Rejs: Żagle Grecja 2015, czyli turystyka nie tylko morska.,Rejs

Komentarze

Transkrypt

Rejs: Żagle Grecja 2015, czyli turystyka nie tylko morska.,Rejs
Rejs: Żagle Grecja 2015, czyli
turystyka nie tylko morska.
Do Grecji płynęliśmy pierwszy raz. Po kilku latach
bałtyckich rejsów w raczej twardszym, męskim gronie i po urokliwych, acz
sielankowych „Chorwacjach” przyszła pora na (jak to mówili znajomi) „bardziej
ambitne morze”. Po przeczytaniu kilku artykułów i opracowań miałem mieszane
uczucia. Jaki akwen wybrać? O jakiej porze roku (czytaj lata)? Rejs ma być
rodzinny, nie hardcorowy.
W pewnym sensie z pomocą przyszedł mój syn – Igor. Powiedział krótko: „Muszę
zwiedzić Ateny i Akropol, inaczej nie płynę”. Negocjacje krótkie i skuteczne.
Tak więc w grę wchodziła głównie Zatoka Sarońska. W sumie dobrze, bo z opisów
wynikało, że na początek, szczególnie z mniej wprawioną załogą, to dobry
akwen.
Teraz termin. Lepiej lipiec. Trochę taniej (czarter) i chyba mniej tłoczno. I
tym razem plany zawiodły. Kolega co-skiper (w Grecji obowiązkowo na jachcie
musi być druga osoba z uprawnieniami) oznajmił, że w lipcu go nie ma przez 3
tygodnie. OK, płyniemy w sierpniu. Na szczęście z jachtem poszło po mojej
myśli. Wybraliśmy sprawdzoną konstrukcję Bavarię 39 Cruiser. Jacht wygodny,
łatwy w prowadzeniu, choć niezbyt urokliwy. Ale to już sprawa gustu.
Do Aten przylecieliśmy dzień wcześniej z zamiarem nocnego ich zwiedzania. W
końcu obiecałem to synowi. Po zaokrętowaniu się…w hostelu i zjedzeniu kolacji
– padliśmy. To znaczy ja i syn mój. Część grupy pod wodzą co-skipera,
bardziej znanego z marszów lądowo – poznawczych (to o tobie Krzysiu) udała
się na nocny rekonesans. Wprawdzie Akropolu nie zdobyli, ale ich
doświadczenia okazały się pomocne ostatniego dnia.
Rano, po telefonicznym ustaleniu, że jacht będzie gotowy do odbioru o 13.00,
a nie jak było pierwotnie podane w umowie o 17.00, szybko udaliśmy się do
portu. Wszystko szło dobrze i wydawało się że wypłyniemy o 14.00. Wcześniej
jednak zaplanowaliśmy wypad do supermarketu. Tu uwaga: firma czarterowa
zapewniła transport i dowóz produktów. Niby super, ale diabeł tkwi w
szczegółach. Okazało się że sklep do którego nas zawieźli był zadziwiająco
drogi i dość daleko. W pobliżu portu Alimos były co najmniej dwa inne. Czyli
taki trochę niefajny serwis. Warto na to zwrócić uwagę. O 16.30 byliśmy ze
wszystkim gotowi i wypłynęliśmy. Port jest duży. Pozostałe które odwiedzimy
już takie nie są.
Zatoka Sarońska to dla większości pływających po greckich wodach dobrze znany
akwen. Opisywany w wielu przewodnikach i locjach. Ja zatem postaram się
opisać naszą podróż w możliwie inny, subiektywny sposób.
Pierwsze przelot, raczej krótki (ok. 16NM)
na południowy zachód. Zaczęło się spokojnie od 3B, ale wiatr regularnie
tężał, by osiągnąć 28w (6B). Mimo zrefowanych o połowę grota i foka
płynęliśmy w sporym przechyle. W cieśninie dodatkowo doszła 1,5 m fala, co
spotkało się z radością ze strony naszych dzieci. Zapięte w pasy asekuracyjne
i przypięte do life liny siedziały na dziobie i …nurkowały. Zabawa podobno
przednia.
Port Lemos wita nas…pustką. To znaczy stoją tu wielkie motorówki, ale próżno
szukać jachtów żaglowych. Nie ma też nikogo z obsługi. Ogólnie jakby wymarłe
miejsce. Infrastruktura portu typowa dla Grecji. Czyli prawie nic. Wody nie
ma, do zamkniętych budek z prądem nie możemy się dostać. Ale są muringi. A to
raczej rzadkość. Po drugiej stronie portu okazały budynek. Tam musi być jakaś
cywilizacja. I jest. Port police. Panowie są niezwykle zdziwieni naszą
obecnością. Do tego stopnia, że mają trudność w znalezieniu taryfikatora
opłat. Na nasze nieszczęście – znajdują. Z tabeli wynika, że musimy zapłacić
73€!!!. Wliczony prysznic (w latach 90-tych w Sztynorcie był lepszy) bez
odpływu, więc od razu mam wannę. Po 30 minutach przyszedł pan i odkręcił
strumień elektronów…
Za to w budynku – restauracja. Goście w strojach wieczorowych. Ponieważ
smoking zostawiłem na jachcie to dałem sobie spokój. Może następnym razem.
Sumując, nie polecam. Lepiej stanąć na kotwicy w pobliskich zatoczkach. Za to
miejsce do którego popłynęliśmy drugiego dnia zasługuje na bezwzględne
polecenia – Poros. Piękna miejscowość, na równie pięknej wyspie na południe
od Aten – w zasadzie po przepłynięciu całej zatoki. W cieśninie między Poros
a Peloponezem umiejscowiony jest piękny port. Przejście jest wąskie (ok 100m)
i dość płytkie. Trzeba trzymać się blisko wyspy. Tym razem brak muringu, więc
stajemy rufą do nabrzeża wcześniej wyrzucając kotwicę. Jak w wielu takich
miejscach cumy odbiera…kelner. Do restauracji mamy 3 metry. Polecam owoce
morze. Były pyszne i dużo. Pierwszy raz nie dałem rady…
Co zaś tyczy się opłat portowych to tym razem przyszła pani z kartką i
kalkulatorem i wyliczyła: postój, woda, prąd…całe 11€. Zaczyna być normalnie,
czyli tak jak słyszałem od będących tu wcześniej znajomych.
Generalnie miasto jest piękne, kilka minut w głąb wyspy, równie piękne plaże.
Trzeba tu zapłynąć.
Następnego dnia wyruszamy dalej. Port docelowy to Ermioni. Po drodze
„zahaczamy” o osławioną Hydrę. Być może uda się zacumować. Niestety, mimo
wczesnej godziny port jest zapchany. Ale już wiemy czego się spodziewać.
Będziemy tu w środę może będzie luźniej. W Ermioni typowe betonowe nabrzeże,
ale miejsce także bardzo ładne. Tu spotykamy Polaka, skipera z innej łódki.
Po małym drinku wyjawia nam, że właśnie na Hydrze w restauracji Sunset jest
DRUGI w Europie co do piękności zachód słońca! „A gdzie jest pierwszy” –
zapytałem. Tego nie wiedział. I tak postanowiliśmy to sprawdzić.
W Ermioni zaobserwowałem ciekawą rzecz. Organizację pracy Greków. Nie, nie
wcale nie żartuje. Na nabrzeżu promowym 80–cio osobowy tłum zebrał się na 5
min przed dopłynięciem promu, który punktualnie zaparkował jakby był Orionem
mazurskim. Cała „operacja” trwała może z 15 minut. Jedni wyszli, drudzy
weszli
i
nastała
cisza.
Jakby
nic
się
nie
stało.
Poza tym w każdym porcie rano podjeżdżają cysterny z wodą i paliwem. Kto chce
bierze, kto nie chce nie bierze. Wszystko sprawnie, tanio i na miejscu. I tym
razem opłata za port była niska. W zasadzie ogóle jej nie było. Tylko woda
5€.
Z Ermioni postanowiliśmy popłynąć do
na oddalonej o ok. 4NM na SE wyspie
północy zatoka to znane miejsce
orzeźwiającej kąpieli liczyliśmy na
tylko …kozy.
Porto Cheli. Wcześniej zatrzymaliśmy się
Dokos. Największa znajdująca się tam od
poszukiwań archeologicznych. Oprócz
cenne znaleziska. Niestety znaleźliśmy
Porto Cheli to port w dużej, naturalnej zatoce. Można cumować do nabrzeża lub
stanąć w rozległej zatoce na kotwicy. Miejsce jest dobrze chronione od
wiatrów ze wszystkich kierunków. Nie zaskoczyły nas ani zaskoczona port
police, ani to, że nie byliśmy w stanie znaleźć kogokolwiek kto zainkasowałby
kasę za cumowanie. Zatankowanie wody następnego dnia z rana (5€) było naszym
jedynym kosztem.
W porcie pojawił się za to „cumowniczy”. To znaczy 10-letni chłopak, który
przebiegł ze 300m aby wskazać (zresztą dobrze widoczne) wolne miejsce.
Postanowiliśmy docenić wysiłek stając w wybranym punkcie. Dodatkowe 2€ za
fatygę. Po chwili obok stanął mniejszy jacht, a z drugiej strony 25 metrowa
motorówka. Jakoś dziwnie, bo w efekcie po swojej prawej mam 1 metr luzu, a po
lewej 2 metry. Za chwile pojawia się „drugi cumowniczy”, starszy (z 15 lat),
mądrzejszy i sprytniejszy. Podprowadził pod to miejsce drugą 25 metrową
motorówkę. Szerokość co najmniej 5 metrów. Mówi abym się przesunął o metr,
aby ten 25-metrowy „wieloryb” mógł wpłynąć. Na próżno tłumaczenia, że 1+2=3 a
nie 5 (coś z matematyką u młodego Greka była nie tak!). Chłopak był
zdeterminowany. Chwyta moją cumę i próbuje przeciągać jacht. Musiałem
zareagować bardziej stanowczo. Przyszedł jeszcze z kimś kto wyglądał na
pracownika portu, ale tamten szybko zorientował się że „wieloryb” tu jednak
nie wejdzie. Za to po 15 minutach przypłynęła mniejsza łódź. Oceniłem, że się
zmieści i przesunąłem jacht. Po chwili z motorówki wyszedł kapitan i dał mi
wino. To rozumiem. Następnego dnia popłynęliśmy na Hydry. Nie ma co pisać.
Port i miasto są przepiękne. Klimat niepowtarzalny. Po prostu punkt
obowiązkowy każdej wycieczki. Nie ważne, że często trzeba stanąć na tzw.
„winogronko”, czasem w 3 lub w 4 warstwie. Nie ważne że na 80% skrzyżują się
łańcuchy kotwic. My mieliśmy fart, bo zacumowaliśmy przy samym nabrzeżu (dla
porządku dodam, że opłat żadnych nie było, tak jak i usług). Obok miał stanąć
statek cargo, który dowozi wszystko na wyspę. Trochę się obawiałem, czy mnie
nie przytrze. Statek to 30 metrowa, stalowa godzilla, która zacumowała o
22.00. Rano o 6.00 zaczął się rozładunek. 15 osób, 15 kierowników, wszyscy
krzyczą. Z pozoru brak jakiejkolwiek organizacji. Chaos. To się nie może
udać. Jak 15 kierowników ładowało na małą ciężarówkę 1,5-tonową szpule z
grubym kablem elektrycznym, to zastanawiałem się kiedy stoczy się do wody.
Jednak nic takiego się nie wydarzyło, a po 2,5h wszystko była zakończone. W
Grecji po prostu wszystko działa…tylko inaczej. I jeszcze jedno co się tyczy
Hydry. W restauracji Sunset jest niebywały zachód słońca (i jedzenie też).
Nie wiem, czy jest drugi, czy któryś co do piękności, ale na pewno wart
zobaczenia.
W drodze powrotnej do Aten
zatrzymaliśmy się jeszcze na półwyspie Methana w porcie o tej samej nazwie.
Methana to miejsce uzdrowiskowe z ciepłymi, siarkowymi źródłami
wydobywającymi się z wulkanicznych skał. Zdrowotne wody doceniali już
starożytni. Działają na wszystko: skórę, układ kostno-stawowy, nerwowy,
schorzenia ginekologiczne…ale najbardziej na zmysł powonienie. O tak.
Staliśmy na kotwicy w jedynym wolnym miejscu, gdzie akurat nie było muringu
(dodam, że wszędzie obok muringi były). Tego muringu chyba nie było celowo,
bo jak się okazało w tym miejscu miała swoje ujście szeroka na 30 cm rura
tłocząca „zdrowotną wodę” do basenu portowego. Niech żeglarze też skorzystają
z kąpieli siarkowych. To skorzystaliśmy… Sam port i miasto ładne, choć
bardziej kontynentalne, niż wyspiarskie. Można odwiedzić. A jak ktoś nie chce
się „leczyć w oparach siarki” to kilkaset metrów na północny wschód jest pirs
promowy do którego swobodnie można cumować jachtem. Piątek to kilkugodzinny
powrót do Aten. Przepływając przez ruchliwy tor wodny mijaliśmy kilka sporych
statków i gnających (dosłownie) promów pasażerskich. Trzeba uważać. Po
minięciu główek portu Alimos zrobiło nam się smutno. Przecież dopiero co
wypływaliśmy. Chyba w przyszłym roku popłyniemy na 2 tygodnie. W porcie
procedura jak przy wypływaniu, tylko odwrotnie. Zdaję jacht. Poszło bez
problemów, a przy okazji dowiedziałem się że właściciel jachtu podnajmuje go
firmie czarterowej. Szybko wziąłem wizytówkę, bo 44 – stopowy jacht, który na
oficjalnej stronie kosztuje 3500€ (po rabatach może trochę mniej) jest do
wzięcia „z pierwszej ręki” za 2200€ – 2300€!!! Wieczorem chcemy wreszcie
zdobyć Akropol. Jedziemy tramwajem. W między czasie kolacja i na miejscu
jesteśmy po 20.00. Zamknięte. Znowu pech. Chociaż nie do końca. Wchodzimy na
skałę leżącą u podnóża Akropolu. Tłum młodych ludzi i obłędny widok na Ateny
nocą, oraz na wspaniale podświetlony Akropol. Trzeba tylko uważać, bo
kamienie po których się chodzi, są bardzo śliskie. Jednak nie rezygnujemy ze
zwiedzenia Akropolu. Pełni obaw o pogodę postanawiamy po raz trzeci
następnego ranka zdobyć nasz cel. I okazuje się, że tym razem Zeus nam
sprzyja! Zostawiamy bagaże w (jak się okazało niełatwej do znalezienia)
przechowalni i już bez obciążeń idziemy w kierunku Akropolu. Gdy docieramy na
samą górę wiemy, że było warto. Mimo tłumu, jesteśmy zadowoleni. Igor spełnił
swoje marzenie. Potem jeszcze obowiązkowe upominki i powoli musimy wracać.
Jeszcze tylko kilka godzin i będziemy w Polsce. Właściwie to już jesteśmy.
Modlin przywitał nas słońcem. Przynajmniej to jest takie samo.
Link do mapy interaktywnej:
http://www.mariway.pl/gps/bbg_map.php?Rejs=2015-08_Grecja_-_Dymek
Galeria:
Rejs: Grecja, archipelag Dodekanez
Kontynuujemy nasz rejs po wodach Grecji. W trzeciej odsłonie
chcę przedstawić rejon mniej znany, lub rzadziej odwiedzany przez żeglarzy z
Polski. Jednak podobnie jak pozostałe akweny i wyspy Grecji nad wyraz
urokliwy. Znów było ciepło, klimatycznie, żeglarsko i przyjemnie… Tyle
zachwytów nie jest przesadą kiedy zawita się do krainy władcy mórz:
Posejdona.
Tym razem we wrześniu dla przedłużenia wakacji, ale z tą samą załogą co
poprzednio, ruszamy poznawać rozległy archipelag DODEKANEZ. Naszym celem
stają się ominięte w zeszłym roku wyspy na północ od KOS. Aby nie tracić
cennego czasu na długi przelot z Rodos, jacht wypożyczamy właśnie z tej wyspy
(czyli z Kos), a dokładnie z opisywanej już wcześniej supernowoczesnej
mariny. Dodekanez to bardzo odległy obszar od Aten, położony bezpośrednio
przy wybrzeżu Turcji. Z tego powodu można zaobserwować tu silne wpływy
kultury arabskiej. Archipelag jest zdecydowanie mniej znany niż osławione
Cyklady. Wiąże się to zapewne z odległością od głównych szlaków
turystycznych. Tu na tygodniowy rejs nie ma szans przypłynąć jachtem z Aten.
Akwen otworzył się dla turystów z chwilą budowy lotniska na wyspie KOS.
Najbliżej tu do lotnisk w Turcji, jednak rejs musiałby wiązać się z
przekraczaniem granicy, a to już nie takie proste. Łatwiej to zorganizować w
granicach Unii Europejskiej, która ułatwia w praktyce swobodne żeglowanie.
Dodatkowo baza charterowa w Turcji nie jest zbyt duża. Nie mniej wyspy są tu
bardzo piękne, a ludzie przemili. Pod względem żeglarskim jest wspaniale.
Wiatr i fala, choć nieco mniejsze niż na środku Morza Egejskiego, to nadal
tworzą idealne warunki do turystycznego rozkoszowania się żeglarstwem. Pogoda
jest dość stabilna w okresie letnim, choć słynny wiatr MELTEMI daje się
często we znaki. Codzienne sprawdzanie prognoz pogody jest obowiązkowe, ale
to wszyscy żeglarze mają we krwi (lub powinni mieć). Odległości pomiędzy
wyspami są na tyle małe, że można zaplanować różne warianty tras. Z wyjątkiem
KOS, SAMOS i KALIMNOS, odwiedzone przez nas wyspy to niewielkie, urokliwe,
ciche, niezatłoczone miejsca. Spacery po opustoszałych uliczkach, z dala od
wielkomiejskiego zgiełku, tłoku, samochodów, błyskawicznie odrywają myśli od
codzienności.
Rejs miał charakter turystyczny, stąd nie staraliśmy się zbytnio „napinać”.
Żeglowaliśmy wyłącznie w porach dziennych po drodze zaliczając obowiązkową
kąpiel w morzu, tak aby przed zmrokiem zaparkować i spokojnie udać się na
zwiedzanie wyspy. Tradycyjnie wieczory kończyliśmy długą biesiadą w knajpkach
rozkoszując się lokalnymi specjałami. Dobierając trasę założyłem poznanie
nowych, wcześniej nie odwiedzonych miejsc. Nie posiadając bezpośrednich
rekomendacji, posiłkowałem się literaturą i Internetem, a efekt przerósł
oczekiwania. Wszystkie bez wyjątku miejsca są godne polecenia. Tradycyjnie,
najmniejsze wyspy zrobiły największe wrażenie. Mieliśmy szczęście i w jednej
z zatoczek w której zatrzymaliśmy się na kąpiel w morzu, spotkaliśmy stado
delfinów. Przez ponad godzinę prowokowaliśmy je skutecznie do zabawy pływając
jachtem w ich kierunku, by po chwili mieć na wyciągnięcie ręki kilkadziesiąt
sztuk przy jachcie. To zdecydowanie najciekawsze spotkanie z delfinami w moim
życiu.
W trakcie rejsu pokonaliśmy następującą
trasę: KOS – LEROS – AGATHONISI – FOUMI – SAMOS(PITHAGORIO) – SAMOS – ARKOI –
LIPSI – MAKRONISI – KALIMNOS – KOS
Pływaliśmy sprawdzonym jachtem BAVARIA 49 (długość 15.4m, szerokość 4.46m).
Jednostka duża, komfortowa, ergonomiczna, w miarę szybka. Swoją ogromną
popularność zawdzięcza dobremu stosunkowi wielkość/jakość/cena. Cumowaliśmy –
jak to w Grecji – na kotwicy, rufą do betonowego nabrzeża. Infrastruktura
oprócz wody i prądu praktycznie żadna. Ma to jednak swój klimat. Przy obecnym
wyposażeniu jachtów jesteśmy samowystarczalni i jeśli mamy dostęp do wody i
prądu nic nam więcej nie potrzeba.
Reasumując. Rejs był bardzo udany, a odwiedzone miejsca godne polecenia.
Rejon wyjątkowo ciekawy, idealny na turystyczne żeglarstwo. Przez częściowe
osłonięcie dużymi wyspami od północy fala i wiatr lekko zredukowane.
Dodatkowo, jeśli ma się taką załogę z jaką ja miałem przyjemność spędzić te
chwile, satysfakcja gwarantowana!
Rejs: Rodos i inne wyspy greckie w
okolicach wybrzeża Tureckiego
Wybierając miejsce spędzenia urlopu, staramy się dbać o każdą chwilę –
pragniemy poczuć smak wymarzonych wakacji. Rodos to jedno z takich miejsc
które chwyta za serce. Zaskakujące jednak, że po udanym początku rejsu
później było jeszcze lepiej. Dodekanez to bardzo ciekawy, zróżnicowany
archipelag. Ma do zaoferowania wszystko o czym mogą marzyć żeglarze: słońce,
wiatr, piękne widoki, ciekawe miejsca, tanie knajpki, klimatyczne miasta.
Najczęściej żeglarze startujący z Rodos obierają kurs na zachód, by przez
Cyklady dopłynąć do Aten. Mój pierwszy rejs w Grecji też tak wyglądał.
Dodekanez jest przez to mniej znany i niedoceniany. Tym razem postanowiłem,
rozpocząć dokładną eksplorację tego rejonu i dziś wiem, że było warto.
W Grecji byłem już parę razy. Tym razem zaplanowałem odwiedzić wyspy
znajdujące się najbliżej Tureckiego wybrzeża, a więc Rodos, Kos, Kalymnos,
Patmos, Astypalaia, Nisyros, Symi. Rejs rozpoczynamy z miasta Rodos – stolicy
wyspy o tej samej nazwie. Zresztą nie pierwszy raz. Już kiedyś
rozpoczynaliśmy tu żagle. To jedna z największych wysp i jednocześnie ogromna
aglomeracja turystyczna. Mnóstwo hoteli, lotnisko, zatrzęsienie turystów. To
przede wszystkim jedno z najpopularniejszych miejsc dla amatorów wczasów
stacjonarnych. Miasto jest zatem gwarne i tłoczne. Jednak ma też dużo zalet.
Posiada piękną, dużą starówkę otoczoną murami obronnymi. Niezliczona ilość
restauracji, barów, klubów nocnych – jak przystało na turystyczną mekkę –
oferuje dla każdego coś interesującego. Jednocześnie należy przyznać że
Rodos, w przeciwieństwie do większości mniejszych wysp, posiada obfitą
roślinność. To wszystko sprawia, że jest gdzie spacerować i miło spędzić
wieczorne godziny.
Port mieści się przy samych murach starego miasta. Od lat mówi się o
potrzebie budowy profesjonalnej mariny, jednak póki co, są to jedynie plany.
Nie jest jednak tak źle. Parkujemy na kotwicy wewnątrz bardzo dużego basenu,
rufą do betonowego nabrzeża. Jednostki, które obok swojej możemy zobaczyć, w
większości należą do grupy bardzo dużych, a nawet ogromnych. Przeważnie
jednak są to jachty motorowe.
W porcie mamy do dyspozycji sanitariaty, sklep i restaurację portową.
Oczywiście na kolację „idziemy w miasto”.
NIEDZIELA
Rankiem ostatnie zakupy i ruszamy w morze. Płyniemy jachtem Bavaria 50
(długość 15.6m, szerokość 4.6m). Typowa, bardzo popularna, sprawdzona
konstrukcja. Cztery kabiny, dwie łazienki, dużo miejsca w środku. Naszym
celem jest archipelag Dodekanez. To wyspy położone u wybrzeża Turcji. Musimy
uważać, aby nie zbliżyć się nadmiernie do kontynentu pozostającego często w
zasięgu wzroku – moglibyśmy mieć kłopoty. Tu ciekawostka, Turcja w tym
rejonie nie posiada żadnej wyspy. Wszystkie po ostatniej wojnie przypadły
Grekom. Biorąc pod uwagę, że leżą „pod samym nosem” Turków, możemy wyobrazić
sobie, jak „bardzo się kochają”. Do tego Turcja to nie Unia Europejska, stąd
nie polecam przekroczenia granicy wód terytorialnych, będącej granicą państwa
i UE. Trochę podobnie jak z Obwodem Kaliningradzkim na naszym rodzimym
Bałtyku.
Dodekanez słynie między innymi z bardzo silnych wiatrów i sporej fali. Akwen
jest jednak bardzo dobrze monitorowany meteorologicznie, przez co, można
powiedzieć, w miarę przewidywalny. Należy jednak kwestie pogody traktować
bardzo poważnie. Najlepszym rozwiązaniem jest zakup lokalnej karty SIM z
możliwością dostępu do internetu. Godnym polecenia jest lokalny system
prognozowania pogody www.posejdon.hcmr.gr.
Pierwsza wyspa na naszym celowniku to Kos. Odległość duża ok. 75nM, w dodatku
pod wiatr. Zależy nam aby „wspiąć się” jak najwyżej, aby później wracać z
wiatrem. Mijamy zatem wyspy Symi i Nisyros, które odwiedzimy w drodze
powrotnej. Na Kos parkujemy w jednej z nielicznych bardzo nowoczesnych marin
w Grecji. Zrealizowana za pieniądze unijne, wygląda bardzo imponująco.
Niestety, jak to zwykle bywa, „coś za coś”. Port położony jest na peryferiach
miasta z dala od centrum… Wyspa choć o połowę mniejsza od Rodos jest nadal
jedną z największych wysp Greckich. Tu również znajdziemy mnóstwo turystów i
zgiełk wielkiej aglomeracji. Wyspa mimo to jest bardzo ładna, z dużą ilością
zieleni. Jednym z symboli wyspy jest słynne „Drzewo Hipokratesa”. Wieczorny
spacer bardzo przyjemny.
PONIEDZIAŁEK
Przed nami kolejny trudny odcinek ok. 50nM do niewielkiej wyspy Patmos. Po
drodze zatrzymujemy się na kąpiel w zatoce Pezontas na wyspie Kalimnos.
Późnym popołudniem docieramy na miejsce. Wyspa przepiękna. Dłuższy wieczorny
spacer w górę wyspy odsłonił nam cudowny, magiczny wręcz krajobraz. Tak, taka
Grecja to jest to czego szukaliśmy. Kolacja na tarasie w knajpce z widokiem
na pobliskie niewielkie wysepki utwierdza nas w przekonaniu o właściwym
wyborze miejsca.
WTOREK
To już początek drogi powrotnej. Celem osamotniona wyspa Astypalaia, położona
w znacznej odległości od innych, ok. 55nM na południe od Patmos. Mamy więc
piękny, długi, żeglarski dzień. Płyniemy po nieosłoniętym akwenie, zatem
towarzyszy nam silny, pełny wiatr i spora fala. Pogoda jednak dopisuje, jest
przyjemnie. Ta wyspa to kolejna perła – po prostu nas urzekła. Położona jest
z dala od większych miast, wysp, lotnisk. Swoim kształtem na mapie do
złudzenia przypomina motyla. W środku bardzo zwężona, sprawia wrażenie jakby
chciała się rozpaść na dwie części. Widok rozległej zatoki wewnątrz, z
wysokimi skalistymi brzegami i z charakterystycznymi greckimi biało
niebieskimi domkami zapiera dech w piersiach. Wieczór kończymy kolacją w
klimatycznej knajpie na plaży.
ŚRODA
Rankiem obieramy kurs na wyspę Nisyros ze słynnym uśpionym, ale jednak
czynnym wulkanem. Odległość ok. 50nM na wschód od Antyspalaia. Płyniemy
bejdewindem lewego halsu 3 do 4B. Kolejny wspaniały żeglarski dzień. Około
18-tej podajemy cumy na ląd i szybko wypożyczamy skutery celem zwiedzenia
wulkanu. W czerwcu dzień jest długi mamy więc wystarczająco dużo czasu, aby
wrócić przed zmrokiem. Wypożyczalnia jest w samym porcie, tuż obok jachtu, a
cała procedura trwa krótko. Wycieczka bardzo udana, godna polecenia.
CZWARTEK
Kurs na wyspę Symi ok. 40 nM na wschód. Po drodze zatrzymujemy się na kąpiel
w zatoczce niezamieszkałej wysepki Gyali. Do Symi docieramy ok. 1830. Ta
jedna z najpiękniejszych wysp wciśnięta jest głęboko w rozległą zatokę
wybrzeża Tureckiego. Silne wpływy tureckie są zatem widoczne na każdym kroku.
Już sama zabudowa, bardzo kolorowa, malowniczo pokrywająca strome skalne
brzegi, w niczym nie przypomina tej typowej Greckiej, znanej z wcześniej
odwiedzonych wysp. Symi choć niewielka, jest celem licznych wycieczek
turystów z pobliskiej Rodos, Kos czy też z samej Turcji. Jest przez to bardzo
zatłoczona i ma charakter typowego ośrodka turystycznego. Szczególny zgiełk
panuje wzdłuż całego nabrzeża zatoki, gdzie kwitnie wszelaki handel. Jeżeli
ktoś tego nie lubi, to warto czym prędzej udać się na spacer w głąb miasta,
by odnaleźć spokój wśród wąskich uliczek. Na Symi odczuć można wyższe ceny w
stosunku do mniej popularnych wysp.
PIĄTEK
Przed nami ostatni dzień rejsu. Do Rodos pozostało ok. 30 nM. Nie musimy się
zatem bardzo śpieszyć. Po oddaniu cum ok. 1100 płyniemy do sąsiedniej, ostro
wcinającej się w ląd zatoki, gdzie stajemy na kotwicy i po raz ostatni
kąpiemy w ciepłym morzu Egejskim. O 1300 startujemy. Piękny wiatr, początkowo
północny, przed Rodos skręcający na zachodni, o sile 5 do 6B, pozwala
rozkoszować się pełnymi żaglami w baksztagu lewego halsu. Płynąc z falą
kręcimy bez problemu osiem „knotów” i po trzech godzinach jesteśmy na
miejscu. Jeszcze obowiązkowe tankowanie i o 18-tej parkujemy na swoim
miejscu.
Podsumowanie :
Odwiedziliśmy ciekawe, jednocześnie bardzo
różnorodne miejsca. W kolejności były to następujące wyspy: Rodos-KosKalymnos-Patmos-Astypalaia-Nisyros-Symi-Rodos. Choć większym wyspom nie można
odmówić piękna, to jednak małe wyspy są dla nas bardziej magiczne i urokliwe.
Żeglarstwo na tym akwenie to czysta przyjemność. Przebyta trasa była udanym
kompromisem pomiędzy przebywaniem na morzu, a zwiedzaniem ciekawych
zapadających głęboko w pamięć miejsc.
Rejs: Grecja – Cyklady. Wiele wysp,
mnóstwo wrażeń, pyszne jedzenie.
Tym razem nowy autorski pomysł na trasę turystycznego rejsu
Santorini – Ateny. Cel był jeden: spędzić jak najwięcej czasu na najbardziej
oddalonych od lądu Cykladach. Po doświadczeniach z poprzednich rejsów nasze
gusta są już wykształcone – oczekujemy wspaniałych krajobrazów, z dala od
zgiełku wielkomiejskiego. Do tego oczywiście słońca, kąpieli w ciepłym morzu
i pysznej greckiej kuchni, słowem urlopowej sielanki. Cyklady środkowe w tym
Małe Cyklady to perła w całym archipelagu. To wymarzony akwen dla żeglarzy,
którzy oprócz „jachtingu” pragną zaznać emocji związanych z silniejszym
wiatrem.
Przybyliśmy do Aten w piątek po południu, tam zakwaterowaliśmy się w
uprzednio zarezerwowanym hotelu. Tradycyjnie spacer, obiad w knajpie, a
później „wieczorek zapoznawczy” (z tą załogą poznajemy się już 3-ci rok z
rzędu, sic!). W sobotę rano płyniemy promem do Santorini. Sam transfer, choć
trochę uciążliwy, wniósł pewne urozmaicenie w stosunku do standardowych
rejsów i przez to traktowaliśmy go, jak dodatkową atrakcję. Trzeba przyznać,
że poziom organizacji, dopracowanej do perfekcji logistyki Greków w zakresie
transportu morskiego wewnątrz kraju, nie ma nic wspólnego z powszechnie znaną
grecką opieszałością i powolnością. Wiele razy bylem świadkiem procedury
cumowania wielkich promów, z towarzyszącą wymianą ludzi i towarów i wciąż nie
mogę się nadziwić, ze całość nie przekracza 12minut!.
Podczas rejsu podróżowaliśmy wygodnym dużym jachtem Cyclades 50.5 (ok.15,6m
długości i 4,9 szerokości). Konstrukcja renomowanej stoczni Beneteau,
obszerna, z ciekawym rozkładem wewnątrz, dobrze wyposażona. Dodatkowo, jak
się okazało, ponadstandardowo szybka: 8-9 węzłów kręciła bez problemów. Taka
cecha jachtu daje skiperowi komfort podejmowania decyzji w zakresie zmian
trasy, na przykład wymuszonych dłuższych postojów, związanych z pogodą lub
innymi nieprzewidzianymi zdarzeniami. Tak było i w tym przypadku, gdy chcąc
oszczędzić załodze „orania” pod wiatr 8 do 9B zdecydowałem o zmianie planu.
Jednak początkowo opracowana trasa rejsu, pomimo jej korekt w trakcie,
została całkowicie zrealizowana. Wszyscy byli bardzo zadowoleni i nie
szczędzili pochwał na zakończenie. Odwiedziliśmy 10 wysp, często w rytmie
dwóch dziennie. Ruszając wcześnie rano, zawijaliśmy około południa na
pierwszą, gdzie szliśmy na spacer, zaliczaliśmy knajpkę i następnie
płynęliśmy do kolejnej wyspy, gdzie nocowaliśmy. Do tego jeden pełny dzień
poświęciliśmy na gruntowną eksplorację quadami wspaniałej wyspy Amorgos
znanej głównie z kultowego filmu „Wielki Błękit”. Pomimo napiętego grafiku
rejs był bardzo urozmaicony, a wrażenia nie do przecenienia.
Odwiedziliśmy w kolejności: Santorini,
Anafi, Amorgos, Kuofonissi, Schinousa, Naxos, Paros, Sifnos, Serifos, Kea,
zat. Souniou (pod świątynią Posejdona), Ateny – marina Kalamaki w Pireusie.
Tak jak zakładaliśmy, największe wrażenie robiły na nas mniejsze wyspy.
Urzekał wszechobecny spokój i cisza. Jednocześnie otaczały nas intensywne
kolory dostarczając niecodziennych widoków potęgując naszą radość życia.
Jedną z podstawowych atrakcji rejsu była wspaniała kuchnia grecka. Dziś ceny
w licznych restauracjach są stosunkowo niskie. Dodatkowo biesiadowanie w
gronie załogi pozwala na testowanie wielu różnych potraw, nierzadko nowych,
gdy zamawia się je do tzw. „wspólnego stołu”. Jedzenie jest zawsze świeże i
dobrze podane. Kuchnia grecka nie jest może szczególnie wyrafinowana, ale
bardzo nam odpowiadała przez to, że bazuje na serach, świeżych warzywach i
owocach morza.
Grecja to wspaniale miejsce na rejs rodzinny, choć niekoniecznie z małymi
dziećmi. Infrastruktura portowa jest w większości raczej surowa. Nowoczesnych
marin jest nadal bardzo niewiele (dla mnie to zaleta). W większości to
miejskie przystanie z betonowym nabrzeżem. Stajemy zwykle na kotwicy
dziobowej rufą do brzegu. Czasami along side, choć raczej należy tego unikać
ze względów bezpieczeństwa. Wyspy greckie są doskonale skomunikowane za
pomocą licznych promów. Do każdej, nawet najmniejszej zaludnionej wyspy, co
najmniej raz dziennie przypływa statek dostarczając niezbędne zaopatrzenie,
jednocześnie przewożąc ludzi do pracy i z powrotem. Promy parkują często przy
tych samych nabrzeżach, co inne jednostki, w tym nasza. Należy bezwzględnie
brać to pod uwagę zabezpieczając jacht przed dużym falowaniem. Oczywiście
wskazana jest obecność na jachcie podczas manewru promu, zwłaszcza w
przypadkach, gdy odbywa się to bardzo blisko nas. Na prysznice w porcie nie
należy liczyć. Za to nigdzie nie ma problemu z zatankowaniem wody, a często
też paliwa. Powszechne są cysterny, które po telefonicznym wezwaniu
podjeżdżają do jachtu na umówioną godzinę. Woda jest stosunkowo tania, a
odległości miedzy wyspami na tyle małe, że można komfortowo korzystać z niej
swobodnie na jachcie. Zwykle nie jest również problemem podłączenie jachtu do
prądu, a ceny też nie powalają. Generalnie pod względem opłat, Grecja to
obecnie najtańszy akwen. Możliwość cumowania w miejskich przystaniach ma tę
zaletę, iż jesteśmy w samym centrum i mamy wszędzie blisko. Na małych wyspach
nie ma problemu z hałasem, czy poczuciem bezpieczeństwa. Na większych warto
brać już pod uwagę te względy, choć osobiście nie mam złych doświadczeń w
temacie bezpieczeństwa.
Grecja „wyspiarska” nie przestaje nas urzekać. To wspaniale miejsce dla
żeglarzy. Szczególnie z perspektywy jachtu jest wyjątkowo piękna. Mimo tego,
że pływamy tu wspólnie z żoną, w gronie przyjaciół, już od ładnych paru lat,
nie przestaje nas zachwycać. Świetnie się tu czujemy. Jeszcze nie raz
powrócimy.

Podobne dokumenty