Proszę usiąść wygodnie i uruchomić wyobraźnię... Jesteśmy w

Komentarze

Transkrypt

Proszę usiąść wygodnie i uruchomić wyobraźnię... Jesteśmy w
MENU
Dziwne
żarcie
Proszę usiąść wygodnie i uruchomić wyobraźnię...
Jesteśmy w Ameryce, w pobliżu równika.
U stóp szemrze jakaś woda – może morze,
a może rzeka – nad głową szeleszczą palmy. Jest
dobrze. Coś by się zjadło. A co tu dają? Hmm...
Dziś w karcie: DZIWNE ŻARCIE.
N
ad Amazonką można zjeść na przykład palmę – tę
samą, która nam tak mile szeleści i pieści ciało
cieniem – bo są palmy jadalne. No, pieńka się nie
je, ale to miękkie zielone, tam u samej góry, to, z czego wyrastają młode liście, to się świetnie nadaje na sałatkę. Jest
w miły sposób chrupiące i słodkawe. Pyszne. Da się jeść
jak marchewka – bez dodatków, przypraw, bez gotowania
czy ucierania – po prostu bierzesz w dłoń serce palmy i
chrupiesz. Ale gdybyś to samo zamówił w eleganckiej restauracji, to ci podadzą we francuskim sosie vinegrette lub
na ciepło pod beszamelem.
– Serca palm brzmią pysznie, ale my, panie Wojtku, wolelibyśmy dzisiaj coś bardziej konkretnego.
– No, to proszę usiąść wygodnie i uruchomić drugą wyobraźnię...
Przed nami turkusowe fale Morza Karaibskiego i
wychodzący w wodę pomost. Na jego końcu siedzi młoda
dziewczyna o pięknych indiańskich rysach. Jej skóra ma
kolor miedzi. A ryba, którą dziewczyna właśnie patroszy,
ma kolor błękitny. Jest długa na ponad metr. Wszystkie
wnętrzności, płetwy i inne niejadalne fragmenty trafiają z
140
Promenada Sukcesu / wiosna 2008
powrotem do morza. Następnie dziewczyna zaczyna kroić
błękitną rybę na wąskie paseczki, a potem w poprzek na
małe kostki. Polewa je garścią słonej wody z morza, a na
koniec skrapia obficie sokiem z limonek tak, by mięso utonęło w soku (gdyby ktoś z Państwa powtarzał ten przepis
w domu, proszę użyć dorsza, oczyszczonej soli morskiej i
limonek! – nigdy cytryn). Teraz wszystko trzeba odstawić
do przegryzienia na jakieś dwie godziny. Latynosi mówią,
że mięso się musi „ugotować” na zimno, co oznacza mniej
więcej tyle, że musi dobrze zbieleć – żaden kawałek nie powinien mieć pierwotnego odcienia błękitu (w przypadku
dorsza nie powinien pozostać różowy), bo to oznacza, że
jest jeszcze niedojrzały, czyli „surowy”.
To, co przygotowała ta dziewczyna na pomoście, to
ceviche – danie meksykańskiej biedoty. W swojej istocie jest
to odpowiednik naszego tatara – taki tatar z ryby. Zdrowe,
pyszne, dietetyczne, choć... dziwne.
– No tak, ale może my wolelibyśmy coś naprawdę ekstremalnie egzotycznego. W końcu siedzimy tu na tym gorącym piachu, pod palmą, na Karaibach i w ogóle.
– OK... Coś naprawdę egzotycznego. Proszę usiąść wygod-
Fot.: ISTOCK
Tekst i zdjęcia: Wojciech Cejrowski
nie i uruchomić trzecią i czwartą wyobraźnię...
W Kolumbii uliczni sprzedawcy serwują chipi chipi –
w kryształowych szklaneczkach przybranych czerwonym
listkiem papryki i zielonym listkiem pomarańczy pływa
sobie plankton morski. Plankton. Wygląda, jak dafnia dla
rybek. Nieżywa wprawdzie, bo marynowana, ale jednak
dafnia. Połknąłem duszkiem, było to kilka lat temu, a smak
pamiętam do dzisiaj – jakby to Państwu przybliżyć?... Smakowało jak błoto z krewetkami. Intrygująco.
Jedziemy dalej – Wenezuela – patrzę, a tu w karcie
przepiękna nazwa mondongo. Nie pytam nawet co to takiego, skoro się tak ślicznie nazywa. Jem ze smakiem, bo
pyszne – bardzo gęsta zupa, prawie gulasz z warzywami i
trochę podejrzanymi kawałkami mięsa, jakieś takie gąbczaste... ale nie móżdżek, nie flaki... Całość porządnie
zabielona śmietaną, więc nie mam okazji się przyglądać
co tam pływa – w mętnym nie widać. Śmietana im się nie
zwarzyła wprawdzie, ale wyraźnie czuję, że była kwaskowata... I nagle wyławiam na łyżce... palec. Normalny
ludzki palec. Odskakuję, zupa rozlana na stolik, afera w
knajpie i wszyscy się ze mnie śmieją: Głupi gringo, głupi.
Myślał, że to palec! Kelner pokłada się ze śmiechu, widząc
moją minę:
– Co ty, gringo, nie wiedziałeś, że mondongo robi się z krowiego wymienia? Z jednego wychodzi ogromy gar żarcia,
więc ten, kto w tym wielkim garze znajdzie cycek jest wielki szczęściarz.
Nie czułem się jak szczęściarz, raczej jak ktoś, kto natychmiast musi pobiec do toalety. No, ale w gruncie rzeczy,
czym to się różni od staropolskich flaczków?
Nadszedł czas na deser. Też będzie dziwny i egzotyczny. I... może być częściowo niejadalny. Proszę usiąść wygodnie i uruchomić ostatnią wyobraźnię... Najdziwniejszy
deser, jaki znam, podają w Gujanie – grzanki ze spadzią.
Spadź, czyli odchody mszyc. Wychodzi człowiek rano do
ogródka i z kilku liści najpierw dokładnie strząsa mszyce, potem wyciera te liście do czysta kawałkiem chleba, a
następnie zanosi do opiekacza i robi sobie grzankę. Kto to
wymyślił? Pewnie jakiś czarny służący, którego biały pan
wysłał po miód do grzanek. No bo czym właściwie różni
się wydzielina pszczół od wydzieliny mszyc – to robal i to
robal, to słodkie i tamto też. Smacznego. g
141