pobierz plik (ok. 8,4 MB) - Lidia Geringer de Oedenberg

Komentarze

Transkrypt

pobierz plik (ok. 8,4 MB) - Lidia Geringer de Oedenberg
Lidia Geringer de Oedenberg
KULISY
EUROPARLAMENTU
Lidia Geringer de Oedenberg
Kwestor w Prezydium Parlamentu Europejskiego
prezentuje
Publikacja Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów & Demokratów w Parlamencie Europejskim
Redakcja:
Lidia Geringer de Oedenberg, Karolina Przybylińska,
KULISY
EUROPARLAMENTU
Korekta:
Anna Hysbergue
Wydawca:
Lidia Geringer de Oedenberg – Poseł do Parlamentu Europejskiego
Biuro Poselskie
ul. Inowrocławska 17/14,
53-653 Wrocław,
tel./fax 71 323 08 21
Wydanie I
Wrocław 2014
Zdjęcia:
Parlament Europejski, Lidia Geringer de Oedenberg, Zofia Ulatowska-Rybaj, Carmen Godeanu, EPO.
Skład i druk:
PALMApress s.c., 53-657 Wrocław, Długa 11/13, tel. 71 338 14 11, www.palmapress.pl
Chcieć to móc, tylko trzeba… naprawdę chcieć i wiedzieć, czego
się pragnie. Z tą wiedzą już będziesz u progu sukcesu.
Weź stery własnego życia w swoje ręce.
Spis treści
I. Słowem wstępu ...................................................................................................... 9
Czas szybko płynie...............................................................................................................11
Polacy na TOP-ie w Europie . .............................................................................................13
II. Jedyny taki Parlament . ......................................................................................19
Jedyny taki Parlament .........................................................................................................21
Co może Parlament Europejski? ...................................................................................... 23
Ilu posłów zasiada w Parlamencie?................................................................................... 25
Wcześniejsze wybory, mniej europosłów . .......................................................................27
Wist Lizboński .................................................................................................................... 29
Unijna kasa bez mitów ........................................................................................................31
Teatr skąpców na pokaz ......................................................................................................33
Cenna wielojęzyczność .......................................................................................................35
Armia tłumaczy....................................................................................................................39
Typowy tydzień europosła ................................................................................................ 43
Z wizytą w Parlamencie ..................................................................................................... 45
Trójnogi Europarlament przed amputacją . .....................................................................47
Parlament w wersji Lux . .................................................................................................... 49
Pękający Parlament .............................................................................................................53
Usadzić posła ........................................................................................................................55
Eurotrampolina władzy.......................................................................................................59
Euroimmunitet . ...................................................................................................................61
Nauczyciel, kartka i ołówek mogą zmienić świat .......................................................... 65
Nacjonaliści wielbiący Unię............................................................................................... 69
III. Po ludzku o Unii............................................................................................... 71
„Oficjalny” dowcip europejski............................................................................................73
BRUKSELA ciągle winna .................................................................................................. 77
Płyniemy razem albo toniemy osobno............................................................................. 79
Czarna dziura podatkowa ..................................................................................................81
1,5 mln euro dla „dziecka” opóźnionych samolotów..................................................... 83
Ponad 30 lat negocjacji, czyli jak rodził się europatent . ............................................... 87
Akcja dla 80 milionów Europejczyków............................................................................ 93
Milion europodpisów na Prima Aprilis........................................................................... 95
Euroładowarka i inne „ciasteczka” .................................................................................. 99
Europeana – dzisiejsza biblioteka aleksandryjska . ......................................................101
Wielki Brat w kieszeni, samochodzie, lodówce .............................................................105
SWIFT – oko Wielkiego Brata?........................................................................................111
eCall ratuje życie ................................................................................................................113
UE na automatycznym pilocie .........................................................................................115
Wrocławski Widok na Europę .........................................................................................119
5
Zapomniane społeczeństwo w Europie . ....................................................................... 123
Kolejka do Unii ................................................................................................................. 127
Turcja w Unii? Coraz bliżej...............................................................................................131
Unijne menu na święta . ....................................................................................................133
ACTA – temat dla Dana Browna . .................................................................................. 233
Demokracja a marihuana ................................................................................................ 239
Gilotyna tytoniowa . ......................................................................................................... 243
Papierosowa zadymka w Europarlamencie................................................................... 247
IV. Celebryci i VIP-y w Europarlamencie.............................................................137
Żywa historia pisana w Europarlamencie...................................................................... 139
Eurocelebryci ......................................................................................................................141
Dalajlama, woreczek żółciowy i kobiety .........................................................................143
Zielony Książę przeciw zjadaniu Planety .......................................................................145
Pan Formuła 1 i autonowinki...........................................................................................147
Bezmięsny McCartney ......................................................................................................151
IX. Koronkowe dzieła prawne.............................................................................. 249
Podejrzani w sieci ..............................................................................................................251
Niekomercyjne udostępnianie plików jest legalne ...................................................... 253
Piraci promują kulturę ..................................................................................................... 257
Muzyczny szpieg tuż za rogiem ...................................................................................... 259
Jak wyjść z „więzienia” praw autorskich ....................................................................... 261
113% obecnych .................................................................................................................. 265
Absurdy prawa autorskiego.............................................................................................. 269
Prawo autorskie do... odsprzedaży.................................................................................. 273
Opłaty za prawo autorskie... od czystej płyty CD, pendriva i drukarki ................... 275
Chmura obliczeniowa ...................................................................................................... 279
V. Europejka w centrum uwagi .............................................................................153
Pasztet na setne urodziny .................................................................................................155
Smutna przyszłość „upośledzonych” parytetowo wybranek? ....................................159
Taksa za zwycięstwo bez parytetów . ..............................................................................161
Kobieta najszybciej rozwijającą się gospodarką świata . ..............................................163
Panie do Rad . .....................................................................................................................167
VI. Europaradoksy dla niewtajemniczonych .......................................................171
Unijny dżem z krzywej marchewki . ...............................................................................173
Polska nie uznaje flagi UE ................................................................................................175
Polska dopłaca do brytyjskiej unijnej składki . .............................................................179
Unijna zapomoga dla brytyjskich arystokratów ...........................................................183
Czeski film unijnej Prezydencji........................................................................................187
Kościół – państwo w Europie . .........................................................................................189
Bardzo „wolny” przepływ pracowników .......................................................................193
Zatrudnię – milion pracowników, od ręki . .................................................................. 197
Ryby jednoczą narody ...................................................................................................... 199
VII. Parlamentarne dreszczowce..........................................................................201
Bruksela miasto bez stereotypów.................................................................................... 203
Jak napadać to najlepiej w Brukseli . .............................................................................. 205
Strzelać do posła . .............................................................................................................. 209
3000 euro za ścierkę do podłogi.......................................................................................211
Cztery lata dla austriackiego europosła .........................................................................213
Kontrowersyjna legislacja wzmaga natarczywość lobbystów .....................................217
Miliony za „nicnierobienie”............................................................................................. 221
X. Belgia najdziwniejszy kraj na świecie ............................................................. 283
Belgia, najdziwniejszy kraj na świecie ........................................................................... 285
Frytkowa rewolucja .......................................................................................................... 289
Belgijski „uważny” kierowca ............................................................................................291
Bez reklam w TV i billboardów ...................................................................................... 293
Monarcha ponad prawem . .............................................................................................. 297
Światowa stolica manifestacji . ........................................................................................ 299
PIS w Brukseli w szatach Św. Mikołaja . ........................................................................ 301
Belgijsko-polskie skomplikowane związki .................................................................... 305
XI. Polska w Europie ............................................................................................ 309
Polski debiut przy sterach Unii . ......................................................................................311
Unikatowa konstelacja w Parlamencie Europejskim ...................................................315
Pulsar z Polski ....................................................................................................................317
Promenada „Solidarności” ...............................................................................................319
Polska jest trendy .............................................................................................................. 323
„Vivat najpiękniejsi”, czyli Polacy o sobie ..................................................................... 325
Mądry Niemiec po szkodzie . .......................................................................................... 327
Polska Flamandzka . ......................................................................................................... 329
Takiej uroczystości w PE nigdy wcześniej nie było.......................................................331
VIII. Legalne przepychanki.................................................................................. 223
Gdy łamane jest prawo . ................................................................................................... 225
Misja śledcza – czyli Polska pod lupą Parlamentu Europejskiego............................. 227
XII. Na zakończenie? ............................................................................................333
Antyunijny Europarlament ..............................................................................................335
Podsumowanie prac Lidii Geringer de Oedenberg ......................................................339
Podziękowanie .................................................................................................................. 343
6
7
Słowem wstępu
Od dekady jestem posłem w Parlamencie Europejskim (PE). Od poniedziałku do
piątku pracuję w Brukseli lub Strasburgu. Starając się przyjeżdżać do Polski w niemal każdy weekend, mam okazję uczestniczyć w spotkaniach, konferencjach,
szkoleniach, podczas których m.in. informuję o możliwościach, jakie stwarza Unia
Europejska, o zasadach jej funkcjonowania, o sprawach zakulisowych mających
kluczowe znaczenie dla Polaków.
Jak zauważyłam w większości przypadków sprawy te są zupełnie nieznane obywatelom. Stąd zrodził się pomysł, aby podzielić się informacjami, do których mam dostęp,
z szerszym gronem odbiorców – na blogu*. Po kilku latach – zebrawszy najważniejsze, najciekawsze wydarzenia, które zdarzyły się w ciągu ostatnich kilku lat w Unii
– postanowiłam wydać niniejszy zbiór felietonów w formie książkowej.
Znajdą tu Państwo parlamentarne opowieści dotyczące Brukseli, Strasburga i... Wrocławia – z perspektywy czasu i z dystansem. Będzie o Polsce widzianej z zagranicy,
o ciekawych miejscach w Zjednoczonej Europie, do których tylko „wtajemniczeni”
mają dostęp...
Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego,
* Moje blogi dostępne na portalach: www.lgeringer.natemat.pl, www.lidiageringer.bblog.pl,
www.lidiageringer.blog.onet.pl, www.2009.salon24.pl, www.tokfm.pl/blogi/lidia-geringer.
* Prowadzę też bloga w języku angielskim: www.lidiageringer.wordpress.com.
8
9
Czas szybko płynie...
Czy pamiętamy jeszcze jak przed referendum akcesyjnym do Wspólnoty
w 2003 r. Samoobrona, LPR i PiS straszyli nas Unią? Proroctwo strat wszelakich – z niepodległością włącznie – nie sprawdziło się.
Antyunijni krzykacze po latach wyraźnie przycichli, zarówno krajowi, jak
i ci w Parlamencie Europejskim. Członkostwo Polski w Unii Europejskiej, jak
widzimy po 10 latach, przyniosło wiele korzyści nam wszystkim. Samorządy,
przedsiębiorcy i rolnicy korzystają z funduszy unijnych, polskie firmy z powodzeniem radzą sobie na wspólnym europejskim rynku. Swobodnie podróżujemy po całym terytorium Unii, możemy studiować, mieszkać czy też legalnie
podejmować pracę w każdym z krajów członkowskich.
Przed nami jednak kolejne zmiany.
Musimy się mądrze dostosować do reform związanych z tzw. pakietem energetyczno-klimatycznym zmieniającej się polityki rolnej i polityki strukturalnej, na których finansowane idzie obecnie ponad 80% budżetu Unii.
Musimy się także dobrze przygotować do przyjęcia waluty euro, do czego zobowiązaliśmy się w przedakcesyjnym referendum w 2003 r.
Aby na tych zmianach zyskać, musimy się dobrze do nich przygotować. W tym
celu potrzebujemy ekspertów i sprawnych negocjatorów. Konieczna będzie też
silna i sprawna reprezentacja polskich europosłów.
Siedziba Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.
Mamy możliwość wybrać godną naszych wielkich, unijnych planów nową
ekipę poselską już w maju 2014 r., kiedy to w całej Unii odbędą się wybory do
Parlamentu Europejskiego. Skorzystajmy z tej szansy, we własnym i narodowym interesie.
10
11
Polacy na TOP-ie w Europie
W 2014 r. mija 10 lat od momentu, gdy Polska razem z Litwą, Łotwą, Estonią,
Czechami, Słowacją, Węgrami, Słowenią i dwoma państwami wyspiarskimi
Maltą i Cyprem dołączyła do grona Państw Unii Europejskiej. Nowe kraje
wniosły do Wspólnoty świeżą energię i innowacyjne pomysły, stając się motorem napędowym do jej dalszego rozwoju.
Promenada Solidarności przez Parlamentem Europejskim w Brukseli.
Mimo że przed dziesięciu laty nasze członkostwo w Unii wywoływało wiele
pytań i kontrowersji, to dzisiaj chyba już nikt nie ma wątpliwości co do korzyści z tego płynących. Dziesiąta rocznica wstąpienia do Unii skłania do podsumowań i uzmysłowienia sobie, co się zmieniło przez ten czas. Z jednej strony
mamy kilometry autostrad, mosty, stadiony, oczyszczalnie ścieków, chodniki
sfinansowane z funduszy europejskich, a z drugiej – nowy wizerunek Polski
i Polaków w Europie. Współdecydujemy o przyszłości Unii, jesteśmy w grupie
6 największych i najbardziej wpływowych państw Wspólnoty. Staliśmy się poważnym graczem, z którego głosem należy się liczyć.
Powspominajmy przez chwilę…
Gdy 54-osobowa delegacja polskich europosłów w 2004 r. po raz pierwszy przekraczała progi Parlamentu Europejskiego nasi starsi stażem koledzy i koleżanki
nie spodziewali się, że tak szybko staniemy się widoczni i wpływowi.
Posłowie Lidia Geringer de Oedenberg i Bronisław Geremek podczas obrad PE w Strasburgu.
W pierwszych dniach naszego posłowania wybieraliśmy Przewodniczącego
Parlamentu, wśród najpoważniejszych kandydatów pojawił się powszechnie
znany Europejczyk, polski poseł – Bronisław Geremek, nominowany przez
ALDE, trzecią co do wielkości parlamentarną frakcję polityczną Liberałów
i Demokratów. Wsparcie dla jego kandydatury wykroczyło daleko poza krąg
tej grupy politycznej, ale nie wystarczyło, by Polak wygrał wybory. Gdy Bronisław Geremek zginął tragicznie w wypadku drogowym 13 lipca w 2008 r.,
12
13
europarlamentarzyści postanowili uczcić jego pamięć, nazywając jego imieniem wewnętrzny dziedziniec Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.
Wróćmy jednak do 2004 r., gdy Przewodniczącym PE został Hiszpan Josep
Borrell, na Wiceprzewodniczących wybrano dwóch Polaków: Jacka SaryuszaWolskiego i Janusza Onyszkiewicza. W Prezydium zasiadła też – jako Kwestor – Genowefa Grabowska. Po ich 2,5-letniej kadencji, w następnych funkcyjnych wyborach pojawili się w Prezydium jako Wiceprzewodniczący Adam
Bielan i Marek Siwiec.
Europejscy posłowie na tyle przyzwyczaili się do polskiej obecności „na szczycie”, że nikogo nie zdziwiło, gdy spośród kandydatów na Przewodniczącego
PE w 2009 r. największe poparcie uzyskał Jerzy Buzek, z którym miałam przyjemność zasiadać wtedy w Prezydium jako Kwestor. Byliśmy jedynymi Polakami w tym gremium. Po kolejnych wyborach, dalej pełniłam funkcję Kwestora, a wraz ze mną w Prezydium zasiadali – Wiceprzewodniczący PE Jacek
Protasiewicz i Bogusław Liberadzki jako Kwestor (w skład Prezydium PE poza
Przewodniczącym, wchodzi 14 Wiceprzewodniczących i pięciu Kwestorów).
Od momentu akcesji Polacy odpowiadali za bardzo ważne kwestie w Komisji
Europejskiej. Od 2004 r. rozwój regionalny leżał w gestii Komisarz Danuty Hübner, a od 2009 r. nad budżetem unijnym czuwa Komisarz Janusz Lewandowski.
W 2006 r. w unijnej administracji, jako jeden z pierwszych, wysokie stanowisko objął Piotr Nowina-Konopka, został dyrektorem ds. kontaktów z parlamentami krajowymi w PE, a następnie od 2010 r. dyrektorem ds. kontaktów
z Kongresem Stanów Zjednoczonych.
Jan Truszczyński w 2006 r. stał się wicedyrektorem w Dyrekcji Generalnej
ds. Rozszerzenia UE w Komisji Europejskiej. Natomiast Marek Grela objął
w 2006 r. funkcję dyrektora do spraw stosunków transatlantyckich, Ameryki
Łacińskiej w Sekretariacie Generalnym Rady Unii Europejskiej w Brukseli.
W powołanej Traktatem Lizbońskim Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych (unijnej dyplomacji), której szefuje Wiceprzewodnicząca KE Catherine
Ashton zatrudnienie znaleźli: Maciej Popowski jako zastępca Sekretarza Generalnego ds. stosunków międzyinstytucjonalnych oraz Jan Tombiński jako
szef Delegatury UE na Ukrainie i Tomasz Kozłowski na podobnym stanowisku w Korei Południowej.
Niezwykle istotny dla naszej pozycji był też moment objęcia przez Polskę po
raz pierwszy Prezydencji w Radzie Unii Europejskiej w drugiej połowie 2011 r.
Pamiętam uroczyste przemówienie Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego w PE 13 września 2011 r. Obradom przewodniczył Jerzy Buzek (nota
bene były szef niegdysiejszego Ministra Komorowskiego w latach 1997-2001),
pierwsze miejsce wśród komisarzy zajmował Janusz Lewandowski, a miejsca w Radzie UE polscy ministrowie. Prezydent rozpoczął swoje wystąpienie
od krótkiej lekcji historii integracji europejskiej i... polskiej Konstytucji dla
Europy z 1831 roku! Tak bowiem nazwał stworzony przez siebie (po jednej
z bitew powstania listopadowego) traktat „o wiecznym pokoju” polski myśliciel – Wojciech Jastrzębowski. Przemówienie nagrodzono owacją na stojąco.
Nastrój był podniosły a moment historyczny, mimo że kilku polskich posłów
wybranych z list PiS ostentacyjnie na początku wyszło, a ci którzy pozostali
nie bili braw i nie wstali.
Będąc debiutantem w Prezydencji, spisaliśmy się dobrze, szczególnie na tle
wcześniejszych „nowych” sterników: Czechów i Węgrów, którzy w powszechnej opinii pozaliczali spektakularne wpadki.
Lidia Geringer de Oedenberg z Prezydentem RP Bronisławem Komorowskim w 2011 r. w PE w Brukseli.
14
15
Mnie jako Polkę niezwykle cieszą nasze narodowe akcenty w Unii Europejskiej. Parlament Europejski od dawna ma w zwyczaju honorowanie wybitnych postaci, które przyczyniły się do europejskiej integracji poprzez
nadawanie ich imion miejscom ważnym dla naszej Instytucji. „Swoje” budynki w Strasburgu i Brukseli posiadają m.in.: Winston Churchill, Altiero
Spinelli, Willy Brandt czy József Antall (pierwszy Premier demokratycznych Węgier). Strasburski dziedziniec parlamentarny nosi nazwę Agora
Bronislaw Geremek. Jednakże gdy pojawiła się inicjatywa nadania świeżo
oddanej do użytku promenadzie przebiegającej przez kompleks budynków
Parlamentu Europejskiego w Brukseli nazwy „Esplanade de la Solidarité / Esplanade van de Solidariteit” – nie wszyscy członkowie Prezydium
byli do tej idei przekonani. Pomysł, by uhonorować wkład polskiego ruchu
w demokratyczne przemiany w Europie, a nie konkretną osobę, jak to miało do tej pory miejsce, pojawił się po raz pierwszy. Rok trwały uzgodnienia
pomiędzy członkami Prezydium i belgijskimi władzami, do których formalnie należy promenada. W końcu 1 września 2011 r. promenadę uroczyście otwarto i nadano jej nazwę na cześć polskiej „Solidarności”.
Rzeźba „Zjednoczona Ziemia” autorstwa Beaty i Tomasza Urbanowiczów
ofiarowana Parlamentowi Europejskiemu przez miasto Wrocław stoi
w centralnym miejscu na Agorze „Geremek” w Strasburgu.
Flagi wszystkich Państw członkowskich UE na masztach wyprodukowanych
w Stoczni Gdańskiej przed budynkiem PE Louise Weiss w Strasburgu.
16
17
Na tym jednak nie kończą się polskie akcenty w Parlamencie Europejskim.
W Strasburgu przed naszymi budynkami powiewają flagi wszystkich państw
członkowskich na masztach, wyprodukowanych w Stoczni Gdańskiej, o czym
informują specjalne podpisy.
Ponadto, na Agora Bronislaw Geremek znajduje się szklana rzeźba „Zjednoczona Ziemia” autorstwa Beaty i Tomasza Urbanowiczów ofiarowana 11 maja
2005 r. przez miasto Wrocław. Wszystkie grupy wizytujące Parlament Europejski fotografują się na jej tle.
II. Jedyny taki Parlament
Zawsze przechodząc obok polskich akcentów uśmiecham się do siebie myśląc,
że jeszcze tak niedawno ani ich ani nas tu nie było…
Wewnętrzny dziedziniec Parlamentu Europejskiego w Strasburgu
nosi nazwę Agora Bronislaw Geremek.
18
19
Jedyny taki Parlament
Reprezentuje pół miliarda obywateli.
Oficjalnie pracuje w trzech siedzibach: w Brukseli, Strasburgu i Luksemburgu.
Ma 10 789 biur i 159 sal obrad z największą – plenarną, na ok. 1000 miejsc.
Łącznie zajmuje 1 091 934 m2.
Zatrudnia prawie 10 tys. osób.
Parlamentarny system informatyczny obsługuje 15 tys. stanowisk komputerowych i 1200 laptopów. 1389 parlamentarnych serwerów każdego dnia przyjmuje ponad 1 milion e-maili, wysyła – 250 tys.
Udostępnia 20 mln dokumentów rocznie1.
Pracuje w 24 językach (to ponad 500 kombinacji tłumaczeń).
Zatrudnia 1240 tłumaczy pisemnych oraz 1150 interpretatorów ustnych.
„Przerabia językowo” ponad 100 tys. stron miesięcznie i setki posiedzeń.
Wielojęzyczność to w samym PE koszt ok. 250 mln euro rocznie.
Poza pracownikami i oficjalnymi gośćmi rocznie PE przyjmuje ok. 500 tys.
odwiedzających.
Ponad 400 tys. filiżanek kawy trafia co roku do sal posiedzeń, pomnożone
przez 5-letnią kadencję daje prawdziwe morze koniecznej, choć nie wiedzieć
czemu, bardzo niesmacznej kawy. Rocznie odbywa się ok. 4500 spotkań.
Rzeźba „Zjednoczona Europa” autorstwa Ludmilly Tchériny przed budynkiem
Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.
Powoli przechodzi na system „paperless”, w przyszłości posłowie pracować będą głównie na dokumentach elektronicznych, udostępnianych na tabletach zainstalowanych w salach obrad. Inwestycje
w e-parlament w 2011 r. na IT wyniosły prawie 90 mln euro.
20
21
1
Kilkadziesiąt wind w budynkach Parlamentu wykonuje dziennie ok. 2 tys.
razy trasę góra-dół, psując się dość często i powodując liczne, uzasadnione lub
nie – spóźnienia posłów.
PE ma swoją telewizję internetową EuroparlTV, studia telewizyjne, radiowe
i specjalny dział komunikacji. Transmisje z posiedzeń PE można śledzić w Internecie.
Sesje plenarne zaczynają się o 8:30 i kończą ok. północy, to ok. 460 godz. monitoringu rocznie.
Posłowie ciągle „coś” głosują, rocznie wciskają guziki od 5-6 tys. razy.
Parlament Europejski posiada także zewnętrzne Biura Informacyjne. W każdej
stolicy kraju członkowskiego po jednym, w dużych krajach po dwa. W Polsce,
poza Warszawą, od lipca 2011 r. działa też biuro regionalne we Wrocławiu.
Co może Parlament Europejski?
W swoich początkach ponad pół wieku temu PE nie miał wielu kompetencji. Najstarsi stażem posłowie wspominają jak niegdyś, raz w miesiącu, spotykali się w Strasburgu, by wydać opinię, z którą wcale nie musiała się liczyć
Rada (szefowie rządów Państw członkowskich). Nie mieli biur ani asystentów,
w czasie obrad palili cygara, pili koniak, a sesję kończyła dobra kolacja. Byli
delegatami z parlamentów narodowych. Dopiero od 1979 r. europosłów wybiera się w bezpośrednich wyborach.
Dzisiaj Parlament jest równoprawnym partnerem dla Rady, ma władzę budżetową i legislacyjną, pracuje codziennie do późnych godzin nocnych i przez cały
rok. W czasie obrad posłowie piją wodę, kawę lub herbatę. Na kolację zwykle
deputowanym nie starcza już czasu, a palić nie wolno nawet w kawiarniach.
Parlament Europejski współdecyduje m.in. o opiewającym na 130 mld rocznym eurobudżecie, przesłuchuje komisarzy, zatwierdza Komisję Europejską,
aprobuje lub blokuje międzynarodowe umowy.
Lidia Geringer de Oedeberg udziela wywiadu w Parlamencie Europejskim.
Widok z lotu ptaka na kompleks budynków Parlamentu Europejskiego w Brukseli.
22
23
Ilu posłów zasiada w Parlamencie1?
Powinno być 751. Jest 766. Dlaczego? Ponieważ Traktat z Lizbony wszedł
w życie 1 grudnia 2009 r. – o pół roku za późno...
Zakładano, że nowy skład PE zaproponowany w Traktacie Lizbońskim zacznie
obowiązywać wraz z wyborami do PE w czerwcu 2009 r. Tak się nie stało, gdyż
jego ratyfikację ciągle wtedy blokowali jeszcze Prezydenci: Polski – Lech Kaczyński i Czech – Vaclav Klaus. Wybory odbyły się zatem według „starego”
Traktatu Nicejskiego, a po pół roku, gdy „Lizbonę” w końcu ratyfikowano we
wszystkich krajach Unii – zaczęto z mozołem poprawiać „błędy”. Kolejno kraje
członkowskie musiały ratyfikować specjalny protokół dostosowujący stare reguły do nowych. Najpierw wzięto się za liczbę posłów.
Polska według „Lizbony” powinna była mieć 51 eurodeputowanych, ale w 2009 r.
wybrano tylko 50-ciu. Problem wystąpił w całej Unii, w eurowyborach wybrano łącznie 736 posłów, według Lizbony powinno być nas 751. „Brakujących”
piętnastu należało zatem doszlusować według tworzonych naprędce reguł.
Rozdział dodatkowych mandatów w PE oznaczał w każdym z powiększających swoją delegację państw, konieczność uruchomienia specjalnych procedur wyborczych. Francja np. nie przewidziała „łatania” składu swojej delegacji i stanęła przed dylematem organizowania ogólnokrajowych wyborów
dla dwóch (!) europosłów. W końcu stanęło na wysłaniu posłów z krajowego
parlamentu.
Najbardziej niecierpliwili się Hiszpanie, którzy zyskiwali aż 4 posłów, co więcej wcześniej przewidzieli sposób ich wyboru. Tym niemniej przyszli posłowie czekali „w blokach startowych” przez kolejne dwa lata.
Sala plenarna Hemicycle w Parlamencie Europejskim w Brukseli.
24
Stan VII kadencji 2009-2014.
1
25
Jedne państwa zyskiwały dodatkowe miejsca w PE jak np. Polska, która powiększyła swą reprezentację o jednego europosła, inne traciły część mandatów jak Niemcy, gdzie aż trzech deputowanych należałoby wysłać z powrotem do kraju. A wszystko po to, aby docelowa liczba europosłów – określona
w Traktacie Lizbońskim na 751 osoby – stała się faktem. I prawie się stała,
gdyż w końcu znaleziono metodę wyłonienia dodatkowej 15-stki, ale nikogo nie odesłano do domu, ponieważ nie wymyślono sposobu „odstrzału”
nadliczbowych posłów. W efekcie mieliśmy o trzech niemieckich posłów „za
dużo”, aż do eurowyborów w 2014 r.
Zamieszanie z posłami „lizbońskimi” trwało długo. Dopiero w połowie kadencji 2009-2014, w styczniu 2012 r. do nas dołączyli. W tym 51. polski poseł.
Kolejnego „biorącego” mandat z list wyborczych z 2009 r. wyznaczono metodą d’Hondta. Miejsce zostało zarezerwowane dla kandydata z listy PSL. Pierwotnie miał nim zostać Edward Wojtas, który zginął w katastrofie samolotu
pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., jego miejsce przypadło zatem następnemu na liście – Arkadiuszowi Bratkowskiemu, również z PSL2.
Tym sposobem doszliśmy do liczby 754 posłów, których liczba jeszcze się
zwiększyła wraz ze wstąpieniem Chorwacji do UE o kolejnych 12 eurodeputowanych. To był stan tymczasowy, bowiem zgodnie z Traktatem ogólny skład
po kolejnych wyborach nie może przekraczać 751 posłów, co oznaczało, że
niektóre narodowe delegacje będą musiały w przyszłości... być mniejsze.
Wcześniejsze wybory, mniej europosłów
Wybory posłów VIII kadencji Parlamentu Europejskiego zaplanowano w całej Unii od 22 do 25 maja 2014 r.1, o trzy tygodnie wcześniej niż poprzednie.
Pomysł przesunięcia wyborów ze zwyczajowej połowy czerwca na jego początek kiełkował już od paru lat, ale gdy przyjrzano się konkretnym datom,
okazało się, że mogą one kolidować z Zielonymi Świątkami, a święto łączone
z tradycją długich weekendów mogłoby jednak niekorzystnie wpłynąć na frekwencję wyborczą... Datę trzeba było przesunąć na maj.
Skład Parlamentu wybieranego w 2014 r. także miał się zmienić, a konkretnie
zmniejszyć z 766 w 2014 r. do 751 deputowanych2. Aż o piętnastu!
Po długich debatach i bojach ustalono, że dwunastu państwom członkowskim (Rumunii, Grecji, Belgii, Portugalii, Czechom, Węgrom, Austrii, Bułgarii, Irlandii, Chorwacji, Litwie i Łotwie) odbierze się po jednym pośle, a delegacji niemieckiej – trzech. Brzmi trochę niesprawiedliwie, ale Niemcy jako
największy kraj UE mają też najwięcej deputowanych – aż 99, zatem pogodzili
się z decyzją.
W przypadku Polski żadne zmiany nie zostaną tym razem wprowadzone.
Przypomnę, że Traktat Lizboński potraktował nas dość „obcesowo” i zmniejszył naszą reprezentację o trzech posłów w stosunku do ustaleń z traktatu Nicejskiego. Obecnie mamy 51 deputowanych, w pierwszych wyborach w 2004 r.
wysłaliśmy do Europarlamentu 54.
Artykuł 144. polskiej ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego stanowi: „W przypadku wygaśnięcia mandatu posła do Parlamentu Europejskiego, [...] albo utraty mandatu Marszałek Sejmu [...]
zawiadamia (...) kolejnego uprawnionego na podstawie art. 130 kandydata z tej samej listy okręgowej
o przysługującym mu pierwszeństwie do mandatu”.
2
26
W Polsce 25 maja 2014 r.
Zgodnie z Traktatem z Lizbony (który wszedł w życie pół roku po poprzednich wyborach w 2009 r.)
liczba deputowanych została ograniczona do 750 + przewodniczący, z jednego kraju może być maksymalnie 96 posłów i minimalnie 6.
1
2
27
Wist Lizboński
Pierwszym testem dla Traktatu z Lizbony był budżet na 2011 r.1
Dzielenie finansowego tortu dla ówcześnie 27 stolic UE z odmiennymi priorytetami i wskaźnikami gospodarczymi, nigdy nie należało do łatwych czynności (co miałam okazję z bliska obserwować jako członek Komisji Budżetowej), a stało się jeszcze trudniejsze, gdy wraz z Traktatem Lizbońskim do stołu
negocjacyjnego dosiadł jeszcze na równych prawach Europarlament.
Sprawozdanie budżetowe na 2011 r. spoczęło w polskich rękach poseł Sidonii
Jędrzejewskiej, która wraz z pozostałymi posłami z Komisji Budżetowej przycisnęła odważnie Radę do negocjacyjnego muru.
Nie obyło się bez „fochów”, gróźb zrywania rozmów i wetowania budżetu.
Parlament w ten sposób testował, ile ma władzy, prężył muskuły, by „turbulencje” zakończyły się dosłownie w ostatniej chwili. Dzięki temu wszyscy:
Rada, Parlament i Komisja Europejska, poczuli się wygranymi. To była pierwsza próba „sił lizbońskich” Parlamentu.
Europartnerzy, wzmocnieni o doświadczenia, dali potem kolejny pokaz rozdzierania szat budżetowych przy siedmioletniej perspektywie finansowej na
lata 2014-2020. O czym później...
Posiedzenie Komisji Budżetowej w 2011 r.
Ponieważ Traktat Lizboński wszedł w życie 1 grudnia 2009 r. było już za późno, aby budżet na 2010 r.
przygotowywać według nowej procedury.
28
29
1
Unijna kasa bez mitów
Budżet UE to dokładnie 0,67 euro dziennie na obywatela, czyli koszt jednej kawy...
Jest 44 razy mniejszy niż suma wszystkich budżetów krajów członkowskich. Jego
podstawą jest obecnie składka poniżej 1% PKB każdego z 28 państw Unii.
To jest tzw. budżet inwestycyjny, gdzie 94% środków wraca do państw członkowskich lub przeznacza się na rzecz wspólnych działań zewnętrznych. Nie
ma na świecie drugiego takiego budżetu, gdzie tylko 6% przeznaczane jest na
koszty administracyjne. Nie może mieć deficytu czy zadłużenia. Zwykle zostają w nim niewydane środki, które wracają do państw członkowskich.
Budżet UE przynosi więcej wartości dodanej niż każde euro wydane z budżetu
narodowego. Wynoszący poniżej 150 mld euro rocznie budżet UE jest silnym
instrumentem pobudzania i zwiększania inwestycji, generowania wzrostu gospodarczego oraz tworzenia nowych miejsc pracy.
Jeśli składka będzie ulegać zmniejszeniu, jak stale proponuje bogatsza część Europy, to według Komisji Europejskiej budżet UE może się skurczyć o ok. 20% w ciągu najbliższych 20 lat. Tymczasem budżety narodowe mają tendencję wzrostową,
w 2011 r. 23 z 27 ówczesnych państw UE zwiększyło własne wydatki, w 2012 r. do
tej grupy dołączył jeszcze jeden kraj.
Czy chcemy, by środki publiczne z poziomu UE zostałyby w ten sposób przesunięte na poziom narodowy? Czy oznacza to renacjonalizację polityk unijnych
w przyszłości? Na razie Rada (szefowie państw) kreśli coraz ambitniejsze plany
przed Unią, nowe strategie pełne wyśrubowanych pułapów (np. kosztownego
ograniczenia emisji CO2), drugą ręką skreślając środki mające temu służyć.
Zwieńczenie statuy „L’Europe” przed Parlamentem Europejskim w Brukseli.
Cele polityczne i gospodarcze negocjowane miesiącami, nawet przegłosowane
i opublikowane w pięknej broszurze, nie zostaną osiągnięte poprzez zmniej-
30
31
szenie inwestycji na szczeblu wspólnotowym. Czy „stara 15-tka” zaciskająca
pasa Unii ma rację? Według danych polskiego Ministerstwa Rozwoju Regionalnego każde euro zainwestowane w „nowych” krajach UE przynosi „starym” krajom średnio 61 eurocentów zysku w postaci dodatkowego eksportu1,
dla samych Niemiec oznacza to powrót nawet 1 euro i 25 centów2.
Komisja Europejska wykazuje, że inwestycje w dziedzinie spójności w okresie
2000-2006 przyniosły dodatkowe 0,7% PKB wzrostu gospodarczego w 2009 r.
w całej Unii, a do roku 2025 mogą osiągnąć nawet 4% PKB.
Wyjściem satysfakcjonującym „nowych” i „starych” mogą być środki własne
Unii np. podatek od transakcji finansowych, który może przyczynić się do
wzrostu unijnego budżetu, czyniąc go bardziej autonomicznym i stabilnym
zarazem. W sytuacji, gdy dojdzie do przyjęcia propozycji Komisji w zakresie
systemu środków własnych, składki do budżetu UE poszczególnych państw
mogą się zmniejszyć nawet o połowę.
Negocjacje ciągle się toczą.
www.mrr.gov.pl/aktualnosci/Fundusze_Europejskie_2014_2020/Documents/Niemcy_inf_prasowa.pdf
www.mrr.gov.pl/aktualnosci/Fundusze_Europejskie_2014_2020/strony/Niemieckie_korzysci_ps_24042012.aspx
1
2
Teatr skąpców na pokaz
Niedawna batalia o budżet 2014-2020 obfitowała w efektowne pokazy „teatralne”.
Powspominajmy...
Najpierw miały miejsce bardzo trudne rozmowy o bieżących problemach
związanych z deficytem budżetu w 2012 r. Żeby było ciekawiej, zasadą unijnego budżetu jest brak jakiegokolwiek deficytu... Skąd zatem się wziął? Do
spłaty zobowiązań brakowało 9 mld euro!
Kłopoty zaczęły się już w 2011 r., kiedy Rada i Parlament nie dostrzegły, że przegłosowały niewystarczające środki do wcześniej zaakceptowanych planów. Aby
sytuacji zaradzić, zastosowano „ucieczkę do przodu” i sięgnięto po pieniądze
z następnego budżetu, czyli z tego zaplanowanego na 2012 r. Nic zatem dziwnego, że w ostatnim kwartale 2012 r. kasa świeciła pustkami i zabrakło funduszy np. na program Erasmus. Rozdźwięk budżetowy wziął się z nagłych decyzji
Rady, która potrafiła „od tak” zmienić kwoty zaproponowane we wstępnym
projekcie budżetu, zastępując je – nieco „pod publiczkę” – znacznie mniejszymi. Ponieważ za liczbami stały konkretne programy: dla studentów, naukowców, miast, regionów, przedsiębiorstw itp., zrobił się bardzo poważny deficyt.
„Dziurę” udało się załatać częściowo już w 2012 r. Państwa wygospodarowały
6 mld dodatkowych środków, kolejne 3 mld miały się znaleźć w 2013 r., ale
w międzyczasie dziura... jeszcze się powiększyła.
Wydatki UE (ujęcie krajowe) według danych Eurostatu.
Ponadto zarówno Rada jak i Komisja Europejska zapomniały w tych negocjacjach o nowych prerogatywach Europarlamentu. Umknęło ich uwadze, że
po raz pierwszy negocjacje wieloletniego budżetu prowadzone są według zupełnie innych reguł narzuconych Traktatem Lizbońskim, zgodnie z którymi
32
33
Parlament powinien być stroną w negocjacjach. A nie był przez długi czas.
Posłowie uzbrojeni w nowe narzędzia budżetowe nie zamierzali odpuścić
i postraszyli Radę budżetowym veto.
Trzeba pamiętać, że budżet UE to nie są pieniądze dla „Brukseli”. 94 % środków trafia z powrotem do państw członkowskich, w dopłatach bezpośrednich
albo w postaci zakupu ich towarów czy usług. Cięcia w unijnym budżecie to
nie są oszczędności, tylko podcinanie gałęzi rozwoju regionów.
Premier Cameron radził też, aby „odchudzić” brukselską administrację. Przypomnę, że o jej obecnym kształcie zdecydowały państwa członkowskie, a nie
„Bruksela”. Eurourzędnicy kosztują 6 % unijnego budżetu. Według danych
Eurostatu z 2011 r. w strukturach unijnych pracowało łącznie 55 tys. urzędników. Czy to dużo? Jak jest gdzie indziej?
Przykładowo:
Łotwa z populacją 2 200 000 obywateli ma 184 tys. urzędników.
W Birmingham liczącym 1 036 900 mieszkańców jest 60 tys. urzędników.
W Paryżu z 2 257 981 mieszkańcami jest ich 50 tys.
W Helsinkach na 601 035 mieszkańców przypada 40 tys. urzędników.
Ilu zatem powinno być urzędników na 500 mln euroobywateli?
Cenna wielojęzyczność
Wspólnota przebyła długą drogę od końca lat 50., kiedy to w jej instytucjach
mówiono zaledwie czterema językami i były to: francuski, niemiecki, włoski
i niderlandzki.
Wraz z rozszerzeniami Unii przybywało języków. Do 2004 r. obowiązywało
ich już 11, obecnie1 mamy w Parlamencie Europejskim oficjalnie 24 języki
urzędowe (i 3 alfabety), a w dalszej perspektywie, kto wie – może i turecki?
Mimo że wszystkie języki są tak samo ważne, to ze względów czysto praktycznych priorytetowo traktowany jest angielski jako „wzorzec” do tłumaczeń na
inne języki oraz francuski, którym posługują się urzędnicy oraz mieszkańcy
Brukseli i Strasburga, gdzie pracuje Parlament.
Mnogość eurojęzyków jest prawdziwym wyzwaniem organizacyjnym, logistycznym i finansowym. Każdego miesiąca tłumaczy się ok. 100 tys. stron
dokumentów. Wraz z tłumaczeniami ustnymi to wydatek rzędu 3 mln euro
dziennie!
Różnorodność językowa jest demokratyczną i kulturową podstawą Unii Europejskiej2, dzięki temu każdy obywatel ma możliwość napisania do każdej
instytucji UE i otrzymania odpowiedzi w tym samym języku, w którym przesłał pytanie.
Kolegium Kwestorów w latach 2009-2014. Kwestorzy VII Kadencji Parlamentu Europejskiego.
Od lewej: Bill Newton Dunn (2009-2011), Bogusław Liberadzki (2012-2014), Astrid Lulling,
Lidia Geringer de Oedenberg, Jiri Mastalka, Jim Higgins.
34
Nie wszystkim językowa „presja” poszła łatwo. Np. Irlandia, gdzie mówi się
głównie po angielsku, dopiero po 30 latach od wstąpienia do UE wymogła
tłumaczenia na „swój” język gaeilge, którym nota bene większość irlandzkich
europosłów się nie posługuje.
W 2014 r.
Art. 22. Karty Praw Podstawowych UE, Art. 24. Traktatu o funkcjonowaniu UE.
1
2
35
Maltańczycy – mimo że posługują się płynnie angielskim, będącym jednym
z dwóch języków na wyspie – naciskali na tłumaczenia na maltański, co również udało im się osiągnąć.
Wysłuchujemy stale pretensji Katalończyków, którzy – nie mając tłumaczenia na ich język – czują się poniżani, gdy słuchają tłumaczeń na hiszpański
(kastylijski). Dołączają do nich Luksemburczycy mający co prawda francuski
i niemiecki do wyboru z trzech języków oficjalnych we własnym kraju, ale
przecież chcieliby też mieć tłumaczenia na luksemburski...
Dlaczego akurat te?
–A
ngielski, dlatego że dokumentacja patentowa najczęściej jest przygotowywana w tym języku.
–N
iemiecki, ponieważ najwięcej patentów pochodzi z Niemiec.
–F
rancuski, gdyż to kolejny najbardziej „opatentowany” kraj.
Skutek?
Włosi i Hiszpanie od razu „językowo” obrazili się i w projekcie w ogóle nie
chcieli uczestniczyć. Pozostałe kraje długo blokowały inicjatywę, ale w końcu zrozumiały, że to „poświęcenie” dla dobra ich gospodarek. Nawet Włochy
ostatecznie uległy, a Hiszpanie zaproponowali, że przystąpią do europatentu,
gdy zostaną „wyrzucone” języki niemiecki i francuski, wtedy zostałby tylko
angielski i inni byliby tak samo „ukarani”. Jak łatwo sobie wyobrazić propozycja nie przeszła, co więcej Polska, negocjująca podczas swojej prezydencji
tę regulację najpierw ogłosiła za sukces podpisanie wynegocjowanej umowy
w gronie 25 państw, po czym sama się wycofała z porozumienia... ze względów językowych.
Jak lingwistycznie radzą sobie europosłowie?
Według mnie najsprawniejsi są Grecy, Cypryjczycy, Luksemburczycy, Maltańczycy, Węgrzy, Czesi, Słowacy, Rumuni i Bułgarzy – zwykle znający bardzo dobrze przynajmniej po dwa unijne języki.
Każde miejsce w sali plenarnej Parlamentu Europejskiego
wyposażone jest w zestaw słuchawkowy, za pośrednictwem którego
posłowie otrzymują tłumaczenie na języki narodowe krajów członkowskich.
Puśćmy jednak wodze fantazji i wyobraźmy sobie, że pieniądze przeznaczane
obecnie na tłumaczenia zostałyby zainwestowane w przyszłości w naukę języka angielskiego we wszystkich krajach Europy począwszy od przedszkola,
zachowawszy własny język, moglibyśmy komunikować też we wspólnym języku „euro-administracyjnym”...
Czy to możliwe? Chyba raczej nie. Mieliśmy już przedsmak euroawantury, jaką
wywołał projekt Jednolitego Patentu, w którym zaproponowano dla obniżenia
kosztów tłumaczenia tylko na trzy języki: angielski, niemiecki i francuski.
36
Niemcy, Austriacy, Holendrzy, Hiszpanie, których znam, bardzo dobrze komunikują się po angielsku i mają jeszcze solidne podstawy jakiegoś drugiego
języka obcego.
Najsłabsi w eurolingwistyce w moim osobistym rankingu są Włosi, Francuzi
i Brytyjczycy, posługujący się głównie swoimi językami.
Znajomy Anglik podpytany przy nieoficjalnej okazji przeze mnie, czy uczył
się w szkole jakiegoś języka obcego, odpowiedział: „Of course” (oczywiście).
Jak zapytałam, jaki to był język, wyznał: „I don’t remember” (nie pamiętam).
Jak radzą sobie Polacy?
Coraz lepiej...
37
Armia tłumaczy
Mimo że na świecie język angielski staje się współczesnym lingua franca,
w UE nadal tysiące tłumaczy znajduje stabilne zatrudnienie. Przyjrzawszy się
z bliska kosztom językowych luksusów można doznać zawrotu głowy. Ponad
miliard euro rocznie! Ale z drugiej strony ten komfort to „tylko” 2,20 euro
rocznie na mieszkańca.
Dla samego Parlamentu Europejskiego pracuje 1240 tłumaczy pisemnych
oraz 1150 interpretatorów ustnych. Jeżeli dodamy liczbę tłumaczy ustnych
i pisemnych stwierdzimy, że ponad jedna trzecia personelu Parlamentu jest
zatrudniona w służbach językowych i to nie wystarcza... Wykonanie ok. 35%
wszystkich tłumaczeń zleca się firmom zewnętrznym. Cóż, każdy z 28 krajów
za punkt honoru uważa posiadanie wszystkich dokumentów w swoim języku
oraz tłumaczenie oficjalnych spotkań na język ojczysty. Posłowie składają ok.
1600 interpelacji rocznie oraz ok. 20 tys. poprawek do różnych dokumentów,
to ok. 1,2 mln stron wymagających przetłumaczenia.
Na posiedzeniach często widzę tłumaczy zamówionych dla posłów konkretnych nacji, którzy to „zapomnieli” przyjść na zebranie. Językowa poprawność
powoduje, że w delegację np. do Brazylii, z posłem nieznającym angielskiego
jedzie dodatkowo trzech tłumaczy z jego językiem ojczystym. Ten standard
jest zawsze zapewniony, a koszty idą w dziesiątki tysięcy euro.
Dokumenty na posiedzenia, raporty po ich odbyciu, setki tysięcy stron przetłumaczonych sprawozdań trafiają bardzo często prosto do kubła. Przychodząc wcześnie rano do Parlamentu, mijam się z ekipami sprzątającymi i widzę, ile makulatury wynoszą codziennie z gabinetów.
Oficjalnie w Parlamencie Europejskim obowiązują 24 języki urzędowe.
W popularnym belgijskim anglojęzycznym magazynie „The Brussels Tribune” filozof, ekonomista i poliglota Philippe Van Parijs, jak każdy wielo-
38
39
języczny – docenia ułatwiającą codzienne życie powszechność angielskiego,
także w Brukseli. Nie wszyscy jego rodacy podzielają jednak tę opinię, gdyż
ekspansja jednego języka może spowodować „językową niesprawiedliwość”.
Ostatnio nawet pojawiły się głosy, że brak językowej elastyczności stwarza
„nierówność szans”, co tłumaczy się tym, że anglojęzyczni poszukiwacze pracy mają przewagę w jej zdobywaniu w międzynarodowym środowisku Brukseli. No, no, nawet międzynarodowa Bruksela obawia się nieuprawnionego
uprzywilejowania anglofonów.
Mnie osobiście dominacja angielszczyzny nie dziwi. Z lingwistycznego punktu widzenia kariera angielskiego jest absolutnie uzasadniona. To najłatwiejszy
z języków europejskich, do tego prosty w zrozumieniu. Wszystko co wynegocjuję po francusku natychmiast zapisuję po angielsku, aby nie było wątpliwości, co do osiągniętych kompromisów. Angielski jest w Unii jak metr z Sevres,
to z niego tłumaczy się na inne języki Wspólnoty.
Gdyby jednak w przyszłości pieniądze przeznaczane obecnie na tłumaczenia
unijnych papierzysk zostałyby zainwestowane w naukę języka angielskiego
we wszystkich krajach Europy, to dla następnych generacji wspólny język byłby znakomitym narzędziem do komunikacji urzędowej (i prywatnej), co mogłoby zaoszczędzić naprawdę ogromne sumy publicznych pieniędzy.
Więcej:
www.brusselsmetropolitan.eu/EN/news/news_2012_02_29.php
Tłumaczka w kabinie nad salą posiedzeń.
Priorytet powszechnego języka angielskiego na międzynarodowych konferencjach – jak się okazuje – przyczynia się też do „nierówności narodów”,
którą interpretuje się jako podniesienie rangi jednego języka, w którym zanurzona jest cała kultura, mentalność i bagaż doświadczeń historycznych
jego użytkowników nad inne... Językowa dyskryminacja? Raczej konieczność
w międzynarodowym tyglu.
Wspomniany Philippe Van Parijs twierdzi, że język angielski w Belgii dla
wielu stanowi priorytet, ale Bruksela obawia się, że ludzie podejmujący pracę
w instytucjach unijnych będą wykazywać coraz słabszą motywację do nauki
jej języków narodowych jak francuski czy flamandzki, ponieważ wystarczy
im tylko znajomość angielskiego. Według Van Parijsa jest to naturalna kolej
rzeczy i zarówno Bruksela, jak i cała Belgia musi zaakceptować zmieniającą
się rzeczywistość i dostosować się do niej poprzez promowanie angielskiego
jako... trzeciego języka Belgii.
Widok ze stanowisk tłumaczy nad salą plenarną.
40
41
Typowy tydzień europosła
Pracujemy od poniedziałku do piątku każdego tygodnia poza miesięczną
przerwą letnią i dniami świątecznymi. Trzy tygodnie w miesiącu obradujemy
w Brukseli, na jeden tydzień przenosimy się do Strasburga.
Ponieważ nie ma lotów bezpośrednich1 z Wrocławia do Brukseli ani do Strasburga, w drodze do pracy w jedną stronę „zaliczam” zawsze dwa samoloty, co
daje cztery rejsy w tygodniu zwykłym. Jeśli muszę w środku tygodnia pojawić
się w kraju – liczba rejsów się podwaja. Średniorocznie wsiadam do samolotu
ok. 300 razy.
Moja trasa do pracy jest najbardziej skomplikowana przy jeździe do Strasburga i wygląda następująco: samolot z Wrocławia do Monachium (Niemcy),
tamże przesiadka do Bazylei (Szwajcaria), następnie kolejne 140 km pokonuję
samochodem do Strasburga (Francja). W sumie ok. 8 godzin podróży. Nie
tak źle np. w porównaniu z Finami, którzy muszą wyruszyć z domów dzień
wcześniej. W Brukseli oficjalne posiedzenia zaplanowane są od 9:00 do 18:30,
w Strasburgu sesje plenarne rozpoczynają się o godz. 8:30 trwając do 24:00.
Od 7:30 często odbywają się tzw. przygotowawcze śniadania robocze.
Większość posłów wynajmuje mieszkania w Brukseli. W Strasburgu wszyscy
zatrzymują się w hotelach. A nie jest w nich łatwo o pokój, gdyż nie ma tylu
miejsc noclegowych w stolicy Alzacji, ile potrzebują posłowie i wszyscy przemieszczający się urzędnicy. Spora część z nas mieszka w promieniu 20 kilometrów od Strasburga, najwięcej w pobliskich niemieckich miasteczkach. W tygodniu sesyjnym z uwagi na ogromny popyt ceny noclegów wzrastają nawet
o 100%. Kiedyś przyjechałam w niedzielę poprzedzającą sesję i zdziwiłam się, że
hotel tak opuścił cenę, wszystko jednak wróciło do „normy” w poniedziałek.
Lidia Geringer de Oedenberg w biurze w Parlamencie Europejskim w Brukseli.
42
Sytuacja ma się zmienić w kwietniu 2014 r.
1
43
Z wizytą w Parlamencie
Rocznie Parlament Europejski w Brukseli i w Strasburgu odwiedza ok. 500 tys.
obywateli. Są to osoby zaproszone na konferencje, wysłuchania publiczne, czy
też goście indywidualni europosłów. Każdego roku możemy organizować wizyty
studyjne dla 110 osób pochodzących z naszych regionów, mając zagwarantowane
przez Parlament częściowe dofinansowanie związanych z tym kosztów. Licząc
tylko zaproszonych przez posłów krajan, mamy ok. 85 tys. odwiedzających.
60. wizyta parlamentarna na zaproszenie poseł Lidii Geringer de Oedenberg.
Bruksela, sierpień 2012 r. Grupa przed statuą „L’Europe”.
W organizowanych przeze mnie wyjazdach do „stolic Europy” uczestniczyło już
blisko 3500 osób. Liczba ta co prawda przeczy prostej arytmetyce: dwie kadencje
po 5 lat, razy 110 osób – co daje 1100 zaproszonych, ale, pozyskując inne dodatkowe fundusze, w praktyce udaje mi się zorganizować takich wizyt znacznie
więcej. Zaproszeni przeze mnie mają okazję zobaczyć nie tylko budynki Parlamentu Europejskiego, ale również: Radę Europy, Trybunał Praw Człowieka
w Strasburgu, czy Komisję Europejską i Komitet Regionów w Brukseli, a także
inne najciekawsze atrakcje obu miast. Celem wyjazdów jest rozbudzenie zainteresowania Unią Europejską i pokazanie uczestnikom wizyt, jak funkcjonuje
Parlament Europejski, w którym zasiadają przedstawiciele 28 państw tworzących Zjednoczoną Europę, poszerzenie wiedzy o możliwościach, jakie stwarza
nam Unia Europejska. Osoby uczestniczące w zorganizowanych przeze mnie
wizytach studyjnych w latach 2004-2014 to: laureaci konkursów „Wiedzy o UE”,
uczniowie i studenci wyróżnieni za wyniki w nauce i aktywność społeczną, reprezentanci Uniwersytetów Trzeciego Wieku, przedstawiciele związków zawodowych, członkowie organizacji pozarządowych, samorządowcy, społecznicy,
zwycięzcy aukcji charytatywnych, aktywiści z szeregów małej politycznej rodziny: Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy oraz przedstawiciele mediów.
70. wizyta parlamentarna na zaproszenie poseł Lidii Geringer de Oedenberg.
Strasburg, wrzesień 2013 r. Grupa przed Parlamentem Europejskim.
Takiej „edukacyjnej wycieczki” nie można kupić w żadnym biurze podróży. Trzeba na nią zapracować. Jak być kolejnym zaproszonym? Szczegóły na
www.lgeringer.pl/konkursy2.htm.
44
45
Trójnogi Europarlament przed amputacją
Obecnie mamy trzy miejsca pracy: Brukselę, Strasburg i Luksemburg.
Lidia Geringer de Oedenberg popiera ustanowienie jednej siedziby Parlamentu Europejskiego.
Ograniczenie się do jednej siedziby to ok. 1,5 mld euro oszczędności w budżecie 2014-2020. Jest o co walczyć, szczególnie w dobie kryzysu. Same koszty
delegacji służbowych urzędników ulokowanych w Luksemburgu podróżujących między pozostałymi dwoma miejscami pracy wyniosły w 2013 r. niemal
30 mln euro. Do tego należy doliczyć kolejne wątpliwe wydatki związane np.
z budową gigantycznego biurowca Konrad Adenauer (KAD) w Luksemburgu
dla 6 tys. parlamentarnych urzędników. Koszty inwestycji były tak trudne do
oszacowania, że żadna firma budowlana nie chciała się tego podjąć. Parlament sam postanowił wystąpić w roli dewelopera. Według różnych szacunków koszt budynku może sięgać nawet 800 mln euro.
Posłowie od dawna burzyli się przeciw bezsensownym nieustającym comiesięcznym przeprowadzkom. Niestety bez poparcia większości parlamentarnej
i bez wiary w możliwość zmiany Traktatów – kolejne inicjatywy upadały1.
W końcu międzypartyjna, nieformalna grupa Single Seat, w której skład weszło pięciu członków Prezydium PE (wraz z piszącą te słowa) oraz posłowie
ze wszystkich grup politycznych2 zdołała wywalczyć dla idei „Jednej Siedziby” zdecydowaną większość. Naszą inicjatywę poparło ponad 80% posłów.
Sprawna instytucja powinna pracować w jednym miejscu. Zdecydowana
większość z nas opowiada się za Brukselą, gdzie łatwiej dotrzeć i nasza praca
jest lepiej zorganizowana.
Podczas seminarium Single Seat 24 października 2012 r.
W grudniu 1992 r. w Edynburgu na szczycie w czasie brytyjskiej prezydencji zdecydowano o „lokalizacji instytucji i niektórych organów i służb Wspólnot Europejskich (Dz.U. C-341 23/12/1992). Protokół z „mapą” politycznych targów dołączono wtedy do Traktatu Amsterdamskiego. Dokument stanowi, że Parlament Europejski
ma swą siedzibę w Strasburgu, gdzie odbywa się dwanaście miesięcznych sesji plenarnych, Komisje Parlamentu
Europejskiego obradują w Brukseli, zaś urzędnicy, czyli Sekretariat Generalny Parlamentu Europejskiego i jego
służby, pracują w Luksemburgu. Tekst ten można odnaleźć obecnie w protokole 6. Traktatu z Lizbony.
2
Członkowie Single Seat Group: www.singleseat.eu/9.html.
46
47
1
Jednakże zgodnie z traktatami, ostateczna decyzja w sprawie siedziby Parlamentu Europejskiego nie należy do nas – posłów, lecz do rządów krajowych
– czyli Rady. My narzekamy na marnotrawstwo pieniędzy i czasu, Rada jak do
tej pory nas nie słuchała, mając niezrozumiałe dziś dla nas i obywateli zobowiązania polityczne. Cóż, czym innym jest decyzja zaspokajająca ambicje krajów
do „posiadania” prestiżowych instytucji na swoim terytorium, a czym innym
codzienność. Praca w trzech miejscach nie jest ani tania ani wygodna.
Wraz z nowym Traktatem – Lizbońskim, Parlament Europejski zdobył prawo obligowania Komisji Europejskiej do przygotowania koniecznych naszym
zdaniem propozycji legislacyjnych, łącznie z traktatowymi. Wykorzystując te
nowe prerogatywy przegłosowaliśmy pod koniec 2013 r. specjalny raport Komisji Konstytucyjnej w sprawie zmian traktatowych, które dadzą Parlamentowi prawo określenia miejsca swojej pracy (co do tej pory było definiowane
przez Radę Europejską).
Francuzi i Luksemburczycy wszelkich politycznych maści – zjednoczeni
w obronie zyskownego dla nich status quo – walczyli (i dalej walczą) z inicjatywą. Wspiera ich największa obecnie parlamentarna grupa polityczna – Chadeków, mimo tego na razie to my, „reformatorzy” mamy ciągle większość.
Parlament w wersji Lux
Gdy pojawił się projekt nowego budynku Konrad Adenauer (KAD) dla 6 tys.
urzędników Parlamentu Europejskiego (PE) w Luksemburgu z budżetem
804 mln euro – dołączyłam do grupy wojujących z trzema siedzibami PE.
Jak wyliczono, bieżące remonty pięciu wynajmowanych obecnie w Luksemburgu biurowców, opłaty za czynsz, do tego poniesione już koszty projektu
nowego budynku KAD i ewentualne kary za zerwanie umów, mogłyby kosztować więcej niż budowa nowego gmachu. Czyli taniej jest budować niż go nie
budować. Brzmi paradoksalnie?
Nasz raport zmusi Radę do zajęcia się problemem i mam nadzieję – podjęcia
odpowiednich decyzji, co do zmian traktatowych kończących marnotrawstwo publicznych pieniędzy i czasu posłów oraz urzędników.
Nadszedł czas konfrontacji rozsądku z historią. Zobaczymy kto wygra…
Na placu budowy KAD w Luksemburgu.
48
49
Koszt zaniechania budowy oblicza się na poziomie ponad 1,1 mld euro (liczone w perspektywie przyszłych 20 lat), wychodzi na to, że wydać na budowę
804 miliony to... oszczędność.
Okazało się także, że PE będzie także inwestorem i deweloperem, którym nigdy wcześniej nie był, gdyż dotąd tylko kupował budynki lub je wynajmował.
W pierwszym przetargu nie wpłynęła bowiem żadna oferta finansowania ze
strony banków komercyjnych. Żadne z przedsiębiorstw budowlanych nie było
w stanie podać ceny dla ogółu prac, a zakładane przez nich koszty były od 10
do 70% wyższe od wyjściowego budżetu Parlamentu...
Miałam poważne obawy, co do budowlanego debiutu mojej Instytucji, co
oznaczało też wzięcie na barki ryzyka zmienności cen, odpowiedzialności za
ewentualne wypadki na budowie, czy wady konstrukcyjne. A tych ostatnich
potrafią być tysiące, czego dowodem jest nasz „strasburski cud budowlany”1
oddany do użytku w 1999 r., w którym wykryto... 10 tys. wad.
Dodając do tego zawalony w 2008 r. sufit w sali plenarnej w Strasburgu,
w 2009 r. kolejną jego część w holu przed salą, powinniśmy być szczęśliwi,
że to nie my odpowiadamy za te wady tylko ówczesny inwestor, któremu PE
wytoczył już 50 spraw sądowych. W przypadku budowy KAD to nasza Instytucja musiałaby w przyszłości wytaczać przeciw sobie ewentualne działa,
dlatego pojawiła się potrzeba zatrudnienia dodatkowo... armii prawników.
Planowana powierzchnia nowego budynku KAD – 160 000 m .
Termin oddania do użytku – 2016 r.
Obecnie nasi urzędnicy pracują „rozproszeni” w Luksemburgu w 6 budynkach, nowy gmach ma ich „zjednoczyć”. Faktem jest, że są bardzo rozproszeni, gdyż ich Instytucja pracuje w Brukseli, czasem w Strasburgu, a oni zaś
w Luksemburgu.
2
W 2010 r. odbyli zatem 33 200 delegacji pomiędzy trzema miejscami pracy
PE, każdego dnia otrzymując delegacyjne diety i dodatki za „rozłąki”. Parlament zaś płacił za ich nieustające podróże i zakwaterowanie. Łączne koszty
z tym związane wyniosły ok. 29 mln euro.
Pierwotnie Luksemburg miał być bazą dla pracowników związanych z tłumaczeniami i administracją niewymagającą bliskości Instytucji, w praktyce
jednak wielu z nich ciągle podróżuje pomiędzy Luksemburgiem, Brukselą
i Strasburgiem. W związku z tym muszą mieć też po trzy w pełni wyposażone gabinety. Jeśli budynek KAD powstanie, myślę, że jeszcze trudniej będzie
zbliżyć urzędników do Instytucji.
Fakty są następujące: obecnie Parlament Europejski pracuje w trzech miejscach, w trzech różnych krajach UE. Urzędnicy parlamentarni są podzieleni między Brukselą i Luksemburgiem (po ok. 2500). Garstka pracowników
na stałe pracuje w Strasburgu, dbając o budynek, który używamy cztery dni
w miesiącu...
Luksemburg – mimo braku oficjalnej działalności parlamentarnej – otrzymał
prawo do siedziby dla sekretariatu Parlamentu. Z czasem okazało się, że część
urzędników po prostu musi na stałe pracować w Brukseli (wydaje się to dość
normalne, skoro tam jest Instytucja) i próbowano ich nawet tamże umieścić.
To nie spodobało się jednak rządowi Luxemburga, który ostro przeciwstawił
się „ulatnianiu się” eurourzędników. W 2000 r. doszło do specjalnego porozumienia między rządem Luksemburga a Parlamentem, w którym zezwolono
PE na przeniesienie części pracowników do Brukseli, w zamian za gwarantowanie utrzymania przynajmniej 50% z nich w Luksemburgu, czyli minimalnie 2060 osób! Dobrze wynagradzani euromieszkańcy są dla tego państwa
prawdziwym źródłem dochodów.
Na marginesie dodam, że w Luksemburgu jest także Europejski Trybunał
Sprawiedliwości i Europejski Trybunał Obrachunkowy, zatem państwo nie
wyludniłoby się za bardzo, gdyby reszta parlamentarnego sekretariatu powędrowała do Brukseli.
W marcu 2012 r. złożyłam poprawki do raportu w sprawie budżetu na 2013 r.,
w których zwróciłam uwagę na wspomnianą instytucjonalną rozrzutność. Ku
mojemu zaskoczeniu poprawki przyjęto znaczną większością. W ślad za nimi
poszły kolejne, zdobywające coraz większe poparcie.
Udało się też „okroić” budynek KAD o 7 500 m2.
Tak jak jestem entuzjastką samej integracji, tak nie mogę zrozumieć uporu rządów, mających pełne usta oszczędności i cięć, a zmuszających tysiące
urzędników (także z Komisji Europejskiej i Rady) do kosztownych i bezsensownych wędrówek.
Budynek Louise Weiss i Hemicycle.
1
50
51
Pękający Parlament
Najpierw zawaliła się duża część sufitu nad salą plenarną w naszym strasburskim budynku. Ofiar nie było, bo feralnego 7 sierpnia 2008 r. budynek
w środku wakacji był pusty. Zresztą stoi pusty przez większość roku, bowiem
Parlament wykorzystuje jego powierzchnie zaledwie przez 48 dni w roku,
podczas dwunastu comiesięcznych 4-dniowych sesji plenarnych.
Zawalony sufit w sali plenarnej w Strasburgu.
Gdy piszę te słowa od katastrofy budowlanej minęło pięć lat i dalej w okolicach sali
plenarnej wiszą siatki zabezpieczające nasze głowy przed kolejnymi fragmentami
stale odpadającego sufitu. Usytuowane nieopodal piękne, fantazyjne, podwójnie
splecione marmurowe schody należy traktować chyba już tylko jako dekorację,
strach na nie wejść – wszędzie widać pęknięcia. Podłogi na parterze oplata coraz
gęstsza siatka rys. Oddany do użytku w 1999 r. budynek Louise Weiss dalej osiada
na grząskim gruncie przy rzece Ill i najwyraźniej to miejsce mu nie służy.
Na ogromny taras widokowy w budynku Louise Weiss wejście już od paru lat
jest zamknięte, na mniejszych tarasach odpada tynk i wszędzie widać głębokie
rysy. Głównemu wykonawcy budowlanemu nasza siedziba musi się śnić po nocach, ma kilkanaście spraw w sądzie w związku z wadami konstrukcyjnymi...
Tym niemniej, dalej jeździmy do Strasburga, widać te wady nam nie szkodzą.
Po letniej przerwie w 2012 r. poza ogromną ilością nowych dokumentów i emaili czekała na nas kolejna budowlana niespodzianka, tym razem zawalaniem
groził nam strop nad „plenarką” w... Brukseli. W tym przypadku od razu zamknięto znaczną część budynku Paul-Henri Spaak (PHS). W efekcie ok. 200
funkcjonariuszy musiało opuścić swoje gabinety, a my – posłowie – zostaliśmy
bez sali obrad w Brukseli.
Zakaz wstępu do sali plenarnej w Brukseli.
Okazało się, że w czasie rutynowej kontroli (w wakacje) – ujawniły się pęknięcia trzech z 21 belek konstrukcyjnych nad salą plenarną. Gmach po osiągnię-
52
53
ciu „dorosłości” (skończył 18 lat) i tak miał być wkrótce poddany generalnemu remontowi, więc pretekst do zamknięcia sali plenarnej był doskonały.
Grupie wojującej z absurdem trzech siedzib Parlamentu, do której należę
– walący się brukselski strop nie wpisał się w strategię. Naszym zamysłem
była „likwidacja” absurdu comiesięcznego pielgrzymowania do Strasburga,
zwłaszcza, że cała nasza praca, w tym i sesje plenarne, z powodzeniem mogłyby się odbywać tylko w Brukseli. Po tej decyzji już nie…
Usadzić posła
Na początku każdej sesji plenarnej 766 posłów1 do Parlamentu Europejskiego,
reprezentujących obecnie 28 krajów UE każdorazowo gorączkowo szuka swoich miejsc w sali posiedzeń plenarnych.
Obserwujący naszą pracę obywatele stale pytają – dlaczego? Skąd ta konsternacja, nie znacie swoich stałych miejsc? Nie znamy. Nie mamy przykręcanych
tabliczek przypisujących nam stałe miejsca jak w np. polskim Sejmie.
Zasady „usadzania” w Parlamencie Europejskim są następujące:
Członkowie poszczególnych frakcji politycznych Parlamentu Europejskiego
zasiadają w grupach na podstawie pokrewieństwa politycznego, a nie narodowości. W pierwszych rzędach – przewodniczący grup politycznych i ich
zastępcy, następnie – członkowie Prezydium Parlamentu Europejskiego (wiceprzewodniczący i kwestorzy), za nimi – szefowie komisji parlamentarnych,
a za funkcyjnymi – pozostali posłowie w kolejności alfabetycznej.
„Pękająca” siedziba w Strasburgu.
Gdyby wierzyć w spiskową teorię dziejów i szukać kogoś, komu zależy na utrzymaniu siedziby w Strasburgu – podejrzani byliby oczywiście w pierwszej kolejności Francuzi, którzy nie godzą się na „zjednoczenie” siedzib kosztem Strasburga.
Cóż. Nasza praca, mimo braku dostępu do sali plenarnej, w Brukseli odbywa się ciągle bez większych zmian. Ponad siedmiuset posłów oraz ok. 9 tys.
urzędników i asystentów, co miesiąc odbywa swą strasburską pielgrzymkę,
gdzie w naszym traktatowym miejscu obrad pęknięcia wszelkiego rodzaju
można spotkać na każdym kroku i nikomu to nie przeszkadza.
54
W przypadku wymiany posła – co praktycznie następuje na każdej sesji – ze
względu na wybory krajowe (np. europoseł stał się ministrem, premierem,
prezydentem), zmiany grup politycznych (podział w rodzimej partii), czy
przypadki losowe, cały układ może się zmienić. Przed wejściem do sali plenarnej zawsze trzeba sprawdzić numer miejsca, do którego należy się udać,
bowiem różnice w rzędach i sąsiadach mogą być całkiem spore. Z flanki „prawej” można wylądować nagle na „lewej” w ramach swojej własnej grupy politycznej, nawet jak się nie zmieniło poglądów.
Nasze nazwiska są drukowane każdorazowo w „rozkładzie sali” oraz wyświetlają się na małych ekranach przy maszynkach do głosowania. Wpadając
Stan do 1 lipca 2014 r.
1
55
do sali plenarnej w ostatniej chwili przed głosowaniami zwykle „na szybko”
orientujemy się po naszych sąsiadach, dokąd się udać, kłopot pojawia się, gdy
mamy nowe sąsiedztwo...
W VII kadencji (2009-2014) w Parlamencie „wymieniono” 84 posłów2. Wśród
Polaków było stosunkowo mało przeszeregowań. Parę miesięcy po eurowyborach w 2009 r. poseł Janusz Lewandowski został Komisarzem, jego miejsce
zajął następny na tej samej liście Jan Kozłowski. Posłowie Lena Kolarska-Bobińska i Rafał Trzaskowski otrzymawszy ministerialne teki w 2013 r. opuścili
Parlament, na ich miejsce weszli Tadeusz Ross i Zbigniew Zaleski.
Kilku deputowanych wybranych z list PiS i PO opuściło pierwotne grupy polityczne i rodzime partie, zasilając inne frakcje. Poseł Marek Siwiec, mimo
pożegnania z SLD, pozostał w grupie S&D.
Podczas głosowania na sesji plenarnej w Parlamencie Europejskim w Strasburgu.
W czasie obrad nad projektem Single Seat.
56
W VI kadencji (2004-2009) w Parlamencie roszadzie uległo 81 posłów i wtedy my Polacy byliśmy w czołówce „mieszającej” fotelami. Na 54 wybranych
w czerwcu 2004 r. polskich europosłów 20 zmieniło grupę polityczną, niektórzy kilkakrotnie. Najaktywniejsi w tym względzie byli posłowie z list LPR,
Samoobrony i PSL. Ponadto 5 deputowanych wybrało karierę w kraju, dwóch
odeszło tragicznie.
Stan na 31 grudnia 2013 r.
2
57
Eurotrampolina władzy
Co łączy Prezydenta Francji – Francoisa Hollanda, Premiera Belgii – Elio Di
Rupo, Premiera Danii – Helle Thorning-Schmidt, Premiera Łotwy – Valdisa
Dombrovskisa, Premiera Grecji – Antonisa Samarasa, Prezydenta Estonii –
Toomasa Hendrika Ilvesa, Prezydenta Węgier1 – Pála Schmitta i Prezydenta
Słowenii – Boruta Pahora?
Wszyscy są byłymi europosłami, co obala mit o Parlamencie Europejskim
jako miejscu politycznych emerytów. Wbrew temu, co często się słyszy, dla
wielu eurodeputowanych nasza Izba jest poczekalnią do krajowej władzy,
a nie domem spokojnej starości.
Na początku każdego grudnia na europarlamentarnych korytarzach jest wyjątkowo tłoczno od niegdysiejszych koleżanek i kolegów, bowiem wtedy odbywa się coroczne spotkanie Stowarzyszenia Byłych Posłów. Ostatnio natknęłam
się na niedawnego jeszcze kolegę, byłego Wiceprzewodniczącego Parlamentu
Europejskiego – Stavrosa Lambrinidisa, który opuścił nas, zostając Ministrem
Spraw Zagranicznych Grecji, jak się okazało jedynie na pięć miesięcy. Stavros
znany z poczucia humoru, po upadku swojego rządu, dał nam radę: „Jeżeli
znienacka zadzwoni do was wasz znajomy – Premier – i zaproponuje ministerialny fotel, nie ulegajcie pokusie, powiedzcie NIE”.
Wspomnę jeszcze jednego z moich parlamentarnych kolegów, który był podczas uroczystej sesji 11 czerwca 2013 r. gościem honorowym Parlamentu, Prezydent Słowenii – Borut Pahor.
To ciekawa postać. Pamiętam jak na początku pierwszej kadencji „nowych”
w 2004 r. ambitnie konkurował o przywództwo w grupie Partii Europejskich
Prezydent Słowenii Borut Pahor
z Przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Martinem Schultzem.
58
W latach 2010-2012.
1
59
Socjalistów (PES), drugiej najsilniejszej w Parlamencie Europejskim. Ambitnie, bo był „nowy” i pochodził z nielicznej delegacji, zatem jak się okazało był
bez większych szans. Tym niemniej porwał się do boju z „pewniakiem” na to
stanowisko – Martinem Schulzem, który... po latach przyjmował Prezydenta
Pahora, będąc już Przewodniczącym Parlamentu Europejskiego.
Wróćmy jednak do 2004 roku, kiedy Borut szefował słoweńskiej delegacji
w PES. Zapamiętałam go jako dość nietypowego polityka. Słowenia, jako
pierwsza ze wszystkich nowych krajów, zmierzyła się ze sprawowaniem prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Kraj przygotowywał się przez ponad dwa
lata, a gdy już przyszło do przejmowania sterów Unii, ówczesny prawicowy
rząd zaczął się rozpadać. Byłam w Słowenii w grudniu 2007 r. z oficjalną wizytą Komisji Prawnej na kilkanaście dni przed symbolicznym przekazaniem
flagi Unii wraz z obowiązkami Prezydencji. Spotkałam się wtedy z eurodeputowanym Borutem Pahorem – szefem partii opozycyjnej, aby przybliżył mi
sytuację polityczną od kulis.
Nad rządem wisiało votum nieufności, a Pahor mając następne „premierostwo” Słowenii w kieszeni, zdecydował jednak, że na pół roku – czyli na czas
prezydencji (pierwsza połowa 2008 r.) – zawiesza na kołku wszelkie polityczne spory i wspiera prawicowy rząd z uwagi na nadrzędny cel, jakim jest powodzenie słoweńskiej Prezydencji w UE.
„Pakt o nieagresji” zadziałał, prezydencja się udała, a wraz z jej końcem Borut
Pahor został Premierem. Po upływie kadencji społeczeństwo wybrało go na
Prezydenta. Teraz, gdy wspominaliśmy tamte czasy, powiedział: „Mądre decyzje procentują”.
Euroimmunitet
W Komisji Prawnej Parlamentu Europejskiego, w której zasiadam na prawie
każdym posiedzeniu rozpatrujemy kwestie immunitetów. Nad poszczególnym
przypadkiem debatujemy podczas 2-4 posiedzeń, w zależności od złożoności
sprawy, co „przelicza się” czasowo na parę miesięcy. Obrady komisji toczą się
przy drzwiach zamkniętych i objęte są tajemnicą, która de facto znika podczas debaty przed końcowym głosowaniem podczas sesji plenarnej. Wtedy
praktycznie każdy może poznać szczegóły konkretnej sprawy, a są to zwykle
kwestie wzbudzające wielkie zainteresowanie – szczególnie mediów.
Co to jest immunitet i czy jest potrzebny?
Immunitet parlamentarny służy przede wszystkim obronie samego Parlamentu Europejskiego, chroniąc go przed naciskami z zewnątrz. Gwarantuje
posłom swobodę wypowiedzi i działań podczas pełnienia obowiązków parlamentarnych. Immunitet nie chroni przestępców, nie jest gwarancją bezkarności. Wiąże się tylko i wyłącznie ze sprawowaną funkcją, zapewniając warunki
potrzebne do jej niezakłóconego sprawowania.
Zgodnie z protokołem o przywilejach i immunitetach Wspólnot Europejskich
z 1965 r.: „Wobec członków Parlamentu nie można prowadzić dochodzenia,
postępowania sądowego, ani też ich zatrzymywać z powodu ich opinii lub stanowiska zajętego przez nich w głosowaniu w czasie wykonywania przez nich
obowiązków służbowych”.
Ponadto, „podczas sesji Parlamentu jego członkowie korzystają na terytorium
swojego państwa – z immunitetów przyznawanych członkom parlamentu ich
państwa, a na terytorium innego państwa członkowskiego – z immunitetu
chroniącego przed zatrzymaniem oraz immunitetu jurysdykcyjnego. Immunitet chroni także członków podczas ich podróży do i z miejsca, gdzie odbywa
się posiedzenie Parlamentu”.
60
61
Euroimmunitet nie jest tożsamy z immunitetem parlamentu narodowego, co
więcej zakres immunitetu poselskiego w każdym z 27 krajów UE jest różny!
W niektórych państwach immunitet ogranicza się tylko do zapewnienia wolności wypowiedzi podczas debat parlamentarnych, w innych chroni posła przed niektórymi formami postępowania sądowego – np. przed aresztowaniem. Immunitet
jednak nie służy do tego, by chronić przed wymiarem sprawiedliwości posła, który
złamał prawo. Parlament decyduje o pozbawieniu immunitetu jednego ze swoich
członków po to, aby ten mógł wyjaśnić przed sądem ciążące na nim zarzuty.
Wałęsa, Olgierd Kurski, Zbigniew Ziobro i Tadeusz Cymański. W dwóch
przypadkach: Marka Siwca i Małgorzaty Handzlik Parlament zadecydował
o nie uchylaniu immunitetu.
Według prawa, poseł nie może powoływać się na immunitet w przypadku,
gdy został schwytany na gorącym uczynku! Jak to się ma z trzykrotnym przekraczaniem dozwolonej prędkości, czy harcami za konwojem policyjnym naszych posłów na Sejm? Gdyby takowe przydarzyły się europosłowi, tenże nie
mógłby nigdy liczyć na utrzymanie immunitetu.
Jak europoseł traci immunitet?
Najpierw kompetentny organ państwa członkowskiego występuje do Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego z wnioskiem o uchylenie immunitetu posła. Wniosek ogłasza się na posiedzeniu plenarnym. Następnie
Komisja Prawna PE po wysłuchaniu wyjaśnień posła opiniuje przyjęcie lub
odrzucenie wniosku o odebranie immunitetu. Nigdy jednak Komisja nie ocenia posła, stwierdza jedynie czy jego działanie było bezpośrednio związane
z wykonywaniem mandatu poselskiego, czy też nie. Jeśli nie, nigdy nie broni
immunitetu! To pozwala władzom krajowym na natychmiastowe wszczęcie
postępowania wobec posła, przy czym należy pamiętać, że utrata immunitetu
nie oznacza wygaśnięcia mandatu poselskiego.
Warto dodać, że kwestie immunitetów w samym Parlamencie Europejskim
nie są traktowane „politycznie”, jak to ma jednak miejsce np. w Sejmie. Jedyne proste kryterium to związek z wykonywaniem mandatu poselskiego. Prywatnych grzeszków immunitet nigdy nie chroni. Statystyki pokazują, że od
1979 roku, czyli od pierwszej kadencji wybranego w powszechnych wyborach
Parlamentu Europejskiego do końca 2007, czyli przez prawie 30 lat zgłoszono
łącznie 145 wniosków o uchylenie immunitetu poselskiego. W tym czasie Parlament uchylił immunitet tylko 38 posłom. Inne przypadki stanowiły czysty
element walki politycznej, której intensywność nasilała się szczególnie przed
wyborami.
W ostatnich 10 latach było też kilka wniosków dotyczących polskich posłów.
Immunitet stracili: Bogdan Golik, Witold Tomczak, Krzysztof Lisek, Jarosław
Głosowanie w Komisji Prawnej.
Koordynator S&D Bernhard Rapkay pokazuje „linię” grupy „ZA” i „PRZECIW”.
62
63
Nauczyciel, kartka i ołówek mogą zmienić świat
...czyli jak Parlament nagradza obrońców praw człowieka.
Publikacje z okazji 25. rocznicy Nagrody Sacharowa przyznawanej przez Parlament Europejski.
Ustanowiona w 1988 r. Nagroda im. Sacharowa1 przyznawana jest przez Parlament Europejski osobom o wyjątkowych dokonaniach w walce z nietolerancją, fanatyzmem i prześladowaniem. Podobnie jak jej patron – Andriej Sacharow2, laureaci wykazują się wyjątkową odwagą w obronie praw człowieka
i wolności słowa.
Corocznie, od 2004 r. – brałam udział w uroczystościach wręczania tej nagrody. Zawsze były to niezwykłe, podniosłe wydarzenia. Często też bez samego
laureata uwięzionego za swoje działania, gdzieś w odległym zakątku świata,
w imieniu którego rodzina czy przyjaciele odbierali nagrodę.
Laureatka z 2013 r. miała szczęście, dlatego stawiła się osobiście. Malala
Yousafzai – pochodząca z Pakistanu 16-latka – jest osobą niezwykłą. Skromną i silną. „Uzbrojona” w ołówek walczy z talibami o prawo dziewczynek do
edukacji. Ściskając drobną rękę Malali, życzyłam jej wszystkiego najlepszego,
mając w pamięci niedawne talibskie komunikaty o „dopadnięciu” niewygodnej nastolatki…
Poseł Lidia Geringer de Oedenberg wraz z białoruskimi działaczami Ruchu Społecznego
„O Wolność”: Andżeliką Borys i Aleksandrem Milinkiewiczem – laureatem Nagrody Sacharowa z 2006 r.
Parlament Europejski przyznaje „nagrodę za obronę praw człowieka” w wysokości 50 tys. euro podczas uroczystego posiedzenia w Strasburgu w okolicach 10 grudnia, w rocznicę podpisania Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych w 1948 r.
Nominacji do nagrody Sacharowa może udzielić grupa polityczna lub przynajmniej 40 posłów. Komisja do Spraw Zagranicznych i Komisja Rozwoju poprzez głosowanie wybierają trzech finalistów z listy
nominowanych, następnie Konferencja Przewodniczących wybiera laureata.
2
Rosyjski fizyk, Andriej Dmitriewicz Sacharow (1921-1989), laureat Pokojowej Nagrody Nobla w 1975 r.,
jest wynalazcą bomby wodorowej. Zaniepokojony skutkami swojej pracy dla losu ludzkości, podejmował wysiłki w celu nagłośnienia zagrożeń płynących z wyścigu zbrojeń nuklearnych. Częściowy sukces
odniósł wraz z podpisaniem w 1963 r. Traktatu o Zakazie Prób Nuklearnych. W ZSRR uznawany był
za dysydenta o wywrotowych poglądach. Utworzył w latach 70. komitet obrony praw człowieka i ofiar
politycznych. W 1975 r. jego dokonania zostały uhonorowane Pokojową Nagrodą Nobla.
64
65
1
poprzednich laureatów3. Poświęcam ją cichym bohaterom Pakistanu i innym
na całym świecie, którzy walczą o swojej podstawowe prawa (…). Mimo biedy,
braku wolności, wszechobecnego strachu i terroryzmu, wciąż tli się nadzieja,
gdyż jesteśmy tu razem, zjednoczeni by im pomóc, występować w ich imieniu
i podjąć konkretne działania. (…) 57 mln dzieci nie może uczęszczać do szkół,
budynki szkolne są niszczone, dziewczynki przymuszane do aranżowanych
małżeństw, padają ofiarami przemocy seksualnej. (…) Potęga kraju nie powinna być mierzona liczebnością armii, a utalentowanymi ludźmi – stopniem
wykształcenia obywateli, przestrzegania ich praw, równym statusem kobiet
i mężczyzn. To świadczy o sile narodu”.
Sala nagrodziła młodą laureatkę owacją na stojąco.
Ceremonia zbiegła się z 25. rocznicą ustanowienia tego parlamentarnego
wyróżnienia, które wręczane jest wybitnym postaciom walczącym z nietolerancją i opresjami. Z tej okazji w jubileuszowej uroczystości uczestniczyło 22
poprzednich laureatów Nagrody Sacharowa.
Laureatka Nagrody im. Sacharowa 2013 - Malala Yousafzai z poseł Lidią Geringer de Oedenberg.
W wieku 11 lat Malala udzieliła wywiadu telewizji BBC o swoim życiu pod
rządami Talibów, zaraz po tym jak zamknięto wszystkie szkoły dla dziewcząt
na kontrolowanych przez nich terenach. Swoje obserwacje zamieszczała na
blogu, podpisując się pseudonimem Gul Makai. Blog skupił na sobie uwagę
świata, a ujawienie tożsamości autorki zaskutkowało próbą jej zabójstwa. Postrzelona w głowę i szyję przez bojówkarza talibskiego, gdy wracała z zakazanej szkoły, została uratowana dzięki wysiłkom pakistańskich i brytyjskich
lekarzy.
20 listopada 2013 r. na sesji plenarnej w Strasburgu Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz, wręczając Malali nagrodę Sacharowa, powiedział: „Ma Pani 16 lat. To dopiero początek Pani niezwykłego życia, a już
mogliśmy wiele się od Pani nauczyć”. Tym samym wyraził przekonanie całego
Parlamentu Europejskiego (nagrodę przyznaliśmy jej jednomyślnie), że dostęp
wszystkich dzieci do edukacji jest kluczem do lepszego społeczeństwa.
Malala, dziękując za nagrodę, stwierdziła m.in: „Nagroda jest dla mnie zachętą, by kontynuować walkę i naprawdę czuję się zaszczycona patrząc na listę
66
Lista laureatów Nagrody Sacharowa:
2013 – Malala Yousafzai,
2012 – Nasrin Sotoudeh i Jafar Panahi,
2011 – aktywiści związani z rewolucjami w świecie arabskim,
2010 – Guillermo Fariñas,
2009 – Memorial,
2008 – Hu Jia,
2007 – Salih Mahmoud Osman,
2006 – Alexandre Milinkevitch,
2005 – Kobiety w Bieli, Hauwa Ibrahim i Reporterzy bez Granic,
2004 – Żanna Litwina, Przewodnicząca Białoruskiego Związku Dziennikarzy,
2003 – Sekretarz Generalny ONZ, Kofi Annan, i wszyscy pracownicy ONZ,
2002 – Oswaldo Jos Pay Sardias,
2001 – Izzat Ghazzawi, Nurit Peled-Elhanan i Dom Zacarias Kamwenho,
2000 – ¡ Basta Ya !,
1999 – José Alejandro ‘Xanana’ Gusmão,
1998 – Ibrahim Rugova,
1997 – Salima Ghezali,
1996 – Wei Jingsheng,
1995 – Leyla Zana,
1994 – Taslima Nasreen,
1993 – Oslobodjenje,
1992 – Las Madres de la Plaza de Mayo,
1991 – Adem Demaçi,
1990 – Aung San Suu Kyi,
1989 – Alexander Dubček,
1988 – Nelson Rolihlahla Mandela i Anatoli Martsjenko (pośmiertnie).
3
67
Nacjonaliści wielbiący Unię
Szkot, Korsykanin i Galijczyk wchodzą do pokoju... – to nie jest początek
żartu, ale spotkania trzech (z siedmiu) europosłów z nieformalnego Europejskiego Wolnego Przymierza (EFA) – sojuszu bezpaństwowych narodów
Europy.
Tak rozpoczyna się ciekawy artykuł z mojego ulubionego The Bulletin – czasopisma dla expatów w Belgii: www.xpats.com/sites/default/files/magazine/
pdf/BULL017_sampler.pdf
W sumie w EFA jest ich 40 – jak rozbójników Alibaby – pochodzących z nacjonalistycznych partii jak flamandzka NVA, The Scottish National Party,
katalońska Esquerra Republicana de Catalunya czy innych z Bretanii, Fryzji,
Moraw, Veneto i wysp Aland.
Nacjonaliści to dość nietypowi, bo deklarujący „miłość” do Unii Europejskiej. Zdający sobie sprawę, że wraz z członkostwem w UE każdy, nawet najmniejszy kraj jak np. Malta (368 tys. mieszkańców) zyskuje wiele europraw
politycznych, ma np. swojego Komisarza, Sędziego w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości, przynajmniej 6 europosłów (najmniejsza liczba delegacji
narodowej), „kwoty” urzędników, fundusze pomocowe, ponadto jego język
zyskuje status oficjalnego w UE.
Przykładowo Chorwacja, która dołączyła do Unii w 2013 r., zyskała natychmiast przywileje, których nie mają np. narody baskijski czy walijski. W tym
kontekście zjednoczona Europa może być kolejnym powodem dla członków
partii nacjonalistycznych do dążenia do niepodległości.
Strona internetowa EFA (European Free Alliance) – sojuszu bezpaństwowych narodów
www.e-f-a.org/home.
W oczach nacjonalistów z Edynburga, Bilbao, Cardiff czy Barcelony Unia jest
furtką dla zyskania na znaczeniu z miłym bonusem w postaci wsparcia finan-
68
69
sowego. Z ideą budowy Europy Regionów jest im po drodze. Nawet jako krytycy UE uznają, że ta z powodzeniem zarządza licznymi problemami, których
nie można łatwo i skutecznie rozwiązać na poziomie państw działających samotnie. Jednolity rynek broni europejskich interesów handlowych na scenie
światowej i gwarantuje bezpieczeństwo w obrębie własnych granic. Nacjonaliści wiążą z Unią też nadzieje na stworzenie np. szkockiej armii, otwarcie
flamandzkich ambasad itp.
III. Po ludzku o Unii
Flaga Szkocji prezentowana w Parlamencie Europejskim.
Herman Van Rompuy jako najwyższy urzędnik w Unii, szef Rady Europejskiej
(i były Premier Belgii) twierdzi, że „nie zna żadnej proeuropejskiej – nacjonalistycznej partii w Europie”. W jego oczach nacjonalista pozostaje antyeuropejczykiem. Wzbudzany przez narodowców „strach prowadzi do egoizmu,
egoizm do nacjonalizmu, zaś nacjonalizm do wojny”.
Podobnie jak Van Rompuy, obserwując wypowiedzi i zachowania europosłów
z EFA, nie zauważam ich chęci do integracji, a raczej otwartą wrogość wobec
kraju, który reprezentują w Parlamencie.
70
71
„Oficjalny” dowcip europejski
Puśćmy wodze fantazji, z przymrużeniem oka...
Wyobraźmy sobie, że zaistniała potrzeba ogłoszenia Oficjalnego Dowcipu
UE. Specjalna grupa robocza proponuje tekst mający wzmocnić więzi między
narodami, promując europejską kulturę i autoironię.
Oto i on:
Jak wygląda europejski RAJ?
W bramie euroRAJU wita Cię angielski gentleman,
w kuchni francuski mistrz przygotowuje smakowite potrawy,
Włoch z finezją bawi towarzystwo,
a perfekcyjny Niemiec organizuje całą imprezę.
A jak wygląda europejskie PIEKŁO?
Francuz, stojący na piekielnej bramce, bez słowa rzuca ci pogardliwe spojrzenie,
w kuchni pichci angielski kucharz,
Niemiec zabawia towarzystwo,
a Włoch odpowiada za organizację...
Nad propozycją debatują szefowie państw i rządów Wspólnoty.
Śmiertelnie poważny przedstawiciel Wielkiej Brytanii oznajmia, że dowcip
jest... bardzo śmieszny.
Plakat zapowiadający pierwsze bezpośrednie wybory Parlamentu Europejskiego w 1979 r.
Oburzony Francuz twierdzi, że jego kraj przedstawiono w niekorzystnym świetle, a dowcip, w którym ktoś natrząsa się z Francji, nie może być zabawny.
72
73
Polska opuszcza stół negocjacyjny – grozi Unii blokadą wszystkich innych
negocjacji, ponieważ... nie została ujęta w dowcipie.
Grecja zgłasza protest, ponieważ nie poinformowano jej o tym obiedzie, co
jest normą zawsze, gdy w grę wchodzi darmowe jedzenie.
Zakłopotany przedstawiciel Szwecji w ogóle nie rozumie o co chodzi?
Litwa i Łotwa oburzone stwierdzają, że znów pomylono ich tłumaczenia, to
skandal. Podobny problem zgłaszają Słowenia i Słowacja.
Luksemburg pyta, ile trzeba zapłacić właścicielowi praw autorskich do kawału.
Dania i Finlandia dociekają, gdzie w dowcipie zakamuflowano podtekst seksualny...
Holandia jest chętna poprzeć taki podtekst, gdyż inaczej co śmiesznego będzie w tym dowcipie?
Hiszpania i Portugalia stwierdzają, że co prawda dowcip jest dość zabawny,
ale nie do końca zrozumiały. Nie wiedzą, czy jedzenie jest przygotowywane
na obiad, czy kolację. Ale jeśli to lunch o 13:00, to dla nich powinno być menu
śniadaniowe.
Estonia dopytuje, czy to jest dowcip o hydraulikach, czy o kaczkach, bo chyba
nastąpił błąd w tłumaczeniu.
Anglik zauważa, że dowcip o hydrauliku i kaczce mógłby być także zabawny.
Austria pyta, ale po co nam w ogóle dowcipy ?
Węgry protestują, ponieważ zmusza się ich do debaty, a tym czasem nie skończyli jeszcze czytać 120 stron swojego tłumaczenia.
Przedstawiciel Belgii docieka, czy proponowany dowcip jest bardziej flamandzki czy waloński, ponieważ będzie zmuszony go odrzucić/przyjąć – niezależnie od jego humorystycznej wartości.
Rumunia i Bułgaria stwierdzają, że nie należy żartować z jedzenia, gdy obywatele nie mają co do garnka włożyć, a poza tym nie podano daty ani adresu
restauracji na zaproszeniu.
Przedstawiciel Malty nie dotarł na posiedzenie, bo samolot z Brukseli znowu
wylądował na Sycylii nie odnajdując na morzu jego kraju.
Niemiec budzi Włocha, by ten nie spóźnił się na samolot i konferencję prasową, na której ma ogłosić decyzję o Oficjalnym Dowcipie UE.
Jaką decyzję? – pyta „oderwany” nagle od swojego iPada – reprezentant Irlandii.
Chorwacja nie zgłasza żadnych uwag, zastanawiając się, czy słusznie zrobiła
wstępując do Wspólnoty.
W końcu uczestnicy Rady Europejskiej po owocnej dyskusji jednomyślnie
zgadzają się, że nadszedł najwyższy czas, by udać się na kawę.
Ogłoszenie hasła Unii Europejskiej „Zjednoczeni w różnorości” 3 maja 2000 r. w Brukseli, obradom
przewodniczy Nicole Fontaine – jedna z dwóch kobiet Przewodniczących PE w całej jego historii.
To tylko krążący w Internecie dowcip, jednakże jest w nim dużo prawdy
o trudnościach w porozumiewaniu...
74
75
BRUKSELA ciągle winna
Praktycznie codziennie w prasie europejskiej oskarża się BRUKSELĘ o niecne
postępki ubrane w specjalnie skomplikowane procedury tak, aby normalny
obywatel w niczym nie mógł się połapać. BRUKSELA stale czegoś zabrania
(doić krowy, łowić ryby) lub coś nakazuje (uznać marchewkę za owoc, wprowadzić wspólną walutę). Dla zwykłego obywatela jest uosobieniem biurokracji i niezrozumiałych przepisów – w każdym razie na taką kreują ją media.
Jaka naprawdę jest BRUKSELA?
Co czy też kto się za nią kryje?
W języku potocznym BRUKSELA to Komisja Europejska. Pisze i mówi się
o niej, mając jej zwykle coś za złe. W oczach obywateli Komisja uzurpuje sobie
prawo do bycia europejskim super-rządem. Szarogęsi się, narzucając krajom
niewygodne przepisy. Rządy krajów członkowskich nie prostują tej opinii, co
więcej, często grają rolę „biednej ofiary” zmuszanej przez BRUKSELĘ do niepopularnych decyzji.
Tymczasem prawda jest taka, że będąc ciałem wykonawczym, Komisja Europejska sama nic nie może. Musi mieć zgodę Rady (przedstawicieli wszystkich
rządów państw członkowskich, w tym naszego) i Parlamentu Europejskiego.
Zatem jeśli mediom nie podoba się jakaś dyrektywa to musimy wiedzieć, że
zgodę na nią wyraził m.in. nasz własny rząd i to do niego w pierwszej kolejności możemy mieć ewentualne pretensje.
Siedziba Komisji Europejskiej w Brukseli.
Komisji „dostaje się” też od Parlamentu Europejskiego, zwykle dlatego, że
czegoś nie dopilnowała, bo przecież jest strażniczką traktatów. Czasem (bardzo rzadko) chwali się Komisję za pomysł np. obniżki taryf na roaming. Najtrudniejsze jednak są dla Parlamentu negocjacje z Radą Europejską (szefami
76
77
państw i rządów), która zwykle nie chce zgodzić się na nasze „awangardowe”
jej zdaniem pomysły i odrzuca większość zgłoszonych przez nas poprawek.
Z Radą negocjujemy tak, jakby to był jakiś przeciwnik, a przecież to szefowie
naszych rządów, czyli teoretycznie powinniśmy chcieć tego samego! W praktyce jednak nasze interesy się różnią. Rada (szczególnie ustami przedstawicieli najbogatszych państw) zwykle chce ciąć budżet, argumentując, że i tak jest
za duży, ponieważ nie wykorzystuje się go w całości (nowe kraje guzdrają się
z wydatkowaniem środków), a poza tym każdy wolałby płacić jak najmniejszą
składkę.
Parlament natomiast nie wyobraża sobie coraz większej wspólnej Europy za coraz mniejsze wspólnotowe pieniądze. Przykładowo budżet w 2008 r. zbudowany był w oparciu o 0,99% PKB każdego kraju, budżety przed naszym wejściem
do Unii wymagały od państw 1,27% PKB składki. Różnicę widać gołym okiem.
Negocjacje budżetowe należą zwykle do najtrudniejszych i w ostatecznej swej
fazie (w grudniu każdego roku) ciągną się do wczesnych godzin porannych
i mają zwykle burzliwy przebieg. Zawsze jednak kończą się kompromisem, który w Brukseli traktowany jest jako wygrana wszystkich stron.
Nie jest łatwo, ponieważ Unia jako organizacja jest bardzo skomplikowana.
„Ubranko” traktatowe skrojone Traktatem Nicejskim dla „starej 15-stki”,
lekko „poszerzone” w Lizbonie1 dalej nie jest wygodne i uwiera dwudziestkę
ósemkę w różnych miejscach.
Mowa o Traktacie Lizbońskim.
1
Płyniemy razem albo toniemy osobno
Coraz częściej wspomina się w Unii o koncepcji tzw. „Stanów Zjednoczonych Europy”. Nawet pewne standardowe określenia debat czy wystąpień zmieniają się,
czego dowodem było np. nie zwyczajowe „przemówienie” na otwarcie politycznego sezonu jesienią 2010 r. Przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela
Barroso, ale „orędzie o stanie Unii Europejskiej” (State of the Union speech).
Nawiązując do kultury politycznej Stanów Zjednoczonych, szef Komisji Barroso chciał tym samym ściągnąć uwagę eurodeputowanych (miewających
rankiem problemy z frekwencją1) i jednocześnie podkreślić własną pozycję
w UE, atakowaną coraz odważniej przez Hermana Van Rompuya – Przewodniczącego Rady Europejskiej.
Według kuluarowych informacji, ten drugi – sam miał ochotę na wygłoszenie
orędzia, ale przegrał wewnętrzną rywalizację z Portugalczykiem, po czym nawet nie pojawił się na posiedzeniu...
Wróćmy jednak do debaty z 2010 r., czym zaowocowały szumne zapowiedzi
i 30-minutowe orędzie Barroso?
Wieloma mądrymi i zaskakująco szczerymi uwagami na temat kondycji UE
Barroso przedstawił przemyślaną, spójną wizję UE.
Dziś z perspektywy czasu lepiej można ocenić jego determinację, gdyż plany,
jakie przedstawił, w większości się zrealizowały.
Według pierwotnych planów Konferencji Przewodniczących PE (Przewodniczący PE Jerzy Buzek wraz
z przewodniczącymi grup politycznych) mających na celu zwiększenie zainteresowania posłów priorytetowymi debatami, absencja w czasie „orędzia” miała kosztować europosła utratę połowę dziennej
diety. Decyzję – po licznych, krytycznych głosach ze strony eurodeputowanych – uchylono niemal
w ostatniej chwili, ale groźby zadziałały – o 9:00 (7 września 2010 r.) sala była niemal pełna.
1
78
79
A mówił wtedy o:
– walce z kryzysem gospodarczym: lepszy monitoring rynków, konsekwentna
realizacja postanowień Paktu Stabilności i Wzrostu, dyscyplina finansowa
rządów, walka z rajami podatkowymi,
– pobudzaniu wzrostu gospodarczego: silny sektor finansowy, transparentność banków,
– tworzeniu miejsc pracy wspomaganym np. poprzez europejski system informacji o wakatach EURES,
– w ypracowywaniu spójnych stanowisk na arenie międzynarodowej w miejsce 27 różnych polityk krajowych.
Barroso ponadto zadeklarował utrzymanie polityki spójności jako priorytetu nowego budżetu UE na lata 2014-2020 – co ucieszyło wtedy nas i polskie
władze. Komisji zwykle zarzuca się bierność, przewagę deklaracji nad rzeczywistymi działaniami oraz uległość względem Paryża i Berlina. Tym razem
Barroso, kreśląc wizję możliwych zmian, postraszył nas na serio. „Zamiast
rozwodzić się nad usterkami europejskiej konstrukcji, powinniśmy pomyśleć
o spójności działań. (...) Nadeszła chwila prawdy dla UE. Popłyniemy razem
albo utoniemy osobno”.
Czarna dziura podatkowa
Oszustwa i uchylanie się od płacenia podatków w krajach członkowskich UE
oszacowano na 1000 miliardów euro w skali roku1. To więcej niż nowy unijny
budżet na 2014-2020! Gdyby pieniądze te zasiliły krajowe budżety zgodnie
z prawem – cały skumulowany dług publiczny wszystkich państw UE zostałby spłacony w ciągu niespełna 9 lat.
2000 euro rocznie na unijnego obywatela umyka w szarej strefie lub trafia do
rajów podatkowych. Czy jest szansa, by to zmienić? Jest, ale...
Do tego niezbędna jest koordynacja systemów podatkowych i ścisła współpraca państw członkowskich w tym zakresie. Parlament Europejski przedstawił
21 maja 2013 r. pakiet środków do walki z uchylaniem się od opodatkowania.
Propozycja oparta jest na automatycznej wymianie informacji między administracjami fiskalnymi i wyłapaniu luk w europejskim systemie podatkowym. By
zadziałała – niezbędne jest zniesienie tajemnicy bankowej, a nie wszystkie państwa się na to godzą. Austria i Luksemburg upierają się przy jej zachowaniu.
Walka z rajami podatkowymi jest jednak możliwa. Na te istniejące w ramach
UE możemy mieć bezpośredni wpływ, na pozostające poza Wspólnotą – pośredni, ale równie skuteczny.
Na czym wic polega?
Po pierwsze na stworzeniu europejskiej publicznej czarnej listy rajów podatkowych i określeniu odpowiednich sankcji dla banków współpracujących z nimi.
José Manuel Barroso – szef Komisji Europejskiej wygłasza orędzie o stanie UE
w sesji plenarnej w Strasburgu, wrzesień 2010 r.
80
Dane na podstawie wyliczeń Heritage Foundation i Banku Światowego.
1
81
Na raje podatkowe zwane w naszej propozycji „systemami prawnymi znajdującymi się na czarnej liście” skutecznie zadziałać mogą m.in.:
– z awieszenie lub wypowiedzenie obowiązujących, zawartych z nimi umów
o unikaniu podwójnego opodatkowania,
– z akazanie udziału w przetargach publicznych do zamówień na towary i usługi w całej Unii, podobnie jak i dostępu zarówno do unijnej jak i państwowej
pomocy, wszystkim przedsiębiorstwom mającym tamże swoje siedziby,
–w
prowadzenie nakazu oddzielnego ewidencjonowania i kontrolowania
zysków i strat każdej spółki holdingowej danego podmiotu prawnego UE,
działającego w raju podatkowym,
– z akazanie ustanawiania lub utrzymywania przez wszystkie instytucje finansowe UE i doradców finansowych jakichkolwiek filii lub oddziałów
w systemach prawnych z czarnej listy,
– c ofnięcie licencji europejskim instytucjom finansowym i doradcom finansowym, utrzymującym filie lub kontynuującym działalność w rajach podatkowych,
–w
prowadzenie specjalnej opłaty od wszystkich transakcji dokonywanych na
rzecz lub z terytoriów z czarnej listy,
– z niesienie pobierania podatku u źródła w przypadku podatników niebędących rezydentami raju podatkowego,
–n
ieuznawanie w UE statusu prawnego spółek utworzonych w krajach z czarnej listy,
– s tosowanie barier taryfowych w handlu.
Szara strefa najlepiej się ma w takich krajach jak:
–B
ułgaria, Rumunia, Litwa (30-36% straconych wpływów podatkowych
w stosunku do ogólnych wpływów z podatków),
–Ł
otwa, Cypr, Grecja, Polska, Malta, Włochy, Słowenia, Węgry (20-30%
strat).
Najgorzej szarej strefie jest w Luksemburgu i Austrii (poniżej 10%) i być może
dlatego państwa te nie zamierzają niczego u siebie zmieniać? Ale na ich przykładzie widać też, że nie sama wysokość podatków powoduje ucieczki do rajów.
W państwach o najwyższych podatkach w UE: Danii, Szwecji, Finlandii, Austrii, Niemczech, Luksemburgu - szara strefa jest stosunkowo mała (od 9-17%
strat). Wychodzi na to, że „okazja czyni złodzieja”, czyli łatwość w dokonywaniu
oszustw i ucieczkach podatkowych jest jej głównym motorem napędowym.
1,5 mln euro dla „dziecka” opóźnionych samolotów
„Europejska Stolica Kultury” to dziś najbardziej rozpoznawalna inicjatywa
Unii Europejskiej w dziedzinie kultury. Pomysł urodził się ponad ćwierć
wieku temu. Grecka Minister Kultury Melina Mercouri oraz Jack Lang,
jej francuski odpowiednik, czekali na swoje opóźnione samoloty na lotnisku w Atenach. Konwersując o wspólnych kulturalnych pasjach, Mercouri
(wybitna aktorka) i Lang (znany z awangardowych decyzji, jak szklana piramida w Luwrze) wymyślili projekt, który – poprzez serię całorocznych
wydarzeń kulturalnych – zwracałby uwagę na wybrane „Miasto Kultury
Europejskiej”. Dzięki ciekawemu programowi i dodatkowej promocji „Miasto” mogłoby wzmocnić swą rozpoznawalność na arenie międzynarodowej,
odnosząc przy tym znaczne korzyści kulturalne, ekonomiczne i społeczne.
Po 25 latach dzisiaj widać, że pomysł chwycił, a tytuł Europejskiej Stolicy Kultury (ESK) jak magnes przyciąga rzesze kulturalnych, dodatkowych
turystów. Przeciętny wzrost liczby wizyt miłośników kultury (overnight
stays) w ESK wynosi 12% w porównaniu z okresem sprzed uzyskania tytułu. Liverpool w 2008 r. uzyskał rekordowy wynik (25% wzrostu liczby
turystów).
Sukces Europejskich Stolic Kultury, jako siły napędowej dla kreatywności,
tworzenia nowych miejsc pracy, integracji społecznej, rewitalizacji oraz turystyki uczynił z projektu jedno z najbardziej uznawanych wydarzeń kulturalnych w Europie. Na przykładzie ESK gołym okiem widać, że inwestycje
w kulturę przynoszą konkretne zyski.
Walce z uchylaniem się od płacenia podatków i rajami finansowymi powinno
zatem towarzyszyć uzdrowienie własnych systemów podatkowych.
W 1985 r. pierwszym „Europejskim Miastem Kultury”, bo tak pierwotnie
brzmiał tytuł, były Ateny, a fajerwerki na Akropolu zapoczątkowały serię
ambitnych programów kulturalnych zrealizowanych – jak dotąd – już w 48
miastach.
82
83
Źródłem finansowania projektów jest program Kultura i grant znany jako
„Melina Mercouri Prize”. Początkowo ustanowiony na poziomie 500 tys. euro,
obecnie wynosi 1,5 mln euro. Inwestując w infrastrukturę związaną z kulturą, kolejne państwa wykorzystują ponadto także unijne fundusze strukturalne oraz środki własne, na poziomie od 10 do 220 milionów euro.
Największy sukces odnoszą ci, którzy starają się utrwalić wydarzenia z programu ESK jako część własnej, długotrwałej strategii kulturalnej – rozumianej jako ważny czynnik rozwoju regionalnego. W przypadku Lille w 2004 r.,
każde euro zainwestowane w projekt ESK przyniosło kolejnych 10 euro zysku
dla lokalnej gospodarki miasta. To dowód na to, że kultura może odgrywać
ważną rolę w polityce stabilnego wzrostu.
Wraz z ustanowieniem Programu Kultura 2000 „Europejskie Miasta Kultury” przekształcono w „Europejskie Stolice Kultury”, dając dodatkowy impuls
dla dalszego rozwoju współpracy kulturalnej miast i regionów. Rok 2000 wyjątkowo miał aż dziewięć „Stolic”, w tym także „przedakcesyjny” Kraków.
Obecnie projekt przewiduje, że każdego roku jedno „nowe” i jedno „stare” państwo Unii będą dzielić ten tytuł. W 2013 r. Marsylia (Francja) i Koszyce (Słowacja). W 2014 r. Ryga (Łotwa) i Umeå (Szwecja). Następne stolice na 2015 r. to Pilzno (Czechy) i Mons (Belgia), na 2016 r. zaplanowano Donostia-San Sebastián
(Hiszpania) i Wrocław (Polska).
O nominację do Europejskiej Stolicy Kultury (ESK) w 2016 ubiegało się aż 9
polskich miast: Białystok, Gdańsk, Lublin, Łódź, Poznań, Szczecin, Toruń,
Warszawa i Wrocław.
Wygrał ostatecznie mój rodzinny Wrocław, już posiadający bardzo bogatą
ofertę kulturalną, co podkreśliło jeszcze hasło reklamowe „Wrocław – ponieważ to oczywiste”. Jak się okazało ta „oczywistość” dotarła też do międzynarodowych decydentów.
Jak wygląda procedura wyboru ESK?
Miasto-kandydat przygotowuje propozycję programu obchodów „Europejskiej Stolicy Kultury”. Program kulturalny musi spełniać warunki odpowiadające dwóm kategoriom, jakimi są: „Wymiar europejski” oraz „Miasto i obywatele”.
Kandydujące miasta są oceniane przez 13-osobowe grono ekspertów wyłonionych z: Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, Rady Unii Europejskiej, Komitetu Regionów, Ministerstwa Kultury kraju członkowskiego oraz
sześciu ekspertów „krajowych”. Nominowany kandydat jest znany na cztery
lata przed rozpoczęciem obchodów.
Logo (polskiej) Europejskiej Stolicy Kultury 2016.
Europejskie Stolice Kultury:
1985: Ateny (Grecja),
1986: Florencja (Włochy),
1987: Amsterdam (Holandia),
1988: Berlin (Niemcy),
1989: Paryż (Francja),
1990: Glasgow (Wielka Brytania),
1991: Dublin (Irlandia),
1992: Madryt (Hiszpania),
1993: Antwerpia (Belgia),
1994: Lizbona (Portugalia),
1995: Luksemburg (Luksemburg),
1996: Kopenhaga (Dania),
1997: Tessaloniki (Grecja),
1998: Sztokholm (Szwecja),
1999: Weimar (Niemcy),
2000: Bergen (Norwegia), Bolonia (Włochy), Bruksela (Belgia), Helsinki (Finlandia), Kraków (Polska), Praga (Czechy), Rejkiawik (Islandia), Santiago de
Compostela (Hiszpania), Avignon (Francja),
84
85
2001: Rotterdam (Holandia), Porto (Portugalia),
2002: Brugia (Belgia), Salamanka (Hiszpania),
2003: Graz (Austria),
2004: Genua (Włochy), Lille (Francja),
2005: Cork (Irlandia),
2006: Patras (Grecja),
2007: Sibiu (Rumunia), Luksemburg (Luksemburg),
2008: Liverpool (Wielka Brytania), Stavanger (Norwegia),
2009: Wilno (Litwa), Linz (Austria),
2010: Istambuł (Turcja), Essen nad Ruhrą (Niemcy), Pécs (Węgry).
2011: Turku (Finlandia), Tallinn (Estonia),
2012: Guimarães (Portugalia), Maribor (Słowenia),
2013: Marsylia (Francja), Koszyce (Słowacja),
2014: Umeå (Szwecja), Ryga (Łotwa),
2015: Mons (Belgia), Pilzno (Czechy),
2016: Wrocław (Polska), Donostia-San Sebastián (Hiszpania),
2017: Aarhus (Dania), Paphos (Cypr),
2018: Holandia, Malta,
2019: Włochy, Bułgaria.
Więcej:
www.ec.europa.eu/culture/our-programmes-and-actions/doc413_en.htm.
Ponad 30 lat negocjacji
...czyli jak rodził się europatent.
Jednolity Patent Europejski to rewolucyjny projekt systemu ochrony własności przemysłowej, który miał umożliwić patentowanie wynalazków za pośrednictwem jednego zgłoszenia z zasięgiem na całą UE: tanio, łatwo i szybko.
Taka wspólnotowa ochrona miała poprzez innowacyjność i nowe technologie
niekrępowane skomplikowanymi procedurami pobudzić skutecznie wzrost
gospodarczy w Unii. Miał być Wspólnotowy patent dla wszystkich państw
członkowskich – ostatecznie przyjęto Jednolity Patent dla 25 krajów.
11 grudnia 2012 r. w na sesji plenarnej Strasburgu przegłosowaliśmy jego ostateczny kształt, w życie ma wejść w 2014 r.1 A mimo to dalej budzi kontrowersje...
Rozważania nad jego „poczęciem” zaczęły się jeszcze w gronie pierwszych 6
państw tworzących Wspólnotę. Po ponad trzech dekadach przymierzania się
do stworzenia wspólnego systemu patentowego w grudniu 2011 r. Parlament
przyjął w końcu kompromisową propozycję tzw. Jednolitego Patentu, co zostało
zresztą uznane za sukces polskiej prezydencji. Ze wspólnego kompromisu Rada
(szefowie rządów) niespodziewanie wyrzuciła następnie trzy ważne artykuły.
To bezprecedensowe zagranie spowodowało, że tekst stracił pierwotny sens2.
Impas trwał rok, dopóki nie znaleziono sposobu na wprowadzenie usuniętego
tekstu „tylnymi drzwiami”. W jego miejsce pojawił się nowy zapis określający kompetencje państw członkowskich w umowie międzynarodowej, a nie
Logo (hiszpańskiej) Europejskiej Stolicy Kultury 2016.
Porozumienie ustanawiające Trybunał Patentowy wchodzi w życie 1 stycznia 2014 roku lub po tym,
jak ratyfikuje je co najmniej 13 państw stron porozumienia, pod warunkiem, że wśród nich znajdą
się Wielka Brytania, Francja i Niemcy. Pozostałe patentowe projekty legislacyjne wejdą w życie wraz
z porozumieniem międzynarodowym.
2
Chodziło o zapisy ustanawiające prawo do zapobiegania bezpośredniemu i pośredniemu wykorzystaniu wynalazku oraz niektórych ograniczeń patentu europejskiego.
86
87
1
w akcie wspólnotowym z uwagi na to, że Hiszpania i Włochy nie wyraziły
zgody na współpracę. Moc prawna zapisów została taka sama jak w poprzedniej propozycji.
Pozostaje pytanie „po cośmy (przez kolejny rok) tę żabę jedli”? To już jest
polityczna kwestia „poczucia sukcesu” – zarówno u kastrującego projekt brytyjskiego Premiera Davida Camerona, jak i tych, którzy przywrócili „chirurgicznie” operacyjność systemu. Wygrali prawie wszyscy.
Jakie zyski przyniesie Jednolity Patent?
Znacznie uprości dzisiejszy skomplikowany system oraz zmniejszy koszty
opatentowania aż o 80%. Umożliwi ochronę wynalazków za pośrednictwem
jednego zgłoszenia patentowego z zasięgiem na 25 krajów Unii3.
Archiwum Europejskiego Biura Patentowego.
Obecnie koszty uzyskania patentów w Unii są dziesięciokrotnie wyższe niż
w USA. Dzięki Jednolitemu Patentowi mogą się zmniejszyć pięciokrotnie. Dotychczas wielu europejskich wynalazców nie stać było na tak drogą ochronę
ich własności intelektualnej, zatem sprzedawali swoją myśl techniczną np. za
ocean. Teraz „tani” patent ma szansę zwiększyć europejską konkurencyjność
wobec patentów amerykańskich i japońskich.
Jak było dotąd?
Na ochronę prawną innowacyjności w Europie mogły sobie pozwolić głównie duże, międzynarodowe przedsiębiorstwa. Wyglądało to tak: zainteresowani najpierw aplikowali do Europejskiego Biura Patentowego (EPO) w Monachium, po czym musieli dodatkowo zarejestrować patenty w każdym
państwie, w którym ubiegali się o ochronę prawną, oczywiście uiszczając
za każdym razem stosowne opłaty. W sytuacji, gdy powstawał spór o prawa
do patentu, trzeba było prowadzić jednocześnie sprawy przed wszystkimi
krajowymi sądami, w każdym państwie osobno, co oczywiście także kosztowało. Skutkiem tych skomplikowanych i kosztownych procedur jest słaba konkurencyjność UE i mała ilość rejestrowanych patentów np. w Polsce.
Lidia Geringer de Oedenberg w trakcie debaty w sprawie Wspólnotowych Znaków Towarowych.
Proponowany system jednolitego patentu zapewnia wynalazcom możliwość wyboru pomiędzy dostępnymi rodzajami ochrony patentowej dostosowanymi do ich potrzeb. Unia Europejska niczego nie
narzuca przedsiębiorcom, a jedynie oddaje w ich ręce nowe narzędzia ochrony patentowej – szybsze,
tańsze, bezpieczniejsze niż dotąd. Każdy podmiot będzie mógł samodzielnie zdecydować, jakie rozwiązanie jest dla niego najkorzystniejsze i wybrać pomiędzy patentem krajowym, patentem europejskim obowiązującym w jednym lub w większej liczbie państw umawiających się w ramach konwencji
o udzielaniu patentów europejskich, a obecnie tworzonym Patentem Jednolitym.
88
89
3
Dotychczasowe przepisy patentowe były w praktyce wysokim „podatkiem”
nałożonym na innowacyjność.
Jak będzie teraz?
Każdy wynalazca będzie mógł zgłosić wniosek do Europejskiego Urzędu Patentowego o objęcie jego wynalazku ochroną jednocześnie w 25 państwach
należących do systemu. Wnioski należy składać w jednym z trzech języków:
angielskim, francuskim lub niemieckim. To ograniczenie językowe bezpośrednio wpływa na potanienie patentu. Według Komisji Europejskiej dziś
koszt uzyskania patentu europejskiego z walidacją dla 13 państw wynosi ok.
20 000 euro, z czego ok. 14 000 euro – to koszty tłumaczeń (dla porównania –
koszt uzyskania patentu w USA wynosi ok. 1850 dolarów). Po wprowadzeniu
Patentu Jednolitego obejmującego 25 partycypujących w nim państw członkowskich opłaty mogłyby wynosić ok. 5000 euro, z czego jedynie 10% obejmowałoby koszty tłumaczenia.
Małym i średnim przedsiębiorcom, organizacjom non-profit, uniwersytetom
oraz publicznym placówkom badawczym koszty tłumaczeń będą w pełni
zwracane. Również opłaty za odnowienie ochrony zostaną skalkulowane tak,
aby uwzględnić możliwości małych firm.
Dlaczego patent dla 25 a nie 27 państw?
Pomysł Europejskiego Patentu rodził się latami i głównymi blokującymi zawsze
byli Hiszpanie, domagający się tłumaczenia pełnej dokumentacji także na ich język, za nimi z tym samym postulatem pojawili się Włosi, a potem jeszcze inni…
Narodowej językowej dumy nie dawało się przez 30 lat przezwyciężyć, a tymczasem i tak zdecydowana większość wniosków patentowych była składana
w języku angielskim, a ponieważ najwięcej patentów jest w Niemczech i Francji, stąd „oszczędnościowo” zaproponowano tylko taki zestaw językowy.
Chcąc wreszcie wyjść z impasu patentowego 12 państw zaproponowało, aby
tylko chętni przystąpili do współpracy w tej dziedzinie, by problem przynajmniej częściowo rozwiązać. Pomysł okazał się zaraźliwy i spodobał się aż 25
krajom. Zrozumiano, że jeśli patent ma być tańszy, nie może być tłumaczony na wszystkie oficjalne języki UE. Wobec braku jednomyślnej akceptacji
dla inicjatywy zastosowano tzw. wzmocnioną współpracę, czyli działanie
w mniejszym eurogronie.
90
Wielokrotnie takie rozwiązanie okazywało się trafione, np. przy stworzeniu
strefy Schengen czy strefy euro, w których uczestniczą tylko niektóre państwa
UE.
Hiszpania pod koniec negocjacji była nawet skłonna przystąpić do pakietu,
pod warunkiem jednak, że będzie tylko jeden język – angielski. Możliwość
„dopieczenia” w ten sposób Francuzom i Niemcom wynagradzała im brak
hiszpańskiego.
Ostatecznie jednak zostały proponowane wcześniej trzy języki, co Włochy
„przebolały” i dołączyły do inicjatywy, za to do blokującej Hiszpanii dołączyła niespodziewanie Polska, która negocjowała pakiet i uznała go nawet za
sukces naszej Prezydencji...
Jakie dostrzeżono zagrożenia?
Polskie media policzyły „straty”, jakie poniesie nasza gospodarka. Ponieważ
rejestrujemy bardzo mało wynalazków, ponoć „zabawa” nam się nie opłaca.
Prawdą jest, że najwięcej wniosków patentowych pochodzi z Niemiec, Francji,
USA i Japonii, pytanie tylko, czy przeszkodą dla polskich wynalazców jest
brak pomysłów czy pieniędzy na rejestrację patentów?
Ponadto w dzisiejszych zglobalizowanych czasach ochrona prawna tylko na
rodzimym rynku nie wystarcza, rozciągnięcie jej na rynek europejski wydaje
się absolutnym minimum, o co zabiegają właściciele zaawansowanych technologii.
Trzeba też mieć świadomość, że sprawa wspólnego patentu dla UE jest ściśle
powiązana z samym dostępem do technologii, na którym Polsce przecież tak
bardzo zależy. Łatwo można sobie wyobrazić, że posiadacze tychże wybiorą
na miejsce inwestycji chętniej państwo, które będzie gwarantować europejskie standardy ochrony patentowej niż to, które będzie wyłączone z tego ekskluzywnego klubu.
Jeżeli na poważnie traktujemy dyskusję o innowacyjności polskiej gospodarki, musimy myśleć długofalowo i nie możemy sami wyłączać się z możliwości,
jaką daje wspólny dla całej Unii system patentowy.
Gospodarka pozbawiona rozwijających się, innowacyjnych przedsiębiorstw
będzie pracowała wolniej, brak interesujących pracodawców zniechęci mło91
dych i kreatywnych absolwentów, którzy poszukają zatrudnienia w innych
obszarach Unii, a rynek zdominują zachodni giganci, którzy bez problemu
będą w stanie pokonać „zastałe” polskie firmy.
Więcej:
www.europarl.europa.eu/plenary/pl/texts-adopted.html,
www.europarl.europa.eu/ep-live/pl/plenary/search-by-date.
Akcja dla 80 milionów Europejczyków
W XXI wieku wszyscy powinni mieć jednakowe szanse na dostęp do edukacji, informacji, kultury czy rozrywki. TAK. W teorii. W praktyce w Polsce
długo zwlekano z dostrzeżeniem problemu wykluczenia osób niesłyszących
czy niedosłyszących szczególnie przez misyjną, zatem płatną przez społeczeństwo – publiczną telewizję. Napisy dla osób niesłyszących i niedosłyszących to
standard w BBC, u nas wyjątek pojawiający się w 8-10% programów w TVP.
Analizując problem w skali UE postanowiłam zainicjować ideę podpisów –
„subtitles” we wszystkich telewizjach publicznych w całej Wspólnocie. Trzy
miesiące zajęło mi przekonywanie posłów z różnych grup politycznych do tej
idei, w końcu moją propozycję Oświadczenia Pisemnego nr 99/2007 w sprawie wprowadzenia napisów do wszystkich programów telewizji publicznych
w Unii Europejskiej poparło 427 eurodeputowanych, zaś sprawa decyzją PE
z dnia 19 kwietnia 2008 r. powędrowała do rozpatrzenia do Komisji Europejskiej, do wszystkich rządów UE, także do polskiego Sejmu.
Mając dokument w ręku postanowiłam zadziałać na polskim gruncie, przygotowując odpowiedni projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, który
w dniu 16 maja 2008 r. złożył poseł Janusz Krasoń. Po czym... zapadła cisza.
Chociaż ustawę tę przerabiano na okrągło, to ten dokument powędrował do
słynnej „zamrażarki” ówczesnego Marszałka Bronisława Komorowskiego.
Na żaden z czterech listów w tej sprawie, wysyłanych przeze mnie na Wiejską
w okresie od października 2008 r. do kwietnia 2010 r. pan Marszałek nie odpowiedział. O tym „pisaniu na Berdyczów” informowałam kilkakrotnie na
moim blogu, ale obecny Prezydent pozostawał głuchy nie tylko na moje apele,
ale i wspierającego inicjatywę – Polskiego Związku Głuchych.
Siedziba Europejskiego Urzędu Patentowego w Monachium.
92
93
W tym czasie odbijana przez kolejne polityczne ekipy TVP S.A. sukcesywnie ograniczała i tak niewielką liczbę programów z napisami, tłumacząc się
oszczędnościami. Dodam, że wprowadzanie napisów do „bieżącej produkcji
telewizyjnej” w praktyce prawie nic nie kosztuje. O specyficznych metodach
„subtitles” w programach na żywo i tych z archiwów pisałam na blogu już
wcześniej. Istnieją dobre, tanie i sprawdzone rozwiązania, choćby z BBC.
Optymizmu sprawie dodał Komisarz ds. rynku wewnętrznego Michel Barnier, który bardzo pozytywnie zareagował na moją inicjatywę, ujmując ją
w kluczowym dokumencie „Single Market Act” („Akt Wspólnego Rynku”)
opracowywanym wtedy w jego gabinecie.
W międzyczasie po wymianie inspirującej korespondencji z prywatnymi stacjami telewizyjnymi okazało się, że są one skłonne – nawet bez legislacyjnego
przymusu – wprowadzać napisy do swoich programów, dostrzegając potrzeby
ważnych odbiorców, niedosłyszących, w tym nowy potencjał na rynku reklamowym. O widza warto zawalczyć.
Napisy ułatwiają także naukę języków, wspomagają naukę czytania, pomagają
walczyć z wtórnym analfabetyzmem coraz szerzej obecnym w Europie. Jeśli
dotąd Sejm i TVP S.A. nie dostrzegą tych zysków same, nie będą miały wyboru i będą w przyszłości musiały implementować unijne prawo.
To dobra wiadomość dla 80 milionów niesłyszących i niedosłyszących osób
w Europie, w tym dla ok. trzech milionów polskich obywateli.
Więcej:
www.euractiv.com/en/priorities/barnier-finalising-draft-eu-single-market-act-news497404.
Milion europodpisów na Prima Aprilis…
Choć data 1 kwietnia 2012 r. skłaniała do żartów, to działającą od tamtejszego
„Prima Aprilisa” Europejską Inicjatywą Obywatelską (EIO) należy potraktować całkowicie poważnie. Nowe, wspólnotowe obywatelskie narzędzie legislacyjne1, ustanowione przez Traktat Lizboński – działa!
Propozycje zgłaszane za pośrednictwem EIO mogą dotyczyć dziedzin, w których Komisja Europejska (KE) ma prawo proponować nowe regulacje, czyli
np. rynku, środowiska naturalnego, rolnictwa czy transportu. Jeśli inicjatorzy zbiorą milion podpisów poparcia, KE będzie musiała zająć się problemem
i przygotować odpowiedni projekt legislacyjny.
Korzystanie z EIO nie jest specjalnie skomplikowane. Potrzebna jest grupa
co najmniej siedmiu obywateli pochodzących z siedmiu różnych krajów UE,
która musi zarejestrować swoją inicjatywę na specjalnej stronie internetowej
KE. Od tego momentu Komisja w dwa miesiące musi ocenić, czy propozycja spełnia obowiązujące wymagania, co oszczędzi obywatelom czasu i fatygi
przy zbieraniu podpisów, jeśli pomysł wykracza poza kompetencje określone
dla tego narzędzia. Należy pamiętać, że w ten sposób nie można zmieniać
unijnych Traktatów, czy zmieniać praw leżących w wyłącznych kompetencjach parlamentów narodowych, czyli np. dotyczącego eutanazji czy aborcji.
Jeśli rejestracja inicjatywy zostanie potwierdzona, komitet może zacząć zbierać podpisy poparcia – co najmniej milion i nie dłużej niż przez rok. Osoby
popierające projekt muszą mieszkać w co najmniej siedmiu różnych krajach
Traktat Lizboński wprowadził nową formę udziału społeczeństwa w kształtowaniu polityki UE – Europejską Inicjatywę Obywatelską. Zgodnie z jego postanowieniami na wniosek Komisji Europejskiej – Parlament Europejski i Rada przyjęły rozporządzenie, które określa zasady użycia tego nowego instrumentu oraz procedury z nim związane (Rozporządzenie UE nr 211/2011 Parlamentu Europejskiego i Rady
z dnia 16 lutego 2011 r. w sprawie inicjatywy obywatelskiej).
1
94
95
UE. Podpisy można zbierać również za pośrednictwem Internetu. Komisja
Europejska udostępniła nawet w tym celu specjalne oprogramowanie.
Gdy pod pomysłem uda się zebrać wymagane poparcie, Komisja Europejska
musi w trzy miesiące go przeanalizować i podjąć odpowiednie kroki, czyli
przedstawić projekt adekwatnego aktu prawnego, czy też rozpocząć badania
zjawiska czy problemu. Jakąkolwiek decyzję Komisja podejmie, jej powody
musi publicznie wyjaśnić. Propozycje zmian prawnych wynikających z EIO
następnie trafią pod obrady Rady i Parlamentu Europejskiego. Po ich zatwierdzeniu przez oba organy – staną się obowiązujące.
Kto przede wszystkim skorzysta na EIO?
Posiedzenie Komisji Spraw Konstytucyjnych w Brukseli.
Debata nad Europejską Inicjatywą Obywatelską, 30 października 2010 r.
Społecznie aktywni. Moim zdaniem inicjatywa będzie głównie narzędziem dla
obywateli działających w organizacjach pozarządowych. Sądząc po odsetku Polaków zrzeszonych w takowych, nie przewiduję w naszym kraju wielkiego nią
zainteresowania. Przykładowo w czerwcu 2009 r. prawie 80% naszego społeczeństwa miało ciekawsze zajęcia niż udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego, trudno spodziewać się więc, aby nagle zapałało wielką chęcią współuczestniczenia w tworzeniu praw dla Europejczyków. Mimo tego chciałabym
tę garstkę aktywnych Polaków poinformować, jak się za ten nowy instrument
tworzenia europejskiego prawa zabrać i zastosować w praktyce.
Czy łatwo zebrać milion podpisów?
Jak na ponad 500-milionową Zjednoczoną Europę i siłę Internetu – to pestka.
Czy siedem krajów to dużo?
Na 28-państwową rodzinę – mało, ale wystarczająco, by uchronić UE przed
„mocarstwowymi” pomysłami tylko z największych krajów lub inicjatywami
ważnymi np. tylko dla „południowców” itp. Pomysł musi odpowiadać obywatelom z różnych krajów i być propozycją regulacji, która Europejczykom
ułatwi życie.
Publiczne wysłuchanie projektu Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej
„Prawo do wody”, 17 lutego 2014 r.
Wniosek z milionem podpisów wywrze na Komisji Europejskiej formalny
obowiązek przeprowadzania badań jego wykonalności i terminu podjęcia decyzji prowadzącej do przygotowania nowej lub zmiany istniejącej legislacji.
By zapobiec ewentualnym malwersacjom, każdy podpisujący petycję będzie
musiał podać swój adres domowy, datę urodzenia, narodowość, numer osobi-
96
97
stego dokumentu identyfikacyjnego (dowodu osobistego lub paszportu lub nr
ubezpieczenia, w zależności od kraju). Organizatorzy akcji będą zobligowani
podać, kto konkretną akcję finansuje.
Czy Lizbońska nowość będzie się cieszyła szerokim zainteresowaniem?
Zobaczymy. W poprzedzających jej wprowadzenie konsultacjach publicznych
w całej UE wzięło udział zaledwie 323 respondentów, w tym 159 osób indywidualnych, 133 organizacje i 31 instytucji publicznych. Wynik pokazał, że nowy
instrument wymaga przede wszystkim... promocji. Tym niemniej w pierwszych kilkunastu miesiącach od wejścia w życie EIO, złożono 24 propozycje,
z czego 14 zostało uznanych za dopuszczalne, 10 odrzucono, ponieważ wykraczały poza kompetencje UE, nie uzyskały wystarczającego poparcia, bądź
nie spełniły innych warunków2.
Przewodniki po inicjatywie:
www.ec.europa.eu/citizens-initiative/public/guide
www.ec.europa.eu/dgs/secretariat_general/citizens_initiative/index_pl.htm
www.europarl.europa.eu/news/en/pressroom/content/20101209BKG08308/html/
Q-A-on-the-citizens
Stan na 15 stycznia 2014 r.
2
Euroładowarka i inne „ciasteczka”
Jesteśmy zaledwie od dekady w Unii, a już sobie nie wyobrażamy życia:
–b
ez płynnego przekraczania granic (przez lata normą było stanie w wielogodzinnych kolejkach),
–b
ez możliwości legalnej pracy „na zachodzie” (wcześniej standardem była
praca na czarno, bez zabezpieczeń socjalnych),
–b
ez studiowania na dowolnej europejskiej uczelni (o Sorbonie, Cambridge
czy Oxfordzie można było sobie tylko pomarzyć),
–b
ez wielomilionowych dotacji na drogi, mosty, rozwój regionów (własnych
pieniędzy nigdy nam nie starczało, a autostrady i obwodnice blakły wraz
z papierem, na którym je narysowano).
Czas szybko płynie. Te „torty” już jemy. Poniżej kilka innych wybranych „ciasteczek”, czyli pożytecznych przykładów ułatwiania życia unijnym obywatelom.
Jednym z nich jest np. wprowadzenie na wspólny rynek uniwersalnej ładowarki do telefonów komórkowych. Komisja Europejska wezwała czołowych
producentów telefonów do podjęcia dobrowolnego zobowiązania w tej sprawie. I... okazało się, że – bez mnożenia europrzepisów – 14 największych
producentów telefonów komórkowych1 podpisało specjalny Protokół ustaleń
w tej sprawie. Dokument zobowiązuje branżę do zapewnienia kompatybilności ładowarek w oparciu o złącze Micro-USB. Od tej pory zmiana telefonu nie
wymaga już za każdym razem zakupu nowej ładowarki. Jej jeden uniwersalny
model jest ogromnym ułatwieniem w codziennym życiu i przyczynia się też
do zmniejszenia ilości odpadów elektronicznych.
Strona internetowa Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej:
www.ec.europa.eu/citizens-initiative/public/welcome.
Sygnatariusze Protokołu: Apple, Emblaze Mobile, Huawei Technologies, LG, Motorola Mobility, NEC,
Nokia, Qualcomm, Research In Motion (RIM), Samsung, Sony Ericsson, TCT Mobile (telefony komórkowe ALCATEL), Texas Instruments oraz Atmel.
98
99
1
Następny przykład działań UE na rzecz obywateli to poszerzenie praw pasażerów. Dotąd tylko podróżujący samolotem byli odpowiednio prawnie chronieni, następnie przyszedł czas na podróżujących koleją bądź statkiem. Na
terenie UE wszyscy pasażerowie mają obecnie zagwarantowane prawa do: informacji w przypadku opóźnień, gwarantowanej opieki dla osób o ograniczonej sprawności ruchowej, odszkodowania z tytułu opóźnienia, wypadków czy
zagubionego bagażu. Warto pamiętać o naszych prawach do podróżowania
w komforcie2.
Niezwykle ważną kwestią podjętą przez UE było również zwiększenie ochrony dzieci, w szczególności w Internecie. Przykładem jest unijny program
„Bezpieczny Internet”3, który ma przyczynić się do zwalczania cyberprzemocy, chronić dzieci przed szkodliwymi treściami i innymi zagrożeniami, które mogą je spotkać w sieci. Według unijnych statystyk 10-20% europejskich
dzieci pada ofiarą wykorzystywania seksualnego4, dlatego Komisja Europejska wystąpiła z wnioskiem o zaostrzenie kar za przestępstwa seksualne wobec
dzieci i szerzenie dziecięcej pornografii oraz bardziej efektywnych metod wykrywania przestępców.
Europeana – dzisiejsza biblioteka aleksandryjska
Zaraz po hucznej inauguracji największej wirtualnej biblioteki w UE – Europeany – w dniu 20 listopada 2008 r. serwery „zagotowały się” i wstęp się zablokował... Porażka? Nie, sukces. Aż 15 mln użytkowników w ciągu pierwszych
godzin funkcjonowania serwisu chciało się dostać do wspólnotowych, kulturalnych plików. Pęd do kultury godny pochwały, trzeba było niemal miesiąca,
by odblokować dostęp tak pożądanych treści. Europa kulturą stoi...
To tylko kilka z wybranych inicjatyw podejmowanych przez Unię, w trosce
o lepsze życie obywateli. Zachęcam do samodzielnego zapoznawania się z innymi inicjatywami.
Twoje prawa jako pasażera w ruchu kolejowym: www.ec.europa.eu/transport/passenger-rights/pl/13-rail.html.
Polecam linki:
www.ec.europa.eu/information_society/activities/sip/policy/programme/index_en.htm
www.ec.europa.eu/transport/passenger-rights/pl/13-rail.html
www.ec.europa.eu/news/justice/110217_pl.htm
www.ec.europa.eu/snapshot/index_pl.htm
4
Warto zajrzeć:
www.ec.europa.eu/news/justice/100329_pl.htm
Lidia Geringer de Oedenberg z Androullą Vassilou – Komisarz ds. edukacji, kultury,
wielojęzyczności, sportu i młodzieży.
100
101
2
3
pin”, „Szopen”, „preludium” itp. Zespół Europeany pełni funkcję koordynacyjno-kontrolną, samemu nie można niczego zamieścić w serwisie.
W odróżnieniu od podobnego projektu Google Books, Europeana jest projektem niekomercyjnym i całkowicie bezpłatnym. Cechują ją też bardziej ambitne założenia: w serwisie można napotkać prawdziwe „perełki” np. średniowieczne manuskrypty, „Don Kichota” wydanego w 1605 r., rękopisy symfonii
Beethovena – czego Google nie wyszuka. Ponadto każdy wpis do bazy Europeany odbywa się za przyzwoleniem autora lub właściciela praw autorskich,
nic nie jest skanowane ani zamieszczane bez odpowiedniej zgody (co w przypadku Google Books różnie wygląda).
Digitalizacja naszych dóbr kultury nie przebiega jednak tak płynnie, jak
zakładano. Problem leży w tym, że każdy kraj sam płaci za digitalizację, co
kosztuje, trzeba bowiem zapłacić pracownikom muzeów i bibliotek za skanowanie i wysyłanie plików. Część kosztów można pokryć za pośrednictwem
funduszy strukturalnych.
Digitalizacja dóbr kultury nie przebiegła tak płynnie, jak zakładano.
Europeana stanowi część rozpoczętego w 2005 r. unijnego projektu „Biblioteki cyfrowe”, którego celem była promocja i udostępnianie europejskiego dorobku kulturalnego w Internecie. Europeana umożliwia bezpośrednie przeszukiwanie zbiorów należących do różnych instytucji (bibliotek, archiwów
itp.), oprócz skanów książek, czasopism, rękopisów, zdjęć i map, zawiera także
nagrania dźwiękowe i wideo.
Obecnie w bazie znajduje się prawie 20 mln plików. Najwięcej pochodzi z Francji oraz z Wielkiej Brytanii, pozostałe kraje członkowskie zapewniają zaledwie
po kilka procent „wkładu własnego”, czyli tyle, na ile je stać. Digitalizacja dorobku kulturalnego kosztuje. Każde państwo za pośrednictwem własnych instytucji kulturalnych (np. Biblioteka Narodowa w Polsce) decyduje we własnym
zakresie, co chce umieścić w Europeanie. Zdigitalizowany materiał wysyła się
do bazy, gdzie pracownicy Europeany sprawdzają nadsyłane pliki i przygotowują do nich odpowiednie oznaczenia (tagi), ułatwiające wyszukiwanie plików
w serwisie. Przykładowo, skany rękopisów preludiów Chopina mają tagi: „Cho102
Bardzo pozytywnym przykładem jest ambitna Słowacja, która stworzyła specjalne „centrum digitalizacji”, gdzie roboty (szybko i tanio) przewracają kartki w skanowanych książkach, dzięki czemu słowacki zbiór w Europeanie systematycznie szybko rośnie. Inne kraje udostępniają tylko to, co mają niejako
„przy okazji” zasilając europejską cyfrową bibliotekę.
Dobrowolność uczestnictwa w projekcie w wielu przypadkach oznacza też
bierność państw członkowskich. Co więcej, uznaniowość w wyborze dokumentów czy dzieł leżąca w gestii instytucji kultury, prowadzi do niespójności
zasobów, w których znajduje się to, co akurat zeskanowano, a niekoniecznie
to, co naprawdę jest ważne. Przykładowo, początkowo w bazie nie było dzieł
Goethego w oryginale, po niemiecku, ale można je było za to przeczytać po...
polsku.
Zajrzyj do Biblioteki:
www.europeana.eu.
103
Wielki Brat w kieszeni, samochodzie, lodówce...
Lodówka wysyła nam maila z informacją, że nie mamy mleka, a jogurt waniliowy właśnie się przeterminował. W niedalekiej przyszłości urządzenia
domowe za pośrednictwem Internetu będą się z nami w ten sposób komunikować, co więcej – będą też wymieniać informacje między sobą, bez
udziału człowieka. Brzmi jak science fiction? Nie, w niektórych dziedzinach to już tak działa.
Parlament Europejski przygotował specjalne sprawozdanie w sprawie perspektyw rozwoju sieci, łączącej m.in samochody, urządzenia AGD i produkty na sklepowych półkach. Komunikacja między urządzeniami zwana
M2M (maszyna-maszyna) staje się coraz bardziej powszechna za sprawą
dostępnych aplikacji, a napędza ją zainteresowanie ze strony rynku konsumentów. Podłączone do sieci sprzęty dysponują nowymi funkcjami, z których zastosowań nie zdajemy sobie do końca sprawy. A zgoda na ich użycie
to zezwolenie na przesyłanie naszych danych. Komisja Europejska przedstawiła już nawet plan działania, pozwalający przygotować unijne przepisy
do nadchodzącej nowej ery sprzęto-komunikacji.
Facebook wie wszystko na temat nawyków czy upodobań swoich użytkowników.
Internet urządzeń
To nowe zastosowanie technologii internetowych w rozmaitych sprzętach,
które w najbliższych dziesięciu piętnastu latach stanie się codziennością.
Pralka i zmywarka skomunikują się ze sobą dzięki standardowi RFID (radio frequency identification) technologii otrzymywania i przekazywania
informacji drogą bezprzewodową i wyślą nam sygnał o twardości wody,
z którą muszą się zmagać, czy niezbędnych środkach ją zmiękczających.
Parę układów scalonych z antenką, posiadających zdolność do przechowywania wielu informacji i ich przekazywania drogą radiową na niewielkie
odległości będzie w każdym nowym urządzeniu w naszym mieszkaniu,
naszym życiu.
104
105
Przykładowo w sektorze rolno-spożywczym RFID pozwoli szybko i efektywnie śledzić produkty i pozyskiwać informacje o ich miejscu przechowywania,
składzie chemicznym, poziomie glutenu itp.
Przekaz naszych danych już odbywa się praktycznie wszędzie. Jeśli zsynchronizujesz swojego smartfona z samochodowym radiem, by słuchać w czasie
jazdy zapisanej w nim muzyki – przesyłasz nie tylko ulubione piosenki. Nieświadomie udostępniasz wszystkie swoje dane ze smartfona (zapisane odtąd
w pamięci radia) mechanikowi samochodowemu, który jeśli zechce będzie je
mógł odtworzyć z naszego odbiornika podczas naprawy samochodu. Czujniki
poboru prądu mające optymalizować jego dostawę, zainstalowane w naszym
mieszkaniu przekazują tak szczegółowe dane, że można nie tylko stwierdzić,
czy jesteś w domu, ale nawet który program oglądasz i czy masz włączony
alarm.
Szpieg zwany SIM
Karty SIM są nie tylko w naszych telefonach komórkowych czy smartfonach.
Są umieszczane np. w tabletach, konsolach do gier, kamerach, samochodach
przekazując różne informacje za pośrednictwem sieci telefonii komórkowej.
Także dystrybutory napojów posiadają karty SIM, wysyłające dostawcom
informacje na temat stanu zużycia produktów, by ci uzupełnili je na czas.
Terminale płatności z kartą SIM pozwalają płacić kartą płatniczą w naszym
domu np. za dostawę mebli. Firmy transportowe od dawna “szpiegują” w ten
sposób swoje samochody, uzyskując za pośrednictwem karty dane o realnym
czasie przemieszczania się pojazdów, miejscu, w jakim znajdują się w danej
chwili, trasie jaką pokonały, ciśnieniu w oponach, czy ilości postojów po drodze. Urządzenia te są legalne, o ile pracownicy o nich wiedzą. Przykładowo
Trancis, belgijska firma transportowa stosuje ten system od lat, zarządzając
z sukcesem flotą swoich samochodów w całej Europie.
Kolejny przykład – inteligentne samochody same wzywają pomoc w razie wypadku, potrafią się zdezaktywować w razie kradzieży. Takie auta już istnieją,
są to Touareg VW. W Belgii kilkanaście tysięcy samochodów posiada już taki
system. Inne urządzenia „donoszące” o naszych danych prosto z samochodu
to powszechna już nawigacja GPS wykorzystująca technologię M2M, aktualizując podawane nam informacje na bieżąco np. uwzględniając aktualny
ruch drogowy. W samochodach Renault nawigacja „Tom Tom live” dostępna
jest w standarcie w 50% nowych Clio i 90% nowych Scenic. Karta SIM zbiera
też informacje dotyczące innych parametrów samochodu, a wszystko co za106
wiera komputer pokładowy może być przekazywane dalej – kilometraż, poziom oleju, benzyny i wiele innych. Dane te pozwolą producentowi dokonać
diagnostyki samochodu na odległość i zaproponować kierowcy rozwiązania
ad hoc. Firma Renault opracowała już ofertę handlową dla swoich klientów,
którym po przekroczeniu pewnej ilości kilometrów, np. zaproponuje przegląd
i to w najbliższym dostępnym warsztacie. Oczywiście za wcześniejszą zgodą
klienta.
Amazon w rodzinie Wielkiego Brata
Specjalność Amazona to nie sprzedaż książek, jak by się mogło wydawać, ale
zbieranie informacji. Podobnie zresztą jak wielu innych wirtualnych platform
typu Facebook czy Google. Wirtualny sklep Amazon gromadzi niewyobrażalnie dużą ilość cennych danych związanych z przyzwyczajeniami i preferencjami zakupowymi swoich klientów. Amazon śledzi nawet odwiedzających stronę, którzy niczego nie kupili. Firma jest liderem monitoringu. Ma
też swoich pomocników jak Kindle. W warunkach ogólnych licencji, którą
klient musi zaakceptować, Kindle jasno wskazuje, że jego oprogramowanie
dostarcza Amazonowi różnorakie informacje, nawet o ostatniej przeczytanej
stronie, prędkości, z jaką czyta się książkę czy zawartości archiwów. Podobnie
jak inni uczestnicy rynku książek elektronicznych Kobo czy Barnes&Nobles
– Amazon wie wszystko na temat nawyków, czy upodobań użytkowników
aplikacji Kindle. W czasie rzeczywistym za sprawą elektronicznego czytnika
wyposażonego w swoisty system kontrolny z kartą SIM (o czym wielu użytkowników nie wie, bo nie płacą swojemu operatowi za połączenie wyręczeni
przez Amazon) Kindle 3G zbiera swe cenne dane.
1,6 mld szpiegów na świecie
Tyle według oficjalnych szacunków istnieje różnych sprzętów włączonych do
sieci. W małej Belgii – gdzie mieszkam – według „Le Soir” naliczono ich ok. 7
mln. Komunikujące się maszyny to najlepsi klienci dla operatorów telefonicznych i choć to nie jest ich sztandarowa usługa, to okazuje się być najbardziej
opłacalna. Każde połączenie generuje około 15% opłat płynących do operatora. Na każde 10 euro wygenerowanych przez podłączone urządzenie operator
dostaje 1,5 euro.
Szpieg w kawie
By zwiększyć swoje dochody operatorzy preferują dziedziny generujące przepływ dużej ilości danych jak sektor samochodowy czy elektroniczny, ale np.
Orange podpisało umowę z Nespresso. Firma wyposaża swoje ekspresy do
kawy w karty SIM połączone z Orange, by mieć informacje na temat stanu
107
filtrów, pomp itp. W przypadku wykrytej awarii Nespresso nawiąże bezpośredni kontakt z klientem. Czujniki pozwolą również kontrolować godzinę,
ilość oraz rodzaj konsumowanej kawy...
Szpiegowski odkurzacz
Samsung wprowadził na rynek inteligentny odkurzacz, który sam „zamawia”
online filtry i inne akcesoria. Podobne innowacje dotyczą także naszego zdrowia. Grupa Sorin opracowała wspólnie z Orange czytniki pulsu, wysyłające
samodzielnie do lekarza dane dotyczące kondycji kardiologicznej pacjenta,
pozwalając na ograniczenie ilości jego wizyt. Inne aplikacje oparte na idei
„dobrego samopoczucia” także już istnieją: choćby bransoletki firmy Fitbit
mierzące przebyte kilometry, pokonane na schodach stopnie, spalone kalorie
czy jakość naszego snu.
Inteligentne miasto
Operatorzy telefonii marzą o stworzeniu „połączonych” miast, w których
wszystkie elementy znajdujące się w przestrzeni publicznej współgrałyby ze
sobą: transport publiczny, oświetlenie, kamery, wywóz śmieci, sygnalizacja
świetlna itp., co mogłoby się przyczynić do poprawy efektywności energetycznej transportu i zmniejszenia zanieczyszczeń. Przykładowo nowa technologia
pozwoliłaby uniknąć korków poprzez dopasowaną do ruchu zmianę świateł.
Połączenie wszystkich danych zebranych przez „inteligentne” miasta umożliwiłoby zarządzanie w czasie rzeczywistym całością przestrzeni miejskiej.
Dzięki tym super połączeniom np. ambulans mógłby „ustawiać” światła sygnalizacyjne na zielone na całości trasy swojego przejazdu, a pacjent po ataku
serca, byłby „obserwowany” non stop przez swojego lekarza, dzięki układowi
wszczepionemu pod skórę. W ten sposób można by kontrolować wiele funkcji czy objawów naszego organizmu i zapobiegać chorobom. Pomysły brzmią
obiecująco, choć nie mamy jeszcze wyników badań wpływu fal radiowych (za
pomocą których te urządzenia się porozumiewają) na ludzkie zdrowie.
Internet urządzeń czysta wygoda dla europejskich konsumentów?
Technologia daje niezliczone możliwości aplikacji służących naszemu komfortowi i biznesowi, ale nie pozostaje bez wpływu na prawa podstawowe
obywateli. Firmy i osoby korzystające z tych rozwiązań otrzymują dostęp do
informacji na temat naszego życia prywatnego. Sprawą otwartą i kluczową
pozostaje kwestia zarządzania wszystkimi tymi danymi. Sposób, w jaki będą
gromadzone i wykorzystywane, nie tylko z punktu widzenia przedsiębiorstw,
które będą się tym zajmować, ale i osób trzecich, którym dane mogłyby być
sprzedawane.
108
Jak chronić naszą prywatność w Internecie?
Szpiegująca lodówka nas trochę przeraża, ale nie widzimy nic złego w dzieleniu się „wszystkim” z bliskimi i znajomymi w Internecie. Umieszczamy nasze
zdjęcia, komentarze na temat pracy czy osobistego życia na forach społecznościowych, czasami podając nawet swój adres czy telefon. Z najnowszych
danych Eurobarometru wynika, że 74% Europejczyków uznaje ujawnianie
informacji o sobie w Internecie za część obecnego życia. Aż 67% badanych nie
wie, że w krajach UE są urzędy odpowiedzialne za ochronę danych (w Polsce
– GIODO). Czy potrzeba zatem chronić nas przed... nami samymi?
Art 16. Traktatu o Funkcjonowaniu UE gwarantuje wszystkim obywatelom
prawo do ochrony ich danych osobowych. Obecnie obowiązująca dyrektywa
o ochronie danych została przyjęta w 1995 r. w „epoce przedinternetowej”
i pilnie potrzebowała nowelizacji, by gwarantować głównie ochronę Internautów bez jednoczesnego naruszania prawa do prywatności. Na stole negocjacyjnym leżą obecnie dyrektywa i rozporządzenie – dwie propozycje nowych
regulacji dotyczących ochrony danych rozpatrywane jako pakiet.
Zdaniem polskiego Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych
Wojciecha Rafała Wiewiórowskiego wszystko cokolwiek zostanie zaproponowane w dyrektywie odnośnie funkcji kontrolnych nad danymi zbieranymi
i przetwarzanymi przez organy państwowe tj. policję i służby będzie lepszym
rozwiązaniem niż to, które dziś istnieje w Polsce, gdzie nikt takiej zewnętrznej niezależnej kontroli nie sprawuje. Hm...
Pracując w Komisji Prawnej, gdzie opiniujemy wspomniane dokumenty,
główne zagrożenia upatruję przede wszystkim w definicjach użytych w tych
dokumentach. Prawo do ochrony naszych danych jest prawem podstawowym, które jedynie w wyjątkowych sytuacjach może być ograniczane przez
inne regulacje np. w celu walki z terroryzmem, utrzymania bezpieczeństwa
narodowego. Filarem proponowanego tekstu są: definicja „zgody na przetwarzanie naszych danych”, która musi być obwarowana pewnymi zabezpieczeniami oraz definicja „uzasadnionego interesu administratora danych” – dziś
często nadinterpretowana przez korporacje.
W propozycji Komisji Europejskiej pojawia się też nowy termin „prawa do
bycia zapomnianym”, którego wprowadzenia chce aż trzy czwarte Europejczyków.
109
SWIFT – oko Wielkiego Brata?
Bomba SWIFT „wybuchła” 23 października 2013 r.
Po atakach terrorystycznych na WTC z 11 września 2001 r. i późniejszych zamachach w Madrycie w 2004 r. i w Londynie w 2005 r. Stany Zjednoczone
zawarły umowę z Unią Europejską o przetwarzaniu i przekazywaniu danych
z komunikatów finansowych do celów „Programu śledzenia środków finansowych należących do terrorystów”. Porozumienie (Terrorist Finance Tracking Programme) zwane w skrócie TFTP weszło w życie w sierpniu 2010 r.,
zobowiązując Unię do przekazywania niektórych danych ze Stowarzyszenia
na rzecz Światowej Międzybankowej Telekomunikacji Finansowej – (Society
for Worldwide Interbank Financial Telecommunication) – SWIFT do Departamentu Skarbu USA.
23 października 2013 r. jako Parlament Europejski wycofaliśmy swoje poparcie
dla powyższej umowy, uważając, że konta bankowe obywateli UE muszą być
chronione przed... nielegalnym pobieraniem z nich informacji przez NSA1.
Belgijska firma SWIFT przechowuje dane z 8000 banków i działa w 200 krajach. Z uwagi na dużą ilość danych osobowych przechowywanych w tym systemie jako parlamentarzyści nigdy nie czuliśmy się komfortowo z tą umową,
co pokazaliśmy, odrzucając jej pierwotny projekt, mimo silnego lobbyingu ze
strony Stanów Zjednoczonych i obecności w PE samej Hillary Clinton. Zaakceptowaliśmy dopiero drugi projekt, który kładł większy nacisk na ochronę
danych.
W ciągu ostatnich miesięcy SWIFT powrócił do porządku obrad parlamentarnych, po ukazaniu się informacji sugerujących, że NSA może mieć dostęp do
Protest w Parlamencie Europejskim przeciwko porozumieniu w sprawie SWIFT.
110
NSA – National Security Agency, amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego.
1
111
danych bankowych SWIFT poza tymi uzgodnionymi w ramach umowy TFTP.
Komisja Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych wszczęła śledztwo w sprawie masowej inwigilacji obywateli UE (czego nie rozpoczęło żadne z państw UE), w celu zweryfikowania oskarżeń i przeprowadzenia pełnego technicznego dochodzenia, czy i jak USA miały nieautoryzowany dostęp
lub stworzyły „tylne drzwi” umożliwiające dostęp do serwerów SWIFT.
Jeżeli te informacje potwierdzą się, naruszenie umowy będzie miało szersze
konsekwencje dla stosunków UE – USA i będzie wymagało zdecydowanych
działań z naszej strony. Chociaż nie ma twardych dowodów na to, że warunki
umowy TFTP zostały naruszone, posłowie z grup politycznych Socjalistów
i Demokratów, Liberałów oraz Zielonych, uzyskali większość dla rezolucji PE,
zwracając się tym samym do Komisji Europejskiej o wszczęcie procesu zawieszającego umowę TFTP, do momentu, kiedy właściwe i niezależne dochodzenie zostanie przeprowadzone w tej sprawie.
Choć Parlament Europejski nie ma formalnych uprawnień do jednostronnego zerwania umowy, może jednak wycofać swoje poparcie dla niej, zmuszając
Komisję do działania. A ponieważ w PE jesteśmy obecnie współprawodawcami, poparcie Parlamentu jest konieczne do przyjęcia przyszłych umów międzynarodowych np. umowy o wolnym handlu z USA, dlatego uważamy, że
Rada i Komisja szybko zareagują w tej sprawie.
eCall ratuje życie
Od 2015 r. w momencie wykrycia przez czujniki zainstalowane w samochodzie anomalii znamionujących poważny wypadek specjalne urządzenie poprzez sieć komórkową automatycznie przekaże służbom ratowniczym w UE
na numer alarmowy 112 informację o lokalizacji pojazdu. System będzie mógł
być również uruchomiony ręcznie przez naciśnięcie przycisku we wnętrzu
auta. Opcja zapewni natychmiastową interwencję służb ratowniczych w najkrótszym możliwym czasie.
Po wybuchu skandalu z PRISM2, okazało się, że NSA inwigiluje wszystkich, nawet politycznych przyjaciół USA. Komórka Kanclerz Angeli Merkel jak i francuskiego Prezydenta Francois Hollande’a były na amerykańskim podsłuchu...
PRISM – tajny amerykański program szpiegowski stosowany przez NSA w Stanach Zjednoczonych.
2
Wizyta amerykańskiej Sekretarz Stanu – Hillary Clinton w Parlamencie Europejskim.
Europejski Numer Ratunkowy – 112.
112
113
Jak wynika z przeprowadzonych badań, poszkodowani lub świadkowie wypadków zwykle z opóźnieniem dzwonią na numer ratunkowy, a czas dotarcia
na miejsce wypadku często decyduje o życiu ofiar wypadku. Szacuje się, że
dzięki eCall skróci się on o 40% w obszarach zabudowanych i nawet o połowę
w pozamiejskich. To oznacza w UE rocznie nawet o 2500 ofiar śmiertelnych
mniej oraz w przypadku rannych zmniejszenie skali obrażeń i urazów psychicznych o dziesiątki tysięcy przypadków.
System eCall powinien osiągnąć do 2015 r. pełną funkcjonalność we wszystkich państwach Unii Europejskiej, a także w Norwegii, Szwajcarii i Islandii.
Komisja Europejska wydała 8 września 2011 r. zalecenie wzywające wszystkie
państwa członkowskie do dopilnowania, by operatorzy telefonii komórkowej
zmodyfikowali i usprawnili działanie sieci w takim stopniu, by system eCall
mógł działać sprawnie w całej UE.
Zainstalowanie eCall w samochodzie będzie oznaczać dodatkowy koszt ok.
100 euro. Aby chronić prywatność, system w momencie bezczynności, nie będzie nawiązywać żadnych połączeń, które mogłoby umożliwiać np. śledzenie
pozycji samochodu – uaktywni się dopiero w momencie wypadku.
Projekt eCall cieszy się wielkim wsparciem Europejczyków: 2006 r. sondaż
Eurobarometru pokazał, że ponad 70% obywateli UE chce mieć eCall w swoim samochodzie.
Wdrożenie eCall ma nastąpić do 2015 r., wtedy wszystkie nowe samochody
będą już musiały być wyposażone w nową usługę. W Polsce „Koncepcja systemu 112” została przyjęta jako dokument przez Radę Ministrów 16 października 2007 r., zakładając integrację krajowego „112” z eCall oraz automatyczną
reakcją na zgłoszenie zgodne z wcześniej opracowanymi procedurami. Krajowy system powiadamiania ratunkowego będzie korzystał z systemu E112,
czyli z platformy lokalizacyjnej zarządzanej przez Urząd Komunikacji Elektronicznej.
Będzie wykonywał bezpłatne połączenia ratunkowe, przekazując informacje
lokalizacyjne oraz odpowiednio przekierowując połączenia. W naszym systemie przewidziano także powołanie Centrum Nadzoru i Monitoringu Technicznego (CNiMT) oraz Centrum Szkoleniowego (CSz).
114
UE na automatycznym pilocie
Jacques Delors – twórca euro, dwukrotny szef Komisji Europejskiej, stwierdził,
że Unia jest jak rower, koła muszą się kręcić – inaczej upadnie. Węgry, sprawując w 2011 r. Prezydencję w Radzie UE, najwyraźniej nie opanowały wtedy tej
unijnej reguły. Nie reagując na czas, oddały pola szybszym i silniejszym.
Wspomnijmy rok 2011.
Jeszcze parę lat wcześniej nie do pomyślenia byłoby, aby francuski Prezydent
w czasie prezydencji innego kraju zwoływał szczyt w Paryżu, a duński Premier mógł bez rozmów na szczeblu unijnym „zawieszać” układ z Schengen.
Najpierw kilka faktów: porozumienie z Schengen zostało zawarte w 1995 r.
Obecnie do strefy Schengen należy łącznie 25 państw. 22 państwa UE: Austria, Belgia, Czechy, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Niemcy, Holandia,
Grecja, Hiszpania, Litwa, Luksemburg, Łotwa, Malta, Polska, Portugalia,
Słowacja, Słowenia, Szwecja, Węgry, Włochy oraz trzy państwa stowarzyszone: Islandia, Norwegia i Szwajcaria. W poczekalni do strefy niecierpliwią się
Rumunia i Bułgaria, poza Schengen są: Wielka Brytania, Irlandia i Cypr.
Zamieszanie „graniczne” wywołały najpierw Francja i Włochy, które nagle 26
kwietnia 2011 r. zaproponowały wprowadzenie „pewnych” zmian do Układu
z Schengen. Oba państwa opowiedziały się za zwiększeniem możliwości tymczasowego zamknięcia granic dla swobodnego poruszania się obywateli innych
państw Unii. Obecnie kwestia ta jest regulowana przez artykuł 23. kodeksu
Schengen, który umożliwia wprowadzenie czasowej (maks. 30 dniowej) kontroli na granicach danego kraju, w przypadku jeśli zagrożony jest jego porządek publiczny lub bezpieczeństwo. Z tej możliwości skorzystały m.in. Niemcy
w czasie odbywających się u nich Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 2006 r.
115
dem może być np. sukces wyborczy Partii Prawdziwych Finów czy znaczny
wzrost poparcia dla Frontu Narodowego we Francji.
Po zapowiedzi przywrócenia kontroli na granicach Danii już następnego dnia
ministrowie spraw wewnętrznych UE spotkali się na nadzwyczajnym posiedzeniu w Brukseli. Sytuacja kryzysowa została szybko zażegnana i większość
państw nie widziała potrzeby zmian w Schengen. Nawet Francja ustami Prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego wyraźnie zmieniła ton wcześniejszych wypowiedzi i podkreśliła, że „chce więcej Europy, a nie mniej”, a swoje wcześniejsze dążenie do „wskrzeszania” granic potraktowała jako nieporozumienie2.
Ponadto wzmocniona kontrola granic wewnętrznych Unii nic nie da, jeśli te
zewnętrzne nie będą należycie chronione, a tym zajmuje się służba graniczna
podlegająca Agencji Frontex, której siedziba znajduje się w Warszawie.
Na paszportach wydawanych przez państwa członkowskie Unii Europejskiej
zaznaczone jest obok narodowego obywatelstwo europejskie.
Oliwy do ognia dolały spięcia na linii Paryż-Rzym, po tym jak Francja zablokowała na 6 godzin przejazd włoskich pociągów, aby uniemożliwić przedostaniu się na swoje terytorium ok. 20 tys. tunezyjskich imigrantów, gdy władze
włoskie (chcąc pozbyć się problemu) wystawiły im dokumenty „tranzytowe”
zezwalające na tymczasowy pobyt w strefie Schengen i przejazd do Francji,
dokąd, z racji zaszłości kolonialnych i znajomości języka, zmierzali.
Broniąc się przed „włoskim prezentem” rząd francuski znacznie zaostrzył kontrole w strefach przygranicznych, a włoska „polityka” wobec imigrantów oburzyła inne państwa członkowskie. Poważnie przestraszone Niemcy i Austria
rozważały także zastosowanie „francuskich” środków, zaś Dania oficjalnie 11
maja 2011 r. ogłosiła, że przywróci na swoich granicach z Niemcami i Szwecją
stałe służby celne mające dokonywać losowych kontroli. To naprawdę zatrzęsło
strefą Schengen. Komisarz ds. wewnętrznych Cecilia Malmstroem (Szwedka)
oświadczyła, że decyzja rządu duńskiego jest niezgodna z unijnym prawem1.
Pomimo tego ciągle pozostaje otwarta kwestia określenia zakresu „wyjątkowych okoliczności”, które umożliwiłyby tymczasowe zamknięcie granic. Komisja Europejska (KE) przygotowuje własne propozycje dotyczące zwalczania
kryzysu migracyjnego związanego głównie z falą nielegalnych imigrantów
z Afryki Północnej (dotykającego najbardziej Włochy, Maltę i Hiszpanię), jak
również problemów duńskich (z niechcianymi obywatelami z UE).
Na ewentualne zmiany musiałby się też zgodzić Parlament Europejski, który
jest bardzo niechętny podejmowaniu jakichkolwiek działań ograniczających
swobodę przemieszczania się w obszarze Schengen. Przywrócenie kontroli
granicznych miałoby naszym zdaniem negatywny wpływ na swobodę osiedlania się, czy podejmowania nauki i pracy w UE, także na efektywność unii
walutowej.
Nadwątlona poważnie kryzysem gospodarka poszczególnych krajów zagraża stabilności Unii Europejskiej, a „rower Delorsa” wyraźnie zwalnia. Wtedy,
w 2011 r. gdy Węgrzy puścili stery Unii, włączył się automatyczny pilot. Europa „ bez trzymanki” jakoś doleciała do... polskiej prezydencji.
Na marginesie dodam, że kontrowersyjne propozycje poszczególnych partii
i rządów podobają się jednak nastraszonym imigrantami wyborcom. Dowo2
Więcej:
www.uniaeuropejska.org/unia/index.php?option=com_content&view=article&id=846&catid=49&Itemid=65.
Więcej: www.euobserver.com/9/32334
1
116
117
Wrocławski Widok na Europę
W 2009 r., zaraz po moim wyborze na Kwestora w Prezydium do PE, rozpoczęłam starania o polską drugą siedzibę Biura Informacyjnego Parlamentu
Europejskiego (BIPE)1. Każdy duży kraj UE posiada – oprócz stolicy – jeszcze
regionalne biuro, i tak w Niemczech BIPE jest w Monachium, we Włoszech
w Turynie, w Wielkiej Brytanii w Edynburgu, we Francji w Marsylii, a w Hiszpanii w Barcelonie – uznałam więc, że Polsce też się taka placówka przyda.
Oficjalne otwarcie Biura Informacyjnego Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej, 1 lipca 2011 r.
Wstęgę przecinają Viviane Reding – Wiceprzewodnicząca KE i Jerzy Buzek – Przewodniczący PE.
Zgłosiłam kandydaturę stolicy Dolnego Śląska – Wrocławia, który wcześniej
przez różne rządy, był desygnowany dwukrotnie na kandydata do EXPO i do
EIT2. Miliony poszły na promocję – bez powodzenia. Jednakże wcześniejsze
decyzje o „wadze” kandydata-Wrocławia pomogły mi w wyścigu do BIPE
i stolica Dolnego Śląska w końcu pokonała 10-ciu innych, zgłoszonych później
kontrkandydatów.
Przypomnijmy, jak ta rywalizacja wyglądała z bliska.
Po moim liście z propozycją stworzenia nowego BIPE w Polsce Prezydium PE
dość szybko podjęło pozytywną (budżetową) decyzję, że biuro powinno powstać i „być na chodzie” już podczas polskiej Prezydencji w Radzie UE. Gdy
zaproponowałam kandydaturę Wrocławia prawie każdy polski deputowany
uznał, że to stolica jego okręgu wyborczego będzie najlepszym kandydatem.
Zgłoszono zatem 11 miast, które następnie specjalna komisja oceniła biorąc
pod uwagę kryteria takie jak: ich wielkość, gęstość zaludnienia regionu, obec-
Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek wygłasza okolicznościowe przemówienie.
Biura Informacyjne Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej, zwane też „Domami Europy”,
są prestiżowymi przedstawicielstwami instytucji unijnych w państwie członkowskim. Do ich głównych zadań należy m.in.: pomoc w organizacji oficjalnych szczytów, konferencji, seminariów, a także różnych inicjatyw społecznych. Biura informują o działaniach europosłów w PE, prowadzą ścisłą współpracę z mediami, delegują lokalnych dziennikarzy na sesje plenarne do Strasburga. Więcej:
www.europarl.pl/pl/biuro_we_wroclawiu.html.
2
Europejski Instytut Innowacji i Technologii z siedzibą w Budapeszcie: www.eit.europa.eu.
118
119
1
ność ośrodków opiniotwórczych, uniwersytetów, dróg, lotnisk oraz potencjalną możliwość sprawnej organizacji ewentualnych międzynarodowych szczytów, kongresów, czy targów. Z 11 kandydatów wyłoniono: Kraków, Wrocław,
Gdańsk, Katowice, Łódź i Poznań. W tej kolejności, miasta te uzyskały miejsce w rankingu uwzględniającym wspomniane wymogi. Kraków minimalnie
wyprzedzał Wrocław dlatego, że wtedy miał bezpośrednie połączenie z Brukselą, a Wrocław tylko z Charleroi (45 km od Brukseli).
Ostatecznie jednak wygrał Wrocław, popierany nie tylko za swoje walory,
ale jako miasto typowane przez... warszawiaków. No cóż, najwięcej posłów
mieszka w Warszawie, a ta nie brała udziału w konkursie, bo jako stolica już
takie biuro ma. Wypracowane starannie „warszawskie” poparcie przeważyło
szalę – tak jak tego pragnęłam.
Podczas uroczystości otwarcia. Od lewej Viviane Reding – Wiceprzewodnicząca KE,
Jerzy Buzek – Przewodniczący PE, Lidia Geringer de Oedenberg – Kwestor w Prezydium PE,
Krzysztof Kwiatkowski – Minister Sprawiedliwości (2009-2011).
W końcu grudnia 2010 r. w Prezydium Parlamentu Europejskiego zatwierdziliśmy wybór lokalizacji dla Biura Parlamentu i Komisji Europejskiej we
Wrocławiu, po tym jak kilka tygodni wcześniej przedstawiciele obydwu instytucji wizytowali stolicę Dolnego Śląska i wybrali WIDOK, a konkretnie
budynek przy ul. Widok 10 (między ul. Kazimierza Wielkiego a ul. Teatralną).
Obecność w samym „sercu Wrocławia” miała zagwarantować dobrą widoczność i rozpoznawalność biura, ale jak się potem okazało, stworzyła też pewne
kłopoty parkingowe dla odwiedzających i pracowników.
Idźmy dalej.
1 lipca 2011 r. pierwszego dnia historycznej, pierwszej polskiej prezydencji
w Radzie UE - otwarto uroczyście wrocławski Dom Europy (czyli wspólne
Biura Informacyjne PE i KE). Miałam ogromną satysfakcję, uczestnicząc
w jego otwarciu wraz z Jerzym Buzkiem – ówczesnym Przewodniczącym PE
i Komisarz Vivane Reding, w szczególności, że ceremonia zbiegła się z wręczeniem Europejskiej Nagrody Obywatelskiej Elżbiecie Lech-Gotthardt ze
Zgorzelca za jej pracę na rzecz ratowania dorobku kulturowego Łużyc, którą do wyżej wymienionej nagrody miałam przyjemność osobiście nominować.
Dziś ten nowy Dom Europy tętni życiem i włącza się bardzo aktywnie w różne społeczne inicjatywy.
Wręczenie Europejskiej Nagrody Obywatelskiej. Od lewej: Viviane Reding – Wiceprzewodnicząca KE,
Lidia Geringer de Oedenberg – Kwestor w Prezydium PE, Elżbieta Lech-Gothardt – laureatka Nagrody,
Jerzy Buzek – Przewodniczący Parlamentu Europejskiego.
Cieszę się, że jedno z moich pierwszych „prezydialnych” marzeń się zrealizowało i aktywnie działa.
120
121
Zapomniane społeczeństwo w Europie
W UE mieszka ok. 10 mln Romów. To więcej niż łączna liczba obywateli Słowenii, Litwy, Łotwy, Estonii, Malty i Luksemburga. Gdyby Romowie żyli we
własnym kraju, byłby to 10. najludniejszy kraj w UE – z populacją większą niż
Belgia, Grecja, Węgry, Szwecja, Finlandia, Dania i Bułgaria. Byłby też najbiedniejszy.
Plakat kampanii społecznej Jedni z wielu, której celem jest zmiana nastawienia Polaków do społeczności romskiej.
Jako państwo UE mieliby prawo do wyboru ponad 20 europosłów oraz możliwość zarządzania miliardami euro z funduszy unijnych na swój rozwój
społeczny i gospodarczy, mieliby prawo weta w takich kwestiach jak unijny
budżet. Mieliby swojego komisarza, przedstawiciela w Trybunale Obrachunkowym i Trybunale Sprawiedliwości. Mieliby ustawodawstwo w zakresie zabezpieczeń socjalnych czy walki z dyskryminacją.
Ale Romowie nie mają swojego własnego państwa, ich społeczności są rozrzucone po wielu krajach Wspólnoty. Oficjalnie są unijnymi obywatelami takimi
jak inni, jednak w rzeczywistości doświadczają upokarzającej segregacji, będąc
postrzeganymi często jako niechciani obywatele „innego” narodu. Są najsłabiej
reprezentowaną społecznością w demokratycznej Europie. Praktycznie nie ma
ich w parlamentach narodowych, rządach. Mają jednego posła w Parlamencie
Europejskim i żadnej reprezentacji na wysokim szczeblu unijnej administracji.
Plakat zapowiadający wystawę Romarising V4 w Parlamencie Europejskim
zorganizowaną przez poseł Lidię Geringer de Oedenberg.
Od wieków doświadczają prześladowań. Poniżej kilka faktów:
–R
omowie dotarli na Bałkany około XII w. migrując z subkontynentu indyjskiego. W każdym kraju, do którego zawitali, czekały ich szykany.
–W
XVII w. w Hiszpanii „los gitanos” nie mieli prawa się żenić, kobiety
i mężczyźni byli umieszczani w osobnych gettach, a ich dzieci zabierano do
sierocińców.
–P
od rządami Habsburgów, za panowania Marii Teresy (1740-1780) próbowano zmusić Romów do osiedlenia się na stałe, pozbawiając ich prawa do
122
123
własnych koni i wozów. Zakazano małżeństw między Romami. Kolejny
władca imperialny Józef II zakazał im noszenia tradycyjnej romskiej odzieży i używania języka romskiego pod karą chłosty.
–W
XIX wieku zakazano Romom wszelkich wyjazdów poza Europę. Stany
Zjednoczone zamknęły dla nich swoje terytorium w 1885 r., podobnie postąpiło wiele państw Ameryki Południowej.
–P
rześladowania Romów osiągnęły apogeum podczas II wojny światowej,
kiedy niemieccy naziści poddali eksterminacji półtora miliona dorosłych
i dzieci.
Jak sytuacja Romów wygląda dzisiaj w demokratycznej Europie?
Według Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP), wskaźniki
umieralności niemowląt wśród ludności romskiej żyjącej w UE są dwa razy
wyższe niż wśród nie-Romów. Wielu rządom nie udaje się przeprowadzić skutecznych działań mających na celu np. włączenie romskich dzieci do systemu
szkolnictwa publicznego, tak by mogły skorzystać ze swojego prawa do darmowej i równej edukacji.
Wernisaż wystawy „Romarising” we Wrocławiu, 21 września 2012 r.
Według niedawnego raportu unijnej Agencji Praw Podstawowych tylko 15%
dzieci romskich z tych, które podjęły edukację, kończy szkoły ponadgimnazjalne. Mali Romowie są najczęściej odseparowani od innych w specjalnych
szkołach. W niektórych krajach, romscy uczniowie stanowią 85% wszystkich
dzieci uczęszczających do tzw. klas specjalnych.
25% europejskich Romów mieszka w szałasach, 55% romskich domów nie ma
kanalizacji. 90% badanych Romów żyje poniżej krajowej granicy ubóstwa, a 45%
mieszka w miejscu, któremu brak co najmniej jednego z podstawowych udogodnień mieszkaniowych: kuchni, toalety, łazienki czy instalacji elektrycznej.
W 2011 r. przeciętne wynagrodzenie mężczyzn romskich plasowało się między 45% a 80% średniej płacy dla nie-romskich mężczyzn. Dla kobiet różnica
ta wynosi między 20% i 59%. Stopa bezrobocia dla Romów jest w zależności
od kraju od 30% do 250% wyższa niż dla nie-Romów. Jak ktoś, kto nie ma wykształcenia, pracy, domu – spychany na margines przez innych współobywateli – ma „normalnie” żyć? Rom w „klubie” najbogatszych państw na świecie,
jakim jest UE powinien móc liczyć na skuteczną pomoc i wsparcie.
Poseł Lidia Geringer de Oedenberg dokonuje uroczystego otwarcia
wystawy Chada Wayatta ‘Romarisng V4’ w Brukseli, 4 marca 2014 r.
W perspektywie finansowej 2014-2020 muszą znaleźć się środki zaradcze dla
tego „zapomnianego” społeczeństwa. Jest dużo programów i tzw. dobrych
124
125
praktyk m.in z Hiszpanii1. Są kraje, którym udało się zarówno przezwyciężyć stereotypy jak i wykorzystać potencjał drzemiący w obywatelach. Gdybyśmy stosowali w praktyce formułę „traktuj innych, tak jakbyś sam chciał
być traktowany”, to zaczęlibyśmy od szacunku dla tradycji, kultury i języka
romskiego. Także w edukacji, co wydaje się nam naturalne w odniesieniu do
naszego języka. Dostrzeglibyśmy też pozytywne przykłady osiągnięć społeczności romskiej2, a potem być może skutecznie zwalczylibyśmy stereotypy
i uprzedzenia.
Zjednoczeni w różnorodności to hasło Unii, które warto potraktować poważnie. Korzystając z funduszy unijnych, należy stworzyć kompleksowy program
do zwalczania wszystkich aspektów ubóstwa, dążący do poprawy warunków
mieszkaniowych, szkolenia i wspierania osób dorosłych romskiego pochodzenia w poszukiwaniu pracy, zapewnienia dostępu do wczesnej edukacji dla
dzieci romskich. Ponadto trzeba rozwinąć system mediatorów do reprezentowania i wspierania społeczności Romów3.
www.socialistsanddemocrats.eu/sites/default/files/SD-ROMADAY-LEAFLET_PbP_WEB.pdf
www.jednizwielu.pl
3
www.socialistsanddemocrats.eu/events/roma-inclusion-challenges-and-opportunities-local-level
1
2
Kolejka do Unii
W przedsionku do Wspólnoty oczekuje całkiem spora kolejka. Niektórzy dość
zniecierpliwieni, czekają od ponad 30 lat. Ostatni bilet wstępu z datą otrzymał
tylko jeden kolejkowicz – Chorwacja.
Parlament Europejski co roku w specjalnym raporcie weryfikuje swoje „rozszerzeniowe” stanowisko. Na dokument składają się oceny postępów w przygotowaniach do członkostwa w UE następujących krajów kandydujących:
FYROM-u (Byłej Jugosłowiańskiej Republiki Macedonii), Islandii, Czarnogóry, Serbii, Bośni i Hercegowiny, Kosowa oraz Turcji.
Wystawa Romarising V4 w Parlamencie Europejskim, 4 marca 2014 r.
Posiedzenie Parlamentu Europejskiego w sprawie przystąpienia Turcji do UE, 6 grudnia 2012 r.
126
127
UE jako laureatka Nagrody Pokojowej Nobla, mimo kryzysu gospodarczego
dalej podtrzymuje wolę powiększania Wspólnoty o inne kraje „w imię umacniania pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu na kontynencie oraz zwiększania
pozycji UE na arenie międzynarodowej”.
W sprawozdaniu na temat strategii rozszerzenia poza oceną postępów krajów na drodze do UE wskazywane są przede wszystkim reformy, jakie kraje
te muszą przeprowadzić, aby do Wspólnoty przystąpić. Członkostwo w UE
obwarowane jest bardzo szczegółowo określonymi warunkami osiągnięcia
„pełnej demokratyzacji” obejmującymi m.in.: realny udział społeczeństwa
w życiu politycznym, niezależny i wydajny wymiar sprawiedliwości, sprawną administrację publiczną, skuteczne narzędzia walki z korupcją, gwarancje
wolności wypowiedzi, zgromadzeń, równe szanse dla wszystkich obywateli
z poszanowaniem praw mniejszości. Ponadto wymagana jest stabilizacja gospodarcza.
Jak wygląda aktualna sytuacja?
Była Jugosłowiańska Republika Macedonii – FYROM (Former Yugoslav
Republic of Macedonia)
Kraj o historycznie bardzo skomplikowanej nazwie. Ma dość stabilną gospodarkę i przeprowadzone z sukcesem reformy gospodarcze, ale nęka go ciągle
korupcja wplątana w silne struktury mafijne, niezawisłość sądów budzi wątpliwości. Pomimo że FYROM posiada oficjalny status kandydata do Unii już
od grudnia 2005 r., kraj wciąż jeszcze nie rozpoczął negocjacji z uwagi na weto
Grecji kwestionującej nazwę „Macedonia”, którą FYROM chce się oficjalnie
posługiwać. Grecja uważa, że jest to historyczna nazwa jednej z jej prowincji
i nie zgadza się, by FYROM ją zawłaszczył.
Islandia
Posiada oficjalny status kandydata do Unii od czerwca 2010 r. Wieloletnie relacje Islandii z UE ugruntowane są już członkostwem tego kraju w Europejskim
Obszarze Gospodarczym (EOG) umożliwiającym dostęp do wspólnotowego
rynku oraz członkostwem w strefie Schengen. W lipcu 2009 r. Parlament Islandii zagłosował za dalszym zaciśnięciem współpracy i przystąpieniem do
Wspólnoty. Od tego czasu negocjacje akcesyjne nabrały tempa, by wraz ze
zmianą rządu w 2013 r. całkowicie wyhamować. Najwyraźniej Unii także się
nie spieszy, woli poczekać na ostateczne „pozamiatanie” niedawnych problemów bankowych Islandii.
128
Czarnogóra
Od grudnia 2010 r. posiada status oficjalnego kandydata do UE. W 2011 r.
po pozytywnej ocenie postępów Czarnogóry – Komisja Europejska sugerowała nawet oficjalne rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych, lecz propozycja ta
została przez Radę UE w grudniu 2011 r. odłożona w czasie. Słaba gospodarka, wysoka przestępczość, korupcja, dyskryminacja, brak pełnej wolności
prasy – to nadal przeszkody stojące na drodze tego kraju do Unii. Upłynie jeszcze parę lat zanim licząca 680 tys. mieszkańców dawna Republika
Jugosłowiańska zostanie członkiem Wspólnoty, tym niemniej Czarnogóra
wyprzedza nieco w wyścigu inne kraje regionu – używając już na swoim
rynku waluty euro.
Serbia
Posiada status kraju kandydującego od marca 2012 r. Może liczyć na otwarcie
negocjacji członkowskich, ale dokładna data ich rozpoczęcia nie jest jeszcze
określona. Przeszkodą pozostaje niestabilna gospodarka i złe stosunki z krajami, które uznały niepodległość jej wcześniejszej prowincji – Kosowa, które
ogłosiło się państwem w lutym 2008 r. Przełom w rozmowach może oznaczać
uregulowanie w 2013 r. przez Belgrad stosunków z Kosowem.
Bośnia i Hercegowina
Nie ma jeszcze statusu kandydata, mimo że negocjacje rozpoczęto w 2005 r.,
a w 2008 r. podpisano umowę o stabilizacji i stowarzyszeniu. Bośnia i Hercegowina poczyniła dość ograniczone postępy na drodze do spełnienia wstępnych warunków UE. Na przeszkodzie stoją: niestabilność polityczna, zagrożona jedność kraju (separatyzm części serbskiej), głębokie podziały etniczne,
duża przestępczość, silne struktury mafijne, słaba gospodarka nieprzystająca
do konkurencji na jednolitym rynku i 121 miejsce we wskaźniku wolności
gospodarczej. Problemem jest zagwarantowanie niezawisłego, bezstronnego
i skutecznego systemu sądowego szczególnie w związku z rozliczeniem zbrodni wojennych. Reforma administracji i walka z korupcją w powiązaniu z partiami politycznymi także czekają na wdrożenie.
Kosowo
Kandydat na kandydata bez oficjalnego unijnego statusu. To jeden z najbiedniejszych regionów świata z czterdziestoprocentowym bezrobociem, wyjątkowo
słabą gospodarką i silnymi strukturami mafijnymi, a także licznymi niewyjaśnionymi oskarżeniami o zbrodnie wojenne. W wyniku wojny w 1999 r. nadal
zaginionych pozostaje prawie 2 tys. osób, których los musi pozostać wyjaśniony.
129
UE wysłała do Kosowa pomoc techniczną dla tworzenia struktur państwowej
administracji, sądownictwa i policji – EULEX. Utworzone w 2008 r. Kosowo nie
jest członkiem ONZ, Rady Europy, OBWE, WTO, ponadto pięć państw członkowskich UE do dzisiaj nie uznaje jego niepodległości (Cypr, Grecja, Hiszpania,
Rumunia i Słowacja). Droga do Unii będzie bardzo długa.
I na koniec weteran kolejkowy.
Turcja
Europejska Wspólnota Gospodarcza poprzedniczka UE – przyznała Turcji
status członka stowarzyszonego już w 1963 r. Proces negocjacyjny w sprawie
przystąpienia tego kraju do UE formalnie rozpoczął się wraz ze złożeniem
przez Turcję oficjalnej aplikacji 14 kwietnia 1987 r. 10 lat później na szczycie
luksemburskim zablokowano jednak Turcji drogę do Wspólnoty, po czym na
szczycie helsińskim w 1999 r. uznano kraj za oficjalnego kandydata do przystąpienia do UE, unieważniając wcześniejsze postanowienie.
Tureckie negocjacje akcesyjne z UE rozpoczęły się 3 października 2005 roku.
Od tego czasu kraj poczynił znaczące postępy. Ma dobrą kondycję gospodarczą z wielkim rynkiem zbytu. Znaczna liczba obywateli pochodzenia tureckiego już żyje i pracuje w krajach UE. Turcja przejmuje się ekologią i wdraża
politykę odnawialnych źródeł energii. Ratyfikowała protokół fakultatywny
do Konwencji ONZ w sprawie zakazu stosowania tortur (27 września 2011 r.)
oraz Konwencję Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec
kobiet i przemocy domowej. Pozostają kwestie respektowania praw podstawowych oraz rozwiązanie normujące stosunki z Republiką Cypryjską, której
połowę Turcja okupuje od 1974 r. Opory budzą także: spór z Armenią, złe
relacje z Grecją, nieuznawanie ludobójstwa Kurdów. Sytuacji negocjacyjnej
nie służył też turecki bojkot cypryjskiej prezydencji w Radzie UE w drugim
półroczu 2012 r.
Turcja w Unii? Coraz bliżej...
Turcja posiada od 1999 r. status oficjalnego kandydata. Otrzymuje także od
Wspólnoty środki przedakcesyjne (jak niegdyś Polska). Jest najdłużej oczekującym na otwarcie unijnych drzwi kandydatem (od 1963 r.) i wykazującym też
z tego powodu coraz mniej entuzjazmu i cierpliwości...
Oficjalnie negocjacje Unii Europejskiej z Turcją w sprawie akcesji rozpoczęły się w 2005 r. Po siedmiu latach rozmów w specjalnym raporcie Parlament
stwierdził, że „relacje pomiędzy UE a Turcją potrzebują nowego rozmachu”. Na
sesji plenarnej 29 marca 2012 r. przegłosowaliśmy raport w sprawie postępów
Turcji w drodze do przystąpienia do Unii Europejskiej, którym stwierdzamy,
Most nad Bosforem łączący azjatycką i europejską część Stambułu.
130
131
że Turcja powinna wykazać więcej zaangażowania w reformowaniu swojego
wymiaru sprawiedliwości, ochronie wolności obywatelskich i wolności mediów. To unijne warunki, których spełnienie jest konieczne do otwarcia kolejnych rozdziałów negocjacyjnych.
Reforma w obszarze wolności i równego traktowania powinna zapewniać
równouprawnienie kobiet i mężczyzn, zwalczać przemoc wobec kobiet i dzieci, zapewnić jak najszerszy dostęp wszystkim tureckim obywatelom do edukacji, jednakowo traktować wspólnoty religijne. Na nowym programie Komisji Europejskiej zmierzającym do ożywienia dynamiki w relacjach UE-Turcja
ciąży kwestia północnego Cypru.
Problem nabrzmiewa od prawie 40 lat i, mimo prowadzonych pod auspicjami
ONZ negocjacji na temat zjednoczenia wyspy, tkwi w martwym punkcie, gdyż
Turcja nie chce stamtąd wycofać swoich wojsk. Sytuacja jest patowa i dziwaczna, ponieważ kraj członkowski Unii jest okupowany przez kraj kandydacki. Są
oczywiście i inne kontrowersje wobec krnąbrnego kandydata.1
Unia, pozostawiając rozwiązywanie konfliktu ONZ, prowadzi dalej negocjacje akcesyjne z uwagi na strategiczną rolę Turcji w regionie, a także profity
wynikające z zacieśnionej współpracy w zakresie wspólnej polityki zagranicznej, polityki sąsiedztwa jak również w obszarze polityki energetycznej. Turcja
jednak powoli traci cierpliwość do Unii. Przez ostatnie lata jej siła znacznie
wzrosła, kraj stał się liderem w świecie muzułmańskim. Europa mięknie i woli
mieć w Turcji sprzymierzeńca niż wroga, zatem zastanawia się nad kolejnymi
krokami do realizacji danej przed laty obietnicy.
Spekulujemy, że mogą to być w niedalekiej przyszłości np. ułatwienia wizowe
skądinąd należne dla oficjalnych kandydatów do Unii Europejskiej. Tym niemniej daty wstąpienia Turcji do Unii dalej nikt nie jest w stanie przewidzieć.
1
Przytaczane przez niektórych polityków argumenty na „NIE” dla Turcji:
– nie leży w Europie, tylko 3% powierzchni ma coś wspólnego z naszym kontynentem,
– jest dużym i biednym krajem, Unii nie stać na tak wielką pomoc,
– fala migracji tureckiej zaleje Unię, co spowoduje wzrost bezrobocia,
– najliczniejszą grupę europosłów stanowiłaby turecka delegacja (teraz są to Niemcy),
– ma trudnych sąsiadów: Iran, Irak i Syrię. Granica Unii byłaby niemożliwa do kontrolowania (terroryści),
– jest krajem w islamskim kręgu kulturowym, zbyt różniącym się od chrześcijańskiej Europy.
132
Unijne menu na święta
28 różnych państw „zjednoczonych w różnorodności”. Krajów dużych i małych, bogatych i biednych, o różnych kulturach, tradycjach, religiach. Ta różnorodność szczególnie ciekawie przedstawia się w obyczajach bożonarodzeniowych poszczególnych krajów.
Hiszpanie przystępują do wigilijnej wieczerzy dopiero po pasterce, Szwedzi
zamiast śpiewania kolęd – tańczą wokół choinki, duńskim przysmakiem wigilijnym jest słodki ryż z cynamonem i pieczona gęś z jabłkami. Francuzi jedzą
gęsie wątróbki popijając szampanem, podczas gdy na Łotwie na świątecznym
stole pojawia się obfita głowa prosiaka gotowana z jęczmieniem, z dodatkiem
groszku i fasoli. Grecką tradycją jest stawianie zamiast choinki przystrojonego świątecznie modelu żaglowca, a w Estonii przed wyjściem na pasterkę obowiązkowa jest wizyta w saunie i kąpiel w lodowatej wodzie, co ponoć dobrze
robi na „oczyszczenie duszy”.
Belgowie to naród pragmatyczny, kupujący z okazji świąt indyka z borówkami
w pobliskim supermarkecie lub zamawiający stolik w restauracji. W Czechach
natomiast w Wigilię wróży się przyszłość, wykorzystując do tego buty. Domownicy stają tyłem do frontowych drzwi i rzucają butami przez ramię. Jeśli nosek
będzie zwrócony do wyjścia – panna niedługo powinna spodziewać się wesela,
a jeśli będzie zwrócony w kierunku domu – pozostaje jej jeszcze rok poczekać.
Z kolei przezorni Skandynawowie w wigilijny wieczór chowają wszystkie miotły. W dawnych czasach wierzono bowiem, że czarownice i inne „moce”, chcąc
udać się na wspólną czarcią Wigilię, szukają w okolicznych domach wygodnego
środka transportu.
Swoją świąteczną czarownicę, ale z własną miotłą, mają również Włosi. Wiedźma o wdzięcznym imieniu Bofana wlatuje do domu przez komin i zostawia
133
dzieciom zabawki. Każdego roku, pomiędzy Świętami Bożego Narodzenia
oraz Świętem Trzech Króli, w centrum Rzymu odbywa się targ na cześć rodzimej wiedźmy, na którym można kupić zabawki czy łakocie.
Niemiecka tradycja jarmarków świątecznych sięgająca XIV wieku całkowicie
podbiła całą Europę. Także w Polsce, prawie w każdym mieście, już od końca
listopada można kupować ręcznie wykonane ozdoby choinkowe, regionalne
wyroby, czy skosztować specjalnego grzanego wina z przyprawami na targach odbywających się na miejskich rynkach. Jednak największy bożonarodzeniowy jarmark mieści się we Francji, w Strasburgu, który reklamuje się
nawet jako „stolica” Bożego Narodzenia. Turyści rezerwują na tę okazję hotele
z dwuletnim wyprzedzeniem!
W Rovaniemi w Finlandii w oficjalnej siedzibie św. Mikołaja.
Poczciwy Święty Mikołaj roznosi prezenty wszystkim grzecznym dzieciom
w Europie, ale co do jego pochodzenia istnieją jednak różne teorie. Przykładowo „holenderski” Mikołaj przybywa z dalekiej Hiszpanii. Co roku pod koniec
listopada na ulicach Amsterdamu odbywa się uroczysty przemarsz ku jego czci,
na którym – w asyście dzieci oraz ich rodziców – sympatyczny brodaty Święty
paraduje na karym koniu, zwiastując nadchodzące Boże Narodzenie. Centrum
stolicy Holandii pełne jest wówczas „czarnych Piotrusiów”, pomocników Świętego Mikołaja biegających po ulicach, płatających dzieciom figle i rozdających
przechodniom tradycyjne świąteczne piernikowe ciasteczka.
Oficjalna siedziba Świętego Mikołaja znajduje się zdaniem Finów w Rovaniemi, tuż za kręgiem polarnym w ich kraju. Miałam okazję ją odwiedzić
latem i zastałam „szefa” niezwykle zapracowanego. Przygotowania do akcji
„Boże Narodzenie” trwają bowiem równy rok. Listy do Świętego napływają
z całego świata non stop, a logistycznym rozpracowaniem tej jednej w roku
nocy zajmuje się sztab pomocników, co miałam okazję naocznie stwierdzić.
Tajemnica doręczania prezentów we właściwym momencie na naszym globie
tkwi w czasie, a konkretnie w maszynie go zatrzymującej, którą Święty posiada. Jak mi wyznał, obecnie problemy z dostarczaniem na czas prezentów
sprawiają mu coraz węższe kominy, przez które korpulentny Mikołaj czasem
ma problem się przecisnąć. W razie kłopotów pomaga mu niezawodny Rudolf
– renifer ze skłonnością do kataru...
Przewodniczący Jerzy Buzek przy choince podarowanej Parlamentowi Europejskiemu przez
nadleśnictwo w Bolesławowie (gmina Stronie Śląskie), Bruksela 6 grudnia 2011 r.
Co kraj – to obyczaj, jednakże przy którymkolwiek z europejskich stołów byśmy się spotkali, wszędzie w zjednoczonej Europie ludzie będą sobie przede
wszystkim dobrze życzyć i oby to trwało dużej niż tylko w tę jedną magiczną
noc.
134
135
IV. Celebryci i VIP-y
w Europarlamencie
Hugh Grant w Parlamencie Europejskim w 2012 r. podczas panelu dyskusyjnego w sprawie
inwigilacji prowadzonej przez media brytyjskie względem tamtejszych celebrytów.
136
137
Żywa historia pisana w Europarlamencie
Było lato 2008 roku...
W Gruzji – wojna, w Pekinie – Olimpiada, prasa europejska skupiona na sprawach wewnętrznych, skandalikach i ciekawostkach. Cóż, czytelnik na wakacjach lubi „sensacje” sezonu ogórkowego, widz przełącza kanał z rozrywki na
prawdziwą wojnę. W tym kontekście zadziwiająco wyglądała reakcja zagranicznych mediów na śmierć prof. Bronisława Geremka i Aleksandra Sołżenicyna. Poważne, doskonale przygotowane materiały dokumentalne i masę
czasu antenowego poświęcono dla dwóch wielkich postaci naszych czasów,
które wtedy pożegnaliśmy na zawsze. Historia Europy być może wyglądałaby
inaczej gdyby nie Oni.
Przy tej smutnej okazji pojawiło się też wiele artykułów o innych, ciągle
aktywnych politykach, którzy niegdyś trzymali stery w swoich krajach,
a dziś jako posłowie do Parlamentu Europejskiego opisują i publikują swoje doświadczenia z minionych lat, przemyślenia czy też rady dla ich następców.
Bronisław Geremek – Poseł do Parlamentu Europejskiego (w latach 2004-2008).
W Europarlamencie zasiadało wielu byłych premierów, niektórzy z nich jak
np. Alojz Peterle (Premier Słowenii 1990-1992), Jean-Luc Dehaene (belgijski szef rządu w latach 1992-1999) utrwalili w formie książkowej obraz lat
dziewięćdziesiątych historii Europy. Ostatnie półwiecze francuskiej polityki,
opisał mój grupowy kolega, socjalista Michel Rocard (Premier Francji w latach 1988-1991). Pierwszy Prezydent niepodległej Litwy, Vytautas Landsbergis (1990-1992) w swojej autobiografii nie tylko podzielił się przemyśleniami
z czasów zmagań swojego kraju z dyktatem Moskwy, ale dał też wyraz swojej
życiowej pasji – grze na fortepianie. Na marginesie dodam, że mówiący biegle po polsku były Premier Litwy, który jest bardzo aktywnym propagatorem
litewskiego kompozytora Čiurlionisa, z wielką przyjemnością grywa też Szymanowskiego i Chopina, o czym nie raz miałam okazję z nim rozmawiać.
138
139
Były Premier Łotwy, Guntars Krasts (1997-1998), mimo że zasiadał w poselskich ławach eurosceptyków zatytułował swoją książkę o Europie optymistycznie: „Przyszłość należy do nas”. Posłanka Jana Hybášková była ambasadorem Czech w Kuwejcie, śledziła dyplomatyczne przygotowania do inwazji
na Irak w 2003 r., ich zapis opatrzyła wiele mówiącym tytułem „Czekając na
wojnę”. Estonia w drodze do niepodległości została utrwalona w fotografii
przez posła, z którym pracowałam w Komisji Rozwoju Regionalnego – Tunne
Kelama, który wraz z żoną wydał album dokumentujący zmagania estońskich opozycjonistów z sowieckim reżimem. Słoweński deputowany Mihael
Brejc poświęcił swoją książkę szczegółowemu zapisowi działań jugosłowiańskich służb specjalnych podczas batalii o niepodległość Słowenii. Posiadający
tureckie korzenie niemiecki poseł Cem Özdemir wywołał swoją publikacją
„Currywurst und Döner – integracja w Niemczech” wielką debatę na temat
sytuacji mniejszości tureckiej w Niemczech.
Eurodeputowany, profesor Bronisław Geremek jako historyk-mediewista zyskał wielkie uznanie dzięki wielu historycznym publikacjom opisującym losy
najniższych warstw średniowiecznego społeczeństwa. Przed śmiercią pracował nad polskim i angielskim wydaniem książki, której tytuł miał brzmieć:
„O przyszłości Europy”. Pracował też aktywnie nad projektem utworzenia
prestiżowego Europejskiego Uniwersytetu w Strasburgu, który mógłby mieć
swoją siedzibę w dotychczasowych budynkach Parlamentu Europejskiego.
Strasburg „nie straciłby” w ten sposób na znaczeniu, a Parlament, obradując
tylko w Brukseli, zaoszczędziłby ok. 200 mln euro rocznie, które z pożytkiem
można byłoby wydać na inne cele. Do swojego pomysłu udało się profesorowi
Geremkowi przekonać nawet wielu Francuzów! Pomysł upadł wraz ze śmiercią posła.
Polski były Premier Jerzy Buzek (sprawował funkcję szefa rządu polskiego
w latach 1997-2001) choć ma bogaty dorobek naukowy, między innymi z zakresu ochrony środowiska i energetyki, a przede wszystkim z czasu przewodniczenia PE – jeszcze nie podzielił się z czytelnikami swymi doświadczeniami politycznymi w formie książkowej, a byłoby ciekawie zaglądnąć za kulisy
pierwszej polskiej władzy europarlamentarnej...
Eurocelebryci
W VII kadencji PE 2009-2014 zasiadało wielu prominentnych polityków i celebrytów np.:
Byli komisarze1:
– Franco Frattini (Włochy),
– Louis Michel (Belgia),
– Sandra Kalniete (Łotwa),
– Danuta Hübner (Polska).
Były prezydent:
– Vytautas Landsbergis (Litwa) – zasiadający w PE już drugą kadencję.
Byli premierzy:
– Ciriaco De Mita (Włochy, najstarszy poseł PE – 86 lat),
– Jean-Luc Dehaene (Belgia),
– Ivars Godmanis (Łotwa),
– Anneli Jäätteenmäki (Finlandia),
– Alojz Peterle (Słowenia),
– Theodor Stolojan (Rumunia),
– Guy Verhofstadt (Belgia),
– Jerzy Buzek (Polska, Przewodniczący PE 2009-2011).
Lista byłych ministrów zawierałaby kilkadziesiąt nazwisk...
„Zadowalający się” czterokrotnie mniej płatną od komisarskiej pensją posła w PE.
1
140
141
Osobną grupę stanowią celebryci z show-biznesu, sportu i mediów, niezwykle
popularni w swoich krajach:
– Barbara Matera (Włochy) – aktorka i prezenterka telewizyjna, protegowana
Premiera Berlusconiego,
– Indrek Tarand (Estonia) – prezenter telewizyjny, syn byłego europosła,
– José Bové (Francja) – słynny wojujący antyglobalista, przeciwnik GMO,
– Eva Joly (Francja) – znana działaczka ekologiczna,
– Alfrēds Rubiks (Łotwa) – były Prezydent Rygi, zwolennik pozostania Łotwy
w ZSRR,
– Magdi Cristiano Allam (Włochy) – dziennikarz – islamista i jednocześnie
krytyk islamskiego ekstremizmu,
– Sari Essayah (Finlandia) – była mistrzyni świata w chodzie na 10 km (1993 r.),
– Pál Schmitt (Węgry) – szermierz, olimpijczyk, w 2010 pożegnał PE ponieważ został wybrany na Prezydenta Węgier,
– Louis Grech (Malta) – lekkoatleta, olimpijczyk, obecnie Wicepremier Malty2.
Nie brakuje też członków rodzin znanych polityków:
–E
lena Băsescu (Rumunia) – córka Prezydenta Rumunii, modelka,
–F
rédéric Daerden (Belgia) – syn Michela Daerdena, popularnego polityka,
–M
arine Le Pen (Francja) – córka Jean-Marie Le Pena, europosła i byłego
szefa Frontu Narodowego, która przejęła po ojcu wodzowska pałeczkę,
– J arosław Wałęsa (Polska) – syn Prezydenta Lecha Wałęsy,
–A
nna Maria Corazza Bildt (Szwecja) – żona Carla Bildta, Ministra Spraw
Zagranicznych Szwecji.
Więcej: www.thenewep.com/whos-who.
Dalajlama, woreczek żółciowy i kobiety
Dalajlama nie uważa się za polityka i zawsze prosi, by nie upolityczniać spotkań, gdy w nich uczestniczy. 9 grudnia 2008 r. spotkał się z nami w Parlamencie Europejskim w Brukseli. Wtedy po raz kolejny miałam okazję wysłuchać na żywo jego wystąpienia, które w niczym nie przypominało sztywnych,
oficjalnych przemówień, których słucham na co dzień.
Rozpoczynając po tybetańsku wystąpienie, od razu zaznaczył, że swoje formalne stanowisko przekazał wcześniej w formie pisemnej, więc nie będzie się
teraz powtarzał. Kontynuując już po angielsku, podkreślił, że czuje się tylko
jednym z kilku miliardów ludzi i tak jak my wszyscy chce być po prostu szczęśliwym. Mimo że oficjalnie zwracamy się do Dalajlamy „Wasza Świętobliwość”, on sam na każdym kroku podkreśla, że nie jestem nikim niezwykłym.
Co więcej, od naszego ostatniego spotkania – jak podkreślił – jest go nieco
„mniej” i tu przytoczył historię swojego woreczka żółciowego. Choć operacja
była trudna, to rekonwalescencja przebiegła bardzo szybko. To był zdaniem
lekarzy cud, dowód na nadzwyczajną uzdrawiającą moc Dalajlamy. Jego Świętobliwość odrzekł im: gdybym miał moc uzdrawiania – to nie zachorowałbym
i nie pozbawilibyście mnie mojego woreczka, którego na marginesie bardzo
mi brakuje!
Po chwili zastanowienia, Dalajlama ogarnął wzrokiem całą salę plenarną,
uśmiechnął się i powiedział: „Cieszę się, gdy widzę dużo kobiet w Parlamencie
Europejskim (tak naprawdę jest nas tylko 30%). Kobiety są piękne, wrażliwe,
mają wiele ciepła i dobroci – są ogromną siłą napędową ludzkości. Siła fizyczna mężczyzn często prowadzi do przemocy, do dominacji”. Jako tybetański
mnich Dalajlama zachęca kobiety do sięgania po władzę, którą i tak jego zdaniem prędzej czy później obejmą, ponieważ coraz bardziej dzisiaj liczy się
edukacja, myślenie, przewidywanie, a nie siła fizyczna. Dalajlama zresztą jest
przeciwnikiem jakiejkolwiek przemocy.
Stan na grudzień 2013 r.
2
142
143
Jeszcze wiele ciekawych „tematów życiowych” zostało poruszonych przez
Dalajlamę i dopiero pod koniec nawiązał do sprawy Tybetu. Powiedział, że
wierzy w mądrość narodu chińskiego, czego wielokrotnie doświadczył na całym świecie, spotykając się z pisarzami czy myślicielami chińskimi. Traktuje
Chińczyków jak przyjaciół i dodał, że tylko bliski przyjaciel może wytknąć
komuś wady i nie robi tego ze złośliwości.
Żegnając się uścisnął mi dłoń, „przekazując” jednocześnie niezwykłą, pozytywną energię, a świat nawet w wiecznie deszczowej Brukseli nabrał kolorów.
Zielony Książę przeciw zjadaniu Planety
Książę Walii znany z zamiłowania do życia w stylu bio przekonywał nas
w 2011 r. o szkodliwej działalności grup podważających istnienie zmian zachodzących w klimacie. „Jak ci ludzie spojrzą w oczy swoim wnukom?”
Ostrzegał przed nadmiernym „konsumowaniem naszej planety” – „Nie widzę sposobu na podtrzymanie wzrostu PKB w długim okresie, jeśli nadal będziemy zjadali naszą planetę w takim tempie”.
Dalajlama podczas sesji plenarnej w Parlamencie Europejskim w Brukseli.
Na kameralnym spotkaniu z posłami z Intergrupy „TYBET” w Parlamencie Europejskim.
Książę Karol w Parlamencie Europejskim.
144
145
Nawoływał do odważniejszej redukcji emisji CO2 . Ta ostatnia stanowi zresztą
jeden z głównych celów strategii „Europa 2020”. Państwa UE zobowiązały
się obniżyć emisję o 20% do 2020 r. (w porównaniu z 1990 r.). Książę Karol
zaproponował – 30%.
Następca brytyjskiego tronu był bardzo dobrze przygotowany i ciepło przyjęty przez słuchaczy. Wykazał się szeroką wiedzą i ambitnymi ekoplanami.
Trzeba przyznać, że „na żywo” jest zdecydowanie bardziej „energetyczny”
i przekonywujący niż za pośrednictwem mediów. Nawet przystojniejszy. Ma
sporo uroku osobistego i wyjątkowe poczucie humoru, także na własny temat,
co znakomicie zjednuje do niego słuchaczy.
Pan Formuła 1 i autonowinki
Michael Schumacher gościł w PE w maju 2011 r. Firmowana przez niego euroakcja na temat drogowego e-bezpieczeństwa wzbudziła ogromne zainteresowanie. Miałam przyjemność spotkać się z legendarnym kierowcą Formuły 1
w Strasburgu, gdzie inaugurował kampanię mającą na celu ograniczenie wypadków samochodowych. Najszybszy kierowca planety tłumaczył, jak nowe
technologie zastosowane w pojazdach mogą w przyszłości poprawić nasze
bezpieczeństwo. Inteligentne systemy kontroli jazdy według naukowych wyliczeń są w stanie rocznie uratować życie kilku tysięcy ludzi w Europie i uchronić przez szpitalem i kalectwem kolejnych 100 tys.
Jak wyglądają najnowsze statystyki?
W Europie ginie na drogach rocznie prawie 40 tys. obywateli, poszkodowanych w wypadkach jest ponad 1 mln!
Schumacher twierdzi, że dobry kierowca to ten, który jeździ bezpiecznie i nie
popisuje się na drodze. Zapytany – nieco złośliwie – o „zwykłą” dla niego
prędkość (300 km/h) oraz o liczbę wypadków (sporo) – zręcznie odciął się,
mówiąc: „Mam naprawdę dużo doświadczania i mogę dawać dobre rady”.
Miał rację. Jako ambasador na rzecz eurobezpieczeństwa na drogach zdziałał
naprawdę wiele.
Książę Karol wraz z Hermanem van Rompuy’em Przewodniczącym Rady Europejskiej
w Parlamencie Europejskim, 9 lutego 2011 r.
146
Co prawda nasze samochody już są dużo bezpieczniejsze niż te produkowane
10-15 lat temu, mają obowiązkowe pasy, poduszki powietrzne, różne opcjonalne systemy ostrzegania: o śliskiej jezdni, przeszkodzie na drodze itd., ale
mogłyby być jeszcze lepsze. W poprawie sytuacji mogą pomóc nowoczesne
technologie, o ile udałoby się je upowszechnić, wprowadzając stosowne normy europejskie.
147
Inteligentne auto musiałoby być wyposażone np. w:
1. Alkoblokady – specjalne czujniki nie pozwalające uruchomić auta pijanemu kierowcy.
2. E-call – czujnik wysyłający automatycznie sygnał o pomoc w razie wypadku1.
3. Inteligentny sygnał transportowy współdziałający z Galileo (Europejskim
Systemem Nawigacji) – informujący na specjalnych tablicach lub przez radio o korkach na drogach, wypadkach i oczekiwanym czasie przejazdu wybraną trasą.
4. Inteligentny system pomiaru prędkości – monitorujący samochód na odcinkach drogi z ograniczeniem prędkości, dzięki sygnałowi radiowemu
spowalniający jego jazdę.
5. System wyczuwający senność kierowcy – na podstawie analizy zachowania
kierującego alarmujący i informujący o potrzebie odpoczynku.
6. System identyfikujący przeszkody na drodze, wspomagający widzenie nocą
– zauważający wcześniej niż my niebezpieczeństwo na drodze.
Michael Schumacher z wizytą w Parlamencie Europejskim.
Zanim te nowinki staną się standardem (jak chociażby pasy bezpieczeństwa)
– minie jeszcze trochę czasu. Projekt wzbudził wiele kontrowersji. Pojawiły
się pytania: jak wiele może za nas decydować auto i czy rzeczywiście chodzi
o nasze bezpieczeństwo, a nie o interes konkretnej firmy.
Śmierć tysięcy obywateli rocznie oraz leczenie i utrzymywanie milionów poszkodowanych w wypadkach to poza osobistymi tragediami także ogromna
strata ekonomiczna dla całej Unii.
Schumacher jako ktoś, komu śmierć zaglądała wiele razy w oczy, wie, o czym
mówi2. Być może restrykcyjne europrawo kontrolujące samochody szaleńców
na naszych drogach rzeczywiście mogłoby uchronić życie tysięcy kierowców,
pasażerów, przechodniów? Zobaczymy. Na razie trwa dyskusja.
Więcej:
www.eSafetyChallenge.eu
www.eSafetyOnBoard.eu
Poseł Lidia Geringer de Oedenberg poparła projekt poprawy bezpieczeństwa
na europejskich drogach.
148
Więcej: www.ec.europa.eu/digital-agenda/en/ecall-time-saved-lives-saved.
Michael Schumacher uległ wypadkowi na nartach w 2013 r. Trzymam kciuki za jego wyzdrowienie.
1
2
149
Bezmięsny McCartney
Mniej polityki, więcej Beatlesów.
Sir Paul McCartney w Parlamencie Europejskim, grudzień 2009 r.
Od czasu do czasu Parlament Europejski zaprasza do Brukseli czy Strasburga
„polityków” w mniej typowym znaczeniu tego słowa. Cel? Przyciągnąć uwagę
mediów, które wysyłają korespondentów głównie na wydarzenia „z nazwiskiem”, rzadziej zaś na standardowe posiedzenia parlamentarnych komisji. Te
niekonwencjonalne spotkania wpisują się teraz w nową strategię komunikacji
Parlamentu z obywatelami.
W grudniu 2009 r. o zmianach w klimacie opowiadał eks-Beatles – Paul
McCartney. Sir Paul wziął udział w 2,5-godzinnym panelu. Jego obecność
była gwarancją zainteresowania mediów. Dyskusję początkowo zaplanowano
w standardowej sali posiedzeń na kilkadziesiąt osób, ale zainteresowanie było
tak duże, że debatę trzeba było przenieść do sali plenarnej, gdzie zasiąść może
niemal 1000 zainteresowanych. Nie było pustych miejsc.
Sir Paul McCartney, wspólnie z ówczesnym Przewodniczącym PE Jerzym
Buzkiem oraz Rajendrą Pachauri – Przewodniczącym Międzyrządowego
Zespołu ds. Zmian Klimatu, omawiali możliwości przeciwdziałania zmianom w klimacie z perspektywy pojedynczego obywatela. Hasło panelu
brzmiało: „Less Meat, Less Heat” („Mniej mięsa, Mniej ciepła”), czyli mniej
emisji CO2 . Eks-Beatles, powszechnie znany jest ze swojego zamiłowania
do wegetarianizmu, tym razem przekonywał nas, że jedzenie mięsa przyczynia się do wzmożonej emisji CO2 . Krowy, świnie, kury hodowane przez
człowieka emitują mnóstwo dwutlenku węgla do atmosfery. Wegetarianizm
mógłby być odpowiedzią na zmiany klimatyczne.
Sir Paul McCartney przemawia w sprawie ograniczenia produkcji mięsa
jako sposobu walki z globalnym ociepleniem.
Czyżby do walki z nadmiernymi emisjami gazów cieplarnianych „All we need
is... McCartney”, trawestując tytuł słynnego przeboju The Beatles?
150
151
V. Europejka w centrum uwagi
Posłanki z grupy Europejskich Socjalistów w Parlamencie Europejskim w 2004-2009.
Spotkanie na „kobiecym szczycie”.
Od lewej: Mary Robinson (Prezydent Irlandii w latach 1990-1997),
Isabelle Durant (Wiceprzewodnicząca PE w latach 2009-2014),
Eva-Britt Svensson (Przewodnicząca Komisji ds. praw kobiet i równości płci w latach 2009-2011),
Silvana Koch-Mehrin (Wiceprzewodnicząca PE w latach 2009-2011),
Nicole Fontaine (Przewodnicząca PE w latach 1999-2001),
oraz Lidia Geringer de Oedenberg (Kwestor w Prezydium PE w latach 2009-2014).
152
153
Pasztet na setne urodziny
...czyli Święto Kobiet w PE.
8 marca 2011 r., w setne „urodziny” Międzynarodowego Dnia Kobiet, debatowano w Parlamencie Europejskim o równouprawnieniu i równych szansach dla obu płci. Był też czas na refleksję. Jak wyglądały prawa kobiet w 1911
roku?
Najbardziej sfeminizowany rząd w sali plenarnej. Od lewej: Lidia Geringer de Oedenberg –
Kwestor w Prezydium PE z posłankami Zitą Gurmai – Wiceprzewodniczącą Komisji Spraw
Konstytucyjnych, Marią Badia i Cutchet oraz Brittą Thomsen
w Parlamencie Europejskim w Strasburgu.
Prawo wyborcze miały już Australijki – od 9 lat (1902 r.) i Finki – od 5 lat
(1906 r.).
Na kolejną falę politycznej emancypacji trzeba było poczekać aż do 1918 r.,
kiedy Polska, Rosja, Niemcy i Austria przyznały je płci pięknej. Dużo dłużej
musiały czekać Francuzki i Włoszki (kolejno 1944 i 1946). Rekordzistkami
w dostrzeżeniu równouprawnienia są Szwajcaria i Portugalia; pierwsza wprowadziła prawo wyborcze dla kobiet dopiero w 1971 r., zaś druga – 1976 r.
Co ciekawe, w II RP nadanie praw kobietom nie przyszło tak łatwo, jak się
dziś uważa. Józef Piłsudski długo zachowywał dystans wobec postulatów
zgłaszanych przez kobiece organizacje, nierzadko traktując je dość obcesowo
(kobietom, które chciały się z nim spotkać, kazał czekać przed Belwederem na
mrozie). Opór Naczelnika przełamały dopiero demonstracje w stolicy.
Do dziś praw wyborczych pozbawione są jeszcze mieszkanki: Brunei, Libanu
i Arabii Saudyjskiej.
Spotkanie Kolegium Kwestorów w Prezydium Parlamentu Europejskiego z Przewodniczącym
PE Jerzym Buzkiem. Od lewej: Jiri Mastalka, Maciej Popowski – szef gabinetu
Przewodniczącego PE, Klaus Welle – Sekretarz Generalny PE, Bill Newton Dunn,
Astrid Lulling, Lidia Geringer de Oedenberg, Jim Higgins.
Sto lat temu kobiety były praktycznie nieobecne w polityce, nie wspominając
o zajmowaniu wysokich stanowisk. Zaledwie „wczoraj” w Europie rządziła
Żelazna Dama – Margaret Thatcher, dziś za to strefą euro trzęsie „Żelazna
Kanclerz” Angela Merkel, pałeczkę przejmują wschodzące potęgi, na czele
154
155
z Prezydent Brazylii – Dilmą Rousseff. W amerykańskiej polityce numerem
dwa była Hillary Clinton jako Sekretarz Stanu, która teraz szykuje się do wyborów prezydenckich. W Komisji Europejskiej do najbardziej wpływowych
wiceprzewodniczących należą Neelie Kroes (Komisarz odpowiedzialna za
Agendę Cyfrową) i Viviane Reding (Komisarz ds. sprawiedliwości). Obie
zresztą znacznie wybijają się umiejętnościami i charyzmą na tle pozostałych
27 Komisarzy José Manuela Barroso, na razie przeciętnie ocenianych przez
brukselskich obserwatorów.
Trudno wskazać duże przedsiębiorstwo z początku XX w., którym kierowałaby kobieta. Dziś, mimo że wzrost liczby kobiet w zarządach przedsiębiorstw
UE-27 jest niewielki (ok. 0,5% rocznie) i wynosi 10% wszystkich członków
zarządów unijnych przedsiębiorstw, to jednak zauważamy coraz więcej pań
szefujących firmom, z sukcesem.
Renomowane firmy konsultingowe (np. McKinsey) publikują analizy, z których wynika m.in., że zysk firmy jest większy o kilkanaście procent, jeśli w zarządzie nie zasiadają sami mężczyźni.
100. rocznica Międzynarodowego Dnia Kobiet w Parlamencie Europejskim. Od lewej: Jerzy
Buzek – Przewodniczący PE, Roberta Angelilli – Wiceprzewodnicząca PE oraz Lidia Geringer
de Oedenberg – Kwestor w Prezydium PE.
Topnieje powoli różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn; jeszcze w 2000 r.
Amerykanki zarabiały 76% tego, co Amerykanie na analogicznych stanowiskach. Tak zwany „pay gap” wynosił zatem 24%. Dziś to 18% w USA i ok.
17% w UE. Nieźle prezentuje się wynik Polski, gdzie różnica w zarobkach to
„zaledwie” 10%.
Choć osiągnięcia kobiet w minionym stuleciu są ogromne, to ciągle jeszcze
równe prawa nie oznaczają naprawdę równych szans. W głosowaniu nad sprawozdaniem posłanki Nedelchevej nt. „Równouprawnienia kobiet i mężczyzn
– 2010” z konsternacją obserwowałam posłów z PO, PSL i PiS, którzy głosowali „przeciw”! Większość (do której zalicza się moja grupa polityczna) była
jednak „za”. Raport przeszedł 366 głosami, przy 200 przeciw i 32 wstrzymujących się od głosu.
Powodem dziwnej reakcji wszystkich (poza SLD) polskich posłów był art. 66
sprawozdania, w którym Parlament Europejski:
100. rocznica Międzynarodowego Dnia Kobiet w Parlamencie Europejskim.
Przemawia Przewodniczący Jerzy Buzek, poza nim w Prezydium zasiadają same funkcyjne panie.
„Opowiada się za dostępem kobiet i mężczyzn do odpowiednich informacji
i wsparcia w dziedzinie opieki nad zdrowiem reprodukcyjnym, a także podkreśla, że kobiety powinny mieć te same prawa i możliwości co mężczyźni
w zakresie dostępu do usług w tej dziedzinie; podkreśla, że kobiety powinny
156
157
mieć kontrolę nad swoimi prawami seksualnymi i rozrodczymi, szczególnie
poprzez łatwy dostęp do środków antykoncepcyjnych i możliwość aborcji;
wzywa państwa członkowskie i Komisję Europejską do realizacji środków
i działań uświadamiających mężczyznom ich odpowiedzialność w kwestiach
seksualnych i rozrodczych”.
Widać, że koalicji PO-PiS-PSL jeszcze daleko do opinii większości w Europie.
Pełna wersja tekstu Sprawozdania Nedelchevej:
www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?pubRef=-//EP//TEXT+REPORT+A72011-0029+0+DOC+XML+V0//PL.
Smutna przyszłość „upośledzonych”
parytetowo wybranek?
Był maj 2010 r. Obserwując ówczesne polityczne dysputy w polskim parlamencie, nie mogłam się oprzeć pokusie użycia ironii i sarkazmu w tym rozdziale.
Skazane na „wegetację bez satysfakcji”, współczujące spojrzenia mądrzejszych,
znających swoje miejsce koleżanek oraz skrywaną pogardę posiadaczek “niezafałszowanych” mandatów – przyszłe polskie parytetowe wybranki czeka margines polityczny, depresja i łzy – jak dowodzą „głowy z telewizora”, bowiem parytet idzie ręka w rękę z dyskryminacją!
Drogie Panie, w naszej Ojczyźnie są jednak kompetentni, troskliwie dostrzegający
to zagrożenie i chętni bronić nas panowie, których zdaniem tylko Polka wybrana
bez parytetu może być pełnowartościową posłanką czy radną, mającą poczucie
własnej wartości, wynikającą z przymiotów umysłowych, a nie płciowych.
Tymczasem „naznaczone” parytetem Francuzki czy Hiszpanki przepycha się
do parlamentów „na siłę” tylko dla celów statystycznych, podobnie jak niegdyś mających marne oceny, ale dobre robotnicze lub wiejskie pochodzenie
– PRL-owskich studentów. Trzeba przyznać, że dzięki tej pozytywnej dyskryminacji zupełnie inaczej wygląda dziś nasze społeczeństwo.
Jak sobie wyobrażają polscy publicyści – obarczone „parytetowym garbem”
zagraniczne posłanki strasznie cierpią, wiedząc, że swój wybór zawdzięczają
jedynie płci, a nie kwalifikacjom. Jeszcze gorsze jednak jest to, iż kandydatki
z „parytetowej łapanki” zajmują często na listach wyborczych miejsca „hormonalnie” przygotowane, do pełnienia ważnych funkcji dla panów.
Europosłanka Joanna Senyszyn wraz z innymi deputowanymi protestuje
przeciwko przemocy wobec kobiet, Parlament Europejski, Bruksela 2013 r.
Parlamentarzyści we Francji, Hiszpanii, Belgii i Portugalii kilka lat temu odważyli się jednak „narazić” swoje panie na „dyskryminację wyborczą” i wpro-
158
159
wadzili parytet na poziomie od 40 do 60%. Efekty tych rewolucyjnych decyzji
widać już w Parlamencie Europejskim, gdzie udział kobiet w hiszpańskiej,
belgijskiej i portugalskiej reprezentacji wzrósł do 36%, a w delegacji francuskiej do 44%. Mimo że z uwagą obserwuję moje parytetowe eurokoleżanki,
jak dotąd nie zauważyłam u nich żadnych oznak depresji spowodowanej „dyskryminacją wyborczą”.
Sprawujący 80% liczby mandatów w polskim Sejmie i 92% w Senacie panowie
także dostrzegli tę „kwotową modę” u innych. Nie chcąc uchodzić za totalny
polityczny zaścianek, na razie ćwiczą odmianę słowa „parytet” przez wszystkie przypadki.
Na „szarżę”, podobną do hiszpańskiej, nie są jeszcze gotowi. No cóż, trzeba
nie lada odwagi, by zmierzyć się na listach wyborczych z paniami jak równy
z równą, w parytecie pół na pół. Polskie społeczeństwo nie tylko zauważa niewystarczającą reprezentację kobiet w życiu publicznym, ale według komunikatu CBOS 60% respondentów już opowiada się za wprowadzeniem parytetu
50:50 na listach wyborczych.
Myślę, że nadszedł czas, by pójść za głosem ludu i także u nas zastosować
europejskie standardy. Wyrażam to zdanie jako jedyna Polka w Prezydium
Parlamentu Europejskiego, ciesząc się z wprowadzonego parytetu 35%.
Taksa za zwycięstwo bez parytetów
We Francji prawo stanowi, że na listach wyborczych panów i pań ma być tyle
samo. Parytet 50:50 nie jest jednak przestrzegany. Partie wolą płacić kary i nie
obsadzać wszystkich damskich miejsc na liście.
W wyborach we Francji w 2012 r. za puste miejsca na listach musiała najwięcej
zapłacić centroprawicowa UMP (niegdyś partia Nicolasa Sarkozy’ego) – 4 mln
euro rocznie kary za jedynie 27% kobiet na listach. Co ciekawe, także Partia
Socjalistyczna, która wybory wygrała, ale nie dopilnowała pełnego parytetu,
płaci 0,95 mln euro rocznie.
Partia Prezydenta François’a Hollande’a osiągnęła najlepszy wynik socjalistów we współczesnej historii Francji. Prezydent, rząd, Zgromadzenie Narodowe, Senat, władza w regionach, merostwa w dużych miastach były w rękach
socjalistów i tym samym lewica zajęła we Francji „pozycję hegemonistyczną”
jak pisały tamtejsze media.
Partia Socjalistyczna i jej lewicowi sojusznicy zdobyli w sumie 314 mandatów
w 577 – osobowym Zgromadzeniu Narodowym, co dało wsparcie finansowe
dla partii w wysokości 30 mln euro rocznie. Centroprawicowa Unia na rzecz
Ruchu Ludowego (UMP) i jej sojusznicy uzyskała 229 mandatów, tracąc w porównaniu z poprzednią kadencją około 100 miejsc, co jednak dało jej dotację
– 22,1 mln euro rocznie.
Zieloni z 17 mandatami otrzymali 3,55 mln euro.
Radykalna lewica – 10 mandatów, 4,25 mln, a skrajnie prawicowy Front Narodowy po 25 latach powracający do parlamentu z zaledwie dwoma mandatami
otrzymał aż 6 mln (zdecydowało poparcie w pierwszej turze).
Równość płci to żywo dyskutowany temat na agendzie Parlamentu Europejskiego.
160
161
Podstawą liczenia dotacji jest liczba głosów wspierających daną listę w oparciu
o wyniki I tury wyborów i jest to 1,68 euro za każdy otrzymany głos. Partie,
które weszły do Zgromadzenia Narodowego otrzymują 42,2 tys. euro rocznie
za każdego deputowanego lub senatora. W przypadku UMP i Socjalistów jest
z czego odliczać kary z brak parytetu.
Więcej : www.jt.france2.fr/20h.
Kobieta najszybciej rozwijającą się
gospodarką świata
Zgodnie z raportem firmy doradczej Ernst&Young słaba płeć okazuje się być
najsilniejsza w światowym biznesie. Łączne dochody pań wyniosły w 2012 r.
13 bilionów dolarów, a w 2017 r., według przewidywań ekonomistów mają
osiągnąć pułap 18 bilionów, co dwukrotnie przewyższałoby prognozowany
łączny wzrost PKB gospodarek Indii i Chin1.
Już nie mieszkanki bogatego Zachodu, ale kobiety z krajów rozwijających się,
wraz z miliardem konsumentów z Chin i kolejnym z Indii, wywierają współcześnie największy wpływ na światową gospodarkę. Wzrost roli wschodzących biznesmenek w podejmowaniu decyzji ekonomicznych nie jest jednak
proporcjonalny do wzrostu ich dochodów, przy czym odnosi się to zarówno
do obywatelek państw rozwiniętych, jak i rozwijających się.
Kobiety zajmują stanowiska dyrektorów zarządzających w 18 spółkach z grupy 500 największych globalnych firm, w 11% z nich są szefami zarządów,
w państwach rozwijających się odsetek ten sięga 7,2%. W Unii Europejskiej
na 588 przedsiębiorstw w 17 kobiety piastują funkcję prezesa, a w 82 wchodzą
w skład zarządów. W Polsce w 19 przebadanych spółkach szefują tylko mężczyźni, w zarządach zasiada 6% kobiet.
Niedawne badania przeprowadzone przez Giełdę Papierów Wartościowych potwierdzają ten obraz. W przebadanych 700 polskich spółkach notowanych na
giełdzie – stanowiska kierownicze zajmuje 6% kobiet. W zarządach firm – 2%
Oficjalna wizyta François’a Hollande’a Prezydenta Francji w Parlamencie Europejskim
w Strasburgu, 2 maja 2013 r.
1
Raport „Przedsiębiorczość kobiet w Polsce” 2011 r.:
www.badania.parp.gov.pl/files/74/75/76/479/12543.pdf
www.bankier.pl/wiadomosc/PKPP-Lewiatan-Tylko-47-proc-kobiet-jest-aktywna-zawodowo-2298237.html
www.wyborcza.biz/biznes/1,100896,10784155,Kobiety_moga_zawojowac_biznesowy_swiat__Wiec_czemu.html
162
163
pań sprawuje najwyższe funkcje. „Winę” za tę sytuację przypisuje się społecznym stereotypom, jakoby roli żony i matki nie daje się pogodzić z rolą kobiety
sukcesu.
Komisarz ds. sprawiedliwości Viviane Reding (żywe zaprzeczenie tej teorii,
matka i aktywna polityk) opracowała propozycję nowej regulacji, która zobowiąże firmy notowane na giełdzie do przeznaczania dla kobiet minimum 40%
stanowisk w zarządach. Wspomniane akty prawne będą odnosić się do spółek zatrudniających więcej niż 250 pracowników i o odpowiednio wysokich
obrotach. Takie przedsiębiorstwa będą musiały w przyszłości przedstawiać
roczne sprawozdania z przestrzegania parytetów płci. Lekceważenie prawa
skutkowałoby karami finansowymi lub np. z zakazem realizacji kontraktów
rządowych. Reding chciałaby aby w 2015 r. w całej Unii w zarządach firm było
przynajmniej 30% kobiet, a w 2020 r. nawet 40%. Dokument jej autorstwa
przeszedł długą drogę przez PE i został przyjęty!
W Europie prawne uregulowanie udziału kobiet w biznesie nie jest nowością.
Takie parytety obowiązują już m.in we Francji, Szwecji i Norwegii (obecnie
wprowadzane są także w Belgii i Włoszech). Kobiety mają tam prawnie zagwarantowany 20-40% udział w radach nadzorczych.
Badania potwierdzają również sens ekonomiczny tego balansu płciowego:
średnio trzy kobiety w zarządzie firmy „generują” zysk wyższy o 10%. Jednakże jak pokazują szwedzkie doświadczenia, same parytety nie ułatwiają
awansu szerokiej grupie pań. Często ta sama kobieta zasiada w kilku radach
nadzorczych, w związku z czym naprawdę wybija się jedynie wąska grupa
„złotych spódniczek”. Nie same parytety spowodują szeroką aktywizację
zawodową kobiet, potrzebne jest również tworzenie przyjaznego środowiska dla kobiecej przedsiębiorczości, likwidacja wszelkiego rodzaju barier,
zmiana modelu społecznego roli kobiety, prezentowanie dobrych wzorców
i praktyk.
Choć w statystykach rekinów biznesowych Polki wypadają jeszcze słabo, to
królują w tych związanych z drobnym handlem i usługami. 36% przedsiębiorców w Polsce stanowią panie. To bardzo dobry wynik w porównaniu z innymi państwami, gdzie np. w Niemczech udział kobiet przedsiębiorców wynosi
28%, w Szwecji – 26%.
Polki, według badań, są lepiej wykształcone, bardziej efektywne i pracowite
niż rodzima płeć silna jednak ogólny wskaźnik zatrudnienia kobiet w Polsce
ciągle pozostaje niski. Najtrudniej zatrudnialne są młode matki. Brak dostatecznej instytucjonalnej opieki nad dziećmi powoduje, że tylko 33% dzieci jest
objętych opieką żłobkową, a opieką przedszkolną 50% dzieci w miastach i 14%
na wsi, podczas gdy średnia europejska to ponad 80%.
Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości w 2011 r. opublikowała ciekawy
raport o przedsiębiorczości kobiet w Polsce. PARP porównał dziesiątki statystyk, przepytał setki właścicieli i właścicielek firm. Wniosek, jaki wysnuł to
ten, że biznes nie ma płci. Kobiety i mężczyźni z tych samych powodów zakładają firmy (potrzebują niezależności i nie mogą znaleźć odpowiedniego zatrudnienia), mają te same trudności w prowadzeniu biznesu (głównie kłopoty
z finansowaniem działalności i wysokie koszty jej prowadzenia) i takie same
korzyści (stabilizacja zawodowa, możliwość rozwoju oraz wysokie zarobki).
Ale z analiz tworzy się też inny obraz Polki – głównie mikrobiznesmenki.
Większość z nich tworzy jednoosobowe firmy. Pracowników zatrudnia mniej
niż co czwarta właścicielka firmy. Przedsiębiorstwa prowadzone przez kobiety mają średnio 5 pracowników, z męskim właścicielem – 9. Niezwykle rzadko
kobiety są właścicielkami dużych firm powyżej 250 osób.
Lidia Geringer de Oedenberg wraz z posłankami z S&D w Parlamencie Europejskim.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt pracy kobiet, bardzo często pomijany, a może nawet lekceważony – pracy kobiet-opiekunek swoich schoro-
164
165
wanych i zniedołężniałych rodziców. Mało kto z polityków zdaje sobie sprawę, że zastępują one publiczną opiekę społeczną. Co więcej, w powszechnej
opinii – nie pracują...
Opieka nad osobami bliskimi dodatkowo obciąża kobiety często uniemożliwiając im pracę zarobkową po odchowaniu dzieci. Z czego zatem mają żyć?
W wielu krajach europejskich rozważa się „wycenę” tej pracy, pokrycie składek zdrowotnych, czy naliczenie lat opieki do emerytury. Dla wielu kobiet
pracujących w domu, także tych wychowujących dzieci, często jedyną szansą
na zarobki mogą być elastyczne formy zatrudnienia, a najczęściej właśnie samozatrudnienie.
Duży zakres autonomii określania zasad wykonywania pracy, a głównie godzin pracy i miejsca jej wykonywania, umożliwi paniom pracę „przyjazną
rodzinie”. Myślę, że promocja także tego typu form zatrudnienia z pomocą
unijnych środków na rozpoczęcie działalności może przynieść wymierne korzyści nie tylko kobietom, ale przede wszystkim gospodarce.
Panie do Rad
Rezolucję w tej sprawie przegłosowaliśmy w PE 20 listopada 2013 r.
W spółkach giełdowych w UE przynajmniej 40% dyrektorów niewykonawczych do 2020 r. będą stanowiły kobiety. Spółki publiczne będą musiały osiągnąć ten cel już w 2018 r. Firmy, którym nie uda się wprowadzić powyższych
zaleceń będą karane.
W latach 2003-2011 po wielu społecznych akcjach mających przełamać męski
„monopol” decyzyjny udział kobiet w organach europejskich spółek zwiększył się z 8,5% do 13,7%. Komisja Europejska, widząc te mizerne rezultaty,
w 2011 r. przedstawiła projekt „Kobiety w zarządzie – zobowiązanie dla Europy” będący zachętą dla wiodących spółek giełdowych mającą na celu zwiększenie reprezentacji kobiet w ich zarządach: do 30% w 2015 r. i 40% w 2020 r.
Teraz czas na fazę „zobowiązującą”.
Na czym mają polegać zmiany?
Przy przejrzystej i zgodnej z zasadami równości płci procedurze rekrutacyjnej, w której kwalifikacje i umiejętności będą podstawowym kryterium, w sytuacji kiedy kandydaci będą mieli takie same oceny, pierwszeństwo powinno
zostać przyznane osobie, której płeć jest niedoreprezentowana.
Kwoty nie obejmą małych i średnich przedsiębiorstw, czyli takich, które zatrudniają poniżej 250 osób.
Otwarcie wystawy „Women Entrepreneurs” zorganizowanej w Parlamencie Europejskim
w lutym 2013 r. przez posłanki: Lidię Geringer de Oedenberg i Małgorzatę Handzlik
(po prawej), w którym uczestniczyli Komisarze (od lewej) Michel Barnier i Viviane Reding.
Proponowane kary „grzywna, czy wykluczenie z procedury przetargów publicznych” będą stosowane tylko w przypadku niezastosowania przejrzystej
procedury rekrutacyjnej, a nie w przypadku nieosiągnięcia wymaganego
celu.
166
167
W rozlicznych równościowych rezolucjach Parlamentu Europejskiego zwracamy uwagę na bariery, jakie muszą pokonywać kobiety wkraczające w świat
biznesu i polityki trzymany męską ręką.
Oczywiście, nie wystarczą same kwoty na listach wyborczych czy w zarządach
spółek, kluczową kwestią jest możliwość godzenia życia zawodowego z rodzinnym. Temu zagadnieniu zresztą jest poświęcony rok 2014 jako Europejski
Rok Harmonii Pracy Zawodowej z Życiem Prywatnym i to nie tylko kobiet,
ale i mężczyzn, na których w równym stopniu spoczywa odpowiedzialność za
rodzinę i dzieci.
Bez miejsca w żłobku czy przedszkolu dla własnego dziecka, nie uda się efektywnie pogodzić pracy z domem. Profesjonalne opiekunki, którym można
zaufać, to spory wydatek, a miejsc w żłobkach i przedszkolach państwowych
jest ciągle za mało. Konieczna jest dobrze funkcjonująca infrastruktura opiekuńcza dofinansowana przez państwo czy samorządy, obejmująca wszystkie
osoby zależne, nie tylko dzieci, ale i osoby starsze wymagające stałej opieki.
Bez pomocy publicznej w tej kwestii, kobiety nigdy nie będą miały prawdziwie równych szans.
Seminarium S&D w kwestii zwalczania przemocy wobec kobiet.
Od lewej: europosłanka Corina Creţu, Kwestor Lidia Geringer de Oedenberg oraz
Rovana Plumb, była posłanka do Parlamentu Europejskiego, rumuńska Minister Środowiska.
Parlament przyjął wniosek 459 głosami „za”, przy 148 głosach „przeciw” oraz
81 wstrzymujących się. Zasady zaczną obowiązywać po przyjęciu ich przez
Radę Unii Europejskiej.
Jest to ważny krok w kierunku lepszego przestrzegania zasady równości jako
podstawowej wartości UE (Artykuł 157 ust. 3 TFUE) zmierzający do stosowania w praktyce zasady równości szans i równego traktowania mężczyzn
i kobiet w dziedzinie zatrudnienia i pracy.
Kobiety są przedsiębiorcze, kreatywne, mają nerwy ze stali, ale szefami bywają
głównie w firmach, które same założą. Kobiety nie podejmują ryzykownych
decyzji, są odpowiedzialne i bardzo dobrze zarządzają finansami... Warto
oddać decyzje gospodarcze w ręce kobiet, szczególnie w kryzysie. Myślę, że
gdyby bank, od upadku którego rozpoczął się światowy kryzys nie nazywał
się Lehman Brothers, ale Lehman Sisters – kryzysu mogłoby nie być.
Więcej:
www.wyborcza.biz/biznes/1,100896,12424911,Bruksela_zapowiada_parytet_w_
zarzadach_unijnych_spolek.html.
168
169
Konferencja „Women in developement” w Brukseli, 7 lutego 2012 r.
VI. Europaradoksy
dla niewtajemniczonych
Park Leopolda z „widokiem” na siedzibę Parlamentu Europejskiego w Brukseli.
170
171
Unijny dżem z krzywej marchewki
Unia Europejska często jest krytykowana za żółwie tempo działania oraz brak
efektywności stanowionego prawa. Nowe przepisy w kluczowych obszarach
faktycznie powstają wolno i dla niewdrożonych w sprawę – nierzadko stają się
obiektem żartów. Czynnikiem powodującym powstawanie pozornie absurdalnych przepisów jest przede wszystkim ochrona wspólnego rynku, wzmocniona dodatkowo poszanowaniem praw konsumenta i jego zdrowiem.
Za przykłady niech posłużą słynne już zapisy uznające marchewkę za owoc,
dotyczące krzywizny ogórka czy wygięcia banana. Uzasadnienie tych przepisów jest prostsze niż mogłoby się wydawać.
Marchewka stała się owocem według przepisów UE (Dyrektywa 2001/113)
– na skutek kompromisu francusko-portugalskiego przy określaniu definicji dżemu. Tradycyjny dżem portugalski wyrabia się bowiem z marchewki,
tymczasem w trakcie negocjacji Francuzi skłonni byli zgodzić się jedynie na
definicję dżemu jako produktu powstałego z owoców. Podobnie było z definicją wina – by konsument wiedział, że to produkt z winogron, a nie z jakichkolwiek sfermentowanych odpadków oraz definicją wódki, której nie można
już robić z... podrobów (Rozporządzenie 110/2008).
Czarny PR dotknął również „przepisy ogórkowe”. Otóż jeżeli ogórki polewa
się wodą, ulegają one znacznemu wygięciu, na końcówkach osadza się woda,
przez co zyskują na wadze. Aby konsument nie płacił za tę dodatkową wodę,
powstał zapis (Rozporządzenie 1677/88), by ogórki z większym (niż dopuszczalne) wygięciem uznać za produkty drugiej kategorii.
Eurosceptyk Francisco Sosa Wagner w czasie „ogórkowej” debaty, 7 czerwca 2011 r.
Wreszcie słynny przykład z krzywizną banana. Idealnie wykrzywiony banan (według Rozporządzenia 2257/94) rośnie właściwie tylko w Unii, a konkretnie na Wyspach Kanaryjskich czy departamentach zamorskich Francji.
172
173
Polska nie uznaje flagi UE
...KPP nie chroni Polaków.
Ulubiony temat do dyskusji eurosceptyków – dżem z marchewki.
Poseł Ashley Fox podczas debaty na sesji plenarnej, 15 kwietnia 2014 r.
Pochodząca stamtąd odmiana cieszy się bowiem nie tylko sporymi eurodotacjami, ale dzięki odpowiednim zapisom ma pierwszeństwo na wspólnym rynku. Inne banany, spoza Wspólnoty jako „zdeformowane”, napotykają zatem
na utrudniony (oclony) wstęp do unijnych sklepów.
Pozornie dziwne zapisy to tylko margines tworzonego prawa wspólnotowego. Przez ostatnie dwa dziesięciolecia zmienił się nie tylko wizerunek Unii,
ale i oczekiwania wobec niej. Jeszcze na początku lat 90. nie istniały pojęcia
„obywatelstwa unijnego” ani wspólnej waluty euro. Unia nie posiadała nawet
osobowości prawnej. Nie wiadomo było, jak instytucjonalnie określić ten europejski twór. Nie była to ani organizacja międzynarodowa ani federacja czy też
konfederacja. W starych podręcznikach, wydawanych przed wejściem w życie
Traktatu Lizbońskiego, określano ją mianem organizacji „sui generis”.
Obecnie Unia Europejska dla przeciętnego obywatela oznacza przede wszystkim możliwość swobodnego podróżowania oraz podejmowania nauki lub
pracy w innych krajach członkowskich. Coraz więcej Polaków docenia uczestnictwo naszego kraju w europejskiej rodzinie. Aż 77% naszych rodaków
twierdzi, że wejście do Unii było dla nas korzystne. Zarzucając Unii żółwie
tempo zmian, dobrze jest przypomnieć sobie bajkę o żółwiu i zającu oraz jej
finał. Osobiście cieszę się, że ten „europejski żółw” jest mądry i rozważny, oby
był też długowieczny…
174
Karta Praw Podstawowych (KPP) to 14-stronicowy dokument, będący integralną częścią Traktatu z Lizbony1, który w zwięzłej formie podsumowuje
podstawowe prawa obywateli UE. KPP nie zaakceptowały tylko dwa państwa
członkowskie UE: Wielka Brytania i Polska. W przypadku Brytyjczyków,
z definicji negujących wszystko co dotyczy pogłębiania integracji, i chcących
tylko korzystać ze wspólnego rynku – sprawa wygląda dość klarownie. O co
jednak chodziło ówczesnym polskim władzom: Prezydentowi i Premierowi
Kaczyńskim odrzucającym KPP, dziś trudno zrozumieć. Platforma Obywatelska, będąca wtedy w opozycji, była „za” Kartą tak długo, aż... doszła do władzy, bowiem Donald Tusk i Radosław Sikorski podpisali 13 grudnia 2007 r.
w Lizbonie (w obecności Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego) traktat jednak
z tzw. klauzulą „opt out”2, czyli wyłączeniem KPP, wspierając tym samym
swoich niedawnych „przyjaciół” z PiS.
Jakie były argumenty „przeciw”, przedstawiane przez naszych negocjatorów?
Straszono Polaków przede wszystkim nieistniejącymi zapisami KPP, np. podstępnym wykupem polskiej ziemi i lawiną germańskich roszczeń, gwałtownym wzrostem aborcji, eutanazji i liczby homoseksualnych małżeństw nad
Wisłą. Jak wiadomo, zjawiska te od momentu podpisania KPP przez 25 pozostałych państw UE z „siłą wodospadu” nawiedzają teraz całą Europę...
W krytyce Traktatu Lizbońskiego i KPP „nieboszczka” IV RP zapędziła się
tak daleko, że nie dostrzegła faktu, że na co dzień sama realizowała zdecydo1
Karta Praw Podstawowych:
www.eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=OJ:C:2010:083:0389:0403:PL:PDF.
2
Protokół w sprawie stosowania KPP w stosunku do Polski:
www.eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=OJ:C:2007:306:0156:0157:PL:PDF.
175
waną większość z negowanych w KPP zapisów. Polecam choćby krótką lekturę wspomnianego dokumentu, w którym odnajdziemy wiele sformułowań
niemal identycznych z naszą Konstytucją, a także idealnie pasujących do programu wyborczego Prawa i Sprawiedliwości3.
Dziś widać „czarno na czarnym i biało na białym”, że w 2007 r. PiS-owi nie
chodziło o merytoryczne zarzuty do treści KPP, ale o wykonanie spektakularnego, eurosceptycznego gestu w celu przyciągnięcia przestraszonych wyborców. Trudno ocenić, jak wielu z nich dalej boi się Karty, myślę jednak, że teraz
nadchodzi najwyższa pora, by odczarować to archaiczne PO-PiSowe myślenie
i przyjąć KPP, podobnie jak 25 innych krajów UE.
Ponadto, kolejną „post-mortem IV RP” kwestią jest swoisty paradoks nieuznawania flagi i hymnu Unii, co wyraża deklaracja nr 52 do Traktatu z Lizbony4. Tymczasem, jak chyba każdy z nas zauważa, podczas uroczystości
państwowych i ważnych wydarzeń z udziałem władz, obok flagi Polski zawsze
prezentowana jest flaga UE, a Oda do radości rozbrzmiewa obok polskiego
hymnu. O co zatem PO-PiSowi chodziło?
Myślę, że warto by było, żeby w „temacie flagi” Polska wróciła do klubu normalnych w UE. Moim zdaniem – i zdaniem konsultowanych przeze mnie
prawników – nie będzie to zbyt skomplikowane.
Możemy przyjąć KPP w jednym z dwóch wariantów:
a) na drodze jednostronnej deklaracji władz Polski, że nie czują się już związane zapisami protokołu nr 30 Traktatu z Lizbony, mówiącego o zwolnieniu Polski z przestrzegania zapisów Karty;
b) poprzez rewizję Traktatu z Lizbony, która i tak będzie miała miejsce niebawem, w związku z wpisaniem do Traktatu stałego Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego.
W przypadku uznania unijnych symboli, sprawa jest jeszcze łatwiejsza. Tu
wystarczy tylko jednostronna deklaracja Polski, ale po stronie Polski – jak
dotąd – brakuje woli politycznej.
Program PiS z 2009 r.: www.pis.org.pl/dokumenty.php.
Deklaracje do Traktatu z Lizbony, 52. dotyczy symboli Unii:
www.eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=OJ:C:2010:083:0335:0360:PL:PDF.
3
4
Flagi państw członkowskich i Unii Europejskiej przed Parlamentem Europejskim w Strasburgu.
176
177
Polska dopłaca do brytyjskiej unijnej składki
Budżetowy Komisarz Janusz Lewandowski pozwolił sobie w 2010 r. na
dość odważną uwagę na łamach niemieckiego dziennika „Handelsblatt”,
mówiąc, że „brytyjski rabat stracił rację bytu”. I choć powiedział to, co
inni na kontynencie myślą od dawna, „kij w mrowisku” długo w nim nie
pozostał.
Brytyjski rząd zareagował natychmiast. Budżetową, słowną przepychankę relacjonowały wszystkie poważne światowe media, od „The Financial
Times” po „The New York Times”. „The rebate is fully justified. Without
it, the UK would be paying a net contribution twice as much as France”
(„Rabat jest w pełni uzasadniony. Bez niego Wielka Brytania wkładałaby
do unijnej kasy dwukrotnie więcej niż Francja”) – grzmiał George Osborne,
ówczesny kanclerz skarbu, dodając dla zaostrzenia apetytu przed pierwszą
rundą negocjacji: „People better know that at the beginning of the process,
because they’ll certainly discover it at the end” („Lepiej, by ludzie zdawali
sobie z tego sprawę [ze stanowiska Wielkiej Brytanii w sprawie rabatu –
przyp. aut] na samym początku, gdyż z całą pewnością spotkają się z nim na
końcu negocjacji”).
Chodzi oczywiście o pieniądze, dzięki rabatowi wynegocjowanemu w 1984 r.
przez Żelazną Damę, Premier Margaret Thatcher – Wielka Brytania przez ponad 20 lat wpłacała do unijnej kasy mniej, niż wynikałoby to z ekonomicznego
rachunku, opartego na wielkości PKB w danym państwie. Powód? Niekorzystanie w takim samym stopniu jak inne kraje z dobrodziejstw Wspólnej Polityki Rolnej, która w połowie lat 80 „pożerała” ok. 70% budżetu UE. W ostatnich latach brytyjski rabat wynosił średnio 4-6 mld euro rocznie. W 2011 r.
wyniósł ok. 3 mld euro. Skąd te różnice?
Żelazna Dama – Margaret Tchatcher przemawia w Parlamencie Europejskim w 1986 r.
178
179
Obliczenie dokładnej wysokości brytyjskiego rabatu w danym roku stanowi
dość karkołomne przedsięwzięcie1. Ogólnie rzecz ujmując, wyznacznikiem
rabatu są przychody z tytułu podatku VAT w danym kraju, a te zmieniają się
w każdym roku (polski VAT wzrósł w 2011 r. co z pewnością ucieszyło wyspiarzy). Brytyjczycy mają rabat, ale „brakującą” część ich składki płacą... pozostałe kraje. W 1984 r. ustalono, że członkowie UE będą solidarnie finansować 2/3 brytyjskiej składki, proporcjonalnie do zamożności każdego kraju.
Polska także partycypuje w finansowaniu rabatu. W 2004 r. kosztował nas
on ok. 105 mln EUR, w 2005 r. – 230 mln EUR, w 2006 r. – 244 mln euro,
w 2007 r. – 280 mln euro, w 2008 r. – 301 mln euro, a w 2009 r. – ok. 220 mln
euro. Wartość polskiego wkładu do rabatu rosła, ponieważ wraz z rozszerzeniem UE o 12 państw rosły też wpłaty netto do budżetu UE najbogatszych
państw, w tym Wielkiej Brytanii. Kwotę przypadającą na nasz kraj oblicza się
na podstawie udziału Polski w unijnym PKB (im wyższy, tym więcej płacimy
za rabat). W 2010 r. Polska zapłaciła „tylko” 155,5 mln euro2.
Z czego wynikła ta obniżka? Z dwóch czynników: po pierwsze, redukcji uległ
maksymalny pułap środków własnych w UE – finansowanych poprzez składkę – z 1,23% łącznego dochodu narodowego wszystkich państw Unii do 0,99%
(zatem spadła sama składka i związany z nią rabat). Po drugie, na szczycie Rady
Europejskiej w grudniu 2005 r. Premier Tony Blair przystał na obniżkę rabatu
(w okresie 2007-2013) o 7 mld funtów.
tu, nie pozwoliliby, żeby sfinansował on ponadnarodową, unijną dyplomację.
Stan ducha brytyjskiej klasy politycznej i podejście do rabatu świetnie oddaje
termin „totem eurosceptycznej wiary” z artykułu w „The Financial Times”3.
Wystarczy przypomnieć jaką „ekskomunikę” zafundowała Tony’emu Blairowi
konserwatywna opozycja, kiedy były Premier wrócił ze wspomnianego szczytu Rady Europejskiej w 2005 r., który przeszedł też do polskiej historii dzięki
pamiętnym „yes, yes, yes!”, byłego Premiera Kazimierza Marcinkiewicza, debiutującego wtedy na brukselskich salonach.
Komisarz Lewandowski puścił hasło w świat także po to, by sprawdzić budżetowe nastroje. Ówczesny Prezydent Francji – Nicolas Sarkozy – podchwycił wtedy
tę melodię i zaczął mówić o konieczności utrzymania finansowania Wspólnej
Polityki Rolnej na dotychczasowym poziomie (w to nam graj). Z kolei Komisja
Europejska planująca nowy wieloletni budżet i reformę Wspólnej Polityki Rolnej odcięła się od wypowiedzi Lewandowskiego, co musiało dać Komisarzowi
sporo do myślenia. Dopominając się pod adresem „10 Downing Street” o unijne
pieniądze Komisarz uchylił jednak wieczko od puszki Pandory...
Polecam lekturę: www.ft.com/cms/s/0/1a26c73a-b9f5-11df-8804-00144feabdc0.html.
3
W okresie kryzysu gospodarczego i poszukiwania oszczędności Komisarz Lewandowski, udzielając wywiadu „Handelsblatt”, postanowił najwyraźniej wypuścić „balon próbny” – negujący zasadność brytyjskiego rabatu. Nie jest bez racji.
Od 1984 r. w UE zmieniło się bardzo wiele; Wielka Brytania nie należy do najbiedniejszych członków, zaś wydatki na Wspólną Politykę Rolną znacznie zmalały; obecnie to już nie 70%, a tylko ok. 40% unijnego budżetu. Zaoszczędzone
środki można byłoby przeznaczyć na inne cele, np. na niedofinansowane polityki
UE – jak utworzona niedawno Europejska Służba Działań Zewnętrznych.
Scenariusz ten jest jednak mało prawdopodobny, choćby ze względu na stary dylemat – integracja wspólnotowa czy międzyrządowa, w którym Brytyjczycy mają dość jasne stanowisko i nawet gdyby zechcieli oddać część raba1
Dociekliwym polecam rabatowy wzór:
www.isp.org.pl/files/2581128880267922001117011327.pdf.
2
Tabela z danymi dla wszystkich krajów członkowskich znajduje się na stronie Komisji:
www.ec.europa.eu/budget/budget_detail/current_year_en.htm.
180
Brytyjskim eurosceptykom nie wystarcza ich flaga umieszczona
wraz z innymi 27 w Prezydium, wolą „oflagowanie” indywidualne.
181
Unijna zapomoga dla brytyjskich arystokratów
Mając słynny rabat (w składce do budżetu UE) ze względu na ograniczone
korzystanie ze Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), Brytyjczycy wykorzystują
unijne dopłaty jako „pomocowy program dla brytyjskich arystokratów” – jak
twierdzi „The News Statesman”1.
Przeciętne brytyjskie gospodarstwo domowe łoży na rzecz unijnej WPR – 245
funtów rocznie, z których większość trafia do... kieszeni najbogatszych brytyjskich właścicieli ziemskich. Program WPR, stworzony oryginalnie z myślą
o wspieraniu małych gospodarstw rolnych oraz zmniejszaniu uzależnienia Europy od importu żywności, stanowiący ponad 40% (55 mld euro rocznie) całego
budżetu UE, stał się „zasiłkiem” dla eurosceptycznej brytyjskiej arystokracji.
Unijne dopłaty „wyznacza” powierzchnia terenu, a nie sytuacja materialna
ubiegającego się o dotację, są zatem paradoksalnym instrumentem działającym na zasadzie – im więcej masz tym więcej dostajesz. Europejska definicja
rolnika nie wymagała od tegoż prowadzenia produkcji żywności czy produktów rolnych, adresaci dofinansowania płaceni byli w rzeczywistości tylko za
to, że posiadają lub dzierżawią ziemię, nawet gdy jej nie uprawiają.
„The New Statesman” uzyskał zgodnie z unijną polityką transparentności
dane od brytyjskiego Departamentu ds. Środowiska, Żywności i Spraw Wsi –
za 2011 r. o dotacjach „obszarniczych”, na które „zrzuciły się” de facto miliony
europodatników.
Największym indywidualnym brytyjskim beneficjentem w 2011 r. był Sir Richard Sutton, któremu zostało wypłacone 1,7 mln funtów za Settled – 6500akrową nieruchomość. Dalej plasuje się Książę Westminster, multimiliarder,
Królowa Elżbieta II w Parlamencie Europejskim w 1992 r.
182
Więcej: www.newstatesman.com/politics/politics/2012/09/aid-aristocrats.
1
183
który otrzymał 748 716 £ z tytułu posiadania farm w Grosvenor. Następni są:
Hrabia Plymouth z 675 085 £, Książę Buccleuch z 260 273 £, Książę Devonshire z 251 729 £ i Książę Athollu z 231 188 £.
2011 r. był również lukratywny dla panującej rodziny Windsorów. Królowa
otrzymała od UE 730 628 £, a Książę Karol odnotował na koncie 127 868 £.
Dotację z Unii w wysokości 273 905 £ otrzymał także Książę... Arabii Saudyjskiej Bandar bin Sultan – posiadający 2 000 hektarów w Glympton w hrabstwie Oxfordshire.
Biorąc pod uwagę obecne kryzysowe cięcia w wielu państwach członkowskich
UE, powyższe dotacje są przez społeczeństwo odbierane jako socjalizm dla
bogatych i kapitalizm dla biednych. W okresie wyrzeczeń i oszczędności taki
stan korporacyjnego dobrobytu nie może trwać. Parlament Europejski postanowił zatem zreformować WPR, ograniczając w państwach członkowskich
płatności bezpośrednie do 300 000 euro przeznaczonych wyłącznie dla aktywnych rolników. Zmiany wchodzą w życie w 2014 r.
Unia jednak nadal będzie świadczyć pomoc dla właścicieli gruntów, którzy
czerpią do 5% swojego rocznego dochodu z działalności rolniczej (szczególnie
cenne dla nieuprawiających ziemi), co w rezultacie i tak pozwoli największym
gospodarstwom brytyjskim korzystać z eurodotacji.
Brytyjska Partia Konserwatywna, która z reguły nie szczędzi krytyki wobec
brukselskich biurokratów, ze względu na swoje silne powiązania z grupą obszarników ziemskich, w ogóle nie zabiera głosu w sprawie tych paradoksów
wynikających z WPR.
Obecna sytuacja oburza jednak „zwykłych” Brytyjczyków. W ich powszechnym
odczuciu arystokraci hamują rozwój kraju, bowiem tylko 6% jego terytorium jest
do dyspozycji zwykłych obywateli. Reszta należy do arystokracji, która posiada
grunty, nie płaci od nich żadnych podatków w kraju, zatem nie ma też potrzeby ich uprawiania do uzyskania przychodów czy wystawiania ich na sprzedaż,
a dodatkowo w bonusie otrzymuje dopłaty rolne z Unii Europejskiej.
Królestwo Wielkiej Brytanii liczy 60 mln akrów, z czego 42 mln to ziemie rolne, 12 mln stanowi obszar środowiska naturalnego (lasy, rzeki, góry) będący
w posiadaniu instytucji narodowych i tylko 6 mln akrów to działki o charakterze urbanistycznym, gęsto zaludnione, na których stoją domy, fabryki
i biura.
69% brytyjskich ziem jest w posiadaniu mniej niż 1% populacji. 90% ludności
mieszka na zaledwie na 5% terytorium. Ta koncentracja jest jedną z podstawowych przyczyn kryzysu na brytyjskim rynku mieszkaniowym. Brak terenów pod budowę z kolei winduje ceny nieruchomości. Brytyjskie mieszkania
są najdroższe UE i najmniejsze2 wśród krajów rozwiniętych.
Przeciętna powierzchnia nowobudowanych jednorodzinnych obiektów mieszkalnych:
USA – 214 m2
Australia – 206 m 2
Dania – 137 m2
Francja – 113 m 2
Hiszpania – 97 m2
Irlandia – 88 m2
Wielka Brytania – 76 m 2
2
Spotkanie Premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona
z Przewodniczącym PE Martinem Schultzem, 19 października 2012 r.
184
185
Czeski film unijnej Prezydencji
Każdy kraj członkowski, kolejno – na sześć miesięcy – staje się przewodnikiem
Unii. Niektóre „stare” państwa mają w tym spore doświadczenie, ponieważ kilkanaście razy trzymały już w swych rękach stery Wspólnoty. Są też i debiutanci.
Po rozszerzeniu w 2004 r. pierwszym nowym krajem dzierżącym Prezydencję
w Radzie UE była w 2008 r. Słowenia, która z nowymi obowiązkami poradziła sobie całkiem dobrze. Potem przez kilka lat nowicjusze przeplatali się z doświadczonymi i tak nastał rok 2009, w którym Czechy stanęły na czele Unii.
Trzeba przyznać, że po wcześniejszej francuskiej Prezydencji i błyskotliwych
„piruetach politycznych” ówczesnego Prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego – spodziewano się, że kolejna, czeska prezydencja przejdzie bez echa. Nic bardziej
mylnego. Zostanie na pewno zapamiętana jako... niezwykle oryginalna!!! Już
sam jej styczniowy start w pamiętnym roku 2009 odbył się z wielkim „gazowym” hukiem. Konflikt w Gazie i konflikt z gazem na linii Rosja-Ukraina, do
tego nabierający mocy kryzys dały mieszankę prawdziwie wybuchową.
Czesi sami wzmocnili efekt „silnego wistu”, zaczynając od politycznej awantury z delegacją europoselską na Hradczanach, którą „pogonił” nieuznający
unijnych flag ani reprezentantów Prezydent Vaclav Klaus.
Temperaturę potem podniosła jeszcze emisja filmu promującego czeską prezydencję pod hasłem „Dosolimy Europie” oraz prezentowana później w Radzie
Unii kontrowersyjna wystawa wyśmiewająca stereotypy krajów Unii (np. Bułgaria jako turecka toaleta, Polska jako kartoflisko z gejowskim klerem), która
dolała oliwy do otwartego już ognia. Potem nastąpiła kulminacja – „występ”
Prezydenta Klausa w Parlamencie Europejskim. Unikatowy w każdym calu.
Prezydent Czech Vaclav Klaus w Parlamencie Europejskim, luty 2009 r.
Pierwszy w historii przypadek, gdy Prezydent kraju sprawującego Prezydencję nad Unią Europejską nawoływał i rozdawał przed swoim wystąpieniem
186
187
materiały przeciwne integracji europejskiej, wzywając do odrzucenia Traktatu z Lizbony. To nie był koniec czeskich niespodzianek. 24 marca 2009 r.
tamtejszy parlament przegłosował wotum nieufności dla centroprawicowego
rządu Mirka Topolanka. Brak zaufania zgłosiło 101 posłów do 96 dalej ufających. W czasie, gdy czeski rząd był obalany – niczego nieświadomy Premier
Topolanek debatował właśnie z nami w Strasburgu na temat kryzysu, zupełnie nie spodziewając się, jak bardzo uderzy on w niego samego.
Wcześniej cała Europa poznała Premiera Topolanka (w stroju Adama) na
zdjęciach z wilii Premiera Silvio Berlousconiego przy okazji bunga-bunga...
Było i śmiesznie i strasznie. Europa, za sprawą Czech, znalazła się w prawdziwym kłopocie. Mieliśmy nawet dyskusję, czy nie odebrać im prezydencji.
Chętni do przejęcia byli Francuzi, ich Prezydent Sarkozy nawet bez pytania
o mandat jeździł po świecie, reprezentując Unię, nie godząc się ze świeżo
utraconą eurowładzą.
Pochodzący z tej samej familii politycznej co Topolanek – Joseph Daul (Francuz), szef grupy Chadeków (EPP) – największej frakcji politycznej w Parlamencie Europejskim, stwierdził, że „Europa szczególnie teraz w czasie kryzysu potrzebuje silnego przywództwa, a rząd, który sprawuje przewodnictwo
UE i który nie ma zaufania swego Parlamentu, nie może takiego przywództwa zapewnić”.
Zarówno zaskoczona przebiegiem wypadków Komisja Europejska jak i Parlament, robiąc dobrą minę do złej gry, wyrazili nadzieję, że Czechy zdołają jednak dalej sprawować przewodnictwo w UE. Powiało grozą, choć takie
przypadki miały już miejsce, tyle tylko, że w latach 90-tych, kiedy Wspólnota
była jeszcze o połowę mniejsza, bardziej jednorodna i przez to „łatwiejsza” do
ogarnięcia.
Kościół – państwo w Europie
Problem świeckości państwa jest obecny w debacie publicznej nie tylko w Polsce, ale również w wielu krajach Europy Zachodniej. Jako przykład państwa,
w którym zasada laickości jest w UE najlepiej przestrzegana, podaje się Francję.
Francuzi już w roku 1905 przyjęli ustawę przewidującą rygorystyczne rozdzielenie Kościoła od państwa. Przepisy tego dokumentu zapewniają do
dziś pełną wolność sumienia i jednocześnie całkowitą swobodę sprawowania obrządków. Stwierdzają, że Republika nie faworyzuje i nie subwencjonuje jakiegokolwiek wyznania. Wprowadzone regulacje zniosły też wszelkie
dotacje związane z wyznaniami. Budynki kościelne służące publicznemu
sprawowaniu kultów, a także przeznaczone na mieszkania duchownych (i na
seminaria) oraz majątek ruchomy zostały przekazane specjalnie powołanym
stowarzyszeniom kultowym, których działalność podlega ogólnym przepisom prawa. W artykule 44. wspomnianego dokumentu znalazły się sformułowania mówiące o unieważnieniu przepisów odnoszących się do kwestii
religijnych, co oznaczało m.in. zerwanie konkordatu, chociaż władze francuskie utrzymywały wtedy, że Watykan poprzez niektóre poczynania sam nie
podporządkowywał się obligacjom konkordatu i w ten sposób spowodował
jego wcześniejsze unieważnienie.
Warto także zauważyć, że ze względu na skomplikowane uwarunkowania
historyczne sytuacja prawna kościoła we Francji nie jest do dziś jednorodna
na całym terytorium państwa. Odrębne rozwiązania funkcjonują w Alzacji
i Lotaryngii, które nie należały do Trzeciej Republiki w czasie przyjmowania
ustawy z 1905 r. i znalazły się w granicach państwa francuskiego dopiero po
1918 r. To w efekcie spowodowało, że utrzymano na ich terytorium dyspozycje konkordatowe, nie sięgając już powtórnie po rozdział państwowo-kościelny.
188
189
Zasada laickości państwa jest we Francji wartością ponad polityczną, którą
wspiera zdecydowana większość społeczeństwa i partii, bez względu na ich
miejsce na scenie politycznej. „Laïcité” dołączyła do rewolucyjnych „Liberté –
Fraternité – Egalité”. Wyrazem czego może być uchwalenie 1 czerwca 2011 r.
przez francuski Senat rezolucji1 o ustanowieniu Narodowego Dnia Sekularyzmu (284 senatorów „za”, 26 – „przeciw” i 6 wstrzymujących się).
Innym przykładem stosunku do wiary jest Malta, która zgodnie ze swoją Konstytucją z 1964 r. jest państwem wyznaniowym (art. 2 § 1 „Religią Malty jest
rzymsko-katolicka religia apostolska”). Władze Kościoła rzymsko-katolickiego mają prawo i obowiązek nauczania, jakie wartości są dobre, a jakie złe.
Lekcje religii rzymsko-katolickiej w szkołach są obowiązkową częścią programu kształcenia. Ciekawostką jest też to, że Malta do niedawna była jedynym
państwem Unii Europejskiej, w którym nie było cywilnych rozwodów! Na
mocy zawartego w 1993 r. „Konkordatu o małżeństwach” Kościół katolicki
decydował o regułach rządzących zawieraniem małżeństw, dopiero w 2011 r.
w drodze referendum Maltańczycy zdecydowali inaczej.
Kraje, w których określona religia ma status „państwowej” wcale nie są taką
rzadkością. W Grecji 95% obywateli to zdeklarowani wyznawcy prawosławia,
mającego konstytucyjny charakter „religii dominującej”. W praktyce przekłada się to na wiele przywilejów w życiu publicznym, a nieprzestrzeganie „świętych kanonów wiary” ścigane jest jak przestępstwo (np. za złamanie tajemnicy
spowiedzi). Państwo bierze na siebie także wynagrodzenia wszystkich duchownych, w tym także świeckich zatrudnionych przez Kościół. Nauczyciele
religii także otrzymują pensje od państwa.
Swoiste rozwiązanie pośrednie – pomiędzy francuskim a maltańskim – istnieje w Niemczech. W Konstytucji Weimarskiej z 1919 r. przyjęto, że „Religia państwowa nie istnieje”. W tym samym dokumencie zagwarantowano
wolność wyznania i jednocześnie prawo do zrzeszania się w związki wyznaniowe. Postanowienia konstytucji pozwalały na organizację posługi religijnej np. w szpitalach, czy w wojsku, o ile zaistniała taka potrzeba. Prawie
wszystkie rozwiązania przyjęte w 1919 r. zostały przeniesione do Ustawy
Zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec z 1949 r. W postanowieniach dotyczących systemu oświaty stwierdzono także, że religia jest zwyczajnym
przedmiotem szkolnym, a prawo do decydowania o uczestnictwie dziecka
w tych zajęciach mają rodzice (do zawarcia odrębnego konkordatu przepis
Więcej: www.senat.fr/leg/ppr09-320.htm.
1
190
ten nie obowiązywał na terenie Brandenburgii). Pomimo że Niemcy są państwem świeckim, rząd pomaga w zbieraniu specjalnego „podatku kościelnego”, który muszą płacić wszyscy członkowie danej wspólnoty. Jeżeli np.
ktoś będąc ochrzczonym w wierze katolickiej osiedla się w Niemczech i nie
chce płacić tego podatku, musi dokonać apostazji, czyli oficjalnie wystąpić
z Kościoła. Państwo wspiera finansowo zarówno Kościół protestancki jak
i katolicki, przekazując corocznie ok. 400 mln euro na „cele religijne”. Co
ciekawe, w Niemczech dalej obowiązuje konkordat zawarty z Watykanem
w 1933 r. przez Trzecią Rzeszę. Niektóre kraje związkowe posiadają też własne konkordaty jak Saksonia – od 1996 r., czy wspomniana Brandenburgia
od 2003 r.
Pytania, jak daleko może posunąć się organizacja wyznaniowa, usiłując
wpływać na działania demokratycznie wybranych władz, zostały zadane parę
lat temu w Hiszpanii po tym, gdy Kościół katolicki organizował manifestacje w proteście przeciw niektórym działaniom (byłego już) lewicowego rządu
Premiera José Zapatero. Ze szczególną wrogością Kościoła spotkały się wtedy: prawo ułatwiające procedurę rozwodową, złagodzenie prawa aborcyjnego,
ustawa przyznająca prawo do małżeństwa osobom tej samej płci, a także decyzja o zmianie statusu lekcji religii w szkołach z obowiązkowych na nieobowiązkowe. Ustawy przeszły.
Status religii państwowej gwarantują do dziś także inne państwa w UE, np.
Dania i Wielka Brytania. Konstytucja Danii wyraźnie stwierdza, że „Ewangelicki Kościół luterański jest Kościołem narodowym i jako taki jest wspierany
przez państwo”. „Wiedza o chrześcijaństwie” ma w szkołach charakter obowiązkowy, duchowni cieszą się statusem urzędników państwowych, a działalność Kościoła finansowana jest z budżetu państwa. Środki na ten cel pochodzą podobnie jak w Niemczech ze specjalnego podatku kościelnego. 84%
obywateli deklaruje przynależność do Kościoła luterańskiego.
W Szwecji i Finlandii do niedawna luteranizm był religią państwową, zasada
rozdziału Kościoła od państwa została wprowadzona stosunkowo niedawno:
w Finlandii w 1999 r., a Szwecji w 2000 r.
W Anglii od czasów Henryka VIII, a konkretnie od 1534 r. – Kościołem państwowym jest Kościół anglikański. Jego najwyższym zwierzchnikiem obecnie jest królowa Elżbieta II, która w sposób oczywisty ma wpływ na wszelkie
nominacje na wyższe stanowiska kościelne, wielu biskupów zasiada w Izbie
Lordów. Nauczanie religii jest obowiązkowe w szkołach finansowanych przez
191
rząd, ale w odróżnieniu od innych „państw wyznaniowych” Kościół anglikański nie jest formalnie utrzymywany przez państwo. Tym niemniej „wszystko,
co atakuje prawdy Kościoła anglikańskiego lub istnienie Boga”, jest ścigane
z mocy prawa.
W Polsce, przed II wojną światową, nie przeprowadzono jednoznacznego rozdziału państwa i Kościoła. W latach 90-tych XX w. władze polskie zdecydowały się na zawarcie konkordatu. Gwarancje niezależności światopoglądowej
państwa oraz wolności wyznania znalazły umocowanie w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 1997 r. – praktyka życia publicznego wskazuje dziś, że
przepisy Konstytucji nie są przestrzegane. Sprawa konstytucyjnej sekularyzacji Państwa zdecydowanie dojrzała w Polsce do wyjaśnienia.
Bardzo „wolny” przepływ pracowników
Po rozszerzeniu w 2004 r. prawie wszystkie „stare” państwa członkowskie
zastosowały tzw. okresy przejściowe (z wyjątkiem Wielkiej Brytanii, Szwecji
i Irlandii), by chronić swoje rynki pracy przed ewentualnym zalewem pracowników z nowej, uboższej części UE. Do końca okresu „ochronnego” rynki
blokowały przed nami tylko Austria i Niemcy, ale wszystkie okresy przejściowe ustalone dla polskich obywateli wygasły po 30 kwietnia 2011 r.
Po kolejnym rozszerzeniu w 2007 r. – o Bułgarię i Rumunię – czasowe blokady
dla własnych rynków pracy zastosowały wobec następnych „nowych” prawie
wszystkie państwa „starej” Unii (z wyjątkiem Szwecji i Finlandii) oraz 2 państwa „nowej” Unii: Węgry i Malta. W 2009 r. ograniczenia zostały zniesione
w Danii, Grecji, Hiszpanii, Portugalii i na Węgrzech. Maksymalny czas zamknięcia rynków pracy dla Rumunów i Bułgarów trwał do 31 grudnia 2013 r.
Nawet jeżeli dane państwo wprowadziło okres przejściowy na dostęp do swojego rynku pracy, to zgodnie z Dyrektywą 2004/38 obywatele Unii i tak mieli
prawo przebywać w tym kraju do trzech miesięcy bez obowiązku jakiejkolwiek
formalizacji swojego pobytu. Jeżeli natomiast chcieli wydłużyć swój pobyt,
musieli jedynie okazać odpowiednie środki finansowe oraz ubezpieczenie.
Wspomniana Dyrektywa przewidywała też możliwość wydalenia osób, które
mogły stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego lub nadmierne
obciążenia dla systemu opieki społecznej, ale takie wydalenie mogło mieć
charakter indywidualny (a nie tak jak w głośnym przypadku Romów we Francji – masowy).
Papież Jan Paweł II jako głowa państwa Watykan przemawia w Parlamencie Europejskim w 1988 r.
Wraz ze stopniowym znikaniem barier (okresów przejściowych) należało stosownie modyfikować i ujednolicać odpowiednie przepisy prawne, czemu służą tzw. przekształcenia, którymi się zajmuję w Komisji Prawnej.
192
193
Mimo że zasada wolnego przepływu osób (obejmująca: studentów, emerytów, członków rodzin itd.) jest jedną z podstawowych zasad wspólnego rynku,
wiele krajów UE, w praktyce do dzisiaj, wspomniany „przepływ” tak naprawdę utrudnia, czy wręcz uniemożliwia.
Parlament oraz inne instytucje otrzymują bardzo wiele skarg na niewłaściwe wdrożenie Dyrektywy 2004/38. Jak zatem zmusić kraje do egzekwowania
prawa do pracy?
Marchewką albo kijem.
Za marchewkę można uznać SOLVIT1, który dyplomatycznie wytyka krajom
braki w znajomości prawa UE.
Za kij – kompetencję Komisji do wnoszenia skarg przed Trybunałem Sprawiedliwości. Trzeba pamiętać, że Komisja dużo chętniej korzysta z marchewki niż
z kija. Z jednej strony dlatego, że nie ma zasobów (w tym ludzkich), żeby każdą sprawę kierować do sądu, a po drugie często po prostu nie chce denerwować państw, gdyż do dzisiaj swobodny przepływ pracowników jest przez wiele
wpływowych środowisk postrzegany jako zagrożenie czy konkurencja. Celowe
uniemożliwianie podjęcia pracy często wynika z obawy, że nowi pracownicy
zwiększą wydatki budżetowe, np. na zabezpieczenia socjalne. Czasem szuka się
nawet sposobu na dodatkowe opodatkowanie obcokrajowców.
zachowują zasadnicze kompetencje). W sprawie podatków Trybunał Sprawiedliwości wymyślił bardzo inteligentną formułkę mówiąc, że „o ile podatki
bezpośrednie pozostają w kompetencji państw członkowskich, to państwa nie
mogą jednak wykonywać tej kompetencji w sposób, który utrudniałby korzystanie z prawa do swobodnego poruszania się” (Sprawa C-385/00 de Goote).
Jak widać reżim prawny jest dość skomplikowany, choć jego podstawy są klarowne: oprócz art. 45 Traktatu o Funkcjonowaniu UE jest Rozporządzenie
1612/68 oraz Dyrektywa 2004/38 mająca kluczową rolę „rozciągającą” prawa przyznane pracownikom na inne kategorie osób: studentów, emerytów,
członków rodzin.
Jak wynika z ilości wpływających do PE petycji i skarg widzę, że obywatele
coraz skuteczniej potrafią dochodzić swoich praw. Państwu też radzę nie zrażać się ewentualnymi trudnościami.
Przykład zastosowania SOLVIT: Polska terapeutka zajęciowa chciała podjąć
pracę w Irlandii i złożyła podanie o uznanie swoich kwalifikacji zawodowych.
Irlandzkie władze odmówiły jednak uznania polskiego dyplomu, podając
w uzasadnieniu, że nie został on uznany przez światową federację terapeutów
zajęciowych (World Federation of Occupational Therapist – WFOT). Wymóg
ten jest niezgodny z prawem UE. Dzięki irlandzkiemu ośrodkowi SOLVIT
odpowiednia instytucja Irlandii przyjęła podanie i zapowiedziała, że od tej
pory wszystkie podania, łącznie z tymi, których nie zatwierdziła WFOT, będą
przyjmowane do rozpatrzenia.
Celowa dyskryminacja pracowników z innych państw, może mieć swój finał
w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości. Najczęściej są to sprawy dotyczące
np. zabezpieczeń socjalnych, a także podatków (w tych dziedzinach państwa
Sieć rozwiązywania problemów rynku wewnętrznego, która działa w każdym państwie członkowskim,
koordynowana przez Komisję Europejską, w Polsce – przy Ministerstwie Gospodarki www.mg.gov.pl/
Przedsiebiorcy/Solvit.
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu.
194
195
1
Zatrudnię – milion pracowników, od ręki...
Średni poziom bezrobocia w Unii Europejskiej w 2010 r. wynosił 9,6%1, tymczasem w różnych państwach członkowskich były w tym czasie do obsadzenia, według szefa Komisji Europejskiej José Manuela Barroso, aż 4 miliony
wolnych miejsc pracy!
Efemeryczna wymiana informacji na rynku pracy to żadna nowość i dotyczy
praktycznie każdej gospodarki. UE postanowiła wyjść temu problemowi naprzeciw, tworząc Europejskie Służby Zatrudnienia (European Employment
Services – EURES), których centralnym elementem ma być internetowy portal www.ec.europa.eu/eures. Według założeń Komisji Europejskiej, EURES
(tworzony już od 1994 r.), stanowiąc ogólnoeuropejski system wymiany informacji o ofertach pracy, ma zwiększyć mobilność zawodową w UE.
Strona EURES-u ma za zadanie nie tylko ułatwić użytkownikowi znalezienie
pracy, lecz także zaoferować mu szereg porad. Portal podzielono na dwa klasyczne działy – dla „osób poszukujących pracy” i dla „pracodawców”. W tym
pierwszym umieszczono opcje wyszukiwania ofert oraz możliwość załadowania na stronie CV – do wglądu dla pracodawców. W tym drugim przewidziano z kolei opcję dodawania ofert i przeszukiwania CV osób starających
się o pracę. Bez wątpienia liczby prezentują się imponująco – w bazie EURES-u znajduje się blisko pół miliona życiorysów oraz ok. 980 tys. ofert pracy,
zamieszczonych przez ponad 20 tys. zarejestrowanych pracodawców. Oferty
te są aktualizowane na bieżąco, pochodzą z różnych krajów UE i znacznie
ułatwiają znalezienie pracy za granicą.
EURES funkcjonuje bardzo szybko i stabilnie, co w połączeniu z wysoką liczbą
ofert każe zatrzymać się przy serwisie na dłużej. Osoby wytrwałe, szukające
Instytucje Unijne prezentują bogatą ofertę stażów i miejsc pracy dla młodych i ambitnych ludzi.
Bezrobocie w UE, dokładne dane: www.epp.eurostat.ec.europa.eu/cache/ITY_PUBLIC/LN-072010/
EN/LN-072010-EN.PDF.
196
197
1
pracy w konkretnej branży (wyszukiwanie ofert według kategorii), powinny
być zadowolone. Niewątpliwymi zaletami EURES-u są również: rozbudowana
część poradnikowa, informacje o targach pracy organizowanych w państwach
UE, czy sieć ok. 700 doradców zawodowych. Ci ostatni służą fachową poradą
w zakresie doboru oferty do profilu osoby, redakcji życiorysu oraz przygotowań do rozmowy kwalifikacyjnej. Na przykład na Dolnym Śląsku pracuje
czterech doradców mówiących po polsku, angielsku i niemiecku. W skali kraju to ok. 50 osób, z którymi można skontaktować się zarówno telefonicznie,
jak i mailowo.
Niestety, jak zawsze w przypadku tak skomplikowanych projektów, nie obyło
się bez usterek. Okazało się, że i tu znalezienie pracy nie jest łatwe. Pierwszy
mankament to językowy bałagan. Choć najważniejsze sekcje przetłumaczono
na 24 języki, wyszukiwanie ofert np. w Belgii po polsku nie ma większego
sensu. Wyniki wyświetlają się bowiem albo po francusku albo po flamandzku i bez znajomości jednego z dwóch języków (a najlepiej obu) nie sposób
ich analizować. Zabrakło też konsekwencji w tłumaczeniu tekstów w części
poradnikowej; nie można np. poczytać w języku polskim o warunkach ubezpieczenia w Wielkiej Brytanii, czy o francuskim rynku pracy.
Ponadto na początku szwankowało samo wyszukiwanie ofert. Serwis wyświetlał propozycje luźno związane z wpisywanymi słowami-kluczami (np. oferty
dla informatyków po wpisaniu „press” i „communication”), a uzyskane rezultaty były mało przejrzyste. Nawet jeśli znaleźliśmy interesującą nas ofertę,
EURES nie oferował możliwości aplikowania na dane stanowisko bezpośrednio z poziomu serwisu i sporadycznie zawierał dane kontaktowe pracodawcy.
W efekcie, po wyszukaniu oferty często należało otworzyć nową stronę i odszukać ogłoszenie już na witrynie pracodawcy.
Ryby jednoczą narody
...czyli historyczne głosowanie w Parlamencie Europejskim.
658 – „za”,
0 – „przeciw”,
0 – wstrzymujących się.
Cudowna jednomyślność.
Widząc na ekranach rezultat, zaraz po głosowaniu wszyscy posłowie – zaskoczeni podobnie jak i ja – nagrodzili swoją wyjątkową jednomyślność gromkimi brawami. Jest zatem możliwe, by cała poselska wspólnota była w 100% „za”
jakąś regulacją europejską. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego wyniku.
Nawet żaden eurosceptyk nie wyraził sprzeciwu...
Widząc te mankamenty Komisja Europejska, zarządzająca projektem, przymierzyła się do uruchomienia EURES-u 2.0, tj. odświeżonej wersji portalu.
Obecnie funkcjonuje on znacznie lepiej.
Życzę owocnych poszukiwań wymarzonej pracy „za rogiem”, czy za siedmioma górami...
Połowy w UE reguluje Wspólna Polityka Rybołóstwa.
198
199
Czego dotyczyło to wyjątkowe, jednomyślne głosowanie przeprowadzone wiosną 2013 r.? Ryb. A konkretnie Sprawozdania Hudhgton’a (A7-0314/2012)
w sprawie wniosku dotyczącego Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady zmieniającego Rozporządzenie Rady (WE) nr 2371/2002 w sprawie ochrony i zrównoważonej eksploatacji zasobów rybołówstwa w ramach
Wspólnej Polityki Rybołówstwa.
Mówiąc jaśniej, wniosek miał na celu przedłużenie terminu ważności obecnie obowiązującej zasady „dostępu do zasobów rybnych” w granicach 12 mil
morskich wraz z odstępstwem dla każdego państwa członkowskiego, po raz
pierwszy zastosowanym w Rozporządzeniu (EWG) nr 2141/70 ustanawiającym wspólną politykę strukturalną dla branży rybnej. Przedłużenie tego
okresu do 31 grudnia 2014 r. – wszyscy, nawet zaciekli przeciwnicy Unii poparli. Odstępstwo zatem zostało.
VII. Parlamentarne dreszczowce
Według powszechnej opinii zarządzanie połowami w strefach 12-milowych
to przykład unijnego sukcesu i tego, że państwa członkowskie są w stanie skutecznie zarządzać rybołówstwem. Czego nie można niestety powiedzieć o zarządzaniu zasobami rybołówstwa poza 12-milową strefą...
Więcej: www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?pubRef=-//EP//NONSGML
+REPORT+A7-2012-0314+0+DOC+PDF+V0//PL.
Głosowanie w Parlamencie Europejskim w Strasburgu.
200
201
Bruksela miasto bez stereotypów
Pracuję i mieszkam w Brukseli od dekady i z całą odpowiedzialnością mogę
stwierdzić, że jest to miasto wyjątkowe. W mojej dzielnicy – „europejskiej”
mieszka 80 tys. osób pochodzących ze 171 różnych krajów!
Belgowie stanowią zaledwie połowę tej grupy, pozostali to: Francuzi, Włosi, Portugalczycy, Hiszpanie, Brytyjczycy, Niemcy, Marokańczycy i Polacy (ok. 2 tys.).
Na skrzynkach pocztowych w domu, gdzie mieszkam, widnieją nazwiska ze
wszelkich możliwych części świata. Ogłoszenia dla mieszkańców wywieszane
są po… angielsku. A przecież żyjemy w Belgii, a właściwie geograficznie we
Flandrii, gdzie oficjalnie mówi się po flamandzku.
W „dzielnicy europejskiej” międzynarodowe towarzystwo wymogło używanie uniwersalnego języka angielskiego także w sklepie, na poczcie, w banku,
u lekarza czy fryzjera. Słyszałam, że złodzieje z Parku Leopolda „pracując”
w „dzielnicy europejskiej” również dostosowali się tych językowych standardów. Nie radzę jednak nikomu osobiście sprawdzać, czy to prawda – szczególnie po zmroku.
W Brukseli każda dzielnica ma nie tylko swojego mera, radę ustanawiającą
własne reguły, ale i policję. A ta, zanim gdziekolwiek pojedzie, musi najpierw
sprawdzić, czy to ich rewir, zwykle zajmuje im to od godziny do trzech.
Siedziba Parlamentu Europejskiego w Brukseli.
A pracy mają mnóstwo. Stolica Belgów podobno jest jednym z najbardziej
niebezpiecznych miast w Europie. Kradzieże, włamania i napady są na porządku dziennym i to nie tylko w dzielnicach powszechnie uważanych za
niebezpieczne jak: Anderlecht czy Saint-Josse, ale i w tych szykownych jak
Etterbeek (gdzie znajduje się PE), Uccle i Ixelles – gdyż tam napady przynoszą
największe korzyści.
202
203
Jak napadać to najlepiej w Brukseli
I nie chodzi bynajmniej o deszcz…
Tuż obok Parlamentu Europejskiego w Brukseli jest Park Leopolda. Na pierwszy rzut oka miłe miejsce ze starymi drzewami, położoną wśród nich z Biblioteką Solvay (nazwaną od nazwiska fundatora belgijskiego milionera i filantropa), ławeczkami, jeziorkiem i wypielęgnowanym trawnikiem, na którym
chętnie „zalegają” w rzadkich momentach, gdy nie pada, w przerwie na lunch
pracujący wokół eurourzędnicy z Komisji Europejskiej, Rady i oczywiście
Parlamentu. Ale nawet gdy jak zwykle pada to i tak tę drogę „na skróty” przez
park wybiera wielu. Właśnie ze względu na tych śpieszących się europrzechodniów, park i cała okolica zwana od mnogości instytucji UE „dzielnicą
europejską” stały się bardzo atrakcyjnym miejscem „pracy” dla wszelkiej maści złodziei.
Portfel czy torebka wyrwana w Parku Leopolda gwarantują więcej niż przeciętny zysk w innej dzielnicy. A wydawałoby się, że tu, gdzie spotykają się
głowy unijnych państw, czy europosłowie powinno być najbezpieczniej. To
pozory. Policja pojawia się zwykle, aby zamknąć jakąś okoliczną ulicę, gdy
przejeżdża VIP-owska kolumna, ale na co dzień nie ma nawet żadnych patroli.
Ofiarami napadów są eurodeputowani, asystenci, urzędnicy i zwykli mieszkańcy wzięci za eurokratów.
Policja belgijska nie bardzo się pali do patrolowania Parku i Parlamentu. Wie
co się czai w krzakach i nie czuje się bezpiecznie w mieście. Co więcej, coraz
to grozi... strajkiem, z uwagi na brak bezpieczeństwa swojej pracy. Praca belgijskiego policjanta najwyraźniej stała się zbyt niebezpieczna.
Park Leopolda w okolicach Parlamentu Europejskiego.
204
205
Komisja Europejska, Rada i Parlament całkiem serio rozważały utworzenie
specjalnej strefy bezpieczeństwa, wokół naszych instytucji, łącznie z posterunkiem policji w obrębie PE – oczywiście za dodatkową opłatą. Projekt nie
przeszedł.
Bruksela czerpie ewidentne korzyści z obecności instytucji unijnych czy
współpracujących z nimi organizacji międzynarodowych. Zarabia na urzędnikach europejskich i ich rodzinach (łącznie ponad 70 tys. osób), tymczasem
„kura znosząca złote jajka” przechadza się po niestrzeżonym kurniku. To
jeszcze nic, wewnątrz budynków PE też nie jest bezpiecznie, mimo tabunów
ochroniarzy i ponad tysiąca kamer. Na przestrzeni ostatnich kilku lat były
trzy napady wewnątrz Parlamentu: na bank, kasę stołówkową i pocztę. Powoli kończą się miejsca, które można by jeszcze tu obrabować. Został jeszcze
fryzjer, pralnia i kiosk.
Co ciekawe, napad na pocztę pokazał, że może nie chodziło wcale o pieniądze...
Jeśli dwie osoby zadają sobie trud rozpracowania skomplikowanej infrastruktury kompleksu budynków Parlamentu Europejskiego w Brukseli (w którym
pracuje 10 tys. osób) i napada na malutki 2-osobowy urząd pocztowy, gdzie
w kasie zwykle bywa maksymalnie kilkaset euro – można się zastanowić o co
naprawdę chodziło?
Był to piątek, 4 lutego 2011 r., Parlament Europejski w Brukseli, godziny
wczesno popołudniowe. Posłowie są już w samolotach, a urzędnicy na lunchu. Dwaj mężczyźni wchodzą do budynku przez wejście dla prasy. Przechodzą bez problemu kontrolę przez “bramki” jak na lotnisku. Mają identyfikatory, zatem ochroniarz nie interweniuje. W ciągu następnych kilkunastu
minut mężczyźni docierają do punktu pocztowego ulokowanego na parterze
w innym gmachu (części ASP), znacznie oddalonym od wejścia dla prasy.
Poruszają się bardzo pewnie, a budynki Parlamentu to dla niewtajemniczonych prawdziwy labirynt. Zmierzający na pocztę „goście”, co zarejestrowały
liczne kamery PE, najwyraźniej wiedzą jak i gdzie przejść, by te nie uchwyciły ich twarzy. Napad trwa minutę czy dwie, nie jest jednak zarejestrowany,
ze względu na... chwilową awarię pocztowej kamery. Z „łupem” ok. 700 euro
mężczyźni spokojnym krokiem opuszczają PE tą samą trasą, którą przyszli.
Po ich wyjściu, zaalarmowane (z wyliczonym dokładnie opóźnieniem) służby zamykają wszystkie wyjścia z budynku, co nie pozwala ująć sprawców,
ale skutecznie więzi m.in moich asystentów na kilka godzin, nie pozwalając
im iść spokojnie po pracy do domu.
206
Zastanawiając się, jak zdesperowani musieli być napastnicy, by ryzykować
dla wyjątkowo skromnej sumy, dochodzę do wniosku, że może wiedzieli, że
niczego tak naprawdę nie ryzykują, albo też potraktowali napad jako specyficzną zabawę w kotka i myszkę, tylko wtedy film z napadu pewnie krążyłby
po Internecie.
Wcześniej, w 2009 r. miał miejsce napad na jedną z trzech placówek bankowych w Parlamencie. Uzbrojony mężczyzna w peruce i makijażu zabrał z kasy
30 tys. euro co, jak na napad na bank, wygląda dość skromnie – chyba, że
ryzyko jest znikome.
Łupem padła też kasa w stołówce! Tu było chyba najwięcej zysku, dzień
w dzień jada tam ok. 15 tys. wygłodniałych, a najtańszy posiłek kosztuje pięć
euro. Żadnych sprawców nie ujęto. Za to nam posłom, asystentom i urzędnikom zaostrzono reżim wejść i wyjść z budynków, co wszystkim upoważnionym do przebywania w PE dotkliwie do dziś utrudnia życie.
Jako kwestor spotykałam się także często ze skargami posłów na kradzieże
w biurach parlamentarnych. Materiały biurowe, zszywacze, zegary, a także
kosmetyki czy kawa znikały w zadziwiająco „hurtowy” sposób. Tak jakby ktoś
traktował nasze biura jak swoisty darmowy supermarket. Także z mojego biura wyparowywały różne drobne przedmioty, ale gdy przed Bożym Narodzeniem zniknęły wszystkie kupione dla rodziny prezenty, zareagowałam ostro.
Bez skutku. Do dziś nigdy nie jestem pewna co zastanę w swoim biurze.
W efekcie wielu wewnętrznych dochodzeń w sprawie większych czy mniej
cennych „zniknięć” – nikogo nigdy nie oskarżono, ale przynajmniej interwencja u służb sprzątających dała pewne rezultaty. Zszywacze zostają teraz
na miejscu, choć kawa dalej „wyparowuje”, ale w zdecydowanie wolniejszym
tempie, odsypywana ze słoika, a nie znikająca wraz z opakowaniem.
Budynek Parlamentu wewnątrz jest miejscem eksterytorialnym, podobnie jak
ambasada – co oznacza, że policja bez naszej zgody nie ma wstępu do środka,
a zanim to nastąpi nie ma już kogo ścigać.
207
Strzelać do posła
Jest początek 2009 r. Jak zwykle wracam po pracy bardzo późno do domu. Jest
już ciemno. Zapalam światła, wchodzę do salonu. Wielkie okna balkonowe
wychodzą na park, nie ma sąsiadów naprzeciwko. Nie zaciągam zasłon, mam
poczucie, że obcuję z naturą, fantastycznie...
Włączam wiadomości na moim ulubionym kanale France 2. Siadam na sofie
przed telewizorem, pada strzał... pierwsza szyba antywłamaniowa kruszy się.
Natychmiast gaszę światło, nie chcę by było widać wnętrze mieszkania i mnie.
Druga warstwa szyb pęka ale wytrzymuje. Dzwonię na policję. Przybywają...
po godzinie. Ich siedziba jest o 5 min. od mojego mieszkania. Słabo mówią po
francusku, to Flamandowie. Przy pomocy małej latarki usiłują w nocy odnaleźć na moim tarasie – łuski z oddanych strzałów, bez sukcesu. Sugerują, że
może to ktoś rzucił kamieniem? W szybę antywłamaniową? Nie ma jednak
ani kamienia ani łusek. Piszą raport, bez żadnego ciągu dalszego.
Kolega w Parlamencie, dowiedziawszy się o incydencie, od razu zapytał mnie,
nad jakim dokumentem obecnie pracuję. Do głowy nie przyszło mi, że może
to mieć związek z moją pracą. Czy nadepnęłam na odcisk lobbystom? Tym
zaangażowanym w prawa własności intelektualnej? To najbardziej wrażliwe
dossier, które do tej pory przygotowywałam, ale żeby z tego powodu do mnie
strzelać? Może tylko aby mnie przestraszyć, nie zabić.
W końcu belgijska policja umarza śledztwo, nie znajdując sprawców. Za to ja
płacę ponad 1 tys. euro z tytułu wkładu własnego do odszkodowania, ponieważ nie odnalazłam sprawcy zniszczenia elewacji budynku (szyby) mojego
lokum.
„Gazeta Wrocławska” nr 68/2009.
208
209
3000 euro za ścierkę do podłogi
Poseł Nigel Farage, brytyjski eurosceptyk zasiadający w PE od 10 lat, jest jedną
z barwniejszych postaci w PE, jeśli mierzyć „kolory” temperaturą wystąpień
i obraźliwym słownictwem.
Zabierając głos w debacie dotyczącej wyników szczytu w lutym 2010 r. poświęconego „strategii UE-2020” – czyli celów Unii na kolejne 10 lat, zamiast
odnieść się do meritum sprawy zaatakował zaproszonego przez Parlament
gościa – szefa Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya, słowami: „Ma
pan charyzmę ścierki do podłogi i wygląd niskiego rangą urzędnika bankowego”. Dostało się także Belgii, skąd Van Rompuy pochodzi (do 1 grudnia
2009 r. był Premierem), która w opinii brytyjskiego europosła jest tylko „niby-krajem”...
Wolność wypowiedzi nie oznacza, że można obrażać i poniżać innych, bez
respektu dla powagi urzędu – Van Rompuy przewodniczy Radzie, gdzie zasiadają szefowie rządów i państw wszystkich krajów członkowskich i szacunku
dla miejsca – najwyższego demokratycznie wybranego zgromadzenia, Parlamentu Europejskiego, reprezentującego ponad 500 mln obywateli.
Poseł Farage poproszony przez ówczesnego Przewodniczącego Parlamentu
Jerzego Buzka, by przeprosił za zajście zarówno szefa Rady jak i naród belgijski – odmówił. W konsekwencji zgodnie z art. 153(3) regulaminu PE, została
nałożona nań kara, jaką było pozbawienie posła 10 diet (ok. 3 tys. euro).
Brytyjski czołowy eurosceptyk Nigel Farage podczas sesji plenarnej w Strasburgu.
Z punktu widzenia Farage’a, szukającego wtedy przed wyborami w Wielkiej
Brytanii za wszelką cenę rozgłosu – opłacało się. Tylko 3 tys. euro za ogólnoeuropejską reklamę – to jak za darmo. Z drugiej strony, w opinii wielu komentatorów politycznych i samych polityków, poseł Farage tym razem jednak
przesadził i stracił sympatię części eurosceptyków, którzy godzą się co prawda
210
211
na ostrą krytykę unijnych instytucji, ale z porównywaniem uznanego polityka do ścierki już im nie po drodze.
Gwoli formalności dodam, że jeszcze na początku poprzedniej kadencji PE
tego typu „występ” uszedłby posłowi na sucho. W latach 2004-2009 Nigel Farage zasiadał w grupie razem z polskimi posłami z LPR i to właśnie ich aktywne „popisy” spowodowały potrzebę zmiany regulaminu Parlamentu, bowiem
najwyższa kara, jaką było wtedy wyprowadzenie posła z sali, kompletnie na
polskich „performersów” nie działała. Wtedy postanowiono wprowadzić także kary finansowe, aż do wykluczenia europosła ze Zgromadzenia.
Jak można sobie wyobrazić, opłaty za własne występy zniechęciły „aktorów”
i przez dłuższy czas nie mieliśmy podobnych „spektakli”. Można powiedzieć,
że poseł Farage zawdzięcza swoim byłym kolegom, że za „ścierkę do podłogi”
musiał jednak zapłacić.
Czołowy eurosceptyk do dzisiaj robi co może, by osiągnąć status euromęczennika i zająć miejsce w pierwszych szeregach polityki krajowej.
Cztery lata dla austriackiego europosła
Były austriacki Minister Spraw Wewnętrznych i eurodeputowany Ernst Strasser został 14 stycznia 2013 r. skazany na cztery lata więzienia za korupcję.
Dwa lata wcześniej fikcyjna firma o nazwie Taylor Jones Public Affairs – wymyślona przez dziennikarzy brytyjskiego tabloida „The Sunday Times” – poprzez swoich „lobbystów” próbowała przekupić ponad 60 eurodeputowanych,
głównie z najsilniejszych grup politycznych: Chadeków i Socjaldemokratów,
mających realny wpływ na eurolegislację. Zdecydowana większość „kuszonych” posłów nie wyraziła ochoty na proponowane spotkanie, ale kilku zainteresowało się tematem.
Posłom proponowano uposażenie członka rady doradczej w zarządzie fikcyjnej firmy w wysokości 100 tys. euro rocznie, zaś ich „konsultacje” miały
prowadzić do zmian w dyskutowanych przez PE dokumentach dotyczących
pewnych regulacji finansowych tak, by przepisy były korzystne dla płacącego.
Herman Van Rompuy – pierwszy stały Przewodniczący Rady Europejskiej.
Choć nikt z oskarżanych wtedy na łamach prasy deputowanych nie przyznał
się do winy, to „wyrok medialny” zapadł natychmiast, bez jakiegokolwiek
domniemywania niewinności. W efekcie dwóch deputowanych zrezygnowało z mandatów poselskich pod polityczną presją swoich partii: Austriak
Ernst Strasser i Słoweniec Zoran Thaler. Rumun Adrien Severin zatrzymał
mandat, ale został przymuszony do opuszczenia grupy politycznej Socjaldemokratów. Uczynił to niechętnie, gdyż był przekonany, że nie zrobił niczego niewłaściwego – zgodził się na normalne usługi konsultingowe, co
nie stoi w sprzeczności ze statutem eurodeputowanego (to prawda, należy
tylko zgłosić taki fakt w deklaracji majątkowej), co więcej, chcąc być w zgodzie z prawem, skonsultował nawet tę umowę z serwisem prawnym PE,
który nie doszukał się w niej niczego niewłaściwego. Hiszpan Pablo Zalba
212
213
szywych lobbystów, których uważał za... amerykańskich agentów służb specjalnych. Sędzia Georg Olschak nie uwierzył w tę linię obrony, co więcej, skomentował ją, jako najbardziej dziwaczną, jaką słyszał podczas swoich 20 lat
praktyki zawodowej.
Strasser przyjął werdykt z kamienną twarzą.
Ciekawym jest, że w czasie przesłuchań były deputowany wcale nie krył, że
działał już wcześniej otwarcie, jako lobbysta. Jego zwyczajową stawką było 70
tys. euro rocznie. W listopadzie 2010 r. podniósł klientom taryfę do 100 tys.
euro. Miał już sześciu kontrahentów zanim pojawili się lobbyści – dziennikarze.
Sędzia Olschak, ogłaszając wyrok, zaznaczył, że „w historii II Republiki Austriackiej było tylko kilka osób, które naruszyły godność Republiki tak jak
Pan” – mając na myśli pewnego polityka za wąsikiem.
Były austriacki Minister Spraw Wewnętrznych i europoseł Ernst Strasser w Brukseli.
Więcej: www.eubusiness.com/news-eu/austria-corruption.lr2
Bidegain, także nie zrezygnował z mandatu, wytoczył natomiast sprawę gazecie i pozostał w swojej grupie politycznej Chadeków.
Strasser, Thaler, podobnie jak pozostający w PE Severin i Zalba Bidegain wcześniej byli prawdziwymi bossami w swoich krajach. Ernst Strasser był Ministrem austriackiego MSW, Zoran Thaler stał na czele słoweńskiej dyplomacji,
Adrian Severin był Wicepremierem i Ministrem rumuńskiego MSZ, a Pablo
Zalba Bidegain był wysokiej rangi menadżerem w Arcelor Mittal. Mieli mocną polityczną pozycję, dobre perspektywy przed sobą i spore majątki. 100 tys.
euro w ich przypadku to nie fortuna, dla której warto wszystko ryzykować.
Co ich skłoniło do współpracy z niby-lobbistami z brytyjskiego brukowca?
To wyjaśniają obecnie słoweńskie, rumuńskie i hiszpańskie organy ścigania,
bowiem austriackie już zakończyły ten proces. Ernst Strasser, polityk konserwatywnej Austriackiej Partii Ludowej usłyszał już wyrok: cztery lata więzienia, bez możliwości zwolnienia warunkowego – za zgodę na forsowanie
zmian legislacyjnych w Parlamencie Europejskim w zamian za 100 tys. euro.
Swoją linię obrony Strasser oparł na twierdzeniu, że zdawał sobie sprawę
z dziennikarskiego podstępu, ale podejmując „grę” chciał rozszyfrować fał214
215
Kontrowersyjna legislacja wzmaga
natarczywość lobbystów
Zaproponowane przez Viviane Reding, Komisarz ds. sprawiedliwości, praw
podstawowych i obywatelstwa, rozporządzenie w kwestii ochrony danych
osobowych było jednym z najbardziej kontrowersyjnych aktów prawnych,
które trafiły do Parlamentu Europejskiego w trakcie VII kadencji PE. Nic
dziwnego zatem, że zaproponowane zmiany wywołały niespotykaną falę intensywnego lobbingu. „To największy lobbing, jaki Bruksela kiedykolwiek
widziała” – powiedział tygodnikowi „The European Voice” – Joe McNamee,
dyrektor European Digital Rights1.
Nowe rozporządzenie miało ujednolicić często rozbieżne, narodowe interpretacje unijnych przepisów dotyczących prywatności.
W grę wchodziły oczywiście wielkie pieniądze.
Z jednej strony są cenne dane, którymi obracając można generować majątek,
z drugiej wymóg uzyskania wyraźnej zgody Internauty na określony rodzaj
„śledzenia” go w sieci, której brak może skutkować grzywną – liczoną w milionach euro. Jest o co walczyć, więc wszelkie podmioty przetwarzające dane
począwszy od gigantów jak Google czy Facebook, po organizacje konsumenckie – zaczęły natarczywie pukać do poselskich drzwi.
Najwięcej nacisków było związanych z aspektami rozporządzenia czyniącymi legislację bardziej przyjazną małym i średnim przedsiębiorstwom,
np. poprzez zaproponowane zwolnienia z uciążliwej procedury weryfikacji
Social media gromadzą dane osobowe użytkowników, tworząc bazy danych,
do których użytkownicy nie mają wglądu.
1
Więcej:
www.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,13391898,Polscy_europoslowie_robia__kopiuj_
wklej__z_materialow.htm.
216
217
„pozyskiwania zgody”. Tysiące spotkań zaowocowało setkami propozycji
zmian, niektórych zadziwiająco do siebie podobnych, na co zwrócił uwagę
inicjator akcji „Europe vs. Facebook”, publikując ciekawe zestawienie tekstów
poselskich poprawek dosłownie przekopiowanych z materiałów lobbystów2.
Tylko z mojej grupy S&D wspólnych poprawek była ponad setka. Faktem jest,
że proponowane sformułowania są często bardzo skomplikowane i mało zrozumiałe dla nie-prawników. Nowa regulacja ma zastąpić dyrektywę z 1995
r., która nie jest już w stanie sprostać wyzwaniom dzisiejszej cyfrowej rzeczywistości. Przyczynkiem do zmian stały się liczne skandale związane m.in.
z handlem danymi użytkowników Internetu.
Europejczycy powinni mieć prawo do „bycia zapomnianym” w sieci, czyli skutecznego wymogu by nasze dane mogły być usunięte z Internetu. To nowe wyzwanie prawne, które stawia przed nami wirtualna rzeczywistość. Propozycja
bardzo popularna wśród obywateli nie jest na rękę potentatom internetowym
jak Facebook czy Google. Niedawne zmiany w polityce prywatności Google –
ostro skrytykowane przez 30 europejskich rzeczników ds. ochrony danych osobowych – prowadzą do niekontrolowanego przetwarzania danych osobowych
bez wyraźnej zgody użytkowników, szczególnie w odniesieniu do korzystania
z serwisów YouTube i Gmail. Firma Google, jak udowodniono, przechowywała
bez zgody użytkowników informacje zawarte w cookies oraz te dotyczące stron
odwiedzanych przez użytkowników, nawet z okresu dwóch lat wstecz.
Lobbyści internetowych gigantów są najbardziej niezadowoleni z tego, że
nowe unijne prawo kategorycznie zakazałoby wszelkiego przetwarzania danych użytkowników, jeśli ci nie wyraziliby na to zgody, co zahamowałoby ich
zdaniem rozwój tzw. personalized advertising, czyli sposobu selekcjonowania
pojawiających się reklam w witrynach internetowych na podstawie indywidualnych preferencji czy zainteresowań konkretnego użytkownika, tworzonych
dzięki zebranych o nas danych.
W czym leży problem?
Za każdym razem, kiedy używamy telefonu komórkowego lub gdy wysyłamy
e-mail, część naszych danych jest przechwytywana i przetrzymywana przez
okres 6-24 miesięcy. Co prawda od 2006 r. unijna dyrektywa w sprawie zatrzymywania danych wymaga od państw członkowskich by „kolekcjonowały”
wyłącznie dane na temat przesyłu, a nie treści wiadomości, jednak w praktyce
rządy obligują swych narodowych usługodawców do identyfikowania komunikatu, źródła, celu i lokalizacji przekazu.
Nowe proponowane unijne prawo ma zastąpić obowiązującą w Polsce Ustawę
o Ochronie Danych Osobowych z 29 sierpnia 1997 r. i ujednolicić systemy
ochrony danych w całej Unii Europejskiej. W założeniu ma być rozwiązaniem
wprowadzającym właściwy balans między ochroną jednostki a swobodnym
przepływem danych. Jeśli plan KE zostanie wdrożony w życie, w całej Wspólnocie będzie obowiązywało to samo prawo.
Komisja chce rozporządzenia a nie „słabszej” prawnie dyrektywy, by uniemożliwić wprowadzenie zmian do projektu na szczeblach narodowych. W rozporządzeniu w sposób jasny określa się zakres typów danych, które mogą być
zachowywane, minimalne normy dotyczące dostępu i korzystania z nich, zabezpieczenia ich przechowywania oraz spójne podejście do zwracania kosztów
operatorom przechowującym dane.
Według Komisarz Reding na harmonizacji prawa skorzystają nie tylko konsumenci, ale także firmy, które będą miały jasne i równe zasady konkurencji.
Amerykańscy potentaci internetowi twierdzą wręcz przeciwnie. Ledwo zarys
projektu ujrzał światło dzienne Peter Fleisher, przedstawiciel Google napisał
na swoim blogu, że prawo do bycia zapomnianym to narzędzie do wprowadzania cenzury w sieci.
Faktem jest, że to nowe prawo – zawarte w art 17. proponowanego rozporządzenia – do usunięcia przez użytkownika wszelkich informacji o sobie kiedykolwiek zamieszczonych w sieci – jest jako pomysł dobre, problem leży w jego
egzekwowaniu. Jak dotrzeć do wszystkich poszukiwanych danych w Internecie i jak je skutecznie zewsząd usunąć?
Jeśli założyłeś sobie profil na FB i chcesz go teraz usunąć – spróbuj. Fiasko.
2
Polecam artykuły:
www.guardian.co.uk/technology/2012/oct/16/google-privacy-policies-eu-data-protection,
www.spiegel.de/international/business/us-government-and-internet-giants-battle-eu-over-data-privacyproposal-a-861773.html.
W Norwegii istnieje portal www.servisslettmeg.no, który udostępnia poradniki, konkretną pomoc oraz kontakty do osób odpowiedzialnych za przetwarzanie danych, dając też wskazówki jak samemu usunąć dane lub do kogo
się z tym zgłosić. W Polsce w biurze Głównego Inspektora Ochrony Danych
Osobowych (GIODO) także można uzyskać podobne informacje. Według
218
219
jego szefa Wojciecha Rafała Wiewiórowskiego już w pierwszych czterech miesiącach działalności serwisu wpłynęło 1478 zapytań.
Faktem jest, że istnieje obawa, iż nowe „prawo do bycia zapomnianym” mogłoby stworzyć coś w rodzaju instytucji „ministerstwa prawdy”, gdzie każdy
użytkownik mógłby żądać usunięcia prawdziwych, lecz niewygodnych dla
niego danych na własny temat. W niektórych krajach takie prawo już istnieje
i obywatele próbują go dochodzić. Przykład z Niemiec: dwóch morderców,
po odbyciu kary i wyjściu na wolność zażądało zatarcia faktu ich skazania od
niemieckiej Wikipedii (ich sprawa przed laty była bardzo szeroko komentowania, chodziło o zamordowanie tamtejszego celebryty). Po wyjściu z więzienia – z fatalnym PR w sieci – nie mogli znaleźć pracy. Na ich wniosek
niemiecki sąd nakazał usunięcie dotyczącej ich noty z niemieckiej Wikipedii,
w innych wersjach językowych dalej są mordercami...
Miliony za „nicnierobienie”
Podczas gdy na eurosalonach mnożą się układanki z nowych twarzy przymierzanych do obsadzenia unijnych top-stanowisk w nowym rozdaniu w 2014 r.
– media dla dodania temperatury w dyskusji – wyciągają interesujące i szokujące odbiorców „eurorodzynki”.
Przykład z Wielkiej Brytanii:
„Baronowa Ashton dostanie od Unii 400.000 funtów za nicnierobienie”1. To
fakt.
Komisarze po zakończeniu swojej 5-letniej kadencji przez trzy kolejne lata
otrzymują odprawę. Tak, z pieniędzy podatników. Wszyscy o tym wiedzą,
a najlepiej szefowie naszych rządów, którzy decydują o nominacjach na kandydatów na komisarzy. Kiedy Lady Catherine Ashton, szefowa unijnej dyplomacji zakończy swoją kadencję w październiku 2014 r. (podobnie jak cała
Komisja Europejska, w tym polski Komisarz Janusz Lewandowski) – będzie
miała wypłacane 65% swojego dotychczasowego uposażenia, czyli jak wyliczyli brytyjscy dziennikarze ok. 133 500 £ rocznie, aż do końca 2017 r. Ponadto, skorzysta też (jak do tej pory) z niskiego podatku wspólnotowego.
Sprawa wywołała burzę na wszelkich brytyjskich medialnych forach, czemu
się trochę dziwię, gdyż taką samą odprawę otrzymywali wcześniej wszyscy poprzedni komisarze z tego kraju (będącego we Wspólnocie od 1973 r.), zatem dla
„wyspiarzy” to żadna nowość. Już bardziej dla nas, ale polskie media być może
bardziej wyważone, nie emocjonują się specjalnie przypadkiem Baronessy i nie
wiążą go z analogiczną sytuacją Komisarza Janusza Lewandowskiego, czy naszej pierwszej Komisarz – Danuty Hübner, która odprawy rzędu 100 000 euro
rocznie za „nicnierobienie” z Komisji Europejskiej (KE) już otrzymała.
Posiedzenie Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych, 9 stycznia 2014 r.
Więcej: www.telegraph.co.uk/news/worldnews/europe/eu/9971786/Baroness-Ashton-will-be-paid-400000
-by-the-EU-to-do-nothing.html.
220
221
1
Niezależne instytuty badawcze np. Open Europe „tropią” ponadto różne inne
składowe zarobków urzędników najwyższego szczebla Komisji Europejskiej.
Według ich wyliczeń Danuta Hübner, jako Komisarz ds. Polityki Regionalnej,
w ciągu pięcioletniej kadencji w KE zarobiła łącznie 1,5 mln euro.
Na pensję komisarza składają się rocznie:
– płaca zasadnicza 238 919 euro,
– fundusz reprezentacyjny 7 284 euro,
– dodatek mieszkaniowy 35 838 euro.
Po odejściu ze stanowiska najwyżsi urzędnicy UE poza wspomnianą już
3-letnią odprawą otrzymają także jednorazowy zwrot kosztów związanych
z przeprowadzką 19 909 euro, a także dożywotnią emeryturę w wysokości
51 068 euro rocznie.
VIII. Legalne przepychanki
Komisarska odprawa ma być gwarancją tego, żeby komisarze (podobnie jak
wysokiej rangi managerowie po odejściu z poważnej korporacji) nie zaczęli
pracować zbyt wcześnie na rzecz konkurencji. Ponadto, dość przekonującym
argumentem, przynajmniej zdaniem rzecznika KE, jest i to, by „komisarze nie
szukali nowej pracy w czasie ostatnich miesięcy swojego mandatu, ale dopiero
po zakończeniu kadencji”. Wszystko to musi brzmieć bardzo zachęcająco dla
kandydatów na stanowiska komisarzy, których politycznie namaszczą nasze
rządy, a na końcu zatwierdzi Europarlament.
Na temat Komisji Europejskiej krążą różne dowcipy. Oto jeden z nich:
– Czy wiecie, ile osób pracuje w Komisji Europejskiej ?
– Przynajmniej jedna trzecia…
Prawda jest taka, że w Komisji jest 28 komisarzy i każdemu z nich podlega
przynajmniej 1000 urzędników. Reprezentanci KE są obecni na wszystkich
posiedzeniach Parlamentu, odpytywani na każdy możliwy temat przez wiecznie niezadowolonych posłów, dwoją się i troją, a i tak naszym zdaniem robią
za mało. Komisja jest dla nas przysłowiowym chłopcem do bicia, chyba trochę
z zemsty za to, że Parlament „zazdrości” jej inicjatywy ustawodawczej, której
jest pozbawiony i to na każdym kroku okazuje.
Nikt jednak, nawet z najbardziej eurosceptycznie nastawionych posłów nie
powie, że komisarze nic nie robią. Stale widzimy ich na posiedzeniach o północy, na negocjacjach o godzinie trzeciej nad ranem i na porannych konferencjach. Osobiście się zastanawiam, czy (pomijając przyjemna pensję) nie
zostali komisarzami za karę…
222
223
Gdy łamane jest prawo
Parlament Europejski dostaje średnio cztery petycje (skargi) na dobę.
Ludzie skarżą się na wszystko – od niechcianych spalarni śmieci, po łamanie
praw człowieka. Przykładowo, w 2007 r., trzy lata po wielkim rozszerzeniu
Parlament zarejestrował ponad 1500 petycji, o 50% więcej niż w roku poprzednim. Wbrew pozorom był to dobry sygnał świadczący o wzroście świadomości obywateli, że mogą dochodzić swoich praw na poziomie europejskim.
W szczególności dotyczyło to obywateli z nowych państw członkowskich.
Podczas posiedzeń Komisji Petycji, w której też zasiadam, omawia się średnio rocznie ok. 600 petycji. Rozpatrujemy tylko wnioski leżące w kompetencji
Unii Europejskiej, co powoduje, że ok. jedna trzecia skarg jest uznawana jako
„niedopuszczalne”.
Obawy obywateli Unii wyrażone w petycjach koncentrują się głównie na takich kwestiach jak: środowisko i jego ochrona, prawa własności, swobodne
przemieszczanie się, prawa pracowników, uznawanie kwalifikacji zawodowych i dyskryminacja.
Składający petycje skarżą się w nich na instytucje we własnych krajach, które
ich zdaniem, łamią prawo wspólnotowe. Parlament pieczołowicie bada takie
doniesienia. Gdy sprawa dotyczy dużej liczby obywateli organizuje się specjalne publiczne wysłuchania, można także uczynić z niej punkt debaty plenarnej.
Posiedzenie Komisji Petycji w Parlamencie Europejskim, 1 kwietnia 2014 r.
Efektem końcowym petycji jest zalecenie skierowane do Komisji Europejskiej,
w kwestii przygotowania planu naprawczego lub też projektu aktu prawnego,
rozwiązującego problem. W tym kontekście złożenie petycji w Parlamencie
pomaga nie tylko w zwróceniu uwagi władz i opinii publicznej na ważne, wy-
224
225
magające interwencji sprawy, ale też wnosi pozytywny wkład w proces lepszego stanowienia unijnego prawa. Petycje są znakomitym „papierkiem lakmusowym” ukazującym luki prawne, identyfikującym obszary, gdzie prawo Unii
Europejskiej jest jeszcze słabe lub nieskuteczne. Skargi obywateli są traktowane niezwykle poważnie przez PE.
Mając na uwadze, że państwa członkowskie czy regionalne władze nie zawsze
wykazują wolę polityczną znalezienia praktycznych rozwiązań problemów
poruszanych w petycjach, Parlament Europejski stara się zwiększyć skuteczność swych prac, by lepiej służyć obywatelom i wychodzić naprzeciw ich
oczekiwaniom. Temu też miało służyć znaczne powiększenie składu Komisji
Petycji z 25 do 40 członków w 2007 r.
Mimo że dotychczasowa praca Komisji Petycji znajduje duże uznanie u obywateli doceniających to, że ich uzasadnione obawy są traktowane poważnie,
to jednak wyraźnym cieniem na naszej działalności kładzie się czas oczekiwania na odpowiedź.
Składający petycje niestety muszą uzbroić się w cierpliwość. Rozpatrywanie
wniosku może potrwać czasem nawet kilka lat! Tyle zajmuje niekiedy gruntowne wyjaśnienie sprawy na linii: Parlament – Komisja Europejska – kraj
członkowski, gdy sprawa w końcu trafi do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
Misja śledcza
...czyli Polska pod lupą Parlamentu Europejskiego.
Jako poseł w Komisji Petycji zaangażowałam się w kontrowersyjną kwestię budowy największej kopalni odkrywkowej węgla brunatnego w Europie planowanej
na Dolnym Śląsku. Polskie władze podjęły decyzję o jej budowie, m.in. na terenach obszaru Natura2000. Obywatele przeprowadzili prawomocne referendum,
w którym powiedzieli NIE odkrywce. Parlament Europejski zareagował.
Pięcioosobowa delegacja Komisji Petycji PE przyjechała 29 maja 2013 r.
z misją śledczą na Dolny Śląsk, w ślad za tym jak samorządowcy z sześciu
Ponadto, brakuje ciągle jeszcze sprawnego systemu przekazywania właściwym organom krajowym petycji uznanych przez Parlament Europejski za
„niedopuszczalne”. Skargi leżące w kompetencjach poszczególnych krajów
muszą trafiać pod właściwy adres. Nie można ich po prostu odsyłać do adresata z adnotacją – to nie do nas. Ale tego typu sprawny system to jeszcze
przyszłość.
Więcej:
www.europarl.europa.eu/committees/pl/peti/home.html
Wywiad z Lidią Geringer de Oedenberg podczas konferencji „Rozwój TAK odkrywki NIE”.
226
227
gmin: Lubin, Kunice, Ruja, Ścinawa, Miłkowice i Prochowice wysyłali petycję po zignorowaniu przez „centralę” głosu lokalnych społeczności wyrażonego w referendum.
Plany lokalizacji kopalni – na obszarze chronionych lasów i gęsto zaludnionych gmin – spotkały się z ogromnym oporem zarówno mieszkańców tych
terenów jak i wielu organizacji pozarządowych.
Zaczęło się od działań protestacyjnych, potem w 2009 r. zorganizowano referendum, którego wyniki nie pozostawiły żadnej wątpliwości co do społecznych nastrojów: z 17,6 tys. uprawnionych do głosowania 95% opowiedziało się
przeciwko planom budowy kopalni. Samorządowcy zjednoczyli się w Ogólnopolskiej Koalicji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”, której przewodniczącą została Irena Rogowska, wójt Gminy Lubin, autorka Petycji nr 0046/2010,
wiceprzewodniczącym wybrano Radosława Gawlika prezesa Stowarzyszenia
EKO-UNIA z Wrocławia.
Mimo rezultatów prawomocnego referendum i jednoznacznego sprzeciwu
społeczeństwa wobec projektu budowy megaodkrywki rząd przyjął, pod koniec 2011 r., plany zakładające w przyszłości wydobycie tamże węgla, jednocześnie zamrażające jakiekolwiek inwestycje niezwiązane z energetyką węglową.
Petycję od samego początku pilotowałam w Parlamencie Europejskim. Po
trzykrotnych wysłuchaniach w Komisji Petycji (PETI) – skarżących, ekspertów i przedstawicieli Komisji Europejskiej – postanowiliśmy wspólnie wysłać
delegację z misją śledczą na miejsce. Należy zaznaczyć, że tego typu misje są
organizowane tylko w wyjątkowych przypadkach, 2-3 razy w ciągu roku na
tysiące petycji spływających z całej wspólnotowej Europy.
Początkowo bardzo trudno było znaleźć dogodny dla wszystkich termin,
w końcu ustalono, że będą to ostatnie dni października 2012 r. Tuż przed
wyjazdem ze względu na różne okoliczności, chciano przesunąć delegację na
później, ale okazało się, że innych wolnych dat już nie ma! Konieczna była
specjalna derogacja na wyjazd, po uzyskaniu której delegacja z udziałem
pięciu europosłów i pozostałych zainteresowanych stron miała się odbyć w
dniach 29-31 maja 2013 r.
Gdy wszystko było już „dopięte” organizacyjnie, niespodziewanie 13 maja
2013 r. na posiedzeniu Prezydium PE, w skład którego jako Kwestor wcho228
17 stycznia 2011 r. konferencja prasowa w sprawie odkrywki w biurze poselskim Lidii Geringer de Odedenberg.
dzę, Jacek Protasiewicz – Wiceprzewodniczący PE, zgłosił wniosek, aby misję
PETI ze względu na wypadające w jej trakcie święto Bożego Ciała ponownie
przesunąć. W kalendarzu PE czwartek 30 maja 2013 r. to zwyczajny dzień roboczy, petycjonariusze potwierdzili swoją gotowość do spotkań, podobnie jak
i dolnośląskie władze – tym niemniej wniosek Wiceprzewodniczącego spowodował zawieszenie misji na tydzień przed wyjazdem.
Po siedmiodniowych konsultacjach politycznych, na dwa dni przed planowanym wyjazdem, Przewodniczący PE Martin Schulz wyraził jednak zgodę na
delegację. Samorządowcy odetchnęli z ulgą, choć na co dzień, o czym donoszą
nawet zagraniczne1 media, żyją w strachu...
1
Więcej:
www.euractiv.com/climate-environment/polish-environmentalists-allege-news-515745,
www.guardian.co.uk/environment/2012/oct/30/poland-climate-fear-environmental-campaigners.
229
Dlaczego?
Źródła energii pochodzące z paliw kopalnych, uważane przez polski rząd za
niezwykle istotne dla naszego bezpieczeństwa energetycznego, są traktowane
priorytetowo, zatem kto występuje przeciwko naszemu energetycznemu status quo zagraża bezpieczeństwu państwa i dlatego ABW składa takim osobom i organizacjom wizyty.
Przesłuchiwani są samorządowcy, burmistrzowie i ich współpracownicy sprzeciwiający się rządowym planom energetycznym, niekonsultowanym należycie
ze społecznością lokalną – jak tego wymaga unijne prawo. Szczególnie piętnowane są samorządowe działania „antywęglowe”, czego doświadczali np. wspomniani przeze mnie petycjonariusze.
Największe nasze zdziwienie budziły informacje i kopie dokumentów przedstawionych nam przez petycjonariuszy związane z działalnością polskich
służb bezpieczeństwa, które próbowały „hamować” w różny sposób aktywność protestujących. Dodatkowo zaniepokoiła nas przygotowywana przez
polski rząd ustawa, która ma zabraniać organizacjom pozarządowym i wszelkim grupom doraźnym, istniejącym przez okres krótszy niż jeden rok, możliwości uczestnictwa w konsultacjach publicznych…
Na reakcję czekamy. Sprawa była lekceważona przez zbyt długi czas. Do zaleceń raportu Komisja Europejska i nasz rząd muszą się ustosunkować3.
Do 4 lutego 2014 r., kiedy piszę te słowa – jeszcze tego nie uczyniły.
3
Organizacja pozarządowa Client Earth uważa wręcz, że dochodzi u nas do „kryminalizowania” działalności grup ekologicznych. Nieoficjalnie na „korytarzach
rządowych” mówiło się, że niektóre organizacje ekologiczne specjalnie doprowadzają do społecznych protestów, tylko po to, by w odpowiedzi na nie, Komisja
Europejska zlecała im opracowywanie dobrze płatnych ocen środowiskowych.
Rodzimi ekolodzy przyznają, że poza wizytami agentów „atmosferę strachu”
podsycały dodatkowo wypowiedzi ministrów o domniemanym świadomym
działaniu ekoaktywistów przeciwko publicznemu interesowi państwa.
Coś jest na rzeczy. Pracując od 9 lat w Komisji Petycji, takiego oporu przy wysyłaniu delegacji z misją śledczą jeszcze nigdy nie zaobserwowałam.
W ślad za naszą wizytą został opracowany specjalny raport2 w Komisji Petycji, który poseł sprawozdawca Victor Boştinaru i Przewodniczący delegacji przedstawił 17 września 2013 r. na posiedzeniu Komisji Petycji, wyrażając
zadowolenie z faktu, że dzięki naszej misji ponad 100 autorów wspomnianej
petycji po raz pierwszy zostało wysłuchanych przez... polskie władze.
I to chyba jedyny pozytyw jaki odnotowaliśmy z wizyty, gdyż wiele kwestii
pozostaje nadal do wyjaśnienia, w szczególności w zakresie pełnego wdrożenia wytycznych UE w dziedzinie ochrony środowiska, a także zapewnienia
przejrzystości i dialogu ze społeczeństwem obywatelskim w Polsce.
Link do raporu: www.europarl.europa.eu/meetdocs/2009_2014/documents/peti/dv/polandworkingdocument_/
polandworkingdocument_en.pdf
Konferencja „Stop Odkrywce” zorganizowana przez samorządowców gminy Lubin, 26 września 2012 r.
230
231
2
ACTA – temat dla Dana Browna1
Historia negocjacji i debat nad ACTA – umową handlową dotyczącą zwalczania obrotu towarami podrobionymi (Anti-Counterfeiting Trade Agreement)
– warta jest opisu w jakiejś pełnej tajemnic sensacyjnej publikacji, kto wie
może nawet byłaby hitem filmowym. Od 10 lat jestem posłem w Parlamencie
Europejskim i jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak wieloma „dziwnymi” zdarzeniami związanymi z jakimkolwiek dokumentem.
Cofnijmy się do października 2010 r., kiedy zakończyły się oficjalnie negocjacje w sprawie ACTA. Ostatnia runda tajnych rozmów miała miejsce na przełomie września i października 2010 r. w Japonii. Stronami umowy antypodróbkowej były: Australia, Kanada, Japonia, Korea, Meksyk, Maroko, Nowa
Zelandia, Singapur, Szwajcaria, USA i UE.
W komunikacie opublikowanym wtedy przez Komisję Europejską można
było przeczytać, że „ACTA ma wprowadzić efektywne metody walki z podrabianiem i piractwem”, jak również „efektywne środki przestrzegania prawa
oraz sankcje cywilne, karne, a także działania graniczne oraz wzajemną pomoc w zakresie przestrzegania prawa”.
Sęk w tym, że w unijnych przepisach prawnych nie ma definicji piractwa internetowego, czyli faktycznie tego, co będzie ścigane, przyjęto zatem pewną
„linię”, według której nielegalne kopiowanie plików mogłoby być traktowane na równi z podróbką np. lekarstwa, czy części samochodowej – tak przynajmniej sugerował raport posłanki Marielle Gallo, który Parlament niestety
wcześniej przyjął (m.in. głosami europosłów z PO i PiS).
Głosowanie w Parlamencie nad umową ACTA.
232
Autor bestsellerowych powieści sensacyjnych pt. Kod Leonarda da Vinci czy Anioły i demony.
1
233
Według nas – przeciwników ACTA – wyglądało na to, że za pomocą umowy
międzynarodowej chciano wprowadzić bardziej restrykcyjne kary za łamanie
prawa własności intelektualnej, niż te obowiązujące już z dyrektywy o sankcjach kryminalnych.
Faktem jest, że nielegalny rynek podrabianych dóbr kwitnie w najlepsze.
W czasie akcji służb celnych prowadzonej w dniach od 24 listopada do 9 grudnia 2009 r. unijni celnicy zatrzymali:
– 241 kilogramów przemycanych papierosów,
– 6400 litrów alkoholu,
– 20 ton podrobionych perfum,
– 53 418 „markowych” toreb i innych wyrobów skórzanych,
i przy okazji... 1 515,75 kilogramów marihuany.
Bezspornym jest, że sankcje za obrót podrabianymi towarami muszą być
ostrzejsze niż tylko kara grzywny, jak jest to dzisiaj. Obawialiśmy się jednak,
że niektóre państwa członkowskie będą chciały wykorzystać tę sytuację do
wprowadzenia do porządku prawnego Unii przepisów zaostrzających sankcje
za niezdefiniowane „piractwo internetowe”.
Przykład przyszedł z USA, gdzie od czasu do czasu organizuje się pokazowe
procesy, w których skazuje się Internautów na kary sięgające milionów dolarów,
np. za ściągnięcie 24 piosenek. Niewiarygodne? Oto dowód:
www.foxnews.com/story/0,2933,527284,00.html
Wracając na nasz kontynent, wielokrotnie podczas debat poświęconych ACTA,
Komisarz ds. Handlu Karel de Gucht zapewniał nas, że umowa nie zmieni prawa
materialnego UE, a służyć będzie jedynie rozpowszechnieniu „standardów unijnych” w dziedzinie praw własności intelektualnej (IPR) wśród innych państwstron umowy. Wydawało się nam, że takie „lekcje” należałoby przede wszystkim
dawać w Chinach, które są największym winowajcą w tej dziedzinie.
Wiele wątpliwości budziły także niektóre zapisy ACTA nie dające się pogodzić z obowiązującym w Unii prawem. Przykładowo:
– Nie mamy jeszcze wspólnotowych sankcji karnych za łamanie IPR, a do
tego wprost odnosił się art. 2.18 umowy, który przewidywał, że każda ze stron
jest zobowiązana zapewnić dostępność procedur egzekwowania prawa, za pomocą środków cywilnych i karnych „tak, aby umożliwić skuteczne działanie
przeciwko aktom naruszenia praw własności intelektualnej, która odbywa się
w środowisku cyfrowym”.
234
– Kogo te ewentualne sankcje mogą dosięgnąć? Czy umowa miałaby mieć
zastosowanie tylko do przemytników podrabianych towarów, czy także do
osób prywatnych? Umowa odnosiła się bowiem do działań prowadzonych na
skalę komercyjną, ale już definicja tejże „skali komercyjnej” wydawała się na
tyle niejasna, że mogła dawać szerokie pole do manewru do interpretacji. Zacytuję np. art. 2.14: „do czynów popełnionych na skalę komercyjną zalicza się
przynajmniej te, przeprowadzone jako działalność komercyjna nastawiona na
bezpośrednie lub pośrednie korzyści handlowe”.
Umowa ewidentnie była formułowana pod „wpływem” koncernów reprezentujących „właścicieli praw”, których zdaniem ochrona IPR ma opierać się
głównie na sankcjach, a nie na odpowiednich zabezpieczeniach. Obawialiśmy
się, żeby umowa nie stała się narzędziem w ręku koncernów w celu blokowania np. dostępu do tanich leków generycznych, gdzie już teraz często występują
spory o prawa patentowe. Nie podobała nam się również możliwość przerzucania odpowiedzialności za „właściwość metryk” towarów na udostępniających platformy internertowe służące do wymiany czy sprzedaży. Ciekawe jak
zarządzający np. Allegro mają sprawdzić autentyczność towaru?
Ponieważ negocjacje międzypaństwowe były prowadzone w trybie “tajne
przez poufne” tylko na podstawie przecieków mogliśmy w Parlamencie formułować nasze rezolucje. Dopiero po opublikowaniu umowy potwierdziło
się, że wiele zawartych w niej zapisów miało prawo budzić nasze wątpliwości.
Jako Parlament Europejski nie mogliśmy jednakże zmienić zapisów tej umowy, a jedynie przyjąć ją lub odrzucić.
Przeciwnicy ACTA (grupy S&D, ALDE, GUE i Zieloni) podkreślali, że ACTA
może mieć negatywny wpływ na acquis communautaire, ponieważ zapisy
umowy są na tyle nieprecyzyjne, że każdy może je interpretować na swój sposób, zwolennicy ACTA (EPP i Konserwatyści wśród nich PO i PiS) opowiadali
się za stworzeniem bardziej restrykcyjnego prawa.
W pierwszych głosowaniach nad rezolucjami w sprawie ACTA my „przeciwnicy” niestety stale przegrywaliśmy. Przykładowo, na sesji plenarnej 24 listopada 2010 r. przyjęto aprobującą ACTA, zaproponowaną przez EPP rezolucję
(331 głosów „za”, 294 – „przeciw”, 11 wstrzymujących się). Nasz projekt w sumie przepadł 15 głosami.2
Raport z głosowania jest dostępny na stronach 105 i 106 w poniższym dokumencie, warto przypomnieć sobie, kto jak głosował: www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?pubRef=-//EP//NONSGML+
PV+20101124+RES-RCV+DOC+ PDF+V0//PL&language=PL.
2
235
Umowie ACTA towarzyszył też szereg dziwnych przypadków, poniżej przykłady:
– Petycje w sprawie ACTA pojawiają się, jako oficjalny temat do dyskusji po półrocznej „odsiadce” w szufladzie sekretariatu.3
–Z
aplanowana w porządku obrad Komisji Petycji (PETI) debata nad złożonymi przez obywateli skargami dotyczącymi umowy ACTA (8 maja 2012 r.)
„spada” z agendy bez uzasadnienia, a punkt zostaje przełożony na posiedzenie za półtora miesiąca.
– Główny sprawozdawca w sprawie ACTA z Komisji Handlu Międzynarodowego Kader Arif z niewiadomych przyczyn (ponoć pod wpływem lobbystów) rezygnuje z przygotowywania raportu. Koordynatorzy Komisji mają
nie lada kłopot, bo po raz pierwszy zdarza się przypadek, że nie ma chętnych do jego przejęcia.
Posłowie zwykle „biją się” o sprawozdania, dzięki nim zyskuje się prestiż i wysoką pozycję w Parlamencie. Wcześniej nie słyszałam, by ktoś rezygnował i to
z TAKIEGO raportu. Nazwisko autora firmuje dokument – nie ma lepszej
promocji dla polityka. Poza tym sprawozdania rozdziela się metodą d’Hondta, według punktów związanych z liczebnością grupy politycznej, małe frakcje prawie nigdy nie mają ich wystarczająco, by otrzymać ważny raport. Duże
frakcje „trzymają” punkty na najważniejsze dokumenty, a potem ostro o nie
walczą. Posłowie prześcigają się w uzasadnieniach, dlaczego to on/ona musi
ten raport otrzymać. I uwaga – nie wiąże się to z żadnym dodatkowym wynagrodzeniem, tylko z większą pracą i prestiżem.
Sądząc po czasie potrzebnym do rzeczywistego wysłania zapytania – dla mnie
(przeciwniczki ACTA) było jasne, że KE chce w ten sposób wpłynąć na zablokowanie procedury parlamentarnej przynajmniej na 9 miesięcy, bo tyle trwa
rozpatrywanie przez ETS sprawy w trybie pilnym, lub nawet na dwa lata, gdy
sprawa traktowana jest w trybie zwykłym.
Gdy sprawozdawca do umowy ACTA, David Martin zadeklarował w kwietniu
2012 r., że w swoim raporcie zaleci odrzucenie umowy, planowane głosowanie
jego raportu od razu odłożono o miesiąc. Przełożono także głosowanie nad
opinią prawną w (mojej) Komisji JURI oraz w pozostałych komisjach opiniodawczych. Za opóźnianiem stali zawsze Chadecy i Konserwatyści.
Przez 2 lata, mozolnymi działaniami, w końcu udało się nam zbudować większościową opozycję dla umowy. Nie czekając na opinię ETS, ostatecznie umowa ACTA została odrzucona przez PE 4 lipca 2012 r. Przymuszeni opinią publiczną pozostali posłowie zrozumieli, że muszą być po stronie wyborców...
Komisja Europejska, zapoznawszy się z decyzją Parlamentu, wycofała swój
długo wysyłany wniosek z ETS.
– Raport w sprawie ACTA zostając w mojej grupie politycznej, trafia do Davida Martina – przeciwnika umowy.
– 22 lutego 2012 r. Komisja Europejska (która w imieniu UE negocjowała ACTA)
pod naciskiem europosłów i masowych protestów na ulicach zapowiada, że
jest gotowa wysłać ACTA do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS)
celem skontrolowania zgodności zapisów umowy z prawem wspólnotowym.
– Wniosek do ETS jest gotowy 4 kwietnia 2012 r., Komisja Europejska obmyślała jak go sformułować przez półtora miesiąca! Długo wypracowywane
pytanie brzmiało: „Czy Anti-Counterfeiting Trade Agreement (ACTA) jest
zgodna z Traktatami w szczególności z Kartą Praw Podstawowych UE?”
– Dopiero 11 maja 2012 r. ukazuje się oświadczenie na stronach KE: „Możemy potwierdzić, że Komisja Europejska właśnie wysłała oficjalnie zapytanie
o opinię w sprawie ACTA”.
Pierwsza petycja wpłynęła z Łotwy w 2011 r. (nr 1221/2011), potem były dwie następne z Polski (nr
116/2012, nr 142/2012) i kolejna z Niemiec (nr 203/2012). Na końcu jeszcze petycja z Wielkiej Brytanii
poparta 2,5 mln podpisami (nr 223/2012).
3
236
237
Demokracja a marihuana
Z całego świata napływają informacje o zmianach w podejściu do walki z narkotykami. Odchodzi się od polityki restrykcyjnej, coraz częściej mówi się o „redukcji szkód”, „racjonalnej polityce antynarkotykowej”, czy „liberalnym podejściu”.
Wielu naszych europejskich sąsiadów opowiada się za depenalizacją tzw.
„miękkich” narkotyków. Podobnie myśli coraz więcej polityków, aktywistów
i ekonomistów – w tym nawet nobliści. Wydaje się, że na utrzymaniu status
quo zależy teraz przede wszystkim mafii narkotykowej.
Na mapie obrazującej zmiany światopoglądu w tej kwestii znalazł sie także
mój rodzinny Wrocław.
Na początku lipca 2011 r. w Sądzie Rejonowym Wrocław-Krzyki rozpoczął się
przewód sądowy w sprawie hodowli konopi w „Cannabis House” we Wrocławiu przez Tomasza Obarę – lobbystę i działacza na rzecz legalizacji tej używki w Polsce. Oficjalnie jego hodowla miała być eksperymentem społecznym
(ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii dopuszcza możliwość uprawy konopi
indyjskich w celach badawczych), w rzeczywistości była oczywistą prowokacją – aktywiści sami chcieli, by sprawa trafiła do sądu.
Chcieli ją wygrać, by pokazać bezsensowność obecnej polityki antynarkotykowej w naszym kraju, gdzie posiadanie nawet najmniejszej ilości marihuany
jest karalne. Czy takie prawo rzeczywiście skutecznie w walczy z narkomanią? Policja chwali się statystykami, pokazując, że w dostarczaniu lokatorów
do przepełnionych więzień jest niezwykle efektywna. „Przypadek Ramony”
– suczki Kory – pokazał groteskowość takich działań.
Karanie za posiadanie niewielkich ilości „miękkich” narkotyków budzi wiele zastrzeżeń.
Karanie za posiadanie niewielkich ilości „miękkich” narkotyków w imię walki z uzależnieniami budzi wiele zastrzeżeń. A co z alkoholem i papierosami,
238
239
na których rządy zarabiają krocie poprzez akcyzy i które de facto są bardziej
niebezpieczne niż analizowany przypadek marihuany1?
Poprzez ultrarestrykcyjne prawo tysiące młodych ludzi stają się przestępcami
z powodu czasem lekkomyślnych, spontanicznych eksperymentów z konopiami,
będących wyrazem młodzieńczego buntu, naturalnym dla dorastania, dojrzewania i określania swojej osobowości. „Wpadka” naznacza ich na wiele lat etykietką
kryminalisty, a droga do „normalności” często zostaje na zawsze odcięta.
W 2009 r. w Polsce doszło do ok. 70 tys. przypadków łamania prawa zabraniającego posiadania narkotyków, z czego 67% dotyczyło marihuany. Problem
nie znika. Prawo niesprawdzające się w rzeczywistości to złe prawo, a owoc
zakazany nęci bardziej niż dozwolony – prohibicja alkoholowa w Stanach
Zjednoczonych nie tylko się nie sprawdziła, ale znacznie rozwinęła siłę amerykańskiej mafii. Teraz na legalnym alkoholu zarabia państwo, a nie przestępczość zorganizowana. Czas wyciągnąć wnioski.
Jak wygląda sytuacja w Europie i na świecie? Kraje członkowskie UE w zróżnicowany sposób podchodzą do tego tematu. Państwa takie jak Finlandia czy
Szwecja, podobnie jak Polska, całkowicie zabraniają posiadania jakiejkolwiek
ilości narkotyków, nawet tych zaliczanych do grupy tzw. miękkich jak marihuana. Ale np. nasz południowy sąsiad – Republika Czeska – pozwala swoim
obywatelom na posiadanie do 15 gramów suszu. Na Słowacji Premier Robert
Fico, po objęciu rządów, zapowiedział zmianę niezwykle restrykcyjnego prawa antynarkotykowego (gdzie za posiadanie jakiejkolwiek ilości można było
trafić do więzienia aż na 5 lat), podkreślając jednocześnie, że dotychczasowe
rozwiązanie w ogóle się nie sprawdziło. W Danii, mimo że marihuana formalnie pozostaje nielegalna (za posiadanie grozi grzywna), istnieje bardzo
duża tolerancja społeczna. Policjanci łapiąc palącego skręta w miejscu publicznym, zalecają, aby... odejść w bardziej ustronne miejsce. W Niemczech
konopie również są nielegalne, ale nie karze się za posiadanie małych ilości
(w zależności od landu od 6 do 30 gram). W Portugalii można mieć przy sobie
do 10 dawek (według portugalskiego prawa jedna dawka to 2,5 g).
Analiza danych udostępnionych przez Europejskie Centrum Monitoringu
Narkotyków i Uzależnień nie pokazuje jednoznacznie większego wpływu penalizacji na spadek spożycia marihuany. W liberalnej Holandii spożycie kokainy wśród grupy wiekowej 15-34 w jest nawet o 0,3 punkta procentowego
1
Polecam raport Światowej Organizacji Zdrowia:
www.abcnews.go.com/blogs/politics/2012/06/marijuana-legalizers-turn-to-colorado-washington-in-2012.
240
niższe niż w Finlandii, gdzie posiadanie każdej ilości jest karane. Łatwiejszy
dostęp powinien teoretycznie zmienić te proporcje. Jak pokazują dane, depenalizacja marihuany wcale nie doprowadza też do częstszego spożycia ciężkich narkotyków (np. kokainy), obalając w ten sposób tzw. teorię przejścia.
Marihuana pojawia się ostatnio także jako „narzędzie” walki z kryzysem.
W małej hiszpańskiej wiosce Rasquera chciano wydzierżawić ziemię należącą do gminy Barcelońskiemu Stowarzyszeniu Palaczy Konopi. W planie było
utworzenie kilkudziesięciu miejsc pracy i zysk dla gminy pozwalający spłacić
wszystkie jej długi. Władze centralne nie zgodziły się jednak na ten pomysł,
podkreślając, że hodowla konopi na dużą skalę ma pozostać nielegalna (dozwolona natomiast jest uprawa na tzw. własny użytek).
A poza Europą? Abstrahując od krajów innych kultur (jak chociażby Indie, gdzie
marihuana i haszysz traktowane są jak papierosy), sytuacja również ulega zmianie na innych kontynentach. Coraz częściej odchodzi się od restrykcyjnej polityki
w kierunku liberalnych rozwiązań. Podczas szczytu krajów Ameryki Północnej
i Południowej2 Prezydent Kolumbii, Juan Manuel Santos, zaproponował, by walczyć z mafią poprzez depenalizację używania narkotyków, przy dokładnym egzekwowaniu ścigania nielegalnej produkcji i dystrybucji na dużą skalę. Podkreślił,
że: „nie potrzeba wybierać jednego z dwóch skrajnych rozwiązań jak wsadzanie wszystkich użytkowników narkotyków do więzień lub pełna legalizacja, jego
zdaniem najlepszy będzie właśnie kompromis. Podobnego zdania jest też ponad
300 ekonomistów w Stanach Zjednoczonych (w tym trzech noblistów), którzy
podpisali list otwarty do Prezydenta, Kongresu i Gubernatorów, by podjęli uczciwą i rzetelną debatę na temat legalizacji marihuany. Sygnatariusze listu powołują
się na opublikowany niedawno raport profesora Jeffreya A. Mirona z Uniwersytetu Harvarda, który dowodzi, że legalizacja marihuany pozwoliłaby zaoszczędzić 7,7 mld dolarów wydawanych rocznie na egzekwowanie prawa związanego
z prohibicją oraz mogłaby wygenerować zyski z podatków w wysokości 6,2 mld
dolarów rocznie, gdyby opodatkować marihuanę tak samo jak alkohol czy wyroby tytoniowe. Profesor Miron przyznaje jednak, że legalizacja marihuany zależy
od wielu czynników, nie tylko od aspektów ekonomicznych. Zaznacza przy tym,
że w rzeczowej dyskusji ten aspekt również powinien być brany pod uwagę.
Plan „nacjonalizacji” przemysłu konopnego zaczął już wdrażać w życie Urugwaj. Projekt ustawy tamtejszego rządu przewiduje, że państwo zajmować
się będzie hodowlą konopi, a użytkownicy marihuany będą mogli się rejeVI Szczyt Ameryk, którego gospodarzem była Kolumbia, odbył się 14-15 kwietnia 2012 r.
2
241
strować, by móc legalnie ją kupować i spożywać. Przede wszystkim ma to na
celu odcięcie użytkowników od kontaktów z dilerami, którzy oprócz handlu
„trawką” zajmują się sprzedażą twardych narkotyków, jak heroina czy kokaina. Władze w ten sposób chcą zmniejszyć zyski karteli narkotykowych, jednocześnie zwiększając swoje.
Różne kraje stosują różne rozwiązania. Które jest najlepsze? Nie wiadomo.
Wiadomo jednak, że obecne polskie prawo jest nieskuteczne. Nieefektywna
jest także ostatnia zmiana z 8 grudnia 2013 r., która miała częściowo rozwiązać problem poprzez pozostawienie prokuratorowi decyzji czy dana sprawa
o posiadanie narkotyków ma trafić do sądu czy nie. Umarzane miały być te
dotyczące niewielkich ilości. Sędziowie nie wiedzą jednak jak interpretować,
„niewielką ilość”, nigdzie nie zdefiniowaną. Tysiące spraw w dalszym ciągu
trafia na wokandę, a prawo dalej tkwi w martwym punkcie.
Esencją demokracji jest możliwość decydowania przez społeczeństwo o zmianach w prawie. Rozwiązywanie trudnych, wyjątkowo spornych spraw powinno odbywać się poprzez referenda. Z tego założenia wyszły też władze niektórych stanów w USA, które zorganizowały w listopadzie 2012 r. w Kolorado
i Waszyngton referenda w sprawie legalizacji marihuany. Warto też przypomnieć, iż w obu stanach marihuana była już dopuszczona do medycznego
użytku, a także w niektórych lokalnych hrabstwach zdepenalizowana w przypadku użycia rekreacyjnego.
Zdaniem Ethana Nadelmana z fundacji Drug Policy Alliance oba referenda powinny zachęcić także inne stany do zmiany polityki narkotykowej. Zwolennicy
legalizacji „trawki” liczyli też, że referenda zaplanowane na ten sam dzień co
wybory prezydenckie zwiększą frekwencję wyborczą. Tak się stało. Większość
mieszkańców stanów Waszyngton i Kolorado opowiedziała się za zrównaniem
statusu marihuany i alkoholu. Według miarodajnych badań w ciągu pierwszego roku obowiązywania nowego prawa sprzedaż „trawki” miała wzrosnąć
z 1,4 mld do 2,3 mld dolarów. Ponadto, ekonomiści zaobserwowali dość ciekawe zjawisko – od początku 2014 r. w całych Stanach odnotowano zmniejszenie
sprzedaży piwa o 4,9%, co prawdopodobnie miało związek z nieprzychylną dla
amatorów tego trunku porą roku, jednak w stanie Kolorado spadek ten wyniósł
aż 9,2%. Czyżby „trawka” wypierała piwo? Tak czy inaczej okazało się, że rynek
marihuany jest obecnie najszybciej rozwijającą się gałęzią przemysłu w USA.
Gilotyna tytoniowa
Najpierw wyeliminowała maltańskiego Komisarza, potem wznieciła bardzo
niezdrowe emocje i prawdziwe tsunami lobbystów...
Pochodzący z Malty unijny Komisarz ds. zdrowia John Dalli „przymuszony
okolicznościami”, czyli ultimatum swojego szefa José Manuela Barroso, podał
się do dymisji 16 października 2012 r., zaraz po tym jak OLAF (Europejski
Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych) przedstawił mu raport z dochodzenia w sprawie korupcyjnej propozycji, o której doniósł Swedish Match.
Wybuchł skandal. John Dalli – pracujący nad projektem dyrektywy – miał
ponoć złożyć Gayle’owi Kimberly reprezentującemu Swedish Match (wiodącego producenta tzw. bezdymnego wyrobu tytoniowego – snusu) propozycję
wpłynięcia na tytoniową legislację w zamian za „wdzięczność” finansową,
wartą 60 mln euro.
Ale tuż po dymisji Dalliego francuski deputowany José Bové oświadczył, że
20 marca 2013 r. w swoim biurze w Parlamencie Europejskim w Brukseli spotkał się z dwoma lobbystami z tejże firmy i podczas rozmowy jeden z nich
Johann Gabriellson wyznał, że korupcyjne spotkanie Kimberly’ego w rzeczywistości nigdy nie miało miejsca.
Kluczowy świadek w „aferze” zatem wymyślił je sobie. Mimo wykrytego
kłamstwa, OLAF ponoć poradził jednak Kimberly’emu, by w zeznaniach
trzymał się swojej „oryginalnej” wersji wydarzeń...
Pod koniec marca 2013 r. tygodnik „The New Europe”1 opisał te i inne niekonwencjonalne metody wykrywania korupcji stosowane przez OLAF. Oliwy do
1
Więcej:
www.scribd.com/doc/132117712/New-Europe-Print-Edition-Issue-1023.
242
243
O co chodziło w kontrowersyjnej regulacji?
Przeciwnicy dyrektywy straszyli masowym bezrobociem spowodowanym
przyszłą... abstynencją nikotynową. Zwolennicy zmian w rewanżu wyliczali
hurtem wszelkie – w tym finansowe – korzyści uwolnionego od nałogu zdrowego eurospołeczeństwa.
Rozpoczęła się bitwa na statystyki.
Co roku, z powodu palenia tytoniu umiera w Europie metropolia wielkości
Frankfurtu nad Menem3. Do tego gigantycznego cmentarza należy doliczyć
też 61 tys. biernych palaczy umierających na skutek wdychania dymu wydmuchiwanego przez innych. Po stronie kosztów leczenia nikotynowych pacjentów mamy astronomiczną sumę 25 mld euro rocznie wydanych w UE, a także 7 mld – w stratach na wydajności personelu (palenie w godzinach pracy).
Wszystko to składa się na „hiobowy” obraz strat spowodowanych zgubnym
nikotynowym nałogiem. Dodatkowo każdego roku zaczyna palić ok. 80 mln
młodych ludzi... czyli nowych klientów przemysłu tytoniowego i usług szpitalnych.
Maltański Komisarz ds. zdrowia i ochrony konsumentów – John Dalli.
ognia dolał jeszcze Herbert Bösch, były austriacki europoseł, obecnie członek
Komitetu Nadzoru OLAF-u, który na posiedzeniu parlamentarnej Komisji
Kontroli Budżetowej stwierdził, że antykorupcyjny Urząd podczas dochodzeń stosuje nielegalne podsłuchy...
Rada Europejska i Parlament poruszone tymi rewelacjami zdecydowały
o przeglądzie rozporządzenia regulującego status tego Urzędu. Tymczasem
OLAF, zaprzeczając wszelkim zarzutom o nieprawidłowościach w związku
z Dalligate2, w specjalnie wydanym oświadczeniu odrzucił posądzenia o manipulowanie zeznań świadków, czy zakładanie nielegalnych podsłuchów. Ponoć wszystko było zawarte w złożonym u szefa komisji Barroso sprawozdaniu. Sęk w tym, że posłowie nie mieli doń dostępu.
Już po miesiącu od szeroko komentowanej dymisji pojawił się nowy kandydat
mianowany przez (odliczający ostatnie dni u steru) rząd Malty – Tonio Borg,
który wraz z portfolio “zdrowotnym” poprzednika przejął też kłopotliwą dyrektywę „tytoniową”.
2
Więcej:
www.eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=COM:2012:0788:FIN:PL:PDF.
244
Zdaniem sprawozdawczyni „tytoniowej” dyrektywy Lindy McAvan – brytyjskiej europoseł z mojej grupy politycznej S&D – trzeba zrobić wszystko, by
powstrzymać firmy sprzedające papierosy przed wykorzystywaniem kolejnych chwytów marketingowych skierowanych do „znałogowania” młodzieży,
czyli rozprawić się z produktami, które nie wyglądają jak „prawdziwe” papierosy, ale jak np. perfumy, szminki itp. By osiągnąć wyznaczony cel zdrowotny według nowej regulacji, wyroby tytoniowe powinny wyglądać i smakować
„oryginalnie”. Nie mogą być „maskowane” przez projektantów ani „przesłonięte” innymi np. mentolowymi smakami, czy zapachami. Etykiety mają odstraszać, by zniechęcać do palenia i tym samym zapobiegać nałogowi.
Rekompensatą ma być zdrowie, a miejsca pracy stracone w przemyśle tytoniowym odrodzą się tam, gdzie wolni od nałogów obywatele będą wydawać
swoje zaoszczędzone na papierosach pieniądze. To ma pobudzić wzrost gospodarczy w uśpionej dymem Europie.
Czy na pewno?
3
Liczba mieszkańców Frankfurtu wynosi 693 436 według danych Hessisches Statistisches Landesamt
z 30 czerwca 2013 r.
245
Nowy maltański Komisarz Borg chciał zakończyć prace na dyrektywą jak najszybciej, ale – biorąc pod uwagę drastycznie brzmiące dla palaczy i przemysłu tytoniowego propozycje nowych regulacji – można było sobie wyobrazić
reakcję adekwatnego lobbyingu, za którym stoi przemysł z rocznym zyskiem
rzędu 350 mld euro! To tyle co wspólny zysk Coca-Coli, McDonaldsa i Microsoftu.
Do boju ruszyła armia stu pełnoetatowych tytoniowych lobbystów działających oficjalnie w Brukseli – z budżetem ok. 5,5 mln euro rocznie...
Tak jak entuzjastycznie wspieram – jako poseł w Parlamencie Europejskim
– wszelkie prawne euroułatwienia, harmonizacje itp., tak mając osobiste inklinacje do czasem brutalnego zwalczania palaczy w moim otoczeniu – kompletnie nie wierzę w zaostrzanie zakazów i skuteczne odstraszanie palaczy
„brzydkim” opakowaniem, czy śmierdzącym papierosem. Obym się dla dobra
zdrowej wspólnotowej Europy myliła.
Tymczasem, rozżalony, „wrobiony” przez szwedzkiego tytoniowego potentata
i zmuszony do dymisji były już Komisarz Dalli złożył pozew do Europejskiego
Trybunału Sprawiedliwości. Ma o co walczyć. Oczyszczenie z paraliżującego
karierę zarzutu „eurokorupcji” i odszkodowanie za utratę intratnego stanowiska może mu przynieść miliony.
Papierosowa zadymka w Europarlamencie
…miała swój ciąg dalszy.
W październiku 2013 r. Parlament zdecydował, że ostatecznie 65% powierzchni papierosowego pudełka mają zajmować przerażające zdjęcia i ostrzeżenia,
zakazał mentoli i innych smaków (w przyszłości). Papieros musi wyglądać jak
papieros i „pachnieć” naturalnie. E-papieros nie będzie lekarstwem, chyba że
kraj tak postanowi. „Slimy” zostają. Na razie.
Mogę się zgodzić z ogólnymi założeniami tytoniowej dyrektywy dotyczącymi ograniczenia palenia, uświadamiania obywateli o jego negatywnych skutkach czy prewencji inicjacji tytoniowej wśród młodych ludzi, ale uważam, że
nie możemy tworzyć prawa niezgodnie z naszymi kompetencjami nadanymi
przez Traktaty.
Cóż, moje wątpliwości nasuwa podstawa prawna wybrana dla dyrektywy
tytoniowej przez Komisję Europejską tj. art. 114 (1) TFUE, który ma za zadanie „dostosowywać i ulepszać wymogi służące lepszemu funkcjonowaniu jednolitego rynku”. Zastanawiające, w jaki sposób wycofywanie mentoli z produkcji ma temu pomóc? Raczej może prowadzić do dyskryminacji
pewnych przedsiębiorców i faworyzowania innych, co na pewno zakłóci
konkurencję na rynku unijnym i spowoduje „przejęcie” tego towaru przez
czarny rynek.
Każdego roku ok. 80 mln młodych ludzi zaczyna palić.
Komisja podkreśla, że ochrona zdrowia publicznego jest nadrzędnym celem
tego wniosku, tylko że nasze zdrowie leży zakresie kompetencji państw członkowskich na mocy art 168 ust. 5 TFUE, który jednoznacznie wyklucza jakąkolwiek harmonizację w tym względzie. Każdy kraj może przyjmować własne
rozwiązania prozdrowotne, ale jeśli wszystkie się zgodzą na takie same to wymóg jasnej unijnej podstawy prawnej da się ominąć.
246
247
IX. Koronkowe dzieła prawne
Następca Johna Dalliego na stanowisku Komisarza ds. zdrowia i ochrony konsumentów – Tonio Borg.
„Stara” dyrektywa tytoniowa działała prawie 12 lat i trzeba przyznać, że wprowadzone w niej środki walki z paleniem przyniosły pewną poprawę w postaci
spadku liczby palaczy w UE – z 40% mieszkańców w 2002 r. (w 15 krajach
ówczesnej Unii) do 28% w 2012 r. (w 27 krajach UE). Niestety palenie nadal
zabija.
Przegłosowany przez Parlament Europejski 8 października 2013 r. projekt dyrektywy (do negocjacji z Radą)1 został przyjęty 560 głosami „za”, przy 92 głosach „przeciw” i 32 wstrzymujących się od głosu. Po zakończeniu negocjacji
państwa członkowskie będą miały 18 miesięcy na wdrożenie dyrektywy oraz
kolejnych 36 na wprowadzenie przepisów dotyczących „dodatków”, a także
pięć następnych lat na wprowadzenie zakazu mentolu.
Więcej: www.europarl.europa.eu/plenary/en/texts-adopted.html.
1
248
249
Podejrzani w sieci
Wielka Brytania, Francja i Niemcy domagają się unijnych sankcji wymierzonych w piratów internetowych, padła nawet propozycja, by za karę odcinać
dostęp do sieci.
Gdy pisałam ten tekst w 2008 r. szacowano, że przemysł muzyczny i kinowy traci przez piratów ok. 40% przychodów. Jak to obliczono nie wiadomo.
Bardziej przekonująco wyglądały statystyki mówiące, że ok. 80% ściągających
różne treści z Internetu to ludzie bardzo młodzi, którzy nie mają poczucia,
że to, co robią jest nielegalne. Żadne ostrzeżenia nie mogły powstrzymać ich
przed kopiowaniem czegoś, co jest ogólnie dostępne.
Kiedyś pożyczało się książki, przegrywało się płyty, kasety, dzisiaj ściąga się
pliki. Dawniej wymiana dokonywała się w ścisłej grupie znajomych, dzisiaj
świat stoi otworem i mamy zdecydowanie więcej kontaktów. Świat się zmienił.
Jak na razie Parlament Europejski sprzeciwia się karaniu osób, które nie zarabiają na piractwie. Aby sprawdzić, co obywatel ma na twardym dysku, trzeba
by przejrzeć jego zawartość, a to byłyby działania łamiące swobody obywatelskie – zamach na naszą prywatność i traktowanie wszystkich jako potencjalnych złodziei. Dopóki nie czerpiemy korzyści z kopiowania, należy traktować
takie działanie jako „promocję”. Wielu artystów zgadza się z tym, widząc jak
pozytywnie to wpływa na ich popularność np. Radiohead.
80% ściągających różne treści z Internetu to ludzie bardzo młodzi.
Nie wszyscy. „Big Stars” nie są tak wyrozumiali i wolą pieniądze na koncie.
Naturalnie, jeśli ktoś czerpie zyski z nielegalnego kopiowania należy wtedy
zastosować odpowiednie sankcje. Jednakże, aby wykryć takiego sprawcę,
nie jest potrzebny dostęp do osobistych informacji na czyimś prywatnym
dysku.
250
251
Jak walczyć z piractwem internetowym? Na pewno nie starymi metodami.
Prawo autorskie powstało zanim pojawił się Internet. Potrzebne są nowatorskie rozwiązania. Trwa dyskusja. Jest wiele propozycji. Moim zdaniem przede
wszystkim należałoby obniżyć stawki VAT na produkty kulturalne – tańsze,
będą chętniej kupowane, a więcej sprzedanych egzemplarzy, to więcej zysku
dla artystów, producentów i poborców podatkowych!
Ponieważ Internet stanowi znakomite źródło zysku dla firm, dlaczego nie zarabiać na reklamach przy produktach udostępnianych nieodpłatnie. Wówczas,
po co kraść, jak można coś otrzymać legalnie i za darmo, ale np. z „obciążeniem” reklamowym, lub udostępnione pod jakimś innym warunkiem. Cała
zapłata internauty to byłby wtedy koszt dostępu do Internetu, który z czasem
też powinien być minimalny, przynajmniej takie są plany na nie tak daleką
przyszłość w Unii Europejskiej.
Niekomercyjne udostępnianie plików jest legalne
Przynajmniej w Portugalii. Zdaniem tamtejszego wymiaru sprawiedliwości
dzielenie się plikami wpisuje się w powszechne prawo do edukacji, sprzyja
uczestnictwu w kulturze i swobodzie ekspresji.
Po kampanii mającej uświadomić społeczeństwu szkodliwe skutki nielegalnego udostępniania plików w Internecie, do portugalskiej prokuratury wpłynęło 2000 wniosków złożonych przez członków antypirackiej organizacji ACAPOR o wszczęcie postępowania przeciwko użytkownikom
udostępniającym za pomocą programów P2P utwory muzyczne czy filmy.
Dzielenie się plikami wpisuje się w prawo do edukacji.
252
253
Wnioski nie zawierały jednak danych personalnych internautów, a jedynie
adresy IP komputerów, z których pliki były wysyłane. Portugalski prokurator generalny oświadczył, że sprawa nie może trafić do sądu, ponieważ
numer IP to za mało by takie oskarżenie złożyć1. Ponadto podkreślił, że
dzielenie się plikami w celach nie służących zarobkowi jest legalne, uzasadniając to powszechnym prawem obywateli dostępu do edukacji, uczestnictwa w kulturze i swobody ekspresji.
Co zatem wolno użytkownikowi po przeczytaniu tekstu „wszelkie prawa
zastrzeżone, kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie bez zgody autora zabronione”? Polska Izba Książki zaproponowała ostatnio, by na jednej
z pierwszych stron każdej publikacji dokładnie wyjaśniać czytelnikom, co jest
dozwolone przez prawo autorskie i zamieszczać np. taką informację: „Możesz
mnie pożyczyć koledze i rodzinie. Możesz mnie zeskanować, możesz skserować, ale nie jestem przeznaczona do masowej dystrybucji. Pisało, ilustrowało
i wydawało mnie sporo ludzi – oni także muszą z czegoś żyć!”
Pomysł spodobał się także polskim prawnikom, którzy na co dzień zajmują
się zagadnieniem praw autorskich2: „Od bardzo wielu lat, nie tylko na polskim, ale i zagranicznym rynku istnieje tendencja do czynienia różnego rodzaju zastrzeżeń i ostrzeżeń odnośnie możliwego wykorzystania książek lub
wydawnictw płytowych przez osobę, która je nabyła. Służą one, oczywiście
w pewnym sensie, jako narzędzie prewencyjne, zapobiegające naruszeniom
praw, czyli po prostu tzw. piractwu. Z drugiej jednak strony, taka polityka zakazowa, jeśli chodzi o rozpowszechnione utwory, wprowadza w błąd.
Nie jest bowiem prawdą, że osobie, która zakupi książkę lub płytę, wolno
ją tylko czytać lub, co najwyżej, odstawić na półkę i podziwiać ją w swoich
zbiorach.”
Podczas gdy właściciele praw autorskich bronią bardzo restrykcyjnych przepisów, z drugiej strony istnieje grupa ludzi walczących o liberalizację prawa,
które według nich już nie przystaje do obecnej rzeczywistości. Do tych drugich należy coraz prężniej działająca i popularna Partia Piratów3.
Niedawno byliśmy świadkami dość paradoksalnej historii, której główną bohaterką stała się znana niemiecka bloggerka z Partii Piratów – Julia Schramm4. Jej
publikacja „Click Me: Confessions of an Internet exhibitionist”, wydana przez
Random House, należący do molocha z branży – Verlagsgruppe, została właśnie
„spiracona”. Schramm, otrzymawszy zaliczkę za książkę w postaci 100 tys. euro,
musiała zrzec się na kilka lat praw do niej na rzecz wydawcy. Gdy pirackie kopie
publikacji autorki – piratki ukazały się w Internecie, Random House szybko poczynił kroki, by je z sieci usunąć... Nawet ci, którzy najgłośniej wypowiadają się
na temat wolności w sieci i dostępu do informacji – otrzymawszy ładną sumę –
popierają prawo, wcześniej przez nich określane jako „obrzydliwe” i wydawców
porównywanych do „mafii, handlującej treścią”.
W czasach kiedy tworzono prawo autorskie udostępnianie kopii rodzinie czy
znajomym (bez czerpania z tego materialnych korzyści) wyglądało inaczej niż
dziś. Nie mając obecnie definicji, kto jest znajomym możemy myśleć, że jest
nim np. każdy kto kliknie „like” na FB, a może cała społeczność w sieci?
Polskie prawo pozwala na kserowanie książek czy kopiowanie płyt. Ba, pozwala nawet na udostępnianie skopiowanych treści – o ile udostępniamy je
rodzinie czy znajomym i nie czerpiemy z tego materialnych korzyści. Doszło
jednak do sytuacji, w której wydawcy, by zapobiec piractwu nie mówią całej
prawdy w kwestii możliwości wykorzystywania książek bądź płyt. Zaproponowany przez Polską Izbę Książki pomysł mógłby odkłamać wiele istniejących mitów na temat piractwa.
1
Więcej:
www.torrentfreak.com/file-sharing-for-personal-use-declared-legal-in-portugal-120927.
2
Polecam artykuł na temat kserowania książek:
www.granice.pl/kultura,polska-izba-ksiazki--kserowanie-ksiazek-jest-legalne,4866.
254
Więcej: www.partiapiratow.org.pl/wiki/index.php?title=Program4.
Polecam zajrzeć: www.torrentfreak.com/fail-prominent-pirate-party-politician-polices-book-pirates-120918.
3
4
255
Piraci promują kulturę
Walka posiadaczy praw autorskich – głównie wielkich korporacji – z piratami
trwa w najlepsze, a tymczasem okazuje się, że piraci właściwie przyczyniają
się do ich dobrobytu.
Na zlecenie Ministerstwa Kultury powstał raport „Tajni kulturalni”1. Na postawie przeprowadzonych badań opisano w nim działalność polskich piratów
internetowych – począwszy od tłumaczy napisów do filmów, poprzez właścicieli pirackich serwerów z grami, a na użytkownikach pirackich serwisów
„udostępniania” kończąc. Co zaskakujące, w dokumencie została też dostrzeżona rola piratów w krzewieniu kultury.
Autorzy raportu: kulturoznawcy, medioznawcy i socjolodzy oczywiście nie pochwalają wprost piractwa, ale zwracają uwagę na wiele aspektów, które często są
pomijane w dyskusji na temat praw autorskich. Otóż, ich zdaniem piratów można uznać za swego rodzaju parainstytucje kulturalne, dzięki którym biedniejsza
część społeczeństwa ma dostęp do dóbr szeroko pojętej kultury i sztuki. Piraci
spełniają ponadto rolę krytyków czy też arbitrów sztuki, gdyż to oni poprzez selekcję udostępnianych dzieł wybierają to, co ich zdaniem jest godne uwagi.
Jeden z autorów raportu Marek Krajewski z Uniwersytetu Adama Mickiewicza
idzie w swoim wywodzie jeszcze dalej, porównując piratów do średniowiecznych kopistów i skrybów: „Mechaniczna reprodukcja uczyniła niewątpliwie
kulturę dużo bardziej demokratyczną i egalitarną, sprawiła też, że jest ona
zróżnicowana, dokładniej przylega do ludzkiej różnorodności i różnorodność tę wzmacnia. (…) Kopista nie tylko powiela, uprzystępnia, obramowuje,
kontekstualizuje, ale też zaświadcza swoją, najczęściej bezinteresowną, ciężką
pracą, że to, co robi, jest wartościowe.”
Demonstracje „Piratów” w Parlamencie Europejskim odbywają się już od lat 90-tych XX wieku.
256
1
Polecam cały raport:
www.ngoteka.pl/bitstream/handle/item/146/Tajni_Kulturalni_Raport.pdf?sequence=1
257
Według „Tajnych kulturalnych”, dzięki piratom wzrasta zainteresowanie
kinem niszowym, dyskusje o ambitnych produkcjach przyciągają kolejnych
odbiorców. Ponadto, co najciekawsze, naukowcy twierdzą, że walka wielkich
wytwórni z piratami nie ma najmniejszego sensu, gdyż ich zdaniem koncerny
powinny być piratom dozgonnie wdzięczne za fundowanie im darmowej promocji ich produktów...
Podobnego zdania jest wielu eurodeputowanych, szykujących małymi kroczkami wielką rewolucję w kwestii copyrights online.
Więcej:
www.gadzetomania.pl/2013/02/08/piraci-zlodzieje-czy-bohaterowie-bezktorych-nie-byloby-w-polsce-niczego.
Muzyczny szpieg tuż za rogiem
Autorzy! Grają waszą piosenkę, jesteście pewni, że ktoś wam za to zapłaci?
Dobra wiadomość: tak, w przyszłości. Właśnie stworzono oprogramowanie
śledzące wasze dzieła. Jeśli jesteś muzykiem, kompozytorem, autorem i chcesz
naprawdę wiedzieć, gdzie i kto gra twoje „kawałki”, a nie masz zaufania do
tych, którzy teraz rozliczają twoje tantiemy – przeczytaj ten tekst.
Z racji brukselskiej „międzynarodowości” tutejszy anglojęzyczny magazyn
„The Bulletin” cieszy się dużą popularnością. Także zaliczam się do jego czytelniczek, choć czasem sięgam po niego z pewnym opóźnieniem. Podobnie
było z „lunchowym” wywiadem Emily von Sydow z Dominique Derwa belgijskim biznesmanem, który opracował genialne moim zdaniem oprogramowanie, śledzące muzykę oferowaną przez nadawców na całym świecie.
Derwa nie jest typowym przedsiębiorcą IT, raczej rozczarowanym artystą,
który postanowił walczyć z organizacjami zbiorowego zarządzania prawami autorskimi i wymyślił internetową usługę „Kollector” – prawdziwą
rewolucję w branży muzycznej. Po spotkaniu z Komisarz ds. Agendy Cyfrowej Neelie Kroes, Derwa stał się już rozpoznawalny, a jego pomysł trafił
na właściwy czas i podatny grunt nowych legislacji w dziedzinie ochrony
praw własności intelektualnej i w moim przekonaniu niemal gwarantuje mu
spore poparcie Komisji Europejskiej (na razie pracuje w grupie roboczej ds.
prawa autorskiego). Jego wizje globalnej współpracy organizacji zbiorowego
zarządzania prawami, dzięki której zyskają artyści i właściciele praw autorskich, znalazły już wielu zwolenników.
Lidia Geringer de Oedenberg ze szwedzkim europosłem z Partii Piratów – Christianem
Engströmem w Parlamencie Europejskim.
Na czym polega pomysł? „Kollector” śledzi nadawaną muzykę w stale rosnącej liczbie stacji telewizyjnych i radiowych na świecie, dając właścicielom
praw informacje niezbędne do dochodzenia należnych im przychodów z praw
258
259
autorskich. Program monitoruje obecnie ok. 1500 stacji, w przyszłości firma
zamierza pokryć cały glob (plan obejmuje 10 000 stacji radiowych i 3000 stacji
TV).
Pomysł Kollectora zrodził się, gdy przyjaciel Derwy, belgijski kompozytor
skarżył się, że nigdy nie otrzymał wynagrodzenia z SABAM-u (belgijskiego
ZAIKS-u), mimo że wielokrotnie słyszał własne utwory w radiu i telewizji.
Stan ten zmieniła dopiero wizyta jego prawnika w SABAM-ie i „uderzenie pięścią w stół”. Derwa pomyślał wtedy o wszystkich młodych artystach, których
nie stać na prawnika, o „małych graczach”, o których „zapomina się” przy
podziale 4 mld euro, zbieranych z praw autorskich na całym świecie przez 225
organizacji zbiorowego zarządzania, SABAM w Belgii jest jedną z nich.
Kollector ma aspiracje zrewolucjonizowania rynku muzycznego, dając artystom, wydawcom, kompozytorom, aranżerom i wszystkim zaangażowanym
w produkcje muzyki sprawne narzędzie śledzące ich prace na całym świecie.
Celem jest likwidacja nieprzejrzystego systemu redystrybucji należnych autorom wynagrodzeń.
Derwa jest byłym DJ-em także z „pirackim” doświadczeniem, który odpowiednio wykorzystał własną wiedzę w stworzonym przez siebie oprogramowaniu. Żartuje, że teraz ma nawet plany jako muzyk i kompozytor zacząć
nareszcie zarabiać na tworzonej przez siebie muzyce. Dzięki subskrypcji do
Kollectora, autor może wiedzieć w czasie rzeczywistym, kiedy i gdzie jego
muzyka jest odtwarzana.
Więcej:
www.radioworld.com/article/kollector-monitors-airplay-worldwide/24097.
Jak wyjść z „więzienia” praw autorskich
Ogromna liczba dzieł spoczywających w europejskich archiwach czy bibliotekach nie może być udostępniana, ponieważ nie ma możliwości ustalenia autorstwa tych prac lub też dotarcia do właścicieli praw do nich koniecznego do
wyrażenia zgody na ich użycie. Takie „zamrożone” dzieła stanowią często połowę zbiorów wspomnianych instytucji. Dziedzictwo kultury powinno służyć
społeczeństwu, a nie tkwić w „więzieniach” praw autorskich, pozbawiających
nas dostępu do tysięcy książek, gazet, zdjęć, nagrań radiowych i telewizyjnych
– „osieroconych” przez autorów.
Jako osobie pracującej przez lata w świecie kultury zależało mi, aby rozwiązać
ten problem na poziomie legislacyjnym w całej Unii i przywrócić do obiegu
społecznego zapomniane (z racji obowiązujących regulacji) utwory poprzez
ich digitalizację. Cieszę się, że Komisja Prawna Parlamentu Europejskiego
przyjęła w marcu 2012 r. sprawozdanie mojego autorstwa dotyczące udostępniania tzw. dzieł osieroconych.
Projekt stanowił, że utwory po określonym prawnie wnikliwym sprawdzeniu,
które wykazałoby, że zidentyfikowanie autora czy posiadacza praw do nich
nie jest możliwe – mogą uzyskać status „osieroconego”, co oznaczałoby, że będzie możliwe ich udostępnianie publiczne (także w ramach działań komercyjnych), jak również zachowywanie i odrestaurowywanie dzięki digitalizacji.
Ponadto, dzieło uznane za osierocone w jednym kraju będzie automatycznie
traktowane w innych krajach jako sieroce. Jeśli zaś odnajdzie się jego autor lub
właściciel praw do niego, będzie mógł ubiegać się o adekwatną rekompensatę,
jeśli udowodni, że przez takie udostępnienie poniósł realne straty.
Moim zdaniem to świetny przykład, że łagodzenie, a nie zaostrzenie praw
autorskich może być korzystne dla wszystkich stron. Z ramienia Komisji
Prawnej prowadziłam negocjacje w tej sprawie najpierw z Radą pod polskim
260
261
przewodnictwem, potem duńskim, a w finale 13 września 2012 r. – mój raport
poddany został pod głosowanie na sesji plenarnej, przeszedł ogromną większością głosów i stał się sukcesem jednego z priorytetów... cypryjskiej prezydencji.
Stworzenie wyjątku od prawa własności intelektualnej w celu udostępniania
dziedzictwa kulturowego przez instytucje o dostępie publicznym (tylko takich dotyczy dyrektywa) na cele związane z edukacją i propagowaniem kultury otworzy nowy rozdział w prawie własności intelektualnej. Jest to niezwykle
ważna regulacja, ponieważ jako pierwsza ustala podstawy legislacyjne w nowej niezharmonizowanej dotąd sferze prawnej. Dzięki niej beneficjenci (np.
archiwa, biblioteki), którzy do tej pory unikali digitalizacji z powodu obaw
o ewentualne pozwy sądowe na milionowe kwoty w przypadku odnalezienia
się autora (jak np. w USA), mogą teraz odetchnąć z ulgą, ponieważ przewidziana kompensata zapewnia pewność prawną w tej kwestii.
Dzieła posiadające wielu autorów, spośród których np. jednego nie można odnaleźć, co też blokowało ich udostępnienie będą traktowane, jako tzw. „półsieroty”, także będą mogły być digitalizowane i dostępne dla szerokiej rzeszy
odbiorców (znani właściciele praw otrzymają należne wynagrodzenie).
Archiwa, biblioteki, muzea, stacje radiowe i telewizyjne od dawna czekały na
jasne przepisy, które pozwalałyby im udostępnić skrywane przez lata skarby oraz nie dopuścić, aby popadły one nie tylko w zapomnienie, ale również
nie uległy fizycznemu zniszczeniu. Digitalizacja, która dzięki tej dyrektywie
wreszcie będzie w pełni możliwa, rozwiązuje te problemy.
Co najważniejsze jednak – uznaję to w kategoriach największego sukcesu naszych negocjacji – instytucje te będą miały realną szansę generowania dochodów z użycia dzieł osieroconych, które wspomogą często skromne budżety
przeznaczone na procesy digitalizacji. Zasady komercyjnego użycia dzieła są
ściśle określone i wiążą się z ewentualną rekompensatą dla autora, jeśli takowy się odnajdzie. Uważam, że również w tej kwestii wypracowaliśmy zbalansowany kompromis między zabezpieczeniem praw autorskich a możliwością
użycia dzieł sierocych.
Co więcej, w klauzuli przeglądowej zawarliśmy zapis, aby Komisja Europejska
po 2 latach od wprowadzenia dyrektywy w życie przyjrzała się jej skutkom
i wprowadziła ewentualne wymagane zmiany lub ulepszenia – np. poszerzyła
krąg beneficjentów, ujmując także instytucje prywatne.
Ponad roczne negocjacje były trudne, czasem wydawało się, że żadne porozumienie nie będzie możliwe, ale chcieć to móc. Dziś cieszę się z końcowych
rozwiązań kompromisowych i jestem przekonana, iż dyrektywa ta będzie
użytecznym i skutecznym narzędziem udostępniania skrywanej kultury szerokiej liczbie odbiorców.
Z racji swej wyjątkowości może też stać się „szybką ścieżką” dla pełnej harmonizacji praw autorskich w Unii i rozwiązania prawnego chaosu w dostępie
do kultury online.
Połowa zbiorów bibliotek, muzeów i archiwów to dzieła osierocone,
które nie mogą być upubliczniane.
262
263
113% obecnych
...czyli dziwne głosowanie nad wyjątkiem w prawach autorskich.
Ponad rok pracowałam nad raportem legislacyjnym dotyczącym dyrektywy
w sprawie dozwolonego użycia chronionych prawem autorskim dzieł, których
autorzy są nieznani lub nie można do nich dotrzeć. Zanim jednak doszło do
szczęśliwego finału tej legislacji, pewne dziwne fakty miały miejsce.
Wspomnę 1 marca 2012 r. i głosowanie nad moim raportem w Komisji
Prawnej (JURI), podczas którego nieoczekiwanie został „wywrócony” jeden
z trudem osiągniętych kompromisów, praktycznie pewniak, a jednak upadł.
Zdziwiona skonstatowałam wtedy, że liczba posłów uczestniczących w głosowaniu nie odpowiada ogólnej liczbie uprawnionych do głosowania...
Najpierw parę faktów.
Publiczne wysłuchanie w Komisji Prawnej w Parlamencie Europejskim dotyczące
stosowania prawa europejskiego i sądownictwa, 28 listopada 2013 r.
264
Jako główny sprawozdawca wcześniej dokładnie przeanalizowałam listy do
głosowania poszczególnych grup politycznych, na których wszystkie uzgodnione przeze mnie kompromisy miały większościowe poparcie. Poprawka,
o kluczowym dla mnie znaczeniu, dotycząca tzw. dopuszczalnego komercyjnego użycia dzieła sierocego, nieoczekiwanie dla mnie jednak upadła.
Jak ogłosił prowadzący głosowanie Przewodniczący Komisji JURI KlausHeiner Lehne: 12 posłów było „za”, 14 „przeciw”. Sęk w tym, że uprawnionych do głosowania było tylko 23 posłów! Jeśli 12 było „za” poprawką, powinna była przejść przy 23 głosujących posłów, ale Przewodniczący ogłosił,
że poprawka upadła, mimo że w głosowaniu brało udział kilku nieuprawnionych posłów tzw. zastępców z grupy politycznej Przewodniczącego, zaproszonych specjalnie, by odrzucić niewygodną dla nich propozycję. Niestety samo ogłoszenie wyniku głosowania okazało się wiążące.
265
nie obywateli śledzących sprawę w Internecie1. Pismo wysłałam dla zasady,
ponieważ w międzyczasie otrzymałam odpowiedź od służb prawnych, że ponowne głosowanie ze względów proceduralnych jest niemożliwe. Nie potrafię
do dziś się z tym tak zwyczajnie pogodzić, takie jawne oszustwo i to jeszcze
w Komisji Prawnej?
Wracając do samej dyrektywy, po głosowaniu w Komisji JURI uzyskałam
mandat do negocjacji ostatecznej wersji tekstu z rządami państw członkowskich. Utrąconą poprawkę udało mi się „tylnymi drzwiami” via Komisja Europejska wprowadzić ponownie, zatem wilk i owca pozostały całe, z pewnym
niesmakiem co do fair play.
W Komisji Prawnej PE zasiada 34 posłów i 24 zastępców.
W JURI zasiada 24 członków uprawnionych do głosowania, z czego jeden był
w tym dniu nieobecny i przez nikogo nie został zastąpiony, ważnych głosów
mogło być zatem tylko 23!
Wystosowałam list w tej sprawie do Przewodniczącego JURI, który przesłałam też do wiadomości wszystkich członków Komisji Prawnej, będąc przekonaną, że gdyby nie „błąd” w głosowaniu mogłabym mieć większość za moją
propozycją. Zasugerowałam, by powtórzyć głosowanie przy użyciu kart do
głosowania (wtedy system rozpoznaje nieuprawnionych np. zbyt wielu posłów-zastępców). Otrzymałam jednak odpowiedź odmowną, z której się dowiedziałam, że ponowne głosowanie nie jest możliwe, a „pomyłka” w ogłoszeniu wyniku nie miała większego znaczenia, ponieważ liczono jedynie
„proporcje” uprawnionych członków w poszczególnych grupach, zatem wynik głosowania był... właściwy. Przez wszystkie lata mojej pracy w PE nigdy
nie spotkałam się z taką sytuacją. Co gorsza, odpowiedź Przewodniczącego
Komisji Prawnej zbulwersowała niestety tylko nielicznych.
21 marca 2012 r. wysłałam kolejny list do Przewodniczącego JURI, z prośbą
o ponowne zbadanie nieprawidłowości w głosowaniu, przytaczając też opi266
Nowe przepisy pozwolą na korzystanie z zablokowanych do tej pory zasobów
kultury przy jednoczesnej ochronie instytucji z nich korzystających przed
możliwymi przyszłymi roszczeniami o naruszenie praw autorskich. Dyrektywa pomoże uniknąć konfliktowych spraw sądowych, takich jak np. głośny
w USA przypadek Google, który rozpoczął masową digitalizację i udostępnianie książek, w tym także dzieł osieroconych, który w efekcie zablokowano. Amerykański sąd uznał, że kwestie związane z „oczyszczaniem” praw
do utworów osieroconych powinny być rozstrzygnięte przez przyszłe prawo,
a nie umowy pomiędzy Google a Instytucjami będącymi w posiadaniu konkretnych dzieł.
Moja propozycja przyszłej regulacji prawnej była oparta na prostych mechanizmach ułatwiających Instytucjom digitalizację swoich zasobów i uniknięcia „sierocych” problemów w przyszłości. Przede wszystkim: „Sumienne poszukiwanie autora/posiadacza praw przeprowadzone w dobrej wierze” będzie
podstawą zwolnienia Instytucji z odpowiedzialności prawnej za naruszenie
potencjalnych praw autorskich. Dyrektywa konkretnie wskazuje przykłady
i kryteria do przeprowadzenia takiego wyszukiwania. Dzieła, którym zostanie
nadany status „osieroconego” nareszcie będą mogły zostać upublicznione.
Dyrektywa obejmuje wszelkie materiały audiowizualne lub drukowane,
w tym fotografie, czy ilustracje zawarte w książce, opublikowane lub transmitowane przez instytucje pożytku publicznego w dowolnym kraju UE.
Więcej:
www.falkvinge.net/2012/03/14/european-parliament-blocks-copyright-reform-with-113-voter-turnout,
www.slashdot.org/story/12/03/16/0155217/european-parliament-blocks-copyright-reform-with-113voter-turnout,
www.techdirt.com/articles/20120315/08382118115/strange-vote-against-freeing-up-orphan-worksachieves-113-turnout-eu-committee.shtml.
1
267
Podsumowując teraz całość półtorarocznych prac, przypomniałam sobie
zabawne qui pro quo związane z tłumaczeniami. Od początku bazowałam
na projekcie dyrektywy Komisji Europejskiej przygotowanym po angielsku,
w tym języku toczyły się też wielomiesięczne rozmowy i negocjacje. Poprawki
i wszystkie ostateczne kompromisy były uzgadniane tylko po angielsku. „Orphan work”2 – „dzieło sieroce”, to termin prawny, niestety – jak się okazało
– nieznany wszystkim tłumaczom, co doprowadziło do sporego zamieszania.
Podczas debaty, przed ostatecznym głosowaniem na sesji plenarnej, ze zdziwieniem wysłuchałam głosu oburzonego węgierskiego posła (niebiorącego
wcześniej udziału w pracach Komisji Prawnej), którego zdaniem przygotowywanie dyrektywy specjalnie dla europejskich sierot i kierowanie ich do pracy
w bibliotekach i archiwach to prawdziwe nadużycie. „Dlaczego zmuszacie sieroty do pracy archiwistów, skąd ten pomysł?”
Dla bardzo wielu druków digitalizacja to jedyna i ostatnia szansa na „przeżycie”. Nic nie trwa wiecznie, a materiałem najbardziej zagrożonym na nieodwracalne zniszczenie jest papier. Digitalizacja dzieł osieroconych wzbogaci
zatem naszą europejską kulturę i, jak mówi dyrektywa, umożliwi dotarcie do
nowych źródeł wiedzy naukowcom i badaczom. Wielbiciele literatury i miłośnicy sztuki będą mogli dzięki temu otworzyć magiczny sezam z nieznanymi
skarbami kultury. Kto wie, jakie jeszcze sieroce perełki skrywają biblioteki
i archiwa? Może pewne historie będzie trzeba napisać na nowo?
Angielskie słowo work to dzieło, ale także praca, natomiast orphan oznacza sierotę, osieracać.
2
Absurdy prawa autorskiego
Zdarzyło ci się odpruć naszywkę z logo jakiejś firmy? Jesteś przestępcą – usunąłeś znak towarowy.
Sama robię to nagminnie. Jeśli naszywka sterczy na rękawie kostiumu czy
na plecach, usuwam ją, ponieważ nie czuję się reklamowym słupem. A nie
wolno.
Poniżej ciekawy przykład tego, dokąd prowadzi absurdalne prawo autorskie.
Kaletnik w małej polskiej miejscowości skupuje wymagające reperacji
markowe torebki. Naprawia je, wymienia popsute zamki, zużyte sprzączki, urwane rączki, na których widnieje znak towarowy producenta. Kaletnik usuwa popsute części, zastępując je nowymi, ale te nie mają już
żadnych emblematów producenta, po prostu pasują rozmiarem i stylem.
Nasz kaletnik naprawione torebki następnie sprzedaje. Ogłasza się w miejscowej prasie, w Internecie. Nie zarabia kokosów. To zdolny rzemieślnik.
Prowadzi działalność gospodarczą. Płaci podatki, ZUS i inne świadczenia,
utrzymuje swoją rodzinę i łamie prawo własności przemysłowej (ustawa
z dnia 30 czerwca 2000 r.). Nawet jeśli żal nam pana Kaletnika, to względem obecnego prawa jest on przestępcą naruszającym prawo do znaków
towarowych.
Czy nie zaszliśmy trochę za daleko? Lepiej wyrzucić torebkę czy ją nielegalnie
naprawić? Oto dylemat...
W posiedzeniach Komisji parlamentarnych biorą także udział asystenci i doradcy europosłów.
O krępujących zapisach prawa autorskiego dobrze wiedzą Internauci. Afera
wokół ACTA pokazała, że można jednak skutecznie wyrazić swoje zdanie.
Za nieprzystające do rzeczywistości prawo autorskie zabrała się Komisja Europejska.
268
269
Neelie Kroes – Wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej odpowiedzialna za
tzw. Agendę Cyfrową – podobnie jak ja – nie przepada za „monopolistami
praw autorskich”. Prawo autorskie powinno chronić artystów, nie korporacje,
tymczasem obecne działania idą w stronę sankcji, zamiast pomagać rozpoznawać i wynagradzać prawdziwą wartość. Miałam okazję współpracować
z Komisarz Kroes osobiście przy negocjacjach nad dyrektywą o harmonizacji
prawa autorskiego w przypadku tzw. dzieł sierocych, bardzo doceniam jej determinację w tej kwestii.
Obywatele, użytkownicy Internetu zaczynają nienawidzić prawa autorskiego
i tego co się z nim wiąże. Widzą, że chroni ono głównie interes korporacji,
a nie artystów. Wywołanie takiej powszechnej niechęci jest groźne dla każdego, kto tworzy wszelkiego rodzaju dobra intelektualne.
Kroes, zwracając uwagę na obecny system wynagradzania dla twórców, zauważa, że większość artystów nie jest w stanie żyć dzięki zarobkom ze swojej
twórczości. Serwis Torrent Freak, cytując wypowiedź Wiceprzewodniczącej
Komisji Europejskiej, podaje informację, że 97,5% niemieckich muzyków zarabia poniżej 1000 euro miesięcznie. Wniosek z tego płynący jest prosty –
wielkie wydawnictwa zarabiają miliony i naciskają na walkę z piractwem na
wszelkie możliwe sposoby, ale twórcom – artystom taka sytuacja nie służy.
Komisarz proponuje odważną zmianę. Za konieczne uważa powrócenie do
fundamentalnych założeń i umieszczenie artystów w centralnym punkcie
nie tylko prawa autorskiego, ale całej polityki nastawionej na rozwój kultury.
W tym celu konieczne jest stworzenie nowych, kreatywnych modeli umożliwiających czerpanie korzyści finansowych ze sztuki.
Potrzebujemy elastycznego modelu, a nie kaftanu bezpieczeństwa – podkreśla
Kroes. Platformy, kanały i modele biznesowe powinny być różnorodne i równie innowacyjne jak sama twórczość. Dlatego technologia umożliwiająca łatwy dostęp do tego rodzaju dóbr na całym świecie jest zdecydowanie pomocna i należy ja wykorzystać. To właśnie technologia pozwala artystom dotrzeć
bezpośrednio do swoich odbiorców, bez względu na to jak bardzo specyficzny
mają gust i zainteresowania.
Neelie Kroes – Komisarz odpowiedzialna za Agendę Cyfrową podczas sesji plenarnej w Strasburgu.
Cieszy mnie, że Neelie Kroes dostrzega i trafnie podsumowuje dzisiejsze
problemy dotyczące prawa autorskiego oraz represyjnych sposobów na jego
ochronę. Nachodzi mnie jednak smutna refleksja, kiedy Komisarz apeluje do
wielkich wydawnictw, żeby te zastanowiły się czy ich model biznesowy jest
270
271
w harmonii z dzisiejszą rzeczywistością. Obawiam się bowiem, że koncerny
są dosyć krótkowzroczne i jeśli kasa wpływa szerokim strumieniem, to dla
nich wszystko jest w najlepszej „harmonii”, nawet jeżeli obecne działania są
wyniszczające dla samych artystów oraz dla ich odbiorców, a prawo autorskie
kojarzy się niemal tylko i wyłącznie negatywnie.
Najważniejsze, aby twórcy mogli być doceniani i wynagradzani w sposób adekwatny, a nie sterowany przez monopolistów praw autorskich.
Więcej:
www.ec.europa.eu/information_society/newsroom/cf/pillar.cfm?pillar_id=
43&pillar=Digital%20Single%20Market.
Prawo autorskie do... odsprzedaży
Nie jesteś w 100% właścicielem obrazu, rękopisu, utworu muzycznego, który
nabyłeś czy odziedziczyłeś. Jeśli zdecydujesz się go sprzedać musisz podzielić
się z swoim dochodem... z autorem. Tak stanowi dyrektywa z 27 września
2001 (2001/84/WE). Co to oznacza?
Prawo zwane „droit de suite”1 daje twórcy i jego spadkobiercom przy każdej
odsprzedaży udział w dochodach osoby sprzedającej oryginalny egzemplarz
utworu. Odsprzedażą jest każda sprzedaż następująca po pierwszym rozporządzeniu egzemplarzem przez twórcę. „Droit de suite” gwarantuje autorowi
oraz jego spadkobiercom otrzymywanie pewnego, określonego w sposób procentowy, wynagrodzenia za każdą kolejną sprzedaż dzieła, w przypadku gdy
jest ona organizowana przez galerie sztuki, domy aukcyjne itp.
Zgodnie z postanowieniami ustawy twórcy i jego spadkobiercom, w przypadku dokonanych „zawodowo” odsprzedaży oryginalnych egzemplarzy utworu plastycznego lub fotograficznego (którego cena sprzedaży jest wyższa niż
równowartość 100 euro), przysługuje prawo do wynagrodzenia stanowiącego
sumę poniższych stawek:
– 5 % ceny sprzedaży do 50 000 euro, oraz
– 3 % ceny sprzedaży od 50 000,01 euro do 200 000 euro, oraz
– 1 % ceny sprzedaży od 200 000,01 euro do 350 000 euro, oraz
– 0 ,5% ceny sprzedaży od 350 000,01 euro do 500 000 euro, oraz
– 0 ,25% ceny sprzedaży od wartości przekraczającej 500 000 euro, jednak nie
większej niż 12 500 euro.
Usuwanie naszywek z logo firmy to przestępstwo naruszające prawo do znaków towarowych.
Obecnie prawo autorskie chroni głównie interes korporacji, a nie artystów.
272
Droit de suite, the artist’s resale right, czyli prawo ciągłości, potocznie zwane jest prawem odsprzedaży.
1
273
W przypadku rękopisów dzieł literackich i muzycznych twórcy i jego spadkobiercom także przysługuje prawo do wynagrodzenia w wysokości 5% ceny
dokonanych „zawodowych” odsprzedaży. Odsprzedażą „zawodową” jest
wszelka czynność o charakterze odsprzedaży dokonywana w ramach prowadzonej działalności przez sprzedawców, kupujących, pośredników oraz inne
podmioty zawodowo zajmujące się handlem dziełami sztuki lub rękopisami
utworów literackich i muzycznych.
Do zapłaty wynagrodzenia posiadaczowi praw autorskich do odsprzedaży
zobowiązany jest „zawodowy” sprzedawca. Twórca utworu oraz jego spadkobiercy mogą domagać się od wyżej wymienionego udzielenia informacji oraz
udostępnienia dokumentów niezbędnych do określenia należnego wynagrodzenia z tytułu odsprzedaży przez okres 3 lat od dnia jej dokonania.
W Polsce prawo twórcy i jego spadkobierców do wynagrodzenia z tytułu kolejnych odsprzedaży oryginałów utworów plastycznych lub muzycznych obowiązuje od 1994 r. Dyrektywa „droit de suite” została wdrożona w ramach
nowelizacji ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych w 2006 r.:
www.eurlex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=DD:17:01:32001L0084:PL:PDF
Jeśli jesteś twórcą, który za młodu sprzedał „za obiad” swój obraz czy wiersz,
nieoczekiwanie może ci teraz wpaść 12 500 euro...
Opłaty za prawo autorskie...
od czystej płyty CD, pendriva i drukarki
Nawet jeśli kopiujesz swoje zdjęcia i własny film musisz płacić.
Opłaty za kopie na użytek własny zawarte są w cenach urządzeń służących
do zapisu, kopiowania i pustych nośników. Twój telefon, tablet, skaner itp.
obarczone są opłatą za kopiowanie. Według danych w Unii Europejskiej pobiera się ok. 600 mln euro tego typu opłat. Do kogo trafiają te pieniądze? Jak
znaleźć autora od „jakiegoś” dzieła skopiowanego na biurowej kserokopiarce,
czy we własnym telefonie, by mu zapłacić?
Przyjęty algorytm podziału jest z gatunku „tajne przez poufne”, także polski
ZAIKS pobiera takie opłaty, ale nie dzieli się wiedzą, do kogo trafiają…
Czym jest prywatne kopiowanie?
Wyjątkiem od prawa do zwielokrotniania, który został zaakceptowany w Dyrektywie o Prawie Autorskim UE 2001/29, pod warunkiem, że podmioty praw
autorskich otrzymają godziwą rekompensatę1.
Organizacje zrzeszające autorów twierdzą, że ten „wyjątek” pozbawia właścicieli praw do autoryzacji kopii ich dzieł i za to należy się zapłata. Obecnie
w niektórych krajach UE to ok. 0,06% dochodu producentów i importerów
na kompensacje finansowe autorom, których dzieła są kopiowane na lub za
Sprawa opłat za kopiowanie na użytek prywatny wiąże się ściśle z dyrektywą 2001/29/WE Parlamentu
Europejskiego i Rady z dnia 22 maja 2001 r. w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym („dyrektywa Infosoc” art. 5 ust. 2 lit. b), która
przewiduje, że państwa członkowskie mogą przewidzieć wyjątki lub ograniczenia w odniesieniu do
prawa do zwielokrotniania na dowolnych nośnikach przez osobę fizyczną do prywatnego użytku pod
warunkiem, że podmioty praw autorskich otrzymają godziwą rekompensatę.
1
274
275
pośrednictwem ich produktów. Nic dziwnego, że wspomniani płatnicy usiłują uciec od tej taksy, zakładając coraz więcej spraw sądowych.
Kwestia opłat za kopiowanie na użytek prywatny, a zwłaszcza ustalania ich
wysokości i sposobu ich pobierania w transakcjach transgranicznych, jest
trudna i w ostatnich latach doprowadziła do wielu sporów sądowych toczących się przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości.
Jak dotąd nie ma żadnej harmonizacji na poziomie UE odnośnie wspomnianych „rekompensat”, zatem państwa członkowskie stosują własne systemy
tego typu wynagrodzeń autorskich od kopii, między innymi wprowadzając
system opłat od urządzeń kopiujących i mediów. W Komisji Prawnej Parlamentu Europejskiego pracujemy właśnie nad bardzo kontrowersyjnym raportem, który ma zharmonizować ten typ „podatków”.
W czasach gdy praktycznie każdy posiada różnego rodzaju elektronikę przechowującą treści podlegające prawu autorskiemu, sięganie do kieszeni milionów użytkowników staje się bardzo kuszące. Coraz więcej utworów, piosenek, filmów i gier jest dostępnych online za darmo bądź za drobną opłatą, ale
zgodnie z obowiązującym prawem, płacąc nawet za legalnie pobrany z sieci
utwór uiszczamy opłatę za tzw. „ściągniecie”, przechowywanie i odtwarzanie
tylko na tym jednym konkretnym urządzeniu, przez które formalnie nabyliśmy dzieło i jedynie na terytorium państwa, na którym zostało ono nabyte.
Skomplikowane? Bardzo.
Dodatkowo, jak proponują organizacje zrzeszające autorów, „kwota rekompensaty za prywatne kopiowanie powinna być powiązana z wartością twórczości, która jest kopiowana, a nie z ceną urządzeń, która może zależeć od
strategii handlowych”. Ciekawe jak to ustalić?
Razem z grupą posłów – reformatorów prawa autorskiego sprzeciwiam się
tym niezrozumiałym haraczom. Dlaczego mamy przy okazji płacić za kopie zrobionych przez siebie zdjęć, czy nawet kopię zakupionej płyty CD, czy
książki, skoro już raz za nią zapłaciliśmy?
Opłaty za kopiowanie na użytek własny wliczone są w cenę
wszystkich urządzeń kopiujących np. ksera.
Z opłat za kopie prywatne zrezygnowały Hiszpania, Wielka Brytania, Luksemburg i Irlandia. Idźmy tą drogą. W dobie wzmożonej mobilności Europejczyków, przekopiowanie zakupionego utworu np. z telefonu komórkowego na
swój komputer, tablet czy MP3 – i podróżowanie z taką kopią okazuje się być
276
277
niezgodne z prawem, bowiem dozwolone odtwarzanie utworu możliwe jest
tylko w państwie jego nabycia/ściągnięcia.
Prawo powinno być zrozumiałe i łatwe do stosowania – to moja dewiza.
Obecne i proponowane przyszłe opłaty za kopie prywatne zupełnie się w niej
nie mieszczą. Francuska posłanka z mojej grupy politycznej S&D Francoise
Castex, autorka raportu, niestety ma konserwatywne podejście do praw autorskich i stoi bardziej na straży trudnych do określenia wynagrodzeń dla
autorów niż wolnego dostępu do treści już raz zakupionych.
W jakim kierunku pójdzie parlamentarna większość trudno dzisiaj przewidzieć, ostateczna propozycja zostanie przedstawiona dopiero w VIII kadencji
Parlamentu Europejskiego (w latach 2014-2019).
Chmura obliczeniowa
...trampolina wzrostu czy wtyczka dla służb i cybermafii?
Do niedawna chmury przynosiły deszcze, dzisiaj… noszą dane. Powstanie
chmur obliczeniowych wyprzedziło jakąkolwiek związaną z nimi regulację1. W 2013 r. w Parlamencie Europejskim nadrabialiśmy legislacyjne luki.
W Komisji Prawnej byłam autorką opinii w sprawie wykorzystania potencjału
chmury obliczeniowej w Europie (2013/2063(INI)).
Według prognoz International Data Corporation (IDC) dotyczących usług
chmury obliczeniowej na poziomie światowym i regionalnym na lata 20112015 – wielkość globalnego rynku tego typu usług ma gwałtownie wzrosnąć
z 21,5 mld USD w 2010 r. do 73 mld USD w roku 2015. Szacuje się, że do końca
2014 r. powstanie w związku z tym 11,3 mln miejsc pracy na całym świecie.
Dzięki chmurze możemy mieć cały czas i w każdym miejscu, z różnych urządzeń dostęp do swoich danych, które w niej „drzemią”. Wygoda to ogromna,
ale po aferze z PRISM zaczęliśmy mieć sporo wątpliwości, co do bezpieczeństwa przechowywanych tamże zasobów.
Według badań Cloud Security Alliance (globalnej organizacji non-profit), wiele
firm pracujących w powiązaniu z chmurą, po doniesieniach o inwigilowaniu Internetu przez amerykański wywiad, rozważało rozwiązanie umów z dostawcami
chmury obliczeniowej zza Atlantyku. 85% światowego rynku cloud computingu
jest w rękach amerykańskich gigantów: Goggle, Amazon i Microsoft. Strata, jaką
mogą oni w związku z tym ponieść, są szacowane na 26 mld USD w 2016 r.
Opłaty za prawo autorskie zawarte są w cenie nośników jak czyste płyty CD i DVD,
czy pamięci przenośne USB.
1
Więcej:
www.mac.gov.pl/dzialania/komisja-europejska-oglasza-strategie-w-sprawie-chmury-obliczeniowej,
w w w.euractiv.pl/innowacyjnosc-i-kreaty wnosc/artykul/konsekwencje-prism-dla-chmuryobliczeniowej-w-unii-004955.
278
279
Może zatem należałoby stworzyć europejską chmurę? Neelie Kroes, Komisarz
ds. Agendy Cyfrowej wierzy, że to możliwe, jeśli pokona się bariery prawne
w poszczególnych państwach członkowskich. Komisja Europejska twierdzi,
że dzięki rozbudowie chmury w UE powstałoby 2,5 mln miejsc pracy, a PKB
w pięciu największych gospodarkach europejskich wzrosłoby o 1-2%, co dałoby
przyrost na poziomie 160 mld euro.
Chmura obliczeniowa ewidentnie może przynosić korzyści przedsiębiorstwom, obywatelom i sektorowi publicznemu, jednak jako nowy sposób przechowywania danych stwarza też realne zagrożenia. Jak wynika z niedawnych
konsultacji publicznych Komisji Europejskiej dotyczących chmury obliczeniowej, zasady jej działania były niejasne dla 90% respondentów.
48% osób na kierowniczych stanowiskach zarówno w sektorze prywatnym jak
i publicznym zdaje sobie sprawę, że chmura obliczeniowa przyspiesza i ułatwia
ich pracę, jednak ponad połowa z nich nie zastosowała żadnych środków minimalizujących ryzyko np. kradzieży tożsamości.
Głównym problemem zarówno dla dostawców usług jak i użytkowników
w UE jest brak harmonizacji prawa (w tym autorskiego, ochrony danych osobowych, ochrony konsumentów, handlowego), co jest niezbędne dla działania jednolitego wirtualnego rynku w Europie. Panuje ogólna dezorientacja
w transgranicznym korzystaniu z usług chmury obliczeniowej, w szczególności w kwestiach związanych z odpowiedzialnością i jurysdykcją.
Konsumenci pragnący korzystać z chmury obliczeniowej stykają się często
z nienegocjowalnymi, niejasnymi umowami, w większości przypadków polegającymi tylko na odznaczeniu czynności do wykonania, bez określenia odpowiedzialności za bezpieczeństwo danych.
Użytkownicy chmury powinni także być w stanie ocenić ofertę usług chmury obliczeniowej w oparciu o zestandaryzowane procedury dotyczące bezpieczeństwa zasobów i gwarancji zapewnianych w ramach usługi. Pomógłby
w tym przykładowo wprowadzony na poziomie europejskim dobrowolny system certyfikacji pozwalający użytkownikom porównać w prosty sposób poziom zabezpieczenia usług chmury obliczeniowej, z uwzględnieniem różnic
napotykanych w tym zakresie na trzech różnych poziomach usługi:
– infrastruktury jako usługi (Infrastructure as a Service – IaaS),
– platformy jako usługi (Platform as a Service – PaaS),
– oraz oprogramowania jako usługi (Software as a Service – SaaS).
W pierwszym przypadku oceniane jest bezpieczeństwo urządzeń, linii zasilających, danych, itp. W drugim – odpowiedzialność za bezpieczeństwo spoczywa w dużej mierze na kliencie, który powinien odpowiednio chronić swoje
dane. W trzecim – odpowiedzialność spoczywa na dostawcy.
Najpoważniejsze zagrożenie w chmurze obliczeniowej, jak się okazuje, stanowią tzw. insidersi – czyli osoby, które pracują w firmach świadczących usługi
w zakresie chmury obliczeniowej, posiadające dostęp do danych konsumentów. Kolejnym są uszkodzenia mechanizmów izolujących dane, co może spowodować ich niekontrolowany wyciek.
Obecnie odpowiedzialność dostawców za usługi w chmurze w praktyce jest
żadna, działają w próżni prawnej. Niezbędne jest zapewnienie użytkownikom
odpowiednich środków odwoławczych w odniesieniu do dostawców usługi
chmury obliczeniowej, co teraz także jest niemożliwe.
Póki co należy przyspieszyć wdrażanie alternatywnych np. „internetowych”
sposobów rozwiązywania sporów oraz form zbiorowego dochodzenia roszczeń w celu ułatwienia rozwiązywania konfliktów, z jakimi borykają się użytkownicy w tym obszarze. Może obejdzie się bez zbytniego obciążania niewydolnych prawie w każdym państwie członkowskim UE sądów krajowych.
Dzięki chmurze obliczeniowej możemy mieć dostęp do swoich danych
cały czas i w każdym miejscu.
280
281
X. Belgia najdziwniejszy
kraj na świecie
Uczestnicy 72. wizyty parlamentarnej w Brukseli w dniach 3-6 marca 2014 r.,
przed Atomium powstałego z okazji wystawy EXPO w 1958 r.
282
283
Belgia, najdziwniejszy kraj na świecie
Łuk Triumfalny w Parku 50-lecia w Brukseli.
Od 10 lat usiłuję zrozumieć kraj, w którym pracuję i mieszkam. Gdy już wydaje
mi się, że osiągnęłam cel, naraz wyskakuje kolejna niespodzianka. Jako Kwestor w Prezydium Parlamentu Europejskiego stale mam na biurku jakieś dossier
związane z administracją brukselską, ostatnio np. z brakiem parkingów dla autobusów przywożących zaproszonych gości do Parlamentu. Niby miejsca są, ale
zajęte przez samochody osobowe, policja samochodów wywozić nie będzie, bo
to nie ich kompetencja. Każda służba podlega innemu rządowi (są cztery) i nawet zarządzanie chodnikiem wymaga wielostronnej umowy. To nie żart, osobiście uczestniczyłam w ceremonii podpisania negocjowanej przez 2 lata umowy
o wykorzystywaniu pasażu przed budynkiem Parlamentu.
Sprawa wydawała się być prosta: chcieliśmy, jako Parlament, mieć wpływ na to,
co będzie się działo bezpośrednio przed naszymi budynkami. Deptak nazwany
w 2011 r. Esplanade Solidarność 19801 nie należy jako nieruchomość do Parlamentu, a ponieważ miasto udzielało zgody na różne komercyjne imprezy, na które nie
mieliśmy wpływu, a które i tak były kojarzone Parlamentem (budząc zdziwienie,
że promujemy np. jakieś marki samochodów), trzeba było uregulować „zarządzanie chodnikiem”. Sześć bardzo ważnych podpisów pod kilkunastostronicowym dokumentem po dwóch latach sprawę doprowadziło do szczęśliwego finału.
Umowę podpisywali:
–P
rzewodniczący Parlamentu wraz z merytorycznie odpowiedzialną wiceprzewodniczącą,
–B
urmistrz dzielnicy Ixelles, w której znajdują się nasze budynki,
–B
urmistrz Brukseli,
–M
inister, szef Rządu regionalnego Brukseli,
–M
inister prac publicznych regionu Brukseli.
Uczestnicy 69. wizyty parlamentarnej przy Chińskim Pawilonie w parku
w dzielnicy Laeken w Brukseli, 25-28 sierpnia 2013 r.
284
O nadaniu nazwy piszę w tekście Polacy na TOP-ie w Europie na str. 13.
1
285
Belgia bezsprzecznie jest krajem wyjątkowym. Polecam robiący furorę wśród belgijskich cudzoziemców filmik: www.youtube.com/watch?v=Ceg6NQKHd70.
Oto kilka ciekawszych wyjątków:
W Belgii daniem narodowym są francuskie frytki (french fries) z majonezem,
dumą – produkowana w kraju najlepsza na świecie – szwajcarska czekolada.
Tylko w Belgii Premier rządu śpiewając hymn narodowy, przez pomyłkę intonuje „Marsyliankę”. Najbardziej znanym belgijskim monumentem jest 60
centymetrowy sikający chłopczyk – Manneken-Pis.
Belgowie mają skomplikowane życie, regulowane przez jeden centralny rząd
(z trudem wybieralny, ostatni powstawał przez 541 dni ustanawiając rekord
świata w „bezrządzie”) i trzy regionalne, które mają tyle samo uprawnień, co
rząd narodowy, co oczywiście nie ułatwia współrządzenia.
Mają trzy oficjalne języki: francuski, flamandzki (niderlandzki) i niemiecki, ale
to nie oznacza, że sami są trójjęzyczni. Walonowie przeważnie nie mówią po niderlandzku, Flamandowie nie rozumieją, jak się do nich zwraca po francusku.
Tylko leżący centralnie region Brukseli jest dwujęzyczny. Flandria jest stricte
jednojęzyczna, używa się tylko niderlandzkiego. Walonia jest francuskojęzyczna poza wyjątkami, gdzie mieszka... mniejszość niemiecka.
Żeby udogodnić życie mniejszościom francuskiej w części niderlandzkiej
i niemieckiej w części frankofońskiej, belgijskie władze zdecydowały, że podział na trzy regiony nie jest wydajny i stworzyły jeszcze kolejne trzy wspólnoty: niderlandzką, niemiecką i frankofońską, które tak jak władza centralna,
mają swoje rządy i parlamenty...
I tak na przykład frankofońska wspólnota wspiera kulturalne i społeczne
inicjatywy we francuskojęzycznej części Belgii i w regionie Brukseli, ale nie
może zapewnić wsparcia 300 tys. francuskojęzycznej ludności żyjącej w jednojęzycznej niderlandzkiej części Belgii.
Francuskojęzyczna rodzina z regionu Brukseli ma życie regulowane przez
cztery różne rządy. Przykładowo, rząd belgijski zapewni jej wypłatę emerytury, frankofońska wspólnota sfinansuje studia, niderlandzka szkołę dla dzieci,
a władze regionu Brukseli zadbają o recykling śmieci.
Uczestnicy 72. wizyty parlamentarnej na Grand Place w Brukseli w dniach 3-6 marca 2014 r.
286
287
Frytkowa rewolucja
Okazuje się, że spór między Flamandami i Walonami jest głębszy niż podziały religijno-etniczne w Iraku. 17 lutego 2011 r. Belgia pobiła rekord świata
w liczbie dni bez zaprzysiężonego rządu. Poprzedni rekord należał właśnie do
Iraku – 296 dni.
Co ciekawe, kryzys polityczny w Belgii nie przeniósł się na inne obszary jak
gospodarka czy aktywność w UE. Belgowie mają dużo cierpliwości i poczucia
humoru, czego dowodem była zaplanowana na dzień bicia rekordu bezrządzia
– „rewolucja frytkowa” (frytki są ich narodowym przysmakiem).
Główny belgijski dziennik – „Le Soir” – stworzył osobny dział zatytułowany „Kryzys polityczny”, gdzie można było zaglądać niczym do „Sportu” czy
„Świata”, badając jego głębokość.
O dziwo pomyślnie przebiegła także „bezrządowa” belgijska prezydencja
w UE w drugiej połowie 2010 r., oceniana nawet jako jedna z najlepszych
w ostatnich latach (tak naprawdę dalej tymczasowo rządził zdymisjonowany
gabinet Yvesa Leterme’a).
„Rewolucję frytkową” zoorganizowało kilkadziesiąt organizacji studenckich,
w programie znalazły się – a jakże – darmowe frytki, piwo, muzyka i flash
mob, we wszystkich największych miastach w Belgii.
Ostatecznie Belgowie funkcjonowali bez rządu 541 dni i chyba długo ten rekord nie zostanie przez nikogo pobity.
Frytki także w restauracji w Parlamencie Europejskim cieszą się ogromnym powodzeniem.
288
289
Belgijski „uważny” kierowca
Choć Belgia jest krajem niedużym, to tutejsi kierowcy należą do największych
ryzykantów w całej Wspólnocie.
Według badań organizacji The Social Attitudes to Road Traffic Risk in Europe
(SARTRE), które przeprowadzono w 2010 r. w 19 krajach Europy – w Belgii
jest największy odsetek kierowców (17,5%), którzy twierdzą, że mogą prowadzić po pijanemu, jeśli będą szczególnie uważni i ostrożni.
Jeden apéritif (np. campari) plus kieliszek wina do obiadu i mały digestif
(koniak) do kawy to właściwie norma. Piwo, którego kilkaset rodzajów jest
dostępnych w Belgii, to właściwie nie alkohol. Co prawda 77% belgijskich kierowców rozumie, że nie powinni po alkoholu siadać za kółkiem, jednak 26%
przyznaje, że co najmniej raz w miesiącu jednak im się to zdarza...
Jak na tle Belgów wypadają Polacy, nacja w powszechnym postrzeganiu dość
„wrażliwa”, jeśli chodzi o picie? Badania SARTRE wykazują, że w Polsce aż
98% kierowców twierdzi, że nigdy nie przekroczyło dopuszczalnego limitu
alkoholu we krwi podczas prowadzenia pojazdów. Co więcej, Polska ma najwyższy wynik – 92%, jeśli chodzi o kierowców, którzy zdecydowanie sprzeciwiają się jeżdżeniu po pijaku i jedynie 5,4% Polaków uważa, że może prowadzić auto pod wpływem alkoholu.
Belgowie złą reputację swoich kierowców tłumaczą względami historycznonawykowymi. Otóż wielu z nich nauczyło się prowadzić pojazdy samemu...
Przez lata wystarczyło kupić czy dostać pojazd, by móc go prowadzić i bez
żadnego formalnego, teoretycznego czy praktycznego przygotowania po prostu włączyć się do ruchu. Dotyczyło to nie tylko kierowców „rodzinnych” samochodów, ale nawet autobusów czy ciężarówek!
Codzienny korek uliczny w Brukseli.
290
291
Dopiero w latach 60. XX w., władze belgijskie wprowadziły pisemny test na
prawo jazdy, a praktyczną jazdę samochodem dołączono do egzaminów dużo
później. Jak ta tradycja ukształtowała „kulturę” jazdy Belgów, uwidaczniają
inne badania przeprowadzone w 2011 r. przez Belgijski Instytut Bezpieczeństwa na Drogach (IBSR), według którego:
– tylko jeden na dziesięciu belgijskich kierowców respektuje ograniczenia
prędkości,
– 93% kierowców notorycznie łamie nakaz 30 km/h w strefach w pobliżu
szkół,
– 40% przyznaje się do jeżdżenia powyżej maksymalnej dozwolonej prędkości 120 km/h na autostradach.
Dodatkowo, na skrzyżowaniach patrzą tylko i wyłącznie w prawo – wierząc
regule „priorité de droite”, co sprawia, że w ogóle nie zauważają pojazdów
jadących z innych kierunków. Cóż, mimo „luzu” belgijskich kierowców – ich
kraj plasuje się dopiero na 20. miejscu w UE, jeśli chodzi o wypadkowość na
drogach. Polacy niestety przodują razem z Niemcami i Francuzami. Widać
Belgowie mimo wszystko zdecydowanie bardziej „uważają”...
Więcej:
www.ibsr.be/fr/presse/etudes-et-statistiques/th%C3%A8mes-principaux/vitesse,
www.ibsr.be/frontend/files/userfiles/files/Sartre-4-report.pdf.
Bez reklam w TV i billboardów
...kampania wyborcza w Belgii.
Belgijskie prawo zabrania płatnych reklam wyborczych w radiu, telewizji i na
billboardach. Materiały wyborcze nie mogą znajdować się też na żadnych komercyjnych miejscach reklamowych. Plakaty wyborcze mogą być wywieszane na specjalnie instalowanych w czasie kampanii tablicach, o ile zgodzą się
na to radni...
Rozmiary wyborczych reklam reguluje regionalne prawo urbanistyczne.
Wszelkie afisze większe niż 1 m2 wymagają specjalnego pozwolenia. Partie
polityczne oraz kandydaci nie mogą przekazywać żadnych dotacji pieniężnych podczas oficjalnego 3 miesięcznego okresu kampanii. By uniknąć nielegalnego rozwieszania plakatów np. nocą, afisze można wywieszać tylko w ściśle określonych godzinach. Na prowizorycznych tablicach plakaty zwykle są
chronione siatkami, co zabezpiecza je przed zdzieraniem przez konkurentów
(ale już nie przed pryskaniem sprayem).
Finansowanie partii oraz wydatków na kampanie wyborcze reguluje w Belgii
ustawa z 4 lipca 1989 r. Jej przyjęcie poprzedziła spektakularna seria politycznych skandali z udziałem korporacyjnych darowizn. Nowa ustawa wprowadziła zasady finansowania partii politycznych z budżetu państwa, w oparciu
o wyniki uzyskane w poprzednich wyborach. Dodatkowe finansowanie partii
politycznych jest możliwe na poziomie regionów, o ile parlamenty regionalne
tak zadecydują, zabrania się jednak korporacyjnych darowizn i ściśle ogranicza darowizny od osób fizycznych. Budżety partii zasilają ponadto tylko
składki członkowskie.
Ustawa z 1989 r. ustala również limity wydatków kampanii wyborczych, zarówno partii politycznych jak i kandydatów indywidualnych: 1 mln euro dla
292
293
każdej partii, zaś pułapy dla kandydatów indywidualnych uzależnione są od
ich pozycji na liście lub populacji okręgu wyborczego (w zależności od rodzaju
wyborów). Darowizny od osób fizycznych mogą wynosić maks. 500 euro
rocznie na rzecz jednej określonej partii i ogółem 2000 euro – na rzecz różnych partii politycznych w skali roku. Partie polityczne i kandydaci muszą
składać oświadczenia o wszystkich wydatkach poniesionych na cele kampanii
wyborczej w trakcie oficjalnego okresu jej trwania.
Mimo jasnego prawa, obecność plakatów wyborczych ciągle wzbudza kontrowersje, podobnie jak ich wielkość oraz lokalizacja. W wielu gminach, walka wyborcza rozgrywa się właśnie o plakaty. Niektóre z nich w 2012 r. w ogóle
odmówiły instalacji oficjalnych tablic na plakaty wyborcze (Namur, Braine
l’Alleud, Antwerpia). Ich decyzje jednak zaskarżono, w efekcie czego Rada
Państwa uznała to działanie za niedemokratyczne. Tablice wróciły, ale ich
lokalizacja była dalej częścią walki wyborczej. Prawdziwa kampania odbywa
się przede wszystkim na cyklicznych spotkaniach wyborczych, podczas debat telewizyjnych i w Internecie, w szczególności na stronach internetowych
partii politycznych czy blogach.
Wybory w Belgii są obowiązkowe. Mówi o tym Artykuł 62 Konstytucji. Za
ich zlekceważenie płaci się kary od 25 do 50 euro. Gdy delikwent po raz kolejny odpuszcza sobie obowiązek wyborczy może zapłacić 125 euro. Jeżeli
wyborca nie pojawi się cztery razy w ciągu 15 lat – zostaje usunięty z listy
uprawnionych do głosowania na 10 lat. Ponadto, w tym czasie nie będzie miał
prawa do awansu, jeśli jest pracownikiem instytucji publicznej. Efekt? Ponad
90% Belgów chodzi na wybory.
Ponieważ wszyscy obywatele UE w krajach, które zamieszkują, a których nie
są obywatelami także mają bierne i czynne prawo wyborcze na szczeblu lokalnym i do Parlamentu Europejskiego, wśród kandydatów w wyborach lokalnych do belgijskich rad gmin w 2012 r. byli także nasi rodacy1, co ciekawe
– same panie:
1. Magdalena Sikorowska, Saint-Gilles (Lista Burmistrza),
2. Danuta Żędzian, Saint-Gilles (Ruch Reformatorski),
3. Beata Kocon, Ixelles (Partia Społeczno-Chrześcijańska),
4. Ewa Chrypankowska, Ganshoren (Lista Burmistrza),
5. Dorota Dobrzyńska, Bruxelles (Ruch Reformatorski),
6. Renata Bednarz, Saint-Gilles (Ruch Reformatorski),
7. Jolanta Bogdańska, Ixelles (Lista Burmistrza).
Niestety żadna z nich nie została wtedy radną, podobno zbyt silnie zwalczały
się... między sobą.
Kampania afiszowa w Belgii.
Więcej: www.emstacja.eu/pl/polonijne/108-ogolne/565-polskie-kandydatki-i-kandydaci-na-belgijskichlistach-wyborczych.
294
295
1
Monarcha ponad prawem
...czyli konsekwencje królewskiego skoku w bok.
Lidia Geringer de Oedenberg w Pałacu Królewskim w Brukseli na tradycyjnym noworocznym
spotkaniu członków Prezydium PE i najwyższych przedstawicieli pozostałych Instytucji UE. Od lewej:
Księżna Matylda z następcą tronu Księciem Filipem I (Królem Belgów od 21 lipca 2013 r.), Królowa
Paola wraz z Królem Albertem II – oficjalnie witają wszystkich zaproszonych, 12 stycznia 2011 r.
Jego Belgijską Królewską Mość Alberta II w 2013 r. panowanie zmęczyło do
tego stopnia, że w święto narodowe 21 lipca oddał tron swojemu synowi i następcy – Filipowi1. Czy sfatygowany Król miał dosyć polityki? Nie wiadomo,
jednakże „po uszy” na pewno miał nieodstępujących go plotek, które nabrały
w końcowym okresie jego panowania “narodowych” rozmiarów. Dzban przelała domniemana nieślubna córka Króla – Delphine Boël, próbująca testami
DNA zmusić Jego Mość, by przyznał się do jej ojcostwa.
Świat po raz pierwszy dowiedział się o królewskiej córce spoza małżeńskiego łoża w 1999 r. z... biografii żony Alberta II – Królowej Paoli. Dziś media
przyjmują niemal za pewnik, że 45-letnia Delphine jest córką monarchy, choć
Albert II nigdy się do tego otwarcie nie przyznał.
Matka Delphine – Baronessa Sybille de Selys Longchamps miała na przełomie
lat 60. i 70. romans z Królem, co w kręgach arystokratycznych było tajemnicą
poliszynela. Prawny ojciec Delphine – Jacques Boël, z przyprawionymi przez
Jego Mość rogami rozwiódł się z Sybille w latach 70-tych, a po opublikowanych
rewelacjach książkowych wydziedziczył „swoją” córkę, potwierdzając tym samym krążące plotki o własnym wątpliwym ojcostwie. Nic dziwnego, że pozbawiona ojca i majątku Delphine wystąpiła o zbadanie królewskiego DNA.
Złożywszy stosowny wniosek do sądu w Brukseli, wywołała na początku
2013 r. prawdziwą medialną burzę. Powstał spór, czy konstytucyjnie wyłączony spod wymiaru sprawiedliwości monarcha może zostać wezwany przed
W Pałacu Królewskim podczas części nieoficjalnej spotkania. Od lewej:
Olivier Chastel – belgijski Minister ds. europejskich, Jerzy Buzek – Przewodniczący PE (2009-2012),
Lidia Geringer de Oedenberg – Kwestor w Prezydium PE, Królowa Belgów – Paola.
296
Świetnie się ubierająca Matylda, żona nowego króla Filipa, już jest wzorem szyku w tutejszych kolorowych pismach. To daleka kuzynka Prezydenta Bronisława Komorowskiego, poprzez matkę Annę
d’Udekem d’Acoz, z domu Komorowską.
1
297
sąd, czy nie. Zdaniem jednych – w świetle belgijskiego prawa to niemożliwe,
zdaniem innych, po abdykacji króla – jak najbardziej. Sęk w tym, że w prawie
nie ma nic na temat statusu „byłego Króla”.
Prawnicy Boël uważają, że przepisy belgijskiej konstytucji powinny ustąpić
prawu międzynarodowemu, w tym konwencjom Rady Europy o prawach
dzieci, które gwarantują pobranie DNA od domniemanego ojca. Dzieci uznane czy nie korzystają z tych samych praw. Gdyby to w przypadku Króla okazało się niemożliwe, ojcostwo Alberta II można byłoby ustalić na podstawie
DNA domniemanego przyrodniego rodzeństwa Boël (czyli np. obecnego
Króla Filipa).
Aby rozpocząć procedurę uznania ojcostwa, dotychczasowy ojciec musi utracić swój status prawny, ponieważ nie można mieć dwóch tatusiów. Zatem Delphine musi najpierw dowieść, że Jacques Boël nie jest jej ojcem, ten z kolei
jak donoszą „źrodła dobrze poinformowane” poddany presji „pałacowej” nie
specjalnie zamierza zaprzeczać swojemu ojcostwu.
Postawiona przed faktami matka Delphine, Sybille de Selys, udzieliła wywiadu flamandzkiej telewizji, potwierdzając, że była z Albertem, kiedy urodziła
się jej córka, ale zdaniem prawników Króla jej słowa, listy czy zdjęcia Alberta
z małą Delphine niczego nie dowodzą. Powstaje pytanie, czy Sybille posiada
jeszcze inne „materiały”, które mogą być uznane za dowód ojcostwa przez
sądem.
Światowa stolica manifestacji
W latach 2003-2010 odbyły się w Brukseli 4 582 manifestacje, jak donosi raport opracowany przez doktoranta z Uniwersytetu w Antwerpii, Ruuda Woutersa1. To średnio dwie manifestacje dziennie! Bruksela jest bezsprzecznie
światową stolicą manifestacji. Co ciekawe, sam temat demonstracji tak już
spowszechniał, że media odnotowały zaledwie 11% z nich.
Władze Brukseli i najpopularniejszej dla manifestantów ze względu na obecność unijnych instytucji dzielnicy Ixelles, są absolutnymi zwolennikami
Były król może odmówić przeprowadzenia badań, wtedy za niego zadecyduje sąd, a to oznaczałoby jego narodową kompromitację. Trzeba pamiętać, że
w skonfliktowanej Belgii – Król (nawet były) pełni rolę symbolicznego łącznika między frankofońską a flamandzką częścią kraju. Co się stanie, jak jego
autorytet legnie w gruzach – trudno przewidzieć. Belgowie zapewne woleliby
„poszerzenia” familii panującej, od rozpadu ich Królestwa.
Manifestacja na Placu Luksemburskim przed Parlamentem Europejskim.
Na podstawie „Le Soir” z dnia 6 grudnia 2013 r.
1
298
299
demonstracji i nie robią żadnych trudności w uzyskaniu pozwolenia na nie,
chociaż generuje to dodatkowe koszty np. związane z ochroną.
Protestujący muszą jednak respektować pewne ograniczenia. Przykładowo
zabronione jest zakrywanie twarzy w przestrzeni publicznej (bez pozwolenia), czy noszenie masek. W niektórych miejscach nie można demonstrować
np. na Grand Place i w jego najbliższej okolicy, w neutralnej strefie: Pałacu
Królewskiego, Parlamentu Europejskiego i w... parkach.
Zorganizowanie manifestacji w każdym „terenie zielonym” wymaga specjalnego zezwolenia wydanego przez biuro IBGE (Institut bruxellois pour
la gestion de l’environnement), odpowiedzialnego za środowisko naturalne
w mieście.
PIS w Brukseli w szatach Św. Mikołaja...
W mieście czekolady, koronek i secesyjnej architektury jest niezwykle popularny i lubiany. Na zdjęciach wychodzi bardzo okazale, z bliska jednakże
nieco rozczarowuje mikrym wzrostem. Uwielbia się przebierać. Ponoć ma blisko tysiąc garniturów, ale często można go podejrzeć... nago, jak oddaje mocz
w samym centrum starej Brukseli!
To Julien – MANNEKEN PIS, najbardziej znana fontanna w całej Belgii.
MANNEKEN – to mały człowiek. PIS – to siuśki, uryna. Jak się łatwo domyślić, fontanna tryska z konkretnego miejsca, a PIS trafia prosto do znajdującej
się poniżej... chrzcielnicy. Julien „załatwia się” nieopodal ratusza, przy Rue
de l’Etuve, każdego dnia przyciągając tłumy – nie tylko turystów. Brukselczycy także bardzo chętnie odwiedzają słynnego MANNEKENA, zdarza się
bowiem, że siusia czystym piwem, a poza tym za każdym razem wygląda ina-
Manifestacja na ulicach Brukseli.
Słynny brukselski MANNEKEN PIS.
300
301
czej. W grudniu mały elegant siusia jako Św. Mikołaj. Siusiał już nawet w stroju husarskim i krakowskim. Ma 61 centymetrów wzrostu, liczy ok. 400 lat
i wciąż jest dzieckiem!
Siusiającego chłopca można zobaczyć zresztą nie tylko przy Rue de l’Etuve.
Setki tysięcy jego miniaturek corocznie wyruszają w świat w bagażach turystów. Największym wzięciem cieszą się przedmioty wykorzystujące dość specyficznie jego anatomię, np. noże do cięcia papieru czy korkociągi.
Skąd się wziął brukselski MANNEKEN PIS?
Jedna z legend1 mówi o małym chłopcu imieniem Juliaanske (Julien), który
szpiegując wrogów, odkrył miejsce, gdzie najeźdźca umieścił bombę mającą zniszczyć obleganą w XIV wieku Brukselę. Dzielny malec, widząc na co
się zanosi, oddał mocz na palący się lont, czym uratował miasto. Wdzięczna
Bruksela w XV w. upamiętniła małego bohatera i jego zbawczy SIK kamienną
figurką.
MANNEKEN zawsze wzbudzał wielkie międzynarodowe zainteresowanie, co
nie wychodziło mu zresztą na dobre. Najpierw ukradli go Anglicy – wtedy udało
się kamiennego malca jednak odzyskać, potem przepadł na dobre po „porwaniu” przez Francuzów. W 1619 r. wykonano na nowo jego figurkę, tym razem
z brązu. Zmiana materiału nie pomogła, posążek ciągle stawał się przedmiotem
ataków i kradzieży. Obecny MANNEKEN PIS pochodzi z 1817 r. i został odlany z odłamków poprzednika, pieczołowicie pozbieranych po całkowitym jego
rozbiciu przez manneken-pisowego destruktora recydywistę.
Od 1987 r. MANNEKEN PIS ma też konkurencję (albo towarzyszkę jak kto
woli) w postaci JEANNEKE PIS – oddającej mocz dziewczynki. Damska, dużo
młodsza wersja siusiającej fontanny stoi w „opozycji” do męskiej, po przeciwnej
stronie Starówki. Żeński odpowiednik MANNEKENA, o czym mówi współczesna legenda, postawiono w stolicy Europy jako wyraz równouprawnienia i politycznej poprawności. Jeanneke siusia nieopodal uliczki Rue des Bouchers – odgrodzona od publiczności kratą, pozbawiona należytej promocji, pamiątkowych
miniaturek, ubranek szytych na miarę i atrakcji piwnych – ciągle jeszcze walcząc
JEANNEKE PIS – dalej „walczy” o sławę.
Inna (mniej wzniosła) legenda podaje, że ów sikający chłopiec był... królewiczem, który zagubił się
podczas polowania w lasach niegdyś znajdujących się wokół Brukseli. Po bezskutecznych kilkudniowych poszukiwaniach, gdy stracono nadzieję na jego odnalezienie pewien – leśniczy – przeczesując
las, zdziwiony usłyszał szemrzący strumyczek w miejscu, gdzie wcześniej go nie było. Chcąc ugasić
nękające go pragnienie zbliżył się do domniemanego źródła wody i zobaczył nagiego, siusiającego królewicza.
302
303
1
o równouprawnienie i popularność. Głodny wrażeń turysta może nawet mieć
spore trudności z jej odnalezieniem, gdyż JEANNEKE skromniutko przykuca
w największym skupisku brukselskich restauracji, pośród (odwracających od
niej uwagę) gór homarów, langust i małży.
Pozostając w temacie siusiających w Brukseli, jest jeszcze piesek... ZINNEKE
przy Rue de Chartreux 31. Wszystkim odwiedzającym Brukselę szczerze polecam wszystkie siusiające statuetki, jako dowód szczególnego poczucia humoru – żyjących w dość depresyjnej „krainie deszczowców” – Belgów.
Belgijsko-polskie skomplikowane związki
Podczas Kongresu Wiedeńskiego w 1815 r. zebrani tamże przedstawiciele zwycięskich państw europejskich podjęli decyzję o utworzeniu neutralnego, buforowego państwa pomiędzy Francją i Niemcami – Guberni Środkowo Niderlandzkiej, Belgii. Jej gubernatorem został król holenderski – Wilhelm Orański
Nassau1.
Niestety zakorzeniona nienawiść Belgów do Holendrów wywodząca się od czasu
wojen religijnych z XVI w., kiedy to katolicka Belgia była regularnie plądrowana
i niszczona przez holenderskich kalwinistów – nie dała szans na trwałe współżycie w pokoju. 24 września 1830 r. wybuchło powstanie. Jego bezpośrednim powodem był dekret wydany przez holenderskiego króla znoszący katolickie szkolnictwo w Belgii: szkoły jezuitów dla chłopców i urszulanek dla dziewczynek.
Gdy powstańcy zaczęli zdobywać przewagę nad wojskami Króla, ten przestraszony możliwością stracenia bogatej prowincji Środkowych Niderlandów,
zwrócił się z prośbą o militarną pomoc do swojego szwagra cara Mikołaja I
(żoną Wilhelma Orańskiego była siostra cara Anna Pawłowna), car prośbie
nie odmówił. Zebrał armię i ruszył w kierunku Belgii.
Akurat w tym czasie w Księstwie Kongresowym (na terenie nieistniejącej na
mapie Polski) wybuchło powstanie zwane listopadowym, które zatrzymało
wojska carskie „w drodze”. Polskie powstanie stłumiono, ale dzięki temu powstało... Królestwo Belgijskie.
Królem Belgii został Leopold Sax Coubourg Gotha, niemiecki książę, od koronacji zwany Leopoldem I, który zaprosił do siebie polskich powstańców.
Piesek ZINNEKE przy Rue de Chartreux 31 w Brukseli.
O szczegółach historycznych polsko-belgijskich powiązań – z prawdziwą pasją informuje grupy, które zapraszam do Brukseli – przesympatyczna Pani Maria Kozińska – akredytowana przewodniczka
w Brukseli.
304
305
1
Generał Jan Skrzynecki, jeden z wodzów powstania listopadowego, przyjął
królewskie zaproszenie i zarządził transfer polskich żołnierzy do Belgii, co
dało początek... Królewskiej Armii Belgijskiej.
W brukselskim Królewskim Muzeum Broni informuje o tym specjalna Tablica Honorowa. Składając przysięgę na wierność Leopoldowi I żołnierze zachowywali swoje stopnie i starszeństwo z polskiego wojska. Szacuje się, że w szeregach armii belgijskiej służyło co najmniej kilkudziesięciu polskich oficerów
i podoficerów wszystkich broni. Łącznie 20 000 tys. żołnierzy.
Sytuacja ta wywołała zresztą międzynarodowe reperkusje, w szczególności
w relacjach Belgii z Rosją, Austrią i Prusami. Doszło nawet do zawieszenia
stosunków dyplomatycznych, po tym jak 4 lipca1839 r. mianowano gen. Jana
Skrzyneckiego belgijskim wodzem naczelnym. By zażegnać konflikt, generał stanowiska jednak nie objął, pozostając do „dyspozycji rządu”. Stosunki
belgijsko-rosyjskie zostały unormowane dopiero w 1853 r., po zakończeniu
służby przez Polaków.
Od 1911 r. do Belgii zaczęła napływać kolejna fala polskiej emigracji, tymrazem zarobkowej. Byli to głównie polscy górnicy – łącznie ok. 30 tys. osób.
Przed wybuchem II wojny światowej polska społeczność w Belgii liczyła już
ok. 62 tys. obywateli. W czasie wojny belgijscy Polacy brali aktywny udział
w ruchu oporu. W walce o wyzwolenie Belgii niezwykle ważną rolę odegrała
Polska 1. Dywizja Pancerna.
Bezpośrednio po wojnie, w Belgii osiedliło się ok. 10 tys. Polaków, kolejne
10 tys. napłynęło do 1976 r. W tym okresie odbywała się też jednocześnie
reemigracja rodaków do Polski – ok. 9 tys.
W 1988 r. w Belgii ogółem żyło ok. 50 tys. ludności pochodzenia polskiego,
zamieszkującej głównie górnicze okręgi Limburgii oraz przemysłowe regiony Liège i Antwerpii. Obecnie szacuje się, że liczba Polaków i osób polskiego
pochodzenia zbliża się do 90 tys., w tym 60 tys. to tak zwana migracja zarobkowa.
Historia belgijsko-polskich związków w Królewskim Muzeum Broni w Brukseli.
306
307
XI. Polska w Europie
Eksponaty w Królewskim Muzeum Broni w Brukseli.
308
309
Polski debiut przy sterach Unii
1 lipca 2011 r. Polska po raz pierwszy przejęła Prezydencję w Radzie UE. Ponieważ spora część polskich eurodeputowanych pracowała w Parlamencie już
od siedmiu lat, mieliśmy sposobność obserwowania z bliska aż 14 różnych
prezydencji, dostrzegając zarówno debiutanckie czeskie błędy, jak i Francjęelegancję państw sprawujących przewodnictwo w UE po raz kolejny.
Uroczyste otwarcie wystawy pt. „Plakat Polskiej Prezydencji w Radzie Unii Europejskiej”,
która była pokłosiem konkursu plastycznego zorganizowanego z inicjatywy
Lidii Geringer de Oedenberg. Bruksela, 28 czerwca 2011 r.
Najpierw duże wątpliwości budził budżet, jakim dysponował polski rząd, „zaledwie” 430 mln zł, który w ocenie fachowców był próbą bicia rekordu na najtańszą prezydencję w UE. Do tego prawie końca nie było wiadomo, w jakich
lokalowych warunkach przyjdzie pracować „zbrojnemu ramieniu” polskiej prezydencji (z mózgiem w MSZ), czyli Stałemu Przedstawicielstwu RP przy UE.
Dotychczasowy 200-osobowy zespół z trudem mieścił się w starej siedzibie
przy Avenue de Tervuren, gdzie – ponoć z braku miejsca – część toalet stała
się przestrzenią biurową. Dowcipkowano, że gdyby Przedstawicielstwo miało
pozostać w starym budynku (już „pękającym w szwach”), to dla kolejnych 300
osób zatrudnionych na czas Prezydencji należałoby chyba postawić namioty na
wypielęgnowanym trawniku i zagospodarować kort tenisowy...
Termin oddania do użytku nowej siedziby przesuwano z miesiąca na miesiąc.
W końcu, cały zespół przeprowadził się do okazałego budynku nieopodal
Ronda Schumana (rzut kamieniem od najważniejszych unijnych instytucji)
dosłownie w ostatniej chwili przed prezydencją. Rue Stevin 139, 1000 Bruksela, to teraz nowy i dobry „polski adres”.
Prace laureatów konkursu „Plakat Polskiej Prezydencji w Radzie Unii Europejskiej”
w Parlamencie Europejskim w Brukseli.
Nasz rząd przedstawił bardzo długą listę priorytetów na Prezydencję. Każdy
z nich był, nie przymierzając, „kobyłą” samą w sobie, projektem bez szans
na finalizację w ciągu sześciu, a de facto trzech i pół miesiąca (po odliczeniu
wakacji). Tylko kilka z nich udało się osiągnąć, ale w porównaniu z innymi
debiutantami w Radzie Polska wyszła zwycięsko, nie zaliczywszy poważniej-
310
311
Na mój apel odpowiedziała ponad połowa naszej 50-osobowej delegacji, dzięki
czemu nasza Prezydencja zyskała oprawę, jakiej nie miał dotąd żaden inny kraj.
Nasz przykład zainspirował także inne nacje posłów, ale jak dotąd nie udało
się nikomu z taką intensywnością przyciągnąć uwagi dla narodowej kultury,
nauki, atrakcyjności regionów, jaką my osiągnęliśmy. Pozytywną oceną naszej Prezydencji zakłóciło forsowanie przez polski rząd umowy ACTA1, która wywołała powszechne oburzenie i demonstracje na europejskich ulicach.
Ostatecznie Parlament Europejski odrzucił umowę, co postawiło naszych decydentów w bardzo „delikatnej” sytuacji.
O umowie ACTA piszę na str. 233.
1
Kwestor Lidia Geringer de Oedenberg dokonuje uroczystego otwarcia wystawy
w Parlamencie Europejskim z okazji objęcia prezydencji UE przez Polskę.
szych wpadek... prawie do końca 2011 r. Z łyżką dziegciu wstrzymam się jeszcze przez chwilę.
Trzeba też przyznać, że zafundowaliśmy sobie wyjątkowe „wewnętrzne” przeszkody polityczne w czasie Prezydencji – parlamentarne wybory. Nic dziwnego, że temperatura narodowej „debaty” w Polsce nie ułatwiała rządowi pracy
na rzecz Europy. W opinii zagranicznych komentatorów spisaliśmy się dobrze. Szczególnie podkreślano niespotykaną wcześniej kulturalną „oprawę”
naszej Prezydencji.
Cieszę się, że też miałam w tym swój udział. Aby wyeksponować nasz debiut przy sterach UE, jako kwestor odpowiedzialny za prezentacje w PE, już
wcześniej zaproponowałam naszym europosłom wspólną organizację cyklu
ekspozycji promujących polskie regiony i inicjatywy kulturalne w budynkach Parlamentu Europejskiego non-stop w okresie naszej prezydencji tak,
by wystawy odbywały się jedna po drugiej, w każdym „polskim” tygodniu
po kilka na raz.
Kwestor Lidia Geringer de Oedenberg wraz z Ambasadorem RP przy Unii Europejskiej
(2007-2012) Janem Tombińskim (z prawej) przeglądają polski dar dla Parlamentu
Europejskiego – kopię Konstytucji 3-go Maja.
312
313
Unikatowa konstelacja w Parlamencie Europejskim
Uroczyste przemówienie Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, wystawny lunch z tej okazji wydany przez Przewodniczącego Parlamentu – Jerzego
Buzka (byłego szefa Ministra Komorowskiego), koktajl dla polskich europosłów i otwarcie wystawy „Cześć Polsko”. 13 września 2011 r. zdecydowanie
upłynął w barwach biało-czerwonych.
Przemówienie Prezydenta Komorowskiego zaplanowano na godzinę 12:00
w przerwie pomiędzy głosowaniami. Jest to często stosowany zabieg zapewniający należytą frekwencję, bowiem posłowie rozliczani są z obecności na
głosowaniach (zarówno finansowo jak i politycznie). Półgodzinny speech honorowego gościa, zwykle głowy państwa, ma tym samym zagwarantowaną
należytą „słuchalność”. Brzmi to dość groteskowo, ale praktyka pokazuje,
że nawet w czasie debat priorytetowych sala potrafi świecić pustkami. Może
sprawiła to pechowa trzynastka, a może polityczny „spisek”, że akurat tego
dnia głosowania zakończyły się niespodziewanie przed 12:00.
Część posłów opuściła salę (w tym, ku mojemu zdziwieniu, kilku Polaków),
większość jednak ciekawa była pierwszego, od naszej akcesji, przemówienia
polskiego Prezydenta w Parlamencie Europejskim. Tym bardziej, że obrady
prowadził Przewodniczący PE Jerzy Buzek, w pierwszym rzędzie wśród komisarzy zasiadał Janusz Lewandowski, a miejsca w Radzie UE zajmowali polscy ministrowie. Taka polska konstelacja już się długo nie powtórzy.
Prezydent rozpoczął przemówienie od lekcji historii integracji europejskiej
zapoczątkowanej przez naszego rodaka – Wojciecha Jastrzębowskiego, który
w 1831 r. napisał Konstytucję dla Europy1. Kończąc zaś wystąpienie, Prezydent Komorowski wezwał Wspólnotę do odważnych decyzji, gdyż „znajdująca
Janusz Lewandowski – Komisarz ds. programowania finansowego i budżetu UE.
314
O przemówieniu wspominam na str. 15.
1
315
się obecnie w punkcie zwrotnym UE nie może dopuścić do rozpadu strefy
euro i unii gospodarczo-monetarnej”. Byłby to bowiem wstęp do „odwrócenia
procesu integracji z najgorszymi możliwymi konsekwencjami, łącznie z porzuceniem Unii jako projektu politycznego”.
Dodał też, że „my w Polsce głęboko wierzymy w Europę i chcemy UE dynamicznej i odważnej, otwartej i solidarnej (...). Unii, która da wszystkim jej narodom bezpieczeństwo, która będzie trafną odpowiedzią na potrzeby i troski
jej obywateli. Wiemy, że taka Unia jest możliwa. Taką Unię, wraz z innymi
narodami Europy, chcemy budować”.
Przemówienie nagrodzone owacją na stojąco nie porwało tylko kilku polskich
europosłów wybranych z list PiS.
Więcej:
www.europarl.europa.eu/wps-europarl-internet/frd/vod/player?session=
last&currentSei=SEI3&language=pl.
Pulsar z Polski
Do prezentacji czasu pulsarowego potrzebny jest komputer typu przemysłowego: płaski, bezobsługowy, zintegrowany z monitorem LED 40´´, podłączony do przewodowej linii internetowej i standardowa klawiatura.
By obserwatorzy mogli zrozumieć czasomierz pulsarowy, dodatkowo wymagana jest jeszcze zwięzła informacja (przetłumaczona na 24 języki obowiązujące w UE) z objaśnieniami „czasu pulsarowego” i danymi liczbowymi „innych” czasów oraz różnic pomiędzy nimi...
Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Bronisław Komorowski przemawia
w Parlamencie Europejskim w 2011 r.
Polski zegar pulsarowy w Parlamencie Europejskim.
316
317
Ten absolutnie wyjątkowy kosmiczny zegar eksponowany w Parlamencie Europejskim jest dziełem zbiorowym zapaleńców i naukowców z Pracowni Zegarów Wieżowych Muzeum Historycznego Miasta Gdańska, radioastronomów z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i inżynierów z gdańskiej
firmy Eko-Elektronik oraz darem Polski dla Parlamentu Europejskiego.
Historia pomiaru czasu i odkryć astronomicznych związanych z pulsarami
prowadzi nas prosto od Kopernika, Galileusza i Heweliusza do Wolszczana
i jego pozasłonecznych planet wokół pulsara PSR1257+12. Szczegóły budowy
zegara objęte są tajemnicą, o czym poinformowała mnie, kwestora wydającego zgodę na jego umieszczenie w Parlamencie, pieczątka z napisem „confidential” na dokumentach. Nie zdradzę zatem nic więcej poza tym, że gdański
zegar z okazji Roku Jana Heweliusza, jakim ogłoszono 2011 r., pozwala nam
teraz w Parlamencie na pulsarową punktualność, a dzięki przekazowi online
sygnałów dochodzących z obserwowanej właśnie gwiazdy mamy nawet informację o czasowych „niedokładnościach” zegarów atomowych.
Promenada „Solidarności”
...przed budynkiem PE w Brukseli.
Piękna, oddana w 2010 r. do użytku promenada, przebiegająca przez kompleks budynków Parlamentu Europejskiego w Brukseli (między rue Belliard
a Chaussée de Wavre) nosi nazwę „Esplanade Solidarność”.
Deptak formalnie należy do dzielnicy Ixelles i to jej władze podejmowały
ostateczną decyzję co do nazwy, tym niemniej nas Prezydium Parlamentu
Europejskiego, wcześniej poproszono o opinię w tej sprawie. Wniosek przeszedł, choć nie bez wielu dyskusji i innych poważnych propozycji. Ostatecznie decyzję o nadaniu promenadzie imienia Solidarności podjęto w 2009 r.,
otwarcie miało się początkowo odbyć w sierpniu 2010 r. Wybór „imienia”
oczywiście nie był przypadkowy i wiązał się bezpośrednio z 30. rocznicą powstania ruchu, który uruchomił proces prowadzący do upadku muru berlińskiego i obecnego zjednoczenia kontynentu.
Parlament Europejski ma w zwyczaju honorowanie wybitnych postaci, które
przyczyniły się do europejskiej integracji poprzez nadawanie budynkom czy
pomieszczeniom ich nazwisk. I tak mamy gmachy: Winston Churchill, Konrad Adenauer, Willy Brandt i in. Inicjatywa uhonorowania całego ruchu, a nie
konkretnej osoby, pojawiła się po raz pierwszy.
Zegar pulsarowy w Parlamencie Europejskim w głównym hallu budynku ASP w Brukseli.
Rok po zaplanowanej dacie – 30 sierpnia 2011 r. w południe, odbyło się uroczyste otwarcie Promenady „Solidarności”. Odroczenie w czasie spowodowało dodatkowy efekt w postaci jeszcze jednej ważnej uroczystości w czasie
polskiego Przewodnictwa w Radzie UE. Lista osobistości, które wzięły udział
w tym wydarzeniu była długa m.in.: Tadeusz Mazowiecki, Bogdan Borusewicz, Premier Donald Tusk. Byli również obecni najważniejsi brukselscy politycy: Przewodniczący Komisji Europejskiej – José Manuel Barroso, obecny
318
319
Otwarcie Promenady Solidarności przed Parlamentem Europejskim, 30 sierpnia 2011 r.
Otwarcie Promenady Solidarności przed Parlamentem Europejskim, 30 sierpnia 2011 r.
oraz były Przewodniczący Parlamentu Europejskiego – Jerzy Buzek i HansGert Pöttering.
W ceremonii uczestniczyła też Simone Veil, pierwsza kobieta na stanowisku Przewodniczącej Parlamentu Europejskiego wybrana w wyborach bezpośrednich w 1979 r. Jej imię od tego momentu nosi plac przed budynkiem
Parlamentu, od którego odchodzą dwie gałęzie „Esplanade Solidarność”.
W ceremonii zabrakło jedynie najbardziej rozpoznawalnej dla świata postaci
związanej z „Solidarnością” – Lecha Wałęsy. Wszyscy łącznie z organizatorami byli zdziwieni.
Przemówienie Premiera Donalda Tuska podczas otwarcia Promenady Solidarności
przed Parlamentem Europejskim.
320
321
Polska jest trendy
Już pierwsze dni polskiej prezydencji w UE wznieciły wielką ciekawość naszym krajem. Od lipca 2011 r. praktycznie wszystkie europejskie media pisały o Polsce, Polakach, naszych zwyczajach, jedzeniu, polskich markach
i sklepach za granicą. Popularny „The Bulletin”, anglojęzyczny periodyk dla
międzynarodowych czytelników w Belgii, prawie połowę jednego z numerów
poświęcił polskim tematom: historycznym, kulturalnym i kulinarnym. Wyraźnie rozbudziliśmy europejski smak na nowości „zza miedzy”.
Belgowie często podkreślają udział Polaków w formowaniu swojego stosunkowo młodego państwa. Pierwsi polscy emigranci pojawili się tutaj po powstaniu listopadowym. Polska szlachta dała się wtedy poznać zarówno od strony
„bitewnej”, jak i na belgijskich salonach.
Polskie delikatesy „Mała Polska” w Brukseli.
Polskie delikatesy „Polsmaak” w Brukseli.
322
323
Najbardziej znaną dziś potomkinią polskiej arystokracji jest powszechnie lubiana Księżna Matylda, żona panującego Króla (w czasie naszej prezydencji
jeszcze następcy tronu) – córka hrabiego Patricka d’Udekem d’Acoz i hrabiny
Anny Komorowskiej, wnuczki Adama Zygmunta Sapiehy.
W mojej brukselskiej dzielnicy, zwanej europejską, zarejestrowanych jest prawie 2 tys. Polaków, co nie jest też bez wpływu na dzielnicę. Mamy tu polską
pizzerię „Mniam-mniam” i polski kebab, jest też restauracja „Zagłoba”, „Pierogi cafe”, polskie delikatesy „Mała Polska” i „Rarytas” oraz sklepy spożywcze
„Zakopane” czy „Mały Książe”. Piwo Tyskie serwują w barze „Żubr”, a także
w Party Amnesia Club. Są też tutaj polska księgarnia, polska szkoła, polskie
Centrum, polska firma transportowa KaroTrans, z której usług często korzystam, a nawet polska misja katolicka...
Więcej informacji na o polskich atrakcjach w Belgii:
www.polonia.be,
www.polskanova.com,
www.karo-trans.eu.
„Vivat najpiękniejsi”, czyli Polacy o sobie
Brytyjski dziennik „The Guardian” przeprowadził w marcu 2011 r. sondaż1
wśród pięciu narodów Europy: Niemców, Brytyjczyków, Francuzów, Hiszpanów i Polaków. 5000 respondentów z każdego z krajów miało określić najmocniejsze strony własnego narodu w porównaniu z pozostałymi. Pytano,
która z nacji ma:
– najlepszą narodową kuchnię,
– najlepszych kierowców,
– jest najsympatyczniejsza,
– najbardziej atrakcyjna,
– ma „najmocniejszą” głowę…
Okazało się, że zdaniem 87% Hiszpanów ich kuchnia jest najlepsza, ponadto
66% z nich uznało, że to właśnie Hiszpanie są najsympatyczniejsi. Niemcy
jakoś nie przechwalali się zanadto swoimi przymiotami, najwyższy wynik
w swoich ocenach osiągnęli, jako dobrzy kierowcy – zdaniem 34% pytanych.
Ponadto, aż 50% z nich najbardziej smakuje narodowa kuchnia.
Francuzi także wysoko cenią swoje zdolności kulinarne, co przyznało 80%
badanych w tym kraju, ale sami ocenili siebie jako mało sympatycznych i najgorszych kierowców. Brytyjczycy wyróżnili się najsłabszą głową do drinków
– 35% badanych, za to mają niezłych kierowców – zdaniem 29%.
70% Polaków uważa, że nasza kuchnia jest najlepsza, 57% twierdzi, że jesteśmy najbardziej atrakcyjni, no i bezapelacyjnie wygraliśmy eurokonkurs na
najsilniejszą głowę – 61%. Zdaniem 35% pytanych, jesteśmy też całkiem sympatyczni, ale za to jako kierowcy najgorsi – 19%, tuż po Francuzach.
Polski sklep „Mały Książę” przy Rue du Trone w Brukseli.
324
1
Dociekliwym polecam sondaż w oryginale:
www.guardian.co.uk/news/datablog/2011/mar/30/guardian-europe-poll-best-looking-drinking.
325
Wyniki raportu należy traktować oczywiście z przymrużeniem oka, chociaż
ciekawą sprawą jest porównanie jak my – Polacy – oceniamy samych siebie
z tym, jak widzą nas inni. Przez wiele lat wizerunek Polaka nie należał do najciekawszych. Odzwierciedleniem tego były choćby trudno strawne Polish jokes. Na szczęście, od czasu przystąpienia Polski do UE, zmianie ulega też nasz
image u innych. Wiąże się to bezpośrednio z możliwością nieskrępowanego
podróżowania, wzajemnego przenikania się różnych kultur. Dzięki temu nasz
kraj jest coraz lepiej oceniany, a sami Polacy zaczynają być postrzegani przez
inne narody jako ludzie pracowici, dobrze wykształceni, przedsiębiorczy i coraz bardziej otwarci.
Barierą w kontaktach jest ciągle brak znajomości języków obcych. Według badań CBOS 54% Polaków zna tylko język ojczysty. Jednakże w grupie wiekowej
od 18 do 24 roku życia aż 74% posługuje się językiem obcym2. Ponadto, młodzi Polacy wykazują się większą otwartością w stosunku do innych kultur,
mają pozytywny stosunek do świata, charakteryzują się większą tolerancją,
odwagą, chęcią zdobywania wiedzy i podnoszenia swoich kwalifikacji.
„Najpiękniejsi, z dobrą kuchnią i całkiem sympatyczni” możemy pokazać Europie, że Polak „mocny w głowie” – to Polak mądry, i to przed szkodą.
Więcej: www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2009/K_111_09.PDF.
2
Mądry Niemiec po szkodzie
Otwierając swoje rynki pracy, jako dwa ostatnie „stare” kraje, mocno przestraszone Austria i Niemcy przeżyły pierwsze dni maja 2011 r., jak się okazało, bez nagłego zalewu długo wstrzymywanych pracowników z „nowych”
państw członkowskich. W 2004 r. Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja, a po
nich w następnych latach kolejne państwa, sukcesywnie znosiły blokady na
swoje rynki pracy. Nasi zachodni sąsiedzi wykorzystali maksymalny 7-letni
okres „ochronny” i teraz... tego żałują.
Najpierw trochę eurostatystyk:
Po siedmiu latach od wielkiego rozszerzenia z 2004 r. miejsce zamieszkania
w UE zmieniło w sumie ok. 2,3 mln obywateli z nowych państw członkowskich. To wbrew pozorom wcale nie tak dużo, zważywszy, że w tym samym
czasie przybyło Unii aż 19 mln mieszkańców spoza Wspólnoty.
Najwięcej wyjazdów zarobkowych odnotowano z Polski i Litwy, najmniej
z Węgier i Czech.
Jak podaje brytyjski National Institute of Economic and Social Research, dzięki natychmiastowemu otwarciu rynku pracy, PKB Wielkiej Brytanii zyskał
w latach 2004-2009 ok. 5 mld funtów. Tenże instytut wylicza, że PKB Niemiec
w latach 2004-2009 byłby wyższy od 0,1% do 0,5%, gdyby Berlin poszedł śladem Londynu... W zgodnej opinii ekspertów, efektywniej przebiegałyby prace
np. w sektorze rolniczym, których Niemcy nie podejmują lub w których są
mniej wydajni od Polaków. „Der Spiegel” postawił sprawę jasno – Niemcy
straciły na przeciąganiu otwarcia rynku pracy – nie tylko tanich i rzetelnych
pracowników w rolnictwie i budownictwie, ale również polskich informatyków i inżynierów, gdyż ci pracują już na dobre w Wielkiej Brytanii lub zostali
w kraju, gdzie mogą liczyć na przyzwoite wynagrodzenie, zniechęcające do
326
327
wyjazdu na zachód. W tej sytuacji nie uda się już przyciągnąć pracowników,
których Niemcy naprawdę potrzebują. „Wątpliwości, ufundowane na strachu
przed negatywnymi konsekwencjami dla niemieckiego rynku pracy, okazały
się ogromnym błędem” – mówi Klaus Zimmermann, kierownik Institute for
the Study of Labor1.
Czyżby tym razem to Niemiec był „mądry po szkodzie”?
Polska Flamandzka
Więcej: www.spiegel.de/international/europe/0,1518,759325,00.html.
1
Któż z nas nie zaśmiewał się z propozycji negocjacyjnej Zagłoby: „Ofiaruj
mu waść Niderlandy”, myśląc, że z tą daleką krainą nigdy nic wspólnego nie
mieliśmy. Nic bardziej mylnego. Według anglojęzycznego flamandzkiego
tygodnika „Flanders Today”1 – polska wieś mówi po flamandzku, przynajmniej ta jedna, objęta badaniem flamandzkiego historyka i językoznawcy
Rinaldo Neels’a.
Gmina Wilamowice, leżąca na południu Polski, wyróżnia się całkowicie
unikalnym językiem – vilamovian (wilamowickim), zaś jej mieszkańcy wierzą, że ich korzenie tkwią we Flandrii. Pomimo podzielonych opinii językoznawców, lokalna społeczność jest przekonana, że ich język pojawił się wraz
z kolonistami flamandzkimi w okresie średniowiecza. Są zdeterminowani,
by zachować kulturę swoich przodków.
Rinaldo Neels wraz ze swą pracą doktorską napisaną na Uniwersytecie
w Leuven i zatytułowaną: „Nadchodząca śmierć języka vilamovian, germańskiego języka w południowej Polsce”, został ciepło przyjęty w Wilamowicach. Powitali go mieszkańcy ubrani w tradycyjne stroje... flamandzkie.
Ludowa wieść niesie, że grupa ok. 100 tkaczy i rolników z Niskich Krajów
osiedliła się w południowej Polsce w końcu XIII wieku. Nazwę Wilamowice nadano na cześć lidera wspólnoty – Willema. „Dokumenty historyczne
potwierdzają, że polski monarcha tego okresu dał niejakiemu Willemowi,
pochodzącemu z Zachodu, zezwolenie na działalność w obszarze” – mówi
Neels. „Ponieważ ziemie te zostały wcześniej zniszczone przez Mongołów,
polska monarchia była szczęśliwa z napływu emigrantów, których przybycie
pomagało ożywić kraj”. Wilamowice stały się dobrze prosperującym miaLidia Geringer de Oedenberg z „polskim hydraulikiem” – modelem Piotrem Adamskim,
który złożył wizytę w Parlamencie Europejskim w Strasburgu.
328
Wydanie z 22 sierpnia 2012 r.
1
329
stem handlowym mającym ożywione kontakty z najważniejszymi ówczesnymi centrami handlowymi takimi jak Brema i Wiedeń.
„Gramatyka ich języka zawiera wiele elementów z rodziny języków germańskich używanych w średniowiecznych Niemczech, Austrii, Liechtensteinie,
Szwajcarii i Luksemburgu. (...) Jest wiele miejsc, w południowej Polsce, gdzie
mówi się po niemiecku” – twierdzi Neels, „ale nigdzie indziej ludzie nie czują
się związani z flamandzkimi przodkami”. Zauważa ponadto, że nie może być
przypadkiem, że tradycyjne flamandzkie rymowanki popularne są też w Wilamowicach.
W latach 20. XX wieku powstał słownik i gramatyka języka wilamowickiego. Miejscowy poeta Florian Biesik opisał tradycje regionalne w nostalgicznych wierszach, które tworzył po opuszczeniu regionu w 1920 r., tęskniąc za
miejscem swoich narodzin. Był przekonany, że koloniści z Niskich Krajów
przyczynili się do powstania kultury „vilamovian”, dostrzegał podobieństwa
w sposobie ubierania się i mentalności tych dwóch regionów.
Takiej uroczystości w PE nigdy wcześniej nie było
Na koniec wspomnę też wyjątkową ceremonię, w jakiej nigdy wcześniej w Parlamencie nikt nie uczestniczył.
Był 14 kwietnia 2010 r., wypełniona po brzegi sala plenarna w Brukseli.
W życiu codziennym w domach, sklepach i kawiarniach, mieszczanie wilamowiccy aż do II wojny światowej mówili w ich własnym języku. Dziś tylko 70 osób z 2800 mieszkańców używa wilamowickiego, a większość z nich
ukończyła 80 lat. Badanie przeprowadzone przez Neelsa pokazuje, że trzech
z czterech mieszkańców chciałoby zachowania dziedzictwa kulturowego,
a ponad połowa ludności uważa, że dzieci powinny nabyć podstawową wiedzę o języku vilamovian w szkole podstawowej. Szykuje się też nowe wydanie
podręcznika do nauki gramatyki...
Ceremonia upamiętniająca ofiary katastrofy smoleńskiej
w Parlamencie Europejskim 14 kwietnia 2010 r.
330
331
Posłowie, wszyscy członkowie Komisji Europejskiej, na czele z Przewodniczącym José Manuelem Barroso, delegacje spoza Unii Europejskiej… wszyscy
przybyli oddać hołd Polakom, którzy cztery dni wcześniej zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem.
W samo południe ceremonię rozpoczęło odegranie hymnu Unii Europejskiej,
następnie Mazurka Dąbrowskiego. Jerzy Buzek – Przewodniczący Parlamentu Europejskiego – podziękował za nadchodzące zewsząd wyrazy współczucia i kondolencje. Wyjaśnił, że w naszej tradycji, gdy żegnamy się z bliskimi
wspominamy zmarłych, wyczytując ich nazwiska.
XII. Na zakończenie?
Po czym wstrząsająco długą listę nazwisk – 96 ofiar katastrofy – w skupieniu
wyczytywali po kolei reprezentanci wszystkich grup politycznych w Parlamencie Europejskim. Polacy: z grup Chadeków, Socjalistów i Konserwatystów oraz
posłowie innych nacji (gdzie nie ma naszych rodaków) z grup: Zielonych, Liberałów, Komunistów i skrajnej prawicy. Odkładając wszelkie polityczne różnice
na bok, w tej tragedii Europa była prawdziwie zjednoczona.
Po każdym wyczytanym nazwisku belgijscy uczniowie wkładali białą różę do
symbolicznego wieńca usytuowanego przed prezydium. Gdy 96 róża spoczęła
obok pozostałych, Marsz Żałobny Fryderyka Chopina i minuta ciszy zakończyły uroczystość.
W kompletnej ciszy i zadumie tysięczny tłum opuszczał brukselską salę plenarną…
332
333
Antyunijny Europarlament
Głosować chodzą przede wszystkim niezadowoleni, a tych nie brakuje
w owładniętej kryzysem Europie. Przeciwni polityce oszczędności, efektom globalizacji i „dyktaturze” Brukseli już się mobilizują. Europolitolodzy
przewidują w związku z tym nawet większą frekwencję wyborczą! Czy to
oznacza zdominowanie Parlamentu Europejskiego przez eurosceptyków?
Być może.
Wiele wskazuje na to, że w wyborach europejskich w 2014 r. skrajne ugrupowania polityczne mogą zdobyć rekordowe poparcie. Jak kryzys odbije się na
wyborach? Ilu Europejczyków pójdzie głosować? Czy ich reprezentanci zagrożą Unii Europejskiej?
W 2004 r. w Parlamencie było ok. 70 antyunijnych wojowników, z czego prawie połowa z Polski (LPR, Samoobrona, PiS). W 2009 r. siła eurosceptyków
urosła do 120. Dodawszy do tej tendencji nastroje kryzysowe można oczekiwać, że w 2014 r. przeciwnicy Unii mogą podwoić swoją siłę, a to oznaczałoby
włączenie hamulca dla integracji i koniec marzeń o UEtopii.
Cofnijmy się parę miesięcy.
Udział w wyborach to nasz obywatelski obowiązek.
Walcząc z kryzysem Trojka (KE, MFW, EBC) przedstawiła plan ratunkowy
dla zadłużonego południa Europy, stawiając ostre warunki „zaciskania pasa”:
reforma finansów publicznych, cięcia wydatków, zmniejszenie deficytu budżetowego. Gdy rządy zaczęły wprowadzać drastyczne oszczędności, Grecy
dali poparcie antyunijnym radykalistom, Włosi zagłosowali na komika Beppe
Grillo, Brytyjczycy na ultraprawicową Partię Niepodległości Zjednoczonego
Królestwa, we wszystkich pozostałych krajach znacznie wzrosło poparcie dla
partii niechętnych europejskiemu projektowi. W Polsce dodatkowe poparcie
przypadło PiS.
334
335
Zdobycze wspólnego rynku w dobie kryzysu zaczęły… dzielić społeczeństwa.
Za dużo przybyszów z innych krajów pobudziło brunatne demony.
większość kwalifikowana. Możemy mieć podobną do amerykańskiej sytuację totalnej blokady środków zafundowaną przez europejski odpowiednik Tea Party.
W tej atmosferze media szczególnie w „starej” Europie szokują:
Biorąc po uwagę prognozy wyborcze w Polsce, większość sondaży zwiastuje
zwycięstwo eurosceptycznego PiSu, dzisiaj zasiadającego w PE obok pragnących opuścić Unię Brytyjczyków.
– statystykami bezrobocia, gdyż „nowi” odbierają pracę Brytyjczykom, Francuzom, Niemcom,
– sumami wyłudzeń „socjalnych” przybyszów – nierobów,
– przestępczością „napłyniętą” ze wschodu.
Kryzys zaglądnął w rodzinne budżety – trzeba było znaleźć winnych. Nic dziwnego, że na tym gruncie zakwitły ruchy populistyczne i radykalne. Jak wyglądają nastroje przedwyborcze w grupach politycznych „rozdających karty” w PE?
– Chadecy-Ludowcy (centro-prawica), obecnie 275 posłów z partii rządzących
w wielu krajach (w tym PO i PSL), zdają sobie sprawę z przeciwnych wiatrów
i liczą się ze spadkiem nawet o 50 posłów po wyborach w 2014 r.
– Socjaldemokraci – teraz 195 posłów, liczą na wzrost może aż o 35 posłów.
Brytyjska Partia Pracy cieszy się dużym poparciem, wzrasta poparcie dla
lewicy w Hiszpanii, Czechach i Niemczech.
– Liberałowie – 84 posłów. Tu nie widać objawów optymizmu, mogą stracić
nawet połowę swojego składu. Zniknęli już we Włoszech, są w złej sytuacji
w Niemczech, Francji i w Wielkiej Brytanii (płacą za koalicję z partią Davida Camerona).
– Zieloni – 58 posłów i Konserwatyści – 57 posłów, mogą stracić po kilkunastu posłów, zaś Komuniści – 35 posłów, liczą że tylu zyskają (głównie z Grecji i Francji).
– Największym zwycięzcą będą INNI, niemający jak dotąd w Parlamencie
żadnej realnej siły. Do tej nowej frakcji może przybyć ponad 70 deputowanych. Dodawszy do tego wyniku dotychczasowych eurosceptyków mogą
stać się trzecią lub nawet drugą siłą w Parlamencie1. Gdyby te prognozy się
sprawdziły, zdaniem belgijskiego „Le Soir”: „Parlament będzie jak małpa
z brzytwą”.
Niepokoi mnie taka przyszłość. Naprawdę nie chcemy korzystać z funduszy
i szans, które obecnie są w naszym zasięgu, nie chcemy już nowych dróg, ani
dopłat dla rolników? Brak budżetu do tego doprowadzi.
Obecnie w Parlamencie mamy porozumienie centrolewicy S&D i centroprawicy EPP, wsparte przez Liberałów ALDE, to gwarantuje stabilność integracji,
do lipca 2014 r.
Co będzie potem? Obyśmy nie zostali „ino ze sznurem”...
Ale z drugiej strony, znając dość dobrze czołowych posłów – eurosceptyków,
myślę, że nikt tak bardzo jak oni nie potrzebuje Unii! Bez Parlamentu i funduszy poselskich ich głos nie byłby słyszalny, nie mieliby czego krytykować
ani powodu, by błyszczeć w tabloidach.
Co to oznacza?
Zgrzyty w trybach Unii i ostre hamowanie. Jeśli prognozy się sprawdzą, mogą
wystąpić trudności z przegłosowaniem np. budżetu, do czego potrzebna jest tzw.
Bardzo ciekawej analizy na podstawię danych zebranych przez serwis www.electionista.com dokonało
Centrum Analityczne – Polityka Insight. Polecam zajrzeć: www.politykainsight.pl.
Kampania informacyjna dotycząca eurowyborów w 2014 r. eksponowana
na łączniku pomiędzy budynkami PE na Esplanadzie „Solidarność” w Brukseli.
336
337
1
Lidia Geringer de Oedenberg
Poseł VI i VII kadencji Parlamentu Europejskiego (2004-2009, 2009-2014)
Aktywna w Komisjach:Prawnej, Budżetowej, Petycji, Rozwoju Regionalnego,
Praw Kobiet
Kwestor w Prezydium PE przez dwie kadencje (2009-2011, 2012-2014)
Polka zajmująca najwyższe stanowisko w strukturach unijnych w latach
2009-2014
Wybrane prace w Prezydium Parlamentu Europejskiego:
–Z
ainicjowanie i doprowadzenie do utworzenia prestiżowego Regionalnego Biura Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej we Wrocławiu,
którego działalność przyczynia się do skutecznej i szeroko rozumianej promocji Polski, a także czynnego informowania obywateli o szansach jakie im
stwarza UE.
– Utworzenie wirtualnej galerii dzieł sztuki będących w posiadaniu Parlamentu Europejskiego, promującej współczesnych artystów europejskich,
w tym wielu polskich.
–Z
ainicjowanie cyklu kilkudziesięciu wystaw promujących na forum PE polskie regiony, kulturę, naukę podczas sprawowanej po raz pierwszy przez
nasz kraj prezydencji w Radzie UE.
Wybrane prace w Komisji Prawnej:
– Główny sprawozdawca i negocjator dyrektywy o dozwolonym użytku dzieł osieroconych, otwierającej dostęp do dotąd „zamrożonych” zasobów kultury, dzieł
zablokowanych prawem autorskim, w przypadku gdy ich autorów czy posiadaczy praw do nich, nie można było zidentyfikować lub odszukać. Implementacja
dyrektywy spowoduje, że dzieło uznane w jednym z krajów UE za „sieroce”
będzie mogło być wykorzystywane nieodpłatnie we wszystkich pozostałych,
a autor – w przypadku gdy odnajdzie się – uzyska stosowną rekompensatę.
338
339
– Autorka opinii prawnej dotyczącej bezpieczeństwa przechowywania danych w chmurze obliczeniowej, zwiększającej przejrzystość umów, ochronę
danych osobowych i dającą dostęp do informacji, gdzie nasze dane się znajdują.
– Animatorka prac nad stanowiskiem PE w sprawie umowy ACTA doprowadzających po 2 latach debat do odrzucenia kontrowersyjnego dokumentu.
– Zaangażowana w prace nad rozporządzeniem o ochronie danych osobowych,
szczególnie przy dopracowaniu definicji „prawa do bycia zapomnianym”,
uregulowania dotyczącego kontroli nad profilowaniem i ochrony naszej prywatności, nowego prawa Internautów, pozwalającego na zgłaszanie do poszczególnych administratorów portali i sieci żądania, aby nasze dane zostały
usunięte z ich stron, jeśli sobie nie życzymy, by były dalej wykorzystywane.
– Aktywnie współpracująca nad sprawozdaniem dotyczącym harmonizacji
zbiorowego zarządzania prawami autorskimi wprowadzającym większą
transparentność do systemu alokacji i płatności sum należnych artystom.
Wybrane prace w Komisji Budżetowej:
–N
egocjacje w sprawie korzystnego dla Polski kompromisu w sprawie perspektywy finansowej 2014-2020, dzięki któremu do naszego kraju trafić ok.
106 mld euro.
– Współzałożycielka „Single Seat Group” walczącej o ustanowienie jednej siedziby dla PE. Obecnie są trzy: Strasburg, Bruksela, Luksemburg. Efektem
tych zabiegów jest 80% poparcie wśród posłów PE oraz przegłosowanie rezolucji obligującej Radę Europejską do zmian traktatowych umożliwiających Parlamentowi samodzielne zadecydowanie o swojej siedzibie. Jedno
zamiast dotychczasowych 3 miejsc pracy wygeneruje oszczędności rzędu
200 mln euro rocznie.
Ostatnie posiedzenie Prezydium Parlamentu Europejskiego pod przewodnictwem
Jerzego Buzka, 23 stycznia 2012 r.
Wybrane prace w Komisji Petycji:
– Praca nad petycją dotyczącą planowanej kopalni odkrywkowej na Dolnym
Śląsku i nieuwzględnienia przez polskie władze prawomocnego referendum,
w którym obywatele sprzeciwili się tej inwestycji. Doprowadzenie do zorganizowania misji rozpoznawczej Komisji Petycji w regionie i pierwszych
rozmów (po 3 latach od referendum) obu stron konfliktu.
– Zainicjowanie pomysłu opatrywania programów we wszystkich telewizjach
publicznych w UE napisami (subtitles) pozwalającymi ludziom niesłyszącym lub niedosłyszącym na pełny dostęp do informacji, kultury, edukacji
i rozrywki w ofercie telewizyjnej. Subtitles wspomagają także naukę języków obcych oraz naukę czytania, co w dobie wtórnego euroanalfabetyzmu
jest szczególnie istotne.
Lidia Geringer de Oedenberg z Martinem Schultzem – Przewodniczącym
Parlamentu Europejskiego (w latach 2012-2014).
340
341
Podziękowanie
Pragnę serdecznie podziękować moim asystentom za pomoc przy
wyszukiwaniu materiałów niezbędnych do skompletowania tej publikacji:
Karolinie Przybylińskiej, Karolinie Zielińskiej, Carmen Godeanu,
Annie Czerwoniec, Agnieszce Jędrusynie, Katarzynie Mironiak
i Jakubowi Grekowi.
Bruksela, marzec 2014 r.
342
343
Lidia Geringer de Oedenberg ukończyła z wyróżnieniem studia na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu na
wydziale Zarządzania i Informatyki.
Studia podyplomowe odbyła w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie,
studia uzupełniające we Francuskim
Instytucie Zarządzania w Warszawie, kształciła się także na uczelniach
w Hiszpanii i Holandii.
Przez kilkanaście lat pracowała jako
dziennikarka w TVP S.A. w Warszawie
i we Wrocławiu. W 2001 r. została dyrektorem programowym wrocławskiego oddziału TVP S.A. W latach 1996-2005 pełniła funkcję dyrektora
generalnego Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans, jednocześnie będąc w latach 2001-2005 dyrektorem generalnym Filharmonii
Wrocławskiej.
W 2004 r. uzyskała mandat posła do Parlamentu Europejskiego z wynikiem blisko 36 tys. głosów, w 2009 r. skutecznie ubiegała się o reelekcję
w wyborach do Parlamentu Europejskiego, otrzymując poparcie prawie
67 tys. obywateli.
15 lipca 2009 r. została wybrana na 2,5-letnią kadencję członka Prezydium Parlamentu Europejskiego, została Przewodniczącą Kolegium
Kwestorów. W kolejnych wyborach 18 stycznia 2012 r. ponownie jako
Kwestor weszła do Prezydium PE. Obecnie zajmuje najwyższe stanowisko w strukturach unijnych ze wszystkich Polek. W Parlamencie Europejskim pracuje ponadto w Komisji Prawnej, Komisji Petycji i Komisji
Budżetowej.
346

Podobne dokumenty

już 2100 - Lidia Geringer de Oedenberg

już 2100 - Lidia Geringer de Oedenberg w następnych wyjazdach mam ofertę w postaci kolejnych konkursów, w których nagrodą jest 4-dniowa edukacyjna wycieczka do Parlamentu Europejskiego. Proponuję Państwu m.in. stworzenie OBYWATELSKIEGO ...

Bardziej szczegółowo