nr 33

Komentarze

Transkrypt

nr 33
luty nr 2 (33)/2011 • ISSN 1898–3480 • egzemplarz bezpłatny pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
Warszawa / Łódź / Kraków / Poznań / Wrocław / Gdańsk / Katowice / Szczecin / Lublin / Bydgoszcz / Toruń / Rzeszów / Olsztyn / Kalisz
MIESIĘCZNIK STUDENCKI
i doświadczeni
Młodzi
www.redakcjaPDF.pl
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.redakcjapdf.pl
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
4-5 Niekompetencja
i popularność
6 Jednopokojowa redakcja
7 Polacy wobec Białorusi
8 Rozmowa wokół wywiadu
9 Grupa Sputnik Photos
10 Miesiąc czarnej historii
11 Fotograf przy -20 stopni
12-13 Fotoreportaż
14 Do poczytania
15 Kolumna Zygmunta
Zbigniew Żbikowski
Kilka tekstów w tym numerze ułożyło się w ciekawy dyskurs o sprawach międzypokoleniowych w środowisku dziennikarskim.
Najpierw dziennikarstwo polityczne. W Polsce (a czy w innych
krajach naszego regionu jest inaczej?) faluje ono jak społeczne
sympatie, wynoszące jedne ugrupowania ku szczytom władzy, inne
spychając na margines opozycji lub
w niebyt. Polityczni dziennikarze
w rytm tych zmiennych nastrojów
to wypływają i pojawiają się w najbardziej nośnych mediach, to przycichają. Nie znaczy, że znikają. Na
szczęście mamy pluralizm i każdy,
kto chce, swoją trybunę znajdzie.
Jedyny problem – czy jest ona nośna, czy niszowa.
Jako że „średnia krajowa” dziennikarstwa politycznego sprzęgnięta jest wprost ze średnią poziomu
krajowej polityki, media zgodnie
przenoszą na łamy i w eter cały ten
zgiełk generowany przy stołecznej
ulicy Wiejskiej. Odosobnione przypadki głosów nawołujących do
opamiętania nie mają tu nic do rzeczy – są głosem wołającego na
puszczy. Tak jak nieistotne są podziały pokoleniowe – nawiedzonych, pokrzykujących na obu końcach politycznej skali, oraz rozsądnych, niekierujących się solidarnoś c i ą p l e m i e n n ą (d z i ś b y ś m y
powiedzieli – klubową) można
wskazać we wszystkich generacjach. Nasz młody dziennikarz opi-
sujący „zgiełk smoleński” nawet
nie sugeruje takiego podziału. Środowiskowe spory wewnątrz tej grupy biorą się przede wszystkim ze
zróżnicowania poglądów.
Odmienną sytuację mamy w środowisku dziennikarzy muzycznych.
Tak przynajmniej wynika z naszego tekstu okładkowego. Tutaj funkcjonuje hierarchia autorytetów,
a szczupłość miejsca w mediach na
tematykę kulturalną, muzyczną
w szczególności, jest powodem istnej „bitwy o dostęp”.
Gusta estetyczne to nie to samo,
co sympatie polityczne – tutaj nie
ma podziału na prawicę, centrum
i lewicę, prądy artystyczne następują jedne po drugich, ściślej wiążąc się z wstępującymi i zstępującymi pokoleniami. Także krytyków
muzycznych. Mamy więc ostry podział na „starych”, którzy okupują
miejsca w mediach, preferując swoją muzykę, i „młodych”, zarzucających tym pierwszym, że nie tylko
nie czują, ale i nie dostrzegają
w swoich programach tego, co się
dzieje na odległych dla nich peryferiach na przykład hip-hopu, bo
już „wzrok nie ten”.
Buntownicy, rzadko obecni w tzw.
dużych mediach, znajdują dla siebie – okazuje się – swobodną przestrzeń w medium przyszłości, jakim jest internet. I chwała im za to,
bo nie przeminie to pokolenie, jak
i oni staną się obiektem ataków ze
strony obecnych absolwentów
podstawówek.
Mamy też w tym numerze przykład budujący: studencka dziennikarka rozważnie i z uznaniem próbuje podejrzeć warsztat dziennikarki dojrzałej, z imponującym
dorobkiem, która też kiedyś była
początkująca i popełniała błędy.
Wynika z tych tekstów jakaś konkluzja? Może tylko pewna „oczywista oczywistość”: uczyć się na
błędach uznanych poprzedników,
przyjmować od nich to, co dobre,
i iść swoją drogą.
Najlepsze zdjęcie
- najgorsza reakcja
łu fotografa - aż bolą. Stawiam
więc jeszcze raz to pytanie: czy
aby na pewno każdy?
Żyjąc w facebookowej kulturze
zachodnioeuropejskiej nie widzimy, jaką traumę codziennie przeżywają ludzie w krajach o innej
tradycji i mentalności, gdzie nie
przestrzega się szeroko rozumianych praw człowieka. Najłatwiej
byłoby kliknąć „nie lubię” tego
zdjęcia, bez uzasadniania, bo po
co rozwijać, jak nie chce się zgłębić tematu?
Spotykając się z taką masą negatywnych opinii, nie można pozostać obojętnym. Nie na nią
samą, ale na jej bezmyślność, bezpodstawność i niedojrzałość. Krytykujmy, uderzmy w słabości najlepszego prasowego zdjęcia roku,
powiedzmy, dlaczego nie powinno wygrać, ale róbmy to świadomie, bez ulegania modzie na „nie
lubię tego”, popierając swoje zdanie wiedzą, doświadczeniem i
konstruktywnym sądem.
16 Na świecie
17 Case study
18 To PRoste
19-23 Książe i żebrak
– subiektywny
przegląd kultury
reklama
Zdjęcie roku 2010 World Press
Photo © Jodi Bieber, South
Africa, Institute for Artist
Management / Goodman
Gallery for Time Magazine.
To zdjęcie stało się ostatnio dla
wielu internautów “wrogiem
publicznym numer jeden”.
Ogłoszenie wyników najszerzej na
świecie znanego konkursu fotograficznego, jakim jest World Press
Photo, stało się zaczynem do zaistnienia w społeczności Web 2.0
MIESIĘCZNIK STUDENCKI
REDAKCJA
redaktor naczelny:
Zbigniew Żbikowski
z-ca redaktora naczelnego
Paweł H. Olek
redaktorzy:
Tomasz Betka (szef dziennikarstwa), Krystian
Szczęsny (szef foto), Szczepan Orłowski i Kajetan
Poznański (szefowie kultury)
02
wielu samorodnych kr yt yków.
Głównym celem ich ataków stało
się zdjęcie roku. Temu ogólnemu
strofowaniu warto dać odpór.
Pożywką dla ich aktywności jest
możliwość pisania komentarzy
pod artykułami i publikowania linków na Facebooku, gdzie strzelają na oślep, wyrażając swoją dezaprobatą wobec najlepszej fotografii roku.
Komentarze w stylu „nie czuję
tego” umieszczone bezpośrednio
pod linkiem do zdjęcia autorstwa
Jodi Bieber, są szczytem nieumiejętności podparcia opinii odpowiednią wiedzą na temat fotografii. Pojawiające się często żarty o
tym, że fotograf „miał nosa“, są
poniżej krytyki. Próba przeforsowania opinii o niskiej jakości zdjęcia nie broni się w żaden sposób,
bo zdjęcie jest z pewnością poprawne, a WPP wielokrotnie wygrywały zdjęcia o wiele mniej doskonałe technicznie. Warto zaznaczyć zniesmaczenie nadmiarem
okrucieństwa, którym (zdaniem
tychże „znawców“) podobno każdy potrafi emanować. Należałoby
zatem postawić pytanie o to, dlaczego w sytuacji, gdy mamy okazję pokazać swoje portfolio publicznie na modnych ostatnio spotkaniach ze znanymi fotografami,
znakomite gremium „wielbicieli”
robienia zdjęć zanudza obrazami
kwiatków, piesków, por tretów
biednych dzieci i zachodów słońca w Tajlandii, które dla oglądających je nie są nośnikami żadnych
wartościowych historii? Miałkość
przekazu i przypadkowość powstania - bez świadomego udzia-
zespół redakcyjny:
Tomasz Dowbor, Piotr Czaplicki, Marta Dudek, Roksana
Gowin, Jan Grabek, Magdalena Grzymkowska, Bartosz
Iwański, Dominika Jędrzejczyk, Patryk Juchniewicz,
Anna Maria Juźwin, Mirek Kaźmierczak, Monika
Kiepiel, Anna Kiedrzynek, Łukasz Lachecki, Klaudia Lis
Paulina Mućko, Ewa Piskorska, Agnieszka Plister, Radek
Pulkowski, Aleksandra Siemiradzka, Alicja Skorupko,
Adrian Stachowski, Krystian Szczęsny, Wioletta
Wysocka, Marcel Zatoński
druk:
Polskapresse Sp. z o.o., nakład: 7 tys. egz.
Oddano do druku 20 lutego 2010 roku
grafika, okładka i skład DTP:
Karol Grzywaczewski / www.grafikadtp.com
korekta: Anna Kiedrzynek, Aneta Grabska
WYDAWCA:
Instytut Dziennikarstwa
Uniwersytetu Warszawskiego
koordynator wydawcy: Grażyna Oblas
dystrybucja:
Warszawa / Łódź / Kraków / Poznań / Wrocław
/ Gdańsk / Katowice / Szczecin / Lublin
/ Bydgoszcz / Toruń / Rzeszów / Olsztyn / Kalisz
adres redakcji:
PDF miesięcznik studencki
Instytutu Dziennikarstwa UW
ul. Nowy Świat 69, pok. 51,
IV piętro, 00–046 Warszawa,
tel. 022 5520293,
e–mail: [email protected]
Więcej tekstów w portalu
internetowym: www.redakcjaPDF.pl
Krystian Szczęsny
Jeżdżenie na trumnach?
Jak słusznie zauważył ksiądz Adam
Boniecki, kiedy cały czas mówi się
o jednym i tym samym, siłą rzeczy
zaczyna się gadać głupoty. W okresie po 10 kwietnia 2010 roku, gdy
– jak pisał „Press” - „świat nie istniał”, oglądaliśmy płaczącą na wizji Monikę Olejnik, Marcin Wolski
kazał łajdakom padać na kolana,
a Jan Pospieszalski ilustrował pod
Pałacem Prezydenckim teorię o rosyjskim zamachu na Lecha Kaczyńskiego. Po żenującej dyskusji o pogrzebie na Wawelu („czy na pewno
godzien królów?”) mieliśmy kilkutygodniową przerwę na kampanię
prezydencką, która przebiegała
pod znakiem marketingowej przemiany brata śp. prezydenta. Później
Smoleńsk powrócił, a spór o krzyż
na Krakowskim Przedmieściu zapisze się w annałach jako kilkutygodniowe wzajemne opluwanie się
przywiązanych do krzyża fanatyków i skrzykniętej na Facebooku
grupy szyderców oraz jako kłótnia
wariata rzucającego fekaliami w tablicę z idiotą udającym papieża na
balkonie jednego z budynków.
W międzyczasie dużej części mediów „umknął” fakt, że rozpoczął
się proces badania przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem, a głównym rozgrywającym w tej sprawie
stał się - za zgodą polskich władz –
Międzypaństwowy Komitet Lotniczy z generał Tatianą Anodiną na
czele. Premier Tusk bardzo długo
bronił tego stanu rzeczy, aż nagle,
tuż przed świętami Bożego Narodzenia, wypalił, że Rosjanie nie
uwzględniają polskich uwag do
śledztwa (ot, niespodzianka!),
a projekt raportu MAK jest absolutnie nie do przyjęcia. Prawdziwa
bomba wybuchła 11 stycznia tego
roku, kiedy Tatiana Anodina w błysku fleszy oznajmiła, że cała wina
za rozbicie samolotu leży po polskiej stronie, Rosja nie ma sobie nic
do zarzucenia, a obecny w kokpicie
generał Błasik miał we krwi całe 0,6
promila alkoholu. Przekaz był jasny:
„Winny pijany generał?” „Z 0,6 promila do Smoleńska”, „Podpity dowódca” – to tylko niektóre tytuły
spośród tych, jakie ukazały się nazajutrz po rosyjskiej konferencji
w zagranicznej prasie.
Dziesięć miesięcy po smoleńskiej tragedii, katastrofa prezydenckiego tupolewa ciągle
nie schodzi z jedynek gazet i czołówek programów informacyjnych. Gorzej, że odbiorcy
muszą oglądać marnej jakości spektakl, w którym najważniejsze media walą w siebie na
odlew i stawiają pod ścianą - w zależności od tytułu - rząd albo opozycję
fot. PAP/Grzegorz Jakubowski
Przychodzi młody do doświadczonego
3 Wytchnienie posmoleńskie
10 lutego 2011 roku, jak co miesiąc prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński składa
wieniec przed Pałacem Prezydenckim, a następnie zapala znicze na grobach bliskich mu politycznie
pasażerach tragicznego lotu do Smoleńska.
W polskich mediach ponownie
rozgorzał festiwal wzajemnych
oskarżeń i odsądzeń od czci i wiary. Do patetycznego stylu przyzwyczaiła już „Gazeta Polska”: „Dla najemnych Judaszów bolszewickiej
bestii nie będzie przebaczenia, nie
będzie amnestii” – krzyczał z jedynki tygodnik. W środku prym wiódł
Antoni Macierewicz, który określił
postawę polskich władz „późnym
wcieleniem komunistycznego zespołu Bieruta, który ukrywał prawdę w sprawie mordu katyńskiego”.
Jarosław Kaczyński poszedł krok dalej i powiedział, że gdyby nie małostkowość prezydenta Komorowskiego, to żyłyby dzisiaj przynajmniej trzy osoby lecące tupolewem,
bo Komorowski nie zgodził się na
przesunięcie głosowania w Sejmie
i posłowie PiS nie mogli, tak jak planowali, jechać na uroczystości po-
ciągiem. „Gazeta Wyborcza” ubolewała z kolei, że przywódca najw i ę k szej par t ii opoz yc y jn ej ,
„zapewne pod ciężarem własnej
tragedii”, sprowadza debatę o katastrofie na poziom „science-fiction”.
Więcej, „GW” zrobiła nawet sondaż
wśród czytelników, z którego jasno
wynikało, że większość Polaków
zgadza się z wnioskami, jakie w swoim raporcie przedstawiła Anodina.
Całość uzupełniło urbanowskie
„NIE”, przepytując rodzime autorytety, jak skończy lider Prawa i Sprawiedliwości. „Jak jego brat, na Wawelu, razem ze szwagierką”, „Kaczyński nie kończy, jest seksualnym
impotentem” – odpowiadali kolejno były poseł SLD Piotr Gadzinowski oraz Robert Biedroń walczący
w Polsce o prawa gejów i lesbijek.
Jaki jest efekt medialnego cyrku
wokół tej – czy ktoś jeszcze o tym
pamięta? – największej tragedii
w historii powojennej Polski? Kwietniowa katastrofa powróciła na Facebooka, tym razem dzięki inicjatywie „Dzień bez Smoleńska”, którą
błyskawicznie poparło ponad 100
tys. ludzi. A choć po kilku dniach pomysłodawcy akcji skasowali wątek,
w jego miejsce szybko pojawiły się
kolejne, z tym samym przesłaniem.
„Gdzie ten krzyż!?”, „Błagam! Przestańcie jeździć na trumnach!”, „To
się musi skończyć, ratunku!” – wyrażali swoje zdanie internauci. Do
tego wszystkego swoje trzy grosze
dorzucili Rosjanie, konkludując, że
– o zgrozo, nie bez racji – raport MAK
to początek wewnętrznej wyborczej kampanii przed jesiennymi wyborami do parlamentu. Kolejny
odcinek – raport Millera – prawdopodobnie w marcu. Czekamy z niecierpliwością.
Między szynką a dżemem – dziennikarz
reklama:
Fundacja Szkolnictwo
Dziennikarskie
Nowy Świat 69, p. 307, Warszawa
e-mail: [email protected]
współpraca z serwisem foto:
stała współpraca:
www.facebook.com/redakcjaPDF
Warto czasami przejrzeć gazetkę promocyjną ulubionego supermarketu. Są teraz
obszerniejsze i dużo ciekawsze. Przeczytać w nich można interesujące teksty celebrytów, podróżników, znawców kuchni i...
dziennikarzy.
I tak na przykład w zimowym wydaniu bezpłatnego kwartalnika promocyjnego (nakład
80-100 tys.) jednej z sieci sklepów spożywczych ukazał się tekst Jacka Żakowskiego.
Jego treść nie zawierała reklamy żadnego produktu. To był krótki, niezobowiązujący felietonik o karnawale. Sam w sobie niewinny.
No i co z tego? - ktoś zapyta. Przecież zawodem dziennikarza jest pisanie, robi się to za
pieniądze, a reklam dzisiaj uniknąć nie sposób,
szczególnie w prasie darmowej. Dziennikarz
w swoim felietonie nic nie reklamuje, dostar-
fot. materiały promocyjne Piotr i Paweł
Ale numer
Na wejściu
cza tylko odrobiny rozrywki.
Tylko czy rzeczywiście nie ma różnicy między gazetką wydawaną w celach promocyjnych a tytułem prasowym utrzymującym się
z reklam? Postawić między nimi znak równości wydaje się cynizmem. Jeżeli rzeczywiście
teksty dziennikarza są tylko dodatkiem do
reklamy, może wypadałoby nareszcie przestać mówić o jakiejś etyce zawodowej, a frazesy o rzetelności i misji wyrzucić w końcu
przez okno?
Autor tekstu w bezpłatnym pisemku promocyjnym siłą rzeczy, nawet kiedy nie pisze
o żadnym produkcie, jest wykorzystywany
w celach reklamowych. Przyznaje to Błażej
Patyn, rzecznik prasowy sieci, która wydała
gazetkę z tekstem Żakowskiego. Zapytany o
metodę doboru autorów odpowiada, że firma kieruje się nie tylko merytoryczną zawar-
Wydaje się jednak, że w tej całej,
którejś już kolei, wojnie polsko-polskiej musi być chyba jakiś głębszy
sens. O przyczynach katastrofy tupolewa, śledztwie MAK, pracach komisji Millera, postawie Tuska czy
żyjącego i nieżyjącego Kaczyńskiego, pojawiło się w mediach tyle
skrajnie różnych sądów i opinii, że
przecież któraś z nich musi być
przynajmniej bliska prawdy. A to
oznacza, że duża część dziennikarzy i polityków będzie musiała się
sporo naprzepraszać albo, co bardziej prawdopodobne, iść w zaparte i robić z ludzi idiotów, wmawiając im, że Rosjanie zamordowali
nam prezydenta, albo że Lech Kaczyński ma krew na rękach.
Może rację ma Rafał Ziemkiewicz,
pisząc o „katastrofie posmoleńskiej”, w której, jego zdaniem, straciliśmy jako państwo „godność i pozycję podmiotu polityki międzynarodowej”. „W momencie oddania
całego śledztwa Rosji było jasne, że
zostanie ono przeprowadzone według standardów sowieckich. Nie
było innej możliwości. Rosja nie ma
innych niż sowieckie narzędzi i mechanizmów, nie ma ekspertów, którzy nie kierowaliby się żelazną zasadą dopasowywania faktów i dowodów do jedynej słusznej tezy,
a jedyna słuszna teza jest zawsze
taka, że rosyjska technika jest niezawodna, rosyjskie procedury są
niezawodne, i rosyjscy ludzie też
nigdy nie zawodzą. Konkluzje oficjalnego raportu MAK były jasne i
oczywiste od chwili, gdy Donald
Tusk nie odważył się wykorzystać
jedynej istniejącej możliwości
umiędzynarodowienia śledztwa” pisał Ziemkiewicz w „Rzeczpospolitej”. Wartość tego sądu wzrasta,
gdy spojrzymy na datę jego publikacji, która o prawie miesiąc wyprzedza moskiewską konferencję
MAK. I żeby nie było, że forsuję prawicę, jedno zdanie od Michała Sutowskiego z „Krytyki Politycznej”
- już po odczycie Tatiany Anodiny który napisał, że „o raporcie MAK
można powiedzieć wszystko, ale
nie to, że jest zaskakujący”. Średnio wygląda w tej sytuacji zdumienie całkiem licznej grupy czołowych polskich polityków i pierwszoligowych dziennikarzy.
Tomasz Betka
tością takiego artykułu, ale także tym, czy
dana osoba będzie w stanie przyciągnąć grupę docelową, jaką są klienci sieci sklepów. A
przecież supermarket, dla którego pisze znany dziennikarz nie jest jakiś pierwszy lepszy,
tylko dobry i renomowany. Jego tekst wzmacnia markę sklepu.
To prawda, że o wiarygodności dziennikarza prasowego decyduje nie to, gdzie pisze,
ale co pisze. Ale co zrobić z sytuacją, kiedy
dziennikarz przyczynia się do reklamy czegoś, a jednocześnie twierdzi, że nie reklamuje? Trudno utrzymywać, że nie ma tu zgrzytu. Błażej Patyn już teraz zapowiada, że w kolejnym numerze gazetki jego sieci ukaże się
następny felieton Jacka Żakowskiego. Czy
inni poważni dziennikarze pójdą tą drogą?
Na szczęście wydaje się, że raczej nie. Ale jeśli pójdą, będzie to poważny problem do rozważenia dla całego środowiska.
Adrian Stachowski
03
Co wybrać: Opera, teatr czy kino, a może koncert? Wejdź na www.facebook.com/redakcjaPDF zostań fanem, wygrywaj bilety i miej udany wieczór!
Naczelna strona
www.redakcjapdf.pl
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
Temat z okładki
Temat z okładki
W służbie niekompetencji
rzy zawsze przeczytają jego artyku ł i w y ł apią najdrobniejsze
potknięcia. Oni są znawcami danego zespołu czy nurtu, on w każdym
artykule zajmuje się nieco innym
tematem (szczególnie trudno bywa
w dziennikach, gdzie na napisanie
tekstu ma się niekiedy kilka kwadransów)”. Jedną z przyczyn tego
stanu rzeczy wydają się być również chybione oczekiwania części
czytelników. „Dziennikarz nie pisze dla innych dziennikarzy - choćby (pół)amatorów. To normalne, że
nie znajdują oni w dziennikach czy
tygodnikach tekstów takich, jakie
mogłyby ich zainteresować. Recenzje muzyczne na papierze to
zwykle krótkie notki, ale takich
właśnie szuka „zwykły czytelnik.”
Ma być krótko i atrakcyjnie.
„Polityka” raz w roku odchodzi
na moment od recenzowania płyt
nagranych przez pięćdziesięciolatków dla pięćdziesięciolatków,
by przyznać swój Paszport młodemu twórcy. W ostatnich latach
muzyczne wyróżnienia wędrowały do Grabaża, Marii Peszek i L.U.C.a – artystów wcale już niemłodych, a co więcej, często krytykowanych za pretensjonalnoś ć .
Tegoroczne wyróżnienie dla Macia Morettiego to raczej odstępstwo od niezbyt optymistycznej
normy. Paszporty starają się jednak zachować w jakimś stopniu
rangę elitarnego wydarzenia kulturalnego, o czym nie mogą marzyć z założenia masowe festiwale i konkursy organizowane przez
duże stacje telewizyjne. Każdy z
dominujących graczy rynku telewizyjnego w Polsce ma swój własny – T VP organizuje festiwal
w Opolu, TVN – w Sopocie, Polsat
zaś – również w Sopocie, ale pod
nazwą TOPtrendy. W teorii każde
z tych wydarzeń ma promować
nowe gwiazdy i lansować letnie
przeboje, w praktyce opolskie
premiery nagrywają co roku ci
sami wykonawcy (pojawiający się
również w części TOP koncertu
Polsatu), których piosenki znane
są na co najmniej dwa miesiące
przed imprezą, w Sopocie pojawia
się trzecia liga „gwiazd” niemieckich i skandynawskich, zaś z tłumu debiutantów, pokazujących
się co roku w opolskich debiutach
i sopockich trendach w yłowić
czy w okowach niezrozumienia
fot. PAP/Leszek Szymański
„Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej” – przekonywał przed laty Jerzy Stuhr. Choć każdy może, z pewnością nie każdy
powinien robić to zawodowo. Blokowanie promocji treści tandetnych i kiczowatych oraz lansowanie interesujących zjawisk – oto
zadania, jakie stoją przed dziennikarzami muzycznymi. Pobieżna analiza kondycji polskiego rynku fonograficznego sugerować
może jednak, że nie wywiązują się oni z tych zadań najlepiej.
Polskiej prasie muzycznej daleko
do przyzwoitej formy. Na rynku
funkcjonuje obecnie zaledwie kilka tytułów adresowanych do czytelnika dobrze zorientowanego we
współczesnych brzmieniach. „Teraz Rock”, „Jazz Forum”, „Machina”,
czasopisma poświęcone metalowi
czy zupełnie nowy, adresowany do
miłośników rocka progresywnego
„Lizard” to jednak czasopisma
o niezbyt dużych nakładach, kierowane raczej do pasjonatów określonych gatunków niż do szerokiego grona odbiorców. W obliczu fatalnej sytuacji na r ynku prasy
muzycznej funkcję tę powinny pełnić media głównego nurtu: wysokonakładowe dzienniki i tygodniki, rozgłośnie radiowe i stacje
telewizyjne. Z wielu różnych powodów nie wywiązują się jednak
z tego zadania. Tradycyjne dziennikarstwo muzyczne w Polsce od
lat pogrążone jest w kryzysie, potęgowanym dodatkowo postępującą cyfryzacją i wzrostem popularności internetu.
Muzyka w kącikach
Recenzenci publikujący w sieci nie
mają najlepszego zdania o swoich
starszych kolegach po fachu, uchodzących w powszechnym mniemaniu za autorytety. „Robert Leszczyński, samozwańczy krytyk muzyczny po socjologii i podobne mu
postaci uzurpują sobie role
wszechwiedzących znawców, podczas gdy ich znajomość muzyki
kończy się gdzieś w okolicach
1994 roku i śmierci Kurta Cobaina“
– mówi Kacper Bartosiak, redaktor
prowadzący popularnego serwisu
poświęconego muzyce niezależnej Porcys.com. „Możliwe, że ci ludzie po dojściu do pewnych stanowisk i wyrobieniu sobie pewnej
„marki”, po prostu przestali interesować się muzyką i teraz postanowili zarabiać kolejne pieniądze
zasłaniając się autorytetem“. Co
leży u podstaw tej niechęci? W mediach głównego nurtu – wysokonakładowej prasie, dużych stacjach telewizyjnych i radiowych
– od lat stosuje się podobny mechanizm wypowiadania się o muzyce – czy szerzej kulturze – i promowania jej.
Wielkonakładowe dzienniki i tygodniki opinii dużo więcej miejsca
poświęcają publikacjom na tematy polityczne, społeczne czy gospodarcze niż na kulturę, traktowaną po macoszemu. Szczególnie
cierpi na tym dziennikarstwo muzyczne, choć – jak zauważa Mariusz
04
Kuba Bartosiak z Porcys.com: „Robert Leszczyński to samozwańczy krytyk muzyczny, którego wiedza kończy się na 1994 roku i śmierci Kurta
Cobaina.” Na zdjęciu dziennikarz przed jedną z parafii, w której próbował dokonać aktu apostazji. Jego wystąpienie otworzyło projekt
Apostazja, realizowany przez stowarzyszenie Ruch Poparcia Palikota. Warszawa, 18 lutego 2011.
Herma z „Przekroju” – muzyce poświęca się w prasie coraz więcej
miejsca. Wciąż jednak wydawcy
poważnych tytułów zmuszani są
rozdzielać kilka stron zarezerwowanych dla działu kulturalnego na
muzykę, film, teatr, literaturę, sztuki plastyczne, komiks i wiele innych przejawów twórczej aktywności. Nie dziwi więc fakt , że
oprócz – niejednokrotnie sponsorowanych – recenzji nowości płytowych (zazwyczaj tych wydawanych przez cztery rządzące rynkiem koncerny: Universal, Sony
BMG, EMI i Warnera), o muzyce pisze się głównie przy okazji rozmaitych konkursów i festiwali. „Wydaje się, że mainstream dziennikarski nie jest przestrzenią, która
ma w obowiązku formułować błyskotliwe i odważne opinie na temat dźwięków, artystów, zjawisk,
ale poziom zachowawczości i konserwatyzmu wielu mediów, a także ignorowania nowych zjawisk
jest coraz bardziej widoczny“ –
twierdzi Piotr Kowalczyk, współpracownik m.in. „Lampy” i „Machiny”. „Mam na myśli nie tylko bezpieczne, zrytualizowane opinie,
ale mówię też o zachowawczości
formalnej, braku osobowości (np.
w stylu Bogny Świątkowskiej z połowy lat 90.) oraz o tym, że nie
przypominam sobie w ostatnich latach interesującej polemiki wokół
muzyki”.
Nie tylko niewielka liczba tekstów poświęconych zagadnieniom
związanym z muzyką powoduje, że
dziennikarstwo muzyczne w Polsce znajduje się pod ostrzałem krytyki. „Przyczyn negatywnego stosunku do «mainstreamowych»
mediów jest wiele – tłumaczy Kuba
Ambrożewski, redaktor naczelny
serwisu Screenagers.pl, współpracownik m.in. „Machiny”, radia Kampus czy nieistniejącego już warszawskiego pisma „Pulp”. – Jedną
z nich jest brak wiarygodności tytułów, które mają opinię sprzedajnych względem wytwórni i arty-
stów. Innym powodem jest brak zaufania do samych osób pełniących
rolę dziennikarzy czy krytyków
muzycznych, którzy intelektualne
lenistwo bądź kiepską orientację
w temacie maskują za pomocą
oklepanych zabiegów retorycznych, nie stroniąc od licznych frazesów.” I dodaje: „Problem ten nie
dotyczy jedynie mediów muzycznych, a w ogóle opiniotwórczej
części środków masowego przekazu i znakomicie wyjaśnia fenomen
szybkiego wzrostu popularności
dziennikarstwa obywatelskiego”.
Paradoksalnie jednak, rozmawiając z odpowiedzialnymi za nabór
współpracowników przedstawicielami najważniejszych tytułów prasowych, można dowiedzieć się, że
najważniejszym kryterium przy
doborze współpracowników działu kultura jest – obok swobodnego operowania językiem – solidne
prz ygotowanie mer y tor yc zne
i kompetencja. Aktywny czytelnik
może w ięc w yc zuć oc z y w istą
sprzeczność między swoimi oczekiwaniami a treścią, jaka zostaje
mu podana.
można tylko pojedynczych artystów, którzy stali się choć trochę
rozpoznawalni.
TVN-owski Sopot w założeniu ma
być imprezą bardziej międzynarodową, ściągającą śmietankę światowych artystów. Tak rzeczywiście
było w zamierzchłych latach siedemdziesiątych. Dziś promowanie
przez telewizję Sopot Festivalu
jako „muzycznego wydarzenia
roku” nie wytrzymuje porównania
z gdyńskim Open’erem. W 2009
roku sopockie jury, któremu przewodniczył Piotr Metz (redaktor naczelny „Machiny” i jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich
dziennikarzy muzycznych), przyznało Bursztynowego Słowika Australijce Gabrielli Cilmi. Miesiąc
wcześniej w sąsiedniej Gdyni występowali artyści nominowani do
„muzycznego Oscara”, czyli nagrody Grammy: Lily Allen czy Faith No More.
Na tle prasy i telewizji ostoją
dbałości o poziom muzyczny jawi
się wciąż radio, mimo że większość
stacji – jak główni gracze: RMF FM
i Radio Zet – opiera się na playlistach układanych przez komputer
zgodnie z formatem CHR (Contemporary Hit Radio - radio ze współczesnymi przebojami) lub jego dorosłą (adultCHR) wersją. Audycje
autorskie znajdują sobie miejsce
niemal wyłącznie w publicznych
lub studenckich rozgłośniach;
zwłaszcza Trójka przez lata kształtowała muzyczny gust tysięcy
Polaków. Nazwiska Marka Niedźwieckiego (twórcy Listy Przebojów), Piotra Kaczkowskiego (Minimax) czy Wojciecha Manna znane
są każdemu miłośnikowi muzyki…
w odpowiednim wieku. Ci, którzy
nie mają kombatanckich wspomnień związanych z nagrywaniem
piosenek na kasety w głębokim
PRL-u, niekoniecznie znajdą coś
dla siebie w programach zasłużonych dziennikarzy, którzy już dawno przestali trzymać rękę na pulsie muzycznych wydarzeń.
Internet przepustką
do papieru
Wyłaniający się z powyższych
przykładów obraz kondycji polskiego dziennikarstwa muzycznego z całą pewnością nie nastraja
optymistycznie. Diagnozę środo-
wisku stawia Ambrożewski:
„W mediach aż roi się od fikcyjnych
autorytetów i dziennikarzy, których wyobrażenie o współczesnej
kulturze utraciło jakiś czas temu
kontakt z rzeczywistością. Nawet
media publiczne, zobligowane
ustawami do działalności misyjnej,
marginalizują produkcje ambitne
i wymagające i stronią od poważnej dyskusji na właściwym poziomie“. J eszc ze rad y kal niejsz y
w swoich sądach jest Kowalczyk:
„Tradycyjne, papierowe dziennikarstwo muzyczne, w wydaniu polskim szczególnie, straciło kompletnie na znaczeniu.”
Piłeczkę odbija Bartek Chaciński,
redaktor działu kultura w „Polityce”, wcześniej związany z „Przekrojem”: „Dziennikarstwo tradycyjne
(czyli prasowe, radiowe) oczywiście ma w mediach społecznościowych i w dziennikarstwie obywatelskim olbrzymią konkurencję. Na
razie jednak ma również pewne argumenty po swojej stronie. Przede
wszystkim, autorytety - jeśli autorzy zdążyli je sobie wyrobić. Po
drugie - sporo prestiżu pozostało
jeszcze (mimo wszystkich błędów
i niedoskonałości) po stronie prasy. To dlatego dziennikarze internetowi jednak decydują się często
na zakładanie papierowych gazet”.
Nie można jednak powiedzieć, że
czytelnicy spragnieni informacji
i opinii dotyczących bieżących pozycji wydawniczych, koncertów, festiwali czy nowych, interesujących
zjawisk, skazani są na korzystanie
wyłącznie z tradycyjnych mediów.
Podobnie jak w wielu innych dziedzinach życia, rolę nie do przecenienia odgrywa tu internet, będący naturalną alternatywą dla dyskursu dominującego w prasie, radiu
czy telewizji.
Wraz z gwałtownym wzrostem
popularności, globalna sieć przejęła role, jakie pełniły niegdyś mające niewiele wspólnego z mainstreamem fanowskie czasopisma
(tzw. ziny). Ekspansja internetu
przyczyniła się nie tylko do większej swobody w poznawaniu nowej
muzyki. Przyniosła również powstanie ogromnej ilości portali,
niezależnych serwisów czy prowadzonych przez pasjonatów blogów.
Łatwiejszy stał się też dostęp do
publikacji zagranicznych. Język
angielski, łacina współczesnego
świata, dawno przestał być dla miłośników muzyki barierą, co w
oczywisty sposób wpłynęło na
osłabienie elitarnej pozycji dotychczasowych dziennikarskich
autorytetów. Praktycznie każdy
może dziś spróbować sił w „krytyce” muzycznej. Co więcej: dla wielu młodych twórców internetowe
publikacje stały się przepustką do
poważnej dziennikarskiej kariery.
Tezę tę potwierdza Kacper Bartosiak: „Faktem jest, że jeżeli za opisywanie muzyki biorą się prawdziwi pasjonaci, dla których rozszerzanie muzycznych horyzontów
stanowi pewnego rodzaju hobby,
to efektem może być pojawienie
się silnej alternatywy dla mediów
głównego nurtu.” Chaciński zwraca uwagę na inny aspekt tego zjawiska: „Wydawcom prasy papierowej łatwiej jest ściągnąć dobrych
autorów – tu czynnikiem są pieniądze. Większość serwisów internetowych nie ma argumentów finansowych po swojej stronie, stąd
wielu «sieciowych» dziennikarzy
ląduje po jakimś czasie w gazetach
papierowych. Oczywiście nie przestają pisywać do internetu, a z kolei dziennikarze tradycyjnej prasy
(w tym ja sam) interesują się publikowaniem w internecie, choćby
dla własnej przyjemności.”
Młodzież przeciw dorosłym
Wszystkich wątpiących w potęgę
internetowej krytyki muzycznej i
recenzji pisanych przez licealistów
i studentów dla ich równolatków
przekonać może przykład serwisu
Pitchfork. Ta strona internetowa,
utworzona w 1995 roku przez nastoletniego Ryana Schreibera, zdobyła sobie markę zjadliwymi tekstami krytycznymi i odkrywaniem
mało znanych garażowych zespołów. Dziś Pitchfork opiniotwórczością dorównuje takim legendarnym tytułom klasycznej papierowej prasy, jak „The Rolling Stone“
czy „NME”. Entuzjastyczne recenzje serwisu zaś otwierały wielu zespołom – takim jak Arcade Fire
– drzwi do światowej kariery.
W Polsce drogę Pitchforka stara
się powtórzyć coraz więcej wortali, m.in. istniejący od 2000 roku
Porcys czy trzy lata młodsze Screenagers, już dziś patronujące
wielu premierom płytowym i wydarzeniom muzycznym. Nieocenionym źródłem wiedzy pozostają także blogi – także te prowadzone przez dziennikarzy związanych
z ogólnopolskimi tytułami. Szaleństwem byłoby jednak ustawianie
autorów internetowych i prasowych po przeciwnych stronach nieistniejącej barykady, na co zwraca
uwagę Mariusz Herma: „Wbrew pozorom, dziennikarz mainstreamowy z jakimś tam bagażem doświadczeń nie konkuruje z sieciowymi
portalami czy blogami, bo interesują go inne formy i inna publiczność. A jeśli nawet jest inaczej, to
ma przewagę w postaci warsztatu
pisarskiego.” Przyznaje również:
„Bądźmy szczerzy – teksty blogerów często potrafią czytać tylko
inni blogerzy, a nie ludzie czekający w kolejce na poczcie.”
Konflikt internetowych recenzentów-amatorów z profesjonalnymi krytykami muzycznymi nie
może nie kojarzyć się z odwiecznym konfliktem młodzieży z dorosłymi. O pokoleniowym podłożu
problemu wspominają zresztą
wszyscy z rozmówców. Tak jak
przed dekadami rockandrollowcy
występowali przeciwko swoim rodzicom, przyzwyczajonym do klasycznego instrumentarium, tak
dziś słuchający indie rocka, hip-hopu i elektroniki internauci nie
mogą dojść do porozumienia z zasłuchanymi w prog-rocku i grunge’u „starszymi”, zwłaszcza gdy ci
popisują się ignorancją. Wydaje
się, że tradycyjne media wciąż nie
są w pełni gotowe do pokoleniowej zmiany warty w szeregach pracowników działów muzycznych.
Z drugiej strony, obecność w najpopularniejszych tytułach dziennikarzy takich jak Chaciński czy
Herma pokazuje, że proces ten na
szczęście postępuje – z korzyścią
dla słuchacza. Międzypokoleniowe różnice w słuchanych brzmieniach mogą się jednak pogłębiać,
ponieważ w internecie tak publikuje, jak i szuka informacji o muzyce przede wszystkim młodzież.
Ciekawe, co będzie źródłem informacji o nowych brzmieniach dla
urodzonych w 2011 roku.
Bartosz Iwański
Marcel Zatoński
reklama
Bez kontaktu
z rzeczywistością
Zdaniem Mariusza Hermy istnieją
trzy fundamentalne powody, dla
których młodzi ludzie z ograniczonym zaufaniem – by nie powiedzieć podejrzliwością – odnoszą
się do recenzji publikowanych
w prasie drukowanej. Zwraca on
uwagę, że część z nich zupełnie nie
znajduje uzasadnienia, jak choćby
zwykła niechęć młodych ambitnych do starszego pokolenia, „establishementu”, czy w ogóle do
mainstreamu, podejrzenia o interesowność prasy profesjonalnej.
Całkowicie zrozumiałe jest natomiast, w opinii redaktora „Przekroju”, wytykanie przez czytelników
błędów, nieścisłości i pobieżnego
traktowania tematów. „Dziennikarz jest z natury mniej wyspecjalizowany niż tych kilku fanów, któ-
05
Szukasz stancji, notatek przed sesją? Chcesz coś sprzedać, kupić? Dodaj bezpłatne ogłoszenie drobne na www.redakcjapdf.pl
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.redakcjapdf.pl
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
Trendy
Wielkość nie ma znaczenia
Chociaż największe ogólnoinformacyjne portale nie mają sobie równych pod względem liczby odwiedzin, nie wykorzystują one potencjału sieci w stu procentach. Lukę próbują wypełnić nowi gracze, którzy coraz chętniej inwestują
w witryny skierowane do węższych grup odbiorców. Jednym z nich jest sieć serwisów internetowych Moje Miasto.
„Centrum dowodzenia”
Brak miejsca nie jest w tym wypadku specjalnym utrudnieniem.
W ciągu dnia w redakcji przebywa
co najwyżej dwóch dyżurujących
dziennikarzy. To oni mają najbardziej odpowiedzialne zadanie. Muszą monitorować pracę konkurencji, kontaktować się ze służbami
porządkowymi, przekazywać informacje kolegom pracującym
poza redakcją. Są również odpowiedzialni za wydawanie portalu.
Umieszczają w serwisie materiały
prz ygotowane przez kolegów,
sprawdzają i ewentualnie zgłaszają uwagi do tekstów, wreszcie kontrolują treści tworzone przez
użytkowników.
Dziennikarze spotykają się najczęściej podczas kolegiów, o ósmej
rano. Później każdy zajmuje się
własnym tematem. - Nasze zadania różnią się nieco od pracy dziennikarzy prasowych. Oni mają na
przygotowanie materiałów więcej
czasu, my musimy informować
o wszystkich wydarzeniach już
reklama
06
w czasie ich trwania. Zależy nam
przecież na tym, żeby portal był
dynamiczny – mówi Sebastian Luciński, wydawca online.
W warszawskiej „MM-ce” pracuje sześciu dziennikarzy. W przeciwieństwie do większości innych
portali, nie wspiera ich żadna redakcja gazety drukowanej. O portal muszą więc zadbać sami. Poza
pisaniem, zajmują się również zagadnieniami technicznymi oraz
umieszczaniem i pozycjonowaniem tekstu.
fot. Agnieszka Plister
Właścicielem sieci jest spółka Media Regionalne. Do grupy należy
obecnie 10 dużych i 27 mniejszych
informacyjno-społecznościowych
portali MM. Każdy z nich posiada
odrębną redakcję, skupiającą się
głównie na tematyce lokalnej. Siedziba warszawskiej „MM-ki” znajduje się w podwórzu jednego
z czteroskrzydłowych budynków
przy ulicy Łuckiej. Wejścia nie warto szukać w jego reprezentatywnej części, za cel trzeba obrać czerwony, choć już nieco poszarzały
szyld „Moje Miasto Warszawa”.
W samym budynku nie błądzi się
zbyt długo. Media Regionalne wynajmują lokal na parterze, a redakcja mieści się w jednym jego pomieszczeniu. „Newsroom” jest dość
wąski, dlatego wszystkie biurka
ustawione są tuż przy ścianie, tak,
by umożliwić swobodne przejście.
Co na portalu?
MM informuje czytelników o życiu
miasta. Opisuje sytuacje na drogach, nowe inwestycje, działania
władz samorządowych, lokalne
wydarzenia sportowe. Codziennie
na portalu pojawia się 6-10 newsów. Przed południem strona aktualizowana jest nawet co pół godziny. Zdarzają się jednak dni, kiedy dzieje się niewiele. Wówczas
redakcja korzysta z tematów, które nieco wybiegają przyszłość i nie
są bezpośrednio związane z bieżącymi wydarzeniami.
Promocja artykułu
Liczba odsłon w sieci najczęściej
nie zależy od jakości artykułu.
Ważne jest odpowiednie wypromowanie. - Dbamy o to, żeby tytuł
zwracał uwagę. Znaleźć się w nim
powinny słowa-klucze, które będą
najczęściej wpisywane w przeglądarce. Później muszą się one powtarzać w całym tekście – wyjaśnia Sebastian Luciński.
Z kolei Karolina Eljaszak, wydawczyni online, przypomina o odpowiednim wyeksponowaniu materiału. – Po wrzuceniu tekstu zawsze
informujemy o tym na portalach
społecznościowych - „Facebooku”,
„Twitterze”, „BLIP-ie”. Uzupełniamy też kanały RSS. To standard,
w ten sposób postępują wszystkie
media – opowiada dziennikarka.
W MM Warszawa zalogowanych jest prawie 4,5 tys. „mieszkańców”
i blisko 500 blogerów.
Is tnieje w iele sposobów na
zwiększenie atrakcyjności strony.
Do tekstów dołącza się na przykład
załączniki, które potencjalnie
mogą zainteresować internautów.
Najlepiej sprawdzają się tematy,
które są ciągle aktualne. Dzięki
temu artykuł ma szansę zebrać
sporą ilość odsłon w ciągu miesiąca. Szef redakcji, Marek Dawidowicz, zapytany o ich liczbę, odpowiada wymijająco: – Tak, monitorujemy liczbę odsłon regularnie,
nawet kilka razy dziennie. Nie
chciałbym jednak wszystkiego
ujawniać. Mogę powiedzieć, że
mamy około 200 tys. unikalnych
użytkowników w miesiącu – komentuje.
Kto mieszka w mieście?
W MM Warszawa zalogowanych
jest prawie 4,5 tys. „mieszkańców”
i blisko 500 blogerów. Na każdym
profilu znajdują się informacje
dotyczące działalności poszczególnych użytkowników, przy czym
wyróżnia się tych najbardziej aktywnych.
Portal stara się wspierać przedsięwzięcia lokalne. We wrześniu
zorganizował Warszawskie Dziecięce Wyścigi Rowerowe. Jest również pomysłodawcą akcji „Zmień
swoje miasto drogowe”, która ma
zachęcić internatów do zgłaszania
problemów związanych z uszkodzonymi, źle oznakowanymi drogami. Zamieszczane skargi zgłaszane są do odpowiednich instytucji.
„Dziennikarstwo
obywatelskie”
„MM” próbuje łączyć pracę standardowej redakcji z promocją „dziennikarstwa obywatelskiego”. Dużym
zainteresowaniem cieszą się tzw.
„wirtualne kolegia”, strony z listą
wydarzeń, które warto zrelacjonować. W zamian za przygotowanie
materiałów chętni otrzymują akredytacje, wejściówki, czasem nawet
mogą wypożyczają sprzęt.
Artykuły dostarczane przez internautów podlegają jednak moderacji. Na początku ustala się ich
wiarygodność. Dziennikarze sami
weryfikują informację, a w przypadku dodatkowych wątpliwości
kontaktują się z autorami. Następnie kor ygują b łędy. W wiado mościach zwrotnych informują
o zmianach w tekście oraz ich przyczynach.
Redakcji pomaga regularnie kilku ochotników – dziennikarzy obywatelskich. Jednym z nich jest
Agnieszka Gorzkowska. Współpracuje z „MM-ką” od kwietnia 2009
roku. Najczęściej pisze 4-5 tekstów
miesięcznie. Zawsze może liczyć
na wsparcie dziennikarzy redakcyjnych, którzy doradzą jej, w jaki sposób powinna zaplanować pracę.
– Poświęcają naprawdę dużo czasu na podreperowanie indywidualnego stylu użytkownika – ocenia
Gorzkowska. Poza tym każdy, kto
tworzy materiał, może poprosić redakcję o pomoc i wiele się nauczyć.
– Zaczęłam zwracać baczniejszą
uwagę na otoczenie. Łatwiej rozpoznaję istotne wydarzenia. Wiem,
jak zrobić dobre zdjęcie, w jaki sposób planować zadawanie pytań, jak
przytaczać cudze wypowiedzi.
Po prostu potrafię konstruować
dziennikarskie teksty – wymienia
korzyści ze współpracy z „MM-ką”
Agnieszka.
Taki układ budzi jednak wątpliwości w środowisku dziennikarzy.
Wielu z nich uważa, że negatywnie
wpływa on na postrzeganie zawodu. Dodatkowo pojawiają się również kwestie etyczne, ponieważ
dziennikarstwo obywatelskie pozwala mediom poważnie ograniczyć koszty. – Nikogo do niczego
nie zmuszamy. Przeciwnie, raz w
miesiącu wynagradzamy najlepsze
materiały w ramach plebiscytu
„Tym żyje miasto”. Ale dla tych ludzi wyróżnienie nie jest najważniejszym celem. Robią to raczej dla
własnej satysfakcji. Niektórzy
z nich to pasjonaci. Swoją przyszłość wiążą z dziennikarstwem.
A dzięki nam mogą zdobyć doświadczenie – odpiera zarzuty Marek Dawidowicz. Dziennikarze obywatelscy mogą liczyć na trzy nagrody pieniężne. Za „ ar t yku ł
miesiąca” i „multimedialny artykuł
miesiąca” dostają 200 zł. Przyznawane jest również jedno 100-złotowe „wyróżnienie”.
Stawiamy na czytelników
Warszawa jest specyficznym rynkiem. Konkurencja jest ogromna.
Istnieje wiele portali o lokalnym
charakterze i ugruntowanej pozycji: „Gazeta Stołeczna”, „TVN24”,
„Antyradio Warszawskie” czy wiadomości „Interii”. Jednocześnie
stale pojawiają się nowe projekty.
- W Warszawie trudno wykreować
społeczność lokalną. Większość
mieszkańców to przyjezdni. Co
weekend ze stolicy ucieka kilkaset
tysięcy osób – zwraca uwagę Sebastian Luciński.
Mimo to chce nadal aktywizować
czytelników, kontynuując politykę otwartości na pomysły internautów. Portal ma być nie tylko
źródłem informacji o mieście. Musi
integrować użytkowników, dawać
im szansę na roz wój t wórcz y.
A tego nie da się zrobić bez silnego wsparcia zespołu redakcyjnego. – Dziennikarze obywatelscy nie
są w stanie poinformować o wszystkim, co istotne. Oni mogą co najwyżej współtworzyć serwis. Nie
zrobią tego jednak za nas. Stanowią wartość dodaną. Przygotowują ciekawostki. Mają świeże spojrzenie na pewne zagadnienia i za
to ich bardzo cenimy – stwierdza
Marek Dawidowicz. I dodaje, że w
najbliższym czasie redakcja nie zamierza wprowadzać radykalnych
zmian, a o sile witryny ciągle mają
świadczyć dziennikarze pracujący
przy ulicy Łuckiej.
Agnieszka Plister
Niby pomagamy
Po zwycięstwie Aleksandra Łukaszenki w grudniowych wyborach prezydenckich rozpoczęły się aresztowania obywateli Białorusi protestujących przeciwko jego rządom. Wśród zatrzymanych znalazło się wielu pracowników
niezależnych mediów. Jak swoim białoruskim
kolegom po fachu pomogli polscy dziennikarze?
cjalny oddział MSZ – Polska Pomoc, prowadzi też akcje we współpracy z innymi organizacjami,
choćby z Helsińską Fundacją Praw
Człowieka. Całość ma za zadanie
stopniowo zmieniać mentalność
bia łoruskiego spo łec zeńst wa
i wzmacniać pewność siebie tamtejszych dziennikarzy.
Działają również inne organizacje
pozarządowe i stowarzyszenia. Inicjatywa Wolna Białoruś zaraz po
Okres wyborów
na Białorusi
oznacza jak zwykle zaostrzenie
polityki państwa
wobec niezależn y c h m e d i ó w.
Kiedy Białorusini
wybierali ostatnio swego prezydenta, wejście na
strony internetowe telewizji Biełsat czy niezależnej prasy by ło
prawie niemożliwe. Portale gazet
„Nasza Niwa”
i „Charter97” zostały na kilka godzin zastąpione
fałszywymi wit r y n a m i . P oz a
Prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka podczas konferencji prasowej
blokowaniem
w Mińsku 20 grudnia 2010 roku
mediów władze
Białorusi zaczęły się też „bardziej sują Telewizja Polska oraz - w więk- ogłoszeniu wyników wyborów zorinteresować” samymi dziennika- szej części - Ministerstwo Spraw ganizowała pikietę pod ambasadą
rzami – ponad dwudziestu z nich Zagranicznych. Przedstawiciele Te- Białorusi, a kilka dni później happezatrzymano bezpośrednio po wy- lewizji Biełsat przyznają, że Polska ning na Krakowskim Przedmieściu.
borach . Aresztowania i zniknięcia wspomaga obecnie dwa najważ- – Ludzie odcinali biało-czerwonodziennikarzy nie są zresztą na Bia- niejsze projekty medialne: Radio białe baloniki w barwach historyczłorusi niczym wyjątkowym. Kilka Racja i Telewizja Biełsat. Pieniądze nej flagi białoruskiej.Chodziło
lat temu głośno było na przykład pochodzą z tzw. pomocy rozwojo- o symboliczne uwalnianie Białoruo sprawie Dimy Zawadzkiego, któ- wej. W wypadku Biełsatu chodzi sinów z „klatki”. Metaforę połączyry wyszedł z domu i już nie wrócił. o 16 mln zł rocznie. Jakub Biernat liśmy z akcją rozdawania ulotek i woZostał po nim tylko samochód, któ- z Biełsatu dodaje, że trudno do- łaniem przez „krzykaczkę”do przekładnie oszacować rozmiar tej po- c h o d n i ó w – t ł u m a c z y j e d e n
rym pojechał po przyjaciela.
Bez wsparcia z zewnątrz tworze- mocy, bo składają się na nią nie tyl- z uczestników akcji.
W przygotowaniu są też akcje
nie niezależnych mediów okazuje ko pieniądze, ale również wynajem
się często niemożliwe. Istnieją co pomieszczeń czy udostępnianie bezpośredniej pomocy dla obywaprawda na rynku tytuły niepowią- sprzętu. Biełsat TV ma siedzibę ma teli Białorusi, zwłaszcza dziennizane z władzą, ale - jak pokazuje w Warszawie, ale dzięki łączom karzy. – Razem z biurem europoprzeszłość – by zamknąć gazetę, satelitarnym nadaje na Białorusi. sł a Migal skiego robimy teraz
wystarczy jedno nieodpowiednie Pracują w niej przede wszystkim zbiórkę sprzętu komputerowego
słowo. Za przykład może posłużyć białoruscy dziennikarze, a progra- dla białoruskich mediów. Niedłu„Biełorusskaja Diełowaja Gazeta”, my są nadawane w języku biało- go inicjatywa zostanie ogłoszona
która, mimo że była jednym z bar- ruskim. Łukaszenka określa stację w mediach. To będzie duża akcja
dziej poczytnych tytułów, została mianem „głupiego i nieprzyjazne- – opowiada Łukasz Grajewski z Inicjatywy Wolna Białoruś.
zlikwidowana, a jej zamknięcie go projektu”.
Od 2006 roku nadaje również Rauzasadniono licznymi publikacjami artykułów obrażających prezy- dio Racja. Jego rodowód jest star- Polskie media dla kolegów
denta Łukaszenkę. Ponadto zanim szy, ale zakończyło działalność ze Wschodu
dojdzie do całkowitego zniknięcia z powodu niew ystarczających Miesiąc po białoruskich wyborach
tytułu z rynku, władza stosuje inne środków finansowych. Dzięki pol- Stowarzyszenie Dziennikarzy Polmetody, aby doprowadzić redak- skiemu wsparciu udało się funk- skich wydało oświadczenie, w którym opowiedziało się zdecydowację do bankructwa: podnosi czyn- cjonowanie stacji wznowić.
nie po stronie represjonowanych
sze, winduje ceny w drukarni, a nadziennikarzy. W oficjalnym komuwet przeprowadza rewizje w re- Nie tylko Biełsat
d a kc j a c h i mi e s z k a nia c h . P o Polskie MSZ, obok dużych projek- nikacie można przeczytać między
niedługim czasie tytuł przestaje tów realizuje też inne, mniejsze innymi, że „Zarząd Główny Stowaakcje. Organizowane są na przy- rzyszenia Dziennikarzy Polskich
przynosić zyski i upada.
kład szkolenia dla dziennikarzy kolejny raz sprzeciwia się łama„Nieprzyjazna” telewizja
białoruskich, konkursy dotyczące niu wolności słowa na Białorusi
Szansą na wzmocnienie wolności wspierania wolności słowa na Bia- i represjonowaniu naszych kolebiałoruskiego słowa jest wspólne łorusi, a Centrum Edukacji Obywa- gów dziennikarzy”. Sami dzienniprzedsięwzięcie polskiego MSZ telskiej Polska-Białoruś uzyskało karze prezentują już w tej kwestii
i TVP. W 2007 roku utworzono te- dotacje z ministerstwa w wysoko- różne stanowiska. – Jedyne, co
lewizję Biełsat, którą współfinan- ści ponad 3 mln zł. Poza tym spe- możemy robić, to maksymalnie
nagłaśniać wydarzenia z Białorusi, mówić o problemach i przekazywać informacje – uważa Marcin
Wolski z „Gazety Polskiej”.
Zdarzają się jednak tacy dziennikarze jak Jerzy Jurecki z „Tygodnika Podhalańskiego”, który – zarówno w Polsce, jak i na Białorusi – organizuje warsztaty dziennikarskie
dla kolegów ze Wschodu. – Mamy
obowiązek pomagać opozycjonistom na Białorusi, tak jak nam kiedyś pomagali ludzie z Zachodu – nie
ma wątpliwości Jurecki. W podobnym tonie wypowiada się Andrzej
Skworz, redaktor naczelny „Press”.
- Polacy jeżdżą na Kubę lub do Korei Północnej, żeby na własne oczy
zobaczyć ostatnie systemy totalitarne. Tymczasem jeden z nich
mamy tuż za naszą granicą, 600 kilometrów od Warszawy. Jest wielkim grzechem polskich dziennikarzy, że szukamy daleko, a nie pomagamy tym, których mamy blisko, na
wyciągnięcie ręki. Im faktycznie jesteśmy zobowiązani pomóc – zwraca uwagę Skworz.
Pokazywać rzeczywistość
W polskich mediach informacje
i komentarze o wydarzeniach na
Bia łorusi w okresie w yborów
i krótko po nich pojawiał y się
w zasadzie codziennie. Ale czy
w trakcie kolejnej kadencji Łukaszenki polskie media będą równie
chętnie wypowiadały się w tej
sprawie? – Jest zainteresowanie
tym, co się dzieje, zwłaszcza, kiedy prześladowani są nasi pracownicy – odpowiada Jakub Biernat
z Biełsat TV. Jednak sytuacji, kiedy o Białorusi się nie pisze, jest
znacznie więcej. Ostatnią większą
akcją solidarności z mieszkańcami tego kraju była „Kartka dla Białorusi” zorganizowana przez „Gazetę Wyborczą”. Pomysł zyskał
aprobatę sporej rzeszy polskich
artystów i publicystów, między innymi Hanny Krall, Alicji Kapuścińskiej czy Jerzego Pilcha. Co ciekawe, w informowaniu o Białorusi
może pomóc Biełsat. - Chętnie
dzielimy się z telewizją zdjęciami
z Białorusi. Jeśli dzieje się coś
ważnego, Biełsat udostępnia swoje materiały wideo. Polskie redakcje często nie mają na Białorusi
swoich korespondentów, więc to
dla nich istotne ułatwienie – deklaruje Jakub Biernat.
Wątpliwości co do tego, że trzeba
pokazywać prawdziwą rzeczywistość na Białorusi, nie ma również
Andrzej Skworz. Naczelny „Press”
dodaje jednak, że to sami Białorusini muszą wywalczyć dla siebie
wolność słowa i demokrację. – My
możemy im tylko pomagać. Powinniśmy przy tym pamiętać, jak nas
wspierano przez lata komunizmu
– podsumowuje.
Pozostaje pytanie, czy polscy
dziennikarze pomagają swoim kolegom zza Buga w ich trudnej sytuacji wystarczająco skutecznie.
Alicja Skorupko
reklama
07
Co wybrać: Opera, teatr czy kino, a może koncert? Wejdź na www.facebook.com/redakcjaPDF zostań fanem, wygrywaj bilety i miej udany wieczór!
Puls redakcji
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.redakcjapdf.pl
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
Rozmowa wokół
Polecamy
Jak trzeba pisać, żeby zadowolić taką nauczycielkę?
Pawłowi nauka nie zajęła zbyt wiele czasu (uśmiech). Jak mnie zadowolić? Po prostu się przyłożyć.
Przemyśleć. Pisać rzetelnie. Dziennikarze zbyt często mają ambicję
być prokuratorami, śledczymi.
Wchodzą w te role tak zapamiętale, że w pewnym momencie przestają być dziennikarzami. Rzetelność pozwala tego uniknąć.
Kto uczył panią?
Jerzy Ambroziewicz. Pytał mnie: ile
razy pani to pisała? Odpowiadałam,
że dwa. A on na to: w takim razie
napisze pani trzeci raz. Wracałam
ze strajku, oddawałam tekst z wypowiedziami robotników. On pytał:
ci robotnicy mają chyba jakichś kierowników? Byłam pojętną uczennicą, w lot chwytałam jego uwagi.
Wstałam i pojechałam porozmawiać z kierownikami. Uczył mnie
także ostrożności w doborze słów,
operowania konkretami. Napisałam raz o jakiejś organizacji społecznej, że „bierze pieniądze za
nic”. Co to jest „nic”? To „nic” oznacza przecież, że nie zrobili tego, co
do nich należało. Powinnam była
wyliczyć konkretne rzeczy, pokazać, czym jest to „nic”. Teraz sama
bym takie zdanie skreśliła.
Zaczynała pani od reportażu.
Dziś już on pani nie kusi?
Nie. Wyrosłam z reportażu. Nie odpowiada mi wyrywkowość tego gatunku. Zresztą zajmuję się teraz tym,
reklama
Uzasadnienie takich błędów
brzmi często: „bałem się, że
jak zdania będą zbyt <<okrągłe>> i <<ładne,>> to wywiad
straci na wiarygodności”.
Wywiad traci na wiarygodności,
gdy jest napisany nierzetelnie lub
w sposób niezrozumiały.
Przed ukazaniem się książki
„Oni” gatunek znany jako wywiad-rzeka był w Polsce praktycznie nieznany. Czuje się
pani pionierką?
Myślę, że udało mi się wykroczyć
poza obowiązujący wówczas schemat „pytanie-odpowiedź”. Zamiast pilnować zaplanowanych
wątków, podążałam za bohaterem. Zamiast zadawać długie, rozbudowane pytania, starałam się
wsłuchać w słowa rozmówcy. Wybrałam drugi plan. Bo to bohater
powinien być w rozmowie słyszal-
konkretniej – słuchać. W rozmowie
chodzi o słuchanie. Kolegów, przyjaciół, ludzi przypadkowo poznanych w pociągu. Rozmawiać potrafi ten, kto pozwala drugiemu człow iekow i w ypow iedz ieć się
w pełni, nie przerywa mu. Umiejętność słuchania przydaje się
zresztą nie tylko dziennikarzowi.
Wielu osobom nie zaszkodziłoby
czasami usunąć się w cień i oddać
głos komuś innemu.
Jerzy Urban powiedział w wywiadzie, że „napisał do pani, bo
potrzebował akuszerki”. Podoba się pani takie określenie?
Tak, w ustach Urbana – bardzo. Oddaje jego sposób widzenia świata.
A czy nie jest tak, że prowadzący wywiad zawsze jest w
pewnym stopniu akuszerem,
pomagającym prawdzie wydostać się na świat?
Nie, nie zawsze. Rozmowa jest także po to, by uwolnić człowieka od
stresu. Pomóc mu w przywołaniu
tragicznych wspomnień, uporządkowaniu ich, aby potem mógł żyć
z nimi dalej. Dlatego nie byłam
akuszerką w rozmowie z prof. Ewą
Łętowską. Nie „wyciągałam” prawdy z Ewy Kopacz i innych bohaterów wywiadów smoleńskich. Gdy
szukam właściwego określenia,
przypomina mi się, jak kilka lat
temu, podczas Festiwalu Singera,
zbierałam opowieści do książki
08
Czy jest jakieś jedno pytanie,
którego – bez względu na to,
kim jest rozmówca – po prostu
by pani nie zadała?
Nie mam zamiaru odzierać bohatera ze wszystkich jego tajemnic. One
często mieszczą się w sferze intymnej, niemającej nic wspólnego z
działalnością takiej osoby. Kiedy tematem wywiadu jest życie publiczne, nie pytam o sprawy osobiste.
A jeśli rozmowa już z założenia dotyczy spraw bardzo intymnych?
Niczego wtedy nie wydzieram, nie
wyciągam. Po prostu pozwalam
mówić. Staram się stworzyć atmosferę intymności i wyciszenia.
Czasami prowokuję, zachęcam, aby
mój bohater powiedział więcej, ale
nigdy nie naciskam.
Co oznacza dla pani określenie „trudny rozmówca”?
Taki, który nikomu wcześniej nie
opowiadał swojej historii. Gdy
człowiek całymi latami o czymś nie
mówi – bo nie może, boi się albo
nie ma komu o tym powiedzieć –
nakłada na siebie pancerz. I ja staram się ten pancerz przebić. Przekonuję taką osobę, że jej losy pow inny zostać opow iedziane
i usłyszane. U Michała Bristigera,
jednego z bohaterów mojej najnowszej książki, takie „przebijanie
się” trwało dwa lata. Innym rodzajem pancerza, któr y musiałam
Czy można pani zdaniem
polubić autoryzację?
Ja nie tylko lubię, ale wręcz uwielbiam autoryzację. Dla mnie jest
ona potwierdzeniem tego, jak dobrze poznałam mojego rozmówcę.
W dziewięciu prz ypadkach na
dziesięć nie mam z nią żadnego
problemu. Ewentualne zmiany dotyczą pojedynczych słów, może
zdań, nigdy całych akapitów. Zasada jest prosta – jeżeli w tekście wywiadu dziennikarz nie zagubi myśli swojego rozmówcy i będzie potrafił je przekazać za pomocą słów
i zwrotów charakterystycznych dla
tej osoby, to autoryzacja nigdy nie
będzie problemem.
Gdy w tym jednym na dziesięć
przypadków bohater upiera
się, żeby skreślić jakiś wyraz,
idzie mu pani na rękę?
Różnie. Zawsze staram się przekonywać do mojej wersji. Zdarza się,
że ulegam w kwestii przymiotników
lub przysłówków. Też ich nie lubię,
więc gdy ktoś uważa, że trzeba wykreślić słowa takie jak „bardzo”,
„strasznie” czy „głęboko”, robię to,
ale oczywiście w granicach rozsądku. Zazwyczaj też kilka zostawiam.
Przypomina to trochę negocjacje.
Wywiad zredagowany, autoryzacja przebiegła bez problemów, gotowy tekst trafia…
właśnie, do kogo? Powiedziała
pani, że pisze „dla siebie i czytelnika takiego jak ja”. Jaki jest
w takim razie pani czytelnik?
Potrafi czytać między wierszami.
Odczytuje sugestie i aluzje. Poprzez
rytm moich opowieści, układ słów i
zdań, wychwytuje wszystkie sensy.
Bo ja tylko uchylam furtki. Nikomu
nie mówię, którą ma wybrać.
Zasięgnij rady
profesjonalistów
Ruszył nowy angielskojęzyczny
portal Photosynesi.com,, dzięki
któremu amatorzy mogą otrzymywać od doświadczonych fotografów indywidualne opinie
oraz rady na temat swoich zdjęć.
Oceniający prace to znani i cenieni fotografowie, doświadczeni w różnych dziedzinach fotografii, np. nagrodzona Pulitzerem
fotoreporterka Martha Rial, fotograf Magnum Eli Reed, czy podróżnik National Geographic
Krist Bob.
Nie wiadomo, czy to jeszcze Europa czy już Ameryka. Kraj wulkanów,
wodospadów, gejzerów i elfów.
Państwo, w którym ludzie nie mają
nazwisk, a ciepłej wody jest tak
dużo, że wykorzystuje się ją do podgrzewania chodników i ulic. Miejsce, gdzie życie toczy się własnym
tempem. Państwo, w którym mieszkańcy do dziś odczuwają negatywne skutki kryzysu finansowego
sprzed dwóch lat. Nasze wyobrażenie o tej wyspie jest stereotypowe
i budowane na bazie powierzchownych informacji medialnych, a przecież drugą największą co do wielkości grupą narodową po Islandczykach są tam Polacy.
Próby opowiedzenia o Islandii
podjęli się członkowie kolektywu
Sputnik Photos. Choć sami fotografowie przyznają, że przed wyjaz-
GRAND PRESS PHOTO 2011
Wystartowała 7. edycja Ogólnopolskiego Konkursu Fotografii
Prasowej dla zawodowych fotoreporterów. Organizatorem jest
miesięcznik „Press”. Zdjęcia będą
oceniane w pięciu kategoriach:
wydarzenia, ludzie, życie codzienne, sport, przyroda, a termin przesyłania zgłoszeń mija 1
kwietnia 2011 roku.
Agencja Reuters
Jak co miesiąc, na stronach jednej z największych agencji prasowych Reuters, w dziale “Pictures of the Month” pojawiła się kolejna porcja zdjęć z minionego
miesiąca. Światowa agencja prasowa Reuters udostępniła galerię kilkudziesięciu najlepszych
zdjęć wykonanych przez jej fotoreporterów w różnych miejscach
świata, w styczniu 2011 roku.
Wśród nich, także te z początku
konfliktu w Egipcie i Tunezji.
Konkurs dla miłośników przyrody
Rozpoczęła się kolejna edycja
międzynarodowego konkursu fotograficznego Wildlife Photographer of the Year. Organizatorem
konkursu jest Muzeum Historii
Naturalnej oraz BBC Wildlife Magazine. Konkurs skierowany jest
zarówno do amatorów, jak i profesjonalistów. Na laureatów czeka pula nagród wartości ponad
24 tys. funtów brytyjskich. Termin zgłaszania prac mija 18 marca 2011 roku.
opr. Ewelina Petryka
historie przekazywane z pokolenia
na pokolenie, a osoby pozujące do
zdjęć wypytywał o wszelkie związki z elfami. Agnieszka Rayss postanowiła spojrzeć na zbiorniki wodne, które od zawsze były wpisane
w krajobraz wyspy. W specyficzny
dla siebie sposób ukazuje relacje
człowieka z wodą. Porusza zjawisko luksusowej turystyki.
Z uwagi na warunki panujące na
wyspie, głównym działem rolnictwa Islandii jest hodowla. Ten temat drąży Jan Brykczyński, fotografując rodziny, w których zwierzęta
traktowane są prawie na równi z
ludźmi. Ostatni z fotografów, Rafał
Milach, nie koncertuje się na jakiejś
konkretnej sprawie. Interesuje go
wszystko, każda osoba, każde miejsce, każdy kąt. Zabiera ze sobą masę
sprzętu fotograficznego, od polaroidu po wielki format. Fotograficznie
komentuje to, co
spotyka.
Zrealizowane eseje fotograficzne to z
jednej strony opowieść o Islandii pop r ze z z a a n g a ż o waną sztukę dokumentu, a z drugiej
poprzez współczesny język literatury
islandzkiej. Polscy
fotografowie patrzą
na ten kraj z innej
perspektywy niż towarzyszący im pisarze/dziennikarze,
dlatego fotografie i
teksty to pewnego
rodzaju konfrontacja dwóch kultur,
dwóch odmiennych
spojrzeń i środków
wyrazu, które wzajemnie się uzupełniają.
Efektem owocnej współpracy
jest album pt. „IS (not)”, zawierający ogromną ilość zdjęć wraz
z tekstami. Sputnik planuje też
cykl wystaw zarówno w Polsce, jak
i zagranicą. Będzie więc wiele okazji, aby zobaczyć zrealizowane materiały.
dem niewiele wiedzieli o wyspie,
ani też o życiu i problemach mieszkańców tej dziwnej dla nas przestrzeni. Co prawda Sputnik ma za
sobą już dwa długoterminowe projekty: „At the border”, dotyczący
nielegalnych imigrantów w nowych krajach Unii Europejskiej
oraz „U”, opowiadający o współczesnej Ukrainie. Projekt islandzki przyjął trochę inną formę niż poprzednie realizacje.
Pięciu utalentowanych polskich
fotografów dokumentalistów oraz
pięciu islandzkich pisarzy/dziennikarzy połączonych w pary podróżuje po wyspie w poszukiwaniu tematów. Założeniem podstawowym
było fotografowanie normalnego,
codziennego życia mieszkańców
i zdecydowane odrzucenie estetycznego, pocztówkowego krajobrazu wałkowanego przez foldery
turystyczne.
Każdy z fotografów realizuje materiał w inny, bardzo osobisty sposób. Dla Adama Pańczuka punktem
wyjścia była pogańska tradycja i islandzka mitologia. Interesowały go
Mirek Kaźmierczak
Maciek Nabrdalik z VII oraz
Agnieszka Rayss Adam Pańczuk ze Sputnik Photos zostali
laureatami amerykańskiego
konkursu fotograficznego Pictures of the Year International
2011. W Europie to mniej znanykonkurs niż holenderski
World Press Photo, jednak w
środowisku zawodowych fotoreporterów bardziej ceniony
ze względów artystycznych.
Maciek Nabrdalik oraz
Agnieszka Rayss prowadzą zajęcia w Akademii fotoreportażu (www.fotoreportaz.org.pl).
Laureatom gratulujemy!
Projekt został zrealizowany dzięki wsparciu udzielonemu przez Islandię,
Liechtenstein oraz Norwegię poprzez dofinansowanie ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz Norweskiego
Mechanizmu Finansowego.
Wystawy projektu IS (not) od:
16 lutego w Muzeum Narodowym w Gdańsku
8 kwietnia w Galerii B&B w Bielsko-Białej
20 czerwca w Skwerze Fabryka Trzciny Art Center w Warszawie
09
Szukasz stancji, notatek przed sesją? Chcesz coś sprzedać, kupić? Dodaj bezpłatne ogłoszenie drobne na www.redakcjapdf.pl
Jest jakiś sposób na to, żeby
nauczyć się rozmawiać?
Tylko jeden: rozmawiać. A jeszcze
Stara Galeria ZPAF (pl. Zamkowy
8) zaprasza na wystawę fotografii krajobrazu Jerzego Łapińskiego. Autor prezentuje pięćdziesiąt
czarno-białych fotografii wykonanych w klasycznej technice.
Wystawa to zbiór zdjęć wykonanych od 1989 roku. Zdjęcia ukazują różne krajobrazy Polski,
przede wszystkim góry. Wystawa potrwa do 4 marca. Więcej
zdjęć na: www.jerzylapinski.pl
IS (not) to zagadkowa nazwa najnowszego projektu kolektywu fotograficznego Sputnik Photos. Adam Pańczuk,
Agnieszka Rayss, Michał Łuczak, Rafał Milach oraz Jan Brykczyński wyruszają do Islandii, aby językiem współczesnej fotografii dokumentalnej opowiedzieć o wyspie i jej mieszkańcach. Pokonują setki kilometrów, przemierzając wyspę wzdłuż i wszerz. Opowiadają historie ludzi, którzy żyją w tym specyficznym klimacie.
fot. Agnieszka Rayss
ny. Obecnie takie wywiady-rozmowy są w prasie czymś normalnym.
Wywiad się pisze, nie spisuje
– to wiadomo. A jaki jest pani
zdaniem największy grzech,
który podczas pisania wywiadu można popełnić?
Są dwa takie grzechy. Pierwszy to
oczywiście nieuczciwość, próba
wpisania w wypowiedzi rozmówcy
własnych poglądów. Drugi to płytkość. Powierzchowne pytania pociągają za sobą miałkie, spłycone
odpowiedzi. Jeszcze innym grzechem, może nie największym, ale
skrajnie irytującym, jest umieszczanie przez dziennikarzy w tekście
wywiadu zdań, które spisali z dyktafonu, nie próbując nawet zrozumieć ich treści. Podczas pracy nad
rozmową trzeba zawsze pamiętać,
że słowo mówione i pisane to dwa
różne kody i ten pierwszy będzie
dla czytelnika niezrozumiały.
Krajobrazy Jerzego
Łapińskiego w Starej
Galerii ZPAF
Na Islandii wylądował Sputnik
fot. Adam Pańczuk
do czego pasuję. Wpadłam w rutynę, która jest także pewnego rodzaju komfortem psychicznym. Robienie wywiadów sprawia mi przyjemność. Nie wyklucza męki, jaka
zawsze towarzyszy pisaniu, ale cały
czas pozostaje przyjemnością.
fot. Krystian Szczęsny
Anna Kiedrzynek: Paweł Smoleński powiedział, że była
pani najkrwawszym nauczycielem reportażu.
Teresa Torańska: „Tyranem”, tak.
Ale nie jestem wcale taka wymagająca.
Trudniej rozmawiać z politykami czy z ludźmi dotkniętymi
cierpieniem?
Rozmowy o uczuciach są dla mnie
skrajnie trudne pod względem
emocjonalnym. Jest dyktafon, którego trzeba pilnować, ale są też
emocje, łzy. Na dodatek moje poruszenie samo w sobie nic jeszcze
nie daje, bo to czytelnik ma być poruszony, czytając tekst. Niełatwo
jest przelać uczucia na papier, znaleźć dla nich odpowiednią formę.
Z kolei wywiady z politykami często przypominają grę, wymagającą ode mnie ogromnej czujności.
Krótko
fot. Jan Brykczyński
Dobry wywiad jest rozmową, a nie tylko zapisem pytań i odpowiedzi. Teoretycznie
każdy to wie, dopiero praktyka wykazuje, że w kategorii „najtrudniejsze gatunki
dziennikarskie” reportaż ma w postaci wywiadu mocną konkurencję. O dobrej rozmowie – czyli takiej, która nie krzywdzi bohatera i nie nudzi czytelnika – opowiada Teresa Torańska, jedna z mistrzyń tej formy, autorka książek „Oni”, „Byli”, „Są”
oraz najnowszej „Śmierć spóźnia się o minutę”.
skruszyć, niemającym nic wspólnego z wojenną traumą, był język
nowomowy, jakim posługiwali się
komuniści z książki „Oni”. Dla mnie
to były początki, wtedy dopiero się
uczyłam. Dziś forsowanie barier
przychodzi mi trochę łatwiej.
fot. Rafał Milach
Uchylam furtki
„Jesteśmy” o emigracji 1968 roku.
Usłyszałam tam: „O, Torańska przyszła, będzie nam znowu robić psychoterapię”.
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.redakcjapdf.pl
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
Marcus Bleasdale, Giulio Di Sturco i Anastasia Taylor-Lind znaleźli się w drugim etapie tegoroc znej ed yc ji S ony Wor ld
Photography Awards dla profesjonalistów. Wyniki konkursu
będą publikowane 27 kwietnia
2011 r. Sony WPO jest obecnie
jednym z najpopularniejszych
konkursów wszystkich dziedzin
fotografii.
Panos
Ośmiu fotografów agencji Panos
znalazło się w drugim etapie konkursu 2011 Sony World Photography Awards, trzech z nich jako
finaliści. Robin Hammond zakwalifikował się jako jeden z finalistów swoim materiałem „Rape as
a Weapon of War” w kategorii aktualnych w ydarzeń. Andrew
McConnell jest finalistą fotografii podróżniczej dzięki zdjęciom
rybaków na rzece Kongo, a Adam
Hilton znalazł się wśród finalistów fotografii komercyjnej dzięki zdjęciom dla kampanii reklamowej Manfrotto.
Restrepo, film dokumentalny fotografa Tima Hetheringtona i
Sebastiana Jungera o życiu amerykańskiej jednostki w Afganistanie, po wygranej na Sundance Film Festival został nominowany do Oscara w kategorii
filmów dokumentalnych. Film
koncentruje się na przeżyciach
Amer ykanów oraz relacjach
między nimi. Autorzy śledzili
żołnierzy w Korengal Valley, tak
zwanej Dolinie Śmierci i (brak
kontynuacji)
Jan Banning zdobył trzecie
miejsce w duńskim konkursie
fotografii prasowej Zilveren
Camera w kategorii kultura.
Nagrodzony został nie tylko
jego materiał o renowacji Rijksmuseum w Amsterdamie. Seria portretów jego autorstwa
(Comfort Women), która przedstawia kobiety trzymane jako
niewolnice seksualne przez japońskie wojsko podczas drugiej wojny światowej zdobyła
pierwsze miejsce w kategorii
portretów.
opr. Jan Grabek
10
Kiedy do amerykańskiej konstytucji wpisano prawo wyborcze dla
czarnoskórych obywateli, Południe
wprowadziło przymusowy test pisemny, który trzeba było zdać przed
oddaniem głosu. Dyskryminowało
to głównie czarnych, którzy jako
byli niewolnicy rzadko mieli szansę na edukację. Była to tylko jedna
z reperkusji, które miały ograniczyć
dopiero co uzyskaną możliwość
partycypacji czarnoskórych obywateli w życiu politycznym. Zniesiono ten test dopiero wiek później, w
latach szeździesiątych zeszłego
stulecia. Od tego czasu minęło dopiero 50 lat, a Stany Zjednoczone
doczekały się pierwszego czarnoskórego prezydenta.
Bruce Davidson stworzył photocast, w którym udokumentował
walkę o te uprawnienia i gwarancje dla jednostki.
Magnum in Motion zaprezentowało pracę Davidsona wzbogaconą o archiwalne nagrania audio i wideo z lat
sześćdziesiątych, wraz ze ścieżką
dźwiękową zawierającą przemyślenia autora na temat tego, co fotografował. W efekcie jego pracy powstał
zastanawiający photocast. Bruce
zbierał materiał przez cztery lata po
tym, jak przez przypadek znalazł się
w autobusie z tak zwanymi Jeźdźcami Wolności, których cele i determinacja zaczęły go fascynować. Od
tego buntu przeciwko doktrynie „seperate but equal” zaczęła się jego
przygoda. Autor opowiada poprzez
"Sit-in" - okupowanie miejsc mimo woli posiadaczy lokali - było akcją
afroamerykanów przeciwko zakazu wejścia do kafejek, barów i restauracji, w których gościli biali. New York City. 1962. Black Americans.
zdjęcia i komentarze o sytuacji w kraju, następnie o tym, jak pracował, co
odczuwał w kluczowych momentach,
aż pod koniec wprowadza wątek, który jest może jednym z najlepiej poprowadzonych wątków konkluzji
oglądanych w photocastach. Kilka
razy kadry są zaskakująco wymowne. Inne ujęcia dokumentują wydarzenia tak niewiarygodne, że aż przygnębiające. „Time of Change” to jednym słowem emocjonalna podróż w
całkiem nam bliskie jeszcze czasy,
zdominowane przez problemy dla
nas tak odległe.
Davidson może za często posługuje się tekstem w swoich fotogra-
fiach, z drugiej strony zdjęcia plakatów i szyldów na drzwiach sklepów są ważnym dokumentem
historycznym. Mają też wartość informacyjną – zwłaszcza dla młodszych odbiorców, dla których te nakazy, zakazy i żądania bywają zupełnie niezrozumiałe. Na szczęście,
poza tego typu zdjęciami photocast zawiera obrazy bardziej atrakcyjne pod względem estetycznym
oraz multimedia.
Dzieło Davidsona robi duże wrażenie również dlatego, że zajmuje się
wieloma różnymi aspektami przedstawianego problemu. Widzimy kadry jak najbardziej codzienne i pięk-
porterzy Panos koncentrują się na
problemach, które dotykają ludzi
w różnych zakątkach świata. Realizowane materiały nie są ilustracja
prasową, ale raczej własną interpretacją tego, co widać dookoła.
Zmuszają widza do głębszego zastanowienia się nad jakąś kwestią i wyciagnięcia wniosków. Poczucie estetyki poszczególnych fotografów oraz umiejętność budowania ciekawej narracji stoją na najwyższym poziomie. W materiałach
widać duży wpływ fotografii typowo dokumentalnej, ale nie brakuje też efektownych, fotoreporterskich klatek czy w mistrzowski
sposób zarejestrowanych krajobrazów. Jak na każdą dobrą agencje przystało, nie ogranicza się tylko do fotografii. Członkowie realizują także fotokasty oraz inne
formy multimedialnego przekazu.
Ostatnia produkcja Tima Hetheringtona i Sebastiana Jungera pt.
„Restrepo“ została nawet nominowana do tegorocznych Oscarów
w kategorii film dokumentalny.
Warto dodać, że w Panos Network
zaangażowanych jest dwóch pol-
Niesprzyjające warunki pogodowe zawsze pociągały fotografujących, którzy upatrują w nich dobry temat dla swoich prac. Niestety, niskie temperatury nigdy nie
były sprzymierzeńcami ludzi ani ich sprzętu.
www.inmotion.magnumphotos.
com/essay/time-change
Jan Grabek
Bekon wśród agencji
51 nagród na World Press Photo to
niezły wynik, nie wspominając już
o setkach innych wyróżnień w najbardziej prestiżowych konkursach
fotograficznych na świecie. Mowa
o dorobku londyńskiej agencji Panos Pictures, która w tym roku obchodzi 25 urodziny, a specjalizuje
się w globalnych problemach społecznych.
Panos nie jest tak legendarna jak
Magnum, ani tak elitarna jak VII,
mimo to zajmuje ważną pozycje
w świecie fotoreporterskich agencji. Znana jest ze świeżego spojrzenia i chęci prezentowania materiałów wykraczających poza to,
co pokazywane jest we współczesnych mediach . S ł owo panos w starożytnym greckim oznaczało
bekon. Jednak bardziej trafną interpretację słowa znajdziemy
w Nepalu, gdzie panas oznacza
lampę olejną, przy której ludzie
spotykają się wieczorem i dyskutują o ważnych sprawach. Ponadto łaciński przedrostek „pan” oznacza „wszyscy” lub „uniwersalny”,
co dobrze symbolizuje globalne
zaangażowanie agencji. Fotore-
Zima fotografa
Referendum o odłączenie południowego Sudanu i jego niepodległość.
Sudan, Dolo Payam, Juba County, 9 stycznia 2011
skich fotografów: Witold Krassowski oraz Piotr Małecki. Agencja
otwarta jest na nowych członków
i co 12 miesięcy organizuje nabór.
W t ym roku zgłoszenia można
przesyłać do 1 marca, a wyniki zostaną ogłoszone w kwietniu. Swoją kandydaturę może zgłosić każdy. Nieważne gdzie mieszkasz
i skąd pochodzisz, ważne jest jak
pracujesz i jakie są twoje zdjęcia.
Adrian Evans, dyrektor Panos Pictures, zwraca uwagę na koniecz-
ność dokładnego przestudiowania
tematu, którym się zajmiemy. Uważa, że jest to kluczowy warunek dobrych fotografii. Słabe zdjęcia
mogą być efektem tego, że za mało
czytasz – dodaje.
Więcej o samej agencji, materiałach, fotoreporterach i prowadzonym naborze na oficjalnej stronie
Panos Pictures: www.panos.co.uk.
Mirek Kaźmierczak
Rubryka powstała we współpracy z agencją Ek Pictures, która jest przedstawicielem w Polsce agencji fotograficznych,
takich jak m.in.: Magnum i Panos. Zdjęcia udostępniono dzięki życzliwości autorów i ich agencji.
Piękno skrzącego się śniegu, malowniczej szadzi czy zjawiskowych sopli lodu nie pozostawia nikogo obojętnym. Jednak zanim wybierzemy
się w teren z zamiarem dokumentowania tych zjawisk lub po prostu na
narty czy snowboard, warto wiedzieć, jak odpowiednio przygotować się do pracy w takich warunkach, aby nie zrobić krzywdy sobie
ani ekwipunkowi fotograficznemu.
Pierwszym zagadnieniem jest odpowiednia odzież. Stara zasada
ubierania się na cebulkę sprawdzi
się w tym przypadku wyśmienicie.
Fotograf musi nastawić się na
wzmocnioną ochronę, ponieważ robiąc zdjęcia zatrzymujemy się,
a statyka nie wpływa korzystnie na
odczuwanie niskich temperatur.
O ciepłych skarpetach, szaliku,
czapce czy odpowiednich butach
nie trzeba przypominać. Jednak
warto zastanowić się nad bardzo
przydatnymi udoskonaleniami, rodem ze sklepów dla miłośników
górskich wypraw. Odpowiednia
bielizna termoaktywna odprowadzi wilgoć na zewnątrz, a ciepło zatrzyma przy ciele. Dobry windstopper powstrzyma przenikliwy wiatr,
polar da dodatkowe ciepło, a kurtka z dużymi kieszeniami zabezpieczy przed mokrym śniegiem i bezpiecznie ukryje drobne akcesoria.
Na liście niezbędnych rzeczy nie
może zabraknąć także odpowiednich rękawiczek. Najlepiej zaopatrzyć się w dwie pary. Jedne grube,
których będziemy używać normalnie. Pod nimi schowana druga para,
wykonana z cienkiego materiału,
którą wykorzystamy przy obsłudze
aparatu. Wybierając odpowiedni
model, najlepiej zabrać ze sobą
sprzęt, aby sprawdzić, które rękawiczki spełniają nasze oczekiwania
przy obsłudze niewielkich przycisków i pokręteł. Warto zwrócić
uwagę na pewny uchwyt aparatu.
Na rynku znajdziemy modele specjalnie przystosowane dla fotografów z różnymi udogodnieniami, np.
zdejmowaną osłoną na palce czy
ogumowaniami po wewnętrznej
stronie dłoni. Oprócz miejsc z akcesoriami fotograficznymi, warto
zajrzeć do sklepu myśliwskiego czy
wędkarskiego, gdzie także znajdziemy rękawiczki do specjalnych
zastosowań, które można z powodzeniem wykorzystać przy robieniu zdjęć.
W znakomitej większości instrukcji zastrzeżone jest, że aparat może
pracować tylko do temperatury
zero stopni Celsjusza. Czy oznacza
to, że pozostaje nam utrwalanie widoków przez okno? Nic bardziej
mylnego. Jest to tylko zabezpieczenie firm przed nadmierną liczbą reklamacji. W niskich temperaturach
elektronika może reagować z pewnym opóźnieniem, ekran nie będzie
wyświetlał informacji tak szybko,
jak ma to miejsce przy dodatniej
temperaturze ponadto może dojść
do obniżenia kontrastu.
Jednym z największych problemów typowych dla tej pory roku jest
niska wydajność źródeł zasilania.
Wybierając się na mroźne fotografowanie, należy liczbę potrzebnych
akumulatorów pomnożyć przez dwa
(w porównaniu z dodatnimi temperaturami). Szybkie rozładowanie baterii nie oznacza, że jest ona pusty.
Można przywrócić jego właściwości przez ogrzanie. Najlepiej trzymać zapasowe ogniwa pod kurtką
blisko serca, co zapewni im odpowiednią ilość ciepła.
Mróz wpływa także niekorzystnie
na plastikowe części, które stają się
kruche. Ponadto szwankować może
stabilizacja, autofocus czy zoom,
ponieważ wszystkie smary wewnątrz konstrukcji gęstnieją. Two-
rzywa kurczą się, każde na swój
sposób, co sprawia, że konstrukcja
będzie pracować inaczej niż przy
dodatnich temperaturach.
Pracując w plenerze, warto zabrać
małą torbę fotograficzną na rzep, co
zaoszczędzi mocowania się z zimnymi i małymi zamkami. Wiatr
i śnieg mogą skutecznie utrudnić
wymianę obiektywów, więc lepiej
zdecydować się na jedno, w miarę
uniwersalne szkło. Dla zabezpieczenia przedniej soczewki warto nakręcić filtr, który z powodzeniem
możemy wycierać chusteczką higieniczną, a na całość zamontować
głębszą niż normalnie osłonę przeciwsłoneczną. Będziemy musieli
zrezygnować z najszerszej wartości
ogniskowej, ale za to uchronimy się
przed skutkami opadów śniegu.
Odpowiednie zabezpieczenie sprzętu pozwoli nam cieszyć
się fotografowaniem pięknych zimowych widoków.
W przerwach między zdjęciami
w żadnym wypadku nie chowajmy
aparatu pod kurtkę, a tym bardziej
nie wnośmy do ciepłych pomieszczeń. To zmiany temperatury są najbardziej szkodliwe dla aparatów
w trakcie mrozów. Nastąpi wtedy
kondensacja pary wodnej, która
może poważnie uszkodzić wrażliwą na wilgoć elektronikę oraz spowodować korozję elementów metalowych i styków. Gdy wyniesiemy aparat z powrotem na zewnątrz,
w miejsce wody pojawi się lód. Na
domiar złego, w modelach z wbudowaną lampą błyskową w kondensatorze może zebrać się ładunek
o wartości kilkuset woltów, co stanowi bezpośrednie zagrożenie dla
nas samych.
Jak zatem wrócić z całym aparatem do domu? Należy przygotować
gruby, szczelny i suchy worek foliowy, w który na koniec robienia zdjęć
„łapiemy” zimne powietrze, następnie wkładamy do niego aparat
(z wyjętą baterią), szczelnie zawiązujemy i chowamy do torby fotograficznej. Po powrocie do ciepłego miejsca musimy poczekać kilka-
dziesiąt minut, aby temperatury się
wyrównały, po czym możemy bezpiecznie wyjąć sprzęt z worka. Warto odpowiednio wcześnie (jeszcze
na mrozie) wyjąć kartę pamięci, aby
od razu po wejściu do domu cieszyć
się zgrywaniem zdjęć.
W gąszczu problemów z zabezpieczeniem się przed zimnem, wilgocią, kurczeniem, zamarzaniem
i pękaniem, można znaleźć też
i światełko nadziei. Otóż niskie
temperatur y mają poz y t y wny
wpływ na pracę matrycy, która wykazuje mniejszą skłonność do generowania szumów, co z pewnością
„ociepli” nasze relacje z mrozem.
Stosując się do powyższych rad,
znacznie zniwelujemy r yz yko
uszkodzenia sprzętu, a jeżeli ktoś
myśli o robieniu dużej liczby zdjęć
w najbardziej skrajnych warunkach,
warto aby zastanowił się nad kupnem zaawansowanej lustrzanki
z odpowiednimi zabezpieczeniami
lub kompaktu przystosowanego do
największych ekstremów.
Krystian Szczęsny
11
Co wybrać: Opera, teatr czy kino, a może koncert? Wejdź na www.facebook.com/redakcjaPDF zostań fanem, wygrywaj bilety i miej udany wieczór!
VII
W Stanach Zjednoczonych luty zwany jest „miesiącem czarnej historii”. Jest
to czas refleksji nad równością i wolnością. W miesiącu tym przypomina się
cierpienia jednej z amerykańskich grup społecznych, której długo nie przyznawano podstawowych praw. Chodzi o Afroamerykanów.
reklama
Nowy materiał Kadira van Lohuizena, „Climate refugees“ zawitał na stronach NOOR Images.
Kadir pokazuje na dwudziestu
czterech czarno-białych fotografiach, wykonanych wyłącznie
bardzo szerokim obiektywem,
życie 60 tys. uchodźców, którzy
schronili się przed cyklonem
Aila w Bangladeszu (2009 r.)
i wciąż nie mogą wrócić na swoje ziemie.
ne, które oprawione w ramkę, nadawałyby się nawet do powieszenia na
ścianie. A zaraz potem widzimy przemoc lub tłumy ludzi, zebranych, by
zademonstrować swoją jedność.
Zróżnicowane są te zdjęcia także pod
względem formalnym – niektóre nie
są zbyt wyrafinowane, biorąc pod
uwagę choćby ich kompozycję – niemniej budują wypowiedź konsekwentnie i w połączeniu prowadzą
do kulminacji w ostatnich sekundach. Dzięki temu mamy wrażenie,
że przekaz jest spójny. Informuje o
pewnym zjawisku z punktu widzenia autora. Nie ma wątpliwości co do
tego, że każda próba udokumentowania pewnych wydarzeń jest subiektywna. Że jest rodzajem komentarza, nie czystej informacji, co w filmie i reportażu fotograficznym
często nie jest takie jawne i może
prowadzić do nadużyć. W dodatku
rzadko kiedy photocast jest tak jasno poprowadzony od narracyjnego
początku aż do konkluzji, jak w przypadku „Time of Change”.
Ten esej jest dobrym przykładem
na to, że photocast nawet jako dokument stanowi odrębną dziedzinę
twórczości między filmem dokumentalnym i fotografią. Choć zdjęcia może nie zawsze są powalające,
jest to pełny i dopracowany materiał, w którym wszystko wydaje się
pozostawać na swoim miejscu. Oczywiście, elementy tego multimedialnego przekazu użyte oddzielnie nie
byłyby nawet w połowie tak fascynujące. Stanowiąc całość, sprawiają
wrażenie dzieła skończonego i skłaniają do zastanowienia. Dla fotoreportera oznacza to, że najważniejszy
cel został osiągnięty.
fot. Robert Hammond / PANOS
NOOR
Jeźdźcy wolności
fot. Bruce Davidson / MAGNUM
Krótko
Warsztat
fot. Krystian Szczęsny
Fotografia
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.redakcjapdf.pl
fotoreportaż
www.facebook.com/redakcjaPDF
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
fotoreportaż
Noc w bibliotece
Biblioteka Uniwersytecka wyszła na przeciw potrzebom studentów i po raz
trzeci zorganizowała akcję pt. „BUW dla sów i nocnych marków”. Na tydzień
przed sesją i w pierwszym tygodniu jej trwania można było korzystać z niezliczonej ilości książek, biurek, krzeseł oraz kawałka podłogi przez całą noc.
Po uzyskaniu zezwolenia na wejście
z aparatem, przez dwie godziny dokumentowałem jak przebiegała nocna nauka. Niektórzy przychodzili
grupami inni zaszywali się samotnie
gdzieś głęboko między półkami.
Trzeba było uważać żeby nie potknąć się o czyjeś buty albo nie zaplątać w kable od komputerowych
ładowarek. Powtarzającymi się elementami były stosy luźnych notatek,
kolorowe flamastry i butelki z napojami energetycznym. W walce z czasem i wyczerpaniem psychofizycznym pomagały spotkania przy automatach z kawą. To tu można było
usłyszeć słowa wsparcia oraz przyjąć kolejną dawkę kofeiny. Patrząc
jak brać studencka ciężko pracuje i
inspiruje się wzajemnie w tym ciężkim okresie, sam zabrałem się do nauki. Aż o piątej rano ze wszystkich
głośników zamiast komunikatu rozległ się dziecięcy głos śpiewający
piosenkę „Hej Miśki czas wstać”.
Chwilę później na przystanku pojawił się pierwszy autobus. Kolejną
szansę spędzenia nocy w bibliotece
będziemy mieli już w czerwcu.
fot. Piotr Czaplicki
12
13
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.redakcjapdf.pl
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
Warsztat
Kolumna Zygmunta
Porady ślubne
Fotografowanie
nocą oraz prz y
słabym świetle
wielu posiadaczom aparatów
fotograficznych
wydaje się zbyt
trudne. Do tego
s topnia , że po
kilku nieudanych
próbach poddają
się. Nie powinni.
Kiepskie warunki oświetleniowe
nie stanowią większej przeszkody dla
uchwycenia pożądanego obiektu, a nawet
mogą dodać mu specyficznego uroku. Przekonuje o tym Tony Worobiec, autor książki
„Fotografia nocna i przy słabym świetle”.
Fotografowanie nocą to odrębny kierunek
w fotografii, wymagający zarówno innego podejścia, umiejętności, jak i warsztatu, odmiennego od „fotografii dziennej”. „Potrzebny sprzęt” oraz „Techniki fotografowania” to
dwa pierwsze rozdziały, w których Tony Worobiec przybliża funkcje aparatów cyfrowych, m.in. tryby ekspozycji, pomiaru światła, zakres czułości ISO, balans bieli, i podaje gotowe wartości, jakie należy ustawić w
aparacie dla uzyskania znakomitych ujęć, np.
mgły. Omawia też dodatkowe, niezwykle
ważne elementy, takie jak obiektywy i ich
osłony, statywy, filtry. Radzi, jak umiejętnie
Rosnące zapotrzebowanie na fotografię
dokumentującą najważniejszy dzień w życiu dwojga zakochanych osób sprawia, że
na rynku pojawia się specjalistyczna literatura na ten temat.
Do tej pory księgarnie
nie oferowały właściwie
nic osobom pragnącym
zgłębić wiedzę z tej dziedziny. Jedynym wyjściem
było sprowadzenie obcojęzycznych pozycji z zag ranic znych sklepów
internetowych. Na szczęście wydawnictwo Galaktyka zatroszczyło się
w końcu także o polskiego czytelnika i w sprzedaży pojawiła się „Fotografia ślubna w praktyce” autorst wa Billa
H u r t e r a . Ty m s a my m
usuwa ona w cień „Fotografię ślubną” Pawła Wójcika z 2007 roku, która dzisiaj mocno trąci myszką.
Książka jest zbiorem stu praktycznych porad przekrojowo ujmujących zagadnienie
tej specyficznej gałęzi fotografii. Meandry
teoretyczne są tu ograniczone do niezbędnego minimum. Na 128 stronach kredowego papieru zamieszczono ponadto prace
czterdziestu pięciu fotografów z całego
świata. Mogą one stanowić znakomitą in-
wykorzystywać ich możliwości dla uzyskania satysfakcjonujących efektów.
W dalszych rozdziałach autor przekazuje cenne wskazówki dotyczące fotografowania o konkretnej porze dnia (o wschodzie i zachodzie słońca, o brzasku), przy
różnych warunkach pogodowych (podczas
deszczu, burzy, przy zamgleniu i niskich
temperaturach), oświetleniowych oraz w
różnych miejscach (w mieście i na otwartej przestrzeni). Ostatni rozdział poświęcony jest postprodukcji, w którym ukazane zostają jeszcze większe możliwości robienia zdjęć w trudnych warunkach.
Książka zawiera wiele fotografii ilustrujących omawiane zagadnienia, wzbogaconych o informacje podające lokalizację fotografowanych obiektów, rodzaj aparatu,
z którego zdjęcia zostały wykonane oraz
ustawienia, jakich użył autor.
Książka przeznaczona jest zarówno dla
osób już próbujących fotografować w nocy,
którym pomoże rozwiązać problemy, z jakimi się zetknęli, jak i dla początkujących,
dla których może stanowić inspirację i zachęcić do eksperymentowania.
„Fotografia nocna
i przy słabym świetle”
Tony Worobiec
Wydawnictwo: Galaktyka, 2010
Monika Kiepiel
O przyjemności obcowania z książkami
spirację, jakiej każdy fotograf ślubny potrzebuje w swej pracy.
Niestety, publikacja nie jest pozbawiona
wad. Nie do końca trafne jest tłumaczenie
tytułu, który w oryginale
brzmi „100 Techniques for
Professional Wedding Photographers”. Niektórym
może przeszkadzać mocno
amerykański styl książki.
Wiele lamp oświetlających
całą salę weselną, asystenci czy reżyserowanie przez
fotografa całej uroczystości nie zawsze znajdą przełożenie na polski realia.
Brakuje też porad mówiących jak odpowiednio dopracować relacje z kamerzystą, który pracuje równolegle z nami.
Pozycję zdecydowanie
polecamy początkującym fotografom ślubnym i tym średniozaawansowanym, choć wielu zawodowców znajdzie tu kilka smaczków
dla siebie (o inspiracji nie wspominając).
Podobno coraz mniej czytamy. Wydawcy gazet narzekają, że ludzie przestają sięgać po ich produkty. Nie jest to do końca prawda,
bo jeśli zerknie się na statystyki wejść na strony internetowe tytułów prasowych, to nie jest ich wcale tak mało. Po prostu zmieniają
się preferencje czytelników, którzy wybierają wygodniejsze dla siebie rozwiązania.
Trochę gorzej jest z książkami.
Pewnie i one któregoś dnia na dobre zagoszczą w wirtualnej przestrzeni. Ale dziś, gdy szkoła nie nakłania do poznania ważnych tytułów, a do rozliczenia się z języka
polskiego wystarczą skróty i streszczenia poezji i powieści, miłość do
literatury słabnie w zastraszającym
tempie.
„Fotografia ślubna w praktyce”
Bill Hurter
Wydawnictwo Galaktyka, 2010
Krystian Szczęsny
Candida Hofer - z cyklu Biblioteki 151
Publikacja zdjęć ma charakter edukacyjny
reklama
14
Książki i przestrzenie nimi wypełnione to w potocznym rozumieniu
„przechowalnie” kultury, tej wysokiej, mającej korzenie w epoce tabliczek z pismem klinowym i delikatnych papirusów. Dzisiejsze zadrukowane kartki wydają się pospolite, trochę nudzą uporządkowanym wyglądem identycznych
linijek następujących jedna pod
drugą i wypełnionych drobnymi
formami liter. Ale to tylko pozór,
pewna zewnętrzność, nie dająca
rzeczywistej wiedzy o tym, co te
równe linijki naprawdę w sobie zawierają. Wydawałoby się, że książka to taki sam produkt jak tysiące
innych – do wykorzystania i wyrzucenia, gdy pojawi się następny,
nowszy. Kiedy zużyje się koszula,
telefon komórkowy czy maszynka
do golenia wyrzucamy je bez zbytniego sentymentu. Z książkami jest
inaczej, mimo „zużycia” gromadzimy je, wygospodarowując dla nich
przestrzeń, by móc je zatrzymać
i choć często wiemy, że nie sięgniemy po nie nigdy więcej, zostawiamy je, bo a nuż kiedyś jednak znajdzie się wolna chwila. I tak nawet
w małych mieszkaniach całe ściany by wają zasłonięte półkami
z książkami.
Większość książek to obiekty bardzo do siebie podobne i jako przedmioty fizyczne mało atrakcyjne
– mają podobne kształty i wymiary, a jak staną na półkach, to nawet
najozdobniejsze okładki chowają
się, dla oczu zostawiając nudne,
wąskie grzbiety. Ta pospolitość
przedmiotu z jednoczesną niepowszedniością zawartości czynią
książki obiektami szczególnymi,
a miejsca ich przechowywania czynią niemal świątyniami.
Jorge Luis Borges w swoim wyjątkowym opowiadaniu „Biblioteka Babel” opisuje zbiornicę książek
jako wszechświat o własnym, wewnętrznym i doskonałym porządku. Biblioteki i książki zajmują nie
tylko pisarzy. Książki, choć mało fotogeniczne, wielokrotnie stawały
się kuszącym tematem dla fotografów. Ich obrazy to z jednej strony
wizje zauroczenia rytuałem czytania, z drugiej zaś przypomnienie,
że wiele dzisiejszych publikacji
dezaktualizuje się w chwilę po wydaniu, czyniąc niektóre książki
przedmiotami pozbawionymi magicznego oddziaływania.
O bezbolesnej „chorobie” czytania opow iada ł André Ker tész
(1894-1985) zdjęciami pokazanymi na wystawie „Intymna przyjemność czytania” w warszawskiej
Królikarni jesienią 2005 roku. Autor, jeden z czołowych twórców
nurtu fotografii humanistycznej, za
pomocą zdjęć wykonanych w latach 1912-1981, mówi o zauroczeniu czytaniem, całkowitym zanurzeniu się w tekście i wyłączeniu
z otaczającej doczesności. Zdjęcia
powstałe w dobie przedinternetowej mają zdecydowanie historyczny charakter (choć wiele z nich mogłoby powstać i dziś). Mówią, jak
było, jak tekst przykuwał uwagę,
jak chciało się patrzyć na litery i
odczytywać opisane przy ich pomocy historie. Dla czytających
świat przestawał istnieć, każde dostępne miejsce nadawało się do
tego, aby zanurzyć się w świecie
niepewnych przedstawień, a nawet ułudy. Balkon, trawnik parkowy, kulisy teatru, knajpiany stolik,
kram na targowisku czy krawężnik
bulwaru nadrzecznego są tak samo
dobre jak wygodny domowy fotel
czy rozłożysta sofa, by chłonąć zadrukowane kartki, nie zwracając
uwagi na otoczenie. Kertesz opisał świat bardzo kameralny, prywatny. Choć większość scen dzie-
je się w przestrzeni publicznej, dla
bohaterów zdjęć w chwili czytania
ona nie istnieje.
Całkiem inną materią zajęła się
Candida Höfer. Tematem jej zdjęć
jest biblioteka jako miejsce pełne
ładu, mocy i wyrafinowanej urody. Perfekcyjnie zrealizowane
kadry (autorka pracuje kamerą
wielkoformatową, pozwalającą zapisać nawet najdrobniejsze szczegóły i wyprostować perspektywę)
ukazują najważniejsze światowe
zbiornice książek. Są wielkie, precyzyjnie zaplanowane i o oryginalnej architekturze. Są niczym
wnętrza gotyckich katedr – mają
pokazać majestat i nakłonić do pokory tych, którzy do nich przybywają. Te biblioteki są, niczym u
Borgesa, wszechświatem zawierającym w sobie wszystko, co było,
co jest i co będzie. Jakże mali jesteśmy wobec porządku i wiedzy
zgromadzanej w bibliotekach! Nad
poszczególnymi tomami w dość
specyficzny sposób pochylili się
Thomas Allen i Abelardo Morell.
Allen sięgnął po książki sprzed
półwiecza, zwykłe czytadła na wakacje, na dłuższy przejazd komunikacją miejską czy czekanie w kolejce na przyjęcie przez lekarza.
Te książki to mieszanina romansu
i kryminału, wyrazistych i dość
jednoznacznych bohaterów, szybkiej narracji i zaskakujących zwrotów akcji.
Allen, tworząc swoje fotograficzne inscenizacje, używa postaci wyciętych z okładek i obwolut książek i ożywia je przez budowanie
zagadkowych sytuacji, w których
kowboje, rabusie, supermeni czy
lekarze spotykają kobiety miłe
i piękne lub zawzięte i przewrotne, jak to w literaturze akcji. Zdjęcia trochę komiksowe, operujące
skrótem i mocnymi, kolorowymi
Cara Barer z serii Book Story (Found Reference)
André Kertész - On Reading, Latin Quarter, Paris, 1926
plamami plastycznymi przypominają reklamy agresywnie atakujące oczy. Zupełnie inną tematykę
i inny sposób tworzenia zdjęć przyjął Abelardo Morell. Też zajmuje się
pojedynczymi książkami, ale o nieco większym ciężarze gatunkowym. Jego zdjęcia są czarno-białe,
dość kontrastowe i tajemnicze.
A książki to tomy osadzone w kulturze od wieków. Zdjęcia Morella
to rozważania nad możliwymi odczytaniami tego, co stworzono
przed nami i zaduma nad niejednoznacznością tych odczytań. Każde
pokolenie powinno czerpać z dorobku poprzedników, bo świat istnieje od niepamiętnych czasów
i dziś jest sumą wspólnych doświadczeń. Morell fotografuje między innymi albumy z mistrzowskimi rysunkami Piranesiego, obrazami Leonarda da Vinci, Caravaggia,
El Greco, Bruegela czy Goyi. Ale fotografuje też słowniki, przewodniki i poradniki, wszystkie noszą piętno czasu i związane są z pojęciem
wartości o nieprzemijającym charakterze. Są propozycją sięgnięcia
do źródeł, z których zawsze warto
korzystać.
Nowsze przygody książek są tematem zdjęć Liliany Gelman i Cary
Barer. Gelman przez kilka lat mieszkała w Izraelu i tam poznała książki pisane w nieznanych jej językach
i alfabetach. Zainspirowało ją to do
zrobienia serii zdjęć mówiących
o niedostępności wiedzy zamkniętej za barierą języka. Trochę nawiązuje swoimi pracami do myśli Jor-
ge Borgesa, że książki w bibliotece nie zawierają słów, dopóki ich
się nie otworzy. Zdaniem Gelman,
samo otwarcie książki to za mało,
jeszcze trzeba umieć ją odczytać,
inaczej będzie księgą tajemną.
Cara Barer zajęła się zjawiskiem
przemijania wielu współczesnych
publikacji o książkowym charakterze. Sięga po nieaktualne książki
telefoniczne, poradniki opisujące
Windows 95, stare rozkłady jazdy
pociągów i podobne tomy, do niczego już niepotrzebne. Tworzy z
nich atrakcyjne wizualnie kompozycje niemające nic wspólnego z
ich niedawnym przeznaczeniem.
Żywot wielu produktów jest krótki. Szybko odchodzą one w zapomnienie, zamieniając się w bezwartościowe śmieci. Niektóre z nich
powracają jednak na moment jako
rekwizyty służące Carze Barer do
tworzenia interesujących fotografii. Wszystkie opisane prace są nawiązaniem do „Biblioteki Babel”
Borgesa, bo to właśnie biblioteka
pozostaje ciągle skarbnicą wiedzy
prawdziwej. Czy napór wirtualnych
mediów uczyni z niej muzeum, czy
też pozostanie ona wiecznym
punktem odniesienia gromadzącym sumę ludzkich doświadczeń
wszystkich pokoleń?
Andrzej Zygmuntowicz
15
Co wybrać: Opera, teatr czy kino, a może koncert? Wejdź na www.facebook.com/redakcjaPDF zostań fanem, wygrywaj bilety i miej udany wieczór!
Gdy braknie światła
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.redakcjapdf.pl
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.facebook.com/redakcjaPDF
Na świecie
Case study
Izrael inwestuje
w wizerunek
Ostatnie wydarzenia
w Egipcie udowodniły,
jak dużą siłę oddziaływania mają nowe media
na kształtowanie sytuacji w kraju oraz opinii
jego mieszkańców. „Media obywatelskie triumfują, klasyczne natomiast usunę ł y się w
cień” - pisze egipski bloger Tarek Amr. Serwisy
społecznościowe stały
się kluczowym narzędziem w komunikacji
demonstrantów, wypierając tym samym klasyc zne media, k tóre
w ogóle nie podjęły tematu protestów. W efekcie władze w Egipcie postanowiły odciąć dostęp
mieszkańców do internetu, jednakże, jak podaje autor, te działania okazały się nieskuteczne. W mediach społecznościowych w dalszym ciągu
pojawiały się newsy, wideo i zdjęcia z komentarzami na temat sytuacji
w Kairze, a także w innych miastach. Ponadto Google ułatwiło korzystanie z usługi voice-to-Twitter dla internatów w Egipcie, przesyłających
informacje jako dziennikarze obywatelscy.
Rząd Izraela chce zmieniać wizerunek kraju poprzez działania PRowe w Europie, na które rocznie
planuje wydać 3,2 mln dolarów.
Jak czytamy na portalu ynetnews.
com, Izrael nie chce być dłużej postrzegany jedynie przez pryzmat
konfliktu z Palestyńczykami, ale
jako nowoczesne państwo z bogatą i rozwijającą się gospodarką.
Kampania wizerunkowa ma odbyć
się w Niemczech, Francji, Wielkiej
Brytanii, Włoszech, Hiszpanii, Holandii, Czechach i krajach skandynawskich. Wszystkie europejskie
ambasady Izraela zostały zobligowane do skontak towania się
z trzema wybranymi agencjami z
każdego kraju i wyłonienia wykonawcy projektu. Problem ze znalezieniem odpowiedniej agencji
PR mogą mieć dyplomaci z Norwegii. Pięć największych agencji
PR-owskich w tym kraju już zadeklarowało, że nie będzie się ubiegać o ten kontrakt, gdyż projekt
jest „zbyt kontrowersyjny”.
Źródło: globalvoicesonline.org
Źródło: www.ynetnews.com
Wyzwania w sieci
na 2011 rok
reklama
Twitter narzędziem
manipulacji
Znany amer ykański raper 50
Cent za pomocą wpisów umieszczanych na Twitterze niemal o
300 procent podbił wartość akcji nierentownej spółki H&H Import, w której posiada udziały.
Muzyk na swoim koncie zachęcał użytkowników portalu społecznościowego do zakupu akcji
spółki słowami „ta spółka to nie
żart, wchodź w to bez zwłoki”
i obiec y wał nawet podwójny
zysk z inwestycji. W efekcie cena
za akcję H&H Imports wzrosła
z 10 do 39 centów, natomiast 50
Cent posiadający 30 mln akcji,
zarobił prawie 9 mln dolarów.
Działaniami rapera zainteresowała się amerykańska Komisja
Papierów Wartościowych i Giełd
(SEC). Gdy sprawę nagłośniły media, w obawie przed konsekwencjami muzyk skasował wszystkie
wpisy i umieścił komunikat „H&H
Imports to odpowiednia inwestycja dla mnie, ale dla was może
być dobra lub nie. Odróbcie swoją pracę domową”.
Źródło: www.rp.pl
opr. Roksana Gowin
16
Jak wynika z raportu firmy
Millward Brown SMG/KRC
„Top 11 Digital Predictions
for 2011”, w tym roku będziemy obserwować dalsze
pr zesuwanie się mediów
społecznościowych zarówno w stronę sieci otwartych,
jak i sieci ekskluzywnych,
z dostępem dla wybranych
użytkowników. Specjaliści
kreujący wizerunki marek
będą musieli podjąć decyzję, czy w swoich działaniach zastosują jednolity przekaz, czy też sprofilują go na poszczególne grupy. Co więcej, znaczny rozwój urządzeń mobilnych pozwoli na jeszcze większe
wykorzystanie potencjału internetu i dotarcie do kluczowych grup
docelowych z bezpośrednim komunikatem. Dodatkowym narzędziem
w rękach specjalistów ma być już prężnie rozwijająca się usługa geolokalizacji, która daje klientom możliwość otrzymywania okazyjnych
zniżek i promocji.
Źródło: millwardbrown.com
Teatr w czasach cyberbohemy
Koncepcja stworzenia teatru, który rozmawia z widzami, nie jest nowym pomysłem, ale dzięki Facebookowi staje się możliwa
do zrealizowania, i to na szeroką skalę. Teatr 6. Piętro udowadnia, że sztuka wysoka potrafi iść z duchem czasu.
Gdy w ubiegłym roku w Warszawie
pojawił się kolejny teatr, wielu patrzyło na to przedsięwzięcie bardzo sceptycznie. Liczba teatrów
w stolicy zdawała się znacznie przewyższać zainteresowanie. Dziś nikt
nie ma wątpliwości, że projekt Michała Żebrowskiego i Eugeniusza
Koriny to był strzał w dziesiątkę.
Mimo że od premiery sztandarowej
sztuki Teatru 6. Piętro „Zagraj to
jeszcze raz, Sam”, minęło kilkanaście miesięcy, widownia za każdym
razem jest wypełniona po brzegi.
Na czym polega ten fenomen?
Występują: social media
– Jeszcze do niedawna Facebook
i ogólnie mówiąc, social media, były
dla mnie tajemnicą. Agencja The
Next Step przekonała mnie, że jest
to słuszny kierunek działania i zarazem miejsce, gdzie znajduje się
nasza grupa docelowa – powiedział
w lutym zeszłego roku Michał Żebrowski, twórca Teatru 6. Piętro.
Głównym założeniem było to, że
zdaniem autorów projektu dawna
bohema została w epoce web 2.0
zastąpiona przez cyberbohemę.
W związku z tym głównym kanałem komunikacji stają się tzw. nowe
media, przede wszystkim serwisy
społecznościowe, np. Facebook.
– Jest to pierwszy w Polsce projekt,
który świat teatru przeniósł do rzeczywistości wirtualnej w tak sprawny sposób – mówi Marcin Brzostowicz z The Next Step.
Widzowie w roli głównej
Sekretem sukcesu komunikacji
była między innymi zgrana współpraca ludz i z aang a żowanych
w kampanię. – Wraz z przedstawicielami Teatru 6. Piętro tworzyliśmy kontent, którym zespół The
reklama
Next Step zasilał stworzone na potrzeby kampanii platformy w serwisach społecznościowych. Następnie optymalizowaliśmy wpisy
pod kątem najbardziej popularnych tekstów – tłumaczy Marcin
Brzostowicz. Komunikacja bazująca na bezpośrednim kontakcie z publicznością była jednocześnie
oparta na emocjach, a przez to
spójna z linią programową teatru,
która zakładała, że widzów należy
„prowokować, bawić, wzruszać”.
Widzowie zostali zaangażowani na
przykład do wystawiania ocen w
trakcie spektaklu poprzez aplikację Facebook Mobile. W ten sposób
Teatr 6. Piętro stał się Teatrem 2.0.
– Z wielką przyjemnością myślę
o tej współpracy, ponieważ ładunek emocjonalny samego przedsięwzięcia, jakim jest Teatr 6. Piętro, jest duży i jest to bardzo pozytywna energia – dodaje Marcin
Brzostowicz.
Facebook na
pierwszym planie
W wyniku działań na Facebooku
zbudowano bardzo reaktywną grupę fanów. Każdy wpis pochodzący
od moderatorów jest gorąco komentowany. Na tablicy Teatru 6.
Piętro pojawiają się także organiczne wpisy zadowolonych fanów.
Ponadto organizowane są liczne
konkursy mające na celu dystrybucję biletów i programów teatralnych z autografami. Każda dopasowana kontekstowo aktywność na
fanpage’u za każdym razem przekładała się na wzrost społeczności
i pozytywne komentarze od fanów.
Innym obszarem działania było
swoiste biuro obsługi klienta teatru, czyli zgłaszanie wszystkich
problemów na Facebooku: od re-
zerwacji biletów po reklamacje.
– Zdarzały się zarówno entuzjastyczne opinie, jak i skargi niezadowolonych klientów, któr ych
staraliśmy się poprzez rzetelną informację trochę udobruchać – komentuje Marcin Brzostowicz. – Naszym zadaniem było ewentualne
porażki teatru przekuwać na sukces komunikacyjny – dodaje.
Owacja na stojąco
Platformy social media doskonale
pozycjonują się w wyszukiwarce
Google, dzięki czemu po wpisaniu
w wyszukiwarkę frazy „Teatr 6. Piętro”, trafność jest bardzo wysoka.
Oprócz fanpage'u na Facebooku,
którego społeczność liczy ok. 7500
osób i rośnie w tempie ok. 20 osób
dziennie, teatr doczekał się kanału na YouTube, profilu na Flickrze,
Twitterze oraz bloga. Na Flickrze
stworzono bazę zdjęciową dla teatru. 550 opisanych fotografii zaliczyło ponad 35 tysięcy wyświetleń. Konto na Youtube pełniące
rolę platformy wideo zawiera 32
filmy obejrzane ponad 130 tysięcy razy. Dla harduserów internetu
powstał Twitter, będący platformą
wizerunkowo-informacyjną – profil posiada ponad 400 osób śledzących tweety. Klamrą spinającą te
wszystkie działania jest blog, zawierający pluginy Facebooka oraz
Twittera, umożliwiający komunikację z widzami, którzy nie mają konta w serwisach społecznościowych.
Poziom wejść na stronę utrzymuje
się na poziomie 200 dziennie. Te
dane mówią same za siebie – kampania odniosła sukces, za co została nominowana do konkursu Złotych Spinaczy w kategorii PR online. Należy zaznaczyć, że nie były
prowadzone żadne dodatkowe
Jednym z aktorów w Teatrze 6. Piętro jest Kuba Wojewódzki
działania o charakterze reklamowym. - Jestem bardzo zadowolony
z tego, że tak duża społeczność,
jaka utworzyła się na Facebooku,
nie była wspomagana żadnymi
działaniami mediowymi – mówi
Marcin Brzostowicz. – Mieliśmy
bardzo mały budżet i całą komunikację oparliśmy na typowych word
of mouth. Mimo to udało nam się
w sposób organiczny zbudować
dużą popularność przedsięwzięcia
– dodaje z dumą.
Magdalena Grzymkowska
reklama
Polskie miasta
na liście „New York
Timesa”
Sopot i Gdańsk zajęły 17 miejsce w rankingu 41 miast, które
warto odwiedzić w 2011 roku
według prestiżowego dziennika
„The New York Times“. Na czele
zestawienia znalazła się południowoamerykańska stolica Santiago de Chile, którą wyróżniono za szybką odbudowę po trzęsieniu ziemi w lutym 2010 roku.
Miasto nie tylko odzyskało dawny wygląd, ale także zainwestowało w rozwój infrastruktury - powstawały nowe, nowoczesne muzea,
ekskluzywne restauracje i hotele. Sopot i Gdańsk zwróciły uwagę redaktorów „New York Timesa“ przede wszystkim dzięki klubowej atmosferze deptaka, willom w eleganckim stylu fin-de-siécle, pięknym
hotelom i najdłuższym na Bałtyku molo. Ponadto doceniono przygotowania miast do Euro 2012, a tym samym większego napływu turystów (powstawanie nowych hoteli i renowację Opery Leśnej). Na wysokich miejscach w rankingu znalazły się również wyspy San Juan (USA),
wyspa Koh Samui (Tajlandia), Islandia oraz Mediolan.
Źródło: travel.nytimes.com
17
Szukasz stancji, notatek przed sesją? Chcesz coś sprzedać, kupić? Dodaj bezpłatne ogłoszenie drobne na www.redakcjapdf.pl
Social media
motorem
przewrotu
reklama
PDF miesięcznik studencki – luty 2011
www.redakcjapdf.pl
KULTURA_SCENA
Na świecie
www.ksiazeizebrak.pl
World Cyber Games
– święto polskich gier
Koprodukowaç, aby wyprodukowaç
World Cyber Games to globalna impreza zainicjowana w 2000 roku przez Samsung
Electronics – głównego sponsora wydarzenia w Polsce i na świecie. Samsung zaangażowany jest w rozwój infrastruktury technologicznej, ale przejawia też troskę
o najmłodsze pokolenie rozwiązań teleinformatycznych. W 2010 roku odbyła się
dziesiąta edycja imprezy. Za jej organizację odpowiadała agencja Euro RSCG 4D,
a kompleksowe działania komunikacyjne zapewniła agencja Euro RSCG Sensors.
Podczas odbierania Paszportów „Polityki” Monika Strzępka i Paweł Demirski wypowiedzieli kilka gorzkich słów na temat tworzenia spektakli na polskich scenach. Sytuacja
jest kiepska, a nadzieja na poprawę, którą był projekt 1% na Kulturę, upada.
Rynek gier komputerowych
jest jednym z najdynamiczniej
rozwijających się segmentów
światowej gospodarki. W USA
przemysł gier komputerowych
znac znie pr zew y ż sza pod
względem zysków branżę filmową. W Polsce w zeszłym
roku jego wartość przekroczyła miliard złotych, a tempo rozwoju szacowane jest na 20%
rocznie. Dziesięć lat temu fir-
giami oraz strategiczne myślenie
u dzieci i młodzieży.
Działania związane z WCG prowadzone były na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony komunikacja wokół eventu nastawiona była
na wzmocnienie samej marki WCG,
pozyskanie partnerów i sponsorów
oraz patronów medialnych. Z drugiej strony odwołując się do WCG,
agencja miała wywołać publiczną
dyskusję na temat wpływu cyber-
e-sporcie, która pojechała na Wielki Finał WCG 2010 do Los Angeles.
Imprezę poprowadzili Marcin Prokop z Adrianem Kostrzębskim – popularnym w Polsce komentatorem
sportowym. Osią programu stały
się rozgrywki najlepszych graczy
w Polsce, którzy wyłonieni zostali
podczas eliminacji on-line, przeprowadzonych w ramach pięciu gier
turnieju. W efekcie na koniec dnia
udało się wyłonić dziewięciooso-
ła także „Odyseja” w reżyserii
dwudziestosiedmioletniego Krzysztofa Garbaczewskiego. Przedstawienie powstało w Teatrze im. Jana
Kochanowskiego w Opolu. Również wspomniany spektakl Radosława Rychcika pochodzi z „prowincji” – tj. z Kielc. „Samotność pól
bawełnianych” należy jednak do
niewielu tak spektakularnych sukcesów odniesionych przez młodych twórców zagranicą. Dlaczego? Bo teatr y poza g łównymi
ośrodkami, takimi jak Warszawa
czy Kraków, nie mają funduszy, aby
wyjść „na zewnątrz”. Szansą pozostają festiwale, jak wspomniana
Boska Komedia czy Warszawskie
Spotkania Teatralne.
fot. Bartłomiej Sowa
reklama
„Odyseja”, reż. Krzysztof Garbaczewski
Nie ma jednak co załamywać rąk
– powiedzą niektórzy – możemy
zawsze koprodukować . Mamy
otwarte drzwi - w końcu nasze
przedstawienia już dawno zdobyły uznanie widzów na całym świecie. Ostatnie spektakle Grzegorza
Jarzyny, czyli „Między nami dobrze
jest” na podstawie tekstu Doroty
Masłowskiej oraz „T.E.O.R.E.M.A.T.”,
będący inscenizacją jednego z najwspanialszych arcydzieł kinematografii, dopiero wracają z długiego tournée po świecie – od Helsinek przez Belgrad po sceny brytyjskie. Podobnie przedstawienia
innych polskich twórców nieustannie wędrują po międzynarodowych festiwalach. Przykładów jest
całe mnóstwo – ostatni to „Oczyszczeni” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, „Persona. Marilyn”
Krystiana Lupy oraz „Samotność
pól bawełnianych” w reż. Radosława Rychcika – w styczniu można
było je zobaczyć na chilijskim festiwalu teatralnym Santiago a Mil.
Nie wszystkie spektakle są jednak
reklama
18
kultury na społeczeństwo.
W pier wsz ym etapie działań
agencja podjęła rozmowy z potencjalnymi partnerami wydarzenia.
W efekcie, oprócz sponsora głównego znalazły się wśród nich Cropp
Town, Xbox 360, NTT System, Razer oraz Multikino. Patronat medialny nad wydarzeniem objęła
Wirtualna Polska, a od strony technicznej projekt wsparła spółka Headshot Media. W ramach promocji
wydarzenia agencja prowadziła
bieżące działania media relations
i nawiązała współpracę z dziennikarzami z mediów ogólnoinformacyjnych, społecznych, kulturalnych, e-spor tow ych i techno logicznych. Prócz regularnej dystrybucji informacji prasowych, zorganizowano konferencję prasową
on-line. Ponieważ grupa docelowa
WCG jest społecznością aktywnie
funkcjonującą w cyberprzestrzeni,
agencja zainicjowała również szereg działań w internecie. Aktywne
i reaktywne działania podejmowane były na platformach Facebook.
com, Headshot.pl oraz wcg.samsung.pl.
Kulminacyjnym momentem projektu był finał WCG 2010 Polska,
który odbył się 22 sierpnia 2010
roku w warszawskim Multikinie Złote Tarasy i prowadził do wyłonienia
narodowej reprezentacji Polski w
bową drużynę narodową, która
w Los Angeles walczyła o tytuł mistrza świata.
W ciągu dwóch miesięcy projektu w mediach pojawiło się ponad
350 materiałów dotyczących WCG.
Ogólnopolski finał w Multikinie odwiedziło ponad 70 dziennikarzy
i blogerów zajmujących się tematyką e-sportu oraz 20 dziennikarzy
z mediów ogólnoinformacyjnych.
Zapowiedź i relacja z imprezy pojawiła się w stacjach radiowych,
programach telewizyjnych, serwisach internetowych, portalach poświęconych rynkowi gier elektronicznych. O wydarzeniu napisały
wszystkie dzienniki ogólnopolskie
oraz tygodniki. Ogromną popularnością cieszył się również fanpage
WCG Polska na Facebooku, który
stał się narzędziem codziennej komunikacji organizatorów z uczestnikami imprezy oraz fanami cyberprzestrzeni w całej Polsce. Kampania „WCG 2010” została również
finalistą prestiżowego konkursu PR
– Złote Spinacze 2010.
Teatry prowincjonalne
Jacek Sieradzki, redaktor naczelny
miesięcznika teatralnego „Dialog”,
w rocznym podsumowaniu polskiej kultury nagrodę za najlepszy
spektakl przyznał Teatrowi Dramatycznemu im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. W uzasadnieniu wskazał na odwagę w poszukiwaniach oraz energetyczność
tej być może najbardziej obecnie
radykalnej sceny w kraju. Właśnie
stamtąd pochodzi wyróżniony
Grand Prix na grudniowym festiwalu teatralnym Boska Komedia
spektakl Moniki Strzępki i Pawła
Demirskiego „Był sobie Andrzej,
Andrzej, Andrzej i Andrzej”. Za ten
oraz kilka innych niezwykle wyrazistych przedstawień artyści otrzymali w tym roku Paszporty „Polityki”. Kluczowe nagrody na krakowskiej Boskiej Komedii (za
reżyserię i scenografię) otrzyma-
Większość scen założonych przez
osoby prywatne dość bezczelnie
skupia się na zarabianiu pieniędzy,
forsując teatr buffo. Nadzieją,
Koprodukcja = kompromis?
Zw ykle głośnym echem wśród
krytyki rozchodzą się spektakle
współtworzone przez polskie i zagraniczne teatry - wyspecjalizował
się w tym Nowy Teatr, czyli Krzysztof Warlikowski, który ostatnie
dwa pokazywane w kraju przedstawienia („Tramwaj” i „Koniec”) zrealizował we współpracy ze scenami francuskimi. Dzięki zasto sowaniu tego systemu inscenizacje
Warlikowskiego są od strony technicznej niemalże doskonałe – cze-
Roz tańc zony Pozn ań –
Pod koniec lutego odbędzie się IV Festiwal Atelier Pols k i e g o Te a t r u Ta ń ca . O p r ó c z
najnowszych produkcji PTT: „Nienasycenie”, „The Outline” i „Secondhand”
zobaczymy świetnie oceniane przez krytyków „Przelotnie” Śląskiego Teatru
Tańca. Jednak chyba najciekawszą pozycją całego festiwalu jest Coaching
Projek t ( YES!) - międz ykulturowe
warsztaty tańca zakończone improwizowanym pokazem. Dla widzów
też się coś znajdzie – obiecujące
Jam Session Improvisation
wraz z tancerzami...
go nie można powiedzieć o niskobudżetowych z przymusu spektaklach teatrów prowincjonalnych,
w których tkwi co najmniej równie
potężny potencjał twórczy.
Podczas rozdania Paszportów „Polityki” Paweł Demirski powiedział,
że „teraz polscy twórcy będą robić
swoje za swoje lub za pieniądze od
sponsorów, a nie z dofinansowań
z ministerstwa”. A bez pieniędzy
nawet największe talenty mogą
pozostać niezauważone - na Zachodzie budżety spektakli uzdolnionych twórców, np. Romeo Castellucciego, sięgają kilkuset tysięcy euro.
Pojawia się jednak jeszcze inny
problem: największe polskie sceny dysponują pokaźnymi funduszami, ale wciąż brak im odwagi,
żeby regularnie angażować młodych twórców. Na szczęście przykłady Klaty, Kleczewskiej czy Wysockiej zapowiadają coraz śmielsze zmiany. Teatr nie może się
przecież dziać nigdzie.
Szczepan Orłowski
Zapraszamy na lutowe premiery teatralne! Osiemnastego lutego w Teatrze
Narodowym odbyła się prapremiera „Lenz”
w reż. Barbary Wysockiej na podstawie tekstu
Georga Büchnera. Tego samego dnia w Nowym
Wspaniałym Świecie można było zobaczyć premierę wyreżyserowanego we współpracy z Teatrem Dramatycznym w Warszawie przez Małgorzatę Głuchowską „Córeczek” na podstawie wielu autorów – od Nałkowskiej po Baudelaire’a. 25 lutego w w Teatrze Colle gium Nobilium p o raz pier wsz y zos tanie
zaprezentowany wyreżyserowany przez Pawła
Passiniego spektakl „Yerma”. Zachęcamy też do
odwiedzania wałbrzyskiego Teatru Dramatycznego, gdzie w lutym odbędzie się
premiera „Sorry Winnetou” Jana
Czaplińskiego.
reklama
World Cyber Games był okazją do dyskusji o znaczeniu i kondycji cyberkultury w Polsce
ma Samsung Electronics zdecydowała się zaangażować
w cyberkulturę, inicjując powstanie World Cyber Games
– największego i najbardziej
prestiżowego teleturnieju gier
elektronicznych na świecie.
Dotychczas rozgrywki WCG
w Polsce, choć z roku na rok
umacniały swoją pozycję, skierowane były głównie do samego środowiska graczy. W 2010
roku zdecydowano się przekształcić formułę wydarzenia
w event wywołujący dyskusję
o znaczeniu i kondycji cyberkultury w Polsce.
Głównym celem imprez y
było wzbudzenie zainteresowania tematem e-spor tu
w kontekście społeczno-kulturalnym. Organizatorom oraz
sponsorowi głównemu zależało na budowie zainteresowania zagadnieniami now ych
technologii oraz sukcesami
p o l s k i c h r e p r e ze n t a n t ów
w międz ynarodow ych rozgrywkach WCG. Istotne było
również wywołanie dyskusji w
mediach na temat społecznej
roli gier elektronicznych jako
rozrywki pozytywnie wpływającej na kreatywność, umiejętność współdziałania, zainteresowanie nowymi technolo-
wychwytywane przez zachodnich
krytyków i dyrektorów światowych festiwali.
Upadek mitu teatrów
prywatnych
mimo początkowej nieufności, wydawał się Teatr Imka utworzony
przez znanego wszem i wobec Tomasza Karolaka. Dość szybko okazało się jednak, że ambitny repertuar realizowany przez uznanych
artystów na podstawie znakomitych tekstów (najlepszy przykład
stanowią „Sprzedawcy gumek” na
podstawie Hanocha Levina) nie zapewnia sukcesu. A kiedy finansuje
się teatr z własnej kieszeni, jakoś
trzeba go utrzymać – przecież nawet wielkim gwiazdom kończą się
kiedyś oszczędności.
Anna Nawrocka
Account Manager
[email protected]
Patron merytoryczny
19
KULTURA_SŁOWO
KULTURA_EKRAN
„Prosz´ o wolnoÊç dla swojej ksià˝ki”
„Pamięć i listy” to zbiór korespondencji
Wasilija Grossmana, którą zebrał i opatrzył
komentarzem Fiodor Huber, jego przybrany syn.
Dzięki tym listom możemy zobaczyć, jak
wyglądało życie pisarza w Związku Radzieckim – jak pracował, jak starał się o publikację i walczył z redaktorami. Z czasem stają
się one bardziej posępne, czuć w nich zbliżające się czarne chmury, które zawisły nad
Grossmanem pod koniec jego życia.
Najciekawszym fragmentem tego zbioru
jest część poświęcona walce pisarza o
uwolnienie jego arcydzieła - „Życia i losu”,
bodaj jedynej aresztowanej książki w historii rosyjskiej literatury. W listach do
Chruszczowa i Stalina Grossman nie wypiera się swojej powieści, nie kaja się. Upiera
się, że napisał prawdę. Czy nie wiedział, że
w zbrodniczym i kłamliwym systemie prawda to żaden argument? Jest tu też bardzo
emocjonalna korespondencja z matką, w
tym łamiące serce listy, które Grossman napisał 9 i 20 lat po jej śmierci w berdyczowskim getcie.
Niestety, „Pamięć i listy” zostawia wiele
pytań bez odpowiedzi. Huber nie opisuje
treści tych dzieł Grossmana, które są słabo
znane w Polsce, więc nie dowiemy się, jaka
była jego przedwojenna twórczość (czy była
„prawomyślna”? A może już wtedy rodził się
dysydent?). Huber pisze mało o stosunku pi-
sarza do przedwojennej polityki. Według zachodnich biografów, Grossman przed wojną popierał komunizm. W „Pamięci i listach”
ta kwestia nie zostaje wyjaśniona.
To smutna książka, tak samo jak nieszczęśliwe były losy jej bohatera. Pomaga wiele
zrozumieć, ale też pozostawia niedosyt. Cóż,
trzeba czekać na następne publikacje, które może powiedzą coś więcej.
W księgarniach pojawia się wznowienie pism H. D. Thoreau – dziewiętnastowiecznego myśliciela
i transcendentalisty z Massachusetts.
Pierwszy i najciekawszy z jego
esejów to stanowczy głos krytyki
wobec chciwości i ogólenej degrengolady, która zaczynała toczyć współczesną mu Amerykę.
W obliczu kalifornijskiej gorączki
złota oraz postępującej rewolucji
przemysłowej, siły duchowe przestawały nadążać za materialnymi.
Jako unitarianin Thoreau ucieka od
nieznośnego moralizatorst wa
szermującego pojęciami winy, kary
i potępienia. Zamiast zawieszać
człowieka między niebem a piekłem, odwołuje się on do zdrowych
zasad duchowej diety. Zaleca więc
przede wszystkim uświęcanie własnego umysłu, jego spokoju i niezawisłości przeciwko mnożącym
się bodźcom zewnętrznym i wzrastającej krzątaninie dnia codziennego. Myśliciel niczego drobiazgowo nie kodyfikuje, celując w ogólną wrażliwość i honorując najwyżej
indywidualną wolność oraz samowystarczalność.
Wszystkie pouczenia autora wydawałyby się trywialne i niewarte
tych parudziesięciu stron, gdyby
nie styl retoryczny – żywy i zaprawiony ironią. Weźmy choćby jeden
ustęp, dość aktualny, jeśli tradycyjną instytucję zastąpimy nowoczesnymi środkami komunikacji:
„Im bardziej ubożeje nasze życie
wewnętrzne, z tym większym uporem i rozpaczą chodzimy na pocztę. Można mieć pewność, że biedaczyna powracający z największą
liczbą listów, dumny ze swej rozległej korespondencji, od dłuższego już czasu nie miał od siebie samego żadnych nowin”.
Drugi esej stanowi fragment impresji i obserwacji z wycieczek po
półwyspie Cape Cod – interesujący wgląd w pejzaż Nowej Anglii
oraz dowód, jak głęboko można
podjąć temat ostryg. Trzecią pracę poświęcono żarliwej obronie
Johna Browna, radykalnego abolicjonisty, który w 1859 roku został
stracony za wzniecenie powstania
wśród niewolników – istotny punkt
na drodze do wojny secesyjnej.
„Życie bez zasad i inne eseje”
H.D. Thoreau
styczeń 2011
Wydawnictwo: REBIS
Kajetan Poznański
kryjący się w przyszłym królu potencjał.
Film nakręcono dość tradycyjnie. Jest to
rzetelna robota, a aktorstwo Firtha i Rusha
zbliża się do doskonałości. Frapuje również
podłoże historyczne (rewolucja radiowa
oraz zbliżająca się II wojna światowa). W filmie znajdziemy sporo błyskotliwych dialogów oraz groteskowo ukazanych historycznych postaci. Nawet patetyczna
muzyka nie psuje odbioru
całości. Możemy się spodziewać Oscarów.
„Jak zostać królem”,
reż. Tom Hooper
dystrybucja:
Kino Świat
premiera:
28 stycznia 2011
Adrian Stachowski
Autor tka przekrojową historię o swoim zainteresowaniu muzyką, ale również dziennikarstwem radiowym czy swoich kontaktach z gwiazdami największego formatu.
Anegdot takich, jak ta o kompletnie pijanym
Elvinie Jonesie, członku legendarnego
kwartetu Johna Coltrane’a, któremu stan
skrajnego upojenia nie przeszkodził zagrać
w Warszawie świetnego koncertu w 1972
roku, znajdzie tu czytelnik mnóstwo. A obok
wielkich nazwisk, jako się rzekło, małe problemy młodego fascynata brzmień z Zachodu, takie jak restaurowanie pocztówek
dźwiękowych i płyt.
Wojciech Mann, dzięki stylistycznej powściągliwości i skrupulatności, czyni swoją książkę uroczą gawędą, melancholijnym
spojrzeniem w przaśne czasy PRL-u (który
to już dokument o „absurdach ustroju”!).
„Rockmann, czyli jak nie
zostałem saksofonistą”,
Wojciech Mann
2010
Wydawnictwo Znak
Adrian Stachowski
Iraƒczycy
nie sà Arabami
Jak dobrze powinniśmy poznać ludzi, zanim
zrzucimy na nich bomby? - zapytał żartobliwie
autora „Ajatollah śmie wątpić” amerykański
dziennikarz. - Wydaje mi się, że powinniśmy
poznać ich bardzo dobrze i dlatego napisałem
tę książkę – odpowiedział Hooman Majd.
Majd też jest amerykańskim dziennikarzem,
ale urodził się w Teheranie, w rodzinie dyplomaty, za panowania Rezy Pahlaviego, ostatniego szacha Iranu. Dlatego potrafi spojrzeć na ten
kraj oczami człowieka Zachodu, a jednocześnie
zauważyć rzeczy niewidzialne dla outsidera.
Iran według Majda nie jest krajem „osi zła”, ale
ojcz yzną dumnego narodu, któremu nikt,
a w szczególności Amerykanie, nie będzie dyktował, co ma robić.
„Ajatollah śmie wątpić” to bardzo ciekawy reportaż, bez wątpienia napisany z dużą znajomością tematu i poczuciem humoru. A Irańczycy naprawdę nie są Arabami – są Persami. To
dwa różne narody.
„Ajatollah śmie wątpić”
Hooman Majd
Wydawnictwo Karakter
W oparach
absurdu
Źródłem humoru, także tego kiszkowego, zawsze jest kontrast. A kontrastem
na granicy absurdu jest „Sztuka pierdzenia” - pięknie napisany, tak samo
przetłumaczony i wydany osiemnastowieczny francuski traktat teoretyczny
o kunszcie... no, wiadomo czego . Okazuje się, że sprawa wcale nie jest trywialna, bo nad mnogością odmian bąków
i pierdnięć – różnica jest zasadnicza!
– zastanawiali się już starożytni. Autor
ze znawstwem sprawy wyjaśnia, posiłkując się łaciną i cytatami z poetów, i rzetelnie oprowadza czytelnika po zawiłościach układu pokarmowego.
Może wstyd przyznać, ale to nawet
śmieszne. A czujących niedosyt odsyłam
do jednego z poematów Aleksandra Fredry. Tytuł można zgadnąć.
„Sztuka pierdzenia”
Pierre-Thomas-Nicolas Hurtaut
wrzesień 2010
Wydawnictwo:
Słowo/Obraz Terytoria
Adrian Stachowski
Adrian Stachowski
20
Zanim zostanie monarchą, książę Albert
zmierzy się ze swą słabością – nie tyle wadą
wymowy, co głęboko zakorzenionymi kompleksami. Żaden logopeda nie będzie w stanie mu pomóc, dopóki nie spotka Lionela
Logue’a, ekscentrycznego, niespełnionego
aktora-parweniusza, który wydobędzie
Fiodor Huber
„Wasilij Grossman. Pamięć i listy”
Styczeń 2011
W.A.B.
Etyczna
prelekcja
„Black Swan”
Poradnik dla zaawansowanych
Jaka pi´kna
katastrofa
„Grek Zorba” Nikosa Kazantzakisa
jest powieścią o losach obieżyświata, wiecznego optymisty, leciwego fizycznie, ale młodego duchem, który wierzy, że szczęście
polega na afirmacji zabawy, tańca
i wyzbyciu się trosk. Teraz adaptacja Michaela Cacoyannisa ponownie trafia do polskich kin.
Zorba (Anthony Quinn) namawia
przypadkowo poznanego młodego pisarza, jednocześnie świeżo
upieczonego właściciela kopalni
węgla Basila (Alan Bates), żeby ten
zabrał go ze sobą na Kretę. „Robię
świetne zupy“ – zachwala sam siebie. Jego entuzjazm i szczera naiwność przekonują przedsiębiorcę, który z zainteresowaniem będzie poznawał filozofię życiową
niezwykłego kompana. Obaj trafiają do małego kreteńskiego miasteczka, gdzie poznają zwyczaje
jego mieszkańców, a sami próbują
otworzyć mającą przynosić krociowe zyski kopalnię.
Akcja opiera się na relacjach między głównymi bohaterami, z których jeden jest spokojnym, ustatkowanym kawalerem, czerpiącym
wiedzę o życiu z książek, a drugi
przeciwnie – całą życiową mądrość
wyniósł z licznych podróży i zajęć,
których się podejmował. Zorba, niczym samozwańczy mędrzec, tłumaczy, że życie jest za krótkie, aby
nie korzystać z niego pełną garścią. Dla niego „żyć to znaczy szukać kłopotów”, a nie bezczynnie
egzystować.
Powieść Kazantzakisa została doskonale zekranizowana – reżyser
pozostawił większość wątków
obecnych w książce, słusznie uznając, że stanowi ona niemal gotowy
scenariusz na film. Przytłaczająca
charyzmą rola Quinna, a także
świetnie sfilmowane przez Waltera Lassally’ego kreteńskie pejzaże
objawiają dzieło niemal perfekcyjne. Oddzielny tekst można by
poświęcić muzyce Mikisa Theodo-
rakisa, która idealnie wkomponowuje się w ludowy klimat obrazu i sama w sobie
stanowi arcydzieło z charakt e r y s t y c z n y m m o t y we m
przewodnim granym na buzuki. Obawiam się jednak, że
dzisiejsze czasy zmuszają do
pragmatycznego myślenia,
które wyklucza określanie życiowych niepowodzeń mianem „pięknej katastrofy“.
I właśnie dlatego warto choć
przez 2,5 godziny projekcji
zapomnieć o zmartwieniach
i dać się porwać Zorbie do
tańca.
„Grek Zorba”,
reż. Mihalis Kakogiannis
Premiera: 18 lutego 2011
Dystrybucja: Vivarto
Patryk Juchniewicz
Wszystko (nie) gra
Po śmierci matki nastoletni Joshua Cody zamieszkuje z jej rodziną, z którą wcześniej
praktycznie nie utrzymywał kontaktów. Trafia w sam środek problemów familli utrzymującej się z różnego rodzaju przestępstw.
Opowiadany hipnotycznym rytmem film,
będący studium relacji międzyludzkich w
sytuacji niemal granicznej i rozpadu tych
relacji wskutek rosnącego napięcia i strachu, jest zarazem przejawem sprawności reżysera, który nie boi się zagrać gdzieniegdzie odmienną konwencją. Dodając do tego
nieoczywistą fabułę i kamerę trzymaną blisko rzeczywistości, otrzymamy jeden z najlepszych filmów zeszłego
roku.
„Królestwo zwierząt”,
reż. David Michod
Premiera: 10 grudnia 2010
Dystrybucja: Hagi Film
Radek Pulkowski
Spoglądamy zza kurtyny na tańczącą baletnicę. Zaczynamy wirować razem z nią. Stopy, obwiązane
atłasowymi wstążkami, wykonują
drobne, doskonałe ruchy w takt
muzyki. Są zapowiedzią piękna,
perfekcji, ale i morderczego bólu.
Miesiące wysiłku, wyrzeczeń
i głodówki znowu się opłaciły. Tak
jak Jared Leto w „Requiem dla snu”
pokazał wielkość aktorskiego
kunsztu, tak i teraz mamy do czynienia z prawdziwą sztuką, tym razem w kobiecym wydaniu. Docenioną, bo Natalie Portman jest już posiadaczką Złotego Globu, a do
pełni szczęścia brakuje jej już tylko Oscara. Na nagrodę Akademii raczej nie może liczyć reżyser, jednak
jego wytrwałość, konsekwencja
i nieograniczona wyobraźnia zasługują na podziw. Darren Aronofsky
stworzył obraz przemyślany i dopracowany w każdym detalu. Mimo
że nieco odchodzi od punkowej
konwencji, którą forsował w pierwszych filmach, w dalszym ciągu stawia na mocne rozwiązania. Historię o „Jeziorze Łabędzim” zamienia
w dramat psychologiczny doprawiony mieszanką horroru i pulsującej erotyki.
Nina, która zdobywa upragnioną
podwójną rolę w inscenizacji „Jeziora Łabędziego” to grzeczna córka apodyktycznej matki, cicha, posłuszna tancerka w pastelowych
kolorach. Stopniowo zrzuca z szyi
Spokój
do czasu
Jules (Julianne Moore) i Nic (Annette Bening) to para lesbijek wychowujących dwoje nastolatków. Rodzeństwo postanawia
znaleźć biologicznego ojca (kobiety korzystały z banku spermy). Ład i spokój tej specyficznej, ale kochającej się rodziny, zostaje zburzony, gdy pojawia się „tata” Paul
(Mark Ruffalo).
szalik z białych piór, aby zamienić
go na czarne skrzydła. Poddaje się
wpływowi swojej głównej rywalki (Mila Kunis), ulega mistrzowi baletu, buntuje się, a przede wszystkim zatraca zdolność odróżniania
rzeczywistości od tworów wyobraźni. Jej bezbarwny głos zyskuje na sile, dzięki czemu może wykrzyczeć przerażenie nie tylko
swoje, ale i widza, bo granica między rzeczywistością a koszmarem,
baletem a psychodelią, cały czas
się rozmywa.
Film przypomina grającą szkatułkę, stojącą przy łóżku głównej bohaterki. Z pozoru to tylko opowieść
o obracającej się wkoło baletnicy,
której nieustannie towarzyszą
dźwięki orkiestry. Kiedy jednak
otworzymy szkatułkę, ujrzymy
ciemne wnętrze, w którym nic nie
jest oczywiste. Muzyka (skomponowana przez Clinta Mansella w
oparciu o dzieło Czajkowskiego)
wydaje się przytłumiona i osaczająca, delikatna, blada skóra bohaterki pokrywa się ranami, tiulowe
stroje zaczynają ciążyć, a lekki taniec staje się obsesją.
„Czarny łabędź”,
reż. Darren Aronofsky
Premiera: 21 stycznia 2011
Dystrybucja: Imperial - Cinepix
Klaudia Lis
Lisa Cholodenko opowiada się za małżeństwami homoseksualnymi i dowodzi, że
w takim związku można skutecznie wychowywać dzieci. Swoje przekonania prezentuje subtelnie, w komediowej tonacji, unikając nachalnego moralizowania i politycznej poprawności. W efekcie powstał kolaż
kina familijnego z gejowskim. Odważne, ale
ciekawe połączenie.
„Wszystko w porządku”,
reż. Lisa Cholodenko
Premiera: 25 lutego 2011
Dystrybucja: Gutek Film
21
fot. Magda Hueckel
KULTURA_SCENA
KULTURA_DŹWIĘK
Simone bez Weil
Krzysztof Warlikowski intelektualną rozgrywkę z widzem prowadzi
na najwyższym poziomie. Jego misternej konstrukcji kolaż, posklejany z fragmentów tekstów, ma
wydźwięk wielopoziomowej refleksji na temat końca ludzkiej egzystencji. Refleksja ta nie ma w sobie nic z rozpaczliwie patetycznych rozważań o życiu i śmierci.
„Koniec” Warlikowskiego to zawieszenie pomiędzy dwoma światami, nieudolne próby racjonalizacji
śmierci, fascynacja nią, wreszcie
potrzeba doświadczenia, co tak naprawdę znajduje się po drugiej
stronie. Zakładając, (czy oby nie na
wyrost?), że cokolwiek znajdować
się musi.
W scenerii dawnej fabryki w Ursusie rozgrywają się sceny z życia
bohaterów – Józefa K. z „Procesu”
Kafki, Tony’ego z „Nickel Stuff”
Bernarda-Marie Koltèsa, Elizabeth
Costello Johna Maxwella Coetzeego. Postaci, mitów i opowieści
jest o wiele więcej. W scenicznych
obrazach przewijają się bohaterowie z mitologii czy filmów Lyncha.
W zlepku cytatów i odniesień Warlikowski z postdramatycznym wyrafinowaniem pozwala widzowi na
dowolność w składaniu części w
całość, nie narzucając uniwersalnie spójnej interpretacji. Poszcze-
gólne fragmenty teatralnego kolażu rezonują ze sobą, tworząc
pole do nabudowania kolejnych
znaczeń. Sceniczne obrazy rysowane są wyraziście i sugestywnie.
Jaskrawości dodają wyjątkowe
kreacje aktorów, wśród nich Ewy
Dałkowskiej (Elizabeth), Macieja
Stuhra (Józef K.) czy Stanisławy Celińskiej (matka).
W ostatniej scenie Elizabeth udaje się zajrzeć na drugą stronę bramy. Co na nią czeka? Obiektyw kamery z włączoną czerwoną lampką. Przegląda się w nim Elizabeth,
przeglądają się widzowie, analizując wyrazy swoich twarzy na wielkim ekranie. Warlikowski nie zapomniał o nas. Wszyscy w jego „Końcu” uczestniczymy.
się w pustce wieczności i zlanie się
z tłem. Stąd banalne i doniosłe pytanie: jak o tym opowiedzieć?
Pierwsza część spektaklu uporczywie krąży wokół tej kwestii.
Młody egzaltowany reżyser o art ystowskich ciągotach usiłuje
przekonać starzejącą się aktorkę
Elżbietę Vogler do przyjęcia roli
Simone. Ta jednak wciąż odmawia.
Jest o dwadzieścia lat starsza od
Weil w chwili jej śmierci; dlaczego miałaby zresztą odtwarzać postać, bazując na jej myśli, która radykalnie przeczy cielesności – namacalnej i erotycznej, a o taką
chodzi reżyserowi. W drugiej części sztuki Vogler trafia do loftu
komuny hippisowskiej (rodem
z „Factory 2”). To dla niej nieudana próba zmierzenia się z rolą i tak
fot. Bartek Sowa
W Koƒcu
Tytuł tej sztuki jest przekorną
inwersją: tezy filozoficzne Simone Weil, żydowskiej mistyczki zafascynowanej gnozą,
ostro kontrastują z jej chorobliwą cielesnością, z ułomnym
ciałem uparcie poddawanym
przez nią wyczerpującym próbom. Najpierw dobrowolnie
podjęta praca w fabryce Renault przerwana infekcją płuc,
potem misja militarna w szeregach hiszpańskich anarchistów, wreszcie gruźlica i śmierć
z wyczerpania w wieku 34 lat.
Z jednej strony seria zawziętych wyrzeczeń i gloryfikacja
czynu, z drugiej – radykalnie
n e g a t y w na i r e z y g n uj ą c a
z wszelkiej physis wizja zbawienia: splendor rozproszenia
pomyślaną figurą mistyczki.
Nieporozumieniem i profanacją
są natomiast sceny, w których pojawia się sama Simone. Wtedy przestaje być figurą dwuznaczną; widać
już tylko histeryczną męczennicę
z typową freudowską historią konfliktu rodzinnego. To jasne, że potencjał inscenizacyjny dramatów
się wyczerpuje, ale dlaczego traktować teksty niesceniczne z tak naiwną dowolnością? Zwłaszcza, że to
nie ich autorów kompromituje nieudolna interpretacja.
formy
Grecki mit, do którego wielokrotnie sięgali dramatopisarze różnych epok, w dialogu
ze współczesnością. Treść potraktowano tu
powierzchownie, sprowadzając konflikt
macochy zakochanej w pasierbie do erotycznych żądz. Za to - jeśli chodzi o formę
- trzeba przyznać, że ma Kleczewska wyobraźnię. Przerost formy nad treścią - napisał dziennikarz „Rzeczpospolitej” po premierze w 2006 roku. Cóż w tym jednak złego, że uprawia się teatr formy? Spektakl jest
wizualny, zaskakujący i niespójny czasoprzestrzennie - zupełnie jak nasza rzeczywistość. Tylko Englert, ze swoim holoubkowskim sposobem recytacji, rzekłabym
– manierą, nie daje się przyjąć jako część
tej całości. No i ten „obowiązkowy” nagi
mężczyzna – można było tego widzowi
oszczędzić. Powiem jednak, rozważając
wrażenie ogólne, że jest o czym rozmawiać
po wyjściu z teatru. Czyli – warto.
Anna Maria Juźwin
„Fedra”, reż. Maja Kleczewska
Teatr Narodowy
fot. Marta Ankiersztejn
Wioletta Wysocka
Klasyk
„Bracia Karamazow” to spektakl
dyplomowy studentów czwartego
roku Akademii Teatralnej. Młodzi
aktorzy mierzą się z tekstem Dostojewskiego z niezwykłą wrażliwością. Zadanie jest niełatwe, stąpają bowiem po wyjątkowo grząskim gruncie. Wejście w świat
Dostojewskiego wymaga zgłębie-
22
nia najciemniejszych zaułków natury człowieka, znalezienia mu
miejsca w świecie sprzecznych do
granic możliwości wartości. Studentom udało się stworzyć hipnotyzujący spektakl, jakiego w Akademii nie było od kilku dobrych
lat.
„Bracia Karamazow”,
reż. Jarosław Gajewski
Teatr Collegium Nobilium
Anna Maria Juźwin
Pomyłka
A obecnie, co tatuś robi? - Puszczam bąka
w twoją kanapę – oto przykładowy żarcik
z „Dobrze zaplanowanego zbiegu okoliczności” w reżyserii Marka Rębacza. To prawda, że teatralny rynek komediowy zdaje się
rozwijać wstecznie, zbliżając w stronę serialowego humoru i ciesząc mało wymagającą publiczność seriami niezbyt wyszukanych gagów. Jednak nawet na tym tle spektakl nie wygląda najlepiej, nie ratuje go też
udział Trzepiecińskiej i Zbrojewicza. Przerysowane, sztampowe postaci, które nie budzą sympatii, nieudane żarty sytuacyjne,
mało błyskotliwe słowne potyczki i zero zaskoczenia – doskonały przykład, jak nie należy pisać tekstów oraz jakich tekstów nie
Być może to całkiem ryzykowna
teza, ale wydaje się, że od pewnego czasu można mówić o „umiarkowanej popularności” Cut Copy
wśród żywiej zainteresowanej muzyką części polskiej publiczności.
Oczywiście, pupilkami tłumów
„Persona. Ciało Simone”,
reż. Krystian Lupa
Teatr Dramatyczny
w Warszawie
premiera: 13 lutego 2010
Królestwo
„Koniec”,
reż. Krzysztof Warlikowski
Nowy Teatr w Warszawie
premiera: 30 września 2010
Cut Copy – Zonoscope
wciąż pozostają inni spadkobiercy
estetyki lat osiemdziesiątych –
miałcy Hurts. W niczym nie zmienia to faktu, że echa wdzięcznej
fascynacji dyskotekową retrospektywą Cut Copy słyszalne są u nas nie
tylko w playlistach odzieżowych
sieci, ale także w nagraniach młodych polskich zespołów, ze znakomitymi Kamp! na czele. Trudno jed-
nak oczekiwać, aby trzeci już album
Australijczyków zmienił w drastyczny sposób status quo i w magiczny
sposób zjednał formacji z Melbourne nowych fanów. Dlaczego?
„Zonoscope” to album wyjątkowo jak na Cut Copy nieprzystępny,
duszny. Subtelna stylistyczna wolta, sygnalizowana przez Withforda już jakiś czas temu, znajduje tu
swoje urzeczywistnienie. Nowy
materiał dość jednoznacznie odwraca się plecami do najchętniej
eksploatowanej dotychczas nostalgicznej, stroboskopowej puls ac ji spod znaku N ew O rder,
oddając się raczej we władanie zagęszczających struktury kompozycji psychodelicznych smug, surowej i regularnej motoryki oraz gęstych wokalnych pogłosów.
Nie znaczy to wcale, że Cut Copy
wyzbyli się nagle umiejętności pisania wdzięcznych popowych piosenek. Problemem „Zonoscope”
jest jednak to, że temu przyciężkawemu, ospałemu składowi
ewidentnie brakuje lokomotywy.
Próżno szukać wśród jedenastu
utworów prawdziwej petardy – takiej, jak wcześniejsze „Hearts On
Fire” czy „Saturdays”. Najbardziej
przebojowe momenty płyty zniechęcają albo pachnącymi koniunk-
Brandt, Brauer, Frick
– You Make Me Real
Długogrający debiut niemieckiego trio
pod skrzydłami zasłużonego berlińskiego labelu zdaje się kolejnym albumem
skazanym poza środowiskiem garstki zapaleńców na całkowite zapomnienie.
Wielka szkoda, ponieważ nieco odrealniony, ale ambitny mariaż minimal techno z klasycznym, czy raczej jazzowym
instrumentarium (obok oczywistych perkusjonaliów pojawiają się tu m.in. fortepian, kontrabas czy klarnet) owocuje tu
niespotykaną, uciekającą od snobizmu
elegancją i wyczuciem brzmienia. „You
Make Me Real” zdaje się istnieć jako
żywy organizm, w którym splatające się
w transowe kompozycje linie instrumentów pełnią funkcje poszczególnych tkanek. Jeszcze jeden stylowy cios w kierunku purystów zarzucających techno
„dehumanizację”.
Brandt, Brauer, Frick
– “You Make Me Real”
Premiera zagraniczna:
listopad 2010
Wytwórnia: !K7
Poczuç słowa dotykiem
turalizmem bezpiecznymi aranżacjami w duchu grzecznego
psychodelicznego popu („Where I’m Going”) albo dość ordynarnym podchwytywaniem obcych wzorców („Take Me Over”
czy „Hanging Onto Every Hearbeat”). Właśnie dlatego na „Zonoscope” należy patrzeć nie
przez pryzmat zbioru singli, ale
albumu – narracyjnej konstrukcji, wyrażanej tu najpełniej
przez epicki, otwierający zestaw
puls „Need You Now”.
Trzeci album Cut Copy skwit ow a ć m oż n a by m e t a f o r ą
ucieczki z parkietu w dziką
dżunglę. Dla rozkochanych w
tanecznych bangerach rodem z
„In Ghost Colours” wnioski nie
są zbyt optymistyczne: Cut
Copy długo jeszcze nie wytną
electro-popowej konkurencji w
pień. To wciąż świetna, nieoczywista muzyka, ale żar w sercach
jakby mniejszy niż kiedyś.
Cut Copy - „Zonescope”
Premiera: 4 lutego 2011
Dystrybucja: Universal Music Polska
Bartek Iwański
Jan Garbarek,
The Hilliard Ensemble
– Officium Novum
Jan Garbarek po 12 latach powrócił do
nagrań z Hilliard Ensemble, by udowodnić, że formuła kwartetu wokalnego i
saksofonu wykonujących stare pieśni
liturgiczne (na trzeciej już płycie powstałej w wyniku tej współpracy) nie
jest jeszcze do końca wyeksploatowana. Album jest oczywiście bliższy ECMowskiemu spojrzeniu na muzykę dawną, niż dynamicznemu wcieleniu Garbarka ze znakomitej koncertówki sprzed
2 lat, „In Dresden”, dlatego fani bardziej
jazzowego wcielenia Norwega nie muszą być tą przestrzenną medytacją zachwyceni. Ci, którzy wydali grube pieniądze na warszawski koncert w Bazylice, z pewnością odnajdą tu namiastkę
jego atmosfery.
Jan Garbarek, The Hilliard Ensemble
– „Officium Novum”
Premiera: 10 września 2010
Dystrybucja: Universal Music Polska
VNM – De Next Best
VNM już na zeszłorocznym Niuskul Mixtape zapowiadał, że ma dosyć nagrywania w podziemiu (po wypuszczeniu
8 albumów!), a wzięty pod skrzydła
przez Prosto pokazał, że nie na darmo
pokładano w nim spore nadzieje. Wystarczy powiedzieć, że utwór, w którym
na featurningu występują wspólnie
Mes, Pezet i Pysk wypada na tle reszty
płyty... średnio. Oczywiście, jeśli kogoś
irytowali już wcześniej „Smarki, Zkibwoy, W.E.N.A i bity od Kixnare’a” to w
specyficznej artykulacji elbląskiego rapera nie odnajdzie rewolucji. Dla pozostałych to solidny debiut na legalu i
mocne wejście w nowy rok.
VNM - „De Next Best”
Premiera: 17 stycznia
Produkcja i dystrybucja: Prosto
tułowe ,,Brajlem’’ i
,,Ogrodnik’’. Przemyślany wybór tekstów
i ich głęboka treść
uwydatniają nastrój
p ł y t y. J ej kolejną ,
mocną s t ron ę jes t
spójność. Każdy utwór
to kolejny element
opowiadanej historii.
Posiada ona swój początek, zakończenie
oraz bohaterów. Ofelia i Ogrodnik to postacie poszukujące siebie nawzajem, przenoszące słuchacza w świat trochę
senny, bajkowy – oniryczny.
Nie da się ukryć, że ,,Brajlem’’ to
płyta wymagająca dużego skupienia i zaangażowania ze strony słuchacza. Tematem przewodnim płyty jest miłość, ale pokazana w sposób bardzo metaforyczny. Głębokie
słowa zawarte na ,,Brajlem’’ pokazują uczucia od drugiej strony, tej
niewidocznej, ukrytej. I to jest
głównym zadaniem słuchacza, poszukiwać emocji przez zmysły,
wsłuchać się w muzykę i poczuć ją
na własnej skórze. Ukryte znaczenia, rozbudowana metaforyka płyty czynią ją z jedną z najbardziej
wyjątkowych, jakie ukazały się
ostatnio na polskim rynku.
Kamila Kraus - „Brajlem”
Premiera; 1 października 2010
Dystrybucja: Luna Music
Paulina Mućko
Daft Punk – Tron
Nie jestem przekonany, czy można powiedzieć o tej płycie coś więcej po jej
przesłuchaniu niż przed nim. Bardzo zasłużony zespół nagrywa soundtrack,
gdzie plamiaste, quasiambientowe tła
uzupełniane są rozbudowanymi pasażami - znamy to dobrze, i choć osobiście doceniam zwłaszcza te momenty,
kiedy fragmenty stricte ilustracyjne zastępuje prosta, kraftwerkowa motoryka, to sama oprawa dźwiękowa nie zmusiła mnie do wybrania się do kina na
„Tron”. Na prawdziwego następce „Human after all”, a zwłaszcza „Discovery”,
będziemy widocznie musieli jeszcze poczekać.
Daft Punk – „Tron”
Premiera: 6 grudnia 2010
Dystrybucja: EMI
Łukasz Łachecki
Łukasz Łachecki
Bartek Iwański
Tytuł nie jest przypadkowy, bo w nim
zawarto całą ideę albumu. Kamila Kraus,
zainspirowana światem osób niewidomych, uc z y, jak
dźwiękiem pokazać
rzeczywistość, a co
więcej - jak słowa poczuć dotykiem, ponieważ do wydawnictwa dołączono zapis wszystkich tekstów w systemie
Braille’a. Jest to pomysł nowatorski, wcześniej nic podobnego na
rynku polskim się nie ukazało.
Klimat płyty utrzymany jest w atmosferze tajemniczości. Trochę
melancholijny i sentymentalny,
bardzo kameralny. Muzykę skomponował Ygor Przebindowski. Można o niej krótko i precyzyjnie powiedzieć jako o harmonijnym połączeniu jazzu i klasyki. Skromne
aranżacje i delikatne melodie pozwalają na indywidualną, bogatą
interpretację, jednocześnie idealnie współgrają z przestrzenią poetycką albumu. Instrumentalnie
pierwszoplanowe role należą do
fortepianu i wiolonczeli, ale możemy usłyszeć także perkusję, saksofon, czy, jak w przypadku ,,Jedwabiu z duszy”, klimatyczny akordeon.
Warstwę tekstową płyty tworzą
wiersze Haliny Poświatowskiej i
Zbigniewa Herberta, a także autorskie utwory Kamili Kraus, m.in. ty-
Łukasz Łachecki
powinno się adaptować. Jeśli miałabym zapłacić 60 zł za bilet, wolę wydać je na cztery dobre filmy.
„Dobrze zaplanowany
zbieg okoliczności”,
reż. Marek Rębacz
Teatr Praga
Wioletta Wysocka
23
Sukces dziennikarza i fotografa PDF
w konkursie fotograficznym!
Fotografia Mirka Kaźmierczaka
to świetna obserwacja z życia
miasta. Reporterska „klatka“
dużo mówi o tym, jak wygląda
zima w naszych miastach.
!
Nasz redakcyjny kolega, Mirek Kazimierczak, zajął II miejsce w konkursie „Fotografia nocna” organizowanym przez portal Fotopolis.
Wśród wielu prac, jakie wpłynęły na konkurs, jury szukało zdjęć, które
dzięki specyficznemu światłu (a raczej dzięki temu, że go brak) pokazują w zupełnie inny sposób otaczającą nas rzeczywistość. Inspirację
można było znaleźć w fotografiach Todda Hido czy Szymona Rogińskigo. Swoje obserwacje i emocje należało przekazać poprzez prace fotograficzne. „Staraliśmy się wybrać zdjęcia, które odbiegały od schematycznego rozumienia <<fotografii nocnej>>, jakimi niewątpliwie
były banalne ujęcia miast, ulic, sztucznych ogni, świątecznych dekoracji oraz łabędzi. Szukaliśmy prac, które nie są tylko prostą rejestracją rzeczywistości, ale mówią nam coś więcej o autorze i sposobie, w
jaki postrzega on świat. Żałowaliśmy tylko, że mało kto odważył się
sfotografować ludzi. Prawie nie było zdjęć przedstawiających nocne
życie miasta i ludzi tworzących ten świat” – zgodnie podkreśliło jury.
Serdecznie gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów!

Podobne dokumenty

nr 34 - PDF Pismo Studenckie PDF

nr 34 - PDF Pismo Studenckie PDF zespół redakcyjny: Dorota Bigo , Piotr Czaplicki, Roksana Gowin, Jan Grabek, Magdalena Grzymkowska, Bartek Iwański, Dominika Jędrzejczyk, Patryk Juchniewicz, Anna Maria Juźwin, Mirek Kaźmierczak, M...

Bardziej szczegółowo