się docisnąć. Na koncercie Filharmonii z Nowego Jorku nie byłem, bo bilet kosztował 100
115
dolarów +. Na koncert zespołu z Virginii śpiewającego murzyńskie spirituals w kościele św.
Anny, nie mogłem się docisnąć. Na wręczenie doktoratu Honoris Causa UJ Zbigniewowi
Brzezińskiemu nie byłem zaproszony. Hanię Pappius (8) ogladałem tylko na telewizyjnych
wiadomościach.
Widziałem jednak sporo i zaraz o tym napiszę.
Na wawelski dziedziniec poszliśmy razem z moją starą koleżanką, z którą przed 55 laty
przechodziliśmy skutą lodem Wisłę (mosty były zerwane), żeby w Krakowie studiować
architekturę. Egzamin wstępny z rysunku odbywał się własnie na dziedzińcu wawelskim.
Czworoboczny dziedziniec arkadowy zamku, niezmiennie stojący tu od 500 lat, nosi wyraźne
piętno florenckiego renesansu, zapewne też wpływów i upodobań królowej Bony Sforza na
króla Zygmunta I-go.
Wieniec krużganków otaczających
niegdyś turniejową arenę
obszernego podwórca, był tematem naszego egzaminu w 1945 roku.
Był nim i dzisiaj. Na dziedzińcu spotkaliśmy sporą grupę dziewcząt i chlopców z zapałem i
wyrażną tremą szkicujących arkadowe łuki podtrzymujące smukłą kolumnadę i ażurową,
kamienną balustradę. Jedna z dziewczyn odłożyła zaczęty rysunek i położyła się na
nagrzanych kamiennych płytach dziedzińca. W jej obnażonym pępku błyszczało szklane
świecidełko. Obok leżał raczej niudolny rysunek. Tempora mutantur (9), mam nadzieję, że
wysmukłe nogi tego ślicznego stworzenia, zapewnią jej życiowe powodzenie. Nawiasem
mówiąc, 90 % zdających w tym roku na architekturę w Krakowie, to dziewczyny.
Wracaliśmy świeżo odnowioną ulicą Kanoniczą. Na rogu Senackiej na małym placyku grała
Mozarta na skrzypcach studentka konserwatorium w Kijowie. A z ulicy Grodzkiej wychylały
się kościoły św. Piotra i Pawła, kościół św. Andrzeja i zespół klasztoru Klarysek.
Rok milenijny, 80-te urodziny papieża, 30-totysięczna pielgrzymka polska do Rzymu pod
wodzą byłego Przewodniczącego Komitetu Społeczno-Politycznego w komunistycznym
rządzie PRL a dzisiaj Prezydenta RP, Aleksandra Kwasniewskiego - pycha i arogancja
Kościoła katolickego w Polsce, patologia „Radia Maryja’” .
Jednocześnie „Tygodnik
Powszechny” , nieodżałowanej pamięci ksiądz Józef Tischner , jego książki i jego popularne
wykłady na UJ.
Dla uczczenia 80-tych urodzin papieża, we Wrocławiu zjedzono 30 tysięcy kremówek.
Kremówka musicie wiedzieć , jest ulubionym ciastkiem Jego Świętobliwości. Za moich
czasów ciastko takie nazywało się „Napoleonka”.
116
„Radio Maryja” z żenującymi rozmowami rozhisteryzowanych dewotek obok (już nie w „Radiu
Maryja”) oświadczenia księdza Tischnera, który powiedział, że nie spotkał jeszcze człowieka,
który utracił wiarę po przeczytaniu „Kapitału” Marksa, a spotkał wielu, którzy wiarę stracili po
rozmowie z własnym proboszczem.
Religia i Kościół katolicki w Polsce to problem niesłychanie skomplikowany. Ogrom ingerencji
Kościoła w życie publiczne i indywidualne obywateli jest widoczny na każdym kroku.
Odniosłem wrażenie, że Polska powoli zmienia się w państwo wyznaniowe. Przy ogólnej
konfuzji spowodowanej załamaniem się „starego” i przyjściem „nowego”, przy kompletnej
utracie zaufania do przywódców politycznych, przy zagubieniu etosu „Solidarności”, na placu
boju o Polską duszę został Kościół i dolar. Koegzystencja, o ile nie symbioza tych dwóch
światopoglądów jest raczej ewidentna. Ten list nie jest jednak miejscem na załamywanie rąk,
spekulacje i prognozy.
W sytuacji o której wspomniałem, raczej symbolicznego znaczenia nabrały dwie wielkie
wystawy z okazji Roku Jubileuszowego zorganizowane przez Archidiecezję Krakowska i
Dyrekcję Zamku Królewskiego na Wawelu. Wystaw, które maja upamiętnić - tu cytuję tekst z
angielskiego katalogu wystawy : „.... to commemorate the coexistence of two centers of
power on Wawel Hill - political and ecclesiastic” (10).
Pierwsza wystawa, w muzeum katedralnym Wawelu, przedstawia nam Katedrę jako kościół
biskupów, królów i narodu polskiego. Niesłychany zbiór eksponatów. Wiele z nich po raz
pierwszy od setek lat ujrzało światło dzienne. Nie sposób wymienić wszystkie. Jest tam
włócznia św. Maurycego (11), jest pierścień biskupi św. Stanisława, korona króla Kazimierza
Wielkiego, strzemię Kara Mustafy (12), które stracił pod Wiedniem, szabla księcia Józefa
Poniatowskiego i .... cały gabinet kardynała krakowskiego Karola Wojtyły, łącznie z jego
bielizną osobistą i nocnymi pantoflami.
Druga wystawa jest wystawą skarbów i sztuki sakralnej Arcybiskupstwa krakowskiego.
Wystawa nosi tytuł : „1000 lat biskupstwa krakowskiego” i mieści się w Muzeum
Archidiecezjalnym na ulicy Kanoniczej tuż przy Domu Długosza.
Zbiorów tych nie
powstydziłoby się najwspanialsze muzeum świata. Na wystawę zebrano eksponaty z
kościołów, które w ostatnim tysiącleciu należały do biskupstwa krakowskiego. Były to poza
Krakowem kościoły Sandomierza, Kielc, Tarnowa, Tyńca, Żywca, Miechowa, Olkusza i
podkarpackich wiosek. Na wystawę składają się obrazy i rzeźby o tematyce sakralnej,
naczynia liturgiczne takie jak relikwiarze, kielichy i monstrancje. Piękna kolekcja ornatów,
przewspaniały zbiór manuskryptów - kodeks zwany „Pontyfical” z XI wieku, Ewangelia według
117
św. Marka z XII wieku i „Biblia Latina” z wieku XIII.
dysponującą najnowszą technologią muzealną.
Zachowane i otoczone opieką
Kraków jest miastem książek. Nie tylko, że posiada wiele wspaniałych domów wydawniczych,
mnóstwo księgarń i antykwariatów - otacza literaturę szczególnym szacunkiem. W lipcu tego
roku zmarło dwóch pisarzy. Ksiądz Józef Tischner, góral związany z Krakowem ; z
Uniwersytetem Jagiellońskim, z Papieską Akademią Teologiczną i z wydawnictwem „Znak”.
Zmarł też Gustaw Herling-Grudziński (13), który zaledwie przed paru miesiącami otrzymał
doktorat Honoris Causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wystawy wielu księgarń, udekorowane
kirem z portretami zmarłych, czciło pamięć tych, których uznało za swoich. Dlatego też wśród
licznych pomników krakowskich znalazłem pomnik Mickiewicza, Konopnickiej, BoyaŻeleńskiego, Fredry, Żeromskiego, Wyspiańskiego i .... Lilii Wenedy, Światowida, Kraka i
Smoka wawelskiego.
Zupełnie przypadkowo, grzebiąc wśród starych książek w antykwariacie na ulicy Szpitalnej,
znalazłem „Colonial Directory” wydaną w Londynie w roku 1889. Kartkując książkę
dowiedziałem się, że Sir Fredrick Arthur Stanley, 1-st Baron Stanley of Preston, 16-th Earl of
Derby i szósty z kolei Gubernator Canady (ten który ufundował Stanley Cup), otrzymywał
uposażenie w wysokości trzech tysięcy funtów, plus apanaże należne jego pozycji. O czym
uprzejmie Wam donoszę.
Do lochów pod Rynkiem Głównym schodzi się kamiennymi schodami gdzie zamiast poręczy
wisi gruby żelazny łańcuch. Drzwi wejściowe umieszczone są w południowej ścianie Wieży
Ratuszowej. W podziemiach mieści się kawiarnia i mały teatrzyk kabaretowy. Na widowni
stoją chyba dwa tuziny okrągłych czteroosobowych stolików. Scena mała, ale dobrze
wyposażona. Obok w skalnej niszy paroosobowa orkiestra. Byłem tam na przedstawieniu
poświęconym pamięci Hemara (14). Trzy młode aktorki i trzech aktorów z powodzeniem
deklamowało, śpiewało i tańczyło stare piosenki. I te z przedwojennego „Qui Pro Quo” i te z
Londynu z czasów wojny. Pełne retro, ale miły wieczór.
Zostawmy na chwilę Kraków i przenieśmy się do Nowej Huty. Gigantyczna stalownia imienia
Lenina. Szalony pomysł teoretyków Marksizmu. Huta i zbudowane obok osiedle miało
wprowadzić Polskę na drogę przemysłowego postępu. Przy okazji „sproletaryzować”
reakcyjny Kraków. Hutę Lenina i osiedle pod nazwą Nowa Huta zbudowano około 10 km. na
wschód od Krakowa. Chciałbym odrazu zaznaczyć, że nie jest prawdą że prawie ekologiczna
katastrofa i poważna dekompozycja architektury Krakowa spowodowana była prymitywną
technologią huty, której piece emitowały niszczące wyziewy. Prawdą jest, że technologia
118
była prymitywna i że od czasu do czasu na horyzoncie Krakowa pokazywała się ciemna
chmura. Położenie huty było właściwe. Wiatr w Krakowie najczęściej wieje z zachodu i
zbudowanie huty na wschód od miasta było decyzją poprawną. Przyczyną „rozpadania się”
Krakowa była huta aluminium w Skawinie, 15 km. na południowy-wschód od miasta. Dzisiaj
huta w Skawinie jest nieczynna.
Huta Lenina przemianowana na hutę imienia T. Sędzimira, przez Krakowiaków nazywana jest
dzisiaj hutą Lenina imienia Sędzimira. Ten gigantyczny, zwolna modernizowany zakład
przemysłowy, przez wiele jeszcze lat będzie zmorą polskiego budżetu i problemem socjalnym
dla wielu.
Mnie interesowało przede wszystkim Nowa Huta - miasto. Pokazowe osiedle mieszkaniowe
dla tysięcy rodzin. Duma socialistycznej urbanistyki i architektury. Byłem tu pierwszy raz i ....
zaskoczył mnie rozmach i śmiałość urbanistycznych założeń.
Architektura raczej
przygnębiająca. Ten kto zna warszawski MDM, osiedla szarych blokowisk z betonowymi
ozdobami, ktore swoje apogeum znalazły w stalinowskim baroku Pałacu Kultury w
Warszawie, będzie u siebie w domu. Nazywało się to „architektura socjalistyczna w treści i
narodowa w formie”. Co to znaczyło naprawdę nikt nie wiedział, że tak trzeba projektować
wiedzieli wszyscy. To tu powstał pierwszy blok mieszkalny zbudowany na zasadzie „Wielkiej
Płyty” (15), której liszaj pokrył później całą Europę Wschodnią i Związek Sowiecki.
Całość osiedla napewno uratowała urbanistyka i bogata, dzisiaj już czterdziestoletnia zieleń.
Nowa Huta położona jest na grani doliny Wisły, ktora w tym miejscu płynie z zachodu na
wschód. Wzdłuż tej grani biegnie główna arteria łącząca Nową Hutę z Krakowem. Zaczyna
się ona na Rondzie Mogilskim, gdzie krzyżuje się z arterią północ – południe. Północny
odcinek nazywa się dzisiaj aleją Płk. Beliny-Prażmowskiego (16) dawniej Marchlewskiego
(17). Południowy odcinek nazywa się aleją Powstania Warszawskiego, dawniej Powstańców
Warszawy. Subtelna różnica w nazwie ulic !. Te zmiany w nazwie ulic są raczej
humorystyczne. Tym nie mniej charakterystyczne dla miasta i politycznej poprawności
(political corectness) jego mieszkańców. Bez zbędnej złośliwości trzeba zauważyć, że jest to
jedna z bezzmiennych cech Krakowa.
119
Główna arteria zachód – wschód kończąca się na Centrum Administracyjnym Huty, przecina
serce miasta - Plac Centralny. Jest to aleja Jana Pawła II (dawniej aleja Planu 6-letniego).
Od tego placu na północ, północny-zachód i północny-wschód rozchodzą się gwiazdziście,
szerokie, zadrzewione aleje. Aleja gen. Andersa (18),dawniej Rewolucji Październikowej,
aleja Róż (bez zmian, ciągle ta sama) i aleja Solidarności (dawniej aleja Lenina). Na południe
od alei Jana Pawła jest park kultury i piękny, otwarty widok na dolinę Wisły. Niezwykły ten
widok powoli zaczyna być zasłaniany i wypełniany współczesną architekturą bloków
mieszkalnych, o czym za chwilę. Gwiazdzisty układ szerokich aleii, o których pisałem,
połączony jest poprzecznymi bulwarami. Między nimi tonące w zieleni osiedla paropiętrowych
osiedli mieszkalnych. Nazwy tych osiedli pozostały z czasów radosnej, socjalistycznej
twórczości - są to osiedla „Ogrodowe”, „Młodości”, „Słoneczne”, „Urocze”, „Zgody” i
„Zielone”. Szereg innych ulic zmieniło jednak nazwy. Ulica Demkowa (19) jest dzisiaj ulicą
Ignacego Mościckiego (20), obawiam się, że dla wielu oba nazwiska są dzisiaj zupełnie obce.
Ulica Armii Radzieckiej jest dzisiaj ulicą Rydza Śmigłego (21), ulicę Majakowskiego (22),
zmieniono na ulicę Obrońców Krzyża. Engelsa (23) przechrzczono na Boruty-Spiechowicza
(24). Cała ta figlarna szarada w niczym nie zmienia faktu, że Nowa Huta jest miastem
otwartym, pełnym powietrza i zieleni. Jej ulice, aleje i bulwary są szerokie z wydzielonym
ruchem tramwajowym i imponującej szerokości chodnikami.
Przy alei Solidarności znalazłem duży, nowy kościół. Budynek o ciekawej architekturze i
niecodziennym rozwiązaniu konstrukcyjnym. Niestety - na południowym stoku, gdzie widok
na Wisłę i gdzie w pogodne dni widać daleki kontur Tatr, zaczynają się pojawiać monstrualne
okazy postmodernizmu w jego najgorszym wydaniu.
Powtórka moich warszawskich
doświadczeń. Tak jak przed czterdziestu laty gwałtem narzucony socrealizm stworzył Nową
Hutę (po czym wstydliwie skrył się w bogatej zieleni), tak dzisiaj bezmyślne i najgorsze wzory
architektury zachodniej, zaczynają zagrażać i urągać dobrej urbanistyce tego miasta.
Wydaje się, że zarówno w Warszawie jak i w Krakowie (zapewne w całej Polsce), zasady
centralnego planowania przestrzennego, które regulowały szczegółowe plany urbanistyczne
miast i osiedli, zniknęły razem z upadłym systemem politycznym. Powstałą próżnię do
dzisiejszego dnia nie zastąpiono systemem, ktory potrafiłby wybujały indywidualizm czy
często zwykłą chciwość ująć w karby obywatelskiej troski o wspólne dobro, oparte o
prawdziwy profesjonalizm. Nie wróży to najlepiej rozwojowi miast polskich.
120
Prawie ostatniego dnia udało mi się wpaść na wystawę do Muzeum Narodowego na rogu
Błoń i alei Mickiewicza - „Stanisław Wyspiański – Opus Magnum” (25). Jest to prawdziwie
wielka wystawa dzieł tego najwybitniejszego przedstawiciela „Młodej Polski” (26). Malarza ?
nie tylko. Poza pejzażami i portretami widziałem olbrzymie szkice i projekty witraży.
Scenografie i stroje teatralne, ilustracje do książek. Pierwodruki dramatów. Oglądałem
rękopis „Wesela”. Ogromny i wszechstronny dorobek artysty, który żył tylko 38 lat.
Po powrocie do Vancouver oglądałem w miejscowym muzeum wystawę malarstwa
przygotowaną przez Krakowskie Muzeum Narodowe pt. „Between Two Worlds – The art of
Poland 1896 – 1914” (27). Na wystawie pokazano 3 portrety Wyspiańskiego.
Dwa miesiące minęły jak z bicza trzasnął. Czas było wracać do domu. Ostatni wypad do
miasta. W Krakowie „hipermarkiety” (tak to się tu wymawia), rozsiadły się na obrzeżach
miasta, przy nowej obwodnicy, u wylotu słynnej „Zakopianki” . Stary Kraków kupuje w małych
sklepikach, w niezliczonych „budkach” i na Rynku. Jajka, kurczaki z rożna i bułgarskie wino,
najlepsze są „u Wojtka” przy ulicy Krupniczej. Jarzyny i owoce w pobliskiej budce. Nie są to
sklepy samoobsługowe. Kontakty ludzkie są tu bliskie i bezpośrednie. Każdy zna każdego.
Ostatnie zakupy robiłem w pośpiechu. Oscypek góralski kupiłem od baby siedzącej na
chodniku na rogu Podwala i Szewskiej. Sznur suszonych borowików i bukiet białych
chryzantem dla moich miłych gospodarzy, na zatloczonym Rynku Kleparskim tuż przy
Basztowej.
Na lotnisku w Balicach żegnali mnie przyjaciele i Kraków zamglony lekkim deszczem. Za 19
godzin miałem znów znaleźć się w sterylnie cywilizowanym, Anglosaskim świecie dobrobytu i
tolerancji.
Nad morzem, które nie ma końca.
U stóp zaśnieżonych gór. Wśród
wypielęgnowanych trawników (w Krakowie rzadko je się strzyże) i kwitnących krzewów.
Wśród domów bez ogrodzeń, siatek i murów. Wśród ulic bez chodników.
Zostawiałem za sobą ludzi i miasto żywe. Prawdziwe serce Kraju, w którym się urodziłem, i
który mimo wszystko co o nim w tym liście napisałem, ciągle jest moim domem.
W okrutnej świadomości, że po tylu latach, każde pożegnanie może być pożegnaniem
ostatnim.
Czas też i pożegnać się z Wami,
Ściskam - Maciej
121
(1)- Pejsachówka : nazwa mocnej, wytrawnej wódki żydowskiej wytwarzanej ze śliwek z
zachowaniem przepisów rytualnych. Spożywana przez Żydów w czasie świąt Paschy, z
hebrajskiego Pesach – stąd nazwa trunku.
(2)- Radio Maryja : polska rozgłośnia radiowa o charakterze społeczno-politycznym założona w
Toruniu w 1999 roku przez zakonników ze Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela
(Redemptoryści). Jest jedyną rozgłośnią radiową o charakterze regionalnym słyszaną w całej
Polsce. Program stacji wyraża idee narodowo-katolickie. Stacja krytykuje model liberalnego
państwa demokratycznego. W sprawach politycznych rozgłośnia reprezentuje linię krytyczną
wobec Unii Europejskiej, liberalizmu obyczajowego i globalizacji oraz przemian gospodarczych w
Polsce po 1989 roku. Krytycy Radia Maryja twierdzą, że radio to propaguje antysemityzm,
homofobię i ksenofobię.
(3)- Oscypek : twardy, wędzony ser przygotowany z owczego mleka. Charakterystyczny dla
polskich gór, szczególnie Podhala.
(4)- „Potop” : druga z powieści tworzących „Trylogię” Henryka Sienkiewicza wydana w 1886
roku (pozostałe części to „Ogniem i mieczem” oraz „Pan Wołodyjowski”), opowiadająca o
„potopie” szwedzkim z lat 1655 – 1660. Opierając się na opisie oblężenia Jasnej Góry pióra Ojca
Augustyna Kordeckiego, Sienkiewicz celowo pominął niektóre fakty sprzeczne z jego wizją
pisania dla „pocieszenia serc”, inne natomiast uwypuklił, nadając im znaczenie, które nie miało
nic wspólnego z prawdziwym biegiem wydarzeń. Należy jednak pamiętać, że jest to powieść a
nie monografia historiograficzna.
(5)- Zbig Brzeziński : Zbigniew Brzeziński ur. w Warszawie w 1928 r. Amerykański politolog
polskiego pochodzenia mieszkający w Washington, USA. Znany sowietolog i futurolog. W wieku
lat 10 wyjechał do Kanady. Studiował ekonomię i nauki polityczne na Uniwersytecie McGill w
Montrealu. Obronił doktorat z nauk politycznych w Harvard, USA. W latach 1960 – 1989 był
wykładowcą na uniwersytetach amerykańskich. W latach 1977 – 1981 doradcą dla spraw
bezpieczeństwa Prezydenta USA – Cartera. W 1995 został odznaczony Orderem Orła Białego.
(6)- Rawdon : miasteczko pod Montrealem w Kanadzie, leżące u stóp gór Laurentydzkich. W
latach 1950 – 1970 popularny ośrodek wypoczynkowy emigrantów polskich mieszkających w
Montrealu. Miejsce wielu spotkań i bujnego życia towarzyskiego.
(7)- Cracovia Urbs Celeberissima : Kraków Miasto Najsławniejsze. Zwrot ten pojawia się po raz
pierwszy na sztychu Meriana z 1619 roku przedstawiający panoramę miasta.
(8)- Hania Pappius : Dr. Hanna Pappius, profesor Montreal Neurological Institute i dyrektor
Biblioteki Polskiej w Montrealu.
122
(9)- Tempora Mutantur
zmieniają (a my z nimi)..
:
Jedno z łacińskich przysłów czy maksym znaczący : Czasy się
(10)- .... to commemorate the coexistence .... : dla upamiętnienia współistnienia dwóch
ośrodków władzy na Wawelskim Wzgórzu – politycznej i kościelnej.
(11)- Włócznia św. Maurycego : średniowieczna broń ceremonialna z końca X wieku, która jako
znak uznania przez cesarza suwerennej władzy polskiego księcia, została ofiarowana w roku
1000 Bolesławowi Chrobremu przez Ottona III. Do naszych czasów zachował się jedynie grot
włóczni.
(12)- Kara Mustafa : Merzifonlu Kara Mustafa (1634 – 1683), turecki wódz przyczynił się do
ekspansji Imperium Osmańskiego w kierunku Europy Środkowo-Wschodniej. W 1683 roku
wojska tureckie pod wodzą Kara Mustafy oblegały Wiedeń. Bitwa ta skończyła się klęską Turków
i zwycięstwem wojsk polsko-austriackich pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego. Klęska
Kara Mustafy ostatecznie pogrzebała szanse Imperium Osmańskiego na podbój Europy
Środkowej. Kosztowała też Kara Mustafę utratę pozycji i życia. Został on w 1683 roku skazany
przez wezyra tureckiego na karę śmierci.
(13)- Gustaw Herling-Grudziński : (1916 – 2000), pisarz eseista, krytyk literacki, dziennikarz,
żołnierz, więzień łagrów sowieckich. Współtworzył i redagował emigracyjny miesięcznik
KULTURA. Nie wrócił do Polski. w 1998 roku odznaczony został Orderem Orła Białego.
(14)- Hemar : Marian Hemar (1901 – 1972), urodzony Jan Marian Hescheler, polski poeta,
satyryk, komediopisarz, dramaturg, tłumacz poezji, autor tekstów piosenek.
(15)- Wielka Płyta : prefabrykowany element konstrukcyjny używany do budowy bloków
mieszkaniowych i innych budynków. Po raz pierwszy Wielką Płytę zastosowano po I wojnie
światowej w Holandii. Znaczny wpływ na rozwój Wielkiej Płyty miała propagowana przez La
Corbusier’a idea „maszyny do mieszkania”. Polska Wielka Płyta urodziła się w latach
pięćdziesiątych XX wieku i aż do połowy lat osiemdziesiątych stanowiła podstawę budownictwa
mieszkaniowego. Pierwszy blok tego typu powstał przy budowie Nowej Huty.
(16)- Płk. Belina Prażmowski : Władysław Zygmunt Belina-Prażmowski (1888 – 1938),
pułkownik kawalerii Wojska Polskiego. Od 1909 r. był członkiem Związku Walki Czynnej. w 1914
roku objął dowództwo siedmioosobowego patrolu, który jako pierwszy wkroczył do zaboru
rosyjskiego. W latach 1914 – 1917 oficer Legionów Polskich, organizator i D-ca 1-go Pułku
Ułanów, tzw. „beliniaków”. Sławny ze zdobycia Wilna w 1919 roku. Po wystąpieniu z wojska był
Prezydentem Krakowa w latach 1931 – 1937.
123
(17)- Marchlewski : Julian Baltazar Marchlewski (1866 – 1925), działacz polskiego i
międzynarodowego, rewolucyjnego ruchu robotniczego i komunistycznego.
W 1919 r.
współzałożyciel Międzynarodówki. w 1920 roku Lenin postawił go na czele Tymczasowego
Komitetu Rewolucyjnego Polski.
(18)- Gen. Anders : Władysław Anders (1892 – 1970), generał broni Wojska Polskiego,
Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych w latach 1944-1945. Uczestnik I wojny światowej – jako
porucznik dragonów dowodził szwadronem armii rosyjskiej i był trzykrotnie ranny. W 1917 r.
ukończył kurs Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu. Brał udział w formowaniu
oddziałów I-go Korpusu Polskiego w Rosji, którym dowodził gen. Dowbor-Muśnicki. Był Szefem
Sztabu Armii Wielkopolskiej w Powstaniu Wielkopolskim w roku 1919. W wojnie bolszewickopolskiej 1920 roku był D-cą 15-go Pułku Ułanów Poznańskich. 1921 – 1924 studiował w Wyższej
Szkole Wojennej w Paryżu. W 1924 r. został Szefem Sztabu Generalnego Inspektora Kawalerii.
Podczas przewrotu majowego (1926 r.) był Szefem Sztabu Wojsk Rządowych. W 1932 r.
przewodził polskiej ekipie jeździeckiej, która podczas zawodów hipicznych o Puchar Narodów w
Nicei, zdobyła 4 pierwsze nagrody. 1928 – 1939 był D-cą Kresowej a następnie Nowogródzkiej
Brygady Kawalerii. W czasie wojny 1939 roku dowodził Grupą Operacyjną Kawalerii swojego
imienia. W końcu września 1939 r. gen. Anders, dwukrotnie ranny, dostaje się do niewoli
sowieckiej. Osadzony w więzieniu na Łubiance w Moskwie, wielokrotnie przesłuchiwany i
bezskutecznie namawiany do wstąpienia do Armii Czerwonej. Zwolniony po wybuchu wojny
niemiecko – sowieckiej zostaje D-cą Armii Polskiej w ZSRR a po ewakuacji latem 1942 r. wojska i
20 tysięcy cywilów do Iranu, D-cą Armii Polskiej na Wschodzie i 2-go Korpusu Polskiego, którym
dowodził w kampanii włoskiej. Od 2-go października 1944 r. do 5-go maja 1945 r. pełnił
obowiązki (wobec wzięcia do niewoli gen. T. Bora-Komorowskiego) Naczelnego Wodza Polskich
Sił Zbrojnych i Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych. Władze komunistyczne Polski w 1946 roku
odebrały mu stopień generała i polskie obywatelstwo. Pozostaje na emigracji i kontynuuje
działalność polityczną ukierunkowaną na zachowanie ciągłości konstytucyjnej Rządu
Emigracyjnego w Londynie. Zmarł dokładnie w 26-tą rocznicę bitwy o Monte Cassino. W 1955
roku odznaczony pośmiertnie Orderem Orła Białego.
(19)- Demkow : Inżynier sowiecki, jeden z projektantów huty Lenina w Nowej Hucie pod
Krakowem. Zginął w wypadku samochodowym.
(20)- Ignacy Mościcki : (1867 – 1946), polski polityk i chemik. Prezydent Rzeczypospolitej
Polskiej w latach 1926 – 1939). Naukowiec, wydawca, budowniczy polskiego przemysłu
chemicznego.
(21)- Rydz-Śmigły : Edward Rydz-Śmigły (1886 – 1941), polski wojskowy i polityk, Marszałek
Polski, Generalny Inspektor Sił Zbrojnych, Naczelny Wódz w wojnie 1939 roku. Rozpoczął
karierę jako D-ca III Batalionu Legionów Polskich. Gdy J. Piłsudski uwięziony był w Magdeburgu,
Rydz-Śmigły objął dowództwo Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). W czasie wojny polsko-
124
bolszewickiej w 1920 roku w stopniu generała dowodził 2 i 3 Armią Polską. W 1939 r. po śmierci
Piłsudskiego został mianowany przez Prezydenta Mościckiego Generalnym Inspektorem Sił
Zbrojnych a w następnym roku Marszałkiem Polski. W 1939 roku w dzień po agresji ZSRR na
Polskę przekroczył granicę z Rumunią gdzie został internowany. W październiku 1941-go roku
wrócił potajemnie do Polski, gdzie przebywał w konspiracji do swojej śmierci w grudniu 1941 r.
(22)- Majakowski : Władimir Władimirowicz Majakowski (1893 – 1930), rosyjski poeta i
dramaturg, przedstawiciel futuryzmu.
Od wczesnej młodości sympatyzował z ruchem
bolszewickim. Kilkakrotnie aresztowany, więziony w 1908 r. W latach 1911 – 1914 studiował w
Szkole Malarstwa, Rzeźby i Architektury w Moskwie. W pierwszych latach po rewolucji malował
plakaty propagandowe. Wszedł w konflikt ze środowiskiem literatów traktujących rewolucję w
sposób dogmatyczny. Z czasem co raz bardziej krytycznie oceniał wyniki rewolucji. Wreszcie
padł pod jego adresem klasyczny w owych czasach zarzut o „wypaczenia i odejście od doktryny”.
Zginął w nie do końca jasnych okolicznościach. Oficjalnie przyczyną zgonu ogłoszono
samobójstwo. Po śmierci jako piewca Lenina i rewolucji stał się wygodnym materiałem
propagandowym. Oto cytat z jednego z jego wierszy pt. „Lewą marsz” :
Ciaśniej
ściśnijcie światu na gardle
proletariackie palce.
(23)- Engels : Friedrich Engels (1820 – 1895), niemiecki filozof i socjolog. Był jednym z
głównych ideologów komunizmu, a także jednym z organizatorów i przywódców I i II
Międzynarodówki. Do historii przeszedł jako jeden z najbliższych współpracowników Marksa. W
latach 1856 – 1869 mieszkał w Manchester (Anglia), od 1870 pracował jako publicysta w
Londynie. Jego pisma filozoficzne poświęcone są głównie obronie i wyjaśnianiu pism Marksa.
Engels stworzył pojęcie materializmu dialektycznego.
(24)- Boruta-Spiechowicz : Mieczysław Ludwik Boruta-Spiechowicz (1894 – 1985), generał
brygady i znany działacz antykomunistycznej opozycji w powojennej Polsce. W 1939 r.
aresztowany przez NKWD. Z Armią gen. Andersa w której dowodzi 5 Dywizją Piechoty opuszcza
ZSRR. W Anglii jest D-cą I Korpusu Pancernego w skład którego wchodzą 1-a Dywizja Pancerna
i Brygada Spadochronowa. W 1945 r.wraca do Polski gdzie wstępuje do Wojska. Po konflikcie z
gen. Świerczewskim przechodzi na emeryturę. W 1977 r. jest jednym z założycieli i aktywnym
działaczem ROPCiO (Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela).
(25)- Wyspiański : Stanisław Wyspiański (1869 – 1907), polski dramaturg, poeta, malarz, grafik i
projektant mebli. Jako pisarz związany z dramatem symbolicznym. Tworzył w epoce „Młodej
Polski”. Nieoficjalnie nazywany „Czwartym Wieszczem Polski”.
125
(26)- „Młoda Polska” : polska odmiana modernizmu w literaturze, muzyce i sztuce przypadająca
na lata 1890 – 1918. Rozwinęła się jako odpowiedź na sytuację ideową, filozoficzną, polityczną i
artystyczną końca XIX wieku, którą młodopolszczanie oceniali negatywnie. Świadczyło o tym
poczucie ogólnie pojmowanego kryzysu wartości i systemów filozoficznych. Owcześni twórcy
uważali, że zachodnia cywilizacja nie ma już nic wiecej człowiekowi do zaoferowania a świat
zmierza ku nieuchronnej katastrofie. „Młoda Polska” jako epoka była protestem przeciwko
standaryzacji i technizacji życia spolecznego, obyczajowości mieszczańskiej i antagonizmom
społecznym.
(27)- „Between Two Worlds – The Art of Poland 1896 – 1914” : „Między Dwoma Światami –
Sztuka Polska między 1896 i 1914 rokiem”
126
Vancouver 21 sierpień 2000
Najmilsi,
Zwrócono mi uwagę, że w ostatnim do Was liście nazwałem Kazimierza Wielkiego
ostatnim z Jagiellonów.
Pomyłka „most embarassing” ! Żenująca w stopniu najwyższym.
Jak mogłem Esterkę z Jagiellonami połączyć ? kiedy to ona pierwsza (z powodów sobie
tylko znanych) ostatniego PIASTA nazwała Wielkim.
Nie tłumaczy mnie ani pośpiech ani prosty fakt, że w Krakowie tak wszystkiego jest dużo
i taki tam historyczny tłok. Jagiellonowie pomieszali mi się z Piastami, tak jak w
Krakowie gotyk zmieszał się z renesansem, barokiem i wiedeńską secesją. Nawet
(nieśmiało co prawda) z wczesnym socrealizmem.
Ludzie w Krakowie też się dziwnie pomieszali. W jednej krypcie leży Węgier, który był
polskim królem (i to jakim !), z białoruskim poetą, którego matka podobno była Żydówką i
który Litwę nazywał swoją ojczyzną, a polskie pisał wiersze.
W Krakowie ołtarz w kościele Mariackim rzeźbił Niemiec urodzony w Szwabii. W
krakowskim uniwersytecie uczył się astronom, który żeby być zrozumianym pisał po
łacinie. Krakowski malarz czeskiego pochodzenia malował portrety wszystkich królów
polskich, włączając w to Kazimierza Wielkiego, na którym się tak poślizgnąłem.
Oczywiście NIC mnie nie tłumaczy.
Mea culpa i ...... dwójka z historii
Ściskam,
Maciej
127
Vancouver 19 lipca 2000 r.
Najmilsi,
Mimo obaw wielu, po trzech miesiącach wróciłem do Vancouver. W drodze do Polski, w
końcu marca, zatrzymałem się na parę dni w Montrealu. Tym wszystkim, z którymi
zdąrzyłem się spotkać, jeszcze raz dziękuję za miłą gościnę. Tych, których nie
spotkałem serdecznie przepraszam.
Do Krakowa leciałem via Paryż, korzystając z usług Air France, tej naprawdę smacznej i
najbardziej nieuprzejmej z linii lotniczych.
Z Montrealu odleciałem w stanie
alkoholowego wyczerpania, podróży nie zaliczam więc do jednej z przyjemniejszych.
Montreal żegnał mnie śniegiem, Kraków witał deszczem. Ale że wracałem jak do dobrze
znanego domu, nie było wcale tak źle.
W tym liście nie będę Was męczył relacjami z moich wydawniczych przeżyć i przygód.
Z ulotki, którą wysłałem wcześniej wiecie, że moja książka prawie że całkowicie
przygotowana do druku (tzn, napisana, przetłumaczona i „złożona” komputerowo),
zapewne wyjdzie na początku przyszłego roku.
Mój długi pobyt w Polsce nie był całkowicie poświęcony książce. Trochę podróżowałem,
trochę odpoczywałem, i przede wszystkim smakowałem Kraków, moje, nie ulega kwestii,
faworytne miasto. O tym napiszę Wam parę słów. A że pamiętników nie prowadziłem,
będą to, jak zwykle, luźne uwagi wspomnienia, które zapadły w pamięć i mam nadzieję,
mogą Was zainteresować.
Wielkanoc spędziłem w Pradze czeskiej. Pojechałem tam z wycieczką Orbisu. Przez
Katowice, Cieszyn, Ołomuniec i Brno. Podróż polskim autokarem w towarzystwie ludzi,
w większości nietrzeźwych i znających tylko dwie piosenki - „Góralu czy ci nie żal” i
„Czerwony pas” śpiewanych ad infinitum i ad unum omnes , nie należy do przyjemnych.
Jedyna korzyść jaką odnosi się z takich podróży to nauka współczesnego, żywego,
podobno polskiego języka i jego najwspanialszych wulgaryzmów. Jestem na tym
punkcie specjalnie uczulony, gdyż moi polscy wydawcy Wspomnień, po przeczytaniu
maszynopisu orginału - zarzucili mi archaizm językowy.
Praga, jedno z najpiękniejszych miast, przywitała mnie deszczem, śniegiem i gradem.
Utrudnia to zwiedzanie miasta, na co ma się tylko dwa dni, lekkie buty i wiosenną kurtkę.
128
Najgorsza pogoda i przemoknięte buty nie potrafią jednak pomniejszyć piękna tego
miasta. Dwa dni to stanowczo za krótko żeby naprawdę obejrzeć budowle zamku
praskiego, Hradczyn z jego katedrą św. Wita, bazyliką św. Jerzego, licznymi bramami i
zlatą ulicką u Daliborky. Stare Mesto, Zidovsky Hrbiton (cmentarz), imponujące
Vaclavske Namesti. Wszystko w deszczu i w śniegu. Podobno w słońcu naprawdę się
świeci i zasługuje na nazwę „Złotej Pragi”. Pogoda nie przeszkadzała mi w „zwiedzaniu”
licznych praskich piwiarni. Smakoszom tego napitku sugeruję Pilsnensego Prazdroja.
Jest to piwo z gatunku przepysznych.
Do Warszawy jechałem znanym mi już, wygodnym pociągiem Inter-City. Kursuje on, jak
to się tu mówi - w relacji Kraków – Warszawa, co godzinę, a podróż trwa tylko 2
godziny 40 minut. W Krakowie znalazłem się w pustym przedziale mego wagonu 15
minut przed odjazdem. Nagle otwierają się drzwi i do przedziału wpada nerwowy facet z
wielkim drewnianym pudłem zawieszonym na szyi. Rzucił się przede mną na kolana i
zaczął mi czyścić buty. Pucybutowi nie zamykały się usta. W ciągu paru minut
poznałem historię jego życia (oczywiście tragiczną) i imiona wszystkich jego licznych
dzieci. Zakończył swoją opowieść rzuconym w moją stronę pytaniem : czy wie pan
komu ja wczoraj o tej porze i w tym wagonie czyściłem buty ? kiedy nie potrafiłem mu
na to pytanie odpowiedzieć, wstał, skłonił się głęboko i cichym ale przejmującym głosem
powiedział - Andrzejowi Wajdzie ! Od razu się lepiej poczułem a moje buty nabrały
blasku. Musicie bowiem wiedzieć, że Wajda (1) jest jednym z bieżących świętych
krakowskich. Takimi bieżącymi świętymi Krakowa są jednocześnie - papież, Wisława
Szymborska (2), Krzysztof Penderecki (3) i najnowszy Krakauer (4) w osobie Czesława
Miłosza (5), który w Krakowie własnie zamieszkał.
Nim dojadę w tych moich błyszczących butach do Warszawy, muszę Wam więcej o
Wajdzie opowiedzieć. Zakładam, że to że jest reżyserem filmowym i w ubiegłym roku
dostał „Oscara” wiecie. W roku 1987 Wajda otrzymał również nagrodę za swoją
działalność filmową, bardzo prestiżową.
Mianowicie japońską nagrodę „Kyoto
Foundation Inamori. Była to nagroda w postaci poważnej sumy pieniężnej, którą Wajda
przeznaczył na budowę muzeum pod nazwą „Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej
Manggha”. Skąd ta nazwa ? otóż w Krakowie w Muzeum Narodowym znajdowały się
duże zbiory sztuki japońskiej, dar prywatnego kolekcjonera krakowskiego o nazwisku
Feliks Jasieński (żył na przełomie wieku XIX i XX). Był on na punkcie sztuki japońskiej
lekko stuknięty. Tak dalece, że do swego nazwiska dobrał sobie pseudonim –
Manggha. Słowo Manggha jest tytułem serii szkiców Katsushika Hokusai (1760 – 1849)
które Jasieński szczególnie sobie upodobał. Wajda założył fundację muzeum, do której
129
dołożyli się Japończycy i miasto Kraków. W rezultacie, na brzegu Wisły, vis a vis
Wawelu zbudowano śliczne, małe muzeum zaprojektowane przez znanego japońskiego
architekta – Arata Isozaki. Bardzo to jest piękny budynek, który poza muzeum spełnia
wiele innych funkcji propagujących japońską kulturę. Budynek niestety nie znalazł
uznania w oczach miejscowych architektów. A szkoda. Jest to jedyny w Krakowie
nowoczesny budynek, ktory wyszedł poza wzory zachodniego postmodernizmu.
Ale wróćmy do Warszawy. Znów deszcz i zimno. Jestem do Warszawy, mego
rodzinnego miasta uprzedzony. Przez jej chamstwo, brud, chaos, hałas i przez ludzi,
którzy tam dzisiaj mieszkają i uważają się za Warszawiaków, którymi nie są i nigdy nie
będą. Można powiedzieć, że na Warszawę jestem obrażony.
Oczywiscie nie zupełnie. Są jeszcze Powązki, Starówka i parę innych miejsc bliskich
memu sercu. Paru ludzi, z którymi łączą mnie dobre wspomnienia. Tych jest coraz
mniej. Albo umierają, albo „sztywnieją” umysłowo w sposób, który przeraża.
Gwałtowna rozbudowa miasta rzuca się w oczy. Nam, ludziom stąd, nie może to
imponować, a ogólna brzydota tego co się buduje niepokoi.
Bądźmy jednak
sprawiedliwi. Znalazłem nowy, śliczny, zawieszony na linach, most na Wiśle. Pod
samym Wilanowem w starym forcie Mokotowskim, małe, skromne, tragiczne w swojej
prostocie muzeum Katyńskie.
A deszcz ciągle padał. Jedynym jasnym momentem w tej szarej, mokrej atmosferze
było niezmiennie dobre poczucie humoru Warszawiaków. Mój znajomy nękany ciągłymi
włamaniami do jego garażu, wywiesił na drzwiach tabliczkę następującej treści : „W
garażu nie ma samochodu, rower dawno już ukradli, proszę zostawić kłódkę” Pomogło.
Sprawa mordu w Jedwabnem (6) wstrząsnęła Polską. Nie wiem jaka była reakcja
Polonii, nie było mnie tam w tym czasie. Przypuszczam, że w dużym stopniu przyjęto to
milczeniem. W Polsce znalazłem coraz więcej osób, które zaczynają sobie zdawać
sprawę, że w czasie ostatniej wojny nie mieliśmy zawsze czystych rąk, nie mówiąc o
czystych sumieniach, tak jak nam się to zawsze zdawało i w co uwierzyliśmy.
Antysemityzm, specjalnie w starszym pokoleniu jest faktem i nie pomoże tu
obowiązujące dzisiaj przepraszanie, ktore zaczął papież, miejmy nadzieję w
chrześcijańskiej pokorze a nie ze względów koniunkturalnych. Przepraszanie stało się
dzisiaj obowiązującym (choć nie wszystkich) kanonem. Robi się to z oporem, wykręcając
130
na wszystkie strony, jak sztubak złapany na paleniu papierosów. Prowadzi się długie i
zawiłe dyskusje po czyjej stronie leży wina, udawadniając, że wina może być większa
lub mniejsza, zasłużona lub nie.
Czytałem artykuł, w którym autor usiłował przekonać czytelników, że ekshumacja
przeprowadzona na miejscu zbrodni w Jedwabnem, nie znalazła szczątków 1600
Żydow, a tylko 200. Miał to być dowód, że właściwie nie było tak źle. I ta ciągła licytacja
kto był gorszy. Mieszkańcy Jedwabnego palący Żydów w stodole czy Radkiewicz,
Różański, Fejgin i Luna Brystigerowa , żydowska śmietanka (7) komunistycznych
UBeków mordujących Polaków ?
Prymas Polski kardynał Glemp (8) powiedział, że w 60-tą rocznicę mordu do
Jedwabnego nie pojedzie. Cytuję jego wypowiedź : Ja bym wolał nie robić z tego
jakiegoś symbolu i bardzo spektakularnego jednania, bo przecież jednanie to jest zwłaszcza ze strony żydowskiej - układ interesów. Tyle prymas Polski. Ksiądz
Jankowski (9) na Wielkanocnym Grobie Pańskim w kościele św. Brygidy w Gdańsku
posunął się o krok dalej i nawiązując formą grobu do Jedwabnego umieścił na nim napis
: „Żydzi zabili Pana Jezusa i proroków i nas także prześladowali”. W tym kontekście
zdumiewające jest, że Prezydent państwa, były komunista, potrafi otwarcie powiedzieć :
„Jesteśmy winni”.
Strasznie to wszystko zawikłane i trudne do zrozumienia. Na krakowskim Kazimierzu
przed paru tygodniami odbywał się festiwal kultury żydowskiej, który gromadził tysiące
widzów z całego świata, głównie jednak tysiące młodych Krakowiaków. Zawodzące
hebrajskie łkanie kantorów i skoczne piosenki w Yiddish, witane były z równym
entuzjazmem.
Jednocześmie, za rogiem w barze, można było wypić kieliszek
Pejsachówki na lodzie z paru kroplami „Tabasco”.
Taki drink nazywa sie tu
HOLOCAUST. Czym to tłumaczyć ? Ignorancją ? Zupełnym stępieniem ludzkich uczuć
i obyczajów, chamstwem może ?
Do Krakowa dobrze się wraca. Nawet jeśli pogoda nie jest najlepsza. Zawsze zostają
ludzie. Na pewno trochę inni niż w wielu innych miastach tego dziwnego Kraju. Ludzie,
Wawel z jego trumnami, teatry i Uniwersytet Jagielloński. Wszystko to stwarza
atmosferę wyjątkową. Inną od reszty Polski, która , mimo głębokiego przekonania au
contraire, na pewno jest krajem Wschodu. Człowiek, który jak ja, przyjechał tu z
„amerykańskiego” miasta High-Tech w plebejskim opakowaniu, a takim miastem jest
Vancouver, widzi to w setkach kontrastów, ktore niepokoją i stawiają w sytuacji trudnego
131
wyboru. Czuje się to na każdym kroku. Szczęśliwie w Krakowie, mieście w którym
człowiek potyka się o świątynie, klasztory i seminaria duchowne na każdym niemal
kroku, pycha Kościoła nie jest tak dokuczliwa jak w bizantyjskich ornatach kardynała
Glempa czy gigantomanii bazyliki w Licheniu. Tłumy kleryków w wytartych, białych,
brązowych i czarnych habitach z bosymi stopami w pokrzywionych sandałach
przypominają o rzekomo obowiązującej pokorze i ubóstwie. Niestety - tępe , ogolone
chłopskie głowy tych świętych młodzieniaszków (tak ich się tu nazywa), nie zapowiadają
poprawy sytuacji.
Dziwnie układają sie te sprawy w Krakowie. Byłem świadkiem corocznej procesji, kiedy
trumna z relikwiami św. Stanisława z Wawelskiej katedry przenoszona była do kościoła
„Na Skałce”, gdzie w 1079 roku król Bolesław II Śmiały zamordował i porąbał na kawałki
biskupa krakowskiego. Nie był to ani początek ani koniec, choć na pewno jeden z
ciekawszych momentów niekończących się zmagań między Kościołem a państwem na
ziemiach polskich. Dzisiaj sprawy odbywają się nie tak krwawo, choć napięcie w
stosunkach Kościół i może nie państwo, ale liberalna i wykształcona część
społeczeństwa polskiego, jest łatwo zauważalne. Ferment w Kościele, specjalnie w
Krakowie, odczuwa się bardzo wyraźnie. To tu działa Papieska Akademia Teologiczna,
której rektorem jest biskup Pieronek (10) były sekretarz Episkopatu Polskiego. W tej to
Akademii wykładał nieodżałowanej pamięci ksiądz Józef Tischner. W Krakowie
wychodzi „Tygodnik Powszechny”, w którym pisuje kontrowersyjny Jezuita, ksiądz
Stanisław Musiał (11).
Pisząc o kościele „Na Skałce” przypomniałem sobie, że byłem tam w krypcie nazwanej
„Palladium dla uczczenia popiołów Zasłużonych w Narodzie Mężów”.
Jak już
wspomniałem, nie ma wątpliwości - trumny to specjalność Krakowa, który potrafi
zadbać o swoich zasłużonych. W krypcie tej widziałem sarkofagi Jana Długosza
(fundatora kościoła „Na Skałce” w XV wieku), Kraszewskiego, Asnyka, Wyspiańskiego,
Malczewskiego, Karola Szymanowskiego, Ludwika Solskiego i .... nieznanego mi krytyka
literackiego z XIX wieku o znanym mi nazwisku – Lucjan Siemieński (12).
Spacerując w czerwcu po Plantach czuje się i oddycha nie tylko Krakowem. Przed
głównym gmachem Uniwersytetu Jagiellońskiego u wylotu ulicy Piłsudskiego na Planty,
tłum młodych ludzi składających podania na egzaminy wstępne. To prawie nie do
uwierzenia, ale w powietrzu czuć zapach dymu papierosowego.
132
Trochę dalej na południe, na rogu Zwierzynieckiej budynek Filharmonii Krakowskiej
imienia Szymanowskiego. Wtajemniczeni twierdzą, że jest to niepodzielne królestwo
pani Pendereckiej (13). Jeśli to prawda, to dzielna musi to być babka. Byłem tam na
koncercie nieznanej mi nowoczesnej muzyki Oliver Messiaen (14). Francuski
kompozytor, wydaje się muzyki głównie sakralnej. Jego „Et Expecto Ressurectionem
Mortuorem – 1964” było wspaniałe. Być może dzięki organom, w które wyposażona jest
Filharmonia. W drugiej części koncertu, „Requiem d-mol „ Mozarta. Co za wspaniały
koncert w mieście specjalizującym się w uroczystych pogrzebach.
Teatr J. Słowackiego na Plantach na wysokości Szpitalnej przy placu św. Ducha został
świeżo odrestaurowany. Elewacje pomalowane z austriacka na żółto, czerwone
pluszowe wnętrza kapiące od złota. Eklektyczna architektura z końca XIX wieku,
wzorowana na operze paryskiej. Niestety, tego wieczoru kiedy tam byłem, nie pokazano
słynnej kurtyny namalowanej przez Siemiradzkiego (15), którą pamiętam z lat
czterdziestych (ubiegłego wieku). Oglądałem „Pajace” i „Rycerskość Wieśniaczą”. Arię
Canio w „Pajacach” śpiewał gruziński tenor – Kawasadze. Całkiem dobry. Reszta
obsady miejscowa, raczej średniego poziomu. Ten wieczór w teatrze Słowackiego
przypomniał mi pierwsze powojenne lata, kiedy grali tu Solski, Zelwerowicz, Ćwiklińska i
Leszczyński (16), bilety były w cenie wody sodowej, a ja miałem 20 lat.
Tak się z tym teatrem rozpędziłem, że poszedłem do Starego Teatru na sztukę o której
mówi cały Kraków. „Spaghetti i Miecz”, współczesna sztuka napisana przez Tadeusza
Różewicza (17), awangardowego poetę, dramaturga i prozaika. Byłego partyzanta AK.
Sztukę reżyserował Kazimierz Kutz (18), a wśród licznych aktorów była krakowska
sława – Anna Dymna. W programie przedstawienia przeczytałem, że .... „Różewicz
próbuje w swojej prozie określić filozoficzny sens egzystencji współczesnego człowieka
po traumatycznych przeżyciach wojennych, w obojętnym świecie, na gruzach
europejskiej kultury”. Uf ! być może. Ja odebrałem to trochę inaczej. Krytyka traktuje
tragikomiczne portrety tego dramatu jako katastroficzny obraz chylącego się ku
upadkowi świata. Dla mnie był to zwykły paszkwil. Tendencyjnie i niezupełnie
prawdziwie przedstawiający życie pokolenia kombatanckiego w Polsce i za granicą.
Dużo było w tym dramacie prawdy i zasłużonej ironii. Równie wiele przejaskrawień i
uprzedzeń. Świat się chyba jeszcze nie kończy a europejskiej kulturze daleko do
gruzów. Nieulega też wątpliwości, że Różewicz mocno w tej AK-owskiej partyzantce w
skórę dostał. Przedstawienie na pewno dobrze zrobione i dobrze grane.
133
Tuż przy Plantach po drugiej stronie Basztowej jest miejsce zupełnie wyjątkowe, które
nazywa się Kleparz. Jest to rynek, bazar pełen straganów i budek, gdzie można kupić
wszystko. Mięso i jarzyny, pieczywo, ananasy i leśne poziomki. Grzyby suszone i
borowiki prosto z lasu (tak ! były już pierwsze grzyby), biustonosze i parasolki, kwiaty
importowane z Izraela i wódkę szmuglowaną ze Słowacji.
Tubylcy, którzy tłumnie
kupują na Kleparzu, mówią, że kupuja „na placu”. Chętnie tam chodziłem, raczej
posłuchać niż kupować. Od dawna nie widziałem sprzedawców tak uprzejmych i tak
pięknie zachwalających sprzedawany towar. Przy wielkiej beczce z kiszonymi ogórkami
(pyszne były !),byłem świadkiem następującej rozmowy - Proszę Pani, czy te ogórki
twarde i chrupkie ? Kochana moja, u mnie innych nie ma. Jeszcze wczoraj wieczorem
sama do nich wrzuciłam żywą żabę. - A jak tak to niech mi Pani da tuzin, tylko tych
malutkich.
Może pamiętacie z moich poprzednich listów, że moim ulubionym kościołem w Krakowie
jest kościół św. Katarzyny. Z przełomu XIV na XV wiek, ten gotycki kościół, ktorego
budowę rozpoczął Kazimierz Wielki w 1363 roku ma dobudowane do prezbiterium
urocze krużganki klasztorne z kaplicami. Odkąd pamiętam (pierwszy raz tam byłem w
1945 roku) aż do ubiegłego roku, kościół był w nieustającym remoncie. Tym razem
znalazłem go odnowionym, czystym, błyszczącym i jasnym. To już nie ten sam „mój”
kościół, brudny, ciemny i surowy. Siedziałem w tym pustym tego ranka kościele,
kontemplując „nieszczęścia” którymi współczesna technologia i pieniądze potrafią
zniszczyć czar i piękno jakie dać potrafi tylko niczym nie kontrolowana patyna czasu.
Nagle otworzyły się drzwi i do kościoła weszła zakonnica a za nią długi szereg idących
parami, chyba siedmioletnich dziewczynek. Pochód zamykała druga siostra zakonna.
Jedna z zakonnic usiadła w konfesionale. Dziewczynki w długim szeregu klęczały na
kamiennej podłodze. Ręce miały złożone do modlitwy, jedna po drugiej podchodziły do
kratek konfesjonału i po chwili ze spuszczonymi głowami klękały przed ołtarzem.
Domyśliłem się, że była to „próba generalna” przed pierwszą spowiedzią i pierwszą
komunią świętą. Patrząc na ten dziwny obrazek, jeszcze bardziej brakowało mi ciemnej
nawy i przygniatającej atmosfery XIV wieku.
W chwilach wolnych od zaglądania przez ramię memu wydawcy składającemu pierwsze
strony „Ja-Jo Remembers”, oglądałem telewizję. Zawsze fascynujące debaty poselskie,
„na żywo” z sali sejmowej, w godzinach rannych na TVP-2, mogą zastąpić najlepszy
program rozrywkowy. Popołudniu zaczynają się polskie tele-nowele czyli polskie „soap
opery” z wielkim powodzeniem zastępujące „General Hospital” czy „Bold and Beautyful”.
Specjalnie polecam „Klan”,, nie kończącą się sagę paru rodzin, zaczynający się rzewno134
sentymentalno piosenką : Życie, życie jest nowelom
Raz przyjaznom a raz szczerom.
Programy informacyjne na telewizji państwowej TVP-1 i TVP-2 to „Wiadomości”,
„Panorama” i „Teleexpress” . Programy przeładowane wiadomościami z polskiego życia
politycznego pełnego nieustających afer i skandali. Niewiele wiadomości ze świata no i
papież w tej czy innej formie o każdej porze dnia.
W tej sytuacji w deszczowe dni, a było ich wiele - odkryłem Bruno Schulza (19).
Malarza i pisarza, którego proza uważana jest za jedno z największych zjawisk w
literaturze polskiej XX wieku, a ktorego zupełnie nie znałem i o ktorym niewiele
słyszałem. Od kilku lat proza Schulza należy do podstawowego kanonu lektur szkolnych
i uniwersyteckich. Za swego życia Schulz znany był niespełna 10 lat. Przed śmiercią w
Drohobyckim getcie w 1942 roku, zdołał opublikować zaledwie dwa tomy prozy („Sklepy
Cynamonowe” i „Sanatorium pod Klepsydrą”), oraz kilka esejów, recenzji i opowiadań.
W jego twórczości postrzega się rewelacyjne cechy otwierające przed polską proza
nieznane dotąd obszary penetracji artystycznych.
Taka była opinia Ignacego
Witkiewicza, Witolda Gombrowicza i Zofii Nałkowskiej (20).
Kluczem do jego twórczości jest mityzacja rzeczywistości. Z banalnych faktów swego
życia, ze zwykłych szczegółów życia kresowego miasteczka i jego żydowsko-polskoukraińskiej społeczności, Schulz wyczarował w polskim języku świat fantastycznych
wydarzeń, mitycznych sytuacji, znaczeń i postaci. Trudno znaleźć w literaturze polskiej
prozę tak głęboko nasyconą oryginalnymi metaforami i porównaniami, opisami i
symbolami. Był tak inny i nowy, że musiał być przez wielu krytykowany. Dla mnie jego
proza jest najczystszą poezją, dla jego krytyków była często niezrozumiałym
„majaczeniem w malignie”.
Nadeszły żółte, pełne nudy dni zimowe. Zrudziałą ziemię przykrył dziurawy, przetarty,
za krótki obrus śniegu. Na wiele dachów nie starczyło go i stały czarne lub rdzawe,
gontowe strzechy i arki, kryjące w sobie zakopcone przestrzenie strychów – czarne,
zwęglone katedry, najeżone żebrami krokwi, płatwi i bantów – ciemne płuca wichrów
zimowych. Każdy świt odkrywał nowe kominy i dymniki, wyrosłe w nocy. wydęte przez
wicher nocny, czarne piszczałki organów diabelskich.
Kominiarze nie mogli odpędzić się od wron, ktore na kształt żywych, czarnych liści
obsiadły wieczorem gałęzie drzew pod kościołem, odrywały się znów, trzepocząc, by
wreszcie przylgnąć, każda do właściwego miejsca na właściwe j gałęzi, a o świcie
135
ulatywały wielkimi stadami – tumany sadzy, płatki kopciu, falujące i fantastyczne,
plamiąc migotliwym krakaniem mętno - żółte smugi światła.
Dni stwardniały od zimna i nudy, jak zeszłoroczne bochenki chleba. Napoczynano je
tępymi nożami bez apetytu, z leniwą sennością.
Polecam dwie książki. Nie wiem czy są w Waszej montrealskiej Bibliotece. Jedna to
Bruno Schulz „Opowiadania, eseje, listy” - Wybór, układ i posłowie Włodzimierza
Boleckiego. Świat Książki – Warszawa 2000. Druga to „Schulz pod Kluczem” autorstwa
Wiesława Budzyńskiego – Bertelsmann Media Sp. z.o.o. – Warszawa 2001. Tą drugą
książkę należy przeczytać najpierw.
W ostatnich miesiącach polska opinia publiczna wzburzona była niesłychanym
wypadkiem. W ubiegłym roku odkryto w Drohobyczu freski ścienne malowane przez
Schulza. Były to ilustracje do bajek, które malował na ścianie pokoju dzicinnego w domu
gestapowca o nazwisku Landau. Tego samego, który później zamordował Schulza
strzałem w tył głowy na ulicy Drohobycza. Drohobycz leży dzisiaj w granicach Ukrainy,
dla której odkrycie to nie było żadnym wydarzeniem. Cóż może być gorszego jak Żyd
piszący na Ukrainie po polsku ? Freski te przed paru miesiącami zostały zdjęte ze ścian
i wywiezione do Izraela. Zrobili to po cichu przedstawiciele Yad Vashem (21) z
Jerozolimy. Zrobiła się straszna awantura. O Schulzu przypomnieli sobie nagle i Polacy
i Ukraińcy. Malarstwo Schulza znam tak mało, że boję się na ten temat pisać.
Przyszedł wreszcie czas na prawdziwe wakacje.
Dzięki uprzejmości przyjaciół
wsiedliśmy w prawie nowe „Seicento”, malutkiego Fiata, dumnego następcę prawie
Polskiego Fiata czule zwanego „Maluchem”. Jechaliśmy prosto na wschód. Przez
Bochnię, Tarnów, Jasło, Krosno i Sanok, „w Polskę”, jak to się tutaj mówi. Dokładniej w
Bieszczady. Piękne i puste są to góry, cóż kiedy znów zaczął padać deszcz. Do Leska
dojechaliśmy w ulewnym deszczu, wzdłuż malowniczego (podobno) jeziora Solińskiego
jechaliśmy we mgle. Teraz prosto w kierunku granicy z Ukrainą. Skręciliśmy na
południe i wzdłuż granicy, przecinając Bieszczadzki Park Narodowy dojechaliśmy do
Ustrzyk Dolnych. Teraz dopiero zaczęło padać ! Byliśmy w najbardziej na południe
wysuniętym zakątku III Rzczypospolitej. U styku trzech granic : Polski, Ukrainy i
Słowacji. To tutaj zaczyna swój bieg San, a 30 km. na północny-wschód – Dniepr.
Pogoda ciągle fatalna. Prognoza nie zapowiadająca zmiany. Postanowiliśmy ruszać z
powrotem w znane nam Pieniny. Teraz już jednym „ciągiem” i względnie szybko.
136
Tym razem mieszkałem w Czorsztynie, po północnej stronie jeziora czy Zalewu
Czorsztyńskiego. Dało mi to okazję do obejrzenia raz jeszcze prześlicznego kościółka
św. Michała Anioła w Dębnie. To tutaj w XV wieku zbójnicy wyprawili się na południe
(zapewne nie nazywało to się jeszcze Słowacja) i skradli w jednym z kościółków obraz
Matki Bożej, który szczególnie przypadł im do gustu. Obraz zawiesili nad głównym
ołtarzem w nowozbudowanym kościele w Dębnie. Wisi tu do dzisiaj.
W pobliskich Maniowych widziałem kościół gigant. Pod wezwaniem „Matki Kościoła”,
zupełnie nowy, ufundowany przez byłych mieszkańców Maniowy, mieszkających dzisiaj
w Chicago. Zupełnie dobry, przy swojej nowoczesności w formie nawiązujący do
krajobrazu Pienin. Tylko ta straszna skala ! No cóż, to amerykański kościół, musi być
większy od innych.
Wspaniałe łąki, które tutaj nazywają się hale a w Bieszczadach połoniny, kwitły
szaleństwem kolorów. Nie oddaje tego fotografia, którą załączyłem do poprzedniego
listu. Na Cisówce, po drugiej stronie jeziora zaczęły się właśnie pierwsze sianokosy.
Bogactwo kwiatów polnych ściągnęło taką masę pszczół, że zbieranie siana musiało się
odbywać, ze względu na bezpieczeństwo, dopiero po zachodzie słońca.
Hale nad Czorsztynem są częścią Pienińskiego Parku Narodowego i tam wypasają się
owce. Górale z pobliskich wiosek, właściciele kilku lub kilkudziesięciu owiec, oddają je
na letnie miesiące pod opiekę Bacy i jego pomocników, Juhasów. W ten sposób na
halach pienińskich chodzą dzisiaj olbrzymie kierdle (22) owiec.
Dawniej owce
wywożono pociągami na bieszczadzkie połoniny czy nawet na Słowację. Dzisiaj dzięki,
oczywiście subsydiom państwowym, wypas owiec i produkcja serów odbywa się na
miejscu. Odrodził się też chałupniczy przemysł szycia kożuchów. W Nowym Targu,
niemal na każdym domu widać wielki napis : KOŻUCHY.
Wybrałem się któregoś dnia na hale żeby odwiedzić autentyczną bacówkę. Jest to
dużych rozmiarów drewniany szałas kryty gontami, w którym pasterze mieszkają całe
lato i gdzie warzą owcze mleko, przygotowują i wędzą sery. „Na bacówce” przywitał
mnie stary baca o twarzy czarnej jak heban. Siedział w zagłebieniu klepiska, gdzie w
kamiennym kręgu palił się ogień. Na trójnogu wisiał olbrzymi osmalony kocioł pełen
owczego mleka. Pod dachem, na rusztowaniu z drewnianych drągów wędziły się
oscypki. Dym uchodził szczelinami w dachu. Innymi słowy regularna kurna chata.
Usiadłem na długiej ławie wzdłuż ściany szałasu i .... zacząłem płakać. Powodem
płaczu był gryzący dym a nie szczęście znalezienia się w warunkach zapewne nie
137
zmienionych od setek lat. Baca spojrzał na mnie i powiedział : A wy ponie, widze ze
nie tutejsy. Odpowiedziałem : Hej ! jo aż z Kanady. Reakcja była natychmiastowa.
Baca wyciągnął flaszkę wódki i szklanki. Przepiliśmy do siebie raz i drugi. Na zakąskę
dostałem pół litrowy „cyrpocek” pełny cudownie kwaśnej „żytnicy” . Popijając wódkę
„żytnicą” można ją (wedle bacy) pić bezpiecnie aż do pirsych śniegów. Tu należą się
wyjaśnienia. „Cyrpocek” jest to naczynie do picia czy czerpania jak nazwa wskazuje,
wydłubana z kawałka drewna lipowego, zwykle pięknie rzeźbiona. Żeby powiedzieć
Wam co to jest „żętyca” muszę opisać sposób robienia owczych serów. Mleko owcze w
kotle, o którym przed chwilą pisałem, doprowadza się do stanu wrzenia (ale nie gotuje).
Pianę czy kożuch, który zbiera się na wierzchu, zbiera się i wyrzuca (panocku, tego i
świnka by nie rusyła). Mleko zlewa się do płóciennych woreczków i zawiesza do
odcedzenia. Płyn, ktory ścieka z woreczków nazywa się „żętyca”. Ser, który zostaje,
biały, ostry, może trochę podobny do greckiej „fety”, ale o kosystencji galaretowego
masła, nazywa się „bundz” i jest pyszny kiedy świeży. Z tego „bundzu” formuje się
wrzecionowate serki i wędzi przez 5 – 6 dni. Ser żółknie i twardnieje. Nazywa się
„oscypek”. Drewno, które służy do wędzenia jest mieszaniną sosny, jodły i świerku. Od
odpowiednich proporcji drewnianej mięszanki zależy smak i jakość „oscypków”. Tej
tajemnicy baca mi nie zdradził, mimo, że gościnnie ofiarowaną flaszkę zgodnie
„obaliliśmy”.
Na tej samej hali brałem udział w wieczornej watrze. Watra jest to wielkie ognisko przy
którym piecze się kiełbaski, pije wódkę i opowiada góralskie dowcipy. Raczej tłuste i
ciągle te same. Jeden z nich zapamiętałem :
Juhasi pasą owce. Widząc przechodzącą Marynę wołają :
Maryśka ! pódzze ku nom !
Eee, nie pódem bo mnie wyonacycie ...
Pódzzee.. nie wyonacyme
No to po co pódem ?
W ten sposób mile mi mijały dni i czas było wracać do Krakowa.
Przypuszczam, że każdy z Was chciałby wiedzieć jak jest na prawdę w Polsce i co tam
się dzieje ? Daleki jestem od stawiana prognoz, od wyciagania nawet wniosków
zwłaszcza społeczno-politycznego rodzaju. Byłem tam tylko trzy miesiące, raczej w
okreslonym celu i nie czuję się w tym względzie kompetentny.
138
Mogę Wam tylko przekazać parę, bardzo subiektywnych wrażeń do których nie radzę
przywiązywać dużej wagi.
Wrześniowe wybory powinny zmienić rządzącą ekipę i do władzy wróci obóz
postkomunistyczny. Nie ulega to chyba najmniejszej wątpliwości. Ludzie, którzy
nazywają się dzisiaj social-demokracja i dla których wzorem wydaje się być Tony Blair
(23) w UK, to bardzo zróżnicowana grupa : wymierająca resztka starych komunistów
jak Jaruzelski i Kiszczak (24), młodzi komuniści – oportuniści nie pamiętający czasów
Stalinizmu to Kwaśniewski, Miller i Siwiec (25) i dość liczna grupa „młodzieży”, pokolenie
lat siedemdziesiątych, które właściwie najgorszych lat PRL’u nie pamięta, a jest w
opozycji do tego co dzieje się dzisiaj. Rządząca grupa, nie wiem dlaczego nazywana
prawicą, całkowicie nawaliła. Etos „Solidarności” jest dzisiaj tylko mitem. Została
straszliwa pazerność i złodziejstwo, które w polskiej nowo-mowie określa się jako
„występujące obszary korupcjogenne”. Przekształcenia ustrojowe, które miały miejsce
10 lat temu - oczywiście zostaną. Nikt dziś już nie ruszy pseudo-demokracji i wolno –
rynkowej gospodarki. Za dużo na tym można zarobić.
Nieudolnie przeprowadzane reformy we wszystkich dziedzinach życia państwowego :
decentralizacja administracji, samorządy, szkolnictwo, system opieki społecznej i
ubezpieczeń, wymiar sprawiedliwości i prywatyzacja mienia państwowego, wszystko to,
bez względu na zmianę rządu będzie kontynuowane. Nie ma bowiem zasadniczych
różnic programowych, które dzieliłyby liczne partie polityczne. Wszystkie programy
uwarunkowane są dzisiaj zobowiązaniami i zadaniami stawianymi Polsce przez Unię
Europejską. A zostanie członkiem Unii jest dzisiaj popierane gorąco, ciepło i ciepławo
przez wszystkie partie, nawet Kościół katolicki. Zmienią się więc tylko ludzie. Zaczną
kraść nowi. Trochę podobnie jak to bywało w Wenezueli, Argentynie czy Nigerii.
Młode pokolenie jest prawie absolutnie apolityczne i zaabsorbowane sobą. Nauką,
robieniem kariery i robieniem pieniędzy. Nie koniecznie w tej kolejności. W tym
względzie globalizacja prześcignęła największe osiągnięcia Coca-Coli czy popularnej
muzyki młodzieżowej. Zainteresowanie młodzieży problemami społecznymi,
politycznymi czy etycznymi jest minimalne. Wydaje się, że społeczeństwo polskie po 50
latach komunizmu i 10 latach kapitalizmu we wschodnio-europejskim wydaniu, dalekie
jest od tego co nazywamy społeczeństwem obywatelskim. Poziom życia i gospodarka
stale rośnie, choć niebezpiecznie blisko jest dzień kiedy skończy się wyprzedaż majątku
narodowego i europejskie dotacje, a wszystkie odcinki życia zderzą się z wolnym
rynkiem.
139
Najcięższy żywot mają emeryci, nasi rówieśnicy. Tam też widać największe ciągoty do
państwa opiekuńczego i nieśmiałą tęsknotę do gospodarki sterowanej.
Niespodziewanie (mimo wszystko) daje sobie radę polska wieś. Tam też, jak i w sferach
kościelnych, są największe opory przed „europeizacją”. Zapewne powodów szukać
należy w tradycyjnie zachowawczych tendencjach tych ludzi, w ksenofobii i niestety w
ignorancji.
Znów w Krakowie, czas było pakować manatki. Ostatnich parę dni mieszkałem na
Salwatorze, na uroczej, cichej uliczce Anczyca. Idąc w górę Aleją Washingtona, mijając
stary malutki cmentarzyk dochodziło się do Kopca Kościuszki.
Kopiec był w
gruntownym remoncie. Po ostatniej wielkiej powodzi parę lat temu, lekko się obsunął.
Dalej ścieżka dla pieszych prowadziła w stronę Woli Justowskiej. Po prawej stronie była
dolina rzeczki Rudawy, z tyłu rozciągało sie miasto. Po lewej stronie dolina w której
płynęła Wisła. W pogodny dzień widać stąd było zarys Tatr.
I tak w pamięci zostało mi Krolewskie Miasto Kraków.
Jak zawsze serdecznie Was ściskam,
Maciej
140
(1)- Wajda : Patrz załącznik do listu z 6 grudnia 1999 roku.
(2)- Szymborska : Wisława Szymborska ur. w 1923 roku, polska poetka, eseistka i krytyk
literacki. Lauret literackiej nagrody Nobla w 1996 roku.
(3)- Penderecki : Krzysztof Penderecki ur. w 1933 roku, polski kompozytor, dyregent i pedagog.
(4)- Krakauer : dosłownie po niemiecku : człowiek mieszkający w Krakowie.
niemieckiej formie jest pejoratywnym okresleniem Krakowiaków.
Używane w
(5)- Miłosz : Czesław Miłosz (1911 – 2004), prawnik, dyplomata, poeta, prozik, eseista, historyk
literatury, tłumacz. Na emigracji w latach 1951 – 1989. Laureat nagrody literackiej Nobla w roku
1980. Odznaczony Orderem Orła Białego.
(6)- Jedwabne : miasteczko na Podlasiu w okolicach Łomży, gdzie miała miejsce masakra
żydowskich mieszkańców tego miasta i okolicy dokonana przez Polaków w roku 1941.
Większość ofiar, których liczbę określa sie na 340 do 1600, została spalonych żywcem w stodole.
(7)- Radkiewicz, Różański ..... : wysocy urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego
we wczesnych latach powojennej, komunistycznej Polski :
Stanisław Radkiewicz (1903 – 1988), generał dywizji, polski działacz komunistyczny, Minister
Bezpieczeństwa Publicznego od 1945 do 1954 roku. Organizator terroru stalinowskiego w
Polsce.
Józef Różański, właściwie Józef Goldberg (1907 – 1981), prawnik, oficer NKWD, Dyrektor
Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.
Anatol Fejgin (1909 – 2002), polski działacz komunistyczny żydowskigo pochodzenia, wysoki
funkcjonariusz aparatu bezpieczeństwa PRL. Zbrodniarz stalinowski.
Julia Brystiger (1902 – 1975), z domu Prejs, funkcjonariuszka aparatu bezpieczeństwa
żydowskiego pochodzenia. Zbrodniarka stalinowska, pisarka.
(8)- kardynał Glemp : Józef Glemp ur. w roku 1929, kardynał, arcybiskup senior warszawski, w
latach 1981 – 1992 metropolita warszawsko-gnieźnieński, w latach 1992 – 2007 metropolita
warszawski, w latach 1981 – 2009 prymas Polski.
(9)- ksiądz Jankowski : Henryk Jankowski (1936 – 2010), polski ksiądz katolicki, kanonik,
kapelan „Solidarności”, wieloletni proboszcz parafii św. Brygidy w Gdańsku. Odsunięty od
sprawowania tej funkcji w roku 2004. Wielki przeciwnik Unii Europejskiej, częsty gość Radia
Maryja.
141
(10)- biskup Pieronek : Tadeusz Władysław Pieronek ur. w roku 1934, polski biskup rzymskokatolicki, profesor kanonicznego prawa procesowego. Były Sekretarz Generalny Konferencji
Biskupów Polskich, w latach 1998 – 2004 rektor Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie.
Wielokrotnie wypowiadał się krytycznie o Ojcu Rydzyku i Radiu Maryja.
(11)- ksiądz Musiał ; Stanisław Musiał SJ (1938 – 2004), ksiądz, filozof, rzecznik współpracy
polsko-żydowskiej. Wieloletni publicysta „Tygodnika Powszechnego”.
(12)- Kraszewski, Asnyk .... :
Józef Ignacy Kraszewski (1812 – 1887), polski pisarz, publicysta, wydawca, historyk, działacz
społeczny i poltyczny. Autor największej ilości wydanych książek w historii literatury polskiej.
Adam Prot Asnyk (1838 -1897), polski poeta i dramaturg, w czasie powstania styczniowego
czlonek Rządu Narodowego.
Wyspiański : patrz odnośnik do listu z 3 sierpnia 2000 r.
Jacek Malczewski (1854 – 1929), polski malarz, jeden z czołowych przedstawicieli symbolizmu
na przełomie wieków XIX i XX.
Karol Maciej Szymanowski (1882 – 1937), polski kompozytor, pianista, pedagog i krytyk
muzyczny. Należał do grupy kompozytorów „Młodej Polski”. Obok Szopena uważany jest za
jedego z najwybitniejszych kompozytorów polskich.
Ludwik Solski, właściwie Ludwik Napoleon Sosnowski (1855 – 1954), polski aktor, reżyser i
dyrektor teatru.
Lucjan Siemieński (1807 – 1877), polski poeta, pisarz, krytyk literacki i tłumacz. Uczestnik
powstania listopadowego. Współzałożyciel Akademii Umiejętności.
(13)- Pani Penderecka : Elżbieta Penderecka z domu Solecka ur. 1947 roku, polska działaczka
kultury. Od 1965 r. żona kompozytora Krzysztofa Pendereckiego. Osoba wielce energiczna,
wydająca się kierować karierą swego męża.
(14)- Messiaen : Olivier Messiaen (1908 – 1992), kompozytor francuski, organista, nauczyciel i z
zamiłowania ornitolog. Do jego największych kompozytorskich dokonań należy „Kwartet na
koniec czasu” skomponowany przez niego w czasie uwięzienia w niemieckim obozie jenieckim.
Charakterystycznym dla jego twórczości są utwory organowe.
(15)- Siemiradzki : Henryk Hektor Siemiradzki (1843 – 1902), polski malarz, przedstawiciel
akademizmu. Tematykę swych dzieł czerpał z antyku. Malował monumentalne kompozycje. Był
autorem licznych obrazów i kurtyn teatrów w Krakowie i Lwowie.
(16)- Zelwerowicz, Ćwiklińska .....
Aleksander Zelwerowicz (1877 – 1955), polski aktor, reżyser i pedagog.
Mieczysława Ćwiklińska, właściwie Mieczysława Trapszo (1879 – 1972), aktorka teatralna i
filmowa, śpiewaczka.
142
Jerzy Leszczyński (1884 – 1959), polski aktor teatralny i filmowy, reżyser.
(17)- Różewicz
scenarzysta.
:
Tadeusz Różewicz ur. w roku 1921, polski poeta, dramaturg, prozaik i
(18)- Kutz : Kazimierz Kutz, właściwie Kazimierz Kuc ur. w roku 1929, polski reżyser filmowy i
teatralny. Senator w latach 1997 do 2007, poseł VI kadencji.
(19)- Schulz : Bruno Schulz (1892 – 1942), polski prozaik, grafik, malarz, rysownik i krytyk
literacki żydowskiego pochodzenia. Zastrzelony przez policjanta Gestapo na ulicy Drohobycza.
(20)- Witkiewicz, Gombrowicz ....
Stanisław Ignacy Witkiewicz, pseudonim „Witkacy” (1885 – 1939), polski malarz, fotografik,
pisarz, dramaturg i filozof. Popełnił samobójstwo.
Witold Marian Gombrowicz (1904 – 1969), polski powieściopisarz, dramaturg i nowelista.
Specyfiką twórczości Gombrowicza jest umiejętność widzenia człowieka w jego psychologicznym
uwikłaniu w innych ludzi i spuściznę kultury, swoiste poczucie absurdu i obrazoburstwo
dotykające przyjmowanych przez społeczeństwo tradycyjnych wartości.
Nałkowska : Zofia Nałkowska (1884 – 1954), polska pisarka, publicystka i dramatopisarka.
Posłanka do Krajowej Rady Narodowej oraz na Sejm PRL (bezpartyjna).
(21)- Yad Vashem : Żydowska organizacja założona w Jerozolimie w Izraelu w 1954 roku, której
celem są badania, studia, dokumentacja i uczczenie Holokaustu (zagłady Żydów).
(22)- Kierdel : w gwarze góralskiej stado owiec w górach, należące do różnych gospodarzy
pozostające pod opieką bacy. Także stado kozic.
(23)- Tony Blair : Anthony Charles Lynton „Tony” Blair ur. w 1963 roku, były premier
Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii I Irlandii Północnej w latach 1997 do 2007, i
przywódca partii pracy w latach 1994 do 2007.
(24)- Jaruzelski, Kiszczak ....
Wojciech Witold Jaruzelski ur. w 1923 roku generał armii Wojska Polskiego, Szef Głównego
Zarządu Politycznego WP w latach 1960 do 1965, Szef Sztabu Generalnego w latach 1965 –
1968, Minister Obrony Narodowej 1968 do 1983. W latach 1981 do 1983 wprowadził stan
wojenny na terytorium Polski. Polityk, działacz partyjny, I Sekretarz KC PZPR, Przewodniczący
Rady Państwa PRL w latach 1981 do 1989, Prezydent PRL w 1989 r. i Prezydent
Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1989 do 1990.
143
Czesław Kiszczak ur. w 1925 roku, gen. broni WP., Szef Zarządu II Sztabu Generalnego (19721979), Szef Wojskowej Służby Wewnętrznej, działacz komunistyczny, Min. Spraw Wewnętrznyh
w latach 1981 do 1990.
(25)- Kwaśniewski, Miller .......
Aleksander Kwaśniewski ur. w 1954 roku, polski polityk z zawodu dziennikarz, Prezydent
Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1995 do 2005.
W czasach PRL działacz Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), minister w rządach Messnera i Rakowskiego, jeden z
założycieli Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej.
Leszek Cezary Miller ur. w roku 1946, polityk polski, Prezes Rady Ministrów w latach 2001 –
2004, Działacz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR).
Marek Maciej Siwiec ur. w roku 1955, polski polityk, inżynier i dziennikarz. Jeden z przywódców
Sojuszu Lewicy Demokratycznej (SLD). od 2004 deputowany do Parlamentu Europejskiego.
144
Vancouver 24 sierpnia 2002
Najmilsi,
Znów wróciłem z trzymiesięcznej wyprawy do Polski. Początkowo nie miałem zamiaru
do Was pisać, bojąc się, że list mój zabarwiony goryczą niepowodzenia mojej wyprawy,
może stać się paszkwilem, negowaniem wielu zjawisk i nieprzyjaznym traktowaniem
wielu ludzi. Ostatecznie przynaglany przez wielu z Was, Najmilsi - zacząłem pisać ten
list. Jak by nie było, nie znacie mnie przecież jako obiektywnego obserwatora ludzi i
zdarzeń i od dawna nauczyliście się nie traktować mnie na serio.
Do Polski wyleciałem w końcu kwietnia, inną drogą niż zwykle. W Polsce wylądowałem
na małym lotnisku pod Katowicami. Stąd swoim autobusikiem Lufthansa odwiozła mnie
do Krakowa. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę w Katowicach. Zatrzymaliśmy się
w samym śródmieściu na rondzie nazwanym imieniem płk. Ziętka (1) Ziętek w latach
siedemdziesiątych był komunistycznym władcą Śląska. Wszechwładnym panem życia i
śmierci. To za jego „panowania” Śląsk odgrywał czołową rolę w życiu Kraju, a sława
górnika została wyniesiona na najwyższe ołtarze. Do dzisiejszego dnia wspominany on
jest obok Korfantego (2) jako jeden z dwóch śląskich świętych. Ziętek był protektorem
mego zmarłego przed trzema laty przyjaciela Maćka Krasińskiego. Katowicki „Spodek”,
piękna hala sportowa zaprojektowana przez Maćka stoi przy Rondzie Ziętka. Znałem
ten projekt z licznych fotografii , widziałem go po raz pierwszy. Jest to dobra
architektura, świadectwo wielkiego talentu mojego przedwcześnie zmarłego przyjaciela.
Dla mnie miłe i pełne zaskoczenia spotkanie z Polską. W Krakowie wysadzono mnie na
Małym Rynku (za kościołem Mariackim) w sercu miasta, przed biurem Lufthansy, gdzie
czekali już na mnie krakowscy przyjaciele.
Już następnego dnia rzuciłem się w wir spraw związanych z wydaniem moich
Wspomnień. Nie ulega wątpliwości, że załatwianie spraw „biznesowych” w Polsce nie
jest sprawą łatwą. Najprostsze wydawałoby się sprawy, urastają do problemów wręcz
nierozwiązywalnych. Język niby ten sam a trudno się zrozumieć. Pojęcie czasu w
zasadzie nie istnieje, zobowiązania niekoniecznie obowiązują.
Opowiadano mi
anegdotę, którą Wam powtórzę, jako że świetnie ilustruje stopień zrozumienia się dwóch
stron :
145
Spotyka się dwóch muzyków i jeden mówi do drugiego :
- Wiesz, założyliśmy kwartet smyczkowy.
- Tak, a ilu was jest ?
- Trzech.
- A kto to taki ?
- To ja z bratem.
- Wiesz, nie wiedziałem, że masz brata.
W rezultacie nie zdążyłem wydrukować I-go tomu mojej książki, co bylo celem mojej
wyprawy. Nie wiele już brakuje. Drzewa Rodzinnego i Indeksu Nazwisk. Tym niemniej
nastąpiło to co w nowomowie polskiej nazywa się „poślizgiem w realizacji zadania” – a ja
czekać nie mogłem. Na dodatek dobiła mnie pogoda. Pierwsze dwa tygodnie padał
deszcz. Ostatnich sześć tygodni temperatura w Krakowie nie opadała poniżej 30 stopni.
Przy braku klimatyzacji, wadliwej naogół wentylacji, ja, który od montrealskich upałów
przez ostatnich 6 lat zdążyłem się odzwyczaić, przechodziłem istne katusze.
Oczywiście lista dodatnich stron mieszkania w Krakowie i podróżowania po Polsce sięga
wyżej niż słupek rtęci w termometrze. O Krakowie, zaletach i pięknie tego miasta
pisałem Wam w każdym moim liście. Będę i pisał w tym. Ale za chwilę.
Nim się zdążyłem rozsmakować w Krakowie musiałem jechać do Warszawy. Na
uroczysty pogrzeb kolegi, na którego pierwszym pogrzebie byłem w Bellingham (just
south of the border) parę miesięcy temu. Współzawodnictwo, stała rywalizacja Krakowa
z Warszawą jest wszystkim dobrze znana. Kraków nie może zapomnieć Warszawie
utraty tytułu miasta stołecznego. Warszawie trudno zaakceptować „ulgowe”, wojenne
losy Krakowa. Dla Krakowa Warszawa zawsze będzie Warszawką, dla Warszawy
każdy Krakowiak jest „Krakauerem” (3). Uroczyste pogrzeby zawsze były polem na
którym oba te miasta zażarcie rywalizowały. Znawcy i koneserzy utrzymywali, że
Kraków jest w tym względzie nie do pobicia. Krypty pełne znacznych trumien są tego
dowodem. Od wawelskiej katedry po kościół na Skałce.
Chciałem Wam donieść, że współcześni bohaterowie są równie dostojnie grzebani w
Warszawie. Pogrzeb mego kolegi na warszawskich Powązkach zakończony uroczystą
stypą w pobliskim luksusowym hotelu, był na poziomie, którego nie powstydziłaby się
żadna stolica Unii Europejskiej.
Urna z prochami przyleciała z nad Pacyfiku
przywiązana pasami do fotela w klasie niestety tylko turystycznej. Kompania honorowa
146
7-go Pułku Kawalerii Powietrznej w czerwonych beretach z odznaką NATO na rękawach
polowych mundurów, uzbrojona była po zęby. Siła ognia tej kompanii honorowej
zapewne przewyższała siłę ognia obrońców Starego Miasta w czasie Powstania (zmarły
był jednym z nich). Trzykrotna salwa honorowa z tej wspaniałej broni rozległa się
gromkim echem nad Powązkami, cmentarzem komunalnym, wojskowym, ewangelickim i
żydowskim, a tysiące wron jak czarna chmura uniosły się w powietrze. Eat your heart
out Cracow !.
Mimo wszystkich zalet coraz brzydszej Warszawy musiałem wracać do Krakowa gdzie
czekała mnie druga runda spotkań z moimi wydawcami. To, że do Krakowa się wraca,
zdążyliście zauważyć. Dziwne to miasto przyciąga jak magnes. Zwłaszcza nas,
żyjących od pół wieku w Quebec’u a od sześciu lat w Kanadzie. Różnice są
przeogromne. W Vancouver, musicie wiedzieć, tutejsza „Starówka” nazywa się
Gastown i została zbudowana w XIX wieku wkoło wielce popularnej knajpy portowej.
Właścicielem tego „saloon’u” był nijaki Gassy Jack, słynący z elokwencji i swady.
Dzielnica została nazwana jego imieniem a jego pomnik stoi przy głównej ulicy Gastown.
Do Krakowa tego lata (poza mną) przyjechał również do krasnoludka podobny cesarz
Japonii z równie malusieńką cesarzową. Przyjechali aby obejrzeć w 600 lat liczącym
Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego, globus, na którym po raz pierwszy
pokazano kontynent zwany Ameryką.
Z tej to Ameryki, w odróżnieniu od cesarza bo na stałe, do Krakowa przeniósł się
Czesław Miłosz (4). Ponieważ Wisława Szymborska (5), też poetka, mieszka tu od
dawna, ma to miasto dwóch żyjących laureatów nagrody literackiej Nobla. Sławomir
Mrożek (6), satyryk,dramatopisarz i rysownik wrócił do Krakowa z meksyku i przywiózł z
sobą meksykańską żonę, która w piwnicy domu na Rynku Głównym (między restauracją
„U Wierzynka” a restauracją Wentzla) otworzyła tawernę, w której podają nędzną
imitację Margarity. Tequila jest w tej Margaricie prawdziwa, zamiast limonki (lime for
you), dodaje ona sok z cytryny, czego nie godzi się czynić. Miasto i ludzie (a czar
miasta to też jego mieszkańcy), przekonały do powrotu Adama Zagajewskiego (7) Jest
on poetą, krytykiem, eseistą i prozikiem młodszego pokolenia (niż Miłosz i Szymborska)
który mieszkał na stałe w Paryżu a wykładał na uniwersytecie w Houston (Texas).
Zagajewski tak oczarował Amerykę swoimi wierszami, zwłaszcza tym o zniszczeniu
World Trade Center, że razem z nim (na szczęście tylko z wizytą) przyjechała do
Krakowa cała plejada amerykańskich poetów. Zorganizowali oni sympozjum, na którym
zastanawiali się czemu Polacy lubią pisać wiersze. Nie wiem, sam nie piszę i nigdy nie
zastanawiałem się dlaczego piszą inni.
147
Zdążyłem „złapać” ostatni już w kończącym się sezonie koncert mozartowski w
Krakowskiej Filharmonii, która złośliwi twierdzą, stała się prywatną domeną pani
Pendereckiej (8).
Globalizacja a la USA to nie tylko McDonalds na Szewskiej i czerwone kapelusze
parasoli Coca-Cola nad stolikami kawiarnianymi na chodnikach Rynku. To przede
wszystkim straszne Shopping Centres nazywane tutaj „markietami”, które jak liszaj
pokryły obrzeża miasta. Sprawa o tyle przykra, że wiele z nich przypomina moje własne
grzechy, ktore popełniłem w Kanadzie.
Określenie globalizacja ma w Polsce
specyficzne znaczenie. Jest synonimem supremacji wszystkiego co amerykańskie. W
zasadzie przjmowane jest przez wszystkich Polaków z zadowoleniem. Ameryka bowiem
jest niedoścignionym wzorem, przykładem godnym naśladowania, szczęściem
ostatecznym. Tym ludziom nawet Bush (9) się podoba ! Jest to wynik zafascynowania
bogactwem, siłą, zachwytem nad konsumpcyjnym stylem życia. W części zapewne
reakcją na pół wieku obrzydzania USA, kiedy to „wróg nas kusił Coca-Colą” a polskie
kartofliska niszczyła stonka ziemniaczana zrzucana z samolotów przez amerykańskich
imperialistycznych dywersantów.
Amerykańska kultura popularna jest prosta, głośna i kolorowa.
Dlatego łatwo
akceptowana przez polskie plebejskie społeczeństwo. Hałas zastępuje muzykę, włosy
pomalowane na zielono wyróżniają w tłumie. Szorty sięgające pół-łydki zapewne
utrudniają chodzenie, łatwiej więc jeździć na rolkach. Filmy gwiezdne i zawsze
zwyciężający Rambo, pozwalają zapomnieć o szarości
i beznadziejności dnia
codziennego, bezrobociu, zatłoczonym mieszkaniu i Kasie Chorych. Czytają nieliczni,
tanie przekłady z sensacyjnej literatury amerykańskiej (słyszałem, że Wasza Biblioteka
Polska w Montrealu zaczyna się zapełniać tego rodzaju książkami).
Znacie to wszystko z ulic Montrealu czy Vancouver. Niewiele się ci młodzi Polacy
zaczynają różnić od swoich kanadyjskich rówieśników. Zaczynają coraz częściej mówić
po angielsku - co niewątpliwie jest dodatnią stroną globalizacji. Żal mi jednak tych
ludzi, którym się zdaje, że w ten sposób upodabniają się do reszty świata. Przebierają
się w amerykańskie koszulki ozdobione napisami i symbolami (kupowanymi w sklepach
z używaną odzieżą, które w Krakowie noszą nazwę „Szmateksów”). Tą tesknotę za
obcym i nieznanym widać najwyraźniej na prowincji gdzie miałem przyjemność spotkać
młodych Polaków o takich egzotycznych imionach jak : Blanka Przybytek, Wioletta
Sowa, Arkadiusz Bzdura, Dariusz Brzdąk i Otylia Smardz. Nawet w imionach widać
tęsknotę za dalekim, nieznanym światem.
148
W Krakowie, mieście nieprzytomnie akademickim jest znacznie lepiej. Miejsc w
uniwersytecie, politechnice i wszystkich innych akademiach gdzie studia są darmowe lub
bardzo tanie, jest mniej niż amatorów. Studia na licznie powstających prywatnych
wyższych uczelniach (często o wątpliwej jakości) są bardzo drogie. Te tłumy studiującej
młodzieży to na pewno pozytywne zjawisko. Po studiach wszyscy ci ludzie muszą
jednak znaleźć zatrudnienie. W Polsce przy 19 % bezrobociu nie jest to sprawa łatwa.
Marzeniem wielu jest wyjazd za granicę czyli tzw. „saksy”. W Kanadzie tego rodzaju
tendencje określa się jako „brain drain” (10).
W tym miejscu zderzamy się z polskim problemem Nr.1. Problem pod tytułem
INTEGRACJA czyli zbliżające się przystąpienie Polski do Unii Europejskiej. Negocjacje
w tym względzie trwają już parę lat. Datą docelową jest rok 2004. Negocjacje toczą się
wolno i opornie. Z wielu powodów. Nieudolność i amatorszczyzna z polskiej strony,
wiele obaw i oporów ze strony Unii. W pierwszym chyba rzędzie - cywilizacyjna i
strukturalna zapaść w jakiej znajduje się rolnictwo polskie. Żeby zostać członkiem Unii
trzeba spełniać szereg wymagań, które zobowiązują
wszystkich członków tej
organizacji. Wymaga to niezliczonej ilości zmian we wszystkich niemal dziedzinach
polskiego życia. Nie tylko w ustawodawstwie, ale i w przyjętych zwyczajach. O ile
zmiany, powiedzmy w kodeksie karnym, tak by stał się podobnym do przepisów
prawnych obowiązujących w krajach Unii Europejskiej, są do przeprowadzenia w sposób
stosunkowo łatwy, to przyzwyczajenie polskiego włościanina do mycia rąk przed
dojeniem krów może być problemem, do ktorego rozwiązania potrzebnych będzie paru
pokoleń.
Czy Polska zdąży spełnić wszystkie warunki stawiane jej przez Unię do roku 2004 ?
Wydawałoby się, że korzyści wynikające z członkostwa w Unii są nie tylko oczywiste, ale
wręcz konieczne i niezbędne dla wyciągnięcia Polski z zapaści cywilizacyjnej, w którą
wpędził ją tryumfujący sowiecki socjalizm. Okazuje się, że znaczna część polskiego
społeczeństwa przeciwna jest integracji europejskiej. Polska prawica i polski Kościół
boją się „zgubnych wpływów pogańskiej Europy”. Pod hasłem „nie rzucim ziemi skąd
nasz ród” prawica broni niepodległości i suwerenności Kraju przed kolejną „niemiecką
niewolą” (Niemcy są niewątpliwie najprężniejszym członkiem Unii). Kościół polski,
wyjątkowo zachowawczy i antyintelektualny, obawia się bezpośredniego zderzenia z
liberalnymi i niekoniecznie katolickimi społeczeństwami zachodnimi. Ostatnio przypuszczam, że powodowana głównie zalecaniami papieża Jana Pawła - polska
hierarchia kościelna zmieniła stanowisko i wzywa do „chrystianizacji Zachodu” poprzez
członkostwo w Unii i (widać rola przedmurza już nam się skończyła). Szerokie
masy
149
wiernych i większość kleru z Radiem Maryja na czele ciągle jednak straszą Europą jak
za najlepszych czasów reformacji.
Dziwny to Kraj ta Polska. Parę dni temu dwa miliony rozhisteryzowanych Polaków na
krakowskich Błoniach witało „polskiego papieża”. Kościoły (a ciągle buduje się nowe) są
pełne, a drogi zapchane pielgrzymami wędrującymi per pedes apostolorum do
wszystkich świętych miejsc w oczekiwaniu na cud. Jednocześnie, ta świętobliwa masa
głosuje na byłych komunistów, ktorzy pod tytułem socialdemokratów rządzą Krajem.
Symbioza rządzących państwem z rządzącymi „duszami” jest pełna i całkowita. Polega
na cichym kompromisie i wzajemnych usługach. Pragmatyzm i demagogia zastąpiły
ideologię i intelektualną dociekliwość. Obie strony tego układu obrastają tłuszczem
kosztem szerokich rzesz społeczeństwa. Podobieństwo do cynicznej komunistycznej
nomenklatury jest uderzające. Prawdę mówiąc trudno się dziwić - to przecież ci sami
ludzie.
Upał tak mi dał w skórę, że postanowiłem wyjechać na wakacje. Wsiedliśmy z kolegą i
jego synem w mały, ale świetny samochód - Skoda Fabia - i ruszyliśmy na wschód.
Nie zupełnie po drodze, wpadliśmy na chwilę do Czorsztyna i Niedzicy. Chciałem raz
jeszcze rzucić okiem na Pieniny i wpaść do XV-wiecznego, drewnianego kościółka św.
Marcina w Grywałdzie. Później jak strzelił przez Nowy Targ, Rabkę, Nowy Sącz, Jasło
do Przemyśla. Tu skręciliśmy na północ i przez Jarosław, Tomaszów Lubelski i
Hrubieszów dojechaliśmy do Horodła nad Bugiem, który w tym miejscu jest rzeką
dzielącą Polskę od Ukrainy. Jechaliśmy teraz cudowną drogą wzdłuż Bugu aż do
Włodawy, gdzie po drugiej stronie granicy zaczyna się Białoruś. Jest to kraj zupełnie
prześliczny i zupełnie pusty. We Włodawie zostawiliśmy Bug i skręciliśmy na zachód.
Wjechaliśmy w zaczarowany kraj, który dzisiaj nazywa się Poleskim Parkiem
Narodowym. Płaska równina urozmaicona małymi jeziorami, podmokłymi lasami i
bagnami porośniętymi szuwarami. Jest to polski kawałek Polesia (podobno po
białoruskiej stronie osuszone Polesie wzdłuż Prypeci, zamieniło się w niezamieszkałą
pustynię). Dojechaliśmy aż do Parczewa przekraczając kanał Wieprz – Krzna, który
przecina Park z północy na południe. Kręciliśmy się po okolicy zatrzymując w
białoruskich wioskach z cerkiewkami jak zabawki. W miniaturowych miasteczkach, w
Uhninie, Kodenach, Wołoskowoli i Lubieniu.
Jest to kraj, który zasnął lat temu dwieście i jeszcze się nie obudził. Minęły dwie wojny
światowe, przeszli Niemcy, Rosjamie i Polacy a „tutejsi” jak żyli tak żyją. W prymitywie i
na skraju nędzy. Nigdzie jednak nie piłem tak dobrego samogonu i nie jadłem tak
150
smacznych ryb pieczonych w liściach i glinie. Włóczyliśmy się wśród trzcin i szuwarów
płynąc łódką „na pych”. W dzień wśród gwaru , szumu i klekotu niezliczonej ilości
wodnego ptactwa, po zachodzie słońca w zupełnej ciszy i .... chmarze komarów. Tak
minął tydzień, bez golenia, śpiąc w ubraniu w chłopskich stodołach. Wędrowaliśmy
przez kraj zapomniany od Boga i ludzi.
Później przez Lublin (pierwszy prysznic z
gorącą wodą), Kraśnik, Opatów, Kielce, Jędrzejów do Krakowa. Ten ostatni odcinek
śladem Pierwszej Kadrowej - tyle, że w odwrotnym kierunku.
W Krakowie zaczęła się trzecia runda moich zmagań z wydawcami książki.
Oczywiście urozmaicona życiem towarzysko – rozrywkowym. Jeszcze wcześniej (o
czym zapomniałem napisać) zupełnie przypadkowo na ulicy Krupniczej natknąłem się na
dom Mehoffera (11) przejęty przez i będący częścią Muzeum Narodowego. Dom
Mehoffera jest autentycznym domem malarza (żył w latach 1869 – 1946) umeblowany
meblami z epoki, obrazami, rysunkami i projektami witraży. Mehoffer, uczeń Matejki
(12), później rektor Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych był jednym z przedstawicieli
okresu sztuki (malarstwo, literatura, muzyka) zwanej Młoodą Polską. Jego mieszkanie
urządzone w secesyjnym stylu jest czarującym przykładem stylu życia w tej epoce.
Piękny ogród uzupełnia ten obraz. Wychodząc zauważyłem tablicę wiszącą na ścianie
domu. Okazuje się, że właśnie tu urodził się Stanisław Wyspiański (13). Dobry był to
okres dla Krakowa. W tym samym czasie (Fin de siecle) tworzyli tu Przybyszewski (14),
Tetmajer (15), Mehoffer, Wyspiański, Podkowiński (16), Malczewski (17) i Weiss (18), a
w pobliskim Zakopanem S. Witkiewicz (19). To w tym czasie młody jeszcze BoyŻeleński (20) w Zielonym Baloniku (21) recytował swój wiersz o „Psotnym Józiu” :
Kiedy wieczór już zapada, Ciotka
Do snu się układa :
Józiu zostaw ten rozporek
I chodź odmówić paciorek.
Niech Józio przy łóżku klęknie
I powtarza głośno, pięknie :
„Boziu usłysz głos chłopczyny,
Odpuść synów naszych winy !
Polska cię na pomoc woła !
Niech tradycji i Kościoła
Pozostanie sługą wierną,
Erotyzmem i moderną
Niech się naród ten nie spodli !”
151
Teraz Józio się pomodli
Za mamusię za tatusia,
Potem grzecznie się wysiusia
I spokojnie cicho zaśnie.
Brzydki chłopak mruknął :
„Właśnie”.
Widać coś jest w tych murach co porusza i wyobraźnię i poczucie humoru. Opowiadano
mi następującą , zupełnie współczesną anegdotę :
Jeden z krakowskich profesorów (a to chyba połowa tego miasta), wybitny laryngolog,
jeden z pionierów chirurgii ucha środkowego, członek wielu krajowych i zagranicznych
towarzystw naukowych - podczas którejś z okrągłych rocznic swojej działalności
naukowej otrzymał od współpracowników wykonany w szczerym złocie - odlew ucha.
Mocno tym wzruszony, dziękując za dar - zauważył : Jakże się cieszę, że nie jestem
ginekologiem.
Dziwne są ludzkie przyzwyczajenia. Poszedłem do teatru obejrzeć nowe dla Polski, a
typowe dla Ameryki przedstawienie typu „musical”. Man from La Mancha czyli Czlowiek
z La Manchy. Zupełnie dobrze zrobiony i śpiewany spektakl. Tylko, że Don Quixote
śpiewający swoją rycerską pieśń o sławie i gwiazdach impossible to reach (22) po
polsku, wydawał mi się nie bardzo prawdziwy.
Festiwal kultury żydowskiej na krakowskim Kazimierzu
stał się corocznym
ewenementem gromadzącym żydowskich artystów z Nowego Jorku, Izraela i Polski oraz
tysiące widzów, jako że część występów odbywa się na otwartym powietrzu. Byłem na
jednym wieczorze na którym śpiewał wspaniały kantor z Nowego Jorku o nazwisku
Malowany. Kazimierz zmienia się w oczach w dzielnicę gdzie stare, rozpadające się
domy zmieniane są na luksusowe mieszkania. Stał się częścią miasta w której lubią
mieszkać aktorzy i artyści różnej maści. Niemal na każdej ulicy można znaleźć małą
restauracyjkę, która po polsku nazywa się bistro lub brasserie.
Jak każda ciekawa podróż i ta wydawała się za krótka i kończyła się przedwcześnie.
Komputerowy (niestety tylko) wydruk pierwszego tomu moich wspomnień składałem i
oprawiałem przedostatniego dnia.
Książkę nagraną na Compact Disc (CD)
przywieziono mi do biura Lufthansy spod którego autobusik odwoził mnie na lotnisko w
Katowicach. Pożegnanie z tym mistem, jak zawsze, wydawało się, że jest ostatnim. Ale
... kto wie, jak Wam pisałem na początku , do tego miasta się wraca.
Ściskam Was serdecznie - Maciej
152
(1)- Ziętek ; Jerzy Ziętek (1901 – 1986), generał brygady Wojska Polskiego, działacz partyjny i
społeczny, Członek Komitetu Centralnego PZPR (1964-1979), Przewodniczący Wojewódzkiej
Rady Narodowej w Katowicach (1964-1973), Wojewoda Śląsko-Dąbrowski (1945-1950),
Wojewoda Katowicki (1972-1975)
(2)- Korfanty : Wojciech Korfanty (1873 – 1939), polski przywódca narodowy Górnego Śląska,
związany z chrześcijańską demokracją. Poseł do Reichstagu (1912-1914), Przywódca powstania
śląskiego. Poseł na Sejm (1922-1930). Wicepremier w rządzie Witosa (1923). W 1930 roku
aresztowany i oszadzony w twierdzy Brzeskiej.
W 1935 w obawie przed ponownym
aresztowaniem udaje się na emigrację do Czechosłowacji. W 1939 wraca do Polski i zostaje
znów aresztowany. Ciężko chory zostaje zwolniony z więzienia na Pawiaku w Warszawie i
umiera w lipcu 1939 roku.
(3)- Krakauer ; patrz odnośnik Nr. 4 do listu z 19 lipca 2000 r.
(4)- Cz. Miłosz : patrz odnośnik Nr.5 do listu z 19 lipca 2000 r.
(5)- W. Szymborska : patrz odnośnik Nr.2 do listu z 19 lipca 2000 r.
(6)- S. Mrożek : Sławomir Mrożek ur. w 1930 roku, polski dramatopisarz i prozaik. Autor
satyrycznych opowiadań i utworów dramatycznych o tematyce filozoficznej, politycznej,
obyczajowej i psychologicznej. Jako dramaturg zaliczany jest do nurtu teatru absurdu.
(7)- A. Zagajewski : Adam Zagajewski ur. w 1945 roku, poeta, eseista,prozaik i tłumacz.
(8)- pani Penderecka : patrz odnośnik Nr.13 do listu z 19 lipca 2000 r.
(9)- Bush : George Walker Bush ur. w 1946 roku, 43 Prezydent Stanów Zjednoczonych.
Wcześniej gubernator stanu Texas, powiązany z przemysłem naftowym, polityk partii
republikańskiej.
(10)- brain drain : drenaż mózgu.
(11)- Mehoffer : Józef Mehoffer (1869 – 1946), polski artysta malarz, witrażysta, grafik, jeden z
czołowych przedstawicieli „Młodej Polski”. Znaczącą częścią działalności Mehoffera była grafika
użytkowa. Tworzył projekty książek, okładek, ornamentów, winiet, inicjałów, ekslibrisów,
plakatów, znaków towarowych i banknotów.
153
(12)- Matejko : Jan Alojzy Matejko (1838 – 1893), malarz polski, twórca obrazów historycznych i
batalistycznych, historiozof. Studiował w Krakowie i Monachium. Rektor i profesor Akademii
Sztuk Pięknych w Krakowie. Jego uczniami byłi Mehoffer, Wyspiański, Tetmajer i Malczewski.
(13)- Wyspiański : patrz odnośnik Nr.25 do listu z 19 lipca 2000 r.
(14)- Przybyszewski : Stanisław Feliks Przybyszewski (1868 -1927), polski pisarz, poeta,
dramaturg i nowelista okresu „Młodej Polski”. Skandalista, przedstawiciel cyganerii krakowskiej i
nurtu polskiego dekadentyzmu. Pisał w języku polskim i niemieckim.
(15)- Tetmajer : Kazimierz Przerwa-Tetmajer (1865 – 1940). polski poeta, nowelista,
powieściopisarz, przedstawiciel „Młodej Polski”. Brat przyrodni malarza Władysława Tetmajera.
(16)- Podkowiński : Władysław Podkowiński (1866 – 1895), polski malarz i ilustrator, prekursor
polskiego impresjonizmu.
(17)- Malczewski : patrz odnośnik Nr.12 do listu z 19 lipca 2000 r.
(18)- Weiss : Wojciech Weiss (1875 – 1950), polski malarz, rysownik i grafik. Przedstawiciel
nurtu ekspresjonistycznego w sztuce „Młodej Polski” oraz kolorystycznych tendencji w sztuce lat
1920 i 1930.
(19)- Witkiewicz : patrz odnośnik Nr.20 do listu z 19 lipca 2000 r.
(20)- Boy-Żeleński : Tadeusz Kamil Marcjan Żeleński, pseudonim literacki „Boy” ur. w 1874
roku, zamordowany przez Niemców w 1941 roku. Polski pisarz, poeta-satyryk, kronikarz, eseista,
tłumacz literatury francuskiej, krytyk literacki i teatralny, lekarz ginekolog.
(21)- impossible to reach : nie do osiągnięcia.
154