Poznań Tomasza „Titusa” Pukackiego

Komentarze

Transkrypt

Poznań Tomasza „Titusa” Pukackiego
1/2015
Poznań Tomasza „Titusa” Pukackiego
Erika Witsoe spojrzenie na miasto
Nowe oblicze Śródki
Historycznie o koziołkach
„Zuch” pisze i rysuje
W NUMERZE
Kalendarium wydarzeń
7
Zapowiedzi 11
Recenzje: Ikar dał mi swoje
marzenia, Syzyf ciężki głaz
– wiersze Nikosa
Chadzinikolau 14
Felieton: O uważności 16
Komiks: Noworoczne
postanowienia 17
Młody Poznań: Poznań dzieciom
inaczej 18
Poznański gwiazdozbiór:
„Nikt nie wygnałby mnie
z Poznania. Wrosłem tu”
– wywiad z Tomaszem
„Titusem” Pukackim 20
Poznańskie symbole: Pyrek i Tyrek
– kozie opowieści 24
Miejskie zakamarki:
Spotkajmy się pośrodku 26
Nasze rekomendacje: Wszyscy
goście są u nas mile widziani.
SPOT. 28
Poznańska blogosfera: Kreatywność
w sieci po poznańsku 31
Poznańska blogosfera: Zuch pisze
i Zuch rysuje 34
Osobowość miesiąca: „Przygoda
mojego życia” – wywiad
z Erikiem Witsoe 36
4
1/2015
Charytatywny Poznań:
Szczęśliwe kocie oczy 40
Miasto i styl:
Co z tą neonizacją? 44
Rowerowy Poznań:
Zimą na rowerze 46
Sportowy Poznań:
Kobiety biegają 48
Sztuka i biznes: Z miłości do sztuki
– wywiad z Anną i Michałem
Woźniakami 50
Felieton: Wyznania
Redaktor naczelna: Joanna Swędrzyńska
Redakcja: Marta Sankiewicz (sekretarz reakcji),
Aleksandra Noszczyńska (z-ca redaktor naczelnej),
Arleta Wojtczak
Felietony: Agnieszka Kaluga, Joanna Radosz
Współpraca: Maria Banach, Piotr Dubiel,
Marcin Grześkowiak, Hubert Hyżyk, Karolina Karpe,
Michał Krueger, Dorota Pajszczyk
Projekt, skład: Anna Woźniak, Michał Woźniak,
Studio Graficzne Ornatus
Okładka: Erik Witsoe,
facebook.com/ErikWitsoePhotography
przypadkowej poznanianki 52
Nasze patronaty: Gramy razem 53
Z przewodnikiem po Poznaniu:
Port rzeczny w Poznaniu 54
Smaczny Poznań: Przepis miesiąca
– cebulowe gaty 56
Nowe miejsca: 58-59
Nowe sklepy: 60
Amerykanin w Poznaniu:
Fleeting Thoughts Guided
by Inner Voices 62
Zielone zakamarki: Zimowa magia
Parku Sołackiego 64
e-mail: [email protected]
www.pulspoznania.pl
Wydawca: Joanna Swędrzyńska, tel. +48 665 543 144
adres redakcji: Os. Powstań Narodowych 53/10,
61-216 Poznań
dział sprzedaży: [email protected],
tel. +48 724 322 783
Druk: TransDruk
Zastrzegamy sobie prawo do redagowania listów,
materiałów niezamówionych nie zwracamy.
Redakcja nie odpowiada za treść reklam.
Kwestionariusz Pulsu Poznania:
Andrzej Sikorski 66
Materiały reklamowe na stronach:
2, 3, 5, 58, 59, 60, 61, 67
Miejsca dystrybucji magazynu na stronie
www.pulspoznania.pl
K
OD REDAKCJI
iedy piętnaście lat temu pierwszy raz przyjechałam do Poznania,
była zima, mróz. Na ulicach leżały brudnobiałe czapki ze śniegu,
ludzie spieszyli się, tramwaje grzmiały na zakrętach, a ja czułam
ogromne wzruszenie pomieszane z ciekawością. Szłam od
dworca PKP w kierunku Nowowiejskiego ulicą Roosevelta, przystanęłam pod kamienicą numer 5 i odwróciłam się w stronę tętniącego
Poznania. Wydał mi się dziwnie bliski, choć miasto znałam jedynie
z książek Małgorzaty Musierowicz. Poczułam się dobrze, swojsko.
Już tego pierwszego dnia wiedziałam, że mogę tu żyć, mieszkać,
pracować i będzie to moje miejsce, mój nowy dom.
8 stycznia
Do 18 stycznia
Bruno Coli Anioł dziwnych
przypadków
Teatr Wielki, godz. 19:30
Bilet: 10 zł
Igor Omulecki, Kosmos
Galeria Fotografii PF
wstęp wolny
Od 19 stycznia
„...bo mamy obchodzić święto
Pana” (Wj 10,9) – wystawa przygotowana w ramach Dni Judaizmu
w Poznaniu
Biblioteka Raczyńskich, Galeria
Edwarda
I tak się stało. Poznań był dla mnie cudowną ruchomą konstrukcją
Poznań Tomasza „Titusa” Pukackiego
złożoną z tysięcy elementów, a ja jedynie wskoczyłam do środka
Erika Witsoe spojrzenie na miasto
zamieniając się dość szybko w jeden z nich. Poznałam tu Miłość
Nowe oblicze Śródki
Historycznie o koziołkach „Zuch” pisze i rysuje
Swojego Życia, przyjaciół, dostałam pierwszą po studiach pracę.
Co tu dużo mówić – kocham to miasto, nawet z jego wadami i tym
ciemniejszym obliczem. I jak każdy, kto kocha – chcę widzieć tylko
to, co dobre, jasne, twórcze. Chciałabym też, aby inni widzieli więcej
zalet naszego miasta, by czuli dumę ze swojego fyrtla, z porzomnych ludzi, którzy tutaj
mieszkają, tworzą i działają. Aby także wiedzieli, jak wiele ciekawych i wartościowych
rzeczy dzieje się w Poznaniu i że warto w tym wszystkim uczestniczyć.
Od 20 stycznia do 28 lutego
Paweł Napierał, Widoki – wystawa
malarstwa
Rezerwat Archeologiczny Genius
Loci
Fot. Erik Witsoe
Barbara Wilińska, Akwarele
i kaligrafie
Galeria Centralne Oko
Do 31 stycznia
Dusza dziecka – wystawa ilustracji
Bogusławy (Bogny) Chmielewskiej
Galeria Taśma przy Kinie
Bułgarska 19
Targi, kupcy i płacidła – wystawa
z cyklu „Bliskie spotkania z…”
Muzeum Archeologiczne
w Poznaniu
1/2015
10 stycznia
Agata Biziuk, Agnieszka Makowska,
PiniA: [email protected]
Teatr Polski Galeria, godz. 17:00
Bilety: 30 zł/25 zł
Marek Zgaiński, Rokendrol albo
mów mi teściu
Mój Teatr, godz. 20:00
Bilety: 25 zł, 26 zł/20 zł
Do 8 lutego
6
Sławomir Mrożek Krawiec
Teatr Polski Duża Scena,
godz. 19:00
Bilety: 40 zł, 45 zł/30 zł, 35zł
Od 21 stycznia do 1marca
Od 27 stycznia
N A S Z E PAT R O N AT Y
9 stycznia
11 stycznia
Do 24 stycznia
Zapraszam do lektury!
Piotr Rowicki Oblężenie
Teatr Polski Malarnia, godz. 19:00
Bilety: 40 zł/30 zł
Wokół książki – wystawa prac
studentów Wydziału Edukacji Artystycznej Politechniki Poznańskiej
Muzeum Literackie Henryka
Sienkiewicza
O WŁOS!
CK ZAMEK Sala Wystaw
Wernisaż: 20 stycznia godz. 19:00
bilety: 5 zł, 7 zł
Z Nowym Rokiem oddaję w Wasze ręce Puls Poznania, a w nim dowód mojej miłości
i przywiązania do tego miasta.
Od 15 stycznia do 1 lutego
Andrzej Bobrowski, Arkadiusz
Marcinkowski, Grzegorz Nowicki
MBA Gra – wystawa grafiki
Galeria Sztuki Współczesnej Profil
Wernisaż: 14 stycznia, godz. 18:00
wstęp wolny
1/2015
Spektakle
Marek Zgaiński, Mucha nie siada
Mój Teatr, godz. 17:00
Bilety: 25 zł, 26 zł/20 zł
12 stycznia
14 stycznia
Tennessee Williams, Kotka na
rozpalonym blaszanym dachu
Teatr Polski Malarnia, godz. 19:00
Bilety: 40 zł/30 zł
17 stycznia
31 stycznia
21 stycznia
Nick Payne, Konstelacje premiera
Teatr Polski Malarnia, godz. 19.00
Jan Czapliński, Piotr Rowicki,
Piszczyk
Teatr Polski Duża Scena,
godz. 19:30
Bilety: 40 zł, 45 zł/30 zł, 35zł
Piotr Czajkowski, Jezioro łabędzie
Teatr Wielki, godz. 11:00
Bilety: od 15 zł do 130 zł
22 stycznia
Jens Raschke, Czy ryby śpią?
Teatr Polski Galeria, godz. 18:00
Bilety: 25 zł/20 zł
23 stycznia
Zofia Nałkowska, Granica
Teatr Polski, Duża Scena
godz. 18:00
Bilety: 35 zł, 40 zł/25 zł, 30zł
Roman Sikora, Spowiedź
masochisty
Studio Teatralne Próby, CK ZAMEK
Scena Nowa, godz. 19:05
Wstęp wolny
Pietro Mascagni, Cavalleria
rusticana, Ruggiero Leoncavallo,
Pagliacci premiera
Teatr Wielki, godz. 19:00
Kino
5 stycznia
Polski Teatr Tańca, Architektura
światła
MP2 Międzynarodowe Targi
Poznańskie, godz. 19:00
Przegląd filmów ze zbiorów
Festiwalu OFF CINEMA: Mój dom,
Niebo, Samotny Samarytanin –
Klub Krótkiego Kina
CK ZAMEK Sala Kinowa,
godz. 19:00
Bilety: 5 zł pokaz, 10 zł karnet
17 stycznia
8 stycznia
16 stycznia
Polski Teatr Tańca, Czterdzieści
MP2 Międzynarodowe Targi
Poznańskie, godz. 19:00
23 stycznia
HALO?! – śpiewodram Bartka Figaja
Studio Teatralne Próby, CK ZAMEK
sala 218 , godz. 19:05
Wstęp wolny
Do utraty tchu i Osiem i pół –
Akademia 50 +
CK ZAMEK Sala Kinowa,
godz. 13:00
Bilety: 10 zł, karnet: 25 zł
12 stycznia
Krzysztof Meyer, Cyberiada
Teatr Wielki, godz. 19:00
Bilety: od 6 zł do 90 zł
Walerij Szergin, Dzieci Zony
premiera
Teatr Nowy w Poznaniu Scena
Nowa, godz. 19:30
Przegląd filmów ze zbiorów Festiwalu OFF CINEMA: Niepokorni
kochankowie; Mama, babcia i ja;
Dzisiaj w Warszawie, jutro gdzieś
w świecie – Klub Krótkiego Kina
CK ZAMEK Sala Kinowa,
godz. 19:00
Bilety: 5 zł pokaz, 10 zł karnet
15 stycznia
25 stycznia
13 stycznia
Marek Zgaiński, Faceci na wybiegu
Mój Teatr, godz. 20:00
Bilety: 25 zł, 26 zł/20 zł
16 stycznia
Marek Zgaiński, Randka w ciemno
Mój Teatr, godz. 20:00
Bilety: 25 zł, 26 zł/20 zł
Sławomir Mrożek, Striptease
Studio Teatralne Próby, CK ZAMEK
sala 322a, godz. 19:05
Wstęp wolny
24 stycznia
Marek Zgaiński, Związek
partnerski premiera
Mój Teatr, godz. 19:00
Bilety: 25 zł, 26 zł/20 zł
30 stycznia
Perturbatio personalitatis –
śpiewodram Izy Kaczmarek
Studio Teatralne Próby CK ZAMEK
sala 218, godz. 19:05
Wstęp wolny
Szukając Vivian Maier – Kino
wokół fotografii
CK ZAMEK Sala Kinowa,
godz. 19:15
Bilety: 11 zł, 2 zł dla uczestników
zamkowych pracowni: Fotografii
i Filmu
17 stycznia
Franz Lehár, Wesoła Wdówka – The
Metropolitan Opera LIVE IN HD
CK ZAMEK Sala Kinowa
godz. 18:40
Bilety: 50 zł/40 zł, karnety: 450
zł/360 zł
1/2015
7
KALENDARIUM WYDARZEŃ
Wystawy
Spotkania z dokumentem: Dear
Albert – Klub Krótkiego Kina
CK ZAMEK Sala Kinowa,
godz. 19:00
Bilety: 5 zł pokaz, 10 zł karnet
KALENDARIUM WYDARZEŃ
22 stycznia
Popiół i diament i Nóż w wodzie –
Akademia 50 +
CK ZAMEK Sala Kinowa,
godz. 13:00
Bilety: 10 zł, karnet: 25 zł
26 stycznia
Replika Festiwalu Sputnik 2014:
Szczęśliwi ludzie – Klub Krótkiego
Kina
CK ZAMEK Sala Kinowa,
godz. 19:00
Bilety: 5 zł pokaz, 10 zł karnet
26 stycznia-1 lutego
Replika 8. Festiwalu Sputnik nad
Polską
CK ZAMEK Sala Kinowa
Bilety: 11 zł, karnet na 7 filmów:
50 zł
Koncerty
7 stycznia
Undertape
Good Time Radio Café & Lunch,
godz. 21:00
Wstęp wolny
8 stycznia
F.O.U.R.S. COLLECTIVE
Klubokawiarnia Meskalina, godz.
19:00
bilety: 15 zł przedsprzedaż, 20 zł
w dniu koncertu
9 stycznia
Pomau
Good Time Radio Café & Lunch,
godz. 21:00
Bilety: 10 zł
14 stycznia
The Ghist
Good Time Radio Café & Lunch,
godz. 21:00
Wstęp wolny
8
1/2015
16 stycznia
XX-lecie zespołu Akurat
CK ZAMEK Sala Wielka,
godz. 19:30
Bilety: 30 zł przedsprzedaż, 40 zł
w dniu koncertu
Brzóska
Good Time Radio Café & Lunch,
godz. 21:30
Wstęp wolny
17 stycznia
Zmaza, Wojtek Hoffmann &
Project Hendrix, Elevator
CK ZAMEK Sala Wielka,
godz. 19:00
Bilety: 15 zł przedsprzedaż, 20 zł
w dniu koncertu
B.O.K – Labirynt Babel Tour
Eskulap, godz. 20:00
Bilety: 30 zł/35 zł
Semantyka
Trochę Kultury, godz. 21:00
Bilety: 10 zł
18 stycznia
Chór Uniwersytetu Medycznego
im. Karola Marcinkowskiego
w Poznaniu – koncert charytatywny w ramach studenckiej akcji
Doktor Miś Dzieciom
Kościół pw. św. Wawrzyńca, godz.
20:00
Chór Dziewczęcy „Skowronki”,
Skowronki w karnawałowej
odsłonie – koncert inaugurujący
obchody Jubileuszu 65-lecia chóru
CK ZAMEK Sala Wielka,
godz. 18:00
Wstęp wolny
19 Wiosen Cinema Natura
Tournee (support: Emmanuele
Gattuso)
Trochę Kultury
21 stycznia
Yuma
Good Time Radio Café & Lunch,
godz. 21:00
Wstęp wolny
22 stycznia
Wieczór portugalski: Fado, Kinga
Rataj
Good Time Radio Café & Lunch,
godz. 21:00
Bilety: 25 zł, 35 zł
CeZik & KlejNuty (support: Sasha
Boole)
Klubokawiarnia Meskalina,
godz. 19:00
Bilety: 40 zł przedsprzedaż, 50 zł
w dniu koncertu
24 stycznia
Koncert Karnawałowy w wykonaniu chóru Fermata
Muzeum Archidiecezjalne, godz.
18:00
Baran, Zygma, Ciupiński
Trochę Kultury, godz. 20:00
Wstęp wolny
25 stycznia
Koncert Jubileuszowy z okazji
60-lecia działalności Orkiestry
Miasta Poznania
Aula UAM w Poznaniu, godz. 16:00
Hanna Banaszak & Inspiro
Ensemble, Samba życia piosenki
Hanny Banaszak a cappella
CK ZAMEK Sala Wielka,
godz. 18:00
Bilety: 30 zł przedsprzedaż, 40 zł
w dniu koncertu
Maya
Good Time Radio Café & Lunch,
godz. 21:30
Bilety: 10 zł
Imprezy
10 stycznia
HOT Saturday LIVE ACT MC NICK
SINKLER
HaH Art&Music Club, godz. 22:00
24 stycznia
Discodromo
Nowa Sytuacja, godz. 22:00
31 stycznia
The Jillionaire
SQ Club, ul. Półwiejska 42,
godz. 22:00-5:00
Inne wydarzenia
13 stycznia
Delikatni
Cafe Dylemat, godz. 20:00
Wykład Prof. dr. hab. Macieja
Jabłońskiego z Katedry Muzykologii
Wydziału Historycznego UAM
Narodziny świata z porządku
muzyki – Uniwersyteckie wykłady
na Zamku
CK ZAMEK Hol Balkonowy,
godz. 18:00
Wstęp wolny
28 stycznia
14 stycznia
26 stycznia
Marian Kouba in memoriam
Bazar Poznański, godz. 19:00
Bilety: 20 zł
27 stycznia
The Open Windows
Good Time Radio Café & Lunch,
godz. 21:00
Wstęp wolny
29 stycznia
Plug&Play
Klubokawiarnia Meskalina,
godz. 19:00
Bilety: 15 zł przedsprzedaż, 20 zł
w dniu koncertu
30 stycznia
Ceti - promocja płyty Brutus
Syndrome (support: Mismatched)
CK ZAMEK Sala Wielka,
godz. 20:00
Bilety: 30 zł przedsprzedaż, 40 zł
w dniu koncertu
Wykłady w kinie: Emocjonalne
i neutralne: nowe i najnowsze kino
niemieckie Niemiecki film dla
dzieci, mgr Patrycja Rojek
CK ZAMEK Sala Kinowa,
godz. 11:30
Bezpłatne wejściówki
15 stycznia
Czwartek o sztuce: Poznańscy
architekci. Roger Sławski, wykład
Macieja Szymaniaka
CK ZAMEK Hol Balkonowy,
godz. 18:30
Wstęp wolny
16 stycznia
Nocne zwiedzanie Zamku
CK ZAMEK Hol Wielki,
godz. 21:00
Bilety: 15 zł
20 stycznia
Spotkanie z Hanną Krall – Zamek
reporterów
CK ZAMEK Sala Wielka,
godz. 18:00
Wstęp wolny
21 stycznia
Wykłady w kinie: Emocjonalne
i neutralne: nowe i najnowsze
kino niemieckie Twórczość
Haruna Farockiego, mgr Anna
Granatowska
CK ZAMEK Sala Kinowa,
godz. 11:30
Bezpłatne wejściówki
Wykład naukowy dr. Henryka
Panera (Muzeum Archeologiczne
w Gdańsku) 20 lat w Sudanie.
Badania Ekspedycji Muzeum
Archeologicznego w Gdańsku
(GAME)
Muzeum Archeologiczne
w Poznaniu, godz. 11:00
Wstęp wolny
22 STYCZNIA
GEEK GIRLS CARROTS
CK ZAMEK Sala pod Zegarem,
godz. 18:00
Wstęp wolny
Czwartek o sztuce: Architektura
poznańskich Winograd, wykład
Agaty Miatkowskiej-Gołdyn
CK ZAMEK Hol Balkonowy, godz.
18:30
Wstęp wolny
24 stycznia
Razem w Muzeum – warsztaty dla
dzieci i rodziców
Muzeum Archidiecezjalne,
godz. 12:00
Bilety: 5 zł
25 stycznia
Gamesroom na Zamku
CK ZAMEK Sala pod Zegarem,
godz. 13:00
Wstęp wolny
Niedziela na Zamku – Wykład
poświęcony historii zamku
CK ZAMEK Hol Balkonowy,
godz. 11:15
Wstęp wolny
28 stycznia
Wykłady w kinie: Emocjonalne
i neutralne: nowe i najnowsze kino
niemieckie Niemiecki dokument
w XX wieku, dr Piotr Pławuszewski
CK ZAMEK Sala Kinowa,
godz. 11:30
Bezpłatne wejściówki
29 stycznia
Czwartek o sztuce: Historia
Pomnika Wdzięczności, wykład
Marii Fenrych
CK ZAMEK Hol Balkonowy,
godz. 18:30
Wstęp wolny
31 stycznia
Pięć stopni wtajemniczenia –
Warsztaty fotograficzne dla
dorosłych Pierwszy stopień
wtajemniczenia
CK ZAMEK sala 8 (Pracownia
Fotografii), godz. 11:00
Bilety: 10 zł, karnety na 5 zajęć: 35 zł
Razem w Muzeum – warsztaty dla
dzieci i rodziców
Muzeum Archidiecezjalne,
godz. 12:00
Bilety: 5 zł
Codziennie
Pokazy przygotowania rogali
świętomarcińskich okraszone
poznańską gwarą
Rogalowe Muzeum Poznania,
godz. 11:10, 12:30, 13:45 i 15:00
Wskazana wcześniejsza rezerwacja
Dla dzieci
4, 11, 18, 25 stycznia
Poranki dla dzieci
CK ZAMEK Sala Kinowa,
godz. 11:00
Bilety: 10 zł
10 stycznia
Strefa zabawy (warsztaty dla
dzieci 3-5 lat) Legenda o pięknej
królowej Tamar – warsztaty
plastyczne, prowadzenie: Anna
Konieczna
CK ZAMEK Bawialnia,
godz. 11:00-11:45
Bilety: 10 zł
15 stycznia
Daria Anfelli, Kto się boi wysokiego „c”?
Teatr Wielki Sala im. W. Drabowicza, godz. 12:00
Bilety: 15 zł
17 stycznia
Zwiedzanie zamku dla dzieci
CK ZAMEK Hol Wielki,
godz. 12:00
Bilety: 5 zł
Strefa zabawy (warsztaty dla dzieci
3-5 lat) My się zimy nie boimy
i wesoło zatańczymy – warsztaty
taneczno-muzyczne, prowadzenie:
Anna Bogusławska
CK ZAMEK Bawialnia,
godz. 11:00-11:45
Bilety: 10 zł
18 stycznia
24 stycznia
Strefa zabawy (warsztaty dla dzieci
3-5 lat) Hip-hopowe fantazje
ruchowe – warsztaty taneczne,
prowadzenie: Katarzyna Markiewicz, Marta Dorna
CK ZAMEK Bawialnia,
godz. 11:00-11:45
Bilety: 10 zł
25 stycznia
Niedziela na Zamku – Zwiedzanie
zamku dla dzieci
CK ZAMEK Hol Wielki,
godz. 12:00
Wstęp wolny
Studio Teatralne Blum Ty i ja –
spektakl dla dzieci
w wieku 0 do 5 lat
Concordia Design,
godz. 10:00, 11:30
Bilety: rodzinny 35 zł
Teatr Atofri Ślady
CK ZAMEK Scena Nowa,
godz. 10:30, 12:00
Bilety: 12 zł
Sergiusz Prokofiew, Piotruś i wilki
Teatr Wielki, godz. 12:00
Bilety: 27 zł i 45 zł
31 stycznia
Strefa zabawy (warsztaty dla dzieci
3-5 lat) Kosmiczna podróż –
warsztaty taneczne, prowadzenie:
Anna Bogusławska
CK ZAMEK Bawialnia,
godz. 11:00-11:45
Bilety: 10 zł
Studio Teatralne Blum Gra – spektakl dla dzieci w wieku 1 do 6 lat
Concordia Design, godz. 10:00,
11:30
Bilety: rodzinny 35 zł
Aula UAM w Poznaniu, ul. Wieniawskiego 1; Bazar Poznański, ul Paderewskiego 7; Biblioteka Raczyńskich, pl. Wolności 19; Cafe Dylemat, ul. Mickiewicza 27;
CK ZAMEK, ul. św. Marcin 80/82; Concordia Design, ul. Zwierzyniecka 3; Eskulap Akademickie Centrum Kultury, ul. Przybyszewskiego 39; Galeria Centralne Oko,
ul. Garbary 30/41; Galeria Fotografii PF, CK ZAMEK ul. śww. Marcin 80/82; Galeria Sztuki Współczesnej Profil, CK ZAMEK ul. św. Marcin 80/82; Galeria Taśma przy Kinie
Bułgarska 19, ul. Bułgarska 19; Good Time Radio Cafe & Lunch, ul. Paderewskiego 10; HaH Art&Music Club, ul. Małe Garbary 6; Klubokawiarnia Meskalina, Stary
Rynek 6; Kościół pw. św. Wawrzyńca, ul. Przybyszewskiego 30; MP2, Międzynarodowe Targi Poznańskie, ul. Głogowska 14; Mój Teatr, ul. Gorczyczewskiego 2; Muzeum
Archeologiczne w Poznaniu, Pałac Górków, ul. Wodna 27; Muzeum Archidiecezjalne, ul. Lubrańskiego 1; Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza, Stary Rynek 84;
Nowa Sytuacja, ul. Wielka 18; Rezerwat Archeologiczny Genius Loci, ul. ks. I. Posadzego 3; Rogalowe Muzeum Poznania, Stary Rynek 41/2 (wejście od ul. Klasztornej
23); SQ Club, ul. Półwiejska 42; Studio Teatralne Próby, CK ZAMEK ul. śww. Marcin 80/82; Teatr Nowy w Poznaniu, ul. Dąbrowskiego 5; Teatr Polski w Poznaniu,
ul. 27 grudnia 8/10; Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu, ul. Fredry 9; Trochę Kultury, ul. Dominikańska 7a
1/2015
9
KALENDARIUM WYDARZEŃ
19 stycznia
Powiększenie, olej na płótnie
Wojciech Gorączniak
Materializacje
G
aleria Łazienna serdecznie zaprasza na
wystawę prac Wojciecha Gorączniaka. Ekspozycja jest ostatnią wystawą z poznańskiego
cyklu Poza, który w 2014 roku zainaugurował
działalność Fundacji Łazienna.
Artysta jest absolwentem Akademii Sztuk
Pięknych, który karierę zawodową związał
z poznańskim Uniwersytetem Artystycznym.
Obecnie pracuje jako adiunkt w IV Pracowni
Malarstwa prof. Andrzeja Zdanowicza. Zajmuje
się malarstwem i rysunkiem. Gorączniak, działający również w Radzie Programowej Fundacji,
w październiku 2014 roku wystąpił w roli kuratora wystawy Dom Gry, prezentującej twórczość
Andrzeja Zdanowicza.
O twórczości Artysty w katalogu do wystawy
pisze Adam Nowaczyk: „Niespieszne obrazowanie Wojciecha Gorączniaka poddaje rzeczywistość przenikliwej obserwacji. Wydaje się, że jest
to w istocie kontemplacja zarówno rzeczywistości, jak i procesu tworzenia. Będące na granicy
zmysłowości i utopii abstrakcyjno-figuratywne
wyobrażenia twórcy, zdają się zarówno projekcją
porządku światów idealnych, jak i dyskretną,
refleksyjną obserwacją a także rejestracją ciągłej
przemiany substancji świata, jego przedmiotów
i podmiotów”.
Galeria Łazienna, ul. Łazienna 4, 61-857 Poznań
Wernisaż: 9 stycznia, godz. 18:00
Od 12 do 30 stycznia, godz. 9:00-17:00
10
1/2015
Andrzej Wróblewski, René
Daniëls, Luc Tuymans
DE. FI. CIEN. CY
A
rt Stations Foundation by Grażyna Kulczyk
ma zaszczyt zaprezentować wystawę DE. FI.
CIEN. CY (Ułomność), na której pokazany
zostanie szeroki wybór prac Andrzeja Wróblewskiego, René Daniëlsa i Luca Tuymansa. Dzieła
wypożyczono z kolekcji prywatnych i państwowych z Polski, Belgii, Holandii, Francji, Niemiec
i Szwajcarii. Ponadto Luc Tuymans specjalnie
na wystawę wykona w galerii rysunek ścienny
w dużym formacie.
Wszyscy trzej twórcy mieli ogromny wpływ na
sztukę współczesną i zaliczani są do najważniejszych artystów XX wieku. To pierwsza wystawa,
na której ich dzieła zostały ze sobą zestawione.
DE. FI. CIEN. CY odwołuje się do hipotezy
mówiącej o tym, że pomimo różnych kontekstów
społeczno-politycznych, kulturowych i pokoleniowych, na prace pozornie niezwiązanych ze
sobą artystów można spojrzeć tak, żeby odkryć
w nich niespodziewane zbieżności. Stanowią
one nie tyle obiektywne fakty, co wyniki pewnej
szczególnej perspektywy widza, którą określa
współczesny kryzys obrazu.
W twórczości każdego z trzech malarzy obraz
prezentuje się jako wybrakowany. Wystawa DE.
FI. CIEN. CY przygląda się temu, w jaki sposób
w twórczości Artystów widoczne fiasko obrazu
staje się podstawowym warunkiem tworzenia
malarstwa przekraczającego reprezentację i dającego obrazom siłę sprawczą.
Galeria Art Stations, Stary Browar,
ul. Półwiejska 42, 61-888 Poznań
Do 28 lutego
Wstęp wolny
Uszebti królewskie z Sudanu,
VII w. p.n.e.
Verba volant, scripta
manent. Dawne formy
zapisu
W
ystawa jest próbą ukazania najdawniejszych systemów utrwalania informacji na
podstawie unikatowych zabytków archeologicznych pochodzących z terenów Mezopotamii, Egiptu, Grecji i Imperium Rzymskiego.
Celem wystawy jest uzmysłowienie odbiorcom,
że jeden z największych wynalazków kultury
ludzkiej jakim jest pismo powstawał niezależnie
w różnych kręgach kulturowych, przy jednoczesnej różnorodności form i metod przekazu.
Łacińska maksyma zawarta w tytule wystawy:
Verba volant, scripta manent (Słowa ulatują,
pismo pozostaje) ma również podkreślić znaczenie pisma jako istotnego nośnika wiedzy, historii
i kultury. Na wystawie znajduje się blisko 100
eksponatów pochodzących ze zbiorów Muzeum
Narodowego w Warszawie, Muzeum Narodowego w Poznaniu, Muzeum Archeologicznego
w Krakowie, Uniwersytetu Jagiellońskiego
i Muzeum Archeologicznego w Poznaniu.
Ekspozycja adresowana jest dla wszystkich osób
zainteresowanych najdawniejszą historią pisma.
Dla dzieci oraz młodzieży szkolnej prezentowany
temat będzie doskonałym uzupełnieniem procesu
nauczania. Przy okazji wystawy przygotowano
lekcje muzealne, które w przystępny i wnikliwy
sposób wprowadzą uczestników w tajniki najstarszych systemów zapisu.
Muzeum Archeologiczne w Poznaniu,
Pałac Górków, ul. Wodna 27, 61-781 Poznań
Do 22 marca
Bilety: 8 zł/4 zł, rodzinny 20 zł
Marek Zgaiński
Usta Angeliny
Mieczysław Wajnberg
Portret
L
ibretto opery autorstwa Aleksandra Miedwiediewa oparte jest na motywach opowiadania Nikołaja Gogola. Jego bohaterem jest
Czartkow, młody utalentowany malarz, który
wchodzi w posiadanie portretu o magicznych
właściwościach. Opera opowiada przejmującą
historię o życiu zmarnowanym w pogoni za
sławą i bogactwem. Morał uczy, że najważniejsze
nie stracić szacunku do samego siebie. Spektakl
w reżyserii Davida Pountney’a został uhonorowany Teatralną Nagrodą Muzyczną im. Jana
Kiepury 2014 w kategorii Najlepszy Spektakl oraz
uznany został Hitem Roku 2013 przez Rzeczpospolitą. Był także nominowany do nagrody
Koryfeusze Muzyki Polskiej.
Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki,
ul. Fredry 9, 61-701 Poznań
11 stycznia, godz. 18:00
Bilety: od 6 zł do 90 zł
O
dpowiedź na pytanie jak być piękną i młodą
jeszcze nigdy nie była tak prosta. Udzielają jej
codziennie niezliczone reklamówki kosmetyków, można ją znaleźć w salonach odnowy,
klinikach chirurgii plastycznej... Tylko po co być
piękną i młodą? Dla lepszego samopoczucia, bo
tego oczekują mężczyźni, czy w końcu, bo taka
panuje moda... Bohaterki sztuki kreowane przez
Agnieszkę Różańską i Katarzynę Terlecką w ironiczny i zabawny sposób rozprawiają się z presją
„kultu młodości”, przy okazji nie oszczędzając
też mężczyzn, którym po nocach śnią się usta
Angeliny.
Mój Teatr, ul. Gorczyczewskiego 2/1A,
60-554 Poznań
18 stycznia, godz. 19:00
Bilety: 26 zł, 25 zł/20 zł
Polski Teatr Tańca Desert
S
pektakl inspirowany „Małym Księciem”
Antoine’a de Saint-Exupéry’ego. Projekt
„Desert” jest próbą spojrzenia na tę poetycką
opowieść z perspektywy osoby dorosłej. Wyobrażenie książkowych postaci i ich wzajemnych relacji staje się bardziej złożone i niejednoznaczne.
Poszczególne wątki spotkań łączy metaforyczne
miejsce przestrzeni i umysłu – Pustynia, która
stawia bohaterów i widza przed konfrontacją
z Samotnością.
MP2 Międzynarodowe Targi Poznańskie,
ul. Głogowska 14, 60-734 Poznań
15 stycznia, godz. 13:00
Bilety: 30 zł/15 zł
1/2015
11
ZAPOWIEDZI
Fot. Cezary Adamski
Fot. M. Jórdeczka
ZAPOWIEDZI
© Fundacja Andrzeja Wróblewskiego
Andrzej
Wróblewski,
(Zampano V),
gwasz
na papierze,
Muzeum
Narodowe
w Poznaniu
ZAPOWIEDZI
ZAPOWIEDZI
Minerals
Z
Pożar w burdelu
Z
espół teatralno-kabaretowy „Pożar w burdelu” to artyści związani początkowo z Klubem Komediowym Chłodna, następnie
z Barem Studio, Teatrem WARSawy i Nowym
Teatrem. Pod kierownictwem Michała Walczaka
i Macieja Łubieńskiego stworzyli szaloną BurdelTrupę, pokazującą co miesiąc życie miasta
w krzywym zwierciadle.
Stali się jednym z najgłośniejszych, najmodniejszych i najciekawszych zjawisk warszawskiej
sceny niezależnej. W ZAMKU pożar wybuchnie
już po raz drugi (po fantastycznym występie
w sierpniu 2014 roku z „Gorączką powstańczej
nocy”). Tym razem zobaczymy absolutnie premierowy program!
Centrum Kultury ZAMEK, Sala Wielka ul. Św.
Marcin 80/82, 61-809 Poznań
28 stycznia, godz. 20:00
Bilety: 60
12
1/2015
Bałkański Prawosławny
Sylwester
S
tary kalendarz juliański daje okazję do
ponownego świętowania nadejścia Nowego
Roku. Tym razem w bałkańskim stylu.
Bedzie hucznie! Muzyka na żywo, balkan party,
korowody, rakija, bałkańska kuchnia, konkursy
z nagrodami i inne atrakcje. Muzycznym gospodarzem wieczoru będzie grupa BALKAN SEVDAH.
Artyści dzielą się na scenie swoją pasją związaną
z tradycyjną muzyką Półwyspu Bałkańskiego,
której esencję starają się uchwycić. Efektem ich
poszukiwań jest muzyka melodyjna, dynamiczna,
czasem refleksyjna, momentami dzika, pełna
temperamentu i nastroju charakterystycznego dla
południowo-wschodniego krańca Europy.
Bałkańskie Party rozkręci DJ EMPE. Specjalenie
na Bałkański Sylwester szykuje selekcję balkanbeatu, elektro tzigane, bułgarskiej czałgi, rumuńskiego manele i innych stylów z bałkańskiego
kotła. Do tego wszystkiego dołoży klasyczne
tematy folk i pop ubrane w klubowe szaty plus
hity polskiego etno.
Dla zainteresowanych poznaniem tradycyjnych
bałkańskich tańców atrakcją będzie obecność
Anny Trąbały, której największą fascynacją są
tańce w kręgu z Grecji i Bałkanów. Do dziś udało
się jej zgromadzić około 2500 tańców, ciągle podnosi swoje kwalifikacje biorąc udział w międzynarodowych warsztatach tańca w Grecji, Serbii,
Macedonii, Bułgarii, Rumunii i Turcji.
Klub U Bazyla, ul. św. Wojciech 28,
61-749 Poznań
10 stycznia, godz. 20:00
Bilety: 20 zł
espół Minerals powstał w 2009 roku. W 2012
roku wydał debiutancki album „White Tones”,
który został bardzo dobrze przyjęty przez
dziennikarzy muzycznych w kraju i za granicą.
Zespół został zaproszony na jeden z największych
i najważniejszych festiwali na świecie SXSW
w Austin, w Teksasie. Zagrał również na dwóch
najważniejszych festiwalach w Polsce: Opener
Festival oraz OFF Festival. Miał okazję wystąpić
w studiu im. Agnieszki Osieckiej w radiowej
Trójce, gdzie został zaproszony przez Piotra
Stelmacha.
Obecnie Minerals kończy przygotowywanie
materiału na drugą płytę, który w ich opinii jest
bardziej dojrzały, ale ma w sobie pewną naiwność
i siłę, która towarzyszyła im przy tworzeniu
nowych utworów. Wspominając o nowym materiale zespół mówi o inspiracjach takimi zespołami
jak Foals, U2, Wild Beasts czy Real Estate.
Muzycznie Minerals to ciepły i charakterystyczny
wokal, mocna, motoryczna sekcja oraz melodyjne
gitary tworzące przestrzenną ścianę dźwięku.
Zespół łączy takie gatunki muzyczne jak new
wave, indie, noise rock oraz elementy popowe.
Klubokawiarnia Meskalina, Stary Rynek 6,
61-772 Poznań
15 stycznia, godz. 19:00
Bilety: 15 zł, 20 zł w dniu koncertu
Wovoka
Kasia Moś
Z
G
espół Wovoka to muzyczny hołd złożony
zapomnianym kulturom transowym. Założony w 2012 roku, nazwę zaczerpnął od wielkiego Indianina, mistyka i twórcy „Ghost Dance”.
Źródłem twórczości zespołu jest znalezienie
łącznika pomiędzy typowym składem rock’n’rollowym a praźródłem tej muzyki. Stylistycznie
miesza się tu blues z muzyką Indian, muzyka
psychodeliczna z muzyką Papui Nowej Gwinei.
Wierząc w jeden korzeń łączący całą zaangażowaną muzykę, zespół zwraca się do kultur
pierwotnych z pytaniem o muzykę współczesną.
W 2013 roku ukazała się pierwsza płyta „Trees
Against The Sky”. Podczas koncertu usłyszymy
materiał z kolejnego albumu, który ukaże się
w styczniu 2015 r.
Centrum Kultury ZAMEK, Sala Wielka
ul. Św. Marcin 80/82, 61-809 Poznań
23 stycznia, g. 20:00
Bilety: 20 zł, 30 zł w dniu koncertu
ood Time Radio zaprasza na koncert znakomitej wokalistki Kasi Moś. Jest ona finalistką
III edycji programu „Must be the music”.
Wystąpiła także m.in. w „The Pussycat Dolls Burlesque Review”, u boku takich gwiazd jak Kelly
Osborne, Mya i Carmen Electra.
Good Time Radio, ul. Paderewskiego 10,
61-770 Poznań
23 stycznia, godz. 22:00
Bilety: 10 zł
Teatr Atofri Grajkółko
G
rajkółko to spektakl dla dzieci od 1 do 5 lat,
zrealizowany w ramach projektu Muzeowanie – Teatr Atofri – Scena Muzeum, dzięki
zaangażowaniu Poznańskiej Fundacji Artystycznej, Miasta Poznań, CK ZAMEK, Muzeum Narodowego i Muzeum Instrumentów Muzycznych
w Poznaniu. Co to gra? Czy to melodia ognia
czy ziemi? Wody, metalu czy drzewa? Podczas
przedstawienia odkrywane dźwięki żywiołów
łączą się ze słowem i akompaniamentem fletu
poprzecznego. Na scenie powstaje konstrukcja
z kółek, która jednoczy wszystkie elementy.
Centrum Kultury ZAMEK, Scena Nowa, ul. Św.
Marcin 80/82, 61-809 Poznań
18 stycznia, godz. 10:30, 12:00
Bilety: 12 zł
Studio Teatralne Blum
Blumowe piosenki
B
lumowe piosenki to koncert dla dzieci
w wieku od 2 lat, oparty na 10 autorskich piosenkach Studia Teatralnego Blum (wydanych
na płycie CD pod tym samym tytułem). Piosenki
są pretekstem do wspólnej zabawy ale też wprowadzają dzieci w świat teatru. Muzyka przeplatana jest działaniami z dziećmi wykorzystującymi
nie tylko dźwięk, ale także ruch a przede wszystkim emocje i wyobraźnię.
Studio Teatralne Blum to nieinstytucjonalny
zawodowy teatr istniejący od 2001 r. W swoich
działaniach łączy doświadczenia artystyczne
i pedagogiczne. Specjalizuje się w spektaklach dla
dzieci najmłodszych (od 0 do 5. roku życia) i jest
pierwszym polskim teatrem tworzącym dla tej
grupy wiekowej. Teatr istnieje również na arenie
międzynarodowej, uczestnicząc w projektach
teatralnych i artystycznych oraz festiwalach. Od
momentu założenia przygotował 16 autorskich
przedstawień oraz brał udział w realizacji kilku
międzynarodowych
projektów
teatralnych.
Laureat Nagrody Korczak 2007 oraz Specjalnej
Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa 2014.
Spektakle mają kameralny charakter i bierze
w nich udział nie więcej niż 30 małych widzów.
Po każdym przedstawieniu następuje zabawa,
podczas której dzieci z odbiorców zamieniają się
w twórców.
Concordia Design, ul. Zwierzyniecka 3, Poznań
11 stycznia, godz. 10:00, 11:30
Bilety: rodzinny 35 zł (dziecko i 2 opiekunów)
1/2015
13
Tom poezji Nikosa Chadzinikolau „Wiersze
zebrane” daje drobiazgowy obraz twórczych
fascynacji poety, jego wierzeń i obsesji. Daje
też świadectwo artystycznej ewolucji reakcji
i doznań, jaką przebył ongiś piętnastoletni
chłopak wysiadający na brzeg obcej,
północnej krainy, a dziś znany poeta, ceniony
przez krytykę i czytelników i to w obu swoich
ojczyznach: Grecji i Polsce.
Jego światłoczuła wyobraźnia
wydobywa kompozycje, barwy,
ku którym pcha nas siła marzeń.
P
unkt wyjścia związany z liryką Nikosa Chadzinikolau kryje się
w tym oto powtarzanym określeniu: poeta dwu kultur, poeta dwu
ojczyzn. I tej kwestii pominąć się nie da. Tak jak Polska dała Anglii
Conrada, jak Anglia dała Grecji Byrona, tak Grecja dała nam
Nikosa Chadzinikolau. W tak osobliwym obiegu zawsze uzewnętrznia
się ciekawy paradoks: zderzenie dwu kultur uświadamia istniejące
pomiędzy nimi różnice przy równoczesnym ujawnianiu wspólnoty
i integracji śródziemnomorskiego imaginarium, jakie roztacza się przez
wieki od Hellady po Albion. Dialog kultur służy procesowi uniwersalizacji ludzkich doświadczeń egzystencjalnych. Tradycja dialogu kultur
i wykorzystywania motywów hellenistycznych w polskiej literaturze
niezwykle mocno ukształtowała znaki poetyckiej wyobraźni, wiodąc
swe meandry od Kochanowskiego po Herberta.
Kostium antyczny Nikosa nie jest tu jednak ani przebraniem, ani poszukiwaniem zastępczych metafor, ani tym bardziej próbą kamuflażu.
Rzecz naturalna: ten poeta nie zakłada artystycznych masek, on po
prostu nie wyrzeka się własnego dziedzictwa kulturowego i w nowym
dla siebie języku sprawdza i konfrontuje, dokonując próby połączenia
dwu ojczyzn w jedność, co w jego biograficznym i literackim doświadczeniu okazało się realne i spełnione. Podejrzewam, że to pierwsze
doświadczenie bardziej nasycone jest polskimi niż greckimi treściami,
ale pielęgnacja korzeni, podsycanie kulturowej genealogii doprowadziły
do artystycznej osmozy i symbiozy, której wymowa stała się specyficzną
własnością tych i tylko tych wierszy. Specyfika ta bowiem wynika
stąd, że jakkolwiek będziemy rozumieć kulturofilię poezji Nikosa
Chadzinikolau, jest ona zawsze wyrazem jego emocji patriotycznych,
podczas gdy my przyzwyczajeni jesteśmy do kulturofilii o proweniencji
14
1/2015
kosmopolitycznej, nawet jeśli nie zabarwiamy kosmopolityzmu odcieniami pejoratywnymi.
Rzecz jasna, wykorzystywane w tej poezji dziedzictwo kulturowe wywołuje
jeszcze inny, chyba najważniejszy problem: otóż jest to liryka prowokująca
konfrontację konkretu z mitem. Mit, symbol, archetyp to język świadomości zbiorowej i ponadczasowej, w którym utrwalone zostały niezmienne
i uniwersalne mechanizmy i paradoksy ludzkiego losu. Usytuowanie na tym
tle własnych, niepowtarzalnych i realnych doświadczeń to jak gdyby próba
poszukiwania nadrzędnej reguły dla przypadku, próba odnajdywania trwałości w przemijaniu. Warto oddzielnie prześledzić, w jaki sposób Chadzinikolau adoptuje dla swych potrzeb całą tę skarbnicę, bo udowodnił ich
nieśmiertelną żywotność, ich uniwersalny sens, semantyczną pojemność
i paraboliczną siłę przesłań. Miał ku temu szczególny i osobliwy mandat
poznawczo-moralny i wykorzystał go z rzadką ekspresją poetycką. To
rodzaj alternatywy atystyczno-aksjologicznej i stoickiej wiary w ład prawdy.
Jego sukces bierze się z wielkiej wagi faktu, iż liryka Nikosa Chadzinikolau nie jest teoretyczną czy konceptualną rozprawą nad światem, nie
jest tez procesem abstrakcyjnego stawiania pytań ani akademickiego
Autor nie unikając gorzkich prawd, przedkłada konstatację nad donkiszoterię i efekciarskie prowokacje. Poszukuje alternatywy i przeciwwagi,
nie zapomina o wyspach szczęśliwych, usłonecznia mrok. Jest męski
w rachowaniu bliskich i dalekich klęsk, ale nie rezygnuje z tęsknoty za
spełnieniem. Jego solarna energia życia odradza się po każdej nocy, by
stać się wiecznością. (…) Patrzy na świat oczami malarza, tworzy światłoczułe obrazy, równocześnie intelektualizując swoje pejzaże przemieniając
je w zjawiska natury refleksyjnej. Ten kreacjonizm osiągnął tu wyjątkowo
proste formy wyrazu, przekonywujące swą naturalnością i autentyzmem.
To wyjątkowa umiejętność artystyczna, dzięki której skomplikowany
obraz przeżywania świata przez poetę toruje sobie sugestywną i zapadającą w pamięć drogę do czytelnika.
Jego wędrówka pomiędzy wieloma społecznościami i meandrami losu
zapewne zadowoliłaby Mojry czuwające nad narodzinami, życiem
i śmiercią. W naszej podróży rzadko kiedy spotykamy wojażerów tak
bardzo świadomych radości i bólu istnienia.
Leszek Żuliński
Nikos Chadzinikolau
Wiersze zebrane 1961-2009
Biała i Kolorowa Seria Poetycka „Poeticon”
pod redakcją Aresa Chadzinikolau.
ISBN 978-83-61335-12-2
Nikos Chadzinikolau
Stary Rynek
RECENZJE
RECENZJE
Ikar dał mi swoje marzenia,
Syzyf ciężki głaz
konstruowania odpowiedzi. Autor przetwarza realne i wiarygodne
doświadczenia.
Jednym z głównych źródeł i inspiracji tej twórczości jest biografizm,
to swoisty Exodus. Być może to lapidarne motto: „Ikar dał mi swoje
marzenia, Syzyf ciężki głaz” najtrafniej daje granice poetyckich dylematów autora, a jego słoneczne światło jest życiodajnym żywiołem, za
którym tak tęsknili jońscy filozofowi. Słońce rozprasza mroki, sączy się
poprzez czas i przestrzeń życia, rozgrzewając chłodną galaktykę. Może
dlatego ta poezja tak bardzo broni wzruszenia estetycznego.
Nie wyobrażam sobie tego autora jako turpisty lub zgorzkniałego obrazoburcy. Jego światłoczuła wyobraźnia wydobywa kompozycje, barwy, ku
którym pcha nas siła marzeń. W takiej scenerii może padnie obietnica
spełnienia i azylu, spokoju i ukojenia. Taki świat odradza się nieustannie
i ową wiarą w odrodzenie inkrustowana jest tarcza poety, która broni go
przed eschatologicznym nihilizmem.
O zachodzie niebo płowieje ze starości dnia.
Koziołki już nie próbują swoich sił.
Kamieniczki układają grafitowe cienie
do modlitwy
jak dziewczyny,
które wtulają się szeptem serca
do skrzydeł swoich aniołów.
Prozerpina tańczy wokół fontanny,
a bamberka podnosi stągwie z poznańskim słońcem.
Mnie spieszno do ulicy Woźnej,
gdzie Nowakowie dzielą świeży chleb
na strofy.
Skałka w Poznaniu
Jest takie wzgórze w poznaniu
jak ułożone dłonie matki
w oczekiwaniu na świt.
Spokój tu jak w stągwiach
z zapomnianym niebem.
Nad grobem Żupańskiego
czarny krzyż.
A tyle on miał jasnych dni,
tyle gestów podobnych do ptaków
i słów zdjętych z warg słońca.
Tom wierszy Nikosa Chadzinikolau do nabycia jedynie poprzez kontakt
z synem poety: [email protected]
1/2015
15
O uważności
Co to znaczy „żyj uważnie” – kolejny slogan,
modne hasło bez znaczenia?
J
estem uważna, bo słucham, gdy ktoś do mnie mówi, rozglądam się
na przejściu dla pieszych, uważam na wykładach, szkoleniach czy
w pracy?
Uważność to nade wszystko samoświadomość i obecność – bez
wartościowania, osądzania, bez wybiegania w przyszłość i ucieczek do
przeszłości. To bycie tu i teraz, w życiu takim, jakie w danej chwili jest.
Niby proste.
Pierwsze doświadczenie z uważnością przydarzyło mi się latem. Przeczytałam o zajęciach jogi prowadzonych przy fontannie, chciałam
spróbować. W samochodzie pojawiło się jednak sporo myśli: powinnam
mieć bardziej umięśnione ciało, lepsze legginsy, kondycję, kilka kilo
mniej; pojawiło się też sto scenariuszy tego, co nastąpi.
W trakcie ćwiczeń jednak nikt mi się nie przyglądał, to raczej ja
zerkałam na innych. Niektóre pozycje wychodziły, inne nie. Skupiałam
się na ruchu i swoim oddechu – nagle to, co myśleli inni, straciło na
znaczeniu. Żaden z wymyślonych w aucie scenariuszy nie rozegrał się
w rzeczywistości. Do domu wróciłam spokojna i pełna energii.
Jesienią trafiłam na warsztaty uważności. Zajęcia związane z redukcją
16
1/2015
Autorka bloga ZORKOWNIA nagrodzonego
trzema statuetkami w konkursie Blog Roku,
redaktorka, wykładowczyni, prelegentka
i pisarka. Autorka książek „Zorkownia” (Wyd.
Znak) i „Chorowitek”, terapeutycznej bajki
dla dzieci (Wyd. Muza). Od kilku lat jest
wolontariuszką w Hospicjum Palium.
KOMIKS
Ilustracja: Michał Woźniak
Ilustracja: Hubert Hyżyk
FELIETON
Agnieszka Kaluga
stresu, żadnej dopisanej do tego filozofii czy religii. Ciepło, kameralnie
i serdecznie – od razu miałam poczucie, że jestem w dobrym miejscu, że
robię coś dla siebie. Nie działo się na pozór nic wielkiego. Siedzieliśmy,
oddychaliśmy, rozmawialiśmy. Czasem jedliśmy, czasem spacerowaliśmy – tylko znacznie uważniej.
Pamiętam dwudziestominutowe jedzenie rodzynki. Dotykanie jej,
wąchanie, ściskanie w palcach i przykładanie do ucha (wiecie, jaki
dźwięk wydaje rodzynka?), trzymanie na języku, rozgryzanie, wreszcie
eksplozja smaku. Kto by się spodziewał tylu atrakcji ze strony jednej
rodzynki, skoro do tej pory zjadało się ich całą garstkę.
Największa praca odbyła się jednak pomiędzy spotkaniami.
Zaczęłam uważniej przyglądać się temu, co jem i jak jem. Nie zmieniłam
nawyków, po prostu obserwowałam, gdzie jestem myślami w trakcie
posiłków, czy jem w biegu, czy też delektuję się każdym kęsem.
Zaczęłam zauważać subtelne reakcje mojego ciała. Jak oddycham, kiedy
się denerwuję, gdzie czuję napięcie, kiedy ono puszcza. Jak myślę o sobie
i ludziach, jakie filtry nakładam na rzeczywistość.
Skutki warsztatów okazały się być długofalowe.
Codziennie, wożąc do szkoły dziecko, utykam w korkach. Nie mam
wpływu na korki, ale mogę wybrać, jak spędzę ten czas. Mogę, nerwowo
patrząc na zegarek, poganiać auta przede mną. Mogę też skupić się na
oddechu i wyciszyć, spokojnie poobserwować świat wokół.
Widzę wtedy kształt gałęzi, łupiny po kasztanach i błoto, jakiś ptak
rozgrzebuje stare liście, szuka pożywienia. W aucie przede mną
uśmiechnięta pani zdejmuje dziecku czapkę, za mną młody chłopak –
dłubie w nosie, myśląc że nikt go nie widzi.
Korek przestaje być miejscem do wyminięcia, czas w drodze staje się
nagle czymś na kształt prezentu, złapaną chwilą.
Oddycham więc, miewam się całkiem dobrze. Jestem zdrowa, przede
mną droga i chwila, w której jestem. Stres gdzieś wyparował, wracam
do domu spokojna.
Uważność mocno wiąże się dla mnie z wdzięcznością. Nagle okazuje się,
że jak się dobrze rozejrzeć, mamy tak wiele.
Coraz częściej wyłączam w samochodzie radio – nie dlatego, że jestem
gorszym kierowcą, gdy słucham muzyki. Dlatego, że chcę pobyć w tym,
w czym jestem. Nie zagłuszać, nie wymijać, po prostu być.
Słyszę silnik i inne auta obok, moje dziecko, które opowiada o szkole.
Okazuje się, że potrzebuję znacznie mniej, niż mi się wydaje. Mniej
hałasu, zakupów, mówienia, jedzenia i pędu dokądkolwiek. Z radością
się temu przyglądam. I oddycham.
1/2015
17
MŁODY POZNAŃ
Fot. 3x Magdalena Berny
MŁODY POZNAŃ
Agnieszka Idziak z ilustratorką książeczki Sylwią Mają Bartkowską
Poznań dzieciom inaczej
Dzieci na miejskich wycieczkach historycznych bardzo często
są pomijane przez większość przewodników, którzy uważają,
że niezwykle trudnym zadaniem jest przekazanie najmłodszym
informacji o miejscach i zabytkach w taki sposób, by do nich
trafiły, a jednocześnie były ciekawe i nie zajmowały zbyt dużo
czasu. Pani Agnieszka Idziak nie tylko nie boi się pracy z dziećmi,
ale specjalnie dla nich stworzyła rok temu interaktywny
przewodnik po Poznaniu „Cztery żywioły i dwa koziołki”. Książka
otrzymała cztery ogólnopolskie nagrody, a w zeszłym roku tę
najbardziej prestiżową, Nagrodę Magellana, dla najlepszego
przewodnika dla dzieci w Polsce.
18
1/2015
J
est to książeczka z autorskimi trasami
stworzonymi z myślą o dzieciach od
trzeciego roku życia. Same koziołki – jako
nierozerwalny symbol Poznania – występują na wszystkich stronach przewodnika.
Maluchy przeglądając książeczkę, szukają tych
dwóch sympatycznych stworzonek, bo czasem
są one poukrywane. Szkraby mogą nie tylko
kolorować obrazki, ale także mają możliwość
dorysowania różnych wersji wydarzeń. W ten
sposób zapoznają się z różnymi miejscami
i symbolami, jakie możemy spotkać w okolicach Starego Rynku.
Książka zaczyna się przy Fontannie Prozerpiny, ponieważ Autorka uważa, że jest to jeden
z najciekawszych zabytków na Starym Rynku,
a bardzo mało się o niej tak naprawdę mówi.
Prozerpina opiekuje się czterema żywiołami,
które mieszkają wokół fontanny. Dzieci na
początku wycieczki mogą zdecydować, czy
chcą iść trasą wody, ognia, ziemi, czy powietrza. – Zwracam zawsze dzieciom uwagę,
że Prozerpina owszem, mieszka na rynku
w Poznaniu, ale nie tylko tam, bo można ją
znaleźć w wielu różnych miejscach na świecie.
Podobnie jest z innymi rzeczami, które tu
w Poznaniu się znajdują – podkreśla pani
Agnieszka. Na końcu książeczki zaś znajduje
się mapka z czterema trasami, dzięki której
mali odkrywcy mogą sami ruszyć na odkrywanie tajemnic Starego Rynku i okolic.
Są cztery pacynki: Pan Płomyk, który
opowiada dzieciom, jak to było z ogniem
tutaj w Poznaniu i na świecie, jak sobie ludzie
dawniej z nim radzili, do czego był wykorzystywany. – Pokazujemy zarówno pozytywne
aspekty, jak i te negatywne, ponieważ każdy
żywioł ma swoją jasną i ciemną stronę –
zauważa pani Agnieszka. – Pan Płomyk
opowiada dzieciom również o murach miejskich, przez kogo i w jaki sposób były bronione
i jak gaszono pożary. Poznajemy po drodze
przyjaciół Płomyka, na przykład drzewo, które
ognia się nie boi. Dzieci wtedy otrzymują od
nas liście suszone. Mówimy co możemy z nimi
zrobić, jakie właściwości mają, jakie ma właściwości zakładka, którą możemy zrobić z tych liści
oraz co oznacza, gdy taki liść komuś ofiarujemy.
Na końcu trasy dzieci docierają do strażaków,
którzy opowiadają im, jak pracują dziś, a jak
oddziały straży pożarnej pracowały kiedyś.
Na zakończenie każdy uczestnik otrzymuje
pieczątkę za przejście szlaku oraz nagrody –
opowiada przewodniczka.
Na maluchy czeka również Pani Chmurka,
która prowadzi szlakiem powietrza, Ziemek
zabierający w trasę Ziemi oraz Pan Kropla,
z którym dzieci mogą popłynąć szlakiem
wodnym. Każda trasa jest inna i na każdej
czeka moc atrakcji, symboli i tajemnic. Dzieci
mają okazję spędzić ciekawy i pełen wrażeń
dzień w otoczeniu poznańskich zabytków,
pomników, ciekawych budynków i miejsc. –
Przy okazji chodzi nam też o to, by pokazać dzieciom, w jaki sposób oglądać zabytki Poznania
i że w ten sam sposób mogą zwiedzać inne
miasta. Jeśli pojadą do Krakowa, Warszawy,
czy do jakiegokolwiek innego miasta na świecie,
będą mogły według podobnego klucza oglądać
tamtejsze zabytki i ciekawe miejsca – zapewnia
pani Agnieszka.
Jesteśmy przekonani, że także wielu dorosłych
chętnie udałoby się na zwiedzanie jednym
ze szlaków. Autorka programu zachęca, by
razem z dziećmi ruszyli po przygody.
Więcej informacji o wycieczkach można uzyskać na
stronie internetowej www.poznandladzieci.pl
Ogłaszamy Konkurs!
Gdzie – poza okolicami Starego Rynku – można odnaleźć ślady czterech żywiołów (dowolnie
można przesłać zdjęcia, rysunki, opisy). W konkursie mogą brać udział dzieci do lat 14.
Na odpowiedzi czekamy do 25 stycznia. Na autorów trzech najlepszych prac czekają książki
„Cztery żywioły i dwa koziołki”.
Prace konkursowe można nadsyłać drogą elektroniczną na adres: [email protected] lub
pocztą tradycyjną na adres: Puls Poznania, Os. Powstań Narodowych 53/10, 61-216 Poznań
1/2015
19
Tomasz „Titus” Pukacki. Jedni go uwielbiają,
drudzy się boją. Słynie z niepokornej muzyki
oraz szczerych, bezkompromisowych
wypowiedzi. Poznaniak z urodzenia i wyboru.
Od 25 lat związany z Acid Drinkers, na
każdym kroku podkreśla swoją identyfikację
z zespołem. Niekwestionowany mroczny
symbol miasta. Jego ostatnia płyta „25 cents for
a riff” potwierdza tezę, że dobry muzyk jest jak
wino – im dojrzalszy, tym lepszy.
Swoją karierę zaczynałeś niemal trzy dekady temu. Dla wielu Twoich
fanów to czasy, których nie pamiętają. Czy tamten Poznań lat osiemdziesiątych był rockowy?
Poznań od zawsze był bardzo rockowy. Pamiętam, kiedy około 1983 roku
staliśmy sobie z Litzą w bramie na Łazarzu i nagle przybiega kumpel
i mówi: „Chodźcie zobaczyć pod piwiarnię na Głogowskiej, jacy tam
„heviusy” stoją”. Rzeczywiście, mieli dżinsowe kurtki bez rękawów, a na
plecach wymalowane nazwy zespołów. Strasznie mi się to podobało.
W Poznaniu zawsze coś grało. Największą imprezą była Rock Arena –
mnóstwo koncertów. Właśnie tam poszedłem na ten pierwszy, jaki
pamiętam. To był Maanam, rok 1981 lub 1982 i zupełnie inne czasy. Kora
z zespołem grała cztery koncerty pod rząd. Wszystkie bilety wyprzedane,
tak więc owszem, Poznań był absolutnie rockowy. Istniało mnóstwo
załóg rockowych i heavy-metalowych. Najmocniejsze pod względem
siły przebicia, bójek i chuligaństwa były te z Rataj, mocne z Winogradów,
no i nasza, łazarska. One wszystkie razem wzięte z powodzeniem potrafiły stawić czoła w bójce ze szczecińskim Niebuszewem, największej
załodze w Polsce. Działało bardzo dużo zespołów, w drugiej połowie
lat osiemdziesiątych powstał Wilczy Pająk, Turbo. Potem już zespół
Acid zaczynał muzykowanie, a dalej Non Iron, jeśli wymienimy tych
najbardziej znanych. Poznań był nie tylko rockowy, ale i zdecydowanie
heavy. Następnym takim regionem w Polsce o podobnym charakterze jest
według mnie dopiero Śląsk.
Pamiętasz swój pierwszy koncert w Poznaniu?
Tak. To był chyba mój drugi koncert w życiu. Odbył się na – jak to mówią
poznaniacy – Piasten Platz, czyli na Osiedlu Piastowskim. Mały dom
kultury, taki klub osiedlowy w zasadzie. W okolicy stała chyba knajpa
20
1/2015
Kasztelańska. Było to coś w rodzaju przeglądu, grało kilka składów.
My wchodziliśmy na scenę jako przedostatni. Pamiętam, że miałem
straszną tremę, a spod barierek rzeczywiście odezwało się kilka głosów:
„No, jesteście całkiem nieźli!”
Kiedy to było? Wiosną, to mógł być marzec 90. Tak, bo pierwszy koncert
graliśmy we wrześniu 89 roku we Wrocławiu na wyspie Młyńskiej.
W Poznaniu nadal jest tak rockowo?
Myślę, że jest nieźle. Od siedmiu lat mieszkam pod Poznaniem, więc nie
kręcę się po miejskich knajpach jak dawniej, zwłaszcza, że mam mnóstwo
zajęć z racji działalności Acid Drinkers. Ale myślę, że Poznań na rocku
nie stracił, na pewno. Działa kilka dobrych składów. Może nie tak wyróżniających się jak kiedyś, ale też i teraz jest chyba trudniej się wybić. Poza
tym z tego co wiem, to Turbo też swoje gra. Ze starych składów sprzed
ćwierćwiecza niedawno reaktywował się Wilczy Pająk. Są Strachy Na
Lachy, Pidżama Porno – to wszystko rock! Te zespoły sprzedają tysiące
płyt i grają setki koncertów. No i my. Gramy koncerty przynajmniej raz do
roku i klub zawsze jest pełny. Najczęściej słychać nas w Eskulapie. A dwa
lata temu mieliśmy okazję grać na „Pyrlandii”, 25 tysięcy ludzi ni stąd, ni
zowąd.
Większość życia spędziłeś w centrum miasta. Musisz mieć jakieś swoje
ulubione miejsca.
I tu jest problem. Kiedy tylko mam czas, przyjeżdżam na próby i stwierdzam, że nie mam swojego ulubionego miejsca. Siedzę w samochodzie
i myślę, gdzie by tu pojechać. Kiedyś moim zdecydowanie ulubionym
miejscem była knajpa na Kościuszki – Emma, prowadzona przez żonę
naszego gitarzysty, ale od dwóch lat nie ma już tego miejsca w dawnym
kształcie. Tę knajpę na naszą rozmowę wybrałem, bo byłem tu kiedyś
na whisky i lubię to wnętrze. Pochodzę z Łazarza, niedaleko był park
Kasprzaka, zwany obecnie parkiem Wilsona i kiedyś lubiłem się tam
przejść, walnąć setę albo piwo. W ogóle lubię poznańskie parki, Cytadelę.
Lubiliśmy tam sobie skoczyć, pochuliganić, wypić wino, spotkać z dziewczynami i takie rzeczy. Trzeba było jedynie wiedzieć, z której strony
wjeżdża policja albo straż miejska, żeby z gołym tyłkiem cię nie złapała.
Nie byłem tam od roku, ale zawsze kiedy tam się pojawiam, to kontroluję
stan amfiteatru. Moim marzeniem od młodych lat było zagranie koncertu
na Cytadeli. I mówię sobie, że kiedyś to zrealizuję. Ostatnio ten amfiteatr
był zdewastowany, nie było nic.
Jest szansa na rewitalizację tego miejsca?
Wierz mi, że gdybym znalazł dwa miliony złotych, to byłoby genialne,
absolutnie genialne miejsce na poznański amfiteatr teatralny. Nie wiem czy
jeszcze gdzieś jest jakiś punkt na poznańskiej mapie amfiteatralnej, gdzie
gra się na żywo, na świeżym powietrzu? Juwenalia są na stadionie AZS,
1/2015
21
POZNAŃSKI GWIAZDOZBIÓR
POZNAŃSKI GWIAZDOZBIÓR
Nikt nie wygnałby mnie
z Poznania. Wrosłem tu.
Które zakątki Poznania jeszcze dobrze wspominasz?
POZNAŃSKI GWIAZDOZBIÓR
Dawno temu jako młody militarysta lubiłem bawić się w wojsko. Mieliśmy
swoją bandę, nawet nieźle uzbrojoną i umundurowaną, z którą biegaliśmy
właśnie po Cytadeli. Do bunkrów nie zaglądaliśmy, bo wiedzieliśmy już
wtedy, że jest to niebezpieczne. Po samych fortach też nie chodziliśmy,
bo nie znaliśmy ich i nie chcieliśmy wpaść w jakąś dziurę. Ale pamiętam,
że kiedyś poszliśmy na Cytadelę w poszukiwaniu mordercy zbiegłego
z więzienia. Nie pamiętam, jak się nazywał. On zarżnął parę osób i poszła
plotka po Poznaniu, że ukrywa się na Cytadeli. Mieliśmy po 15, 16 lat,
uzbrojeni w siekierki i noże. Nie znaleźliśmy. Na szczęście.
Co myślisz o stereotypie poznaniaka, jest w ogóle coś takiego?
Z tymi charakterystycznymi cechami poznaniaka to bym nie przesadzał.
Może kiedyś tak było. Pierwszą cechą, jaka u mnie nagle wylazła, była
niemożność dogadania się ze Ślązakami, czyli nasza gwara. Jest wspaniała
i żałuję, że coraz mniej osób ją zna. Ja zresztą też. Mógłbym co prawda
sklecić zaledwie ze dwa, trzy zdania, ale to wszystko. A swego czasu
potrafiłem całe „Blubry Starego Marycha” Juliusza Kubla wyrecytować
na jakichś spotkaniach towarzyskich poza Poznaniem i wszyscy zrywali
boki. Drugą cechą, która mi się podoba to pragmatyzm i nie wiem, czy
ja to wyniosłem z domu, czy mam to w genach. Poza tym - nie wiem czy
jest to cecha typowo poznańska – ale cenię też zamiłowanie do pewnego
rodzaju ordnungu.
Zabrzmiało tak, jakby poznaniacy nie mieli wad.
Nie widzę jakichś cech, które by były jednoznacznie negatywne. Nie
zauważam też tych poznańsko-szkockich konotacji.
Co sądzisz o poznańskich „słoikach”, czyli przyjeżdżających
tu i osiedlających się młodych ludzi, wygłodniałych kariery
i pieniędzy?
To chyba normalne zjawisko. Chińczycy opanowali pół świata,
a ilu naszych wyjechało z kraju? Po powstaniu styczniowym
tylu nie uciekło (śmiech). Musiała się zrobić jakaś taka straszna
niewidzialna zawierucha. O słoikach nigdy nie słyszałem. Nie
wiem, nie siedzę w korpo i mainstream jest mi obcy.
Widzimy, jak bardzo zmieniło się miasto. Z ludźmi według Ciebie jest
podobnie? Może w obecnej sytuacji lepiej byłoby zamieszkać tam,
gdzie kręci się cały show-business?
Nie mam takiego kontaktu z ludźmi, żeby wiedzieć, czy się zmienili, czy
nie. Nie bywam w knajpach, klubach. Teraz mieszkam poza miastem,
a nawet jakbym bywał, to i tak nie mógłbym poznać ich dobrze, bo przecież siedzę za kółkiem (śmiech). Jeśli z poznaniakami mam relacje czysto
przyjacielskie i towarzyskie, to z warszawiakami na przykład zwykle te
kontakty są biznesowe i profesjonalne. A dlaczego nie Warszawa? Bo
cholera, jak się stoi koło tygla, to można sobie tyłek oparzyć, a ja lubię,
jak jest dobry przepływ. Dlatego kiedy mam ochotę na wysoką temperaturę, to jestem w Warszawie, co ostatnio zresztą często mi się zdarzało,
bo przez trzy dni w tygodniu, brałem udział w programie telewizyjnym
„Superstarcie”.
22
1/2015
Lubisz Warszawę?
Uwielbiam stolicę, jest to prawdziwe europejskie miasto. Lubię tam
połazić i powiem ci trochę drobnomieszczańsko, lubię pałętać się po
Łazienkach. Aczkolwiek wystarczyło mi tego przez trzy dni w tygodniu
przez ostatnich parę miesięcy. Jeździłem między Woronicza, hotelem,
miejscami spotkań i wywiadów. Po powrocie, w moim azylu pod Poznaniem rzeczywiście mogę odpocząć. Fajnie jest mieć taką alternatywę, że
najpierw wskakujesz w gorące, energetyczne miejsce, a później rodzinne
strony mogą ładnie cię przewietrzyć i odświeżyć.
Wspomniałeś o programie. Znany jesteś z tego, że nie boisz się robić
rzeczy, na które środowisko alternatywne często krzywo patrzy. Skąd
to się bierze?
Bo inni często zapominają, że działają w szeroko rozumianej rozrywce.
Rock jest jej częścią, a ja decydując się na „Superstarcie” czułem, że to
Cenię u poznaniaków
zamiłowanie do pewnego
rodzaju ordnungu.
Nie zauważam tych poznańsko-szkockich konotacji.
będzie świetna zabawa. Nie spodziewałem się jednak, że aż tak fajna, ale
wymagająca jednocześnie ogromnego nakładu pracy. Nie wiedziałem
również, że będzie tak zgrana ekipa i tak dobrze będzie mi się z nią
współpracowało. Ryj miałem uśmiechnięty przez większość czasu.
Wracając do rocka - chciałem przypomnieć wszystkim, że robienie
muzyki rockowej, to nie jest tylko i wyłącznie granie numerów na 4/4.
Rock to wolność i robienie tego, co nam się żywnie podoba. To łamanie
konwenansów, przełamywanie pewnych schematów. I jeśli mam ochotę
zagrać z Nataszą Urbańską, to po prostu to robię. Po pierwsze dlatego, że
mam na to ochotę, a po drugie, że to jest świetna laska. A poza tym ja nie
współpracuję z gwiazdami popu – jestem z nimi w jednym programie.
Ja współpracuję sam ze sobą, rozumiesz? Oczywiście był również duet
z Rafałem Brzozowskim, który jest u nas nazywany księciuniem popu.
No i dobrze, ja jestem księciuniem ciemności czyli jest nas dwóch. Zresztą
Rafał jest bardzo sympatycznym facetem.
Myślisz, że ci krytykanci unikają wyzwań?
Nawet nie tyle unikają, co się ich boją, bo trzeba się w tym wszystkim
wyrabiać, a to nie jest takie proste, jakie się wydaje. Pamiętajmy, że nie
jestem typowym wokalistą, nie mam szkoły wokalu. Świetnie się wyrabiam za to, jeśli chodzi o rocka. W programie stanąłem przed sporym
wyzwaniem i nie bałem się. Stwierdziłem, że po prostu najwyżej miliony
ludzi przed telewizorami będą miały niezły ubaw z tego, jak się wywalam
na numerach. I dlaczego nie? To jest tylko rozrywka.
Twoje występy to też niezapomniane interpretacje. Mam tu na myśli
już nie tylko sam program, ale i Twoje wcześniejsze płyty: Fish Dick, Fish
Dick Zwei, na których śpiewasz covery.
Wszystkie piosenki powinno się śpiewać inaczej niż oryginał, bo po co robić
to tak samo? Pamiętaj, że ja wywodzę się z Acid, a jeśli oni zabierają się za
czyjąś twórczość, to zawsze starają się ją postawić do góry nogami. W repertuarze popowym Acidów czuję się świetnie – w końcu sam go dobierałem.
Byłoby inaczej, gdyby mi ktoś coś narzucił. I podobnie było z programem,
mieliśmy dziesięć piosenek do wyboru i sam sobie dobierałem repertuar.
Tam nikt nam niczego nie narzucał. Miałem jedynie problem z hip-hopem i wziąłem pierwszą z brzegu rzecz, którą mi zaproponowano.
Jak spędzacie czas, kiedy wracasz do domu, do bliskich?
Jesteśmy dość rockową rodziną, bo u nas wszyscy grają. Żona z wykształcenia
jest pianistką, teraz studiuje jeszcze pedagogikę. Starszy syn Maxx Alexx
dołączył do Iggy’ego Gvadery – właśnie komponują pierwszy album. Można
powiedzieć, że wskoczył na moje miejsce. Ma 21 lat i jest basistą rockowym.
Trochę przypomina mi Duffa McKagana z Guns’n’Roses, tylko przerósł mnie
o półtorej głowy. Z kolei młodszy syn Iggy [nie Gvadera] ma dwa razy dłuższe
włosy niż ja, bo już sięgają mu prawie do pasa. Ma 9 lat i gra na pianinie,
jest w trzeciej klasie szkoły podstawowej i trzeci rok wali w klawisze. Nawet
podchodzi powoli do Elizy Beethovena, a widzę, że zaczyna grać Scotta
Joplina. Słyszałem! Jako ojciec jestem pod dużym wrażeniem.
Muzykująca rodzina.
O tak. Cała famuła Pukackich gra na jakimś instrumencie – jest dwóch
basistów i dwóch pianistów. Do zespołu przydałby się bębniarz.
Żyjesz tutaj i deklarujesz, że nie odczuwasz potrzeby zmiany miejsca.
Dlaczego warto tu żyć?
Odpowiedź można ująć w dobrej broszurze albo nawet i w książce. Tak
w dwóch zdaniach to trudno coś powiedzieć. Tu się urodziłem i tu się
świetnie czuję. Rodzina od strony ojca jest z dziada pradziada w Poznaniu.
Zdaje się, że mój dziadek miał na Krańcowej pierwszą fabrykę giętych
szyb samochodowych – jeszcze przed wojną.
Mam możliwość jako muzyk koncertować w innych miastach i państwach.
Odwiedziłem takie miejsca jak Nowy Jork, Londyn, Budapeszt i tak dalej.
Mogę w pewnym sensie mieszkać w różnych miejscach na świecie, bo przecież rock nie ma granic. Ale nikt nie wygnałby mnie z Poznania, bo tutaj mi
się najlepiej mieszka. A przecież widziałem wiele miejsc, moja robota mi
to umożliwia. Jednak stąd bym się nie ruszył. I wcale nie przez to, że gdzie
indziej jest mi źle. Po prostu wrosłem tu i bardzo mi się tu podoba.
rozmawiała Arleta Wojtczak
Fot. Kobaru.pl
1/2015
23
POZNAŃSKI GWIAZDOZBIÓR
drugi malutki amfiteatr był w parku przy Novotelu. Też zdewastowany, bo
specjalnie sprawdzałem kilkanaście lat temu, czy moglibyśmy tam zrobić
koncert. Wszystko rozpieprzone, a przecież to miejsce genialne do grania
nie tylko rocka, ale wszelkiego rodzaju sztuk teatralnych, eventów. Tam
chcę zakończyć karierę i zdechnąć na scenie.
dania. Powstrzymał go jednak śmiech zebranych na uczcie gości, którzy
przez okna spoglądali na dwa koziołki, radośnie bodące się przy zegarze.
Kuchcikowi się upiekło, a na pamiątkę tego wydarzenia polecono
mistrzowi Baltazarowi przyozdobić ratuszowy zegar figurkami koziołków.
Pyrek i Tyrek
– kozie opowieści
Poznańskie koziołki. Zna je każdy. Dla
Poznania są tym, czym Syrenka jest
dla Warszawy, a pierniki dla Torunia.
Wszyscy wiedzą, o której godzinie trzeba
stanąć pod Ratuszem, by móc obejrzeć
poruszające się figury zwierząt. Jednak czy
wszyscy mają świadomość, skąd się tam
wzięły i jaka jest historia tej poznańskiej
atrakcji? Przeprowadziliśmy małe
dziennikarskie śledztwo.
O
tym, że koziołki cieszą się szczególną sympatią mieszkańców
miasta, nie trzeba nikogo przekonywać. Przypomnijmy sobie 1997
rok, kiedy podczas zwyczajowej prezentacji jednemu z koziołków
odpadła przednia łapka, którą natychmiast chwycił jeden ze
świadków i zamierzał z nią zbiec. Obecni na poznańskim rynku strażnicy miejscy rzucili się w pościg i choć początkowo nie udało się odebrać
zguby, to dzięki sprawnej akcji, rogata figurka odzyskała brakującą
kończynę. Podczas plebiscytu jednej z komercyjnych stacji radiowych
mieszkańcy Poznania obdarzyli koziołki imionami: Pyrek i Tyrek, a sam
konkurs cieszył się ogromną popularnością. Dowodów sympatii jest
znacznie więcej. W czasie trwających - między innymi w Poznaniu rozgrywek Euro 2012 koziołki otrzymały stylowe ubranka, a 6 grudnia
i w czasie świąt Bożego Narodzenia - na głowach zwierzaków pojawiają
się mikołajowe czapeczki.
Czy koziołki, które obecnie widzimy i pamiętamy, zawsze tak wyglądały?
Jak było kiedyś? O to zapytaliśmy Magdalenę Mrugalską-Banaszak,
autorkę publikacji dotyczących miasta oraz kustosza w Muzeum Historii
24
1/2015
Zespół inżynierów i konstruktorów
Miasta Poznania: – Dokładnie nie wiemy, jak wyglądały pierwsze koziołki.
Obecne są wzorowane na tych zaproponowanych przez pruskich restauratorów w 1913 roku. Wygląd następców to ich kopie. Oczywiście poza
pracami typowo konserwatorskimi nic istotnego w konstrukcji samych figur
się nie zmienia.
Najpierw był pożar
Skąd w ogóle wzięły się koziołki na wieży? Wiedzieliśmy, że znalezienie
dokładnej i potwierdzonej historycznie prawdy może być trudne do
zrealizowania. Historia tej dwójki maluchów sięga całe wieki wstecz do
czasów tak odległych, że fakty mieszają się z legendami. Oficjalna wersja
mówi o wielkim pożarze na Starym Rynku w 1536 roku. Odbudowa
trwała wiele lat, ale pierwszy konkretny ślad wskazujący na początek
istnienia koziołków mówi o roku 1550. Wówczas to zamówiono u mistrza
ślusarskiego Bartłomieja Wolfa nowy zegar, który posiadał trzy pełne
tarcze oraz jedną półtarczę. Co najważniejsze, w zamówieniu istniał
zapis o tajemniczym „urządzeniu błazeńskim”, czyli właśnie o naszych
koziołkach. Sprawa wydaje się o tyle nietypowa, że choć w ówczesnej
Europie na miejskich zegarach montowano podobne mechanizmy, to
zazwyczaj figurki przedstawiały wizerunki świętych, aniołów lub sceny
biblijne. Warto przypomnieć, że w naszej kulturze postać kozła związana
jest raczej z siłami zła, a nawet szatana, rozpusty. Może być symbolem
ofiary za grzechy, a także męskich sił witalnych. Jak do tego mają się dwa
radosne koziołki z wieży? Zdania są podzielone. Historycy mówią, że
rajcy miejscy chcieli sprawić radość mieszkańcom miasta.
Dawno, dawno temu…
Inną legendę przytacza prof. Krzysztof Kwaśniewski w książce „Poznańskie legendy i nie tylko”. Według opowieści, do których dotarł, koziołki
zawdzięczają swoje miejsce gapowatemu kuchcikowi oraz pewnej uczcie,
podczas której burmistrz podejmował znamienitych gości. Przez nieuwagę
chłopak przypalił na ruszcie sarninę mającą być ozdobą stołu. W tej sytuacji nie miał już nic do stracenia. Schował przypalone mięso i wybrał się
na poszukiwania czegoś, co mogłoby je udawać na stole. Wybór padł na
pasące się przed Ratuszem dwa małe koziołki. Być może podstęp by się
udał, jednak niedoszłym ofiarom udało się zbiec. Kuchmistrz w imieniu
swojego podwładnego zmuszony został do przeprosin za brak głównego
W 1675 roku uderzenie pioruna po raz kolejny zniszczyło ratuszową wieżę
i choć zegar powrócił na jej szczyt, to słuch o koziołkach zaginął na prawie
240 lat. Pod koniec XIX wieku do akcji wkroczyli wcześniej wspomniani
pruscy konserwatorzy. W trakcie prac dotarli do dokumentów mówiących o naszych zaginionych koziołkach i to dzięki ich staraniom w 1913
roku figury wróciły na swoje miejsce. Od tamtej pory, aż do wybuchu II
wojny światowej, w samo południe przypominały mieszkańcom miasta
o swojej obecności. Nie bez problemów oczywiście, bo choć udało się
zrekonstruować samych bohaterów, to nowy – elektryczny mechanizm
regularnie się psuł. Wówczas z pomocą musiał ruszać woźny Ratusza,
który siłą własnych mięśni wprawiał koziołki w ruch.
POZNAŃSKIE SYMBOLE
POZNAŃSKIE SYMBOLE
Ocalić od zapomnienia
Kontekst polityczny
Działania wojenne na terenie miasta nie oszczędziły też naszych małych
rogaczy. Niecałą dekadę po zakończeniu wojny ówczesne władze miasta
postanowiły z wielką pompą uczcić 10-lecie Polski Ludowej i przy okazji
przywrócić koziołki na wieżę.
Do tego zadania zatrudniono specjalistów z wielu dziedzin, o których
w Expressie Poznańskim z tamtych lat czytamy: „(...) takich, co to jak
wezmą się do jakieś roboty – to musi być ona wykonana na mur”.
I rzeczywiście, 22 lipca 1954 roku koziołki znów pokłoniły się mieszkańcom z ratuszowej wieży. O sytuacji sprzed sześćdziesięciu lat opowiedział nam Jacek Nowicki, zegarmistrz ze Smochowic, rekonstruktor m.in.
zegarów z zamku w Rogalinie oraz syn jednego z ówczesnych konstruktorów koziołków, Mariana Nowickiego. – Skomplikowany, składający się
z siedmiuset części mechanizm składany był przy ulicy Kącik, najkrótszej
ulicy Poznania, która znajduje się na Łazarzu. Tam właśnie mój ojciec,
mistrz ślusarski i traserski, wynajął prywatną pracownię rzemieślniczą.
I tam zwożono kolejne części mechanizmu z fabryki Cegielskiego. Pamiętam,
że towarzyszyliśmy ojcu często przy pracy, tocząc z rodzeństwem walki na
poduszki. Dziwiły nas też zaglądające tam regularnie wycieczki poznańskich
rzemieślników, podglądających, z naszego punktu widzenia, zwykłą pracę.
Choć nie chwaliliśmy się tym, dorastaliśmy razem z koziołkami. To w okresie
dzieciństwa zakiełkowało też we mnie zamiłowanie do mechanizmów zegarowych. Dziś przywracam świetność tym najsłynniejszym w Wielkopolsce, które
przez lata opierały się próbie czasu i żywiołów, ale obecnie wymagają opieki.
Misja bodyguard
W 1993 roku po raz ostatni wymieniono mechanizm. Koziołki zyskały też
osobistą obstawę. – Dbamy, by jedna z wizytówek naszego miasta zawsze
mogła cieszyć mieszkańców oraz turystów. By zapobiec przykrym niespodziankom, codziennie, za pięć dwunasta specjalnie wytypowany wartownik
sprawdza ich stan i reaguje w razie wątpliwości. Dzięki temu, każdy turysta
odwiedzający Poznań może pochwalić się, że przybył, zobaczył i podziwiał
– zapewniła Magdalena Mrugalska-Banaszak.
Bo o koziołkach opowiadają nie tylko zwykli turyści, ale też i poeci,
Rodzina Nowickich z koziołkami
pisarze, artyści. W 2011 roku na Warsaw Film Festival miała swój pokaz
krótkometrażowa, zrealizowana dwa lata wcześniej animacja „Poznańskie koziołki”. Jej twórcami są poznaniacy: Jacek Adamczak i Janusz
Gałązkowski. Wcześniej jednak temat podjęła Wanda Chotomska – tak
zauroczona małymi rogaczami, że poświęciła im jedną ze swoich bajek:
„Koziołki Pana Zegarmistrza”.
„Ballada o dwóch capach”, to już z kolei dzieło Jana Sztaudyngera. Treść
jest o tyle ciekawa, że kiedy u Chotomskiej koziołki są słodkimi maleństwami, u poety powstaje teza, że prawdziwy pojedynek zaczyna się
dopiero po zmroku.
Poznański pragmatyzm
Wprawny obserwator zauważy, że od pewnego czasu koziołki wcale
się nie trykają, a jedynie kłaniają się sobie. Być może więc rzeczywiście
prawdziwa walka zaczyna się wówczas, kiedy miasto już śpi. Prawda jest
jednak nieco bardziej prozaiczna. W obawie przed szybkim zużyciem
materiału, nasze maluchy muszą uważać na swoje cenne części ciała
i dlatego trykanie odbywa się symbolicznie.
Arleta Wojtczak
Zdjęcia: archiwum rodzinne Państwa Nowickich
Źródła: www.czasatrakcji.pl; www.wff.pl; sport.wp.pl; poznanskiehistorie.
blogspot.com; www.fotoeskapada.pl; www.polskieszlaki.pl; pl.wikipedia.org;
poznanski.przewodnikliteracki.pl
1/2015
25
O
dwiedzając modną ostatnio Śródkę, podziwiać można zmiany,
które zaszły w tym miejscu w ostatnich latach. Najbardziej rzucają
się w oczy duże inwestycje: bardzo lubiany przez poznaniaków
Most Biskupa Jordana i nowoczesny budynek Bramy Poznania.
Przejście mostem, który po niemal 40 latach połączył ponownie Śródkę
z Ostrowem Tumskim, nie grozi już wejściem do zaniedbanej i trochę
zapomnianej dzielnicy, która przez lata leżała na uboczu, odizolowana od
reszty miasta. Dziś Śródka powoli odzyskuje swój blask, a lokalni mieszkańcy znów mogą być dumni ze swojego fyrtla.
Historia
Jak na tak niewielką część dużego miasta Śródka ma zadziwiającą historię.
Jej znaczenie od zawsze wypływało w głównej mierze z lokalizacji na
szlakach handlowych i przy przeprawie przez Wartę i Cybinę. W średniowieczu była osadą targową z prawem do handlu w środy. Od tego może
pochodzić jej nazwa, ale również może być ona związana z położeniem tej
dzielnicy niemal pośrodku drogi z Ostrowa Tumskiego do Komandorii
św. Jana. W XIII wieku posiadała już prawa miejskie, wcześniej niż Poznań
ulokowany na lewym brzegu Warty. Między Śródką a Cybiną znajdował
się osobny organizm miejski, Ostrówek, którego śladem jest dzisiejsza
ulica o tej nazwie. Stopniowo granica między obydwoma ośrodkami się
zatarła. Śródka bardzo długo funkcjonowała na zasadach przedmieścia,
do Poznania została włączona dopiero w 1800 roku.
Charakter kwitnącej dotąd dzielnicy zaczął się zmieniać w latach 19601970 w związku z rozpoczęciem budowy części I ramy komunikacyjnej
Poznania – ulicy Wyszyńskiego i demontażem ówczesnego Mostu
Cybińskiego. Nowa trasa na Warszawę, której budowa zniszczyła Rynek
Śródecki, mający do tej pory większą powierzchnię niż Stary Rynek,
spowodowała izolację Śródki. Odtąd przestała ona być miejskim węzłem
komunikacyjnym i znalazła się na uboczu. Zaczęła stopniowo popadać
w ruinę i zapomnienie.
Lech Podbrez, Kierownik Oddziału Rewitalizacji Urzędu Miasta Poznania,
podkreśla jak duże znaczenie miała Śródka już w średniowieczu. –
Wzmianki zachowane w źródłach z tamtych czasów wspominają o Śródce
jako o poznańskim Starym Mieście. Tak naprawdę to tam jest nasza Starówka!
Rewitalizacja
W 2006 roku miasto objęło Śródkę specjalnym programem rewitalizacyjnym. Jak można przeczytać na stronie internetowej Miejskiego
Programu Rewitalizacji, głównym celem działań jest wyprowadzenie
danego obszaru ze stanu kryzysowego poprzez usunięcie zjawisk, które
spowodowały jego degradację. Miejsce, które ma być objęte takim
programem, zostaje wybrane na podstawie analizy danych dotyczących
26
1/2015
między innymi stopnia bezpieczeństwa, bezrobocia, ubóstwa i stanu
infrastruktury. Rewitalizacja obejmuje bowiem różne obszary, dotyczy
nie tylko remontów, modernizacji czy konserwacji, ale też stara się
zapobiegać patologiom społecznym, tworzyć nowe miejsca pracy oraz
aktywizować mieszkańców gospodarczo i społecznie.
– Według badań z 2005 roku, zjawiskami kryzysowymi było objęte całe
Śródmieście. Na wyborze Śródki na obszar pilotażowy naszych działań
zaważyła intensywność inicjatyw społeczności lokalnej – mówi Podbrez.
W myśl zasady „Pomagamy tym, którzy sami sobie pomagają” Urząd
Miasta docenił 18 pomysłów zgłoszonych w magistracie w tamtym czasie
przez mieszkańców Śródki. – Główny cel rewitalizacji ze strony Urzędu
Miasta to inwestycje i wspieranie społeczności lokalnych. Intensyfikacja
działań społecznych przypadła na lata 2007-2010 – podkreśla Podbrez. –
Po tym czasie, zgodnie z założeniami magistrat oddał pole działań i odtąd
inicjatywa należy do mieszkańców dzielnicy.
Uporządkowane tereny nadrzeczne i Brama Poznania prezentująca
w nowoczesny sposób historię Ostrowa Tumskiego sprawiły, że dzisiaj
jest mnóstwo powodów, by przekraczać Most Jordana. Poręcze zabytkowego przęsła spinającego oba brzegi Cybiny, obwieszone są kłódkami
z wyrazami uczuć przypinanymi tam przez poznaniaków, a zagłębiając
się w uliczki Śródki, możemy zajrzeć do coraz liczniejszych lokali
gastronomicznych. Dodatkowo mamy możliwość wizyty na boisku
Młodzieżowego Ośrodka Sportowego, a także okazję do podziwiania
odnowionych zabytków dzielnicy – między innymi dawnego klasztoru
filipinów i kościoła św. Małgorzaty. Zagłębiając się w uliczki Śródki,
możemy zajrzeć do coraz liczniejszych lokali gastronomicznych.
Jednym z nich jest Vine Bridge, najmniejsza restauracja w Polsce, składająca się tylko z trzech stolików. Lokal słynie między innymi z różnych akcji
kulinarnych, chętnie wprowadza nowości. Na przykład jako pierwsza
restauracja w Polsce Vine Bridge zaczęła serwować owady, a jako druga
w Europie wykorzystywała kuchnie solarne do gotowania dań, promując
ten ekologiczny sposób gotowania, gdzie źródłem energii jest słońce.
Dodatkowo lokal popularyzuje podejście proekologiczne, prozdrowotne
i antykonsumpcyjne. Restauracja aktywnie uczestniczy w wydarzeniach
aktywizujących i artystycznych organizowanych na Śródce. Jest partnerem lub organizatorem Poznańskiego Festiwalu Bab, Poznańskiego
Biegu Kelnerów, Przechadzek po Śródce, licznych wystaw i konkursów.
Vine Bridge w 2012 roku otrzymała nagrodę Hermesa przyznaną przez
Kapitułę Poradnika Restauratora, która doceniła kreatywność, nowatorstwo i wykorzystywanie produktów regionalnych, a w 2013 roku restauracja otrzymała rekomendację CNN Travel. Vine Bridge bez wątpienia
jest jednym z powodów, dla których warto odwiedzić Śródkę, choćby po
to, żeby spróbować „Łapy niedźwiedzia” albo „Mięsa w glinie”.
Aktywizacja
Społeczność lokalna na Śródce jest wyjątkowo prężna. Wspólne działanie
na zasadach partnerstwa różnych podmiotów odgrywa w tej dzielnicy
szczególną rolę. – Przy organizacji wydarzeń każdy robi to, co najlepiej
potrafi. Wszystkie podmioty się uzupełniają. Mogę nawet powiedzieć, że
pod względem aktywności Śródka jest wyjątkowa w skali całego kraju –
chwali Kierownik Oddziału Rewitalizacji.
Animatorem śródeckiego partnerstwa jest Stowarzyszenie Przyjaciół
Śródki i Okolic „Śródeja”. Powstało w 2012 roku i zrzesza mieszkańców
oraz miłośników tej dzielnicy. Ideę partnerstwa na Śródce tłumaczy
Marcin Sadowski, wiceprezes stowarzyszenia.
– Dyrektorzy szkół, przedsiębiorcy, rada osiedla i inni członkowie spotykają
się co miesiąc lub dwa. Ustalają wspólny kalendarz wydarzeń i każdy od
razu deklaruje, co może zrobić sam i jak może pomóc w ich organizacji.
Na Śródce każdego roku odbywają się trzy duże wydarzenia: Targ
Średniowieczny, Wigilia i Dzień Sąsiada. – Oczywiście są jeszcze inne,
pomniejsze aktywności – dopowiada Sadowski. – Projekty związane ze
sprzątaniem Śródki, aktywizacją seniorów, organizowane są też imprezy
pod nazwą „A w niedzielę po sumie na moście…” oraz koncerty śródeckie.
Repertuar atrakcji na Śródce jest naprawdę bogaty, imprezy o różnym
charakterze przyciągają w to miejsce mieszkańców Poznania z innych
dzielnic. Pozostaje tylko śledzić aktualności i zapowiedzi, a bez wątpienia
każdy znajdzie coś dla siebie i zostanie ciepło powitany na Śródce.
Przyszłość
Mimo zmian, nadal widoczne są problemy Śródki. Najbardziej aktualny
z nich to wzmożony ruch samochodowy. Poznaniacy i przyjezdni dzięki
skrótowi przez Rynek Śródecki omijają ruchliwe rondo i chętnie parkują
na obszarze nieobjętym strefą płatnego postoju. Mimo pojawienia się
Mostu Jordana ulica Wyszyńskiego nadal oddziela Śródkę i Ostrów
Tumski od Chwaliszewa i Starego Miasta. – Jest to szczególnie problem
dla pieszych i rowerzystów. Idealnie byłoby zorganizować wygodne połączenie od Starego Rynku do Jeziora Maltańskiego – komentuje Sadowski.
– Najlepiej jakby udało się odzyskać teren dawnego Rynku Śródeckiego,
który znajduje się pod tą ulicą.
Zdaniem Podbreza Śródka nie będzie już taka jak kiedyś. – Tutaj zawsze
było wielu rzemieślników, wytwórców, usług, ale te czasy już nie wrócą.
Wygląd Śródki się poprawi, ale ona będzie pełnić nową funkcję w dzisiejszym mieście, będzie dzielnicą turystyczną. Sytuacja geograficzna tej
części Poznania zmieniła się bezpowrotnie.
Są jednak też pozytywne spostrzeżenia. – Śródka to wyjątkowa dzielnica. Jest łatwa do zorganizowania, ponieważ to jest zaledwie kilkanaście
kamienic, a całość ma wyraźne granice. Kilka lat temu na Śródce działo
się gorzej. Teraz widać, że to miejsce ma potencjał, jest ważne historycznie,
poza tym świetnie ulokowane: nad rzeką, w pobliżu Malty, Ostrowa
Tumskiego i Starego Miasta – podkreśla Sadowski. Uważa też, że należy
łączyć tradycję z nowoczesnością i na przykładzie Śródki świetnie to się
sprawdza. – Bieżące inwestycje i Brama Poznania to nowa jakość, która
nie jest widziana jako coś negatywnego. Nikt nie jest przez nas wykluczany, wszyscy – i starzy, i nowi to mieszkańcy Śródki.
Oddział Rewitalizacji i Stowarzyszenie „Śródeja” doceniają nawzajem
swoje działania i zgodnie mówią o obopólnym zaufaniu. Miasto pomaga
w organizacji imprez, zapewniając transport lub nagłośnienie, „Śródeja”
natomiast aktywizuje lokalną społeczność do działań. Spotykanie się
więc w połowie drogi, pośrodku, przyjmuje w tym miejscu szczególne
znaczenie.
Marta Sankiewicz
Fot. Dorota Pajszczyk, dorotanna.wordpress.com
1/2015
27
MIEJSKIE ZAKAMARKI
MIEJSKIE ZAKAMARKI
Spotkajmy się
pośrodku
NASZE REKOMENDACJE
Sztuka, design, literatura, moda, stylizacja
i przede wszystkim jedzenie – połączenie
wszystkich tych rzeczy możemy odnaleźć na
ulicy Dolna Wilda 87. W budynku z czerwonej
cegły, dawnej elektrowni wildeckiej, od 2008
roku mieści się SPOT. Managerem tego miejsca
jest pan Łukasz Pluta, z którym mieliśmy
przyjemność porozmawiać.
Jakim miejscem jest SPOT.?
Jest to na pewno miejsce wyjątkowe ze względu na swoją ofertę i wizerunek.
Zostało stworzone tak, by poznaniacy mogli w sposób twórczy spędzać
czas, poznawać, doświadczać, smakować, odkrywać, uczyć się, a wszystko
to podczas warsztatów, degustacji, wykładów, wystaw i koncertów.
Skąd pomysł i kto stworzył to miejsce?
Tak naprawdę autorkami są dwie właścicielki: Agnieszka Bulić i Monika
Sadowska. Po stworzeniu koncepcji i uzyskaniu niezbędnych pozwoleń
w 2007 roku rozpoczęły gruntowny remont, który trwał ponad rok.
Ponieważ budynek wpisany jest do rejestru zabytków, jego rewitalizacja
wymagała ścisłej współpracy z konserwatorem zabytków.
są u nas mile widziani. SPOT.
miejscach naszego ogrodu. Za każde poprawnie rozwiązane zadanie
otrzymuje się literkę. Jeśli dzieciom uda się z literek ułożyć hasło, to
w nagrodę otrzymują w prezencie lody. Chodziło nam o to, by wciągnąć
dzieci w interakcję. Nie chcieliśmy dawać im zwykłej kolorowanki. Zależało nam na tym, by aktywnie spędzały czas poznając SPOT.
A co z okresem zimowym?
Zimą dzieci już nie bawią się na dworze, bo warunki na to nie pozwalają.
Ale na ten czas również mamy przygotowaną książeczkę wypełnioną łamigłówkami, dzięki czemu nasi najmłodsi goście z pewnością się nie nudzą.
W SPOT. tworzona jest również moda.
Na antresoli znajduje się pracownia, w której młodzi poznańscy projektanci tworzą niepowtarzalne i oryginalne kolekcje. Właśnie BUTIK został
stworzony z myślą o osobach, które mają dosyć odzieży z sieciówek.
U nas ubrania tworzone są jako pojedyncze egzemplarze, dlatego mamy
pewność, że dzięki nim można się wyróżnić. Oprócz możliwości zakupienia ubrań organizowane są również spotkania z projektantami, stylistami, pokazy, warsztaty i wiele innych wydarzeń związanych z modą.
Czy prowadzone są zajęcia dla osób, które chciałyby nauczyć się szyć
lub projektować?
Oprócz warsztatów dla dzieci prowadzą państwo jeszcze zajęcia dla
dorosłych. Co znajdą w waszej ofercie osoby starsze?
W SPOT. chcemy dać możliwość kreatywnego spędzania czasu przy jednoczesnym doskonaleniu swoich umiejętności i uczeniu się czegoś nowego.
Dla dorosłych również prowadzimy warsztaty kulinarne – kuchnia europejska, azjatycka, są warsztaty robienia sushi. Jest to gotowanie bardziej
dla hobbystów, pasjonatów, dla własnej przyjemności. To nie są kursy, po
których osoby biorące w nich udział, będą mogły pochwalić się certyfikatem.
Czy osoba, która nie ma zielonego pojęcia o gotowaniu, może wziąć
udział w takich zajęciach?
Zdecydowanie tak, bo warsztaty prowadzone są od podstaw. Zapewniamy profesjonalnych kucharzy, takie też narzędzia i składniki najwyższej jakości. To zajęcia dla osób, które kochają gotować albo dopiero chcą
poznać tajniki gotowania.
A po pichceniu odbywa się wielka uczta?
Zazwyczaj podczas warsztatów osoby biorące w nich udział wspólnie
jedzą to, co ugotowały. A niekiedy zabierają potrawy do domu, aby
pochwalić się bliskim.
Warsztaty kulinarne dla dorosłych i dzieci, a co poza tym?
Raczej nie, jednak nasi modowi specjaliści swoją wiedzę i doświadczenie
przekazują przygotowując warsztaty dla dzieci z projektowania koszulek
czy robienia zabawek i pluszaków. Jest to bardzo fajna forma nauki przez
zabawę.
Mamy tutaj również znakomitego sommeliera, który nie tylko dobrał
nam wina do naszej karty, ale również prowadzi warsztaty ze znajomości
wina. Zajęcia odbywają się co jakiś czas, dlatego najlepiej śledzić naszą
stronę internetową.
Interesująca lokalizacja. Dlaczego wybór padł na ten budynek?
Kiedyś była KSIĘGARĘKA, co ją zastąpiło?
Wygląda na to, że każdy znajdzie coś dla siebie w waszej restauracji.
Właścicielki z Wildą związane są od bardzo dawna. Przez kilka lat mijały
ten budynek i obserwowały jego powolną degradację. Długo zastanawiały
się, co zrobić, aby go uratować.
AKADEMIA KULINARNA, w której dorośli mogą uczyć się od profesjonalnych kucharzy, a dzieci od pasjonatów gotowania. Takie dziecięce
warsztaty trwają około dwóch godzin, podczas których najmłodsi
bawiąc się, poznają techniki kucharskie, produkty i ich zastosowanie.
Nic skomplikowanego. Jednak chcemy, by poznały nowe smaki, aromaty
i chcemy im pokazać, jak od początku do końca powstają poszczególne
potrawy.
Myślę, że tak. Wachlarz smaków zaczyna się od kuchni europejskiej, poprzez
polską, aż po kuchnię azjatycką. Od roku proponujemy również specjalną
selekcję dań FIT dla osób zwracających szczególną uwagę na swoją dietę.
Czym wyróżnia się SPOT. na tle innych miejsc w Poznaniu?
Na pewno połączeniem klimatów, o którym wspomniałem wcześniej,
a oprócz tego wyróżnia nas świetna karta win i dań. Magazyn „Wino”
uznał nasz wybór win za najlepszy w Polsce. A nie tak dawno, bo na
początku grudnia renomowany przewodnik kulinarny po restauracjach,
Gault&Millau dostrzegł naszą restaurację i wyróżnił, z czego się bardzo
cieszymy.
Dzieci też znajdą coś dla siebie?
Oczywiście. Szef kuchni opracował specjalne menu dla maluchów. Jest
ono delikatne i bez zbyt dużej ilości przypraw. Dania są pełnowartościowe
i przygotowywane z najwyższej jakości składników.
Dla jakich ludzi powstał SPOT.?
Nie mamy jakiegoś wybranego segmentu, do którego kierujemy naszą
ofertę. Chcielibyśmy, by przychodzili do nas wszyscy ci, którzy lubią dobrze
zjeść i napić się dobrego wina, którzy cenią sobie różnorodność, otwartość
i są gotowi na nowe doznania. Wszyscy goście są u nas mile widziani.
Również rodziny z dziećmi?
Zdecydowanie tak. Między innymi dlatego stworzyliśmy plażę z miejscem zabaw i interaktywną grę, w którą dzieci mogą bawić się w naszym
ogrodzie w okresie letnim.
Na czym polega ta gra?
Wszystko zaczyna się od książeczki zaprojektowanej i wydrukowanej
przez nas, w której znajdują się zadania do wykonania w różnych
28
1/2015
1/2015
29
NASZE REKOMENDACJE
Wszyscy goście
Zdaje się, że i miłośnicy Hiszpanii znajdą tu coś dla siebie.
Jednym z punktów SPOT. znajdującym się przy restauracji, jest
VIÑOLA. Ma ona w swoim asortymencie szeroki wybór win hiszpańskich. Możemy się tam też zaopatrzyć w inne produkty pochodzące
z tamtego regionu, jak na przykład szynkę czy oliwki. Właściciel
VIÑOLI, Inigo Cordon Moreno dba o najwyższą jakość towarów.
NASZE REKOMENDACJE
Czy wina z VIÑOLI znajdziemy w waszej karcie win?
Nasza karta win zawiera około 70 etykiet, a oprócz tego klienci restauracji mogą wybrać dowolne wino z półek VIÑOLI. To naprawdę
olbrzymi wybór, którym niewiele miejsc może się pochwalić.
Małgorzata Opala i Adam Żolik również należą do rodziny SPOT.
Małgorzata robi dla nas zdjęcia i prowadzi swoje studio fotograficzne
FOTOAKTYWNE. Natomiast Adam Żolik szefuje pracowni fryzjerskiej CZESANKA.
Jest jeszcze REGENERACJA. Odnowa dla ciała i duszy?
W skład SPOT. wchodzi również spa, które mieści się pod restauracją.
W minimalistycznym wnętrzu nasi goście mogą przenieść się do świata
pełnego orientalnych aromatów, które pozwolą zapomnieć o codziennych problemach.
Bardzo szeroka i różnorodna oferta, można pogratulować pomysłowości w organizowaniu wolnego czasu poznaniaków. Ale jest jeszcze
Fundacja SPOT. Czym się zajmuje?
Czy w menu znajdziemy potrawy wykorzystujące sezonowe
produkty?
Naturalnie. Oczywiście, nie wymieniamy nigdy całego menu, a jedynie
poszczególne rzeczy, które faktycznie pasują na daną porę roku. Są
dania, które możemy zamówić przez cały rok, bo poza tym, że mamy
dostęp do składników, to w dodatku cieszą się popularnością wśród
klientów. Z sezonowych potraw w okresie letnim zazwyczaj króluje
sałatka z arbuza i cykorii, a w okresie jesiennym krem ze świeżych
podgrzybków. Dana pora roku skłania nas do zmiany menu choćby
częściowo.
Co cieszy się największą popularnością wśród potraw?
Na pewno zupa z owoców morza, stek z miecznika z zielonym puree
z groszku z dodatkiem mięty lub stek z polskiej polędwicy wołowej.
Także desery mają powodzenie. Myślę, że nasze potrawy są świetne
głównie dlatego, że wszystko przygotowujemy sami, od podstaw. Nie
zamawiamy gotowych półproduktów. Kucharze przychodzą na kilka
30
1/2015
Celem Fundacji jest szeroko rozumiana edukacja w obszarze sztuk
designu i nowych zjawisk miejskich. Organizuje ona warsztaty, kursy,
wykłady, wystawy i inne wydarzenia, które łączą różne dziedziny sztuki.
Działa też aktywnie na rzecz rewitalizacji najbliższej okolicy. W projekcie
Nowa Wspólna Wilda w centrum zainteresowania znalazł się Park Jana
Pawła II oraz indywidualna pamięć jako część historycznej dzielnicy.
W Parku wytyczona została Literacka Trasa Biegowa. Wspólnie z mieszkańcami zjedliśmy śniadanie po Wildeckim Biegu Śniadaniowym,
a potem przeprowadzony został konkurs na uatrakcyjnienie Parku
Jana Pawła II. Mieszkańcy mogli także wziąć udział w niecodziennym
wernisażu odbywającym się w kilku miejscach na Wildzie (Hurtownia
Papierów Agol, Introligator, McDonald’s), gdzie pokazane zostały fotografie z okresu PRL. W 2014 roku Fundacja zrealizowała także projekt
neoWILDA, w którym udało się odrestaurować część neonu znajdującą
się na dawnym Kinie Wilda. Jego rozświetlenie połączone było ze
spotkaniem mieszkańców Wildy i pasjonatów neonów przy muzyce
filmowej w wykonaniu Orkiestry Dętej.
A co jest duszą SPOT.?
Nie spodziewałem się takiego pytania (śmiech). Zastanówmy się.
Wydaje mi się, że duszą są ludzie, którzy tutaj pracują. To oni tak
naprawdę tworzą atmosferę tego miejsca. Swoim zaangażowaniem
i pozytywnym nastawieniem sprawiają, że te dobre emocje przenoszą
się również na gości, co z pewnością jest jednym z powodów, dlaczego
większość z nich do nas wraca. Muszę powiedzieć, że mam szczęście, że
mogę być częścią tego zespołu.
rozmawiała Aleksandra Noszczyńska
Fot. Małgorzata Opala
Kreatywność w sieci
po poznańsku
Sympatyczna rodzinka 2+2 i jej świat, czyli blog o kreatywnych
sposobach na dziecko.
O
publikowaniu w sieci, pomysłowości
i planach na przyszłość rozmawiamy
z twórczynią bloga, panią Agnieszką
Puk.
W jednym z pierwszych postów na blogu
pisała pani o tym, że w każdym z nas drzemią
pokłady kreatywności. Czy przez ponad dwa
lata tworzenia bloga wydarzyło się coś, co
zmieniło pani pogląd w tej kwestii?
Nie, w tej kwestii nic się nie zmieniło, wręcz
przeciwnie – dzięki działaniom związanym
z blogiem utwierdziłam się w przekonaniu, że
tak właśnie jest. Nie każdy jednak zdaje sobie
z tego sprawę, a szkoda.
Pisała pani także o tym, że kiedy jesteśmy
dziećmi, jesteśmy bardziej kreatywni.
Nadajemy dziwne kolory przedmiotom, które
w rzeczywistości wyglądają zupełnie inaczej,
a świat naszej wyobraźni rządzi się swoimi
prawami. A potem przychodzi ten moment,
kiedy zaczynamy odróżniać rzeczywistość
od świata wyobraźni i co wtedy z tą naszą
dziecięcą kreatywnością?
współpracownicy. Jeśli wspominane osoby
są osobami otwartymi, kreatywnymi, działającymi nieszablonowo najprawdopodobniej
w myśl powiedzenia „z kim przystajesz, takim
się stajesz” i my owe sposoby myślenia, nawyki
przyjmiemy. Jeśli zaś całe życie owo otoczenie
dawało nam odczuć, że nie mamy żadnego
talentu bądź jakiejś szczególnej umiejętności,
trudno będzie nam uwierzyć w to, że jest
inaczej. Może wystarczy retrospekcja i próba
obiektywnego spojrzenia na powód naszego
przekonania o braku zdolności, może przydać
się też odrobina świeżości w życiu. Celowo nie
mówię co to za świeżość, bo dla jednego będzie
to nowy przyjaciel, dla kogoś innego zmiana
otoczenia, dla jeszcze kogoś znalezienie chwili
na kreatywne hobby. Jednej, jedynej recepty
nie ma i nie odważyłabym się też jej podać.
Najważniejsze to przełamać się i spróbować.
Myślę, że cała reszta przyjdzie sama.
Wychowywanie bliźniąt to macierzyńska
wyższa szkoła jazdy. Skąd siła, energia i czas
na dodatkowy obowiązek, jakim jest prowadzenie bloga? Przecież dobry blog musi być
prowadzony spójnie, systematycznie i taki
jest właśnie Kreatywnik.
Dziękuję bardzo za dobre słowo. Nie traktuję
bloga jako obowiązku, może właśnie w tym
tkwi ta moc. Moje szkraby pojawiły się na
świecie blisko o 3 miesiące za wcześnie.
Pierwsze chwile naszego wspólnego życia
wypełniały więc szpitale, później rehabilitacja
Nie tyle dziwne kolory, co różniące się od
tych rzeczywistych. Co wtedy z naszą dziecięcą kreatywnością? Dobre pytanie. Pewnie
w niektórych z nas zostaje uśpiona i przesypia
resztę życia bohatera, u innych nie poddaje się
tak łatwo i od czasu do czasu – albo i częściej –
uwalnia swoje możliwości.
Jakie czynniki wpływają na to, że zaczynamy
myśleć schematycznie i jak powstrzymać ten
proces? Jest to w ogóle możliwe?
Myślę, że jest to możliwe, choć nie jest łatwe.
Największy wpływ na sposób myślenia
ma nasze najbliższe otoczenie – rodzina,
przyjaciele, koledzy i koleżanki, czy też
1/2015
31
POZNAŃSKA BLOGOSFERA
godzin przed otwarciem i rozpoczynają produkcję. Wszystko, włącznie
z makaronami, powstaje na miejscu. Każda potrawa jest świeża, przyrządzana w danym dniu.
Od września wróciłam do pracy na etat
w jednym z poznańskich przedszkoli, dlatego
w tej chwili trudniej mi o zorganizowanie
odrobiny wolnego czasu, by przygotować
kolejne warsztatowe spotkania. Nie wykluczam jednak, że już niebawem uda mi się
zaprosić rodziców i dzieci na kolejne spotkania
zabawowo-kreatywne.
Podobno połączyło was zamiłowanie do
motoryzacji. Znajdujecie państwo jeszcze
czas i na tę pasję?
Jaką ofertę dla rodziców z dziećmi ma
Poznań?
Oferta Poznania przeznaczona dla rodzin
jest całkiem bogata. Mamy zoo, piękne parki,
sporo zieleni, całą masę muzeów i miejsc związanych ze sztuką, mnóstwo placów i sal zabaw,
kilka dobrych miejsc, w których przeprowadza
się warsztaty dla dzieci i rodzin, a także coraz
więcej restauracji czy kawiarni, których oferta
skierowana jest właśnie dla rodzin z dziećmi.
Myślę jednak, że wciąż brakuje propozycji
atrakcyjnych cenowo, szczególnie dla rodzin,
gdzie dzieci jest więcej niż jedno.
Prowadzi pani bezpłatne warsztaty
z kreatywności dla dzieci i ich mam. Jakie
jest zainteresowanie tego typu spotkaniami
w Poznaniu?
Naprawdę spore. Na warsztaty zgłaszał się
komplet rodziców i dzieci, a lista rezerwowych
miejsc zawsze miała kilka, kilkanaście pozycji.
32
1/2015
Blog powstał, by dać upust moim
kreatywnym zapędom, które jak się
okazało ku mojej wielkiej radości,
podzielają również moje szkraby.
Tak właśnie było i jest nadal. Jeszcze nie tak
dawno pełniłam funkcję szefowej jednego
z największych klubów motoryzacyjnych
pewnej marki w Polsce. To właśnie na jednym
z klubowych spotkań poznaliśmy się z partnerem. W chwili obecnej na działania motoryzacyjne mamy nieco mniej czasu, jednak
kontakty z poznanymi w klubie ludźmi nadal
utrzymujemy. Raz do roku obowiązkowo
też uczestniczymy razem z dziećmi w zlocie
klubowym. To chwile pełne uśmiechu, dobrej
zabawy, chwile spędzone w gronie przyjaciół.
Gdyby miała pani podsumować te kilkadziesiąt miesięcy istnienia bloga za pomocą listy
korzyści i strat, to po której stronie byłoby
więcej wpisów?
Zdecydowanie po stronie plusów. W tej chwili
żadem minus nie przychodzi mi do głowy, no
może poza kilkoma nocami, które zarwałam,
bo to właśnie późnymi wieczorami, kiedy
dzieci pójdą już spać, jestem w stanie przygotować kolejny wpis,
Przeniesienie części swojego rodzinnego
życia do internetu czasem spotyka się ze
sprzeciwem ze strony rodziny lub niezrozumieniem znajomych. Może jednak też
zaowocować nowymi przyjaźniami, o więzi
często silniejszej, niż te inicjowane w tzw.
realu. Jak to było u was?
To co pokazuję na blogu to zaledwie maleńki
procent tego, jak wygląda nasze życie. Poza
tym, zawsze zaznaczam, że to co czytelnik
może zobaczyć, zależy tylko i wyłącznie ode
mnie. Jeśli więc komuś wydaje się, że na
podstawie tego co czyta na blogu, zna całe
nasze życie doskonale – to niestety, to tak
nie działa. W naszym przypadku najbliżsi
wspierają nasze działania. Dzieciaki i ich
tata chętnie włączają się w majsterkowanie
i pozostałe działania. Bliższa i dalsza rodzina
czyta bloga. Mieszkamy ponad 400 km od
siebie, jest to więc też pewna forma bycia na
bieżąco, z tym co u nas. Dzięki Kreatywnikowi poznałam całe mnóstwo mam, o bardzo
podobnych przejściach, z którymi na co dzień
utrzymuję kontakt. Myślę, że gdyby nie blogi
nie byłoby nam dane się poznać, a właściwie
to odnaleźć. Z kilkoma mamami-blogerkami poznałyśmy się osobiście i myślę, że
część z tych znajomości to właśnie początek
przyjaźni.
A kto wie, może i takiej na resztę życia?
Czy są jakieś blogi, które szczególnie panią
inspirują i motywują do kolejnych wpisów na
Kreatywniku?
Zaprzyjaźnionym z nami blogiem jest Strefa
Dzieci, uwielbiamy do nich zaglądać. Jeśli
zaś chodzi o inspirację i motywację to ta
najczęściej przychodzi sama, gdy obserwuję
swoje dzieciaki, czasami pomagają mi w tym
również blogi zagranicznych mam. Forma
prowadzenia kreatywnego bloga zagranicą jest
o wiele popularniejszą formą niż w Polsce.
Jakie macie najbliższe plany w związku
z Kreatywnikiem?
Część z nich to niespodzianka, więc nie chciałabym ich zdradzać. Na pewno jednak już
niebawem na Kreatywniku pojawi się kolekcja,
choć jest to może jeszcze za duże słowo, moich
uszytków, którymi chciałabym zainteresować
rodziców. Wkrótce na blogu pojawi się
również konkurs z atrakcyjnymi nagrodami.
Zapraszamy!
rozmawiała Joanna Swędrzyńska
1/2015
33
POZNAŃSKA BLOGOSFERA
POZNAŃSKA BLOGOSFERA
i całe mnóstwo wizyt u lekarzy specjalistów.
Myślę, że tamta monotonia dnia dawała się
nam wszystkim bardzo we znaki. Blog powstał,
by dać upust moim kreatywnym zapędom,
które jak się okazało ku mojej wielkiej radości,
podzielają również moje szkraby. A także i po
to, by uporządkować galimatias związany
z pojawieniem się na świecie dzieciaków,
jednocześnie tworząc kronikę naszych bardziej
lub mniej twórczych poczynań. Po to też, by
podzielić się naszymi pomysłami z innymi,
a także by udowodnić przede wszystkim
sobie i innym, że kreatywność stanowić może
element terapii przynoszący zadziwiające
rezultaty, czego doskonałym przykładem jest
mój syn, u którego zdiagnozowano Mózgowe
Porażenie Dziecięce, a który wbrew wszelkim
lekarskim diagnozom rozwija się praktycznie
tak, jak jego rówieśnicy. Oczywiście problemy
w tym względzie nas nie omijają, ale i z nimi
mamy zamiar sobie poradzić.
Gdy połączyć wspomniane „powody”
wychodzi na to, że Kreatywnik to taka moja,
a właściwie to nasza, odskocznia od szarości
i trudów dnia codziennego. To także poczucie,
że możemy zainspirować kogoś do działania,
pokazać, że nie warto się poddawać.
Niezwykle miłe jest, kiedy któraś z czytelniczek napisze, że dzięki naszym inspiracjom
znów chce jej się działać z dzieckiem, że nasze
propozycje pomogły urozmaicić domową
terapię dziecka. A zdarza się to coraz częściej.
Zuch pisze i Zuch rysuje
Maciek Mazurek. Jak sam o sobie pisze:
mąż, tata, bloger, miłośnik kawy, yerby,
projektowania po nocach oraz Pink Floyd.
Obecnie głównie grafik o całkiem niezłych
osiągnięciach. Prowadzi własne studio
graficzne. Zaprojektował okładki dla wszystkich
albumów zespołu Luxtorpeda i odpowiadał
za warstwę graficzną między innymi ostatnich
Poznańskich Targów Piwnych.
D
alej w swoim opisie dodaje nieco kokieteryjnie, że od 2009 roku
próbuje rysować. Jako Zuch. Można śmiało powiedzieć, że to
„próbowanie” osiągnęło już w pewnym stopniu poziom mistrzostwa. Do tego dodajmy charakterystyczną kreskę, poczucie
humoru, równe i spójne spojrzenie na świat i wartości, a będziemy mieli
obraz niemal pełny.
34
1/2015
Niemal, bo aby poznać lepiej osobowość tego blogera, należałoby
poświęcić kilka zimowych wieczorów na lekturę jego dwóch blogów:
ZUCHPISZE.pl i ZUCHRYSUJE.pl.
Nie wiem, czy nie należałoby poznawać zawartości obu tych miejsc
naprzemiennie, ponieważ wielokrotnie można odnieść wrażenie, że jest tu
jakaś niepisana zasada, jaką kieruje się Autor. A mianowicie: czego Zuch
nie dopisze, to dorysuje. I odwrotnie. Dzięki temu ma się do czynienia
z konsekwentnym wizerunkiem Zucha, bez względu na to, w jakiej formie
kontestuje świat.
Szczególnie interesujące wpisy na blogu to te poświęcone ojcostwu. Felietony i refleksje na temat bycia mądrym i dobrym ojcem, przy jednoczesnej
szczerości i bezradności wobec własnych wad i spraw nieuchronnych, jak
na przykład dorastanie dzieci, stwarza w Autorze człowieka prawdziwego,
bez udawania czy nakładania fałszywej maski zawsze akuratnego faceta,
który nie popełnia błędów, a do tego jeszcze za nic nie przyzna się do
jakichkolwiek uczuć.
W jednym ze swoich wpisów Mazurek pisze tak: „W momencie kiedy
zostałem tatą, dostałem w pakiecie z wrzeszczącym noworodkiem coś
jeszcze. Dostałem możliwość bycia kimś najlepszym na świecie. Możliwość otrzymania bezwarunkowej miłości i nieskończonego podziwu.
Możliwość bycia superbohaterem, przywódcą, pionierem, generałem,
admirałem, … <- tu możesz wpisać dowolne, najwspanialsze epitety.
Jedna szansa. Jest jedna taka szansa i trzeba się szybko zabrać do
odgruzowania własnego wnętrza. Trzeba poukładać w głowie i sercu
wiele spraw. Im szybciej to zrobimy, tym lepiej na tym wyjdziemy. Czas
płynie nieubłaganie i jest naszym największym przeciwnikiem. Później,
później, prokrastynacja w rodzicielstwie (przypadłość najbliższa ojcom),
to zabójca relacji. W rodzicielstwie nie ma „później”. Jest tylko teraz.”
W dziale bloga „Tata Zuch” poza rozważaniami na temat ojcostwa, znajdziemy też sposoby na kreatywną zabawę, recenzje książek i produktów
dla dzieci, a także sporo odniesień do dzieciństwa Autora. Poza tym na
blogu można znaleźć recenzje filmów i książek, a także ciekawy cykl 3
po 3 (recenzje książkowe, muzyczne i filmowe) tworzony przez zaproszonych przez Autora gości.
Na blogu Zucha rysującego znajdziemy sporą dawkę humoru, choć może
w wielu miejscach dość hermetycznego. Rzeczywistość korporacyjna wraz
z jej rozbudowaną hierarchią i wzajemnym, ciągłym delegowaniem zadań
na mniej asertwynych pracowników, trochę biurowego absurdu i szereg
charakterystycznych sylwetek to szczere spojrzenie na pracę grafika w dużej
firmie. Pisząc o sieciowej (i już nie tylko sieciowej) działalności Macieja
Mazurka, nie można zapomnieć o kreacji całkiem odmiennej od innych,
mianowicie o postaci Pleśniaczka, który to wyrósł w kubku ze spleśniałymi resztkami kawy i odtąd towarzyszy Zuchowi przy korporacyjnych
zmaganiach. Pleśniaczek dorobił się nawet własnego fanpage’a, gdzie skupia
ponad dwa tysiące fanów.
Poza kreatywną częścią swojej aktywności w sieci Maciej Mazurek
zajmuje się także organizacją spotkań poznańskich blogerów na kolejnych edycjach Blogteja, a także współtworzy grupę na jednym z portali
społecznościowych, o nazwie Blogosfera Poznań. Dzięki temu możemy
zapoznać się z innymi poznańskimi blogerami, którzy postanowili dzielić
się z użytkownikami sieci swoimi pasjami, życiem, twórczością.
JoSa
1/2015
35
POZNAŃSKA BLOGOSFERA
POZNAŃSKA BLOGOSFERA
J
eśli ktoś lubi mniej lub bardziej oczywisty humor biurowy, narzekał
chociaż raz w życiu na szefa, denerwował się na współpracowników,
miał dosyć wszechwiedzącego klienta i przynajmniej raz natknął
się na strzępki pleśni w biurowym kubku, to na pewno uśmiechnie
się nie raz przy lekturze książki Macieja Mazurka „Król biurowej
klasy średniej”. Okładkę zaprojektował sam autor, on również zajął się
składem, co na pewno miało duży wpływ na wysoką jakość graficzną
wydawnictwa. Komiksy przemieszane z krótkimi wpisami z Twittera,
pojedyncze rysunki, fragmenty korespondencji mailowej i wpisy
blogowego głównego bohatera składnie łączą się w całość i stanowią
codzienną rzeczywistość książkowego Zucha. Od rana do wieczora
trochę jakby uwikłany w social media, a wręcz uzależniony od kontaktowania się ze światem za pośrednictwem krótkich wpisów, Zuch
dzieli się z nami swoim życiem, rozterkami, problemami, zabawnymi
historiami. Gdzieś brakuje czasu na prawdziwe życie, ale konwencja
ta nie zgrzyta. Taka jest obecnie rzeczywistość i każdy, kto choć na
trochę zaistniał w wirtualnym świecie, wie, że obecnie trudno mu by
było się bez niego obejść.
Maciej Mazurek, „Król biurowej klasy średniej”, Helion, 2015 r.
OSOBOWOŚĆ MIESIĄCA
OSOBOWOŚĆ MIESIĄCA
Przygoda
mojego życia
Erik Witsoe. Jesteśmy dumni, że
zdjęcia jego autorstwa będą zdobiły
okładki naszego magazynu. Urodził się
w Seattle, z wykształcenia jest artystągrafikiem. Prowadzi kawiarnię Bigfoot
w Pasażu Apollo, tam też spotykamy
się na rozmowę i kubek mlecznej kawy.
W swoim środowisku Erik czuje się bardzo
swobodnie, słowa płyną same, a moje
pytania zdają się jedynie przeszkadzać.
O co jesteś najczęściej pytany?
Zdecydowanie najczęściej słyszę: „Dlaczego w ogóle przyjechałeś do
Polski?” Ludzie nie mogą zrozumieć mojej decyzji o porzuceniu z własnej
woli życia w Ameryce i przeniesieniu się do waszego kraju.
Ponad 14 tysięcy osób śledzi twój profil na Facebooku. Czy zauważasz
jakieś przejawy swojej popularności?
Tak, to zabawne. Ostatnio zwróciłem uwagę, że kobiety zaczęły pozować
przed moim aparatem. Ustawiają się z lepszego profilu, przyjmują pozy.
Wystarczy, że zobaczą mnie idącego ulicą. Poznań jest na tyle małym
miastem, że często spotykam podczas moich wędrówek osoby, które
znam z kawiarni.
Czy jakieś miejsce w Poznaniu jest twoim zdaniem niefotogeniczne?
Nie miałem nigdy intencji zostać fotografem
ulicznym, tak się po prostu stało.
36
1/2015
Nigdy nie będę robił zdjęć w okolicy dworca głównego. Dla mnie jest to
miejsce bez tożsamości, po prostu budynki i światła, które mogłyby stać
w jakimkolwiek mieście. W Poznaniu cenię sobie ciągłość historii, urok
i specyficzny klimat. Zdarza się, że ktoś próbuje zwrócić moją uwagę na
nowy budynek i mówi, że powinienem go sfotografować, ale mi to nie
pasuje. Oczywiście, progres jest dobry, powinny powstawać nowe miejsca,
ale magia i duch jest w tych starszych. Tylko je chętnie uwieczniam.
Czy planujesz swoje zdjęcia, czy zdajesz się na przypadek?
Działam spontanicznie, szukam tego jednego momentu, szczególnej
kombinacji światła. Pozwalam rzeczom się dziać, inspiracja musi pojawić
się sama, nie można jej wymusić. Zawsze chodzę z aparatem i czekam na tę
jedną chwilę, na światło, które wydobędzie coś godnego sfotografowania.
Jakie elementy musi zawierać dobre zdjęcie?
Przede wszystkim atmosferę i kompozycję. Ja sam nie zmierzam do
perfekcji, więc nie przywiązuję wielkiej wagi do ustawień technicznych.
Można zgubić moment przez przesadne skupianie się na technice. Zdjęcie
ma opowiedzieć historię, jej część i to w taki sposób, żeby człowiek patrząc
na nie, chciał się dowiedzieć reszty. Po prostu opowiadam fotografiami to,
co widzę i jak to widzę. Szukam tego czegoś, co spowoduje, że spojrzysz
na zdjęcie dwa razy.
A zdarza się, że stracisz moment?
Często. Pocieszam się wtedy, że wrócę, poszukam i poczekam. Bywam
nawet krytykowany za to, że powtarzam miejsca i tematy. Ludzie piszą mi
takie komentarze pod zdjęciami. Ale dla mnie to nie są żadne powtórki.
W Polsce są przecież cztery pory roku, które bardzo się od siebie różnią.
Zdjęcie zrobione w tym samym miejscu za każdym razem będzie inne,
zmienia się światło. Nie przejmuję się tą krytyką. Robię zdjęcia dla siebie, nie
dla kogoś. Jest to dla mnie sposób na łagodzenie tęsknoty za domem. Jestem
szczęśliwy, kiedy widzę po włączeniu komputera, że mój tata już polubił
moją ostatnią fotografię. To jest tak, jakby rodzina z Ameryki towarzyszyła
mi na każdym kroku. Mogę pokazać im, gdzie mieszkam, jak wygląda moja
droga do pracy itd. Są dzięki temu nadal częścią mojego życia.
1/2015
37
Codziennie oglądam i podziwiam setki zdjęć w serwisach internetowych.
Dobre zdjęcie, którym mogę się zachwycać, to to z dobrą kompozycją
i to, które opowiada ciekawą historię. W internecie szukam nowych
inspiracji, nie chcę utknąć we własnych pomysłach, wtedy bym się nie
rozwijał. Z fotografów, których prace szanuję, tak od razu mogę wymienić
Vivian Maier, która fotografowała ludzi po prostu tak, jak wyglądają
i przy zwykłych czynnościach. Ja sam nie miałem nigdy intencji zostać
fotografem ulicznym, tak się po prostu stało.
Czy kilka lat temu widziałeś siebie żyjącego w Polsce?
Nigdy wcześniej o tym nie myślałem ani nie planowałem tego. Tak
naprawdę w ciągu roku zmienił się nasz pomysł na życie. Jak pojawiła się
myśl o zamieszkaniu w Polsce, to poddaliśmy się temu, a decyzję podjęliśmy
w ciągu tygodnia. W pewnym momencie po prostu sprzedaliśmy wszystkie
swoje rzeczy, spakowaliśmy się i przyjechaliśmy do Polski. Wiążąc się
z Polką, zawsze gdzieś miałem w głowie taką możliwość. Dla mnie - dopóki
jesteśmy razem, jest dobrze. Gdziekolwiek będziemy mieszkać.
OSOBOWOŚĆ MIESIĄCA
OSOBOWOŚĆ MIESIĄCA
Inspirujesz się innymi fotografami i ich pracami?
Nie skupiam się
na frustracjach.
Mam je, ale je ignoruję.
Moja rada dla wszystkich:
rozwiąż albo odpuść.
Zmień, ale nie buduj nienawiści.
na przykład wygrał na loterii i właśnie idzie kupić samochód, a Polak
opowie o problemach.
Nie, na co dzień nie tęsknię. Są takie momenty czy okresy w roku jak na
przykład święta, które są dla mnie trudne, ale zazwyczaj nie dopuszczam
do siebie tęsknoty. Jestem cały czas w kontakcie z rodziną. Brakuje mi
nieraz pewnych rzeczy, które są w Stanach, ale mam świadomość, że
tutaj jest po prostu inne życie. Ani lepsze, ani gorsze, po prostu inne.
Wiele osób wierzy w powiedzenie „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”.
Oczywiście, że coś mnie frustruje w życiu w Polsce, ale dobrze wiem, że
w Ameryce też by tak było.
magia, a nie tylko sama kawiarnia. Dla mnie to mały kawałek mojej
ojczyzny w Polsce. Znajduję tu równowagę. Lubię myśleć, że to mała
kawiarnia z dużym sercem. Powody otworzenia lokalu były tak naprawdę
egoistyczne: miałem w końcu coś do robienia. Ale okazało się, że tyle
samo co dla mnie, ta kawiarnia zrobiła dla innych ludzi. Każdy dzień
w Bigfoot mnie zaskakuje. Odwiedzający to nie goście tylko rodzina, mała
społeczność. Na początku myślałem, że dzięki takiej pracy w trzy miesiące
nauczę się mówić po polsku. Okazało się jednak, że klienci przychodzą,
żeby porozmawiać ze mną po angielsku. Zawsze staram się każdą wchodzącą osobę pozdrowić i przywitać po polsku, w waszym języku odbieram
też zamówienie. Potem następuje chwila w rozmowie, kiedy muszę wrócić
do angielskiego (śmiech). Ale polski to bardzo piękny język, przyjemny
do słuchania.
Czy taka zmiana była dla ciebie czymś wielkim?
Jesteś teraz bardziej artystą czy biznesmenem?
Nie bałem się zmian, potraktowałem je jako wyzwanie. Żyję tu i teraz,
niczego nie rozpamiętuję. Na początku nie wiedzieliśmy, co będę tu robił
i jak będę zarabiał na życie. Najbardziej oczywistym pomysłem było
udzielanie lekcji angielskiego, ale ja nie byłbym dobrym nauczycielem
tylko z tego powodu, że angielski to mój ojczysty język. W Stanach
pracowałem w branży hotelarskiej i gastronomicznej, stąd pomysł, żeby
otworzyć kawiarnię. Moim plusem było spore doświadczenie, bo nie jest
to łatwy biznes. Teraz mogę powiedzieć, że moje życie tutaj nie byłoby
tak wartościowe bez Bigfoot. Spotykam tu świetnych ludzi, jest tu jakaś
I tym, i tym. Mam doświadczenie w obsłudze klienta, praca w kawiarni
sprawia mi przyjemność, ale poszukuję też kreatywności. Nie jest trudne,
żeby ktoś zajrzał do lokalu, ludzie są ciekawi, przychodzą. Sztuką jest ich
zatrzymać, przywiązać do miejsca, sprawić, że będą wracać. Kawiarnia
ma amerykański styl, wszyscy się witają, przedstawiają, rozmawiają
ze sobą. Polska filozofia jest inna. Polacy są bardzo gościnni w swoich
domach, od wejścia częstują jedzeniem i piciem. Ja chętnie zagaduję
ludzi, pytam jak się mają i nieraz, chcąc nie chcąc, usłyszę odpowiedź
(śmiech). Amerykanin w takiej sytuacji powie o dobrych rzeczach, że
Tęsknisz za domem?
38
1/2015
Amerykanie są pozytywni i optymistyczni, nieraz nawet bardziej niż
wymagałaby tego sytuacja. Polacy patrzą bardziej negatywnie, ale to jest
wasz urok, jesteście bardziej świadomi, przesiąknięci historią. Amerykanie skupiają się na przyszłości. Skoro przeszłości nie mogą zmienić,
kształtują dni, które nadejdą. Nie mógłbym żyć i w każdej sekundzie
walczyć z Polską, więc akceptuję różnice. Nie skupiam się na frustracjach.
Mam je, ale je ignoruję. Moja rada dla wszystkich: rozwiąż albo odpuść.
Zmień, ale nie buduj nienawiści.
albo o tym pomyśleć, rozgryźć to. Wciąż zadziwiające są dla mnie pory
roku, tak bardzo od siebie różne. Zupełnie inaczej jest w Seattle, tam nawet
wschód słońca jest inny, późniejszy. Moim zadaniem jest opowiadanie zdjęciami mojej historii w Polsce. W Ameryce nudziłem się, musiałem jeździć
i szukać inspiracji, tutaj wystarczy, że wyjdę z domu i pójdę do sklepu.
Kupię coś, czego etykiety nie potrafię przeczytać i potem w domu próbuję
coś z tego ugotować. Wybieram przypadkowe ulice, wysiadam na innym
przystanku, sprawdzam, gdzie dojadę i odkrywam miasto. Na nikim nie
polegam, nikt nie prowadzi mnie za rękę, nie mogę w każdej chwili dzwonić
do kogoś i prosić o pomoc. Potrafię trochę mówić po polsku, jestem też
dość ekspresyjny i pomagam sobie mimiką. Doszedłem do wniosku, że jeśli
nie potrafię powiedzieć czegoś po polsku, to znaczy, że nie potrzebuję tego.
Jak się czujesz mieszkając w Polsce?
Co sądzisz o naszym miesięczniku?
Trudno wyobrazić mi sobie lepsze miejsce, w którym mogłem się znaleźć.
Moim zdaniem w Polsce jest dobra jakość życia, łatwo się tu żyje. Różni
ludzie próbowali udowadniać mi, że będzie tu źle, ale ja się z tym nie zgodzę.
Widzę, że wszystko się zmienia, polepsza, tylko Polacy tego nie widzą. To jest
taka cecha Polaków, że widzą wiele rzeczy w czarnych barwach. Poza tym
w Polsce o wiele łatwiej robi mi się zdjęcia. Szybko znalazłem tutaj to, czego
szukałem w Stanach. Chodząc poznańskimi ulicami, patrzę na nie inaczej
niż mieszkańcy, ja muszę czytać, sprawdzać. Patrzę bardziej szczegółowo
niż osoba, która idzie tą ulicą tysięczny raz i w dodatku śpieszy się do pracy.
Wciąż zdarza się, że coś mnie zaskoczy, muszę to wtedy albo sfotografować,
Podoba mi się wasz pomysł, doceniam wagę miejskiego informatora,
który mówi mi, gdzie warto iść i co zobaczyć. Macie też dobrą, wymowną
nazwę. Taki magazyn pomoże odkryć miasto i da szansę dowiedzenia się
o niektórych wydarzeniach, zanim będzie za późno.
Czy zauważyłeś jakieś różnice mentalne między Polakami
a Amerykanami?
Na koniec, widząc, że zamykam notes, Erik dodaje: „Koniecznie napisz też,
że życie w Polsce to przygoda mojego życia, mój najlepszy okres”.
rozmawiała Marta Sankiewicz
Fot. archiwum własne Erika Witsoe
1/2015
39
Wszyscy wiemy, jak wygląda stereotypowa kociara. Przed oczami pojawia się obraz zaniedbanej
starszej pani, w której mieszkaniu, oprócz wątpliwej jakości zapachów, rządzi kilkadziesiąt
miauczących potworów. Takie rzeczy pewnie się zdarzają, ale nie w Poznaniu!
L
udzie, którzy tu mieszkają, kochają, mają swoje pasje, tworzą, ale też
i pomagają. Ci ostatni oddają część siebie potrzebującym osobom
i zwierzętom. Utarł się stereotyp, że aby skutecznie pomagać, trzeba
wstrząsać, epatować negatywnymi emocjami, smutkiem i drastycznymi zdjęciami. Kasia Widera i Ania Połomska, dwie młode kobiety na
co dzień pomagające bezdomnym kotom, obalają ten stereotyp. Miejmy
nadzieję, że raz na zawsze.
Z dziewczynami spotykamy się w mieszkaniu Kasi. I tu pojawia się już
pierwsze zaskoczenie. Zamiast spodziewanych zniszczonych, zapuszczonych mebli, można zobaczyć zadbane, ciepłe pomieszczenie. Niewielkie
mieszkanko wypełnia zapach świeżo upieczonego, zachęcającego do
skosztowania ciasta. Między przepastnymi fotelami, dumnie przechadza
się trójka przedstawicieli kociego rodu. Zostajemy sobie przedstawieni:
Maksymilian, Michalina, Melania. Po chwili dołącza do nas spóźniona
Ania, drobna, wyraźnie zaziębiona dziewczyna z wielką torbą na
ramieniu. – W środku jest transporter. Nigdy nie wiadomo, kiedy znajdzie
się potrzebujący kot – tłumaczy. Jesteśmy w komplecie, możemy zaczynać.
Przyznam szczerze, że idąc na spotkanie z wami, zastanawiałam się, czy
spotkam dwie zwariowane starsze panie, czy też trafię na młodociane
wyznawczynie bliżej nieokreślonej ideologii. Jakie są tak naprawdę
współczesne kociary?
AP: Całkiem zwyczajne. Oprócz torby raczej nie wyróżniam się z tłumu.
KW: Kochamy koty, ale pamiętamy, że w życiu ważna jest też rodzina, praca
i pasje. Te wszystkie elementy jednej układanki składają się na nasze życie
i nie muszą wzajemnie się wykluczać. Wprost przeciwnie, obracając się
40
1/2015
C H A R Y TAT Y W N Y P O Z N A Ń
C H A R Y TAT Y W N Y P O Z N A Ń
Szczęśliwe kocie oczy
w różnych środowiskach mamy okazję zrobić więcej, niż gdyby pochłaniały
nas jedynie koty. To też pozwala nabrać zdrowego dystansu do wielu spraw.
W takim razie, co jeszcze Was pochłania?
KW: Życie. Razem z mężem uwielbiamy stare, piękne przedmioty. Ich
poszukiwania dają nam wiele radości i nieważne, czy to szafa, czy
maszyna do pisania, mój mąż jest „złotą rączką” i potrafi przywrócić im
dawną świetność. Pod wieloma względami jestem też bardzo stereotypową panią domu. Uwielbiam piec ciasta, przyglądam się najnowszym
trendom w modzie. No i oczywiście namiętnie zbieram kocie gadżety,
co zresztą chyba widać po mieszkaniu (śmiech). To wszystko sprawia mi
przyjemność.
AP: U mnie jest nieco inaczej. Kilka lat temu wyprowadziłam się z Poznania
do jednej z podmiejskich miejscowości. Lubię chadzać własnymi ścieżkami, a to umożliwiają mi podróże. Niestety nie mam na nie zbyt wiele
czasu, a poza tym i tak zawsze nawet w trasie zdarzą się jakieś kocie
sprawy. Na przykład podczas wycieczki do Grecji, zamiast jak wszyscy
leżeć na plaży, zaangażowałam się w akcję sterylizacji tamtejszych kotów.
Z wycieczki w góry wróciłam z kolejnym miauczącym nieszczęściem.
Przestałam się już łudzić, że kiedyś będę zwyczajną turystką i staram się
pamiętać, by w każdą podróż zabierać transporter.
A na mieście „bywacie”?
KW: Raczej nie, bo jednak trochę brakuje na to czasu. Uwielbiam za to
oglądać filmy, a swój prywatny repertuar dobieram zależnie od nastroju.
Jeśli odczuwam potrzebę zrelaksowania się, stawiam najczęściej na
kino sensacyjne. Bardzo też lubię coś, co nazywam polskim kinem
1/2015
41
C H A R Y TAT Y W N Y P O Z N A Ń
C H A R Y TAT Y W N Y P O Z N A Ń
depresyjnym, czyli na przykład „Z odzysku” Sławomira Fabickiego, ale
też cenię sobie takich twórców jak Kieślowski, Holland czy Bareja.
AP: Obie uwielbiamy Bareję i potrafimy go cytować na wyrywki. Z kolei
jeśli czytam, to głównie pozycje z zakresu psychologii, a jeśli kino, to
głównie Almodovar.
Z waszych słów wynika, że macie skrajnie różne charaktery.
KW: Zgadza się. Ja jestem typem osoby, której wszędzie pełno. Cały czas
muszę mieć zajęcie i dlatego bardziej zajmuję się stroną organizacyjną.
Ania z kolei jest dużo bardziej spokojna, ma też w sobie więcej cierpliwości. To ona najczęściej znajduje zwierzęta, którym trzeba pomóc. Ma
z nimi niesamowity kontakt. Obie jednak, jeśli sytuacja tego wymaga,
potrafimy wyciągnąć pazurki.
Wiele osób decyduje się samodzielnie dokarmiać zwierzęta, bądź też
współpracuje z powołanymi ku temu instytucjami. Skąd pomysł na
duet? Z przyjaźni? Wyglądacie na bardzo zżyte.
AP: Najpierw były koty. Wcześniej trochę mijałyśmy się w tym środowisku.
Później pojawił się wspólny cel. Po pierwszym spotkaniu okazało się, że
nadajemy na tych samych falach i znajomość przerodziła się w przyjaźń.
To taki miły skutek uboczny pomagania.
KW: Wspólnie też można o wiele więcej zdziałać niż w pojedynkę.
Różnica charakterów pozwala nam skupić się na różnych polach działań,
w których dobrze się czujemy. Niezmiernie ważne jest wzajemne zaufanie,
które procentuje u szczęściu mruczących przyjaciół.
42
1/2015
Musiał być jednak jakiś początek. Co was przekonało do tego, by
pomagać?
KW: Może trudno w to uwierzyć, ale w moim przypadku zaczęło się od
męża. Pewnego dnia po prostu przyszedł do domu z młodym kocurkiem.
To było w czasach, kiedy jeszcze działał targ Na Sielance. Powiedział, że
tam przechodził i postanowił dać szansę na godne życie choć jednemu
zwierzakowi. Później było już jak w tym powiedzeniu: „Koty są jak piwo.
Na jednym nigdy się nie kończy”.
AP: Mnie pierwszy kot właściwie sam upolował. Zaraz po wyprowadzce
z Poznania znalazłam pod krzakiem malucha potrzebującego pomocy
weterynarza. I tak razem zostaliśmy. Teraz na stałe mam pięć kotów.
Opierając się na waszym doświadczeniu, jak oceniacie poznaniaków
w kontekście pomocy zwierzakom?
KW: Poznaniacy kochają zwierzęta i starają się o nie dbać najlepiej, jak
potrafią. Niekiedy potrzebują jedynie impulsu, pokazania, że to wcale
nie wymaga wielkiego nakładu. Jesienią razem z dziećmi ze szkoły
podstawowej, w której pracuję, budowaliśmy kocie budki na zimę.
Zrobiliśmy ich około pięćdziesięciu. Teraz stoją w różnych miejscach
miasta i dają schronienie bezdomnym zwierzętom.
AP: Z wielu stron spotykamy się ze wsparciem i życzliwością innych
ludzi. Od fundacji otrzymujemy regularnie bony na sterylizację. Są
osoby, które przynoszą nam karmę, podkłady oraz inne drobiazgi.
KW: A pamiętasz, co się działo kiedy szukałyśmy nowej piwnicy?
Naprawdę wiele osób okazało nam życzliwość. Powtórzę jeszcze raz, to
nieprawda, że ludzie nie chcą pomagać. Robią to i okazują wiele serca.
Podobnie jest z odzewem na nasze „bazarki”.
adopcji. Powoli modne staje się posiadanie przyjaciela bez rodowodu
i to daje się zauważyć.
AP: Mam nadzieję, że takich ludzi będzie coraz więcej.
„Bazarki”? Co to takiego?
Dużo mówicie o pomaganiu, jednak zastanawia mnie, co tak
naprawdę daje wam to zajęcie?
KW: Tak, staramy się trzymać zasady, że nie przyjmujemy pieniędzy.
Kilka razy w roku jednak organizujemy w sieci „bazarki”, na których licytujemy różne drobiazgi. Każda taka akcja ma swoje hasło przewodnie.
AP: Na przykład: „Przyszłem, gdyż nie wiedziałem, co robić” imienia
Stanisława Palucha – oczywiście inspiracją był Bareja. Kota, którego tak
nazwałyśmy znalazłyśmy w składzie węgla i była to prawdziwa miłość
od pierwszego spojrzenia. Zresztą, żaden zwierzak, który do nas trafia,
nie pozostaje bezimienny. To też rodzaj szacunku, jaki im okazujemy.
Są jeszcze jakieś inne możliwości działania?
KW: Oprócz prac typowo interwencyjnych
na każdym kroku staramy się edukować
ludzi, że działania, które podejmujemy my,
nam podobni oraz wszelkie fundacje, mają
na celu zapanowanie nad populacją dzikich
zwierząt w mieście. Szukamy im domów
stałych i tymczasowych.
KW: Najbardziej cieszy mnie widok szczęśliwych kocich oczu. Nie
potrzebuję nic więcej.
AP: Podpisuję się pod tym obiema rękoma!
Na koniec pozostaje mi więc zapytać, czego wam życzyć?
AP: Samych szczęśliwych kocich spojrzeń.
rozmawiała Arleta Wojtczak
Fot. Paweł Będziński
Jeśli chcesz wesprzeć działalność Ani i Kasi lub jesteś zainteresowany stworzeniem
domu dla kociaka, napisz na redakcyjnego maila. Dziewczyny przyjmują
jedynie pomoc rzeczową, przydadzą się stare koce, ręczniki, podkłady,
karma, kocie zabawki. [email protected]
Dużo osób zgłasza się do was po zwierzaka?
KW: Zawsze za mało. Na pewno cieszy nas to, że
bezdomne koty i psy coraz częściej trafiają do
1/2015
43
dotarłem do ulicy Alfreda Lampego. Tutaj kolejna uczta dla oczu,
feeria kolorów: Bar Fregata, Kawiarnia Gwarna, a po drugiej stronie
ulicy Krowa z mrugającym okiem należąca do sklepu spółdzielni
mleczarskiej. Na końcu doskonałe ukoronowanie tej neonowej drogi
– poznański PeDeT z neonową szachownicą. Uśmiech sam pojawił się
na mojej twarzy.
Idąc ulicą Św. Marcin w kierunku biurowców Alfa, mijam po mojej
lewej stronie zadaszenie będące ostatnim pomnikiem neonowej kiedyś
świetności tego miejsca. Z prawej strony minąłem Bar kawowy „Kociak”,
niestety również już bez neonu.
Na pięciu wysokościowcach projektu Liśniewicza można jeszcze
zauważyć jakieś marne, zapomniane neonowe resztki. Mijam witryny
banków na przemian z powierzchniami użytkowymi z napisem „do
wynajęcia”. Dalej jest tylko gorzej – skręcając w ulicę Gwarną otrzymuję dowód spektakularnego neonowego upadku z gołębimi odchodami w tle.
Ulica Św. Marcin (do 1989 roku Armii Czerwonej) oraz ulica Gwarna
(do 1990 roku Alfreda Lampego) kiedyś i dziś, to dwa różne światy,
MIASTO I STYL
Fot. Stanisław Wiktor, www.cyryl.poznan.pl,
MIASTO I STYL
Jest.
Poznań, 2014 rok.
Neony sklepowe na budynkach przy ul. Armii Czerwonej, 1973 rok
Było.
Poznań, 1975 rok.
44
1/2015
Ulica Alfreda Lampego, 1969 r.
Powszechny Dom Towarowy, 1967 r.
Fot. Autor Marcin, mojeneony.blogspot.com
Na ulicy Armii Czerwonej nie jest już tak tłoczno jak w ciągu dnia,
ale nadal sporo ludzi zmierza w sobie tylko znanym kierunku. Zmrok
eksponuje smukłe i finezyjne rurki świecące neonowym gazem. Prawdziwa uczta dla wzroku! Za plecami zostawiam mój ulubiony kawałek
tej ulicy, zaczynający się animowanym neonem z wachlarzykami, które
na przemian to rozkładają się i składają (niespotykana reklama perfumerii). Dalej idąc wzdłuż neonowego zadaszenia z tysiącami rurek
mijam neony dodatków krawieckich, Baru Tempo (gdzie od czasu
do czasu warto wpaść na kieliszek wódki), Prząśniczki i Nastolatki.
Wszystkie animowane, wszystkie barwne. Przez chwilę zawahałem
się, czy nie wejść do Kociaka znajdującego się po drugiej stronie ulicy,
ale bałem się, że nie zdążę do PeDeTu – spojrzałem tylko tęsknym
wzrokiem w kierunku neonowego kota i pognałem przed siebie.
Z mojej prawej strony dumnie zamajaczyły domy Centrum z rzędem
neonów znajdujących się w dolnej partii budynku oraz na dachu –
akurat trwały Międzynarodowe Targi Poznańskie, więc wszystkie
okna są obowiązkowo rozświetlone (podobno odpowiedzialny za
to jest jeden centralny włącznik). Po mojej lewej stronie zerknąłem
tylko na niebiesko-czerwony neon „Radia Telewizory” na dachu
nowego fikuśnego budynku z charakterystycznymi wykuszami i już
Fot. P. Krassowsk
i
Fot. P. Krassowski
Co z tą neonizacją?
które dzieli przepaść. Dzisiejsze wszechobecne reklamy kasetonowe
tworzą w większości osoby przypadkowe, często bez doświadczenia, bez
wykształcenia plastycznego. Na dodatek pojawiają się one wszędzie, bez
ładu i porządku. Kiedyś neony projektowane były przez artystów. Duże
projekty realizowano nawet przez kilka lat, a każdy z nich musiał być
dodatkowo zatwierdzany przez specjalną komórkę w Urzędzie Miasta.
Neony otrzymywały całe ciągi ulic – proces ten nazywano neonizacją
miasta Poznania.
Jest jakiś urok i tajemnica w napisach reklamowych, które powstały
w czasach PRL – miały duszę. Na sesjach Rady Narodowej poruszane
były między innymi postulaty upiększania miasta. Paradoksalnie, to
władzom tamtych czasów zawdzięczamy pięknie rozświetlone kiedyś
ulice. Szarość i siermiężną rzeczywistość dnia codziennego próbowano
zakamuflować za pomocą finezyjnie powykręcanych rurek z gazem.
Odnoszę wrażenie, że dzisiaj jedynie społecznicy zainteresowani
są tematem wyglądu przestrzeni miejskiej i dużo dobrego dzieje się
dzięki temu w Poznaniu.
Nadzieja również w nadchodzącej wystawie neonowej organizowanej
przez Muzeum Historii Miasta Poznania. W wystawę, oprócz pracowników muzeum z Panią dr Magdaleną Mrugalską-Banaszak na czele,
zaangażowana jest grupka neonowych fanów z moją osobą włącznie.
Wystawa przypomni poznaniakom jak nasze miasto kiedyś wyglądało.
Może skłoni ich do refleksji i będzie początkiem kolejnych pozytywnych zmian w Poznaniu?
Będzie?
Poznań, 2018 rok.
Zmierzam bimbą w kierunku centrum Poznania – dużo dobrego
ostatnio się wydarzyło. Otwarto muzeum neonów! Na ulicy, w miejscu
gdzie neony żyły i funkcjonowały – powróciły do swojego naturalnego
środowiska, znowu cieszą oko. Cała ulica w neonach!
Marcin Grześkowiak
1/2015
45
ROWEROWY POZNAŃ
W co się ubrać?
Zimą na rowerze
Ilustracja: Piotr Dubiel
Pomimo rosnącej popularności rowerów
jako codziennego środka transportu, zimową
porą ścieżki rowerowe świecą pustkami.
Jedynie nieliczni nie porzucają swoich bicykli
i konsekwentnie jeżdżą przez cały rok.
Czy możliwe jest całoroczne poruszanie się
po Poznaniu rowerem? Jeśli tak, jak się
za to zabrać?
46
1/2015
Czy warto?
Na początku trzeba sobie odpowiedzieć
na jedno pytanie: po co jeździć na rowerze
zimą? W pierwszym momencie zastąpienie
samochodu czy komunikacji miejskiej dwoma
kółkami nie wydaje się najlepszym pomysłem:
niskie temperatury, wilgoć i słaba widoczność
nie są zachęcające. Wizja odgrodzenia się od
czynników atmosferycznych podczas pokonywania dystansu może być bardzo kusząca
i skutecznie odwodzić od wybrania roweru.
Mimo to warto przyjrzeć się korzyściom,
jakie płyną z takiego sposobu poruszania się
po mieście. Korzystanie z roweru jako środka
transportu wiąże się z dawką ruchu na świeżym
powietrzu, o który trudno jest w zimowych
miesiącach. Oszczędzamy sobie skrobania szyb
w samochodzie i problemów z jego uruchomieniem na mrozie. Nie musimy marznąć
na przystanku w oczekiwaniu na spóźnione
Naprawdę nie potrzebujemy obcisłych spodenek
z lycry ani profesjonalnej kurtki. Normalne,
codzienne ubrania w zupełności wystarczą,
choć jazda na rowerze w minispódniczce, garniturze czy butach na wysokim obcasie może
stanowić duże wyzwanie dla początkujących.
Co wyciągnąć z szafy, żeby zimą na rowerze
czuć się wygodnie? Najważniejszymi elementami są okrycia wierzchnie i rękawiczki. Dobrze
sprawdzają się dłuższe kurtki i płaszcze średniej
długości, chronią one dolną część pleców i uda
przed przewianiem i śniegiem. Dodatkowo, jeśli
zostawiamy rower na zewnątrz, dłuższy fason
odzieży ochroni nas od siadania na mokrym
lub ośnieżonym siodełku. Ocieplane rękawiczki
zabezpieczą dłonie przed przemarznięciem
i pozwolą na sprawne manipulowanie przerzutkami czy hamulcem. Dobrym rozwiązaniem są
rękawice odpowiednie do sportów zimowych,
na przykład narciarskie. Poza szczególnie
wietrznymi czy wilgotnymi dniami nie ma
konieczności ubierania się cieplej niż zwykle
przy danej temperaturze. Już po kilku pierwszych przejazdach będziemy wiedzieć, jaki strój
jest najbardziej odpowiedni do naszego stylu
jazdy i panujących warunków.
Czy nasz rower to przetrwa?
Zanim wyruszymy w drogę pierwszy raz,
warto dokonać małego przeglądu. Szczególnie
ważne jest sprawdzenie hamulców ze względu
na mniej przyjazną nawierzchnię. Kiedy jest
mokro, woda pomiędzy kołem a zaciskiem
hamulców zewnętrznych może obniżyć efektywność hamowania, lepiej wiec korzystać
z hamulca typu kontra - jeśli oczywiście rower
jest w niego wyposażony. Choć od niedawna
dozwolone jest korzystanie z opon rowerowych z kolcami, podczas jazdy miejskiej nie
mają one raczej zastosowania. Wystarczającym
środkiem zwiększającym przyczepność kół do
podłoża jest delikatne spuszczenie powietrza
z opon.
Przypomnij sobie, jak mało widzisz w czasie
chociaż słabego śniegu lub szarego, zimowego
wieczoru. Ze względu na bezpieczeństwo
zadbajmy o dobre oświetlenie roweru i korzystajmy z niego przez cały dzień.
Udogodnienia, które sprawiają, że jazda będzie
łatwiejsza, to błotniki, osłona tylnego koła
oraz pokrowiec na siodełko. Błotniki stanowią
wybranej trasy i warunki. Jeśli jednak nie wieje
silny wiatr i nie można spodziewać się dużych
opadów, można wyruszać. Technikę jazdy
należy dopasować do aktualnych warunków.
Pokryte śniegiem, lodem lub wodą ulice
zmuszają do wolniejszej i spokojniejszej jazdy.
Gwałtowne manewry mogą zakończyć się
upadkiem i groźnymi skutkami. Szczególnie
Pokryte śniegiem, lodem lub wodą ulice zmuszają
do wolniejszej i spokojniejszej jazdy. Gwałtowne
manewry mogą zakończyć się upadkiem i groźnymi
skutkami. Szczególnie warto uważać na oblodzone
szyny tramwajowe.
niezbędne minimum chroniące nas przed
ochlapaniem wodą spod koła. W przypadku
osób jeżdżących w dłuższych płaszczach lub
spódnicach osłona tylnego koła lepiej chroni
te części garderoby przez przemoczeniem
i wkręceniem się tkaniny pomiędzy szprychy.
A jeśli zdarza nam się zostawiać rower na
zewnątrz, na przykład pod sklepem czy
miejscem pracy, warto pomyśleć o pokrowcu
na siodełko. Zapewnia on ochronę przed
zmoczeniem i zniszczeniem przez śnieg czy
deszcz. Skuteczną i tanią, choć nie tak stylową
alternatywą jest po prostu reklamówka.
Po powrocie do domu warto wykonać
niezbędne czynności konserwacyjne. Przetrzyjmy zabrudzone części ramy, ponieważ
sól i wilgoć mają zły wpływ na stan naszego
roweru. Z tego powodu również zimą lepiej
sprawdzą się przerzutki w piaście, do których
nie mogą dostać się zabrudzenia i woda. Jeśli
nasz rower ma przerzutki zewnętrzne, zadbaj
o dobrą konserwację w okresie zimowym.
I co dalej?
Jeśli mamy skompletowany zestaw ubrań
dostosowany do każdych warunków, a nasz
rower jest wyposażony we wszystkie niezbędne
akcesoria – to co dalej? Czas sprawdzić
prognozę pogody. Nawet najlepiej przygotowany sprzęt i najcieplejsze ubrania nie sprawią,
że podróż w zamieci będzie przyjemna
i bezpieczna. Realistycznie oceńmy swoje
możliwości, a także spodziewaną przejezdność
warto uważać na oblodzone szyny tramwajowe
– najlepiej pokonywać je pod kątem prostym.
Zamarznięte kałuże natomiast, zwłaszcza te
ukryte pod śniegiem, są pułapkami dosłownie
wytrącającymi z równowagi. Rozsądne jest też
spokojne korzystanie z hamulców i unikanie
hamowania wyłącznie przednim. Pamiętajmy
też, że w niekorzystnych warunkach pogodowych, na przykład przy opadach śniegu
czy we mgle - można legalnie poruszać się
rowerem po chodniku. Warto wspomnieć
przy okazji o prawie pierwszeństwa pieszych
i ostrożnym przeprowadzaniu pojazdu przez
pasy. Przy dużych opadach śniegu, kiedy na
drodze tworzą się koleiny, a ścieżki pozostają
nieodśnieżone, poruszanie się po chodniku
jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem.
Nie bójmy się!
Jazda na rowerze zimą jest możliwa i może być
przyjemną alternatywą – zwłaszcza w zakorkowanym Poznaniu.
Pozostaje tylko pamiętać, że należy zabrać
się za to rozsądnie, a wtedy rozpoczynanie
dnia przejażdżką poprawi nie tylko kondycję
i budżet, ale także nasz samopoczucie.
Karolina Karpe
Drogi Czytelniku! Jeśli przejeździłeś już niejedną
zimę i masz rady dla nowicjuszy, którymi chcesz
się podzielić, napisz na adres redakcji, opublikujemy je w lutowym numerze Pulsu Poznania.
1/2015
47
ROWEROWY POZNAŃ
przez śnieg tramwaje, a potem podróżować
w tłumie. Poznańskie korki płynnie ominiemy
wybierając mniej uczęszczane ulice. Nawet
jeśli rower nie stanie się głównym środkiem
transportu na zimę, przejażdżki od czasu do
czasu pozwolą na zaoszczędzenie pieniędzy
i czasu oraz poprawienie kondycji.
Od kiedy biegacie?
Magda: Moja przygoda z bieganiem rozpoczęła się już w szkole podstawowej. A na poważnie, czyli na długie dystanse i z pewną regularnością
zaczęłam biegać cztery lata temu.
Zosia: Dla mnie wszystko zaczęło się od Facebooka. To tam poznałam
„Kobiety biegają” i Magdę. Najpierw było komentowanie jej wpisów,
potem wspólny bieg nad Maltą, aż w końcu moja gościnna relacja na
blogu z maratonu w Barcelonie i od maja 2012 dołączyłam już na dobre.
„Kobiety biegają” to przede wszystkim przyjaźń?
Zosia: „Kobiety biegają” łączy ludzi i my jesteśmy najlepszym tego przykładem. Pamiętam pierwszy wspólny bieg nad Maltą. Tego dnia było
naprawdę mroźno, ale mimo wszystko między nami „zaiskrzyło” i tak już
zostało.
W 2012 roku otrzymałyście tytuł bloga roku. Magdo, zakładając bloga
spodziewałaś się, że osiągniesz taki sukces?
Magda: Blog był studenckim projektem i kiedy zaczęłam go tworzyć, nie
sądziłam, że stanie się bardzo ważną częścią mojego życia. Wtedy blogów
o tematyce biegowej było bardzo mało, a bieganie wśród kobiet nie było
zbyt popularne. Tytuł Bloga Roku w kategorii Pasje i zainteresowania był
przypieczętowaniem pracy włożonej w pisanie bloga i stał się ważnym
krokiem dla jego rozwoju.
Zosia: Będąc na gali wśród pozostałych nominowanych, nie spodziewałyśmy się, że to właśnie my wygramy. Kiedy zostałyśmy wywołane na
scenę, czułam, jak uginają mi się nogi. To był dla nas zaszczyt oraz znak,
że to co robimy, podoba się ludziom i że w ogóle mamy czytelników.
Pytanie tendencyjne - za co kochacie Poznań?
Zosia: Czasami sama zadaję sobie to pytanie, ale Poznań ma w sobie coś,
co po prostu lubię. Może to dlatego, że tutaj się urodziłam i mam tutaj
wielu znajomych? To duże miasto, ale nie za duże. Lubię Poznań szczególnie latem, kiedy dni są długie i kiedy dużo się dzieje. Poza tym mamy
tu wiele miejsc do biegania, a to też się liczy
48
1/2015
Ulubione miejsca w Poznaniu do biegania?
Magda: Zdecydowanie Malta, gdzie zawsze można spotkać innych
biegaczy.
Zosia: Ja bardzo lubię leśne ścieżki nad Rusałką i Strzeszynkiem – tutaj
robię dłuższe, weekendowe biegi. A jeżeli wybieram się na miejskie
bieganie, to kieruję się na Cytadelę i do Parku Sołackiego. Jest tam zielono,
ale mimo wszystko bezpiecznie i wieczorami ścieżki są oświetlone,
w dodatku roi się na nich od innych biegaczy.
Co sprawia wam największą radość? Samo bieganie czy pokonywanie
jakichś swoich barier?
Zosia: Jedno i drugie. Czasami pokonaniem bariery jest po prostu wyjście
z domu, gdy za oknem zimno i kiedy naprawdę nic się nie chce, a czasami
chodzi o poprawienie wyniku. Myślę, że blogując też pokonujemy
niektóre bariery i to wszystko razem wzięte sprawia nam ogromną radość.
Magda: Dla mnie liczy się sam fakt biegania. Naturalnie, cieszą mnie
postępy, bo one świadczą o rozwoju, ale osiąganie kolejnych rekordów nie
jest dla mnie celem samym w sobie.
Waszym zdaniem każdy może biegać?
Zosia: Jeżeli nie ma żadnych przeciwwskazań od lekarza, to biegać może
każdy i jak najbardziej powinien, bo bieganie to zdrowie! Trzeba tylko
wysiłek dostosować do siebie i pamiętać o tym, aby zacząć biegać z głową.
Nie rzucać się od razu na zawody pięciokilometrowe, a spróbować
od marszobiegu. Poza tym jestem zdania, że biegać można naprawdę
w każdym wieku i nigdy nie jest za późno na ten sport.
Magda: To prawda, to sport dla każdego, bez względu na wiek, ale przed
rozpoczęciem przygody z bieganiem, najlepiej udać się do lekarza na
podstawowe badania serca, na przykład EKG.
W co każda początkująca osoba powinna się wyposażyć, by bieganie
stało się pasją, a nie udręką?
Zosia: Moim zdaniem na samym początku najważniejsze są buty. Nie
muszą to być od razu najdroższe, z najnowszej kolekcji, ale warto, aby były
zaprojektowane do biegania. Chodzi o to, aby nie zrobić sobie krzywdy,
a niewłaściwe obuwie, na przykład trampki, mogą się do tego przyczynić.
Strój powinien być jak najwygodniejszy, na początku można śmiało
wyruszyć w zwykłym dresie. Stopniowo pojawi się coraz większa ochota
na bardziej biegową garderobę.
Magda: W przypadku kobiet równie ważny jest właściwie dobrany biustonosz sportowy.
Zosia: W okresie zimowym, kiedy na dworze panują bardzo niskie temperatury, warto pomyśleć o rozgrzewce już w domu. Dobrze sprawdzają się
krążenia ramionami, kilka „pajacyków”. Ja rozgrzewam zawsze też kolana.
Przyznaję jednak, że najlepszą dla mnie rozgrzewką jest bardzo wolny
trucht. Dopiero po kilometrze czy dwóch przyspieszam i wtedy zaczynam
właściwy trening. Zdecydowanie więcej uwagi i czasu poświęcam na
rozciąganie mięśni po treningu.
Spotykacie się w weekendy z innymi kobietami i razem z nimi biegacie.
Łatwo się zaraża bieganiem?
Zosia: Chyba tak. Wydaje mi się, że dzięki „KB” zaraziłyśmy już sporo dziewczyn, ja namówiłam do biegania sporo moich znajomych. Nie zapomnę,
kiedy przyjaciel moich rodziców zobaczył mnie, kiedy wróciłam z treningu.
Powiedział, że radość na mojej twarzy sprawiła, że tydzień później i on zaczął.
To było dwa lata temu, dziś ma już parę maratonów na swoim koncie.
Co najczęściej motywuje kobiety do biegania? Trzeba je długo
namawiać?
Zosia: Nie, wydaje mi się, że kobiet nie trzeba długo namawiać, zresztą najlepiej pozwolić, aby same spróbowały, a nie czuły się „zmuszone”. Po prostu
muszą uwierzyć w siebie, nie bać się i ruszyć przed siebie. Rozpocząć trening
od marszobiegu i nie przejmować się tym, że ktoś jest szybszy, dłużej biega.
Każdy kiedyś zaczynał i robił to w ten sam sposób. Warto też umawiać się
na wspólne treningi, bo w grupie zawsze raźniej.
Magda: Zgadzam się, kobiety są bardzo ambitne. Motywacje są różne. Dla
jednych bieganie jest sposobem na zrzucenie dodatkowych kilogramów, dla
innych jest to pasja, a jeszcze inne lubią w nim element sportowej rywalizacji.
Mamy teraz tendencję wzrostową jeśli chodzi o zainteresowanie
bieganiem. Nie tylko wśród kobiet, ale również dotyczy to panów. Jak
myślicie z czego to wynika?
Zosia: Bieganie stało się ostatnio bardzo modne, ale w tym pozytywnym
słowa znaczeniu. I dobrze! Wydaje mi się, że po prostu coraz więcej osób
odnalazło ten sport. Teraz już nikt nie patrzy ze zdziwieniem, że ktoś biega
po parku. A dobrze pamiętam, że jakieś dziesięć lat temu byłam prawie
jedyną osobą biegającą w publicznym miejscu i naprawdę ludzie dziwnie na
mnie patrzyli. Poza tym jest coraz więcej imprez związanych z bieganiem,
coraz więcej osób po prostu odkrywa jaki to piękny sport.
Magda: Ogromną rolę odgrywa tutaj także wzrost świadomości Polaków
związany ze zdrowym stylem życia.
Który z maratonów sprawił wam największą radość, a który był największym wyzwaniem?
Zosia: Każdy maraton to ogromne wyzwanie i każdy maraton to nowe wyzwanie.
Miałam przyjemność biec już w dziesięciu i naprawdę trudno powiedzieć, który
sprawił mi największą radość, bo każdy - i to dosłownie każdy - miał w sobie coś
cudnego. Debiut w Poznaniu był piękny, bo był debiutem. Maraton w Berlinie
zapamiętałam szczególnie, bo biegłyśmy go z Magdą od startu do mety razem.
Ten w Paryżu był niesamowity ze względu na widoki i tak mogłabym opisać
każdy. Największym wyzwaniem była chyba dla mnie Barcelona, bo wtedy
zobaczyłam, że maraton też może boleć. To tam walczyłam od 23. kilometra,
byle tylko dobiec do mety. Ale udało się i satysfakcja dziś jest wielka.
Magda: Mnie też każdy maraton sprawił ogromną radość i satysfakcję.
Szczególnie dobrze wspominam francuski Marathon du Medoc, w czasie
którego degustuje się wyśmienite wina z regionu Bordeaux. Ciepło wspominam także maraton w Berlinie, który przebiegłam z Zosią na miesiąc
przed zajściem w ciążę.
Co sądzicie o poznańskich maratonach?
Zosia: Do tych biegów mam szczególny sentyment. Oczywiście głównie
dlatego, że biegniemy w naszym mieście. Na trasie spotyka się mnóstwo
znajomych i to nie tylko biegaczy, ale i kibiców. Zawsze będę wiązała
z Poznaniem początek mojej maratońskiej przygody, bo to tutaj w 2010 roku
miałam mój debiut. Poza tym uważam, że zarówno maraton, jak i półmaraton w Poznaniu są naprawdę świetnie zorganizowane. Tegoroczny bieg
miał w sobie coś niesamowitego – nie miałam żadnych zastrzeżeń i jestem
dumna z tego, że to właśnie ta impreza jest drugą największą w Polsce. To
są naprawdę świetne wydarzenia sportowe, które w przyszłości przyciągną
jeszcze więcej zagranicznych biegaczy.
Magda: To prawda, poznański maraton oraz półmaraton są bardzo dobrze
zorganizowane i co roku przyciągają tysiące biegaczy z całej Polski. To
prawdziwe święto biegowe w naszym mieście.
Magdo, czy jako przyszła mama musiałaś zrezygnować z biegania?
Czy kobiety w ciąży muszą zrezygnować z zajęć sportowych, takich jak
bieganie?
Magda: Na początku ciąży biegałam, choć ze znacznie mniejszą intensywnością. Dolegliwości ciążowe sprawiły jednak, że bieganie zastąpiłam
długimi, codziennymi spacerami. Kobiety w ciąży nie muszą rezygnować
z aktywności fizycznej, jest wiele zajęć zaprojektowanych z myślą o przyszłych mamach, na przykład joga, basen. Jednak o tym, czy kobieta może
ćwiczyć, powinien zadecydować lekarz prowadzący jej ciążę.
Udaje ci się łączyć macierzyństwo z pasją?
Zosia: Do biegania wróciłam dwa miesiące po porodzie. Na razie jest to tylko
rozgrzewka, do poważniejszych treningów planuję powrócić w styczniu.
Mam zamiar biegać z dzieckiem w specjalnym wózku, tzw. joggerze. Na
razie synek ma cztery miesiące i jest jeszcze jednak za mały, by móc siedzieć
w takim wózku.
Jakie są wasze plany na przyszłość? Macie jakieś marzenia związane
z „Kobiety biegają”? Jakiś maraton, w którym koniecznie chciałybyście
wziąć udział?
Zosia: Planów mamy tak dużo, że nie wystarczyłoby czasu i miejsca, aby
o nich opowiedzieć. Poza tym nie możemy wszystkiego zdradzać, w końcu
chcemy mieć niespodzianki dla naszych czytelników. Codziennie pracujemy ciężko nad realizacją wszystkich planów i mamy nadzieję, że efekty
będą widoczne już wkrótce. A wymarzony maraton? Jest ich wiele, ale –
i nie będzie to raczej oryginalne - bardzo chciałabym pewnego dnia wystartować w biegu w Nowym Jorku. Marzenia są po to, aby je spełniać, dlatego
jestem przekonana, że wspólnie z Magdą tam pobiegniemy. Niech Nowy
Jork zobaczy, jak kobiety biegają!
Magda: A moim marzeniem jest przebiegnięcie wszystkich największych
europejskich maratonów. Później będę myśleć o Nowym Jorku i Tokio.
Bieganie to miłość na całe życie?
Zosia: Zdecydowanie tak. Drugiej tak silnej miłości raczej nie będzie.
Magda: Mam taką nadzieję. Chciałabym, aby zdrowie mi na to pozwoliło.
Zdecydowanie jednak wierzę, że jeśli złapie się biegowego bakcyla, to może
być to miłość na całe życie.
rozmawiała Aleksandra Noszczyńska
1/2015
49
SPORTOWY POZNAŃ
Magda i Zosia. Blogerki, które połączyła
przyjaźń i wspólna pasja. W życiu stosują
zasadę slow, a przyspieszają tylko wtedy, gdy
zaczynają biegać. Opowiadają o tym, co jest
dla nich ważne i radzą, jak zacząć przygodę
z bieganiem.
fot. Małgorzata Opala
SPORTOWY POZNAŃ
Kobiety
biegają
Jak się przygotować przed rozpoczęciem biegania? Jakieś złote rady
dotyczące rozgrzewki?
Anna i Michał Woźniakowie są właścicielami
Wydawnictwa ORNATUS, agencji BRAND
KREATOR i galerii TARGISZTUKI.pl mieszczącej
się na ulicy Prądzyńskiego 49b, w której
spotykamy się na rozmowie.
Anna Woźniak, „Teleobecni”, technika własna, 2013 r.
Michał Woźniak, „Zasłona”, technika własna, 2013 r.
Jak się zaczęła wasza przygoda ze sztuką?
Czy dużo prac czeka na dokończenie?
A hobby?
Co przynosi więcej satysfakcji, tworzenie brandingu czy rebranding?
AW: Oboje jesteśmy po liceach plastycznych. To było tak dawno temu...
Później tu w Poznaniu ukończyliśmy studia na Wyższej Szkole Sztuki
Stosowanej Schola Posnaniensis.
AW: Oj, zdecydowanie tak. Jest dużo takich, które gdzieś tam są zarejestrowane jako pomysły. Czekają na odpowiedni moment, by zrealizować jakiś
kolejny etap. Przeszkodą jest ogromny deficyt czasu, ciągle go brak.
Poznaliście się na studiach?
Jesteśmy w galerii. Czy to było spełnienie marzenia?
MW: Gra na gitarze. To dzięki synowi wróciłem do instrumentu. Udało
mi się go zainteresować graniem. Jako prezent pojawiła się w domu nowa
gitara, którą zacząłem bardzo często pożyczać. Zwłaszcza muzyka flamenco
mnie pochłonęła.
MW: Tak! (śmiech). Potwierdzamy. To duży plus tamtej szkoły.
AW: Zdarzyło się, że mogliśmy podzielić swoją aktywność na dwie dziedziny, dzięki czemu mamy możliwość prezentacji naszych prac. Nie zabiegamy jednak o to, by być na jakichś wystawach. Tylko czasem gdzieś się
pojawimy.
MW: Samo tworzenie jest wspaniałą sprawą. Jednak czasem łatwiej jest
kreować coś, gdy mamy ograniczenia. Dlatego rebranding może być
łatwiejszy, bo nie wymyślamy od nowa, a tylko odświeżamy, zachowując
pewną ciągłość.
AW: Myślę, że w odniesieniu do biznesowych rzeczy, ograniczenia są plusem,
ponieważ mają określonego odbiorcę. Dlatego wpisanie się z danym
projektem, pomysłem da na pewno większą satysfakcję niż tworzenie od
zera.
Interesujesz się też kulturą japońską.
Jest to trudne?
MW: Mnie też jak widać inspiruje człowiek, tylko trochę w innym aspekcie.
MW: Tak naprawdę zajmuje mnie estetyka japońska, ona przemawia do
mnie najbardziej. Jest to kultura, która powstała z niedoboru, z zamknięcia.
Ograniczony zasób surowców, oszczędność, dzięki czemu powstają tam
najlepsze rzeczy. Poza tym kultura samurajów.
AW: Muszę wyznać, że u nas wyświetlane są tylko filmy albo o samurajach,
albo utwory flamenco.
MW: Marzy mi się nauka gry na shamisen. Mam nadzieję, że uda mi się
gdzieś taki instrument zdobyć i spróbować swoich sił.
AW: Skoro działa to prawie 20 lat, to chyba niekoniecznie. Natomiast oczywiście są gdzieś po drodze spięcia.
MW: Mamy takie czasy, że relacji międzyludzkich się nie ceni i nie pielęgnuje. Gdybyśmy chcieli być modnym małżeństwem, to bylibyśmy już po
trzech rozwodach i czterech ślubach. Natomiast na pewno udaje się nam
zachować pewien indywidualizm.
AW: Najcenniejsze jest to, że możemy być ze sobą przez większość dnia. Jeśli
pary myślą o tym, by być ze sobą razem, a zajmują się zupełnie innymi dziedzinami, to spotykają się rano i wieczorem i tylko wtedy, gdy mają odrobinę
szczęścia. Dla mnie to najbardziej druzgocący i przygnębiający aspekt
współczesnego życia. Ludzie mogą być razem, ale jeśli się nie widują często
i nie rozmawiają ze sobą, to tak naprawdę się nie znają. Trudno, żeby coś ich
łączyło. Ciągle ostatnio słyszymy o rozwodach wśród naszych znajomych.
Dobre relacje z ludźmi są podstawą.
Nad czym teraz pracujecie?
Czyli cenisz japoński minimalizm?
AW: Pracuję nad tematem „Las, człowiek i czas”. W styczniu będzie wystawa
na Uniwersytecie Przyrodniczym. To jest taki punkt w roku, który mnie
mobilizuje – nie ma to jak deadline. Powracam także do „Teleobecnych”.
MW: Jestem skupiony na sztuce użytkowej, przez co dla innego rodzaju
działalności artystycznej trudno mi znaleźć czas. Obecnie pracuję nad
tematem maski. Chciałbym połączyć wyobrażenia obrzędowe i rytualne
z emocjami ludzkimi, za ich pomocą pokazać człowieka: co myśli i czuje.
MW: Zgadza się. Interesuje mnie architektura w niewielkich przestrzeniach,
która jest funkcjonalna i zawiera wszystkie potrzebne do życia elementy. W
kulturze zachodniej przestrzeń jest bardzo często niewykorzystana, marnuje
się. Często nie zastanawiamy się nawet, co tak właściwie jest nam potrzebne.
Artyści przeważnie są indywidualistami. Jakie trudności może napotkać
para artystów, którzy tworzą ze sobą związek?
AW: Młodzi ludzie zazwyczaj noszą w sobie jakiś obraz partnera,
z którym chcieliby być i trudno powiedzieć, że obraz Michała to był ten,
który nosiłam w sobie. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę mogła
żyć i pracować z bliską osobą 24 godziny na dobę i że będzie to w ogóle
funkcjonować.
Wróćmy do sztuki, którą tworzycie. Jakie są wasze ulubione techniki
tworzenia?
AW: Mieszane. Eksperymentujemy w obszarze jednej pracowni. Trochę
rysuję pędzlem. Nigdy nie myślałam, by ograniczać się jedną techniką.
Najlepiej czuję się w malarstwie.
MW: Ja cały czas poszukuję. Od pędzla do technik, które pozwalają odejść
od dwóch wymiarów, również w przestrzeni cyfrowej.
50
1/2015
Co jest najczęstszym tematem prac?
AW: Człowiek, widziany w różnej perspektywie. Głównie jego emocje. Jest
to niekończąca się inspiracja, wręcz nieodkryta kopalnia.
U ciebie zauważyłam, że motywem przewodnim jest kobieta.
Czy oprócz miłości do sztuki macie jeszcze jakieś wspólne
zainteresowania?
MW: Akurat zainteresowania pozaartystyczne mamy różne.
AW: Ale sposób patrzenia na życie, na to co jest w nim ważne, jest ten
sam. To spaja nasz związek. Jeśli chodzi o moje hobby, to jeżdżę konno,
zajmuję się też jogą. Właśnie skończyłam kurs, jestem przed egzaminami
na instruktora.
Od dawna ćwiczysz jogę?
AW: Zaczynałam bardzo dawno temu, gdy joga dopiero stawała się popularna. Potem był długi okres sporadycznych ćwiczeń. Jednak tego się nie
zapomina, ciało pamięta. Joga pomagała zharmonizować pewne obszary
mojego życia. Natomiast do aktywnego praktykowania powróciłam dwa
lata temu.
Co jest najbardziej inspirujące?
AW: Są tematy, które ciągną się latami. Miałam serie związane z brzegiem
morza. Widok z okna to niby banał, ale zawsze skłaniał nas do poszukiwania formy i środków wyrazu, które byłyby w jakiś sposób indywidualne
i dla nas nowe. Nowe media, to jest też taki obszar, który nas inspiruje. Czy
dokładniej - człowiek w zderzeniu z nowymi mediami.
Ciekawy temat. Zatem jak ten człowiek wygląda w połączeniu z nowymi
mediami?
AW: Raczej smutne są nasze wnioski. Choć staramy się też zawsze
znaleźć pozytywne spostrzeżenia, na przykład niewątpliwą łatwość
w komunikowaniu.
Macie dwie firmy, które zajmują się tworzeniem wizerunków dla firm,
posługując się właśnie nowymi mediami. Czy tworzenie marki od
podstaw jest dużym wyzwaniem?
MW: Na pewno tak. To dla mnie jeden z najciekawszych obszarów komunikacji wizualnej.
Jakie miejsca w Poznaniu zasługują na większą uwagę?
AW: Na pewno okolice Rynku Wildeckiego. Poza tym niezły jest też widok
na panoramę miasta od strony Winogradów. Zwłaszcza przy słonecznym
dniu, gdy ta panorama jest taka rozmyta. Bardzo lubię ulicę Półwiejską, tam
można przynajmniej spotkać ludzi. I Abakany na Cytadeli, miejsce refleksji
i wspomnień (rzeźba „Nierozpoznani” Magdaleny Abakanowicz).
MW: Wilda jest taką małą wioską. Cały czas pracujemy tu, tutaj chodzą do
przedszkola nasze dzieci. Jakoś nie umiemy zerwać pępowiny łączącej nas
z tym miejscem. Wcześniej mieliśmy biuro na ulicy Wieniawskiego, stąd
bardzo lubię Dzielnicę Cesarską, fontannę przed Operą. Dzieci z kolei
uwielbiają Stary Browar.
Czy takie czasopismo jak nasze, jest Poznaniowi potrzebne?
AW: Myślę, że tak. Mówienie o pewnych aspektach, obszarach aktywności,
pokazywanie miasta, w którym żyją różni ludzie zawsze jest cenne i jeśli to
jeszcze przejdzie przez ręce osób, które się w to angażują i chcą spojrzeć na
pewne rzeczy inaczej, czy pokazać wielowątkowość, dialog, to jest to bardzo
cenne.
MW: Inny kanał komunikacji, w dodatku analogowy, to jest według mnie
nieocenione. Nie może być tak, że sukces ma zapewnić tylko pozycjonowanie. Jest wiele ciekawych, wartościowych rzeczy, które w tym świecie
cyfrowym nie będą dobrze funkcjonować. Dlatego cenne są takie inicjatywy, a im będzie ich więcej, tym lepiej. Bo docierają do człowieka, a nie
konsumenta. Ludzie lubią mieć kontakt fizyczny z przedmiotami i uważam,
że warto wspierać formy komunikacji bliskie człowiekowi.
rozmawiała Aleksandra Noszczyńska
1/2015
51
SZTUKA I BIZNES
SZTUKA I BIZNES
Z miłości
do sztuki
Joanna Radosz
Wyznania przypadkowej
poznanianki
N
awet jeżeli nasze podróżowanie ogranicza się do spaceru przez
najbliższy skwerek, ewentualnie raz na jakiś czas kończy się wyprawą
po zakupy do hipermarketu, prawdopodobnie chociaż raz słyszeliście słowa: „daj pani na bilet!”. Na przystankach autobusowych,
dworcach kolejowych, niekiedy w samych pociągach stojących na peronie
często można spotkać ludzi, którym „zabrakło do biletu”. Grosza, dziesięciu
groszy, dziesięciu złotych. Nie mają za co wrócić do domu, przynajmniej
tak mówią. Wierzycie im? Dorzucicie kilka groszy na bilet?
Niedawno koleżanka poinstruowała mnie, że ludziom proszącym o bejmy,
nigdy się ich nie daje. Jedzenie dać można, pieniędzy absolutnie nie,
ponieważ człowiek prawdziwie potrzebujący nigdy o pieniądze nie poprosi.
Podobno. I tego się trzymałam. Starałam się, aby prośby o wsparcie finansowe ignorować, a na podróżnych, którym nie wystarczy na bilet, patrzeć
podejrzliwie. Ale w pewnym momencie te wytyczne okazały się niewiele
warte. Bowiem pewnego dnia to mnie zabrakło do biletu.
Do Poznania dojeżdżam z Wrześni. Styczeń o poranku to najgorsza pora
na pakowanie torby na uczelnię. O wielu ważnych rzeczach można zapomnieć, na przykład o portfelu z dokumentami, kartą, biletem miesięcznym
oraz, niestety, żywą gotówką. W efekcie w Poznaniu wylądowałam z jedną
monetą w kieszeni, która wystarczyłaby akurat na odrobinę wody dla
ugaszenia pragnienia rozbicia głowy o coś twardego. I to w trybie natychmiastowym. Nie miałam za co wrócić do domu, a co gorsza, nie miałam
też za co dojechać do ludzi, którzy mogliby mi pożyczyć pieniądze na
52
1/2015
przeżycie tego dnia w mieście. Po długiej i męczącej tułaczce odnalazłam
biletomat, z którego i tak nie mogłam skorzystać. Z moich doświadczeń
wynika, że po okolicy Dworca Głównego lepiej nie jeździć komunikacją
miejską na gapę, więc szybko zarzuciłam ten pomysł. Tylko za co kupić
bilet, skoro mam przy sobie jedynie zeszyty, przypinki na torbie, przeklęty komputer, a nie mam nawet złotówki. Chociaż złotówka i tak by tu
niewiele pomogła.
Czułam się trochę jak socjolog przeprowadzający eksperyment społeczny
– krążyłam między ludźmi stojącymi na przystanku i pytałam, czy
użyczyliby kilku monet o niskim nominale, bo… I tu następowała cała
rozdzierająca serce historia o mojej własnej głupocie, o braku dokumentów i o tym, że mogę te pieniądze oddać nawet teraz-zaraz. Włączę
komputer, który mam w torbie, zrobię przelew i już!
I ludzie, wyobraźcie sobie, dawali. Nie chcieli przelewu, ani przypinek, które
w akcie desperacji chciałam sprzedawać po złotówce, byle tylko mieć na
bilet tramwajowy i dojechać do tych, którzy wspomogą mnie pożyczką.
Okazało się, że albo znieczulica Poznania nie obejmuje, albo ludzie
odróżniają cwaniaków od tych, którym faktycznie zabrakło na powrót
do domu. Jedno i drugie zresztą tylko dobrze świadczy o mieszkańcach
Poznania.
A ja teraz będę dokładnie się przyglądać tym, którzy proszą mnie
o złotówkę na bilet.
W końcu ludzie roztargnieni powinni trzymać się razem.
„Dla podtrzymania wysokich standardów
leczenia dzieci na oddziałach pediatrycznych
i onkologicznych oraz dla godnej opieki
medycznej seniorów” – pod takim hasłem
11 stycznia zagra XXIII Finał Wielkiej
Orkiestry Świątecznej Pomocy.
O
wyborze celu zbiórki na 2015 rok
mówi Jerzy Owsiak, Prezes Zarządu
Fundacji
Wielka
Orkiestra
Świątecznej Pomocy: “Każdego
roku temat Finału jest w gronie
członków Fundacji pieczołowicie
omawiany, a jego wybór uzależniony jest od aktualnych potrzeb
w polskiej medycynie. Prowadzimy
analizy i rozmowy z lekarzami
różnych specjalności, z wybitnymi
autorytetami w swoich dziedzinach,
ale także z praktykami, którzy na co
dzień pracują z pacjentami w szpitalach
w całej Polsce. W tym roku postanowiliśmy ponownie zainteresować się oddziałami pediatrycznymi oraz onkologicznymi, aby
podtrzymać wysokie standardy opieki medycznej,
które udało się, m.in. dzięki wcześniejszym zakupom
WOŚP, wypracować. Nie zapominamy oczywiście o seniorach.
Już po raz trzeci pochylamy się nad geriatrią, aby także i ludzie starsi
mogli dochodzić do zdrowia w godnych warunkach”.
Tradycją jest, że poznaniacy aktywnie przyłączają się do wielkiego
kwestowania. Do ostatniej chwili w miejskich sztabach trwają gorączkowe przygotowania ciekawych atrakcji, gromadzenia cennych pamiątek
do licytacji oraz organizacja działań wolontariuszy zbierających do
swoich puszek większe i mniejsze sumy pieniędzy. Można liczyć też na
mieszkańców miasta, którzy zawsze tłumnie wychodzą na ulice Poznania,
by wspólnie wspierać działania Fundacji Jurka Owsiaka oraz cieszyć się
przygotowanymi na ten dzień atrakcjami. W tym roku po raz pierwszy
do akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy włącza się Puls Poznania
oraz obejmuje swoim patronatem sztab przy Politechnice Poznańskiej.
Cieszymy się z okazanego nam zaufania i z przyjemnością przyłączamy
się do promowania tej idei. Jesteśmy z Wami!
Na terenie miasta już teraz działa 11 sztabów, które bardzo aktywnie przygotowują się do Wielkiego Finału. Skala działań każdego z nich jest nieco
inna - od kwestowania, po organizację koncertów. Wolontariusze zebrani
wokół sztabów wkładają całe swoje serca, by tegoroczny Finał wypadł
1/2015
53
N A S Z E PAT R O N AT Y
Ilustracja: Hubert Hyżyk
FELIETON
Gramy razem
jak najlepiej. Przygotowaliśmy dla Was mały przegląd tego, co będziecie
mogli zobaczyć na ulicach miasta już 11 stycznia.
Najwięcej atrakcji tradycyjnie przygotowuje Samorząd Studentów Politechniki Poznańskiej wraz z Centrum Kultury Zamek. W programie
nie zabraknie prezentacji służb mundurowych na scenie plenerowej
przy Placu Mickiewicza. Oczywiście będą tam też koncerty. Spragnieni
muzyki znajdą coś dla siebie w Sali Wielkiej, zagrają tam takie zespoły jak:
Second Child, Wowa z Charkowa, Dret, Yelram, Swing Suicide. W Sali
Wystaw Centrum Kultury Zamek każdy chętny dorosły będzie mógł
oddać krew, a w Atrium znajdzie się kącik promocji zdrowia. W godzinach 16:00-21:00 w Holu Wielkim trwać będą różnego rodzaju
licytacje. Planowany jest też „Bieg policz się z cukrzycą”
oraz maraton zumby.
O godzinie 11:00 z ulicy Wieniawskiego (na
wysokości Placu Mickiewicza) wyruszy
maraton rowerowy organizowany przez
Zgrupkę z Lubonia. Trasa będzie obejmować ulice Poznania i aglomeracji,
a przewidywana długość trasy ma
wynosić aż 108 km. Każdy uczestnik
będzie mógł wesprzeć Wielką
Orkiestrę Świątecznej Pomocy
poprzez wpłacenie do specjalnej
puszeczki kwoty 23 groszy za każdy
przejechany kilometr.
Jak zawsze o godzinie 20:00 Poznań
wyśle Światełko Do Nieba i każdy
mieszkaniec miasta będzie mógł podziwiać spektakularny pokaz zimnych ogni.
Nie zabraknie też atrakcji organizowanych przez mniejsze sztaby na terenie całego
Poznania. Ten przy Szkole Podstawowej nr 45
zaprasza na odbywające się w godzinach od 8:00 do
13:00 rozgrywki sportowe w piłce nożnej, a także pokazy
taekwondo. W ramach programu artystycznego odbędzie się show
„Prezentujemy nasze talenty”, dyskoteka i tradycyjne już Światełko Do
Nieba.
Szkoła Podstawowa nr 71 zaprasza na Festyn, który będzie trwać
od 10:00 do 16:00. Wystąpią zespoły: Hajdasz, Koło Jana, Englishits oraz grupa specjalizująca się w tańcu hawajskim. Dzieci ze
szkoły zaprezentują własną wersję „Bitwy na głosy”. Odbędą się
również warsztaty florystyczne, „Papierowe cuda” - warsztaty dla
dzieci, przedstawienie jasełkowe i doświadczenia przyrodnicze.
Dla głodnych uczestników Wielkiego Finału nie zabraknie pysznej,
gorącej grochówki, ciast i innych smakowitych przyjemności.
Każdy, kto będzie chciał spędzić ciekawie ten dzień, będzie miał w czym
wybierać. Fakt ten cieszy tym bardziej, że Wielka Orkiestra Świątecznej
Pomocy daje radość nie tylko tym, którzy uczestniczą w zabawie, ale
przede wszystkim tym, którzy potrzebują pomocy. W zeszłym roku
w całym kraju zebrano w sumie 52.448.765,49 PLN. W tym roku licytujemy jeszcze więcej. Czy uda się pobić rekord zebranej kwoty? Poznaniacy, do dzieła! Bądźmy tam razem!
Spacerując dziś ulicą Estkowskiego
w kierunku Ostrowa Tumskiego warto zwrócić uwagę
na pozostałości dawnego poznańskiego portu rzecznego.
Przez dziesiątki lat był ważnym punktem przeładunkowym, ośrodkiem
transportu rzecznego, kolejowego i drogowego oraz miejscem magazynowania towarów.
W kontekście aktualnej dyskusji o „powrocie Poznania nad Wartę”, znajomość najważniejszych
faktów dotyczących wykorzystania rzeki w przeszłości może pomóc
w wyrobieniu sobie zdania o tej inicjatywie.
Fot. Michał Krueger
Nabrzeże dawnego portu i zasypane stare koryto Warty współcześnie
W stolicy Wielkopolski udało się na razie doprowadzić do powstania
sezonowej „Mariny Poznań”, ale ambicje środowiska wodniackiego są
dużo większe.
Należy mieć nadzieję, że Poznań powróci do swych chlubnych tradycji
i wzorem wielu dynamicznie rozwijających się miast Europy, zainwestuje
w rozwój nie tylko turystyki wodnej, lecz również transportu śródlądowego. Miasto cieszące się mianem jednego z zamożniejszych i dynamiczniejszych ośrodków Polski, przez dziesięciolecia nie potrafiło upomnieć
się o potencjał żeglugowy Warty, dostrzeżony już w średniowieczu
i intensywnie wykorzystywany od XIX wieku. W Poznaniu zapomniano
o rzece do tego stopnia, że jego środkiem przepływa obecnie zamulony
ściek, dla którego określenie „niewykorzystany szlak żeglugowy” jest
daleko idącym eufemizmem.
Michał Krueger
Barki w porcie rzecznym przy ul. Szyperskiej, 1975 rok
W
arta od początków istnienia Poznania odgrywała kluczową
rolę w jego życiu gospodarczym. W średniowieczu spełniała
wielorakie funkcje, przede wszystkim związane z produkcją,
transportem i obroną. W XIX wieku dominował spław
drewna głównie do Szczecina i do Berlina. Powstanie linii kolejowych
i wprowadzenie parowych holowników spowodowało zahamowanie tej
działalności.
Najpopularniejszymi jednostkami poruszającymi się po Warcie w pierwszej połowie XIX wieku były tzw. berlinki, czyli ożaglowane łodzie
o ładowności do 38 ton, potem prym wiodły statki parowe. Poznań
54
1/2015
dotkliwie odczuwał wówczas brak profesjonalnego nabrzeża wraz z urządzeniami portowymi i magazynami. Do końca stulecia miasto posiadało
jedynie miejsca składowe i nabrzeża przeładunkowe, przede wszystkim
na lewym brzegu Warty w okolicach dzisiejszej ul. Szyperskiej i dalej
na północ. Na prawym brzegu w pobliżu Tamy Berdychowskiej istniał
drewniany pomost z żurawiem oraz spichlerze. Owe udogodnienia,
w obliczu rozwijającej się dzięki parowcom żegludze, okazały się zupełnie
niewystarczające. Konsorcjum polskich towarzystw gospodarczych wspomagane kapitałem Banku Rolniczo-Przemysłowego Kwilecki, Potocki
i Ska opracowało w latach 1887-1889 projekt budowy portu handlowego
Ilustracja: Michał Woźniak
Port rzeczny w Poznaniu
1/2015
55
Z PRZEWODNIKIEM PO POZNANIU
Z PRZEWODNIKIEM PO POZNANIU
Fot. Stanisław Wiktor, www.cyryl.poznan.pl
w Poznaniu. Został on usytuowany na lewym brzegu Warty, między
mostem kolejowym na Garbarach a mostem Chwaliszewskim. Budowę
portu rozpoczęto dopiero na początku XX wieku. Powstało wówczas
kilkusetmetrowe nabrzeże z pięcioma żurawiami oraz urządzenia do
przeładunku zboża, węgla i cukru.
Pierwsza wojna światowa znacznie obniżyła udział przywozów
i wywozów w poznańskim porcie. Przez kolejnych kilka lat jego działalność uległa zamarciu na skutek hiperinflacji. Mimo słabych obrotów
okres międzywojenny upłynął pod znakiem konsekwentnie realizowanych usprawnień związanych z transportem towarów masowych. Po II
wojnie światowej nastąpił wzrost obrotów przede wszystkim za sprawą
dynamicznie wzrastających przywozów. Port pracował dla zaspokojenia
potrzeb poznaniaków i odradzającego się przemysłu. Transportowano
drobnicę oraz surowce, płody rolne i nawozy sztuczne, a transport
odbywał się nie tylko pomiędzy Poznaniem a Szczecinem, lecz również
z portami Trójmiasta. Niestety, żegluga śródlądowa cechująca się
konkurencyjnymi cenami za usługi i skutecznie odciążająca transport
drogowy, nie rozwinęła się w znaczącym stopniu, a jedynie spełniała
funkcję doraźnego przewoźnika towarów masowych. Kres działalności
poznańskiego portu przyniosło zasypanie tzw. zakola chwaliszewskiego
i jego przedłużeń. Na początku XXI wieku zostały wyburzone budynki
związane z funkcjonowaniem portu, a na jego terenie powstało osiedle
mieszkaniowe. Zmiana ustroju przyniosła załamanie żeglugi na Warcie.
Obecnie rejsy organizowane są wyjątkowo, głównie na potrzeby przetransportowania wielkogabarytowych elementów na potrzeby Stoczni
Szczecińskiej, jednak po jej upadku, nawet ta rachityczna działalność
zamarła.
Podobny, smutny los spotkał żeglugę pasażerską. Niegdyś statkami
wycieczkowymi można było popłynąć do Puszczykowa czy Owińsk,
jednak w ostatnich latach tego typu rejsy ustały niemal całkowicie, a na
rzece pozostali jedynie kajakarze i wioślarze. Optymizm budzi aktywna
działalność wielu nadwarciańskich miast i gmin, na terenie których jak
grzyby po deszczu powstają przystanie rzeczne z prawdziwego zdarzenia.
SMACZNY POZNAŃ
Cześć!
Mam na imię Marysia. Być może znacie mnie z mojego
bloga – gruszkazfartuszka.pl, a jeśli nie, to koniecznie tam
zajrzyjcie! Kocham gotować oraz eksperymentować, dlatego
raz w miesiącu pokażę Wam moje wariacje na temat kuchni
poznańskiej. Czasami bardziej tradycyjne, czasami mniej,
ale z całą pewnością zawsze pyszne! Smacznego!
N
56
1/2015
ie samą pyrą poznaniak żyje. Choć niewątpliwie jest to warzywo
przez nas kochane miłością szczerą i czystą, czasami pozwalamy
sobie na mały romans z innymi – modrą kapustą, szparagami,
grochem. Trochę na przekór więc postanowiłam, że to nie ziemniak będzie grał pierwsze skrzypce w pierwszym odcinku tego kulinarnego cyklu – on i tak żyje na poznańskiej scenie w świetle reflektorów.
Tym razem cześć postanowiłam oddać skromnej i często niedocenianej
cebuli.
Grzyby zalewamy gorącą wodą i odstawiamy na około 20 minut, aż
zmiękną. Następnie odcedzamy je, ale nie wylewamy wody, w której się
moczyły – przyda się później.
Cebula w kuchni pojawia się bardzo często, jednak zazwyczaj gra role
drugoplanowe. Rzadko zdarza się, że jest ona głównym, podstawowym
składnikiem dania. Tymczasem w kuchni wielkopolskiej popularnym
dawniej daniem była potrawa zwana cebulowe gaty. Były to cebule
faszerowane na różne sposoby – najczęściej grzybami, kapustą lub
grochem. Ja dziś podzielę się z Wami pomysłem na gaty z farszem
w odrobinę innej formie – równie prostej w przygotowaniu, lecz bogatszej w smaku i aromacie. Tradycja to przecież nie powód, by odmawiać
swemu podniebieniu tego, co najlepsze!
Boczek kroimy w drobną kostkę. Wrzucamy na rozgrzany na patelni
olej (około 2 łyżek) i rumienimy. Do boczku dodajemy posiekane śliwki
i pokrojone drobno grzyby. Następnie wrzucamy posiekane zioła i całość
razem podsmażamy. Farsz zdejmujemy z patelni i przekładamy do
miseczki.
ӀӀ 4 duże lub 6 małych słodkich, żółtych cebul
ӀӀ 100 g wędzonego boczku
ӀӀ 5 suszonych śliwek
ӀӀ 15 g suszonych grzybów
ӀӀ 1 gałązka świeżego rozmarynu
ӀӀ 1 łyżka listków świeżego tymianku
ӀӀ 2 kromki dobrego pieczywa na zakwasie
ӀӀ 100 ml białego wina
ӀӀ sól
ӀӀ pieprz
ӀӀ 5 łyżek oleju
Na patelnię ponownie dodajemy odłożony wcześniej farsz. Całość
podlewamy wodą (około 100 ml), w której wcześniej moczyły się grzyby
i dokładnie mieszamy. Tak przygotowanym farszem nadziewamy wnętrza
wydrążonych cebul.
Cebule obieramy z łupinek. Odcinamy czubek, ostrożnie ścinamy
końcówki (tylko tyle, żeby cebule stabilnie stały) i wydrążamy kilka
wewnętrznych warstw, zostawiając ścianki o grubości około dwóch
warstw cebuli.
Z chleba odcinamy skórkę, miąższ kroimy w drobną kostkę. Tak pokrojony chleb wrzucamy na patelnię, na której wcześniej smażył się farsz.
Dodajemy pozostały olej i mieszając, rumienimy chleb.
Cebule układamy w naczyniu żaroodpornym. Wierzch cebul polewamy
winem, resztę wlewamy na dno naczynia. Wkładamy do piekarnika
rozgrzanego do 180 stopni i pieczemy około 30 minut, aż cebule się
zarumienią. Podczas pieczenia zbieramy z dna naczynia sos z wina i polewamy nim wierzch potrawy. Podajemy na gorąco.
1/2015
57
SMACZNY POZNAŃ
Cebulowe gaty
Biurcoo coworking
Good Time Radio
W
Poznaniu biur coworkingowych
jest co najmniej kilka, nie ma
jednak drugiego takiego jak to.
Biurcoo to przyczółek dla tych,
którzy z własnym biznesem dopiero startują
lub wręcz przeciwnie – prowadzą go od lat,
jednak do biurka zasiadają sporadycznie.
Czym wyróżnia się Biurcoo? By się tego dowiedzieć, najlepiej tu przyjść, usiąść w wygodnym
fotelu i chwilę porozmawiać przy dobrej kawie,
w otoczeniu oryginalnego designu. Od razu
czuje się przyjacielskie nastawienie, otwartość
i pozytywne fluidy.
W dużej mierze to zasługa Fernando – Hiszpana z Puertollano, który mieszka w Poznaniu
od kilku lat. Jednak Biurcoo to efekt wkładu
pracy wielu osób – znajomych i przyjaciół.
Niemały wpływ na powstanie Biurcoo miało
zamiłowanie do wspólnego spędzenia czasu,
wzajemnego dzielenia się i otwartości na
pomoc. Wszystko, nawet w wystroju wnętrza,
było dokładnie przemyślane – od najmniejszego detalu, jak lampka na biurko, aż po projekt
mebli, które są dziełem Fernanda i aranżację
wnętrza. Biurcoo, w zamyśle twórców, to nie
58
1/2015
zwykły lokal coworkingowy, lecz miejsce, do
którego przychodzi się spotkać, porozmawiać,
zainspirować i wspólnie popracować.
Biurcoo to rozszerzenie pojęcia coworkingu,
poprzez nawiązanie do idei „banku godzin”.
Coworkerzy mają możliwość wymiany
doświadczeń nie tylko dla ich obopólnej
korzyści. Biurcoo wspiera taką otwartą
i nastawioną na drugiego człowieka postawę,
dlatego osoby, które zdecydują się uczestniczyć
w programie wymiany doświadczeń, nagradzane są rabatami.
Serdecznie zapraszamy na ul. 27 Grudnia
9/7, nie tylko do pracy w Biurcoo, ale także
licznych spotkań „po godzinach”, które się
tam odbywają. W końcu nie samą pracą żyje
człowiek.
Fot. Redondo Bueno
Fot. Jagoda Wa
1/2015
59
NOWE MIEJSCA
NOWE MIEJSCA
G
ood Time Radio to wyjątkowo oryginalna inicjatywa i jedyne takie miejsce
w Polsce. Jest to radio internetowe,
a prowadzących audycje można
podglądać w akwarium, które jest częścią
kameralnego klubu muzycznego. Na radiowej
scenie odbywają się koncerty na żywo, nawet
sześć razy w tygodniu, a występują na niej
artyści reprezentujący różne gatunki muzyki:
między innymi Natu, Kuba Badach, Kari, Dirty
Loops, Sofa, Rust. Taka jest filozofia muzyczna
radia: dobra muzyka ponad podziałami. Playlisty radiowe są komponowane ze szczególną
starannością, aby prezentować to, co w muzyce
najświeższe, nowoczesne i czego nie znajdzie
się nigdzie indziej. Jedną z najważniejszych
misji twórców Good Time Radio jest promocja
młodych, zdolnych zespołów, które grają na
światowym poziomie, a takich w Polsce nie
brakuje. Dlatego radio przyciąga odkrywców
i fanów nowych, ambitnych brzmień. Najlepszą
muzykę, informacje ze świata muzycznego
i zapowiedzi wydarzeń można znaleźć na
profilu radiowym na Facebooku i na www.
goodtimeradio.pl.
Uzupełnieniem radiowego pomysłu jest Good
Time Radio Cafe&Lunch. Audycji i koncertów
można słuchać w towarzystwie pysznych dań
i napojów przygotowywanych przez świetną
ekipę młodych kucharzy i barmanów. Oferta
Cafe&Lunchu jest najtańsza na całej ulicy
Paderewskiego i jest jedną z bardziej atrakcyjnych cenowo na całym Starym Rynku.
Wszystkie szczegóły na temat nowości w menu
pojawiają się na facebookowym profilu lokalu.
Zachęcamy, odkryjcie to wyjątkowe miejsce
przy ulicy Paderewskiego 10.
NOWE SKLEPY
NOWE SKLEPY
KoneSER
K
oneSER powstał w maju 2014 roku na poznańskich Jeżycach
i jest pierwszym specjalistycznym sklepem z serami farmerskimi
w Poznaniu. Ta rodzinna, lokalna inicjatywa zdecydowanie wyrasta
poza słowo „sklep”.
W przytulnym, urządzonym ze smakiem miejscu wszystko obraca się
wokół prawdziwych serów i dodatków do nich. Oferowane tam unikalne
produkty kozie, krowie i owcze powstają w małych lokalnych serowarniach. Wszystkie są wytwarzane w tradycyjny sposób zgodnie z rytmem
natury, bez sztucznych dodatków. Każdy pojawiający się w sklepie ser
podlega wcześniej ścisłej selekcji pod kątem jakości. Za każdym z nich stoi
konkretny wytwórca wkładający w swoją pracę pasję oraz zaangażowanie,
dzięki czemu wszystkie zachwycają unikalnym smakiem i zapachem.
W KoneSERZE można spróbować każdego rodzaju sera, jest ich blisko 40
gatunków, w tym także pochodzących od znanych polskich serowarów.
Obsługa sklepu chętnie pomaga w zestawieniu deski serów i doborze
dodatków oraz opowiada o wyrobach i ich twórcach. Można więc
60
1/2015
Sklep z serami KoneSER
Poznań, ul. Rynek Jeżycki 3/2b
w w w.konesersera.pl
www.fb.com/Konesersera
tutaj znaleźć: kaszar blue, mazuriano, ermlander, kozią chałwę, myster
Wańczyka, owczy blue i wiele innych.
Myli się jednak ten, kto myśli, że znajdzie tu jedynie nabiał. Sklep oferuje
również całą masę smacznych dodatków. Są więc oliwki, przetwory, spory
wybór win, cydr, prawdziwe czekolady i słodycze z manufaktur. Znaleźć
tu można nawet unikalne kosmetyki z mleka klaczy. Uczta smaków
oferowana przez właścicieli jest odbiciem ich przekonania, że jedzenie
to zmysłowa przyjemność, pochwała wolnego smakowania życia. I jak
mówią o sobie: „Chcemy dzielić się z innymi naszymi kulinarnymi odkryciami oraz produktami, które pieszczą zmysły i sprawiają, że życie toczy
się wolniej, pełniej, lepiej”.
Właściciele dokładają starań, by KoneSER był miejscem spotkań ludzi
pozytywnie zakręconych na punkcie jedzenia, lubiących odkrywać nowe
smaki, ale też otwartych na poznawanie innych, wymianę poglądów.
Wychodząc ku ich potrzebom często gospodarze zapraszają do siebie
serowarów, którzy na oczach widzów nie tylko warzą sery, ale też ciekawie
o nich opowiadają. Na koniec następuje oczywiście obowiązkowa degustacja. Organizowane również są różnego rodzaju eventy mające na celu
przybliżenie serowarskich tradycji oraz integrację lokalnej społeczności.
Do odwiedzin zachęca samo miejsce, zaaranżowane z wielkim smakiem
i wyczuciem. Jest więc też i na co popatrzeć, szczególnie, że na ścianach
prezentowane są cykle fotografii wykonanych przez klientów KoneSERA.
1/2015
61
I
t is often hard to pinpoint one detail or segment of my journey here
in Poland that encapsulates all of the feelings and emotions that I go
through on a seemingly daily basis. I am often asked many questions
about my life here and I am more than happy to answer all of them when
I can or given the chance, believe me I am not very shy when it comes to
talking. Well, most of the time anyway. Often though, I ask myself questions that I am constantly seeking answers to. One of the questions that
I find difficult to answer and is often baffling to me is “Why does this
all feel so familiar?”. And indeed, it is something that I am often asking
myself as I wander down the street, swayed by the morning light and
following it to where it leads me.
It seems that in recent weeks, the topic of conversation is one that tends
to lean towards nostalgia. Perhaps not exactly nostalgia per se, but there
seems to be a link and often a very clear one. The term nostalgia describes
a sentimentality for the past, typically for a period or place with happy
personal associations. That seems to be an accurate description and
conveys a lot of the thoughts that I hear spoken by those surrounding
62
1/2015
me. Perhaps it is the Holiday season gearing up that spurs most of this on
or perhaps I have developed an ear for better hearing it. Either way, this
reverie has been nothing short of interesting for me, often driving me into
my own nostalgic episodes that I gleefully entertain.
I own and operate a small coffee shop here in Poznan, in the Pasaz
Apollo, close to the city center. This is possibly the greatest “job” that
I have ever held and to be honest, creating Bigfoot Coffee Shop has
been one of the most rewarding experiences of my life. I spend much
of my day preparing coffee, chatting with guests, greeting all kinds
of people from so many different backgrounds and cultures from all
over the world (literally). In between all of this, I wander the streets
of Poznan and Poland seeking that which inspires me and doing my
best to capture it with my trusty Nikon so that I can convey it back
to you, the viewer, in much the same manner that it revealed itself to
my mind’s eye. Often, it is the “mundane” that captures my eye and
beckons a second look as I wander. In so doing, I have the opportunity
to connect with my new home Poznan, how it makes me feel, the deep
will play an important part in this endeavor. Fog is one of those types of
weather that really sparks something deep inside of me. If you follow my
work, then you already know the images that move me. The heavy fog that
rolls into the city from time to time is pure magic for me. It adds a layer of
mystery to what I see and plays with depth as what is hidden in the mist
slowly emerges or reveals itself to me. Some of my favorite moments come
in the form of hearing footsteps echoing on the pavement or cobblestones
and I have yet to see the visitor…and when she or he arrives I am ready to
capture the moment!
In my work as an artist and photographer, I find myself drawn to these
images and ideas of nostalgia, incorporating them into my work and often
getting frustrated when I cannot quite grasp what drew me in the first place,
while understanding that it is my responsibility as an artist to do my best
to convey those thoughts and feelings back to you, the viewer. What began
as an unintentional progression has blossomed into the idea behind much
of my work as of late. I often will incorporate a lone figure walking in the
distance, going about their daily business whatever it may be, yet somehow
this protagonist becomes a reflection of how I see myself wandering these
streets here, going about my daily business. And in the end, these ideas
move me, and my attachment to this city becomes stronger, the conviction
of having lived here for three years worthy of the memory of it.
And here we are at one of the most nostalgic periods of the year, at least
for me, Christmas. I adore this time of the year, when I can become the
little boy again that waits patiently to be let out to play. During this time,
the ease with which I access my past astonishes me as memories boil to
the surface and I am again struck with déjà-vu like feelings. I embrace this
time and relish every second of it as old memories emerge and new ones
are created. I really love being here in Poland and I am constantly reminded
and amazed by how remarkable, challenging, beautiful, wonderful, invigorating and inspiring it truly is here. In the last three years, I have learned
more about myself here than I have in the last ten in the states.
I wish each and every one of you a wonderful 2015.
See you soon, cześć!
tekst i zdjęcia Erik Witsoe
1/2015
63
AMERYKANIN W POZNANIU
AMERYKANIN W POZNANIU
Fleeting Thoughts Guided
by Inner Voices
sense of history that I am surrounded by and often reveals itself to me
in unique ways.
Sometimes, the conversations that occur in Bigfoot, are often heavily laced
with tones of nostalgia, something that I have a natural draw too, as the
storytelling begins to become somewhat sentimental in nature. Listening
intently, often a story or recollection unfolds romanticizing a portion of
the past, a particular time or place and sometimes a significant occurrence
in one’s personal history all of which allow me to see the world around me
in a slightly different light. Thoughts of nostalgia often surface in emails
or comments on my photos that I post describing my photographic work
as “you have managed to capture the Poznan from my childhood, thank
you” or “your images bring me right back to how I remember these
streets” or from afar “I miss my Poznan, thank you for capturing it in
a way that matches my memory for it”….and so many more. Admittedly,
I wasn’t fully aware nor did I understand how much this sentimentality or
nostalgia played such an important role in this wonderful culture.
As I stated before, I have a natural draw as well to nostalgia and will
frequently reread books that I have enjoyed, revisit films that I love over
and over again, daydream about special moments, places or people that
are in my past conjuring up memories that can produce a smile. And for
some reason, I do this even more here and often find myself with thoughts
of déjà-vu like strength, as feelings of familiarity and having been here
before emerge, especially when I walk streets that carry a familiar light
inevitably spurring a memory long forgotten back into the front again
allowing for a kind of comfort to settle over me. I allow and welcome these
thoughts, sometimes drawing inspiration from the very moment that it
occurs, as if I am almost trying to photograph a portion of my past. I do
not “set up” my shots although I may wait for someone to cross the street
if I am drawn to it, instead I try to let the initial feeling guide me when
in a particular area. I often chase the light and allow it to lead me to the
beauty waiting to be revealed, just as my memory is also jarred by it.
Very often, it is the little things that happen to me as I am wandering to
work early in the morning that propel my thoughts and focus my imagination. Sometimes it is light driven or lack of and other times the weather
ZIELONE ZAKAMARKI
ZIELONE ZAKAMARKI
Zimowa magia Parku Sołackiego
Położony w dolinie Bogdanki Park
Sołacki uznawany jest przez wielu
za jeden z najbardziej urokliwych
zakątków Poznania.
S
zczególna estyma otaczała go już od momentu założenia w 1908
roku. Park powstał jako centralna część dzielnicy willowej,
w momencie budowy przeznaczonej w głównej mierze na miejsce
zamieszkania niemieckich urzędników. Całe założenie opierało
się na terenie wcześniejszej osady młyńskiej, od której pochodzi nazwa
dzielnicy: staropolskie słowa sol, sołek oznaczały bowiem spichlerz lub
spiżarnię. Zawirowania historii sprawiły, że w czasie okupacji niemieckiej
Park Sołacki nazywał się Kuhndorfpark, a po wojnie nosił imię Józefa
Stalina.
Park zaprojektował Hermann Kübe, nadając mu romantyczny, angielski
styl. Dzięki doskonałemu wykorzystaniu naturalnego ukształtowania
terenu w rozlewiskach Bogdanki, park sprawia wrażenie dzieła przyrody.
64
1/2015
Rzeka płynąca zakolami przez środek kompleksu została dodatkowo
spiętrzona, tworząc przewężony pośrodku staw, dodający malowniczości
całemu projektowi.
Park Sołacki ma lub miał swoje symbole. W przeszłości była to wieża
do skoków spadochronowych, znaczną atrakcją były też łódki, których
historia na wodach stawu sięga 1913 roku. Zabytkową pozostałością
oryginalnej trasy tramwajowej łączącej Sołacz ze śródmieściem jest
znajdujący się na obrzeżach parku unikatowy na skalę kraju budynek
drewnianej poczekalni dla pasażerów. Do dziś natomiast utrzymuje się
tradycja restauracji umiejscowionej na półwyspie nad „Wielkim Stawem”.
Park Sołacki dzięki swojej magii ma stałe miejsce w sercach poznaniaków.
Może wciąż przepełniać dumą jako obiekt oszczędzony przez dziejowe
zawieruchy oraz większe ingerencje w jego oryginalny projekt.
Marta Sankiewicz
fot. Erik Witsoe
Na podstawie: J. Pazder (red.), Poznań. Przewodnik po zabytkach i historii,
Poznań 2010, Wydawnictwo Miejskie.
1/2015
65
KWESTIONARIUSZ PULSU POZNANIA
Kwestionariusz „Pulsu Poznania”
wypełnia Andrzej Sikorski
Lubię Poznań, bo „tutaj wszystko się zaczęło”: i państwo,
i chrześcijaństwo. I mamy szczęście, że najwspanialsze „kawałki” z tej
przeszłości mamy na wyciągnięcie ręki (no, czasem na głębokość łopaty
archeologicznej).
W poznaniakach cenię
Symbolem Poznania jest dla mnie katedra, Matka
kościołów polskich, z podziemną nekropolią Pierwszych Piastów.
Brakuje mi w mieście zieleni pomimo, że MPK na co dzień
zazielenia ulice i tramwaje pomykają po trawie wzdłuż ul. Stawnej.
akuratność!
Nie lubię, kiedy poznaniacy podkreślają kilkupokoleniową
poznańskość. Dawniej mówiło się o Poznańczykach – teraz wiele się
wymieszało.
Poznań w kilku słowach:
„To miasto cichsze niż stąpanie
konia” – jak napisał przed laty w jednym z wierszy Andrzej Babiński,
ostatni romantyk tego miasta (zapominany, niestety).
Czas wolny w Poznaniu spędzam na zapleczu Apteki
„Pod Złotym Lwem”, przy Starym Rynku, u gościnnych Państwa
Konstancji i Jana Majewskich i Anny M. Kielak. Lubię zapach i klimat tej
wyjątkowej placówki, w której dzieje się tyle, że…
Zmieniłbym w mieście siebie!
Turyście, który nigdy nie był w Poznaniu,
najpierw pokazałbym Ostrów Tumski i cudowne podwórko
na zapleczu Hotelu Bazar, ze schodami ku ul. Koziej.
Ulubione słowo w gwarze poznańskiej kejter
– ulubione słowo prof. Jana Żaka, archeologa, który wprowadzał
studentów spoza Wielkiej Polski „do poznańskiego” na jednych
z pierwszych zajęć na UAM.
Gdyby podano mi wszystkie popularne
wielkopolskie dania, najpierw sięgnąłbym po
skosztowałbym wszystkiego, a co!
66
1/2015
Andrzej Sikorski (61 l.),
ur. w Gdańsku, poeta, prozaik,
redaktor, krytyk literacki, członek
Stowarzyszenia Pisarzy Polskich
(od 1989). Autor 21 publikacji
książkowych, w tym 10 tomików
poetyckich, książeczki dla dzieci
i 2 wywiady-rzeki z P. Kępińskim.
Współpracuje z radiem i publikatorami prasowymi. Archeolog,
absolwent UAM, badacz
przeszłości Ostrowa Tumskiego
w Poznaniu, wychowawca i przyjaciel wielu pokoleń poznańskich
archeologów.
Wyjątkowa
reklama
na łamach Pulsu Poznania
[email protected]
www.pulspoznania.pl
+48 724 322 783
+48 665 543 144

Podobne dokumenty