Arnold Schwarzenegger - Pamiec absolutna

Komentarze

Transkrypt

Arnold Schwarzenegger - Pamiec absolutna
SPIS TREŚCI
ROZDZIAŁ 1 Wyjazd z Austrii........................................................................................... 6
ROZDZIAŁ 2 Praca nad ciałem ........................................................................................ 21
ROZDZIAŁ 3 Wyznania czołgisty ................................................................................... 34
ROZDZIAŁ 4 Mister Universe ......................................................................................... 42
ROZDZIAŁ 5 Pozdrowienia z Los Angeles ..................................................................... 70
ROZDZIAŁ 6 Leniwe dranie ............................................................................................ 87
ROZDZIAŁ 7 Specjaliści od marmuru i kamienia ......................................................... 103
ROZDZIAŁ 8 Poznawanie Ameryki .............................................................................. 154
ROZDZIAŁ 9 Największy pokaz mięśni w dziejach...................................................... 172
ROZDZIAŁ 10 Niedosyt ................................................................................................ 192
ROZDZIAŁ 11 Kulturyści .............................................................................................. 214
ROZDZIAŁ 12 Dziewczyna marzeń .............................................................................. 236
ROZDZIAŁ 13 Maria i ja ............................................................................................... 252
ROZDZIAŁ 14 Co cię nie zabije, to cię wzmocni .......................................................... 308
ROZDZIAŁ 15 Zostać Amerykaninem .......................................................................... 326
ROZDZIAŁ 16 Terminator ............................................................................................. 338
ROZDZIAŁ 17 Małżeństwo i filmy................................................................................ 361
ROZDZIAŁ 18 Czas komedii ......................................................................................... 388
ROZDZIAŁ 19 Prawdziwe życie Terminatora ............................................................... 446
ROZDZIAŁ 20 Bohater ostatniej akcji ........................................................................... 471
ROZDZIAŁ 21 Choroba serca ........................................................................................ 485
ROZDZIAŁ 22 Przykładny mąż i ojciec ........................................................................ 506
ROZDZIAŁ 23 Polityczna propozycja ........................................................................... 518
ROZDZIAŁ 24 Jak to się robi w Kalifornii .................................................................... 578
ROZDZIAŁ 25 Gubernatorterminator ............................................................................ 600
ROZDZIAŁ 26 Powrót .................................................................................................... 619
ROZDZIAŁ 27 Na co komu Waszyngton?..................................................................... 634
ROZDZIAŁ 28 Prawdziwe życie gubernatoraterminatora ............................................. 644
ROZDZIAŁ 29 Sekret ...................................................................................................... 669
ROZDZIAŁ 30 Zasady Arnolda ..................................................................................... 679
PODZIĘKOWANIA I ŹRÓDŁA..................................................................................... 696
Mojej rodzinie
Ameryka była tak potężna, jak to sobie wyobrażałem, dorastając na prowincji w Austrii.
Nie musiałem więc udawać radości i podniecenia, gdy w 1969 roku grałem Herkulesa
zwiedzającego Times Square w moim pierwszym filmie, Herkules w Nowym Jorku.Za zgodą
Lionsgate
ROZDZIAŁ 1
Wyjazd z Austrii
Urodziłem się w czasach głodu. W roku 1947 Austria była pod okupacją wojsk alianckich,
które pokonały hitlerowską Trzecią Rzeszę. W maju, dwa miesiące przed moim przyjściem na
świat, w Wiedniu z powodu braku żywności wybuchały zamieszki. W Styrii, kraju związkowym
w południowowschodniej części Austrii, gdzie mieszkaliśmy, też panował głód. Po latach, gdy
matka chciała mi przypomnieć, ile razem z ojcem zrobili, żebym wyszedł na ludzi, opowiadała,
jak szukała jedzenia na wsi, chodziła od jednego gospodarstwa do drugiego, żeby zdobyć trochę
masła, cukru czy mąki. Czasami nie było jej w domu przez trzy dni. Mówią na to Hamstern –
chomikowanie. Wtedy żebranie o jedzenie było na porządku dziennym.
Nasza wieś, bardzo typowa, nazywała się Thal. Mieszkało w niej kilkaset rodzin, domy
i gospodarstwa skupiały się w osady połączone ścieżkami i polnymi drogami. Główna droga
gruntowa biegła przez kilka kilometrów po niskich alpejskich wzgórzach wśród pól i lasów.
Wojska brytyjskie, które nadzorowały nasz rejon, widywaliśmy rzadko – tylko od czasu do
czasu przejeżdżała ciężarówka z żołnierzami. Jednak wschodnią część kraju okupowali Rosjanie
i ich obecność była odczuwalna. Zaczęła się zimna wojna i wszyscy żyliśmy w strachu, że zaraz
wjadą rosyjskie czołgi i zostaniemy przyłączeni do radzieckiego imperium. Księża w kościołach
straszyli wiernych przerażającymi opowieściami o Rosjanach strzelających do niemowląt
w ramionach matek.
Nasz dom stał na szczycie wzgórza przy drodze i gdy dorastałem, rzadko zdarzało mi się
widywać więcej niż dwa samochody dziennie. Naprzeciwko wznosił się zrujnowany zamek,
pochodzący z czasów feudalnych, od naszych drzwi dzieliło go około stu metrów.
Na następnym wzniesieniu stał ratusz z biurem burmistrza, kościół katolicki, do którego
matka co niedzielę prowadziła nas na mszę, miejscowy Gasthaus, czyli gospoda będąca sercem
wsi, i szkoła podstawowa – chodziłem do niej ze starszym ode mnie o rok bratem Meinhardem.
W najwcześniejszych wspomnieniach widzę matkę robiącą pranie i ojca przerzucającego
łopatą węgiel. Miałem wtedy nie więcej niż trzy lata, ale jego obraz wyrył się w mojej pamięci
bardzo mocno. Był wysokim, potężnym mężczyzną i wiele rzeczy robił sam, bez niczyjej
pomocy. Każdej jesieni dostawaliśmy przydział węgla, który zrzucano z przyczepy ciężarówki
przed domem, i wtedy ojciec zatrudniał Meinharda i mnie do pomocy przy przenoszeniu go do
piwnicy. Zawsze robiliśmy to z dumą.
Zarówno ojciec, jak i matka pochodzili z klasy pracującej, z robotniczych rodzin
zatrudnionych przy produkcji stali, mieszkających na północy. Poznali się pod koniec wojny
w mieście Mürzzuschlag, gdzie matka, Aurelia Jadrny, pracowała jako urzędniczka w punkcie
dystrybucji racji żywnościowych podlegającym ratuszowi. Była po dwudziestce i zdążyła już
owdowieć – jej mąż został zabity osiem miesięcy po ślubie. Gdy któregoś ranka siedziała za
biurkiem, zauważyła mojego ojca przechodzącego ulicą – starszego od niej mężczyznę, pod
czterdziestkę, ale wysokiego i przystojnego. Był w mundurze policjanta. Miała słabość do
facetów w mundurach, więc codziennie na niego czekała. Wiedziała, kiedy miał służbę, i zawsze
wtedy tkwiła za biurkiem. Rozmawiali przez otwarte okno, a ona dawała mu do jedzenia to, co
miała pod ręką.
Nazywał się Gustav Schwarzenegger. Ślub wzięli pod koniec 1945 roku. On miał
trzydzieści osiem lat, ona dwadzieścia trzy. Ojciec dostał przydział w Thal, gdzie stanął na czele
czteroosobowego posterunku, odpowiedzialnego za utrzymanie porządku we wsi i okolicach.
Z żołdu, który dostawał, ledwo dało się wyżyć, ale w ramach przydziału otrzymał mieszkanie:
Forsthaus, starą leśniczówkę. Forstmeister, leśniczy, mieszkał na parterze, a Inspektor z rodziną
– na piętrze.
Dom, w którym spędziłem dzieciństwo, był zwykłym budynkiem z kamienia i cegieł,
o harmonijnych proporcjach, grubych murach i małych oknach chroniących przed alpejskimi
zimami. Mieliśmy dwie sypialnie z piecami na węgiel oraz kuchnię, w której jedliśmy,
odrabialiśmy lekcje, myliśmy się i bawiliśmy. Źródłem ciepła w tym pomieszczeniu była
kuchenka.
Nie było kanalizacji, nie mieliśmy prysznica ani klozetu, tylko coś w rodzaju nocnika.
Najbliższa studnia znajdowała się w odległości około półtora kilometra i któreś z nas musiało do
niej chodzić, nawet gdy padał deszcz czy śnieg. Staraliśmy się więc zużywać jak najmniej wody.
Grzaliśmy ją, wlewaliśmy do miednicy i myliśmy się gąbką albo szmatką – matka pierwsza,
w czystej wodzie, potem ojciec i wreszcie my – Meinhard i ja. Nie przeszkadzało nam, że woda
jest trochę brudna, jeśli pozwalało to uniknąć kursu do studni.
Mieliśmy tylko niezbędne meble i kilka lamp elektrycznych. Ojciec lubił obrazy i antyki,
ale gdy dorastaliśmy, były to luksusy, na które nie mógł sobie pozwolić. Matka grała na cytrze,
śpiewała nam piosenki i kołysanki, lecz to ojciec był prawdziwym muzykiem. Umiał grać na
różnych instrumentach dętych: na trąbce, skrzydłówce, saksofonie, klarnecie. Pisał także muzykę
i dyrygował lokalną orkiestrą żandarmerii – jeśli gdzieś w kraju zmarł jakiś oficer policji,
orkiestra grała na jego pogrzebie. Latem w niedziele często chodziliśmy na koncerty do parku,
podczas których ojciec dyrygował, a czasami i grał. Większość krewnych z jego strony miała
zdolności muzyczne, ale my z Meinhardem ich nie odziedziczyliśmy.
Nie potrafię powiedzieć, dlaczego mieliśmy koty, a nie psy – może dlatego, że matka je
uwielbiała i ich utrzymanie nic nie kosztowało, bo same zdobywały sobie pożywienie. Zawsze
było u nas mnóstwo kotów, które wychodziły z domu i do niego wchodziły, leżały zwinięte
w kłębek tu i tam, przynosiły na wpół martwe myszy z poddasza, żeby pokazać, jacy to z nich
wspaniali łowcy. Każdy z nas miał własnego kota, z którym spał – taki był u nas zwyczaj.
W pewnym momencie w domu było siedem kotów. Uwielbialiśmy je, ale w tamtych czasach nie
chodziło się ze zwierzętami do weterynarza. Gdy jeden z kotów zaczynał niedomagać, bo był
chory albo stary, czekaliśmy, aż usłyszymy strzał z pistoletu ojca, dochodzący z tylnego
podwórka. Wtedy matka, Meinhard i ja kopaliśmy dół i usypywaliśmy nagrobek z małym
krzyżem.
Matka miała czarnego kota o imieniu Mooki i twierdziła, że jest niezwykły, choć żadne
z nas nie wiedziało dlaczego. Pewnego dnia, gdy miałem z dziesięć lat, kłóciłem się z matką, bo
nie chciałem odrobić pracy domowej. Na kanapie leżał Mooki, jak zwykle zwinięty w kłębek.
Musiałem być naprawdę niegrzeczny, bo matka podeszła szybko, żeby dać mi w twarz.
Zobaczyłem, na co się zanosi, i próbowałem się zasłonić, ale zamiast tego uderzyłem ją
wierzchem dłoni. Mooki natychmiast zsunął się z kanapy, wskoczył między nas i zaczął drapać
mnie po twarzy. Ściągnąłem go z siebie i wrzasnąłem:
– Ojej! Co to ma być?!
Spojrzeliśmy z matką na siebie i oboje wybuchnęliśmy śmiechem, choć po policzku ciekła
mi krew. Wreszcie matka miała dowód, że Mooki to niezwykły kot.
Po zawierusze wojennej moi rodzice najbardziej pragnęli spokoju i bezpieczeństwa. Matka,
wysoka kobieta o szerokich ramionach, silna i zaradna, była tradycyjną Hausfrau, utrzymującą
w domu nieskazitelny porządek i czystość. Zwijała dywany i na kolanach szorowała szczotką
i mydłem drewnianą podłogę, a potem wycierała ją do sucha szmatami. Maniacko dbała o to,
żeby nasze ubrania wisiały porządnie na wieszakach, a pościel i ręczniki były starannie złożone,
z kantami ostrymi jak brzytwa. Na tyłach domu uprawiała buraki, ziemniaki i jagody, żebyśmy
mieli co jeść, a jesienią robiła przetwory i kisiła kapustę na zimę. Trzymała to wszystko
w słojach z grubego szkła. Gdy ojciec o dwunastej trzydzieści wracał do domu z posterunku,
mama czekała z obiadem, a potem, kiedy wracał punkt osiemnasta – z kolacją.
Zajmowała się też finansami. Ponieważ wcześniej pracowała w urzędzie, była doskonale
zorganizowana, dobrze pisała i liczyła. Co miesiąc, gdy ojciec przynosił wypłatę, zostawiała mu
pięćset szylingów na drobne wydatki, a resztę przeznaczała na życie. Prowadziła całą rodzinną
korespondencję i opłacała co miesiąc rachunki. Raz do roku, zawsze w grudniu, zabierała nas na
zakupy. Jechaliśmy autobusem do domu towarowego Kastner und Ohler tuż za następnym
wzniesieniem, w Grazu. Stary budynek miał tylko dwa albo trzy piętra, ale dla nas był wielki jak
Mall of America. Były tam schody ruchome i winda ze szkła i metalu, więc gdy wjeżdżaliśmy na
górę, widzieliśmy wszystko. Mama kupowała nam tylko niezbędne rzeczy, ubrania, koszule,
bieliznę, skarpetki i tym podobne, które następnego dnia dostarczano nam do domu, zapakowane
w brązowy papier. Nowością były wówczas zakupy na raty i matka z przyjemnością z nich
korzystała, płacąc co miesiąc ułamek należności, aż uregulowała ją do końca. Ten rodzaj zachęty
do kupowania w przypadku takich osób jak moja mama stanowił dobry sposób stymulowania
rozwoju gospodarki.
Matka radziła sobie także z problemami zdrowotnymi, mimo że ojciec potrafił udzielić
pierwszej pomocy. Brat i ja przeszliśmy chyba wszystkie możliwe choroby dziecięce, od świnki
przez szkarlatynę po odrę, więc mama miała doświadczenie. Nic nie mogło jej powstrzymać:
którejś zimowej nocy, gdy byliśmy jeszcze bardzo mali, Meinhard dostał zapalenia płuc, a nie
można było wezwać lekarza ani karetki pogotowia. Mama zostawiła mnie więc w domu z ojcem,
a sama wzięła zawiniętego Meinharda na plecy i pokonała ponad trzy kilometry w śniegu, żeby
zanieść go do szpitala w Grazu.
Ojciec miał bardziej skomplikowaną osobowość. Potrafił być wspaniałomyślny i czuły,
szczególnie wobec matki. Bardzo się kochali. Widać to było po sposobie, w jaki podawała mu
kawę, a on ofiarowywał jej drobne upominki, przytulał ją i klepał po pupie. Nas także kochali,
zawsze zabierali mnie i Meinharda do swojego łóżka i tulili, szczególnie gdy baliśmy się burzy.
Jednak raz na tydzień, zwykle w piątkowy wieczór, ojciec wracał do domu pijany. Nie było
go do drugiej, trzeciej albo czwartej w nocy, ponieważ pił z miejscowymi, zawsze przy tym
samym stole w gospodzie, często nawet z księdzem, dyrektorem szkoły czy burmistrzem. Budził
nas w nocy, bo walił wściekle do drzwi i krzyczał na matkę. Gniew szybko mijał i nazajutrz
ojciec był do rany przyłóż, zabierał nas na obiad albo dawał prezenty na zgodę. Ale gdy my
nabroiliśmy, spuszczał nam lanie.
Wszystko to wydawało nam się zupełnie normalne: każdy ojciec wymierzał dzieciom kary
fizyczne i przychodził do domu pijany. Gospodarz, który mieszkał niedaleko nas, targał syna za
uszy i gonił go z cienką, giętką rózgą namoczoną wcześniej w wodzie, aby razy bardziej bolały.
Picie alkoholu było elementem braterstwa. Czasami mężczyźni zapraszali nawet żony i dzieci,
żeby przyłączyły się do nich w gospodzie. Dzieciaki zawsze czuły się uhonorowane, gdy mogły
usiąść z dorosłymi i dostać deser. Pozwalano nam też pójść do sąsiedniej izby, napić się cocacoli
i pograć w gry planszowe, pooglądać czasopisma albo telewizję. Siedzieliśmy tam do północy
i myśleliśmy sobie: O rany, to jest dopiero życie!
Po latach zrozumiałem, że pod tą Gemütlichkeit kryły się gorycz i strach. Dorastaliśmy
wśród mężczyzn, którzy czuli się nieudacznikami. Ich pokolenie doprowadziło do drugiej wojny
światowej i ją przegrało. Ojciec odszedł z żandarmerii i wstąpił do policji w armii niemieckiej.
Służył w Belgii i we Francji, a także w Afryce Północnej, gdzie złapał malarię. W 1942 roku
w Leningradzie, w najbardziej krwawej bitwie tej wojny, o mało nie został wzięty do niewoli.
Budynek, w którym przebywał, został wysadzony przez Rosjan. Ojciec przez trzy dni leżał
uwięziony pod gruzami. Miał przetrącony kręgosłup i odłamki szrapnela w obu nogach. Spędził
wiele miesięcy w szpitalu, zanim doszedł do siebie na tyle, aby wrócić do Austrii i wstąpić do
policji cywilnej. A kto wie, jak długo leczył rany psychiczne, biorąc pod uwagę to wszystko,
czego był świadkiem. Słyszałem, jak mężczyźni mówili o tym, gdy się upijali, i mogę sobie
wyobrazić, jak bolesne były dla nich te wspomnienia. Zostali pokonani i bali się, że pewnego
dnia wkroczą Rosjanie i zabiorą ich, by odbudowywali Moskwę czy Stalingrad. Byli przepełnieni
gniewem. Próbowali tłumić wściekłość i uczucie poniżenia, ale nie mogli wyzbyć się
rozczarowania.
Zastanówcie się: obiecuje wam się, że będziecie obywatelami nowego potężnego
imperium, że każda rodzina będzie miała wszelkie najnowsze wygody. A zamiast tego wracacie
do zrujnowanego kraju, gdzie prawie nie ma pieniędzy, brakuje jedzenia, gdzie wszystko trzeba
odbudować. Są tam wojska okupacyjne, więc nie jest się panem na własnej ziemi. A co
najgorsze, trudno poradzić sobie z tym, co się przeżyło. Jak można odreagować tę niewiarygodną
traumę, jeśli nikomu nie wolno o niej mówić?
Trzecia Rzesza została oficjalnie wymazana z historii. Wszyscy urzędnicy państwowi –
lokalni pracownicy administracji, nauczyciele, policjanci – musieli przejść tak zwaną
denazyfikację. Przesłuchiwano takiego kogoś, a potem weryfikowano jego zeznanie, żeby
stwierdzić, czy był zagorzałym nazistą i czy mógł popełnić zbrodnie wojenne. Wszystko, co
miało związek z nazizmem, podlegało konfiskacie: książki, filmy, plakaty, nawet osobiste zapiski
i zdjęcia. Trzeba było oddać każdą taką rzecz, wojna musiała być wymazana z pamięci.
Meinhard i ja nie byliśmy tego świadomi. W domu mieliśmy piękną książkę z obrazkami,
którą pożyczaliśmy, żeby odgrywać księdza: udawaliśmy, że to Biblia, bo była większa niż nasze
Pismo Święte. Jeden z nas otwierał ją, podczas gdy drugi odprawiał mszę. Ta książka była
albumem do samodzielnego uzupełniania, mającym propagować wspaniałe osiągnięcia Trzeciej
Rzeszy, podzielonym na rozdziały poświęcone robotom publicznym, cudownym nowym
okrętom, nowym pomnikom, wielkim bitwom stoczonym w Polsce. W każdym z takich
rozdziałów znajdowały się ponumerowane puste strony i gdy szło się do sklepu, aby coś kupić
albo zainwestować w obligacje wojenne, dostawało się zdjęcie z odpowiednim numerem, które
należało wkleić do albumu. Kiedy zebrało się już całą kolekcję zdjęć, dostawało się nagrodę.
Uwielbiałem strony, które ukazywały fantastyczne dworce kolejowe czy potężne lokomotywy
buchające parą, fascynowała mnie też fotografia przedstawiająca dwóch mężczyzn jadących po
torach drezyną z ręcznym napędem – symbolizowała dla mnie przygodę i wolność.
Meinhard i ja nie mieliśmy pojęcia, na co patrzymy, aż pewnego dnia, gdy mieliśmy bawić
się w księdza, okazało się, że album zniknął. Szukaliśmy go wszędzie. Wreszcie spytałem matkę,
gdzie podziała się ta piękna książka, przecież to była nasza Biblia! Ale mama odpowiedziała
krótko:
– Musieliśmy ją oddać.
Później zagadywałem ojca: „Opowiedz mi o wojnie”, albo wypytywałem go, co robił
i przez co przeszedł. On jednak zawsze odpowiadał krótko: „Nie ma o czym mówić”.
Jego sposobem na życie była dyscyplina. Wprowadził rutynę, której nic nie mogło zmienić:
wstawaliśmy o szóstej i albo ja, albo Meinhard szliśmy do sąsiedniego gospodarstwa po mleko.
Kiedy trochę podrośliśmy i zaczęliśmy uprawiać sport, do naszych obowiązków doszły
ćwiczenia i musieliśmy zasłużyć na śniadanie, wykonując pompki. Po południu, gdy
kończyliśmy odrabiać lekcje i zrobiliśmy już wszystko, co musieliśmy zrobić, ojciec kazał nam
grać w piłkę nożną, niezależnie od pogody. Jeśli graliśmy kiepsko, czekała nas bura.
Ojciec równie głęboko wierzył w trening umysłowy. Po mszy w niedziele zabierał nas na
rodzinną wycieczkę: jechaliśmy na przykład do innej wsi albo na przedstawienie, oglądaliśmy
jego występ z policyjną orkiestrą. Wieczorem musieliśmy pisać sprawozdania z przebiegu
wydarzenia, co najmniej na dziesięć stron. Potem oddawał nam kartki z zaznaczonymi na
czerwono uwagami i jeśli zrobiliśmy błąd ortograficzny, musieliśmy dane słowo przepisać
pięćdziesiąt razy.
Kochałem ojca i naprawdę zależało mi na jego opinii. Pamiętam, że raz, kiedy byłem
jeszcze mały, ubrałem się w jego mundur i stanąłem na krześle przed lustrem. Kurtka sięgała mi
prawie do stóp, a czapka opadała na nos. Ojciec jednak nie miał dla nas czasu i nie interesowały
go nasze problemy. Gdy chcieliśmy mieć rower, powiedział nam, żebyśmy na niego zarobili.
Wciąż odnosiłem wrażenie, że nie jestem wystarczająco grzeczny, wystarczająco silny,
wystarczająco bystry. Ciągle dawał mi do zrozumienia, że mógłbym coś jeszcze w sobie
poprawić. Takie wymagania ze strony ojca mogłyby skrzywić wielu chłopców, ale mnie jego
surowość zahartowała. Była dla mnie motywacją.
W tamtych czasach Meinhard i ja byliśmy sobie bardzo bliscy. Zajmowaliśmy wspólny
pokój, aż skończyłem osiemnaście lat i wyjechałem z domu, żeby wstąpić do wojska, lecz wcale
nie chciałem mieć własnego. Do dziś czuję się bardziej komfortowo, gdy mam z kim pogadać
przed snem.
Jednocześnie ze sobą współzawodniczyliśmy, jak to bracia – zawsze jeden próbował
prześcignąć drugiego i zdobyć względy taty, który, jako sportowiec, lubił rywalizację.
Organizował nam wyścigi i mówił: „A teraz zobaczmy, kto jest najlepszy”.
Byliśmy wyżsi od większości chłopców w naszym wieku, ale Meinhard, jako starszy o rok,
zawsze zwyciężał w różnych zawodach.
Ja jednak nieustannie szukałem okazji, żeby zdobyć przewagę. Meinhard miał pewną
słabość: bał się ciemności. Kiedy miał dziesięć lat, skończył podstawówkę w naszej wsi
i przeszedł do Hauptschule, która znajdowała się za wzgórzem, w Grazu. Jeździło się tam
autobusem, a przystanek był dwadzieścia minut drogi od naszego domu. Problem polegał na tym,
że w krótkie zimowe dnie lekcje kończyły się dobrze po zachodzie słońca, więc Meinhard wracał
do domu już po zmroku. Tak bał się drogi w ciemnościach, że wychodziłem po niego na
przystanek autobusowy i razem szliśmy do leśniczówki.
Tak naprawdę ja też się bałem i nie lubiłem chodzić sam wieczorami. Nigdzie nie było
latarni i nawet w Thal panowały ciemności, choć oko wykol. Drogi i ścieżki biegły przez las jak
w bajkach braci Grimm, i to tak gęsty, że nawet za dnia panował w nim mrok. Wychowaliśmy się
na tych strasznych opowieściach, nigdy nie przeczytałbym ich moim dzieciom, ale stanowiły
element naszej kultury. Zawsze występował w nich jakiś czarownik, wilk albo potwór, który
czyhał, żeby skrzywdzić dziecko. To, że mieliśmy ojca policjanta, tylko wzmagało nasze lęki.
Tata czasami zabierał nas na obchód po okolicy i mówił, że szuka tego czy innego przestępcy
albo nawet mordercy. Dochodziliśmy do jakiejś stodoły stojącej samotnie w polu, a wtedy on
kazał nam stać i czekać, podczas gdy sam wyjmował pistolet i zaglądał do środka. Gdy we wsi
rozchodziła się wieść, że złapał ze swoimi ludźmi jakiegoś złodzieja, biegliśmy na posterunek,
żeby zobaczyć faceta przykutego kajdankami do krzesła.
Do przystanku nie docierało się tak po prostu, idąc wzdłuż szosy. Prowadząca do niego
ścieżka biegła obok ruin zamku i dalej w dół po stoku wzgórza, skrajem lasu. Pewnego wieczoru,
gdy nią szedłem, starając się nie myśleć o niebezpieczeństwach czających się między drzewami,
nagle pojawił się przede mną mężczyzna. Wrzasnąłem i stanąłem jak wryty – okazało się, że to
jeden z miejscowych robotników rolnych, który szedł w przeciwną stronę, ale gdyby to był
goblin, na pewno by mnie dopadł.
Walczyłem ze strachem przede wszystkim dlatego, że chciałem dowieść swojej siły i hartu
ducha. Pragnąłem udowodnić rodzicom, że jestem odważny, a mój brat nie, chociaż jest ode mnie
starszy o rok i czternaście dni.
Ta determinacja się opłaciła. Za to, że wychodziłem po Meinharda na przystanek, ojciec
dawał mi pięć szylingów tygodniowo. Matka korzystała z tego, że jestem taki dzielny, i wysyłała
mnie co tydzień na targ po warzywa, co wymagało przejścia przez inny ciemny las. Dostawałem
za to kolejne pięć szylingów, które wydawałem ochoczo na lody albo znaczki do kolekcji.
Wada takiego układu polegała na tym, że rodzice byli bardziej opiekuńczy wobec
Meinharda, a mnie poświęcali mniej uwagi. Latem 1956 roku podczas wakacji wysłali mnie do
pracy w gospodarstwie mojej matki chrzestnej, a brat został w domu. Lubiłem pracę fizyczną, ale
gdy przyjechałem do domu i dowiedziałem się, że pod moją nieobecność zabrali go na wycieczkę
do Wiednia, poczułem do nich żal.
Stopniowo nasze drogi się rozeszły. Gdy ja czytałem działy sportowe w gazetach
i zapamiętywałem nazwiska sportowców, Meinhard z coraz większym zainteresowaniem
studiował „Der Spiegel”, niemiecki odpowiednik „Time’a” – w naszej rodzinie było to
najpopularniejsze czasopismo. Gorliwie uczył się nazw wszystkich stolic świata oraz długości
wszystkich większych rzek. Wkuwał układ okresowy pierwiastków i wzory chemiczne. Miał
bzika na punkcie wszelkich faktów i stale rywalizował w tej dziedzinie z ojcem.
Meinhard czuł też awersję do pracy fizycznej. Nie lubił brudzić sobie rąk. Zaczął wkładać
do szkoły białe koszule. Matka nie protestowała, ale skarżyła mi się:
– Myślałam, że mam dość prania białych koszul waszego ojca, a teraz Meinhard je sobie
upodobał.
Niebawem w rodzinie nabrano przekonania, że Meinhard w przyszłości zajmie się pracą
umysłową, może zostanie inżynierem, a ja będę zwykłym robotnikiem, bo nie brzydziłem się
pracą fizyczną.
– Chcesz być mechanikiem? – pytali mnie rodzice. – A może stolarzem, żeby robić meble?
Nie wykluczali też, że zostanę policjantem, jak ojciec.
Ja jednak miałem inne pomysły. Powoli zaczęła mi w głowie kiełkować myśl, że moje
miejsce jest w Ameryce. Nic konkretnego, po prostu… Ameryka, i już. Nie wiem, skąd się to
wzięło, może chciałem uciec od ciężkiego życia w Thal, od żelaznej ręki ojca. Ekscytowały mnie
codzienne podróże do Grazu, bo jesienią 1957 roku, w ślad za Meinhardem, przeszedłem do
Hauptschule i zacząłem naukę w piątej klasie. W porównaniu z Thal Graz był wielką metropolią,
pełną samochodów i sklepów. Nie było tam Amerykanów, ale Ameryka wnikała do naszego
życia. Wszystkie dzieci bawiły się w kowbojów i Indian. Na zdjęciach w podręcznikach i na
ziarnistych czarnobiałych filmach dokumentalnych, które wyświetlano w klasie na terkocących
projektorach, oglądaliśmy amerykańskie miasta, przedmieścia, charakterystyczne krajobrazy
i autostrady.
Co ważniejsze, wiedzieliśmy, że Ameryka jest nam potrzebna ze względów
bezpieczeństwa. Odczuwaliśmy w Austrii skutki zimnej wojny. Gdy tylko nadchodził jakiś
kryzys, ojciec musiał pakować plecak i jechać nad granicę węgierską, prawie dziewięćdziesiąt
kilometrów na wschód, żeby razem z innymi obsadzić umocnienia. Rok wcześniej, w 1956, kiedy
Rosjanie stłumili powstanie węgierskie, był odpowiedzialny za opiekę nad setkami uchodźców
przybywających do naszego kraju. Organizował obozy przejściowe i pomagał uciekinierom
dostać się tam, gdzie chcieli. Niektórzy z nich pragnęli wyjechać do Kanady, inni – zostać
w Austrii, i oczywiście wielu marzyło o wyjeździe do Ameryki. On i jego ludzie angażowali do
pomocy swoje rodziny. Nas, dzieci, zatrudniano do wydawania zupy – byłem wtedy bardzo
przejęty.
***
Naszą wiedzę o świecie poszerzaliśmy w kinie NonStop niedaleko rynku w Grazu, gdzie
wyświetlano kroniki filmowe. Była to ponadgodzinna projekcja, powtarzana przez cały dzień.
Najpierw nadawano kronikę z materiałami z całego świata i komentarzem po niemiecku, potem
filmy z Myszką Miki albo inne kreskówki, a na koniec reklamy składające się ze slajdów
ukazujących różne sklepy w Grazu. Potem rozlegała się muzyka i wszystko zaczynało się od
nowa. Bilety nie były drogie – kosztowały zaledwie kilka szylingów – a każda kronika
pokazywała nowe cuda: Elvisa Presleya śpiewającego Hound Dog, prezydenta Eisenhowera
wygłaszającego przemówienie, amerykańskie samoloty pasażerskie i samochody o opływowych
liniach, gwiazdy filmowe. Wciąż mam te obrazy w pamięci. Były, oczywiście, także nudne
reportaże, na przykład o kryzysie w związku z Kanałem Sueskim w 1956 roku, ale wylatywały
mi z głowy.
Jeszcze większe wrażenie niż kroniki robiły na mnie amerykańskie filmy. Pierwszym, jaki
obejrzeliśmy z Meinhardem, był Tarzan z Johnnym Weissmullerem. Wydawało nam się, że zaraz
wyskoczy z ekranu prosto na nas. Myśl, że człowiek może skakać z drzewa na drzewo
i rozmawiać z lwami albo szympansami, była fascynująca, podobnie jak romans Tarzana z Jane.
Takie życie wydawało mi się wspaniałe. Ja i Meinhard byliśmy na tym filmie kilka razy.
Dwa kina, do których chodziliśmy, stały naprzeciwko siebie po obu stronach
najpopularniejszej ulicy handlowej w Grazu. Wyświetlano w nich na ogół westerny, ale zdarzały
się też komedie i dramaty. Jedyny problem stanowiły ograniczenia wiekowe, których ściśle
przestrzegano. Przydzielony do kina policjant sprawdzał wiek wchodzących z biletami. Na film
z Elvisem, odpowiednik obecnego PG13, można się było dostać stosunkowo łatwo, ale te, które
interesowały mnie najbardziej – westerny, filmy o gladiatorach i wojenne – oznaczone według
dzisiejszego systemu jako R, były trudniej dostępne. Czasami życzliwy kasjer pozwalał mi
zaczekać, aż zacznie się projekcja, a potem wskazywał głową przejście na sali, gdzie stał
policjant. Innym razem ustawiałem się przy wyjściu z kina i wchodziłem na salę od tyłu.
Pieniądze na te rozrywki zarobiłem na swoim pierwszym przedsięwzięciu, sprzedaży
lodów w Thalersee latem 1957 roku. Thalersee był parkiem z pięknym jeziorem wśród
pagórków, po wschodniej stronie Thal, jakieś pięć minut marszu od naszego domu. Z Grazu nad
jezioro łatwo się było dostać i w lecie przyjeżdżały tam tysiące ludzi, żeby się wykąpać,
popływać łódką lub w coś pograć. Po południu byli już zgrzani i spragnieni, więc kiedy któregoś
razu zobaczyłem kolejkę do budki z lodami stojącej na tarasie, dostrzegłem szansę na biznes.
Park był na tyle duży, że wyprawa na taras czasami oznaczała nawet dziesięciominutowy spacer
i po powrocie lody były już na wpół roztopione. Odkryłem, że mogę kupić kilkadziesiąt lodów
w rożkach za szylinga od sztuki, a potem chodzić wokół jeziora i sprzedawać po dwa szylingi.
Właściciel lodziarni z radością przyjął możliwość dodatkowego zarobku, a nawet pożyczył mi
specjalną skrzynkę, żeby trzymać rożki w lodzie. Sprzedając lody, w jedno popołudnie mogłem
zarobić sto pięćdziesiąt szylingów – prawie sześć dolarów – a przy okazji ładnie się opalić.
Jednak pieniądze, które zarobiłem na lodach, szybko się skończyły, a nie lubiłem być bez
forsy. Jesienią wpadłem więc na pomysł, by żebrać. Urywałem się ze szkoły i wędrowałem
głównymi ulicami Grazu, wypatrując życzliwej twarzy. Mógł to być mężczyzna w średnim
wieku albo student, albo chłopka, która przyjechała do miasta na jeden dzień. Podchodziłem do
niej i mówiłem:
– Przepraszam bardzo, ale zgubiłem pieniądze i bilet miesięczny na autobus, nie mam jak
wrócić do domu.
Czasami kobieta odganiała mnie, częściej jednak rzucała coś w rodzaju: Du bist so dumm!,
czyli „Jak można być tak głupim?!”. Wtedy już wiedziałem, że mi się udało, bo po chwili
wzdychała i pytała:
– Ile ci potrzeba?
– Pięć szylingów – odpowiadałem.
A ona na to:
– No dobra. Ja.
Zawsze prosiłem taką panią o podanie adresu, żebym mógł odesłać pieniądze. Zazwyczaj
jednak mówiła wtedy:
– Nie, nie, nie musisz mi oddawać. Tylko następnym razem bądź bardziej uważny.
Choć czasami podawała mi adres. Oczywiście nie miałem zamiaru zwracać forsy.
W najlepsze dni potrafiłem wyłudzić sto szylingów – prawie cztery dolary. To wystarczało na
zakupy w sklepie z zabawkami, pójście do kina i „wystawne” życie!
Słabą stroną mojego planu było to, że dzieciak w wieku szkolnym sam na ulicy w środku
tygodnia budził podejrzenia. Poza tym wielu ludzi w Grazu znało mojego ojca. W końcu ktoś mu
powiedział: „Widziałem dziś w mieście twojego synalka, prosił jakąś kobietę o pieniądze”.
W domu wybuchła dzika awantura zwieńczona bolesnym laniem, i to zakończyło moją
karierę oszusta.
***
To wczesne wypady poza Thal rozbudziły we mnie marzenia. Doszedłem do przekonania,
że jestem kimś szczególnym, kto ma dokonać wielkich rzeczy. Wiedziałem, że będę dobry
w jakiejś dziedzinie – choć nie miałem pojęcia w jakiej – i że stanę się sławny. Ameryka jako
mocarstwo stwarzała największe możliwości i dlatego postanowiłem, że tam wyjadę.
Dziesięcioletnie dzieci majątakie marzenia, nic w tym niezwykłego. Ale pomysł wyjazdu
do Ameryki był dla mnie jak objawienie i traktowałem go bardzo poważnie. Stale o nim
mówiłem. Czekając na autobus na przystanku, powiedziałem kilka lat starszej ode mnie
dziewczynce:
– Wybieram się do Ameryki.
Tylko na mnie popatrzyła i mruknęła:
– Taaa, jasne, Arnoldzie.
Dzieci przyzwyczaiły się, że bez przerwy o tym gadam, i uważały, że zwariowałem, lecz to
mnie nie zniechęcało i nadal opowiadałem o swoich planach niemal wszystkim: rodzicom,
nauczycielom, sąsiadom.
Hauptschule, czyli szkoła średnia pierwszego stopnia, nie była miejscem, w którym
kształcili się przyszli światowi przywódcy. Miała przygotowywać dzieci do zawodu. Chłopcy
i dziewczynki uczyli się w oddzielnych skrzydłach budynku. Uczniowie poznawali podstawy
matematyki, nauk przyrodniczych, geografii, historii, religii, nowożytnego języka, sztuki,
muzyki, ale w mniejszym zakresie niż w ogólnokształcącej szkole średniej AHS Unterstufe
i Oberstufe, która przygotowywała do studiów na uniwersytecie czy politechnice. Ukończenie
Hauptschule umożliwiało pójście do szkoły zawodowej, praktykę w konkretnym zawodzie albo
podjęcie pracy jako niewykwalifikowany robotnik. Mimo to nauczyciele starali się rozwijać
nasze zdolności umysłowe i wzbogacać życie. Wyświetlali nam filmy, zapraszali śpiewaków
operowych, umożliwiali kontakt z literaturą, sztuką i tak dalej.
Byłem tak ciekawy świata, że nie miałem w szkole większych problemów. Uczyłem się,
odrabiałem lekcje i miałem średnie oceny. Czytanie i pisanie wymagały ode mnie dyscypliny,
stanowiły raczej obowiązek niż przyjemność, inaczej niż dla kilku innych uczniów z klasy.
Z matematyki natomiast byłem dobry, zapamiętywałem wszystko bez trudu i potrafiłem sprawnie
liczyć w pamięci.
Dyscyplina w szkole była równie surowa jak w domu. Nauczyciele bili nas tak mocno jak
rodzice, jeśli nie mocniej. Jeżeli dzieciak został przyłapany na tym, że bierze pióro kolegi,
szkolny kapelan tak grzmocił go po głowie katechizmem, że biedakowi godzinami dzwoniło
w uszach. Nauczyciel matematyki tak walnął kolegę w tył głowy, że ten uderzył brodą o ławkę
i złamał sobie dwa zęby. Wywiadówki były przeciwieństwem dzisiejszych, podczas których
nauczyciele i rodzice wychodzą ze skóry, żeby nie zawstydzić dziecka. Cała nasza trzydziestka
siedziała w ławkach, a nauczyciel mówił:
– Oto wasza praca domowa. Odrabiajcie ją przez następne dwie godziny, gdy będą
przychodzili wasi rodzice.
Rodzice kolejno wchodzili do klasy: chłopka pracująca w gospodarstwie, robotnik
z fabryki… Niemal za każdym razem powtarzała się ta sama scena. Rodzice z szacunkiem witali
się z nauczycielem i siadali, a wtedy on po cichu omawiał z nimi postępy dziecka. Potem słychać
było, jak czyjś ojciec mówi:
– Ale czasami sprawia kłopoty?
Następnie odwracał głowę, patrzył na swoją latorośl, podchodził i wymierzał jej mocny
policzek, po czym wracał do biurka nauczyciela. Wszyscy wiedzieliśmy, co zaraz nastąpi,
i rżeliśmy z radości.
Gdy mój ojciec wchodził po schodach, poznawałem go po krokach, ponieważ nosił
policyjne buty. Stawał w drzwiach ubrany w mundur, a wtedy nauczyciel z respektem zrywał się
z miejsca, bo miał do czynienia z władzą. Siadali i rozmawiali przez chwilę, aż przychodziła
kolej na mnie: ojciec rzucał mi surowe spojrzenie, podchodził, lewą ręką łapał mnie za włosy,
a prawą walił w twarz: bum! A później bez słowa wychodził z klasy.
To były ciężkie czasy. Codziennie pokonywaliśmy trudności. Na przykład dentyści nie
stosowali znieczulenia. Dorastając w tak surowych warunkach, człowiek uczył się znosić ból
i pamiętał o nim nawet wtedy, gdy ciężkie czasy się skończyły.
***
Kiedy Meinhard miał czternaście lat i coś mu się nie podobało, uciekał. Mówił do mnie:
– Chyba znowu dam nogę. Ale nikomu nie mów.
Potem po kryjomu pakował do torby trochę ciuchów i znikał.
Matka odchodziła od zmysłów, ojciec obdzwaniał wszystkich kumpli na innych
posterunkach i pytał o syna. Jeśli się miało za ojca szefa miejscowej policji, był to niezwykle
skuteczny przejaw buntu.
Meinhard odnajdywał się po jednym lub dwóch dniach, zwykle u któregoś z krewnych albo
po prostu u kolegi piętnaście minut drogi od domu. Zawsze zdumiewało mnie to, że nie spotykała
go żadna kara. Może ojciec próbował załagodzić sytuację. W pracy zbyt wiele razy stykał się
z ucieczkami, wiedział więc, że ukaranie Meinharda tylko pogorszy sprawę. Dam jednak głowę,
że wymagało to od niego ogromnej samokontroli.
Ja chciałem odejść z domu, mając jakiś plan. Ponieważ byłem jeszcze dzieckiem,
wykombinowałem, że najlepszym sposobem zdobycia niezależności będzie pilnowanie własnego
nosa i zarabianie pieniędzy. Byłem gotów podjąć się każdej pracy. Nie bałem się chwycić za
łopatę i kopać. Któregoś lata w czasie wakacji facet z naszej wsi załatwił mi robotę w fabryce
szkła w Grazu, gdzie pracował. Miałem za zadanie przerzucać łopatą potłuczone szkło z wielkich
stosów do pojemnika na kółkach, zawozić do fabryki i ładować do pieca, w którym znów je
topiono. Wypłatę dostawałem pod koniec dnia.
Następnego lata dowiedziałem się o pracy w tartaku w Grazu. Wziąłem szkolną torbę
i spakowałem do niej chleb z masłem. Potem wsiadłem do autobusu, dotarłem do tartaku,
zebrałem się na odwagę i wszedłem do środka. Poprosiłem o rozmowę z właścicielem.
Zaprowadzili mnie do jego biura.
– Czego chcesz? – zapytał.
– Szukam pracy.
– Ile masz lat?
– Czternaście.
– Co zamierzasz robić? Przecież nic nie umiesz!
Mimo to zaprowadził mnie na podwórko i przedstawił ludziom, którzy pracowali przy
maszynie tnącej kawałki drewna na opał.
– Tu będziesz pracował – oznajmił.
Zacząłem od razu i pracowałem tam do końca wakacji. Do moich obowiązków należało
ładowanie łopatą wielkich gór trocin na ciężarówki, które je wywoziły. Zarobiłem tysiąc
czterysta szylingów, równowartość pięćdziesięciu pięciu dolarów. W tamtych czasach to była
duża suma. Największą dumę budziło jednak we mnie to, że choć byłem jeszcze dzieckiem,
płacono mi jak dorosłemu.
Wiedziałem, co zrobić z pieniędzmi. Przez całe życie donaszałem ubrania po Meinhardzie,
nigdy nie miałem nowych rzeczy. Właśnie zacząłem uprawiać sport – należałem do szkolnej
drużyny piłkarskiej – i tak się złożyło, że tamtego roku modne były dresy: długie czarne spodnie
i czarne bluzy zapinane na suwak. Uważałem, że wyglądają doskonale, i nawet pokazywałem
rodzicom zdjęcia noszących je sportowców w czasopismach. Ale oczywiście nie chcieli mi ich
kupić, więc przede wszystkim sprawiłem sobie dres, a resztę pieniędzy przeznaczyłem na rower.
Nie starczyło mi na nowy, był jednak w Thal gość, który składał rowery z używanych części,
i kupiłem od niego taki. Nikt w domu nie miał roweru; ojciec swój sprzedał po wojnie, żeby mieć
pieniądze na jedzenie, i nigdy nie kupił sobie następnego. Chociaż mój rower nie był idealny,
dwa kółka oznaczały wolność.
ROZDZIAŁ 2
Praca nad ciałem
Z ostatniego
roku
nauki
w Hauptschule
najlepiej
zapamiętałem
próbne
alarmy
przeprowadzane na wypadek wybuchu wojny atomowej. Zaczynały wyć syreny, a my
składaliśmy wtedy podręczniki, chowaliśmy się pod ławki z głową między kolanami
i zamykaliśmy oczy. Nawet dziecko zdawało sobie sprawę, że to żałosne.
W czerwcu 1961 roku wszyscy tkwiliśmy przed telewizorami i oglądaliśmy wiedeńskie
spotkanie na szczycie amerykańskiego prezydenta Johna F. Kennedy’ego i radzieckiego
przywódcy Nikity Chruszczowa. W niewielu domach były telewizory, ale wszyscy znali sklep
z urządzeniami elektrycznymi przy Lendplatz w Grazu, który wystawiał w oknach dwa
odbiorniki telewizyjne. Biegliśmy tam i sterczeliśmy na chodniku, oglądając w wiadomościach
informacje na temat tego spotkania. Kennedy sprawował urząd prezydenta od niespełna pół roku
i większość komentatorów uważała za błąd, iż prowadzi już rozmowy z Chruszczowem, który
był prymitywny, wygadany i szczwany jak lis. My, dzieci, nie mieliśmy zdania w tej kwestii,
a ponieważ telewizory stały za szybą, i tak nie słyszeliśmy komentarzy. Ale wszystko
oglądaliśmy! Uczestniczyliśmy w wydarzeniach.
Ze względu na położenie geograficzne żyliśmy w ciągłym strachu. Za każdym razem, gdy
między Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi wybuchał jakiś konflikt, baliśmy się,
że już po nas. Sądziliśmy, że Chruszczow zrobi Austrii coś strasznego, bo znajdowaliśmy się
pośrodku; zresztą właśnie dlatego zorganizowano szczyt wiedeński. Rozmowy nie przebiegały
pomyślnie. W pewnym momencie, po wystąpieniu z jakimś wrogim żądaniem, Chruszczow
oświadczył: „To od Stanów Zjednoczonych zależy, czy będzie wojna, czy pokój”, a wtedy
Kennedy odpowiedział groźnie: „Jeśli tak, panie przewodniczący, to niech będzie wojna. Przed
nami długa, mroźna zima”. Gdy tamtej jesieni Chruszczow kazał zbudować mur w Berlinie,
dorośli mówili: „No to mamy”.
Żandarmeria była wówczas jedyną siłą zbrojną, jaką dysponowała Austria, i ojciec musiał
pojechać na granicę w mundurze i z całym wyposażeniem. Nie było go przez tydzień, dopóki nie
zażegnano kryzysu.
***
Tymczasem żyliśmy w napięciu, co chwilę mieliśmy próbne alarmy na wypadek wojny
atomowej. W mojej klasie, do której chodziło trzydziestu dorastających chłopaków, testosteron
aż kipiał, ale żaden z nas nie chciał wojny. Najbardziej interesowały nas dziewczyny. Były
zagadką, zwłaszcza dla takich chłopców jak ja, którzy nie mieli sióstr. Widywaliśmy je w szkole
tylko na dziedzińcu przed lekcjami, bo uczyły się w oddzielnym skrzydle budynku. Były to te
same dziewczyny, z którymi dorastaliśmy, ale nagle zaczęły wydawać nam się jakieś inne. Jak
z nimi rozmawiać? Osiągnęliśmy wiek, w którym odczuwa się popęd seksualny, lecz przejawia
się on w dziwny sposób. Na przykład któregoś ranka przed szkołą obrzuciliśmy koleżanki
śnieżkami.
Na pierwszej lekcji tamtego dnia mieliśmy matematykę. Zamiast otworzyć podręcznik,
nauczyciel powiedział:
– Widziałem was, łobuzy. Lepiej o tym porozmawiajmy.
Baliśmy się, że oberwiemy. To był ten sam belfer, przez którego kolega wybił sobie zęby.
Ale tamtego dnia facet nie miał bojowego nastroju.
– Chcecie, chłopcy, żeby te dziewczęta was lubiły, prawda? – Kilku z nas pokiwało
głowami. – To naturalne, że tego chcecie, bo kochamy płeć przeciwną. Potem będziecie chcieli je
całować, przytulać, kochać się z nimi. Czy nie tego każdy z was chce?
Znów kiwanie głowami.
– Więc nie mówcie mi, że rzucanie śnieżkami w dziewczyny ma sens! Czy tak okazujecie
miłość? Czy w taki sposób mówicie: „Naprawdę cię lubię”? Skąd się to u was wzięło?
Teraz naprawdę przykuł naszą uwagę.
– Bo jeśli chodzi o moje podchody do dziewcząt – ciągnął – to pamiętam, że raczej
prawiłem im komplementy, całowałem je, przytulałem i starałem się, żeby było im dobrze. Oto,
co robiłem.
Ojcowie tak z nami nie rozmawiali. Zrozumieliśmy, że jeśli chcemy zdobyć dziewczynę,
musimy zadać sobie trochę trudu i nawiązać rozmowę, a nie ślinić się jak pies w rui. Trzeba
nawiązać nić porozumienia. Byłem jednym z tych, którzy rzucali śnieżkami. I wziąłem sobie te
rady głęboko do serca.
W ostatnim tygodniu nauki doznałem prawdziwego objawienia. Stało się to, gdy pisałem
wypracowanie. Nauczyciel historii zawsze wybierał czterech albo pięciu uczniów, wręczał im
gazetę i kazał pisemnie odnieść się do artykułu czy zdjęcia, które ich zainteresowało. Tym razem
padło na mnie i dostałem stronę z działem sportowym. Widniało na niej zdjęcie Kurta Marnula,
mistrza Austrii, który ustanowił rekord w wyciskaniu na ławce: sto dziewięćdziesiąt kilogramów.
Ten wyczyn mnie zainspirował. Najbardziej jednak uderzyło mnie to, że Marnul nosił
okulary. Widziałem je wyraźnie. Były lekko przyciemnione. Okulary kojarzyły mi się
z intelektualistami – nauczycielami i księżmi – a tu proszę, Kurt Marnul leżał na ławce
w koszulce bez rękawów, miał potężną klatkę piersiową i wąskie biodra, podnosił ciężką sztangę
i miał na nosie okulary. Patrzyłem i patrzyłem na to zdjęcie. Jak to możliwe, że ktoś, kto od szyi
w górę wygląda jak profesor, wyciska na ławce sto dziewięćdziesiąt kilo?
O tym właśnie napisałem. Przeczytałem moją pracę na głos i ku mojemu zadowoleniu
w klasie rozległy się śmiechy. Wyszedłem z klasy zafascynowany tym, że można być
bystrzakiem i siłaczem jednocześnie.
Wraz z zainteresowaniem dziewczynami przyszła świadomość własnego ciała. Zacząłem
jeszcze bardziej pasjonować się sportem: przyglądałem się sportowcom, obserwowałem, jak
ćwiczą, co robią ze swoimi ciałami. Rok wcześniej nic to dla mnie nie znaczyło, teraz znaczyło
wszystko.
Gdy tylko skończył się rok szkolny, ja i wszyscy moi koledzy pojechaliśmy do Thalersee,
naszego letniego miejsca spotkań; pływaliśmy w jeziorze, uprawialiśmy zapasy w błocie
i graliśmy w nogę. Szybko zaprzyjaźniłem się z bokserami, zapaśnikami i innymi sportowcami.
Poprzedniego lata poznałem jednego z ratowników, Willego Richtera, który miał już ponad
dwadzieścia lat. Pozwolił mi zostać swoim przybocznym i pomocnikiem. Willi był dobrym,
wszechstronnym sportowcem. Po pracy włóczyłem się za nim i patrzyłem, jak ćwiczy. Park
traktował jak salę gimnastyczną, podciągał się na gałęziach, robił na ziemi pompki i przysiady,
biegał po ścieżkach i wykonywał skoki z miejsca. Od czasu do czasu prężył przede mną muskuły,
wprawiając mnie w niekłamany podziw.
Willi przyjaźnił się z dwoma braćmi – oni to dopiero byli wysportowani. Starszy z nich
studiował na uniwersytecie. Obaj podnosili ciężary, uprawiali kulturystykę, a w dniu, w którym
ich poznałem, trenowali pchnięcie kulą. Spytali, czy chciałbym spróbować, i zaczęli mnie uczyć
postawy i kroków. Potem poszliśmy pod drzewo, na którym Willi się podciągał. On także nagle
zapytał: „Może spróbujesz?”. Ledwo mogłem się utrzymać, bo do tego trzeba mieć naprawdę
silne palce, a gałąź była gruba. Udało mi się podciągnąć raz czy dwa, ale potem dałem za
wygraną.
– Wiesz co, jeśli będziesz ćwiczył przez całe lato, gwarantuję ci, że zdołasz podciągnąć się
dziesięć razy, a to nie byle co. I założę się, że po obu stronach najszerszych grzbietu przybędzie
ci po centymetrze.
– Miał na myśli mięśnie najszersze grzbietu, latissimi dorsi.
Pomyślałem: O rany, to niesamowite, tylko od jednego ćwiczenia! Potem poszliśmy za nim
na szczyt pagórka i towarzyszyliśmy mu podczas dalszego treningu. Od tamtej pory ćwiczyłem
z nim codziennie.
Poprzedniego lata Willi zabrał mnie do Wiednia na mistrzostwa świata w podnoszeniu
ciężarów. Wybraliśmy się samochodem z kilkoma facetami i jechaliśmy cztery godziny. Podróż
trwała dłużej, niż przypuszczaliśmy, i zdążyliśmy dopiero na ostatnią kategorię, czyli wagę
superciężką. Zwyciężył wielki Rosjanin, Jurij Własow. Tysiące ludzi na widowni krzyczały
i wyły, gdy wycisnął nad głowę sto dziewięćdziesiąt i pół kilo. Po mistrzostwach w podnoszeniu
ciężarów
odbywały
się
zawody
kulturystyczne
i wtedy
pierwszy
raz
zobaczyłem
wysmarowanych oliwą facetów, prężących mięśnie w kulturystycznych pozach. Później
poszliśmy za kulisy i zobaczyłem Własowa z bliska. Nie wiem, jak się tam dostaliśmy – może
ktoś miał znajomości w klubie sztangistów w Grazu.
To była przygoda i wspaniale się bawiłem, ale mając trzynaście lat, nie sądziłem, że to
będzie moja przyszłość. Jednak rok później coś zaczęło do mnie docierać i uświadomiłem sobie,
że chcę być silny i muskularny. Obejrzałem film Hercules and the Captive Women i bardzo mi
się spodobał. Ciało bohatera zrobiło na mnie wielkie wrażenie.
– Wiesz chyba, kim jest ten aktor? – zapytał Willi. – To Mister Universe, Reg Park. –
Opowiedziałem Willemu o moim wypracowaniu. Okazało się, że był przy tym, jak Kurt Marnul
ustanawiał swój rekord.
– To mój kolega – oznajmił Willi.
Kilka dni później powiedział:
– Kurt Marnul przyjedzie dziś wieczorem nad jezioro. No wiesz, ten facet, którego
widziałeś na zdjęciu.
– To wspaniale! – wykrzyknąłem.
Czekałem na niego z kolegą z klasy. Pływaliśmy i jak zwykle siłowaliśmy się w błocie, gdy
wreszcie pojawił się Marnul z piękną dziewczyną.
Miał na sobie obcisłą koszulkę, ciemne spodnie i te same przyciemnione okulary. Przebrał
się w budce ratownika i wyszedł z niej w skąpych kąpielówkach. Szczęki nam opadły. Wyglądał
niesamowicie! Słynął z gigantycznych mięśni naramiennych oraz czworobocznych i rzeczywiście
był potężny w ramionach. Miał wąską talię i wypracowane mięśnie brzucha – wyglądał
fantastycznie.
Dziewczyna, która z nim była, też przebrała się w kostium kąpielowy – bikini – i również
wyglądała olśniewająco. Przywitaliśmy się z nimi, a potem kręciliśmy się w pobliżu
i patrzyliśmy, jak pływają.
Wtedy już naprawdę mnie wzięło. Marnul regularnie przyjeżdżał nad jezioro, często
z fantastycznymi dziewczynami. Był miły dla mnie i mojego kumpla, Karla Gerstla, bo wiedział,
że jest naszym idolem. Karl był jasnowłosym chłopakiem mojego wzrostu, parę lat starszym ode
mnie, któremu sam się przedstawiłem, gdy zauważyłem, że ma wyrobione mięśnie.
– Ćwiczysz? – zagadnąłem go.
– Uhm – mruknął. – Zacząłem od podciągań i stu brzuszków dziennie, ale nie wiem, co
dalej. – Zaproponowałem mu więc, żeby trenował codziennie z Willim i ze mną. Ćwiczenia
zadawał nam Marnul.
Wkrótce dołączyli do nas inni: koledzy Willego i faceci z siłowni, w której ćwiczył Kurt,
wszyscy starsi ode mnie. Najstarszym z nich był osiłek po czterdziestce, który nazywał się Mui.
Zawodowy zapaśnik u szczytu formy, teraz trenował tylko ze sztangą. Tak jak Marnul trwał
w kawalerskim stanie. Utrzymywał się z rządowego stypendium i był wiecznym studentem na
uniwersytecie. Równy gość, bystry i znający się na polityce, mówił płynnie po angielsku
i odgrywał ważną rolę w naszej grupie, ponieważ tłumaczył nam angielskie i amerykańskie
czasopisma kulturystyczne. No i „Playboya”.
Stale otaczały nas dziewczyny – takie, które chciały z nami ćwiczyć albo po prostu się
z nami prowadzać. Europa zawsze była mniej purytańska niż Stany Zjednoczone. Do spraw
cielesnych podchodziło się w sposób bardziej otwarty, nie tak wstydliwie, z mniejszym
skrępowaniem. W ustronnych miejscach nad jeziorem widywało się nagich plażowiczów. Moi
koledzy spędzali wakacje w koloniach nudystów w Jugosławii i we Francji, czuli się wolni.
A z pagórkami, zaroślami i ustronnymi ścieżkami Thalersee było idealnym miejscem spotkań
zakochanych. Gdy miałem dziesięć czy jedenaście lat i sprzedawałem tam lody, nie bardzo
wiedziałem, dlaczego prawie wszyscy rozkładają się na wielkich kocach w krzakach, ale później
zrozumiałem. Tamtego lata wymyśliliśmy, że będziemy żyli jak gladiatorzy, jakbyśmy cofnęli się
w czasie. Piliśmy wodę i czerwone wino, jedliśmy mięso, uprawialiśmy miłość, biegaliśmy po
lesie i ćwiczyliśmy. Co tydzień rozpalaliśmy ognisko nad jeziorem i piekliśmy shish kebab
z pomidorami i cebulą. Leżeliśmy pod gwiazdami i obracaliśmy rożny nad ogniem, aż mięso
było idealne.
Mięso na te uczty kupował ojciec Karla, Fredi Gerstl. Był jedynym prawdziwym
mózgowcem w grupie, mocno zbudowanym facetem w grubych okularach, który sprawiał
wrażenie raczej kumpla niż ojca. Interesował się polityką i razem z żoną prowadził dwa
największe kioski z prasą i papierosami w Grazu. Stał na czele stowarzyszenia sprzedawców
wyrobów tytoniowych, ale najbardziej lubił pomagać młodym ludziom. W niedziele on i jego
żona brali swojego boksera na smycz i spacerowali wokół jeziora, a my z Karlem wlekliśmy się
za nimi. Nigdy nie wiadomo było, co Frediemu przyjdzie do głowy. W jednej chwili rozprawiał
o zimnej wojnie, a w następnej droczył się z nami, że jeszcze nic nie wiemy o dziewczynach.
Kiedyś uczył się śpiewu operowego, więc czasami stawał na brzegu jeziora i śpiewał. Pies wył do
wtóru, a wtedy Karl i ja, zawstydzeni, dawaliśmy nogę – wyrywaliśmy do przodu albo
zostawaliśmy w tyle.
To Fredi wymyślił zabawę w gladiatorów.
– Co wy, chłopaki, wiecie o treningu siłowym? – zapytał któregoś dnia. – Dlaczego nie
bierzecie przykładu z rzymskich gladiatorów? Oni wiedzieli, jak się ćwiczy!
Chociaż nakłaniał Karla do studiów medycznych, był zachwycony tym, że jego syn
uprawia sport. Wierzył w harmonię ciała i umysłu.
– Powinniście budować jak najdoskonalsze ciało, ale także doskonalić umysł – mawiał. –
Czytajcie Platona! Starożytni Grecy nie tylko zapoczątkowali olimpiady, lecz także dali nam
wielkich filozofów, i dobrze by było, żebyście skorzystali z jednego i drugiego.
Opowiadał nam historie o greckich bogach, mówił o urodzie ciała i ideale piękna.
– Wiem, że część z tego wpada wam jednym uchem, a drugim wypada, ale będę wam to
wbijał do głów, aż któregoś dnia, jak przyjdzie co do czego, zrozumiecie, jakie to ważne.
Wtedy jednak bardziej skupialiśmy się na tym, czego możemy się nauczyć od Kurta
Marnula. Był dla nas atrakcyjniejszy i jako Mister Austria cieszył się największą popularnością.
Miał wspaniałe ciało, dziewczyny i rekord świata w wyciskaniu na ławce, a do tego jeździł alfą
romeo z opuszczanym dachem. Z czasem poznałem jego rozkład dnia. Pracował jako
brygadzista, nadzorował robotników drogowych. Zaczynał wcześnie rano i kończył o piętnastej.
Potem spędzał trzy godziny w siłowni, gdzie intensywnie trenował. Pozwalał, żebyśmy do niego
przychodzili, bo chciał nas czegoś nauczyć: pracujesz, zarabiasz forsę i stać cię na taki
samochód, trenujesz i wygrywasz mistrzostwa. Żadnej drogi na skróty, na wszystko trzeba
zapracować.
Marnul lubił piękne dziewczyny. Potrafił wypatrzyć je wszędzie: w restauracjach, nad
jeziorem, na boiskach. Czasami zapraszał je do siebie do pracy, gdzie w koszulce bez rękawów
dyrygował robotnikami i kierował sprzętem. Potem podchodził do tych dziewczyn i z nimi
gawędził. Thalersee odgrywało w jego życiu kluczową rolę. Zwyczajny facet po prostu
zaprosiłby dziewczynę na drinka po pracy, ale nie Kurt. On zawoził ją alfą nad jezioro, żeby
razem popływać. Potem jedli kolację w restauracji i za każdym razem zamawiał wino.
W samochodzie zawsze woził butelkę wina i koc. Po kolacji wracali nad jezioro i wybierali sobie
jakieś romantyczne miejsce. Karl rozkładał koc, otwierał wino i nadal urabiał dziewczynę. Jego
widok
w akcji
przyspieszył
proces
zapoczątkowany
przez
nauczyciela
matematyki:
zapamiętywałem teksty Kurta i jego taktykę, łącznie z kocem i winem. Wszyscy to robiliśmy.
I na dziewczyny to działało!
Kurt i inni widzieli we mnie potencjał, bo szybko stałem się muskularny i jeszcze
silniejszy. Pod koniec lata zaproponowali mi, żebym potrenował z nimi w Grazu, ze sztangami.
Sala gimnastyczna Stowarzyszenia Sportowców mieściła się pod trybunami stadionu piłki
nożnej. Była to wielka betonowa sala z lampami na suficie i podstawowym sprzętem: sztangami,
hantlami, drążkami do podciągania się i ławkami do wyciskania. Pełno w niej było potężnych
facetów, którzy dyszeli i sapali. Kumple znad jeziora pokazali mi kilka podstawowych ćwiczeń
i przez następne trzy godziny ćwiczyłem z entuzjazmem, wykonując dziesiątki wyciskań,
przysiadów i ugięć ramion.
Zwykły trening dla początkujących składa się z trzech serii po dziesięć powtórzeń każdego
ćwiczenia, żeby rozruszać mięśnie. Jednak nikt mi tego nie powiedział. Stali bywalcy sali pod
stadionem lubili wpuszczać nowych w maliny. Podpuścili mnie tak, że wykonałem dziesięć serii
każdego z ćwiczeń. Gdy skończyłem, radośnie wziąłem prysznic – w domu nie mieliśmy bieżącej
wody, więc zawsze marzyłem o prysznicu pod stadionem, mimo że była w nim tylko zimna
woda. Potem ubrałem się i wyszedłem.
Nogi miałem jak z gumy, lecz zbytnio się tym nie przejmowałem. Jednak gdy wsiadłem na
rower, zaraz z niego spadłem. To było dziwne, w dodatku stwierdziłem, że prawie nie mam
władzy w rękach i nogach. Znów wsiadłem na rower, ale nie mogłem zapanować nad kierownicą,
a uda trzęsły mi się jak galareta. Zjechałem na pobocze i wpadłem do rowu. To było żałosne.
Wreszcie się poddałem i zsiadłem z roweru. Skończyło się na tym, że musiałem iść do domu na
piechotę. Była to heroiczna sześcioipółkilometrowa wędrówka. Mimo to nie mogłem się
doczekać, kiedy wrócę na siłownię i zacznę ćwiczyć z obciążeniem.
Tamto lato było cudowne: zamiast egzystować, zacząłem żyć. Wyrwałem się z ogłupiającej
rutyny życia w Thal, w ramach której wstawałem, szedłem po mleko do sąsiadów, wracałem do
domu, robiłem pompki i brzuszki, podczas gdy matka przygotowywała mi śniadanie, a ojciec
szykował się do pracy. Nagle pojawiły się radość, element walki, ból, zadowolenie,
przyjemności, kobiety, emocje. Myślałem: To jest życie! To fantastyczne! Chociaż ceniłem ojca
i to, co osiągnął dzięki dyscyplinie, jego dokonania zawodowe, sportowe i muzyczne, to jednak
sam fakt, że był moim ojcem, umniejszał znaczenie tego wszystkiego. Ni stąd, ni zowąd
zyskałem nowe życie, które należało tylko do mnie.
***
Jesienią 1962 roku, w wieku piętnastu lat, zacząłem nowy rozdział w życiu. Zapisałem się
do szkoły zawodowej w Grazu i rozpocząłem naukę konkretnego fachu. Mimo że nadal
mieszkałem z rodzicami, rodzinę pod wieloma względami zastąpiła sala gimnastyczna. Starsi
faceci pomagali młodszym. Podchodzili, żeby zwrócić uwagę, gdy zrobiło się coś źle, albo żeby
poradzić, jak poprawić formę. Jednym z moich partnerów stał się Karl Gerstl i obaj
poznawaliśmy radość, jaką daje wzajemne motywowanie się i rywalizacja.
– Zrobię dziesięć powtórzeń z tą sztangą, gwarantuję ci – mówił Karl, po czym robił
jedenaście, żeby wywrzeć na mnie wrażenie, i wykrzykiwał: – To było fantastyczne!
Patrzyłem na niego i odpowiadałem:
– A ja zrobię dwanaście!
Wiele pomysłów na ćwiczenia braliśmy z czasopism. W Niemczech ukazywały się pozycje
poświęcone budowaniu ciała i podnoszeniu ciężarów, ale amerykańskie były o niebo lepsze,
a Mui nam je tłumaczył. Te czasopisma były naszą biblią, jeśli chodzi o odżywianie się, sposób
przyrządzania napojów proteinowych wspomagających budowę mięśni, ćwiczenia z partnerem.
Przedstawiały bodybuilding jako drogę do realizacji marzeń. W każdym numerze zamieszczano
zdjęcia mistrzów i opis ich ćwiczeń. Oglądaliśmy więc uśmiechniętych facetów prężących
mięśnie na Muscle Beach w Venice w Kalifornii, oczywiście w otoczeniu fantastycznych
dziewczyn w seksownych kostiumach kąpielowych. Wszyscy znaliśmy nazwisko wydawcy,
Joego Weidera, Hugh Hefnera świata kulturystyki. Był właścicielem czasopism, w każdym
wydaniu zamieszczał felieton ze zdjęciem i lansował swoją żonę Betty, piękną modelkę, którą
można było zobaczyć na niemal każdej fotce z plaży.
Wkrótce życie w siłowni pochłonęło mnie bez reszty. Myślałem tylko o treningach. Którejś
niedzieli, gdy okazało się, że sala gimnastyczna jest zamknięta, włamałem się do niej
i ćwiczyłem w przejmującym zimnie. Musiałem owinąć sobie dłonie ręcznikami, żeby skóra nie
przywarła mi do metalowych prętów. Robiłem postępy tydzień po tygodniu, podnosiłem coraz
większe ciężary, moje mięśnie wytrzymywały coraz więcej powtórzeń, zmieniła mi się sylwetka
i masa. Zostałem członkiem drużyny Stowarzyszenia Sportowców. Byłem dumny, że ja, Arnold
Schwarzenegger, smarkacz, należę do tego samego klubu co Mister Austria, sławny Kurt Marnul.
Uprawiałem też inne sporty, ale reakcja mojego ciała na trening siłowy szybko
uzmysłowiła mi, w jakiej sferze mam największy potencjał i jak daleko mogę zajść. Nie
potrafiłem powiedzieć, co mnie napędza, wszystko jednak wskazywało na to, że urodziłem się,
by ćwiczyć, i czułem, że to przepustka, która pozwoli mi wyrwać się z Thal. Kurt Marnul mógł
zdobyć tytuł Mister Austria, myślałem, a przecież sam mi mówił, co mogę osiągnąć, jeśli będę
trenował, więc to właśnie zamierzam robić. Ta świadomość sprawiła, że wielogodzinne
podnoszenie ton stali było dla mnie przyjemnością. Każda bolesna seria, każde dodatkowe
powtórzenie stanowiło krok do celu, czyli zdobycia tytułu Mister Austria, a następnie udziału
w zawodach o tytuł Mister Europe. W listopadzie w domu towarowym w Grazu wziąłem do ręki
najnowszy numer „Muscle Builder”. Na okładce widniał Mister Universe, Reg Park. Był w stroju
Herkulesa, miał przepaskę na biodrach, i ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że to facet, który
grał w moim ulubionym filmie. W środku znajdowały się inne zdjęcia Parka: jak pozuje, trenuje,
zdobywa po raz drugi z rzędu tytuł Mister Universe, ściska rękę Joemu Weiderowi i gawędzi na
Muscle Beach z legendarnym Steve’em Reevesem, wcześniejszym Mister Universe, który
również grał główną rolę w filmach o Herkulesie.
Nie mogłem się doczekać, aż znajdę Mui i dowiem się, o czym opowiada artykuł. Okazało
się, że przedstawia całą drogę życiową Rega, od dzieciństwa w ubogim środowisku w angielskim
Leeds aż po zwycięstwo w zawodach o tytuł Mister Universe, wyjazd do Rzymu, by zagrać
Herkulesa, i małżeństwo z pięknością z RPA, gdzie mieszkał, gdy nie trenował na Muscle Beach.
Ta historia stała się dla mnie inspiracją. Mogłem zostać drugim Regiem Parkiem. Moje
marzenia nagle się skrystalizowały i nabrały sensu. Znajdę sposób, żeby wyjechać do Ameryki:
poprzez bodybuilding! I jakoś wkręcę się do filmu. Dzięki niemu stanę się znany na całym
świecie. Role przyniosą mi pieniądze – byłem przekonany, że Reg Park jest milionerem –
i pozwolą zdobywać najatrakcyjniejsze dziewczyny, co stanowiło bardzo ważny aspekt kariery.
W następnych tygodniach doskonaliłem tę wizję, aż stała się bardzo konkretna.
Zamierzałem wziąć udział w zawodach o tytuł Mister Universe, pobić rekord w podnoszeniu
ciężarów, wyjechać do Hollywood i być jak Reg Park. Widziałem to wszystko oczami wyobraźni
tak wyraźnie, że musiało się ziścić. Nie było innej możliwości: albo to, albo nic. Matka od razu
zauważyła, że coś się zmieniło. Wracałem do domu szeroko uśmiechnięty. Powiedziałem jej, że
trenuję, więc widziała, ile radości sprawia mi praca nad mięśniami.
Jednak z biegiem czasu moja obsesja zaczęła ją niepokoić. Wiosną całą ścianę nad łóżkiem
obwiesiłem zdjęciami mięśniaków. Byli to bokserzy, zawodowi zapaśnicy, ciężarowcy
i trójboiści, ale głównie kulturyści w pozach uwydatniających mięśnie, zwłaszcza Reg Park
i Steve Reeves. Byłem dumny z tej ściany. Działo się to jeszcze w epoce przed kserografami:
wyszukiwałem zdjęcia w czasopismach, zanosiłem je do przefotografowania, a następnie
zamawiałem odbitki dwadzieścia na dwadzieścia pięć centymetrów. Kupiłem miękką matę
pilśniową, kazałem ją pociąć na prostokąty, a potem przyklejałem do nich zdjęcia i wieszałem na
ścianie. Wyglądało to naprawdę nieźle. Jednak mama była zaniepokojona.
Wreszcie pewnego dnia postanowiła zasięgnąć rady specjalisty i ściągnęła do domu
lekarza, gdy jechał drogą z codziennymi wizytami lekarskimi.
– Chcę, żeby pan coś zobaczył. – Zaprowadziła go po schodach do mojego pokoju.
Siedziałem w salonie i odrabiałem lekcje, ale słyszałem większość rozmowy.
– Panie doktorze – mówiła matka – wszyscy inni chłopcy, koledzy Arnolda, wieszają na
ścianach zdjęcia dziewcząt. Wiem, bo widziałam. Plakaty, kolorowe fotosy, fotografie
z czasopism. A tu, proszę spojrzeć. Nadzy mężczyźni.
– Frau Schwarzenegger – odrzekł lekarz – nie ma w tym nic złego. Chłopcy szukają
inspiracji. Patrzą na ojca, ale często to nie wystarcza, bo ojciec to ojciec, więc spoglądają także
na innych mężczyzn. To nawet dobrze. Nie ma się pani czym martwić.
Wyszedł, a matka otarła łzy i udawała, że nic się nie stało. Później mówiła do koleżanek:
– Mój syn ma na ścianie w swoim pokoju zdjęcia siłaczy i atletów, i gdy na nie patrzy,
dostaje takiego napędu, że ćwiczy codziennie. Arnold, powiedz im, jakie ciężary podnosisz.
Oczywiście miałem już powodzenie u dziewczyn, lecz przecież nie mogłem powiedzieć
o tym matce.
Tamtej wiosny matka sama odkryła, jak wiele się zmieniło: poznałem dziewczynę, dwa lata
starszą ode mnie, która lubiła przebywać na świeżym powietrzu.
– Ja też lubię biwakować! – oznajmiłem. – Na sąsiednim polu jest naprawdę ładne miejsce,
tuż poniżej naszego domu. Może przyjdziesz z namiotem?
Zjawiła się następnego popołudnia i śmiejąc się, rozbiliśmy na polu jej śliczny namiocik.
Kilkoro dzieciaków z sąsiedztwa pomagało nam wbijać śledzie. Był w sam raz dla dwojga i miał
zasuwaną na zamek klapę. Kiedy dzieciaki sobie poszły, weszliśmy z dziewczyną do środka
i zaczęliśmy się obściskiwać. Dziewczyna zdjęła bluzeczkę, lecz nagle usłyszałem zgrzyt suwaka
i gdy się odwróciłem, zobaczyłem głowę matki. Urządziła nam straszną awanturę, nazwała
dziewczynę ulicznicą i dziwką, a potem pomaszerowała po stoku do domu. Panna była
przerażona. Z moją pomocą złożyła namiot i czym prędzej uciekła.
Po powrocie do domu pokłóciłem się z matką.
– Co to ma znaczyć?! – krzyczałem. – Najpierw mówisz lekarzowi, że mam te zdjęcia na
ścianie, a potem się martwisz, gdy nakrywasz mnie z dziewczyną. Nie rozumiem. Faceci tak
właśnie robią!
– Nie, nie, nie. Nie w moim obejściu.
Biedaczka musiała oswoić się z nową sytuacją. Była naprawdę wkurzona, a ja tylko
chciałem żyć własnym życiem! Tamtej soboty pojechałem do miasta i pogodziłem się
z dziewczyną – jej rodzice wyjechali i miała wolną chatę.
***
Ważną część nauki w szkole zawodowej, do której zacząłem chodzić jesienią 1962 roku,
stanowiły praktyki. Przed południem mieliśmy lekcje, a po południu rozchodziliśmy się po
mieście do swoich zajęć. To było znacznie lepsze niż siedzenie przez cały dzień w klasie. Moi
rodzice wiedzieli, że jestem dobry z matematyki, umiem liczyć w pamięci i to lubię, więc
załatwili, że będę szkolił się w handlu i przedsiębiorczości zamiast w zawodzie hydraulika czy
stolarza.
Praktykę odbywałem w MayerStechbarth, małym sklepie z materiałami budowlanymi przy
Neubaustrasse, zatrudniającym czterech pracowników. Jego właścicielem był Herr Matscher,
emerytowany prawnik, który zawsze wkładał do pracy garnitur. Prowadził sklep z żoną Christine.
Początkowo przydzielano mnie głównie do prac fizycznych, do układania drewna, do odgarniania
śniegu z chodnika. Lubiłem dostarczać towar: wnoszenie ciężkich płyt kompozytowych po
schodach do domu klientów było formą ćwiczeń. Wkrótce poproszono mnie o zrobienie
inwentaryzacji i zacząłem się interesować prowadzeniem sklepu. Nauczyłem się pisać
zamówienia i wykorzystywać wiedzę zdobytą na lekcjach księgowości.
Najważniejszą umiejętnością, jaką opanowałem, była jednak technika sprzedaży. Chodziło
o to, by nie pozwolić klientowi wyjść ze sklepu z pustymi rękami. Jeśli tak się stało, świadczyło
to o tym, że jesteś beznadziejnym sprzedawcą. Nawet jeśli miała to być tylko mała śrubka,
należało ją sprzedać. Wymagało to rozmaitych zabiegów. Jeśli nie mogłem sprzedać linoleum,
wciskałem odkurzacz.
Zakumplowałem się z drugim praktykantem, Franzem Janzem, ponieważ obu nas
fascynowała Ameryka. Rozmawialiśmy o niej bez końca, a nawet próbowaliśmy przetłumaczyć
moje nazwisko na angielski – wyszedł nam „czarny koniec”, choć „czarny oracz” byłby bliższy.
Zabrałem Franza do siłowni i próbowałem zainteresować treningiem, ale nie złapał bakcyla.
Bardziej interesowała go gra na gitarze. Należał do Mods, pierwszego zespołu rockowego
w Grazu.
Franz rozumiał jednak moją pasję. Któregoś dnia zauważył, że ktoś chce się pozbyć
zestawu sztang. Zaciągnął te sztangi do domu na sankach i namówił ojca, żeby oczyścił je z rdzy
i pomalował. Potem obaj mi je przywieźli. Wtedy zamieniłem nieogrzewane pomieszczenie przy
schodach w domową siłownię. Od tamtej pory mogłem zintensyfikować trening i ćwiczyć
w domu także w te dni, w które nie chodziłem na stadion.
W MayerStechbarth byłem znany jako ten praktykant, który chce wyjechać do Ameryki.
Państwo Matscherowie okazali nam wiele życzliwości. Uczyli nas, jak dogadywać się z klientami
i ze sobą nawzajem, jak wyznaczać sobie cele. Frau Matscher starała się wypełniać luki w naszej
edukacji. Uważała na przykład, że nie nauczono nas prowadzić rozmów towarzyskich, a chciała,
żebyśmy nabrali trochę ogłady. Gawędziła więc z nami o sztuce, religii i bieżących sprawach.
Żeby nagrodzić nasze wysiłki, częstowała nas chlebem z marmoladą.
***
W czasie gdy Frau Matscher zaczęła wprowadzać mnie w świat kultury, poznałem smak
sportowego sukcesu. Piwiarnia może wydawać się dziwnym miejscem, żeby zaczynać karierę
w sporcie, aleja właśnie tam ją zacząłem. Był marzec 1963 roku, miałem niespełna szesnaście lat,
gdy pierwszy raz wystąpiłem publicznie w barwach drużyny Stowarzyszenia Sportowców:
czarnych butach treningowych, brązowych skarpetach i ciemnym jednoczęściowym trykocie
z wąskimi ramiączkami i klubowym emblematem. Mieliśmy się zmierzyć z ciężarowcami
z rywalizującego z nami klubu, w ramach występów dla widowni złożonej z trzystu, czterystu
ludzi – wszyscy siedzieli przy długich stołach piwiarni w Grazu, palili papierosy i stukali się
kuflami.
Jako debiutant byłem bardzo podekscytowany i zdenerwowany, gdy wychodziłem na
scenę. Natarłem ręce kredą, żeby sztanga się nie ślizgała, i podniosłem sześćdziesiąt osiem
kilogramów, mój zwykły ciężar. Ludzie zaczęli klaskać. Ten aplauz wywołał efekt, jakiego się
nie spodziewałem: nie mogłem się doczekać, kiedy znów wyjdę na scenę. Tym razem, ku
mojemu zaskoczeniu, podniosłem osiemdziesiąt cztery kilogramy – o szesnaście kilo więcej niż
kiedykolwiek wcześniej. Niektórym ludziom idzie lepiej przed publicznością, innym gorzej.
Facet z przeciwnej drużyny był lepszym ciężarowcem niż ja, ale publiczność go
rozpraszała i podczas ostatniej próby nie dał rady podnieść sztangi. Później powiedział mi, że nie
mógł się skupić tak jak w siłowni. Ze mną było odwrotnie: obecność publiczności dodawała mi
siły i stanowiła motywację, działała na moje ego. Odkryłem, że o wiele, wiele lepiej radzę sobie
przed widownią.
ROZDZIAŁ 3
Wyznania czołgisty
W bazie wojskowej pod Grazem stacjonowała jedna z dywizji pancernych armii
austriackiej. Dowiedziałem się o tym, bo wszyscy młodzi mężczyźni w Austrii musieli odbyć
służbę wojskową, i zamierzałem znaleźć dla niej miejsce w mojej wizji przyszłości. Pomyślałem,
że komisja poborowa prawdopodobnie przydzieli kogoś o mojej budowie do piechoty, żeby
wnosił karabiny maszynowe i amunicję w góry. Ale piechota stacjonowała w Salzburgu, a to
kolidowało z moim planem. Chciałem zostać w Grazu i nadal trenować. Zamierzałem zostać
mistrzem świata w kulturystyce, a nie walczyć na wojnie. Nie było to także celem armii
austriackiej. Mieliśmy własne wojsko, bo nam pozwolono. Miało to świadczyć o naszej
suwerenności. Była to jednak mała armia i nikt nie przewidywał, że będzie brała udział
w prawdziwej walce.
Bardzo chciałem wstąpić do wojska i wyjechać z domu – byłby to mój pierwszy wyjazd.
Właśnie skończyłem naukę i wiedziałem, że im szybciej odsłużę wojsko, tym szybciej dostanę
paszport.
Pomysł, żeby zostać czołgistą, wydawał się niezły. Kilku kolegów, którzy wstąpili do
wojska, służyło w Grazu, więc zasypywałem ich pytaniami na temat bazy. Było tam wiele
stanowisk dla rekrutów, zarówno w administracji, jak i w kuchni, gdzie nie miało się styczności
z czołgiem. Moi kumple służyli w piechocie zmechanizowanej, do której należą żołnierze
stanowiący wsparcie dla czołgów i odpowiednio przeszkoleni: jeżdżą na czołgach, po
wkroczeniu do walki zeskakują z nich, szukają min przeciwczołgowych i tak dalej.
Mnie jednak fascynowały same czołgi. Uwielbiałem te wielkie maszyny, z pewnością do
takich należał skonstruowany przez Amerykanów M47 Patton. Miał trzy i pół metra szerokości,
silnik o mocy ośmiuset koni mechanicznych i ważył pięćdziesiąt ton. Był tak potężny, że mógł
przejechać przez ceglany mur, a siedzący w środku człowiek nawet by tego nie zauważył. Nie
mieściło mi się w głowie, że ktoś mógłby powierzyć coś tak wielkiego i drogiego
osiemnastolatkowi. Inną atrakcją było to, że aby zostać kierowcą czołgu, należało najpierw
zrobić prawo jazdy na motocykl, samochód, ciężarówkę i traktor. Wojsko opłacało wszystkie te
kursy, które w cywilu kosztowałyby tysiące szylingów. W całej armii austriackiej było tylko
dziewięćset czołgów, a ja chciałem się wyróżnić.
Ojciec, który marzył, że zostanę policjantem albo żołnierzem, z radością szepnął słówko
dowódcy bazy, swojemu kumplowi z czasów wojny. Ten pasjonował się sportem i chętnie
przyjął mnie do siebie. Gdy tylko przeszedłem szkolenie, postarał się, żebym w bazie miał do
dyspozycji sprzęt treningowy.
Wszystko poszłoby doskonale, lecz się przeliczyłem. Zaczynałem zdobywać trofea
w podnoszeniu ciężarów, byłem mistrzem juniorów w regionie, a latem zdobyłem mistrzostwo
Austrii w trójboju siłowym w kategorii wagi ciężkiej, pokonując bardziej doświadczonych
zawodników. Choć wystarczyło na mnie spojrzeć, by wiedzieć, że jestem tylko wyrośniętym
nastolatkiem, odnosiłem także sukcesy w kulturystyce. Wygrałem w mistrzostwach regionu
i zająłem trzecie miejsce w zawodach o tytuł Mister Austria – stanąłem na podium z Kurtem
Marnulem, który nadal był niepokonany. Tuż przed wstąpieniem do wojska zgłosiłem się do
pierwszego turnieju międzynarodowego, odpowiednika Mister Europe w klasie juniorów. Nie
wiedziałem, że przez całe sześć tygodni szkolenia podstawowego nie będę mógł wyjechać
z Grazu.
Nie miałem nic przeciwko szkoleniu wojskowemu. Nauczyło mnie ono, że coś, co
z początku wydaje się niemożliwe, jest do osiągnięcia.
Nie sądziliśmy, że uda nam się wspiąć na klif z całym ekwipunkiem polowym. Ale gdy
dostawaliśmy taki rozkaz, wspinaliśmy się, i już. Po drodze zbieraliśmy grzyby i upychaliśmy je
do kieszeni, a wieczorem oddawaliśmy kucharzowi, żeby ugotował z nich zupę.
Jednak bardzo chciałem wziąć udział w zawodach juniorów o tytuł Mister Europe i nie
mogłem przestać o tym myśleć. W każdej wolnej chwili ćwiczyłem w latrynie prezentację.
Błagałem instruktora musztry, aby potraktował to jako zdarzenie losowe i pozwolił mi pojechać
do Stuttgartu na turniej. Jednak nie było o tym mowy. W wieczór przed zawodami postanowiłem
chrzanić wszystko i wyszedłem za bramę bez przepustki.
Po siedmiogodzinnej podróży pociągiem znalazłem się w Stuttgarcie, zaprezentowałem
pozy przed liczącą kilkuset fanów widownią i napawałem się oklaskami. Zdobyłem tytuł Best
Built Junior Athlete of Europe 1965, czyli najlepiej zbudowanego młodego sportowca. Był to
mój pierwszy pobyt za granicą i nigdy nie występowałem przed tak liczną publicznością. Czułem
się jak King Kong.
Niestety, po powrocie do obozu szkoleniowego spotkała mnie kara. Zostałem zamknięty
w karcerze i siedziałem tam przez dwadzieścia cztery godziny. Dowództwo dowiedziało się
jednak o moim zwycięstwie i kazało mnie wypuścić. Przez resztę szkolenia się nie wychylałem
i wkrótce zgłosiłem się do jednostki pancernej, którą dowodził kolega ojca. Od tamtej pory
służba wojskowa była dla mnie jak jazda kradzionym samochodem. Zorganizowałem sobie
w barakach siłownię i ćwiczyłem po cztery godziny dziennie, bo na tyle mi pozwolono.
Niektórzy oficerowie i szeregowi żołnierze także zaczęli ćwiczyć. Po raz pierwszy w życiu
codziennie jadłem mięso, prawdziwe proteiny. Nabierałem ciała tak szybko, że co trzy miesiące
dostawałem mundur o jeden numer większy.
Kurs prawa jazdy na motocykl zacząłem od razu, a na samochód – w następnym miesiącu.
Uczyliśmy się podstaw mechaniki, bo musieliśmy umieć naprawić pojazd. Potem był kurs
prowadzenia ciężarówek, co okazało się trudniejsze, ponieważ wojskowe ciężarówki miały
ręczną, niezsynchronizowaną skrzynię biegów. Żeby zmienić bieg na wyższy albo niższy,
należało wrzucić na luz, dwukrotnie nacisnąć sprzęgło i zwiększyć obroty silnika, aby uzyskać
odpowiednią prędkość. To często powodowało straszliwy zgrzyt skrzyni biegów i prowadziło do
stresujących sytuacji, bo już po krótkim szkoleniu kazano nam wyjechać na ulice. Dopóki ten
system nie wszedł człowiekowi w krew, trudno było nie odrywać wzroku od drogi przy zmianie
biegów. Właśnie zmagałem się z dźwignią, gdy jadące przede mną samochody nagle się
zatrzymywały i musiałem hamować, jednocześnie redukując bieg – a wszystko to przy wtórze
wrzasków instruktora. Kiedy wracaliśmy do bazy, byłem zlany potem – ale był to doskonały
sposób na pozbycie się zbędnego tłuszczu.
Prowadzenie traktora z przyczepą, czyli następny etap, też było trudne, szczególnie cofanie
przy użyciu lusterek i kręcenie kierownicą w odwrotnym kierunku. Opanowanie tej umiejętności
zajęło mi sporo czasu i kosztowało kilka kolizji i stłuczek. Gdy zdałem egzaminy i przeszedłem
do czołgów, poczułem ulgę.
M47 jest tak skonstruowany, że prowadzi się go jedną ręką, przy użyciu drążka sterującego
biegami i ruchem gąsienic. Siedzi się w lewym przednim kącie kadłuba, z pedałami gazu
i hamulca pod stopami. Metalowy fotel można podnosić i opuszczać, zwykle prowadzi się
z głową wystawioną przez otwarty właz, aby lepiej widzieć. Przed wkroczeniem do walki
opuszcza się siedzenie i zamyka właz, a potem patrzy przez peryskop. W nocy używa się
prymitywnego detektora podczerwieni, żeby widzieć drzewa, zarośla i inne czołgi. Mimo
wysokiego wzrostu mieściłem się w fotelu, ale prowadzenie czołgu przy zamkniętym włazie
czasami wywołuje klaustrofobię. Byłem naprawdę dumny, że uczę się prowadzić tę potężną
maszynę, bo nigdy do tej pory nie miałem z czymś takim do czynienia.
Najbliższym polem manewrowym był rozległy pas ziemi ciągnący się wzdłuż pagórków
między Thal a Grazem. Żeby tam dotrzeć, musieliśmy opuścić bazę i jechać półtorej godziny
krętą żwirową drogą – kompanią dwudziestu czołgów, które chrzęściły i dudniły, przejeżdżając
obok pojedynczych domów i wiosek. Zwykle jeździliśmy nocą, kiedy ruch był najmniejszy.
Byłem dumny z moich umiejętności kierowcy, tego, że umiałem precyzyjnie manewrować
maszyną, sprawnie pokonywać doły i rowy, tak aby dowódca czołgu i koledzy z załogi nie obijali
się o pancerz i urządzenia. Zdarzały mi się jednak wypadki.
Gdy obozowaliśmy w polu, obowiązywał ścisły rozkład dnia. Najpierw ćwiczyliśmy.
Obciążniki i gryfy oraz ławkę do ćwiczeń trzymałem w schowkach w górnej części kadłuba,
gdzie zwykle przechowuje się narzędzia. Przyłączało się do mnie trzech, czterech czy pięciu
facetów z innych plutonów i trenowaliśmy razem półtorej godziny przed śniadaniem. W niektóre
noce kierowcy musieli zostawać przy czołgach, podczas gdy reszta załogi szła spać do namiotu.
Każdy z nas kopał wtedy płytki dół, rozkładał w nim koc, a na górze parkował czołg. Chodziło
o to, żeby chronić się przed niedźwiedziami. Nie wolno było ich zabijać, a one chyba o tym
wiedziały, bo wędrowały sobie swobodnie po polu manewrowym. Wystawialiśmy także
wartowników, którzy stali na czołgach, poza zasięgiem niedźwiedzi.
Którejś nocy obozowaliśmy nad strumieniem i w pewnej chwili obudziłem się
przestraszony, bo wydawało mi się, że słyszę niedźwiedzia. Nagle zorientowałem się, że widzę
nad sobą niebo. Mój czołg zniknął! Rozejrzałem się nerwowo i zobaczyłem go kilka metrów
dalej – tkwił w wodzie. Przednią część korpusu miał zanurzoną, a armatę wbitą w błoto. Jak się
okazało, zapomniałem zaciągnąć hamulec ręczny, a teren był pochyły, i gdy spaliśmy, czołg
powoli się stoczył. Próbowałem wyjechać nim ze strumienia, ale gąsienice tylko buksowały
w błocie.
Musieliśmy sprowadzić pojazd holowniczy ważący osiemdziesiąt ton, a i tak dopiero po
kilku godzinach udało się wyciągnąć mój czołg z wody. Potem musieliśmy pojechać nim do
warsztatu, bo trzeba było zdjąć wieżę. Działo wysłano do czyszczenia. Za ten popis dostałem
dwadzieścia cztery godziny karceru.
Nawet w garażu dla czołgów mogło być niebezpiecznie. Pewnego razu uruchomiłem
maszynę, ustawiłem fotel i odwróciłem się, żeby przed wyjazdem skontrolować wskaźniki.
Wszystkie parametry były w porządku, czułem jednak, że czołg się trochę trzęsie, jakby coś było
nie tak z silnikiem. Pomyślałem: Może trzeba dodać trochę gazu? Więc dodałem, wciąż patrząc
na wskaźniki, lecz trzęsienie jeszcze się nasiliło. Dziwne. Wtedy zauważyłem opadający pył.
Wyjrzałem przez właz na zewnątrz i zobaczyłem, że zamiast tylko zwiększyć obroty silnika,
ruszyłem i właśnie rozwalałem ścianę garażu. Dlatego tak trzęsło. Pękła jakaś rura, woda
tryskała, zalewając wszystko, i zalatywało gazem.
Ludzie krzyczeli: „Stop! Stop!” – więc zgasiłem silnik. Wysiadłem i przebiegłem przez
garaż, żeby znaleźć dowódcę, tego, który znał mojego ojca. Uznałem, że w nim moja jedyna
nadzieja. Spotkałem go tego ranka i rzucił coś w rodzaju: „Wpadłem któregoś dnia na twojego
tatę i opowiedziałem mu, jak dobrze sobie radzisz”.
Zapukałem więc do drzwi jego biura i wyznałem:
– Panie pułkowniku, chyba narobiłem trochę kłopotów.
On jednak wciąż był w doskonałym humorze.
– Och, nie przejmuj się! Co się takiego stało, Arnoldzie?
– Hm, niech pan sam sprawdzi, panie pułkowniku. Musi pan to zobaczyć.
A on na to:
– Daj spokój.
Gdy wychodziliśmy na dwór, poklepał mnie jowialnie po plecach, jakby chciał powiedzieć:
„Dobrze ci idzie”.
Potem jednak zobaczył tryskającą wodę, gromadzących się ludzi i czołg wystający zza
rozwalonej ściany.
W jednej chwili zmienił się w kogoś zupełnie innego: zaczął wrzeszczeć, obrzucać mnie
wszelkimi wyzwiskami, jakie tylko przyszły mu do głowy, krzyczał, że wezwie mojego ojca
i odwoła wszystko, co do tej pory o mnie mówił. Nabrzmiały mu żyły na szyi. Wreszcie ochłonął
i warknął:
– Gdy tu wrócę po lunchu, wszystko ma być naprawione. Tylko w ten sposób zdołasz się
zrehabilitować. Zbierz ludzi i do roboty!
W wojsku najfajniejsza jest jego samowystarczalność. Dywizja ma własnych murarzy,
hydraulików i materiały budowlane. Na szczęście nie zawalił się dach ani nic większego, a czołg,
oczywiście, był wykonany ze stali, więc nic mu się nie stało. Koledzy uznali mój wypadek za tak
zabawny, że od razu przyszli mi z pomocą, więc nawet nie miałem specjalnie czego organizować.
Po południu rury były załatane, a ściana odbudowana i musieliśmy tylko poczekać, aż wyschnie,
żeby położyć tynk. Byłem zadowolony, bo miałem okazję nauczyć się mieszać cement i układać
pustaki. Gorzej, że cała baza się ze mnie nabijała:
– O, słyszeliśmy o twoim wypadku.
Musiałem też odsłużyć tydzień w pododdziale kuchennym, gdzie obierałem ziemniaki
razem z innymi pechowcami, tak że gdy wszyscy przychodzili jeść, mogli nas oglądać.
Wiosną 1966 roku doszedłem do wniosku, że wojsko nie jest mi już potrzebne. Moje
zwycięstwo w Stuttgarcie poprzedniej jesieni wzbudziło duże zainteresowanie. Albert Busek,
jeden z organizatorów turnieju i redaktor czasopisma „Sportrevue”, napisał komentarz, w którym
przepowiadał, że w kulturystyce zaczyna się epoka Schwarzeneggera. Dostałem kilka propozycji
pracy jako zawodowy trener, między innymi od wydawcy Buseka, Rolfa Putzigera, największego
promotora kulturystyki w Niemczech. Zaproponował mi prowadzenie należącej do niego siłowni
w Monachium, Universum Sport Studio. Było to niezmiernie kuszące: miałbym wspaniałe
warunki do ćwiczeń i więcej okazji, żeby stać się znany. W Austrii kulturystyka znajdowała się
jeszcze w cieniu podnoszenia ciężarów, a w Niemczech stawała się niezależną dziedziną sportu.
W świecie kulturystyki powoli rozchodziła się wieść o moim zwycięstwie w Stuttgarcie.
Znalazłem się na okładkach kilku czasopism, bo moja historia wydawała się ciekawa: nikomu
nieznany osiemnastoletni Austriak z czterdziestoośmiocentymetrowymi bicepsami.
Postanowiłem wystąpić z prośbą o wcześniejsze zwolnienie ze służby. Do podania
dołączyłem kopię propozycji pracy od Putzigera i kilka artykułów prasowych na mój temat.
Dowódcy wiedzieli, jakie mam ambicje, że chcę zostać mistrzem kulturystyki, więc uznałem, że
to będzie doskonałe posunięcie. Nie oczekiwałem jednak zbyt wiele.
Choć minimalny okres służby wojskowej wynosił zaledwie dziewięć miesięcy, kierowcy
czołgów musieli odsłużyć trzy lata ze względu na koszty szkolenia. Słyszałem o takich, których
zwalniano wcześniej z powodu choroby w rodzinie albo dlatego, że byli potrzebni
w gospodarstwie, nie słyszałem natomiast o nikim, kto zostałby zwolniony, żeby realizować
swoje marzenia.
Nie chodziło o to, że nie lubiłem wojska. Służba wojskowa była jedną z najlepszych
rzeczy, jakie mi się przydarzyły. Będąc żołnierzem, zyskałem pewność siebie. Kiedy zacząłem
samodzielne życie, z dala od rodziny, stwierdziłem, że całkiem dobrze sobie radzę. Nauczyłem
się zdobywać przyjaciół i być przyjacielem. Hierarchia i dyscyplina wydawały się tam bardziej
naturalne niż w domu. Gdy wykonywałem rozkazy, czułem, że robię coś ważnego.
W ciągu tych dziewięciu miesięcy nauczyłem się tysiąca rzeczy, od prania i cerowania
koszul po smażenie jajek na osłonie rury wydechowej czołgu. Spałem na świeżym powietrzu,
nocami pełniłem wartę przy barakach, przekonałem się, że nieprzespana noc nie oznacza wcale,
iż następnego dnia nie można dać z siebie wszystkiego, a dzień bez jedzenia nie oznacza, że
umrze się z głodu. O tym wszystkim wcześniej nawet nie myślałem.
Marzyło mi się, by pewnego dnia zostać przywódcą, lecz wiedziałem, że w tym celu
najpierw należy nauczyć się posłuszeństwa. Jak powiedział Winston Churchill, Niemców można
mieć albo u gardła, albo u stóp, i takie samo podejście obowiązywało w armii austriackiej. Jeśli
za bardzo się puszyłeś, pokazywano ci, gdzie twoje miejsce. W wieku osiemnastu, dziewiętnastu
lat jest się już gotowym, żeby przyswoić sobie tę lekcję, po trzydziestce robi się na to za późno.
Im więcej armia piętrzyła przed nami trudności, tym spokojniej myślałem: Dobra, nie będę się
tym przejmował, zniosę wszystko. Liczyło się tylko to, że mnie, osiemnastolatkowi, powierzono
maszynę
o wadze
pięćdziesięciu
ton,
choć
nie
zawsze
wykazywałem
się
taką
odpowiedzialnością, jaką powinienem.
Moja prośba o wcześniejsze zwolnienie z wojska leżała w aktach przez wiele miesięcy.
Zanim ją rozpatrzono, kolejny raz naraziłem na szwank moje dobre imię. Późną wiosną byliśmy
na dwunastogodzinnych nocnych manewrach – od osiemnastej do szóstej. O drugiej kompania
zajęła pozycje na szczycie pasma wzgórz i przyszedł rozkaz: „Dobra, przerwa na posiłek.
Dowódcy czołgów do raportu”.
Żartowałem sobie przez radio z kolegą, który właśnie dostał nowszą wersję pattona, M60,
wyposażoną w silnik dieslowski. Chłopak popełnił błąd i pochwalił się, że jego czołg jest
szybszy od mojego. Wyzwałem go więc na pojedynek i obaj ruszyliśmy w dół stoku.
Zatrzymałbym się – tak nakazywał głos rozsądku – ale wygrywałem. Reszta załogi w moim
czołgu zaczęła szaleć. Słyszałem, że ktoś krzyczy, żebym hamował, pomyślałem jednak, że po
prostu tamten próbuje zyskać przewagę. Kiedy znalazłem się u podnóża pagórka, zatrzymałem
się i spojrzałem w tył, szukając M60. Wtedy zauważyłem na naszej wieżyczce żołnierza – był jej
uczepiony, jakby od tego zależało jego życie. Gdy ruszałem, na czołgu siedziało kilku innych
piechurów.
Pozostali albo zeskoczyli, albo spadli, tylko on utrzymał się do samego końca.
Włączyliśmy więc światła i wjechaliśmy z powrotem na górę – powoli, żeby nikogo nie
przejechać – zbierając rozproszonych żołnierzy. Na szczęście obyło się bez poważniejszych
obrażeń. Kiedy dotarliśmy na szczyt, czekali już na nas trzej oficerowie w jeepie. Minąłem ich
i zaparkowałem czołg, jakby nic się nie stało.
Gdy tylko wygramoliłem się przez właz, oficerowie zaczęli na mnie krzyczeć. Stanąłem na
baczność, czekając, aż skończą. Kiedy wreszcie wrzaski ucichły, jeden z oficerów podszedł do
mnie, przyjrzał mi się i wybuchnął śmiechem.
– Szeregowy Schwarzenegger, przejeźdźcie czołgiem tam – polecił.
– Rozkaz! – Zaparkowałem czołg we wskazanym miejscu. Wysiadając, zauważyłem, że
stanąłem w głębokim i gęstym błocie.
– A teraz, szeregowy Schwarzenegger, chcę, żebyście przeczołgali się pod maszyną. Gdy
wyjdziecie po drugiej stronie, macie wdrapać się na wieżyczkę, wsiąść do czołgu, przejść przez
kadłub i wyjść włazem ewakuacyjnym. A potem jeszcze raz. – Kazał mi powtórzyć całą
procedurę pięćdziesiąt razy.
Kiedy skończyłem, cztery godziny później, byłem pokryty warstwą błota ważącą z dziesięć
kilogramów i ledwo się ruszałem. Wniosłem pewnie jeszcze koło pięćdziesięciu kilo do czołgu,
gdy przez niego przechodziłem. Później kazano mi pojechać do bazy i wyczyścić maszynę. Ci
faceci mogli zamknąć mnie do pudła na tydzień, muszę jednak przyznać, że ta kara była bardziej
spektakularna.
Nie mam pewności, ale myślę, że ten nieszczęsny wyścig przyczynił się do mojego
wcześniejszego zwolnienia z wojska. Kilka tygodni po tym incydencie zostałem wezwany przed
oblicze przełożonych. Na biurku dowódcy leżały czasopisma kulturystyczne i oferta pracy, które
przedłożyłem.
– Wyjaśnij nam to – odezwał się. – Zaciągnąłeś się do wojska jako kierowca czołgu na trzy
lata, a kilka miesięcy temu napisałeś prośbę o zwolnienie latem ze służby, bo chcesz przyjąć tę
robotę w Monachium.
Odparłem, że lubię wojsko, jednak praca w Monachium to dla mnie wielka szansa.
– Hm… – Dowódca się uśmiechnął. – Zważywszy na to, że stwarzasz tu pewne
niebezpieczeństwo, spełnimy twoją prośbę i pozwolimy ci odejść wcześniej. Nie możemy
pozwolić, żebyś rozwalił następne czołgi.
ROZDZIAŁ 4
Mister Universe
– Pamiętaj, że jeśli coś pójdzie źle, zawsze możesz dostać pracę ratownika w Thalersee.
Nie ma powodu do niepokoju.
To powiedział Fredi Gerstl, gdy poszedłem do niego, żeby się pożegnać. Fredi zawsze
chętnie pomagał młodym ludziom i wiedziałem, że chce dobrze, ale nie interesowała mnie praca
ratownika ani żadne inne wyjście awaryjne. Chociaż Monachium leżało tylko trzysta dwadzieścia
kilometrów od Grazu, dla mnie był to pierwszy etap podróży z Austrii do Ameryki.
Dużo słyszałem o Monachium: że każdego tygodnia na tamtejszy dworzec wjeżdżają setki
pociągów, o nocnym życiu, swobodnej atmosferze w piwiarniach i tak dalej, i tak dalej. Gdy
pociąg zbliżał się do miasta, widziałem coraz więcej domów, potem większych budynków
i wreszcie na horyzoncie pojawiło się centrum miasta. W głowie tłukła mi się myśl: Jak się tam
odnajdę? Jak przeżyję? Ale powtarzałem sobie niczym mantrę: To będzie mój nowy dom. Byłem
coraz dalej od Grazu, i to Monachium miało być moim miastem, choćby nie wiem co.
Monachium było dynamicznie rozwijającą się metropolią, nawet jak na standardy cudu
gospodarczego zachodnich Niemiec, który wiosną 1966 roku stał się już ewidentny. Było to
światowe miasto liczące milion dwieście tysięcy mieszkańców. Właśnie wygrało konkurs na
organizację letniej olimpiady w 1972 roku i finał Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1974 roku.
Igrzyska olimpijskie w Monachium miały symbolizować przemianę zachodnich Niemiec i ich
wejście do społeczności międzynarodowej jako nowoczesnego, demokratycznego państwa.
Wszędzie widać było dźwigi. Budowano już stadion olimpijski, a także hotele, biurowce
i apartamentowce. W całym mieście drążono tunele metra, które miało być najnowocześniejsze
i najszybsze na świecie.
Hauptbahnhof, główny dworzec kolejowy, na którym powinienem wysiąść, stał w centrum
tego wszystkiego. Na placach budów potrzebowano robotników, a ci napływali z rejonu Morza
Śródziemnego i bloku wschodniego. W poczekalniach i na peronach słychać było hiszpański,
włoski, turecki oraz języki słowiańskie. Wokół dworca znajdowały się hotele, nocne kluby,
sklepy, spelunki i siedziby firm. Universum Sport Studio, siłownia, w której mnie zatrudniono,
mieściła się przy Schillerstrasse, zaledwie pięć minut od dworca. Po obu stronach ulicy ciągnęły
się nocne kluby i bary ze striptizem, działające do czwartej nad ranem. O piątej otwierano
pierwsze kawiarnie i bary mleczne, w których można było zjeść śniadanie, na przykład kiełbasę,
albo napić się piwa. Miejsc do picia i zabawy nie brakowało. W takiej okolicy dziewiętnastoletni
chłopak z prowincji bardzo szybko uczył się życia.
Albert Busek obiecał, że ktoś wyjdzie po mnie na dworzec, i gdy szedłem przez peron,
zobaczyłem uśmiechniętą twarz kulturysty Franza Dischingera. Przed rokiem był faworytem
europejskich zawodów Best Built Man w kategorii juniorów, które odbywały się w Stuttgarcie
i w których go pokonałem. Był przystojnym młodym Niemcem, wyższym ode mnie, ale jego
ciało jeszcze się nie wypełniło i pewnie dlatego sędziowie przyznali zwycięstwo mnie. Należał
do pogodnych facetów i dobrze się dogadywaliśmy, dużo się razem śmialiśmy. Umówiliśmy się,
że gdy przyjadę do Monachium, zostaniemy partnerami do ćwiczeń. Przekąsiliśmy coś na
dworcu, a następnie on i jego kumpel, który miał samochód, podrzucili mnie do domu na
przedmieściach, gdzie mieszkał Rolf Putziger.
Nie znałem jeszcze mojego nowego szefa, ale cieszyłem się, że zaoferował mi lokum
u siebie, bo nie stać mnie było na wynajęcie mieszkania. Putziger okazał się przyciężkim,
niezdrowo wyglądającym starszym gościem w garniturze. Był prawie zupełnie łysy i miał
brzydkie zęby, które odsłaniał, gdy się uśmiechał. Przyjął mnie życzliwie i oprowadził po domu.
Był tam mały pokój, który miałem zająć, gdy tylko dostarczą zamówione przez niego łóżko.
Zapytał, czy na razie mógłbym spać na kanapie w salonie. Odparłem, że nie mam nic przeciwko
temu.
Ten układ nie budził moich podejrzeń, ale pewnej nocy Putziger wrócił późno do domu
i zamiast pójść do swojej sypialni, położył się obok mnie.
– Może chciałbyś przenieść się do sypialni, tam byłoby ci wygodniej? – zapytał.
Poczułem, że napiera na mnie stopą. Zerwałem się z kanapy jak oparzony, zebrałem swoje
rzeczy i szybko ruszyłem do drzwi. W co ja się wpakowałem? – myślałem gorączkowo. Wśród
kulturystów trafiali się geje. Znałem w Grazu faceta, który miał w domu fantastyczną siłownię
i czasami ćwiczyliśmy u niego z kumplami. Nie krył się ze swoim pociągiem do mężczyzn
i pokazał nam zakątek w parku, gdzie mężczyźni spotykali się z chłopcami. Był jednak
dżentelmenem i nigdy nie narzucał się żadnemu z nas. Wydawało mi się więc, że wiem, jak
wygląda gej. A tymczasem Putziger nie miał w sobie nic z geja, wyglądał jak biznesmen!
Dogonił mnie na ulicy, gdy przystanąłem, żeby zastanowić się nad tym, co się stało i gdzie
mam się podziać. Kajał się i obiecywał, że jeśli wrócę z nim do domu, nie będzie mi się narzucał.
– Jesteś moim gościem – powiedział.
Jednak po powrocie do domu próbował ze mną negocjować. Rozumie, że wolę kobiety, ale
gdybym został jego przyjacielem, załatwiłby mi samochód, pomógł w karierze i tak dalej.
Oczywiście przydałby mi się wtedy prawdziwy mentor, lecz nie za taką cenę. Rano z ulgą się
stamtąd wyniosłem.
Putziger mnie nie wyrzucił, bo bardziej niż kochasia w łóżku potrzebował gwiazdy
w swojej siłowni. Kulturystyka była wtedy sportem tak mało znanym, że w Monachium
znajdowały się tylko dwie siłownie i większa z nich należała do Reinharda Smolany, który
w 1960 roku jako pierwszy uzyskał tytuł Mister Germany, a w 1963 – Mister Europe. Zajął
trzecie miejsce w zawodach o tytuł Mister Universe, był więc bez wątpienia jednym
z najlepszych niemieckich kulturystów i autorytetem, jeśli chodzi o trening siłowy. Jego siłownia
była lepiej wyposażona i nowocześniejsza niż Putzigera, klienci przechodzili więc do Smolany.
Zatrudnienie mnie w Universum Sport Studio miało być sensacją i podnieść notowania siłowni.
Albert Busek ze „Sportrevue”, który wprawił to wszystko w ruch, wysuwając moją kandydaturę,
okazał się tak honorowy, jak Rolf Putziger obleśny. Gdy opowiedziałem mu, co się wydarzyło,
był zdegustowany. Ponieważ nie miałem gdzie mieszkać, pomógł mi urządzić w magazynie
siłowni tymczasowe miejsce do spania. Szybko się zaprzyjaźniliśmy.
Gdyby ktoś kiedyś powiedział mu, żeby poszedł na uniwersytet, Albert zostałby lekarzem,
naukowcem albo intelektualistą. On jednak poszedł na politechnikę. Odkrył, że lubi ćwiczyć,
i uświadomił sobie, że dobrze pisze i fotografuje. Zapytał więc Putzigera, czy mógłby pracować
dla jego czasopisma.
– Taaa, przynieś jakiś swój artykuł, napisz coś – odparł tamten.
Gdy Albertowi i jego żonie urodziły się bliźnięta i odebrano mu stypendium, zatrudnił się
u Putzigera na pełny etat. Wkrótce został redaktorem czasopisma i zdobył pozycję specjalisty
w dziedzinie kulturystyki. Był pewny, że ja też dużo osiągnę, a ponieważ chciał, żebym odniósł
sukces, pełnił funkcję bufora między Putzigerem a mną.
Mimo kłopotów z właścicielem siłowni praca była dla mnie idealna. Przedsiębiorstwo
Putzigera składało się z siłowni, czasopisma i sklepu wysyłkowego, handlującego odżywkami.
W siłowni, zamiast jednej wielkiej sali, było kilka pomieszczeń, które miały okna i naturalne
oświetlenie. Zupełnie nie przypominały ciemnej betonowej nory na stadionie w Grazu, gdzie
dotąd ćwiczyłem. Sprzęt był bardziej wyrafinowany niż ten, z którym miałem okazję się zetknąć.
Oprócz hantli i sztang były tam przeróżne urządzenia do ćwiczenia ramion, pleców i nóg. Dzięki
nim mogłem wyrabiać poszczególne mięśnie, podkreślać je i doskonalić ciało. Ćwicząc tylko
z hantlami i sztangą, nie mógłbym tego osiągnąć.
Bardzo lubiłem pomagać ludziom w treningu, o czym przekonałem się w wojsku, więc ta
część pracy nie przysparzała mi kłopotów. W ciągu dnia szkoliłem małe grupy albo zajmowałem
się pojedynczymi klientami: policjantami, budowlańcami, biznesmenami, intelektualistami,
sportowcami, artystami estradowymi, Niemcami i zagraniczniakami, młodszymi i starszymi,
homo – i heteroseksualistami. Zachęcałem amerykańskich żołnierzy z pobliskiej bazy wojskowej,
żeby wpadali do mnie poćwiczyć. To w Universum Sport Studio pierwszy raz spotkałem
Murzyna. Wielu naszych klientów trenowało, bo dbali o formę i zdrowie, ale mieliśmy też małą
grupę ciężarowców i kulturystów, w których widziałem ewentualnych partnerów do treningu.
Uświadomiłem sobie, że wiem, jak przyciągać takich ludzi i ich motywować.
– Taaa, możesz zostać moim partnerem do ćwiczeń. Potrzebujesz pomocy – żartowałem.
Jako trener lubiłem być przywódcą i choć miałem bardzo mało forsy, zabierałem ich na lunch, na
kolację albo na imprezę.
Pełna zaangażowania praca z klientami oznaczała, że nie miałem tyle czasu na treningi, ile
wtedy, gdy ćwiczyłem intensywnie czterypięć godzin dziennie. Zmieniłem więc system
i zacząłem trenować dwa razy dziennie, dwie godziny rano, przed pracą, i dwie godziny
wieczorem, kiedy ruch stawał się mniejszy i w siłowni zostawali tylko poważni zawodnicy. Taki
podzielony trening z początku mnie denerwował, ale gdy zobaczyłem rezultaty, zrozumiałem, że
to był dobry pomysł: lepiej się koncentrowałem i szybciej dochodziłem do siebie, wykonywałem
więcej powtórzeń, i to trudniejszych. Czasem udawało mi się ćwiczyć dodatkowo w porze
lunchu. Wybierałem tę część ciała, która wydawała mi się słabsza, i ćwiczyłem ją przez
trzydzieściczterdzieści minut, na przykład robiąc wspięcia na łydki w dwudziestu seriach czy
wykonując wyciskanie francuskie na triceps. To samo robiłem wieczorami po kolacji: wracałem
o dwudziestej trzeciej, żeby poćwiczyć jeszcze godzinę. Kiedy szedłem spać do swojego
przytulnego pokoiku, czasami czułem, jak drga mi ten czy inny mięsień, który tego dnia
katowałem – był to efekt uboczny skutecznego treningu. Cieszyłem się, bo wiedziałem, że tkanka
mięśniowa się zregeneruje i będzie rozrastać.
Ćwiczyłem z takim samozaparciem, ponieważ miałem świadomość, że za niecałe dwa
miesiące stanę do walki z najlepszymi kulturystami na świecie. Zgłosiłem się do największego
turnieju kulturystycznego w Europie, Mister Universe, odbywającego się w Londynie. Byłem
arogancki, bo taki nowicjusz jak ja nie powinien nawet marzyć o występie w podobnym turnieju.
Zamierzałem najpierw ubiegać się o tytuł Mister Austria, a gdybym go zdobył, wziąć udział
w mistrzostwach Europy. Ale w tym tempie przygotowanie się do zawodów w Londynie
zajęłoby mi lata. Byłem na to zbyt niecierpliwy. Nie bałem się rywalizacji, a to był
najodważniejszy krok, jaki mogłem zrobić. Oczywiście nie byłem idiotą, nie spodziewałem się,
że wygram – jeszcze nie teraz. Chciałem jednak sprawdzić, na jakim jestem etapie. Albert był
tym pomysłem zachwycony, a ponieważ znał angielski, pomógł mi wypełnić formularz
zgłoszeniowy.
Przy takim reżimie potrzebowałem więcej niż jednego partnera do ćwiczeń. Na szczęście
w Monachium było kilku liczących się kulturystów, na których moje marzenia o zdobyciu tytułu
Mister Universe zrobiły duże wrażenie, nawet jeśli uważali, że mam trochę nie po kolei
w głowie. Regularnie trenował ze mną Franz Dischinger, podobnie jak Fritz Kroher, jak ja
chłopak z prowincji, z małego miasteczka w lasach bawarskich. Przyłączał się do nas nawet sam
Reinhard Smolana, właściciel konkurencyjnej siłowni. Czasami zapraszał mnie na trening do
siebie albo przychodził do Universum Sport Studio i trenowaliśmy przez wiele godzin. Po kilku
tygodniach wiedziałem, że znalazłem kumpli, i zacząłem się czuć w Monachium jak w domu.
Najbardziej lubiłem ćwiczyć z Frankiem Columbu, który wkrótce stał się moim
przyjacielem. Poznałem go rok wcześniej w Stuttgarcie. Tego samego dnia, w którym ja
zdobyłem tytuł Mister Junior Europe, on wygrał europejskie zawody w trójboju siłowym. Franco
był Włochem, pochodził z Sardynii i wychował się w gospodarstwie w małej górskiej wiosce,
która – gdy mi o niej opowiedział – wydała mi się jeszcze bardziej prowincjonalna niż Thal.
Przez większość dzieciństwa pasł owce, a w wieku dziesięciu czy jedenastu lat mieszkał sam
w lesie, przez wiele dni musiał zdobywać pożywienie i bronić się w razie potrzeby.
Gdy miał lat trzynaście, porzucił naukę, żeby pomagać rodzicom w gospodarstwie, ale był
bardzo pracowity i inteligentny. Zaczynał jako murarz i bokser amator, a potem wyjechał na
północ, do Niemiec, żeby zarabiać na życie jako robotnik budowlany. W Monachium nauczył się
niemieckiego i poznał miasto tak dobrze, że postanowił zostać taksówkarzem. Egzamin na
taksówkarza był bardzo trudny nawet dla miejscowych i wszyscy byli zdumieni, że udało się go
zdać Włochowi.
Franco był ciężarowcem, a ja kulturystą, i zdawaliśmy sobie sprawę, że te sporty się
uzupełniają. Ja chciałem rozbudowywać ciało, co oznaczało, że muszę popracować ze sztangą,
a Franco wiedział, jak to robić. Ja z kolei znałem się na kulturystyce, która interesowała Franca.
Mówił do mnie: „Chcę zostać Mister Universe”.
Inni się z niego śmiali – miał tylko sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu – ale jeśli
chodzi o bodybuilding, perfekcja i symetria czasami są ważniejsze niż wymiary. Cieszyło mnie,
że będziemy trenować razem.
Franco, może dlatego, że spędził dużo czasu w lesie, szybko podłapywał nowe pomysły.
Na przykład bardzo spodobała mu się moja teoria „szokowania mięśni”. Zawsze wydawało mi
się, że największą przeszkodą w skutecznym treningu jest to, iż ciało tak szybko się
przyzwyczaja. Jeśli będziesz wykonywał codziennie te same ćwiczenia, to nawet jeżeli
zwiększysz obciążenie, mięśnie będą rosnąć coraz wolniej, aż wreszcie przestaną, ponieważ
coraz sprawniej wykonują znane sekwencje ruchów. Żeby je obudzić i skłonić do wzrostu, trzeba
im wpoić: „Nigdy nie wiadomo, co będzie dalej. Nastąpi co innego, niż się spodziewacie. Dziś
jest to, jutro tamto”. Jednego dnia ćwiczę z bardzo dużym obciążeniem, następnego dnia robię
więcej powtórzeń.
Żeby więc „szokować” mięśnie, wymyśliliśmy metodę „odejmowania”. Podczas
normalnego treningu z obciążeniem jako pierwszą wykonuje się serię ćwiczeń z mniejszym
ciężarem, a kolejne z coraz większym. Przy „odejmowaniu” było odwrotnie. Na przykład
przygotowując się do zawodów w Londynie, chciałem rozbudować mięśnie naramienne.
Ćwiczyłem więc z hantlami, trzymając po jednym w każdej ręce na wysokości ramienia
i podnosząc je nad głowę. Przy „odejmowaniu” jednak zaczynałem od maksymalnego
obciążenia: wykonywałem sześć powtórzeń z czterdziestopięciokilogramowymi hantlami, potem
je odkładałem, brałem czterdziestokilogramowe i znowu robiłem sześć powtórzeń. I tak dalej.
Gdy dochodziłem do osiemnastokilowych hantli, ramiona tak mnie paliły, że podczas kolejnych
sześciu powtórzeń miałem wrażenie, jakbym podnosił pięćdziesiąt kilogramów. Ale potem
znowu zaskakiwałem mięśnie naramienne i podnosiłem osiemnastokilowe hantle z boku,
z poziomu bioder na wysokość ramion. Mięśnie naramienne były już tak ogłupiałe, że nie
wiedziałem, co robić z rękami, ponieważ kiedy trzymałem je opuszczone, bardzo bolały, a nie
byłem w stanie ich podnieść. Żeby złagodzić ból, mogłem jedynie oprzeć je na stole albo na
jakimś sprzęcie. Mięśnie aż wyły od nieoczekiwanej sekwencji powtórzeń. Pokazałem im, kto tu
rządzi. Teraz miały tylko jedno wyjście: dojść do siebie i rosnąć.
***
Po całodziennych ćwiczeniach wieczorem miałem ochotę się zabawić. W Monachium
w 1966 roku zabawa oznaczała piwiarnię, a piwiarnia bójkę. Chodziłem z kumplami do piwiarni,
gdzie co wieczór ludzie zasiadali przy długich stołach, śmiali się i kłócili, machając kuflami. No
i oczywiście się upijali. Faceci stale wszczynali burdy, ale nigdy nie przejawiali krwiożerczych
instynktów. Gdy było po walce, jeden z nich mówił do drugiego: „Och, zjedzmy na spółkę
precla. Mogę postawić ci piwo?”.
A tamten odpowiadał: „Dobra, przegrałem, więc przynajmniej postaw mi piwo. Zresztą
i tak już skończyła mi się forsa”.
I pili razem, jakby nic się nie stało.
Samo piwo nie stanowiło dla mnie atrakcji, bo alkohol podczas treningu był niewskazany.
Rzadko wypijałem wieczorem więcej niż jeden kufel. Za to bardzo lubiłem się bić. Czułem się,
jakbym z każdym dniem odkrywał w sobie nowe siły, przekonywał się, jaki jestem potężny
i niepokonany. Nie zastanawiałem się długo: jeśli gość popatrzył na mnie dziwnie albo z jakiegoś
powodu sprowokował, stawałem naprzeciwko niego. Stosowałem terapię szokową: ściągałem
koszulę, odsłaniając podkoszulek bez rękawów, i zadawałem cios. Czasami facet, gdy zmierzył
mnie wzrokiem, mówił:
– Tam, do diabła. Może napijemy się razem piwa?
Oczywiście, kiedy dochodziło do poważniejszej bójki, kumple i ja się wspieraliśmy.
Następnego dnia w siłowni wspominaliśmy wydarzenia wieczoru i pękaliśmy ze śmiechu.
– Och, trzeba było zobaczyć Arnolda. Złapał tych dwóch za łby i walnął jednym o drugi,
a wtedy przybiegł z kuflem ich kumpel, więc grzmotnąłem drania krzesłem od tyłu…
Mieliśmy fart, bo nawet jeśli przyjeżdżała policja, co kilka razy się zdarzyło, puszczała nas
wolno. Pamiętam, że zabrano nas na posterunek tylko raz, gdy jakiś facet twierdził, że
wstawienie nowego zęba będzie go kosztowało kupę forsy. Zaczęliśmy kłócić się o sumę
i policjanci pomyśleli, że znowu będziemy się naparzać. Aresztowali nas i zwolnili dopiero, gdy
uzgodniliśmy wysokość kwoty.
Ale lepsze od bójek były dziewczyny. Naprzeciwko siłowni, po drugiej stronie
Schillerstrasse, znajdował się hotel Diplomat, gdzie zatrzymywały się stewardesy. Franco i ja
wychylaliśmy się z okna w koszulkach bez rękawów i flirtowaliśmy z dziewczynami.
– Co tam robicie?! – wołały.
– Tu jest siłownia! – odkrzykiwaliśmy. – Chcecie poćwiczyć?! Chodźcie na górę!
Czasami przechodziłem też przez ulicę, wkraczałem do hotelowego lobby i przedstawiałem
się stojącym w grupkach stewardesom. Żeby wzbudzić ich zainteresowanie, łączyłem swoje
najlepsze metody znad Thalersee z technikami sprzedaży, których nauczyłem się w sklepie
z artykułami budowlanymi.
– Mamy tam naprzeciwko siłownię – mówiłem, a potem prawiłem dziewczynie
komplementy i zachęcałem ją do ćwiczeń. Naprawdę wydawało mi się głupie, że siłownie nie
starają się przyciągać kobiet. Obiecywałem dziewczynie, że będzie mogła poćwiczyć za darmo.
A gdy któraś przychodziła, czy dlatego, że interesowali ją mężczyźni, czy dlatego, że naprawdę
chciała potrenować, byłem szczęśliwy.
Dziewczyny zjawiały się przeważnie wieczorami. Stali bywalcy zwykle wychodzili przed
ósmą, ale ze sprzętu można było korzystać do dwudziestej pierwszej. Wtedy właśnie odbywałem
drugi trening danego dnia. Jeśli dziewczyny chciały tylko poćwiczyć, mogły wziąć prysznic
i wyjść o wpół do dziewiątej. Jeśli nie, mogły zostać, a potem wybrać się z nami na jakąś
imprezę. Czasami przychodził z dziewczynami Smolana i wtedy dopiero zaczynała się zabawa.
W pierwszych miesiącach pobytu w Monachium uczestniczyłem w nocnym życiu
i oddawałem się rozrywkom. Potem stwierdziłem, że się rozpraszam, i zacząłem narzucać sobie
dyscyplinę. Moim celem nie była zabawa, ale zdobycie mistrzostwa świata w kulturystyce. Jeśli
miałem spać siedem godzin na dobę, musiałem kłaść się do łóżka o dwudziestej trzeciej. Na
zabawę zawsze przyjdzie czas, myślałem, zresztą jak dotąd nigdy jej nie brakowało.
Okazało się, że w zdobyciu tytułu Mister Universe bardziej przeszkodzić może mi mój szef
niż jakiś pijus z piwiarni machający kuflem. Choć do turnieju zostało już tylko kilka tygodni,
wciąż nie miałem informacji, czy moje zgłoszenie zostało przyjęte. Wreszcie Albert zadzwonił
do Londynu i dowiedział się od organizatorów, że nic ode mnie nie wpłynęło. Zażądał więc
wyjaśnień od Putzigera, który przyznał, że znalazł moje zgłoszenie w wychodzącej poczcie i je
wyrzucił. Był zazdrosny, że zostanę odkryty i wyjadę do Anglii albo do Ameryki, zanim zdąży
na mnie zarobić. Przepadłbym, gdyby nie to, że Albert dobrze znał angielski i chciał mi pomóc.
Zadzwonił jeszcze raz do Londynu i przekonał organizatorów, żeby rozpatrzyli moje zgłoszenie,
mimo że termin ich przyjmowania minął. Wyrazili zgodę. Kilka dni przed zawodami przyszły
odpowiednie dokumenty i zostałem dopisany do listy uczestników.
Wsparli mnie też inni kulturyści w Monachium. Putziger powinien był opłacić mój wyjazd
do Londynu, bo sukcesy, jakie mógłbym tam odnieść, zwróciłyby uwagę na jego siłownię. Ale
gdy rozeszła się wiadomość o sabotażu, którego się dopuścił, to jego konkurent, Smolana,
obszedł ludzi z kapeluszem i zebrał dla mnie trzysta marek na bilet. Dwudziestego trzeciego
września 1966 roku wszedłem więc na pokład samolotu. Miałem dziewiętnaście lat i pierwszy
raz leciałem samolotem. Wcześniej myślałem, że pojadę pociągiem, więc nie posiadałem się
z radości. Byłem pewny, że żaden z moich szkolnych kolegów jeszcze nie latał. Podróżowałem
z biznesmenami, a wszystko dzięki kulturystyce.
Pierwsze zawody o tytuł Mister Universe odbyły się rok po moim urodzeniu, w 1948. Od
tamtej pory organizowano je corocznie, we wrześniu, w Londynie. Dominowali w nich
zawodnicy anglojęzyczni, tak jak zresztą w całej kulturystyce – szczególnie Amerykanie, którzy,
zdaje się, wygrywali w każdej dekadzie po osiem razy. Wszyscy słynni kulturyści, którzy byli
moimi idolami, mieli na koncie tytuł Mister Universe: Steve Reeves, Reg Park, Bill Pearl, Jack
Delinger, Tommy Sansone, Paul Winter. Pamiętam, że jako dziecko widziałem zdjęcie z tych
zawodów. Zwycięzca zajmował miejsce na podium z trofeum w dłoni, w otoczeniu pozostałych
zawodników, stojących niżej, na scenie. Zawsze wyobrażałem sobie, że ja też kiedyś się tam
znajdę. Wszystko w tej wizji było wyraźne, wiedziałem, jak będę się czuł i jak będę wyglądał.
Gdyby tak się stało, byłbym jak w raju, ale nie liczyłem, że wygram już w tym roku. Zdobyłem
listę kulturystów w klasie amatorów, z którymi miałem rywalizować, obejrzałem ich zdjęcia
i pomyślałem: Jezu. Mieli lepiej wyrzeźbione ciała ode mnie. Chciałem wejść do pierwszej
szóstki, bo obawiałem się, że nie pokonam czterech finalistów z poprzedniego roku. Wydawało
mi się, że każdy z nich ma zbyt dobrą rzeźbę i że nie mogę się z nimi równać. Wciąż jeszcze
byłem w trakcie budowania idealnej masy mięśniowej. Zamierzałem osiągnąć odpowiednie
wymiary i na tym poprzestać, a potem już tylko rzeźbić mięśnie.
Zawody odbywały się w Victoria Palace Theatre, starym okazałym budynku ozdobionym
marmurami i rzeźbami, kilka przecznic od Victoria Station. Wszystkie większe turnieje miały
podobny przebieg. Przed południem przeprowadzano eliminacje albo rundy techniczne.
Kulturyści i sędziowie zbierali się w audytorium – reporterzy mieli tam wstęp, ale publiczności
nie wpuszczano. Ten etap umożliwiał sędziom ocenę rozbudowy i rzeźby mięśni każdej części
ciała, a także porównanie poszczególnych zawodników. Stało się w szeregu w głębi sceny razem
z innymi uczestnikami tej samej klasy (w moim przypadku „wysokich amatorów”). Wszyscy
mieli numery przypięte do slipów. Sędzia mówił: „Numer czternaście i numer osiem, proszę
wystąpić do przodu i zademonstrować mięsień czworogłowy”.
Wywołani kulturyści wychodzi na środek sceny i przybierali standardową pozę, żeby
wyeksponować cztery mięśnie na przodzie uda, podczas gdy sędziowie robili notatki. Rezultat
rund technicznych brany był pod uwagę przy podejmowaniu decyzji w dalszej części dnia.
Potem, po południu, odbywała się wielka gala, czyli finały: prezentacja uczestników wszystkich
kategorii i wreszcie występy zwycięzców w poszczególnych kategoriach, aby wybrać mistrza
amatorów i zawodowców.
W porównaniu z innymi turniejami zawody o tytuł Mister Universe były wielkim
wydarzeniem. Miejsca w Victoria Palace zostały wyprzedane co do jednego, na widowni
siedziało ponad tysiąc pięciuset klaszczących i wiwatujących fanów kulturystyki, a dziesiątki
innych tłoczyły się przed wejściem, licząc, że uda im się wcisnąć do środka. Scena była
profesjonalnie oświetlona reflektorami punktowymi, a żeby stworzyć odpowiedni nastrój,
sprowadzono nawet orkiestrę. Dwugodzinny program między poszczególnymi rundami zawodów
przewidywał dodatkowe rozrywki, takie jak konkurs bikini, występy akrobatów, gimnastyków
oraz dwóch grup kobiet w trykotach i wysokich butach, paradujących i prezentujących
kulturystyczne pozy.
Ku mojemu zdziwieniu podczas rundy technicznej stwierdziłem, że przeceniłem
konkurencję. Faworyci wśród „wysokich amatorów” mieli rzeczywiście lepszą rzeźbę, lecz gdy
staliśmy razem na scenie, zdecydowanie się wyróżniałem. Prawda jest taka, że nie wszyscy
kulturyści są silni, zwłaszcza ci, którzy trenują głównie na maszynach treningowych. Mnie
natomiast lata treningu trójboju i ćwiczeń z wolnymi ciężarami pozwoliły wyrobić potężne
bicepsy, mięśnie ramion, pleców i ud. Po prostu wyglądałem na większego i silniejszego od
pozostałych.
Przed finałem rozeszła się wieść, że na zawodach pojawił się młody olbrzym, pochodzący
nie wiadomo skąd, o trudnym do wymówienia nazwisku, więc publiczność zareagowała
szczególnie głośno i entuzjastycznie, gdy nasza grupa wkroczyła na scenę. Nie wygrałem, ale
zająłem wyższe miejsce, niż ktokolwiek by się spodziewał. Na ostatnim etapie zawodów
pozostałem tylko ja i Amerykanin Chester Yorton – sędziowie wybrali jego. Musiałem przyznać,
że ich decyzja była słuszna. Choć Chet ważył co najmniej dziewięć kilogramów mniej ode mnie,
miał piękne proporcje i wspaniałą rzeźbę, no i pozował lepiej niż ja, bo zdążył zdobyć
doświadczenie. Poza tym był bardzo ładnie opalony, tak że wyglądałem przy nim jak
niewypieczona bułka.
Jednak bardzo się cieszyłem, że zająłem drugie miejsce, i to tak niespodziewanie. Czułem
się jak zwycięzca. Jako debiutant znalazłem się w świetle reflektorów i ludzie mówili: „W
następnym roku to on wygra”.
Zaczęły o mnie pisać angielskie czasopisma poświęcone kulturystyce, co było bardzo
ważne, bo żeby osiągnąć cel, musiałem stać się znany w Anglii i Ameryce.
Ale gdy tylko miałem czas pomyśleć, oprzytomniałem. Uświadomiłem sobie jasno, że to
Chet Yorton stanął na podium, nie ja. Zasłużył na wygraną, czy jednak nie popełniłem błędu? Co
by było, gdybym przyjechał do Londynu, by wygrać? Może byłbym lepiej przygotowany?
Podczas występów bardziej bym się starał? Czy mogłem zwyciężyć i zostać Mister Universe?
Zdecydowanie zbyt nisko oceniłem swoje szanse. Te myśli sprawiły, że poczułem się gorzej. To
była dobra lekcja.
Później nigdy już nie jeździłem na zawody, żeby rywalizować. Jeździłem, żeby wygrywać.
Choć nie udawało mi się to za każdym razem, nastawienie zawsze miałem takie samo. Stałem się
prawdziwym zwierzęciem. Gdybyście mogli posłuchać moich myśli przed zawodami,
usłyszelibyście coś takiego: Zasłużyłem na podium, mam do niego prawo i powinno się przede
mną rozstąpić morze. Jazda mi z drogi, do cholery, bo wypełniam misję. Przyznajcie mi pierwsze
miejsce i spływajcie.
Wyobrażałem sobie siebie na podium z trofeum w ręku. Wszyscy inni staliby niżej, a ja
patrzyłbym na nich z góry.
***
Trzy miesiące później znów znalazłem się w Londynie – śmiejąc się i dokazując na
dywanie w salonie z gromadką maluchów. Były one dziećmi Waga i Dianne Bennettów,
właścicieli dwóch siłowni, którzy plasowali się na samym środku angielskiej sceny
kulturystycznej. Wag był sędzią na zawodach o tytuł Mister Universe i zaproponował, żebym
zamieszkał u nich w domu w Forest Gate i potrenował przez kilka tygodni. Chociaż mieli już
sześcioro własnych dzieci, wzięli mnie pod swoje skrzydła i byli dla mnie jak ojciec i matka.
Wag nie ukrywał, że czeka mnie jeszcze bardzo dużo pracy. Uważał, że przede wszystkim
muszę poćwiczyć pozowanie. Zdawałem sobie sprawę, że między przybieraniem poszczególnych
póz a płynnym układem różnica jest ogromna. Pozy są jak poszczególne ujęcia, a układy jak film.
Żeby zainteresować i uwieść widownię, trzeba zgrabnie przechodzić od pozy do pozy. Ale jak się
zachowywać pomiędzy nimi? Co robić z rękami? Jaką przybrać minę? Nigdy się nad tym nie
zastanawiałem. Wag przekonał mnie, że powinienem zwolnić i wykonywać ruchy jak w balecie,
że to kwestia postawy, prostych pleców i trzymania prosto głowy.
To jeszcze potrafiłem zrozumieć, trudniej mi natomiast było zaakceptować pomysł, że
mam pozować do muzyki. Wag puszczał na swoim zestawie hifi temat z filmu Exodus i zachęcał
mnie do prób. Początkowo muzyka mnie rozpraszała i deprymowała, czułem się skrępowany. Ale
po jakimś czasie zacząłem dostrzegać, że mogę zsynchronizować ruchy i unosić się na melodii
jak na fali – spokojne chwile, żeby zaprezentować w skupieniu piękną pozę: bicepsy tyłem
w skręcie tułowia trzy czwarte, potem, gdy muzyka narasta, płynne przejście do klatki piersiowej
bokiem, a wtedy buch! – wspaniałe kaptury przodem podczas crescendo. Dianne zajęła się
dostarczaniem mi protein i uczeniem manier. Czasami chyba myślała, że wychowywałem się
wśród wilków. Nie umiałem właściwie posługiwać się nożem i widelcem, nie wiedziałem też, że
powinienem pomagać sprzątać po obiedzie. Dianne podjęła moją edukację w miejscu, gdzie
zakończyli ją moi rodzice, Fredi Gerstl i Frau Matscher. Rzadko się na mnie wściekała, ale raz
stało się to wtedy, gdy zobaczyła, jak po turnieju toruję sobie drogę wśród fanów. Myślałem
wtedy: Wygrałem. A teraz sobie pójdę. Ona jednak zatrzymała mnie i powiedziała:
– Arnoldzie, tak się nie robi. Ci ludzie przyszli tu specjalnie, żeby cię zobaczyć. Wydali
pieniądze, a niektórzy przyjechali z bardzo daleka. Możesz poświęcić im kilka minut i rozdać
autografy.
Ta uwaga zmieniła moje życie. Nigdy dotąd nie myślałem o publiczności, tylko o rywalach.
Jednak od tamtej pory zawsze znajdowałem czas dla fanów.
Nawet dzieci brały udział w projekcie „kształcenie Arnolda”. Nie ma chyba lepszego
sposobu, żeby nauczyć się języka, niż zamieszkać u pełnej życia, szczęśliwej londyńskiej
rodziny, w której nikt nie rozumie po niemiecku, śpi się na kanapie i ma się sześcioro młodszego
rodzeństwa. Dzieciaki traktowały mnie jak nowego wielkiego ulubieńca i uwielbiały uczyć mnie
nowych słówek.
Zdjęcie z tamtego okresu ukazuje mnie w chwili, gdy poznałem swojego idola
z dzieciństwa, Rega Parka. On, opalony i rozluźniony, jest w dresie, ja mam na sobie
„estradowe” slipy, wydaję się blady i przejęty. Stałem obok Herkulesa, trzykrotnego Mister
Universe, gwiazdora, którego zdjęcie powiesiłem na ścianie i który stał się dla mnie inspiracją.
Ledwo wydobywałem głos. Cały angielski, którego się nauczyłem, w jednej chwili wyparował
mi z głowy.
Reg mieszkał wtedy w Johannesburgu, gdzie miał sieć siłowni, ale kilka razy w roku
przyjeżdżał do Anglii w interesach. Przyjaźnił się z Bennettami i wspaniałomyślnie zgodził się
pokazać mi kilka sztuczek. Wag i Dianne uważali, że moje szanse na zdobycie tytułu Mister
Universe wzrosną, gdy stanę się znany w Anglii. Kulturyści dawali się poznać publiczności,
jeżdżąc w trasy – promotorzy z całych Wysp Brytyjskich organizowali lokalne imprezy
i występując na nich, można było wyrobić sobie nazwisko i przy okazji zgarnąć trochę pieniędzy.
Tak się złożyło, że Reg jechał na taką imprezę do Belfastu w Irlandii Północnej i zaproponował,
żebym mu towarzyszył. Wyrabianie sobie nazwiska w świecie kulturystyki wygląda podobnie jak
w świecie polityki: jeździ się od miasteczka do miasteczka, licząc, że ludzie zaczną o tobie
mówić. Ta strategia okazała się skuteczna i popularność, jaką zdobyłem, pomogła mi w końcu
zostać Mister Universe.
Pewnego wieczoru stałem za kulisami i patrzyłem, jak Reg pozuje na scenie przed
widownią złożoną z kilkuset rozentuzjazmowanych fanów. Później podszedł do mikrofonu
i wywołał mnie na scenę. Umilkł, gdy ja popisywałem się swoją siłą: podniosłem sto dwadzieścia
pięć kilogramów w podrzucie i wykonałem martwy ciąg, dźwigając pięć razy dwieście
dwadzieścia sześć kilogramów. Na koniec zaprezentowałem pozy kulturystyczne, co wywołało
owację na stojąco. Już miałem zejść ze sceny, gdy Reg powiedział:
– Arnoldzie, podejdź tu.
Podszedłem do mikrofonu, a wtedy rzucił:
– Powiedz coś do tych ludzi.
Odparłem:
– Nie, nie, nie.
– Dlaczego nie?
– Bo nie mówię tak dobrze po angielsku.
– Hej – on na to – nieźle ci idzie! Nagrodźmy go oklaskami. Facet, który nie zna
angielskiego, musi mieć odwagę, żeby wypowiedzieć takie trudne zdanie. – Zaczął klaskać
i wszyscy się do niego przyłączyli.
Pomyślałem: Jezu, to niesamowite. Podoba im się to, co mówię!
Reg tymczasem ciągnął:
– Powiedz: „Lubię Irlandię”.
– Lubię Irlandię. – Znowu oklaski.
– Pamiętam, jak mi powiedziałeś, że pierwszy raz będziesz w Belfaście i że nie możesz się
już doczekać, kiedy tam przyjedziemy.
Tak było?
– Tak.
– Więc powiedz to teraz! „Nie mogłem się doczekać…”.
– Nie mogłem się doczekać…
– „Żeby tu przyjechać”. – O rany, i znowu oklaski. Za każde zdanie, które Reg kazał mi
powtórzyć, dostawałem aplauz.
Gdyby dzień wcześniej mnie uprzedził: „Kiedy wyjdziesz na scenę, poproszę cię, żebyś
powiedział kilka słów”, byłbym śmiertelnie przerażony. A w ten sposób, nie stresując się,
ćwiczyłem przemawianie do publiczności. Nie musiałem się martwić, czy ludzie mnie
zaakceptują, ani myśleć, co mam mówić. Nie bałem się, bo przede wszystkim chodziło
o prezentację ciała. Podnosiłem ciężary. Prezentowałem pozy. Wiedziałem, że mnie polubili. To
było super.
Później obserwowałem Rega na kilku imprezach. Wspaniale przemawiał. Potrafił rozbawić
ludzi. Wychodził do nich. Opowiadał anegdoty. I był Herkulesem! Mister Universe! Poza tym
znał się na winach, najedzeniu, mówił po francusku i włosku. Był jednym z tych
wszechstronnych facetów. Przyglądałem się, jak trzyma mikrofon, i mówiłem sobie: „Ty też tak
musisz. Nie możesz tylko pozować na scenie jak robot, a potem zaraz z niej schodzić, bo ludzie
się na tobie nie poznają. Reg Park z nimi rozmawia. To jedyny znany mi kulturysta, który to robi.
Dlatego go kochają. Dlatego jest Regiem Parkiem”.
***
Po powrocie do Monachium skupiłem się na rozwijaniu biznesu, czyli siłowni. Stary
Putziger rzadko się w niej pokazywał, co Albertowi i mnie bardzo odpowiadało. Tworzyliśmy
zgraną ekipę. Albert kierował wszystkim – wysyłkową sprzedażą odżywek, czasopismem
i siłownią – wykonując robotę za kilku ludzi. Ja miałem za zadanie, oprócz treningów,
pozyskiwać nowych klientów. Oczywiście naszym celem było prześcignięcie Smolany i zdobycie
pozycji najlepszej siłowni w mieście. Pierwszym krokiem była, rzecz jasna, reklama, ale nie
bardzo mogliśmy sobie na nią pozwolić, więc sami zlecaliśmy druk plakatów, czekaliśmy do
późnego wieczora, a potem chodziliśmy po mieście, rozklejając je na budowach, ponieważ
sądziliśmy, że bodybuilding może zainteresować budowlańców.
Jednak ta strategia nie przynosiła takich efektów, jakich się spodziewaliśmy.
Zachodziliśmy w głowę, dlaczego tak się dzieje, aż któregoś dnia Albert przechodził obok
jednego z placów budowy i zauważył na murze plakat Smolany, w tym samym miejscu,
w którym wcześniej znajdował się nasz. Okazało się, że Smolana wysyłał swoich ludzi na miasto,
żeby przyklejali jego plakaty na naszych, zanim jeszcze zdążył wyschnąć klej. Zmieniliśmy więc
system. Rozlepialiśmy plakaty o północy, a potem o czwartej nad ranem robiliśmy drugą rundkę,
by się upewnić, że gdy budowlańcy przyjdą do pracy, nasze będą na wierzchu. W efekcie tej
plakatowej wojny szeregi naszych klientów zaczęły powoli rosnąć.
Wprawdzie Smolana miał więcej miejsca, ale u nas była lepsza atmosfera i lepsza zabawa.
To stanowiło nasz atut. Przychodzili też do nas zapaśnicy. Obecnie wrestling to potężna
dyscyplina sportu, którą interesuje się telewizja, jednak w tamtych czasach zapaśnicy jeździli od
miasta do miasta i walczyli na imprezach. Gdy przyjeżdżali do Monachium, występowali
w Circus Krone, gdzie znajdowała się wielka arena. Na walki zapaśników przychodziły tłumy.
Zapaśnicy zawsze szukali miejsc, w których mogliby trenować, i gdy usłyszeli o mnie,
zaczęli wybierać naszą siłownię. Trenowałem z takimi facetami jak Harold Sakata z Hawajów,
który grał niegodziwego Oddjoba w Goldfingerze, filmie o Jamesie Bondzie z 1964 roku. Jak
wielu zawodowych zapaśników, Harold zaczynał od podnoszenia ciężarów – na letniej
olimpiadzie w Londynie w 1948 roku zdobył srebrny medal dla Stanów Zjednoczonych.
Przychodzili do nas także zapaśnicy węgierscy i francuscy – goście z całego świata. Czasami
otwierałem dla nich siłownię w porach, gdy zwykle była zamknięta, a wieczorami chodziłem
oglądać, jak walczą. Na wszelkie sposoby chcieli zrobić ze mnie zapaśnika, ale ja miałem inne
plany.
Byłem jednak dumny, że nasza siłownia stała się takim małym ONZetem, bo chciałem,
żeby wszystko, co robię, miało wymiar globalny. Zachodzili do nas również przejeżdżający przez
miasto amerykańscy i angielscy kulturyści, a wieść, że Universum Sport Studio to doskonałe
miejsce do ćwiczeń, rozeszła się niebawem także wśród stacjonujących w pobliżu amerykańskich
żołnierzy.
Szeroka i różnorodna klientela służyła jednocześnie reklamie. Jeśli ktoś mi mówił:
– Hm, byłem w jednej z siłowni należących do Smolany, mają tam lepszy sprzęt niż wy.
– Może rzeczywiście mają jedno pomieszczenie więcej – odpowiadałem. – Ale zastanów
się, dlaczego wszyscy wolą przychodzić tutaj. Jeśli amerykański kulturysta przybywa zza oceanu,
trenuje u nas. Jeśli żołnierz szuka siłowni, trenuje u nas. Jeśli zawodowy zapaśnik zatrzymuje się
w mieście, trenuje u nas. Przychodzą do nas nawet kobiety! – Włączyłem tę gadkę do stałego
repertuaru.
Pierwsze sukcesy w Londynie upewniły mnie, że jestem na właściwej drodze i że to, co
chcę osiągnąć, nie jest niedorzecznym wymysłem. Utwierdzało mnie w tym przekonaniu każde
zwycięstwo. Po udziale w zawodach Mister Universe w 1966 roku zdobyłem jeszcze kilka
innych tytułów, między innymi Mister Europe. Podczas Oktoberfest wygrałem rundę
w zawodach Lowenbraukeller – podniosłem znajdujący się w tej piwiarni kamienny blok
o wadze dwustu pięćdziesięciu trzech kilogramów, i to wyżej niż wszyscy inni zawodnicy tego
dnia. Stałem się lokalną sławą.
Wiedziałem, że jestem już faworytem turnieju Mister Universe 1967, lecz to mi nie
wystarczało – chciałem odnieść naprawdę wielki triumf. Poprzednio zadziwiłem tam wszystkich
swoimi wymiarami i siłą, teraz zamierzałem zaprezentować się jako jeszcze potężniejszy
i silniejszy, tak żeby opadły im szczęki.
Całą uwagę i energię skupiłem więc na planie treningów, który opracowałem z Wagiem
Bennettem. Od miesięcy większość oszczędności wydawałem na jedzenie oraz witaminy
i proteiny w tabletkach, które miały pomagać budować masę mięśniową. W ramach diety piłem
napój, który stanowił koszmarne przeciwieństwo piwa: były to same drożdże piwowarskie, mleko
i surowe jajka. Śmierdział i smakował tak paskudnie, że Albert się porzygał, gdy raz go
spróbował. Ale ja wierzyłem, że napój działa, i może tak było.
Przeczytałem wszystko, co tylko mogłem znaleźć, o metodach treningowych sportowców
z Niemiec Wschodnich i Związku Radzieckiego. Coraz częściej krążyły plotki, że ciężarowcy,
miotacze i pływacy stosują doping, aby osiągać lepsze wyniki. Gdy tylko odkryłem, że biorą
sterydy, poszedłem do lekarza, żeby je wypróbować. Wtedy jeszcze nie wprowadzono zakazu
stosowania sterydów anabolicznych i można je było kupić na receptę, choć ludzie mieli wobec
nich mieszane uczucia. Kulturyści nie rozmawiali o nich tak swobodnie jak o treningu czy
odżywkach, a w mediach toczyła się dyskusja, czy czasopisma kulturystyczne powinny pisać
o dopingu, czy ignorować ten trend.
Jedyne, co chciałem wiedzieć, to czy czołowi światowi zawodnicy biorą anaboliki.
Dowiedziałem się tego, pytając znajomych w Londynie. Nie zamierzałem startować w zawodach
z gorszej pozycji. „Zrób wszystko, co można”, taką miałem zasadę. A ponieważ wtedy nie były
jeszcze znane zagrożenia – badania nad efektami ubocznymi anabolików dopiero rozpoczęto –
nie miałem czym się przejmować. Zresztą nie przejmowałbym się, nawet gdyby zagrożenia
istniały. Narciarze zjazdowi i kierowcy Formuły i też wiedzą, że mogą zginąć, a mimo to startują
w zawodach. Bo jeśli nie zginiesz, wygrasz. Poza tym miałem dopiero dwadzieścia lat
i myślałem, że będę żył wiecznie.
Żeby zdobyć anaboliki, poszedłem po prostu do miejscowego lekarza pierwszego kontaktu.
– Słyszałem, że to wspomaga wzrost mięśni – powiedziałem.
– Owszem, ale nie wiązałbym z tym większych nadziei – odparł.
– Podaje się je pacjentom po operacjach, podczas rehabilitacji.
– A mógłbym spróbować? – spytałem, a on się zgodził. Wypisał skierowanie na zastrzyki
co dwa tygodnie i przepisał tabletki.
– Niech pan stosuje to przez trzy miesiące i odstawi w dniu, w którym skończą się zawody.
Anaboliki wywoływały u mnie głód i pragnienie, dzięki czemu przybierałem na wadze,
lecz głównie dzięki wodzie, a przecież nie o to chodziło. Nauczyłem się korzystać z tych
środków w ostatnich sześciu, ośmiu tygodniach przed większym turniejem, ale efekt ich działania
można porównać z ładną opalenizną.
Później, gdy już wycofałem się z kulturystyki, anaboliki stały się poważnym problemem
w sporcie. Goście brali dwadzieścia razy większe ich dawki niż my, a gdy na rynku pojawiły się
ludzkie hormony wzrostu, sytuacja naprawdę wymknęła się spod kontroli. Zdarzało się, że
kulturyści umierali. Od tamtego czasu współpracuję z IFBB (Międzynarodową Federacją
Kulturystyki) i innymi organizacjami, żeby zakazać w sporcie wszelkich środków dopingujących.
W rezultacie tych wszystkich udoskonaleń treningu i sposobu odżywiania się, gdy we
wrześniu 1967 roku wsiadałem do samolotu, aby polecieć do Londynu, byłem o prawie pięć
kilogramów cięższy, bo moja masa mięśniowa się zwiększyła.
Moje drugie zawody o tytuł Mister Universe okazały się takim sukcesem, jak sobie
wyobrażałem. Stanąłem do rywalizacji z kulturystami z Republiki Południowej Afryki, Indii,
Anglii, Jamajki, Szkocji, Trynidadu, Meksyku, Stanów Zjednoczonych i wielu innych krajów. Po
raz pierwszy słyszałem, jak publiczność skanduje: „Arnold! Arnold!”. Nigdy wcześniej czegoś
takiego nie przeżyłem. Gdy stanąłem na podium, trzymając trofeum – tak jak w marzeniach –
potrafiłem nawet powiedzieć poprawnie kilka słów po angielsku, by pokazać, że mam klasę,
i podzielić się swoją radością. Powiedziałem do mikrofonu:
– Zrealizowałem mój życiowy cel. Jestem szczęśliwy, że zostałem Mister Universe.
Powtórzę to, bo brzmi fantastycznie. Jestem szczęśliwy, że zostałem Mister Universe! Dziękuję
wszystkim w Anglii, którzy mi pomogli. Byli dla mnie bardzo dobrzy. Dziękuję wam wszystkim.
Tytuł Mister Universe umożliwił mi życie, o jakim młody człowiek nawet nie mógł
marzyć. Gdy było ciepło, pakowaliśmy się z innymi kulturystami do naszych starych
samochodów i jechaliśmy na wieś, gdzie zabawialiśmy się w gladiatorów – piekliśmy mięso,
piliśmy
wino
i kochaliśmy
się
z dziewczynami.
Wieczorami
spędzałem
czas
w międzynarodowym towarzystwie, z właścicielami barów, muzykami, barmankami – jedna
z moich dziewczyn była striptizerką, inna Cyganką.
Jednak szalałem, gdy była pora na szaleństwo, a kiedy trzeba było ćwiczyć, stawiałem się
w siłowni. Nie opuściłem ani jednego treningu.
Reg Park obiecał, że gdy zostanę Mister Universe, zaprosi mnie do RPA na występy
i imprezy promocyjne. Rankiem po zawodach wysłałem więc do niego telegram: Wygrałem.
Kiedy mam przyjechać? Reg nie rzucał słów na wiatr. Przysłał mi bilet na samolot i latem 1967
roku spędziłem trzy tygodnie w Johannesburgu z nim, jego żoną Mareon i ich dziećmi, Jonem
Jonem i Jeunesse. Reg i ja objechaliśmy całą Republikę Południowej Afryki, byliśmy w Pretorii
i Kapsztadzie, gdzie występowaliśmy.
Aż do tamtej pory nie miałem nawet mglistego pojęcia, czym naprawdę jest sukces
w kulturystyce, filmie i biznesie. Widok szczęśliwej rodziny Rega i jego dostatniego życia
zainspirował mnie tak samo jak jego rola Herkulesa. Reg pochodził z klasy robotniczej z Leeds;
w Ameryce był gwiazdorem kulturystyki. W latach pięćdziesiątych zakochał się w Mareon;
zabrał ją do Anglii i ożenił się z nią. Jednak Leeds działało na nią przygnębiająco, więc przenieśli
się do RPA, gdzie założył sieć siłowni. Biznes prosperował doskonale. Ich dom, który nazwali
Olimpem, wznosił się nad miastem, miał basen i ogrody. Wnętrze było przestronne, piękne
i wygodne, ozdobione dziełami sztuki. Chociaż uwielbiałem życie w Monachium – treningi,
imprezy, bijatyki i uganianie się za dziewczynami – pobyt u Parków uświadomił mi, że
powinienem sięgnąć wyżej.
Reg codziennie budził mnie o piątej rano, a o wpół do szóstej byliśmy już w jego siłowni
przy Kirk Street 42 i trenowaliśmy. Nigdy nie wstawałem o takiej porze, ale wtedy poznałem
zalety wczesnego treningu, przed rozpoczęciem dnia, gdy człowiek nie ma jeszcze innych zajęć
i nikt od niego niczego nie chce. Reg udzielił mi także ważnej lekcji dotyczącej ograniczeń
psychicznych. Podczas treningu doszedłem do tego, że podnosiłem sto trzydzieści sześć
kilogramów we wspięciu na palce, więcej niż jakikolwiek znany mi kulturysta. Myślałem, że
zbliżam się do granicy ludzkich możliwości. Byłem więc zdumiony, kiedy zobaczyłem, że Reg
podnosi czterysta pięćdziesiąt kilogramów.
– Ograniczenia masz w głowie – tłumaczył. – Zastanów się: to mniejsze obciążenie niż
podczas chodzenia. Ważysz sto szesnaście kilogramów, więc podnosisz prawie tyle samo we
wspięciu na palce przy każdym kroku. Podczas prawdziwego treningu musisz podnosić więcej. –
I miał rację. Limit, o którym myślałem, był czysto psychologiczny. Od chwili gdy zobaczyłem,
jak ktoś inny podnosi takie ciężary, sam zacząłem robić postępy w ćwiczeniach.
To świadczyło o przewadze umysłu nad ciałem. W podnoszeniu ciężarów, a konkretnie
w rwaniu, przez wiele lat istniała bariera dwustu dwudziestu sześciu kilogramów – tak jak
czterominutowa mila, czyli przebiegnięcie mili w czasie krótszym niż cztery minuty, co udało się
dopiero Rogerowi Bannisterowi w 1954 roku. Ale gdy tylko wielki rosyjski sztangista Wasilij
Aleksiejew wyrwał w 1970 roku dwieście dwadzieścia siedem kilogramów, ustanawiając nowy
rekord świata, trzej inni zawodnicy w ciągu następnego roku podnieśli jeszcze więcej.
To samo zjawisko zaobserwowałem podczas treningów z moim partnerem Frankiem
Columbu. Wiele lat później pewnego popołudnia robiliśmy na zmianę przysiady z obciążeniem
w Gold’s Gym w Kalifornii. Ja zrobiłem sześć powtórzeń z dwustu dwudziestoma sześcioma
kilogramami. Chociaż Franco był lepszy ode mnie w przysiadach, już po czterech powtórzeniach
odłożył sztangę.
– Jestem wykończony – oświadczył.
Wtedy zauważyłem, że na salę wchodzą dwie dziewczyny z plaży, i podszedłem do nich,
żeby się przywitać. Wróciłem i powiedziałem do Franca:
– One nie wierzą, że potrafisz zrobić przysiad z obciążeniem dwustu dwudziestu sześciu
kilo.
Wiedziałem, że lubi się popisywać, szczególnie przed dziewczynami. I oczywiście
powiedział:
– Już ja im pokażę. Tylko popatrz.
Podniósł dwieście dwadzieścia sześć kilogramów i zrobił dziesięć powtórzeń. Starał się
przy tym, by wyglądało to tak, że robi to bez wysiłku. Jego uda pewnie wyły: „Co jest, kurwa?!”.
Co więc się zmieniło? Nastawienie. W sporcie łatwo zapomnieć o sile umysłu, ale od tamtej pory
wiem, jak jest ważna.
Gdy wróciłem do Monachium, czekało mnie nowe wyzwanie: jak wykorzystać tytuł Mister
Universe, żeby przyciągnąć do siłowni klientów. Kulturystyka była wówczas tak mało znaną
dziedziną sportu i uchodziła za takie dziwactwo, że o zdobyciu przeze mnie mistrzostwa świata
poza siłownią niewiele się mówiło. Większą sławę zyskałem, podnosząc ciężki kamień
w piwiarni.
Albert wpadł jednak na pewien pomysł. Gdybyśmy poprosili dziennikarzy, żeby napisali
artykuł o zdobyciu przeze mnie tytułu Mister Universe, pomyśleliby, że zwariowaliśmy. Kazał
mi więc w mroźny dzień przejść się po mieście w slipach kulturystycznych. A potem zadzwonił
do kilku znajomych dziennikarzy i powiedział: „Pamiętasz Schwarzeneggera, tego, który wygrał
zawody w podnoszeniu kamienia? Zdobył tytuł Mister Universe i chodzi po Stachus tylko
w majtkach”.
Paru redaktorów uznało to za tak zabawne, że wysłali fotoreporterów. Oprowadziłem ich
po całym mieście: od rynku po Hauptbahnhof, gdzie specjalnie zatrzymywałem się na pogawędki
ze starszymi paniami, aby pokazać, że jestem człowiekiem miłym i przyjaźnie nastawionym,
a nie potworem. To samo robią przecież politycy, ale jak na kulturystę, było to niezwykłe
zachowanie. Mimo zimna doskonale się bawiłem. Następnego dnia jedna z gazet opublikowała
moje zdjęcie – stoję w slipach na budowie, a jakiś grubo ubrany robotnik gapi się na mnie, nie
kryjąc zdumienia.
Po ponad roku pracy i robieniu takich numerów udało nam się podwoić liczbę klientów.
Było ich teraz trzystu – tyle że miasto miało ponad milion mieszkańców. Albert nazywał
kulturystykę subkulturą subkultury. Prowadziliśmy długie rozmowy, zastanawiając się, dlaczego
ten sport jest tak mało popularny. Uznaliśmy, że odpowiedź musi kryć się w mentalności samych
kulturystów – to samotnicy, którzy chcą się schować pod pancerzem mięśni. Wszystko więc
robią ukradkiem, trenują w lochach i wychodzą na powierzchnię tylko wtedy, gdy mięśnie dają
im już poczucie bezpieczeństwa. Historia zna słynnych siłaczy, jak urodzony w Prusach Eugen
Sandow, często nazywany ojcem współczesnej kulturystyki, albo Alois Swoboda, jednak od
początku XX wieku nie było nikogo takiego jak oni. Żaden ze współczesnych kulturystów nie był
aż takim showmanem, żeby trening siłowy stał się popularny.
Zawody organizowane w Monachium były przygnębiającym tego potwierdzeniem.
Wprawdzie nie odbywały się w piwiarniach, jak kiedyś występy siłaczy, ale w siłowniach,
w których były tylko gołe ściany, goła podłoga i kilka tuzinów krzeseł, albo w salach
widowiskowych na pustej scenie. A było to przecież Monachium, duże miasto, pełne ludzi,
tętniące życiem, żądne rozrywek. Wyjątek stanowiły zawody o tytuł Mister Germany,
odbywające się corocznie w Bürgerbräukeller, piwiarni, w której stołowali się robotnicy.
Albert i ja wpadliśmy więc na pomysł, żeby nadać zawodom kulturystycznym wyższą
rangę. Uzbieraliśmy trochę pieniędzy i kupiliśmy prawa do organizacji turnieju o tytuł Mister
Europe 1968. Potem zwróciliśmy się do właścicieli Schwabinger Brau, eleganckiej starej
piwiarni w dobrej dzielnicy, i zapytaliśmy: „Gdybyśmy tak zorganizowali tu zawody
kulturystyczne?”.
Nietypowe miejsce pomogło nam rozreklamować imprezę i ściągnąć tysiąc widzów,
podczas gdy poprzedniego roku przyszło zaledwie kilkuset. Oczywiście zaprosiliśmy prasę
i zadbaliśmy o to, by dziennikarze mieli pojęcie, co oglądają, i potem napisali, co trzeba.
Wszystko to mogło okazać się klapą. Mogliśmy sprzedać za mało biletów albo ktoś mógł
wywołać awanturę, wskakując na scenę i waląc Mister Europe w łeb kuflem. Jednak w piwiarni,
nad głowami pijących piwo i stukających się kuflami, zapanowały niewiarygodny entuzjazm
i ożywienie. Nasza impreza wyznaczyła nowe standardy w niemieckiej kulturystyce.
Tamte zawody wywarły duży wpływ na kulturystów ze wschodniej Europy, ponieważ
zbiegły się z radziecką inwazją na Czechosłowację. Dwudziestego pierwszego sierpnia, niespełna
miesiąc przed turniejem, na teren tego państwa wjechały czołgi mające zdławić demokratyczne
reformy, wprowadzone podczas tak zwanej praskiej wiosny na początku 1968 roku. Na tę wieść
skontaktowaliśmy się z tamtejszymi kulturystami i pojechaliśmy po nich na granicę. Czesi byli
tamtego roku wyjątkowo liczni na zawodach, ponieważ wykorzystali je jako pretekst do ucieczki.
Później powyjeżdżali z Monachium do Kanady albo Stanów Zjednoczonych.
***
Zastanawiałem się, kiedy wreszcie wyjadę do Ameryki. To pytanie wciąż kołatało się
w mojej głowie. W wojsku na przykład, gdy dowiedziałem się, że kierowców czołgów wysyłają
na dodatkowe szkolenie do Stanów Zjednoczonych, zacząłem nawet fantazjować o pozostaniu
w kamaszach. Problem oczywiście polegał na tym, że po zakończeniu szkolenia w Ameryce
musiałbym wrócić do Austrii i nadal służyć w wojsku.
Trzymałem się więc pierwotnej wizji: przyjdzie list czy telegram z zaproszeniem do
Ameryki. Ja tylko muszę się starać i dawać z siebie wszystko, bo jeśli Reg Park dostał się tam,
dając z siebie wszystko, to mnie też się uda. On i Steve Reeves byli dla mnie punktem
odniesienia przy ocenie postępów. Zacząłem trenować bardzo wcześnie, wcześniej niż Reg, bo
już w wieku piętnastu lat, podczas gdy on zaczynał jako siedemnastolatek, tuż przed pójściem do
wojska. Zdobywając tytuł Mister Universe w wieku dwudziestu lat, wszedłem przebojem do
świata kulturystyki, ponieważ pobiłem wieloletni rekord Rega, który zwyciężył w tych
zawodach, mając lat dwadzieścia trzy.
W pierwszym okresie mojej fascynacji kulturystyką wyobrażałem sobie, że zdobycie tytułu
Mister Universe przyniesie mi nieśmiertelną sławę. W rzeczywistości jednak sytuacja na scenie
kulturystycznej bardzo się skomplikowała. Jak we współczesnym boksie, w kulturystyce
pojawiły się rozmaite federacje, które współzawodniczyły ze sobą o kontrolę nad tym sportem.
Organizowały zawody przyciągające kulturystyczną elitę: Mister Universe w Wielkiej Brytanii,
Mister World w Stanach Zjednoczonych i wreszcie Mister Olympia, nowy turniej mający
wytypować najlepszego zawodowego kulturystę na świecie. Fani musieli uważnie śledzić
wszystkie te wydarzenia, aby orientować się, co słychać w świecie kulturystyki, a dla mnie
zasadnicze znaczenie miało to, że w danym turnieju nie brali udziału wszyscy czołowi kulturyści.
Na przykład niektórzy amerykańscy mistrzowie nie uczestniczyli w zawodach o tytuł Mister
Universe
w Londynie,
tylko
w ich
amerykańskim
odpowiedniku.
Żeby
stać
się
niekwestionowanym mistrzem świata, kulturysta musiał więc zwyciężyć w zawodach
organizowanych przez wszystkie federacje. Dopiero gdy zmierzył się ze wszystkimi rywalami
i ich pokonał, mógł być uznany za najlepszego. Reg Park w swoim czasie był najlepszy tylko
dlatego, że zdobył tytuł Mister Universe trzy razy w ciągu czternastu lat. Bill Pearl, wspaniały
kulturysta z Kalifornii, został trzykrotnie Mister Universe, a poza tym także Mister America
i Mister USA. Steve Reeves był Mister America, Mister Universe i Mister World. Pragnąłem nie
tylko pobić ich rekordy, ale też ustanowić własne; jeśli ktoś mógł wygrać trzy razy w zawodach
o tytuł Mister Universe, to ja chciałem dokonać tego sześć razy. Byłem młody i czułem, że mam
ogromne możliwości.
Takie miałem marzenia, gdy przygotowywałem się do londyńskich zawodów Mister
Universe w 1968 roku. Żeby wyjechać do Ameryki, musiałem dominować na europejskiej scenie
kulturystycznej. Tytuł Mister Universe w kategorii amatorów, który zdobyłem rok wcześniej,
stanowił doskonały start, choć automatycznie przeniósł mnie do klasy zawodowców, otwierając
nowe pole do rywalizacji. Musiałem więc jeszcze raz pojechać do Londynu i zdobyć tytuł
mistrzowski jako zawodowiec, i to w jeszcze bardziej efektownym stylu niż jako amator. Wtedy
stałbym się dwukrotnym Mister Universe i ruszyłbym do przodu.
Nic nie mogło mi w tym przeszkodzić: rozrywki, praca, podróże, dziewczyny, organizacja
zawodów o tytuł Mister Europe. Oczywiście znajdowałem na to wszystko czas, ale najważniejsze
były dla mnie treningi: ćwiczyłem ostro po czterypięć godzin dziennie, sześć dni w tygodniu.
Choć korzystałem ze wskazówek Waga Bennetta i Rega Parka, cel moich treningów
pozostał ten sam co dotychczas. Wciąż zmieniałem się fizycznie i chciałem wykorzystać swoją
naturalną przewagę: konstrukcję fizyczną, pozwalającą uzyskać większą masę niż w przypadku
facetów, z którymi miałem się zmierzyć. Zamierzałem pokazać się w Victoria Palace jako jeszcze
potężniejszy i silniejszy niż rok temu i zmieść konkurencję. Przy wzroście stu osiemdziesięciu
ośmiu centymetrów oraz wadze stu trzynastu kilogramów robiłem większe wrażenie niż
kiedykolwiek do tej pory.
Dzień poprzedzający zawody nie zaczął się dobrze. Po drodze na lotnisko wpadłem do
siłowni, spodziewając się, że Rolf Putziger wypłaci mi pensję i będę miał pieniądze na wydatki
w Londynie. Ale on zamiast tego wręczył mi kartkę i długopis.
– Podpisz tutaj, to dostaniesz pieniądze – polecił.
Był to kontrakt, mówiący, że zostaje moim agentem i będzie dostawał działkę z tego, co
w przyszłości zarobię! Otrząsnąłem się z szoku na tyle, że kategorycznie odmówiłem, jednak
wychodząc z siłowni, nie mogłem dojść do siebie. W kieszeni miałem niewiele forsy i nie
wiedziałem, czy właśnie nie straciłem roboty. Żebym mógł polecieć do Londynu, Albert musiał
mi pożyczyć pięćset marek. Oczywiście podróż zakończyła się znacznie lepiej, niż się zaczęła, bo
następnego dnia po raz drugi zdobyłem tytuł Mister Universe. W magazynach kulturystycznych
ukazały się moje zdjęcia: lewą ręką unosiłem dziewczynę w bikini, a prawą prężyłem, żeby
pokazać biceps. Ale najlepsze ze wszystkiego było to, że w hotelu zastałem telegram od Joego
Weidera.
Gratuluję zwycięstwa, pisał. Jesteś nową młodą sensacją. Zostaniesz największym
kulturystą w historii. Zapraszał mnie na następny weekend do Ameryki, gdzie miałem wziąć
udział w organizowanych przez jego federację zawodach Mister Universe w Miami. Pokrywamy
koszty, informował. Pułkownik Schuster wyjaśni szczegóły.
Byłem podekscytowany, że dostałem telegram od niekwestionowanego twórcy mistrzów
kulturystyki. Jako największy impresario kulturystów w Ameryce, Joe Weider był jednocześnie
największym impresariem kulturystów na świecie. Zbudował międzynarodowe imperium
kulturystyczne, które obejmowało organizację pokazów, czasopisma, sprzęt i odżywki. Zbliżałem
się do realizacji mojego marzenia; nie tylko byłem mistrzem, ale też miałem wyjechać do
Ameryki. Nie mogłem się doczekać, kiedy zadzwonię do rodziców i powiem im o swoim
sukcesie. Nie spodziewałem się tego, istniała jednak szansa, że zgarnę tytuł Mister Universe po
raz trzeci! W wieku dwudziestu jeden lat! To byłoby niewiarygodne! Byłem w doskonałej
formie, miałem swoje pięć minut. Pomyślałem, że rzucę Miami na kolana.
Pułkownik Schuster był facetem średniego wzrostu, noszącym garnitur jak biznesmen.
Stopnia pułkownika dosłużył się w Gwardii Narodowej Stanów Zjednoczonych, a obecnie
zarabiał na życie jako europejski przedstawiciel firmy Weidera. Przyjechał do mnie do hotelu,
wręczył mi bilet lotniczy, lecz okazało się, że nie mam amerykańskiej wizy.
Zatrzymałem się u Schustera i czekałem, obgryzając ze zdenerwowania paznokcie, podczas
gdy pułkownik zwrócił się do ambasady i pociągał za sznurki. Formalności zajęły tydzień.
Starałem się jakoś zabić czas, ale nie odżywiałem się, jak należy, i nie miałem dostępu do
siłowni, w której mógłbym trenować pięć godzin dziennie. Chodziłem do magazynu towarowego
Weidera, gdzie trzymali sztangi i hantle, i ćwiczyłem. Nie mogłem się jednak skupić – to nie było
to samo.
Kiedy wszedłem na pokład samolotu, cała frustracja uleciała. Przesiadałem się w Nowym
Jorku i gdy samolot krążył nad miastem, po raz pierwszy w życiu zobaczyłem drapacze chmur,
Zatokę Nowojorską i Statuę Wolności – to był fantastyczny widok. Jeśli chodzi o Miami, nie
bardzo wiedziałem, czego się spodziewać, a kiedy przyleciałem, padał deszcz. Ale to miasto też
robiło wrażenie: nie tylko budynki i palmy, lecz także upały w październiku. Bardzo podobały mi
się odwiedzane przez turystów miejsca, tętniące południowoamerykańską muzyką. A mieszanka
Latynosów, czarnych i białych wydała mi się fascynująca. Stykałem się z czymś takim w kręgach
kulturystycznych, ale w Austrii, gdy dorastałem – nigdy.
Joe Weider już dziesięć lat wcześniej powołał do istnienia amerykański odpowiednik
turnieju Mister Universe, żeby spopularyzować kulturystykę w Stanach Zjednoczonych, ale po
raz pierwszy zawody organizowano Na Florydzie. Odbywały się w Miami Beach Auditorium,
wielkiej nowoczesnej sali mieszczącej dwa tysiące siedmiuset widzów, w której kręcono
popularny program telewizyjny Jackie Gleason Show. Ominęły mnie wydarzenia poprzedzające
całą imprezę – wywiady, koktajle, reportaże filmowe i telewizyjne oraz kampanie promocyjne –
ale i tak widziałem, że jest zakrojona na wielką skalę, w stylu amerykańskim. Wszędzie można
było zobaczyć żywe legendy kulturystyki, jak Dave Draper czy Chuck Sipes. Każdy zdobył
zarówno tytuł Mister America, jak i Mister Universe.
Po raz pierwszy zobaczyłem wtedy mistrza świata w kulturystyce, Sergia Olivę. Był
Kubańczykiem, który wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, i jako pierwszy przedstawiciel
mniejszości etnicznej wygrał w zawodach Mister America, Mister World, Mister International,
Mister Universe i Mister Olympia. W poprzednim tygodniu drugi raz z rzędu zdobył tytuł Mister
Olympia. Chociaż jeszcze nie zaliczałem się do jego ligi, Oliva wiedział, że wkrótce zostaniemy
rywalami. „On jest bardzo, bardzo dobry, powiedział o mnie reporterowi. Przyszły rok będzie
ciężki, ale nie mam nic przeciwko temu. Nie lubię rywalizować z dzieciakami”. Gdy to
usłyszałem, pomyślałem sobie: No to zaczynają się psychologiczne gierki.
W turnieju startowało dwudziestu czterech zawodników, podzielonych na grupy
„wysokich” i „niskich”. W odbywających się przed południem eliminacjach bez trudu pokonałem
wszystkich „wysokich”. Najlepszy wśród „niskich” okazał się tamtego roku Mister America,
Frank Zane, będący w szczytowej formie. Tydzień wcześniej zwyciężył w zawodach Mister
America, odbywających się w Nowym Jorku. Ja byłem równie potężny i silny jak w Londynie,
miałem dobrą sylwetkę i imponującą masę. Ale po tygodniu bezczynnego czekania na wizę
przybrałem trochę na wadze, co oznaczało, że podczas pozowania moje ciało nie było tak
wyrzeźbione i gładkie jak jeszcze niedawno. Co gorsza, Zane, proporcjonalny i umięśniony,
o idealnej rzeźbie, był mocno opalony, podczas gdy ja byłem blady jak papier. Przed
rozpoczęciem wieczornego finału bił mnie na punkty o głowę.
Gdy jednak tamtego wieczoru stanąłem przed widownią, poczułem, że wyglądam dwa razy
lepiej, ponieważ po całym dniu pozowania i prężenia mięśni straciłem kilka kilogramów. Dzięki
temu Frank Zane i ja szliśmy łeb w łeb i aż do finałowego głosowania sędziów nie było
wiadomo, który z nas wygra. Jednak dzięki wyższym notowaniom, uzyskanym wcześniej tego
dnia, zwyciężył Frank. Stałem na scenie, starając się nie zdradzać konsternacji, gdy nagrodę
odbierał facet niższy ode mnie o kilkanaście centymetrów i ważący ponad dwadzieścia
kilogramów mniej.
To był dla mnie cios. Znalazłem się w wymarzonej Ameryce, jednak w Miami przegrałem
walkę o tytuł Mister Universe, i to z niższym i lżejszym gościem. Uznałem, że zawody musiały
być ustawione, bo nie był aż tak dobry. Wprawdzie mogłem mieć lepszą rzeźbę, ale żeby wygrał
ten chudy kurdupel?!
Wpadłem w rozpacz. Prawie nigdy nie tracę pogody ducha, lecz wtedy mnie opuściła.
Byłem w obcym kraju, z dala od rodziny i przyjaciół, otoczony przez dziwnych ludzi, których
języka nie znałem. Jak to się stało, że się tam znalazłem? Czułem się bardzo zagubiony.
Wszystko, co miałem, mieściło się w małej sportowej torbie, prawdopodobnie straciłem pracę.
Nie miałem pieniędzy. Nie wiedziałem, jak wrócę do domu.
Ale najgorsze było to, że przegrałem. Wielki Joe Weider ściągnął mnie zza Atlantyku, żeby
dać mi szansę, a ja zamiast z niej skorzystać, skompromitowałem się. Dzieliłem pokój z Royem
Callenderem, czarnym kulturystą z Anglii, który również startował w londyńskim turnieju. Był
bardzo miły, starał się mnie pocieszyć. Jako znacznie dojrzalszy niż ja mówił o sprawach,
których nie bardzo rozumiałem, czyli o emocjach.
– Uhm, rzeczywiście, to przykre przegrać po wielkim zwycięstwie w Londynie –
powiedział. – Ale pomyśl, że za rok znowu wygrasz i wszyscy zapomną, że teraz nie było
najlepiej.
Pierwszy raz troskę okazał mi mężczyzna. Sądziłem, że to specjalność kobiet, mojej matki
i innych. Lecz oto współczuł mi mężczyzna – i to było poruszające. Do tej pory myślałem, że
płaczą tylko baby, ale skończyło się na tym, że ryczałem przez wiele godzin. Przyniosło mi to
wielką ulgę.
Gdy obudziłem się następnego ranka, czułem się dużo lepiej. Do pokoju wpadało światło
słoneczne i dzwonił stojący przy łóżku telefon.
– Arnold! – usłyszałem w słuchawce chrapliwy głos. – Tu Joe Weider. Jestem przy basenie.
Może zejdziesz na dół i zamówisz sobie coś na śniadanie? Chciałbym przeprowadzić z tobą
wywiad dla mojego czasopisma. Zamierzamy poświęcić ci następny numer, opisać, jak
trenujesz…
Zszedłem nad basen i zobaczyłem Joego: siedział w pasiastym szlafroku przy stole, na
którym stała maszyna do pisania. Nie wierzyłem własnym oczom. Wychowałem się na
wydawanych przez niego czasopismach, w których zawsze kreował się na trenera mistrzów, to on
opracował nowe metody treningu, właściwie stworzył bodybuilding i wszystkie jego gwiazdy.
Był moim idolem, a teraz siedziałem z nim nad basenem w Miami! Nagle wszystkie nocne lęki
zniknęły. Znowu poczułem się ważny.
Joe był po czterdziestce, miał bokobrody i ciemne włosy. Nie był wysoki – raczej średniego
wzrostu – ale dobrze zbudowany. Wiedziałem z czasopism, że codziennie ćwiczy. Miał
charakterystyczny głos: mocny i przenikliwy, w dodatku dziwnie wymawiał samogłoski, inaczej
niż wszystkie znane mi anglojęzyczne osoby. Później dowiedziałem się, że jest Kanadyjczykiem.
Pytał mnie o wszystko, co miało związek z treningiem. Rozmawialiśmy przez wiele
godzin. Chociaż ze względu na słabą znajomość angielskiego mówiłem powoli, zorientował się,
że mam do powiedzenia więcej niż inni kulturyści. Opowiedziałem mu o ćwiczeniach w lesie
i zabawach w gladiatorów. Słuchał z zainteresowaniem. Wypytywał mnie o techniki, które
stosowałem: rozłożony na dwatrzy etapy dziennie trening, sztuczki, które wymyśliliśmy
z Frankiem, żeby „szokować” mięśnie. Ja tymczasem wciąż się szczypałem, żeby sprawdzić, czy
nie śnię. Myślałem w głębi ducha: Szkoda, że nie widzą mnie kumple z Monachium i Grazu.
Siedzę z panem Joem Weiderem i odpowiadam na jego pytania dotyczące treningu!
Koło południa podjął decyzję.
– Nie wracaj do Europy – powiedział. – Powinieneś tu zostać.
Zaproponował, że opłaci mi podróż do Kalifornii, załatwi mieszkanie i da pieniądze na
życie, żebym przez rok mógł skupić się na treningu. A jesienią znów wystartuję w zawodach.
Jego czasopisma będą śledzić moje postępy, a on znajdzie mi tłumaczy, żebym sam mógł pisać
o swoich programach treningowych i przedstawiać pomysły.
Joe udzielił mi mnóstwo rad, które miały mi pomóc dostać się na szczyt. Stwierdził, że
skupiam się nie na tym, na czym trzeba, że nawet w przypadku wysokiego mężczyzny siła
i wymiary to nie wszystko. Że muszę jeszcze popracować nad rzeźbą. I że choć niektóre części
ciała mam fantastyczne, to grzbiet, brzuch i nogi pozostawiają wiele do życzenia. Powinienem
poćwiczyć pozowanie. Program treningu był oczywiście jego specjalnością i nie mógł się już
doczekać, kiedy zacznie ze mną pracować.
– Będziesz największy – oświadczył. – Poczekaj, a się przekonasz.
Tamtego popołudnia w siłowni znowu zacząłem się zastanawiać nad moją przegraną
z Frankiem Zane’em. Ale gdy przestałem się nad sobą użalać, doszedłem do innych wniosków
niż poprzedniego wieczoru. Wciąż uważałem, że sędziowie byli niesprawiedliwi, lecz odkryłem,
że boli mnie co innego: nawaliłem, sądziłem jednak, że nie zawiodło moje ciało, ale moja wizja
i wola walki. Przegrana z Chetem Yortonem w Londynie w 1966 roku nie była aż tak przykra, bo
przygotowałem się najlepiej, jak mogłem, to po prostu nie był mój rok. Tu jednak stało się coś
innego. Nie byłem w dobrej formie. Powinienem był tydzień przed zawodami przejść na dietę
i nie jeść tak często ryby z frytkami, znaleźć sposób, żeby więcej trenować, nawet bez dostępu do
sprzętu. Mogłem na przykład robić tysiąc brzuszków albo innych ćwiczeń, żeby się przygotować.
Powinienem był popracować nad pozowaniem. Mniejsza o sędziów, nie zrobiłem wszystkiego,
co mogłem, żeby się przygotować. Byłem pewny, że uda mi się wygrać na fali zwycięstwa
w Londynie. Myślałem, że skoro zdobyłem tytuł Mister Universe, to mogę sobie odpuścić.
Bzdury.
Te wszystkie refleksje sprawiły, że się wściekłem. Chociaż zostałeś Mister Universe
w kategorii zawodowców, wciąż jesteś pieprzonym amatorem, powiedziałem sobie. To, co się
stało, nie powinno było się stać. Takie rzeczy zdarzają się amatorom. Jesteś amatorem,
Arnoldzie.
Postanowiłem, że jeśli mam zostać w Ameryce, nie mogę zachowywać się jak amator.
Teraz miała się zacząć prawdziwa gra. Czekało mnie mnóstwo pracy. I musiałem zabrać się do
sprawy jak profesjonalista. Już nigdy więcej nie chciałem czuć się tak jak w Miami. Jeśli miałem
pokonać Sergia Olivę i jemu podobnych, musiałem z tym skończyć. Przysiągłem sobie, że jeśli
kiedyś przegram, opuszczę scenę z szerokim uśmiechem, bo będę miał poczucie, że zrobiłem
wszystko, co mogłem, żeby się przygotować.
ROZDZIAŁ 5
Pozdrowienia z Los Angeles
Gdy w 1968 roku przyjechałem do Los Angeles, zrobiono mi zdjęcie. Mam dwadzieścia
jeden lat, jestem w pogniecionych brązowych spodniach, niezgrabnych butach i tanim
podkoszulku z długimi rękawami. Trzymam w ręku pomiętą reklamówkę i czekam na odbiór
bagażu, sportowej torby, w której jest reszta mojego dobytku. Wyglądam jak uchodźca, potrafię
wypowiedzieć składnie tylko kilka zdań po angielsku i nie mam pieniędzy, ale uśmiecham się
radośnie.
Towarzyszą mi fotoreporter i dziennikarz współpracujący z czasopismem „Muscle
& Fitness”, którzy uwieczniają mój przylot. Przysłał ich Joe Weider. Mają odebrać mnie
z lotniska, obwieźć po mieście i opisać moje wrażenia. Weider promował mnie jako wschodzącą
gwiazdę. Zaproponował, że sprowadzi mnie do Los Angeles i będzie trenował przez rok razem
z innymi mistrzami. Że zapewni mi mieszkanie i pieniądze na bieżące wydatki. Ja miałem tylko
współpracować z tłumaczem przy pisaniu artykułów o technikach treningowych, jakie
opracowałem, i ćwiczyć, żeby spełnić marzenie.
Jednak nowe, cudowne życie, o jakim śniłem, mogło się zakończyć już po tygodniu. Jeden
z nowo poznanych kolegów z siłowni, australijski siłacz i zapaśnik walczący z krokodylami,
pożyczył mi samochód, pontiaca GTO o mocy ponad trzystu pięćdziesięciu koni mechanicznych.
Nigdy nie prowadziłem takiego niesamowitego wozu, więc pędziłem Ventura Boulevard w San
Fernando Valley z niedozwoloną prędkością.
Był chłodny i mglisty październikowy poranek i wkrótce miałem się przekonać, że gdy
tylko zaczyna mżyć, drogi w Kalifornii robią się bardzo śliskie.
Zbliżałem się do zakrętu i właśnie miałem zredukować bieg. Zmiana biegów nie sprawiała
mi trudności, bo wszystkie pojazdy w Europie mają ręczną skrzynię biegów, jak ciężarówki,
którymi jeździłem w wojsku, i mój poobijany stary samochód w Monachium. Jednak gdy
zredukowałem bieg w GTO, tylne koła zwolniły gwałtownie obroty i straciły przyczepność.
Samochód, nad którym przestałem panować, obrócił się szaleńczo dwa czy trzy razy.
Wytraciłem prędkość do jakichś pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, kiedy rozpędem wpadłem
na sąsiednie pasy – na których, na moje nieszczęście, panował duży, poranny ruch. Volkswagen
beetle przytarł mnie po stronie pasażera, potem walnął we mnie jakiś amerykański wóz i zanim
się zatrzymaliśmy, wpadły na nas jeszcze cztery samochody.
GTO i ja skończyliśmy trzydzieści metrów od miejsca, do którego jechałem, czyli Vince’s
Gym, gdzie miałem potrenować. Drzwi po mojej stronie nie były zablokowane, więc wysiadłem,
lecz prawa noga paliła mnie jak przypalana żywym ogniem – na skutek zderzenia pękła rama
między przednimi fotelami i stwierdziłem, że w moim udzie tkwi duży kawał plastiku.
Wyciągnąłem go i po nodze pociekła krew.
Wtedy naprawdę się przestraszyłem i jedyne, co przyszło mi do głowy, to żeby pójść po
pomoc do siłowni. Kuśtykając, wszedłem do środka i powiedziałem:
– Właśnie miałem wypadek samochodowy.
Kilku kulturystów rozpoznało mnie, ale natychmiast inicjatywę przejął facet, którego nie
znałem, jak się okazało, prawnik.
– Lepiej wracaj do samochodu – polecił. – Nie oddalaj się od niego. Tutaj to się nazywa
ucieczka z miejsca wypadku, rozumiesz? Idź, bo narobisz sobie okropnych kłopotów. Stań przy
samochodzie i czekaj na policję.
Zorientował się, że niedawno przyjechałem do Stanów i że słabo znam angielski.
– Ale już tu przyszedłem! – krzyknąłem. – I widzę stąd szosę!
– Chodziło mi o to, że z miejsca, w którym stoję, będę mógł zobaczyć radiowóz i wyjść mu
na spotkanie.
– Słuchaj, co mówię, i wracaj do samochodu.
Wtedy pokazałem mu zranioną nogę.
– Znasz jakiegoś lekarza, który mógłby mi pomóc?
Zobaczył krew i mruknął:
– O Chryste.
Zastanawiał się przez chwilę.
– Zadzwonię do kolegów. Płacisz na ubezpieczenie zdrowotne czy coś takiego?
Nie bardzo rozumiałem, co ma na myśli, szybko jednak ustaliliśmy, że nie mam żadnego
ubezpieczenia. Ktoś podał mi ręcznik i przyłożyłem go do rany.
Wróciłem do auta. Ludzie byli zdenerwowani, pomstowali, że spóźnią się do pracy, że
mają zniszczone samochody i będą musieli zwrócić się do ubezpieczycieli o odszkodowanie. Ale
nikt nie rzucił się na mnie z pretensjami. Gdy tylko gliniarz upewnił się, że kobiecie
w volkswagenie nic się nie stało, pozwolił mi odjechać bez żadnych sankcji. Powiedział tylko:
„Widzę, że pan krwawi. Powinien pan z tym pójść na pogotowie”.
Jeden z kulturystów, niejaki Bill Drake, zawiózł mnie do lekarza i wspaniałomyślnie
zapłacił za zaszycie rany.
Spowodowałem idiotyczny wypadek i żałuję, że nie znam nazwisk wszystkich tych ludzi,
bo dziś bym do nich napisał i im podziękował.
Wiem, że miałem szczęście. Policja w Europie podeszłaby do takiego zdarzenia niezwykle
surowo. Nie tylko mogłem zostać aresztowany, jako cudzoziemcowi groziły mi także areszt
i deportacja. Za spowodowanie takiego wypadku musiałbym zapłacić mandat. Jednak policjanci
w Los Angeles wzięli pod uwagę, że droga była śliska, straciłem panowanie nad samochodem
i nikt nie został poważnie ranny. Przede wszystkim musieli wznowić ruch. Gliniarz, który ze mną
rozmawiał, był bardzo uprzejmy. Spojrzał na moje międzynarodowe prawo jazdy i zapytał:
„Wezwać karetkę czy pan sobie poradzi?”.
Dwaj faceci z siłowni wyjaśnili mu, że jestem w Stanach dopiero od kilku dni. Można się
było zorientować, że tak naprawdę nie mówię po angielsku, choć się staram.
Tego wieczoru poszedłem spać z optymistycznym nastawieniem. Musiałem jakoś załatwić
sprawę z zapaśnikiem od krokodyli, ale Ameryka okazała się wspaniałym krajem.
***
Gdy pierwszy raz zobaczyłem Los Angeles, byłem w szoku. Ameryka oznaczała dla mnie
jedno: rozmach. Strzeliste drapacze chmur, wielkie mosty, ogromne neony, gigantyczne
autostrady, duże samochody. Nowy Jork i Miami spełniły moje oczekiwania i nie wiem dlaczego
– wyobrażałem sobie, że Los Angeles będzie równie imponujące. A tu zobaczyłem tylko kilka
wieżowców w centrum, a poza tym miasto wyglądało dość skromnie. Plaża była rozległa, ale
gdzie wielkie fale i surferzy?
Takie samo rozczarowanie ogarnęło mnie, gdy po raz pierwszy zobaczyłem Gold’s Gym,
mekkę amerykańskiej kulturystyki. Od lat studiując kulturystyczne czasopisma Weidera, nie
zdawałem sobie sprawy, że chodzi w nich głównie o to, żeby wszystko wydawało się większe niż
w rzeczywistości. Patrzyłem na zdjęcia przedstawiające sławnych kulturystów podczas treningu
w Gold’s i wyobrażałem sobie wielkie kluby sportowe, w których są boiska do koszykówki,
baseny, sale gimnastyczne, siłownie i inne pomieszczenia do uprawiania sportów walki,
podnoszenia ciężarów i tak dalej, jak te ogromne kluby, które widzi się obecnie. Kiedy jednak
wszedłem do środka, zobaczyłem cementową podłogę. Wszystko było tam bardzo proste, nawet
prymitywne: pomieszczenie wysokości dwóch pięter o powierzchni połowy boiska do
koszykówki, ze ścianami z pustaków i świetlikami. Na szczęście sprzęt był interesujący, poza
tym zobaczyłem, że trenują tam wspaniali ciężarowcy i kulturyści, więc musiała tam być
odpowiednia atmosfera. No i klub znajdował się dwie przecznice od plaży.
Okolice klubu, czyli Venice, również nie robiły dużego wrażenia.
Domy stojące po obu stronach ulic i alei przypominały koszary w wojsku austriackim. Po
co budować tanie drewniane baraki w tak wspaniałym miejscu? Niektóre domy były puste
i zdewastowane, a chodniki popękane i zasypane piaskiem. Pomiędzy zabudowaniami rosły
chwasty, a miejscami brakowało płyt chodnikowych.
I to ma być Ameryka? – myślałem. Dlaczego nie położą tu płyt? Dlaczego nie wyburzą
tego opuszczonego domu i nie postawią nowego, ładnego? Jedno wiedziałem na pewno: w Grazu
nie zobaczyłoby się dziurawego chodnika. Byłby cały i w dodatku zamieciony i czysty. Coś
takiego było nie do pomyślenia.
To duże wyzwanie przenieść się do kraju, gdzie wszystko wygląda inaczej, mówi się innym
językiem, panuje inna kultura, ludzie myślą inaczej i inaczej prowadzą interesy. To
zdumiewające, jak bardzo inne było dla mnie wszystko. Ale miałem dużą przewagę nad
większością przybyszów: gdy uprawia się międzynarodową dyscyplinę sportu, nigdy nie jest się
samotnym.
W świecie kulturystyki panuje niezwykła gościnność. Niezależnie od tego, dokąd jedziesz,
nie musisz nikogo znać. Na miejscu zawsze czujesz się członkiem rodziny. Miejscowi kulturyści
przyjadą po ciebie na lotnisko. Powitają cię. Zabiorą cię do siebie. Nakarmią. Oprowadzą po
mieście. Ale w Ameryce było coś jeszcze.
Jeden z kulturystów w Los Angeles miał dodatkowy pokój, w którym mogłem się
zatrzymać, dopóki nie znajdę stałego lokum. Kiedy po raz pierwszy przyszedłem do siłowni,
żeby potrenować, nowi koledzy przywitali mnie serdecznie, uściskali i przyjęli z radością. Potem
znaleźli mi małe mieszkanie, a gdy tylko się do niego wprowadziłem, podjęli akcję: „A teraz
trzeba mu pomóc”. Skrzyknęli się i któregoś rana przyjechali do mnie z paczkami i pudłami.
Wyobraźcie sobie gromadę wielkich niedźwiedzi, które nie powinny zbliżać się do niczego
kruchego czy ze szkła, potężnych muskularnych facetów, mówiących na co dzień w siłowni:
„Facet, spójrz tylko na tę klatę!” albo: „Dziś, kurwa, trzasnę pięćset przysiadów z obciążeniem
dwustu dwudziestu sześciu kilogramów”. I tacy ludzie nagle stanęli przede mną z prezentami.
Jeden z nich mówi:
– Zobacz, co ci przenieśliśmy. – Po czym otwiera małe pudełko, wyjmuje srebro stołowe
i wyjaśnia: – Musisz mieć czym jeść.
Inny odwija paczkę i powiada:
– Żona powiedziała, że mogę wziąć te talerze. Kupiliśmy sobie nowe, więc będziesz miał
już pięć sztuk.
Podawali przy tym nazwy poszczególnych rzeczy i wyjaśniali, do czego służą. Któryś
przyniósł mały czarnobiały telewizor ze sterczącą w górę anteną, pomógł mi go zainstalować
i pokazał, jak ustawiać antenę. Przynieśli także żarcie, które wspólnie zjedliśmy.
Nigdy nie spotkałem się z czymś takim ani w Austrii, ani w Niemczech. Tam nikomu nie
przyszłoby nic podobnego do głowy. Wiedziałem, że gdybym tam, w domu, zobaczył kogoś
wprowadzającego się do sąsiedniego mieszkania czy domu, nawet nie pomyślałbym o tym, żeby
mu pomóc. Poczułem się jak idiota. Tamtego dnia czegoś się nauczyłem.
Koledzy zabrali mnie do Hollywood. Chciałem zrobić sobie tam zdjęcie i wysłać je
rodzicom, żeby powiedzieć: „W Hollywood już jestem. Wkrótce wkręcę się do filmu”.
Jechaliśmy drogą, aż wreszcie jeden z kumpli oznajmił:
– Dobra, to jest Sunset Boulevard.
– A kiedy będziemy w Hollywood? – zapytałem.
– To jest właśnie Hollywood.
Musiałem pomylić w wyobraźni Hollywood z Las Vegas, bo spodziewałem się wielkich
reklam i neonów. Oczekiwałem także, że zobaczę sprzęt filmowy i zablokowane ulice, na
których będą kręcili jakąś zapierającą dech w piersiach scenę z udziałem kaskaderów. A tu nic.
– Co się stało z tymi wszystkimi neonami i tak dalej? – chciałem wiedzieć.
Spojrzeli na siebie.
– Chyba jest rozczarowany – stwierdził jeden z nich. – Może powinniśmy go tu przywieźć
wieczorem?
Pozostali przytaknęli.
– Uhm, taaa, dobry pomysł. Rzeczywiście, za dnia nie ma tu czego oglądać.
Kilka dni później pojechaliśmy tam znowu, tym razem wieczorem. Paliło się więcej
świateł, ale nadal nie zauważyłem niczego ciekawego. Potem się do tego przyzwyczaiłem
i poznałem kilka miejsc, do których warto było wpadać.
Trochę trwało, zanim odnalazłem się w Ameryce i zrozumiałem, jak tam wszystko działa.
Wieczorami często wychodziłem tu i tam z Artiem Zellerem, fotoreporterem, który przyjechał po
mnie na lotnisko. Artie mnie fascynował. Był bardzo, bardzo bystry, lecz zupełnie pozbawiony
ambicji. Nie lubił stresu ani ryzyka. Pracował w okienku na poczcie. Pochodził z Brooklynu, jego
ojciec, prawdziwy erudyta, był ważnym kantorem w gminie żydowskiej. Artie jednak poszedł
swoją drogą, zainteresował się kulturystyką na Coney Island. Pracując dla Weidera jako wolny
strzelec, stał się najlepszym fotoreporterem zajmującym się tym sportem. Fascynował mnie, bo
był samoukiem, bez przerwy coś czytał i chłonął wiedzę jak gąbka. Miał naturalny talent do
języków, był chodzącą encyklopedią i świetnym szachistą. A poza tym zdeklarowanym
demokratą, liberałem i zaprzysięgłym ateistą. Precz z religią. Dla niego był to czysty fałsz. Nie
ma żadnego Boga, koniec pieśni.
Żona Artiego, Josie, była Szwajcarką, i choć starałem się jak najwięcej mówić po
angielsku, dobrze było mieć przyjaciół, którzy znali niemiecki. Okazało się to szczególnie
przydatne podczas oglądania telewizji. Przyjechałem do Ameryki w ostatnich trzech czy czterech
tygodniach kampanii prezydenckiej 1968 roku, więc kiedy włączało się telewizor, zawsze było
coś o wyborach. Artie i Josie tłumaczyli mi przemówienia Richarda Nixona i wiceprezydenta
Huberta Humphreya, którzy byli wtedy rywalami. Humphrey, demokrata, wciąż mówił o opiece
społecznej i programach rządowych, a to za bardzo przypominało mi Austrię. Natomiast Nixon
mówił o szansach i przedsiębiorczości, co wydawało mi się bardzo amerykańskie.
– To do jakiej on partii należy? – zapytałem Artiego.
– Republikańskiej.
– Wobec tego jestem republikaninem – oświadczyłem.
Artie prychnął, co robił często, bo miał chore zatoki, a także dlatego, że według niego
w życiu było na co prychać.
***
Zgodnie z obietnicą Joego Weidera dostałem samochód, używanego białego volkswagena
beetle, dzięki któremu poczułem się jak w domu. W ramach poznawania okolicy jeździłem do
różnych klubów sportowych. Zaprzyjaźniłem się z gościem, który prowadził siłownię w centrum
Los Angeles, mieszczącą się w tak zwanym Occidental Life Building. Wybierałem się także na
przejażdżki w głąb lądu i pojechałem do San Diego, żeby obejrzeć tamtejsze siłownie. Znajomi
również zabierali mnie w różne miejsca i dzięki nim poznałem Tijuanę w Meksyku oraz Santa
Barbara. Któregoś razu wybrałem się mikrobusem marki Volkswagen do Las Vegas razem
z czterema innymi kulturystami. Z tyloma mięśniakami w wozie nie można było nawet osiągnąć
stu kilometrów na godzinę. Samo Las Vegas, z gigantycznymi kasynami, neonami
i nieskończoną liczbą stołów do gry, naprawdę spełniło moje oczekiwania.
W Vince’s Gym trenowało wielu mistrzów, takich jak Larry Scott, zwany Legend, czyli
Legendą, który zdobył tytuł Mister Universe w 1965 i 1966 roku. Mieli tam wykładziny
i mnóstwo pięknych urządzeń, ale nie była to siłownia dla ciężarowców. Podstawowe ćwiczenia
siłowe, jak pełny przysiad, wyciskanie na ławce poziomej i skośnej, uważano za przestarzałe
elementy treningu siłaczy, które nie rzeźbią ciała.
W Gold’s sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Było ciężko i trenowali tam prawdziwi
twardziele: medaliści olimpijscy w pchnięciu kulą, zawodowi zapaśnicy, mistrzowie kulturystyki,
siłacze z ulicy. Prawie nikt nie ćwiczył w stroju sportowym. Wszyscy trenowali w dżinsach,
podkoszulkach, wyciętych koszulkach bez rękawów, bluzach. W siłowni były betonowe podłogi
i podesty do podnoszenia ciężarów, można było na nie rzucić z pół tony i nikt nie przychodził ze
skargą. Takie warunki miały więcej wspólnego z atmosferą, w której się wychowałem.
Geniuszem tego miejsca był Joe Gold. W latach trzydziestych, jako nastolatek, należał do
grona pierwszych kulturystów z Muscle Beach w Santa Monica, a po powrocie z drugiej wojny
światowej, podczas której pływał jako maszynista we flocie handlowej, zaczął konstruować
sprzęt treningowy. Niemal każde urządzenie w siłowni zaprojektował sam.
Nie widziało się tam niczego delikatnego, wszystko, co skonstruował Joe, było duże
i ciężkie – i działało. Jego „wioślarz” miał tak wysoko umieszczone podnóżki, że można było
ćwiczyć dolne partie mięśni najszerszych grzbietu, nie mając wrażenia, że zaraz wyskoczy się
z siedzenia. Gdy Joe projektował jakieś urządzenie, nie pracował nad nim samodzielnie, tylko
konsultował się ze wszystkimi. W efekcie kąty nachylenia były idealne i nic się nie blokowało.
No i przychodził do siłowni codziennie, co oznaczało, że cały sprzęt jest sprawny.
Czasami Joe wymyślał nowe urządzenie. Stworzył maszynę do oślich wspięć, czyli wspięć
na palce w pozycji stojącej. To ćwiczenie było dla mnie ważne, bo w porównaniu z innymi
częściami ciała moje łydki były stosunkowo słabe i trudne do ukształtowania. Zazwyczaj
wykonuje się ośle wspięcie, stając na kłębach stóp, a następnie unosząc śródstopie i pięty. Potem
trzeba pochylić się pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, oprzeć ręce na pręcie, poprosić jednego
albo dwóch kumpli, żeby usiedli nam na plecach i biodrach jak na ośle, i wtedy wspiąć się na
palce, podnosząc ich. Ale w przypadku maszyny Joego kumple nie byli potrzebni. Ładowało się
na nią takie obciążenie, jakie się chciało, wchodziło pod nie w pozycji osła i zwalniało dźwignię.
W ten sposób można było mieć na grzbiecie, powiedzmy, trzysta osiemnaście kilogramów,
i wykonywać ośle wspięcia samodzielnie.
Gold’s szybko stało się moim domem, bo bardzo dobrze się tam czułem. W recepcji zawsze
ktoś się kręcił, a wszyscy stali bywalcy mieli ksywki, takie jak Fat Arm Charlie – Charlie Grube
Ramię, Brownie – Krasnolud czy Snail – Ślimak. Przez wiele lat trenował tam Zabo Koszewski,
który był bliskim przyjacielem Joego. Nazywali go Chief – Wódz. Miał wspaniałe mięśnie
brzucha – robił tysiąc brzuszków dziennie – i naprawdę fantastyczną rzeźbę. Ja nie miałem takich
mięśni i gdy tylko się poznaliśmy, Zabo powiedział mi, że muszę przejść na dietę.
– Wiesz? Jesteś pulchny – zauważył.
Joe Gold nadał mi przydomek Balloon Belly – Balonowy Brzuch, i od tamtej pory byłem
znany jako Balonowy Brzuch albo Chubby Zabo, który pochodził z New Jersey i na pierwsze
imię miał Irvin, posiadał całą kolekcję fajek do palenia haszyszu. Co jakiś czas wpadaliśmy więc
do niego, żeby się nawalić. Od rana do wieczora czytał powieści science fiction. Stale mówił: „O
rany, facet!”, „Jest super!” albo: „Odlot!”. Ale takie były zwyczaje w Venice. Wypalić jointa to
było jak wypić piwo. Szło się do kogoś, wszystko jedno kogo, a ten ktoś zapalał jointa – albo
fajkę z haszyszem, zależnie od stopnia wyrafinowania – i mówił: „Sztachnij się”.
Szybko się połapałem, co ludzie mają na myśli, gdy mówią: „To jest odjazdowe”, „To jest
super”. Przekonałem się też, że gdy próbuje się poderwać jakąś fantastyczną dziewczynę, bardzo
przydaje się astrologia.
– Mam wrażenie, że jesteśmy dla siebie stworzeni – zagaiłem kiedyś. – Powinniśmy
wybrać się razem na kolację.
Dziewczyna odpowiedziała jednak:
– Hola, hola, a spod jakiego jesteś znaku?
– Lwa.
– To nie dla mnie. Naprawdę nie dla mnie. Dzięki, ale nie.
I już jej nie było. Następnego dnia poszedłem więc do siłowni i powiedziałem:
– Chłopaki, mam taki mały problem. Wciąż się uczę.
– I opowiedziałem im całą historię.
Zabo wiedział, co robić. Poradził mi:
– Facet, musisz powiedzieć: „Jestem spod najlepszego znaku”. Spróbuj.
Po kilku tygodniach nadarzyła się okazja! Rozmawiałem z dziewczyną podczas lunchu,
a ona zapytała:
– A spod jakiego jesteś znaku?
Odpowiedziałem:
– A jak myślisz?
– No więc?
– Spod najlepszego!
– Czyli… Koziorożca? – ona na to.
– Właśnie! – wykrzyknąłem. – Skąd wiedziałaś?
– O rany, niesamowite, to mój pokrewny znak, i tak dobrze mi się z tobą gada, no
naprawdę! – Była bardzo podekscytowana i uradowana. Zacząłem więc czytać horoskopy,
studiować charakterystyki poszczególnych znaków zodiaku i ich wzajemnych relacji.
Bywając w Gold’s, łatwo nawiązywało się przyjaźnie. To miejsce było tyglem, w którym
mieszały się różne narodowości: Australijczycy, Afrykańczycy, Europejczycy. Trenowałem
przed południem i mówiłem do dwóch facetów: „Hej, nie poszlibyście na lunch?”.
Szliśmy razem, a oni opowiadali mi o swoim życiu, ja opowiadałem im o swoim,
i stawaliśmy się kumplami. Wieczorami wracałem, żeby znowu potrenować, spotykałem innych
gości, szedłem z nimi na kolację i zawieraliśmy znajomość.
Zdumiewało mnie, jak chętnie Amerykanie zapraszali mnie do siebie i jak bardzo lubili
świętować. Przed przyjazdem do Ameryki nie obchodziłem urodzin, nigdy nawet nie widziałem
tortu ze świeczkami. Pewna dziewczyna zaprosiła mnie na swoje przyjęcie urodzinowe, a kiedy
następnego lata były moje urodziny, koledzy z siłowni zafundowali mi tort i świeczki. Jeden
z nich rzucał: „Muszę wracać do domu, bo dziś moja siostra pierwszy raz idzie do szkoły, więc
będzie impreza”. Albo: „Dzisiaj jest rocznica ślubu moich rodziców”. Nie pamiętam, żeby moi
rodzice choćby wspomnieli o rocznicy swojego ślubu.
Na pierwsze Święto Dziękczynienia nie miałem żadnych planów, bo wtedy jeszcze nie
rozumiałem, co znaczy ono dla Amerykanów. Ale zaprosił mnie do siebie Bill Drake. Poznałem
jego mamę, która podała nadzwyczajny obiad, i tatę, zawodowego komika i bardzo zabawnego
faceta. Mamy w Austrii takie powiedzenie: „Jesteś taki słodki, że mógłbym cię zjeść!”. Kiedy
próbowałem w ten sam sposób skomplementować panią Drake, z powodu kłopotów
z tłumaczeniem wyszło mi coś dwuznacznego i cała rodzina wybuchnęła śmiechem.
Zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy dziewczyna, z którą wtedy chodziłem, zaprosiła mnie
do swoich rodziców na Boże Narodzenie. Powiedziałem sobie: „Boże, nie chcę zepsuć tym
ludziom świąt”. Jednak oni nie tylko potraktowali mnie jak syna, ale jeszcze każdy z członków
rodziny miał dla mnie prezent.
Taka gościnność była dla mnie czymś nowym i bardzo miłym, lecz nie wiedziałem, jak się
odwdzięczyć, i to mnie gnębiło. Na przykład nigdy wcześniej nie słyszałem o zwyczaju
wysyłania listu z podziękowaniem, a Amerykanie wysyłali je sobie bez przerwy. Jakie to dziwne,
dlaczego po prostu nie podziękować przez telefon albo osobiście? – zastanawiałem się. Tak
robiło się w Europie. A tu Joe Weider zaprasza mnie i moją dziewczynę na kolację, a później, po
wyjściu, ona mówi:
– Podaj mi jego adres, bo muszę mu wysłać list z podziękowaniem.
Ja na to:
– Ojej, daj spokój, przecież podziękowaliśmy mu przed wyjściem.
– O nie, nie, nie, wpojono mi dobre maniery.
Uświadomiłem sobie, że lepiej będzie, jeśli się dostosuję i zacznę sobie przyswajać
amerykańskie zwyczaje. Zresztą może były to także zwyczaje europejskie, tylko ja się z nimi nie
zetknąłem. Na wypadek gdybym coś przeoczył, zapytałem kolegów z Europy. Ale nie;
w Ameryce naprawdę było inaczej.
Na początek postanowiłem umawiać się wyłącznie z Amerykankami, nie chciałem chodzić
z dziewczynami, które znały niemiecki. I czym prędzej zapisałem się na lekcje angielskiego
w Santa Monica Community College. Chciałem nauczyć się tego języka przynajmniej na tyle,
żeby czytać gazety, korzystać z podręczników i móc zapisać się na inne zajęcia. Zależało mi na
przyspieszeniu nauki, żeby myśleć, czytać i pisać jak Amerykanin. Nie zamierzałem czekać, aż
stanie się to samo, w sposób naturalny.
W któryś weekend dwie dziewczyny zabrały mnie do San Francisco.
Nocowaliśmy w Golden Gate Park. Pomyślałem: To niewiarygodne, jak wolni są ludzie
w Ameryce. No proszę! Śpimy całą noc w parku i wszyscy zachowują się wobec nas przyjaźnie.
Znacznie później uświadomiłem sobie, że przyjechałem do Kalifornii w zwariowanym okresie.
Był schyłek lat sześćdziesiątych, kwitł ruch hippisowski, panowała wolna miłość, dokonywały
się te wszystkie niesamowite zmiany. Wojna w Wietnamie osiągnęła punkt kulminacyjny.
Prezydentem został Richard Nixon. Amerykanie mieli w tym czasie poczucie, że świat się
kończy. Nie wiedziałem, że nie zawsze tak było. Widocznie tak już jest w Ameryce, myślałem.
Nie miałem okazji słyszeć zbyt wielu rozmów o Wietnamie, ale podobało mi się to, że
Ameryka walczy z komunizmem, więc gdyby ktoś zapytał mnie o zdanie, odpowiedziałbym, że
jestem za wojną. Powiedziałbym: „Pieprzeni komuniści, nienawidzę ich”. Dorastałem niedaleko
granicy z Węgrami i przez całe życie słyszałem o zagrożeniu, jakim jest komunizm. Czy
komuniści wkroczą do Austrii, tak jak w pięćdziesiątym szóstym wkroczyli na Węgry?
Zostaniemy wciągnięci w wojnę atomową? Niebezpieczeństwo było tużtuż. A poza tym
widzieliśmy, co komunizm robił z Czechami, Polakami, Węgrami, Bułgarami, Jugosłowianami,
Niemcami z Niemiec Wschodnich – wszędzie wokół nas rządzili komuniści. Pamiętam, jak
pojechałem do RFN na imprezę kulturystyczną. Wyjrzałem za mur berliński, na drugą stronę
granicy, i stwierdziłem, że po każdej stronie była jakby inna pogoda. Wydawało mi się, że jestem
w słońcu, a gdy spojrzałem na Berlin Wschodni, miałem wrażenie, że tam pada deszcz. To było
przerażające. Dlatego uważałem za słuszne, że Ameryka zwalcza komunizm.
Nigdy nie wydawało mi się dziwne, że dziewczyny, z którymi chodziłem w Austrii, nie
używały szminki, nie malowały paznokci. Myślałem, że owłosione nogi i pachy to coś
normalnego, ponieważ w Europie kobiety się nie depilowały. Dlatego pewnego ranka przeżyłem
szok. Byłem pod prysznicem z dziewczyną – poprzedniego wieczoru na moim małym
czarnobiałym telewizorze oglądaliśmy pierwsze kroki astronautów z „Apollo” na Księżycu – gdy
ona zapytała:
– Masz brzytwę?
– Po co ci brzytwa?
– Nienawidzę tej szczeciny na nogach.
Nie wiedziałem, co znaczy „szczecina”, więc mi wyjaśniła.
– Co takiego? Więc ty się golisz? – zdziwiłem się.
– Uhm, golę nogi. Ohyda. – Słowo „ohyda” też słyszałem po raz pierwszy.
Ale dałem jej moją brzytwę i patrzyłem, jak namydla nogi: łydki, golenie, kolana, a potem
goli je tak, jakby robiła to przez całe życie. Jeszcze tego samego dnia powiedziałem do
chłopaków w siłowni:
– Dziś rano babka ogoliła się u mnie pod prysznicem. Widzieliście kiedyś coś takiego?
Popatrzyli na siebie z powagą, kiwnęli głowami i odpowiedzieli:
– Uhm.
A potem wszyscy ryknęli śmiechem. Próbowałem im wytłumaczyć:
– Oj, bo u nas w Europie wszystkie dziewczyny wyglądają jak Bawarki, no wiecie, są
owłosione tam, gdzie trzeba.
To rozśmieszyło ich jeszcze bardziej.
W końcu rozeznałem się w tym wszystkim. Niektóre dziewczyny się nie goliły,
protestowały w ten sposób przeciw istniejącemu porządkowi. Uważały, że rynek kosmetyczny
wiąże się z wykorzystywaniem seksualnym i nakazami obyczajowymi, więc go odrzucały,
stawiając na naturalność. Był to element filozofii hippisowskiej. Kwieciste sukienki, kręcone
włosy, sposób odżywiania się. Każda nosiła paciorki, sznury paciorków. Przynosiły do mnie
kadzidełka i potem w całym mieszkaniu panował zaduch. W sumie beznadzieja, ale miałem
poczucie, że są na dobrym tropie z tym paleniem jointów, naturalnością i nagością. To wszystko
razem było wspaniałe. Sam też zaznałem czegoś podobnego w Thalersee.
***
Ta wolność była fantastyczna, ale miałem przed sobą cel. Podążałem określoną drogą.
Musiałem cholernie dużo ćwiczyć i odżywiać się jak cholera, przestrzegając diety, żeby
następnej jesieni zgarnąć jak najwięcej ważnych tytułów. Weider dał mi rok i wiedziałem, że jeśli
zrobię wszystko, co trzeba, będę na fali.
Wygrana w dwóch londyńskich turniejach o tytuł Mister Universe nie zbliżyła mnie ani
o krok do pozycji najlepszego kulturysty na świecie. W środowisku kulturystycznym było za
dużo równorzędnych tytułów i nie każdy brał udział we wszystkich zawodach. Żeby zostać
najlepszym, trzeba by było pokonać takich mistrzów, jak faceci ze zdjęć, którymi jako nastolatek
obwiesiłem pokój: Rega Parka, Dave’a Drapera, Franka Zane’a, Billa Pearla, Larry’ego Scotta,
Chucka Sipesa, Serge’a Nubreta. Byli dla mnie inspiracją i powiedziałem sobie: „To ludzie,
w których gronie chciałbym się znaleźć”. Dotychczasowe zwycięstwa sprawiły, że trafiłem do
ich ligi, ale byłem nowy i musiałem się wykazać.
Pierwsze miejsce na podium zajmował Sergio Oliva, ważący sto cztery kilogramy
dwudziestosiedmioletni emigrant z Kuby. Czasopisma kulturystyczne nazywały go po prostu
Myth – Mit. Jesienią walkowerem zdobył w Nowym Jorku tytuł Mister Olympia – żaden
z czterech innych mistrzów kulturystyki, których zaproszono do udziału w zawodach, nawet się
nie pokazał.
Droga życiowa Olivy była jeszcze bardziej niezwykła od mojej. Jego ojciec pracował jako
robotnik na kubańskich plantacjach trzciny cukrowej jeszcze przed Castro i podczas rewolucji
w latach pięćdziesiątych Sergio zaciągnął się do armii generała Fulgencia Batisty. Po
zwycięstwie Castro i jego rebelianckich sił zajął się sportem. Był ciężarowcem znacznie
większego kalibru niż ja – w kategoriach olimpijskich – i należał do reprezentacji Kuby na
Igrzyska Ameryki Środkowej i Karaibów w 1962 roku. Poprowadziłby ją także na olimpiadzie
w 1964 roku, gdyby nie to, że nienawidził reżimu Castro i zbiegł do Stanów tak jak wielu innych
kolegów z drużyny. Był też doskonałym baseballistą. To pomogło mu wyrobić sobie talię:
dziesiątki tysięcy powtórzeń skrętów z kijem.
Poznałem Sergia na zawodach Mister Universe 1968 w Miami, gdzie pozował tak, że
publiczność oszalała. Swoimi pozami kruszył beton, jak napisano w jednym z czasopism
branżowych. Wiedziałem, że Sergio wciąż pozostaje poza moim zasięgiem. Miał doskonałą
rzeźbę i separację, większą masę, a dodatkowo przewyższał mnie gęstością mięśni. Miał też
rzadką cechę wśród kulturystów: prezentował się świetnie, nawet gdy stał swobodnie, odprężony.
Nigdy nie widziałem lepszej sylwetki, idealnie w kształcie litery V, zwężającej się od bardzo
szerokich ramion do naturalnie wąskiej talii i bioder. „Zwycięska poza”, firmowy znak Sergia,
była układem, który niewielu kulturystów startujących w zawodach odważyłoby się wykonać.
Sergio stawał przodem do widowni, ze złączonymi nogami, wyciągając ramiona nad głowę.
W ten sposób prezentował całe ciało: potężne uda, ukształtowane podczas treningu olimpijskiego
w podnoszeniu ciężarów, wąską talię i niemal idealne mięśnie brzucha, triceps i mięsień zębaty
przedni. (Mięśnie zębate przednie znajdują się po obu stronach klatki piersiowej).
Miałem zamiar pokonać kiedyś tego człowieka, lecz daleko mi było do takiego ciała, jakie
pragnąłem mieć. Gdy przyjechałem do Ameryki, byłem jak stukaratowy diament, na który
wszyscy patrzyli, wykrzykując: „Jasna cholera!”. Ale ten diament był jeszcze nieoszlifowany.
Nie nadawał się do pokazywania, przynajmniej jak na standardy amerykańskie. Zbudowanie ciała
światowej klasy zajmuje zwykle minimum dziesięć lat, a ja trenowałem dopiero sześć. Jednak
stawałem się coraz silniejszy i ludzie mówili na mój widok: „Popatrz na rozmiary tego chłopaka.
Cholera, według mnie ten gość ma ogromny potencjał”.
Moje europejskie zwycięstwa miały więc być raczej rodzajem zachęty, kredytem, a nie
efektem warunków fizycznych, jakie prezentowałem. Czekało mnie jeszcze mnóstwo pracy.
Celem w kulturystyce jest osiągnięcie idealnej sylwetki żywego greckiego posągu.
Kształtujesz swoje ciało, tak jak artysta tworzy rzeźbę. Powiedzmy, że musisz uwydatnić tylną
część mięśnia naramiennego i poprawić jego definicję. Masz do wyboru cały zestaw ćwiczeń.
Twoim dłutem może stać się waga, ławka albo maszyna, a rzeźbienie potrwać nawet rok.
Oznacza to, że musisz spojrzeć na swoje ciało obiektywnie i przeanalizować jego słabości.
Sędziowie podczas mistrzostw biorą pod uwagę wszystkie elementy: rozmiar mięśni, ich
definicję, proporcje, symetrię. Patrzą nawet na żyły, bo świadczą o ilości tłuszczu pod skórą.
Oglądając się w lustrze, widziałem u siebie wiele silnych punktów i wiele słabych. Udało
mi się zbudować podstawę w postaci siły i masy. Łącząc podnoszenie ciężarów i trójbój siłowy
z kulturystyką, uzyskałem grube i szerokie plecy, wręcz bliskie ideału. Miałem świetne bicepsy,
zarówno pod względem wymiarów, wysokości, jak i szczytu mięśni; mięśnie piersiowe
o doskonałej definicji i separacji oraz najlepszą pozę klatki piersiowej bokiem. Mogłem się
poszczycić sylwetką kulturysty, o szerokich ramionach i wąskich biodrach, co pomagało uzyskać
kształt litery V, czyli jeden z elementów ideału.
Miałem jednak także pewne braki. Moje kończyny były za długie w stosunku do torsu.
Stale musiałem więc pracować nad ramionami i nogami, żeby poprawić proporcje. Nawet
z potężnymi udami o obwodzie siedemdziesięciu czterech centymetrów moje nogi wydawały się
za szczupłe. Łydki sprawiały wrażenie krótkich w porównaniu z udami, podobnie jak tricepsy –
w porównaniu z bicepsami.
Należało więc zdjąć klątwę z tych słabych punktów. Człowiek z natury woli pracować nad
tym, co wychodzi mu najlepiej. Jeśli masz wielkie bicepsy, wykonujesz w nieskończoność
uginanie ramion ze sztangą podchwytem, bo to satysfakcjonujące widzieć, jak pracują te mięśnie.
Żeby jednak odnieść sukces, musisz być wobec siebie brutalnie szczery i skupić się na
niedostatkach. I tu pojawia się bystry wzrok, obiektywizm i umiejętność słuchania innych.
Kulturyści, którzy nie patrzą na samych siebie w sposób obiektywny, zazwyczaj zostają z tyłu.
Jeszcze większym wyzwaniem jest to, że u każdego człowieka pewne części ciała rozwijają
się lepiej niż inne. Gdy więc zaczynasz ćwiczyć, może ci się wyrwać po dwóch, powiedzmy,
latach: „O Jezu, to ciekawe, ale moje przedramiona nie są tak umięśnione jak ramiona” albo: „To
ciekawe, że moje łydki jakoś się nie rozwijają”. To był właśnie mój słaby punkt – łydki.
Pracowałem nad nimi jak nad pozostałymi częściami ciała, wykonując po dziesięć serii ćwiczeń
trzy razy w tygodniu, lecz nie reagowały w ten sam sposób i inne grupy mięśni były już znacznie
lepiej rozwinięte.
Reg Park zrobił mi zimny prysznic. Miał idealne łydki o obwodzie pięćdziesięciu trzech
centymetrów, tak rozwinięte, że każda wyglądała jak obrócone górą do dołu walentynkowe serce.
Trenując z nim w Republice Południowej Afryki, widziałem, co robił, żeby osiągnąć taki efekt.
Ćwiczył łydki codziennie, a nie tylko trzy razy w tygodniu, i to z ogromnym obciążeniem. Byłem
dumny, że doszedłem do stu trzydziestu kilogramów we wspięciach na palce, ale Reg miał
urządzenie ze sprężynami, które pozwalało mu podnosić czterysta pięćdziesiąt. Powiedziałem
sobie: „Ja też tak muszę. Muszę ćwiczyć łydki zupełnie inaczej, żeby nie mogły nie rosnąć”. Po
przyjeździe do Kalifornii obciąłem wszystkie spodnie dresowe na wysokości kolan. Zamierzałem
zakrywać atuty – bicepsy, klatkę piersiową, grzbiet, uda – natomiast odsłaniać łydki, żeby
wszyscy mogli je widzieć. Byłem dla siebie bezwzględny i wykonywałem dziennie piętnaście
serii wspięć na palce w pozycji stojącej, a czasami i dwadzieścia.
Miałem całą listę mięśni, które muszę zaatakować: tylna część mięśni naramiennych, dolna
najszerszych grzbietu, międzyżebrowe, brzucha, łydek i tak dalej, i tak dalej! Wszystkie
musiałem zbudować, wyrzeźbić, wyseparować i ukształtować w odpowiednich proporcjach.
Codziennie rano jadłem śniadanie z tym czy innym kumplem z siłowni, przeważnie w barze
Zucky’s na rogu Piątej Ulicy i Wilshire Boulevard. Zamawiali tuńczyka, jajka, łososia, czyli
wszystko to, co lubiłem. Chodziliśmy też do którejś z domowych jadłodajni, takich jak Denny’s.
Jeśli nie miałem potem lekcji angielskiego, wracałem do Gold’s i ćwiczyłem. Później
szliśmy na plażę i trenowaliśmy na świeżym powietrzu, na platformie do podnoszenia ciężarów,
a także pływaliśmy, biegaliśmy i leżeliśmy na piasku, żeby uzyskać doskonalszą opaleniznę.
Albo szedłem do budynku Joego Weidera i pracowałem z jego ludźmi nad artykułami do
czasopisma.
Zawsze dzieliłem trening na dwie sesje. W poniedziałki, środy i piątki rano skupiałem się,
powiedzmy, na klatce piersiowej i grzbiecie, wieczorem pracowałem nad udami i łydkami,
a potem ćwiczyłem pozowanie i jeszcze coś. We wtorki, czwartki i soboty przychodziła kolej na
barki, ramiona i przedramiona. Oczywiście łydki były w robocie codziennie, brzuch codziennie
oprócz niedzieli, bo to dzień odpoczynku.
Często na lunch albo obiad szliśmy do jednej z okolicznych knajpek ze szwedzkim
bufetem. Dorastając w Europie, nigdy nie słyszałem o czymś takim jak szwedzki bufet.
Koncepcja restauracji, w której możesz jeść, ile chcesz, byłaby tam nie do pojęcia. My,
kulturyści, zaczynaliśmy od pięciu, sześciu, siedmiu jajek, po których przechodziliśmy do
następnego stanowiska i pochłanialiśmy wszystkie pomidory i inne warzywa. Potem braliśmy
steki, a później ryby. W czasopismach kulturystycznych pisano, że trzeba spożywać aminokwasy,
ale jednocześnie ostrzegano, że należy uważać, bo aminokwasy w pewnych produktach nie są
kompletne.
– E tam – mówiliśmy – nie przejmujmy się tym, po prostu jedzmy wszystkie proteiny.
Mamy jajka, ryby, wołowinę, indyka, ser. zjedzmy wszystko!
Pomyślicie pewnie, że właściciele takich knajp w najlepszym razie liczyli nam więcej. Ale
skąd, traktowali nas tak samo jak wszystkich innych klientów. To było tak, jakby Bóg stworzył
restaurację dla kulturystów!
W tych pierwszych miesiącach w Los Angeles wszystko szło mi jak z płatka, że aż trudno
było w to uwierzyć. Kraksa samochodowa, nie licząc rany na udzie, nie miała żadnych
poważnych konsekwencji. Zapaśnik walczący z krokodylami, który był właścicielem GTO,
nawet okiem nie mrugnął, widząc zniszczenia. Pracował u dealera, mógł wybierać wśród
używanych samochodów, i powiedział tylko: „Och, nie przejmuj się”. A nawet załatwił mi
robotę. Ten dealer zajmował się także transportem używanych wozów, więc tamtej jesieni
dorabiałem, sprowadzając samochody do Long Beach, a potem wjeżdżając nimi na frachtowiec,
który płynął do Australii.
Do siłowni zadzwoniono z kilku firm ubezpieczeniowych, żeby porozmawiać o szkodach,
jakie odnieśli inni kierowcy, ale niewiele z tych rozmów rozumiałem, więc przekazywałem
słuchawkę partnerowi od ćwiczeń. On wyjaśniał, że jestem w Ameryce od niedawna i nie mam
pieniędzy, a wtedy taka firma rezygnowała z roszczeń. Jedynym traumatycznym skutkiem
wypadku było to, że postanowiłem się ubezpieczyć. W Europie, oczywiście, wszyscy byli
ubezpieczeni: studenci podpadali pod pewną kategorię, dzieci były ubezpieczone razem
z rodzicami, osoby pracujące podlegały ubezpieczeniu pracowniczemu – nawet bezdomni mieli
ubezpieczenie. Przerażała mnie myśl, że w Ameryce nie jestem ubezpieczony. Wciąż się
martwiłem: A jeśli zachoruję, to co wtedy zrobię? Nie miałem pojęcia, że mogłem zgłosić się na
pogotowie i uzyskać bezpłatną pomoc. A nawet gdybym o tym wiedział, nie chciałem jałmużny.
Choć zajęło to sześć miesięcy, postarałem się oddać Billowi Drake’owi pieniądze, które zapłacił
za moją wizytę u lekarza.
Tak się złożyło, że Larry Scott, dawny Mister Olympia, który wycofał się z kulturystyki,
jednak wciąż codziennie przychodził do siłowni, żeby ćwiczyć, pracował jako regionalny
przedstawiciel dużej firmy ubezpieczeniowej.
– Słyszałem, że chcesz się ubezpieczyć – powiedział do mnie.
– Pomogę ci.
Zaproponował mi polisę, która kosztowała dwadzieścia trzy dolary i sześćdziesiąt centów
miesięcznie, plus dodatkowo pięć dolarów z tytułu inwalidztwa, co wydało mi się dużą sumą, bo
od Weidera dostawałem tylko sześćdziesiąt pięć dolców tygodniowo. Ale zdecydowałem się na
nią i byłem chyba jednym z nielicznych emigrantów w Los Angeles, którzy byli ubezpieczeni od
kosztów leczenia.
W okolicach Święta Dziękczynienia 1969 roku dostałem zaproszenie do udziału
w grudniowych zawodach kulturystycznych i pokazach na Hawajach. Zapaśnik od krokodyli
zamierzał pojechać na święta do domu i powiedział: „Uwielbiam Hawaje. Może pojadę z tobą,
pokręcę się tam i potrenuję kilka dni, a potem stamtąd polecę do Australii?”.
Spodobał mi się ten plan. Poza atrakcjami, takimi jak plaża i dziewczyny, Hawaje dawały
możliwość poznania doktora Richarda You, lekarza sportowego amerykańskiej drużyny
olimpijskiej, który tam praktykował, i odwiedzenia takich sław w podnoszeniu ciężarów, jak
Tommy Kono, Timothy Leon i Harold Sakata „Oddjob” (którego miałem już okazję poznać
w Monachium). Razem z kumplem poszliśmy do Joego Weidera i zapytaliśmy, czy zna
organizatorów i co myśli o moim udziale w tamtejszym turnieju. Był za, i to zdecydowanie.
Stwierdził, że przyda mi się takie doświadczenie i że pod presją zbliżających się zawodów będę
trenował jeszcze ciężej.
ROZDZIAŁ 6
Leniwe dranie
Joe Weider nazywał twardogłowych kulturystów leniwymi draniami. Z mojego
doświadczenia wynika, że słusznie. Typowymi klientami Gold’s Gym byli faceci, którzy mieli
pracę: robotnicy budowlani, gliniarze, zawodowi sportowcy, biznesmeni, handlowcy, a później
także aktorzy. Natomiast kulturyści, z nielicznymi wyjątkami, byli leniwi. Wielu z nich nie
pracowało. Woleli mieć sponsora i wylegiwać się na plaży. Mówili: „Hej, Joe, zafundujesz mi
bilet lotniczy na zawody w Nowym Jorku?”, „Hej, Joe, wyznaczysz mi pensję, żebym mógł
trenować w siłowni?”, „Hej, Joe, kupisz mi wóz?”. Gdy nie dostawali forsy, która według nich
im się należała, wpadali we wściekłość. „Uważaj na Joego, słyszałem od nich. Ten skąpy
skurwysyn nie dotrzymuje słowa”. Ja jednak widziałem to zupełnie inaczej. To prawda, że Joe
nie lubił rozstawać się z pieniędzmi, ale pochodził z biednego środowiska i musiał walczyć
o każdego centa. I nie rozumiałem, dlaczego miałby dawać forsę każdemu kulturyście, który
wyciągał po nią łapę.
Joe jak nikt potrafił przemówić do młodych wrażliwych chłopaków. Gdy jako
piętnastolatek zainteresowałem się wydawanymi przez niego czasopismami, zastanawiałem się,
jak stać się silnym, aby móc się bronić. Co mam zrobić, żeby mieć powodzenie u dziewczyn?
Czym się zająć, żeby zarobić na godziwe życie? Joe wciągnął mnie w świat, w którym od razu
poczułem się kimś wyjątkowym. Było to stare przesłanie Charlesa Atlasa: „Idź za moim
przykładem, a nikt nie będzie ci sypał piaskiem w twarz. Od razu staniesz się wspaniałym
facetem, będziesz podrywał dziewczyny i paradował po Venice Beach!”.
Joe nadawał wszystkim czołowym kulturystom przydomki, jakby to byli superbohaterowie.
Dave Draper, który trenował w Gold’s, został nazwany Blond Bomber – Blond Bombowiec.
Widziałem go w filmie z udziałem Tony’ego Curtisa z 1967 roku Nie daj się usidlić. To jeszcze
bardziej podziałało na moją wyobraźnię: oto następny kulturysta, który zagrał w filmie!
W czasopismach Weidera publikowano zdjęcia Dave’a chodzącego z deską surfingową po plaży.
Wyglądało to super. W tle widać było volkswagena dune buggy z odsłoniętymi kołami, który też
wyglądał super. Dave’a otaczały patrzące na niego z podziwem piękne dziewczyny.
Inne zdjęcia w magazynach ukazywały naukowców i techników w białych fartuchach
podczas prac nad suplementami odżywczymi w klinice badawczej Weidera. „Klinika badawcza
Weidera – mówiłem do siebie – to niewiarygodne!”. Były też fotografie samolotów
z wymalowanym z boku wielkim napisem „Weider”. Wyobrażałem sobie przedsiębiorstwo na
miarę General Motors, z flotą powietrzną rozwożącą po całym świecie sprzęt i produkty
odżywcze Weidera. Artykuły w czasopiśmie, które tłumaczyli mi koledzy, też robiły na mnie
wielkie wrażenie. Była w nich mowa o „muskułach rozsadzających ubrania”, o mięśniach
naramiennych jak „kule armatnie” i klatkach piersiowych – jak „fortece”.
A oto sześć lat później znalazłem się na Venice Beach, jak Dave Draper! I teraz to mnie
towarzyszyły piękne dziewczyny, dune buggy i deska surfingowa. Oczywiście miałem już wtedy
świadomość, że Weider kreuje fantastyczny świat – wieżowce, wyrastające wprawdzie
z rzeczywistości, lecz sięgające chmur. Owszem, były deski surfingowe, ale kulturyści tak
naprawdę nie uprawiali surfingu. Owszem, nie brakowało pięknych dziewczyn, ale były to
modelki, którym płacono za sesje fotograficzne. (Choć jedną z nich była żona Joego, Betty,
śliczna modelka, której nie musiał płacić). Owszem, istniały odżywki Weidera i rzeczywiście
prowadzono nad nimi badania, ale nie było w Los Angeles żadnego wielkiego budynku
mieszczącego laboratorium. Owszem, rozprowadzano po świecie produkty Weidera, ale nie miał
on żadnych samolotów. Odkrycie, że to wszystko jest rozdmuchane, nie sprawiło, że poczułem
zawód. Wystarczająco dużo z tego było prawdą.
Fascynowało mnie, że jestem częścią tego wszystkiego, co więcej, nie mogłem się
doczekać, co będzie dalej. Muszę się uszczypnąć, myślałem. Mówiłem kumplom, że najgorszym
koszmarem byłoby dla mnie, gdyby przyśniło mi się, że potrząsa mną matka i mówi: „Arnoldzie,
zaspałeś! Pora wstawać! Spóźnisz się do pracy. Pospiesz się! Musisz jechać do fabryki”. A ja
odpowiadałem: „Nieee! Dlaczego mnie obudziłaś? Miałem niesamowity sen. Chciałbym
wiedzieć, jak się skończy”.
Samego Joego niełatwo było polubić. Dorastając w czasach wielkiego kryzysu, on i jego
młodszy brat Ben dzięki uporowi i samozaparciu wyrwali się ze slumsów Montrealu i stworzyli
swój biznes od zera. Czasopisma Weidera, sprzęt, odżywki i organizowane przez niego zawody
stanowiły największe imperium w świecie kulturystyki i przynosiły rocznie około dwudziestu
milionów dolarów. Joe i Ben byli facetami, których warto znać, bo w tym środowisku nikomu się
nie przelewało. Jedynymi ludźmi żyjącymi z kulturystyki byli organizatorzy imprez i właściciele
siłowni, żaden z kulturystów nie był w stanie się z niej utrzymać. Z tego, co słyszałem, tylko
mnie płacono za to, że trenuję.
Joe i Ben nieustannie rozwijali swój biznes i nie przejmowali się, że wkraczają na cudzy
teren. W 1946 roku powołali do istnienia International Federation of Body Building (IFBB), aby
stanąć do rywalizacji z American Athletic Union (AAU), kontrolującą podnoszenie ciężarów
i kulturystykę w Ameryce
Północnej,
i z National
Amateur BodyBuilders’ Association
(NABBA), która sprawowała nadzór nad kulturystyką w Wielkiej Brytanii. Doprowadzili do
konfliktu, organizując zawody o tytuł Mister America, do tej pory odbywające się pod egidą
AAU, i Mister Universe, które z kolei były działką NABBA. Tak jak w boksie, powielenie tych
tytułów spowodowało duże zamieszanie w świecie kulturystyki, ale jednocześnie wspomogło jej
rozwój.
Joe także jako pierwszy zaoferował nagrodę pieniężną dla zwycięzcy zawodów
kulturystycznych. Gdy w 1965 roku powołał do życia turniej Mister Olympia, nagrodą było
tysiąc dolarów i srebrny talerz z wygrawerowanym napisem. W każdych innych zawodach,
takich jak Mister Universe, dostawało się tylko trofeum. Turnieje organizowane przez Joego
oferowały także najlepsze umowy dla uczestników. Opłacał hotel i przelot samolotem. Zawsze
jednak wstrzymywał się z wręczeniem biletu powrotnego, dopóki zawodnik po imprezie nie
wziął udziału w sesji fotograficznej, pozując dla jego fotografów. Joe wolałby fotografować
kulturystów przed imprezą, ale z reguły nie byli przygotowani, tak że tylko Franco Columbu i ja
wyrażaliśmy zgodę. Odpowiadało nam to, bo do zdjęcia musieliśmy być w dobrej formie
i mieliśmy okazję poćwiczyć pozy.
Sam turniej Mister Olympia był dowodem geniuszu promocyjnego Joego. Chodziło w nim
o wytypowanie mistrza mistrzów i żeby dostać zaproszenie do udziału w zawodach, należało być
obecnym albo byłym Mister Universe. Joe dobrze zarabiał na mnożeniu tytułów! Nic dziwnego,
że bracia Weiderowie doprowadzali innych do szału. W ramach ostatniej kampanii zabiegali
w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim o uznanie kulturystyki za sport międzynarodowy.
Podobało mi się, że Joe Weider jest spryciarzem. Miał czasopisma. Miał własną federację.
Miał wiedzę. Chciał upowszechniać kulturystykę i robił zamieszanie. Oferował mi coś, czego
potrzebowałem, i zdawał sobie sprawę, że ja z kolei oferuję mu coś, czego on potrzebuje.
Poza tym nie byłem leniwym draniem. Gdy przyjechałem do Kalifornii, powiedziałem mu
od razu: „Nie chcę zbijać bąków. Nie chcę brać od ciebie forsy za nic. Daj mi coś do roboty,
żebym mógł się uczyć”.
Joe miał sklep przy Piątej Ulicy w Santa Monica, w którym sprzedawał odżywki i sprzęt do
podnoszenia ciężarów. Zapytałem więc, czy mógłbym tam pracować.
– Chcę pomagać klientom – tłumaczyłem. – Dzięki temu mógłbym się uczyć biznesu
i ćwiczyć angielski, poza tym lubię kontakt z ludźmi.
Joemu bardzo się to spodobało.
– Widzisz, Arnoldzie – powiedział do mnie z tym swoim kanadyjskim akcentem – ty
chcesz pracować, chcesz się rozwijać. Jesteś Niemcem, maszyną, niesamowitym facetem. Nie tak
jak te leniwe dranie.
Byłem pod wrażeniem tego, jak Joe kombinuje. Konsekwentnie zaczął tworzyć wokół mnie
mit: że jestem, jak powiedział, niemiecką maszyną, niezawodną, godną zaufania, która nie
nawala. I zamierzał użyć całej swojej wiedzy i wpływów, żeby ta maszyna ożyła i chodziła jak
potwór doktora Frankensteina. Wydawało mi się to bardzo zabawne. Nie miałem mu za złe, że
traktuje mnie jak własne dzieło, bo to znaczyło, że mnie kocha. Zresztą służyło mojemu celowi:
chciałem zostać mistrzem świata, a im bardziej Joe utwierdzał się w takim myśleniu o mnie, tym
bardziej był hojny.
Od samego początku wydawało mi się, że patrzy na mnie jak na syna, którego nie miał.
Czułem, że stwarza mi to wyjątkową okazję, by się kształcić. Mój własny ojciec nauczył mnie
dyscypliny, wpoił, że trzeba być twardym i dzielnym, ale nie powiedział mi, jak odnieść sukces
w biznesie. Zawsze szukałem mentorów, którzy podjęliby moją edukację tam, gdzie zakończył ją
ojciec. Mieć przy sobie Joego – to było jak mieć ojca, który doceniał moje wysiłki.
Firma wciąż mieściła się na wschodzie, w Union City w stanie New Jersey, lecz
Weiderowie budowali już nową siedzibę w San Fernando Valley. Joe jeździł tam co kilka tygodni
na kontrolę. Zabierał mnie na spotkania z ekipą budowlaną i trzymał przy sobie, żebym mógł
obserwować, jak się robi interesy. Jeśli chodzi o wydawniczą część przedsiębiorstwa, zawsze
szukał lepszych i tańszych drukarzy i ściągał mnie na rozmowy z nimi. Odwiedzałem go
w Nowym Jorku i tam również uczestniczyłem w spotkaniach. Gdy mój angielski się poprawił,
Joe wziął mnie w podróż służbową do Japonii, żebym zobaczył, jak prowadzi negocjacje za
oceanem, i przekonał się, jak ważna jest dystrybucja – nie tylko w prasie, ale i innych branżach.
Joe stale podkreślał, jak ważne jest robienie interesów w skali globalnej, nie tylko
w jednym kraju. Wiedział, że w tym właśnie leży przyszłość. Podczas każdej podróży załatwiał
różne sprawy, w Japonii na przykład spotkaliśmy się z tamtejszą federacją kulturystyki i Joe
doradzał im, jak podnieść poziom organizowanych przez nią zawodów. Długie loty samolotem
z Joem zawsze były inspirujące. Mówił wtedy o interesach, sztuce, antykach, sporcie. Studiował
historię powszechną, a w szczególności historię Żydów. Wiedział też dużo o psychologii. Musiał
chyba chodzić do psychoanalityka.
Byłem w siódmym niebie, bo zawsze czułem, że moją przyszłością jest biznes. Niezależnie
od tego, czym akurat się zajmowałem, w zakamarkach umysłu pojawiała mi się myśl: Czy do
tego jestem stworzony? Dlaczego tu jestem? Wiedziałem, że czeka mnie coś wyjątkowego, ale co
to miało być? Szczytem marzeń było dla mnie zostać biznesmenem. A teraz ten facet, mój szef,
zabierał mnie w podróże służbowe i uczył wszystkiego, co mogło mi się przydać. Może skończy
się na tym, że będę wprowadzał na rynek i sprzedawał suplementy diety, sprzęt gospodarstwa
domowego i urządzenia sportowe, zostanę właścicielem sieci siłowni i zacznę kierować całym
imperium biznesowym, jak Reg Park, ale na skalę światową. To by dopiero było! Miałem
świadomość, że patrzę na biznes inaczej niż pozostali kulturyści. Gdyby Weider zaproponował
któremuś z nich, żeby pojechał z nim do Japonii, ten by odpowiedział: „A tam, do Japonii. Jakie
oni tam mogą mieć siłownie? Wolę trenować”, albo coś równie głupiego. Więc może moim
przeznaczeniem było zostać Weiderem następnego pokolenia? Joe najwyraźniej bardzo lubił
mnie uczyć. Mawiał: „Naprawdę cię wciągnęło!”.
Uczyłem się od niego nie tylko, jak robić interesy. Joe kolekcjonował piękne meble i dzieła
sztuki, co wydało mi się fascynujące. Gdy zatrzymałem się w jego nowojorskim mieszkaniu,
obejrzałem wszystkie znajdujące się tam antyki i obrazy. Joe opowiadał mi o aukcjach i mówił:
„To kupiłem za tyle. A teraz jest warte tyle”.
Wtedy zorientowałem się, że stare meble mogą z czasem zyskać na wartości. Wcześniej
patrzyłem na nie jak na rupiecie, takie jak te, które mieliśmy w Austrii. A teraz Joe mówił:
„Spójrz na to, pochodzi z okresu empire. To mahoń. Widzisz łabędzie wyrzeźbione na
podłokietnikach? To emblemat żony Napoleona, Józefiny. A widzisz tego mosiężnego sfinksa
wstawionego z tyłu? Francuzi uwielbiali motywy egipskie”.
Zacząłem z nim chodzić na aukcje dzieł sztuki w Nowym Jorku, do Sotheby’s, Christie’s
i innych domów aukcyjnych.
Jedną z najcenniejszych zdobyczy Joego był fotel Napoleona. Trzymał go w pokoju
gościnnym. Gdy nocowałem tam pierwszy raz, przestrzegał mnie nerwowo: „Jest bardzo
delikatny i bardzo, bardzo drogi. Pamiętaj, nie siadaj na nim ani nawet go nie dotykaj, dobra?”.
Zamierzałem obchodzić się z fotelem ostrożnie, ale wieczorem, kiedy zdejmowałem
spodnie, stopa zaplątała mi się w nogawkę, straciłem równowagę i runąłem na niego jak długi.
Mebel rozpadł się pod moim ciężarem – wyglądał, jakby eksplodował. Poszedłem do Joego
i powiedziałem:
– Chodź, coś zobaczysz. Rozwaliłem fotel.
Wpadł do pokoju, a gdy zobaczył na dywanie kawałki fotela, o mało nie zemdlał. A potem
zaczął przeklinać.
– Ty draniu! Wiesz, ile on kosztował?!
Szybko jednak umilkł, bo uświadomił sobie, że nie wypada aż tak lamentować nad
meblem. Krzesło to krzesło, jeśli się połamie, można je skleić. Przecież nie zginęło, tylko
rozpadło się w miejscach, gdzie było posklejane, na łączeniach. Po prostu rozleciało się, kiedy na
nie upadłem.
Oczywiście czułem się winny, lecz nie mogłem się powstrzymać i powiedziałem:
– To niewiarygodne, stłukłem sobie kolano, stłukłem sobie żebro, a ty nawet nie spytałeś:
„Nic ci się nie stało?” ani nie powiedziałeś: „Nie przejmuj się, bardziej martwię się o ciebie”.
Miałeś być dla mnie jak ojciec! A ciebie interesuje tylko ten fotel.
Wtedy Joe poczuł się naprawdę strasznie.
– O Chryste, masz rację – odparł. – I spójrz na to. Ale tandetę zrobili. – I zaczął pomstować
na stolarzy Napoleona, którzy wykonali fotel, i ich z kolei wyzywać od drani.
Po wizycie w Nowym Jorku poleciałem do Chicago, żeby obejrzeć zawody Mister
America, organizowane przez AAU, i przez tydzień trenowałem z Sergiem Olivą. Jesienią
mieliśmy ze sobą rywalizować, nie wpłynęło to jednak na nasze stosunki i był dla mnie bardzo
miły. On i jego żona zaprosili mnie do siebie na kolację i wtedy pierwszy raz zetknąłem się
z kulturą czarnych Kubańczyków. Sergio miał barwny język i ciekawy sposób ubierania się, do
żony odnosił się inaczej niż którykolwiek z moich znajomych, zresztą oboje mieli temperament
i często na siebie krzyczeli. Mimo to był prawdziwym dżentelmenem.
Przyjechałem tam zresztą z tajną misją: sądziłem, że dobrze będzie przeniknąć do obozu
przeciwnika i dowiedzieć się, jak patrzy na świat! Jak został mistrzem? Jak się odżywia, jak żyje,
co można przejąć z jego treningu? Jak ćwiczy pozowanie? Jak podchodzi do zawodów? Żadna
z tych informacji nie wystarczyłaby, żeby go pokonać, ale razem mogły mnie zmotywować
i uzmysłowić mi, czego potrzebuję, żeby wygrać. Może udałoby mi się znaleźć u niego jakiś
słaby punkt i to wykorzystać? Uważałem, że sport polega nie tylko na walce fizycznej, ale
i psychologicznej.
Dowiedziałem się przede wszystkim, że Sergio tyra jeszcze ciężej ode mnie. Pracował na
pełny etat w stalowni, a po całym dniu spędzonym w żarze pieców szedł do Duncan YMCA
i trenował przez kilka godzin. Należał do facetów, którzy łatwo się nie dają. Codziennie na
początek treningu wykonywał dziesięć serii po dwadzieścia podciągnięć na drążku. To nie miało
służyć ćwiczeniu pleców, było tylko rozgrzewką. Podczas wyciskania na ławce podnosił sztangę
do połowy, nie prostując łokci. Dzięki temu mięśnie piersiowe były nieustannie napięte
i prezentowały się naprawdę pięknie. Dużo się też od niego nauczyłem, jeśli chodzi o pozowanie.
Jednak zrozumiałem również, że to, co sprawdzało się u Sergia, niekoniecznie musi
sprawdzać się u mnie. Diametralnie różniliśmy się od siebie. Ja miałem doskonałe bicepsy
i mięśnie grzbietu, a on z kolei wspaniałe przednie mięśnie naramienne, piersiowe i tricepsy.
Żeby go pokonać, musiałbym popracować ostro właśnie nad tymi partiami, wykonując więcej
serii poszczególnych ćwiczeń. Miał też nade mną przewagę w postaci wieloletniego
doświadczenia i wielkiego naturalnego potencjału – był prawdziwym zwierzęciem. Ale przede
wszystkim zainspirowała mnie jego pasja. Powiedziałem sobie, że będę musiał dać z siebie
więcej.
Wiedziałem, kto mi w tym pomoże. Miałem w Kalifornii światowej klasy partnerów do
treningu, jednak niemal od chwili, gdy postawiłem tam stopę, namawiałem Joego, żeby ściągnął
do Ameryki mojego kumpla Franca. Brakowało mi wielu kolegów z Monachium, którzy chyba
się zastanawiali, dlaczego przepadłem na tak długo w Kalifornii. Ale najbardziej tęskniłem za
Frankiem, bo byliśmy jak bracia, a poza tym dobrze mi się z nim ćwiczyło. Franco był
cudzoziemcem jak ja, nawet w Monachium myśleliśmy jak imigranci i odczuwaliśmy podobnego
rodzaju głód. Jedyną nadzieję dawała nam ciężka praca. Uznałem, że Ameryka będzie dla Franca
świetnym rozwiązaniem, tak jak dla mnie.
Joe nie uległby sentymentalnym argumentom, więc odwołałem się do jego zmysłu
handlowego:
– Sprowadź Franca, a zyskasz ekipę profesjonalnych kulturystów.
I to na całe lata! Będziesz miał w swojej stajni najlepszego zawodnika wagi ciężkiej
w kategorii wysokich… czyli mnie… i najlepszego zawodnika wagi lekkiej w kategorii niskich.
Wyjaśniłem, że niezależnie od kategorii Franco jest najsilniejszym trójboistą na świecie (to
była prawda, potrafił podnieść w martwym ciągu cztery razy tyle, ile sam ważył) i że przechodzi
na kulturystykę.
Po drugie, dowodziłem Joemu, Franco jest dla mnie idealnym partnerem treningowym
i gdybym z nim pracował, stałbym się prawdziwą gwiazdą kulturystyki. A po trzecie, Franco to
pracowity facet, który nie będzie tylko wylegiwał się na plaży. W przeszłości pasł owce, był
murarzem i kierowcą taksówki.
– Na pewno nie jest leniwym draniem – przekonywałem Joego.
– Sam zobaczysz.
Joe zwlekał z decyzją. Gdy tylko wspominałem o Francu, zachowywał się tak, jakby
pierwszy raz o nim słyszał, więc musiałem przedstawiać swoje argumenty od nowa. Ale
w połowie 1969 roku wreszcie ustąpił: zgodził się zaprosić Franca i płacić mu sześćdziesiąt pięć
dolarów tygodniowo, tak jak mnie. I od razu zaczął się chwalić, że sprowadza z Europy
fantastycznego sztangistę wagi lekkiej. Tylko że nie miał pamięci do nazwisk i nie mógł
zapamiętać mojego przyjaciela.
– Zgadnijcie, kogo tu teraz ściągam – rzucił kiedyś przy lunchu. – Francisca Franco!
Był tam wtedy Artie Zeller, fotograf, który rok wcześniej odebrał mnie z lotniska.
– Franco to ten hiszpański dyktator – zwrócił mu uwagę.
– Pomyliłem się. Facet ma na nazwisko Kolumb.
– Jesteś pewny? – zapytał Artie. – Kolumb to ten, który odkrył Amerykę.
– Nie, poczekajcie, chciałem powiedzieć: Franco Nero.
– Ten to z kolei włoski aktor. Grywa w westernach.
– Arnoldzie! To kogo my tu ściągamy, do licha? – zapytał mnie w końcu Joe.
– Franca Columbu.
– Chryste. A to łobuz! Ci Włosi! Dlaczego oni mają takie dziwaczne nazwiska? Wszystkie
brzmią tak samo.
Pojechałem po Franca na lotnisko moim białym volkswagenem. Wyposażyłem wóz
w rajdową kierownicę i prezentował się wspaniale. Wpadłem na pomysł, żeby powitać
przyjaciela w Ameryce ciastkiem z marihuaną i w ten sposób uczcić jego przyjazd. Frank Zane,
kulturysta, który pokonał mnie w Miami i stał się moim dobrym kolegą, piekł takie ciastka
i często dawał mi jedno. To będzie ubaw, pomyślałem. Odbiorę Franca, a on na pewno będzie
głodny po długim locie, więc zjemy ciastko na pół. Nie chciałem dać Francowi całego, bo nie
wiedziałem, jak zareaguje na nie jego organizm.
Kiedy Franco wsiadł do samochodu, zapytałem:
– Jesteś głodny?
– Umieram z głodu.
– Na szczęście mam przy sobie ciastko. Zjemy je na spółkę.
– I zawiozłem go do Artiego, którego żona, Josie, była Szwajcarką. Sądziłem, że Franco
poczuje się swobodniej wśród ludzi, którzy znają niemiecki, on jednak przez pierwszą godzinę
leżał na dywanie i chichotał.
– Zawsze jest taki skory do śmiechu? – zapytał mnie Artie.
– Musiał strzelić sobie piwo albo coś takiego – wyjaśniłem. – Ale faktycznie to zabawny
facet.
– O tak, prześmieszny. – Artie i Josie także nie mogli powstrzymać się od śmiechu.
Kilka dni później zapytałem Franca:
– Wiesz, dlaczego było ci tak wesoło?
I opowiedziałem mu o ciastku.
– Wiedziałem, że coś w nim było! – wykrzyknął. – Musisz mnie nim jeszcze kiedyś
poczęstować, pycha!
Okazało się jednak, że organizm Franca źle zareagował na szczepionkę przeciwko ospie
wietrznej, której poddał się przed wyjazdem z Monachium. Spuchło mu ramię, miał gorączkę
i dreszcze, stracił apetyt. Trwało to kilka tygodni. Co parę godzin podawałem mu napoje
proteinowe, bałem się jednak, że umrze, więc w końcu sprowadziłem lekarza, który orzekł, że
Franco dojdzie do siebie.
Zrobiłem Francowi taką reklamę, że Joe Weider nie mógł się doczekać, kiedy go pozna
i zobaczy jego muskulaturę. Jednak mój przyjaciel schudł z siedemdziesięciu siedmiu
kilogramów do około sześćdziesięciu. Gdy przychodził Joe, polecałem Francowi chować się do
łazienki, a Joemu mówiłem: „A, Franco! Nie ma go, znowu poszedł do Gold’s, żeby
potrenować”. Albo: „Tak, tak, on też bardzo chce cię poznać, ale zależy mu, żeby dobrze
wyglądać, więc poszedł na plażę się poopalać”.
Franco miał mieszkać razem ze mną, jednak miałem tylko jedną sypialnię, więc spał na
rozkładanej kanapie w salonie. Panowała tam taka ciasnota, że nawet nie było gdzie powiesić
plakatów. Jednak w Monachium mieszkałem w schowku w siłowni, więc teraz takie mieszkanie
stanowiło dla mnie luksus. Franco podchodził do tego tak samo. Mieliśmy salon i sypialnię, no
i zasłony. Plaża znajdowała się trzy przecznice dalej. W łazience były umywalka, klozet, wanna
z prysznicem, i to znacznie nowocześniejsze niż w Europie. Miejsca było mało, ale czuliśmy, że
jesteśmy u siebie.
Wiele razy odwiedzałem Franca w jego pokoju w Monachium. Zawsze bardzo dbał
o czystość, wiedziałem więc, że będzie dobrym współlokatorem. W naszym mieszkaniu panował
idealny porządek. Regularnie odkurzaliśmy, od razu po posiłkach zmywaliśmy naczynia, żeby
nie stały w zlewie; i zawsze ścieliliśmy łóżko, po wojskowemu. Obaj mieliśmy zwyczaj wcześnie
wstawać i sprzątać po sobie przed wyjściem. Gdy człowiek robi coś regularnie, wchodzi mu to
w krew i kosztuje coraz mniej wysiłku. Nasze lokum było czystsze niż mieszkania wszystkich
moich znajomych, których odwiedzałem, zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Zwłaszcza kobiet,
które żyły jak prosięta.
Franco gotował, a ja zmywałem, taka była umowa. Szybko znalazł w okolicy wszystkie
włoskie sklepiki, w których kupował makaron, ziemniaki, mięso. Na supermarkety kręcił nosem.
– Ach, ci Amerykanie – narzekał. – Trzeba chodzić do małych sklepów, włoskich sklepów.
Stale przynosił do domu jakieś małe paczki albo słoiki i stwierdzał:
– Kupisz to tylko u Włocha.
Dobrze nam się żyło w tym mieszkaniu – dopóki właściciel nas nie wyrzucił. Któregoś dnia
zapukał do drzwi i powiedział, że mamy się wynieść, bo to jednoosobowy lokal. Wówczas
w południowej Kalifornii dwaj faceci zajmujący mieszkanie z jedną sypialnią wydawali się
podejrzani. Wyjaśniłem, że Franco śpi na kanapie w salonie, lecz facet nie chciał ustąpić.
– To mieszkaniu dla jednego lokatora.
I tak myśleliśmy o większym lokum, więc specjalnie się nie przejęliśmy. Znaleźliśmy
niedaleko piękne mieszkanie z dwiema sypialniami i przeprowadziliśmy się do niego.
Było tam dużo miejsca na ścianach, ale nie mieliśmy ich czym udekorować, nie stać mnie
było na kupowanie
obrazów. Jednak któregoś dnia w Tijuanie zobaczyłem plakat
przedstawiający kowboja z dwoma koltami. Kosztował tylko pięć dolarów, więc go kupiłem. Po
powrocie do domu przykleiłem plakat taśmą do ściany. Wyglądał wspaniale.
Niedługo potem przyszedł do nas Artie. Gdy tylko zobaczył kowboja z plakatu, zaczął
prychać i robić miny.
– Uch, co za głupek – rzucił.
– O czym ty mówisz? – zapytałem.
– Jezu, o Reaganie.
– To wspaniały plakat. Znalazłem go w Tijuanie.
– A wiesz, kogo przedstawia?
– Uhm, tam na dole jest napisane „Ronald Reagan”.
– To gubernator stanu Kalifornia.
– Naprawdę?! – zawołałem. – Niesamowite. To jeszcze lepiej. Mam na ścianie gubernatora
stanu Kalifornia.
– Taaa, kiedyś grywał w westernach – wyjaśnił Artie.
Gdy Franco został moim partnerem do treningu, mogłem skupić się na zawodach
kulturystycznych, w których zamierzałem startować. Chciałem za wszelką cenę wygrać
w turnieju IFBB o tytuł Mister Universe, którego nie udało mi się zdobyć w Miami. Przegrana
z Frankiem Zane’em wciąż tak mnie bolała, że zależało mi nie tylko na zwycięstwie, pragnąłem
wygrać w takim stylu, żeby ludzie zapomnieli o moich poprzednich porażkach.
Potem miałem zamiar polecieć do Londynu i znów wygrać w tamtejszych zawodach Mister
Universe. Wtedy, w wieku dwudziestu czterech lat, miałbym na koncie cztery tytuły Mister
Universe, zdobyte po obu stronach Atlantyku. Do tej pory nikt nie osiągnął więcej w tej
dyscyplinie sportu. To dałoby mi rozpęd, który w swoim odczuciu straciłem, odzyskałbym nimb
skazanego na sukces, dzięki któremu znalazłem się w blasku reflektorów i który tak działał
ludziom na wyobraźnię. A co najważniejsze, byłby to jasny przekaz, że w świecie kulturystyki
liczą się tylko dwaj mistrzowie: Sergio Oliva i ja. Zamierzałem przeskoczyć z szóstej czy ósmej
pozycji na pierwszą albo drugą. Musiałem zrobić wszystko, aby do tego doprowadzić, po to
przecież przyjechałem do Ameryki. Gdybym to osiągnął i umocnił swojąpozycję w kulturystyce,
znalazłbym się w drodze na szczyt. I nikt nie mógłby mnie powstrzymać.
Następnym wielkim celem byłoby pokonanie Sergia Olivy i zdobycie tytułu Mister
Olympia. Nie zamierzałem popełnić tego samego błędu co w Miami, gdy myślałem, że wygram
bez trudu. Trenowałem tak ciężko, jak tylko mogłem.
Organizacja zawodów Mister Universe w Miami była eksperymentem i w 1969 roku
Weiderowie przenieśli je z powrotem do Nowego Jorku. Żeby podgrzać atmosferę, postanowili
urządzić turnieje Mister America i Mister Olympia tego samego dnia, w sąsiednich salach
Brooklińskiej Akademii Muzycznej, największej hali widowiskowej na Brooklynie.
Przez cały rok byłem promowany wraz z innymi czołowymi kulturystami na łamach
czasopism Joego, ale zawody Mister Universe były moim pierwszym większym turniejem od
poprzedniej jesieni. Nie mogłem się doczekać, kiedy się przekonam, jak moje świeżo
zamerykanizowane ciało zostanie ocenione przez sędziów i fanów. Zawody przebiegły nawet
lepiej, niż planowałem. W jednej z najtrudniejszych kategorii pobiłem wszystkich konkurentów
na głowę. Tysiące powtórzeń na urządzeniach Joego Golda pomogły mi zdefiniować mięśnie tak
dobrze, że ani wysocy, ani niscy zawodnicy nie stanowili dla mnie zagrożenia. Poza tym miałem
już kalifornijską opaleniznę!
Wygrałem z taką przewagą, że znowu zacząłem myśleć o udziale w zawodach Mister
Olympia. A co, jeśli nie doceniłem postępów, jakich dokonałem? Gdybym pokonał Sergia,
byłbym królem!
Rankiem w dzień zawodów Sergio pojawił się w swoich szpanerskich ciuchach: szytym na
miarę kraciastym garniturze z kamizelką, ciemnym krawacie, czarnych skórzanych butach,
modnym kapeluszu i z mnóstwem biżuterii. Docinaliśmy sobie przez chwię, oglądając eliminacje
zawodów Mister America.
– Hej, Monster, jak tam forma? – spytałem.
– Oj, mały, dziś wieczorem coś zobaczysz, ja ci to mówię – odparł.
– Zobaczysz, ale nie uwierzysz. Nikt nie uwierzy.
Wreszcie zaczęliśmy rozgrzewać się za kulisami. Sergio słynął z długich rozgrzewek przed
występem. Wkładał wtedy długi rzeźnicki fartuch, żeby rywale nie widzieli jego mięśni. Kiedy
przyszła pora, żeby wkroczyć na scenę, zdjął fartuch i ruszył przede mną korytarzem. Oczywiście
wiedział, że na niego patrzę. Jakby od niechcenia podniósł ramię i zaprezentował najszerszy
grzbietu takich rozmiarów, jakich w życiu nie widziałem. Był wielkości diabła morskiego. To
samo zrobił drugim ramieniem. Miał tak szerokie plecy, że niemal zasłonił nimi całe światło
w korytarzu. Wywarło to na mnie efekt psychologiczny. Zrozumiałem, że z nim nie wygram.
Gdy pozowaliśmy, najpierw ja, potem on, publiczność oszalała – ludzie krzyczeli i tupali.
Potem sędziowie, którzy ogłosili, że nie mogą podjąć decyzji, poprosili nas z powrotem na scenę,
żebyśmy zaprezentowali pozy jednocześnie. Ktoś zawołał: „Do pozowania!”, ale przez chwilę
żaden z nas się nie ruszył – próbowaliśmy przetrzymać się nawzajem i zmusić tego drugiego, by
zaczął pierwszy. W końcu uśmiechnąłem się i przybrałem jedną ze swoich najlepszych póz,
demonstrując podwójny biceps przodem. To wywołało ryk na widowni. Sergio w odpowiedzi
zaprezentował swoją tradycyjną zwycięską pozę i uniósł ramiona nad głowę. Publiczność zaczęła
skandować: „Sergio! Sergio!”. Wtedy ja pokazałem klatkę piersiową, on chciał zrobić to samo,
ale zmienił zamiar i przeszedł do most muscular (kapturów przodem), najbardziej efektownej
pozy w kulturystyce. Znowu wzbudził entuzjazm. Na to wykonałem moją najlepszą pozę –
bicepsy tyłem w skręcie tułowia – ale to nie wystarczyło, żeby zmienić bieg rzeczy. Po prostu
Sergio miał nade mną przewagę.
Uśmiechałem się i pozowałem dalej. Robiłem to, po co tam przyjechałem, i byłem znacznie
lepszy niż przed rokiem. Pokonałem wszystkich z wyjątkiem jego. Mogłem sobie powiedzieć:
„Doskonale się spisałeś, Arnoldzie, dni Sergia są policzone”. Ale na razie był mistrzem i kiedy
sędziowie ogłosili jego zwycięstwo, serdecznie uściskałem go na scenie. Uważałem, że zasłużył
na całe to uznanie. Ja byłem znacznie młodszy i wiedziałem, że niebawem zostanę numerem
jeden, a wtedy mnie będą wszyscy gratulowali. Tymczasem jednak to było jego pięć minut. Był
ode mnie lepszy.
***
Jesienią Joe Weider przeszedł do realizacji drugiego etapu mojego amerykańskiego
marzenia: o tym, żeby dostać się do filmu. Kiedy rozeszła się wieść, że jacyś producenci
potrzebują kulturysty do głównej roli w filmie, polecił mnie.
To, co wydarzyło się w związku z Herkulesem w Nowym Jorku, było jak jedna
z hollywoodzkich bajek. Schodzisz ze statku, idziesz ulicą, ktoś cię zatrzymuje i mówi: „To ty!
Potrzebujemy właśnie kogoś takiego”, a następnie proponuje ci rolę w filmie. Cały czas słyszy
się takie historie, ale nikt nie wie, czy są prawdziwe.
Właściwie rolę tę proponowano byłemu Mister America, Dennisowi Tinerinowi, którego
pokonałem w 1967 roku podczas moich pierwszych zawodów o tytuł Mister Universe. Dennis
był prawdziwym mistrzem, odbił się i zdobył tytuł Mister Universe w kategorii amatorów w 1968
roku. Joe jednak nie chciał, żeby dostał tę rolę, ponieważ Dennis współpracował z innymi
federacjami kulturystycznymi. Zadzwonił więc do producentów i powiedział im, że byłem
w Wiedniu aktorem szekspirowskim, dlatego powinni zrezygnować z Dennisa i wziąć mnie.
– Wiem, że Tinerino zdobył tytuł Mister Universe, ale Schwarzenegger zdobył go trzy razy
– oświadczył. – Dostaniecie najlepszego kulturystę na świecie. Schwarzenegger to młody facet.
Jest nadzwyczajny. Świetnie prezentuje się na scenie.
W Austrii nie ma aktorów szekspirowskich. Nie wiedziałem, o czym Joe gada, ale
powiedział, że jest moim agentem, i nie pozwolił im ze mną rozmawiać. Martwił się, że nie
mówię jeszcze dość dobrze po angielsku, więc gdy chcieli się ze mną spotkać, odparł: „Nie,
Arnolda nie ma. Niedługo wróci”. Bardzo mnie to rozbawiło. W końcu poszliśmy razem na
spotkanie z producentami, lecz Joe przestrzegł mnie, żebym nie mówił za dużo. I zanim się
połapałem, dostałem tę robotę. Joe umiał się targować.
Po zawodach Mister Olympia Franco i ja polecieliśmy do Londynu, gdzie ponownie
wygrałem w zawodach NABBA o tytuł Mister Universe i tym samym ustanowiłem rekord:
byłem pierwszym kulturystą, który czterokrotnie zdobył to trofeum. Potem wróciłem do Nowego
Jorku, żeby zostać nowym Herkulesem.
Herkules w Nowym Jorku był niskobudżetową parodią filmów spod znaku miecza
i sandałów. Fabuła przedstawiała się mniej więcej tak: Herkulesowi nudzi się na Olimpie, ale
ojciec, Zeus, zabrania mu wyjechać. Jednak w wyniku przypadkowego uderzenia pioruna
Herkules zostaje strącony na ziemię, do współczesnego Nowego Jorku. Tam poznaje faceta
imieniem Pretzie, fajtłapę, który w Central Parku sprzedaje z wózka precle. Pretzie pomaga
Herkulesowi odnaleźć się w nowym dla niego świecie, gdy ten wchodzi w konflikt
z gangsterami, walczy z niedźwiedziem grizzly, mknie rydwanem przez Times Square, zstępuje
do piekła, próbuje kupić lunch z automatu i wdaje się w romans z atrakcyjną córką naukowca
specjalizującego się w mitologii. Kiedy Herkules usiłuje się przystosować do życia w wielkim
mieście, Zeus traci cierpliwość i wysyła na ziemię innych bogów, żeby sprowadzili go
z powrotem na Olimp.
Przeniesienie Herkulesa do Nowego Jorku to dobry pomysł i film był naprawdę śmieszny,
zwłaszcza Arnold Stang, komik, który grał Pretziego. On był drobny, a ja potężny. Muszę
przyznać, że to doświadczenie mnie przytłoczyło. Myślałem, że jeśli już, to dostanę się do filmu
dopiero po trzydziestce. A tu, jako dwudziestodwulatek, zagrałem w Ameryce Herkulesa. Ilu
ludziom udaje się zrealizować takie marzenie? „Powinieneś być szczęśliwy!” – mówiłem sobie.
Równocześnie jednak myślałem: Nie jestem jeszcze gotowy. Nic nie wiem o aktorstwie!
Gdybym miał jakiekolwiek aktorskie doświadczenie, byłoby mi znacznie łatwiej.
Producenci zatrudnili nauczyciela gry aktorskiej i specjalistę od wymowy, ale dwa tygodnie
pracy pod ich kierunkiem niewiele dały, bo słabo znałem angielski i nie miałem doświadczenia.
Nie radziłem sobie. Nie miałem pojęcia, czego się ode mnie oczekuje. Nie rozumiałem
nawet wszystkich zdań w scenariuszu.
Facet, który grał Zeusa, był starym wiarusem, występującym w operach mydlanych,
nazywał się Ernest Graves. Pamiętam, że podczas kręcenia jednej ze scen wybuchnąłem
śmiechem, bo gdy się odezwał, przemawiał donośnym „boskim głosem”, zupełnie innym od
tego, którym mówił wcześniej w przyczepie, gdy nas charakteryzowano. Naprawdę wczuł się
w rolę i bardzo mnie to rozśmieszyło. Ale, oczywiście, aktor nie powinien śmiać się na planie.
Powinien wspierać partnerów i kupować to, co mówią. Na tym polega współpraca. Kiedy nie jest
się filmowanym, gdy kamera robi najazd na coś za tobą, nie wychodzisz z roli, grasz dalej,
starając się, aby filmowany aktor dał z siebie wszystko. To bardzo ważne, lecz wtedy nie miałem
o tym pojęcia. Kiedy coś mnie rozbawiło, śmiałem się, i już.
Przedostatniego dnia zdjęć wreszcie zorientowałem się, czym jest aktorstwo. Kręciliśmy
łzawą scenę: pożegnanie Herkulesa i Pretziego. I naprawdę się wczułem, tak jak to opisują
aktorzy. Później podszedł do mnie reżyser i powiedział:
– Dostałem gęsiej skórki, gdy na ciebie patrzyłem.
– Uhm, dziwne uczucie – mruknąłem. – Naprawdę czułem tę scenę.
– Będziesz dobry. Myślę, że zrobisz karierę w filmie, bo naprawdę zacząłeś łapać, o co
chodzi.
Jeden z producentów zapytał, czy mogą zmienić mi nazwisko na Arnold Strong –
„Schwarzenegger” jest nie do wymówienia, twierdził, to śmieszne nazwisko, a poza tym
umieszczenie Arnolda Stronga i Arnolda Stanga na plakacie będzie zabawne. Podczas montażu
filmu podłożyli mi głos innego aktora, bo miałem zbyt wyraźny obcy akcent, żeby ktokolwiek
mógł mnie zrozumieć. Pewnie najlepsze w Herkulesie było to, że przez wiele lat nie pokazano go
w USA. Firma producencka zbankrutowała, więc film na jakiś czas trafił na półkę.
Mimo to zagranie roli Herkulesa przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. I dostawałem
tysiąc dolarów tygodniowo. A najlepsze ze wszystkiego było to, że mogłem wysłać fotosy
z filmu rodzicom i napisać: Widzicie? Mówiłem wam, że mi się uda. Przyjechałem do Ameryki,
zdobyłem tytuł Mister Universe, a teraz gram w filmie.
***
Wróciłem do Kalifornii jako szczęśliwy facet. Joe Weider obiecał, że będzie mnie wspierał
przez rok, i ten czas dobiegał końca. Ale nie było wątpliwości, że zechce mnie zatrzymać.
W miarę jak odnosiłem kolejne sukcesy, wymyślał coraz to nowe sposoby, żeby prezentować
mnie w swoich czasopismach i obsadzać w reklamach. Zapytał, czy wziąłbym magnetofon
i przeprowadził wywiady z innymi kulturystami. Nie musiałem nic pisać, tylko nagrywać,
a potem redaktorzy na podstawie tych nagrań napisaliby serię artykułów, zapoznających
czytelników z kulisami kulturystyki. Miałem jedynie rozmawiać z kolegami o ich treningu,
diecie, branych przez nich witaminach i tak dalej. Faceci przyszli z wizytą, a Franco ugotował dla
nich wielką włoską kolację – rzecz jasna, na koszt Joego, bo poszły całe galony wina. Gdy
wszyscy się rozluźnili, przyniosłem magnetofon. Jednak nie wiadomo dlaczego, nie
rozmawialiśmy o treningach ani odżywianiu się.
– Chcemy wiedzieć wszystko o waszych dziewczynach – zagaiłem.
– Zadawaliście się kiedykolwiek z chłopakami? Co robicie w łóżku?
Oczy Joego robiły się coraz większe i większe, gdy następnego dnia odtworzyliśmy mu to
nagranie.
– Cholera! Cholera jasna! – wybuchnął. – Idioci! Pajace! Nic z tego nie nadaje się do
wykorzystania!
Franco i ja ryczeliśmy ze śmiechu, ale potem obiecałem, że przeprowadzę wywiady jeszcze
raz.
Zacząłem nagrywać kulturystów pojedynczo. Generalnie większość z nich nie miała
żadnych interesujących spostrzeżeń ani metod treningu. Zauważyłem jednak, że redaktorzy Joego
potrafili zrobić materiał z byle czego, więc po kilku rozmowach kończyłem wywiad, jeśli
zaczynał mnie nudzić, i oddawałem Joemu coraz krótsze nagrania. Marudził, ale naprawdę
zależało mu na tych wywiadach, a ja mówiłem niewinnie:
– Co poradzę, że ci goście nie mają nic ciekawego do powiedzenia.
Kilka ostatnich wywiadów trwało pięć, osiem minut i Joe w końcu machnął ręką.
– Do licha. Oddaj mi magnetofon.
ROZDZIAŁ 7
Specjaliści od marmuru i kamienia
Pieniądze, które płacił mi Joe, nie wystarczały na długo, szukałem więc sposobów, żeby
sobie dorobić. Gdy mój angielski się poprawił i mogłem objaśniać, jak się ćwiczy, dawałem
lekcje treningu w Gold’s i innych siłowniach. Za każdą brałem pięćset dolarów netto.
Założyłem też firmę wysyłkową mieszczącą się w moim mieszkaniu. Zaczęło się od listów,
które dostawałem od fanów. Ludzie chcieli wiedzieć, jak ćwiczę mięśnie ramion, klatki
piersiowej, pytali, jak sami mogliby dojść do formy. Nie mogłem odpisywać wszystkim, więc na
początku poprosiłem redaktorów z czasopisma, żeby pomogli mi napisać standardowe
odpowiedzi, które mógłbym wysyłać. Tak powstał pomysł sprzedaży serii broszur.
W Ameryce, inaczej niż w Europie, łatwo było założyć własny biznes. Musiałem tylko
pójść do ratusza i za trzy dolary siedemdziesiąt pięć centów uzyskać pozwolenie na prowadzenie
działalności gospodarczej, a następnie opłacić skrytkę pocztową, żeby przyjmować zamówienia.
Potem przyszła pora na California Board of Equalization i IRS1. Zapytano mnie tam:
– Ile pan według swoich szacunków będzie zarabiał?
– Mam nadzieję, że z tysiąc dolarów miesięcznie.
Zapłaciłem więc trzysta dwadzieścia dolarów akonto pierwszej należności. Nie było
żadnych pytań. Wszyscy byli mili, uprzejmi, życzliwi. Tak samo było, gdy założyliśmy
z Frankiem firmę murarską. Wyszliśmy z urzędu, kręcąc z niedowierzaniem głowami.
– Dlatego nazywają Stany krajem wielkich możliwości – zauważył Franco.
Byliśmy bardzo zadowoleni.
Broszury zawierały to, co pisałem dla Joego i co jego redaktorzy i fotoreporterzy
wzbogacali o dodatkowe szczegóły i zdjęcia. Opracowaliśmy materiały poświęcone ćwiczeniom
ramion, klatki piersiowej, grzbietu, łydek i ud, temu, jak poprawić symetrię ciała, przybrać na
wadze, pozować i tak dalej – dotyczyły dziesięciu różnych kursów. Można było zamówić
komplet za piętnaściedwadzieścia dolarów albo pojedyncze egzemplarze za dolara czy dwa.
Ludzie prosili także o moje zdjęcia, więc zleciłem wydrukowanie albumu z moimi najlepszymi
pozami. Joe Weider był gigantem sprzedaży wysyłkowej i nie uważał swoich kulturystów za
konkurencję. Namówiłem go nawet, żeby udostępnił mi bezpłatnie miejsce na reklamę w swoich
czasopismach.
– Możesz zacząć mi płacić za udział w reklamach – dodałem – ale wolałbym, żebyś po
prostu dał mi szansę.
Przypuszczałem, że Joe na to pójdzie, bo nie lubił rozstawać się z forsą. I rzeczywiście,
zgodził się na taki układ i bardzo mi pomagał. Powiedział, że mogę zacząć od jednej
całostronicowej reklamy, a jeśli interes się rozkręci, dostanę jeszcze drugą.
Wielu kulturystów poległo na sprzedaży wysyłkowej, ponieważ przyjmowali pieniądze,
lecz nie wysyłali towaru, a według prawa trzeba wywiązać się z umowy w określonym czasie.
Jeśli poczta zacznie dostawać skargi, odbierze ci skrytkę pocztową i splajtujesz. Można nawet
skończyć w więzieniu. Ja jednak byłem rzetelny i przedsiębiorczy. Wyjąłem drzwi z szafy
w swoim pokoju, żeby zrobić z niej kantorek, i poprosiłem kumpla, by wstawił do niego półki
i mały składany blat. Każda broszura miała osobną, opatrzoną numerem przegródkę,
a zamówienia, rachunki, koperty i wychodzący towar leżały w oddzielnych pojemnikach.
Moje broszury odniosły sukces. Wkrótce włączyłem więc do oferty „pas Arnolda
Schwarzeneggera do podnoszenia ciężarów” i inne produkty, które zajęły drugą stronę
przeznaczoną na reklamę w czasopiśmie Joego. To przyniosło jeszcze więcej pieniędzy i mogłem
zatrudnić sekretarkę, która przychodziła kilka razy w tygodniu i załatwiała większość
korespondencji.
Przed zamieszczeniem reklam w czasopiśmie pokazywałem je Joemu, ponieważ był
handlowym geniuszem. Analizował napisane przeze mnie teksty słowo po słowie.
– Dlaczego nie dodałeś „realizacja w ciągu kilku dni”? – pytał. – Napisz to! Klienci będą
wiedzieli, że jesteś godny zaufania. I jeszcze zastrzeż: „Broszura – edycja limitowana”. Ludzie
uwielbiają limitowane edycje.
Podobała mi się rola amerykańskiego przedsiębiorcy. Prowadząc sprzedaż wysyłkową,
robiłem to co Charles Atlas!
Wkrótce wszedłem w inny interes, tym razem z Frankiem. Wpadł na pomysł, żebyśmy
zatrudnili się w budownictwie, bo pracował w tym fachu we Włoszech i w Niemczech,
i wyglądało na to, że ludzie chętnie wynajmowaliby do robót budowlanych dwóch silnych
facetów. Ale kiedy zwróciliśmy się do związku zawodowego, okazało się, że mogą upłynąć
miesiące, zanim zostaniemy do niego przyjęci.
Powiedziałem więc do Franca:
– Może założymy własną firmę?
Franco znał się na murarce, a ja na interesach. I tak zrobiliśmy. Zamieściliśmy w gazecie
ogłoszenie następującej treści: Murarze z Europy. Specjaliści od marmuru i kamienia. Od razu
dostaliśmy robotę: mieliśmy zbudować mur u faceta z Venice, który mieszkał w domu należącym
kiedyś do gwiazdora kina niemego, Rudolfa Valentino.
Zauważyliśmy z Frankiem, że Amerykanie uwielbiają wszystko, co zagraniczne: szwedzki
masaż, włoskie wzornictwo, chińskie zioła, niemiecką pomysłowość. Postanowiliśmy więc
podkreślać nasze europejskie pochodzenie. Duże wrażenie robiło zwłaszcza to, że Franco był
Włochem. Spójrzcie na Watykan! Nie ma piękniejszej architektury niż włoska. Zauważyłem
także, że Amerykanie uwielbiają się targować, bo wtedy mają wrażenie, że zrobili dobry interes –
inaczej niż Niemcy, którzy od razu zgadzają się na podaną cenę. Franco i ja mieliśmy więc
ustalony sposób postępowania: ja dokonywałem pomiarów – zawsze w metrach i centymetrach,
żeby było bardziej egzotycznie. Potem pokazywałem te dane Francowi i zaczynaliśmy
dyskutować przy kliencie po niemiecku.
Gość pytał:
– O co chodzi?
– Och, wie pan, jacy są Włosi. – Wzdychałem, przewracając oczami. – Nie rozumiem, jak
on wyliczył, że to patio będzie kosztować osiem tysięcy dolarów. Chce zamówić ileś tam cegieł,
choć aż tylu nam nie potrzeba. Mówiąc między nami, moim zdaniem moglibyśmy zbudować je
za siedem tysięcy. Zamówimy te dodatkowe cegły, ale potem możemy je zwrócić i odzyskać
tysiąc dolarów.
Facet od razu nabierał do mnie zaufania.
– To naprawdę miłe, że chce mi pan dać najlepszą cenę.
– Cóż, chcę być konkurencyjny. Na pewno dostał pan jeszcze inne oferty.
– O tak, tak.
– Widzisz, Franco? – mówiłem. Potem znowu dyskutowaliśmy chwilę po niemiecku
i zadowolony klient godził się na siedem tysięcy.
Uwielbialiśmy murarkę i uważaliśmy, że pracujemy bardzo wydajnie. Mieliśmy też dużo
zabawy. Raz pewna kobieta dostała konkurencyjną ofertę na wymianę komina – pięć tysięcy
dolarów. Zburzenie starego miało kosztować tysiąc.
– Tysiąc dolców? – mruknął Franco. – Przyjrzyjmy się temu.
Wspiął się na dach, zaparł plecami o gonty i wykonując wyciskanie nogami, zepchnął
komin, który o mało nie zabił stojącej na dole kobiety. Jednak ona, zamiast się wściec, była nam
wdzięczna.
– O, bardzo panom dziękuję za pomoc! To było strasznie niebezpieczne. Komin mógł spaść
komuś na głowę.
Nie tylko dała nam tę robotę, ale także pozwoliła zachować stare cegły, które potem
sprzedaliśmy innemu klientowi jako „zabytkowe”.
Jeszcze inny klient chciał wznieść nowy mur wokół domu. Pomyśleliśmy, że zburzenie
starego będzie tak wyczerpujące, iż tego dnia zastąpi nam trening. Wypożyczyliśmy dwa
największe młoty pneumatyczne, jakie tylko mogliśmy znaleźć. Zaproponowałem Francowi,
żebyśmy urządzili sobie zawody.
– Ty zaczniesz od tego końca, a ja od tamtego i zobaczymy, który z nas pierwszy dojdzie
do środka.
Robiliśmy demolkę jak wariaci i wygrałbym, gdyby nie to, że w trakcie roboty odpadł od
muru kawał cegły, który trafił w okno domu klienta i wybił antyczny witraż. Przez to straciliśmy
cały zarobek.
Franco i ja nie przepracowaliśmy jeszcze w tym biznesie roku, gdy dziewiątego lutego
1971 roku w San Fernando Valley nastąpiło trzęsienie ziemi. Wypaczyły się chodniki na
dziedzińcach. Popękały mury. Zwaliły się kominy. Nie mogła nam się nadarzyć lepsza okazja.
Od razu zamieściliśmy nasze ogłoszenie w „Los Angeles Timesie” i mieliśmy pełne ręce roboty.
Zatrudniliśmy do pomocy kulturystów z plaży – w pewnym momencie piętnastu z nich mieszało
cement i nosiło cegły. Stanowili bardzo zabawny widok, ale nie mogliśmy na nich polegać. Nie
chcieli codziennie przychodzić do pracy. Tak jak mówił Joe, większość z tych facetów to były
leniwe dranie.
Za zarobione pieniądze Franco i ja kupiliśmy sobie lepsze samochody i opłaciliśmy kolejne
kursy w college’u. Mogliśmy sobie też pozwolić na pierwszą inwestycję. W tamtym czasie linie
lotnicze zamierzały wprowadzić samoloty ponaddźwiękowe i padła propozycja, żeby zbudować
lotnisko dla tych maszyn w Palmdale, tuż za górami, osiemdziesiątsto kilometrów na północny
wschód od Los Angeles.
Chciałem szybko się wzbogacić, kiedy więc o tym usłyszałem, powiedziałem sobie: „To
może być doskonała inwestycja”. Po miesiącu czy dwóch wpadła nam w ręce lokalna gazeta
„Antelope Valley Press”, a tam na pierwszej stronie widniał projekt przyszłego lotniska: pełen
rozmachu, futurystyczny, dokładnie odpowiadający mojemu wyobrażeniu o Ameryce. Myślenie
na wielką skalę! W Grazu martwiono się, czy miejscowe lotnisko powinno przyjmować trzy, czy
cztery samoloty dziennie. Pomyślałem: To przynajmniej duża sprawa.
Kiedy buduje się tak wielkie lotnisko, trzeba stworzyć wokół infrastrukturę: galerie
handlowe, restauracje, osiedla mieszkaniowe, budynki rządowe – czyli rozbudowa, rozbudowa
i jeszcze raz rozbudowa. Powiedziałem więc do Franca:
– Sprawdźmy, czy jest tam coś na sprzedaż.
Nie minęło wiele czasu, a na pierwszej stronie „Antelope Valley Press” ukazał się kolejny
duży artykuł o tym, jak to firmy skupują wielkie działki, dzielą je i sprzedają.
Przedstawiciel firmy deweloperskiej pokazał nam kawałek ziemi. W tamtym czasie
w Antelope Valley nie było prawie nic, pustynia, i tyle. Jechaliśmy tam autobusem dwie godziny
i facet przez całą drogę opowiadał nam o planach zagospodarowania. Mówił, że zamierzają
doprowadzić do Palmdale autostradę i że lotnisko będzie międzykontynentalne. W dalszej
perspektywie może być nawet wykorzystywane jak miejsce startu i lądowania samolotów
kosmicznych. Po przyjeździe pokazał nam, którędy zostaną doprowadzone prąd i woda, co
utwierdziło mnie w poczuciu, że to prawdziwa okazja. Kupiłem więc cztery hektary po tysiąc
dolarów, a Franco nabył dwa tuż obok planowanej autostrady, w pobliżu kompleksu przyszłych
wieżowców. Nie mieliśmy piętnastu tysięcy w gotówce, więc umówiliśmy się, że teraz
wyłożymy pięć tysięcy, a w ciągu następnych kilku lat będziemy spłacali resztę plus odsetki,
razem trzynaście tysięcy.
Oczywiście w tych planach nie wzięto pod uwagę hałasu, jaki powstaje, gdy samoloty
przekraczają barierę dźwięku, i tego, jak wpływa na życie ludzi mieszkających w pobliżu lotnisk.
Wywiązała się z tego powodu wielka batalia, nie tylko w Stanach, ale i na całym świecie.
W końcu rządy uzgodniły, że samoloty ponaddźwiękowe mogą latać tylko w ruchu
transoceanicznym, więc Franco i ja zostaliśmy z kilkoma hektarami pustyni. Deweloper twierdził
z uporem, że to tylko tymczasowa komplikacja.
– Nie sprzedawajcie tej ziemi – mówił. – Wasze wnuki jeszcze na niej zarobią.
***
Nie kłamałem, gdy mówiłem Joemu, że zarówno ja, jak i Franco zostaniemy mistrzami.
Tempo, w jakim mój przyjaciel zamienił się w światowej klasy kulturystę, było naprawdę
imponujące. Jako partnerzy treningowi mieliśmy wielką przewagę. Kiedy zaczynaliśmy trenować
razem w Monachium, nie wiedzieliśmy, jak ćwiczą kulturyści amerykańscy, więc musieliśmy
uczyć się wszystkiego od zera. Odkrywaliśmy dziesiątki zasad i metod treningowych, które
potem spisywaliśmy. Stale wynajdywaliśmy nowe ćwiczenia i ich wariacje. Mogło to być coś
o tak
zasadniczym
znaczeniu,
jak
wspinanie
się
na
palce
w pozycji
stojącej
z czterystupięćdziesięciokilogramowym obciążeniem, podłapane przeze mnie od Rega Parka, czy
tak subtelnego, jak ćwiczenie bicepsów z odwróconym w określony sposób nadgarstkiem. Raz na
tydzień wynajdowaliśmy nowe ćwiczenie i każdy z nas wykonywał tyle serii w tylu
powtórzeniach, że więcej się nie dało. Następnego dnia analizowaliśmy, które mięśnie i ich partie
nas bolą, i to także notowaliśmy. Przez cały rok uważnie obserwowaliśmy nasze ciała
i rozbudowywaliśmy zestaw znanych nam ćwiczeń i technik treningowych. (W końcu stał się on
podstawą Encyclopedia of Modern Bodybuilding [Encyklopedii współczesnej kulturystyki], którą
wydałem w 1985 roku).
Najważniejszym odkryciem było to, że nie da się skopiować sposobu ćwiczeń kogoś
innego, bo każdy ma inne ciało: inne proporcje torsu w stosunku do kończyn, wrodzone zalety
i wady. Możesz przejąć jakiś pomysł od innego sportowca, ale musisz liczyć się z tym, że twoje
ciało zareaguje inaczej niż ciało tamtego.
Takie eksperymentowanie pomagało nam korygować niektóre niedoskonałości. Franco
miał na przykład pałąkowate nogi i w końcu wykombinowaliśmy, jak rozbudować u niego
wewnętrzne części ud poprzez robienie przysiadów na szerzej rozstawionych nogach. Potem
wynaleźliśmy techniki pozwalające wyrabiać wewnętrzne strony łydek. Nigdy nie udało mu się
oszukać sędziów na tyle, by sądzili, że Franco ma idealnie proste nogi, lecz byli pod wrażeniem
tego, jak zdołał zatuszować tę wadę.
Zamierzałem przygotować się do ostatecznej rozgrywki z Sergiem Olivą, wynosząc
pozowanie na nowy, wyższy poziom. Franco i ja ćwiczyliśmy je tygodniami. Żeby odnieść
sukces, trzeba wytrwać w każdej pozie po parę minut. Większość kulturystów potrafi przybrać na
przykład pozę vacuum, która wymaga wciągnięcia brzucha, żeby wyeksponować klatkę
piersiową. Ale często nie potrafią w niej wytrwać, bo przed wyjściem na scenę za bardzo się
napompowali albo stracili oddech po poprzednich pozach, lub muszą odpuścić, ponieważ dostali
skurczu czy zaczęli drżeć.
Jeden z nas przybierał więc daną pozę, podczas gdy drugi mówił, co należy skorygować.
Trwałem w pozie prezentującej biceps, a Franco komentował:
– Widzę, że drży ci ramię. Zapanuj nad tym.
Gdy zapanowałem, ciągnął:
– Dobra, uśmiech. Lekki skręt w pasie. – A potem: – Dobrze, a teraz przejdź do bicepsów
tyłem w skręcie tułowia. O, zrobiłeś dodatkowy krok. Niedobrze. Zacznij od nowa.
Ćwiczysz pozowanie i wszystkie przejścia, bo ten dodatkowy krok może sprawić, że
stracisz punkty u sędziów i przegrasz. Pomyślą sobie: To brak profesjonalizmu. Jeszcze nie jesteś
gotowy. Cholerny z ciebie idiota, zjeżdżaj ze sceny. Nie potrafisz nawet wytrwać w jednej pozie.
Nie przećwiczyłeś najprostszych sztuczek.
Na poziomie Mister Olympia sama poza nie jest najważniejsza. Sędziowie zakładają, że ją
przećwiczyłeś. Zasadnicze znaczenie ma to, jak przechodzisz od jednej pozy do drugiej. Co
robisz z rękami? Jaką masz minę? Co dzieje się z całą twoją postawą? Jak w balecie: trzeba
trzymać plecy prosto i patrzeć przed siebie, nie pochylać głowy. I nigdy, przenigdy nie robić
dodatkowego kroku. Przechodząc od pozy do pozy, musisz wyobrażać sobie, że jesteś tygrysem,
poruszać się powoli i płynnie. Każdy twój gest ma być przemyślany i precyzyjny. Nie możesz też
sprawiać wrażenia, że za bardzo się starasz, bo to świadczy o słabości. Powinieneś panować nad
twarzą. Nawet jeśli jesteś wykończony i masz dość, oddychaj przez nos i się uśmiechaj.
Nie ma nic gorszego niż urywany oddech. Potem, gdy wracasz na scenę, aby wziąć udział
w następnej rundzie, powinieneś sprawiać wrażenie pewnego siebie, bo takim chcą cię widzieć.
Moje przygotowania do starcia z Sergiem nie ograniczały się do treningu w siłowni.
Kupiłem projektor, zebrałem całą kolekcję taśm z występami Olivy na zawodach i stale
odtwarzałem je w domu. Sergio naprawdę miał niesamowite ciało, ale zauważyłem, że od kilku
lat prezentuje te same pozy, i to w takiej samej kolejności. Mogłem wykorzystać tę wiedzę,
planując finałowy pokaz póz jeden na jeden podczas turnieju Mister Olympia. Zapamiętałem jego
pozy w takim porządku, w jakim je wykonywał, i na każdą z nich przygotowałem trzy własne.
Przećwiczyłem to i utrwaliłem w pamięci: „Jeśli on zrobi to, to ja to, to i to!”. Miałem zamiar
przebić każdy jego ruch.
Pewnego dnia pod koniec lata w Gold’s Gym zadzwonił telefon i kierownik zawołał zza
kontuaru:
– Arnoldzie, dzwoni do ciebie jakiś facet, nazywa się Jim Lorimer!
– Czego chce?!
– Pogadać z tobą o udziale w zawodach Mister World.
– Powiedz, że do niego oddzwonię. Jestem w trakcie treningu.
Telefon od Jima okazał się jedną z tych magicznych rzeczy, które mi się zdarzyły i których
nie mogłem zaplanować. Jim do dziś się z tego śmieje. Kiedy oddzwoniłem, wyjaśnił, że jest
organizatorem mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów, które mają się odbyć tego roku
w Stanach, a konkretnie w Columbus w Ohio, a po nich rozegrany zostanie turniej kulturystyczny
o tytuł Mister World. I chciał, żebym wziął w nim udział.
Nigdy wcześniej nie słyszałem o Jimie Lorimerze, więc obdzwoniłem wszystkich, żeby
zapytać, czy go znają. Szybko się dowiedziałem, że nie kłamał. Jim, ze dwadzieścia lat starszy
ode mnie, był kiedyś agentem FBI i ważną postacią w amerykańskim sporcie. Pełnił funkcję
prezesa Komitetu Olimpijskiego Stanów Zjednoczonych. Odegrał pionierską rolę w tworzeniu
kobiecych drużyn sportowych, które mogłyby rywalizować z ekipami bloku komunistycznego.
Zarabiał na życie jako szef Nationwide Insurance, największego przedsiębiorstwa i pracodawcy
w Columbus, był także burmistrzem przedmieścia i bardzo wpływowym politykiem. Od lat
w imieniu AAU organizował w Columbus mistrzostwa Stanów w podnoszeniu ciężarów
i zawody Mister America, a kumple twierdzili, że jedne i drugie były zawsze świetnie
przygotowane. To właśnie przesądziło o tym, że Columbus wybrano na gospodarza tych
światowych rozgrywek w 1970 roku, a Jim otrzymał propozycję ich zorganizowania
i poprowadzenia.
Zajrzałem do kalendarza i uświadomiłem sobie, że turniej Mister World zaplanowano na
dwudziestego piątego września, zawody Mister Universe w Londynie na dwudziestego czwartego
września, a Mister Olympia w Nowym Jorku na siódmego października. Pomyślałem:
O rany, teoretycznie mógłbym polecieć do Londynu i zgarnąć tytuł Mister Universe, potem
wrócić do Columbus i zostać Mister World, a później wystartować w zawodach Mister Olympia.
To byłoby niesamowite. W ciągu zaledwie trzech tygodni obskoczyłbym imprezy organizowane
przez trzy federacje, sprawujące nadzór na światową kulturystyką. Wygrana w nich wszystkich
byłaby jak połączenie tytułów mistrzowskich w boksie wagi ciężkiej: stałbym się
niekwestionowanym mistrzem świata.
Byłem bardzo podekscytowany, dopóki nie sprawdziłem rozkładu lotów. Potem
zadzwoniłem do Jima Lorimera.
– Chciałbym przyjechać – zacząłem – ale nie zdążę wrócić na czas z zawodów Mister
Universe w Londynie. Najwcześniejszy samolot do Nowego Jorku startuje dopiero o czternastej.
A z Nowego Jorku do Columbus nie ma żadnych lotów aż do siedemnastej. To za późno, bo
wtedy zaczynają się pańskie zawody. Jeśli nie potrafi pan czynić cudów, nie dam rady.
Rozmawiałem z innymi czołowymi kulturystami, którzy biorą udział w turnieju Mister Universe,
jak Franco Columbu, Boyer Coe i Dave Draper. Wszyscy chcieliby przyjechać ze mną, ale to
niewykonalne. Chyba że pan coś wymyśli. Słyszałem, że jest pan świetnym organizatorem i ma
znajomości.
Zajęło to Jimowi jeden dzień.
Zadzwonił do mnie i oznajmił:
– Wyślemy po was odrzutowiec. – Był to samolot korporacyjny, należący do Volkswagena,
jednego ze sponsorów. – Poleci do Nowego Jorku i weźmie was na pokład.
***
Gdy się dowiedziałem, że Reg Park, mój idol, będzie startował w londyńskim turnieju
Mister Universe, nie mogłem w to uwierzyć. Myślałem, że jest po mojej stronie! Kiedy reporter
zapytał mnie, jakie to uczucie stawać do rywalizacji z największym Mister Universe w historii,
straciłem swój zwykły dobry humor.
– Największym po mnie – poprawiłem go. – Zdobyłem ten tytuł więcej razy niż on.
Dawni mistrzowie, którzy przeszli na emeryturę, wracali raz po raz, żeby pochwalić się
swoimi osiągnięciami w treningu, odświeżyć wizerunek czy Bóg wie po co jeszcze. Reg
zdobywał tytuł Mister Universe w dużych odstępach czasu, w 1951, 1958 i 1965 roku, i być
może chciał ostatecznie przypieczętować te zwycięstwa. A może wciąż wzbudzał takie
zainteresowanie, że postanowił pokazać młodszemu pokoleniu, kto tu rządzi. Czymkolwiek się
kierował, jego decyzja skazała nas na konflikt, a tego się nie spodziewałem.
Kiedy spotkaliśmy się za kulisami podczas rozgrzewki, przywitaliśmy się chłodno. Nasze
współzawodnictwo wprawiło wszystkich w konsternację. Sędziowie czuli się niezręcznie. Fani
czuli się niezręcznie. Zwykle przed turniejem inni zawodnicy podchodzili do mnie i mówili:
„Wyglądasz doskonale, na pewno wygrasz”. A tym razem ci, którzy tak samo lubili jego, jak
i mnie, nie wiedzieli, co powiedzieć jednemu z nas, gdy drugi stał w drugim końcu sali.
Prawda jest taka, że kulturysta po czterdziestce nie może już trenować tak ciężko jak
wtedy, gdy miał dwadzieścia trzy lata. Byłem w lepszej formie niż Reg – niekoniecznie
z powodu wysiłku, jaki mnie to kosztowało, lecz dlatego, że byłem młody. On nie miał już tak
jędrnej skóry, mięśnie raczej mu wiotczały, niż się wzmacniały. Jeszcze kilka lat wcześniej być
może sytuacja byłaby inna, ale teraz to ja miałem zostać królem. Reg tego dnia prezentował się
na tyle dobrze, żeby pokonać wszystkich innych zawodników, łącznie z byłym Mister Universe,
mającym dwadzieścia osiem lat, jednak nie na tyle dobrze, żeby pokonać mnie.
Byłem pewny wygranej, a jednocześnie czułem smutek. Spoglądałem już na Sergia Olivę,
bo żeby spełniły się moje marzenia, nie musiałem zwyciężyć w rywalizacji z Regiem Parkiem.
Odrzutowiec Volkswagena, który obiecał przysłać Jim Lorimer, czekał na nas następnego
dnia na nowojorskim lotnisku. Prywatne samoloty stanowiły w tamtych czasach rzadkość, więc
dla mnie i dla pozostałych kulturystów był to ekscytujący moment, wreszcie czuliśmy się
traktowani po królewsku, jak inni wielcy sportowcy. Polecieliśmy do Columbus, a potem
pojechaliśmy do Veterans Memorial Auditorium i weszliśmy do szatni, gdy inni uczestnicy
zawodów byli już w trakcie rozgrzewki.
Ze zdumieniem zauważyłem wśród nich Sergia Olivę. Był asem atutowym imprezy,
o którym nikt nam nie powiedział. Niech to szlag! – zakląłem w duchu. Na dodatek był
w szczytowej formie. Spodziewałem się, że stanę z nim do rywalizacji za dwa tygodnie, a nie już
teraz.
Ochłonąłem dopiero po kilku minutach i wtedy dotarło do mnie, jaka okazja mi się nadarza.
Chociaż nie wiedziałem o udziale Sergia w zawodach, on na pewno wiedział o moim
zwycięstwie w Londynie, a to oznaczało, że przyjechał do Columbus, aby zyskać nade mną
przewagę, pobić mnie jeszcze przed starciem w Nowym Jorku, co zapewniłoby mu jednocześnie
wygraną na turnieju Mister Olympia.
Ale, główkowałem dalej, to, co miało zadziałać na jego korzyść, mogło pomóc też mnie.
Pokonam go dzisiaj, postanowiłem. Załatwię go tak, jak on chciał załatwić mnie.
Musiałem wrzucić wyższy bieg. To tak, jakby miało się superszybki sportowy samochód
z dodatkowym wtryskiem paliwa: wciskasz guzik, gdy potrzeba, i masz o sto koni
mechanicznych więcej. Musiałem wcisnąć ten guzik teraz.
Rozebrałem się, natarłem oliwą i zacząłem pompować mięśnie. Potem wywołano nas na
scenę.
Zawody Mister World były największą imprezą kulturystyczną, jaką kiedykolwiek
widziałem. W sali zebrało się pięć tysięcy widzów, dwa razy tyle, ile na mistrzostwach
w Londynie i Nowym Jorku. Co więcej, były reflektory, kamery i reporterzy z ABC’s Wide
World of Sports. Miał to być pierwszy turniej kulturystyczny, transmitowany przez państwową
telewizję.
Nie liczyło się dla mnie, czy na widowni jest pięćset, czy pięć tysięcy ludzi, wiedziałem, że
jeśli uda mi się rozbujać publiczność, wykorzystując urok i techniki sprzedaży, będzie to miało
wpływ na sędziów i da mi przewagę. Sergio prowadził taką samą grę: kroczył dumnie po scenie,
machał do widzów i posyłał im całusy. Miał bardzo wielu fanów i do Columbus przyjechało ich
kilkudziesięciu. Do głównych jego konkurentów należałem ja, Dave Draper i Dennis Tinerino.
Wszyscy razem wyszliśmy na scenę, żeby zespół sędziowski, złożony z siedmiu sędziów
międzynarodowych, mógł nam się przyjrzeć. Prowadzący turniej poprosił nas, żebyśmy po kolei
zaprezentowali kilka naszych ulubionych póz. Widownia klaskała i wiwatowała, widząc nas
wszystkich na scenie.
W porównaniu z innymi kulturystami, z którymi miałem do czynienia, Sergio był klasą sam
dla siebie. Zrozumiałem to w chwili, gdy znaleźliśmy się na scenie. Trudno było robić wrażenie,
stojąc przy nim – miał niesamowite uda, niemożliwie wąską talię, niewiarygodne tricepsy.
Myślałem, że ponieważ właśnie wygrałem tytuł Mister Universe, w oczach sędziów mam nad
nim przewagę. Ale może to on miał przewagę nade mną, bo był uznanym ciężarowcem,
a większość sędziów pochodziła właśnie z tego środowiska.
Żeby podbudować się psychicznie, próbowałem dostrzec u Sergia jakieś słabsze punkty.
Kiedy tak staliśmy w światłach reflektorów, Sergio sprawiał wrażenie trochę bardziej miękkiego
ode mnie. To już było coś. Zauważyłem też, że potrafię przewidzieć jego ruchy, więc zacząłem
przybierać odpowiednie pozy. Publiczności bardzo się to spodobało i widać było, że kamery
telewizyjne zwracają się raz na niego, raz na mnie. Gdy schodziliśmy ze sceny, miałem poczucie,
że tę rundę wygrałem.
Potem szło mi coraz lepiej. Sergio przedobrzył z oliwą i ociekał nią podczas pozowania,
przez co jego ciało wydawało się bardziej gładkie niż dorzeźbione. W dodatku podczas
indywidualnego pozowania przechodził zbyt szybko do następnej pozy i ludzie nie mogli
przyjrzeć się dobrze każdej z nich. Kiedy przyszła kolej na mnie, starałem się nawiązać kontakt
z widownią i w efekcie moje pozy budziły coraz większy aplauz i ludzie najwyraźniej nie chcieli,
żebym zszedł ze sceny. Można było odnieść wrażenie, że Sergio po raz pierwszy musi walczyć
o pierwszeństwo, gdy tymczasem ja czułem się pewnie i swobodnie.
Podczas ostatniej prezentacji byłem już spokojny, że wygram. Niezależnie od tego, jaką
pozę przybierał Sergio, żeby pokazać swoją siłę, miałem na to odpowiedź. Co więcej,
zamierzałem pójść na całość, byłem też bardziej zdeterminowany. Pragnąłem wygrać ten tytuł
bardziej niż on.
Sędziowie jednomyślnie przyznali mi pierwsze miejsce. To nie powinno być dla nikogo
zaskoczeniem, ale Sergio był mistrzem od tak dawna, że słysząc werdykt, osłupiał. Stałem na
scenie przez minutę, powtarzając sobie w duchu: Nie wierzę w to. Nie wierzę. Właśnie
pokonałem Sergia. Nagrodą było srebrne trofeum, nowoczesny elektroniczny zegarek i pięćset
dolarów, a także popularność i energia, które miały dać mi napęd w drodze do Nowego Jorku.
Kiedy zszedłem ze sceny z trofeum w ręku, zrobiłem dwie rzeczy. Po pierwsze,
podziękowałem Jimowi Lorimerowi.
– To najlepiej zorganizowane zawody, jakie kiedykolwiek widziałem – oświadczyłem. –
Gdy wycofam się z kulturystyki, zadzwonię do pana i zostaniemy wspólnikami. Razem
poprowadzimy na tej scenie turniej o tytuł Mister Olympia.
Jim roześmiał się i odparł:
– Dobrze, dobrze.
Były to pewnie najdziwniejsze słowa uznania, jakie usłyszał, zwłaszcza z ust takiego
smarkacza jak ja.
Po drugie, musiałem namieszać w głowie Sergiowi. Głupio by było zdawać się na
przypadek w jakiejkolwiek kwestii, gdy chciało się wysadzić z siodła trzykrotnego i aktualnego
Mister Olympia. Gdyby rywalizacja w Nowym Jorku była wyrównana, sędziowie przyznaliby
zwycięstwo jemu. Musiałem pokonać go na scenie, i to zdecydowanie, tak żeby nikt nie miał
wątpliwości, który z nas jest lepszy. Powiedziałem mu więc, że tego dnia wygrałem, bo od czasu,
gdy pokonał mnie przed rokiem w Nowym Jorku, „nabrałem” mięśni. On tymczasem jest trochę
za lekki, dlatego przegrał, i tak dalej, i tak dalej. Chciałem, aby wyjechał z przekonaniem, że
musi przybrać kilka kilogramów. Tamtego dnia wydawał się miękki i zależało mi, żeby
w Nowym Jorku był jeszcze miększy.
***
Zawody Mister Olympia obywały się tydzień później w zacisznej sali na Manhattanie,
i tego dnia koło południa kilku z nas spotkało się w pobliskiej Mid City Gym. Od chwili gdy
zobaczyłem Sergia, zacząłem mu dokuczać, a Franco przyłączył się do mnie, pytając go, czy
stracił na wadze. Rozbawiło to wszystkich z wyjątkiem Sergia. Ponieważ, jak miałem się wkrótce
przekonać, połknął haczyk. Od czasu występu w Columbus przytył prawie pięć kilo, a nikt nie
może tyle przytyć w ciągu dwóch tygodni i wciąż mieć dobrą separację.
Sala w Town Hall ma tysiąc pięćset miejsc i chyba nigdy nie widziała tak hałaśliwej
publiczności jak wtedy. Jego fani skandowali: „Sergio! Sergio! Sergio!”. A moi próbowali ich
przekrzyczeć, wrzeszcząc: „Arnold! Arnold! Arnold!”. Na zakończenie długiego popołudnia
sędziowie poprosili nas o ponowne wyjście na scenę i finałową prezentację. Sergio
zademonstrował swój stały repertuar, a ja, zgodnie z planem, wrzuciłem wyższy bieg,
w odpowiedzi na jedną jego pozę przybierając trzy. Widowni bardzo się to spodobało.
Sędziowie jednak wciąż ogłaszali nowe pozy, aż w końcu pomyślałem: Pozujemy już dość
długo. Ale chyba nie chodziło o to, że nie mogli podjąć decyzji, po prostu publiczność wstała
z miejsc i szalała, i sędziowie jakby chcieli powiedzieć: „Nie przerywajmy tego, niech się ludzie
bawią”.
Byliśmy wykończeni i wtedy postanowiłem Sergia dobić. Przyszła mi do głowy pewna
myśl i powiedziałem do niego:
– Mam dość. Chyba ludzie powinni to wiedzieć.
– Uhm, masz rację.
Ruszył w jedną stronę, a ja w drugą – lecz zrobiłem tylko dwa kroki. Potem się
zatrzymałem i zaprezentowałem następną pozę. A później odwróciłem się do niego i wzruszyłem
ramionami, jakbym mówił: „A on gdzie sobie poszedł?”.
Sergio wrócił na środek sceny trochę zdezorientowany. Ale teraz widzowie skandowali już
tylko: „Arnold! Arnold!”, a część fanów zaczęła nawet Sergia wygwizdywać. Wykorzystałem ten
moment i zaprezentowałem swoje najlepsze pozy. I było po wszystkim. Sędziowie naradzili się
szybko za kulisami, konferansjer wyszedł na scenę i ogłosił, że nowym Mister Olympia zostałem
ja.
Sergio nigdy nie powiedział mi prosto w oczy, że zrobiłem go na szaro, ale skarżył się
innym, że czuje się wystawiony. Ja natomiast widziałem to inaczej: załatwiłem go, kierując się
instynktem, w gorączce rywalizacji, którą i tak już wygrałem.
Jednak następnego dnia było dziwnie, ponieważ Sergio, Franco i ja mieszkaliśmy
w jednym pokoju hotelowym. Gdy tylko Sergio się obudził, zaczął robić pompki i inne
ćwiczenia. Byłem zadziwiony. To dopiero fanatyk. Pompował nawet w hotelu dzień po
zawodach!
Muszę przyznać, że wtedy zrobiło mi się go żal. Był wspaniałym sportowcem i idolem
wielu ludzi. Przez lata dążyłem do tego, żeby go pokonać, zniszczyć, zepchnąć na drugie miejsce,
sprawić, żeby przegrał. Ale gdy następnego ranka po tym, jak go pobiłem, obudziłem się
i zobaczyłem go tuż obok, ogarnął mnie smutek. Szkoda, że musiał przegrać, aby zrobić miejsce
dla mnie.
Po przyjeździe do Kalifornii pozowałem dla czasopism kulturystycznych Joego Weidera na
Muscle Rock, wzgórzach nad Malibu. Kulturyści lubią to miejsce, bo szczyty w oddali wydają
się niewielkie, za to mięśnie większe od gór. Art
Zeller
Aurelia i Gustav Schwarzeneggerowie, moi rodzice, w dniu ślubu w 1945 roku. Ojciec jest
w mundurze austriackiej żandarmerii.Archiwum Schwarzeneggera
Mój brat Meinhard urodził się w 1946 roku, ja przyszedłem na świat rok i czternaście dni
po nim. Matka miała przy nas co robić. Tu na drodze przed naszym domem w Thal.Archiwum
Schwarzeneggera
Zawsze lubiłem rysować i malować, już jako jedenastolatek w Hauptschule.Archiwum
Schwarzeneggera
W wieku szesnastu lat uwielbiałem ćwiczyć nad Thalersee, z takimi kolegami jak Karl
Gerstl, Willi Richter i Harry Winkler.Archiwum Schwarzeneggera
Prezentuję biceps z przodu, w wieku szesnastu lat, podczas moich pierwszych zawodów
kulturystycznych w hotelu Steirerhof w Grazu. Kulturystyka była wtedy tak mało popularna, że
aby przyciągnąć publiczność, organizatorzy imprezy wynajęli zespół muzyczny.Stefan Amsüss
Podczas rocznej służby wojskowej w Austrii kierowałem M47 o wadze pięćdziesięciu ton;
koledzy z załogi i ja musieliśmy codziennie robić przegląd maszyny.Archiwum Schwarzeneggera
W wieku szesnastu lat jako członek drużyny sztangistów w Grazu potrafiłem podnieść
osiemdziesiąt
cztery
Schwarzeneggera
kilogramy,
a aplauz
widowni
tylko
dodawał
mi
sił.Archiwum
W 1966 roku trenowałem w londyńskiej siłowni Waga Bennetta i poznałem tam mojego
idola Rega Parka („W”, które mam na koszulce, pochodzi od imienia Wag).Archiwum
Schwarzeneggera
W 1967 roku w londyńskim Victoria Palace spełniło się moje marzenie: w wieku
dwudziestu lat zostałem najmłodszym Mister Universe.Albert Busek
W listopadzie chodziłem po centrum Monachium w slipach kulturystycznych, żeby
popularyzować kulturystykę i przyciągnąć klientów do siłowni.Rolf Hayo / Roba Press
Dzięki zdobyciu po raz drugi tytułu Mister Universe (1968 rok, Londyn) dostałem
zaproszenie do Ameryki i bilet na samolot. Ja zwyciężyłem w klasie zawodowców, a Dennis
Tinerino w klasie amatorów.Archiwum Schwarzeneggera
Podczas wizyt w domu w Austrii ćwiczyłem na poddaszu razem z tatą, kiedyś mistrzem
kraju w curlingu.Albert Busek
Spotkałem się w Joem Weiderem, królem kulturystyki, przy basenie w hotelu w Miami,
licząc, że da mi jakieś wskazówki dotyczące treningu. Nie mogłem uwierzyć, gdy on zamiast
tego przeprowadził ze mną wywiad.Jimmy Caruso / Za zgodą Weider Health and Fitness
Kalifornijska Venice Beach była niesamowitym miejscem, gdzie popisywali się
gimnastycy, cyrkowcy i kulturyści. Tu dajemy zaimprowizowany pokaz akrobatyczny.Art Zeller
Moi partnerzy treningowi (od góry): Franco Columbu, Frank Zane i Peter Caputo w Gold’s
Gym. Ja wykonuję ośle wspięcia, żeby wyrabiać mięśnie łydek.Art Zeller
Żona Joego Weidera i ja często pozowaliśmy do reklam w jego czasopismach. Przesłanie
było proste: jeśli wyrobisz sobie mięśnie, będziesz mógł wyrywać na plaży dziewczyny.Art
Zeller
Franco
Columbu
i ja
zostaliśmy „europejskimi
specjalistami”
od
budownictwa
i wynajmowaliśmy innych kulturystów do pomocy przy pracach murarskich i budowlanych,
jakich podejmowała się nasza firma.Art Zeller
Joe Weider i ja wybieramy zdjęcia do kolejnego numeru jego czasopisma.Albert Busek
Odrabiam lekcje w bibliotece Santa Monica City College.Archiwum Schwarzeneggera
W drodze na rehabilitację po poważnej operacji kolana w 1972 roku, pod okiem mojej
dziewczyny Barbary Outland i Joego Weidera. Musiałem szybko wrócić do formy, bo za kilka
miesięcy odbywały się zawody kulturystyczne.Art Zeller
Po śmierci ojca i brata próbowałem namówić mamę, żeby przeprowadziła się do
Ameryki.Archiwum Schwarzeneggera
Wierzcie albo nie, ale na Muscle Beach często graliśmy w szachy. Tu przy szachownicy
Franco i ja.Art Zeller
Podnoszę w przysiadzie dwieście dwadzieścia sześć kilogramów, trenując do zawodów
Mister Olympia 1971. Franco i Ken Waller stoją obok, żeby mi pomóc, gdybym stracił
równowagę albo „utknął”.Art Zeller
Wychodzę na scenę Felt Forum w Madison Square Garden, aby bronić tytułu Mister
Olympia w 1974 roku. Za mną Franco i Frank Zane, z przodu czujny Wunderkind, Lou
Ferrigno.Art Zeller
Po zwycięstwie w Madison Square Garden, gdzie po raz kolejny zostałem Mister Olympia,
szły za mną do hotelu setki fanów.Albert Busek
Poznałem mnóstwo ludzi z Hollywood. Tu, u siebie na podwórku, popijam drinka
z Romanem Polańskim, Bobem Rafelsonem i znajomymi.Art Zeller
Sesja zdjęciowa do reklamy jednego z produktów Joego Weidera – drążka ze sprężynami,
który trzymam – filmowana na użytek filmu dokumentalnego Kulturyści.George Butler / Contact
Press Images © 1975
Pracuję nad pozowaniem z nauczycielką baletu nowojorskiego.George Butler / Contact
Press Images © 1977
Twórcy filmu Kulturyści, Charles Gaines i George Butler, podczas wspólnego odpoczynku
w RPA w 1975 roku.George Butler / Contact Press Images © 1975
Na Muscle Beach wiedliśmy z Frankiem życie, o jakim marzyliśmy, gdy byliśmy
nastolatkami.George Butler / Contact Press Images © 1973
Wygłupy w basenie z Nastassją Kinski i innymi u Frances Schoenberger z Hollywood
Foreign Press.Michael Ochs Archives / Getty Images
Z wizytą u Andyego Warhola w Factory, jego sławnym studiu na Manhattanie.Fred W.
McDarrah / Getty Images
Pozuję w nowojorskim Whitney Museum przed widownią, dla której zabrakło miejsc
siedzących. Przy podium Candice Bergen robi zdjęcia do programu Today.Archiwum
Schwarzeneggera
Nowy Orlean, 1978 rok. Mój idol Muhammad Ali właśnie pokonał Leona Spinksa, po raz
trzeci zdobywając tytuł mistrza świata wagi ciężkiej.Archiwum Schwarzeneggera
Poznanie senatora Teddyego Kennedyego w przeddzień 7. dobroczynnego turnieju
tenisowego RFK Pro Celebrity Tennis Tournament. (Po prawej stronie Teddyego Ethel Kennedy,
wdowa po Bobbym). Kilka minut później Tom Brokaw przedstawił mnie Marii.Ron Galella /
Getty Images
Po występie w turnieju siedzę na widowni z Marią i jej matką, Eunice Kennedy
Shriver.Ron Galella / Getty Images
Maria, Franco i ja przydawaliśmy kolorytu Venice w Kalifornii.Albert Busek
Byłem tak zakochany, że pozwoliłem Marii i jej przyjaciółce Bonnie Reiss zarekwirować
mojego jeepa na potrzeby kampanii prezydenckiej Teddyego w 1980 roku.Archiwum
Schwarzeneggera
Joe Gold prowadził najlepszą siłownię dla kulturystów w Ameryce.
Peter Brenner
Albert Busek
Na górze i na dole: Ponieważ zdjęcia do Conana Barbarzyńcy wciąż odkładano,
postanowiłem potrenować i zaskoczyć świat kulturystyczny, znów stając do zawodów, żeby
pobić rekord i po raz siódmy zdobyć tytuł Mister Olympia w operze w Sydney.Neal Nordlinger
ROZDZIAŁ 8
Poznawanie Ameryki
W kulturystyce zostałem królem i stanąłem na szczycie, ale po powrocie do Los Angeles,
w codziennym życiu, znowu byłem jednym z wielu emigrantów, z trudem uczących się
angielskiego i zarabiających na utrzymanie. Byłem tak skoncentrowany na tym, co robię
w Ameryce, że rzadko myślałem o Austrii czy Niemczech. Gdy startowałem w jakichś zawodach
w Europie, jeździłem do domu, utrzymywałem też kontakt z Fredim Gerstlem w Grazu
i Albertem Busekiem w Monachium. Ścieżki Alberta i innych kolegów z Europy często
przecinały się z moimi, bo obracaliśmy się w tym samym środowisku. Regularnie pisałem listy
do rodziców i wysyłałem im zdjęcia, relacjonując, co robię. Zawsze gdy wygrywałem w jakimś
turnieju, przesyłałem im zdobyte trofeum, bo nie musiałem go mieć u siebie, a chciałem, żeby
byli ze mnie dumni. Nie jestem pewny, czy na początku robiło to na nich jakieś wrażenie, jednak
po pewnym czasie zaczęli wystawiać moje zdjęcia i zamówili specjalną półkę w domu, żeby
wyeksponować trofea.
Tata odpisywał mi w imieniu swoim i mamy. Zawsze załączał mój poprzedni list
z poprawionymi na czerwono błędami ortograficznymi i gramatycznymi. Robił to dlatego, że
według
niego
traciłem
kontakt
z językiem
niemieckim,
ale
tak
samo
postępował
z wypracowaniami, które kazał pisać mnie i Meinhardowi, gdy byliśmy dziećmi. Wszystko to
utwierdzało mnie w przekonaniu, że moi rodzice i sama Austria zatrzymali się w czasie.
Cieszyłem się, że wyrwałem się stamtąd i mam własne życie.
Meinhard i ja rzadko się kontaktowaliśmy. Tak jak ja, brat skończył szkołę handlową
i odsłużył rok w wojsku. Potem zatrudnił się w firmie elektronicznej i najpierw pracował
w Grazu, a potem w Monachium, wtedy gdy i ja tam mieszkałem. Ale nieczęsto się
widywaliśmy. Meinhard dobrze się ubierał, lubił imprezować, uganiał się za dziewczynami.
Później został przeniesiony do Innsbrucku, zaręczył się z Eriką Knapp, piękną kobietą, z którą
miał trzyletniego syna, Patricka, i wyglądało na to, że wreszcie się ustatkował.
Jednak nie na długo. Pewnego dnia wiosną 1971 roku, po tym, jak zdobyłem tytuł Mister
Olympia, w naszym mieszkaniu zadzwonił telefon. Nie było mnie wtedy w mieście. Matka miała
mi do przekazania tragiczną wiadomość: mój brat zginął w wypadku samochodowym. Meinhard
rozbił się w pobliżu Kitzbühel, alpejskiego kurortu, jadąc po pijanemu górską drogą. Miał
zaledwie dwadzieścia pięć lat.
Byłem wtedy w Nowym Jorku i telefon odebrał Franco. Z jakiegoś powodu ta wiadomość
tak nim wstrząsnęła, że nie był w stanie mi jej powtórzyć. Dopiero trzy dni później, gdy
wróciłem do Los Angeles, oznajmił:
– Muszę ci coś powiedzieć, ale zrobię to po kolacji.
W końcu wydobyłem od niego wiadomość o śmierci brata.
– Kiedy to się stało? – zapytałem.
– Trzy dni temu, dowiedziałem się przez telefon.
– Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej?
– Nie wiedziałem jak. Byłeś w Nowym Jorku i miałeś na głowie inne sprawy. Chciałem
poczekać, aż wrócisz do domu.
Gdyby zadzwonił do mnie do Nowego Jorku, mógłbym być już w połowie drogi do Austrii.
Byłem wzruszony jego troską o mnie, ale jednocześnie sfrustrowany i rozczarowany.
Natychmiast zadzwoniłem do rodziców. Matka szlochała i prawie nie mogła mówić,
wreszcie jednak wydusiła:
– Nie, nie pochowamy go tutaj, Meinhard pozostanie w Kitzbühel. Jedziemy tam jutro
rano. To będzie bardzo skromny pogrzeb.
– Właśnie się o wszystkim dowiedziałem.
– Na twoim miejscu nie przyjeżdżałabym, bo nawet jeśli złapiesz dziś samolot, to i tak,
przy dziewięciogodzinnej różnicy czasu i tak długim locie, nie zdążysz.
To był dla naszej rodziny straszliwy cios. Słyszałem rozpacz w głosie rodziców. Żadne
z nas nie radziło sobie najlepiej z okazywaniem uczuć i nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć.
Że jest mi przykro? Że to okropne? Przecież to wiedzieli. Ta wiadomość mnie powaliła.
Meinhard i ja nie byliśmy już ze sobą zbyt blisko – w ciągu trzech lat od wyjazdu do Ameryki
widziałem się z nim tylko raz – ale dobrze pamiętałem, jak bawiliśmy się w dzieciństwie,
chodziliśmy na podwójne randki, gdy byliśmy starsi, jak się śmialiśmy. To się skończyło. Nigdy
więcej go nie zobaczę. Jedyne, co mogłem zrobić, to odsunąć te myśli i skupić się na realizacji
kolejnych celów.
***
Rzuciłem się w wir życia w Los Angeles. Chodziłem na zajęcia do college’u, trenowałem
w siłowni pięć godzin dziennie, pracowałem na budowach i przy sprzedaży wysyłkowej,
występowałem na pokazach kulturystycznych, jeździłem na imprezy branżowe – wszystko to
działo się niemal jednocześnie. Franco był tak samo zajęty jak ja. Obaj mieliśmy niewiarygodnie
napięty grafik, czasami byliśmy na nogach od szóstej rano do północy.
Najtrudniejsze na mojej liście zadań było nauczenie się angielskiego, tak aby mówić
płynnie. Zazdrościłem Artiemu Zellerowi, mojemu koledze fotoreporterowi, który pojechał
z Frankiem na tydzień do Włoch i po powrocie mówił po włosku. Ja nie należałem do takich
osób. Nie mogłem uwierzyć, z jakim trudem przychodzi mi nauka obcego języka.
Na początku próbowałem tłumaczyć wszystko dosłownie: słyszałem albo czytałem jakieś
wyrażenie, przekładałem je w głowie na niemiecki i myślałem zdziwiony: Dlaczego muszą to tak
komplikować po angielsku? Niektórych rzeczy nie mogłem zrozumieć niezależnie od tego, kto
mi je objaśniał. Na przykład formy ściągnięte. Dlaczego nie można powiedzieć I have albo I will
zamiast I’ve i I’ll?
Spore problemy sprawiała mi wymowa. Kiedyś Artie chciał sprawić mi przyjemność
i zabrał mnie do żydowskowęgierskiej restauracji, w której serwowano dania podobne do
austriackich. Gdy do naszego stolika podszedł właściciel, aby przyjąć zamówienie,
powiedziałem:
– Widziałem w karcie coś, na co miałbym ochotę. Poproszę trochę tego pańskiego garbage.
– Śmieci? Nazywa pan moje jedzenie śmieciami?
– Niech mi pan to poda.
Artie pospiesznie włączył się do rozmowy:
– On jest z Austrii. Chodzi mu o cabbage. W Austrii często jadał kapustę.
Jednak powoli zacząłem robić postępy, a to dzięki lekcjom w Santa Monica College.
Chodząc na nie, nabrałem ochoty do nauki. Na pierwszych zajęciach z angielskiego jako języka
obcego lektor, pan Dodge, zapytał nas, cudzoziemców zebranych w sali:
– Wolą państwo zostać w środku czy wyjść na zewnątrz?
Spojrzeliśmy na siebie, nie wiedząc, o co mu chodzi.
On tymczasem wskazał okno i wyjaśnił:
– Widzicie tamte drzewa? Jeśli chcecie, możemy usiąść w cieniu i tam odbyć lekcję.
Wyszliśmy na dwór i usiedliśmy pod drzewem przed budynkiem college’u. Byłem pod
wrażeniem. W porównaniu ze szkołą w Europie, sformalizowaną i zestrukturalizowaną, to było
coś niesamowitego! Pomyślałem: Będę miał lekcję pod drzewem, na dworze, jakbym był na
wakacjach! Po tym semestrze zapiszę się na następne zajęcia! Zadzwoniłem do Artiego
i powiedziałem mu, że powinien tu wpaść i zrobić nam zdjęcie, jak siedzimy na trawie.
W następnym semestrze zapisałem się na dwa kursy. Wielu zagranicznych studentów czuło
się zbyt niepewnie, aby podjąć naukę w college’u, ale już community college, dwuletnia szkoła
przygotowująca do studiów wyższych, stwarzała komfortowe warunki, a nauczyciele byli tak
wspaniali, że nauka stawała się przyjemnością.
Gdy pan Dodge poznał mnie trochę lepiej i dowiedział się o moich zamiarach, przedstawił
mnie uczelnianemu psychologowi. Ten powiedział:
– Pan Dodge poprosił, żebym doradził panu jeszcze jakieś inne zajęcia poza kursem
angielskiego. Co pana interesuje?
– Biznes.
– Hm, mam dobry kurs biznesu dla początkujących, który nie wymaga zaawansowanej
znajomości angielskiego, wielu cudzoziemców go wybiera. I będzie pan miał dobrego
nauczyciela, który rozumie obcokrajowców.
Przygotował też dla mnie krótki program kształcenia.
– To cztery kursy, na które powinien się pan zapisać, oprócz angielskiego. Wszystkie
dotyczą biznesu. Na pana miejscu uczyłbym się też matematyki. Dobrze by było, gdyby osłuchał
się pan z terminologią matematyczną, żeby pan wiedział, co znaczy division, dzielenie, gdy ktoś
użyje tego słowa. Albo decimal, ułamek dziesiętny, czy fraction, ułamek. Niewykluczone, że
słyszał już pan te słowa, ale nie wie, co znaczą.
– Nie myli się pan, rzeczywiście nie wiem.
Zdecydowałem się więc także na zajęcia z matematyki, podczas których przerabialiśmy
ułamki oraz podstawy algebry, i zacząłem od nowa poznawać terminologię matematyczną.
Uczelniany psycholog pomógł mi także znaleźć czas na naukę.
– Zdajemy sobie sprawę, że jest pan sportowcem i podczas niektórych semestrów nie ma
pan czasu, żeby się uczyć. Ponieważ najważniejsze zawody odbywają się jesienią, może zapisze
się pan na jeden z letnich kursów? Mógłby pan też chodzić na zajęcia raz w tygodniu, po
treningu, od osiemnastej do dwudziestej drugiej.
Bardzo mi się spodobało to, jak ze mną pracował. Cieszyłem się, że mogę włączyć naukę
do moich życiowych celów. Nie czułem, że jestem pod presją, bo nikt mi nie mówił: „Lepiej idź
do college’u. Zrób dyplom”.
Miałem też nauczyciela matematyki w Gold’s Gym, był nim Frank Zane, który zanim
przyjechał do Kalifornii, żeby trenować, uczył matmy na Florydzie. Nie wiem dlaczego, ale kilku
kulturystów było nauczycielami. Frank pomagał mi w pracach domowych i tłumaczeniach,
objaśniał wszystko i wykazywał wielką cierpliwość, gdy czegoś nie rozumiałem. Po przyjeździe
do Kalifornii zagłębił się we wschodnią filozofię, medytacje i metody relaksacji. Ale tym
zainteresowałem się później.
Gdybym uważał, że to wszystko zagrozi mojemu prymatowi w świecie kulturystyki, nadal
skupiałbym się wyłącznie na budowie ciała. Jednak na radarze nie widać było żadnego
zagrożenia, poświęciłem więc część swojej energii na realizację innych celów. Spisywałem je,
tak jak nauczyłem się tego jeszcze w Grazu, w klubie sztangistów. Nie wystarczyło, żebym
powiedział sobie: „W ramach postanowień noworocznych zrzucę dziesięć kilogramów, poprawię
angielski i będę więcej czytał”. Nie. To było dobre na początek. Później musiałem to
doprecyzować, żeby nie skończyło się na dobrych intencjach. Brałem kartkę w linie
i spisywałem, co zamierzam osiągnąć:
• zaliczyć dwanaście dodatkowych zajęć w college’u;
• zarobić więcej pieniędzy, żeby odłożyć pięć tysięcy dolarów;
• ćwiczyć pięć godzin dziennie;
• przybrać trzy kilogramy masy mięśniowej;
• znaleźć budynek mieszkalny do kupienia i wejść w to.
Można by pomyśleć, że sam zakładałem sobie kajdanki, wytyczając tak cele, ale było
inaczej: ta metoda działała na mnie wyzwalająco. Wiedząc, dokąd zmierzam, nie musiałem
improwizować. Weźmy za przykład potrzebne zaliczenia. Nie było dla mnie ważne, w którym
college’u je uzyskam, nad tym zamierzałem zastanowić się później. Sprawdzałem, jakie mam
zajęcia do wyboru, ile kosztują zaliczenia, czy znajdę na nie czas i czy spełniają warunki mojej
wizy. Nie musiałem martwić się o szczegóły, bo już wiedziałem, że te kilkanaście zaliczeń
uzyskam.
Jedną z przeszkód, które musiałem obchodzić podczas nauki w college’u, był status
imigranta. Miałem wizę pozwalającą na podjęcie pracy, ale nie studencką, mogłem więc uczyć
się tylko w niepełnym wymiarze godzin. Nie mogłem chodzić na więcej niż dwa kursy w jednej
szkole, musiałem więc jeździć po mieście. Oprócz Santa Monica College chodziłem do West Los
Angeles College i zapisałem się na kursy uniwersyteckie dla pracujących na Uniwersytecie
Kalifornijskim w Los Angeles (UCLA). Uświadomiłem sobie, że jeśli zechcę uzyskać dyplom,
będzie problem, bo będę musiał połączyć wszystkie te zaliczenia, żeby je uwzględniono. Ale
zdobycie dyplomu nie było moim celem; musiałem tylko jak najwięcej się uczyć i poznawać
mechanizmy robienia interesów w Ameryce.
Tak więc do lekcji angielskiego w Santa Monica College doszły kursy matematyki, historii
i ekonomiki przedsiębiorstwa. W UCLA zapisałem się na zajęcia z księgowości, marketingu,
ekonomii i zarządzania. Oczywiście w Austrii uczyłem się księgowości, jednak w Ameryce to
było zupełnie co innego. Właśnie wprowadzano komputery, używało się wielkich komputerów
IBM z kartami perforowanymi i taśmami magnetycznymi jako nośnikami danych. Lubiłem się
o tym uczyć, bo traktowałem to jako amerykański sposób podchodzenia do rzeczy. College
przemawiał do mojego poczucia dyscypliny, nauka sprawiała mi przyjemność. Było coś
naprawdę
satysfakcjonującego
w konieczności
czytania
książek,
żeby potem
napisać
wypracowanie i brać udział w zajęciach. Lubiłem też pracować z innymi studentami:
zapraszałem ich do siebie na kawę albo żeby razem odrabiać lekcje. Nauczyciele często nas do
tego zachęcali, bo jeśli jedna osoba czegoś nie wiedziała, druga mogła jej to wytłumaczyć. Dzięki
temu dyskusje na zajęciach były znacznie ciekawsze.
Na jednym z kursów wymagano od nas codziennego czytania wiadomości gospodarczych
i przygotowywania się do rozmowy w klasie o najważniejszych bieżących sprawach. Każdego
rana pierwsze, co robiłem, to rozkładałem gazetę na stronie wiadomości gospodarczych.
Nauczyciel mówił później: „Tu jest interesujący artykuł o tym, jak Japończycy kupili
amerykańską stalownię, rozmontowali ją i przenieśli do Japonii. Teraz produkują stal taniej niż
my i sprzedają nam ją z zyskiem. Porozmawiajmy o tym”.
Nigdy nie potrafiłem przewidzieć, co zrobi na mnie największe wrażenie. Wykładowca
z UCLA, który uczył tam gościnnie, powiedział nam, że jeśli chodzi o sprzedaż, to im większy
handlowiec, tym większe osiąga wyniki. Zafascynowało mnie to, ponieważ jestem wielkim
facetem. Myślałem sobie: Hm, ważę sto trzynaście kilogramów, jeśli więc wezmę się do
sprzedaży, powinienem mieć wielkie obroty.
Znalazłem sobie dziewczynę na stałe, co sprawiło, że się ustatkowałem. Nie chodzi o to, że
trudno mi było poznać kobietę. Kulturyści mają fanki tak jak rockmani. Można je było spotkać
wszędzie, na imprezach, na pokazach kulturystycznych, czasami nawet za kulisami podczas
zawodów, gdzie proponowały chłopakom, że posmarują ich oliwą. Przychodziły do siłowni i na
plażę, żeby przyglądać nam się podczas treningów. Od razu rzucało się w oczy, która jest chętna.
Można było wyskoczyć na Venice Beach i zbierać numery telefonów. Barbara Outland była inna,
bo podobałem jej się jako człowiek – nawet nie wiedziała, co to jest kulturystyka. Poznaliśmy się
w Zucky’s Deli w 1969 roku. Była studentką college’u, rok młodszą ode mnie, a podczas wakacji
pracowała jako kelnerka. Zaczęliśmy się spotykać i prowadzić długie rozmowy. Kumple
z siłowni się ze mnie nabijali: „Arnold się zakochał”.
Kiedy jesienią wróciła do college’u, myślałem o niej i nawet pisywaliśmy do siebie listy –
co było dla mnie nowością.
Podobało mi się, że mam dziewczynę, kogoś, z kim spotykam się regularnie. Mogłem
uczestniczyć w życiu Barbary, jej pracy nauczycielskiej, studiach, dążeniu do celów. Mogłem
opowiadać jej o swoich ambicjach, treningu, górkach i dołkach.
Była raczej typem dziewczyny z sąsiedztwa niż femme fatale: blondynka, opalona, pełna
życia. Chciała zostać nauczycielką angielskiego i najwyraźniej nie chodziło jej tylko o to, żeby
się zabawić. Jej koleżanki, które spotykały się z facetami z prawa i medycyny, uważały, że
jestem dziwny, ale Barbarze to nie przeszkadzało. Podziwiała mnie za to, że spisuję swoje cele na
kartkach. Jej rodzice byli dla mnie bardzo mili. Każdy z członków jej rodziny miał dla mnie
prezent na Gwiazdkę, a później, gdy przyprowadziłem Franca, także dla niego. Barbara i ja
jeździliśmy razem na Hawaje, do Londynu i Nowego Jorku.
Kiedy Barbara w 1971 roku ukończyła college i przyjechała do Los Angeles, żeby podjąć
stałą pracę, Franco zaczął się przygotowywać do wyprowadzki. On także zamierzał się
ustatkować. Uczył się, żeby zostać kręgarzem, i zaręczył się z dziewczyną o imieniu Anita, która
była chiropraktykiem z prawem wykonywania zawodu. Gdy Barbara zaproponowała, że się do
mnie wprowadzi, uznałem, że to naturalne, bo i tak spędzała w moim mieszkaniu dużo czasu.
Akceptowała moje podejście, aby oszczędzać każdego centa. Urządzaliśmy sobie barbecue
na podwórku i całe dnie spędzaliśmy na plaży, zamiast chodzić w różne modne miejsca. Nie
byłem najlepszym kandydatem na stałego partnera, bo bardzo pochłaniała mnie kariera, ale
dobrze czułem się w związku. Wspaniale było mieć kogoś, kto czekał na mnie w domu.
Dobrze się złożyło, że Barbara była nauczycielką. Bardzo pomagała mi w nauce
angielskiego i w pisaniu wypracowań. Była też ogromnie pomocna przy sprzedaży wysyłkowej
i pisaniu listów, choć już wcześniej zatrudniłem sekretarkę. Przekonaliśmy się jednak, że będąc
w związku z osobą mówiącą innym językiem, trzeba być bardzo ostrożnym, bo może dojść do
nieporozumień. Czasami na przykład wdawaliśmy się w śmieszne kłótnie. Któregoś razu
poszliśmy do kina na Życzenie śmierci i Barbara powiedziała po filmie:
– Lubię Charlesa Bronsona, bo to twardziel, bardzo męski facet.
– Nie wydaje mi się, żeby był aż taki umięśniony – sprzeciwiłem się. – To cherlak!
Powiedziałbym, że jest raczej wysportowany niż umięśniony.
– Nie – zaprzeczyła ona. – Myślisz, że użyłam słowa „umięśniony”, muscular, ale wcale
nie to miałam na myśli. Chcę powiedzieć, że jest męski, masculine. A to zupełnie co innego.
– Masculine, muscular, na jedno, cholera, wychodzi, moim zdaniem jest po prostu
wysportowany.
– Dla mnie jest bardzo męski.
– Ależ skąd, mylisz się… – I obstawałem przy swoim.
Gdy wróciliśmy do domu, zajrzałem do słownika. Oczywiście Barbara miała rację. Być
męskim oznaczało coś zupełnie innego niż być umięśnionym – to, że Bronson jest twardy, bo taki
był. Powiedziałem sobie: „Ale jesteś głupi. O Boże, musisz opanować ten język! To kretyńskie
kłócić się o coś takiego”.
***
Po tym, jak zdobyłem tytuł Mister Olympia, Weider zaczął mnie wysyłać w podróże
służbowe po całym świecie. Wsiadałem do samolotu i urządzałem prezentację w centrach
handlowych, w których miał swoje przedstawicielstwa albo z którymi próbował nawiązać
współpracę. Sprzedaż była moim ulubionym zajęciem. Stawałem z tłumaczką pośrodku galerii –
na przykład w centrum handlowym Stockmann w Finlandii – w otoczeniu kilkuset ludzi
z miejscowych
siłowni,
bo
wcześniej
zapowiedziano
mój
przyjazd,
i sprzedawałem,
sprzedawałem, sprzedawałem.
– Witamina E daje dodatkowo fantastyczną energię, pozwalającą ćwiczyć wiele godzin
dziennie, aby uzyskać takie ciało jak moje! Nie mówiąc, oczywiście, o seksualnych
możliwościach, jakie zyskacie…
Ludzie kupowali, i to zawsze w dużych ilościach. Joe wysyłał mnie, bo wiedział, że
gospodarze powiedzą: „Dużo sprzedaliśmy. Zawrzyjmy umowę”.
Zachęcając ludzi do kupna, miałem na sobie wycięty podkoszulek i co jakiś czas
prezentowałem różne pozy.
– Teraz opowiem o proteinach. Możecie jeść tyle steków, ile chcecie, albo tyle ryb, ile
chcecie, ale organizm przyswaja każdorazowo tylko siedemdziesiąt gramów białka. Taka jest
zasada: jeden gram na każdy kilogram wagi ciała. Koktajle budujące mięśnie to skuteczny
sposób, żeby uzupełnić tę lukę w waszej diecie. Możecie dzięki nim przyswoić pięć razy po
siedemdziesiąt gramów! Nie dacie rady zjeść tyle steków, żeby ilość białka odpowiadała temu
napojowi, taki jest skoncentrowany.
Przyrządzałem koktajl w chromowanym shakerze, tak jak w barze przyrządza się martini,
wypijałem kilka łyków i mówiłem do kogoś z tłumu:
– Proszę spróbować.
To było jak sprzedawanie odkurzaczy. Zwykle byłem tak podekscytowany, że tłumaczka
nie nadążała z tłumaczeniem tego, co mówiłem.
Potem przechodziłem do produktów z witaminą D, witaminą A, specjalnego olejku. Gdy
kończyłem, kierownik sklepu widział, że wszystko to cieszy się ogromnym zainteresowaniem,
zamawiał więc suplementy Weidera na następny rok. A do tego produkowane przez niego hantle
i sztangielki. A Weider był zachwycony. Miesiąc później jechałem do innego centrum
handlowego w innym kraju.
Zawsze podróżowałem sam. Joe nie wysłałby ze mną nikogo, ponieważ byłaby to dla niego
strata pieniędzy. Ale to mi odpowiadało, bo dokądkolwiek leciałem, zawsze ktoś odbierał mnie
z lotniska i traktował jak brata, gdyż także należał do środowiska kulturystów. Zabawnie było
jeździć po świecie i trenować w różnych siłowniach.
Weider chciał, żebym doszedł do etapu, kiedy mógłbym zasiadać do rozmów
z kierownictwem galerii handlowych i samodzielnie zawierać umowy, spotykać się z wydawcami
i powoływać do życia następne obcojęzyczne edycje jego czasopism, a w końcu także przejąć
cały biznes. Jednak nie taki miałem cel. Podobnie było z propozycją, żeby za dwieście tysięcy
dolarów rocznie poprowadzić wiodącą sieć siłowni. Złożono mi ją na początku lat
siedemdziesiątych. Była to kupa forsy, ale odrzuciłem tę ofertę, bo nie prowadziła tam, dokąd
zmierzałem. Kierowanie siecią siłowni to robota na dziesięć, dwanaście godzin dziennie, a to nie
pomogłoby mi zostać mistrzem świata w kulturystyce ani dostać się do filmu. Nic nie mogło
mnie odwieść od realizacji mojego celu. Żadna propozycja, żaden związek, nic.
Natomiast latanie samolotami i sprzedawanie to było coś dla mnie. Zawsze czułem się
obywatelem świata. Chciałem podróżować najwięcej, jak się da, bo kombinowałem, że jeśli
lokalna prasa teraz napisze o mnie jako o kulturyście, to potem będzie pisać jako o gwieździe
filmowej.
Wyruszałem więc w podróż kilka razy do roku. W samym tylko roku 1971 byłem
w Japonii, Belgii, Austrii, Kanadzie, Wielkiej Brytanii i Francji. Często po drodze brałem udział
w płatnych pokazach kulturystycznych, żeby dorobić. Organizowałem także – bezpłatnie –
pokazy i seminaria w więzieniach na terenie Kalifornii. Zaczęło się to, gdy pojechałem odwiedzić
kolegę z Gold’s, który odsiadywał karę w więzieniu federalnym na Terminal Island pod Los
Angeles. Dostał dwa lata za kradzież samochodu i chciał nadal trenować. Patrzyłem, jak ćwiczy
z kumplami na więziennym dziedzińcu. Wyrobił sobie opinię najsilniejszego więźnia
w Kalifornii,
ustanawiając
rekord
zakładów
karnych
w przysiadach
z dwustusiedemdziesięciodwukilogramowym obciążeniem. Jednak największe wrażenie wywarło
na mnie to, że zarówno on, jak i inni ciężarowcy byli wzorowymi więźniami, ponieważ dzięki
temu zyskiwali różne przywileje, jeśli chodzi o trening, a także pozwolenia na sprowadzanie
protein, żeby nabierać siły. W innych okolicznościach władze więzienia powiedziałyby:
„Trenujesz, żeby tłuc innych więźniów”, i odbierałyby im sprzęt. Im bardziej popularna stanie się
w więzieniach kulturystyka, myślałem, tym bardziej ci goście będą zmotywowani, żeby dobrze
się sprawować.
To, że ćwiczyli podnoszenie ciężarów, pomagało im także po wyjściu na wolność.
W Gold’s czy innych siłowniach, do których przychodzili, łatwo mogli nawiązać przyjaźnie.
Podczas gdy większość zwalnianych więźniów była odstawiana na dworzec autobusowy
z dwustoma dolarami w kieszeni i wędrowała potem po okolicy, nie mając pracy ani nikogo, do
kogo mogłaby się zwrócić, ci, którzy potrafili wycisnąć na ławce sto trzydzieści sześć
kilogramów, od razu zwracali na siebie uwagę klienteli w Gold’s. Ktoś rzucał wtedy: „Hej, nie
chciałbyś ze mną potrenować?” – i już miało się znajomego. Na tablicy ogłoszeniowej w Gold’s
zawsze można było znaleźć propozycje pracy dla mechaników, robotników, trenerów osobistych,
księgowych i tak dalej, więc dało się znaleźć i robotę dla ekswięźniów.
Tak więc na początku lat siedemdziesiątych jeździłem po więzieniach w całym stanie,
zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet, żeby popularyzować treningi siłowe: od San Quentin przez
Folsom po Atascadero, ośrodek, w którym trzymano przestępców chorych umysłowo. Nigdy się
nie zdarzyło, by wartownicy uznali to za zły pomysł, wspierali go nawet i jeden wartownik
polecał mnie następnemu.
***
Jesienią 1972 roku rodzice przyjechali do Essen, żeby obejrzeć mój występ na zawodach
Mister Olympia, które po raz pierwszy organizowano w Niemczech. Nigdy nie widzieli mnie
podczas międzynarodowego turnieju i cieszyłem się, że są na widowni, choć zdecydowanie nie
był to mój najlepszy występ. Oglądali mnie tylko na jednych zawodach – Mister Austria, jeszcze
w 1963 roku – i przyjechali na nie, bo zaprosił ich Fredi Gerstl, który pomagał szukać sponsorów
i pieniędzy na trofea.
Z radością zobaczyłem ich w Essen. Byli ze mnie bardzo dumni. Widzieli, jak po raz trzeci
w karierze zostałem Mister Olympia, co stanowiło rekord w przypadku większości tytułów
kulturystycznych. I uświadomili sobie: przecież kiedyś o tym właśnie mówił, to było jego
marzenie, a my byliśmy sceptyczni.
Matka powiedziała:
– Nie mogę uwierzyć, że stajesz na scenie. Nie jesteś nawet speszony! Skąd ci się to
wzięło?
Gratulowano im mojego sukcesu.
– Nauczyliście chłopaka dyscypliny! – mówiono, wyrażając uznanie, na które zasłużyli.
Gdy wręczyłem matce trofeum, które miała zabrać do domu, była bardzo szczęśliwa. Był to
ważny moment, szczególnie dla ojca, który zawsze mówił: „Może weźmiesz się do czegoś
pożytecznego? Idź narąbać drewna”.
Jednocześnie miałem wrażenie, że rodzice nie czują się najlepiej w takim otoczeniu. Nie
wiedzieli, co mają myśleć o tych potężnych mięśniakach, do których należy także ich syn,
paradujących po scenie w skąpych gatkach przed tysiącami rozentuzjazmowanych fanów. Gdy
tamtego wieczoru poszliśmy na kolację, a także podczas śniadania następnego rana, rozmowa się
nie kleiła. Wciąż jeszcze myślałem o zawodach, a oni chcieli porozmawiać o innych sprawach,
związanych z domem. Nie mogli dojść do siebie po śmierci Meinharda, mieli świadomość, że ich
wnuk stracił ojca. Było im trudno, bo nie mieli mnie przy sobie. Nie potrafiłem ich pocieszyć
i gdy się pożegnaliśmy, byłem przygnębiony.
Rodzice nie zdawali sobie sprawy, że podczas turnieju Mister Olympia nie byłem w dobrej
formie. Spędzałem za dużo czasu w szkole, a za mało w siłowni. Interesy, podróże handlowe
i występy na pokazach sprawiały, że nie miałem czasu trenować. Na dodatek Franco i ja się
rozleniwiliśmy, odpuszczaliśmy sobie treningi albo redukowaliśmy serie ćwiczeń o połowę. Żeby
wycisnąć jak najwięcej z sesji treningowych, musiałem mieć przed sobą określony cel, bo wtedy
podnosił mi się poziom adrenaliny. Przekonałem się, że pozostać na szczycie jest trudniej, niż się
na niego wspinać.
Jednak przed zawodami w Essen nie byłem szczególnie zmotywowany, bo jak do tej pory
z łatwością przychodziło mi bronienie tytułu mistrza. Po raz drugi zostałem Mister Olympia –
w Paryżu w 1971 roku. Jedyne poważne zagrożenie stanowił dla mnie Sergio – w mojej lidze nie
było nikogo innego – a z powodu konfliktu między federacjami nie dopuszczono go do udziału
w tamtym turnieju. Jednak do Essen wszyscy czołowi kulturyści przyjechali doskonale
przygotowani – wszyscy oprócz mnie. Sergio wrócił na scenę i robił jeszcze większe wrażenie
niż dotąd. A nowa gwiazda z Francji, Serge Nubret, był w szczytowej formie, miał potężne
i naprawdę wspaniale zdefiniowane mięśnie.
Były to najtrudniejsze zawody, w jakich uczestniczyłem, i gdyby oceniali nas amerykańscy
sędziowie, mógłbym przegrać. Jednak na sędziach niemieckich duże wrażenie robiła zawsze
zwykła masa mięśniowa, a ja na szczęście ją miałem. Ale wygrana z tak niewielką przewagą nie
sprawiła mi satysfakcji. Chciałem, żeby nikt nie miał wątpliwości, kto tu jest najlepszy.
Po każdym turnieju zawsze spotykałem się z sędziami, aby spytać ich, jak głosowali.
– Cieszę się, że wygrałem, ale chciałbym się dowiedzieć, jakie są moje słabe punkty,
a jakie mocne – mówiłem. – Nie urazicie mnie.
Nadal będę występował na organizowanych przez was pokazach i innych imprezach
kulturystycznych.
Jeden z sędziów, niemiecki lekarz, który śledził moją karierę, od kiedy skończyłem
dziewiętnaście lat, powiedział mi wprost:
– Był pan miękki. Myślałem, że jest pan napakowany i przebije wszystkich, a tymczasem
był pan bardziej gładki, niżbym sobie życzył.
Z Niemiec pojechałem na pokazy do Skandynawii, a stamtąd do Republiki Południowej
Afryki, gdzie miałem prowadzić seminaria dla Rega Parka. Wspaniale było znowu się z nim
spotkać. Zapomnieliśmy o urazach spowodowanych naszą rywalizacją w Londynie i moim
zwycięstwem. Jednak nie wszystkie imprezy były udane. Miałem wystąpić w pokazie pod
Durbanem, lecz gdy przybyłem na miejsce, okazało się, że nikt nie zadbał o to, żeby postawić
scenę, na której mógłbym pozować. Ale przecież pracowałem w budownictwie, no nie?
Powiedziałem więc: a co tam, do cholery, i sam zbudowałem podest.
Jednak w środku pokazu platforma załamała się pode mną z przerażającym trzaskiem.
Spadłem na plecy z podwiniętą lewą nogą i paskudnie stłukłem kolano – pękła chrząstka i rzepka
przemieściła się pod skórą. Południowoafrykańscy lekarze poskładali mnie tak, że mogłem
z zabandażowaną nogą dokończyć trasę. Z wyjątkiem tego niefortunnego wypadku była to
wspaniała podróż. Uczestniczyłem w safari i występowałem z pokazami oraz seminariami, tak że
przed powrotem do domu powtykałem do kowbojek tysiące dolarów, żeby nikt mnie nie okradł,
gdybym zasnął w samolocie.
Ponieważ wracałem do Stanów przez Londyn, będąc w tym mieście, zadzwoniłem do
Dianne Bennett.
– Matka próbuje się z tobą skontaktować – powiedziała. – Zadzwoń do niej. Twój ojciec
zachorował.
Zatelefonowałem do matki i zaraz potem pojechałem do Austrii, do rodziców. Okazało się,
że ojciec dostał wylewu.
Gdy przyjechałem, leżał w szpitalu. Rozpoznał mnie, ale był w strasznym stanie. Nie mógł
mówić. Kiedy próbował coś powiedzieć, przygryzał sobie język. Siedziałem przy nim i chyba był
tego świadomy, choć często nie kontaktował i to mnie dobijało. Dawniej palił – i teraz też
próbował wyjąć z paczki papierosa, ale nie wiedział, co robi. To było bolesne i przykre,
patrzyłem, jak ten jeszcze niedawno bystry i silny mężczyzna, mistrz curlingu, nie potrafi
skoordynować ruchów i jasno myśleć.
Zostałem na jakiś czas w Austrii, a kiedy wyjeżdżałem, stan ojca był stabilny. Po powrocie
do Los Angeles, przed Świętem Dziękczynienia, przeszedłem operację kolana. Właśnie wypisano
mnie ze szpitala z nogą w gipsie, gdy zadzwoniła matka.
– Twój ojciec umarł – oznajmiła.
Pękało mi serce, ale nie płakałem ani nie rozpaczałem. Barbara, która była przy mnie,
niepokoiła się moim stanem, bo nie okazywałem bólu. Skupiłem się na sprawach praktycznych.
Zadzwoniłem do mojego chirurga, który poradził mi, żebym nie leciał z ciężkim gipsem – więc
znowu nie mogłem być na pogrzebie członka rodziny. Wiedziałem przynajmniej, że matka
będzie miała wsparcie przy organizowaniu pogrzebu i załatwianiu różnych spraw, bo policja
zewrze szeregi, aby pochować jednego ze swoich, że na pogrzebie zagra orkiestra, którą ojciec
dyrygował przez tyle lat, tak jak grała na wielu innych podobnych ceremoniach. Że miejscowi
księża, z którymi matka była w dobrych stosunkach, zajmą się mszą. Że będą pocieszali ją
przyjaciele, przyjadą krewni. Nie miała jednak przy sobie mnie, swojego jedynego żyjącego
dziecka, i nic nie mogło tego zmienić. Wiem, że naprawdę musiało jej mnie brakować.
Ja jednak byłem w szoku, jak sparaliżowany. Szczerze mówiąc, czułem ulgę, że z powodu
urazu kolana nie mogę lecieć na pogrzeb, ponieważ wciąż jeszcze chciałem odciąć się od tamtej
części mojego życia. Zareagowałem na tę całą sytuację wyparciem i próbami ruszenia do przodu.
Nie chciałem jednak, żeby matka została sama. W ciągu niecałych dwóch lat zmarli mój
ojciec i brat, miałem poczucie, że nasza rodzina się rozpada, i wyobrażałem sobie, jak bardzo
matka cierpi. Musiałem więc się nią zająć. Wprawdzie miałem dopiero dwadzieścia pięć lat, ale
przyszedł czas, żeby przystąpić do działania i odmienić jej życie. Zamierzałem odwdzięczyć jej
się za nieskończone godziny i dni opieki nad nami, za wszystko, co dla nas zrobiła, gdy byliśmy
dziećmi, a potem dorastającymi chłopakami.
Nie mogłem dać mamie tego, czego pragnęła najbardziej: syna, który zostałby policjantem,
jak tata, ożenił się z jakąś Gretel, miał dwójkę dzieci i mieszkał w domu dwie przecznice od niej.
Tak wygląda życie większości rodzin w Austrii. Oboje z ojcem wykazali zrozumienie, gdy
przeniosłem się do odległego o trzysta dwadzieścia kilometrów Monachium. Teraz jednak
uzmysłowiłem sobie, że gdy w 1968 roku wyjechałem bez uprzedzenia do Ameryki, musieli to
bardzo przeżyć. Nie miałem, oczywiście, zamiaru wracać do Austrii, ale chciałem matce to
wszystko wynagrodzić.
Zacząłem wysyłać jej co miesiąc pieniądze i często do niej dzwoniłem. Próbowałem ją
przekonać, żeby przeniosła się do Stanów. Nie chciała. Potem namawiałem ją, żeby przyleciała
z wizytą. Też nie chciała. Wreszcie, w 1973 roku, mniej więcej sześć miesięcy po śmierci ojca,
uległa i przyjechała do mnie i do Barbary na kilka tygodni. Po roku znowu nas odwiedziła
i potem przyjeżdżała już regularnie raz na rok. Nawiązałem też kontakt z Patrickiem, moim
bratankiem. Kiedy był mały, podczas wizyt w Europie odwiedzałem jego, Erikę i jej męża,
wojskowego, który okazał się dobrym ojczymem. Gdy chłopiec miał około dziesięciu lat, zaczął
ekscytować się tym, że jego stryj mieszka w Ameryce. Zbierał moje plakaty filmowe. Erika
prosiła mnie o pamiątki, przesłałem więc chłopcu sztylet z Conana, potem wysyłałem
podkoszulki z Terminatora i innych filmów, pisałem do niego listy, żeby mógł chwalić się nimi
w szkole. Kiedy chodził do liceum, co jakiś czas prosił, żebym przysłał mu dwadzieścia czy
trzydzieści fotosów z moim autografem, które wykorzystywał do jakichś nieznanych mi celów
handlowych. Potem pomogłem umieścić go w międzynarodowej szkole w Portugalii i po
konsultacji z Eriką – obiecałem, że jeśli nadal będzie dobrze się uczył, pójdzie do college’u
w Ameryce. Był moją dumą i radością.
***
Choć lotnisko dla supersamolotów nie zapowiadało się superobiecująco i obaj z Frankiem
wciąż spłacaliśmy te sześć hektarów na pustyni, które kupiliśmy, nadal wierzyłem, że
nieruchomości to dobra inwestycja. Wiele z naszych zleceń dotyczyło renowacji starych domów
i to była lekcja poglądowa. Właściciele płacili nam dziesięć tysięcy dolarów za odnowienie
budynku, który kupili za dwieście tysięcy. Potem zmieniali zdanie i odsprzedawali go za trzysta.
Najwyraźniej można było na tym zarobić prawdziwą forsę.
Odłożyłem więc tyle pieniędzy, ile się dało, i zacząłem się rozglądać za ewentualnymi
inwestycjami. Dwaj kulturyści, którzy uciekli z Czechosłowacji i przyjechali do Kalifornii tuż
przede mną, podjęli swoje oszczędności i kupili mały domek. Wszystko było w porządku, tylko
musieli spłacać kredyt hipoteczny. Zależało mi więc na inwestycji, która od razu przynosiłaby
dochód pozwalający na spłatę kredytu, żebym nie musiał wydawać własnych pieniędzy.
Większość ludzi, gdyby mogła sobie na to pozwolić, kupiłaby dom. W tamtych czasach
natomiast rzadko kto nabywał nieruchomość, żeby ją potem wynajmować.
Podobała mi się myśl, że byłbym właścicielem budynku z mieszkaniami na wynajem.
Wyobrażałem sobie, że zacznę od czegoś małego, wybiorę najlepsze mieszkanie dla siebie,
a pozostałe wynajmę, opłacając z tego wszystkie koszty. To będzie jednocześnie lekcja biznesu,
a jeśli inwestycja się opłaci, rozszerzę działalność.
Przez następne dwatrzy lata robiłem rozeznanie. Codziennie przeglądałem dział
nieruchomości w gazecie, porównywałem ceny, czytałem artykuły i ogłoszenia. Doszedłem do
tego, że znałem wszystkie kwartały ulic w Santa Monica. Wiedziałem, o ile wzrosły ceny
nieruchomości na północ od Olympic Boulevard w stosunku do północnych rejonów Wilshire
i Sunset. Orientowałem się, ile jest tam szkół czy restauracji i jak daleko do plaży.
Wzięła mnie pod swoje skrzydła wspaniała pośredniczka handlu nieruchomościami, Olga
Asat. Była chyba Egipcjanką, wyemigrowała z jakiegoś kraju na Środkowym Wschodzie. Olga,
starsza ode mnie, była niska i potężnie zbudowana, miała mocno kręcone włosy i zawsze ubierała
się na czarno, bo sądziła, że to ją wyszczupla. Gdyby na nią spojrzeć, można by pomyśleć: Po co
ja się z nią zadaję? Mnie jednak przyciągnęło jej dobre serce i matczyna miłość. Olga widziała
we mnie takiego samego obcokrajowca jak ona i chciała mi pomóc. Była niesamowita.
Skończyło się na tym, że pracowaliśmy razem przez wiele lat. Wreszcie, z pomocą Olgi,
poznałem wszystkie budynki w mieście, wiedziałem o każdej transakcji: kto sprzedaje, za jaką
cenę, ile nieruchomość zyskała na wartości od czasu ostatniej zmiany właściciela, jak wygląda jej
bilans, roczny koszt utrzymania, stopa procentowa kredytu na zakup. Spotykałem się
z właścicielami i bankowcami. Olga była ogromnie pracowita. Bardzo się starała, chodziła od
budynku do budynku, aż znajdowaliśmy prawdziwą okazję.
Liczby związane z nieruchomościami naprawdę do mnie przemawiały. Oglądałem budynek
i zadawałem pytania, jaka jest jego powierzchnia, ile wynosi wskaźnik niewykorzystania
pomieszczeń, jaki byłby koszt obsługi w przeliczeniu na metr kwadratowy, a potem szybko
obliczałem w głowie, jaką wielokrotność wszystkich kosztów mógłbym zaoferować, żeby potem
spłacić kredyt z czynszów. Agent sprzedający budynek patrzył na mnie dziwnie, jakby mówił:
„Jak on to wyliczył?”.
Miałem talent, i już. Wyjmowałem ołówek i mówiłem:
– Nie mogę dać więcej niż dziesięć razy koszty brutto, bo sądzę, że średnia wydatków na
utrzymanie takiego budynku wynosi pięć procent i muszę to uwzględnić. A ponieważ stopa
procentowa osiąga obecnie sześć koma jeden procent, kredyt będzie kosztował tyle a tyle rocznie.
I spisywałem to wszystko agentowi.
Wtedy on – albo ona – próbował protestować:
– Hm, ma pan rację, ale proszę nie zapominać, że wartość nieruchomości będzie rosła.
Więc może na początek będzie pan musiał wyłożyć trochę własnych pieniędzy. Już na koniec
dnia jednak cena budynku będzie wyższa.
– Rozumiem – odpowiadałem – ale z zasady nie daję więcej niż koszty razy dziesięć. Jeśli
wartość budynku w przyszłości wzrośnie, to będzie mój zysk.
Ciekawe okazje zaczęły się pojawiać po nałożeniu w 1973 roku embarga państw arabskich
na ropę naftową, gdy zaczęła się recesja. Olga dzwoniła wtedy do mnie i mówiła:
– Ten klient ma kłopoty finansowe.
Albo:
– Naprawdę działają ekspansywnie, chyba powinieneś szybko złożyć ofertę.
Na początku 1974 roku znalazła budynek z sześcioma lokalami przy Dziewiętnastej Ulicy,
po północnej stronie Wilshire, tej atrakcyjniejszej. Właściciele chcieli go szybko sprzedać, bo
kupili większą nieruchomość. Jeszcze lepiej – zawarli tak korzystną umowę, że gotowi byli zejść
z ceny.
Ten dom kosztował mnie dwieście piętnaście tysięcy dolarów. Wyłożyłem wszystkie
oszczędności – dwadzieścia siedem tysięcy – i jeszcze pożyczyłem dziesięć tysięcy od Joego
Weidera, żeby wpłacić zaliczkę. Budynek nie prezentował się nadzwyczajnie: była to solidna
dwupiętrowa konstrukcja z początku lat pięćdziesiątych z drewna i cegły. Ale gdy tylko się do
niego wprowadziliśmy, poczułem się w nim doskonale. Stał w ładnej okolicy, a mieszkania były
przestronne i dobrze utrzymane. Moje, naprawdę wielkie, miało dwieście dwadzieścia trzy metry
kwadratowe, balkon od frontu, garaż na dwa samochody i małe patio na tyłach. Korzystne było
także co innego: pozostałe mieszkania wynajmowałem ludziom z przemysłu rozrywkowego.
Aktorzy, których spotykałem w siłowni, stale szukali jakiegoś kąta, więc w końcu w budynku
mieszkało czterech przedstawicieli tej profesji. W ten sposób nawiązywałem kontakty w biznesie,
do którego chciałem się dostać. A co najlepsze, wyprowadziłem się z mieszkania, za które
płaciłem tysiąc trzysta miesięcznie, i wprowadziłem do takiego, które samo się finansowało, od
pierwszego dnia, tak jak to zaplanowałem.
Mój stary kumpel, Artie Zeller, był w szoku, gdy zobaczył, że podpisuję umowę na
dwieście piętnaście tysięcy dolców. Potem przez długi czas mówił, że trzeba było mieć jaja, aby
się na coś takiego odważyć. Nie mógł mnie zrozumieć, bo unikał w życiu wszelkiego ryzyka.
– Jak możesz wytrzymać taką presję? Teraz będziesz musiał wynająć te pięć pozostałych
mieszkań i ściągać czynsz. A jeśli coś pójdzie nie tak?
Widział tylko problemy: to może być straszne, lokatorzy będą hałasowali, a jeśli któryś
wróci do domu pijany? A jeśli się poślizgnie i zostanę pozwany do sądu?
– Wiesz, jak wyglądają w Ameryce sprawy o odszkodowanie!
– I tak dalej.
Mimowolnie zaczynałem go słuchać.
– Artie, prawie udało ci się napędzić mi strachu. – Śmiałem się.
– Nie mów mi już takich rzeczy. Wolę tkwić w błogiej nieświadomości i biec przed siebie
jak szczeniak. Jeśli natknę się na jakiś problem, to wtedy się zastanowię, jak go rozwiązać. Nie
chcę się martwić na zapas.
Często łatwiej podjąć jakąś decyzję, jeśli nie wie się zbyt wiele, bo inaczej człowiek za
dużo myśli. Wiedza paraliżuje. Wtedy całe przedsięwzięcie przypomina pole minowe.
To samo zauważyłem w college’u. Nasz nauczyciel ekonomii skończył dwa fakultety,
a jeździł volkswagenem beetle. Ja już od dawna miałem lepsze wozy. Mówiłem sobie: „Wiedza
to nie wszystko, bo, jak widać, ten facet nie zarabia wystarczająco dużo forsy, by kupić sobie
lepszy samochód. A przecież powinien jeździć mercedesem”.
ROZDZIAŁ 9
Największy pokaz mięśni w dziejach
Jako Mister Olympia byłem trzykrotnym zwycięzcą mistrzostw świata, o których nie
słyszało dziewięćdziesiąt dziewięć procent Amerykanów. Kulturystyka wciąż była nieznaną
dziedziną sportu. Gdyby spytać przeciętnego Amerykanina o kulturystów, usłyszałoby się
sceptyczną odpowiedź: „Ci faceci są tak umięśnieni i mają tak nieskoordynowane ruchy, że nie
potrafią sobie sami nawet zawiązać butów”.
„Umrą młodo, gdy te wszystkie mięśnie zamienią się w tłuszcz”.
„Wszyscy mają kompleks niższości”.
„To imbecyle”.
„To egocentrycy”.
„To homoseksualiści”.
Pod każdym względem wizerunek kulturysty był negatywny. Jakiś dziennikarz napisał, że
promować ten sport jest równie łatwo, jak zapasy karłów.
To prawda, że kulturyści podczas treningu patrzą w lustro. Lustra są jednak dla nich
narzędziami, tak samo jak dla tancerzy. Człowiek musi być własnym trenerem. Jeśli ćwiczy się
bicepsy, podnosząc hantle, trzeba patrzeć, czy obie ręce pracują identycznie.
Ten sport w Ameryce był niszowy, jak nigdzie indziej. Mnie samemu kulturystyka
wydawała się tak amerykańska, że nie mogłem wyjść ze zdumienia, gdy ludzie nie rozumieli,
czym się zajmuję.
„Jesteś zapaśnikiem?” – pytali. „To twoje ciało! Nie, nie, wiem, grasz w futbol
amerykański”. Przychodziło im do głowy wszystko, tylko nie kulturystyka.
Kulturystyka cieszyła się znacznie większym zainteresowaniem w krajach Trzeciego
Świata. Żeby zobaczyć Billa Pearla, na pokaz kulturystyczny w Indiach przyjechało dwadzieścia
pięć tysięcy osób, a w RPA – dziesięć tysięcy. Kulturystyka była też jedną z najpopularniejszych
dyscyplin sportu na Środkowym Wschodzie. Kamieniem milowym w karierze Joego Weidera
było oficjalne uznanie tej dyscypliny przez społeczność międzynarodową. Od tamtej pory
programy rozwoju kulturystyki mogły uzyskiwać rządowe wsparcie w krajach, w których
dofinansowuje się sport.
Mieszkałem już jednak w Stanach przez cztery lata i generalnie nic w podejściu do
kulturystyki się nie zmieniało. W dużych miastach były ze dwie siłownie, w których trenowali
kulturyści, a największe zawody nie przyciągały więcej niż czterypięć tysięcy fanów.
To mnie wkurzało, bo chciałem, żeby kulturystyka kwitła i żeby zarabiali na niej także
zawodnicy, a nie tylko promotorzy. Uważałem też, że jeśli na moje filmy mają w przyszłości
przychodzić miliony widzów, to powinni wiedzieć, skąd biorą się mięśnie i co to znaczy być
Mister Universe, Mister Olympia czy Mister World. Czekało nas więc dużo pracy w sferze
edukacji. Im bardziej znany byłby ten sport, tym większe miałbym szanse stać się jego wiodącą
postacią. Rozgrywający drużyny New York Jets, Joe Namath, nie miał problemów, żeby dostać
się do reklamy i filmu. Czołowi zawodnicy bardziej popularnych dziedzin sportu – futbolu
amerykańskiego, baseballu, koszykówki i tenisa – przechodzili na drugą stronę i zbijali forsę.
Wiedziałem, że mnie tak łatwo nie będzie. Musiałem zrobić coś więcej. Chciałem popularyzować
kulturystykę, żeby zainteresować nią więcej ludzi i wspomóc rozwój własnej kariery.
Jednak Joe Weider poruszał się po utartych szlakach. Nie chciał rozszerzać widowni poza
grono dotychczasowych fanów kulturystyki i piętnastoletnich chłopców – niezależnie od tego,
jak bym go prowokował.
– To komiksy! – mówiłem o jego czasopismach. – Jak Arnold sterroryzował swoje uda?,
Co mówią bicepsy Joego? Ale głupie tytuły!
– Dzięki nim magazyn się sprzedaje – odpowiadał Joe.
Uważał, że oferta handlowa powinna być spójna i że należy korzystać z każdej okazji, by
rozszerzać dystrybucję należących do niej produktów na świecie. Dobrze główkował, bo biznes
się rozwijał, lecz ja uświadomiłem sobie, że jeśli chcę promować kulturystykę, zdobywać dla niej
nową widownię, muszę znaleźć na to własny sposób.
Jesienią 1972 roku w drodze do Europy zatrzymałem się w Nowym Jorku i poznałem tam
dwóch ludzi, którzy naprowadzili mnie na właściwy trop: George’a Butlera i Charlesa Gainesa.
Butler był fotoreporterem, a Gaines dziennikarzem, obaj pracowali jako wolni strzelcy dla
magazynu „Life”. Jechali na zawody Mister Universe organizowane przez Joego Weidera
w Iraku. Powiedziano im, że jeżeli pragną poznać kulisy kulturystyki, powinni porozmawiać ze
mną.
Nie wierzyłem w swoje szczęście. Pierwszy raz chcieli rozmawiać ze mną dziennikarze
spoza środowiska kulturystycznego. Mieli dostęp do milionów czytelników, którzy nigdy nie
słyszeli o tym sporcie. Obaj byli mniej więcej w moim wieku i od razu znaleźliśmy wspólny
język. Jak się okazało, Gaines wiedział już co nieco o kulturystyce, wydał książkę zatytułowaną
Stay Hungry (Niedosyt), której akcja skupiała się wokół siłowni kulturystycznej w Alabamie. Był
to bestseller. On i Butler już raz tamtego lata połączyli siły, żeby napisać artykuł dla „Sports
Illustrated” o zawodach Mister East Coast, odbywających się w Holyoke w Massachusetts.
Myśleli o tym, żeby po przygotowaniu materiału dla „Life” napisać razem książkę. Wiedzieli, że
trafili na fascynujący temat, który większości Amerykanów jest wciąż nieznany.
Nie wybierałem się wprawdzie do Bagdadu, ale obiecałem, że jeśli zechcą poznać
środowisko kulturystyczne w Kalifornii, będę ich przewodnikiem i we wszystkim im pomogę.
Dwa miesiące później siedzieli w moim salonie w Santa Monica, aby poznać Joego Weidera.
Przedstawiłem sobie ich wszystkich i na początku o mało nie doszło do konfrontacji. Moi goście
zachowywali się jak pewni siebie młodzi ludzie, którzy wszystko wiedzą i na wszystkim się
znają, mimo że Charles miał styczność z kulturystyką dopiero od trzechczterech lat, a George
jeszcze krócej. Obaj wciąż pytali Joego, dlaczego nie popycha tego sportu w tym albo tamtym
kierunku, dlaczego nie zdobędzie sponsorów korporacyjnych i tak dalej, i tak dalej. Dlaczego nie
nakłonił ABC’s Wide World of Sports, żeby przekazywali relacje z organizowanych przez niego
imprez? Dlaczego nie wynajmował publicystów? Joe uważał, że nic nie wiedzą, że są tylko
dziennikarzami, że patrzą na wszystko z zewnątrz. Że nie rozumieją, jakie postacie i osobowości
przyciąga ten sport, nie mają pojęcia, jak trudno wprowadzić do niego duże firmy. Że nie można
tak po prostu pstryknąć palcami i powiedzieć: „Proszę, oto kulturystyka!” – i sprawić, że stanie
się ona równie popularna jak tenis, baseball czy golf.
Ale rozmowa przyniosła skutek. Weider zaprosił ich na następny dzień do siedziby swojej
firmy w San Fernando Valley, żeby mogli zobaczyć, jak pracuje. Tak oto kulturystyka zaczęła
wchodzić do głównego nurtu sportowego Ameryki. Myślę, że początki nie były dla Joego łatwe.
Nie wiedział, jak sobie radzić z całym tym zainteresowaniem, wyzbyć się poczucia, że ktoś
próbuje robić mu konkurencję, przebić go albo podkraść sportowców. Myślę, że trochę się tego
obawiał. Z czasem jednak zaczął doceniać ich sposób patrzenia na kulturystykę. Niebawem
zaczął zamieszczać w swoich czasopismach zdjęcia Butlera i artykuły Gainesa.
Ja stałem pośrodku. Rozumiałem obie strony i cieszyłem się z rozwoju wypadków, bo
wiedziałem, że ten sport potrzebuje świeżej krwi. Zastanawiałem się, czy współpracując
z Butlerem i Gainesem, też mógłbym wkroczyć w główny nurt – nabrać odpowiedniego
dystansu, żeby odmienić wizerunek kulturystyki i znaleźć sposób podniesienia jej rangi.
W następnych miesiącach książka, o której myśleli Butler i Gaines, zaczęła nabierać
kształtów. Zbierając materiały do Pumping Iron: The Art and Sport of Bodybuilding
(Pompowanie żelaza. Kulturystyka jako sztuka i sport), George i Charles stali się znanymi
postaciami w Gold’s. Byli zabawni i nadali zupełnie nowy charakter gronu stałych bywalców
siłowni. Charles Gaines był przystojnym, pewnym siebie gościem z zamożnej rodziny
mieszkającej w Birmingham w Alabamie. Jego tata był biznesmenem, a przyjaciele należeli do
country clubu. Jako nastolatek przeżył okres buntu: na jakiś czas rzucił college i podróżował
autostopem po kraju. Zawsze powtarzał, że odkrycie kulturystyki pomogło mu się ustatkować.
W końcu został nauczycielem i lubił spędzać czas na świeżym powietrzu. Gdy się poznaliśmy,
mieszkał w New England z żoną, malarką.
Gaines doszedł do wniosku, że istnieje cały świat fascynujących sportowych subkultur,
które nie są zbyt szeroko znane. Miał na myśli nie tylko kulturystykę, ale także wspinaczkę
lodową i narciarstwo ekstremalne. Był wysportowany, więc sam mógł uprawiać te sporty i potem
o nich pisać. Potrafił też opowiedzieć, co czuje podczas treningu ciężarowiec, gdy potrafi
wycisnąć na ławce piętnaście kilogramów więcej niż jeszcze przed miesiącem.
George Butler sprawiał bardziej egzotyczne wrażenie. Brytyjczyk, dorastał na Jamajce,
w Kenii i w Somalii oraz w Walii. Jego ojciec był bardzo angielski, surowy i wymagający.
Narzucał twardą dyscyplinę. George opowiadał także o pobycie na Karaibach, gdzie jako mały
chłopiec mieszkał z matką, podczas gdy ojciec dokądś wyjechał. Potem, jeszcze gdy był bardzo
młody, został wysłany do szkoły z internatem. Później pojechał do Groton, wstąpił na
Uniwersytet Karoliny Północnej i do Hollins College, gdzie poznał mnóstwo osób
z nowojorskich wyższych sfer.
Być może z powodu pochodzenia George mógł sprawiać wrażenie zimnego i nadętego.
Wciąż skarżył się na jakieś drobne niedogodności. Stale też nosił na ramieniu torbę L.L. Bean
z aparatem fotograficznym i notesem, w którym prowadził zapiski przez dwadzieścia cztery
godziny na dobę. Zawsze wydawało mi się to sztuczne, jakby zgrywał Ernesta Hemingwaya albo
jakiegoś sławnego odkrywcę.
Jednak żeby zmienić wizerunek, kulturystyka potrzebowała właśnie kogoś takiego jak
George. Potrafił fotografować ją tak, że ludzie mówili: „O rany, to niesamowite, popatrz!”. Nie
cykał póz kulturystycznych, bo te nie robiły wrażenia na opinii publicznej, fotografował
kulturystę jako małą postać na tle wielkiej flagi amerykańskiej. Albo zdumione twarze dziewczyn
z Mount Holyoke, podziwiających zawodników podczas zawodów kulturystycznych. Bracia
Weiderowie nigdy nie pomyśleli o czymś takim.
George potrafił zrobić coś z niczego. A może to nie było „nic”; może było takie tylko dla
mnie, ponieważ stykałem się z kulturystyką na co dzień i stanowiłem jej część, podczas gdy on
uważał ją za niezwykły sport. Kiedyś, po całodziennej sesji fotograficznej w Gold’s, zapytał
mnie:
– Jak ty to robisz, że chodzisz tak szybko po siłowni i nigdy nikogo nie potrącasz?
Dla mnie odpowiedź była oczywista: jeśli ktoś się zbliża, schodzisz mu z drogi! Po co na
siebie wpadać? Ale George widział w tym coś więcej. Kilka tygodni później usłyszałem, jak na
przyjęciu w gronie kolegów opowiadał to jako anegdotę.
– Kiedy byliśmy z Charlesem w siłowni, obserwowaliśmy uważnie, jak ci faceci się
poruszają. I czy uwierzycie? Przez cztery godziny, które tam spędziliśmy, nie widzieliśmy ani
razu, żeby któryś z tych potężnych kulturystów wpadł na innego! Chociaż jest tam ciasno,
wszędzie stoi sprzęt i brakuje miejsca, ani jeden nie wpadł na drugiego. Przechodzili tuż obok
siebie jak wielkie lwy w klatce, mijali się, nawet się nie muskając.
Słuchacze byli zafascynowani.
– O rany, ani razu na siebie nie wpadli?
– Ależ skąd. Jest jeszcze jedna sprawa: Arnold ani razu nie skrzywił się podczas treningu.
Podnosił ogromne ciężary i bez przerwy się uśmiechał. Pomyślcie tylko, co musi dziać się w jego
głowie? Jak musi widzieć swoją przyszłość, że ciągle się uśmiecha?
Pomyślałem: To genialne. Ja bym nigdy tego tak nie ujął. Mógłbym tylko powiedzieć, że
pobyt w siłowni daje mi radość, bo każde powtórzenie i każda seria ćwiczeń zbliża mnie o krok
do celu. Ale widząc, jak George to wyraża, jaką nadaje temu otoczkę, jak to rozgrywa
psychologicznie, uznałem, że to doskonały marketing.
Gdy tylko zorientował się, że jestem rozrywkowy i lubię poznawać ludzi, George zaczął
przedstawiać mnie znajomym w Nowym Jorku.
Poznawałem projektantów mody, dziedziczki wielkich majątków, ludzi kręcących filmy
artystyczne. George uwielbiał łączyć różne światy. Kiedyś zaprzyjaźnił się z facetem, który
wydawał czasopismo dla strażaków.
– To będzie coś nowego – mówił wszystkim – fachowa prasa dla strażaków,
funkcjonariuszy porządku publicznego, hydraulików czy wojskowych. – Znacznie wyprzedził ten
trend.
George nie tylko był fotografem, pragnął także zostać filmowcem i poważnie myślał o tym,
żeby zrobić ze mnie aktora. Filmował mnie podczas treningów, podczas zajęć w college’u albo
gdy z kimś rozmawiałem, a potem pokazywał te krótkie filmy znajomym i pytał:
– Czy nie byłoby ciekawie, gdyby ten facet dostał się do filmu?
Zaczął zbierać pieniądze na reportaż filmowy o kulturystyce, który bazowałby na sukcesie
książki.
Tymczasem Charles Gaines nawiązywał stosunki w Hollywood. Przedstawił mnie Bobowi
Rafelsonowi, reżyserowi Pięciu łatwych utworów, który kupił prawa do sfilmowania Stay
Hungry. Przygotowując z George’em książkę Pumping Iron, Charles zaczął także pracować
z Rafelsonem nad scenariuszem filmu. Poznałem Rafelsona, kiedy Charles przyprowadził go na
Venice Beach, żeby zobaczył, jak trenuję. Przyszła także żona Boba, Toby, która zrobiła kilka
zdjęć mnie i Francowi podczas treningu i doskonale się bawiła.
Dzięki znajomości z Bobem Rafelsonem nagle znalazłem się na zupełnie innej orbicie.
Wraz z nim poznałem cały „nowy Hollywood”: aktora Jacka Nicholsona i reżysera Romana
Polańskiego, którzy kręcili wtedy razem Chinatown, a także Dennisa Hoppera i Petera Fondę,
grających w Easy Riderze, realizowanym we współpracy z producentem Rafelsona, Bertem
Schneiderem.
Gaines i Butler nakłaniali Rafelsona, żeby obsadził mnie w Niedosycie, filmie, który
powstał na podstawie książki Stay Hungry. Głównym bohaterem filmu był kulturysta Joe Santo.
Rafelson jeszcze nie podjął decyzji, ale pamiętam, że któregoś wieczoru na początku 1974 roku
siedziałem w domu i słuchałem, urzeczony, jakie ma wobec mnie plany.
– Chcę, żebyś wiedział, że jeśli zrobimy razem ten film, twoje życie się zmieni. Pamiętasz,
co się stało z Jackiem po Pięciu łatwych utworach? Pamiętasz, co się stało z Dennisem
Hopperem i Peterem Fondą po Easy Riderze? Wszyscy zostali supergwiazdorami! Mam nosa do
ludzi, więc gdy zrobimy razem ten film, w twoim życiu nastąpi zmiana. Nie będzie takiego
miejsca, gdzie mógłbyś pójść nierozpoznany.
Byłem, oczywiście, zachwycony. Jeden z najmodniejszych reżyserów w Hollywood mówił,
że zrobi ze mnie gwiazdora! Tymczasem Barbara siedziała obok mnie na kanapie i patrzyła
w przestrzeń. Czułem, że w jej głowie kotłują się różne myśli. Jaki to będzie miało wpływ na
nasz związek i na mnie? Kariera odciągała mnie od niej. Barbara chciała, żebyśmy się pobrali,
ustatkowali, żebym otworzył sklep ze zdrową żywnością. Przeczuwała, że nadchodzi wielka
burza.
Oczywiście instynkt jej nie mylił. Skupiałem się na treningach, graniu i zabiegach, żeby
zaangażował mnie Rafelson, i nie myślałem o ślubie ani założeniu rodziny. Ale po wyjściu
Rafelsona powiedziałem Barbarze, żeby nie martwiła się tym, co powiedział, że to tylko takie
gadanie pod wpływem marihuany.
Podobało mi się, że zostałem wciągnięty do grona sław. Dom Nicholsona stał na „terenie
zamkniętym” przy Mulholland Drive, obok posiadłości Polańskiego, Warrena Beatty’ego
i Marlona Brando. Wszyscy oni zapraszali mnie i innych kulturystów do siebie na przyjęcia,
a czasami niektórzy z nich przychodzili do mnie i urządzaliśmy sobie barbecue na podwórku. To
było przezabawne: sąsiedzi przechodzący chodnikiem nie mogli uwierzyć własnym oczom, gdy
widzieli, kto tam jest. Ale jednocześnie upominałem samego siebie, żeby mnie nie poniosło.
Zaledwie ocierałem się o ten świat. W tamtym czasie byłem tylko fanem tych wszystkich osób.
Zetknąłem się ze środowiskiem, którego nie znałem. Przyjemnie było przebywać z tymi
ludźmi, obserwować ich, patrzeć, jak działają i podejmują decyzje, słuchać, jak rozmawiają
o projektach filmowych, o budowie domu, domku na plaży czy o dziewczynach. Pytałem ich
o aktorstwo i o to, jak odnieść sukces. A oni mówili, jak przygotowują się do roli, jak ją ćwiczą,
jak to się dzieje, że potrafią żyć chwilą i improwizować. Jack właśnie grał w Locie nad
kukułczym gniazdem i opowiadał, jakim wyzwaniem jest dla niego rola pacjenta szpitala
psychiatrycznego. Polański natomiast, który pracował z Nicholsonem w Chinatown, tłumaczył,
czym się różni kręcenie filmu w Hollywood i w Europie: w Ameryce są znacznie większe
możliwości, ale sam proces jest bardziej sformalizowany i mniej artystyczny. Wszyscy oni
podchodzili z wielką pasją do tego, co robili.
Liczyłem, że przy okazji uda mi się wkręcić do filmu, dostać jakąś drugoplanową rolę,
a jednocześnie myślałem sobie: To wielka promocja dla kulturystyki, że tacy ludzie uznają ten
sport.
***
Moja hollywoodzka kariera nigdy by się nie rozpoczęła, gdyby nie zbieg okoliczności.
Tamtego lata zorganizowaliśmy z Frankiem zawody kulturystyczne w Los Angeles. Wciąż
zależało mi na tym, żeby kulturystyka zyskała w Ameryce taką popularność, jak inne dziedziny
sportu. Byłem sfrustrowany tym, że imprezy kulturystyczne nie są reklamowane szerzej, wśród
masowej widowni. Wydawało mi się to niesprawiedliwe. Bo dlaczego mielibyśmy się ukrywać?
Ludzie narzekali, że dziennikarze są źle nastawieni do kulturystyki i wypisują o niej głupoty.
Owszem, to prawda, ale czy ktoś z nas rozmawiał z prasą? Czy ktoś kiedykolwiek usiadł
i wyjaśnił dziennikarzom, co właściwie robimy? Franco i ja stwierdziliśmy więc, że jeśli
kulturystyka ma wyjść z niszy, musimy promować ją sami. Wynajęliśmy wielką salę w centrum
miasta i kupiliśmy prawo do zorganizowania zawodów Mister International 1974.
Pojawiły się sygnały świadczące o tym, że moment jest odpowiedni. W Gold’s zaczęło
trenować wielu aktorów. Regularnie przychodził Gary Busey, Isaac Hayes, który zdobył Oscara
za napisanie muzycznego tematu przewodniego do filmu Shaft, codziennie zajeżdżał swoim
rollsroyce’em i ćwiczył razem z nami. Przedtem tylko aktorzy, którzy wzmacniali gejowski
wizerunek kulturystyki, przyznawali się, że trenują. Inni, tacy jak Clint Eastwood czy Charles
Bronson, byli umięśnieni i demonstrowali na ekranie wspaniałe ciała. Trenowali, ale
w tajemnicy. Jeśli ktoś mówił coś o ich mięśniach, odpowiadali: „Z takimi się urodziłem”.
Zaczęło się to jednak zmieniać i trening siłowy stawał się coraz bardziej popularny.
Kolejnym pozytywnym znakiem było to, że w siłowni pojawiły się także kobiety – i to nie
żeby gapić się na facetów, ale żeby się do nich przyłączać. Początkowo ich nie wpuszczano, bo
w siłowni Joego, jak również w innych, nie było oddzielnych toalet ani pryszniców. Prawda
jednak wyglądała tak, że faceci jeszcze nie dojrzeli do tego, żeby trenować z kobietami.
Kulturystyka była męskim światem. Tylko tego brakowało, żeby musieli w siłowni uważać na
słowa. Za dużo tam było męskich gadek i przeklinania. Powiedziałem jednak Joemu, że powinien
wpuszczać kobiety. W Monachium przekonałem się, że ma to dobre strony: w obecności kobiet
ćwiczyliśmy ciężej, nawet jeśli musieliśmy uważać na to, co mówimy.
Czasami panie, które ubiegały się o przyjęcie, były siostrami albo dziewczynami
kulturystów, a czasami trenowały już na plaży. Jeśli któraś musiała poćwiczyć przed jakimś
egzaminem fizycznym – żeby wstąpić do policji albo straży pożarnej – Joe udzielał jej
specjalnego pozwolenia: „Przychodź o siódmej rano, gdy jest mniej facetów, wtedy możesz
trenować. Nie musisz nic płacić, ja stawiam”.
Nigdy jednak nie podejmował żadnej decyzji bez zgody kulturystów. Czy radio ma grać?
Czy położyć na podłodze wykładzinę? Bo może zrobi się jak w lochu? To była siłownia
z prawdziwego zdarzenia dla facetów z prawdziwego zdarzenia. Odbyliśmy nieskończenie wiele
dyskusji, czy wpuścić kobiety. Wreszcie zdecydowaliśmy się na otwarte członkostwo, ale tylko
w przypadku twardych bab, które miały podpisać oświadczenie mniej więcej tej treści:
Rozumiemy, że w siłowni słyszy się wulgarne słownictwo, że hantle spadają na nogi i że zdarzają
się wypadki, rozumiemy, że są tylko męskie toalety i że musimy korzystać z łazienek na plaży.
Chciałem, żeby kulturystyka stała się powszechnie dostępna także dla kobiet, łącznie
z organizowaniem kobiecych mistrzostw kulturystycznych. To był przynajmniej pierwszy krok
do tego celu i zainteresowanych nie brakowało.
Mieliśmy poczucie, że zawody kulturystyczne przyciągają za mało ludzi – nieodmiennie od
pięciuset do tysiąca widzów – i że są źle organizowane. Czasami brakowało podkładu
muzycznego, konferansjer był marny, a oświetlenie do bani. Nikt nie wyjeżdżał po nas na
lotnisko. Wszystko przebiegało nie tak. Zdarzały się wyjątki, jak zawody Mister World
w Columbus czy Mister Universe w Londynie, ale większość imprez to była amatorszczyzna.
Sporządziliśmy listę zmian, jakie chcielibyśmy wprowadzić, i zaczęliśmy dzwonić do ludzi
z prośbą o radę.
Franco i ja wyznaczyliśmy nasze zawody na siedemnastego sierpnia. Wynajęliśmy
olbrzymią salę w centrum Los Angeles, w której kiedyś mieściło się kino na dwa tysiące trzysta
osób i która nazywała się Embassy Auditorium. W następnej kolejności zaangażowaliśmy
rzeczniczkę prasową Shelley Selover z biurem w Venice. Gdy wybraliśmy się do niej
z Frankiem, chyba nie miała bladego pojęcia o kulturystyce. Zadała nam jednak mnóstwo pytań,
słuchała nas przez jakiś czas i zgodziła się dla nas pracować.
– Mogę coś z tym zrobić – powiedziała. Było to z jej strony duże wotum zaufania.
Shelley od razu skontaktowała nas z dziennikarzem ze „Sports Illustrated”, starym wygą
Dickiem Johnstonem, który przyleciał z Hawajów, gdzie mieszkał, żeby lepiej poznać nasz sport.
Przed spotkaniem z nim uprzedziła nas:
– Dick chce przedstawić swoim szefom kulturystów jako sportowców, poważnych
sportowców, i napisać duży materiał. Możecie mu w tym pomóc?
Poszedłem więc na spotkanie z Johnstonem, mając w zanadrzu rozmaite przykłady: gdyby
ten a ten nie wybrał kulturystyki, zostałby gwiazdą baseballu, a tamten bokserem. I tak
zajmowaliby się sportem, ale kulturystyka była ich pasją i uważali, że w tej dziedzinie mają
największy potencjał. Dickowi Johnstonowi spodobała się taka koncepcja i obiecał, że przyjedzie
na nasze zawody, aby o nich napisać.
Franco i ja bardzo się napracowaliśmy, żeby zorganizować tę imprezę. Wiedzieliśmy, że
sama sprzedaż biletów nie pokryje kosztów. Musieliśmy kupić bilety lotnicze zawodnikom
z całego świata, zapłacić sędziom, wyłożyć pieniądze na wynajęcie sali, na reklamę, na
promocję. Szukaliśmy więc sponsorów. Isaac Hayes poradził, żebyśmy pogadali z jego kumplem,
wspaniałym bokserem Sugar Rayem Robinsonem, który miał fundację.
– Wejdzie w to – przekonywał Isaac. – Jego fundacja wspiera wszystkich, którzy startują ze
słabszej pozycji, kapujecie? Daje pieniądze dzieciom z biedniejszych rejonów śródmieścia
i przedstawicielom mniejszości. Tylko musisz mu powiedzieć, Arnoldzie, że jako Austriak
w Kalifornii i kulturysta należysz do mniejszości!
Francowi i mnie wydało się zabawne, że stanowimy mniejszość. Franco był bardzo
podekscytowany tym, że pozna jednego z największych bokserów w historii. Ja także się
cieszyłem – pamiętałem, że jako dzieciak widywałem Robinsona w kronikach filmowych.
W 1974 roku od około dziesięciu lat był już na emeryturze.
Po przyjeździe do fundacji zastaliśmy w poczekalni mnóstwo ludzi. Pomyślałem, że
wszyscy mają do niego sprawę i że to wspaniałe, iż jako eksmistrz, już na emeryturze, pomaga
tylu osobom.
W końcu przyszła nasza kolej. Sugar Ray zaprosił nas do swojego gabinetu i okazał
niezwykłą serdeczność. Byliśmy tak przejęci, że nawet nie słyszeliśmy, co mówił w pierwszych
sekundach. Poświęcił nam dużo czasu i cierpliwie wysłuchał naszej prośby o sfinansowanie
trofeów dla zwycięzców w organizowanych przez nas zawodach. Pod koniec zaczął się śmiać. To
było takie dziwne – dwóch cudzoziemców próbujących zorganizować międzynarodowy turniej
kulturystyczny w Los Angeles. Dał nam dwa tysiące osiemset dolarów na nagrody, a w tamtych
czasach to było dużo forsy. Poszliśmy i kupiliśmy naprawdę ładne trofea z małymi plakietkami,
na których kazaliśmy wygrawerować: Z donacji Sugar Ray Robinson Youth Foundation.
Przekonaliśmy się, że ludzie wcale nie są źle nastawieni do kulturystyki. Byli otwarci, tylko
po prostu nikt z nimi nie rozmawiał. Mieliśmy do czynienia z wolną od uprzedzeń Ameryką,
zawsze gotową nauczyć się czegoś nowego. A my chcieliśmy ludzi edukować. Ja miałem
osobowość. Wiedziałem, że anegdoty Gainesa spotykały się z dobrym przyjęciem. Słyszeliście,
jak agenci handlujący nieruchomościami mówią: „Lokalizacja, lokalizacja, lokalizacja”? Naszym
mottem było: „Prezentacja, prezentacja, prezentacja”.
Przed samymi zawodami Mister International zaczęliśmy rozwieszać w całym mieście
plakaty z hasłem: Największy pokaz mięśni w YMCA. Na plakacie byłem ja (pięciokrotny Mister
Universe, czterokrotny Mister Olympia), Franco (Mister Universe, Mister World), Frank Zane
(Mister America, Mister Universe), Lou Ferrigno (Mister America, Mister Universe), Serge
Nubret (największy gwiazdor kulturystyki w Europie) i Ken Waller (Mister America, Mister
World).
Ku mojemu zdziwieniu Shelley nie tylko zorganizowała szereg wywiadów prasowych, ale
także zdołała załatwić mi zaproszenie do ogólnokrajowych programów typu talkshow, w tym do
The Merv Griffin Show, The Tonight Show i The Mike Douglas Show. Wtedy do nas dotarło, że
mieliśmy rację: zainteresowanie było duże i wcale sobie tego nie wymyśliliśmy.
Oczywiście ze względu na stereotypowy wizerunek kulturysty nikt nie zamierzał dopuścić
mnie do głosu przed sprawdzeniem, co mam do powiedzenia. Za każdym razem musiałem po
południu, kilka godzin przed programem, pójść do studia, żeby ekipa się upewniła, czy ten
mięśniak może otworzyć usta i czy gada do rzeczy. Gawędziłem więc z zastępcą prowadzącego,
który po chwili wykrzykiwał:
– Świetnie! Potrafi pan powtórzyć to wszystko na wizji, przed publicznością?
Odpowiadałem wtedy:
– Wie pan, najciekawsze jest to, że przeważnie w ogóle nie widzę publiczności. Gdy
zaczynam mówić, nie zwracam na nic uwagi. Więc proszę się nie martwić, potrafię opanować
stres.
– Super, super.
Pierwszym programem, w którym wystąpiłem, był The Merv Griffin Show. Oprócz mnie
tamtego wieczoru zaproszono także komika Shecky’ego Greene’a. Usiadłem na scenie
i zamieniliśmy kilka słów, a potem Shecky zamilkł na moment, popatrzył na mnie i ryknął:
– Niewiarygodne! Ty umiesz mówić!
To wywołało gromki śmiech.
Gdy ktoś ustawia poprzeczkę tak nisko, nie może ci się nie udać. Shecky wciąż prawił mi
komplementy. Był bardzo zabawny i w rezultacie ja też wypadłem zabawnie. Była to zachęta nie
tylko dla mnie, ale i dla całej kulturystyki w Ameryce: widzowie oglądali kulturystę, który
w ubraniu wyglądał zupełnie normalnie, potrafił mówić, miał ciekawą historię i coś do
powiedzenia. Nagle ten sport zyskał twarz i osobowość. Ludzie myśleli: Nie wiedziałem, że ci
faceci są tacy zabawni! To wcale nie dziwactwo, to świetne! Ja też byłem zadowolony, bo w ten
sposób promowałem zawody o tytuł Mister International.
Franco i ja denerwowaliśmy się przed nadchodzącą imprezą, zwłaszcza po rozmowie
z George’em Eifermanem, jednym z byłych mistrzów kulturystyki, którego zaprosiliśmy do
grona sędziów. George był starszym panem, legendą kulturystyki (Mister America 1948 i Mister
Olympia 1962) i właścicielem kilku siłowni w Las Vegas. Tydzień przed zawodami przyszedł do
nas, aby udzielić nam rady. Franco, Artie Zeller i ja spotkaliśmy się z nim w Zucky’s.
George zaczął:
– Lepiej sprawdźcie, czy wszystko macie.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytałem.
– Prowadziłem takie zawody. Czasami zapominaliśmy o podstawowych sprawach.
– O jakich? – Zacząłem się pocić, nie bardzo wiedząc, o co mu chodzi. Byłem tak skupiony
na sprzedaży biletów, że może zapomniałem o jakimś ważnym drobiazgu.
– Na przykład, czy macie krzesła dla sędziów za stołem? Kto wam je załatwia?
Zwróciłem się do Franca:
– Pomyślałeś o krzesłach?
– Idiota z ciebie. Skąd miałem wiedzieć o krzesłach dla sędziów?
– Dobra, spiszmy to wszystko – zaproponowałem.
Zanotowałem, żeby przy następnej wizycie w sali widowiskowej zastanowić się, skąd
wziąć stół i dziewięć krzeseł dla sędziów.
George ciągnął:
– Będziecie potrzebowali ładnego sukna na stół… najlepiej zielonego, bo wygląda
poważnie. A pomyśleliście o kupnie bloczków dla sędziów, żeby mogli robić notatki?
– Nie.
– Postarajcie się, żeby do ołówków były temperówki.
– Cholera jasna.
George przerobił z nami cały program imprezy. Musieliśmy pomyśleć, jak ma wyglądać
scena, jak urządzić kulisy, skąd wziąć hantle i sztangi do rozgrzewki dla zawodników, jak je
przetransportować na zaplecze.
– Zastanawialiście się nad tym? – pytał George. – Ta sala na pewno podlega związkom
zawodowym, co więc możecie przenieść sami, a co musicie powierzyć ludziom ze związku?
Francowi i mnie oczywiście nie podobała się myśl, że musimy przestrzegać regulaminu
jakiegoś związku zawodowego, ale przypomnieliśmy sobie, że w Ameryce o wiele łatwiej
wszystko załatwić niż w Europie. Uzyskanie pozwoleń i płacenie podatków było znacznie
prostsze, a same podatki niższe. Poza tym ludzie, którzy obsługiwali salę, byli nastawieni bardzo
entuzjastycznie.
Widownia była pełna. Franco i ja osobiście odbieraliśmy zawodników z lotniska
i traktowaliśmy ich tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Przyjechali czołowi kulturyści,
mieliśmy dobry, doświadczony zespół sędziowski. Wieczorem przed imprezą zaprosiliśmy
sędziów, sponsorów i zawodników na przyjęcie, za które zapłaciliśmy ja i Franco. Dzięki
reklamie sala była wypełniona po brzegi, tak że w końcu trzeba było odprawić z kwitkiem
dwieście osób. A co najważniejsze, na widowni zasiedli ludzie z różnych branż i środowisk, nie
tylko kulturyści.
Mój sukces w The Merv Griffin Show sprawił, że stałem się znany. Shelley załatwiła mi
udział w następnych programach. Zawsze było tak samo. Ponieważ nikt nie miał wobec mnie
żadnych oczekiwań, reagowałem spontanicznie, a wtedy gospodarz wykrzykiwał:
– To fascynujące!
Wkrótce zorientowałem się, że podczas wywiadów w programach rozrywkowych można
zmyślać! Mówiłem na przykład: „W sześćdziesiątym ósmym roku »Playboy« przeprowadził
sondaż, z którego wynikało, że osiemdziesiąt procent kobiet nienawidzi kulturystów. Ale teraz to
się diametralnie zmieniło, bo osiemdziesiąt procent kobiet uwielbia umięśnionych facetów”.
Wszystkim bardzo się to podobało.
Występ w The Merv Griffin Show opłacił się też w innym sensie, co bardzo mnie
zaskoczyło. Rano po programie odebrałem w siłowni telefon od Gary’ego Mortona, męża Lucille
Ball i jej partnera w interesach.
– Widzieliśmy cię zeszłego wieczoru – powiedział. – Byłeś zabawny. Lucille ma dla ciebie
propozycję.
Lucille Ball należała wówczas do najbardziej wpływowych kobiet w telewizji. Zdobyła
światową sławę dzięki komediom sytuacyjnym Kocham Lucy, The Lucy Show i Here’s Lucy
i jako pierwsza kobieta wyrwała się spod dominacji wytwórni filmowych i prowadziła własną
firmę producencką, która przyniosła jej bogactwo. Morton wyjaśnił, że jego żona pracuje nad
programem telewizyjnym z udziałem Arta Carneya, znanego jako Ed Norton z sitcomu z lat
pięćdziesiątych pod tytułem The Honeymooners. Chciała, żebym zagrał rolę masażysty w jednym
z odcinków. Czy przyszedłbym po południu i przeczytał scenariusz? Nagle w słuchawce
odezwała się sama Lucy:
– Byłeś rewelacyjny! Super! Zobaczymy się później, prawda? Przyjdź, uwielbiamy cię.
Poszedłem do ich biura i ktoś dał mi scenariusz. Odcinek nosił tytuł Happy Anniversary
and Goodbye (Miłej rocznicy i żegnaj). Gdy go czytałem, ogarnęło mnie podniecenie. Lucille
Ball i Art Carney grali parę małżeńską w średnim wieku, Normę i Malcolma. Zbliża się
dwudziesta piąta rocznica ich ślubu, ale Malcolm, zamiast świętować, oświadcza, że jest
znudzony Normą, i proponuje, żeby się rozwiedli. Norma też jest zmęczona Malcolmem,
postanawiają więc rozstać się na próbę i Malcolm się wyprowadza. Wraca jednak do mieszkania
po coś, czego zapomniał, i zastaje Normę półnagą na łóżku, masowaną przez masażystę
imieniem Rico. Kobieta zgrywa się, żeby wywołać u męża zazdrość, co prowadzi do zabawnej
sprzeczki z udziałem rzeczonego masażysty.
Masażystą miałem być ja. Postać ta podczas godzinnego odcinka była na wizji przez
siedem minut. Pomyślałem sobie: To wspaniała okazja, wystąpię przed kamerą razem z Lucille
Ball i Artem Carneyem! Ponieważ Herkules w Nowym Jorku nie trafił na ekrany, miał to być mój
debiut filmowy, i to przed wielomilionową widownią.
Snułem fantazje na ten temat, gdy zostałem zaproszony na próbę czytaną. Na miejscu byli
już Lucy, Gary Morton i reżyser, a Lucy okazywała mi wielką serdeczność.
– Zeszłego wieczoru byłeś naprawdę komiczny! – powiedziała.
– Dobra, czytajmy.
Wszystko wydawało mi się egzotyczne. Nie miałem pojęcia, że podczas próby czytanej
aktor właściwie odgrywa już swoją rolę. Usiadłem i zacząłem czytać moją kwestię linijka po
linijce, jakbym chciał pokazać nauczycielowi, że umiem czytać.
– „Cześć, nazywam się Rico, pochodzę z Włoch i pracowałem tam jako kierowca
ciężarówki, ale teraz jestem masażystą”.
Lucy powiedziała:
– W porząąądku.
Zauważyłem, że reżyser dziwnie na mnie patrzy. W normalnych okolicznościach
powiedzieliby: „Dziękujemy panu bardzo. Zadzwonimy do pańskiego agenta”.
W moim przypadku nie mogli tego zrobić, bo nie miałem agenta. Nie było to też zwyczajne
przesłuchanie, ponieważ Lucy chciała, żebym to ja zagrał tę rolę, i nie zaprosiła na nie nikogo
innego. Przyszedłem na próbę, żeby mogła przekonać Gary’ego i reżysera do swojego pomysłu.
Od razu też pospieszyła mi na ratunek.
– Świetnie! – zawołała. – Teraz już wiesz, o co chodzi w tej scenie, prawda?
Potwierdziłem, a ona poprosiła:
– To opowiedz, tylko krótko.
– Hm… – zacząłem – przychodzę do ciebie, bo poprosiłaś, żebym zrobił ci masaż, a ty się
rozwodzisz albo jesteś w separacji, czy coś w tym rodzaju. Mam takie umięśnione ciało, bo we
Włoszech byłem kierowcą ciężarówki, a potem przyjechałem do Ameryki i zarabiam jako
masażysta, a nie kierowca.
– Właśnie tak. Możesz to powtórzyć w odpowiednim momencie, gdy cię poproszę?
Tym razem odegraliśmy scenę od samego początku, od chwili, gdy dzwonię do drzwi,
wchodzę do mieszkania z łóżkiem do masażu i je rozstawiam. Lucy gapi się na moje mięśnie
i pyta:
– Skąd masz takie ciało?
– Och, pochodzę z Włoch. Byłem kierowcą ciężarówki, a potem zostałem masażystą,
i bardzo się cieszę, że mogę cię wymasować.
– Ona tego nie słyszy. – Później jadę do następnego klienta. Zarabiam masowaniem trochę
pieniędzy, a poza tym to dobrze robi na mięśnie.
– Może trochę improwizacji? – zaproponowała.
Więc wymyśliłem na poczekaniu:
– Połóż się, to popracuję nad tobą.
– Doskonale, doskonale! – wykrzyknęła. – Co o tym myślicie, panowie?
– Zabawnie to wytłumaczył, no i ten włoski akcent – odparł reżyser.
– To niemiecki akcent – poprawiłem go. – Ale dla was to bez różnicy.
Zaśmiali się i powiedzieli:
– Dobra, masz tę robotę.
Lucy, Art Carney i ja powtarzaliśmy tę scenę codziennie przez tydzień. Carney właśnie
zdobył Oscara za główną rolę w filmie Harry i Tonto. Był bardzo śmieszny jako aktor i okazało
się, że ma jeszcze większe kłopoty niż ja z zapamiętaniem swoich kwestii. W piątek wreszcie
oznajmili:
– W poniedziałek kręcimy na żywo.
Czułem, że jestem przygotowany, więc powiedziałem, że to wspaniale.
W poniedziałek czekałem za kulisami z kilkoma innymi aktorami. Wreszcie przyszedł ktoś,
kto poinformował:
– Plan gotowy.
Zaprowadzili mnie za scenę, pod drzwi, przez które miałem wejść.
– Proszę tu stać, a kiedy zapali się zielone światełko, zadzwoni pan do drzwi i zacznie grać,
tak jak to ćwiczyliśmy.
Czekałem więc, trzymając za uchwyt łóżko do masażu. Byłem ubrany w szorty, tenisówki
i kurtkę, którą miałem zdjąć, odsłaniając wyciętą koszulkę bez rękawów i mięśnie, napompowane
i posmarowane olejkiem.
Zaświeciła się zielona lampka, więc zadzwoniłem do drzwi i Lucy je otworzyła. Wszedłem
na plan i wypowiedziałem swoją pierwszą kwestię:
– Jestem Rico.
Nagle rozległy się śmiechy i oklaski.
Tego nie ćwiczyliśmy. Nie miałem pojęcia, że „kręcenie na żywo” oznacza w tym
przypadku nagrywanie przez trzy kamery wideo i obecność publiczności w studiu. Nigdy
wcześniej nie słyszałem tego wyrażenia – bo gdzie miałem słyszeć, ja, kulturysta, który nigdy
wcześniej nie był w telewizji? Tymczasem Lucy grała swoją postać. Jako Norma wpatrywała się
jak zahipnotyzowana w moje potężne nogi i wywołała śmiech, mówiąc: „A ttak… eee… proszę
wejść… Och, już pan jest”, i obiegając mnie, żeby zamknąć drzwi.
Następnie miałem powiedzieć: „Gdzie to będziemy robili, tu czy w sypialni?”.
Stałem jednak jak skamieniały, trzymając łóżko do masażu, patrząc na światła i słuchając
śmiechu i oklasków setek ludzi siedzących w rzędach na widowni aż po sufit.
Lucy jako profesjonalistka zorientowała się, co się dzieje, i zaimprowizowała:
– Nie stój tak i nie gap się na obrazy! Przyszedłeś zrobić mi masaż… no nie?
Wtedy przypomniałem sobie następną kwestię i od tego momentu wszystko szło już
gładko. Przez cały czas rozlegały się oklaski.
Lucy była bardzo dobrą aktorką i czułem się tak, jakbym po prostu odpowiadał na jej
pytania, wcale nie miałem wrażenia, że gram. To była dla mnie prawdziwa lekcja i to ja
powinienem był im zapłacić, a nie oni mnie. Lucy jak mama śledziła potem moją karierę przez
wiele lat. Chociaż miała opinię twardej, dla mnie zawsze była bardzo miła i gdy tylko na ekrany
wchodził jakiś mój nowy film, pisała do mnie list z wyrazami uznania. Spotykałem ją często na
imprezach dla celebrytów, a wtedy zawsze ściskała mnie serdecznie i od razu uderzała
w poważny ton:
– Ręczę za tego człowieka. Zostanie wielkim gwiazdorem.
Lucy dała mi także radę dotyczącą Hollywood:
– Pamiętaj, kiedy mówią „nie”, ty słyszysz „tak” i odpowiednio reagujesz. Jeśli ktoś ci
mówi: „Nie możemy zrobić tego filmu”, ściskasz go i odpowiadasz: „Dzięki, że we mnie
wierzysz”.
***
Musiałem uważać, żeby moje przygody z telewizją nie przeszkodziły mi w treningach.
W lipcu Franco i ja zaczęliśmy ćwiczyć dwa razy dziennie, żeby przygotować się do jesiennych
zawodów. Broniłem tytułu Mister Olympia czwarty rok z rzędu, lecz pod wieloma względami
było to dalekie od rutyny. Po raz pierwszy turniej miał się odbyć w Madison Square Garden,
najpopularniejszej nowojorskiej hali widowiskowej, w której organizowano koncerty rockowe
i imprezy sportowe. To prawda, nasze zawody odbywały się w Felt Forum, liczącym cztery
tysiące pięćset miejsc, a nie na arenie, mieszczącej dwadzieścia jeden tysięcy osób. Ale mimo to
do Madison Square Garden przychodziło się, żeby oglądać Muhammada Alego i Joego Fraziera,
walczących ze sobą po raz pierwszy, czy Wilta Chamberlaina i Willisa Reeda. Albo posłuchać
Franka Sinatry i Rolling Stonesów. Rozgrywano tam mistrzostwa i większe turnieje sportów
uczelnianych.
Tak więc kulturystyka robiła duży krok do przodu. Ludzie widzieli mnie w telewizji, miała
się ukazać książka Pumping Iron. I dzięki niestrudzonym wysiłkom George’a Butlera wokół
zawodów Mister Olympia 1974 powstał taki szum, jak nigdy wcześniej. Znajoma Charlesa
Gainesa, Delfina Rattazzi, dziedziczka fortuny Fiata i późniejsza asystentka Jacqueline
KennedyOnassis w wydawnictwie Viking Press, miała po zawodach wydać w swoim mieszkaniu
przyjęcie dla ludzi związanych z książką. Zaprosiła dziesiątki modnych, popularnych osób, które
kiedyś kręciły nosem na kulturystykę. Nie miałem pojęcia, do czego to wszystko prowadzi, ale
wiedziałem, że muszę być w szczytowej formie.
Dziennikarze czasopism Joego Weidera wręcz wychodzili ze skóry, żeby podkręcić
zainteresowanie tym wydarzeniem. Nazywali je „superpucharem kulturystyki”. Miejsce
zawodów określali jako „współczesne rzymskie Koloseum”. Zawodnicy byli „gladiatorami
w śmiertelnej walce na mięśnie”, a sam turniej – „wielką wojną kulturystyczną siedemdziesiątego
czwartego roku” i „starciem tytanów”.
Największe zainteresowanie budził tamtego roku nowy wunderkind kulturystyki, Lou
Ferrigno, olbrzym z Brooklynu, mający sto dziewięćdziesiąt sześć centymetrów wzrostu i ważący
sto dwadzieścia kilogramów. Skończył dopiero dwadzieścia dwa lata i z każdym rokiem był
coraz lepszy. W 1973 roku zwyciężył w zawodach Mister America i Mister Universe, a teraz
trenował, żeby strącić mnie z podium jako Mister Olympia. W mediach ochrzczono go nowym
Arnoldem. Miał wspaniałą sylwetkę, szerokie ramiona, niewiarygodne mięśnie brzucha,
potencjał nie z tego świata i tylko jeden cel: trenować i wygrywać. Mówiąc dokładnie, Lou
trenował sześć godzin dziennie przez sześć dni w tygodniu – nawet moje ciało nie mogło tyle
wytrzymać. Uwielbiałem pozycję mistrza, ale czego jeszcze mogłem dowieść po zdobyciu tytułu
Mister Olympia cztery lata z rzędu? Poza tym moje interesy się rozrastały i może należało skupić
się na karierze w Hollywood? Przygotowując się do zawodów w Nowym Jorku, postanowiłem,
że wystąpię w nich po raz ostatni.
Ferrigno wygrał turniej Mister International, który organizowaliśmy z Frankiem w Los
Angeles. Był potężnie i symetrycznie zbudowany, i gdybym był sędzią, też bym na niego
głosował, mimo że jego ciało było wciąż niezdefiniowane – tak jak moje, gdy przyjechałem do
Ameryki – a pozy wymagały dopracowania. Gdyby to było moje ciało, mógłbym ukształtować je
w ciągu miesiąca i pobić wszystkich – łącznie ze mną samym. Lubiłem Lou, miłego, spokojnego
faceta z sympatycznej, ciężko pracującej rodziny. Był częściowo głuchy od dzieciństwa
i w okresie dorastania dużo przeszedł. Zarabiał na życie jako blacharz i trenował pod okiem ojca,
nowojorskiego policjanta w randze porucznika, który dawał mu w kość. Widziałem, że
kulturystyka jest dla Lou źródłem wielkiej dumy. Dzięki niej stał się kimś. Podobało mi się, że
facet pokonuje wszystkie przeszkody. Wiedziałem, jaki musi mieć stosunek do mnie. Jako
nastolatek był moim fanem i widział we mnie kogoś takiego jak ja w Sergiu Olivie: jako mistrz
musiał w końcu mnie pokonać.
Moim zdaniem jednak nie był jeszcze na to gotowy. To nie miał być jego rok. Trenowałem
więc dyskretnie, zachowywałem się powściągliwie i nie przejmowałem się, gdy ludzie mówili:
– Arnoldzie, musisz uważać. Jeśli sędziowie szukają nowych twarzy…
Albo:
– Może Weider sądzi, że jesteś zbyt niezależny? Może chce mieć nową gwiazdę?
Lou zjawił się w Nowym Jorku kilka dni przed turniejem, obroniwszy tytuł Mister
Universe w Weronie. Jego ojciec chwalił się w wywiadach prasowych, że teraz, gdy Lou wygrał,
nie zejdzie z podium przez dziesięć lat.
– Nie ma nikogo na horyzoncie, kto mógłby mu zagrozić – twierdził.
Ale rankiem przed zawodami Lou nie wziął udziału w programie, do którego został
zaproszony razem ze mną i Frankiem. Jest nieśmiały, naprawdę musi się trząść ze strachu,
pomyślałem. Zażartowałem sobie na wizji:
– Pewnie teraz siedzi w domu, przygląda się i chodzi wokół telewizora, pozując, żeby
sprawdzić, czy może ze mną rywalizować.
Tamtego wieczoru w Madison Square Garden nie był dla mnie zagrożeniem ani przez
chwilę. Podczas finałowej prezentacji Lou wyglądał na przygnębionego, jak debiutant, który
popełnił błąd. Bo go popełnił. Tak bardzo starał się zdefiniować mięśnie, że stracił za dużo na
wadze, jego ciało wydawało się bardziej żylaste i mniej muskularne niż moje. Na scenie, przed
wypełnioną po brzegi widownią, naśladowałem jego pozy i za każdym razem wypadałem lepiej.
Potem przyszedł moment, gdy stanęliśmy twarzą w twarz w takich samych pozach, eksponując
bicepsy. Wtedy uśmiechnąłem się do niego lekko, jakbym chciał powiedzieć: „Pokonałem cię”.
On to wiedział, tak samo jak sędziowie i publiczność.
Po zawodach Franco i ja nie zostaliśmy długo w Madison Square Garden; wymknęliśmy
się z Weiderami oraz moim starym kumplem Albertem Busekiem, który przyleciał z Monachium,
żeby napisać o turnieju, i pojechaliśmy na przyjęcie do Delfiny, promujące książkę Pumping
Iron. Gdy stanąłem w drzwiach jej mieszkania, sam zamieniłem się w debiutanta. Delfina miała
olbrzymi trzypoziomowy apartament, pięknie i modnie urządzony. Malowidła znajdowały się na
suficie zamiast na ścianach, tak że można było się nawalić, a potem rozłożyć na podłodze
i podziwiać dzieła sztuki.
Przez wielkie pokoje przepływał niekończący się potok ludzi. Przyjęcie obsługiwała firma
cateringowa i było doskonale zorganizowane, chociaż raczej nie bywałem na takich imprezach,
więc nie miałem porównania. Wszystko wyglądało nadzwyczajnie. Nigdy nie widziałem takich
ludzi, takiej elegancji, tak wysokich obcasów, takiej biżuterii, nie spotkałem tylu ciekawych
kobiet, aktorów, reżyserów, artystów, przedstawicieli świata mody i wielu innych, nieznanych mi
osób. Wszystko to było bardzo w stylu europejskim: wyrafinowani goście, stroje albo brak
takowych, geje, oryginały. Niczego nie brakowało.
Kręciłem więc tylko głową i mówiłem sobie: „To dopiero będzie ciekawe życie”. Nie
spodziewałem się czegoś takiego. To było moje pierwsze zetknięcie ze środowiskiem
showbiznesu i celebrytami w Nowym Jorku. Choćbyś nie wiem ile razy jeździł tam jako turysta
czy w interesach, nigdy nie wejdziesz do tego kręgu. Ale wtedy poczułem się w nim
akceptowany – a przynajmniej miałem wrażenie, jakbym oglądał przedstawienie z pierwszego
rzędu.
ROZDZIAŁ 10
Niedosyt
Bob Rafelson mieszkał w apartamencie producenta i reżysera Francisa Forda Coppoli
w hotelu SherryNetherland naprzeciwko Central Parku i dzień przed zawodami Mister Olympia
zaprosił mnie do siebie. Nie wiedziałem, że tak może wyglądać apartament. Był wielki jak dom.
Robił ogromne wrażenie. Ja przeważnie zatrzymywałem się w którymś z hoteli sieci Holiday Inn
lub Ramada. Mieć taką chatę i w niej nie siedzieć! Coppola tylko udostępniał apartament
znajomym. Były w nim piękne obrazy i meble, a także pełny całodobowy serwis hotelowy.
Zdumiała mnie też biblioteka wideo – cała ściana filmów podzielonych na gatunki: musicale,
sensacyjne, dramaty, komedie, historyczne, mitologiczne, animowane i tak dalej.
Następnego wieczoru podczas przyjęcia promującego książkę znajomi Rafelsona kręcili się
wokół mnie i uważnie mi się przyglądali. Bob ściągnął ich, bo chciał wiedzieć, co o mnie myślą.
Czy podobam im się jako człowiek? Czy nadam się do jego filmu?
Gaines i Butler od początku namawiali go, żeby dał mi główną rolę, rolę kulturysty
w Niedosycie. Ja także go do tego przekonywałem.
– Gdzie indziej znajdziesz takie ciało? – pytałem. – Szukanie zawodowego aktora to
nonsens! Ja to wszystko potrafię! Jestem pewny, że będę umiał zagrać pod twoim kierunkiem.
Gdy Charles streścił mi fabułę filmu, wydała mi się zabawna. Akcja rozgrywała się
w Birmingham w Alabamie, czyli mieście, w którym się wychował. Bohater, Craig Blake, to
młody arystokrata z Południa, który odziedziczył dużo pieniędzy i musi się w życiu odnaleźć.
Należy do country clubu, a pracuje jako przedstawiciel podejrzanej firmy deweloperskiej, która
w tajemnicy próbuje przejąć kwartał ulic w centrum miasta. W tym celu musi jednak kupić
siłownię.
W chwili gdy Craig wchodzi do siłowni, jego życie się zmienia. Poznaje ładną
recepcjonistkę, dziewczynę ze wsi, niejaką Mary Tate Farnsworth, i zaczyna go fascynować
środowisko kulturystyczne. Główna postać wśród kulturystów, Joe Santo, to Indianin z Ameryki
Północnej, który przygotowuje się do udziału w zawodach Mister Universe. Jest wesołym,
zabawnym facetem – czasem ćwiczy w kostiumie Batmana. On i inni kulturyści stają się
inspiracją dla bohatera, który zaczyna przejmować filozofię Joego Santo: „Nie można dorosnąć
bez ognia. Nie lubię, gdy jest mi zbyt wygodnie. Lubię czuć niedosyt”. Po wejściu w krąg
bywalców siłowni Craig uświadamia sobie, że nie może ich zdradzić, i od tego momentu akcja
nabiera tempa.
Rafelson zaangażował do roli Craiga swojego przyjaciela Jeffa Bridgesa, co było bardzo
ekscytujące, bo Bridges właśnie stał się nową gwiazdą, zagrał w Ostatnim seansie filmowym
i w nowej produkcji Clinta Eastwooda, Piorun i Lekka Stopa. Charles uważał, że ja byłbym
idealnym Joem Santo, więc zamiast Indianina zrobił z niego Austriaka.
Bob Rafelson w końcu podjął decyzję, może dlatego, że zobaczył mnie w sitcomie z Artem
Carneyem i Lucille Ball. Zadzwonił do mnie po emisji Happy Anniversary and Goodbye, który
nadano pod koniec października, i powiedział, że daje mi tę rolę.
– Jesteś jedynym facetem, który ma odpowiednie ciało i osobowość – oznajmił. – Ale
zanim zaczniesz świętować, musimy jutro się spotkać i obgadać sprawę.
Kiedy następnego dnia spotkaliśmy się w Zucky’s w Santa Monica, żeby zjeść razem
lunch, Bob był bardzo rzeczowy. Nigdy nie widziałem go pracującego w trybie „reżyser
filmowy”. Sam wyznaczał kierunek rozmowy i miał mi dużo do powiedzenia.
– Chcę, żebyś zagrał tę rolę, ale nie dam ci jej tak po prostu – zaczął. – Musisz na nią
zasłużyć. Czuję, że jeszcze nie jesteś gotowy, aby stanąć przed kamerą i dać mi to, na czym mi
zależy.
Nie bardzo wiedziałem, co ma na myśli, potem jednak załapałem, o co mu chodzi.
– Większość ludzi wyobraża sobie kulturystę jako faceta, który po wejściu do pokoju
wszystko strąca i rozbija. Kiedy coś mówi, to w sposób prymitywny. Kupiłem ten scenariusz, bo
gość, oprócz tego, że ma siłę, jest wrażliwy. W jednej scenie podnosi ciężary o wadze kilkuset
kilogramów, a w następnej bierze szklankę i mówi: „Wiesz, co to jest? Kryształ od Baccarata.
Tylko popatrz, jaki piękny, jaki delikatny”. To jeden z przykładów. Uwielbia także muzykę. Gra
na skrzypcach. Potrafi rozwodzić się bez końca nad jakością gitary. Ma w sobie kobiecą
delikatność i intuicję. To go charakteryzuje jako postać: potrafi zmieniać biegi. Bardzo trudno
coś takiego zagrać.
Zakonotowałem sobie w pamięci: będę musiał wziąć kilka lekcji gry na skrzypcach.
– Powiedziałeś mi na przykład – ciągnął Bob – że kulturystyka jest sztuką. Ale chcę, żebyś
usiadł z główną bohaterką i gdy ona mówi: „O rany, ale masz łydki!”, odpowiedział: „Łydka to
bardzo ważna część ciała. Żeby wygrać w zawodach, nie wystarczy mieć w tym miejscu mięsień.
Musi on mieć kształt serca, odwróconego serca. Widzisz? A obwód łydki, górnej części ramienia
i szyi powinien być taki sam. Ta zasada wywodzi się jeszcze od Greków. Gdy spojrzysz na
greckie posągi, zobaczysz, że mają piękne proporcje… nie tylko duże bicepsy, ale także potężne
ramiona i łydki”. – Chciał, abym mówił to wszystko nie jak kulturysta, lecz jak artysta albo
historyk sztuki, z uczuciem. – I musisz to potem powtórzyć przed kamerą. Słyszałem, że czasami
tak właśnie mówisz, ale czy potrafisz to zrobić, gdy zawołam: „Akcja!”? Dasz radę, gdy
będziemy robili zbliżenie, najazd, master shot i tak dalej? Wytrwasz w roli, a potem następnego
dnia znowu w nią wejdziesz, gdy scenariusz będzie wymagał, żebyś trenował do siódmych
potów, podnosząc z innymi facetami ciężary? Bo właśnie dzięki temu ta rola jest taka wyjątkowa.
Jeszcze nie wyczerpał listy swoich oczekiwań.
– Poza tym, jeśli masz być Joem Santo, musisz poradzić sobie także ze sceną w country
clubie na Południu, gdzie odbywają się wielkie przyjęcia i gdzie ci głupi ludzie przez cały czas
popijają drinki. Wszystko, co masz, osiągnąłeś ciężką pracą, a twój nowy znajomy, Craig Blake,
odziedziczył mnóstwo forsy, chodzi w eleganckim garniturze i chce być twoim przyjacielem.
Jaki masz do tego stosunek? Myślę, że możesz się tego wszystkiego nauczyć. Ale zanim
zaczniemy zdjęcia, chciałbym, żebyś wziął lekcje gry aktorskiej.
Bob musiał spodziewać się z mojej strony sprzeciwu, bo wyglądał na zaskoczonego, że od
razu się zgodziłem. Nie tylko ktoś wytłumaczył mi wreszcie, na czym polega aktorstwo, ale
jeszcze przedstawił to jako wyzwanie. Dostałem tę rolę nie dlatego, że wygrałem w zawodach
Mister Olympia i dogadywałem się z kumplami reżysera. Musiałem na nią zasłużyć, co bardzo
mi odpowiadało.
Bob postawił jeszcze jeden warunek, tym razem cięższy: chciał, żebym ze stu dziewięciu
kilogramów schudł do dziewięćdziesięciu pięciu.
– W obiektywie kamery ciało wydaje się większe – wyjaśnił. – Nie chciałbym, żebyś
przytłaczał innych aktorów swoimi rozmiarami. Możesz ważyć dziewięćdziesiąt pięć
kilogramów i odgrywać Mister Universe.
To było wygórowane żądanie. Wiedziałem, że jeśli zejdę z wagą do dziewięćdziesięciu
pięciu kilogramów, będę musiał pożegnać się z wizją siebie jako najbardziej umięśnionego faceta
na świecie. Nie mogłem zjeść ciastka i mieć ciastka, byłem więc zmuszony podjąć decyzję, do
której i tak już się skłaniałem: żeby wycofać się z zawodów kulturystycznych. Uprawiałem
kulturystykę już dwanaście lat, a filozofia filmu do mnie przemawiała. Podobało mi się jego
przesłanie: należy czuć w życiu niedosyt i nie tkwić w jednym miejscu. Jako dziesięciolatek
chciałem być w czymś tak dobry, żeby poznał mnie cały świat. Teraz chciałem być równie dobry
w czymś nowym, a nawet lepszy.
Nauczyciel, do którego Rafelson mnie wysłał, Eric Morris, udzielał także lekcji Jackowi
Nicholsonowi. Miał studio w Los Angeles i wciąż pamiętam jego adres oraz numer telefonu, bo
w następnych latach skierowałem do niego mnóstwo ludzi. Przy drzwiach widniał napis: „Nie
graj”. Gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, trochę się zdziwiłem. Ale firma producencka opłaciła
mi trzy miesiące prywatnych lekcji i zajęć, więc byłem gotów spróbować.
Okazało się, że Morris to chudy facet pod czterdziestkę, z szopą jasnych włosów
i przenikliwymi oczami. Jego pełne motto brzmiało: „Nie graj. Bądź autentyczny”. Zawsze
z wielkim entuzjazmem opowiadał o swoich odkryciach i o tym, czego brakuje innym teoriom
dotyczącym gry aktorskiej. Nie znałem innych teorii, wiedziałem jednak, że świat, który Morris
przede mną otwiera, jest niesamowity.
Po raz pierwszy usłyszałem wtedy, żeby ktoś tak mówił o emocjach: lęku, poczuciu
niższości, poczuciu wyższości, wstydzie, zachęcie, swobodzie, braku swobody. Poznałem
zupełnie nowy język.
To było tak, jakbym został hydraulikiem, nagle usłyszał o jakichś częściach czy
narzędziach i pomyślał: Nawet nie wiem, jak się pisze nazwy tych rzeczy. Jakby zalało mnie
morze nowych słów i musiałbym zapytać: „Co one znaczą?”.
Zetknąłem się ze światem, który dotąd ignorowałem. Podczas zawodów nie pozwalałem
sobie na żadne emocje. Człowiek musi nad nimi panować, bo inaczej zejdzie z wyznaczonej
ścieżki. Kobiety stale mówiły o uczuciach, ale ja uważałem, że to głupoty. W moim planie nie
było miejsca na coś takiego. Nie przyznawałem się do tego dziewczynom, bo to by im się nie
spodobało – po prostu słuchałem i odpowiadałem tylko: „Uhm, rozumiem”. W aktorstwie
chodziło o coś zupełnie przeciwnego. Trzeba było ulegać emocjom i pokonywać wewnętrzne
bariery obronne, bo to pozwalało stać się lepszym aktorem.
Jeśli trzeba było pokazać jakieś uczucie na scenie, Morris kazał odwołać się do swojej
pamięci i skojarzyć je z jakimś wrażeniem. Powiedzmy, że zapach kawy przypomina nam czasy,
gdy mieliśmy sześć lat i nasza matka parzyła kawę, pewnie nie dla nas, ale dla naszego ojca.
Wyobrażałem więc sobie kuchnię, z matką i ojcem, i to wprowadzało mnie w określony stan
emocjonalny. Inicjował to zapach kawy. Podobnie może być z zapachem róży: na przykład
pierwszy raz kupiliśmy te kwiaty dla naszej dziewczyny. Widzimy ją przed sobą: jak się
uśmiecha, jak nas całuje, i to również wprowadza w pewien nastrój. Albo słyszymy piosenkę
z lat sześćdziesiątych i przenosimy się w czasy, gdy ktoś nastawiał radio w siłowni, kiedy
ćwiczyliśmy. Morris pomagał mi przywoływać określone emocje, które musiałem oddać
w Niedosycie. Mówił:
– Gdy bierzesz udział w zawodach kulturystycznych i wygrywasz, jesteś upojony czy
spięty do granic możliwości? To może nam się przydać podczas jakiejś sceny.
Wyjaśniałem mu, że kiedy wygrywam, nie jestem specjalnie upojony, ponieważ uważam,
że zwycięstwo mi się należy. To element tej roboty. Startuję w zawodach, żeby wygrać. Nie
czuję więc radości: „O rany! Wygrałem!”. Zamiast tego mówię sobie: „Dobra, udało się. A teraz
przejdźmy do następnego zadania”.
Tłumaczyłem, że zawsze bardziej upajały mnie niespodzianki. Gdy udało mi się zdać
wszystkie egzaminy na UCLA, wychodziłem z uczelni uradowany, bo choć liczyłem, że je zdam,
było to dla mnie miłe zaskoczenie. Albo otrzymanie niespodziewanego prezentu pod choinkę na
przyjęciu gwiazdkowym. Próbowałem to wytłumaczyć Morrisowi. Wtedy on mówił po prostu:
– Dobra, cofnijmy się pamięcią do takich chwil.
Drążył i drążył. Kiedy się zakochałem? Kiedy miałem poczucie, że zostałem wykluczony
z jakiegoś grona? Jak się czułem, gdy odszedłem z domu? Jak się czułem, gdy rodzice
powiedzieli mi, że czas, abym zaczął im płacić Kostgeld, pieniądze na utrzymanie, jeśli nadal
chcę z nimi mieszkać? Amerykanie na ogół wcześnie wyprowadzają się z domu, więc jak się
czułem? Podsuwał mi różne sytuacje, aż docierał do określonych emocji.
Z początku źle to znosiłem.
– Nigdy nie grzebałem się w takich sprawach. To nie w moim stylu.
Nie wierzył w ani jedno moje słowo.
– Chcesz uchodzić za faceta, który nie doświadcza żadnych emocji, ale się nie łudź. To, że
nie zwracasz na nie uwagi albo je lekceważysz, nie znaczy, że nie są częścią ciebie. Przeżywasz
różne uczucia, bo widzę to w twoich oczach, gdy mówisz pewne rzeczy. Bujać to my, ale nie nas.
Uczył mnie odwoływać się do emocji, których kiedyś doświadczyłem i które miałem
w pamięci.
– Wszyscy nosimy w sobie uczucia – tłumaczył. – Aktorstwo polega na tym, żeby je jak
najszybciej przywołać. Jak myślisz, dlaczego niektórzy aktorzy potrafią płakać na zawołanie?
Nie mechanicznie, tylko naprawdę, tak że drżą im usta i ściąga się twarz. Jeśli dzieje się coś
takiego, to znaczy, że aktor potrafi przywołać szybko jakieś bardzo, bardzo przykre
wspomnienie. I reżyser powinien uchwycić to w pierwszych dwóch ujęciach, bo powtarzanie
prowadzi do rutyny. Zresztą nie wolno bezkarnie igrać z psychiką. Ale nie boję się o to
w przypadku Boba Rafelsona, ponieważ to dobry reżyser. Doskonale zdaje sobie z tego
wszystkiego sprawę.
Jest taka scena w Pięciu łatwych utworach, w której Jack Nicholson płacze. Eric
powiedział mi, że Rafelson zarządził przerwę w zdjęciach i rozmawiał z Nicholsonem bite dwie
godziny, dopóki ten nie wszedł w nastrój. Gadali o czymś z jego życia, zbyt cicho, żeby inni na
planie mogli usłyszeć. Potem Bob powiedział: „Dobra, Jack, tak trzymaj” – pozostali aktorzy
wrócili na plan, zaczęli grać i Nicholson się rozpłakał.
– Bob wprowadził go w taki stan – wyjaśniał Eric. – Czasami jest to trudne, czasami łatwe,
czasami w ogóle się nie udaje i trzeba spróbować innego dnia. Ja tylko chcę dać ci narzędzie –
ciągnął.
– Może nie płakałeś, gdy zginął twój brat, ale płakałeś, gdy umarł ojciec. A może
przygnębia cię to, że ty jesteś tutaj, oni nie żyją i zostaliście z matką sami? – Próbował na
wszystkie sposoby, lecz jeśli chodzi o płacz, ciągle natykaliśmy się na mur. Nie potrafiłem
przypomnieć sobie niczego, co uruchomiłoby właściwe emocje. Nic nie działało. Uznaliśmy, że
płacz na zawołanie będzie musiał poczekać.
Chodziłem do niego nie tylko na lekcje indywidualne, ale także na zajęcia grupowe, które
odbywały się trzy razy w tygodniu od dziewiętnastej do dwudziestej trzeciej. Grupa liczyła
dwadzieścia osób, pracowaliśmy razem nad scenami albo wykonywaliśmy ćwiczenia aktorskie
i bywało zabawnie. Morris wybierał jakiś temat, powiedzmy, gniew i frustracja.
– Chcę, żebyśmy o tym porozmawiali. Co wywołuje u was frustrację? – pytał.
Przez pierwszą godzinę wszyscy kolejno opowiadaliśmy o sytuacjach, gdy czuliśmy się
zagniewani i sfrustrowani. Następnie Morris mówił:
– Dobra. Zapamiętajmy te sytuacje. A teraz niech każdy z was wymyśli kilka zdań,
wypowie kilka słów, które świadczą, że jesteście sfrustrowani.
Odgrywaliśmy więc na poczekaniu frustrację. Następne zajęcia były poświęcone czytaniu
tekstu podczas przesłuchania i tak dalej, i tak dalej.
Mniej zabawne były te wieczory, gdy Morris odwoływał się do tego, co mówiłem mu
podczas lekcji indywidualnych, i wałkował to przy wszystkich. W ten sposób chciał dotrzeć do
żywego mięsa. Pastwił się nade mną bezlitośnie albo sprawiał, że czułem się zażenowany. Na
przykład czytałem kwestię z Niedosytu, którą ćwiczyliśmy na lekcjach indywidualnych, a on mi
przerywał i krzyczał:
– Co to ma być, do cholery?! To wszystko, na co cię stać? Tamtego południa, gdy to
przerabialiśmy, aż dostałem gęsiej skórki, a teraz nie czuję nic. Mam wrażenie, że próbujesz się
popisywać albo stosujesz którąś z tych swoich sztuczek. A tu nie ma miejsca na sztuczki. Tu
chodzi o coś zupełnie innego. Zacznij od nowa.
Prywatne lekcje skupiały się w taki czy inny sposób na scenariuszu. Morris mówił:
– Prześledzimy cały tekst linijka po linijce, przeanalizujemy nawet te sceny, które pozornie
nie mają z tobą nic wspólnego, żebyś się przekonał, że tak naprawdę mają. Musimy dojść do
tego, dlaczego znalazłeś się na Południu, co to dla ciebie znaczy, gdy poznajesz tych ludzi
z country clubu, którzy tylko wydają odziedziczone pieniądze i popijają wieczorami koktajle.
Musimy zrozumieć rolę pogody, siłowni, oszustów, którzy orzynają, kogo się da.
Omawialiśmy więc tekst strona po stronie, linijka po linijce. Dyskutowaliśmy o każdej
scenie. Zaczynałem uczyć się swojej kwestii, a potem analizowaliśmy ją jeszcze raz. Grałem
najpierw w obecności Morrisa, a potem, wieczorem, przed całą grupą – Morris przydzielał na
przykład rolę Mary Tate jednej z dziewczyn.
Później kazał mi czytać tekst przed Bobem Rafelsonem. Widywałem korowody aktorów,
mężczyzn i kobiet, przewijających się przez gabinet Boba, aby zaprezentować swoje role. To mi
przypominało – na wypadek gdybym zapomniał – jakim wielkim przedsięwzięciem jest ten film.
Rafelson pokazywał mi, jak to wszystko działa, i uczył mnie rzeczy daleko wykraczających poza
aktorstwo. Zawsze wyjaśniał, dlaczego coś robi.
– Wybrałem tego gościa, bo wygląda jak chłopiec z country clubu.
Albo:
– Kręcimy w Alabamie, ponieważ w Kalifornii nie znajdziemy takiej soczystej zieleni,
barów ostrygowych ani tła, które przyda autentyczności całej historii.
Gdy do roli Mary Tate wybrał Sally Field, udzielił mi ważnej lekcji.
– Widzisz? Przesłuchałem te wszystkie dziewczyny i najlepsza okazała się latająca
zakonnica!
– Kto to jest latająca zakonnica?
Musiał mi wytłumaczyć, że ma na myśli Sally Field, znaną wszystkim jako latająca
zakonnica, bo przez wiele lat grała siostrę Bertrille w telewizyjnym sitcomie. Gdy już to sobie
wyjaśniliśmy, przeszedł do ważnej sprawy:
– Wszyscy myślą, że wiedzą, co dziewczyna ma zrobić, żeby dostać rolę. Panuje
przekonanie, że musi przespać się z reżyserem. I przyszły do mnie z taką propozycją dziewczyny
o dużych cyckach, długich włosach i wspaniałych ciałach. Ale w końcu to latająca zakonnica
dostała rolę. Nie ma dużych cycków, nie ma apetycznego ciała, nie pchała mi się do łóżka. Ma
jednak coś, czego najbardziej potrzeba do tej roli, czyli talent. To poważna aktorka, więc kiedy tu
przyszła i pokazała, co potrafi, byłem pod wrażeniem.
Ponieważ był to mój pierwszy większy film i nie byłem zawodowym aktorem, Bob uważał,
że byłoby dobrze, gdybym pokręcił się po studiu i zobaczył, jak wygląda praca przy innych
filmach. Zadzwonił więc na kilka planów, żebym mógł przyjść i przez godzinę obserwować, co
się dzieje. To było przeżycie, usłyszeć, jak zapada cisza, gdy reżyser mówi: „Kręcimy!”. Dobrze
było także wiedzieć, że „akcja” wcale nie musi oznaczać akcji, że aktorzy wciąż nie są
przygotowani i pytają: „Jaka jest moja pierwsza kwestia?”.
W ten sposób Bob uczył mnie, że owszem, będzie trzynaście ujęć, że tak, to normalne, ale
tylko jedno z nich znajdzie się w filmie. I żebym się nie przejmował, gdy powie po raz trzynasty:
„Zróbmy to jeszcze raz”. Nikt nie będzie o tym wiedział. I żebym się nie martwił, jeśli w środku
sceny zakaszlę.
– Wytniemy to, ujmiemy pod tym czy innym kątem.
Im dłużej przebywałem na planach filmowych, tym pewniej się czułem.
Po obsadzeniu Sally Field Bob zaczął nalegać, żebym zrzucił kilkanaście kilogramów. Ona
jest taka niska, tłumaczył; jeśli nie schudnę, będzie przy mnie wyglądała jak krewetka.
– Gdy już przyjedziemy do Birmingham, dzień przez rozpoczęciem zdjęć każę ci wejść na
wagę i jeśli się okaże, że ważysz więcej niż dziewięćdziesiąt pięć kilo, nie zagrasz w filmie –
groził.
Eric Morris nie uczył gwiazdy kulturystyki, jak pozbyć się mięśni, byłem więc zdany na
siebie. Najpierw musiałem popracować nad sobą mentalnie – uwolnić się od wizerunku
ważącego sto trzynaście kilogramów Mister Olympia, który miałem w głowie. Zacząłem
wyobrażać sobie siebie jako smukłego i wysportowanego. I nagle to, co widziałem w lustrze,
zaczęło mi przeszkadzać. Dzięki temu straciłem ochotę na wszelkie koktajle proteinowe oraz
dodatkowe steki i kurczaki, do których byłem przyzwyczajony. Widziałem siebie raczej jako
biegacza niż ciężarowca i zmieniłem cały program treningu, poświęcając więcej czasu na
bieganie, jazdę na rowerze i pływanie, a nie podnoszenie ciężarów.
Przez zimę powoli traciłem na wadze i byłem z tego zadowolony. Żyłem jednak zbyt
intensywnie. Prowadziłem biznes wysyłkowy i chodziłem na zajęcia z aktorstwa, studiowałem,
trenowałem po trzy godziny dziennie i pracowałem na budowach. Trudno było to wszystko
pogodzić. Często czułem się przytłoczony i zacząłem zadawać sobie pytania: „Jak to wszystko
ciągnąć? Jak podczas robienia jednego nie myśleć o drugim? Jak mam się wyłączyć?”.
Wśród
ludzi
na
plaży
w Venice
dużą
popularnością
cieszyła
się
medytacja
transcendentalna. Bywał tam pewien facet, którego polubiłem, chudy gość uprawiający jogę,
w pewnym sensie moje przeciwieństwo. Często gawędziliśmy i w końcu odkryłem, że jest
instruktorem medytacji transcendentalnej. Zaprosił mnie na jedne ze swoich zajęć w centrum
niedaleko UCLA. Było w tym trochę hokuspokus: należało przynieść owoc, chusteczkę
i odprawić kilka małych rytuałów. Starałem się jednak na tym nie skupiać, bo gdy usłyszałem, że
mówią o potrzebie wyłączenia się i odświeżenia umysłu, poczułem się, jakbym doznał
objawienia. Arnold, jesteś idiotą, pomyślałem. Poświęcasz tyle czasu swojemu ciału, a nigdy nie
myślisz o umyśle: co zrobić, aby działał sprawniej, jak złagodzić stres. Gdy masz skurcze mięśni,
musisz wprowadzić więcej ćwiczeń rozciągających, wejść do jacuzzi, poprzykładać lód,
zwiększyć dawkę minerałów. Dlaczego więc wydaje ci się, że umysł działa inaczej? Jest
zestresowany, zmęczony, znużony, ma dość – znajdź więc sposób, jak mu pomóc.
Wyznaczyli mi mantrę i nauczyli mnie wykorzystywać dwudziestominutową medytację,
żeby przenosić się w rejony, gdzie się nie myśli. Nauczyli mnie, jak się wyłączać, by nie słyszeć
tykania zegara w tle ani rozmów. Jeśli uda ci się to choć na kilka sekund, już odniosłeś pewną
korzyść. Im bardziej przedłużasz tę chwilę, tym lepiej.
W tym czasie w życiu Barbary też zachodziły zmiany. Ona i żona Franca, Anita, zapisały
się na Erhard Seminars Training, popularne kursy, na których uczono, jak nad sobą pracować.
Zapytały nas, czy chcemy z nimi na nie chodzić, ale obaj z Frankiem uznaliśmy, że nie musimy.
Wiedzieliśmy, dokąd zmierzamy. Wiedzieliśmy, czego chcemy. Mieliśmy kontrolę nad swoim
życiem, czego podobno uczono właśnie na EST.
Na pierwszych zajęciach zapowiedziano, że nikt nie może opuszczać sali, aby pójść do
toalety. Chodziło o to, że jeśli nie potrafisz zapanować nad pęcherzem, to jak masz zapanować
nad sobą czy kimkolwiek innym z twojego otoczenia?
Byłem zdumiony, że ludzie są gotowi płacić za coś takiego! Ale skoro Barbara i Anita
chciały tam chodzić, nie miałem nic przeciwko temu.
Po powrocie do domu z zajęć w pierwszy weekend obie, Barbara i Anita, były bardzo
zadowolone i podbudowane. Franco i ja zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy też zapisać się na
EST. Jednak w drugi weekend zdarzyło się coś, co sprawiło, że Barbara i Anita wpadły w czarną
dziurę. Wróciły złe, z przekonaniem, że wszystko w ich życiu jest nie tak i że winę za to ponosi
każdy, tylko nie one. Barbara miała pretensje do swojego ojca. Była najmłodsza z trzech sióstr
i uważała, że traktował ją jak syna, którego nigdy nie miał. Zrobiłem jej z tego powodu awanturę.
Naprawdę lubiłem staruszka i nie mogłem zrozumieć, o co jej chodzi. Według mnie nic nie
świadczyło o tym, że traktował ją jak chłopca. Wtedy zarzuciła mi, że chcę ją zdominować i że
nie poświęcam jej wystarczająco dużo uwagi.
Mieszkaliśmy razem już od trzech lat i zwykle dobrze się dogadywaliśmy. Ale Barbara
była normalną osobą, która pragnęła normalnych rzeczy, a we mnie nie było nic normalnego.
Moje ambicje nie były normalne, wizja tego, co chcę w życiu osiągnąć, wykraczała poza granice
normalności. Całe to wyobrażenie o zwyczajnej egzystencji było dla mnie tak nierealne jak
kryptonit. Kiedy Barbara zobaczyła, że odchodzę od kulturystyki w stronę aktorstwa, uznała
chyba, że nie ma dla nas przyszłości. Gdy tylko wyjechałem do Alabamy na zdjęcia do
Niedosytu, wyprowadziła się ode mnie.
Było mi naprawdę przykro. Barbara stanowiła część mojego życia. Z czasem zacząłem
darzyć ją uczuciami, których wcześniej nie znałem. Dobrze było kogoś mieć, nie wieszać
samemu obrazów na ścianach, tylko mieszkać z kimś, dzielić z nim przestrzeń, wybierać razem
meble i dywany. Poczucie przynależności do jej rodziny było krzepiące i wspaniałe. Byliśmy
jednością, która nagle się rozpadła. Starałem się to zrozumieć. Początkowo myślałem, że może
Bob Rafelson powiedział jej: „Chcę, żeby Arnold stał się wrażliwszy. Muszę zobaczyć, jak
płacze. Jeśli chcesz mi pomóc przy tym filmie, wyprowadź się, żeby pocierpiał”. W innym
przypadku nasze rozstanie wydawało mi się bez sensu.
Wiedziałem, że tracę coś cennego. Emocje podpowiadały mi, że powinniśmy być razem,
ale rozum mówił, że Barbara ma rację. Na dłuższą metę to by się nie udało. Barbara chciała
założyć rodzinę, a ja potrzebowałem wolności, żeby się zmieniać i rozwijać. Lata życia z nią
nauczyły mnie jednego: dobry związek może wzbogacić życie.
***
Birmingham było małym miastem przemysłowym, mniej więcej wielkości Grazu, i to, że
kręcono w nim zdjęcia do Niedosytu, stało się wielką sensacją. Przyjechaliśmy tam w kwietniu
1975 roku i po kilku tygodniach zaczęły się letnie upały. Bardzo mi się tam podobało. Kręciliśmy
przez trzy miesiące, więc dobrze poznałem miasto, wszystkie knajpy, bary ostrygowe
i restauracje. Hotel, w którym mieszkaliśmy, był świetny. Ludzie okazywali nam niezwykłą
życzliwość, a ponieważ właśnie stamtąd pochodził Charles Gaines, byliśmy zapraszani na
mnóstwo przyjęć. Po zerwaniu z Barbarą chętnie przebywałem z dala od domu.
Gdy tylko zacząłem próby z Sally Field, zrozumiałem, o czym mówił Rafelson. Sally była
profesjonalistką, w ciągu kilku sekund potrafiła się rozpłakać, wpaść w złość i tak dalej, zależnie
od tego, czego od niej wymagano. Żywa i pełna energii stanowiła też fajne towarzystwo. Byłem
wdzięczny jej i Jeffowi Bridgesowi, że mi pomagają. Jeff, bardzo skromny, trochę hippis, lubił
grać na gitarze, i czułem się przy nim swobodnie. Wykazywał wobec mnie wielką cierpliwość.
Pracowałem ciężko, żeby wywiązać się z umowy. Poprosiłem innych członków ekipy, żeby
mówili wprost, co myślą o mojej grze, i wymogłem na Jeffie obietnicę, że będzie ze mną szczery.
Początkowo trudno było nie przejmować się krytyką. Bob Rafelson uprzedzał mnie jednak,
że nie jest łatwo się przekwalifikować. W tym świecie nie byłem numerem jeden, tylko jeszcze
jednym kandydatem na aktora. Miał rację. Musiałem schować dumę do kieszeni i powiedzieć
sobie: „Dobra, zaczynasz od nowa. Tu jesteś nikim, debiutantem, smarkaczem w porównaniu
z innymi aktorami”.
A jednak podobało mi się, że film jest efektem pracy zbiorowej. Żeby dobrze wypaść,
trzeba współpracować z ludźmi, podczas gdy w kulturystyce jest się bardziej zorientowanym na
siebie. Masz partnera do treningu, oczywiście, ale w trakcie rywalizacji zawsze starasz się
obrzucić gównem inne brylanty, żeby zalśnić jaśniejszym blaskiem. Byłem gotów z tym
skończyć.
W kulturystyce starasz się też tłumić emocje i z determinacją kroczyć przed siebie.
W aktorstwie wręcz przeciwnie. Szukasz wspomnień sensorycznych, które posłużą ci jako klucze
do emocji. W tym celu musisz rozdrapywać rany, a to wymaga samozaparcia. Żeby przywołać
wspomnienie domu, uczucie przynależności do rodziny, przypominałem sobie kwiaty, które
kupiłem mamie na Dzień Matki. Albo na nowo wzbudzałem w sobie gniew na Joego Weidera,
gdy nie dotrzymał obietnicy, że za coś zapłaci. Wracałem też pamięcią do czasów, gdy ojciec we
mnie nie wierzył i mówił: „Może weźmiesz się do czego pożytecznego? Idź i narąb drewna”.
Żeby być aktorem, nie możesz się bać, że ktoś obudzi w tobie emocje. Musisz podejmować
ryzyko. Czasami wytrąci cię to z równowagi, czasami doprowadzi do płaczu, ale dzięki temu
będziesz lepiej grać.
Widziałem, że Bob Rafelson jest ze mnie zadowolony, bo po pierwszych dwóchtrzech
tygodniach przestał sprawdzać, ile ważę. Gdy kręciliśmy scenę z udziałem kulturystów na
ulicach miasta, ważyłem już dziewięćdziesiąt osiem kilogramów. Ta sekwencja następuje pod
koniec filmu: inni uczestnicy turnieju Mister Universe podejrzewają Joego Santo o kradzież
pieniędzy na nagrody i wybiegają na ulice Birmingham, żeby go znaleźć. Po złapaniu
prawdziwego złodzieja zauważają, że zebrał się tłum, więc spontanicznie zaczynają pozować.
Ludzie dają się w to wciągnąć i wkrótce wszyscy pozują w wielkim porywającym finale.
Kręcenie tej sceny wyglądało podobnie: statyści i gapie zmieszali się na ulicach Birmingham,
wszyscy śmiali się i przybierali pozy kulturystyczne, a Rafelson krzyczał przez megafon: „Proszę
nie dotykać kulturystów!”.
W samym środku tego wszystkiego przyjechał do Alabamy George Butler, aby wywrócić
moje plany do góry nogami. Zawsze mówił o tym, żeby nakręcić na podstawie Pumping Iron
film dokumentalny, ale gdy kończyliśmy książkę, nie mógł zebrać na ten cel pieniędzy. Teraz
sytuacja się zmieniła. Przy medialnym szumie wokół zawodów Mister Olympia książka
niespodziewanie stała się bestsellerem. A to, że grałem u Boba Rafelsona, ułatwiało zdobycie
forsy. Ze względu na mój występ w filmie kasę gotowa była wyłożyć choćby żona George’a,
Victoria, bystry inwestor.
– Więc możemy się do tego zabrać! – oznajmił, gdy spotkaliśmy się, żeby pogadać.
Proponował, żeby oprzeć film na moim udziale w następnych zawodach o tytuł Mister Olympia,
które miały się odbyć w listopadzie w Pretorii w Republice Południowej Afryki. Musiałem mu
przypomnieć, że teraz jestem nastawiony przede wszystkim na aktorstwo i zmieniłem system
treningów.
– Wycofałem się – tłumaczyłem. – Straciłem wszystkie mięśnie.
– Nie będzie Kulturystów, jeśli ty w to nie wejdziesz – nalegał George. – Pozostali faceci
nie pociągną filmu, bo nie mają takiej osobowości jak ty. Ty jeden wnosisz życie do kulturystyki.
Musisz się w to zaangażować, bo inaczej nie zdobędę pieniędzy. – A potem stwierdził, że udział
w tym projekcie posłuży mojej karierze aktorskiej.
– Nie jest mi to potrzebne do robienia kariery – sprzeciwiłem się.
– Nic lepszego niż rola w filmie Boba Rafelsona nie może mi się trafić. Po powrocie chcę
nadal grać… to dla mnie okazja.
George próbował podejść mnie z innej strony:
– Jesteśmy gotowi zapłacić ci pięćdziesiąt tysięcy dolarów.
Tę kartę rzucił na stół już w poprzednim roku. Wtedy prawie mnie przekonał, bo właśnie
kupowałem budynek mieszkalny w Santa Monica i brałem kilka pożyczek. Zresztą nadal
podobała mi się wizja zdobycia takich pieniędzy. W tamtym momencie jednak podziałało to na
mnie jak płachta na byka.
– Nie chcę wracać do zawodów i rywalizacji – oznajmiłem.
Nie miałem wobec George’a żadnych zobowiązań, ale należało rozważyć kilka spraw.
George był najlepszym promotorem, na jakiego kiedykolwiek trafiłem, i wiedziałem, że
zaangażuje się w to przedsięwzięcie całym sercem. Filmowy odpowiednik Pumping Iron byłby
okazją, wielką okazją, żeby zaprezentować kulturystykę jako sport tym wszystkim, którzy
w normalnych okolicznościach by się nią nie zainteresowali. Nie mogłem tak po prostu odwrócić
się od tego sportu. Poświęciłem mu kawał życia i wciąż byłem z nim związany, chociażby przez
przyjaciół.
Warto też było pomyśleć o finansowym aspekcie sprawy. Wiele lat wcześniej, za kulisami
w Columbus w Ohio powiedziałem Jimowi Lorimerowi, że chciałbym kiedyś organizować wraz
z nim wielkie imprezy kulturystyczne. Po ostatnim udziale w turnieju Mister Olympia
zadzwoniłem do niego.
– Pamiętasz, kiedyś powiedziałem, że skontaktuję się z tobą, gdy wycofam się z zawodów
– zagaiłem.
Uzgodniliśmy, że wejdziemy w spółkę, i zaczęliśmy prowadzić rozmowy z innymi
znanymi
mu
inwestorami,
żeby
zrobić
z Columbus
stolicę
przyszłych
zawodów
kulturystycznych. Jeśli ktokolwiek miał zmysł do interesów i odpowiednie znajomości, żeby
przekształcić kulturystykę w jeden z czołowych sportów w Ameryce, to właśnie Jim.
Oczywiście wciąż prowadziłem swój biznes wysyłkowy, który przynosił już cztery tysiące
dolarów rocznie i ciągle się rozrastał. No i wciąż byłem związany z Joem Weiderem. Niekiedy
ścieraliśmy się ze sobą – Joe czasami wpadał w szał, gdy zgłaszałem się do zawodów, których
nie sponsorował. Ale zawsze łączyła nas silna więź, jak ojca i syna. Joe wspierał moją karierę
filmową, pisząc o Niedosycie w swoich czasopismach. Wszyscy fani już wiedzieli, że się
wycofuję, a Joe przedstawiał to tak: „Arnold przenosi się w inny obszar, lecz będzie wspierał
kulturystykę niezależnie od tego, w jakim filmie zostanie obsadzony, więc śledźmy jego karierę
i także go wspierajmy”. Gdy zrozumiał, że poważnie myślę o aktorstwie, porzucił marzenia, że
kiedyś przejmę jego interes, ale nie czuł do mnie urazy. Jednak przestraszyłby się, gdyby
pojawiła się groźba, że zupełnie mnie straci, przestraszyłby się, bo byłem kurą znoszącą złote
jajka.
W końcu George namówił mnie, żebym jeszcze raz wystartował w zawodach.
Zastanawiałem się, co chcę osiągnąć. Byłem mistrzem kulturystyki i miałem pewność, że ten
sport jest gotowy na nowy wielki krok do przodu. George i Charles wprawili koło w ruch swoimi
artykułami i książką. Moje seminaria przyciągały tłumy. Współpracując z dziennikarzami,
zrobiłbym z mediów system wspierający wszystko, co tylko chciałbym rozpropagować. Czułem,
że to mój obowiązek jako kulturysty z osobowością i wielką rzeszą fanów. Że nie powinienem
myśleć tylko o sobie i o własnej karierze, ale także o innych:
o potrzebie rozwijania sprawności fizycznej na całym świecie, o tym, że trening siłowy
mógłby wspomóc rozwój tenisa, futbolu amerykańskiego i piłki nożnej. I wydawało mi się, że
można by przedstawić kulturystykę jako zabawę.
Film Kulturyści mógł zyskać duży rozgłos. Filmy dokumentalne, takie jak Marjoe,
o ewangeliście Marjoem Gortnerze, czy Bezkresne lato o dwóch młodych surferach,
podróżujących po świecie w poszukiwaniu idealnej fali, były wtedy bardzo modne. Jeżdżono
z tymi filmami od miasta do miasta, finansując następną projekcję z pieniędzy zarobionych na
poprzedniej.
Powiedziałem George’owi, że odzyskanie odpowiedniej formy, aby stanąć do zawodów, to
jak wydobycie z dna Titanica. Fizycznie była to łatwa decyzja, wiedziałem, jak zabrać się do
treningu. Ale pod względem psychicznym sprawa prezentowała się znacznie trudniej.
Przeprogramowałem się z udziału w zawodach i nie zależało mi już na sławie. Teraz
motywowało mnie aktorstwo. Zmiana nastawienia wymagałaby miesięcy pracy nad sobą.
Dlatego powrót do rywalizacji stanowił prawdziwe wyzwanie. Jak miałem znowu przekonać
samego siebie, że ciało jest najważniejsze?
Mimo to sądziłem, że mogę wygrać. Musiałbym wrócić do dawnej wagi, lecz już robiłem
takie rzeczy, na przykład po operacji kolana w 1972 roku. Moje lewe udo uległo atrofii, jego
obwód z siedemdziesięciu jeden centymetrów zmniejszył się do pięćdziesięciu sześciu,
pięćdziesięciu ośmiu, ale odbudowałem je, tak że przed zawodami Mister Olympia tamtego roku
stało się jeszcze większe niż dawniej. Wyznawałem teorię, że komórki mięśniowe, tak jak
komórki tłuszczowe, mają pamięć, mogą więc szybko rozrastać się do poprzednich rozmiarów.
Oczywiście, nieobce mi były rozterki. Chciałem wypaść jeszcze lepiej niż w Madison Square
Garden, czy więc powinienem wrócić do wagi stu dziewięciu kilogramów, czy pokazać się jako
smuklejszy? Niezależnie od odpowiedzi uznałem, że jest to wykonalne.
Myśl, że podczas treningu będę nieustannie pod okiem kamer Butlera, była kusząca.
Człowiek zawsze chce wyglądać lepiej, gdy jest filmowany, więc to doskonała motywacja, żeby
się starać. Pomyślałem, że może ekipa filmowa w końcu poczuje się jak element otoczenia
i przestanę być świadomy jej obecności – a to byłoby korzystne dla mojego aktorstwa.
Przez tydzień siedziałem w hotelu i rozważałem za i przeciw, a potem szedłem zagrać
w kolejnej scenie Niedosytu. Następnie wracałem i znowu się zastanawiałem, wychodziłem
i rozmawiałem ze znajomymi. Charles Gaines postanowił zająć się nowymi projektami
związanymi z dziennikarstwem, zamiast pracować z George’em nad filmem dokumentalnym.
Mój powrót do zawodów uważał za błąd.
– Zająłeś się aktorstwem – mówił – powinieneś pokazać środowisku, że traktujesz to
poważnie. Po tym filmie będą chcieli, żebyś nadal podążał w tym kierunku, żebyś grał z dobrymi
aktorami pod kierunkiem dobrych reżyserów. Ale jeśli ni z tego, ni z owego znowu wystartujesz
w zawodach, to będzie wyglądało, jakbyś jedną nogą stał tu, a drugą tam, żeby mieć możliwość
powrotu do kulturystyki, gdyby nie udało ci się z aktorstwem. Czy chcesz stwarzać takie
wrażenie?
Przez całe życie wyznaczałem sobie proste cele, do których zmierzałem prostą drogą, na
przykład budowanie muskulatury poprzez setki tysięcy powtórzeń. Ale ta sytuacja nie była
prosta. Grając, dałem z siebie sto procent, zrobiłem wszystko, żeby wyglądać na szczupłego
i wysportowanego – jak teraz miałem to odkręcić i znów skupić się na wygraniu w zawodach
Mister Olympia? Wiedziałem, jak pracuje mój umysł: żeby cokolwiek osiągnąć, musiałem być
do tego przekonany. Cel musiał mieć dla mnie głęboki sens, żebym mógł codziennie do niego
dążyć. To nie mogło być nic, co robiłbym dla pieniędzy albo z jakiegoś błahego powodu, bo
inaczej nic by z tego nie było.
W końcu zrozumiałem, że muszę podejść do tego problemu inaczej. Nie mogłem go
rozwiązać, myśląc egoistycznie. Czułem, że choć jestem na dobrej drodze do kariery aktorskiej,
zbyt dużo zawdzięczam kulturystyce, żeby ją porzucić. Uznałem więc, że muszę nakręcić
Kulturystów i znowu wystartować w zawodach Mister Olympia – nie dla siebie, ale żeby pomóc
w promowaniu kulturystyki. Zamierzałem jednocześnie rozwijać karierę aktorską, a gdyby moje
działania okazały się niezrozumiałe dla ludzi takich jak Charles, po prostu wyjaśniać, jakimi
pobudkami się kieruję.
***
Miesiąc po powrocie z Alabamy przyjaciele urządzili w domu Jacka Nicholsona przyjęcie
z okazji moich dwudziestych ósmych urodzin. Organizowała je Helena Kallianiotes, która
zarządzała posiadłością i grała małą rólkę w Niedosycie. Była tancerką i wiedziała, ilu godzin
treningu i jakiego poświęcenia wymaga kulturystyka. Podczas pobytu w Birmingham stała się
moją dobrą przyjaciółką, pomagała mi powtarzać tekst i oprowadzała po barach ostrygowych.
Później, kiedy pisałem Arnold’s Bodyshaping for Women (Budowanie ciała przez kobiety.
Poradnik Arnolda), Helena była pierwszą osobą, z którą się konsultowałem, żeby zrozumieć
podejście kobiet do treningu.
Przyjęcie było bardzo udane. Przyszło wielu ludzi z Hollywood, a także moich przyjaciół
z Venice Beach – była to niesamowita mieszanka aktorów, kulturystów, ciężarowców, karateków
i dziennikarzy oraz gości z Nowego Jorku. Jeśli chodzi o mnie, czułem się jak w niebie, bo
nawiązałem wiele nowych znajomości.
Lepiej poznałem Nicholsona, Beatty’ego i całą resztę z Mulholland Drive. Po takich
filmach jak Chinatown, Syndykat zbrodni i Szampon wszyscy oni byli na topie. Pojawiali się na
okładkach czasopism, chodzili do najmodniejszych nocnych klubów. Byli nierozłączni, a w zimie
całą paczką lecieli do Gstaad w Szwajcarii, na narty. Nie należałem do ich grona i z nimi nie
imprezowałem, ale obracałem się wśród nich i miałem okazję obserwować, jak żyją gwiazdy tego
kalibru, czym się zajmują, gdzie bywają. Miałem nadzieję, że za kilka lat też będę tak żył.
Jack Nicholson był bardzo zwyczajny i skromny. Zawsze chodził w hawajskich koszulach,
szortach albo długich spodniach i okularach przeciwsłonecznych, z potarganymi włosami. Miał
najdroższego mercedesa, rudego pullmana 600, ze skórzaną tapicerką i niesamowitym
drewnianym wykończeniem. Jeździła nim przeważnie Helena, nie Jack. On wolał volkswagena
beetle i mawiał żartobliwie: „Jestem tak bogaty, że muszę udawać zwykłego człowieka. Mam
gdzieś pieniądze”.
Zajeżdżał swoim beetle na parking przy studiu, żeby udzielić wywiadu albo wziąć udział
w rozmowie na temat filmu. Wartownik przy bramie mówił: „O, pan Nicholson, oczywiście.
Niech pan zaparkuje tam”.
I Jack pyrkał samochodzikiem, jakby ten ledwo ciągnął. Naprawdę. Czuł się lepiej
w volkswagenie niż w mercedesie. Ja tam bym wolał mercedesa.
Z Nowego Jorku przyjechał znajomy fotograf i zabrał mnie do domu Warrena Beatty’ego
na plaży. Warren chciał, żeby fotograf zobaczył plany jego nowego domu, który budował na
Mulholland Drive. Znany był z tego, że nie potrafił podejmować decyzji i debatował nad
wszystkim całymi godzinami. Do tamtej pory dużo osiągnął: niedawno zagrał w Syndykacie
zbrodni Alana Pakuli, był współscenarzystą Szamponu, w którym jednocześnie występował,
reżyserował sceny rewolucji rosyjskiej w filmie, który potem nosił tytuł Czerwoni. Ale słuchając
go, człowiek zachodził w głowę, jak mu się to wszystko udało. Doszedłem do wniosku, że ja,
gdybym już zaszedł tak wysoko, postępowałbym inaczej. Jednocześnie przekonywałem się, że
aktorzy zawsze są trochę dziwni i pretensjonalni. Łatwo rozpoznać ten typ. Gdy przestajesz
z biznesmenami, widzisz, że zachowują się jak biznesmeni. Politycy zachowują się jak politycy.
A ci faceci byli artystami i zachowywali się jak artyści. Tworzyli Hollywood, a to zupełnie inna
bajka.
Jedynym, który nie pasował do tego obrazka, był Clint Eastwood. Paczka z Mulholland
Drive lubiła chodzić na kolację do restauracji Dana Tany przy Santa Monica Boulevard. Siedzieli
razem, podczas gdy Clint jadł przy innym stoliku, w drugim końcu sali. Kiedyś podszedłem do
niego i mu się przedstawiłem, a wtedy zaproponował, żebym przysiadł się na chwilę i z nim
pogadał. Był fanem kulturystyki i sam regularnie trenował. Miał na sobie tweedową marynarkę
w jodełkę, bardzo podobną do tej, którą nosił w Brudnym Harrym z 1971 roku. Dowiedziałem się
później, że to była właśnie tamta marynarka. Clint należał do ludzi oszczędnych. Gdy się
zaprzyjaźniliśmy, wyznał mi, że zawsze zatrzymuje ubrania ze swoich filmów i nosi je przez lata,
nie kupując nowych. (Teraz, oczywiście, uwielbia się stroić. Może wciąż dostaje ciuchy za
darmo). Wielu gwiazdorów czuło się niezręcznie, widząc, że jakaś sława je sama, ale Clint nie
miał z tym problemu, zachowywał się swobodnie i naturalnie.
Mimo że grałem jedną z głównych ról w filmie Boba Rafelsona, który niebawem miał
wejść na ekrany, nadal niełatwo mi było znaleźć agenta. Zwrócił się do mnie Jack Gilardi, który
reprezentował O.J. Simpsona, czołowego biegacza National Football League. O.J. był u szczytu
kariery sportowej i Gilardi załatwiał mu role w filmach, na przykład w katastroficznym
Płonącym wieżowcu. Wytwórnie chętnie go zatrudniały, choćby ze względu na nazwisko, chcąc,
aby fani futbolu amerykańskiego chodzili na ich filmy. Tak się robiło widownię. Ale nigdy nie
był obsadzany w głównych rolach i nikt, kto cokolwiek znaczył w Hollywood, nie traktował go
poważnie.
Jack chciał to samo zrobić ze mną. Myślał, że jeśli zagram w jakimś filmie, pójdą na niego
moi fani.
– Trafiłem na scenariusz niezłego westernu i właśnie spotykam się z producentami –
mówił. – Byłoby tam coś dla ciebie.
Chodziło o bohatera drugiego albo i trzeciego planu.
Ja jednak pragnąłem czegoś innego. Ktoś, kto miał mnie reprezentować, musiał rozumieć
moją wizję i myśleć szerzej. Nie chciałem agenta, który by mówił: „Na pewno znajdzie się
w waszym filmie coś dla Arnolda, może mniejsza rólka z kilkoma kwestiami, żeby jego
nazwisko pojawiło się w obsadzie”.
Chciałem agenta, który w moim imieniu waliłby pięścią w stół.
„Ten facet ma taki potencjał, że może zagrać głównego bohatera. Zamierzam go do tego
przygotować. Jeśli więc możecie nam zaproponować jedną z trzech czołowych ról, jesteśmy
zainteresowani. Jeżeli nie, dajmy sobie spokój”.
Nie mogłem znaleźć nikogo w dużych agencjach, kto miałby takie podejście.
Największymi firmami w mieście były William Morris i International Creative Management
i chciałem się dostać do którejś z nich, bo pierwsze miały dostęp do wielkich przedsięwzięć
filmowych, obskakiwały najlepszych reżyserów i współpracowały z najważniejszymi ludźmi
w wytwórniach. Agenci obu z nich byli gotowi się ze mną spotkać, ponieważ właśnie zagrałem
u Boba Rafelsona.
Obaj jednak tylko piętrzyli przede mną przeszkody.
– Posłuchaj, masz akcent, który zniechęca ludzi – powiedział gość z ICM. – Jesteś za
wielki, żeby grać w filmie. Twoje nazwisko nawet nie zmieści się na plakacie. Wszystko w tobie
jest zbyt dziwaczne.
Nie miał złych intencji i chciał mi pomóc.
– Dlaczego nie zostaniesz w branży kulturystycznej? Może stworzymy ci franszyzę?
Pomożemy ułożyć program seminariów i wykładów. Albo napisać książkę czy coś takiego, żebyś
opowiedział historię swojego życia.
Na świecie jest tylu utalentowanych ludzi, że wielkie agencje nie mają czasu ani ochoty ich
szkolić i czuwać nad nimi, gdy będą wspinali się na szczyt. To nie ich zadanie. Albo się komuś
uda, albo nie. Dziś to wiem, lecz wtedy byłem urażony. Zdawałem sobie sprawę, że mam
nietypowe ciało, wiedziałem, że trudno wymówić moje nazwisko – ale przecież tak samo było
z Giną Lollobrigidą! Miałbym porzucić swój cel tylko dlatego, że odmówiło mi dwóch
hollywoodzkich agentów?
Z akcentem mogłem jednak coś zrobić. Tamtego lata do swojego programu – obok lekcji
aktorstwa, kursów w college’u, prowadzenia biznesu i treningów przed zawodami Mister
Olympia – włączyłem pozbycie się akcentu. Pracował ze mną nad tym Robert Easton, sławny na
cały świat nauczyciel wymowy, zwany hollywoodzkim Henrym Higginsem. Był to duży facet –
miał sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu – z wielką brodą, donośnym głosem i niezwykle
staranną wymową. Gdy spotkałem się z nim po raz pierwszy, zaczął się popisywać
angielszczyzną z akcentem wysoko, a potem niskoniemieckim. Następnie zademonstrował akcent
austriacki i szwajcarski. Potrafił naśladować akcenty brytyjskie, brooklińskie i bostońskie. Robert
był aktorem charakterystycznym i grywał głównie w westernach. Miał tak doskonałą dykcję, że
bałem się otworzyć przy nim usta. W domu, do którego przychodziłem na lekcje, miał tysiące
książek poświęconych językowi i wszystkie je kochał. Mówił:
– Arnoldzie, tam na czwartej półce od dołu stoi książka, trzecia z brzegu, wyjmij ją,
dobrze? Jest o Irlandczykach.
I zaczynał wykład.
Easton kazał mi powtarzać dziesiątki tysięcy razy: A fine wine grows on the vine, „Z
winorośli powstaje wino”. Było to bardzo trudne do wymówienia ze względu na „f”, „w” i „v”,
ponieważ w niemieckim nie ma dźwięku odpowiadającego angielskiej literze „w”, jest tylko „v”.
Na wino mówimy wein i brzmi to jak angielskie vine. Dukałem więc:
– Ua… ua… ua… uajne. Uaj. Uot. Uen.
Potem ćwiczyłem „v” jak „w”:
– Jedziemy do… w… w… Wegas.
W niemieckim nie ma też takiego „s” i „z” jak w angielskim: The sink is made of zinc,
„Zlew jest zrobiony z cynku”. Bob twierdził, że to przez moją szorstką wymowę ludzie czują się
przy mnie niepewnie, więc zamiast całkiem się jej pozbyć, powinienem ją tylko złagodzić.
Tymczasem George Butler jak szalony zabrał się do kręcenia Kulturystów. Wywarł wielkie
wrażenie na kulturystach, przysłaniając świetliki w Gold’s, bo dla kamer filmowych w siłowni
było za jasno. On i jego ekipa filmowali sceny na Venice Beach. Pojechali za Frankiem na
Sardynię, aby odwiedzić jego rodzinną wioskę wysoko w górach i pokazać, skąd pochodzi i jak
daleką drogę przebył. Wybrali się ze mną na Terminal Island, gdzie pozowałem dla więźniów
i wygłosiłem wykład o treningu siłowym. George wynajął nauczycielkę z baletu nowojorskiego
i filmował, jak uczy mnie i Franca pozować w nowojorskim studiu Joanne Woodward, aktorki,
laureatki Oscara, a prywatnie żony Paula Newmana.
W każdym filmie musi być jakiś konflikt, więc George postanowił, że w Kulturystach
skupi się na rywalizacji między Lou Ferrigno a mną podczas zawodów Mister Olympia w 1975
roku. Powodem napięcia miała być kwestia, czy uda mu się mnie pokonać. George był
zafascynowany relacją Lou z ojcem i tym, że obaj jesteśmy synami policjantów. Kontrast między
nami był wręcz idealny. George pojechał filmować Lou podczas treningów w małej ciemnej
siłowni na Brooklynie, zupełnym przeciwieństwie Gold’s. Jeśli chodzi o nasze charaktery, Lou
był ponury i melancholijny, ja natomiast – pogodny i optymistycznie nastawiony. Zazwyczaj Lou
przed większymi zawodami przyjeżdżał do Kalifornii, żeby potrenować i się opalić, ale tym
razem George przekonał go, żeby został na Brooklynie, bo chciał jeszcze bardziej wyeksponować
kontrast między nami. Dla mnie było to korzystne, ponieważ przez to Lou był jeszcze bardziej
odizolowany i łatwiej mogłem go pokonać.
Ja, oczywiście, miałem grać samego siebie. Czułem, że aby się wyróżnić, powinienem nie
tylko mówić o kulturystyce, bo to byłoby jednowymiarowe, lecz także pokazać się jako
osobowość. Przykładem był dla mnie Muhammad Ali. Od innych zawodników odróżniał go
wielki talent bokserski – ropeadope2, „lataj jak motyl, żądlij jak pszczoła” – ale również to, że
podążał własną drogą, przeszedł na islam, zmienił nazwisko, poświęcił tytuł mistrza, nie chcąc
iść do wojska. Ali zawsze mówił i robił pamiętne, kontrowersyjne rzeczy. Jednak taka
kontrowersyjność niewiele znaczy, jeśli nie masz nic na jej poparcie – jeśli jesteś nieudacznikiem
i przegrywasz,
nie
ujdzie
ci
ona
na
sucho.
Ali
był
kimś
niezwykłym,
bo
postępowałniekonwencjonalnie i wygrywał. Ja byłem w nieco innej sytuacji, bo kulturystyka to
znacznie mniej popularny sport. Choć sposoby przyciągania uwagi tu i tam niczym się nie
różniły.
Mówienie kontrowersyjnych rzeczy nie stanowiło dla mnie problemu, ponieważ stale
wymyślałem je dla rozrywki. Poza tym George mnie podpuszczał. Podczas jednego z wywiadów
nadałem kulturystyce erotyczny wymiar, bo porównałem pompki – gdy wciągasz powietrze – do
orgazmu. Twierdziłem, że nie pojechałem na pogrzeb ojca, bo kolidowało to z moimi treningami.
Snułem teorie filozoficzne, że tylko nieliczni rodzą się, aby zostać przywódcami, podczas gdy
przeznaczeniem reszty ludzkości jest za nimi podążać, po czym powoływałem się na
największych zdobywców i dyktatorów w historii. George miał dość zdrowego rozsądku, żeby
wyciąć te fragmenty z filmu, zwłaszcza uwagę, że podziwiam zdolności oratorskie Hitlera, choć
nie pochwalam tego, do czego je wykorzystywał. Wciąż nie wyczuwałem granicy między tym,
co ekscentryczne, a tym, co obraźliwe.
To było stresujące – ciągle być filmowanym, nie tylko podczas treningów, ale także
w domu, u przyjaciół, na zajęciach w college’u czy lekcjach aktorstwa, w trakcie oglądania
nieruchomości, czytania scenariuszy. Cieszyłem się, że odkryłem medytację transcendentalną,
zwłaszcza że do ośrodka kamery nie miały wstępu.
Elementem dramaturgi filmu były też rozgrywki psychologiczne między mną a Lou i jego
ojcem. Zacząłem ustawiać ich jesienią, udając, że się boję.
– Mam nadzieję, że zawalicie treningi – powiedziałem ojcu Lou.
– Bo inaczej będziecie dla mnie dużym zagrożeniem na zawodach.
– Och, niczego nie zawalimy.
Lou łatwo było wytrącić z równowagi, tak jak Sergia Olivę, Dennisa Tinerina czy innych
kulturystów, którzy byli tak zamknięci w sobie, że nie zwracali uwagi na to, co się wokół nich
dzieje. Można było na przykład rzucić od niechcenia pod adresem Lou:
– Jak tam twoje mięśnie brzucha?
A on odpowiadał:
– W porządku. A co? Mam wrażenie, że są dobrze zdefiniowane.
– Hm, bo… Nie, nieważne, nie przejmuj się, wyglądają wspaniale.
Wtedy zaczynał przyglądać się swoim mięśniom brzucha i nieustannie pozował przed
lustrem, bo tracił wiarę w siebie.
W Kulturystach widać, jak drażniłem się z nim i jego ojcem aż do samych zawodów.
Mówiłem Lou:
– Zadzwoniłem do matki i powiedziałem jej, że wygrałem, chociaż turniej jest dopiero
jutro.
Albo w dniu imprezy, gdy on i jego rodzice zapraszali mnie na śniadanie do hotelu,
stwierdzałem:
– Niewiarygodne, ignorujecie mnie przez cały tydzień, a przed samymi zawodami chcecie
zjeść ze mną śniadanie? To jakieś psychologiczne gierki!
Udawałem tak zdenerwowanego, że nie mogłem utrzymać jajecznicy na widelcu. Robiłem
to wszystko na pokaz, żeby widzowie, wychodząc z kina po filmie, mówili: „Widziałeś tego
faceta? Załatwił tamtego gadaniem”.
Ale jednocześnie nie pozostawało to bez wpływu na Lou, który w końcu zajął trzecie
miejsce, podczas gdy ja zdobyłem tytuł Mister Olympia, po raz szósty z rzędu.
ROZDZIAŁ 11
Kulturyści
Film Kulturyści był w połowie realizacji, gdy George’owi skończyły się pieniądze. Lecz
zamiast zrezygnować z tego przedsięwzięcia, wpadł na pomysł, żeby zorganizować występy
kulturystyczne w nowojorskim muzeum sztuki i w ten sposób przyciągnąć zamożnych
sponsorów. Nie wiedzieliśmy, czy to głupi, czy genialny pomysł. Podchwyciło go Whitney
Museum of American Art, znane z niekonwencjonalnych wystaw.
Wydarzenie to reklamowano pod hasłem Articulate Muscle: The Male Body in Art
(Wydatny mięsień. Męskie ciało w sztuce) i zorganizowano je w piątkowy wieczór w lutym 1976
roku. Chodziło o to, żeby zaprezentować kulturystów: Franka Zane’a, Eda Corneya i mnie,
pozujących obok greckich posągów oraz rzeźb Michała Anioła, Leonarda da Vinci i Rodina,
prezentowanych w pokazie slajdów. Grono naukowców i artystów miało komentować całe
zdarzenie na bieżąco, a także później. Była to pierwsza publiczna dyskusja na temat kulturystyki.
George liczył, że impreza przyciągnie kilkaset osób, ale mimo zadymki przyszło ponad
dwa i pół tysiąca widzów i kolejka ciągnęła się do połowy następnej przecznicy. Galeria na
trzecim piętrze budynku pękała w szwach, ludzie stali i siedzieli na każdym wolnym skrawku
podłogi. Pośrodku wzniesiono obrotową platformę, na której mieliśmy pozować.
Prawdopodobnie dwie trzecie przybyłych nigdy wcześniej nie widziało kulturysty. Ludzie
ci wywodzili się z mediów i nowojorskiej sceny artystycznej, byli to krytycy, kolekcjonerzy,
sponsorzy i artyści awangardowi, jak Andy Warhol i Robert Mapplethorpe. Reporterów przysłały
magazyny „People”, „New Yorker”, „New York Times” i „Daily News”, a aktorka Candice
Bergen robiła zdjęcia do programu Today. Była doskonałą fotograficzką i oczywiście piękną
kobietą. Nagle kulturystyka stała się modna. Wyprowadziliśmy ją ze świata sportu i rozrywki
rodem z wesołego miasteczka do międzynarodowej popkultury.
Frank, Ed i ja byliśmy dumni, że pozujemy w prawdziwym muzeum. Chcieliśmy, żeby
nasz występ miał walory artystyczne, więc zrezygnowaliśmy z najbardziej ekstremalnych póz,
jak na przykład most muscular. Zależało nam, żeby każda prezentowana poza przypominała
rzeźbę, zwłaszcza że staliśmy na ruchomej platformie. Kiedy przyszła kolej na mnie, Charles
Gaines komentował standardowe pozy, które przybierałem, a także moje własne, firmowe, jak
bicepsy tyłem w skręcie tułowia. Powiedział:
– Ta poza to specjalność Arnolda. Uwidacznia wszystkie mięśnie pleców; eksponuje łydkę,
mogą też państwo zobaczyć wszystkie mięśnie ud.
Zakończyłem swoją dziesięciominutową prezentację, przybierając pozę Rodinowskiego
Myśliciela, czym wzbudziłem aplauz.
Po występach ubraliśmy się i przyłączyliśmy do dyskusji z udziałem znawców sztuki. Ich
wypowiedzi były w pewien sposób fascynujące. Przede wszystkim dowiedli, że można
dyskutować
na
każdy
temat.
Jeden
z naukowców
stwierdził,
że
to
zgromadzenie
„zapoczątkowało przejście wysoko rozwiniętej, pięknej męskiej formy w sferę kultury
oficjalnej”. Następny mówca wyraził opinię, że z powodu wojny wietnamskiej Ameryka
poszukuje nowej definicji męskości, którą stanowiliśmy my. Ale potem powiązał kulturystykę
z aryjskim rasizmem z lat dwudziestych w Europie i dojściem do władzy nazistów, zauważając
złowieszczo, że symbolizujemy możliwy rozwój faszyzmu w Stanach. Inny profesor porównał
nasze pozy z najgorszym kiczem epoki wiktoriańskiej. Został wygwizdany.
Wszystko to oczywiście było chwytem pod publiczkę, choć moim zdaniem zasadniczo
mówienie o ciele jako o rzeźbie miało sens. Joe Santo, którego grałem w Niedosycie, tak właśnie
je przedstawiał. Sztuka mnie fascynowała, a jeśli porównanie z rzeźbą przyciągało ludzi
i pomagało im zrozumieć kulturystykę, to świetnie! Wszystko było lepsze od stereotypowego
obrazu kulturysty: głupiego, narcystycznego świra, skupionego na rozbudowie mięśni.
Niestety, w Hollywood działo się znacznie mniej niż w Nowym Jorku. Przy Niedosycie
pierwszy raz zetknąłem się z nietrafionym marketingiem filmowym. Po wejściu do
rozpowszechniania w kwietniu film zebrał dobre recenzje, ale poniósł fiasko finansowe i po
dziesięciu czy dwunastu tygodniach zniknął z ekranów. Problem polegał na tym, że specjaliści od
reklamy i marketingu w United Artists nie wiedzieli, jak go promować. Rafelson zaprosił mnie
na spotkanie przed kinową premierą filmu i zastanawialiśmy się, czy rozwieszać plakaty
w siłowniach. Kiedy film wszedł na ekrany, wysłali mnie i Sally Field do The Mike Douglas
Show i kazali nam uczyć pięćdziesięcioletniego gospodarza programu, jak ćwiczyć. Za każdym
razem, gdy robiliśmy coś takiego, czułem, że zmierzamy w złym kierunku. Niedosyt powinien
być reklamowany jako film Boba Rafelsona – reżysera Pięciu łatwych utworów! – a jego
kulturystyczny wymiar stanowić niespodziankę. Wtedy widzowie po wyjściu z kina mówiliby:
„Ten Rafelson zawsze wprowadza nas w jakieś dziwne światy”.
Choć intuicja podpowiadała mi, że taki marketing jest żenujący, nie byłem na tyle
wyrobiony i pewny siebie, żeby to powiedzieć. Zakładałem, że w wytwórni znają się na swojej
robocie. Oczywiście później przekonałem się, że studia filmowe działają rutynowo i jeśli coś
wykracza poza schemat, nie wiedzą, co zrobić.
Rafelson także nie był zadowolony, ale reżyser, który ma opinię dobrego, potrafi być
swoim największym wrogiem. Tacy wszystko chcą robić sami, montować zwiastuny, zajmować
się reklamą. Nic nie można im powiedzieć. Potem wybuchają kłótnie, a o tym, kto wygrywa,
decydują uwagi drobnym drukiem zamieszczane w umowach.
Rafelson ścierał się z ludźmi z marketingu, lecz to prowadziło donikąd. Uważano, że nie
potrafi pracować w zespole.
Jednak wynikła z tego jedna dobra rzecz. W końcu, dzięki roli w Niedosycie, znalazłem
agenta. Był nim Larry Kubik, którego mała agencja Film Artists Management reprezentowała
także Jona Voighta i Sylvestra Stallone. Dzwoniono do niego z propozycjami dla mnie, choć nie
takimi, na jakie liczyłem. Szukając głównych ról, do których bym się nadał, odrzucaliśmy
mnóstwo szajsu. Ktoś proponował, żebym zagrał wykidajłę. Inni chcieli, żebym wcielił się w rolę
nazisty, oficera, zapaśnika, zawodnika futbolu amerykańskiego, więźnia. Nie przyjmowałem
takich ofert, bo mówiłem sobie: „To nie przekona nikogo, że mogę zostać gwiazdą”.
Byłem zadowolony, że stać mnie na odmowę. Przy dochodach z interesów nie musiałem
utrzymywać się z aktorstwa. Zawsze chciałem być niezależny finansowo, żeby móc odrzucać
role, które mi się nie spodobają. Wiedziałem, że inni aktorzy i muzycy, którzy trenowali
w siłowni, nie mieli takiego komfortu. Pewien aktor żalił się:
– Przez trzy dni grałem zabójcę i tak się cieszę, że to się już skończyło.
– Jeśli ta rola ci nie pasowała, dlaczego ją wziąłeś?
– Dawali za nią dwa tysiące dolców, a muszę spłacić mieszkanie.
Można by powiedzieć, że niezależnie od roli występ przed kamerą to zawsze rodzaj
praktyki. Ja jednak czułem, że moim przeznaczeniem są główne role. Musiałem być na plakatach,
musiałem być tym, kto ciągnie film. Oczywiście, zdawałem sobie sprawę, że brzmi to
niedorzecznie dla każdego oprócz mnie. Wierzyłem jednak, że jedynym sposobem, aby stać się
aktorem pierwszoplanowym, jest traktować siebie jak aktora pierwszoplanowego i ciężko
pracować. Jeśli ty sam w siebie nie wierzysz, to kto ma uwierzyć?
Jeszcze przed Niedosytem byłem w siłowni znany z tego, że odrzucałem podrzędne
propozycje filmowe. Ktoś przychodził i wołał:
– Znajdzie się kilku silnych facetów, którzy przyszliby na casting?!
Niektórzy szli, a wtedy koordynator akcji kaskaderskich albo asystent reżysera mówił:
– Masz wspiąć się na ten dach, wykonać skok, stoczyć walkę na pięści, a potem wylądować
na macie…
Mówiłem wtedy sobie: „To nie jest droga do kariery aktorskiej” i odpowiadałem, że nie
jestem zainteresowany.
– Ale my uważamy, że jesteś świetny. Reżyser uważa, że jesteś świetny. Masz wzrost,
odpowiednią twarz, odpowiedni wiek. Będziesz dostawał tysiąc siedemset dolców dziennie.
– Tysiąc siedemset dolarów dziennie jest w porządku, ale ja nie potrzebuję forsy –
mówiłem. – Dajcie ją któremuś z moich kumpli, oni potrzebują jej bardziej.
Larry też uważał, że nie powinienem zadowalać się byle czym, ale jego wspólnik, Craig
Rumar, wpadał w szał, gdy odrzucaliśmy kolejne propozycje. Zawsze się niepokoiłem, kiedy
Larry był na urlopie. Craig dzwonił wtedy do mnie i mówił:
– Nie wiem, czy jestem w stanie coś ci załatwić. Nikt tu już nie kręci filmów. Wszyscy
wyjeżdżają za granicę. Zrobiło się naprawdę ciężko. Może zagrasz w reklamie?
Największym osiągnięciem Larry’ego w tamtym roku było to, że po niekończących się
próbach wreszcie umówił mnie na spotkanie z Dinem De Laurentiisem. Dino był legendą
w świecie filmowym, wyprodukował takie klasyki, jak La Strada Federica Felliniego (1954),
szmiry jak Barbarella (1968) czy mnóstwo innych, które zrobiły klapę. Dorobił się pieniędzy,
a potem splajtował, kręcąc filmy we Włoszech, po czym zaczął od nowa w Hollywood. Ostatnio
miał niesłychanie dobrą passę, wyprodukował Serpico, Życzenie śmierci, Mandingo i Trzy dni
kondora. Lubił przenosić na ekran komiksy i szukał kogoś do roli Flasha Gordona.
Gdy Larry i ja stawiliśmy się w jego gabinecie, mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się na
planie Ojca chrzestnego. Dino siedział za biurkiem po jednej stronie pokoju, a po drugiej, za
nami, zajmował miejsce producent Dino Conte, współpracownik De Laurentiisa z Włoch.
De Laurentiis był jak imperator. Miał wielkie, stare, ozdobne biurko, długie i szerokie,
chyba wyższe niż standardowe. O rany, takiego mebla jeszcze nie widziałem, pomyślałem. Sam
Dino był drobnym facecikiem, bardzo niskim. Chciałem powiedzieć mu coś miłego,
a jednocześnie dowcipnego. Ale zamiast tego wyrwało mi się:
– Po co takiemu małemu facetowi takie olbrzymie biurko?
Spojrzał na mnie i odparł:
– Maż agcent. Nie mogę cię zatrudnidź. Nie do roli Flasia Gordona. Flaś Gordon to
Amerykanin.
Pomyślałem, że sobie ze mnie żartuje.
– Jak to: mam akcent? – zapytałem. – A pan nie ma?
Rozmowa zmierzała w złym kierunku.
De Laurentiis oświadczył:
– Koniec spotkania. – I obaj z Larrym usłyszeliśmy, jak Dino Conte wstaje i mówi:
– Tędy, panowie.
Gdy tylko doszliśmy na parking, Larry wybuchł:
– Minuta i czterdzieści sekund! – wrzeszczał. – To było najkrótsze spotkanie
z producentem w całej mojej karierze, bo postanowiłeś wszystko spieprzyć! Wiesz, ile czasu
pracowałem, żeby ci je załatwić?! Wiesz, ile miesięcy straciłem, żeby dostać się do tego
przeklętego gabinetu?! A ty mówisz, że facet jest mały, zamiast twierdzić coś zupełnie
przeciwnego? Że jest wysoki, znacznie, znacznie wyższy, niż się spodziewałeś? Że to
monstrum?! Wielki jak Wilt Chamberlain?!
I zapomnieć o biurku, tylko usiąść i pogadać z nim o swojej karierze aktorskiej?!
Dotarło do mnie, że miał rację. Ta moja niewyparzona gęba. Znowu.
– Co mam ci powiedzieć? – odrzekłem. – Masz rację. To było wieśniackie. Przepraszam.
Określenie „wieśniacki” podłapałem od kolegi kulturysty, Billa Drake’a, który stale go
używał.
– Spójrz na Archiego Bunkera, o tam – mówił. – Ale z niego wieśniak!
Chciał powiedzieć, że to straszny kretyn.
Od nakręcenia Niedosytu minął ponad rok, gdy dostałem następną dużą rolę: tym razem
w odcinku popularnego serialu telewizyjnego Ulice San Francisco, w którym role detektywów
grali Karl Malden i Michael Douglas. Odcinek nosił tytuł Dead Lift (Martwy ciąg) i detektywi
mieli w nim wytropić graną przeze mnie postać, kulturystę, który niechcący skręca kark
wyśmiewającej się z niego dziewczynie. W trakcie śledztwa obaj zanurzają się w świat
kulturystyki i zapasów, co pozwoliło mi załatwić role także dla Franca i wielu innych moich
kolegów. Zabawnie było mieć na planie całą paczkę z Gold’s Gym. Tak się złożyło, że zawody
Mister Universe i Mister Olympia 1976 miały się odbyć zaledwie kilka tygodni później, więc
chłopcy byli bardziej skupieni na przygotowaniach do nich niż na graniu w filmie. Doprowadzali
do wściekłości reżysera, opuszczając plan, żeby trenować.
Wiedziałem, że Ulice San Francisco będą dobrą pozycją w moim dorobku aktorskim.
Udział w tym serialu był kolejnym krokiem, aby przekonać Hollywood, że należy traktować
mnie poważnie. Stanowił także sposób zdobywania popularności wśród widowni telewizyjnej.
Jednak scena, w której zabijałem dziewczynę, była przerażająca. Przemoc wobec kobiety, krzyki,
zrzucanie obrazów ze ścian, rozwalanie mebli – to zupełnie nie było w moim stylu. Czytając
scenariusz, myślałem: Jezu Chryste, w co ja się wpakowałem? Z perspektywy czasu, zważywszy,
z ilu ludzi zrobiłem miazgę w następnych swoich filmach, może się to wydawać śmieszne.
W końcu po prostu zagrałem tę scenę, zbytnio się nie zastanawiając, i reżyser był zadowolony.
Najbardziej martwiło mnie, że mógłbym zostać zaszufladkowany. Role złoczyńców czy
zabijaków wydawały mi się niebezpieczne. Gdy Robert De Niro zabija w Taksówkarzu, to
ponieważ jest nieduży, ludzie się z nim identyfikują, są w stu procentach za nim, i to służy jego
karierze. Ale w przypadku faceta mojego wzrostu i postury, z moim akcentem, role złych facetów
stanowiły ślepą uliczkę. Zapytałem o zdanie Boba Rafelsona i przyznał mi rację. Zasugerował, że
powinienem iść pod prąd i wybierać role na przekór warunkom fizycznym. Coraz bardziej
fascynował mnie pomysł zagrania w remake’u Zabójców, filmu opartego na opowiadaniu Ernesta
Hemingwaya, w którym eksbokser zwany Szwedem zostaje wytropiony przez mafijnych
specjalistów od mokrej roboty. Wyobrażałem sobie, że zagrałbym ofiarę, Szweda, ale nigdy do
tego nie doszło.
Na szczęście wciąż rosło zainteresowanie Kulturystami. George Butler zebrał pieniądze,
których potrzebował, żeby skończyć film, i czynił nieustanne zabiegi, żeby go promować.
Jednym z najsprytniejszych jego posunięć było zatrudnienie Bobby’ego Zarema, króla
nowojorskich specjalistów od reklamy. Bobby był łysiejącym facetem około czterdziestki, który
wychował się w Georgii i prosto po Yale wkroczył w świat PRu. Lubił zgrywać szalonego
naukowca, bez krawata, z wyciągniętą ze spodni koszulą, sterczącymi na boki włosami. Zawsze
mówił tak, jakby był zdezorientowany i świat zaraz miał się skończyć. Jęczał:
– Nie wiem, co robię, jeszcze tak źle nie było, muszę pójść do mojego psychoanalityka, ten
facet nie odpowiada na moje telefony i obawiam się, że cały projekt się zawali.
Gdy słyszałem, jak mówi w ten sposób o Kulturystach, przechodziły mnie ciarki, ale po
jakimś czasie zorientowałem się, że taki ma styl. W końcu ktoś zagadywał do niego:
– Spokojnie, Bobby, wszystko w porządku. Uda ci się. – I wtedy był zadowolony.
Bobby założył własną firmę dopiero rok czy dwa lata wcześniej i myślę, że zajął się
promocją Kulturystów, by pokazać, co potrafi. George Butler na pewno nie płacił mu za dużo.
Przez jedenaście miesięcy, od wystawy w Whitney do wejścia Kulturystów na ekrany, Zarem
niestrudzenie działał za kulisami i przygotowywał grunt. Załatwiał sale projekcyjne, zapraszał ze
dwadzieścia wpływowych osób ze świata sztuki, literatury i finansów i wyświetlał im sceny
z kręconego filmu. Zawsze starał się, żeby na takich imprezach było ze dwóch przedstawicieli
mediów, choć zjawiali się nieoficjalnie. Często mu wtedy towarzyszyłem – tak na przykład
poznałem dziennikarza telewizyjnego Charliego Rose’a, którego żona, Mary, wspierała film
finansowo. Bobby łączył projekcję z krótkim wykładem o kulturystyce jako fascynującym
ogniwie łączącym sport i sztukę albo dowodzie na rosnącą modę na dbanie o formę fizyczną –
trochę zadęcia, żeby goście mieli poczucie, iż należą do awangardy. Później padały tysiące pytań.
Patrzyłem z podziwem, jak Bobby urabia media. Nauczyłem się od niego, że zwyczajne
komunikaty prasowe to strata czasu, zwłaszcza jeśli próbuje się zainteresować reporterów
telewizyjnych.
– Oni nie czytają! – mówił.
Znał natomiast mnóstwo dziennikarzy i wydawców prasowych. Przygotowywał materiał
dla jednego z nich, dzwonił do niego i mówił:
– Wysyłam ci to. Proszę, oddzwoń, gdy tylko do ciebie dotrze. Jeśli nie oddzwonisz,
uznam, że nie chcesz tego materiału, i prześlę go komuś innemu.
Bobby słynął z długich, pisanych ręcznie propozycji. Dał mi do przeczytania
czterostronicowy list do wydawcy „Time’a”, w którym tłumaczył, dlaczego magazyn powinien
zamieścić duży artykuł o kulturystyce. Chcieli się z nim spotkać i poważnie rozmawiać wydawcy
i redaktorzy programów informacyjnych z całego Nowego Jorku. A jeśli o jakiś materiał ubiegało
się kilka gazet czy stacji telewizyjnych, przygotowywał kilka wersji, żeby nie robili sobie
konkurencji. Studiował jakąś historię, pracował nad nią i wieczorem prowadził pertraktacje –
przesiadywał w Elaine’s, ulubionym miejscu spotkań literatów, dziennikarzy i celebrytów na
Upper East Side.
Zadaniem Bobby’ego było wypromować Kulturystów, ale podłapałem od niego pomysły,
żeby jednocześnie rozreklamować swój udział w Niedosycie. Choć film nie zrobił kasy, zostałem
nominowany do Złotego Globu za najlepszy debiut aktorski. (Herkules w Nowym Jorku był takim
niewypałem, że za mój debiut uznano dopiero rolę w Niedosycie). Do tej nagrody nominowano
też między innymi Harveya Spencera Stephensa, pięciolatka, który zagrał Damiena w horrorze
Omen, oraz pisarza Trumana Capote’a za rolę w komedii kryminalnej Zabity na śmierć.
Oczywiście to obudziło we mnie ducha rywalizacji. Jak miałem się wyróżnić z tego grona?
Wybrałem następującą strategię: zamieściłem podziękowania w prasie branżowej, „Variety”
i „Hollywood Reporter”, dla Hollywood Foreign Press Association, której członkowie wybierali
laureatów Złotych Globów, za przyznanie mi nominacji.
Zaprosiłem też członków stowarzyszenia na kolację i przedpremierowy pokaz Kulturystów.
Bobby’emu Zaremowi nie podobał się ten pomysł, bo dostałem nominację za rolę w Niedosycie,
a nie w Kulturystach, a poza tym uważał, że film Kulturyści jest zbyt nowatorski dla
hollywoodzkiej prasy zagranicznej. Ja jednak czułem, że to tylko może pomóc. Po pierwsze,
krytycy lubią oglądać twoje ostatnie dzieło, nawet jeśli nie za nie cię oceniają, bo chcą mieć
poczucie, że głosują na kogoś, kto jest modny. Po drugie, w Kulturystach byłem sobą, dlaczego
więc nie miałem podsunąć im obu filmów: Niedosytu ze względu na moje aktorstwo,
a Kulturystów ze względu na moją odwagę? Poza tym wykombinowałem sobie, że zagraniczna
prasa będzie sympatyzować z imigrantem, lansującym w Ameryce nowy sport. A nawet jeśli nie
zadziałałoby ani jedno, ani drugie, byłem dumny z pracy, którą włożyłem w rolę w Niedosycie,
i chciałem zrobić wszystko, żeby zwrócić na to uwagę. Na pokaz przyszło wielu dziennikarzy,
a kiedy projekcja się skończyła, ludzie ściskali mnie i mówili: „Byłeś fantastyczny!” albo: „To
było wspaniałe!”. Wiedziałem więc, że impreza się udała.
Tydzień przed premierą, w styczniu 1977 roku, o Kulturystach pisano w działach
plotkarskich wielu czasopism, ponieważ Bobby wydał lunch w Elaine’s. Funkcję gospodyni
pełniła Delfina Rattazzi, ja byłem gościem honorowym, a wśród przybyłych znaleźli się Andy
Warhol, George Plimpton, Paulette Goddard, Diana Vreeland i wydawca „Newsweeka”. Jednak
bohaterką wydarzenia została Jackie Onassis, znana z tego, że trzymała się w cieniu i nie
udzielała wywiadów. Pochlebiało mi, że przyszła na nasz lunch, choć wiedziała, że wzbudzi
zainteresowanie prasy. Myślę, że zrobiła to w ramach przysług – Delfina była jej asystentką
w Viking Press – a także z ciekawości, bo interesowała się sztuką, najnowszymi trendami
i wszelkimi nowinkami.
Została do końca lunchu i miałem okazję porozmawiać z nią przez piętnaście minut. Gdy
dorastałem, JFK symbolizował dla mnie Amerykę, więc możliwość poznania Jackie była jak sen.
Największe wrażenie zrobiły na mnie jej wyrafinowanie i wdzięk. Najwyraźniej przyszła
przygotowana, bo nie zadawała żadnych niezręcznych, mętnych pytań w rodzaju: „O czym jest
ten film?”. Zachowywała się tak, jakby film Kulturyści był ważnym dziełem i jakby doceniała to,
co robimy. Wypytywała mnie o konkretne rzeczy: Jak trenujesz? Jak oceniasz konkurencję? Na
czym polega różnica między zawodami Mister Olympia i Mister America? Czy kulturystyka to
coś dla nastoletniego chłopca? W jakim wieku trzeba zacząć trenować? Byłem do niej życzliwie
nastawiony, zanim jeszcze ją poznałem, a po tej rozmowie stałem się jej wielbicielem.
Oczywiście ludzie jej kalibru są wyrobieni towarzysko, dzięki czemu sprawiają wrażenie,
że wiele wiedzą o tobie i o tym, czym się zajmujesz. Trudno więc powiedzieć, czy naprawdę ją to
wszystko interesowało. Powiedziałbym, że była z natury ciekawa. Może naprawdę sądziła, że
John F. Kennedy junior miałby ochotę potrenować? A może tylko wyświadczała uprzejmość
Delfinie. Jednak z całą pewnością dzięki niej film Kulturyści zyskał rozgłos, a to, że tydzień
później zjawiła się na nowojorskiej premierze razem z synem, przekonało mnie, że była ze mną
szczera.
Przed premierą Bobby Zarem i George Butler dwoili się i troili. Do Plaza Theatre przy
Wschodniej Pięćdziesiątej Ósmej Ulicy zaprosili pięćset osób. Byli fotoreporterzy, kamery
telewizyjne, barykady policyjne, zajeżdżające przed wejście limuzyny, reflektory przeczesujące
niebo – wszystko. Temperatura spadła prawie do zera, ale na mój przyjazd czekało kilkunastu
nastoletnich fanów i gdy się pojawiłem, zaczęli skandować: „Arnold! Arnold!”.
Przyjechałem wcześniej – razem z mamą, która z tej okazji przyleciała z Austrii – bo
chciałem witać gości, porozmawiać z nimi i wycałować wszystkie ładne dziewczyny. Po raz
pierwszy w życiu włożyłem smoking. Musiałem uszyć go na miarę, bo chociaż schudłem do stu
dwóch kilogramów, w żadnej wypożyczalni nie mieli takiego, który wszedłby na kogoś mającego
sto czterdzieści pięć centymetrów w ramionach i osiemdziesiąt jeden centymetrów w pasie.
Goście stanowili fantastyczne zbiorowisko dziennikarzy, artystów, krytyków, modelek,
osób wpływowych, bywałych, modnych i fanów kulturystyki – byli wśród nich Andy Warhol,
Diana Vreeland, aktorki Carroll Baker, Sylvia Miles i Shelley Winters, aktor Tony Perkins
z żoną, Berry Berenson, która zajmowała się fotografowaniem mody, pisarz Tom Wolfe,
modelka Apollonia van Ravenstein, gwiazdor porno Harry Reems i połowa obsady programu
Saturday Night Live. James Taylor przyjechał z ciężarną żoną, Carly Simon, która pokazała przed
kamerami biceps i powiedziała reporterowi, że jej przebój You’re So Vain (Jesteś taki próżny) nie
opowiada o kulturyście.
Kulturyści mieli spektakularne wejście. Gdy wszyscy kręcili się po lobby, sącząc białe
wino, w drzwiach stanęło sześciu olbrzymów z filmu, między innymi Franco, Lou Ferrigno
i Robby Robinson „Black Prince”, „Czarny Książę”, który z tej okazji włożył czarną aksamitną
pelerynę i brylantowy kolczyk.
Film Kulturyści spełnił swoją funkcję: kulturystyka weszła do głównego nurtu sportowego.
Pozytywne recenzje świadczyły o tym, że krytycy zrozumieli przesłanie. Ten zwodniczo prosty,
inteligentny obraz nadaje ludzki wymiar światu, w którym panuje specyficzny przewrotny heroizm
– pisano w „Newsweeku”, podczas gdy „Time” zwracał uwagę na piękne zdjęcia i montaż,
inteligentną strukturę i żeby zaryzykować stwierdzenie, które w pierwszej chwili może się wydać
niestosowne – urok filmu. A tak, urok, dodawał recenzent.
Widzom zebranym w Plaza film również się podobał, nagrodzili go gromkimi oklaskami.
Po projekcji zostali na miejscach, żeby obejrzeć występ kulturystów. Ja byłem prezenterem.
Zaczęliśmy od pokazu umiejętności Franca, który jak siłacz zginał zębami stalowy pręt
i nadmuchiwał gumową butelkę z gorącą wodą. Tuż przed tym, jak butelka pękła i trysnęła
gorąca woda, publiczność w pierwszych rzędach zaczęła zasłaniać uszy. Potem do Franca
dołączyli inni kulturyści i demonstrowali pozy, które omawiałem. Na koniec wbiegła na scenę
Carroll Baker w obcisłej sukience, zaczęła macać ich bicepsy i tricepsy oraz mięśnie piersi,
a potem udała, że mdleje z ekstazy, i padła w moje ramiona.
Drugi raz miałem okazję zaprezentować swój smoking dwa tygodnie później podczas
uroczystego wręczenia Złotych Globów. Ceremonia odbywała się w hotelu Beverly Hilton
i znowu towarzyszyła mi mama.
Znała tylko kilka słów po angielsku i ledwo rozumiała, co kto mówi, więc musiałem być jej
tłumaczem. Pokaz i towarzyszący mu szum medialny w Nowym Jorku ją rozbawiły, więc gdy
fotoreporterzy wołali: „Zapozuj z mamą!” – uśmiechała się i pozwalała mi się obejmować.
Wielkie wrażenie zrobiło na niej, że wytwórnia wysłała limuzynę, która zawiozła nas na
uroczystość. I była bardzo podekscytowana, gdy zobaczyła Sophię Loren.
Na wręczenie Złotych Globów przybyło wiele gwiazd, bo była to mniej sztywna
i zabawniejsza uroczystość niż gala oscarowa. Zauważyłem w okolicy baru aktorów: Petera
Falka, Henry’ego Fondę i Jimmy’ego Stewarta. Były tam też aktorki: Carol Burnett, Cybill
Shepherd i Deborah Kerr. Pożartowałem sobie z Shelley Winters i poflirtowałem z nieziemską
Raquel Welch. W pewnym momencie podszedł do mnie Henry Winkler i powiedział kilka
miłych słów o Niedosycie. Wyjaśniłem mamie po niemiecku, że to Fonz, gwiazdor popularnego
sitcomu Happy Days. Kiedy zasiedliśmy do kolacji, zauważyłem Dina De Laurentiisa z Jessicą
Lange, która grała seksowną główną bohaterkę w King Kongu, filmie produkowanym przez Dina,
i była nominowana do nagrody dla najlepszej debiutującej aktorki. Dino mnie jednak ignorował.
Niedaleko nas siedział Sylvester Stallone, którego trochę znałem, bo jego agentem był
Larry Kubik. Film, w którym wystąpił, Rocky, był hitem – także kasowym, bo pod tym
względem przebił wszystkie inne produkcje, jak Sieć, Wszyscy ludzie prezydenta czy Narodziny
gwiazdy – no i uzyskał nominację do nagrody głównej. Pogratulowałem Sylvestrowi, a on wyznał
mi z entuzjazmem, że pisze scenariusz nowego filmu, o zapaśnikach, i zapowiedział, że być
może znajdzie się w nim rola dla mnie.
Po kolacji wszedł na scenę Harry Belafonte, który prowadził konferansjerkę. Poczułem, że
ogarnia mnie spokój, jak podczas zawodów kulturystycznych – wiedziałem, że mogę się
odprężyć, bo zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby wygrać. Kiedy ogłoszono wynik
w mojej kategorii i okazało się, że zwyciężyłem, Sylvester klaskał najgłośniej. Potem, gdy
nagrodzono Rocky’ego, wręcz oszalał ze szczęścia i idąc na scenę, całował każdą mijaną kobietę.
To było niesamowite uczucie – dostać pierwszą w życiu nagrodę za występ aktorski.
Zdobycie Złotego Globu przekonało mnie, że nie zwariowałem: byłem na właściwej drodze.
***
Na Manhattanie spędzałem prawie tyle samo czasu, ile w Los Angeles. Nowy Jork był dla
mnie jak sklep ze słodyczami. Przebywanie wśród tych wszystkich fascynujących postaci
sprawiało mi wielką frajdę. Byłem dumny i szczęśliwy, że mnie akceptują, w ogóle cieszyłem
się, że ludzie czują się przy mnie swobodnie. Moje ciało nie budziło w nich poczucia zagrożenia,
chcieli mnie poznać, pomóc mi i zrozumieć, co próbuję zrobić.
Elaine Kaufman, właścicielka Elaine’s, która uchodziła za osobę twardą i trudną, dla mnie
była przemiła, matkowała mi. Gdy przychodziłem na jakąś imprezę, prowadziła mnie od stolika
do stolika i przedstawiała gościom – podchodziliśmy do reżysera Roberta Altmana, do
Woody’ego Allena, do Francisa Forda Coppoli, do Ala Pacino.
– Panowie, musicie poznać tego młodego człowieka – mówiła.
– Arnoldzie, może przysunę ci krzesło, usiądź z państwem, nałożę ci sałatki albo czegoś
innego.
Czasami czułem się strasznie niezręcznie, bo przerywała im rozmowę i być może nawet nie
byłem mile widziany. Ale co mogłem zrobić?
Zdarzało się, że popełniałem idiotyczne gafy – na przykład powiedziałem wielkiemu
tancerzowi baletowemu, Rudolfowi Nuriejewowi, że nie powinien tracić kontaktu z ojczyzną, że
dobrze by było, gdyby znowu ją odwiedził. Nie wiedziałem, że w 1961 roku uciekł ze Związku
Radzieckiego. Jednak stali bywalcy Elaine’s zazwyczaj byli życzliwi i okazywali mi
zainteresowanie. Coppola wypytywał mnie o środowisko kulturystyczne. Andy Warhol
teoretyzował na temat kulturystyki i chciał napisać o jej znaczeniu: czy można wyglądać jak
dzieło sztuki? Jak stać się rzeźbiarzem własnego ciała? Miałem okazję lepiej poznać Nuriejewa,
bo obaj byliśmy portretowani przez Jamiego Wyetha, syna słynnego Andrew Wyetha i również
znanego malarza. Nuriejew czasami zapraszał Jamiego i mnie, żebyśmy przyłączyli się do niego
w Elaine’s. Przychodził późnym wieczorem, po występie, w niesamowitym futrze z wielkim
kołnierzem, z powiewającym szalikiem. Nie był wysoki, ale ze względu na sposób bycia stawał
się dominującą postacią na sali. Był królem. Uwidoczniało się to w sposobie chodzenia, gestach,
na przykład zdejmowaniu płaszcza, w każdym ruchu, pięknym i uderzającym, niemal
scenicznym. Przynajmniej ja tak to widziałem. Przy kimś takim twoja wyobraźnia zaczyna
pracować, czyniąc z niego kogoś nieprzeciętnego. Poza tym wspaniale się z nim rozmawiało.
Opowiadał mi o swojej miłości do Ameryki i sceny nowojorskiej. Mimo to mnie onieśmielał. Był
czołowym amerykańskim tancerzem, a ja czołowym kulturystą, a to nie to samo. Mogłem zostać
Mister Olympia setki razy i nigdy nie osiągnąć jego pozycji. Był z innej planety, jak Woody
Allen, który potrafił przyjść w smokingu i tenisówkach na eleganckie przyjęcie, wymagające
strojów wieczorowych, i nikt nie miał mu tego za złe. Jakby w ten sposób chciał powiedzieć:
„Mam was gdzieś. W zaproszeniu była mowa o strojach wieczorowych, więc włożyłem smoking,
ale przyszedłem jako Woody Allen, na nogach”. Podziwiałem śmiałość ich obu, jego
i Nuriejewa.
Wspaniałym miejscem była też restauracja One Fifth w Greenwich Village. W późne
sobotnie wieczory, po Saturday Night Live, zbierała się tam cała obsada programu: John Belushi,
Dan Aykroyd, Gilda Radner i Laraine Newman. Często oglądałem ich występy w NBC Studios
w Rockefeller Plaza, a potem spotykałem się z nimi w Elaine’s.
Najlepsze przyjęcia w mieście wydawał Ara Gallant, chudy, mały facet po czterdziestce,
który zawsze nosił obcisłą skórzaną albo dżinsową kurtkę, kowbojskie buty na wysokich
obcasach, ze srebrnymi okuciami na noskach, oraz czarną czapeczkę z dzwoniącymi złotymi
zawieszkami. Miał czarne bokobrody i na wieczór obrysowywał oczy eyelinerem. Był sławnym
fotografem mody, makijażystą i stylistą fryzur, który stworzył disco look lat siedemdziesiątych:
czerwone usta, ozdobione cekinami ciuchy, wielkie fryzury. Na przyjęcia do swojego wielkiego
egzotycznego mieszkania, z czerwonymi światłami, dudniącą w tle muzyką i nieustającą mgiełką
palonej trawki, zapraszał wszystkie znane modelki i modeli. Bywali też u niego Dustin Hoffman,
Al Pacino, Warren Beatty i najlepszy przyjaciel Gallanta, Jack Nicholson – wszyscy więksi
gracze filmowego świata. Dla mnie to był raj. Chodziłem na wszystkie przyjęcia, na które byłem
zapraszany, i zawsze opuszczałem je jako ostatni.
Andy Warhol udostępnił Jamiemu Wyethowi swoje studio, Factory, żeby ten namalował
mój portret. Zwykle pozowałem mu późnym popołudniem, a potem, gdy kończył malować, koło
dwudziestej albo dwudziestej pierwszej, szliśmy razem na kolację. Ale któregoś wieczoru
Warhol powiedział:
– Jeśli chcecie zostać, proszę bardzo. Za jakieś pół godziny robię zdjęcia.
Byłem zafascynowany Warholem, jego jasnymi sterczącymi włosami, czarną skórzaną
kurtką, białymi koszulami. Gdy z kimś rozmawiał, nawet na przyjęciu, zawsze w jednej ręce
trzymał kamerę, a w drugiej magnetofon. Miało się wrażenie, że może zamieścić tę rozmowę
w swoim czasopiśmie „Interview”.
Odpowiedziałem więc „tak”, bo chciałem zobaczyć go podczas pracy. Wkrótce przyszło
z pół tuzina młodych mężczyzn, którzy zaczęli się rozbierać. Pomyślałem: Może wezmę udział
w czymś ciekawym. Zawsze byłem otwarty, jeśli chodzi o odkrycia czynowe doświadczenia.
Jeżeli zaczynało się dziać coś dziwnego, mówiłem sobie: „To Bóg skierował mnie na tę ścieżkę.
Chce, żebym tu był, bo inaczej zostałbym zwykłym robotnikiem w Grazu”.
Nie chciałem gapić się na nagich facetów, więc kręciłem się i gawędziłem z asystentami
Warhola, którzy ustawiali staroświeckie reflektory wokół stołu pośrodku studia. Był to wielki,
solidny mebel nakryty białym suknem.
Andy poprosił nagich mężczyzn, żeby weszli na stół i położyli się jeden na drugim, tworząc
jakby stos. Potem zaczął nimi dyrygować.
– Ty połóż się tam. Nie, ty leżysz w poprzek niego i w poprzek tamtego. Doskonale.
Doskonale. – Cofnął się i zapytał pozostałych golasów: – Który z was jest giętki?
– Ja tańczę w balecie – zgłosił się któryś.
– Świetnie. Wejdź wyżej, przełóż jedną nogę tam pod spodem, a drugą połóż na górze,
potem uzupełnimy to z boku…
Gdy już kompozycja wyglądała tak, jak chciał, zaczął pstrykać polaroidem i korygować
światło. Cienie musiały być idealne – miał na tym punkcie fioła.
– Podejdź tu, Arnoldzie. Widzisz? Próbuję uzyskać coś takiego. Ale to jeszcze nie to.
Jestem sfrustrowany. – Pokazał mi zdjęcie z polaroida, na którym mężczyźni nie wyglądali jak
ludzie, widać było tylko linie. – To będzie nosiło tytuł Krajobrazy – wyjaśnił.
Pomyślałem: To niewiarygodne, ten gość robi z dup faliste pagórki.
– Chodzi o to – ciągnął – żeby ludzie zastanawiali się, jak osiągnęliśmy ten efekt, a potem
o tym pisali.
Słuchając Warhola, miałem wrażenie, że gdybym go zapytał, czy mógłbym przyglądać się,
jak pracuje, odpowiedziałby, że nie. Z artystami tak już jest, nigdy nie wiadomo, jak zareagują.
Czasami trzeba być spontanicznym i korzystać z okazji, żeby zobaczyć, jak powstaje dzieło
sztuki.
Jamie Wyeth i ja staliśmy się dobrymi przyjaciółmi i kilka miesięcy później, kiedy zrobiło
się cieplej, zaprosił mnie na swoją rodzinną farmę do Pensylwanii, niedaleko Brandywine River
Museum, w którego kolekcji znajdowało się kilka najlepszych prac jego ojca. Tam poznałem
żonę Jamiego, Phyllis, a potem jego ojca mieszkającego po sąsiedzku, w starym domu na farmie,
do którego mnie zabrał.
Andrew Wyeth, wówczas sześćdziesięcioletni, gdy przyszliśmy, ćwiczył szermierkę. Był
sam, ale wyglądał tak, jakby z kimś walczył, miał nawet na twarzy maskę.
– Tato! – zawołał Jamie i pomachał, żeby zwrócić jego uwagę. Rozmawiali przez chwilę,
a potem Wyeth odwrócił się do mnie i zdjął maskę. – Tato – powiedział Jamie – to jest Arnold
Schwarzenegger, występuje w Kulturystach i właśnie go maluję.
Pogawędziliśmy przez chwilę, a potem Andrew spytał:
– Chce pan pojechać ze mną i zobaczyć pole, na którym teraz maluję?
– Jasne! – odparłem. Byłem ciekaw, jak pracuje. Wyeth zaprowadził mnie do pięknego,
lśniącego, starego samochodu sportowego z ryczących lat dwudziestych, o nazwie Stutz Bearcat:
był
to
dwuosobowy
kabriolet
z wielkimi
odsłoniętymi
kołami,
dużymi
błotnikami,
chromowanymi rurami wydechowymi i ogromnymi reflektorami zamocowanymi poza maską.
Piękna maszyna. Sporo wiedziałem o tym rzadkim, drogim modelu, bo taki sam mieli Frank
Sinatra, Dean Martin i Sammy Davis junior. Ruszyliśmy, a Wyeth wyjaśnił, że dostał ten
samochód od firmy produkującej wódkę w zamian za projekt reklamy. Zauważyłem, że jedziemy
nie szosą, tylko bitą drogą z głębokimi koleinami i chwastami rosnącymi pośrodku i po bokach –
zupełnie nieodpowiednią dla takiego wozu. Potem nawet ta droga się skończyła, ale Wyeth jechał
dalej, po stoku wzgórza, przez wysoką do kolan trawę.
W końcu znaleźliśmy się na szczycie. Tam zobaczyłem sztalugi i owiniętą kocem kobietę,
która siedziała na ziemi. Właściwie nie była piękna, ale zmysłowa, silna i urzekająca – miała
w sobie coś wyjątkowego.
– Zrzuć to – polecił jej Wyeth.
Kobieta zrzuciła koc i siedziała z odsłoniętymi piersiami, pięknymi piersiami. On mruknął:
– O tak. – A potem powiedział do mnie: – Teraz zabiorę się do malowania. – I pokazał mi
rozpoczęty obraz, który stał na sztalugach.
– Chciałem, żebyś ją poznał, bo zna niemiecki – wyjaśnił.
Była to Helga Testorf, która pracowała na sąsiedniej farmie i była obsesją Wyetha.
Rysował ją i malował setki razy, przez wiele lat, w tajemnicy przed wszystkimi. Dziesięć lat
później historia tych obrazów trafiła na łamy „Time’a” i „Newsweeka”. A ja w 1977 roku
przypadkiem byłem świadkiem jednego z ich wspólnych plenerów malarskich i Wyeth dopuścił
mnie do swojego sekretu.
Zabiegi związane z promocją Kulturystów pochłaniały dużo czasu, ale ta praca sprawiała
mi przyjemność. Podczas bostońskiej premiery filmu George Butler przedstawił mnie swojemu
wieloletniemu przyjacielowi, Johnowi Kerry’emu, wówczas pierwszemu asystentowi prokuratora
okręgowego. Towarzyszyła mu Caroline Kennedy, dziewiętnastoletnia córka Jackie i JFK, która
była na studiach licencjackich na Harvardzie. Dziewczyna początkowo zachowywała rezerwę,
ale po filmie poszliśmy wszyscy na kolację i trochę się rozkręciła. Powiedziała mi, że pisuje do
„Harvard Crimson”, studenckiego dziennika uniwersyteckiego, i zapytała, czy przyjechałbym
tam na wywiad. Oczywiście zgodziłem się z ochotą. Ona i inni członkowie zespołu redakcyjnego
„Crimson” pytali mnie o rząd i sport, który uprawiam. Ktoś chciał wiedzieć, którego prezydenta
cenię najbardziej. Odpowiedziałem:
– Johna F. Kennedy’ego!
To wszystko była wspaniała zabawa, a także dobra inwestycja w przyszłość. Promując film
Kulturyści i samą kulturystykę, promowałem siebie. Za każdym razem, gdy występowałem
w radiu czy w telewizji, oswajałem ludzi z moim akcentem, sposobem mówienia, tak że czuli się
przy mnie coraz bardziej wyluzowani. Efekt był przeciwny do tego, przed czym ostrzegali mnie
hollywoodzcy agenci. Przekuwałem swoje rzekome słabości – posturę, akcent i śmieszne
nazwisko – w atuty. Niebawem ludzie zaczęli mnie rozpoznawać, nawet mnie nie widząc, choćby
po głosie czy nazwisku.
Najlepszą okazją do promocji Kulturystów był festiwal filmowy w Cannes, który odbywał
się w maju. Przygotowując się do wyjazdu, postanowiłem coś zrobić ze swoją garderobą. Do tej
pory chodziłem w spodniach z podwójnie tkanego materiału, koszulkach Lacoste i kowbojskich
butach. Wynikało to głównie z braku pieniędzy. Nie stać mnie było, aby szyć sobie ciuchy na
miarę, a gotowe ubrania, w które mogłem się wbić, pochodziły ze sklepów dla „dużych panów”,
gdzie obwód pasa mierzyło się w decymetrach. Poza tym jak dotąd w moim planie nie było
miejsca na stroje. Starałem się inwestować każdego dolara, żeby przyniósł dwa albo trzy,
zapewniając mi finansowe bezpieczeństwo. Ciuchy oznaczały wydatki. Od George’a
dowiedziałem się, że najlepszym krawcem w Nowym Jorku jest Morty Sills. Poszedłem więc do
niego i zapytałem:
– Gdybym miał wybrać jeden garnitur, to jaki?
– A gdzie chce pan w nim wystąpić? – odpowiedział pytaniem.
– Za miesiąc jadę do Cannes na festiwal filmowy.
– W takim razie beżowy lniany. Nie ma się nad czym zastanawiać.
Morty uszył mi więc jasnobeżowy lniany garnitur, a do niego wybrał krawat i koszulę,
żebym wyglądał naprawdę szykownie.
Bez wątpienia strój był w Cannes rzeczą ważną. Wystrojony w garnitur, z którego byłem
dumny, w odpowiedniej koszuli, odpowiednim krawacie i odpowiednich butach, krążyłem wśród
setek dziennikarzy, nakręcając zainteresowanie prasy filmem Kulturyści. Ale największą sensację
wzbudziłem na plaży, gdzie George postanowił urządzić sesję fotograficzną z udziałem
dziewczyn z Crazy Horse, paryskiego klubu ze striptizem i kabaretu. Ubrano je w zwiewne
sukienki z falbankami i kapelusze, a do rąk włożono bukiety kwiatów – ja występowałem tylko
w slipach. Zdjęcia tej scenki ukazały się w prasie na całym świecie, a na projekcję Kulturystów
przyszło tylu ludzi, że wszyscy nie zmieścili się w sali.
Do Cannes przyjechało mnóstwo gwiazd – na przykład Mick i Bianca Jaggerowie! – i ja
byłem wśród nich. Grałem w nogę z wielkim brazylijskim piłkarzem Pelem, nurkowałem
z akwalungiem z francuskimi płetwonurkami wojskowymi, poznałem Charlesa Bronsona.
Kobieta kierująca europejską dystrybucją jego filmów urządziła dla niego wieczór w hotelu przy
plaży. Siedzieli razem u szczytu stołu, a ja zajmowałem miejsce na tyle blisko, aby słyszeć ich
rozmowę. Doszedłem do wniosku, że Bronson nie jest łatwym rozmówcą.
– Bardzo się pan przyczynił do naszego sukcesu – mówiła kobieta. – Tak się cieszymy, że
pan przyjechał. Czy pogoda nie jest cudowna?
On odczekał chwilę, a potem rzucił:
– Nie znoszę takich towarzyskich rozmówek.
Kobieta była tak zaskoczona, że odwróciła się do drugiego sąsiada przy stole. Nie mogłem
wyjść ze zdumienia. Ale taki już był: twardy i szorstki. Nie szkodziło to jego filmom, ja jednak
postanowiłem, że pozostanę przy własnym, bardziej przystępnym stylu bycia.
Po powrocie do Los Angeles mój agent, Larry Kubik, uradowany, że zainteresowałem się
ciuchami, zabrał mnie na zakupy.
– Możesz znaleźć takie same spodnie poza Rodeo Drive, gdzie będą kosztowały
pięćdziesiąt procent mniej – mówił.
Albo:
– Te brązowe skarpetki nie pasują do koszuli. Chyba powinieneś założyć niebieskie.
Miał dobre oko i zakupy pozwalały nam się oderwać od okropnych scenariuszy, które
odrzucaliśmy.
Właśnie
zaproponowano
mi
rolę
mięśniaka
w Sekstecie
z udziałem
osiemdziesięciopięcioletniej Mae West i występ – za dwieście tysięcy dolarów – w reklamie
opon samochodowych.
Przez
wiele
miesięcy
moim
jedynym
zajęciem
w Los
Angeles
był
handel
nieruchomościami. Częściowo z powodu inflacji, a częściowo na skutek rozbudowy miasta ceny
nieruchomości w Santa Monica osiągały astronomiczne sumy. Nie zamierzałem sprzedawać
mojego budynku mieszkalnego, ale mniej więcej w czasie, gdy film Kulturyści wszedł na ekrany,
zaoferowano mi za niego niemal dwa razy tyle, za ile kupiłem go w 1974 roku. Zysk z inwestycji
wysokości trzydziestu siedmiu tysięcy dolarów wyniósł więc sto pięćdziesiąt tysięcy – było to
czterokrotne przebicie w ciągu trzech lat. Zainwestowałem całą tę sumę w dwa razy większy
budynek, z dwunastoma mieszkaniami zamiast sześcioma, a pomogła mi w tym Olga, która jak
zwykle go dla mnie znalazła.
Moja sekretarka, Ronda Columb, która od lat prowadziła za mnie biznes wysyłkowy
i układała mój zwariowany plan zajęć, żartowała, że zmieniam się w potentata od nieruchomości.
Pochodziła z Nowego Jorku, była czterokrotnie rozwiedziona i dziesięć albo dwanaście lat
starsza ode mnie. Jej pierwszy mąż był mistrzem kulturystyki w latach pięćdziesiątych. Poznałem
ją przez Gold’s Gym. Ronda była dla mnie jak starsza siostra. Jej ostatni facet pracował jako
deweloper i nazywał się Al Ehringer.
Któregoś dnia ni z tego, ni z owego powiedziała:
– Wiesz, Al cię uwielbia.
– Chodzi z moją sekretarką, to oczywiste, że mnie uwielbia! – odparłem.
Zaśmiała się.
– Nie, naprawdę, uwielbia cię i chciałby wejść z tobą w spółkę. Pomyślisz o tym?
– Hm, dowiedz się, co ma na myśli, bo przy Main Street jest budynek na sprzedaż, więc
gdyby był zainteresowany…
Al miał opinię bystrego agenta, który potrafi wyczuć, gdzie warto budować. Odegrał dużą
rolę w przywracaniu do życia historycznych dzielnic Pasadeny w Kalifornii, poprzez otwieranie
tam sklepów i sprzedaż loftów. Pomyślałem, że może Santa Monica dojrzała do czegoś
podobnego. Main Street, biegnąca równolegle do wybrzeża kilka przecznic od plaży, była
zaniedbana, mieszkali tam głównie pijacy oraz ludzie, którzy nie potrafili nigdzie zagrzać
miejsca, i znalazłoby się dużo nieruchomości do kupienia. A ja miałem do zainwestowania
siedemdziesiąt tysięcy dolarów z Kulturystów i innych przedsięwzięć.
Al dobrze znał budynek, który wpadł mi w oko.
– Ta nieruchomość i trzy inne są na sprzedaż – oznajmił. – Wybierz, którą chcesz, a ja w to
z tobą wejdę.
Al i ja kupiliśmy więc budynek i zabraliśmy się do przekształcania Main Street.
Nasza inwestycja niemal od razu zaczęła się zwracać. Nieruchomość obejmowała trzy
domki z tyłu budynku, które wychodziły na sąsiednią ulicę, i te sprzedaliśmy, uzyskując za nie
dość pieniędzy, żeby spłacić całą zaliczkę. To z kolei pozwoliło nam na zaciągnięcie pożyczki
i gruntowną renowację budynku. A ponieważ miał ponad pięćdziesiąt lat, kwalifikował się jako
zabytkowy, co uprawniało do znacznej ulgi podatkowej. To był kolejny powód, żeby kochać
Amerykę. W Austrii, jeśli obiekt miał zostać uznany za historyczny, musiał mieć z pięćset lat, bo
inaczej śmiano ci się w nos.
Możliwość zarabiania w ten sposób pieniędzy znacznie wzmocniła mojąpewność siebie.
Zmodyfikowałem plany życiowe: wciąż chciałem mieć w przyszłości sieć siłowni, ale
postanowiłem, że zamiast zarabiać forsę na filmach, jak Reg Park i Steve Reeves, będę ją zbijał
na handlu nieruchomościami.
***
Ronda zawsze składała kierowane do mnie prośby o publiczne wystąpienia na stos, który
potem przeglądałem. Tamtej wiosny moją uwagę przykuło zaproszenie od komitetu Olimpiad
Specjalnych podpisane „Jacquie Kennedy”. Proponowano w nim, żebym przyleciał na
Uniwersytet Wisconsin, aby wziąć udział w badaniach naukowych nad leczeniem dzieci
upośledzonych umysłowo.
Gdybym się przez chwilę dobrze zastanowił, uświadomiłbym sobie, że to nie była ta Jackie
Kennedy, którą poznałem – tamta nosiła obecnie nazwisko Onassis, nie podpisywała się
imieniem Jacquie i mieszkała w Nowym Jorku. Ale pomyślałem, że może jest honorową
przewodniczącą komitetu czy coś w tym rodzaju. Pod wpływem impulsu powiedziałem więc
Rondzie:
– Pojadę tam.
Wygłaszałem już wykłady o treningu siłowym i o tym, jak wygrywać, więc uznałem, że
konsultacje z uniwersytetem podniosą rangę kulturystyki jako sportu, nawet jeśli mi za to nie
zapłacą. Nie wiedziałem, czy trening siłowy może pomóc dzieciom upośledzonym umysłowo, ale
byłem pod wrażeniem, że ktoś chce to sprawdzić, co z kolei stworzyłoby mi nowe możliwości.
Gdy przyleciałem w kwietniu do Superior w stanie Wisconsin, niedaleko Duluth, na ziemi
wciąż jeszcze leżał śnieg, była to północna filia uczelni. Dwie panie, które przyjechały po mnie
na lotnisko, były naukowcami, obie miały doktorat. Przedstawiły mnie Jacquie, szczupłej
energicznej kobiecie z Olimpiad Specjalnych, i razem z nią pokazały mi salę gimnastyczną,
w której następnego dnia miały zjawić się dzieci.
– Jakie ćwiczenia możemy im zalecić? – zapytała Jacquie.
– Nie wiem, jak bardzo te dzieci są upośledzone – odparłem – ale bezpiecznym ćwiczeniem
jest wyciskanie na ławce. A potem martwy ciąg, ćwiczenia z hantlami, potem…
– Dobrze – przerwała mi Jacquie. – Na pierwszy dzień wystarczy.
Ustawiliśmy sprzęt i kamerę, upewniając się, czy będzie dość jasno, żeby wszystko
sfilmować, a następnie sporządziliśmy plan zajęć na następny dzień. Tamtego wieczoru, leżąc
w łóżku, zastanawiałem się, jak poradzę sobie z dziećmi. Lecz zamiast się martwić,
postanowiłem, że będę improwizował.
Grupę stanowiło około dziesięciu chłopców, jedenasto, dwunastoletnich, i w chwili gdy
wszedłem na salę, wiedziałem, co robić. Natychmiast otoczyli mnie i chcieli dotknąć moich
mięśni, a kiedy zacząłem im je pokazywać, wykrzykiwali: „Ojej! Ojej!”.
Uświadomiłem sobie, że są w moich rękach jak wosk. Autorytetem był dla nich ktoś, kto
miał nad nimi przewagę fizyczną, nie umysłową – chcieli mnie słuchać nie dlatego, że byłem
specjalistą od fizykoterapii czy czegoś w tym rodzaju, ale dlatego, że miałem bicepsy.
Zacząłem od wyciskania na ławce, tylko ze sztangą obciążoną czteroipółkilogramowymi
pierścieniami. Poleciłem chłopcom robić na zmianę po dziesięć powtórzeń, a sam stałem z boku,
żeby podawać sztangę i opuszczać ją im na piersi. Dwaj pierwsi poradzili sobie dobrze, jednak
trzeci, gdy poczuł ciężar, wpadł w panikę i zaczął krzyczeć, bo bał się, że go zmiażdży. Uniosłem
więc sztangę znad jego piersi i mały zerwał się na równe nogi.
– Wszystko w porządku – powiedziałem do niego. – Spokojnie. Oddychaj, odpręż się
i patrz, jak to robią koledzy.
Stał więc obok i patrzył, jak pozostali kolejno podnoszą i opuszczają sztangę po dziesięć
razy. Po chwili zauważyłem, że przestał się bać i znowu obudziło się w nim zainteresowanie.
Zaproponowałem:
– Może chcesz spróbować jeszcze raz? – A on się zgodził. Był już trochę pewniejszy, gdy
podsunąłem mu sztangę bez pierścieni, i wykonał dziesięć powtórzeń. – Trzymaj pręt – poleciłem
mu. – Jesteś naprawdę silny. Myślę, że udźwigniesz też obciążenie.
Dodałem pierścienie, razem dziewięć kilogramów, a on nie tylko zrobił następną dziesiątkę
powtórzeń, ale jeszcze poprosił, żebym zwiększył obciążenie. Zdałem sobie sprawę, że jestem
świadkiem czegoś niezwykłego. Jeszcze dwadzieścia minut temu dzieciak umierał ze strachu,
a teraz wprost emanował pewnością siebie. W ciągu następnych kilku dni trenowałem z innymi
grupami dzieci, próbując rozmaitych ćwiczeń, a badacze zbierali materiał. Z naszych obserwacji
wynikało, że trening siłowy pozwala uzyskać większą pewność siebie niż, powiedzmy, piłka
nożna. W piłce nożnej czasami podanie się udaje, a czasami nie, gdy tymczasem trenując siłowo,
wiesz, że jeśli podniosłeś cztery pierścienie, to następnym razem też ci się to uda. Ta
przewidywalność pomagała chłopcom szybko zyskiwać wiarę w siebie.
Dzięki tej pracy trójbój siłowy znalazł się w programie Olimpiad Specjalnych i obecnie
przyciąga więcej zawodników niż jakakolwiek inna dyscyplina sportu. Szukaliśmy ćwiczeń,
które byłyby bezpieczne. Czasami z powodu upośledzenia dzieci mają problem z zachowaniem
równowagi, więc wykluczyliśmy przysiady. Ograniczyliśmy się do martwego ciągu, podczas
którego nic nie może się stać, bo podnosisz sztangę, dopóki się nie wyprostujesz, i wyciskania na
ławce, ponieważ możesz mieć pomocnika, który podtrzyma sztangę, gdy będzie trzeba.
Jedna z pań naukowców wydała dla mnie kolację u siebie w domu i podczas rozmowy
Jacquie zapytała o moje wykształcenie.
– Hm, skończyłem setki kursów, ale nie uzyskałem dyplomu, bo chodzę do trzech
college’ów – wyjaśniłem.
Wtedy ona powiedziała:
– Mamy największy program kształcenia poza kampusem w kraju, więc mógłby pan zrobić
dyplom tutaj. Może prześle nam pan wyciąg z indeksu?
Zrobiłem to po powrocie do domu i po przeanalizowaniu moich stopni odpisali, że aby
uzyskać dyplom, brakuje mi tylko dwóch kursów: z nauk przyrodniczych i wychowania
fizycznego. Z tego drugiego chciało mi się śmiać, ale razem opracowaliśmy plan, jak uzupełnić te
braki.
***
Kiedy na początku sierpnia Bobby Zarem zadzwonił z prawdziwym zaproszeniem od
Kennedych, o mało go nie odrzuciłem. Proponowano mi udział w Robert F. Kennedy Celebrity
Tennis Tournament w Forest Hill w Nowym Jorku.
– Nie umiem grać w tenisa – odpowiedziałem. Po co brać udział w czymś, do czego nic nie
można wnieść? Z tego samego powodu gotów byłem odrzucić propozycję uczestnictwa
w turnieju tenisowym dla celebrytów.
– Powinieneś tam pojechać – przekonywał mnie Bobby. – Bardzo trudno dostać
zaproszenie. – Wyjaśnił, że udało mu się je załatwić, bo wycofał się James Caan. – Zastanów się
jeszcze, dobra?
Larry uwielbiał takie problemy, więc zadzwoniłem do niego.
– Zgódź się – powiedział, zanim jeszcze zdążyłem otworzyć usta.
– Potrzebujesz tylko trenera. Może wynajmiesz tego gościa, którego zatrudniał Bruce
Jenner? Też został tam zaproszony, brał lekcje u tego faceta tylko przez rok i wygrał.
Znowu zadzwonił Bobby i przekazał słuchawkę Ethel Kennedy, wdowie po Robercie
Kennedym. To mnie w końcu przekonało.
Nie bądź głupi, pomyślałem. Nie możesz odmówić Ethel Kennedy! Zresztą przecież lubisz
nowe wyzwania! Poza tym cel był szlachetny. Powiedziałem im więc, że przyjadę, i zacząłem
trzy razy w tygodniu kursować do Malibu, żeby ćwiczyć z trenerem mistrza olimpijskiego
Bruce’a Jennera.
Turniej miał się odbyć dwudziestego siódmego sierpnia, mieliśmy więc tylko trzy tygodnie.
Początkowo piłki latały po całym korcie, ale wyszkoliłem się na tyle, że odbijałem jedną kilka
razy. Poza tym dobrze biegałem, a to pomagało. Gdy nie było trenera, Larry i Craig urywali się
z pracy, by ćwiczyć ze mną woleja. Chcieli mieć pewność, że wypadnę jak najlepiej na korcie
wśród tych wszystkich sław.
Dla mnie to było nowe doświadczenie – trenować coś bez nadziei na wygraną. Liczyłem
się z tym, że ludzie będą się ze mnie śmiali, nawet się tego spodziewałem. Ale chciałem dać
przedstawienie, a sprawa była słuszna.
ROZDZIAŁ 12
Dziewczyna marzeń
W piątek dwudziestego szóstego sierpnia 1977 roku poleciałem do Nowego Jorku na
Robert F. Kennedy Celebrity Tennis Tournament. W Rainbow Room, na ostatnim piętrze
budynku NBC w Rockefeller Center, odbywało się przyjęcie przedturniejowe. Gdy wszedłem na
salę, zobaczyłem Toma Brokawa z drinkiem w ręku. Znałem go z Los Angeles, gdzie był
prezenterem wieczornych wiadomości NBC, zanim został wysłany do Waszyngtonu jako
korespondent z Białego Domu. Przyjaźnił się z rodziną Kennedych i stawał się coraz bardziej
znaczącą postacią w programach informacyjnych.
– Cześć, Arnoldzie – przywitał mnie. – Jak się masz? Poznaj Ethel, gospodynię
dzisiejszego wieczoru.
Ethel Kennedy uśmiechnęła się do mnie szeroko.
– Jak cudownie, że pan przyjechał! Bardzo mi miło pana poznać. Dużo o panu czytałam.
Dziękuję, że zgodził się pan nas wesprzeć. Zbieramy pieniądze na… – I zaczęła opowiadać
o celu charytatywnym turnieju. A potem powiedziała: – A to Teddy.
Teddy Kennedy, senator z Massachusetts, stał obok, również z drinkiem. Uścisnęliśmy
sobie dłonie i później zapytał:
– Przyszedł pan sam?
– Uhm.
– To mam dla pana dziewczynę. Musi pan poznać Marię. Gdzie jest Maria? Proszę
państwa, znajdźcie mi Marię!
Podeszła Maria Shriver. Miała na sobie efektowny strój, wieczorowy i jednocześnie
nieformalny. Wyglądała rewelacyjnie. Była dowcipna i lubiła się śmiać. Nieco później
przedstawiono mnie także Eunice Kennedy Shriver, jej matce. Gdy tylko się poznaliśmy,
wypaliłem:
– Pani córka ma fantastyczny tyłek.
Uwielbiałem mówić kontrowersyjne rzeczy, ale Eunice nawet nie mrugnęła okiem.
– Jest pan bardzo miły – odparła.
Maria zaproponowała, żebym podczas kolacji usiadł przy jej stoliku. Później tańczyliśmy.
O rany, myślałem, to dziewczyna w moim typie. Nie żebym się do razu zakochał, bo przecież jej
nie znałem. Widziałem jednak, że jest pogodna, ma dobry charakter, emanuje pozytywną energią
i człowiek chętnie przebywa w jej towarzystwie. No i miała długie ciemne włosy.
Następnego dnia dostaliśmy instrukcje: zostawcie swoje rzeczy i cenne przedmioty
w pokojach, przebierzcie się w stroje tenisowe i zejdźcie na dół o dziewiątej rano. Autobus zabrał
nas do klubu tenisowego West Side w Forest Hills. Tam, w sali na zapleczu, przez jakiś czas
gawędziliśmy, śmialiśmy się i jedliśmy. Poznałem wszystkich, między innymi wiceprezydenta
Waltera Mondale’a, komika Billa Cosby’ego, piosenkarzy Dianę Ross i Andy’ego Williamsa,
gwiazdy tenisa Ilie Nastasego i Renee Richards, a także dawnego gospodarza The Tonight Show
Jacka Paara. Spotkałem też Pelego. Przez cały czas na dwóch głównych kortach klubu
rozgrywano mecze tenisowe. Nie był to prawdziwy turniej, po prostu się toczył i gdy cię
wywoływali, szedłeś grać, bo była to impreza dobroczynna i nie chodziło o to, żeby wygrać.
Przez cały czas wśród gości krążyły z aparatami fotograficznymi Caroline Kennedy i Maria,
które robiły wszystkim zdjęcia. Mnie też często fotografowały.
Ktokolwiek dobierał partnerów tenisowych, musiał mieć poczucie humoru. Ja grałem
w parze
z Roseyem
Grierem,
gwiazdorem
futbolu
amerykańskiego,
który
miał
sto
dziewięćdziesiąt sześć centymetrów wzrostu i ważył sto trzydzieści sześć kilogramów. Na
szczęście radził sobie na korcie niewiele lepiej ode mnie. Za przeciwników mieliśmy dwóch
dziesięciolatków. Zdołaliśmy odebrać kilka piłek, ale po stracie punktu ściągnęliśmy koszulki
i udawaliśmy, że grozimy dzieciakom, co rozbawiło widownię, a o to przecież Ethel chodziło.
Ludzie wydali dużo pieniędzy, zapłacili, żeby tam być i przez cały dzień oglądać mecze, więc
należało im się trochę rozrywki. W pewnym momencie przedstawiłem Pelego do nagrody, a on
przedstawił mnie i na scenę wszedł Bobby Kennedy junior, który powiedział miłe słowa pod
adresem wszystkich uczestników turnieju i wręczył następne trofea. Późnym popołudniem
w miejscu, gdzie zebrali się goście, podeszły do mnie Caroline i Maria.
– Co robisz później? – zapytały.
– Nie wiem. Wracam do domu, do Los Angeles.
– Może wybrałbyś się do Hyannis Port?
Wiedziałem, że to gdzieś na północ od Nowego Jorku, lecz gdzie dokładnie – nie miałem
pojęcia.
– Jak się tam dostać?
– Samolotem.
– Jak długo się leci?
– Może z półtorej godziny. Ale mamy własny samolot, więc o nic nie musisz się martwić.
Później poszliśmy do restauracji na wczesną kolację, podczas której Caroline i Maria
naciskały:
– Musisz polecieć z nami do Hyannis Port.
Patrząc wstecz, domyślam się, co się stało. Maria i Caroline stwierdziły: czy nie byłoby
zabawnie ściągnąć Arnolda do Hyannis Port? Takie miały poczucie humoru: Herkules w Hyannis
Port! Ale będzie śmiesznie! Caroline znała mnie z mojej wizyty na Harvardzie tamtego roku
i pewnie wywarła presję na Marię. Z całą pewnością powiedziały o swoim planie kuzynom.
I teraz miały misję.
Nie byłem pewny, czy powinienem tam pojechać. Wydawało mi się to zbyt
skomplikowane. Poza tym nie miałem przy sobie pieniędzy, tylko strój do tenisa i rakietę, którą
mi dali.
– Nie martw się o ubrania zostawione w hotelu – powiedziała Maria. – Pokój jest opłacony
przez fundację do jutra. A do tej pory wrócisz. Wtedy spakujesz swoje rzeczy i polecisz do domu.
A tymczasem wybierz się z nami. Uprawiasz narciarstwo wodne?
– Uhm, tak, trochę. Nie potrafię jeździć na jednej narcie, ale na dwóch tak.
– Umiesz pływać?
– Uhm, uhm. Lubię pływanie.
– Pytamy cię o to, bo wypływamy w morze, a potem na zmianę jesteśmy holowani przez
motorówkę. Płyniemy aż do Egg Island. I świetnie się bawimy! Uprawiamy tylko sporty wodne
i nic więcej. Nic nie musisz brać. Masz na sobie szorty, a Bobby, mój brat, pożyczy ci drugie, na
zmianę, koszulkę i wszystko inne, jeśli będziesz czegoś potrzebował.
– Nie mam przy sobie pieniędzy, nic.
– Zatrzymasz się u nas w domu! Nie potrzebujesz pieniędzy.
W pierwszej turze polecieli „dorośli”: Ethel, Teddy i inni z ich pokolenia. W drugiej turze,
o dwudziestej pierwszej, ja z kuzynostwem. Pamiętam, że wylądowaliśmy około dwudziestej
drugiej trzydzieści i znaleźliśmy się w wielkim domu w Hyannis Port. Maria naprawdę dała
popis.
– Popływajmy! – zaproponowała.
– Jak to: popływajmy?
– Jest taka piękna noc! Chodźmy popływać.
Więc poszliśmy. Popłynęliśmy do łodzi, całkiem daleko. Maria była prawdziwym
szczurem wodnym. Podciągnęliśmy się na łódź, żeby zaczerpnąć tchu, a potem wróciliśmy.
Wszystko to był test. Kuzyni wciąż ściągali do posiadłości Kennedych jakichś ludzi, żeby
poddawać ich próbom. I stroić sobie z nich żarty. Oczywiście, wtedy nie miałem o tym pojęcia.
Wreszcie poszliśmy spać. Bobby odstąpił mi swój pokój, tuż obok pokoju Marii.
Następnego ranka obudziło mnie jakieś wielkie poruszenie.
– Ubieramy się, szybko! Ubieramy się! Babcia jedzie do kościoła. Spotykamy się na
miejscu! To msza za nią!
Wszyscy biegali nerwowo i brali od siebie nawzajem ubrania.
Nagle zdałem sobie sprawę, że mam tylko strój do tenisa.
– Nie mam co na siebie włożyć – powiedziałem.
– Ojej, weź jedną z koszul Bobby’ego – rzucił któryś z kuzynów.
Sprawa nie wyglądała dobrze: Bobby ważył siedemdziesiąt siedem kilogramów, a ja sto
cztery. Jego koszula pękała na mnie w szwach, guziki wyglądały tak, jakby zaraz miały
wystrzelić w powietrze. Nie miałem innych ciuchów, a jechaliśmy do kościoła na spotkanie
z Rose Kennedy! Bobby chciał pożyczyć mi spodnie, ale były na mnie o wiele za małe. Nie
mogłem wciągnąć ich nawet na uda. Musiałem więc pojechać do kościoła w szortach, jak mały
chłopiec. To było bardzo krępujące – o co zresztą chodziło. Wszyscy kuzyni się ze mnie śmiali.
– To komiczne! Spójrz na jego gatki! I na koszulę!
Potem wróciliśmy do domu na śniadanie. Miałem okazję przez chwilę odetchnąć.
Posiadłość Kennedych składała się ze stojących nad morzem białych piętrowych domków
otoczonych dużymi trawnikami, wyglądało to bardzo malowniczo. Rose miała własny dom,
podobnie jak każde z jej dzieci. Ja zatrzymałem się w domku Shriverów, bo Maria uzgodniła
z Caroline, że będę jej gościem.
W ciągu dnia starsi zbierali się w tym czy innym domku na śniadanie, lunch, koktajl i tak
dalej. Twierdzenie, że nie będę potrzebował żadnych wyjściowych ubrań, było bzdurą, bo
wszyscy mężczyźni paradowali na koktajlach w białych spodniach i blezerach, podczas gdy ja
miałem tylko szorty. Ale starałem się robić dobrą minę do złej gry, gdy Maria i Caroline
przedstawiały mnie kolejnym osobom z rodziny.
W pewnym momencie podeszła do mnie Rose. Była bardzo ciekawa tego faceta ze świata
mięśniaków i zaczęła wypytywać mnie, jak ćwiczę.
– Nasze dzieci mają za mało gimnastyki i to mnie martwi. Mógłby pan pokazać nam jakieś
ćwiczenia? Mnie też przydałoby się kilka na brzuch.
Rose zbliżała się wtedy do dziewięćdziesiątki. Wkrótce jej młodsze wnuki z rodzicami
robili pod moim kierunkiem brzuszki i podnosili nogi, co wyglądało przezabawnie.
Wiele rzeczy budziło moją ciekawość. Dlaczego to posiadłość rodzinna? Dlaczego domki
stoją obok siebie? Zafascynowany patrzyłem, jak członkowie rodu Kennedych funkcjonują
w swoim gronie: dziś koktajl u Teddy’ego, potem kolacja u Pat, a jutro śniadanie u Eunice
i Sarge’a i tak dalej.
Kuzyni byli superambitni, lubili rywalizację i chcieli sprawdzić, czy mam sportowego
ducha. Na przykład ciągnęli mnie na nartach wodnych za łodzią. Ale pod przywództwem Joego
Kennedy’ego II, najstarszego z nich, dbali także o formy. Gdy przygotowywali się do meczu
futbolu dotykowego, rekreacyjnej odmiany futbolu amerykańskiego, który rozgrywali na
trawniku u babki, Joe zapytał mnie:
– Chcesz z nami zagrać?
– Nigdy nie miałem do czynienia z piłką – odparłem.
– Widziałem wczoraj, że przedstawiałeś Pelego, jakbyś dobrze go znał, więc musiałeś mieć
styczność z piłką nożną.
– Uhm.
I namówił wszystkich, żeby zagrali w nogę. Był to jeden z tych drobnych gestów, których
nigdy się nie zapomina. Joe, pierworodny syn Roberta F. Kennedy’ego, miał opinię trudnego
faceta, który łatwo wpada w gniew i krzyczy. Jednak tamtego dnia wykazał się wobec mnie klasą
i życzliwością. Chciał wiedzieć, co robię na co dzień, jak trenuję, pytał mnie o Austrię. Sprawę
ułatwiało to, że był najbardziej zbliżony do mnie wiekiem – tylko pięć lat młodszy –
i dogadywałem się z nim lepiej niż z innymi. Gdy ktoś okazuje mi takie względy, jestem gotów
zrobić dla niego wszystko.
O zachodzie słońca Maria i ja zabraliśmy Rose na spacer. Starsza pani egzaminowała Marię
z gramatyki, jakby chciała się upewnić, czy jej edukacja w college’u jest na odpowiednim
poziomie.
– Mówi się: ona i ja „byłyśmy” czy „byliśmy”?
Potem przeszła na niemiecki i zaczęła rozmawiać ze mną. Wyjaśniła, że gdy była mała,
chodziła w Holandii do szkoły prowadzonej przez zakonnice. Konwersowała płynnie
o Beethovenie, Bachu i Mozarcie, mówiła o swojej miłości do opery i muzyki symfonicznej,
opowiadała, jak przez całe życie grała na pianinie. Bardzo ciekawie było znaleźć się tak blisko
głowy rodu Kennedych, osoby, o której tyle czytałem i słyszałem, znaleźć się tak blisko historii.
Wieczorem musiałem wyjechać. Maria zawiozła mnie na lotnisko i przy kasie biletowej
przypomniałem sobie, że nie mam pieniędzy. Na myśl, że muszę poprosić dwudziestojednoletnią
dziewczynę o pożyczkę, zrobiło mi się gorąco z zażenowania. Zawsze chciałem zarabiać, żeby
nie musieć nikogo prosić o jałmużnę czy wsparcie finansowe. Gdy tylko wróciłem do Los
Angeles, powiedziałem Rondzie:
– Wypisz zaraz czek dla Marii i wyślij go, bo pożyczyła mi sześćdziesiąt dolarów. Muszę
jak najszybciej oddać jej te pieniądze.
Dołączyłem do czeku list z podziękowaniem.
Maria i ja skontaktowaliśmy się ponownie dopiero przed Halloween. Byłem wtedy w trasie
promującej moją nową książkę Arnold: Edukacja kulturysty, wspomnieniową i jednocześnie
wprowadzającą do treningu siłowego, którą napisałem razem z dziennikarzem i fotografem
Douglasem Kentem Hallem po tym, jak wycofałem się z zawodów kulturystycznych. Wydawcę,
Dana Greena z Simon & Schuster, fascynowała kulturystyka i osobiście nadzorował cały projekt.
Kiedy spotkaliśmy się, by omówić plan promocji książki, pałał entuzjazmem.
– Na pewno będzie się świetnie sprzedawać – oświadczył. – Stanie się takim bestsellerem
jak książka Pumping Iron.
– Obawiam się, że nie, jeśli pozostaniemy przy tym planie – stwierdziłem.
Program, który mi przedstawił, przewidywał wizyty tylko w kilku większych miastach.
– Ludzie nie będą kupowali tej książki, jeśli im nie powiemy, że istnieje – dowodziłem. –
Bo skąd mieliby to wiedzieć? Jeśli chce pan, żeby odniosła sukces komercyjny, to niech mnie
pan nie wysyła tylko do sześciu miast. Objedziemy trzydzieści, i to w ciągu trzydziestu dni.
– Trzydzieści miast w trzydzieści dni?! To szaleństwo!
– Spokojnie. Pojedziemy tam, gdzie zazwyczaj celebryci nie jeżdżą, i dzięki temu zyskamy
więcej czasu w porannych programach.
Podczas tras promujących książki o tematyce sportowej zwykle pomijano Waszyngton. Ale
promowałem w tym mieście Pumping Iron, więc uznałem, że należy do niego wrócić i nawiązać
kontakt
z dziennikarzami,
z którymi
współpracowaliśmy
poprzednio.
A ponieważ
w Waszyngtonie mieszkała Maria, wydawało się czymś naturalnym, że się z nią skontaktuję.
Zadzwoniłem do niej z wyprzedzeniem, a ona z entuzjazmem zaproponowała, że oprowadzi mnie
po mieście.
Przyleciałem późno, około dwudziestej, w Halloween. Maria przyjechała po mnie ubrana
w cygański strój i obwiozła po barach i restauracjach, w których pracowała podczas studiów
w college’u – właśnie ukończyła Uniwersytet Georgetown. Naprawdę wyglądała jak Cyganka,
z pięknymi ciemnymi włosami, w kolorowej sukience, z bransoletkami i wielkimi kolczykami.
Bawiliśmy się razem do pierwszej. Następnego rana udzieliłem wywiadów prasie i pojechałem
dalej.
Tydzień później, szóstego listopada, wysłałem jej na urodziny kwiaty, czego nie robiłem
jeszcze w przypadku żadnej dziewczyny. Zadurzyłem się w Marii, a niedawno odkryłem, że
można zamawiać wysyłkę kwiatów przez telefon – był to dla mnie nowy sposób okazywania
względów, jak pisanie listów z podziękowaniem. W każdym razie Maria była zadowolona.
Gdy tylko wróciłem z Europy, znów wyruszyłem w trasę promocyjną. Po drodze zaniosło
mnie do Detroit, gdzie miałem wystąpić w centrum handlowym. Zadzwoniłem stamtąd do Marii
i powiedziałem:
– Hej, jeśli chciałabyś się do mnie przyłączyć, mam tu fajnych znajomych i moglibyśmy się
z nimi spotkać.
Moi znajomi, państwo Zurkowski, byli współwłaścicielami Health & Tennis Corporation,
największej sieci fitness clubów w kraju, liczącej ponad sto placówek. Maria zgodziła się
przyjechać. Był to dla mnie znak, że jest mną zainteresowana. Spotykała się z chłopakiem
z college’u, ale ten płomień najwyraźniej przygasał, i odnosiłem wrażenie, że jest gotowa iść
dalej.
Jeśli chodzi o mnie, gdy do niej dzwoniłem, nie bardzo wiedziałem, jakie mam wobec niej
plany. Tak dobrze bawiliśmy się w Halloween, że chciałem znów ją zobaczyć, a że mieszkała na
Wschodnim Wybrzeżu, miała blisko do Detroit. Nie paliłem się do poważnego związku,
szczególnie z dziewczyną ze Wschodniego Wybrzeża. Maria wspominała, że chciałaby odbyć
praktyki w zakresie produkcji telewizyjnej w Filadelfii, i myślałem sobie: Nie ma mowy.
Filadelfia i Los Angeles – to byłoby trudne.
Ale zamieniło się to właśnie w związek WschodnieZachodnie Wybrzeże. Nie było mowy
o tym, że chodzimy ze sobą oficjalnie ani że spotykamy się z kimś innym. Funkcjonowało to
raczej na zasadzie: spotykajmy się, jeśli tylko możemy.
Podobało mi się, że Maria jest ambitna i że chce zostać kimś w świecie wiadomości
telewizyjnych. Ja też miałem ambicje i opowiadałem jej o nich.
– Pewnego dnia dostanę milion dolarów za rolę w filmie – powiedziałem kiedyś, bo tyle
dostawali najlepiej opłacani aktorzy, jak Charles Bronson, Warren Beatty i Marlon Brando.
Chciałem stać się jednym z nich. Wyznałem jej, że zamierzam grać główne role i odnieść taki
sukces w filmie, jaki odniosłem w kulturystyce.
Po Niedosycie, Kulturystach i Ulicach San Francisco byłem dość dobrze znany
w Hollywood, ale nikt nie wiedział, co ze mną zrobić. Szefowie wytwórni byli zasypywani
propozycjami, więc żaden z nich nie siadał i nie mówił: „Jezu, a co z tym facetem? Ma ciało
i aparycję. Ma osobowość. Potrafi grać. Ale nie pasuje do żadnej normalnej roli, to co mamy
z nim zrobić?”.
Musiałem więc nawiązać kontakt z niezależnym producentem. Na szczęście jeden z nich
nawiązał kontakt ze mną. Był to Ed Pressman, który ze scenarzystą i reżyserem Terrence’em
Malickiem wyprodukował Badlands i pracował nad Paradise Alley ze Stallone’em. Był niskim
facetem z Nowego Jorku, wyglądającym na zawodowca, eleganckim i doskonale ubranym. Jego
ojciec założył firmę produkującą zabawki, a on sam uzyskał dyplom z filozofii na Uniwersytecie
Stanforda. Ed zamierzał przenieść na ekran szmatławe czytadło z lat trzydziestych
o barbarzyńskim wojowniku Conanie. Wraz ze wspólnikiem przez kilka lat negocjowali zakup
praw do sfilmowania tej historii i byli już bliscy zawarcia umowy, gdy zobaczyli wstępny montaż
Kulturystów. I od razu uznali, że byłbym idealnym Conanem.
Ed nie miał nawet scenariusza. Dał mi do przejrzenia stos komiksów. Nigdy nie słyszałem
o Conanie, ale okazało się, że dla młodych ludzi to postać kultowa. W latach sześćdziesiątych
zainteresowanie Conanem odżyło, zaczęły powstawać powieści fantasy z jego udziałem, postać
tę przywróciły do życia także komiksy Marvela. Oznaczało to, że gdyby Conan pojawił się na
ekranie, od razu miałby rzesze fanów.
Wizja Eda obejmowała nie tylko jeden film, lecz także całą franszyzę związaną
z Conanem, jak w przypadku postaci Tarzana czy Jamesa Bonda, z nową częścią co kilka lat. Nie
pamiętam dokładnie, jak to określił, bo choć był bardzo skromny, miał ogromną siłę
przekonywania. Żeby uzyskać poparcie wytwórni – tłumaczył – musi zawrzeć ze mną umowę.
Nie mógłbym grać innych superbohaterów, na przykład kolejnego Herkulesa, i zobowiązałbym
się do grania w następnych częściach filmu. Nie musiał mnie przekonywać, wystarczyło, że
spojrzałem na okładki broszurowych wydań, i od razu wiedziałem, że chcę zagrać tę postać.
W środku były fantastyczne ilustracje autorstwa Franka Frazetty, które ukazywały Conana
stojącego na stosie poległych przeciwników i wznoszącego triumfalnie topór, z piękną
księżniczką u stóp, Conana szarżującego na koniu wśród szeregów przerażonych wrogów.
Jesienią 1977 roku uzgodniliśmy warunki umowy, na mocy której miałem zagrać w Conanie
Barbarzyńcy i czterech następnych częściach filmu. Kwestia finansowa wyglądała tak: dwieście
pięćdziesiąt tysięcy dolarów za pierwszą część, milion za drugą, dwa za trzecią i tak dalej, plus
pięć procent z zysków. Za pięć filmów zgarnąłbym po dziesięciu latach dziesięć milionów
dolarów. Pomyślałem: To fantastyczne! Nie tylko właśnie osiągnąłem cel, ale wręcz jestem już
daleko za nim.
Wieść o umowie szybko rozeszła się w Hollywood. Podchwyciła ją prasa branżowa, więc
kiedy szedłem Rodeo Drive, sprzedawcy wychodzili ze sklepów i zapraszali mnie do środka.
Choć nie wszystko było dopięte, podpisanie kontraktu dało mi pewność, że znajdę się wśród
najlepiej zarabiających graczy w przemyśle filmowym. Gdy więc mówiłem Marii, że taki mam
cel, nie fantazjowałem.
Nie zdawałem sobie sprawy, że jego realizacja zajmie jeszcze kilka lat, ale przecież mi się
nie spieszyło. Po kupieniu praw i zaklepaniu aktora Ed musiał znaleźć reżysera i pieniądze, żeby
nakręcić pierwszy film z serii. Projektem zainteresowany był John Milius, ponieważ bardzo
podobało mu się połączenie maczyzmu i mitologii w książkach o Conanie. Ale był zajęty, kręcił
właśnie film o młodym surferze z Garym Buseyem, Wielka środa. Ed dalej szukał więc reżysera.
Więcej szczęścia miał z pieniędzmi. Wytwórnia Paramount Pictures zgodziła się wyłożyć na
początek dwa i pół miliona dolarów, jeśli Ed zaangażuje renomowanego scenarzystę.
I tak poznałem Olivera Stone’a. Miał wtedy opinię wschodzącej gwiazdy i właśnie
skończył pisanie scenariusza Midnight Express, opartego na prawdziwej historii młodego
Amerykanina, który zostaje przyłapany na próbie wywiezienia z Turcji haszyszu i skazany na
dożywocie w ciężkim tureckim więzieniu. Za ten scenariusz Oliver dostał pierwszego Oscara.
Conan go zainteresował, ponieważ była to epicka, mitologiczna opowieść i stanowiła potencjalną
franszyzę, a także dlatego, że Paramount chciał mu zapłacić.
Gdy tylko przebywałem w mieście, spotykałem się z Oliverem. Był to szalony facet, bardzo
bystry i bardzo zabawny. Uważał się za dobrego scenarzystę i podobało mi się, że jest taki pewny
siebie jak ja. Trzymaliśmy się razem i szanowaliśmy się, choć mieliśmy różne poglądy
polityczne: on był lewicowy, a ja prawicowy. W przeszłości zaciągnął się do wojska i walczył
w Wietnamie, potem jednak był bardzo źle nastawiony do establishmentu, zawsze narzekał na
rząd, na Hollywood, na wojnę.
Oliver kazał mi czytać na głos komiksy i powieści fantasy, bo chciał się zorientować, jak
radzę sobie z dialogami i co brzmi dobrze w moich ustach, a co nie. Siadał na kanapie i zamykał
oczy, podczas gdy ja czytałem teksty w rodzaju: I oto przybyłem ja, Conan, Cymeryjczyk,
czarnowłosy, o posępnych oczach, z mieczem w dłoni, złodziej, pirat, zabijaka, aby zdeptać
złociste trony ziemi obutymi w sandały stopami.
Ed zachęcał Olivera, żeby puścił wodze wyobraźni – zamierzał wydać na ten film około
piętnastu milionów, prawie dwa razy więcej, niż wynosił koszt przeciętnej produkcji filmowej.
Oliver przekształcił więc historię Conana w coś, co Milius nazwał później „gorączkową wizją na
kwasie”. Przeniósł akcję z odległej przeszłości w przyszłość po upadku cywilizacji. Stworzył
czterogodzinną sagę, w której siły ciemności zagrażają światu, i Conan musi wziąć do ręki miecz,
żeby na tron mogła wrócić księżniczka, staczając epicką bitwę przeciwko dziesięciu tysiącom
mutantów. Oliver wymyślał niezwykłe rzeczy, jak Drzewo Smutku, wielką zdradziecką roślinę,
która porywa towarzyszy Conana, gdy próbują ją ściąć, i więzi ich w podziemnym świecie, jej
własnym piekle. W scenariuszu znalazły się także pies o wielu łbach, małe stworzenia
przypominające nietoperze i różne inne stwory.
Jednak następnego lata, gdy scenariusz zaczął krążyć wśród zainteresowanych, wciąż nie
było wiadomo, czy projekt w ogóle ruszy. Sfilmowanie wizji Olivera miało kosztować fortunę –
nie piętnaście, ale siedemdziesiąt milionów dolarów. Mimo że Gwiezdne wojny z 1977 roku
ustanowiły rekord, jeśli chodzi o zysk, i wytwórnie szukały takich epickich historii, była to za
duża suma i Paramount się przestraszył. Ed przygotowywał się do ekranizacji Conana od
czterech lat i razem ze swoim wspólnikiem wpadł w długi.
Postanowiłem zachować stoicki spokój. Miałem kontrakt i wiedziałem, że rozruch takiej
dużej produkcji może trwać długo. Mnie się nie spieszy, powiedziałem sobie. Takie opóźnienia
są wpisane w podobne przedsięwzięcie. Chciałem tylko dobrze wykorzystać czas oczekiwania,
żeby gdy rozpoczną się zdjęcia, być dobrze przygotowanym.
Ed zmontował kilka projektów, abym mógł zdobyć doświadczenie przed kamerą. Zagrałem
więc drugoplanową rolę w Kaktusie Jacku, parodii westernu, z udziałem Kirka Douglasa
i AnnMargret. Grany przeze mnie bohater nazywał się Przystojny Nieznajomy, reszta filmu była
równie beznadziejna. Po wejściu na ekrany w 1979 roku Kaktus Jack zrobił całkowitą klapę
i jedyne, co mogę o nim powiedzieć dobrego, to że dzięki niemu poprawiłem umiejętności
jeździeckie. Wystąpiłem także z Loni Anderson w filmie telewizyjnym Opowieść o Jayne
Mansfield,
w którym
zagrałem
drugiego
męża Mansfield,
mistrza kulturystyki
z lat
pięćdziesiątych, Mickeya Hargitaya. Nie były to gwiazdorskie role i nie wiązano z nimi
szczególnych oczekiwań, ale pomogły mi przygotować się do prawdziwego wyzwania: Conana,
wielkiej międzynarodowej produkcji, która miała kosztować dwadzieścia milionów i zdobyć
światowy rozgłos.
Równocześnie zajmowałem się interesami. Wciąż prowadziłem biznes związany
z kulturystyką i byłem współproducentem zawodów w Columbus w Ohio, które w końcu stały się
znane jako Arnold Classic. Co roku Jim Lorimer i ja podnosiliśmy wysokość nagrody pieniężnej,
więc prestiż i popularność turnieju rosły. Tymczasem pojawiły się takie okazje w handlu
nieruchomościami, że nie można ich było przepuścić. W południowej Kalifornii wartość
nieruchomości wzrosła dwa razy tyle, ile wynosił współczynnik inflacji. Wykładało się sto
tysięcy, żeby kupić za milion coś, co rok później osiągało wartość miliona dwustu tysięcy, czyli
zarobić na inwestycji dwieście procent. To było szaleństwo. Al Ehringer i ja sprzedaliśmy naszą
nieruchomość przy Main Street i kupiliśmy jeden kwartał ulic pod powtórną zabudowę w Santa
Monica, a drugi w Denver. Ja zamieniłem mój budynek z dwunastoma mieszkaniami na większy,
taki, który miał trzydzieści jeden lokali. Gdy w 1981 roku Ronald Reagan objął urząd prezydenta
i gospodarka zwolniła, spełniłem następne marzenie imigranta: zarobiłem swój pierwszy milion
dolarów.
***
Conan Barbarzyńca być może do dziś pozostałby tylko bohaterem opowiadań fantasy,
gdyby w 1979 roku do akcji nie wkroczył John Milius. Wziął scenariusz Olivera Stone’a,
ciachnął go na pół i przerobił tak, żeby jego realizacja kosztowała mniej, choć przewidywany
koszt produkcji i tak wynosił siedemnaście milionów dolarów. A co ważniejsze dla Eda
Pressmana, Milius miał dostęp do pieniędzy. Umowa zobowiązywała go, żeby nakręcił następny
film dla Dina De Laurentiisa, który uwielbiał fantasy. Późną jesienią Dino i Ed zawarli więc
kontrakt, na mocy którego Dino odkupił projekt od Eda. Koneksje Dina gwarantowały szeroką
dystrybucję, ponieważ rozpowszechniania Conana w Stanach podjęła się wytwórnia Universal
Pictures.
I nagle bum! – projekt wdrożono do realizacji.
To, co było korzystne dla Conana Barbarzyńcy, nie musiało jednak automatycznie być
dobre dla mnie. De Laurentiis nie znosił mnie od naszego pierwszego spotkania i nic się w tej
kwestii nie zmieniło. Mimo że miałem podpisaną umowę, chciał się mnie pozbyć.
– Nie lubię tego Schwarzeneggera – powiedział Miliusowi. – To nazista.
Na szczęście John już wcześniej uznał, że doskonale nadaję się do roli Conana.
– Dino, w ekipie jest tylko jeden nazista, czyli ja – odparł. – To ja jestem nazistą!
Oczywiście Milius nie był żadnym nazistą. Chciał tylko wstrząsnąć Dinem, a poza tym
lubił prowokacje. Przez cały czas produkcji filmu chodził do dziwnych sklepów ze starociami
i kupował ołowiane figurki Mussoliniego, Hitlera, Stalina i Franco, a potem stawiał je na biurku
Dina.
Dino zrobił następny krok i przysłał mi swojego prawnika, żeby renegocjował ze mną
umowę. Facet nazywał się Sidewater; mój agent Larry przezywał go Sidewinder, Grzechotnik.
Prawnik oznajmił:
– Dino nie chce ci dać tych pięciu procent, o których mowa w kontrakcie. Nie chce dać ci
żadnego procentu.
– Niech sobie zachowa te pięć procent. Kim ja jestem, żeby stawiać warunki?
Facet wytrzeszczył na mnie oczy.
– Zrzekasz się całych pięciu procent?
Zdumiał się, kiedy to usłyszał, bo spodziewał się, że będę walczył o swoje. Gdyby film
okazał się sukcesem, każdy procent mógł być wart tysiące dolarów.
– Całych pięciu – powtórzyłem. – Niech sobie je weźmie.
Myślałem: Możecie sobie je wziąć i schować do kieszeni, bo nie gram w tym filmie dla
forsy. Wiedziałem, jakie są realia: brak równowagi sił. Dino trzymał kasę, a mnie zależało na
karierze, więc po co się kłócić? To była kwestia popytu i podaży. Ale wiedziałem, że pewnego
dnia role się odwrócą i Dino będzie musiał mi zapłacić.
Dla Johna Miliusa wszystko było grą, o czym się przekonałem, gdy lepiej się poznaliśmy.
Był niedźwiedziowatym facetem z ciemnymi kręconymi włosami i brodą, który palił cygara
i jeździł harleyemdavidsonem. Pasjonował się historią, zwłaszcza wojen, i miał encyklopedyczną
wiedzę na temat bitew i uzbrojenia od czasów egipskich poprzez starożytną Grecję i Rzym aż do
współczesności. Potrafił rozprawiać o wikingach, Mongołach, piratach z każdej epoki,
samurajach, średniowiecznych rycerzach, łucznikach. Znał kalibry wszystkich pocisków, jakich
używano podczas drugiej wojny światowej, i wiedział, jaki pistolet nosił przy sobie Hitler. Nie
musiał nigdzie tego sprawdzać, wszystko miał w głowie.
John z upodobaniem nazywał samego siebie faszystą zen, przechwalał się, że jest takim
prawicowcem, że nawet nie zalicza się do republikanów. Niektórzy ludzie w mieście uważali go
za świra. Ale miał tak dobre pióro, że nawet liberałowie zwracali się do niego o pomoc przy
pisaniu scenariuszy, jak Warren Beatty z Czerwonymi. Nikt lepiej od niego nie pisał kwestii
w stylu macho. Wspaniałym przykładem jego umiejętności jest monolog granego przez Roberta
Shawa kapitana Quinta ze Szczęk, który wspomina zatonięcie USS Indianapolis podczas drugiej
wojny światowej, po przetransportowaniu przez okręt bomby atomowej zrzuconej potem na
Hiroszimę. Pomoc przybyła dopiero po czterech dniach, zbyt późno dla większości członków
załogi. Quint kończy swoją opowieść tak: „W wodzie znalazło się tysiąc stu ludzi. Wyszło z tego
cało trzystu szesnastu, dwudziestego dziewiątego czerwca czterdziestego piątego, resztę załatwiły
rekiny. Ale bombę dostarczyliśmy”.
Milius napisał także legendarną kwestię Roberta Duvalla z Czasu Apokalipsy: „Uwielbiam
zapach napalmu o poranku… Tak pachnie… zwycięstwo”. I oczywiście odpowiedź Conana, gdy
go pytają, co jest w życiu najlepsze: „Zmiażdżyć wrogów, patrzeć, jak są pędzeni przed tobą,
i słyszeć lament ich kobiet”. To mój ulubiony tekst.
Zabawnie było przebywać z facetem, który był fanem macho fantasy. Lubiłem wkraczać
w ten świat i z niego wychodzić. W jednej chwili mogłem być aktorem, w drugiej menelem
z plaży, w trzeciej biznesmenem, w następnej mistrzem kulturystyki, a w jeszcze następnej
Romeem czy kim tam, a Milius wciąż był taki sam. Na tym między innymi polegał jego urok. Na
biurku w gabinecie zawsze trzymał broń, miecze i noże. Chwalił się strzelbami od Purdeya,
robionymi na zamówienie angielskimi śrutówkami ze specjalnym grawerunkiem. Każda
wymagała miesięcy pracy i kosztowała dziesiątki tysięcy dolarów. Po każdym filmie Milius
dostawał nową, strzelba zawsze należała do umowy. Jeśli John skończył produkcję w terminie,
otrzymywał w nagrodę purdeya.
Milius bardzo dużo wiedział o świecie i chętnie dzielił się swoją wiedzą z każdym, kto
chciał go słuchać. Brał szpadę i mówił:
– Weź ją do ręki. Poczuj jej ciężar. Na tym polega różnica między szpadą angielską
a francuską. Francuskie zawsze były lżejsze… – Albo spoglądał na jakąś aktorkę i zaczynał: –
Owszem, jest piękna, ale w czasach Conana by się nie podobała. Wtedy chyba w ogóle kobiety
nie miały takich dużych piersi. I zobacz, jak ma szeroko rozstawione oczy, a kształt nosa i ust?
To nie są egipskie usta.
Milius kazał mi oglądać filmy, które jego zdaniem były ważne dla mojej roli. Wręczał mi
japoński klasyk z 1954 roku, Siedmiu samurajów, i mówił:
– Musisz zobaczyć Toshira Mifunego. Przyjrzyj się, jak ociera usta, jak mówi, jak bierze
się do kobiet. Wszystko, co robi, jest stylowe, wszystko wykracza poza ramy życia, ma w sobie
coś łobuzerskiego. Taki właśnie jest Conan.
Kazał mi też zwrócić uwagę na sztukę władania bronią białą, ponieważ kenjutsu należało
do całego wachlarza stylów walki, które Milius wprowadzał do świata Conana. W scenariuszu
pojawiał się cały arsenał broni: miecze, topory, kopie, sztylety i zbroje.
Milius zaczął podsyłać mi rozmaitych fachowców, którzy mieli mnie uczyć: znawców
sztuk walki, płatnerzy, kaskaderów specjalizujących się w jeździe konnej. Przez trzy miesiące, po
dwie godziny dziennie, uczyłem się posługiwać pałaszem. W przeciwieństwie do miecza
samurajskiego, bardzo lekkiego i bardzo ostrego – przeznaczonego do obcinania głów oraz
kończyn i przecinania ciała na pół – pałasz jest potężny i ma podwójne ostrze. Kiedyś służył do
zadawania mocnych ciosów, przebijania pancerzy i ciał. Musiałem się nauczyć, które części ciała
są najbardziej podatne na zranienie i jak władać tą bronią, nie mówiąc o tym, co robić, gdy nie
trafi się w cel. Zamach pałaszem o wadze pięciu kilogramów może pozbawić wojownika
równowagi, tak jak silny odrzut strzelby czy karabinu, trzeba więc przewidzieć jego siłę
i wykorzystać ją do wymierzenia następnego ciosu.
Potem zjawił się trener kenjutsu, a za nim znawca brazylijskiego stylu walki, łączącego
ciosy pięścią z zapasami, w którym stosuje się wszelkiego rodzaju wyrzuty kończyn, uderzenia
łokciami i atak całym ciałem. Kaskader uczył mnie technik wspinaczkowych, upadania i toczenia
się po ziemi, skoków z wysokości siedmiu metrów na matę. Milius był zajęty postprodukcją
Wielkiej środy, ale zawsze znajdował czas, żeby sprawdzić, czy robię postępy, i nagrywać mnie
na wideo.
Trening był intensywny i czasochłonny, tak samo jak przygotowania do zawodów
kulturystycznych, i oddawałem mu się całym sobą. Czułem, że moja kariera filmowa nagle
nabrała ostrości, jak w obiektywie aparatu fotograficznego. Zawsze się przede mną rysowała, ale
mgliście, nigdy nie wiedziałem, w którą stronę się potoczy ani kiedy dokona się przełom. Jednak
rola Conana była jak zdobycie pierwszego międzynarodowego tytułu w kulturystyce. Wcześniej
oglądałem swoje postępy w lustrze, widziałem, jak moje mięśnie powoli rosną, lecz tak naprawdę
nie wiedziałem, na czym stoję. Po zdobyciu tytułu Mister Universe pomyślałem: Jezu, to były
międzynarodowe zawody, rywalizowałem z facetami, których widuję w czasopismach,
i wygrałem. Uda mi się.
Na moją karierę postawili najwięksi gracze w Hollywood. Dino dał mi możliwość
wykazania się w filmie, trochę tak jak kiedyś Joe Weider w kulturystyce. Nawiązałem kontakt
z Universal Pictures, dużą międzynarodową wytwórnią filmową, która wypuściła takie hity, jak
Łowca jeleni czy Szczęki, a teraz kręciła film o sympatycznym kosmicie, który wylądował na
Ziemi, ^.T.Faceci, którzy stali na czele wytwórni, Lew Wasserman i Sid Sheinberg, byli
legendarnymi postaciami filmu, ludźmi, którzy kreowali gwiazdy.
Kaskader dający mi lekcje, weteran świata filmowego i bystry obserwator, od razu
powiedział:
– Stary, ale masz szczęście. Zdajesz sobie sprawę, że jesteś teraz częścią hollywoodzkiej
machiny? Wiesz, ile pieniędzy na ciebie wydadzą? Tylko na ciebie? Dwadzieścia milionów na
film… dwadzieścia milionów! A ty grasz w nim główną rolę. Cała ta machina pracuje na ciebie.
Będziesz wielki.
Myślałem o ludziach, którzy przyjechali do Hollywood i walczyli, żeby związać koniec
z końcem, pracowali jako kelnerzy i kelnerki, jednocześnie chodząc na przesłuchania. Spotkałem
niektórych z nich na zajęciach z aktorstwa i słyszałem, jak narzekali: „Znowu mnie odrzucili, nie
wiem, co teraz zrobię”.
W Hollywood można być stale odrzucanym i bywa to nie do wytrzymania. Potem wraca się
do domu z podkulonym ogonem. Dlatego właśnie tak wielu aktorów bierze narkotyki. Mnie
udało się uniknąć takich rozpaczliwych sytuacji, a teraz miałem przed sobą wielką szansę.
Wybrali mnie. Oczywiście musiałem udowodnić, że zasłużyłem na ten wybór, ale tym się nie
przejmowałem. Miałem zamiar zrobić wszystko, żeby się sprawdzić. Nie dzieliłem się swoją
dumą z nikim. Miałem zwyczaj iść naprzód. Ale czułem się świetnie.
Najdziwniejszym trenerem, jakiego znalazł dla mnie Milius, był fanatyk Conana,
mieszkający w górach, na łonie przyrody. Tak uwielbiał opowieści o Conanie, że chciał żyć jak
on – i stał się specjalistą od spania na śniegu, wspinaczki na drzewa, odżywiania się darami
natury. Nawet nazwał się Conanem. Nie przeszkadzały mu brud ani zimno. Pojechałem z nim
zimą do Aspen, a on jeździł na nartach ubrany tylko w szorty. Zastanawiałem się, czy miał mi za
złe, że to ja zagram jego ulubionego bohatera, ale on bardzo się z tego cieszył. Wśród fanów
Conana rozeszła się wieść, że ostro trenuję do roli, że zamierzam sam jeździć konno i walczyć
pałaszem, więc nawet ci najbardziej zachowawczy uznali, że się nadaję, zwłaszcza że jeśli chodzi
o budowę fizyczną, bardzo przypominałem Conana. Cieszyłem się, że mnie akceptują, dobrze to
wróżyło, ponieważ właśnie tacy ludzie stanowili żelazną widownię, która miała chodzić na film
wiele razy i polecać go wszystkim znajomym. W nagrodę za poświęcony mi czas, gdy kręciliśmy
zdjęcia, zabraliśmy „Conana” do Europy. Zagrał nieprzyjacielskiego wojownika, który zostaje
posiekany na kawałki. Przeze mnie.
ROZDZIAŁ 13
Maria i ja
Chociaż jeśli chodzi o poglądy polityczne, staliśmy z Marią po przeciwnych stronach
barykady, to właśnie polityka zbliżyła nas do siebie „geograficznie”. Maria przeprowadziła się do
Kalifornii, żeby pracować w sztabie wyborczym Teddy’ego Kennedy’ego podczas kampanii
prezydenckiej w 1980 roku. W amerykańskiej polityce było czymś niesłychanym, żeby aktualny
prezydent, ubiegający się o reelekcję, musiał rywalizować z kandydatem z własnej partii. Ale
pierwsza kadencja Jimmy’ego Cartera była tak rozczarowująca, a Ameryka znalazła się w tak
głębokim kryzysie, że Teddy postanowił stanąć z nim do walki. Oczywiście, gdy któryś
z Kennedych ubiegał się o prezydenturę, pozostali spieszyli z pomocą. Jeśli należało się do
rodziny, trzeba było zrezygnować ze swojego życia i włączyć się do kampanii.
Maria i jej przyjaciółka Bonnie Reiss na początek okleiły całego mojego jeepa plakatami
wyborczymi i nalepkami „Kennedy ’80”. Miałem brązowego cherokee chiefa i byłem z niego
bardzo dumny. To potężny samochód w porównaniu z innymi – był pierwszym modelem SUVa –
i pojechałem po niego aż do Oregonu, żeby dostać tysiąc dolarów zniżki. Mój egzemplarz był
wyposażony w głośnik i syrenę – dla szpanu i do straszenia innych kierowców, żeby ustępowali
mi z drogi. Ale teraz, gdy jeździliśmy nim po mieście, kuliłem się na fotelu, żeby nikt mnie nie
rozpoznał. Dziwnie było zajeżdżać codziennie tak oklejonym wozem pod siłownię, bo jak
większość miejscowych byłem republikaninem, a reklamowałem Teddy’ego.
Liczyłem, że w wyborach zwycięży Ronald Reagan, nikt jednak nie pytał mnie o zdanie,
wszyscy chcieli popatrzeć na Marię. Hollywood to oczywiście duży ośrodek liberałów i Maria
miała w nim szerokie koneksje rodzinne. Jej dziadek, Joe Kennedy, był głęboko zakorzeniony
w środowisku filmowców, w latach dwudziestych prowadził co najmniej trzy wytwórnie
filmowe. Rodzina Kennedych była znana z tego, że jej członkowie angażowali do kampanii
politycznych artystów. Wiedzieli, jakie możliwości ma Hollywood, dlatego zwracali się do
aktorów, reżyserów i producentów o pomoc w zbieraniu funduszy. Wuj Marii, Peter Lawford, był
wielkim gwiazdorem, przyjaźnił się z Frankiem Sinatrą oraz Deanem Martinem, i gdy dorastała,
dużo słyszała i o nich, i o całym Rat Pack, widywała ich w domu rodziców i bywała u nich
w Palm Springs. W 1980 roku, gdy przyjechała do Kalifornii, poznała też ich żony.
Sztab wyborczy Kennedych dzwonił do wytwórni i agencji aktorskich, żeby umawiać
Marię na spotkania z grubymi rybami i celebrytami środowiska filmowców.
– Maria chciałaby spotkać się z panem i porozmawiać o imprezie, którą przygotowujemy –
mówili i efekt był murowany: „O mój Boże, przyjdzie do nas ktoś z Kennedych!”. To otwierało
wszystkie drzwi.
Zazwyczaj Marii towarzyszył ktoś ze sztabu, ale zdarzało się, że szedłem z nią ja albo
nawet ją woziłem. Kandydatura Teddy’ego budziła takie kontrowersje, że niełatwo było zdobyć
dla niego poparcie. Często słuchałem, jak ludzie – na przykład producent Norman Lear –
tłumaczyli Marii, dlaczego nie będą na niego głosowali, tylko poprą niezależnego kandydata,
kongresmena z Illinois Johna Andersona, albo będą trwali przy Carterze.
Maria nie miała jeszcze dwudziestu pięciu lat, a już należało się z nią liczyć. Zdałem sobie
z tego sprawę dość wcześnie. W 1978 roku, z sześć miesięcy po tym, jak się poznaliśmy,
pozowałem dla czasopisma „Playgirl” do cyklu zdjęć. Miał je zrobić Ara Gallant, mój nowojorski
przyjaciel i modny fotograf, więc zaproponowałem, żeby urządzić sesję w tradycyjnej piwiarni,
tylko żeby zamiast potężnych Niemek roznoszących kufle piwa i talerze z kiełbaskami wystąpiły
młode seksowne dziewczęta z gołymi cyckami. Był to jeden z moich wariackich pomysłów, ale
Arze bardzo się spodobał. Kiedy jednak opowiedziałem o tym Marii i zakończyłem słowami:
„Pracujemy teraz nad kompozycją”, stwierdziła, że cała ta sprawa to pomyłka.
– Myślałam, że chcesz dostać się do filmu – zarzuciła mi. – Jeśli wystąpisz na zdjęciach
z gołymi babami, to myślisz, że producenci powiedzą: „O rany! Chcę tego faceta!”? Bardzo
wątpię. Czemu to ma służyć?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Po prostu dostałem głupawki i powiedziałem do Ary:
„Zróbmy coś zgrywnego”.
Nie chodziło mi o nic szczególnego.
– Cóż, jeśli to niczemu nie służy, daj sobie spokój. Nie jest ci to do niczego potrzebne.
Miałeś zabawę, a teraz daj sobie spokój.
Była tak stanowcza i przekonująca, że w końcu namówiłem redakcję „Playgirl”, żeby
zrezygnowała z tego materiału, i zapłaciłem siedem tysięcy dolarów w ramach zwrotu kosztów
za sesję zdjęciową.
Maria wiedziała, jak funkcjonuje opinia publiczna, bo w świecie, w którym się wychowała,
należało się z nią liczyć. Pierwszy raz chodziłem z dziewczyną, której nie przeszkadzały moje
ambicje, nie traktowała ich jak wymysłów, które kłóciłyby się z jej wizją przyszłości:
małżeństwem, dziećmi, przytulnym domkiem w jakimś ładnym miejscu, czyli typowym
amerykańskim modelem życia. Świat Marii nie był tak ograniczony. Był gigantyczny ze względu
na to, czym zajmowali się jej dziadek, ojciec, matka, stryjowie. W końcu poznałem dziewczynę,
której świat był równie duży jak mój. Zrealizowałem już część zamierzeń, ale wiele z nich
pozostawało jeszcze w sferze marzeń. I gdy opowiadałem jej o swoich kolejnych, jeszcze
ambitniejszych pomysłach, nigdy nie powiedziała: „Daj sobie spokój, to nierealne”.
Żyjąc w takiej rodzinie, widziała, że marzenia się spełniają. Jej pradziadek był imigrantem,
a dziadek zbił majątek w Hollywood, w przemyśle alkoholowym, handlu nieruchomościami i na
różnych innych inwestycjach. Był to świat, w którym krewny ubiegający się o stanowisko
prezydenta czy senatora nie był rzadkością. Słyszała, jak jej wuj, John F. Kennedy, zapowiadał
w 1961 roku, że pod koniec dekady Stany Zjednoczone wyślą człowieka na Księżyc. Jej matka
powołała do życia Olimpiady Specjalne. Ojciec był jednym z założycieli i szefów Korpusu
Pokoju, za administracji Kennedy’ego i Johnsona stworzył także Job Corps, Volunteers in
Service to America oraz Legal Services, służące ubogim. Sargent Shriver był również
ambasadorem Johnsona i Nixona we Francji. Gdy więc mówiłem: „Chcę dostać milion dolarów
za rolę w filmie”, nie wydawało się to Marii absurdem. Budziło tylko jej zaciekawienie.
– Jak zamierzasz to zrobić? – pytała. – Podziwiam twoje samozaparcie. Nie rozumiem, jak
można być tak zdyscyplinowanym.
Co więcej, będąc ze mną, była świadkiem czegoś, czego nigdy wcześniej nie widziała: jak
z jednego dolara robi się dwa, jak tworzy się przedsiębiorstwa i zostaje milionerem.
To, w jaki sposób została wychowana, dawało jej wielką przewagę w postaci niezwykłego
wykształcenia, rozległej wiedzy i mądrości przejętej od rodziców. Znała wpływowych ludzi
i miała okazję ich słuchać. Gdy jej ojciec był ambasadorem, pojechała do Paryża, mogła
podróżować po świecie. W dzieciństwie grała w tenisa, jeździła na nartach i brała udział
w zawodach jeździeckich.
Istniały też minusy takiego pochodzenia. Eunice i Sarge byli tak silnymi osobowościami, że
ich dzieci nie miały możliwości wyrobić sobie zdania w bardzo wielu kwestiach. Oboje zawsze
starali się wzmacniać ich pewność siebie.
– To bardzo dobry pomysł, Anthony – mówiła Eunice najmłodszemu synowi, który szedł
dopiero do szkoły średniej. – Ja bym podeszła do tego inaczej, ale masz rację, nie pomyślałabym
o tym.
Jednak w domu panowała ścisła hierarchia i to rodzice, przeważnie matka, podejmowali
najważniejsze decyzje. Eunice była bardzo dominującą osobą, lecz Sarge’owi to nie
przeszkadzało.
Gdy dorasta się w takich warunkach, trudno samodzielnie decydować o sobie i człowiek
w końcu ma wrażenie, że bez pomocy rodziców sobie nie poradzi. Eunice i Sarge decydowali na
przykład, które z college’ów należy wziąć pod uwagę przy wyborze uczelni. Owszem, dzieci
mogły się wypowiedzieć, ale to oni mieli ostatnie słowo, a częstokroć cała rodzina. Wśród
Kennedych panowała niezwykła zgodność. Na przykład ani jedno z trzydzieściorga kuzynów nie
było republikaninem. Jeśliby zebrać trzydziestu członków jakiejś dużej rodziny, to prawie
niemożliwe, żeby wszyscy byli jednomyślni. Dlatego zawsze drażniłem się z Marią:
– Twoja rodzina jest jak kolonia klonów. Jeśli zapytasz brata o ulubiony kolor, odpowie:
lubimy niebieski.
Ona się śmiała i mówiła:
– To nieprawda! Zobacz, jak się od siebie różnimy.
– Wszyscy jesteście rzecznikami ochrony środowiska, sportowcami i demokratami,
wszyscy popieracie tych samych kandydatów i wszyscy lubicie niebieski.
Kolejny duży minus wiązał się z oceną społeczną. Niezależnie od tego, czego byś dokonał
jako Kennedy czy Shriver, nikt nie uznawał tego za zasługę. Ludzie mówili:
– Hm, gdybym ja był Kennedym, też bym tak potrafił.
Z wszystkich tych powodów Maria, żeby zachować tożsamość, musiała starać się bardziej
niż większość ludzi.
Sarge i Eunice przyjęli mnie ciepło. Kiedy Maria po raz pierwszy zabrała mnie do swojego
rodzinnego domu w Waszyngtonie, Sarge zszedł po schodach z książką w ręku.
– Właśnie czytam o twoich wspaniałych dokonaniach – powiedział.
Znalazł wzmiankę o mnie w dziele o imigrantach, którzy przybyli do Ameryki z pustymi
rękami i odnieśli sukces. To była miła niespodzianka, bo nie przypuszczałem, że już piszą o mnie
w książkach. Kulturystyka wciąż uchodziła za dziwactwo. Pomyślałbym raczej, że będą pisali
o takich imigrantach, jak były amerykański sekretarz stanu Henry Kissinger, a nie o mnie. To
było bardzo uprzejme i wspaniałomyślne ze strony ojca Marii, że zwrócił uwagę na ten fragment
i mi go pokazał.
Eunice od razu zaprzęgła mnie do roboty. Była zachwycona, gdy usłyszała, że brałem
udział w pracach naukowych związanych z Olimpiadami Specjalnymi na Uniwersytecie
Wisconsin, i zanim się zorientowałem, zacząłem jej pomagać przeforsowywać pomysł, żeby do
programu igrzysk włączyć trójbój siłowy, i wszędzie, dokąd tylko jeździłem, prowadziłem
warsztaty na temat treningu siłowego dla dzieci upośledzonych umysłowo.
Gdyby państwo Shriver nie byli tak uprzejmi, pierwsza kolacja w ich domu mogłaby być
dla mnie ciężkim przeżyciem. Czterej bracia Marii, Anthony, Bobby, Timothy i Mark, mieli od
dwudziestu trzech do dwunastu lat i od razu jeden z młodszych doniósł:
– Tato, a Arnold uwielbia Nixona!
Sarge był wielkim przyjacielem Huberta Humphreya. Startując do wyborów przeciwko
Nixonowi w 1968 roku, Humphrey chciał nawet, żeby Sarge poprowadził jego kampanię, ale ród
Kennedych stanowczo się temu sprzeciwił.
Wtedy, siedząc z nim przy stole, poczułem się więc naprawdę niezręcznie. Jednak Sarge,
zawsze dyplomata, odparł spokojnie:
– Cóż, każdy może mieć swoje zdanie w tych sprawach.
Później wróciliśmy do tego tematu i wyjaśniłem, dlaczego podziwiam Nixona. Wynikało to
z tego, że wychowałem się w Europie, gdzie rząd sprawuje całkowitą kontrolę nad wszystkim,
siedemdziesiąt procent ludności pracuje w sferze budżetowej i największą ambicją jest zdobyć
państwową posadę. I że między innymi dlatego wyjechałem do Stanów. Tak się złożyło, że
Sargent interesował się Niemcami, bo był niemieckiego pochodzenia. W latach trzydziestych
spędzał w Niemczech letnie wakacje, w bawarskich pumpach przemierzał Niemcy i Austrię,
jeździł na rowerze od wsi do wsi. Gdy był tam pierwszy raz, dojście do władzy Hitlera, który
został kanclerzem, nie zrobiło na nim wielkiego wrażenia. Ale już podczas następnego pobytu,
w 1936 roku, nauczył się rozróżniać brunatne koszule, czyli oddziały szturmowe NSDAP,
Sturmabteilung (SA), od ubranych na czarno członków elitarnej gwardii Hitlera, Schutzstaffel
(SS). Czytał, że więźniów politycznych wysyła się do obozów koncentracyjnych.
Słyszał nawet przemawiającego Hitlera.
Wrócił więc do kraju z przekonaniem, że Ameryka powinna trzymać się z dala od
narastającego kryzysu w Europie. W 1940 roku założył na Uniwersytecie Yale antywojenny
America First Committee, między innymi z Geraldem Fordem, przyszłym trzydziestym ósmym
prezydentem USA, i Potterem Stewartem, przyszłym przewodniczącym Sądu Najwyższego.
Mimo to przed atakiem Japończyków na Pearl Harbor wstąpił do marynarki wojennej i służył
w niej przez całą wojnę. Wielokrotnie rozmawialiśmy po niemiecku. Nie mówił tym językiem
płynnie, ale za to potrafił w nim śpiewać.
Posiłki w gronie rodzinnym u Shriverów bardzo różniły się od tego, co znałem z domu.
Sarge na przykład pytał mnie przy kolacji:
– Co by zrobili twoi rodzice, gdybyś zwrócił się do nich tak, jak zwracają się do mnie moje
dzieci?
– Od razu daliby mi w twarz.
– Słyszycie, chłopcy? Arnoldzie, powtórz to, powtórz. Jego ojciec dałby mu w twarz. Ja
powinienem z wami postępować tak samo.
Chłopcy odpowiadali na to:
– E tam, tato. – I rzucali w niego kawałkami chleba.
Tak żartowali przy stole. Byłem zdumiony. Gdy pierwszy raz przyszedłem na kolację, pod
koniec posiłku jeden z chłopców puścił bąka, drugi beknął, a trzeci tak odchylił się z krzesłem do
tyłu, że upadł na podłogę. Potem leżał, jęcząc:
– O kurwa, ale się obżarłem.
Eunice rzuciła ostro:
– Nie używaj w tym domu takich słów, słyszysz?
– Przepraszam, mamo, ale okropnie się najadłem. Fantastycznie gotujesz. – Oczywiście to
też był dowcip. Eunice nie umiałaby ugotować nawet jajka na miękko.
– Ciesz się, że masz co jeść – odparła wtedy.
Rodzice Marii z pewnością byli bardziej wyrozumiali dla dzieci niż moi, o czym ja
i Meinhard przekonaliśmy się wiele razy. Przy stole zawsze kazano nam milczeć, podczas gdy
dzieci Shriverów były zachęcane do udziału w rozmowie. Jeśli, powiedzmy, mówiono o Dniu
Niepodległości i o tym, jakie to wielkie święto, Sargent pytał:
– Bobby, co znaczy dla ciebie Czwarty Lipca?
Rozmawiali o kwestiach politycznych, o bolączkach społecznych, o wypowiedziach
prezydenta. Oczekiwano, że wszyscy zabiorą głos i wniosą coś do dyskusji.
***
Chociaż Maria i ja mieszkaliśmy na dwóch krańcach Ameryki, nasze drogi stale się
krzyżowały. Maria przyjechała do Wisconsin na ceremonię ukończenia przeze mnie studiów – po
dziesięciu latach ciężkiej pracy otrzymałem dyplom z przedsiębiorczości, specjalność:
międzynarodowy marketing w dziedzinie fitnessu. Ona zaczynała karierę w telewizji, była
producentką lokalnych programów informacyjnych w Filadelfii i Baltimore. Jeździłem tam do
niej i raz czy dwa poszedłem na program jej koleżanki Oprah Winfrey, która właśnie debiutowała
z własnym talkshow w Baltimore. Maria miała wielu ciekawych przyjaciół, ale Oprah była
naprawdę niezwykła: zdolna, agresywna i pewna siebie. Na użytek jednego ze swoich
programów przyszła do siłowni i zaczęła trenować, żeby pokazać, jak ważne jest dbanie o formę.
Innym razem rozmawialiśmy o znaczeniu nauki czytania w przypadku dzieci i rozbudzania
w nich miłości do książek.
Byłem dumny z Marii. Po raz pierwszy zobaczyłem, jak walczy, żeby znaleźć dla siebie
miejsce. W rodzinie Kennedych nie było dziennikarzy. Kiedy poszła na rozmowę w sprawie
pracy, zapytano ją:
– Czy jest pani gotowa pracować po czternaście godzin dziennie, czy też oczekuje pani, że
będziemy się z panią pieścili ze względu na to, że ma pani na nazwisko Shriver?
Odpowiedziała, że jest gotowa ciężko pracować, i pracowała.
Byliśmy razem na Hawajach, w Los Angeles, w Europie. W 1978 roku pojechaliśmy na
narty do Austrii i Maria po raz pierwszy spędziła Boże Narodzenie z dala od rodziny.
Towarzyszyłem jej także na zjazdach rodzinnych, których było wiele. Szybko przekonałem się,
że przynależność do grona kuzynów Kennedych wiąże się z pewnym ograniczeniem wolności.
Maria musiała jeździć latem do Hyannis Port, wyjeżdżać z rodziną na ferie zimowe, spędzać
w domu Święto Dziękczynienia i Boże Narodzenie. Jeśli ktoś miał urodziny albo ślub, lepiej,
żeby na nie przyjechała. A ponieważ kuzynów było wielu, takich obowiązków nie brakowało.
Gdy Maria mogła się wyrwać z pracy, przyjeżdżała do mnie do Kalifornii. Niektórych
moich przyjaciół bardzo polubiła, szczególnie Franca, a także kilku aktorów i reżyserów. Nie
przypadli jej do gustu ci, którzy według niej chcieli się pode mnie podczepić albo mnie naciągali.
Poznała też moją mamę, która co roku przyjeżdżała na Wielkanoc.
Im poważniejszy stawał się nasz związek, tym częściej Maria mówiła o przeprowadzce do
Kalifornii. Kampania prezydencka Teddy’ego w 1980 roku wypadła więc w dogodnym dla nas
momencie. Byłem gotowy kupić dom i postanowiliśmy szukać go razem, jako para – była to
nasza pierwsza poważniejsza wspólna decyzja. Pod koniec lata znaleźliśmy willę w stylu
hiszpańskim, z lat dwudziestych, w miłej dzielnicy Santa Monica niedaleko San Vincente
Avenue. Mówiliśmy, że to „nasz” dom, ale tak naprawdę willa należała do mnie. Po lewej stronie
od wejścia miała biegnące łukiem schody, ładne stare kafelki, duży salon z belkowanym sufitem
i pięknym kominkiem, pokój telewizyjny i dużą sypialnię na piętrze. Obok niej znajdował się
basen i domek dla gości, w którym mieszkała moja mama, gdy do nas przyjeżdżała.
To, że był to nasz dom, trzymaliśmy w tajemnicy, bo Maria nie chciała, by jej rodzice
wiedzieli, że mieszkamy razem – zwłaszcza Sarge, który był bardzo konserwatywny. Mówiła im,
że mieszka kilka przecznic dalej, przy Montana Avenue, i nawet wynajęliśmy, a potem
urządziliśmy tam mieszkanie, żeby Maria mogła zaprosić rodziców, gdy przyjadą w odwiedziny.
Jestem prawie pewny, że Eunice wiedziała, co się dzieje, ale oddzielne mieszkanie było ważne
dla wizerunku rodziny.
Oczywiście zachowanie całkowitej anonimowości w Hollywood jest prawie niemożliwe,
zwłaszcza dla kuzynki Kennedych. Jedna z pośredniczek w obrocie nieruchomościami, która
wiedziała o koneksjach rodzinnych Marii, powiedziała do nas, gdy szukaliśmy domu:
– Znalazłam niezwykłą posiadłość w Beverly Hills, którą chciałabym wam pokazać. Nie
powiem wam, dlaczego jest taka interesująca, sami zobaczycie.
Pojechaliśmy z nią, a ona oprowadziła nas po domu, a potem zapytała:
– Wiecie, kto tu mieszkał? Gloria Swanson!
Zaprowadziła nas do piwnicy i pokazała tunel, który prowadził do innego domu
w sąsiedztwie. Używał go pod koniec lat dwudziestych Joe Kennedy, gdy miał wieloletni romans
z aktorką. Później Maria mnie zapytała:
– Po co ona nam to pokazała?
Była urzeczona, ale jednocześnie wściekła i zażenowana.
***
Kampania wyborcza Teddy’go dawała mi niesamowitą okazję obserwowania wyścigu do
fotela prezydenckiego. W lutym pojechałem z Marią do New Hampshire, żeby wziąć udział
w prawyborach. Pracownicy sztabu wyborczego mieszkali w małym hotelu, w którym panował
ruch jak w ulu, tylu kręciło się po nim dziennikarzy, wolontariuszy i ludzi z gazetami pod pachą,
którym spieszno było przeczytać ostatnie sondaże wyborcze. Organizatorzy wysłali Marię do
jakiejś miejscowej fabryki, żeby ściskała wyborcom ręce.
Cała ta operacja była dla mnie szopką, bo nie rozumiałem, na czym polega kampania
prezydencka. Teddy Kennedy był znanym politykiem, gdy postanowił kandydować na
prezydenta, trafił na okładkę „Time’a”. Wyobrażałem sobie, że ktoś taki będzie przemawiał do
wielkich zgromadzeń swoich zwolenników. Byłem w tamtym roku na kilku wiecach wyborczych
kandydata republikanów, Ronalda Reagana, który zawsze przyciągał tysiąc, dwa tysiące ludzi,
czasami nawet więcej. Jeśli Reagan zatrzymywał się w jakiejś fabryce, żeby przemówić do
robotników, wyglądało to jak wiec, z flagami, transparentami i patriotyczną muzyką.
A tu znaleźliśmy się w jakimś podrzędnym hoteliku. Ściskaliśmy ludziom ręce,
zaglądaliśmy do sklepów, wchodziliśmy do restauracji. To dziwne, myślałem. Po co
zatrzymywać się w takim obskurnym miejscu? Dlaczego nie zamieszkać w dużym, porządnym
hotelu? Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że na początku trzeba nawiązać kontakt z poszczególnymi
ludźmi. Nie miałem pojęcia, że sztab wyborczy nie może rezydować w wielkich i drogich
hotelach, aby ktoś nie napisał potem, że marnotrawi pieniądze ofiarowane na kampanię wyborczą
przez ciężko pracujących ludzi. Nie zdawałem sobie sprawy, że jedne imprezy są duże, a inne
mniejsze i bardziej kameralne, zależnie od okoliczności.
Walka wyborcza demokratów w 1980 roku stała się szczególnie brutalna. Przed
przystąpieniem do wyborów Teddy według sondaży wyprzedzał prezydenta Cartera w stosunku
ponad dwa do jednego. Wszyscy namawiali go, żeby zgłosił swoją kandydaturę. Dziennikarze
pisali, jaki jest fantastyczny i potężny, z jaką łatwością pokona Jimmy’ego Cartera i wygra
z ramienia demokratów. Wyglądało na to, że zwycięstwo ma w kieszeni. Ale gdy w listopadzie
1979 roku ogłosił, że weźmie udział w wyborach, wszystko się zmieniło. Zaczęto go bezlitośnie
atakować. Nie wierzyłem, że taki zwrot w ogóle jest możliwy. Sytuacji nie poprawiło to, że
w wywiadzie dla CBS, transmitowanym na cały kraj, Teddy nie potrafił udzielić przekonującej
odpowiedzi na pytanie, dlaczego chce zostać prezydentem. Ludzie podważali jego zasady
moralne,
ponieważ
w wypadku
samochodowym
na
Chappaquiddick
Island
w stanie
Massachusetts w 1969 roku zabił jadącą z nim kobietę, Mary Jo Kopechne, byłą pracownicę
sztabu wyborczego RFK. Twierdzili też, że wykorzystuje sławę braci, chociaż sam był przecież
przez osiemnaście lat senatorem.
To mnie szokowało. Niesamowicie było oglądać to wszystko na własne oczy, z pierwszego
rzędu.
Teddy przegrał w kluczowych pierwszych prawyborach w Iowa i New Hampshire i to
spowodowało, że stracił niektóre źródła finansowania, a to z kolei oznaczało, że kampania,
jeszcze przed prawyborami w większych stanach, musi być skromniejsza. Ale później odbił się
od dna i wygrał w kilku ważniejszych ośrodkach, w marcu w Nowym Jorku, w kwietniu
w Pensylwanii, a w czerwcu – częściowo dzięki wysiłkom Marii – także w Kalifornii. Przegrał
jednak w kilkunastu innych stanach i w sondażach nie dogonił prezydenta Cartera. Ostatecznie
wygrał tylko w dziesięciu prawyborach na trzydzieści cztery. Już pierwszego dnia Narodowej
Konwencji Demokratów w sierpniu było wiadomo, że prezydent Carter ma wystarczająco dużo
delegatów, aby uzyskać nominację, i Teddy musiał się wycofać.
Nagle, po miesiącach intensywnych wysiłków, wszystko się skończyło i Maria popadła
w przygnębienie. Za jej życia ród przeżył wiele wstrząsów, począwszy od zabójstwa prezydenta
Johna F. Kennedy’ego, gdy miała osiem lat, potem Bobby’ego Kennedy’ego, gdy miała
dwanaście, aż po wypadek na Chappaquiddick następnego lata. Na domiar złego była świadkiem,
jak jej ojciec przegrał znaczną liczbą głosów jako wiceprezydent kandydującego na najwyższy
urząd George’a McGoverna w 1972 roku, a także potem, gdy w 1976 roku próbował uzyskać
nominację do wyborów prezydenckich z ramienia demokratów. A teraz, kiedy do wyścigu
o prezydenturę stanął Teddy, rodzina poniosła kolejną porażkę.
Maria włożyła w tę kampanię całe serce. Widziałem, jak przytłaczająca potrafi być polityka
i jak wymyka się spod kontroli. Ktoś, kto ubiega się o fotel prezydencki, codziennie jest pod
wielką presją społeczną. Ogólnokrajowe i lokalne media śledzą wszystko, co mówi i robi, każdy
się na jego temat wypowiada. Patrzyłem z żalem, jak jej wuj przechodzi przez to wszystko
i przegrywa. Cieszyłem się, że mogę wspierać ją w tym trudnym okresie.
– Wykonałaś fantastyczną robotę – mówiłem jej. – To, jak rozmawiałaś z mediami, jak
nadstawiałaś za Teddy’ego tyłek, było wspaniałe.
To doświadczenie potwierdziło, że Maria, gdy wybierała zawód, niewiele wiedziała
o polityce.
Bardzo starałem się podtrzymać Marię na duchu. Zabrałem ją na wakacje do Europy,
odwiedziliśmy Londyn i Paryż, zjeździliśmy całą Francję, doskonale się przy tym bawiąc.
Wkrótce Maria przestała się czuć jak przegrany sztabowiec, wróciły jej wrodzony optymizm
i humor.
Przed wyjazdem na Wschodnie Wybrzeże Maria podjęła odważną decyzję zawodową. Do
tej pory zamierzała zostać producentem programów informacyjnych, osobą w reżyserce. Teraz
postanowiła sama stanąć przed kamerą i ubiegać się o jedno z nielicznych stanowisk prezenterów
wiadomości. Ja zawsze wyznaczałem sobie konkretny cel i ciężko pracowałem, żeby go
osiągnąć, i widziałem, że moja determinacja udziela się Marii. Bardzo się z tego cieszyłem.
Do tej pory nikt z rodu Kennedych nie zajmował się dziennikarstwem telewizyjnym. To
było coś zupełnie nowego. Patrzyłem, jak niektórzy z jej kuzynów szukają w życiu własnej drogi,
ale prawie zawsze wiązało się to z rodzinną tradycją. Dla Marii zajęcie miejsca przed kamerą
było deklaracją niezależności.
Gdy tylko wróciliśmy do Santa Monica, zabrała się do pracy: zaczęła nawiązywać kontakty
i zdobywać konieczne doświadczenie, tak jak ja w dziedzinie aktorstwa. Czego potrzeba, żeby
odnieść sukces na wizji? Musiała się tego dowiedzieć. Czy powinna zmienić coś w swoim
wyglądzie, stylu, zrobić coś z głosem? Jej nauczyciele mówili: „Masz za długie włosy, zetnij je.
Albo może zepnij? Spróbujmy. Masz zbyt wyraziste oczy, złagodźmy to”.
I zaczynało się kształtowanie, modelowanie, urabianie. Maria musiała się dowiedzieć, co
sprawia, że ludzie chcą cię oglądać i słuchać dzień w dzień w telewizji, jak nie być nadmiernie
ekspresyjną i nie odwracać uwagi od wiadomości, które powinny być najważniejsze.
Podczas kręcenia Conana następnej zimy nie widzieliśmy się przez pięć miesięcy. Maria
przesyłała mi swoje zdjęcia, aby pokazać, że schudła prawie pięć kilo, skróciła włosy i zaczęła je
trochę kręcić. Tymczasem zdjęcia do Conana były kilkakrotnie przekładane. Latem 1980 roku
mieliśmy pojechać na plan do Jugosławii, ale po śmierci marszałka Tity w maju sytuacja stała się
tam niestabilna. Producenci uznali, że taniej i prościej będzie przenieść zdjęcia do Hiszpanii.
Kiedy jednak Maria i ja wróciliśmy z Europy, dowiedziałem się, że projekt został odłożony do
przyszłego roku.
***
To umożliwiło mi realizację szalonego planu, który od jakiegoś czasu chodził mi po
głowie: chciałem niespodziewanie wrócić na scenę kulturystyczną, odzyskać pozycję mistrza
i ponownie zdobyć tytuł Mister Olympia. W ciągu czterech lat od czasu filmu Kulturyści
kulturystyka ogromnie się rozwinęła. W całym kraju wyrastały kluby fitness, które oferowały
głównie trening siłowy. Joe Gold sprzedał swoją siłownię franszyzobiorcom i zbudował nowy
wielki ośrodek w pobliżu plaży, który nazywał się World Gym i był dostępny zarówno dla
mężczyzn, jak i dla kobiet.
Turniej Mister Olympia prosperował doskonale. W ramach podejmowanych co jakiś czas
przez Joego Weidera starań, żeby rozwijać działalność na cały świat, International Federation of
Body Building (IFBB) organizowała tamtego roku zawody w Sydney w Australii. Miałem wziąć
w nich udział jako komentator towarzyszący dla CBSTV i dostać za to duże wynagrodzenie, ale
mój początkowy zapał stopniał, gdy obudziła się we mnie chęć powrotu do rywalizacji. Kiedy ta
wizja skrystalizowała się w mojej wyobraźni, nie mogłem się jej oprzeć. Ponowne zdobycie
dominacji w tym sporcie stanowiło świetne przygotowanie do roli Conana. Pokazałoby
wszystkim, kto jest prawdziwym królem – i prawdziwym barbarzyńcą. Tytuł Mister Olympia od
trzech lat należał do Franka Zane’a, a do walki z nim stawało co najmniej kilkudziesięciu
zawodników, między innymi faceci, których widywałem codziennie w siłowni. Jednym z nich
był Mike Mentzer, chłopak z Pensylwanii, który miał sto siedemdziesiąt trzy centymetry wzrostu,
ciemne opadające wąsy i w poprzednim roku zajął w turnieju drugie miejsce, do końca
zagrażając zwycięzcy. Kreował się na nowego guru treningu siłowego oraz rzecznika
kulturystyki i często powoływał się na pisarkę i filozofkę Ayn Rand. Zaczęły krążyć pogłoski, że
zamierzam wrócić do rywalizacji, i wiedziałem, że jeśli będę wszystkiemu zaprzeczał i do
ostatniej chwili czekał ze zgłoszeniem swojej kandydatury, takich ludzi jak on zeżre niepewność.
Maria uważała, że postępuję niemądrze.
– Organizujesz teraz zawody. Wycofałeś się z kulturystyki jako mistrz i ludzie mogą przez
to zwrócić się przeciwko tobie. Poza tym istnieje ryzyko, że nie uda ci się wygrać.
Wiedziałem, że ma rację, ale mimo to nie opuszczała mnie chęć powrotu na scenę.
– Jeśli rozpiera cię energia, to dlaczego nie zaczniesz uczyć się hiszpańskiego przed
wyjazdem na zdjęcia? – pytała. Dopiero co była świadkiem porażki Teddy’ego, gdy nie uzyskał
nominacji prezydenckiej od demokratów, i nie chciała oglądać mojej przegranej. Poprzedniego
wieczoru strasznie się wkurzyła, gdy Muhammad Ali, który wrócił na arenę bokserską, aby
zostać pierwszym czterokrotnym mistrzem świata wagi ciężkiej, został pokonany przez
aktualnego mistrza, Larry’ego Holmesa. To miało wymiar symboliczny.
Ale ja nie mogłem odpuścić. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej mnie ten pomysł
pociągał.
Wtedy pewnego wieczoru, ku mojemu zdziwieniu, Maria zmieniła zdanie. Powiedziała, że
jeśli nadal mam zamiar startować w zawodach, będzie mnie wspierała. Stała się nadzwyczajną
partnerką.
Maria była jedyną osobą, której powiedziałem o swoim planie. Oczywiście Franco czegoś
się domyślał. Mój wieloletni przyjaciel był teraz kręgarzem i pracował ze mną jako partner
treningowy podczas przygotowań do Conana. Mówił coś takiego:
– Arnoldzie, zbliżają się zawody Mister Olympia, musisz wrócić i zaszokować wszystkich.
Niektórzy faceci z siłowni byli naprawdę zaniepokojeni. Gdy zobaczyli, że znowu
zacząłem trenować dwa razy dziennie po dwie godziny, nie mieli pojęcia, co o tym myśleć.
Wiedzieli, że mam zagrać Conana, więc mówiłem im, że ta rola wymaga zdefiniowania mięśni.
Owszem, jadę do Sydney, ale jako komentator telewizyjny, no nie? Poza tym zawody Mister
Olympia są już za pięć tygodni: nikt nie może zabrać się do treningu tak późno i zdążyć się
przygotować! Mimo to byli zdezorientowani, a ja tylko tę niepewność podsycałem. W miarę
upływu kolejnych tygodni i zbliżania się turnieju coraz częściej doprowadzałem Mentzera do
szału, uśmiechając się do niego z drugiego końca sali.
Był to najcięższy trening w moim życiu, ale sprawiał mi frajdę. Nie mogłem się nadziwić,
jak bardzo Maria angażowała się w kolejne jego etapy, choć miała przecież przed sobą własny
cel. Oczywiście sport zawsze był obecny w jej życiu, może nie kulturystyka, ale baseball, futbol
amerykański, tenis i golf, co na jedno wychodzi. Rozumiała, dlaczego muszę wstawać o szóstej
rano i ćwiczyć przez dwie godziny, a nawet przyjeżdżała ze mną do siłowni. Gdy widziała przy
kolacji, że wsuwam lody, zabierała mi je. Z takim samym entuzjazmem, z jakim pracowała przy
kampanii prezydenckiej Teddy’ego, teraz kibicowała mnie.
Turniej Mister Olympia odbywał się w budynku opery w Sydney, architektonicznym
arcydziele przypominającym szereg żagli, na brzegu Sydney Harbour. Przed nami występował
tam Frank Sinatra. Zaszczytem było pokazać się w takim miejscu – świadczyło to jednocześnie,
jak bardzo kulturystyka zyskała na prestiżu. Nagroda wynosiła pięćdziesiąt tysięcy dolarów –
była to największa suma, jaką oferowano do tej pory w zawodach kulturystycznych – i zgłosiło
się piętnastu zawodników, co też stwarzało największą konkurencję w dziejach.
Okazało się, że opera to doskonała sceneria dla turnieju, ponieważ od dnia, w którym
przyjechaliśmy, towarzyszyły mu dramatyczne wydarzenia, emocje i intrygi. Gdy ogłosiłem, że
przyjechałem niejako komentator, ale jako uczestnik zawodów, zrobił się szum. Kierownictwo
federacji musiało rozstrzygnąć: czy zawodnik może wystąpić bez wcześniejszego zgłoszenia
swojej kandydatury? Doszli do wniosku, że nie ma przepisu, który by tego zabraniał, więc mnie
dopuścili. Potem wybuchł bunt przeciwko pewnym zasadom zawodów. Przybrał postać petycji,
pod którą podpisali się wszyscy kulturyści oprócz mnie. Organizatorzy, żeby uniknąć chaosu,
musieli przystąpić do negocjacji. W wyniku powszechnych protestów nie tylko zgodzili się
wprowadzić zmiany, ale także poprosili uczestników, żeby zatwierdzili sędziów.
Wszystkie te zakulisowe manewry sprawiły, że Maria pokazała mi się z nieznanej do tej
pory strony, przypominając Eunice w akcji. Choć próbowała odciąć się od rodziny, miała
polityczny instynkt swojej matki i była bardzo dojrzała jak na swój wiek. W polityce, gdy
zaczyna się dyskusja i powstają obozy, trzeba szybko zorientować się, co się dzieje, i przystąpić
do działania. Maria potrafiła błyskawicznie ocenić sytuację i służyła mi radą. Rozmawiała
z odpowiednimi ludźmi i pomogła mi uchronić się przed izolacją i niemiłymi niespodziankami.
Kierowała się zwierzęcym instynktem. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że ktoś, kto nigdy
wcześniej nie miał do czynienia ze środowiskiem kulturystycznym i prawie nie znał jego
przedstawicieli, potrafi tak szybko połapać się we wszystkim i tak skutecznie działać.
Po raz siódmy zdobyłem tytuł Mister Olympia, ale to zwycięstwo do dziś budzi
kontrowersje. Sędziowie byli podzieleni, pięciu z nich głosowało na mnie, a dwóch na mojego
największego rywala, Chrisa Dickersona ze Stanów Zjednoczonych. Była to pierwsza
niejednomyślna decyzja w historii Mister Olympia. Gdy ogłoszono moje zwycięstwo,
wiwatowała tylko połowa dwutysięcznej widowni, i po raz pierwszy słyszałem także gwizdy.
Zaraz potem jeden z pięciu zawodników, którzy dotarli do finału, zaczął za kulisami rzucać
krzesłami, podczas gdy inny rozbił swoje trofeum na parkingu, a jeszcze inny ogłosił, że na
zawsze porzuca kulturystykę.
Trening przed zawodami i ponowne zwycięstwo sprawiły mi przyjemność, lecz
z perspektywy czasu muszę przyznać, że ten epizod nie przysłużył się kulturystyce. Przyczynił
się do powstania w jej łonie podziałów i dawna solidarność, która ją charakteryzowała,
przepadła. Mogłem inaczej to rozegrać. Ostatecznie pogodziłem się z tymi wszystkimi facetami,
ale doszedłem z niektórymi do porozumienia dopiero po latach.
Zdjęcia do Conana miały w najlepszym razie rozpocząć się dopiero za kilka miesięcy,
jednak pod koniec października musiałem polecieć do Londynu, żeby nakręcić wstępną scenę.
Kiedy przyleciałem na miejsce, John Milius tylko spojrzał na mnie i pokręcił głową.
– Muszę cię prosić, żebyś się przekwalifikował – powiedział.
– Conan nie może wyglądać jak kulturysta. To nie film o Herkulesie.
Chcę, żebyś był grubszy. Musisz trochę przytyć. Masz wyglądać jak pięściarz, wojownik,
niewolnik przykuty przez wiele lat do Koła Bólu. Takiego ciała potrzebuję.
Miliusowi zależało na tym, żeby wszystko było spójne. Tak podpowiadała logika, nawet
jeśli Conan należał do świata fantazji. W scenie, którą kręciliśmy w Anglii, ucharakteryzowano
mnie na starego Conana króla, który wygłasza monolog stanowiący wprowadzenie do filmu:
– „Wiedz, o Książę, że w czasach między zagładą Atlantydy a świtem synów Aryasa trwał
wiek, o jakim nikomu się nie śniło. […]
I oto przybyłem ja, Conan, złodziej, pirat, zabijaka, aby zdeptać złociste trony ziemi
obutymi w sandały stopami. Ale wzrok mam już zamglony. Usiądź na ziemi wraz ze mną, bo
jesteś jedyną pozostałością mojego świata. Opowiem ci o czasach wielkiej przygody”.
Byłem ubrany w długie szaty i futra, więc nie widać było muskulatury Mister Olympia. Ale
przed wyjazdem na plan w grudniu 1980 roku musiałem znowu popracować nad swoim ciałem.
***
Wracając z Sydney do Los Angeles, myślałem o tym, jak problemy ostatnich miesięcy
połączyły Marię i mnie. Byłem zadowolony, że pozwoliłem jej okleić mojego jeepa plakatami
wyborczymi Teddy’ego Kennedy’ego i że nie robiłem problemu z tego, iż mam inne poglądy
polityczne niż ona. Po raz pierwszy w życiu czułem, że mam prawdziwą partnerkę. Przez całą
wiosnę i lato pomagałem Marii podczas zmagań wyborczych, z ich dołkami i górkami, i miałem
wrażenie, że dobrze zrobiłem, zabierając ją później w podróż po Europie. Bo teraz z kolei ona
bardzo zaangażowała się w moje sprawy i służyła mi pomocą, choć świat kulturystyki był jej tak
obcy jak żaden inny.
Potrafiłem sobie wyobrazić, jak wielką presję wywierają na Marię znajomi rodziny
Kennedych z Hollywood, którzy na pewno woleliby, żeby znalazła sobie bardziej odpowiedniego
przyjaciela. Starsze kobiety – przyjaciółki jej matki albo Pat Kennedy Lawford, byłej żony Petera
– mówiły jej:
– Dlaczego
chodzisz
z tym
kulturystą?
Przedstawię
cię
temu
wspaniałemu
producentowi/młodemu atrakcyjnemu biznesmenowi.
Albo:
– Mam dla ciebie faceta! Jest trochę starszy, ale to miliarder. Umówię cię z nim, dobrze?
Ludzie z zewnątrz patrzyli na nasz związek jak na smakowitą historię awansu społecznego.
„Czy to nie zadziwiające: facet najpierw zgarnia tytuł Mister Olympia i wygrywa we wszystkich
zawodach kulturystycznych, potem podpisuje milionowy kontrakt na film, a na koniec zdobywa
dziewczynę z rodziny Kennedych?”. Według takich ludzi Maria była dla mnie kolejnym trofeum.
Ale prawda wyglądała inaczej. Nie miało dla mnie żadnego znaczenia, jakie Maria nosi
nazwisko. Gdybym nie był w jej typie, a ona w moim, nigdy byśmy się nie zeszli. Liczyło się dla
mnie co innego: jej charakter, wygląd, inteligencja, dowcip, a także to, że była gotowa włączyć
się w moje sprawy i mi pomagać. To dlatego uznałem, że ta kobieta może być moją życiową
partnerką. Przywiązałem się do niej. Po wyjeździe do Hiszpanii było mi bez niej ciężko.
Rozumiałem, do czego Maria dąży. Chciała stać się drugą Barbarą Walters. Ja pragnąłem
zostać gwiazdorem filmowym, więc oboje mieliśmy przed sobą cel. Ja znałem świat, do którego
Maria pragnęła się dostać, a ona znała świat, który ja próbowałem eksplorować, więc mogliśmy
iść ręka w rękę.
Zdawałem sobie sprawę, co jej się we mnie podoba. Maria była tak silną osobowością, że
zniszczyłaby innych facetów. Większość z nich natychmiast stałaby się jej niewolnikami. I oto
trafiłem się ja, gość, którego nie można stłamsić. Byłem pewny siebie, dużo już osiągnąłem.
Maria podziwiała mnie za to, że przyjechałem tu jako imigrant i zacząłem życie od nowa.
Poznała mnie dobrze i widziała, że odnajdę się w jej rodzinie i będę czuł się swobodnie.
Maria tak samo pragnęła wyrwać się z domu jak ja – a czy jest lepszy sposób niż związanie
się z ambitnym austriackim kulturystą, który zamierza zrobić karierę jako aktor? Podobało jej się,
że znalazła się z dala od Waszyngtonu, z jego środowiskiem prawników i polityków i gładkimi
słówkami. Pragnęła być inna, niepowtarzalna.
Jeśli w jej rodzinie była jakaś para, z którą można by nas porównać, byli to jej dziadkowie.
Joe należał do ludzi, którzy do wszystkiego doszli sami, podobnie jak ja. Był bardzo
przedsiębiorczy, jeśli chodzi o zarabianie pieniędzy. Rose, córka burmistrza Bostonu, Johna
Francisa Fitzgeralda, zwanego Honey Fitz, wybrała go, choć nie miał ani centa, bo gorąco
wierzyła, że mu się powiedzie. Ja byłem nieustępliwy, zdyscyplinowany, praktyczny i sprytny,
i odniosłem sukces, dlatego Maria chciała ze mną być.
Nie bez znaczenia był też mój wygląd. Maria lubiła silnych, wysportowanych facetów.
Wyznała mi, że jako dziewczynka, gdy JFK był prezydentem i przebywał w Hyannis Port,
zawsze kręciła się w pobliżu agentów Secret Service, którzy nocami podczas służby, żeby nie
zasnąć, czytywali czasopisma kulturystyczne – ze mną na okładce! Była za mała, żeby zwrócić
na to uwagę, ale widziała, że ci ochroniarze stale ćwiczą. Tak utkwiło jej to w pamięci, że gdy
wyszła książka Pumping Iron, kupiła ją w prezencie najstarszemu bratu, Bobby’emu.
Zanim wyjechałem w grudniu na przedprodukcję Conana, zaczęliśmy urządzać nasz dom.
Maria lubiła kwieciste materiały i tradycyjny wystrój, który podobał się również mnie: było to
w stylu Wschodniego Wybrzeża i trochę europejskim. Upodobania w dużej mierze wyniosła
z domu. Oni wszyscy wychowali się wśród wzorów kwiatowych, pewnego typu kanap i krzeseł,
wyściełanych, z drewnianymi oparciami. Obowiązkowo w salonie stało pianino – czy był to dom,
czy mieszkanie – na kredensach i półkach stały dziesiątki oprawionych w ramki zdjęć rodzinnych
i tak dalej, i tak dalej.
Mnie bardziej podobał się styl rustykalny, więc kiedy mieliśmy kupić meble do jadalni,
pojechałem na pchli targ w centrum Los Angeles i kupiłem ciężki dębowy stół z krzesłami. Maria
zajęła się wyposażeniem salonu. Zamówiła wielkie, miękkie kanapy i kazała je obić tkaniną
w kwiaty, a potem podobnie zrobiła z głębokimi fotelami, żeby stanowiły komplet. Jedna
z przyjaciółek Eunice była znakomitą dekoratorką wnętrz i podsuwała nam rozmaite pomysły.
Oboje z Marią zgadzaliśmy się co do tego, że nasz dom musi być wygodny. Żadne z nas
nie chciało, żeby jego wystrój utrudniał nam życie. Wiedziałem, że Maria ma dobry gust, więc
dawałem jej wolną rękę, a ona przekonała się wkrótce, że i ja mam niezły gust. Wspaniale było
mieć kogoś, kto wiedział, czego chce, a mimo to potrafił współpracować. Nie musiałem robić
wszystkiego sam, zachodząc w głowę, czy to lub tamto jej się spodoba. Czy dom ma być tylko
odbiciem mnie? Maria wnosiła do naszego związku ogromną wiedzę i wspaniale się z nią
współpracowało, więc oboje się rozwijaliśmy.
Maria uwielbiała jeździć na pchle targi i oglądać starocie. Z biegiem lat wyrobił mi się
gust, częściowo dzięki temu, że obserwowałem, jak Joe Weider kompletuje swoją kolekcję
antyków, choć nie byłem jeszcze na tyle wyrobiony, żeby kupować powyżej pewnego poziomu
cenowego. Zawsze brałem pod uwagę, ile mam pieniędzy i ile chcę wydać. Nigdy nie oddawałem
kupionych mebli do renowacji. Kupowałem, co było, albo szukałem czegoś innego. Teraz jednak,
gdy miałem zarobić pieniądze na Conanie, mogłem sięgnąć do portfela i oddawać meble do
obijania materiałami, które wybierała Maria.
Wszystko przebiegało gładko, bez konfliktów, co potwierdzało, że pasujemy do siebie
i możemy razem mieszkać. Znałem się na sztuce, znowu częściowo dzięki wpływowi Joego
Weidera. Chodziłem do muzeów, do galerii i na aukcje, a potem to samo robiliśmy z Marią.
Stałem się kolekcjonerem sztuki. Początkowo mogłem kupować tylko tańsze dzieła, jak litografie
Marca Chagalla, Joana Miró czy Salvadora Dalego, ale szybko przeszedłem do obrazów i rzeźb.
Myśl, żeby się pobrać, przyszła mi do głowy tuż przed wyjazdem do Hiszpanii. Chciałem,
żeby Maria była ze mną, żeby towarzyszyła mi podczas robienia kariery. Po tym wszystkim,
przez co przeszliśmy razem latem i wiosną, nie miałem wątpliwości, że jest dla mnie idealną
kobietą.
Zaproponowałem Marii, żeby pojechała ze mną na plan, a przynajmniej odwiedzała mnie
co jakiś czas. Odpowiedziała, że nie może, bo mama i tata by tego nie pochwalili. Martwiliby się,
gdyby wiedzieli, że jest tam ze mną i śpimy razem, nie będąc małżeństwem.
– To może wzięlibyśmy ślub? – zapytałem.
Ale to tylko pogorszyło sprawę. Maria się zdenerwowała, bo nie wiedziała, jak przyjęłaby
to Eunice.
– Nie, nie, nie. – Pokręciła głową. – Nie mogłabym pójść z tym do niej.
Eunice wyszła za mąż późno – to należało do rodzinnej tradycji. Było mnóstwo innych
rzeczy, które chciała jeszcze zrobić. Po ukończeniu Stanfordu, gdzie podczas drugiej wojny
światowej zrobiła dyplom z socjologii, pracowała dla Departamentu Stanu, pomagając wrócić do
cywilnego życia byłym jeńcom wojennym. Po wojnie specjalizowała się w przestępczości
nieletnich, a także z ramienia Departamentu Sprawiedliwości: pracowała jako pracownik socjalny
w więzieniu federalnym dla kobiet w Wirginii Zachodniej i w schronisku dla kobiet w Chicago.
Przystojny jak gwiazdor filmowy Sarge, który zarządzał Chicago Merchandise Mart w imieniu
Joego Kennedy’ego, zakochał się w niej w 1946 roku i starał się o nią przez siedem lat. Już
prawie stracił nadzieję, gdy pewnego dnia po porannej mszy zaprowadziła go do bocznej kaplicy
i powiedziała:
– Sarge, chyba za ciebie wyjdę.
W rezultacie wyszła za niego dopiero po trzydziestce, gdy już czegoś dokonała. W wieku
dwudziestu pięciu lat Maria nie czuła więc potrzeby wyjścia za mąż, chętnie poczekałaby z tym
nawet do trzydziestki. Tak jak w przypadku jej matki było mnóstwo innych rzeczy, które chciała
zrobić najpierw.
Ucieszyłem się więc, że nie chodzi o mnie, tylko że Maria po prostu nie chce jeszcze
wychodzić za mąż. Ja też nie miałem w planach małżeństwa, ale tak bardzo chciałem z nią być,
że gotów byłem się na nie zdecydować. Wiedziałem, że na planie zdjęciowym bardzo będę za
Marią tęsknił. Z drugiej strony sytuacja była idealna: mogliśmy ciągnąć to latami, a ja nie
musiałem stale słuchać: „Dokąd to zmierza? Chodzimy ze sobą już czwarty rok, a ty wciąż nie
możesz się zdecydować…”. Albo: „Nie jestem dla ciebie dość dobra? Szukasz kogoś innego?”.
A tu po prostu nie było kwestii.
Mógłbym opowiadać godzinami, co mi się w Marii podoba, a i tak bym nie wytłumaczył
tej magii. Podobno Ronald Reagan napisał kiedyś dziesięciostronicowy list miłosny do swojej
żony Nancy, podczas gdy ona siedziała w drugim kącie pokoju. Dlaczego po prostu jej tego
wszystkiego nie powiedział? – zastanawiałem się. Ale wtedy uświadomiłem sobie, że napisać
coś, a powiedzieć, to nie to samo – i że historie miłosne wyrastają z ludzkich odmienności.
Gdy ludzie przychodzą do mnie z pomysłem na film albo gotowym scenariuszem, zawsze
pytam: „Jak wygląda plakat? Co na nim jest? Co chcemy sprzedać?”.
W 1969 roku zagrałem w Herkulesie w Nowym Jorku, ale producent zbankrutował, zanim
film wszedł na ekrany. Siedem lat później dostałem drugoplanową rolę w Niedosycie Boba
Rafelsona, za którą dostałem Złoty Glob (z radości podnoszę Raquel Welch). Jeff Bridges, który
grał głównego bohatera, udzielał mi wskazówek aktorskich.Michael Ochs Archives / Getty
Images
Frank Edwards / Getty Images
Courtesy of MGM Media Licensing
Kiedy w 1977 roku promowaliśmy film Kulturyści na festiwalu filmowym w Cannes,
George Butler wpadł na pomysł, żebym pozował wśród tancerek z paryskiego Crazy Horse,
przebranych w falbaniaste suknie i kapelusze.Keystone / Getty Images
Skorzystałem z okazji, żeby pracować z Kirkiem Douglasem i AnnMargaret, i zagrałem
Przystojnego Nieznajomego w parodii westernu Kaktus Jack.© The Villain Company. All rights
reserved.
Na planie Conana Barbarzyńcy w Hiszpanii stworzyliśmy żywy, brutalny prehistoryczny
świat. Na górze po lewej: Młody Conan dokonuje rzezi na arenie, żeby odzyskać wolność. Na
górze po prawej: Ukrzyżowany na Drzewie Smutku, smażę się w słońcu. Poniżej: Reżyser John
Milius, który tak jak ja uwielbiał cygara, fanatycznie dbał o wszystkie szczegóły świata
fantasy.Za zgodą Universal Studios Licensing, LLC
W 1983 roku przed wyjazdem do Meksyku na zdjęcia do Conana Niszczyciela, świętuję
przyznanie mi obywatelstwa amerykańskiego.Michael Montfort / interTOPICS
Po co jeść samotnie w przyczepie, jeśli można to robić w towarzystwie innych aktorów
i członków ekipy? Na górze: Pora posiłku na planie Conana Niszczyciela w Meksyku. Poniżej:
Przy Wilcie Chamberlainie, który gra zdradzieckiego Bombaatę, i Andre the Giancie, grającym
Dagotha, czuję się mały, co nie zdarza mi się zbyt często.Za zgodą Universal Studios Licensing,
LLC
Jako Terminator grałem maszynę, z którą nie można pertraktować, która nie czuje litości,
wyrzutów sumienia, strachu i nie zazna spoczynku, dopóki nie zlikwiduje celu.Za zgodą MGM
Media Licensing
Ta scena w przyczepie, w której znajdowała się charakteryzatornia, wydaje się dziwniejsza
niż to, co widać na ekranie. Tu samogojące rany Terminatora.Archiwum Schwarzeneggera
W 1983 roku pojechałem z Marią i jej rodzicami do Watykanu na prywatną audiencję
u papieża Jana Pawła II. Według niego życie, oprócz wiary, to dbałość o rozwój fizyczny
i umysłowy, więc rozmawialiśmy o tym, jak ćwiczy.Archiwum Schwarzeneggera
Powyżej: Chciałem, żeby moja matka, która tak bardzo poświęcała się, żeby wychować
mnie i Meinharda, żyła pełna piersią. Tutaj przedstawiam jej prezydenta Reagana podczas
oficjalnej kolacji w Białym Domu w 1986 roku.Oficjalne zdjęcie Białego Domu
Poniżej: Milton Berle, mój mentor w dziedzinie komedii, dodawał mi otuchy, mówiąc: „Ze
swoim akcentem będziesz dwa razy śmieszniejszy niż ja. Bo ode mnie oczekują, że będę
zabawny!”.Archiwum Schwarzeneggera
Szymon Wiesenthal, wielki łowca nazistów, osobiście pomógł mi zmusić londyński
tabloid, który w 1988 roku nazwał mnie neonazistą, do wycofania zarzutów.Art Waldinger /
TruDimension Co.
W 1988 roku pomogłem wygrać kampanię prezydencką wiceprezydentowi Georgeowi
Herbertowi Walkerowi Bushowi. Tutaj na pokładzie Air Force Two dopracowujemy
przemówienia między jednym a drugim wiecem w okresie kampanii.Oficjalne zdjęcie Białego
Domu
Wielki wpływ na moją filozofię polityki wywarł ekonomista Milton Friedman, którego
poznałem, gdy był już na emeryturze.George T. Kruse
Zaledwie pięć lat po premierze Conana Barbarzyńcy dostąpiłem największego zaszczytu
w Hollywood – dostałem własną gwiazdę w Alei Sławy.Michael Montfort / interTOPICS
Fredi Gerstl, mój polityczny guru, to Żyd, który podczas II wojny światowej działał
w ruchu oporu i został marszałkiem austriackiego parlamentu.Archiwum Schwarzeneggera
Niecałe czterdzieści osiem godzin przed ślubem z Marią w Hyannis Port utytłany błotem
tkwiłem w meksykańskiej dżungli, kręcąc Predatora.© 1987 Twentieth Century Fox. All rights
reserved.
Danny DeVito, mistrz komedii, uwielbia cygara, a na planie filmowym gotuje makarony –
nic dziwnego, że był wspaniałym bliźniakiem.Archiwum Schwarzeneggera
Paul Verhoeven, reżyser Pamięci absolutnej, przygotowuje mnie i Sharon Stone do sceny,
w której
grany
przeze
małżeństwa.StudioCanal
mnie
bohater
traci
wszelkie
złudzenia
na
temat
swojego
Reżyser Ivan Reitman zaryzykował, obsadzając mnie w roli komediowej. Tutaj
wygłupiamy się z watą cukrową na planie Gliniarza w przedszkolu.Za zgodą Universal Studios
Licensing, LLC
Zjeżdżając na toboganie w Camp David, za chwilę wpadniemy z prezydentem Georgeem
H.W. Bushem na Pierwszą Damę. Jeden z napisów, które złożył na zdjęciu, brzmi: „Skręcaj!
Skręcaj, do jasnej cholery!”Oficjalne zdjęcie Białego Domu
Prezydent Nixon wrobił mnie w przemówienie na otwarciu wakacyjnej wystawy w jego
bibliotece prezydenckiej. Kiedy po wszystkim odetchnąłem z ulgą, pozowałem z nim i komikiem
Bobem Hopeem.Ron P Jaffe / The Nixon Foundation
Sly Stallone, Bruce Willis i ja świetnie się bawiliśmy, otwierając restauracje Planet
Hollywood na całym świecie. Tutaj: na otwarciu w Londynie.Dave Benett / Getty Images
W Terminatorze II: Dniu sądu mój bohater i kradziony harley tworzyli idealne połączenie
cyborga i maszyny.StudioCanal
W charakteryzatorni na planie Terminatora II dokształcałem się do roli w prawdziwym
życiu – nasza córka Katherine wkrótce miała skończyć roczek, a kolejne dziecko było już
w drodze.StudioCanal
Małemu dziecku trudno jest wyjaśnić, czym zajmujemy się w pracy. Katherine wystraszyła
się manekina Terminatora w pracowni mistrza efektów specjalnych, Stana Winstona.Archiwum
Schwarzeneggera
Clint Eastwood, jeden z moich bohaterów, objaśnia mi jakieś ujęcie, kiedy odwiedziłem go
na planie Na linii ognia w 1993 roku.© 1993 Columbia Pictures Industries, Inc. All Rights
Reserved.
Z pracy nad Prawdziwymi kłamstwami w 1993 roku Marii i mnie udało się zrobić przygodę
dla całej rodziny. Patrick był jeszcze oseskiem, Christina miała dwa lata, a Katherine prawie
cztery.© 1994 Twentieth Century Fox. All Rights Reserved.
Jim Cameron pokazuje, jak grany przeze mnie Harry Tasker powinien uciec z obozu
terrorystów na planie we Florida Keys. Jamie Lee Curtis (poniżej) grała Helen, moją ekranową
żonę.© 1994 Twentieth Century Fox. All Rights Reserved.
W 1980 roku zakończyłem karierę kulturysty, ale nigdy nie zerwałem z tym sportem. Tutaj
– ze zwycięzcami Arnold Classic w 1994 roku, Kevinem Levroneem i Laurą Creavalle.Archiwum
Schwarzeneggera
W sytuacjach kryzysowych Maria robiła dobrą minę do złej gry. Pierwsza operacja na
otwartym sercu – wymiana wadliwej zastawki – nie powiodła się. Następnego dnia lekarze znów
musieli mnie kroić.Archiwum Schwarzeneggera
Kiedy z Muhammadem Alim zbieraliśmy w 2000 roku fundusze na Fundację InnerCity
Games i Centrum Muhammada Alego, przyjaźniliśmy się już od dwudziestu lat.Herb Ritts /
trunkarchive.com
Sześcioletnia Christina wchodzi na drabinę, żeby pogadać z tatusiem, podczas gdy ja wiszę
na krzyżu w I stanie się koniec – thrillerze rozgrywającym się na przełomie tysiącleci. Poniżej:
Roczny Christopher i czteroletni Patrick na planie filmowym.Za zgodą Universal Licensing, LLC
Uwielbiałem pracować z Dannym Hernandezem (po mojej lewej ręce), byłym żołnierzem
piechoty morskiej, który wymyślił Hollenbeck Youth Center we wschodnim Los Angeles. Dzięki
niemu w tej biednej, opanowanej przez gangi dzielnicy dzieci mają się gdzie podziać, a te
z problemami dostają drugą szansę.Archiwum Schwarzeneggera
Gdy Nelson Mandela mówił o zbrataniu, tolerancji i wybaczeniu, przechodziły mnie ciarki.
W 2001 roku spotkaliśmy się na wyspie Robben, gdzie spędził w więzieniu dwadzieścia siedem
lat, by zapalić Znicz Nadziei podczas Afrykańskich Igrzysk Nadziei rozgrywanych w ramach
Olimpiad Specjalnych.Christian Jauschowetz
Podczas swojej pierwszej kampanii politycznej, w 2002 roku, walczyłem o przegłosowanie
inicjatywy obywatelskiej, mającej wprowadzić programy zajęć pozalekcyjnych do wszystkich
szkół podstawowych i średnich w Kalifornii.Frazer Harrison / Getty Images
Na prośbę burmistrza Nowego Jorku, Rudyego Giulianiego, trzy dni po jedenastym
września wizytowałem teren zamachu, dziękując tym, którzy jako pierwsi udzielali pomocy,
i podnosząc morale.FDNY Photo Unit
Były prezydent Bill Clinton chętnie odwiedzał plany filmowe. W 2003 roku, w drodze na
przemówienie, zajrzał na plan Terminatora III.Robert Zuckerman
W 2010 roku, pod koniec mojej kariery gubernatora, stan wraz z obrońcami środowiska
doprowadził do zamknięcia terenu otaczającego ten symbol Hollywood.California State Archives
/ Peter Grigsby
Natychmiast po zakończeniu kariery politycznej wróciłem do filmu. Po prawej: Ze Slyem
i Bruceem na planie w Bułgarii, gdzie kręciliśmy Niezniszczalnych 2.Frank Masi / Millennium
Films
Poniżej: Walczę na pięści na dachu ciężarówki w Likwidatorze.Za zgodą Lionsgate
ROZDZIAŁ 14
Co cię nie zabije, to cię wzmocni
Akcja Conana Barbarzyńcy rozgrywa się w prehistorycznej Europie, w fikcyjnej erze
hyboryjskiej, po zatonięciu Atlantydy, tysiące lat przed pierwszymi wzmiankami historycznymi.
Przyleciałem do Madrytu na początku grudnia, żeby być świadkiem powstawania tego świata we
współczesnej Hiszpanii. John Milius mówił, że przyjechaliśmy kręcić „porządną rozrywkę,
przede wszystkim pogański romans i opowieść przygodową jednocześnie, film, w którym dzieje
się coś wielkiego”. I w którym nie brakuje akcji i krwi. „Sam stanę się barbarzyńcą, zapowiadał.
Nie będę się powstrzymywał”.
Żeby przenieść tę wizję na ekran, zwerbował ekipę klasy A: takich fachowców jak Terry
Leonard, kierownik kaskaderów, który pracował już przy Poszukiwaczach zaginionej Arki, Ron
Cobb, scenograf filmu Obcy: 8. pasażer „Nostromo”, i Colin Arthur od Madame Tussauds, który
nadzorował pracę nad modelami ludzkich postaci i częściami ich ciał. Gdy przyjechałem na
miejsce, Conan był już samodzielnym małym przedsiębiorstwem. Kwatera główna mieściła się
w eleganckim hotelu w centrum Madrytu, gdzie mieszkała większość aktorów i głównych
członków ekipy, ale zdjęcia zamierzano kręcić w całej Hiszpanii. Na terenie wielkiego
magazynu, czterdzieści kilometrów od miasta, dwustu robotników pracowicie wznosiło kompleks
zabudowań. Sekwencje rozgrywające się na wolnym powietrzu miały być kręcone w górach pod
Segowią, a także na pięknych wydmach i słonych bagnach Almerii, prowincji na wybrzeżu
Morza Śródziemnego. Marokański bazar w jej stolicy, również Almerii, został przemieniony
w hyboryjskie miasto, ale kręciliśmy też zdjęcia w pobliskiej starej fortecy i innych
historycznych miejscach.
Dwadzieścia milionów dolarów stanowiło wielki budżet, był to odpowiednik dzisiejszych
stu milionów. Milius zebrał dzięki nim niesamowity zespół ludzi i uzyskał niezwykłe efekty
specjalne. Ściągnął rzemieślników, trenerów i wyspecjalizowanych kaskaderów z Włoch, Anglii
i Stanów, zatrudnił też dziesiątki Hiszpanów. Scenariusz wymagał wypożyczenia setek koni,
wielbłądów, kóz, sępów, węży, jastrzębia i pantery. Zaangażowano ponad tysiąc pięciuset
statystów.
Muzykę
wykonywała
dziewięćdziesięcioosobowa
orkiestra
i dwudziestoczteroosobowy chór, który śpiewał pseudołacińskie pieśni.
Milius fanatycznie dbał, by wszystkie części garderoby i sprzęt pochodziły ze świata
fantasy. Wszystko, co było zrobione ze skóry czy materiału, musiało być postarzone: ciągnięto te
rzeczy za samochodami, żeby wyglądały na stare i zużyte. Siodła ukrywano pod derkami
i futrami, bo John twierdził, że w czasach prehistorycznych nie było rymarzy. Szczególną uwagę
poświęcono broni. Dwa pałasze dla Conana zrobiono według rysunków Rona Cobba
i wygrawerowano na nich napisy w nieistniejącym języku. Każdy z nich miał cztery kopie,
z których każda kosztowała dziesięć tysięcy dolarów. Oczywiście John chciał, żeby one i cała
pozostała broń także wyglądały na wysłużone, nie na nowe. Miały zabijać, a nie lśnić, jak mówił.
Bo ostatecznie wszystko sprowadzało się w tym filmie do zabijania.
W grudniu zajmowałem się studiowaniem swojego tekstu, pomagałem szkicować sceny
walki i poznawałem członków ekipy filmowej.
Jeśli chodzi o obsadę, Milius miał dość nieortodoksyjne podejście: do głównych ról wybrał
sportowców, a nie zawodowych aktorów. Do roli mojego pomagiera, łucznika Subotaia,
zaangażował Gerry’ego Lopeza, mistrza surfingu z Hawajów, który grał samego siebie
w poprzednim filmie Miliusa Wielka środa. W roli ukochanej Conana, złodziejki i wojowniczki
Valerii, obsadził Sandahl Bergman, zawodową tancerkę, poleconą przez reżysera i choreografa
Boba Fosse’a. John sądził, że morderczy trening siłowy, taniec czy surfowanie po siedem godzin
dziennie wyrabiają siłę charakteru, i był przekonany, że w filmie będzie to widać.
– Spójrz na twarze ludzi, którzy przeżyli straszliwe czasy, tych z Jugosławii czy Rosji –
mówił. – Spójrz na te bruzdy, to twarze z charakterem. Tego nie da się podrobić. Ci ludzie mają
zasady, za które są gotowi umrzeć. Są twardzi, bo pokonywali przeciwności losu.
Nawet jednak taki fanatyk jak John zdawał sobie sprawę, że problemem może być nasz
brak doświadczenia przed kamerą. Żeby nas zainspirować i zmniejszyć ryzyko, zatrudnił też
weteranów. James Earl Jones właśnie kończył występy na Broadwayu jako gwiazdor A Lesson
from Aloes Athola Fugarda i zgodził się zagrać Thulsę Dooma, złego czarnoksiężnika i króla,
który po zamordowaniu rodziców Conana sprzedaje młodego bohatera do niewoli. Max von
Sydow, aktor Ingmara Bergmana, miał zagrać króla pragnącego odzyskać córkę, która zbiegła,
żeby wstąpić do sekty Thulsy Dooma, czczącej węża.
Jednym z problemów Miliusa było znalezienie facetów większych ode mnie, którzy
zagraliby wrogów Conana, tak żeby nie wyglądało na to, że może on przejść po każdym z nich.
Miał konkretne wymagania: musieli być wyżsi i bardziej muskularni niż ja. W środowisku
kulturystów
poznałem
pewnego
Duńczyka,
SvenaOlego
Thorsena,
który
miał
sto
dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu i ważył ponad sto trzydzieści pięć kilogramów. Sven
zdobył także czarny pas w karate. Skontaktowałem się z nim w imieniu Miliusa i powierzyłem
mu zadanie znalezienia innych wielkich gości. Wszyscy oni na początku grudnia przyjechali do
Madrytu – pół tuzina potężnych, naprawdę groźnie wyglądających Duńczyków. Byli to
ciężarowcy, miotacze, specjaliści różnych sztuk walki. Czułem się wśród nich mały jak nigdy
wcześniej. Pracowaliśmy razem, ćwiczyliśmy walkę na topory i miecze oraz jazdę konną.
Oczywiście dałem im fory, ale gdy w styczniu zaczynaliśmy zdjęcia, Duńczycy radzili sobie już
całkiem dobrze i dużo wnieśli do scen batalistycznych.
Podniecony obserwowałem, jak się to wszystko rozkręca. Zgodnie z przewidywaniami
trenera od scen kaskaderskich z Los Angeles, którego mi przydzielono, machina filmowa działała
na moją korzyść. Byłem Conanem i wydawano miliony dolarów, żebym mógł zabłysnąć.
W filmie występowały oczywiście inne ważne postacie, lecz ostatecznie wszystko służyło temu,
żeby zrobić ze mnie na ekranie prawdziwego wojownika. Po to budowano plany. Po raz pierwszy
w życiu czułem się jak prawdziwy gwiazdor. To było coś zupełnie innego niż bycie mistrzem
kulturystyki. Film miały obejrzeć miliony ludzi, podczas gdy w kulturystyce największa
widownia liczyła pięć tysięcy osób, a publiczność telewizyjna od miliona do dwóch. To było
naprawdę coś wielkiego. O Conanie miały pisać czasopisma filmowe, „Los Angeles Times”
zamierzał umieścić go w kalendarium wydarzeń kulturalnych, magazyny i gazety na całym
świecie tylko czekały, żeby zamieścić jego recenzje i omówienia – i bez wątpienia włączyć się do
dyskusji o nim, bo to, co wyobrażał sobie Milius, było naprawdę brutalne.
Pod koniec grudnia, po świętach spędzonych u rodziców, odwiedziła mnie Maria. Mogłem
przedstawić ją ekipie i aktorom, żeby nie myślała, że spędzam czas wśród dzikusów. Śmiała się
ze mnie, że zgromadziłem całą paczkę kumpli ze świata kulturystyki, bo ściągnąłem nie tylko
Duńczyków, ale także Franca, któremu załatwiłem rólkę w filmie.
Jednak gdy tydzień później zaczęliśmy zdjęcia, byłem zadowolony, że Marii już nie ma
W pierwszej scenie, którą mieliśmy kręcić, nieuzbrojonego Conana, niedawno wyzwolonego
z niewoli, ścigają po skalistej równinie wilki. On ucieka, wspinając się na skalną półkę, gdzie
natrafia na wejście do grobowca, w którym znajdzie miecz. Przygotowując się do tej sekwencji,
przez cały ranek ćwiczyłem z wilkami, żeby przezwyciężyć strach. Tak naprawdę zamiast
wilków wypożyczono owczarki niemieckie, ale nie mówiąc mi o tym, Milius polecił
koordynatorowi scen kaskaderskich wypożyczyć psy, które miały w sobie coś dzikiego. Uważał,
że tak będzie bardziej realistycznie.
– Wszystko dobrze skoordynujemy w czasie – obiecał mi. – Gdy wypuścimy psy, będziesz
już uciekał, więc nie zdążą przebiec przez pole i cię dopaść, bo już wespniesz się na skałę.
Rankiem tego dnia, gdy kręciliśmy scenę pościgu, w niedźwiedzią skórę, którą miałem na
grzbiecie, wszyto surowe mięso, miało ona wabić psy. Kamera zaczęła pracować, a ja rzuciłem
się do ucieczki przez pole. Jednak trener za wcześnie wypuścił psy i nie miałem nad nimi prawie
żadnej przewagi. W efekcie złapały mnie za spodnie i ściągnęły ze skały, tak że upadłem na
plecy. Próbowałem wstać i zrzucić z siebie niedźwiedzią skórę, ale wpadłem na ciernisty krzew.
Trener wykrzyknął komendę, a wtedy psy zamarły wokół mnie ze śliną cieknącą z pysków.
Ja tymczasem leżałem z powbijanymi w ciało kolcami i krwawiącym rozcięciem. Jednak
Milius wcale mi nie współczuł.
– No, to teraz wiesz, jaki to będzie film – oświadczył. – Przez to właśnie przeszedł Conan!
Lekarz zszył mi ranę, a gdy zobaczyłem się z Miliusem podczas lunchu, był w doskonałym
humorze.
– Mamy tę sekwencję. To świetny początek – powiedział.
Następnego dnia okazało się, że znowu trzeba mnie zszywać, bo rozciąłem sobie czoło,
skacząc do stawu o skalistym dnie. Kiedy Milius zobaczył, że cieknie mi krew, zapytał:
– Kto robił tę charakteryzację? Jest super. Krew wygląda jak prawdziwa.
Nie chciał nawet myśleć, co by się stało z produkcją, gdybym zginął albo został kaleką.
Oczywiście w scenach kaskaderskich nie miałem dublera, bo trudno by było znaleźć kogoś takiej
postury jak ja.
Przez resztę tygodnia kręciliśmy skomplikowaną scenę akcji z dalszej części filmu.
W naszym magazynie pod Madrytem ekipa zbudowała Komnatę Orgii, która miała się mieścić
w górskiej świątyni Thulsy Dooma. Z zewnątrz magazyn był wielką, ponurą piętrową
konstrukcją z zardzewiałej stali, otoczoną zakurzonym parkingiem i namiotami, z prostą tablicą
z napisem „Conan” wymalowanym czerwoną farbą. Ale po przejściu przez znajdujące się
wewnątrz charakteryzatornię, dział kostiumów i rekwizytornię człowiek przenosił się w sam
środek wyuzdanego przepychu, z jakim urządzono ośrodek kanibalistycznego kultu węża.
Komnata Orgii była wysoko sklepioną salą o marmurowych tarasach i schodach, oświetloną
pochodniami i ozdobioną pięknymi jedwabiami i satynami. Pośrodku leżało na miękkich
poduszkach kilkanaście nagich kobiet i ich partnerów, drzemiących lub oddających się rozpuście.
Pośrodku zagłębienia wznosił się różowoszary filar wysokości około trzech i pół metra,
z wyrzeźbionymi na szczycie czterema wielkimi łbami węży. Podczas uczty słudzy podawali
jedzenie z wielkiego bulgocącego kotła, w którym można było dostrzec ręce i inne części ciał.
Według scenariusza Conan, Valeria i Subotai mieli wpaść do tej sali podczas trwania orgii,
zabić strażników i uratować księżniczkę, która uległa czarom Thulsy Dooma. Strażnikami były,
oczywiście, zbiry z gatunku podludzi, niektóre w gadzich maskach, a ja, nagi do pasa, miałem
twarz i tors pomalowane w groźne czarne paski, które wyglądały jak błyskawice. Sandahl i Jerry
byli podobnie ucharakteryzowani. Fantastycznie było wreszcie zastosować techniki posługiwania
się bronią, których mnie uczono, i wyglądało na to, że Milius jest zadowolony z kolejnych ujęć.
***
Plany filmowe pomiędzy kolejnymi ujęciami to ruchliwe miejsca: ludzie rozmawiają,
sprzęt
terkocze,
członkowie
ekipy krzątają
się
gorączkowo.
Czwartego
dnia
rano
przygotowywaliśmy się do kręcenia sceny w alkowie Thulsy Dooma, wyciętej w ścianie
Komnaty Orgii, gdy ktoś powiedział: „Jest Dino”, i nagle zapanowała cisza. Spojrzałem w dół
szerokich schodów i tam, w zagłębieniu, wśród wszystkich tych nagich dziewcząt, stał nasz
legendarny producent, który pierwszy raz pojawił się na planie. De Laurentiis wyglądał
nienagannie, miał na sobie elegancki garnitur i piękny kaszmirowy płaszcz, który, jak to Włosi,
narzucił na ramiona niczym pelerynę.
Przyglądał się przez chwilę całej scenie, po czym ruszył po schodach w moją stronę.
Dzieliło nas może ze dwadzieścia stopni, ale ja miałem wrażenie, że jest ich ze sto, tak długo
szedł. Patrzyłem, jak się zbliża. W tle widać było nagie kobiety. Wreszcie dotarł na szczyt
i podszedł do mnie.
– Schwarzenegger, ty jesteś Conanem – powiedział.
Po czym odwrócił się na pięcie, zszedł po schodach i opuścił plan.
Milius stał w pobliżu kamery, mikrofony były włączone.
– Wszystko słyszałem – powiedział. – Zdajesz sobie sprawę, że to największy komplement
z ust tego faceta? Rano obejrzał trzydniowy materiał zdjęciowy i wreszcie uwierzył.
Być może Dino chciał w ten sposób dać do zrozumienia, że wybaczył mi słowa sprzed
czterech lat, gdy nazwałem go kurduplem. Od tamtej pory przyjeżdżał do Hiszpanii mniej więcej
raz w miesiącu i zapraszał mnie do swojego hotelu na kawę. Lody powoli zaczęły topnieć.
Dino powierzył nadzór nad szczegółami technicznymi przy produkcji Conana swojej córce
Raffaelli i Buzzowi Feitshansowi, który pracował z Miliusem podczas poprzednich filmów.
Raffaella była ostrą zawodniczką. Przyszła na świat jako druga córka Dina z aktorką Silvaną
Mangano i od wczesnego dzieciństwa wiedziała, że chce być producentką filmową. Choć nie
mogła być starsza od Marii, Dino od lat uczył ją tajników zawodu i był to jej trzeci film.
Do tej pory dowiedziałem się na tyle dużo o produkcji filmowej, że byłem pod wrażeniem
roboty, jaką wykonała z Buzzem. Naprawdę musieli się natrudzić, żeby znaleźć kraj, w którym
można kręcić film po tym, jak odpadła Jugosławia. Każde państwo miało własną komisję
filmową, do której dzwoniło się i mówiło: „Chcemy nakręcić taki to a taki film. Co możecie nam
zaoferować?”.
W przypadku Conana z okazji skorzystała Hiszpania. Komisja odpowiedziała Raffaelli
i Buzzowi: „Po pierwsze, mamy wielki magazyn, który możecie zamienić w studio. Jest tam
bieżąca woda, toalety ze spłuczkami i prysznice. Znajdzie się miejsce na generatory, jeśli będą
potrzebne. Mamy też dodatkowy magazyn do wynajęcia, plus pusty hangar w bazie lotniczej.
Dysponujemy luksusowym kompleksem apartamentów, który doskonale nada się dla aktorów
i głównych członków ekipy. Przylega do pięciogwiazdkowego hotelu, więc będziecie mogli
korzystać z restauracji i room service’u. Są też pomieszczenia na biuro produkcji, tuż za rogiem”.
Wszystko to miało swoją cenę. Conan był skomplikowanym przedsięwzięciem, więc Buzz,
Raffaella, scenograf, osoba odpowiedzialna za dokumentację zdjęciową i inni z zespołu
produkcyjnego musieli wziąć pod uwagę tysiące czynników. Ile koni będzie potrzeba i ilu
kaskaderów? Czy znajdą się w Hiszpanii, czy też trzeba będzie sprowadzić zwierzęta i ludzi
z Włoch albo z innych miejsc? Czy Hiszpania ma odpowiednie tereny pustynne, góry i morskie
wybrzeża? Czy dostaniemy pozwolenie, żeby kręcić tam zdjęcia? A co z zabytkami
historycznymi? No i, oczywiście, Raffaella i Buzz chcieli zmieścić się w budżecie, więc stale
szukali okazji, żeby zaoszczędzić.
Przeanalizowali też oferty innych krajów i po stosunkowo krótkim czasie wrócili
z podsumowaniem:
– W Hiszpanii możemy nakręcić film za osiemnaście milionów, we Włoszech
kosztowałoby to trzydzieści dwa miliony, a w Las Vegas, gdyby zbudować plany na pustyni
Nevada, jeszcze więcej. Można by także filmować w halach dźwiękowych w Los Angeles, ale to
się zupełnie nie opłaca.
Wybór był taki sam jak zwykle: pomiędzy krajami z ustabilizowanym przemysłem
filmowym i ze związkami zawodowymi, jak Włochy, a przedsiębiorczymi, niezdominowanymi
przez związki, jak Hiszpania. Związki czy nie, Dino miał opinię człowieka, który potrafi
załatwiać sprawy. Jeśli chciał kręcić przez szesnaście godzin dziennie, kręcił przez szesnaście
godzin dziennie. Był bardzo skuteczny, ludzie w Hollywood o tym wiedzieli i nie wchodzili mu
w drogę. Jeżeli wytwórniom zależało, żeby zrealizować film za określoną kwotę, podejmowały
z nim współpracę. W przypadku Conana poparł Raffaellę i Buzza, gdy wybrali Hiszpanię. Przy
tym filmie nie mieliśmy problemów z prawem pracy, wszyscy rwali się do roboty. Jeśli ujęcie
wymagało szybkich zmian na planie, każdy nosił reflektory i przestawiał rekwizyty.
Hiszpania była pod każdym względem doskonałym miejscem do kręcenia filmu, z jednym
wyjątkiem: kaskaderzy umierali zbyt długo. Milius powtarzał im bez przerwy:
– Gdy on przeszywa cię mieczem, po prostu padasz.
Oni jednak padali w sposób teatralny, próbowali wstać, potem znowu padali i rzęzili – to
było ich pięć minut i chcieli je wykorzystać. Ja już zarzynałem kolejnego przeciwnika, gdy
Milius wołał do faceta za mną:
– Jesteś martwy! Leż płasko! Przebił cię na wylot, więc się nie ruszaj!
Ale oni byli jak zombie. Wreszcie Milius zaproponował, że zapłaci im więcej, jeśli
wyzioną ducha natychmiast i pozostaną martwi przez jakiś czas.
Były jednak rzeczy, których się nie nauczysz, choćbyś nie wiem jak długo brał lekcje
aktorstwa. Mimo iż tyle gada się o pamięci sensorycznej i wchodzeniu w rolę, nikt nie mówi, co
masz robić, gdy wiatrownica zawiewa ci śnieg w twarz i masz przemarznięty tyłek. Albo kiedy
ktoś przykłada ci do nosa taśmę mierniczą, żeby wyznaczyć punkt ostrości. Co wtedy z całym
tym ględzeniem o pamięci sensorycznej? Wszystkie teorie o byciu tu i teraz można wsadzić sobie
w buty.
Gdy próbujesz grać, wokół ciebie działa cała machina produkcyjna. Rozprasza cię stu
pięćdziesięciu ludzi, którzy pracują i rozmawiają na planie, i musisz sobie z tym poradzić.
Oświetleniowiec rozstawia przed tobą drabiny i prosi: „Możesz się przesunąć? Nie chciałbym,
żeby spadł na ciebie reflektor”.
Dźwiękowiec kręci się wokół ciebie i gmera ci przy pasku, żeby włożyć baterie do
mikrofonu. Facet od wysięgnika krzyczy do kamerzysty, żeby zjeżdżał z drogi. Scenograf mówi:
„Potrzebuję więcej roślin na drugim planie, panowie”. Reżyser usiłuje wszystko to koordynować.
Producent krzyczy: „Za pięć minut mamy lunch! Jeśli chcecie jeszcze coś nakręcić, to szybko!”.
Potem reżyser wydaje polecenie: „Arnoldzie, popatrz przeciwnikowi w oczy. Głowa
prosto. W tej scenie musisz dominować”.
Brzmi dobrze: pracowaliśmy nad tym na zajęciach aktorskich. Tylko co z tego, skoro
wsadzono cię na narowistego konia, który obraca się i staje dęba. Jak masz dominować nad
kimkolwiek, jeżeli boisz się, że zwierzę dostanie świra i zaraz cię zrzuci? Musisz więc przerwać
i poćwiczyć z koniem. Jak w takich warunkach grać?
Nigdy wcześniej nie grałem sceny miłosnej przed kamerą i czułem się naprawdę dziwnie.
Zamknięty plan zdjęciowy oznacza, że nie można zapraszać gości, ale mimo to patrzy na ciebie
mnóstwo ludzi: sekretarka planu, oświetleniowcy, pomocnicy kamerzysty. A ty jesteś nagi. Nikt
na lekcjach aktorstwa nie mówi ci, co masz zrobić podczas rozbieranej sceny, gdy naprawdę się
podniecisz. W seksie jedno w sposób naturalny prowadzi do drugiego, jednak na planie to może
być krępujące. Powiadają, że nie należy wychodzić z roli, ale na pewno mają na myśli co innego,
wierzcie mi. Jedyne, co można zrobić, to myśleć o czymkolwiek, tylko nie o seksie.
Mimo że plan zamykano, sceny erotyczne zawsze wywierały wręcz magnetyczny efekt. Po
ucieczce przed wilkami Conan zostaje uwiedziony przez czarownicę, która kieruje go na trop
Thulsy Dooma. Ja i Cassandra Gava, która grała wiedźmę, turlaliśmy się nadzy przed
strzelającym ogniem na palenisku w jej chacie z kamieni, gdy nagle kątem oka zauważyłem, że
ściana chaty się rusza. W rogu pojawiła się mała szpara i dostrzegłem parę błyszczących
w blasku ognia oczu.
– Cięcie! – zawołał Milius. – Arnoldzie, na co ty patrzysz?
– Hm, to jest właśnie najśmieszniejsze. Zauważyłem dziurę w ścianie, a w niej czyjeś oczy.
Ktoś pobiegł za plan i usłyszeliśmy głosy. Zza ściany wyłoniła się zawstydzona Raffaella.
– Przepraszam, ale musiałam to zobaczyć! – powiedziała.
Wielką miłością Conana jest w filmie Valeria. Sandahl Bergman też nigdy wcześniej nie
grała w scenie miłosnej i czuła się tak samo skrępowana jak ja. Miałem być jednocześnie
barbarzyńcą i dżentelmenem, co stanowiło dziwną kombinację, przy czym ani jednym, ani
drugim za bardzo. Trudno mi było wejść w nastrój, bo nie miałem okazji przećwiczyć tej sceny
z partnerką, musiałem więc zacząć mechanicznie i na chłodno. Na domiar złego Sandahl i Terry
Leonard, szef kaskaderów, zakochali się w sobie i miałem świadomość, że facet stoi obok i ma
ochotę urwać mi łeb. Tymczasem Milius pracował ciężko, żeby uniknąć potem ingerencji
cenzorów, i wydawał polecenia w rodzaju: „Arnoldzie, mógłbyś przesunąć tyłek tak, żeby znalazł
się w cieniu? I postaraj się zasłonić jej piersi ramieniem, bo nie może być potem widać sutków”.
W scenach akcji też jest mnóstwo pułapek. Conan żyje w ciągłym niebezpieczeństwie.
W świecie fantasy nigdy nie wiadomo, co ani kto zaatakuje. Jednego dnia może to być wąż,
a drugiego wiedźma zamieniona w wilka. Podczas kręcenia takich scen musiałem być bardzo
skupiony.
Po walce z wielkim mechanicznym wężem byłem obolały przez cały tydzień. Była to
sekwencja ze środka filmu, gdy Conan i jego sprzymierzeńcy zakradają się do Wieży Węża, żeby
ukraść cenne klejnoty związane z kultem. Mieliśmy wspiąć się na wieżę (tak naprawdę dekorację
wysokości dwunastu metrów zbudowaną w opuszczonym hangarze lotniczym), a potem opuścić
się do lochu, na którego dnie znajdowały się kości złożonych w ofierze dziewic i inne odrażające
szczątki. Wąż, który miał jedenaście metrów długości oraz siedemdziesiąt sześć centymetrów
grubości, był repliką jakiegoś gatunku boa dusiciela. Sterowano nim za pomocą stalowych kabli
oraz pomp hydraulicznych, zdolnych wprawić w ruch ciężar dziewięciu ton. Okazało się jednak,
że bardzo trudno nad nim zapanować, a operator za mało ćwiczył. Któregoś razu wąż owinął się
wokół mnie i zaczął walić mną o ścianę lochu, wrzeszczałem więc do faceta, żeby mnie uwolnił.
Według scenariusza Conan oczywiście zabija węża. Subotai wyczołguje się z tunelu, widzi, że
jego towarzysz jest w niebezpieczeństwie, więc rzuca mu pałasz, który Conan jednym zręcznym
ruchem chwyta za rękojeść i zabija węża. Musiałem złapać ciężkie narzędzie i uderzyć nim
w dokładnie określony punkt, żeby spowodować pęknięcie zbiornika z „krwią”. Conan, rzecz
jasna, powinien to robić z niezachwianą pewnością siebie. Ja jednak myślałem sobie: Mam
nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Muszę z dumą powiedzieć, że dwa i pół roku treningu się
opłaciły, bo załatwiłem gada jednym ciosem.
James Earl Jones dołączył do nas późno, ponieważ najpierw musiał wywiązać się ze
zobowiązań na Broadwayu, ale gdy już przyjechał, szybko się zaprzyjaźniliśmy. W połowie
marca, kiedy przenieśliśmy się z Madrytu do Almerii, żeby kręcić sceny batalistyczne
i kulminacyjne starcie w górskiej cytadeli Dooma, przesiadywałem w jego przyczepie przez całe
dnie. A ponieważ chciał utrzymać formę, pomagałem mu w ćwiczeniach, a on w zamian dawał
mi wskazówki aktorskie. Ze swoim potężnym basem James był wspaniałym aktorem
szekspirowskim, zdobył Tony Award i otrzymał nominację do Oscara za rolę w Wielkiej nadziei
białych, dramacie o rasizmie i boksie. (Pierwowzorem postaci, którą grał, był bokser Jack
Johnson, mistrz świata wagi ciężkiej od 1908 do 1915 roku). Później zyskał międzynarodową
sławę, użyczając głosu czarnemu charakterowi Gwiezdnych wojen, Darthowi Vaderowi. James
opowiedział mi niesamowitą historię o tym, jak został aktorem. Jako dziecko tak się jąkał, że od
chwili, gdy w wieku pięciu lat zaczął chodzić do szkoły, aż do czternastego roku życia nie chciał
mówić. W szkole sklasyfikowano go jako wtórnego niemowę. W szkole średniej jednak zakochał
się w literaturze i poczuł chęć, żeby czytać wielkie dzieła na głos. Zachęcał go do tego nauczyciel
angielskiego: „Jeśli lubisz słowa, musisz się nauczyć je wypowiadać”.
Milius chciał, żebym dodał do swojej roli jeszcze półstronicowy dialog, który napisał
w trakcie zdjęć. Mieliśmy go wygłosić z Subotaiem przed kulminacyjną bitwą na kurhanach,
nadmorskim cmentarzysku wojowników i królów, wzorowanym na Stonehenge. Conan i jego
sojusznicy obwarowali się tam i czekają na atak Thulsy Dooma, któremu towarzyszy duży
oddział dzikich popleczników na koniach. Thulsa Doom zabił już Valerię, Conan i garstka jego
przyjaciół spodziewają się, że zginą. Przed walką Conan siedzi więc na wzgórzu z brodą wspartą
na dłoni, patrzy w morze i na piękne błękitne niebo, pogrążony w melancholii.
– Pamiętam takie dni jak ten, gdy ojciec zabierał mnie do lasu i jedliśmy dzikie jagody –
mówi do Subotaia. – To było ponad dwadzieścia lat temu. Miałem wtedy cztery, pięć lat. Liście
były takie ciemnozielone. Trawa pachniała słodko w wiosennym wietrze. Niemal dwadzieścia lat
nieustającego znoju! Nie zaznałem spoczynku, snu, jak inni ludzie. A tu znowu wieje wiosenny
wiatr, Subotaiu. Czułeś kiedyś taki wiatr?
– Tam, gdzie mieszkam, też taki wieje – odpowiada Subotai. – W północnym zakątku serca
każdego człowieka.
Conan daje przyjacielowi możliwość odejścia i powrotu do domu.
– Na to nigdy nie jest za późno, Subotaiu – mówi.
– Nie. Skończyłoby się na tym, że któregoś dnia bym tu wrócił. W jeszcze gorszej
kompanii.
– Dla nas nie ma już wiosny – stwierdza ponuro Conan. – To tylko świeży powiew wiatru
przed burzą.
Powtarzałem te kwestie kilkanaście razy, jak zawsze przed zdjęciami, ale powiedziałem
Miliusowi:
– Według mnie to nie brzmi naturalnie. Takie roztrząsanie do mnie nie pasuje.
Nie można tak po prostu wyrecytować podobnego tekstu. Musi to wyglądać, jakbyś
naprawdę myślał o przeszłości, przywoływał wspomnienia, snuł refleksje. Czasami mówi się coś
w pośpiechu, a czasami tylko się patrzy. Powstało więc pytanie, jak to zagrać, żeby wypadło
naturalnie.
– Może poprosisz o radę Earla? On robi takie rzeczy na scenie, gdzie presja jest większa,
bo nie można wyciąć wpadek.
Poszedłem do przyczepy Earla i zapytałem, czy zechciałby zerknąć na dialog.
– Ależ oczywiście, że tak. Usiądź. Zobaczmy, co tu mamy.
Przeczytał dialog i poprosił, żebym powiedział swoją kwestię.
Kiedy skończyłem, pokiwał głową.
– Ja bym to kazał przepisać na dwa sposoby. Najpierw tak, żeby kwestie były bardzo
krótkie i biegły przez całą długość strony. A potem na odwróconej w poprzek kartce, żeby były
jak najdłuższe.
Według niego ćwiczyłem ten tekst tyle razy, że nieświadomie zapamiętałem go w postaci
linijek i po każdej robiłem przerwę, więc gdy wygłaszałem jakąś kwestię, przerywałem myśl.
– Musisz odrzucić ten rytm – tłumaczył.
Gdy zobaczyłem linijki w innym układzie, od razu usłyszałem tekst inaczej, co ogromnie
mi pomogło. Tego dnia wróciłem do niego i najpierw omówiliśmy, a potem przećwiczyliśmy
dialog, kwestia po kwestii.
– Cóż, normalnie po takim zdaniu jak to zrobiłbyś przerwę, bo to ważka myśl – mówił Earl.
Albo: – A tu może chcesz trochę zmienić pozycję, zrobić coś, cokolwiek przychodzi ci do głowy,
przeciągnąć się, pokręcić głową albo po prostu urwać na chwilę. Tylko się nie programuj –
podkreślał – bo poszczególne ujęcia mogą się różnić, chyba że John nie zechce, żeby potem nie
było kłopotów z montażem. Ale zazwyczaj kręcą jedno ujęcie, aż zmieni się myśl, a dopiero
potem zmieniają kąt filmowania.
Max von Sydow także był bardzo życzliwy i pomocny. Z wielką przyjemnością
obserwowałem tych dwóch wspaniałych aktorów teatralnych podczas prób, gdy się do siebie
dostrajali. Pracując z zawodowcami, uczysz się mnóstwa niuansów. Zauważyłem na przykład, że
aktorzy często zmieniają styl gry, gdy reżyser przechodzi od głównego ujęcia do planu
amerykańskiego, a potem do zdjęć w bliskim planie i jeszcze bliższym (na których, powiedzmy,
widać zmrużenie oczu). Czasami w ogóle nie przejmują się głównym ujęciem, bo wiedzą, że ma
tylko zlokalizować ich w danej scenie, dlatego w ogóle się nie wysilają. Ale im bliższy plan, tym
lepiej grają. Człowiek uświadamia sobie, jak ważny jest rytm: nie musisz dawać z siebie
wszystkiego w pierwszych ujęciach, tylko jakieś osiemdziesiąt procent. W końcu przyjdzie
zbliżenie i wtedy będziesz musiał grać naprawdę. Zorientowałem się, że to także najlepszy
sposób, aby potem mieć więcej zbliżeń, bo podczas montażu wybiera się ujęcia z najlepszą grą.
Podczas pracy nad Conanem powróciły do mnie wspomnienia szalonych wakacji
z kumplami z Austrii, gdy w Thalersee bawiliśmy się w gladiatorów. Tu tempo nadawała wizja
Miliusa. Zanim zaczynaliśmy kręcić jakąś scenę, snuł nam niekończące się opowieści o tym, co
barbarzyńcy jedli, jak walczyli, jak jeździli konno, w co wierzyli i jakich dopuszczali się
okrucieństw. Przed sekwencją orgii mówił o dekadencji starożytnego Rzymu, kobietach, nagości,
seksie, przemocy, intrygach i ucztach. Sprowadzał najlepszych znawców broni, specjalistów od
koni, scenografów, kostiumologów i charakteryzatorów, a wszystko po to, żeby wciągnąć nas
w świat Conana.
Uwielbiałem życie w plenerach: mieszkałem w Apartamentos Villa Magna z innymi
aktorami, jeździłem z nimi do magazynu, przez sześć miesięcy uczyłem się nowego sposobu
funkcjonowania. Nigdy wcześniej nie kręciłem filmu za granicą. Podłapałem sporo
hiszpańskiego, bo bardzo niewielu ludzi na planie mówiło po angielsku. Początkowo praca była
zbyt intensywna, żebym mógł zajmować się czymkolwiek poza treningiem czy udziałem
w próbach i samych zdjęciach. Ale po miesiącu czy dwóch zacząłem się odprężać. Myślałem:
Chwileczkę. Jestem w Madrycie! Może by zwiedzić jakieś muzea, obejrzeć interesującą
architekturę, budynki, ulice. Wybierzmy się do jakichś restauracji, o których wszyscy mówią,
i zjedzmy kolację o dwudziestej trzeciej jak Hiszpanie. Odkrywaliśmy szewców, rymarzy,
krawców, zaczęliśmy kupować unikatowe hiszpańskie wyroby, takie jak ozdobne srebrne
popielniczki czy pięknie wytłaczane skórzane pasy.
Praca dla Miliusa była nieustającą przygodą. Musiałem na przykład rozerwać zębami sępa.
Działo się to w scenie, w której wrogowie Conana krzyżują go na pustyni na Drzewie Smutku.
Drzewo to było wielką drewnianą dekoracją zbudowaną na obrotowej podstawie, żeby kąt
padania światła słonecznego i cienie się nie zmieniały. Gdy zbliża się śmierć w palącym upale,
nad Conanem zaczynają krążyć sępy, które potem siadają na gałęziach. Kiedy jeden z nich
próbuje dziobnąć go w twarz, on wbija mu zęby w szyję i ją rozrywa. Oczywiście z Miliusem
ptaki na gałęziach musiały być prawdziwe – były wytresowane, owszem, ale sępy to sępy i są
zapchlone. Przez trzy dni, gdy kręciliśmy tę scenę, co godzinę ptaszyska zabierano do namiotu,
żeby odpoczęły, podczas gdy ja wisiałem w upale na drzewie w towarzystwie pięciu ich
zmienników. Sęp, którego rozerwałem, był rekwizytem zrobionym z części ciała martwego
zwierzęcia. Potem kazano mi przepłukać usta i przemyć skórę antybiotykiem.
Musieliśmy także zmagać się z wielbłądami. Nigdy wcześniej nie podchodziłem do
wielbłąda, nie mówiąc o jeździe na nim, a scenariusz tego właśnie ode mnie wymagał. Tydzień
przed kręceniem tej sceny powiedziałem sobie: „Lepiej zaprzyjaźnij się z tym zwierzęciem i je
poznaj”. Szybko się przekonałem, że wielbłądy bardzo różnią się od koni. Najpierw wstają na
tylne nogi, tak że zarzuca cię do przodu. I lepiej nie pociągać za wodze, jak w przypadku konia,
bo jeśli to zrobisz, zwierzę obróci łeb o sto osiemdziesiąt stopni i może splunąć ci w oko, a ma
tak żrącą ślinę, że będziesz potrzebował pomocy lekarskiej. Ponadto wielbłądy gryzą –
przeważnie kąsają cię w tył głowy, gdy zupełnie zapomniałeś, że są w pobliżu.
Oprócz mechanicznego węża, który mnie dopadł, musiałem też walczyć z prawdziwymi.
Były to węże wodne i ich opiekun niepokoił się, że się odwodnią, dlatego trzymał je w basenie
przy naszych apartamentach. W Stanach zaraz pojawiliby się pracownicy wydziału zdrowia albo
jakiejś organizacji opiekującej się zwierzętami. Woda była mocno chlorowana, co na pewno nie
służyło skórze węży. Ale w Hiszpanii, przy Miliusie, takie rzeczy były na porządku dziennym.
Milius bez przerwy przeginał. Ekolodzy twierdzili, że niszczymy ekosystem słonych
bagien, i producenci musieli obiecać, że zadbają o przywrócenie ich do poprzedniego stanu.
Obrońcy praw zwierząt także zgłaszali skargi, bo były w Conanie sceny, w których kopano psy,
bito wielbłąda (biłem go ja, ale na niby), przewracały się konie. W Stanach nie pozwolono by na
coś takiego. Mieliśmy wspaniałych kaskaderów, którzy umieli tak pokierować końmi podczas
upadków, że zwierzęta przetaczały się na grzbiet, co nie groziło złamaniem karku, a mimo to te
numery były niebezpieczne zarówno dla koni, jak i dla ludzi, widziałem wiele siniaków, rozcięć
i porozbijanych głów. Takie wyczyny nie były dozwolone podczas kręcenia filmu.
Mimo to okrucieństwa w Conanie wydają się całkiem umiarkowane w porównaniu z tym,
co możemy oglądać dzisiaj. Wtedy jednak film wyznaczał nowy poziom przemocy na ekranie.
Do tamtej pory walki na miecze były trochę zbyt estetyczne: bohaterowie padali na ziemię i może
trochę krwawili. Tymczasem Milius kazał przypinać aktorom do piersi pojemniki mieszczące
prawie pięć litrów krwi. To mniej więcej tyle, ile człowiek ma w całym organizmie. Gdy miecz
przebił taki pojemnik, krew lała się wszędzie. Milius wymagał, żeby za każdym razem spływała
po czymś jasnym, bo wtedy rzeź robiła większe wrażenie.
Milius nie uważał, że powinien się z tego tłumaczyć.
– To
przecież
Conan
Barbarzyńca.
A czego
się
spodziewacie?
– odpowiadał
dziennikarzom.
Ale po zakończeniu zdjęć, gdy wróciliśmy do kraju, ten temat wciąż powracał. Decydenci
z Universalu martwili się, że wieści o nadmiernej przemocy w filmie odstraszą widzów.
Premierę Conana planowano wówczas na okres świąteczny, albo w listopadzie, albo
w grudniu – do czasu, aż Sid Sheinberg, prezes Universalu, znany z tego, że odkrył reżysera
Stevena Spielberga, obejrzał w sierpniu wstępny montaż filmu. Zobaczył, jak siekam ludzi na
kawałki, jak tryska krew, i w połowie projekcji wstał, mówiąc z sarkazmem:
– Wesołych świąt, panowie. – Po czym opuścił salę projekcyjną. Premierę więc przełożono.
Na Gwiazdkę 1981 roku wytwórnia Universal Pictures wypuściła Nad złotym stawem, dramat
rodzinny z Henrym Fondą, Jane Fondą i Katharine Hepburn, oraz jakiś szmatławy horror.
***
Wszyscy wiedzieliśmy, że Conan wzbudzi kontrowersje, więc należało się zastanowić, jak
go promować i przedstawiać mediom. Byłem świadkiem, jak Milius udziela pierwszych
wywiadów, wciągając dziennikarzy w świat macho fantasy. Powoływał się na Fryderyka
Nietzschego. Motto filmu: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” to parafraza zdania z dzieła
niemieckiego filozofa, Zmierzch bożyszcz, z 1889 roku. Robił także porównania do stali.
– Stal staje się tym wytrzymalsza i twardsza, im dłużej się ją hartuje – opowiadał
dziennikarzom. – Tak samo jest z charakterem człowieka. Trzeba go hartować. Trzeba
przełamywać opór. Im więcej człowiek walczy, tym staje się silniejszy. Proszę spojrzeć na ludzi,
którzy pochodzą z krajów targanych wojną albo z ubogich przedmieść. Na ich twarzach widać
walkę. Charakteryzatorzy tego nie odtworzą.
Conan jest twardym, silnym wojownikiem, ponieważ w dzieciństwie dużo przeszedł.
Luksusy i wygody ludziom nie służą.
Według niego Conan ze swoim przesłaniem wykraczał daleko poza filmy akcji i komiksy.
A wszystko to wywodziło się jeszcze od Nietzschego.
Milius pokazywał dziennikarzom swoje miecze samurajskie i ciągnął:
– Wiecie, że miecz samurajski musi być hartowany siedem razy, żeby zyskać odpowiednią
wytrzymałość? Samuraje ćwiczyli walkę nim na przestępcach. Wyprowadzali ich z cel, kazali
stanąć przed sobą i jednym ciosem odcinali im głowy. – Odgrywał tę scenę, podczas gdy
dziennikarze robili notatki. A ja myślałem: Skąd on bierze te bzdury? Ja miałem do tego prostsze
podejście. Wskazywałem na rozrywkowy walor filmu, przedstawiając Conana jako zabawę
i epicką przygodę. Takie Gwiezdne wojny osadzone na Ziemi.
Żeby wypromować film i zdobyć widownię, należało użyć wszystkich możliwych
sposobów. Zwracaliśmy się do czasopism specjalistycznych – w magazynach poświęconych
sztukom walki zamieszczaliśmy artykuły o pojedynkach na miecze, w czasopismach jeździeckich
– opowieści o koniach, w czasopismach fantasy – historie poświęcone broni i czarnoksięstwu,
w czasopismach kulturystycznych – materiały o tym, jak ćwiczyć i upodobnić się do Conana.
Przed dopuszczeniem do rozpowszechniania film musiał otrzymać kategorię. Denerwował
mnie sposób, w jaki kierownictwo tak potężnej wytwórni zabiegało o względy komisji
oceniającej filmy. Należeli do niej przedstawiciele Motion Picture Association of America,
których nazwisk nigdy nie podawano do publicznej wiadomości. Przeważnie byli to ludzie
w średnim wieku, mający dorosłe dzieci, a tymczasem zareagowali na Conana jak gromada
starszych pań: „Och, och, tyle krwi! Musiałem zamknąć oczy, żeby na to nie patrzeć!”. I orzekli,
że będziemy musieli powycinać najbardziej drastyczne sceny.
Skąd oni biorą takich głupich delikatnisiów? – zastanawiałem się. Niech film ocenią młodzi
ludzie, którzy są na bieżąco z tym, co dzieje się w świecie. Zapytałem jednego faceta z wytwórni:
– Kto jest za to odpowiedzialny? Bo ktoś musi być. Dlaczego go nie wywalicie?
– O nie, nie, nie – powiedział ostrzegawczo – lepiej się do tego nie mieszaj.
Nikt nie chciał o nic walczyć.
Nie zdawałem sobie sprawy, że toczyła się wtedy pewna rozgrywka. Wytwórnia Universal
Pictures miała w zanadrzu E.T.Spielberga i liczyła, że film stanie się przebojem kasowym lata
1982 roku, nie chciała więc robić sobie wrogów z członków komisji. Pragnęła, żeby ją kochano,
żeby kochano Spielberga i kochano E.T. A tu zjawił się Milius ze Schwarzeneggerem
mordującym ludzi na ekranie. Milius już i tak był czarną owcą Hollywood, ze swoim
prawicowym republikanizmem i kontrowersyjnymi wypowiedziami, więc oczywiście wytwórnia
była gotowa powiedzieć: „Wytnijmy od razu te sceny z Conana, żeby komisja nas nie
ukrzyżowała, gdy w przyszłym tygodniu przedstawimy jej E.T.”, choć w E.T. nie było przecież
żadnej przemocy.
Wściekałem się, ponieważ według mnie wszystkie krwawe sceny w Conanie były
doskonale sfilmowane i naprawdę niezwykłe. Co z tego, że pierwszą sekwencją, jaką widz
ogląda, jest najazd Thulsy Dooma na rodzinną wioskę Conana i zamordowanie matki bohatera,
której głowa szybuje w powietrzu? Mógłbym powiedzieć, że ta scena jest potrzebna, żeby ukazać
Thulsę Dooma jako łajdaka i uzasadnić krucjatę Conana. Ale prawda jest taka, że zakochałem się
w swojej pracy. Po latach widzę, że konieczność stonowania przemocy wyszła filmowi na dobre,
bo dzięki temu zyskał większą widownię.
Było to moje pierwsze zetknięcie z zakrojonym na wielką skalę marketingiem filmowym.
Żeby promować Conana na arenie międzynarodowej, zaplanowano trasę objazdową po Europie
i spotkania z przedstawicielami mediów. Podczas pierwszej narady, w której brałem udział,
specjaliści od marketingu poinformowali:
– Jedziemy do Włoch i do Francji.
– Dobra – odparłem – ale jeśli spojrzycie na globus, oprócz Włoch i Francji zobaczycie na
nim jeszcze wiele innych krajów.
Jako Europejczyk miałem świadomość, że poza Stanami Zjednoczonymi istnieje cały
wielki świat. Na początku lat osiemdziesiątych wpływy z wyświetlanych w Ameryce filmów
rozkładały się w następujący sposób: dwie trzecie dochodów pochodziło z USA, a jedna trzecia –
z zagranicy, ale te proporcje zaczynały się zmieniać. Wiedziałem, że jeśli nie będziemy
promowali Conana za granicą, stracimy mnóstwo forsy.
Powiedziałem więc:
– Panowie, może podejdziemy do tego metodycznie? Spędźmy po dwa dni w Paryżu,
Londynie, Madrycie i w Rzymie, a potem pojeźdźmy na północ. Zatrzymamy się w Kopenhadze,
następnie w Sztokholmie, a na koniec w Berlinie. Nie podoba wam się taki plan?
– My robimy to inaczej. W każdym kraju film wchodzi na ekrany kiedy indziej. Nie
chcemy zbyt wcześnie udzielać wywiadów.
– To może umówimy się z czasopismami i gazetami w tych krajach, żeby wstrzymały się
z publikacją wywiadów do premiery filmu?
– Musielibyśmy sprawdzić, czy jest to możliwe.
Wiedziałem, że nie chciano wysłać mnie w trasę promocyjną jeszcze z jednego powodu:
bardzo niewielu aktorów lubi angażować się w PR. Generalnie panuje wśród nich podejście: „Nie
chcę być dziwką. Jestem artystą. Nie będę pracował w reklamie. Strona finansowa
przedsięwzięcia w ogóle mnie nie interesuje”.
Był to więc prawdziwy przewrót, gdy przyszedłem do wytwórni i powiedziałem:
– Jedźmy, dokąd się da, bo to jest korzystne nie tylko dla mnie, ale także dla widzów,
zobaczą dobry film!
W końcu wytwórnia zgodziła się, żebym promował Conana w pięciu czy sześciu krajach.
Miałem wrażenie, że to wielki krok naprzód.
Podobną dyskusję odbyłem z wydawcą, gdy ukazała się moja książka Arnold: Edukacja
kulturysty. Mieszkańcy Stanów stanowią tylko pięć procent populacji całego świata, dlaczego
więc pomijać pozostałe dziewięćdziesiąt pięć? Obie te dziedziny przedsiębiorczości same się
więc ograniczały. A ja nauczyłem się od Joego Weidera globalnego myślenia o rynku.
Przede wszystkim uważałem się za biznesmena. Zbyt wielu aktorów, pisarzy i artystów
sądzi, że działania marketingowe są poniżej ich godności. Tymczasem niezależnie od tego, co się
w życiu robi, sprzedaż jest nieodłącznym elementem. Nie można nakręcić filmu bez środków
finansowych. Nawet gdybym nie miał w umowie zobowiązań związanych z reklamą,
promowanie Conana i podejmowanie wszelkich starań, żeby zarobił jak najwięcej, leżało
w moim interesie. Chciałem więc brać udział w tych spotkaniach i uważałem, że wszyscy
powinni dawać z siebie tyle, ile tylko mogą, żeby wytwórni zwróciła się inwestycja. Poczuwałem
się do obowiązku uczestniczenia w działaniach mogących zwiększyć potencjalne zyski.
Przełom w sprawie Conana nastąpił po walentynkach w 1982 roku. Pierwszy wielki pokaz
próbny w Houston okazał się tak wielkim sukcesem, że ludzie z Universal Pictures nie mogli
uwierzyć w dane: widzowie ocenili film na dziewięćdziesiąt trzy w skali od jednego do stu, co
prawie zawsze zapowiadało duży hit. Tamtego wieczoru zadzwonili do mnie z wytwórni: „To
wielka sprawa. Chcemy spróbować jutro w Las Vegas. Pojedziesz z nami?”.
Przejeżdżając następnego popołudnia obok kompleksu sal kinowych, zorientowaliśmy się,
że to nie będzie zwyczajny pokaz. Kolejka do kas ciągnęła się aż na ulicę, a oprócz fanów
komiksów, których spodziewał się Universal, przyszli kulturyści w obcisłych koszulkach,
z wyeksponowanymi mięśniami, geje, wariaci w dziwnych kapeluszach i okularach, ludzie
w strojach z epoki Conana. Było też kilka kobiet, ale w tłumie znajdowali się głównie mężczyźni,
łącznie z dużą grupą motocyklistów, od stóp do głów ubranych w skóry. Niektórzy wyglądali na
takich, którzy mogą się wkurzyć, jeśli nie dostaną się do środka. Universal otwierał kolejne sale –
trzeba było udostępnić aż trzy, żeby pomieścić wszystkich chętnych.
Wytwórnia liczyła na zaprzysięgłych fanów komiksów i powieści fantasy z Conanem. To
oni mieli stanowić rdzeń publiczności, ludzie, którzy – gdyby film im się spodobał – chodziliby
na niego po kilka razy i polecali znajomym. Universal nie wziął jednak pod uwagę moich fanów:
kulturystów. Tamtego wieczoru stanowili chyba z jedną trzecią publiczności, a możecie sobie
wyobrazić, ile punktów przyznali Conanowi. Bez nich film dostałby może z osiemdziesiąt osiem,
a z nimi znowu zdobył dziewięćdziesiąt trzy, tak jak w Houston. Wszyscy w wytwórni byli
bardzo podekscytowani, a Dino De Laurentiis wręcz oszalał z radości. Tamtego wieczoru
podszedł do mnie i oznajmił:
– Robię z ciebie gwiazdora.
Ze względu na jego akcent nie bardzo wiedziałem, czy powiedział, że zrobi ze mnie
gwiazdora, czy że już mnie nim zrobił. Ale tym razem przezornie się z nim nie drażniłem.
Po tym wieczorze sława Conana rosła w sposób niepohamowany. Miesiąc później małe
projekcje przedpremierowe w szesnastu miastach całego kraju przyciągnęły rzesze widzów. Na
Manhattanie trzeba było wezwać policję, bo kolejkowicze dosłownie zaczęli walczyć, żeby
dostać się do kina. W Waszyngtonie kolejka ciągnęła się przez kilka przecznic i spowodowała
poważny korek. W Los Angeles zorganizowano trzy pokazy, jeden po drugim, zamiast jednego,
jak planowano – niektórzy stali w kolejce osiem godzin.
Recenzje i omówienia w prasie branżowej po pokazach przedpremierowych pomogły nam
dostać się do setek sal kinowych. Kiedy czternastego maja Conan oficjalnie wszedł w całym
kraju na ekrany, stał się najbardziej kasowym filmem lata wszech czasów. Przyniosło nam ono
takie filmy jak: Mad Max II: Wojownik szos, Rocky III, Star Trek II: Gniew Khana, Łowca
androidów, Beztroskie lata w Ridgemont High, Świat według Garpa, Duch, Oficer i dżentelmen,
Tron, Coś oraz oczywiście E.T., no i Conan Barbarzyńca.
ROZDZIAŁ 15
Zostać Amerykaninem
W Santa Monica Maria uczciła mój powrót z Madrytu i epoki hyboryjskiej, ofiarowując mi
szczeniaka rasy labrador, któremu dała na imię Conan.
– Wiesz, dlaczego podarowała ci tego psa, prawda? – przekomarzała się ze mną jedna z jej
przyjaciółek.
– Bo w jej rodzinie zawsze były psy?
– To test! Chce się przekonać, jaki jesteś w stosunku do dzieci.
Nie wiedziałem, czy tak było naprawdę, ale Conan i ja – to znaczy Conan Pies i Conan
Barbarzyńca – doskonałe się rozumieliśmy. Poza tym cieszyłem się z powrotu do domu,
całkowicie odmienionego dzięki nowemu wystrojowi, który Maria dokończyła, gdy mnie nie
było.
Drugą dużą zmianą, która dokonała się pod moją nieobecność, była styczniowa inauguracja
Ronalda Reagana. Nikt w Hollywood nie wiedział, co myśleć o nim jako o prezydencie, nawet
konserwatyści. Zaraz po wyborze Reagana na urząd prezydencki Maria i ja jedliśmy kolację
z moimi znajomymi z przemysłu rozrywkowego, którzy brali aktywny udział w jego kampanii
wyborczej.
– Dlaczego popieracie tego faceta? – zapytała Maria. – Przecież on nie nadaje się na
prezydenta. Jezu, to aktor!
Oni, zamiast go bronić, odpowiedzieli coś w rodzaju:
– Tak, wiemy, ale ludzie go słuchają.
Nie mówili o tym, co zrobił dla Kalifornii, gdy był jej gubernatorem, o jego wizji
i ideałach. Pewnie po prostu chcieli być uprzejmi. Nie śmieli powiedzieć przy Marii, że czas
demokratów się skończył.
Zdumiewało mnie, jak źle większość ludzi z Hollywood odnosiła się do Reagana podczas
całej jego prezydentury. Nieważne było, że odbudowywał gospodarkę, słyszałem tylko
narzekania, że obniżył pensje urzędników państwowych, wyrzucił kontrolerów ruchu lotniczego,
nie liczył się ze środowiskiem naturalnym, właził w tyłek spółkom naftowym, zrezygnował
z syntetycznego paliwa wprowadzonego przez Jimmy’ego Cartera, porzucił projekty związane
z energią wiatrową i słoneczną. Wciąż tylko na niego narzekano. Nikt nie patrzył szerzej, nie
widział tego, co udało mu się osiągnąć.
Dla mnie ważne było, że reprezentował wartości, które sprowadziły mnie do Ameryki.
Przyjechałem do Stanów, bo były największym krajem, który oferował najlepsze możliwości,
i teraz, gdy uznałem je za swój dom, chciałem, żeby tak pozostało albo było jeszcze lepiej. Po
niepokojach i stagnacji lat siedemdziesiątych Amerykanie głosowali na Reagana, bo przypominał
im o ich sile. Maria mówiła:
– Nie wiem, dlaczego popierasz tego faceta.
Ale to był właśnie powód.
Tamtej wiosny poznałem jednego z największych myślicieli XX wieku, ekonomistę
Miltona Friedmana. Ten noblista ukształtował poglądy Ronalda Reagana w kwestii wolnego
rynku i wywarł także duży wpływ na mnie. Jego serial, emitowany w telewizji publicznej w 1980
roku, Free to Choose (Wolność wyboru), był wielkim przebojem i obejrzałem wszystkie odcinki,
jak gąbka chłonąc przedstawiane w nim idee. Friedman napisał też z żoną Rose bestsellerową
książkę pod tym samym tytułem i na Gwiazdkę porozsyłałemjej egzemplarze wszystkim moim
przyjaciołom. Producent serialu, Bob Chitester, jakimś sposobem dowiedział się o tym, dotarł do
mnie i zapytał, czy chciałbym poznać państwa Friedmanów, którzy oboje po pracy na
Uniwersytecie Chicagowskim przeszli już na emeryturę. Mieszkali w San Francisco, gdzie
Milton był członkiem zespołu doradców Instytutu Hoovera przy Uniwersytecie Stanforda.
Przygotowując się do tego wieczoru, czułem się jak dziecko, które wybiera się na
ekscytującą wycieczkę.
– Gdzie mój aparat fotograficzny? – pytałem Marię. – Czy mam ładny krawat?
Friedman stał się jednym z moich idoli. Jego koncepcja roli rządu i rynków w rozwoju
ludzkości stanowiła wielki postęp w stosunku do ekonomii, którą studiowałem, tłumaczyła wiele
zjawisk, które obserwowałem na świecie i z którymi stykałem się jako amerykański
przedsiębiorca. Friedman twierdził, że rynki działają tym prężniej, im mniej ingeruje w nie rząd.
Jak Reagan tak genialnie przedstawiał idee, że wszyscy je rozumieli. Żeby zilustrować zasady
działania wolnego rynku, używał przykładu ołówka:
– Drewno pochodzi ze stanu Waszyngton, grafit z Ameryki Południowej, a guma
z Malajów. Tysiące ludzi na trzech różnych kontynentach poświęciły kilka sekund swojego
czasu, żeby wyprodukować ten ołówek. Co ich połączyło i skłoniło do współpracy? Nie było
żadnego komisarza, który wysłałby polecenie z jakiegoś centralnego biura. Ale istniał popyt. Jeśli
istnieje na coś popyt, rynki znajdują sposoby.
Powoływałem się na teorie Friedmana, dyskutując z Sargentem Shriverem o cenach mleka.
Sarge mówił:
– Pamiętasz, jak prowadziliśmy kampanię w Wisconsin? Mieli tam tyle mleka, że jego cena
spadała. A potem pojechaliśmy do Illinois, gdzie mleka brakowało i ceny szły w górę.
Zadzwoniłem więc do decydentów i zwróciłem im uwagę…
Odparłem na to:
– Nie sądzisz, że rynek sam mógł to uregulować? Jeśli w Illinois było takie
zapotrzebowanie na mleko, to w końcu ktoś sprowadziłby je z Wisconsin czy innego stanu.
Myślę, że oni sami chcieli utrzymać taki stan rzeczy, żeby śrubować ceny. Jako sektor prywatny
podjęli świadomą decyzję. Ty odwołałeś się do rządu, żeby uregulował popyt i podaż, a moim
zdaniem rząd nie powinien ingerować w takie sprawy.
Dużo później przekonałem się, że w życiu zasada nieinterwencji się nie sprawdza, bo
między teorią a praktyką jest przepaść. Za to w ramach inwestycji publicznych, jeśli chce się
zaoszczędzić na kosztach wymiaru sprawiedliwości, warto przeznaczać pieniądze podatników na
programy zajęć pozaszkolnych. Nie można nakładać ciężaru wychowania niepełnosprawnego
dziecka na rodzinę, jeśli jest biedna. Musi istnieć społeczna siatka asekuracyjna. Należy
inwestować w dobro publiczne.
Oboje Friedmanowie byli niscy i pełni energii i żyli ze sobą w idealnej harmonii. Ktoś mi
powiedział: „Staraj się mówić do Rose. Oni uważają się za równorzędnych partnerów, ale ludzie
przeważnie zwracają się do niego, bo dostał Nobla, a ją ignorują”.
Starałem się więc zadawać tyle samo pytań Rose co Miltonowi. To sprawiło, że oboje się
otworzyli. Spędziliśmy wspaniały wieczór, dyskutując o gospodarce, ich życiu, książkach, które
razem napisali, i udziale w produkcji serialu telewizyjnego. Friedman zdradził mi jedną
fascynującą rzecz: że pracował dla rządu w czasach wprowadzania Nowego Ładu, programu
reform ekonomicznospołecznych zainicjowanych przez prezydenta Franklina D. Roosevelta
w latach trzydziestych.
– Nie było innych posad – wyjaśnił. – To uratowało mi życie.
Byłem pod wrażeniem, gdy usłyszałem, że choć był przeciwny większości przepisów,
popierał ulgi rządowe i tworzenie posad państwowych podczas powszechnego bezrobocia, bo to
mogło pobudzić wzrost gospodarczy.
Choć administracja Reagana była za przywróceniem gospodarce amerykańskiej spójności,
zarobiłbym więcej pieniędzy, gdyby w Białym Domu pozostał Jimmy Carter. Za Cartera rynek
nieruchomości szalał, ceny co roku rosły od dziesięciu do dwudziestu procent. Mój wspólnik, Al
Ehringer, i ja mogliśmy zarobić w krótkim czasie dużą fosę na inwestycji w Denver, kwartale
ulic w nędznej części miasta, wyburzanym pod budowę torów kolejowych. Dzięki programom
prezydenta Cartera, które miały zażegnać kryzys naftowy, w Denver kwitł biznes energetyczny
i pewne konsorcjum handlu nieruchomościami zamierzało wybudować na naszej działce
trzydziestopiętrową wieżę. Już mieliśmy podpisać papiery, gdy nastał Reagan i zdławił inflację.
Ludzie nagle zaczęli patrzeć na energię i nieruchomości w inny sposób. Projekt się zawalił.
Deweloperzy powiedzieli nam coś takiego: „Gospodarka zwalnia i trudniej zdobyć pieniądze.
Wydobycie oleju łupkowego stanęło. Nic z tego nie będzie”.
W końcu przecznicę dalej zbudowano Coors Field, stadion drużyny baseballowej Colorado
Rockies, i nadszedł wielki dzień, w którym się odkuliśmy. Ale przez wiele lat z nieruchomością
w Denver było tak jak z ponaddźwiękowym lotniskiem, na które Franco i ja postawiliśmy przed
laty. Taki rodzaj niestabilności był czymś normalnym w handlu nieruchomościami, gdzie godzisz
się na większe ryzyko w nadziei na większy zysk. Reagan dobrze zrobił, ograniczając kredyty,
lecz to miało swoje skutki.
Za Reagana okazje w handlu nieruchomościami nadarzyły się bliżej miejsca, gdzie
mieszkałem. Main Street w Santa Monica zaczęła się zmieniać, tak jak liczyliśmy na to z Alem;
pijacy i włóczędzy powoli się wynosili, a w miejscu ich dawnych domów powstawały deptaki,
restauracyjki i sklepy. Można było teraz usłyszeć, jak ludzie mówili: „Chodźmy na Main Street”.
Ta rewitalizacja nie dotarła jednak na południe, do Venice, gdzie mieliśmy z Alem cały
kwartał z pustymi działkami. Był to teren, po którym kursowały stare tramwaje Red Car, łączące
w latach czterdziestych centrum Los Angeles, Santa Monica i Venice Beach. Teraz była to
ziemia niczyja. W ostatnim budynku przy Main Street znajdował się bar Oar House, obok był
sklep ze zdrową żywnością, prowadzony przez facetów w turbanach. Po drugiej stronie ulicy
wznosiły się mała synagoga i zabity deskami budynek należący do sławnego komika. Pobliskie
pomieszczenia sklepowe przy ulicy można było tanio wynająć i kilka z nich zajmowały dziwne
grupy religijne i sekty. Mieścił się tam też ośrodek scjentologów. Okolica naprawdę podupadała,
nie było ruchu pieszego ani prawie żadnych sklepów. Mieliśmy zamiar zbudować tam piękny
długi budynek, od przecznicy do przecznicy, z ciągiem sklepów na parterze i dwoma piętrami
pomieszczeń biurowych. Chcieliśmy, żeby inni inwestorzy i biznesmeni pomyśleli: O rany, oni
budują tak daleko na południe, może my też powinniśmy?
Było to ryzykowne przedsięwzięcie: siedmiomilionowa inwestycja w ponad trzy tysiące
sześćset metrów kwadratowych ziemi, sfinansowana z zysku, jaki przyniósł nam biurowiec
stojący przy Main Street, który przywróciliśmy do życia. W ostatnim roku prezydentury Cartera
sprzedaliśmy go, zarabiając na tym półtora miliona dolarów. Sądziliśmy z Alem, że zmniejszymy
ryzyko, jeśli przed otwarciem budynku wynajmiemy wszystkie pomieszczenia. W tym celu
przygotowaliśmy pokaz slajdów ukazujący świetlaną przyszłość okolicy. Sami prowadziliśmy
prezentacje i osiągnęliśmy cel.
Wierzyłem w tę okolicę, bo sam wciąż miałem tam biuro. Firma Oak Productions –
w nawiązaniu do mojego przydomka w kulturystyce, Austrian Oak, Austriacki Dąb – przeniosła
się do narożnego loftu w starym przeszklonym budynku spółki gazowej w Venice, przecznicę od
Main Street. Pomieszczenie to miało wielkie szeregowe okna, pomalowane na biało ceglane
ściany i wysoki sufit ze świetlikami. Wpadłem na pomysł, żeby zostawić całą instalację
odsłoniętą i pomalować rury na czerwono i niebiesko. Zainspirowało mnie Centrum Pompidou,
i wszystkim bardzo się to podobało. Wstawiłem tam stare drewniane meble, czerwony dywan
i błękitną kanapę w kształcie litery L, która stała naprzeciwko mojego biurka. Dzięki tej
kolorystyce panowała tam bardzo patriotyczna atmosfera. Ściany działowe były ze szkła,
żebyśmy wszyscy mogli się widzieć, a w oddzielnej części znajdowały się wnęki, w których
trzymaliśmy koszulki i broszury reklamujące mój kulturystyczny biznes wysyłkowy.
Ponieważ moje interesy i kariera filmowa stale się rozwijały, w końcu się złamałem
i zatrudniłem kolejnych pomocników. Moją prawą ręką wciąż była Ronda. Pracowała u mnie od
1974 roku i teraz nadzorowała inwestycje, a także zajmowała się księgowością. Chociaż kiedyś
prowadziła sklep z zabawkami, nie miała formalnego przygotowania w zakresie prowadzenia
interesów, więc zapisała się na kursy przedsiębiorczości w Santa Monica College i na UCLA.
Pamiętam, że gdy kilka lat później w ramach umowy kupnasprzedaży jakiejś nieruchomości
dostaliśmy czek na milion dolarów, Ronda wpadła z nim do mojego gabinetu i zawołała:
– O mój Boże, nigdy nie miałam w ręku takiej forsy! Co mam z tym zrobić? Jestem taka
zdenerwowana.
Prowadzeniem mojego terminarza i planowaniem wyjazdów zajęła się Anita Lerner,
trzydziestoletnia asystentka, która musiała nauczyć się sporo o podróżach, a interes wysyłkowy
przeszedł pod nadzór dwudziestokilkuletniej artystki Lynn Marks. Mieliśmy przyjąć jeszcze
czwartą asystentkę, która pilotowałaby specjalne przedsięwzięcia, takie jak książki, pozwolenia
na wykorzystanie zdjęć, seminaria i imprezy kulturystyczne w Columbus, organizowane we
współpracy z Jimem Lorimerem. Biznes wysyłkowy wciąż przynosił duży dochód, dzięki
imprezom w Ohio, a także dlatego, że artykuły o mnie wciąż zajmowały dużo miejsca na łamach
czasopism Joego Weidera. Kolejne numery „Muscle & Fitness” czy „Flex” rzadko ukazywały się
bez przynajmniej jednego mojego zdjęcia. Towarzyszyły one mojej retrospektywie,
firmowanemu przeze mnie tekstowi o treningu czy odżywianiu się, reportażowi o moich
przygodach w świecie filmu. Każda wzmianka o mnie przyczyniała się do sprzedaży kolejnych
kursów czy koszulek.
Sprzedaż moich książek również szła świetnie; miałem dobrego, znanego wydawcę i agenta
literackiego, którzy o to dbali. Właśnie wprowadzaliśmy ostatnie poprawki do Encyclopedia of
Modern Bodybuilding. Było to wielkie przedsięwzięcie, nad którym pracowałem od trzech lat
z fotografem Billem Dobbinsem. Żeby zarobić na fitnessowym szaleństwie, zapoczątkowanym
przez ćwiczenia Jane Fondy na wideo, wydałem kasetę Shape Up with Arnold Schwarzenegger
(Dbaj o formę z Arnoldem Schwarzeneggerem) i wznowiłem w poprawionej wersji poprzednie
książki: Arnold’s Bodyshaping for Women oraz Jak osiągnąć sukces: Bodybuilding dla mężczyzn.
Wszystko to wymagało ode mnie wyjazdów w kolejne trasy promocyjne, co zupełnie mi nie
przeszkadzało.
Co chwila wynikały nowe sprawy. Lynn mówiła na przykład:
– Dostajemy mnóstwo listów od ludzi, którzy chcieliby kupić taki pas do podnoszenia
ciężarów, jaki nosiłeś w filmie Kulturyści.
– To włączmy go do naszej oferty – odpowiadałem.
Potem wszyscy pracowaliśmy nad tym produktem. Nie można było kupić gotowych pasów,
a nawet gdyby się dało, niewiele byśmy na nich zarobili. Ale skąd wziąć na nie skórę?
Musieliśmy nawiązać współpracę z producentem. A co z zapięciem? I jak postarzyć taki pas,
żeby wyglądał na zużyty, przepocony i autentyczny? Zaczęliśmy obdzwaniać naszych partnerów
handlowych i inne firmy, aż znaleźliśmy potrzebne elementy. Po paru dniach mieliśmy wszystko
obmyślone. Pozostawała ostatnia kwestia: jak pakować pasy? Jak dostarczać je szybko i tanio?
Narzucałem szalone tempo i Ronda, Anita i Lynn mogłyby powiedzieć, że pracujemy
bardzo intensywnie. Przerzucaliśmy się od projektu do projektu w sferze filmu, nieruchomości,
kulturystyki. Stale gdzieś wyjeżdżałem i prowadziłem rozmowy z ludźmi z różnych branż.
Wszystko działo się jednocześnie. Ale Ronda, Anita i Lynn to nie były zwykłe pracownice, które
patrzą na zegarek i tylko czekają na fajrant. Stały się członkami mojej rodziny. Zerkały na siebie
i brały przykład ze mnie. Próbowały dorównać mi kroku, więc kiedy ja przyspieszałem,
przyspieszały i one.
Podsycanie takiej atmosfery nie wymagało szczególnego wysiłku ani geniuszu
menedżerskiego. Przede wszystkim te trzy panie były wspaniałymi, życzliwymi ludźmi. Płaciłem
im dużo i żeby być dobrym pracodawcą, odwoływałem się do moich austriackich korzeni.
Ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne było opłacane automatycznie – nikt nie musiał się o to
upominać. No i oprócz regularnych pensji wypłacałem jeszcze trzynastkę i czternastkę –
trzynastkę za letni urlop, a czternastkę jako premię bożonarodzeniową, żeby ludzie mieli
pieniądze na święta. Taki był zwyczaj w Austrii, a ponieważ moja firma nie miała ograniczonego
budżetu, było mnie na to stać.
Starałem się też, żeby moje pracownice identyfikowały się ze mną i moją firmą. Uczyły się
tak jak ja. Kiedy przychodziłem do biura, omawialiśmy wszystko to, co działo się wokół mnie.
Panie siadały i każda z nich wypowiadała swoją opinię. Nawet jeśli się z czymś nie zgadzałem,
przyjmowałem ich punkt widzenia. Zabawne, że wszystkie miały liberalne poglądy. Nawet gdy
w następnych latach zwiększaliśmy personel, rzadko kiedy w firmie trafiał się ktoś, kto byłby
republikaninem, jak ja.
Mnie taka praca wcale nie wydawała się szczególnie intensywna, w moim przekonaniu
była czymś normalnym. Kręciłem filmy albo pisałem książki, promowałem je, podróżując po
świecie, bo świat to jeden wielki rynek zbytu, a w międzyczasie trenowałem, prowadziłem
interesy i je rozwijałem. Wszystko to sprawiało mi wielką frajdę i nigdy nie myślałem: „O mój
Boże, ile mam roboty. To taka presja”.
Jeśli pracowałem wieczorami, to przeważnie wtedy, gdy jeździłem dokądś, żeby opowiadać
o filmach. Czy to źle? To tylko rozmowa! Albo jacyś biznesmeni prosili, żebym przyleciał do
Waszyngtonu. I też było fajnie, człowiek się śmiał, palił cygara. Jechałem wysłuchać
przemówienia Ronalda Reagana, potem o północy szliśmy wszyscy razem do sklepów dla
dorosłych
i oglądaliśmy
najnowsze
gadżety.
Zabawnie
było
poznawać
niektórych
konserwatywnych facetów z innej strony.
Praca oznaczała więc dla mnie nowe odkrycia i zabawę. Jeśli słyszałem, że ktoś się żalił:
„Och, tak ciężko pracuję, po dziesięć, dwanaście godzin dziennie”, miałem ochotę go ochrzanić:
„O czym ty, do cholery, gadasz, przecież doba ma dwadzieścia cztery godziny. Co innego masz
do roboty?”.
Uwielbiałem tę różnorodność. Jednego dnia byłem na spotkaniu w sprawie budowy
biurowca albo centrum handlowego i zastanawiałem się ze współpracownikami, jak najlepiej
wykorzystać przestrzeń. Czy będzie to wymagało dodatkowych pozwoleń? Jaką należy przyjąć
strategię?
Drugiego dnia rozmawiałem z wydawcą mojej najnowszej książki o zdjęciach, które trzeba
zdobyć. Trzeciego pracowałem z Joem Weiderem nad głównym artykułem w następnym
numerze pisma. Potem jechałem na naradę w sprawie filmu albo leciałem do Austrii, żeby
rozmawiać o polityce z Fredim Gerstlem i jego kumplami.
Wszystko, co robiłem, mogło być moim hobby – i w pewnym sensie nim było. Bo do
wszystkiego podchodziłem z pasją. Dla mnie życie to nieustające uczucie ekscytacji, tym różni
się ono od egzystencji.
Później, gdy pierwszy raz usłyszałem o Terminatorze, spodobała mi się koncepcja, że to
maszyna, która nigdy nie śpi. Powiedziałem do siebie: „Wyobraź sobie, jaką by to dawało
przewagę, mieć dodatkowo sześć godzin dziennie na coś jeszcze. Mógłbyś zdobyć zupełnie nowy
zawód albo nauczyć się grać na jakimś instrumencie”. To byłoby niesamowite, bo zawsze
miałem problem z tym, jak pogodzić ze sobą wszystko, co chciałem zrobić.
Dlatego prawie nigdy moje życie nie wydawało mi się nerwowe ani pełne napięcia. Taka
refleksja rzadko przychodziła mi do głowy. Dopiero później, gdy Maria i ja się zaręczyliśmy,
a potem wzięliśmy ślub, zacząłem dbać o to, żeby równoważyć pracę i życie prywatne.
***
Kiedy zapragnąłem nauczyć się czegoś więcej o biznesie i polityce, podszedłem do tego tak
jak do nauki aktorstwa; starałem się poznać jak najwięcej ludzi, którzy mieli pojęcie o tych
sprawach. Miejscem, gdzie mogłem ich znaleźć, był nowo otwarty Regency Club, w którym
zbierali się przedstawiciele elity biznesowej Los Angeles. Zajmował on ostatnie piętro
i penthouse w niedawno wybudowanym wieżowcu przy Wilshire Boulevard, ze wspaniałym
widokiem na całe Los Angeles Basin. Zarówno sam budynek, jak i klub należały do Davida
Murdocka, jednego z najbogatszych ludzi w mieście. Jego kariera to kolejna wspaniała
amerykańska historia „od pucybuta do milionera”. David pochodził z Ohio, porzucił studia, żeby
służyć w wojsku podczas drugiej wojny światowej, a po powrocie do kraju przekształcił
pożyczkę wysokości tysiąca dwustu dolarów w fortunę, handlując nieruchomościami w Arizonie
i Kalifornii. Obecnie miał znaczące udziały w International Mining i Occidental Petroleum, był
także właścicielem wielu posesji i hoteli oraz kolekcjonerem zwierząt, orchidei, pięknych mebli
i żyrandoli. Jego żona, Gabrielle, projektantka wnętrz, urodzona i wychowana w Monachium,
urządziła nowy klub w formalnym eleganckim stylu Starego Świata. To narzucało ton, bardzo
poprawny, nieco sztywny. Wymagający krawata.
W klubie bywał ze swoją ekipą Pete Wilson, który zdobył miejsce w Senacie, gdy ja
promowałem Conana Barbarzyńcę. Do stałych bywalców należał też George Deukmejian, który
został gubernatorem, wyprzedzając demokratę Toma Bradleya podczas tych samych wyborów
w 1982 roku. Do Regency wpadali na kolację twardzi zawodnicy z administracji Reagana, którzy
przejeżdżali przez miasto. Bywało tam wielu konserwatywnych biznesmenów, a także kilku
liberalnych hollywoodzkich agentów i przedstawicieli showbiznesu. Ja zacząłem chodzić do
klubu ze względu na Wilsona, by wspierać jego zwieńczoną sukcesem kampanię: w 1990 roku
zastąpił Deukmejiana. I stopniowo rozszerzałem krąg znajomych.
Restauracja Guido’s przy Santa Monica Boulevard też była dobrym miejscem do
nawiązywania kontaktów biznesowych i poznawania nowych idei. Jeśli chciało się przebywać
z aktorami, można było pojechać do knajpki przy Market Street 72 w Venice, a żeby spotkać
motocyklistów – do Rock Store w Malibu Canyon. Kilka razy zabrałem Marię do Regency Club;
choć podobał się jej wystrój Gabrielle, odstręczały ją rzesze konserwatystów i ich
pretensjonalność. Ja także nie przepadałem za tamtejszą sztywną atmosferą, ale cóż, w ramach
dyscypliny trzeba było ją zaakceptować. Zresztą nie widziałem powodu, dla którego nie miałbym
pokazywać się z różnych stron; raz jako śmiałek w motocyklowych butach i skórze, a raz jako
konserwatysta w eleganckim garniturze, krawacie i butach w stylu angielskich brogue’ów.
Chciałem czuć się swobodnie w każdym z tych światów.
Maria i ja obracaliśmy się także w środowisku liberałów. Na zaproszenie Jane Fondy po raz
pierwszy znalazłem się w Centrum Szymona Wiesenthala, na imprezie charytatywnej. Jane była
gospodynią wieczoru. Maria i ja przyjaźniliśmy się z nią i jej ówczesnym mężem, działaczem
politycznym i członkiem senatu Kalifornii, Tomem Haydenem. Oboje kilkakrotnie zapraszali nas
do siebie do domu, gdzie mieliśmy okazję poznać różnych politycznych i religijnych
przywódców, jak biskup Desmond Tutu. Tamtego wieczoru Jane przedstawiła mnie Marvinowi
Hierowi, rabinowi z Nowego Jorku, który przeniósł się do Los Angeles iw 1978 roku założył
Centrum Szymona Wiesenthala. Jego celem życiowym była walka z antysemityzmem
i promowanie tolerancji religijnej oraz rasowej. Można by pomyśleć, że w takim miejscu jak
Hollywood, gdzie mieszka wiele osób pochodzenia żydowskiego, będzie miał łatwe zadanie, ale
wyznał mi, że napotyka wiele trudności.
– Jeśli to pana interesuje, byłbym bardzo wdzięczny za pomoc – powiedział. – Jest pan
wschodzącą gwiazdą, w przyszłości ludzie będą pana słuchali. Trudno wciągnąć ludzi
z Hollywood w naszą działalność. Nie wystarcza nam, żeby wykupywali miejsca przy stołach na
imprezach dobroczynnych. Potrzebujemy ludzi, którzy by do nas przychodzili, pracowali
w zarządzie, dali milion dolarów, albo lepiej trzy miliony, organizowali zbiórki pieniędzy. Jeśli
gdzieś można zdobyć duże pieniądze, to my ich potrzebujemy, bo chcemy zbudować muzeum
tolerancji, a to będzie kosztować pięćdziesiąt siedem milionów dolarów.
– Ja nie jestem na tak wysokim szczeblu – uprzedziłem go.
Jednak pomysł budowy takiego muzeum wydawał mi się sensowny.
Jeśli chce się promować sprawność fizyczną i walczyć z otyłością, trzeba zakładać
siłownie, jeżeli chce się żywić ludzi, trzeba otwierać sklepy spożywcze. Jeśli więc chce się
walczyć z uprzedzeniami, trzeba wszędzie tworzyć ośrodki tolerancji, miejsca, gdzie dzieci będą
uczyły się, co się dzieje, gdy wybucha nienawiść.
Im więcej dowiadywałem się o tym przedsięwzięciu, tym bardziej nabierałem przekonania,
że powinienem się w nie zaangażować. Nie jestem wierzący, ale mówiłem sobie: „To może być
tylko dzieło Boga”. Żydzi odgrywali ważną rolę w moim życiu – Fredi Gerstl, Artie Zeller, Joe
i Ben Weiderowie, Joe Gold, mój nowy agent filmowy Lou Pitt – a mimo to nie byłem pewny,
czy jestem wolny od uprzedzeń. Robiłem tendencyjne uwagi, gadałem głupoty. To prawie jakby
Bóg mówił do mnie: „Jeśli chcesz taki być, zaprowadzę cię właśnie tam, gdzie zaczyna się dialog
o tolerancji. Będziesz zbierał dla nich fundusze, walczył za nich i pokonasz swoje drugie ja, jeśli
ono rzeczywiście istnieje”. Później regularnie dawałem pieniądze na centrum i brałem udział
w wielu organizowanych przez nie imprezach dobroczynnych. Muzeum, które znalazło siedzibę
we wspaniałym budynku, zostało otwarte w 1993 roku.
Choć nie kryłem się z tym, że popieram Reagana, i jak tylko mogłem, wspierałem
finansowo republikańskich kandydatów i republikańskie inicjatywy, trzymałem się z daleka od
sceny politycznej. Kiedy promujesz film, możesz przekonać do niego wszystkich, ale gdy
wygłaszasz mowy polityczne, siłą rzeczy musisz zniechęcić pewien procent słuchaczy,
niezależnie od tego, co powiesz, więc po co się w to wdawać?
Poza tym nie byłem jeszcze na tyle znany, żeby wyborcy interesowali się moimi
poglądami, a politycy szukali mojego wsparcia. Nie byłem nawet obywatelem amerykańskim!
Miałem zieloną kartę, płaciłem podatki i uważałem Stany Zjednoczone za swój dom, lecz nie
mogłem głosować. Przyklejałem na samochodzie nalepki z nazwiskami kandydatów, których
popierałem, ale nie wygłaszałem żadnych przemówień.
Nie wypowiadałem się też na temat polityki, gdy odwiedzałem Austrię. Tamtejsze media
przedstawiały mnie jako rodaka, któremu powiodło się w szerokim świecie, aleja nigdy nie
chciałem odgrywać mędrca, który wraca do kraju i mówi innym, co mają robić. Gdy
przyjeżdżałem tam raz czy dwa razy do roku, spotykałem się z przyjaciółmi i nadrabiałem
zaległości w rozmowach o polityce oraz najnowszych wydarzeniach. Mój polityczny mentor,
Fredi Gerstl, wszedł do rady miejskiej Grazu i stawał się coraz bardziej wpływowym członkiem
konserwatywnej Austriackiej Partii Ludowej. Dużo dawały mi rozmowy z nim o systemach
amerykańskim i austriackim:
0 przemyśle państwowym i prywatnym, demokracji przedstawicielskiej i rządach
parlamentarnych, finansowaniu prywatnym i funduszach publicznych. Fredi umożliwiał mi
wgląd w polityczne rozgrywki w Austrii dotyczące zasadniczych kwestii, takich jak dążenie do
prywatyzacji transportu, przemysłu tytoniowego i stalowego oraz ubezpieczeń czy walka
przeciwko odradzaniu się ekstremalnej prawicy.
Fredi przedstawił mnie także Josefowi Krainerowi juniorowi, który wygrał wybory na
gubernatora Styrii w 1980 roku. Był młodszy od Frediego i zajmował się polityką przez całe
życie. Jego ojciec, Josef Krainer senior, był gubernatorem Styrii przez całe moje dzieciństwo –
bohater narodowy, który przesiedział całą drugą wojnę światową w więzieniu, bo sprzeciwiał się
Anschlussowi, wcieleniu Austrii do nazistowskich Niemiec w 1938 roku. Josef junior studiował
we Włoszech i w Ameryce, jego poglądy stanowiły interesującą mieszankę gospodarczego
konserwatyzmu i sympatii dla ekologów, która bardzo do mnie przemawiała. Innym moim
dobrym przyjacielem był Thomas Klestil, robiący szybką karierę dyplomata, który był konsulem
generalnym w Los Angeles, gdy przyjechałem tam po raz pierwszy. Obecnie pełnił funkcję
ambasadora w USA i za kilka lat miał zostać prezydentem Austrii, po Kurcie Waldheimie.
Ze względu na te więzi niechętnie zrzekłem się obywatelstwa austriackiego w 1979 roku,
gdy mogłem ubiegać się o obywatelstwo USA. (Miałem zieloną kartę przez pięć lat, czyli
wymagane minimum). Mogę tylko dodać, że nigdy nie lubiłem się od niczego odcinać, podwójne
obywatelstwo byłoby więc dla mnie idealne. Ale choć w Ameryce pozwalano na coś takiego,
według prawa austriackiego musiałem dokonać wyboru – nie mogłem być Amerykaninem
i Austriakiem jednocześnie. Wyjątki czyniono tylko dla wybitnych dyplomatów i decyzję w tej
sprawie podejmował gubernator danego kraju związkowego. Zapytałem Frediego, co mam
zrobić. Odpowiedział, że ponieważ Josef Krainer junior zamierzał ubiegać się o urząd
gubernatora, powinienem zaczekać. Trzy lata później poczułem się więc zaszczycony, gdy Josef
uznał mnie za taki wyjątek. Uczciłem to, zabierając Marię na kolację do knajpki przy Market
Street 72, i natychmiast wystąpiłem z podaniem o obywatelstwo amerykańskie.
Przyznano mi je po roku. Szesnastego września 1983 roku stanąłem z dumą razem
z dwoma tysiącami innych imigrantów w Shrine Auditorium, mieszczącym się naprzeciwko
kampusu Uniwersytetu Południowej Kalifornii, i złożyłem przysięgę na wierność Stanom
Zjednoczonym. Czułem się Amerykaninem od dziesiątego roku życia, ale teraz stałem się nim
naprawdę. Gdy podniosłem rękę i powtarzałem słowa przysięgi, przebiegł mnie dreszcz i na
całym ciele poczułem gęsią skórkę. Później wytropili mnie fotoreporterzy, którzy zrobili mi
zdjęcie, jak z Marią przy boku pokazuję dokumenty o nadaniu obywatelstwa. Oboje szeroko się
uśmiechamy. Powiedziałem dziennikarzom:
– Zawsze wierzyłem, że należy zmierzać na sam szczyt, a zostać Amerykaninem to jak
zostać członkiem zwycięskiej drużyny.
W domu urządziliśmy przyjęcie dla przyjaciół. Włożyłem koszulkę z amerykańską flagą
i taki sam kapelusz, i cały czas chodziłem uśmiechnięty, ciesząc się, że wreszcie oficjalnie
zostałem Amerykaninem. To oznaczało, że mogę głosować i podróżować z amerykańskim
paszportem. Mogłem nawet któregoś dnia sam wystartować w wyborach.
ROZDZIAŁ 16
Terminator
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem wstępny projekt plakatu do Terminatora, to nie ja
byłem na nim robotemzabójcą, tylko O.J. Simpson. Kilka tygodni wcześniej, na pokazie filmu
o policyjnym helikopterze, wpadłem na Mike’a Medavoya, szefa Orion Pictures, który
finansował tę planowaną produkcję.
– Mam film w sam raz dla ciebie – powiedział. – Coś pod tytułem Terminator.
Skojarzenie z Eksterminatorem, szmirowatym filmem akcji sprzed kilku lat, natychmiast
wzbudziło moją czujność.
– Dziwny tytuł – zauważyłem.
– Jakby co, możemy go zmienić – odparł. – W każdym razie to wspaniała rola.
Superbohatera. – Streścił mi fabułę z gatunku science fiction. Miałbym grać dzielnego żołnierza,
Kyle’a Reese’a, który próbuje ocalić pewną dziewczynę i uratować świat od zagłady.
– Jesteśmy już prawie dogadani z O.J. Simpsonem na rolę terminatora, czyli czegoś
w rodzaju maszyny do zabijania.
I nagle zaproponował:
– A może byśmy się spotkali? Reżyser mieszka w Venice, niedaleko twojego biura.
Działo się to wiosną 1983 roku. Czytałem wtedy mnóstwo scenariuszy, z myślą
o nakręceniu czegoś innego poza drugą częścią Conana, do której zdjęcia miały się rozpocząć
pod koniec roku.
Proponowano mi filmy wojenne, policyjne, a nawet ze dwa romanse. Kusił mnie scenariusz
o Paulu Bunyanie. Podobało mi się, że ten legendarny drwal i kawał twardziela przemierzał kraj,
walcząc ze złem, a poza tym uważałem, że mieć za pomocnika niebieskiego wołu to całkiem
zabawny pomysł. Dostałem też tekst o ludowym bohaterze, zatytułowany Wielki zły John,
nawiązujący do przeboju piosenkarza country, Jimmy’ego Deana, z 1961 roku. Bohaterem był
mityczny górnik – tajemniczy olbrzym, który dzięki swojej sile ratuje kolegów po fachu podczas
zawału w kopalni, a sam ginie. Teraz, kiedy zrobiłem wysokobudżetowy film sygnowany przez
tak znanego producenta jak Dino de Laurentiis oraz dystrybuowany przez Universal Pictures,
wytwórnie i reżyserzy zaczęli o mnie zabiegać, więc dostawałem coraz ciekawsze propozycje.
Krótko przed premierą Conana zmieniłem agenta i związałem się z Lou Pittem –
wszechwładnym szefem łowców talentów w International Creative Management. Źle się czułem,
opuszczając Larry’ego Kubika, który tak bardzo mi pomógł w okresie, gdy stawiałem pierwsze
kroki w branży filmowej, uznałem jednak, że powinna mnie reprezentować któraś
z największych agencji, jak ICM – obsługująca najlepszych reżyserów, największe produkcje
i mająca odpowiednie kontakty. Rzecz jasna, pozycja czołowej gwiazdy jednego z gigantów
przyniosła mi wiele satysfakcji, zwłaszcza że świetnie pamiętałem, jak kilka lat wcześniej mnie
spławili.
Szybko przystosowałem się psychicznie do tego nowego świata, w którym się znalazłem.
Stale powtarzałem Marii, że moim celem jest kasowanie miliona dolarów za film, i taką właśnie
gażę dostałem za drugą część Conana. Tyle że już nie chciałem być tylko Conanem. Pomysł,
żeby nakręcić kilka filmów o facecie postury Herkulesa, a następnie zgarnąć forsę i zająć się
interesami w branży kulturystycznej, jak to zrobił Reg Park, rozwiał się jak dym. Czułem, że
powinienem mierzyć znacznie wyżej.
Skoro wytwórnie same się do mnie zgłaszają, może by tak pójść na całego? – pomyślałem.
Solidnie zabrać się do nauki aktorstwa, rzetelnie popracować nad kaskaderką, przyłożyć się do
wszystkiego, co muszę opanować, żeby nie zniknąć z ekranów. Poza tym zadbać o swój
wizerunek, a także o właściwą promocję filmów i należyte nagłośnienie ich w mediach.
A gdybym tak postawił sobie za cel zdobycie pozycji jednego z pięciu najbardziej wziętych
aktorów w Hollywood?
Wszyscy stale podkreślali, jak niewielu artystów trafia na sam szczyt, ja jednak zawsze
wierzyłem, że znajdzie się tam miejsce dla jeszcze jednego. Czułem, że ponieważ prawdziwych
gwiazd jest tak mało, aktorzy są onieśmieleni i z wygodnictwa nie próbują piąć się w górę.
Tymczasem im więcej jest takich, którzy myślą w ten sposób, tym większy tłok panuje na dole
drabiny! Po co pakować się w tłum? Lepiej iść tam, gdzie pusto. Może droga na szczyt nie jest
łatwa, ale gdy się tam znajdziesz, nie musisz współzawodniczyć ze zbyt liczną konkurencją.
Oczywiście nie ulegało wątpliwości, że nigdy nie zostanę aktorem klasy Dustina Hoffmana
czy Marlona Brando ani komikiem takim jak Steve Martin, ale nie miałem z tym problemu.
Upatrywano we mnie odtwórcę wyrazistych bohaterów kina akcji, takich jak Clint Eastwood
i Charles Bronson czy wcześniej John Wayne. To byli faceci z mojej bajki. Widziałem wszystkie
ich filmy. Czekało mnie więc wiele pracy – i mnóstwo okazji, żeby zostać tak wielkim
gwiazdorem jak każdy z nich. Chciałem się znaleźć w tej samej lidze i zarabiać tyle co oni. Gdy
tylko sobie to uświadomiłem, spłynął na mnie spokój. Dlatego że widziałem siebie w tym
miejscu. Tak samo jak w przypadku kulturystyki, w stu procentach wierzyłem, że osiągnę
wytyczony cel. Przed moimi oczami roztaczała się nowa wizja, a zawsze czułem, że jeśli ją mam
i w nią wierzę, osiągnę to, co zamierzam.
Przewidując, że Conan kiedyś się znudzi, na wszelki wypadek rozglądaliśmy się już z Lou
Pittem za filmami wojennymi i sensacją. Inna sprawa, że były to rozważania czysto teoretyczne,
ponieważ na mocy aktualnego kontraktu stałem się na dziesięć lat własnością Dina De
Laurentiisa. Zgodnie z umową, dopóki Dino ze mnie nie zrezygnuje, miałem co dwa lata grać
w kolejnym Conanie, czyli w sumie w pięciu filmach, i nie brać innych ról. Gdyby więc Conan
okazał się takim sukcesem, jakiego wszyscy pragnęliśmy, trzecią część nakręcilibyśmy w roku
1986, czwartą w 1988 i tak dalej, zbijając na tym majątek. Jeśli chodzi o ograniczenie swobody,
Lou uspokoił mnie: „Nie przejmuj się tym. W razie czego możemy renegocjować kontrakt”.
Przestałem się martwić, zwłaszcza że coraz bardziej pociągała mnie perspektywa przejścia od ról
mięśniaka do pierwszej ligi kina akcji.
Mike Medavoy umówił mnie na lunch z reżyserem oraz z producentami Terminatora,
Johnem Dalym i Gale Anne Hurd. Przed spotkaniem przeczytałem scenariusz. Był naprawdę
dobrze napisany, wciągający i pełen akcji, ale fabuła wydała mi się dziwna. Niejaką Sarah
Connor, zwykłą kelnerkę w podrzędnej knajpie, ni stąd, ni zowąd ściga bezlitosny zabójca. Jest
nim tytułowy Terminator – robot zamknięty w ludzkim ciele, cofnięty do czasów współczesnych
z przerażającego roku 2029, kiedy to komputery na całym świecie wpadają w amok i wywołują
nuklearną zagładę. Chcąc unicestwić garstkę niedobitków, wysyłają terminatorów, a wtedy ludzie
rozpoczynają wojnę z maszynami. Rebelianci mają charyzmatycznego przywódcę – Johna
Connora, przyszłego syna Sarah. Żeby nie dopuścić do buntu, maszyny wysyłają przez bramkę
czasową terminatora, który ma dopaść Sarah i tym samym zapobiec narodzinom przywódcy
ludzkości. Jedyną nadzieją kobiety jest Reese, lojalny wobec Johna Connora młody żołnierz,
który prześlizgnął się przez bramkę, zanim została zniszczona. Jego misją jest powstrzymanie
terminatora.
Reżyser James Cameron okazał się chudym, zasadniczym facetem. To on wymyślił tę
cudaczną fabułę. Zaprzyjaźniliśmy się od razu, jeszcze podczas tego lunchu. Cameron mieszkał
w Venice i jak większość tamtejszych artystów wydał mi się dużo bardziej autentyczny niż znani
mi ludzie z, dajmy na to, Hollywood Hills. Do tej pory zrobił tylko jeden film, horror
zatytułowany Pirania II: Latający mordercy, o którym nie słyszałem, ale właśnie to wzbudziło
we mnie sympatię do niego. Opowiedział mi o tym, jak uczył się reżyserii, podpatrując Rogera
Cormana – geniusza, jeśli chodzi o produkcję i reżyserię filmów niskobudżetowych. Język, jakim
się posługiwał, świadczył o jego fachowości. Wyglądało na to, że wie wszystko o kamerach
i obiektywach, o przygotowywaniu ujęć, o oświetleniu, o scenografii…
No i wiedział, jak ciąć koszty, żeby zrobić film nie za dwadzieścia milionów dolarów, tylko
za cztery – czyli za tyle, ile wynosił planowany budżet Terminatora.
Rozmawiając z nim o filmie, bardziej interesowałem się postacią cyborga niż głównego
bohatera, Reese’a. Miałem jasno sprecyzowaną wizję robotazabójcy.
– Martwi mnie tylko jedna rzecz – powiedziałem Cameronowi.
– Aktor grający terminatora, O.J. Simpson czy ktokolwiek inny, musi przejść odpowiedni
trening. To bardzo ważne. Bo pomyśl, skoro ten facet jest w gruncie rzeczy maszyną, strzelając,
nie może nawet mrugnąć. Musi zmieniać magazynek w broni, nie patrząc na ręce, bo przecież
robi to maszyna, komputer. A kiedy zabija, jego twarz nie powinna wyrażać żadnych uczuć… ani
radości, ani triumfu, nic.
Zero myślenia, zero mimiki, zero rozterek, tylko czysta akcja.
Wyjaśniłem mu, w jaki sposób aktor musiałby się do tego przygotować. W wojsku uczono
nas rozkładania i składania broni po omacku. Zawiązywano nam oczy i kazano rozłożyć
ubłocony pistolet maszynowy, a następnie wyczyścić go i złożyć z powrotem.
– Właśnie takie szkolenie musiałby przejść – podkreśliłem.
– W sumie podobne do tego, co robiłem przy okazji Conana.
Opowiedziałem mu, jak godzinami ćwiczyłem władanie mieczem, by na ekranie
wyglądało, że ucinanie ludziom głów mam we krwi. Kiedy podano kawę, Cameron rzucił
znienacka:
– A może ty byś zagrał Terminatora?
– Nie, nie – broniłem się. – Nie chcę się cofać.
Terminator wypowiadał jeszcze mniej kwestii niż Conan – osiemnaście – więc obawiałem
się reakcji widzów, którzy mogli mnie posądzić o unikanie ról mówionych albo, co gorsza,
uznać, że większość moich dialogów wycięto na etapie montażu, bo się nie sprawdziłem.
– Moim zdaniem byłbyś świetny w roli Terminatora – nalegał Cameron. – Kiedy tak cię
słucham, widzę, że mógłbyś zacząć choćby od jutra! Nawet nie musiałbym z tobą więcej
rozmawiać. Nikt nie rozumie tej postaci lepiej niż ty – podkreślił i dorzucił znacząco:
– Nawet się nie zająknąłeś o Kyle’u Reesie.
A potem walnął z grubej rury:
– Wiesz, że niewielu aktorów poradziło sobie z rolą maszyny.
– Jego zdaniem, jednym z nielicznych, którym się to udało, był Yul Brynner, odtwórca
robotazabójcy w Świecie Dzikiego Zachodu, thrillerze science fiction z 1973 roku. – Niezwykle
trudna sprawa, wielkie wyzwanie aktorskie. Poza tym to rola tytułowa, Arnoldzie! To ty jesteś
Terminatorem. Wyobraź sobie taki plakat: „Terminator: Schwarzenegger”.
Powiedziałem mu, że obsadzenie w roli czarnego charakteru nie pomoże mi w karierze. Na
takie coś być może mógłbym się porwać w przyszłości, na razie jednak powinienem grać
bohaterów pozytywnych, przyzwyczaić widzów do mojego emploi, a nie mieszać im w głowach.
Cameron był innego zdania. Wyciągnął kartkę i ołówek i zaczął coś rysować.
– Co zrobisz z tą postacią, to twoja sprawa – przekonywał mnie.
– Terminator jest maszyną. Ani dobrą, ani złą. Jeśli zagrasz w ciekawy sposób, możesz
uczynić z niego bohatera, który wzbudzi podziw widzów tym, do czego jest zdolny. Bardzo dużo
zależy też od nas. od sposobu filmowania, od montażu…
Pokazał mi swoje dzieło. Narysował mnie w roli Terminatora, idealnie oddając jego chłód.
Mógłbym grać na podstawie tego szkicu.
– Jestem głęboko przekonany, że jeżeli to ty zagrasz tę postać, zapadnie widzom w pamięć
jak mało która w historii kina – ciągnął.
– Już teraz widzę, że nią jesteś, jesteś maszyną i rozumiesz tę rolę w najdrobniejszych
szczegółach. Zapaliłeś się do tej postaci.
Obiecałem, że ponownie przeczytam scenariusz i się zastanowię. Tymczasem podano
rachunek. W Hollywood aktor nigdy nie płaci. Ale John Daly nie mógł znaleźć portfela. Gale
Anne Hurd nie wzięła torebki, a Cameron stwierdził, że on także nie ma pieniędzy. Scena, kiedy
tak stali i grzebali w kieszeniach, wyglądała jak żywcem wyjęta z komedii.
W końcu powiedziałem:
– Mam czym zapłacić. – Od czasu gdy musiałem pożyczyć od Marii na bilet lotniczy, nie
wychodziłem z domu bez tysiąca dolarów w gotówce i karty kredytowej z nieograniczonym
limitem wydatków. Uregulowałem więc rachunek, wprawiając ich w głębokie zażenowanie.
Mój agent sceptycznie odniósł się do tego projektu. W Hollywood panuje obiegowa opinia,
że rola złoczyńcy to zawodowe samobójstwo. Poza tym, kiedy już raz wytyczę sobie drogę na
przyszłość, niechętnie zmieniam plany. A jednak z wielu powodów czułem, że Terminator to jest
to. Oto produkcja, która wyzwoli mnie od opaski na biodra i pozwoli mi się ubrać jak człowiek!
Atrakcją dla widza będzie aktorstwo i akcja, a nie to, że zdzieram z siebie koszulę. Terminator
był kwintesencją twardziela w bajeranckich ciuchach i odjazdowych okularach. Wiedziałem, że
dzięki niemu zabłysnę. Może nie dostanę zbyt wielu dialogów, ale przynajmniej będę mógł
rozwinąć umiejętności posługiwania się współczesną bronią. Scenariusz był świetny, reżyser
bystry, a gaża też wyglądała nieźle: siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów za sześć tygodni na
planie filmowym tutaj, w Los Angeles. Poza tym nie przewidywano wielkiej reklamy, więc
próbując czegoś nowego, nie kładłem na szali całej swojej reputacji.
Pomyślałem, że jeśli dobrze się sprawię w Terminatorze, otworzy to przede mną kolejne
drzwi. Najważniejsze jednak, żeby w następnym filmie nie grać już złoczyńcy. Na dobrą sprawę
przez dłuższy czas nie powinienem przyjmować takich ról. Jeden czarny charakter na koncie
wystarczy, lepiej nie kusić magnatów filmowych.
Nie potrzebowałem dużo czasu do namysłu. Już następnego dnia zadzwoniłem do Jima
Camerona i powiedziałem, że zagram maszynę. Jego radość nie miała granic, choć zdawał sobie
sprawę, że nie możemy poczynić dalszych kroków, dopóki Dino De Laurentiis nie zwolni mnie
z warunków kontraktu.
Kiedy spotkałem się z Dinem w jego biurze, nie był tym niskim, popędliwym
człowieczkiem, którego kilka lat wcześniej obraziłem. Jego stosunek do mnie określiłbym jako
życzliwy, niemal ojcowski. To samo wielokrotnie czułem ze strony Joego Weidera. Wyrzuciłem
z pamięci sposób, w jaki Dino na początku naszej znajomości pozbawił mnie pięciu procent od
wpływów z Conana. Doszedłem do wniosku, że nie ma to znaczenia, a zresztą wolę się kierować
pozytywnymi emocjami. Stojąc w jego biurze, tym razem nie gapiłem się na olbrzymie biurko,
tylko podziwiałem statuetki i nagrody z całego świata: Oscary, Złote Globy, nagrody włoskie,
niemieckie, francuskie, japońskie… Szczerze podziwiałem Dina za to, co osiągnął. Od 1942 roku
brał udział w realizacji ponad pięciuset filmów, z czego sto trzydzieści wyprodukował na własną
rękę. Możliwość uczenia się od niego była dużo ważniejsza niż te głupie pięć procent. Poza tym
dotrzymał umowy i zapłacił mi milion dolarów za drugą część Conana, dzięki czemu osiągnąłem
swój cel. Byłem mu za to wdzięczny.
Zanim jeszcze zdążyłem otworzyć usta, domyślił się, po co przyszedłem. Wiedział, że
dostaję różne propozycje, i świadomość, że zabiegają o mnie inni twórcy w Hollywood, moim
zdaniem sprawiła, iż urosłem w jego oczach. Dotarło też do niego, że myślę bardziej jak
biznesmen niż jak typowy aktor, a zatem rozumiem jego problemy.
– Widzę przed sobą niesamowite szanse, więc w przerwach między kolejnymi częściami
Conana chciałbym mieć możliwość realizacji innych filmów – powiedziałem, przypominając, że
możemy kręcić Conana tylko raz na dwa lata, ponieważ spece od sprzedaży potrzebowali dwóch
lat na wyciśnięcie z każdej części, ile się da.
– Dlatego mam czas na inne produkcje – przekonywałem. Powiedziałem mu
o Terminatorze, a także o kilku innych filmach, które wydały mi się interesujące.
Dino spokojnie mógł mnie trzymać na uwięzi przez dziesięć lat. Tymczasem okazał się
skłonny do ustępstw. Kiedy skończyłem mu tłumaczyć, jak się sprawy mają, pokiwał głową
i oświadczył:
– Chcę pracować z tobą i jestem pewny, że zrobimy razem jeszcze wiele filmów. Ale
oczywiście rozumiem twój tok myślenia.
Umówiliśmy się na kręcenie kolejnych części Conana, dopóki będą przynosiły zyski.
Obiecał też dać mi zgodę na udział w innych produkcjach, jeśli zobowiążę się, że dla niego
również nakręcę współczesny film akcji (jaki, to dopiero pozostawało do ustalenia).
– Idź i graj, w czym chcesz – powiedział. – Odezwę się, kiedy będę miał dla ciebie gotowy
scenariusz.
Ale ponieważ nie chciał, żebym się rozpraszał przed Conanem, postawił jeszcze jeden
warunek – że zwolni mnie zaraz po nakręceniu drugiej części. Musiałem wrócić do Camerona
i Daly’ego z pytaniem, czy zechcą przesunąć zdjęcia do Terminatora na wiosnę. Przystali na to,
a ja załatwiłem jeszcze zgodę Mike’a Medavoya.
W porównaniu z Conanem Barbarzyńcą praca nad Conanem Niszczycielem przypominała
wakacje w Club Medzie. Kręciliśmy w Meksyku, mieliśmy budżet podobny do pierwszego
Conana, stać więc nas było na wspaniałe scenerie. Brakowało jedynie Johna Miliusa, który nie
miał czasu ani na napisanie scenariusza, ani na reżyserię. W rezultacie w prace nad filmem
aktywnie włączyła się wytwórnia, która – moim zdaniem – popełniła wiele błędów.
Universal stale miał w głowie E.T. Kolosalny sukces przeboju Spielberga przysporzył
firmie tyle pieniędzy, że dyrekcja postanowiła również Conana przerobić na film familijny. Ktoś
obliczył, że gdyby Conan Barbarzyńca dostał kategorię wiekową PG (dla dzieci, za zgodą
rodziców) zamiast R (dozwolone od lat siedemnastu), sprzedano by o pięćdziesiąt procent więcej
biletów. Uznano więc, że sukces kasowy zależy od tego, czy film jest dostępny dla jak
najszerszej widowni i czy nie budzi kontrowersji.
Nie sposób jednak z Conana Barbarzyńcy zrobić Conana Nianię. Ta postać nie jest dla
dzieci. To brutalny facet, który żyje dla podbojów i zemsty. Atutami, które uczyniły z niego
bohatera, były: postura, przymioty wielkiego wojownika, wytrzymałość na ból oraz lojalność
i honor, a wszystko to okraszone szczyptą humoru. Złagodzenie takiego wizerunku na potrzeby
dzieci na początku mogło poszerzyć krąg odbiorców, na dłuższą metę jednak musiało zaszkodzić
całej serii, bo zraziłoby wiernych fanów Conana. Przede wszystkim należy dbać o najlepszych
klientów. A co z czytelnikami opowiadań o Conanie? Co z fanatycznymi wielbicielami
komiksów z tym bohaterem? To oni jasno dali znać, że pokochali Conana Barbarzyńcę. Jeśli
więc sequel mieli pokochać jeszcze bardziej, należało poprawić intrygę, fabułę uczynić nieco
pieprzniejszą, a sceny akcji nakręcić tak widowiskowo jak nigdy. Kierowanie się kategorią
wiekową to był zły pomysł.
Jasno wyłożyłem swoje stanowisko Dinowi, Raffaelli i wytwórni, no i zaczęły się dyskusje.
– Wymiękacie – zarzuciłem im. – Nie jesteście wierni temu, o co chodzi w Conanie. Jeżeli
wstydzicie się przemocy i tego, czym jest ta postać, może powinniście sobie odpuścić.
Zrezygnujcie z Conana albo go komuś sprzedajcie. Ale nie róbcie z niego czegoś, czym nie jest.
Nic to nie dało. Koniec końców musiałem się pogodzić z ich decyzją, ponieważ byłem
związany kontraktem.
Tym razem reżyserował Richard Fleischer. Od czterdziestu lat kręcił filmy w Hollywood,
w tym tak pamiętne jak Tora! Tora! Tora! czy 20 000 mil podmorskiej żeglugi. Nie był za
przerobieniem Conana na bajkę dla dzieci, ale cieszył się, że w wieku sześćdziesięciu sześciu lat
dostał robotę, więc nie zamierzał się kłócić z wytwórnią ani z Dinem. Kazali mu przyjąć bardziej
komiksową konwencję, dodać elementów fantastycznych i przygodowych, a zamiast Nietzschego
i krwawej jatki miały być magiczne zamki. Jako reżyser Conana Niszczyciela Richard był
wspaniały pod każdym względem, lecz stanowczo kazał nam się trzymać tych wytycznych.
Mimo to film sprawił mi frajdę, bo miałem okazję pracować z Wiltem Chamberlainem
i Grace Jones. Raffaella przejęła od Miliusa zwyczaj obsadzania ciekawych ludzi, którzy nie byli
zawodowymi aktorami. W filmie czarodziejka i zarazem królowa obiecuje wskrzesić utraconą
miłość Conana, Valerię, pod warunkiem że ten odzyska dla niej inkrustowany klejnotami
czarodziejski róg, do którego dostęp daje magiczny kryształ. Do pomocy przydziela mu piękną
młodą siostrzenicę – jedyną osobę spośród ludzi, która może dotknąć klejnotów – oraz kapitana
swojej straży pałacowej, olbrzyma Bombaatę, który ma zabić Conana, kiedy już zdobędą trofea.
Bombaata był pierwszą rolą filmową Chamberlaina. Mający dwa metry szesnaście
centymetrów wzrostu Wilt the Stilt (Szczudło) był nie tylko jednym z najwybitniejszych
koszykarzy w historii tej dyscypliny, lecz także żywym dowodem na to, że ćwiczenia siłowe nie
muszą prowadzić do przerostu mięśni. W siłowni wytwórni Universal ćwiczył wyprosty mięśnia
trójgłowego z obciążeniem stu dziesięciu kilogramów tak, jakby ciężarki nic nie ważyły. Na
boisku, w latach 19591973, był tak silny i nieustępliwy, że nikt nie potrafił zepchnąć go z drogi.
Podczas walki na miecze mogłem się przekonać o jego sprawności fizycznej.
Najciekawszą walkę stoczył jednak z Grace Jones. Grace grała dziką wojowniczkę Zulę,
walczącą kijem – którym podczas kręcenia scen walki niechcący wpakowała dwóch kaskaderów
do szpitala. Znałem ją z nowojorskiej paczki Andy’ego Warhola. Ta mająca ponad metr
osiemdziesiąt wzrostu modelka, performerka i gwiazda muzyki pop potrafiła nieźle się wkurzyć.
Do zagrania tej walki trenowała przez osiemnaście miesięcy. W charakteryzatorni wciąż kłóciła
się z Chamberlainem o to, które z nich jest naprawdę czarne. Mówił o niej „Afroamerykanka”, na
co Grace, urodzona i wychowana na Jamajce, wpadała w szewską pasję.
– Nie jestem żadną Afroamerykanką, więc mnie tak nie nazywaj! – wydzierała się.
Charakteryzatornia to miejsce, gdzie ludzie ze sobą rozmawiają. Jeśli ktoś czymś się
martwi, właśnie tam daje temu wyraz. Czasami aktorzy są spokojni, dowcipni i zabawni,
a czasem szukają zwady. Może czują się niepewnie, a może w kolejnej scenie czeka ich długi
dialog, więc się boją – tak czy owak, najmniejsza iskra może wówczas wzniecić ogień.
Niektóre wielkie gwiazdy poddają się charakteryzacji we własnych przyczepach. Ja tego
nie lubię. Niby dlaczego miałbym siedzieć sam jak palec, a nie z resztą ekipy? Zawsze chodziłem
do wspólnej charakteryzatorni.
Tam można usłyszeć rozmowy na wszelkie możliwe tematy: obawy przed następnym
ujęciem, narzekania na film, to, przez co przechodzą inni.
To miejsce jest kwintesencją salonów piękności, ponieważ, rzecz jasna, aktorki mają bez
porównania więcej problemów niż przeciętne kobiety. „Mam teraz grać w tej scenie, ale nic mi
nie wychodzi. Co to oznacza?”. Albo: „Wyskoczył mi dzisiaj pryszcz, jak można się go
pozbyć?”. Pewnie operator zrugał ją wcześniej: „Nie jestem chirurgiem plastycznym, nie
usuwam pryszczy”, więc teraz aktorka ma kaca z tego powodu i przychodzi się wypłakać do
charakteryzatorni.
Najczęściej całe to gadanie kręci się wokół spraw osobistych. Każdego gnębią rozterki,
jeśli dwa, trzy albo i pięć miesięcy musi spędzić na planie filmowym, z dala od rodziny. Dlatego
wszyscy a to martwią się o pozostawione w domu dzieci, a to narzekają na żony, które ani chybi
właśnie ich zdradzają.
Wszyscy coś plotą, a inni dorzucają swoje trzy grosze – aktorzy, charakteryzatorki. Na to
zjawia się reżyser, zaniepokojony paskudnym nastrojem jakiegoś aktora. Czasami można
zobaczyć goliznę, gdy robią komuś sztuczny tatuaż do ujęcia. Farsa miesza się z tragedią. Kłótnie
Wilta i Grace, nawet jak na atmosferę charakteryzatorni, wyróżniały się jednak zażartością. Nie
mogłem się zorientować, z czego wynika ich widoczna wzajemna wrogość.
– Nie porównuj mnie do siebie – mówiła mu. – Ja nie wywodzę się z niepiśmiennych
niewolników. Pochodzę z Jamajki, mówię po francusku, a moi przodkowie nigdy nie byli
niewolnikami.
Kiedy padło słowo „czarnuch”, przeżyłem szok. Wilt odgryzał się:
– Nie mam w sobie nic z czarnego, więc nie wciskaj mi kitu! Mieszkam w Beverly Hills
z białymi, posuwam tylko białe babki, jeżdżę takimi samymi bryczkami jak biali i jestem przy
forsie tak jak oni. Wal się! Jeśli ktoś tu jest czarnuchem, to ty, a nie ja.
W pewnym momencie wtrąciłem się:
– Ej, ej, wyluzujcie! Przestańcie się kłócić, w końcu jesteśmy w charakteryzatorni. Tutaj
powinna panować atmosfera spokoju, to miejsce, gdzie szykujemy się do kolejnych ujęć. Więc
kłóćcie się, z łaski swojej, gdzie indziej.
Po czym dorzuciłem:
– A swoją drogą, przeglądaliście się ostatnio w lustrze? Jeśli tak, to jak możecie się kłócić
o to, które z was jest czarne? Oboje jesteście czarni!
A oni mi na to:
– Nie, ty nic nie rozumiesz. To nie jest kwestia koloru. Chodzi o podejście do problemu,
o pochodzenie.
Ich argumenty były coraz bardziej zawiłe. W sumie nie spierali się o kolor, mówili o tym,
w jaki sposób różne grupy etniczne docierały do Stanów Zjednoczonych. Przyglądanie się, jak
dwoje Murzynów zarzuca sobie nawzajem, że są czarni, zakrawało na komedię. Później, podczas
bankietu na zakończenie zdjęć śmialiśmy się z tego, a Grace i Wilt w końcu się zaprzyjaźnili.
Oboje byli bardzo zdolni i rozrywkowi. Widocznie potrzebowali takiej kłótni.
Meksyk szybko stał się moim ulubionym miejscem kręcenia filmów. Ekipy przykładały się
do roboty, a ich kunszt na planie budził najgłębszy podziw. Dorównywał starym standardom
europejskim. Jeśli natychmiast potrzebny był jakiś rekwizyt – powiedzmy, zbocze góry jako tło
planu – w ciągu dwóch godzin stał stok obsadzony palmami, sosnami czy innymi elementami
potrzebnymi do danego ujęcia.
W Conanie Niszczycielu mieliśmy tyle jazdy konnej, że czuliśmy się, jakby konie należały
do nas nawet w przerwach między zdjęciami. Kiedy Maria odwiedzała mnie na planie,
zabierałem ją na przejażdżki konne w góry. Maria jeździ znakomicie, od dziecka uczyła się jazdy
w angielskim stylu, a także trenowała skoki przez przeszkody. Przypinaliśmy do siodeł kosze
z prowiantem i butelką wina, po czym wylegiwaliśmy się na górskich zboczach i marzyliśmy.
Nie mieliśmy żadnych zmartwień, żadnych obowiązków na głowie.
***
W lutym 1984 roku, po powrocie z Meksyku, od razu musiałem się zająć przygotowaniami
do Terminatora. Miałem na to zaledwie miesiąc. Największe wyzwanie stanowiło wczucie się
w rolę zimnego, pozbawionego uczuć cyborga.
Do czasu rozpoczęcia zdjęć codziennie ćwiczyłem rozkładanie i składanie pistoletów
i karabinów z zamkniętymi oczami, aż każdy mój ruch był automatyczny. Godzinami nie
wychodziłem ze strzelnicy, ucząc się technik strzelania z najrozmaitszej broni i oswajając się
z hukiem, żeby nawet nie mrugnąć okiem. Jako Terminator nie mogłem spoglądać w dół na
przeładowywaną i odbezpieczaną broń, tak jak nie robił tego Conan, chowając miecz do pochwy.
No i oczywiście miałem być oburęczny. Wszystko sprowadza się do powtórzeń. Każdy ruch
należy powtarzać trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt razy, dopóki się go nie opanuje.
W czasach gdy uprawiałem kulturystykę, nauczyłem się, że podstawa to powtórki oraz
poświęcony na nie czas. Im dłużej jeździmy na nartach, tym lepiej nam to wychodzi; im więcej
razy powtarzamy ćwiczenie, tym szybciej nabieramy muskulatury. Jestem zwolennikiem ciężkiej
pracy, harowania aż do osiągnięcia celu, dlatego takie wyzwanie bardzo mi odpowiadało.
Do tej pory pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego rozumiałem Terminatora. Ucząc się
roli, powtarzałem sobie jak mantrę słowa wygłoszone przez Reese’a do Sarah Connor: „Słuchaj
i postaraj się to zrozumieć. Ściga cię terminator. Nie da się z nim targować. Nie da się mu
przemówić do rozumu. On nie zna litości, skruchy ani strachu. I nie odpuści za nic, nigdy, dopóki
cię nie zabije”. Pracowałem nad tym, jak pokazać, że nie mam w sobie ludzkich uczuć, nie
okazuję żadnych emocji, nie wykonuję zbędnych ruchów i kieruję się wyłącznie siłą woli.
Dlatego kiedy Terminator zjawia się na posterunku policji, na którym schroniła się Sarah, i mówi
dyżurnemu sierżantowi: „Jestem przyjacielem Sarah Connor. Podobno jest tutaj. Czy mógłbym
się z nią zobaczyć?”, na co sierżant odpowiada: „Trochę to potrwa. Jak chcesz pan czekać, tam
jest ławka”, to od razu wiadomo, że miło się to dla niego nie skończy.
Cameron obiecał mi, że uczyni z Terminatora bohatera. Często rozmawialiśmy o tym, jak
to zrobić. W jaki sposób skłonić widzów do podziwiania cyborga, który obraca posterunek
w perzynę, masakrując przy tym trzydziestu policjantów? Zależało to od połączenia trzech
czynników: tego, jak zagram, tego, jak Jim będzie filmował postać, oraz od subtelnych zabiegów,
które sprawią, że gliniarze będą wyglądali jak ostatnie łajzy. Nie są kompetentnymi obrońcami
porządku publicznego – zawsze nieprzygotowani, zawsze o krok z tyłu. Widz myśli więc sobie:
„Te durnie niczego nie rozumieją, są aroganccy i go olewają”. I dlatego Terminator kasuje ich
wszystkich.
Reżyserzy, którzy mają fioła na punkcie kontrolowania każdego szczegółu, tacy jak Jim, są
gorącymi zwolennikami kręcenia w nocy.
Nie trzeba rywalizować ze słońcem. Zaczyna się od ciemności i na tym buduje się
atmosferę. Jeśli chcemy stworzyć taki obraz pustej ulicy, by widz na pierwszy rzut oka
zrozumiał, że lepiej się tam nie zapuszczać, najłatwiej zrobić to w nocy. Dlatego większość
Terminatora kręciliśmy po zmroku. Oczywiście dla aktorów nocne zdjęcia oznaczają morderczy
harmonogram i nie zapewniają tyle wygody i frajdy co kręcenie za dnia.
Cameron przypominał mi Johna Miliusa. Pasjonował się kinematografią, znał historię kina,
filmy, reżyserów, scenariusze. Na temat techniki filmowej mógł rozprawiać bez końca. Traciłem
cierpliwość, kiedy opowiadał o bajerach technicznych, których nie możemy zastosować. Lepiej
skup się na reżyserowaniu, myślałem. W końcu Spielberg i Coppola korzystają z tych samych
kamer. Alfred Hitchcock kręcił film za filmem i jakoś nie narzekał na sprzęt. Za kogo ty się
uważasz, do ciężkiej cholery?
Dopiero z czasem zrozumiałem, że Jim wiedział, co mówi.
Dbał o precyzję każdego szczegółu, zwłaszcza o choreografię scen walki. Zatrudniał
doświadczonych kaskaderów, spotykał się z nimi i niczym trener opisujący zawodnikom plan
meczu – zawczasu wyjaśniał, jaki efekt chce osiągnąć w danym ujęciu. Przykładowo: w trakcie
pościgu dwa samochody wypadają z uliczki na bulwar, omal się nie zderzają z innymi pojazdami,
które wpadają w poślizg, po czym jednym z tych dwóch samochodów zarzuca tak, że zahacza
o zderzak jadącego w przeciwnym kierunku pickupa. Jim kręciłby to w planie ogólnym, a potem
wstawiał przebitki z innych ujęć. Miał na ten temat tak gruntowną wiedzę, że kaskaderzy
spokojnie mogli z nim dyskutować o tajnikach swojego zawodu. Dlatego potem ryzykowali
i robili wszystko, co konieczne, żeby uzyskać pożądany efekt.
Kręcili te sceny o trzeciej nad ranem, więc spałem w przyczepie, korzystając z tego, że
przez dwie godziny byłem wolny. Ale oglądając materiał zdjęciowy następnego dnia, nie
mogłem wyjść z podziwu. Niesamowite, że drugorzędny reżyser miał dość talentu i pewności
siebie, żeby dokonać czegoś takiego.
Na planie Cameron znał każdy najdrobniejszy szczegół i stale był na nogach, poprawiając
to czy owo. Miał oczy z tyłu głowy. Nie patrząc na sufit, rzucał: „Daniel, do jasnej cholery, dasz
wreszcie ten reflektor punktowy i przesłonisz go, jak ci kazałem? Czy mam wleźć tam na górę
i sam się tym zająć, do kurwy nędzy?”. Daniel, trzydzieści metrów wyżej, omal nie spadał
z rusztowania. Skąd Cameron znał jego imię? Tymczasem Jim wiedział, jak się nazywają
wszyscy członkowie ekipy, i z góry ostrzegał, żeby nie próbowali z nim pogrywać ani go
oszukiwać. Pozbawiał ich złudzeń, że ujdzie im to na sucho. Wydzierał się na ludzi, rugał ich
publicznie i urządzał im sceny, jednocześnie przez cały czas używając fachowej terminologii, tak
że dany nieszczęśnik myślał: Ten facet lepiej się zna na oświetleniu niż ja. Będę robił dokładnie
to, co każe. Dla kogoś takiego jak ja, kto nie przywiązuje wagi do tego typu drobiazgów, była to
cenna nauka.
Uświadomiłem sobie jednak, że Cameron nie jest wyłącznie pedantem, lecz także
wizjonerem, jeśli chodzi o fabułę i rozmach. Dotyczyło to zwłaszcza tego, jak pokazywał na
ekranie kobiety. W ciągu dwóch miesięcy poprzedzających prace nad Terminatorem napisał
scenariusze do dwóch filmów: Obcy – decydujące starcie oraz Rambo II. W Rambo udowodnił,
że potrafi tworzyć twardzieli, ale w Obcym najsilniejszą bohaterką jest kobieta, niejaka Ripley
grana przez Sigourney Weaver. Sarah Connor w Terminatorze też jest bohaterska i silna.
Te cechy u kobiet pociągały Jima nie tylko w filmach. Jego żony, a było ich niemało, bez
wyjątku należały do takich, z którymi lepiej nie zadzierać. Producentka Terminatora, Gale Anne
Hurd, wyszła za Jima nieco później, podczas kręcenia fimu Obcy – decydujące starcie. Miała
pilnować, żebyśmy się zmieścili w budżecie (który ostatecznie zwiększono do sześciu i pół
miliona dolarów, choć jak na tak ambitny film i tak było to za mało). Gale, wówczas jeszcze
przed trzydziestką, zanim została producentką, skończyła studia na Uniwersytecie Stanforda,
a zaczynała jako sekretarka Rogera Cormana. Pasjonowała się kinem i z całego serca wspierała
nasze przedsięwzięcie. Na wczesnym etapie pracy wpadła do nas o trzeciej nad ranem
w towarzystwie Lisy Sonne, jednej ze scenografek, żeby pogadać o filmie.
– Skąd was przywiało? – zainteresowałem się.
– A z imprezki – odparły.
Były ciut wstawione. Nagle stwierdziłem, że jesteśmy pogrążeni w rozmowie
o Terminatorze – co należy zrobić, w czym mogą mi pomóc. Komu by się chciało wpadać do
kogoś w takim celu o trzeciej nad ranem? Niesamowite, pomyślałem.
Gale biegała za mną, żeby obgadać scenariusz, pracę na planie, wyzwania. Profesjonalna
i twarda, potrafiła jednak użyć swojego czaru, jeśli uważała, że to coś da. O szóstej rano
w przyczepie siadała mi na kolanach i mówiła: „Harowałeś przez całą noc, ale co byś powiedział
na to, żebyśmy popracowali jeszcze ze trzy godziny? Inaczej się nie wyrobimy”. Zawsze
wczuwam się w sytuację ludzi, którzy traktują film jak własne dziecko i poświęcają mu się przez
dwadzieścia cztery godziny na dobę. Gale również potrzebowała pomocy, bo przecież nie miała
na koncie pięciu tysięcy wyprodukowanych filmów. Dlatego zgadzałem się na nadgodziny,
chociaż wielu aktorów dzwoniłoby już z pretensjami do swoich agentów.
Przejście z olbrzymiego, kosztownego, zagranicznego planu filmowego Universal Studios
do kręconego nocą, robionego za psie pieniądze Terminatora było doświadczeniem jedynym
w swoim rodzaju. Tutaj nikt nie stanowił tylko trybiku w gigantycznej maszynie, nie czuł się
wyłącznie aktorem. Należałem do twórców filmu. Gale mieszkała obok w przyczepie
producentki, a Jim stale przesiadywał u niej i przeważnie zapraszał mnie do udziału
w podejmowaniu decyzji. John Daly, który wyłożył pieniądze, również często tam bywał. Nikt
więcej, walczyliśmy do upadłego tylko we czwórkę. Każde z nas dopiero zaczynało karierę, więc
zależało nam na stworzeniu czegoś, co odniesie sukces.
To samo dotyczyło głównych członków ekipy. Nie byli jeszcze znani, jak dotąd nie zarobili
wielkich pieniędzy. Stan Winston dostał wielką szansę przy tworzeniu efektów specjalnych dla
Terminatora, w tym wszystkich ruchomych części użytych do przerażających zbliżeń. Tak samo
jak charakteryzator Jeff Dawn oraz Peter Tothpal – fryzjer, który wymyślił metodę na to, by
włosy Terminatora wydawały się nastroszone i spalone. To było wspaniałe, że dzięki naszej
pracy wszyscy zyskaliśmy światową sławę.
Nie próbowałem zaprzyjaźnić się z Lindą Hamilton ani z Michaelem Biehnem –
odtwórcami ról Sarah Connor i Kyle’a Reese’a. Wręcz przeciwnie. Dostali mnóstwo czasu
ekranowego, ale nie mieli żadnego związku z moją postacią. Terminator był maszyną. Nie dbał
o to, co robią tamci. Przybył, żeby ich zabić i ruszyć dalej. Opowiadali mi o scenach, które kręcili
pod moją nieobecność. No i dobrze, byleby grali porządnie i porwali widzów. Sytuacja nie
sprzyjała nawiązywaniu bliższej znajomości. Im mniej wzajemnej sympatii, tym lepiej. Bo i skąd
miałaby się wziąć sympatia maszyny do człowieka? Uchowaj Boże! Dlatego starałem się o nich
nie myśleć. Zupełnie jakby grali we własnej sztuce, niemającej nic wspólnego z moją.
Atmosfery na planie Terminatora nie określiłbym jako radosnej. No bo jak tu się cieszyć,
kiedy w środku nocy wysadza się różne rzeczy w powietrze, wszyscy są skonani, ale pracują pod
silną presją, żeby skomplikowane sekwencje akcji i efekty wizualne wypadły, jak należy? To
była produkcja, w której frajdę czerpaliśmy ze świadomości, że robimy coś kompletnie
szalonego. Myślałem sobie wtedy: A to bomba. Horror skrzyżowany z filmem akcji. Zresztą
właściwie sam nie wiem, co to jest – to się wymyka wszelkiej klasyfikacji.
Przez większość czasu całą twarz miałem wysmarowaną klejem do mocowania specjalnych
urządzeń. Na szczęście nie mam wrażliwej skóry, więc nie doznała wielkiego uszczerbku, ale te
szpeje były koszmarne. Z czerwonym okiem Terminatora nałożonym na moje, czułem, jak
druciki, dzięki którym świeciło, rozgrzewają się i w końcu mnie parzą. Musiałem opanować
posługiwanie się sztuczną ręką stworzoną na potrzeby efektów specjalnych, podczas gdy własną
na wiele godzin uwiązywano mi za plecami.
Cameron
był
mistrzem
niespodzianek.
Pewnego
dnia,
ledwo
zdążyli
mnie
ucharakteryzować, polecił:
– Wsiadaj do furgonetki. Jedziemy kręcić scenę. – Pojechaliśmy na willową ulicę
w pobliżu. – Widzisz tamto kombi? – zapytał. – Jest gotowe do jazdy. Na mój znak podejdziesz
do niego od strony kierowcy, rozejrzysz się, wybijesz szybę, otworzysz drzwi, wsiądziesz
i odjedziesz.
Nie mieliśmy pieniędzy na opłacenie zgody władz miejskich i należyte przygotowanie
sceny, w której Terminator kradnie samochód, więc nakręciliśmy ją w taki właśnie sposób.
Grając z pominięciem procedury uzyskania pozwolenia, poczułem się, jakbym był częścią
inwencji twórczej Jima, który robił wszystko, żeby nie przekroczyć budżetu filmu.
Camerona irytowały kiepskie pomysły, zwłaszcza jeśli dotyczyły scenariusza. Któregoś
dnia uznałem, że w Terminatorze jest za mało elementów humorystycznych. W pewnej scenie
cyborg wchodzi do domu i mija lodówkę. Pomyślałem więc, że drzwi lodówki mogłyby być
otwarte albo to on mógłby je otworzyć. Zagląda do środka, widzi piwo, zastanawia się, co to jest,
wypija, a potem na rauszu przez chwilę się wygłupia. Jim nie dał mi dokończyć.
– Arnoldzie, to jest maszyna, nie człowiek – oświadczył. – Nie jest nawet E.T. On nie może
się upić.
Największe spory toczyliśmy w związku z „Jeszcze tu wrócę”. Oczywiście chodzi
o kwestię, którą Terminator wypowiada przed zdemolowaniem posterunku policji. Kręcenie tej
sceny trwało bardzo długo, bo upierałem się przy „Jeszcze tutaj wrócę”. Czułem, że tak by
powiedziała maszyna i że brzmi to groźniej.
– „Tu” jest jakieś takie zniewieściałe – marudziłem, powtarzając Jimowi to słowo, żeby
zrozumiał, w czym problem. – Tu. Tu. Tu. Na moje ucho to jest za mało surowe.
Spojrzał na mnie, jakbym postradał zmysły.
– Zostajemy przy „tu” – uciął. Ale ja się nie poddawałem i dalej wałkowałem temat.
W końcu Jim wydarł się na mnie: – Zaufaj mi, dobra?! Ja ci nie mówię, jak masz grać, więc ty
nie ucz mnie, jak mam pisać!
Nakręciliśmy ujęcie zgodnie z tym, co zapisano w scenariuszu. Prawdę mówiąc, po tylu
latach posługiwania się angielskim, wciąż nie rozumiałem pewnych subtelności językowych.
Wyciągnąłem z tego jednak naukę – mianowicie taką, że scenarzyści nigdy niczego nie
zmieniają. A Jim nie kręcił według czyjegoś scenariusza, tylko według własnego. Był jeszcze
gorszy niż Milius. Nie zgadzał się na zmianę choćby przecinka.
***
Gdy latem tego roku Conan Niszczyciel wszedł na ekrany, w ramach promocji robiłem, co
się da.
Wystąpiłem we wszystkich ogólnokrajowych i lokalnych programach telewizyjnych, do
których mnie zaproszono, poczynając od Late Night with David Letterman, i udzieliłem
wywiadów dziennikarzom z wszelkich możliwych gazet i magazynów, od największych po
najmniejsze. Mimo że pięćdziesiąt milionów dolarów, czyli ponad połowa wpływów z pierwszej
części Conana, pochodziła spoza Stanów Zjednoczonych, musiałem naciskać na specjalistów od
reklamy, żeby mi załatwili występy za granicą. Postanowiłem zrobić wszystko, co w mojej mocy,
żeby pierwszy film, za który dostałem milion dolarów, odniósł sukces.
Ostatecznie drugi Conan zarobił na całym świecie więcej niż Conan Barbarzyńca,
przekraczając próg stu milionów dolarów. Jednak to, co było dobre dla mojej reputacji, nie
okazało się korzystne dla całej serii. W Stanach Zjednoczonych Conan Niszczyciel trafił do
mniejszej liczby kin niż pierwowzór i przyniósł o trzydzieści jeden milionów, czyli
o dwadzieścia trzy procent mniej wpływów. Nasze obawy się ziściły. Przerabiając Conana na, jak
to zabawnie określił krytyk filmowy Roger Ebert, „przyjaznego barbarzyńcę dla całej rodziny”,
wytwórnia zraziła część naszej głównej widowni.
Czułem, że z Conanem to już koniec, seria zmierzała donikąd. Po powrocie z trasy
promocyjnej jeszcze raz usiadłem z Dinem De Laurentiisem i oznajmiłem mu kategorycznie, że
nie mam ochoty robić kolejnych filmów prehistorycznych, a jedynie współczesne. Okazało się,
że on również stracił zapał do Conana. Zamiast płacić mi kolejne miliony za dalsze części, wolał,
żebym zagrał dla niego w filmie akcji, tyle że wciąż nie miał scenariusza. Chwilowo więc
miałem możliwość realizacji następnych filmów w rodzaju Terminatora.
Miło nam się rozmawiało, tak jak jesienią poprzedniego roku… ale Dino nie byłby sobą,
gdyby nie poprosił mnie o przysługę. Powiedział, że zanim na dobre zawieszę miecz na kołku,
ma dla mnie zadanie: „Wystąpisz w, no wiesz, epizodzie”. Co rzekłszy, wręczył mi scenariusz
zatytułowany Czerwona Sonja.
Czerwona Sonja, bohaterka opowiadań fantasy i komiksów, była odpowiednikiem Conana:
wojowniczką pragnącą pomścić śmierć rodziców, która kradnie skarby i magiczne talizmany oraz
zwalcza złe czarownice i bestie. Dino nie zamierzał mi powierzyć roli Conana, tylko lorda
Kalidora, sprzymierzeńca Czerwonej Sonji. Większa część fabuły dotyczy namiętności Kalidora
do Sonji oraz jej dziewictwa. „Oddam się jedynie temu mężczyźnie, który pokona mnie
w uczciwej walce” – deklaruje Sonja.
– Nie bierz tego, to szmira – powiedziała Maria, przeczytawszy scenariusz.
Zgadzałem się z nią, czułem jednak, że jestem winien Dinowi przysługę. Dlatego pod
koniec października, tuż przed kinową premierą Terminatora, poleciałem do Rzymu, gdzie
trwały już zdjęcia do Czerwonej Sonji.
Przez ponad rok Dino poszukiwał aktorki na tyle podobnej do Amazonki, by mogła zagrać
Sonję. W końcu, na okładce magazynu, wypatrzył Brigitte Nielsen – dwudziestojednoletnią
duńską modelkę o wzroście grubo powyżej metra osiemdziesięciu, za którą ciągnęła się grzywa
płomiennorudych włosów i reputacja niezłej imprezowiczki. W niczym dotychczas nie grała, ale
Dino załatwił jej przelot do Rzymu, zorganizował zdjęcia próbne, po czym obsadził ją w roli
gwiazdy. Żeby ruszyć z filmem, ściągnął swoją dawną ekipę od Conana: Raffaellę do produkcji,
reżysera Richarda Fleischera oraz Sandahl Bergman jako odtwórczynię roli zdradzieckiej
królowej Gedren z Berkubane.
Okazało się, że mój tak zwany epizod wymaga obecności na planie przez bite cztery
tygodnie. Wszystkie sceny z lordem Kalidorem kręcili trzema kamerami, a następnie
w montażowni dodawali odrzuty, żeby wydłużyć jego czas ekranowy. Dlatego zamiast wystąpić
w małym epizodzie, zostałem jedną z głównych postaci filmu. Na plakacie do Czerwonej Sonji
moja podobizna zajmuje dwukrotnie więcej miejsca niż postać grana przez Brigitte. Poczułem się
oszukany. Dino wykorzystał mój wizerunek do sprzedaży filmu. Kiedy w lipcu następnego roku
Czerwona Sonja weszła na ekrany, odmówiłem udziału w promocji.
Czerwona Sonja była tak nieudana, że dostała trzy nominacje do Złotych Malin, nagród za
złe filmy, czyli czegoś w rodzaju odwrotności Oscara: dla najgorszej aktorki, najgorszej aktorki
drugoplanowej oraz najgorszego debiutu. Brigitte „wygrała” w tej trzeciej kategorii. Zdarza się,
że beznadziejne filmy stają się przebojami kasowymi, ale Czerwona Sonja była zbyt koszmarna
nawet jak na kicz i zrobiła klapę. Próbowałem się od niej dystansować, żartując, jaki to cud, że
przeżyłem.
Największym problemem związanym z Czerwoną Sonją była dla mnie Czerwona Sonja.
Nawiązałem bliższą znajomość z Brigitte Nielsen i przeżyliśmy na planie gorący romans. Gitte,
jak powszechnie na nią mówiono, z jednej strony była roześmiana i radosna, a z drugiej stale
chciała być w centrum uwagi. Po zakończeniu zdjęć przez dwa tygodnie zwiedzaliśmy Europę,
po czym rozjechaliśmy się każde w swoją stronę. Wracając do domu, sądziłem, że to koniec
naszego flirtu.
Jednakże w styczniu Gitte przyleciała do Los Angeles na postsynchrony – nagrywanie
dialogów, żeby brzmiały wyraźniej na ścieżce dźwiękowej – i oznajmiła mi, że chciałaby
kontynuować nasz romans. Czekała nas poważna rozmowa.
– Gitte, to się działo na planie – powiedziałem. – Bawiliśmy się świetnie, ale bez
zobowiązań. Jestem związany z kobietą, którą pragnę poślubić. Mam nadzieję, że rozumiesz.
I dodałem:
– Jeśli liczysz na poważny związek z hollywoodzkim gwiazdorem, to jest kilku wolnych,
którzy ustawią się do ciebie w kolejce. Zwłaszcza przy twojej osobowości.
Nie była zachwycona, lecz się z tym pogodziła. I jeszcze przed końcem roku – jakżeby
inaczej? – wyszła za Sylvestra Stallone; była to miłość od pierwszego wejrzenia. Cieszyłem się,
że znalazła tak dobrego partnera.
***
Pod moją nieobecność Terminator wzbudził sensację. Wszedł na ekrany na tydzień przed
Halloween 1984 roku i przez sześć tygodni był w Stanach Zjednoczonych filmem numer jeden,
przy okazji przynosząc blisko sto milionów dolarów wpływów. Nie zdawałem sobie sprawy ze
skali swojego sukcesu, dopóki nie wróciłem do Ameryki, gdzie ludzie nagle zaczepiali mnie na
ulicach Nowego Jorku.
– Człowieku, właśnie widzieliśmy Terminatora. Powiedz to! Mów! Musisz to powiedzieć!
– Ale co?
– No wiesz: „Jeszcze tu wrócę!”. – Nikt z biorących udział w realizacji filmu nie miał
pojęcia, że właśnie ten tekst tak zapadnie ludziom w pamięć. Robiąc film, nigdy nie da się
przewidzieć, który dialog okaże się najczęściej powtarzaną kwestią.
Terminator odnosił sukcesy, mimo że Orion reklamował go beznadziejnie. Jim Cameron
był rozgoryczony. Wytwórnia skupiała się głównie na promocji swojego wielkiego hitu,
Amadeusza – historii życia osiemnastowiecznego kompozytora Wolfganga Amadeusza Mozarta,
która weszła na ekrany w tym samym roku i zdobyła osiem Oscarów. Nie zawracając więc sobie
głowy Terminatorem, dział promocji umieścił go wśród typowych filmów klasy B, chociaż od
samego początku wszystko świadczyło o tym, że ta produkcja to coś więcej. Krytycy pisali, że
ten film stanowi wielki przełom, jak gdyby chcieli powiedzieć: „Ale numer, skąd to się wzięło?”.
Widzowie byli zdumieni zarówno tym, co widzieli na ekranie, jak i sposobem filmowania.
W dodatku nie tylko mężczyźni. Terminator – o dziwo – wyjątkowo podobał się kobietom,
częściowo z powodu wzruszającego wątku miłości Sarah i Kyle’a Reese’a.
Tymczasem wytwórnia Orion zwracała się w kampanii reklamowej do fanatyków filmów
akcji, przedstawiając mnie w scenach, w których strzelam i rozwalam wszystko w drobny mak.
Po obejrzeniu reklamy telewizyjnej i zwiastuna kinowego większość ludzi myślała sobie: Oho,
zwariowany i brutalny film science fiction. To nie dla mnie. Mojemu czternastoletniemu synowi
pewnie by się spodobał. Ale lepiej go na to nie puszczać, skoro jest dozwolony od lat
siedemnastu. Przekaz wytwórni dla branży brzmiał: „To przeciętny film z gatunku tych, które
dają nam zarobić. Nasz film z klasą to ten o Mozarcie”.
Cameron wpadł w szał. Błagał wytwórnię, żeby zwiększyła zasięg kampanii i zmieniła jej
ton, zanim film trafi do kin. Reklamy powinny być dłuższe i koncentrować się na fabule i postaci
Sarah Connor, żeby przekaz brzmiał: „Nawet jeśli sądzicie, że to zwariowana bajka science
fiction, będziecie zaskoczeni. To jeden z naszych filmów z klasą”.
Potraktowali go jak dziecko. Jeden z dyrektorów z góry uprzedził Jima, że takie
„prymitywne, brutalne thrillery” żyją na ekranie góra dwa tygodnie. Pod koniec drugiego
tygodnia widownia spada o połowę, a w trzecim jest już po wszystkim. I nieważne, że po
premierze Terminator od razu wskoczył na pierwsze miejsce kinowych hitów i utrzymał swoją
pozycję. Orion nie zamierzał zwiększyć budżetu na reklamę. Gdyby szefowie wytwórni
posłuchali Jima, wpływy kasowe z naszego filmu byłyby dwukrotnie większe.
Ale i tak Terminator odniósł niezwykły sukces finansowy, ponieważ kosztując zaledwie
sześć i pół miliona dolarów, zarobił czterdzieści milionów w kraju i pięćdziesiąt milionów za
granicą. Zyski nie stawiały go jednak w tej samej lidze co E.T. Zabrzmi to dziwnie, lecz ja
osobiście miałem szczęście, że film nie okazał się bardziej dochodowy. A to dlatego, że gdyby
zarobił, dajmy na to, sto milionów od razu w samych Stanach Zjednoczonych, trudno by mi było
znaleźć rolę inną niż złoczyńcy. Tymczasem zaklasyfikowano go jako „wielką niespodziankę”.
Trafił na listę dziesięciu najlepszych filmów roku magazynu „Time”. Uważałem, że skoro
zarówno Conan, jak i Terminator zarobiły w kraju po czterdzieści milionów, to znaczy, że
amerykańscy widzowie zaakceptowali mnie i jako bohatera, i jako czarny charakter.
I rzeczywiście, jeszcze przed końcem roku Joel Silver, producent hitu 48 godzin z Nickiem Nolte
i Eddiem Murphym, zajrzał do mnie do biura i namówił na rolę pułkownika Johna Matrixa,
przerysowanego bohatera filmu akcji pod tytułem Komando. Gaża wyniosła półtora miliona
dolarów.
Romans z Brigitte Nielsen uświadomił mi coś, o czym i tak już wiedziałem – że pragnę
pojąć Marię za żonę. W grudniu potwierdziła, że coraz częściej myśli o małżeństwie. Jej kariera
nabrała tempa – teraz pracowała jako korespondentka CBS News, nadająca relacje na żywo –
dobiegała jednak trzydziestki i chciała założyć rodzinę.
Od tak dawna nie wspominała o ślubie, że teraz nie musiała mówić mi tego dwa razy. To
jest to – powiedziałem sobie. Koniec z randkami, koniec wciskania ludziom bzdur typu „wierzę
w inwestycje długoterminowe”. Potraktuj to poważnie i zrób coś w tym kierunku. Dosłownie
następnego dnia poprosiłem przyjaciół z branży jubilerskiej, żeby pomogli mi zaprojektować
pierścionek z brylantem. A spisując listę postanowień na rok 1985, na pierwszym miejscu
umieściłem: „W tym roku oświadczę się Marii”.
Podobał mi się pomysł brylantu pośrodku, otoczonego z lewej i z prawej mniejszymi
brylancikami. Poprosiłem znajomych jubilerów o projekty w tym duchu i szkice zgodne z moimi
wytycznymi. Główny brylant miał mieć co najmniej pięć karatów, a pozostałe od karata do
dwóch. Pracowaliśmy nad tym przez kilka tygodni, aż powstał projekt. A po kilku następnych
tygodniach miałem gotowy pierścionek.
Od tej pory zawsze nosiłem go w pudełeczku w kieszeni, żeby był pod ręką. Gdziekolwiek
się wybieraliśmy, wyczekiwałem na właściwy moment, by się oświadczyć. Na wiosnę omal nie
zrobiłem tego w kilku miastach europejskich, a potem w Hyannis Port, uznałem jednak, że to za
mało romantyczne. W kwietniu zabrałem Marię na Hawaje i tam zamierzałem poprosić ją o rękę.
Tyle że od razu po wylądowaniu usłyszałem: „Przylecieliśmy się tu zaręczyć” albo
„Przyjechaliśmy tu, żeby wziąć ślub” od kilku innych par.
Arnoldzie, nie oświadczaj się tam, gdzie wszyscy frajerzy zjeżdżają się w tym samym celu,
pomyślałem.
Musiałem wykazać się większą pomysłowością. Wiedziałem, że pewnego dnia żona
opowie tę historię moim dzieciom, one przekażą ją swoim, więc należało wymyślić coś
wyjątkowego. Wybór był szeroki. Na przykład podczas safari w Afryce czy na wieży Eiffla, tyle
że wyjazd do Paryża z miejsca zdradziłby moje zamiary. Cały dowcip polegał na tym, żeby
sprawić Marii prawdziwą niespodziankę.
Może powinienem zabrać ją do Irlandii, skąd wywodzą się jej przodkowie? – pomyślałem.
Ostatecznie jednak oświadczyłem się całkiem spontanicznie. W lipcu odwiedziliśmy moją
mamę w Austrii. Wiosłowałem z Marią łódką po Thalersee. To nad tym jeziorem się
wychowałem, bawiłem się tam jako dzieciak, nauczyłem się pływać i zdobywałem pierwsze
nagrody w pływaniu, to tam zacząłem trenować kulturystykę i umówiłem się na pierwszą randkę.
Jezioro przywoływało wszystkie te wspomnienia. Często opowiadałem o nim Marii, więc chciała
je zobaczyć. Poczułem, że jest to właściwe miejsce na oświadczyny. Maria rozpłakała się
i wtuliła we mnie, kompletnie zaskoczona. Wyszło więc dokładnie tak, jak sobie zaplanowałem;
tak jak powinno się to odbyć.
Po powrocie na brzeg, jakżeby inaczej, zasypała mnie pytaniami: „Jak sądzisz, kiedy
powinniśmy się pobrać?”, „Kiedy wydamy przyjęcie zaręczynowe?”, „Kiedy ogłosimy nasze
zaręczyny?”.
A potem zapytała:
– Rozmawiałeś już z moim ojcem?
– Nie – przyznałem.
– W Stanach Zjednoczonych, jak każe tradycja, powinieneś porozmawiać z ojcem
i poprosić go o moją rękę.
– Uważasz, że jestem aż tak głupi? – odparłem. – Gdybym zapytał twojego ojca, on by
powiedział matce, a ona od razu wszystko by ci wypaplała. Jak myślisz, wobec kogo są lojalni?
To ty jesteś ich córką. Albo ani byś się obejrzała, a twoja matka powiedziałaby Ethel, a ta
Bobby’emu i wszystkim innym członkom rodziny. Najpierw musiałem się oświadczyć.
Oczywiście, że nie rozmawiałem o tym ani z twoimi rodzicami, ani z nikim innym.
Wieczorem tego dnia zadzwoniłem do jej ojca.
– Wiem, że najpierw powinienem poprosić cię o zgodę – rzekłem.
– Ale wolałem tego nie robić, bo wiedziałem, że powiedziałbyś o tym Eunice, a ona
wyjawiłaby wszystko Marii.
– Co racja, to racja. Dokładnie tak należało postąpić – pochwalił mnie Sarge.
– Wobec tego teraz proszę cię o jej rękę.
– Arnoldzie, mieć takiego zięcia jak ty to dla mnie prawdziwa przyjemność – odparł
Sargent, jak zawsze szarmancki.
Następnie przekazałem wieści Eunice. Udawała bardzo przejętą, ale jestem pewny, że już
wcześniej wiedziała o tym od Marii.
Spędziliśmy mnóstwo czasu z moją mamą. Przesiadywaliśmy ze sobą, wzięliśmy ją do
Salzburga, zwiedzaliśmy okolice i świetnie się bawiliśmy. Po powrocie do Hyannis Port
wydaliśmy skromne przyjęcie, na które zaprosiliśmy Shriverów, Eunice i jej siostrę Pat,
Teddy’ego i jego ówczesną żonę Joan oraz licznych kuzynów ze strony Kennedych. U nich
zawsze do kolacji zasiadało mnóstwo gości przy wielkich rozkładanych stołach.
Musiałem im opowiedzieć w najdrobniejszych szczegółach, jak wyglądały oświadczyny.
Mieliśmy niezły ubaw. Chłonęli każde słowo, komentując: „Och! Ach! Fantastyczne!”. I bili
brawo.
– Wiosłowałeś? Rany boskie, a skąd wytrzasnąłeś łódkę na wiosła?
Teddy świetnie się bawił i pokrzykiwał gromko:
– Niesamowite! Słyszałaś, Pat? Co byś zrobiła, gdyby Peter ci się oświadczył w łódce na
wiosła? Wiem, że Eunice wolałaby jacht. Powiedziałaby: „Wiosłowanie? To mi się nie podoba!
Potrzebuję prawdziwych emocji!”.
– Teddy, daj Arnoldowi skończyć.
Każdy miał jakieś pytania.
– A powiedz, Arnoldzie, jak zareagowała Maria?
– Jaką miała minę?
– Co byś zrobił, gdyby ci dała kosza?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, ktoś wtrącił:
– Gdyby mu dała kosza? Też pomysł! Maria nie mogła się doczekać, kiedy jej się
oświadczy!
Tak wyglądała jakże irlandzka tradycja cieszenia się każdym drobiazgiem i obracania
wszystkiego w dobrą zabawę.
W końcu Marii też udało się zabrać głos.
– To było takie romantyczne – powiedziała. I podniosła rękę z pierścionkiem, żeby każdy
mógł go obejrzeć.
ROZDZIAŁ 17
Małżeństwo i filmy
Ustalając datę i obiecując: „A zatem weźmiemy ślub w przyszłym roku, dwudziestego
szóstego kwietnia”, nie miałem pojęcia, czy akurat będziemy kręcić film, czy nie. W 1986 roku
próbowałem przesunąć o kilka tygodni realizację Predatora, ale Joel Silver, producent, obawiał
się, że jeśli będziemy zwlekać, możemy trafić na porę deszczową. I tak oto znalazłem się w głębi
meksykańskiej dżungli, niedaleko Palenque – ruin miasta Majów – chociaż za niecałe
czterdzieści osiem godzin miałem stanąć przed ołtarzem. Żeby zdążyć na próbę kolacji weselnej
w Hyannis Port, po raz pierwszy w życiu musiałem wynająć samolot.
W dniu, w którym zamierzałem wyjechać, na planie zastępował mnie zawodowy zapaśnik,
Jesse Ventura. Podczas kręcenia sekwencji w dżungli miał siedzieć w krzakach, poza kadrem.
Ale zamiast „Padnij! Padnij!”, które jakoby krzyczałem do pozostałych, usłyszeliśmy, jak Jesse
podśpiewuje swoim głębokim głosem fragment piosenki Abby: I do, I do, I do. Zaśmiewaliśmy
się do rozpuku, psując kolejne duble, a reżyser na okrągło dopytywał się: „Ludzie, co z wami?
Skupcie się wreszcie”.
Maria miała mi za złe, że nie biorę udziału w końcowym etapie przygotowań. Chciała,
żebym się koncentrował na ślubie, ja jednak od przyjazdu wciąż krążyłem myślami wokół filmu.
Kręcenie Predatora napotykało coraz to nowe problemy, a słusznie czy nie – w opinii widzów
za sukces filmu odpowiada główna gwiazda. Przebąkiwano nawet o przerwaniu produkcji, co
zawsze wiąże się z ryzykiem, że nie zostanie już podjęta. Moja kariera zawisła na włosku.
Oczywiście, w końcu skupiłem się na ślubie, aczkolwiek nie w stu procentach. A tymczasem
część gości zachodziła w głowę, dlaczego pan młody zjawił się ostrzyżony niczym wojak, najeża,
chociaż i tak próbowałem zrobić coś z tą fryzurą. Rezultat moich wysiłków był wprawdzie daleki
od ideału, za to odważny i zabawny.
Starałem się nie słuchać opowieści przyjaciół o urokach życia małżeńskiego. „No, od teraz
będziecie się kłócić o to, kto ma zmienić pieluchę”. Albo: „Po zjedzeniu czego kobieta przestaje
robić loda? Tortu weselnego!”. Czy: „Stary, poczekaj tylko na jej menopauzę”. Nie zwracałem
uwagi na takie gadanie. „Przestańcie mnie straszyć – mówiłem im. – Wolę się przekonać na
własnej skórze”.
Nie wolno za dużo myśleć. Wszystko ma swoje ujemne strony. Im więcej o czymś wiemy,
tym mniej nam się chce w to angażować. Gdybym wiedział wszystko o nieruchomościach, kinie
i kulturystyce, nigdy bym się nimi nie zajął. Tak samo podchodziłem do małżeństwa – gdybym
wiedział wszystko, przez co będę musiał przejść, pewnie bym się nie zdecydował na ślub. A co
mi tam! Wiedziałem, że Maria jest dla mnie wymarzona, i nic innego się nie liczyło.
Zawsze porównuję życie do wspinaczki – nie dlatego, że jedno i drugie wymaga wysiłku,
lecz ponieważ wdrapywanie się dostarcza mi tyle samo frajdy, co dotarcie na szczyt. Małżeństwo
wyobrażałem sobie jako pasmo górskie pełne fantastycznych wyzwań, grań za granią –
planowanie ceremonii, ślub, decydowanie o tym, gdzie zamieszkamy, kiedy postanowimy mieć
dzieci i ile, jakie przedszkola i szkoły im wybierzemy, jak będziemy je do nich wozić i tak dalej.
Planując ślub, zdobyłem pierwszy szczyt, bo uświadomiłem sobie, że tego procesu nie uda mi się
powstrzymać ani zmienić. Moje zdanie na temat wyglądu obrusów, doboru potraw czy liczby
gości nie miało najmniejszego znaczenia. Należało się pogodzić z tym, że na nic nie mam
wpływu. Wszystko było w dobrych rękach, więc wiedziałem, że nie mam się o co martwić.
Maria i ja ostrożnie podchodziliśmy do małżeństwa, zwlekaliśmy z nim bardzo długo: ona
miała trzydzieści lat, ja trzydzieści osiem. Na tym etapie każde z nas pięło się na szczyt kariery.
Tuż po zaręczynach Marię awansowano na współprowadzącą program CBS Morning News,
a wkrótce zmieniła pracę na równie popłatne i prestiżowe stanowisko w NBC. Oba te programy
były nadawane z Nowego Jorku, ale jasno dałem do zrozumienia, że nigdy nie przeszkodzę jej
w planach zawodowych. Powiedziałem, że gdybyśmy po ślubie musieli mieszkać na dwóch
krańcach kraju, znajdziemy sposób, żeby to pogodzić, więc chwilowo nie ma potrzeby
dyskutować na ten temat.
Zawsze uważałem, że ze ślubem należy się wstrzymywać aż do momentu, kiedy jesteśmy
ustawieni finansowo i najcięższe boje w karierze mamy już za sobą. Zbyt wielu sportowców,
koncertujących artystów i biznesmenów skarżyło mi się: „Największy problem polega na tym, że
żona chciałaby mnie mieć w domu, a ja muszę poświęcić więcej czasu na pracę”. Na samą myśl
o czymś takim robiło mi się niedobrze. Nie wolno stawiać żony w sytuacji, w której musi się
dopytywać: „A co ze mną?”, bo przez czternaście czy osiemnaście godzin dziennie zajmujemy
się budowaniem własnej kariery. Wychodziłem więc z założenia, że skoro małżeństwa
najczęściej rozpadają się z powodu pieniędzy, finansową niezależność należy sobie zapewnić
przed ślubem.
Większość kobiet, decydując się na małżeństwo, liczy na to, że stanie się oczkiem w głowie
męża; przeważnie oczekiwania te są oparte na relacjach rodziców, acz nie zawsze. W Hollywood
niedościgły wzorzec oddanego męża uosabiał Marvin Davis, miliarder i nafciarz, właściciel
wytwórni 20th Century Fox, ośrodka wypoczynkowego Pebble Beach oraz hotelu Beverly Hills.
Przez pięćdziesiąt trzy lata był mężem Barbary, która urodziła mu pięcioro dzieci. Wszystkie
kobiety się nim zachwycały. Kiedy byliśmy w ich domu na kolacji, Barbara z dumą opowiadała
zaproszonym gościom: „Marvin nigdy, przenigdy nie spędził beze mnie choćby jednej nocy. Jeśli
wyjeżdża w interesach, wraca tego samego dnia. Nigdy nie nocuje poza domem. No, chyba że
zabiera mnie ze sobą”. Na co żony rugały mężów: „Dlaczego ty nie jesteś taki?”. Ci, którzy
siedzieli w pobliżu żon, dostawali kuksańca albo kopniaka pod stołem. Tymczasem krótko po
śmierci Marvina w 2004 roku „Vanity Fair” ujawnił, że pod koniec życia magnat finansowy był
bez grosza i zostawił Barbarę z organizacjami charytatywnymi na głowie oraz z mnóstwem
długów do spłacenia. A wtedy większość kobiet w Hollywood wkurzyła się na to, jaki przykład
dał innym.
Obiecałem sobie, że nigdy nie będziemy musieli korzystać z pieniędzy żony – ani z jej
zarobków, ani z majątku bogatej rodziny. Nie żeniłem się z nią dla pieniędzy. Za Predatora
płacono mi już wówczas trzy miliony dolarów, a gdyby film okazał się kasowy, za następny
miałem dostać pięć milionów i dziesięć za kolejny, ponieważ udało nam się wynegocjować
podwojenie mojej stawki z filmu na film. Nie wiedziałem, czy kiedyś będę bogatszy od dziadka
Marii, Josepha P. Kennedy’ego, ale nie wątpiłem, że nigdy nie będę musiał polegać na
pieniądzach Shriverów czy Kennedych. Majątek Marii należał do niej. Nigdy jej nie spytałem, ile
tego jest. Nigdy nie zapytałem, ile są warci jej rodzice. Miałem nadzieję, że posiadają więcej, niż
sobie wymarzyli, lecz zupełnie mnie to nie interesowało.
Wiedziałem również, że życie w dwupokojowym mieszkanku to nie dla Marii. Musiałem
zapewnić jej warunki, do jakich przywykła od dziecka.
I ja, i moja świeżo poślubiona żona byliśmy niezwykle dumni z tego, do czego już
doszliśmy. Po zaręczynach Maria wybrała dom, a ja miałem go kupić. Był o wiele bardziej
wystawny i luksusowy niż ten, w którym zaczynaliśmy – pięć sypialni i cztery łazienki na tysiącu
stu metrach kwadratowych rezydencji w stylu hacjendy, położonej na pięciohektarowej działce
na stoku góry w Pacific Palisades. Jak okiem sięgnąć, wszędzie rosły sykomory i mieliśmy widok
na całą nieckę Los Angeles. Nasza ulica, Evans Road, prowadziła kanionem do Will Rogers State
Historic Park – kalifornijskiego parku stanowego na terenie dawnej posiadłości słynnego komika,
z bajecznymi szlakami do jazdy konnej i pieszych wędrówek oraz boiskiem do polo. Leżał tak
blisko, że jeździliśmy tam z Marią na koniach; był jak olbrzymi plac zabaw, z którego mogliśmy
korzystać w dzień i w noc.
W okresie poprzedzającym ślub przez kilka miesięcy miałem pełne ręce roboty z promocją
Komando, kręceniem Jak to się robi w Chicago – filmu akcji, który obiecałem Dinowi De
Laurentiisowi – oraz przygotowaniami do Predatora. Maria w Nowym Jorku była jeszcze
bardziej zajęta. Wykroiliśmy jednak trochę czasu na remont i zmianę wystroju naszego domu.
Powiększyliśmy basen, wstawiliśmy jacuzzi, zbudowaliśmy kominek, o jakim marzyliśmy,
zmieniliśmy dachówki, oświetlenie i zasadziliśmy drzewa. Poniżej domu wypoziomowaliśmy
ścięty fragment opadającego do kortów tenisowych stoku, na którym stanął bungalow służący
graczom, wykorzystywany też do rozrywki czy jako dodatkowy domek dla gości.
Maria wybrała zasłony i rolety, ale kiedy wróciłem pod koniec maja, po ukończeniu zdjęć
do Predatora, wciąż nie były zamontowane. Żona musiała zostać w Nowym Jorku jeszcze przez
trzy tygodnie. Pragnąłem, żeby wystrój domu był dokładnie taki, jak zaplanowała, a jego
renowacja zakończona na czas. Wtedy po powrocie Marii zamieszkalibyśmy jako mąż i żona
w naszym idealnym gniazdku. Naciskałem na architekta wnętrz, żeby przyspieszył prace, więc
malowanie, ustawianie mebli i wieszanie dzieł sztuki odbywało się w piorunującym tempie.
Wcześniej kontaktowałem się z budowlańcami na odległość, z planu Predatora, i przylatywałem
na weekendy, żeby sprawdzić postępy prac. Kupiłem też Marii porsche 928, które czekało na nią
w garażu.
Honorowe miejsce na ścianie salonu przeznaczyłem na prezent ślubny dla żony –
wykonany techniką serigrafii portret Marii, który zamówiłem u Andy’ego Warhola. Podobały mi
się jego słynne sitodruki z lat sześćdziesiątych, z podobiznami Marilyn Monroe, Elvisa Presleya
i Jackie Onassis. Powstawały w ten sposób, że najpierw fotografował swoich modeli polaroidem,
następnie powiększał zdjęcia i wybierał jedno jako podstawę do obrazu. Zadzwoniłem więc do
niego.
– Andy, musisz coś dla mnie zrobić – powiedziałem. – Wpadłem na szalony pomysł.
Zawsze lubiłeś malować gwiazdy, prawda? No więc kiedy Maria za mnie wyjdzie, też będzie
gwiazdą! Namalujesz gwiazdę! Namalujesz Marię! – entuzjazmowałem się, na co Andy
wybuchnął śmiechem. – Przyślę ją do twojej pracowni, żeby ci pozowała. Zrobisz jej zdjęcie,
a potem ją namalujesz.
Andy stworzył podobiznę Marii na kwadracie o boku stu dziesięciu centymetrów –
dramatyczny portret, w którym uchwycił jej wybujałą urodę i siłę charakteru. W sumie wykonał
siedem odbitek w różnych kolorach – jedną do mojego biura, jedną dla rodziców Marii, jedną dla
siebie oraz cztery na ścianę w naszym salonie, gdzie wisiały zestawione w olbrzymi kwadrat
o boku dwóch metrów i czterdziestu centymetrów. Litografie i obrazy Pabla Picassa, Miró,
Chagalla i innych malarzy, których kolekcjonowaliśmy, wisiały na innych ścianach. Bo pośród
tych wszystkich pięknych dzieł prawdziwym klejnotem była Maria.
***
W urządzaniu naszego domu odegrałem znaczącą rolę, za to w kwestii ślubu nie miałem
nic do powiedzenia. U Kennedych śluby w Hyannis Port odbywają się według dawno
opracowanego systemu. To oni zatrudniają właściwych organizatorów, załatwiają limuzyny oraz
autokary, pilnują, żeby lista gości nie była zbyt długa, bo inaczej nie zmieściliby się w kościele.
Wiedzą dokładnie, gdzie na terenie swojej posiadłości ustawić ogrzewane namioty, w których
urządzają koktajle, kolacje i tańce. Dostępem dla publiczności i mediów sterują w taki sposób,
żeby nasi sympatycy mieli okazję obejrzeć przybywających i odjeżdżających gości,
a dziennikarze pstryknąć zdjęcia i sfilmować uroczystość bez zakłócania jej przebiegu. Nie
pomijają
najdrobniejszych
szczegółów
związanych
z jedzeniem,
rozrywką
czy
zakwaterowaniem. A goście naprawdę wspaniale się bawią.
Moim drużbą był Franco, poza tym zaprosiłem kilkudziesięciu krewnych oraz przyjaciół,
którzy pomagali mi przez niemal całe życie, takich jak: Fredi Gerstl, Albert Busek, Jim Lorimer,
Bill Drake oraz Sven Thorsen – szwedzki siłacz, z którym zakumplowałem się podczas kręcenia
Conana. Na liście Marii samych członków rodziny znalazło się blisko stu. Wpadły też jej
wieloletnie przyjaciółki, jak Oprah Winfrey i Bonnie Reiss, i bliscy koledzy z pracy, na przykład
współprowadzący, Forrest Sawyer. Do tego dochodzili przyjaciele, których poznaliśmy, będąc
już parą, a poza tym cała galeria świetnych ludzi, znajomych Rose Kennedy, Eunice albo
Sarge’a: Tom Brokaw, Diane Sawyer, Barbara Walters, Art Buchwald, Andy Williams, Arthur
Ashe, Quincy Jones, Annie Leibovitz, Abigail „Kochana Abby” Van Buren, co najmniej
pięćdziesiąt osób związanych z Olimpiadami Specjalnymi i wielu innych. W sumie przybyło
czterystu pięćdziesięciu gości, z których znałem zaledwie jedną trzecią.
Widok tylu nieznanych twarzy nie odciągał moich myśli od ślubu, przeciwnie –
uroczystość wydała mi się jeszcze barwniejsza. Miałem okazję poznać wielu ludzi – zabawnych,
tryskających życiem, bożyszcza tłumów. Wszyscy byli w świetnym nastroju. Szczególnie
uprzejma była bliższa i dalsza rodzina Marii. Moi przyjaciele co chwila podchodzili do mnie
i chwalili: „Niesamowita impreza, Arnoldzie”. Bawili się naprawdę wybornie.
Moja matka znała już Eunice i Sarge’a, spotykała ich podczas dorocznych wizyt u nas,
które zawsze składała na wiosnę. Sarge bez przerwy z nią żartował. Uwielbiał Niemcy i Austrię,
rozmawiał z nią po niemiecku – świetnie wiedział, jak sprawić, żeby się czuła jak u siebie
w domu. Śpiewał jej piosenki piwoszy, zapraszał do walca. Wirowali w tańcu po całym salonie.
Stale podkreślał, jak wspaniale mnie wychowała. Rozmawiał z nią o tym, co austriackie –
o miasteczkach, które zwiedził, przemierzając Austrię na rowerze, a także o Dźwiękach muzyki,
o czasach, kiedy Rosjanie się wynieśli i moja ojczyzna odzyskała niepodległość, o tym, jak
wspaniale spisali się moi rodacy, odbudowując kraj, o swojej miłości do wina i do opery. Potem
mama mówiła: „Cóż za uroczy człowiek. Taki wykształcony. W porównaniu z jego znajomością
Austrii moja wiedza o Stanach Zjednoczonych jest niczym!”. Jako czaruś Sarge prezentował
pełen profesjonalizm.
Na ślubie matka poznała też Teddy’ego i Jackie. Byli przesympatyczni. Po uroczystości
Teddy podał jej ramię i wyprowadził z kościoła. W takich drobnych, ale jakże ważnych gestach
nie miał sobie równych; jego specjalnością było dbanie o rodzinę. Jackie wręcz rozpieszczała
moją mamę, kiedy odwiedziliśmy ją dzień przed ślubem. Caroline, jej córka sprawująca
obowiązki honorowej pani domu, wydała lunch dla druhen, drużbów oraz najbliższej rodziny –
w sumie dla trzydziestu osób. Nie tylko moja mama, lecz także wszyscy, którzy właśnie poznali
Jackie, byli pod jej wrażeniem, tak samo jak ja, kiedy przedstawiono nas sobie u Elaine. Jackie
przysiadała się do każdego z gości i podczas rozmowy nie ograniczała do kilku zdawkowych
słów. Obserwując ją przez lata, zrozumiałem, dlaczego jako Pierwsza Dama cieszyła się taką
popularnością. Miała niesamowity dryg do zadawania pytań, po których ludzie zastanawiali się:
„Skąd ona o tym wiedziała?”. Kiedy zapraszałem przyjaciół do Hyannis, robiła wszystko, żeby
dobrze się tam czuli. Moja matka też się w niej zakochała.
Wieczorem mama wydała próbną kolację w Hyannisport Club – klubie golfowym
z widokiem na dom Shriverów. Zapowiedzieliśmy to jako „austriacki piknik”, którego tematem
było przenikanie się kultur amerykańskiej i austriackiej. Rozłożyliśmy obrusy w białoczerwoną
kratę jak w austriackiej piwiarni, a ja wystąpiłem w tradycyjnym stroju tyrolskim i w kapelusiku.
W menu znalazły się dania austriackie i amerykańskie – sznycel wiedeński i homary jako dania
główne oraz tort Sachera i ciasto truskawkowe z bitą śmietaną na deser.
Tego wieczoru wznoszono mnóstwo toastów. Te ze strony gości Marii wychwalały ją,
mówiły o tym, jaka jest wspaniała, i podkreślały, jak skorzystam jako jej mąż. Z mojej strony
padały przeciwne – jakim to jestem wspaniałym facetem i dobrym człowiekiem i jak Maria na
tym skorzysta. Mieliśmy stworzyć idealną parę. Rodzina Kennedych naprawdę wie, jak
celebrować takie chwile. Bawią się na całego. Dla ludzi z zewnątrz to duża atrakcja. Z kolei dla
moich przyjaciół było to pierwsze zetknięcie się z tym światem. Nigdy nie widzieli tak licznych
toastów i tak żywiołowo reagujących słuchaczy. Korzystając z okazji, wręczyłem Eunice
i Sarge’owi ich odbitkę portretu Marii autorstwa Warhola.
– Nie zabieram wam córki na dobre, ponieważ daję wam ten portret, żebyście zawsze ją
mieli – powiedziałem. A potem obiecałem wszystkim zebranym: – Nie martwcie się. Kocham
Marię i zawsze będę się o nią troszczył.
Na to Sarge wtrącił swoje trzy grosze, perorując, jak to jestem największym szczęściarzem
na świecie:
– Jesteś najszczęśliwszym facetem, bo żenisz się z Marią, za to ja jestem najszczęśliwszym
draniem, mając przy sobie Eunice. Obaj jesteśmy szczęściarzami!
Ślub odbył się u Świętego Franciszka Ksawerego – w drewnianym kościele w sercu
Hyannis, trzy kilometry od posiadłości. Działo się to w sobotę rano. Kiedy zajechaliśmy na
miejsce, na zewnątrz czekały na nas dosłownie tysiące sympatyków. Opuściłem szybę limuzyny
i machałem ręką tłumom zgromadzonym za barierkami. Oczywiście były tam też dziesiątki
dziennikarzy, fotoreporterów i ekip filmowych.
Z uwielbieniem patrzyłem, jak Maria kroczy główną nawą. W pięknej koronkowej sukni
z długim trenem i dziesięcioma druhnami wyglądała niczym królowa, promieniująca szczęściem
i ciepłem. Wszyscy usiedli, żeby wysłuchać ślubnej mszy, w trakcie której składa się przysięgę
małżeńską. Kiedy nadeszła ta chwila, stanęliśmy z Marią przed księdzem. Już mieliśmy
powiedzieć „Tak”, kiedy coś huknęło i otworzyły się drzwi kościoła.
Wszyscy odwrócili się, ciekawi, co się dzieje. Ksiądz patrzył nad naszymi głowami, więc
my również się obejrzeliśmy. Na tle ostrego światła padającego z wejścia do kościoła ujrzałem
chudego faceta z nastroszonymi włosami i wysoką czarnoskórą kobietę w pomalowanej na
zielono czapce z norek – Andy’ego Warhola i Grace Jones.
Wyglądali jak rewolwerowcy z westernu, wchodzący do saloonu przez wahadłowe drzwi,
a w każdym razie ja odniosłem takie wrażenie, bo uznałem to za przesadę. Nie do wiary,
pomyślałem. Ten cholerny drań próbuje robić za gwiazdę na moim własnym ślubie! Ale na swój
sposób wyszło to wspaniale. Andy musiał szokować, a Grace Jones niczego nie potrafiła robić na
pół gwizdka. Oboje z Marią byliśmy zachwyceni, że udało im się dotrzeć na czas, a kiedy ksiądz
podczas kazania pouczał nas, że powinniśmy się śmiać przynajmniej dziesięć razy dziennie, już
wyrabialiśmy normę.
Niewielu mężczyzn powiedziałoby, że wesele ich uszlachetniło i było kształcące, aleja
właśnie tak odbierałem nasze. Kiedy mój teść oprowadzał mnie i przedstawiał mi gości, znów nie
mogłem wyjść z podziwu, w jak wielu światach obracali się Sarge i Eunice. „To facet, który
kierował działalnością Korpusu Pokoju w Zimbabwe, czyli w ówczesnej Rodezji, w czasach
kiedy szefowałem tej organizacji”. „Pokochasz tego gościa, to on podczas zamieszek w Oakland
nadzorował wprowadzanie naszych programów pomocy VISTA i Head Start”.
Byłem w swoim żywiole, ponieważ zawsze chętnie poznawałem ludzi różnych zawodów
i z różnych środowisk. To Sarge ściągnął lwią część gości z kręgów polityki, dziennikarstwa,
biznesu oraz organizacji prowadzących na świecie działalność non profit. Przez lata pracował
z nimi w Korpusie Pokoju oraz w administracji Kennedy’ego, w polityce, w Moskwie podczas
swojej misji handlowej, jako ambasador w Paryżu i tak dalej. Kolejny gość, którego chciał mi
przedstawić, pochodził z Chicago. „To zupełnie niezwykły człowiek, Arnoldzie. Dasz wiarę, że
w pojedynkę prowadził cały program bezpłatnej pomocy prawnej, który zapoczątkowałem,
dzięki czemu ludzie bez grosza przy duszy mogą teraz uzyskać porady prawne i reprezentację
w sądzie?”. To trwało przez cały dzień. „Arnoldzie, chodź tu! Pozwól, że ci przedstawię
przyjaciela z Hamburga. Będziesz zachwycony, jeśli z nim pogadasz… to on ubił ten interes
z Rosjanami…”.
Gdy przyszła pora na tańce, Maria zrzuciła czółenka i włożyła białe tenisówki, chroniąc
złamany tydzień wcześniej palec u nogi. A kiedy Peter Duchin i jego orkiestra zagrali walca,
kilka razy owinęła tren sukni wokół nadgarstka i popisaliśmy się krokami, które ćwiczyliśmy od
jakiegoś czasu. Nagrodzono nas burzą oklasków. Wszystko dzięki temu, że mój przyjaciel, Jim
Lorimer z Columbus, załatwił nam kurs tańca towarzyskiego.
Tort stanowił kopię legendarnego tortu podanego na ślubie Eunice i Sarge’a –
ośmiopiętrowy, z ciasta marchwiowego z białą polewą lukrową, wysoki na ponad metr
dwadzieścia i ważący dwieście osiemdziesiąt kilogramów. Wniesienie go zapoczątkowało nową
serię toastów.
Podczas przyjęcia powiedziałem coś, co wówczas wydawało się nieistotne, potem jednak
latami uprzykrzało mi życie. Chodziło o Kurta Waldheima, byłego sekretarza generalnego
Organizacji Narodów Zjednoczonych, który właśnie kandydował na prezydenta Austrii.
Zaprosiliśmy i jego, i kilku innych przywódców: prezydenta Reagana, prezydenta Irlandii… ba,
nawet papieża. Nie liczyliśmy na ich przyjazd, ale miło byłoby mieć od nich listy gratulacyjne do
albumu ślubnego. Waldheim znalazł się w tym gronie jako przywódca konserwatywnej
Austriackiej Partii Ludowej, z którą byłem związany od czasów, gdy w Grazu uprawiałem
kulturystykę.
Kilka tygodni przed ślubem Światowy Kongres Żydów oskarżył Waldheima o ukrywanie
nazistowskiej przeszłości wojennej w Grecji i Jugosławii, gdzie Żydów wysyłano do obozów
śmierci, a partyzantów rozstrzeliwano. Trudno było mi to przyjąć do wiadomości. Jak wielu
Austriaków postrzegałem go jako jednego z wielkich – przecież sprawując urząd sekretarza
generalnego ONZ, był przywódcą całego świata. Czy ktoś taki mógł ukrywać nazistowską
przeszłość? Wszak prześwietlano go dużo wcześniej. W Austrii dość powszechnie uważano, że
to oszczerstwo sprokurowane na potrzeby kampanii wyborczej przez konkurencję, czyli
socjaldemokratów – głupie posunięcie, które w oczach świata okryło Austrię wstydem.
A ja nadal będę go popierał, pomyślałem.
Wprawdzie Waldheim nie przybył na nasz ślub, ale Austriacka Partia Ludowa
wydelegowała
na
wesele
dwóch
przedstawicieli,
których
prezent
wzbudził
ogólne
zainteresowanie. Była to naturalnej wielkości karykatura z papier mache, przedstawiająca mnie
i Marię w austriackich strojach ludowych. Wznosząc toast, podziękowałem za wszystkie listy
i prezenty, w tym za tę karykaturę.
– Chcę również podziękować przedstawicielom Austriackiej Partii Ludowej za przybycie
oraz za ten prezent, bo wiem, że jest to też wyraz błogosławieństwa Kurta Waldheima. Dlatego
jemu również dziękuję. Szkoda, że w tej chwili musi odpierać te wszystkie ataki, ale taki już jest
urok kampanii politycznych.
Ktoś zawiadomił o tym „USA Today”, gazeta przytoczyła moje słowa w relacji ze ślubu
i w rezultacie zostałem uwikłany w spór o zasięgu międzynarodowym, który się ciągnął latami.
Gdy w końcu udowodniono Waldheimowi kłamstwo w kwestii jego służby wojskowej, stał się
symbolem tego, że Austria nie potrafi się uporać ze swoją nazistowską przeszłością. Mnie wciąż
jeszcze trudno było zrozumieć potworności dokonane przez nazistów, więc gdybym znał prawdę
na temat Waldheima, nie wspomniałbym o nim ani słowem.
Tego jednak miałem żałować później. Na razie wskoczyliśmy z Marią do limuzyny
i pojechaliśmy na lotnisko z poczuciem, że nigdy nie braliśmy udziału w równie wspaniałym
ślubie. To był naprawdę wyjątkowy dzień. Goście wyszli szczęśliwi. Wszystko było trafione
w dziesiątkę.
***
Maria uprzedziła swoich wiernych widzów w CBS Morning News, że znika z anteny, ale
raptem na kilka dni. Ja również nie miałem zbyt wiele czasu na miesiąc miodowy. Polecieliśmy
na Antiguę, spędziliśmy tam trzy dni, a potem Maria przez dwa dni towarzyszyła mi na planie
filmowym Predatora w Meksyku. Kiedy się zjawiliśmy, wszystko było przygotowane: kwiaty
w pokoju, meksykańska orkiestra przygrywająca nam do romantycznej kolacji. Po powrocie
z restauracji otworzyłem butelkę wyśmienitego kalifornijskiego wina, licząc na miłe zakończenie
wieczoru. Wszystko szło jak po maśle… dopóki Maria nie poszła pod prysznic. Nagle z łazienki
dobiegły mnie krzyki rodem z horroru.
Mogłem się tego spodziewać. Joel Kramer i jego kaskaderzy postanowili zrobić
nowożeńcom dowcip. Prawdę mówiąc, Joel tylko się odgrywał, bo razem z kaskaderami
wrzucałem mu pająki za koszulę i podkładałem węże do torby. Dowcipy na planie przypominały
wybryki na letnim obozie. No więc kiedy Maria odsunęła zasłonę prysznica, wisiały na niej żaby.
W zasadzie dawno powinna się oswoić z takimi rzeczami, skoro kuzyni w Hyannis bez przerwy
robili jej takie kawały. Ma jednak swoje dziwactwa. O ile jest niezwykle odważna i nie boi się
ryzyka – bez namysłu potrafi skoczyć z dziesięciometrowego urwiska w fale oceanu – o tyle na
widok mrówki, pająka czy pszczoły w sypialni wpada w szał. Eksploduje niczym bomba. Tak
samo reagują jej bracia. W rezultacie żaby doprowadziły do swego rodzaju tragedii. Joel nie
wiedział, bo i skąd, że swoim dowcipem odgryzł się nader skutecznie. Cholerny drań spaskudził
mi całą noc.
Maria wróciła do domu, a ja do roli majora Dutcha Schaefera, bohatera Predatora. To
oczywiście film akcji z gatunku science fiction, w którym prowadzę moich ludzi przez dżunglę
w Gwatemali, a jakiś wróg, niepojęta dla nas siła, porywa ich i obdziera żywcem ze skóry.
(Okazuje się, że to kosmita wyposażony w supernowoczesną broń oraz sprzęt do stawania się
niewidzialnym, który przybył na Ziemię, żeby dla sportu polować na ludzi). Producenci Joel
Silver, Larry Gordon, John Davis i ja podjęliśmy duże ryzyko, powierzając reżyserię Johnowi
McTiernanowi. Dotychczas nakręcił tylko jeden film – niskobudżetowy horror Nomads, o grupie
ludzi rozbijających się furgonetką i siejących spustoszenie. Niezwykły był jednak stopień
napięcia, jaki udało się osiągnąć McTiernanowi w filmie, którego produkcja kosztowała mniej
niż milion dolarów. Czuliśmy, że skoro za marne grosze udało mu się stworzyć taką atmosferę, to
musi być niezwykle utalentowany. W Predatorze napięcie powinno panować od chwili, gdy
grupa ląduje w dżungli – chcieliśmy straszyć widzów, nawet zanim predator pojawi się na
ekranie: dzięki mgle, ruchom kamery, pokazywaniu, jak wszystko naciera na publiczność.
Postawiliśmy więc na to, że przy produkcji z ponaddziesięciokrotnie większym budżetem
McTiernan da sobie radę.
Jak w przypadku niemal każdego filmu akcji kręcenie Predatora nie było przyjemnością,
tylko istną męką. Zmagaliśmy się z wszelkimi utrapieniami, jakie zapewnia dżungla: pijawkami,
ruchomym błotem, jadowitymi wężami, wilgotnością powietrza, duchotą i upałem. Teren, na
którym McTiernan postanowił filmować, był tak wyboisty, że nie znalazłoby się tam choćby
kawałka równej ziemi. Jednak najwięcej zmartwień przysparzał nam predator. Przeważnie był
niewidzialny, ale pojawiając się na ekranie, miał wyglądać na przerażającego kosmitę, który
potrafi śmiertelnie wystraszyć i załatwić prawdziwych twardzieli. Nasz predator zupełnie się do
tego nie nadawał. Zaprojektowała go firma od efektów specjalnych, którą wytwórnia wybrała
z oszczędności – Stan Winston, twórca Terminatora, kosztowałby półtora miliona, a ta druga
firma zadowoliła się połową tej sumy. Tyle że ich kosmita w ogóle nie budził grozy, wyglądał po
prostu śmiesznie – niczym facet z łbem kaczki, przebrany w strój ze skóry jaszczurki.
Zaczęliśmy się martwić już podczas zdjęć próbnych, a po kilku scenach nasze obawy się
potwierdziły. Ten stwór się nie sprawdzał, był fałszywy, z gruntu niewiarygodny. Na domiar
złego JeanClaude Van Damme, grający predatora, bez przerwy na coś narzekał. Nieustannie
próbowaliśmy jakoś rozwiązać ten problem, nikt z nas jednak nie zdawał sobie sprawy, że sceny
z predatorem można będzie poprawić dopiero po powrocie z Meksyku, w montażowni.
Ostatecznie producenci postanowili zmienić Van Damme’a na innego aktora, zlecić Stanowi
Winstonowi przeróbkę potwora i wysłali nas z powrotem do Palenque, żeby ponownie nakręcić
utrzymane w klimacie grozy ostateczne starcie. (Chodzi o nocną sekwencję, w której predator
ukazuje się w całej krasie i stacza na bagnach walkę wręcz z Dutchem).
Tymczasem nastał listopad i nocami w dżungli panował dojmujący ziąb. Predator Stana był
o wiele większy i straszniejszy od swojego poprzednika – zielony kosmita mający ponad dwa
i pół metra wzrostu, głęboko osadzone świdrujące oczy, a zamiast ust coś w rodzaju owadzich
żuwaczek. W ciemności lokalizował ofiarę za pomocą termowizora na podczerwień, więc Dutch,
który tymczasem stracił całe ubranie, żeby się ukryć, musiał się wysmarować błotem. Tyle że
charakteryzator nie użył błota, lecz glinki ceramicznej, takiej samej, z jakiej robi się stojaki na
butelki w restauracjach, by wino na stole pozostawało schłodzone.
– Pod tą skorupą temperatura twojego ciała spadnie o kilka stopni – uprzedził mnie. –
Możesz mieć dreszcze.
Dygotałem bez przerwy. Musieli mnie ogrzewać specjalnymi lampami, jednak rzadko
z nich korzystali, ponieważ glinka wysychała. Piłem więc jagertee, czyli herbatkę myśliwską –
z dodatkiem rumu – którą pija się podczas zawodów curlingu. Trochę pomagała, ale tak uderzała
do głowy, że trudno było po niej grać. Kiedy kamera szła w ruch, próbowałem powstrzymać
dreszcze, myśląc o czymkolwiek, byle nie o tym, że jest mi zimno; trzeba było nieźle się skupiać,
bo gdy tylko się odprężałem, znów zaczynałem dygotać. Na myśl o tym, że jako dzieciak
smarowałem się błotem od stóp do głów nad Thalersee, nie mogłem się nadziwić, że kiedyś mi
się to podobało.
Kevin Peter Hall, aktor o wzroście dwa metry osiemnaście centymetrów, który przejął rolę
predatora w nowym kostiumie, miał własne problemy. Musiał się wykazać zwinnością, lecz
ciężki strój utrudniał zachowanie równowagi, a z założoną maską nic nie widział.
Podczas prób zdejmował ją więc i starał się zapamiętywać, co gdzie jest. Przeważnie mu
się udawało. Ale w jednej scenie miał mnie tłuc tak, żeby omijać głowę. Nagle rozległ się głośny
plask i jego łapa wylądowała na mojej twarzy, z pazurami i w ogóle.
Cała ta mordęga opłaciła się latem następnego roku. Predator zarobił w ciągu pierwszego
weekendu wyświetlania, tak zwanego weekendu otwarcia, rekordową kwotę w całym 1987 roku,
ustępując tylko Gliniarzowi z Beverly Hills II, a ogólne wpływy kasowe przekroczyły w sumie
sto milionów dolarów. Wybór McTiernana okazał się strzałem w dziesiątkę, a sukces, jaki
reżyser odniósł z Predatorem, nie był dziełem przypadku, co udowodnił rok później Szklaną
pułapką. Gdyby to on nakręcił drugą część Predatora, mogłaby wyjść z tego cała seria, wcale nie
gorsza od Terminatora czy Szklanej pułapki.
Poróżniłem się w tej kwestii z kierownictwem wytwórni. To, co spotkało Predatora,
przytrafia się wielu przebojom kinowym, które nakręcili debiutanci. Ci reżyserzy pną się w górę,
kręcąc dalsze hity, a ich gaże rosną – po Szklanej pułapce McTiernan brał dwa miliony za film.
Poza tym, co oczywiste, w ciągu kilku lat, które minęły od czasu Predatora, wzrosły koszty,
a jednak szefowie wytwórni chcieli zrobić drugą część tak, żeby nie kosztowała więcej niż
pierwsza. To z góry wykluczało McTiernana. Zaangażowali więc względnie taniego i niezbyt
doświadczonego reżysera, tym razem faceta, który nakręcił Koszmar z ulicy Wiązów 5: Dziecko
snów. Joel Silver chciał mnie obsadzić w Predatorze 2, powiedziałem mu jednak, że wyjdzie
z tego jeden wielki niewypał. Nie dość, że źle wybrali reżysera, to w dodatku scenariusz jest do
bani. Akcję osadzono w Los Angeles.
– Nikt nie ma ochoty oglądać potworów grasujących w centrum Los Angeles –
tłumaczyłem. – Mamy tu już swoje bestie. W wojnach gangów stale giną ludzie. To miasto jest
wystarczająco niebezpieczne i bez kosmitów.
Czułem, że jeśli nie sypną groszem na dobrego reżysera i dobry scenariusz, mój udział
w filmie nic nie da. Joel nie dał się przekonać, więc odmówiłem. Predator 2 i wszystkie kolejne
części zrobiły klapę, a ja już nigdy więcej nie pracowałem z Joelem.
Dzisiaj wytwórnie lepiej to rozumieją. Nie skąpią na ciąg dalszy filmu, który odniósł
sukces. Płacą większe gaże aktorom, większe honoraria scenarzystom, ściągają reżysera
pierwszej części. Nieważne, że kontynuacja będzie kosztowała sto sześćdziesiąt milionów. Cykle
takie jak Batman czy Iron Man przynoszą z każdego filmu powyżej trzystu pięćdziesięciu
milionów dolarów. Z Predatorami mogło być tak samo. Tymczasem z tanim reżyserem, tanimi
scenarzystami i aktorami Predator 2 stał się jedną z największych wpadek 1990 roku. Niczego
się jednak nie nauczyli i dwadzieścia lat później popełnili ten sam błąd przy okazji trzeciej części
Predatora. Oczywiście, z perspektywy czasu każdy jest mądry.
***
Płynąłem na wielkiej fali kina akcji, całkiem nowego gatunku, który w tym czasie robił
furorę. Zapoczątkował to Stallone z cyklem Rocky. W pierwszym Rockym, z 1976 roku, wyglądał
jak przeciętny bokser. Ale już w Rockym II był zbudowany o wiele lepiej. Jego Rambo,
zwłaszcza pierwsze dwie części, również miały ogromny wpływ na ten gatunek. Mój film
Komando z 1985 roku kontynuował ten trend, zwłaszcza że wszedł na ekrany w tym samym roku
co druga część Rambo i Rocky IV. Terminator i Predator poszerzyły gatunek o elementy science
fiction. Niektóre z tych filmów spotkały się nawet z uznaniem krytyków, a wszystkie przynosiły
takie zyski, że wytwórnie nie mogły ich już traktować jako marnych produkcji klasy B. Stały się
równie ważne dla lat osiemdziesiątych, co westerny dla pięćdziesiątych.
Nie mogąc się doczekać nowych scenariuszy, wytwórnie odkurzały stare i zlecały
scenarzystom przerabianie ich z myślą o mnie. Stallone i ja byliśmy głównymi przedstawicielami
gatunku, choć Sly nieco nade mną górował i dostawał wyższe gaże. Pracy dla gwiazd kina akcji
było tyle, że nie mogliśmy wszystkiego obskoczyć, dlatego popyt zaspokajali inni: Chuck Norris,
JeanClaude Van Damme, Dolph Lundgren, Bruce Willis. Nawet tacy aktorzy jak Clint Eastwood,
który od początku kariery robił filmy akcji, zaczęli pakować na siłowni, zdzierać koszule
i popisywać się muskułami.
Bo kluczem do sukcesu stało się ciało. Nadeszła epoka, w której muskularni mężczyźni
zaczęli być postrzegani jako atrakcyjni. Mięśnie nabrały waloru estetycznego. Tacy ludzie
emanowali siłą. Inspirowali – już na pierwszy rzut oka było widać, że zrobią, co do nich należy.
Bez względu na stopień trudności kaskaderki, widzowie myśleli: Tak, ten to sobie z tym poradzi.
Predator okazał się przebojem między innymi dlatego, że faceci, którzy poszli ze mną do
dżungli, byli imponująco muskularni i potężni. W filmie tym zadebiutował Jesse Ventura. Kiedy
przyszedł na casting, byłem akurat w wytwórni Fox. Po jego wyjściu powiedziałem:
– Słuchajcie, musimy wziąć tego faceta, bez dwóch zdań. Był płetwonurkiem w marynarce
wojennej, jest zawodowym zapaśnikiem i wygląda dokładnie tak, jak powinien. To olbrzym
o wspaniałym głębokim głosie, no i niezwykle męski. – Zawsze uważałem, że w kinie za mało
jest prawdziwych mężczyzn, właśnie takich jak Jesse.
Mój plan zakładał podwajanie gaży za każdy kolejny film. Przeważnie się udawało,
aczkolwiek nie zawsze. Zaczynając od dwustu pięćdziesięciu tysięcy dolarów za Conana
Barbarzyńcę, pod koniec lat osiemdziesiątych doszedłem do dziesięciu milionów. Oto jak
wyglądała ta progresja:
Terminator
(1984)
750
tysięcy
dolarówConan
Niszczyciel
(1984)
1
milion
dolarówKomando (1985) 1,5 miliona dolarówCzerwona Sonja „epizod” (1985) 1 milion
dolarówPredator (1987) 3 miliony dolarówUciekinier (1987) 5 milionów dolarówCzerwona
gorączka (1988) 5 milionów dolarówPamięć absolutna (1990) 10 milionów dolarówPotem
dostałem czternaście milionów dolarów za Terminatora II: Dzień sądu oraz piętnaście milionów
za Prawdziwe kłamstwa. Trzaskprask – gaże szły w górę, że aż miło.
W Hollywood nasze gaże zależą od tego, jaki dochód przynosimy. Jaka jest stopa zwrotu
inwestycji? Powodem, dla którego mogłem się domagać podwajania stawki, były wpływy
z całego świata. Niezwykle dbałem o rynki zagraniczne. Zawsze pytałem: „Czy ten film ma
szansę przyciągnąć międzynarodową widownię? Na przykład rynek azjatycki źle reaguje na
owłosienie twarzy. Dlaczego więc w tej roli mam nosić brodę? Czy naprawdę mam machnąć ręką
na takie pieniądze?”.
Tym, co odróżniało mnie od innych wielkich gwiazdorów filmów akcji, takich jak Stallone,
Eastwood czy Norris, był humor. Zawsze grałem moje postaci z lekkim przymrużeniem oka
i zawsze wtrącałem zabawne bon moty. W Komando skręcam kark jednemu z porywaczy mojej
córki, po czym opieram go wygodnie na sąsiednim fotelu w samolocie i zwracam się do
stewardesy: „Proszę nie budzić mojego kolegi, jest śmiertelnie zmęczony”. W Uciekinierze,
udusiwszy jednego z łowców drutem kolczastym, komentuję z kamienną miną: „Co ma wisieć,
nie utonie!”, po czym zwiewam.
Korzystanie z krótkich komentarzy dla rozładowania napięcia widzów po dramatycznej
scenie zaczęło się zupełnie przypadkowo od Terminatora. W pewnej scenie Terminator zaszywa
się w obskurnym hotelu, żeby się naprawić. Brzuchaty sprzątacz, pchający w korytarzu wózek ze
śmieciami, bębni do jego drzwi i woła: „Ej, kolego, co ty tam trzymasz, zdechłego kota?”.
Oczami Terminatora widzimy, jak wybiera listę „możliwych stosownych odpowiedzi”:
TAK/NIEBO
CO?ODEJDŹPROSZĘ
PRZYJŚĆ
PÓŹNIEJWAL
SIĘWAL
SIĘ,
PALANCIEA potem słychać to, co wybrał: „Wal się, palancie”. Widzowie w kinach kwitowali
to salwami śmiechu. Czy brzuchacz będzie kolejną ofiarą? Czy go załatwię? Rozniosę na
strzępy? Wyprawię do piekła? A tymczasem Terminator po prostu każe mu spadać – i facet
odchodzi. To zaprzeczenie tego, czego się spodziewaliśmy, wypada zabawnie, bo rozładowuje
napięcie.
Zdałem sobie sprawę, że takie momenty są niezwykle ważne, i dlatego w kolejnym filmie,
Komando, dodałem kilka żartów. Pod koniec arcyłotr Bennett omal mnie nie zabija, ostatecznie
jednak zwyciężam i nadziewam go na złamaną rurę, którą tłoczona jest para. „I co, uszła z ciebie
para?” – żartuję. Na pokazach testowych widownia pokochała tę kwestię. Ludzie mówili:
„Podoba mi się w tym filmie, że jest się z czego pośmiać. Czasami filmy akcji są tak drętwe, że
trudno na nich wysiedzieć. Ale złamanie konwencji i wprowadzenie humoru stanowi miłą
odmianę”.
Od tej pory przy wszystkich moich filmach akcji prosiliśmy scenarzystów o dawkę
humoru, nawet jeśli ograniczała się tylko do dwóch, trzech kwestii. Czasami specjalnie w tym
celu angażowano osobnego scenarzystę. Te powiedzonka stały się moim znakiem firmowym,
a żarty pozwalały odpierać zarzuty krytyków, że kino akcji jest zbyt brutalne i jednowymiarowe.
Nadawały filmowi nowy wyraz, dzięki czemu docierał do szerszej publiczności.
W głowie sporządzałem wykaz wszystkich krajów – trochę tak jak Terminator przeglądał
w tamtej hotelowej scenie listę „możliwych stosownych odpowiedzi”. Zadawałem sobie pytania:
„Czy kupią to w Niemczech? Czy będzie to zrozumiałe w Japonii? Czy to się przyjmie
w Kanadzie? Jak to się spodoba w Hiszpanii? A na Bliskim Wschodzie?”. Moje filmy
przeważnie sprzedawały się lepiej za granicą niż w Stanach Zjednoczonych. Między innymi
dzięki temu, że objeżdżałem cały świat, promując je jak szalony. Ale również dlatego, że nie były
udziwnione. Każdy, bez względu na miejsce zamieszkania, dostrzegał w nich sens. Terminator,
Komando, Predator, Jak to się robi w Chicago, Pamięć absolutna – wszystkie one poruszają
uniwersalne tematy, takie jak walka dobra ze złem, zemsta albo przerażająca wizja przyszłości.
Czerwona gorączka miała nawet lekki wydźwięk polityczny – była to pierwsza
amerykańska produkcja, która uzyskała zgodę na filmowanie na moskiewskim placu
Czerwonym. Działo się to w okresie odprężenia w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, kiedy to
Związek Radziecki i Stany Zjednoczone szukały dróg współpracy w celu zakończenia zimnej
wojny. Mnie jednak zależało przede wszystkim na zrobieniu filmu „kumplowskiego”, w którym
ja w roli moskiewskiego gliny oraz Jim Belushi grający gliniarza z Chicago łączymy siły, żeby
położyć kres przemytowi kokainy do Ameryki przez rosyjską mafię. Reżyser Walter Hill napisał
i nakręcił 48 godzin, a nam chodziło właśnie o połączenie kina akcji z komedią.
Na początku Walter miał tylko scenę otwierającą, ale często właśnie tak pisze się filmy –
wychodząc od jednego pomysłu, siada się i wymyśla resztę, żeby powstało mniej więcej sto stron
scenariusza. Ja gram radzieckiego śledczego, Ivana Danko, i w tejże scenie ścigam faceta.
Odnajduję go w moskiewskim barze, a ponieważ stawia opór przy aresztowaniu, dochodzi do
walki. Kiedy już leży bezradny na podłodze, ku przerażeniu gapiów podnoszę jego prawą nogę
i brutalnie ją łamię. Kinomanów przyprawiłoby to o mdłości. Po coś mu złamał tę nogę? Ale już
w kolejnym ujęciu widzimy, że noga jest sztuczna, wypełniona białym proszkiem – kokainą.
Taki był pomysł wyjściowy Waltera i gdy tylko mi go zdradził, powiedziałem: „Kapitalne!
Wchodzę w to”.
Podczas gdy Walter pisał scenariusz, wałkowaliśmy tekst wte i wewte. Doszliśmy do
wniosku, że stosunki między kumplami powinny odzwierciedlać relacje między Wschodem
a Zachodem. Innymi słowy, między Ivanem Danko a sierżantem dochodzeniówki Artem
Ridzikiem, granym przez Belushiego, musi dochodzić do częstych starć. Niby ze sobą
pracujemy, ale stale się przekomarzamy.
On się nabija z mojego zielonego munduru i akcentu. Spieramy się o to, który pistolet jest
najlepszy na świecie. Ja twierdzę, że radziecki podbyrin. „Bez jaj! – mówi Jim. – Każdy wie, że
magnum czterdziestkaczwórka rządzi. Jak sądzisz, dlaczego używa go Brudny Harry?”. A ja na
to: „Kto to jest Brudny Harry?”. Żeby powstrzymać przemytników kokainy, musimy jednak ze
sobą współpracować.
Walter kazał mi obejrzeć Ninoczkę, film z 1939 roku z Gretą Garbo, żebym podpatrzył, jak
Danko – lojalny człowiek radziecki – powinien się zachowywać na Zachodzie. Nauczyłem się
kilku słów po rosyjsku, a mój akcent bardzo się przydał do tej roli. Spodobało mi się kręcenie
w Moskwie, podobnie jak scena walki w saunie, gdzie jakiś gangster rzuca wyzwanie Ivanowi
Danko, wręczając mu rozżarzony węgiel. Zbir nie może uwierzyć, że milicjant nawet nie
mrugnie, tylko bierze węgiel i jakby nigdy nic ściska go w dłoni. A potem wali faceta tak, że ten
wylatuje przez okno, i wyskakuje za nim, żeby dokończyć walkę już na śniegu. Pierwszą część
tej sceny kręciliśmy w łaźni Rudas w Budapeszcie, ale ponieważ w stolicy Węgier nie spadł
śnieg, drugą część musieliśmy sfilmować w Austrii.
Czerwona gorączka odniosła sukces, zarabiając w Stanach Zjednoczonych trzydzieści pięć
milionów dolarów, ale nie stała się aż tak wielkim przebojem, jak się spodziewaliśmy. Trudno
powiedzieć dlaczego. Możliwe, że widzowie nie byli jeszcze gotowi na Rosję, albo ja i Jim
byliśmy mało zabawni, a może reżyser nie spisał się dostatecznie dobrze. Tak czy owak, film nie
spełnił naszych oczekiwań.
Zawsze uważam, że ukończenie zdjęć to dopiero połowa mojej pracy. Należy zadbać
o obecność filmu na rynku. Można nakręcić największy film na świecie, ale jeśli się go nie
wypchnie do kin, jeśli widzowie się o nim nie dowiedzą, to nie ma się nic. To samo dotyczy
poezji, malarstwa, książek, wynalazków. Zawsze uważałem, że najwięksi artyści, od Michała
Anioła po van Gogha, sprzedawali tak niewiele swoich dzieł, bo nie wiedzieli, jak się do tego
zabrać. Musieli się zdawać na jakiegoś drobnego kombinatora – agenta, menedżera czy
właściciela galerii – żeby się tym zajął w ich imieniu. Picasso chadzał do restauracji i w zamian
za posiłek rysował coś na poczekaniu albo malował talerz. Odwiedzając dzisiaj te lokale
w Madrycie, widzimy dzieła Picassa, warte miliony dolarów, wiszące na ścianach. Moich filmów
nie mógł spotkać taki los. Tak samo jak w przypadku kulturystyki i polityki – wszystkiego, czym
się zajmowałem – miałem świadomość, że trzeba to jeszcze sprzedać.
Jak radził Ted Turner: „Kładź się wcześnie, wcześnie wstawaj, haruj jak wół i reklamy
dawaj”. Dlatego zawsze starałem się być obecny na pokazach testowych. Po wyjściu z sali
projekcyjnej widzowie wypełniali kwestionariusze, oceniając film, a następnie dwudziestu czy
trzydziestu z nich zapraszano na rozmowę o ich reakcjach. Ekspertów wytwórni interesowały
zwłaszcza dwie rzeczy. Po pierwsze, czy w filmie należy coś zmienić. Jeśli z kwestionariuszy
wynikało, że widzom nie podoba się zakończenie, spece od promocji prosili wybraną grupę
o sprecyzowanie swoich obiekcji, żebyśmy mogli się zastanowić nad dokonaniem zmian.
Widzowie mówili: „Według mnie to, że główny bohater wychodzi cało z tej strzelaniny, trąci
fałszem” albo: „Ja bym wolał jeszcze raz zobaczyć na ekranie jego córkę, żebyśmy mogli się
dowiedzieć, co się z nią stało”. Czasami zwracali uwagę na rzeczy, które w trakcie kręcenia filmu
w ogóle nie przychodziły nam do głowy.
Fachowcy od sprzedaży oczekiwali też wskazówek, czym mamić publiczność. Widząc, że
większości przypadła do gustu akcja, promowali film jako kino akcji. Jeśli zaś spodobał się
pojawiający się na wstępie mały chłopczyk, wstawiali jego postać do zwiastuna. A jeżeli ludzie
reagowali na konkretny wątek – powiedzmy na relacje łączące głównego bohatera z matką –
podkreślali w reklamach ten element filmu.
Chodziłem na te pokazy, żeby poznać opinie na swój temat. Chciałem posłuchać, co
zaproszeni widzowie sądzą o postaci, którą grałem, o jakości mojej gry oraz o tym, czego – ich
zdaniem – było w mojej roli za mało, a czego za dużo. Dzięki temu dowiadywałem się, nad czym
powinienem popracować i jakiego rodzaju postać grać w kolejnym filmie. Wielu aktorów dostaje
takie wskazówki z działu marketingu, ja jednak wolałem usłyszeć to bezpośrednio od widzów,
a nie z trzeciej ręki. Pokazy te umożliwiały mi również skuteczniejszą promocję. Jeżeli ktoś
mówił: „W tym filmie nie chodzi tylko o zemstę. On mówi o pokonywaniu przeszkód”, to
zapisywałem taką wypowiedź i powtarzałem ją w wywiadach dla prasy i telewizji.
Należy dbać o swoją publiczność i powiększać ją z każdym nowym filmem. To niezwykle
ważne, żeby odpowiednio duży procent widzów myślał: W ciemno pójdę na kolejny film z tym
facetem. Bo potem mówią znajomym: „Musisz obejrzeć tego gościa”. Dbanie o film oznacza
także dopieszczanie dystrybutorów – pośredników, którzy przekonują właścicieli kin, żeby
puszczali właśnie twój film, a nie jakiś inny. Oni muszą wiedzieć, że nie zostawię ich na lodzie.
Że pojawię się na ShoWest – zjeździe Krajowego Stowarzyszenia Właścicieli Kin w Las Vegas –
że zrobię sobie z nimi zdjęcia, że przyjmę nagrodę, opowiem o filmie i wezmę udział
w konferencji prasowej. Trzeba robić to, co dystrybutorzy uważają za ważne, ponieważ dzięki
temu naciskają potem na kina. A pod koniec tygodnia któryś z nich dzwoni i mówi coś
w rodzaju: „Chciałbym, żebyś wiedział, jak bardzo przydało się twoje przemówienie sprzed kilku
dni. Właściciel tej sieci multipleksów miał nam dać po jednym ekranie w każdym punkcie,
a dostaliśmy po dwa, bo zobaczył, że naprawdę walczysz o film, wierzysz w jego sukces, no
i obiecałeś mu, że wpadniesz do ich miasta na promocję”.
U zarania kariery filmowej najtrudniej przychodziło mi pogodzić się z brakiem kontroli.
W kulturystyce wszystko zależało tylko ode mnie. Wprawdzie korzystałem z pomocy Joego
Weidera i partnerów na treningach, ale to ja w pełni panowałem nad swoim ciałem, podczas gdy
w branży filmowej od samego początku nasz los zależy od innych. Kiedy producent proponuje ci
rolę, polegasz na nim, że powierzy reżyserię właściwemu człowiekowi. A na planie filmowym
całkowicie zdajesz się na reżysera i wiele innych osób. Nauczyłem się, że dzięki dobrym
reżyserom, takim jak John Milius czy James Cameron, moje filmy robią furorę, ponieważ byłem
dobrze prowadzony. Ale przy złym reżyserze, który sam nie wie, czego chce, albo nie ma
frapującej wizji, produkcja skończy się fiaskiem. Zawsze byłem tym samym Arnoldem, wszystko
więc zależało od reżysera. Odkąd zdałem sobie z tego sprawę, przestałem traktować się zbyt
poważnie, nawet jeśli obsypywano mnie pochwałami. To nie ja sprawiłem, że Terminator odniósł
tak kolosalny sukces; film okazał się wielki wyłącznie dzięki wizji Jima Camerona – to on
napisał scenariusz i go wyreżyserował.
Przy wielu filmach należałem do grona osób uczestniczących w podejmowaniu decyzji –
miałem prawo zatwierdzania scenariusza, obsady, a nawet wyboru reżysera. Wciąż jednak
hołdowałem zasadzie, że skoro już się go wybrało, należy mieć do niego absolutne zaufanie.
Nieustanne podważanie wszystkich jego decyzji nie prowadzi do niczego poza przepychankami
i wieczną walką. Wielu aktorów pracuje w ten sposób, ale nie ja. Robię wszystko, co w mojej
mocy, żeby sprawdzić reżysera zawczasu. Dzwonię do innych aktorów i pytam: „Jak on sobie
radzi ze stresem? Czy się wydziera na ludzi?”. Ale kiedy już się dokona wyboru reżysera, trzeba
zdać się na jego osąd. Nawet jeśli się zatrudniło niewłaściwego faceta, podczas realizacji filmu
nie można z nim wojować.
W 1987 roku, tydzień przed rozpoczęciem zdjęć do Uciekiniera, wyrzucono reżysera
Andy’ego Davisa. Pod moją nieobecność, kiedy wyjechałem na kilka dni do Columbus, żeby
promować wiosenne mistrzostwa w kulturystyce, producenci i szefowie wytwórni dokonali na
planie zamachu stanu. Zanim wróciłem, zastąpili Andy’ego Paulem Michaelem Glaserem,
niegdyś aktorem w serialach, który z czasem zajął się reżyserią dla telewizji. (Grał detektywa
Davida Starsky’ego w serialu Starsky i Hutch z lat siedemdziesiątych). Dotychczas nie
reżyserował filmu fabularnego, ale był wolny, więc go wzięli.
Była to koszmarna decyzja. Glaser należał do świata telewizji i kręcił film jak telenowelę,
gubiąc wszystkie głębsze wątki. Uciekinier to kino akcji w konwencji science fiction, oparte na
powieści Stephena Kinga i przedstawiające koszmarną wizję Ameryki w roku 2017 – a my je
robiliśmy trzydzieści lat wcześniej. Gospodarka jest pogrążona w kryzysie, Stany Zjednoczone
stają się krajem faszystowskim, w którym rząd za pomocą telewizji i gigantycznych ekranów
ulicznych odwraca uwagę ludzi od niemiłej prawdy, że nikt nie ma pracy. Ta publiczna rozrywka
wykracza daleko poza komedię, dramat czy sport. Pierwsze miejsce zajmuje program pod
tytułem Uciekinier – transmitowany na żywo show, w którym skazańcy mają szansę wygrania
wolności, tyle że kolejni łowcy ścigają ich i szlachtują na oczach widzów jak zwierzęta. Rzecz
opowiada losy głównego bohatera, Bena Richardsa – niesłusznie skazanego gliniarza, który jako
„uciekinier” musi walczyć o przeżycie.
Trzeba szczerze przyznać, że Glaser po prostu nie miał czasu zastanowić się głębiej nad
przesłaniem filmu – mianowicie dokąd zmierzają rozrywka i poczynania rządu i co nas czeka,
jeśli dojdziemy do tego, że będziemy zabijać ludzi na ekranie. W telewizji podpisuje się kontrakt,
za tydzień już się kręci, więc Glaser nie był w stanie przeskoczyć samego siebie. Tak wyśmienity
pomysł, przerobiony na film, powinien przynieść ze sto pięćdziesiąt milionów dolarów.
A tymczasem, ponieważ powierzono reżyserię debiutantowi i nie dano mu czasu na
przygotowania, wyszedł z tego jeden wielki gniot.
***
Wersje scenariusza Pamięci absolutnej krążyły po Hollywood od tak dawna, że
w powszechnej opinii nad filmem wisiało jakieś fatum. Przez prawie całą dekadę lat
osiemdziesiątych prawa należały do Dina De Laurentiisa, który dwukrotnie przymierzał się do
produkcji – raz w Rzymie i raz w Australii. Był to zupełnie inny film od tego, co w końcu weszło
na ekrany – mniej brutalna, utrzymana bardziej w klimacie fantasy opowieść o wirtualnych
podróżach na Marsa.
Wkurzyłem się, że Dino nie powierzył mi tej roli, bo mówiłem mu, że jestem
zainteresowany. On jednak miał inną koncepcję. Do próby w Rzymie wziął więc Richarda
Dreyfussa, a do australijskiej – Patricka Swayze, tego od Dirty Dancing. Mnie natomiast
zaproponował Jak to się robi w Chicago. W końcu udało im się zbudować w Australii hale
zdjęciowe i już mieli przystąpić do realizacji Pamięci absolutnej, gdy naraz Dino popadł
w kłopoty finansowe. Zdarzało mu się to kilkakrotnie, ale tym razem musiał zrezygnować
z niektórych projektów.
Zadzwoniłem do Maria Kassara i Andy’ego Vajny z Carolco – wówczas najszybciej
rozwijającej się niezależnej firmy producenckiej, która wskoczyła na szczyt dzięki serii filmów
Rambo. Sfinansowali już Czerwoną gorączkę, a moim zdaniem idealnie nadawali się do przejęcia
Pamięci absolutnej. „Dino się wyłożył – powiedziałem im.
– Ale ma mnóstwo świetnych projektów, w tym jeden, w którym chciałbym zagrać”. Nie
tracąc czasu, przypuścili zmasowany atak i w ciągu kilku dni odkupili prawa od Dina. Przez te
wszystkie lata to ja byłem siłą napędową tego filmu.
Powstało zatem pytanie, komu powierzyć reżyserię. Problem wciąż nie był rozwiązany, aż
tu kilka miesięcy później wpadłem w restauracji na Paula Verhoevena. Nie znaliśmy się
osobiście, ale go rozpoznałem – chudego i skupionego Holendra, starszego ode mnie o jakieś
dziesięć lat. W Europie cieszył się dobrą reputacją, a ja byłem pod wrażeniem jego pierwszych
dwóch filmów anglojęzycznych: Ciała i krwi z 1985 roku i późniejszego o dwa lata RoboCopa.
Podszedłem więc do niego.
– Bardzo chciałbym kiedyś z panem pracować – rzuciłem na powitanie. – Widziałem
pańskiego RoboCopa. Jest fantastyczny. Pamiętam również Ciało i krew, też kapitalny film.
– Ja także chętnie bym coś z panem zrobił – odparł. – Może uda nam się znaleźć wspólny
projekt.
Następnego dnia zadzwoniłem do niego.
– Mam coś w sam raz dla nas – oznajmiłem i streściłem mu Pamięć absolutną. Potem
zadzwoniłem do Carolco i przykazałem: – Wyślijcie natychmiast scenariusz Paulowi
Verhoevenowi.
Kilka dni później Verhoeven dał mi znać, że scenariusz bardzo mu się podoba, choć
chciałby wprowadzić kilka zmian. To całkiem normalne, każdy reżyser chce obsikać scenariusz,
by odcisnąć na nim swoje piętno. Jego celne propozycje zdecydowanie poprawiały fabułę.
Natychmiast zaczął zbierać informacje na temat Marsa. Jak można uwolnić tlen uwięziony
w tamtejszych skałach? Musieliśmy znaleźć jakieś naukowe podstawy. Paul nadał filmowi
dodatkowy wymiar i naukowy sznyt. Teraz sprawowanie władzy nad Marsem opierało się na
kontrolowaniu tlenu. Miał wiele genialnych uwag. Wizję. I entuzjazm. Usiedliśmy z szefami
Carolco, omówiliśmy zmiany, które chciał wprowadzić, po czym Paul podpisał kontrakt na
reżyserię filmu.
Działo się to jesienią 1988 roku. Zabraliśmy się z kopyta do przerabiania scenariusza,
potem gwałtownie zaczęliśmy się rozglądać za najlepszym miejscem na plan zdjęciowy
i wreszcie pełną parą przystąpiliśmy do preprodukcji. Zdjęcia ruszyły pod koniec marca
w studiach Churubusco w stolicy Meksyku. Kręciliśmy przez całe lato.
Stolicę Meksyku wybraliśmy częściowo ze względu na architekturę – niektóre budynki
cechował futurystyczny wygląd, w sam raz do naszego filmu. Komputerowe efekty specjalne
dopiero raczkowały, więc większą część musieliśmy kręcić w realnym świecie – albo znajdując
idealną lokalizację, albo budując pełnowymiarowe makiety bądź miniatury. Stopień
skomplikowania produkcji Pamięci absolutnej był tak wielki, że w porównaniu z nią Conan
Barbarzyńca wychodził na tandetę. Ekipa składająca się z ponad pięciuset ludzi zbudowała
czterdzieści pięć planów scenicznych, które na sześć miesięcy zajęły osiem hal zdjęciowych.
Nawet pomimo oszczędności wynikających z pracy w Meksyku koszt filmu przekroczył
pięćdziesiąt milionów dolarów, co wówczas stawiało nas na drugim miejscu wśród najdroższych
produkcji w dziejach, zaraz za Rambo III. Cieszyłem się, że Rambo III również wyprodukowała
wytwórnia Carolco, bo to znaczyło, że Mario i Andy nie boją się ryzyka.
W tej fabule pociągał mnie pomysł wirtualnych podróży. Gram budowlańca, niejakiego
Douga Quaida, który widząc reklamę firmy Rekall, idzie tam, by zarezerwować wirtualne
wakacje na Marsie. „Jedyne w swoim rodzaju, niezapomniane wspomnienie – głosi reklama. –
Rekall, Rekall, Rekall”.
– Spocznij, czuj się jak u siebie w domu – zaprasza sprzedawca. Quaid nie ma zamiaru
wydać zbyt wiele pieniędzy, ale sprzedawca, śliski facet, od razu namawia go na coś lepszego niż
pakiet podstawowy.
– Co zawsze było takie samo na wszystkich twoich wakacjach?
Quaidowi nic nie przychodzi na myśl.
– Ty! Ty stale jesteś taki sam – uświadamia go sprzedawca. – Bez względu na to, dokąd
pojedziesz, nic się nie zmieni. Zawsze będziesz tym samym facetem. – I jako bonus do wycieczki
proponuje możliwość zmiany tożsamości. – Po co lecieć na Marsa jako turysta, skoro możesz się
wybrać jako playboy, jako słynny sportowiec albo…
Quaida mimowolnie ogarnia ciekawość. Pyta, czy mógłby tam polecieć jako tajny agent.
– Aaaaa – wzdycha sprzedawca. – Pozwól, że trochę cię pokuszę. Jesteś najlepszym
agentem, wracasz pod przykrywką, żeby wykonać najważniejszą misję w twoim życiu. Wszyscy
dookoła próbują cię zabić. Spotykasz egzotyczną piękność… Nie chcę psuć ci frajdy, Doug.
Bądź pewny jednego: zanim wycieczka się skończy, zdobędziesz dziewczynę, załatwisz drani
i ocalisz całą planetę.
Uwielbiałem tę scenę z facetem, który próbuje mi wcisnąć wycieczkę, chociaż tak
naprawdę nigdzie bym nie poleciał – wszystko miało się rozegrać w świecie wirtualnym. Kiedy
chirurdzy z Rekall próbują wszczepić Quaidowi do mózgu implant ze wspomnieniami z Marsa,
odkrywają – jakżeby inaczej? – że ma on tam już inny chip… i rozpętuje się piekło. A to dlatego,
że klientem nie jest Doug Quaid, tylko agent rządowy, wysłany niegdyś do zbuntowanych kolonii
górników na Marsie, któremu skasowano tożsamość i zastąpiono ją pamięcią Quaida.
Zwroty akcji następują tak szybko, że do samego końca nie wiemy, czy naprawdę odbyłem
tę podróż. Czy rzeczywiście jestem bohaterem? A może to wszystko działo się w mojej głowie,
a ja jestem tylko obsługującym wiertarkę udarową robolem, który ma nierówno pod sufitem?
Nawet obejrzawszy zakończenie, niekoniecznie mamy pewność. Ja odnajdywałem w fabule
poczucie, które czasami mnie nachodziło – że moje życie jest zbyt piękne, by mogło być
prawdziwe. Verhoeven potrafił znaleźć równowagę między igraniem z umysłem a czystą akcją.
W Pamięci absolutnej jest taka scena, w której Quaid, teraz już na Marsie, staje przed swoimi
wrogami, a ci z bliska zasypują go gradem kul. Śmigają tysiące pocisków, widzowie siedzą jak
na szpilkach. Nagle Quaid znika i słyszymy, jak woła gdzieś z bliska: „Ha, ha, ha, jestem tutaj!”.
Tamci strzelali do jego hologramu. W konwencji science fiction takie rzeczy uchodzą na sucho,
nikt nie ma tego za złe. To wspaniały przykład prezentacji fabuły, taki, który przyciąga widzów
na całym świecie i się nie starzeje. Pamięć absolutna oglądana za dwadzieścia lat wciąż będzie
się podobać, tak samo jak dziś podoba nam się Świat Dzikiego Zachodu. Filmy futurystyczne
mają w sobie coś zniewalającego, pod warunkiem że akcja toczy się wartko, a postaci są
wiarygodne.
Praca nad tym filmem była ciężka – mnóstwo kaskaderki, kontuzji i szaleństwa, zdjęcia
nocne, zdjęcia dzienne, kurz. Ale kiedy planem filmowym są tunele na Marsie, ma to swój urok.
Verhoeven wspaniale poprowadził mnie i innych głównych aktorów: Rachel Ticotin, Ronny’ego
Coxa, Michaela Ironside’a oraz Sharon Stone. Sharon, grająca żonę Quaida, Lori,
w rzeczywistości jest rządową agentką, która ma go pilnować. Leci za nim na Marsa, włamuje się
do jego pokoju i kopie go w brzuch.
– To za to, że zmusiłeś mnie do przylotu na Marsa – wyjaśnia. Ale pod koniec następnej
sceny błaga: – Doug… nie skrzywdziłbyś mnie, prawda, skarbie? Kochanie, bądź rozsądny…
Jestem twoją żoną.
– Jednocześnie wyciąga pistolet, żeby go zabić. Na to on strzela jej między oczy.
– Właśnie wzięliśmy rozwód – mówi.
W jakim innym filmie przeszłoby coś takiego: facet zabija piękną żonę, a potem zbiera mu
się na dowcipy? Wykluczone. Nie ma mowy. I właśnie to jest cudowne w science fiction. Oraz
w aktorstwie.
Praca z Sharon zawsze stanowi wyzwanie. Poza planem jest przeurocza, ale niektórym
aktorom zwyczajnie trzeba poświęcać więcej uwagi. Nakręcenie pewnej brutalnej sceny sprawiło
nam trudności, bo miałem złapać Sharon za szyję, a ta jak się nie wkurzy: „Nie dotykaj mnie!
Łapy przy sobie!”. W pierwszej chwili pomyślałem, że rodzice wychowali ją na niedotykalską,
i nawet jej współczułem, nie o to jednak chodziło. Okazało się, że w dzieciństwie doznała
ciężkiego urazu szyi. Zdaje się, że oprócz traumy pozostała jej po tym również blizna.
– Sharon, przecież ćwiczyliśmy to razem w hotelu przy Sunset – powiedziałem. – Był tam
Paul i cała reszta, przerabialiśmy każdą scenę po kolei. Dlaczego nie zaprotestowałaś:
„Posłuchaj, tu jest napisane, że w scenie walki masz mnie dusić, ale mam uraz na punkcie
dotykania mojej szyi”? Wtedy byśmy to przepracowali, krok po kroku.
Delikatnie położyłbym dłoń na twojej szyi, a ty byś mi dała znak, kiedy mogę ścisnąć
mocniej i kiedy możemy się trochę poszarpać. Bo rozumiem cię jak nikt inny.
Paul uspokoił Sharon, a ona zgodziła się dokończyć tę scenę. Chciała, żeby wypadła jak
najlepiej, tyle że najpierw musieliśmy się uporać z najtrudniejszym krokiem. Tak to się odbyło.
Każdy aktor i każdy reżyser styka się z takimi problemami. Nikt nie budzi się rano ze
słowami: „Dzisiaj będę sprawiała kłopoty” albo: „Rozwalę im ten film”, albo: „Będę dziś wredną
zołzą”. Ludzie mają swoje lęki, bywają niepewni, a aktorstwo bezlitośnie obnaża te cechy.
Dlatego że to nas poddają ocenie: osądzają nasze miny, nasz głos, naszą osobowość, nasz
talent… więc skoro jesteśmy obiektem tych opinii, stajemy się bezbronni. Jeśli ktoś mówi do
charakteryzatora: „Czy mógłbyś to trochę rozjaśnić? Mam tu za dużo pudru”, ten przeprasza i po
prostu ściera nadmiar makijażu. Ale jeżeli ktoś rzuca do ciebie: „Mógłbyś coś zrobić z tym
wstydliwym uśmieszkiem podczas kręcenia sceny? Z twoją twarzą dzieje się coś dziwnego”,
masz ochotę jęknąć: „Chryste!”. I w sumie sam już nie wiesz, co począć ze swoją twarzą.
Dopiero teraz naprawdę się wstydzisz. Aktorzy każdą krytykę biorą sobie do serca o wiele
bardziej niż inni ludzie. Denerwują się. No ale każdy zawód ma swoje minusy.
***
Pomimo fantastycznej roboty, jaką wykonał Verhoeven, niewiele brakowało, żeby Pamięć
absolutna w ogóle nie weszła na ekrany. Zwiastun wyświetlany w kinach przed wypuszczeniem
filmu był zwyczajnie do kitu. Nie pokazywał rozmachu ani niesamowitego klimatu filmu. Jak
zawsze, przeglądałem dane z działu marketingu – tak zwane badania pilotażowe, które pokazują,
czy o filmie jest głośno.
Działy marketingu zbierają setki danych statystycznych i cała sztuka polega na tym, żeby
od razu znaleźć te z nich, które naprawdę się liczą. Ja koncentruję się na pozycjach „znajomość
tytułu” oraz „chęć obejrzenia”, które podsumowują odpowiedzi na pytania: „Oto lista filmów,
które wejdą na ekrany. O których z nich słyszałeś, a na które chciałbyś się wybrać?”. Jeżeli
ludzie odpowiadają: „Słyszałem o Pamięci absolutnej i o Szklanej pułapce II i nie mogę się ich
doczekać”, to wiemy, że nasz film trafi do kin. Jeśli „znajomość tytułu” deklaruje
dziewięćdziesiąt procent ankietowanych, to znaczy, że premiera prawdopodobnie przyniesie
największy dochód, a łączne wpływy wyniosą co najmniej sto milionów dolarów. Każdy punkt
procentowy poniżej dziewięćdziesięciu oznacza wpływy mniejsze o dziesięć milionów i dlatego
wytwórnie oraz reżyserzy często podrasowują filmy w ostatniej chwili.
Kolejna przydatna kategoria, „znajomość niewspomagana”, pokazuje, czy ludzie sami
z siebie wymienią nasz film wśród tych, o których wiedzą, że mają wejść na ekrany. Wynik od
czterdziestu procent w górę oznacza zwycięstwo. Poza tym liczą się jeszcze dwie kategorie:
„pierwszy wybór” – tutaj sukces gwarantuje wynik między dwadzieścia pięć a trzydzieści
procent – i „obejrzę na pewno”, gdzie należy uzyskać od czterdziestu do pięćdziesięciu procent.
W przypadku niektórych hitów, jak Conan Barbarzyńca, dane od razu wyglądają
obiecująco. Czasami jednak wskazują, że film pójdzie na dno. Tak właśnie było z Pamięcią
absolutną. Nawet kilka tygodni po wypuszczeniu zwiastunów i reklam znajomość tytułu
kształtowała się na poziomie czterdziestu, nie dziewięćdziesięciu procent, „pierwszy wybór”
wynosił dziesięć procent, a w kategorii „chęć obejrzenia” nikt go nie zgłosił.
Wtedy wiedziałem już niemal wszystko na temat marketingu filmów. Ale co mi z tego?
Źródłem problemu nie była Pamięć absolutna, tylko wytwórnia TriStar Pictures, dystrybutor
odpowiedzialny za montaż zwiastunów oraz promocję. Jej handlowcy nie mieli pojęcia, co robić
z tym filmem, wytwórnia zaś przeżywała trzęsienie ziemi. TriStar i siostrzaną Columbia Pictures
przejęło Sony i połączyło je w jedno, na fali gigantycznych przejęć firm w latach
osiemdziesiątych. Nowe kierownictwo – Peter Guber i Jon Peters – miało nadzorować całe to
przedsięwzięcie, co oznaczało, że wielu ludzi z kierownictwa TriStar wkrótce straci pracę.
Zmiana zarządu wytwórni zwykle pogrąża film. Nie dość, że nowi szefowie mają własne
pomysły, to w dodatku robią, co mogą, żeby ukazać poprzednie kierownictwo w jak najgorszym
świetle. Na szczęście Guber i Peters nie należeli do ludzi tego pokroju. Obaj byli producentami
z wieloma sukcesami na koncie i mieli naturę zwycięzców. Pragnęli odnosić sukcesy bez
względu na to, kto zaczął dany projekt. Przez lata poznałem Gubera na tyle dobrze, że mogłem
do niego zadzwonić i wszcząć alarm w sprawie Pamięci absolutnej.
– Peter, za trzy tygodnie mamy premierę, a tylko czterdzieści procent ludzi słyszało o tym
filmie – powiedziałem. – Mnie to pachnie katastrofą.
– A w czym problem? – zapytał.
– W tym, że twoja wytwórnia spieprzyła kampanię reklamową i zwiastuny, które wysłali
do kin. Nie musisz mi wierzyć na słowo. Chcę, żebyście obejrzeli z Jonem i cały film, i zwiastun.
Będę razem z wami. Obejrzycie, a potem powiecie mi, co wy na to.
Tak więc usiedliśmy i obejrzeliśmy Pamięć absolutną i zwiastun.
– Nie do wiary! – podsumował Peter. – Film ogląda się jak produkcję za sto milionów
dolarów, a zwiastun pokazuje tandetę za dwadzieścia milionów.
Już był gotów dzwonić do marketingu TriStar i zażądać: „Hej tam, pokażcie mi rozmach!
Chcę zobaczyć kawał akcji, taki jak na filmie!”.
Ja jednak go powstrzymałem.
– Moim zdaniem musimy skorzystać z pomocy z zewnątrz – rzekłem. – Nie pozwól
wytwórni podejmować kolejnych decyzji w tej sprawie, bo nie będą do tego zdolni, dopóki nie
przeprowadzicie czystki. A na razie tego nie zrobiliście. Tam wciąż rządzi stara gwardia. Zlećcie
promocję filmu jakiejś firmie z zewnątrz. Uderzmy do trzech najlepszych i urządźmy ostrą
licytację. Zobaczymy, która nam zgłosi najciekawsze pomysły.
Posłuchali
mnie
i odbyliśmy
nasiadówki
z trzema
firmami
promocyjnymi.
Cimarron/Bacon/O’Brien, numer jeden w branży, jeszcze lepiej niż ja wypunktowała słabe strony
zwiastuna Pamięci absolutnej. Wygrała przetarg i w najbliższy weekend wyszliśmy na rynek
z nowym zwiastunem i zupełnie nową kampanią reklamową.
Prezentowała film, korzystając z takich tekstów jak: „Ukradli mu umysł. Teraz chce go
odzyskać. Szykujcie się na jazdę życia” czy „Jak poznać, że ktoś skradł ci umysł?”. Zwiastun
kładł szczególny nacisk na niesamowitą akcję oraz efekty specjalne. Tym razem udało się dotrzeć
do ludzi – w ciągu czternastu dni wiedza o naszym filmie podskoczyła z czterdziestu procent do
dziewięćdziesięciu dwóch. Mówił o nim cały kraj. Joel Silver, choć rozstaliśmy się z powodu
Predatora, zadzwonił i pogratulował mi: „Fantastyczne. Fantastyczne. Wszystkim opadną
szczęki”.
I rzeczywiście, Pamięć absolutna nie tylko przyniosła największe wpływy podczas
premierowego weekendu, lecz także została numerem jeden spośród dotychczasowych premier
filmów niebędących kontynuacjami. W ciągu pierwszych trzech dni zgarnęliśmy dwadzieścia
osiem milionów dolarów, a do końca roku sto dwadzieścia milionów w samych tylko Stanach
Zjednoczonych. Dzisiaj byłoby to ponad dwieście milionów, ponieważ ceny biletów wzrosły
dwukrotnie. Również za granicą film odniósł kolosalny sukces, zarabiając łącznie ponad trzysta
milionów dolarów. Zdobył też Oscara specjalnego za najlepsze efekty specjalne (Oscary
specjalne przyznaje Akademia Filmowa za dokonania w tych kategoriach, za które w danym roku
nie przyznaje się stałych nagród). Paul Verhoeven miał mistrzowską koncepcję i odwalił kawał
dobrej roboty. Byłem dumny, że moja pasja i zainteresowanie doprowadziły do powstania tego
filmu. Doświadczenie to dowodzi jednak i tego, jak ważny jest marketing – że koniecznie należy
pokazać ludziom, o co w tym chodzi, zachęcić ich tak, żeby powiedzieli: „Za wszelką cenę
muszę obejrzeć ten film”.
ROZDZIAŁ 18
Czas komedii
Uwielbiałem grać bohaterów filmów akcji, co przy mojej posturze i przeszłości samo się
narzucało. Nie można jednak przejść przez życie, rozwalając, co tylko się da. Od lat marzyłem
o zagraniu w komedii.
Zawsze uważałem, że wszystko ma swoją zabawną stronę. Było śmiesznie, kiedy
natłuszczony olejkiem, pozowałem w kusych slipach, próbując stać się najbardziej umięśnionym
człowiekiem na świecie. Było śmiesznie, kiedy brałem miliony dolarów za walkę z predatorem,
który przybył z kosmosu. Śmieszyło mnie uczęszczanie na zajęcia w szkole rodzenia i udawanie,
że ciąża to wysiłek zbiorowy. Dostrzegałem ironię tego, że Maria i ja wychowywaliśmy się w tak
skrajnie różnych warunkach. Śmiałem się ze swojego akcentu i uwielbiałem, jak Hans i Franz
parodiowali mnie w Saturday Night Live. Zawsze stanowiłem wymarzony obiekt żartów, bo
i było się z czego nabijać. Jestem Austriakiem, mężem Marii, republikaninem, no i ten akcent.
Ktoś taki musi mieć poczucie humoru, żeby móc się pośmiać razem z innymi.
W 1985 roku, jakiś rok po tym, jak Terminator stał się kinowym hitem, byłem w Denver na
uroczystej kolacji w przeddzień Carousel Ball – słynnej imprezy charytatywnej organizowanej
przez Marvina i Barbarę Davisów. Marvin, wówczas właściciel wytwórni Fox, dla której
kręciłem Komando, słynął z poczucia humoru. On i Barbara siedzieli w towarzystwie komików
mających wystąpić na gali, między innymi z Lucille Ball i jej mężem, Garym Mortonem. Mnie
posadzono przy sąsiednim stole z synem Davisów, Johnem, i młodszymi gośćmi. Od stołu
Marvina i Barbary dobiegały salwy śmiechu, przerzucano się dowcipami. W pewnym momencie
Marvin zawołał:
– Arnoldzie, chodź no tu! Opowiedz nam jakiś kawał.
Później dowiedziałem się, że był to typowy Marvin, ale wówczas zapomniałem języka
w gębie. Nie miałem przygotowanego dowcipu. Nie wiedziałem nawet, jakiego rodzaju żarty
opowiada się na tego typu imprezach.
Zdołałem tylko wykrztusić coś w rodzaju:
– Daj mi czas na rozgrzewkę przy tym stole. Jak dobrze pójdzie, opowiem ci jutro.
Na co Lucille Ball wtrąciła czym prędzej:
– O niego się nie martw, jest bardzo zabawny. Pracowaliśmy razem.
Kryła mnie, ale na szczęście Gary Morton wpadł jej w słowo ze swoim kawałem, a potem
Milton Berle jak zawsze zaczął żartować, że bez Lucille Ball Gary Morton byłby nikim. Ocaliłem
skórę, lecz jest to doskonały dowód na to, że zawsze należy starannie przygotowywać się na
wypadek takich sytuacji.
Miltona Berlego poznałem w 1985 roku na przyjęciu, które wydaliśmy z Marią na
Zachodnim Wybrzeżu z okazji naszych zaręczyn. Żona Berlego, Ruth, znała się z Marią z czasów
wspólnej działalności w Share Girls, grupie charytatywnej, do której Maria przystąpiła po
przeprowadzce do Los Angeles; do tej paczki należały również żony Johnny’ego Carsona, Deana
Martina, Sammy’ego Davisa juniora i tak dalej – nazywaliśmy ją fundacją bogatych babek.
Berlego i Kennedych łączyła bogata przeszłość, ponieważ Milton był wielkim wielbicielem JFK
i dużo czasu spędzali razem. Podarował Kennedy’emu humidor, który potem, na aukcji pamiątek
po JFK, kupił za pięćset dwadzieścia tysięcy dolarów Marvin Shanken, właściciel i redaktor
naczelny magazynu „Cigar Aficionado”. Ja również dostałem taki sam – jeden z zaledwie trzech,
jakie Milton w ogóle sprezentował.
Ruth, która serdecznie zaprzyjaźniła się z Marią, przyprowadziła Miltona na nasze
przyjęcie zaręczynowe. Prosto od drzwi ruszył do jakiegoś faceta, którego nie znałem, i uścisnął
mu rękę.
– Jak miło się znaleźć na tym przyjęciu – powiedział. – Maria wychodzi za Arnolda
Schwarzeneggera. Arnoldzie, gratulacje i wielkie dzięki za zaproszenie.
Dałem się wkręcić.
– Ej, jestem tutaj! – zawołałem.
Niby głupi żart, ale wszyscy się zaśmiewali, co przełamało lody. Potem Milton sypnął
swoim stałym repertuarem dowcipów.
– To Ruthie, moja żona – przedstawił ją. – Spójrzcie na jej usta. Kiedy ostatnio widziałem
je w takim stanie, nosiła w nich kółko.
– O Boże, znów ten kawał. Słyszałam go z tysiąc razy – mruknęła Ruthie, siedząca obok
Marii.
Później Berle przysiadł się do nas i wspaniale się bawiliśmy. W końcu zaproponował:
– Musimy się umówić.
– Koniecznie! – przytaknąłem.
Spotkaliśmy się w Caffe Roma w Beverly Hills; od tej pory była to nasza stała knajpka.
Zawsze umawialiśmy się tam na lunch, więc miałem okazję posiedzieć z nim i jego przyjaciółmi,
jak Sid Caesar, Rodney Dangerfield oraz Milt Rosen, który pisał mnóstwo żartów. Czasami
odwiedzałem Miltona w domu. Paliliśmy wówczas cygara, a ja zasypywałem go tysiącami pytań
na temat komedii.
Berle był prezesem Friars Club of Beverly Hills, który założył w 1947 roku z innymi
komikami, jak Jimmy Durante i George Jessel. Klub mieścił się w bocznej uliczce między
bulwarami Wilshire i Santa Monica, w białym budynku, który z zewnątrz wyglądał jak bunkier,
za to w środku miał prywatną restaurację oraz klub nocny. Wpadałem tam co miesiąc czy dwa na
lunch, kolację albo na jakąś imprezę. We Friars odbywały cię ciekawe walki bokserskie, poza
tym klub słynął z przyjęć dla celebrytów. Milton dobiegał jednak osiemdziesiątki i widać było
gołym okiem, że lokal przestał być modny.
On i jego kumple uparli się, żeby absolutnie nie przyjmować do klubu nowych komików.
Bo wtedy wpadaliby tam tacy faceci jak Eddie Murphy, Steve Martin, Danny DeVito czy Robin
Williams, irytowaliby się i zachodzili w głowę: „Co to za kupa starych pierdzieli? Gdy ludzie
słyszą moje dowcipy, sikają ze śmiechu”.
Ja jednak nie byłem komikiem i nie miałem takich aspiracji. Co więcej, wychowano mnie
w poszanowaniu dla starszych. Dla mnie ktoś z takimi osiągnięciami jak Berle zasługiwał na to,
żeby go szanować, komplementować i dopieszczać, zwłaszcza że nie zostało mu wiele życia.
Milton Berle, legendarny „Pan Telewizor”, a później czołowa gwiazda w Las Vegas i na
Broadwayu, musiał się poczuć dziwnie, gdy nagle jego nazwisko kojarzono wyłącznie z klubem
Friars. Ale bez względu na obecną pozycję zawsze starał się grać pierwsze skrzypce – wciąż
pragnął być w centrum uwagi, bo przecież właśnie dlatego został komikiem.
Przekonałem się, że te legendy komedii potrafią rozmawiać jak normalni ludzie,
aczkolwiek nieczęsto. Kiedy siedzieliśmy w Caffe Roma, mówili o banalnych sprawach, ale jeśli
napatoczył się Robin Williams albo Rodney Dangerfield w tych swoich bermudach, od razu
robiło się gorąco. Chodząc z tą samą paczką na imprezy, gdzie trafiała się jakakolwiek
publiczność, wpadało się w wir szaleństwa: wet za wet. Przerzucanie się dowcipami, wzajemne
ataki, a każdy usiłował dogryźć wszystkim pozostałym. Najlepsze, że wielu komików
przychodziło z żonami, zwyczajnymi kurami domowymi, które po każdym żarcie wznosiły oczy
do nieba. Niemal słyszało się, jak utyskują w duchu: „O Boże, znów to samo”. Czasami zresztą
któraś z nich potrafiła palnąć na cały głos: „Przestań wreszcie, ile razy można powtarzać ten sam
numer!”. To było najgorsze. Starzy komicy nienawidzili takiej krytyki.
Ludzie z klubu Friars nie postrzegali mnie jako komika. Ale lubili mnie oraz moje filmy
i uważali, że mam pewien dryg do komedii, byleby teksty były bezpieczne i niezbyt
skomplikowane. Poza tym wiedzieli, że szanuję ich i podziwiam za talent. No i dobrze. Każdy
powinien sobie uświadomić drzemiący w nim potencjał. Powiedzmy, że w skali od jednego do
dziesięciu, na której dziesięć ma Milton Berle, ja osiągam pięć punktów. To oczywiste, że Milton
miał bez porównania większe predyspozycje do uprawiania komedii niż ja, ale do innych
gatunków niekoniecznie. Trudno go sobie wyobrazić jako bohatera kina akcji.
Cały dowcip polega jednak na tym, w jaki sposób osiągnąć sto procent swojego potencjału.
Znalazłem się na tym etapie kariery, kiedy uznałem, że powinienem poszerzyć swój repertuar
o komedię, rezygnując na jakiś czas z innych rzeczy. Z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że
romans z komedią jest wielce ryzykowny. Zwłaszcza dla Europejczyka, który nie ma
amerykańskiego poczucia humoru – więc mój sposób i rytm podawania kwestii były nieco
kulawe. Dlatego spotkania z tymi facetami pozwoliły mi lepiej zrozumieć ich świat, do którego
mnie wciągnęli. Stwierdziłem, że bardzo lubię przebywać w towarzystwie ludzi zabawnych,
piszących skecze i bez przerwy próbujących mówić w niepowtarzalny sposób – chociaż przy
okazji musiałem przywyknąć do dowcipów Miltona, który żartował, że mam większe cycki niż
moja dziewczyna.
Milton stał się moim mentorem w dziedzinie komedii. Zachęcał mnie, mówiąc: „Ze swoim
akcentem będziesz dwa razy śmieszniejszy niż ja. Bo ode mnie oczekują, że będę zabawny!”.
Nauczył mnie bardzo dużo o tym, jak opowiadać dowcipy i jak dawkować humor, żeby nie
podkreślać przesadnie puenty. Pytałem go, jak wybierać żarty dla rozładowania powagi sytuacji
i w jaki sposób je wtrącać, żeby wypadły całkowicie naturalnie. Nauczyłem się, że podczas
występów solowych typu standup teksty nie muszą tworzyć jednorodnej całości. Na dobry
początek rzucamy kilka dowcipów na dowolne tematy, o których trąbią wiadomości, tak jak to
robi Jay Leno. Następnie wybieramy kilka osób z widowni i pastwimy się nad nimi, co jakiś czas
żartując z siebie, by ukryć prostą prawdę, że nabijamy się z innych.
Milton często dawał mi rady na temat wyczucia czasu.
– Jako gwiazda dostajesz mnóstwo nagród, z których większość i tak się nie liczy –
tłumaczył. – Odbierając je, musisz jednak wygłosić kilka słów. Więc robisz tak. Mówisz:
„Dostałem już tyle nagród, ale ta… dla mnie… – w tym momencie się wzruszasz, udajesz, że
głos ci uwiązł w gardle – ta… dla mnie… jest… najnowsza!”. Rozumiesz? Okazując wzruszenie,
odwracasz uwagę publiczności od treści.
Berle sam pisał swoje teksty – w początkach telewizji The Milton Berle Show był
najchętniej oglądanym i najdłużej utrzymującym się na wizji programem – ale słynął również
z tego, że podkradał je innym. Kiedy Jack Benny został oskarżony o kradzież dowcipu Miltona,
oświadczył: „Wzięcie żartu od Miltona Berlego to nie kradzież, tylko odebranie tego, co twoje”.
Miltona najbardziej irytowała moja skłonność do przesadnego szarżowania. Kiedyś
pomagał mi się przygotować na imprezę, w której nie mógł wziąć udziału. Chodziło o tradycyjne
spotkanie, podczas którego jeden z gości jest „przypiekany”, czyli staje się obiektem żartów
pozostałych. Tym razem to mnie mieli obracać na rożnie. Milton podsuwał mi żarty, którymi
miałem się odgryzać. „Masz ich przypiekać, nie smażyć” – przypomniał mi swoją starą zasadę
dotyczącą takich imprez. Ale nie wziąłem sobie tego do serca. Jeden z dowcipów, które mi
doradził, dotyczył komika Henny’ego („Błagam, weź moją żonę!”) Youngmana: „Henny ma
problem z nadwagą. Ale tak naprawdę to nie kwestia nadwagi, tylko zatrzymywania wody
w organizmie. On ma w sobie całe jezioro Mead”.
Podczas przyjęcia, kiedy nadeszła moja kolej, żeby zabrać głos, wskazałem Henny’ego
i palnąłem:
– Spójrzcie na tę tłustą świnię. Ale on wcale nie jest tłusty. Ma problem z zatrzymywaniem
wody w organizmie…
Przyjaciele Miltona z klubu Friars wiedzieli, że udzielał mi nauk, więc następnego dnia
wydzwaniali do niego z pretensjami:
– Jak mogłeś powiedzieć Arnoldowi, żeby nazwał Henny’ego tłustą świnią?! – darli się.
Milton powiedział, że muszę obdzwonić tych członków klubu, którzy poczuli się urażeni,
i ich przeprosić.
– Pomyślałem, że jeśli wyjdę poza to, co miałem zapisane na kartce, będzie zabawniej –
wyjaśniłem im. – Jednak wiem, że to jest sprzeczne z zasadami, więc przepraszam.
Kiedy widzę kogoś na scenie, od razu zaczynam marzyć. Fajnie by było zostać gwiazdą
rock and rolla jak Bruce Springsteen. Fajnie byłoby przemawiać przy brawach stutysięcznej
widowni jak Ronald Reagan. Fajnie byłoby przez pół godziny wygłaszać komiczne monologi jak
Eddie Murphy. Może dlatego, że jestem spod znaku Lwa, mam duszę artysty, który stale chce
być w centrum uwagi?
Rozmyślając o umiejętnościach Miltona Berlego, powtarzałem sobie: „Jego poziom jest
poza moim zasięgiem, ale gdybym nauczył się chociaż części tego, co wie…”. Z pewnością
jeszcze niejeden raz w życiu przyjdzie mi wznosić toast. Albo przemawiać w szczytnym celu, na
przykład na rzecz aktywności fizycznej. Czy też zabierać głos podczas konferencji prasowej przy
okazji festiwalu filmowego.
W przypadku kina akcji jest to złożony problem. Co drugi krytyk odruchowo powie: „Nie
znoszę filmów akcji. Uwielbiam romanse. Lubię filmy, na które mogę pójść z całą rodziną.
Tymczasem ten facet zabija ludzi, dzieciaki to oglądają, a potem wychodzą na ulicę i też zabijają
innych”. Dlatego doskonałym sposobem, żeby się wyróżnić, jest rozpoczęcie wystąpienia od
jakiegoś żartu, który rozładuje sytuację. Od razu zyskujemy sympatię słuchaczy, którzy potem
lepiej przyswajają to, co mówimy.
Oglądając komedie, czy to Menażerię, czy Pogromców duchów, czy też Płonące siodła,
zawsze myślałem: Ja też potrafiłbym to zagrać! Nikt jednak nie obsadziłby mnie w takiej roli,
a nie miało sensu iść w zaparte i domagać się, żeby mój następny film był komedią. Dla kina
akcji poszedłem na całość. Jeśli więc chciałem wkrótce załapać się do komedii, potrzebowałem
kogoś, kto by mnie zdopingował.
***
Problem rozwiązał się sam pod koniec 1986 roku, podczas wyjazdu na narty do Snowmass
Village w Kolorado, niedaleko Aspen. Pewnego dnia siedzieliśmy z Marią przy kominku,
w towarzystwie Ivana Reitmana i Robina Williamsa oraz ich żon. Opowiadaliśmy sobie
z Robinem śmieszne anegdoty o narciarzach i plotkowaliśmy o tym, kto z kim sypia w Aspen.
Ivan był mistrzem co się zowie, producentem Menażerii, a także producentem i reżyserem
Pogromców duchów oraz Orłów Temidy. Tak bardzo chciałem z nim pracować, że opowiadając
dowcipy, korzystałem z wszelkich sztuczek, których się nauczyłem od Miltona Berlego.
Poskutkowało. Pod koniec wieczoru Ivan przyglądał mi się w zamyśleniu.
– Wiesz co, masz w sobie jakąś niewinność, której nie widziałem na ekranie, a także
swoiste poczucie humoru – powiedział w końcu.
– Hollywood pewnie chce cię zaszufladkować jako bohatera kina akcji, ale moim zdaniem
warto by cię zobaczyć, jak grasz takiego właśnie niewinnego siłacza.
Po powrocie z Aspen zadzwoniłem do Ivana i zaproponowałem, żebyśmy coś wspólnie
wymyślili. Zgodził się. Poprosił scenarzystów, żeby przedstawili pięć pomysłów na rolę dla
mnie, i dał mi wszystkie pięć – dwustronicowe notatki z charakterystyką postaci i zarysem
fabuły. Cztery natychmiast odrzuciliśmy, ale piąty – o skrajnie różnych bliźniakach, będących
wynikiem
eksperymentu
naukowego,
którego
celem
było
wyhodowanie
idealnego
przedstawiciela rasy ludzkiej – zapowiadał się rewelacyjnie. Julius Benedict, przewidziana dla
mnie postać, dostaje wszystkie dobre geny i w zasadzie jest doskonały w każdym calu, tyle że
naiwny. Jego poszukiwania brata, drobnego kanciarza Vincenta, prowadzą do zabawnych
sytuacji. Zgodziliśmy się, że zaproponowany tytuł (Eksperyment) nie pasuje, już choćby ze
względu na moje germańskie pochodzenie, dlatego zmieniliśmy go na Bliźniacy. Teraz wszyscy
zakochali się w tym szkicu.
Zaproponowałem, żeby w roli Vincenta obsadzić Danny’ego DeVito, ponieważ wpadłem
na jego agenta i pomyślałem, że byłoby zabawnie, gdyby bliźniacy tak bardzo różnili się
fizycznie. Wszystkim spodobał się ten pomysł, więc porozmawiali z Dannym. On również się
zachwycił, chociaż od razu wysunął zastrzeżenia: „Zgoda, to świetny gag wizualny. Arnold i ja
jako bliźniacy. Ale co dalej z tego wynika?”. Danny lubił mieć wszystko zapięte na ostatni guzik.
I tak zaczęła się ta produkcja.
Ivan, Danny i ja stworzyliśmy ciekawy zespół. Matka Ivana przeżyła hitlerowski obóz
koncentracyjny w Auschwitz, jego ojciec zaś walczył w ruchu oporu. Po wojnie wyemigrowali
z Czechosłowacji. Jak wiele dzieci ludzi ocalałych z holocaustu, Ivan ma niesamowitą energię,
którą połączył z wielkim talentem reżysera i producenta komedii. Z kolei pracując z Dannym,
można było pęknąć ze śmiechu, a poza tym pomimo olbrzymich sukcesów na małym i wielkim
ekranie stanowi on przeciwieństwo zblazowanego gwiazdora z Hollywood. Jeździ zwykłymi
samochodami, ma wspaniałą rodzinę i żyje całkiem normalnie. Jest też niebywale poukładany
w kwestiach finansowych.
Jako realiści z trzeźwym podejściem do biznesu, we trzech zdołaliśmy zapisać mały
rozdział w historii Hollywood – dotyczący robienia interesów. Wiedzieliśmy, że trudno będzie
nam sprzedać Bliźniaków w tradycyjny sposób. Teoretycznie wytwórnie powinny się o nas bić –
wyobraźcie sobie plakat, na którym obok siebie stoimy ja i Danny DeVito. W rzeczywistości
jednak proponowaliśmy nietypowy film z udziałem trzech drogich facetów. Gdyby każdy z nas
dostał swoją normalną stawkę, budżet byłby tak niebotyczny, że naszym zdaniem żadna
wytwórnia by tego nie tknęła. Z drugiej strony żaden z nas nie zamierzał pracować za mniejsze
pieniądze niż zwykle, bo takie posunięcie osłabiłoby naszą pozycję w przyszłych negocjacjach.
Dlatego
przedstawiając
pomysł
Tomowi
Pollockowi,
szefowi
Universalu,
zaproponowaliśmy, że zrobimy Bliźniaków za darmo. Zero kasy.
– Gwarantuję, że dzięki Ivanowi i Danny’emu to będzie hit – powiedziałem. – Ale
rozumiem, że we mnie widzisz gościa od kina akcji. Nigdy nie grałem w komedii, więc jestem
wielką niewiadomą. Niby dlaczego miałbyś ryzykować? Nie zapłacisz nam więc ani centa,
dopóki nie udowodnimy, ile jesteśmy warci.
W zamian chcieliśmy dostać część zysków z filmu – procent od wpływów z kin, z kaset
wideo i wypożyczalni, z emisji w samolotach i tak dalej. W Hollywood nazywają to płaceniem
z dołu.
– Wolę wam zapłacić od razu – rzekł Tom, przekonany, że film stanie się przebojem. Ale
tymczasem Ivan, Danny i ja naprawdę się przywiązaliśmy do naszego pomysłu.
– Nie chcemy pieniędzy – odparłem. – Żadnemu z nas ich nie brakuje. Podzielmy się raczej
ryzykiem.
Dogadaliśmy się tak, że nasza trójka dostanie trzydzieści siedem i pół procent od
wszystkich dochodów z filmu. Dochodów realnych, a nie rozwodnionych przez kreatywną
księgowość, z której słynie branża filmowa. Te trzydzieści siedem i pół procent podzieliliśmy
między siebie proporcjonalnie do tego, ile każdy z nas dostał za swój ostatni film. Ponieważ za
Uciekiniera zapłacono mi wyjątkowo dobrze, to mnie przypadła lwia część, niemal dwadzieścia
procent. Arytmetyka była prosta – jeżeli Bliźniacy odniosą umiarkowany sukces i zarobią, dajmy
na to, pięćdziesiąt milionów dolarów, to do mojej kieszeni trafi niemal dziesięć milionów.
Tom Pollock doskonale wiedział, ile pieniędzy może przynieść nam taki układ. Nie chciał
jednak, żebyśmy poszli do innej wytwórni, gdzie mogli dać nam więcej, a zresztą gdyby
przedsięwzięcie okazało się dochodowe, to i Universal zarobiłby kupę forsy. Podszedł więc do
tego z wielkim poczuciem humoru. Pertraktowaliśmy w jego gabinecie. Kiedy już dobiliśmy
targu, wstał i teatralnie wywrócił kieszenie.
– Niech wam będzie – burknął. – A teraz się wypnę. Śmiało, nie krępujcie się. Możecie
mnie orżnąć do końca i wydymać! – Te słowa weszły do kanonu legendarnych powiedzonek
szefów wytwórni. Wszyscy parsknęliśmy śmiechem. A potem Tom powiedział: – Uważam, że to
dobry układ. Do roboty.
Nie miałem pojęcia, że praca nad filmem może sprawiać tyle frajdy, jeśli nie trzeba
marznąć w błocie dżungli ani nadstawiać się do obijania mechanicznymi wężami. Bliźniaków
kręciliśmy na początku 1988 roku w Los Angeles, Nowym Meksyku i Oregonie. Musiałem robić
przed kamerą rzeczy, których nigdy dotąd nie próbowałem. Tańczyć. Śpiewać. Grać
trzydziestopięcioletniego prawiczka, którego uwodzi piękna dziewczyna (w tej roli wystąpiła
Kelly Preston, żona Johna Travolty – praca z nią to była prawdziwa przyjemność). Nawiązałem
kontakt z moją, jak to określił Ivan, niewinnością.
Danny DeVito był Miltonem Berlem aktorstwa komediowego. Nigdy nie próbował rzucać
śmiesznych tekstów, nigdy nie tworzył zabawnych sytuacji, posługując się dowcipami – przed
kamerą to się nie sprawdza. Opierał się na humorze sytuacyjnym. W niezwykle mądry sposób
korzystał z głosu, oczu i miotania się w kadrze. Świetnie wiedział, za co widzowie go kochają
i co kupią. Orientował się dokładnie, jak daleko może pociągnąć dialog, więc my wszyscy
nieustannie odbijaliśmy piłeczkę ze scenarzystami, szlifując poszczególne sceny i kwestie.
A jako partner na planie był wspaniały! Palił cygara. Raz bądź dwa razy w tygodniu gotował nam
włoskie makarony. Parzył świetne espresso, zawsze miał pod ręką sambucę i po lunchu czy po
kolacji serwował pyszne drinki.
Chemia między nami od samego początku dawała wyniki. Jako szemrany Vincent, Danny
stale próbował wciskać mi kit. Oszukał już tylu ludzi, a teraz przyszła kolej na mnie. Ja zaś, jako
Julius, stanowiłem łatwy cel, choć z drugiej strony byłem dostatecznie bystry, żeby połapać się
w sytuacji i jakoś temu zaradzić. Miałem grać swoją postać dokładnie tak, jak została napisana:
naiwnego siłacza, bystrego, wykształconego i wrażliwego, który zna kilkanaście języków.
Granie w komedii okazało się o wiele łatwiejsze niż występy w kinie akcji. Próby
sprowadzały się do zmiany cech mojej osobowości. Musiałem się pozbyć groźnego spojrzenia,
zrezygnować z surowych min i przestać mówić rozkazującym tonem, jak maszyna. Koniec
z powolnym cedzeniem Terminatora. Wszystko, czego się nauczyłem w filmach akcji, a dzięki
czemu pokazywałem, że to ja rządzę i wymagam posłuchu, musiałem wyrzucić do kosza. Miałem
wypowiadać słowa łagodniej, płynnie, a do tego patrzeć dobrodusznie i delikatniej ruszać głową.
Na początku filmu jest taka scena, w której zbir na motocyklu podjeżdża od tyłu do Juliusa
i próbuje mu wyrwać walizkę. Ale Julius nie puszcza i facet zalicza glebę. W tej scenie nie
mogłem pokazać po sobie śladu gniewu czy wysiłku – mój bohater broni swojej walizki, bo tak
mu nakazuje zdrowy rozsądek, a ponieważ jest potwornie silny, robi to bez problemu. Julius
wcale nie chce, żeby ten facet się rozbił, przeciwnie – martwi się, że jest ranny, i próbuje mu
pomóc!
Mieliśmy komedię. I wiedzieliśmy, że się spodoba. Pomysł skrajnie odmiennych
bliźniaków sprawdził się idealnie i na planie wciąż się śmialiśmy. Wieczorami, kiedy
oglądaliśmy materiał z danego dnia, nawet aktorzy i ekipa, którzy widzieli, jak robiliśmy cztery,
pięć czy sześć dubli, wciąż się śmiali, oglądając to jeszcze raz na ekranie.
Najpierw kręciliśmy w Los Angeles, a potem na pustyni koło Santa Fe w Nowym
Meksyku.
Gdziekolwiek się przenosiliśmy, wciąż ktoś nas odwiedzał, ponieważ rozeszły się słuchy,
że na planie jest u nas tak wesoło. Pewnego dnia wpadł Clint Eastwood, akurat kiedy kręciliśmy
scenę, w której śpiewam. Julius po raz pierwszy w życiu leci samolotem i ze słuchawkami na
uszach słucha rock and rolla. Zaczyna podśpiewywać Yakety Yak, hit kapeli Coasters z lat
pięćdziesiątych, nie zdając sobie sprawy, że słyszą go wszyscy pasażerowie. Był to mój filmowy
debiut w roli piosenkarza. Dość powiedzieć, że Frank Sinatra to ja nie jestem. Kiedy już było po
wszystkim, Clint rzucił ironicznie:
– Nie wiedziałem, że masz taki talent.
No cóż, w prawdziwym życiu śpiewam wyłącznie pod koniec przyjęcia, kiedy chcę się
pozbyć gości z domu.
***
Jeden ze stałych żartów na planie brzmiał: „Nigdy nie rozmawiaj z Arnoldem o polityce”.
Nie dlatego, że mnie wkurzała – ale gdyby ktoś zaczął ten temat, zanudziłbym go wychwalaniem
zalet wiceprezydenta George’a H.W. Busha. Był okres prawyborów, a Bush walczył z senatorem
Bobem
Dole’em
z Kansas
i teleewangelistą
Patem
Robertsonem
o nominację
Partii
Republikańskiej na kandydata na prezydenta, który zastąpiłby Ronalda Reagana. Pozostali
aktorzy z obsady Bliźniaków popierali demokratów, więc żartowano, że gdybym się rozgadał, to
oni wkurzyliby się na mnie i pogodny nastrój prysłby bezpowrotnie.
A jednak w trakcie kręcenia Bliźniaków wydarzyło się coś, co zburzyło mój pogodny
nastrój, tyle że nie miało to nic wspólnego ani z filmem, ani z polityką w Stanach
Zjednoczonych. W lutym londyński tabloid „News of the World” zamieścił na pierwszej stronie
poświęcony mi materiał, zatytułowany: Nazistowski sekret gwiazdora Hollywood.
Artykuł atakował mnie, choć skupiał się na moim ojcu. Według brukowca był on nazistą,
członkiem SS, który urządzał obławy na homoseksualistów i Żydów i wysyłał ich do obozów
koncentracyjnych.
W tekście nazwano mnie „skrytym wielbicielem” Hitlera i twierdzono, jakobym należał do
ruchu neonazistowskiego i był „zagorzałym nazistą i antysemitą”.
Zazwyczaj macham ręką na krytykę, nigdy jednak nie zostałem zniesławiony w tak
poważnej sprawie. Wiedziałem, że muszę jakoś zareagować. Po rozmowie z prawnikami
i specjalistami od promocji najpierw zadzwoniłem do właściciela gazety, Ruperta Murdocha,
którego wcześniej poznałem w Aspen. Wyjaśniłem mu, że ten artykuł to kłamstwo.
– Byłbym ci wdzięczny, gdybyś nie drukował tego w Stanach Zjednoczonych –
powiedziałem. – A także gdyby gazeta zamieściła przeprosiny i sprostowanie, wyjaśniając, że
oparła się na fałszywych informacjach. To by załatwiło sprawę. Każdemu zdarza się popełnić
błąd.
– No cóż, moi ludzie stamtąd twierdzą, że przeprowadzili bardzo gruntowne śledztwo –
odparł Murdoch. – Więc jeśli to prawda, nikomu nie należą się przeprosiny. Na razie jednak
obiecuję, że tutaj nie będę tego drukował.
– Nie mam do ciebie pretensji o każdy artykuł, jaki ukazał się w twoich gazetach i kioskach
– podkreśliłem. – Zwracam ci tylko uwagę, że ten materiał jest niesprawiedliwy. Dlatego proszę,
żebyś się tym zajął.
Rupert dotrzymał słowa – nigdy nie opublikował tej historii w swoich amerykańskich
wydawnictwach ani nie podał jej w swojej nowej stacji telewizyjnej Fox. Ale na tym się nie
skończyło. Podczas gdy moi prawnicy oficjalnie zażądali odwołania oszczerstw i szykowali się
do złożenia pozwu, inni dziennikarze zaczęli nagabywać mnie o komentarz.
Znalazłem się w bardzo niekomfortowej sytuacji. Wiedziałem, że zarzuty gazety przeciwko
mnie to kłamstwo, ale co z oskarżeniami wobec mojego ojca? Uważałem, że są nieuzasadnione,
choć właściwie na jakiej podstawie? W domu prawie nie rozmawiało się o drugiej wojnie
światowej. Naprawdę nie miałem pojęcia, jak to było z ojcem.
Postanowiłem więc zadzwonić do zaprzyjaźnionego rabina Marvina Hiera z Centrum
Szymona Wiesenthala.
– Musisz mi pomóc – powiedziałem. – Wiem, że zbieracie informacje dotyczące zbrodni
wojennych. Czy mógłbyś sprawdzić wojenną przeszłość mojego ojca? Chcę wiedzieć, czy był
nazistą. Oraz czy należał do SS. Czy podczas wojny był ich szefem? Czy popełnił jakieś zbrodnie
wojenne… świadomie bądź nieświadomie. Czy miał na sumieniu którąś z tych rzeczy.
– Arnoldzie, w ciągu tygodnia, góra dwóch dam ci odpowiedź, bo mamy dostęp do
wszystkich dokumentów – zapewnił mnie.
Zadzwonił do swoich ludzi w Niemczech i może nawet do samego Szymona Wiesenthala,
wielkiego łowcy nazistów z Wiednia, którego potem poznałem osobiście. Trzy, może cztery
tygodnie później oddzwonił do mnie z informacjami.
– Twój ojciec miał legitymację partii nazistowskiej, ale nie ma żadnych dowodów na to,
żeby kogoś zabił albo popełnił zbrodnie wojenne w stosunku do homoseksualistów, Żydów czy
kogokolwiek. Służył w stopniu sierżanta, nie miał więc możliwości zlecania tego typu działań
bez upoważnienia oficera. A nie ma dowodów na to, że kiedykolwiek dostał taki rozkaz.
Centrum Szymona Wiesenthala oficjalnie przysłało mi te dane, żebym mógł je przedstawić
w sądzie.
Jeśli chodzi o zarzuty „News of the World” pod moim adresem, Szymon Wiesenthal
osobiście napisał do sądu, stwierdzając, że nie ma najmniejszych dowodów na poparcie oskarżeń
gazety. Te dokumenty, w połączeniu z tym, że gazeta nie potrafiła przedstawić faktów
potwierdzających opublikowaną na jej łamach historię, jasno dowodziły, że brukowiec oparł się
na niewiarygodnych źródłach. Sprawa wlokła się w sądzie miesiącami, w końcu jednak tabloid
wycofał się ze wszystkich oszczerstw i na mocy ugody pozasądowej zapłacił znaczne
odszkodowanie. Pieniądze zasiliły fundusz Olimpiad Specjalnych w Wielkiej Brytanii.
Zdjęcia do Bliźniaków zakończyły się tuż przed Wielkanocą 1988 roku, w samym środku
prawyborów. Wiceprezydent Bush toczył ciężki bój. Mimo poparcia, jakiego udzielił mu Reagan,
przegrał batalie w kilku pierwszych stanach na rzecz Boba Dole’a. Głównie dlatego, że często
postrzegano go jako cień Reagana; Austriacy nazywają takiego kogoś Waschlappen, czyli myjką.
Znałem wiceprezydenta z wcześniejszych wizyt w Białym Domu. Ten z gruntu porządny chłop
był zawsze bardzo uprzejmy i zorganizowany, bo latami piastował wysokie stanowiska, między
innymi ambasadora USA przy Organizacji Narodów Zjednoczonych i dyrektora Centralnej
Agencji Wywiadowczej. Wbrew temu, jak go przedstawiali demokraci, odznaczał się niezwykłą
siłą charakteru i woli. Kampanie polityczne mają jednak to do siebie, że zadaje się ciosy poniżej
pasa. Szuka się słabych stron przeciwnika, wad, do których można się przyczepić. Demokraci
doskonale wiedzieli, że Bush sprawuje urząd zgodnie z tym, jak rolę wiceprezydenta
przewidziano w konstytucji – wspierał prezydenta, gotów w razie potrzeby wkroczyć i przejąć
przywództwo. Na początku zyskali wprawdzie przewagę, zarzucając mu, że jest słaby, ale Bush
nie pozostawał im dłużny i zanim skończyliśmy zdjęcia, zdominował prawybory podczas
Superwtorku i miał nominację republikanów w kieszeni.
Z wielkim zainteresowaniem śledziłem ówczesną kampanię prezydencką, dlatego
z radością przyjąłem zaproszenie na sierpniową ogólnokrajową konwencję Partii Republikańskiej
w Nowym Orleanie. Jako celebryta miałem wzmocnić obóz ścisłego kierownictwa administracji
Reagana i zwolenników Busha, których zadaniem było bratanie się z delegatami stanowymi
i podpytywanie ich o kluczowe sprawy.
Już wcześniej bywałem na konwencjach republikanów, tyle że działo się to w czasach,
zanim się wżeniłem w Shriverów. Oboje z Marią uważaliśmy, że powinniśmy postępować tak jak
dotychczas: ona miała uczestniczyć w konwencjach demokratów i zbiórkach funduszy na cele,
w które wierzyła, oraz obsługiwać zjazdy republikanów jako dziennikarka, ja zaś miałem brać
udział w zebraniach republikanów. Musieliśmy jednak zachować ostrożność, żeby nie wzbudzać
niepotrzebnych kontrowersji. W Nowym Orleanie wszystko szło gładko, aż tu nagle Tony Makris
– kolega, z którym strzelałem do rzutków, i guru od wizerunku National Rifle Association
(organizacji lobbującej na rzecz swobody posiadania broni palnej i prawa do obrony własnej) –
wspomniał, że NRA wydaje brunch na cześć Phila Gramma, senatora z Teksasu. Czy miałbym
ochotę wpaść? Wówczas już całkiem nieźle znałem Gramma. Kiedy zjawiłem się następnego
dnia, byli tam także inni celebryci, ale uwaga reporterów skupiła się na mnie. Rodzina
Kennedych, którą dotknęła tragedia dwóch morderstw na tle politycznym, stanowczo
sprzeciwiała się posiadaniu broni palnej, więc co ja robiłem na przyjęciu wydanym przez NRA?
Nie zastanowiłem się nad tym. Gdybym to sobie przemyślał, miałbym dość wrażliwości, żeby się
nie pojawić na imprezie pod auspicjami NRA. Pytano mnie, czy jako ktoś, kto wżenił się w klan
Kennedych, popieram NRA? Jakie jest moje stanowisko w kwestii posiadania broni
maszynowej? Albo taniej broni krótkiej? Karabinków snajperskich? Pokrytych teflonem kul,
potocznie zwanych zabójcami policjantów, bo przebijają kamizelki kuloodporne? Nie
wiedziałem, co odpowiadać. Należałem do NRA, bo wierzyłem w zagwarantowane w konstytucji
prawo do posiadania broni palnej, ale nie zastanawiałem się nad tak szczegółowymi kwestiami.
Czepiano się nawet tego, że wziąłem udział w dorocznej ogólnokrajowej konwencji Partii
Republikańskiej – czy w tak demonstracyjny sposób chciałem okazać swój sprzeciw wobec
Kennedych? Prawda zaś była taka, że nikogo w rodzinie to nie obchodziło, zwłaszcza Sargenta
i Eunice, których programy finansowali stronnicy obu partii i którzy zapraszali do siebie również
republikańskich ustawodawców. Uświadomiłem sobie jednak, że NRA to całkiem inna para
kaloszy, więc opuściłem brunch, zanim jeszcze zaczęły się przemówienia. Udałem, że wpadłem
tam przelotnie – nie chciałem, żeby wiadomość o mojej obecności trafiła do mediów.
Przyjechałem na konwencję do Nowego Orleanu w ramach poparcia dla George’a Busha, więc
wolałem, żeby pisano o tym, a nie o broni.
Musiałem się przegrupować. Wciąż jeszcze oswajałem się z tym, że rodzina Marii znajduje
się pod nieustannym obstrzałem dziennikarzy i stale towarzyszy jej rozgłos. Teraz po raz
pierwszy przekonałem się, jak to doskwiera. Było to z jednej strony fajne, z drugiej zaś
doprowadzało do szału – i to w o wiele większym stopniu niż zainteresowanie związane
z pozycją gwiazdora. Wróciłem na dalszą część konwencji republikanów, ale darowałem sobie
spotkania mojej „grupy ścisłego kierownictwa” z delegacjami poszczególnych stanów.
Jesienna walka między George’em Bushem a kandydatem demokratów, gubernatorem
Massachusetts Michaelem Dukakisem, sprowadzała się do tego, czy Amerykanie poprą kurs
obrany przez Reagana. Tuż przed wyborami wiceprezydent osobiście poprosił mnie o udział
w jego kampanii i zapowiadanie go na niektórych wiecach. Teraz już Bush wyraźnie prowadził
w sondażach, jego przewaga nad Dukakisem wynosiła pięćdziesiąt pięć procent do trzydziestu
ośmiu, przy czterech procentach niezdecydowanych wyborców, więc moja rola polegałaby
jedynie na przyciąganiu tłumów i dbaniu o to, żebyśmy nie stracili impetu. Mimo to skwapliwie
skorzystałem z okazji – za nic nie odmówiłbym sobie przyjemności polatania na pokładzie Air
Force Two, oficjalnego samolotu wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych!
Kilka dni przed wyborami odwiedziliśmy Ohio, Illinois i New Jersey. Na pokładzie
mieliśmy Peggy Noonan, której zadaniem było pomóc nam w ostatnich dniach kampanii. Peggy,
genialna autorka przemówień, napisała wiele najlepszych wystąpień Reagana. A także tekst,
w którym Bush dziękował za nominację w Nowym Orleanie. Najbardziej przypadł mi do serca
ustęp, w którym Bush mówił o tym, kto powinien zastąpić Ronalda Reagana: „W tysiąc
dziewięćset czterdziestym roku, kiedy byłem jeszcze młodym chłopakiem, Franklin Roosevelt
powiedział, że nie zmienia się koni pośrodku rzeki. Przyjaciele, dziś świat idzie do przodu
jeszcze szybciej i teraz, po dwóch wspaniałych kadencjach, musimy dokonać zmiany. Ale skoro
mamy zmienić konia pośrodku rzeki, to chyba na takiego, który podąża w tym samym
kierunku?”. W tym samym przemówieniu Bush oświadczył swoim wyborcom: „A teraz
słuchajcie uważnie… nie będzie nowych podatków!”. Obietnica ta z czasem miała wyjść mu
bokiem, był to jednak porywający tekst. Dzień po tym wystąpieniu Bush poszybował
w sondażach. Pokazał się jako przywódca. Zaprezentował niezłomność. Dla Ameryki stało się
jasne, że to nasz nowy prezydent.
Zaczęliśmy od Columbus, gdzie Jim Lorimer, mój przyjaciel i wspólnik w interesach,
zorganizował wiec na pięć tysięcy osób – na wielkim placu sąsiadującym z główną siedzibą jego
firmy, Nationwide Insurance. Słoneczny, chłodny dzień był wymarzony na przemówienia,
a firma Jima wypuściła pracowników na zewnątrz, żeby zapełnić plac po brzegi. Peggy Noonan
przygotowywała i mnie, i wiceprezydenta. Z widocznym upodobaniem wykorzystywała moją
popularność gwiazdora kina akcji. Przedstawiłem Busha jako „prawdziwego bohatera Ameryki”,
po czym zwróciłem się to tłumu:
– Jestem amerykańskim patriotą. Patrzyłem, jak Ronald Reagan i George Bush przejmują
gospodarkę wyglądającą jak Peewee Herman i przekształcają ją w Supermana. – A następnie
obraziłem gubernatora Dukakisa słowami, które cytowały potem wszystkie media: – Bywam
Terminatorem, ale wyłącznie w filmach. Powiem wam tyle: jeśli chodzi o przyszłość Stanów
Zjednoczonych, prawdziwym terminatorem będzie Michael Dukakis.
Bushowi tak się spodobało moje wystąpienie, że od tej pory nazywał mnie Conanem
Republikaninem.
Przenosząc się z miejsca na miejsce, odpoczywaliśmy i przekomarzaliśmy się na pokładzie
Air Force Two. Rozmawialiśmy o kampanii, o przemówieniach Busha, o tym, czy orientuje się,
dokąd teraz lecimy, i jak mu się podoba start w wyborach. Do trasy wyborczej podchodził na
wielkim luzie i nie wszystko musiało być dopracowane w najdrobniejszych szczegółach.
Nasze rozmowy zeszły także na temat, który szczególnie mnie interesował. W roku 1980,
na początku rządów Reagana, odrzuciłem propozycję udziału w prezydenckiej Radzie do spraw
Kultury Fizycznej i Sportu. Pomimo imponującej nazwy ta licząca dwudziestu czterech członków
grupa doradcza nie podlegała już Białemu Domowi. Powstała za czasów i z inicjatywy
prezydenta Eisenhowera i u szczytu zimnej wojny miała głęboki sens – zarówno Eisenhower, jak
i jego następca, John F. Kennedy, promowali aktywność fizyczną jako amerykański sposób na
przeciwstawienie się zagrożeniu ze strony Związku Radzieckiego. Uwielbiałem historie o tym,
w jaki sposób Kennedy promował siłę fizyczną i sport. Jeszcze jako prezydent elekt opublikował
w czasopiśmie „Sports Illustrated” artykuł zatytułowany Słaby Amerykanin, który wywołał sporo
szumu. A kiedy zadomowił się w Białym Domu, wygrzebał dekret prezydencki Teddy’ego
Roosevelta,
nakazujący
żołnierzom
piechoty
morskiej
pokonanie
pieszo
dystansu
osiemdziesięciu kilometrów w ciągu dwudziestu godzin. Wzorem poprzednika wydał więc taki
sam rozkaz personelowi Białego Domu. Bobby, ambitny jak wszyscy bracia Kennedy, wziął
przykład z JFK i zdobył rozgłos w całym kraju, przemierzając osiemdziesiąt kilometrów
w skórzanych półbutach. Wyczyn ten zapoczątkował ogólnokrajową modę na wędrówki na tym
dystansie, a także pomógł wprowadzić wiele federalnych i stanowych programów wychowania
fizycznego, często promowanych i koordynowanych przez radę prezydencką.
Niestety, wojna wietnamska usunęła kwestie kondycji fizycznej w cień. Rada prezydencka
stała się dodatkiem do biurokratycznej struktury Departamentu Zdrowia, Edukacji i Opieki
Społecznej i ten stan trwał od dwudziestu lat. Wciąż jednak była ciałem stosunkowo prestiżowym
– przez dłuższy czas przewodniczyli jej astronauta Jim Lovell oraz legendarny trener NFL
George Allen. Tyle że nigdy niczego nie osiągnęła. Na przykład jeśli prezydent zapraszał do
Białego Domu amerykańską reprezentację olimpijską albo drużynę, która wygrała doroczne
mistrzostwa w baseballu, rada prezydencka nawet nie była o tym informowana. Właśnie dlatego
odrzuciłem zaproszenie w 1980 roku – nie chciałem być członkiem dogorywającej organizacji.
Teraz, niemal dziesięć lat później, czułem, że można to zmienić.
– W tym tkwią wielkie możliwości – tłumaczyłem Bushowi. Wyjaśniłem mu, jak
korzystnie wypadłby Biały Dom, przejmując nadzór nad sprawami zdrowia i wychowania
fizycznego, zwłaszcza zwracając uwagę obywateli na to, że sprawność fizyczna jest niezbędna
wszystkim Amerykanom, nie tylko sportowcom. – Dziewięćdziesiąt dziewięć i dziewięć
dziesiątych procent obywateli w ogóle nie uprawia żadnego sportu. Co z nimi zrobić? –
argumentowałem. – Czy ktoś się przejmuje dzieciakiem z nadwagą? Takiego nigdy nie wezmą
do drużyny futbolu, reprezentacji tenisa, pływackiej, koszykówki albo piłki wodnej. A co
z chudzielcem w okularach ze szkłami jak denka butelek cocacoli? Czy ktoś zwraca na niego
uwagę? Wiele szkół ma wspaniałe programy dla sportowców, ale nie ma programów
wychowania fizycznego – mówiłem dalej. – Co możemy zrobić dla tej większości dzieci, które
nigdy nie uprawiają sportu? A co z dorosłymi, którzy stracili formę albo nigdy jej nie mieli? JFK
dobrze wyszedł na podkreślaniu znaczenia sportu wyczynowego, bo w ten sposób zainspirował
naród. Lyndonowi Johnsonowi na dobre wyszło przemianowanie Rady do spraw Kultury
Fizycznej na Radę do spraw Kultury Fizycznej i Sportu. Ale teraz powinniśmy przesunąć punkt
ciężkości ze sportu wyczynowego na powszechną aktywność fizyczną i dopilnować, żeby
wszyscy wzięli w tym udział.
Wiedziałem, że George Bush lubi sport i bardzo dba o formę.
– Świetny pomysł, jeśli odłożymy go w czasie – powiedział. – To musi potrwać.
Cokolwiek się robi, należy robić to dobrze.
Z Columbus polecieliśmy do Chicago na wiec w szkole średniej. Kiedy wracaliśmy na
lotnisko, wiceprezydent zauważył lokal o nazwie Three Brothers Coffee Shop.
– Hej, tu jest grecka restauracja. Wstąpmy do niej – rzucił. Kawalkada samochodów
zatrzymała się i weszliśmy do środka. Bush zachowywał się zwyczajnie, kosztował potraw
i gawędził z klientami, kelnerami oraz personelem kuchennym tak naturalnie, że w moich oczach
wypadł po prostu wspaniale. Dopiero kiedy zastanawiałem się nad tym po fakcie, pomyślałem:
Ależ z ciebie głupek, Arnoldzie! On rywalizuje z facetem o nazwisku Dukakis. To jasne, że
musiał wpaść do greckiej knajpy!
Obserwowanie kampanii prezydenckiej od środka, zwłaszcza na dwa tygodnie przed
wyborami, uważałem za wielki przywilej. Do tej pory nie byłem zaangażowany nawet w wybory
na burmistrza, aż tu nagle podglądałem, co kandydat na najwyższy urząd w państwie robi na
pokładzie samolotu, jak długo sypia, jak się przygotowuje do kolejnych wystąpień, jak wgłębia
się w najważniejsze zagadnienia, jak się komunikuje z wyborcami i jak to robi, żeby wszystko
wyglądało całkiem naturalnie. Bush zaimponował mi swobodą w kontaktach z ludźmi –
z każdym porozmawiał, pozował do fotografii i zawsze wiedział, co należy powiedzieć. A także
tym, że wciąż tryskał energią. W samolocie często ucinał sobie czterdziestopięciominutową
drzemkę. Jak to powiedział Jimmy Carter, politycy są specjalistami od drzemek. Tyle że potem
trzeba się obudzić i błyskawicznie przyswoić dane z briefingu. Personel przygotowywał Busha
tak, żeby wiedział co nieco o miejscu, do którego się wybiera. A moralnego wsparcia udzielała
mu córka, Doro, towarzysząca mu na całej trasie.
Intensywność kampanii wykraczała daleko poza atmosferę na planie filmowym, ponieważ
media nie odstępowały nas ani na krok. Nie było miejsca na błędy. Dziennikarze wychwytywali
każdą pomyłkę w przemówieniu, każdy nietypowy gest, i robili z tego wielkie halo. Bush radził
sobie z tym wspaniale.
Przed Świętem Dziękczynienia, kiedy republikanie świętowali zwycięstwo Busha, my
szykowaliśmy się do premiery Bliźniaków. Nigdy nie widziałem, żeby reżyser tak dopieszczał
każdy element filmu jak Ivan Reitman. Brał udział w pokazach testowych, rozmawiał z widzami,
a potem wracał do studia, zmieniał muzykę albo skracał jakąś scenę, po czym znów organizował
pokaz testowy. Wtedy dane statystyczne w najważniejszej kategorii „chęć obejrzenia” skakały
o dwa punkty procentowe w górę. Ivan znowu coś przerabiał i wynik wzrastał o kolejny punkt.
Nabiliśmy chęć obejrzenia Bliźniaków z osiemdziesięciu ośmiu do dziewięćdziesięciu trzech
procent, osiągając według Ivana jeszcze lepszy wynik niż Pogromcy duchów.
Premiera filmu okazała się dużo szczęśliwszym połączeniem moich dwóch światów niż
konwencja republikanów. Eunice i Sarge zorganizowali olbrzymią imprezę charytatywną w John
F. Kennedy Center for the Performing Arts. Bliźniacy mieli zwieńczyć całodzienny festiwal
rozrywki w Waszyngtonie, promujący Olimpiady Specjalne. Wśród obecnych byli prezydent
elekt George Bush z żoną Barbarą, a także Teddy Kennedy, kongresman Joe Kennedy II
z Massachusetts oraz pozostali członkowie klanów Kennedych i Shriverów. Zjawili się Barbara
Walters z prezenterką wiadomości Connie Chung, a nawet tacy potentaci jak Armand Hammer
i Donald Trump. Teren przed wejściem zakorkował sznur podjeżdżających długich limuzyn,
dziesiątki kamerzystów ze stacji telewizyjnych oraz setki fanów.
Imprezę otworzył pokaz gimnastyki oraz podnoszenia ciężarów w wykonaniu sportowców
uczestniczących w Olimpiadzie Specjalnej. Następnie na scenę wszedł prezydent elekt, pochwalił
sportowców za odwagę, po czym zwrócił się do mnie:
– Odwaga ma różne oblicza – zażartował. – Weźmy mojego przyjaciela Arnolda
Schwarzeneggera, który kilkakrotnie towarzyszył mi na wiecach wyborczych w całym kraju…
a potem wracał do domu, gdzie zbierał cięgi od teściów. – Tę wypowiedź nagrodzono śmiechem.
Prawdę mówiąc, Eunice i Sarge chodzili na każdy mój film, po czym następnego dnia
dzwonili i mówili mi, co o nim sądzą. Ale w rodzinie Kennedych niektórzy nie podchodzili do
moich ról równie entuzjastycznie, a to z powodu przemocy i broni palnej. Dlatego Eunice tylko
częściowo żartowała, mówiąc: „Przynajmniej teraz cała rodzina może obejrzeć twój film”.
Bliźniacy okazali się najchętniej oglądaną komedią sezonu, co oczywiście sprawiło mi wielką
radość, bo był to mój pierwszy film pokazywany podczas świąt Bożego Narodzenia i w dodatku
zrobił furorę. Wielka premiera odbyła się w połowie grudnia, a potem widownia wciąż rosła.
Między świętami a Nowym Rokiem nasze wpływy w Stanach Zjednoczonych przekraczały dzień
w dzień trzy miliony dolarów – czyli codziennie sprzedawano ponad pół miliona biletów. Było to
szczęśliwe zakończenie dla wszystkich, którzy podjęli ryzyko. Ivan dalej produkował
i reżyserował komedie, w tym dwie z moim udziałem: Gliniarza w przedszkolu oraz Juniora.
Danny wykorzystał swój niesamowity talent, stając po drugiej stronie kamery jako reżyser
między innymi Wojny państwa Rose. Był także producentem Pulp Fiction i Dorwać małego.
Bliźniacy okazali się największym hitem, jakim wytwórnia Universal zamknęła rok pięciu czy
sześciu sukcesów – a Tom Pollock, po przejściu na emeryturę, został dyrektorem naczelnym
firmy producenckiej Ivana Reitmana.
Hollywood to miasto żyjące z naśladownictwa. Teraz, kiedy do swojego dorobku dodałem
komedię, oprócz wciskania mi scenariuszy filmów akcji wszyscy zaczęli mnie zasypywać
propozycjami komedii.
A co ważniejsze, dzięki bezprecedensowej umowie z Universalem na Bliźniakach
zarobiłem więcej niż na którymkolwiek Terminatorze. Ale już wkrótce wytwórnie zmądrzały
i dziś mało który aktor ma szansę na taki układ finansowy, jaki zawarliśmy przy okazji tego
filmu.
Działka, która przypadła mi z Bliźniaków, wliczając wpływy z zagranicy, z praw do kaset
wideo i tak dalej, wyniosła ponad trzydzieści pięć milionów dolarów – i wciąż rośnie, bo film
nadal sprzedaje się na DVD i stale jest powtarzany w telewizji. Przez dwadzieścia pięć lat
próbowałem skłonić Universal do nakręcenia kontynuacji. Miałaby nosić tytuł Trojaczki,
a naszego trzeciego brata, o którym dotychczas nie wiedzieliśmy, zagrałby Eddie Murphy,
którego uwielbiam i podziwiam. Całkiem niedawno w restauracji Polo Lounge w hotelu Beverly
Hills dogadaliśmy się w sprawie przyspieszenia realizacji projektu i prace nad Trojaczkami już
trwają.
***
W miarę jak odnosiłem coraz większe sukcesy, Sarge coraz częściej naciskał, żebym się
bardziej poświęcał działalności dla dobra publicznego. „Arnoldzie, twoje filmy i aktorstwo są
świetne – mawiał.
– Ale powiedz, chce ci się jeszcze kręcić kolejne pościgi samochodowe?”. Nie miał
bladego pojęcia o tym, jak funkcjonuje przemysł rozrywkowy. W 1978 roku, z okazji premiery
pierwszego filmu o Supermanie, on i Eunice wydali na terenie swojej posiadłości przyjęcie pod
namiotem, połączone ze zbiórką funduszy na Olimpiady Specjalne. Przy głównym stole, obok
Sarge’a, zasiadł nie kto inny, tylko sam Christopher Reeve, odtwórca roli Supermana.
– Czym pan się zajmuje? – zapytał go Sarge.
– Jestem aktorem. Gram Supermana.
– Supermana! To fantastyczne! – zawołał Sarge. – Ale wie pan, moim zdaniem supermani
bardziej by nam się przydali w prawdziwym życiu.
Z jednej strony chciał zareagować dyplomatycznie i z należytym szacunkiem, a z drugiej
nie pojmował, jak można tak marnować czas i godzinami paradować w kostiumach i makijażu.
Nigdy nie czytywał w prasie stron poświęconych rozrywce.
– Ilu ludziom ratujesz życie, dobrze się prezentując na planie? – drwił sobie ze mnie
i pokpiwał, przypominając, jak James Earl Jones zaimponował mi podczas kręcenia Conana. –
Mówiłeś, że James Earl Jones w środku dialogu zapomniał tekstu. Wychwalałeś jego
profesjonalizm, bo nie zmieniając pozy i nie gestykulując, poprosił: „Podrzućcie mi, jak to szło,
ludzie, jak to szło”. A dalej kwestia brzmiała: „Jestem źródłem, z którego wypłynąłeś”. No to
powiedział: „A, tak… jestem źródłem, z którego wypłynąłeś”. I to jest dla ciebie ważne? Że ktoś
potrafi zastygnąć w bezruchu w środku ujęcia i czekać na podpowiedź? Czy nie lepiej się
przejechać po Afryce i pokazać ludziom, jak kopać studnie, jak rosną warzywa, i skłonić ich,
żeby je uprawiali?
Było to zderzenie dwóch różnych światów, ale też nie mogłem do końca odmówić mu racji.
Osiągnięcia aktorskie to nie wszystko. A jednak uważałem, że Sarge zadaje cios poniżej pasa. Ja
tylko próbowałem wyjaśnić, za co podziwiam Jamesa Earla Jonesa. Sarge’owi odgryzłem się rok
później. Opowiadał mi o tym, jak po powrocie do prywatnej praktyki prawniczej jeździł
z Armandem Hammerem do Rosji, gdzie negocjowali kontrakty naftowe, i jak spędzali wieczory
w towarzystwie rosyjskich ekspertów od paliw.
– Nie masz pojęcia, jaką tam mają wyśmienitą wódkę – obwieścił.
– I to jest coś, co budzi twój podziw? – spytałem. – Do tego się sprowadza twoje życie?
Żeby pijać najlepszą wódkę?
– Nie, nie, nie! Podpisaliśmy wielki kontrakt.
– Żartowałem. Pamiętasz, co mi powiedziałeś o aktorstwie: „I to jest dla ciebie ważne? Że
ktoś potrafi zastygnąć w bezruchu w środku ujęcia i czekać na podpowiedź?”.
– Już dobrze, rozumiem – burknął Sarge.
W domu Sarge’a i Eunice służba publiczna była jednym z głównych tematów rozmów.
„Arnoldzie, masz niezwykłą osobowość – mówili mi. – Wyobraź sobie, że używasz darów,
którymi obdarzył cię Bóg, żeby dotrzeć do tych, którym możesz przywrócić chęć do życia:
paraolimpijczyków, bezdomnych, chorych, do żołnierzy wracających z misji zagranicznych.
W zasadzie nie ma znaczenia, kogo wybierzesz. Ze swoją energią i pozycją gwiazdora i tak
skierujesz na nich uwagę”.
Wtedy już od jakiegoś czasu prowadziłem ogólnoświatową krucjatę na rzecz promocji
zdrowia i kultury fizycznej wśród młodych ludzi. Zwiększyłem zaangażowanie w ideę Olimpiad
Specjalnych, poza tym zostałem trenerem kadry narodowej w trójboju siłowym, a także
regularnie prowadziłem seminaria oraz odczyty na terenie całego kraju. Ale skoro moja
popularność jako gwiazdy filmowej wciąż rosła, byłem gotów na więcej.
– Co jeszcze mógłbym zrobić? – pytałem Sarge’a i Eunice. Mieli mnóstwo pomysłów.
Eunice była niewyczerpanym źródłem inspiracji. Moim zdaniem jej dokonania przewyższają to,
co udało się osiągnąć większości burmistrzów, gubernatorów, senatorów, a nawet prezydentów.
Nie tylko rozpropagowała ideę Olimpiad Specjalnych, dzięki czemu uczestniczy w nich już sto
siedemdziesiąt pięć krajów, ale także zmieniła sposób myślenia ludzi na całym świecie. W wielu
państwach uważano upośledzonych umysłowo za obciążenie dla społeczeństwa albo zagrożenie
dla nich samych, więc traktowano ich jak wyrzutków albo umieszczano w zamkniętych
zakładach psychiatrycznych. Eunice wykorzystała swoje nazwisko i wpływy, żeby zapewnić tym
osobom możliwość prowadzenia normalnego życia i dostęp do tych samych świadczeń
społecznych co reszta obywateli. Było to trudne zadanie, bo żaden rząd nie lubi, kiedy ktoś
wytyka mu błędy. Władze państwowe czuły się zażenowane, gdy Eunice Kennedy Shriver,
odwiedzając dany kraj, zwracała uwagę na osadzanie upośledzonych umysłowo w zakładach
zamkniętych. A jednak z czasem kolejne kraje zmieniały zdanie, nawet Chiny, które w końcu
wyzbyły się wielowiekowych uprzedzeń i w 2007 roku zorganizowały Międzynarodową
Olimpiadę Specjalną – największą imprezę sportową w historii tego ruchu. Na stadionie zasiadło
osiemdziesiąt tysięcy kibiców, w tym prezydent Chin. Ja również tam byłem, jako chorąży
prowadząc reprezentację Stanów Zjednoczonych podczas ceremonii otwarcia.
Po wyborach w 1988 roku jeszcze raz zgłosiłem prezydentowi elektowi chęć uczestnictwa
w prezydenckiej Radzie do spraw Kultury Fizycznej i Sportu. Wyraziłem nadzieję, że weźmie
pod uwagę moją kandydaturę, kiedy już upora się z konstruowaniem rządu. Jeśli uzna, że przyda
mu się pomoc w pracach rady, bardzo chętnie podzielę się swoją wizją. Oczywiście, pracownicy
Busha wiedzieli o mojej pasji promowania zdrowia i aktywności fizycznej wśród młodzieży.
Eunice wysłała list polecający mnie na stanowisko w radzie, podkreślając, że w Stanach
Zjednoczonych jestem „gwiazdą pierwszej wielkości”. W odpowiedzi prezydent podziękował jej
za „zarekomendowanie naszego Conana”.
W tym czasie jednak Eunice bardziej pochłaniała produkcja wnuków. Bardzo się martwiła,
że Maria i ja nie postaraliśmy się o dziecko zaraz po ślubie. Teraz, gdy byliśmy małżeństwem już
od trzech lat, bez przerwy pytała córkę: „Dlaczego nie macie dzieci?”. Na co Maria tłumaczyła:
„Jeszcze nie czas, ja pracuję, a Arnold stale przebywa na planie”. I tak w kółko. Te przeszkody to
wcale nie był pretekst. Maria stała się jedną z czołowych postaci w NBC News. Nie dość, że
prowadziła show Sunday Today oraz Main Street – obsypany nagrodami comiesięczny magazyn
informacyjny dla młodzieży – to prezentowała również wiadomości w weekendy, a także
regularnie zastępowała Toma Brokawa w NBC Nightly News i innych wiadomościach
telewizyjnych. Wszystkie te audycje nadawano z Nowego Jorku. W 1988 roku Maria dostała
nagrodę Emmy za relacje z igrzysk olimpijskich w Seulu dla stacji NBC. Zarabiała grubo ponad
milion dolarów rocznie i nieustannie podróżowała – a taki tryb życia nie sprzyja posiadaniu
dzieci.
Mimo to jej matka upierała się: „Nie, musi być jakiś inny powód. Może mają problemy
z zajściem w ciążę”. Zaczęła więc badać wpływ używania sterydów na bezpłodność mężczyzn.
Ze mną nigdy o tym nie rozmawiała, ale wysłała Marii pięciostronicowe opracowanie naukowe,
sporządzone przez jednego z lekarzy pracujących na rzecz Olimpiad Specjalnych. Doskonale
potrafiłem sobie wyobrazić, jak powstało. Eunice zrobiła to, co zawsze, czyli poszła do swojego
biura i poleciła: „Ściągnijcie mi tu eksperta od tych spraw” albo: „Załatwcie mi kogoś, kto
napisze to przemówienie”, bądź: „Połączcie mnie z Białym Domem”.
Był to bardzo szczegółowy raport, opracowany specjalnie dla Marii. Stwierdzał, że jeśli
kobieta regularnie uprawia seks, a mimo to nie może zajść w ciążę, powody bywają bardzo
różne, między innymi stosowanie albo nadużywanie sterydów przez męża. Dalej tłumaczył
wszystko od strony medycznej.
Przypadkiem zobaczyłem ten tekst na biurku Marii, wobec tego przeczytałem go,
zaśmiewając się do rozpuku.
– Twoja mama jest niezrównana – powiedziałem.
– Wiem, wiem. – Maria też pękała ze śmiechu. – Nie do wiary! Muszę ją jakoś
utemperować.
Eunice, jak zawsze, próbowała się znaleźć w centrum wydarzeń. Żartowałem, że w noc
poślubną najchętniej położyłaby się w łóżku między nami, żeby kontrolować sytuację.
W rodzinie Kennedych takie założenie wcale nie było naciągane – powiadano, że kiedy Eunice
i Sarge polecieli na miesiąc miodowy do Francji, w hotelu powitał ich Teddy. Joe wysłał go tam
w charakterze przyzwoitki.
Z drugiej strony Maria wyraźnie czuła, że jej zegar biologiczny tyka. Właśnie skończyła
trzydzieści trzy lata, czyli Eunice była o rok młodsza, kiedy z Sarge’em doczekała się pierwszego
dziecka. Dlatego w 1989 roku postanowiliśmy dłużej nie zwlekać i Maria zaszła w ciążę, a potem
urodziła naszą córkę Katherine.
Wiosną tego roku wróciłem do kina akcji, kręcąc Pamięć absolutną, ale kwestia ojcostwa
nie dawała mi spokoju. Pewnego dnia, siedząc w przyczepie i przeglądając scenariusze,
natknąłem się na pierwszą wersję Gliniarza w przedszkolu. Nie mogłem się oderwać od lektury –
ubawił mnie pomysł, że twardy detektyw musi jako tajniak uczyć gromadkę przedszkolaków.
W Hollywood wciąż powtarzali mi: „Nigdy nie graj z dziećmi ani ze zwierzętami. Praca z nimi to
mordęga, a potem na ekranie wypadają tak słodko, że kradną sympatię widzów”. Jako Conan
miałem pewne doświadczenie w pracy ze zwierzętami i miło je wspominałem. Od lat jednak
pragnąłem zrobić film z dziećmi, a perspektywa zostania ojcem zmobilizowała mnie do
działania.
Świetnie! – pomyślałem. Niech dzieciaki mnie przyćmią, byleby film odniósł sukces.
Upewniłem się, że scenariusz wciąż jest do wzięcia, po czym spytałem Ivana Reitmana, czy
miałby ochotę zrobić ze mną kolejny film. Obaj chcieliśmy wprowadzić do tekstu zmiany
podkreślające aspekty społeczne. Mnie zależało na dodaniu tematu aktywności fizycznej, jemu na
poruszeniu kwestii niepełnych rodzin, molestowania dzieci oraz życia rodzinnego. Ale
postanowiliśmy zrealizować projekt. A ponieważ Ivan musiał zdążyć z Pogromcami duchów II
na wakacje 1989 roku, Gliniarza w przedszkolu zaplanowaliśmy na Boże Narodzenie następnego
roku.
W Marii pociągał mnie jej charakter: tryskała radością i pozytywną energią. Na plaży
w 1980 roku.Albert Busek
Powyżej: Mieszkając na przeciwnych krańcach Stanów Zjednoczonych, nie szukaliśmy
związku na odległość, ale ani się obejrzeliśmy, a już stanowiliśmy parę. Podczas spływu rzeką
koło Sacramento, w 1979 roku.Douglas Kent Hall
Gdy po kampanii prezydenckiej w 1980 roku Maria przeniosła się do Kalifornii, kupiłem
swój
pierwszy
dom,
przy
Dwudziestej
zamieszkaliśmy.Archiwum Schwarzeneggera
Pierwszej
w Santa
Monica,
gdzie
Maria, pies Conan i ja w strojach motocyklistów z okazji Halloween na początku lat
osiemdziesiątych.Archiwum Schwarzeneggera
Będąc w Austrii, często chodzę w tradycyjnych strojach narodowych. Powyżej: podczas
wędrówki po Alpach; poniżej: bawię się w curling; poniżej: tańczę piwiarnianą wersję
karnawałowego korowodu.
Fototom.at
Archiwum Schwarzeneggera
Archiwum Schwarzeneggera
Spotykaliśmy się z Marią przez osiem lat, zanim nastąpił ten radosny dzień, na wiosnę
1986 roku. Miałem wtedy trzydzieści osiem lat, a ona trzydzieści.Denis Reggie
Moim głównym drużbą był Franco. Wśród dwunastu innych drużbów znaleźli się mój
bratanek Patrick Knapp oraz przyjaciele ze świata kulturystyki: Albert Busek, Jim Lorimer
i SvenOle
Thorsen,
który
w wielu
moich
filmach
grał
postaci
zbirów.Archiwum
Schwarzeneggera
Prowadzę mamę i moją amerykańską teściową do namiotu weselnego w posiadłości
Kennedych. Na szczęście Aurelia i Eunice przypadły sobie do gustu.Archiwum Schwarzeneggera
Andy Warhol musiał szokować, a Grace Jones niczego nie potrafiła robić na pół gwizdka.
Smokingiem w weselnej wersji Warhola była kurtka motocyklisty.Archiwum Schwarzeneggera
Podróżując po Europie z Marią, Eunice i Sargeem, świetnie się bawiliśmy. Tutaj –
przeprawa promem przez Chiemsee, wielkie jezioro w Bawarii.Albert Busek
Chodząc po Alpach, czasami noszę krzykliwe hawajskie szorty, żeby odróżnić się od
tradycjonalistów w skórzanych portkach. Tutaj uwodzę jałówkę.Archiwum Schwarzeneggera
W Santa Monica mieszkaliśmy z Marią tak blisko parku stanowego, że codziennie
jeździliśmy tam konno. Mój koń nazywał się Campy.Archiwum Schwarzeneggera
Mary Anne FackelmanMiner
Powyżej: Gdy jako namiestnik do spraw kultury fizycznej prezydenta Busha
zorganizowałem na południowym trawniku Białego Domu akcję Cała Ameryka Ćwiczy,
Katherine była niemowlęciem.Poniżej: Dzięki Christinie, naszemu drugiemu dziecku,
opanowałem sztukę zasypiania z córką na piersi.Archiwum Schwarzeneggera
Lecąc na wakacje w Sun Valley na początku 1993 roku, pokazuję Christinie artykuł o tym,
jak Maria godzi obowiązki rodzinne z karierą.Archiwum Schwarzeneggera
Przeważnie zabierałem Christinę ze sobą do siłowni.Archiwum Schwarzeneggera
Patrick, nasz starszy syn, urodził się we wrześniu 1993 roku.Archiwum Schwarzeneggera
Wtedy już potrafiłem zajmować się dziećmi. Powyżej: Katherine tuli się do mnie, a Patrick
drzemie na mojej piersi. Radziłem sobie także z pieluchami i karmieniem z butelki. Poniżej:
Przyjaciele, z którymi obchodziłem czterdzieste ósme urodziny w Sun Valley: mój stary
przyjaciel i zawodowy narciarz Adi Erber, szwagier Bobby Shriver, doradca finansowy Paul
Wachter oraz producent Ojca chrzestnego Al Ruddy.Archiwum Schwarzeneggera
Kiedy dochodziłem do siebie po operacji wymiany zastawki serca w 1997 roku, Katherine
czytała mi Arthur’s Chicken Pox.Archiwum Schwarzeneggera
Schwarzeneggerowie wygłupiają się w hotelu na Hawajach w 2000 roku. Nasz najmłodszy
syn ma trzy latka.Archiwum Schwarzeneggera
Po łowieniu ryb w stawie obok naszego domu w Sun Valley.Archiwum Schwarzeneggera
Katherine i ja jeździmy konno w górach Santa Monica.Archiwum Schwarzeneggera
Pilnuję Christophera i Patricka na stadionie do krykieta podczas wyjazdu do RPA na
Olimpiadę Specjalną w 2001 roku.Archiwum Schwarzeneggera
Uśpiona lwica, strażnik parku i my na safari w Tanzanii. Wielkie koty zawsze mnie
fascynowały, więc byłem równie podekscytowany jak dzieci.Archiwum Schwarzeneggera
Wszyscy jeździmy na nartach. Tutaj w Sun Valley – śnieg, narty, lasy sosnowe i góry
towarzyszyły mi przez całe życie. Na zdjęciu brakuje Christophera, który miał ledwie cztery lata
i tego dnia jeździł na oślej łączce.Archiwum Schwarzeneggera
Całuję sam siebie podczas Halloween w 2001 roku, tyle że Arnold po prawej to Maria
w masce Terminatora. Jak dowodzi zdjęcie poniżej, Halloween u Schwarzeneggerów to poważna
sprawa.Archiwum Schwarzeneggera
Z Patrickiem i Christopherem przy biurku gubernatora w Sacramento.California State
Archives / Steven Hellon
Wyjazdy takie jak ten na Maui podczas ferii wiosennych w 2007 roku stanowiły szczęśliwe
chwile dla rodziny, którą jako gubernator widywałem zbyt rzadko.Archiwum Schwarzeneggera
Nadal uwielbiam jeździć czołgiem M47 z armii austriackiej, który stoi teraz na parkingu
wytwórni pod Los Angeles i czasem pojawia się w filmach o drugiej wojnie światowej. Są ze
mną Patrick, Christopher (w hełmie czołgisty) oraz mój asystent Gregg Dunn.Archiwum
Schwarzeneggera
Katherine w zabawie zarzuca mi na głowę swoje długie włosy.Archiwum Schwarzeneggera
Zimą 2011 roku pojechaliśmy z bratankiem Patrickiem na grób Meinharda, mojego brata,
a jego ojca, w Kitzbühel. Trafiliśmy na wyjątkową śnieżycę.Archiwum Schwarzeneggera
Cindy Gold
Archiwum Schwarzeneggera
Archiwum Schwarzeneggera
W czerwcu 2012 roku Patrick zrobił maturę, a Katherine licencjat na Uniwersytecie
Południowej Kalifornii. Ja zapuściłem kozią bródkę do roli w The Tomb, filmu więziennego
z Sylvestrem Stallone. Powyżej: Wystrojeni z Christopherem i Patrickiem. Katherine i Christina.
Cindy Gold
Na moje pięćdziesiąte urodziny, 30 lipca 1997 roku, Maria sprawiła mi niespodziankę tym
plakatem. Są na nim rozmaite drobiazgi pokazujące, co najbardziej mnie pasjonowało: chodzenie
po górach, hummery, piękne zegarki i fajki, rysowanie piórkiem i tuszem, cygara i wódka, rola
tatusia, szachy i bilard, tenis i golf, scenariusze filmowe, motocykle i skóra, historia podnoszenia
ciężarów i przyszłość kulturystyki. Od tej pory zakres moich zainteresowań znacznie się
powiększył. Archiwum Schwarzeneggera
ROZDZIAŁ 19
Prawdziwe życie Terminatora
Kiedy w grudniu 1989 roku przyszło na świat nasze pierwsze dziecko, czekałem na
porodówce z kamerą wideo.
– Tak trzymać!
– Nie, musimy wyciągnąć dziecko.
– Nie, nie, zaczekajcie. Niech sprawdzę, czy dobrze się nagrało.
Personel porodówki pewnie nie takie rzeczy już widział.
Maria i ja poczyniliśmy wszelkie przygotowania, jakie zwykle robią rodzice oczekujący na
pierwsze dziecko. Gdy termin rozwiązania był blisko, przychodził do nas nauczyciel ze szkoły
rodzenia. Rzecz jasna, jak przystało na przyszłego tatę, odbębniłem cały program. Bo nagle
trzeba się pasjonować ciążą, porodem, przecinaniem pępowiny i całą resztą – zupełnie inaczej niż
w świecie mojego ojca, w którym mężczyzna nie miał w tej kwestii nic do roboty. (Ktoś kiedyś
sfilmował mnie, jak parodiuję naszą szkołę rodzenia; nagranie pomogło przekonać Ivana
Reitmana do nakręcenia filmu Junior, ze mną w roli naukowca, który w ramach eksperymentu
naukowego zachodzi w ciążę).
Obie nasze matki były przerażone całym tym cyrkiem ze szkołą rodzenia.
– Pójdziesz i będziesz pomagał wyciągać dziecko? – zapytała moja matka. – Sfilmujesz jej
pochwę? Wybacz, jak dla mnie to za dużo.
Reakcja Eunice była mniej więcej taka sama.
– Jeśli Maria będzie dzięki temu szczęśliwa, to świetnie. Ja chciałam tylko dostać zastrzyk,
żeby mnie uśpili. Sarge przez trzy dni nie miał prawa mnie odwiedzać. A kiedy go wreszcie
wpuścili, byłam już śliczna jak z obrazka, z tą tylko różnicą, że miałam dziecko.
Obserwowanie narodzin Katherine sprawiło mi niewiarygodną radość. Jasny gwint! –
pomyślałem. To moje pierwsze dziecko! Ciekawe, że aż tak potrafimy się wzruszać czymś, co
wcześniej było już udziałem miliardów ludzi. Oczywiście natychmiast przejąłem kontrolę nad
sytuacją – wraz z pielęgniarkami umyłem córeczkę, zaniosłem ją na ważenie, włożyłem jej na
główkę maleńki czepek, żeby się nie przeziębiła, a także ubranko i pieluchę… przez cały czas,
rzecz jasna, kręcąc film i cykając zdjęcia. Maria płakała z radości. Zostałem z nią, kiedy
odpoczywała, a potem przyszła pielęgniarka i pokazała nam, jak należy karmić piersią. Do tej
pory, słysząc opowieści facetów o tym, jak to płakali przy narodzinach swoich dzieci, uważałem,
że to pieprzenie w bambus. Ale wierzcie mi, że kiedy po powrocie do domu obdzwaniałem
przyjaciół z informacją o narodzinach Katherine, ja również płakałem.
Rodzice Marii przebywali w Waszyngtonie, a moja matka w Austrii. „Przyjedziemy
dopiero wtedy, kiedy nas zaprosicie. Najbliższe dni powinniście spędzić tylko ze sobą” –
powiedzieli Sarge i Eunice. Nie wiem, być może zrobili to na prośbę Marii. A jednak, mimo że
rodzenie dzieci nie leżało w sferze zainteresowań Eunice, zjawiła się u nas już następnego dnia –
ostatecznie Maria była jej jedyną córką. Nie miałem nic przeciwko temu, bo mieliśmy już swoją
chwilę prywatności. Maria uważała, że była to pierwsza ważna rzecz, jaką zrobiliśmy sami, bez
wtrącania się jej matki. Była zachwycona, że do szpitala pojechaliśmy wyłącznie we dwoje.
Kiedy następnego dnia wieczorem opuszczaliśmy szpital, na parkingu czaiło się
z aparatami fotograficznymi kilkunastu paparazzich. Dowieźliśmy jednak Katherine do domu –
i wtedy zaczął się koszmar z przystosowaniem się do nowej sytuacji. Od tej pory nasze życie jako
pary kompletnie się zmieniło. Nawet gdy dzieci z czasem idą na swoje, rodzice wciąż czują się za
nie odpowiedzialni. Teraz miałem pod opieką innych: Marię, moją mamę, Katherine oraz kolejne
dzieci, które planowaliśmy. Maria zawsze chciała mieć pięcioro, czyli tyle, ilu się doczekali jej
rodzice; ja wolałem dwójkę, bo miałem tylko jednego brata. Pomyślałem, że jakoś się dogadamy
i stanie na czymś pośrodku.
Gdy Maria wróciła do domu, a dzień później z Waszyngtonu przylecieli Sarge i Eunice,
próbowaliśmy wypracować jakiś rytm karmienia piersią i zmiany pieluch oraz postanowić coś
w sprawie wystroju pokoju dziecka. Ani się obejrzałem, jak na tapecie pojawiła się niania,
i poczułem, że schodzę na drugi plan. Teraz to z nią Maria omawiała kwestie dotyczące opieki
nad naszą córką. Początkowo nie przywiązywałem do tego wagi, później jednak poczytałem na
ten temat oraz zobaczyłem w telewizji program o tym, jak ojcowie idą w odstawkę.
Otóż to! – pomyślałem. Właśnie tak się dzieje ze mną! Jestem spychany na boczny tor.
Cokolwiek zrobię, zawsze jest źle, wszyscy tylko się boją, że nawet nie potrafię trzymać dziecka,
jak należy.
Postanowiłem zrobić z tym porządek i mieć więcej frajdy z opieki nad córką.
Znalazłem to pewnie w jakimś magazynie w poczekalni u lekarza pediatry, bo normalnie
nie czytam artykułów poświęconych opiece nad niemowlętami. Uważałem, że skoro w epoce
kamienia łupanego nie było czasopism ani książek, a jednak pierwszy lepszy palant potrafił się
zajmować swoim potomstwem, to raczej nie wymaga to szczególnego talentu. Jeśli ktoś kocha
swoje dziecko, sam dojdzie do tego, co i jak, podobnie jak ze wszystkim, do czego ma zapał.
Opiekowanie się dziećmi to coś, co mamy zakodowane w mózgu. Latając samolotami,
wielokrotnie podskakiwałem na najcichszy pisk dziecka siedzącego dwadzieścia rzędów za mną.
Prawdę mówiąc, czułem, że mam szczęście, bo Maria okazała się fantastyczną matką,
a tego nie sposób przewidzieć z góry. Mimo że nie dopuszczano mnie do córki, nie mogłem
wyjść z podziwu, jak świetnie Maria radzi sobie w tej sytuacji. O nic nie musiałem się martwić.
Miała instynkt, wiedzę, przestudiowała mnóstwo książek i współpracowała z nianią na każdym
kroku – nawet zepchnięty na boczny tor, widziałem, że dziecku niczego nie brakuje.
Mimo to postanowiłem, że taka sytuacja nie może się powtórzyć.
Dlatego niecałe dwa lata później, w lipcu 1991 roku, kiedy na świat przyszła Christina, od
pierwszego dnia postawiłem sprawę jasno. Nie mówiłem: „O nie, nie będziesz mnie już
wypraszała z pokoju”, za to wieczorem, kiedy leżeliśmy już w łóżku i Maria kończyła karmić
Christinę, od razu brałem od niej córkę i kładłem ją sobie na piersi. Przybierała taką pozę, że jej
rączki i stópki zwisały mi po bokach. Nie wiem, kto mi to doradził, zdaje się, że jakiś facet, który
powiedział: „Ja zawsze kładę sobie dziecko na piersi”.
– I jak ci się udaje zasnąć? – spytałem go.
– Sam nie wiem. Ale to działa. Nie mam pojęcia dlaczego. Może nie wysypiam się tak jak
kiedyś, ale nie szkodzi, robię to dla dobra dziecka.
Tak! Ja też tak zrobię, pomyślałem. Okazało się, że potrafiłem spać z Christiną na piersi,
chociaż niezbyt głęboko, żeby przypadkiem się nie przewrócić na bok i jej nie przygnieść. Natura
sama wyposażyła mnie w taki bezpiecznik. Spałem więc, aż tu nagle budziło mnie lekkie
wiercenie się dziecka, więc patrzyłem na zegar i stwierdzałem, że minęły cztery godziny.
Dokładnie tak, jak powiedziała pielęgniarka w szpitalu: „Musi pani ją karmić piersią co cztery,
pięć godzin”. Dawałem wtedy córkę Marii, a kiedy już ją nakarmiła, znów zabierałem małą,
żebyśmy pospali jeszcze parę godzin.
W kwestii pieluch też stanąłem na wysokości zadania. Od razu zacząłem je zmieniać
i zapowiedziałem: „Słuchajcie, dziewczyny, z pierwszym dzieckiem poniosłem kompletną
porażkę, bo przewijałem je sto razy rzadziej niż Maria. Byłem nie w porządku. I wobec dziecka,
i wobec was, i wobec samego siebie. Tym razem chcę mieć w tym swój udział”. A jeśli
próbowały mi patrzeć na ręce, zamykałem im drzwi przed nosem i przekręcałem klucz.
Krótko mówiąc, nie bawiłem się w ceregiele, tylko trzaskprask i po krzyku – załatwiłem,
co chciałem. Nie minęły dwa tygodnie, a kopnął mnie taki zaszczyt, że kiedy słyszeliśmy płacz
córki, mogłem wejść na górę i przewinąć ją bez niczyjej asysty.
Nadzwyczajny przełom, pomyślałem. Byłem w siódmym niebie, mogąc przebywać z tą
małą dziewczynką sam na sam i zmieniać jej pieluchy ze świadomością, że nikt mi nie siedzi na
karku. Christina od razu uspokajała się i zasypiała, a ja czułem, że dobrze się spisałem.
Cieszyłem się, że zrobiłem coś ważnego i że uczestniczę w procesie wychowania córki.
Jednak przy trzecim dziecku znów doszło do walki, ponieważ Patrick był naszym
pierwszym synem. Należało go traktować inaczej, „jak chłopca”, cokolwiek to znaczy. Oboje
byliśmy zachwyceni, choć nie spodziewałem się, że urodzenie syna wzbudzi u Marii aż taki
entuzjazm. Ona naprawdę chciała grać w jego wychowywaniu pierwsze skrzypce. Dlatego
z początku dzielenie się obowiązkami rodzicielskimi znów nastręczało nam trudności, ale jakoś
to rozwiązaliśmy. W 1997 roku, kiedy na świat przyszedł nasz drugi syn, Christopher, podział ról
mieliśmy już w małym palcu. Gdy pojawiają się chłopcy, przestajemy kupować lalki Barbie –
człowiek nagle bawi się ciężarówkami, pilotami do zdalnego sterowania, samochodami
i czołgami. Potem są noże, a w końcu uczymy chłopaków strzelać z pistoletów, strzelb
i karabinów. Każde z tych zajęć sprawiało, że byłem bardzo szczęśliwy.
***
Nasze córki przyszły na świat w czasie, gdy moja kariera filmowa sięgnęła szczytu. Na
Gwiazdkę 1990 roku, kilka tygodni po pierwszych urodzinach Katherine, tygodnik „Time”
zamieścił na okładce moje zdjęcie, jako największego gwiazdora w Hollywood, i napisał o mnie:
„W wieku czterdziestu trzech lat jak nikt inny uosabia ogólnoświatową dominację amerykańskiej
branży rozrywkowej”. Na święta do kin trafił Gliniarz w przedszkolu, który od razu stał się
wielkim przebojem.
Ale w planach miałem jeszcze większą produkcję – Terminatora II: Dzień sądu.
Minęło siedem lat, odkąd dzięki Terminatorowi kariery Jima Camerona i moja nabrały
rozpędu, i zawsze czuliśmy się zobligowani do nakręcenia ciągu dalszego. Jim zrobił w tym
czasie dwa wielkie filmy (Obcy – decydujące starcie oraz Głębia) i w 1990 roku ostatecznie
kupił prawa do Terminatora II, a także sporządził wstępny kosztorys. Ale kiedy w restauracji
przedstawił mi swoją koncepcję postaci, którą miałem zagrać, byłem nieco zakłopotany.
– Jak to możliwe, że Terminator nikogo nie zabija? – spytałem.
– Przecież jest terminatorem! Właśnie tego ode mnie oczekują… żebym wykopywał drzwi
i rozpirzał z rozpylacza wszystko, co się rusza.
– Podejrzewałem, że wytwórnia się zestrachała i próbuje przerobić Terminatora na film dla
dzieci. W ten sposób zniszczyli Conana, a nie chciałem, żeby Terminatora spotkał ten sam los.
– Nie, to nie tak – zaprotestował Jim. – Wciąż jesteś wyjątkowo niebezpieczny i brutalny.
Ale tym razem Terminator wraca, kiedy John Connor jest nastolatkiem, i ma za zadanie go
chronić. Nie jest już czarnym charakterem. Teraz tym złym jest nowy, mniejszy i jeszcze bardziej
przerażający terminator, Ttysiąc, zaprogramowany na zabicie Connora. A twój terminator ma go
powstrzymać.
Zabójstwa nie znikły z fabuły, tyle że teraz zabijał T1000. Gdy tylko uświadomiłem sobie,
że film nadal będzie dozwolony dopiero od lat siedemnastu, od razu się uspokoiłem.
T2 nabierał realnych kształtów, a tymczasem moje inne interesy kwitły. Część dochodów
z filmów przeznaczyłem na kapitał rozwojowy w branży nieruchomości. Obecnie byłem
właścicielem trzech dużych apartamentowców w Los Angeles, w sumie ponad dwustu mieszkań,
a także gmachu w Denver, który wraz z Alem Ehringerem przerabialiśmy na biura, restauracje
i sklepy. Nasza ryzykowna inwestycja w mocno zapuszczoną część Santa Monica również się
opłaciła – pod numerem 3110 na Main mieścił się teraz tętniący życiem kompleks
biurowohandlowy, a cała dzielnica stała się modna. Nasi pierwsi najemcy – nudne spółki takie
jak bank, firma ubezpieczeniowa oraz agencja nieruchomości – ustąpili miejsca producentom,
reżyserom i artystom ze świata rozrywki. Na pierwszym piętrze swoje biuro miał Johnny Carson,
a ja dzieliłem drugie piętro z Oliverem Stone’em. „Ja zajmę powierzchnię po lewej od wind, a ty
po prawej – zaproponował.
– Co ty na to? Zgodnie z naszymi poglądami politycznymi”. Skwitowałem to śmiechem
i zgodziłem się, a moje biuro mieści się tam do tej pory. Nieco później do budynku wprowadził
się koszykarz Shaquille O’Neal, gwiazdor Los Angeles Lakers; w ślad za nim poszli kolejni
producenci oraz menedżerowie sportu.
Poza tym rozpoczynałem zakrojony na dużą skalę projekt w ramach służby publicznej.
Wkrótce po narodzinach Katherine dostałem telefon z Białego Domu, na który liczyłem.
„Prezydent zamierza powierzyć panu przewodnictwo Rady do spraw Kultury Fizycznej i Sportu
– poinformował mnie oficjalnie urzędnik i dodał: – Chciałby, żeby zajął się pan tym, co
proponował pan w czasie kampanii: wprowadzeniem ogólnokrajowego programu rozwoju
sprawności fizycznej wszystkich obywateli”. Rola „prezydenckiego namiestnika do spraw
wychowania fizycznego”, jak nazwała mnie prasa, sprawiła mi najwięcej satysfakcji w całym
moim życiu zawodowym. Uważałem ją za część krucjaty, którą rozpocząłem wiele lat wcześniej,
promując kulturystykę jako metodę na poprawę siły i zdrowia. Także pracując na rzecz Olimpiad
Specjalnych, starałem się przekonywać, że uprawianie sportu i dbanie o formę jest dla każdego,
nie tylko dla wyczynowców. Dlatego w rozmowie z prezydentem Bushem tak bardzo
podkreślałem, jak mi zależy na tym stanowisku. Dzięki niemu tak wiele można było osiągnąć.
Biały Dom stale popełniał ten sam błąd, powołując do rady słynnych sportowców, a nie ludzi
znanych z tego, że zawsze wypełniają powierzone zadania i doprowadzają je do końca. Owszem,
idole sportu są potrzebni, ale wyłącznie ci, którzy mają chęć do pracy, a nie tylko do zasiadania
na tronie. Miałem jasną wizję tego, co należy uczynić. Poza tym wtedy już działalność dla dobra
publicznego weszła mi w krew, zwłaszcza ta na rzecz dzieci. I nie miała nic wspólnego ze sławą.
Moja teściowa ucieszyła się z tej nominacji nie mniej niż ja. Eunice osobiście poleciła mnie
listownie prezydentowi Bushowi – problemy kultury fizycznej leżały jej na sercu nie tylko jako
szefowej Olimpiad Specjalnych, lecz także dlatego, że to jej brat Jack był tym prezydentem,
który od czasów Teddy’ego Roosevelta najbardziej popierał aktywność fizyczną narodu. Kiedy
zadzwoniłem do niej z podziękowaniami, z miejsca spytała:
– W jaki sposób zamierzają to ogłosić?
– Nie wiem – odparłem. – A masz jakieś propozycje?
– Przede wszystkim spróbuj się umówić z prezydentem w Gabinecie Owalnym. Załatw,
żeby zdjęcia z tego spotkania przedostały się do prasy. Po rozmowie powinieneś wyjść z Białego
Domu razem z prezydentem i udzielić wywiadu dziennikarzom. Musisz przygotować
oświadczenie, w którym przedstawisz, co ciekawego masz do zaproponowania i jak sobie
wyobrażasz swoją misję jako przewodniczącego. Zawsze mów o misji i powodach, dla których
twoja nominacja jest najwłaściwszym wyborem.
Eunice odziedziczyła polityczny geniusz Kennedych. Wiedziała, że nominacja na takie
stanowisko nie jest aż tak istotna, żeby od razu zwoływać konferencję prasową. Prezydent ma
rozmaite ciała doradcze: do spraw gospodarczych, zdrowia, narkotyków, tworzenia miejsc pracy
i tak dalej. Normalnie z takiej okazji biuro prasowe Białego Domu wydałoby jedynie
oświadczenie mniej więcej takiej treści: „W dniu dzisiejszym prezydent Bush mianował Arnolda
Schwarzeneggera na stanowisko przewodniczącego prezydenckiej Rady do spraw Kultury
Fizycznej i Sportu”. Potem czekałaby mnie żmudna walka o zainteresowanie mediów moją
działalnością. Ale ktoś, kto na oczach dziennikarzy opuszcza Gabinet Owalny w towarzystwie
prezydenta, od razu zyskuje ich szacunek.
Okazało się, że prezydent w pełni poparł ten plan – kazał swoim ludziom przygotować
takie oświadczenie, żebym wypadł na jakiegoś ważniaka. Odbyło się to niemal dokładnie tak, jak
zaproponowała Eunice. Wyszedłem przed Biały Dom do dziennikarzy, opowiedziałem
o nominacji, o spotkaniu w Gabinecie Owalnym, o swoim entuzjazmie i wizji, a także
odczytałem oświadczenie na temat celów mojej misji.
Podekscytowany wyzwaniem związanym z rolą namiestnika do spraw wychowania
fizycznego, starannie odrobiłem pracę domową przed następnym spotkaniem z prezydentem,
które odbyło się kilka tygodni później w Camp David w Marylandzie. Chciałem wskrzesić
wszystkie imprezy sportowe, organizowane przez JFK, i rozszerzyć ich program. Zapytałem
Sarge’a i Eunice, co – ich zdaniem – mógłbym zrobić na tym stanowisku. Patrzyli z bliska na to,
jak Jack kierował krajem. Jaką miał wizję? Dlaczego organizował imprezy sportowe na
południowym trawniku Białego Domu? Zapisywałem wszystko, co mi mówili. Odbyłem
spotkania z urzędnikami Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej, Departamentu Rolnictwa
oraz Białego Domu. W ten sposób zacząłem konstruować plan. Wyszukałem też ekspertów,
takich jak John Cates z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego, który wdrożył pierwszy
w naszym kraju system młodzieżowych obozów sprawnościowych. Byłem więc gotowy do
przedstawienia szczegółowej propozycji.
– Dotychczas rada działała na małą skalę – powiedziałem prezydentowi Bushowi. –
Musimy to zmienić. – Opisałem mu, w jaki sposób narobimy szumu w stolicy i zmusimy
departamenty zajmujące się sprawami zdrowia, edukacji oraz prawidłowego odżywiania się do
koordynacji ogólnokrajowej kampanii na rzecz kultury fizycznej. Poza tym mieliśmy pokazać, że
również Biały Dom interesuje się tym problemem. – Zorganizujmy wiosną publiczny pokaz
ruchu dla zdrowia na trawniku przed Białym Domem – zaproponowałem.
Przedstawiłem mu z grubsza, jak miałoby to wyglądać: pola i stanowiska do golfa, tenisa,
aerobiku, ćwiczeń siłowych, koszykówki, wspinaczki po linie i innych rodzajów aktywności
fizycznej dostępnej dla przeciętnego człowieka. Zaprosilibyśmy trenerów, sportowców, rodziców
i dziadków z dziećmi oraz ogólnokrajowe media, zwłaszcza te z pasm telewizji śniadaniowej.
– Włączymy w to wszystkich – obiecałem. – A wtedy ty i Barbara wyjdziecie z Białego
Domu, przejmiecie inicjatywę i wypróbujecie różne przyrządy. To będzie jak festyn na
Czwartego Lipca, który pokaże ludziom, że aktywność fizyczna to niezła zabawa.
Prezydent odniósł się do tego niezwykle entuzjastycznie.
– W poniedziałek, po powrocie do Waszyngtonu, spotkaj się z personelem Białego Domu
i nadaj sprawie bieg – polecił.
Zaproponowałem również przywrócenie programu nagród prezydenckich – dyplomów
i medali za aktywność fizyczną, które wręczał JFK.
– Ludzie byli bardzo dumni z tych odznaczeń – podkreśliłem.
– Chęć zdobycia takiego dyplomu czy medalu wywołała rywalizację w szkołach, a tylko
tak można przyciągnąć dzieciaki.
Ten pomysł też mu się spodobał.
Wyjaśniłem, jak widzę swoją rolę: powinienem wyjść z promocją do ludzi. Badając realia
uprawiania aktywności fizycznej w Stanach Zjednoczonych, uświadomiłem sobie, że musiałbym
prezentować nasz program zarówno na poziomie stanowym, jak i lokalnym. W jednych stanach
gubernatorzy mieli rady do spraw wychowania fizycznego, w innych nie. Niektóre stany
prowadziły własne programy, inne zdawały się na samorządy lokalne i szkoły. Tylko w jednym
stanie wychowanie fizyczne było obowiązkowe codziennie, od przedszkola do dwunastej klasy.
Uznałem za swój obowiązek dotrzeć do każdego z pięćdziesięciu stanów z przekazem, że
aktywność fizyczna stała się teraz priorytetem narodowym.
– Chcesz objechać wszystkie pięćdziesiąt stanów? – zdziwił się prezydent.
– Sam zobaczysz – odparłem. – W trasie, spotykając się z ludźmi i agitując, jestem
w swoim żywiole. To coś, co robię najlepiej.
W pierwszym spotkaniu w Białym Domu, na którym mieliśmy zaplanować przebieg
imprezy Cała Ameryka Ćwiczy, wzięło udział około piętnastu urzędników państwowych.
Wszyscy powiedzieli: „Nie”. Facet z wydziału parków nie wyraził zgody, bo takie tłumy
zniszczyłyby trawniki. Ten odpowiedzialny za bezpieczeństwo publiczne oświadczył: „W maju
w Waszyngtonie bywa bardzo gorąco. Ludzie zaczną mdleć, będą potrzebowali wody i jedzenia,
a na to nie mamy środków”. Gość z Secret Service zaprotestował: „Jeśli prezydent będzie się
przemieszczał po całym terenie, nie damy rady obstawić aż tylu ludzi. Ryzyko jest zbyt duże”.
Później wyznałem Jimowi Pinkertonowi, doradcy politycznemu w Białym Domu, z którym
pracowałem, że w życiu nie brałem udziału w równie koszmarnej nasiadówce.
– Wyjaśnię to prezydentowi, a potem ty też z nim porozmawiaj – powiedział. Kilka dni
później spotkałem się z prezydentem Bushem i opisałem mu oficjalne reakcje.
– Uhm, typowe urzędasy – skwitował ze śmiechem. – To zawsze się tak zaczyna. Ale nie
zrażaj się. Sam z nimi pogadam.
Podczas następnego zebrania wszyscy oświadczyli jak jeden mąż: „To wspaniały pomysł.
Wymyśliliśmy, jak rozwiązać wszystkie problemy. Sprawa jest bardzo skomplikowana, ale
prezydent chce to zrobić”.
I tak we wtorek, pierwszego maja 1990 roku, dokładnie o siódmej dziewiętnaście prezydent
z małżonką wyszli z Białego Domu i dołączyli do – jak zapowiadano – pierwszej dorocznej
imprezy Cała Ameryka Ćwiczy. Na południowym trawniku dwa tysiące gości już korzystały
z tego, co przygotowaliśmy dla nich na powierzchni blisko dwóch hektarów: ćwiczyli aerobik
i trenowali na przyrządach, rzucali podkową, grali w piłkę nożną i koszykówkę. Kamery nie
odstępowały prezydenta i Pierwszej Damy, kiedy przechodzili od jednej grupy ludzi do drugiej.
Stworzyliśmy takie przedstawienie, że nawet JFK byłby pod wrażeniem. Udało nam się pokazać,
że aktywność fizyczna jest nie tylko ważna, lecz także przyjemna.
Poprzedniego dnia przeprowadziliśmy próbę generalną. Wówczas o tym nie myślałem, ale
obserwując przygotowania, nauczyłem się wielu rzeczy, które z czasem stosowałem w swoich
kampaniach. Na własne oczy zobaczyłem, jak należy planować wystąpienia pod kątem mediów –
gdzie chce się mieć dziennikarzy, a gdzie się ich nie chce, kiedy i w jaki sposób ich zapraszać.
Oficjalnie impreza Cała Ameryka Ćwiczy była otwarta od siódmej do dziewiątej rano.
Dowiedziałem się, że prezydent dołączył do nas o siódmej dziewiętnaście, bo właśnie o tej porze
przypada szczyt oglądalności programów Today i Good Morning America. Przedtem dziesiątki
razy występowałem w telewizji śniadaniowej, ale nigdy nie zastanawiałem się nad tym, o której
wejdę na antenę. Odtąd jednak zawsze nalegałem, żeby pojawiać się na ekranie około siódmej
trzydzieści.
***
Wkrótce po Cała Ameryka Ćwiczy wziąłem czasowy rozbrat z rolą namiestnika do spraw
wychowania fizycznego i poleciałem do Cannes. Głównie po to, żeby promować Pamięć
absolutną, która w czerwcu miała wejść na ekrany. A jednak lot na pokładzie odrzutowca
wytwórni Carolco przebiegł pod znakiem Terminatora II. Jim Cameron, który ze współautorem
właśnie skończył pracę nad scenariuszem, obiecał wziąć tekst ze sobą, żeby wszyscy mogli się
z nim zapoznać. Przeczytaliśmy go w drodze i jeszcze zanim wylądowaliśmy, omal nie
roznieśliśmy samolotu na strzępy, podekscytowani rozmachem i wyrafinowaniem technicznym
fabuły. Nie spodziewałem się po T2 zwyczajnej kontynuacji – Cameron za wszelką cenę stara się
zaskakiwać widzów, więc byłem pewny, że Terminator II będzie równie niesamowity i pełen
niespodzianek jak pierwowzór. Ale ten scenariusz po prostu zwalił mnie z nóg. Zadawałem
mnóstwo pytań na temat zmieniającego kształty Terminatora1000, z którym miałbym walczyć –
już samo wyobrażenie sobie maszyny zbudowanej z płynnego metalu było nie lada wyzwaniem.
Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że wiedza Camerona na temat nauki i świata przyszłości
wykracza daleko poza przeciętną. Gdy dotarliśmy do Cannes, dystrybutorzy zagraniczni
przejrzeli scenariusz i nie mogli się doczekać podpisania umów. Bez zmrużenia oka przyjęli do
wiadomości, że koszt produkcji Terminatora II wyniesie siedemdziesiąt milionów dolarów –
ponad dziesięć razy więcej niż pierwszej części. Wiedzieli, że film odniesie olbrzymi sukces.
T2 od początku był zakrojony na znacznie większą skalę niż Terminator. Miał nie tylko
kolosalny budżet – na zdjęcia przewidziano nie sześć tygodni, lecz osiem miesięcy. Czekał nas
także wyścig z czasem – żeby dotrzymać zobowiązań finansowych, musieliśmy oddać film na
początku lata 1991 roku. Stopień skomplikowania preprodukcji uniemożliwił rozpoczęcie zdjęć
przed październikiem 1990 roku, a gdy w maju 1991 roku T2 był gotowy, okazało się, że jest
jednym z najdroższych filmów w historii – kosztował dziewięćdziesiąt cztery miliony dolarów.
„Kiedy przystępuję do realizacji filmu, za każdym razem marzy mi się, że będziemy jedną
wielką rodziną, że czeka nas świetna zabawa i wspólnie przeżyjemy wspaniałe, twórcze chwile –
powiedział Cameron dziennikarzowi. – Ale nie na tym polega kręcenie filmu, to wojna”. Dla
mnie ta nowa postać stanowiła wyzwanie w tym sensie, że w miarę rozwoju akcji Terminator
przybiera ludzkie wzorce zachowań. Był to typowy przykład geniuszu Camerona – stworzyć
maszynę, u której następuje rozwój charakteru. W pewnym momencie dzieciak mówi
Terminatorowi: „Obiecaj, koniec z zabijaniem” i rozkazuje mi, żebym zaczął wyrażać się jak
człowiek, a nie jakiś przygłup. Rola wymagała więc ode mnie zmieniania się z zabójczej
maszyny w coś, co próbuje stać się człowiekiem, choć nie zawsze mu się to udaje. Za pierwszym
razem, kiedy chłopak każe mi powiedzieć: Hasta la vista, baby, nie wypadam przekonująco.
Stopniowo jednak Terminator nabiera cech ludzkich, aczkolwiek tylko do pewnego stopnia.
Nadal jest niezwykle groźny i sieje spustoszenie. Ale w porównaniu z T1000 i tak wychodzę na
porządnego gościa.
Kręciliśmy sceny w przypadkowej kolejności, więc stale trzeba było pilnować, na jakim
etapie uczłowieczenia Terminator jest w danym momencie. Przez pierwsze kilka tygodni
nieustannie pytałem Jima: „Czy teraz jest za bardzo ludzki, czy za mało?”.
T2 otworzył całkiem nowe możliwości w dziedzinie efektów specjalnych. T1000 jest
wykonany z płynnego metalu i na naszych oczach potrafi zmieniać się w dowolne przedmioty
albo osoby, których dotknie. Graficy komputerowi sprostali wyzwaniu. Ale dla aktorów
i kaskaderów film był niezwykle wyczerpujący. Cameron naciskał na swojego brata, Mike’a,
który tworzył rekwizyty oraz nadzorował kaskaderkę, a z kolei Mike w swoich nowatorskich
zapędach wyżywał się na nas.
Numery kaskaderskie ćwiczyliśmy z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. W widowiskowej
scenie pościgu w suchym kanale odpływowym w Los Angeles Terminator, jadąc na harleyu, ma
strzelać jedną ręką z wielkokalibrowego obrzyna typu pompka – wyciąga strzelbę, celuje, strzela,
odwraca, żeby przeładować, znów strzela i tak w kółko. Na papierze wygląda to świetnie i jest
wykonalne, po prostu wymaga powtarzania, powtarzania i jeszcze raz powtarzania. Niestety,
ćwiczenia to był jeden wielki ból i mordęga. Nie mogłem nosić rękawic, bo zaczepiałyby
o mechanizm spustowy broni, więc powtarzając ruchy sto razy, zanim je opanowałem, zdarłem
sobie skórę z palców i wnętrza dłoni. Następnie musiałem się nauczyć robić to samo podczas
jazdy na harleyu. A potem trzeba było jeszcze połączyć jazdę i walenie z obrzyna z grą. Trudno
jest spoglądać tam, gdzie sobie życzy reżyser, a jednocześnie pilnować, dokąd się jedzie.
W pewnym ujęciu musiałem prawie najechać przednim kołem motocykla na obiektyw kamery
zamontowanej na ciężarówce przede mną, przez cały czas strzelając i patrząc prosto przed siebie.
Gdybym się rozglądał, zepsułbym całe ujęcie.
Miałem też pędzić harleyem w kierunku zamkniętej na łańcuch bramy i przed rozwaleniem
jej odstrzelić kłódkę. Ćwiczyłem to tygodniami, najpierw tylko z samą bronią, potem na
motocyklu, aż w końcu wszystko razem, ale tak, żeby zachować absolutny spokój. Wykonałem
też efektowny skok na motocyklu do kanału. Pozostali odtwórcy głównych ról, Linda Hamilton
jako Sarah Connor i Robert Patrick jako T1000, również nie mieli lekko. Linda miesiącami trzy
razy dziennie ćwiczyła na siłowni, żeby jako bojowniczka o przetrwanie wyglądać przekonująco.
Wszystkie numery kaskaderskie były tak trudne, że wylaliśmy bez porównania więcej potu niż
przy T1.
Co kilka tygodni, podczas przerw w zdjęciach, przemieniałem się z Terminatora
w prezydenckiego namiestnika do spraw wychowania fizycznego. Ta praca oraz przyjaźń
z prezydentem Bushem wkrótce stały się ważną częścią mojego życia. W ramach wynagrodzenia
za udział w filmie mogłem korzystać z odrzutowego gulfstreama III – a to idealny środek
lokomocji do przenoszenia się ze stanu do stanu. Planowałem, że za kadencji prezydenta Busha
objadę wszystkie pięćdziesiąt. Miałem na to trzy lata. Rozłożyłem więc mapę Stanów
Zjednoczonych, sprawdzając, które stany sąsiadują ze sobą. Zamierzałem je pogrupować
i korzystając z dni wolnych od zdjęć albo od interesów, odwiedzać po cztery do sześciu naraz –
pozostawiając, oczywiście, margines na improwizację, bo przecież gubernatorzy nie musieli
dysponować czasem akurat wtedy co ja. Wielokrotnie, jadąc gdzieś w innych sprawach – na
przykład na seminarium czy zawody w Columbus albo wakacje na Hawajach – starałem się
zorganizować wizytę w sąsiednich stanach.
Rozmawiając z gubernatorami, zapewniałem ich, że polityka nie ma tu nic do rzeczy.
Chodzi wyłącznie o ruch dla zdrowia i sport. Dla wielu z nich było to nie do pojęcia. „Terminator
z republikańskiego Białego Domu przyjeżdża, by mi wytknąć, że nie dbam o dzieci” – myśleli
sobie, zaniepokojeni, że rozjadę ich jak walec i postawię w niekorzystnym świetle. Dlatego
z góry ustalaliśmy, że nie o to chodzi. Nie zamierzałem agitować za republikanami, tylko za
kulturą fizyczną. Wieść o tym powędrowała w świat i nagle gubernatorzy się odprężyli.
Przyjmowali nas z otwartymi ramionami. Wszyscy dołączyli do krucjaty na rzecz ruchu dla
zdrowia.
Obserwowanie na własne oczy, jak działają władze stanowe i lokalne, wiele mnie nauczyło.
Nigdy nie widziałem, żeby tak wiele osób nagle zaczęło się opowiadać za aktywnością fizyczną.
Pomyślałem, że możemy odwiedzać po dwa stany dziennie. Zwykle zaczynaliśmy od śniadania
z gubernatorem bądź panią gubernator i namawialiśmy do poprawy usportowienia mieszkańców
danego stanu. Każdy stan był inny, więc musiałem się doszkalać. Później odwiedzaliśmy jakąś
szkołę i dołączaliśmy do dzieci na zajęciach z wychowania fizycznego. Potem uczestniczyliśmy
w konferencji prasowej. W niektórych stanach były to gigantyczne imprezy – gimnazja pełne
rodziców i powitania przez dzieci przy dźwiękach szkolnych orkiestr. Każdemu gubernatorowi
wręczałem prezent – kurtkę od Tony’ego Nowaka, czyli oficjalną kurtkę zawodów
kulturystycznych Arnold Classic, z logo prezydenckiej rady, po czym pomagałem mu ją włożyć,
a on, w otoczeniu dzieci, pozował w niej do zdjęć.
Ostatnim punktem programu zawsze był poświęcony kulturze fizycznej „szczyt”, na który
zapraszaliśmy urzędników Departamentów Edukacji, Zdrowia i Opieki Społecznej, pracowników
gubernatora, właścicieli klubów fitness, ludzi z kuratorium, YMCA, Amerykańskiego Przymierza
na rzecz Zdrowia, Wychowania Fizycznego, Rekreacji i Tańca i tak dalej. W zatłoczonej sali
obrad zwykle zbierało się od pięćdziesięciu do stu osób. Mówiliśmy o znaczeniu aktywności
fizycznej wśród dzieci i o wynikających z braku ruchu zagrożeniach dla zdrowia. Potem
uczestnicy radzili, jak zorganizować współpracę. Następnie wracaliśmy do samolotu, lecieliśmy
do kolejnego stanu i po południu powtarzaliśmy wszystko od nowa.
Z czasem uświadomiłem sobie, jak wiele miało to wspólnego z prowadzeniem kampanii
wyborczej. Czas goni, wszędzie trzeba zdążyć na ustaloną godzinę, wygłosić przemówienie,
porwać słuchaczy. Witają nas szkolne orkiestry, lokalni politycy wychodzą na scenę, żeby zyskać
gorące poparcie. Po tych doświadczeniach, gdy kandydowałem na gubernatora Kalifornii,
miałem wrażenie déjà vu.
Co ciekawe, nikt nigdy nie protestował, że korzystam z własnego samolotu. Kiedy mnie
pytano: „Czy to rząd za to płaci?”, mogłem z czystym sumieniem odpowiedzieć: „Nie, za
wszystko płacę sam, nawet za papeterię. Nie robię tego dla pieniędzy. W ten sposób spłacam
dług. Moim atutem jest sprawność fizyczna, więc chcę się tym podzielić z innymi”.
Jak miło być echem Sarge’a!
Te „szczyty” na temat wzmożenia aktywności fizycznej były jak intensywny kurs polityki.
Kiedy w Kalifornii namawiałem uczestników do podniesienia rangi wychowania fizycznego
w szkołach, skoczyli mi do gardła.
– Tak? To niech pan skłoni gubernatora do zwiększenia wydatków na edukację, żebyśmy
mieli na pensje dla nauczycieli wuefu.
– Przecież mamy kryzys – tłumaczyłem. – Czytałem, że dochody naszego stanu spadły,
więc gubernator nie ma na to środków.
– Wobec tego niech przesunie fundusze z innych programów. W końcu tu chodzi o dzieci.
– Skoro nie macie pieniędzy, pogadajcie z YMCA albo którymś z miejscowych klubów
sportowych, może zapewnią wam trenerów.
– Jasne! Czyli że zamiast nauczycieli szkoły mają zatrudniać ochotników? A to dobre!
Arnoldzie, gdyby zapoznał się pan z naszym ustawodawstwem stanowym, dowiedziałby się pan,
że nie wolno brać ochotników na wakat nauczycielski.
Nadziałem się na wymuszony przez związek zawodowy nauczycieli zakaz zatrudniania
ochotników w szkołach. I wtedy otworzyły mi się oczy. Im wcale nie chodziło o dobro dzieci, jak
twierdzili, a jedynie o więcej etatów nauczycielskich. Rzecz jasna, rozumiałem, że taka jest rola
związków zawodowych – walczyć o swoich.
Ze wszystkich gubernatorów największe wrażenie wywarł na mnie Mario Cuomo. Nowy
Jork był chyba dziesiątym stanem, który odwiedziłem. Wcześniej nie lubiłem Cuomo za jego
atak na Reagana w przemówieniu programowym na konwencji demokratów w 1984 roku. „Panie
prezydencie, powinien pan wiedzieć, że ten kraj przypomina raczej Opowieść o dwóch miastach
niż »Rozświetlone miasto na wzgórzu«” – powiedział, odwołując się do powieści Dickensa oraz
cytatu z wystąpienia Reagana. Ale kiedy poznałem go osobiście, podczas rozmowy o aktywności
fizycznej słuchał z uwagą i pochlebnie wyrażał się o programie. Dał mi kilka bardzo cennych
wskazówek. Poradził, na przykład, tak: „Musisz więcej mówić o zdrowiu dzieci i kosztach. To
bardzo, bardzo ważne. Podkreślaj, że stan zdrowia społeczeństwa jest katastrofalny, i mów, ile to
będzie kosztować podatników, jeżeli dzieci nie nabiorą formy”. Bardzo mnie wspierał w mojej
działalności. Wtedy zrozumiałem, dlaczego tak powszechnie lubiano go w całym stanie
i dlaczego był wielkim przywódcą.
A kiedy później wyszliśmy do dziennikarzy, palnął mowę o tym, jak to ładnie z mojej
strony, że z własnej woli i za własne pieniądze objeżdżam całe Stany Zjednoczone. „Na tym
właśnie polega służba publiczna” – zakończył.
Cuomo wie, że jestem republikaninem i że reprezentuję republikańskiego prezydenta,
a mimo to zdobył się na taki ładny i szlachetny gest, pomyślałem. Mało tego, uznałem jego rady
za niezwykle cenne. A skoro miałem do objechania jeszcze ze czterdzieści stanów, mogłem
skorzystać z nich w swoich wystąpieniach.
Z prezydentem Bushem łączyła mnie serdeczna przyjaźń, odkąd poznaliśmy się za czasów
Reagana. Czułem się zaszczycony, kiedy zaprosił mnie na inaugurację oraz poprosił, żebym
wygłaszał słowo wstępne podczas imprez towarzyszących kampanii wyborczej, choć muszę
przyznać, że czasami nie czułem się z tym komfortowo. Wielu ludzi dużo bardziej zasługiwało
na ten zaszczyt. Pamiętam zwłaszcza uroczystość z okazji Dnia Martina Luthera Kinga.
Publiczność w dużej części składała się z Afroamerykanów, występowało też wielu
czarnoskórych mówców. Gdybym to ja siedział na widowni, zastanawiałbym się: „Dlaczego
akurat on zapowiada prezydenta?”. Ale to właśnie był cały Bush. Nie dbał o takie subtelności.
Promował każdego, kto miał talent i wyświadczył mu przysługę, albo jeśli kogoś lubił, nie
przejmując się, czy ma to sens, czy nie. Był przeuroczym facetem, przedstawicielem innej
generacji. Oboje z Barbarą zachowywali się niezwykle uprzejmie i z wrodzonym taktem. Gdy
przysłużyłem im się choćby w najdrobniejszej sprawie, za każdym razem dostawałem odręczny
liścik albo telefon z podziękowaniami.
Odkąd Bush powierzył mi promowanie zdrowego trybu życia, jeszcze bardziej się
zbliżyliśmy. Jeśli akurat byłem w Waszyngtonie, zawsze mogłem wpaść do niego do Białego
Domu. O każdej porze dnia i nocy. Tak wyglądały nasze relacje. John Sununu, jego pierwszy
szef personelu, również odnosił się do mnie bardzo serdecznie. Nigdy nie usłyszałem: „Szef jest
zajęty, proszę przyjść jutro”.
Czułem się zaszczycony częstymi zaproszeniami prezydenta i Barbary do Camp David.
W Białym Domu człowiek czasami czuje się jak w więzieniu, więc oboje uwielbiali uciekać tam
na weekend, choć prezydent nigdzie nie ruszał się bez materiałów do pracy. Zabierałem się
z nimi helikopterem albo spotykaliśmy się na miejscu. Chodziliśmy do miejscowych restauracji,
a w niedziele do kościoła. Oczywiście prezydent Bush przepadał za aktywnym trybem życia
i sportem.
Pewnego razu na pytanie dziennikarza: „Panie prezydencie, czy Arnold pokazał panu jakieś
ćwiczenia?”, roześmiał się i odparł:
– Kiedy przyjeżdża do Camp David, stale coś ćwiczymy. On mnie uczy machania hantlami,
a ja go uczę ścianówki”.
– Ścianówki? Chciał pan powiedzieć: „siatkówki”.
– Ależ skąd, ścianówki.
– Co to jest ścianówka?
– Mamy tu nie tylko kryte boisko do siatkówki, lecz również specjalne zasady, które
pozwalają odbijać piłkę od ścian. Arnold grał w to już kilka razy i idzie mu coraz lepiej.
W Camp David grywaliśmy z prezydentem w kręgle. Rzucaliśmy podkową. Pływaliśmy.
Podnosiliśmy ciężary. A nawet strzelaliśmy do rzutków! (Komu Secret Service pozwala nosić
broń palną w obecności prezydenta?). Na początku 1991 roku, kiedy Katherine dopiero uczyła się
chodzić, pojechaliśmy we trójkę do Bushów, a ponieważ spadło dużo śniegu, wybraliśmy się na
tobogany. Niestety, nie potrafiłem na nich jeździć. Tobogan różni się od zwykłych sanek, na
których można sterować nogami – jest niski, płaski i inaczej się ślizga. Prezydent i ja za szybko
zjeżdżaliśmy ze stoku, wpadliśmy na Barbarę i wylądowała w szpitalu ze złamaną nogą. Do tej
pory mam zdjęcie, które dostałem później od prezydenta – siedzimy razem na toboganie,
a podpis głosi: „Skręcaj! Skręcaj, do jasnej cholery!”.
Po inwazji Iraku na Kuwejt w sierpniu 1990 roku w Camp David odbywały się poważne
narady. Dziwnie się czułem, przeskakując tam i z powrotem z kryzysu w świecie realnym do
wymyślonego zagrożenia dla przyszłości na planie Terminatora II w Los Angeles. Do Camp
David przyjeżdżali wtedy sekretarz obrony Dick Cheney i przewodniczący Połączonego
Kolegium Szefów Sztabów, generał Colin Powell, zapoznawali prezydenta z rozwojem sytuacji
i wspólnie podejmowali decyzje. Jesienią prezydent Bush rozpoczął operację Pustynna Tarcza –
olbrzymią koncentrację wojsk amerykańskich oraz koalicjantów na granicach Arabii Saudyjskiej
z Irakiem i Kuwejtem. Ja również miałem swój skromny udział w tej akcji militarnej, bo
wyczytałem w gazecie, że amerykańscy żołnierze na pustyni ćwiczą kondycję, dźwigając wiadra
z piaskiem. Oczywiście mięśniom człowieka jest obojętne, co stawia im opór, a jednak
pomyślałem, że można coś zrobić dla wojska. Przypomniałem sobie, że jako czołgista w armii
austriackiej miałem do dyspozycji hantle i ławeczkę do ćwiczeń. Poszedłem więc do generała
Powella i zapytałem, co by powiedział na to, żeby wysłać żołnierzom porządny sprzęt
treningowy. Generałowi spodobał się mój pomysł, więc w ciągu kilku dni zwerbowałem
producentów, którzy podarowali czterdzieści ton hantli, ławek, sztang i innych urządzeń do
ćwiczeń siłowych na potrzeby operacji Pustynna Tarcza. Wysłanie ich statkiem trwałoby wiele
tygodni, ale Powell i Cheney znaleźli sposób, żeby przerzucić to drogą lotniczą z Oklahomy,
wraz z transportem rzeczy od prywatnych dostawców dla wojska. Dwa tygodnie później
wszystko dotarło na miejsce, a ja zacząłem dostawać w podzięce niesamowite zdjęcia i listy
z opisami, jak żołnierze ćwiczą na zmiany, żeby jak najlepiej wykorzystać nowy sprzęt.
Zawsze byłem wdzięczny siłom zbrojnym, ponieważ to odwaga i poświęcenie żołnierzy
strzegą amerykańskiego snu, który w moim przypadku się spełnił. Odkąd zostałem mistrzem
kulturystyki, przy każdej okazji zwiedzałem bazy wojskowe oraz okręty wojenne. A gdy zająłem
się aktorstwem, było naturalne, że na trasach promocyjnych zahaczałem również o wojska
stacjonujące poza krajem. Często też odwiedzałem oddziały piechoty morskiej w ambasadach
Stanów Zjednoczonych: w Japonii, Niemczech, Korei Południowej, Rosji i wielu innych krajach.
W żadnej szkole nie uczą, jak zabawiać żołnierzy, ale wymieniłem się doświadczeniami z takimi
celebrytami jak Jay Leno i opracowałem własny numer. Najpierw opowiadałem o swoich
filmach, potem rzucałem kilka kawałów (im grubszych, tym lepiej), a na koniec rozdawałem
kopie mojego ostatniego filmu i czasami trochę cygar. Chodziło o podniesienie ich na duchu…
i o wyrażenie wdzięczności. Dużo później, kiedy zostałem gubernatorem, w stolicy naszego
stanu, Sacramento, wciąż mnie pytano: Dlaczego spędzasz tyle czasu wśród żołnierzy? Dlaczego
walczysz o zapewnianie im wykształcenia na koszt państwa? Dlaczego pomagasz im w spłacie
kredytów studenckich? Dlaczego starasz się zapewnić im pracę? Dlaczego walczysz o jak
najszybsze ukończenie budowy domów dla kombatantów i próbujesz zbudować ich więcej niż
jakikolwiek gubernator w historii Kalifornii? Dlaczego próbujesz zmusić rząd do uznania zespołu
stresu pourazowego za jednostkę chorobową i do udzielania pomocy tym młodym mężczyznom
i kobietom po ich powrocie do kraju?
Odpowiedź jest prosta: gdyby nie ci dzielni ludzie, Stany Zjednoczone nie byłyby ostoją
wolności. Dopiero oglądając na własne oczy, co robią i jak ryzykują nasi żołnierze,
uświadamiamy sobie, ile im zawdzięczamy.
W Camp David tylko raz osobiście zetknąłem się ze sprawą najcięższego kalibru. Sala
konferencyjna, w której prezydent urządził centrum dowodzenia, normalnie była niedostępna dla
gości. Ale w lutym 1991 roku, kiedy siedziałem w swoim pokoju i czytałem jakiś scenariusz,
prezydent zadzwonił do mnie i powiedział:
– Chodź do nas, poznasz chłopaków.
Akurat zrobili sobie przerwę na kanapki. Bush przedstawił mnie towarzystwu zebranemu
przy wielkim stole konferencyjnym i zagaił:
– Wiesz, musimy podjąć ważne decyzje w związku z wojną na Bliskim Wschodzie. –
W ramach operacji Pustynna Tarcza rozpoczęły się już naloty bombowców, a Stany Zjednoczone
i koalicjanci od miesięcy zwiększali swój kontyngent wojskowy. – Spójrz na te zdjęcia – ciągnął,
pokazując mi zwiadowcze fotografie lotnicze. Potem puścił kasetę z nagraniem z kamery
umieszczonej na hełmie czołgisty, pokazującym, jak blisko granicy były nasze wojska. Wyjaśnił,
że dywizje pancerne przegrupowują się, udając ataki na granicę i cofając się, ale wkrótce
rzeczywiście wkroczą na teren Iraku i Kuwejtu. – Tak że weźmiemy ich z zaskoczenia,
a jednocześnie przygwoździmy…
– I pokazał mi pozycje okrętów w Zatoce Perskiej, gdzie marynarka wojenna była już
gotowa do wystrzelenia pocisków typu Cruise oraz do desantu piechoty morskiej. – Dostaną taki
łomot, że się nie pozbierają – oświadczył.
Zebrani przy stole nieoficjalnie wrócili do planowania wojny w miejscu, w którym
przerwali. Ich przejęcie i skupienie przywodziło na myśl lekarzy w sali operacyjnej. Owszem,
żonglowali życiem i śmiercią, ale już nieraz podejmowali takie decyzje i wiedzieli, co należy
zrobić. Nikt nie panikował. Swobodny ton odzwierciedlał atmosferę w Camp David –
pozbawioną wiecznego napięcia panującego w Białym Domu, i właśnie dlatego najchętniej tam
się spotykali.
Kiedy skończyli jeść, prezydent powiedział:
– Przejdę się teraz z Arnoldem, pokażę mu jego konia i wracam za dwadzieścia minut.
Wyjeżdżając następnego dnia, wiedziałem, że za czterdzieści osiem godzin wybuchnie
wojna. Był czwartek, a dwa dni później, dwudziestego trzeciego lutego, mieli przypuścić atak.
Bez przerwy myślałem sobie: Wiem coś, o czym nie wie nikt spoza tego ścisłego kręgu. Żaden
dziennikarz, nikt. Tak wielki dowód zaufania ze strony prezydenta Busha wywarł na mnie
wielkie wrażenie. Czułem, że nigdy, przenigdy, choćby nie wiem co się stało, nie zawiodę ani
tego zaufania, ani tego człowieka.
***
Reszta 1991 roku to był dla mnie złoty okres – zarówno w domu, w pracy publicznej, jak
i w kinie. Terminator II: Dzień sądu wszedł do kin w weekend przed Czwartym Lipca i wkrótce
stał się najbardziej dochodowym filmem w mojej karierze. Trzy tygodnie później urodziła się
Christina. Zostałem też dumnym posiadaczem pierwszego na świecie cywilnego hummera,
którego wojskowy odpowiednik, HMMWV, czyli humvee, odegrał jakże znaczącą rolę
w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. Humvee wpadł mi w oko rok wcześniej w Oregonie, gdzie
latem kręciliśmy kilka scen do Gliniarza w przedszkolu. Widząc mijający nas konwój wojsk
amerykańskich, zakochałem się od pierwszego wejrzenia. W życiu nie widziałem równie
pięknego i męskiego SUVa. Standardowe wyposażenie humvee obejmuje elementy, na które
posiadacze jeepów czy chevy blazerów musieliby wybulić ciężkie tysiące dolarów – olbrzymie
koła i lusterka, duży prześwit, dodatkowe reflektory, w tym na podczerwień, orurowanie przednie
oraz wyciągarkę, pozwalającą wygrzebać się z kłopotów. Humvee to był wóz z jajami i nie
wymagał żadnego podrasowania!
Chciałem mieć taki pojazd nie tylko dla siebie – wiedziałem, że jeśli namówię producenta
na stworzenie wersji cywilnej, popyt będzie ogromny. W ten sposób zachwalałem swój pomysł,
kiedy wybrałem się do prezesa i dyrekcji AM General w Lafayette, w Indianie – firmy, która
produkowała humvee na potrzeby wojska. Załatwiłem sobie zgodę za zakup jednego
egzemplarza, następnie oddałem go specjalistycznej firmie do przeróbki, żeby dopuszczono
pojazd do ruchu drogowego oraz w celu ucywilizowania wnętrza, po czym odesłałem go do
producenta z radą: „A teraz skopiujcie coś takiego”.
Tak też zrobili i właśnie dlatego odkąd hummer trafił na rynek, tak silnie kojarzył się
z moim nazwiskiem.
Tego samego roku wdałem się także w inne ciekawe przedsięwzięcie. W październiku
Sylvester Stallone, Bruce Willis i ja dokonaliśmy w Nowym Jorku oficjalnego otwarcia nowej
szpanerskiej maszynki do robienia pieniędzy – gwiazdorskiej sieci restauracji o nazwie Planet
Hollywood. Nie zabrakło nikogo ze sławnych osobistości. To nie było pierwsze lepsze
wydarzenie towarzyskie, lecz początek imperium.
Pomysł zakładał tworzenie na całym świecie kolejnych lokali Planet Hollywood, które
miały przyciągać wielbicieli amerykańskich gwiazd filmowych. Na wystrój składały się pamiątki
i rekwizyty z filmów – takie jak kombinezon lotniczy Toma Cruise’a z Top Gun, kostium
kąpielowy Jane Mansfield z Blondynka i ja czy motocykl z Terminatora. W restauracjach
zamierzano organizować premiery filmów, występy gwiazd oraz sprzedawać specjalnie
zaprojektowane kurtki, Tshirty i inne pamiątki. Pomysł narodził się w głowach producenta
filmowego Keitha Barisha oraz Roberta Earla, który stworzył światową sieć restauracji opartych
na pamiątkach muzycznych – Hard Rock Cafe. Keith przekonał Roberta, że hollywoodzkie
restauracje tematyczne mogą odnieść jeszcze większy sukces niż muzyczne, zwłaszcza teraz, gdy
po upadku żelaznej kurtyny cały świat szeroko otworzył się na kulturę amerykańską. Następnie
przedstawili mi swoją koncepcję.
– Chcemy cię wziąć na wspólnika – powiedzieli. – Nie zależy nam na jakimś celebrycie,
który nic nie rozumie. Ty masz smykałkę do interesów i jesteś gwiazdą numer jeden. Jeśli w to
wejdziesz, inni pójdą w twoje ślady.
Pomyślałem, że to ma sens, i szybko rozpuściliśmy wieści. Już wkrótce Jake Bloom, mój
prawnik, który reprezentował także Sly’a i Bruce’a, zawiadomił mnie, że obaj pytają, czy mogą
się do tego przyłączyć.
– Masz coś przeciwko temu? – zapytał mnie.
– Ależ skąd – odparłem. Cieszyłem się, zwłaszcza ze względu na Stallone’a. Jake wiedział,
że Sly i ja od lat mieliśmy ze sobą na pieńku.
To się ciągnęło od czasów Rocky’ego i Rambo, kiedy był bohaterem numer jeden kina
akcji, a ja nieustannie próbowałem mu dorównać. Pamiętam, jak po zrobieniu Conana
Niszczyciela powiedziałem Marii: „W końcu płacą mi milion dolarów za film, ale Stallone bierze
już trzy. Mam wrażenie, jakbym zatrzymał się w miejscu”. Żeby się mobilizować, wyobrażałem
sobie Stallone’a jako arcywroga, dokładnie tak samo, jak demonizowałem Sergia Olivę, kiedy
próbowałem zdobyć tytuł Mister Olympia. Tak bardzo zaślepiała mnie nienawiść do niego, że
zacząłem go krytykować publicznie – za ciało czy sposób, w jaki się ubierał – a prasa oczywiście
skwapliwie to cytowała.
Nie mogłem mieć mu za złe, że odpłacał mi pięknym za nadobne – chociaż w gruncie
rzeczy to on doprowadził do eskalacji tej wojny, ukradkiem podrzucając dziennikarzom historie
przedstawiające mnie w niekorzystnym świetle. Przez jakiś czas pokrywał nawet honoraria
adwokata pewnego brytyjskiego pismaka, którego pozwałem do sądu o zniesławienie. Od tej
pory minęło jednak dużo czasu, czułem, że moja pozycja gwiazdy jest o wiele mocniejsza,
i chciałem zaprowadzić pokój. Powiedziałem więc Jake’owi:
– Przekaż mu, że przyjmę go do interesu z otwartymi ramionami i że wyświadczam mu tę
grzeczność, bo chcę się pogodzić.
W rezultacie Sly, Bruce i ja stworzyliśmy zespół. Lataliśmy na otwarcia kolejnych
restauracji Planet Hollywood, witaliśmy miejscowe sławy, machaliśmy rękami do kamer,
udzielaliśmy wywiadów prasie i robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby zrewanżować się
naszym fanom za lojalność. W samolocie ja i Sly paliliśmy cygara i bez przerwy opowiadaliśmy
sobie kawały. Nigdy nie rozmawialiśmy o naszej waśni. Jak to faceci, szliśmy w zaparte, jakby
nie było problemu i nigdy nic między nami nie zaszło. W ten sposób zostawiliśmy przeszłość za
sobą.
A jednak, choć tak wiele się działo, czułem, że zaczyna mnie nosić. Przypomniałem sobie
niepokój dręczący mnie po zdobyciu trzeciego czy czwartego tytułu Mister Olympia, gdy nagle
to, że mam najbardziej umięśnione ciało, przestało się dla mnie liczyć. Był to jedynie etap
przejściowy, prowadzący do innego celu – właśnie dzięki kulturystyce przyjechałem do Stanów
Zjednoczonych i trafiłem do filmu. Ale wyrosłem z tego, tak samo jak wyrosłem z bawienia się
kolejkami w dzieciństwie. Oczywiście wiedziałem, że zawsze będę wspierał kulturystykę jako
sport oraz promował wszelką aktywność fizyczną. Tyle że bycie największym mięśniakiem nie
miało już dla mnie znaczenia.
Kolejnym wyzwaniem stała się pozycja największej gwiazdy kina akcji. Z biegiem lat to
również udało mi się osiągnąć. Potem zrobiłem kolejny krok i zająłem się komediami. Zawsze
jednak wiedziałem, że z tego też wyrosnę.
W ciągu siedmiu lat dzielących dwie pierwsze części Terminatora moje podejście do
branży się zmieniło. W latach osiemdziesiątych z entuzjazmem robiłem film za filmem.
Próbowałem się dostać na sam szczyt, chciałem za każdym razem podwajać gaże, kręcić
najbardziej dochodowe hity i zostać największą gwiazdą. Nienawidziłem tego, że czasem muszę
spać. Kiedy grałem Terminatora, marzyłem o tym, żeby móc funkcjonować bez przerwy, jak
maszyna. Wtedy mógłbym spędzać na planie z Jimem Cameronem całą noc, a rano przebierać się
i pędzić do pracy nad filmem rozgrywającym się za dnia, kręconym w dzień i robionym przez
reżysera pracującego w godzinach dziennych. To by była radocha, myślałem. Mógłbym tłuc
cztery filmy rocznie!
Teraz jednak, po Terminatorze II: Dzień sądu, patrzyłem na to zupełnie inaczej. Miałem
coraz liczniejszą rodzinę. Pragnąłem fajnego życia. Chciałem móc się nacieszyć żoną i dziećmi.
Chciałem patrzeć, jak dorastają Katherine i Christina. Zabierać je na różne imprezy i na wakacje.
I być w domu, kiedy będą wracały ze szkoły.
Dlatego szukałem sposobu, jak znaleźć na to wszystko czas. Pomyślałem, że kręcenie
jednego filmu rocznie będzie akurat. Ludzie uznawali mnie już za jednego z największych
gwiazdorów, niczego nie musiałem udowadniać. Czekali jednak na więcej filmów, więc chciałem
mieć pewność, że będę wracał z kolejnymi dobrymi produkcjami. I że jeśli trafię na wyjątkowo
dobry pomysł czy scenariusz, który coś we mnie poruszy, to będę mógł zrobić ten film. Tyle że
miałem też inne możliwości, a samo aktorstwo już mi nie wystarczało.
Pomyślałem, że jeśli nie chcę się znudzić, może warto zrobić to, co Clint Eastwood, czyli
urozmaicić karierę, występując od czasu do czasu w roli reżysera albo producenta filmów z moim
udziałem, ale także tych beze mnie. Raz tak, raz tak. Pociągały mnie nowe wyzwania oraz ryzyko
porażki. Clinta uważałem za jedną z nielicznych osobistości w Hollywood, które mają
poukładane w głowie. Miał zmysł do interesów. Nigdy nie tracił pieniędzy. Niezwykle mądrze
inwestował.
I zawsze brał się do przedsięwzięć, które go pasjonowały, takich jak jego restauracje czy
pola golfowe w północnej Kalifornii. Odkąd przybyłem do Ameryki, był moim idolem. Nie
wiedziałem, czy mam tego rodzaju talent, ale skoro aktorstwo już mi nie wystarczało i szukałem
nowych wyzwań, może mógłbym pójść w ślady Clinta.
Z drugiej strony widziałem siebie również w całkiem innej roli. Clinta wybrano na
burmistrza Carmel w Kalifornii – jego rodzinnego miasta. To także mnie pociągało, tyle że wtedy
jeszcze nie wiedziałem, o jaki urząd mógłbym się kiedyś ubiegać. Najwyraźniej przebywanie
w otoczeniu Shriverów i Kennedych wywierało na mnie wpływ, chociaż jeśli chodzi o poglądy
polityczne, staliśmy po dwóch stronach barykady.
W listopadzie 1991 roku do startu w wyborach niespodziewanie zachęcił mnie Richard
Nixon. Zaprosił mnie do swojego biura przed otwarciem wakacyjnej wystawy połączonej ze
zbiórką pieniędzy w jego bibliotece prezydenckiej, które miało się odbyć kilka godzin po
otwarciu biblioteki Reagana. Wiedziałem, że Nixon jest znienawidzony przez wielu ludzi,
i miałem świadomość, w jak trudnej sytuacji znalazł się kraj za sprawą afery Watergate. Ale
pomijając to, podziwiałem go i uważałem, że był rewelacyjnym prezydentem. Prawdopodobnie
wiedział, że ma we mnie fana, bo wychwalałem go w mediach nawet w szczytowym okresie jego
niepopularności. Właśnie wtedy najchętniej o nim mówiłem, ponieważ mam naturę buntownika
i lubię szokować.
Zapraszając mnie na tę imprezę, powiedział mi przez telefon: „Chciałbym, Arnoldzie,
żebyś się dobrze bawił”. Tymczasem, nic mi o tym nie mówiąc, wrabiał mnie, żebym wygłosił
tam mowę. Niczego nie podejrzewając, zgodziłem się przyjść i wziąłem ze sobą Patricka – syna
mojego zmarłego brata i jego narzeczonej, Eriki Knapp. Patrick, który miał wtedy dwadzieścia
kilka lat, ukończył prawo na Uniwersytecie Południowej Kalifornii i dostał pracę w kancelarii
mojego prawnika od spraw związanych z przemysłem rozrywkowym, Jake’a Blooma. Bardzo
lubiłem spędzać z nim czas i uczyć go życia. Otwarcie wystawy zgromadziło blisko tysiąc trzysta
osób. Podeszliśmy przywitać się z prezydentem Nixonem.
Nixon znakomicie potrafił słuchać innych. Czytał w ich myślach, czym bardzo mi
imponował.
– Arnoldzie, zapraszam cię na chwilę do mojego biura – powiedział.
– Mogę zabrać ze sobą bratanka?
– Ależ oczywiście.
Przeszliśmy do jego gabinetu, a kiedy zamknął za nami drzwi, zaczął mnie ciągnąć za
język. Wypytywał o wszystko: czym się obecnie zajmuję, jak się mają moje filmy, co sprawiło,
że zostałem republikaninem, dlaczego zająłem się polityką. Kiedy odpowiedziałem mu na te
pytania, wyrzuciłem z siebie to, co mi leżało na wątrobie:
– Przyjechałem do Stanów Zjednoczonych, ponieważ jest to najwspanialszy kraj na
świecie, i zrobię, co w mojej mocy, żeby takim pozostał. Nie wolno dopuścić, żeby byle gnojki
ubiegały się o prezydenturę i wprowadzały do Białego Domu. Musimy mieć dobrych
przywódców i musimy realizować dobre programy, zarówno na poziomie stanowym, jak
i miejskim. Dlatego zawsze sprawdzam, czy głosuję na odpowiedniego kandydata i czy popieram
w kampanii tych, którzy na to zasługują. Chcę wiedzieć, za czym się opowiadają, jak głosowali
w przeszłości, w jaki sposób reprezentowali swój stan, czy byli wielkimi przywódcami i tego
typu rzeczy. – Wyjaśniłem mu, przed jakimi wyzwaniami stoi Kalifornia w sferze zdrowia
i edukacji, o czym wiedziałem jako przewodniczący ruchu na rzecz kultury fizycznej. Mówiłem
też o konieczności stworzenia w naszym stanie bardziej przyjaznych warunków dla rozwoju
przedsiębiorczości.
W tym momencie ktoś wszedł i powiedział:
– Panie prezydencie, wszyscy już na pana czekają.
Wstaliśmy. Przed wyjściem Nixon odwrócił się do mnie i rzekł:
– Musisz ubiegać się o fotel gubernatora Kalifornii. Jeśli się na to zdecydujesz, udzielę ci
wszelkiej możliwej pomocy. – Zaskoczył mnie takim stwierdzeniem, bo w ogóle o tym nie
rozmawialiśmy. Nixon jako pierwszy na serio podsunął mi ten pomysł.
Odesłał Patricka na miejsce, a mnie polecił:
– Zostań tutaj, trzymaj się blisko podium.
Stała tam już spora grupka znanych osobistości, w tym Bob Hope, więc dołączyłem do
nich.
Wtedy Nixon podszedł do mikrofonu i rozpoczął przemówienie. Mówił znakomicie, na
pełnym luzie; zaimponowało mi, że nie korzystał z notatek. Ze swadą opowiadał o bibliotece i jej
misji, o niektórych swoich dokonaniach, o konieczności kontynuowania polityki w pewnych
kwestiach i tak dalej.
– Oczywiście, mam tutaj wielu zwolenników – powiedział. – To dzięki wam udaje się to
wszystko urzeczywistnić i jestem wam głęboko wdzięczny za wsparcie. Teraz jednak chcę wam
przedstawić kogoś, kto jest przyszłością tego stanu, i…
Serce łomotało mi tak, że dalej już nic nie słyszałem.
Może jedynie o mnie wspomni, pomyślałem. Wiedziałem jednak, że zaraz poprosi mnie
o przemówienie. Dwie strony mojej natury od razu zaczęły się spierać. Jedna mówiła: „Co tu jest
grane? Jezu, nie jestem przygotowany na coś takiego”, a druga kontrowała: „Prezydent Nixon
mówi o tobie. Ciesz się!”.
Usłyszałem słowa prezydenta: „Arnoldzie, pozwól tutaj”, po których nastąpiły gromkie
owacje.
Wyszedłem więc przed zgromadzony tłum i stałem, ściskając rękę Nixona. A potem on
szepnął do mnie, ale tak, żeby słychać go było przez mikrofon:
– Chyba powinieneś powiedzieć kilka słów.
Na szczęście jeśli się kogoś lubi i wie dlaczego, łatwo jest mówić z głębi serca. Nie
wahałem się, a nawet pozwoliłem sobie na żart.
– Serdeczne dzięki, uwielbiam, jak ktoś mi każe przemawiać bez uprzedzenia. – Te słowa
nagrodzono śmiechem. Przez kilka minut tłumaczyłem, dlaczego zostałem republikaninem.
Opowiedziałem o tym, jak po raz pierwszy zobaczyłem Nixona w telewizji, podczas kampanii
prezydenckiej z 1968 roku, „kiedy mówił o wspieraniu sił porządkowych!”. Kilka osób zaczęło
bić brawo. – Wspierał wojsko, Pentagon, ekspansję militarną, bo bez silnej armii Stany
Zjednoczone przestaną być potęgą.
Kolejne brawa.
– Mówił również o budowaniu gospodarki globalnej – ciągnąłem.
– Mówił o likwidacji taryf i barier handlowych, bo przecież ostatecznie mamy bronić
naszego dobrobytu, nie pracy! – Jeszcze większe brawa.
– Słysząc to z jego ust, byłem zachwycony. A ponieważ przybyłem tu z kraju socjalistów,
szczególnie spodobały mi się słowa: „Niech rząd nie patrzy nam na ręce”.
Brawa i owacje.
– Od tej pory jestem wielkim fanem tego człowieka. Zawsze go wspierałem ze wszystkich
sił, a dzisiaj jestem tu dlatego, że nadal go wspieram. Potrzebujemy więcej takich przywódców
jak on!
Teraz już wszyscy przyłączyli się do owacji i wiwatów. Byłem w siódmym niebie.
Później prezydent Nixon znów wziął mnie do swojego biura i powiedział:
– Pamiętaj, co ci mówiłem o kandydowaniu na gubernatora.
Doszedłem do wniosku, że pomysł zajęcia się polityką wcale nie jest naciągany, skoro
wyszedł od kogoś takiego jak Nixon. Ale nigdy nie zagłębiałem się w to tak bardzo, by czuć, że
„z pewnością tak się stanie”. Nie wchodziło to w zakres moich postanowień na najbliższy rok.
Nie rozwodziłem się nad tym, nie wyznaczałem sobie żadnych granic czasowych. Podchodziłem
do tego na pełnym luzie.
ROZDZIAŁ 20
Bohater ostatniej akcji
W Hollywood nikt nie wygrywa bez przerwy. Prędzej czy później każdy dostanie łomot.
Następnego lata przyszła kolej na mnie przy okazji Bohatera ostatniej akcji. Obiecaliśmy światu
hit nad hitami, promowaliśmy go jako „największy przebój 1993 roku” i „najlepszy film lata”.
Terminator II: Dzień sądu był najbardziej dochodową produkcją roku 1991 i oczekiwano, że
Bohater ostatniej akcji pobije jego wyniki.
Tymczasem przebojem lata, który każdy chciał zobaczyć, został Park jurajski Stevena
Spielberga – ostatecznie przegonił nawet E.T., odbierając mu pozycję najbardziej zyskownego
filmu w historii. My wypuściliśmy rzecz za mało chwytliwą jak na wielkie widowisko,
w dodatku mieliśmy pecha, ustalając termin wejścia filmu na ekrany na weekend po premierze
Parku jurajskiego. Odkąd Bohater ostatniej akcji trafił do kin, był flekowany ze wszystkich
stron. Magazyn „Variety” na pierwszej stronie zamieścił tytuł na cztery szpalty: „Dinozaury
zżarły lunch Arnolda”.
W sumie Bohater ostatniej akcji przyniósł jednak zyski i porażka wynikała jedynie z tego,
że nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Gdybym nie był tak wielką gwiazdą, nikt by nie
zwrócił na to uwagi. Szkoda, że tak się stało, bo szalenie podobał mi się pomysł tego filmu. Było
to połączenie kina akcji z komedią – dwa rodzaje ról, w których sprawdzałem się najlepiej. Żeby
trafić do jak najszerszej widowni, robiliśmy Bohatera dla kategorii wiekowej PG13 (od trzynastu
lat, a dla młodszych dzieci za zgodą rodziców) – w gruncie rzeczy jako wielką wakacyjną frajdę;
parodię bez eksponowania przemocy, wulgaryzmów i seksu. Grałem w nim bohatera kina akcji,
Jacka Slatera – działającego nieszablonowo detektywa policji z Los Angeles. Poza tym byłem
producentem wykonawczym tego film, więc musiałem zatwierdzać każdy jego aspekt:
dopracowanie scenariusza, wybór reżysera i obsady, wybór wytwórni, która sfinansuje projekt,
dystrybucję i marketing, ostateczny budżet, wybór firmy PR, plan rozpowszechniania za granicą
i tak dalej. Chętnie wziąłem na siebie te dodatkowe obowiązki. Kiedyś często aktywnie
włączałem się w prace nad filmem, doprowadzając do podpisania kontraktu, wybierając reżysera
i jakżeby inaczej? – planując kampanię marketingową. Czasami jednak mówiąc „Pokażcie mi
ten plakat” albo „Znajdźmy jakieś lepsze zdjęcie”, miałem wrażenie, że wtrącam się w nie swoje
sprawy. Teraz mogłem się mieszać do wszystkiego: od wymyślania chwytów reklamowych po
zatwierdzanie prototypów zabawek Jacka Slatera.
Sercem fabuły jest Danny Madigan, jedenastoletni kinoman. Ma bzika na punkcie kina
akcji, zna wszystkie filmy tego gatunku. Nagle dostaje magiczny bilet, który pozwala mu się
znaleźć w najnowszym filmie Jacka Slatera, jego ulubionego bohatera.
Cieszyłem się, że na reżysera udało mi się ściągnąć Johna McTiernana, który zrobił
Predatora, a także Szklaną pułapkę oraz Polowanie na Czerwony Październik. John zawsze miał
niezwykle klarowną wizję. W przypadku Bohatera ostatniej akcji jako pierwszy zasygnalizował
mi, że mogą być kłopoty. Pewnego razu, kiedy po zakończeniu zdjęć o trzeciej w nocy
wybraliśmy się w Nowym Jorku na drinka, powiedział: „W sumie robimy jakby kolejne E.T.”.
Słysząc to, nabrałem złych przeczuć, że może jednak pomysł z kategorią wiekową PG13 to był
błąd. Zacząłem się obawiać, że choć drugą gwiazdą jest dziecko, widzowie nie kupią mnie
w filmie akcji przeznaczonym dla całej rodziny. Harrison Ford mógł sobie na to pozwolić
w Poszukiwaczach zaginionej Arki, ale nie ja. Oczywiście już wcześniej grywałem w komediach,
lecz to było co innego, bo w komedii nikt nie oczekuje, że będę rozwalał ludzi. Natomiast
sprzedając film ze słowem „akcja” w tytule, trzeba trochę tej akcji zapewnić. Drugi Conan spalił
na panewce właśnie dlatego, że przerobiliśmy go na film dla dzieci. A teraz stawialiśmy na to, że
zdołamy wykrzesać dość niesamowitej kaskaderki oraz energii, żeby Bohater ostatniej akcji
okazał się godny tytułu.
W tamtym czasie pomysł nakręcenia ciepłego filmu akcji dla milusińskich wydawał się
całkiem rozsądny. Gubernator Arkansas Bill Clinton właśnie pokonał George’a Busha
w wyborach prezydenckich w 1992 roku. Media wciąż donosiły o tym, że pokolenie drugiej
wojny światowej ustępuje miejsca pokoleniu wyżu demograficznego, a Stany Zjednoczone
zwracają się przeciwko przemocy. Dziennikarze zajmujący się branżą rozrywkową pytali:
„Ciekawe, co to oznacza dla brutalnych, konserwatywnych bohaterów kina akcji, jak Sylvester
Stallone, Bruce Willis i Arnold Schwarzenegger? Czy widzowie przerzucą się teraz na pokój
i miłość?”. Chciałem się wpisać w ten nowy trend. Dlatego gdy twórcy zabawek pokazali nam
prototypy Jacka Slatera, odrzuciłem ich propozycje uzbrojenia, jakim się miał posługiwać.
„Mamy lata dziewięćdziesiąte, nie osiemdziesiąte” – tłumaczyłem. W rezultacie Jack Slater
zabawka nie chodzi z miotaczem płomieni, tylko walczy wręcz i mówi: „Gruby błąd” – tym
powiedzonkiem zwraca się do złoczyńców. Napis na pudełku z zabawką głosił: „Bądź mądry.
Nigdy nie baw się prawdziwą bronią”.
W reklamie i promocji poszliśmy na całość. Oprócz zabawek sprzedaliśmy licencję na
siedem gier komputerowych, podpisaliśmy z siecią Burger King kontrakt reklamowy opiewający
na dwadzieścia milionów dolarów, za trzydzieści sześć milionów wypuściliśmy filmik dla
wesołych miasteczek, a także – to mi się spodobało najbardziej – NASA wybrała nas do
pierwszej płatnej reklamy w kosmosie. Po bokach rakiety wymalowaliśmy „Bohater ostatniej
akcji” oraz „Arnold Schwarzenegger”, a potem zorganizowaliśmy ogólnokrajową loterię,
w której nagrodą dla zwycięzcy była możliwość naciśnięcia guzika odpalającego rakietę. Podczas
majowego festiwalu filmowego w Cannes umieściliśmy na tratwie przy plaży nadmuchiwaną,
wysoką na trzy piętra postać Jacka Slatera, a ja ustanowiłem życiowy rekord, udzielając w ciągu
dwudziestu czterech godzin czterdziestu wywiadów telewizyjnych i pięćdziesięciu czterech
prasowych.
Tymczasem mieliśmy opóźnienia w produkcji. Pierwszego maja, gdy zorganizowano
jedyny pokaz testowy, film był jeszcze tak niedopracowany, że trwał dwie godziny i dwadzieścia
minut, a większości dialogów nie dało się zrozumieć. Pod koniec widzowie byli znudzeni.
Z powodu napiętych terminów zabrakło czasu na więcej prób z widownią. Musieliśmy więc
działać po omacku, bez opinii pozwalających doszlifować film. Jednak w wytwórni nikt nie
chciał przełożyć daty premiery, bo mogłoby wyjść na to, że mamy jakieś kłopoty. Zgadzałem się
z nimi.
Okazało się, że wielu widzom Bohater ostatniej akcji się spodobał – tyle że w tej branży to
za mało. Nie wystarczy, by film się podobał, ludzie muszą szaleć na jego punkcie. Ten produkt
sprzedaje się dzięki temu, że się o nim mówi, bo chociaż można wydać na promocję dwadzieścia
czy trzydzieści milionów dolarów w ciągu pierwszego weekendu, to nie da się tego robić co
tydzień.
Znajomość tytułu i oczekiwania były niesamowite. Mimo to, być może za sprawą Parku
jurajskiego, wpływy ze sprzedaży biletów w weekend otwarcia wyniosły zaledwie piętnaście
milionów dolarów zamiast przewidywanych dwudziestu. A kiedy się zorientowałem, że
widzowie wychodzą z kin rozgrzani, acz nie do białości, mówiąc coś w stylu: „Właściwie to było
całkiem niezłe”, wiedziałem, że idziemy na dno. I rzeczywiście, w drugi weekend nasze wpływy
kasowe spadły o czterdzieści dwa procent.
Krytyka wykraczała daleko poza Bohatera ostatniej akcji. Moja kariera się skończyła,
przeszła do historii. Dziennikarze atakowali wszystko, co kiedykolwiek nakręciłem, jakby chcieli
powiedzieć: „Czego się można spodziewać po kimś, kto pracuje z Johnem Miliusem i opowiada
o rozwalaniu swoich wrogów? Ci dwaj pragną żyć w takim świecie. My wolimy świat pełen
miłości bliźniego”.
Do tego doszła jeszcze polityka. Dopóki byłem na fali, nigdy nie atakowano mnie za to, że
jestem republikaninem, chociaż Hollywood i tamtejsza prasa są z zasady liberalne. Teraz, kiedy
wreszcie powinęła mi się noga, mogli sobie pofolgować. Reagan i Bush odeszli do lamusa,
podobnie jak republikanie, a także bezmyślne kino akcji, twardziele i cały ten szajs. Nadeszły
czasy Billa Clintona, Toma Hanksa i filmów z przesłaniem.
Podchodziłem do krytyki filozoficznie, próbując ją bagatelizować. Mając w planach tak
różne filmy – Prawdziwe kłamstwa, Egzekutora oraz Świąteczną gorączkę – byłem pewny, że
jedna wpadka nie zaważy na mojej karierze, na zarobkach ani nie zaszkodzi mi w żaden istotny
sposób. Powtarzałem sobie, że to nieważne, bo prędzej czy później każdemu się oberwie. Mogło
mnie to spotkać przy okazji innego filmu. Trzy lata później. Albo pięć.
Ale bez względu na to, co sobie wmawiamy czy wiemy, nie jest łatwo przechodzić przez
coś takiego. Wstydzimy się, że nasz film nie zrobił kasy, że poległ na premierze. Wstydzimy się,
że wypisują o nas okropne rzeczy. Wstydzimy się, kiedy ludzie twierdzą, że w tym roku się
skończymy. Jak zawsze słyszałem w głowie dwa głosy. Jeden mówił: „Jasna cholera, Boże
jedyny, to jakiś koszmar”. A drugi: „No to przekonajmy się, Arnoldzie, ile jesteś wart.
Zobaczmy, czy masz jaja. Jak tam twoje nerwy? Czy masz grubą skórę? Sprawdźmy, czy dasz
radę jeździć swoim kabrioletem z opuszczonym dachem i uśmiechać się do ludzi, mając
świadomość, że wiedzą, iż właśnie wypuściłeś koszmarnego gniota. Przekonajmy się, czy jesteś
do tego zdolny”.
Takie rzeczy kotłowały mi się w głowie – dobijałem sam siebie, zarazem próbując dodawać
sobie otuchy i zastanawiając się, jak to przetrwać. Była to jakby powtórka wieczoru z 1968 roku,
kiedy Frank Zane odebrał mi tytuł Mister Universe.
Maria bardzo mnie wspierała.
– Posłuchaj, to naprawdę niezły film – tłumaczyła. – Może nie spełnił naszych oczekiwań,
ale jest dobry, więc powinieneś być dumny. Życie toczy się dalej. Zajmij się następnymi
produkcjami.
– Wyjechaliśmy na urlop do naszego letniego domku w Sun Valley w Idaho, gdzie
bawiliśmy się z dziećmi. – Nie traktuj tego tak poważnie – wbijała mi w głowę. – Patrz, jak wiele
osiągnęliśmy. Skup się na tym, a nie na jakimś głupim filmie. Takie rzeczy się zdarzają. A poza
tym na dwadzieścia twoich filmów, czy coś koło tego, co najmniej dwie trzecie odniosło sukces,
więc nie masz powodów do narzekania.
Podejrzewam jednak, że również była rozczarowana i wstydziła się, odbierając telefony
w rodzaju: „Tak mi przykro z powodu kiepskich wpływów”, podczas gdy rozmówcom chodziło
tylko o przekonanie się, jak zareaguje. Tak to już jest w Hollywood. Koleżanki dzwoniły do
Marii i wygadywały: „O mój Boże, czytałam ten artykuł w »Los Angeles Times«. Tak strasznie
mi przykro! Czy możemy wam jakoś pomóc?”. Wstawiały tego typu gadki.
Wszyscy to robimy. W naturze człowieka leży wczuwanie się w kłopoty innych. Gdyby
jakiś film Toma Arnolda zrobił klapę, też bym do niego zadzwonił. Zadzwoniłbym do Stallone’a
i powiedział: „Pieprz »Los Angeles Timesa«, pieprz ludzi z branży, tych durnych skurwieli.
Jesteś wielkim, utalentowanym aktorem”. Tak to bywa. A z drugiej strony jest w nas coś, co każe
się zastanawiać: „Ciekawe, co on na to odpowie”. Dlaczego więc nikt nie dzwonił z tym do
mnie?
Ktoś, kto się wstydzi tak jak ja wtedy, często zakłada, że cały świat skupia się wyłącznie na
jego porażce. Jeśli będąc w restauracji, słyszałem: „Cześć, jak leci? Widziałem twój nowy film,
jest super!”, od razu myślałem sobie: Super? Ty wszarzu, nie czytałeś „Los Angeles Timesa”?
Tak naprawdę jednak nie każdy czyta „Los Angeles Timesa” czy „Variety” i nie ogląda
wszystkich nowych filmów. Tamten biedak pewnie nic na ten temat nie słyszał i zwyczajnie
chciał mi powiedzieć coś miłego.
***
Najlepszym lekarstwem na te zmartwienia był kolejny wielki hit. Zanim lato dobiegło
końca, znowu stanąłem przed kamerami Jima Camerona, galopując na koniu w centrum
Waszyngtonu i ścigając terrorystę na motocyklu. Prawdziwe kłamstwa pomyślano jako
wysokobudżetową komedię sensacyjną z niesamowitymi efektami specjalnymi – w tym ze
strzelaniną między terrorystami zadekowanymi w wieżowcu w Miami i mną na pokładzie
odrzutowca harrier, a także z wybuchem nuklearnym, który zmiata z powierzchni jedną
z wysepek Florida Keys. Pełno w nim było zabawnych i skomplikowanych relacji, zwłaszcza
między mną a moją ekranową żoną, Helen, graną przez Jamie Lee Curtis. Mój bohater, Harry
Tasker, jest superszpiegiem w stylu Jamesa Bonda, którego żona uważa za sprzedawcę
komputerów. Jamie Lee za swój wspaniały występ została nominowana do Złotego Globu
w kategorii komedii.
O Prawdziwych kłamstwach dowiedziałem się rok wcześniej. Bobby Shriver zadzwonił do
mnie z wiadomością, że oglądał francuski film, który może chciałbym przerobić na potrzeby
widowni w Stanach Zjednoczonych.
– Nosi tytuł La Totale! To rzecz o twardzielu w stylu zero zero siedem, którego żona nie
wie, czym się zajmuje. Czasem wraca do domu poobijany i musi szukać wymówek. Ma za
zadanie aresztować międzynarodową siatkę przestępców, a jednocześnie nie wie, jak sobie
poradzić z córką, postrzeloną nastolatką.
– Brzmi nieźle – przyznałem.
– Jasne, to akcja i komedia w jednym. Śmiejesz się, ale jest też dużo suspensu.
Zadzwoniłem do agencji reprezentującej ten film, poprosiłem o przysłanie kopii i od razu
się w nim zakochałem. Bobby miał rację. Uznałem jednak, że dla amerykańskiej publiczności
film jest zbyt statyczny, potrzebuje więcej akcji i energii.
Jim Cameron! – pomyślałem. Zamierzał kręcić SpiderMana, ale właśnie się okazało, że
plany spaliły na panewce. Zadzwoniłem więc do niego.
– Zróbmy to razem, tak jak zawsze planujesz każdą produkcję: z rozmachem –
zaproponowałem.
Wkrótce dogadaliśmy się z wytwórnią Fox i Jim siadł do pisania scenariusza. We
wszystkich jego filmach występują silne kobiety, więc przerobił Helen Tasker ze zwykłej kury
domowej na taką postać, jaką gra Jamie Lee – bystrą i seksowną babkę, mającą własne sekretne
życie. W miarę jak scenariusz nabierał kształtu, Jim dzwonił do mnie z prośbą o konsultacje. Raz
nawet zamknęliśmy się na dwa dni w Las Vegas, rozważając, jak mam rozmawiać z żoną, jak
reagować na wieść o jej romansie, co powiedzieć terroryście, zanim go zabiję, i co zrobić
w sytuacji, gdy dowiem się, że córka okrada mojego przyjaciela. Podczas tych rozmów
opracowaliśmy rytm moich dialogów. Udało się idealnie zgrać wszystko w czasie: już kilka
tygodni po niepowodzeniu Bohatera ostatniej akcji przystąpiliśmy do preprodukcji, a pierwszego
września rozpoczęliśmy zdjęcia.
Z pracy nad Prawdziwymi kłamstwami Marii i mnie udało się zrobić przygodę dla całej
rodziny. Kiedy zaczęliśmy kręcić, Maria była w ósmym miesiącu ciąży. Ogłaszając w swoim
programie First Person with Maria Shriver, że bierze urlop macierzyński, powiedziała widzom:
„Podczas porodu Arnold będzie ze mną w Los Angeles. Potem spakuję dzieci, pojedziemy z nim
i przekonam się, jak długo wytrzymam w roli żony na planie filmowym”. Cameron załatwił to
tak, żebyśmy do czasu narodzin Patricka przez trzy tygodnie kręcili w Los Angeles. Potem się
przenieśliśmy do Waszyngtonu, gdzie, jakżeby inaczej, po kilku dniach dołączyli do mnie Maria,
Katherine, Christina, noworodek oraz niania.
Przez miesiąc mieszkaliśmy w Waszyngtonie i był to niezwykle szczęśliwy okres.
Cameron, jak zwykle, wolał kręcić nocą. Pracowałem więc do świtu, następnie wracałem do
domu, spałem, a po południu bawiłem się z dziećmi. Katherine miała już cztery lata, a Christina
dwa i pół, więc oprócz łaskotek i dokazywania lubiliśmy też malować. Moja asystentka Ronda,
malarka, namówiła mnie, żebym wrócił do tego, za czym przepadałem w dzieciństwie. Stale
mówiłem o powrocie do malowania, ale brakowało mi cierpliwości, żeby zgromadzić wszystkie
niezbędne materiały i spróbować. Dlatego wpadła do mnie kiedyś w sobotę rano z zestawem farb
akrylowych i płócien.
– Przez najbliższe trzy godziny będziemy malować – oświadczyła.
– W porządku – zgodziłem się.
Usiedliśmy, wybrałem z albumu obraz Matisse’a i zacząłem go kopiować: pokój
z dywanem, fortepianem, kwiatami w wazonie oraz drzwiami balkonowymi wychodzącymi na
taras z widokiem na morze.
Dzięki temu wróciłem do malarstwa. Od tej pory rysowałem piórkiem zamki i malowałem
kartki świąteczne i urodzinowe dla Marii i dzieci. Dziewczęta i ja wpadliśmy w ten cudowny
rytm wspólnego rysowania i zabawy. Dla Patricka pokolorowałem na Halloween piękną dynię,
a dla Marii namalowałem urodzinowy tort ze świeczkami.
Przez kilka następnych miesięcy żyliśmy jak Cyganie. Przenieśliśmy się z produkcją
Prawdziwych kłamstw do Miami, gdzie woziłem Marię i dziewczynki na skuterach wodnych.
Potem polecieliśmy na Key West, stamtąd do Rhode Island i w końcu z powrotem na zachód.
W godzeniu pracy z życiem rodzinnym radziłem sobie o wiele lepiej niż tajny agent, którego
grałem. Cameron to na planie bardzo zorganizowany facet, więc codziennie po zdjęciach miałem
czas także na zabawę. Ale i tak praca przy Prawdziwych kłamstwach stanowiła wielkie
wyzwanie, i nie mówię tu o niezliczonych godzinach, podczas których wytrwale ćwiczyłem
tango do scen w sali balowej. Cameron wymyślił nowatorskie popisy kaskaderskie oraz efekty
specjalne i chociaż zatrudnił czterdziestu ośmiu kaskaderów, zmuszał aktorów, by niektóre
rzeczy wykonywali osobiście. Jamie Lee Curtis zwisała z helikoptera, który opuszczał ją do
samochodu pędzącego mostem łączącym wysepki Florida Keys. Ja pływałem w oceanie,
uciekając przed ścianą płomieni. Ufałem Cameronowi, że nie wepchnie nas w objęcia śmierci,
ale te numery kaskaderskie były z natury rzeczy ryzykowne, więc gdybyśmy coś zawalili, nikt
nie mógł nam zapewnić stuprocentowego bezpieczeństwa.
Moim najtrudniejszym zadaniem była pogoń na koniu. W filmie Harry Tasker ściga
jadącego motocyklem terrorystę po całym Waszyngtonie – zaczyna w parku, potem wjeżdża do
luksusowego hotelu, pędzi przez salę balową i fontannę do windy, którą jedzie mężczyzna
w smokingu z równie elegancko ubraną żoną, aż w końcu osacza przestępcę na dachu. A tam –
nie do wiary – terrorysta dodaje gazu i widowiskowo przeskakuje do basenu na dachu
sąsiedniego wieżowca. W ferworze pościgu Harry spina konia ostrogami i cwałuje na skraj
dachu, żeby także skoczyć. Ale koń w ostatniej chwili raptownie wyhamowuje, zrzuca Harry’ego
z siodła, a ten przelatuje wielkim łukiem nad końskim łbem i trzymając się cugli, zwisa z dachu,
wiele pięter nad ulicą. Teraz jego życie zależy od konia, więc próbuje go skłonić, żeby się cofnął
od krawędzi. Dach zbudowano w hali filmowej, na wysokości trzydziestu metrów nad ziemią.
Obawiając się, że jeśli koń nie wyhamuje w porę, to spadniemy, wysunęli spod skraju dekoracji
platformę zabezpieczającą, która przypominała wyjątkowo mocny trap. Dzięki temu, gdyby koń
zrobił o krok czy dwa za dużo, nie groził nam upadek. Platformę mieli potem wyciąć
z ostatecznej kopii.
Do takiego numeru niezbędny jest naprawdę narowisty koń, bo trzeba kręcić mnóstwo
dubli. Zwyczajny koń zorientowałby się, że nie pozwolę mu skoczyć, więc już po kilku
pierwszych próbach nie cwałowałby na sam skraj dachu, tylko zwalniał w pół drogi i hamował
łagodnie. Ale narowiste konie tak bardzo kochają skakać, że mogą pędzić na sam skraj przez cały
dzień, licząc na to, że w końcu uda im się oddać skok. Dlatego jechałem na koniu narowistym,
wprawdzie dobrze wyszkolonym, lecz bardzo agresywnym. Ogromnie mi się to podobało, bo
ćwicząc do roli Conana, nauczyłem się obchodzić z tymi zwierzętami.
Przed puszczeniem kamer w ruch trzeba było sprawdzić ich kąty ustawienia i ostrość.
Musiałem więc przejść z koniem na skraj dachu i dalej, na kładkę ponad podłogą hali. Nagle,
zupełnie przypadkowo, jedna z kamer na długim wysięgniku opadła na łeb konia. Walnęła go
w pysk, niezbyt mocno, ale dostatecznie, żeby go wystraszyć. Próbował się cofnąć, lecz kopyta
ślizgały się na kładce. Czym prędzej zsunąłem się z jego grzbietu, tyle że nie miałem gdzie uciec
– byłem na pomoście, trzydzieści metrów nad ziemią, w dodatku pod koniem. Myślałem tylko
o jednym: Jeśli chcesz żyć, nie ruszaj się z tej kładki i uważaj na kopyta. Koń rzucał się wte
i wewte, więc gdyby mnie nadepnął albo znów się poślizgnął, mógłby nas pociągnąć w dół.
Słyszałem wprawdzie, że niektórzy przeżywali upadki z większej wysokości, wiedziałem jednak,
że w tym przypadku runęlibyśmy na betonową podłogę i byłoby po nas.
Nikomu nie przyszło do głowy, że próby ustawienia sprzętu mogą okazać się
niebezpieczne. Na szczęście szef kaskaderów, Joel Kramer, wiedział, że nigdy nie próbowano
takiego numeru, więc był czujny. Patrzyłem, jak zeskakuje na pomost, chwyta konia za uzdę
i uspokoiwszy go, cofa się z nim łagodnie, żebym mógł uciec.
Zareagowałem tak, jak zawsze reaguję w sytuacjach zagrożenia – od razu puściłem
incydent w niepamięć, jakby nic się nie stało. Kiedy już koń się uspokoił, wróciliśmy na plan
i nakręciliśmy scenę zgodnie ze scenariuszem. Odwdzięczyłem się Joelowi pudełkiem cygar
Montecristo. Wszyscy mieliśmy świadomość, że gdyby nam nie pomógł, i koń, i ja pewnie
byśmy nie żyli.
***
Maria była zbyt aktywna, żeby na dłuższą metę poświęcić się wyłącznie dzieciom. Zanim
znaleźliśmy się na Florydzie, wróciła do pracy i planowała przyszłe programy. A podczas
przerwy w zdjęciach, gdy przenoszono produkcję do Rhode Island, wyskoczyliśmy na jeden
dzień na Kubę. Oczywiście, Amerykanie wciąż mieli zakaz wyjazdów do tego kraju, ale Maria
mogła jechać jako dziennikarka. Już wcześniej zrobiła kilka wywiadów z Fidelem Castro –
w jednym nawet spytała go wprost, czy miał coś wspólnego z zabójstwem JFK. Teraz
przygotowywała grunt pod kolejny wywiad, a ja zabrałem się z nią w charakterze męża.
Ma się rozumieć, dla mnie główną atrakcją były cygara. Podczas gdy Maria zajmowała się
spotkaniami, zwiedziłem fabrykę Partagasa, w której produkują wiele legendarnych marek, jak
Cohiba, Punch czy Montecristo. Uwielbiam fabryki i jeśli pasjonuje mnie jakiś produkt, zawsze
chcę zobaczyć, jak powstaje. Z przyjemnością oglądam, jak montują samochody, szyją buty
i wydmuchują szkło. Z radością jeżdżę do szwajcarskiej fabryki zegarków Audemars Piguet, by
popatrzeć na pracę techników w białych fartuchach, rękawiczkach, okularach i z zakrytymi
głowami, żeby do mechanizmu nie dostała się ani drobinka kurzu. Chętnie zaglądam też do
pracowni snycerskich w niemieckim Szwarcwaldzie, gdzie ręcznie rzeźbią posążki religijne oraz
maski. Ta kubańska fabryka to raj cygar. Wyobraźcie sobie olbrzymią klasę w szkole
podstawowej, dla setki uczniów, z takimi krzesłami i stołami jak za dawnych czasów. Właśnie
tak to wyglądało. Przy stołach siedzieli mężczyźni i kobiety, zwijając cygara, a na środku sali
stało podium, takie jak w mojej szkole, w której nauczyciel zawsze siedział wyżej niż uczniowie.
Tutaj zasiadał facet, który czytał na głos gazetę. Nie rozumiałem wszystkiego, mój hiszpański nie
jest na tyle dobry, w każdym razie były to wiadomości przeplatane propagandą. Robić to w taki
sposób może tylko barwna postać, niemal artysta estradowy, ktoś taki jak Robin Williams w roli
didżeja w Good Morning, Vietnam. Ten facet był równie świetny – gadał i wykrzykiwał jak
najęty, machając rękami. Jestem pewien, że dzięki niemu robotnikom szybciej mijał czas.
Ze zdumieniem przekonałem się, że Kubańczycy traktują swój nadzwyczajny tytoń jak
złoto. Takie środki ostrożności widywałem w kopalniach złota i diamentów w Republice
Południowej Afryki, nigdzie indziej. Po przyjściu do pracy robotnicy zbierają się w olbrzymim
pomieszczeniu, w którym panuje idealna wilgotność powietrza i gdzie wiszą liście – wielkie,
samotne liście, starannie wypielęgnowane i wysuszone. Każdy robotnik dostaje swój przydział
liści plus trzy cygara dla siebie. Te trzy cygara nie są jednak równie wysokiej jakości jak liście –
żelazna zasada głosi: „Nigdy nie zwijaj cygar na własny użytek”. Następnie robotnicy co jakiś
czas są sprawdzani, czy potrafią się wyliczyć z każdego liścia.
Oto, jak cenny jest tytoń. Należy go uprawiać w specjalny sposób. Odpowiednio
przerabiać. Wymaga pielęgnacji. Musi być należycie suszony, aż zbrązowieje i będzie gotowy do
zwijania. Na każdym etapie trzeba dołożyć wszelkich starań, by osiągnąć szczyt doskonałości,
a Kubańczycy są w tym genialni. Mają najlepszy klimat, najlepszą glebę, a do tego tradycję –
pokolenia ludzi całym sercem oddanych zwijaniu cygar, którzy zawsze szukają sposobu na to,
żeby cygaro było jeszcze bardziej doskonałe.
Podziwiamy ich, jak robią cygara: najpierw powstaje wkładka, z konkretnego gatunku
tytoniu; potem zawijacz – liść z innego gatunku; i wreszcie pokrywa – liść, który absolutnie nie
powinien mieć żyłek. Jeśli widzimy na cygarze grube żyłki, to albo jest pośledniej jakości, albo
ktoś był nieuważny. Takie cygaro można kupić za osiem dolarów i da się je palić, ale nie jest to
tak piękny wyrób jak cygara Davidoff, Montecristo czy Cohiba. Patrzyłem, jak robotnicy
nakładają nalepki. Jako równie ważny element cygara, muszą się prezentować wspaniale. To one
przyciągają uwagę palaczy, zwłaszcza jeśli wyglądają światowo. Te kubańskie zazwyczaj są
w krzykliwych kolorach, z dużą ilością czerwieni i żółci, a czasami także z pięknie namalowaną
postacią kobiety.
Cygara kubańskie naprawdę są tak znakomite, jak powiadają. Na rynku roi się od
podróbek, lecz prawdziwy znawca w ciągu kilku sekund odróżni prawdziwe od fałszywych po
zapachu, ponieważ autentyczne cygara kubańskie silnie trącą nawozem. Wiem, że to brzmi
dziwnie, ale właśnie tak pachną. Podczas palenia smakują wspaniale, kiedy jednak otwieramy
pudełko i pociągamy nosem… no cóż, komuś, kto nie zna się na cygarach, na pewno się to nie
spodoba.
***
Odkąd w Białym Domu zamieszkał Bill Clinton, moje nazwisko nie cieszyło się już
w Waszyngtonie popularnością. Jeszcze przed zaprzysiężeniem prezydenta elekta Donna Shalala,
nowa minister zdrowia i opieki społecznej, poprosiła, żebym złożył rezygnację z funkcji
„namiestnika do spraw wychowania fizycznego”. Powiedziała po prostu: „Popierał pan
w kampanii Busha, więc nie może pan dalej przewodniczyć radzie prezydenckiej”. A kiedy na
początku zdjęć do Prawdziwych kłamstw wystąpiliśmy do nowego ministra do spraw zasobów
wewnętrznych, Bruce’a Babbitta, o zgodę na przejazd na koniu przez odbijający światło basen
pod pomnikiem Waszyngtona, nawet nie raczył nas przyjąć, chociaż wydawał takie zezwolenia
przy okazji innych filmów.
Marii wcale to nie zdziwiło.
– Witaj w świecie polityki. Tak to właśnie wygląda – powiedziała.
Oczywiście było jej przykro, że musiałem ustąpić ze stanowiska przewodniczącego rady.
Pokochałem tę robotę i byłem w niej dobry. Z drugiej strony, mimo że Maria osobiście lubiła
Busha, nie mogła się doczekać, kiedy urząd obejmie Bill Clinton. Nie wiem, jak w głębi serca
rozkładały się jej sympatie. Może i miała nieco złośliwej satysfakcji, bo od tak dawna tokowałem
o sukcesach republikanów i opowiadałem jej, że Ronald Reagan zrobił to, George Bush tamto,
a konserwatyści wyprowadzą kraj na prostą. Z utęsknieniem wyczekiwała zmiany warty.
Jako prezydencki doradca do spraw kultury fizycznej nauczyłem się tak dużo, że
wiedziałem, na czym teraz chcę się skupić. Trzy lata objeżdżania Stanów Zjednoczonych wzdłuż
i wszerz sprawiły, że coraz bardziej martwiła mnie jedna kwestia dotycząca dzieci – wiele z nich
obijało się po szkole i w czasie wakacji, bo nie miały nic lepszego do roboty i były pozbawione
nadzoru dorosłych. W każdym stanie, jaki odwiedziłem, widziałem, jak o trzeciej po południu
wypuszczają dzieci ze szkół. Połowa z nich była odbierana przez rodziców albo wracała
szkolnym autobusem, ale druga połowa po prostu się wałęsała.
Kiedy się tym zainteresowałem, zaprzyjaźniłem się z Dannym Hernandezem, byłym
żołnierzem piechoty morskiej, który prowadził Hollenbeck Youth Center w biednej, opanowanej
przez gangi dzielnicy Los Angeles. Danny wiedział z doświadczenia, że najtrudniejszy okres dla
dzieci to letnie wakacje – właśnie wtedy są najbardziej narażone na kontakt z przestępczością,
narkotykami, alkoholem oraz gangami. W 1991 roku wymyślił więc InnerCity Games – coś na
kształt igrzysk olimpijskich – żeby dla młodzieży z ubogich dzielnic miasta letnie miesiące
nabrały znaczenia i sensu. Od początku czerwca do końca sierpnia dzieciaki trenowały,
a w ostatnim dniu wakacji stawały do zawodów.
Danny oprowadził mnie po swoim ośrodku, który powstał w wyniku niecodziennej
współpracy lokalnych przemysłowców i policji. Były tam boiska do koszykówki, siłownia, sale
do zajęć z wychowania fizycznego, pracownia komputerowa oraz miejsce do odrabiania prac
domowych. Do tego piękny ring bokserski, ponieważ ośrodek mieścił się we wschodnim Los
Angeles, dzielnicy Latynosów, dla których boks stanowi istotną część kultury. Danny wyjaśnił
mi, że chodziło mu o to, żeby dzieciaki miały się gdzie podziać, a tym z problemami dać drugą
szansę. Policjanci z posterunków w Hollenbeck i w innych dzielnicach wschodniego Los Angeles
często wysyłali dzieci do tego ośrodka, a nie do więzienia. Mówili im: „Nie szwendaj się po
ulicach, po szkole idź tam poćwiczyć albo odrobić lekcje. Mają komputery, salę gimnastyczną,
można boksować, więc biegnij!”.
Wiosną 1992 roku zamieszki w Los Angeles boleśnie pokazały, że bezwzględnie należy
powstrzymać młodzież przed pakowaniem się w kłopoty. Wybuch przemocy wywołało
uniewinnienie policjantów z Los Angeles, którzy pobili Afroamerykanina Rodneya Kinga za to,
że jadąc na motocyklu, nie zatrzymał się do kontroli drogowej. Film nakręcony na miejscu
zdarzenia dowodził, że policjanci pobili zatrzymanego do nieprzytomności, mimo że się poddał.
Podpalono część Los Angeles, zginęły dziesiątki ludzi, a zamieszki przeniosły się również do
innych miast. Podczas rozruchów Hollenbeck Youth Center służył za bezpieczną przystań.
W ramach działalności publicznej nagrałem z Arsenio Hallem, aktorem i gospodarzem
telewizyjnego talkshow, teledysk zatytułowany Chill, w którym błagaliśmy ludzi o zachowanie
spokoju.
W następstwie tych wydarzeń Danny i ja zwiększyliśmy wysiłki na rzecz objęcia
programem InnerCity Games większej liczby szkół i dzieciaków, a także rozszerzenia tej
działalności na cały rok. Zanim Prawdziwe kłamstwa weszły na ekrany kin i latem zostały
najbardziej dochodowym filmem akcji w 1994 roku, InnerCity Games zyskały już wielką
popularność. Teraz docieraliśmy do tysięcy młodych ludzi, a szczyt przypadał na ostatnie
dziewięć dni finałów rozgrywanych przez pięć tysięcy dzieciaków na Uniwersytecie Południowej
Kalifornii. Naszą działalność rozszerzyliśmy poza sport: na konkursy malarstwa i form
literackich,
spotkania
teatralne,
turnieje
taneczne,
a nawet
programy
dla
młodych
przedsiębiorców. Własne InnerCity Games wprowadziła Atlanta, w ślad za nią chciały pójść
Orlando, Miami, Chicago i pięć innych miast.
Pracując z tą młodzieżą, wiele się nauczyłem o sobie. Wcześniej uważałem się za
modelowy przykład kariery jak z amerykańskiego snu. Przybyłem do Stanów Zjednoczonych bez
grosza przy duszy, ciężko pracowałem, żeby osiągnąć wytyczony cel, i odniosłem sukces. To
naprawdę jest kraj wielkich możliwości, myślałem. Skoro udało się takiemu młokosowi jak ja, to
może się udać każdemu. Niestety, tak nie było.
Wizytując szkoły, widziałem, że nie wystarczy, by młodzież czuła się w Stanach
Zjednoczonych jak u siebie. W dzielnicach nędzy nikt nawet nie ośmielał się marzyć. Przekaz,
jaki docierał do dzieciaków, brzmiał: „Olej to. Nigdy ci się nie uda. Masz przechlapane”.
Zastanawiałem się, co takiego miałem ja, a czego nie mają te dzieciaki. Ja również
dorastałem w biedzie. Napędzała mnie jednak chęć odniesienia sukcesu, no i miałem rodziców,
którzy trzymali mnie twardą ręką i nauczyli dyscypliny. Odebrałem staranne wykształcenie
w szkole publicznej. Po lekcjach uprawiałem sport z trenerami oraz partnerami stanowiącymi dla
mnie wzór do naśladowania. Miałem mentorów, którzy twierdzili: „Dasz radę, Arnoldzie”,
a potem sprawiali, że w to wierzyłem. Towarzyszyli mi przez dwadzieścia cztery godziny na
dobę, wspierając mnie i robiąc wszystko, żebym dorósł.
Ale ilu młodych ludzi z dzielnic nędzy miało takie możliwości? Ilu nauczyło się dyscypliny
i determinacji? Ilu korzystało ze wsparcia, pozwalającego choćby częściowo uświadomić sobie
własną wartość?
Wręcz przeciwnie – im wmawiano, że są w sytuacji bez wyjścia. Widzieli, że większość
dorosłych wokół nich również jest w pułapce. Szkołom brakowało środków, nauczyciele byli
wykończeni i nie zawsze najlepsi, a mentorów ze świecą szukać. Dookoła mieli jedynie klepiące
biedę rodziny i gangi.
Chciałem zaszczepić tej młodzieży zapał, ambicję i nadzieję, by zapewnić jej równy start.
Dlatego praca z tymi dzieciakami nigdy nie była ciężka, zawsze wiedziałem, co trzeba
powiedzieć. „Kochamy was – mówiłem im. – Zależy nam na waszej przyszłości. Jesteście
wspaniali. Dacie sobie radę. Wierzymy w was, ale przede wszystkim sami musicie uwierzyć
w siebie. Otwierają się przed wami wielkie możliwości, pod warunkiem że dokonacie
właściwych wyborów i będziecie mieli swoje marzenia. Każde z was może zostać, kim zechce.
Nauczycielem, policjantem, lekarzem… dacie radę. Albo gwiazdą koszykówki czy aktorem.
A nawet prezydentem. Wszystko jest możliwe, ale musicie się do tego przyłożyć. Tak samo jak
my, dorośli, musimy robić, co do nas należy”.
ROZDZIAŁ 21
Choroba serca
Zarabianie pieniędzy nigdy nie było moim jedynym celem. Z drugiej strony zawsze
traktowałem możliwości zarobkowe jako miernik sukcesu, a poza tym otwierały drzwi do
ciekawych inwestycji. Zarówno Prawdziwe kłamstwa, jak i Junior zostały przebojami 1994 roku,
więc moja kariera wróciła na właściwe tory. Miałem mnóstwo pracy, a pieniądze lały się
strumieniami – tylko za udział w filmach do końca lat dziewięćdziesiątych wpadło mi prawie sto
milionów dolarów. Co rok inkasowałem kolejne miliony ze sprzedaży kaset wideo, z kablówek
oraz z telewizyjnych emisji moich starych filmów. Nawet Herkules w Nowym Jorku, który stał
się filmem kultowym, wciąż dawał dochody, choć ja akurat nic z tego nie miałem. Dziesiątki
milionów przynosiły mi także nieruchomości, sieć Planet Hollywood, książki i różne inne
interesy.
Jak wiele hollywoodzkich gwiazd zarabiałem też na udziale w reklamówkach w Azji
i Europie. W Stanach Zjednoczonych kręcenie reklam telewizyjnych podkopałoby wizerunek
i markę Arnolda, ale za granicą, zwłaszcza na Dalekim Wschodzie, występy amerykańskich
gwiazdorów w reklamach uchodziły za prestiżowe. Producenci takich produktów jak makaron
błyskawiczny, kawa w puszkach, piwo czy Vffuy – japoński napój witaminizowany – byli gotowi
płacić mi po pięć milionów dolarów za każdą reklamówkę, której kręcenie zwykle trwało raptem
jeden dzień. Umowa zawsze zawierała „klauzulę poufności”, na mocy której reklamodawca
ponosił odpowiedzialność finansową, gdyby reklama trafiła na Zachód. Obecnie nie jest to już
możliwe – reklama nakręcona dzisiaj natychmiast pojawia się na YouTube – jednak w połowie
lat dziewięćdziesiątych internet stanowił jeszcze dziwaczną nowość.
W miarę jak moje interesy się rozrastały, zdałem sobie sprawę, że w końcu zabrniemy tak
daleko, iż z braku czasu nie będę w stanie ogarniać całości, a Ronda też nie poradzi sobie ze
wszystkim. Owszem, dokształcała się w szkole biznesu, lecz w głębi duszy była malarką.
W 1996 roku stało się to, co przewidywałem. Przyszła do mnie i wyznała: „Tu już się obraca tak
wielkimi pieniędzmi, że nie daję rady”. Kochałem Rondę, więc chciałem zrobić wszystko, co
w mojej mocy, by nie odniosła wrażenia, że odstawiam ją na boczny tor. Obiecałem, że na razie
może zajmować się tym, w czym czuje się swobodnie, a ja się postaram załatwić jej pomoc przy
większych projektach, gdzie w grę wchodziły coraz większe sumy.
Zawsze uważałem, że nie jest ważne, ile zarabiamy, tylko jaką część inwestujemy, a jaką
zatrzymujemy dla siebie. Nie zamierzałem dołączyć do długiej listy słynnych artystów
i sportowców, którzy poszli z torbami. Na tej zdumiewającej liście znajdują się Willie Nelson,
Billy Joel, Zsa Zsa Gabor, Bjorn Borg, Dorothy Hamill, Michael Vick i Mike Tyson. Wszyscy
mieli doradców inwestycyjnych. Pamiętam, jak Burt Reynolds i jego doradca przyjeżdżali do
Palm Springs, każdy w swoim rollsroysie. I nagle pieniądze się skończyły. Bez względu na to,
czym kto się zajmuje, powinien mieć zmysł do interesów i uczyć się zarządzania pieniędzmi. Nie
można zwalać wszystkiego na doradcę i mówić mu: „Połowę musimy zainwestować, żeby było
z czego płacić podatki, a druga połowa jest dla mnie”. Ja postawiłem sobie za cel dojść do
bogactwa i nie stracić majątku. Nie zamierzałem dopuścić do tego, że pewnego dnia zadzwoni
mój doradca finansowy i oznajmi: „Nasze inwestycje nie wypaliły. Nie zapłacimy podatków”.
Wolałem znać szczegóły.
Moje interesy były tak zróżnicowane, że mogłem wylądować z całą trzódką doradców
rozmaitej specjalności. Związałem się jednak z niezwykle bystrym bankierem inwestycyjnym
Paulem Wachterem, którego znałem od lat. Paul był przyjacielem mojego szwagra, Bobby’ego
Shrivera – zakumplowali się po skończeniu prawa w latach siedemdziesiątych, pracując
u sędziów w Los Angeles – i z czasem się polubiliśmy. Kto by przypuszczał, że mogę mieć
cokolwiek wspólnego z żydowskim prawnikiem i bankierem z manhattańskiej Upper East Side,
który nigdy nie zbliżył się do siłowni ani planu filmowego. Wielu ludzi dziwiło się, że Paul i ja
tak świetnie się dogadujemy. Ale miał on silne związki z Austrią: jego ojciec przeżył holocaust
w Wiedniu, matka pochodziła z niemieckojęzycznej części Rumunii. Niemiecki był pierwszym
językiem, którym Paul posługiwał się w dzieciństwie. A jego ojciec, w przeciwieństwie do wielu
imigrantów przybyłych do Ameryki po drugiej wojnie światowej, utrzymywał silne związki ze
Starym Światem. Nawet w interesach zajmował się eksportem i importem szynki i innych
wyrobów mięsnych między Stanami Zjednoczonymi a Polską i Bawarią. W dzieciństwie Paul
każde lato spędzał w Europie, a później pracował jako instruktor narciarstwa w Alpach
austriackich.
Paul dużo lepiej niż większość Amerykanów czuł, co myślę. Obaj mieliśmy we krwi
alpejską scenerię – śnieżny krajobraz, lasy sosnowe, wielkie kominki i górskie chaty. Na
przykład, kiedy opowiadałem mu, że marzy mi się zbudowanie dla rodziny wielkiej góralskiej
chaty z widokiem na Los Angeles, doskonale mnie rozumiał. Drzemał w nas silny duch
współzawodnictwa, więc często rywalizowaliśmy na kortach tenisowych i stokach narciarskich.
Od ojca, którego również bardzo lubiłem, Paul przejął mentalność imigrantów, którzy po
przyjeździe do Stanów Zjednoczonych otworzyli własny interes i zbili majątek.
Miałem więc kogoś zaufanego, zabawnego i wysportowanego – faceta, z którym mogłem
godzinami siedzieć i gadać; jeździć na nartach, grać w tenisa i golfa; podróżować; a także
chodzić na zakupy. Takie rzeczy są dla mnie ważne. Nigdy nie chciałem prowadzić interesów
z ludźmi, z którymi łączyła mnie jedynie praca. Od tej strony bardzo się różnimy z Marią. Moja
żona dorastała w świecie, w którym obowiązuje ściśle wytyczona granica między przyjaciółmi
a pracownikami. Dla mnie takie drobiazgi właściwie nie istnieją. Cenię sobie współpracę
z osobami, z którymi mogę się zaprzyjaźnić, wybrać na spływ, pojechać do Austrii albo
pochodzić po górach. Jestem jak małe dziecko, które uwielbia się popisywać i dzielić
doświadczeniami. Jeżeli wjeżdżam na szczyt wieży Eiffla, gdzie po wybornym lunchu ktoś
podjeżdża wózkiem z pięcioma tysiącami cygar, a mnie podoba się sposób, w jaki je prezentują
i przypalają, to chcę to pokazać wszystkim moim kumplom. Dlatego promując film za granicą,
staram się tak to zorganizować, żeby móc zabrać ze sobą choć część przyjaciół. Chcę im pokazać
gmach opery w Sydney. Chcę, żeby zwiedzili Rzym. Chcę, żeby doświadczyli emocji mistrzostw
świata w piłce nożnej.
***
Kiedy przygotowywałem kontrakt w związku z Planet Hollywood, Paul był moim
nieoficjalnym rabinem. Radził, żebym wziął własnego prawnika, mimo że wszyscy inni
korzystali z prawników wytwórni. Poza tym uparł się, że musimy mieć czas, żeby się
przygotować, jak należy. Wysokość mojego udziału negocjowaliśmy blisko dwa lata, ale podczas
gdy pozostali gwiazdorzy skupiali się głównie na zapisaniu w ich umowach bezpłatnych
świadczeń i dodatków, ja zawarłem bardziej lukratywny kontrakt, z wieloma zabezpieczeniami,
na wypadek gdyby interes splajtował. Z czasem Paul oraz bank inwestycyjny, w którym pracował
– Wertheim Schroder & Co. – pomagali mi przy kolejnych umowach. Oficjalną specjalnością
Paula w Wertheim był hazard i hotele; sprzedawał pola golfowe, kluby tenisowe i kurorty
narciarskie. Ale dostatecznie często widziałem go w akcji, by wiedzieć, że ma o wiele większe
możliwości. Cokolwiek mu podrzucili – wytwórnię filmową, winnicę w kalifornijskiej dolinie
Napa czy budowę centrum handlowego – zawsze rozgryzał wszelkie zawiłości umowy. Nie
znałem nikogo, kto by się uczył tak szybko jak on.
Gdy Ronda doszła do kresu wytrzymałości, od lat nieoficjalnie pracowałem już z Paulem.
Zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że muszę wyjść z inwestycjami poza nieruchomości, czyli
jedyną branżę, na której naprawdę się znałem. Gospodarka kwitła, powstawały nowe firmy i całe
gałęzie przemysłu, a giełda rozwijała się jak szalona. Nie interesował mnie wyłącznie obrót
akcjami czy marnowanie czasu na sprawdzanie nowych firm. Wiedziałem jednak, że od czasu
prezydentury Jimmy’ego
Cartera
ogólna
wartość
rynku
giełdowego
wzrosła
ponad
sześciokrotnie. Chciałem się załapać na ten wzrost. Paul załatwił mi zakup większościowego
pakietu udziałów w prywatnej firmie funduszy wzajemnych o nazwie Dimensional Fund
Advisers, której siedziba mieściła się w Santa Monica. Spotkałem się z założycielem – Davidem
Boothem, uczniem mojego idola Miltona Friedmana – a Paul nie mógł się nachwalić, cóż to za
świetna firma.
– Przyglądałem się setkom spółek, ale takiej grupy jak ci ludzie jeszcze nie widziałem –
powiedział mi. – To wyjątkowo etyczni, genialni intelektualiści, w dodatku świetni biznesmeni.
DFA, choć wciąż mała i niewidoczna, była gotowa do przejęcia tej części rynku funduszy
powierniczych, której największy gigant, Vanguard, nie obsługiwał. Skorzystałem z okazji i już
niedługo Dimensional stała się jednym z moich najcenniejszych aktywów.
Namawiałem Paula, żeby poszedł na swoje, więc w 1997 roku otworzył w moim budynku
biuro niezależnego doradcy finansowego, które miało tylko jednego klienta: mnie. Wtedy już
rozumieliśmy się bez słów, dawałem mu ledwie kilka wskazówek. Pierwszą było moje stare
motto: „Weź jednego dolara i zamień go na dwa”. Pragnąłem wielkich inwestycji, ale ciekawych,
twórczych i innych niż wszystkie. Ostrożna gra – taka, która rocznie mogła przynieść,
powiedzmy, cztery procent – wcale mnie nie interesowała. Podobnie jak spółki z rajów
podatkowych czy inne tego typu kombinacje – ja z dumą płaciłem podatki od swoich dochodów.
Prawdę mówiąc, im więcej płaciliśmy, tym lepiej, bo to dowodziło, że zarabiam coraz więcej.
Poza tym nie obchodziły mnie inwestycje, które często przyciągają hollywoodzkich
biznesmenów, jak modne hotele czy kluby. Szedłem na duże ryzyko w zamian za równie dużą
stopę zwrotu, tyle że chciałem wiedzieć jak najwięcej o tym, co się dzieje. Moja otwartość na
nowe pomysły, zaangażowanie, no i tak wielkie pieniądze do lokowania znęciły Paula.
Wiedział, że pracy mu nie zabraknie.
Powoli zaczęliśmy się skłaniać do kupna boeinga 747. Mieliśmy znajomego w San
Francisco, Davida Crane’a, który wszedł ze swoją firmą inwestycyjną w leasing samolotów. To
cała gałąź przemysłu, która istnieje dzięki temu, że linie lotnicze zwykle nie chcą posiadać
samolotów. Kupowanie ich na własność oznacza zamrożenie dużego kapitału i sporo kłopotów
dla firmy, której działalność opiera się na przewozie pasażerów i towarów. Dlatego linie lotnicze
wolą brać maszyny w leasing. Wówczas na mocy umowy używają samolotów i konserwują je
przez, dajmy na to, osiem lat, a następnie zwracają właścicielowi, który może je sprzedać albo
znów oddać w leasing.
Firma Davida współpracowała z liniami Singapore Airlines, które – jak wiedziałem –
cieszyły się w branży znakomitą reputacją. Chciały agresywnie zwiększyć liczbę obsługiwanych
tras, więc żeby uwolnić trochę kapitału, sprzedawały swoje samoloty, by potem wziąć je
w leasing, korzystając z gwarancji rządowych Singapuru. Poczytałem trochę o liniach lotniczych
i leasingu, a kiedy już wszystko ułożyło mi się w głowie, pewnego dnia obudziłem się
z krystalicznie jasną wizją: „Muszę mieć jednego z tych jumbo jetów!”.
Z tego, co wiedziałem, miałem spore szanse. Poza tym ogarnęło mnie podobne przeczucie
jak wówczas, gdy po raz pierwszy ujrzałem humvee. Boeing 747 był najbardziej odjazdowym
samolotem pasażerskim, a cena dorównywała jego wielkości. Nowy kosztował od stu trzydziestu
do stu pięćdziesięciu milionów dolarów, w zależności od modelu oraz wyposażenia
opcjonalnego, jak wystrój kabiny i foteli, pojemność ładowni, oprzyrządowanie i tak dalej.
Oczywiście nie trzeba wpłacać całej kwoty, ponieważ wzięcie samolotu w leasing jest jak kupno
biurowca na wynajem – inwestuje się, powiedzmy, dziesięć milionów dolarów, a na resztę bierze
się kredyt w banku.
Skontaktowaliśmy się z Davidem Crane’em. Podszedł do tego sceptycznie. Leasingowanie
samolotów pasażerskich jest domeną olbrzymich instytucji finansowych, jak GE Capital. Osoby
fizyczne dotychczas się tym nie zajmowały.
– Wątpię w to, ale sprawdzę – powiedział, obiecując, że podpyta swoich klientów
z Singapuru.
Odezwał się po tygodniu.
– To niemożliwe. Nie da rady. Oni nie chcą gadać z prywatnymi klientami, interesują ich
wyłącznie instytucje.
– Potrafię ich zrozumieć – odparłem. – Pewnie uważają mnie za jakiegoś ćwoka
z Hollywood, który dorobił się z dnia na dzień i nagle uważa, że może sobie kupić jumbo jeta.
A zanim wyszykują kontrakt, mój film zrobi klapę czy coś i się wycofam. Nie chcą mieć do
czynienia z tymi ćpunami i cudakami z Hollywood. Rozumiem. Ale można by się z nimi jakoś
spotkać? Czy bywają w interesach w Los Angeles?
– Sprawdzę – obiecał David.
Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że jego klienci za dwa tygodnie mają w planach
wizytę na Zachodnim Wybrzeżu i chętnie wpadną do mojego biura. No proszę, pomyślałem, jak
to często bywa, coś, co na początku wydaje się nierealne, nagle staje się możliwe. Zanim
szefowie Singapore Airlines dotarli na miejsce, odrobiliśmy pracę domową, więc bez trudu
sprzedaliśmy im nasz pomysł. Na początku spotkania powtórzyłem szczegóły umowy, głównie
po to, żeby pokazać, że rozumiem, na czym to polega. Natychmiast wyraźnie się odprężyli.
Trzydzieści minut później pozowaliśmy wspólnie do zdjęć i w zasadzie byliśmy dogadani.
W prezencie dałem im kurtki z Terminatora II oraz czapki z logo Predatora i koszulki do
kulturystyki. Wiedziałem, że w głębi duszy są moimi fanami.
Najtrudniejsze dopiero nas czekało – najtrudniejsze dla Paula. Bywa, że jeśli przeglądając
umowę, nie wiemy wszystkiego albo nie do końca orientujemy się, o co w tym chodzi, nie
dostrzegamy wszelkich niebezpieczeństw i od razu jesteśmy gotowi skakać na głęboką wodę. Ja
widziałem, co mnie czeka, i wyglądało to całkiem nieźle. Owszem, trąciło również ryzykiem. Ale
im większe ryzyko, tym większy zysk.
Do mnie należało powiedzieć ostatecznie: „Tak, chcę to mieć”. A Paul miał się upewnić,
czy rzeczywiście wszystko gra i czy rozumiemy związane z tym zagrożenia. Posiadanie takiego
kolosa… Podpisujemy dokumenty przekonani, że za nic nie ponosimy odpowiedzialności, skoro
za konserwację i bezpieczeństwo odpowiada linia lotnicza… ale czy aby na pewno? Paul odkrył
dziwaczne haczyki. Na przykład, gdyby nasz samolot się rozbił, z pewnością spędzałoby nam to
sen z powiek, ale odszkodowanie w całości pokryłoby straty. Z drugiej strony, gdyby wypadek
miał inny samolot Singapore Airlines i reputacja linii ległaby w gruzach, to ucierpiałaby na tym
również nasza inwestycja. Dlatego że po wygaśnięciu umowy leasingu i zwrocie maszyny przez
Singapore Airlines inne linie lotnicze raczej nie chciałyby wziąć takiego samolotu.
– To tylko jeden z powodów, dla których cały interes może wziąć w łeb – wyjaśnił David
Crane. – Zostaniecie z jumbo jetem, którego nikt nie chce, a i tak będziecie musieli spłacać raty
kredytu.
To prawda, że zyskowność tego typu inwestycji w dużej mierze zależy od tak zwanej
wartości rezydualnej, czyli kwoty, za którą można nabyć przedmiot leasingu po wygaśnięciu
umowy. Jej wysokość mogą zmniejszyć rozmaite czynniki, poczynając od reputacji linii
lotniczej, przez stan gospodarki na świecie, ceny ropy naftowej, aż po innowacje technologiczne,
które pojawią się za dziesięć lat. Ale kiedy usłyszałem najgorszy scenariusz odmalowany przez
Davida, parsknąłem śmiechem.
– Jasne! – rzuciłem ironicznie. – Dokładnie coś takiego mi się przydarzy. – Przemawiała
przeze mnie wiara, że tak się nie stanie.
W końcu zaakceptowaliśmy kontrakt. Byłem podekscytowany.
– Pogadaj z innymi ludźmi w Hollywood – doradziłem Paulowi.
– Może im też się spodoba ten pomysł i ubijesz jeszcze interes na boku.
I rzeczywiście, przedstawił ten biznes kilku dyrektorom wytwórni i gwiazdom, ale wrócił
z pustymi rękami.
– Patrzyli na mnie jak na raroga – powiedział. – Na ich twarzach przeważnie malował się
strach. Jakby tak wielki projekt przerastał ich i był za bardzo dziwaczny.
Samolot, który kupiliśmy, kosztował sto czterdzieści siedem milionów dolarów. Przed
podpisaniem dokumentów obejrzeliśmy go na lotnisku. Mam gdzieś zdjęcie, na którym kopię
w opony mojego jumbo jeta. Oczywiście zawarliśmy wszelkie możliwe klauzule poufności, ale
banki puściły farbę i tego samego dnia wieści o transakcji wyciekły do prasy. Ucieszyłem się, bo
wszyscy sądzili, że kupiłem jumbo jeta po to, żeby nim latać niczym – nie przymierzając – szejk
Dubaju. Nikomu nie zaświtało, że traktowaliśmy ten dziwaczny interes jak inwestycję, która
bardzo się opłaciła zarówno ze względu na zyski, jak i ulgi podatkowe, nie mówiąc o dumie
z posiadania 747. Słysząc, jak inni przechwalali się swoimi nowymi gulfstreamami IV albo
IVSP, wpadałem im w słowo: „No, niebrzydkie. To teraz posłuchajcie o moim jumbo jecie…”.
Po takiej odzywce od razu zmieniali temat.
***
Kupno samolotu było wspaniałą przygodą w skądinąd trudnych czasach. Pod koniec
poprzedniego roku, w trakcie kręcenia Batmana i Robina, przy okazji dorocznych badań
lekarskich dowiedziałem się, że muszę znaleźć okienko w terminarzu na poważną operację serca.
Zaskoczył mnie termin, ale nie sam problem – od dwudziestu lat wiedziałem, że mam
dziedziczną wadę serca, którą prędzej czy później trzeba będzie naprawić. Dawno temu, w latach
siedemdziesiątych, gdy matka jak zwykle odwiedziła mnie na wiosnę, zawiozłem ją do szpitala,
ponieważ miała zawroty głowy i mdłości. Odkryli wtedy, że ma szmery w sercu spowodowane
wadą zastawki aortalnej – głównej zastawki serca. Z czasem należało ją wymienić. Lekarze
oznajmili, że ta wada ujawnia się zwykle w średnim wieku – matka miała wtedy pięćdziesiąt
kilka lat. Ja miałem zaledwie trzydzieści jeden, a jednak mnie również przebadali i wykryli tę
samą wadę.
– Pańska zastawka jeszcze długo nie będzie wymagała wymiany – poinformował mnie
lekarz. – Będziemy jej się przyglądali. – Dlatego co rok przechodziłem badania serca. Lekarz
wsłuchiwał się w szmery, po czym uspokajał mnie: „Nie ma powodów do niepokoju, proszę
tylko dbać o formę i o niski poziom cholesterolu”. Takie tam bla, bla, bla. A ja na rok
wyrzucałem problem z pamięci.
Kiedy w końcu powiedzieli mojej matce, że czas na operację, odmówiła.
– Skoro Bóg chce mnie powołać do siebie, jestem gotowa – oświadczyła.
– To śmieszne, jakoś nie protestowałaś przeciwko wycięciu macicy – zauważyłem. –
I przez całe życie godziłaś się na usuwanie wszelkich problemów zdrowotnych. Dlaczego więc
teraz, przy okazji serca, nagle mówisz o Bogu? To Bóg umożliwił rozwój nauki. To on
wykształcił lekarzy. Wszystko jest w Jego rękach. Możesz przedłużyć sobie życie.
– Nie ma mowy! – Typowe podejście ludzi ze Starego Świata. A jednak nawet bez operacji
wyglądała całkiem zdrowo mimo swoich siedemdziesięciu pięciu lat.
Za to ze mną nie było najlepiej. Pierwsze oznaki, że coś jest nie tak, dały się zauważyć po
nakręceniu Prawdziwych kłamstw. Pływając w swoim basenie, nagle poczułem dziwne pieczenie
w klatce piersiowej – oznakę, że zastawka zaczyna szwankować.
– Na razie jej stan będzie się pogarszał powoli, ale z czasem ten proces znacznie
przyspieszy – powiedział lekarz. – Musimy złapać ten moment nagłego przyspieszenia… to
najlepsza, najbezpieczniejsza chwila na przeprowadzenie operacji. Jeśli ją przegapimy, ucierpi na
tym aorta, serce się powiększy, a tego lepiej uniknąć. Ale nie potrafię powiedzieć, kiedy to
nastąpi. Może w przyszłym roku, a może za pięć lat. Każdy człowiek jest inny.
Nie czułem więcej takich symptomów, więc robiłem to, co zawsze. Jeździłem na nartach,
kręciłem filmy, otwierałem kolejne lokale Planet Hollywood, zajmowałem się służbą publiczną.
Ale podczas dorocznych badań w 1996 roku lekarz oznajmił:
– Nadszedł czas. Pańskie serce wymaga operacji. Nie musi pan tego robić już jutro, byleby
w tym roku.
Pogadałem z chirurgami w trzech innych szpitalach. Uważam, że przed podjęciem ważnej
decyzji dotyczącej zdrowia należy zasięgnąć trzech opinii. Mój wybór padł na doktora Vaughna
Starnesa ze szpitala Uniwersytetu Południowej Kalifornii. Był to zadbany facet w okularach bez
oprawek, który do operacji i związanych z nią zagrożeń podchodził absolutnie beznamiętnie.
Poza tym rozumiał, kim jestem.
– Uwielbiam pańskie filmy akcji i chciałbym, żeby nadal je pan kręcił – powiedział. –
Dlatego wolę, żeby nie biegał pan ze sztuczną zastawką. – Wyjaśnił, że najlepiej wymienić
zastawkę na wykonaną z żywej tkanki. Bo przy mechanicznej musiałbym do końca życia
przyjmować preparaty rozrzedzające krew i ograniczyć aktywność.
– A tak to nadal mógłby pan wykonywać numery kaskaderskie, uprawiać sport, jeździć na
nartach, na motocyklu i konno… cokolwiek się panu zamarzy.
Tak wyglądały korzyści. Minusem było ryzyko. Procedura, którą mi polecił, sprawdzała się
tylko w sześciu przypadkach na dziesięć.
– Musi pan wiedzieć, że sześćdziesiąt, siedemdziesiąt procent operacji kończy się
powodzeniem, ale w trzydziestu, może czterdziestu procentach nowa zastawka się nie przyjmuje
– przestrzegł mnie.
– W takim przypadku musielibyśmy próbować od nowa.
Im większe ryzyko, tym większy zysk. To miało sens.
– Świetnie – odparłem. – Zaryzykuję.
Ustaliliśmy, że operacja odbędzie się natychmiast po skończeniu Batmana i Robina, żebym
bezzwłocznie mógł wrócić do pracy. Bo po wymianie zastawki, którą zaplanowaliśmy na
kwiecień, chciałem latem promować Batmana i Robina, a pod koniec 1997 roku zrobić kolejny
film, choć jeszcze nie wiedziałem, co to będzie.
Nikomu nie powiedziałem o operacji. Nikt o niej nie wiedział. Ani matka, ani bratanek, ani
moje dzieci – nikt. Dlatego że nie chciałem o tym mówić. Żeby się pozbyć lęków, udawałem, że
wcale nie chodzi o operację, tylko o zabieg w rodzaju wyrwania zęba mądrości. Pójdę do lekarza,
załatwię, co trzeba, i wrócę do domu.
Nawet żony nie chciałem informować. Maria była w zagrożonej ciąży z czwartym
dzieckiem, więc nie chciałem jej denerwować. Miała skłonność do niepotrzebnego
dramatyzowania, nawet jeśli nie były to kwestie życia i śmierci, a ja wolałem zamiatać wszystko
pod dywan. Na przykład nigdy bym jej nie powiedział: „Za trzy miesiące lecę wygłosić
przemówienie do Norwegii”, bo od tej pory marudziłaby, że zniknę na tydzień, a ona zostanie
sama. Wciąż by dopytywała: „Jakimi liniami lecisz? Dlaczego wylatujesz w sobotę, a nie
w niedzielę? Naprawdę musisz jechać na tak długo? A co to za dwa dodatkowe spotkania?”.
Zanimbym wsiadł do samolotu, miałbym już serdecznie dość tego wyjazdu. Dlatego stale
przykazywałem Rondzie i Lynn: „Nigdy nikomu nie zdradzajcie mojego rozkładu zajęć”, a Marię
informowałem dopiero na kilka dni przed wyjazdem. Nie lubię na okrągło gadać o jednym i tym
samym. Szybko podejmuję decyzje, nie radzę się wielu ludzi i nie chcę wciąż wałkować tego
samego tematu. Wolę iść dalej. To dlatego Maria ciągle powtarzała, że jestem zupełnie jak jej
matka.
Maria jest moim przeciwieństwem. Nadzwyczajnie zna się na medycynie, ale wywleka
problemy, rozmawiając z mnóstwem ludzi. Ja wszystko duszę w sobie, ona wręcz przeciwnie.
Bałem się, że się wygada i inni dowiedzą się o mojej operacji, zanim jeszcze do niej dojdzie.
Martwiłem się też, że zacznie krytykować moje postanowienie i co wieczór będziemy prowadzili
niekończące się dyskusje. Musiałem iść w zaparte. Podjąłem decyzję w gabinecie lekarza i nie
zamierzałem do niej wracać. Gdyby Maria wciąż poruszała ten temat, zaprzeczanie na nic by się
nie zdało. Poza tym zakłóciłoby to mój sposób radzenia sobie z życiem i śmiercią. Uznałem więc,
że lepiej nic jej nie mówić aż do ostatniej chwili przed wyjazdem, czyli w tym przypadku do
czasu pójścia do szpitala.
Gdy termin operacji się zbliżał, wtajemniczyłem doktora Starnesa w mój plan.
– Powiem rodzinie, że wyjeżdżam do Meksyku – oświadczyłem.
– Wyjaśnię im, że chciałbym odpocząć przez tydzień. Wtedy zrobimy tę operację. Mówił
pan, że po pięciu dniach wyjdę ze szpitala. Więc pięć dni później przeniosę się do hotelu. Poleżę
na słońcu, opalę się, a jak już nabiorę zdrowego wyglądu, wrócę do domu i nikt się nie połapie,
że przeszedłem operację serca. Co pan na to?
Chirurg był nieco zaskoczony. Popatrzył na mnie, a potem, jak to on, walnął prosto
z mostu:
– To się nie uda. Będzie pan się zmagał z bólem, potrzebował pomocy. Nie sposób udawać,
że nic się nie stało. Stanowczo radzę, żeby wtajemniczył pan żonę. Jest w ciąży, powinna
wiedzieć. Ja bym powiedział jej o tym bez zwłoki.
Wieczorem, jakby nigdy nic, zwróciłem się do Marii:
– Swoją drogą, pamiętasz, jak kiedyś mówiłem ci, że prędzej czy później czeka mnie
wymiana zastawki serca? Za dwa tygodnie lekarz ma dla mnie okienko, więc pomyślałem, że to
dobry pomysł, bo akurat jestem między jednym filmem a drugim, a na promocję Batmana lecę do
Europy dopiero za sześć czy siedem tygodni. Mógłbym wcisnąć tę operację do swojego
kalendarza. To najlepsza pora, więc chcę, żebyś o tym wiedziała.
– Chwileczkę! – zaprotestowała. – Zaraz, zaraz, zaraz! Chcesz mi powiedzieć, że musisz
przejść operację serca?
Zupełnie jakbym nigdy jej o tym nie mówił. Od tej pory bez przerwy paplała na ten temat,
ale również pomogła mi zachować całą rzecz w tajemnicy. Kiedy moja matka, jak co roku,
przyjechała do nas na wiosnę, nic jej nie powiedzieliśmy.
Przed pójściem do szpitala do pierwszej w nocy grałem w bilard z Franco i grupką
przyjaciół. Piliśmy wódkę i bawiliśmy się na sto dwa, ale im także nie zdradziłem, dokąd
wybieram się następnego dnia.
O czwartej nad ranem Maria wstała i zawiozła mnie do szpitala. Wzięła rodzinną
furgonetkę, a nie szpanerskiego mercedesa. Za jej namową załatwiłem, że przyjęto mnie pod
innym nazwiskiem. Parkingowy już czekał i szybko wpuścił nas do garażu. O piątej byłem
przygotowywany do operacji i podłączany do aparatury, a o siódmej lekarze pracowali pełną
parą. Byłem zachwycony. Przyjęcie o piątej, operacja o siódmej, a w południe jest po wszystkim.
Trzaskprask i po krzyku. Ocknąłem się o szóstej wieczorem, gotowy do kolejnej partyjki bilardu.
No cóż, w założeniu tak to wyglądało. Zgodzili się przebrać mnie po operacji w hawajską
koszulę, żebym obudziwszy się, nie czuł, że jestem w szpitalu. To była część większego planu.
I się sprawdziła, a jakże. Otworzywszy oczy, zobaczyłem siedzącą obok Marię, poczułem się
wspaniale i znów zapadłem w sen. Kiedy się ocknąłem następnego dnia, Maria wciąż była przy
mnie. Zerknąłem w bok i ujrzałem rower do ćwiczeń, który mi zamówiono, żebym mógł z niego
skorzystać pod koniec tygodnia. Dwie godziny później przeniosłem się z łóżka na siodełko.
Lekarz, który do mnie zajrzał, przeżył szok.
– Bardzo proszę zabrać stąd ten rower! – polecił.
– Ale nawet nie włączyłem oporu – zaprotestowałem. – To, że zaraz po operacji siedzę na
rowerze, ma mi pomóc uporać się ze sobą, z psychiką.
Zbadawszy mnie, ucieszył się z wyników. Wieczorem zacząłem jednak kaszleć. W płucach
zbierał się płyn. Lekarz wrócił o dziewiątej i zaordynował całą serię badań. Krótko potem, kiedy
Maria wróciła do domu, by zająć się dziećmi, spróbowałem zasnąć. Ale kaszel się nasilał
i wkrótce prawie nie mogłem oddychać. O trzeciej w nocy lekarz zajrzał ponownie, usiadł na
łóżku i wziął mnie za rękę.
– Strasznie mi przykro, ale się nie udało – powiedział. – Musimy pana przewieźć
z powrotem na chirurgię. Zbieram zespół najlepszych lekarzy. Nie stracimy pana.
– Nie stracicie mnie? – wybąkałem.
– Nie stracimy. Niech pan tylko przetrzyma noc, może damy panu coś na sen. Gdzie jest
Maria?
– W domu.
– Trudno, muszę po nią zadzwonić.
– Panie doktorze, ona wpadnie w panikę. Niech pan jej nic nie mówi.
– Nie, musi tu być.
Przed operacją jest taki moment, którego serdecznie nie znoszę. To chwila, kiedy zaczyna
działać anestetyk, gdy wiemy, że zasypiamy, że tracimy przytomność, ale nie mamy pewności,
czy się wybudzimy. W masce tlenowej miałem wrażenie, że się duszę – łapczywie chwytałem
powietrze, nie mogłem oddychać.
Była to klaustrofobia znacznie gorsza niż ta, z którą walczyłem, gdy musiałem nosić maski
i kostium Terminatora albo Mr. Freeze’a w Batmanie i Robinie. Pracownia efektów specjalnych
Stana Winstona była dla mnie salą tortur. Żeby zrobić maskę, potrzebują odlewu, a żeby
wykonać odlew, nakładają nam na głowę olbrzymi, ciężki gips. Wielu aktorów tego nie cierpi,
więc Stan i jego pomocnicy mają na to swoje sposoby.
Po przybyciu na miejsce wita nas muzyka, ludzie są przyjaźnie nastawieni i serdeczni.
– Hej, miło, że wpadłeś! – rzucają na powitanie, po czym sadzają delikwenta na stołku
i przestrzegają: – To będzie trochę nieprzyjemne.
Masz klaustrofobię?
– Nie – odpowiadałem zawsze, zgrywając chojraka.
Na to owijają nas paskami materiału namoczonymi w gipsie. Wkrótce mamy zasłonięte
oczy, nic nie widzimy. Potem zakrywają nam uszy, nic nie słyszymy. Po kolei wyłączają nasze
zmysły. Następnie zaklejają usta, tak że nie możemy już mówić. Na koniec zatykają nam nos,
pozostawiając dwie cienkie słomki, żebyśmy mogli oddychać.
Wtedy trzeba odczekać z pół godziny, aż gips wyschnie. Umysł zaczyna płatać figle.
A jeśli zabraknie nam powietrza? Jeżeli drobina gipsu dostanie się do słomki i ją zatka?
Ponieważ tak wielu aktorów wpada w panikę, charakteryzatorzy za pomocą niezobowiązujących
rozmów i muzyki próbują narzucić swobodną atmosferę. Ale kiedy już nic nie słyszymy, wciąż
czujemy, jak krążą wokół nas, nakładając gips. Na wypadek gdybyśmy poczuli, że za chwilę
możemy zemdleć, z góry uprzedzają: „Jestem tuż obok. Daj mi znak ręką albo klepnij mnie
w ramię”.
Po pewnym czasie wkrada się prawdziwy strach. Czujemy, jak gips twardnieje, co oznacza,
że nie damy rady zerwać go z głowy. Teraz już trzeba go przeciąć. Siadając, oczywiście
zauważyliśmy narzędzia – elektryczną okrągłą piłę używaną do cięcia gipsu – ale nie
dopytaliśmy się co i jak, kiedy jeszcze mieliśmy szansę.
Wobec tego zastanawiamy się: „Zaraz, skąd oni wiedzą, jak głęboko mają ciąć? A jeśli
posiekają mi twarz na plasterki?”.
Przechodząc przez to za pierwszym razem, tak bardzo martwiłem się tą piłą, że zacząłem
oddychać zbyt łapczywie. A że przez słomki nie mogłem nabrać wystarczająco dużo powietrza,
naprawdę wpadłem w panikę. Próbowałem jakoś się uspokoić. Przykazywałem sobie: „Nie myśl
o tym, przestań sobie wyobrażać tę słomkę. Zapomnij o niej… No, już lepiej. To teraz pomyślmy
o czymś innym. Może o oceanie. A może powinienem myśleć o wielkim lesie, o czymś
przyjemnym… Może o śpiewie ptaków, o liściach szeleszczących na wietrze, o pracujących
w oddali ludziach i dźwięku… piły łańcuchowej!”.
I znów ogarniał mnie niepokój. Oczywiście, pracowników wtedy już nie było. Może nie
wyszli z pomieszczenia, lecz nie wiedziałem, gdzie są. Może powiedzieli: „No, jeszcze tylko
dziesięć minut”, ale nic nie słyszałem. Byłem zamknięty. Dookoła żywego ducha. Pozostawało
jedynie wierzyć, że jakoś się uda.
Wszystko to przypomniało mi się na chirurgii.
Marię tak wystraszył telefon doktora Starnesa o czwartej nad ranem, że zadzwoniła do
swojej przyjaciółki Roberty i poprosiła, żeby pojechała z nią do szpitala. Kiedy Maria po raz
pierwszy stanęła przed kamerą, Roberta Hollander, producentka wiadomości CBS, była dla niej
jak siostra – silna osobowość i twarda babka, która doskonale radziła sobie z ludźmi. Kilka
godzin później siedziała wraz z Marią w gabinecie doktora Starnesa, a ja wróciłem pod nóż.
Doktor miał u siebie olbrzymi ekran, tak że widział i słyszał wszystko, co dzieje się w sali
operacyjnej, bo niektórych czynności nie wykonywał osobiście, na przykład odłączania pacjenta
od płucoserca. Wracał wtedy do gabinetu i przyjmując tam innych pacjentów, przez cały czas
śledził przebieg operacji, na wypadek gdyby nagle był potrzebny. Maria opowiadała mi potem,
że wielokrotnie odwracała wzrok od ekranu. Nie mogła patrzeć, jak rozcinają mi klatkę
piersiową, szczypcami chirurgicznymi zdejmują druty spinające moją pierś po pierwszej operacji
i odsłaniają serce. Za to Roberta przysunęła sobie krzesło przed ekran.
– Widziałaś to? Właśnie przecięli aortę i przyszywają mu nową zastawkę – komentowała.
I tak przywrócono mnie do życia po raz drugi czy trzeci, zależy, jak liczyć. Obudziwszy się
po operacji, zobaczyłem, że Rober