Historia powstania parafii i kościoła ewangelickiego w

Komentarze

Transkrypt

Historia powstania parafii i kościoła ewangelickiego w
Historia powstania parafii i kościoła ewangelickiego w Pobiedziskach, osnuta
na dziejach niemieckiej rodziny Remenzów, żyjącej od drugiej połowy
XVIII do XX w. na Ziemi Pobiedziskiej
(Zebrał i opracował na podstawie rodzinnej kroniki Pastora Willy‘ego Remenza1
dr Karol Górski)
Autor opracowania historii parafii i kościoła ewangelickiego w Pobiedziskach oraz kroniki rodziny Remenzów Willy Remenz urodził się 31 sierpnia
1910 roku w Kosten (obecnie Kościan), w ówczesnej Prowincji Poznańskiej.
Jego przodkowie pochodzili z Borówka koło Pobiedzisk i zamieszkiwali na
Ziemi Pobiedziskiej już w połowie XVIII w.
Urodzony w Kocanowie koło Pobiedzisk Gustav Remenz, ojciec Willy’ego Remenza, był strażnikiem więziennym w Pleszewie, później woźnym sądów
w Kościanie i Świdnicy, dokąd przeniesiono go w roku 1920. Jego syn Willy
rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Kościanie i kontynuował ją w Świdnicy, ale z uwagi na to, że rodzina przybyła po I wojnie światowej z wolnej
już Wielkopolski na teren jeszcze wówczas niemieckiego Śląska, niemieccy koledzy w szkole przezywali go pogardliwie Polaczkiem (Polack), imputując mu
tym samym jego jakoby polskie pochodzenie. Jego konfirmacja miała miejsce
w miejscowej świątyni ewangelickiej w roku 1925, w znanej obecnie świdnickiej Świątyni Pokoju.
Pięć lat później pewien pochodzący jeszcze z Prowincji Poznańskiej (Provinz
Posen) kupiec sfinansował dalszą naukę młodego Willy’ego w ewangelickim
Seminarium Duchownym. To finansowe wsparcie umożliwiło mu w 1930 roku
rozpoczęcie studiów w Seminarium Teologicznym we Wrocławiu, po czym
kontynuował je w roku 1932 w Tybindze i od roku 1933 w Greifswaldzie.
W roku 1937 objął wikariat w miejscowości Groß-Leipe (obecnie Lipa Wielka)
w powiecie trzebnickim na Dolnym Śląsku. Na przełomie lat 1937/38 uczestniczył w studiach podyplomowych w ramach ewangelickiego Seminarium Kaznodziejskiego.
Dnia 4 czerwca 1938 r. zaręczył się z Charlotte Leuschner (ur. 21.05.1912 r.
w wielkopolskim Racocie), córką Gustava Leuschnera, zarządcy, a później
w latach 30. XX w. właściciela znanej cegielni w miejscowości Parchwitz
(obecnie Prochowice) na Dolnym Śląsku. Ślub narzeczonych odbył się w Prochowicach dnia 23 maja 1939 roku.
1
Oryginał kroniki znajduje się w archiwum rodzinnym Johannesa Remenza, syna Autora, w dolno-łużyckiej
miejscowości Lauchhammer w Niemczech.
1
Od dnia 11.08.1941 r. do 15.07.1943 r. był wcielony do służby wojskowej
w oddziałach Wehrmachtu. Początkowo służył w miejscowości Fels am Wagram (Austria), a następnie w Paryżu. Z uwagi na niezdolność do służby
na froncie pozostawał do dyspozycji oddziałów tyłowych i zaopatrzenia. Niezależnie od tego w latach 1941-1945 był cały czas zaordynowany jako proboszcz
parafii w Lipie Wielkiej, z której 22 stycznia 1945 r. uciekł przed nadciągającym frontem do rodziców żony, do Prochowic.
Dnia 10 marca 1945 roku przybył do Legnicy, gdzie 14 maja objął miejscową
parafię ewangelicką, a następnie dnia 1 lipca został nominowany na stanowisko
superintendenta legnickiego okręgu kościelnego. Starosta legnicki utworzył
wówczas tzw. Biuro Niemieckie, gdzie na stanowisku sekretarki znalazła zatrudnienie również żona pastora. W Legnicy pastor Remenz współpracował
z Polskim Czerwonym Krzyżem w ramach poszukiwania osób zaginionych
podczas wojny.
Małżeństwo Remenzów opuściło Legnicę i teren Polski ostatecznie dnia 20 października 1947 roku, przekazując klucze do kościoła Marii Panny, legnickiej
świątyni ewangelickiej, proboszczowi Janowi Zajączkowskiemu, pracującemu
na swej parafii nieprzerwanie do roku 1988.
Po opuszczeniu Legnicy małżonkowie dotarli do Görlitz, gdzie pastor Remenz
został proboszczem kościoła pw. Świętego Krzyża. Tam też urodził im się
pierwszy syn Johannes (12.06.1948 r.) – spadkobierca kroniki rodzinnej,
w tym tzw. „tomu pobiedziskiego”.
Wiosną 1949 roku rodzina przeniosła się do miejscowości Riestedt koło Sangerhausen, położonej w radzieckiej strefie okupacyjnej, gdzie pastor Willy Remenz
przez 10 lat piastował stanowisko proboszcza miejscowej parafii i gdzie urodził
się jego drugi syn Andreas (8. 01.1951 r.).
W końcu kwietnia 1959 r. rodzina Remenzów została przeniesiona do miejscowości Aschersleben w ówczesnej NRD, gdzie pastor pozostał już do czasu
przejścia na emeryturę w roku 1976. Tam dorośli jego dwaj synowie, tam też
przez około 10 lat pracował nad obszerną, zawierającą kilkanaście tomów kroniką rodzinną, w tym nad przedstawionym poniżej we fragmentach „tomem pobiedziskim“ wraz z opracowaniem, w oparciu o źródła niemieckie, historii powstania parafii i kościoła ewangelickiego w Pobiedziskach.
2
Pastor Willy Remenz doczekał zjednoczenia Niemiec i zmarł w hospicjum
ewangelickim w Halberstadt 14 kwietnia 1993 r., a jego żona Charlotte niespełna 5 miesięcy później, 7 września 1993 r.
Historia parafii i kościoła ewangelickiego w Pobiedziskach (diecezja
Poznań I) w okresie od końca XVIII do początków wieku XX2
„…Miasto Pobiedziska (niem. Pudewitz) było od dawnych czasów osadą
polską, założoną w roku 1258 z dużym udziałem przybyszów z terenu Niemiec
jako miasto na prawie magdeburskim. Z biegiem czasu niemieccy mieszkańcy
z okresu tego założenia rozproszyli się, o czym świadczy fakt, że przodkowie
mieszkających na tym terenie ewangelików osiedlali się w sposób udokumentowany w okolicy Pobiedzisk dopiero od połowy XVII w. Nowo przybyli na te
tereny osadnicy niemieccy zmuszeni byli pierwotnie szukać posługi religijnej
w zborze ewangelickim w Swarzędzu, a dopiero po tym, jak w drugiej połowie
XVIII w. utworzono w Pobiedziskach szkołę ewangelicką, pastorzy ze Swarzędza mogli w niej głosić słowo Boże. Utworzenie własnej parafii gmina zawdzięczać mogła w głównej mierze pozostającemu jeszcze długo we wdzięcznej pamięci parafian, wielce zasłużonemu burmistrzowi miasta Martinowi Busse. Tenże po tym jak negocjacje ze starostą Niegolewskim dotyczące utworzenia parafii
nie przyniosły rezultatu, udał się osobiście do Warszawy przed oblicze Króla
Stanisława Augusta (Poniatowskiego). W efekcie tej wizyty dnia 30 marca 1790
roku otrzymał przywilej założenia parafii, a w konsekwencji tej decyzji również
i późniejszej budowy zboru ewangelickiego w Pobiedziskach. Utworzenie urzędu pastora i parafii doszło jednak w rzeczywistości do skutku dopiero w momencie, kiedy miasto przeszło pod jurysdykcję pruską i otrzymało dnia 5 grudnia 1793 roku zgodę na to ze strony właściwego dla Prus Południowych konsystorza ewangelickiego. Akt ten został potwierdzony przez władze zwierzchnie
dnia 10 kwietnia 1795 r., w następstwie czego gmina mogła wybrać na swego
duszpasterza dotychczasowego rektora swej szkoły Johanna Gottlieba Königa.
Dzień wprowadzenia pastora Königa na urząd przyjmuje się za dzień ukonstytuowania się ewangelickiej parafii w Pobiedziskach. Stało się to 12 czerwca 1796
roku. Przez wiele lat parafianie musieli zadowolić się skromnie urządzoną salką
modlitewną w budynku szkolnym. W końcu jednak po usilnych staraniach pa2
Historię powstania parafii i kościoła ewangelickiego w Pobiedziskach Autor kroniki Willy Remenz
opracował w oparciu o studia dokumentów oraz książkę autorstwa Alberta Wernera pt.: „Geschichte
der evangelischen Parochien in der Provinz Posen” w nowym opracowaniu Johannesa Steffaniego
(Lissa in der Prov. Posen, Fr. Ebbecke) (przyp. Autora artykułu).
3
stora Königa udało się doprowadzić do rozpoczęcia budowy masywnego
w swym kształcie zboru na miejscu nieistniejącego już kościoła katolickiego.
W momencie rozpoczęcia budowy pruski król Friedrich Wilhelm III podarował
sumę 4500 marek. Poświęcenie ewangelickiej świątyni odbyło się 1 listopada
1821 roku, przy czym dobudowa zakrystii i wyposażenie wnętrza kościoła miało
jednak miejsce dopiero w roku 1834. Do parafii oprócz samego miasta Pobiedziska należało 59 miejscowości, w tym wiele wsi zamieszkałych prawie wyłącznie przez osadników narodowości niemieckiej, takich jak: Kocanowo, Gołuń, Podarzewo. Parafia liczyła na początku 2872 wiernych.
1 października 1827 doszło w mieście do wybuchu wielkiego pożaru, który
w popiół obrócił pastorówkę wybudowaną jeszcze w roku 1796. Na jej odbudowę zarządzono przeprowadzenie w Prowincji Poznańskiej kolektę kościelną,
która przyniosła sumę 245 talarów, 9 groszy i 6 fenigów. W roku 1830 za sumę
2000 talarów postawiono nowy dom pastora wraz z zabudowaniami gospodarczymi i stajniami.
Pastorami pobiedziskiej parafii ewangelickiej byli w kolejności:
1. Johann Gottlieb König, pierwszy pastor powstałej w dniu 4 kwietnia 1796 r.
parafii, wprowadzony na urząd aktem powołania z dnia 12 czerwca 1796 r.
Zmarł 4 listopada 1832 roku w wieku 67 lat.
2. Carl August Eduard Gruber, urodzony w roku 1807 w Brätz (Bójce koło Międzyrzecza), został powołany w roku 1833 i wyniesiony do godności superintendenta w roku 1837. W roku 1852 złożył intendenturę, a zmarł 1 października
1866 roku w następstwie zachorowania na cholerę.
3. Johannes Böttcher, syn pastora Böttchera z Trzciela (Tirschtiegel), został zarządcą parafii w roku 1866, a w roku 1867 został powołany na pierwszego pastora parafii. W roku 1883 przeszedł na stanowisko pastora do Nowego Tomyśla
(Neutomischel)
4. Carl Buth, uprzedni zarządca parafii w Trzcielu (Tirschtiegel), powołany na
pastora parafii pobiedziskiej w roku 1884. Z dniem 22 października 1891 został
urlopowany ze względu na podjęcie obowiązków duszpasterskich w seminarium. Zastępowali go pastorzy pomocniczy: Röder (Nowy Tomyśl), Wagner
oraz Grützmacher. Carl Buth został w roku 1894 naczelnym wykładowcą seminaryjnym w miejscowości Karalene w Prusach Wschodnich.
5. Fritz Schröter, przedtem pastor pomocniczy w Poznaniu (w zborze ewangelickim pod wezwaniem św. Krzyża), został wybrany na pastora parafii pobiedziskiej w roku 1895.
4
Napływ niemieckich osadników w okolicę Pobiedzisk zaznaczył się już
w XIII wieku. Zwarte grupy osadników przetrwały przez wiek XV i XVI,
o czym świadczy fakt, że osady takie jak Jerzyn czy też Jerzykowo, które uznały
już w XIII wieku założone na prawie magdeburskim Pobiedziska za osadę panującą, były w późniejszych czasach wsiami o przeważającej liczbie ewangelików.
Wyznanie protestanckie było wtedy uważane za tarczę ochronną dla diaspory
ewangelickiej, także w czasach drugiej fali osadnictwa, jaka miała miejsce w
późniejszych wiekach. Powstające w XVII i XVIII wieku wsie olęderskie (Holländereien lub też Hauländereien) należą bez wątpienia do osad, które zakładano
w ramach tej drugiej fali osadnictwa. Tego rodzaju wsie „olęderskie” powstały
w miejscach karczowania lasów (Hauland - karczowisko), czego dowód znajdujemy na opracowanej przez dr. Waltera Maasa mapie regionu, zamieszczonej w
29 zeszycie „Niemieckiego naukowego czasopisma dla Polski”, wydanego nakładem Towarzystwa Historycznego dla Polski, mieszczącego się przed wojną
w Poznaniu przy ulicy Marszałka Piłsudskiego 16.
Już w nieco wcześniejszym czasie istniały wokół Pobiedzisk warunki do stworzenia
okręgu
parafialnego
dla
niemieckich
ewangelików.
Czasy kontrreformacji, jak wiadomo, skutecznie przytłumiły trendy, które wcześniej przejawiały się w powstawaniu nowych parafii ewangelickich. Jednakże po
tym, jak ościenne mocarstwa wymogły na Polsce uchwalenie w roku 1768 ustawy dotyczącej tolerancji innowierców (niekatolików), której wprowadzenie
w życie w poważnym stopniu zakłóciło zamieszanie spowodowane Konfederacją Barską, miejscowi ewangelicy podjęli u królewskiego starosty Pobiedzisk
hrabiego Niegolewskiego próbę uzyskania pozwolenia na utworzenie parafii
ewangelickiej, która zakończyła się jednak fiaskiem. W protokole komisji wizytacyjnej, sporządzonym w Swarzędzu dnia 1 maja 1777 roku czytamy: „…ze
względu na to, że pobiedziscy ewangelicy nie zdołali skłonić swego starosty do
consensusu, to miasto, leżące w odległości dwóch mil od Swarzędza, zostało
zgodnie z instrukcją konsystorza ab interim włączone wraz z przyległymi wsiami
w struktury parafii swarzędzkiej. Do czasu powstania nowych, korzystnych uwarunkowań, jeden z kaznodziejów swarzędzkich przyjmie w pewnych okresach
czasu prowadzenie „Artus mnisteriales” (spraw urzędowych)…”.
Bardziej korzystne zmiany z punktu widzenia niemieckich rezydentów Ziemi
Pobiedziskiej nastąpiły dopiero w warunkach drugiego rozbioru Polski, kiedy to
w roku 1793 ten region Wielkopolski został przyłączony do Prus. W przypadku
pierwszego rozbioru Polski w roku 1772 Prusom przypadła tylko północna cześć
późniejszej Prowincji Poznańskiej, tzw. rejon nadnotecki. W nowej sytuacji politycznej otworzyła się możliwość usamodzielnienia się „filii” parafii ewange5
lickiej w Pobiedziskach i tym samym oddzielenia się jej od parafii swarzędzkiej.
Do ewangelickiego zboru tej parafii pielgrzymowali zresztą przez ponad 150 lat
także ewangelicy poznańscy, chcący wziąć udział w nabożeństwie protestanckim w istniejącym tam zborze ewangelickim. Jak do tego doszło, dowiadujemy
się z odpisu obszernego protokołu założycielskiego, znajdującego się niegdyś
w archiwum parafialnym, do którego wgląd udostępnił niemieckim badaczom
historii kościoła protestanckiego pastor Joachim, proboszcz miejscowej parafii
ewangelickiej w latach 30. XX w. W protokole tym znajdujemy stosunkowo dokładny opis działań skutkujących powstaniem parafii ewangelickiej w Pobiedziskach oraz nieco późniejszym erygowaniem zboru ewangelickiego. I tak czytamy w nim, że w przeddzień zjazdu założycielskiego przybyli z Poznania do Pobiedzisk komisarze konsystorza ewangelickiego w osobach: seniora poznańskiego okręgu kościelnego Ephraima Gottfrieda Stechebara oraz komisarzy
o nazwiskach Melzer i Kupke, którzy polecili na dzień 5.12.1793 r. zwołać do
Pobiedzisk głowy rodzin ewangelickich z miasta i okolicy. Ze względu na choroby i z powodu innych przyczyn nie wszyscy jednak odpowiedzieli na to zaproszenie pozytywnie. Niektóre osoby przysłały tylko upoważnionych reprezentantów, inni przybyli dopiero drugiego dnia, a były też przypadki, że przedstawiciele kilku miejscowości w ogóle nie wzięli udziału w dwudniowym spotkaniu. Członkowie niemieckich rodzin zamieszkujących w Pobiedziskach sygnując protokół założycielski, podpisali się, z wyjątkiem 9 osób, swoim nazwiskiem, natomiast wielu przybyłych ze wsi i małych osad podpisało się tylko
krzyżykiem, ponieważ byli jeszcze w owym czasie analfabetami. W spotkaniu
założycielskim uczestniczyli ponadto pastorzy: Heinrich Gottfried Fröhlich ze
Swarzędza3, Samuel Friedrich Kaulfuß z Czerniejewa oraz adiunkt, syn pastora
Christopha Benjamina Kocha ze Skoków. Swarzędzki pastor Heinrich Fröhlich
oświadczył, że dotychczas do pobiedziskiej filii zaliczano miasto Pobiedziska
wraz z okolicznymi wsiami „olęderskimi”, takimi jak: Bociniec, Borówko,
Główno, Jerzyn, Węglewo, Wójtostwo, osady młyńskie: Nadrożno, Kapalica,
Kuracz, oraz wsie: Głębokie, Sroczyn, Podarzewo, jednakże bez dokładniejszego wyznaczenia ich granic. Pobiedziscy pełnomocnicy w osobach skarbnika
pieczęci Martina Busse i Martina Mühlbrata zażądali, aby dla wzmocnienia potencjału erygowanej parafii dołączyć do niej 30 dalszych miejscowości, takich
3
Heinrich Gottfried Fröhlich, z pochodzenia Ślązak, został już w roku 1774 na prośbę poznańskiej
wspólnoty ewangelickiej powołany w parafii swarzędzkiej na stanowisko drugiego pastora oraz kaznodzieję pomocniczego, funkcję pastora sprawował później również w Murowanej Goślinie, po czym
w roku 1789 został powołany na stanowisko pierwszego pastora w Swarzędzu. Zmarł w roku 1807.
6
jak m. in.: Główna, Jerzyn, Kocanowo, Węglewo, Wójtostwo, Bociniec, Borówko i Podarzewo, osady młyńskie: Główienka, Kuracz, Kapalica, Nadrożno
i Borowy Młyn, Sroczyn, osada Sanniki, Pomarzanowice, Głębokie, Stęszew,
Wronczyn, Krześlice, Bednary, Złotniki, Łagiewniki, Gwiazdowo, Rybitwy,
Imielno, Imielenko, Nowa Wieś i Glinka Szlachecka. Postulat ten oznaczał, że
wymienione osady już wcześniej ciążyły ku Pobiedziskom, posiadając wśród
swych mieszkańców dużą liczbę ewangelików, którzy to „walnie opowiedzieli
się za utworzeniem własnej parafii ewangelickiej”. Pastor ze Swarzędza dążył
natomiast do zatrzymania w swojej strefie wpływów niektórych osad, wśród
nich wymienić by można: Górkę, Promno i Glinkę Szlachecką. Do parafii czerniejewskiej przypisano m.in.: Czachurki, Imielno, Imielenko, Nową Wieś, Rybitwy, które zostały włączone do parafii w Czerniejewie w momencie jej utworzenia w roku 1780. Sporną pozostała również kwestia przydzielenia Sroczyna,
Głębokiego, Wronczyna, Bednar i Łagiewnik, które w przeszłości przynależały
do Rejowca. Kilku przedstawicieli oświadczyło, że reprezentowane przez nich
osady pragną zostać w dotychczasowych strukturach parafialnych, inne z kolei,
że wyraziły wolę przynależności do powstającej parafii w Pobiedziskach. W takim stanie rzeczy przystąpiono do zapisów dotyczących kwestii organizacyjnych dla nowo powstającej parafii. Zgromadzeni na zjeździe założycielskim
ewangeliccy obywatele gminy oświadczyli, że ze względu na to, że w Pobiedziskach istnieje już skromny budynek zboru, nie ma potrzeby budowy nowego.
Należało zatem zadbać tylko o wyposażenie dodatkowe oraz wynajęcie tymczasowego pomieszczenia mieszkalnego dla pastora. Zgodnie z decyzją zebranych
nowy pastor miał pełnić również rolę rektora szkolnego i prowadzić każdego
dnia w godz. 8-11 i 14-16 zajęcia szkolne. Z obowiązku tego zwalniać go miano
w soboty - z uwagi na konieczność przygotowania w ten dzień kazania na niedzielne nabożeństwo. Poza tym w okresie od Zielonych Świątek do Wielkanocy
miał on także w kościele prowadzić „schollę” dla dzieci, polegającą „wzorem
lat ubiegłych” na nauce kilku pieśni kościelnych. W przypadku konieczności
prowadzenia przez pastora czynności urzędowych miał być on zastępowany
przez wyznaczonego nauczyciela, który był zobowiązany do przyjęcia funkcji
kantora uczącego ponadto także pierwszy rocznik szkolny. Dla takiego nauczyciela gmina ewangelicka dysponowała już starszym lokalem mieszkalnym. Jeżeli chodzi o uposażenie pastora, zgodzono się wypłacać 100 talarów rocznie, a za
każde dziecko 12 groszy kwartalnie. Oprócz tego zaoferowano opłatę czynszu
w wysokości 20 talarów, ofiary z tacy podczas świąt kościelnych, z noworocznego wizytowania wiernych oraz z posługi spowiednika. Nauczyciel z kolei
miał otrzymać 100 florenów i wolne mieszkanie. Ponadto mógł pobierać tytu7
łem opłat za śpiew podczas ślubów i pogrzebów 2 grosze, a w przypadku ślubów i chrztów ofiary z tacy, do których składania byli zobowiązani uczestnicy
tych uroczystości. Jeżeli chodzi o spodziewane fundusze w wysokości 100 talarów na zamówione dzwony, to pochodzić one miały z „podzwonnego”, z tacy
lub ze skarbonki przy wyjściu z kościoła, z opłat komunikanckich i in. Opłaty
stałe określono na poziomie 57 talarów i 160 groszy z obowiązkiem wnoszenia
ich przez poszczególne osady.
W Pobiedziskach dotyczyły one np. 33 posiadaczy domów, z których trzech
miało ich po kilka. Jeżeli chodzi o budynek kościelny i szkolny, to oceniono ich
stan na nadający się do użytku. Budynek kościelny stanowił konstrukcję drewnianą, przykrytą dachem łupkowym, z utwardzoną cegłami podłogą oraz drewnianym sklepieniem. Zbór znajdował się na jednej z bocznych ulic, obok niego
stała odkryta dzwonnica z dwoma małymi dzwonami, jakie po dzień dzisiejszy
spotyka się jeszcze na Wschodzie. Budynek szkolny stanowił również konstrukcję złożoną „z desek oklejonych gliną”, przykryty był częściowo dachem łupkowym, częściowo strzechą i składał się z dwóch izb, które nie posiadały jednak
masywnego komina. Odpowiedzialnymi za stan parafialnej kasy uczyniono
dwóch mieszkańców miasta: obywateli Busse i Mühlbrata oraz dwóch gospodarzy z okolicznych wsi: sołtysa Giese z Jerzyna i sołtysa Paula
z
Głównej (Główieńca). Ponadto mieli oni zlecać konieczne naprawy oraz ściągać
opłaty. Obecni na zebraniu założycielskim wyrazili gotowość wnoszenia swoich
opłat również w trybie hipotecznym. Na urząd kaznodziei wyznaczono jednogłośnie dotychczasowego rektora szkolnego Johanna Gottlieba Königa, który
sprawował swój podwójny urząd aż do roku 1832. Dla udokumentowania skali
osadnictwa niemieckiego w okolicach Pobiedzisk należy w tym miejscu przytoczyć nazwy osad oraz nazwiska mieszkających w nich niemieckich protestantów. O skali przedrozbiorowego osadnictwa, którego rozmiar w okresie 17931806 i 1815-1918 uległ tylko ograniczonemu zwiększeniu poprzez późniejsze
zakusy kolonizacyjne państwa pruskiego, przekonać się można, przytaczając
listę podpisów oraz dane liczbowe z dokumentu założycielskiego, który sygnowali przedstawiciele z poszczególnych, chociaż nie z wszystkich zainteresowanych miejscowości. I tak lista ta obejmuje następujące nazwiska z miasta
i pobiedziskiej gminy: przedmiotowe wyliczenie rozpoczyna skarbnik pieczęci
Martin Busse, poniżej następują obywatele o nazwiskach: Dan. Thielisch, Christian Schönknecht, Samuel Abramowski, Sam. Offenbacher, Peter Schwerzt,
Mart. Wiese, Joh. Pietsch, Joh. Stempel, Mart. Mühlbrat, Gotffr. Pahl, Caspar
Schulz, Sam. Friedrich, Dar. Sauer, Andr. Zadow, Christian Jakel, Mich. Henke,
Christian Schneider, Peter Boge, Paul Biskup, Mateus Offenhammer,
8
Jak. Krinke, Mart. Giese, Joh. Lieblich, Matheus Benike, Sam. Hoffmann, Fried.
König, Mart. Boge, Mich. Kossin, Mart. Neuman, Kuba, Braun, Stach, Wille,
Henkelmann, oprócz nich również młynarze miejscy: George Markwart i Bart.
Kemp. Poza tym wymienione młyny wodne były wówczas, jak zresztą wszystkie pozostałe, w rękach niemieckich. Z biegiem czasu doszło jednak do zaniechania ich eksploatacji. Listę uzupełniają nazwiska z poszczególnych osad leżących w okolicach Pobiedzisk. Ze wsi Bociniec podpisy złożyli tzw. „olędrzy”:
Christof Tischler, Joh. Fried. Stach, Andr. Hilbrandt, Peter Kelm, Matheus
Krüger, Joh. Kelm, Basil Bräuer, Joh. Krause, Math. Scholz, Mat. Sanft i jako
sołtys Mich. Heid. Zabrakło jednak trzech podpisów. Z Węglewa pojawili się:
sołtys And. Neumann, Paul Freitag, Mt. Kotz. Z Borówka: Gottf. Schrul, Mt.
Heid, Elias Bauch, Mich. Heke, Joh. Drews, Johannes Schwant, Mich. Knispel,
chociaż również brak trzech podpisów. Z Wójtostwa dokument założycielski
podpisali w komplecie: sołtys Joh. Fritz i gospodarze Gottf. Simon4, Chrph.
Wille, i Chrph. Radkke (właściwie Radtke), z 9 gospodarzy z Jerzyna: Jak. Giese, And. Jans i Paul Klut, z 10 z Goszczanowa (tę nazwę wyparła uproszczona,
używana przez niemieckich osadników nazwa Kocanowo) listę podpisali: sołtys
Mich. Krüger i gospodarz Mich. Semler, z 10 przybyłych z Główna: sołtys Paul
Busse, ponadto Mt. Schröder, Joh. Stebner, Chn. Betin, George Kossin, Bart.
Matz i 3 gospodarzy o nazwisku Streich (Ströch): And., Joh. i Chn., a z 9 przybyłych z Padarzewa (stara forma, dziś Podarzewo): sołtys Pet. Wolsk, Chph.
Renn, Joh. Nikel, Chph. Schulz, Joh. Kerbis, Mich. Jeske, Joh. Renz, Jak. Stelter. Z Wierzyc pojawiło się 8 gospodarzy, z Górki 8 na „9 właściwych olędrów”,
z Glinki Szlacheckiej 2, z Gołunia (Gołunina) 7, z Promna 2, ze Sroczyna 3, ale
ci wyrazili wolę pozostania w swych dotychczasowych parafiach. Z lektury powyższych nazwisk wynika, że niektóre z nich brzmią słowiańsko, chodzi tutaj
bowiem o tzw. „Kaszubów”, a więc o mieszkańców proweniencji niemieckiej,
których przodkowie wywodzili się z Pomorza Wschodniego (Ostpommern). Religijne przekonania w tym okresie wyrażano przy pomocy imion biblijnych,
z których niektóre stały się szczególnie modne, co widać na przykładzie imion
żeńskich, takich jak Anna Rosina i temu podobne, których niestety tutaj nie
przytoczono. Ponieważ kilka wsi nie było w ogóle reprezentowanych z nazwiska, uczestników wspomniano tylko słowem „gospodarz”, tak więc brakuje nazwisk wielu niemieckich rodzin, zamieszkujących ówcześnie Ziemię Pobiedziską…”
4
Jeden z potomków tej rodziny, wiekowy (ponad 80-letni) gospodarz Simon z Wójtostwa nie podołał w styczniu
1945 r. trudom ucieczki konnym zaprzęgiem do Niemiec i wrócił z żoną z kolumny pobiedziskich uciekinierów
na Wójtostwo – zgodnie z relacją naocznego świadka tego wydarzenia Zygmunta Górskiego (wówczas z Pobiedzisk). Przypis Autora tłumaczenia.
9
Fragmenty tzw. „tomu pobiedziskiego” (Pudewitzer Band) z kroniki
rodzinnej, opracowanej przez pastora Willy’ego Remenza
na przełomie lat 70. i 80. XX wieku
„…Na tronie Królestwa Polskiego zasiadali do roku 1386 władcy z dynastii Piastów. Ich następcami w latach od 1386 do 1572 byli królowie z dynastii Jagiellonów. Od tego momentu Polska nie posiadała własnych królów. Na tronie królewskim od 1573 do 1795 roku zasiadali już tylko tzw. królowie elekcyjni.
Ostatnim z nich był Stanisław II August Poniatowski, który panował od roku
1764 do 1795.
Na czas jego panowania przypadły trzy kolejne rozbiory Polski. Pierwszego
rozbioru Polski dokonała Rosja, Austria i Prusy, które otrzymały w roku 1772
obszar Prus Zachodnich, Warmię i Ziemię Nadnotecką. Na tronie Prus zasiadł
wtedy król Fryderyk II.
W roku 1793 nastąpił drugi rozbiór Polski, którego dokonały, tak jak w przypadku pierwszego, również Rosja, Austria i Prusy. W roku 1795 nastąpił trzeci
rozbiór Polski, po tym jak stłumiono insurekcję pod dowództwem Tadeusza Kościuszki. W rezultacie polski król został zmuszony do abdykacji i Polska zniknęła w roku 1795 z mapy Europy. Za sprawą rozbiorów Prusy zajęły zarówno Poznań, jak i Warszawę. Królem Prus był wtedy bratanek Fryderyka II, a mianowicie król Fryderyk Wilhelm II, który zmarł w roku 1797. Należy więc stwierdzić, że w wyniku dokonanych w latach 1793-1795 rozbiorów Polski Królestwo
Prus zyskało obszar Polski, który później przyjmie nazwę „Prowincja Poznańska” (Provinz Posen). Do roku 1795 panował jeszcze polski król, a więc istniało
Królestwo Polskie. Dlaczego tak formułuję to stwierdzenie? Wytłumaczenie jest
proste: datowanie najstarszego dokumentu dot. rodziny Remenzów, zamieszkałej w okolicach Pobiedzisk, przypada na rok 1788! A to pozwala na konstatację,
którą pragnę z naciskiem zaakcentować: moi przodkowie z rodziny Remenz nie
przybyli na tę ziemię z nadania królów pruskich. Oni znajdowali się już tam,
zanim ziemie te pod nazwą „Prusy Południowe” (Südpreußen) zostały przyłączone do Królestwa Pruskiego. Moi antenaci nie byli zatem „pruskimi kolonizatorami”, którzy zabrali ziemię polskim mieszkańcom tych okolic. Byli tam, zanim nastało panowanie Prus! Skąd czerpię tę wiedzę? Otóż z wydanego na nazwisko Gottfrieda Remenza (ur. 20.01.1788 r.) aktu urodzenia, który został sporządzony przez urząd parafialny gminy ewangelickiej w Pobiedziskach. Wynika
stąd jasno, że moi przodkowie byli już w tamtym okresie członkami wspólnoty
10
ewangelickiej! A ta gmina ewangelicka miała siedzibę właśnie w Pobiedziskach,
co znajduje swoje potwierdzenie w dokumentach pochodzących już z połowy
XVII wieku.
W drugiej połowie XVIII wieku istniała w Pobiedziskach niemiecka, ewangelicka szkoła podstawowa. To świadczy o tym, że gmina ewangelicka była już na
tyle duża, iż mogła sobie pozwolić na zatrudnienie niemieckiego nauczyciela.
Na jego utrzymanie musieli bowiem wówczas łożyć sami jej członkowie. To
samo dotyczyło też wydatków związanych z pobudowaniem i eksploatacją budynku szkolnego. Nie było wtedy żadnej innej instytucjonalnej pomocy, a zadaniem nauczyciela było uczenie dzieci, które ograniczało się do nauki czytania,
pisania oraz liczenia.
W wybudowanym w tym celu budynku szkolnym odbywały się nabożeństwa
ewangelickie w języku niemieckim. Jest rzeczą zrozumiałą, że gminę nie było
wówczas stać na własnego pastora. Tak więc nabożeństwa odprawiał niemiecki
pastor ewangelicki ze Swarzędza. Z biegiem lat jednak coraz bardziej artykułowano potrzebę posiadania własnego zboru oraz zatrudnienia w nim własnego
pastora. W tym celu było jednak niezbędnym załatwienie zgody ze strony „władzy zwierzchniej”. Ale ta władza była przecież zarówno władzą polską, jak
i władzą katolicką. Posiadaczem domeny pobiedziskiej był wówczas szlachcic
Niegolewski, który pełnił funkcję starosty. Kim był starosta? Wcześniej określilibyśmy to stanowisko mianem niemieckiego odpowiednika „landrata”, a dzisiaj
mianem przewodniczącego rady powiatu. Wtedy jednak do niego należały ziemia i majątki, co czyniło go feudalnym panem! Ponieważ prowadzone z nim
negocjacje na temat możliwości zbudowania kościoła ewangelickiego spełzły na
niczym, zwrócono się do króla polskiego, który był przecież katolikiem. W tym
celu niemiecki burmistrz miasta Pobiedziska udał się osobiście do Warszawy
i otrzymał dnia 30 marca 1790 r. od króla Stanisława Augusta Poniatowskiego
przywilej zezwalający na budowę zboru ewangelickiego w Pobiedziskach.
Wspomniany powyżej burmistrz Martin Busse był zarówno Niemcem, jak
i oczywiście ewangelickim chrześcijaninem. Czy możemy zatem wyobrazić sobie, cóż ten przywilej mógł oznaczać dla miejscowych protestantów? Czy możemy sobie wyobrazić radość płynącą z tego faktu dla wyznawców kościoła protestanckiego? Z faktu, że katolicki, polski król wydał swoim niemieckim, ewangelickim poddanym zgodę na budowę świątyni i ustanowienie własnej parafii
ewangelickiej.
Ale krótko po tym doszło do istotnych wydarzeń politycznych: nastąpił drugi
i trzeci rozbiór Polski, upadła insurekcja kościuszkowska, abdykował również
polski król. W ten sposób utraciło swoją suwerenność państwo polskie, które
11
zostało rozbite na trzy części i znalazło się pod panowaniem obcych mocarstw.
Ale ostał się naród polski! W roku 1797 powstaje nawet pieśń: „ Jeszcze Polska
nie zginęła”, która z czasem staje się narodowym hymnem Polski. W duchu
walki o odzyskanie niepodległości wybuchały kolejne powstania narodowe, które jednak były krwawo tłumione przez zaborców. Dopiero po upływie 123 lat
Polska odzyskała niepodległość, a stało się to dopiero w roku 1918. W czasie
trwania zaborów podzielono nie tylko państwo polskie, rozbiciu uległ również
naród polski, który popadł w niewolę u trzech zaborców. Do tych, którzy znaleźli się pod panowaniem Królestwa Prus, należeli także mieszkańcy Wielkopolski, a wśród nich również i Polacy mieszkający na Ziemi Pobiedziskiej. Naraz
z obywateli państwa polskiego stali się poddanymi pruskimi. Jak już wspomniałem, zgodę na pobudowanie kościoła ewangelickiego wydał jeszcze przed swoją
abdykacją w roku 1795 król Stanisław August Poniatowski, który krótko po tym
zmarł w 1798 roku. W międzyczasie zaprowadzono w Pobiedziskach administrację pruską. Konsystorz Prus Południowych wydał dnia 5 grudnia 1793 r. pozwolenie na powołanie w Pobiedziskach parafii ewangelickiej i budowę kościoła. Potwierdzenie ze strony władzy „najwyższej” - a mianowicie ze strony pruskiego króla Fryderyka Wilhelma II - uzyskano dnia 10 kwietnia 1795 roku.
W ten sposób gmina ewangelicka w Pobiedziskach uzyskała możliwość wybrania swego pastora i pobudowania zboru ewangelickiego. Dotychczasowy rektor
szkoły ewangelickiej König został obrany przez członków gminy na stanowisko
pierwszego zarządcy parafii. W konsekwencji pobudowano dla niego w roku
1796 pastorówkę. Z budową kościoła jednak początkowo trochę zwlekano,
a to ze stosunkowo istotnych powodów. Najpierw nadszedł dla członków gminy
ich wielki dzień, a mianowicie obchodzony później regularnie dzień ustanowienia parafii ewangelickiej w Pobiedziskach. Był nim 12 czerwiec 1796 roku, kiedy to dotychczasowy rektor szkolny König został wprowadzony na urząd jako
pierwszy zarządca pobiedziskiej parafii ewangelickiej. Tym aktem parafia
otrzymała długo oczekiwaną samodzielność! Dotychczas gmina podlegała bowiem parafii w Swarzędzu. No tak – ale kiedy doszło ostatecznie do realizacji
zamiaru budowy własnego kościoła? Niestety, na realizację tego przedsięwzięcia przyszło gminie poczekać jeszcze wiele lat. Powstaje pytanie: dlaczego? Czy
powodem zwłoki był brak środków finansowych? Na to pytanie można z pewnością odpowiedzieć twierdząco. Początkowo musiano się z konieczności zadowolić namiastką domu modlitwy, który w formie skromnie urządzonej sali
wygospodarowano w budynku szkolnym. Niestrudzone wysiłki pastora Königa
przyniosły wreszcie pożądany efekt w postaci budowy masywnego budynku ko-
12
ścielnego. Dzieło budowy wsparł „darem łaski” pruski król Fryderyk Wilhelm
III sumą w wysokości 4500 marek.
Tak więc w końcu po 25 latach od erygowania parafii można było oficjalnie poświęcić nowy kościół parafii ewangelickiej w Pobiedziskach. Stało się to
1 listopada 1821 roku! Z pewnością inwestycja z początku musiała budzić pewien niedosyt, gdyż - jak wzmiankowano - wyposażenie wnętrza świątyni oraz
dobudowanie zakrystii miało miejsce dopiero w roku 1834. A to zapewne również z przyczyny braku stosownych finansów.
Cudownym zrządzeniem losu posiadamy fotografię wnętrza kościoła, której pozyskanie zawdzięczam życzliwości pastora Georga Goretzky’ego,5 ostatniego
proboszcza kościoła ewangelickiego w Pobiedziskach.
Fot.1 Wnętrze świątyni z lat 30. XX w.6
5
Pastor Georg Goretzky znalazł się po roku 1945 w miejscowości Wölsickendorf koło Bad Freienwalde
w Niemczech Wschodnich. Jego żona po śmierci męża przeniosła się do Niemiec Zachodnich i zamieszkała
w miejscowości Mörsch koło Karlsruhe przy ulicy Franz-Allgaierstr. 13.
6
Napis nad ołtarzem brzmiał: „Selig sind die das Wort Gottes hören und bewahren“ Lu. 11,28 (Szczęśliwi ci,
którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je) Ewangelia św. Łukasza 11,28. (Przyp. Autora artykułu)
13
Fot. 2 Wnętrze kościoła św. Ducha współcześnie7
Pobiedziska parafia gminy ewangelickiej obejmowała, według danych
z wykazu sporządzonego w roku 1898, oprócz samego miasta także 59 wsi,
w tym niektórych zamieszkałych w dużej części przez Niemców. Do takich zaliczyć można było wsie: Kocanowo, Gołuń i Gołunin, Podarzewo i in. Teren parafii ewangelickiej w roku 1898 zamieszkiwało 2872 wiernych.
O wsiach Kocanowo i Gołuń (Gołunin) wspomnę jeszcze w kontekście właściwego opisu moich rodzinno-historycznych związków z tymi miejscami.
Panu Otto Firchau, zamieszkałemu w Bad Salzuflen przy Nachtigallenweg 6,
zawdzięczam następujące uwagi do wpisów do ksiąg parafialnych ewangelickiej
gminy w Pobiedziskach. Zgodnie z jego komentarzem w księgach istnieją następujące adnotacje:
Chrzty:
Śluby:
Pogrzeby:
Konfirmacje:
od roku 1787,
od roku 1788 ( brak danych od kwietnia 1814 do końca 1826 r.),
od roku 1788,
od roku 1885 (niekompletne) i od roku 1893.
Poza tym na obszarze utworzonego przez Napoleona Wielkiego Księstwa Warszawskiego istniał rejestr urzędów cywilnych (cod. napol.), zawierający następujące adnotacje:
7
Zdjęcie wykonane przez Autora artykułu.
14
Urodzenia:
Śluby cywilne:
Pogrzeby:
1809 – kwiecień 1813,
1809 – marzec 1810,
1809 – marzec 1810,
1811 – maj 1812-1813.
Zgodnie z danymi p. Firchaua księgi parafialne znajdują się od roku 1945 w Archiwum Państwowym m. Poznania i Województwa Wielkopolskiego w Poznaniu przy ul. 23 Lutego 41/43. Poza tym księgi parafialne zostały zarejestrowane
w postaci mikrofilmów przez amerykańskich mormonów. Dla Pobiedzisk rejestracja ta dotyczy okresu od roku 1787 do 1869. Stamtąd można więc otrzymać
fotokopie (całostronicowe) przedmiotowych wpisów. Adres miejsca ich
przechowywania brzmi:
Genealogical Society
The Genealogical Department of the Church of Jesus Christ
of Latter Day Saints 50 East North Temple
Salt Lake City Utah 84150 USA
Otto Firchau podaje również przedmiotową literaturę dotyczącą Pobiedzisk8.
Niezależnie od faktu, że erygowanie parafii jako takiej nastąpiło dnia 12 czerwca 1796, to w okresie poprzedzającym tę datę istniały już księgi parafialne. Jak
wspomniałem powyżej, znajdują się w nich adnotacje dotyczące chrzcin od roku
1787, a ślubów i pogrzebów od roku 1788. Można więc założyć, że księgi te były prowadzone przez pastora Königa, który był wcześniej rektorem miejscowej
szkoły, a od roku 1796 proboszczem parafii ewangelickiej w Pobiedziskach.
Niemniej przed rokiem 1796 ewangelicy z Pobiedzisk należeli oficjalnie do parafii z siedzibą w Swarzędzu.
Tak zatem przedstawia się kontekst etniczny, religijny, polityczny i kościelny,
w którym żyli moi przodkowie na Ziemi Pobiedziskiej. Najstarsze wzmiankowanie w dokumentach, które posiadam (wszystkie inne straciłem w roku 1945),
pochodzą z roku 1788, a więc z okresu, w którym egzystowało jeszcze Króle8
Lattermann, Alfred w: Evangelischer Volkskalender, Posen, 1937: „Über Begründung des Kirchspiels
Pudewitz und Namenslisten – Chronik“ (A. L. w: Ewangelicki Kalendarz Ludowy, Poznań, 1937 r.
pt.: „O utworzeniu parafii w Pobiedziskach wraz z listą nazwisk” – kronika).
15
stwo Polskie. Dokumentem tym jest wystawiony przez urząd parafialny gminy
ewangelickiej w Pobiedziskach akt urodzenia na nazwisko:
Remenz, Gottfried
ur. dn. 20 stycznia 1788 r.
w Borówku (Barufke), ochrzczony: dn. 23.01.1788 r. w Pobiedziskach.
To jednak nie jest najstarszy ze znanych nam przodków z rodziny Remenz. Ten
sam urząd parafialny potwierdził w rejestrze nr 20 śmierć innego przedstawiciela rodziny Remenzów, tj.:
Remenz, Gottlieb
Gospodarz
Wiek: 63 lata
zm. dn. 18 lutego 1808 r. w Borówku.
Zapis „gospodarz” (Wirt) wydaje się w tym przypadku bardzo istotny. Oznacza
bowiem socjalną pozycję zmarłego. Gospodarz to posiadacz własnej roli, właściciel należącego do niego gospodarstwa. W odróżnieniu do określenia „chłop”
(Bauer), który był zobowiązany do świadczenia pańszczyzny swemu panu.
Jeszcze tylko krótki komentarz o pojawiającej się w kontekście historii rodzinnej po raz pierwszy nazwie wsi Borówko. Samo brzmienie tej nazwy zmienia
się na przestrzeni lat: w akcie zgonu Gottlieba Remenza w roku 1808 zapisano
ją jako Borowki (a więc z i na końcu), w roku 1834 w akcie zgonu jego żony
pojawi się: Borowke, a wcześniej, w roku 1788, pierwotna nazwa w wersji niemieckiej to: Borufke (lub Boruffke). Niemniej najbardziej właściwa nazwa tej
wsi pojawia się przy okazji ślubu innych członków rodziny w Swarzędzu w roku
1834, gdzie w adnotacji dot. zawarcia ślubu pomiędzy panem młodym z rodziny
Remenzów oraz panny młodej ze Swarzędza (z d. Mathes) pojawia się w księdze parafialnej forma „Borowker Hauland” (Borówko-Olędry lub Huby). Ale
z pewnością zawsze chodzi o nazwę tej samej miejscowości. Później w okresie
okupacji niemieckiej w czasie II wojny światowej nazwę wsi Borówko zmieniono na nazwę z brzmieniem typowo niemieckim, a mianowicie na „Waldstein”.
Gottlieb Remenz z uwagi na wiek podany w akcie zgonu musiał urodzić się zatem w roku 1745. Jego syn w chwili śmierci Gottlieba był dopiero w wieku
20 lat. Czy był to jego jedyny syn? - wydaje się, że tak, gdyż później przejął po
ojcu gospodarstwo i dalej je prowadził. Małżonką Gottlieba była Anna Catharina Drews, która zmarła w Borówku dn. 30 grudnia 1834 r. Jej śmierć została
16
zarejestrowana w księgach parafialnych gminy ewangelickiej w Pobiedziskach
pod nr 97. To najstarsi udokumentowani antenaci z rodziny miejscowych Remenzów.
Ich wspomniany już powyżej syn Gottfried Remenz urodził się 20.01.1788 r.
w Borówku, ożenił się dnia 21.10.1834 r. oraz zmarł również w Borówku dnia
24. 03.1854 r., co potwierdza zapis w księdze parafialnej pod numerem 18.
Z daty jego ślubu wnioskujemy, że ożenił się dopiero w wieku 46 lat! Na tamte
czasy był więc już starszym mężczyzną. Zapis w księdze ślubów podaje, że był
nie tylko kawalerem, ale także gospodarzem i właścicielem gospodarstwa w Borówku-Hubach (Borowker Hauland). Tak więc ojcowizna należała już do niego.
Ale nie wiemy od kiedy. Czy w międzyczasie zachorowała mu matka i przepisała gospodarstwo na niego? Zmarła dwa miesiące po ślubie syna dn.30.12.1834 r.
w Borówku (nr rejestru 97/1834 w księdze parafialnej w Pobiedziskach). Osiem
lat po ślubie przychodzi na świat jego syn, również o imieniu Gottfried – miało
to miejsce dn. 04. 06. 1842 r. w Borówku.
Kiedy dn. 24 marca 1854 umiera w Borówku jego ojciec Gottfried, zanotowano
w księdze pod nr 18, że zmarł w wieku 66 lat, będąc na tzw. „dożywociu”.
Cóż oznacza określenie „dożywocie”? Pojęcie to oznacza część majątku zastrzeżoną dla starych, pozbawionych już własności rodziców lub byłych właścicieli
gospodarstwa. Tak więc nie był on już właścicielem swego gospodarstwa, ale do
śmierci na nim mieszkał.
Z mojej wiedzy wynika, że osoby żyjące na „dożywociu” mieszkały nadal na
swym gospodarstwie w części zastrzeżonej tylko dla nich. Było też regułą, że
nowi gospodarze powinni byli troszczyć się i utrzymywać wcześniejszych właścicieli, pozostających już na „dożywociu”, mieszkających w wydzielonej części
lub też osobno w domku, pobudowanym specjalnie w tym celu.
W roku 1842 gospodarstwo należało jednak jeszcze do Gottfrieda Remenza, co
zapisano w akcie urodzenia jego syna, posługując się określeniem „gospodarz”.
Tak więc jego syn pierwsze lata życia przeżył na ojcowskim gospodarstwie.
Ale między rokiem 1842 a 1854 musiało dojść w rodzinie moich przodków,
mieszkających w Borówku, do zapaści finansowej i utraty ich własnego gospodarstwa. Jak opowiadała nam później nasza matka, wszystkiemu winne było złe
zabezpieczenie socjalne, gdyż nie istniały wówczas wystarczające formy ubezpieczenia społecznego. Do tego dochodziły klęski nieurodzaju. To przekładało
się na stan pogłowia w gospodarstwie. A stale trzeba było dokupować grunty
i odnawiać wyposażenie gospodarstwa. Do tego dochodziły jeszcze wysokie podatki. Zaciągano więc kolejne pożyczki, co powodowało, że z biegiem czasu
traciło się kontrolę nad możliwością ich spłacenia. Potem przychodzili wierzy17
ciele (czyt. lichwiarze), którzy chcieli odzyskać wysoko oprocentowane pożyczki. Wśród takich wierzycieli znalazła się gospodarująca po sąsiedzku rodzina
Schwandtów9, która za długi przejęła gospodarstwo Remenzów. W tamtych warunkach społecznych takie nagłe zubożenie nie należało do rzadkości. Ktoś, kto
nie był w stanie utrzymać swego gospodarstwa, musiał szukać sobie jakiegoś
innego zajęcia. A przecież rolnik nie wyuczył się żadnego innego zawodu. Cóż
mu więc pozostawało? Nic innego, jak zatrudnić się u innego gospodarza lub na
majątku pańskim i stać się wyrobnikiem rolnym. Takie sytuacje nie należały do
rzadkości. Często zdarzało się również, że lichwiarze pożyczali określone sumy
pieniędzy, a potem w drodze licytacji nabywali zadłużone gospodarstwa. Z mojego dzieciństwa pamiętam nawet określenie na takich ludzi. Określano ich mianem „krawatników” (Krawattenmacher), tzn. na początku możliwość zaciągnięcia pożyczki jawiła się w ich ofercie tak pięknie jak szykowny krawat. Lichwiarze sprawiali wrażenie, jakby rzeczywiście chcieli pomóc zadłużonemu gospodarzowi. Z biegiem czasu krawat zamieniał się w zaciskający się stryczek, a ten,
któremu go założono, wkrótce tracił podstawy swej egzystencji! W momencie
utraty gospodarstwa o wielkości ok. 180 mórg przez Gottfrieda i Annę z d. Mathes ich syn Gottfried a mój dziadek był dopiero nastoletnim chłopcem, a w
chwili śmierci swego ojca w roku 1854 miał dopiero 16 lat. Z opowiadań moich
kuzynów, którzy wraz ze swoją matką bywali w Borówku w czasie I wojny
światowej (w latach 1916/1917) na byłym gospodarstwie swoich pradziadków,
dowiedziałem się, że nasz dziadek był postawnym, silnym mężczyzną. Z konieczności imał się różnych zajęć: był drwalem, robotnikiem drogowym, najmował się u gospodarzy za dniówkę, najczęściej właśnie na gospodarstwie, które jeszcze niedawno należało do jego ojca. Kuzynowie opowiadali, że dziadek
musiał kosić kosą zboże, ich matka wiązać snopki, a oni ustawiać je w mendle.
Czytelniku, Ty, który kiedyś będziesz czytał te słowa, powinieneś spróbować
wyobrazić sobie uczucie, które towarzyszyło temu starszemu już człowiekowi,
kiedy pokazywał ze łzami w oczach wnukom swoją utraconą ojcowiznę. A ile
wtedy mógł on mieć lat, kiedy wyrabiał się jeszcze na byłym gospodarstwie
swego ojca? Był to rok 1916, a urodził się w 1842! Był więc w wieku 74 lat,
a ciągle jeszcze musiał ciężko pracować. Któż może ocenić rozgoryczenie pracującego za dniówkę na byłym ojcowskim gospodarstwie? Z tego co wiem, ożenił się stosunkowo późno. W momencie kiedy urodził się jego najstarszy syn,
Gustav, a mój ojciec, był już w wieku 37 lat, a jego żona miała lat 32. Matką
9
Przedstawiciele tej rodziny brali udział w zjeździe założycielskim parafii ewangelickiej w Pobiedziskach
w roku 1793. Obecność tej rodziny w Borówku jeszcze w latach okupacji hitlerowskiej 1939-1945 potwierdza
przydzielony jesienią 1939 roku do pracy na gospodarstwie Schwandtów, pochodzący z Pobiedzisk Zygmunt
Górski (przyp. Autora artykułu).
18
mojego ojca była Wilhelmine, Caroline z d. Badtke, urodzona dn. 07.10. 1847 r.
w Nowej Górce (zm. w Pobiedziskach w roku 1920).
Fot. 3 Małżeństwo Gottfrieda i Wilhelmine Remenz (z d. Badtke),
dziadków Autora kroniki Willy’ego Remenza
19
Fot. 4 Świadectwa urodzin i chrztu Gottfrieda i Wilhelminy Remenz z d. Badtke, wystawione
w 1934 r. przez pobiedziskiego pastora Joachima i poświadczone przez burmistrza
m. Świdnicy w roku 1936
Pierwsza córka Martha była później właśnie matką wspomnianych powyżej kuzynów Fritza i Kurta, urodzonych w Pobiedziskach w latach 1908/1909.
Mój dziadek Gottfried zamieszkał po pierwszej wojnie światowej u najmłodszej
córki Wilhelminy w Nowym Tomyślu (na Witteplatz10), gdzie zmarł w roku
1925 w wieku 83 lat.
W roku 1879, kiedy to przyszedł na świat mój ojciec, rodzina mieszkała w Kocanowie zasiedlonym wówczas w głównej mierze przez gospodarzy niemieckich. Ale młodsza siostra mojego ojca Martha urodziła się, nie wiadomo dlacze10
Carl Witte był przed I wojną światową burmistrzem Nowego Tomyśla (Neutomischel). Przypis Autora artykułu.
20
go, w Borówku. Z książeczki wojskowej mojego ojca wynika, że później jego
rodzice mieszkali co najmniej od 1901 r. do 1903 r. także w Gołuninie (Golon(Golun)-Hauland) zamieszkanym głównie przez rodziny niemieckie. Tam
znajdowała się szkoła11, do której chodził również mój ojciec. Czy rodzice
w okresie, kiedy mój ojciec chodził do Gołunina do szkoły, już tam mieszkali,czy też jeszcze w Kocanowie, pozostanie już chyba kwestią nierozwiązaną.
Wracając do osoby mojego ojca, to urodził się on jako Gustav Adolf Remenz
dn. 13.12.1879 roku w Kocanowie (wcześniej znane jako Goszczanowo lub Gotanowo, a w czasie okupacji hitlerowskiej jako Kronau). Kocanowo należało do
okręgu administracyjnego Poznań-Wschód (Posen-Ost) i leżało wówczas w powiecie średzkim. Chrzest Gustava miał miejsce w Pobiedziskach. Do szkoły
chodził w Gołuninie, a konfirmację otrzymał w kościele ewangelickim w Pobiedziskach z rąk ówczesnego pastora Grützmachera. Z zawodu był młynarzem,
ale o tym wiem tylko z opowiadań mojej matki. W okresie od 12.10.1899 r. do
30 września 1901 r. odbywał służbę wojskową jako muszkieter w 5 Kompanii
155. Pułku Piechoty w Ostrowie Wielkopolskim. Pierwszy wpis w książeczce
wojskowej dotyczący pozycji społecznej czy też zajęcia brzmiał: robotnik, a
później skorygowano go na: dozorca więzienny. W rubryce nazwisko wpisano
błędnie: Rehmenz. Musiał być bardzo dobrym strzelcem, ponieważ zaszeregowano go do I Klasy Strzelców z odznaką strzelecką za rok 1900 i 1901. Fotografia z czasów służby wojskowej potwierdza posiadanie przez niego sznura strzelca wyborowego.
Fot. 5 Gustav Adolf Remenz, ojciec Autora Kroniki, w czasie służby wojskowej 1899-1901
11
Budynek tej szkoły istnieje w Gołuninie do dnia dzisiejszego, aczkolwiek funkcjonuje już tylko jako dom
mieszkalny. Przypis Autora artykułu.
21
Podczas służby wojskowej ujawniła się dysfunkcja zastawki serca, która to później miała w jego życiu przykre następstwa i była przyczyną jego przedwczesnej
śmierci w roku 1922. W książeczce wojskowej znajdujemy datowaną na
30. 09. 1901 r. adnotację: „Zgodnie z rozkazem Komendantury Generalnej V
Korpusu Armijnego z dn. 02.09.(19)01. II b nr 9184 uznaje się ze względu na
czasowe inwalidztwo lub niezdolność do pracy zarobkowej zasadność przyznania renty inwalidzkiej II klasy w wysokości 16 marek miesięcznie w okresie od
01 października 1901 r. począwszy, aż do odwołania, niemniej tymczasowo
w terminie nie przekraczającym końca października 1903 roku”.
Otrzymał bilet na przejazd koleją z Ostrowa do Pobiedzisk oraz 1 markę jako
gratyfikację za ewentualny pieszy przemarsz do Gołunina. Jego późniejszy, datowany na 01.09.1902 r., wniosek dotyczył podwyżki renty inwalidzkiej i pokrycie kosztów leczenia i został oddalony dnia 13.09.1902 r. decyzją Dowództwa Okręgowego w Poznaniu. Trudno o lepszy komentarz do tej sytuacji: „Pełny
inwalida i w dużej mierze niezdolny do pracy zarobkowej w wyniku służby wojskowej, uposażony rentą inwalidzką w wysokości 16 marek! Według danych
z książeczki wojskowej w okresie od października 1901 r. do 14 marca 1903 r.
zamieszkiwał wraz z rodzicami w Gołuninie. Dnia 27 marca 1903 r. zameldował
się w Dowództwie Okręgu w Gnieźnie z przeznaczeniem do pracy w Dziekance.
Notatka służbowa z tego okresu potwierdza jego zatrudnienie we wspomnianym
Szpitalu Psychiatrycznym na stanowisku salowego. Ale już 1 maja następuje
jego wymeldowanie z Gniezna i powrót do Gołunina, do rodziców.
W książeczce wojskowej pod datą 28 lipca 1903 znalazł się zapis dot. przeprowadzenia badania w celu potwierdzenia trwania inwalidztwa (w wyniku wcześniejszego badania uznano trwanie inwalidztwa i podtrzymano wypłacanie renty
inwalidzkiej w wysokości 16,00 marek do końca października 1903 r.). Ostatnia
komisja z lipca orzekła, co następuje: „dalsze trwanie inwalidztwa, z odzyskaną
częściowo zdolnością do pracy zarobkowej w ramach służby cywilnej z pensją
IV klasy o wysokości 9 marek miesięcznie do końca października 1905 r. i prawa
korzystania ze świadczeń zaopatrzenia cywilnego”. To świadczenie umożliwiło
memu ojcu otrzymanie zatrudnienia jako strażnik więzienny w królewskopruskim więzieniu w Pleszewie (wymeldowanie do Pleszewa z datą 4.12.1903,
zameldowanie w Pleszewie dn.12.12.1903 r.).
W książeczce wojskowej pod datą 7.09.1905 r. znalazł się zapis Komendy
Okręgowej w Śremie: „Zgodnie z rozkazem Komendanta V Korpusu Armijnego
z dn. 1. 9. (19)05 r. IIb 9465 uznaje się trwanie inwalidztwa wraz z odzyskaną
częściowo zdolnością do pracy zarobkowej i przyznaje się bezterminowo rentę
22
inwalidzką 4 klasy w wysokości 9 marek miesięcznie od dnia 1 listopada 1905
roku.”
Fot. 5 Gustav Remenz, ojciec Autora kroniki, ok. roku 1912/13
W tym też roku poślubił Annę Marthę Scholaske, ur. 10 maja 1878 r. w Ludwinie koło Pleszewa. Ślub cywilny (nr zapisu w Urzędzie Stanu Cywilnego
9/1905) i kościelny odbył się w Pleszewie. W roku 1908 miało miejsce przeniesienie ojca do Kościana i zatrudnienie go na stanowisku woźnego w tamtejszym
królewsko-pruskim sądzie okręgowym. Rodzice zamieszkali początkowo na ul.
Maya 5 w domu mistrza kominiarskiego Kadacha, którego żona była akuszerką.
W tym domu przyszedłem na świat dnia 31 sierpnia 1910 roku. Pani Kadach
została moją matką chrzestną.
23
Fot.6 Gustav i Martha Remenz z d. Schaloske z synem Willym (Autorem kroniki),
ok. roku 1912/13
Chyba w roku 1912 nastąpiła przeprowadzka pod nr 10 (lub 12?) na tej samej
ulicy, do nowo wybudowanego domu. Gospodarz domu zamieszkiwał parter,
a rodzina Remenzów zajęła mieszkanie na I piętrze. Samo mieszkanie składało
się z 3 pokoi, kuchni i łazienki. Oczywiście, dwa nadwyżkowe pokoje rodzice
wynajmowali. Przejściowo zamieszkiwali więc u nas: sędzia, lekarz, a później
polska nauczycielka.
W czasie I wojny światowej 1914/18/19 został uznany za zdolnego do służby
w oddziałach samoobrony jako „cywilny pracownik instytucji wojskowych”.
W mojej pamięci jest wspomnienie o jego służbowym przeniesieniu do innego
sądu, może był to Międzyrzecz? W każdym bądź razie książeczka zawierała adnotację z dn. 4.06.1918 r. o przejściowym pobycie w Nowym Tomyślu.
Ojciec posługiwał się językiem polskim w mowie i piśmie. Jako jedyny dowód
jego (wyraźnego i starannego) charakteru pisma zachował się jego polski odpis
24
świadectwa
lekarskiego,
wystawionego
przez
polskiego
lekarza.
W dokumentach rodzinnych zachowało się rozliczenie poborów ojca z dn.
21 maja 1919 r., a ponadto zaświadczenie o zatrudnieniu w charakterze woźnego sądowego, wystawione dn. 24. 02. 1920 r. w Kościanie przez sędziego Höhnemanna. Prawdopodobnie więc w marcu 1920 roku nastąpiła przeprowadzka
do Świdnicy, gdzie ojciec objął posadę dozorcy sądowego. Świdnica okazała się
jego nową i, jak się później okazało, ostatnią „ojczyzną”. Przydzielono nam
mieszkanie na ul. Piekarskiej 1, które ze względu na swój stan chyba nigdy nie
mogło znaleźć najemcy. Mieszkanie nie posiadało oświetlenia elektrycznego,
a przewody gazowe dochodziły tylko do kuchni: z małego korytarza wchodziło
się do dużej kuchni, za którą znajdowały się dwa przechodnie pokoje. Ponieważ
okna pokoi wychodziły na podwórze, doskwierał nam brak światła słonecznego.
Ten dom to była typowa czynszówka, zamieszkiwana również na poddaszu. Cóż
więc za los stał się udziałem moich rodziców – los przesiedleńców. Z pewnością
to ciemne, bez dostępu promieni słonecznych, mieszkanie przyczyniło się do
stałego pogarszania stanu zdrowia mojego ojca. Do dolegliwości sercowych dochodziły coraz częstsze zapalenia płuc. Opiekujący się nim lekarz dr Hoffmann
posiadał klucz od drzwi wejściowych do naszego domu, aby móc nawet w nocy
zaglądać do ojca. Przypominam sobie, że w straconych dokumentach domowych widywałem ponaglenia do przyjścia do pracy w czasie choroby. W przeciwnym razie groziło ojcu wysłanie na rentę inwalidzką. Jakże miernie wyglądałyby świadczenia rentowe przy niskich poborach i krótkim stażu pracy!
Na czym więc polegała ta jego praca w świdnickim sądzie? Przypominam sobie,
że był obecny na rozprawach sądowych, przygotowywał na poszczególne posiedzenia akta spraw, porządkował i spinał dokumenty, dostarczał zawiadomienia
pod określone adresy (jakże często go w tym wyręczałem, ponieważ nie był
w stanie wchodzić na wysokie schody).W czasie Świąt Bożego Narodzenia w
roku 1921 leżał już obłożnie chory. Ten fakt sobie dobrze przypominam. Czy
jeszcze jednak po Nowym Roku podniósł się z łóżka, tego sobie, niestety, już
nie przypominam.
W nocy z 6 na 7 lutego 1922 r. roku zmarł na skutek choroby sercowej - niedomagania zastawek serca, której nabawił się podczas służby wojskowej! Spałem
wówczas z rodzicami w tym samym pokoju. Kiedy 7 lutego rano obudziła mnie
matka, moim pierwszym pytaniem było: „Jak czuje się tata?”A matka odpowiedziała: „Śpi!” Poszedłem więc, tak jak każdego dnia, do szkoły. Po moim powrocie matka pokazała mi mojego ukochanego ojca przykrytego białym prześcieradłem. Był pierwszym zmarłym, jakiego w życiu widziałem. Matka powiedziała mi, że w czasie agonii jego oczy były skierowane na moje łóżko. Po25
przedniego dnia miał jeszcze apetyt na pomarańcze. Dokąd ja nie pobiegłem,
aby je dla niego przynieść. Kiedy przyszedłem z nimi do domu, przeraziłem się
widokiem zmienionej twarzy ojca. Nie przeczuwałem, że ona była naznaczona
już śmiercią!
Pogrzeb odbył się dnia 10 lutego 1922 roku. Ojciec leżał w otwartej trumnie
w ostatnim pokoju, z którego usunięto meble. Jego włosy stały się śnieżnobiałe,
a twarz przepełniał wyraz cierpienia. Później zawarto wieko trumny i po egzekwiach, wykonanych przez pastora Kurta Wagnera, zniesiono trumnę trzy piętra
w dół. Kondukt pogrzebowy ciągnął się od naszego domu, poprzez miasto aż po
sam cmentarz na ul. Folwarcznej. Ten tłum żegnających ojca ludzi mam jeszcze
do teraz w mojej pamięci. A wszystko przy dużym mrozie i wysokim śniegu.
Do tego jeszcze brak udziału bliskich i krewnych, którzy nie mogli przybyć ze
względu na ogłoszony na kolei strajk. Minęło ponad pięćdziesiąt lat, ale tamten
obraz ojca stoi jeszcze przed moimi oczami. Zbladły moje wspomnienia z czasów mojego dzieciństwa w Kościanie. Kiedy opuszczaliśmy to miasto, miałem
9 i pół roku. Kiedy umarł mój ojciec, byłem o dwa lata starszy. Z czasów kościańskich wspominam ojca jako w miarę prężnego, wyprostowanego mężczyznę. Czas w Świdnicy stał natomiast w cieniu jego choroby. Pozostawiała ona
ślady na jego twarzy i przygniatała go do ziemi. Kiedy więc wracał w południe
do domu, nie mógł pokonać schodów na 3 piętro do naszego mieszkania. I później znajdowaliśmy go z matką na ławce promenady, położonej niedaleko naszego domu.
Nekrolog ze strony Urzędu Sądowego brzmiał: „Zatrudniony w tutejszym Urzędzie dopiero od 1 kwietnia 1920 roku zaskarbił sobie w tak krótkim czasie szacunek i uznanie swoich przełożonych i współpracowników za sprawą swej rzetelności w pracy oraz życzliwości dla otoczenia”. I takim też zapamiętałem go
również ja: jako sumiennego i bardzo obowiązkowego człowieka. Był dla mnie
ojcem surowym, ale przepełnionym miłością, dobrocią i życzliwością. Bardzo
dbał o swoją prezencję i ubiór, pomimo że poza swoim mundurem służbowym
(i czarnym garniturem) posiadał tylko jedno ubranie letnie i jedno zimowe!!!
Prawdą jest, że jego wymagania w tym względzie nie były zbyt wysokie, ponieważ na służbę nosił w tygodniu mundur, do którego należała również peleryna na dni deszczowe. To także oznaka jego oszczędności. Do dzisiaj nie pojmuję, jak był on w stanie odłożyć sumę 7.000 marek, którą później z pewnością
„zjadła” inflacja. I o jednym jeszcze nie można zapomnieć: był człowiekiem
muzykalnym i potrafił grać na skrzypcach. Gry na instrumencie musiał nauczyć
się jeszcze w młodości. Przypominam sobie fakt zakupu dla niego przez matkę
skrzypiec z ogłoszenia w gazecie. Skrzypce zdawały się być stare i markowe.
26
Chciała zrobić mu przyjemność i ulżyć mu w chorobie. Tak więc po 50 latach
widzę go jeszcze dzisiaj siedzącego na sofie w pokoju gościnnym i słyszę, jak
gra bez nut, tak po prostu ze słuchu. Ponieważ sam przeżył trudną młodość, zależało mu na tym, aby jego syn miał lepszą przyszłość. Pamiętam, jak się cieszył
z faktu, że przyjęto mnie do szkoły ponadpodstawowej. Tylko raz dane mu było
podpisać mi świadectwo. Niestety i to świadectwo z jego wyraźnym podpisem
zaginęło. Moi rodzice stanowili dobre i dobrane małżeństwo, nie przypominam
sobie słownych utarczek czy też kłótni. Za to bardzo dobrze wspominam troskę
mojej matki o chorego ojca, za co on był jej bardzo wdzięczny. I kiedy pomyślę,
że moja matka dwa razy w tygodniu szła pieszo ze Świdnicy do oddalonej
o 5 km wsi dla niego po 2 litry mleka od wiejskiej krowy, to mogę sobie wyobrazić jej miłość i poświęcenie dla ojca. A mleko było wówczas racjonowane
i sprzedawane tylko dla najmłodszych!
Miejscem jego spoczynku był szeregowy grób na cmentarzu w Świdnicy przy
ul. Folwarcznej (Vorwerkstraße) w jego lewej części: to grób nr 108 w kwaterze
IX. A ta kwatera znajdowała się za kaplicą cmentarną po lewej stronie, jako
druga kwatera w kolejności.
Jakkolwiek by to nie zabrzmiało sentymentalnie: ten grób mojego ojca w Świdnicy był dla mnie „kawałkiem ojczyzny” – przy całej mojej racjonalności postrzegania losów mego narodu. Ale z tym grobem wiąże się przecież tak dużo
wspomnień. Czy był nim ten długi orszak żałobny z lutego 1922 roku, czy wielokrotne odwiedziny grobu z matką w czasach mojej młodości, czy też wreszcie
przyjazdy na grób ojca w czasie wojny (w roku 1943 i 1944). Zawsze powracał
w myślach obraz ojca. Oczywiście, po roku 1945 nie mogliśmy tego grobu już
pielęgnować ani takiej pielęgnacji zlecić komuś innemu: Schweidnitz zamieniło
się przecież w Świdnicę. Ale od siostry zakonnej, diakonisy Käthe Lochmann,
dostałem po wojnie wiadomość, że ta część cmentarza została zachowana. Na
potwierdzenie tego faktu przywiozła mi nawet zdjęcie tego grobu. Kiedy więc
wraz z moim synem Johannesem odwiedziłem w czerwcu 1980 roku to miasto,
miałem jeszcze nadzieję, że będę mógł pokazać mu miejsce spoczynku jego
dziadka. Johannes bardzo się z tej możliwości ucieszył! A potem, no cóż, to był
deszczowy, pochmurny dzień, kiedy wybraliśmy się na ten cmentarz. Kiedy doszliśmy za kaplicę cmentarną, ujrzeliśmy pustą przestrzeń gładkiego, wyrównanego terenu pocmentarnego. Kiedy zobaczyliśmy ten stan rzeczy na miejscu
spoczynku doczesnych szczątków mojego ojca, wezbrała w nas fala smutku i
rozgoryczenia. Naturalnie, mniej więcej odnalazłem to miejsce dawnego grobu,
ale szok nie pozwolił na pozostanie tam ani chwili dłużej. Nawet nie byliśmy w
27
stanie zrobić żadnego zdjęcia. Miało się wrażenie, jakbyśmy to miejsce śmierci i
przemijania opuszczali, uciekając.
Tak więc miejsce pochówku mojego ojca i dziadka mojego syna już nie istnieje!
Niezależnie od tego, jakże często myśli wędrują do tego miasta, które również
jest dla nas stracone. Tym bardziej mój ojciec staje teraz przede mną taki, jakim
go zabrałem pamięcią z dni mojego dzieciństwa. Na szafce w naszym małym
pokoju stoi jeszcze jego fotografia w otoczeniu innych zdjęć. I kiedy tak od czasu do czasu przed nim stoję, próbuję odczytać z jego wzroku: ileż cierpienia
wypływa z twarzy tego ciężko chorego człowieka, który chciał jeszcze żyć,
a który wiedział, że jego dni są już policzone. To, co wypełniało me serce przy
pisaniu tych wspomnień, to nic innego jak wyraz wdzięczności, że to właśnie on
był moim ojcem!...”
Kończąc pisanie swoich wspomnień, Pastor Willy Remenz podsumował skromnie dzieło swego życia słowami: „…to by było na tyle z tego, co udało mi się
przytoczyć na kartach moich wspomnień. O wielu rzeczach nie wspomniałem,
jak choćby o tym, że prawie 3 lata (1944-1947) pozostawaliśmy wraz z żoną bez
pensji, bez zabezpieczenia naszej egzystencji i bez ubezpieczenia społecznego
czy też lekarskiego itp. Były to ciężkie lata, lata pełne wyrzeczeń. Ale niezależnie
od tego razem z żoną wspominaliśmy je później jako piękny, bardzo piękny okres
naszego życia. Każdego dnia mogliśmy bowiem doświadczać na nowo opieki ze
strony Ojca Niebieskiego!
Niech Mu za to dzisiaj będzie chwała i nasze dziękczynienie…!”
Aschersleben (NRD), 1976-1986
28
W tym miejscu wyrażam podziękowanie memu niemieckiemu przyjacielowi Johannesowi Remenzowi, synowi Autora kroniki i opracowania historii gminy
ewangelickiej w Pobiedziskach, który umożliwił mi wgląd w przechowywane
w swym domu w miejscowości Lauchhammer na Dolnych Łużycach w Niemczech dzieło swego ojca Willy’ego Remenza.
Johannes Remenz, muzyk i organista dolnołużyckich parafii ewangelickich,
a zawodowo pasjonat odlewnictwa, znawca i ekspert ludwisarstwa niemieckiego, były pracownik Zakładów Ludwisarskich w Lauchhammer12 na Łużycach
Dolnych odwiedził latem 2011 roku wraz ze mną i moim Ojcem Zygmuntem
Górskim miejsca pochodzenia swych przodków w okolicy Pobiedzisk: Borówko,
Kocanowo i Gołunin oraz były kościół ewangelicki w Pobiedziskach, powierzając mi przy tej okazji „tom pobiedziski” z kroniki swego ojca z prośbą o przetłumaczenie i opracowanie jego fragmentów oraz ofiarowanie tego opracowania
parafianom kościoła pw. Świętego Ducha w Pobiedziskach, a w szerszym kontekście społeczeństwu Ziemi Pobiedziskiej w 190-rocznicę jubileuszu erygowania świątyni ewangelickiej w Pobiedziskach, poświęconej i oddanej do użytku
dnia 1 listopada 1821 roku.
Zebrał, przetłumaczył
dr Karol Górski
i
opracował
pobiedziszczanin z
urodzenia i
przywiązania
Poznań, 2014 rok
12
W odlewni zakładów w Lauchhammer w roku 1840 na zlecenie hrabiego Edwarda Raczyńskiego odlano
z brązu statuę pierwszych władców Polski, księcia Mieszka I i króla Bolesława Chrobrego. Pomnik ten znajduje
się do dnia dzisiejszego w Złotej Kaplicy w katedrze poznańskiej (przyp. Autora artykułu).
29
30

Podobne dokumenty

Biuletyn 213 - Pobiedziska

Biuletyn 213 - Pobiedziska w Zespole Szkół w Pobiedziskach w dużym stopniu zainicjował Krzysztof Krause, który przed laty zaangażowany był w działania w ramach współpracy gmin, a dzisiaj dba o podtrzymanie dobrych stosunków ...

Bardziej szczegółowo

BP 186 - Pobiedziska

BP 186 - Pobiedziska inwestycji niż w Pobiedziskach i innych miejscach w gminie. Jak w takim razie dzielone są środki budżetowe? - W dużym stopniu niemożliwe jest równe dzielenie środków ze względu na wielkość naszej g...

Bardziej szczegółowo