STÓ-wa 16

Komentarze

Transkrypt

STÓ-wa 16
KIM JEST NAUCZYCIEL? Nauczyciel to ktoś, kto widzi w każdym dziecku wyjątkową osobę
i zachęca je do rozwijania jego indywidualnych talentów i mocnych stron. Nauczyciel widzi więcej niż
tylko twarze dzieci - on stara się zobaczyć ich dusze. Nauczyciel to ktoś z wyjątkowym talentem i zawsze z uśmiechem w zanadrzu. To także ktoś, kto nie szczędzi czasu, by wysłuchać obu stron, zawsze
starając się być fair. Nauczycielowi zależy na wszystkich: każdemu okazuje szacunek i zrozumienie.
Nauczyciel to ktoś, kto za zasłoną wybuchu złości i buntu dostrzega krzywdę i ból. Nauczyciel postrzega
ucznia jako całość, pomagając mu budować jego pewność siebie i podnosząc jego samoocenę. Nauczyciel odmienia życie każdego dziecka, całych rodzin, jak i przyszłość nas wszystkich.
Barbara Cage
STÓ-wa 1
W num erze...
1. Szkoda, że już za nami…
- Międzywodzie, czyli wyjazd
integracyjny
- Moja nowa szkoła
- Nasza klasa I G
- Pasowanie pierwszaków
- Dzień Chłopaka
- Naukowy Dzień Nauczyciela
- Festyn Jesienny
2. Wspominamy…
- Bilet w jedną stronę
- Wspomnienia na jubileusz
3. Na bieżąco…
- Dziennik internetowy (wywiad
z panią Marzeną Ukraińską)
- Gimnazjum kontra podstawówka
4. Ważna sprawa
- Handel dziećmi
5. Przeczytaj, oceń sam...
- Rok 1612 – koszmar nie tylko
w historii
- Brida – Coelho nadal w dobrej
formie?
- Mass Effect – gra godna polecenia
5. Nasza twórczość
- Tryptyk Karoliny
6. Byliśmy...
- Therion – mocne uderzenie
STÓ-wa 2
Szkoda, ze juŜ za nami...
Międzywodzie 2008
Krzyki i śmiechy było słychać na całej plaży. Ludzie dookoła nie wiedzieli, co myśleć,
i rozglądali się nerwowo albo patrzyli z irytacją.
Jednak my doskonale się bawiliśmy i wiedzieliśmy, o co chodzi, uczestnicząc w głównym
punkcie programu wyjazdu do Międzywodzia,
czyli – otrzęsinach! Które jak co roku odbyły
się na wyjeździe integracyjnym nad morzem,
ale może od początku…
Po szczęśliwej jeździe i kilku zabawnych
chwilach spędzonych w McDonald’sie ;)
wreszcie dotarliśmy na miejsce. Nasze kochane Międzywodzie nic się nie zmieniło. Chociaż
rok temu nie udało nam się tu przyjechać,
wszyscy dobrze pamiętali to miejsce i najważniejsze – otrzęsiny. Dlatego nie mogliśmy się
doczekać chrztu pierwszej klasy, która nieświadoma naszego głodu doświadczeń, szczęśliwie rozeszła się do pokoi.
Wszyscy do otrzęsin przygotowali się doskonale - zarówno trzecia klasa, jak i druga wzięły
ze sobą niezbędne przedmioty. Pierwszoroczni
oczywiście wiedzieli, że czeka ich chrzest, ale nie
wiedzieli dokładnie, co to oznacza, ponieważ
nasze przygotowania zostały zachowane
w ścisłej tajemnicy! Tak więc po około godzinie
zaczęło się… Pierwsza klasa wraz z wychowawcą wkroczyła na ścieżkę otrzęsin, na której czekało ich kilka zadań sprawdzających. Pierwsza
konkurencja to przejście boso po szyszkach.
Niektórzy marudzili, ale o samej myśli, że musieliby przejść jeszcze raz, od razu trzeźwieli. ;D
Następnym zadaniem okazała się krótka gimnastyka. Kilka skłonów, brzuszki, żabki i już kolejny
test. Tym razem trzeba było dobiec do plaży,
bijąc się w piersi i krzycząc: ”Jestem chrzczona/
y!”. To zadanie wywołało spore zainteresowanie
turystów nadmorskich, ale czegóż się nie robi, by
chodzić do Gimnazjum S.T.O.?
Następny etap to Salon Piękności - nasza
ulubiona część otrzęsin. Tutaj nie zawiedli nas
chłopcy: Kuba, Maciek i Aleks z lubością rozbijali
jajka na głowach pierwszoroczniaków. Była jeszcze mała przekąska, o której składzie nawet my
nie mieliśmy pojęcia. Na koniec lekki make-up,
zbiorowe zdjęcie i kolejne chrzciny za nami …
Ale to jeszcze nie koniec! Czekało nas jeszcze ognisko, na którym znowu świetnie się
bawiliśmy. Było trochę gry w siatkówkę, spacer
po plaży pod niebem pełnym gwiazd, no i do
pokoi spać. Taaa...., akurat, tak myśleli chyba
tylko nauczyciele, bo my jeszcze dłuuugo nie
spaliśmy ;).
Następny dzień nie okazał się gorszy.
Znów poszliśmy nad morze, do którego - co
się potem okazało - weszli wszyscy, nie licząc
kilku wyjątków. Później chłopcy uprawiali amatorsko „surfing”, część dawała upust swojej
pasji fotografowania, jeszcze inni znowu grali
w siatkówkę i tak zleciał prawie cały dzień.
To był naprawdę fajny wyjazd, szkoda,
że dla nas - trzecioklasistów - ostatni, ale cóż,
wszystko kiedyś się kończy. Co najważniejsze,
spełnił swoją rolę, ponieważ zintegrował nas
nie tylko jak klasę, ale i całe gimnazjum.
Agnieszka
Co roku lepiej!
Jeśli zapytalibyśmy uczniów naszego gimnazjum, z czym kojarzy im się Międzywodzie, myślę, że najczęściej słyszaną odpowiedzią byłoby: z otrzęsinami, integracją i świetną zabawą.
Już kilka dni przed wycieczką, wszyscy byli
radośnie podekscytowani i niecierpliwie oczekiwali poniedziałku. Na szczęście weekend minął
szybko i nadszedł upragniony dzień – wyjazd do
Międzywodzia. Przebłyskujące przez chmury
słońce nastawiało nas optymistycznie. Szybko
wpakowaliśmy się do autokaru – oczywiście nie
obyło się bez bitwy o miejsca z tyłu – i ruszyliśmy.
STÓ-wa 3
W trakcie drogi spotkała nas niespodzianka.
Otóż zatrzymaliśmy się przy McDonalds’ie.
Część z nas z radością ruszyła do środka, a ci,
którzy nie mogli się doczekać celu naszej podróży, pozwolili sobie na kilka pełnych niezadowolenia uwag. Jednakże zjeżdżalnia (dla
małych dzieci) i wspólne rozmowy uciszyły
wszelkie pomrukiwania i bardzo szybko dało
się słyszeć radosne wybuchy śmiechu. Hitem
stało się oczywiście „Bravo Girl” - resztę drogi
pokonaliśmy chichocząc, oblepiając się naklejkami i wygłupiając.
Po przyjeździe na miejsce tradycyjnie pojawił się problem: kto? z kim? gdzie? i dlaczego?, czyli podział w pokojach. Na szczęście,
uwinęliśmy się z tym szybko i mogliśmy się
oddać najważniejszej części wycieczki – otrzęsinom. Pierwszaki pokonywały różne dziwne
konkurencje, wymyślone przez ich starszych
kolegów – od biegów, przez kręcenie się wokół
własnej osi, po rozbijanie jajka na głowie i konsumpcję niezwykłej (pod każdym względem)
kanapki. Wszyscy byli niewyobrażalnie brudni,
ale sądzę, że szczęśliwi. Dopiero wtedy można było powiedzieć: „Jesteście uczniami naszego gimnazjum :-) ”.
Następną atrakcją było wieczorne ognisko,
podczas którego piekliśmy kiełbaski i zajadaliśmy różne pyszności. Oczywiście, nie potrafiliśmy usiedzieć na miejscu, więc szybko znaleźliśmy piłkę i zorganizowaliśmy mecz siatkówki.
Śmiechom, żartom i tarzaniu się w piasku nie
było końca. Gdy zrobiło się już za ciemno
na grę, poszliśmy całą grupą na nocny spacer
po plaży. A potem to już tylko do pokoi spać
(część do własnych, a inni jeszcze w odwiedziny do kolegów).
Kolejny dzień spędziliśmy na plaży. Część
grała w siatkówkę, inni rzucali freesbe, kilku
chłopców pływało na skimboardach, a parę najodważniejszych osób kąpało się w morzu, a klasa pierwsza miała zajęcia integracyjne z panią
Ewą. Kiedy trzeba było zacząć się pakować
i sprzątać (!), myślę, że wszyscy zrobili się trochę
bardziej markotni – pora wracać do domu.
STÓ-wa 4
Moim zdaniem, była to najlepsza wycieczka
integracyjna, na jakiej kiedykolwiek byłam.
Nie mam pojęcia, co sprawiło, że tak uważam.
Możliwe, że się mylę, ale uważam, że akurat
najważniejszą rzeczą na tym wyjeździe
nie były otrzęsiny, ale fakt, że naprawdę bardzo się zgraliśmy. Przynajmniej taka jest moja
opinia i mam nadzieję, że reszta moich kolegów też tak sądzi. Jeśli inne wycieczki też mają być takie, to pozostaną mi po skończeniu
gimnazjum naprawdę piękne wspomnienia…
Martyna Sroczyńska
(gościnnie)
Międzywodzie
– otrzęsiny na własnej
skórze przeŜyte….
Nie ma co ukrywać – główną atrakcją wyjazdu integracyjnego byliśmy MY – pierwszoklasiści. Mieliśmy zostać „otrząśnięci”, co z założenia
nie ma być łatwe, lekkie i przyjemne.
Po przyjeździe do Międzywodzia – gdy klasy II i III spokojnie zajmowały pokoje – my gorączkowo ustalaliśmy kto, komu i kiedy pożyczy szampon. Ale miało być jeszcze gorzej –
najgorętsza atmosfera zapanowała bowiem
tuż po obiedzie, podczas przygotowań
do otrzęsin. Z niepokojem podpatrywaliśmy,
co starsi dla nas szykują, ubrani niezbyt gustownie w stare ubrania, przeznaczone
do wyrzucenia, bowiem po rytuale otrzęsin
tylko do tego miały się nadawać.
powszechne zdziwienie. Na plaży czekał nas
salon piękności, w którym dla urody naszych
włosów rozbijano nam jajko na głowie (jest to
przyjemność, której starsi nigdy sobie nie odmawiają). Jakby tego było mało, oblano nas
jakąś mocno podejrzaną miksturą o nieprawdopodobnie wstrętnym zapachu. Następnie
uraczono nas podobnie wyglądającymi kanapkami i napojem trudnym do opisania. Wreszcie
zrobiono nam pamiątkowe zdjęcie i to był koniec tych tortur. Mogliśmy wrócić do pokoi,
gdzie przez następne kila godzin doprowadzaliśmy się do porządku – szampony rzeczywiście były artykułem pierwszej potrzeby.
Podczas wieczornego ogniska byliśmy już
rozluźnieni i mogliśmy oddać się życiu towarzyskiemu - otrzęsiny przeszły do historii. Nasze – za rok inni nieszczęśnicy będą musieli
trochę się pomęczyć, aby zasłużyć na miano
ucznia Gimnazjum S.T.O.
Sonia
Gdy wreszcie nadszedł „upragniony” moment, na twarzach niektórych malował się
strach, a nawet przerażenie. Wykonywanie
dziwacznych zadań rozpoczęliby od przejścia „tip-topkami” po szyszkach, patykach
i pokrzywach – oczywiście żadne buty
nie wchodziły w grę. Następnie skakaliśmy
niczym żabki, robiliśmy pompki i brzuszki. Potem mieliśmy biec w kierunku morza, krzycząc:
„Przechodzę otrzęsiny!”, czym wzbudzaliśmy
STÓ-wa 5
Moja nowa szkoła
Nowa szkoła oznacza także nowych przyjaciół i nauczycieli. Osoba, która jest nowa, czuje
się obco – tak było ze mną. Jednak bardzo szybko znalazłam w mojej nowej klasie przyjaciół ludzi, na których mogę polegać.
Tworzymy niewielką społeczność, dlatego
nietrudno się poznać. Poza tym błyskawicznie
zwiedziłam wszystkie szkolne zakamarki i dowiedziałam się, „kto jest kto” dzięki dobrze zorientowanym kolegom, którzy do gimnazjum przeszli
ze szkoły podstawowej. W naszej szkole panuje
naprawdę przyjazna atmosfera. Obecnie czuję
się tu prawie tak dobrze jak w domu. „Prawie
dobrze” dlatego, że w domu nie muszę się tyle
uczyć, a tu – proszę, jeszcze trzy sprawdziany
przed nami. Koszmar. Trzeba będzie sobie jakoś
z tym poradzić, zresztą, ponoć do w wszystkiego
można się przyzwyczaić. Nawet do tego, że im
jesteś starszy, tym bardziej dają ci w kość.
Nauka, no właśnie – oto, co sprawia,
że uczeń dostaje dreszczy. Nauka w znacznej
mierze zależy od tego, jaki jest nauczyciel. Jeżeli
jest otwarty i serdeczny, to uczeń będzie się
chętniej uczył. Osobiście lubię lekcje polskiego,
ponieważ pani Ewa jest bardzo wyluzowana,
choć - jeśli trzeba - potrafi być też bardzo stanowcza. Wielu nauczycieli jest naprawdę fantastycznych. Można z nimi porozmawiać i pożartować, ale oczywiście w granicach rozsądku.
Najważniejsze jednak, że w S.T.O. bardzo
szybko można znaleźć sobie przyjaciół, a z resztą nie trzeba nawet szukać, oni sami nas znajdują. Tak, ta szkoła ze wszystkich stron otoczona
jest więzią koleżeństwa. Jestem z tego powodu
szczęśliwa, ponieważ w mojej poprzedniej szkole
prawie wszyscy byli dla siebie obcy.
Gimnazjum S.T.O. jest dla mnie wielką zmianą życiową, zmianą na lepsze. Tutaj dowiem się
wielu nowych rzeczy, a dzięki koleżankom i kolegom łatwiej będzie mi to wszystko przyjmować.
Tak, moja nowa szkoła jest najlepszą szkołą,
do jakiej mogłam trafić :-)
Claudia
STÓ-wa 6
Nasza klasa I G
W tym roku nasza klasa – nowa I G, jak przyznaje sama pani dyrektor, jest bardzo udana.
Osiemnaście osób, z tego siedem, które chodziły tu
do podstawówki, weszło w nowy etap swojego życia – nauki w gimnazjum. Dość szybko stworzyliśmy
całkiem udany zespół pod opieką naszej wychowawczyni – pani Ewy.
Naprawdę wyjątkowo szybko wszyscy zaklimatyzowali się w nowej szkole. „Stara gwardia”, czyli
byli uczniowie podstawówki, pomogli nowym zorientować się nie tylko w przestrzeni, ale też w gronie
nauczycielskim (nie wszystkich nauczycieli znaliśmy
tylko z widzenia). Staliśmy się klasą, w której nie ma
miejsca na kłótnie, złośliwość czy przemoc. Jesteśmy zgrani, bardzo dociekliwi, pełni energii i pogody
ducha. Dziewczyny potrafią się dogadać z chłopcami (choć czasem potrzeba trochę czasu, by odzyskać piórnik lub też zeszyt). Mieliśmy też to szczęście, że trafiliśmy na tak dobrego wychowawcę,
jakim jest pani Ewa. W naszej klasie nie ma hierarchii. Nikt nie jest gorszy czy lepszy – wszyscy jesteśmy traktowani na równi i tak też odnosimy się
do siebie. Oczywiście, Claudia, która jest gospodarzem, ma troszkę więcej obowiązków, ale ma takie
same prawa. Nie ma takiej sytuacji, że na przykład
Zenek ma zieloną bluzkę, to go wyśmiewamy,
bo nam się nie podoba zielony. Trzeba przyznać, że
tworzymy wyjątkowy zespół. Staramy się angażować w życie klasy i szkoły. Dobrze się uczyć.
Nie denerwować nauczycieli. Oczywiście, nie jesteśmy ideałami, swoje wady tez mamy, ale ideałów
nie ma.
Jeżeli zobaczycie 18 osób roześmianych i rozgadanych, wiedzcie, że to I G. Ta klasa ciągle ma
coś do roboty, wszędzie jest jej pełno, nigdy się
nie nudzi. Dla mnie jest to najlepsza klasa, do jakiej
kiedykolwiek chodziłam.
Sonia
STÓ-wa 7
————– Pasowanie pierwszaków ————
Dwudziesty dziewiąty września - najważniejszy i najbardziej stresujący dzień dla pierwszaka.
Właśnie tego dnia odbyło się pasowanie, które takie małe dziecko z pewnością będzie długo pamiętało.
Jak co roku, klasa druga gimnazjum miała za zadanie przygotować całą uroczystość. Uczniowie, jak to oni, bardzo się ucieszyli, bo wiedzieli, co to oznacza – na pewno przepadnie część lekcji.
Każdy miał przydzielony zakres obowiązków. Nieustannie powtarzaliśmy swoje kwestie, nawet
przygotowując dekoracje.
Podekscytowani rodzice zaczęli pierwsi schodzić się do sali gimnastycznej. Na samym końcu
przyszli bohaterowie dnia ze soją wychowawczynią. Na ich twarzach malowało się skupienie, tylko
niektórzy pozwalali sobie na niefrasobliwy uśmiech.
Po krótkim występie artystycznym, przygotowanym przez starszych uczniów, dzieci przystąpiły
do „egzaminu. Musiały wykonać pięć zadań – po każdym, pomyślnie wykonanym, dostawały
„certyfikat” w postaci specjalnej naklejki, którą przyklejały do indeksów. Zadania były różne od skakania na skakance poprzez rebusy i układanki słowne aż do liczenia cukierków. Na samym
końcu było najprzyjemniejsze i zarazem najprostsze zadanie, a mianowicie wybranie ulubionej czekolady i włożenie na głowę wieńca laurowego. Wreszcie pani dyrektor pasowała wszystkich nowym
ołówkiem na pierwszoklasistów, a ich wychowawca rozdawał pierwsze legitymacje szkolne.
I tak po raz kolejny przyjęliśmy do naszej społeczności nowych uczniów – na początku września
byli to gimnazjaliści, a pod koniec miesiąca - pierwszaczki w szkole podstawowej :-)
Natalia
STÓ-wa 8
Dzień Chłopaka :-)
Klasa I
Poniedziałkowe popołudnie było gorące –
wrzało, kipiało, piekło się i… rozrabiało,
a wszystko w domu Claudii dzięki odwadze
jej mamy (dziękujemy!!!).
Przyczyna tego całego zamieszania?
Dzień Chłopaka i nasza ambicja, aby przygotować go z fantazją, żeby stał się dla naszych
panów niezapomnianym przeżyciem, głównie
smakowym. Tak więc układałyśmy krakersy,
ucierałyśmy krem, mieszałyśmy składniki
na babeczki, kroiłyśmy owoce na supersałatkę. Oczywiście, czas wypełniła nam nie tylko
praca :-)
Na drugi dzień z samego rana przystrajałyśmy naszą salę i przygotowywałyśmy stółwypieki udały się znakomicie, sałatka cudownie pachniała, a my zdałyśmy sobie sprawę,
że… zapomniałyśmy o napojach. Na szczęście, szybie zorganizowanie pieniędzy i błyskawiczny wypad do sklepu uratowały sytuację. Na tablicy zawisła specjalna laurka
ze zdjęciami najpiękniejszych kobiet
pod słońcem, czyli dziewczyn z I G. Wszystko w prezencie dla solenizantów.
Chłopcy oczywiście wiedzieli, co się święci, ale nie spodziewali się aż takiej imprezy.
Po złożeniu życzeń zaprosiłyśmy ich do stołu, najpierw jednak musieli założyć przeurocze śliniaczki. Bardzo smakowały im babeczki, ciasto także cieszyło się powodzeniem.
Czas minął błyskawicznie. Na koniec chłopcy
nam podziękowali – było widać, że są zadowoleni.
Szpilka
Klasa II
Dziewczyny z II G, podobnie jak ich młodsze koleżanki, postanowiły upiec dla swoich
klasowych chłopaków ciasto. W tym celu zaraz po lekcjach wybrały się do domu Jagody,
STÓ-wa 9
jako że mieszka ona najbliżej szkoły i zgodziła się na ewentualne szkody powstałe podczas kuchennego procesu twórczego.
Zadanie wydawało się proste, wręcz banalne, jednak jeżeli na pięć dziewczyn zaledwie dwie mają jako takie pojęcie o gotowaniu,
to nic nie jest oczywiste. Zakupiłyśmy,
co prawda, wszystkie potrzebne składniki, ale
nie bardzo miałyśmy pojęcie, w jakiej proporcji i kolejności je wymieszać. Na szczęście,
Jagoda i Dominika przejęły inicjatywę – bez
nich nic byśmy nie zdziałały, poza szkodami,
oczywiście. A i tak nie obyło się bez kłopotów, gdy pewna osoba (nie wymienię imienia,
Jagodo:*) wsypała pomad 2 razy więcej mąki,
niż było to potrzebne, i zamiast pięknie lejącego się ciasta powstała wstrętna klucha.
Musiałyśmy zaczynać od początku. Żeby był
porządek, podzieliłyśmy pracę: Dominika
rozbijała jajka, Jagoda mieszała, Diana topiła
czekoladę, ja masło, a Żabcia czytała przepis. Oczywiście, gdyby nie mama Jagody, te
nieudane kluchy trafiłyby do piekarnika :-)
Z jednej miski ciasta wyszły dwa serduszka, jedno dla naszych chłopców, a drugie
dla chłopców z 3 G. Aha, ciastko, mimo
skromnych rozmiarów było pyszne i ślicznie
wyglądało. Za rok postaramy się upiec większe ;-)
Natalia
Klasa III
Co tu mówić – nie postarałyśmy się.
Nie dość, że wszystko było zrobione
na ostatnią chwilę, to i nudne, i proste.
We wtorek zostało zaplanowane wyjście
do kina przez całe gimnazjum po czwartej
godzinie lekcyjnej – część dziewczyn z klasy
III poszła do pani dyrektor wynegocjować
wcześniejsze wyjście ze szkoły, ponieważ
zaplanowałyśmy niespodziankę dla chłopców, która miała być przed seansem. Skończyło się na tym, że całe gimnazjum poszło
do Galaxy wcześniej. Po co, wciąż nie mamy
pojęcia.
STÓ-wa 10
Niespodzianka przestała być niespodzianką w piątek czy nawet czwartek, gdyż przed
naszymi bystrzakami nic nie da się ukryć.
Tak więc pełni nadziei z niecierpliwością wypatrywaliśmy wtorku, co nie zdarza nam się
często z powodu nawału lekcji. Oczywiście,
mówię tu o chłopcach, ponieważ dziewczyny
stawały na głowie, wymyślając coraz to nowe
atrakcje, których – niestety – nie dało się zrealizować. Tak więc zaprowadziłyśmy naszych
jubilatów do kręgielni, co również okazało się
niezbyt dobrym pomysłem. Niektórzy
nie umieli się zachować na torach, dwa
z trzech wynajętych zostały popsute. Do kogo mieli potem pretensje właściciele kręgielni? Oczywiście, że do tych panien, które zamawiały tory i przyprowadziły całą swoją klasę. Nawet nie pokwapili się, by znaleźć kogoś dorosłego. Zabroniono nam tam przychodzić – ich strata, ich pieniądze.
Potem poszliśmy na film, który – mówiąc
całkiem szczerze – był beznadziejny. Krwawa
jatka zaczynała po pół godzinie nudzić,
w pewnym momencie nawet nauczyciele gubili się, kto jest kim, kto przeciw komu walczy. Niektórzy zaczęli chodzić po sali, przez
co wychowawcy trochę pokrzyczeli. Pod koniec chłopcy z klasy trzeciej (drugiej i pierwszej chyba też, chociaż głowy sobie uciąć nie
dam) wykazali się świetną znajomością języka rosyjskiego, powtarzając wszystko prawie
bezbłędnie po aktorach. Każdy młody mężczyzna z naszej klasy dostał po smoczku
i batoniku po filmie, jako osłodę po tych ciężkich przeżyciach.
Podsumowując – dzień był udany chyba
tylko pod tym względem, że straciliśmy większość lekcji. Fakt, że w tym roku nieco nawaliłyśmy, ale film również mógł być lepiej
dobrany. Obsługa w kręgielni również nie
była naszą winą. Chociaż sądzę, że jeden
dzień odpoczynku od szkoły był dla chłopców
dobrym prezentem – i to od samej pani dyrektor ;-]
Karolina
STÓ-wa 11
-——– Naukowy Dzień Nauczyciela ———
Tegoroczny Dzień Nauczyciela odbył się
w dość nietypowy sposób, ponieważ podczas
uroczystej debaty mieliśmy wybrać naszego
szkolnego kandydata do Nagrody Nobla.
Na wstępie mogę powiedzieć, że - jak
zawsze - każdy nauczyciel dostał masę kwiatów, bombonierek i cukierków od ukochanych
uczniów, którzy składali życzenia, dziękowali,
wręczali prezenty.
Na pierwszej lekcji każda klasa przygotowywała się do przedstawienia swoich kandydatów, aby zaprezentować ich podczas debaty. Jak się później okazało, niemal cała klasa
pierwsza przygotowała kandydaturę profesora
Aleksandra Wolszczana – polskiego astronoma, który odkrył cztery planety spoza Układu
Słonecznego. Poza nim zaprezentowano dokonania prof. Mariusza Z. Ratajczaka
(hematolog), prof. Jana Lubińskiego (genetyk)
oraz prof. Krzysztofa Matyjaszewskiego
(chemik, nanotechonolog). W drugiej klasie
wybrano takie same osoby, a także profesora
Zbigniewa Religię. Klasa trzecia natomiast
przedstawiła trzy prezentacje omawiające
dokonania Aleksandra Wolszczana, Jerzego
Owsiaka wraz z WOŚP, a także Krzysztofa
Matyjaszewskiego. Jego pracę przybliżyli
nam w formie chemicznego eksperymentu
Kuba, Aleks i Maciek, wspierani przez Igę
i Różę. Nasze szkolne boisko (a nie sala ze względów bezpieczeństwa) zamieniło się
w laboratorium szalonego naukowca. Był
proch, saletra, wybuchy i błyski – atrakcje te
niewątpliwie spodobały się publiczności.
Następnie przystąpiliśmy do wyboru naszego kandydata do Nagrody Nobla. Pierwsze miejsce zajął Jerzy Owsiak, drugie
Krzysztof Matyjaszewski, który ze swoim rywalem przegrał tylko jednym punktem. Twórca idei WOŚP niewątpliwie zasłużył na nagrodę za swoją działalność charytatywną i pomoc dzieciom w szpitalach oraz hospicjach.
Reszta zajęć tego dnia przebiegała zgodnie z planem, choć – nie ukrywajmy – były to
zdecydowanie luźniejsze lekcje niż zwykle.
Uczniowie byli zadowoleni, jak i również nauczyciele, którzy w dniu swojego święta niewątpliwie dobrze się bawili.
Róża
STÓ-wa 12
FESTYN JESIENNY
Żal ściska moje serce, gdy zaczynam sobie
powoli uświadamiać, że... to ostatni festyn.
Ostatnie pieczenie ciast, ostatnie kłótnie o to,
kto przyniesie soki, a kto colę, ostatnie podjadanie smakołyków ze stoisk. I mimo iż klasa
trzecia powinna w tym roku szczególnie hucznie obchodzić festyn jesienny, to jakoś
nie zauważyłam zbytniego zaangażowania.
Zacznijmy od tego, iż temat był beznadziejny. „Festyn naukowy” – kto to wymyślił?
Przede wszystkim, co zrobić o nauce? Plakaty,
dobrze. Zostały zrobione i to nawet całkiem
przyzwoicie. Co dalej... właśnie. Pustka, nic,
zero pomysłów. No bo co dalej mamy przygotować? Nauka i ciasta? Pf, dobre sobie. To się
ze sobą kłóciło i to mocno, moim zdaniem. Ale
czymże byłby festyn bez smakołyków? Niczym. I chociaż to się nie zmieniło i chociaż
tego nie dało się wyrzucić.
Na drugi plan schodziły klasy podstawowe –
z tego, co zauważyłam, około godziny dziesiątej
na parterze nie było prawie nikogo. Sporo osób
za to było w okolicach drugiego i pierwszego
piętra. Niestety, ta sielanka nie trwała zbyt długo – rodzice woleli wspierać swoje małe pociechy, niż nas – biednych i wygłodzonych gimnazjalistów, którzy wcinali po kątach własne wypieki, jednocześnie machając do dorosłych czekoladowymi łapkami i zapraszając do kupowania
jakże przepysznych smakołyków.
W tym roku obyło się także bez wygłupów.
No, może pomijając ten incydent z klimatyzacją
w sali informatycznej... ale przecież za sklerozę
nie powinniśmy być karani, prawda? No i chodzenia po cudzych stoiskach i żebrania o trochę
ciasta także nie powinno się tak wyolbrzymiać.
Podsumowując jakże krótkie sprawozdanie
(przykro mi, ale nie wszyscy zostali do końca,
poza tym niewiele się w tym roku działo), takie
festyny bywają dobre, ale... tym, którzy wymyślają tematy kolejnych festynów życzę... więcej wyobraźni!
Karolina
STÓ-wa 13
Wspominamy
Bilet w jedną
jedną stronę
stronę
To zaledwie kilka tygodni, a wydaje się, jakby
wieki minęły od początku roku. Zaczęliśmy nowe
życie - kompletnie wywrócone do góry nogami.
Jeszcze za wcześnie na poważniejsze oceny
tych przemian. Na pewno duża zmiana nastąpiła
w relacjach uczeń - nauczyciel. Po naszej szkole
trudno zrozumieć, że nauczyciel nie chce poznać szczegółów naszych zainteresowań, zwraca się do nas po nazwisku, numerze w dzienniku bądź wg kolejności ławki w rzędzie i od razu
uprzedza, że nie ma najmniejszego zamiaru silić
się na zapamiętanie imion.
Nowe klasy... W tej materii odczucia są generalnie bardzo pozytywne (przy okazji pragnę zauważyć, jak zwykle – skromnie, że 3G jest „the
best” i nadal trzyma się razem, czego dowodem
są wspólne spotkania!!!). Większość z nas jest
już po wyjazdach integracyjnych, a jeśli nawet
nie, to i tak wszyscy twierdzą, że są zintegrowani. Jesteśmy świadomi, że o „klasowe” wyjście,
w którym bierze udział co najmniej 80 procent
klasy (jak to często nam się w gimnazjum udawało ;p) nie będzie tak łatwo. Są grupki, podziały,
ale to naturalne, nie oczekujmy cudów.
Przywiązanie do Gimnazjum S.T.O. daje
o sobie znać na każdym kroku. Świadczą o tym
STÓ-wa 14
takie drobnostki jak pomylenie skrętu i jazda do
szkoły „na pamięć”. Część naszej klasy zdążyła już wpaść „na Tomaszowską” - tużpo rozpoczęciu roku szkolnego przybiegła pierwsza
delegacja pod pretekstem „odebrania dokumentów” (jasne, jasne ;p;p). Obiecujemy być
na festynie, choć raz w komfortowej sytuacji,
bez dyżuru przy sprzedawaniu ciast.
„Nasza klasa/nasza szkoła” i pierwsza myśl:
3G w Gimnazjum S.T.O. A tu zaskoczenie
i szybki powrót do rzeczywistości. Nie jest łatwo pogodzić się z myślą, że nie jesteśmy już
razem.
Zdolności przywódcze nie opuściły 3G Marta i Martyna zostały gospodarzami ;p,
a reszta także dzielnie daje sobie radę w klasowej hierarchii ;) I LO – tam nas najwięcej ;D,
aż 7 osób w jednej szkole (Marta, Kondzio,
Piotrek, Borys, Marcin, Wojtek i Szymon),
ale tak dużej, że można nie zobaczyć się przez
całe tygodnie. Ale nawet w IX LO (Kaja, Kasia,
Martyna) trudno jest na siebie wpaść, ot tak –
przez przypadek, wiec jedyną bronią są sms-y,
ustalające precyzyjnie przerwę i miejsce spotkania i;). I tak wydaje mi się, że jest to znacznie łatwiejszy start, jeśli jest ktoś w tej samej
szkole, może nawet w innej klasie, ale ma się
świadomość, że tuż obok są bliskie osoby. Do
grona licealistów w „dwójce” dołączyła Roma
i Jasiu. Tylko Kinia (VI LO) i Michaś (TME)
zupełnie sami przekroczyli mury nowej szkoły.
Swoim młodszym kolegom i koleżankom
chciałabym powiedzieć jedno: doceniajcie to,
co teraz macie, ten komfort psychiczny, pewność jutra, bezpośredni kontakt z nauczycielami, kameralność szkoły. To, że wszyscy się
znają. Liceum, co widać już nawet po kilku
dniach, jest zupełnie innym światem, bardziej
jednostkowym (w pewnym sensie … samotnym), owszem - wielkim, pełnym nowych ludzi,
przygód i wielu możliwości, ale tutaj już nie ma
szans, żeby „usiąść na płocie”, zamknąć się
w radiowęźle, pogadać z panią Renią w sklepiku, a u pani Tereski wynegocjować szczęśliwy
numerek…;)… Do zobaczenia wkrótce...
Kinga i Martyna z dawnej 3G
Wspomnienia
na jubileusz
Wielkimi krokami zbliża się dziesięciolecie
Gimnazjum S.T.O. Dowiedziałem się o tym
niedawno i nie ukrywam, że zaskoczyła mnie
ta informacja. To już dziesięć lat zdążyło upłynąć od czasu, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem te mury jako nieco zestrachany i niepewny przyszłości gimnazjalista.
O samej reformie edukacji powiedziano już
wiele. O jej szkodliwości ze względów społecznych, związanych ze zmianą środowiska przez
młodych ludzi w okresie, kiedy są tak bardzo
podatni na wpływy innych, o jej szkodliwości
ze względów edukacyjnych, co bezlitośnie
wytykali nam nauczyciele w kolejnym etapie
edukacji, jakim było liceum (jakby to była nasza wina!) i wielu innych. Nie będę zatem się
na ten temat rozwodził, powiem tylko krótko,
że podpisuję się obiema rękami pod powyższymi zarzutami.
No cóż, narzekać sobie mogłem, ale wielkiego wpływu na kształt systemu edukacji nie
miałem, zatem należało jakoś przetrwać te trzy
lata w możliwie najlepszym miejscu. I tutaj, po
przydługim wstępie, dochodzimy do meritum –
do wspomnienia i ogólnej refleksji na temat
Gimnazjum S.T.O. przy ulicy Tomaszowskiej.
Pierwsza i najważniejsza zmiana w stosunku do szkoły podstawowej to ciało pedagogiczne. Kilkoro nauczycieli znałem choćby z widzenia, jednak w większości były to twarze zupełnie nowe. Teraz nie jestem w stanie przypomnieć sobie ich wszystkich, co jest raczej naturalną koleją rzeczy, zważywszy na czas,
który upłynął, tym niemniej jest kilkoro, którzy
odcisnęli się w mojej pamięci.
Pierwszą z nich jest niewątpliwie pani Ewa
Madruj, która została rzucona przez władze
szkoły na głęboką wodę, bo poza uczeniem
polskiego, miała także objąć wychowawstwo
naszej klasy. Cóż, o ile pierwsze zadanie nie
należało do nadzwyczajnych, o tyle to drugie
niosło ze sobą pewne trudności. Nie było
w owym czasie tajemnicą, że nasza mała klasowa społeczność nie cieszyła się mianem
najlepszej. Mało tego, niektórzy twierdzili,
że jesteśmy diabłami wcielonymi i należałoby
rozpalić stosy. Na szczęście p. Ewa była wolna od tego typu uprzedzeń i trzeba przyznać,
że gdyby kiedyś przyszło mi oceniać ją jako
nauczyciela i wychowawcę, w obu przypadkach wystawiłbym przynajmniej duże 5. Plus
dorzuciłbym za to, że tak często musiała nas
bronić i że zawsze to robiła, mimo iż po trzech
latach miała prawo machnąć ręką i powiedzieć
po prostu: „A dajcie wy mi wszyscy święty spokój”.
Drugą nauczycielką jest pani Wanda Jasińska. Była i nadal jest - z tego, co słyszałem - fenomenem pod względem narzucenia
swojej osobowości bandzie rozwrzeszczanych
i niejednokrotnie rozpuszczonych bachorów.
Całkowicie obce były dla niej problemy innych
pedagogów w kwestiach wychowawczych.
Na chemii i fizyce wszyscy siedzieli niczym
mysz pod miotłą, żeby nie narazić się na jej
nawet nie tyle gniew, co niezadowolenie. Ale
nie myślcie, drodzy czytacze, że p. Jasińska
jest pozbawiona ludzkich uczuć niczym wiedźmin jakowyś. Nie-e, z czasem pokazała i tę
ludzką część swojego charakteru i w trzeciej
klasie na zajęciach było nie tylko spokojnie,
ale i bezstresowo.
Pan Leszek Skrzyniarz zapisał się w zakamarkach mojej pamięci jako człowiek niespotykanie wręcz spokojny. Z tego powodu można
też powiedzieć, że nie miał z nami problemów
wychowawczych, ale raczej dlatego, że naszego zachowania na lekcjach nie traktował jako
osobistej zniewagi dla swojego szeroko rozumianego autorytetu, tylko się po prostu nie
przejmował – może jako jeden z nielicznych
miał świadomość, że młodzi ludzie muszą dać
upust rozpierającej ich energii? A że działo się
to w trakcie lekcji – no cóż...
Pan Przemek Stecewicz cechował się poSTÓ-wa 15
dobnym spokojem, co poprzednik, chociaż
jemu już zdarzało się stracić cierpliwość.
Jednak i on nie miał z nami wielkich problemów z racji tego, że uczył jednego z bardziej
lubianych przez wszystkich przedmiotów.
Na bieŜąco...
Panią Basię Rakicką również zapamiętałem jako uśmiechniętą i nastawioną przyjaźnie do ucznia nauczycielkę. Może to sprawiało, że – na swój przynajmniej sposób – staraliśmy się odwdzięczyć tym samym i biologia
raczej przebiegała w spokojnej atmosferze?
Wiadomo, że po pewnym czasie złe
wspomnienia się zacierają i zostają tylko te
dobre – tak przynajmniej mają niektórzy ludzie, do których się szczęśliwie zaliczam. Ale
odnoszę wrażenie, że tych złych było po prostu niewiele i miały charakter incydentalny.
Nie było gnębienia uczniów przez nauczycieli
ani odwrotnie – nikt nauczycielom nie wkładał kosza na śmieci na głowę. Nie spotkałem
się z powszechną dystrybucją szeroko rozumianych środków odurzających. Nie dochodziło do aktów przemocy na korytarzach,
gwałtów i wszeteczeństwa. Nie było regularnych nalotów policji na budynek szkoły.
Wniosek z tego jest taki, że albo byłem nieświadomy tych zjawisk (co wątpliwe), albo
one się w naszym gimnazjum po prostu nie
zdarzały. A zdarzają się w ogóle w gimnazjach, jak słyszałem wiele razy od różnych
ludzi w liceum.
Konkluzja, a w zasadzie dwie konkluzje
są następujące: pierwsza, kierowana
do obecnych uczniów – nie narzekajcie,
bo zawsze mogło być gorzej. Druga, kierowana do rodziców: jeżeli chcecie, żeby Wasza pociecha wyszła na ludzi, możecie ją
śmiało posłać do Gimnazjum S.T.O. ...
Kończąc tym optymistycznym akcentem
i nieodpłatną reklamą, pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie.
Michał Wojdała
(były uczeń naszego gimnazjum, obecnie
student prawa na US)
Dzienniczki internetowe
„niebezpieczna” nowość
W tym roku szkolnym zostały wprowadzone
dzienniczki internetowe – czy to był dobry pomysł? Aby uczciwie odpowiedzieć na to pytanie, przeprowadziłam małą sondę wśród użytkowników tej innowacji....
Uczniowie w większości ocenili dzienniczek
negatywnie - trudno się dziwić, tak zaostrzona
kontrola nie mogła zostać zaprobowana. Tylko
jedna osoba starała się wznieść ponad uprzedzenia i uznała, że dzięki dzienniczkowi ma bieżący wgląd w swoje oceny, co pomaga je
na czas poprawić. Nauczyciele byli ostrożni
w swoich ocenach, mówili, że wydanie zdecydowanej opinii wymaga czasu. Na pewno całą procedurę ułatwi zainstalowanie w salach komputerów, co pozwoli nauczycielom na bezpośrednie
wejście do systemu i zrezygnowanie z czerwonych kart. Najbardziej chyba wprowadzenie
dzienniczków podoba się rodzicom – mają natychmiastowy wgląd w oceny, nieprzygotowania,
nieobecności i spóźnienia (na nieszczęście
dla nas – będzie więcej szlabanów).
Tak więc punkt widzenia – jak zawsze – zależy od punktu siedzenia, a raczej logowania...
Jagoda
STÓ-wa 16
Skąd wziął się pomysł wprowadzenia
dziennika?
Pani Dyrektor: Od dawna rozmawialiśmy
z rodzicami o tym, żeby udoskonalić przepływ informacji pomiędzy szkołą a domem.
Rodzice często zwracali uwagę na to,
że ocen brakuje w dzienniczkach,
że uczniowie nie noszą indeksu do szkoły,
że mamy w związku z tym utrudniony kontakt. Myśleliśmy też o tym, że kiedy spotykamy się z rodzicami na konsultacjach
czy zebraniach ogólnych, to skupiamy się
tylko albo przede wszystkim na ocenach,
a przecież spotkania z rodzicami i uczniami
mają służyć wymianie opinii, rozwiązywaniu
wspólnych problemów, a nie tylko informowaniu o ocenach. Problemem było także to,
że nierzadko rodzice dowiadywali się bardzo późno o złych ocenach i nawet gdyby
chcieli pomóc swoim dzieciom, po prostu
nie było na to czasu.
Czy dziennik wypełniany jest codziennie?
Pani Dyrektor: Dziennik internetowy jest
wypełniany codziennie, na każdej lekcji.
I pewnie zauważyliście, że nauczyciele wypełniają taką czerwoną kartkę z tajemniczymi polami do zapełnienia. Te pola są odpowiednio przyporządkowane ocenom i kategoriom tych ocen. A zatem po każdej lekcji
nauczyciel zdaje kartę do sekretariatu. Te
karty ok. godziny 13-14 są skanowane
i natychmiast pojawiają się na indywidualnych stronach każdego ucznia. Dzięki temu
rodzic, który po południu zajrzy na konto
swojego dziecka, wie o wszystkich jego
sukcesach i porażkach, jeżeli takie były.
Jak często rodzice się logują?
Pani Dyrektor: W dzienniczku internetowym „Librus” na panelu dyrektorskim można sprawdzić logowania uczniów, rodziców
i nauczycieli - jest mała grupa rodziców,
którzy jeszcze się nie zalogowali, ale wiem
też, że wychowawcy podjęli działania, żeby
ich do tego zmobilizować. W większości
rodzice logują się bardzo często - są zadowoleni z tego sposobu przekazywania informacji. Myślę, że to ułatwia naszą codzienną
pracę.
Sądzi Pani, że dziennik się przyjmie?
Pani Dyrektor: Myślę, że tak. Obecnie
dopiero poznajemy jego zalety, ale jak już
wszyscy zobaczymy, że za pomocą tego
dziennika możemy wydrukować karty z ocenami i świadectwa dla uczniów, że mamy
możliwość sporządzenia zestawień - będzie
nam chyba trudno wrócić do papierowych
dzienniczków. Przed zebraniami z rodzicami lub przed konsultacjami nauczyciele mieli dużo pracy z ich wypełnianiem. „Librus” to
pierwszy system, który nam się spodobał.
Wcześniejsze polegały na wchodzeniu
na indywidualnie konto każdego ucznia,
co było i czasochłonne, i pracochłonne. Ten
system okazał się najciekawszy, dlatego
też zdobył już bardzo dużo użytkowników.
Dziękuję za rozmowę.
STÓ-wa 17
Od zarania dziejów było tak, że gimnazjum mało robiło. Wiadomo – klasy pierwsze
muszą się wpasować w nowy tryb nauczania,
poznać nową szkołę, nowych nauczycieli,
a klasy trzecie mają na głowach testy i licea,
więc nie każdemu chce się upiększać szkołę,
którą za parę miesięcy się opuści. Za to podstawówka zawsze była pracowita, jednak –
jak się okazuje – do czasu. Za to wymagania
wobec gimnazjum rosną i coraz częściej krążą o nas krytyczne opinie.
Ze szkołami STO byłam związana, odkąd
pamiętam – najpierw poprzez starszego brata,
potem sama zostałam ich uczennicą. W klasach 1-3 uczyliśmy się czytać, liczyć, rozpoznawać literki, być uczciwi i koleżeńscy. Nasze
piętro było zawsze kolorowe, ściany oklejone
naszymi artystycznymi wytworami, mniej lub
bardziej nawiązującymi do zadanego tematu.
Przez te siedem lat niewiele się na parterze
i w piwnicy zmieniło. Ot, kolorowo, bazgrołkowo i kleksowo – czyli tak, jak powinno być. To
jest jeden z większych plusów nauczania początkowego – stawianie na ogólny rozwój
dziecka, na jego wyobraźnię i kreatywność,
a nie tylko suchą wiedzę teoretyczną.
Podstawówka – tu już trzeba się bardziej
zagłębić. Wiek 10-13 lat to okres bardzo burzliwy, pełen skrajnych emocji. Przechodzimy
w błyskawicznym tempie ze świata, w którym
poznajemy otaczającą nas rzeczywistość, bezpiecznie prowadzeni przez rodziców i wychowawców, do niezwykle niebezpiecznego świata nagłej potrzeby buntu i samodzielności.
Człowiek zmienia się zarówno fizycznie, jak
i psychicznie, nie wszyscy w tym samym temSTÓ-wa 18
pie, stąd wiele tarć w grupie rówieśniczej,
w której chcemy sobie wywalczyć jak najlepszą pozycję, poszukiwanie swojego miejsca
w coraz bardziej wymagającym świecie. Niektórzy siedzą sami na korytarzach, ucząc się
bądź czytając książki, inni zaś chwalą się
przed rówieśnikami swoimi osiągnięciami albo
(co jest najbardziej niepokojące) osiągnięciami
swoich rodziców. Paplanie o zarobkach swoich
rodzicieli nie jest ani fajne, ani imponujące.
Raczej głupie i dziecinne. A wszystko to na tle
już nie tak kolorowych ścian. Może warto byłoby - zamiast kupować coraz to krótsze spódniczki oraz najnowsze modele komórek - zainwestować czas w coś pożytecznego?
Ściany drugiego piętra zawsze były i będą
puste, ponieważ gimnazjum angażuje się nieco inaczej w życie szkoły niż podstawówka.
Debaty, propozycje udoskonalenia zapisów
w statucie, rozwiązań szkolnych problemów,
gazetka, reprezentowanie szkoły w konkursach, nauka - od wyników osiągniętych w gimnazjum zależy nasza przyszłość – trzy lata
spędzone w porządnym liceum to co innego
niż męka w podrzędnej szkole, która nie przygotuje dobrze do studiów. Przejście do gimnazjum to zupełnie inna bajka niż wybór liceum.
Konkursy piosenki obcojęzycznej i festyn
to zadania wspólne – i nasze, i wasze. Dlatego
też nie mówcie, że robicie więcej, bo to nieprawda. Każdy pracuje tyle samo. Weźcie pod
uwagę też fakt, iż nas jest po prostu mniej.
U was są dwie klasy na poziomie, u nas – tylko jedna. Czas naszych nauczycieli też nie jest
z gumy – ich także jest mniej i trudno wymagać, aby wywiązywali się z zadań, które
w szkole podstawowej są rozdzielone pomiędzy kilka osób.
Tak więc zajmijmy się swoimi sprawami
i nie wytykajmy sobie nawzajem, kto i ile robi.
Nie warto nieustannie narzekać, że coś jest
źle – lepiej samemu wziąć się do roboty. Uważacie, że szkoła jest zła? A gdyby tak każdy
z was ruszył chociaż palcem i zrobił coś, by
była piękniejsza i lepsza? Może wtedy byście
nie narzekali. A jeżeli już, to winić możecie
samych siebie. A to by trochę bolało, prawda?
Bo nikt nie chce, by krytykowano jego starania.
A wy chyba nie wiecie, ile pracy trzeba włożyć
w powstanie placówki o charakterze społecznym. Z narzekającymi wciąż uczniami i nie
zawsze zadowolonymi rodzicami. W przyszłości pewnie to zrozumiecie, a teraz zróbcie cokolwiek, by było wam lepiej. I nie, nie mówię tu
o skracaniu długiej przerwy gimnazjalistom
(co to w ogóle za idiotyczny pomysł?) czy narzekaniu, że nie możecie korzystać z radiowęzła. Zamiast obiecywać w plakatach wyborczych to i tamto (np. McDonald’sa na obiady
w stołówce czy częstsze dyskoteki, na które
nikt nie chodzi), pójdźcie do pana Przemka
i przedstawcie sprawę – próbowaliście prosić?
Nie tylko krzykiem i płaczem da się załatwić
większość rzeczy.
Podsumowując – gimnazjum i podstawówka nie powinny ze sobą walczyć – żyjemy
w jednej szkole i wiele spraw nas dotyczy
w tym samym stopniu. Jesteśmy jednak szkołami o odmiennym charakterze, choćby
ze względu na inny poziom kształcenia. Gdybyśmy przestali patrzeć na siebie wilkiem,
było by lepiej i prościej. Ale tak – niestety –
pewnie się nie stanie, prawda, uczniowie? Bo
każdy z nas jest zbyt dumny, by przyznać drugiej stronie rację, chociaż częściowo...
Karolina
WaŜne sprawy
Dziecko oznacza każdą istotę ludzką w wieku poniżej osiemnastu lat.
(art. 1 Konwencji o Prawach Dziecka)
„Handel dziećmi oznacza jakiekolwiek działanie lub transakcję,
w drodze której dziecko przekazywane jest przez jakąkolwiek osobę
lub grupę osób innej osobie lub
grupie osób za wynagrodzenie lub
jakąkolwiek inną rekompensatą.
(Protokół Fakultatywny do Konwencji
o Prawach Dziecka w sprawie Handlu
Dziećmi, Dziecięcej Prostytucji i Dziecięcej Pornografii)
W Polsce przestępstwo handlu
dziećmi podlega karze pozbawienia
wolności na czas nie krótszy
od 3 lat. (art. 253 §1 K. K.)
Problem handlu dziećmi znany jest na całym świecie. Niestety, nie jest łatwo rozpoznać
ofiarę takiego przestępstwa. Oczywiście policja oraz różne instytucje dążą do zmniejszenia
liczby OFIAR, lecz nie jest to wcale łatwe,
bo przecież ci, którzy decydują się na uprowadzenie dziecka lub jego sprzedaż, mają dokładnie obmyślony plan.
Zazwyczaj dzieci, które padły ofiarom handlu, są wykorzystywane seksualnie lub zmuszone do prostytucji. Nie mają zbyt wielkich
szans na uwolnienie. Porywacze uprowadzonym dzieciom często każą żebrać, kraść lub
uczestniczyć w popełnianiu przeróżnych przestępstw. Nierzadko ofiary wykorzystywane są
w handlu organami lub nielegalnych adopcjach. Zdesperowani rodzice, którzy nie mogą
mieć własnych dzieci, lub długo czekają
STÓ-wa 19
na legalną adopcję, uciekają się do tego typu
działań. W akcie rozpaczy i nagłej potrzeby
dziecka nie zastanawiają się, jak bolesne jest
to dla rodziców uprowadzonych dzieci.
Poruszając temat handlu dziećmi, warto
zastanowić się, dlaczego właśnie one są ofiarami, i jak można im pomóc. Według Fundacji
Dzieci Niczyje, dziecko łatwo zwerbować,
przewieźć przez granicę, kontrolować oraz
wykorzystywać. Dlaczego? Ponieważ „z racji
swojej niedojrzałości ma ograniczoną zdolność
oceny sytuacji, przejawia bardzo dużą podatność na manipulację i zastraszenie”. Na granicy dzieci nie przechodzą specjalnej kontroli,
a niestety często rodzice zgadzają się na wyjazd córki bądź syna, nie zdając sobie sprawy,
jakie mogą być tego konsekwencje. Dość trudno rozpoznać ofiarę handlarzy, lecz widok
dziecka zaniedbanego, ze śladami przemocy,
wyraźnie przestraszonego powinien zwrócić
naszą uwagę. Jeżeli spotkamy potencjalną
ofiarę, musimy z nią spokojnie porozmawiać.
Zapytać, czy potrzebuje pomocy, czy czegoś
się boi. Powinniśmy zapewnić dziecko, że mu
pomożemy, i natychmiast zgłosić sprawę
na policję (oczywiście w wypadku pobicia lub
śladów przemocy natychmiast zgłosić się
do lekarza).
Jak myśli handlarz? Dla niego zazwyczaj
jest to proste – dziecko trzeba zastraszyć lub
opiekować się nim tak, aby poczuło się bezpiecznie. Dziecko, które dowie się, że ktoś może zrobić krzywdę jemu lub jego rodzinie,
na pewno nie będzie sprawiać kłopotów. Również jeżeli nie ma przyjaciół lub dobrego kontaktu z rodzicami, ktoś, kto w końcu zaczął się
nim interesować i zapewnia mu opiekę, jest
kimś wartym zaufania. Niestety, kiedy okazuje
się, że „przyjaciel” jest przestępcą, często jest
już za późno na zwykłe zerwanie z nim kontaktu.
Prawo w Polsce i w całej Europie stanowczo zakazuje handlu ludźmi.
Art. 253 Kodeksu karnego
§ 1. Kto uprawia handel ludźmi nawet
STÓ-wa 20
za ich zgodą, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy
od lat 3.
§ 2. Kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej zajmuje się organizowaniem
adopcji dzieci wbrew przepisom ustawy, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
Wiele organizacji posiada odpowiednie dokumenty dotyczące ochrony dzieci przed procederem handlu, są to m.in. Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ), Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE)
oraz Unia Europejska. UE wydało wiele aktów
prawnych poruszających ten właśnie temat:
Plan Unii Europejskiej, Traktat Unii Europejskiej, Decyzja Ramowa oraz Dyrektywa Rady
Unii Europejskiej. Wszystko to ma na celu
zwalczanie handlu ludźmi.
Polska należy do krajów tranzytowych, czyli
krajów, przez które ofiary są przewożone. Zazwyczaj handlarze transportują je ze wschodu
Europy (Rosja, Białoruś, Ukraina, Rumunia,
Bułgaria, Litwa, Łotwa, Estonia, Mołdawia)
na zachód oraz północ (m.in. kraje skandynawskie, Niemcy, Francja, Hiszpania, Wielka
Brytania, Irlandia, Włochy, Szwajcaria, Austria). Nie znaczy to jednak, że w naszym kraju
ten proceder nie występuje. W latach 20022005 odnotowano 51 małoletnich ofiar handlu,
lecz oczywiście nie ma pewności, czy jest to
rzeczywista liczba.
Handel ludźmi to przerażające przestępstwo, zwłaszcza jeśli dotyczy małoletnich. Wiele instytucji dąży do rozwiązania tego problemu, lecz zazwyczaj handlarze są sprytniejsi.
Dlaczego niektórzy ludzi traktują dzieci jak
zwykły towar na półce w sklepie? Nie wiadomo, jak odpowiedzieć na to pytanie, jedyne,
co nam pozostaje, to pamiętać, że dzieci są
największym skarbem rodziców, lecz na pewno nie jest to skarb, który można wystawić
na licytację…
Róża
Przeczytaj, zobacz, oceń sam
Rok 1612 – koszmar, nie tylko w historii
Rok 1612 to jeden z najgorszych filmów, jakie widziałam w swoim krótkim życiu.
Nużący, krwawy, praktycznie bez fabuły. Jedna wielka sieczka, z której nie dało się
wynieść nic poza ulgą, że wreszcie się skończyła.
A miało być tak kontrowersyjnie - zapowiadano, że to obraz mocno antypolski nie zauważyłam tu potępienia Polaków – nic a nic! Nie rozumiem, skąd taka opinia.
Sam Władimir Chotinienko (reżyser) oświadczył: "Nie jestem takim idiotą, żeby przyszedł mi do głowy pomysł zrobienia antypolskiego filmu. Chociażby dlatego, że zbyt
droga jest mi przyjaźń z Krzysztofem Zanussim i za bardzo cenię sobie znajomość
z Danielem Olbrychskim. Wychowałem się na polskim kinie". Jeżeli to świadczyło
o dojrzałości i inteligencji reżysera, to jego następne słowa w wywiadzie
dla "Izwiestija" zburzyły ten wizerunek: "Byliśmy zgodni, że 1612 kręcimy dla współczesnej, młodzieżowej widowni, dlatego fabuła musi być atrakcyjna i opowiedziana
z humorem. Innych zadań nie było". Może to i lepiej, bo jeśli zostałyby one wypełnione tak jak to... - grozą wieje.
Fabuła – „mamma mia”, że posłużę się cytatem z innego filmu. Koszmar – zagmatwana i nielogiczna. Zapamiętałam początek, czyli zastrzelenie małego chłopca, który cisnął czymś w coś, oderwanie języka wygadanemu wieśniakowi, biczowanie niewolników. Ot, więcej nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Wieźli carównę gdzieś,
niewolnik niby ją znał... Bezsens. Reżyser skutecznie pomieszał wątki. Ciekawie ujęty
został także motyw jednorożca, który co symbolizował? Pojęcia nie mam, ale wiem,
że we wszystkich mitologiach, które czytałam i o których słyszałam (a było ich sporo),
jednorożce podchodziły tylko i wyłącznie do dziewic, a nie do bogobojnych starców stojących na drzewie. Może to szlachetne zwierzę
miało ukazać Rosję jako niewinną
i czystą... Hm – jeśli tak – nie wyszło.
Jeśli coś w tym filmie można
z czystym sumieniem pochwalić –
to grę aktorską. Pozostaje mi tylko
współczuć wykonawcom, że zagrali w tak kiczowatym filmie. Zatrudniono mnóstwo statystów, efekty
specjalne były naprawdę bardzo
efektowne, podobnie jak sceny
bitewne, ale to przecież za mało,
żeby uznać film za udany. Co
z tego, że zagrał w nim Żebrowski?
Uważam, że dla jednego, może
i dobrego - aktora nie warto tracić
czasu na oglądanie czegoś tak
pozbawionego sensu. Żal też pieSTÓ-wa 21
niędzy, które wydano, a musiało być ich niemało, zważywszy choćby na efekty i dobrej jakości
ścieżkę dźwiękową.
Rok 1612 – powstanie przeciwko Polakom - okupantom. Czy to naprawdę było tematem tego
filmu? Moim zdaniem, była to historia pewnego Hiszpana, który miał nieszczęście znaleźć się
o niewłaściwej porze w niewłaściwym miejscu; historia, której nie polecam nikomu, komu miłe życie, czas i pieniądze.
————————–—————————————————————————————–
Karolina
„Brida” - czy warto czytać?
Paulo Coelho, brazylijski powieściopisarz i poeta, w swojej
książce „Brida” opowiada o młodej dziewczynie poszukującej
sensu życia. Poprzez poznawanie tajników magii oraz odkrywanie tajemnic Tradycji Księżyca i Słońca prowadzi ona swoje
Duchowe Poszukiwania. Książka pokazuje, że poprzez dążenie do poznania świata i własnej egzystencji, dochodzimy
do wniosku, iż przez cały czas szukamy swej drugiej połówki.
To właśnie jest sensem naszego życia. Spotkanie osoby, która
jest naszym przeznaczeniem. Książka ma dobry zamysł, gorzej
z jego realizacją – akcja jest wyjątkowo monotonna, brak jej
błyskotliwości, do której przyzwyczaił nas Coelho. Głównie dlatego uważam czytanie „Bridy” za stratę czasu – daleko jej
do na przykład „Alchemika”. Nie jest warta uwagi, mimo rozgłosu, jaki towarzyszył jej wydaniu.
———————————————————————— Iga
„Mass Effect” - gra dziesięciolecia
Gra „Mass Effect” zrobiła na mnie spore wrażenie. Polecam ją szczególnie osobom, które mają
system operacyjny XP, ponieważ na tym właśnie systemie Windows działa najlepiej. Dosyć wielkim
minusem jest to, że zalecana jest dla osób powyżej osiemnastego roku życia. Nie powinno się jednak zwracać na to zbytniej uwagi, ponieważ jedyną niecenzuralną w grze rzeczą są wyrazy, tak
naprawdę świetnie nam znane.
„Mass Effect” to najlepsza gra akcji, o jakiej słyszałem, grafiką
przewyższa wiele innych typu „The Sims 2” wraz z dodatkami,
„Black & White” 1 i 2. Ilość szczegółów w niej jest zaskakująca.
Traktuje o świecie z przyszłości. Musimy tam pomóc Ziemianom,
uważanym za niższą rasę, zasiąść w radzie galaktyki. Aby tak się
stało, musimy udowodnić, że jesteśmy tego warci, więc pomagamy „grubym rybom” w galaktyce. W trakcie gry dostajemy do wykonania zadania o różnym stopniu trudności: od wykradzenia informacji do ocalenia planety. Przed rozpoczęciem rozgrywki możemy
wybrać nasz kierunek walki, charakter, no i oczywiście wygląd.
Uważam, że to jest gra dziesięciolecia, polecam ją każdemu, kto ceni dobrą rozrywkę przy komputerze.
——————————————————————————— Kuba
STÓ-wa 22
Nasza twórczość - TRYPTYK
***
U kryte niebo za okularam i niem ocy,
Ogród różany zw iądł zatruty,
M arm ur skóry pękł zniew olony.
Sm ukłość dziew icy zgrom iona zarazą,
Łabędzie na ciele odfrunęły z jeziora,
K ibić posągow a zlam ana.
K rucze pióra w łosów opuściły padół,
W bezdennej studni w idać dno,
D ystyngow ane ruchy szlachcianki podupadły.
Szczupłe m arzenia legły w gruzach,
Piękno gładkości poszło w zapom nienie,
K am ienny oddech m ężczyzny zam arł.
Bladość szarości ustąpiła m iejsce,
N iew inność w iny nierów na,
D elikatność o zabójstw ie m arzyciela.
*** ***
Ż ycie śm ierć pokonało,
N iew inne dziew czę nie skonało
W odm ętach piekieł czeluści.
Otoczonej bluszczem liści
Trum nie, w czerń w łosów ubraną
N ie pozw oliło zabrać niew inność ukazaną.
K rzyk ciszy niczym dzw on
W tapia się w srebrzystego jeziora toń,
U jm ując m artw y m arm ur dziew icy dłoń.
*** *** ***
M arzenie kam ienne paniczów odsunęło
Płyty grobu w ięzieniem nazw ane,
Śm ierci sam ej bluźniąc.
Piękność za życia była nadnaturalna –
D ziś szarość alabaster zastąpiła,
K rucze pióra w e w łosach się m ienią.
Bezdenna studnia znów dno odrzuciła,
D ziew ica z piekieł um knęła,
W lasach życia się kryjąc.
Sny bluźniercze zostały spełnione,
K ibić jak kości zasklepione,
G esty w ładcze ożyw ione.
To po Polach E lizejskich pędzi koń,
Biały rum ak sam ej Śm ierci,
Co do sądu w ieczności m knie.
Z w odospadem pretensji m ocą,
Przecież dam a skonać m iała nocą,
A tu zaw ód piekła dał się słyszeć.
W iatr ośm ielił się trum ny w ieko ruszyć,
Z całym sw ym żalem do Śm ierci,
U kazać niespraw iedliw ość sądów dzieci.
K arolina
K rzyk łabędzi pow racających rozdarł ciszę,
Z rzucił w otchłań w ątpliw ości –
to zem sta się zbliża, kroki staw iając duże.
STÓ-wa 23
Therion – mocne uderzenie...
Polska, 6 września 2008 roku. Koncert Theriona, a do tego wstęp wolny. Jak można było nie
skorzystać z okazji? No właśnie – znaczna część
ludzi słuchających metalu nie siedziała w sobotę
bezczynnie.
Tłumy ubranych na czarno osób można było
dostrzec na plaży przy Wiśle już o godzinie 19,
czyli ok. 2,5 godziny przed występem Theriona.
Tych preferujących ostre brzmienie nie można
było spotkać o 18 - czyli zaledwie 1 godzinę
przed tym, zanim pierwszy „czarny” wyściubił nos
zza bluzy z napisem „Therion” – planowego rozpoczęcia festiwalu. Może to i lepiej, ponieważ
publiczność składająca się z lalek Barbie i ich
Kenów była tak zaaferowana tym, co się działo
na scenie, że kilka osób odważyło się nawet
pomachać wykonawcy (Robertowi Janowskiemu) od niechcenia! Niektórzy metale patrzyli na
to krzywo, ironizując, że to nie będzie Therion,
a zespół Pieśni i Tańca Ludowego Derion.
Na szczęście mylili się, i to bardzo.
Pierwsze brzmienie gitary, fala okrzyków.
Przepchnięcie się pod samą scenę okazało się
banalnie proste – nie trzeba było uciekać się
do przemocy, by stać tuż przy bramce. Muzycy
mieli polską flagę, a po ich minach widać było,
że cieszą się z tego, iż mogli zawitać do Polski.
Gdy rozbrzmiały akordy pierwszej piosenki, czarna fala zaczęła nas pchać w stronę sceny. Ludzie wreszcie się obudzili i pragnęli znaleźć się
jak najbliżej swych idoli, ale nic z tego, nikt
nie odpuścił tak łatwo zdobytego, a zarazem
wspaniałego, miejsca.
Obyło się bez nieporozumień... to znaczy bez
większych nieporozumień. Tzw. „pogo” co jakiś
czas niebezpiecznie przesuwało się w stronę barierek, czasem ktoś oberwał mocniej. Co najmniej
dwa razy wywiązała się bójka – raz poszło chyba
o nic, widać było, że jej uczestnicy byli już mocno
pijani. Trzeba było się cofnąć, bo parę niewinnych
mocno oberwało, a poza tym ochrona zainterweniowała nad zwyczaj szybko i dosyć brutalnie.
Za to z jaką skutecznością! Agresorów udało się
wyprowadzić z tłumu. Druga bójka była krótsza,
ale nie mniej gwałtowna. Tym razem poszło
o pałeczkę rzuconą w tłum przez perkusistę.
Publika skakała, wrzeszczała, śpiewała, klaskała i sypała piachem z plaży na spoconych
ludzi obok siebie. Parę mężczyzn odważyło się
zdjąć koszulki, co było dość głupim pomysłem,
bo po paru sekundach tych koszulek już nie mieli
w rękach. Z tego, co widziałam, jednej z dziewczyn uciekła bluzka wraz ze stanikiem, przez
co musiała szybko się ulotnić.
Koncert skończył się za szybko – po dwóch
i pół godzinie. Po paru bisach zespół zaczął się
zbierać, a publika wraz z nim. Większość wracała pewnie tego samego dnia do swoich miast.
Niektórzy nie zamierzali wracać jeszcze przez
parę dni (mówię tu o tych, którzy wpadli na genialny pomysł „zalania się w trupa”, zwrócenia
wszystkiego, co się miało w żołądku, do toy-toy’a
i doczłapania się z trudem do namiotu), a reszta
dopiero po 1 w nocy dotarła do domów.
Impreza się udała – obyło się bez złamań
i cieknącej krwi z różnych części ciała. Co prawda, perkusista gubił czasem rytm, po napoje stało się godzinę, a potem okazywało się, że osoba
przed nami wykupiła ostatnie piwo czy wodę, ale
nic nie może być idealne. Ten koncert jednak
przypadł do gustu fanom Theriona – szkoda,
że na następny trzeba będzie czekać parę miesięcy, jeśli nie kilkanaście.
REDAKCJA: Claudia van Gessel, Kuba Kątny, Jagoda Kłopotowska,
Natalia Karwowska, Róża Kawałko, Aleksandra Puchalska,
Sonia Sobolewska, Iga Szuman-Krzych, Karolina Wojdała
SKŁAD KOMPUTEROWY: Radek Bagiński, Kacper Czapp, Kuba Kątny
Konrad Kunicki, Tomek Pudło, wspólnie z p. Przemkiem S.
Opiekun: p. Ewa Madruj
STÓ-wa 24
Karolina