Kraków - Splendor – magazyn z klasą

Komentarze

Transkrypt

Kraków - Splendor – magazyn z klasą
S
zanowni Państwo!
Splendor to przepych w pozytywnym znaczeniu, ale także okazałość, wspaniałość
i blask. W języku łacińskim splendor znaczy błyszczeć. Nie mogliśmy wybrać chyba
bardziej trafnego tytułu, bowiem na naszych łamach prezentujemy ludzi, którzy osiągnęli sukces, zarówno w pracy zawodowej, artystycznej, sukces gospodarczy, ale
przede wszystkim osobisty. Pokazujemy firmy, które nie tylko budują swoją silną pozycję na lokalnym rynku, ale mają znaczny wpływ na gospodarkę naszego kraju. Osiągnięcia oraz doświadczenie właścicieli i kadry zarządzającej tych firm oraz instytucji
niech będą przykładem dla młodych przedsiębiorców stawiających pierwsze kroki w
biznesie.
dossier
W naszym magazynie znajdziecie Państwo także relacje z najważniejszych wydarzeń
kulturalnych i sportowych, sylwetki wybitnych osób, które nawet w oddali od stolicy
błyszczą wśród społeczeństwa swoim blaskiem wynikającym z talentu, ciężkiej pracy i
analitycznego umysłu. Oczywiście nie unikamy tematów politycznych, gospodarczych i
spraw budzących kontrowersje, jednak opisujemy je z klasą, tak jak przystało na magazyn „Splendor”. Jesteśmy ekskluzywnym pismem dla ludzi ceniących sobie ciekawe
życie i dobry smak.
Nasz magazyn skierowany jest głównie do liderów kręgów opiniotwórczych, kadry
zarządzającej, przedsiębiorców, ludzi sukcesu oraz osób o niezwykłej pasji. Naszymi
Czytelnikami są ludzie polityki, kultury, nauki, instytucji państwowych i pozarządowych. W każdym kolejnym numerze możecie Państwo liczyć na ciekawe wywiady,
publicystykę, relacje z podróży. Nie zabraknie u nas informacji o ciekawym sposobie na
wypoczynek oraz interesujących ofertach handlowych.
Cześć nakładu naszej gazety kolportowana jest bezpłatnie wśród osób pełniących
funkcje publiczne, właścicieli firm, artystów, kadry kierowniczej oraz wśród mieszkańców największych miast. „Splendor” można kupić także w salonach prasowych oraz
zaprenumerować.
Chcemy aktywnie włączyć się w działalność naszych czytelników uczestnicząc w najciekawszych imprezach biznesowych i kulturalnych, czynnie uczestnicząc w targach,
konferencjach. Chcemy promować najlepsze firmy, inicjatywy społeczne i imprezy za
pośrednictwem naszego miesięcznika oraz nagrody „Splendoru”, które będziemy przyznawać.
Tomasz Rowiński
Dziennikarz, politolog,
specjalista PR.
Współpracował z licznymi
redakcjami ogólnopolskimi.
Był także korespondentem
rozgłośni radiowych.
Miłośnik podróży,
dobrej zabawy
i sztuki współczesnej.
Zapraszam Państwa do współpracy.
Tomasz Rowiński
redaktor naczelny
Redakcja: Plac na Groblach 14/4, 31-101 Kraków, tel. 887 092 320, 720 846 991, [email protected]
Redaktor naczelny: Tomasz Rowiński [email protected]
Reklama: [email protected], tel.887 092 320, 720 846 991
www.magazynsplendor.pl
Wydawca: Agencja Wydawniczo - Marketingowa "TOR-PRESS"
Druk: Techgraf Łańcut
SKUTECZNA REKLAMA
CIEKAWA LEKTURA
PROSTO NA BIURKO
[email protected], tel. 887 092 320, 720 846 991
puls splendoru
Polska przykładem
dla Unii Europejskiej
P
remier Donald Tusk w czasie wizyt na
Śląsku i Podkarpaciu zapowiedział
przedstawienie w Brukseli polskiego
pomysłu Unii Energetycznej. - Europa
musi być coraz bardziej solidarna w zakresie
energetyki - mówił premier.
Premier przedstawił sześć wymiarów projektu
Europejskiej Unii Energetycznej, czyli stworzenie skutecznego mechanizmu solidarności gazowej na wypadek kryzysów dostaw oraz
zwiększenie finansowania budowy z pieniędzy
Unii Europejskiej infrastruktury zapewniającej
solidarność energetyczną, szczególnie na
wschodzie - nawet do 75 proc. wartości projektów. Według premiera projekt powinien zakładać wspólne zakupy energii, rehabilitacja węgla, jako źródła energii, wydobycie gazu łupkowego oraz radykalną dywersyfikację dostaw
gazu do UE.
- Strategiczne znaczenie ma ilość gazu, który
możemy magazynować na potencjalnie krytyczny czas - mówił premier. Podkreślił, że
obecnie Polskę trudno byłoby zaszantażować
przerwaniem dostaw gazu.
Inwestycja w podziemny magazyn gazu Husów
polega na zwiększeniu pojemności czynnej z
350 do 500 mln m3. Planowany termin zakończenia to lipiec 2014 r.
fot. gazetalancucka.pl
Polska może być jak w soczewce przekładem,
jak powinna wyglądać postulowana przez nas
Unia Energetyczna - mówił premier.
Premier podkreślał, że właśnie w Polsce zdecydowano się na równomierne inwestowanie we
wszystkie segmenty gazowej infrastruktury.
Wśród inwestycji, które poprawiają nasze bezpieczeństwo gazowe wymienił: magazyny gazu,
inwestycje w interkonektory (połączenia gazowe między państwami), budowę gazoportu w
Świnoujściu, eksploatację własnych źródeł, takich jak gaz konwencjonalny i łupkowy.
Smolna
dla przedsiębiorców
O
soby mające pomysł na biznes, jak i już
bliczną. Dzięki powstaniu centrum przedsiębiorcy w jed-
prosperujący przedsiębiorcy mogą korzy-
nym miejscu mogą wynająć biura, biurka wraz z nowo-
stać z pomocy Centrum Przedsiębiorczości
czesnym wyposażeniem, mają możliwość przeprowadze-
Smolna. Stołeczni przedsiębiorcy od roku
nia rozmowy z klientem i kontrahentem w kawiarni,
mogą liczyć na kompleksowe usługi doradcze, informa-
przeprowadzenia lub uczestniczenia w konferencji lub
cyjne oraz inkubator przedsiębiorczości.
szkoleniu, możliwość otrzymania bezpłatnych informacji
4 Centrum Przedsiębiorczości Smolna to pierwsza tego
typu inicjatywa stworzona w stolicy przez instytucję pu-
dotyczących prowadzenia biznesu, będących w kompetencjach Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Część
oferty skierowana jest do osób zakładających własną
firmę.
Umiejscowienie Centrum w parku Beyera jest
nieprzypadkowe – przed laty mieściła się tu
szkoła przedsiębiorczości Politechniki Warszawskiej. W budynku znajduje się 16 pokoi, 40
miejsc w formule open-space, dwie sale konferencyjne oraz przestrzeń pracy twórczej: kawiarnia i gabinet przeznaczony do mniejszych
spotkań. Wart 9,9 mln złotych projekt w 85 procentach dofinansowany był z Europejskiego
Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach
Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego 2007 – 2013.
FOT. ARCHIWUM
Zlokalizowane na warszawskim Powiślu przy ul. Smolnej
Str. 7
puls splendoru
Konsulat Węgier
fot. Paweł Krawczyk/Krakow.pl
wrócił do Krakowa
U
dział w tym ważnym zarówno dla Polski jak i
Węgier wydarzeniu wziął Prezydent Miasta
Krakowa Jacek Majchrowski, a także Ministrowie Spraw Zagranicznych Węgier i RP János Martony i Radosław Sikorski, Ambasador Węgier w
RP J.E. Iván Gyurcsik oraz władze Województwa Małopolskiego.
Na stanowisko Konsula Generalnego Węgier w Krakowie
została mianowana Adrienne Körmendy, która odebrała
exequatur z rąk Radosława Sikorskiego, ministra spraw
zagranicznych Polski. Pierwszym ważnym wydarzeniem
w nowootwartym konsulacie była ceremonia podpisania
przez Radosława Sikorskiego i Janosa Martonyiego, ministra spraw zagranicznych Węgier „Umowy między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Węgier o wzajemnej reprezentacji wizowej”. Rozmowy ministrów były
kontynuowane podczas spotkania bilateralnego, które w
tym samym dniu odbyło się w krakowskim magistracie.
Udział w tym ważnym wydarzeniu wziął także Jacek Majchrowski, prezydent Miasta Krakowa, Iván Gyurcsik, ambasador Węgier w Polsce oraz władze województwa małopolskiego.
Dla wzajemnych relacji polsko-węgierskich Kraków jest
miejscem szczególnym. To tutaj urodził się św. Władysław – László, drugi największy król Węgier; tutaj żyły bł.
Salomea, św. Kinga i św. Jadwiga. Uniwersytet Jagielloński przez wieki był głównym ośrodkiem akademickim nie
Str. 8
tylko dla Polaków, ale też dla Węgrów. Pierwszy konsulat
węgierski został otwarty w Krakowie w 1918 r. i działał
jeszcze po wkroczeniu wojsk niemieckich. Ponowne
otwarcie nastąpiło w 1994 r., a ogromny udział w tym
wydarzeniu miał prof. István Kovács, wybitny znawca
polskiej literatury, autor książek o tematyce historycznej
i wielki orędownik polsko - węgierskiej przyjaźni. Prof.
Kovács wspierał działania związane z upowszechnianiem
kultury węgierskiej w Polsce, m.in.: zainicjował i zorganizował wiele wystaw artystycznych, doprowadził do odsłonięcia ponad 20 węgierskich pomników i tablic pamiątkowych w Krakowie, pomagał w nawiązywaniu kontaktów partnerskich, wygłosił też ponad 100 wykładów
na temat węgiersko-polskich relacji historycznych. Był
Konsulem Generalnym Republiki Węgierskiej w Krakowie
w latach 1994-1995 oraz 1999-2003 i jako pierwszy Węgier został Honorowym Obywatelem Krakowa.
Decyzją węgierskiego rządu Konsulat Generalny Węgier
w Krakowie został zamknięty w 2009 r. Prezydent Jacek
Majchrowski wystosował do ówczesnego ambasadora
Węgier, Roberta Kissa list wyrażający sprzeciw wobec tej
decyzji. Działalność Konsulatu Generalnego Węgier w
Krakowie z pewnością będzie impulsem dla rozwoju
współpracy Krakowa z węgierskimi miastami partnerskimi – Budapesztem i Pecem. Przyczyni się również do
poszerzenia kulturalnych, społecznych i biznesowych
więzi pomiędzy Polską i Węgrami.
Małopolska
i Podkarpacie
chcą działać razem
fot. archiwum
w Cannes
K
raków został doceniony podczas najważniejszych i najbardziej prestiżowych w Europie
targów inwestycyjnych MIPiM odbywających
się w Cannes. Nagrody dla miasta odebrała
Elżbieta Koterba, zastępca prezydenta Krakowa.
Kraków został wyróżniony w kategorii miast Europy
Środowo – Wschodniej z najlepszą strategią przyciągania inwestycji zagranicznych. Stolica Małopolski znalazła się ponadto w zestawieniu Top10 dla miejsc o najlepszej biznesowej efektywności kosztowej. Kraków
rywalizował z niemal 470 miastami i regionami z całej
Europy.
Miasto prezentowało swój potencjał inwestycyjny w
Cannes na własnym stoisku o powierzchni 60 m2 położonym w prestiżowej części wystawowej, w Palais de
Festivals. Główne działania promocyjne skupione były
na projekcie „Kraków - Nowa Huta Przyszłości", ale Kraków przygotował też kilkanaście innych propozycji inwestycyjnych. Miasto przedstawiło m.in. oferty dotyczące budowy lub przebudowy ośrodków sportowych
(rozbudowa Ośrodka Sportowego „Kolna", budowa hali
100 - lecia KS Cracovia), a także budowy parkingów
(parking podziemny „Olimpijka" w rejonie ulic Dietla/
Wielopole) oraz adaptacji fortów (Fort 48 a
„Mistrzejowice", Fort 48 „Batowice", Fort 50 „Prokocim",
Fort 52 ½ „Skotniki). Prezentowane były też działki pod
zabudowę komercyjną oraz mieszkaniową - jednorodzinną i wielorodzinną, m.in. działki przy ul. Tetmajera,
ul. Stepowej, ul. Tischnera czy ul. Fredry.
Targi Inwestycji i Nieruchomości MIPIM w Cannes gromadzą przedstawicieli najpoważniejszych firm branży
inwestycyjnej, rynku nieruchomości, biur architektonicznych, pism branżowych, miast i regionów z całego
świata.
O
Zgodnie z tekstem dokumentu, oba zarządy zobowiązały się
po pierwsze do opracowania tzw. Strategii Karpackiej, która
ma m.in. poprawić poziom życia mieszkańców Karpat. Po
drugie – do przygotowania dokumentu, który określi najbardziej korzystne obszary współpracy. Pozwoli to m.in. na opracowanie zapisów umożliwiających wprowadzenia odpowiednich preferencji w regionalnych programach operacyjnych
obu województw. I po trzecie – wskazanie projektów, których
realizacja leży w interesie obu województw.
fot. Tomasz Rowiński
Kraków nagrodzony
pracowanie Strategii Karpackiej, nacisk na
wspólne inwestycje drogowe, a także działania
związane z kulturą i edukacją – to jedne z najważniejszych założeń podpisanej deklaracji
współpracy pomiędzy województwami Małopolskim i Podkarpackim. Dokument w obecności mediów podpisali w Tarnowie Marek Sowa, marszałek małopolski i Władysław Ortyl,
marszałek podkarpacki.
Podpisanie deklaracji poprzedzone było posiedzeniem zarządów obu województw. – Spotkanie obu zarządów to doskonała okazja, aby porozmawiać o kluczowych problemach i ich
rozwiązaniach, które dotyczą zarówno Małopolski, jak i Podkarpacia – podkreślał w Tarnowie marszałek Marek Sowa.
Istotne jest także dostrzeganie potencjału i szans, jakie daje
taka współpraca. Świetnym tego przykładem będzie Strategia Karpacka – mówił marszałek Marek Sowa.
Władysław Ortyl, dodał, że atmosfera do realizacji wspólnych
projektów jest sprzyjająca.
- Działania, które omawialiśmy na wspólnym posiedzeniu
obu zarządów, niekiedy przekraczają granice obu województwa, a nawet państw – mówił Władysław Ortyl . - Jestem jednak przekonany, że w Brukseli spotkają się one ze sporym
zainteresowaniem.
puls splendoru
fot. archiwum
Nowy pawilon i łącznik
M
iędzynarodowe Targi Poznańskie zakończyły budowę nowego pawilonu wystawienniczego 8A i pasażu naziemnego
łączącego
halę
z
centrum
konferencyjnokongresowym. W przyszłości w tych obiektach będą się
odbywały kongresy liczące nawet do 15 tysięcy uczestników.
Za zaprojektowanie i budowę hali odpowiadała firma Wechta. Nowy pawilon ma 2801 m kw. powierzchni użytkowej, a jego kubatura wynosi
31000 m sześc. Obiekt jest przystosowany do budowy nowoczesnych
stoisk piętrowych, wysokich nawet na 10 m. Hala od strony wewnętrznego pasażu „Czteropaku” jest wyposażona w antresolę, która łączy budynek z salami konferencyjnymi znajdującymi się na piętrze kompleksu
„Czteropak”. Jest tu też miejsce przeznaczone na cele gastronomiczne.
fot. archiwum
Budynek jest także połączony nadziemnym łącznikiem z pawilonem 15.
Szeroki na ponad sześć metrów i długi na ponad 72 m korytarz umożliwia organizację w pawilonie 15 i „Czteropaku” międzynarodowych wydarzeń konferencyjnych i kongresowych nawet dla 15 tysięcy uczestników.
Łącznik jest zawieszony na wysokości powyżej 5 metrów nad poziomem
jezdni. Do jego budowy zostało użytych aż 520 m kw. szkła.
Nowa hala stanęła na miejscu Pawilonu Szwajcarskiego, zbudowanego
w 1977 roku na podstawie projektu Biura Projektów Miasta i architekta
Henryka Jarosza. W obiekcie tym przez wiele lat pokazywana była ekspozycja przemysłu i biznesu szwajcarskiego. W 2007 roku pawilon połączono pasażem z sąsiednimi halami 7, 7A i 8 tworząc kompleks wystawienniczy zwany "Czteropakiem”. Podczas szczytu klimatycznego ONZ COP
14 w grudniu 2008 roku hala była wykorzystywana jako sala konferencyjna. Powierzchnia wystawiennicza pawilonu wynosiła 2425 m kw.
Wizyta mera Shenzhen w Poznaniu
Z
oficjalną wizytą w Poznaniu przebywał mer Shenzhen, XU Qin. Merowi towarzyszyła delegacja przedstawicieli
administracji lokalnej, Uniwersytetu w Shenzhen, biznesu i mediów.
Wizyta w Poznaniu była rezultatem między innymi wyjazdu roboczego do Shenzhen - partnerskiego miasta
Poznania w Chinach - w listopadzie 2013 r., Dariusza Jaworskiego zastępcy prezydenta Poznania i podjętych
wówczas ustaleń dotyczących intensyfikacji wymiany, zwłaszcza w dziedzinie edukacji i kultury.
W Centrum Kultury Zamek, odbyła się 20 marca uroczystość podpisania czterech dokumentów mających przyczynić się
do pogłębienia współpracy między Shenzhen a Poznaniem. Podpisano „umowę o przyjaźni i wymianie między miastami: Shenzhen (Chińska Republika Ludowa) i Poznaniem (Rzeczpospolita Polska) na lata 2014-2017” oraz „memorandum
o współpracy i wymianie w zakresie przemysłu kulturowego i kreatywnego”. Uniwersytet im. Adama Mickiewicza zawarł
porozumienie z Uniwersytetem w Shenzhen dotyczące wymiany studentów i kadry naukowej. Umowa ta ma umożliwić
zwolnienie przyszłych stypendystów z Poznania z opłat za studia w Shenzhen. Natomiast poznańskie centrum medyczne Neomedica zainicjowało współpracę z Beijing Genomics Institute (BGI) w Shenzhen. O możliwościach rozwoju
współpracy rozmawiano też podczas spotkań na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, Uniwersytecie Artystycznym
oraz Międzynarodowych Targach Poznańskich. Z okazji wizyty mera Shenzhen, w Sali Białej Urzędu Miasta Poznania z
minirecitalem fortepianowym wystąpiła pianistka Zhang Zuo, reprezentująca młode pokolenie artystów z Shenzhen,
którzy podbijają światową publiczność i występują na najważniejszych scenach muzycznych w świecie.
Galeria Arsenał nowym domem
dla fotoplastykonu
Z
abytkowy fotoplastykon, unikatowe urządzenie,
które przez wiele lat było jedną z najciekawszych atrakcji fotograficznych Poznania, znajdzie swój dom w Galerii Miejskiej Arsenał.
Jak podkreśla Katarzyna Kamińska, dyrektor Wydawnictwa Miejskiego „Posnania”, do współpracy przy powrocie
fotoplastykonu na mapę atrakcji miasta zaproszony został Antoni Rut. Podjęto także wstępne rozmowy z innymi potencjalnymi instytucjami współpracującymi, np.:
Muzeum Historii Miasta Poznania. - Na razie nie można
podać konkretnej daty uruchomienia fotoplastykonu dla
publiczności - będzie ona zależała od skali potrzebnych
prac remontowych - informuje Katarzyna Kamińska.
fot. Damian „Ohana” Andrzejewski
Urządzenie zostało przewiezione przez ekipę Wydawnictwa Miejskiego „Posnania”, obecnego właściciela urządzenia, z domu jego poprzedniego właściciela i wieloletniego animatora, znanego poznańskiego fotografa, Antoniego Ruta. W Galerii Miejskiej Arsenał zostanie poddane
drobiazgowym oględzinom i remontowi, po którym będzie mogło zostać udostępnione mieszkańcom Poznania
i turystom. Zarówno jego renowacja, jak i przygotowanie
programu wystawienniczego zostanie wypracowane
wspólnie przez Wydawnictwo i Galerię Arsenał, zgodnie z
kompetencjami obu tych instytucji.
Antoni Rut niosący do Arsenału fragment fotoplastykonu
Str. 11
puls splendoru
IBM działa w Katowicach
F
irma IBM otworzyła 3 kwietnia główną siedzibę
Centrum Dostarczania Usług w Katowicach. Zatrudnieni w niej specjaliści zapewniają szeroki
zakres usług IT dla klientów IBM z całego świata.
Podczas ceremonii z udziałem przedstawicieli władz centralnych i samorządowych, reprezentantów Ambasady
Amerykańskiej, uczelni oraz zarządu i pracowników firmy IBM nastąpiło uroczyste przecięcie wstęgi nowo
otwartego budynku przy ulicy Francuskiej 42.
Katowickie centrum rozpoczęło swoje działania operacyjne we wrześniu 2013 r. Od tego czasu trwa jego rozwój,
a otwarcie nowej siedziby w kompleksie A4 Business
Park przy ulicy Francuskiej zamyka kolejny etap tego
procesu.
Rozbudowa Centrum Dostarczania Usług przebiega
zgodnie z planem, jaki założyliśmy i ogłosiliśmy w zeszłym roku – mówi Aleš Bartůněk, Dyrektor Generalny
IBM Polska i Kraje Bałtyckie. - Dzięki profesjonalistom
zatrudnionym w Katowicach jesteśmy w stanie spełniać
najwyższe wymagania naszych klientów na całym świecie
w zakresie świadczonych dla nich zaawansowanych
usług informatycznych.
Obecny na spotkaniu profesor Jerzy Buzek, były premier
rządu RP i były przewodniczący Parlamentu Europejskiego podkreślał znaczenie pojawienie się w regionie takiej
firmy jak IBM. – Należy oczekiwać, że wkrótce pojawią się
inne firmy dzięki osadzeniu się takiego giganta jak IBM w
Str. 12
naszym regionie – mówił Jerzy Buzek. – To firma, która
buduje zaufanie w biznesie, kieruje się zasadą solidarności z regionem, stawia na szkolenie pracowników.
Buzek poinformował, że obecnie uruchomionych jest
osiem programów ramowych na rozwój nowych technologii, na które Unia Europejska wyda 80 miliardów Euro.
Szansą dla Śląska jest reindustrializacja regionu, która
ma polegać m.in. na przechodzeniu z przemysłu kapitałochłonnego do nowoczesnych gałęzi gospodarki wymagających dużego zaangażowania nauki i wysoko wykwalifikowanej kadry pracowników. Buzek sam będąc profesorem nauk technicznych podkreślił dobrze rozwinięte
zaplecze naukowo – badawcze Śląska.
Nowe centrum IBM należy do sieci strategicznych placówek IBM (ang. delivery centres), które skupiają się na
dostarczaniu specjalistycznych usług informatycznych,
takich jak zarządzanie systemami operacyjnymi serwerów, zapewnianie ochrony i bezpieczeństwa systemów,
świadczenie usług dla klientów końcowych, w tym utrzymania i monitorowania sprzętu IT oraz systemów oprogramowania.
– Inwestycja IBM to kropka nad "i" jeśli chodzi o rozwój
sektora nowoczesnych usług biznesowych w Katowicach
– mówił Piotr Uszok, prezydent Katowic. - Aktualnie w
tym sektorze w aglomeracji katowickiej pracuje 12 000
osób, a do końca 2014 r. będzie to 15 000. Bardzo zależało nam, aby IBM, światowy gigant informatyczny, zain-
westował w Katowicach. Działania tej cenionej na świecie, innowacyjnej organizacji są uważnie obserwowane
przez inne firmy. Liczymy, że za przykładem IBM pójdą
kolejni.
IBM współpracuje z lokalnymi instytucjami edukacyjnymi
na Górnym Śląsku nad wspieraniem rozwoju talentów i
umiejętności zawodowych studentów. Wspólnie z Politechniką Śląską, Uniwersytetem Śląskim, Uniwersytetem
Ekonomicznym i Górnośląską Wyższą Szkołą Handlową
IBM uruchomił program praktyk studenckich, które
umożliwiły studentom zdobywanie doświadczenia w
obszarze najbardziej zaawansowanych problemów informatycznych. Firma IBM będzie rozszerzać współpracę ze
śląskimi uczelniami, wspierając studentów w realizacji
ich projektów rozwojowych oraz umożliwiając im dostęp
do najbardziej innowacyjnych technologii.
Przez ścisłą współpracę z lokalnymi szkołami wyższymi
chcemy pokazać studentom, że IBM to firma, z którą
można związać swoją karierę zawodową – mówi Stef
Stangret, Dyrektor Centrum Dostarczania Usług IBM w
Polsce. – Przygotowanie merytoryczne zarówno specjalistów i wysoko doświadczonych ekspertów IT, jak i absolwentów studiów informatycznych oceniamy bardzo wysoko. Co ważne, kandydaci do pracy często posługują się
kilkoma językami, co ma niebagatelne znaczenie dla takich ośrodków jak nasze centrum.
Nowa siedziba w Katowicach posiada siedem kondygnacji. Dwie najniższe to zaplecze szkoleniowe dla pracowników, na kolejnych kondygnacjach w otwartych salach
pracuje po 180 osób na piętrze. Często godziny pracy
wyznacza sobie pracownik. Na każdym piętrze znajdują
się pokoje ciszy, do rozmów z klientami, gdy wymaga
tego poufność tematu. W budynku znajdują się także
pomieszczenia dla matek z dziećmi wymagających karmienia oraz pokoje socjalne. Obok przeszklonego biurowca znajduje się kilkupoziomowy parking dla pracowników firmy. W firmie język angielski nie jest uznawany
za język obcy, wszyscy muszą posługiwać się nim biegle.
Atutem jest także znajomość innych języków. Firma woli
przeszkolić pracowników wielojęzycznych z zakresu IT
niż odwrotnie. Dlatego szansę na pracę mają nie tylko
informatycy.
fot. Tomasz Rowiński
IBM działa w Polsce od ponad 20 lat. Obecnie firma posiada w Polsce szereg specjalistycznych ośrodków obsługujących klientów na całym świecie, takich jak: Centrum
Dostarczania Usług i Operacyjne Centrum Bezpieczeństwa we Wrocławiu, Laboratorium Oprogramowania i
Centrum Usług Finansowo-Księgowych w Krakowie oraz
Centrum Kompetencyjno - Wdrożeniowe w Gdańsku. W
ubiegłym roku w ramach programu ekspansji terytorialnej firma otworzyła również regionalne oddziały handlowe w Katowicach, Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu i
Gdańsku.
puls splendoru
P
Nowe trendy w rolnictwie
H Progress-Chem, wschodniopolski lider sektora rolniczego i duńska firma Bredal podpisały
umowę o współpracy. Firma, której prezesem
jest Jan Świć, zajmuje się kompleksową obsługą
sektora rolniczego. Teraz została oficjalnym przedstawicielem oraz importerem produktów firmy Bredal, w tym
między innymi rozsiewaczy zawieszanych przeznaczonych
do technologii rolnej i komunalnej.
Podpisanie tej umowy jest konsekwencją
realizacji nowej strategii firmy ProgressChem zakładającej m.in. wzbogacanie
oferty handlowej o technologię siewu i
nawożenia precyzyjnego oraz maszyny
komunalne. PH Progress-Chem przyjęło
na początku roku nową strategię rozwoju
kładącą duży nacisk na modyfikację i poszerzanie oferty zarówno wśród nawozów i nasion, jak i w asortymencie maszyn (szczególnie tych wykorzystujących
technologię siewu precyzyjnego), gdyż
jest to segment najbardziej rozwijający
się i rokujący dobrą sprzedaż.
Firma Bredal jest cenionym europejskim
Jan Świć
producentem rozsiewaczy do wapna i
nawozów oraz zimowego sprzętu do rozsypywania piasku i soli. Posiada dwie własne fabryki odpowiadające za cały proces projektowania i budowania
maszyn, co gwarantuje wysoką jakość, precyzję wykonania i niezawodność. Firma powstała w 1949 roku, jej maszyny są eksportowane zarówno do krajów UE jak i do
Australii, Nowej Zelandii i RPA.
- Przywiązujemy bardzo dużą wagę do umowy z firmą
Bredal – mówi Jan Świć, właściciel PH Progress-Chem. -
Wybór producenta w gamie rozsiewaczy nawozów został
poprzedzony dokładną analizą zarówno oczekiwań kooperujących z nami producentów rolnych jak i oferty potencjalnego partnera. Firma Bredal z powodzeniem dostarcza maszyny rolnicze od ponad 50 lat łącząc nowoczesną i sprawdzoną technologię z tradycjami firmy rodzinnej. Produkty są cenione na całym świecie i mają bardzo
dobrą opinię wśród użytkowników, dlatego
postanowiliśmy rozpocząć wspólną drogę
na rynku polskim. Jestem przekonany, że
nasze doświadczenie w dostarczaniu rolnikom najlepszych rozwiązań w połączeniu z
wysoką jakością produktów przyczynią się
zarówno do sukcesu biznesowego jak i
polepszenia jakości pracy naszych klientów.
Progress-Chem to polska firma zajmująca
się od 20 lat sprzedażą maszyn, nawozów,
środków ochrony roślin, pasz dla zwierząt,
artykułów ogrodniczych oraz materiału
siewnego zbóż, kukurydzy, rzepaku i ziemniaków. Firma prowadzi również skup i
obrót płodami rolnymi. Jako ekspert rynku, prowadzi również profesjonalne doradztwo strategiczne oraz akcje szkoleniowo - dydaktyczne, które pozwalają klientom i partnerom
wzbogacić swoją dotychczasową wiedzę oraz poznać nowe trendy w rolnictwie. W ciągu dwudziestu lat działalności firmie udało się dołączyć do grona liderów branży. Progress-Chem współpracuje z renomowanymi firmami z
Polski, Europy oraz Stanów Zjednoczonych. Firma zatrudnia 63 osoby w zeszłym roku odnotowała obrót ponad
125 mln zł.
Zmiana w zarządzie Tikkurila Polska
A
Polska ma bardzo duże znaczenie dla grupy, jest jednym z ważniejszych rynków Tikkurili –
mówi Aleksander Truszczyński. -Tym większe znaczenie dla naszej firmy ma fakt, że po raz pierwszy od kilkunastu lat na jej
czele staje manager z Polski. Jest to wyraz zaufania właścicieli dla lokalnej kadry zarządzającej i wszystkich pracowników.
Nowy prezes zapowiada, że dążył będzie do umacniania pozycji mimo mocnej konkurencji i niełatwej sytuacji branży. - Nie
przewidujemy rewolucji - dodaje Aleksander Truszczyński. - Będziemy kontynuować dotychczasową politykę i sposób zarządzania służące realizacji strategii. Na pewno będziemy nadal dążyć do systematycznego podnoszenia standardów obsługi
sprzedażowej i posprzedażowej naszych klientów oraz edukować konsumentów na temat znaczenia jakości przy wyborze
farb.
Str. 14
fot. archiwum
Aleksander Truszczyński
leksander Truszczyński, dotychczasowy Dyrektor Finansowy i Wiceprezes
Zarządu Spółki 12 lutego 2014 r. objął funkcję Prezesa Zarządu i Dyrektora Zarządzającego Tikkurila Polska S.A. Zastąpił na stanowisku Ilariego
Hyyrynena, który od tej pory zarządzał będzie Business Unit Russia.
Aleksander Truszczyński jest absolwentem Uniwersytetu Szczecińskiego (Wydział
Ekonomiczny), na którym studiował w latach 1987-1992. Ukończył również Podyplomowe Studia Podatkowe w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie (1996) oraz
studia MBA w Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu (współpracującej z Helsinki
School of Economics).
Animacja promuje
przedsiębiorczość
społeczną
fot. archiwum
Atrakcje regionów
na targach
W
Chorzowie odbyła się druga edycja Targów
Atrakcje Regionów. Targi to przede wszystkim promocja i upowszechnianie wiedzy na
temat rozwoju turystyki, w tym agroturystyki
oraz promocja tradycyjnych produktów lokalnych i regionalnych.
Podczas targów można było wymienić doświadczenia pomiędzy podmiotami w zakresie rozwoju turystyki wiejskiej oraz
promocji produktu tradycyjnego i lokalnego. Dodatkowo
promocja wysokiej jakości żywności regionalnej zachęca konsumentów odwiedzających targi do spożywania produktów
żywnościowych wysokiej jakości produkowanych w Polsce.
Targi wspierają turystykę regionalną, aktywizują przedstawicieli pięknych regionów Polski do promocji. Uczestnicy targów przywiązują duża wagę do tego, aby stale podnosić jakość ofert i uzupełniać je o ciekawe dla turysty miejscowe
atrakcje takie jak parki tematyczne, skanseny, parki rozrywki,
obiekty architektury o znaczeniu turystycznym lub rozrywkowym, centra sportowe oraz o miejsca z aktywnym wypoczynkiem (trasy rowerowe, linaparki itp.). Starają się o to by ich
oferta była jak najbardziej konkurencyjna w stosunku do
innych regionów, z czego korzysta zarówno turysta jak i cały
powiat.
Targi w 2013 r. odwiedziło blisko 40 tysięcy gości. Kolejne
edycje również odbywać się będą w samym sercu Śląska, w
hali wystawowej „Kapelusz” na terenie Parku Śląskiego
(WPKiW w Chorzowie), w sąsiedztwie Wesołego Miasteczka i
ZOO. W tym samym miejscu i czasie na terenie Parku odbywać się będzie znana na całą Polskę Wystawa Kwiatów i
Ogrodów - wydarzenie o 50-letniej tradycji.
A
nimowany film promuje ogólnopolską kampanię poświęconą przedsiębiorczości społecznej,
zorganizowaną przez Fundację Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych (FISE). Spot, który można zobaczyć w mediach społecznościowych, przedstawia
działalność firm łączących biznes i ważne cele społeczne.
Internetowy spot pod hasłem „Dobry Biznes” to kolejny
element ogólnopolskiej kampanii promującej przedsiębiorczość społeczną, organizowanej przez Fundację Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. Film ma charakter
edukacyjny, a jego podstawowy cel to zaprezentowanie
w prostej, przystępnej formie idei ekonomii społecznej.
Oglądający mogą dowiedzieć się na czym polega funkcjonowanie przedsiębiorstw społecznych, co odróżnia je
od tradycyjnych firm i dlaczego warto wspierać ich działalność. Spot w formie blisko minutowej animacji można
obejrzeć na popularnych portalach.
- Nasz spot adresujemy do osób prywatnych, jak również
firm i przedstawicieli administracji publicznej, które do
tej pory nie miały styczności z zagadnieniem ekonomii
społecznej - tłumaczy Julia Koczanowicz-Chondzyńska z
Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. - Chcemy
budować świadomość tego, że w rzeczywistości rynkowej istnieją podmioty realizujące ważną misję społeczną,
których działalność i rozwój może wspierać każdy z nas.
Kluczowym elementem kampanii, w tym również spotu
edukacyjnego, jest popularyzacja strony internetowej,
która stanowi bogatą, stale rozwijaną bazę najlepszych
przedsiębiorstw społecznych w Polsce. Znajdujące się w
niej firmy prezentują różne branże, ale wszystkie łączy
wysoka jakość produktów i usług oraz fakt, że nie skupiają się na maksymalizacji zysku. Celem ich działalności
jest przede wszystkim dokonanie pozytywnej zmiany
społecznej.
Misją fundacji jest systemowe działanie na rzecz wzrostu
zatrudnienia. Ważnym elementem jej działań jest ekonomia społeczna jako skuteczne narzędzie aktywizacji zawodowej. FISE skupia się na problematyce rynku pracy,
zatrudnienia i redukcji bezrobocia. Zrealizowała dotychczas ponad 150 projektów w tych obszarach oraz wydała
kilkadziesiąt publikacji. Animuje dyskusje w środowisku
organizacji pozarządowych oraz administracji publicznej,
organizuje szkolenia, targi i konferencje.
W targach uczestniczyć będą samorządy, hotele, pensjonaty,
gospodarstwa agroturystyczne o regionalnym charakterze,
restauracje i producenci produktów spożywczych związanych z kuchnią charakterystyczną dla poszczególnych regionów, muzea, parki tematyczne, skanseny, parki rozrywki,
obiekty architektury o znaczeniu turystycznym lub rozrywkowym.
Str. 15
puls splendoru
Produkują opony już 75 lat
F
irma Oponiarska Dębica S.A. złożyła 4 kwietnia
lepszy. Unowocześniał się i eksportował. Jednak dopiero
hołd twórcom Centralnego Okręgu Przemysło-
transformacja lat 90. XX wieku stworzyła mu prawdziwą
wego oraz Fabryki Gum Jezdnych w Dębicy,
szansę, którą wykorzystał w pełni. W 1996 roku The Go-
dzięki którym polski producent opon jest obec-
odyear Tire & Rubber Company nabył większościowy
nie jednym z największych i najnowocześniejszych zakła-
pakiet akcji Dębicy, za który zapłacił ponad 132 mln zł,
dów na świecie. Podczas rocznicowych uroczystości od-
czyli 55 mln dolarów i zobowiązał się do zainwestowania
słonięto przed siedzibą spółki pomnik z tablicą.
w polską firmę 100 mln dolarów w ciągu 10 lat. W ciągu
pierwszych trzech lat – do końca 1998 roku, Goodyear
Fabrykę Gum Jezdnych otwarto 4 kwietnia 1939 roku w
zainwestował w Dębicy 73 mln dolarów, a do końca 2005
Dębicy. – Nie na długo, bowiem wybuchła wojna, zaś w
roku nie obiecane 100 mln, ale aż 170 mln dolarów.
jej trakcie rozkradziono nowoczesne jak na ówczesne
czasy linie produkcyjne, zaś w budynku znajdował się
- Firma Oponiarska Dębica S.A. to dziś jeden z najwięk-
tylko warsztat samochodowy – mówił Jacek Dymitrowski,
szych zakładów tego typu na świecie – powiedział Jacek
historyk, dyrektor Muzeum Regionalnego w Dębicy. – Po
Pryczek, ówczesny prezes Zarządu Firmy Oponiarskiej
wojnie odbudowano zakład.
Dębica S.A. - W barwach Goodyeara to trzeci, a w Europie pierwszy. Daje zatrudnienie niemal 3 tysiącom osób.
W okresie Centralnego Okręgu Przemysłowego nikt nie
Co roku do budżetu odprowadza miliony złotych podat-
przypuszczał, że na nieużytkach rolnych wyrośnie jedna
ków, przynosi zysk i jest jednym z największych polskich
z największych potęg oponiarskich na świecie i zarazem
eksporterów. To tutaj produkowane są najnowocześniej-
jeden z najnowocześniejszych zakładów produkcyjnych
sze opony HP i UHP marek Goodyear, Dunlop, Fulda,
koncernu Goodyear. Zakład przetrwał plan sześcioletni,
Sava i Dębica, które wysyłamy na cały świat.
„małą stabilizację”, czasy Edwarda Gierka, stan wojenny i
trudne lata 80. Przez cały czas produkował i był coraz
W minionych 20 latach Firma Oponiarska Dębica S.A. i jej
strategiczny partner, koncern Goodyear, zainwestowały
w Dębicy setki milionów złotych. Ostatnia inwestycja,
którą właśnie ukończono, została wdrożona w ramach
Specjalnej Strefy Ekonomicznej Euro-Park Mielec, a jej
koszt wyniósł około 205 mln złotych. Dzięki niej Firma
Oponiarska Dębica S.A. spełnia wymogi techniczne i
prawne, określone w dyrektywie Unii Europejskiej w zakresie etykietowania opon. W ten sposób spółka utrzymuje konkurencyjną pozycję w stosunku do innych producentów opon w Polsce i na świecie. Co więcej, inwestycje pozwoliły rozszerzyć produkcję opon o najwyższych
parametrach technicznych High Performance i Ultra High Performance, przeznaczonych do samochodów osobowych osiągających wysokie prędkości oraz opon ograniczających zużycie paliwa i emisję hałasu. W Dębicy wytwarzane są opony o jednych z najwyższych parametrów
określonych przez Unię Europejską – m.in. Goodyear
EfficientGrip Performance, czy Dunlop Sport BluResponse z kategoriami BA na etykiecie, ale także opony prze-
fot. archiwum
znaczone na oryginalne wyposażenie dla takich marek
aut, jak: Ford, Opel, Peugeot, Renault, czy Volkswagen.
fot. archiwum
Jacek Pryczek, obecnie szef Goodyear na Europę, Grażyna Hanclewska, wiceminister gospodarki oraz Krzysztof Król z Kancelarii Prezydenta RP
- Wciąż inwestujemy, ale także wspomagamy społecz-
czają poza powszechnie obowiązujące trendy muzyczne,
ność lokalną i pomagamy potrzebującym – mówił Jacek
oferując wszystkim fanom muzyki nowe obszary doznań.
Pryczek. - Jesteśmy innowacyjni i proekologiczni. Nasza
W tym roku zagrają Brodka, Kaliber 44, Dawid Podsiadło,
spółka zdobywa nagrody i wyróżnienia, m.in. zajmuje
Kamp!, Bokka, Fismoll, Stara Rzeka i Rebeka.
wysoką pozycję w rankingu polskich marek dziennika
„Rzeczpospolita”, jest wśród najszybciej rosnących spół-
Obecni na uroczystości Grażyna Henclewska, wicemini-
ek giełdowych magazynu Forbes, czy wśród najlepszych
ster gospodarki oraz Krzysztof Król z Kancelarii Prezy-
pracodawców Top Employers.
denta podkreślali wysoką pozycję Firmy Oponiarskiej
oraz znaczenie dla gospodarki Polski. Podobnie wypo-
Dzięki tym sukcesom biznesowym, Firma Oponiarska
wiadali się przedstawiciele władz województwa, wicewo-
Dębica S.A. może regularnie wspierać lokalną społecz-
jewoda Alicja Wosik i Władysław Ortyl, marszałek Pod-
ność Dębicy, samorząd, instytucje charytatywne czy or-
karpacia.
ganizacje działające na rzecz chorych, niepełnosprawnych i poszkodowanych przez los. W ostatnich latach na
W 1939 roku wytwarzano 350 kompletów ogumienia na
pomoc dla chorych, niepełnosprawnych i zagrożonych
dobę. - Obecnie produkujemy 45 tysięcy opon do samo-
wykluczeniem,
dofinansowania,
chodów osobowych dziennie, czyli jesteśmy w stanie
wsparcie dla zdolnych uczniów, darowizny dla szkół,
dostarczyć 8 tysięcy kompletów do samochodu na dobę
straży pożarnej, pogotowia oraz policji, przeznaczyła
– mówi Stanisław Cieszkowski, były dyrektor do spraw
ponad 4 mln zł. Firma Oponiarska Dębica S.A. to również
produkcji i członek zarządu spółki, a obecnie prezes Fir-
inicjator wielkiego przedsięwzięcia kulturalnego. Już po
my Oponiarskiej Dębica S.A. – To 120 różnych rodzajów
raz trzeci w ostatnią sobotę sierpnia 2014 roku, odbę-
opon. Poza tym produkujemy około 1700 sztuk opon
dzie się w Dębicy GoodFest, festiwal młodej muzyki alter-
dziennie do samochodów ciężarowych oraz od 1600 do
natywnej i elektronicznej. Wystąpią artyści, którzy wykra-
1700 opon do ciągników rolniczych.
akcje
charytatywne,
Str. 17
puls splendoru
fot. archiwum
Dbają o pracowników
P
o raz kolejny Firma Oponiarska Dębica S.A.,
względem polityki personalnej i stosowanych praktyk. W
Goodyear Dunlop Tires Polska Sp. z o.o. i Go-
każdej organizacji zostały ocenione świadczenia podsta-
odyear EEMEA Financial Services Center Sp. z
wowe, świadczenia dodatkowe i warunki pracy, szkole-
o.o., czyli Centrum Usług Finansowych działa-
nia i rozwój, rozwój kariery zawodowej oraz zarządzanie
jące w Dębicy, które obsługuje ponad 27 krajów europej-
kulturą organizacyjną.
skich, otrzymały certyfikat Top Employers Polska, przyznawany co roku przez międzynarodowy Top Employers
- Sukces ten ma kilka wymiarów – powiedział Jacek Pry-
Institute tym firmom, które prowadzą najlepszą politykę
czek, ówczesny Prezes Zarządu Firmy Oponiarskiej Dębi-
personalną.
ca S.A. oraz Goodyear Dunlop Tires Polska Sp. z o.o. Pierwszy dowodzi, że zewnętrzne organizacje oceniające
Top Employers Institute poddał badaniu przedsiębior-
pracodawców postrzegają Grupę Goodyear Polska jako
stwa w krajach europejskich, w tym także w Polsce, pod
wyjątkowe miejsce do rozwoju, wyróżniające się na ryn-
Str. 18
ku dobrymi praktykami HR. Po drugie ten sukces wspie-
inwestowała w szkolenia doskonalące umiejętności i
ra wizerunek Grupy Goodyear jako atrakcyjnego praco-
kompetencje pracowników. Przykładem tego jest projekt
dawcy i ułatwia budowanie dla przyszłych pracowników
„Goodyear - dobre lata na rozwój”, który znalazł się na
wiarygodnej oferty opartej na wartościach, postawach
liście beneficjentów programu PARP. Objął on swoim
przywódczych i możliwościach rozwoju. Trzeci wymiar –
zakresem kilkadziesiąt sesji szkoleniowych dla kadry
najważniejszy – dotyczy obecnych pracowników. Podej-
zarządzającej, specjalistów i pracowników produkcyj-
mujemy konkretne działania, aby ich aktywnie angażo-
nych, w tym szkolenia tradycyjne, e-learningowe, warsz-
wać, rozwijać i dawać im poczucie realnego wpływu na
taty i gry symulacyjne. Ponadto firma gwarantuje pra-
biznes. Tytuł Top Employer może być powodem do du-
cownikom bezpłatne kursy językowe, a także dofinanso-
my dla naszych pracowników, dzięki którym budujemy
wanie nauki w szkołach wyższych. Niezależnie od szko-
sieć naturalnych ambasadorów – ambasadorów Grupy
leń zewnętrznych, konsekwentnie rozwija kulturę dziele-
Goodyear Polska.
nia się wiedzą, doświadczeniami i dobrymi praktykami,
Swoim pracownikom Grupa Goodyear Polska (GGP) ofe-
czego przykładem może być budowana obecnie sieć
ruje stabilność zatrudnienia, uatrakcyjniany stale pakiet
ekspertów i trenerów wewnętrznych. Działania GGP są
świadczeń, realne możliwości rozwoju w kraju i zagrani-
wiarygodne i inspirują pracowników do odważnego dzia-
cą, dba również o harmonię pomiędzy życiem prywat-
łania, poszukiwania i proponowania innowacyjnych roz-
nym i zawodowym. Ważnym elementem EVP (ang. Em-
wiązań, angażowania się we wszystkie sprawy organiza-
ployee Value Proposition) GGP jest kultura organizacyjna
cji tak, jakby to była ich własna firma.
oparta na wspólnych wartościach, postawach przywódczych i innowacyjnym sposobie działania. Ta wyjątkowa
- Dążymy do tego, aby każdy zatrudniony identyfikował
atmosfera współpracy wpływa na chęć dzielenia się wie-
się z celami firmy i jej misją, co w rezultacie zwiększa
dzą, a wspólnym mianownikiem w relacjach pomiędzy
zaangażowanie pracownika, uwalnia jego potencjał i
pracownikami jest wzajemny szacunek.
sprawia, że niemożliwe staje się możliwe - powiedziała
Angelika Ryfińska, Dyrektor ds. personalnych Firmy Opo-
Grupa Goodyear Polska osiąga wybitne wyniki bizneso-
niarskiej Dębica S.A. i Goodyear Dunlop Tires Polska Sp.
we, będąc liderem rynkowym. W organizacji szczególną
z o.o. - Zarząd wspiera przejmowanie na siebie odpo-
uwagę przywiązuje się nie tylko do tego, co pracownicy
wiedzialności przez pracowników, podejmowanie przez
wypracowują, ale również, w jaki sposób osiągają wyzna-
nich wyważonego ryzyka oraz kwestionowanie status
czone cele. Wynik jest wypadkową stale rozwijanych
quo. Takie zachowania budują przyszłych liderów, ludzi
kompetencji biznesowych, ale przede wszystkim pożąda-
odważnych, innowacyjnych i nie poddających się, kiedy
nych w organizacji postaw takich jak: odwaga, umiejęt-
napotykają trudności w prowadzeniu biznesu.
ność budowania zespołów i talentów, efektywna komunikacja, zdolność rozwiązywania problemów i osiągania
Top Employers Institute opracował metodologię Top
ponadprzeciętnych wyników.
Employers, dzięki której wyróżnia liderów w dziedzinie
HRM, przywództwa i strategii. Fundacja Corporate Rese-
Wiele działań inicjowanych przez HR ma na celu wspiera-
arch Foundation (CRF) powstała 1991 r. jako wspólna
nie postaw przywódczych i inspirowanie każdego pra-
inicjatywa środowiska naukowego, dziennikarzy bizneso-
cownika do przejmowania odpowiedzialności zarówno
wych, stowarzyszeń handlowych, badaczy oraz między-
za rozwój swój, jak i całej organizacji. Najlepszym przy-
narodowych wydawców, w celu pokazania najlepszych
kładem tego jest cykl warsztatów dotyczących przywódz-
praktyk z dziedziny zarządzania HR. Siedziba główna
twa. Wyjątkowe w tym projekcie jest to, że cały program
Instytutu CRF znajduje się w Holandii.
powstał i został zrealizowany przez przedstawicieli działu
personalnego we współpracy z Zarządem. Podczas
- Optymalne warunki pracy zapewniają pracownikom
warsztatów pracownicy GGP stworzyli „Good Ru-
możliwość rozwoju osobistego i zawodowego - powie-
les” („Dobre Zasady”), tj. prosto sformułowane zasady
działa Magdalena Kusik, Country Manager Top Employ-
efektywnie działającego zespołu oparte na wartościach i
ers Institute. - Z naszego kompleksowego badania wyni-
postawach przywódczych.
ka, że Grupa Goodyear Polska tworzy wyjątkowe środo-
Dzięki konsekwentnej komunikacji i angażowaniu pra-
wisko pracy i zapewnia szeroką gamę inicjatyw, obejmu-
cowników do dialogu o „Dobrych Zasadach”, GGP może
jących nie tylko świadczenia dodatkowe i warunki pracy,
zachować swoją przewagę konkurencyjną na rynku. Do-
ale także dobrze przemyślany system zarządzania wyni-
datkowo, za sprawą pozyskania wsparcia z EFS, GGP
kami, spójny z kulturą organizacyjną firmy.
Str. 19
splendor w gospodarce
Tworzenie światowych firm i p
Z bloga wzięte
produktów
C
zęsto powtarzam, że w rozwoju biznesu trafiamy na
dwie bariery. Pierwszą jest umiejętność delegowania
zajęć. Jest to trudne jednak niezbędne do wzrostu firmy.
Drugą jest umiejętności nauczania innych osób, aby potrafiły delegować zajęcia, gdyż w miarę rozwoju struktury niemożliwym jest, aby samemu delegować pracę. Myślę, że właśnie
uświadomiłem sobie kolejną wielką barierę w rozwoju biznesu,
którą jest wyjście poza wzór kulturowy.
W 2013 roku spędziłem lekko ponad 6 miesięcy podróżując po
świecie. Było to następstwem rady, którą otrzymałem nie wprost
od Tada Witkowicza. Kilka lat temu gdy był na naszym seminarium został zapytany o to jak stworzyć produkt, który miałby
szansę sprzedać się na całym świecie. Tad odpowiedział wtedy, że
trzeba dużo podróżować, aby poznać różne kultury i sposoby
myślenia. Polacy są dość zamkniętym społeczeństwem. Mało obcokrajowców przeprowadza się tutaj aby mieszkać na stałe. To
sprawia, że jesteśmy dość ograniczeni jeżeli chodzi o znajomość
obcych kultur. Jesteśmy strasznie polonocentryczni. Tymczasem
świat do wielu rzeczy podchodzi zupełnie inaczej. Po zajęciach, a
dokładnie po obejrzeniu nagrań z zajęć postanowiłem wydać
trochę pieniędzy i w ciągu roku odwiedzić przynajmniej na miesiąc każdy kontynent.
Podróże takie dają do myślenia. Przykładowo w Azji dziewczyny zamiast się opalać, kupują kremy wybielające. Ich mania wybielania jest posunięta do tego stopnia, że ich sypialniach trudno
spotkać białą pościel. Większość z nich ma czarną lub bardzo
ciemną. W białej wyglądałyby na bardziej opalone, a na tle ciemnych czują się bielsze. Mało tego. Aby kupić biały samochód trzeba dopłacić, tak jak u nas dopłaca się do metalicznego koloru.
W Afryce z drugiej strony ludzie myślą, że mieszkają sami analfabeci. Jeden człowiek troszcząc się o los niepiśmiennych ludzi,
wziął dotację i stworzył projekt telefonu gdzie nie ma cyfr tylko
jakieś misie, rybki czy inne symbole. Nie wiem do czego to komu
potrzebne, ale jako człowiek płacący podatki niechcący dołożyłem się do tego projektu. Tymczasem edukacja w afryce często
jest na bardzo wysokim poziomie. Dzieci w szkole podstawowej
często potrafią w pamięci, przy pomocy rąk, mnożyć trzy, a nawet
czterocyfrowe liczby. Brak kalkulatorków wymusza inne metody
radzenia sobie z liczeniem. Potrafią liczyć, dużo się uczą, tylko nie
potrafią tych rzeczy wykorzystać w praktyce.
Drobnych różnic jest mnóstwo i bez poznania ich na pewnym
poziomie niemożliwym jest stworzenie światowej firmy. Raz,
gdyż produkt będzie dla innych ludzi nieatrakcyjny, a dwa, nie
będziemy potrafili zarządzać oddziałem zbudowanym z samych
Azjatów, Afrykanów czy Amerykanów.
Nawet nie trzeba szukać tak daleko aby dać przykład. Nie jest
tajemnicą, że ASBIRO w Polsce promuje się jako swojego rodzaju
kontestacja urzędniczej rzeczywistości. My w Polsce nie tworzymy Uczelni Wyższej, ale coś alternatywnego, lepszego. W Polsce
to, co jest przeciwko Państwu ma o wiele lepszą prasę, zwłaszcza
wśród naszej grupy docelowej. W Anglii jest zupełnie odwrotnie.
Tam Państwo nie jest takie wrogie. Gdybym budował tam marketing w oparciu o “walkę z układem” niechybnie poniósłbym klęskę. Polska jednak ma wielką tradycję walki z Państwem w przeciwieństwie do UK, która musi się jeszcze wiele nauczyć.
Ciekawym przykładem różnicy w sposobie myślenia jest zawsze pojawiające się pytanie czy coś tam można wrzucić w koszty
w Anglii czy nie. Nasz księgowy na tak postawione pytanie zaw-
Str. 21
sze odpowiada “jeżeli kwota jest mała to można, a jeżeli
dużo to nie”. Na taką odpowiedź człowiek wychowany w
Polsce doszukuje się konkretnej granicy. Polski system ma
wiele granic. Tymczasem w systemie anglosaskim sprawa
wygląda inaczej. Tam, w oparciu o zdrowy rozsądek sami
decydujemy co to jest mała kwota. Zupełnie inny schemat
myślenia.
W ASBIRO mamy Kurs Podstawowy dla najmniej doświadczonych, Kurs Rozszerzony czyli studia licencjackie
oraz Kurs Zaawansowany przeznaczony dla najbardziej
wymagających ludzi. Te kursy były zaplanowane od samego
początku. Od czasu, gdy jakieś 6 lat temu powstawał biznesplan alternatywnej uczelni. Bóg sprawił, że Uczelnia rozrosła się na tyle, że zaczęliśmy się kopiować w innych krajach.
W Anglii idzie bardzo dobrze. Zambia rozwija się perfekcyjnie, zaczynamy coś tam organizować w Tajlandii, a Holandia
się ślimaczy, ale też coś tam się dzieje. Mam okazję na własne oczy obserwować jak trudno produkt dobrze sprawdzający się w Polsce wdrożyć w innych krajach. Po rozmowach
z dziesiątkami ludzi odkryłem, że nie jest to tylko mój problem. Dlatego tez kilka miesięcy temu rozpocząłem pracę
nad kursem jakiego jeszcze nigdy nie było. Może to być totalna klapa, albo super produkt, który otworzy ASBIRO na
świat. Chciałbym się was spytać o to, czy jest sens w takie
coś się pchać. Na przygotowanie Kursu Podstawowego wydałem kilka tysięcy złotych. Przygotowanie studiów ASBIRO
kosztowało kilkanaście tysięcy, a naszego programu MBA
kilkadziesiąt. Nowy kurs o którym myślę wymagałby zainwestowania 150-250 tys. zł jeszcze zanim zacząłbym rekrutować pierwszych studentów. Ale do rzeczy.
Wyobraźcie sobie trzyletnie studia podyplomowe MBA. W
każdym roku organizowanych by było 5 trzydniowych zjazdów. Innowacją byłoby to, że każdy zjazd zorganizowany by
był w innym kraju. Jeden dzień spędzilibyśmy na zwiedzaniu miejsca gdzie jedziemy, a dwa następne dni w sali szkoleniowej. Wykładowcami byliby lokalni przedsiębiorcy,
księgowy, doradcy podatkowi. Wykładowcy oczywiście
mówiliby o tym, jak zarządzać firmą, ale również o tym jak
wygląda system podatkowo-gospodarczy w danym kraju.
Coś na wzór naszych wyjazdów do UK z których skorzystało już prawie 300 osób. O tym jak wygląda system w Anglii
czy Niemczech to mniej więcej wiemy. Ale jak sprawa wygląda w Armenii, Albanii, Słowenii czy Portugalii to już nie
bardzo. Myślę, że temat byłby ciekawy. Oczywiście ze
względu na koszty w grę wchodziłyby kraje głównie europejskie. Jednak raz każdego roku wyjechalibyśmy gdzieś
dalej. Do Ameryki, Afryki i Azji. Uczestnicząc w szkoleniu
moglibyśmy poznać wielu przedsiębiorców z innych krajów, zdobyć wiedzę jak zorganizowany jest dany kraj oraz
trochę pozwiedzać. Mało tego. Rekrutacja na ten kurs przebiegałaby nie tylko w Polsce, ale w całej europie. Oczywiście
pierwsze grupy byłyby zdominowane przez Polaków mieszkających w całej europie, jednak z biegiem czasu i rozwoju
ASBIRO dołączałyby osoby innych narodowości. Dzięki czemu widząc się regularnie co 2-3 miesiące na zjeździe z
przedsiębiorcami rożnych narodowości, pijąc piwo czy co
kto lubi można spojrzeć na swój biznes z rożnej perspektywy. Ile rozwiązań moglibyśmy podpatrzeć, które gdzieś
istnieją, a nie ma ich w Polsce. Koszt takiego kursu spokojnie zamknąłby się w 6-7 tys. rocznie. Razem z biletami lotniczymi, hotelami, wynajęciem sali i kilkoma piwami dziennie.
Str. 22
Realizacja tego przedsięwzięcia wymagałaby znalezienia
w każdym kraju kogoś na miejscu, kto byłby w stanie pomóc ogarnąć to wszystko. Hotele, sale, dojazdy oraz lokalnych wykładowców, a więc przedsiębiorców/księgo-wych/
doradców mówiących płyn-nie po angielsku, którzy zgodziliby podzielić się swoim doświadczeniem. W wielu krajach
takich ludzi już mam. W innych trzeba będzie znaleźć. Może
ktoś z czytelników tego bloga czuje się na sile pomóc stworzyć taki jeden weekend w swoim kraju, lub nawet może
wystąpić w roli wykładowcy, gdyż prowadzi za granicą od
kilku lat własną firmę. Ukryty plan by był taki, że gdyby
udało się zaangażować 15 osób, w 15 krajach do zorganizowania dla nas jednego weekendu to ktoś z tych osób zapewne złapałby bakcyla i spróbował skopiować ASBIRO w pełni
u siebie. Wszak jest to sprawdzony model edukacyjny. Wystarczy trochę dostosować do lokalnych warunków i można
działać.
To chyba wszystkie najważniejsze informacje. Jak nigdy
nie prosiłem was o komentarze tak na tym mi naprawdę
zależy. Stoję przed trudną decyzją zainwestowania pieniędzy, dzięki którym mógłbym żyć spokojnie, na dobrym poziomie z całą rodziną przez 20 lat na ciepłej wyspie w Tajlandii. O ile zawsze podchodziłem do biznesu bezpiecznie,
tak teraz myślę o możliwości wzięcia na siebie ryzyka stworzenia z ASBIRO dużej światowej firmy. Ktoś przecież te
wszystkie światowe organizacje jak BNI, Toastmasters,
Brian Tracy International czy Instytut Misesa zakładał. Dlaczego chociaż jedna nie miałaby ewoluować z Polski? Taktyka wejścia do innych krajów przez taki Kurs Międzynarodowy jest ryzykowna, ale wydaje się sensowna. Dlatego też,
jeżeli przeczytałeś artykuł i prowadzisz firmę to liczę na
kilka zdań opinii o tym pomyśle. Jeżeli firmy nie masz, prosiłbym o niezabieranie głosu.
Kamil Cebulski
[email protected]
Kamil Cebulski
Jako nastolatek był właścicielem firmy ESC Poland
(firma komputerowa), kilkunastu sklepów i serwisów internetowych. Prowadzi uniwersytet działający w kilku krajach, buduje szkoły w Afryce.
bankowość i finanse
Przez tablet
do konta
Rośnie liczba klientów przekonujących się do usług nowoczesnej bankowości. Już 14 proc. internautów, którzy wzięli udział w drugiej edycji badania „Bankowość i
finanse po polsku” deklaruje, że loguje się do swojego
banku za pośrednictwem smartfona lub tabletu. Nieznacznie zmalała liczba osób posiadających jakiekolwiek produkty oszczędnościowe, natomiast pożyczając
pieniądze najchętniej udajemy się do rodziny lub zaciągamy pożyczki-chwilówki.
Organizatorzy plebiscytu „Złoty Bankier 2013”, Bankier.pl i
PayU SA, po raz drugi zbadali preferencje internautów dotyczące zarządzania finansami osobistymi oraz ich stosunek do produktów i usług bankowych. Ankietowani zapytani o narzędzia bankowości internetowej i mobilnej, z których korzystają wymieniali najczęściej natychmiastowe
przelewy internetowe (43 proc.). Zadeklarowało tak 41
proc. badanych internautek oraz 38 proc. internautów. Statystyczny użytkownik tej usługi – zarówno mężczyzna, jak i
kobieta - to przedstawiciel grupy wiekowej 25-34 lata. Na
drugim miejscu wymieniane były płatności mobilne (7
proc.). Tylko 1 proc. badanych wskazał na przelewy przez
Facebooka.
Str. 23
– Szybki postęp technologiczny powoduje,
że na rynku pojawiają się nowi użytkownicy – wyposażeni w smartfony i tablety mówi Wojciech Czajkowski, dyrektor zarządzający PayU Polska. - Jest więc nieuniknione, że urządzenia mobilne będą
coraz bardziej wpływać na kształt modeli
biznesowych w obszarze zarówno bankowości, jak i płatności internetowych. Z
każdym rokiem płatności mobilne będą
zyskiwały na popularności, pod warunkiem jednak, że będą proste i wygodne
dla użytkowników.
Jedna trzecia badanych korzystających z
m-bankingu to mieszkańcy miast o populacji powyżej 500 tys. W tej grupie jest
niemal dwukrotnie więcej mężczyzn niż
kobiet. Nadal najpopularniejszym kanałem dostępu do banku jest serwis internetowy. Z e-bankowości korzysta aż 87
procent badanych internautów. Ze względu na zróżnicowaną dostępność oddziałów stacjonarnych, ta forma zarządzania
finansami szczególnie upowszechnia się
na wsi i w małych miastach, gdzie mieszka niemal połowa (46 proc.) internautów
korzystających z bankowości za pośrednictwem serwisu www.
W
poprzedniej
edycji
badania
„Bankowość i finanse po polsku” 36 procent ankietowanych deklarowało, że nie
oszczędza pieniędzy za pomocą produktów bankowych. W tym roku odsetek ten
wzrósł do 42 procent. Najpopularniejszym bankowym instrumentem oszczędnościowym jest konto oszczędnościowe
(korzysta z niego 40 proc. badanych internautów). Poza tym badani chętnie decydują się również na lokatę terminową (21
proc.) lub fundusz inwestycyjny (10 proc).
– Niskie stopy procentowe zachęcają do
poszukiwania różnych opcji lokowania i
inwestowania pieniędzy – mówi Bogusław
Półtorak, redaktor naczelny Bankier.pl. Osoby aktywnie poszukujące informacji o
finansach w Internecie mają większe
szanse na wyższe stopy zwrotu. Ciekawostką ostatnich miesięcy jest powrót
inwestorów na rynek nieruchomości, a
także powrót do lokowania pieniędzy w
obligacje skarbowe. Banki oferują
swoim klientom również szeroki wachlarz produktów kredytowych, jednak ponad 40 procent respondentów deklaruje, że w ogóle nie poży-
Str. 24
bankowość i finanse
cza pieniędzy. Wśród najpopularniejszych rozwiązań pożyczkowych znalazły się: karta kredytowa i kredyt gotówkowy (22 proc.), a dalej zakupy ratalne, z których korzysta 20 proc. ankietowanych.
Z badania wynika, że internauci chętnie sięgają również po mniej standardowe źródła pożyczek: co dziesiąta osoba
pożycza pieniądze od rodziny i znajomych, zaś 3 proc. korzysta z tzw. pożyczki-chwilówki. Niemal co dziesiąty respondent spłaca także kredyt hipoteczny bądź kredyt odnawialny na koncie.
Wybierając idealny bank, internauci zwracają uwagę przede wszystkim na brak opłat za korzystanie z rachunku
bankowego (61 proc. wskazań). Ważnym czynnikiem jest także dobra opinia o banku (39 proc.) oraz bezprowizyjne
wypłaty z bankomatów (38 proc.). Wśród źródeł pozyskiwania informacji na temat produktów bankowych ankietowani najczęściej wskazywali na serwisy www banków (43 proc. wszystkich wskazań) oraz porównanie ofert podczas
wizyty w oddziałach (36 proc.).
Ponad połowa ankietowanych (52 proc.) posiada jedno konto bankowe, zaś co czwarty (26 proc.) dwa rachunki.
Tylko 10 proc. ankietowanych przyznało, że nie posiada konta w banku.
Str. 25
splendor w gospodarce
Przedsiębiorcy
walczą
z przepisami
W
gacące się kraje świata nie chciały
zagranicznych inwestycji, ponieważ
utrudniają one powstanie krajowych firm. Pod tym stwierdzeniem
spokojnie podpisuje się Janusz
Urbanik, który jeszcze niedawno w
Polsce zatrudniał kilkaset osób.
Teraz może liczyć głównie na kontrakty w innych krajach, bo w Polsce działa coraz mniej firm bez
udziału koncernów zagranicznych.
I te firmy zatrudniają podwykonawców ze swojego kraju.
- W Norwegii, gdzie prowadzę
działalność, w pierwszej kolejności
proponuje się zlecenie miejscowym firmom – mówi Janusz Urbanik, właściciel firmy „Ventor”. –
Dopiero gdy miejscowi nie podejmą się zlecenia dopuszcza się obce
firmy.
W Polsce polityka była prosta,
fot. archiwum
edług
milionera
Kamila Cebulskiego
Polska nie sprzyja
przedsiębiorczości.
Sam sprzedał firmę i się wyprowadził do Wielkiej Brytanii. Podejście
urzędników i ZUS i niszczy ten kraj i
powoduje, że już 2 miliony ludzi wyjechało i wyjeżdżać będzie jeszcze
więcej. Janusz Urbanik, właściciel
firmy Ventor, uważa, że państwo jest
coraz słabsze, bo jest w nim coraz
mniej polskich firm. A będzie ich
mniej, bo urzędnicy i przepisy powodują, że muszą szukać innych rynków, wycofując się stopniowo z Polski. Także Ryszard Florek, właściciel
nowosądeckiej firmy Fakro, uważa,
że Polska sprzyja firmom zagranicznym, zaś coraz mniej dba się o własnych przedsiębiorców.
Florek uważa, że najszybciej bo-
wyprzedawano wszystko za niewielkie pieniądze dużym koncernom. Nadal prowadzony jest ten
kierunek, tym bardziej, że politycy
nie ułatwiają pracy. Urbanik chciałby, by jego firma jak kiedyś prowadziła także szeroką działalność w
Polsce, jednak na zlecenia może
liczyć przede wszystkim w innych
krajach, głównie w Norwegii. Tylko
patriotyzm każe mu trzymać firmę
na Podkarpaciu i zatrudniać do
pracy zagranicą młodych ludzi z
Polski, bo musi im płacić tyle samo
co Norwegom. W przypadku kilku
kontraktów realizowanych jednocześnie zatrudnia ich około tysiąca.
Ventor to jedna z wiodących spółek na rynku budownictwa przemysłowego, działa od ponad 20 lat
działa na rynkach polskim i norweskim jednocześnie.
Z polskimi przepisami i urzędnikami nie chciał tracić czasu blisko
30 – letni Kamil Cebulski. Już jako
16-latek założył firmę, która w ciągu roku zaczęła przynosić zyski. Był
właścicielem firmy komputerowej
ESC Poland, kilkunastu sklepów i
serwisów internetowych. Sprzedał
firmę i wyprowadził się z Polski.
Obecnie prowadzi uniwersytet
działający w kilku krajach, poza
tym pomaga Polakom otwierać
firmy zagranicami i buduje szkoły
w Afryce. Uważa, że Polska jest
krajem, gdzie niebezpiecznie jest
cokolwiek posiadać. Podaje przykład mieszkańca Białogardu, który
za uschnięte drzewo na działce
dostał dwa miliony kary. Według
Ryszard Florek, właściciel firmy Fakro
Str. 26
Cebulskiego powodów, dla których
urzędnicy mogą zabrać cały majątek jest bardzo wiele. Doświadczył
tego także Janusz Urbanik, który
walczy o zwrot pieniędzy od kilku
lat. – Niemal od każdego słyszę, że
w sporze mam rację, ale nic się nie
da zrobić – mówi przedsiębiorca.
Kilka lat temu prezes Janusz
Urbanik dostał w Norwegii zwrot
norweskiego podatku. Tamtejszy
fiskus poinformował go, że nie
musiał w latach 2005–2006 płacić
podwójnego podatku w obu krajach. Zwrócił kwotę o równowartości ok. 10 mln złotych. Urbanik od
razu przelał te pieniądze na konto
podkarpackiej skarbówki, bo uznał,
że patriotycznie będzie płacić podatki w Polsce. – Urzędnicy wyliczyli, że od kwoty, którą wpłaciłem,
muszę jeszcze odprowadzić dodatkowo 2,5 mln złotych karnych odsetek za opóźnienie, chociaż podatek płaciłem regularnie, tyle, że w
Norwegii – mówi Urbanik. - Wcale
nie musiałem wpłacać pierwotnych
10 mln w Polsce i nadal płacić podatków jednocześnie w Norwegii.
To skandal, bo w tamtym kraju za
podobny gest podatnika władze
byłyby wdzięczne, a nie ścigały go
karnymi odsetkami. Spór o podatek i ściągnięte już z konta Ventoru
odsetki karne toczy się od kilku lat.
Niestety podkarpacka skarbówka
uważana jest za jedną z najbardziej nadgorliwych, dlatego większość firm przenosi swoją działalność, a tym samym płaci podatki
na Śląsku lub w Warszawie. Władzom województwa wyraźnie nie
zależy na tym by zatrzymać przedsiębiorców, za to utrzymują kolegów z układu.
- W ogóle politycy w tym kraju
zajmują się tematyka gender lub
innymi pobocznymi tematami, zamiast zająć się tym co jest naprawdę istotne – uważa Janusz Urbanik.
– Powinni zająć się poprawą przepisów prawnych, by dbać o przedsiębiorców. Dzisiaj widzimy słabość naszego państwa, choćby
poprzez konflikty międzynarodowe. Liczą się tylko państwa silne
gospodarcze. Jeżeli politycy nie
zadbają o rozwój przedsiębiorczo-
Str. 27
splendor w gospodarce
Polsce powinno się zadbać o dobro
rodzimych firm.
- Kraj jeżeli będzie miał silne firmy,
własną dobrą gospodarkę wówczas
będzie się liczył na arenie międzynarodowej – mówi Urbanik. – By Polska miała silną pozycję w Europie,
musi mieć silną gospodarkę.
Ryszard Florek, właściciel nowosądeckiej firmy „Fakro”, również
uważa, że firmy zagraniczne mają
wiele łatwiej na polskim rynku.
- Jeżeli będzie tak jak do tej pory,
to oznacza w praktyce koniec rozwoju gospodarczego Polski – mówi
Florek. - Wszystko, co mogliśmy
osiągnąć prostym wykorzystaniem
rezerw czy przyciągnięciem zagranicznych inwestorów, to już osiągnęliśmy. Dalszy rozwój może być
właściwie tylko symboliczny.
Florek za to opowiada, jak polskie firmy traktowane są na zachodzie. – W Niemczech nasi przedsta-
fot. Tomasz Rowiński
ści i nie pomogą polskim firmom
wkrótce będziemy tylko najemnikami w swoim kraju.
Urbanik zwraca uwagę, że rynek
się zawęża i dużych firm z polskim
kapitałem jest coraz mniej. – Trudno
mówić na ten temat, by nie być posądzonym o stronniczość, ale chcielibyśmy mieć we własnym kraju równe prawa w stosunku do firm zagranicznych, nie mówiąc już o przywilejach – mówi właściciel Ventoru. – W
Norwegii tylko uzupełnia się rynek
firmami zagranicznymi. Powinniśmy
uczyć się patriotyzmu od innych
krajów. W dobie kryzysu kraje troszczą się o własną gospodarkę i własnych obywateli.
Urbanik zwraca uwagę, że w wielu
krajach europejskich mimo różnic
politycznych liderzy wszystkich frakcji działają w interesie dobra społecznego i mają podobne podejście
w sprawach gospodarczych. Także w
wiciele muszą jeździć niemieckimi
samochodami, zarejestrowanymi
w tym kraju, inaczej mają dużo
mniejsze szanse na pomyślne załatwienie kontraktu – mówi właściciel firmy „Fakro”. – We Francji wymuszają wręcz na nas obsługę finansową we francuskim banku i
francuską firmę kurierską. To dbanie o interes kraju.
Fakro to drugi producent okien
dachowych na świecie z 15 procentowym udziałem w rynku. Florek
założył fundację "Pomyśl o przyszłości", wydał broszurę pod tytułem „Dlaczego zarabiamy w Polsce
cztery razy mniej niż w bogatej
Zachodniej Europie”.
Z przepisami i urzędnikami walczą także właściciele innych firm.
Blisko dwustu z nich zrzeszyło się
w Komitecie Obrony Wędlin Wędzonych Tradycyjnie. Głównie to
firmy stosujące tradycyjne metody
wędzenia wędlin z województw
małopolskiego, podkarpackiego i
świętokrzyskiego. Chodzi o zmniejszenie przez Unię Europejską
norm dopuszczalnych substancji
smolistych jakie tworzą się podczas wędzenia. Przepisy, przyjęte
dwa lata temu, wchodzą we wrześniu, zaś przedsiębiorcy twierdzą,
że dowiedzieli się o nich dopiero
niedawno. I zamiast szukać rozwiązania, by mniejsze firmy, które
mają ukierunkowaną produkcję
nie zniknęły z rynku i zwolniły tysięcy ludzi, politycy i urzędnicy
zaatakowali przedsiębiorców.
Stanisław Jarosz, właściciel firmy
Taurus z Pilzna nie może uwierzyć
w słowa wypowiadane przez polityków zarówno rządu, jak i wojewódzkiego szczebla. Szczególnie
rozzłościły go słowa byłego ministra rolnictwa Stanisława Kalemby,
że będzie uczył przedsiębiorców
jak wędzić metodami tradycyjnymi,
by nie przekraczać dopuszczalnego
poziomu substancji smolistych w
produkcji wędlin.
– Firmy, które na co dzień konkurują nagle działają razem – mówi
Waldemar Kluska, dyrektor firmy
Taurus. – Zawiązał się Komitet
Obrony Produktów Wędzonych
Tradycyjnymi Metodami. To kilka
Janusz Urbanik, włściciel firmy Ventor
Str. 28
fot. archiwum
Stanisław Jarosz, właściciel firmy „Taurus”
tysięcy miejsc pracy. Mamy nadzieję, że komuś powinno zależeć na
ich utrzymaniu. W innych krajach
problem przepisów szybko rozwiązano. Wypowiedzi niektórych polskich polityków w tej sprawie szkoda komentować. Będziemy się starali wydłużyć okres przejściowy i
doprowadzić do wprowadzenia
odstępstwa dla produktów tradycyjnych.
Stanisław Jarosz prezentuje półki
uginające się pod statuetkami otrzymanymi za wyroby tradycyjne, także
te z godłem „Teraz Polska”. – To co
teraz się okazuje, że nasze wyroby
są trujące? – pyta sam siebie. – Ileż
tej kiełbasy wędzonej czy szynki musiałby ten człowiek zjeść, by mu zaszkodziło.
Jarosz mówi, że w ten sposób wędzili nasi ojcowie i dziadkowie. Dlatego wędliny tradycyjne są takie
smaczne. - A teraz każą nam surowe
kiełbasy sprzedawać, bo takie produkują Włosi, Niemcy i Hiszpanie mówi. - W ten sposób doprowadzi
się do tego, że na wsiach ludzie będą
bili i wędzili własnym sposobem, a
ponieważ będzie zakazane, to nikt
nie zgłosi mięsa do badania. I to
wtedy będzie bardziej szkodliwe.
Fryderyk Kapinos, szef marketingu
przyznaje, że firma „Taurus” wędząc
takimi metodami jak dotychczas
będzie przekraczała nowe normy.
Niewiele, ale jednak. – Niestety nie
będzie się to firmom kalkulowało, by
w ogóle w ten sposób wędzić. Koszty
badań i kary są tak wysokie, że lepiej
w ogóle byłoby dla firm rezygnować
z tej metody wędzenia – mówi. – No
ale większe stężenie tych substancji
jest w kakao czy szprotach. Tylko, że
inne kraje zadbały o swoich producentów i wystąpili o odstępstwa dla
wyrobów tradycyjnych.
Przedsiębiorcy zaczęli szybko działać, zwracając się do władz kolejnych
szczebli. - Bez inicjatywy ze strony
polskich władz Komisja Europejska
nie podejmie żadnych działań w celu
pomocy polskim przedsiębiorcom –
mówi Tomasz Poręba, europoseł,
który zaangażował się w sprawę.
Przedsiębiorcy zapowiadają walkę
do upadłego o możliwość stosowania tradycyjnych metod wędzarni-
czych. Podkreślają, że wdrożenie
rozporządzenia będzie się dla nich
wiązało nie tylko ze zmianą technologii produkcji, ale także z gigantycznymi nakładami finansowymi, których wiele zakładów nie będzie w
stanie ponieść.
- W tej chwili adresatem działań
podejmowanych w celu obrony tradycyjnego sposobu wędzenia jest
nie Komisja Europejska, ale polski
rząd – powiedział Poręba.
Autorzy apelu wzywają polski rząd
do jak najszybszego zwrócenia się
do Komisji Europejskiej. Uważają, że
bierność może przynieść fatalne
skutki w postaci upadku dziesiątek
firm i wielotysięcznych zwolnień w
branży mięsnej.
Przedsiębiorcy uważają, że niestety ale w centralnych urzędach stawia
się na znajomości po linii partyjnej a
nie fachowość.
Ryszard Florka chciałby, by jego
książkę politycy, szczególnie posłowie przeczytali minimum dwa razy.
Tomasz Rowiński
Str. 29
splendor w gospodarce
Europa
musi
patrzeć
także
na Wschód
fot. archiwum
Rozmowa z Tomaszem Porębą, posłem PiS do Parlamentu Europejskiego
Panie Pośle obserwował Pan w Kijowie protesty
Ukraińców sprzeciwiających się prorosyjskiemu kierunkowi jaki obrały władze kraju. Ostatnie wydarzenia spowodowały, że cały świat zwrócił uwagę na naszych sąsiadów. Sytuacja zmienia się dynamicznie.
Mam jednak nadzieję, że kiedy ukaże się nasza rozmowa na Ukrainie wygasną już starcia zbrojne. Jak Unia
Europejska może pomóc Ukraińcom?
Wykorzystując bierność Europy, Janukowycz doprowadził do rozlewu krwi. Reakcja Unii Europejskiej w tej sprawie nastąpiła zdecydowanie za późno. W tej chwili najważniejszym zadaniem jest zapewnienie integracji terytorialnej Ukrainy i zapobieżenie zastosowaniu siły zbrojnej.
Brak reakcji Rosji na dotychczasowe apele społeczności
międzynarodowej reprezentowanej przez takie organizacje jak ONZ, NATO czy UE jasno pokazuje potrzebę podjęcia dużo dalej idących działań. Dziś niezbędne wydaje się
wprowadzenie ostrych sankcji wobec Federacji Rosyjskiej
w sferze ekonomicznej, politycznej oraz symbolicznej. UE
jest dziś głównym partnerem handlowym Rosji i to właśnie wprowadzenie przez Wspólnotę ograniczeń w tym
zakresie byłoby dla Władimira Putina najbardziej dotkliwe.
Trzeba zauważyć, że UE to główny odbiorca surowców UE
i w ten sposób pośrednio finansuje modernizację rosyjskiej armii, która staje się najważniejszym narzędziem
polityki zagranicznej Kremla.
Był Pan świadkiem wydarzeń w najbardziej gorącym
okresie na Majdanie. W mentalności wielu Polaków
Ukraina wydaje się nam lekko zacofana i zaniedbana,
ale po pomarańczowej rewolucji wydawało się, że już
prawa człowieka są tam respektowane. Jakie są szanse na ustabilizowanie polityczne u naszych sąsiadów ?
Wraz z przedłużaniem się protestów szanse na pokojowe ustabilizowanie sytuacji malały coraz bardziej. Dopiero
liczba ofiar i determinacja protestujących skłoniły Unię
Europejską do konkretnych działań, które pozwoliły zatrzymać przemoc. Jednak to odwaga i wytrwałość Ukraińców, a nie spóźniona interwencja europejskich polityków
doprowadziły do realnej zmiany sytuacji. Dziś niezwykle
ważne jest uniknięcie konfliktu zbrojnego - widać, że nowe
ukraińskie władze wyciągnęły wnioski z sytuacji w Gruzji i
nie dają się sprowokować Putinowi, który wyraźnie zmierza do dezintegracji Ukrainy. Należy podkreślić, że konflikt
na Krymie jest swego rodzaju testem, za pomocą którego
Putin sprawdza, jak daleko może się posunąć. Jeżeli uznamy, że Rosja może ingerować w wewnętrzną politykę
państw, w których mieszka mniejszość rosyjska, to Rosja
już niebawem może podjąć podobne działania wobec np.
państw bałtyckich: Litwy, Łotwy czy Estonii. Niestety bieg
wydarzeń pokazuje jasno, że dziś, aby powstrzymać działania Rosji, które destabilizują sytuację w Europie, zagrażając także naszemu bezpieczeństwu potrzebne są szybkie,
realne decyzje. Brak działań dla tego typu postępowania
spowoduje dalsze, negatywne i trudne do przewidzenia
konsekwencje.
Towarzyszył Pan również podczas tych wydarzeń
Jarosławowi Kaczyńskiemu, który jako pierwszy z polskich polityków udał z wizytą udzielając wsparcia
Ukraińcom. Czym były te spotkania, jak również późniejsze wizyty polskich polityków dla liderów ukraińskiej opozycji?
Poparcie unijnych polityków dla demokratycznych przemian na Ukrainie jest bardzo ważne dla tamtejszej opozycji. Podczas spotkań z przedstawicielami Batkiwszczyny
nowego premiera Arsenija Jaceniuka i UDAR-u Witalija
Kliczki usłyszeliśmy podziękowania za wsparcie i prośbę o
to, by zachodni politycy przybywali na Euromajdan. Należy
pamiętać, że protesty na Ukrainie rozpoczęły się po niepodpisaniu przez Janukowycza umowy stowarzyszeniowej
z Unią Europejską. Ludzie, głównie młodzi, czują się oszukani, bo prezydent Janukowycz zabił marzenia milionów
Ukraińców o zintegrowanej z Europą, wolnej, demokratycznej Ukrainie. Ci ludzie nie ustąpili i nie ustąpią. Ważne,
by wiedzieli, że Europa z nich nie zrezygnowała. Istotne
było także spotkanie z córką więzionej wówczas Julii Tymoszenko, Jewhieniją. Był to wyraźny sygnał zarówno dla
opozycji jak i dla obozu rządzącego, że nie ma przyzwolenia na represjonowanie przeciwników politycznych i ewidentne łamanie praw człowieka. Dziś, w świetle dramatycznych wydarzeń na Krymie i wschodzie Ukrainy, wizyty
zagranicznych polityków są istotnym sygnałem poparcia
dla przemian zachodzących na Ukrainie. Należy jednak
podkreślić, że obecnie kierunkiem obieranym przez najważniejszych światowych polityków powinien być nie Kijów, ale Moskwa, gdyż to tam znajduje się faktyczne źródło napięcia.
Unia Europejska kilka miesięcy temu przyjęła budżet. Jakie są jego główne założenia ?
W październiku 2013 r. Parlament Europejski przyjął
nowe zasady dla polityki spójności na lata 2014-2020, na
którą Unia Europejska dla wszystkich państw przeznaczy
325 mld euro, czyli 34 procent całego budżetu. Fundusze
strukturalne i inwestycyjne Unii Europejskiej służą przede
wszystkim wyrównywaniu poziomu życia mieszkańców
poszczególnych regionów i wspieraniu wzrostu gospodarczego. W latach 2014-2020 jedna trzecia unijnego budżetu przeznaczona będzie na tworzenie miejsc pracy,
zwalczanie bezrobocia wśród osób młodych, wspieranie
małych i średnich przedsiębiorstw, zwalczanie skutków
zmian klimatu, innowacje i transport przyjazny środowisku. Po prawie dwóch latach pracy przygotowano nową
reformę, która z jednej strony ma uprościć korzystnie z
funduszy europejskiej, z drugiej strony jednak stawia be-
Str. 31
neficjentom nie tylko wysokie wymagania, ale narzuca też
szereg ograniczeń wynikających z tzw. koncentracji tematycznej, których należy przestrzegać inwestując europejskie pieniądze. Uruchomienie funduszy uzależnione również będzie od spełnienia szeregu warunków ex-ante, które mają zapewnić realizację postawionych celów. Nowa
polityka spójności jest o wiele bardziej rygorystyczna niż
do tej pory.
W nowym okresie programowania punkt ciężkości
wyraźnie przesunięty jest z finansowania infrastruktury w kierunku finasowania badań i rozwoju, wspierania gospodarki niskoemisyjnej czy odnawialnych
źródeł energii.
W nowej perspektywie finansowej obniżony został poziom tzw. cappingu (z 3,8 proc. na 2,35 proc), czyli maksymalnego pułapu, jaki może osiągnąć alokacja dla państwa
członkowskiego. Według tej stawki wyliczona została nowa koperta dla Polski (72,7 mld euro), która według wcześniejszych zasad prawdopodobnie mogłaby być większa.
Co więcej, ramach powyższej kwoty zostały wyodrębnione
obligatoryjne transfery np. do instrumentu „Łącząc Europę, czy na Europejski Fundusz Pomocy Najbardziej Potrzebującym a także na pomoc techniczną z inicjatywy Komisji
w wysokości 0,35 proc. alokacji i na działania innowacyjne
z inicjatywy Komisji Europejskiej w dziedzinie zrównoważonego rozwoju obszarów miejskich. Wszystkie te progra-
my, zarządzane bezpośrednio przez Komisję Europejską,
pomniejszają dostępną alokację dla Polski o około 4,6 mld
euro, co oznacza, że polskich regionów i miast w ramach
Umowy Partnerstwa trafi tylko 68 mld euro. Od tej kwoty
odliczyć należy oczywiście wkład własny Polski, czyli składkę do budżetu Unii Europejskiej, szacowaną dzisiaj na ok.
3 mld euro rocznie co w skali 7 lat trwania perspektywy
finansowej da kwotę 21 mld euro. To tyle, jeśli chodzi o
kwoty w nowym budżecie UE.
Na co przeznaczymy te pieniądze?
Jeśli natomiast mówimy o nowych zasadach wydatkowania pieniędzy to przede wszystkim nie udało się wykreślić
najbardziej kontrowersyjnej zasady nowej polityki spójności, czyli tzw. warunkowości makroekonomicznej, forsowanej przez państwa będące płatnikami netto, czyli np.
Niemcy i Francję. Zasada ta umożliwia Komisji Europejskiej zawieszanie funduszy unijnych państwom, które nie
przestrzegają dyscypliny finansowej. W drodze negocjacji
udało się ją jedynie nieznacznie osłabić, co oznacza, że
Komisja Europejska podejmując decyzję o zawieszeniu
funduszy dla jakiegoś kraju będzie musiała o tym poinformować i wyjaśnić powody komisji Parlamentu Europejskiego ds. rozwoju regionalnego. Trudniej będzie też zawieszać fundusze krajom, które mają wysokie bezrobocie i
zmagają się z kryzysem przynajmniej przez dwa lata.
fot. archiwum
Z czym się to wiąże ?
Zawieszanie płatności czy nawet odebranie części funduszy będzie również możliwe, jeżeli w 2019 r. Komisja
Europejska stwierdzi, że Polska nie przestrzega stopnia
realizacji wyznaczonych wcześniej celów rozwojowych.
Utrzymano również tzw. system korekt finansowych netto, czyli corocznego weryfikowania stanu finansowania
projektów i odbierania krajowi pieniędzy, jeśli w inwestycji
znaleziono błędy. Parlamentowi nie udało się wykreślić
korekt netto z rozporządzenia a jedynie ograniczyć je do
danego wydatku. Nowe zasady to również nowe utrudnienia w wykorzystywaniu funduszy. Wspomniana już wyżej
koncentracja funduszy na narzuconych celach tematycznych i związane z tym pułapy finansowe ograniczają regionom inwestycje w pozostałych obszarach, co oznacza np.
mniej możliwości finansowania infrastruktury sportowej,
turystyki czy dróg lokalnych. Na takie przedsięwzięcia pozostanie już bardzo mało pieniędzy. Będzie można finansować mniejsze projekty w dziedzinie rekreacji i sportu,
jednak pod warunkiem, że przeciwdziałają one wykluczeniu społecznemu. Radykalnie został też obniżony poziom
zaliczek z 7-10 procent do 1,5 proc.
Udało się jednak wynegocjować także postulaty
ważne dla Polski ?
- W porozumieniu wynegocjowanym między Parlamentem Europejskim, Komisją i Radą udało się jednak
uwzględnić szereg postulatów ważnych dla Polski. Przede
wszystkim utrzymany został dotychczasowy poziom
współfinansowania inwestycji z pieniędzy unijnych – 85
proc. wartości inwestycji. Początkowo Komisja Europejska
proponowała obniżenie tego progu do 70 proc. Utrzymana została też kwalifikowalność podatku VAT, co oznacza
dalszą możliwość jego refundowania. Ponadto, wśród
priorytetów inwestycyjnych Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego znalazły się inwestycje w dystrybucję,
magazynowanie i przesył energii, zarówno elektrycznej,
jak i gazu a także możliwość finansowania rozwoju i remontów systemu kolejowego. Co najmniej 5 proc. EFRR
przeznaczone ma być na zrównoważony rozwój obszarów
miejskich. Wprowadzono również możliwość wspierania
efektywności energetycznej w sektorze publicznym i
mieszkaniowym (np. ocieplanie budynków).
To infrastruktura, a ludzie ?
Ważne jest również utworzenie nowego instrumentu na
rzecz walki z bezrobociem osób młodych w wieku od 15
do 24 lat, przeznaczonego dla regionów, w których bezrobocie przekracza 25 procent. Polska otrzyma 181 mln euro a pomoc trafi do 10 województw, w tym do Podkarpacia, które reprezentuję. Na wsparcie mogą też liczyć duże
przedsiębiorstwa, ale tylko w przypadku, gdy realizują
ważne dla społeczności lokalnej inwestycje. Polityka spójności nadal pozostaje najważniejszym narzędziem inwestycyjnym i motorem rozwoju gospodarczego i to nie
tylko w nowych państwach członkowskich.
Udało się Panu Posłowi doprowadzić do debaty na
temat Karpat. Co to oznacza? Skąd pomysł na promocję tego regionu?
Cieszę się, że po moich wieloletnich staraniach doszło
do pierwszej w historii Parlamentu Europejskiego debaty
na temat Karpat. Dotychczas PE zajmował się innymi regionami i opracowywał dla nich strategie. Mają je regiony
Dunaju, Bałtyku i Morza Śródziemnego. Mam nadzieję, że
przyszedł wreszcie czas na Karpaty, by także miały osobną
strategię rozwoju. Wierzę, że ta debata będzie sygnałem
dla Komisji Europejskiej i Rady do podjęcia działań nakierowanych na opracowanie strategii UE dla Karpat.
Z Pana Posła inicjatywy Parlamencie Europejskim 3
grudnia odbyła się konferencja dotycząca opracowania strategii makroregionalnej Unii Europejskiej dla
regionu Karpat. W wydarzeniu wzięli udział przedstawiciele ministerstw a także prezydencji litewskiej,
Komisji Europejskiej i Komitetu Regionów.
Karpaty to spójny obszar, który wymaga szczególnej
uwagi ze strony UE oraz skoordynowanego wsparcia w
ramach polityki europejskiej. Karpaty nie znajdowały się
dotąd w obszarze zainteresowań Parlamentu Europejskiego. Swoje strategie mają regiony Dunaju, Bałtyku i trwają
właśnie prace nad strategiami dla Morza Adriatyckiego
oraz Morza Jońskiego. Mam nadzieję, że przyjdzie wreszcie czas na Karpaty, by także miały osobną strategię rozwoju. Chciałbym również, by Podkarpacie było regionem
wiodącym we wszystkich działaniach służących rozwojowi
Karpat. Obejmują one najbiedniejsze tereny UE, które
borykają się z problemami porzucania ziemi, dużych migracji ludności w związku z brakiem perspektyw zawodowych w regionie, deforestacji, nadmiernego zanieczyszczenia środowiska, nadmiernej eksploatacji zasobów naturalnych, niedoborów infrastrukturalnych. Strategia Karpacka to wyjątkowa szansa na wyrównanie, wciąż kolosalnych, różnic rozwojowych między poszczególnymi regionami.
W konferencji wzięli udział przedstawiciele wszystkich państw karpackich reprezentujący zarówno ministerstwa jak i lokalne samorządy. O konieczności
współpracy karpackiej przekonywał również Vicente
Rodriguez Saez z departamentu ds. polityki regionalnej Komisji Europejskiej.
Saez mówił, że współpraca regionalna w Karpatach jest
bardzo ważna z punktu widzenia nowej współpracy w
polityce spójności. Wskazywał, że zarówno strategia dunajska jak i bałtycka przyniosły bardzo dobre rezultaty.
Zaznaczył, że powstanie strategii to przede wszystkim
potrzeba ogromnego zaangażowania politycznego ze
strony wszystkich państw, które chcą być jej uczestnikami.
Znaczenie strategii karpackiej podkreślała także Danuta
Str. 33
splendor w gospodarce
Hübner. Powiedziała, że istnieje ogromny kapitał współpracy, na którym można budować koncepcję rozwoju w
tym regionie, stąd też warto jest pokusić się o jeszcze
większe zacieśnienie współpracy o wspólną wizję, wspólną
strategię, ponieważ już przed kilkoma laty zdano sobie
sprawę z tego, że wspólne wyzwania to również wspólne
szanse. Profesor Ryszard Legutko wskazywał na ogromne
bogactwo historyczne obszaru Karpat, sięgające czasów I
Rzeczpospolitej i wielki kapitał ludzki tego regionu. Powiedział, że to jest wielka wartość, gdy spojrzymy na współczesną Europę, dlatego trzeba ją rozwijać i strzec przed
nadmierną inżynierią społeczną.
Kilka dni po konferencji w Brukseli spotkał się Pan w
Strasburgu z unijnym komisarzem ds. polityki regionalnej Johannesem Hahnem.
Podczas spotkania przekazałem na ręce komisarza Hahna deklarację w sprawie ustanowienia strategii makroregionalnej dla Karpat, która została przyjęta podczas grudniowej konferencji. Ustanowienie strategii karpackiej nie
będzie łatwe, ale jest możliwe. Konieczne są dalsze spotkania zarówno w Brukseli jak i w Polsce oraz innych krajach regionu, które pomogą wypracować mapę drogową
działań na jej rzecz. Komisja Europejska potrzebuje wyraźnego sygnału: strategia makroregionalna dla Karpat
jest potrzebna i oczekiwana w Europie ŚrodkowoWschodniej. Komisarz Hahn podkreślał przede wszystkim
konieczność zaangażowania ze strony państw członkowskich, zwłaszcza na szczeblu rządowym i samorządowym.
Bez tego szanse na ustanowienie strategii znacznie zmaleją. Dodał, że nie jest przeciwnikiem strategii karpackiej,
lecz podkreślił, iż jednym z warunków jej powstania jest
znalezienie wspólnych z istniejącą już strategią dunajską
obszarów, które wzajemnie się uzupełniając, wzmocnią
rozwój tej części Europy. Karpaty to region o strategicznym znaczeniu dla UE, stanowiący wschodnią granicę
wspólnoty.
- Czy jest szansa na wdrożenie programu, który
mógłby wypromować ten region? Jakie mogą być korzyści dla regionu z realizacji Strategii Karpackiej?
- Strategia makroregionalna to wielopoziomowa forma
współpracy prowadząca do koncentracji funduszy w danym regionie. Byłaby to szansa na dofinansowanie kluczowych projektów z punktu widzenia Podkarpacia, przede
wszystkim w zakresie infrastruktury transportowej. Istotną częścią wizji rozwoju Karpat powinna być Via Carpatia,
która byłaby swoistym kręgosłupem tej części naszego
kraju. Strategia umożliwiłaby także skuteczną walkę z wieloma problemami, z jakimi dziś boryka się nasz region,
m.in. bezrobociem, porzucaniem ziemi czy dużymi migracjami ludzkimi w związku z brakiem perspektyw zawodowych.
- Unia Europejska nie przyjęła do realizacji Via Carpatia. Co to oznacza dla Podkarpacia ? Czy jest szan-
Str. 34
sa na zmianę tej decyzji?
- Rozporządzenie TEN-T określa unijne priorytety transportowe do 2030 roku. Od wielu miesięcy apelowałem
do rządu o większe zaangażowanie w unijne negocjacje,
gdyż kolejna rewizja tego rozporządzenia nastąpi dopiero za 10 lat. Niestety, rząd wykazał się kompletną biernością zarówno na etapie negocjacji z Komisją Europejską
w 2010 roku jak i później, podczas rozmów w ramach
tzw. trilogu. W efekcie przyjęto rozporządzenie, które w
praktyce oznacza dalszą peryferyzację Polski Wschodniej. W najbliższych latach znów ominą nas trasy szybkiego ruchu i kolei. Najpoważniejszą inwestycją na ścianie
wschodniej będzie modernizacja korytarza kolejowo autostradowego przebiegającego przez Kraków, Rzeszów i Przemyśl.
- Czy trzeba będzie jednak budować te drogi za pieniądze z budżetu krajowego, by nie tracić czasu?
- Polski odcinek szlaku Via Carpatia - S19 - został wpisany przez nowe władze Sejmiku Województwa Podkarpackiego na listę przedsięwzięć strategicznych do negocjacji
kontraktu terytorialnego. Daje to nadzieję na budowę tej
drogi w ramach dofinansowania pochodzącego zarówno
ze funduszy budżetowych jak i z unijnego Funduszu
Spójności.
- Jak ocenia Pan sytuację blokady dotacji dla Podkarpacia?
- Wstrzymanie pieniędzy europejskich to był efekt afery
korupcyjnej w sejmiku wojewódzkim rządzonym jeszcze
do niedawna przez koalicję PO-PSL-SLD. Komisja Europejska, po informacjach prasowych o korupcji w Urzędzie Marszałkowskim, natychmiast - zresztą zgodnie z
procedurą - wstrzymała certyfikację pieniędzy dla naszego województwa. Od samego początku podjąłem w
Brukseli próbę ustalenia, jaka jest skala zagrożenia, jeśli
chodzi o możliwość utraty tych funduszy.
Co udało się zrobić już w tej sprawie, by odblokować te fundusze?
- Po ostatnim, kolejnym już zresztą spotkaniu z Patrickiem Amblardem, dyrektorem wydziału ds. Polski w Komisji Europejskiej, wyszliśmy z marszałkiem Ortylem i
przewodniczącym Buczakiem przekonani, że w ciągu
najbliższych tygodni dojdzie do odblokowania pieniędzy
dla Podkarpacia. I tak się stało. Unijne fundusze nie wrócą do Brukseli, ale zostaną na Podkarpaciu, gdzie wierzę,
że zostaną dobrze spożytkowane. Teraz należy je przekazać wszystkim beneficjentom tak, aby mogli jak najszybciej rozpocząć zaplanowane inwestycje. Komisja pozytywnie oceniła informacje przedstawione przez sejmik
województwa podkarpackiego, w tym także te dotyczące
wycofania dofinansowania unijnego dla podmiotów zamieszanych w aferę korupcyjną oraz usprawnień w zakresie selekcji projektów kwalifikowanych do otrzymania
dofinansowania z Unii Europejskiej. Urzędnicy
Komisji Europejskiej, z którymi prowadziliśmy
rozmowy, z uznaniem oceniają także podjęte
przez Urząd Marszałkowski kroki administracyjne mające na celu istotne zabezpieczenie i
usprawnienie dystrybucji pieniędzy w naszym
województwie. Oznacza, że 841 mln zł, które
były zablokowane na poziomie Komisji Europejskiej, mogły wpłynąć do Polski.
- Zaangażował się Pan także w pomoc producentów wędlin wędzonych metodą tradycyjną. Jak to się stało, że kolejne przepisy
wchodzą w życie a zainteresowani przecierają oczy ze zdumienia, bo nikt z nimi nie
rozmawiał na ten temat?
- Proponowane przez Komisję Europejską
normy dotyczące poziomu substancji smolistych w wędlinach zakładające, że ma być ich
nie więcej niż 2 mikrogramy na kg, są nie do
spełnienia dla wielu producentów, także z Podkarpacia. Mówiłem o tym podczas spotkania z
komisarzem UE ds. zdrowia i ochrony konsumentów Tonio Borgiem. Poinformowałem również, że konsekwencją tego rozporządzenia
może być upadek dziesiątek firm i wielotysięczne zwolnienia w tej branży mięsnej. Komisarz
Borg zapewnił, że Komisja Europejska jest gotowa wysłać do Polski specjalny zespół techniczny, który wskaże sposoby dostosowania się
do nowej dyrektywy bez konieczności zamykania zakładów i zwolnień pracowników. Warunkiem jest jednak inicjatywa polskiego rządu,
która musi zwrócić się w tej sprawie do KE.
Niestety, rząd Donalda Tuska w dalszym ciągu
wykazuje się w tej sprawie bezczynnością.
- Rząd stara się zrzucić winę na producentów wędlin. Jest szansa na zmianę przepisów?
- Jestem w stałym kontakcie z przedsiębiorcami z branży mięsnej, z którymi podejmuję kolejne działania na rzecz ochrony tradycyjnych
metod wędzarniczych, interweniując m.in. u
premiera Donalda Tuska i ministra rolnictwa. Z
apelem w obronie polskich zakładów wędliniarskich do szefa rządu wystąpił także ostatnio
prezes PiS Jarosław Kaczyński. Mam nadzieję,
że rząd w końcu potraktuje poważnie tę sprawę.
- Dziękuję
Tomasz Rowiński
fot. archiwum
Dziękuję za rozmowę.
fot. archiwum
splendor w gospodarce
Profesjonalizm
z Polski
V
entor to polska firma branży budownictwa przemysłowego, która podbiła rynek skandynawski.
Podbiła to jednak nie znaczy, że zdobywa kontrakty bez walki. Jak mówi Janusz Urbanik, prezes
zarządu spółki, Norwegowie w pierwszej kolejności wspierają swoje firmy, dopiero później angażują obcych i to w
pierwszej kolejności tych sprawdzonych, takich jak Ventor.
To dlatego, że chcą mieć gwarancje najwyższej jakości a
przy tym zapewnione zarówno bezpieczeństwo na budowie, jak również socjalne dla pracowników.
Ventor od początku działalności, czyli od 1992 roku ogromną wagę przywiązuje do polityki personalnej. Firma jest
laureatem programu Liderzy Społecznej Odpowiedzialności
– Dobra Firma oraz Dobry Pracodawca. To firma biznesu
społecznie odpowiedzialnego. Spółka poza licznymi szkoleniami dla pracowników, którzy maja okazję uczyć się za
darmo nie tylko angielskiego ale i norweskiego, od wielu lat
wspiera szkoły z Podkarpacia.
KAPITAŁEM SĄ PRACOWNICY
W Polsce temat odpowiedzialnego traktowania pracowników i tworzenia optymalnych miejsc pracy, jest wciąż
obszarem zaniedbanym. Są natomiast w kraju firmy, w
których można z powodzeniem dostrzec właściwe zarządzanie przedsiębiorstwem, dbałość o warunki pracy oraz
oferowaną pracownikom możliwość autentycznego rozwoju i kariery.
Str. 36
- Pracownicy to najcenniejszy kapitał każdej firmy – mówi
Janusz Urbanik, prezes firmy Ventor. – Pracownicy mają
znaczny wpływ na dynamikę rozwijających się przedsiębiorstw. Staramy się osobom zatrudnionym u nas zapewnić bezpieczeństwo i stabilność. Spokój ducha ma wpływ
na efekty pracy.
Janusz Urbanik podkreśla, że nagrody i tytuły
„Odpowiedzialny pracodawca roku”, zdobywane w ostatnich latach są o tyle prestiżowy, że lista laureatów jest
dość krótka. Laureaci to elita najlepszych pracodawców w
Polsce, w poszczególnych regionach i branżach. Oceniona
jest jakość zatrudnienia, dbałość o kapitał ludzki i sprawne
zarządzanie spółką.
W „Ventorze” docenia się wysoką jakość zatrudnienia, czyli
przestrzeganie prawa pracy, przepisów BHP, możliwości
podnoszenia kwalifikacji pracowników, system motywacyjny, reputację firmy i dynamikę zatrudnienia. Firma stanowi przykład na to, że właściwe zarządzanie przedsiębiorstwem oraz umiejętna dbałość o pracowników przekłada się na rzeczywisty sukces całej firmy.
Kontrahenci firmy cenią jakość pracy Polaków i renomę,
jaką „Ventor” posiada. To daje efekt kuli śniegowej. Firma
polecana jest kolejnym przedsiębiorcom. Jednak, by dojść
do takiej pozycji trzeba spełnić wiele rygorystycznych obowiązków. Przede wszystkim myśleć i pracować jak Norweg.
ZACZĘŁO SIĘ OD KOLANEK
Za sukces firmy odpowiada jej właściciel. Janusz Urbanik,
były zapaśnik, pracował w warsztacie wentylacyjnym w
Norwegii. Właściciel tego zakładu wymieniał park przemysłowy i zaproponował Urbanikowi ich zakup. Okazało
się, że ze zbytem towaru w Norwegii nie ma problemów,
więc dębiczanin rozpoczął produkcję elementów wentylacyjnych.
- Nadal posiadamy te maszyny, jeszcze je wykorzystujemy, chociaż posiadamy nowoczesny park technologiczny
- mówi Janusz Urbanik. – Przyznaje, że w ponad dwudziestoletniej działalności firmy niewątpliwie przełomem
było wprowadzenie systemu zarządzania jakością ISO.
Wprowadziło to w firmie duże zmiany organizacyjne i
zmiany w zarządzaniu. Na szczęście nie rozbudowaliśmy
struktur administracyjnych przez to jesteśmy sprawniejsi
od konkurencji. Poza tym cały czas ja i brat prowadzimy
bezpośredni nadzór. Wymieniamy się, jak brat jest w
Norwegii, wówczas ja najczęściej w Polsce i odwrotnie.
Na początku drogi biznesowej „Ventor” specjalizował się
głównie w instalacjach przemysłowych oraz systemach
wentylacyjnych. Kolejnymi branżami, które powiększyły
ofertę były izolacje przemysłowe, konstrukcje stalowe
oraz systemy rusztowań. Dzisiaj wachlarz usług obejmuje kompleksowe budownictwo przemysłowe. Spółka jest
jednym z najbardziej znaczących podmiotów tej branży
w Polsce. Posiada nowoczesny park maszynowy i systematycznie wdraża innowacyjne technologie. Ventor działa zarówno jako producent systemów wentylacyjnych i
klimatyzacyjnych, jak również jako wykonawca projektów
EPC (engineering, procurement, construction). Od samego początku terytorium działania, Ventor objął głównie
Skandynawię, dopiero potem działał na rynku krajowym.
Cenne doświadczenia uzyskane podczas projektów poza
granicami kraju pozwoliły na przeniesienie wiele nowatorskich rozwiązań w zakresie zarządzania oraz poprawy
bezpieczeństwa pracy.
Dalszymi krokami usprawniającymi działania firmy było
wprowadzenie standardów zarządzania zgodnych z normami ISO 9001:2008, oraz systemu zarządzania BHP
OHSAS, zgodnego z normą 18001. Ventor posiada w pełni wyposażone centrum szkoleniowo-weryfikacyjne,
gdzie stara się doskonalić umiejętności dotychczasowych
pracowników, jak również sprawdzać tych, którzy chcą
dołączyć do zespołu.
- Zatrudniając pracownika chcemy mieć pewność co do
jego zaangażowania, umiejętności oraz predyspozycji na
dane stanowisko – mówi Janusz Urbanik. - Prócz specjalnie opracowanych procedur, do dyspozycji są modele i
konstrukcje wykonane zgodnie z wymaganiami NORSOK,
a ich jakość była wielokrotnie sprawdzana przez naszych
norweskich kontrahentów.
Siedziba firmy obecnie mieści się w Warszawie, jednak
Zarząd najczęściej jest w dębickim oddziale. W listopadzie 2010 spółka podjęła decyzję o powołaniu norweskiego oddziału firmy w Stavanger. Od tego momentu
wszystkie projekty realizowane na terenie Norwegii są
obsługiwane poprzez nową spółkę Ventor Construction
AS, która jest w pełni zależna od rodzimej firmy Ventor
sp. z o.o.
WZAJEMNA FASCYNACJA
Norwegia, by rozwijać się gospodarczo musi stawiać na
fachowców z innych państw. Wśród rdzennych mieszkańców brakuje rąk do pracy, mimo, że bezrobocie jest
bardzo niskie a zarobki najwyższe w Europie. Po przybyszach z egzotycznych krajów teraz stawiają na pracowników z Europy Środkowej i Wschodniej.
- Dlatego musimy wykorzystać nasz czas, póki nie będzie
za późno – mówi Janusz Urbanik. - Jako nacja jesteśmy
bardzo cenieni za pracowitość. Dlatego chcę, by doceniano również naszą kulturę, także osobistą.
fot. archiwum
– Nauczyliśmy się od Norwegów, że w pracy liczy się
przede wszystkim bezpieczeństwo – mówi Janusz Urbanik. - Norwegowie narzucają nam wysokie standardy, a
my musimy od nich być lepsi.
splendor w gospodarce
Janusz Urbanik jest prywatnym
ambasadorem Polski w Norwegii
i Norwegii w Polsce. Skandynawskiego Tygrysa ceni przede
wszystkim za mentalność. Tam
szanuje się pracodawcę, bo poza
zatrudnieniem płaci podatki,
więc buduje dobrobyt kraju. Tam
urzędy są dla petentów. W Polsce chociaż go głowa boli od
urzędniczych absurdów trzyma
go patriotyzm. Z tego powodu
promuje ojczyznę u Skandynawów jako kraj ludzi pracowitych i
kulturalnych. Kontrahenci zwracają uwagę nawet… na strój pracowników.
Na schludnych kombinezonach
roboczych „Ventora” nadrukowany jest napis „safety first”, który
każe zwracać uwagę na bezpieczeństwo pracy.
W Norwegii
pośpiech nie jest wskazany. Tam
pracownik musi przeanalizować
wszystko zanim podejmie decyzję. Potem chętnie podzieli się
swoim pomysłem z innym. Gorzej z wykonaniem tej czynności.
Polacy są niecierpliwi, czasem
zirytowani powolnością pracy
Norwegów.
fot. Marek Świerczek
Dlatego w „Ventorze” uczy się od
podstaw. Firma prowadzi liczne
szkolenia wewnętrzne, nie tylko
z obsługi sprzętu ale także innej mentalności i języków.
Wszyscy zatrudnieni mogą uczyć się angielskiego. Od
trzech lat pracownicy szkolą się w kilku zawodach, by
być stale przydatnym dla firmy. Dlatego posiadają po
dwa lub trzy zawody. Pracownik więc spawa, maluje i
izoluje konstrukcję, czasem jeszcze montuje urządzenia.
W Norwegii pracuje nawet 1500 osób zatrudnionych w
Ventorze. Firma stawia na edukację już od najmłodszych lat. Ufundowała sale językowe w Szkole Podstawowej nr 9 i Zespole Szkół Zawodowych nr 1. Doposażyła warsztaty w tej ostatniej, finansuje także lektorów
angielskiego i norweskiego w klasach patronackich.
Młodzież garnie się do nich mając świadomość, że ich
nauka zostanie zauważona i nagrodzona możliwością
pracy. Pracy w firmie, która pozwala na zarobki takie,
jak w innych krajach Europy. Najlepsi uczniowie wyjeżdżają w nagrodę do Norwegii, by mieć przedsmak tego
jak może wyglądać ich praca zagranicą. Pracownicy
poza nauką uczestniczą w życiu miejscowej ludności.
Chodzą do kościoła, grają w piłkę z pracownikami z
Str. 38
okolicznych wiosek. Firma stara się ocieplać kontakty z
mieszkańcami miejscowości, gdzie realizuje kontrakty.
MOBILNOŚĆ TO NASZ ATUT
Norwegowie najczęściej cenią Polaków za mobilność. –
W jeden dzień podpisujemy kontrakt, następnego pracownicy stawiają się już do pracy na miejscu – mówi prezes Urbanik. – Cenią naszą sprawność działania i logistykę. „Ventor” jest firmą, która ma podpisaną umowę partnerską z norweskim związkiem zawodowym pracowników. Ta współpraca pozwala rozwiązać wiele problemów
organizacyjnych.
Często Ventor wykonuje prace w oddalonych od centrum regionach Norwegii. Są miejsca, gdzie proponuje
się Polakom osiedlenie na stałe. Obecnie Norwegia liczy
4,5 miliona obywateli, władze państwa chcą, by było ich
około ośmiu milionów. Liczą m.in. na Polaków, których
pracuje blisko 200 tysięcy. Osiedliło się na stałe dopiero
około 20 tysięcy.
mu. Pracownicy na co
dzień włączani są w proces monitorowania nieprawidłowości, które mogą być lub mogą stworzyć
ewentualne zagrożenie.
- Aby sprostać tym zadaniom zarówno służby
BHP w firmie jak i kierownicy na projektach często
organizują spotkania mające na celu przypominanie znanych wszystkim,
obowiązujących zasad –
dodaje Urbanik. - Jesteśmy świadomi że jest to
niekończący się proces,
wymagający stałej, systematycznej pracy.
- Nie zamierzam wyludniać Polski – śmieje się Janusz
Urbanik. – Nasi pracownicy pracują kilka tygodni w Norwegii i wracają na kilka tygodni do Polski. Tu wydają pieniądze a tam je zarabiają.
Uczniowie klas mechanicznych Zespołu Szkół Zawodowych nr 1 w Dębicy uczą się języka angielskiego i norweskiego. Ci, którzy chcą po szkole znaleźć dobrze płatną
pracę muszą się przyłożyć do nauki, ale wiedzą, że warto. Zarobki w dębickim „Ventorze” na kontrakcie w Norwegii, nie odbiegają od tych, jakie otrzymuje się w innych
krajach zachodnich.
BEZPIECZEŃSTWO JEST NAJWAŻNIEJSZE
W Norwegii, przede wszystkim, kładzie się duży nacisk na
profilaktykę czyli przeciwdziałanie ewentualnym zdarzeniom. Zwraca się uwagę na jakość stosowanych środków
ochrony osobistej, aby posiadały one odpowiednie atesty bezpieczeństwa. Najważniejszym jednak jest uświadomienie pracownikom, iż przestrzeganie przepisów
BHP nie jest przeszkodą w pracy, wręcz przeciwnie ma
służyć im samym gwarantując szczęśliwy powrót do do-
Zatrudnieni w Ventorze
pracują
w systemach
rotacyjnych, które pozwalają po przepracowaniu
np. 14 dni na 21- dniową
przerwę w domu. Preferowany i stosowany jest
system rotacyjny, aby
praca nie stanowiła problemu dla życia rodzinnego pracowników. Według
władz firmy dobrze jest,
kiedy praca pozwala godnie żyć, kiedy ma się cele,
do których można zmierzać, kiedy zarobione pieniądze pomagają w budowaniu
szczęścia rodzin.
Ventor ma podpisaną umowę zbiorową z norweskimi
związkami zawodowymi a pracownicy firmy są ich członkami. Warunki socjalne w Norwegii spełniają jedne z
najwyższych standardów na świecie i jest to niewątpliwie
zasługa właśnie związków zawodowych. Zarówno w interesie firmy jak i związków zawodowych jest to aby ludzie
pracowali i odpoczywali we właściwych warunkach.
Firma poza Skandynawią wykonuje prace w Wietnamie,
Kanadzie i innych częściach świata. Dzięki kontraktom
zagranicznym firma nie musi stosować dumpingowych
cen w Polsce. – Nauczyliśmy się od Norwegów i innych
kontrahentów, że liczy się przede wszystkim bezpieczeństwo pracy – mówi Urbanik. – Tylko w Polsce bierze się
kontrakty po koszcie niższym niż wychodzi z kalkulacji,
dlatego takie firmy pojawiają się na rynku i znikają. Na
szczęście dzięki pracy na rzecz dużych kontrahentów
także w Polsce można wynegocjować uczciwą cenę dla
obu stron. Mamy już swoją markę i renomę, nie musimy
Str. 39
splendor w gospodarce
Chińczycy
przesiadają się
na polskie
rowery
A
rkus & Romet Group zaprezentował się na największej imprezie targowej branży rowerowej
w Chinach – i jednej z trzech największych na
świecie - targach China Cycle 2014 w Szanghaju, które odbyły się w połowie kwietnia. Najnowszą kolekcję Arkus & Romet Group można było obejrzeć na stoisku
chińskiego kontrahenta, który sprzedaje już na lokalnym
rynku rowery z logo dębickiej firmy.
- I zamierza sprzedawać ich coraz więcej – rosnące zainteresowanie produktami z polskim logo sygnalizują kolejni
dystrybutorzy i klienci z Chin, a także z Indii – informuje
Lidia Grabiec, dyrektor do spraw marketingu Arkus & Romet Group. - Chiny często postrzegane są przez Europejczyków jako wielka fabryka, produkująca sprzęt na potrzeby klientów z całego świata.
Ale państwo Środka to jednocześnie gigantyczny, chłonny
rynek zbytu, na którym z powodzeniem mogą zaistnieć
również firmy z Europy – o ile oferują produkty odpowiednio wysokiej jakości. Chińczycy to wymagający klienci. Z
szansy tej korzysta polski producent rowerów - Arkus &
Romet Group.
- Rocznie produkujemy ok. 400 tys. rowerów, z czego ok.
Str. 40
40 procent przeznaczone jest na eksport – głównie do
krajów europejskich – wyjaśnia Wiesław Grzyb, prezes
firmy Arkus & Romet Group. - Cały czas szukamy jednak
nowych, obiecujących rynków zbytu i Chiny zdecydowanie
wydają się świetnym wyborem. Chińczycy bogacą się, zaczynają doceniać jakość oraz innowacyjne rozwiązania –
produkty z Europy są w tym kraju postrzegane jako prestiżowe i chętnie sięgają po nie zamożniejsi klienci. Dowodem jest choćby fakt, iż w ostatnich latach szybko rośnie
tam sprzedaż najdroższych rowerów segmentu premium.
fot. archiwum
FOT. ARCHIWUM ARKUS & ROMET
Według Wiesława Grzyba mamy tu do czynienia z wyraźną
zmianą paradygmatu: firmy z szeroko rozumianego Zachodu od lat postrzegały Chińczyków jako podwykonawców. – Teraz widzimy, że mogą oni również być naszymi
klientami… i to klientami bardzo wymagającymi, któremu
należy dostarczyć produkt wysokiej jakości – mówi prezes
Grzyb. - Z rynkami wschodnimi – nie tylko chińskim, ale
również indyjskim – wiążemy ogromne nadzieje.
Firma Arkus & Romet Group jest obecnie liderem w sprzedaży jednośladów w Polsce. Wedle danych Polskiego
Związku Przemysłu Motorowego należy do niej ok. 40
procet rynku. Kultowa, polska marka rowerów „Romet”
obecna jest na polskim rynku od 1948 r. – od 1998 r. należy do firmy Arkus & Romet Group. Produkty firmy można
kupić nie tylko nad Wisłą, ale również m.in. w Niemczech,
Austrii, Czechach, na Litwie, Łotwie, w Słowenii, Chorwacji,
Węgrzech, Danii, Belgii, Anglii, teraz także w Chinach.
Str. 41
splendor w gospodarce
Lublin
stawia na technologie lotnicze
L
ist intencyjny w sprawie utworzenie Lubelskiego
Klastra Zaawansowanych Technologii Lotniczych podpisały Urząd Miasta Lublin, Urząd
Marszałkowski oraz Zarząd PZL-Świdnik. Podczas uroczystości, która odbyła się na Zamku Lubelskim
podkreślono wkład Lubelszczyzny w rozwój polskiego
lotnictwa oraz zapewniono o wzajemnej współpracy pomiędzy władzami samorządowymi, nauką a otoczeniem
biznesowym.
Przemysł lotniczy to jedna z pereł polskiej gospodarki,
która jest trwale i od bardzo dawna związana z Lubelszczyzną. Już w 1920 roku, najwcześniej w niepodległej
Polsce, podjęto w Lublinie produkcję samolotów Ansaldo
A–1 Balilla i A–300 na licencji włoskiej. Na Lubelszczyźnie
były i są zlokalizowane zakłady przemysłu lotniczego,
lotnictwo wojskowe, w tym szkoły kadr dla lotnictwa, a
także szkolnictwa cywilne.
- Lotnictwo to branża wręcz predystynowana do rozwoju
klastrów – powiedział Krzysztof Żuk, prezydent Lublina. Sektor lotniczy jest jedną z najbardziej innowacyjnych
gałęzi gospodarki. Intensywność nakładów na badania i
rozwój polskich firm lotniczych należy do największych
na świecie. Dlatego cieszymy się, że udało nam się zainspirować lubelskie środowisko do współpracy. Jesteśmy
przekonani, że funkcjonowanie klastra doprowadzi do
poprawy konkurencyjności podmiotów gospodarczych w
nim uczestniczących a lubelska branża lotnicza powróci
do światowej ligi.
Str. 42
Klaster jest strukturą ułatwiającą przepływ informacji,
sprzyjającą procesom uczenia się i pobudzającą innowacyjność. Uważany jest za najbardziej dojrzałą formę organizacji produkcji, którą wyróżnia ponadprzeciętna konkurencyjność. Głównym celem Lubelskiego Klastra Zaawansowanych Technologii Lotniczych jest wzrost innowacyjności oraz wzmocnienie powiązań kooperacyjnych
jego członków, co w konsekwencji prowadzi do wzrostu
konkurencyjności wszystkich firm biorących udział w
projekcie.
- Jestem przekonany, że utworzenie klastra lotniczego
przyczyni się do podnoszenia innowacyjności firm w nim
działających – uważa Krzysztof Hetman, Marszałek Województwa Lubelskiego. - Nie jest jednak prostą sumą poszczególnych podmiotów, ale powstałą w wyniku interakcji i synergii, przestrzenną formą organizacji produkcji
zwiększającą elastyczność i konkurencyjność. Inwestujemy w nową jakość kontaktów między przedsiębiorcami
opartą na współzależnościach, kooperacji i zaufaniu.
Koordynatorem Lubelskiego Klastra Zaawansowanych
Technologii Lotniczych została spółka PZL-Świdnik, która
podejmie się działania w zakresie m.in. budowy sieci
powiązań pomiędzy członkami klastra dla efektywnego
wykorzystania istniejących możliwości rozwoju zaawansowanych technologii, w tym branży lotniczej poprzez
wymianę wiedzy, doświadczeń oraz rozwój regionalnych
powiązań kooperacyjnych.
Brytyjska
spółka
informatyczna
zatrudnia
w Lublinie
M
obica Ltd., brytyjska spółka informatyczna,
otworzy w Lublinie swoje piąte biuro w
Polsce. W biurze przy ulicy Tomasza Zana
trwa rekrutacja, a plany spółki przewidują
zatrudnienie na miejscu zespołu liczącego 100 osób.
Mobica poszukuje w Lublinie zarówno testerów oprogramowania jak i programistów i planuje zbudować dwa
zespoły: specjalizujący się w technologiach mobilnych
oraz zapewnienia jakości. W placówkach w Warszawie,
Łodzi, Bydgoszczy i Szczecinie pracuje już 600 programistów realizujących projekty dla klientów z całego świata.
- Ambitna inicjatywa powołania klastra lotniczego na
Lubelszczyźnie zakłada założenie wiodącego w Polsce
centrum naukowego, łączącego przemysł, lokalne samorządy, możliwości środowiska akademickiego i już
istniejące sieci biznesowe stwierdził Nicola Bianco, dyrektor zarządzający PZL-Świdnik. - Cieszymy się, że PZL
– Świdnik, wraz z Lublinem oraz Urzędem Marszałkowskim, będzie mógł prowadzić i rozwijać tę ideę. Dzisiejsze porozumienie jest pierwszym krokiem na naszej
długiej drodze i szansą na przyszłą współpracę z podobnymi klastrami, już istniejącymi w Unii Europejskiej.
PZL-Świdnik, który od ponad 60 lat powiązany z produkcją lotniczą jest naturalnym wyborem na koordynatora Lubelskiego Klastra Zaawansowanych Technologii
Lotniczych. D - Zakładamy ten klaster, aby móc jeszcze
lepiej zorganizować już istniejącą współpracę firm z
branży lotniczej na Lubelszczyźnie – mówi Mieczysław
Majewski, prezes zarządu PZL-Świdnik.
Koncepcja zakłada udział w inicjatywie klastrowej podmiotów ze sfery biznesu, nauki i administracji publicznej, dlatego do współpracy zostaną zaproszone uniwersytety, jednostki naukowo – badawcze, instytucje
otoczenia biznesu oraz przedsiębiorstwa z województwa lubelskiego. W dalszej perspektywie nie wykluczona jest również szersza współpraca ponadregionalna
oraz międzynarodowa.
Jak mówi Tomasz Krawczyński, dyrektor zarządzający
Mobica, absolwenci najbardziej interesujących kierunków informatycznych z Lublina często znajdowali pracę
w Warszawie. Firma oferuje im konkurencyjne wynagrodzenie za pracę przy niezwykle interesujących projektach na miejscu.
Mobica Ltd. tworzy oprogramowanie dla klientów z całego świata, realizuje projekty m.in. dla przemysłu samochodowego, bankowego i finansowego, medycznego,
telewizyjnego i wielu innych. Do lubelskiego biura będzie
rekrutować programistów Java/Android, osoby z doświadczeniem
w
pracy
na
platformie
iOS
(programowanie w objective-C), developerów JEE (Java
for web services), programistów operujących językami
skryptowymi (Ruby on Rails, Python/Django). W niedalekiej przyszłości spółka może potrzebować, podobnie jak
w innych biurach, doświadczonych inżynierów C/C++.
fot. archiwum
fot. archiwum
splendor w gospodarce
Elektryczne autobusy
w Krakowie
w
Krakowie na trasie linii 154 Prądnik
Biały – Dworzec Główny Zachód kursują
wyłącznie pojazdy elektryczne. To pierwsza w Polsce linia autobusowa, na której
jeździć będą wyłącznie autobusy napędzane na prąd.
- Ta linia została wybrana przede wszystkim dlatego, że
kursuje do ścisłego centrum miasta mówił Jacek Majchrowski, prezydent Krakowa. - Pojawienie się elektrycznych autobusów w regularnych przewozach po Krakowie
to element naszych antysmogowych.
Autobusy, które będą wozić pasażerów w Krakowie, to
pojazdy wyprodukowane przez firmy: Solaris Bus&Coach
SA, LBUS oraz Rampini (MPK SA wypożyczyło ten autobus
z Wiener Linien). Będą one służyły mieszkańcom do czasu
zakupu nowych autobusów elektrycznych.
– Przy uruchomieniu w pełni elektrycznej linii autobuso-
Str. 44
fot. Paweł Krawczyk/Krakow.pl
wej braliśmy pod uwagę ograniczoną pojemność autobusów na prąd - mówi Julian Pilszczek, prezes MPK SA. - Jednorazowo mogą one przewieźć od 41 do 71 pasażerów,
co odpowiada potrzebom przewozowym na linii nr 154.
Kraków już od kilku lat planował wprowadzenie autobusów elektrycznych do komunikacji regularnej. Służyły temu m.in. kilkumiesięczne testy tych pojazdów, które były
prowadzone przez krakowskiego przewoźnika w ciągu
ostatnich miesięcy. Z kolei już w 2012 roku MPK SA przygotował i złożył projekt zakupu 10 takich pojazdów w ramach projektu unijnego. W swój pierwszy kurs autobusy
elektryczne wyruszyły z placu przy Barbakanie. Z tego samego miejsca 87 lat temu, w styczniu 1927 roku zaczęła
kursować po Krakowie regularna komunikacja autobusowa.
Budowa Terminalu Naftowego PERN
już ruszyła
W
Gdańsku 26 marca 2014 r. uroczyście
wmurowano kamień pod budowę terminalu naftowego PERN "Przyjaźń" S.
A.
Rozpoczęty właśnie pierwszy etap inwestycji obejmuje
sześć zbiorników na ropę naftową, o łącznej pojemności 375 tysięcy metrów sześciennych, wraz z infrastrukturą towarzyszącą i zostanie zrealizowany pod koniec
2015 roku. W ramach drugiego etapu przewidywana
jest budowa kolejnych zbiorników, o pojemności 325
tysięcy metrów sześciennych, przeznaczonych do magazynowania produktów ropopochodnych, paliwa lotniczego, biokomponentów oraz chemikaliów oraz zaplecza logistycznego w postaci bocznicy kolejowej i stacji
autocystern. Ten etap budowy zakończy się zgodnie z
planem w 2018 roku.
Terminal Naftowy PERN powstaje w pobliżu specjalistycznego terminalu przeładunkowego Naftoportu,
dysponującego czterema stanowiskami przeładunkowymi do obsługi ropy i produktów ropopochodnych.
Roczna zdolność przeładunkowa tego terminalu wynosi
aż 34 mln ton. To gwarancja bezproblemowej obsługi
zarówno istniejących już na zapleczu portu magazynów
paliw i ropy naftowej jak i zbiorników realizowanych w
ramach nowej inwestycji.
Terminal jest jednym z kluczowych elementów rządowego programu mającego na celu zróżnicowanie źródeł
dostaw energii elektrycznej, gazu i paliw płynnych w
Polsce i zapewnienie bezpieczeństwo energetycznego
w kraju. Z perspektywy miasta i jego mieszkańców ta
inwestycja to nowe miejsca pracy przy obsłudze instalacji i zbiorników.
fot. www.gdansk.pl
Str. 45
splendor w gospodarce
Najnowszy model cyfrowej prasy Xerox DocuColor 8080, pierwszy w Polsce
pracuje od kilkunastu miesięcy w Drukarni ZET.
Dzięki nowemu urządzeniu firma oferuje swoim klientom
zdecydowanie wyższą jakość
przy jednocześnie atrakcyjnych kosztach drukowania.
Str. 46
fot. archiwum Drukarni ZET
- Pozwala nam to zaproponować klientom jeszcze atrakcyjniejszą ofertę niż dotychczas – mówi Jarosław Zybura,
właściciel drukarni ZET. – Dzięki tej inwestycji możemy
teraz realizować dla nich nakłady wcześniej dla nas nieosiągalne, bo nieopłacalne dla każdej ze stron. Nasi klienci
zauważyli też wyższą jakość oferowanych im wydruków.
Cyfrowy system Xerox DocuColor 8080 oferuje przede
wszystkim imponującą prędkość druku - nawet 80 stron
na minutę przy największych gramaturach oraz drukowanie dwustronne. Przy wyborze urządzenia ważne były
również inne innowacyjne cechy m.in. wbudowany spektrofotometr in-line, dzięki czemu kalibrację maszyny można wykonać w każdej chwili, nawet podczas drukowania.
Wysoką wydajność prasy uzyskuje się dzięki technologii
cyfrowej, możliwości przyjmowania oryginałów w postaci
elektronicznej oraz wyjątkowemu systemowi wielozadaniowemu urządzenia. Xerox DocuColor 8080 pozwala na
drukowanie m.in. średnich nakładów plakatów, ulotek,
broszur, folderów, kalendarzy, dyplomów i etykiet samoprzylepnych. Umożliwia powiązanie profili kolorystycz-
nych z różnymi zleceniami i szybki ich wybór podczas
ustawiania parametrów wydruku.
- Jest to wygodne i wpływa na przyspieszenie produkcji –
mówi Jarosław Zybura. - Kiedy trzeba coś wydrukować
szybko i w dobrej jakości, jesteśmy niezastąpieni. Firmy
nie zawsze potrzebują ponad dwa tysiące czy więcej sztuk
np. katalogów. Dlatego kierują zlecenia do nas. Wykonujemy też wiele zleceń dla klientów indywidualnych, co zajmuje wprawdzie trochę czasu, ale jak na razie nie chcemy
z tego typu prac rezygnować.
Firma ZET działa na rynku dębickim od 18 lat. Od początku jej specjalizacją był druk cyfrowy. Już kilka lat temu była
jedną z pierwszych w Polsce, która posiadała innowacyjny
model urządzenia Xerox DC5000. Maszyna była niezawodna, więc Jarosław Zybura postawił na nowszy model tej
firmy. Wraz z cyfrową prasą firma zakupiła do introligatorni urządzenie DigiFold Pro angielskiej firmy Morgana, służące do procesów wykończeniowych i oprawy wydawnictw.
TOR
Str. 47
splendor w polityce
Stawiamy
na innowacje
Rok zarządzania to czas do podsumowań i rozliczeń. Jakie działania podjęte przez Pana Marszałka
można zaliczyć do największych sukcesów?
- Najpierw dokonaliśmy tzw. bilansu otwarcia. Musieliśmy wskazać te obszary działalności samorządu, w których są najpilniejsze sprawy do załatwienia. Mimo wielu
zaniedbań, urząd funkcjonował dzięki doświadczonym
pracownikom. Po dwóch latach procedowania to my
zakończyliśmy pracę nad strategią województwa, ogłosiliśmy też nabór przedsięwzięć kluczowych dla województwa. Do sukcesów zarządu mogę zaliczyć też zmianę
struktury organizacyjnej urzędu oraz pozyskanie pieniędzy, a właściwie stworzenie nowego montażu finansowego na budowę onkohematologii dziecięcej i Centrum
Wystawienniczo-Kongresowego. Przeprowadziliśmy także przetarg na budowę sieci internetu szerokopasmowego. Podpisaliśmy umowę z wykonawcą tej potężnej inwestycji. W tym przypadku również musieliśmy poszukać
dodatkowych pieniędzy. Lotnisko w Jasionce podpisało
deklarację współpracy z Portem Lotniczym w Miami w
sprawie uruchomienia połączeń Cargo. To również duży
sukces. Im więcej połączeń i drogowych, i lotniczych, tym
region szybciej będzie się rozwijał. Ta deklaracja to jeszcze nie umowa, ale mam nadzieję, że loty cargo między
Miami a Jasionką staną się faktem.
- No i obroniliście 34 mln subwencji regionalnej,
tzw. janosikowego...
- Był taki moment, gdy posłowie rządzącej koalicji podjęli zupełnie nieprzemyślaną decyzję, tylko po to, żeby
wesprzeć województwo mazowieckie. Alarm podnieśli
prawie wszyscy marszałkowie. Pomogli nam senatorowie z regionu, którzy mocno protestowali. Wsparły nas
też media. W ogóle zrobiło się dużo hałasu i rządząca
koalicja musiała zmienić zdanie, a najlepszym tego dowodem była szybka zmiana poglądów pani poseł
Skowrońskiej. Błyskawicznie znalazło się inne rozwiązanie, bez sięgania po samorządowe pieniądze. Szkoda, że
dopiero po protestach ze strony samorządów. Raz jeszcze chciałem podziękować wszystkim, którzy przyczynili
się do zmiany niekorzystnych dla nas regulacji, a przede
wszystkim senatorom.
Str. 48
Z marszałkiem podkarpackim
Władysławem Ortylem
rozmawia Tomasz Rowiński
- Czy są porażki, niezrealizowane zamierzenia?
- Priorytetem była dla nas jest sprawa wznowienia certyfikacji. Jej wstrzymanie oznacza, że Komisja Europejska
nie refunduje wydatków na RPO. Zablokowano ją w
związku z dochodzeniem czy doszło do działań korupcyjnych przy rozliczaniu projektów. Mimo starań certyfikacja długo była wstrzymana. Liczyliśmy, że może stanie się
to pod koniec ubiegłego roku. Na szczęście mamy to za
sobą.
- W związku z niezbyt udaną promocją województwa jaką zafundował poprzedni marszałek zdecydował się pan zrezygnować z mandatu Senatora RP.
Nowe obowiązki wymagają większego zaangażowania niż spokojna praca parlamentarzysty. Czy to była
łatwa decyzja?
- Na pewno nie była to łatwa decyzja, ale ja lubię podejmować wyzwania. Marszałek ma więcej możliwości i co
za tym idzie ponosi większą odpowiedzialność. Można
określić, że jest to funkcja sprawcza, kreatywna. To od
niego w głównej mierze zależy główna linia polityki regionalnej. Wbrew pozorom jestem w Warszawie niemal tak
często jak podczas pracy w Senacie. Teraz jednak częściej bywam w budynkach Ministerstwa Infrastruktury i
Rozwoju.
- Trudno jest kierować regionem po aferze związanej z działalnością poprzednika i pokazać, że region
ma się dobrze, a nawet coraz lepiej. Na nowo ruszyła
budowa autostrady, udało się już oddać jej kolejny
odcinek, budują się drogi, remontowane są linie kolejowe, w regionie daje się zauważyć ożywienie gospodarcze. Czy jest to efekt porozumienia ponad podziałami politycznymi?
- Na procesy o których pan wspomniał pracowało wiele
instytucji, nie tylko Samorząd Województwa. Wspomniał
pan o autostradzie, ale trudno zliczyć opóźnienia jakie są
przy ich powstawaniu. W założeniu miały przecież powstać przed Euro 2012. To na pewno sukcesem rządu
nie jest. Ja mogę mówić co nam udało się dokonać przez
rok.
- Od lat obserwuje Pan rozwój strefy ekonomicznej
w Mielcu, także ożywienie gospodarcze i rozwój firm
a tym samym innowacyjnej działalności widać tam,
gdzie władza nie przeszkadza. Region może się pochwalić przedsiębiorstwami mocno inwestującymi w
rozwój nowych technologii, przemysł lotniczy, branżę chemiczną. Czy długo jeszcze przyjdzie regionowi
podkarpackiemu walczyć z obrazem rolnika idącego
za pługiem ciągniętym przez konia?
- Myślę, że aż tak nie jesteśmy odbierani. Może w niektórych kręgach funkcjonuje jeszcze taki stereotyp. W
ostatnich latach jesteśmy postrzegani jako bardzo inno-
Str. 50
wacyjny region. Wspomniał pan o mieleckiej strefie, która powstała jako pierwsza. Teraz na Podkarpaciu mamy
więcej takich obszarów. To nas cieszy. Jako samorząd na
pewno będziemy wspierać działania, które umożliwią
tworzenie nowych, stałych miejsc pracy. Właśnie nowe
miejsca pracy będą tym elementem, który poprawi nasz
status. Przypomnę, że Podkarpacie zajmuje przedostanie miejsce w Polsce pod względem wysokości PKB na
mieszkańca i jedno z ostatnich pod względem liczby gospodarstw dotkniętych ubóstwem. Jedną z przyczyn takiego stanu jest brak pracy.
- Czy tej zmianie wizerunku służą na przykład wizyty na targach międzynarodowych np. „Festiwal nowych technologii – odkryj Polskę”?
- Podkarpackie nieustannie dąży do utrwalenia swojego innowacyjnego wizerunku w Polsce jak i na arenie
międzynarodowej. W Turynie podczas Festiwalu nowych
technologii promowaliśmy nasz region poprzez obecność dwóch wiodących klastrów – Doliny Lotniczej oraz
Informatyki Podkarpackiej. Umacniamy obraz województwa jako miejsca gdzie stawiamy na rozwój nowoczesnych technologii i rozwój naukowo- badawczy. Zresztą
dlatego też do udziału we wspomnianym wydarzeniu
zaprosiłem Rektora Politechniki Rzeszowskiej, która do
swoich projektów naukowych poszukuje partnerów zagranicznych.
- Czy są jakieś efekty rozmów z Chinami? Jak wyglądać może współpraca z przedstawicielami biznesu z
tego kraju?
- Chiny stanowią niewątpliwie bardzo atrakcyjne miejsce do nawiązania współpracy gospodarczej ze względu
na dynamiczny rozwój gospodarczy, potencjalne bogactwo w surowce naturalne oraz siłę roboczą. Stają się niekwestionowanym liderem w wielu dziedzinach, jakkolwiek rozpoczęcie współpracy ekonomicznej z partnerami
z tego kraju wymaga gruntownego przygotowania oraz
wiedzy wynikającej ze znajomości zarówno lokalnej kultury, obyczajów, mentalności oraz panującej tam sytuacji
politycznej. Dlatego chcąc poznać chińskiego partnera,
władze województwa podkarpackiego podpisały list intencyjny o współpracy międzyregionalnej z Prowincją
Kuangsi- Czuang. Doskonałym przykładem polsko – chińskich relacji gospodarczych jest największa chińska inwestycja w Polsce ulokowana właśnie w naszym województwie w Stalowej Woli. To firma Liu Gong Machinery- mająca główną swoją siedzibę w naszym regionie partnerskim Kuangsi-Czuang. Wierzę, że promowanie tej inwestycji oraz tworzenie pozytywnego klimatu w relacjach z
naszym chińskim partnerem może ściągnąć kolejne firmy chińskie na Podkarpacie, a równocześnie ułatwić
naszym rodzimym firmom eksportowanie na olbrzymi
chiński rynek.
- Co nas czeka w 2014 roku? Jaki kierunek działania
obierze Urząd Marszałkowski na najbliższe miesiące?
- To będzie trudny rok i nie mówię tego tylko przez
pryzmat wyborów. 2013 był rokiem niespodzianek, a
2014 będzie okresem wyzwań. Czekają nas negocjacje
kontraktu terytorialnego i przeprowadzenie naboru do
nowego Regionalnego Programu Operacyjnego.
- W jakim stopniu Podkarpacie korzysta z funduszy
unijnych. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że widać,
jak zmieniają one wokół nasze otoczenie.
- Jestem pewny, że dobrze spożytkowalibyśmy nawet
większą pulę pieniędzy niż ta, która przypadnie nam w
udziale na najbliższe 7 lat. Nabór projektów strategicznych, który niedawno przeprowadziliśmy, upewnił mnie,
że podkarpaccy projektodawcy zapoznali się z wizją rozwoju regionu i intensywnie pracują nad konkretnymi
przedsięwzięciami. Zapowiada się więc owocna współpraca. Martwi trochę mała liczba projektów w obszarze
rozwoju przedsiębiorczości. Nowa perspektywa nieco
różni się od poprzedniego rozdania. Trudniej będzie pozyskać pieniądze na rozbudowę dróg z punktu A do B.
Chyba, że jest ona częścią większego projektu. Właśnie
tzw. myślenie projektowe jest preferowane w tej perspektywie. Chcemy poprawić stan naszej kolei. Prioryte-
tem jest połączenie z Warszawą, ale chcemy zmodernizować między innymi linię L-25, która będzie częścią tego przedsięwzięcia. Linia ta przebiega przez Dębicę, Mielec i Ocice. Pamiętamy o zjazdach z autostrady o czym
poprzednicy zapomnieli. W niektórych miejscach samochody zjeżdżające z autostrady, muszą jeździć po drogach powiatowych, które w ten sposób szybko zostaną
zniszczone. W Pilźnie o zjeździe z autostrady w ogóle
zapomniano. Tworzy to tzw. efekt korytarza. Autostrada
staje się granicą, przeszkodą w podróżowaniu. To nie
jest niestety tylko problem powiatu dębickiego.
- Nie tylko przemysł jest tym, czym może pochwalić
się Podkarpacie. To także historia. Powstaje Muzeum
Polaków Ratujących Żydów. To także inne inicjatywy
władz regionu, jakie?
- Niedawno odbyło się wmurowanie kamienia węgielnego poświęconego przez papieża Franciszka. Muzeum
będzie naszym hołdem dla wszystkich, często także bezimiennych bohaterów ratujących Żydów w czasie wojny.
W Markowej powstanie nowoczesna placówka projektowana przez twórców Muzeum Powstania Warszawskiego. Myślimy również o instytucji, która będzie upamiętniać dorobek kultury kresów wschodnich. W tej sprawie
podjęliśmy już uchwałę intencyjną.
osobowość
Z Zygmuntem Staszczykiem,
założycielem i wokalistą grupy T. Love
T. LOVE
jest jak grypa
rozmawia Łukasz Winczura
fot. Marcin Żurawicz / materiały promocyjne
Str. 52
Po ponad dwudziestu pięciu latach
obecności na scenie, grania, bycia
gwiazdą, idolem, czujesz się bardziej
„jeźdźcem-synem słońca czy zidiociałym czarownikiem”?
Oj, to tylko taka metafora z mojej piosenki, która powstała prawie dwadzieścia lat
temu. Bardzo ją lubię. Czuję się gościem,
który długo to robi. Z jednej strony jest to
pasja, z drugiej zawód. Kiedy zaczynałem
grać, nie podejrzewałem, że aż tak długo
to będzie trwało. Zaczynałem, kiedy miałem 17-18 lat.
Czego słuchałeś, zanim zacząłeś grać?
Stałem w rozkroku między szorstką muzyką gitarową, punkiem a zwykłym popem. Między Dylanem, bluesem a zespołami typu ABBA, Boney M czy Bee Gees.
Do dziś tak mam, że lubię piosenki z melodią, ale i przekazem. Muzyka dla mnie
to bardziej jakaś karma - w sensie drogi niż potrzeba sławy. To duża część mojego
życia. Absolutnie zamierzam nagrywać
kolejne płyty. Nie zamierzam żyć z tantiem. Chociaż ten zawód jest przy okazji
niebezpieczny. Laski, kolesie, dragi, syf
momentami. Ale pakujesz się tam na własne życzenie.
Wychodziłeś na scenę w latach 80 minionego wieku. I szło: „Garaż”,
„Liceum”, „Idą żołnierze”. A czego fani
chcą słuchać na koncertach prawie
trzydzieści lat później?
To nie jest zespół sekciarski, który ma
takich fanów, jak zespoły metalowe, gdzie
wszyscy ubierają się jednakowo, zakładają Martensy. Ja nie jestem bogiem, nie
wychodzę na scenę jako kaznodzieja, nie
atakuję tego czy owego. Szanujemy tylko
swoich fanów. Bardzo różnych. Przedział
wiekowy? Od 15 do 55 lat. Ten T. Love
jest jak grypa. Każdy przez nią przechodzi, później najwyżej z niej wychodzi. Ale
każdy pamięta te trzy a może nawet pięć
piosenek. Są wśród naszych fanów metalowcy, są goście z dredami, są laski z korporacji. To mi nawet pasuje, bo to szerokie spektrum ludzi.
Str. 53
A jak to było „za komuny” czy wtedy,
gdy powstawał „King” - już po przemianach w naszym kraju. Gdy było
się „za czymś” lub w kontrze do czegoś? Często właśnie z miną kaznodziei na scenie.
Cały rock’n’roll jest w kontrze. Tylko on
już nie ma takiego znaczenia, jakie miał
w latach osiemdziesiątych. Lata osiemdziesiąte przyniosły nową wartość w
polskiej muzyce, bo pokazały wartość
tekstów. Wcześniej, poza Niemenem czy
Brekoutami, nikt nie poruszał poważnych tematów. Powstawały teksty w
stylu: „Fajna z ciebie dziewczyna, pójdziemy do kina”. Ale lata osiemdziesiąte
przyniosły coś nowego - temat społeczny. Takie zespoły, jak nasz chciały być na
osobnej wyspie w tym całym pierdolniku. Ani z partią, ani z Kościołem. Właściwie to kibicowaliśmy „Solidarności”,
chcieliśmy kapitalizmu. Rzeczywistość
była dużo prostsza.
Co zatem z późniejszymi piosenkami
w stylu: „Olewam rząd, prymasa w
lampasach i jeszcze wąsacza olewam
na zdrowie”?
Takie piosenki szybko się starzeją.
Mnie chodzi o to, żeby piosenka,
którą dziś napiszę z kolegami była
aktualna też za piętnaście lat.
fot. Marcin Żurawicz / materiały promocyjne
Będzie aktualna za piętnaście lat piosenka z Anną
Marią Jopek „Dzieje grzechu” czy tekst „Chłopaki
mówią, że jesteś piękna”?
„Dzieje grzechu” tak, bo to jest piosenka o zdradzie, o
emocjach. A dzieciak tego nie skuma. Piosenki i miłości,
zdradzie, namiętności nie jest łatwo napisać.
z naszego pokolenia lubią jeszcze dotknąć krążka, powąchać go. I że gdyby zamknęli sklepy z płytami byłby koniec świata. Napisaliśmy dużo piosenek. Każdy małolat
kuma „Kinga”, „Warszawę”. A to jest miłe, że ci młodzi
ludzie coś w tym odnajdują. I to jest wiara w prawdziwość tego zespołu.
Jakie są perełki w Waszej dyskografii?
Nawet „Sarę” – typowa pościelówę?!
To fatalna piosenka, nie lubię jej. Słaby tekst. Tak mi się
napisało (śmiech). T. Love ocierał się o wiele rzeczy. Wyszedł z rock’n’rolla, w czterech akordach, opowiadał historie o tym, co kochasz, czego nienawidzisz, co cię wk...
Jak Cię recenzują Twoje dzieci?
Spokojnie, z sympatią. Chodzą raz w roku na T. Love, gdy
w listopadzie gramy w „Stodole” dwa duże koncerty. Synowi to trochę ciąży. Sławny ojciec i takie tam. Córce
mniej. Jest dużo bardziej wkręcona w muzykę. Ma to po
mnie! Jako dziewiętnastoletni dzieciak za zaoszczędzone
pieniądze kupuje płyty. A ja myślałem, że już tylko ludzie
Str. 54
Nie da się tego powiedzieć. Kiedyś przygotowałem taką
składankę i dlatego wiem, jakie to trudne. Inny lot miałeś, mając 20 lat, inny 30, inny teraz.
Jak lot ma teraz Zygmunt Staszczyk?
Spokojny jestem (śmiech). Normalny też. Chyba. Są piosenki przełomowe. „Liceum”, bo kiedy ją pisaliśmy, kończyliśmy szkołę. „Wychowanie” było ważne. „Autobusy i
tramwaje” były bardzo ważne. „Warszawa” była też ważna, bo pokazała, że zespół wszedł na pozycję komercyjną. A tekst napisałem w Londynie, gdy pracowałem na
zmywaku. Traktował o miłości do miasta, w którym spędziłem dużo życia. Zresztą mój tata też był mocno zwią-
niej był punk-rock, który był niczym innym, jak
przyśpieszonym rythm’n’bluesem. A biedne
dzieci myślą, że muzyka rockowa zaczęła się
od Nirvany czy Red Hot Chili Peppers. Nie
wiedzą, kto to jest Bob Dylan czy Johny Cash.
Mogę też przekazywać pałeczkę młodszym
kapelom, żeby ludzie pamiętali, skąd się
wszystko wzięło i żeby to było w miarę szorstkie, brudne i prawdziwe.
„Ktoś prowadzi mnie za rękę. Może Pan,
może szatan”. Jak z Twoją religijnością? W
wywiadach migasz się od odpowiedzi. Mówisz o kryzysach, poszukiwaniach… To jak
to właściwie jest?
Dowiemy się po śmierci (śmiech). Cały czas
jestem pomiędzy. Wierzę, ale mam mnóstwo
zwątpień. I nie ma to nic wspólnego z jakimś
ultrakatolicyzmem. Jestem wychowany w rodzinie katolickiej, jak większość Polaków. Żeby
była jasność: tak, wierzę. A wiara nie polega
na jakiś tam kwestiach intelektualnych, tylko
bardziej na jakimś dziecięcym podejściu. I na
tym, żeby to w sercu było. Kilkakrotnie zdarzyło mi się w jakiś tam własny sposób poczuć
istnienie dobra, ale też kilkakrotnie zdarzyło
mi się poczuć istnienie zła. Myślę, że istnieje
szatan, a dowodem tego jest intuicja, która
mnie nie myli. Dla jasności. Nigdy nie byłem
opętany. A jeśli istnieje szatan, to musi istnieć
Bóg. Nic mądrego więcej nie powiem.
A może nie lubisz o tym rozmawiać?
zany z Warszawą, gdzie miał dużo przyjaciół.
A była piosenka o rodzinnej Częstochowie?
„King” jest o Częstochowie. „Miasto Świętej Wieży” (śmiech). Ale pytałeś o te przełomowe piosenki. Na
pewno jeszcze „I love You”, ponieważ zespół był wówczas
na skraju artystycznej krawędzi. Bo gitarzysta Janek Benedek, z którym dopiero po latach nagrałem solową płytę, odszedł. Nie wierzyłem do końca w moich kolegów,
czy uda nam się komponować jakiekolwiek kawałki. I „I
love You” był pierwszym kawałkiem już bez Janka Benedka.
To nie to. Ale zadeklarowałem się w którymś wywiadzie,
że wierzę w Boga. A później księżulkowie chcieli mnie
sobie uwłaszczyć. „Dobry Zygmuś, bo w Boga wierzy”.
Zaprosili mnie na spotkanie. Prowadził to zakonnik po
przeżyciach, bo u nas w kraju zakonnicy są tacy bardziej
normalni i z powołania. Chłopak był kiedyś punkowcem.
Nagle ktoś wstaje i mówi: „Dlaczego nie mówisz otwarcie, że wierzysz?! Dlaczego nie opowiadasz o Jezusie?
Ludzie cię znają, pociągnąłbyś wielu”. A ja na to: „K… Nie
mam temperamentu polityka na scenie. To dla mnie
zbyt skomplikowane”. Podsumowując. Wierzę, ale nic mi
się nie ukazało. Wiara wymaga wysiłku. Nie należę do
grupy ludzi, którzy grają rocka chrześcijańskiego, którzy
coś już odkryli.
Masz pomysł, jak edukować muzycznie swoje wnuki?
Z zespołem pokażemy ludziom młodszym, że nie przekwalifikujemy się na jakąś modniarską historię. Nie zagramy elektro. My „gramy gamy swoje”. Możemy pokazać dzieciakom, że jest rock’n’roll i że to strasznie długa
rzeka. Ma ponad 60 lat. Przed Elvisem byli bluesmani. To
się wzięło z delty Missisipi. Potem biali to przetworzyli.
Chuck Berry, The Who, The Beatles, Rolling Stones. Póź-
Co myślisz o postpunkowcu pstryka w gitarę i śpiewa
z dziećmi „A gugu” czy „Taki mały, taki duży może
świętym być”?
To mój kolega tak śpiewa. Jego córka kumpluje się z moją córką. Akurat mieszkamy obok siebie na warszawskiej
Ochocie. Darek Majelonek i całą ta ekipa jakoś się zadeklarowali. Z jednej strony im zazdroszczę, jeśli to na-
Str. 55
prawdę jest tak i prawdziwie, bo oni w to wierzą i wiedzą
tyle. Ja tyle nie wiem. Nigdy bym się nie zdeklarował w
ten sposób, że ci coś powiem. Nie dlatego, że się boję,
tylko uważam, że to jest trochę niebezpieczne.
borów, kiełbasa wyborcza, marketing polityczny…
Pycha?
Jest taka. „Polskie mięso”. Ale powiem ci, stary, że ma to
krótkie nogi. Jak mówiliśmy na podwórku: „Po nazwisku,
to po pysku”.
Nie nazywam tego pychą. Oni mają swój lot. Też, wiesz,
kiedyś ostro drugowali. Ktoś powiedział, że najłatwiej
jest poznać Jezusa na kwasie. Ale Darek jest dobry chłopak. Tylko Bóg to nie jest łatwą harmonią. Wydaje mi się,
że Bóg to nie jest łatwa historia, to trudna sytuacja. Czytasz Biblię, pojawia się Chrystus, który nie ma łatwych
propozycji. Więc umówmy się, że nie jest to sytuacja łatwa do zrealizowania. Natomiast próbujmy, jak kto chce.
Możesz być szatan. Szatan to koleś, który mówi: „No
chodź, chodź, chodź…”, a ty wpier… się w bagno. Zazwyczaj przyjemne, przynajmniej do pewnego momentu.
Bóg? Jak poprosisz… Nie „poprosisz”. Porozmawiasz,
pogadasz… Mówię o sobie.
A nie kręci cię napisanie jakiejś zaangażowanej piosenki?
Kukiz nie ma takich oporów. Wali od lat w polityków,
jak w bęben. Kazik Staszewski nie gorszy.
Polacy kochają gościa, który przywali komuś, a najlepiej
politykowi, w ryja. Polacy są narzekaczami i uwielbiają,
jak się palnie z liścia we wszystkich. Ja nie jestem taki.
Śpiewam o różnych rzeczach. O seksie, kobietach, o tym,
że się nawaliłem w knajpie, o mojej ulicy. A oni niech
sobie robią swoje, bo to potrzebne jest. Ja się z nikim na
nic nie umawiałem. Wiesz, ja już jestem dorosły chłopak.
Dorosły pan o wrażliwości chłopaka (śmiech).
A rozmawiasz?
A oni to niby nie?
Oczywiście. Bo byłem w swoim życiu w bardzo ciężkich
sytuacjach. Może nie takich, że już musiałem pogadać,
bo nie miałem prawie nic. Nigdy nie było tak źle, żebym
nie miał nic. To byłoby nieuczciwe na przykład wobec
ludzi nieuleczalnie chorych. Ale miałem ciężkie zakręty.
Głównie takie moje życiowe. Myślę, że to też nie jest
kwestia ping-pang. Bóg nie jest chłopcem na posyłki… To
jest kwestia twojego podejścia, musisz być cierpliwy. To
nie nic wspólnego na przykład z budowaniem pomnika
Chrystusowi w Świebodzinie. To akurat jest daleko od
Biblii.
Drażni Cię ten pomnik.
Też dobre chłopaki. Kazio i Kukiz robią dobrą robotę. Ale
ja piosenki piszę raczej z serca. Nie jestem rozczarowany
Polską totalnie. Raczej należę do tej grupy, która jest
zadowolona. Nie mam potrzeby napisania piosenki bieżącej o polskiej klasie politycznej, bo uważam, że jest
dosyć mierna i bardzo próżna. Siedzą na tych swoich
śniadankach w TVN-ach. Są zadowoleni ze siebie i myślę,
że się nawet bardzo lubią. Umawiają się ze sobą na wódkę czy grilla. Tu się niby napieprzają, bo ludzie to łykają. I
ty myślisz, że jakiś kolo z rokendrolowej kapeli ma jeszcze czas, żeby o nich pisać czy śpiewać?! Robić im dodatkowe promo?! Bez jaj. Są sprawy w skali makro dużo
ważniejsze.
E tam. Polacy są w ogóle dziwni.
Na przykład?
Ale „Ojczyznę kochać trzeba i szanować”.
Jakaś kondycja ludzka, wiesz (śmiech). A co tam jakiś
Tusk czy Kaczyński?! Oni się zmienią, już ich za pięć lat
nie będzie. Będzie jakiś nowy Iksiński. I też mam o nim
pisać? Bo ktoś sobie zrobi dobrze i powie, jak zajebisty
jest ten Muniek. To mnie nie interesuje. Tak jak mnie nie
interesują takie ruchy, że jest powódź, więc zróbmy dla
powodzian piosenkę. Wolę iść na pocztę, wpłacić kasę
jako Zygmunt Staszczyk. Anonimowo. I nie będę się prężył w grupie, gdzie każdy smaży sobie jakąś swoją jajecznicę promocyjno-medialną. Spadać na drzewo. Tyle.
Trzeba. No i zmienia się Polska. Nie mamy specjalnie elit,
bo wycięli nam je i Niemcy i komuniści, poza tym mamy
swoje zaszłości historyczne. Żeby poznać nasz charakter,
trzeba byłoby sięgnąć do czasów przed zaborami. Nie
mamy zbyt mądrych polityków, demokracja jest u nas
krucha i do tego młoda. Ale uważam, że trzeba głosować…
Chodzisz na wybory?
Z zasady głosuję, kiedy jestem na miejscu. Ale partia, na
którą głosowałem, czyli PO, rozczarowuje mnie, bo są za
wolni. Są w sumie podobni do tego PiS-u, który jest z
kolei za bardzo demonizowany. Ale obie partie patrzą na
słupki i żeby nie urazić tych ultrakatolików. Platforma
jest lepiej opakowana, tamci mają przywódcę, który nie
jest do końca zrównoważony. Ale liczy się ten dzień wy-
Str. 56
„Popkultura, jedno kłamstwo, jedna bzdura. Nasze
radio, fonografia, wszystko w łapach trzyma mafia”.
To prawda (śmiech). Nie żyję mediami, bo to sztuczna
sprawa. Ale z drugiej strony jestem w tym pierdolniku.
Nie ma gazety obiektywnej. Udzieliłem kiedyś równocześnie wywiadu do dwóch gazet: „Wyborczej”, która jest
lewacko-liberalna i „Dziennika”, który był wtedy na pra-
fot. Marcin Żurawicz / materiały promocyjne
wo. PiS i okolice. Mówiłem właściwie to samo. Że nie
mam nic do gejów i lesbijek i że wierzę w Boga.
„Wyborcza” wyciągnęła jako lead, że kocham gejów i lesbisjki i że w ogóle tolerancyjny facet jestem. A „Dziennik”
napisał, żem rozmodlony Zygmuś i takie tam. Media to
taki shit, że hej.
Miły jesteś.
Szczery jestem. Ale bez mediów, niestety, nie istniejesz.
Ta taka gra interesów. Trzeba się przez to prześlizgnąć.
Staram się korzystać z mediów, kiedy jest mi to potrzebne, bo oczywiście nie mogę ich kopnąć. Ale dobrze też im
nie zrobię. Przed kamerę się nie będę pchał, nie pójdę
tam, gdzie stoi 150 fotoreporterów. Nie śledzę rynku, nie
oglądam jakiś „Mam talent”. I nie będę panem od komentowania wszystkiego. Interesuje mnie moje życie.
Str. 57
splendor w podróży
Str. 58
Dagmara Głuszek-Szafraniec
Specjalistka w zakresie ruchów
separatystycznych w Europie
i komunikacji politycznej.
Autorka publikacji naukowych,
a także komentarzy publicystycznych na temat sytuacji politycznej na Półwyspie Iberyjskim.
biznes z pasją
Egzotyczne podróże
rozpoczął
z miłości
do węży
Jest przykładem jak hobby można przekuć w zawód i jeszcze do tego stworzyć jedno z najlepszych wyspecjalizowanych biur podróży w Polsce, wysyłające swoich klientów w egzotyczne zakątki. Mówi przewrotnie, że robi to
z lenistwa. Jednak MK Tramping, działa już z powodzeniem od 15 lat i ma
ustaloną pozycję na polskim rynku. Od pewnego czasu prowadzi także oddział biura w Wielkiej Brytanii. Dzięki temu zauważył różnicę w podejściu
do wyboru oferty turystycznej. Brytyjczycy, czy nawet Polacy mieszkający
na wyspach cenią przede wszystkim jakość i bezpieczeństwo. Polacy, choćby majętni, szukają okazji i tańszych ofert. Mateusz Karasiński, prezes MK
Tramping i Martyna Adventure, które prowadzi wspólnie z przyjaciółką
Martyną Wojciechowską, nie zamierza obniżać kosztów, ani jakości świadczonych usług. Jest odpowiedzialny za swoich klientów. Są nimi przeważnie
ludzie dobrze sytuowani, przedstawiciele wolnych zawodów. Na wyprawy
wyjeżdżają również nauczyciele i pielęgniarki, którzy by przeżyć przygodę
swojego życia, odkładają pieniądze przez kilka lat. Mateusz Karasiński zabiera w podróż, spełniając ich marzenia o egzotycznym świecie, znanym
tylko z książek i programów podróżniczych. Mógłby się rozczarować ten,
który oczekuje spotkania z obieżyświatem w przetartych bojówkach i przykurzonym kapeluszu. Polski Indiana Jones, na co dzień jest eleganckim biznesmanem.
Z Mateuszem Karasińskim
rozmawia Tomasz Rowiński
»
Mam 25 węży i jaszczurek
oraz krokodyla. Jedni chcą mieć
sforę psów lub kotów, rybki
i ptaki, a ja chcę mieć
swoje gady.
fot. archiwum Mateusza Karasińskiego
ło. W miarę wolnego czasu jeżdżę
turystycznie. Jedynie przed maratonami, które organizowane są w Krakowie, staram się poprawić wyniki i
ostro trenuję. W imprezie bierze
udział około dwa tysiące osób. Ścigam się na blisko 100 kilometrowej
trasie.
Wiemy już, dlaczego ten rodzaj
transportu w podróży, jednak
skąd ta miłość do gadów, że trzeba było jechać aż do Afryki? Jak
doszło do tej pierwszej rowerowej
wyprawy w poszukiwaniu węży?
Już w przedszkolu zacząłem znosić
do domu karaluchy i pijawki z parku. Nie interesowały mnie samochodziki, kopanie piłki przed blokiem.
Jestem raczej odludkiem i takim też
byłem dzieckiem. Ceniłem sobie
samotność. Będąc małych chłopcem
zacząłem jeździć na rowerze, bo tato
obracał się w takim środowisku, prowadząc klub kolarski. Jeździliśmy też
na wyścigi, jako obserwatorzy. Przebywałem wraz z kolegami, którzy
uprawiali kolarstwo, więc nie mogło
być inaczej, również trenowałem.
Jednak w moim przypadku było to
działanie na pół gwizdka. Była szkoła, inne plany i zainteresowania. Byłem w klubie, trenowałem, jak każdy
zawodnik, ale bez większych sukcesów. Nie zależało mi nawet na nich
jakoś specjalnie. Byłem także masażystą, pomocnikiem trenera, sporo
czasu spędziliśmy z drużyną we
Francji. Kolarstwo to sport indywidualny, więc pozwalało mi cieszyć się
samotnością. Klub kolarski, z powodów finansowych został zlikwidowany. Po zamieszkaniu w Krakowie
początkowo jeździłem na kolarce,
gdy ją ukradziono - zresztą nie
pierwszy jednoślad straciłem w ten
sposób - przesiadłem się na rower
górski. Po wyprawie do Afryki wybrałem kolarstwo górskie i tak zostaStr. 64
fot. archiwum Mateusza Karasińskiego
Podróżniczego bakcyla do egzotycznych miejsc połknął Pan podczas wyprawy rowerowej do Afryki w 1995 roku. Czy z kolei zamiłowanie do jazdy rowerowej to zasługa taty, założyciela i prezesa
„Igloo- Cyklo – Tour”, czy sposób
na życie?
Jak już wspomniałem byłem raczej odludkiem. Czas spędzałem nad stawami.
Potem zainteresowały mnie egzotyczne płazy i gady. Pierwszego węża dostałem od dziadka w pierwszej klasie
szkoły podstawowej. Żył w akwarium
wśród ryb. Nie było Internetu, gazet i
literatury specjalistycznej, jaka dostępna jest teraz, nie było tylu programów
przyrodniczych. Wychowałem się w
Dębicy, nie miałem z kim dzielić się i
wymieniać tą wiedzą. Przesiadywałem
więc z encyklopediami. W wakacje jeź-
»
Ludzie, których napotykamy
podczas wypraw często są
biedni, mają masę problemów,
ale mimo trudnej sytuacji
są uśmiechnięci.
To przenosi się na uczestników
wyprawy.
dziłem do dziadków do Krakowa, całe
dnie spędzałem w ZOO. Zaprzyjaźniłem się tam z doktorem Andrzejem
Budziszewskim, ówczesnym szefem
egzotarium. Podarował mi jednego
węża, potem sprzedał mi pierwszego
boa. Pod koniec szkoły podstawowej
miałem już wielką hodowlę i tak zostało. Nie mieć wokół siebie gadów i płazów, to dla mnie jest egzotyczne i nienaturalne. Gdy byłem kawalerem miałem ich setki, w tym węże jadowite. To
jest fascynujące. Skończyło się jednak
wypadkiem i wylądowałem w szpitalu.
Potem założyłem rodzinę, więc nie hoduję już groźnych gatunków. Do Egiptu
wybrałem się na rowerze po jednego z
węży. Wróciłem bez węża, za to zafascynowany tą formą podróży.
Teraz trzyma Pan swoich ulubieńców w pracy. Robią wrażenie na
klientach?
Podejrzewam, że tak. Mam je przed
sobą i mogę patrzeć na nie godzinami.
Teraz posiadam gatunki, na które
wcześniej nie było mnie stać lub trudno było je utrzymać. Mam 25 węży i
jaszczurek oraz krokodyla. Jedni chcą
mieć sforę psów lub kotów, rybki i ptaki, a ja chcę mieć swoje gady. Ich pielęgnacja pochłania bardzo dużo czasu.
Trzeba je polewać wodą, karmić. Pod
moją nieobecność robią to zatrudnieni
ludzie. Terraria, akwaria i inne pomieszczenia są skomputeryzowane,
same się naświetlają i nawadniają. Nie
chwalę się swoimi okazami, czy nowymi nabytkami. One są dla mnie.
Wszystkie moje podróże wcześniejsze
były ukierunkowane na poszukiwanie
okazów, podglądanie jak żyją w naturalnym środowisku. Nie interesowało
mnie, by jechać do Amazonii, bo tam
jest pięknie. Jechałem, by pod kamieniem zobaczyć konkretnego węża, bo
wiedziałem, że tam występuje ten gatunek. Teraz się to wszystko rozminęło,
ale podczas podróży nadal rozglądam
się za ciekawymi okazami.
Co najbardziej jest fascynującego w
podróży? Ludzie, egzotyczne widoki,
czy pewna nuta niebezpieczeństwa?
bywa niezbędne i daje poczucie wolności. Kusi mnie także podróż na motorze
czy ponowne wyprawy na rowerze.
Lubię także przemierzać świat na piechotę, jednak ze sprzętem, który waży
kilkanaście kilogramów, jest to trudne.
wa, zabawić się, spotykać rdzenną
ludność. I chociaż nie znam języków,
poza angielskim, którego znajomości
nie jestem pewien, udaje mi się porozumiewać i bezpiecznie spędzać wolny czas.
Czy odnajduje się Pan w miastach?
Są dla Pana tak dzikie jak dla innych
dżungla?
Jak dużo czasu zajmuje Panu podróż, podczas której wytycza Pan
szlak dla swoich klientów?
Raz w roku mam miesiąc na to, by
wyjechać w nowe miejsce, który odkrywam dla siebie i moich klientów.
Wówczas podróżuję sam. Interesują
mnie miejsca, które nie są jeszcze
trendy i jeszcze sporo czasu minie,
nim zostaną zadeptane przez turystów.
Nie to nie tak. Nie interesują mnie miasta, jako cel zwiedzania. Jednak przy
takich podróżach jest nawet wskazane
odwiedzić miasta sąsiadujące z dziką
Początkowo, jak złapałem podróżniczeprzyrodą. To jest uzupełnienie tej wygo bakcyla, chciałem być w najodleglejprawy. Bonus w pakiecie. Warto próboszych częściach świata, wszystko chłować lokalnych atrakcji. Trzeba czasem
nąłem, podróże mnie fascynowały w
się zabawić, dobrze zjeść, a nawet pozupełnie innym wymiarze. Teraz już
leżeć na plaży. Jednak w moim przymam za sobą wiele wypraw, dużo
padku plażowanie nie może trwać dłumiejsc widziażej niż jeden
łem, więc i cel
dzień. Dzięki kowyjazdów zaczyrzystaniu z uroNa wyprawy ków miasta można się konkretyzować. Od pona Czarny Ląd na poznać lepiej
czątku wiedziastać tylko ludzi bogatych. kulturę kraju,
łem, że nie intektóry się odwieAfryka jest i będzie dza. Nie interesuresują mnie zaelitarnym kierunkiem je mnie zwiedzabytki, ciągłe
zwiedzanie.
wypraw. nie czegoś na siłę.
Chcę przebywać
Nie żyję pod prew danym miejsja, że jestem w
scu, wchłaniać je
danym miejscu i
poprzez kontakt
muszę zobaczyć
z rdzenną ludnością, poprzez otaczająto, co polecają w przewodniku. To nie
cą przyrodę i etnografię. Chcę poznadla mnie. Owszem, jeżeli zobaczę coś
wać odległy świat, poprzez kontakt z
co mnie zafascynuje, chętnie to zwiemieszkającymi tam plemionami. Nadzę, ale nie jest to cel sam w sobie.
zwałem jeden z działów w firmie
Szczególnie, że z racji zawodowych
„Awatar to nie fikcja”. Dział ten organiobowiązków wracam często do tych
zuje wyprawy do miejsc, gdzie jeszcze
samych miejsc, które już widziałem.
żyją plemiona nieskażone do końca
cywilizacją. Często, są to ludy zagrożoCzyli wielkomiejskie życie nie jest
ne, bowiem mieszkają one na złożach
Panu obce?
naturalnych, uranu, czy ropy. Rządy
krajów i misjonarze chcą te plemiona
Przebywam w Krakowie, tu mam firmę,
stamtąd usunąć, przesiedlić w inne
mieszkam w Zielonkach pod Krakomiejsce, by zająć się wydobyciem złóż.
wem, a wcześniej, jak się wyprowadziTo dla mnie rzeczywisty awatar. Do
łem z Dębicy – mieszkałem w Krakotakich miejsc chcę docierać. Wkrótce
wie. To nie jest tak, że nie lubię miast,
grozi im likwidacja i za kilka lat, nie ma
czasami potrzebuję odmiany. Uciążliwe
po co tam już jechać. Nie chcę zwiejest coś innego. Kiedy z głośnego miadzać tych miejsc w sposób zorganizosta przejeżdża się do drugiego nic się
wany. Wolę przemierzać trasę sam.
nie dzieje. Problem jest, kiedy po mieLubię lecieć w takie odludne miejsca
sięcznym pobycie w dżungli wraca się
zabierając ze sobą swój samochód. To
do hałaśliwego miasta. Wtedy jest to
daje mi jeszcze więcej wolności i nie
bardzo męczące. Chyba, że odwiedza
jest tak uciążliwe jak poruszanie się
się miasta, jak Cape Town, San Diego,
lokalną komunikacją i autobusami.
Singapur czy Bangkok. Tam jest inny
Zawsze mam ze sobą sprzęt fotograhałas, który ma swój urok. Lubię tam
ficzny, kamery, dlatego własne auto
zjeść regionalną kuchnię, napić się pi-
»
Str. 66
Ma Pan swoje ulubione miejsca, do
których chciałby Pan wrócić dla
przyjemności, nie z obowiązku?
Zjeździłem pół świata, najbardziej
lubię Afrykę, zaś krajem, który wywołał na największe wrażenie jest Madagaskar. Jest najpiękniejszy na świecie. Do niego najchętniej bym chciał
wracać. Byłem tam raz, przez miesiąc.
Ze względu na moje zainteresowania,
uważam go za najciekawszy. Jestem
jednak zdania, że świat jest tak olbrzymi, że szkoda wracać do tych
samych miejsc teraz, bo można zobaczyć inne. Mam nadzieję, że potem
nadejdzie czas na powroty. Mam swoje
miejsca ulubione, chociażby niektóre
stolice europejskie. Ze względu na
przykład na kuchnię, wracam do tych
miejsc na chwilę. Chciałbym także odnowić formy podróży, które kiedyś odbyłem. Wciąż myślę o ponownej podróży na rowerze. Myślę o wjeździe na
najwyższą przełęcz na świecie – Ladakh
w indyjskich Himalajach, czy przejazd
innymi szlakami w Afryce czy Azji.
Chciałbym by trasy te nie były zbyt
rozdeptane przez turystów. Niestety,
są takie miejsca, do których wróciłem z
niesmakiem. Po 15 latach ponownie
znalazłem się w Kambodży i Laosie.
Gdy byłem tam ostatnio, załamałem
się. Nie poznałem tych miejsc. To obecnie „cepelie”, niemające już nic wspólnego z odkrywaniem innych kultur i
obyczajów. Teraz to turystyka masowa,
miejsca imprezowe. Na przykład w
klasztorze buddyjskim, gdzie kiedyś
spałem i czułem mistykę tego miejsca,
teraz urządzają dla turystów techno
party. Mimo, że te podróże do tanich
nie należą, głównie z uwagi na koszt
»
Nasze wyprawy są idealne dla
osób o szerokich horyzontach,
które pragną zobaczyć, zrozumieć
i zbliżyć się do ludzi innych kultur
oraz dzikiej przyrody, podziwiać cuda
i różnorodność naszej planety.
fot. archiwum Mateusza Karasińskiego
przelotu, to jednak już na miejscu można zwiedzać je i żyć za kilka dolarów.
Niektóre regiony stały się zbyt dostępne dla turystów.
Taki jest postęp cywilizacji. Są jeszcze miejsca dziewicze, niedostępne
dla zorganizowanej turystyki.
To jest zależne od ceny, jaką turysta
chce zapłacić i jak ekstremalny ma być
wyjazd. Czym innym są wyprawy wysokogórskie i zdobywanie biegunów,
czym innym wypad turystyczny. Uważam, że Afryka nie jest odkryta do końca dla turystyki, bo jest droga. Coraz
droższa. Na wyprawy na Czarny Ląd
stać tylko ludzi bogatych. Afryka jest i
będzie elitarnym kierunkiem wypraw.
Ze względu na swoją dziewiczość bardzo podoba się mi Ameryka Południowa, tylko wyprawy w niektóre miejsca
są bardzo ryzykowne.
Nie boi się Pan samotnie wjeżdżać w
tak egzotyczne wyprawy?
Podobne zagrożenia czekają na nas w
Polsce. W Meksyku wpadłem w przepaść na quadzie. Ledwo przeżyłem.
Podczas podróży zdarzają się tropikalne choroby. Jak się jest ostrożnym –
jest bezpiecznie. Nie narażam się niepotrzebnie. Nie wybieram się do Iraku,
czy w inne miejsca konfliktów zbrojnych. Nie oznacza to, że gdym się jednak znalazł na miejscu nie był bym
zainteresowany na przykład robieniem
zdjęć. Pewnie na miejscu barierę ryzyka podniósłbym wyżej. Wypadek drogowy może się zdarzyć w każdym miejscu na świecie. W dżungli są choroby
tropikalne, ale w Polsce czyhają, jak i
na całym świecie, choroby cywilizacyjne. Ludzie są tacy sami wszędzie. Jak
się nie szuka guza i nie idzie się do
slumsów, to się nie dostanie po głowie.
Podczas takiej wyprawy nie jest bardziej niebezpiecznie niż w Nowej Hucie
w Krakowie. Parę guzów miałem w
ciągu pięciu lat, gdy tam mieszkałem, a
w podróży jeszcze nie. Człowiek bar-
dziej boi się zanim wyjedzie, niż na
miejscu., jak już tam dotrze.
Do Pana klientów raczej należą osoby dobrze sytuowane? Dlaczego wybierają taką formę wypoczynku,
zamiast korzystać z luksusu w znanych kurortach?
Myślę, że już im się znudziły te kurorty.
Moi klienci też mieli młodzieńcze marzenia o dalekich podróżach, dziewiczych wyprawach i przygodach. Doszli
do pewnego etapu w życiu, zdobyli
jakąś pozycję zawodową i finansową
oraz chcą zrealizować marzenia. Wyjeżdżają także, by komuś zaimponować,
bo inni pracownicy w firmie już byli na
takiej wyprawie. Od samego początku
istnienia firmy moi pracownicy biura
starają się tworzyć wyprawy przede
wszystkim dla osób, dla których podróże są pasją. Sposób organizowania, jak
i sama forma imprez turystycznych
odbiega od stereotypowych wycieczek
objazdowych. Nasze wyprawy są idealStr. 67
Nie grymaszą podczas takiej wyprawy? Tutaj mają wysoką pozycję społeczną, są liderami. Okazują swoje
niezadowolenie?
Takie wyprawy trwają nawet do 30 dni.
Na początku uczestnicy są sztywni, nie
mogą zapomnieć o codziennych obowiązkach, drażni ich tempo życia
mieszkańców Azji, Afryki, Ameryki Południowej, ciągłe oczekiwanie. Po tygodniu siadają na krawężniku, jak w dzieciństwie. Wypoczywają. Po dwóch tygodniach znów przeżywają kryzys. Po
miesiącu wyciszają się, uśmiechają się.
Ludzie, których napotykamy podczas
wypraw często są biedni, mają masę
problemów, ale mimo trudnej sytuacji
są uśmiechnięci. To przenosi się na
uczestników wyprawy. Niektóre odcinki dają porządnie w kość. Wielu naszych klientów przywozi ten uśmiech
do domu, do Polski. Niestety tu proza
życia. Dwa dni w polskiej rzeczywistości
i są na nowo ponurzy. Polacy są najmniej uśmiechniętym narodem. Nawet
wielkomiejski hałas w egzotycznych
stolicach jest inny niż w Polsce. Trąbienie na innego kierowcę ma inny charakter, mniej nerwowy, chociaż trąbi
się tam non stop. Sam już nie prowadzę grup. Żeby być dobrym pilotem
trzeba kochać ludzi, umieć z nimi przebywać. Ja kocham zwierzęta. Nie lubię
przebywać w takich sytuacjach z ludźmi, których nie znam lub nie chcę z
nimi przebywać. Staram się ograniczać
te kontakty do minimum i to z korzyścią dla klientów, bowiem moi piloci, to
wspaniali ludzie. Ciepli, cierpliwi, świetni psychologowie. Łatwo nawiązują
kontakt, rozwiązują problemy, jeżeli się
takowe pojawiają. Trzeba pamiętać, że
jednak w taką wyprawę jedzie wyselekcjonowana grupa. Ludzie świadomi
niewygody, trudu podróży. Często z
wiedzą z książek, programów podróżniczych. Klient marudzący to jednak
domena wycieczek zbiorowych w ku-
Str. 68
rortach, w hotelach - molochach i na
wycieczkach autokarowych.
Jak na szefa przystało, zarządza Pan
firmą. Jeździ Pan jednak również na
wyprawy z ludźmi?
Jeżdżę na wyjazdy biznesowe, korporacyjne, tak zwane Incentivy. Te wyprawy
mają inny charakter. Tutaj klienci liczą
tylko na wysoką jakość usług, za którą
płacą. Nie oczekują, że od razu będę
ich przyjacielem. Ta forma relacji bardziej mi odpowiada. Po takiej wyprawie
zostaję jeszcze tydzień sam, by obejrzeć te miejsca, na które mam ochotę.
Wyprawy nie należą do najtańszych,
głównie ze względu na transport
oraz przewodników. Wspomniał
Pan, że nie wszyscy klienci to osoby
z grubszym portfelem.
- Nie sprawdzamy, kto ile ma na koncie, więc jeżeli ktoś decyduje się na
wyprawę, to jest nam miło, że chce
skorzystać z naszej oferty. Klienci raczej przechodzą inną selekcję. Kieruje
nimi pasja i zainteresowanie. Są wśród
naszych klientów nauczyciele czy pielęgniarki, którzy wiele rzeczy sobie odmawiają przez lata, by odłożyć na podróż. Wiedzą, na co wydają pieniądze.
Często jednak są to ludzie reprezentujący wolne zawody, bowiem wyprawy
trwają około miesiąca. Taka podróż
bardzo wciąga, jest jak narkotyk. Jak
raz się połknie bakcyla, to chce się więcej. Nasi klienci wiedzą, że świat się
składa z tego, co przeżyli. Po podróży
pozostają wspaniałe wspomnienia,
zdjęcia. Często ludzie zmieniają podejście do życia. Nasi klienci to miłośnicy
przyrody, tak jak ja, chcą zobaczyć, jak
ich ulubione rośliny i zwierzęta żyją w
naturalnym środowisku. Widzieli już w
telewizji, czytali w książkach, a teraz
chcą zobaczyć na żywo.
Ile w przeciągu 15 lat działalności
Pana biur podróży zorganizowaliście
już wypraw ?
Ponad 300 grup podróżniczych i około
60 imprez korporacyjnych. Dla mnie to
dużo. Nie stawiam na ilość a raczej
jakość wyprawy. Jesteśmy jednym z
najdłużej działających biur trampingowych w Polsce. Od pewnego czasu prowadzę także oddział biura w Wielkiej
Brytanii. Dzięki temu widzę, jaka jest
różnica w podejściu do egzotycznych
wypraw. Brytyjczycy, czy nawet Polacy
mieszkający na wyspach cenią przede
wszystkim jakość i bezpieczeństwo.
Polacy, choćby majętni szukają okazji
i najtańszych ofert. Nie zamierzam
obniżać kosztów, bo odbije się to, na
jakości świadczonych usług i bezpieczeństwie. Jestem odpowiedzialny za
swoich klientów. Na szczęście dla
wielu osób liczy się marka firmy, bezpieczeństwo i jakość. Dlatego wybierają nasze wycieczki.
W wyprawy zabiera Pan ze sobą
sprzęt fotograficzny. Często efekty
Pana pracy można oglądać na wystawach. Fotografika to kolejna
pasja, po rowerach, gadach i podróżach?
Fotografia nie jest moim celem samym w sobie, chyba, że planuję wyjazd fotograficzny. Lubię robić zdjęcia,
nie najgorzej mi wychodzą, jednak jest
to gdzieś z boku wyprawy, jako dokumentacja. Nie mam raczej czasu na
robienie zdjęć podczas podróży. Jedynie podczas postoju fotografuję często
dzieci. Są bardzo wdzięcznym tematem. Czasami potrzebne są mi zdjęcia
do prezentacji dla klientów. Najczęściej
jednak leżą nieobrobione w komputerze. To samo jest z kamerą. Lubię filmować i fotografować, mam z tym wiele planów, mam sporą dokumentację,
ale niestety materiał leży niewykorzystany w archiwum. Czasem przeglądam efekt mojej dokumentacji ze znajomymi, jak się spotkamy, a czasem
ktoś poprosi o zdjęcia na wystawę. Nie
bywam inicjatorem prezentowania
swojego dorobku.
Jest Pan przykładem, jak z pasji
można zrobić zawód i dobry biznes.
Chyba jest Pan szczęśliwym człowiekiem?
Uważam, że jeżeli ktoś ma pomysł, ma
swoją pasję i będzie cierpliwie dążył do
celu, to prędzej czy później go osiągnie.
Trzeba być otwartym na świat, elastycznym. Ostatnio poszerzam ofertę.
Kryzys pokazał mi, że nie można być
wąsko ukierunkowanym. Rok 2008 był
dobry, więc zainwestowałem w nowe
biuro i pracowników. Niestety kolejny
sezon, przed dwoma laty był fatalny.
Nie potrafię nic innego robić z taką
pasją, jak to, czym się zajmuję. Dlatego
fot. archiwum Mateusza Karasińskiego
ne dla osób o szerokich horyzontach,
które pragną zobaczyć, zrozumieć i
zbliżyć się do ludzi innych kultur oraz
dzikiej przyrody, podziwiać cuda i różnorodność naszej planety. To przygoda
z dala od tego, co już opatrzone i nazbyt skomercjalizowane, a także podróżowanie w grupie ludzi o podobnej
wizji na świat, którzy nie podążają utartymi ścieżkami.
poszerzam działalność tworząc nowe
marki. W Londynie mieliśmy dość intensywną promocję, zwróciła się, jednak bez ciągłej obecności jest niemożliwe utrzymać się na brytyjskim rynku.
Trzeba wciąż się reklamować, uczestniczyć w targach i festiwalach.
Jedną z firm tworzy Pan z Martyną
Wojciechowską. Nie zazdrości jej
Pan popularności? Czy ten podział w
firmie jest wyraźnie określony?
Nie nadaję się na celebrytę. Nie mam z
tym problemu, chociaż dla wielu osób
nie jestem anonimowy. Z Martyną
przyjaźnimy się, prowadzimy wspólnie
firmę, chciałbym, by czasem więcej
ingerowała w jej działalność. Często
rozmawiamy o podróżach, mamy
wspólne zainteresowania, bardzo się
lubimy, siadamy przed mapą, planujemy wyprawy i przyszłość naszej firmy.
Jest osobą bardzo zapracowaną, a z
racji swoich zawodowych obowiązków
musi być rozpoznawalna i obecna w
mediach. Niewątpliwie nasza współpraca układa się bardzo dobrze, Martyna jest rozpoznawalna, to otwiera wiele drzwi.
Udało się Wam także współpracować przy produkcjach w telewizji.
Pomagaliśmy w realizacji odcinków
programu „Kobieta na krańcu świata” i
„Misja Martyna”, o raz program w TVN
„S.O.S. dla świata”. Uczestniczyłem w
programie nagrywanym w Indonezji z
Michałem Pirógiem i Patrycją Kazadi.
Program dotyczył walki z kłusownictwem i przemytem zagrożonych gatunków zwierząt. W tym temacie czuję się
ekspertem. W związku z wymierającą
populacją niektórych gatunków zwierząt, pokazuję w programie, jak żyją
kłusownicy, dlaczego dopuszczają się
tak okrutnych czynów. Myślę, że program był bardzo ciekawy, niestety nie
mogę więcej zdradzać. Współpraca z
telewizją to ciekawe doświadczenie.
Lubię poznawać nowe rzeczy, nie zamykam się w dżungli.
Dokąd Pan wyjeżdża w najchętniej?
Mam zaplanowanych 10 wypraw, w
tym tylko dwie, które mnie interesują.
Do wielu miejsc jadę, bo muszę. Tylko
do niektórych, bo lubię. Chętnie odwiedzam Ekwador, a tam w Amazonii moich Indian, Waorani. Tam się odnajduję,
stamtąd wracam uśmiechnięty.
Czy rodzina popiera Pana pasje? Dokąd zabiera Pan żonę i syna po tylu
podróżach służbowych? Ma Pan jeszcze chęć na wyjazdy?
Małżonka chciałaby wyjechać w podróż, zgodnie z moimi preferencjami.
Woli jednak podróżować po Europie,
wybiera dobry hotel, plażę. Jest praw-
nikiem, w ten sposób woli ładować
akumulatory. Rok temu pojechaliśmy
na 25 dni do Indonezji. Musieliśmy
dojść do kompromisu, bo żona lubi
plażę. Przystała na mój warunek, że
mieszkamy z dala od hotelowych molochów i wybieramy pobyt wśród miejscowej ludności, bo to najlepiej pozwala poznać kulturę i kraj. Z uwagi na
dziecko dbamy także o kwestie bezpieczeństwa. W planach mamy Filipiny,
Meksyk i Brazylię. Będzie trochę zwiedzania, jednak wiemy jak to wypośrodkować, byśmy byli oboje zadowoleni.
Nie mam problemów z adaptacją, bywa, że sypiam podczas biznesowych
podróży w pięciogwiazdkowych hotelach w Tokio, by później nocować w
norach w Afryce. I w obu miejscach
może być fajnie. Żona wie, że ładuję
baterie w trochę inny sposób niż ona.
Kiedy Pan wraca do domu z tych
dalekich podróży, czy ma Pan jakieś
inne sposoby na wypoczynek?
- Kiedy wracam, to planuję kolejny wyjazd, a nawet kilka kolejnych. Wraz z
synem jeżdżę także na rowerze, najchętniej do lasu. Oglądam programy
podróżnicze i przyrodnicze w telewizji.
Lubi Pan gadżety współczesnej techniki?
Do moich ulubionych należą iPhone,
Mac, play stadion i telewizor o takiej
Str. 69
motoryzacja
Porsch
stuknęła
he 911
Trudno w to uwierzyć ale figura tej 50 – latki wciąż budzi pożądanie
i żaden lifting jej nie szkodzi, jest coraz młodsza.
Pierwotnie zaprojektowana na tory wyścigowe,
dziś 911 rozpala emocje tak samo, jak robiła to w 1963 roku.
Obecna 911 to nowy projekt nadwozia z dłuższym rozstawem osi,
udoskonalonymi silnikami, które zużywając mniej paliwa dostarczają większą moc, technologiami zwiększającymi wydajność, takimi
jak auto start/stop, sterowanie przepływem temperatury czy system rekuperacji. To auto z inteligentnym lekkim nadwoziem wykorzystującym kompozytową konstrukcję stalowo-aluminiową, z wywodzącym się ze sportu samochodowego zawieszeniem i z nowoczesnym wnętrzem zaprojektowanym dla sportowego komfortu.
a 50 – tka
fot. archiwum
motoryzacja
Marketingowcy Porsche podkreślają sposób, w jaki firma
łączy tradycję z innowacyjnością, osiągi z użytecznością
na co dzień, formę z funkcją. Nowa 911, to nowa tożsamość Porsche.
Ten model to ponad 28 000 zwycięstw w wyścigach. Auto
posiada status ikony, ale jak mówi producent nie miałby
on jednak żadnego znaczenia, gdyby w stare pomysły nie
tchnęli nowego życia. Dla Porsche bowiem dziedzictwo i
przyszłość są ze sobą nierozerwalnie powiązane. - Moglibyśmy oczywiście produkować dobre samochody sportowe, ale nie byłyby to Porsche, a już z pełnością nie 911
– mówią inżynierowie Porsche.
Silniki to oczywiście sześciocylindrowe boxery. 3,4litrowy silnik 911 Carrera dostarcza 257 kW (350 KM) ; w
911 Carrera S 3,8-litrowy silnik generuje 294 kW (400
KM). Dzięki wyposażeniu obu modeli w bezpośredni
wtrysk paliwa (DFI) i VarioCam Plus dysponują one większą mocą i posiadają mniejszy apetyt na paliwo. Moc
przenoszona jest na koła za pośrednictwem nowej, wydajnej, 7-biegowej manualnej skrzyni biegów lub, opcjonalnie, przez skrzynię Porsche Doppelkupplung (PDK),
która oferuje zmiany biegów bez przerywania przepływu
mocy.
Oba silniki dysponują lepszymi sportowymi osiągami niż
ich poprzednicy, a mimo tego zużycie paliwa udało się
obniżyć nawet o 16%. W jaki sposób? Jednym z rozwiązań jest obniżona do 3,4 litra pojemność skokowa w 911
Carrera. Kolejnymi – zastosowanie nowoczesnych technologii polepszających wydajność.
Standardowo obejmują one funkcję auto start/stop, system rekuperacji energii elektrycznej i inteligentnego sterowania przepływem temperatury oraz nowy, oszczędza-
Str. 72
jący energię, elektromechaniczny system wspomagania układu kierowniczego, a także, w przypadku PDK, nowa
funkcja ‘żeglowania’.
Technologie przyszłości odnaleźć można również w podwoziu. Montowany
standardowo w 911 Carrera S system
Porsche Torque Vectoring (PTV) zwiększa osiągi dynamiczne. Oferowany
opcjonalnie w modelu S Porsche Dynamic Chassis Control (PDCC) jeszcze
mocniej je podkreśla. Po raz pierwszy w
modelach 911 Carrera dostępne jest
dynamiczne mocowanie silnika będące
częścią opcjonalnego pakietu Sport
Chrono.
Każde dziecko rozpozna 911, lecz czy
tożsamość można opisać słowami? Tak,
przyglądając się bliżej użyciu formy,
proporcjom i konturom. Linia dachu
zwęża się ku tyłowi. Błotniki są wyższe
niż linia maski, a z tyłu są bardziej muskularne. Nadają 911 jej charakterystyczny wyraz i nie pozostawiają wątpliwości, co do temperamentu. Ogólnie –
nisko, szeroko i gładko. Typowo dla
911.
fot. archiwum
Designerzy i inżynierowie Porsche zawsze ostrożnie podchodzili do kwestii ewolucji 911. Stale jednak kroczyli do
przodu wprowadzając innowacje motywowane zasadą,
że powinny być one funkcjonalne i doskonale dostosowane. W efekcie możemy podziwiać harmonijną koncepcję, która sprawia, że nowa 911 jest samochodem spor-
towym idealnie wpisującym się w XXI wiek. Aby to zrozumieć, należy zacząć od obejrzenia nadwozia. Rozstaw osi
nowej 911 został powiększony o 100 mm, co daje lepszą
stabilność prowadzenia i charakterystykę pokonywania
zakrętów. Zwisy z przodu i z tyłu są krótsze, dzięki czemu
nowa 911 wydaje się jeszcze bardziej kompaktowa.
Sportowe wrażenie podkreśla niższa linia dachu i szerszy
rozstaw kół przedniej osi – o 46 mm w 911 Carrera i o 52
mm w 911 Carrera S. Dla uzyskania lepszej aerodynamiki
boczne lusterka montowane są obecnie bezpośrednio
na drzwiach. Większa zwinność jest tylko jednym z efektów tych wszystkich zmian. Sylwetka jest więc typowa dla
911, a także typowa w kategoriach rozwoju tego modelu,
o czym szczegółowo piszemy poniżej.
Zmodyfikowana architektura samochodu, z szerszym
rozstawem kół przedniej osi i obniżoną linią dachu nadaje przedniej części samochodu dynamiczny wygląd, który
jest jednocześnie sportowy i elegancki. Nowe, standardowe reflektory Bi-Xenon w dalszym ciągu posiadają
owalne obudowy nadające im klasyczny wygląd i pozwalające podziwiać zastosowane rozwiązania technologiczne. Reflektory Porsche Dynamic Light System (PDLS) z
dynamicznymi światłami skrętnymi i regulowaną w funk-
cji prędkości kontrolą zasięgu oferowane są opcjonalnie.
Kierunkowskazy, światła do jazdy dziennej i światła pozycyjne, wszystkie wykonane w technologii LED, umieszczone są w osobnych modułach. Ich wąski kształt kontrastuje z okrągłymi światłami głównymi. Wraz z dwoma
zintegrowanymi wlotami powietrza sprawiają, że przód
nowej 911 jest natychmiast rozpoznawalny. Z tyłu
wszystko jest wyostrzone: stylistyka, wygląd i ogólny
efekt. Jest to zasługą m.in. wyróżniającej się krawędzi
profilu i nowych świateł LED, których rozciągnięty design
akcentuje poziome kontury tyłu. Charakterystyczne światła odblaskowe zostały umieszczone niżej, jednak nocą
są doskonale widoczne. W obu modelach na nowo opracowano kształt końcówek wydechów. W 911 Carrera S
po obu stronach znajdują się podwójne wydechy. Nowym elementem jest szerszy wysuwany tylny spojler,
który redukuje siły znoszące i w każdych warunkach
zwiększa stabilność jazdy.
Porsche 911 Carrera i 911 Carrera S standardowo wyposażone są odpowiednio w 19- i 20-calowe koła. Większe
o jeden cal w porównaniu z poprzednim modelem podkreślają sportowy wygląd, a ich zwiększone obwody toczenia polepszają komfort i osiągi. Podsumowując, for-
Str. 73
ma zawsze podąża za funkcją. Dzięki niej osiągnięto bardzo niski współczynnik oporów aerodynamicznych wynoszący jedynie 0,29. Nawet logo umieszczone na pokrywie silnika spełnia ważną funkcję. Jest to w końcu symbol
tożsamości Porsche.
Porsche nie buduje zwykłych samochodów sportowych,
projektuje samochody sportowe, które można wykorzystywać na co dzień. Ogromna zwinność i komfort nie
wykluczają się wzajemnie, lecz są różnymi aspektami tej
samej, harmonijnej koncepcji. Jest to ewidentne zwłaszcza we wnętrzu nowej 911. Sportowy charakter, funkcjonalność i wysokiej jakości materiały tworzą spójną całość
sprzyjającą dynamicznej jeździe, nawet przy codziennym
użytkowaniu. Aby się o tym przekonać wystarczy wsiąść
do środka. Dłuższy rozstaw osi to z przodu o 25 mm wię-
Str. 74
cej miejsca na nogi niż w poprzednich modelach. Duch
sportu harmonizujący z komfortem znajduje odbicie w
przemyślanej ergonomii wnętrza. Użyte materiały, rozmieszczenie przyrządów czy logika ich obsługi wyznaczają nową generację samochodu sportowego. Innym nowym elementem designu 911 jest wznosząca się centralna konsola. Jej inteligentna koncepcja obsługi podąża za
przejrzystą formułą bezpośredniej prostoty. Klasycznym
elementem 911 jest rozmieszczenie pięciu okrągłych
zegarów z umieszczonym centralnie obrotomierzem.
Nowością jest wysokiej rozdzielczości, 4,6-calowy kolorowy wyświetlacz TFT VGA pozwalający na przeglądanie
informacji komputera pokładowego, systemu audio czy
nawigacyjnych. Standardowe sportowe fotele łączą jeszcze większy komfort z wyścigowym trzymaniem ciała i
wyposażone są w 4-pozycyjną elektryczną regulację. No-
FOT. ARCHIWUM PORSCHE
wa dwustrefowa automatyczna klimatyzacja z osobną
regulacją nawiewu i temperatury dla kierowcy i pasażera
także stanowi element wyposażenia standardowego.
Nowością jest także opcjonalny pakiet oświetlenia podłogi, schowków, tyłu i konsoli dachowej. Jak zawsze oferujemy szeroką gamę kolorystyki wnętrza oraz materiałów
wykończeniowych takich jak włókno węglowe, skóra,
drewno czy aluminium. Integralną częścią koncepcji jest
akustyka, zwłaszcza dźwięk silnika. Opcjonalnie oferowany jest zestaw Burmester® High-End Surround Sound.
Zoptymalizowany specjalnie pod kątem nowych modeli
911 Carrera, dzięki 12 głośnikom i mocy 821 W, oferuje
perfekcyjne brzmienie przestrzenne. Nowa 911 udowadnia, że pozorne przeciwieństwa, takie jak wygląd i inżynieria czy komfort i osiągi, nie muszą się wzajemnie wy-
kluczać. W typowy dla Porsche sposób użycie formy podporządkowane jest podstawowej regule: najważniejszy
jest kierowca. Dlatego odległość między dźwignią zmiany
biegów i kierownicą jest taka mała, a logika obsługi, np.
dwustrefowej klimatyzacji czy ustawień zwieszenia jest
jasna i nieskomplikowana. Wszystkie materiały prezentują wysoką jakość. Sportowa i elegancka skóra pokrywa
koło kierownicy, uchwyty drzwi, podłokietniki oraz sportowe fotele, które oferowane są standardowo. Alcantara
udowodniła swoją wartość w świecie wyścigów i znalazła
zastosowanie jako standardowa podsufitka. Prócz standardowych tapicerek w kolorach czarnym, Platinum
Grey, Luxor Beige i Yachting Blue istnieje szeroka gama
dostępnych opcji personalizacji, w tym kombinacje dwukolorowe, kolory specjalne oraz materiały takie, jak włókno węglowe, aluminium czy wysokiej jakości drewno.
Str. 75
Pakiet wyposażenia „50 lat 911”
Porsche 911 obchodzi swoje 50-te urodziny. Z tej okazji Porsche przygotowało dwa pakiety wyposażenia „50 lat
911”. Pakiet opcji „50 lat 911” łączy to, co wyróżnia model 911 od pięćdziesięciu lat: kombinacja sportowego charakteru i komfortu.
Pakiet wyposażenia „50 lat 911”
6058 € brutto
- Pakiet Sport Chrono
- PCM z nawigacją
- Moduł telefoniczny
- Asystent parkowania
- Ogrzewanie siedzeń
- Powerkit Carrera S
Pakiet wyposażenia „50 lat 911”z Powerkit Carrera S
17903 € brutto
- Pakiet Sport Chrono
- PCM z nawigacją
- Moduł telefoniczny
- Asystent parkowania
- Ogrzewanie siedzeń
Pakiet Sport Chrono: obejmuje analogowy i cyfrowy stoper, dynamiczne zawieszenie silnika i przycisk SPORT PLUS na
konsoli środkowej. W połączeniu z PDK pakiet Sport Chrono zawiera dwie dodatkowe funkcje: funkcję startu wyścigowego „Launch Control” i „torową strategię zmiany biegów”.
Porsche Communication Management z nawigacją: PCM jest centralnym systemem informacyjnym i komunikacyjnym. 7-calowy, kolorowy ekran dotykowy wysokiej rozdzielczości umożliwia sterowanie systemem audio, telefonem i
nawigacją.
Moduł telefoniczny: moduł telefoniczny dzięki wbudowanemu w PCM czytnikowi kart SIM lub poprzez połączenie Bluetooth® z telefonem komórkowym pozwala na bezsłuchawkowe prowadzenie rozmów telefonicznych.
FOT. ARCHIWUM PORSCHE
Asystent parkowania z przodu i z tyłu: system ułatwiający parkowanie, z czujnikami ultradźwiękowymi wbudowanymi
w zderzaki, informuje akustycznie i za pomocą grafiki na centralnym wyświetlaczu o przeszkodach przed i za samochodem.
motoryzacja
Str. 77
Nadwozie: stalowe, samonośne.
Waga pojazdu (z akumulatorami): 820 kg.
Automatyczna skrzynia biegów.
Silnik: 72V AC 5 KW.
Akumulatory: bezobsługowe,
kwasowo–ołowiowe, 9 sztuk, 8 V,
72 V, 150 Ah.
Gwarancja na akumulatory
wynosi 12 miesięcy, na pozostałe elementy – 2 lata.
Napęd na tylne koła. Wymiana
oleju przekładniowego: pierwszy
raz po 1000 km, kolejne po 10
000 km.
Koszt przeglądu nie powinien
przekroczyć 200 zł łącznie z
elementami eksploatacyjnymi.
Biznes zainteresowany
pojazdem Rometa
Hotele, pola golfowe, ośrodki wypoczynkowe i urzędy już zainteresowane
są pojazdem Romet 4E. Kto wie, może
wkrótce nimi będą dostarczać pizzę a
może przesiądą się do nich strażnicy
miejscy. Chociaż wygląda jak małe auto,
bardziej można o nim powiedzieć, że to
udoskonalony wózek elektryczny. Za to
całkiem spory i wygodny a przede
wszystkim ładny.
Podczas oficjalnej prezentacji Włodzimierz Zientarski, dziennikarz motoryzacyjny znany z telewizji nie
mógł się nadziwić, że w Polsce można wyprodukować
takie auto. Ładne, oszczędne i dobrze wykonane. Romet 4E stanowi skrót od czterech słów: elektryczny, ekonomiczny, ekologiczny oraz easy, czyli prosty,
łatwy w prowadzeniu – wyjaśnia Agnieszka Starzyk,
dyrektor Romet Motors.
Romet 4E jest wyposażony w dziewięć akumulatorów o pojemności 150 Ah każdy. Jedno ładowanie
akumulatorów pozwala na pokonanie trasy wynoszącej od 90-180 kilometrów.
– Dłuższy dystans na jednym ładowaniu kierowca
osiągnie korzystając z przełącznika trybu prowadzenia samochodu, wybierze ekonomiczny tryb jazdy –
dodaje Agnieszka Starzyk. – To prędkość ok. 45 km
Str. 78
na godzinę. Jeżeli jednak kierowca wybierze prędkość
jazdy około 65 km na godzinę, możliwy do pokonania
dystans zmniejszy się do 90 km.
Jednak jak dodaje Wiesław Grzyb, prezes „Arkus &
Romet” wciąż prowadzone są rozmowy z producentami, by dystans, który można przejechać na jednorazowym ładowaniu był dłuższy.
Tankować można wtyczką
Żeby „zatankować" Rometa 4E, wystarczy podłączyć
go do zwykłego gniazdka elektrycznego (230 V). Pełne
ładowanie trwa maksymalnie 9 godzin. Z kolei żywotność akumulatorów to 3 - 5 lat użytkowania przy założeniu rocznego przebiegu do 23 tys. km. Ich wymiana kosztuje blisko 8 tys. zł.
Romet 4E to pojazd elektryczny kategorii L7 e przy-
cia energii i koszt wymiany baterii,
już po 3 latach użytkowania 4E i
przejechaniu w tym czasie 70 tys.
km, wartość samochodu zwraca się
właścicielowi w 60 - 70 proc. – przekonuje dyrektor Starzyk. – To dlatego, że przejechanie 100 kilometrów
kosztuje nas zaledwie około 6 złotych. Tyle samo trzeba zapłacić za 1
litr benzyny lub oleju napędowego.
Romet 4E swoje wejście na rynek
rozpoczął od „Polskiej Jazdy Testowej" organizowanej w 36 miastach
w Polsce. Prezes Wiesław Grzyb
przyznaje, że trudny jesienno – zimowy okres ma być dla autka
sprawdzianem.
– Zbieraliśmy nie tylko pochlebne
opinie, testy w całym kraju trwały
kilka miesięcy – mówi Agnieszka
Starzyk. – Auta trafiają zarówno do
firm, jak i urzędów. Wszyscy bowiem szukają oszczędności. Pojazd
ma swoje przeznaczenie. Nie jest
elegancką limuzyną, tylko ekonomicznym i ekologicznym autem
mającym dać firmom oszczędności.
To dynamiczny pojazd, nieduży, ale
posiada spory bagażnik i wystarczająco dużo przestrzeni nawet dla
postawnego kierowcy.
fot. Tomasz Rowiński
stosowany do przewozu maksymalnie dwóch osób. Do jego
prowadzenia wymagane jest
minimum prawo jazdy kategorii
B1. Pojemność bagażnika: ok.
880 litrów, istnieje możliwość
wprowadzenia indywidualnego
dopasowania przestrzeni ładunkowej do potrzeb własnych. Za
elektryczne auto z Podgrodzia,
stworzone z myślą o jeździe
miejskiej, trzeba zapłacić 32-36
tys. zł. Cena waha się w zależności od pakietu akumulatorów i
wyposażenia. Producent uważa
jednak, że jej wysokość nie powinna nikogo zniechęcić.
- Biorąc pod uwagę koszt zuży-
- Przyjmujemy zamówienia – zachęca Agnieszka Starzyk. - Sprzedaż
Rometa już ruszyła.
motoryzacja
P
remiery i nowości motoryzacyjne, dwustu
wystawców i ponad 96 tysięcy zwiedzających to wydarzenia jakie towarzyszyły targom Motor Show. Wśród nowości zaprezentowano takie auta jak: porsche macan, mercedes
klasy S coupe, mercedes klasy V, volkswagen golf
sportsvan, infiniti Q50, jeep cheronee, nissan note,
Rolls-Royce wraith. Emocje wzbudziły również jedyna
w Polsce alfa romeo 4C, superoszczędny i kosmiczny
volkswagen XL1, piękne maserati ghibli czy hybryda
kia provo.
Poznań stał się stolicą miłośników jedno- i dwuśladów,
maszyn o potężnej mocy i urzekającym wyglądzie. Nie
zabrakło również pięknych kobiet ale największe emocje
budziły tym razem modele samochodów, motocykli i
camperów oraz samolotów.
Łącznie zagospodarowano 10 pawilonów oraz teren zewnętrzny, czyli około 50 tys. m kw. powierzchni wystawienniczej, co sprawia, że poznańska impreza zarówno
w skali kraju, jak i Europy Środkowo-Wschodniej nie ma
sobie równych.
Międzynarodowe Targi Poznańskie zawsze oferowały
największe wydarzenie skupiające zarówno profesjonalistów, jak i miłośników motoryzacji. Tegoroczne Motor
Show oddało optymistyczne nastroje w branży, prezentując silną pozycję branżowych liderów.
Dr Andrzej Byrt, prezes Zarządu MTP otwierając imprezę
także postawił na nowinki, najpierw przemówił za po-
Str. 80
Targi M
MOTOR SHOW
Str. 81
średnictwem mobilnego ekranu a następnie wjechał na
dwukołowym segway-u. Nie krył radości, że koncern
Volkswagen ponownie inwestuje w Polsce i buduje fabrykę samochodów dostawczych. Volkswagen Group zajął
cały pawilon, by pokazać swoje auta, bowiem posiada w
swojej stajni również skodę, audi, lamborghini, bentley,
seat, porsche oraz motocykle ducati. Koncern zaprezentował także samochody użytkowe. Stoisko Volkswagen
Group zdobyło nagrodę Grand Prix. Zwiedzających nie
zabrakło także na stoiskach innych marek, jak choćby
firm mazda, suzuki, mitsubishi, peugeot, hyundai, lexus,
citroen, fiat, abarth, lancia, ford.
Atrakcją był także salon motocyklowy. Za sukces potraktować można obecność Harleya-Davidsona z globalnym
stoiskiem. Imponująco prezentowało się również stoisko
BMW oraz rodzimy Romet. Motocykle i skutery podziwiać można było na stoiskach Piaggio, Vespa, Gilera a
także amerykańskiej legendy – motocykli Indian. Wśród
wystawców pojawili się również ASP Group, Triumph,
Modeka, KTM, Yamacha, Lidor, Kaliński, Ruady Śrem,
Parts Europe, Junak, ATV Sweden. Odbył się także finał
Custom Festivalu, czyli rywalizacji najpiękniejszych motocykli.
Niebywałym powodzeniem cieszyła się wystawa samochodów caravaningowych. Domy na kółkach przykuwały
uwagę nowoczesnymi sylwetkami i bogatym wyposażeniem. W tym roku pojawili się bowiem przedstawiciele
firm Balcamp, S-Camp, Romer, Buskamper, Europa Pampers, Polcamp, Caravan, Easy Amper, Wadowscy, Hobby,
Elcamp, 2N Everpol, CarGo, Camel Camp, Mika, Truma,
Smolicz i Meva-Pol.
fot. Tomasz Rowiński, Marek Świerczek
Targi oceniali znawcy motoryzacji. Zarówno Adam Kornacki, jak i Martin Śliwa wskazali na nowy model porsche. Macan, to ich zdaniem samochód przyszłości, którego brakowało na polskich drogach. Również marka
mercedes benz zdobyła dwa wyróżnienia.Szymon Sołtysik zwrócił uwagę na zróżnicowana ekspozycję marki,
natomiast Piotr Wielgus zachwycił się nową S klasą coupe. Patryk Mikiciuk wskazał na model nowej Warszawy,
która pozwala – z udziałem firmy Lexani – ponownie
uwierzyć w krajową produkcję. Włodzimierz Zientarski
docenił zarówno polskie korzenie, jak i ekologiczność
modeli Melex. Nie tylko sentymentalizmem, ale także
uznaniem dla pracy i włożonego w nią serca wykazał się
Stanisław Sewastianowicz. Wskazał bowiem na wystawę
Automobilklubu Wielkopolskiego oraz Otomoto – Oldtimery: before&after. Nie zabrakło również akcentu motocyklowego, a to za sprawą Mateusza Miziołka, którego
urzekł model BMW RnineT. Jacek Ociepko także oddał
swój głos na jednoślad. Wskazał motocykl ducati monster 1200. Wśród nagrodzonych znalazł się również Romet Cafe 50, który urzekł Lecha Potyńskiego. Motor
Show 2014 to dwa tory offroad’owe, po których jeździły
jeep oraz skoda yeti.
Rekordowe
zainteresowanie
jachtami
Str. 84
motoryzacja
W
26 targach „Wiatr i woda”, wzięło
udział 453 wystawców z 13 krajów,
a odwiedziło je ponad 40 000 osób. Po
raz pierwszy targi zorganizowano na
Stadionie Narodowym.
Targi to nie tylko prezentacja oferty firm z branży przemysłu żeglarskiego i wędkarskiego ale także okazja by poznać urocze zakątki Polski położone nad wodą. Targi były
również okazją do zapoznania się z turystyką żeglarską i
firmami czarterującymi jachty w atrakcyjnych miejscach
wypoczynkowych. To także okazja do zapoznania się z
zaawansowanymi technologicznie wyrobami polskich firm
zdobywających światowe rynki. Wręczono najważniejsze
nagrody warszawskiej wystawy - Gwoździe Targów Wiatr i
Woda Nagrody Miesięcznika „Żagle” im. Jerzego Fijki. Wyróżnienia przyznawane są najbardziej innowacyjnym i
nowoczesnym produktom w pięciu kategoriach.
Jury obejrzało 10 jachtów żaglowych, 17 motorowych i 19
produktów stanowiących szeroko pojęte wyposażenie wodniackie. Oceniano ich innowacyjność, design, wykonanie,
stosunek kosztów do jakości oraz funkcjonalność i walory
użytkowe. W kategorii jacht żaglowy mały zwyciężyła Delphia 16, zgłoszona przez stocznię Delphia Yachts Kot, w
kategorii jacht żaglowy duży zwyciężył Maxus 33.1 RS Exclusive, zgłoszony przez stocznię Northman. Najlepszym jachtem motorowym małym okazał się Regal 2300 Bowrider RX,
zgłoszony przez firmę Astex Łodzie, zaś w kategorii jacht
motorowy duży Balt 818 Tytan, zgłoszony przez stocznię
Balt Yacht. W kategorii osprzęt i wyposażenie nagrodę zdobył wodny system zasilania HPS 01, zgłoszony przez firmę
Eurotech Jacht. Nagrodzono także samorządy, właścicieli
obiektów turystycznych oraz działaczy.
fot. Marek Świerczek
Str. 85
splendor w kulturze
Najlepsze
polskie
filmy
w Tarnowie
Z
wycięzcą 28. Tarnowskiej Nagrody Filmowej
został film „Papusza” Krzysztofa Krauze i Joanny Kos -Krauze. To w Tarnowie narodził się
pomysł, by ten film o cygańskiej poetce powstał. W imieniu reżyserów, statuetkę „Maszkarona” i 10
tys. złotych odebrał odtwórca jednej z głównych ról –
Zbigniew Waleryś. Nagrodę wręczył reżyser Janusz Kijowski, przewodniczący Jury 28. TNF. Papuszę nagrodziło także Jury Młodzieżowe, które przyznało nagrodę w
wysokości 5 tys. złotych i statuetkę „Kamerzysty”.
Nagroda Publiczności, czyli statuetka „Publika” i 5 tys.
złotych, po przeliczeniu wszystkich głosów oddanych
przez widownię kina Marzenie na 12 filmów konkursowych przypadła filmowi „Chce się żyć” w reżyserii Macieja Pieprzycy. Reżyser odebrał osobiście nagrodę z rąk
Henryka Słomki –Narożańskiego, zastępcy prezydenta
Tarnowa. Nagrodę specjalną ufundowaną przez Spółkę
Kino Za Rogiem w wysokości 4 tys. złotych przyznano
filmowi „Zabić bobra” Jana Jakuba Kolskiego, za użycie
nowoczesnych środków wyrazu i odwagę operowania
współczesnym językiem filmowym, a także udane wprowadzenie na ekran debiutującej aktorki Agnieszki Pa-
Str. 86
wełkiewicz. Nagrodę z rąk Grzegorza Molewskiego, prezesa Spółki Kino Za Rogiem odebrał reżyser Jan Jakub
Kolski.
Janusz Kijowski, Jerzy Kapuściński, Krystyna Latała,
Piotr Lenar, Jerzy Satanowski, Janusz Wróblewski zasiadający w jury przyznali również nagrodę specjalną ufundowaną przez Telewizję Kino Polska w wysokości 4 tys.
złotych filmowi „Ida” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego,
za podjęcie niezwykle bolesnego tematu poszukiwania
tożsamości bohaterów w pejzażu powojennej Polski.
Nagrodę z rąk Jerzego Armaty, dyrektora artystycznego
28. TNF odebrał Jacek Szumlas, producent filmu „Ida”.
Nagrodę za całokształt i wkład w kinematografię w tym
roku kapituła festiwalu postanowiła przyznać Agnieszce
Holland. Reżyserka statuetkę „Podróżnika” i 5 tys. złotych odebrała 28 maja 2014 r. na uroczystym zakończeniu wystawy „Polska. Europa. Świat. Twarze Agnieszki
Holland”, poświęconej jej twórczości artystycznej.
Na plenerowej scenie wystąpili „Raz Dwa Trzy” z towarzyszeniem orkiestry pod dyrekcją Huberta Kowalskiego. Galę poprowadzili: Marzena Rogalska i Ryszard Jaź-
fot. Tomasz Rowiński, Marek Świerczek
wiński. Wcześniej zaprezentowali się Żaneta Lubera,
Artur Gadowski, Damian Ukeje, Sławomir Ramian. W
koncercie Bajki i Dobranocki wystąpiła Anna Dereszowska.
FESTIWAL BYŁ TAKŻE OKAZJĄ DO SPOTKAŃ
Z TWÓRCAMI FILMOWYMI I AKTORAMI.
Reżyser Jan Jakub Kolski potwierdził, że po entuzjastycznych recenzjach „Zabić bobra” w Ameryce w Hollywood
trwają rozmowy na temat remake’u jego przedostatniego filmu. Nakręceniem zainteresowane były studia Martina Scorsese i Brata Pita, jak i innych twórców. Przyznaje, że film został bardziej doceniony poza granicami niż
w Polsce. – Chociaż spotkałem się z przychylną opinią
osób, które mogły mieć podobne traumatyczne problemy jak Eryk, bohater filmu – mówi Jan Jakub Kolski. – Po
premierze podeszło do mnie 20 rosłych chłopów z Gromu, w odstających marynarkach, którzy powiedzieli, że
odnaleźli w filmie swoje problemy z dochodzeniem do
siebie po powrocie do domów.
Główny bohater filmu wraca z wojny w Iraku i Afganista-
nie. Eryk zaszywa się w rodzinnym domu. W oczekiwaniu na kolejną misję wraca wspomnieniami do pola walki. Eryk zbyt długo nie cieszy się spokojem. Okazuje się
bowiem, że w domu podczas jego nieobecności uwiła
sobie gniazdko pewna licealistka. Z typową dla nastolatek beztroską rzuca się w jego ramiona.
- Zainspirowała mnie historia Włodzimierza N., żołnierza, który w zakopiańskim szpitalu po przebudzeniu się
ze śpiączki mówił po arabsku i po angielsku – mówi Kolski. – Nie poznałem go bo zmarł. Przyznaję, że temat za
mną chodził już wcześniej, miałem już propozycję kręcenia dla Gromu, poznałem plenery i nawiązałem kontakty.
To przydało się przy tej produkcji. Eryk Lubos, który gra
główną rolę, spędził na strzelnicy dość długi czas.
Kolski podkreśla, że już w dwóch poprzednich swoich
filmach chciał obsadzić Eryka Lubosa, jednak zawsze
w jakiś sposób aktor mu się wymykał. – Za trzecim
razem dopilnowałem by był na planie – mówi reżyser.
– Jego rola była znakomita.
Podczas 47. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego
w czeskich Karlowych Warach krytycy uznali film Kol-
Str. 87
skiego za najlepszy obraz prezentowany na festiwalu,
a Eryk Lubos otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora. Film nagrodzono także na Camerimage.
W filmie licealistkę Bezi gra Agnieszka Pawełkiewicz,
która została wybrana podczas castingu wśród studentek pierwszych lat szkół teatralnych. Także jej kreacja jest wysoko oceniana, jednak sama młoda aktorka
unika pokazywania się i promowania filmu. - To jest
trudna sytuacja, bowiem zdarza się, że czasem trudno
jest powrócić aktorom z takich postaci depresyjnych –
mówi Kolski. – Boję się, że to samo mogło spotkać
Agnieszkę, która jest bardzo utalentowaną młodą aktorką.
W filmie zagrała także Aleksandra Michael, nowa partnerka reżysera, która jako 12 – latka zagrała w
„Daleko od okna”. – W „Zabić bobra” grałam Hadiszkę,
kobietę, o której niewiele wiadomo – mówił aktorka. –
To ciekawe doświadczenie, chociaż był to epizod. Spędziliśmy wiele godzin ustalając co ta kobieta przeżyła,
jaki bagaż doświadczeń psychicznych i fizycznych nosi.
Zdjęcia do filmu kręcone były w Popielawach w województwie łódzkim, miejscowości, w której Kolski spędził znaczną część swojego dzieciństwa. - Podobnie
jak mój bohater, wracam w miejsca dzieciństwa – mówi reżyser. - Czeka tam na mnie stary dom, czekają
stawy i bobry, które zaanektowały moją dziecięcą ojczyznę. Zupełnie zmieniły wygląd okolicy. Wracam do
tych miejsc z dzieciństwa.
Jesienią w kinach powinien mieć premierę nowy film
Jana Jakuba Kolskiego „Serce, serduszko i wyprawa na
koniec świata”. Film opowiada o dziewczynce z bieszczadzkiego Domu Dziecka, która zafascynowana jest
baletem. Postanawia uciec i razem z zaprzyjaźnioną
fot. Tomasz Rowiński, Marek Świerczek
wychowawczynią ruszają z Bieszczadów nad morze,
by zdążyć na egzaminy do jednej ze szkół baletowych.
- To kino familijne, zupełnie odstające od trudnej tematyki poruszanej w „Zabić bobra” – mówi Kolski. –
To radosna historia, pełna słońca.
Andrzej Grabowski, znakomity polski aktor przyznał
podczas 28 Tarnowskiej Nagrody Filmowej, że już 12
lat temu starał się o ekranizację powieści „Pod Mocnym Aniołem” Jerzego Pilcha. Wówczas liczył, że zagra
główną rolę Jurusia, bohatera książki. – Po blisko 12
latach już było to niemożliwe – mówił Andrzej Grabowski, który wciela się w role dwóch terapeutów. –
Cieszę się jednak, ze ten film powstał.
Adaptacja opowieści o nałogowym alkoholiku pisarzu
nie była łatwa, obawy miał Jerzy Pilch, który odmówił
napisania scenariusza według swojej prozy i martwił
się o efekt pracy innych. Podobnie było z wyborem
reżysera. – Jeden zaczął pisać scenariusz według własnych przeżyć więc z Jackiem Rzehakiem, producentem, podziękowaliśmy mu. Gdy już trafiliśmy do Wojciecha Smarzowskiego także on postanowił napisać
scenariusz, jednak jego adaptacja wydała się bardzo
dobra. Co prawda Jurek Pilch często do mnie dzwonił
na plan, bo dochodziły go różne dziwne informacje.
Grabowski przyznał, że Smarzowski jest reżyserem,
który umie przekonać aktora do swoich racji, sam także słucha uwag odtwórców ról. – Jedyne co uważam,
to mógł zmienić zakończenie filmu – mówi Grabowski.
– Uważam, że ostatnia scena powinna mieć miejsce w
taksówce, reżyser jednak pożegnał widzów motywem
znanym już z innych także swoich filmów, ujęciami
nakręconymi z kranu, który unosi kamerę do góry.
Agata Kulesza, znakomita aktorka teatralna i filmowa
opowiadała o różnicy pracy z reżyserami dwóch jej
ostatnich ważnych filmów.
- Rolę Wandy w „Idzie” Pawła Pawlikowskiego współtworzyłam, nie jestem tylko odtwórcą roli – mówi
Agata Kulesza, aktorka nagrodzona „Orłem” za rolę
prokurator w tym dramacie. – Cieszę się, że zdarzyły
się mi takie filmy, jak „Ida” czy „Róża”. Oczywiście nie
da się po takiej roli przejść obojętnie do normalnego
życia. „Róża” to mój najukochańszy film, ale obejrzałam go tylko raz. Nie chcę go oglądać. Jeszcze niedawno jak opowiadałam o tej roli to płakałam. Ale to nie
jest tak, że coś mnie złego spotkało, ja zagrałam w tej
historii, jestem aktorką, to mój zawód. Długo jednak
byłam smutna po tej roli. Ta historia jednak skłaniała
nas do refleksji.
Przyznaje, że z kolei praca z Pawlikowskim była bardzo wyczerpująca. – Paweł robi po dwadzieścia kilka
dubli, zwraca uwagę jak jest ustawione ciało aktora –
wspomina Kulesza. – Szukając odpowiedniego kadru
Paweł nie zwraca uwagi, że aktorzy stoją na zimnie w
kostiumach a ekipa techniczna dygocze. Potrafi tą samą scenę nagrywać w różnych pomieszczeniach. Jednak każdy ma świadomość, że uczestniczy w czymś
wyjątkowym, że pracuje z wyjątkowym reżyserem.
Zdecydowanie szybciej robi zdjęcia Smarzowski. – No
ale on ma swoją ekipę – mówi Kulesza. – Pracuje ze
swoimi aktorami, wie czego od nich może wymagać.
On jest wierny aktorom. Śmiejemy się, że wszyscy mamy nieoczywistą urodę, dlatego tak mu się z nami dobrze pracuje. Wszyscy się znamy, lubimy, także z ekipą techniczną, operatorami. Często nawiązuje się między nami taka nić intymności. Jak miałam zagrać tylko
cztery słowa w „Pod Mocnym Aniołem” to pojechałam,
a nie dla każdego reżysera bym to zrobiła.
Jak przyznaje aktorka już od nazwisk przyjaciół Pawła
Pawlikowskiego może zawrócić się w głowie, a od
komplementów pod jej adresem jakie przekazywał
reżyser można popaść w euforię. – Dla Pawła to normalne, gdy mówi, wiesz pokazałem fragment tego jak
zagrałaś Tildzie Swinton, czy Kristin Scott Thomas.
Podobało się im, jak zagrałaś – mówi Kulesza. – On
dawno podbiłby Hollywood, gdyby tam ktoś pozwolił
mu na kręcenie filmów tak, jak on chce. On ma wizję,
ale czasem ją zmienia podczas kręcenia, bo spodoba
mu się jakiś detal. W „Idzie” nie ma wielu scen, które
kręciliśmy na planie, zarówno tych co były w scenariuszu, jak i te, które wprowadziliśmy w trakcie kręcenia. Cieszę się, że została scena z papierosem, którą
wprowadziłam w scenie przy oknie.
Agata Kulesza przyznaje, że udaje jej się przekonać
reżyserów do swoich wizji. - Tak było w przypadku
„Róży”, gdy uznałam, że musi ona przejść zmianę w
wyglądzie i obcięłam włosy. W „Idzie” namówiłam
reżysera by Wanda miała ciemne oczy, więc zakładałam soczewki.
Aktorka przyznaje, że nie łatwo pracowało się jej z
Agatą Trzebuchowską, grającą „Idę”. – Nie wiem czy
ona potrafi grać, ale na pewno jest bardzo oczytana i
asertywna – wspomina Kulesza. – Miałam scenę ,
gdzie potrzebowałam, by aktorka poza planem mi
partnerowała, Agata beztrosko gdzieś zniknęła. Ale
były także chwile, gdzie współpracowałyśmy, Agata
bardzo szybko się uczy. Kamera ją jednak bardzo lubi.
Agata Kulesza przyznaje, że liczyła wcześniej na kolejne części serialu „Krew z krwi”, jednak plany się zmieniły i prawdopodobnie nie będzie już kontynuacji serialu. - Raczej nie będę grała już w filmach sensacyjnych i nie będę biegała z pistoletem – mówi aktorka.
Tomasz Rowiński
Gildia dobrego smaku
Robert Makłowicz, wielki miłośnik smaków Europy Środkowej tym razem stanął obok Przemysława Wojciechowskiego,
szefa kuchni Hotelu Cristal Park w Tarnowie, by wspólnie spróbować wykwintnych dań i zaproponować do nich wina
idealnie podkreślające i harmonizujące z prezentowaną kuchnią.
Str. 90
splendor w kuchni
Kilka miesięcy temu z wielkim pasjonatem win - Wojciechem Lutomskim założyli firmę, która specjalizuje się w imporcie win z najbliższych okolic Słowacji, Niemiec, Austrii, Węgier i Polski, nie gardząc jednak i winami z Francji …
Przemysław Wojciechowski przez 11 lat szefował kuchni w Ambasadzie USA, 10 lat w Ambasadzie Australii, prowadził
zajęcia szkoły kulinarnej dla dyplomatów i ludzi biznesu, zdobywca wielu nagród kulinarnych. Nad całością czuwał
Witold Kisała, prezes zarządu Hotelu Cristal Park w Tarnowie.
Menu
Barbara Öhlzelt KLTZ Grüner Veltiner 2013
Kamptal Dac
fot. Marek Świerczek
Tarta cebulowa z pomidorami/ Heimann Pince
Kadarka 2012 Szekszard
Zupa krem marchewkowo – imbirowy z wędzonym łososiem/ Ronco Blanchis Sauvignon Blanc
2012 Collio del Friuli
Polędwiczki wieprzowe marynowane w sześciu
smakach podane na risotto szpinakowy w sosie
serowo – orzechowym/ Korenika & Moškon Sivi
pinot 2008 Istria Słoweńska
Gorąca babeczka z płynną czekoladą i sosem wiśniowym/ Weinbauschule Krems Neuburger
Trockenbeerenauslese 2004
Str. 91
Wracamy do tra
splendor w kuchni
- Promuje Pan wina - chciałoby się rzec - lokalne, bo wywodzące się z terenu dawnych AustroWęgier. Rozumiem, że ma to związek z kuchnią ?
- Po 1989 roku otworzyły się granice, sięgaliśmy po
wszystko co odległe. Ruszyliśmy w egzotyczne podróże, zaczęliśmy jadać w pseudo chińskich restauracjach. Uciekaliśmy z Polski epoki PRL, z zamkniętej klatki jak najdalej, w jak najbardziej odległe zakątki. Kto by wówczas chciał zachwycać się kuchnią
regionalną, smakowitą kaszanką, żeberkami, czy
buraczanką. Teraz to wahadło się zmienia od kilku
lat, doceniamy to co nas otacza, stawiamy na potrawy tradycyjne, regionalne. Szukamy jakości, tego
co prawdziwe. Zachwycamy się naszymi korzeniami, Małą Ojczyzną. I to bardzo dobrze. Poznajemy
Słowację, Węgry, Austrię. Łączy nas bardzo wiele, w
tym kuchnia. Tam gdzie są potrawy, są i wina.
Rozmowa z Robertem Makłowiczem,
- Skoro zachwycamy się potrawami lokalnymi,
dziennikarzem, podróżnikiem, smakoszem
jak ocenia Pan polskie wina?
i współwłaścicielem firmy winiarskiej
- Polskie wina są coraz lepsze, niektóre mamy w
swojej ofercie, a mój wspólnik, Wojciech Lutomski
ma także winnicę w okolicach Krosna. Oczywiście
do polskich potraw pasują wina węgierskiego Tokaju czy okolic Budapesztu, słoweńskiej Istrii, czy Dolnej Austrii. Wszędzie tam je się ziemniaki, kapustę,
kiełbasy i inne potrawy, które są znane z polskich
stołów. Nie oszukujmy się, winiarstwo w Polsce
dopiero się odradza. Są jednak już dobre wina z
winnic spod Krakowa, okolic Jasła i Krosna, ale także z okolic Sandomierza, gdzie jeszcze w XVII wieku
były słynne winnice. Niestety klimat zdecydowanie
się ochłodził i w Polsce zaprzestano robić wina.
Także nazwy miejscowości na trasie z Krakowa do
Sandomierza wskazują z czego słynęły przed laty.
Opisuje je już Ibrahim ibn Jakub, znany średnio-
adycji
wieczny podróżnik. Po 1989 roku wiele osób zaczęło uprawiać winnice, wiele robiło to dużo wcześniej
i zaczęło walczyć z przepisami o umożliwienie
sprzedaży. W naszym sklepie mamy na przykład
fot. Marek Świerczek
wina szczepu rondo z okolic Krakowa. Znakomite
są także wina na Dolnym Śląsku z winnic z okolic
Wrocławia.
Str. 93
fot. Marek Świerczek
- Prowadzi Pan dość intensywne życie. Ciągłe podró-
- Wracając do kuchni, wino jest obecne w wielu po-
że, programy telewizyjne. Skąd pomysł na dodatko-
trawach, czym je przepijać ?
we obowiązki, czyli prowadzenie składu z winami?
Nie wyobrażam sobie wielu dań bez dodatku wina. Bi- Przez to, że odwiedziłem wiele miejsc, nagrywając kolej-
gos, który najlepiej smakuje zimą, gdy go przemrażamy,
ne programy telewizyjne nawiązałem wiele znajomości i
musi być ciężki, z dziczyzną i sporą ilością wina. To jest
przyjaźni. Wiedząc, czego mogę się spodziewać do nie-
taka naturalna tendencja do poszukiwania równowagi w
których ludzi wracałem, także po trunki. W pewnym mo-
ustach. Smaki wina i dań potrafią się doskonale uzupeł-
mencie znudziło się mi samemu jeździć po wina, z kolei
niać, szczególnie jeśli podczas przygotowywania potraw
ze znajomymi przywoziliśmy ich tyle, że pomysł na biz-
dodamy do nich nieco wina, które później będziemy pić
nes zrodził się sam. W listopadzie powstało nowe nie-
podczas posiłku. Najszczęśliwiej łączą się wina i potrawy
zwykłe miejsce na winnej mapie Krakowa. Skład Win
z tego samego regionu. Czyli do naszych potraw, powin-
„Win-Ko” to niezwykłe miejsce gdzie można degustować,
niśmy pić wina z najbliższych okolic. Czasem same nie
poznać, dowiedzieć się i kupić fantastyczne wina. Trunki
smakują, wydają się za kwaśne albo za słodkie. Dobrze
pochodzą od znajomych winiarzy wyłącznie małych wy-
dobrane do potraw smakują wyśmienicie.
twórców. W ofercie oprócz win rzecz jasna francuskich
znajdują się także te z Europy Środkowej: węgierskie,
austriackie, chorwackie, niemieckie.
Str. 94
Tomasz Rowiński
R
yby, drób i cielęcina lubią tylko białe
wina. Zaś pod sarny, woły, wieprze jest
czerwone wino lepsze. Deser, frukta i łakotki lubią
tylko wina słodkie. A szampana, wie i kiep, można
w czasie, po i przed.
Czy stara rymowanka ma jeszcze zastosowanie w
dzisiejszym świecie pędzącym za modą i wymykającym się wszelkim konwenansom? W świecie
gdzie wielkie marki jak Camus czy Remy Martin
wydają majątek na upowszechnienie picia koniaku
w dyskotekach i klubach po prostu z kostkami lodu? W świecie gdzie procesy produkcji win podlegają cały czas zmianom podyktowanym przez najnowsze techniki. Dziś do bardzo częstych obrazków należą winnice, które za pomocą komputerów
kontrolują każdy pojedynczy krzew winorośli podpiętej do czujników, które reagują na najmniejsze
wahania temperatur, zmiany wilgotności powietrza
czy ilość promieni słonecznych.
Od drugiej połowy XX wieku nastąpiła rewolucja,
jeżeli chodzi o produkcję wina. W dzisiejszych czasach możemy wpłynąć niemal na każdy aspekt,
jeżeli chodzi o smak wina. Obecnie nie stanowi dla
nas najmniejszego problemu zakup bardzo mocno
zbudowanych win białych, które dojrzewają w
beczkach i nie nadają się kompletnie do opisu, jako
klasyczne kwasowe wino serwowane do ryb czy owoców
morza. Tak samo wygląda kwestia z winami czerwonymi,
które mogą być dziś bardzo delikatne świeże i owocowe.
Kilka razy osobiście robiłem z przyjaciółmi podczas kolacji
sztuczkę, wiążąc oczy jednemu z gości i dając do degustacji
dwa wina białe i czerwone. Zapewniam Państwa, że rozpoznać prawidłowe to nie lada wyczyn.
Wracając do pytania to obecnie jedyną zasadą jest to, że nie
ma zasad. Możemy i mamy przyzwolenie na mieszanie i
łączenie wszystkiego zgodnie z naszym gustem i indywidualnymi potrzebami. Jedyne, o czym należy pamiętać to, aby
wybrane wino do menu nie kłóciło się z potrawą tylko uzupełniając smaki jednocześnie zaskakiwało naszych gości.
Przy doborze wina do posiłku należy pamiętać również o
okazji, z której będziemy mieli możliwość wypicia lampki tak
zacnego trunku. Dlatego brak drogiego włoskiego chianti
podczas sobotniego grilla z przyjaciółmi nie będzie oznaką
braku gustu czy skąpstwa tylko wręcz odwrotnie pomysłowości i znajomości zasad. Należy pamiętać, że do karkówki
czy kiełbaski dużo bardziej będzie pasowała butelka owocowego wina z Nowego Świata niż mocno tanicznego Bordeaux.
Od naszych gości nie można wymagać, aby znali się na winach, a często, gdy zaczynają dopiero z nim swoją przygodę
to klasyczne wino białe najlepszej jakości może być zbyt
wymagające dla osób, które rzadko takie trunki piją. Dlatego często dużo prostszym rozwiązaniem może być delikatne schłodzone wino różowe zwłaszcza popołudniu, kiedy
temperatury na zewnątrz są jeszcze wysokie. Na garden
party w takim przypadku idealnie sprawdzi nam się owocowy kalifornijski zinfandel.
Dossier
Łukasz Adamczyk, właściciel firmy pomagającej
restauracjom, które znalazły się w tarapatach, winny
fanatyk, pasjonat dobrej
kuchni i teatru, miłośnik
podróży z przygodami
Wino
na przyjacielskie
spotkanie
Jeżeli natomiast mamy do czynienia z winoholikiem, dla
którego Burgundia to raj na Ziemi, to warto próbować nowych regionów winiarskich i zaskakiwać znajomych. Czasem można nawet zaryzykować i pokusić się o degustacje
mocno zbudowanego shiraza z Australii. W tym przypadku
warto zdecydować się na szczególnie dobry trunek, ponieważ butelka takiego rarytasu w towarzystwie osoby, która
potrafi docenić smak i jednocześnie się nim rozkoszując
spowoduje, że wino to zapewni nam niezapomniane chwile
nawet bez posiłku.
Co do samych zasad picia wina, to należy pamiętać:
- lekkie wina białe i czerwone powinny być podawane przed
starzonymi w beczkach o większym potencjale rocznikowym
-wina dojrzałe, taniczne i mocno garbnikowe przed owocowymi, które nie miały kontaktu z dębowa beczką
- najsłodsze na koniec, im wyższa wytrawność tym bardziej
podajemy na początek, świetnym przykładem będzie Sherry Manzanilla idealna na aperitif
- natomiast, jeżeli chodzi o picie szampana jak z wcześniejszej rymowanki idealnie pasuje na początku, podczas i po
posiłku, można go także pić w trakcie grilla.
Życzę Państwu udanej degustacji i niezapomnianych wrażeń z picia wina w gronie przyjaciół.
Łukasz Adamczyk
Str. 95
splendor w kuchni
Najedzeni Fest
W
Str. 96
Krakowie 6 kwietnia odbyła się czwarta edycja festiwalu kulinarnego Najedzeni Fest. Impreza
organizowana była we współpracy ze Stowarzyszeniem Slow Food Polska. W festiwalu wzięło
udział blisko 90 wystawców: restauratorów, cukierników i producentów, którzy zaprezentowali
potrawy z całego świata: od produktów włoskich po tureckie, przez uzbeckie po koreańskie.
splendor w kuchni
w Krakowie
Podczas degustacji można było zrobić świąteczne zapasy. Nie brakło bowiem tradycyjnych polskich przysmaków od kiełbasy lisieckiej i krakowskiej suchej od Staszka Mądrego, po sery kozie od Maziejuków i miody pitne z pasieki Jaros. W
czasie festiwalu znani krakowscy kucharze poprowadzili warsztaty i pokazy. Szef kuchni w restauracji Ed Red, Adam
Chrząstowski opowiadał jak można zastosować lokalne produkty w restauracji. Przygotował m.in. kaszankę. Tegorocz-
fot. Tomasz Rowński
nym debiutantem na festiwalu była m.in. uzbecka restauracja Samarkanda.
Str. 97
dom i wnętrza
Biel
fot. archiwum
wciąż modna
N
ie istnieje kolor, który nie pasowałby do
bieli. Aranżując wnętrze mieszkalne wyposażone w białe kanapy, szafki i półki,
możemy uzyskać skrajnie różny efekt, w
zależności od zastosowanej kolorystyki ścian. Warto
podpatrzeć na podpowiedzi ekspertów jak zaaranżować przestrzeń, która podkreśli urok ponadczasowych białych mebli.
Zwykło się uważać, iż białe meble najlepiej wyglądają na
ciemnym, intensywnie wybarwionym tle. Rzeczywiście tak
jest. Są wtedy lepiej wyeksponowane a biel znakomicie
kontrastuje z nasyconymi barwami. Ciemny kolor tła podkreśla kształt i formę białego przedmiotu. Warto o tym
pamiętać i stosować ten zabieg w sytuacjach, gdy chcemy
dany przedmiot wyeksponować.
Zasada ta działa także przeciwnie. Białe meble na bardzo
jasnym i białym tle wtapiają się w nie, „znikają”. Można
dzięki kolorom ścian tak aranżować wnętrze, by nieciekawa sofa stała się niemal niewidoczna, a bohaterem pierwszego planu został inny element wyposażenia wnętrza.
O wyborze barwy powinny decydować także takie czynniki
jak wielkość i oświetlenie wnętrza, oraz osobiste preferencje mieszkańców.
Najnowsze trendy nieco odbiegają od schematycznego
poniekąd myślenia, iż białe meble należy prezentować na
intensywnie wybarwionych płaszczyznach. Nastała moda
na wnętrza bardzo jasne i przestronne, a to w konsekwencji prowadzi do tworzenia aranżacji o bardzo jasnych bar-
Str. 98
wach, a nawet samej bieli.
Białe aranżacje maksymalnie powiększają wrażenie
przestrzeni. Jest to zabieg pożądany zarówno we wnętrzach o niewielkiej powierzchni, jak i dużych pomieszczeniach. Biel najlepiej prezentuje się jednak w dużej
ilości dziennego światła. W Polsce, gdzie na słońce wystarczająco świeci tylko przez mniejszą część roku, często wydaje się ona zbyt chłodna, a niekiedy nawet szara
i smutna. Dobrze jest wtedy przełamać ją wprowadzając
do pomieszczenia inny kolor.
Uniwersalność białych mebli pozwala nawet w minimalistycznych wnętrzach łączyć kolory bez zakłócania charakteru i stylu wnętrza.
Dzięki temu możemy symbolicznie zaznaczyć funkcjonalne strefy pomieszczenia, podkreślając ich charakter
zróżnicowaną barwą. Białe meble są wtedy jakby wspólnym mianownikiem, sprawiają, iż koncepcja aranżacji
pozostaje czytelna, a pomieszczenie ciekawe i
indywidualne.
Z podobnym zagadnieniem spotkamy się też w
łazience. Większość urządzeń sanitarnych ma
kolor biały, a coraz mniej popularne ceramiczne
okładziny ścienne, ustępują miejsca nowoczesnym farbom specjalnie dedykowanym do takich
wnętrz.
Ciemne, mocno nasycone tło ścian będzie podkreślało formę sanitariatów i armatury łazienkowej, co uwydatni jej charakter. Jednak mocny
kolor zastosowany w małym pomieszczeniu może przytłaczać, dlatego zaleca się tam stosowanie
jasnych, delikatnych barw, komponujących się z
bielą równie dobrze.
Białe meble są modne i pasują do każdego stylu,
aranżacji i wachlarza kolorystycznego. Projektując
jednak wnętrze warto świadomie i z rozwagą
stosować barwy, by efekt końcowy zaskakiwał pięknem i nietuzinkowością.
fot. archiwum
fot. Marek Świerczek
Warszawa buduje
T
argi Nowy Dom, Nowe Mieszkanie, które odbyły się na stadionie narodowym cieszyły się wielkim zainteresowaniem głównie młodych ludzi. Prezentowano mieszkania na wynajem i w nowych inwestycjach.
Odwiedzający otrzymali m.in.: mapy inwestycji mieszkaniowych w aglomeracji warszawskiej, katalog Mazowieckie Inwestycje Mieszkaniowe, w którym zamieszczone były prezentacje inwestycji znajdujących się aktualnie w sprzedaży z podziałem na dzielnice, dokładne informacje o cenie, metrażu, terminie zakończenia budowy, kontakt do biura sprzedaży
i wizualizacje budynków.
Str. 99
dom i wnętrza
Hotel urzeka
wyglądem i komfortem
A
ndel’s Hotel Łódź otrzymał nagrodę w plebiscycie „Hotel Roku 2014” w kategoriach „Design”. Wyniki trzeciej edycji
konkursu portalu hrs.pl zostały ogłoszone podczas uroczystej gali, która odbyła się w Ufficio Primo w Warszawie. Hotelem Roku 2014 w kategorii „Design” został andel’s Hotel Łódź. Otrzymał on największą ilość głosów wśród obiektów
nominowanych ze względu na to, że wyróżniają się unikalnym wystrojem wnętrz, dbałością o artystyczny charakter i
stworzone zostały przez najlepszych projektantów, architektów i artystów. Andel’s Hotel Łódź został designerskim hotelem roku
już po raz trzeci. Jak uzasadniają jurorzy hotel robi ogromne wrażenie na wszystkich miłośnikach designu i nie tylko. Duże, nowo-
Str. 100
fot. archiwum
czesne lobby łączy w wyjątkowo efektowny sposób elementy zabytkowe z nowoczesnymi.
Fot. Marek Świerczek
splendor w modzie
Fashion
Designer
Awards
W Złotych Tarasach w Warszawie 5
kwietnia odbył się półfinał szóstej
edycji Fashion Designer Awards.
Podczas pokazu modelki zaprezentowały kreacje 20 młodych projektantów.
Wybrało ich jury w składzie m.in.:
Dawid Tomaszewski, Agnieszka
Maciejak, duet Bohoboco, Łukasz
Jemioł, Beata Sadowska, Ada Fijał,
Edyta Herbuś, Marietta Żukowska
Agnieszka Ścibior, Dorota Williams
oraz Lidia Popiel.
W gali finałowej w maju uczestniczyć będzie 10 młodych projektantów. Gośćmi specjalnymi byli Ada
Fijał, aktorka oraz stylistki Karolina
Malinowska, Agnieszka Martyna,
Ewelina Rydzyńska. Odbyły się także pokazy kolekcji Serafina Andrzejaka, zwycięzcy piątej edycji oraz
pokazy marek m.in. Guess, Van
Graaf i Stefanel.
Diamentowa
kolekcja
Apart
splendor w modzie
W
iosną Apart zdecydował się
zaprezentować
wyrafino-
waną biżuterię z diamentami. Od marca firma pre-
zentuje nową sesję zdjęciową marki, która
zachwyca klasyczną fotografią portretową.
Anja Rubik w tej odsłonie jest pełna wdzięku, kobiecości i zmysłowości. Dominują
fotografie czarno-białe, doskonale eksponujące ekskluzywną biżuterię z diamentami. W nowej kolekcji Apart, jedynej tak zróżnicowanej i kompleksowej na polskim rynku, panie znajdą biżuterię z diamentami
białymi lub czarnymi w połączeniu z tęczą
barw kolorowych kamieni, jak szafiry, rubiny, szmaragdy, tanzanity, perły, a także topazy czy ametysty. Ekskluzywne wydawnictwo, album „Diamenty” to opowieść o niezwykłej relacji kobieta – diament, o tym, że
biżuteria rozkwita na ciele kobiety, przy niej
ożywa, ukazując swe unikalne piękno, migotliwość, zmysłowy czar.
fot. Marcin Tyszka dla Apart

Podobne dokumenty