märz marzec березень сакавік 2013

Komentarze

Transkrypt

märz marzec березень сакавік 2013
1 (7)
märz
marzec
березень
сакавік
2013
ISSN / ISSN / ICCH 2081–4577
POLEN, DIE UKRAINE, BELARUS
RADAR
magazyn literacki
Kraków 2013, nr 07
e-mail: [email protected]
RADAR
literaturmagazin
Krakau 2013, Nr. 07
e-mail: [email protected]
РАДАР
літературний журнал
Краків 2013, № 07
e-mail: [email protected]
РАДАР
літаратурны часопіс
Кракаў 2013, № 07
e-mail: [email protected]
REDAKCJA
Renata Serednicka
(redaktor naczelna)
Urszula Pieczek
(serwis internetowy)
REDAKTION
Renata Serednicka (chefredakteurin)
Urszula Pieczek
(internetseite)
РЕДАКЦІЯ
Pената Cередніцька
(головний редактор)
Уршуля Пєчек
(веб-редактор)
РЭДАКЦЫЯ
Рэната Серадніцка
(галоўны рэдактар)
Уршуля Печэк
(вэб-рэдактар)
zespół redakcyjny
Birgit Bauer
Małgorzata Buchalik
Iryna Chadarenka
Robert Ostaszewski
Ostap Sływynski
Natalka Śniadanko
Andreas Volk
redaktionsmitglieder
Birgit Bauer
Małgorzata Buchalik
Iryna Khadarenka
Robert Ostaszewski
Ostap Slywynski
Natalka Sniadanko
Andreas Volk
редколегія
Бірґіт Бауер
Малґожата Бухалік
Pоберт Oсташевський
Oстап Cливинський
Наталка Cняданко
Aндреас Фольк
Ірина Хадаренка
рэдкалегія
Роберт Асташэўскі
Біргіт Баўэр
Малгажата Бухалік
Андрэас Вольк
Астап Слівінскі
Наталка Сняданка
Ірына Хадарэнка
współpracownicy
Iwona Boruszkowska
Alexander Lay
zusammenarbeit
Iwona Boruszkowska
Alexander Lay
співпраця
Iвона Борушковська
Александер Лей
супрацоўнікі
Івона Барушкоўска
Аляксандр Лэй
RADAR ONLINE
www.e-radar.pl
RADAR ONLINE
www.e-radar.pl
РАДАР ОНЛАЙН
www.e-radar.pl
РАДАР ОНЛАЙН
www.e-radar.pl
PROJEKT GRAFICZNY,
ILUSTRACJE, SKŁAD
Dorota Gawryszewska
Anna Jaworska-Kruk
(Pracownia Grafiki), Warszawa
www.pracowniagrafiki.pl
GRAPHIK, ILLUSTRATIONEN, SATZ
Dorota Gawryszewska
Anna Jaworska-Kruk
(Pracownia Grafiki), Warschau
www.pracowniagrafiki.pl
ГРАФІЧНИЙ ДИЗАЙН, ІЛЮСТРАЦІЇ, ВЕРСТКА
Дорота Ґавришевська
Аня Яворська-Крук
(Pracownia Grafiki), Варшава
www.pracowniagrafiki.pl
ГРАФІЧНЫ ДЫЗАЙН,
ІЛЮСТРАЦЫІ, ВЁРСТКА
Дарота Гаўрышэўска
Ганна Яворска-Крук
(Pracownia Grafiki), Варшава
www.pracowniagrafiki.pl
PROJEKT OKŁADKI
Anna Jaworska-Kruk
UMSCHLAGGESTALTUNG
Anna Jaworska-Kruk
ПРОЕКТ ОБКЛАДИНКИ
Аня Яворська-Крук
ПРАЕКТ ВОКЛАДКІ
Ганна Яворска-Крук
WYDAWCA
Stowarzyszenie Willa Decjusza
ul. 28 Lipca 17a
PL 30-233 Kraków
www.villa.org.pl
HERAUSGEBER
Verein Villa Decius
ul. 28 Lipca 17a
PL 30-233 Kraków
www.villa.org.pl
ВИДАВЕЦЬ
Aсоціація Вілла Деціус
вул. 28 Липня 17а
PL 30-233 Kраків
www.villa.org.pl
ВЫДАВЕЦ
Таварыства Віла Дэціюша
вул. 28 Ліпеня 17а
PL 30-233 Kракаў
www.villa.org.pl
DRUK
Drukarnia Leyko
ul. Romanowicza 11
PL 30-702 Kraków
www.leyko.pl
DRUCK
Druckerei Leyko
ul. Romanowicza 11
PL 30-702 Kraków
www.leyko.pl
ДРУК
Друкарня Лейко
вул. Романовіча 11
PL 30-702 Краків
www.leyko.pl
ДРУК
Друкарня Лейка
вул. Рамановіча 11
PL 30-702 Кракаў
www.leyko.pl
NAKŁAD
1.000 egzemplarzy
AUFLAGE
1.000 Exemplare
НАКЛАД
1.000 примірників
НАКЛАД
1.000 асобнікаў
Wydano z finansowym wsparciem
Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej
Herausgegeben mit finanzieller
Unterstützung der Stiftung für
deutsch-polnische Zusammenarbeit
Видано за фінансової підтримки
Фундації польсько-німецької співпраці
Выдадзена пры падтрымцы Фонда
польска-нямецкага супрацоўніцтва
A przecież to jedynie część z tego, co zamieściliśmy w nowym numerze. Jest dużo poezji, proza Switłany Powalajewej, opowiadania Daniela Odiji, dramat Dmitrija Bogosławskiego w języku rosyjskim, esej Walancina Akudowicza z odpowiedzią na pytanie,
kiedy Białorusin się nudzi… Wystarczy zajrzeć do środka numeru!
Partnerem Projektu jest Województwo Małopolskie
Partner des Projektes ist
die Woiwodschaft Kleinpolen
Партнером прoекту
є Малопольське воєводзтво
Партнёрам праекту зьяўляецца
Малапольскае ваяводства
redakcja redakcja redakcja redakcja redakcja redakcja redakcja redakcja redakcja redakcja redakcja redakcja redakcja
GRAFIKA
© Michał Aniempadystau
GRAFIK
© Michal Aniempadystau
ГРАФІКА
© Мiхал Анемподистов
ГРАФИКА
© Міхал Анемпадыстаў
Sie halten die siebte Nummer von „Radar“ in den Händen, die diesmal noch grenzübergreifender und interkultureller ist – und das
nicht nur, weil wir mit Valžyna Mort, Andrej Fiedarenka und Uladzimier Arloŭ erneut weißrussische Autoren vorstellen. Wir präsentieren zudem Autoren, oder vielmehr Autorinnen, mit interessanten, nicht immer geradlinigen Lebensläufen, deren Biographien
sich in ihren Texten niederschlagen: zum Beispiel in der Erzählung Der Befreite von Aida Amer, der polnisch-palästinensischen Autorin des vorzüglichen Romans Rantis, in dem der Niedergang einer palästinensischen Welt geschildert wird, oder in den Gedichten der ukrainischen Dichterin Oksana Lutsyshyna, die in den Vereinigten Staaten lebt. Im Übrigen ist fast die gesamte Nummer
Schriftstellerinnen gewidmet. Wieso das so ist?
„Radar“ nimmt zum zweiten Mal am Projekt „tranzyt“ teil, einem Programm der Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit,
der Robert Bosch Stiftung und der Leipziger Buchmesse, das Literatur aus Polen, der Ukraine und Belarus fördert. Entsprechend
dem Programmschwerpunkt von „tranzyt. kilometer 2013“ konzentrieren wir uns diesmal auf das literarische Schaffen von Schriftstellerinnen und setzen uns mit Problemen nationaler Identität auseinander. Daher die vielen interessanten und inspirierenden
Texte von Frauen in dieser Nummer: zum Beispiel die Erzählung Demerara von Zośka Papużanka, der mit Witzbude im letzten Jahr
ein aufsehenerregendes Romandebüt in Polen gelang, der Prosatext Sonnenuntergang in Urisch der Ukrainerin Halyna Pahutiak,
der dem magischen Realismus zuzurechnen ist, einer Strömung, die in der Ukraine als „Prosa mit Schimären“ bezeichnet wird,
oder das Prosafragment der Weißrussin Palina Kačatkova Unter alledem. In diesem Zusammenhang darf der Hinweis auf Dariusz
Nowackis Skizze Stolz und Vorurteile nicht fehlen, in der er analysiert, wieso von Frauen geschriebene Prosa in den letzten Jahren
in Polen einen derartigen Boom erlebt. Was die Identitätsproblematik betrifft, empfehlen wir die Lektüre des Essays Das ABC des
Nationalisten von Mykola Riabchuk, in dem auf witzige und zugleich scharfsinnige Weise schmerzbehaftete Elemente der nationalen ukrainischen Identifikation beschrieben werden.
Und das ist nur ein Teil dessen, was die neue Nummer zu bieten hat. Es gibt wie immer viel Lyrik, Prosa von Switlana
Powaljajewa, Erzählungen von Daniel Odija, ein auf Russisch geschriebenes Drama von Dmitri Bogoslawski, ein Essay von
Valancin Akudowič, der die Frage beantwortet, wann langweilt sich ein Weißrusse … Es genügt, einen Blick ins Heft zu werfen!
die Redaktion die Redaktion die Redaktion die Redaktion die Redaktion die Redaktion die Redaktion die Redaktion
POLSKA, UKRAINA, BIAŁORUŚ
Oddajemy w Państwa ręce siódmy numer „Radaru”, tym razem jeszcze bardziej transgraniczny i międzykulturowy niż zwykle
– i to nie tylko dlatego że znowu zaprosiliśmy na nasze łamy autorów z Białorusi, takich chociażby jak Walżyna Mort, Andrej
Fiedarenka czy Uładzimir Arlou. Prezentujemy także pisarzy, a właściwie – pisarki o ciekawych, powikłanych biografiach, które
mocno odciskają się w ich tekstach, choćby opowiadanie Uwolniony Aidy Amer, w połowie Polki, w połowie Palestynki, autorki
wybornej powieści Rantis, ukazującej zmierzch palestyńskiego świata, czy ukraińską poetkę Oksanę Łucyszynę, mieszkającą
na stałe w Stanach Zjednoczonych. Zresztą, cały numer „Radaru” poświęcony jest głównie piszącym kobietom. Dlaczego?
Już po raz drugi „Radar” bierze udział projekcie „tranzyt”, promującym z inicjatywy Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej,
Fundacji Roberta Boscha i Lipskich Targów Książki, literaturę z Polski, Ukrainy i Białorusi. Zgodnie z tematami przewodnimi
programu "tranzyt. kilometer 2013" koncentrujemy się na twórczości pisarek i problemach z tożsamością narodową. Stąd wzięło
się tyle interesujących i inspirujących tekstów kobiet, na przykład opowiadanie Demerara Zośki Papużanki, autorki najgłośniejszego polskiego debiutu zeszłego roku, powieści Szopka, czy też proza Ukrainki Hałyny Pahutiak, zatytułowana Zachód słońca
w Urożu, należąca do nurtu realizmu magicznego, nazywanego za polską wschodnią granicą „prozą z chimerami” oraz fragment
prozy Białorusinki Paliny Kaczatkowej Poza wszystkim. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na szkic Dariusza Nowackiego
Duma i uprzedzenia, będący próbą analizy fenomenu niezwykłego w ostatnich latach rozkwitu prozy pisanej przez kobiety
w Polsce. Jeśli chodzi o kwestię tożsamości, wart polecenia jest esej Mykoły Riabczuka Leksykon nacjonalisty, w którym
dowcipnie i wnikliwie opisane są najbardziej bolesne elementy kształtujące ukraińską identyfikację narodową.
STOLZ UND VORURTEILE DUMA I UPRZEDZENIA {Dariusz Nowacki Dariusz Nowacki } Übersetzung: Ulrich Heisse
15
DAS ABC DES NATIONALISTEN ЛЕКСИКОН НАЦІОНАЛІСТА
24
UŁADZIMIER ARŁOŬ УЛАДЗІМЕР АРЛОЎ
30
KATERYNA KALYTKO КАТЕРИНА КАЛИТКО
{Mykola Riabchuk Микола Рябчук } Übersetzung: Alexander Kratochvil
ПРАЦА
41
Übersetzung: Kati Brunner
OKSANA LUTSYSHYNA ОКСАНА ЛУЦИШИНА
VALŽYNA MORT ВАЛЬЖЫНА МОРТ
54
MARTA PODGÓRNIK MARTA PODGÓRNIK
60
OSTAP SLYVYNSKY ОСТАП СЛИВИНСЬКИЙ
68
DER BEFREITE UWOLNIONY { Aida Amer Aida Amer } Übersetzung: Bernhard Hartmann
Übersetzung: Beatrix Kersten
Übersetzung: Claudia Dathe
79
UNTER ALLEDEM СЯРОД УСЯГО
BERLINAWA BERLINAWA
Zu arbeiten ist für den Belarussen ebenso normal, wie
es für einen Baum normal ist zu wachsen und für einen
Stein zu liegen. Wer jedoch meint, wir arbeiteten viel,
weil wir nur wenig verdienen, liegt falsch. Ganz im
Gegenteil: Wir verdienen nur wenig, damit wir mehr arbeiten können. Und wissen Sie, warum? Weil man sonst
entweder Schnaps trinken oder sich langweilen müsste.
Nur sollte man nicht denken, die Belarussen vertieften
sich allein aus Vorsicht vor ihren Lastern in die Arbeit.
Es steckt weitaus mehr dahinter.
{ Andrej Fiedarenka Андрэй Федарэнка } Übersetzung: Martin Pollack
{Palina Kačatkova Паліна Качаткова } Übersetzung: Tina Wünschmann
{Dawid Kornaga Dawid Kornaga } Übersetzung: Saskia Herklotz
BAŁWANS VERSCHWINDEN, SCHROTT ZNIKNIĘCIE BAŁWANA, SZROT
{Daniel Odija Daniel Odija } Übersetzung: Martin Pollack
SONNENUNTERGANG IN URISCH ЗАХІД СОНЦЯ В УРОЖІ
{Halyna Pahutiak Галина Пагутяк } Übersetzung: Lydia Nagel
DEMERARA DEMERARA {Zośka Papużanka Zośka Papużanka } Übersetzung: Andreas Volk
Autobus zum Himmelaus Автобус до небокраю
{Switlana Powaljajewa Світлана Поваляєва } Übersetzung: Maria Weissenböck
LIEBE DER LEUTE ЛЮБОВЬ ЛЮДЕЙ
118 DIE
{Dmitri Bogoslawski Дмитрий Богославский}
Übersetzung: Lydia Nagel
Sehen Sie, viel zu arbeiten ist für den Belarussen mehr als
nur Schicksal, es ist seine Bestimmung, und seiner Bestimmung entkommt man bekanntlich nicht einmal zu Pferde.
Weshalb uns eine solche Bestimmung zuteilwurde,
weiß niemand so genau. Dafür weiß man sehr wohl, dass
ohne Maß nur arbeitet, wer sonst nichts anderes zuwege
bringt: wer weder kämpfen noch Handel treiben noch
sich amüsieren kann.
Manch einer mag bestrebt sein, den Turm zu Babel zu errichten oder den Kommunismus aufzubauen, ein anderer
bietet all seine Kräfte auf, um die ganze Welt zu erobern
oder sie zu unterhalten – und der Belarusse schuftet im
Schweiße seines Angesichts.
Von der eigenen Hände Arbeit zu leben – das ist unsere
heimliche Ehre. Um der eigenen Hände Arbeit willen zu
leben – das ist der geheime Sinn unseres Lebens. Deshalb
sagt man auch nur bei uns voller Verzweiflung: Der Herrgott hat zwar das Werk gesehen, doch die Hände sind ohne
Schwielen geblieben.
„Was macht den geheimen Sinn der eigenen Hände Arbeit
aus?“ werden unsere Leute zuweilen von Fremden gefragt.
3
radar
Übersetzung: Ursula Kiermeier
essay/esej/есе/эсэ
Der Belarusse arbeitet, oder er trinkt Schnaps. Gibt es
weder Arbeit noch Schnaps, langweilt er sich. Was freilich
nicht lange vorhält, denn meist hat man genug um die Ohren, und wenn es Arbeit gibt, findet sich irgendwo schon
das nötige Kleingeld, um sich ein wenig aufzuheitern.
Übersetzung: Thomas Weiler
DER SUMPFTÜMPEL ПЕЛЯ
92
98
104
113
ARBEIT
Übersetzung: Thomas Weiler
73
LIRYK/POEZJA/ ПОЕЗІЯ/ ПАЭЗІЯ
{Valancin Akudovič Валянцін Акудовіч } Übersetzung: Steffen Beilich
84
PROSA/PROZA/ПРОЗА/ПРОЗА
ARBEIT ПРАЦА
48
DRAMA /DRAMAT/
ДРАМА/ДРАМАТ
3
Valancin Akudovič Валянцін Акудовіч
8
ESSAY/ESEJ/ЕСЕ/ЭСЭ
{INHALT/TREŚĆ/ЗМІСТ/ЗМЕСТ}
Klar, ein Außenstehender wird danach nicht einmal
ansatzweise etwas verstanden haben.
Deshalb halten viele uns für verschroben und versuchen
bisweilen, uns nach ihrem Maß zurechtzubiegen.
Unter den Polen versuchte man, uns den Schnaps abzugewöhnen. Weil Arbeit und Langeweile blieben, wurde
aber nichts daraus.
Unter den Russen versuchte man, uns die Arbeit abzugewöhnen. Weil Schnaps und Langeweile blieben, wurde
aber auch hieraus nichts.
Vielleicht wird jemand versuchen, uns zugleich von der
Arbeit und vom Schnaps zu erlösen, doch daraus wird
ebenfalls nichts, denn es gibt keine Kraft der Welt, die
imstande wäre, den Belarussen von seiner Langeweile
zu befreien, wenn er plötzlich die Hände in den Schoß
legen und mit sich allein bleiben muss...
Andererseits kann man nun wahrlich nicht behaupten,
wir wären der Arbeit allzu sehr zugetan. Der Belarusse ist
durchaus kein Workaholic, also jemand, dem eine sinnlose Arbeit auch noch Genuss bereitet. Eher im Gegenteil:
Normalerweise arbeiten unsere Menschen aus Zwang.
Daher auch die vielen Sprichwörter und Wendungen:
„Der Herr hat viele Tage“, „Wie viel du auch schaffst,
alles schaffst du nicht“, „Arbeit zieht Arbeit nach sich“.
Kurz gesagt, wir knien uns nicht allzu gern in unsere
Arbeit hinein, wir haben lediglich keine andere Wahl.
Für den Belarussen ist die Arbeit eben nicht etwa das,
was dem Menschen seinen Lebensunterhalt sichert,
sie ist vielmehr der Ort, an dem man lebt.
Wie das gekommen ist, lässt sich leicht erklären.
Weder Haus noch Hof gehören einem jemals ganz, solange man kein eigenes Land hat, das einen vor den gierigen
Blicken der Fremden schützt. Als wir keinen Verteidiger
dieser Art hatten, konnten uns alle möglichen Eindringlinge jederzeit unsere Häuser nehmen, uns von unseren
Höfen vertreiben und auf den schon bestellten Äckern
ihr eigenes Unkraut säen.
Und doch gibt es etwas, das kein Plünderer rauben kann,
solange der Mensch lebt, nämlich dessen eigener Hände
Arbeit...
Als die Juden aus ihrer historischen Heimat vertrieben
wurden, suchten sie sich ein himmlisches Vaterland.
Als man die Belarussen nicht mehr Herr auf ihrer eigenen
Erde sein ließ, machten sie sich die Arbeit zur Heimat.
„Arbeite fleißig und ohne Verdruss, und du findest selbst
hier ein Vilnius“, sagen die Belarussen und meinen damit,
dass die Arbeit an sich schon Vilnius, Jerusalem und auch
alles andere ist.
Apropos Hände. Bei meiner längst verstorbenen Großmama habe ich sie nur auf Fotos reglos gesehen. Und später im Sarg. Einmal saßen wir zusammen auf der Treppe
vor ihrem Haus. Sie schälte Kartoffeln und erzählte etwas,
und ich erfreute mich daran, wie wunderschön sie
sprach. Heute weiß ich nicht mehr, worum es damals
ging, ich erinnere mich nur, wie sie unter anderem ganz
beiläufig sagte: „Der Tag, an dem man stirbt, ist ein verlorener Tag.“
Ich war erschüttert. Wie konnte es sein, dass es ihr zu
einer Zeit, da ihre langen Jahre bereits zur Neige gingen,
da diese dunkel gewordenen, völlig rissigen Hände schon
so einen gewaltigen Berg Arbeit abgetragen hatten, nicht
um ihr Leben leid tat, sondern um die Arbeit, die sie am
Tag ihres Todes nicht würde bewältigen können...
Es war unglaublich!
Natürlich dachte ich damals nicht im Traum daran, dass
ich Jahre später versuchen würde darzulegen, wie die
Belarussen arbeiten können. Als ich dann über das gewählte Thema nachsann, wurde mir sehr schnell klar:
Es ist kein besonderes Können, das uns hier von anderen
unterscheidet. Was soll man schon von sieben großen
Weltwundern reden, wenn wir noch nicht einmal imstande sind, einen winzigen Floh mit Hufeisen zu beschlagen?
Gleichzeitig begriff ich, dass wir etwas viel Wesentlicheres beherrschen als irgendein Weltwunder zustande zu
bringen – es ist die Arbeit selbst, die wir beherrschen.
Und wir können das wie kaum jemand sonst, was unsere
lange Vergangenheit belegt, in deren Verlauf uns vor der
Unbill der Geschichte weder Burgen noch Truppen noch
Geld zu schützen vermochten, sondern einzig unser eigener Hände Arbeit. Übrigens, wie viele Völker und Reiche,
die einst so stolz die Welt beherrschten, sind in dieser
Zeit wie auf Zuruf einfach verschwunden, und wir, die
wir vor lauter Arbeit von der Welt nichts gesehen haben,
wandeln nun schon im dritten Jahrtausend nach Christi
Geburt unter der Sonne.
Betrachten Sie daher auch meine folgenden Worte nicht
als leere Floskel: Nicht für diese Welt, sondern für die
Arbeit wurden die Belarussen geschaffen. Eben Letzteres
war mir nicht bewusst, als ich mich die Worte meiner
geliebten Großmama so sehr erschütterten: „Der Tag,
an dem man stirbt, ist ein verlorener Tag.“
Inzwischen tue ich es ihr gleich und sage: Ich weiß zwar
nicht, wann mich mein letzter Tag ereilt, aber ich vermute
heute schon: Es wird der müßigste Tag meines Lebens sein.
[Übersetzung: Steffen Beilich]
essay/esej/есе/эсэ
„Tu, was du tust, und es wird, wie es wird.“
Die Arbeit ist des Belarussen Haus des Seins. Und genau
deshalb fühlen wir uns gleich wie Heimatvertriebene,
wenn unsere Hände nichts zu tun haben (und fangen
sofort an, uns zu langweilen oder Schnaps zu trinken).
5
radar
essay/esej/есе/эсэ
radar
4
Andererseits kann
man nun wahrlich
nicht behaupten, wir
wären der Arbeit allzu sehr zugetan. Der
Belarusse ist durchaus kein Workaholic,
also jemand, dem eine
sinnlose Arbeit auch
noch Genuss bereitet. Eher im Gegenteil:
Normalerweise arbeiten unsere Menschen
aus Zwang. Daher
auch die vielen Sprichwörter und Wendungen: „Der Herr hat viele Tage“, „Wie viel du
auch schaffst, alles
schaffst du nicht“, „Arbeit zieht Arbeit nach
sich“.
Und als Antwort hört man:
Што я беларусаў не ведаю?! Беларус альбо працуе,
альбо п’е гарэлку. А як няма ні працы, ні гарэлкі
– ён нудзіцца. Аднак доўга нудзіцца яму не выпадае,
паколькі справаў звычайна хапае, а калі ёсць работа,
дык знойдзецца і нейкі грошык, каб сябе падвесяліць.
Адным словам, не надта мы любім улягацца ў работу,
толькі няма ў нас іншага выйсця. Рэч у тым, што для
беларуса праца – гэта не тое, што забяспечвае чалавека жыццём, а само месца жыцця.
Таму не палічыце за пустую рыторыку і мае
наступныя словы: беларусы не для свету створаныя,
яны створаныя дзеля працы. Якраз апошняга я і не
разумеў, калі скалануўся ад словаў любай бабулі:
«Як паміраць – дык дзень губляць».
Але цяпер і я последам за ёй кажу: не ведаю, калі мяне
прычакае мой апошні дзень, затое ўжо наперад ведаю,
што гэта будзе самы лайдацкі дзень у маім жыцці.
VALANCIN AKUDOVIČ (1950, Belarus) – Philosoph,
Essayist und Literaturkritiker. Studium am Moskauer
Literaturinstitut (1980), anschließend Redakteur der
Zeitschrift „Kultura“, sowie der Kultur- und Philosophiezeitschriften „Krynica“, „Frahmienty“ und „Perekrjostki“.
Kurator für Philosophie und Literatur des Belarussischen
Kollegs. Seine Arbeiten erschienen in Deutschland, Mazedonien, der Mongolei, Serbien, den USA, der Ukraine, Litauen, Russland, Tschechien, Schweden und der Schweiz.
Autor von Mich gibt es nicht. Gedanken auf den Ruinen des
Menschen (1998), Paris zerstören (2004), Dialoge mit Gott
(2006), Der Abwesenheitscode (2007), Archipel Belarus
(2010). Das Buch vom Nichts (2012).
ВАЛЯНЦІН АКУДОВІЧ (1950, Беларусь) – філосаф,
Der Abwesenheitscode wurde ins Litauische, Russische
und Deutsche übersetzt (Suhrkamp 2013). Dialoge mit
Gott erschien auch in polnischer Übersetzung. Der hier vorliegende Essay ist dem Band Dialoge mit Gott entnommen.
Кніга Код адсутнасці перакладзеная на літоўскую,
рускую і нямецкую мовы. А Дыялогі з Богам – па
польскую. Прэзентаванае эсэ – вынятак з кнігі
Дыялогі з Богам.
З чаго так сталася – патлумачыць проста.
Бачыце, шмат працаваць – гэта не доля беларуса,
гэта ягоны лёс. А лёс, як вядома, на кані не аб’едзеш.
Аднак ёсць нешта, чаго ніводзін рабаўнік не зможа
пазбавіць чалавека, пакуль той жывы, – гэта ягонага
мазаля...
З чаго нам выпаў гэткі лёс – ніхто напэўна не ведае.
Затое вядома, што без меры працуе той, хто нічога
болей рабіць не ўмее: ні ваяваць, ні гандляваць,
ні забаўляцца.
Калі гэбраяў выгналі з гістарычнай радзімы, яны
абралі сабе айчынай нябёсы. Калі беларусам не далі
быць гаспадарамі на сваёй зямлі, яны абралі сабе
бацькаўшчынай працу...
Нехта імкнецца ўзножыць Вавілонскую вежу ці збудаваць камунізм, нехта высільваецца, каб заваяваць
альбо забавіць увесь свет, а беларусу абы мазоль не
сыходзіў з рукі.
«Рабі пільна – і тут будзе Вільня», – кажуць беларусы,
маючы на ўвазе, што праца сама з сябе ёсць і Вільняй,
і Ерусалімам, і усім астатнім.
– На чым палягае гэты сакральны знак мазаля?
– часам пытаюцца нашых людзей чужаніцы.
6
За палякамі беларуса спрабавалі адвучыць ад гарэлкі,
але паколькі ў нас заставаліся праца і нуда, дык нічога ў палякаў не атрымалася.
radar
І чуюць у адказ:
– Рабі, што робіш, і хай будзе, як будзе.
Натуральна, хоць чаго зразумець з гэтых словаў
старонняму чалавеку немагчыма. Таму многія лічаць
нас недарэкамі і раз-пораз спрабуюць перайначыць
на свой капыл.
За расейцамі беларуса спрабавалі адвучыць ад працы,
але паколькі ў нас заставаліся гарэлка і нуда, дык
нічога ў расейцаў не атрымалася.
Магчыма, нехта паспрабуе ў адначассе збавіць нас
і ад працы і ад гарэлкі, але ў яго таксама нічога не
атрымаецца, бо няма ў свеце такой сілы, якая магла
б вызваліць беларуса ад ягонай нуды, калі ён без анічога ў руках застаецца сам-насам...
З іншага боку, ніяк не выпадае казаць, быццам мы
лішне зацятыя працай. Беларус зусім не працаголік
(гэта значыць той, хто і ад дурной работы атрымлівае
асалоду). Хутчэй наадварот – звычайна наш чалавек
працуе як бы цераз прымус. Адсюль і мноства
прымавак, кшталту: «У Бога дзён многа», «Колькі ні рабі,
а ўсяго не пераробіш», «З кута ў кут, і вечар тут»...
Праца – дом быцця беларуса. Вось чаму мы адразу
пачуваемся выгнанцамі з роднай краіны, як толькі
рукам няма справы (і тады ўмомант пачынаем альбо
нудзіцца, альбо гарэлку піць).
эсэіст, літаратурны крытык. Скончыў Літаратурны
інстытут у Маскве (1980). Працаваў рэдактарам
у штотыднёвіку „Культура”, культуралагічных
і філасофскіх часопісах „Крыніца”, „Фрагменты”,
„Перекрёстки”. Куратар аддзялення філасофіі
і літаратуры „Беларускага калегіўму”. Асобныя
тэксты друкаваліся ў Германіі, Македоніі, Манголіі,
Сербіі, ЗША, Украіне, Літве, Расіі, Чэхіі, Швейцарыі,
Швецыі… Аўтар кніг Мяне няма. Роздумы на руінах
чалавека (1998), Разбурыць Парыж (2004), Дыялогі
з Богам (2006), Код адсутнасці (2007), Архіпелаг
Беларусь (2010). Кніга пра Нішто (2012).
Між іншым, пра рукі. У маёй бабулі, даўно
нябожчыцы, я бачыў іх нерухомымі толькі на
фотаздымках. І потым яшчэ аднойчы – у труне.
Дык вось, неяк сядзелі мы з ёй на ганку яе хаты.
Яна абірала бульбу і нешта распавядала, я цешыўся
з яе цудоўнай беларускай мовы. Сёння ўжо не
ўзгадаць, пра што вялася гаворка, толькі між усяго
іншага яна мімаходзь прамовіла: «Як паміраць
– дык дзень губляць».
essay/esej/есе/эсэ
Жыць з мазаля – вось наш таемны гонар. Жыць дзеля
мазаля – вось наш пакрыёмы сэнс. І таму адно ў нас
могуць у роспачы сказаць: Бог працу бачыў, а мазаля
не даў.
essay/esej/есе/эсэ
Ні свая хата, ні свой падворак ніколі не будуць тваімі,
пакуль ты не маеш сваёй дзяржавы, якая заслоніць
цябе ад хцівага вока чужаніцы. А як мы стагоддзямі
не мелі гэткага заступніка, дык ўсялякі прыхадзень
у кожны момант мог адабраць у нас хату, выгнаць з падворка і засеяць уробленыя палеткі сваім пустазеллем.
Мяне аж скаланула. На схіле доўгіх гадоў, калі гэтымі
ўкарэлымі, спрэс парэпанымі рукамі перацярэбленая
гара працы, шкадаваць не жыцця, а той работы,
з якой яна не зможа ўправіцца ў дзень сваёй смерці...
Авохці мне!
Натуральна, тады я і думаць не думаў, што праз гады
паспрабую распавесці пра тое, як беларусы працаваць
умеюць. Разважаючы над абранай тэмай, я вельмі
хутка зразумеў: ніякім асаблівым умельствам мы тут
не вылучаемся. Што ўжо там казаць пра сем велічных
цудаў свету, калі нават драбнюткую вош не мы падкавалі. Але разам з тым я зразумеў, што мы ўмеем
рабіць нешта куды больш істотнае за хоць які цуд
– мы ўмеем рабіць саму працу! І ўмеем як мала хто
яшчэ, сведчаннем чаму нашае доўгае прамінулае, дзе
нас ад злыбяды гісторыі баранілі не замкі, не войскі,
не грошы, а толькі нашыя мазалі. Між іншым, колькі
за гэтую пару народаў і царстваў, што некалі ганарліва апалоньвала свет, пазнікала дазвання, а мы, якія
за працай свету не бачылі, лашчымся сонейкам ужо
трэцяга тысячагоддзя ад Раства Хрыстова.
7
radar
Працаваць беларусу гэтаксама звыкла, як дрэву расці,
а каменю ляжаць. Але памыляецца той, хто лічыць,
быццам мы шмат працуем, бо мала зарабляем. Зусім
наадварот: мы мала зарабляем, каб болей працаваць.
І ведаеце, чаму так? Інакш давядзецца альбо піць
гарэлку, альбо нудзіцца. Толькі не трэба думаць, што
беларусы занураныя ў працу адно з перасцярогі да
сваіх заганаў. Усё куды больш сур’ёзна.
© Dorota Gawryszewska
radar
8
Hier müsste natürlich eine kleine terminologische Ergänzung eingeschoben werden. Im polnischen Wörterbuch
der Literaturkritik ist Frauenliteratur populäre Literatur für Frauen, die zumeist mit einer konventionellen
Romanze oder einem traditionellen psychologischen Gesellschaftsroman assoziiert wird (sie und er plus Hindernisse). Schwieriger ist es, einen Begriff zu erklären, der
weniger in Konkurrenz zu dem oben genannten steht als
vielmehr polemisch ist. Wenn wir die Sache ganz genau
definieren, ist Literatur der Frauen eine von Frauen, aber
nicht unbedingt für Frauen geschriebene Literatur; sie ist
eher elitär als populär. Ich würde jedoch den terminologischen Definitionen nicht allzu viel Vertrauen entgegen
Hinter diesen Vorhaben stehen zwei verschiedene Milieus: die Stettiner Veranstaltung wurde von Personen aus
akademischen Kreisen konzipiert und programmatisch
vorbereitet, in erster Linie von Gender-Forscherinnen
und feministischen Kritikerinnen; die Federführung in
Siedlce (organisatorisch und konzeptionell) übernahmen
Journalistinnen von Frauenzeitschriften und Expertinnen
für Popkultur. Ich weise auf diesen Unterschied hin, um
hervorzuheben, dass jene ursprüngliche Angst vor dem
Beiwort „Frauen-“ vor „Literatur“ aus zwei unterschiedlichen Ängsten besteht.
Die Feministinnen aus universitären Kreisen oder
– weiter gefasst – „frauenzentrierte” Literatur-und Kulturwissenschaftlerinnen haben vor einiger Zeit bemerkt,
dass der Markt und das Showbusiness die emanzipatorische und politisch interpretierte „Frauenfrage“ restlos
aufgesogen (um nicht zu sagen: aufgefressen) haben.
Inga Iwasiów, eine der wichtigsten Figuren aus diesen
Kreisen und zugleich „Gryfia”-Jurychefin, notierte bei anderer Gelegenheit, die mit der Arbeit jener Theorie nicht
in Zusammenhang steht: „Zweifellos haben wir es hier
mit einer Situation zu tun, in der große Auflagen und
treue Fanclubs den Vorrang von Frauenliteratur gegenüber allen anderen Formen literarischer Kommunikation
bestätigen, aber zugleich gibt es keine Möglichkeit, auf
dieser Grundlage über künstlerische oder gesellschaftliche Probleme zu diskutieren, in einem Maße, das der
Feminismus für unverzichtbar erklärt hat”. Die Situation ist somit paradox: niemals zuvor (vom Wendejahr
1989 aus gerechnet) war die „Frauenfrage” so gut in der
Literatur repräsentiert, nie gab es so viele Autorinnen,
aber zugleich habe sich, so Iwasiów weiter, ein Traum
der „konservativen Befürworter des Patriarchats“ erfüllt.
Wieso? Da – ich schließe dasZitat ab – „das Bedürfnis
Und die Angst von Siedlce? Sie lässt sich wohl mit der
Befürchtung erklären, den Markt zu verderben, mit dem
Widerstand gegen den schockierenden Triumph des
Trash, gegen die Verdrängung des Besseren durch das
Schlechtere, ganz zu schweigen von einer so offensichtlichen Tatsache wie dem Bedürfnis nach Hierarchien oder
Unterscheidung und auch dem Wunsch, mehr Leserinnen
dazu zu bringen, Anregungen für die Wahl ihrer Lektüre
zu liefern.
Daraus geht hervor, dass wir es mit drei Schreibvarianten
zu tun haben (ich muss wohl nicht betonen, dass dies
eine sehr willkürliche, provisorische und für die Bedürfnisse dieses Artikels brauchbare Einteilung ist). Der problematischste Begriff ist natürlich die Literatur der Frauen
– im universellen Sinne, als wertvolle oder sogar hervorragende Literatur anerkannt. Das bedeutet jedoch nicht,
dass sie nicht im Kontext weiblicher Erfahrung oder
aus der Perspektive unterschiedsorientierter weiblicher
Subjektivität/Identität untersucht werden kann. Zugleich
ist anzumerken, dass dieser Diskurs eine Hilfsfunktion erfüllt, dass er komplementärer Art ist, also nicht über die
Geschicke eines Buches und die Stellung einer Autorin
entscheidet. Es reicht aus, auf die Rezeption des Buches
Włoskie szpilki (2011) [Italienische Stilettos] von Magdalena Tulli in der Literaturkritik zu verweisen, der ersten
„Gryfia”-Preisträgerin. Dieser imposante Prosaband ist
unvermeidlich mit der „Frauenfrage“ verwoben, ist er
doch eine offen autobiografische Erzählung, die von den
Erlebnissen zunächst eines Mädchens und später einer
Frau handelt, ihrer für die Erzählung fundamentalen
Beziehung zur Mutter, ihres (und nicht seines!) Funktionierens in Familie, Schule und in der Gruppe Gleichaltriger. Das „Frausein“ in Włoskie szpilki ist daher ursächlich
bedingt, das Subjekt hat ein Geschlecht, und wird geregelt über die Konvention autobiografischer Prosa. Tulli
wendet sich „schwierigen Themen” zu (in erster Linie
geht es um eine posttraumatische Erfahrung, die mit dem
Holocaust verbunden ist), aber das sind keine typischen
Frauenthemen (soll heißen: bisher nicht präsent oder unterdrückt, weil sie frauentypisch wären), obwohl sie doch
irgendwie aufgrund der Thematik des Werkes und seiner
Protagonisten mit dem Frausein verwoben sind.
Nicht nur sie – dasselbe könnte ich über die nicht nur
meiner Meinung nach beste polnische Autorin der letzten
Zeit, Joanna Bator, sagen. Ihre glänzend geschriebenen
Romane (Piaskowa Góra [deutscher Titel: Sandberg],
2009; Chmurdalia, 2010; Ciemno, prawie noc [Dunkelheit, fast Nacht], 2012) sind insofern mit der „Frauenfrage” verbunden, als das bei ihr die Protagonistinnen
(nicht Protagonisten) im Vordergrund stehen, aus deren
Perspektive die Handlung dargestellt wird. Gleichzeitig
(was nicht heißt: primär) liefert der erste der hier
aufgeführten Romane eine eindringliche, tiefsinnige
Erzählung über die Entstehung und den Niedergang
der sozialistischen Gesellschaft. Absolut konkurrenzlos,
wenn man sich unsere Prosa aus den letzten zwei Jahrzehnten ansieht; das neueste Werk von Bator ist hingegen
eine überaus ambitionierte Diagnose der heutigen kollektiven Mentalität der Polen und der hierzulande typischen Verwilderung.
Die Schlussfolgerung kann nur eine sein: der Begriff
„Literatur der Frauen” bedeutet eigentlich nichts, besonders dann, wenn wir es mit einem überdurchschnittlichen, ja herausragenden Schaffen zu tun haben. Die
Lektüre entsprechender Rezensionen und Besprechungen
solcher überdurchschnittlichen Bücher aus der Feder
von Frauen belegt treffend, dass das Geschlecht eines
Autors in keiner Weise eine Rolle spielt: man muss das
Geschlecht nicht künstlich neutralisieren, weil es sofort
als neutral (universell) erscheint.
Mit der Frauenliteratur ist das Problem keineswegs kleiner. Zum Ersten ist die Situation etwas schizophren: Werke aus dieser Sparte werden ostentativ geringgeschätzt,
man macht mehr oder weniger boshafte Witze über sie,
und doch ist sie zum Muster für Markterfolg und Medienpräsenz geworden. Wie könnte man über Autorinnen
spotten, die jeden ihrer Romantitel in Auflagen um
die 200.000 Exemplare verkaufen (wie etwa im Fall
von Katarzyna Grochola und Małgorzata Kalicińska)?
Autorinnen aus diesem Kreis bestehen zusammen mit
ihren treuen, hervorragend organisierten und diszipli-
essay/esej/есе/эсэ
Außer der Verortung in der Provinz und der Suche nach
dem Besonderen (niemand in Polen macht so eine Literaturveranstaltung wie wir) verbindet diese Initiativen
noch etwas: sie entstanden aus Angst vor dem stigmatisierenden Begriff „Frauenliteratur” („Frauen-”, also nicht
gleichwertig, herkömmlich, trivial, nicht ambitioniert,
schematisch, künstlerisch zweifelhaft, als Lektüre schamhaft verschwiegen). Wie damit in Stettin umgegangen
wurde, zeigt der Name des Preises und des Festivals; in
Siedlce wurde hingegen auf Differenzierung gesetzt, die
auf einem einfachen und wohl auch richtigen Gedanken
beruht: Frauenliteratur ist besser und schlechter, daher
sollte man unterschiedliche Bücher – mehr oder weniger
gelungene – nicht zusammen in einen Sack stecken.
bringen. Denn letztlich ist Frauenliteratur oder Literatur
der Frauen das, was als Frauenliteratur oder Literatur
der Frauen angesehen wird. Und wenn man dazu noch
eine dritte Kategorie hinzufügt, nämlich die feministische
Literatur, ist die begriffliche Verwirrung komplett.
Wir werden noch auf dieses Definitionschaos zu sprechen
kommen, zunächst kehren wir noch einmal zurück
zu den beiden Literaturpreisen nur für Frauen.
Ein Fehler wäre es jedoch – dies füge ich meinerseits
hinzu – unter den Frauenerzählungen auf Biegen und
Brechen explizit feministische herauszupicken (bei dieser
gigantischen Produktion kann man auch solche finden)
und sie zu fördern. Deshalb ist „Gryfia” kein feministischer Preis, sondern eine Auszeichnung für eine Autorin,
prämiert werden also von Frauen geschriebene Bücher,
über die man diskutieren kann und muss, die ungewöhnliche künstlerische Fragen behandeln, relevante gesellschaftliche und politische Themen aufgreifen. Letztlich
geht es, wenn man das so sagen darf, um allgemein
menschliche Werte, um literarische Qualität und relevante Themen. So ging man in Stettin mit dem ungeliebten,
mit den schlimmsten Assoziationen besetzten Etikett
„Frauenliteratur“ um.
Wenn nun schon die Rede ist vom ersten Durchlauf des
Wettbewerbs „Gryfia”, dann dienen als noch deutlicheres Beispiel die Non Fiction Bücher, die für diesen Preis
nominiert wurden und mit Włoskie szpilki konkurrierten. Natürlich kann man über Małgorzata Szejnert, die
Autorin des für „Gryfia” gemeldeten Buches Dom żółwia.
Zanzibar [Haus der Schildkröte. Sansibar] sagen, dass sie
eine ausgezeichnete polnische Reporterin ist, und über
ihre jüngere Kollegin Ewa Winnicka (Reportagensammlung Londyńczycy [Die Londoner]), dass sie auf dem
besten Wege ist, eine solche zu werden. Aber ist es nicht
der Ehrgeiz beider Autorinnen, manchmal auch die Position des besten polnischen Reporters zu besetzen? Ganz
gewiss ist das so, besonders wenn es Personen betrifft,
die ein Genre wie Journalismus betreiben – das Spiel um
die besten Plätze (in der Branche, in der Kultur) findet
ausschließlich auf der Hauptbühne statt. Es gibt keinen
Grund anzunehmen, dass in der so genannten schönen
Literatur die Verhältnisse andere sind. Ich will damit
sagen, dass Magdalena Tulli einfach eine ausgezeichnete
zeitgenössische Autorin ist, par excellence „allgemein
menschlich”.
9
radar
STOLZ UND VORURTEILE DUMA I UPRZEDZENIA
Dariusz Nowacki Dariusz Nowacki
essay/esej/есе/эсэ
2012 wurden in Polen unabhängig voneinander zwei
Literaturpreise ins Leben gerufen, die eine Gemeinsamkeit
haben – sie sind nur für Autorinnen gedacht. Es handelt
sich um den im Mai vergangenen Jahres erstmals in
Stettin verliehenen Literaturpreis „Gryfia” sowie den in
Siedlce ein paar Monate später ebenfalls zum ersten Mal
vergebenen zweigeteilten Preis „Feder und Kralle” („Feder” für den ergreifendsten, „Kralle” für den sympathischsten und optimistischsten Frauenroman des Jahres). Den
feierlichen Galaabenden, bei denen die Schriftstellerinnen
mit diesen Preisen geehrt wurden, gingen mehrtägige
Festivals voraus: in Stettin war dies das Literaturfestival
der Frauen, in Siedlce das Festival der Frauenliteratur;
beide waren bis an den Rand gefüllt mit Diskussionen, Begegnungen mit den Autorinnen und weiteren Ereignissen.
nach sicheren Geschichten für Frauen die Oberhand
gewonnen hat, die die Gegenwart in einer umgänglichen
Weise interpretieren und nicht zur Konfrontation mit den
gesellschaftlich bevorzugten Lebensstilen aufrufen“.
nierten Leserinnen, wie sich auf Autorentreffen zeigt,
weniger am Rande des literarischen Lebens als vielmehr
überhaupt außerhalb der zeitgenössischen Literatur.
Jene Welten sind völlig autonom und sich selbst genug,
einziges Anerkennungskriterium sind die Verkaufszahlen.
Die sind aber wirklich imponierend.
essay/esej/есе/эсэ
Zweitens und wichtiger: das literarische Feld in diesem
Bereich ist dicht verwoben und wird von Jahr zu Jahr
komplizierter. Wie die Expertin für Frauenliteratur und
zugleich Vorsitzende der Jury für den Preis „Feder und
Kralle”, Barnadetta Darska, erklärt, dass man heute beobachten könne, „wie versucht wird, Genrestereotype zu
ändern“, etwa so, dass „eine Romanze ihres Happy-Ends
beraubt wird und das Lebensziel nicht mehr der Mann
ist“. Vor allem lässt sich jedoch eine wahre Invasion
emanzipatorischer Motive beobachten, also eine Anreicherung leichter, einfacher und angenehmer Geschichten
durch feministische Ideen und Postulate.
radar
10
Drittens wächst schließlich die Rolle des Formats, das
Bewusstsein – sowohl auf Seiten der Herausgeber als
auch der Autorinnen selbst – von der Differenzierung
in Subgenres. Natürlich geht es darum, an die Zielgruppe zu denken, um Maßnahmen zur Profilschärfung der
populären Erzählung, hauptsächlich nach dem Kriterium
des Alters; natürlich müssen die Protagonistinnen der Romane und die Leserinnen das gleiche Alter haben (siehe
chick-lit, bigger girl-lit, hen-lit – um sich auf Kategorien
aus dem angelsächsischen Bereich zu beziehen, die
übrigens mehr kommerzieller als geschlechtsspezifischer
Natur sind). Dazu kommt eine bewusste Erforschung des
Eigenen – daher der große Erfolg von Familiensagas, die
sich auf die typisch polnische Affirmation des Familiären
stützen (zum Beispiel die vierbändige, bei den Lesern
sehr beliebte Cukiernia pod Amorem [Konditorei Amor]
von Małgorzata Gutowska-Adamczyk).
Es wird wohl hoffentlich deutlich, dass die Situation
mehr als kompliziert ist. Denn Frauenliteratur funktioniert angeblich außerhalb des Mainstreams, aber jenen
Mainstream prägt sie doch, da sie – ich wiederhole noch
einmal das Zitat von Iwasiów – über einen klaren Vorteil
gegenüber allen anderen Formen literarischer Kommunikation im heutigen Polen verfügt. Wie keine andere Form
von Kreativität unterliegt sie einer weitgehenden Hybridisierung, saugt literarische Ideen, Konzepte und Techniken aus Gebieten, auf die sich populäre polnische Autorinnen noch vor wenigen Jahren überhaupt nicht gewagt
haben. Oft dargestellt als Ausdruck spontaner Regungen
(Schreiben als Herzensbedürfnis), erscheint Frauenliteratur
heute eher als sehr bewusste Textproduktion.
Von den erwähnten Attributen erscheint jene Fähigkeit,
emanzipatorische und politische Motive „aufzugreifen”,
jenes spezifische Ausnutzen von Postulaten und Errungenschaften des Feminismus, als besonders aufschlussreich. Das Schmarotzertum, von dem hier die Rede ist,
hat sich nämlich in der aktuellen Gestalt der dritten
Form weiblichen Schreibens, nämlich der feministischen
Literatur, deutlich niedergeschlagen. Es ist ja kein Zufall,
dass in den letzten Jahren Begriffe wie „Pop-Feminismus”
oder „Pseudo-Emanzipation” (beide aus der Sprache
der Literaturkritik stammend) eine enorme Karriere
gemacht haben. Eben diesen Kategorien wurden häufig
die Romane von Manuela Gretkowska (angefangen beim
Jahr 2007, als sie ihren Roman Kobieta i mężczyźni [Frau
und Männer] veröffentlichte), von Grażyna Plebanek
oder Hanna Samson zugeordnet. Und das ist kein lokales
Phänomen – dieselben Prozesse, basierend auf dem
Aufgreifen und Aufsaugen des feministischen Diskurses
durch die Pop- und Massenkultur tauchten bereits vor
Jahrzehnten im Westen auf (in Amerika z.B. schon in
der zweiten Hälfte der siebziger Jahre des vergangenen
Jahrhunderts).
Die erwähnten Massenmedien spielen eine besondere
Rolle. Im kulturellen Bewusstsein existieren nur solche
feministischen Autorinnen, die man nicht nur als Autorinnen vermarkten kann. Ich würde sogar die Behauptung wagen, je weniger sie Autorinnen sind, desto besser.
Was aber sind sie dann?
Markante Persönlichkeiten, die sich eloquent, wenn auch
immer im Rahmen des Korrekten (ihre Sperrigkeit ist nur
eine Pose), zu jedem gesellschaftlich relevanten Thema
äußern (Familienpolitik, die Ausgrenzung von Frauen,
die Gewalt gegen sie, Sexualerziehung…). So funktioniert seit ein paar Jahren Sylwia Chutnik, der Liebling
der bunten Blätter und des Frühstücksfernsehens.
Die Medienindustrie stört das Übergewicht propagandistisch-feuilletonistischer Inhalte gegenüber dem Literarischen absolut nicht, das eine – offen gesagt – ziemlich
nervige Eigenheit von Chutniks Prosa geworden ist; es
stört nicht, weil sie nicht nach dem Literarischen fragen,
was man ihnen natürlich nicht zum Vorwurf machen
kann. An dieser Stelle trifft sich übrigens die Frauenliteratur mit der feministischen Literatur, obwohl keine der
beiden dieses Treffen geplant hat. Beide Gattungen sind
postliterarische, d.h. sie werden jenseits von Literatur
praktiziert. Denn die Frauenliteratur blüht in einer
Epoche, in der – um an die von Dubravka Ugresić in dem
Band Czytanie wzbronione [Lesen verboten] gesammelten
Skizzen anzuknüpfen – der Büchermarkt die Literatur
als solche fast völlig verdrängt hat, und die feministische
Prosa behauptet sich gar nicht schlecht in einer Welt,
in der das Lesen schöner Literatur Zeitvergeudung ist.
Es gibt ja so viele Dinge zu erledigen… Natürlich wichtigere als nur Belletristik.
[Übersetzung: Ulrich Heisse]
© Michal Aniempadystau
radar
12
Tu oczywiście powinno się pojawić choćby najskromniejsze dopowiedzenie terminologiczne. Otóż w polskim
słowniku krytycznoliterackim literatura kobieca to
literatura obiegu popularnego adresowana do kobiet,
najczęściej utożsamiana z konwencjonalnym romansem
lub tradycyjną powieścią psychologiczno-obyczajową
(ona, on plus perypetie). Trudniej objaśnić termin nie
tyle konkurencyjny, ile polemiczny. Najzwięźlej rzecz
ujmując, literatura kobiet to literatura pisana przez
kobiety, lecz niekoniecznie dla kobiet; raczej elitarna niż
popularna. Nie ufałbym jednak przesadnie rozstrzygnięciom terminologicznym. Ostatecznie bowiem literaturą
kobiecą bądź literaturą kobiet jest to, co zostanie uznane
za literaturę kobieca lub literaturę kobiet. A jeśli dodać
do tego trzecią kategorię, czyli literaturę feministyczną,
zamieszanie pojęciowe przekroczy wszelkie miary. Przyjdzie
jeszcze nawiązać do tego galimatiasu nazewniczego, tymczasem wracam do dwu nagród literackich tylko dla pań.
Za przedsięwzięciami, o których tu mowa, stały dwa różne środowiska: impreza szczecińska została wymyślona
i programowo opracowana przez osoby z kręgów akademickich, w pierwszej kolejności badaczki problematyki
gender i krytyczki feministyczne, impreza siedlecka
była nadzorowana (organizacyjnie i koncepcyjnie) przez
dziennikarki pism kobiecych i ekspertki zajmujące się
popkulturą. Wskazuję na tę różnicę, żeby oznajmić, iż ów
pierwotny lęk przed epitetem „kobieca” doklejonym do
słowa „literatura” rozkłada się na dwa odmienne lęki.
Uniwersyteckie feministki czy – szerzej – literaturoi kulturoznawczynie zorientowane „kobiecocentrycznie”
jakiś czas temu spostrzegły, że rynek i show-biznes
niemal bez reszty wchłonęły (by nie powiedzieć: pożarły)
Błędem byłoby jednak – to już dodaję od siebie – usilne
i dość rozpaczliwe wyłuskiwanie spośród opowieści kobiecych utworów jakoś feministycznie nacechowanych
(w tej gigantycznej produkcji można by i takie znaleźć)
oraz wspieranie ich. Dlatego „Gryfia” nie jest nagrodą
feministyczną – to wyróżnienie dla autorki, a więc premiowane są napisane przez kobiety książki, o których
można i trzeba dyskutować, które uruchamiają nietuzinkowe kwestie artystyczne, podrzucają istotne zagadnienia
społeczne i wątki polityczne. Ostatecznie idzie – jeśli wolno się tak wyrazić – o wartości ogólnoludzkie, o okazałość literacką i doniosłość problemową. W ten oto sposób
poradzono sobie w Szczecinie z niechcianą, obciążoną
najgorszymi skojarzeniami etykietką „literatura kobieca”.
A lęk siedlecki? Chyba można go skojarzyć z obawą przed
psuciem rynku, z niezgodą na gorszący triumf tandety,
na wypieranie lepszego przez gorsze, nie mówiąc o tak
oczywistej sprawie, jak potrzeba hierarchii czy dystynkcji,
a także chęć aktywizowania czytelniczek, dostarczania
sugestii poprzedzających ich wybory lekturowe.
Z tego co tu zdążyłem zanotować, wynika, że mamy dziś
do czynienia z trzema wariantami pisarstwa kobiecego
(chyba nie muszę zaznaczać, że podział to nad wyraz
umowny, prowizoryczny, sporządzony na potrzeby tego
artykułu). Najbardziej kłopotliwym pojęciem jest oczywiście literatura kobiet – ujmowana uniwersalistycznie,
podziwiana jako literatura wartościowa lub nawet wybitna. Nie znaczy to jednak, że nie może być rozpatrywana
w kontekście kobiecego doświadczenia czy w perspektywie kobiecej podmiotowości/tożsamości naznaczonej
różnicą. Zarazem należy zauważyć, że dyskurs ten pełni
funkcję pomocniczą, ma charakter komplementarny,
a więc nie przesądza o losach książki i pozycji pisarki.
Dość przywołać recepcję krytycznoliteracką Włoskich
szpilek (2011) Magdaleny Tulli, pierwszej laureatki Nagrody „Gryfia”. Ów okazały tom prozy wiąże się z „kwestią
kobiecą” w sposób nieunikniony – jest bowiem wypowiedzią jawnie autobiograficzną, traktującą o przeżyciach
konkretnej zrazu dziewczynki, a później kobiety, jej relacjach – fundamentalnych dla tej opowieści – z matką,
jej (a nie jego!) funkcjonowaniu w rodzinie, szkole czy
grupie rówieśniczej. „Kobiecość” Włoskich szpilek jest
zatem źródłowa, wszak podmiot ma płeć, oraz regulowana przez konwencję prozy autobiograficznej. Tulli zwraca
się ku „tematom trudnym” (w pierwszej kolejności idzie
o doświadczenie posttraumatyczne związane z Holokaustem), ale nie są to przecież kwestie typowo kobiece
(w domyśle: do tej pory nieobecne lub stłumione, właśnie
dlatego, że kobiece), choć przecież jakoś tam – z uwagi
na tematykę utworu i przemawiający podmiot – w kobiecość uwikłane.
A jeśli już mowa o pierwszej edycji „Gryfii”, to jeszcze
wyraźniejszego przykładu dostarczają książki non fiction,
które jako nominowane do tej nagrody konkurowały
z Włoskimi szpilkami. Owszem – o Małgorzacie Szejnert,
autorce zgłoszonego do „Gryfii” Domu żółwia. Zanzibaru,
można powiedzieć, że jest wybitną polską reportażystką, a o jej młodszej koleżance, Ewie Winnickiej (zbiór
reportaży Londyńczycy), że to świetnie zapowiadająca
się reportażystka. Ale czy ambicją obu autorek nie jest
czasami zajęcie pozycji najlepszego polskiego reportera?
Z pewnością tak właśnie sprawy się mają, zwłaszcza jeśli
dotyczą osób uprawiających gatunki użytkowe (dziennikarskie) – gra o znaczenie (w branży, w kulturze) rozgrywa się wyłącznie na głównym parkiecie. Nie ma powodu
sądzić, że w domenie literatury zwanej piękną stosunki
przedstawiają się inaczej. Chcę przez to powiedzieć, że
Magdalena Tulli to po prostu znakomity, współczesny
pisarz, par excellence „ogólnoludzki”.
Nie ona jedna – to samo mógłbym na przykład powiedzieć o najlepszej, nie tylko moim zdaniem, polskiej
pisarce ostatniej doby, Joannie Bator. Jej znakomite powieści (Piaskowa Góra, 2009; Chmurdalia, 2010; Ciemno,
prawie noc, 2012) łączą się z „kwestią kobiecą” w ten
sposób, że na pierwszym planie widzimy u niej bohaterki
(nie bohaterów), z ich punktu widzenia przedstawiane
są zdarzenia fabularne, i tak dalej. Jednocześnie (co nie
znaczy: prymarnie) pierwsza z wymienionych tu powieści przynosi przenikliwą, pogłębioną opowieść o narodzinach społeczeństwa socjalistycznego i upadku tej
formacji, absolutnie bezkonkurencyjną, jeśli wziąć pod
uwagę zasoby naszej prozy z ostatniego dwudziestolecia,
najnowsza zaś rzecz Bator to najbardziej ambitna diagnoza dzisiejszej mentalności zbiorowej Polaków, osobliwie
tutejszego zdziczenia.
Wniosek może być tylko jeden: pojęcie „literatura kobiet”
nie znaczy bodaj nic, zwłaszcza w sytuacji, kiedy mamy
do czynienia z piśmiennictwem ponadprzeciętnym, zahaczającym o wybitność. Lektura stosownych recenzji
i omówień dotyczących właśnie dzieł ponadprzeciętnych,
które wyszły spod kobiecych piór, aż nadto dobitnie dowodzi, że płeć autora nie wiąże się z żadnym nacechowaniem; nie trzeba jej neutralizować, ponieważ od razu
pojawia się jako neutralna (uniwersalistyczna).
Z literaturą kobiecą kłopot wcale nie mniejszy. Po pierwsze, sytuacja jest nieco schizofreniczna: twórczość należącą do tego nurtu ostentacyjnie się lekceważy, mniej lub
bardziej złośliwie dowcipkuje na jej temat, a jednocześnie
stała się ona wzorem rynkowego sukcesu i medialnego
istnienia. Jak tu kpić z autorek, które każdy swój tytuł
powieściowy sprzedają w nakładzie oscylującym wokół
200 tys. egzemplarzy (to casus Katarzyny Grocholi i Małgorzaty Kalicińskiej)? Pisarki z tego kręgu wespół z wiernymi, doskonale zorganizowanymi i zdyscyplinowanymi
czytelniczkami, co ujawnia się na spotkaniach autorskich,
funkcjonują nie tyle nawet na marginesie życia literackiego, ile w ogóle poza współczesną kulturą literacką.
Owe światy są w pełni autonomiczne i samowystarczalne,
a jedynym kryterium uznania są raporty o sprzedaży.
Na ogół imponujące.
Po drugie i ważniejsze, pole literackie w tej domenie
z roku na rok się zagęszcza i komplikuje. Jak wyjaśnia
znawczyni tej twórczości i zarazem szefowa jury Nagrody „Pióro i Pazur”, Barnadetta Darska, obecnie można
zaobserwować „próby przewartościowania stereotypów
gatunkowych”, choćby w tym wymiarze, iż „romans zostaje pozbawiony szczęśliwego zakończenia, a życiowym
celem przestaje być mężczyzna”, jednak nade wszystko
można wyśledzić prawdziwą inwazję wątków emancypacyjnych, a więc zasilanie lekkich, łatwych i przyjemnych
opowieści ideami czy postulatami feministycznymi.
Wreszcie po trzecie, wzrasta rola formatu, świadomość
– tak po stronie wydawców, jak i samych autorek
– podgatunkowego (sub-genre) zróżnicowania. Idzie
oczywiś-cie o myślenie o grupie docelowej, o zabiegi nastawione na profilowanie popularnej opowieści, głównie
według kryterium wiekowego; oczywiście wiek musi być
wspól-ny dla powieściowych protagonistek i czytelniczek
(zob. chick-lit, bigger girl-lit, hen-lit – by odwołać się
do kategorii, bardziej zresztą handlowych niż genologicznych, z obszaru anglosaskiego). Do tego dołącza się
świadome eksplorowanie swojskości – stąd wielki sukces
sag rodzinnych, wspartych na typowo polskiej afirmacji
rodzinności (tu na przykład wielotomowa, ciesząca się
wielkim czytelniczym wzięciem, Cukiernia pod Amorem
Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk).
Widać, mam nadzieję, wyraźnie, że sytuacja jest bardziej
niż skomplikowana. Oto bowiem literatura kobieca funkcjonuje rzekomo poza głównym nurtem, ale przecież ów
główny nurt poniekąd ustanawia, dysponując – powtarzam za Iwasiów – ewidentną przewagą nad wszystkimi
innymi formami komunikacji literackiej w dzisiejszej Polsce. Jak żaden inny typ twórczości, podlega daleko idącej
hybrydyzacji, wchłaniając idee, koncepty czy techniki
literackie z terenów, na które polskie pisarki popularne
– jeszcze kilkanaście lat temu – w ogóle się nie zapuszczały. Często przedstawiana jako wyraz działań spontanicznych
(pisanie z potrzeby serca), literatura kobieca wydaje się
bodaj najbardziej świadomą dziś praktyką tekstotwórczą.
Z wymienionych atrybutów owa zdolność do „przechwytywania” wątków emancypacyjnych i politycznych, osobliwego żerowania na postulatach i zdobyczach feminizmu wydaje się szczególnie instruktywna. Pasożytnictwo,
o którym tu mowa, odcisnęło się bowiem wyraźnie na
aktualnym kształcie trzeciej odnogi pisarstwa kobiecego,
czyli literaturze feministycznej. Nie jest przecież przypadkiem, że w ostatnich latach takie pojęcia, jak „popfeminizm” czy „pseudoemancypacja” (obydwa wzięte z języka krytyki literackiej) zrobiły niejaką karierę. W tych
właśnie kategoriach opisywano wielokrotnie powieści
essay/esej/есе/эсэ
essay/esej/есе/эсэ
Poza prowincjonalnym usytuowaniem i poszukiwaniem
odrębności (nikt w Polsce nie ma takiej imprezy literackiej jak my) inicjatywy te łączy coś jeszcze – wzięły się
z lęku przed stygmatyzującym określeniem „literatura
kobieca” („kobieca”, czyli gorsza, popularna, trywialna,
wyprana z ambicji, schematyczna, wątpliwa artystycznie,
wstydliwa jako przedmiot lekturowy). Jak sobie z tym
poradzono w Szczecinie, powiadamia nazwa nagrody
i festiwalu, w Siedlcach zaś postawiono na zróżnicowanie
oparte na prostej i chyba słusznej myśli: literatura kobieca bywa lepsza i gorsza, nie godzi się wrzucać rozmaitych
książek – bardziej lub mniej udanych – do jednego worka.
„kwestię kobiecą” pojmowaną emancypacyjnie i politycznie. Inga Iwasiów, jedna z najważniejszych postaci
z tego kręgu i zarazem szefowa jury „Gryfii”, zanotowała
przy innej, niezwiązanej z pracami owego jury, okazji:
„Niewątpliwie mamy dziś do czynienia z sytuacją,
w której duże nakłady i wierne fankluby potwierdzają
przewagę literatury kobiecej nad wszystkimi innymi
formami komunikacji li-terackiej, a zarazem nie ma możliwości dyskutowania na tej podstawie ani o problemach
artystycznych, ani społecznych, w takim zakresie, którego
niezbędność proklamował feminizm”. Sytuacja podpada
tedy pod paradoks: nigdy wcześniej (licząc od przełomowego roku 1989) „sprawa kobieca” nie była tak dobrze
reprezentowana w literaturze, nie było tylu autorek,
a jednocześnie spełnił się sen – dalej Iwasiów – „najbardziej konserwatywnych rzeczników patriarchatu”.
Dlaczego? Bo górę wzięło – dokończę cytat – „zapotrzebowanie na bezpieczną narrację dla kobiet, w sposób
przystępny interpretującą współczesność i nie nakłaniającą do konfrontacji z preferowanymi społecznie
stylami życia”.
13
radar
W 2012 roku ustanowiono w Polsce, niezależnie od
siebie, dwie nagrody literackie posiadające wspólny zapis
regulaminowy – wyróżnienie może trafić tylko do piszących pań. Mam na uwadze wręczoną po raz pierwszy
w maju ubiegłego roku Nagrodę Literacką dla Autorki
„Gryfia” (stało się to w Szczecinie) oraz przyznaną
w Siedlcach kilka miesięcy później, także po raz pierwszy, dwudzielną Nagrodę „Pióro i Pazur” („Pióro” dla
najbardziej poruszającej powieści kobiecej roku, „Pazur”
dla najsympatyczniejszej i najbardziej optymistycznej powieści kobiecej roku). Uroczyste gale, na których uhonorowano pisarki tymi wyróżnieniami, zostały poprzedzone
kilkudniowymi festiwalami: na Pomorzu był to Festiwal
Literatury Kobiet, na Mazowszu – Festiwal Literatury
Kobiecej; oba wypełnione po brzegi dyskusjami, spotkaniami autorskimi i pomniejszymi zdarzeniami.
essay/esej/есе/эсэ
Wyrazistymi osobowościami wypowiadającymi się biegle,
acz zawsze w granicach rozsądku (ich kontrowersyjność
jest pozorowana) na każdy nośny społecznie temat
(polityka rodzinna, wykluczenie kobiet i przemoc wobec
radar
14
DARIUSZ NOWACKI (1965, Polen) – Literaturkritiker,
Redakteur, Literaturforscher und Mitarbeiter der Fakultät
für Zeitgenössische Literatur an der Schlesischen Universität. Redakteur der Kulturzeitschrift „Optionen”, Mitarbeiter bei Literaturzeitschriften sowie Tageszeitungen
und Verlagen. Er beschäftigt sich hauptsächlich mit zeitgenössischer polnischer Prosa. Nowacki veröffentlichte
den Essayband Beruf: Leser (1999) sowie Das große Gestern (2004). Autor der Abhandlung Das unvermeidliche
Ich. Über das Subjekt der Schriften von Jerzy Andrzejewski
(2000). Zuletzt gab er Wer ihnen Flügel verlieh. Anmerkungen zu Prosa, Dramen und Kritik (2001-2010) (2011)
heraus. Mitautor (zusammen mit Ivana Vidović Bolt) des
Bandes Orkiestru iza leđa. Antologija poljske kratke priče
(2001) sowie der Anthologie (gemeinsam mit Krzysztof
Uniłowski) Es war einmal die Kritk… Eine Auswahl von
Texten aus den 90er und Nullerjahren (2003).
Er wohnt in Sosnowiec.
DARIUSZ NOWACKI (1965, Polska) – krytyk literacki,
redaktor, badacz literatury, pracownik Zakładu Literatury
Współczesnej Uniwersytetu Śląskiego. Redaktor kwartalnika kulturalnego „Opcje“, współpracownik czasopism
literackich, a także gazet codziennych i wydawnictw. Zajmuje się głównie współczesną prozą polską. Opublikował
zbiory szkiców krytycznych Zawód: czytelnik (1999) oraz
Wielkie Wczoraj (2004). Jest także autorem rozprawy
Ja nieuniknione. O podmiocie pisarstwa Jerzego Andrzejewskiego (2000). Ostatnio wydał Kto im dał skrzydła.
Uwagi o prozie, dramacie i krytyce (2001-2010) (2011).
Współautor (wraz z Ivaną Vidović Bolt) zbioru Orkiestru iza leđa. Antologija poljske kratke priče (2001) oraz
antologii (wespół z Krzysztofem Uniłowskim) Była sobie
krytyka… Wybór tekstów z lat dziewięćdziesiątych i pierwszych (2003). Mieszka w Sosnowcu.
Mykola Riabchuk Микола Рябчук
DAS ABC DES NATIONALISTEN ЛЕКСИКОН
НАЦІОНАЛІСТА
1. Nation
Ziemlich zu Beginn der 1990er Jahre erzählte mir meine
siebenjährige Tochter, dass sie die Verse der ukrainischen
Hymne als Hausaufgabe auswendig lernen soll. Sie wusste nicht, was eine Hymne ist. Ich musste ihr erklären,
dass dies ein Text sei, der jemanden oder etwas rühme
und besinge. Was die Ukraine sei, das fragte sie nicht,
denn das wusste sie anscheinend schon.
Noch immer bedauere ich, dass ich nicht registrierte,
wann bei meinen Kindern dieser Begriff auftauchte, wie
auch viele andere – umso abstrakter, desto komplizierter
für das kindliche Verständnis. Alle diese Begriffe, Ukraine, Volk, Identität, Patriotismus, müssen vor allem mit
etwas Konkretem assoziiert werden: Mit Nachbarn, die
eine andere Sprache sprechen, mit Passanten, die anders
aussehen, mit der Weltkarte, oder noch besser mit dem
Globus, auf dem dein Land, das Fleckchen Erde dir ähnlicher Menschen, mit einer anderen Farbe gekennzeichnet ist.
Ich glaube, dass das Verständnis dieser abstrakten Dinge
ungefähr bei Fünfjährigen einsetzt und sich allmählich
vertieft. Bei der Bewegung durch den Raum kann man
dann sehen, dass dir ähnliche Menschen nicht nur in deiner unmittelbaren Nähe leben, sondern auch an anderen
auf der Karte verzeichneten Orten. Das Gefühl der linear
verlaufenden, nie endenden Zeit, macht es möglich, sich
das Volk als Menschen vorzustellen, die nicht nur hier
und jetzt leben, sondern auch schon früher, noch vor
deiner Geburt lebten, und die wahrscheinlich nach dir,
nach deinem Tod leben werden. Schließlich erlaubt das
Verstehen weiterer Abstrakta, sich das Volk nicht nur als
dir ähnlicher Menschen – in Sprache, Aussehen, Gewohnheiten – zu vergegenwärtigen, sondern auch vereint in
Recht und Gesetz und mit staatlichen Institutionen als
eine politische Nation.
Je komplizierter ein Abstraktum ist, desto älter und
intellektuell entwickelter sollte ein Mensch sein, um es
zu erfassen. Einem Urmenschen zu erklären, was so eine
„Nation“ sei, ist genauso unmöglich wie einem dreijährigen Kind. Und selbst im Mittelalter war „Nation“ etwas
sehr abstraktes, denn die Menschen identifizierten sich
vor allem mit ihrer Region, weitere Gemeinsamkeiten
stellte man sich insbesondere in den Kategorien des Glau-
bens, des Standes und der Zugehörigkeit als Untertan vor.
Heute kann man sich nur schwer eine Welt vorstellen, in
der die Sprache keine symbolische Bedeutung hatte und
nur ein mehr oder weniger bequemes Verständigungsmittel war, in der die Schriftsteller nicht in einer „Volkssprache“ schrieben, sondern in Latein (oder Kirchenslawisch),
in der die Edlen im Gegensatz zum gemeinen Volk ganz
unpatriotisch das ausländische Französisch gebrauchten,
und die Wappen und Flaggen nicht die Nation symbolisierten, sondern v.a. bestimmte Adelsgeschlechter.
Liah Greenfeld zeichnet in ihrem lesenswerten Buch
„Nationalism: Five roads to Modernity“ die Evolution des
Begriffs „Nation“ vom Alten Rom, in dem er eigentlich
entstanden war, bis in unsere Tage nach. Das lateinische
„natio“ – Geburt, Herkunft, Geschlecht (nasci – geboren
werden), verwendete man vor allem für jene Gruppe
Fremder, die von verschiedenen Orten als eine Art Gastarbeiter nach Rom kamen, Menschen mit eingeschränkter Aufenthaltserlaubnis, die nicht die gleichen Rechte
wie Römer hatten. An den mittelalterlichen Universitäten
wurden mit dieser Kategorie Studentengruppen verschiedener Herkunftsgebiete bezeichnet, wobei man im
Hinblick auf geographische oder sprachliche Merkmale
ziemlich großzügig umging; diese Verwaltungskategorie
hatte rein administrative und begrenzte Funktion und
beeinflusste keinesfalls die Formierung einer festen,
vereinigenden Identität außerhalb der Universität bei
den Studenten zum Beispiel aus Italien, Frankreich und
Spanien, die in Paris unter der gemeinsamen Rubrik
„l’honorable nation de France“ eingetragen wurden oder
die Studenten aus England und Deutschland, die als „la
constante nation de Germanie“ registriert wurden. Da
diese Studentenkontingente auch als eine Art Bruderschaften oder Hilfsgemeinschaften funktionierten, die
zudem an gesamtuniversitären Disputationen teilnahmen, begann der Begriff „natio“ die bloße geographische
Zugehörigkeit oder Herkunft zu übersteigen und auch
auf gewisse gemeinsame Positionen und Aktivitäten
hinzuweisen.
In dieser Bedeutung – als eine Gemeinschaft mit geteilten
Anschauungen – wurde der Begriff auf die Teilnehmer
essay/esej/есе/эсэ
Wspomniane przed chwilą mass media odgrywają rolę
szczególną. W świadomości kulturalnej istnieją tylko te
pisarski feministyczne, które da się publicznie przedstawić jako… nie tylko pisarki. Zaryzykowałbym nawet
stwierdzenie, że im mniej są one pisarkami, tym lepiej.
Kimże zatem są?
nich, edukacja seksualna…). Tak funkcjonuje od kilku lat
Sylwia Chutnik, ulubienica kolorowych magazynów i telewizji śniadaniowych. Pracownikom przemysłu medialnego zupełnie nie przeszkadza przewaga treści interwencyjno-propagandowych nad literackością, a to stała i, co
tu kryć, dość dokuczliwa właściwość prozy Chutnik; nie
przeszkadza, ponieważ nie zwykli pytać o literackość,
o co, rzecz jasna, nie można mieć do nich pretensji.
W tym miejscu zresztą literatura kobieca spotyka się
z literaturą feministyczną, choć żadna ze stron nie planowała tego spotkania. Obie formacje są postliterackie,
w znaczeniu: praktykowane po literaturze. Literatura
kobieca kwitnie bowiem w epoce, w której – by nawiązać
do szkiców Dubravki Ugresić zgromadzonych
w tomie Czytanie wzbronione – rynek książki wyparł
nieledwie w całości literaturę jako taką, a proza feministyczna ma się całkiem nieźle w świecie, w którym szkoda czasu na czytanie literatury pięknej. Wszak jest tyle
spraw do załatwienia… Oczywiście większych niż taka
tam sobie beletrystyka.
15
radar
Manueli Gretkowskiej (począwszy od roku 2007, to
jest ogłoszenia przez nią powieści Kobieta i mężczyźni),
Grażyny Plebanek czy Hanny Samson. No i nie jest to
zjawisko lokalne – te same procesy polegające na przechwyceniu i wchłonięciu dyskursu feministycznego przez
kulturę popularną i masowe media ujawniły się przed
dziesięcioleciami na Zachodzie (na przykład w Ameryce
już w drugiej połowie lat 70. ubiegłego stulecia).
essay/esej/есе/эсэ
Von da an wird die gesamte Elite zur Nation, zuerst
in England, später mit der Verbreitung von Ideen und
Denkweisen auch in anderen Ländern. Die europäischen
Aufklärer wenden den Begriff der Nation nach und nach
über die Aristokratie hinaus auch auf andere Stände an,
und die Französische Revolution bestätigt schließlich die
egalitäre Nation als obersten Souverän und Träger aller
Rechte und Freiheiten.
radar
16
Dieser Prozess verlief nicht geradlinig und einfach, man
braucht nur einen Blick in die „Geschichte der Rus“
(Istorija rusiv) zu werfen, einen der Meilensteine des zukünftigen ukrainischen Projekts, um sich zu überzeugen,
dass ihr Verfasser die russländisch-ukrainische Nation vor
allem im Kosakenadel und ihren Nachfahren sieht, aber
keinesfalls in den gemeinen Bauern, denen gegenüber
sich der adlige Verfasser ziemlich verächtlich zeigt.
Es mussten noch einige Jahrzehnte vergehen, damit dieses elitäre Standeskonzept zu einem wirklich nationalen
ukrainischen Projekt wurde, die Kyrillo-Methodianische
Brüderschaft samt ihrem egalitären „Buch von der Genese des ukrainischen Volkes“ (Kniha buttja ukrajins’koho
narodu) entstehen konnte und Ševčenkos leidenschaftliches Streben ermöglichte, „all die kleinen, stummen,
Sklaven zu befreien“, „die lebenden, die toten und auch
die noch ungeborenen“.
Doch die Konzeptualisierung der gesamten Bevölkerung
als Nation ist nur der erste Teil des Projekts. Der zweite
und offensichtlich schwierigere Teil ist die Aneignung
dieser anscheinend klaren Idee nicht nur durch die Intellektuellen, sondern auch durch die Gesamtbevölkerung. Der
Wandel von Bauern zu Franzosen, wie ihn Eugen Weber
in dem gleichnamigen Buch (Peasants Into Frenchmen:
The Modernization of Rural France, 1880-1914) beschreibt,
dauerte über ein Jahrhundert. Der Wandel der Landbevölkerung zu Ukrainern ist auch heute nicht abgeschlossen.
In den letzten zwanzig Jahren verweisen soziologische
Studien ziemlich stabil darauf, dass sich ein Drittel der
Bevölkerung in erster Linie mit seiner Stadt, seiner Region,
seinem Dorf identifiziert, und nur wenig mehr als die
Hälfte der Bevölkerung mit der Ukraine im ethnischen und
staatsbürgerlichen Sinn. Vor ungefähr 90 Jahren beschrieb
der geniale ukrainische Satiriker Ostap Wyschnja das fiktive Volk der Kratzukras: Und wie es so üblich ist, fragt man
sie: Sehr geehrte Herren, von welcher Nation sind Sie? Und sie
kratzen sich im Nacken und antworten: Wer weiß schon …
Peredrijiwker sind wir, und orthodox …
2. Identität
In der unterhaltsamen Komödie „Das Wunder am Purimfest“ (Cud Purymowy) von Izabela Cywińska wird die Geschichte eines Jan Kochanowski erzählt, eines Namensvetters des berühmten polnischen Renaissancedichters,
der im Gegensatz zu seinem klassischen Vorgänger ein
glühender, oder besser gesagt die Karrikatur eines glühenden Antisemiten ist. Einer von denen, die auf jedem
Schritt und Tritt einen Hinterhalt der allgegenwärtigen
Juden wittern, die ein auflagestarkes Boulevardblatt lesen und einem mit gedämpfter Stimme anvertrauen, dass
Jelzin in Wirklichkeit ein „Jud“ sei, und Tymoschenko
eine Jüdin, und der Nachbar aus dem vierten Stock auch
einer von „denen“ sei.
Diese einfach gestrickte, schwarz-weiße Welt zerbricht
eines Tages für den Helden, als er plötzlich erfährt, dass
er selbst ein Jude mit dem Nachnamen Kochan ist. Und
außerdem, dass er in Amerika einen reichen Onkel namens Kohn habe, der ein beträchtliches Erbe hinterließ.
Dieses könne man freilich nur unter einer Bedingung
erben – indem man zum Judentum konvertiere. Und das
mit Haut und Haar, mit Beschneidung und der Kenntnis
aller Regeln und Gewohnheiten.
Die Ehefrau bekennt sich in diesem kritischen Moment
– ebenfalls Jüdin zu sein, und der Sohn zieht den logischen Schluss: „Wenn wir nun schon alle Juden sind,
dann doch besser reiche als arme Juden.“
Am Purimfest reist der amerikanische Anwalt zu den
Kochan-Kochanowskis, um zu kontrollieren, wie weit sie
seien. Dabei informiert er sie ganz nebenbei, dass weitere
Erben des Onkels aus Amerika aufgetaucht wären und
dass das Erbe wahrscheinlich eher bescheiden ausfallen
werde, es fraglich sei, ob es überhaupt für die Anwaltskosten reiche.
Die Kochans sind von dieser neuen Entwicklung im
ersten Moment sprachlos, doch sie fassen sich unerwartet
rasch. Sie feiern das Purimfest weiter und geben allen
zu verstehen, dass ihnen ihre neue Identität zusage, und
sie diese behalten wollen, ungeachtet eines mythischen
Onkels aus Amerika.
Diese komische Geschichte von der Konversion eines
polnischen Antisemiten zum Judentum lässt die Frage
offen, was Kochanowski eigentlich dazu brachte, die
neue Identität beizubehalten, nach dem sich die Hoffnung auf den amerikanischen Erbonkel als trügerisch
erwiesen hatte. War die Entdeckung seiner eigenen
jüdischen Herkunft entscheidend – die „Stimme des
Blutes” oder die aufrichtige Begeisterung für die jüdische Religion und Kultur, mit der er sich während seiner
Konversion vertraut machen musste? Anders gesagt,
ist ein Jude unabänderlich Jude nur aufgrund seiner
Geburt (so fügt sich Kochanowski Junior offensichtlich in
sein „Schicksal“), oder kann er doch die eine oder andere
Identität wählen (wie es Kochanowski Senior bewusst
demonstriert)?
Von Fachleuten wird der erste Ansatz primordial bezeichnet, der zweite konstruktivistisch. Der Erste ist im Alltag
zuhause, gründet sich auf Unterschieden, insbesondere
auf rassistischen Stereotypen. Der Zweite dominiert die
Fachwelt und untersucht Grenzen und Mittel der Konstruktion einer gewählten Identität sowie die Beziehungen
zwischen individueller Wahl und sozialer Bedingtheit.
Der kanadische Historiker John-Paul Himka publizierte
vor nicht allzu langer Zeit einen provokanten Aufsatz
mit Titel Der Flug des Ikarus in alle Richtungen, in dem
er nachwies, dass die galizischen Ruthenen im 19. Jahrhundert nicht unbedingt zu Ukrainern werden mussten.
Sie hatten noch mindestens drei weitere Optionen:
sich der polnischen Kultur zu assimilieren, in einer
„allgemein-russischen“ aufzugehen, oder eine eigene
galizisch-ruthenische Identität auszubilden (zusätzlich
könnte man eine vierte, eine rein hypothetische Möglichkeit nennen, nämlich sich zu germanisieren, wenn die
österreichische Regierung entsprechende administrative
Maßnahmen eingeleitet hätte). Wie auch immer, die
tatsächlichen Möglichkeiten für die Ruthenen waren begrenzt: Jeder einzelne konnte theoretisch nach Belieben
werden, was er wollte, doch die ruthenische Gesellschaft
konnte nicht aus ihrer Haut und sich – ganz gleich mittels
welchem „sozialen Ingenieurtum“ – weder in Afrikaner
noch in Amerikaner und nicht einmal in Schweden
verwandeln.
In dieser Hinsicht ist die gesellschaftliche Identität
durchaus primordial, im Gegensatz zu Individuen, denen
sich im Prinzip grenzenlose Wahlmöglichkeiten bieten
und die sich ihre Identität nach Belieben konstruieren
können. Dagegen sind Gesellschaften in erheblichem
Maße von ererbten Merkmalen, kulturellen Kodes, Vorstellung von sich und den Anderen abhängig. Auch als
Individuum hängt man von all dem ab, doch die radikale
Reflexion der angenommen Identität hängt vom individuellen Willen ab wie das Beispiel von Kochanowski Senior
zeigt. Die Identität von Gesellschaften hängt allerdings
nicht vom individuellen Willen ab, nicht einmal von
der Summe allen individuellen Wollens, denn dieses
ist schwerfällig, amorph, in ständigem Fluss und nicht
reflektierend. Es ist in großen Zügen dadurch charakterisiert, was Michael Billig als „banalen Nationalismus“
bezeichnet, ein unbewusster und deshalb auch unerkannter Nationalismus, der den Patriotismus durch alltägliche
Rituale und Praktiken hervorbringt: Durch die Lektüre
der immer gleichen Zeitungen, die Begeisterung für „unsere“ Sportmannschaft, die – wenn auch passive – Feier
des Unabhängigkeitstages und des Verfassungstages, den
Wetterbericht, dessen Grundlage immer unser Land und
dessen ausschließliche Aufmerksamkeit auf unser Territorium darstellt, usw.
Billig assoziiert geistreich den kämpferischen Nationalismus (hot nationalism) mit einem wehenden Banner
in Händen der aufgebrachten Menge, was allgemeine
Aufmerksamkeit errege – im Unterschied zur Fahne des
banalen Nationalismus, die unbeachtet vor dem Postamt
hänge. Der kämpferische Nationalismus findet sich in
einer Gesellschaft, die gegen eine tatsächliche oder vorgestellte Bedrohung ihrer Rechte kämpft. Dagegen ist der
banale Nationalismus in einer Gesellschaft verbreitet, die
ganz und gar mit ihrer Situation zufrieden ist; sie kämpft
um nichts, im Notfall höchstens um den Status quo zu
erhalten. Banaler Nationalismus ist zumeist latent, unter
gewissen Umständen kann er natürlich auch in kämpferischen Nationalismus umschlagen, man erinnere sich nur
an das Amerika vor dem 11. September 2001.
Doch was bringt nun Millionen Menschen dazu, sich
mit der einen oder anderen nationalen Gemeinschaft zu
identifizieren und außerdem, warum gerade mit dieser?
Es gab schließlich auch Zeiten, nur ein paar Jahrhunderte früher, da die nationale (oder eher ethnische) Identität
keine wesentliche Rolle spielte; und auch heute ist sie
nicht überall so wichtig wie die konfessionelle Identität
(z.B. die isalmische „Ummah“) oder die Klassenidentität
(„das Proletariat“ in der Vorstellung der Kommunisten).
Doch die religiöse Identität des Mittelalters wich weltlichen Religionen: dem Nationalismus, der Klassenzugehörigkeit – die trotz Marx‘ Prognose die nationale Identität
nicht ablöste, wovon sich letztlich die Marxisten während
des Ersten Weltkriegs selbst überzeugen konnten, als
sich das Proletariat bereitwillig mit der eigenen, also der
nationalen Bourgeoisie identifizierte und nicht mit dem
Proletariat auf der anderen Seite der Front.
Also woher kommt dieser Enthusiasmus? Warum sind
normale und vernünftige Menschen bereit, ihre Gesundheit und sogar das Leben auf Spiel zu setzen, „Körper
und Geist“ wie es in unserer infantilen Hymne heißt,
für eine Abstraktion, die man „Volk“ nennt? Obwohl doch
das konkrete Volk, dem wir Tag für Tag auf den Straßen,
in Ämtern, in öffentlichen Verkehrsmitteln begegnen,
eigentlich nur die Menge ist, die in uns oft keine besonders positiven Emotionen hervorruft. Was wandelt nun
in unserer Vorstellung diese banale Masse zu einem
idealen „Volk“, zum Träger aller möglichen Tugenden,
zum Objekt der Verehrung, der Lobpreisung und Selbstaufopferung?
essay/esej/есе/эсэ
Da unter ihnen auch Vertreter der kirchlichen und
weltlichen Macht waren, begann der Begriff „natio“
allmählich die politische, kulturelle und schließlich auch
gesellschaftliche Elite zu bezeichnen. Liah Greenfeld hält
diesen Wandel für fundamental: Die Zugehörigkeit der
Studenten zu der einen oder anderen „natio“ war zeitlich
begrenzt und hatte rein praktischen Charakter gehabt,
doch die Zugehörigkeit der Teilnehmer kirchlicher
Versammlungen zu einer „Nation“ bestätigte ihren hohen
Status auch außerhalb der Versammlungen und verlieh
dieser Zugehörigkeit symbolischen Charakter.
Die heutigen Kratzukras kennen dank dem Fernsehen
bestimmt die „Ukraine“ und wissen sogar, was eine
Hymne ist, doch der Begriff der Nation bleibt für sie auch
weiterhin viel zu abstrakt und der „Staat“ viel zu fremd
und schlecht organisiert, als dass in ihnen der unwiderstehliche Wunsch aufkeimen könnte, sich mit diesem
Staat oder dieser Nation zu identifizieren.
17
Es gibt zwei mögliche Antworten, die sich im Grunde
nicht widersprechen, sondern eher ergänzen.
Die erste Antwort liegt im Bedürfnis nach Solidarität und
Sicherheit, ein rein praktisches Verlangen sich angesichts
verschiedener äußerer Bedrohungen und innerer Herausforderungen auf die „Seinen“ (Familie, Klan, Sippe)
verlassen zu können. In diesem Sinn stellt die „Nation“
eine große Familie dar und die nationale Identität ist
eine Art Hochrechnung des archaischen Sippenverbunds
zu einer abstrakten Gemeinschaft in der neuzeitlichen
Welt, die sich plötzlich weit über die Grenzen der eigenen
Siedlung ausdehnt.
Die zweite Antwort liegt in der Angst vor dem Tod und
der Sehnsucht nach Unsterblichkeit und sei es auch nur
symbolisch. In der Vormoderne wurde dieses Verlangen
durch Religion gestillt, in der Neuzeit hinterließ die
radar
der religiösen Diskussionen in den kirchlichen Versammlungen angewendet, an denen sich die Vertreter der
Universitäten aktiv beteiligten.
essay/esej/есе/эсэ
Die zu Kochans gewandelten Kochanowskis verkörpern
eher eine postmoderne Tendenz, die nicht die nationale
Identität, sondern deren Exklusivität auflöst. Wenn sie
zum jüdischen Glauben zurückkehren, bedeutet dies
nicht, dass sie keine polnischen Bürger mehr wären und
die damit verbundenen praktischen Vorteile verlieren.
Sie gewinnen sogar einen symbolischen Vorteil hinzu,
der mit der vorgestellten Zugehörigkeit zu einer weiteren
kulturhistorischen Gemeinschaft verbunden ist.
Herr Mychajlo ist schon lange tot, Serjoscha ist groß
geworden und spricht weiterhin Ukrainisch. Woran Herr
Mychajlo, wer weiß, vielleicht nicht ganz unschuldig ist.
radar
18
Und schließlich noch ein Wort zum Onkel aus Amerika.
Diese vaudevillehafte Figur hat nach meiner Beobachtung die Funktion eines Katalysators nicht nur in der
Wandlung von Kochanowski zu Kochan , sondern auch
in jener von Mina Masjenina zu Mina Masajlo (ein
berühmtes ukr. Avantgarde-Theaterstück von M. Kulisch
in den 1920er Jahren, Anm. d. Übers.). Ich glaube, vor
zwanzig Jahren war es, als meine Bekannten, russischsprachige Kiewer ihrem siebenjährigen Sohn vor der
Fahrt zu einem entfernten amerikanischen Verwandten
eintrichterten, „Serjoscha, sieh zu, dass du mit dem Pan
Mychail nur Ukrainisch redest!“
3. Sprache
Gerade in jener Zeit, Anfang der 1990er Jahre geriet
ich in so ein „Peredrijiwka“, ein Dorf im Kiewer Gebiet,
in dem entfernte Verwandte meiner Frau leben. Wir
wurden gastfreundlich empfangen, wie es in der Ukraine
Brauch ist. Eine Kleinigkeit störte die Verwandte, eine
ältere Frau, freilich. Wir sprachen nicht nur untereinander Ukrainisch, sondern auch mit den Kindern, und
so meinte die Alte schließlich: „Nein, nein, ne nada tak,
wir reden hier auf unsere Weise. Aber, ihr lebt doch in
der großen Stadt, da müsst ihr doch auch großstädtisch
reden!“
Sie sagte nicht „ukrainisch“ oder „russisch“, weil ihr diese
Begriffe zu abstrakt und deshalb inhaltsleer anmuteten.
Sprache war für sie ein bloßes Verständigungsmittel ohne
jegliche symbolische Bedeutung. Obwohl sie vielleicht
unterbewusst spürte, dass die großstädtische Sprache
einen höheren Status als die Sprache im Dorf habe, weil
sie eine gebildete, kultivierte, machtvolle, bessere, einflussreiche Welt repräsentiert. Diesen Status erleben ihre
jüngeren Dorfgenossen jedenfalls ziemlich ausgeprägt,
die in die Stadt pendeln, um sich dort dem Heer der Gastarbeiter anzuschließen und eine Art Enklave der dritten
Welt in der ersten Welt bilden. Für sie ist das Ukrainische
ein Symbol für Rückständigkeit, Minderwertigkeit, Kolchosensklaverei; es ist wie eine schwarze Hautfarbe, die
sie loswerden wollen, um wie alle zu Weißen zu werden,
oder wenigstens ihre Kinder zu Weißen zu machen,
damit sie sich nicht so quälen, keine Beleidigung, Spott
und Erniedrigung sei es physischer oder psychischer Art
erdulden müssen.
In einem kolonisierten Land ist Sprache nicht einfach
ein Gebrauchsmittel, das die Verständigung erleichtert,
sondern auch eine Demonstration und ein Mittel der
Dominanz einer Gruppe über eine andere. Die Wahl der
Sprache hat daher nie rein praktischen Charakter, sondern stets auch symbolischen. Entweder akzeptiert man
die koloniale Situation als gegebene und legitime Norm,
bestätigt und reproduziert sie mit seinem Sprachverhalten, oder zweifelt sie an, unterläuft sie und versucht sie
zu ändern.
Wenn die Sprache zum Symbol für Unterdrückung oder
Befreiung wird, dann gründet die Einstellung zu ihr in
mehr als nur pragmatischen Gebrauch. Metaphorisch
gesagt, muss ein Weißer nicht unbedingt zum Indianer
werden, es reicht, wenn er in einem bestimmten Moment
die Bereitschaft zeigt, wie in dem bekannten amerikanischen Film, „mit dem Wolf zu tanzen“.
Der langjährige politische Häftling Semen Hluzman erzählt in seinen kürzlich erschienen Memoiren, wie er sich
in den Gulags mit ukrainischen, litauischen und anderen
nationalistischen Dissidenten anfreundete, darunter auch
Kämpfern der UPA, die zu jener Zeit noch ihre 25-jährige
Strafe verbüßten. Die Lagerleitung versuchte sie aufgrund ihrer Nationalitäten zu entzweien, ja aufeinander
zu hetzen und wurde ziemlich bösartig, als dies nicht
gelingen wollte. Semen Hluzman spricht und schreibt
nur auf Russisch, sieht sich selbst aber als Ukrainer. Sein
„Ukrainertum” wird nicht so sehr durch seinen Reisepass
geprägt, sondern vielmehr durch seine Loyalität, eine
Konstellation von Ideen, Ansichten und Werten. In Nordirland würde man ihn vielleicht als nicht praktizierenden
Katholiken bezeichnen, vielleicht auch als Atheisten, so
oder so aber als katholisch. Denn die Konfession spielt
dort wie die Sprache hier die Rolle einer politischen
Signatur, die wenig über die eigentliche religiöse oder
sprachliche Praxis aussagt, dafür aber eine Menge über
Identität.
Als ich mir einmal das Museum moderner Kunst in Stockholm ansah, bemerkte ich eine ältere Frau mit einem
zwölfjährigen Mädchen, vielleicht die Großmutter mit
ihrer Enkelin, die wie ich durch die wenig besuchten Säle
schlenderten. Sie sprachen Russisch. Das war nicht weiter verwunderlich, denn Russen gibt’s jetzt überall und
nur der Eiserne Vorhang verhinderte, dass einem früher
schon bewusst geworden wäre, dass jeder vierte Bewohner des europäischen Kontinents ein Russe ist. Doch im
letzten Saal hörte ich plötzlich wie die Großmutter, während sie sich über eine Skulptur von Archipenko beugte,
ihrer Enkelin entrüstet mitteilte, „Was schreiben die da?
Er soll russisch sein? Er gehört doch zu uns! Ebenso Malewitsch!” und nachdem sie sich weiter umgesehen hatte,
sagte sie, „Und die Ekster auch! ...”
Ich weiß nicht, ob es die fremde Umgebung ist, die derart
auf die Identität meiner Mitbürger wirkt und im gewissen Sinn die Rolle eines kollektiven Onkels aus Amerika
spielt, oder ob die Ukraine postkolonial und postmodern
wird und dabei auf wunderliche Weise die unangenehmen Begleiterscheinungen der Dekolonisierung und
Modernisierung umgeht. Doch ich weiß, dass wirkliche
Leben ist stets vielfältiger als all unsere Schemata und
Klassifikationen. Und deshalb kann ich mir durchaus
eine Zukunft vorstellen, in der die Identität nicht durch
Religion, Sprache oder nationale Zugehörigkeit gekenn-
1. Нація
Якось на самому початку 90-х моя семилітня донька
повідомила, що їм у школі задали вивчити вірша під
назвою «Гімн України». Вона не знала, що таке гімн,
тож я мусив пояснити, що це текст, який когось або
щось прослявляє й оспівує. Що таке Україна – вона не
запитувала, бо, видно, вже знала.
Я й досі жалкую, що не простежив, коли у моїх дітей
з’явилося це поняття, як і безліч інших – чим абстрактніших, тим складніших для дитячого розуміння.
Очевидно, що всі ці терміни – Україна, народ, ідентичність, патріотизм – мусили асоціюватися насамперед із чимось конкретним: сусідами, які розмовляють
іншою мовою, перехожими, які виглядають цілком
інакше, картою світу чи, ще краще, глобусом, на якому твоя країна – земля схожих на тебе людей, – позначена іншим кольором.
Припускаю, що розуміння цих абстрактних речей
з’являється років у п’ять і поступово глибшає. Пересування у просторі дає змогу побачити, що подібні люди
живуть не лише довкола тебе, а й в інших місцях,
окреслених картою. Відчуття лінійного безконечного
часу дає змогу уявити собі «народ» як людей, що не
тільки живуть тепер, а й жили раніше, ще до твого
народження, і які, ймовірно, житимуть потім, після
твоєї смерті. І, нарешті, пізнання інших абстракцій
дозволяє усвідомити «народ» як спільноту не просто
подібних до тебе – мовою, виглядом, звичаями,
– а й об’єднаних однаковими правами, законами,
державними інституціями у політичну націю.
zeichnet ist, sondern durch eine Art Computerprogramm
oder eine telepathische Verbindung.
In diesen Momenten denke ich immer an den ironischen
Borges und an seine fiktive chinesische Enzyklopädie
„Das himmlische Imperium wohltätigen Wissens”, gemäß
dieser sind Tiere wie folgt zu klassifizieren: „a) Tiere, die
dem Kaiser gehören, b) einbalsamierte Tiere, c) gezähmte, d) Milchschweine, e) Sirenen, f) Fabeltiere,
g) herrenlose Hunde, h) in diese Gruppierung gehörige,
i) die sich wie Tolle gebärden, k) die mit einem ganz
feinen Pinsel aus Kamelhaar gezeichnet sind, l) und so
weiter, m) die den Wasserkrug zerbrochen haben, n) die
Fliegen ähneln”.
So wird unser Streben parodiert, alles zu klassifizieren,
Hierarchien zu bilden und in Schubläden zu stecken.
„Es gibt anscheinend keine Klassifikation auf der Welt, die
nicht willkürlich und problematisch wäre,” resümiert er,
„Der Grund hierfür ist sehr einfach: Wir wissen nicht, was
die Welt ist… und doch entbindet uns die Unmöglichkeit,
den göttlichen Plan der Welt zu verstehen, nicht von dem
Bemühen, unsere menschlichen Pläne zu entwickeln und
uns dabei dessen bewusst zu sein, dass sie vorläufig sind.”
[Übersetzung: Alexander Kratochvil]
Чим складніша абстракція, тим старшою й мисленнєво досвідченішою для її розуміння має бути людина.
І так само дозрілішим і мисленнєво досвідченішим
має бути людство. Пояснити первісній людині, що
таке «нація», так само неможливо, як і трирічному
дітлахові. Зрештою, навіть у середньовіччі «нація»
була чимось надто абстрактним, тому що люди себе
ототожнювали насамперед зі своєю місцевістю,
а ширші спільноти уявлялися головно в категоріях
віри, стану й підданства.
Сьогодні важко собі уявити той світ, де мова не мала
жодного символічного значення й була лише більш
або менш зручним інструментом, де письменники писали не «народною» мовою, а латиною (чи
церковнослов’янською), де знать, на відміну від простолюду, «непатріотично» користувалась чужоземною
французькою, а герби й прапори символізували не
націю, а всього лиш конкретні шляхетські роди.
Лія Ґрінфелд (Liah Greenfeld) у гарній книзі
«Націоналізм: п’ять шляхів до модерності» простежує
еволюцію терміну «нація» від Давнього Риму, де воно,
власне, виникло, й до наших днів. Латинське natio
– народження, походження, рід (від nasci – народжуватися) – вживалося насамперед щодо груп чужинців,
що прибували до Риму з тої чи тої місцевості як такі
собі «заробітчани», «лімітчики» і не мали тих самих
прав, що римляни. В середньовічних університетах
цією категорією описувалися групи студентів із різних країв (не конкретних, а досить довільно згрупова-
essay/esej/есе/эсэ
Die „Kratzukras“ in Ostap Wyschnjas Feuilleton, die
sich als Peredrijiwsker und orthodox bezeichnen, haben
keine nationale Identität nötig, denn ihre praktischen
Bedürfnisse an Solidarität und Sicherheit werden in den
Grenzen der Sippe befriedigt (das Dorf Peredrijiwka) und
ihre metaphysischen Bedürfnisse durch die traditionelle
Religion. Im Prinzip kann eine solche Identität auch in
einer größeren Welt erhalten bleiben, doch sie unterliegt dabei unweigerlich der Erosion durch die Moderne.
Vereinfacht gesagt, die Kratzukras nationalisieren sich,
werden zu Ukrainern oder zu Russen, oder wie lange
Zeit im 20. Jahrhundert zum homo sovieticus.
Sie ging die Sache rein praktisch an, sozusagen mit dem
gesunden Menschenverstand, hier auf dem Dorf redete
man auf die eine Art und dort in der Stadt auf eine andere. Überall ist es erwünscht im lokalen Idiom zu sprechen, umso mehr wenn man diesem Ort lange, vielleicht
für immer leben will.
19
radar
Säkularisierung eine existentielle Leere, die im gewissen Sinn auch der Nationalismus füllte. Die weltliche
Religion hat ihre eigenen bürgerlichen Rituale und den
Glauben an die symbolische Unsterblichkeit durch die
metaphysische Zugehörigkeit zu einer „Nation“, einer
überindividuellen Entität, die vor der eigenen Geburt
existierte und nach dem eigenen physischen Zerfall
weiter existieren wird.
essay/esej/есе/эсэ
Відтак «нацією» стає вся еліта – спершу в Англії, згодом – через дифузію ідей та поглядів – і в інших країнах. Європейські просвітники поступово поширюють
поняття нації з аристократії на інші стани, а Французька революція утверджує саме таку, еґалітарну націю як головного суверена, носія усіх прав і свобод.
radar
20
Цей процес еґалітаризації не був легким і простолінійним: досить поглянути хоч би на класичну «Історію Русів» (1818) – один із наріжних каменів майбутнього українського проекту, – аби пересвідчитися,
що для її автора русько-українська нація – це нація
насамперед козацьких старшин та їхніх нащадків, але
аж ніяк не селянського простолюду, до якого шляхетський автор ставиться досить зневажливо. Мусило
минути ще кілька десятиліть, аби з’явились кирилометодієвці з їхньою еґалітарною «Книгою буття
українського народу» та пристрасним Шевченковим
прагенням «возвеличити отих малих рабів німих»
– «і мертвих, і живих, і ненароджених», – аби український проект зі станово-елітарного став насправді
національним.
Утім, усвідомлення нації як усього населення – це
лише перша частина проекту. Друга і, як здається,
значно складніша частина – це засвоєння простої на
позір ідеї не лише інтелектуалами, а й самим населенням. Перетворення селян на французів, як описує
це в однойменній книзі Юджин Вебер, тривало понад
століття. Перетворення селян на українців не завершилося й досі. Ось уже двадцять років соціологічні дослідження стабільно показують, що третина населення ототожнює себе насамперед зі своїм містом, селом
або реґіоном. І лише трохи більше половини
Майже 90 років тому блискучий український сатирик
Остап Вишня описував вигаданий ним народ «чухраїнців» наступним чином: «А як, бува, запитають їх:
“А якої ви, лорди, нації?” – вони почухають потилицю і відказують: “А хто його зна... Передріївські ми,
православні”...»
Сьогоднішні «чухраїнці», завдяки телебаченню, безумовно, знають, що таке «Україна» і навіть що таке
«гімн», а проте термін «нація» залишається для них
і надалі занадто абстрактним, а «держава» – занадто
чужою й дисфункціональною, аби в них могло виникнути непоборне бажання з тою державою чи тою
нацією ототожнитися.
2. Ідентичність
У дотепній комедії Ізабели Цивінської «Чудо на свято
Пурім» (“Cud Purimowy”) розповідається про такого
собі Яна Кохановського, однофамільця уславленого
польського поета доби Ренесансу, котрий, на відміну
від попередника-класика, є завзятим, ба навіть карикатурним антисемітом. Із тих, що на кожному кроці
вбачають підступи всюдисущих «жидів», читають
який-небудь «Персонал-плюс» і притишеним голосом
розповідають, що Єльцин насправді – жид, Тимошенко – жидівка, і сусід із четвертого поверху – теж,
«їхній».
Цей досконало простий, чорно-білий світ заламується
одного дня для героя Цивінської, коли він раптом довідується, що й сам є євреєм на прізвище Кохан. І що
має в Америці родича на прізвище Коен, котрий лишив по собі чималий спадок. Отримати його можна,
однак, лише за однієї умови – перейшовши на юдаїзм.
І то всерйоз – з обрізанням та опануванням усіх належних обрядів та звичаїв.
Дружина в цей критичний момент зізнається, що теж
– єврейка. А син робить логічний висновок: «Раз ми
все одно жиди, то краще бути багатими жидами, як
бідними».
На свято Пурім до Коханів-Кохановських приходить
американський адвокат – перевірити, наскільки вони
ввійшли в нову роль. І при цьому, ніби між іншим, повідомляє, що в американського Коена знайшлися нові
спадкоємці і що спадщина, скоріш за все, буде мізерною – навряд чи стане навіть на послуги адвоката.
Кохани, вражені новиною, на якусь мить замовкають,
проте несподівано швидко оговтуються. І продовжують святкувати Пурім, даючи зрозуміти всім, що нова
ідентичність припала їм до вподоби і що вони воліють
залишитися при ній, незалежно від міфічного американського спадку.
Ця весела історія – навернення поляка-антисеміта
в єврейство – залишає відкритим питання про те,
а що ж, власне, змусило Кохановського залишитися
при новій ідентичності вже після того, як сподівання
на американський спадок розвіялися. Чи вирішальним тут було відкриття свого власного єврейського
походження – «голос крові», а чи щире захоплення
єврейською релігією та культурою, відкритими у процесі вимушеної (заради спадку) адаптації? Інакше кажучи, – чи єврей приречений бути євреєм вже в силу
самого свого народження (саме так виглядає упокорення своїй «долі» Кохановського-молодшого), а чи
він може сам собі ту чи ту ідентичність вибирати (як
це, схоже, свідомо робить Кохановський-старший)?
Фахівці називають перший підхід примордіалістським, другий конструктивістським. Перший – побутує у повсякденні, живлячи розмаїті, зокрема й
расистські стереотипи. Другий – домінує серед науковців, породжуючи незгоди лише щодо можливих
меж та засобів конструювання тої чи тої ідентичності
і щодо співвідношення в цьому процесі індивідуального вибору та соціальної обумовленості.
Свого часу канадський історик Джон-Пол Химка
опублікував провокативну статтю під назвою «Ікарівський лет у всіх можливих напрямках», де доводив,
що в ХІХ столітті галицькі русини не конче мусили
стати українцями. Перед ними були відкриті ще принаймні три опції: асимілюватися в польську культуру, в «загальноросійську», або ж витворити окрему
галицько-русинську національну ідентичність. (До
цього можна б додати ще й четверту, суто теоретичну
опцію – германізацію, за умови здійснення австрійським урядом відповідної політики). Хоч би там як,
а загальна кількість можливостей, що відкривалися
перед русинами, залишалась обмеженою: кожен
окремий русин теоретично міг стати ким-завгодно,
натомість русинська спільнота за жодної соціальної
інженерії не могла перетворитись ані на африканців,
ані на американців, ані навіть на шведів.
В цьому сенсі ідентичність спільнот є до певної міри
примордіалістською: на відміну від індивідів, які мають практично безмежну свободу вибору й можуть,
у принципі, як-завгодно реконструювати свої ідентичність, спільноти великою мірою залежать від успадкованих рис, культурних кодів, уявлень про себе й одна
про одну. Індивіди теж від усього цього залежать,
але радикальна ревізія набутої ідентичності майже
цілком улягає, як показує досвід Кохановськогостаршого, індивідуальній волі. Ідентичність спільнот
не залежить від індивідуальної волі ані навіть від звичайної суми індивідуальних воль; вона інерційніша,
аморфніша, плинніша, безрефлексійніша. Вона великою мірою визначається тим, що Майкл Біліґ називає
«банальним націоналізмом» – неусвідомленим (і тому
непомітним) відтворенням патріотичного почуття через повсякденні ритуали і практики: читання тих самих газет, уболівання за «нашу» спортивну команду,
святкування, хоч би яке пасивне, Дня незалежності
і Дня конституції (теж, зрозуміло, «наших»), оглядання прогнозу погоди, де основна або й виключна увага
зосереджена на території «нашої» країни, тощо.
Біліґ дотепно асоціює войовничий націоналізм із
прапором, що майорить у руках збудженої юрби
й привертає загальну увагу, – на відміну від прапора
«банального націоналізму», що непримітно висить
собі на будинку пошти. Войовничий націоналізм
– це націоналізм спільноти, яка бореться проти реального чи уявного порушення своїх прав. Натомість
банальний націоналізм притаманний спільноті, яка
цілком задоволена своїм становищем; вона ні за що
не бореться, хіба що, у разі потреби, – за збереження
наявного статусу-кво. Банальний націоналізм переважно латентний; за певних обставин, однак, він
може стати дуже навіть войовничим – досить згадати
Америку після терактів 11 вересня 2001 року.
Але що спонукає мільйони людей ототожнювати себе
з тою чи тою національною спільнотою і чому саме
з національною?
Адже були часи – якихось кілька століть тому, – коли
національна (чи, радше, етнічна) ідентичність не
відігравала істотної ролі; властиво, й сьогодні для
декого вона не настільки важлива, як ідентичність
конфесійна (мусульманська «умма», наприклад) чи,
скажімо, класова («пролетаріат» в уяві комуністів).
А все ж – релігійна ідентичність середніх віків поступилася місцем світській релігії – націоналізмові,
а класова ідентичність, усупереч Марксовим передбаченням, так і не подолала ідентичності національної,
– в чому й самі марксисти, зрештою, пересвідчилися
під час Першої світової війни, коли пролетарі охочіше
ототожнювали себе з власною, себто національною
буржуазією, аніж із такими самими пролетарями до
другий бік фронту.
Отож звідки цей ентузіазм? Чому люди – цілком
притомні й раціональні – готові віддати здоров’я
і навіть життя, покласти «тіло і душу» (як співає наш
інфантильний гімн) за абстракцію, звану «народом»?
Адже той конкретний народ, із яким ми стикаємось
у повсякденні, – на вулицях, в установах, у переповненому міському транспорті, – це всього лиш юрба,
яка здебільшого не викликає в нас якихось особливо
позитивних емоцій. То що ж перетворює в нашій уяві
цю банальну юрбу на ідеальний «народ», носія всіх
можливих чеснот, об’єкт поклоніння, оспівування
й самопожертви?
essay/esej/есе/эсэ
У цьому значенні – як спільнота, об’єднана поглядами, – термін «нація» був застосований до учасників
еклезіастичних дискусій на церковних соборах,
у яких представники університетів брали активну
участь. А що серед учасників були також представники світської та церковної влади, термін «нація» почав
позначати політичну, культурну, а згодом і соціальну
еліту. Лія Ґрінфелд вважає цю зміну фундаментальною: приналежність студентів до тої чи тої «нації»
була тимчасовою і мала суто практичний характер;
натомість приналежність учасників церковних соборів до певної «нації» закріплювала за ними високий
статус також поза межами собору, надаючи тій приналежності ще й характеру символічного.
– з Україною як нацією, в етнічному сенсі чи громадянському.
Тут є дві відповіді, які, зрештою, не заперечують одна
одну, а радше доповнюють.
21
Перша відповідь – це потреба солідарності і безпеки,
суто практичне прагнення покластися на «своїх»
(рід, клан, плем’я) перед різноманітними зовнішніми
загрозами і внутрішніми викликами. В цьому сенсі
«нація» – це велика родина, а національна ідентичність – така собі екстраполяція архаїчного племінного зв’язку на абстрактну спільноту в новочасному
світі, що розширився раптом далеко за межі рідного
селища.
radar
них за географічною чи мовною ознакою; ця бюрократична категоризація мала суто прикладний
і тимчасовий характер і жодною мірою не впливала
на формування якоїсь сталої спільної ідентичності
поза межами університету у студентів, скажімо,
з Італії, Франції та Іспанії, записаних у Парижі під
спільною рубрикою «l'honorable nation de France»,
чи студентів з Англії та Німеччини, зареєстрованих
як «la constante nation de Germanie»). Але оскільки ці
студентські спільноти функціонували як товариства
взаємодопомоги, а також брали участь у загальноуніверситетських диспутах, то термін natio почав
вказувати не лише на реґіон спільного походження,
а й на певну спільну позицію та діяльність.
Друга відповідь – це страх смерті й потреба вічності,
бодай символічної. В домодерні часи цю потребу
задовольняла релігія; за нової доби секуляризація
витворила екзистенційну пустку, яку, власне, й заповнив націоналізм. Це світська релігія, що має свої,
громадянські, обряди та ритуали й свою віру у сим-
essay/esej/есе/эсэ
Що ж до Кохановських, які перетворюються на Коханів, то вони уособлюють радше тенденції постмодерні, за яких національна ідентичність не зникає,
але перестає бути ексклюзивною. Навертаючись
у єврейство, вони не перестають бути польськими
громадянами, а отже й не втрачають пов’язаних
із цим практичних переваг. І водночас набувають
додатково переваг символічних, пов’язаних з уявною причетністю до ще однієї культурно-історичної
спільноти.
radar
22
І нарешті два слова про американського дядечка.
Ця водевільна постать, за моїми спостереженнями,
здатна каталізувати не лише петеиворення Кохановських у Коханів, а й якого-небудь Міни Мазєніна
у Мину Мазайла. Років двадцять тому, пригадую,
мої друзі, російськомовні кияни, напучували свого
семилітнього сина перед приїздом далекого американського родича: «Ты ж, Сережа, смотри, с паном
Михайлом разговаривай по-украински!..»
Пан Михайло давно вже помер, Сєрьожа виріс,
а проте розмовляє по-українськи й досі.
Втім, хтозна, може, пан Михайло у тому зовсім і не
винен.
3. Мова
Десь у той самий час, на початку 90-х, я потрапив
у таку собі «Передріївку» – село на Київщині, де жили
далекі родичі моєї дружини. Приймали вони нас, як
і заведено в Україні, надзвичайно гостинно. Схоже,
лише одна річ турбувала бабусю: ми розмовляли не
лише між собою, а й із дітьми по-українськи, – тож
бабуся врешті сказала: «Не нада так. То ми тут балакаємо по-своєму. А ви живете у городі, то й мусите
балакать по-городському!..»
Вона не сказала «по-українськи» чи «по-російськи»,
– бо ці ярлики були для неї занадто абстрактними
і тому беззмістовними. Вона підійшла до справи суто
практично, у термінах здорового глузду: тут у нас на
селі – одна мова, а в городі – інша; в кожній місцевості бажано розмовляти місцевою мовою, а надто коли
збираєшся жити у тій місцевості досить довго або
й довіку.
наш! И Малевич! – вона кинула поглядом далі по залу.
– И Эстер!..»
В колоніальній країні мова – не просто утилітарний
засіб, який полегшує комунікацію, а й вияв (і засіб)
домінування однії групи над іншою. Вибір мови відтак має не тільки й не стільки прагматичний характер,
скільки символічний. Людина або приймає колоніальну ситуацію як даність, як леґітимну норму, і своєю
мовною поведінкою її підтримує й репродукує; або
ж ставить її під сумнів, заперечує, намагається змінити.
У таких ситуаціях я завжди згадую іронічного
Борхеса, а точніше – вигадану (скоріш за все) ним
китайську енциклопедію «Небесна імперія благодат-
Якщо мова є символом – поневолення або визволення, – то відповідно й ставлення до неї виявляється
значно істотнішим від практичного використання.
Метафорично кажучи, біла людина не конче мусить ставати індіянином; досить, аби лиш у певний
момент вона показала готовість, як у класичному
американському фільмі, «танцювати з вовками».
У недавно опублікованій книзі спогадів Семен Глузман, багатолітній політв’язень, розповідає, як він,
єврей, заприязнився у таборах з українськими, литовськими та іншими «націоналістичними» дисидентами, а також – із бійцями УПА, які все ще відбували
в той час свої 25-літні терміни. І як табірне начальство намагалося роз’єднати їх за національною ознакою, пересварити, нацькувати одне на одного, і як
скаженіло, коли це йому не вдавалося. Семен Глузман
пише і розмовляє лише по-російськи, але вважає
себе українцем. Його «українськість» визначається,
зрозуміло, не так паспортом, як лояльністю – певним набором ідей, поглядів, цінностей. У Північній
Ірландії його можна було б назвати непрактикуючим
католиком. Або й узагалі, атеїстом. Але все одно
– католицьким. Бо ж конфесія в них, як і мова у нас,
– це радше політичний маркер, котрий мало що каже
про реальну церковну чи мовну практику, зате дуже
багато – про ідентичність.
Якось гуляючи Музеєм модерного мистецтва в Стокгольмі, я помітив старшу жінку з 12-літньою дівчинкою, – можливо, бабусю з онукою, – котрі так само
неквапно ходили напівпорожніми залами й балакали
по-російськи. Нічого в тім дивного не було, росіян
скрізь багато, лише залізна завіса перешкоджала
нам усвідомити значно раніше, що кожен четвертий
житель європейського континенту – росіянин. Але
в останньому залі я почув раптом як бабуся, схилившися до скульптури Архипенка, обурено каже онуці:
«Что они написали?!.. Какой же он русский?!.. Он же
Я не знаю, чи це закордон так впливає на ідентичність моїх співвітчизників, відіграючи, у певному
сенсі, роль колективного американського дядечка,
а чи це вже сама Україна стає постколоніальною й
постмодерною, оминаючи якимсь дивом неприємні
проблеми деколонізації та модернізації. Але я знаю,
що реальне життя завжди багатше за всі наші схеми,
моделі і класифікації. А тому легко можу собі уявити
майбутнє, де ідентичність визначатиметься вже не релігією, не мовою й не національною приналежністю,
а типом комп’ютерного опрограмування чи регістром
телепатичного зв’язку.
MYKOLA RIABCHUK (1953, Ukraine) – Schriftsteller
und Journalist, Vizepräsident des ukrainischen PENKlubs. Studium an der Lwiwer Polytechnischen Hochschule (1977) und am Gorkij-Literaturinstitut Moskau
(1988). Arbeitete für die Zeitschriften „Wseswit“, „Sutschasnist“ und „Krytyka“ und hatte mehrere Lehraufträge und Forschungsstipendien in den USA, in Kanada,
Australien, Frankreich, Schweden, Österreich, Polen und
Ungarn. Redaktionsmitglied bei „Wseswit“, „Sutschasnist“
und „Krytyka“, „Nowa Europa Wschodnia“, „Porównania“ und „South Eastern Europe“. Autor einer Reihe
von Büchern, die ins Deutsche, Französische, Polnische
und Serbische übersetzt wurden. Mehrere Auszeichnungen, unter anderem die Medaille „Bene merito“ des
polnischen Außenministers (2009) für seinen Beitrag
zur polnisch-ukrainischen Verständigung. Aufsatzsammlungen: Gleichschaltung: Authoritarian Consolidation in
Ukraine, 2010-2012, Kiew 2012; Sad Metternicha (Metternichs Garten), Lwiw 2008. Polnische Übersetzung:
Ogrod Metternicha. Breslau 2010; Dvi Ukrainy: Realni
mezhi, virtualni viyny (Zwei Ukrainen: reale Grenzen und
virtuelle Kriege), Kiew 2003. In Polnischer Sprache: Dwie
Ukrainy, Breslau 2004; De la ‚Petite Russie‘ á l’Ukraine,
Vorwort von Alain Besançon, Paris 2003. Auf Deutsch
erschien im Suhrkamp Verlag der Essayband Die reale
und die imaginierte Ukraine, Frankfurt/M. 2006.
них знань», де всіх тварин поділено на а) належних
Імператорові, б) набальзамованих, в) приручених,
г) малюків, ґ) сирен, д) казкових, е) окремих собак,
є) включених у цю класифікацію, ж) що гасають, як
очманілі, з) незліченних, и) намальованих щонайтоншим пензлем із верблюдячої шерсті, і) інших, ї) котрі
розбили квіткову вазу, й) схожих здаля на мух.
Так він пародіює наше намагання все класифікувати, розкласти по шухлядах, вишикувати в ієрархії.
«Вочевидь, не існує класифікації світу, яка б не була
довільною і проблематичною, – підсумовує він. – Причина вельми проста: ми не знаємо, що таке світ...
А проте неможливість збагнути божествену схему
світу не відохочує нас від будування наших, людських
схем, хоч ми й розуміємо, що вони – тимчасові».
МИКОЛА РЯБЧУК (1953, Україна) – письменник
і журналіст, віце-президент українського ПЕН-клубу.
Закінчив Львівську політехніку (1977) та Літінститут
ім.Горького у Москві (1988). Працював у часописах
„Всесвіт”, „Сучасність” та „Критика”, перебував на викладацькій та науково-дослідній роботі у США, Канаді, Австралії, Франції, Англії, Швеції, Австрії, Польщі
та Угорщині. Член редколеґії часописів „Критика”,
„Всесвіт”, „Nowa Europa Wschodnia”, „Porównania” та
„South Eastern Europe”. Автор кільканадцяти книжок,
перекладених зокрема німецькою, французькою,
польською та сербською мовами. Лавреат премії Антоновичів (2003), нагород POLCUL (1997), ПольськоУкраїнської Капітули (2002) та медалі „Bene merito”
міністра закордонних справ Польщі (2009) – за
вагомий внесок у польсько-українське порозуміння.
Останні книжки – Сад Меттерніха (2008), Улюблений
пістолет пані Сімпсон. Хроніка помаранчевої поразки
(2009), Постколоніальний синдром. Спостереження
(2011), та Від „хаосу” до „стабільності”. Хроніка авторитарної консолідації” (2012). Від 2006 року веде щотижневу авторську колонку в „Газеті по-українськи”
та щомісячні англомовні коментарі на сайті Current
Politics in Ukraine.
essay/esej/есе/эсэ
«Чухраїнці», які окреслюють себе у фейлетоні Остапа
Вишні як «передріївські» і «православні», не потребують національної ідентичності, бо їхні практичні
потреби в солідарності і безпеці реалізуються в межах «племені» (села Передріївка), а їхні метафізичні
потреби цілком задовольняє традиційна релігія.
У принципі, таку ідентичність можна зберігати й
у ширшому світі, але там вона неминуче улягає ерозії,
себто модернізації. Вона, простіше кажучи, націоналізується – «чухраїнці» стають українцями, або ж
росіянами, або ж, як це було впродовж майже цілого
ХХ століття, гомо совєтікусами.
Мова була для неї лише інструментом, без жодного
символічного значення. Хоча підсвідомо вона, може,
й відчувлаа, що городська мова має вищий статус,
аніж сільська, бо ж представляє вищий – культурніший, освіченіший, заможніший, облаштованіший,
впливовіший світ. У кожнім разі, її молодші односельці, які переїжджають до міст, поповнюючи там
ряди ґастарбайтерів – такі собі анклави третього світу
у першому, – досить виразно цю статусність відчувають. Для них українська мова – це знак упослідженості, другосортності, колгоспного рабства; це чорна
шкіра, якої вони прагнуть позбутися, аби стати, як
усі, білими чи, принаймні, зробити білими своїх дітей
– аби «не мучилися», – не зазнавали образ, глузувань,
принижень, фізичних і символічних.
23
radar
волічне безсмертя через метафізичну причетність до
«нації» – понадособової сутності, що існувала до твого
народження й існуватиме після фізичного зникнення.
Уладзімер Арлоў (1953, Беларусь) – гісторык, эсэіст,
паэт. З 1986 года выйшлі каля трыццаці кнігаў прозы,
эсэістыкі й паэзіі, сярод іх Таямніцы полацкай гісторыі
(1994), Рэквіем для бензапілы (1998), Паром празь Ля-Манш
(2006). З 1997 – супрацоўнік рэдакцыі часопіса „Крыніца“.
У 1991 уганараваны Медалём Францішка Скарыны, у 1993
прэміяй імя Ўладзімера Караткевіча, лаўрэат Літаратурнай
прэміі Францішка Багушэвіча Беларускага ПЭН-цэнтра
(1996), прэміі „Гліняны Вялес“ (1998) і „Эўрапейскі паэт
свабоды“ (2010).
radar
26
Wusste ich's doch:
Fast niemand hier
(mich ausgenommen)
spricht Belarussisch,
aber,
wenn du bei mir wärst,
würde dies winzige Manko
im Handumdrehen
zum Riesenvorteil, denn
im Gedränge des Deckpublikums
könnten wir unsere Empfindungen besprechen,
ohne Scham vor dem Allerheimlichsten
(du weißt, was für starke Gefühle
das bloße Wort oft hervorbringt),
mit Ausnahme dessen,
was man auch im Bett nicht mal flüstert –
zumal wir zum Aberglauben neigen und
oft schon auf Holz geklopft haben.
Unser Schiff
(hier als ferry, auch boat-ship bezeichnet)
kommt stärker ins Schwanken, schon
fordert die Seekrankheit erste Opfer.
(Gott sei's gedankt, ich habe –
aus hundsbanalem
Mangel an Pfunden –
mich nicht an der Schiffsbar
mit Bier abgefüllt.)
Das Geld in der Tasche,
es reichte gerade, dich anzurufen,
nur dachte ich an die Zeitverschiebung.
(Wer hat wohl an meiner Stelle
diese zwei Stunden verlebt?)
Port Ramsgate
erinnert vom Meer an die noble Kulisse
zum Film „The French Lieutenant's Woman“
nach dem Roman des Inselbewohners J. Fowles.
Ich hab dir verschwiegen, dass
mir das Ticket nach Ramsgate
(dazu ihre Nummer)
in Minsk eine junge Dame vermachte,
mit Augen, so grün wie heut der Kanal,
ich hätte sie auf der Stelle
zum Abendessen zu zweit eingeladen,
gäb es auf dieser Welt nicht noch
dich.
liryk/poezja/поезія/паэзія
essay/esej/есе/эсэ
Uładzimier Arłoŭ (1953, Belarus) – Historiker, Essayist
und Lyriker. Seit 1986 erschienen rund dreißig Werke mit
historischer Prosa, Essay- oder Lyrikbände, darunter Titel wie
Die Geheimnisse der Geschichte von Połack (1994), Requiem für
eine Kettensäge (1998) oder Fähre über den Ärmelkanal (2006).
Seit 1997 ist Arłoŭ Redaktionsmitglied der Zeitschrift „Krynica“. 1991 erhielt er die Francišak-Skaryna-Medaille, 1993 den
Ŭładzimier-Karatkievič-Preis, 1996 den Francišak-BahuševičPreis des Belarussischen PEN-Zentrums, 1998 den Hliniany
Viales und 2010 in Danzig den Literaturpreis „Europäischer
Dichter der Freiheit“.
Fähre über den Ärmelkanal
25
radar
UŁADZIMIER
ARŁOŬ
Ул а д з і м е р А р л о ў U ł a d z i m i e r A r ł o ŭ
U ł a d z i m i e r A r ł o ŭ Ул а д з і м е р А р л о ў
radar
26
Alles geht gut aus:
Ich gewöhne mich rasch an den Linksverkehr
(eine bloße Formalie,
ist doch die Richtung, nicht wahr,
für alle dieselbe,
auch wenn es uns beiden mitunter glückt,
einander entgegenzugehen,
gar zusammenzukommen);
die Terroristen im Osterurlaub;
einer farbigen Alten von den West Indies
zeig ich den Weg zur Holden Road, dafür
schnappt sich ein britischer Rassehund
mir unbekannter Rasse
gutmütig mein Bein;
am Trafalgar Square setzt eine Taube
zum Zeichen ihrer Zutraulichkeit
ein kreisrundes Weiß
auf meinen grünen Pullover
(in Minsk
bemerkte ein weiser Jude, ich hätte
zum grünen Pullover die grüne Aura;
gäb es auf dieser Welt nicht noch dich –
ich hätte gewiss nicht versäumt, diese Informationen
zu teilen mit der grünäugigen Minsker Kassiererin),
und als ich das boat-ship wieder besteige,
erscheint mir die Insel
als grüner, gemütlicher Weiler,
noch gut für ein paar schöne Tage,
wenn man dort mehr Belarussisch spräche,
du jedenfalls.
Я так і думаў:
тут амаль ніхто
(калі не лічыць мяне)
не гаворыць па-беларуску,
але,
каб ты была са мною,
гэты дробны недахоп
імгненна ператварыўся б
у велізарную перавагу, бо
ў гушчыні палюбнай публікі
мы маглі б гаварыць пра нашы пачуцьці,
не саромеючыся самага патаемнага
(ты ведаеш, якія вострыя адчуваньні
могуць падараваць проста словы),
за выняткам таго,
што нельга казаць нават шэптам у ложку –
пагатоў, мы з табою схільныя да прымхаў і
часта стукаем тры разы па дрэве.
Наш карабель
(па-тутэйшаму – ferry, альбо boat-ship)
гайдае ўсё мацней, і ўжо ёсьць
першыя ахвяры марское хваробы.
(Дзякуй богу, што я –
з банальнай прычыны
адсутнасьці фунтаў –
не нажлукціўся піва
ў карабельным бары.)
Манэтаў у кішэнях
яшчэ хапіла б на званок табе,
толькі я ўспомніў пра розьніцу ў часе.
(Цікава, хто пражыў гэтыя дзьве гадзіны
замест мяне?)
Порт Ramsgate
выдае з мора на шыкоўныя дэкарацыі
да фільму “Каханка францускага лейтэнанта”
паводле раману жыхара гэтае выспы Дж. Фаўлза.
Я не казаў табе, што
білет у Ramsgate
(разам з сваім тэлефонам)
дала мне ў Менску дзяўчына
зь зялёнымі, як сёньняшні Ля-Манш, вачыма,
якую я ахвотна
запрасіў бы павячэраць удваіх,
калі б на сьвеце не было
цябе.
За прыбярэжнымі кулісамі
рыхтуецца да выхаду мытнік
з шэксьпіраўскім імем Рычард,
які дзякуючы рудой барадзе
прыме мяне за хлапца
з Ірляндзкай Рэспубліканскай Арміі.
Але ўсё скончыцца памысна,
калі не лічыць спазьненьня на вакзал “Victoria”,
дзе ўчора ірляндцы
мімаходзь апусьцілі ў сьметніцы
чарговую партыю бомбаў,
замаскаваных пад порцыі плямбіру,
каб два чалавекі
ўжо ніколі не змаглі трапіць у Эўропу,
а яшчэ адзін
здолеў бы наведаць яе
ў камфартабэльным вазку для бязногіх.
Усё скончыцца памысна:
я хутка прывыкну да левабаковага руху
(урэшце, гэта пустая фармальнасьць,
бо ўсе мы, згадзіся,
рухаемся ў адным кірунку,
хоць часам нам з табою ўдаецца
рухацца насустрач адно аднаму
і нават сустракацца);
у тэрарыстаў будуць велікодныя вакацыі;
я пакажу, як прайсьці на Holden Road
пажылой мурынцы з Вэст-Індыі, і за гэта
мяне нязлосна цапне за нагу
пародзісты брытанскі сабака
невядомае мне пароды;
голуб з Trafalgar Square
на знак асаблівага даверу
пакіне белы кружок
на маім зялёным швэдры
(у Менску
адзін абазнаны габрэй скажа, што
апрача зялёнага швэдра ў мяне зялёная аўра;
я не прамінаў бы падзяліцца гэтымі зьвесткамі
зь зеленавокай менскай касіркай –
калі б на сьвеце не было цябе),
і калі я зноў падымуся на boat-ship,
Англія здасца мне
ўтульным зялёным хутарам,
дзе можна было б затрымацца яшчэ на тыдзень,
каб там больш гаварылі па-беларуску,
прынамсі – ты.
liryk/poezja/поезія/паэзія
liryk/poezja/поезія/паэзія
Doch geht alles gut aus
bis auf die Verzögerung an der Victoria Station,
wo gestern die Iren
wieder mal eine Mülltonne nebenbei
mit einem Sprengsatz bestückten,
getarnt als Vanilleeis,
was zwei Menschen
den Weg nach Europa endgültig abschnitt,
einem dritten
die Möglichkeit zur bequemen
Einreise per Rollstuhl eröffnete.
Паром празь Ля-Манш
27
radar
Hinter den Uferkulissen
macht sich der Zöllner bereit,
Richard sein shakespearescher Name,
der in mir ob des rötlichen Bartes
einen Kerl
von der Irish Republican Army vermutet.
Ул а д з і м е р А р л о ў U ł a d z i m i e r A r ł o ŭ
U ł a d z i m i e r A r ł o ŭ Ул а д з і м е р А р л о ў
Гарышча
Ня лазь на гарышча,
наказвае бабуля,
дзіўнае чыніцца там:
няма нікога,
ды гавораць нейкія людзі,
плача дзіця, а ўчора
круціўся сам сабою
калаўротак.
Дзень навылёт
сяджу я ціхутка на печы —
слухаю гарышча:
сьмяюцца там дзеці,
гігоча прыцішана конь,
стоена дыхае хтосьці,
слухаючы хату
або птушак на вільчыку.
Мы жывем у хаце,
над намі жыве гарышча,
над гарышчам — неба.
Ул а д з і м е р А р л о ў U ł a d z i m i e r A r ł o ŭ
Jener Sommer
Jener Sommer
mit dem ersten Kuss auf den duftenden Scheitel
mit dem forschenden Blick des Todes,
mit der einsamen silbernen Locke,
mit der Süßen, die so gern küsste,
mit dem vergrützten See,
der deinen Körper noch aus Tagen kennt,
als sein Wasser so klar war
wie deine Träume …
Jener Sommer
wird uns
überdauern.
Тое лета
Тое лета
зь першым пацалункам у духмяную макаўку,
з уважлівым позіркам сьмерці,
з адзінокаю срэбнай кудзеркаю,
з ласанькай, што любіла цалавацца,
з зацьвілаю азярынай,
якая памятае тваё цела з тых часоў,
калі вада ў ёй была празрыстая,
як твае сны...
Тое лета
будзе доўжыцца
даўжэй за нас.
radar
28
Was im Mai passiert
Den ganzen Tag
sitze ich still auf dem Ofen –
lausche dem Speicher:
dort lachen Kinder,
wiehert leise ein Pferd,
schnauft jemand heimlich,
belauscht das Haus
oder die Vögel auf dem First.
Wir leben im Haus,
über uns lebt der Speicher,
über dem Speicher – der Himmel.
Morgen liebte ich dich
gestern treffen wir uns
wir sind noch tot
wir sind nicht mehr geboren.
Nun hast du gesehen,
was im Mai passiert
mit der Materie,
die man gemeinhin
Zeit zu nennen pflegt:
Што бывае ў траўні
Вось ты і пераканалася,
што бывае ў траўні
з матэрыяй,
якую ўмоўна называюць
часам:
заўтра я любіў цябе
ўчора мы сустрэнемся
мы яшчэ памерлі
мы ўжо не нарадзіліся.
[ Übersetzung: Thomas Weiler]
[ Alle Gedichte aus: Uładzimier Arłoŭ: Parom praź La-Manš. Minsk: Łohvinaŭ 2006.]
liryk/poezja/поезія/паэзія
Steig nicht auf den Speicher,
mahnt Großmutter,
sonderbar geht es dort zu:
niemand ist da,
und doch sprechen dort Menschen,
weint ein Kind, und gestern
hat sich das Spinnrad gedreht.
29
radar
liryk/poezja/поезія/паэзія
Der Speicher
КАТЕРИНА КАЛИТКО (1974, Україна) – поетка, прозаїк, перекладачка. Закінчила Києво-Могилянську академію. Журналістка за фахом. Лауреатка конкурсів „Гранослов”, „Смолоскип”,
фестивалю читаної поезії „Молоде вино”, літературної премії
імені Богдана-Ігоря Антонича „Привітання життя”, премій
„Благовіст” і „Культреванш”. Публікувалася в періодиці, в антологіях Початки, Молоде вино, Колекція, Дві тонни. Авторка
поетичних збірок Посібник зі створення світу (1999), Сьогоднішнє завтрашнє (2002), Портретування асфальту (2004),
Діалоги з Одіссеєм (2005), а також прозової книги М.істерія
(2007). Перекладає з балканських мов. Живе у місті Вінниці.
Die Stadt Hunger
Ein Imperativ in den Worten „nicht wissen“.
In den Genen gärt Erinnerung. Zwecklos, dagegen zu kämpfen,
Du spürst Deine Knochen knirschen
Vom Wunsch, ihm alles zu erklären.
Er sagt immer wieder: Iss.
Säfte des Sommers, seltsam kehliger Gesang.
Er singt immer, wenn er für euch kocht.
Dann Stille, Schwere, dunkler Gram.
Eure Idylle brennt auf deinen Knochen.
Er füttert dich. Du sagst zu ihm:
Weißt du, so wie mit dir hab´ ich noch nie,
Weißt du, ich bin doch aus dem wahrsten Hungerland,
Von klein auf lernt man dort zu lügen und zu sterben,
Deshalb frage ich immer wieder: Ist es wahr oder Spiel? Kein Spiel? Wirklich wahr?
Er sagt: Iss nicht mit den Fingern, das Fleisch
der Pute ist nicht ganz durch.
Weißt du, sagst du zu ihm, ich habe Kalk geleckt und geknabbert an Kreide,
Wissen, wie diese Welt schmeckt, das war mein Credo.
Auspressen der Angst, Vakuum, künstliches Koma,
Etwa acht Milligramm Verzweiflung, intravenös, wie üblich,
Darum erinnerst du dich manchmal nicht, wie er aussieht,
Nur wie er schmeckt auf deiner Zunge, salzig und rauh.
Du hast nie vom Fliegen geträumt,
Du hast geträumt, alles zu schmecken.
Du trägst eine fremde Erinnerung gewaltigen Hungers in dir,
Um deine Nervenbahnen wird nie viel Fleisch wachsen.
Er sagt: Iss noch ein Stück, noch ganz heiß aus dem Ofen,
Hier, eine Serviette für Finger und Mund. Macht dich nicht lächerlich.
Wenn ihr eingeschlafen seid, feucht und nackt in der Nacht,
Rufst du im Schlaf unruhig seinen Namen.
Du mochtest nicht klein sein, warst mit dreizehn schon alt.
Er kreiste über dir, wie ein stolzer Aar mit scharfem Blick.
Jetzt zappele nicht wehmütig in der Falle herum –
Du knüpfst und richtest die Schlinge, an der alles Leben hängt.
Also: Es gibt in keinem Reiseführer eine intergalaktische Trasse,
Planet Erde, Eurasien, Europa, Land am Rand,
Ein klebriger Topos, von dem du nicht loskommst.
Humbert füttert Lolita in der Sommerküche.
liryk/poezja/поезія/паэзія
Übersetzerin. Studium an der Mohyla-Akademie Kiew. Journalistin
von Beruf. Siegerin der Literaturwettbewerbe „Granoslow“ und
„Smoloskyp“, Lyrikfestival „Molode Wyno“, des Literaturpreises
„Pryvitannja Zhyttja“ zu Ehren von Bohdan-Ihor Antonytsch sowie
der Preise „Blagowist“ und „Kultrevanche“. Veröffentlichungen in
Periodika, in den Antologien Potschatki, Molode Wyno, Kolekzija
und Dwi Tonny. Veröffentlichte Lyrikbände: Posibnyk zi stworennja switu (1999, Handbuch der Schöpfung), Sjohodnischnje
zawtraschnje (2002, Das Heutig-Morgige), Portretuwannja asfaltu
(2004, Asphaltporträts), Dialohy z Odissejem (2005, Dialoge mit
Odysseus), ein Prosaband: M.isterija (2007). Übersetzt aus den
Balkansprachen. Sie lebt in Winnytsja.
31
radar
KATERYNA KALYTKO
Катерина Калитко Kateryna Kalytko
KATERYNA KALYTKO (1974, Ukraine) – Lyrikerin, Prosaistin,
Kateryna Kalytko Катерина Калитко
sevdah
Катерина Калитко Kateryna Kalytko
Aus den seltenen Schallplatten, die er vor seiner Abreise verschenkte,
schnitten sich die Jungs Plektren, die Nachbarinnen formten Blumentöpfe daraus.
Nie wieder spielt jemand in diesem verträumten Haus
die Platte, zu deren Musik Papa und Mama ihn machten.
місто Голод
Знаєш, я ж із найсправнішого голодного краю.
Ми там змалку вміємо брехати і помирати,
І тому повсякчас повторюю: що це – правда чи гра? Не збиткуєшся? Правда?
Він каже: не їж руками, індичка трохи сира,
Не пропеклася всередині.
liryk/poezja/поезія/паэзія
Витискання страху, вакуум, штучна кома,
Внутрішньовенно, звично – кубиків з вісім відчаю,
І тому не умієш часом пригадати його обличчя,
Але – терпкий, солоний, як торкатися язиком.
Ти не літала у снах –
Ти пробувала все на смак.
Ти носиш в собі чужий велетенський спогад про голод,
На нерви твої ніколи не наростає багато м’яса.
32
А він тобі: з’їж іще шматочок, ось гаряче, щойно з вогню,
Витри руки серветкою, губи теж. Не блазнюй.
radar
Ти йому: знаєш, я куштувала вапно зі стін і хрумкотіла крейдою,
Я хотіла знати цей світ на смак, це було моїм кредо.
І коли ви вночі засинаєте, мокрі й голі,
Ти неспокійно спиш і кличеш його на ім’я.
Ти не любила бути малою і постаріла вже в тринадцять.
А він кружляв над тобою – бистроокий гордий шуліка.
Тепер не крутися в тенетах, запекло кусаючи лікті –
Зачепиш і спустиш петлю, на якій все життя тримається.
Отже: не внесена в путівники міжгалактична траса,
Планета Земля, Євразія, Європа, ведмежий кут,
Липкий топонім, від якого не відкараскатись.
Гумберт годує Лоліту на літній кухні.
In den tauben Mauern des Viertels flog nachtnächtlich,
wie Splitter einer zerschlagenen Nuss der Tod umher.
Hier baute und verkaufte man noch diese Leuchter,
du weißt schon, die goldfarbenen mit dem bunten Glas,
wo man hinter ein Türchen eine Kerze stellt,
die dann zum Opferfest angebrannt wird.
Wie ein Mensch auf dem Krankenbett auf Heilung wartete er auf´s Erwachsensein,
Doch sein erster Schritt in die Welt glich, ausgerechnet, einem Stück Würfelzucker,
das sich am Boden der Kaffeetasse absetzt und verdickt.
Dann kehrte er heim, gab der Mutter einen Kuss,
reichte ihr artig Sahlep¹ und blinzelte wie einst,
dann schnitt er Salat, kaufte Halva, schon wieder ein Opferfest.
Hinter dem angekippten Fenster flackerte
der Leuchter!
Und dann ist nichts, nichts mehr.
Der Ball schwimmt den Fluss hinab.
An der Mauer zum Nachbarhaus, zwischen zwei Fenstern, traf die tödliche Kugel.
Und nur noch das farbenprächtige Flackern des fernen Leuchters
lügt aus der gebrochenen Zeit seinen unartigen Schatten herbei.
Klein, dünn, auf der Schulter die Gitarre,
und mit langem Haar, pflückt der Schatten frühe Äpfel, er ist gerade siebzehn Jahr.
Rotbraune Güterwaggons kriechen über den Wall,
wie zähes Karamell zwischen den Zähnen.
Das Herz zieht sich zusammen und es brummt gewaltig.
Die Stadt fiebert in der Nacht. Im Licht verrinnt die Zeit.
Feiertag, Licht und Gaben.
Aus der Musik, die am Abend seiner Zeugung lief,
wächst bei Tante Zeynja auf dem Fensterbrett ein Mandarinenbäumchen.
¹ Sahlep – Ein in der Türkei und auf dem Balkan verbreitetes Getränk aus Orchideen.
liryk/poezja/поезія/паэзія
Соки літа, дивні співи гортанні –
Він завжди співає, готуючи вам вечері.
Потім тиша, грузька, як болотна твань.
Ваша ідилія тобі поміж ребер пече.
Він годує тебе із ложечки, із руки,
Ти йому: знаєш, я отак ще ні з ким,
Als er sieben war, begann er Fußball zu spielen,
Steil flog der Ball über´s Feld.
Die Knie aufgeschlagen, Kratzer an den Armen.
Ein wilder Blick, in dem Verlangen und Unruhe steckt.
Ein zerschlagenes Fenster beim Nachbarn.
Ein strenger Vater mit Prinzipien.
Nach nochmal sieben Jahren lief er ständig von zu Hause weg.
Dann brach man ihm zum ersten Mal die Nase und jemand schlitzte seine Wange.
33
13
radar
У слів «не знати» є наказовий спосіб.
Та з пам’яттю марно битися. Гени бродять, як дріжджі,
І ти відчуваєш: хрускотять усі кості
Від прагнення все йому пояснити.
Він повторює: їж.
Kateryna Kalytko Катерина Калитко
Holzfällertraum
Ein Baum mit üppiger Silberkrone, der
frei und wild gewachsen ist, ruft nach der Axt;
Es ist ein Opferruf, der mit den Säften entrinnt.
Du nimmst von weitem schon seine Witterung auf, wie ein Hund.
Und weißt selbst nicht, wie jede Alveole ihn aufsaugt aus der Luft.
Wie ein Pfauenaugenmännchen atmest du jedes Duftmolekül,
So wie, hol dich der Teufel, Grenouille:
Niemand weiß, wie berauschend es ist,
sich einzugraben in frei geborenes Gewebe;
Zum Nachtmenschen wirst du, immerhelles Licht,
Wenn ein frei gewachsener Baum ruft, schläfst du nicht.
sevdah
Роздані ним перед від’їздом раритетні вініли
хлопчиська пустили на медіатори, сусідки поплавили на вазони.
Більше ніколи не гратиме в домі сонному
платівка, під яку тато й мама його зробили.
У сім він ганяв у футбол, і м’яч котився донизу
стрімким узвозом.
Коліна збиті, задирки на руках.
Дикуватий погляд – виклик і непокора.
Розбите вікно в сусіда.
У батька вдача сувора.
Іще плюс сім – і звичка з дому тікати,
і вперше зламаний ніс, і на щоці глибокий поріз.
radar
34
Dort, wo dein Baum steht, versteckt der Fluss in einem Nebenarm die Ertrunkenen.
Maulbeerbäume werfen ihre Früchte ins Reich von Seerose und Frosch,
Und der verfluchte Julitag geht nie zu Ende.
Повернувся, цілує маму,
дбайливо приносить їй салеп¹, кліпає, як у дитинстві,
ріже салат, купує халву, а ось уже і Байрам.
У вікні, що на схилі – ліхтарик.
Так мерехтить!
Товарняки руді переповзають насип,
тягучі, мов карамель між зубів.
Тоскно утробно гарчать.
Ніч, а місто кипить. Кольором сходить час.
Свято, світло, дари.
Із музики, що звучала у вечір його зачаття,
у тітки Зейни на підвіконні росте мандарин.
¹ Салеп – напій з орхідеї, популярний в Туреччині і на Балканах.
© Dorota Gawryszewska
Du musst dorthin, ihm seine Astflügel ausreißen,
denn Freiheit hinterlässt auf der Erde Krater wie ein Asteroid,
Und wenn man loslässt, kann man fallen
ganz tief,
dorthin,
wo Wurzeln sich durch Augenhöhlen toter Köpfe winden,
und jahrhundertelang Torso an Torso wie Ketten binden.
So wächst der Baum und legt zwischen den Zweigen
deinen Lebenspfad an, wie eine wacklige Brücke aus Seilen.
Du schlägst ihn fest mit deiner Axt und trinkst seine Seufzer,
als ob du mit einem Schlag dein Rückgrat brechen wölltest;
Um auszuruhen, legst du dich nieder, auf den stickigen Boden des Grases,
wo sich unter der Wurzel krümmt eine goldschimmernde Schlange.
Außer Atem, doch glücklich leckst du ab von der Axt das Blut.
35
13
radar
liryk/poezja/поезія/паэзія
Він вбивався в палки нетерпляче, як здирають кірку із ран,
він розчинявся у світі, мов кубик цукру у каві,
і – треба ж – на дні загус.
liryk/poezja/поезія/паэзія
Der Baum steht an einem Scheideweg, allen Winden ausgesetzt,
Er blüht beim Lied der Nachtigall, er hat viele Gehängte gesehen.
Du brummst unzufrieden, weil du weißt: diese Freiheit ist mehr wert als Silber,
Doch du brauchst kein Silber; dir gefällt Gold.
Du willst den Kern ans Licht bringen, den Sinn:
was und wer ist diese Freiheit
überhaupt.
Щовечора між оглухлих стін кварталу
смерть розлущувалася, як горіх.
А ще тут робили і продавали
золоті, з кольоровим склом ліхтарі,
знаєш, такі, щоб запалювати на Байрам –
відкрити дверцятка, всередину свічку поставити.
І тільки – нічого, нічого вже.
М’яч по річці пливе.
У сусідській стіні між вікнами засіла намертво куля.
І тільки далекий ліхатрик: барвисте його мерехтіння
виманює із розламини часу його неслухняну тінь
з гітарою на плечі, невисоку й тонку.
Тінь має волосся довге, сімнадцять років, тінь ранні яблука рве.
Катерина Калитко Kateryna Kalytko
Kateryna Kalytko Катерина Калитко
Катерина Калитко Kateryna Kalytko
***
liryk/poezja/поезія/паэзія
Дерево на роздоріжжі, супроти усіх вітрів,
що знало кількох повішаних, цвіло солов’їним голосом.
Ти гарчиш, ти-бо добре знаєш: ця свобода вартніша срібла,
але тобі не потрібне срібло; тобі подобається золото.
Ти хочеш розлущити насінину і суть на світло дістати:
що воно, ця свобода,
хто взагалі така.
radar
36
Твоє дерево там, де ховає річка утоплеників у рукав,
де шовковиці сиплють ягоди просто в царство жабів і латать,
де триває й триває триклятий липневий день.
Ти мусиш туди піти і крила гілок обчухрати,
бо свобода, як астероїд, на землі залишає кратери,
і якщо оступитися – можна упасти
глибоко,
де
корені крізь очниці нанизують мертві голови,
клітки грудні – поміж ребра; віками нижуть намиста.
Так виростає дерево, що стежку життя твого
розгойдує між гіллям, як мотузяний міст.
Ти рубаєш і п’єш його зойки, рубаєш аж так,
ніби хочеш із себе хребет одним рухом вирвати;
відпочити пірнеш на задушливе дно трави,
там під коренем змій мружиться золотаво.
І ти – щасливий, задиханий, облизуєш кров із сокири.
***
У них службова квартирка – вікна у двір тюрми,
і хвора дитина у них, і все у них, як у всіх.
Пізно ввечері, коли хлопчик спить, а посуд останній помито,
коли застигає місто в цукровій тихій красі,
у тазику голосно хлюпаються дві рибини живі,
а десь у під’їзді плаче дурне кошеня сліпе,
вона сідає і думає: от, її чоловік
щоранку виходить із раю і спускається в пекло.
А там ці урки брудні, а в нього ж такий ореол
світлий довкола, що страшно часом гладити по голові,
на літо треба в село – малий цього року кволий,
треба туфлі в ремонт. Борщу наварити...
А він
саме комусь вибиває зуби, поки вона засинає,
з напарником після зміни ковтає горілку втомлено
і каже: Не хочу додому. Там ця баба дурна
і знову малий хворіє. Пекло, коротше, вдома.
liryk/poezja/поезія/паэзія
Срібнокриле дерево, що зростало на волі,
розлоге, буйне – прикликає стукіт сокир;
це поклик жертви, що сходить соком.
Ти відчуєш його, як пес, іздаля; невтямки,
як ти умієш ввібрати його з повітря кожною альвеолою.
Ти ловиш кожну молекулу запаху, як самець “павичевого ока”,
як, чорт забирай, Гренуй:
ніхто не знає, як п’янко вгризатися у волокна вільнорожденності;
тепер ти нічвид, ти нестямний світляк, більше немає сну –
під відкритим небом дерево виросло, кличе, жде.
37
13
radar
cон дереворуба
Eine Dienstwohnung mit Blick auf den Gefängnishof,
Krank das Kind. Sie sind in allem, wie alle sind.
Spät am Abend, wenn der Junge im Bett ist und das letzte Geschirr gespült,
Wenn die Stadt verstummt in zuckersüßer Stille,
und nur im Blechtrog zwei kleine Fische plätschern,
und irgendwo im dunklen Hausflur ein dummes Kätzchen weint,
Dann sitzt sie und denkt: Ach, mein Mann steigt tagtäglich
aus unserem Paradies in die Hölle hinab,
Zu all diesen schmutzigen Kerlen im Knast.
Er ist ein Heiliger, ihre streichelnde Hand fürchtet den Glanz um sein Haupt.
Im Sommer ins Dorf, der Kleine kränkelt dieses Jahr sehr,
Die Schuhe müssen repariert werden und Borschtsch gekocht …
Er aber
schlägt, gerade als sie einschläft, jemandem die Zähne aus,
trinkt mit seinem Partner nach der Schicht müde Schnaps,
Und sagt: Ich will nicht nach Hause, dort ist diese dumme Alte.
Der Kleine ist schon wieder krank. Das ist die Hölle.
Kateryna Kalytko Катерина Калитко
Катерина Калитко Kateryna Kalytko
Verwandlung
liryk/poezja/поезія/паэзія
es den Großmüttern überlässt und aus den Mauern verschwindest.
Und endgültig wirst du wissen, Gott bewahre, wie es ist:
wie ein Nichtsnutz vor Leid vergeht, wenn er den Kampf
ums Überleben verliert;
wenn der Fruchtknoten abfällt.
radar
38
wie eine fette Blattlaus das Seufzen vernichtet,
und der Sommer schnell und lautlos, wie ein professioneller Mörder, vorbeigeht.
Die ersten Astern sind unerträglich schön und blenden deine Augen,
du schlägst die Lider nieder und spürst Erleichterung auf deiner Netzhaut.
Wo ist dein Heim, Kirschlein, wo weint dein Kind?
In welcher Kammer lagern des Winters deine Träume?
Wie Lebensmittel im Supermarkt, verfaulen leise die Beziehungen,
aus deinem Mund voll Nektar fütterst du seltsame, fremde Vögel.
Traurigkeit. Verwelkt dein erstes Gesicht.
Das Leben wird grob geflickt aus zerrissenen Fetzen.
Die Kinder sind abgefallen. Aus der Erde sprießt kein neues Leben.
Oh Kirsche, Kirschbaum,
such dir ein anderes
Lied.
[ Übersetzung: Kati Brunner]
Немає печалі більшої, як придорожні черешні:
соковиті діти, вчовгані ув асфальт, забуті іще у червні.
Літо стирає червоне, та не приносить полегшення.
Згодом ти знатимеш, як це, принцесо сапфірних печер,
дівчино, темне зернятко, мед під твоїм язиком.
Ягода переляку сходить соком, розтята.
Тобі ще півроку спати із отим мудаком,
щоб народити від нього світле тепле дитятко
і випурхнути з коробки, покинувши на бабусь.
І вже незворотно знатимеш таке, що боже-ти-збав:
як корчиться пустоцвіт, що програв боротьбу
за подальше тривання;
і як опадає зав’язь,
і як пожирає зойки напасена тлуста тля,
що літо стрімке й безгучне, як професійний вбивця.
Перші айстри несамовиті – очам болять,
заплющишся і відчуєш опіки на сітківці.
Де твій дім, черешенько, де плаче дитя твоє?
Де твої сни на зиму складено у комору?
Як харчі в супермаркеті, тихо гниють взаємини,
медом із рота поїш птаство дивне, заморське.
Отже, печаль. І в’яне перше з твоїх облич.
Життя зшивається грубо з розідраних половин.
Діти впали у землю. Діти не проросли.
Черешне-черешне,
знайди собі пісню
іншу.
liryk/poezja/поезія/паэзія
Mädchen, dunkler Kern, Honig ist unter deiner Zunge.
Die Beere der Angst ist geplatzt und verspritzt ihren Saft.
Du musst noch ein halbes Jahr bei diesem Langweiler bleiben,
damit du von ihm ein helles, warmes Kind bekommst,
перетворення
39
13
radar
Es gibt nichts Traurigeres als Kirschbäume am Straßenrand:
in den Asphalt gedrückt sind die saftigen Kinder schon im Juni vergessen.
Der Sommer bringt keine Erleichterung und löscht das Rot.
Bald wirst auch du wissen, wie es ist, Prinzessin der Saphirhöhlen,
© Michal Aniempadystau
liryk/poezja/поезія/паэзія
45
13
radar
Оксана Луцишина (1974, Україна) – письменниця і поетка,
науковець. Мешкає у США. Випускниця відділення ґендерних
студій універстету Південної Флориди. Докторантка Джорджійського університету за спеціальністю „компаративістика”.
Викладачка іноземних мов і літератур. Авторка поетичних
збірок Усвідомлена ніч (1997), Орфей Великий (2000), Я слухаю
пісню Америки (2010), роману Сонце так рідко заходить
(2007), збірки оповідань Не червоніючи (2007). Її творчість відзначена нагородою Фонду Ковалевих, преміями „Благовіст”
і „Привітання життя,” перемогою в конкурсі „Гранослов”. Роман і збірка оповідань увійшли у довгий список премії Бі-Бі-Сі
– 2007. Перекладає із англійської. Вірші, проза і переклади друкувалися в численних періодичних виданнях. Окремі тексти
перекладалися словацькою, угорською, чеською, польською,
португальською і англійською мовами.
OKSANA LUTSYSHYNA
Oksana Lutsyshyna (1974, Ukraine) – Schriftstellerin, Dichterin und Wissenschaftlerin. Sie lebt in den USA. Absolventin des
Studiengangs Gender Studies an der University of South Florida.
Doktorandin im Fachgebiet Komparatistik an der University of
Georgia. Sie gibt Unterricht in Fremdsprachen und fremdsprachiger Literatur. Sie veröffentlichte Lyriksammlungen (1997
Usvidomlena nič – Das Bewusstsein der Nacht , 2000 Orfej Velykyj
– Orpheus der Große, 2010 Ja sluchaju pisnju Ameryky – Ich höre
Amerikas Lied), einen Roman (2007 Sonce tak ridko zachodit’
– Die Sonne geht nur selten unter) und einen Erzählband (2007 Ne
chervonijuchy – Ohne rot zu werden). Sie ist Preisträgerin des Fonds
Kovalevych, wurde mit den Preisen Blagovist und Pryvitannja žyttja
ausgezeichnet und siegte beim Literaturwettbewerb Granoslov.
Der Roman und der Erzählband standen 2007 auf der Longlist des
BBC-Preises. Oksana Lutsyshyna übersetzt aus dem Englischen.
Ihre Gedichte, Prosaarbeiten und Übersetzungen wurden in zahlreichen Zeitschriften veröffentlicht und ins Slowakische, Ungarische,
Tschechische, Polnische Portugiesische und Englische übersetzt.
Oksana Lutsyshyna Оксана Луцишина
Оксана Луцишина Oksana Lutsyshyna
***
***
der mensch zieht sein hemd aus
und nichts ist darunter
nur das leben an sich
leidenschaft, genug davon.
osteuropa und seine kleinen städtchen
jede alte frau, die da über die straße geht
bin ich. ich gehe mir selbst entgegen,
den duft nach rauch und angegrauten pralinen atmend.
radar
42
die die brust sprengt
und den kosmos beschreiben will
und zu boden stürzt
kraftlos
котре рветься з грудей
і хоче описати космос
і падає на землю
знеможене
***
пристрасть, доволі.
східна європа і її маленькі містечка
у яких кожна стара жінка що переходить дорогу –
це я. сама собі рухаюся назустріч,
вдихаючи запах диму і залежалих цукерок.
43
13
radar
liryk/poezja/поезія/паэзія
osteuropa, das ist der ort,
wo die toten nicht tot, die lebenden nicht lebendig sein wollen,
wo das gras fahl ist und seidig, wo sein leben leben
dasselbe ist, wie es nicht zu leben. und trost
umhüllt mein ungeborenes herz.
liebe ist nicht krieg
liebe ist nicht jagd
liebe ist nicht erleuchtung
ist weder kunst noch musik
noch eine wortart
любов не війна
любов не полювання
любов не натхнення
не мистецтво навіть, не музика
не спосіб слова
liryk/poezja/поезія/паэзія
***
чоловік знімає сорочку
а під нею нема нічого
тільки саме життя
східна європа – це місце
де мертві не хочуть бути мертвими, а живі – живими
де трава бліда і шовкова, де прожите
це те саме, що непрожите. і втіха
береже моє ненароджене серце
ruk
ka-K
©A
n
s
wor
ia Ja
Оксана Луцишина Oksana Lutsyshyna
Oksana Lutsyshyna Оксана Луцишина
на
Жоржи
liryk/poezja/поезія/паэзія
Georgina
radar
44
eine sehr irdisc
he operation is
t das
etwas zerschnit
tenes flicken
und nicht in de
n abgrund falle
n
der aufklafft
das sagt sich s
o leicht
schneid nicht d
ann fällst du nic
ht
aber was soll ic
h machen wen
n es nun mal s
was soll ich de
o ist
nn bitteschön m
achen
hab ich doch w
eder freund no
ch bruder
noch schweste
r noch tochter
noch körper
nur diese sprac
he
in der ich beim
wort herzstück
immer ins stoc
ken gerate
europas osten, das ist eine grube aus tod und vollreifen pflaumen
in amerikas leib halte ich mich vor ihr verborgen
aber früher oder später falle ich aus dieser helle
da, in das andere, hinein
dann fange ich an vom tod zu reden, weil das unser volkssport ist
vom tod reden
dem gewaltigen herrlichen
und hoffen, dass die welt uns erhört und nach luft ringt vor schönheit und schmerz
mein liebhaber schiebt seine finger durch meine
ihn hat das gute alte frankreich erzogen
dann kam amerika
und dann hat er noch buddhismus und erotik irgendwo an der grenze zu thailand studiert
man kann gut wein mit ihm trinken und reden
aber nicht über europas osten oder den tod
weil die welt ein sack unrat ist und nur eines zu wissen sich lohnt – wie man
von einem inselchen des genusses zum nächsten hüpft
und auf die verpesteten kontinente mit ihren schmeißfliegen spuckt
nach dem gutenachtkuss verschwindet er in seinem traum
und ich liege in meinem, den sommersonne und flüchtige freuden erfüllen
mittäl äuropa, flüstert zbigniew herbert an meinem ohr
mittäl äuropa geht ins labyrinth ohne rückkehr
ins labyrinth aus nassen ziegeln und glück
geht hinein und kommt nicht mehr heraus
lebt und lebt auf wie das staubige gras gegen abend
stark wie die enkel derer, welche den krieg überlebten
wann, wann werde ich sterben? fragt jemand und hat noch mein kinderstimmchen
aber die antwort höre ich nicht denn finster ist es auf einmal
im schützengraben, wo miklós radnóti gerade sein letztes gedicht niederschreibt
liryk/poezja/поезія/паэзія
казати
і легко
й
к
не пада
воно та
не ріж
ти коли
и
б
о
р
і
н
а що ме
обити
питаю р
я
і
н
е
м
що
брата
руга ні
д
і
н
е
н
у ме
а
і немає
ки ні тіл
и ні доч
р
т
с
е
с
і
н
евина
я мова
ові серц
л
тільки ц
с
а
н
инаюся
де я зап
***
45
radar
ія
операц
е земна
е
н
це дуж
різа
щось від
латати
овалля
р
ти у п
а
д
а
п
е
ін
ся
риваєть
яке відк
Oksana Lutsyshyna Оксана Луцишина
Оксана Луцишина Oksana Lutsyshyna
***
liryk/poezja/поезія/паэзія
мій коханець розсуває мої пальці своїми
його виховувала добра старенька франція
а потім америка
а ще він вивчав буддизм і еротику десь біля кордонів таїланду
з ним добре пити вино і розмовляти
але не про смерть і східну європу
тому що світ – лайно, і варто навчитися лише одного уміння – перестрибувати з одного острівця насолоди на інший
і чхати на зачумлені континенти із їхніми трупними мухами
radar
46
він цілує мене на ніч і щезає у свій сон
поки я лежу у своєму – повному літнього сонця і нетривкого солоду
міттель еуропа, шепоче мені на вухо збігнєв герберт
міттель еуропа входить у лабіринт без поворотів
лабіринт щастя і мокрої цегли
входить і не виходить із нього
вона живе і оживає, мала мов запорошена трава надвечір’я
могутня мов онуки тих хто пережив війну
коли, коли я помру? – питає хтось моїм ще дитячим голосом
але я не чую відповіді тому що раптом стає темно
у цій розстрільній ямі, де міклош раднуті дописує свого останнього вірша
***
ich bin ein nachttier, ein tier, das weint
nach einem anderen tier
weil jedes tier nach einem anderen weint
nach warmem fell und körpergerüchen
die symphonie der unentrinnbarkeit ist das
in die sprache der musik nicht zu übersetzen
auch in die sprache der sprache nicht
allein in die sprache des bittgangs:
und da gehen wir, das tierreich
stark wie fleisch gewordene götter
getigert und ernst
um am himmel die tränen fließen zu lassen
um die sterne zu fragen, alle gemeinsam
und jeder für sich: hat sich die erde erschöpft?
[ Übersetzung: Beatrix Kersten ]
liryk/poezja/поезія/паэзія
східна європа – це яма зі смертю і перестиглими сливами
я ховаюся від неї у тіло америки
але рано чи пізно я випаду з цього світла
у те, інше
і заговорю про смерть – бо це наш національний спорт
говорити про смерть
сумну і прекрасну
і сподіватися що світ нас почує і задихнеться від краси і смутку
47
13
radar
***
я звір нічний, звір, що плаче
за іншим звіром
бо кожен звір плаче за іншим звіром
за його теплою шерстю і за звуками його тіла
і це така невідворотна симфонія
яку не перекласти на мову музики
на мову мови
а тільки на мову паломництва:
ось ми йдемо, звірине царство
могутні як перевтілені боги
смугасті і грізні
аби заридати у саме небо
аби запитати у зір всі разом
і кожен осібно: чи вичерпалася земля?
Вальжына Морт (1981) – паэтэса, перакладчыца
liryk/poezja/поезія/паэзія
з ангельскай (Леанард Коэн) і польскай (Рафал Ваячак)
на беларускую мову, з 2006 жыве і працуе ў ЗША.
Аўтар кніг Я тоненькая як твае вейкі (2005), Factory of Tears
(2008) – пераклады на англійскую мову: Франц Райт
і Элізабет Олькерс Райт, Collected Body (2011).
Лаўрэат „Крышталь віленіцы” Міжнароднага літаратурнага
фестываля „Віленіца-2004”, прэміі Хуберта Бурды (2008),
у 2009 уганараваная амерыканскай літаратурнай стыпендыяй
Фундацыі Лэннэна, лаўрэат узнагароды Бэс Хоўкін (2010).
Вальжына Морт выкладае ва ўніверсітэце Балтымару (ЗША).
radar
52
tränen:
wenn
das herz in schweiß ausbricht
im brustkastenschacht
der nie die sonne sah
spürst du den rückenschmerz des herzens?
spürst du den schmerz in seiner brust?
tränen:
wenn
das herz dir in die augen spuckt
Паходжаньне сьлёзаў
сьлёзы
гэта калі
сэрца абліваецца потам
у шахце грудной клеткі
ніколі ня бачыўшы сонца
чуеш, як сэрцу баліць сьпіна?
чуеш, як сэрцу баліць у грудзях?
сьлёзы
гэта калі
сэрца плюе табе ў вочы
liryk/poezja/поезія/паэзія
Valžyna Mort (1981, Belarus) – Lyrikerin und Übersetzerin aus
dem Englischen (Leonard Cohen) und Polnischen (Rafał Wojaczek)
ins Belarussische, lebt und arbeitet seit 2006 in den USA. Sie veröffentliche die Lyrikbände Ich bin so dünn wie deine Wimpern (2005),
den zweisprachigen Band Factory of Tears (2008) mit Übersetzungen ihrer Gedichte ins Englische durch Franz Wright und Elizabeth
Oehlkers Wright (deutsch: Tränenfabrik, Suhrkamp 2009) und
zuletzt Collected Body (2011). 2004 erhielt sie den Kristal-Preis
beim Internationalen Literaturfestival Vilenica (Slowenien), 2008
den Hubert Burda Preis für junge osteuropäische Lyrik, 2009 ein
Lannan Literary Fellowship und 2010 den Bess Hokin Prize.
Valžyna Mort unterrichtet an der Universität Baltimore.
Vom Ursprung der Tränen
49
13
radar
Valžyna Mort
Вальжына Морт Valžyna Mort
Вальжына Морт Valžyna Mort
Valžyna Mort Вальжына Морт
Cry me a river
der körper ein fang der stimme
als wäre die stimme ein käfig
und auf die bühne fliegen rosen
wie lappen von blutrotem fleisch
***
radar
50
***
Памяць пра цябе — як іголка ў сене
якую адшукаць немагчыма
але куляючыся з іншым мужчынам
у той адрыне
кожны раз баюся яе ўколу
цела ў пастцы голасу
нібы голас — клетка
і ружы ляцяць на сцэну
як кавалкі чырвонага мяса
ўдыхае — паветра
выдыхае — мора
партэр — тытанік пад вадою
пярсьцёнкі і брошкі
блішчаць
як чароды рыбы
у яе няма выбару толькі сьпяваць
у клетцы голасу
пакуль язык
як хлыст паганяе згорблены рот
так будаваліся піраміды
так бабілонскія сады вырошчвалі
ня дай ёй скончыць
і калі трэба —
забей дзеля мяса
пах якога яна пажырае
das parterre – titanic unter wasser
ringe und broschen
funkeln
wie schwärme von fischen
sie hat keine wahl sie muss singen
im käfig der stimme
solange die zunge
den buckligen mund voranpeitscht
so wurden die pyramiden erbaut
so wurden die gärten von babel gepflanzt
lass sie nicht enden
und geht es nicht anders
so töte im namen des fleisches
dessen geruch sie vertilgt
liryk/poezja/поезія/паэзія
liryk/poezja/поезія/паэзія
die erinnerung an dich ist
wie die nadel im heu
unmöglich wiederzufinden
doch wälze ich mich mit
einem andern
durch diesen schober
fürchte ich stets ihren stich
einatmen – luft
ausatmen – meer
51
13
radar
Cry me a river
Valžyna Mort Вальжына Морт
Das gelobte Land
ich träumte, du und ich,
wir beide gehen nach äthiopien.
du nimmst den flieger,
ich den bus.
du bist 79.
ich 24.
du bist zuerst da
und willst warten,
bis endlich auch mein bus es schafft
in unser beider
äthiopien.
Запаветная зямля
прысьнілася, што ты і я
разам едзем у эфіопію.
ты — на самалёце,
а я — на аўтобусе.
табе 79.
мне 24.
ты прыедзеш першай
і будзеш чакаць,
пакуль і мой аўтобус дацягнецца
да нашай з табою
эфіопіі.
liryk/poezja/поезія/паэзія
Lehrer
für Linda Gregg
Настаўнік
willst du mein lehrer sein
musst du zum tiger werden
damit du mir den kopf abbeißen kannst
damit ich dir dann überallhin folge
um ihn dir wieder abzujagen
для лінды грэг
калі ты хочаш быць маім настаўнікам
табе трэба стаць тыграм
каб ты мог адкусіць маю галаву
каб потым я хадзіла паўсюль за табою
намагаючыся адабраць сваю галаву назад
radar
52
© Michal Aniempadystau
[ Übersetzung: Thomas Weiler]
[Alle Gedichte aus: Valzhyna Mort: Factory of Tears. Copper Canyon Press 2008.]
radar
3458
Marta Podgórnik (1979, Polen) – Poetin, Literaturkritikerin
und Redakteurin. Gewinnerin des Jacek-Bierezin-Preises (1996),
nomieriert für den Preis „Paszport Polityki” (2001), Gewinnerin
des Literaturpreises Gdynia (2012). Autorin zahlreicher Poesiebände: Verhandlungsversuche (1996), Paradiso (2000), Langer Mai
(2004), Opium und Jammern (2005), Zwei zu eins (2006), Fünf
Verpackungen. (1993-2008) (2008), Residenz der Erdmännchen
(2011). Sie wohnt in Gliwice.
Weshalb null Grammatik
Deshalb null Grammatik, weil du mich wirklich liebst.
Deshalb, weil du plötzlich gar nichts mehr verstehst.
Deshalb, weil wir mit Freunden unter unstetem Himmel trinken.
Mittag, ein Lido, vielleicht Madrid, ein böser Strand voll Sonne.
Jemand hier diktiert mir Worte.
Ihr wird mulmig, und plötzlich, wie fließend.
lyrik /poezja /поезія
Marta Podgórnik (1979, Polska) – poetka, krytyk literacki,
redaktorka. Laureatka Nagrody im. Jacka Bierezina (1996),
nominowana do Paszportu „Polityki” (2001), Laureatka Nagrody
Literackiej Gdynia (2012). Autorka tomów poezji: Próby negocjacji (1996), Paradiso (2000), Długi maj (2004), Opium i Lament
(2005), Dwa do jeden (2006), Pięć opakowań. (1993-2008) (2008),
Rezydencja surykatek (2011). Mieszka w Gliwicach.
Dlacz
ego z
ero g
rama
tyki
Dlate
go ze
r
o
Dlate
gram
atyki
go, ż
e nag
, że m
Dlate
le prz
nie n
go, ż
apraw
estaj
e pije
esz r
dę ko
my z
ozum
chasz
koleg
ieć co
.
Jest p
ami p
kolw
ołudn
od ni
iek.
ie, Lid
epew
Ktoś
nym
o, mo
mi tu
niebe
że M
dykt
Jej ro
a
m.
d
u
r
je sło
yt, zł
bi się
wa,
a pla
dusz
ża pe
no i n
łna s
agle,
łońca
jakże
.
biegl
e.
55
radar
lyrik /poezja /поезія
MARTA PODGÓRNIK
Marta Podgórnik Marta Podgórnik
ruk
a-K
ia
©
An
k
ors
Jaw
Marta Podgórnik Marta Podgórnik
Marta Podgórnik Marta Podgórnik
im abteil
morgen auf der couch auf kredit (das ist ein schlafsofa von ikea, ich kann
mit karte zahlen) stritten wir uns sinnlos über den sinn des lebens, aber
(der tod wäre gegen solche vereinnahmungen, meinst du nicht?)
radar
56
28
3432
darauf
ich bin eine Graphomanin mit gebrochenem Herzen. An sich
stimmt das auf der Liege aus Glas. Doch Verzeihung.
Dass ich zig Wahrheiten scheinbar in Hast herauskotzte
und es jetzt wirkt, als litte ich ein wenig. Litte
sie sehen mir durch die finger, weißt du? Für den schlaf nehme ich
stoff, fein wie sesam, und dann bekomme ich augen wie die nutrias
aus dieser zucht, Weißt du noch, liebling? – in den ferien. Du weißt, ich hatte
ganz und gar etwas und kotzte Kristalle meiner Wahrheit
in die orange Plastikschüssel, die ich auf Knien hielt.
Und währenddessen saß ich im Türkensitz da, die Knie
töricht angewinkelt. Bis zum Hals.
nichts als den namen, der mich jetzt erregt wie eine gymnasiastin
die erste kippe, als wäre nichts, anderes. Weißt du was? Sei’s drum,
es sieht so aus, als weißt du nicht, nichts über mich, und so
bleibt das auch.
w przedziale
Zamek
To nieważne. Kiedy mówię zbyt głośno i głos się zatacza
domyślnie. Domyślnie to nie te klawisze, którymi
porusza się serce gardła i struny, które brzmią na wietrze;
ja jestem grafomanka ze złamanym sercem. Poniekąd to
jest prawda na szklanej kozetce. Ale przepraszam.
Że zwymiotowałam te kilkadziesiąt prawd jakby naprędce
i teraz to wygląda, jakbym ciut cierpiała. Cierpiała
całkiem trochę, i wymiotowała kryształy swojej prawdy
w plastikową pomarańczową miskę, trzymaną na klęczkach.
A tymczasem ja siedziałam po turecku, kolana
podkuliwszy głupio. Aż pod szyję.
jutro na kanapie na kredyt (ale to jest tapczan! z ikei, mogę płacić kartą)
pokłócilibyśmy się bez sensu o sens życia, ale
(śmierć byłaby przeciwna podobnym uzurpacjom, nie sądzisz?)
kochanie, mam tę pewność, która zwana bywa „złowieszczym
spokojem”, że zaraz usłyszę: „pani podgórnik, coś tam coś tam coś tam”,
przez twój mokry megafon. I wiesz co? Po cichu jakoś liczę
na to
patrzą na mnie przez palce, a wiesz? Biorę na sen
prochy miałkie jak sezam; a potem mam oczy jak nutrie
z tej hodowli, pamiętasz, kochanie? – w wakacje. Wiesz, że nie miałam
nic poza nazwiskiem, którym się teraz podniecam jak gimnazjalistka
pierwszą fajką, gdy niczego, innego. Wiesz to? Cóż,
wygląda na to, że nie wiesz; nic o mnie i tak
już zostanie.
lyrik /poezja /поезія
lyrik /poezja /поезія
Belanglos. Wenn ich zu laut spreche und die Stimme taumelt
viel sagend. Viel sagend nicht die Tasten, mit denen man
das Kehlenherz und die Saiten anrührt, die im Winde klingen.
liebling, ich habe die gewissheit, die bisweilen „trügerische ruhe“ genannt wird,
gleich höre ich „frau podgórnik, das da, das da, das da“
durch dein nasses megaphon. Und weißt du was? Im stillen rechne ich
57
13
radar
Das Schloss
Marta Podgórnik Marta Podgórnik
Marta Podgórnik Marta Podgórnik
Das Mädchen in Rot
Die erneuerbare Tanzbar
Nie schienst du so schön wie letzten Sonnabend,
Nie erstrahltest du in solchem Glanz. Du warst unmöglich.
Nie stand dir deine Kleidung so wundervoll,
und dein Haar fiel noch nie so ideal.
Aber vielleicht war ich blind?
Mädchen in Rot,
nie träumten so viele Jungen von dem wenigstens einen
Tanz mit dir. Nie waren so viele Jungen für dich
zu allem bereit. Und hatten nicht die Chance dazu.
Nie suchten so viele Menschen deine Gesellschaft,
also verschlug es mir, als du dich mir zuwandtest,
den Atem.
Hallo, Püppchen, wir haben ihr ein ordentliches Inferno vorbereitet. Liebes,
fühl dich eingeladen ins Höllenheim der deckungsgleichen Begriffe.
Die Herrschaften bitte in den Verschlag. Anfang. Und Ende.
Und du warst schon weggedöst. Schriebst keine Gedichte und hattest Probleme,
das Haus zu verlassen, zur Toilette zu gehen, in den Vordergrund zu treten.
Hast keine Tränen an der Brust vergossen, denn du wusstest nicht wem.
Und jetzt stehst du vor der schwierigsten Entscheidung im Leben:
Welche Möbelchen? In welcher Farbe? Möbelchen, an denen du
Dich wund schlägst, Möbelchen mit Kanten, an denen dir der Kopf zerschellen kann.
Möbelchen, die dir der Familienbetrieb liefert. In einer Woche,
höchstens zwei oder drei Wochen.
Dziewczynka w czerwieni
Nigdy nie wyglądałaś tak pięknie jak w zeszłą sobotę.
Nigdy nie błyszczałaś takim blaskiem. Byłaś niemożliwa.
Nigdy ciuchy tak świetnie na Tobie nie leżały,
a Twoje włosy nigdy nie układały się tak idealnie.
A może to ja byłem ślepy?
58
28
3432
Dziewczynko w czerwieni,
radar
nigdy tylu chłopców nie marzyło o chociażby jednym
tańcu z Tobą. Nigdy tylu chłopców nie było gotowych
dla Ciebie na wszystko. I nie mieli szans.
Nigdy tyle osób nie zabiegało o Twoje towarzystwo,
więc kiedy odwróciłaś się do mnie,
zaparło mi dech.
liryk/poezja/поезія/паэзія
nie fühlte ich wie als ich dich
jene Nacht übers Parkett zum Ausgang brachte
inmitten neidvoller Blicke.
Odnawialny dancing
Witaj Laleczko, spreparowaliśmy dla niej nie lada inferno. Kochanie,
czuj się zaproszona na to domowe piekło przystawalnych pojęć.
Proszę państwa do kojca. Początek. I koniec.
A byłaś już uśpiona. Nie pisałaś wierszy i miałaś kłopoty z
wychodzeniem z domu, pójściem do toalety, wejściem na plan pierwszy.
Nie lałaś łez na piersi, bo nie było komu.
59
13
A teraz stoisz przed tym najtrudniejszym w życiu wyborem:
To jakie mebelki? W jakim kolorze? Mebelki, o które
będziesz się obijać, mebelki z kantami, o które możesz rozbić głowę.
radar
lyrik /poezja /поезія
Mädchen in Rot,
Mebelki, które dostarczy Ci firma rodzinna. Za tydzień,
góra dwa lub trzy tygodnie.
Dziewczynko w czerwieni,
nigdy nie czułem się tak, jak prowadząc Cię
tamtej nocy przez parkiet do wyjścia,
wśród zazdrosnych spojrzeń.
[Übersetzung: Ursula Kiermeier]
© Dorota Gawryszewska
[ Alle Gedichte aus: Marta Podgórnik: Rezydencja surykatek, Wrocław 2011]
OSTAP SLYVYNSKY
Остап Сливинський Ostap Slyvynsky
radar
64
Остап Сливинський (1978, Україна) – поет, перекладач,
есеїст, критик. Автор поетичних збірок Жертвоприношення
великої риби (1998), Полуднева лінія (2004), М’яч у пітьмі
(2008), Рухомий вогонь (2009, у польському перекладі Богдана
Задури), Адам (2012). Поезії та есеїстика перекладені чотирнадцятьма мовами. Перекладає з англійської, білоруської,
болгарської, македонської, польської, російської мов. Лауреат Літературної премії „Привітання життя” ім. Б.І. Антонича
(1997) та Премії Губерта Бурди для молодих поетів зі Східної
та Центральної Європи (2009). Протягом 2006–2007 років
був координатором Міжнародного літературного фестивалю
в рамках Форуму видавців у Львові. Брав участь у резиденціях
Літературного Колоквіуму Берлін (2007), Homines Urbani (Краків, 2008) та IHAG (Ґрац, 2008), був стипендіатом Колегіуму
перекладачів (Краків, 2009) та quartier21/MQ (Відень, 2011).
З 2009 року входить до української редакції журналу „Радар”.
Працює у Львівському університеті, де викладає польську літературу та теорію і практику перекладу.
Geschichte
Історія
Und ob ich damals dabei war.
Неправда, я був тоді з ними.
Ich weiß es noch genau.
Ich habe den Ziegelstein mit zerkleinert
und Wasser eingerührt.
Das war der Kaffee für unsere Amseln – wir
gaben noch Gras hinzu,
da hatten sie was Leckeres. (Bei einem Fünfjährigen
erinnert die Liebe an einen Analphabeten,
der glaubt, die Kunst bestünde darin,
den Füller richtig zu halten).
Die Amseln hüpften in der Nähe herum, neigten
neugierig die Köpfe, aber keine kam heran.
Mit dem Kaffee konnte etwas nicht stimmen.
Oben klatschte jemand in die Hände, fremde Vögel
flogen vom Baum auf.
Jemand musste kosten, doch keiner
traute sich.
Da fiel uns der Kleinste ein,
Wadik oder Witalik,
im Gedächtnis sind statt des Namens
nur seine Schweigsamkeit und der schiefe Pony geblieben.
Er sträubte sich nicht. Oder kaum. Nach
den ersten verschütteten Tropfen trank er
schlückchenweise den trüben braunen
Brei. Plötzlich bekamen wir Angst,
rannten um die Ecke und spähten von dort. Er
hätte davonlaufen oder wenigstens
die schlammige Dose absetzen können, doch er trank und trank.
Erst als sie fast leer war, fing er an zu weinen.
Hier ist der Kelch, hier bin ich, noch unverständiger
als damals. Ich sehe
einen Stein auf mich zufliegen
vom nebligen Ufer.
Тепер я це добре пригадую.
Я допомагав кришити цеглину
й розмішував її у воді.
То була кава для наших дроздів – ми
додали ще трохи трави,
їм мало посмакувати. (Любов
у п’ять років нагадує неписьменного,
який гадає, ніби вся штука у тому,
щоб правильно тримати перо).
Дрозди стрибали поблизу, нахиляючи
голівки з цікавістю, але
жоден з них не наближався.
Ми розуміли, що з кавою щось не так.
Угорі хтось плеснув у долоні, з гілки
зірвались чужі птахи.
Треба було куштувати, але
бракувало відважних.
І тоді ми згадали про найменшого з нас,
Вадика чи Віталіка,
від якого у пам’яті замість імені –
лише мовчазність і криво підрізана гривка.
Він не пручався, майже. Після
перших розлитих крапель пив
дрібними ковтками буру мутну
рідину. Нарешті нам стало лячно,
ми побігли за ріг і лише визирали. Він
міг утікати чи принаймні відкласти
заболочену банку, але пив і пив.
І, тільки випивши майже все, почав плакати.
Ось чаша, ось я – ще нерозумніший,
ніж тоді. Дивлюсь,
як у мій бік летить камінь
з туманного берега.
61
radar
liryk/poezja/поезія/паэзія
Essayist, Kritiker. Autor der Gedichtbände Das Opfer des großen
Fisches (1998), Mittagslinie (2004), Ball in der Dunkelheit (2008),
Lauffeuer (2009, in polnischer Übersetzung von Bohdan Zadura),
Adam (2012). Seine Gedichte und Essays wurden in vierzehn
Sprachen übersetzt. Ostap Slyvynsky übersetzt aus dem Englischen, Belarussischen, Bulgarischen, Makedonischen, Polnischen
und Russischen. 1997 gewann er den Bohdan-Ihor-Antonych-Literaturpreis und wurde 2009 mit dem Hubert-Burda-Preis für junge
osteuropäische Lyrik ausgezeichnet. 2006 und 2007 organisierte er
das Internationale Literaturfestival im Rahmen des Lemberger Verlegerforums. Er war Gaststipendiat des Literarischen Colloquiums
Berlin (2007), im Internationalen Haus der Autoren in Graz (2008)
und bei dem Projekt Homines Urbani (Krakau, 2008), Stipendiat
des Übersetzerkollegs in Krakau (2009) und Writer in Residence im
quartier21/MQ (Wien, 2011). Seit 2009 ist er Teil des ukrainischen
Redaktionsteams der Literaturzeitschrift „Radar”. Er unterrichtet
polnische Literatur sowie Theorie und Praxis des Übersetzens an
der Lemberger Universität.
liryk/poezja/поезія/паэзія
Ostap Slyvynsky (1978, Ukraine) – Dichter, Übersetzer,
Ostap Slyvynsky Остап Сливинський
Остап Сливинський Ostap Slyvynsky
radar
62
Історія (2)
Тепла і невідлучна від морозної ночі,
ніби руків’я від свого ножа.
Тіло –
її ніжне посольство.
Держава ж її – темні двори,
де можуть і вбити чужого.
Я знаю,
я дозволяю половині її обличчя жити у темряві,
не пересуваю лампу.
І не питаю,
а вона сама починає розповідати.
Малий її прокидається,
ніби збивається з ритму сну.
«Чотири доби, –
каже вона. – Тоді ми найдовше
не піднімались нагору.
На третій день – або ніч – закінчились свічки,
і я стала пригадувати,
навмисно,
нічого конкретного,
просто вікно у кімнаті. Якийсь
день, який не почався
і не закінчився.
Вечір, коли йдеш до сну,
вимикаєш світло і знаєш, що в темряві
цвітуть дерева і полюють нічні птахи.
Ранок,
коли дрімаєш навстоячки, а каша ніяк
не кипить.
І, може, всі ці роки
монотонного прокидання, коли нічого не діється,
нам призначені,
щоби ми,
ніби камінь,
що довго лежить на сонці і набирає тепла,
однієї поганої ночі
зігріли чиюсь щоку?».
lliryk/poezja/поезія/паэзія
Warm und eins mit der frostigen Nacht
wie der Griff mit dem Messer.
Der Körper
ist ihre zärtliche Botschaft.
Ihr Staat sind die dunklen Höfe,
wo ein Fremder getötet werden könnte.
Ich weiß,
von mir aus darf eine Hälfte ihres Gesichtes im Dunkeln leben,
ich verrücke die Lampe nicht.
Und ich frage nicht,
sie erzählt von selbst.
Ihr Kleiner steht auf,
als wäre er aus dem Schlaftakt gerissen.
„Vier ganze Tage“,
sagt sie, „damals sind wir so lange wie möglich
nicht nach oben gegangen.
Am dritten Tag – oder in der Nacht – gingen die Kerzen zu Ende,
und ich dachte mir,
absichtlich,
nichts Konkretes,
einfach ein Fenster im Zimmer. Ein beliebiger
Tag ohne Anfang
und Ende.
Abend, du gehst schlafen,
machst du das Licht aus und weißt, dass im Dunkeln
die Bäume blühen und die Nachtvögel jagen.
Morgen, du döst im Stehen und der Brei
will nicht kochen.
Vielleicht sind all die Jahre
des stumpfen Erwachens, wenn nichts passiert,
für uns bestimmt,
damit wir,
wie ein Stein,
der lange in der Sonne liegt und Wärme aufnimmt,
in einer schlimmen Nacht
jemandes Wange wärmen?“
63
radar
liryk/poezja/поезія/паэзія
Geschichte (2)
Остап Сливинський Ostap Slyvynsky
Ostap Slyvynsky Остап Сливинський
Liebe
Ein Stechen
als nähme einer warme Fayence
in seine durchfrorene Hand,
radar
64
Zwei fremde Kinder spielen mit einem großen Hund,
wir freuen uns an ihnen, bis die Nacht hereinbricht.
Любов
Таке поколювання,
ніби теплий фаянс
береш перемерзлою рукою,
або тіло, затерпле зі сну,
переходить кімнату,
ще трохи кульгаве
і всміхнене.
Таке поколювання,
як тоді, коли батька
чомусь не голили вже кілька діб,
а він лежав,
ніби
солоний і перегрітий камінь,
і обіймав нас по черзі.
Таке поколювання, ніби
довго несеш ялинку крізь туге
від морозу повітря,
і знаєш, що хтось,
між людей,
вколисаних Найсвятішою Звісткою,
все ж чекає, не спить.
***
З ріки ще добу не можна брати води.
П’ємо вологу, яка скраплюється від нашого подиху.
Абсолютні тіла, тіла ангелів без входу
і виходу, зчеплені в танці, до якого ніхто не грає.
Хто знає, як тобі буде над прірвою або на підмоклій вже
палубі?
Може, шкодуватимеш, що так рідко
зривався в дорогу, не попрощавшись,
що не приїжджав,
нікому не подзвонивши, раптово, удосвіта? Що ніколи
не напивався на людях, не дозволяв собі
бути смішним,
бо хто не буває смішним, той не мав би сміятися.
Що хотів мати те, на що варто просто дивитися?
Що гадав, ніби слова мусять знайти свої речі, подяка – адресу,
мовчання – причину?
Двоє чужих дітей граються з великим собакою,
і ми милуємось ними, аж доки спадає ніч.
lliryk/poezja/поезія/паэзія
Ein Stechen, als
trüge einer lange eine Tanne durch die
frostpralle Luft,
und wüsste, dass jemand,
inmitten von Menschen,
einschlummert von der Frohesten Botschaft,
noch immer wartet, nicht schläft.
© Dorota Gawryszewska
Ein Stechen
wie damals, als sie Vater
ein paar Tage hintereinander nicht rasiert hatten
und er da lag
wie ein salziger und überhitzter Stein
und uns nacheinander umarmte.
65
radar
liryk/poezja/поезія/паэзія
oder als liefe ein Körper, steif vom Schlaf,
durchs Zimmer
etwas linkisch
und lächelnd.
***
Noch einen Tag lang darf man kein Wasser aus dem Fluss schöpfen.
Wir trinken die Feuchte, die von unserem Atem niedergeht.
Absolute Körper, Engelskörper ohne Eingang
und Ausgang, verschlungen im Tanz, zu dem niemand aufspielt.
Wer weiß, wie’s dir über dem Abgrund oder auf dem schon klammen
Deck zumute sein wird?
Vielleicht wirst du es bedauern, dass du so selten
aufgebrochen bist, ohne dich zu verabschieden,
dass du nicht gekommen bist,
niemanden angerufen hast, überraschend, vor Tag? Dass du dich
nie vor anderen betrunken hast, nie gewagt hast,
komisch zu sein,
denn wer nie komisch ist, sollte auch nicht lachen.
Dass du besitzen wolltest, was anzuschauen reicht?
Dass du geglaubt hast, die Wörter müssten ihre Dinge finden, der Dank den Empfänger,
das Schweigen den Grund?
Ostap Slyvynsky Остап Сливинський
Остап Сливинський Ostap Slyvynsky
radar
66
70
Urplötzlich, Winter
Експромт, зима
Später Dezember,
bald kommen die Engel herab.
Für diese eine Nacht, heller als die anderen,
haben sich die frierenden Bäume wohl
in Blätter gekleidet.
Du lächelst,
als sähest du im Traum das gleichförmige Licht,
durch das noch
kein einziger,
nicht der kleinste Gegenstand gedrungen ist.
Пізній грудень,
скоро опустяться ангели.
І здасться, ніби змерзлі дерева
вбрались у листя на цю єдину,
світлішу за інші, ніч.
Ти всміхнешся так,
ніби побачиш у сні однорідне світло,
крізь яке не проступила ще
жодна,
навіть найменша у світі річ.
[Übersetzung: Claudia Dathe]
71
67
radar
liryk/poezja/поезія/паэзія
grafika
Eigentlich hat diese Geschichte
eine Vorgeschichte, und sie handelt
von einem Knirps, der wasserscheu war.
Dennoch ging er mit den anderen ans Meer und klammerte sich
an einem langen Stein fest,
und als die Jungs ins Wasser sprangen, blieb er
Орфей
draußen, dürr und verschreckt,
sah zu,
Насправді ця історія
wie sich ihre Köpfe in den Spritzwolken entfernten,
має передісторію, і вона –
про малого, який боявся води.
und hoffte inständig,
Але йшов з усіма на берег і видряпувався
keiner würde sich umdrehen.
на довгий камінь,
і коли хлопці стрибали у море, він залишався
Dann lief er zu den nahen
стояти там, худий і розгублений,
Häusern, köpfte vor Kraftlosigkeit
і дивився, як віддаляються
Disteln,
голови у віялах бризок,
сподіваючись лише на одне –
nicht so wie alle anderen,
що жодна з них не озирнеться.
glich er einem Kupferfaden, zufällig
А далі рушав до ближніх
будинків, стинаючи від безсилля
in einen Korb geflochten.
голови чортополохів,
Kennst du den Knirps?
інакший, ніж усі тут –
Weißt du, in welchem Moment
подібний на мідну струну, випадково
вплетену в кошик.
Musik aus der Wut steigt wie ein Schmetterling
Ти знаєш цього малого?
aus einem durchfrorenen Kokon?
Знаєш, у яку мить
Weißt du, wo er bis zum Morgen gewesen ist, als
зі злості виходить музика, ніби метелик
із перемерзлого кокона?
die Eltern ihn im Gras fanden, schweißgebadet,
Знаєш, де він був до самого ранку, коли
mit zusammengebissenen Zähnen?
батьки знайшли його у траві, спітнілого,
із заціпленими зубами?
Und sag mir noch: Wie viel Wut verträgt ein Gedicht?
І ще скажи: скільки злості може бути у вірші?
Gerade so viel, dass
Саме стільки, щоб
die Sirenen verstummen?
заглушити сирен?
lliryk/poezja/поезія/паэзія
Orpheus
Der allzu scharfe und allzu schwere Meißel entblößt das
im weißen Marmor verborgenen männlichen Genital.
Die Chance, dass es der Nachwelt erhalten bleibt, ist
verschwindend gering. Man muss sich nur antike Männerstatuen anschauen. Manche haben noch Nasen und
sämtliche Finger, aber die Geschlechtsteile sind überall
abgeschlagen, abgebröckelt, irgendwo in der Vergangenheit verloren. Das ist der Lauf der Dinge. Man kann es
nicht ändern, man kann es nur hinnehmen.
prosa/proza/проза/проза
Es ist Matyldas erste große Marmorarbeit. Nur wenige
Frauen sind Bildhauer. Es ruiniert den Teint und die
Hände. Matylda sieht nicht ruiniert aus. Sie ist jung. Die
Auszeichnung durch die Akademie hat ihr viele Türen
aufgestoßen. Frau Matylda hier, Frau Matylda da. Ah!
Oh! Wie interessant! Wie innovativ! Welche Eleganz! Die
noble meinungsbildende Schar hat die Zunge geschnalzt,
geseufzt und entschieden: Ausstellung, und zwar eine
große. Im Hauptgebäude mit Springbrunnen und Kaviarhäppchen. Die Chance. Einmalig. Bloß nicht verpassen.
Eine leuchtende Zukunft. Der Weg zum Gipfel.
radar
68
Das Atelier ist durchflutet von hellem Tageslicht. Ein
nackter Mann steht mit erhobenen Händen auf einem
Podest. Er schaut auf Matylda, obwohl er zur rechten
oberen Ecke der Wand gegenüber schauen sollte. In dieser Position sind die angespannten Sehnen und Muskeln
des Oberkörpers am deutlichsten sichtbar. Matylda ärgert
sich und flucht wie ein Stahlarbeiter, der Mann schaut
wieder dorthin, wohin er soll. Aber nur kurz, denn gleich
schweift sein Blick wieder ab zu der Spalte zwischen
Matyldas Brüsten, die im tiefen Ausschnitt ihres T-Shirts
gut zu sehen ist. Wieder verschwindet die gestraffte Sehne am Hals des Modells. Das von Marmorstaub weiße,
an eine venezianische Maske erinnernde Gesicht der
Bildhauerin formt in höchster Konzentration eine senkrechte Falte zwischen den Brauen. Diese Falte existiert in
Wirklichkeit gar nicht. Wenn das Gesicht der Frau sauber
ist, stört nichts die Glätte ihrer Stirn. Die Ankündigung
einer Falte erscheint nur, wenn Marmorstaub die Haut
bedeckt. Er wirkt wie Pulver, mit dem man Fingerabdrücke aufspürt. Er offenbart eine für das bloße Auge
unsichtbare Wahrheit. Er sagt die Zukunft voraus. Er liest
aus dem Gesicht wie eine Wahrsagerin aus der Hand oder
aus Kaffeesatz. An dieser Stelle beginnt das Alter. Nicht
jetzt. Später. Aber man weiß schon: an dieser Stelle.
Die Objekte im Atelier versuchen den trockenen Nebel,
der sie umhüllt, zu durchdringen und ein eigenes Leben
zu beginnen. Das ist nicht leicht. Matylda produziert
unablässig neue Unmengen von Staub. Die Skulpturen
entstehen wie nebenbei, als Zugabe. Wenn die Wolken
aus Weiß sich legen, werden Umrisse erkennbar. Wie aus
Zufall. Wie unbeabsichtigt erschafft Matylda neben dem
erstickenden Staub eine unheimliche Gestalt. In der Ecke
kauert einsam eine Frau, die ihren seltsam kleinen Kopf
zwischen den Knien ihrer langen und ebenso seltsamen
Beine verbirgt. Die „Unfreie“. Aus grauem Sandstein.
Ihre Diplomarbeit. Sie hat große Erwartungen daran
geknüpft. Sie fühlt sich enttäuscht. Dabei kommt es ihr
vor, als habe nicht sie als Schöpferin enttäuscht. Die
„Unfreie“ hat enttäuscht. Das Werk hat enttäuscht. Es hat
zu wenig Tränen, zu wenig vom Schmerz einer vergewaltigten Frau. Zu wenig Hass gegen den Täter. Zu wenig
Auflehnung und Rachedurst. Matylda hält es nicht für
ihre Schuld, dass ihr Werk nicht vollkommen ist. Sie mag
ganz einfach diese Frau in der Ecke nicht. Sie verachtet
sie. Diese dumme Kuh. Die sich selbst nicht versteht. Soll
sie doch in ihrer Ecke sitzen und heulen. Die Begeisterung der Akademieprofessoren ist auch kein Trost. An der
Wand steht noch eine verstaubte Serie kleiner Klageweiber. Nicht schlecht, aber auch nichts Besonderes.
Mit dem „Befreiten“ ist es ganz anderes. Er ist eine echte
Herausforderung. Versehen mit schönen Muskeln, ein
von den Fesseln des toten Steins befreiter männlicher
Torso, dessen restlicher Körper für immer im rohen, unbehauenen, rauen Marmorblock gefangen bleibt. Ein vor
Leben strotzender, pietätvoll geformter Körper kämpft
unter größter Spannung um die absolute Freiheit. Nicht
nur um diese partielle, illusorische. Matylda ist die Befreierin. Ihr Meißel legt die Körperteile bloß und macht
sie frei. Aber sie weiß, dass sie ihn nicht ganz befreien
wird. Sie legt nur den Oberkörper frei, die rechte Seite
bis zur Brustwarze, die linke bis zur Schulter und den
Rücken einschließlich der rechten Hinterbacke. Die linke
Hinterbacke ist zum Nichtsein verurteilt. Rechte Schulter,
Kopf, Hände und Beine wird es nicht geben. Sie bleiben
im Stein verborgen – in der Mutter. Matylda weiß es. Ihr
„Befreiter“ ist noch ahnungslos. Er kann immer noch
glauben, dass sein Schöpfer – die Frau – der Demiurg –
arbeiten wird, bis er ihn ganz geschaffen hat.
Der Schweiß tritt in kleinen Perlen auf Matyldas Stirn.
Ihre Hände sind zu zart und zu sanft für Meißel und
Hammer. Der Mann schaut auf ihre nackten Arme. Mit
dem Handrücken, der in einem Handschuh steckt, reibt
sie sich über die Stirn und verwischt Schweiß und weißen
Staub. Die freigelegte Haut wirkt dunkel. Ein Schweißbächlein rinnt über ihr Gesicht, tropft vom Kinn herab
und läuft zwischen ihre Brüste, wobei es eine dunkle
Spur in die weiße Staubschicht gräbt. Es verschwindet
unter dem T-Shirt, das um den Ausschnitt herum nass ist.
„Schluss für heute.“ – Matylda legt das Werkzeug auf
einem Holztisch ab, stemmt die müden Hände in die
„Nein“, fällt ihm Matylda ins Wort, ohne ihn anzusehen.
Sie betrachtet die Skulptur. Den „Befreiten“. Seinen
Bauch und seine Männlichkeit. Eine ganz andere Männlichkeit als bei Skulpturen aus Antike oder Renaissance.
Weniger eingeschläfert oder gleich ganz abgehackt. Der
„Befreite“ ist wach. Nicht so, dass es abstoßend vulgär
wirkte, aber ausreichend wach, um den Blick des Betrachters unwiderstehlich dorthin zu lenken.
Matylda betrachtet den kalten Stein. Der warme Mann
geht mit hängendem Kopf davon. Er bewegt den Mund,
als würde er noch etwas sagen. Lautlos. Wirkungslos.
Ziellos. Der kalte Stein bleibt bei Matylda. Sie schließt
die Ateliertür hinter dem Mann. Sie ist mit der Skulptur
allein. Der „Befreite“ steht reglos da. Sie hat eigentlich
schon gehen wollen. Sie geht nicht. Sie poliert die Skulptur. Mit sanften Bewegungen lässt sie die Hand auf dem
Bauch des „Befreiten“ kreisen. Als wüsche sie liebevoll in
der Badewanne ihren Geliebten. Jetzt den Rücken. Und
die Hinterbacke. Der arme Kerl hat nur eine. Schüchtern, fast verschämt berührt sie seine Männlichkeit. Die
seltsame Verlegenheit weicht. Sie hat ihn ja selbst aus
dem unförmigen Klotz gehauen. Er gehört ihr. Sie lächelt.
Hart wie Stein. Sie streichelt ihn mit zwei Fingern sanft,
liebevoll. Sie beugt sich vor und berührt ihn mit den
Lippen. Sie leckt mit der Zungenspitze darüber. Auf dem
Stein bleibt die feuchte Spur ihres Mundes zurück. Sie
schaut sich nervös um und findet ein Baumwolltuch. Sie
reibt die Spur trocken. Sie sehnt sich nach seinem Mund.
Der Mund ist im Stein gefangen. Man kann ihn nicht küssen. Matylda möchte zum Meißel greifen und den Mund
befreien. Sie schüttelt den Kopf. Sie kann den Mund nicht
befreien. Sie kann nichts mehr befreien. Die Skulptur ist
so gut wie fertig. In zwei Wochen ist die Vernissage. Der
„Befreite“ ist das Herz der Ausstellung. Er ist wundervoll.
Sie bewundert ihr Werk und streichelt das kleine Stück
Oberschenkel, das sie ihm geschenkt hat. Sie berührt
die subkutane Ader, die man in der Leistengegend sieht.
Für einen kurzen Moment meint sie, sie spüre das Blut
pulsieren. Er hat einen idealen Körper. Gewiss, es ist der
Körper des Mannes. Matylda weiß das. Aber der Mann ist
für sie nichts, der „Befreite“ aber ein junger Gott. Sie hat
dem Mann die Ader in der Leiste genommen, die Grübchen über den Hinterbacken und die leichte, durch ihre
stundenlange Anwesenheit in seiner nackten Gegenwart
hervorgerufene Erektion. Sie hat ihm das alles nicht gestohlen. Er hat ihr seinen Körper stundenweise verkauft.
Die Ader in der Leiste gehört ihm nicht mehr. Nicht die
Grübchen über den Hinterbacken. Auch nicht der vergrößerte Penis des Modells, den sie während der ganzen
harten Arbeit an der Skulptur so kühl ignoriert hat. Das
alles gehört jetzt ihr. Sie hat dafür bezahlt. Einen ganz
anständigen Preis. Der Mann kann sich nicht beklagen.
Er beklagt sich auch nicht, sondern beglotzt nur ihre
Brust. Egal. Soll er nur.
Der späte Nachmittag verändert das Licht im Atelier. Die
Sonne wirft kein grelles Licht mehr auf die Scheiben. Sie
steht jetzt tief und muss sich durch das Chlorophyll einer
alten Kastanie kämpfen. Die Haut des „Befreiten“ wird
kühl und grünlich. Wegen der Kälte dieser nachmittäglichen Färbung empfindet Matylda einen Groll gegen ihr
Werk. Sie berührt ihre Haut. Die Muskeln spannen sich
an und Matylda entdeckt tief in sich eine heiße Stelle.
Eine Feuerkugel in ihrem Bauch, die wächst und immer
neue Teile ihres Körpers erfasst. Sie schiebt ihre Hand
in die Hose. Die heiße Kugel erreicht ihr Gesicht. Ohne
die Maske aus weißem Staub wäre Matylda purpurrot.
Die Wangen, die Ohren, die Stirn. Der „Befreite“ will
aus der steinernen Falle entkommen, die sie ihm gestellt
hat, aber er kann es nicht. Er will sie mit seinem grünen
Körper erdrücken. Matylda lässt sich zu Boden gleiten.
Sie sitzt lange mit dem Kopf zwischen den Beinen da.
Ganz wie ihre Diplomarbeit. Sie schaut verstohlen zu ihr
herüber. Sie ändert schnell ihre Position. Sie lehnt sich an
ein Stuhlbein. Die Mittag- und auch die Abendessenszeit
sind längst vorüber. Es klopft an die Tür. Matylda steht
auf und bemerkt, dass sie schon lange im Dunkeln sitzt.
Sie macht Licht und öffnet blinzelnd die Tür. Der Mann
kommt wortlos herein. Mit großen Schritten umkreist
er die Skulptur. Als suche er die Spuren von jemandes
Anwesenheit. Seine Schuhe wirbeln aufs Neue den längst
zur Ruhe gekommenen Staub auf. Ein Grobian. Wenn
Matylda umhergeht, wirbelt sie nichts auf. Der Mann
betrachtet das noch immer schmutzige und mit weißen
Streifen beschmierte Gesicht der Frau. Er nickt verlegen.
Er sagt kein Wort. Alle Worte, die er zu ihr gesagt hat,
blieben von ihr unberührt, unbenutzt, unbemerkt. Er tritt
schnell an sie heran, packt sie am Hals und heftet sich an
ihre Lippen. Sie wehrt sich heftig und entreißt ihm ihren
Mund, wobei sie sich die Lippe an seinen Zähnen verletzt.
Sie holt weit aus, um ihn sehr fest ins Gesicht zu schlagen. Der Arm wird gepackt und auf den Rücken gedreht,
der Bauch auf die ungehobelten Bretter des Arbeitstischs
geworfen. Splitter bohren sich in ihre Wange. Aus der
Nase und der aufgerissenen Lippe tropft Blut. Zwei Paar
Hosen, aus weißem Leinen das eine, aus grauer Wolle
das andere, rutschen auf die Knie herab, klein und glatt
die einen, stark und hell behaart die anderen. Ein Stoß
und ein leises Stöhnen. Ein Stoß, und der Tisch rückt
näher ans Fenster. Ein Stoß und neue Splitter in Wange
und Unterleib. Ein Stoß, und der Tisch rückt näher ans
Fenster. Blut tropft auf die Tischbretter. Es sickert ein
und bildet Flecken. Ein Stoß, und der Tisch rückt näher
ans Fenster. Von dort sieht Matylda mit einem Auge den
„Befreiten“. Sie schaut auf seine Männlichkeit. Ein Stoß,
und die Feuerkugel erfüllt ihren ganzen Körper. Ein Stoß,
und von dieser Stelle aus zielt der „Befreite“ mit seinem
drama /dramat/драма/драматургія
DER BEFREITE UWOLNIONY
Taille und streckt die Wirbelsäule. Jeder einzelne Muskel
schmerzt. Sie hat viele Stunden gearbeitet. Momentan
fühlt sie sich nicht wie eine Künstlerin, sondern wie ein
Sklave im Steinbruch. Zur Vernissage wird sie Halbschuhe mit Absatz und ein rotes Kleid anziehen. Sie wird
eine andere sein. Sie wird aussehen, als habe sie nie
geschuftet, bis die Hände die Arbeit verweigerten. Als sei
der Marmor allein durch Geisteskraft und künstlerische
Inspiration geformt worden. Sie streift die Handschuhe
ab. Ihre Hände sind runzlig vor Feuchtigkeit. Sie stellt
sich den roten Lack auf ihren Fingernägeln vor und lacht.
„Endlich. Ich bin ganz steif.“ Der Mann wirft sich einen
Morgenmantel über. „Sollen wir gemeinsam zu Mittag
essen?“, beginnt er unsicher, während er seine Hosen anzieht. Es ist nicht sein erster Versuch. Er hat es schon oft
probiert. Er möchte sie nahe bei sich haben. Die Haut an
ihrem Hals riechen. Seine Finger in ihr Haar legen. Ihre
Schenkel mit seinem Gewicht auseinanderdrücken. Ihre
Lippen beißen bis aufs Blut.
69
radar
Aida Amer Aida Amer
Mit dem lebensspendenden Saft hat der Mann seine
Sicherheit verloren. Er krümmt und windet sich. Er geht
um den Tisch. Er schaut mal hierhin, mal dorthin. Matyl-
Za ostre i za ciężkie dłuto odsłania ukryte w białym marmurze męskie genitalia. Mają nikłe szanse przetrwania
dla potomności. Wystarczy spojrzeć na starożytne męskie
posągi. Czasem mają nawet nosy i komplet palców, ale
przyrodzenia niezmiennie odrąbane, odłupane, zagubione gdzieś w czasie przeszłym. Już tak to jest. Trzeba
pogodzić się z zasadami, których nie da się zmienić.
prosa/proza/проза/проза
Pierwsza duża rzeźba w marmurze dłuta Matyldy. Kobiety rzadko są rzeźbiarzami. To niszczy cerę i dłonie. Matylda nie wygląda na zniszczoną. Jest młoda. Wyróżnienie
Akademii otworzyło przed nią wiele drzwi. Pani Matylda
to, pani Matylda tamto. Fiu, fiu! Oj. Oj! Jakie to interesujące! Jakie nowatorskie! Co za elegancja! Szacowne grono opiniotwórcze pocmokało, powzdychało i uchwaliło,
że wystawa i że z rozmachem. W gmachu z fontannami
i z kawiorem na tartinkach. Szansa. Niepowtarzalna. Nie
wolno przegapić. Świetlana przyszłość. Droga na szczyt.
radar
70
nie dzięki potędze umysłu i artystycznego natchnienia.
Zdejmuje rękawice. Jej dłonie są pomarszczone od wilgoci.
Wyobraża sobie czerwony lakier na swoich paznokciach
i śmieje się. Nareszcie. Zdrętwiałem. – Mężczyzna narzuca
na siebie szlafrok. – Matyldo, może zjemy razem obiad?
– zaczyna niepewnie, wciągając spodnie. To nie jest
pierwsza taka próba. Próbował już wiele razy.
Chciałby ją mieć blisko. Wąchać skórę na jej karku. Włożyć palce w jej włosy. Zgniatać jej uda swoim ciężarem.
Gryźć jej wargi aż do krwi.
[Übersetzung: Bernhard Hartmann]
schowaną między kolanami i z równie dziwnie długimi
nogami. „Zniewolona”. Z szarego piaskowca. To jej praca
dyplomowa. Miała co do niej duże oczekiwania. Czuje
się zawiedziona. W dodatku wydaje jej się, że zawiodła
nie ona – twórczyni. Zawiodła „Zniewolona”. Zawiodło
dzieło. Nie ma w niej dość łez, dość bólu zgwałconej
kobiety. Nie ma dość nienawiści do oprawcy. Nie ma
dość buntu i żądzy zemsty. Matylda nie czuje się winna
temu, że jej dzieło nie jest doskonałe. Po prostu nie lubi
tej kobiety siedzącej w kącie. Pogardza nią. Głupia. Nie
rozumie samej siebie. Niech siedzi w tym kącie i beczy.
Zachwyty profesorów Akademii nie pomagają. Pod ścianą
stoi jeszcze zakurzona seria małych rzeźb płaczek. Niezłe,
ale nie wybitne.
Pracownię zalewa jasność dnia. Na podeście nagi Mężczyzna z uniesionymi rękami. Patrzy na Matyldę, chociaż
powinien patrzeć w prawy górny róg ściany na wprost.
W tym ustawieniu najmocniej widoczne są napięte ścięgna i mięśnie górnej części tułowia. Matylda irytuje się,
przeklina jak hutnik i Mężczyzna znów patrzy tam, gdzie
mu każe. Tylko na chwilę, bo zaraz wzrok znów ucieka
mu w stronę wgłębienia między piersiami rzeźbiarki,
widocznemu dzięki wyciętemu w dekolcie podkoszulkowi. Znów chowa się napięte ścięgno szyi modela. Twarz
Matyldy biała od pyłu kamiennego jak maska wenecka
rzeźbi skupieniem pionową zmarszczkę między brwiami.
Tej zmarszczki jeszcze tak naprawdę nie ma. Kiedy twarz
kobiety jest czysta, nic nie zaburza gładkości jej czoła.
Zapowiedź zmarszczki pojawia się tylko, gdy pył kamienny pokrywa skórę. Działa jak proszek do wykrywania
odcisków palców. Odsłania niewidoczną gołym okiem
prawdę. Przepowiada przyszłość. Czyta z twarzy, jak
wróżka z dłoni lub z herbacianych fusów. Tu zacznie się
starość. Nie teraz. Później. Ale już wiadomo, że tu.
„Uwolniony” to co innego. To prawdziwe wyzwanie.
Pięknie umięśniony, męski tułów uwolniony z okowów
martwego kamienia, podczas gdy reszta ciała tkwi na
wieki w surowej, nieobrobionej, szorstkiej bryle marmuru. Ciało pulsujące życiem, wyrzeźbione z wielkim
pietyzmem walczy w napięciu o wolność całkowitą. Nie
tę częściową, iluzoryczną. Matylda jest uwalniającą.
Jej dłuto odsłania części ciała i czyni je wolnymi. Ale
ona już wie, że nie uwolni go całego. Odsłoni tylko tułów,
z prawej do wysokości sutków, a z lewej aż do barku i plecy z prawym pośladkiem. Lewy pośladek skazany jest na
nieistnienie. Prawego barku, głowy, rąk i nóg wcale nie
będzie. Pozostaną schowane w skale – matce. Matylda
już wie. Jej „Uwolniony” jeszcze się tego nie spodziewa.
Wciąż może sądzić, że jego stwórca – kobieta – demiurg
będzie pracować, aż stworzy go do końca.
Pot wykwita na czole Matyldy w perłowe drobinki. Jej
dłonie są zbyt smukłe i zbyt miękkie do dłuta i młotka.
Mężczyzna patrzy na jej nagie ramiona. Wierzchem dłoni
w rękawicy Matylda przeciera czoło i rozmazuje pot z białym pyłem. Odsłonięta skóra wydaje się śniada. Stróżka
potu spływa z twarzy, kapie z podbródka i wpływa między piersi, wypłukując ciemną strużkę w białej powłoce.
Znika pod podkoszulkiem mokrym wokół dekoltu.
Przedmioty w pracowni, zanurzone w suchej mgle,
próbują przebić się przez pył i zaistnieć samodzielnie.
Nie jest to łatwe. Matylda wciąż produkuje nieprzebrane
ilości kurzu. A rzeźby powstają mimochodem, dodatkowo. Kiedy opadną tumany bieli, coś się wyłania. Jakby
przypadkiem. Jakby niechcący, oprócz duszącego kurzu
Matylda stwarza jakiś niesamowity kształt. W kącie
siedzi samotnie skulona kobieta z dziwnie małą główką
– Koniec na dziś. – Matylda odkłada na drewniany stół
narzędzia i łapie się w talii zmęczonymi dłońmi, rozciągając kręgosłup. Boli ją każdy mięsień. Pracowała wiele
godzin. W tej chwili czuje się jak niewolnik w kamieniołomach, a nie artystka. Na wernisaż ubierze pantofle na
obcasie i czerwoną suknię. Będzie inną osobą. Będzie wyglądała, jakby nigdy nie harowała fizycznie aż do omdlenia rąk. Jakby kształty w marmurze powstawały wyłącz-
– Nie – krótko ucina Matylda, nie patrząc na niego. Patrzy
na rzeźbę. Na „Uwolnionego”. Na jego brzuch i na jego
męskość. Męskość nie taką jak w rzeźbach antycznych lub
renesansowych. Nie taką uśpioną lub w ogóle odrąbaną.
„Uwolniony” jest przebudzony. Nie na tyle, żeby razić
wulgarnością, ale na tyle, żeby wzrok oglądającego nie
mógł oprzeć się pokusie, żeby tam spojrzeć.
Matylda patrzy na zimny kamień. Ciepły mężczyzna odchodzi z opuszczoną głową. Porusza ustami, jakby jeszcze
coś mówił. Bezgłośnie. Bezskutecznie. Bezcelowo. Zimny
kamień zostaje z Matyldą. Ona zamyka drzwi pracowni
za Mężczyzną. Zostaje sama z rzeźbą. „Uwolniony” stoi
bez ruchu. Miała już iść. Nie wychodzi. Poleruje rzeźbę.
Miękkimi ruchami zatacza kręgi na brzuchu „Uwolnionego”. Jakby z miłością myła w kąpieli kochanka. Teraz
plecy. I pośladek. Biedak ma tylko jeden. Nieśmiało,
jakby z zawstydzeniem dotyka jego męskości. Dziwne
skrępowanie mija. Przecież sama go wykuła z martwej
bezkształtnej bryły. Jest jej. Uśmiecha się. Twardy jak
kamień. Pieści go dwoma palcami delikatnie, z czułością.
Pochyla się i dotyka go wargami. Prześlizguje się po nim
samym końcem języka. Na kamieniu zostaje wilgotny
ślad jej ust. Rozgląda się nerwowo i znajduje bawełnianą
szmatkę. Wyciera ślad do sucha. Tęskni za jego ustami.
Usta są uwięzione w skale. Nie można ich pocałować.
Matylda ma ochotę złapać za dłuto i uwolnić jego usta.
Kręci głową. Nie może uwolnić jego ust. Niczego więcej
nie może uwolnić. Rzeźba jest właściwie gotowa. Za
dwa tygodnie otwarcie wystawy. „Uwolniony” to gwóźdź
programu. Jest świetny. Podziwia swoje dzieło, gładząc
marmurowe mięśnie tego niewielkiego kawałka uda,
który mu podarowała. Dotyka podskórnej żyłki widocznej
w pachwinie. Przez chwilę ogarnia ją złudzenie, jakby
poczuła pulsowanie krwi. On ma idealne ciało. Jasne, że
to ciało Mężczyzny. Matylda wie. Ale Mężczyzna jest dla
niej nikim, a „Uwolniony” to młody bóg. Zabrała Mężczyźnie żyłkę w pachwinie, dołki nad pośladkami i lekki
wzwód wywołany jej wielogodzinnym przebywaniem
w jego nagiej obecności. Nie ukradła mu tego wszystkiego.
Sprzedał jej swoje ciało na godziny. To już nie jest jego
żyłka w pachwinie. To nie jego dołki nad pośladkami.
I ten powiększony członek modela, który z takim chłodem lekceważyła przez wszystkie te dni ciężkiej pracy
nad rzeźbą. Od teraz należą do niej. Zapłaciła mu za
nie. Całkiem przyzwoitą stawkę. Mężczyzna nie może
się uskarżać. Nie uskarża się zresztą, tylko gapi się na jej
biust. Niech się gapi. Nieważne.
Późne popołudnie zmienia kolor światła w pracowni.
Słońce nie rzuca już ostrego światła na szyby. Jest już
nisko i musi przedrzeć się przez warstwy chlorofilu starego
kasztanowca. Skóra „Uwolnionego” staje się chłodna i zie-
lonkawa. Matylda czuje żal do swego dzieła za ten chłód
popołudniowego koloru. Dotyka własnej skóry. Mięśnie
kurczą się i głęboko w sobie Matylda znajduje gorące miejsce. Kulę ognia rosnącą w jej brzuchu i obejmującą coraz to
nowe części jej ciała. Wsuwa rękę do spodni. Kula gorąca
dociera do jej twarzy. Gdyby nie maska z białego kurzu,
Matylda zrobiłaby się purpurowa. Policzki, uszy, czoło.
„Uwolniony” próbuje uciec ze swej kamiennej pułapki, którą mu wyszykowała, ale nie może. Chce przygnieść ją swym
zielonym ciałem. Wedrzeć się w nią swym wypolerowanym
ciałem z marmuru. Matylda osuwa się na podłogę. Długo
siedzi z głową między kolanami. Zupełnie jak jej praca
dyplomowa. Spogląda na nią ukradkiem. Szybko zmienia
pozycję. Opiera się o nogę stołu. Mija pora obiadu lub
nawet kolacji. Pukanie do drzwi. Matylda wstaje z podłogi
i stwierdza, że od dawna siedzi w ciemnościach. Zapala
lampę i mrużąc oczy, otwiera drzwi. Mężczyzna wchodzi
bez słowa. Dużymi krokami chodzi wokół rzeźby. Jakby
szukał śladów czyjejś obecności. Spod jego butów unosi się
znów w górę już dawno uspokojony pył. Grubianin. Gdy
Matylda chodzi, to nic się nie unosi. Mężczyzna patrzy
na wciąż brudną i całkiem pomazaną białymi smugami
twarz kobiety. Kiwa głową z zażenowaniem. Nie mówi
ani słowa. Wszystkie słowa, które do niej wypowiedział,
pozostały przez nią nietknięte, nieużyte, niezauważone.
Podchodzi szybko, łapie ją za kark i przywiera do jej
warg. Ona szarpie się mocno i wyrywa mu usta, raniąc
wargi o jego zęby. Zamachuje się gwałtownie, żeby
uderzyć go bardzo mocno w twarz. Złapana i wykręcona
ręka na plecach, brzuch rzucony na nieheblowane deski
roboczego stołu. Drzazgi wbite w policzek. Krew z nosa
i przegryzionej wargi. Dwie pary spodni, jedne białe,
lniane, drugie szare wełniane opadają do kolan, jednych drobnych, gładkich, drugich mocnych, pokrytych
jasnymi włosami. Pchniecie i cichy jęk. Pchnięcie i stół
przesuwa się bliżej okna. Pchnięcie i kolejne drzazgi
w policzku i w podbrzuszu. Pchnięcie i stół przesuwa się
bliżej okna. Krew kapie na deski stołu. Wsiąka i tworzy
plamy. Pchnięcie i stół przesuwa się bliżej okna. Stąd
jednym okiem Matylda widzi „Uwolnionego”. Patrzy na
jego męskość. Pchnięcie i kula ognia zalewa całe jej ciało.
Pchnięcie, i z tego miejsca „Uwolniony” celuje swym
penisem prosto w jej twarz. Bardzo mocne pchnięcie,
i gwiżdżąca w uszach cisza. I złote plamki latające
w ciemnościach.
Szare spodnie szybko zakrywają mocne i pokryte jasnymi
włosami kolana. Białe lniane spodnie wciąż nie zakrywają drobnych i gładkich kolan.
Mężczyzna traci, wraz z życiodajnymi sokami, pewność
kolejnych kroków. Kuli się i kurczy. Obchodzi stół wokół.
Zagląda to tu, to tam. Matylda, z podrapaną twarzą i rozbitą wargą, leży wciąż z zamkniętymi oczyma. Krew pod
nosem zasycha powoli. Lepkość między nogami kapie na
białe spodnie. Skończyła pracę. „Uwolniony” jest gotowy.
Już nie tknie go dłutem. Czas oddać go światu. Tylko za
chwilę. Teraz nie może. Świat musi chwilę poczekać.
prosa/proza/проза/проза
Die starken und hell behaarten Knie werden schnell von
grauen Hosen bedeckt. Die kleinen und glatten Knie werden noch nicht von weißen Leinenhosen bedeckt.
da liegt, mit zerkratztem Gesicht und kaputter Lippe, noch
immer mit geschlossen Augen da. Das Blut unter der Nase
trocknet langsam. Das Klebrige zwischen ihren Beinen
tropft auf die weißen Hosen. Ihre Arbeit ist vollendet.
Der „Befreite“ ist fertig. Sie wird ihn nicht mehr mit dem
Meißel anrühren. Die Zeit ist gekommen, ihn der Welt zu
übergeben. Aber nicht jetzt sofort. Sie kann jetzt nicht.
Die Welt muss sich noch ein wenig gedulden.
71
radar
Penis direkt in ihr Gesicht. Ein sehr starker Stoß und
ohrenbetäubende Stille. Und goldene Punkte, die durchs
Dunkel schweben.
Andrej Fiedarenka Андрэй Федарэнка
DER SUMPFTÜMPEL ПЕЛЯ
Mir passierte einmal eine Geschichte, an die ich mich lange
Zeit auch nur zu erinnern schämte, ich weiß nicht warum.
prosa/proza/проза/проза
Es geschah im Juli. Ich hatte soeben das erste Studienjahr
beendet, die Prüfungen abgelegt und sollte in ein paar
Tagen in ein sommerliches Arbeitslager auf der Krim
fahren, und bis dahin hockte ich im Dorf herum und
langweilte mich mächtig. Ich wusste nicht, was ich mit
mir anfangen sollte, ich las ein wenig oder schaltete am
helllichten Tag den Fernseher ein, oder ich schlenderte
mit einer Zigarette durch den Hof – und das keineswegs
deshalb, weil ich mir in Minsk das Arbeiten abgewöhnt
hätte. Gleich am ersten Tag wollte ich etwas in Angriff
nehmen, einen alten Zaun umsetzen, den halb zerfallenen Hühnerstall reparieren, aber alles war so morsch,
dass man auf den ersten Blick sah – wenn man auf
einer Seite anfing, würde es auf der anderen zusammenbrechen. Da bräuchte es schon eine grundlegende
Erneuerung, neue Pfosten, Balken, Bretter und Zeit, ein
Monat oder mehr, um das alles zumindest oberflächlich
in Ordnung zu bringen, sonst hätte es gar keinen Sinn,
damit anzufangen.
Es zog mich nach der Krim, wo ich noch nie gewesen war,
zu den Palmen, Zypressen, dem Meer, zum Grab von Bohdanowicz, ich wollte, dass auch „mein Schatten auf diese
heiligen Steine fiel“ … Was hatte ich denn hier schon
groß zu erwarten? Hatte ich vielleicht diesen Kartoffelacker noch nie gesehen, das Rübenfeld, den Wald, der sich
bis zu den schmalen Feldstreifen erstreckte, in dem ich
wahrscheinlich jeden einzelnen Baum kannte?
72
radar
Erst als der lang erwartete Tag der Abreise gekommen
war (der Zug nach Simferopol hielt für ein paar Minuten
an der Station gleich hinter dem Dorf) wurde ich irgendwie nostalgisch, traurig; mit einem Mal sah ich den Hof
mit ganz neuen Augen, die Beete, den Hühnerstall, den
ich am Ende doch nicht in Angriff genommen hatte – und
ich sah das alles voll Mitleid, lebendig... Ich fahre weg,
sehe ein Stück der Welt, während das alles bleibt wie es
ist und so bleiben wird. Ich wollte die Abschiedsstimmung
noch länger auskosten, die bekannten Orte abgehen und
vielleicht bei dieser Gelegenheit ein paar Fische fangen.
Die Mutter war Beeren klauben gegangen, aber ich
beschloss, keine Nachricht zu hinterlassen. Wozu auch?
Ich würde gegen neun oder zehn Uhr abends zurück sein,
zeitlich genug, um zu packen, dann würde ich bis in die
Nacht hinein lesen und mich im Zug ausschlafen Ich zog
meine alten Militärsachen an, grub ein paar Würmer aus,
steckte eine Schnur mit Vorfach und dem übrigen Zeug
in die Tasche und schlug meinen geliebten Weg ein – zum
© Dorota Gawryszewska
Tkaczowo-Sumpf, etwa vier Kilometer vom Dorf entfernt.
Es war sechs Uhr abends. Die niedrig stehende Sonne
wärmte, es ging sich leicht und angenehm auf dem von
keinen Autospuren zerpflügten Waldweg; endlich fand
ich meinen Rhythmus: die Zeit hörte auf zu hüpfen, sie
dehnte sich nicht langweilig aus, ich schwamm im Takt
der eigenen Schritte dahin. Die Gerüche des Unterholzes, von Heidekraut und Heidelbeeren vermischten sich
mit dem Gezwitscher der Vögel, mit der milden Sonne,
dem Scharren der Turnschuhe über den Boden – und
die lang ersehnte Harmonie ordnete auch meine Gedanken. Ich spürte mich selber: ich bin, ich lebe, alles ist
wunderbar, ich studiere, also habe ich für die nächsten
Jahre oder sogar für immer meinen Lebensweg gewählt;
ich gehe durch diesen herrlichen Wald, fange ein paar
Karauschen, dann bringt mich der Zug an ferne Ufer, von
denen ich so viel gehört und gelesen habe.
In der Zwischenzeit war ich zu dem Ort gekommen, wo
man zum Sumpf abbiegen musste, aber ich fand keine
Spuren eines Pfades. Ich hatte schon gehört, dass der
Sumpf beinahe ausgetrocknet war, aber so sehr, dass
sogar die Wege zugewachsen waren … Ringsum war
überall gewöhnlicher Wald, mit Beeren, mit hohen
Sumpfbeerensträuchern. Nicht ohne Bangen – ich dachte
daran, wie viel Schlangen es hier gab – kämpfte ich mich
durchs Dickicht und kam bald zu einer Lichtung, auf
der wir früher einmal, in der Kindheit, während eines
Fahrradausflugs zum Fischen ein Feuer entzündet und zu
Mittag gegessen hatten. Es waren nicht meine Augen, die
diese Stellen erkannten, sondern die Beine, sie blieben
von selber stehen. Aha, hier war das Ufer, von dieser
Birke weg erstreckte sich schon das Wasser, und von hier
aus warfen wir die Angeln aus … Jetzt zeugte nur verdorrtes, verflochtenes Moos unter den Füßen davon, dass
ich mich nicht verirrt hatte, dass hier einst der Boden des
Morastes gewesen war. Ich ging weiter über das Moos,
die Birken lichteten sich, das Gras wurde dichter, immer
öfter stieß ich auf dürres Gestrüpp, bis ich schließlich zu
einer ovalen Senke mit einem Durchmesser von ungefähr
einem Kilometer kam, voller Erdstumpen, bewachsen mit
Riedgras und hier und da verkrüppelten niedrigen Bäumen. Vom einst weiten Sumpf war nur mehr ein Tümpel
übrig geblieben. Von allen Seiten rückte und drängte der
Wald gegen den Sumpftümpel vor, eroberte sein Territorium, und man konnte sehen, dass es in ein paar Jahren
um den Sumpftümpel geschehen sein würde.
Ich brach zwei gerade Erlenstangen ab: eine für die
Angel, die andere, um mich darauf zu stützen, und über
die Stumpen, mit den Füßen das Riedgras auseinan-
prosa/proza/проза/проза
Aida Amer – pisarka. Po mamie Polka, po tacie Arabka.
Debiutowała opowiadaniem Igor i Igor w antologii Wbrew
naturze (2011). Autorka powieści Rantis (2012) w niebanalny sposób ukazującej społeczeństwo palestyńskie w XX
wieku. Mieszka w Krakowie.
73
radar
Aida Amer – Schriftstellerin. Ihre Mutter ist Polin, ihr
Vater Araber. Sie debütierte mit der Erzählung Igor und
Igor im Erzählband Entgegen der Natur (2011). Autorin
des Romans Rantis (2012), der auf ungewöhnliche Weise
die Gesellschaft Palästinas im 20. Jahrhundert zeigt. Sie
lebt in Krakau.
prosa/proza/проза/проза
„Ja, zu viel Gewicht …“ Nur dass es gar nicht ums Gewicht ging …
radar
74
Diesmal warf ich, mit einem Schlenker, weiter aus, so
weit die Angel es erlaubte, in die lichten Entenlöffel.
Der Federkiel fiel ins Wasser und setzte sich. Ich wartete
kurz, schlug an und zog, herausheben ging nicht, etwas
Schwarzes zur kleinen Insel, was schrecklich zu ziehen
war. Eine Sumpfkarausche, eine Kreuzung mit einer
Schleie – lang, dick, mit schwarzen, kleinen Schuppen
und winzigen schwarzen Augen. Solche isst man bei uns
für gewöhnlich nur getrocknet, weil sie sogar gebraten
oder gekocht noch sumpfig riechen. Früher einmal hatte
ich viele davon gefangen, aber so einen fetten Brocken
zum ersten Mal.
Ich begriff, dass ich an eine Stelle geraten war, wo vielleicht seit ein paar Jahren keiner mehr geangelt hatte.
Die Karauschen leisteten fast keinen Widerstand. Bald
begann mich das mechanische Herausziehen zu langweilen, und ich spielte mich: ich schlug absichtlich zu spät
an oder ungeschickt, wie jemand, der noch nie im Leben
eine Angelrute in der Hand hatte, ich zog, bevor sich der
Schwimmer noch, wie erforderlich, aufs Wasser gelegt
hatte … Die Karauschen bissen ständig an. Irgendwie
hatte ich ganz übersehen, dass die Sonne bereits niedrig
stand, aus den Graspolstern stiegen Wolken von Mücken,
und vor allem war der Wald durch die Schwaden nicht
mehr zu sehen. Aber es war immer noch hell.
Nach jedem Wurf sagte ich mir – nur mehr dieses eine
Mal und Schluss, ich angelte und dachte – ach, der Weg
ist ja nicht so weit. Und ein solcher Fang begegnet einem
schließlich nicht alle Tage.
Und dieses Hasardieren, durch das man taub wird für al-
Diesmal machte ich mich vorsichtig auf, prüfte die Grasbüschel, indem ich sie mit dem Stock abklopfte. Nach
drei Metern verschwanden die Büschel mit einem Mal
und vor mir lag ein gerader, von grünem Gras bewachsener Weg. Der Stock stieß mühelos durch den Weg und
platschte ins Wasser.
– Zs – zs – sss!
Das war kein Witz mehr.
Uns trennte ein halber Meter.
Jetzt glaube ich es, dass diese Reptilien die Fähigkeit
besitzen, jemand zu hypnotisieren, denn ich war wie
gelähmt, ich stand einfach da und konnte mich nicht
rühren; aber dann machte ich – schlagen! totschlagen!
Ich weiß nicht, warum – das Dümmste, was ein Mensch
bei einer Begegnung mit einem Reptil machen kann: ich
stampfte auf.
Offenbar war noch nicht meine Stunde gekommen.
Der Uferrand der kleinen Insel, der schon so reichlich
schwankte, brach zum Glück sofort ab, und ich fiel rücklings ins schwarze, kalte Sumpfwasser. Ich spürte keinen
Boden unter den Füßen. Dafür fühlte ich sogleich, an den
Händen, den Schultern, den Wangen eine dichte, klebrige Masse. Der Ekel und das kalte Wasser rissen mich
aus meiner Trance. Ich packte mit nassen Fingern ein
Büschel Gras, das weiche, lehmig bröckelnde Ufer, und
dann ertastete ich schon eine Wurzel, an der ich mich
ohne größere Probleme auf die Insel zog. Hinter meinem
Rücken gurgelte der aufgerührte Sumpf, ein modriger
Gestank stieg hoch, an mir klebten Entengrütze, kleine
Zweige, Schlammbrocken, und von meinen zerschnittenen
Fingern rann Blut, doch in diesem Moment sah ich etwas,
was mich sofort das alles, sogar die Schlange, die vielleicht
irgendwo in der Nähe lauerte, vergessen machte.
Nebelschwaden – dicht und grau – zogen über das
Sumpfgebiet und verhüllten den Wald und sogar die in
der Nähe befindlichen Büsche. Nur unter den Füßen war
etwas zu sehen. Ich hatte ausgefischt! … Ich packte das
Netz mit dem Fang – gut acht Kilo – und trat voll Zorn,
mit Schwung in meine alte Spur. Ich kam gar nicht dazu,
zu erschrecken oder zurückzuspringen, weil ich sofort
bis zu den Achseln einsank. Unter den Armen gurgelte
die mir schon bekannte weiche Masse. „Wie ein Stein im
Wasser … Nur ruhig, du darfst hier ja nicht ertrinken! …“
Langsam gelang es mir, den Stock herauszuziehen, der
fast zur Gänze im Morast versunken war, und obwohl ich
beim Herausziehen noch ein wenig tiefer sank, schaffte
ich es, ihn flach hinzulegen. Er hatte sich offenbar in den
Erdstumpen gebohrt. Mich an den Händen hochziehend,
gelang es mir, mit dem Rücken bis zu den Hüften herauszutauchen, dann gab ich mir mit aller Kraft einen Ruck und
krallte beide Hände in meine Erle. Ich zog mich heraus.
„Wie bin ich nur hierher gelangt? Das hat doch geklappt!
Ich hielt mir den Plan dieser Falle vor Augen und spürte,
wie mir der Schweiß auf die Stirn trat. Ich stand in der
Mitte des Morastes. Ringsherum lag in einem ziemlich
weiten Kreis – hier offen, dort, von oben dünn bedeckt,
trügerisch tief – der Sumpftümpel. Er hatte die Gestalt
eines Hufeisens mit einem ganz schmalen Streifen zwischen den Armen. Über diesen Streifen war ich hierher
gelangt, und jetzt schloss der Trichter, aus dem ich
soeben gekrochen war, den Ring des Hufeisens.
Vielleicht gab es noch andere Übergänge, etwa eine
schmale Stelle, über die man springen oder die man sogar durchschreiten konnte – aber am Tag. Doch jetzt, da
man nicht einmal die eigene Hand vor den Augen sah? …
Die Schlange konnte einfach passiert sein, so was kommt
vor. Aber das alles zusammen, gebündelt, sah ernst aus, zu
ernst: als wollte mich jemand nicht fortlassen von hier …
Man konnte kein Wasser mehr sehen und auch sonst
nichts. Ich saß unter der Erle, auf der winzigen Insel,
gefressen von Mücken, abgestumpft, und es schien mir,
als hätte sich die Schlange in meinen Rücken verbissen
und sauge mir das Blut aus. Ich stand auf – wenn das
die Schlange wäre, würde ich ihr Gewicht spüren – und
tastete mich ab. Ein dicker Blutegel, zusammengeringelt
wie ein Reifen, warm und fleischig … Zwei weitere riss
ich mir vom Bein.
Ich fuhr auf die Krim, fischte, wanderte durch den Wald!
Das gab es nicht, den Zug zu versäumen.
Wenn ich mich irgendwo weit weg verirrt hätte, und sei
es nur in der Nähe eines Nachbardorfes, dann wäre ich
sicher auch verzweifelt, angeekelt, aber ich hätte nicht
das Gefühl, eine Tragödie zu durchleben. Doch diese
Umgebung kannte ich seit meiner Kindheit, ich liebte sie
und hatte immer geglaubt, sie liebe mich auch, sie würde
mich als zugehörig betrachten. Ich kannte hier jeden Pfad,
ich war sie alle gegangen: in die Pilze, die Beeren, um
Birkensaft zu sammeln; hier rings um den Morast hatten
wir winters wie sommers Holz geschlagen und die Kühe
geweidet … Und nie hatte ich irgendwelche Schauergeschichten in Verbindung mit diesem Sumpf gehört, hatte
mich nie gefürchtet vor ihm …
Es war Nacht …
Von Zeit zu Zeit schreckte ich hoch, packte den Stock und
warf mich einmal auf diese, dann wieder auf die andere
Seite. Der Stock sank in den Morast ein. Das Gesicht
schwoll an von den Mücken; von ihrem Gesumse, dem
Brodem des Sumpfes, den Bissen der Blutegel und dem Flattern meiner Nerven begann es sich mir im Kopf zu drehen.
Mit fremder, heiserer Stimme redete ich auf den Sumpf ein:
„Du willst haben, dass ich hier verrecke … Aber daraus
wird nichts, ich werde überleben, das wäre ja zum Lachen! … Ich werde mich auf keinen Fall im Verlauf einer
einzigen Nacht ändern, das alles wird nicht die geringsten Spuren bei mir hinterlassen … Du ruinierst die Gesundheit meiner Mutter, vermiest mir den Sommer, mehr
nicht … Im übrigen machst du gar nichts kaputt, ich werde
mir eine Beschäftigung finden, und sei es nur ein Zaun.
Ich pfeife auf dich, du Stinker, du hinterhältige Schlange,
du nicht ausgetrocknete Pfütze … Alles liegt noch vor mir,
ich werde neue Städte sehen und ein neues Leben, weil ich
leben werde, und du bleibst in diesem Gestank zurück, bis
du endlich elendiglich zugewachsen sein wirst!
Es antwortete ein Summen, Saugen und Gurgeln, und die
Nebelschwaden ballten sich so dicht, dass man sie sogar
in der Dunkelheit sehen konnte.
Das Morgengrauen zog überraschend schnell auf. Schon
in der Mitte der Nacht, ohne Sonne, wurde es heller, die
Mücken verschwanden, die Vögel begannen zu zwitschern. Ich konnte bereits das Wasser sehen, meine
Füße, die Büsche. In der Mitte des Morastes schwamm
die Angel, und um sie herum plätscherten sanfte Wellen
– eine Karausche hatte angebissen … Mit steifen Beinen
ging ich, dicht am Wasser, gleich neben dem Trichter, der
mir beinahe zum Grab geworden wäre, meine gestrigen
Spuren entlang und gelangte rasch ans Ufer. Den Sumpftümpel wollte ich gar nicht mehr sehen …
Jetzt, nach einiger Zeit, schäme ich mich nicht mehr,
zurückzudenken, wie ich ganz in der Nähe meines
Hauses vom Weg abgekommen war und mich nur mit
Mühe gerettet hatte. Es ist mir gar nicht zum Lachen. Ich
habe in diesen Jahren ein „neues Leben“ erfahren, habe
neue Städte gesehen und war sogar auf der Krim. Aber
irgendwie erinnere ich mich nicht an die verrauchte Luft
der Studentenheime, nicht an die trüben, durchsoffenen
Nächte, nicht an die Wanderungen durch fremde Wohnungen, in denen man nicht wagt, den Besitzern, die Angst
vor der Strahlung haben, zu eröffnen, dass man aus Homel
stammt … Nein, ich erinnere mich an den Sumpftümpel.
Na und, was ist schon dabei, werdet ihr jetzt sagen.
Ich aber sage: in diesem Sommer löste sich unsere Truppe auf, weil einen Tag nach der Ankunft auf der Krim der
Autobus, der die Studenten zur Weinlese bringen sollte,
gegen einen Felsen prallte. Eine Person kam ums Leben,
zwei trugen bleibende Schäden davon. Hätte ich unter
ihnen sein können? Und wenn es ein Zufall ist, was ist
dann Bestimmung?
Meine Heimat – das Dorf, der Sumpf … Bedeute ich dir
immer noch etwas, nimmst du mich immer noch gegen
etwas in Schutz? Warum kehrst du immer öfter in meinen Gedanken wieder, in meinen Erinnerungen, meinen
Träumen, und lässt mich so hartnäckig, mit jedem Halm
aus dem ausgetrockneten Morast – nicht los?
[Übersetzung: Martin Pollack]
prosa/proza/проза/проза
Während ich den Wurm richtete, murmelte ich mit zittriger Stimme:
Nur ruhig, nur keine Panik!“
Ich säuberte mich oberflächlich, wusch mich im rostfarbenen Wasser und schaute mich um. Auf dem Weg, über
den ich zur Insel gekommen war, glänzte jetzt schwarz
ein schlammgefüllter Trichter, und in dem Trichter
planschten, ohne flüchten zu wollen, meine Karauschen.
Irgendwie wird es schon gehen. Gott sei Dank gibt es
einen Ausweg – entweder links der Sumpftümpel oder
rechts der Trichter …
75
radar
Das Wasser war nicht dunkel, sondern geradezu schwarz,
wie Erdöl, in Ufernähe überwachsen von Froschlöffel und
Entengrütze, doch in der Mitte ganz klar. Ich befestigte
einen Wurm und warf aus, aber ungeschickt, hinein in
die Entengrütze; obendrein hatte ich wohl ein zu schweres Gewicht gewählt, weil es den befiederten Schwimmer
gleich nach unten zog. Ich holte die Schnur ein … und
wäre beinahe hineingefallen, wie durch ein Wunder bekam ich gerade noch ein Bäumchen zu fassen … Er hatte
sich losgerissen! Und was für einer!
les andere, wäre mir beinahe zum Verhängnis geworden.
Natürlich hörte ich die Mücken und auch das Plätschern
der Fische im Netz und das Quaken der Frösche und die
anderen Geräusche des abendlichen Sumpfes, aber aus
Dummheit schenkte ich ihnen keine größere Aufmerksamkeit, ich hörte nicht hin, war völlig gelöst. Dabei war
schon seit ein paar Minuten hinter meinem Rücken nicht
etwa ein Sumpfgeräusch, sondern eher eine menschliche
Stimme zu hören: als würde jemand die Backen mit Luft
füllen und diese dann durch die geschlossenen Zähne mit
einem Zischen wieder ausblasen.
Aus den Grasbüscheln direkt auf mein Inselchen zu
schlängelte sich ein meterlanger Strang – ich weiß es
noch genau, ohne irgendwelche gelbe Flecken an den
Seiten des Kopfes.
© Ania Jaworska-Kruk
der schiebend, gelangte ich in einer Viertelstunde zum
Wasser. In der Mitte des Sumpfgebietes befand sich eine
nicht sonderlich große Vertiefung mit einem miniaturhaften, aber offenbar ziemlich tiefen Seelein, eingesäumt
von bewachsenen Stumpen. Es genügte, dass ich stehen
blieb und ein paar Mal leicht aufstampfte, gleich wurde
das Ufer trügerisch feucht, weich, gab ein wenig nach,
so dass ich gleich bis zu den Knöcheln im rostfarbenen,
eisigen Wasser stand. Nur gut, dass ein paar Meter weiter,
direkt am Sumpf, eine niedrige Erle stand, mit einer
kleinen Insel rund um die Wurzeln. Ich gelangte dorthin,
klopfte mit Tritten die Insel ab, hängte auf einen Zweig
den Kescher, so dass er zur Hälfte im Wasser war, knüpfte
die Schnur an die Stange – und fertig.
prosa/proza/проза/проза
Мяне цягнула ў Крым, дзе я ніколі не быў, да пальмаў,
кіпарысаў, мора, на магілу Багдановіча, мне хацелася,
каб і «мой цень лёг на гэтыя святыя камні»... А тут?
Што я, не бачыў гэтага бульбоўніку, буракоў, гэтага
лесу, які падлез пад самыя соткі і ў якім я, здавалася,
ведаў кожнае дрэўца?
radar
76
I толькі калі надышоў доўгачаканы апошні дзень
(сімферопальскі цягнік спыняўся на пару хвілін на
станцыі каля самай вёскі), мне зрабілася неяк настальгічна, сумна; зусім новымі вачыма я аглядаў
двор, загоны, куратнік, да якога так і яе дайшлі рукі,
– глядзеў і шкадаваў, як жывое... Я вось паеду, шмат
што ўбачу, а гэтае ўсё так і будзе тут. Мне захацелася
расцягнуць гэты настрой развітання, прайсціся па
знаёмых мясцінах, а калі ўдасца, дык і палавіць рыбкі.
Матка была ў ягадах, але я вырашыў не пакідаць ніякай запіскі. Навошта? Гадзін у дзевяць-дзесяць вечара
вярнуся, хопіць часу сабрацца, пачытаю да ночы,
а потым у цягніку буду адсыпацца. Я пераапрануўся
ў сваё старое вайсковае адзенне, капануў чарвякоў,
запінуў у кішэню скручаную вудку і пайшоў па
любімым маршруце – на Ткачовае балота, якое
кіламетры за чатыры.
Было гадзін шэсць вечара. Грэла мяккае сонца, лёгка
і прыемна ішлося лясной, не выбітай машынамі
дарогай; я злавіў, нарэшце, свой рытм: час больш не
скакаў, не цёгся да раздражнёнасці нудна, я плыў неяк
суладна маім крокам. Пахі ляснога долу, верасу і чарнічніку былі ў суладдзі з птушыным шчэбетам,
з нязыркім сонцам, з шорганнем кедаў па зямлі –
і доўгачаканая гармонія прыходзіла і ў думкі. Я
адчуваў сябе: вось я ёсць, я – жыву, усё цудоўна, я вучуся, а значыць, на некалькі гадоў ці нават назаўсёды
выбраў сабе жыццёвую лінію; я прайдуся па гэтым
цудоўным лесе, палаўлю карасёў, а потым цягнік
паімчыць, мяне да дзівосных берагоў, пра якія столькі
наслухаўся і начытаўся.
Неўпрыкмет я дайшоў да таго месца, дзе трэба было
паварочваць на балота, але нідзе не аказалася ні
сцежкі, ні ходу, ні следу. Я чуў, што балота амаль
высахла, але каб так, што нават дарогі да яго пазарасталі... Паўсюль быў самы звычайны лес, з ягаднікам,
Я выламаў дзве раўнейшыя алешынкі: адну пад
вудзільна, другую каб апірацца, і па купінах,
падмінаючы пад ногі асаку, хвілін за пятнаццаць
дабраўся да вады. У самым цэнтры пелі была невялікая праваліна, мініяцюрнае, але, відаць, вельмі
глыбокае возерка, у якага берагамі былі купіны.
Але варта было мне спыніцца, пару разоў злёгку
прытупнуць, як падманныя берагі гэтыя зачмокалі,
расквасіліся, неяк аселі і ногі па костачкі аказаліся
ў іржавай, халаднючай вадзе. Добра, што метраў за
колькі, каля самай вады, расла цімалая алешынка з
астраўком вакол каранёў. Дабраўшыся да яе, я гэты
астравок абтупаў, падвесіў на галіну сетку пад рыбу,
прытапіўшы палавіну ў вадзе, прывязаў да свае палкі
вудку – і гатоў.
Вада была нават не цёмная, а чорная, як нафта, зацягнутая каля берагоў трохліснікам і жабурэннем, але
ў цэнтры чыстая. Я начапіў чарвяка і кінуў, праўда,
няўдала, у самае жабурэнне; да таго ж, відаць, грузік
быў цяжкі, бо пацягнуў за сабою пярыну-паплавок.
Я выцягваць... і ледзь не зляцеў сам, цудам паспеўшы
неяк ухапіцца за алешынку... Сарвалася! I не абы-што!..
Папраўляючы чарвяка, я дрыжачым голасам
мармытаў:
– Вось дык цяжкі грузік... Гэта ж зусім, аказваецца,
і не грузік...
На гэты раз я закінуў з вывертам, далей, наколькі дазваляла палка, у прасвет паміж трохліснікамі. Пярына
як падала, так і патанула. Я счакаў, падсек
і па вадзе, не могучы падняць, падцягнуў да астраўка
нешта чорнае, якое страшна было і цягнуць. Гэта быў
балотны карась, нейкая помесь з лінём,– у іх чорная,
дробненькая луска, самі доўгіія, тоўстыя, з маленькімі чорнымі вочкамі. У нас іх толькі сушаць на
таранку, бо балотны пах ад іх не высмажваецца і не
выварваецца. Такіх я лавіў некалі, і багата, але такога
вось таўстуна – упершыню.
Я зразумеў, што напароўся на неруш, на месца, дзе,
можа, некалькі гадоў ніхто не рыбачыў. Карасі амаль
не супраціўліся. Хутка мне надакучыла механічна іх
выцягваць, і я пачаў забаўляцца: знарок спазняўся
падсякаць альбо несалідна, як чалавек, што ні разу
ў жыцці вуды ў руках не трымаў, шморгаў, калі
паплавок не паспяваў нават легчы на ваду... Бралася
бездакорна. Неяк і не заўважалася, што сонца ўжо
села, што ад купінаў падымаюцца камары і, самае
галоўнае, што за туманам ужо не відаць нават узлеску. Але было яшчэ зусім светла.
«Як жа я прайшоў?! Я ж сюдою прабіраўся! Спакойна,
тут адно – не трэба панікі!»
Я, як мог, абчысціўся, абмыўся ржавай вадою
і пачаў аглядацца. На тым шляху, якім я дабіраўся да
астраўка, цяпер чарнела гразёю ямка, і ў гэтай гразі,
нікуды не ўцякаючы, ляніва плюхалі мае карасі. Ну,
нічога. Ісці, дзякуй Богу, ёсць кудою – на ўсе два бакі:
злева – пеля, прама – ямка...
Пасля кожнага закіду я казаў сабе – гэтая, і ўсё,
і, злавіўшы, думаў – ат, колькі там ісці. А такі клёў не
так часта ў жыцці выпадае.
I вось гэты азарт, які робіць чалавека глухім да ўсяго,
ледзь не пагубіў мяне. Вядома, я чуў і камароў, і цмоканне рыбы ў сетцы, і крумканне жаб, і іншыя гукі вечаровага балота, але здуру не даваў ім вялікай увагі,
не дужа прыслохоўваўся і быў расслаблены. Між тым
ужо хвілін колькі за спінаю чуўся нейкі не балотны,
чалавечы нейкі гук – быццам хтосыці набіраў у рот
паветра і з сіпеннем выпускаў праз сціснутыя зубы.
3 купіны проста на мой астравок перапазўала метровая чорная вяроўка – добра помню, што без усялякіх
жоўтых вушак.
На гэты раз я пайшоў асцярожненька, прабуючы
купіны, тыркаючы наперад палкаю. Раптам метры
праз тры купіны зніклі і адкрылася роўная, зарослая
зялёнай траўкаю, дарога. Палка лёгка прабіла гэтую
дарогу і боўтнула.
– Ц-с-с!
Нас падзяляла паўметра.
Я цяпер веру, што ёсць у гэтых гадаў нейкі гіпноз,
і я проста аказаўся паралізаваны, бо стаяў і не мог
зварухнуцца; але потым – забіце, калі ведаю чаму! –
зрабіў самае горшае, што можа зрабіць чалавек адзін
на адзін з гадзюкаю – я тупнуў.
Відаць, проста яшчэ не прыйшоў той мой час. Край
астраўка, які і так ледзь ліпеў, на маё шчасце раптам
у адзін міг адламаўся, і я наўзнач боўтнуўся ў чорную, халодную прорву. Ногі не дасталі дна і блізка.
Адразу ж і рукамі, і плячыма, і шчокамі я адчуў
густую, вязкую мякаць. Агіда ды плюс халодная вада
і памаглі мне скінуць гіпноз. Я схапіўся мокрымі
пальцамі за пук травы, за мяккі бераг, які адрываўся,
бы гліна, але вось намацаўся корань, па якім я досыць
лёгка выкарабкаўся на свой корч. Ззаду булькала
растрывожаная пеля, нясло балотным смуродам, на
мне вісела жабурынне, карэньчыкі, камякі гразі,
з парэзаных пальцаў цякла кроў, але тое, што я толькі
цяпер убачыў, змусіла мяне забыць і на гэта, і нават
на гадзюку, якая, можа, сядзела дзесьці побач.
Туман – густы, сівы – уладна насунуўся на балота
і схаваў не толькі ўзлесак, але і бліжэйшыя кусты.
Толькі пад нагамі нешта можна было яшчэ разгледзець. Дарыбачыўся!.. Я схапіў сетку з уловам
– кілаграмаў восем – і злосна, рашуча ступіў на свой
след. Я не паспеў ні спалохацца, ні адскочыць, як
шухнуў па самыя пахі. Пад рукамі захадзіла ўжо знаёмая
мяккая кашка. «А зоры тут ціхія... Спакойна, цяпер
трэба толькі не ўтапіцца!..» Патрошку мне ўдалося
выцягнуць палку, якая старчака ўвайшла ў твань амаль
уся, і хоць, пакуль выцягваў, трохі ўсмактаўся глыбей,
але ўдалося пакласці палку ўпоперак. Здаецца, лягла на
купіны. Падцягваючыся рыўкамі, я неяк вылузаўся аж
да пояса, потым ірвануўся штосілы і аберуч ухаіпіўся
за сваю алешынку. Выпаўз.
Вось гэта было ўжо сур'ёзна.
Я ўявіў сабе план гэтай пасткі, і на лбе выступіў
халодны пот. Я стаяў у самым цэнтры пелі. Вакол
досыць шырокай паласою, дзе адкрытая, дзе закрытая
зверху мохам, была багна. Яна была ў форме падковы
з вельмі вузенькім прасветам паміж краямі. Сюды
мне неяк удалося прайсці гэтым прасветам, а цяпер
ямка, з якой толькі што вылез, злучыла краі.
Магчыма, былі яшчэ хады, магчыма, было нейкае
вузкае месца, якое можна было пераскочыць ці нават
пераступіць – але калі б гэта было ўдзень! А цяпер,
калі не бачыш далоні перад носам?..
Яшчэ пра гадзюку можна было падумаць, што так,
выпадак... Але калі ўсё разам, адно на адно – гэта ўжо
нешта больш сур'ёзнае, недаацэненае; быццам некаму не хочацца мяне адсюль адпускаць...
Ужо не было відаць ні вады, нічога. Я сядзеў пад
алешынкаю, на астраўку, аб'едзены камарамі,
атупелы, і мне здавалася, што гадзюка ззаду пракусіла
мне спіну і смокча кроў. Я ўстаў – калі была б гадзюка,
адчуў бы цяжар, – памацаў. Тоўстая п'яўка, як шына,
скручаная ў шар, цёплая, рабрыстая... 3 нагі адарваў
яшчэ дзвюх.
З'ездзіў у Крым, палавіў рыбкі, прайшоўся па лесе!
Далёка ўжо мой цягнік.
Каб я так папаўся дзесь далёка, ды хоць бы дзе каля
суседняй вёскі – быў бы адчай, была б агіда, але адчування нейкай трагедыі не было б. А гэтыя ж мясціны
я ведаў з маленства, любіў іх і думаў заўсёды, што
і яны мяне любяць, лічаць сваім. Не было тут сцежкі,
па якой бы я не хадзіў – у грыбы, у ягады, ставіць сок
з бярозаў; каля гэтых пеляў зімою і летам мы секлі
дровы, ганялі сюды тавар... Я ніколі не чуў ніякіх
страшных гісторый, з гзтым балотам звязаных, і не
баяўся яго ніколі...
Стаяла ноч.
Час ад часу я ўсхопліваўся, хапаў палку, кідаўся то ў
адзін бок, то ў другі. Палка лезла ў прорву. Твар распух
ад камароў; ад іхняга звону, ад густога балотнага паху,
ад укусаў п'явак і ад нерваў у мяне кружылася галава.
Чужым, сіпатым голасам я пачаў гаварыць да балота:
– Ты хочаш, каб я тут здох... Але я выжыву, мне проста
смешна!.. Я ўсё роўна за гэтую ноч не змянюся, ніяк
prosa/proza/проза/проза
Было гэта ў ліпені. Я толькі што здаў сесію за першы
курс інстытута і праз некалькі дзён павінен быў
ехаць у сельгасатрад, у Крым, а пакуль сядзеў у сваёй
вёсцы і нудзіўся. Не ведаючы, куды сябе прыткнуць,
я ці чытаў, ці ўключаў сярод белага дня тэлевізар, ці
проста сноўдаўся па двары, пакурваючы, – і, далібог,
не таму, што ў Мінску зрабіўся нейкім лайдаком.
У першы ж дзень я спрабаваў быў падступіцца да
чаго-небудзь, хацеў перасыпаць стары плот, паднавіць паўразбураны куратнік, але ўсё аказалася такім
спарахнелым, што відаць было – пацягні адно, паваліцца другое. Тут трэба было капітальнае абнаўленне,
новыя шулы, жэрдкі, дошкі, трэба быў час – месяц,
а то і болей, каб хоць трохі давесці ўсё да ладу, а інакш
і зусім не брацца.
з высокімі кустамі буякоў. Не без страху – помню,
колькі тут было гадзюк, – падзёрся я праз гэтыя
буякі і неўзабаве набрыў на палянку, дзе мы колісь,
малымі, калі ездзілі «лісапетамі» на рыбалку, палілі
вогнішча і абедалі. Пазналі не вочы, а ногі, яны самі
спыніліся. Вось тут некалі быў бераг, ад гэтай бярозы
пачыналася вада, і мы закідвалі адсюль вуды... Цяпер
толькі высахлы суцэльны мох пад нагамі паказваў,
што я не заблудзіўся, што некалі тут было балотнае
дно. Я пайшоў па гэтым імху далей, бярозкі пакрысе
радзелі, трава гусцела, усё больш пачало трапляцца
сухастояў, аж пакуль не ўбачыў авальную, дыяметрам
у кіламетр, нізінку, усю ў купінах, парослую асакою
і сям-там крывымі нізенькімі дрэўцамі. Ад такога
вялікага некалі балота засталася, як у нас называюць,
пеля. 3 усіх бакоў ціснуў на гэтую пелю лес, наступаў,
займаў яе тэрыторыю, і было відаць – яшчэ некалькі
гадоў, і пелі – хана.
77
radar
Аднойчы здарыўся са мною выпадак, пра які доўгі час
чамусьці нават успамінаць было сорамна.
Радзіма мая – вёска, балота... Няўжо і цяпер я яшчэ
нешта значу для цябе, няўжо і цяпер ты абараняеш
мяне ад нечага? Нашто ж ты ўсё часцей і часцей
прыходзіш у думкі, ва ўспаміны, у сны, і так упарта,
кожнай травінкаю з пасохлых пеляў – не адпускаеш?..
UNTER ALLEDEM
СЯРОД УСЯГО
– Solche Fische gibt es in der Swislatsch nicht, – widersprach ich ihr, – es ist eine Bombe oder eine Granate,
schau doch richtig hin.
Da gibt es: ein E-Gitarren-Wrack samt Saiten, Autoreifen,
einen scheinbar noch unversehrten Spaten (man kann
versuchen ihn herauszuziehen), allerart Flaschen. Schwere grüne Müllcontainer gelangten ins Wasser von der Allee
da drüben im Park, von ebenda – eine zerlegte Bank.
– Ein Fisch, – beharrte Luda, – ist von irgendwoher
gekommen, konnte aber in der Swislatsch nicht leben,
drum ist er tot.
Was noch? Geheimnisvolles und Unbekanntes zuhauf!
– Weil das Wasser kalt ist.
Dort hat sich etwas Weißes, Widerliches am Grund
verfangen und schaukelt, gaukelt, schlängelt nun durchs
Wasser. Wonach es aussieht wage ich kaum zu sagen.
– Die anderen Fische hätten ihn doch längst aufgefressen.
Dort eine Jacke, ebenfalls verfangen, kann nicht weiterschwimmen. Ihr Besitzer sucht sie wohl nicht auf dem Grunde eines Flusses. Vermutlich braucht er sie auch nicht mehr.
– Denk lieber an diese Kriegsdokumentationen. Erinnerst
du dich, was sie da zeigen? Aus Flugzeugen fallen Bomben mit genau solchen Schwänzen.
– Ist es nun eine Bombe oder eine Granate?
78
Unverwandt starre ich in das winterlich-klare Wasser:
Womöglich schaut unter alledem das fahle Gesicht eines
Menschen hindurch, der in der Swislatsch nicht nur die
Jacke verlor, sondern auch sein Leben.
Und all das gibt es täglich auf dem Arbeitsweg zu sehen.
Überquerst du die Brücke – schau solange du willst,
schau dich satt, wenn dich die Kälte nicht stört und dass
sie dich für einen Schizo halten.
prosa/proza/проза/проза
Was liegt nicht alles in der Swislatsch!
Schau hin!
Von der Brücke aus wirst du es sehn.
radar
Раніца надышла надзіва хутка. Ужо ў сярэдзіне
ночы без сонца пачало святлець, паменела камароў,
зашчабятала птушка. Я змог разглядзець ваду, свае
ногі, кусты. Пасярод пелі плавала вудка, ад якой
разыходзіліся дробныя хвалі – карась тармасіў...
Здранцвелымі нагамі, паўз саменькую ваду, каля
ямкі, якая ўчора ледзь не стала маёй магілаю, я
выбраўся на свой учарашні след і хутка быў ужо на сухім беразе. На пелю мне не хацелася нават азірацца...
Цяпер, праз пэўны час, ужо не сорамна ўспамінаць,
як каля самай сваёй хаты ўмудрыўся заблудзіцца і ледзь ацалеў. Але і не смешна. Пажыў я за
А я скажу: тым летам атрад наш быў расфарміраваны,
бо на другі дзень па прыездзе, у Крыму, аўтобус, які
вёз студэнтаў на вінаграднік, урэзаўся ў скалу. Адзін
чалавек загінуў і два засталіся калекамі. Мог я сярод
іх апынуцца? I калі гэта выпадковасць, дык што ж
тады – наканаванне?
Palina Kačatkova Паліна Качаткова
Andrej Fiedarenka (1964, Belarus) – Studium an
Андрэй Федарэнка (1964, Беларусь) – cкончыў
der Polytechnischen Hochschule Mazyr, Wehrdienst in
der Roten Armee, arbeitete als Maurer, Transportarbeiter,
Bibliothekar, Ressortleiter Wissenschaft/Kultur/Leben/
Publizistik der Zeitschrift „Połymia“, Prosa-Redakteur der
Zeitschrift „Maladosc“. Fiedarenka schreibt auf Russisch
und Belarussisch. Bisher erschienen die Bücher Geschichte
einer Krankheit (1989), Unruhe (1994), Der schartige Taler
(1999), Die afghanische Schatulle (2002), Niemandsleute
(2009), Die Grenze (2011), Häcksel (2012), Die Kette (2012).
Мазырскі палітэхнікум, служыў у Савецкай Арміі, працаваў мулярам, транспартным рабочым,
бібліятэкарам, загадчыкам аддзела навукі, культуры,
грамадскага жыцця і публіцыстыкі часопіса „Полымя“,
рэдактарам аддзела прозы часопіса „Маладосць”.
Піша па-беларуску і па-руску. Кнігі: Гісторыя хваробы
(1989), Смута (1994), Шчарбаты талер (1999),
Афганская шкатулка (2002), Нічые (2009), Мяжа
(2011), Сечка (2012), Ланцуг (2012).
Außerdem gibt es unter der Brücke etwas Granatenähnliches, oder eine Bombe. Genauer gesagt, bis vor Kurzem
lag dieser nebelhafte Gegenstand da unten. Ich sage
„gibt“, denn ich vergesse immer, dass er weg ist. So sehr
hatten wir uns an ihn gewöhnt. Drei Jahre lang stritten
wir seinetwegen, denn wir alle gingen täglich wenigstens
einmal über die Brücke.
– Und warum ist er so gut erhalten?
– Und wenn sie ihn nicht fressen wollen?
– Sowas halt…
So schauten wir von der Brücke ins Wasser, die vorübergehenden Leute schauten auf uns. Unangenehm.
Sie dachten, wir wären blöd.
– Und doch, es ist eine Bombe, – sagte ich. Luda schwieg,
und wir gingen unseres Weges.
Später zeigte sich, dass es wirklich kein Fisch war. Im
Frühling und im Sommer war das Wasser trüb, im Herbst
jedoch wurde es – klar. Und da sahen wir, dass dieses
Ding noch immer im Wasser lag, wie es gelegen hatte. So
lag es dort und lag, bis zum März 1996, dann verschwand
es. Wohin? Wer weiß das schon? Eines Tages schaute ich
– scheinbar alles am Platz, doch das Wichtigste fehlte – die
Bombe. Verschwunden. Da gab es nichts mehr zu sagen.
Luda, die Sekretärin, sagte:
– Das ist keine Granate, sondern ein großer Fisch. Es hat
doch einen Schwanz.
Kurz vor dem Tag des Sieges über die Faschisten gingen
wir mit den Kindern, Adas und Jana, an die Swislatsch.
Wir wollten Frösche anschauen, doch sofort faszinierten
prosa/proza/проза/проза
У адказ мне толькі звінела, чмокала, булькала,
і калыхаўся такі густы туман, што яго відаць было
нават у цемры.
гэтыя гады «новым жыццём», пабачыў новыя
гарады, нават у Крым з'ездзіў. А згадваюцца чамусьці не інтэрнатаўскія пракураныя скразнякі, не
аднастайныя, на ноч, бязрадасныя п'янкі, не блуканні
па чужых кватэрах, калі баішся прызнавацца гаспадарам, якія баяцца радыяцыі, што родам – з Гомельскай
вобласці... Пеля згадваецца.
Можна сказаць – ну і што, дужа нам цікавая твая настальгія па нейкіх балотах.
79
radar
яна на мне не адаб'ецца... Ты папсуеш матцы здароўя
за гэтую ноч, паламаеш мне лета – вось і ўсё, самае
большае... Нават і лета не паламаеш – я знайду занятак, хоць платы параблю! I я плюю на цябе, смурод,
гадзючнік – мала вас паасушалі!.. У мяне яшчэ ўсё
наперадзе, я ўбачу новыя гарады, новае жыццё,
– я буду жыць, а ты – смярдзець тут, зарастаць,
пакуль не высахнеш к чорту!..
uns die vielen großen, perlmuttfarbenen Muscheln. Frösche waren nicht zu sehen.
reagierte er gar nicht. Gewöhnlich hüpfen sie doch,
sobald sich jemand nähert, sofort ins Wasser.
I ўсё гэта можна назіраць кожны дзень па дарозе на
працу.
– Wo sind die Frösche? – fragte Adas.
Ich schaute mich um, überlegte, womit man den Frosch
zum Hüpfen bringen könnte. Ich fand ein Stöckchen,
stupste das Fröschlein an – doch es saß da wie angeklebt.
Und seine Farbe wirkte so metallisch. Ob es schon tot
war? Ich zog den Schaumstoff samt Frosch aus dem Wasser – wie er gesessen hatte, so saß er.
Ідзеш праз мост – і глядзі сабе колькі заўгодна, любуйся, калі толькі не халодна і ня сорамна, што прымуць
за шызу.
– Schau, Adas, eine Münze!
– Nein, er atmet, schau auf seine Kehle.
– Wo?
– Ein Frosch, ein Frosch! – freute sich Jana.
Сакратарка Люда казала:
– Hier, – ich zeigte dem siebenjährigen Adas meinen
Fund, - und hier ist der Adler.
– Kommt, wir schauen, ob er schwimmen kann, – sagte ich
und schubste den Frosch vom Schaumstoff. Schwimm schon!
– Гэта не снарад, а вялікая рыба. У яе хвост.
– Der Adler!?
Die Trophäen – perlmutterne Muscheln und zwei Münzen
– im Gepäck verließen wir das Swislatschufer.
– Der russische.
– Aah.. – sagte Adas enttäuscht.
Was für einen Adler er wohl erwartet hatte?
– Das sind fünf russische Rubel, – erklärte ich.
prosa/proza/проза/проза
– Und wo sind die Frösche?
– Wir suchen weiter… Komm, Jana, gib mir die Hand.
Vielleicht sind die Fröschlein ja noch nicht geboren…
Im Wasser und am Ufer gab es alles Mögliche… Nur was
wir suchten, fehlte.
– Da, Adas, schau: noch eine Münze, - aus dem Sand hob
ich den vollkommen schwarzen Rundling auf.
– Wieder eine russische?
– Eine sowjetische. Fünfzehn Kopeken, dafür konnte man
ein Ferngespräch führen. Und da ist auch ein Frosch.
– Wo?
– Da, auf dem Stück Schaumstoff.
80
– Wo denn?
– Er ist tot, – stellte Adas fest.
Unterwegs dachte ich an die Münze von 1570 mit der
Pahonja, die ich vor zehn Jahren an einem langen silbernen Kettchen um den Hals getragen hatte. Die Münze
war verloren gegangen – schade, sie war ein Geschenk
meiner Mutter gewesen.
Der Frosch war ganz klein und ungemein still, auf uns
Чаго толькі няма ў Сьвіслачы!
Паглядзі!
З моста ўсё ўбачыш.
Тут ёсьць: рэшткі электрагітары са струнамі, шыны,
зусім цэлая з выгляду рыдлёўка (яе можна паспрабаваць выцягнуць), пляшкі самыя розныя. Зялёныя
цяжкія сьметніцы патрапілі ў ваду з прысадаў парку,
паламаная лаўка -- таксама адтуль.
Што яшчэ? Шмат таямнічага ды неспазнанага!
Вось, – я паказала сямігадоваму Адасю знаходку, –
і тут яшчэ арол.
– Арол!?
– Расейскі.
– Такія рыбы ў Сьвіслачы ня водзяцца, – пераконвала
я яе, – гэта бомба альбо снарад, паглядзі нармальна.
– А... – расчараваўся Адась.
Цікава, а якога арла ён хацеў пабачыць?
– Гэта пяць расейскіх рублёў, – патлумачыла я.
– А дзе жабы?
– Рыба, – настойвала Люда, – яна прыплыла аднекуль,
але ня здолела жыць у Сьвіслачы, таму і здохла.
– Будзем шукаць... Хадзем, Яна, давай руку. А можа,
жабы яшчэ не нарадзіліся...
– А чаму яна так добра захавалася?
– Таму, што вада халодная.
I ў вадзе, і на беразе хапала рознага... Не было толькі
таго, што мы шукалі.
Im Jahr 1986, bei den Ausgrabungen des Dominikanerklosters in Minsk, erhielt jeder, der eine Münze mit der
Pahonja fand, fünfzig sowjetische Kopeken pro Stück – zur
Belohnung. Die jungen Leute, die für den Krim-Urlaub sparten, fanden bis zu drei per Schicht. Und ich in fünf Monaten
– keine einzige. Und dabei wollte ich so! Nicht wegen der
fünfzig Kopeken, sondern allein um des Findens willen!
– Яе б даўно зьелі іншыя рыбы.
– Ты лепей згадай кінахроніку. Помніш, як там
паказваюць? 3 самалётаў падаюць вось такія самыя
хвастатыя бомбы.
– Савецкая. Пятнаццаць капеек, за іх можна было
тэлефанаваць у іншы горад. А вось і жаба.
Einmal sah ich etwas Rundes im Sand und dachte schon –
jetzt, jetzt hab ich eine. Mit Pahonja! Ich hob es auf, es war
eine Münze, doch darauf – wieder derselbe zweiköpfige
Adler. Was sollte ich mit dem?
– Дык гэта бомба ці снарад?
– Дзе?
– Нешта такое...
– Вось, на кавалку пенапласту.
Мы глядзім з моста ў ваду, а людзі, якія праходзяць
міма, глядзяць на нас. Робіцца няёмка. Яны думаюць,
што мы дурныя.
– Дзе?
– Усё адно, гэта бомба, – кажу я. Люда маўчыць, і мы
ідзем, куды ішлі.
Жаба была зусім невялічкая і занадта спакойная, на
нас зусім не рэагавала. Звычайна яны толькі пры
набліжэньні адразу плюхаюцца ў ваду.
Münzen, Jahrhunderte später gefunden, erinnern an das,
was einmal war, an Staaten, die verschwanden, um nicht
wieder aufzuerstehen. Und so sinne ich darüber nach, dass
niemand je eine kleine belarussische Münze unserer Zeit an
einem Flussufer finden wird.
– Gleich werdet ihr ihn sehen…
radar
– Дзе?
Ёсьць яшчэ пад мостам нешта накшталт снараду
ці бомбы. Дакладней, гэтая незразумелая рэч там
была да нядаўняга часу. Кажу "ёсьць", бо ўвесь час
забываюся, што яе там няма. Так мы звыкліся з ёю.
Тры гады мы спрачаліся з-за яе, бо кожны з нас хаця б
раз на дзень пераходзіў мост.
[Übersetzung: Tina Wünschmann]
Вось нешта белае і брыдкае зачапілася на дне
і цяпер калыхаецца, выгінаецца, трапечацца ў вадзе.
Нават ня хочацца казаць, да чаго яно падобнае.
Вось куртка, яна таксама зачапілася і ня можа
плысьці далей. Думаю, гаспадар ня будзе шукаць
яе на дне ракі. Напэўна, яна яму ўжо непатрэбная.
Пільна ўзіраюся ў па-зімоваму празрыстую ваду:
можа, прагляне сярод усяго бледны твар чалавека,
які страціў у Сьвіслачы ня толькі куртку, але
й жыцьцё.
– Во, Адась, глядзі: яшчэ адна манета, – я падабрала
з пяску зусім чорны круглячок.
– А калі яны ня хочуць яе есьці?
– Зноў расейская?
Тое, што гэта ўсё ж ня рыба, высьветлілася. Вясной
і летам вада была каламутная, а восеньню зноў –
празрыстая. Вось тады мы і ўбачылі, што тая штука пад
вадой як ляжала, так і ляжыць.
Ляжала яна там, ляжала да сакавіка 1996 году, а пасьля
зьнікла. Куды? А хто ведае? Аднойчы гляджу – быццам
усё на месцы, але няма самага галоўнага – бомбы.
Зьнікла. Няма пра што казаць.
– Зараз пабачыце...
Азіраюся, шукаю, чым бы паганяць жабу, каб яна
скочыла. Знаходжу дубец, варушу ім жабку – сядзіць,
як прыклееная. I колер у яе нейкі металёвы. Можа,
нежывая? Выцягваю з вады пенапласт разам з жабай
– як сядзела, так і сядзіць.
– Яна памерла, – канстатуе Адась.
– Не, яна дыхае, паглядзі на яе горла.
Перад сьвятам перамогі над фашыстамі пайшлі з
дзецьмі – Адасём і Янаю на Сьвіслач. Хацелі паглядзець жабаў. Адразу ўразіла мноства вялікіх і шырокіх
маціцовых ракавінаў. А жабаў не было.
– Дзе жабы? – пытаўся Адась.
– Павінны быць.
– Жаба, жаба! – радуецца Яна.
– Зараз пабачым, ці можа яна плаваць, – кажу
я і сьпіхваю жабку з пенапласту. Плыве!
З трафеямі – маціцовымі ракавінамі і дзьвюма манетамі – пакідаем бераг Сьвіслачы.
prosa/proza/проза/проза
Wir gingen am schmutzigen Ufer entlang. Begeistert warf
die zweijährige Jana Steinchen ins Wasser. Frösche waren
nicht zu sehen. Dafür hatte ich anderweitiges Glück – ich
fand eine Münze.
– Глядзі, Адась, манета!
81
radar
– Irgendwo müssen sie eigentlich sein.
Мы ішлі ўздоўж бруднага берагу. Двухгадовая Яна
з радасьцю шпурляла ў ваду каменьчыкі. А жабаў не
было. Мне пашчасьціла ў іншым – знайшла манету.
– ніводнай. А як хацелася! Не для таго, каб атрымаць
пяцьдзясят капеек, а проста, каб знайсьці!
Аднойчы ўбачыла нешта круглае ў пяску, думала ўсё
– знайшла. З Пагоняй! Узяла, а там манета, але на ёй
– усё той самы двухгаловы арол. I што з ім рабіць?
Манеты, знойдзеныя праз стагодзьдзі, нагадваюць пра
тое, што існавала, пра дзяржавы, якія зьнікалі, каб не
адрадзіцца. І вось я думаю пра тое, што ніхто ня знойдзе
дробнай беларускай манеты нашага часу на беразе ракі.
Palina Kačatkova (1968, Belarus) – Prosaautorin,
Literaturwissenschaftlerin. Sie arbeitete von 1990 bis 1998
im Maksim-Bahdanovič-Literaturmuseum in Minsk, während dieser Zeit schloss sie sich der Menschenrechtsinitiative
„Viasna-96“ an. Seit 1998 ist sie für das Menschenrechtszentraum Viasna tätig. Sie schrieb Drehbücher für zahlreiche
Dokumentarfilme, u.a. über das Problem der Todesstrafe
in Belarus. Autorin der Novelle Der Poet. Erzählung über
Maksim Bahdanovič über die Jugendjahre des Schriftstellers, sowie des Erzählbandes Načnyja razmovy (Nächtliche
Gespräche). 2012 erschien der Band Matyli (Schmetterlinge),
der auch vorliegenden Text enthält und für den Jerzy-Giedroyc-Literaturpreis 2013 nominiert wurde.
Паліна Качаткова (1968, Беларусь) – празаік,
літаратуразнаўца. З 1990 па 1998 год працавала ў
Літаратураным музеі Максіма Багдановіча ў Мінску,
падчас працы ў музеі далучалася да праваабрончай
ініцыятывы „Вясна-96”. У жніўня 1998 года перайшла
на сталую працу ў Праваабарончы цэнтр „Вясна”.
Аўтар шматлікіх сцэнарыяў дакументальных фільмаў,
м.і. пра праблему смяротнага пакарання ў Беларусі.
Аўтар аповесці Паэт. Аповесць пра Максіма Багдановіча пра юнацкія гады М.Багдановіча, зборніка навэлаў
Начныя размовы. У 2012 г. вышоў зборнік Матылі,
у зьмест якога уваходзіць прадстаўлены тут тэкст і які
намінаваўся на прэмію ім. Гедройца у 2013 г.
prosa/proza/проза/проза
У 1986 годзе ў Менску на раскопках Дамініканскага
касьцёлу тым, хто знаходзіў манету з Пагоняй, даплочвалі пяцьдзясят савецкіх капеек за штуку – такая была
прэмія. Маладыя людзі, які зараблялі на адпачынак ў
Крыме, знаходзілі па тры за зьмену. А я за пяць месяцаў
prosa/proza/проза/проза
Дарогай згадваю манету 1570 году з Пагоняй, якая
дзесяць гадоў таму на даўгім срэбным ланцужку вісела ў мяне на шыі. Манета страчаная – шкада, мне
падаравала яе маці.
83
radar
radar
82
© Dorota Gawryszewska
Berghain, am Wriezener Bahnhof, Sonnabend, nach drei
Uhr morgens
„Wie heißt du?“ fragt irgendeine Sie.
„Ola”, erwidert Ola.
Menschen mögen Sex. Ola mag Züge. Nach ausreichend
Zugfahren mag sie auch Sex. Besonders nach der Strecke
Warschau-Berlin wächst ihr Lebensheißhunger mit der
Geschwindigkeit einer Raupe, die auf feuchtes Laub
gestoßen ist. Im gutgeheizten Unterteil von Olas Libido
springt dann ein kleiner Motor an und denkt nicht daran,
zu bremsen. Das ist ihr Fahrplan, die Endstation kommt
erst später. Die Ruhestation, die Station, an der Ola Ola
ist in ihrer ganzen Olaschen Großartigkeit.
„Woher kommst du?” fragt das jeweilige Geschlecht.
„Und woher kommst du?” fragt Ola zurück.
„Na, von hier.”
”Ich aber nicht”, sagt Ola nur.
prosa/proza/проза/проза
„Woher dann?”
radar
84
Wieviel davon ist Schein? Wieviel Sein? – Das weiß nur
Ola, und wir können es nicht herausfinden, können
sie nicht aufbrechen wie eine Auster und alle ihre
Bewusstseinssäfte heraussaugen.
Berghain. Es gibt so viele interessante Orte in der Nähe,
etwa das Maxim, das noch aufhat, wenn andere Klubs
geschlossen haben, wo die Berliner Celebrities aus der
Rap-Welt abhängen und in ihrem Anhang jede Menge
ebenso talentierter Nachahmer und von leichten Drogen
entspannter Groupies.
Aber Ola landet letztendlich, unwiderruflich und am
häufigsten die ganze Nacht im Berghain. Manchmal nur
die halbe Nacht, wenn sie jemanden kennenlernt und
sich mit diesem Jemand unterhält, mit ihm tanzt, sich
ihm annähert oder den Moment zwischen Annäherung
und ostentativen Zärtlichkeiten überschreitet.
Ola kennt die Erwartungen beider Geschlechter an ihren
Körper ganz genau. Ganz bestimmt keine Sensibilität,
keine sogenannte Seele und andere Nebensächlichkeiten.
Sonst wäre sie ja nicht hier. Sonst säße sie im Rahmen
des dreimonatigen Übersetzerkurses für Fortgeschrittene
am Goethe-Institut, den sie vor zwei Tagen angefangen
hat, vor der Datei mit einem mehrseitigen Fragment von
Charlotte Roches Schossgebeten.
„Wie heißt du?” fragt irgendein Er.
„Ola”, erwidert Ola.
„Ist das wichtig, wo ich doch hier bin?”
„Wahrscheinlich nicht”, gibt das jeweilige Geschlecht zu.
„Dann reden wir nicht weiter drüber”, schlägt Ola vor.
Und ohne auf eine sogenannte Erlaubnis zu warten, lenkt
sie ihre Lippen auf die Lippen des jeweiligen Geschlechts.
Sie fühlt keinerlei Ekel. Sie fühlt keinerlei Zweifel außer dem
einen kleinen, dass sie das hätte früher machen können, nicht
jetzt, oder überhaupt nicht. Sie holt Verpasstes nach und
bedauert zugleich, Verpasstes nachzuholen.
Im Berghain werden die Ohren nicht geschont. Die Musik
durchdringt die Gedanken, schluckt sie, verdaut sie,
scheidet sie nicht mehr aus. Die Bässe geißeln jeden Laut,
die Leute verstehen sich kaum, und genau darum geht es.
Je schlechter sie sich hören, umso besser für sie.
Ola trinkt einen Drink aus, fängt einen Drink an. In Klubs
trinkt sie kein Bier, Bier ist schlecht für ihre Libido. Nur
Schnaps gibt ihr Energie. Und ein paar andere Details,
etwa das Bewusstsein der Stadt als solcher.
Vor langer, langer Zeit, als Mobiltelefone noch wie kleine
Langstreckenraketen aussahen, setzte sich Berlin via
Love Parade in Szene. Millionen zuckender Körper, das
Fest des Sommers, das Fest des energetischen, dank
einiger kreativer chemischer Mischungen sogar sehr
energetischen Menschen. Das Fest der Europäischen
Union, die sich nach dem Trauma der Berliner Mauer und
Die Basis ging in Führung. Der Überbau ging
underground. Zurzeit funktionieren sie nach dem
Prinzip der Gegensätze. Das einzige Kapital dieser Stadt
ohne touristische, aber mit jeder Menge existentieller
Attraktionen.
Eine davon ist Ola, wenn sie im Berghain ihre Glieder
räkelt. Und ihre Zweifel.
vom Bahnhof ZOO lieben würden, aber die würde keiner
reinlassen, und wenn sie anfingen, zu protestieren,
bekämen sie nur einen Tritt in ihre vom stundenlangen
Herumsitzen auf harten Fußböden so müden Hinterteile.
Ola reißt sich von jemandes Lippen los, dreht sich auf
dem Absatz um, springt wie eine erfahrene Raverin
nach der dritten Ecstasy-Pille in die Luft. Sie hat zu
viel Wodka getrunken, bevor sie herkam, sie hat zu
viel Wodka getrunken, seit sie herkam, sie denkt mit
Gedankenresten.
Mit geschlossenen Augen drängt sie sich durch die
Menge und zu einer der Toiletten. Vor ihr mindestens ein
Dutzend Möchtegern-Gören in der Disziplinarschlange.
Ola mit ihren einunddreißig Jahren und einem Monat,
die anderen Schönheiten nur ein paar Jahre jünger, auch
wenn sie auf sechzehn machen, nicht immer mit Erfolg.
Ola vermischen sich die Worte, sie hört Deutsch, klar,
eine Menge Englisch und Französisch, Arabisch. Ein
pinkelnder Turm zu Babel.
Die Kundschaft im Berghain unterscheidet sich zum
Beispiel von der Kundschaft des Q-Dorf in der Nähe
des berühmten Kudamms, wohin es Ola während ihres
vorherigen Aufenthalts beim Anfängerkurs für Übersetzer
einmal verschlagen hat. Jetzt ist sie fortgeschritten, jetzt
verträgt sie mehr Alkohol, kein Wunder. Das Q-Dorf, ein
gigantischer Spielplatz für Minderjährige und frische
Studienanfänger überflüssiger Studiengänge; nach
dem Abschluss landen sie in Discountern, Fast-FoodRestaurants und dunklen Partyhöhlen. Das Q-Dorf
macht die Anwesenden mit dem tapfer unverschämten
Hüftkreisen erotisierter Vortänzerinnen und Vortänzer
auf der Insel-Bühne heiß. Hier kann man problemlos
ohne Vorwarnung von jemandem eine aufs Maul kriegen,
dem unser Dasein nicht passt. Personen im Alter von
25 Jahren gelten hier als Senioren, die wie durch ein
Wunder noch am Leben sind.
Ola versucht die verlorenen Tage, Monate, Jahre hinter
sich zu lassen, die ihr Trost und Aussöhnung mit dem
Leben bringen sollten, aber nicht brachten. Dumm war
sie, dachte an Stabilität und dachte, irgendwie wird
das schon. Stabilität, das ist im Aquarium, wenn man
vergisst, das Wasser zu wechseln; das Wasser stinkt, und
die Fische gehen ein. Ola will aber ein Fisch mit Flügeln
sein, und wenn schon kein Fisch, dann wenigstens ein
Frosch, auch mit Flügeln, und zwischen den Becken hinund herhopsen.
Ins Berghain lassen sie selten jemanden, den sie ins
Q-Dorf lassen.
In die Tonbündel auf der Tanzfläche gehüllt, sagt sich
Ola, ich war ein kleines polnisches Mädchen, das Idylle
wollte und keine Ahnung hatte, dass dieses Wort nur
in Wörterbüchern existiert. Eine dumme Ziege war ich,
träumte nur von einer Wiese, auf der ich Gras rupfen und
glücklich meckern würde. Ich war Polin, Warschauerin,
Berlinerin, und was ich jetzt bin, weiß ich nicht, vielleicht
finde ich es heraus, vielleicht auch nicht, aber auch dann
werde ich es niemandem sagen, nicht einmal mir selbst.
Ich bin Ola.
Manchmal brauchen wir so furchtbar wenig zum
Glücklichsein, denkt Ola, gut, dass die Typen davon keine
Ahnung haben, die sich unseretwegen mit Schmuck,
Abendessen und Auslandsreisen ruinieren.
Warschau, warum hast du schon wieder Sehnsucht nach
mir, flüstert Ola, wo ich doch gar keine Sehnsucht nach
dir habe? Wenn ich zurückkomme, werde ich dein sein,
werde ich mich bemühen, dein zu sein. Jetzt bin ich
Berlinerin, Berghainerin. An diesem Ort, den alle Kinder
Sie ist an der Reihe, geht in die Kabine, setzt sich, lässt
den zu lange angehaltenen Urin fließen. Als der letzte
Tropfen gefallen ist, benetzt sie einen Finger mit Spucke,
fährt dort entlang, wischt sich mit Toilettenpapier ab. Sie
fühlt sich auf einmal unter Strom wie die Verurteilten auf
den elektrischen Stühlen, mit der Ausnahme, dass es in
ihrem Fall keine Hinrichtung geben wird.
Sie geht zum Spiegel über dem Waschbecken, frischt ihr
Make-up auf, erwidert das Lächeln der dunkelhaarigen
Frau neben ihr, die sich die Wimpern nachtuscht.
Ihre großen, nahöstlichen Augen lassen Olas ebenso
große, blaue Augen nicht mehr los. Sie trägt eine rote,
lange Tunika, darunter schwarze Hosen, die sofort
in den unergründlichen Schäften ihrer Keilabsatzstiefel
verschwinden. Ihre am oberen Ansatz leicht schiefe Nase
zieht ganz unverhohlen mit adlerhafter Geschwindigkeit
den Duft von Olas Parfüm ein, sie bläht ihre Nasenlöcher
wie ein gefährliches Tier in der Tiefe des Ozeans. Ein
prosa/proza/проза/проза
BERLINAWA
BERLINAWA
des Kalten Krieges im Europäischen Fiskal- und SexualPakt zusammengeschlossen hat, liebe Kinder, Enkel und
Urenkel der Zukunft. Als die Zeit der Techno-Ernten
endete, die DJs sich Überdosen gaben, die Schnittchen
alt und schlaff und unansehnlich wurden, nahm eine
neue Generation die Gated Communities in Besitz. Aus
offener Straße wurde Untergrund. Scheinbar mehr
Ordnung, aber im Grunde totales Chaos. Berlin verkam,
und mit ihm die Alteingesessenen und die Zugezogenen.
Berlin ging den Bach runter, als der wütende Rap
aus den Randbezirken explodierte, zu erkennen an
einem oder sogar zwei Mittelfingern. Sido & Bushido,
Fler und andere böse Jungs, fähig und reizbar wie
ein Schäferhund, der hungrig von der Leine gelassen
wird. Die Alternativen-Maschine setzte sich in Gang,
die Grünen, der Regenbogen, die gesamte Palette des
Off. Currywurst für unter zwei Euro, schrien sie. Sie
beherrschten den Überbau, in der festen Überzeugung,
dass sowieso keiner aufmuckt, Berlin bleibt eine
marginale Kleinstadt, beharrten sie. Die Basis scherte sich
einen Dreck darum, sie baute neue Potsdamer Plätze,
neue U-Bahn- und S-Bahn-Linien, neue Einkaufscenter,
neue Bürogebäude, und, vollkommen unvorstellbar
und geradezu ein Ding der Unmöglichkeit, neue DönerBuden, die den Sanitär-Vorschriften entsprachen. Die
Alternative wurde zum Mainstream, und der Mainstream
wurde zu VIVA.
85
radar
Dawid Kornaga Dawid Kornaga
© Ania Jaworska-Kruk
„Gerade alleine mit mir”, erwidert Ola. Sie würde ihren
Mund gerne vor Verachtung für irgendetwas Unsagbares
verziehen, es gelingt ihr nicht, ihr Mund bleibt in seiner
unbewegten, unaufgeregten Position.
prosa/proza/проза/проза
„Falls dir nach der Anwesenheit anderer ist, ich stehe
zur Verfügung. Meine Freundin hat mich sitzen lassen.
Wahrscheinlich macht sie sich immer noch fertig, sucht
ihre Sachen, zieht sich um, zieht sich aus, jedenfalls ist
sie nicht da, immer noch nicht da, ich bezweifle, dass sie
vor dem Nachmittag hier auftaucht”, lacht Haneen. „Ich
habe nicht vor, auf sie zu warten.”
radar
88
Ola erkennt einen norddeutschen Akzent. Sie beenden
die Auffrischung des Make-ups. Ola schlägt für die
Wartezeit einen Schnaps vor, bis die verspätete Freundin
kommt. Beide tragen ähnliche Handtaschen, aus
Wildleder, mit langen Riemen. Haneen hebt ihre hoch,
tut so, als würde die sich vor Olas Tasche verneigen,
beide lachen, aller Anfang ist Handtasche.
Sie gehen an die nächste Bar. Es folgt der StandardAustausch von Informationen, der nötig ist, wenn
man kein Facebook in der Nähe hat, das das für
einen übernimmt. Haneen kommt aus Bremen.
Ihre Eltern aus Damaskus. Sie sind noch vor dem
Mauerfall ausgewandert. Am Anfang war es nicht
leicht, Flüchtlinge aus islamischen Ländern haben es
doppelt schwer, sie lesen den Mythos von Sisyphos und
identifizieren sich vollkommen damit, und vergessen
darüber allmählich die Suren des Koran und anderen
Unsinn aus der alten Welt an der Grenze von Wüste und
Oase. Umzüge im Schnitt alle zwei Jahre, Ruhrgebiet,
Frankfurt am Main, München, Dresden, Stuttgart, überall
gut oder schlecht, aber nie für lange. Eine ergreifende
Geschichte für eine Spiegel-Reportage. Im Berghain
versteht man jedes sechste Wort. Haneen bemerkt diese
ungewollte Zensur, sie spricht kurz, stichwortartig,
flucht, trinkt, kichert über ihre eigenen Witze in Stile
von: warum nur ein deutscher Rentner mit einem
Arschtritt ein guter deutscher Rentner ist.
Ola bemerkt zu ihrem Leidwesen, dass ihr die Kraft fehlt
für vertiefte Konzentration, damit auch für Konversation,
sie schwankt, sie träumt von einem Energy-Drink. Sie
bestellt zwei, mischt sie mit Hochprozentigem.
Sie ist gerade auf Diät, erklärt Haneen, sie trinkt nur
pur, ohne was zum Nachtrinken. Sogar ohne Fritz Cola,
kommt sie der Frage zuvor, obwohl man die einfach nicht
nicht trinken kann, wenn man in Berlin wohnt. Ehrfürchtig
serviert ihr der Barmann die nächsten Shots, und ein paar
Zehn-Euro-Scheine wandern über die Theke.
Ola bekommt Schluckauf, der sich nicht beherrschen
lässt, sie wird nervös, in ihrem Kopf dreht sich alles
immer schneller, ein Karussell ohne Notschalter, sie stößt
„Wie soll man da das Berghain nicht mögen”, sagt Ola
und trinkt ihr Glas aus. „Da ist noch ein Rest Nacht, der
muss weg.”
Berghain, am Wriezener Bahnhof, sobota, po godzinie
3 nad ranem
śniej to zrobić, nie teraz, tak w ogóle. Nadrabia zaległości, jednocześnie żałując, że nadrabia zaległości.
Ludzie lubią seks. Ola lubi pociągi. Kiedy się już nimi
najeździ, też lubi seks. Szczególnie po przebyciu trasy
Warszawa-Berlin jej ochota na pożeranie życia rośnie
z prędkością larwy, która dorwała się do wilgotnego
listowia. Oli libido dostaje motorku w swoim rozgrzanym
tyłku i ani myśli zwolnić. Taki jej kurs, stacja końcowa
na czas jakiś. Stacja wytchnienia, stacja bycia Olą w całej
olowej okazałości.
W Berghain nie oszczędzają uszu. Muzyka przenika
myśli, połyka je, trawi, nie wydala. Biczuje basem wypowiadane zgłoski, ludzie ledwo się słyszą i o to chodzi, im
gorzej się słyszą, tym lepiej dla nich.
Ola kończy drink, zaczyna drink. Piwa nie pija, będąc
w klubie, piwo obniża jej libido. Wyłącznie sznaps ją
doenergetyzuje. I parę innych szczegółów, choćby sama
świadomość miasta jako takiego.
Ile w tym pozoru? Ile autentyku, tylko ona wie i nie ma
szans, byśmy się o tym dowiedzieli, rozłupali ją jak ostrygę i wszystkie soki jej świadomości wyssali.
Dawno, dawno temu, w czasach, gdy telefon komórkowy przypominał małą rakietę dalekiego zasięgu, Berlin
lansował się via Love Parade. Miliony podrygujących
ciał, święto lata, święto człowieka energetycznego,
nawet bardzo energetycznego dzięki paru kreatywnym,
chemicznym mieszankom. Święto Unii Europejskiej, co
się zawiązywała paktem seksualno-fiskalnym po traumie Muru Berlińskiego i Zimnej Wojny, drogie dzieci,
wnuki, prawnuczęta przyszłości. Kiedy skończył się czas
technożniw, kiedy didżeje przedawkowali, kiedy laski się
zestarzały, zwiotczały, zmarniały, nowa generacja przeniosła się do przestrzeni zamkniętych, zastrzeżonych.
To, co było uliczne, stało się podziemne. Niby więcej
porządku, choć bajzel zupełny. I tak marniał Berlin, wraz
z nim ludzie zasiedziali i ludzie przybyli. Marniał, kiedy
wybuchła eksplozja wściekłego rapu z przedmieść, co
pokazał środkowy palec, nawet dwa środkowe palce.
Sido&Bushido. Fler i kolejne złe chłopaki, co i zdolne,
i konfliktogenne jak głodny owczarek puszczony z łańcucha. Ruszyła machina alternatywy, zielonych, tęczowych,
wszystkich palet offu. Żądamy currywurst za najwyżej
2 euro, nie więcej, krzyczeli. Rządzili nadbudową, pewni,
że nikt im nie podskoczy, Berlin pozostanie miasteczkiem
z marginesu, upierali się. Baza, nie bacząc na to, budowała nowe place Poczdamskie, linie U-Bahn, S-Bahn, centra
handlowe, biurowce, zgodne z zasadami sanitarnymi, co
nie do pomyślenia, kebabownie. Alternatywa zamieniała
się w mainstream, mainstream w telewizję VIVA.
Berghain. Jest tyle miejsc ciekawych w pobliżu, choćby taki
Maxim, otwarty nawet wtedy, gdy inne kluby geschlossen,
gdzie berlińscy celebryci ze światka rapu bywają, a za nimi
ciągną tabuny równie utalentowanych naśladowców
i wyluzowanych lekkimi narkotykami grupies.
Ale Ola ostatecznie, nieodwołanie i najczęściej na całą
noc w Berghain ląduje. Czasem pół nocy, gdy kogoś pozna i z tym ktosiem rozmawia, tańczy z nim, przytula się
lub przekracza ten moment między przytulaniem
a ostentacyjną pieszczotą.
Ola doskonale rozumie oczekiwania dwóch płci
w stosunku do jej ciała. Bo na pewno nie wrażliwości,
tak zwanej duszy i spraw pobocznych. Inaczej by tu jej
nie było. Inaczej siedziałaby nad plikiem wypełnionym
kilkunastostronicowym fragmentem z książki Charlotte
Roche Schossgebete w ramach zaawansowanego, trzymiesięcznego kursu dla tłumaczy w Instytucie Goethego,
który zaczęła dwa dni temu.
– Jak masz na imię? – pyta jakiś on.
„Richtig so. Meine Freundin schafft es eh nicht mehr, soll
sie doch versauern”, erwidert Haneen.
– Ola – odpowiada Ola.
Sie machen Bye, Bye, Berghain. Das Rauskommen dauert
ein wenig, weil sich die Schlange der Rausgeher mit der
Schlange, oder vielmehr dem Schlänglein, der Reinkommer
mischt. Sie steigen in ein Taxi, Haneen ist russisch
betrunken. Sie entblößt ihr Innenleben bis zur Nacktheit.
Ola will ihr nicht nachstehen. Der Taxifahrer kriegt einen
Softporno im Rückspiegel gratis. Keine lange Fahrt, zum
S-Bahnhof Hackescher Markt, Ende des 19. Jahrhunderts
erbaut, wo Haneen in der Sophienstraße wohnt.
– Jak masz na imię? – pyta jakaś ona.
[Übersetzung: Saskia Herklotz]
– A ja nie – ucina Ola.
– Ola – odpowiada Ola.
Baza wyszła na prowadzenie. Nadbudowa przeszła do
undergroundu. Obecnie działają na zasadzie przeciwieństw. Jedyny kapitał tego miasta bez atrakcji turystycznych, za to pełnym atrakcji egzystencjalnych.
– Skąd jesteś? – pyta dana płeć.
– A skąd ty? – odpowiada Ola pytaniem.
– No, stąd.
– To skąd?
– Jakie to ma znaczenie, skoro jestem tutaj?
– Chyba żadne – przyznaje płeć.
– To nie rozmawiajmy – proponuje Ola.
I nie czekając na tak zwane przyzwolenie, kieruje swoje
usta w usta danej płci. Nie czuje obrzydzenia. Nie czuje
żadnych wątpliwości oprócz jednej małej, że mogła wcze-
prosa/proza/проза/проза
„Haneen”, sagt sie und gibt Ola ihre kleine, geschmeidige
Hand, ihre Fingernägel sind im Gegensatz dazu
klauenartig, sie könnte ohne weiteres in Zombie-Filmen
als Statistin auftreten. „Bist du alleine hier oder mit
jemandem?”
serienweise auf, sie könnte bekannte Songs spielen, in
Programmen für Chansonniers auftreten, meine Damen
und Herren, vor Ihnen steht eine äußerst originelle
Musikerin, die aufstoßend singt und singend aufstößt,
Haneen erklärt in den Pausen zwischen dem Aufstoßen,
dass sie sich von ihrem Freund getrennt hat, klar, sie ist
jetzt siebenundzwanzig, sie hätte seinen Heiratsantrag
annehmen sollen, aber sie kann sich einfach nicht
entscheiden, sie leidet an Polyamorie, klar, das ist keine
Krankheit, für Monogamisten jedenfalls, aber schlimmer
als Blutvergiftung, dagegen hilft nichts, es ist nicht ihre
Schuld, dass sie nicht nur mit einem anderen Menschen
zusammen sein kann, darauf trinken wir, Ola hebt ihr
Glas, Haneen hebt ihr Glas, sie lachen, weil Mädchen
nicht so viel in sich hineinschütten sollten, weil sie
dann länger in der Schlange vor der Toilette stehen,
was sich weder zeitlich noch wirtschaftlich rentiert, Ola
wird wieder von Schluckauf befallen, Haneen schürzt
wütend ihre vollen Lippen, sagt, dir werd' ich helfen, das
haben wir gleich, drückt ihre Lippen auf Olas, hängt an
ihnen und hängt und hängt, denn Ola erlaubt ihr, daran
hängenzubleiben, bis zur vollständigen Atemlosigkeit,
und als die eintritt, hängt Ola sich ab, und ein Wunder,
der Schluckauf ist weg, Haneen ist über und über rot
geworden, was man aber nicht sieht, die Hitze pulsiert
in ihren Wangen, auf die Ola jetzt ihre Hand legt, mit
der sie vorher das Glas gehalten hat, ihre Hand ist noch
eiskalt, und Haneens Haut glüht geradezu vor Hitze, Ola
verbrennt sich fast die Finger, das gefällt ihr, sie sagt, sie
muss sich für die Heilung vom Schluckauf bedanken, sie
zieht Haneen zu sich, steckt ihr die Zunge in den Hals,
tief, tief in den Hals, wahrscheinlich bis zu den Mandeln.
Uff, sie lösen sich voneinander.
89
Jedną z nich Ola wdraża w życie, rozciągając swoje członki w Berghain. Rozterki również.
Ola próbuje wyprzedzić stracone dni, miesiące, lata,
które jej ukojenie i pogodzenie z życiem miały przynieść,
a nie przyniosły. Głupia, myślała o stałości, łudziła się, że
jakoś to będzie. Stałość to jest w akwarium, kiedy zapominamy o wymianie wody; woda śmierdzi, rybki zdychają. Ola pragnie być rybą ze skrzydłami, a jeśli nie rybą, to
choć żabą, też ze skrzydłami i latać między zbiornikami.
Ola mówi sobie, przytulona do wiązki dźwięków, która
towarzyszy jej na parkiecie, byłam polską dziewuszką,
co chciała sielanki, kompletnie nie wiedząc, że to słowo
tylko w słowniku istnieje. Byłam głupią kozą, jedna
łączka mi się marzyła, na której będę skubała sobie trawę
i meczała zadowolona. Byłam polska, byłam warszawska,
potem berlińska, a teraz jaka jestem, tego nie wiem, może
się dowiem, a może nie, i tak nikomu nie powiem, nawet
radar
außerordentlich orientalisches, olivfarbenes Geschöpf,
dabei ostentativ hübsch.
radar
90
Jej kolej, zajęła kabinę, usadowiła się i oddała rozpuście
oddawania wstrzymanego zbyt długo moczu. Kiedy spłynęła ostatnia kropelka, naśliniła palec, przejechała nim tam,
przetarła papierem toaletowym. Poczuła się nagle podładowana jak ci skazańcy na krzesłach elektrycznych, z tym
wyjątkiem, że w jej przypadku nie doszło do egzekucji.
Czasem do szczęścia potrzebujemy tak okropnie niewiele,
pomyślała Ola, dobrze, że faceci nie mają o tym pojęcia, rujnując się dla nas na biżuterię, kolacje i zagraniczne wojaże.
Podchodzi do lustra nad umywalkami, poprawia makeup, odwzajemniając uśmiech stojącej przy niej i podkręcającej sobie rzęsy ciemnowłosej kobiety. Jej wielkie,
bliskowschodnie oczy łapią w swoje źrenice równie
wielkie, błękitne oczy Oli. Ma na sobie czerwoną, długą
tunikę, z której wyłaniają się czarne spodnie nurkujące po
chwili w otchłani cholew butów na wysokich koturnach.
Nie ukrywa, że jej lekko zakrzywiony u górnej nasady nos
poluje z orlą prędkością na zapach perfum Oli, rozszerzając swoje nozdrza jak jakiś groźny zwierz w głębi oceanu.
Istota była wybitnie orientalna, oliwkowa, do tego ostentacyjnie ładna.
– Haneen – mówi i podaje rękę, ma wiotką dłoń, malutką,
dla kontrastu szponiaste paznokcie, dzięki którym mogłaby
statystować w filmach o zombie. – Jesteś sama, jesteś z kimś?
– Gdybyś stęskniła się za obecnością innych, jestem do
dyspozycji. Koleżanka mnie wystawiła. Niby wciąż zbiera
się, ogarnia, przebiera, rozbiera, a nie ma jej, nadal jej
nie ma, wątpię, by dotarła przed popołudniem – śmieje
się Haneen. – Nie zamierzam na nią czekać.
Ola rozpoznaje północnoniemiecki akcent. Dokańczają
remastering makijażu. Ola proponuje schnapsa
w oczekiwaniu spóźniającej się koleżanki. Obydwie mają
podobne do siebie torebki z długimi paskami, zamszowe.
Haneen podnosi swoją, udaje, że ta składa ukłony przed
torebką Oli, śmieją się, pierwsze koty za torebki.
Idą do najbliższego baru. Następuje standardowa wymiana informacji, kiedy nie masz w pobliżu Facebooka,
który może to zrobić za ciebie. Haneen pochodzi z Bremy.
Jej rodzice z Damaszku. Wyemigrowali jeszcze przed
upadkiem Muru. Na początku ciężko było, uchodźcy pochodzenia muzułmańskiego mają podwójnie pod górkę,
zaczytują się w micie o Syzyfie i w pełni się z nim utożsamiają, stopniowo zapominając o koranicznych surach
i innych banialukach z dawnego świata na styku pustyni
i oazy. Przeprowadzki średnio co dwa lata, Zagłębie Ruhry, Frankfurt nad Menem, Monachium, Drezno, Stuttgart,
wszędzie dobrze lub źle, lecz nigdy za długo. Zajmująca
historia na reportaż do der Spiegel. W Berghain słychać
co szóste słowo. Haneen domyśla się tej mimowolnej
cenzury, mówi krótko, hasłowo, przeklina, pije, chichocze
z własnych dowcipów typu dlaczego dobry niemiecki
emeryt to kopnięty w dupę niemiecki emeryt.
Ola orientuje się z przykrością, że nie ma siły na pogłębioną koncentrację, tym samym konwersację, chwieje się,
marzy o napoju energetycznym. Zamawia dwa, miesza
z procentami. Haneen wyjaśnia, że jest na diecie, pije na
czysto i bez popitki. Uprzedzając pytanie, dodaje, nawet
bez Fritz Coli, której nie sposób nie pić, kiedy mieszka się
w Berlinie. Barman z szacunkiem podaje jej kolejne shoty,
dziesiątki euro idą się upić.
Ola dostaje czkawki, nie może jej opanować, zaczyna
się irytować, w głowie się jej kręci coraz szybciej, taka
karuzela bez zabezpieczeń, czka seriami, mogłaby wygrywać popularne melodie i brać udział w programach dla
szansonistów, przed państwem oryginalna wykonawczyni, co czka śpiewając i śpiewa czkając, Haneen wyjaśnia
w przerwach między czkaniem, że rozstała się z facetem,
owszem, ma dwadzieścia siedem lat i powinna przyjąć
jego oświadczyny, nie mogła się jednak zdecydować, bo
chyba choruje na poliamorię, jasne, to nie choroba, dla
monogamistów owszem, gorsza niż sepsa, nic nie poradzi, że nie potrafi być tylko z jedną osobą, cóż, wypijmy
za to, Ola podnosi drinka, Haneen podnosi kieliszek,
śmieją się, że panny nie powinny tyle w siebie wlewać, bo
dłużej muszą stać w kolejce do toalety, co się nie opłaca czasowo i ekonomicznie, Olę znów napada czkanie,
Haneen napusza gniewnie swoje obfite usta i mówi, ja
cię zaraz uleczę, przykleja się nimi do ust Oli, wkleja
się w nie i wkleja, ponieważ Ola pozwala się jej wklejać
aż do utraty tchu, a kiedy ta następuje, Ola odkleja się, cud,
czkawka przeszła, Haneen cała zarumieniona, nie widać
tego, czuć gorąc bijącą z jej policzka, na którym Ola kładzie
swoją dłoń oderwaną od trzymania szklanki, dłoń jest przez
to schłodzona, więc skóra Haneen dosłownie ją pali, Oli się to
podoba, mówi, że musi podziękować za uleczenie, przyciąga
do siebie Haneen, wprowadza w nią język, dociera nim chyba
do migdałków Haneen. Uf, odrywają się od siebie.
– Jak tu nie lubić Berghain – mówi Ola, dokańczając drinka.
– Przed nami resztki nocy, trzeba je zeżreć.
– Prawda. Koleżanka i tak nie dotrze, niech tam skiśnie
– odpowiada Haneen.
Robią pa, pa Berghain. Samo wyjście zajmuje trochę czasu, trzeba wpasować się w wężyk wychodzących, który
miesza się z wężykiem, w zasadzie wężyskiem, wchodzących. Wsiadają do taksówki, Haneen jest po rusku pijana.
Otwiera swoje wnętrze do samej nagości. Ola próbuje jej
dorównać. Taksówkarz ma darmowego sofciaka w lusterku wstecznym. Kurs niedługi, w okolice wybudowanego
pod koniec dziewiętnastego wieku S-Bahn Hackescher
Markt, gdzie przy Sophienstrasse mieszka Haneen.
Dawid Kornaga (1975, Polen) – Prosaiker und Feullietonist der Lifestyle-Kulturzeitschrift „Hiro”. Er debütierte 2003 mit dem Roman in Erzählungen Geschichtensucher, danach gab er die Bücher Gangrän (2005),
Verkehrte Wimpern (2007), Örtliche Betäubung (2008),
Single+ (2010) und Schnitte (2011) heraus. Er veröffentlichte Erzählungen in zahlreichen Anthologien sowie
Literaturzeitschriften, u. a. in „Lampa”. Ideengeber und
Redakteur der Anthologie Freitag, 2:45. Stipendiat des
Programms „Dagny” in der Villa Decius in Krakau (2011)
sowie des Goethe-Instituts (2012). Gegenwärtig arbeitet
er an seinem neuen Roman Berlinawa, dessen Auszug
oben präsentiert wird. Er wohnt in Warschau.
Dawid Kornaga (1975, Polska) – prozaik, felietonista
pisma lifestylowo-kulturalnego „Hiro”. Debiutował
w 2003 powieścią w opowiadaniach Poszukiwacze opowieści, następnie wydał książki Gangrena (2005), Rzęsy
na opak (2007), Znieczulenie miejscowe (2008), Single+
(2010) i Cięcia (2011). Publikował również opowiadania
w licznych antologiach oraz pismach literackich, m.in.
„Lampie”. Pomysłodawca i redaktor antologii Piątek,
2:45. Stypendysta programu „Dagny” w Willi Decjusza
w Krakowie (2011) oraz Instytutu Goethego (2012).
Obecnie pracuje nad nową powieścią Berlinawa, której
fragment prezentujemy powyżej. Mieszka w Warszawie.
prosa/proza/проза/проза
Do Berghain rzadko pozwolą wejść komuś, komu pozwalają wejść do Q-Dorf.
– Aktualnie sama ze sobą – odpowiada Ola. Chciałaby
wydąć usta w pogardzie do czegoś tam nienazwanego,
nie udaje się jej, usta pozostają w pozycji niewzruszonej,
niegniewanej.
91
radar
prosa/proza/проза/проза
sobie samej. Jestem Ola.
Warszawo, czemu znów za mną tęsknisz, szepcze Ola, skoro
ja za tobą nie tęsknię? Kiedy wrócę, będę twoja, postaram
się być twoja. Teraz jestem berlińska, berghainowa.
W miejscu, które pokochałyby wszystkie dzieci z dworca
ZOO, ale i tak nikt by ich tu nie wpuścił, a gdyby zaczęły
protestować, dostałyby kopa w swoje tyłki zmęczone wielogodzinnym przesiadywaniem na twardej podłodze.
Ola wyrywa się z czyichś ust, przekręca na pięcie i zaczyna
podskakiwać jak doświadczona rejverka po trzecim listku
extasy. Za dużo wódki wypiła przed przyjściem tutaj, za
dużo wódki wypiła po przyjściu tutaj, myśli resztkami myśli.
Z przymkniętymi oczami przebrnęła przez tłum, doszła
do jednej z toalet. Przed nią naście kandydatek na siksy
stało karnie w kolejce. Ona trzydzieści jeden lat i jeden
miesiąc, a te śliczności o parę młodsze, choć na szesnastki
pozują, niekoniecznie skutecznie. Oli mieszały się słowa,
słyszała niemiecki, to jasne, sporo angielskiego i francuskiego, arabski. Sikająca wieża Babel.
Towarzystwo w Berghain różniło się na przykład od towarzystwa w Q-Dorf w pobliżu słynnej ulicy Ku’damm, gdzie
Ola trafiła podczas poprzedniego pobytu dla początkujących tłumaczy. Teraz jest zaawansowana. Teraz spija więcej, w ogóle ją to nie dziwi. Q-Dorf, gigantyczna bawialnia dla nastolatków i świeżych studenciaków kierunków
niepotrzebnych; po studiach lądują w dyskontach, fastfoodach i szemranych imprezowniach. Q-Dorf podkręca
zebranych dzielnie rozzuchwalonymi pląsami rozerotyzowanych fordanserek i fordanserów na scenie-wyspie.
Bez większych starań można tutaj zaliczyć bez ostrzeżenia
bombę w policzek od kogoś, komu nie spodobało się nasze
jestestwo. Osoby w wieku dwudziestu pięciu lat uważane
są za seniorów, którzy jeszcze jakimś cudem żyją.
© Michal Aniempadystau
Daniel Odija Daniel Odija
BAŁWANS VERSCHWINDEN
ZNIKNIĘCIE BAŁWANA
prosa/proza/проза/проза
Der tiefblaue See wogte vor unseren Gesichtern, als
Witek Bałwan sich verschluckte. Er rief nur „Hurerei!“,
streckte die Hand nach uns aus und ging unter. Das
war sicher wegen seiner Socken. Sicher zogen ihn die
nach unten. Er wollte sie nicht ausziehen, weil er darauf
bestand, dass ihm sonst zu kalt sei. Hurerei! Zu kalt bei
einer Hitze von dreißig Grad, in der Sonne, in einem
Wasser warm wie in der Badewanne! Er hat sich volllaufen lassen, nicht zu kalt war’s! Zu dritt hatten wir uns
hingehockt. Wie Kinder, mit Wodka, in der Sonne. Na,
und dann wollten wir schwimmen gehen. Und ich erklärte ihm geduldig: „Zieh diese Socken aus! Die können
dich hinunterziehen!“ Aber er weigerte sich hartnäckig,
er wisse schon, was er mache, er wisse es schon. Total
sinnlos. Er beharrte immer auf seiner Meinung, drum
bestand er auch auf diesen Socken.
Das Schwimmen bereitete ihm offensichtlich Spaß. Er
preschte zirka fünfzig Meter im Kraulstil dahin und kehrte dann brustschwimmend zurück. Ziemlich erschöpft,
legte er noch zehn Meter im See auf dem Rücken zurück.
Er hielt inne (ein schwarzer Kopf auf dem silbernen
Tablett des Wassers) und lächelte uns zu. Und im selben
Moment verwandelte sich das Lächeln in Hurerei. Witek
Bałwan wedelte mit der Hand, als wolle er von uns Abschied nehmen, und verschwand. Ich weiß noch, was ich
damals dachte. Na also, die Socken haben das Ihre getan.
Bronek Zawada und ich machten nicht einmal den Versuch,
ihn zu retten. Wir schafften es kaum selber ans Ufer, obwohl
wir nicht weiter als bis zur Hüfte ins Wasser gegangen
waren. Aber die Prozente, aufgeheizt durch die Sonne,
brannten in unseren Schädeln verrückte Feuerwerke ab. Die
absurde Lächerlichkeit der ganzen Situation war so intensiv,
dass es geradezu weh tat. Wir verkrochen uns im Schatten
einer alten Erle, die sich übers Wasser neigte. Und ich glaube
Nach dem Erwachen begannen wir uns zu überlegen, was
wir Witek Bałwans Frau sagen sollten. Schließlich hatten
wir endlich begriffen, dass er ertrunken war. Im Grunde
hatte er rascher geendet als begonnen. Was soll man sagen,
zweiunddreißig Jahre eines Lebens, das ist nicht so lang.
Bronek Zawada schlug eine Lösung vor, die mir gefiel.
Wir waren nicht irgendwelche kleinen Lichter. Große
Nummern vielleicht auch nicht, aber ganz sicher keine
kleinen Lichter. Wir hatten an der Börse einigermaßen
verdient und einiges von den Eltern bekommen. Das
Häuschen von Witek Bałwan war ähnlich wie unsere, nur
ein wenig größer, und er hatte einen größeren Garten als
wir. Das Auto von Witek war besser als unsere, eigentlich
waren es drei Autos. Seine Frau schaute auch besser aus
als unsere. In jedem Detail war sie ein wenig schöner.
Denn intellektuell waren wir alle drei auf demselben Niveau, nämlich Zero. Als uns Witek Bałwans Frau jedoch
kommen sah, schwante sogar ihr, dass da etwas nicht
stimmte. Vor allem fehlte ihr Mann. Drei Kerle waren
weggegangen, und zwei kamen zurück. Ergibt: - 1.
Sie fragte, und da sagte Bronek Zawada: „Witek hat sich
mit so einer davongemacht. Wir haben noch versucht, ihn
zurückzuhalten, aber er ist mit dem Flittchen weggerannt. Das hat er seit langem geplant.“
W wodzie właściwie udawałem, że pływam. Stopami
dotykałem dna. W wodzie łatwiej było mi utrzymać równowagę niż na lądzie. Chciało mi się rzygać. Bronek Zawada też opierał się na wodzie, i też wyglądał na takiego,
któremu chce się rzygać. No, a ten idiota, Witek Bałwan,
wypłynął na środek jeziora! Zawsze był ambitny.
Pływanie sprawiało mu widoczną radość. Trzasnął jakieś
pięćdziesiąt metrów kraulem i wrócił krytą żabką. Dość
porządnie zmęczony odbił jeszcze dziesięć metrów w jezioro – stylem grzbietowym. Zatrzymał się (czarna głowa
na srebrnej tacy z wody) i uśmiechnął w naszą stronę.
A wtedy uśmiech przekształcił się w kurwę. Witek Bałwan
machnął ręką, jakby się z nami żegnał i zniknął. Pamiętam,
co wtedy pomyślałem. No tak, skarpetki zrobiły swoje.
Nawet nie próbowaliśmy z Bronkiem Zawadą go ratować.
Ledwo sami wyszliśmy na brzeg, choć nie weszliśmy dalej
niż po pas. Procenty podgrzane słońcem wystrzeliły w naszych głowach fajerwerkami oszołomienia. Natężenie tak
absurdalnej śmieszności całej tej sytuacji, że aż bolesnej.
Schowaliśmy się w cieniu starej olchy, która nachylała się
nad wodą. Coś mi się wydaje, że nawet zdrzemnęliśmy się.
Po przebudzeniu zaczęliśmy kombinować, co by tu powiedzieć żonie Witka Bałwana. Przecież w końcu dotarło
do nas, że jednak chłop się utopił. Na dobrą sprawę skończył się szybciej, niż zaczął. Co by nie mówić, trzydzieści
dwa lata życia to wcale nie tak dużo. Bronek Zawada
zaproponował rozwiązanie, które mi pasowało.
Nie byliśmy jakimiś tam cieniasami. Grubasami może też
nie, ale na pewno nie cieniasami. Dorobiliśmy się na giełdzie i mieliśmy trochę od rodziców. Domek Witka Bałwana był podobny do naszych, ale trochę większy, i ogród
miał większy od naszych. Samochód Witka był lepszy od
naszych, właściwie trzy samochody. Jego żona też prezentowała się trochę lepiej niż nasze. W każdym szczególe była odrobinę ładniejsza. Bo intelektualnie wszystkie
trzy były na tym samym poziomie, najniższym. A jednak,
gdy żona Witka Bałwana zobaczyła naszą dwójkę, nawet
ona wywnioskowała, że coś tu nie gra. Przede wszystkim
brakowało męża. Wyszło trzech facetów, wróciło dwóch.
Wynik: -1.
Spytała, a wtedy Bronek Zawada powiedział: „Witek
odszedł z taką jedną. Próbowaliśmy go powstrzymać,
ale pobiegł za tamtą suką. Planował to od dawna”.
Bronek Zawada był przekonywujący. Przynajmniej
dla żony Witka Bałwana. A przecież tylko o to nam
chodziło.
„Zawsze podejrzewałam tego kutasa, że pójdzie za jakąś
pizdą! Niech zapomni o prawach rodzicielskich! Zawsze
miał w oczach inne szpary… Ale mnie te oczy oszukały…
Pajac jeden, odejść z jakąś pizdą!”
Witek Bałwan jak dotąd nie wypłynął. Nikt go też nie
spotkał na którejś z ulic tego świata. Jego żona wciąż żyje
w niewiedzy. Gardzi zdrajcą.
SCHROTT
SZROT
Bronek Zawada war überzeugend. Jedenfalls für Witek
Bałwans Frau. Und schließlich ging es uns ja nur darum.
„Ich habe diesen Schwanz immer schon in Verdacht
gehabt, dass er hinter so einem Miststück her ist! Das Sorgerecht kann er vergessen! Er hat schon immer andere
Schnallen im Auge gehabt … Aber ich habe mich von
seinen Augen täuschen lassen. … So ein Kasperl, sich mit
so einer Nutte auf und davon zu machen!“
Witek Bałwan ist bislang nicht aufgetaucht. Und es hat
ihn auch keiner auf irgendeiner Straße irgendwo in der
Welt getroffen. Seine Frau lebt immer noch in Unwissenheit. Sie hat nur Verachtung für den Verräter.
[Übersetzung: Martin Pollack]
Es war meine erste Arbeit in Deutschland. Auf dem
Schrottplatz, beim Abwracken von Autos. Natürlich
schwarz, anders konnte ein Pole bei Westdeutschen nicht
arbeiten. Dort traf ich so einen Serben, seinen Namen
weiß ich nicht mehr. Er war es nicht wert, sich daran zu
erinnern, drum hab ich ihn vergessen. Er arbeitete schon
sieben Jahre auf dem Schrottplatz, und ich erst ein paar
Tage. Der Serbe gibt mir einen Hammer und sagt, ich soll
mit dem Hammer die Zylinder herausschlagen. Ich sage,
dass ich keine Ahnung habe, aber mir scheint, wenn ich
mit dem Hammer hinhaue, dann kann das zu kräftig sein,
dann kann der Zylinder zerspringen. Da passiert nichts,
der Zylinder zerspringt schon nicht, hau nur hin! Ich
denke mir, der Typ arbeitet hier seit sieben Jahren, da hat
er die nötige Erfahrung und weiß, wovon er redet, also
haue ich hin. Natürlich ist der Zylinder zersprungen, und
der Serbe hat mich gleich beim Chef verpfiffen. Ich bin nur
deshalb nicht aus der Arbeit geflogen, weil das mein erstes
Missgeschick war. Aber seither wusste ich, was dieser Serbe für ein Wichser war. Und ich begann ihn zu beobachten.
© Ania Jaworska-Kruk
radar
92
Im Wasser tat ich eigentlich nur so, als würde ich
schwimmen. Mit den Sohlen berührte ich den Boden. Im
Wasser konnte ich leichter das Gleichgewicht behalten
als draußen. Es war mir zum Speiben. Bronek Zawada
hielt sich auch am Wasser fest, er schaute auch so aus
wie einer, dem zum Speiben ist. Aber dieser Idiot Witek
Bałwan schwamm in die Mitte des Sees hinaus! Er war
schon immer ehrgeizig.
fast, dass wir ein wenig eingenickt sind.
Soczyście błękitne jezioro wspinało się przed naszymi
twarzami, gdy Witek Bałwan się zakrztusił. Krzyknął
tylko: „Kurwa!”, wystawił rękę i zapadł się pod wodę. To
pewnie przez te swoje skarpetki. Pewnie pociągnęły go
w dół. Nie chciał ich zdjąć, bo uparł się, że będzie mu za
zimno. Kurwa! Za zimno w trzydziestostopniowym upale,
w słońcu, w wodzie, która ciepła jak w wannie! Schlał się,
a nie za zimno! W trójkę się skuliśmy. Jak dzieci, wódką,
na słońcu. No i zachciało nam się popływać. A tłumaczyłem mu cierpliwie: „Zdejmij te skarpetki! Mogą pociągnąć
w dół!”. Twardo odmawiał, że on swoje wie, on swoje
wie. Zupełnie bez sensu. Zawsze stawiał na swoim, no
i uparł się z tymi skarpetkami.
radar
94
Na, aber dann lief das Visum ab, und die Arbeit hatte ein
Ende. Als ich nach Polen zurückkehrte, hielt die deutsche
Polizei meinen Fiat an. Ich zeigte meine Dokumente,
und sie kamen zum Schluss, dass ich schwarz gearbeitet hätte. Dafür landete man damals im Gefängnis, vor
allem wir Polen. Ich weiß nicht, worum es bei dem Allen
ging, ob um die ganzen Kriege, die wir gegen sie geführt
hatten? Oder vielleicht darum, dass das hier amerikanische Deutsche waren, und ich war aus dem sowjetischen
Polen, also war ich in den Augen der Westdeutschen ein
Ostpole, ein russischer Pole, mit einem Wort, doppelt
verdächtig. Aber vielleicht ging es gar nicht um diesen
politischen Scheiß und die Trennung in Kapitalisten
und Kommunisten, sondern um eine ganz gewöhnliche
menschliche Abneigung von der Art, die unter den entsprechenden Umständen leicht in den Hass einer Nation
gegen die andere umschlagen kann. Auf jeden Fall endete
damit mein Versuch, für die Familie in Deutschland etwas
zu verdienen, blitzartig. Ich weiß noch, das war in Ingolstadt. Als der Typ vom Konsulat nur hilflos die Hände
Sie steckten mich in eine Zelle mit sechs Personen. Lauter
Mörder. Ich war so verzweifelt, dass ich eine Schlägerei
provozierte. Mir war es zu eng in meiner Haut. Aber die
Kumpel saßen schon zu lange hier, um mich vorschnell
abzufertigen. Sie schauten sich mein Herumtoben an und
gaben mir den Spitznamen „Polonez“.
Dort war ein Türke, der die eigene Schwester umgebracht
hatte, weil es dabei um so was wie Familienehre ging,
später haben sie daraus angeblich sogar einen Film gemacht. Drum hatte jeder vor ihm Angst. Bekanntlich gibt
es dort einen Eimer für die ganze Zelle, und in den macht
man nur wenn’s wirklich sein muss, jeder kontrolliert seine Verdauung, um in der Zeit des Auslaufs zu scheißen.
Nur der Türke schiss, wann es ihm passte. Er verstänkerte
die ganze Zelle, so dass einem schlecht werden konnte.
Aber keiner sagte ein Wort.
Ich war nie vorher im Gefängnis gewesen. Ich kannte
die Regeln nicht, und als sich ein zweiter Türke im Gang
mit einem Deutschen zu prügeln begann, verschwanden
alle in ihren Zellen. Die beiden hatten schon Dampf in
den Fäusten, und ich Idiot warf mich dazwischen. Meine
Reaktion war untypisch, so ungewöhnlich, so völlig undenk-bar, dass der Türke und der Deutsche vor Staunen
aufeinander vergaßen, und es mir gelang, sie zu trennen.
Natürlich grillten mich die Schnittläuche, wer angefan
gen hatte, aber ich beharrte auf der Version, dass ich
von nichts wusste. Am nächsten Tag kam der Türke zu
mir und fragte, ob ich nicht einen Kaffee haben will,
und ich drauf, warum nicht? Seither tranken wir von
Zeit zu Zeit einen Kaffee, seinen Kaffee, miteinander.
Und der Deutsche? Er kam auch mit Kaffee und bot mir
einen Drink an. Er verstand es, einen Mix aus Tabletten
und Tschaj anzurühren, aber so ein Zeug wollte ich nicht
trinken. So einigten wir uns, dass er mir, wenn ich irgendwelche Tabletten auftreibe, diese in Kaffee umtauscht.
Damit sich was rührte, gab ich hin und wieder vor,
Bauchschmerzen zu haben. Dann gaben sie mir Tabletten gegen Verdauungsbeschwerden oder etwas gegen
Schmerzen, was angeblich noch besser in den Schädel
dröhnt. Aber ich tauschte die Tabletten gegen Kaffee um.
Dieser Deutsche hatte die schönste Tätowierung, die ich je
gesehen habe. Aus dem Augenwinkel rann eine blaue Träne,
die auf die herausgestreckte Zunge eines kleinen Frosches
tropfte, der auf seine Wange tätowiert war. Der Deutsche
sagte, diese Tätowierung sei das Werk seiner Freundin.
Im Gefängnis ist Arbeit ein Privileg. Denen, die nichts
arbeiten, zerfrisst die Langeweile das Gehirn, und die
Haut an den Händen wird so weich, dass sie platzt. In unserer Zelle war einer, der mit eigenen Händen seine Frau
umgebracht hatte. Genauer gesagt, er hatte sie erwürgt.
Er erwischte sie mit einem Kerl, der Liebhaber konnte
abhauen, sie aber nicht. Er packte die Frau an der Gurgel
und ließ sie erst los, als sie schlaff wurde. Er verteidigte
sich gar nicht gegen die Anschuldigungen. Und es tat ihm
nicht leid, was er getan hatte. Ich überredete ihn, sich mit
mir im Armdrücken zu messen. Ich wollte mich mit der
Hand eines Gattinnenmörders messen.
Nach ein paar Wochen kam ich frei. Ich gehe die Straße
entlang, da kommt mir der Blonde mit seinem Gorilla
entgegen. Im Knast hatte er auch einen Gorilla, und jeder
wusste, dass der Blonde der wichtigste Typ war, immer
top gekleidet, mächtig. Ich kannte ihn, aber nicht sonderlich gut, aber er, als er mich in Freiheit sieht, gleich:
„Polonez! Kumpel!“ Wir drückten einander wie Brüder
und der Blonde breitete vor mir die Schönheiten des Le-
To była moja pierwsza praca w Niemczech. Na szrocie,
przy złomowaniu samochodów. Oczywiście na czarno,
inaczej Polak u Niemców Zachodnich nie mógł pracować.
Tam spotkałem takiego Serba, nie pamiętam jego imienia. Nie warto było zapamiętać, to zapomniałem. On już
siódmy rok robił przy złomie, a ja dopiero kilka dni. Któregoś razu mieliśmy odzyskać cylindry z jakiegoś wraku.
Są na to delikatne sposoby, ale ten Serb daje mi młot
i mówi, że mam tym młotem wybijać cylindry. Mówię mu,
że ja się nie znam, ale wydaje mi się, że jak walnę tym młotem, to będzie za mocno i cylinder może pęknąć. Nic się nie
stanie, nie pęknie, wal! Myślę sobie, facet pracuje tu siódmy
rok, to ma doświadczenie i wie, co mówi, no to walnąłem.
Cylinder oczywiście pękł, a Serb natychmiast podpierdolił
mnie szefowi. Nie wyleciałem z roboty tylko dlatego, że była
to moja pierwsza wpadka. Ale odtąd już wiedziałem, co za
chuj z tego Serba. Zacząłem go obserwować.
Ciułał każdy grosz, zresztą jak wszyscy, ale podczepiał się
pod posiłki na krzywy ryj. Mieszkaliśmy w dużej przyczepie kampingowej, w pięciu chłopa pilnowaliśmy w nocy
szrotu. Jedynie Serb miał klucze do biura i pozwolenie
od szefa, że może od czasu do czasu dzwonić do domu.
To była jeszcze era telefonów stacjonarnych, komórki nie
pojawiały się nawet w snach. W biurze stał prymitywny
automat telefoniczny, który rejestrował rozmowy krajowe
i zagraniczne, nie wykazywał do jakiego kraju dzwonisz,
ale tylko to, że wykręcono numer krajowy albo zagraniczny. Brak dokładnego wykazu połączeń dał mi do myślenia. Serb dzwonił z tego automatu do swojej dziewczyny.
Robił to rzadko, żeby nie naciągać szefa. Wiedziałem
o tym i w nocy, gdy Serb chrapał, podpieprzałem mu
klucze od biura. Wykręcałem domowy numer i rozmawiałem sobie z żoną. Jak najdłużej, ile słów wystarczyło.
Nawet się kilka razy Irenka spytała, Wiciu a ty za dużo
nie tracisz pieniędzy na telefony do mnie? Kochanie,
w żadnym wypadku! I rozmawialiśmy dalej.
Serbowi nabiłem tymi rozmowami ciężkie pieniądze.
Gdy szef zobaczył wykaz rozmów zagranicznych, nieźle
się wkurwił. Zabrał Serbowi klucze od biura i potrącił mu
z wypłaty, choć Serb zaklinał się, że nie wie o co chodzi,
że dzwonił jak zwykle. Stał się podejrzliwy. Chodził
z morderstwem w oczach, ale nie domyślił się, kto go wykręcił na telefonie. Za to zrobił się jeszcze bardziej upierdliwy. No to któregoś dnia podpieprzyłem cztery pompy
wtryskowe i ukryłem w garażu kumpla. Rano zbiórka
bens aus, die er mir in dieser Stadt und in ganz Deutschland verschaffen könnte. Ich wusste, wenn ich einschlug,
würde mein Leben reich sein an allem was gut und was
schlecht ist. Aber ich sagte ihm, dass ich nach Hause
muss, zu meiner Frau, zu den Kindern, zur Familie. Dass
ich heimkehren muss, weil ich will.
Darauf lächelte der Blonde bloß ….
[Übersetzung: Martin Pollack]
wszystkich ze szrotu, kto ukradł pompy. Szef idzie wzdłuż
naszego szeregu, a gdy mnie mija, oczami pokazuję mu
Serba. Wypierdala go z roboty w sekundę. Serb jeszcze
próbował się bronić, że on tu przecież siedem lat pracuje,
ale nic nie pomogło. Zniknął nam z oczu w trzy minuty.
Nie powinien ze mną zadzierać.
No ale kończyła się wiza, kończyła się robota. Gdy
wracałem do Polski, zatrzymała mojego fiata niemiecka policja. Pokazałem dokumenty i doszli do wniosku,
że pracowałem na czarno. A wtedy za to wrzucali do
więzienia, szczególnie Polaków. Nie wiem, o co chodziło
w tym wszystkim, czy o te wszystkie wojny, jakie z nimi
prowadziliśmy. A może o to, że to były Niemcy amerykańskie, a ja z Polski radzieckiej, byłem w oczach Niemców
Zachodnich Polak Wschodni, Polak ruski, czyli podwójnie
podejrzany. A może wcale nie chodziło o całe to polityczne gówno oraz podział na kapitalistów i komunistów, ale
o zwykłą, ludzką niechęć z rodzaju tych, co często przy
sprzyjających warunkach przeradza się w nienawiść jednego narodu do drugiego. W każdym bądź razie wtedy
na próbie zarobienia na rodzinę u Niemców kończyło się
w piździe. Pamiętam, to było w Ingolsztadzie. Myślałem,
że zwariuję i kogoś zabiję, gdy koleś z konsulatu tylko
rozłożył ręce. Nawet nie pozwolili mi zadzwonić do żony.
Posadzili mnie w sześcioosobowej celi. Sami mordercy.
Byłem tak zrozpaczony, że prowokowałem do bójki. Za ciasno było mi w swojej własnej skórze. Ale chłopaki zbyt długo
już tu siedzieli, by pochopnie mnie przyciąć. Przyglądali się
mojej szarpaninie i dali mi ksywę „Polonez”.
Był tam Turek, który zabił własną siostrę, bo coś tam chodziło o rodzinny honor, chyba później nawet film o tym
zrobili. No to każdy się go bał. Wiadomo, jest jeden kibel
na całą celę i robi się do niego w ostateczności, każdy
regulował sobie żołądek, by srać w czasie na wybieg.
Tylko Turek srał, kiedy miał ochotę. Smrodził na całą
celę, rzygać się chciało. Ale nikt mu nic nie powiedział.
Nigdy wcześniej nie byłem w więzieniu. Nie znałem
zasad i gdy taki drugi Turek zaczął bić się na kortarzu
z Niemcem, wszyscy zniknęli w celach. Ci dwaj mieli już
ostre w dłoniach, a ja jak ten głupi rzuciłem się między
nich. Moja reakcja była nietypowa, tak niespotykana, tak
nie-do-po-myślenia, że Turek i Niemiec z wrażenia zapomnieli o sobie i udało mi się rozdzielić ich. Oczywiście,
klawisze wzięli mnie na ruszta, który z nich zaczął, ale
prosa/proza/проза/проза
Den Serben kostete ich mit diesen Gesprächen eine schöne Stange Geld. Als der Chef die Aufzeichnung der Auslandsgespräche sah, regte er sich mächtig auf. Er nahm
dem Serben den Büroschlüssel weg und zog ihm das vom
Gehalt ab, obwohl der Serbe Stein und Bein schwor, er
wisse nicht, was da passiert sei, er habe angerufen wie
immer. Er wurde misstrauisch. Er ging mit mörderischen
Blicken umher, aber er kam nicht drauf, wer ihn beim
Telefonieren abgezockt hatte. Aus dem Grund wurde er
noch pingeliger. Also ließ ich eines Tages vier Einspritzpumpen verschwinden und versteckte sie in der Garage
des Kumpels. Am Morgen wurden alle vom Schrottplatz
herbeizitiert, wer die Pumpen geklaut hatte. Der Chef
geht die aufgestellte Reihe entlang, und wie er an mir
vorbeikommt, deute ich mit dem Blick auf den Serben.
Im nächsten Moment ist er schon gefeuert. Der Serbe
versucht sich noch zu rechtfertigen, dass er schließlich
seit sieben Jahren hier arbeite, aber es hilft alles nichts.
Innerhalb von drei Minuten ist er aus unseren Augen verschwunden. Er hätte sich nicht anlegen sollen mit mir.
ausbreitete, dachte ich, ich werde verrückt oder bringe
jemanden um. Sie erlaubten mir nicht einmal, meine
Frau anzurufen.
95
radar
prosa/proza/проза/проза
Er sparte jeden Groschen, wie im Übrigen wir alle, aber
beim Essen schnorrte er sich auf fremde Kosten durch.
Wir wohnten in einem großen Campingwagen, zu fünft
bewachten wir nachts den Schrottplatz. Nur der Serbe
hatte den Schlüssel zum Büro und die Erlaubnis des
Chefs, manchmal zu Hause anzurufen. Das war noch die
Ära der Festnetztelefone, von Handys haben wir damals
nicht einmal geträumt. Im Büro stand ein primitiver
Telefonautomat, der Inlands- und Auslandsgespräche
registrierte, aber er zeigte nicht an, in welches Land man
anrief, nur, ob man eine inländische oder ausländische
Nummer gewählt hatte. Dass es keine genauere Anzeige
gab, brachte mich auf eine Idee. Der Serbe rief von dem
Automaten sein Mädchen an. Das machte er selten, um
den Chef nicht zu prellen. Das wusste ich, und in der
Nacht, wenn der Serbe schnarchte, klaute ich ihm den
Büroschlüssel. Ich wählte meine Nummer zu Hause und
unterhielt mich mit meiner Frau. So lang wie nur irgend
möglich, so viel mir Worte in den Sinn kamen. Irenka
fragte mich manchmal sogar. Wiciu, gibst du nicht zu viel
Geld für die Anrufe an mich aus? Auf keinen Fall, meine
Liebe! und wir unterhielten uns weiter.
ja trzymałem się wersji, że nic nie wiem. Na drugi dzień
przychodzi Turek i pyta, czy nie mam ochoty na kawę, ja
mówię dlaczego nie? Odtąd co jakiś czas piliśmy kawę,
jego kawę. A Niemiec? Też przyszedł z kawą i zaproponował drinka. Potrafił robić miksy z tabletek i czaju, ale
ja nie chciałem tego pić. No to zawarliśmy układ, że gdy
tylko zdobędę jakieś tabletki, on wymieni mi je na kawę.
Żeby się kręciło, od czasu do czasu udawałem ból żołądka. Dawali mi wtedy tabletki na niestrawność albo coś
przeciwbólowego, co podobno jeszcze lepiej waliło w łeb.
Ale ja tabletki wymieniałem na kawę.
Ten Niemiec miał najpiękniejszy tatuaż, jaki widziałem.
Z kącika oka wyciekała mu granatowa łezka, która kapała
na wystawiony języczek małej żabki, wytatuowanej na
policzku. Niemiec mówił, że ten tatuaż to dzieło jego
dziewczyny.
W więzieniu praca jest przywilejem. Niepracującym nuda
zżera mózgi, a skóra na dłoniach staje się tak delikatna,
że pęka. W naszej celi był taki jeden, który własnymi
rękami zabił żonę. Dokładniej, udusił. Przyłapał ją z facetem, gach zdążył uciec, ale ona nie. Chwycił żonę za gar-
prosa/proza/проза/проза
Daniel Odija (1974, Polen) – Prosaiker und Journalist.
Er debütierte mit dem Erzählband Reise auf der Stelle
(2000). Autor der Romane Straße (2001), Sägemühle
(2003), Lass es keinen Traum sein (2008) und Chronik
der Verstorbenen (2010) sowie des Erzählbandes Gläserne
Hütte (2005). Seine Bücher wurden zum NIKE-Literaturpreis nominiert. Seine Texte gehören zu der sozialengagierten Literatur. Er lebt in Słupsk.
radar
96
dło i puścił dopiero, gdy zwiotczała. Nawet nie wykręcał
się od zarzutów. I nie żałował tego, co zrobił. Namówiłem
go, by wziął się ze mną na rękę. Chciałem zmierzyć się
z dłonią mordercy żony.
Po kilku tygodniach wyszedłem. Idę ulicą, a z przeciwka zbliża się Blondyn z obstawą. W więzieniu też miał
obstawę i każdy wiedział, że Blondyn jest najważniejszy,
zawsze dobrze ubrany, miał władzę. Znałem go, ale nie
aż tak bardzo, a on gdy tylko zobaczył mnie na wolności,
od razu: „Polonez! Brachu!”. Uściskaliśmy się jak bracia
i Blondyn odkrył przede mną uroki życia, jakie może mi
zapewnić w tym mieście i w całych Niemczech. Wiedziałem, że gdybym tylko się zgodził, moje życie stałoby się
bogate we wszystko co dobre i złe. Ale ja mu powiedziałem, że muszę do domu, do żony, do dzieci, do rodziny.
Że muszę wracać, bo chcę.
A na to Blondyn się tylko uśmiechnął...
Daniel Odija (1974, Polska) – prozaik, dziennikarz. Debiutował zbiorem opowiadań Podróże w miejscu (2000).
Autor powieści Ulica (2001), Tartak (2003), Niech to nie
będzie sen (2008) oraz Kronika umarłych (2010), a także
zbioru opowiadań Szklana huta (2005). Jego książki były
nominowane do Nagrody Literackiej NIKE. Pisarz jest
kojarzony z nurtem tzw. prozy zaangażowanej. Mieszka
w Słupsku.
© Michal Aniempadystau
Auszug aus dem Roman
Уривок з повісті
prosa/proza/проза/проза
© Dorota Gawryszewska
radar
98
Die Frau:
Ich bin ein kleines Mädchen. Aus Versehen habe ich ein
Haar verschluckt. Jetzt warte ich auf den Tod. Draußen
dämmert es. Die Rosen an der Pforte sind aufgeblüht.
Alle sind fröhlich und lachen. Aber ich laufe herum
mit meiner Angst und traue mich nicht, irgendwem zu
sagen, dass ich ganz sicher sterbe. Ich möchte überhaupt
nicht sterben. Ich weiß noch nicht, was das ist – der Tod.
Vorstellen kann ich mir nur, dass ich nie wieder so einen
wunderbaren Sommerabend sehen werde.
Aber das war am nächsten Morgen vorbei. An diese Episode aus meiner Kindheit musste ich denken, als meine
Unzufriedenheit schon die kritische Grenze erreicht
hatte, als ich nur noch schreien wollte. Das Problem ist
nicht, dass mich niemand hören und mir helfen würde,
unter den schwarzen Flügeln der Regennacht hervorzukriechen. Sondern dass ich kein Licht mehr kenne außer
dem Licht der untergehenden Sonne, und auch das war
während des ewigen Regens erloschen.
Heute bin ich rausgegangen, aufs Wasser schauen. Urisch
wird nicht überschwemmt, weil es ganz praktisch auf den
Hügeln liegt, aber die Brücke könnte kaputt gehen, und
wie komme ich dann nach Lwiw?
Mein Mann wollte nicht mit. Er hatte seine Füße fast in
den Elektroheizer gesteckt und las. Er sieht mir nie in die
Augen und jetzt erst recht nicht. Die Maschine namens
Ehe ist kaputt. Ich bin in Gedanken alle Männer durchgegangen, die ich kenne. Und keiner von ihnen würde gern
Suppe ohne Fleisch essen und mich nachts nach meinem
ganztägigen Schweigen lieben wollen. Dieses erzwungene Schweigen ist mein unbesiegbarer weiblicher Instinkt,
kein Gespräch als Erste zu beginnen oder zu beenden.
Ich klammerte mich fest ans Brückengeländer, als ich
in die finsteren, braunen Wellen starrte. Nichts und
niemand würde mich zwingen herunterzuspringen, aber
der Teufel könnte mich stoßen. Er scheint in solchen Situationen hinter einem zu stehen. In dem Regen wirkten
sowohl die Berge als auch der Wald abstoßend und tot.
Wie viele Tiere das Wasser aus ihren Höhlen getrieben
hatte und wie nass die Störche in ihren Nestern geworden
waren. Niemandem geht es gut in diesem Wetter.
Abends war das Licht weg, und es war so kalt, dass ich
eingeheizt habe und auf den Ofen gekrochen bin. Vor
meinem Mann stand die Gaslampe, und er versuchte,
irgendwas zu lesen. Endlich hob er den Kopf und fragte:
„Hast du nicht irgendeine neue Vampirgeschichte oder
eine über diesen Herrn in dem schwarzen Anzug mit den
glänzenden Knöpfen?“
„Brauchst du Zerstreuung?“
„Ja“, sagte er und sah mich irgendwie komisch an.
„Hab ich nicht.“
„Schade, schade. Dir hängt Urisch bestimmt schon zum
Der Mann:
Sie ist gefahren. Kommt dann irgendwann froh und munter zurück, bringt haufenweise Bücher, Zigaretten, Kaffee
und Tee mit. Erzählt alles, was sie erlebt hat. Drei Tage,
nachdem sie gefahren ist, kommt ein Mann, so um die
Dreißig, ziemlich unangenehmer Typ mit einem schwarzen Bart. Fragt von der Tür aus:
„Wo ist denn die Hausherrin?“
„Nicht da, weggefahren.“
„Und wann kommt sie zurück?“
„Worum geht es denn?“, fragte ich. „Ich bin ihr Mann.“
„Ich muss die Hausherrin sprechen“, entgegnete er und
ging.
Ein Flegel, und was für einer.
Als meine Frau zurückkam, fragte ich sie nach diesem
Typen. Sie war ganz verwundert und sagte, dass sie so
jemanden nicht kenne. Nachts ging sie wieder weg und
kam erst gegen Morgen zurück.
„Hast du einen Liebhaber gefunden?“, fragte ich. Sie sah
mich so verwirrt an, dass sie mir beinahe leid tat. Obwohl
sie sich auch gut verstellen kann.
„Ich kann tun und lassen, was ich will. Du hast mich
freigelassen.“
„Du bringst mich noch dazu, dass ich gehe.“
„Du gehst viel zu oft, um für immer zu gehen.“
Früher war sie nicht so spitz. Hausherrin! Das Anwesen
ist so winzig, dass sich das ganze Dorf darüber lustig
macht. Über mich nicht, weil ich wie ein Haustier bin …
Wenn ich sie verlasse, dann rennt sie selbst ein Huhn um.
Das hält mich noch hier in diesem verfluchten Urisch,
wo es entweder regnet oder stürmt, wo Vampire und alle
möglichen Geister ihr Unwesen treiben. Wenn meine
Frau nicht rumstudieren würde, sondern hart in der
Landwirtschaft arbeiten wie die anderen Frauen im Dorf,
dann hätte sie nicht diese ganze Mystik im Kopf. Ich bin
auch Mystiker, aber ein theoretischer, und ich wärme mir
gern die Füße am Kamin, und ich hätte gern ein Arbeitszimmer mit Bücherregalen bis zur Decke. Aber ich habe
sie geheiratet und lebe in Urisch. Früher habe ich sie
wirklich geliebt. Eine Zeit lang kreisten wir auf derselben
Umlaufbahn um Urisch, bis ich begriff, dass ich jetzt
auf diesen hinterlistigen Planeten falle und nicht mehr
hochkomme.
Was kann ich denn dafür, dass sie so oberflächlich mit
mir redet? Warum sollte ich sie in mein Innenleben lassen, wenn ich keinerlei Bedürfnis danach verspüre? Sie
macht das nicht direkt. Sonst könnte ich sie ganz einfach
abprallen lassen, so wie einst meine Eltern. Sie schleicht
… Im Schlaf habe ich ihre Hand genommen, und sie hat
bis zum Morgen so neben mir gelegen. Ich bin schweißgebadet aufgewacht, wie nach einem Fieberanfall. „Du hast
im Schlaf geschrien und geweint“, sagte sie, als ich mich
über mich selbst wunderte. Und da fiel mir der Traum
wieder ein.
… Ich komme in mein Zimmer und sehe eine Mutter, die
sich über eine Wiege beugt. Darin liegt ein nacktes Kind,
und sein Gesicht ist so abstoßend wie das des Teufels. Mir
ist sofort klar, dass das der Leibhaftige ist und ich handeln muss. Ich fasse das Kind an den Beinen und schlage
es gegen die Wand, ohne auf das Schreien und Weinen
seiner Mutter zu achten. Diesen Traum habe ich meiner
Frau erzählt. Sie ist ganz blass geworden:
„Ich könnte mich nicht an einem Kind vergreifen.“
„Das war der Teufel in Gestalt eines Kindes. Und ich habe
ihn bekämpft.“
„Warum hast du dann geschrien und geweint?“
Sie hatte Recht, aber ich fand eine ganz einleuchtende
und logische Erklärung: „Die Mutter hat mir leidgetan.“
„Und wenn das nicht der Teufel war?“
Ihre Lippen zitterten, und sie verließ das Zimmer. Ich
lag noch zehn Minuten lang so da, betäubt von der
weiblichen Logik. Sie wollte mir ein unschuldiges Kind
unterschieben und mich als Verbrecher dastehen lassen.
Aber da fielen mir ihre besorgten Augen ein, als wir
gleichzeitig aufgewacht waren, und ihre Hand in meiner,
obwohl sie die auch hätte wegziehen können, und mein
Zorn legte sich etwas. Meine Frau glaubt wie ein kleines
Kind an gute Geister und Zauberer und ist unfähig, die
Absolutheit von Gut und Böse zu begreifen.
Die Ereignisse der vergangenen Nacht hatten uns einander wieder etwas nähergebracht. Wir gingen in den Wald.
Der See, in dem ich vergangenen Sommer geangelt hatte,
war mit Entengrütze überzogen. Meine Frau war so, wie
ich mich einst in sie verliebt hatte – ruhig und freundlich.
Diese Nacht liebten wir uns zum ersten Mal nach langer
Zeit wieder, und danach barg sie ihr Gesicht an meiner
Brust.
Aber als sie dachte, dass ich eingeschlafen war, ging
sie wieder weg. Ich lag unbeweglich da, außer mir vor
Schmerz und Empörung. Mein Herzschlag hallte durch
das ganze Haus.
Die Frau:
Die Sonne hat kurz hervorgeschaut und sich dann wieder
versteckt. Mein Mann hat mich an sich gedrückt und
mich dann wieder mit einer eiskalten Mauer umgeben.
prosa/proza/проза/проза
SONNENUNTERGANG IN
URISCH ЗАХІД СОНЦЯ В
УРОЖІ
sich an wie eine Katze, um ihr Opfer lebendig zu fangen
und es dann in einer dunklen Ecke zu verspeisen. Daraus
kann sich ganz schnell noch so eine abstruse Fantasie
entwickeln, im schlimmsten Fall ein Monster, das sie
dann endgültig aus der Bahn wirft. Wenn hier wenigstens
noch ein paar andere Leute von unserem Niveau wohnen
würden, dann hätte ich Gesellschaft, und sie wäre auch
vorsichtiger. Aber sie unterhält sich ja ausschließlich
mit ihren Freundinnen, die entweder alte Jungfern oder
Jungfrauen sind und es nur darauf anlegen, die männliche Würde niederzutrampeln. Sie braucht einen Spießbürger als Mann und ich eine Spießbürgerin als Frau.
Dann hätten wir ein normales Leben.
99
radar
Hals raus, oder?“
„Wie immer.“
„Du würdest gern irgendwohin fahren.“
„Lass uns zusammen fahren.“
„Du weißt doch genau, dass ich gerade erst zurückgekommen bin!“
Damit war das Gespräch zu Ende. Ich wischte es aus
meiner Erinnerung, wie mit einem feuchten Lappen. Als
mein Mann schlafen gegangen war, weil er sich an nichts
mehr die Füße wärmen konnte, saß ich noch auf dem
Ofen, bis er ausgekühlt war. Mir war die ganze Zeit so,
als ob draußen jemand an den Fenstern entlanggehen
würde, aber das konnte eigentlich nicht sein. Die Kälte
presste mein Herz zusammen. Ich werde auf immer und
ewig in diesem leeren Haus sitzen.
Halyna Pahutiak Галина Пагутяк
© Ania Jaworska-Kruk
prosa/proza/проза/проза
Але це минулося наступного ранку. Я згадала той випадок з дитячих літ, коли моє невдоволення сягнуло
крайньої межі, коли вже треба кричати. Не в тім річ,
що мене ніхто не почує й не допоможе вирватися
з-під чорних крил дощової ночі. А в тім, що я не знаю
більше ніякого світла, крім світла призахідного сонця,
та й те померкло під час дощів.
radar
102
Я сьогодні пішла дивитися на воду. Уріж не затопить,
бо він зручно всівся на горбах, але міст може зрушити, і як я тоді доберуся до Львова?
Чоловік не схотів. Запхав ноги ледь не в електричний
камін і читає. Він ніколи не дивиться мені в очі, а зараз тим більше. Машина, що зветься шлюбом, зламалася. Я перебрала у пам'яті всіх знайомих чоловіків.
І кожен з них без охоти їв би зупу без м'яса і не любив
би мене вночі після мого цілоденного мовчання. То
вимушене мовчання – у мене непереборний жіночий інстинкт не починати і не закінчувати розмови
першою.
Я щосили трималась за поручні мосту, коли дивилась
на похмурі бурі хвилі. Ніяка сила не змусила б мене
стрибнути вниз, але диявол міг би зіштовхнути. Здається, він стоїть за плечима у подібних ситуаціях. Під
дощем і гори, й ліс видавалися гидкими й мертвими.
Скількох звірят вода повиганяла з нірок і як промокли
бузьки в своїх гніздах. Нікому не є добре цієї пори.
Увечері пропало світло і було так холодно, що я розпалила і вилізла на піч. Гасова лампа стояла перед
чоловіком, і він силкувався щось читати. Врешті підвів голову і спитав:
– У тебе немає ніякої свіженької історії про опирів чи
пана в чорному костюмі з блискучими ґудзиками?
– Хочеш розважитись?
[Übersetzung: Lydia Nagel]
– Хочу, – сказав він і якось дивно подивився на мене.
– Нема.
– Шкода, шкода. Тобі вже, певно, набрид Уріж?
– Як завжди.
– Поїхала б кудись.
– Поїдемо разом.
– Ти ж знаєш, що я тільки-но вернувся!
На тім розмова обірвалася. Я наче мокрою ганчіркою
стерла її з пам'яті. Коли чоловік пішов спати, бо не
мав до чого гріти ноги, я ще довго сиділа на печі, доки
вона не вистигла. Мені все здавалося, що хтось ходить
під вікнами, але то не могло бути правдою. Холод стис
моє серце. Я довіку сидітиму в порожній хаті.
Чоловік:
Вона поїхала. Повернеться жвава, весела, понавозить
книжок, сигарет, кави і чаю. Розкаже все, що бачила.
Через три дні після того, як вона поїхала, прийшов
якийсь чоловік, років тридцяти, досить неприємний,
з чорною бородою. Привітався із порога:
– А де господиня?
– Нема, поїхала.
– А коли вернеться?
– А в чім річ? – питаю. – Я її чоловік.
– Мені треба вашої господині, – відрубав він і пішов.
Хам, та й годі.
Як вернулася жінка, я її спитав і описав того типа.
Вона дуже здивувалася і сказала, що не знає такого.
Вночі вона знову кудись пішла і вернулась аж під
ранок.
– Ти що, знайшла собі коханка? – спитав я. Вона так
розгублено подивилася на мене, аж стало шкода.
Втім, вона вміє і прикидатись.
– Я вільна робити все, що хочу. Ти мене звільнив.
– Ти мене доведеш до того, що я поїду звідси.
– Ти надто часто їздиш звідси, щоб поїхати назовсім.
Раніше вона не була такою гострою на язик. Господиня! Всього господарства, що пес та латка городу коло
хати. У селі з неї сміються. З мене ні, бо я – як домашня тварина… Якщо я кину її, то її й курка затопче. Це
ще мене втримує в тому клятому Урожі, де як не дощ,
то ураганний вітер, то опирі і всяка нечисть. Якби
моя жінка не вчилась по університетах,
а тяжко працювала коло худоби, як інші сільські
жінки, то не забивала б собі голову містикою. Я сам
містик, але книжний, і люблю гріти ноги коло каміна,
і хочу мати кабінет, де до стелі були б книжкові полиці. Але ж я одружився з нею і живу в Урожі. Я справді
любив її колись. Деякий час ми крутились на одній
орбіті довкола Урожа, доки я не зрозумів, що ось-ось
впаду на цю підступну планетку і вже не підведуся.
Я лежав ще хвилин десять, приголомшений жіночою
логікою. Вона хотіла підсунути мені невинне дитя
і зробити з мене злочинця. Але я згадав її стривожені
очі, коли ми одночасно прокинулись, й руку в своїй
руці, хоч вона могла її вийняти, і мій гнів трохи пригас.
Моя жінка як дитина вірить в добрих духів та чарівників і не здатна усвідомити абсолютність добра чи зла.
Що я, власне, їй винен, що вона так зверхньо розмовляє зі мною? Чому я повинен пускати її у свій внутрішній світ, коли не відчуваю ні найменшої потреби
у цьому? Вона це робить не прямо. Так я легко відшив
би її, як свого часу власних батьків. Як кішка підкрадається, щоб вхопити поживу і з'їсти її в темному
кутку. З цього може постати якась чергова фантазія, у
гіршому випадку – монстр, котрий зведе її остаточно
з пуття. Ще коли б довкола були люди нашого рівня, я
мав би якесь спілкування, та й вона була би обережнішою. А вона ж спілкується виключно з приятельками,
котрі як не старі діви, то дівки, і всі зациклені на тому,
щоб топтати чоловічу гідність. Їй потрібен чоловікобиватель, а мені – жінка-обивателька. Тоді б ми мали
нормальне життя.
Події минулої ночі нас трохи зблизили. Ми пішли до
лісу. Озеро, у якому я минулого літа ловив рибу, геть
затягнулося ряскою. Жінка була така, якою я колись її
полюбив: спокійна й привітна. Цієї ночі ми вперше за
багато днів любилися, і наприкінці дружина сховала
лице мені на грудях.
...Я уві сні взяв її за руку, і вона спала поруч аж до ранку.
Я прокинувся мокрий від поту, наче після гарячки.
«Ти кричав уві сні й плакав», – сказала вона, коли я сам
з себе дивувався. І тоді згадався сон, який щойно снився.
...Ніби я заходжу до себе в кімнату і бачу маму, схилену
над колискою. Там лежить гола дитина, і лице у неї
відразливе, наче у диявола. Я зразу усвідомлюю, що
це нечиста сила і її треба позбутися. Хапаю дитину за
ноги й б’ю нею об стінку, незважаючи на крик і плач
своєї матері. Цей сон я розповів дружині. Вона спочатку поблідла:
«Я не могла б підняти руку на дитину».
«То диявол у дитячій личині. І я його позбувся».
«Чого ж тоді кричав і плакав?».
Вона мала рацію, але я знайшов цілком пристойне
логічне виправдання: «Мені було жаль мами».
«А коли то був не диявол?».
У неї затремтіли губи, і вона вийшла з кімнати.
Але, дочекавшись, коли я засну, вона знову пішла.
Я лежав нерухомо, не тямлячи себе від болю й обурення. Серце калатало на всю хату.
Жінка:
Виглянуло сонце і сховалось. Чоловік пригорнув і знову оточив мене муром холоду. Чого він від мене хоче?
Я сама хотіла б з ним порозумітись. Але дотримуюсь
дистанції, яку він мені встановив. Мовчу. Ледь не вибухнула істерикою. Але стрималась. Сиділа в холодній
кімнаті, дивилась сухими очима на ряди книжок,
доки до горла не підступила нудота. Якби не неділя,
я б взялась за прання чи полола б моркву на городі.
Від самого слова «неділя» мене морозить. Мої неділі
майже завжди були самотні. Та й дощ надворі.
У Церкві правиться, чутно аж сюди. Люди прийдуть
додому, наїдяться вареників і полягають спати. Урізька сієста. Він каже, що я ненавиджу людей. То неправда: я можу любити тільки те, що мені належить,
а ненавидіти не маю права. Але й неділя скінчилася.
Вночі я відчула полегшення. Хай швидше минають
дні, а з ночами я вже сама собі дам раду.
І знаю, що так не можна жити, що треба мати або покірність, або силу до руйнування. Щось мене стримує.
Може, слабість. Варто мене приголубити, по-людська
заговорити, то я і ворога вважатиму другом. І попри
те, житиму так, як велить мені мій ледачий жіночий
розум: «Стрижено!».
prosa/proza/проза/проза
Жінка:
Я – маленька дівчинка. Ненароком проковтнула волосину. Тепер чекаю смерті. Надворі смеркається. Зацвіли ружі коло хвіртки. Всі люди веселі, сміються. А я
ходжу зі своїм страхом і не насмілюся сказати нікому,
що, певно, помру. Мені дуже не хочеться вмирати.
Я ще не знаю, що таке смерть. Лише здогадуюсь, що
більше не побачу цього чудового літнього вечора.
lieben, was mir gehört, zu hassen habe ich kein Recht.
Aber auch der Sonntag ging vorüber. Nachts verspürte
ich Erleichterung. Wenn nur die Tage schneller vergehen
würden. Mit den Nächten werde ich schon irgendwie
fertig. Ich weiß, dass man so nicht leben kann, dass man
entweder Ergebenheit braucht oder die Kraft, alles zu
zerstören. Irgendetwas hält mich zurück. Vielleicht die
Schwäche. Es reicht schon, mich zu liebkosen und mir
gut zuzureden, dann halte ich jeden Feind für einen
Freund. Und lebe dabei weiter nach meiner ganz eigenen
weiblichen Logik.
103
HALYNA PAHUTIAK (1958, Ukraine) – Prosaautorin und
Essayistin. Sie studierte ukrainische Philologie an der Universität Kiew, arbeitete in Schulen, dem Drohobytscher
Museum und der Lemberger Gemäldegalerie. Sie hat über
fünfzehn Prosabände verfasst u.a.: Die Aufzeichnungen des
weißen Vogels (1999), Sonnenuntergang in Uroż (2003),
Romane Schriftsteller der östlichen Pforte der Berghütte
(2003), Die Diener aus Dobromil (2006), Die Bücherträger
aus dem Königreich (2007), Gotik aus Uroż (2010), Die
verzauberten Musikanten (2010), Die Träume von Julie und
Hermann (2011). Ihr Werk wurde mit dem Schewtschenko-Preis und zweimal mit dem Literaturpreis „Portal”
ausgezeichnet. Sie lebt in Lemberg.
ГАЛИНА ПАГУТЯК (1958, Україна) – прозаїк, есеїстка.
Закінчила українську філологію Київського державного університету, працювала у школах, Дрогобицькому
краєзнавчому музеї, Львівській картинній галереї.
Авторка понад 15-ти книг прози, серед яких: Записки
Білого Пташка (1999), Захід сонця в Урожі (2003),
романи Писар Східних Воріт Притулку (2003), Слуга
з Добромиля (2006), Книгоноші з Королівства (2007),
Урізька готика (2010), Зачаровані музиканти (2010),
Сни Юлії і Германа (2011). Лауреат Шевченківської
премії та двічі – літературної премії „Портал”. Живе
у Львові.
radar
Was will er von mir? Ich würde mich ja auch gern besser
mit ihm verstehen. Aber ich halte mich an die Distanz,
die er festgelegt hat. Ich schweige. Fast wäre ich hysterisch geworden. Aber ich habe mich beherrscht. Ich habe
in dem kalten Zimmer gesessen und mit trockenen Augen
auf die Buchreihen gestarrt, bis mir die Langeweile hochkam. Wenn nicht Sonntag wäre, würde ich die Wäsche
machen oder im Garten Unkraut jäten. Aber schon allein
von dem Wort Sonntag fröstelt mich. Meine Sonntage
waren fast immer einsam gewesen. Und draußen regnet
es. In der Kirche ist Gottesdienst, es ist bis hier zu hören.
Die Leute kommen nach Hause, essen sich an Warenyki
satt und legen sich schlafen. Urischer Siesta. Er sagt, dass
ich die Menschen hasse. Das stimmt nicht. Ich kann nur
radar
104
M
E
Es duftet. Ich hätte den Weg im Dunkeln gefunden, immer der Nase nach. Es duftet im ganzen Treppenhaus.
„Komm rein. Möchtest Du etwas trinken? Das ist Ania,
Beata, die zweite Ania – ich glaube, ihr kennt euch – das
ist Karolina. Iwonka kommt später. Ania, Beata, Ania, Karolina, macht euch miteinander bekannt. Was trinkst du?“
„Gerne einen Tee.“
„Tee?“, kräht Ania, die ich vermutlich kenne, und kratzt
sich an der Wade. Sie hat unwahrscheinlich lange Fingernägel, sie kann sich alles kratzen, ohne alles mit der
Hand zu berühren, nur mit den Fingernägeln, in fünffacher roter Entfernung zum Körper. „Wir haben Wodka,
Wein. Den Wein habe ich mitgebracht, spanischen.
Spanischer ist der beste.“
„Französischer ist der beste. Französischer Wein, das
nenne ich Wein. Die restlichen Weine sind keine Weine“,
behauptet Karolina. Vermutlich ist es Karolina, vielleicht
aber auch die zweite Ania, es ist ein bisschen zu schnell
gegangen und ohne Händedruck, wenn man jemandem
die Hand gibt und ihm in die Augen schaut, merkt man
sich den Namen. Ohne Händedruck, vielleicht Ania,
vielleicht Karolina. Bestimmt nicht Iwonka, Iwonka
kommt später.
„Ich mache heute Hähnchen, zu Hähnchen passt am
besten spanischer. Oder kalifornischer, aber wir haben
keinen.“ Magda, die Gastgeberin, schlüpft in einen Topfhandschuh mit Gänschenmuster und öffnet so behandschuht die Schatzhöhle des Ofens. „Schenkel. Darf es
ein Schenkel sein?“
„Egal“, sagt die zweite Ania, falls es nicht Karolina ist.
„Sie stopfen sowieso allen möglichen Scheiß in die
Hähnchen, die Hähnchen fressen diesen ganzen Scheiß,
nicht nur die Schenkel, das ganze Hähnchen ist mit dem
Scheiß vollgestopft, Schenkel hin, Schenkel her, das
bleibt sich gleich. Meine Freundin hat ihrem Kind nur
Hähnchen zu essen gegeben, einem Mädchen, dem
dann Brüste zu wachsen begannen.“
„Was ist daran schlimm? Mädchen wachsen nun mal
eher Brüste.“
„Aber doch nicht einer Fünfjährigen, Karolina, Mensch!“,
Ania, ja, das ist bestimmt Ania, sonst hätte sie nicht zu
Karolina Karolina gesagt, das muss Ania sein.
„Wir haben schon Brüste, wir können uns also ein Hähnchen erlauben“, lacht Magda und berührt zärtlich das
R
A
R
A
goldene Häutchen, das die Schenkel umspannt, das Gold
in der Schatzkammer des Backofens, Midas’ Frau wird
Gold essen. „Schlimmstenfalls werden sie größer“.
„Ich möchte nicht, dass meine noch größer werden“,
stellt die fest, die bisher noch nichts festgestellt hat, Beata, sie hat vermutlich nur auf die Titten gewartet, um sich
zu Wort zu melden, denn sie fasst sich stolz ans Körbchen
Größe D, fasst sich an die Titten, denn umfassen lassen
sich die Titten nicht, mindestens 85D. „Bei mir geht alles
auf, bei Meetings in der Arbeit, immer geht der Verschluss auf, ich referiere etwas, das Angebot, die Nachfrage, und schwups geht das Angebot auf!“, sie schüttelt
ihre Melonen mit stolzer Nostalgie.
„Du wolltest Tee, nicht wahr? Also Tee oder Wein?“
„Tee.“
„Vielleicht doch Wein? Oder lieber erst einen Tee bei
der Kälte. Was für einen willst du? Zitrone, Litschi,
Vanille oder grünen Tee?“
„Es ist üblich geworden, Tee zu trinken, wenn es kalt ist,
oder? Tee hält aber keineswegs die Wärme, Nüsse sollte
man essen. Am besten Haselnüsse. Karolina, wasch den
Salat, ja? Oder ich wasche ihn, und du schneidest die
Wassermelone.“
„Du machst es mit Wassermelone? Jam.“
„Einmal hast du es mit so gelben Kugeln gemacht,
was war das?“
„Honigmelone.“
„Honigmelone, jam.“
„Aber sie hatten keine schönen Honigmelonen,
da musste ich eine Wassermelone kaufen.“
„Ich kann nicht mehr. Ich kann nicht mehr, ich bin so
hungrig“, schluchzt Beata. „Ich gehe ins Wohnzimmer,
ich halte es hier in der Küche nicht aus. Es riecht zu gut.
Wann ist das Hähnchen fertig? Nimm deinen Tee und
komm.“
Endlich die Erlösung. Schluss mit Kulinarien. Technische Erfindungen. Heidegger, die besten Handcremes,
skandinavische Literatur, was hast du zuletzt im Kino
gesehen, sind die Kinder gesund, angeblich gehen jetzt
die Windpocken um, und wohin schickt ihr den Kleinen
in die Schule, Ferien macht ihr sicher in Bulgarien, schön
und preisgünstig, na und das Meer, warmes Meer.
Beata setzt sich aufs Sofa. Das Sofa wölbt sich gehorsam.
Im Schlepptau einer an die Decke peitschenden Duftwelle erscheinen endlich die Hähnchen, erscheinen auf den
Tellern Schenkel, goldfarbene, epilierte und gebackene,
vom Backen fertige Schenkel. Hinter den Schenkeln
erscheint Magda, von den eigenen Schenkeln getragen,
Und schließlich erscheinen auf ihren plumpen Schenkeln die Bacchantinnen der Hähnchenschenkel, um sich
im gebackenen Hühnergold zu suhlen, es zu lutschen,
zu küssen, mit der Zunge zu liebkosen und mit roten
Fingernägeln zu zerreißen. Um nur Schenkel auf der
Zunge zu haben. Den Schenkeln mit einer Lobeshymne
zu huldigen. Eine unendliche Flut saftiger Adjektive,
schmackhafter Metaphern, goldfarbene Schenkel, ihr
seid ein Geschenk des Himmels! Ich verehre dich, goldener Schenkel, ich verehre dich, Orangensaft, der du den
Schenkel stundenlang eingeweicht hast, ich verehre dich,
Hähnchengewürzmischung, die du beim Abschmecken
das letzte Wort hast. Ich verneige mich vor dir, Hölle des
Backofens, der du unsere Schenkel so gülden vergoldet hast.
Sie erscheinen, setzen sich, besetzen mit ihren Schenkeln
das Sofa, nehmen die Hähnchenschenkel in die Hand,
und das Gelutsche und der Schenkellobgesang geht
weiter. Die Hähnchenschenkel polstern ihre eigenen
Schenkel aus. Die nicht vergoldeten, nicht goldbraun
gebratenen Schenkel, die niemand mit der Zunge streichelt, niemand auspresst, niemand verschwendet auch
nur einen Gedanken an diese blassen, behosten Schenkel,
niemand schreibt ein Gedicht über sie, niemand will
sie essen. Ihr solltet Magdas kulinarischen Strategien
vertrauen und gestatten, dass man euch in den Backofen
schiebt und goldbraun brät.
Ihre Fingernägel hängen über dem Tisch wie die Eiszapfen unter den Autos im Winter, in orangefarbenen,
grünen (Pinienkerne) und weißen, gepunkteten Dip getauchte, hähnchenfettglänzende Fingernägel. Alle greifen
wie auf Kommando nach einem neuen Schenkel, neuen
Schenkel, einem neuen, noch einem. Sie schnippen mit
den Fingern über dem Teller, als würde das ihnen helfen,
den schönsten Schenkel auszuwählen, ZauberschwurBeschwörung. Versteck dich, Julius Cäsar, die Würfel sind
gefallen, die Knochen fallen munter weiter. Sie falten
die Fingernägel um die Gläser, schäm dich, Diogenes, sie
haben deine Tonne geleert, sie umgeworfen und sind in
Tonnen vom Sofa gerollt.
„Ich glaube, ich muss rülpsen. Entschuldigung“, sagt
beim Einatmen Beata. „Ööääh. Na.“
„Rülps, rülps, Beata, wohl bekomm’s!“
„Das ist jetzt allgemein üblich.“
„In manchen Ländern gilt es als Ausdruck fehlender Kultur, wenn man nach dem Essen nicht rülpst.“
„Außerdem ist rülpsen gesund. Ööääh. Entschuldigung.“
„Oder man muss etwas auf dem Teller lassen. Ich glaube
in der Türkei hören sie erst dann auf dich zu füttern,
wenn du einen Rest auf dem Teller lässt.“
„Mich würden sie wahrscheinlich drei Tage füttern müssen, ich lasse nie etwas auf dem Teller.“
„Macht ihr auf?“, fragt Ania schläfrig und zeigt mit dem
fettigen Finger auf die Tür. „Ich glaube, jemand klingelt.“
„Ich mach auf.“ Ich stehe auf, nehme die Tasse in die
Hand, damit sie mir nicht mit den Schenkeln in den Tee
tropfen. Das ist Iwonka. Iwonka, die sich verspätet hat,
wer zu spät kommt, der bekommt den letzten Schenkel.
prosa/proza/проза/проза
E
© Ania Jaworska-Kruk
prosa/proza/проза/проза
D
aber was sind diese Schenkel schon gegen die Schenkel
auf den Tellern, nicht so golden, nicht so epiliert, nicht
so backfertig, ihr Duft steigt nicht als goldene Melodie in
den Himmel auf. Niemand begehrt sie.
105
radar
85D, zwei Stück, sie machen es sich auf der natürlichen
Ablage von Beatas Bauch bequem, sie hören auf rumzuhängen, entspannen sich und legen sich auf die Seite.
„Steht mir die Bluse?“, Beata fasst sich erneut an den
Busen und bringt ihn etwas besser in Stellung. „Ich
habe nämlich in zwei Tagen ein Date und weiß nicht, ob
ich sie tragen soll oder nicht. Wirke ich darin nicht zu
eingeschnürt?“ Ich richte meinen analytischen Blick auf
die in Tuch gewickelten laibförmigen Oberschenkel, auf
das hausgemachte Fleisch, das Beata sich in den Kopf
gesetzt hat anzukleiden, mühevoll und vollkommen
überflüssigerweise, statt Scheiben abzuschneiden und
an der Wursttheke zu lassen. Du bist wohl eine schlechte
Schwimmerin, Beata, wenn du gleich drei Rettungsringe
brauchst. Aber mich hast du mit den Ringen aus dem
kulinarischen Sumpf gezogen, Lob sei dir, essbare Beata,
Heidegger und Woody Allens neuester Film, und wohin
schickt ihr den Kleinen in die Schule.
„Gut. Schnürt nicht ein. Nur …“
„Ich kann es kaum erwarten, bis das Essen fertig ist.
Weißt du, was ich alles heute nicht gegessen habe, um
hierherzukommen? Ich habe kein Mittagessen gegessen,
kein Abendessen und zum Frühstück habe ich nur einen
Joghurt gegessen. Sonst habe ich nichts gegessen. Eben
damit ich hier etwas essen kann. Magda ist die beste
Köchin der Welt, die Hähnchen liegen seit heute früh in
Orangensaft, ich weiß das, weil ich früher schon angerufen und gefragt habe, was die Hähnchen machen, und
Magda mir gesagt hat, dass sie seit heute früh in Orangensaft liegen. Einmal hat sie was mit Kümmel gekocht,
ich liebe Kümmel, weil der gut für die Verdauung ist, und
ich sage, es schmecke gut, weil es mit Kümmel sei, Magda
aber sagt, das sei kein Kümmel, sondern Kumin. Kumin!
Unglaublich. Und später machen wir dann Brownies.
Magst du Brownies? Oder kennst du jemanden, der keine
Brownies mag? Und Obst-Crumble. Mit Eis.“
Beata steckt ihre Würstchenfinger in die Schälchen auf
dem Tisch. In das Schälchen mit grünem Inhalt. In das
Schälchen mit orangefarbener Tunke. In das Schälchen
mit weißer, gepunkteter Sauce. Sie hält ihre Würstchen
im Schälchen bis die weiße Masse sich auch unter dem
Ring am Ringfinger verteilt hat. Dann steckt sie sich jedes
Fingerwürstchen in den weit aufgerissenen Mund und
leckt es mit einem Kuhschlecken ab, schwungvoll. Der
Tee will mir nicht mehr schmecken. Und wird kalt.
„Dips fürs Hähnchen.“ Das Würstchen bekommt einen
weißen, dickflüssigen Tropfen zu fassen, der gerade dabei
ist, in der Depression zwischen Beatas 85D-Körbchen zu
verschwinden. „Der grüne ist am besten. Probier mal.
Ich glaube mit Basilikum. Magda!“, brüllt Beata und
hebt ihre Wurstkollektion ein wenig über das Sofa.
„Der grüne, ist der mit Basilikum?“
„Mit Basilikum und Petersilie!“, brüllt Magda zurück, mit
dem Topfhandschuh gegen den Türrahmen gelehnt. „Und
mit Olivenöl, ein bisschen wie Pesto, aber nicht ganz.
Und mit Pinienkernen.“
„Das gibt’s ja nicht, Pinienkerne“, stöhnt Beata. „Da weiß
man wenigstens, dass man lebt, nicht wahr?“
Zośka Papużanka Zośka Papużanka
„Ich habe in Peru Meerschweinchen gegessen.“
Punktabzug.
„Meerschweinchen?“
„Ja, auf einen Stock aufgespießte Meerschweinchen.“
„Wie schmecken die?“
„Ich würde um nichts in der Welt Meerschweinchen
Warum esse ich nichts. Ich weiß nicht, warum ich nichts
esse, warum esse ich eigentlich nichts, vielleicht esse ich
nichts wegen dem neuesten Film von Woody Allen, weil
ich Kätzchen adoptiert habe, vielleicht esse ich nichts,
weil ich gerne Griechisch können würde, um Homer in
der Straßenbahn im Original zu lesen. Ich esse nichts,
weil ich euch betrachte, ihr Rubensweiber, und wer euch
betrachtet, dem vergeht die Lust am Essen, dem bleiben
die Schenkel im Halse stecken, der muss in den sauren
Apfel beißen, dem fliegen gebratene Tauben zu, im Land,
wo Milch und Honig fließen, wo er sich seine Brötchen
hart verdienen muss, unser tägliches Brot, für den hängen die Trauben zu hoch, dem schenkt man reinen Wein
ein, wer war zuerst da, das Huhn oder das Ei, das Ei des
Kolumbus.
„Hast du keinen Appetit?“
„Was, du hast keinen Appetit? Ich habe immer Appetit.“
„Dein Tee ist alle.“
„Soll ich dir einen Kamillentee machen? Oder Melisse?“
„Kau ein paar Kümmelsamen. Kümmel regt den Appetit
an. Vielleicht willst du etwas Süßes?“
„Brownies! Wir wollten doch Brownies machen! Wer
kommt mit Brownies machen?“, appelliert Magda an die
Runde. Alle Mägen erheben sich.
„Ich kann die Schokolade zergehen lassen. Ich liebe es
zuzusehen, wie die Schokolade zerfließt.“
„Weil du immer naschst!“
„Klar nasche ich. Wozu ist das Leben sonst da?“
Genau. Da sind auch schon die Schlussfolgerungen. Das
Leben ist zum Naschen da. Sie eilen in die Küche. Eine
fängt gleich an Mehl zu sieben, eine zweite mixt mit dem
Mixer, eine dritte lässt die Schokolade zergehen und
nascht. Und tunkt die dicken Finger bis auf den Grund
und wartet bis ihnen braune Handschuhe ankleben und
leckt sie dann ab. Eine vierte stellt den Backofen ein, eine
fünfte hält den Anfang der Welt im Ei in der Hand, sie
zerschlägt die Schale und kämpft sich zum Eidotter vor.
Sie rühren, quirlen, naschen. Sie trinken Wein. Spanischen.
„Ich bin so satt von diesen Schenkeln. Ich weiß nicht,
ob ich noch Platz für die Brownies finde.“
„Du bräuchtest eine Feder.“
„Wozu eine Feder?“
„Waren die Römer vollgefressen, sie fraßen im Liegen,
halb liegend, damit es besser runterrutschte, dann nahmen sie eine spezielle Feder, gingen austreten, stocherten
mit der Feder in der Kehle herum, und schon konnten
sie wieder etwas essen.“
solche, die nur zwei Sachen essen, zum Beispiel Brot und
Würstchen. Würstchen? Dabei ist in den Würstchen ein
furchtbarer Scheiß, um nichts in der Welt würde ich meinem Kind Würstchen geben. Als ich klein war“, verliert
sich Ania in Träumereien, „nahm meine Oma mich auf
lange Spaziergänge mit. Ich war schrecklich dünn, hatte
aber eine ehrgeizige Oma. Sie knetete weißen Käse mit
Sahne und Zucker in einem Glas, gab Obst dazu und zeigte mir die Welt. Schau, Ania, das Blümchen da, schau,
Ania, der kleine Schmetterling. Ich machte den Mund
weit auf, weil mir die Welt so gefiel, und ratzfatz landete
ein Löffel mit Käse und Sahne im Mund. Großmütter sind
die schlimmsten. Aber zum Füttern die besten. Meine
Oma gab mir Wasser mit Himbeersaft, und später wollte
ich weder Milch noch Grießbrei. Vater musste die Flasche
in rotes Papier einwickeln. Versteht ihr, in rotes Papier.
Ich bin trotzdem nicht darauf reingefallen. Mädchen,
auf die Brownies müssen wir ein bisschen warten.
Was machen wir jetzt?“
Scrabble. Bettgeheimnisse. Oder zumindest sich selbst
bemitleiden. Arcade-Spiele. Was ich zuletzt gelesen
habe. Von mir aus sogar über die Arbeit. Mein Chef, der
Drecksack, meine Chefin, die Kuh. Vor kurzem traf ich
… Ich war bei dem Stück über … Ich habe die Ausstellung gesehen von diesem … Ich habe mir neue Schuhe
gekauft. Vielleicht steigen sie wenigstens auf die Schuhe
ein. Hochzeit feiert man in Schuhen.
„Wir wollten doch noch Obst-Crumble machen“, erinnern
sie sich, heiliger Hyazinth mit den Teigtaschen. ObstCrumble, Obst-Crumble“, flötet Ania oder Ania. „Die
Streusel habe ich vorher schon gemacht, ihr müsst nur
das Obst vorbereiten“, verteilt die gute Hausfrau die Aufgaben, die gute Ehefrau steht gern am Herd und kocht,
was das Männerherz begehrt. Obst-Crumble, das Obst
vorbereiten! Und sie stürzen sich mit Fingern und Zungen
auf das Obst. Die Johannisbeeren mit ihren klitzekleinen
schwarzen Bommeln platzen zwischen ihren Fingernägeln. Gierig pflücken sie mit den Lippen die rosafarbenen
Brustwarzen der Himbeeren, sie drehen die Blütenstielkronen von den Erdbeeren ab. Sie lassen die Obstperlen
wie einen Rosenkranz durch die Finger gleiten und flüstern dabei die süßen Gebete des zum Verzehr geeigneten
Altjungfernstands. Niemand lässt euch durch die Finger
gleiten, niemand macht euretwegen jam, vergebens das
Rot eurer Lippen und Fingernägel.
„Willst du vielleicht noch einen Tee? Was für einen jetzt,
Litschikaramellvanillezitrone? Kommt gleich. Du musst
dich wirklich schlecht fühlen, du hast nichts gegessen.
Wenn jemand nichts isst, fühlt er sich schlecht, das ist
allgemein bekannt. Karolina, mach noch einen Tee, lass
die Himbeerperlen für einen Augenblick in Ruhe. Ania
und Ania, ein Teechen für unsere Kranke, für unsere
Patientin ohne Appetit. Die Brownies sind gleich fertig,
willst du Brownies? Du musst die Brownies probieren,
Magdas Brownies sind unschlagbar. Ich lass dich nicht
gehen, ohne dass du wenigstens von meinen Brownies
probiert hast. Oder iss Obst-Crumble. Dazu gibt es Eis.
Schokoladenvanillehimbeereis. Eis ist das beste Mittel für
ruk
„Was war das Außergewöhnlichste, was ihr je in eurem
Leben gemacht habt?“
Pause. Vielleicht macht es klick. Vielleicht erzählen sie
gleich von einem Bungeesprung, von der Besteigung des
Kilimandscharo, ihrem Übertritt zum Islam, der Adoption
von fünf Kätzchen, von der ehrenamtlichen Arbeit im
Kinderkrankenhaus, vom Griechischlernen, um in der
Straßenbahn Homer im Original lesen zu können. Ein
Punkt für mich.
Und schon bin ich im Minus.
„Warum isst du nichts?“
„Glückliche Römer“, seufzt Karolina.
„Ich kann dir helfen, soll ich?“, Ania streckt ihr die Finger
hin, rote schokoladenumrahmte Fingernägel. „Am besten
geht es mit einem fremden Finger. Angeblich.“
„Hört auf, Mädchen!“, ruft Magda, die in die Schüssel
mit dem Teig kichert. Brownies. „Hört auf, sonst mach
ich mir vor Lachen noch in die Hose! Mit einem fremden
Finger, du liebes bisschen, ich muss aufs Klo, ich bepiss
mich gleich!“ Sie übergibt die Schüssel den ausgestreckten Händen und läuft, um mit ihrem Wein das Ziel
noch rechtzeitig zu erreichen. Sie hat die Tür nicht ganz
zugemacht, die gleichmäßigen Umdrehungen des Mixers
vermischen sich mit dem gesunden, kräftigen Strahl, aus
rot wird gelb, kulinarische Meisterin der Metamorphose.
„Und wo kaufst du die Eier? Solche schönen Eier. In
meinem war ein doppeltes Eigelb“, sagt eine der Tratschtanten. „Natürlich nicht im Supermarkt, ich würde nie
im Supermarkt Eier kaufen“, sagt die Dame des Hauses.
Eine gute Hausfrau ist der beste Hausrat. „Ich auch
nicht! Ich auch nicht, den Supermarkteiern sagen wir
alle nein!“, brüllen alle und verdrehen die Augen beim
bloßen Gedanken an Supermarkteier. Eine Gemeinschaft.
Wundervoll. „Ich habe eine Marktfrau, bei der ich immer
meine Eier kaufe“, behauptet die gute Hausfrau. „Einmal
habe ich Eier im Supermarkt gekauft, in einer blauen
Schachtel, macht das nie, nie in einer blauen Schachtel,
sie haben furchtbar gestunken. Sie halten die Hühner wer
weiß wo, sie geben ihnen wer weiß was zu essen, und
dann stinken die Eier. Das können wir nicht akzeptieren“,
rufen die guten Hausfrauen. Salz und Brot tun stets Not.
Ein kühler Trunk macht Alte jung, sagt das junge Küchenhäschen, das behänd wie ein Püppchen ist. „Schiebt die
Brownies schon rein, man muss sie sofort reinschieben,
wenn der Ofen die richtige Temperatur hat. Vielleicht isst
du was?“, Magda hat sich an mich erinnert. Sie hat sich
erinnert und nimmt mich mit einer mütterlichen Geste in
den Arm, in der Hand hält sie immer noch einem Zepter
gleich den Rührstab, von dem die Schokolade auf den
Boden tropft. „Du isst überhaupt nichts. Ist was passiert?
Schmeckt es dir nicht? Wenn ich koche, schmeckt es allen.“ Den Magen weitende Aufschriften auf den großmütterlichen Küchentüchern. Bunte Schürzen mit eingeriebenen, übersehenen Teigröllchen, mit eingebranntem Loch
von einem heißen Blech mit Käsekuchen, im Käsekuchen
Rosinen. „Wenn dich etwas bedrückt“, muntert mich
Beata auf, „dann hilft am besten Schokolade. Es ist noch
ein bisschen von der geschmolzenen Schokolade übrig,
möchtest du?“ Und sie schiebt mir den Topf unter die
Nase, innen braun, Beweismaterial für die Polizei, sie hat
im Topf von allen Fingern Abdrücke hinterlassen.
„Mich bedrückt nichts.“
„Iss trotzdem was. Ein gesunder Mensch hat Appetit. Es
gibt solche Tropfen, die den Appetit anregen, mein Neffe
wollte nicht essen, als er klein war, da haben sie ihm welche gegeben, und nun isst er normal. Oder Rennie-Tabletten? Rennie räumt den Magen auf. Eben deshalb will ich
keine Kinder haben“, sagt Iwonka philosophisch, „weil
ich mich erinnere, wie meine Mama sich abmühen musste, damit ich etwas aß. Ich habe Angst, dass meine Kinder
das von mir erben. Es gibt Kinder, die überhaupt kein Gemüse essen. Man kann sie nicht davon überzeugen. Oder
a-K
Jaworsk
Ein Versuch. Man muss einen Versuch machen, man kann
sich nicht kampflos ergeben und in zerlassener Butter
versacken. Jetzt muss man sie packen. Auf die Gabel
spießen.
essen.“
„Ein bisschen wie Hähnchen, gut.“
„Meerschweinchen, jam.“
„Ich habe Wespen gegessen. Bei uns im Programm“, Ania
versinkt in Gedanken, „war einmal ein Typ, der nur Würmer aß. Ganz normal wie Timon und Pumbaa. Er brachte
gebratene Wespen mit. Und eine von diesen gebratenen
Wespen habe ich gegessen.“
© Ania
„Ihr habt nicht auf mich gewartet? Ich musste länger in
der Arbeit bleiben. Ihr habt alles aufgefressen? Ich bin
Iwonka“, sagt Iwonka. „Habt ihr mir nichts übrig gelassen?“ Sie schnallt den Gürtel ein Loch weiter. „Ich war
heute extra im Fitnessstudio, wenn ich ins Fitnessstudio
gehe, habe ich später kein schlechtes Gewissen, dass
ich mir die Wampe vollschlage.“ Sie plumpst mit ihren
muskulösen Schenkeln aufs Sofa. „Worüber habt ihr
gesprochen?“
„O Gott, Iwonka, worüber wir alles gesprochen haben.
Über das Schmatzen, das Rülpsen, die Überlegenheit
des Backpapiers über die Alufolie, über hitzebeständiges
Geschirr, über Majoran, Gabeln, Wein.“
„Über dies und jenes. Was gibt’s Neues bei dir? Wie
läuft’s mit Maciek?“
„Mit Maciek läuft’s gut.“ Iwonka lächelt. Vielleicht
endlich ein anderes Thema, vielleicht mal nicht über
Schenkel und Gabeln. „Wir hatten vorgestern Jahrestag,
er hat mich in das Restaurant auf der Sławkowska-Straße
eingeladen, wo sie frische Muscheln haben.“ Nein, doch
nicht, meine Schuld. „Wisst ihr, was das heißt, frische
Muscheln, es gibt nur einmal in der Woche frische Muscheln, danach sind sie nicht mehr frisch, ich habe etwa
vierundvierzig Stück gegessen. Ich weiß nicht, wie ich
später zum Taxi gerollt bin.“
„Ich hatte auch vor kurzem Jahrestag, und wisst ihr
was?“, Magda streift die Zuhörerinnen flüchtig mit einem
honigsüßen Blick. „Mein Kerl hat mir erlaubt, mir selbst
ein Geschenk auszusuchen, was ich will, egal was.“
„Und was hast du dir ausgesucht?“
„Ich habe mir einen Brenner für Crème brûlée ausgesucht.“
„Einen Brenner für Crème brûlée?“
„Einen Brenner für Crème brûlée!!!“
„Ich liebe Crème brûlée! Ich wollte immer so einen
Brenner haben.“
„Ja genau! Brownies! Wir wollten doch Brownies
machen!“
radar
108
Zapachniało. Mogłam iść po ciemku, kierując się tylko
nosem. Nos wiódł. Pachniała cała klatka schodowa.
– Wejdź. Napijesz się czegoś? To jest Ania, to jest Beata, to
jest druga Ania, chyba się znacie, to jest Karolina. Iwonka
jeszcze przyjdzie. Aniu, Beato, Aniu, Karolino, poznajcie
się. Czego się napijesz?
– Herbaty, chętnie.
– Herbaty? – zapiała Ania, którą chyba znałam, drapiąc
się w łydkę. Miała niebywale długie paznokcie, mogła się
podrapać we wszystko bez dotykania wszystkiego tego
dłonią, samymi paznokciami tylko, pięciokrotny czerwony dystans wobec ciała. – Mamy wódkę, wino. Wino ja
przyniosłam, hiszpańskie. Najlepsze jest hiszpańskie.
−Najlepsze jest francuskie. Francuskie wino to jest wino.
Reszta wina to nie jest wino – stwierdziła Karolina. To
chyba była Karolina, a może ta druga Ania, trochę za
szybko i bez podania ręki, gdy człowiek podaje rękę i patrzy w oczy, zapamiętuje jego imię. Jak nie podaje, może
Ania, może Karolina. Na pewno nie Iwonka, Iwonka
jeszcze przyjdzie.
Ich habe die Wohnung verlassen. Ich atme frische Luft.
Am Tor des Nachbarhauses kotzt ein glücklicher Römer.
Rezept für Obst-Crumble. Obst unter einer Streuseldecke.
Die Streusel machst du aus Mehl. Ein halber Teelöffel
Backpulver, zum Backen, zum Backen. Schneide die Butter in Würfel, Kubikwürfel, ganz gleichmäßige Würfel,
die räumliche Geometrie ist Zierde jeder Küche. Und
Demerara-Zucker, niemand weiß, was das ist, aber wie
das klingt. Süßer Demerara-Zucker. Kneten und ab in den
Kühlschrank. Dort wird es dem Teig kalt, und er verwandelt sich in Streusel. Man muss ihn einfrieren, damit er
mürbe wird.
Und jetzt das Obst. Zähl die violetten Heidelbeerperlen,
die roten Johannisbeeren. Küss die Himbeeren, küss sie,
denn sie fallen schnell vom Strauch und sind nicht für die
Ewigkeit bestimmt. Weißt du, dass man früher das Wort
Himbeere mit jugendlicher Schönheit verbunden hat?
Drücke die Sauerkirsche an die Wange, sie ist glatt wie
die Wange. Lege ein Bild aus Obst. Du kannst die Angst
legen, wenn du dich fürchtest, oder die Freude, wenn du
einen Grund dazu hast. Oder leg kein Bild, wenn du mit
Obst nichts zu sagen hast. Bestreue das Obst mit Vanillezucker. Es wird süßer als
am Strauch, als auf dem Baum. Der Mensch soll die
Welt verbessern.
Erhitze den Backofen kräftig, kräftig, 220 Grad, würde
man dich reinschieben, eine Minute und die Arbeit wäre
vollbracht, aber dem Obst-Crumble kann die Hitze nichts
an. Ziehe die Schlüsse daraus! Guten Appetit!
[Übersetzung: Andreas Volk]
– Ja dzisiaj robię kurczaka, do kurczaka jest najlepsze
hiszpańskie. Albo kalifornijskie, ale nie mamy. – Magda,
gospodyni, założyła kuchenną rękawicę w gąski i otwarła
uzbrojoną dłonią sezam piekarnika. – Udka. Mogą być
udka?
– Wszystko jedno – powiedziała druga Ania, jeśli nie
Karolina. – I tak pakują w te kurczaki różne gówno, żrą
to całe gówno kurczaki, nie tylko udka, cały kurczak
gównem napchany, udko nie udko. Moja znajoma dawała
dziecku same kurczaki, dziewczynce, i piersi jej zaczęły
rosnąć.
– No to chyba dobrze. Dziewczynkom rosną piersi raczej.
– Ale nie pięcioletnim, Karolina, no! – Ania, tak, to na
pewno Ania, skoro powiedziała do Karoliny Karolina, to
ona jest Ania.
– My już mamy piersi, możemy sobie pozwolić na
kurczaka. – Zaśmiała się Magda, z czułością dotykając
złotej skórki opinającej udka, złoto w skarbcu piekarnika,
królowa Midasowa będzie jadła złoto. – Najwyżej nam
większe urosną.
− Ja to już bym nie chciała, żeby mi większe urosły
– stwierdziła ta, co jeszcze niczego nie stwierdziła, Beata,
czekała chyba na te cycki, żeby się odezwać, bo złapała
się dumnie za D, za cycki się złapała, bo dookoła cycków
złapać by się nie mogła, 85 D co najmniej. – Wszystko mi
się rozpina, zawsze mi się rozpina w pracy na zebraniu, ja
coś referuję, że podaż, że popyt, a tu mi się rozpina taka
podaż! – Wstrząsnęła bufetem z dumną nostalgią.
– Herbaty chciałaś, prawda? To herbaty czy wina?
– Herbaty.
– A może wina jednak? Albo najpierw lepiej herbatę,
bo zimno. Jaką chcesz? Cytrynową, liczi, waniliową,
zieloną?
– Tak się utarło, że jak zimno, to się pije herbatę, nie?
A herbata wcale ciepła nie trzyma, orzechy trzeba jeść.
Najlepiej laskowe. Karolina, sałatę umyj, dobrze? Albo ja
umyję, a ty pokrój arbuza.
– Z arbuzem zrobisz? Mniam.
– A raz to zrobiłaś z takimi kulkami żółtymi, co to było?
– Melon.
– Melon, mniam.
– Ale nie mieli ładnych melonów, musiałam kupić arbuza.
– Już nie mogę. Już nie mogę, jestem taka głodna – załkała Beata. – Idę do pokoju, nie mogę w tej kuchni wytrzymać. Za bardzo pachnie. Kiedy ten kurczak będzie? Weź
sobie herbatę i chodź.
Wreszcie zbawienie. Kulinariom koniec. Odkrycia techniczne. Heidegger, najlepsze kremy do rąk, literatura
skandynawska, co ostatnio widziałaś w kinie, czy dzieci
zdrowe, teraz podobno epidemia ospy, a gdzie posyłacie
Małego do szkoły, urlop to chyba w Bułgarii, pięknie i niedrogo, no i morze, ciepłe morze.
Beata siadła na sofie. Sofa wgłębiła się posłusznie. 85 D,
dwie sztuki, ułożyły się wygodnie na naturalnej półce
brzucha Beaty, przestało im być zwisająco, rozluźniły się
i rozłożyły na boki.
– Dobrze mi w tej bluzce? – Beata złapała się ponownie
za biust i poukładała go nieco foremniej. – Bo mam za
dwa dni randkę i nie wiem, czy w niej iść, czy nie. Nie
zwija mi się za bardzo? – Spojrzałam analitycznie na udowe bochny w płótno zawinięte, na swojskie mięcho, które
Beata uparła się ubierać, z trudem i niepotrzebnie, zamiast się poobkrawać i zostawić na stoisku z wędlinami.
Źle pływasz chyba, Beata, skoro ci trzy koła ratunkowe
potrzebne. Ale mnie wyciągnęłaś kołami z kulinarnego
bagna, chwała ci, Beato spożywcza, Heidegger i najnowszy film Allena, i gdzie posyłacie Małego do szkoły.
– Dobrze. Nie zwija się. Tylko...
– Już się nie mogę doczekać, kiedy to jedzenie będzie.
Ty wiesz, czego ja dzisiaj nie zjadłam, żeby tu przyjść?
Obiadu nie zjadłam, kolacji nie zjadłam, na śniadanie
tylko jogurt zjadłam. I nic więcej nie zjadłam. Właśnie po
to, żeby tutaj coś zjeść. Magda gotuje najlepiej na świecie,
te kurczaki od rana w soku pomarańczowym się moczyły,
wiem, bo dzwoniłam wcześniej i pytałam, jak tam kurczaki, a Magda mi powiedziała, że od rana w soku pomarańczowym się moczą. Raz coś przygotowała z kminkiem,
a ja lubię kminek, bo dobrze robi na trawienie, i powiedziałam, że dobre, bo z kminkiem, a Magda mówi, że to
nie jest kimnek, tylko kumin. Kumin! Takie cuda.
A potem sobie zrobimy brownies. Lubisz brownies?
No kto nie lubi brownies? Oraz owoce pod kruszonką.
Z lodami.
Beata wsadziła parówki palców do stojących na stole
miseczek. Do miseczki z zieloną zawartością. Do miseczki
z pomarańczową. Do miseczki z białą w jakieś kropki.
Potrzymała parówki w miseczkach, aż biała masa podeszła jej pod pierścionek na serdecznym palcu. Potem każdą palcową parówkę wsadziła sobie do ust, rozdziawiając
je i oblizując się krowim obliźnięciem, zamaszyście.
Herbata przestała mi smakować. I wystygła.
– Dipy do kurczaka. – Parówka złapała białą, gęstą kroplę, próbującą spłynąć ku depresji między 85 D Beaty.
– Najlepszy ten zielony. Spróbuj. To chyba z bazylią.
Magda! – wrzasnęła Beata, unosząc nieco ponad sofę
swoje kiełbasiane kolekcje. – Ten zielony to z bazylią?
– Z bazylią i z pietruszką! – odwrzasnęła Magda, opierając się o framugę rękawicą kuchenną w gąski. – I z oliwą,
trochę tak jak pesto, ale nie do końca. I z orzeszkami pinii.
– Ja cię, orzeszki pinii – stęknęła Beata. – Człowiek wie,
że żyje, nie?
Poprzedzony smagającym sufit zapachem wszedł wreszcie kurczak, weszły uda na talerzu, uda złociste, wydepilowane i zapieczone, zapiekłe w zapieczeniu. Za udami
weszła Magda, na udach własnych się unosząc, ale gdzie
tym udom do ud talerzowych, nie tak złote, nie tak wydepilowane, nie tak zapiekłe, ich zapach nie niesie w niebo
złotej melodii. Nikt ich nie pożąda.
Weszły wreszcie na udach swoich nieudolnych bachantki ud kurzych, aby się w złocie kurzym zapieczonym
unurzać, aby go ssać, całować, językiem pieścić, rozrywać czerwonymi paznokciami. Tylko uda na języku mieć.
Panegirykiem śpiewnym uda uczcić. Nieskończony potok
soczystych przymiotników, smacznych metafor, uda
złociste, jakże wam się udało. Uwielbiam cię, udo złote,
uwielbiam cię, soku pomarańczowy, który udo topiłeś
godzinami długimi, uwielbiam cię, mieszanko przypraw
do kurczaka, co w sprawie doprawiania najważniejszy
masz głos. Pokłon ci niosę, piekło piekarnika, iżeś uda
tak nasze na złoto wyzłociło.
Weszły, siadły, udami własnymi zajęły sofę, uda kurze
w ręce wzięły i dalej ssać, i uda wysławiać. A uda kurze
w uda im szły. W uda niewyzłocone, nieprzypieczone,
których nikt językiem nie gładzi, nikt soku z nich nie wyciska, nikomu te uda blade, spodniowe, do głowy nawet
nie przyjdą, nikt o nich wiersza nie napisze, nikt ich jeść
nie zechce. Powinnyście się zdać na kulinarne strategie
Magdy i do piekarnika pozwolić się powsadzać,
przypiec na złoto.
Nad stołem wisiały ich paznokcie, jak sople lodu pod
samochodami w zimie, paznokcie unurzane w dipie
pomarańczowym, zielonym (orzeszki pinii), białym
z kropkami, lśniące tłuszczem kurczęcym. Wszystkie równocześnie sięgały po nowe udo, nowe udo, nowe, jeszcze
jedno. Pstrykały palcami nad talerzem, jakby to miało
im pomóc w wybraniu uda najpiękniejszego, zaklinanieczarowanie. I schowaj się, Juliuszu Cezarze, ile one kości
tam rzuciły. Zaplotły paznokcie na kieliszkach, i wstydź
się, Diogenesie, beczkę twoją opróżniły, przewróciły
na bok, sturlały się w beczkach z sofy.
− Chyba muszę sobie beknąć. Przepraszam – powiedziała na wdechu Beata. – Uooeeeee. No.
prosa/proza/проза/проза
„Ich glaube, ich muss. Ich glaube, es ist Zeit für mich“,
sage ich zu den verklebten Fingern, den eingetauchten
Gabeln, den nicht Frucht gewordenen Blütenstielen,
ich kann es nicht mit Schokolade auf der Zunge. Das ist
irgendwie nicht nach meinem Geschmack. Ich glaube,
bei mir ist nicht alles in Butter. Ich brauche Rennie oder
etwas. Vielleicht Melisse.
„Ich glaube, ich muss.“
„Warum willst du gehen?“, Magda ist sichtlich besorgt,
sie hat sich vom Backofen erhoben, hört auf, die Brownies beim Wachsen zu beobachten. „Du bist doch gerade
erst gekommen. Und hast nichts gegessen. Gleich gibt es
Obst-Crumble. Mit Eis. Warte wenigstens auf den ObstCrumble.“
„Ich kann nicht. Ich muss wirklich schon.“
„Dann gebe ich dir wenigstens das Rezept mit du kannst
ihn zu Hause machen mit Schokoladenvanillehimbeereis
nimm das Rezept nimm das Rezept es gehört sich nicht
einfach ohne Rezept zu gehen sie hat nichts gegessen
nichts getrunken will ohne Rezept gehen nimm wenigstens das Rezept hab vom Leben wenigstens das Rezept
schreib dir das Rezept auf denn das Leben ist kurz und
für den Arsch ööääh nimm das Rezept du kannst ihn zu
Hause machen Salz und Brot tun stets Not und ObstCrumble natürlich Obst-Crumble mit Eis vergiss nur
nicht man braucht für Obst-Crumble Demerara-Zucker
ohne Demerara-Zucker das ist kein Obst-Crumble solches
Obst ist wie das Leben für den Arsch willst du wirklich
nicht vielleicht doch lass dich überreden wo ist der
Kugelschreiber gebt mir den Kugelschreiber du kannst zu
Hause Obst-Crumble machen denn das Leben ist für den
Arsch ich schreibe dir das Rezept auf.“
Mit dem Kugelschreiber. Mit der Gabel kann man nicht
schreiben. Auch nicht mit dem Rührstab. Mit Zuckerstiften kann man schreiben, aber wozu provozieren.
Der Kugelschreiber. Wo ist der Kugelschreiber?
109
radar
prosa/proza/проза/проза
gute Laune. Ich glaube nämlich, bei dir ist nicht alles in
Butter. Gib zu, dass bei dir nicht alles in Butter ist. Wo ist
der Tee, Mädchen, was ist? Bei dir ist nicht alles in Butter,
stimmt’s?“
Próba. Trzeba podjąć próbę, nie można bez walki się
poddać i ugrzęznąć w roztopionym maśle. Teraz je wziąć.
Na widelec.
− Co najbardziej niezwykłego robiłyście w swoim życiu?
Pauza. Może zaskoczy. Może zaraz opowiedzą o skoku
na bungee, wejściu na Kilimandżaro, przejściu na islam,
adopcji pięciu kociąt, wolontariacie w szpitalu dziecięcym, nauce greki, żeby czytać Homera w tramwaju
w oryginale. Punkt.
− Ja jadłam w Peru świnki morskie.
Strata punktu.
– Świnki morskie?
– No, takie nadziane na patyk.
– Jak to smakuje?
– Ja bym nie zjadła świnki morskiej za nic w świecie.
– Trochę jak kurczak smakują, dobre.
– Świnki morskie, mniam.
No i jestem na minusie.
– A ty czemu nie jesz?
Czemu nie jem. Nie wiem, czemu nie jem, właściwie
czemu ja nie jem, może nie jem, bo najnowszy film Allena, bo adoptowałam kocięta, może nie jem, bo chętnie
znałabym grekę, żeby Homera w tramwaju w oryginale
poczytać. Nie jem, bo patrzę na was, Rubensówny,
a kto na was patrzy, ten jeść nie może, temu uda w gardle
kością stanęły, temu sól na rany masło maślane, temu
pieczone gołąbki, kraj mlekiem i miodem płynący, gdzie
bez pracy nie ma kołaczy, temu chleba naszego powszedniego, niebieskich migdałów i pierwszego jajka lub kury,
temu gruszki na wierzbie i oliwa sprawiedliwa.
– Nie masz apetytu?
– Jak to apetytu nie masz? Ja mam zawsze apetyt.
– Herbata ci się skończyła.
– Może ci rumianku zaparzyć? Albo melisy?
– Kminek sobie pogryź. Kminek apetyt pobudza.
Może chcesz coś słodkiego?
– Brownies! Miałyśmy robić brownies! Kto idzie ze mną
robić brownies? – zaapelowała Magda. Wszystkie żołądki
się uniosły.
– Ja mogę stopić czekoladę. Uwielbiam patrzeć, jak czekolada się topi.
– Bo zawsze podjadasz!
– Podjadam. A od czego jest życie?
Właśnie. Otóż i wnioski. Życie jest od podjadania.
Popędziły do kuchni. I już jedna mąkę przesiewa, druga
mikserem miksuje, trzecia czekoladę topi i podjada.
I paluchy wkłada na dno, i czeka, aż jej brązowe rękawiczki zastygną, a potem oblizuje. Trzecia piekarnik
ustawia, czwarta w jajku trzyma świata początek, rozbija
skorupkę i wdziera się do żółtka. Trą, ubijają, podjadają.
Wino piją. Hiszpańskie.
– Ale się najadłam tymi udkami. Nie wiem, czy mi się
browniesy zmieszczą.
– Powinnaś mieć piórko.
– Po co piórko?
– Jak się Rzymianie nażarli, a żarli na leżąco, tak na
półleżąco, żeby im wchodziło lepiej, to potem brali takie
piórko specjalne, szli na stronę, piórkiem pogmerali
w gardle i znowu mogli jeść.
– Szczęśliwi ci Rzymianie – wzdycha Karolina.
– Mogę ci pomóc, chcesz? – Ania wyciąga w jej stronę
palce, czerwony paznokieć z brązową, czekoladową obwódką. – Cudzym palcem najlepiej. Podobno.
– Dziewczyny, przestańcie! – woła Magda, chichocząc
w misę z masą. Brownies. – Przestańcie, bo się posikam
ze śmiechu! Cudzym palcem, o rany, muszę iść do kibla,
bo się posikam! – Przekazuje misę wyciągniętym rękom
i biegnie, żeby ze swoim winem dolecieć zdążyła. Nie
domknęła drzwi, regularne obroty miksera mieszają się
ze zdrowym, uczciwym strumieniem, z czerwonego żółte,
kulinarna mistrzyni metamorfozy.
– A jajka to gdzie kupujesz? Takie piękne jajka. Podwójne
żółtko w moim było – mówi jedna kumoszka. No wiado-
mo, że nie w markecie, nigdy bym w markecie jajek nie
kupiła, mówi gospodyni. Dobra gospodyni smaczne jadło
czyni. Ani ja! Ani ja, jajkom z marketu wszystkie mówimy
nie! Wrzeszczą wszystkie i oczami wywracają na samą
myśl o jajkach z marketu. Wspólnota. Cudnie. Mam taką
babę znajomą na kleparzu, zawsze tylko od niej jajka
kupuję, stwierdza dobra gospodyni. Raz kupiłam w markecie, w takim niebieskim pudełku, nigdy tego nie róbcie,
nigdy w niebieskim pudełku, okropnie śmierdziały. Trzymają te kury nie wiadomo gdzie, do jedzenia im dają nie
wiadomo co, potem jajka śmierdzą. Na to się zgodzić nie
możemy, wołają dobre gospodynie. Soli i chleba w domu
potrzeba. Świeża woda najlepsza ochłoda, mówi młoda kuchareczka, zwinna jak laleczka. Wkładajcie już te
brownies, od razu trzeba włożyć, jak temperatura jest odpowiednia. – Może coś zjesz? – przypomina sobie o mnie
Magda. Przypomina sobie i matczynym gestem przygarnia mnie dłonią uzbrojoną jeszcze w berło mikserowego
mieszadła, z którego czekolada płynie na podłogę. – Nic
nie jesz w ogóle. Coś się stało? Nie smakuje ci? Jak ja
gotuję, każdemu smakuje. Rozciągające żołądek napisy
z babcinych makatek. Kolorowe fartuchy z powcieranymi,
zapomnianymi wałeczkami ciasta, z wypaloną dziurą po
gorącej blasze z sernikiem, w serniku rodzynki. Jak masz
jakieś zmartwienie – pociesza mnie życzliwie Beata – to
najlepsza jest czekolada. Zostało tu trochę roztopionej,
chcesz? I garnek mi podsuwa pod oczy, brązowy od środka, materiał dla policji, wszystkie linie papilarne wszystkich palców garnkowi pozostawiła.
– Nie mam żadnego zmartwienia.
– To też coś zjedz. Zdrowy człowiek ma apetyt. Są takie
krople pobudzające apetyt, mój bratanek nie chciał jeść,
jak był mały, to mu dawali i je normalnie. Albo rennie?
Chcesz rennie już w porządku mój żołądku? Właśnie
dlatego nie chcę mieć dzieci – powiedziała filozoficznie Iwonka – że pamiętam, ile się moja mama musiała
namordować, żebym coś zjadła. Boję się, żeby moje dzieci
tego po mnie nie odziedziczyły. Są takie dzieci, które
w ogóle nie jedzą warzyw. I nie można ich przekonać.
Albo takie, co jedzą tylko dwie rzeczy, na przykład chleb
i parówki. Parówki? Przecież w parówkach jest okropne
gówno, za nic bym dziecku nie dała parówek. Jak byłam
mała – rozmarzyła się Ania – babcia mnie zabierała
na długie spacery. Bo byłam chuda okropnie, a babcię
miałam ambitną. Babcia ugniatała w słoiku biały ser ze
śmietaną i cukrem, dodawała do tego owoce, i pokazywała mi świat. Zobacz, Aniu, kwiatuszek, zobacz, Aniu,
motylek. Otwierałam buzię szeroko, bo mi się świat
podobał, a babcia buch do buzi łyżkę z serem ze śmietaną. Babcie są najgorsze. Ale najlepsze do karmienia. Moja
bacia dawała mi wodę z sokiem malinowym, i potem nie
chciałam ani mleka, ani grysiku. Ojciec mi musiał butelkę
obwijać czerwonym papierem. Rozumiecie, czerwonym
papierem. I tak się nie dawałam nabrać. Dziewczyny, na
te browniesy trzeba będzie trochę zaczekać. To co teraz
robimy?
Przypomniały sobie, święty Jacku z pierogami. Owoce
pod kruszonką, owoce pod kruszonką, zaśpiewała Ania
lub Ania. Kruszonkę już wcześniej zrobiłam, owoce tylko
musicie przygotować, rozdaje zadania dobra gospodyni,
dobra żona tem się chlubi, że gotuje co mąż lubi. Owoce
pod kruszonką, owoce przygotować! I rzuciły się paluchami, jęzorami do owoców. Czerwone porzeczki z maleńkimi, czarnymi pomponikami pękały w ich paznokciach.
Chciwie zbierały wargami różowe sutki malin, odkręcały
korony szypułek truskawkom. Przebierały koralami owoców jak różańcem, szepcząc słodkie modlitwy jadalnego
staropanieństwa. Nikt was między placami nie przebiera,
nikt z waszego powodu mniam nie robi, nikomu wasza
czerwień warg i paznokci.
– To może jeszcze jedną herbatę ci zrobić? Jaką teraz,
liczikarmelowąwaniliowącytrynową? Poproszę. Ty się
chyba naprawdę źle czujesz, nic nie zjadłaś. Jak ktoś nic
nie je, źle się czuje, wiadomo. Karolina, herbaty zrób
jeszcze, koralami malin na chwilę nie przebieraj. Aniu
i Aniu, herbatki dla naszej chorej, dla naszego pacjenta
bez apetytu. Brownies zaraz będą, chcesz brownies?
Musisz spróbować brownies, jak Magda zrobi brownies,
to żadne brownies do jej brownies się nie umywają. Nie
wypuszczę cię bez moich brownies. Chociaż spróbujesz.
Albo zjedz owoce pod kruszonką. Z lodami będą.
Z czekoladowymiwaniliowymimalinowymi. Lody najlepsze są na poprawę humoru. Bo ty chyba jesteś niewsosie.
Przyznaj się, jesteś niewsosie? Gdzie ta herbata, dziewczyny, no? Niewsosie jesteś od początku, tak, niewsosie?
Scrabble. Zwierzenia łóżkowe. Użalanie się nad sobą
chociaż. Gry salonowe. Co ostatnio czytałam. Nawet
o pracy, niech tam. Mój szef to gnojek, moja szefowa to
krowa. Spotkałam się niedawno z… Byłam na spektaklu
o… Widziałam wystawę tego… Kupiłam sobie nowe buty.
Może w buty chociaż pójdą. Trza być w butach na weselu.
– Przecież miałyśmy robić owoce pod kruszonką jeszcze.
Długopisem. Widelcem się nie da napisać. Ani mikserowym mieszadłem. Pisakiem lukrowym na torcie da się
napisać, ale nie będę prowokować. Długopis. Gdzie jest
długopis?
Chyba już pójdę. Chyba już czas na mnie, mówię oblepionym palcom, unurzanym widelcom, szypułkom niezawiązanym w owoc, czekoladowym językiem nie umiem.
Jakoś tak mi nie w smak. Jestem chyba niewsosie. Muszę
rennie czy coś. Melisę może.
– Chyba już pójdę.
– Dlaczego chcesz iść? – Magda się wyraźnie martwi, nawet od piekarnika wstała, browniesów rośnięcie przestała
podglądać. – Przecież dopiero przyszłaś. I nic nie zjadłaś.
Zaraz będą owoce pod kruszonką. Z lodami. Chociaż na
owoce pod kruszonką poczekaj.
– Nie mogę. Naprawdę muszę już iść.
– To chociaż przepis ci dam w domu sobie zrobisz z lodami
czekoladowaniliomalinowymi przepis weź przepis weź
jakże to tak nieładnie to tak bez przepisu wychodzić nic
nie jadła nic nie piła bez przepisu chce wyjść chociaż
przepis weź chociaż przepis z tego życia miej przepis
przepisz bo życie jest krótkie i do dupy ouueeee przepis
weź w domu zrobisz soli i chleba w domu potrzeba
i owoców pod kruszonką wiadomo owoce pod kruszonką
z lodami tylko pamiętaj trzeba mieć cukier demerara do
owoców pod kruszonką coż to za owoce pod kruszonką bez cukru demerara takie owoce jak życie do dupy
naprawdę nie chcesz może jednak daj się namówić gdzie
jest długopis dajcie długopis w domu sobie zrobisz owoce
pod kruszonką bo życie jest do dupy napiszę ci przepis.
Wyszłam. Zaczerpnęłam powietrza. Pod bramą obok
wymiotował jakiś szczęśliwy Rzymianin.
prosa/proza/проза/проза
– A ja jadłam osy. Raz u nas w programie – Ania się zamyśliła – był taki facet, który jadł tylko robale. Normalnie jak
Timon i Pumba. I przyniósł pieczone osy. I zjadłam taką
pieczoną osę.
111
radar
prosa/proza/проза/проза
radar
110
− Bekaj, bekaj, Beata, na zdrowie!
− Przyjęło się!
− W niektórych krajach jak się po jedzeniu nie beknie,
to jest wyraz braku kultury.
− Zresztą zdrowo beknąć. Uooeeeee. Przepraszam.
− Albo trzeba na talerzu zostawić. W Turcji chyba, jak
cię zaczną karmić, to nie przestają, dopóki na talerzu
nie zostawisz.
− Mnie by chyba trzy dni karmili, ja nigdy nie zostawiam.
− Możecie otworzyć? – spytała sennie Ania, palcem tłustym wskazując drzwi. – Ktoś chyba dzwoni.
– Ja otworzę. – Wstałam, podniosłam kubek z herbatą,
żeby mi do herbaty udami nie nakapały. To Iwonka.
Iwonka, co się spóźniła, kto późno przychodzi, temu
ud ostatki.
− Nie poczekałyście na mnie? Musiałam dłużej w pracy
zostać. Wszystko zeżarłyście? Jestem Iwonka – powiedziała Iwonka. – Zostało coś dla mnie? – Przesunęła pasek w spodniach o jedno ogniwo. – Specjalnie dzisiaj na
siłowni byłam, jak pójdę na siłownię, to nie mam potem
wyrzutów sumienia, że się najem. – Plasnęła umięśnionymi udami o sofę. – O czym rozmawiałyście?
− Boże, Iwonko, o czym rozmawiałyśmy. O mlaskaniu,
bekaniu, o wyższości papieru do pieczenia nad folią
aluminiową, o naczyniach żaroodpornych, o majeranku,
widelcu, o winie.
– O tym i owym. Co u ciebie? Jak tam z Maćkiem?
– Z Maćkiem dobrze. – Uśmiechnęła się Iwonka. Może
wreszcie coś innego, może nie o udach, widelcach.
– Mieliśmy przedwczoraj rocznicę, zaprosił mnie do tej
restauracji na Sławkowskiej, gdzie mają świeże małże.
– Nie, jednak nie, mój błąd. – Macie pojęcie, świeże małże, tylko raz w tygodniu są świeże, potem są już nieświeże, zjadłam chyba ze czterdzieści i cztery. Nie wiem, jak
się do taksówki potem dotoczyłam.
– Ja też miałam niedawno rocznicę i wiecie co? – Magda
omiotła słuchaczki miodowym spojrzeniem. – Mój facet
pozwolił mi sobie wybrać prezent, co chcę, cokolwiek.
– No i co wybrałaś?
– Wybrałam palnik do crème brûlée.
– Palnik do crème brûlée?
– Palnik do crème brûlée!!!
– Uwielbiam crème brûlée! Zawsze chciałam taki palnik.
– O właśnie! Brownies! Przecież miałyśmy robić brownies!
radar
112
ru
worska-K
© Ania Ja
k
prosa/proza/проза/проза
Zośka Papużanka (1978, Polen) – Prosaikerin. Sie
veröffentlichte den Roman Krippe (2012), der von Literaturkritikern und Lesern positiv aufgenommen und für den
Preis „Paszport Polityki” nominiert wurde. Autorin von
Texten, die in Krakauer Kabaretten, den Spektakeln von
Teatr Lalki i Aktora „Parawan” aufgeführt werden.
Sie wohnt in Krakau.
Piekarnik rozgrzej mocno, mocno, 220 stopni, jakby
ciebie tak włożyć, to minuta i po robocie, a owocom
pod kruszonką nic się nie stanie. Wnioski wyciągnij.
Smacznego!
Switlana Powaljajewa Світлана Поваляєва
AUTOBUS IN DEN HIMMEL
АВТОБУС ДО НЕБОКРАЮ
Auszug
aus dem Roman
Уривок із роману
© Ania Jaworska-Kruk
Zośka Papużanka (1978, Polska) – prozaiczka.
Opublikowała powieść Szopka (2012), dobrze przyjętą
przez krytyków literackich i czytelników, która otrzymała nominację do Paszportów „Polityki”. Jest autorką tekstów piosenek wykonywanych w krakowskich kabaretach
i spektaklach Teatru Lalki i Aktora „Parawan”. Mieszka
w Krakowie.
Ich, der Bruder von Molko (nein, nicht von Brian Molko,
ich habe auch mit Marilyn Manson nichts gemeinsam,
ganz im Gegenteil, von dem Molko, der im Winter von
einem Kühlwagen überfahren wurde, dessen Blut kein
Alchemist mehr von dem Matsch und Schnee trennen
konnte, auf dessen Körper bis zur Verwesung – vielleicht
verwest er aber schon - der Abdruck eines Autoreifens
prangte, im Muster einer Königsboa), fahre mit einem
Regionalbus. Er wirbelt noch nicht einmal Staub am
Horizont auf, massiert immer noch den Asphalt, doch
mich bringt er schon in die Stadt zurück. Die Wolken –
eine Herde geflügelter Kängurus – verfolgen den Bus bis
zur Wegbiegung hinter dem Dorf. Fliegende Fische in
wallenden Gewändern ...
Lika, arme Lika, die nicht aus der heißen Wanne steigt,
dort lebt wie ein Piranha im Aquarium, meine Bücher,
Zeitungen, Zeitschriften ruiniert (fast alle sehen jetzt aus
wie eine Napoleon-Torte vom letzten Jahr oder das Pergament von Melquiades). Sie hat sich immer beschwert,
dass sie keinen Bruder hat, und ihr ganzes kurzes Leben
lang hegte sie die absurde Vorstellung, im Heu einen Bruder zu finden ... Sie hatte nie einen Bruder (so in der Art:
„Ich-hatte-nie-eine-Spielzeugeisenbahn-dabei-hab-ichmir-immer-so-sehr-eine-gewünscht“) und ich habe jetzt
keinen mehr ... Während ich die Fahrkarte bezahle und
mich an Körben, Taschen und Handwägelchen vorbei
zu einem freien Platz kämpfe, sitzt sie wahrscheinlich in
ihrer Wanne – unaufhörlich plätschert Wasser aus dem
Hahn, mit der großen Zehe zieht Lika den Stöpsel aus
dem Abfluss und lässt ihn wieder hineinflutschen – sie
raucht ihre letzte Zigarette, fischt im Wasser nach dem
Telefon, einem Buch oder einer Zeitschrift ... und denkt,
dass Molkos Tod uns nicht versöhnen, uns nicht auf eine
Stufe stellen kann, denn ...
Denn ich hatte einen Bruder, um den ich zumindest noch
trauern kann, sie jedoch kann niemanden beweinen,
denn sie hat nie einen Bruder gehabt, nicht mal einen,
der zu Hackfleisch gemacht wurde! ... Ich bin der Bruder
von Molko, und sie ist einfach nur Lika, die Unbarmherzige Schwester (barmherzig ist sie nämlich wirklich nicht,
sie legt mir den Wohnungsschlüssel unter die Fußmatte,
damit sie bloß nicht aus der Wanne muss, denn Schlüssel
haben wir nur einen), die gierige, rastlose, hysterische
Lika ...
Als wir uns kennenlernten, hatte sie eine eigenartige
Macke, eine fixe Idee: Sie erfand alle möglichen transzendentalen Zusammenhänge, die aus uns sozusagen Bruder
und Schwester machten. Sie wollte „Inzest“, nahm die
Scheinheiligkeit des Spiels aber nicht wahr, und ich
witterte in der billigen, mädchenhaften Exaltiertheit
eine Chance auf ein bisschen Vögeln ... Ich hätte mich nie
ernsthaft darauf eingelassen, selbst wenn sie eine bessere
Dramaturgin, eine gewitzte Regisseurin, eine glänzende
Schauspielerin gewesen wäre, denn ich hatte ja meinen
Bruder Molko. Und ich verstand nicht, was daran so
besonders war; und wozu zum Teufel brauchte ich dann
auch noch eine Schwester.
Sie spürte das, und an unserem ersten Sex zerbrach sie endgültig: Sie begriff, dass sie für mich nur eine Frau war ...
Eine Frau, mit der ich zusammenlebe. Länger als zwei
Jahre und einen Monat. Um läppische vier Tage länger ...
Der Autobus las einen Tramper auf. Ein paar Hundert
Meter von der Stelle, die mein Herz aus unbekannten
Gründen Wein und Honig weinen ließ, an der ich wie ein
Fisch ins Netz ging und von der ich mich fernhielt. So war
ich kein einziges Mal ausgestiegen, hatte den Fahrer nie
gebeten anzuhalten und war nicht ausgestiegen ...
Diesmal standen dort am Straßenrand drei groteske
Nutten: klassisch vulgär, zum Kotzen aufgedonnerte
Weiber, fast wie Comicfiguren, mit gigantischen Titten im
Dekolleté, Vampirzähnen und unerträglich blendenden
Klunkern unter der festgesprayten Frisur. Eine von ihnen
machte es einem verbrauchten Dörfler an die Vierzig
verführerisch „mit der Hand“, der sah noch lange zurück,
verdrehte sich den Hals, versuchte durch die Heckscheibe
noch einen Blick auf die schockierende, muränenähnliche Schlampe zu erhaschen, die sich mit einer Geschwindigkeit von 60 km/h entfernte. Während ich
diese Szene beobachtete, ging ich zum ersten Mal nicht
in das löchrige Netz dieses verwünschten Ortes. Ich,
der Bruder von Molko, der im Winter unter den Rädern
prosa/proza/проза/проза
A teraz owoce. Policz fioletowe paciorki jagód, czerwone
korale porzeczek. Pocałuj maliny, pocałuj, bo szybko
spadają i nie są na zawsze. Wiesz, że kiedyś słowo jagody
oznaczało policzki? Przytul wiśnię do policzka, jest
gładka jak policzek. Ułóż obraz z owoców. Możesz ułożyć
strach, jeśli się boisz, albo radość, jeśli masz powód. Albo
niczego nie układaj, gdy nie masz nic owocami do powiedzenia. Posyp owoce cukrem waniliowym. Będą słodsze
niż na krzaku, niż na drzewie. Człowiek ma ulepszać świat.
113
radar
Przepis na owoce pod kruszonką. Pod pierzynką
kruszonki. Kruszonkę robisz z mąki. Pół łyżeczki proszku
do pieczenia, do pieczenia, do pieczenia. Masło pokrój
w kostkę, w kubiki, równiusieńkie, geometria przestrzenna ozdobą każdej kuchni. I cukier demerara, nikt nie wie,
co to jest, ale jak brzmi. Słodki cukier demerara. Zagnieć
i do lodówki. Tam mu będzie zimno, zamieni się w kruszonkę. Trzeba zmarznąć, żeby skruszeć.
In einer Kleinstadt stiegen viele Körbe, Taschen und
Handwägelchen aus, ein stieg eine stinkende Verrückte
mit einer Herde von Hunden an der Leine und platzierte sich mit ihren räudigen Kötern mir gegenüber, die
Schlampe! Ich hasse Hunde, auf diese intime Distanz
ganz besonders! Ich habe keine Angst vor ihnen, aber
mich ekelt es. Sie stoßen mich ab, obwohl ich noch nie
von einem gebissen wurde. An Molko hatte so ein weißrotes Untier einmal geknabbert ...
Wenn die verdammte Tür nur so aufgehen würde, wie sie
zugeht. Den Schlüssel in die Tasche. (Lika verbietet mir,
den Schlüssel auf dem Tisch liegen zu lassen – das bringt
Stunk und im Bett – Einsamkeit. Unter die Türmatte lege
ich den Schlüssel nie, ich muss mich ja nicht aus der
Wanne ziehen. Wie Baron Münchhausen sich aus dem
Sumpf ...) Vielleicht sollte ich in die Badewanne ...?
„Aber, aber, Jungchen ... entschuldige ... das göttliche
Tierchen ist erschrocken ... komm her, Belotschka, Belotschka, mein kleiner Liebling ...“
Ich hasse „göttliche Tiere“!
prosa/proza/проза/проза
Der Fahrgastraum – Stufen – Asphalt, Eierschalen, Tauben, Beine, Müll – eine Glastür – Asphalt, Eierschalen,
Tauben, Beine, Müll – ein Straßenbahnwaggon – Asphalt,
Asphalt, Asphalt bergauf ... Stufen. Noch ein wenig
Asphalt.
114
Die feuchte Dunkelheit der Stiege, der Schlüssel unter
der Türmatte. Daneben ein Ziegelstein (das Schloss
spinnt also schon wieder). Den Schlüssel ins Schloss. Mit
dem Ziegelstein auf den Schlüssel – Rums! (Wir sollten
den Orden der Riegelschloss-Zerstörer gründen.) Rums!
Krach ... „Die Tür – quietsch -, ich stehe auf der Schwelle
...“ Miau!
„Mieze-Kater, mein Süßer ...“
„Miau! Wiaurrrr!“
radar
„Na, na, Fester ... Lika hat dich bestimmt gefüttert, ganz
sicher ...“
Hm, Lika ist nicht da. Gegenüber der Eingangstür die
offene Tür zum dunklen und leeren Badezimmer, zehn
Schritte den Gang entlang ... „Dunkelheit am Ende des
Tunnels“ ... und vier Tage ...
„Lika?“
„Miau!“
„Wo hast du Lika versteckt? Hat wenigstens sie etwas
gegessen?“
Oder nur geraucht?
„Miau!“
sülze, und den ganzen Tag feuchte, raschelnde, flackernde Dämmerung ...
Ich, Sommer-Sternen-Anbeterin, habe beschlossen, jenen
Raum zur Wirklichkeit zu erklären, in dem es Sterne und
Brennholz gibt. Und ... behielt Recht! Denn einmal kroch
ich unter die Decke und ein langer Traum suchte mich
auf – so eine Art „Liebesgeschichte für Frauen mit vielen
Unbekannten“, sinnlose, verstrickte Prosa des Unterbewusstseins. Schon am Morgen stellte sich vor dem
Fenster Regen ein – grau und wabbelig – wie Weihnachts-
Ein Sommer auf der Intensivstation.
Я – брат Молка (ні, не подумайте, що Брайана Молко,
і не подумайте, що схожий на Мериліна Менсона абощо, а навпаки, – того Молка, якого взимку переїхав
рефрижератор, того, чию кров не виокремить
з багнюки і снігу жоден алхімік, і того, на чиєму тілі –
допоки воно не зітліє (а можливо вже й зітліло),
залишатиметься подібне до шкіри удава тавро автомобільних шин) – їду в міжміському автобусі. Він ще
й куряви не здійняв на дорозі під обрієм – він десь
іще масажує асфальт – а я вже повертаюся в ньому до
Міста. Я ще допалюю свою цигарку – останній у черзі
кошиків, торб і "кравчучок", – а він уже підкидає мене
шкіряною рукавичкою сидіння до зрізу препарованого вікна. І хмари – схожі на зграю крилатих кенгуру,
що переслідують автобус аж до рогу за селом.
І на летючих риб у мантіях…
що ця дешева дівчача екзальтація – привід відтягнути
момент трахання… Я не повівся би на цю гру, навіть
якби вона була кращим драматургом, хитрим режисером і блискучою акторкою, бо ж у мене був брат
Молко. І я не розумів, що в цьому такого особливого,
і на біса мені ще й сестра.
The end.
[Übersetzung: Maria Weissenböck]
[Auszug aus: Switlana Powaljajewa, Ekshumacija mista,
Charkiw 2003.]
„Miau!“
„Komm schon her, komm zu mir, Fester, Liebling ...“
„Iaurrr! Miaurrr!“
„He Alte, hör zu, das Vieh hat mir vor die Füße gepisst!
Verschwinde mit deinem Hundepack, sonst geht’s ihm
an den Kragen!“
dem Sternenhimmel aufwachst, was ist dann Traum, und
was Wirklichkeit? ...
Während Wasser in die Wanne läuft ... Der Bildschirm
zeigt einen Text, den Lika geschrieben hat. (Ich schnüffle
nicht in ihren Aufzeichnungen herum, doch wenn sie sie
offen lässt ...)
Und wieder tropft es vom Himmel – eintönig und unerbittlich – mitten aus dem Herzen des Sommers, mitten
aus der Sonne, als ob die Sonne nicht nur die letzten paar
Stunden nicht da gewesen wäre, sondern überhaupt nie.
Kranker Sommer, krankes Herz, das sich in einen Klumpen Zigarettenasche unter dem Flügel eines zerfledderten Vogels verwandelt. Der Regen überzieht den Blick mit
Schimmel, die Wörter sind hoffnungslose Fischer, bis zur
Hüfte im Wasser. Und ringsherum Kreise auf dem Wasser,
unzählige scharfe Pupillen, die ineinander verlaufen, und
die Stiefel voller Wasser, und ein unbeweglicher Schwimmer ...
Nach einem Monat Trauersommer begann ich vom Feuer
zu träumen. Ich schließe die Augen und sehe Feuer, und
sein Herz, und jeden Ast, Kirschenzweige, Föhrenzweige,
Kohlestücke und Funken von den Blättern, die brennen
wie ein Feuerwerk, und Rauchmuster, und Schattenballett. Und sonst nichts, nur das Feuer, genauso wie wenn
man wach ist, ständig Holz nachlegt, umschichtet und
-legt, dann schaut man nur ins Feuer und denkt an nichts.
So sitzt man die ganze Nacht am Feuer und am Morgen
begreift man, dass es ein Traum gewesen ist.
Dann wurde es noch schlimmer, ich schloss die Augen
und sah den Sternenhimmel. Den prächtigen Sommersternenhimmel, wie im August auf der Krim. Du liegst
die ganze Nacht auf dem Rücken im Sand, schaust dir die
Sterne am Himmel an und merkst nicht, wie der Traum
dich müde macht. Und in der Früh, wenn du im Bett
aufwachst, verstehst du (verstehst, kannst es aber nicht
begreifen), dass du vom Sternenhimmel geträumt hast,
und dann ...
Damals jagte mir dieses Durcheinander zum ersten Mal
einen Schrecken ein: Wenn du am Ufer unter freiem
Himmel oder am Feuer einschläfst und dann in deinem
Bett aufwachst, was träumst du dann wirklich? Oder
wenn du im Bett einschläfst und am Feuer oder unter
Ліка, бідна Ліка, що не вилазить з гарячої ванни,
вона там просто живе, мов якась піранья в акваріумі,
і паскудить мої книжки, газети, журнали (вони майже всі тепер схожі на торішній торт "Наполеон" або
на пергаменти Мелькіадеса). Вона завжди бідкалася,
що не має брата, і все життя (не надто довге наразі)
їй марилася така замануха: знайти собі в якихось коноплях рідного брата… У неї ніколи не було брата (на
штиб: "у-мене-ніколи-не-було-іграшково-їзалізниціпро-яку-я-мріяв-усе-дитинство"!) і у мене тепер немає… І поки я розраховуюся за проїзд і пхаюся поміж
кошиків, торбів і "кравчучок" до вільного місця, вона
там сидить, напевне, у своїй ванній – невпинно ллється вода з крана, Ліка підчеплює великим пальцем
ноги затичку і то витягає її зі зливу, то опускає знов,
– і допалює останню цигарку, і виловлює з води телефонний апарат, або книжку, або журнал… і думає, що
смерть Молка не може нас примирити, поставити на
одну дошку, бо…
Бо у мене був брат, і навіть тепер я можу, принаймні,
за ним сумувати, а їй нема кого оплакувати, тому що
у неї не було брата, хоч би з нього і зробили біфштекс!… Я – брат Молка, а вона – просто Ліка, сестраспересердя (далека від милосердя: вона кладе ключа
від квартири під переддверний килимок, щоби я не
витягав її з ванної, бо ключ у нас один), жадібна, невгамовна, істерична Ліка…
Коли ми познайомилися, у неї була мулька, ідея-фікс:
вона вигадувала якісь трансцедентальні обставини,
що нібито єднали, як брата і сестру, – вона хотіла
"інцесту", і не відчувала грубого фальшу, а я думав,
Вона відчувала це, але перший же наш із нею секс
остаточно її зламав: вона переконалася, що вона для
мене – просто жінка…
Жінка, з якою я живу. Більше двох років і одного
місяця. Більше усього лише на чотири дні…
Автобус підібрав якогось хітч-хайкера. За кількасот
метрів від місця, яке з невідомих причин змушувало
моє серце плакати вином і гречаним медом, яке ловило мене, мов рибу, на гачок, і до якого я боявся наблизитись – так жодного разу і не вийшов з автобуса, не
попросив водія зупинитися і не вийшов з автобуса…
А цього разу там, на узбіччі, стояли три гротескні
повії – класично вульгарні, бридко розкішні кобили,
майже коміксоподібні, з величезними декольтованими цицьками, вампіричними губами і нестерпносліпучою біжутерією під налакованими зачісками.
І одна з них картинно "зробила ручкою" забембаному
сільському чоловікові під сорок, який потім ще довго
потай озирався, викручував шию, намагаючись роздивитися у заднє вікно цю шокуючу муреноподібну
лярву, що віддалялася зі швидкістю шістдесят кілометрів на годину. І я, спостерігаючи цю сценку, вперше
не впіймався на іржавий гачок Зачарованого місця.
Я, брат Молка, – того, що взимку загинув під колесами рефрижератора…
Ліко, у тебе, мабуть, закінчилися цигарки, і ти зараз
наближаєшся поступово до моторшних бомбосховищ
наркоманської істерики… І, якщо ти втопиш Акулу
Ханта, я з порогу піду за комп’ютер, і маніячитиму
за ним, доки не засну, і жодних трахань тобі не буде!
У СМТ багато кошиків, торб і "кравчучок" вийшли,
і зайшла якась смердюча вар’ятка з цілою зграєю собак на ремінцях, і розташувалася з цими лишайними
шавками навпроти мене, сука! Я ненавиджу псів,
а тим більше на такій інтимній відстані! Я їх не боюся,
але вони мені огидні. Я почуваю до них відразу попри
те, що вони ніколи мене не кусали. А Молка якось погризла отака біло-руда потвора…
prosa/proza/проза/проза
Lika, deine Zigaretten sind vielleicht schon alle, und du
näherst dich schrittweise dem Bombenbunker der Drogenhysterie ... Wenn du die „Haifischjagd“ ersäufst, gehe
ich von der Tür direkt zum Computer, rackere dort, bis
ich umfalle, und Sex kannst du dir gleich abschminken!
„Klar, du hast nur deinen Napf im Kopf ...“ Rechts ...
„Li-ka?“ Chaos im Schlafzimmer, der Computer läuft ...
„Li-ka!“ Links... nichts. Rechts (in der Küche) ... auch
nichts. Hm ... Na gut.
115
radar
eines Kühlwagens umgekommen war ...
Ненавиджу "божих тваринок"!
Салон автобуса – східці – асфальт, шкаралупа, голуби,
ноги, сміття – скляні двері – сходи – вагон метро – сходи – скляні двері – асфальт, шкаралупа, голуби, ноги,
сміття – вагон трамваю – асфальт, асфальт, асфальт
вгору… Сходи. Ще трохи асфальту.
Вогка темрява під’їзду, ключ під килимком. Поруч
цеглина (це означає, що замок знову вередує). Ключ
в отворі. По голівці ключа – цеглиною Гуп! (треба
створити Орден Винищувачів Ріґельних Замків!) Гуп!
Кккклац… "Двері рип – і на порозі…" Няу!
– Сонечко, кицюню, котику…
– Няуррр! Вяяуррм!
– Ну–ну, Фестере… не вірю, щоби Ліка тебе не нагодувала…
Гм, Ліки немає. Одразу навпроти вхідних – прочинені
двері до темної і порожньої ванної кімнати – десять
кроків вперед по коридору… "темрява в кінці тунелю"… і чотири дні…
prosa/proza/проза/проза
– Ліко?
116
– Няу!
вона його не закрила…)
І воно знову починає цідитися з неба – нудотно
і невблаганно – з самого зеленого серця літа, з самого
сонця, так, ніби сонця не було не лише кілька годин
тому, а й взагалі не було ніколи. Хвороба літа, хвороба серця, що перетворюється на грудку вогкого тютюнового попелу під крилом розкошланої пташки. Дощ,
від якого погляд поростає пліснявою, а слова – безнадійні рибалки по пояс у воді. І довкола – безліч гострих
зіниць – кола на воді, що тануть, і повні ботфорти
води, і мертвий поплавок…
Через місяць такого ритуально-жалобного літа мені
почало снитися багаття. Заплющу очі й бачу вогонь,
і його осердя, і кожну гілку, і дрова з вишні, з сосни,
вуглини й іскри від листя, що горить, мов фейєрверк,
і візерунки диму, і балет тіней. І більше нічого, тільки
багаття, так само, як і не уві сні, коли весь час підкидаєш та ворушиш і вмощуєш дрова, – тоді ж дивишся
лише у вогонь, і ні про що не думаєш. І отак всю ніч сидиш перед багаттям, а вранці розумієш, що це був сон.
Switlana Powaljajewa (1974, Ukraine) – Prosaikerin und Lyrikerin. Sie publizierte Bücher: Exhumierung der
Stadt (2003), Anstatt Blut (2003), Origami-Blues (2005),
Lippenstift-Camouflage (2006), Simurgh (2006), Huren.
Himmel – Küche der Toten (2007), Wrumm der Zauberer
(Kinderbuch, 2007), Bardot online (2009), Erzählung
Attraktion in der Anthologie Decameron. Zehn ukrainische
Prosaiker der letzten zehn Jahre (2010), Gedichte in der
Anthologie Metamorphosen. Zehn ukrainische Poeten der
letzten zehn Jahre (2011). TV-Journalistin, Aktivistin.
Sie lebt in Kiew.
Світлана Поваляєва (1974) – авторка прози та
поезії. Друковані книги: Ексґумація міста (2003),
Замість крові (2003), Орігамі-блюз (2005), Камуфляж
в помаді (2006), Сімург (2006), Лярви. Небо кухня
мертвих (2007), Вррум-чарівник (дитяча книжка,
2007), Бардо online (2009), оповідання Атракціон
в антології Декамерон. 10 українських прозаїків останніх 10-ти років (2010), поезії в антології Метаморфози. 10 українських поетів останніх 10-ти років (2011).
Тележурналістка, громадська активістка.
Мешкає у Києві.
Потім сталося ще гірше – я заплющила очі і побачила
зоряне небо. Рясне розкішне літнє зоряне небо, яке
буває у серпні в Криму. Просто лежиш всю ніч горілиць на піску і дивишся в небо на зорі, й не помічаєш,
як тебе зморює сон. А вранці, коли прокидаєшся в
ліжку, розумієш (розумієш, розумієш, і ніяк не можеш
зрозуміти), що зоряне небо тобі снилося, а потім…
Ось тоді-то мене вперше налякала ця плутанина: коли
засинаєш на березі простонеба чи десь біля багаття,
а потім прокидаєшся у своєму ліжку, то що ж насправді тобі сниться? Бо ж, коли засинаєш в ліжку,
а прокидаєшся перед ватрою чи під зоряним небом,
то що ж таки є сном, а що відбувається насправді?..
prosa/proza/проза/проза
– Слухай-но, бабцю, ця тварюка насцяла просто мені
під ноги! Забирайся зі своїм собачником, доки я їх не
передушив!
– Та що ти, синку… ну вибач… ну злякалася божа
тваринка… ходи сюди, Бєлочка, Бєлочка, манюня
моя хароша…
– Де ж ти Ліку подів?.. Вона сама хоч щось їла?
Чи тільки курила?
– Няу!
– Ну звісно, ти лише про свою миску дбаєш… – Праворуч… – Лі–ко? – В спальні безлад, комп вімкнений…
– Лі–ко! – ліворуч… ні. Праворуч (на кухні)… Теж ні.
Гм… Гаразд.
Втім, я – літо-зоре-вогнепоклонниця – вирішила обрати за реальність той простір, де бувають зорі і сухі
дрова. І… облажалася! Бо якось залізла під ковдру і до
мене прийшов тривіальний сон – такий-собі "жіночий
роман з багатьма невідомими", безглузда і заплутана
проза підсвідомості. А вранці за вікном – як різдвяний
холодець – бовванів уже сірий драглистий дощ,
і цілий день – вогкі шелесткі мерехкі сутінки…
117
radar
radar
Літо в реанімації.
От би вони так відчинялися, ці кляті двері, як зачиняються. Ключ до кишені (Ліка не дозволяє залишати
ключа на столі – це ніби-то "до сварки", і на ліжку –
"до самотності", а під килимком не залишаю ніколи,
мені ж-бо не треба витягувати себе з ванни. Як баронові Мюнхгаузенові – з багна…). А може залізти
у ванну?..
The end.
– Няу!
– Ну ходи вже сюди, іди до мене, Фестере, сонечко…
– Ййяяаауррр! Мрррваурр!
Доки набирається вода… На моніторі висить текст,
який набирала Ліка (я не лізу в її записи, але якщо
© Michal Aniempadystau
und der treibt sich also seit einem halben Jahr irgendwo
rum!
Sergej: Schrei nicht so …
Episoden aus dem Leben der Leute im Angesicht des Winters
und in Erwartung des Sommers. Картины из жизни людей
в преддверии зимы и ожидании лета.
Sergej: Genau das müssen wir herausfinden.
Ljuska: Was gibt’s denn da herauszufinden? Der hängt
wieder an der Flasche. Der ist doch echt irre. Wenn ich
da nicht ständig hinterher bin, aber sobald man mal wegguckt, wird schon wieder gebechert. Krank ist der doch.
Sergej: Wenn er krank ist, muss er sich in Behandlung
begeben.
drama/dramat/драма/драма
HANDELNDE LEUTE:
KOLJA
LJUSKA, Koljas Frau
WALJUNIK, Ljuskas jüngerer Sohn (ohne Text)
OLGA BORISOWNA, Ljuskas Mutter (O. B.)
SERGEJ
LIDIJA FJODOROWNA, Sergejs Mutter (L. F.)
IWAN
NASTJA, Iwans Frau
TSCHUBASOW
OLGA, Tschubasows Geliebte
MASCHKA, eine Verkäuferin
radar
118
ERSTER AKT
(Im Angesicht des Winters)
1. Kolja
Dunkelheit. Stille.
Lange Dunkelheit. Lange Stille.
Sehr lange Dunkelheit. Sehr lange Stille.
Eine leise Stimme.
Kolja: Ljuska! Ljuska, Wasser! Heh! Ljuska, Ljuska, ich
bring dich um, du Drecksau, Wasser, sag ich, bist du taub
oder was? Ljuska, wenn ich jetzt aufsteh … wenn ich …
jetzt, warte, gleich, wenn ich den Kopf hoch … gleich …
aaah … aufhören … auf ….
Ich werde Sie nicht lange aufhalten, aber setzen Sie sich
bitte. Ich habe einige Fragen an Sie.
Ljuska: Das sind meine Ferkel, die hab ich gekauft,
Serjoscha, mein Gott, auf dem Markt, warum glaubst du
mir nicht? Die Selentschicha verbreitet da alles Mögliche,
woher hat die eigentlich die Ferkel und so weiter!
Ljuska: Na Gott sei Dank, den wären wir los.
Sergej: Ljudmila Fjodorowna, die Sache ist ernst …
Ich habe bisher noch nichts weiter unternommen, ich
wollte erst mal mit Ihnen reden, Ljudmila Fjodorowna …
Sergej: Wenn sie ihn eingelocht hätten, hätte mir das
längst jemand mitgeteilt. Ljudmila Fjodorowna, Sie müssten bitte eine Vermisstenanzeige aufgeben.
Ljuska: Warum tust du denn so offiziell? Wie wär’s denn
mit Ljuda, Serjoscha, so wie in der Schule.
Ljuska: Wozu denn das jetzt? Verschollen, dass ich nicht
lache. Der taucht schon wieder auf, wenn sie ihn freilassen.
Sergej: Ljudmila Fjodorowna, darum geht es gar nicht.
Setzen Sie sich bitte endlich. Es geht um ihren Mann.
Ljuska: Ach du meine Fresse! Ist der Scheißkerl zurück,
oder was?
Sergej: Offensichtlich ist er verschollen.
Sergej: Ljudmila Fjodorowna, ich würde Sie doch bitten …
Ihr Mann ist offensichtlich verschollen.
Sergej: Gestern ist Tschubasow zurückgekommen.
Er sagt, dass Nikolaj nicht nach Moskau gekommen ist,
so wie sie’s ausgemacht hatten.
Ljuska: Entschuldigung, Serjoschenka, ich bin schon
völlig …
Sergej: Schon gut, schon gut, alles in Ordnung. Aber sich
so von seinem Mann zu trennen, was soll denn das? Ljusja, lass dich scheiden, verlass ihn, geh zu deiner Mutter,
was weiß ich.
Ljuska: Von wem soll ich mich denn bitte scheiden lassen,
wenn keiner da ist?
Sergej: Also ist ihm irgendwas passiert, kapierst du`s?
Ljuska: Ja klar! Vielleicht hat er ja in Retschnoje irgendein Weib gefunden und da steckt er jetzt! … Ach Mann,
glaubst du vielleicht, ich hab’s leicht?
Sergej: Wann ist er denn gefahren?
Ljuska: Warte, direkt vor Ostern, da geht nämlich in
Moskau die Saison los. Aufm Bau. Ich bin ja Tschubas
ordentlich auf den Geist gegangen, dass er meinen Alten
mitnimmt. Mit dem Garten komm ich schon selber klar,
aber Ljoschka müssen wir was schicken. Sein bisschen
Stipendium reicht ja hinten und vorn nicht, da in seinem
College. Und Waljunik hat keine Pampers. Gut, das ist
nicht so wild, wir haben ja alle keine Pampers … gehabt,
früher, meine ich. Mensch, Serjoscha, der ist nicht verschollen, den haben sie eingelocht, da kannst du
Gift drauf nehmen.
Ljuska: Wie – offensichtlich?
2. Sergej
Türenquietschen.
Stiefelscharren.
Ljuska: Das halbe Dorf besteht doch aus solchen,
das weißt du genauso gut wie ich.
Sergej: Hier, Ljusja, ‘n Taschentuch.
Sergej: Also, noch einmal: Wenn er eingesperrt worden
wäre, dann hätte ich da schon längst was Schriftliches,
hätte ich schon ordentlich zu tun bekommen und so weiter. Ist das wirklich so schwer zu kapieren?
Sergej: Ganz ruhig, Ljusja. Aber schreib bitte einfach
diese Vermisstenanzeige … der Ordnung halber. Damit es
dann keine unnötigen Fragen gibt. Von mir wird hier Ordnung verlangt, alle möglichen Kontrollen, Papiere, damit
alles schön seine Ordnung hat, Unterschriften, alles was
so dazugehört.
Ljuska: Ja klar. Klar.
Sergej: Na dann ist’s ja gut.
Ljuska: Aber kann ich das später schreiben, ich komm
noch mal bei dir vorbei, Sergej, und schreib das, ja?
Sergej: Ja, so sehr brennt’s nun auch wieder nicht …
Beruhige dich doch erst mal, beruhige dich, Ljusja, du
kommst noch mal und schreibst das, nun beruhige dich
doch erst mal wieder. Komm vorbei, wenn du Zeit hast.
Ljuska: Gut, Serjoschenka, gut. Alles klar. Ich geh mal lieber, ist schon ganz dunkel draußen. Und Entschuldigung
noch mal, dass ich hier so …
Sergej: Geh schon, Ljusja, geh schon.
Ljuska: Na dann, alles Gute, Serjoscha.
Ljuska: Sergej, ich kapier das alles, aber ich bin mir
einfach sicher, dass dem nichts passiert ist.
Sergej: Dir auch … Ljusja.
Ljuska: Guten Tag.
Sergej: Ja. Guten Tag, Ljudmila Fjodorowna.
Setzen Sie sich.
Ljuska: Du hast mich herbestellt?
Sergej: Ja, hab ich. Setzen Sie sich.
Ljuska: Ich bleib stehen.
Sergej: Ljudmila Fjodorowna, setzen Sie sich bitte.
Ljuska: Und woher weißt du das? War Tschubas bei dir,
oder was?
Ljuska: Häh? Was?
Sergej: Ja, wir haben gestern … also, uns gesehen.
Er sagt, dass Nikolaj nicht gekommen ist.
Sergej: Ljusja, das sind jetzt fast sieben Monate, sieben,
kapierst du? Da kann alles Mögliche passieren, er kann
umgebracht worden sein oder nicht mehr wissen, wer
er ist, oder im Irrenhaus gelandet sein oder was weiß
ich wo.
Ljuska: Wie, nicht gekommen, ich hab ihn doch selber
nach Retschnoje zum Bus gebracht. Also so ein Scheißkerl, nicht eine Überweisung hab ich von dem bekommen, ist echt schon peinlich, auf der Post aufzutauchen,
Ljuska: Sag mal, hast du vergessen, was das für einer ist? …
Serjoscha, ich hab jetzt, in diesen sieben Monaten, endlich angefangen zu leben … Walka weint endlich nicht
mehr und schläft durch, ohne ständig aufzuwachen. Du
Sergej: … Wie geht’s denn deiner Mutter?
Sergej: Nichts, nichts, schon gut.
Ljuska: Ich dachte, du wolltest noch was fragen.
Ljuska: Gut. Danke … Hat neulich nach dir gefragt.
Meint, irgendwie guckst du so finster in letzter Zeit.
drama/dramat/драма/драма
DIE LIEBE DER LEUTE
ЛЮБОВЬ ЛЮДЕЙ
Ljuska: Wie, schrei nicht so? Die letzten Kröten hab ich
ihm gegeben, für die Fahrkarte. Bis zum Abzweig hab
ich ihn gebracht, sechs Kilometer immerhin. Da ist man
schon fast in Retschnoje, wo soll der denn da bitte abhandengekommen sein?
hast Kolja doch damals selbst festgenommen. Ljoschka
war in den Ferien da, sagt, dass ich viel leckerer koche …
Und meine Mutter, die sagt, dass ich vielleicht schon wen
neuen gefunden hab, hab ich nicht, ich hab nur endlich
angefangen zu leben …
119
radar
Dmitri Bogoslawski Дмитрий Богославский
Ljuska: Was denn bitte zu tun, Serjoscha? Seit wann
gibt’s denn bei uns viel zu tun? Ach Serjoscha, du lügst
wie gedruckt.
Iwan: Du bist ja völlig durchgeweicht. Und deine Mütze
trieft, aber so was von, schüttel die bloß aus, das Abzeichen tut schon rosten … alles klar, war nicht witzig.
Was stehst du denn da rum, hm?
Sergej: Wanja, danke. Geh einfach weiter, ja.
Ljuska geht.
Iwan: Was ist denn los, Mann? Mit deiner Mutter irgendwas?
Sergej: Ja, ich lüge … ich lüge, Ljusja, ich lüge.
3. Iwan
Es gießt in Strömen.
Eine Straßenlaterne leuchtet.
Die kahlen Bäume biegen sich.
Sergej: Nein. Geh … Geh einfach, ja.
Iwan: Nun erzähl doch mal, da geht’s dir gleich besser.
Sergej: Alles in Ordnung, Wanja. Los, geh schon,
zu Hause warten sie.
Iwan: Serjoscha, was soll das denn?
Iwan: Des Menschen Wille ist sein Himmelreich.
Sergej: Was?
Iwan geht.
Sergej stellt sich wieder in den Regen.
Iwan kommt zurück und schiebt Sergej unter das Vordach
des Ladens.
Iwan: Wieso du im Regen rumstehst … Serjoscha?
Sergej: Hau ab.
Sergej: Nein.
Iwan: Bist du völlig durchgeknallt, Mann? Was ist denn
passiert, Serjoscha? … Also ich geh jetzt bestimmt nicht!
Was passiert ist, frag ich dich! Serjoscha, weinst du, oder
was?
Iwan: Du bist ja total voll.
Sergej stellt sich wieder in den Regen.
Sergej: Geh, Mann.
Iwan: Gut! Gut, bleiben wir eben hier stehen! Bitte!
Wie die letzten Idioten! …
Iwan: Hast du gesoffen?
Iwan: So. Komm, ich bring dich.
ДЕЙСТВУЮЩИЕ ЛИЦА:
КОЛЯ
ЛЮСЬКА, жена Коли
ВАЛЮНИК, младший сын Люськи (без слов)
ОЛЬГА БОРИСОВНА, мать Люськи (О.Б.)
СЕРГЕЙ
ЛИДИЯ ФЕДОРОВНА, мать Сергея (Л.Ф.)
ИВАН
НАСТЯ, жена Ивана
ЧУБАСОВ
ОЛЬГА, возлюбленная Чубасова
МАШКА, продавщица
ДЕЙСТВИЕ ПЕРВОЕ
(В преддверии зимы)
1. Коля
Темнота. Тишина.
Долгая темнота. Долгая тишина.
Очень долгая темнота. Очень долгая тишина.
Негромкий голос.
Коля: Люська! Люська, воды принеси. Алле? Люська, Люська, забью, сволочь, воды говорю, принеси, оглохла что ли? Люська, я ж, если встану… я же
если… сейчас, только башку от подушки отдеру…
сейчас… у-у-ух... хватит... хва…
2. Сергей
Скрипят двери.
Шаркают сапоги.
drama/dramat/драма/драма
Iwan: Was ist denn los?
Sergej: Alles in Ordnung, Mann. Ich bin nüchtern.
Geh einfach.
Iwan: Ja von wegen. Komm, wir stellen uns da beim
Laden unter. Jetzt komm, zick nicht rum.
Sergej: Ich zick nicht rum ...
Люська: А чего ты официальный такой? Можно Люда,
Сереж, как в школе.
Сергей: Людмила Федоровна, я бы попросил Вас…
Ваш муж, видимо, пропал.
Люська: Это как же – видимо?
Сергей: Вчера днем Чубасов вернулся. Он говорит,
что Николай не приезжал в Москву, как это было
у них договорено.
Люська: А ты откуда знаешь? Чубас сам к тебе пришел?
Сергей: Да мы вчера с ним… виделись, в общем.
Он говорит, что Николай не приезжал.
Люська: Как не приезжал, я же его сама в Речной
провожала, на автобус. Вот паскуда, ни одного
перевода от него не получила, на почту уже стыдно
заглядывать, а он, видать, где-то прошлялся полгода!
Сергей: Так. Не шуми…
Люська: Как это «не шуми»? Последние ему на билет
отдала. До дальней просеки провела, а это шесть кило
как-никак. Там до Речного рукой подать, куда б он
делся?
Сергей: Вот это и необходимо выяснить.
Sergej geht zurück unter das Vordach.
Sergej: Pfoten weg!
решил сначала переговорить с Вами, Людмила
Федоровна…
Люська: Здравствуйте.
Iwan: Willst du mich verarschen, oder was?
Sergej: Wanja, magst du Rosen?
Iwan: Was für Rosen?
Sergej: Rote.
Iwan: Du bist ja echt völlig durchgeknallt.
[…]
[Übersetzung: Lydia Nagel]
Сергей: Да. Добрый день, Людмила Федоровна.
Садитесь.
Люська: А чего выяснять-то? Опять на пробку наступил.
Он же шальной. Это ж я его гонять-гоняю, а, как только
за порог, так без стакана не обойтись. Больной он.
Люська: Вызывал?
Сергей: Если больной – лечить нужно.
Сергей: Да, вызывал. Садитесь.
Люська: Сам что ли не знаешь – у нас таких больных
полдеревни.
Люська: Я постою.
drama/dramat/драма/драма
Sergej: Ja … viel zu tun gerade.
Сергей: Когда он уехал?
Люська: Мои это поросята, купила я их, Сережа, ейбогу, на ярмарке купила, что же ты мне не веришь?
Наговаривает Зеленчиха, откуда у нее вообще поросята!
Сергей: Людмила Федоровна, дело не в этом. Садитесь, прошу Вас. Дело касается Вашего мужа.
Люська: Ах, ты ж, мать его! Что, приехал паскуда?
Люська: Дай Бог памяти, перед Пасхой самой, там
как раз сезон в Москве этой начинается. Стройка.
Я ж Чубасу плешь проела, чтоб он моего к себе забрал. Огород-то я сама подниму, а Лешке кто будет
высылать? На стипендию не протянет, в колледже
своем. Валюник вон без памперсов. Да это ничего,
мы все без памперсов этих… ну, я имею в виду, что
выросли. Ай, ладно тебе, Сереж, никуда он не
пропал, уже посадили, как пить дать.
Сергей: Если б посадили, мне бы сообщили. Я считаю
необходимым, чтобы Вы, Людмила Федоровна, написали заявление о пропаже Вашего мужа без вести.
Сергей: Он, видимо, пропал.
Люська: Господь с нами, избавились.
Люська: Да на кой оно надо. Тоже мне пропажа.
Отсидит – найдется.
Сергей: Людмила Федоровна, дело серьезное…
Я пока никаких действий еще не предпринимал,
Сергей: Я еще раз Вам повторяю – если бы его задержали, то пришла бы бумага, меня бы давно уже на
121
radar
radar
120
Сергей: Людмила Федоровна, садитесь, прошу вас.
Я хоть и долго Вас не задержу, но все же присядьте.
У меня к Вам несколько вопросов.
ноги подняли и все прочее. Неужели не понятно?
Люська: А? Что?
Сергей: Все хорошо, Вань. Иди, иди – дома ждут.
Люська: Сергей, мне все понятно, просто я уверена,
что с ним ничего не случилось.
Сергей: Да нет, ничего.
Иван: Ну, хозяин–барин.
Люська: А я уж подумала, еще чего спросить хотел.
Иван уходит.
Сергей выходит под дождь.
Иван возвращается, вталкивает Сергея под козырек
магазина.
Люська: Ты забыл, кто мой муж?.. Сережка, да
я же сейчас за вот эти вот почти семь месяцев
жить-то начала… Валька плакать перестал, спит,
не просыпается. Сам же Кольку вязал тогда. Лешка
на каникулы приехал, говорит, я готовить вкуснее
стала… мать, мать и то говорит, что, может, я уже
где на стороне кого нашла, а я не нашла, я просто
жить начала…
Сергей: На вот, платок, Люся.
Люська: Прости меня, Сереженька, что-то я совсем.
Сергей: Ладно-ладно, все, все нормально. Только от
мужа так отказываться – это что получается? Люся,
разведись с ним, разойдись, к матери вещи перенеси,
я не знаю.
Сергей: заходит под козырек магазина.
Сергей: …Мать-то как?
Люська: Хорошо. Спасибо… О тебе недавно спрашивала. Говорит, чего это ты хмурый такой ходишь.
Сергей: Да… работы сейчас много.
Люська: Да какой работы, Сереж? Откуда у нас работа? Эх, Сережка, врешь ты все.
3. Иван
Льет дождь.
Светит фонарь.
Гнутся голые деревья.
Иван: Серега, ты че?
Сергей: Че?
Сергей: Значит, с ним что-то случилось, понимаешь
ты это?
Сергей: Иди.
Иван: Бухой, что ли?
drama/dramat/драма/драма
Иван: Че, совсем сдурел, блядь? Че случилось, Серега?... Нет, все, я уже никуда не пойду! Че случилось,
спрашиваю? Серега, ты че, плачешь, что ли?
Иван: Какие розы?
Сергей опять выходит под дождь.
Иван: Ты точно свихнулся.
Сергей: Алые.
Сергей: Вру… вру, Люся, вру.
Иван: Чего под дождем-то?.. Серега?
Сергей: Нет.
Иван: Да ты же вдрызг!
Сергей: Тихо-тихо, Люся. Ты только это, заявление
напиши… для порядку надо. Чтобы потом, если что,
вопросов никаких не возникало. Порядок с меня спрашивают, проверки всякие, бумаги, тоже, чтобы ладно
везде было, почерк там, аккуратность чтобы тоже.
Сергей: Вань, ты любишь розы?
Люська выходит.
Люська: Да с кем я разойдусь, если нет никого?
Люська: Понимаю! Может, он в Речном бабу себе
завел и носу не кажет!.. Ой, Божечки, мне, думаешь,
легко так?..
Иван: Блядь, ты че, издеваешься, Серега?
Сергей: Иди, говорю.
Иван: Так. Пошли, отведу тебя.
Сергей: Руки убрал!
DMITRI BOGOSLAWSKI (Belarus) – Künstler und Dramaturg, Absolvent des Regiestudiums an der Belarussischen
Staatlichen Kunstakademie. Autor der Theaterstücke
Meine Hände und Fremde Ufer (2010), die sich auf der
Longlist des Dramaturgiewettbewerbs „Eurasien 2010”
befanden. Das Stück Meine Hände kam auf die Shortlist
des Dramaturgiewettbewerbs „Premiera.txt 2010”, die
Stücke Bratscho und Die Liebe der Leute auf die Longlist
des Dramaturgiewettbewerbs „Freies Theater 2011”.
Дмитрий Богославский (Белоруссия) – артист
драмы. Bыпусник режиссуры Белорусской государственной академии искусств. В 2010 году пьесы Руки
и Чужие берега вошли в лонг-лист драматургического
конкурса „ЕВРАЗИЯ-2010”. Пьеса Мои Руки вошла в
лонг-лист драматургического конкурса „Премьера.тхт
2010”. Пьеса Брачо вошла в шорт-лист драматургического конкурса „Премьера.тхт 2010”. Пьесы Брачо
и Любовь Людей вошли в лонг-лист драматургического конкурса „Свободный театр 2011”.
drama/dramat/драма/драма
Сергей: Люся, прошло почти семь месяцев, семь,
понимаешь? Ты знаешь, какие случаи бывают
– и убить могли, и память отказала, в дурдом могли
свезти, в рабство.
Иван: Хорошо! Хорошо, тут будем стоять! Давай! Как
дебилы!..
Люська: Я поняла. Поняла.
122
Иван: Ты чё?
Сергей: Вот и ладушки.
123
Люська: Можно только я потом напишу, зайду я еще
к тебе, Сергей, и напишу, а?
Сергей: Ну, сильно-то оно не горит… Да ты успокойся, успокойся, Люсь, придешь да напишешь, чего ты
все разводишь тут мокроту, как говорится. Успокойся.
Как время будет, так и заходи.
Люська: Хорошо, Сереженька, хорошо. Я поняла. Пойду, а то совсем стемнело уже. Извини меня еще раз,
что я тут…
Иван: Да куда я пойду. Пошли вон под магазин.
Да пошли, не упирайся.
Сергей: Я не упираюсь…
Иван: Фу-ты, промок совсем. С фуражки вон аж течет,
стряхни, а то кокарда зарджя… рджявеет… Понял,
шутка не прошла. Ты чего встал там, а?
Сергей: Вань, спасибо. Иди куда шел.
Сергей: Иди, Люся, иди.
Иван: Да что с тобой такое? С матерью что?
Люська: Ну, всего хорошего, Сережа.
Сергей: Нет. Иди… Иди, говорю.
Сергей: И тебе… Люся.
Иван: Да ты расскажи, оно полегчает сразу.
radar
radar
Сергей: Все нормально говорю. Я трезвый. Иди.
© Michal Aniempadystau

Podobne dokumenty