Pod słońcem Portugalii

Komentarze

Transkrypt

Pod słońcem Portugalii
2
c z o ł e m
Z uzasadnienia orzeczenia Sądu
Okręgowego: oskarżony Wasyl Stus
Z biuletynu wewnętrznego:
Kazimierz Malewicz
„Nie zawiadamiać żony”
malować uczył już w Kijowie
Jak wynika z akt podstawowe obowiązki
jednak w Moskwie o własnej formule
zachowania niegodne nie zaznawszy miejsca
co świadczy i należy wskazać zarazem w tym samym czasie dostrzegł już nowe
problematykę ruchu i kubizm
dlaczego porzucił pomimo rozpoczęcia?
W kopalni złota po raz kolejny
pomysł
pierwszego obrazu
zważywszy ustawiczne jak choćby stan
zdrowia
zaczął przenosić coraz bliżej ciszy
leżenie na pryczy stanowczo wykluczające
odkrył zbędność
jako pozbawione podstaw podległe przepisowi.
Co prawda w pełni zasługuje albowiem ostatnią z przeszkód do pokonania
cynicznie niczym nieuzasadnione i niezdrowe
spieszył
– od tego momentu czym dezorganizując czysto subiektywne
głodówki
nareszcie własny etap
mając powyższe mimo wypełniania normy.
obrawszy tę drogę porzucił dzieciństwo
W takim wypadku wykluczające uwzględnienie
a 5 czerwca 1927 – Zachód.
co potwierdza niezależna i w pełni obiektywna
jednak mógłby rozważyć aczkolwiek niebezpiecznie
wyprostowany nijak mające odniesienie jak w sentencji.
Wtrącony do karceru bez ciepłych szmat i bielizny
należy bowiem wykazać czego nie uczynił zasadnie
zatem lat karceru i zesłania w kwaterze pod ósemką
„bo nic nie zmieni dyspozycji Prawa bo i nie może”.
Pozostaje tylko wyrazić zdziwienie
w jaki sposób do podręczników szkolnych
i w czym lepszy: „Nie zmyjecie całą waszą czarną krwią,
sprawiedliwej krwi poety!”. Państwo Sędziowie.
Ural. Obóz Kuczino 28.08.1985.
Dariusz Jacek Bednarczyk
Na
okładce ilustracja
Marii Dek
s p i s
recenzje
Anna Ladorucka, Sławomir Majoch,
Izabela Rydelska, Piotr Buratyński,
Aram Stern, Grzegorz Malon
t r e ś c i
Joanna Wiśniewska
Krucjata (nie)ocenzurowana
twory
Łukasz Stokłosa
64
4
162
Szymon Gumienik
Pod słońcem Portugalii
teksty literackie
Adam Wiedemann
82
fotorelacja
Ryszard Duczyc
Lizard King 2013
10
166
Jecek Deweryn Podgórski
Wentyl bezpieczeństwa
teksty literackie („Zdarzenia Mistrza Karimaty”)
Rafał Derda
fotorelacja
Zosia Kowalska
Z modą przez XX wiek
84
168
tu bywaj
AS, MR
teksty literackie
Wojciech Dunin-Kozicki
86
16
fotorelacja
Ryszard Duczyc
Afryka Reggae Festiwal
174
felieton. dzienniczek uwag
Szymon Szwarc
felieton. regulator kwasowości
Barszcz Błaszczyk
106
28
felieton. horyzont zdarzeń
Kosmiczy Bastard
108
relacja
Anna Staszak
Siedem teatralnych wizji świata
– czyli KATAR w dziedzinie teatru 2013
felieton. bełkot miasta
Józef Mamut
110
34
relacja
Bartosz Adamski
Arcydramat w arcywykonaniu
twory
Michał Szuszkiewicz
112
38
pod okładką. wstęp
Dawid Śmigielski
To się porobiło!
42
pod okładką. wywiad
z Radosławem Piuslą
rozmawia Dawid Śmigielski
Superbohaterowie zawsze
dopasują się do rzeczywistości
podsumowanie
Hubert Smolarek i Piotr Buratyński
Podsumowanie filmowe
roku 2013
130
wywiad
z Yachem Paszkiewiczem rozmawiają
Michał Kowalski i Magda Strzyżyńska
Wideo jest esencją
132
46
rach-ciach
Polecam, Grażyna Torbytska i Cham Filmowy
Nowe technologie
50
wywiad
z Phtalo Manatee rozmawia Marek Rozpłoch
Przejawy rzeczywistości
52
fenomen
Michał Groszewski
Zjadanie nurtu
56
wywiad
z Pawłem Tchórzelskim
rozmawia Maciej Krzyżyński
Sztuka tworzenia matrixów
58
pod okładką. komiks
Kuba Wojtecki
137
pod okładką. krytycznym okiem
Filip Fiuk, Anna Wiśniwska, Sy,
Adam Blicharski, Dawid Śmigielski,
Anna Krztoń, Jacek Seweryn Podgórski
Pod Okładką, czyli jakie komiksy
najbardziej nam się podobały w 2013
138
pod okładką. komiks
Anna Krztoń
146
pod okładką. fotorelacja
Adrianna Sołtysiak, tekst:
Jacek Seweryn Podgórski
Profanka w galerii komiksu
154
pod okładką. eseje recenzyjne:
odsłony
Andrzej Piotr Lesiakowski
179
102
relacja
Aram Stern
O miłości i monodramach.
28. Toruńskie Spotkania
Teatrów Jednego Aktora
172
autorzy numeru
teksty literackie
Karolina Mełnicka
96
22
3
r e c e n z j e
książka
4
ŚWIETNE SĄ TORUNIANKI!
O planach napisania przez Magdę Wichrowską książki usłyszałam w momencie
uzyskania przez nią na ten cel Stypendium Miasta Torunia. Od tej chwili kibicowałam Magdzie, czekając z niecierpliwością na zakończenie procesu tworzenia
książki. I oto jest – bardzo ładnie wydana przez Wydawnictwo Adam Marszałek,
z intrygującą, „ciekawską” okładką zaprojektowaną przez Ewę Doroszenko, z którą
spotykamy się w jednej z rozmów. Fotografie rozmówczyń wykonała sama Magda
Wichrowska, udowadniając, że jest znakomitą portrecistką .
„Toruń. Miasto kobiet” to dwanaście
wywiadów z reprezentantkami świata
kultury i nauki, indywidualistkami i pasjonatkami. Dlaczego tylko kobiety? Autorka
twierdzi, że wynika to z jej specjalizacji
naukowej, a poza tym lepiej jej się rozmawia z kobietami. Trzeba przyznać, że
udało jej się stworzyć atmosferę intymności, szczerości w rozmowach. To dlatego, że potrafi zadawać pytania, umie
też słuchać.
Jak zapowiada okładka, książka jest
właśnie taka, ciekawska. Widać wyraźnie, że autorka wybrała kobiety, z którymi osobiście chciała porozmawiać, a nie
kierowała się względami strategicznymi.
Świetnie przygotowała się do rozmów,
co oczywiste, znając życiorysy i dokonania swych rozmówczyń, ale też doskonale
orientując się w ich aktualnych poczynaniach i planach. Dzięki temu książka
posiada również walory informacyjne dla
osób, które ciekawi toruńska kultura, także od strony kulis. Bardzo interesujące
jest poznanie „ludzkiej twarzy” organizacji i wydarzeń kulturalnych, które dobrze
znamy, zwykle nie do końca zastanawiając się, kto za nimi stoi i dlaczego są takie, jakie są.
Obraz Torunia , jako ośrodka kulturalnego wyłaniający się z dialogów, jest
średnio optymistyczny. Nie brakuje tu
chętnych do działania ludzi z pasją i pomysłem, ale ze strony samorządu miasta
spotykają się jedynie z niewytłumaczalnymi utrudnieniami. Kultura niezależna jest
zdana sama na siebie, a szarzy obywatele
nie mają pojęcia, że w mieście dzieje się
cokolwiek (no, może oprócz filmowania
„Lekarzy”). Sprawa eksmisji Cafe Draże
jest wciąż aktualna i nadal boli, co przewinęło się w kilku rozmowach. Należy
się cieszyć z tego, że animatorzy kultury
łatwo się nie poddają, nie porzucają Torunia w poszukiwaniu łatwiejszego
miejsca,a raczej szukają innych możliwości działania.
W każdej rozmowie ostatnim zadawanym przez Magdę Wichrowską pytaniem
było: „Którą z torunianek związanych
z kulturą i sztuką chciałybyście zobaczyć
w mojej książce?” Odpowiedzi padały
najprzeróżniejsze. Wiele podawanych nazwisk rzeczywiście w tej książce się znalazło, ale i mnóstwo innych. Z tego wynika,
że nadal jest wielki apetyt na tego rodzaju
rozmowy. „Świetne są torunianki” stwierdza Teresa Stępień-Nowicka, a ja podpisuję się pod tym stwierdzeniem obiema
rękami. Jak również pod tym, że warto
byłoby przeczytać rozmowę z Magdą.
Anna Ladorucka
Magdalena Wichrowska, „Toruń. Miasto kobiet”
Wydawnictwo Adam Marszałek
2013
BEKSIŃSKICH PORTRET
WŁASNY
Od samego początku wiemy, jak zakończy się ta opowieść czy raczej dwie historie, których oddzielić niepodobna. Syn
popełni samobójstwo w wigilię Świąt, tuż
przed końcem dwudziestego stulecia. Ojciec sześć lat później zginie od dwudziestu
ciosów kłutych, w przeddzień swoich siedemdziesiątych siódmych urodzin.
Zdzisława Beksińskiego, ojca, znamy
z mrocznych fotografii, grafik i rysunków
szokujących często „sadystyczną pornografią”, obrazów o mglistych pejzażach
i ruinach miast wypełnionych tłumach
zdeformowanych ni to ludzi, ni potworów.
Znamy jako artystę, który po sprzedaniu Japończykom prac za milion dolarów,
przyćmił u schyłku PRL-u sławą innych
artystów. Za sprawą książki dowiadujemy
się także o Jego innowacyjnych i pełnych
rozmachu projektach nadwozi dla „Autosanu”, pomysłach zbyt „imperialistycznych” dla władz, by mogły być poważnie
brane pod uwagę, realizatora „dzienników
fonicznych” i zapisów video. Poznajemy
samotnika, który nie lubił podróży i nie
bywał na wernisażach swoich wystaw,
którego życie upływało w sterylnej pracowni przy sztalugach, w otoczeniu najnowszego sprzętu; dziwaka, który używał
tylko dwóch kompletów ubrań (jednego
do malowania, drugiego do podejmowania gości), ale i kochającego męża, który
po śmierci żony, żywił się tylko gotowymi
daniami, popijanymi Pepsi.
Tomasza Beksińskiego, syna, znamy
jako autora kultowych audycji w radiowej
Dwójce, a następnie Trójce, które kształ-
r e c e n z j e
z siebie na obrazy. A Tomek nie. W nim to
wszystko siedziało.” W książce o Beksińskich dotykamy czegoś, co nas niepokoi,
a może i budzi grozę, bo każdy z nas przeżył swój Sanok, każdy czuł się bezsilny
i każdego z nas dopadały zmory.
Sławomir Majoch
Magdalena Grzebałkowska,
„Beksińscy. Portret podwójny”
Wydawnictwo Znak
Kraków 2014
Film
towały gust muzyczny całego pokolenia;
tłumacza ścieżek dialogowych serii z Jamesem Bondem, Monty Pythona, filmów
grozy i westernów, autora felietonów
„Opowieści z Krypty” publikowanych na
łamach pisma „Tylko Rock”. Za pośrednictwem Grzebałkowskiej poznajemy go także jako wstającego o godzinie trzynastej
kochliwego i bezkompromisowego nudziarza, który terroryzował najbliższych; fascynującego się śmiercią i wampiryzmem;
szokującego pomysłami (jako nastolatek
rozwiesił w Sanoku klepsydry o swojej
śmierci), kreatywnego uciekiniera w świat
filmu i muzyki,.
Książka „Beksińscy. Portret podwójny”
Grzebałkowskiej to wciągający reportaż,
gotowy scenariusz na mroczny, kasowy film o sławnym artyście i jego synu,
znanym dziennikarzu muzycznym, o dużych pieniądzach i gadżetach, o miłości
i nienawiści, zbrodni i tajemnicy. Autorka,
która ukończyła historię, jest reporterką
„Gazety Wyborczej” i laureatką nagrody
Grand Press w kategorii dziennikarstwo
specjalistyczne, ujawniła dobry warsztat
oraz rzetelne podejście do tematu. Swoja pracę oparła na odręcznych listach i e-mailach Beksińskich, dzienniku pisanym
i „dzienniku fonicznym”, artykułach, wywiadach telewizyjnych i radiowych, a prze-de wszystkim na rozmowach przeprowadzonych z bliskimi obu bohaterów. Talent
reporterski uwidoczniła w umiejętnym stopniowaniu i podsycaniu napięcia oraz rekonstrukcji codzienności. Odmalowała obraz
prowincjonalnego, krępującego Sanoka,
z którym Beksińscy związani byli od pokoleń;
Warszawy, w której mieszkali od 1977 r., ale
także kadrów z Krakowa, Katowic i Rzeszowa. Dokonała zapisu przemian, od szarego
PRL-u, gdzie trzeba było zmagać się z bylejakością i walczyć o przydział farb, po
pstrokaty, wolny rynek, który oferował
najnowsze nowinki techniki, zwłaszcza te
niepotrzebne. Nie zabrakło w książce momentów humorystycznych, jak zaproszenie od Prezydenta Kwaśniewskiego skierowane do Zygmunta, zamiast Zdzisława
Beksińskiego czy opisu palenia suszonych
łupin banana w zastępstwie liści marihuany, w wyniku czego zamiast odjazdu, nastąpiło cierpnięcie nóg u „pociągających”.
Udało się pokazać Beksińskich z krwi
i kości, zwykłych i zupełnie niecodziennych
ludzi z wszystkimi ich fobiami i natręctwami, obu naznaczonych emocjonalną blokadą, odbieraną jako przesadny egocentryzm. Jeden ze znajomych Beksińskiego
powie, że „Zdzisław wypluwał demony
JAK MÓWIĆ O HISTORII?
„Mój dom” Magdaleny Szymków to
cicha, intymna historia dwóch kobiet,
których losy splecione zostały ze sobą
za sprawą wydarzeń wojennych. Dramat
życia brutalnie przerwanego i zniszczonego przez interwencję wojskową pokazany
jest poprzez dwie równoległe opowieści,
snute przez Polkę i Niemkę. Bohaterki
dają dwa różne, a jednocześnie podobne
i wielce uniwersalne świadectwa tragedii
przymusowych deportacji i wysiedleń. Ich
głosy mówią o bólu spowodowanym pozbawieniem korzeni, wyrwaniem z miej-
sca należącego do nich i tylko do nich.
Bohaterki opowiadają o tym, czym dla
każdej z nich był koszmar wojny i jak te
wydarzenia wpłynęły na ich losy. Obie te
historie pięknie spaja motyw domu, domu
w Szczecinie, który stał się ich wspólnym.
Dla jednej z nich stanowi on utracony azyl
i wspomnienie beztroskich lat młodości,
dla drugiej jest odnalezionym spokojem.
Dom w tej opowieści to nie tylko budynek.
Słowo to nabiera także innych znaczeń. Staje
się symbolem jednostkowej tożsamości, pamięci i świadomości tego, kim jesteśmy i gdzie jest nasze miejsce. Wagę
domu dla całej opowieści uwypuklają
zabiegi formalne, jakie zaproponowała
reżyserka. Tło dla archiwalnych kadrów
przedstawiających pociągi wywożące ludzi stanowią właśnie domy, szczecińska
architektura, na tle której wyświetlane
są stare filmy.
Reżyserka zdecydowała się podjąć temat
raczej już niepopularny, odległy czasowo
i mentalnie. Kogóż bowiem mogą dzisiaj zainteresować losy przesiedlonych
i wypędzonych? Czy te minione zdarzenia
mają jeszcze znaczenie dla nas dzisiaj?
Czy warto podejmować taki temat i w ogóle mówić o historii? Myślę, że swoim dokumentem Magdalena Szymków udowadnia,
że jest na to miejsce, a co więcej, proponuje model mówienia o przeszłości odmienny
od wytartych schematów. Nie wikła się
w polityczne zadęcie czy zbędne moralizatorstwo i daleka jest też od znanej nam
nachalnej propagandy przynależnej tematowi wojny. Nie ocenia żadnej ze stron.
Wroga nie można wskazać wprost, nie
jest nim Niemiec czy Rosjanin, a oskarżonym staje się wojna, a może nawet i natura ludzka, która obnażyła w owym czasie
swą najgorszą, przerażającą stronę. Film
pokazuje, że na temat rozliczeń z historią
można, a nawet należy spojrzeć inaczej,
bo kogóż w obliczu jednostkowych tragedii mamy prawo nazwać ofiarą, a kogo
wrogiem? W swoim obrazie Szymków pokazuje tragedię wojny poprzez pryzmat
małych spraw. Pozostawiona w domu lalka
czy porzucone szuflady pełne pamiątek są
prawdziwymi dramatami będącymi udziałem pojedynczych osób, które to składają
się na tragedie całych narodów. Jeśli mówić o wojnie, o historii w ogóle, to chyba
w taki właśnie sposób. Kiedy przeszłość
ma swoje imię, przestaje być kolejnym
wydarzeniem z podręcznika, a staje się
realna i bliska, a z bohaterami jesteśmy
w stanie się utożsamić i poczuć ich ból. Historia to ludzie, ich doświadczenia i prze-
5
r e c e n z j e
życia. Ten film, poprzez swoje niespieszne
dzianie się, pokazuje, że warto zwolnić,
przystanąć, przypomnieć o tym, co było,
bo przecież i nasze wczoraj jest już dzisiaj
przeszłością. Historia buduje naszą tożsamość, dzięki niej jesteśmy, jacy jesteśmy.
Dlatego pytanie nie powinno brzmieć,
czy powinniśmy mówić o historii, ale jak
o niej mówić.
Izabela Rydelska
Mój dom
reż. Magdalena Szymków
Wajda Studio
2012
WILKI Z FERAJNY, CHŁOPCY
Z WALL STREET
W czymś na wzór rocznicowego tekstu w roku 2001 Zygmunt Kałżuński pisał
o końcowej sekwencji „2001: Odysei kosmicznej” S. Kubicka: „Bohater (…) dostaje się w sferę olśniewającej magii narkotycznej, w której wirują kolory niby po
zastrzyku heroiny.” Zdzisław Pietrasik we
wstępie do wyboru tekstów Kałużyńskiego
„Kanon królewski” wydanego przez „Politykę” zakrzyknął: „Czy było w ogóle coś,
na czym się nie znał?”, co miało być dowodem szerokiej, nie tylko filmowej wiedzy.
Niestety, w przypadku narkotycznego porównania w odniesieniu do arcydzieła Kubicka, mistrz krajowej szermierki recenzenckiej, myląc wizualne doświadczenia
psychodeliczne z synonimem narkotyku,
czyli opioidami, popełnia błąd rzeczowy.
Nie chodzi jednak, by łapać Kałużyńskiego za słówka. Bo linia jego rozumowania
poza tym szczegółem jest wszak słuszna.
Przypomniałem sobie o tym fragmencie
podczas ostatniej wizyty w kinie, gdyż
obejrzałem dzieło, którego logika podyktowana jest stymulacją kokainową…
Chodzi oczywiście o „Wilka z Wall Street”, nowy film Martina Scorsese, jego najlepsze dzieło od „Infiltracji”, a może nawet
od „Kasyna”, jeśli zaneguje się litościwego
Oscara dla tejże „Infiltracji”. „Wilk” to Scorsese pełną gębą. Agresywny, przebojowy
i rozbudowany do granic swoich możliwości. Film o ludziach bardziej obrzydliwych
niż bohaterowie Joe Pesci’ego z „Chłopców z ferajny” i „Kasyna” razem wzięci
i zmultiplikowani dziesięciokrotnie. Cynizm
bohaterów szokuje tak samo jak kapitał,
którym dysponują. Mimo to nadal bawią
nas tak samo, jak bawili chłopcy z wiadomej ferajny. Na czym polega magnetyzująca siła tego trzygodzinnego filmu? Na
wulgarnym rechocie i satysfakcji voyeura
z podglądania kapitalistycznej przemocy,
taka odpowiedź narzuca się od razu. Ale
czy Scorsese, praktykujący katolik, chce
utożsamić widza za złem, skojarzyć go
z nim? Oczywiście, że nie. Przyjemność
płynąca z odbioru tego filmu wynika
z jego struktury montażowej. Nieczęsto
spotyka się film tak, w gruncie rzeczy, poważny – i co istotne tak długi – który zrealizowany został od A do Z jak trailer, video,
teledysk, jak przebojowa, acz krótka sekwencja montażowa. Ten film pędzi przez
świadomość widzów jak nosy Jordana Belforta i jego kamratów w białych kołnierzykach po białych ścieżkach. Teledyskowość
filmu zapewnia mu więc konsekwencję,
przyciąga (wciąga) go ostatecznie do jego
treści, a jednocześnie bawi, fascynuje…
uczy? Wilki z Wall Street to chłopcy z ferajny na stymulantach. Reżyser nie jest
apologetą zła. Ale uwypukla je, bo złem
kino się karmi, by wypluć – czasami –
sztukę, która, jak to się mówi, z zasady
jest dobrem. Niesamowicie chrześcijańskie kino błyszczące na górze kokainy,
której pozazdrościłby Tony Montana.
Film Scorsese ma właściwie jedną
wadę. Że jest to historia oparta na faktach. Koszmar.
Piotr Buratyński
„Wilk z Wall Street”
reż. Martin Scorsese
Monolith Films
2013
teatr
6
CZESKI VERNE W BAJU
Nie ulega wątpliwości, że miks powstały z nietypowej książki Juliusza Verne’a
i czeskiego poczucia humoru może być
istną mieszanką wybuchową! Przed trzydziestu laty „Tajemnicę zamku w Karpatach”, tuż po międzynarodowym sukcesie
komedii „Adela jeszcze nie jadła kolacji”,
zekranizował Oldřich Lipský – i do dziś
w Czechach teksty z jego filmu „Tajemnica…” krążą w języku potocznym, tak jak
w Polsce po „Seksmisji”. Można się więc
było spodziewać, że będzie filmowo, „…
będzie zabawa, będzie się działo…” – ale
konwencja półopery i komediowego romansu gotyckiego w Teatrze Baj Pomorski
– to już autentyczna eksplozja śmiechu
i rewelacyjnej zabawy!
Czarodziej z Nantes w „Tajemniczym
zamku w Karpatach” odszedł mocno od
swych klasycznych kanonów powieści z
pogranicza przygody czy wczesnej science fiction i wprowadził czytelników w wyraźnie gotycki romans, a właściwie transylwański trójkąt miłosny z tragicznym
finałem. Adaptując powieść na scenę Baja
Pomorskiego Vit Perina – autor scenariusza, zawęził ten pikantno-drastyczny
wątek do zabawnej komedii z elementami czeskiej parodii i absurdalnym poczuciem humoru. Powstało widowisko bardzo
spójne i kończące się jednak szczęśliwie, wszak Czesi i Słowacy nie chcieli
wcale straszyć toruńskich siedmiolatków.
Reżyser i autor scenografii do przedstawienia – Marek Zákostelecký zadbał przy
tym idealnie, by całość zamknąć
w koherentnym obrazie filmowo-teatralno-operowym, a właściwie półoperowym
(jak dowiadujemy się już w tytule). Nie
udałoby się to tak wspaniale, gdyby
nie udział w projekcie wybitnego
słowackiego
kompozytora
Vratislava
Šrámka, który do spektaklu stworzył
wspaniałe „pół-libretto”!
Ale o czym opowiada „Tajemniczy zamek w Karpatach, czyli fantastyczno-naukowa półopera albo Verneland”?
Francuski prekursor science fiction oparł
intrygę swej powieści nietypowo: na miłości Hrabiego do Stilli Alsanty, porwanej
przez złego Barona Gorca do złowrogiego
zamku, u którego stóp mieści się wioska
zamieszkała przez przerażonych sąsiedztwem rozkosznych wieśniaków. Wolą trzymać się od zamku z daleka, gdyż sama
wyprawa w jego pobliże grozi wielkim niebezpieczeństwem… Zbyt wielu szczegółów
nie zdradzę, by nie psuć Państwu świetnej
zabawy, uspokoję jednak rodziców, iż bez
obaw mogą zabrać swe pociechy do Baja
Pomorskiego, gdyż wszystko kończy się
dobrze – nie tak jak u pana Verne’a. Sami
przy tym bawić się będą równie wyśmienicie, gdyż skosztują w nim świata swych
dziecięcych przygód z książkami Verne’a,
przyrządzonego przez tak lubianych Bajowych aktorów, według przepisów zaskakujących i przezabawnych.
Marek Zákostelecký zebrał w tym
przedstawieniu aktorów bukiet wyjątkowy,
jak przystało na żywą zabawę mroczną historią prosto z Transylwanii, i to z dużym
przymrużeniem oka. Właściwie wszystkim
należałoby oddać sprawiedliwość, gdyż
idealnie dostroili się do „Tajemniczego
zamku…”, ale przede wszystkim, podnieść
piękną rolę Marty Parfieniuk-Białowicz –
Stilli, cudnie śpiewającej arie i świadomej
swego operowego talentu. Dalej, przyklasnąć interesująco odtworzonej przez
Jacka Pysiaka postaci Hrabiego Franciszka Teleka – dotkniętej uroczym dydaktyzmem i romantyczną miłością, lecz
jednocześnie nieświadomej czyhających
na nią niebezpieczeństw, przed którymi
ostrzega go wierny sługa Quido Rocko
(Krzysztof Grzęda). Ponadto, nie sposób
nie zauważyć komicznie nawiedzonej narratorki półopery – Kustosz Bożeny (Edyta
Łukaszewicz-Lisowska), jakby wyrwanej
z „Pana Samochodzika i Templariuszy”
Nienackiego; także zapomnieć wywołującej ból brzucha ze śmiechu Dominiki
Miękus, w roli Mirioty – niemej narzeczonej Leśnika Ruperta (Mariusz Wójtowicz)
oraz córki sołtysa (Jacek Pietruski), czy
absolutnie ludycznych sióstr syjamskich
(Grażyna Rutkowska-Kusa i Agnieszka
Niezgoda). Są też mieszkańcy groźnego zamczyska: teutoński wynalazca Orfanik (Andrzej Korkuz), Robot Mirka (aż
trudno uwierzyć, że to żywa Anna Katarzyna Chudek) i wreszcie ekscentryczny
Baron Gorc (Krzysztof Parda), który swą
rolą zachwycił najmniej. Może to wina
charakteryzacji, tłumiącej jakże świetną
mimikę aktora.
W tym spektaklu został wydobyty ton
genialnej czeskiej satyry z nutą reżyserskiej przekory wobec osobliwej powieści Juliusza Verne’a – gotyckiej i nieco
wampirycznej. Nie ma się zupełnie czego
obawiać i warto dać się porwać rodzinnie
w świat tajemnic zamku, sympatycznie
zamkniętego w Bajowej szafie. Szczególnie teraz, gdy na co dzień traktujemy
wszystko zbyt poważnie!
Aram Stern
Juliusz Verne, „Tajemniczy zamek w Karpatach,
czyli fantastyczno-naukowa półopera
albo Verneland”
reż. i scenografia: Marek Zákostelecký
premiera 1 grudnia 2013
Teatr Baj Pomorski
muzyka
r e c e n z j e
MOIZM
Tomka Makowieckiego nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Artysta został
zauważony i doceniony w programie telewizyjnym „Idol” w roku 2002. Był to
pierwszy i najpłodniejszy tego typu program w Polsce. Paradoksalnie, każdy
z finalistów pierwszej edycji odniósł dość
spory sukces komercyjny, prócz laureatki
- Alicji Janosz. Może słowa: „ostatni będą
pierwszymi, a pierwsi ostatnimi” mają
sens? Na pierwszy rzut oka było widać,
że Tomek Makowiecki wyróżnia się na tle
innych uczestników. Przystojny, nostalgiczny młodzieniec, niepasujący do powstającego świata taniego popu i tandety.
Nie byłem wielkim fanem jego twórczości,
co nie znaczy, że nie była ona warta uwagi. Jego kompozycje były zawsze bardziej
zbliżone wrażliwością do zespołu „Myslovitz” niż do „Blue Cafe”.
Efektem podobnej wrażliwości artystycznej był wspólny projekt z częścią
muzyków „Myslovitz” ukryty pod nazwą
„NO! NO! NO!”. Płyta ukazała się w 2010
roku. Duże wrażenie robiło zarówno samo
wydawnictwo, jak i zgromadzone na nim
utwory. Moje odczucia co do braku sztampowości Tomka Makowieckiego utwierdziły się dzięki temu właśnie krążkowi. Czułem, że muzyk coraz szybciej wspina się
na szczyt swoich artystycznych możliwości. Potwierdzeniem tego jest wydana 22
października 2013 roku płyta „MOIZM”.
7
8
r e c e n z j e
Krążek wydany dzięki „SONY MUSIC”
zawiera 10 utworów zamkniętych w 53
minutach. Płyta została zapakowana w eleganckie, nawiązujące do wydań winylowych
pudełko z dwoma broszurkami. Na jednej
z nich umieszczono teksty piosenek. Na
drugiej znajduje się mini plakat (jak sądzę
dla fanek), a pod nim opisy instrumentów, podziękowania oraz krótka historia
powstawania muzyki. Zbyt często wydania płytowe są traktowane po macoszemu,
a wydawcy zapominają o nabywcach oraz
o tym, że chcą oni nabyć cały produkt, a nie
tylko nośnik audio.
Największym zaskoczeniem dla słuchacza jest fakt, że cała płyta utrzymana
jest w klimacie elektronicznym. Można zapomnieć o gitarowych solówkach czy popowo-rockowych aranżacjach. Na krążku
znajdziemy 5 kompozycji w języku polskim, 4 w języku angielskim oraz jedną
nie zawierającą ludzkiego głosu.
„Dziecko księżyca”, utwór rozpoczynający płytę, bardzo gładko wprowadza
nas w elektroniczną podróż po krążku.
Od razu można wyczuć inspiracje muzyką elektroniczną przełomu lat ‘70 i ‘80, w
których to latach powstawały coraz ciekawsze syntezatory, a to dzięki rozwojowi systemu MIDI. Utwór jest prowadzony przez lekko basową linie melodyczną
upiększaną elektronicznymi dźwiękami
„syntetycznych” gitar czy automatu perkusyjnego. Śmiało można by użyć tej
pozycji do ścieżki dźwiękowej w filmie
„DRIVE”, która momentami jest zbliżona
do omawianego numeru. Naprawdę nie
wiem, jak Makowiecki łączy polski język
z tak niewspółbrzmiącą z nim muzyką.
Naturalność, z jaką artysta wtłacza ojczysty język, potwierdza tylko jego wielkie
wyczucie i talent. Doceniam takich artystów, ponieważ umiejętność ta stanowi
sztukę zamierającą, tak jakby język polski był obciachem w dzisiejszych czasach.
Na singel został wybrany utwór „Holidays in Rome”, który jest bardzo żywą, klubową mieszanką dźwięków. Magnetyzuje
i pobudza do lekkiego bujania, a w skrajnych momentach, nawet do tańca. W tym
miejscu trzeba jednak uczciwie poinformować, że płyta nie jest klubowa. Dużo jest
na niej utworów spokojnych i przeznaczonych bardziej do bujania niż do tańczenia.
Pierwsza myśl, jaką miałem po przesłuchaniu tego utworu, to artystyczna zbieżność
z polskim zespołem „Kamp!”. Makowiecki
nie oddał się jednak do końca tak modnym dźwiękom, jak zespół „Kamp!” To nie
zarzut. Artysta był po prostu sobą. Dzięki
temu, zarówno ten utwór, jak i cała płyta, są cieplejsze i łatwiejsze w odbiorze
dla ludzi, którzy rzadko sięgają po elektroniczno-popowych wykonawców. Sam
Makowiecki, podczas rozmowy z Piotrem
Stelmachem w radiowej „Trójce”, przyznał
się, że zbiera coraz więcej instrumentów
elektronicznych, co wyraźnie słychać na
płycie „MOIZM”. Przytoczę tu nazwy kilku
z nich, gdyż już one są fascynujące, nie
mówiąc o samych instrumentach: Korg
Polysix, Arp Omni II, Elka Rhapsody, Moog
White Elephant, Minimoog, Korg SV 1…
i można tak w nieskończoność. Dzięki tym
instrumentom na płycie słyszymy dźwięki już gdzieś wcześniej zasłyszane, czy to
w bajkach, starych filmach akcji, czy pierwszych grach na konsolach.
Zupełnym przeciwieństwem singla jest
utwór „A summer sale”. Wszystkie żywe
basy, automaty perkusyjne i instrumenty,
których nazw nie jestem w stanie przytoczyć, zwalniają, tworząc melancholijny
nastrój. Nie usypiają nas, tylko wyciszają i spowalniają, tak jakby miały wymusić na słuchaczu skupienie się na samym
tekście, który opowiada skomplikowaną, miłosną historię. Piosenka magnetyzuje i wyłącza na chwilę z codziennego
zabiegania.
Jednym z ciekawszych utworów jest,
bardzo oszczędny w dźwięki, kawałek
„Na szlaku nocnych niedopałków”. Słowa
wypowiadane są w nim od niechcenia,
powolnie, tak jakby wokalista chciał się
zastanowić nad tym, co mówi. Słychać
odgłos imitujący bicia serca, który ucisza
się, oddając pole rytmicznym uderzeniom
wibrafonu. Jedynym stałym elementem są
syntezatory klawiszowe nadające utworowi ciągłość. Pod koniec wszystko przyspiesza, a tekst jest wypowiadany śmielej, tak
jakby cała kompozycja musiała dojrzeć do
pięknej dynamiki i harmonii.
Kolejnym wyróżniającym się utworem
jest „Zabierz mnie”. Wyraźna, klubowa sekcja basu otoczona dźwiękowymi
ozdobnikami i połączona z wyraźnym melancholijnym wokalem daje ciekawą mieszankę. Czujemy emocje artysty, uświadamiając sobie, że też, nie jeden raz,
marzyliśmy, by ktoś zabrał nas od wszystkich problemów. Myślę, że to dobry utwór
na klubowe parkiety. Podczas lekkiego
kołysania, słowami: „zabierz mnie, obojętnie gdzie, bo tak bardzo kocham cię”
możemy wyznać partnerce miłość. Ludzie
mniej romantyczni również znajdą coś dla
siebie. Mogą na przykład zaproponować
stosunek płciowy słowami: „zabierz mnie,
po bzyk… się, obojętnie gdzie”. Żartobliwie można stwierdzić, że jest to piosenka
dla wszystkich.
Płytę kończy „Ostatni brzeg II”,
jedyny utwór, na którym nie znajdziemy wokalu. Jest on chyba hołdem
złożonym muzyce elektronicznej lat ‘70
i
‘80.
Pełno
tu
elektronicznych
przejść, efektów, mikserów i instrumentów klawiszowych, tak jakby wszystkie znajdujące się pod ręką
instrumenty musiały zostać użyte.
Bardzo dynamiczna i dokładnie odzwierciedlająca wyżej wymieniony nurt muzyki
popularnej.
Cała płyta jest czymś naprawdę wyjątkowym i nie myślę tu o aspekcie radykalnej przemiany Tomka Makowieckiego.
To jest po prostu dobry album. Obecnie
powstaje w Polsce dużo zespołów czerpiących z muzyki elektronicznej. Niestety, mimo iż im kibicuję, nie zostaję przy
nich na dłużej. „MOIZM” jest natomiast
płytą dopracowaną, świeżą i zapadającą
w pamięć. Uważam, że jest to najlepszy
krążek Tomka Makowieckiego oraz jedno
z najlepszych polskich wydawnictw ubiegłego roku. Każdy, kto lubi się zaskakiwać, powinien zapoznać się z tą płyta i na
pewno się nie zawiedzie.
Grzegorz Malon
Tomek Makowiecki, „MOIZM”
SONY MUSIC
2013
10
f o t o r e l a c j a
f o t o r e l a c j a
Lizard King 2013
Ryszard Duczyc
Koncerty w toruńskim Lizard Kingu – od października do grudnia 2013:
– Lao Che, 3 października,
– Closterkeller, 10 listopada,
– Waglewski Fisz Emade, 27 listopada,
– Zakopower, 4 grudnia,
– Łąki Łan, 5 grudnia,
– Marek Dyjak, 9 grudnia.
https://pl-pl.facebook.com/ryszardduczyc
11
12
f o t o r e l a c j a
f o t o r e l a c j a
13
14
f o t o r e l a c j a
f o t o r e l a c j a
15
16
f o t o r e l a c j a
Z modą przez XX wiek
Zosia Kowalska
N
iedawno miałam okazję odwiedzić Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, gdzie znajduje się
wystawa „Z modą przez XX wiek”. Jest to wystawa stała, którą goście muzeum mogą oglądać już od jesieni
2009 roku. Ekspozycja prezentuje przeszło 230 damskich i męskich ubiorów, akcesoriów oraz jest podzielona na dwie części.
Pierwsza obejmuje okres 1900-1939 i, poprzez charakterystyczną aranżację wnętrz, znakomicie oddaje klimat epoki. Kolejno, znajdujemy się w secesyjnym saloniku, sypialni, sklepie
z modnymi akcesoriami, przyglądamy się spotkaniom towarzyskim oraz eleganckim gościom teatru. Druga część wystawy
poświęcona jest okresowi od lat 40. do końca lat 90. ubiegłego
wieku. Zaprezentowana odzież jest podzielona na część ubiorów z lat 70. i 80. z Domu Mody „Telimena”, z warszawskich
Domów Centrum (ubiory projektowane przez Barbarę Hoff,
założycielkę firmy „Hoffland”) oraz stroje autorskie łódzkich
artystów plastyków. W gablotach natomiast, przedstawiono
chronologicznie, najbardziej charakterystyczne dla danych dekad stroje damskie i męskie. Osobno wyeksponowane zostały
torebki, buty oraz unikatowa biżuteria. Wystawa ta na pewno
przypadnie do gustu osobom zainteresowanym modą i historią
ubioru. Wśród imponującego zbioru zaprezentowanych ubrań,
możemy rozpoznać dzieła wybitnych projektantów zarówno
z Polski, jak i ze świata, takich jak Anna Skórska, Christian
Lacroix czy Coco Chanel. Równolegle w muzeum wystawione
są najlepsze dyplomy Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi obronione w 2013 roku. Wystawa
nosi tytuł „Prime Time 2013” i można ją oglądać jeszcze do
23 marca 2014 r. W tym roku zaprezentowano 35 dyplomów
z czterech wydziałów ASP : Wydziału Grafiki i Malarstwa, Tkaniny i Ubioru, Wzornictwa i Architektury Wnętrz oraz Sztuk
Wizualnych. Ekspozycja jest przepełniona kreatywnymi i nowatorskimi rozwiązaniami w dziedzinie mody, design, grafiki,
wystroju wnętrz, plakatu, reklamy i wielu innych. Jest to swego rodzaju promocja młodych artystów, która ma im pomóc
w nawiązaniu bezpośredniego kontaktu z pracodawcą i mediami. Serdecznie polecam odwiedzenie Centralnego Muzeum
Włókiennictwa w Łodzi nie tylko osobom zainteresowanym
modą i designem ;coś dla siebie znajdą zarówno fani ceramiki
i tkaniny, jak i maszyn i technologii. Ponadto, w należącym
do muzeum skansenie czynne są dwie wystawy: „Rekonstrukcja wnętrz mieszkań robotniczych z lat 20. i 30. XX w.” oraz
„Rekonstrukcja wnętrza izby warsztatowej z I poł. XIX w.”.
f o t o r e l a c j a
Chusteczki jedwabne (jedwab z Milanówka)
Kapelusz typu „kask’’
17
18
f o t o r e l a c j a
Monika Gromadzińska, Bless me
Małgorzata Prałat, Autorska kolekcja obuwia okazjonalnego – czyli jak przetrwać dzień ślubu ,,Bezpieczne Związki” (2)
f o t o r e l a c j a
Małgorzata Prałat, Autorska kolekcja obuwia okazjonalnego – czyli jak przetrwać dzień ślubu ,,Bezpieczne Związki”
Małgorzata Prałat, Autorska kolekcja obuwia okazjonalnego – czyli jak przetrwać dzień ślubu ,,Bezpieczne Związki”
19
20
f o t o r e l a c j a
Torebka ze skóry krokodyla, lata 30.
Torebka – lata 60.
f o t o r e l a c j a
Suknie wieczorowe, lata 20. i 30.
Suknia letnia i codzienna, drukowany jedwab, lata 30.
21
22
f o t o r e l a c j a
Afryka Reggae Festiwal
Ryszard Duczyc
31 stycznia - 1 lutego 2014
f o t o r e l a c j a
23
24
f o t o r e l a c j a
f o t o r e l a c j a
25
26
f o t o r e l a c j a
f o t o r e l a c j a
27
28
r e l a c j a
O miłości i monodramach.
28. Toruńskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora
tekst: Aram Stern
zdjęcia: Margaret&Kakaova
K
olejne edycje Toruńskich Spotkań Teatrów Jednego
Aktora wznoszą się na coraz wyższy poziom – wszak
od dawna wiedzą o tym i aktorzy, i widzowie, że za
monodramy biorą się najlepsi w tym fachu. Występują przecież na Festiwalu Festiwali – trzydniowym przeglądzie dokonań
najlepszych, nagrodzonych we Wrocławiu i Słupsku, aktorek
i aktorów bijących na głowę wielu innych w spektaklach repertuarowych. To aktorstwo w pigułce, uroczo zasypujące widzów
nie oszałamiającymi rozwiązaniami na scenie, lecz jak mówi
Birute Mar: „(…) autentycznymi wibracjami w czasie spektaklu, promieniującymi ze sceny. To jakby gra na skrzypcach…”
Samotna, bez orkiestry.
r e l a c j a
Pryncypał na scenie
Podczas 28. TSTJA zobaczyliśmy 11 monodramów, w tym
dwa mistrzowskie sprzed lat i jeden premierowy. Toruńskie
Spotkania otworzyło „Jedenaście monologów Andrzeja Seweryna”, przygotowanych przez Mistrza specjalnie dla widzów
festiwalu, których aktor poprosił, by nie skupiali się na odszyfrowywaniu autorów i tytułów prezentowanych przez niego na
scenie, lecz zwyczajnie podążali za jego opowieścią. Chwyt ten
idealnie wprowadził widownię w trzydniowy trans śledzenia
kondycji współczesnego człowieka, jego gotowości na prawdziwą MIŁOŚĆ do teatru, ludzi teatru i również do tej poza sceną. Aktor w oka mgnieniu to z Hamleta stawał się Rejentem,
a z zakochanej Julii – Świętoszkiem. Dyrektor Teatru Polskiego
w Warszawie w wielu wcieleniach: podsumowujący swój wspaniały dorobek aktorski zachwycił nie tylko techniką, ale i bardzo
poruszył tematyką.
Tuż po Andrzeju Sewerynie, w monodramie z 1993 roku
„…podszyty!”, opartym na motywach „Ferdydurke”, wystąpił
nowy Dyrektor Artystyczny Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu Bartosz Zaczykiewicz, co po raz pierwszy chyba w takiej
liczbie przyciągnęło na TSTJA jego podwładnych (powodując
zapewne dodatkowy stres u aktora na scenie). Jednak Bartosz
Jedenaście
monologów
Zaczykiewicz z pełnym profesjonalizmem, godnym najlepszych
i niezwykle intensywnymi środkami: od groteski po tony powagi, nakreślił dążenie Gombrowiczowskiego Józia do miłości
z przyprawioną gębą. MIŁOŚCI zaborczej u ciotki, niespełnionej
do Młodziakówny czy pożądliwej do parobka. Wiemy dobrze,
jak to u Witolda G. było… bezdyskusyjnym pozostaje jednak
fakt, że Zaczykiewicz przedstawił fragmenty „Ferdydurke”
w pigułce – tak skutecznie, iż „warto by było włączyć ten monodram do stałego repertuaru Horzycy…” (jak podsumowała
znajoma polonistka).
Można śmiało rzec, że połowę 28. TSTJA zdominowali dyrektorzy – w pamięci widzów ta edycja kojarzyć będzie się także
z jubileuszem 65-lecia pracy twórczej Antoniego Słocińskiego,
aktora, reżysera i byłego dyrektora Teatru Baj Pomorski. Stali bywalcy toruńskich teatrów, wszystkich festiwali teatralnych
(także alternatywnej „Klamry”), doskonale znają postać pana
Antoniego, który KOCHA teatr ponad wszystko i, mimo kłopotów ze zdrowiem, jest na wszystkich premierach, przedstawieniach i spotkaniach festiwalowych. Na okazję swego jubileuszu
Antoni Słociński wyreżyserował fragmenty „Zemsty” oraz zagrał w niej … mur graniczny. Czapki z głów i pozostaje tylko
podziwiać tak wielką pasję oraz wigor Jubilata!
Andrzeja Seweryna
Bartosz Zaczykiewicz ...podszyty!
Antoni Słociński
i dąb
Antek
29
30
r e l a c j a
Triumfatorzy
Werdykt Jury Związku Artystów Scen Polskich tym razem
konweniował z odczuciami zachwyconej publiczności. Nagrodę
za kreację aktorską otrzymał Mateusz Olszewski: „za prawdę
przekazu, szeroki wachlarz aktorskich środków wyrazu, sceniczną wyobraźnię i poczucie humoru” w monodramie „Novecento” wg powieści Alessandro Baricco. W porywającej opowieści przyjaciela o pianiście-samouku urodzonym na statku,
z którego ten nigdy nie zszedł, gdyż nade wszystko KOCHAŁ
muzykę jazzową – Mateusz Olszewski zabrał nas w podróż
przepiękną. Jak oddać się pasji, poświęcić jej wszystko, nawet
życie? Brzmi patetycznie, jednakże ta piękna historia opowiedziana przez Olszewskiego daleka była od podniosłego tonu.
Wręcz przeciwnie – pachniała falami morskimi i urokiem narratora, promieniowała inteligentnym humorem oraz wyjątkowo
kreatywnym wykorzystaniem rekwizytów na scenie. Nagroda
jak najbardziej zasłużona.
Kapituła Publiczności również nie zaskoczyła negatywnie
swym werdyktem piszącego tę relację i postanowiła przyznać
główną nagrodę za najlepsze przedstawienie 28. TSTJA Izie
Kale za monodram „Kredyt zaufania”. To swoiste one women
show, oparte na elementach kabaretowych i improwizowanych
dialogach z publicznością, krążyło wokół jednego pytania kobiet: jak się podobać, czyli jak być KOCHANĄ? Iza Kała kursowała wśród odwiecznych problemów kosmetycznych, manii
zbieractwa durnostojek na meblościance i pozbycia się złych
wspomnień poprzez „wdmuchanie” ich do kolorowych balonów.
Zderzenie kultury wysokiej z wyskokiem w postaci stand-up
comedy bardzo przypadło większości widzów do gustu i pozwoliło aktorce wrócić do Warszawy z nagrodą finansową.
Nagrodę Jednego Widza dla Jednego Aktora ufundowaną
przez Sklepy zoologiczne „Nerro” otrzymała Agnieszka Przepiórska za monodram „I będą święta”. To przejmująca relacja
o MIŁOŚCI utraconej, nie zmyślonej, autentycznej, z dziećmi
biegającymi po ogrodzie, świętami, poświęceniu siebie w całości dla rodziny. Jeden ranek, jedna katastrofa i ten świat runął:
teraz bohaterka Przepiórskiej – Aneta musi na powrót odnaleźć
siebie, w żałobie, rozpaczy i strachu. Odważne potraktowanie
tematu, jakże w innym wymiarze niż narzuciły nam po katastrofie smoleńskiej media, zyskało uznanie wielu widzów, którzy nagrodzili aktorkę długimi brawami.
Agnieszka Przepiórska, I
Mateusz Olszewski, Novecento
będą święta
Jury Publiczności, Iza Kała, Kredyt
zaufania
31
r e l a c j a
Bez laurów
Jak to na każdym festiwalu, nawet tak krótkim i intensywnym, nie sposób nie zauważyć monodramów dobrych, które
również zasługiwały na nagrody czy bardzo słabych, które okazały się zupełną pomyłką. Z tych ostatnich wspomnę tylko o monodramie Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk „Takaja” w wykonaniu
Anny Skubik, który zwyczajnie męczył i nużył – ba, nie znalazłem tu ani cienia lekkości i dowcipu, co z bolesną pracowitością
w ekspozycji monodramu chciała powiedzieć autorka. Wyznam,
że moje rozczarowanie było wyjątkowo niemiłe, poczułem się
na monodramie Skubik tak, jak gdyby w miejsce ulubionych
potraw uraczono mnie grafomańskim sosem przyrządzonym
według recepty początkującej kucharki, ciężkim i niestrawnym
lub, co gorsza, czarną polewką na moją MIŁOŚĆ do teatru!
W tekście Miszczuk zabrakło chyba odpowiedniego zespolenia z charakterem i nastrojem tematu – samej zaś odtwórczyni
– koniecznej tutaj dużej indywidualności aktorskiej i sugestywności, czego nie można powiedzieć o rewelacyjnym Marcinie Bikowskim z Teatru Malabar Hotel, który przedstawił monodram
Marcina Bartnikowskiego „Bacon”. To przede wszystkim tekst
o MIŁOŚCI własnej, miłości artysty nie tyle do swojej sztuki, ile
do samego siebie. Irytuje i fascynuje już od początku: milczy,
obserwując bacznie publiczność, by ruszyć w tempie karabinu
maszynowego, a zaraz potem zamknąć się w neurotycznym
świecie i rozmawiać tylko z lalkami (skądinąd rewelacyjnie
odpychającymi). Zdeformowany jak one, nie wielbiony przez
krytyków sztuki – jego wytworem jest niepojęcie, po prostu
NIEKOCHANIE.
Urokliwym doświadczeniem było poznanie warsztatu aktorskiego jednej z najsłynniejszych gwiazd sceny słowackiej
– Milki Zimkovej. W monodramie „Bilet do nieba”, (którego
pełny odbiór ograniczył niestety brak tłumaczenia), Zimková
pokazała, jak wiele znaczy grymas twarzy, zmiana intonacji i
prosty gest, by uwierzyć, że po obu stronach sceny jej bohaterce – wiejskiej kobiecie, towarzyszy także wielu mieszkańców
wioski. Magia teatru naszych sąsiadów: dzięki organizatorom
i dyrektorowi TSTJA – Wiesławowi Gerasowi, również w 2013
roku mogliśmy poczuć jego siłę. Z każdą kolejną edycją myślę
o takim teatrze z coraz większą CZUŁOŚCIĄ.
Tuż przed ogłoszeniem werdyktów trzydniowego maratonu
z jednoosobowym teatrem, w gwiazdorskim monodramie „Goła
baba” z 1997 roku, wystąpiła Joanna Szczepkowska, przyciągając niektórych widzów na Spotkania być może po raz pierwszy. Targowisko „kultury” bardzo niskiej w wykonaniu tytułowej
gołej baby, w zderzeniu z efemeryczną kobietą z parasolką –
wywołało u niektórych salwy śmiechu, u innych silną konsternację. Muszę przyznać, że autorski tekst Szczepkowskiej nie
stracił nic na społecznej aktualności, a reakcja aktorki na dzwoniący na widowni telefon pozostanie wzorem dla innych, jak
aktor powinien zachować się w podobnej sytuacji.
Anna Skubik, Takaja
Milka Zimková, Bilet
do nieba
Joanna Szczepkowska, Goła
baba
32
r e l a c j a
Ostatnia edycja Toruńskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora niewątpliwie świadczy jak najbardziej dodatnio o wielkich
ambicjach i aspiracjach aktorów, którzy, jak było widać, nie
zamierzają tylko zdobywać zaufania dla swojego artystycznego
smaku poprzez pozyskanie publiczności dla tekstów trudnych,
szlachetnych oraz reprezentujących wielką sztukę aktorską –
ale także popularnych w najlepszym rozumieniu tego słowa.
Oni po prostu KOCHAJĄ to, co robią!
28. Toruńskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora
22-24 listopada 2013
Teatr Baj Pomorski w Toruniu
Jury ZASP, Mateusz Olszewski, Novecento
Mateusz Olszewski,
laureat nagrody
Jury ZASP
34
r e l a c j a
Siedem teatralnych wizji świata
– czyli KATAR w dziedzinie teatru 2013
tekst: Anna Staszak
zdjęcia: Kasia Koźlikowska / Stanisław Jasiński
Teatr CBR’60
35
Mateusz Iwiński
r e l a c j a
Teatr ITO
Teatr Bum, Bum, Cyk
ARLETeatr
W
tym roku XXII Konfrontacje Amatorskiej Twórczości
Artystycznej Regionu trwały przez jeden dzień i odbyły się 7 grudnia. Podczas przeglądu miałam okazję
zobaczyć zmagania siedmiu grup teatralnych, które prezentowały swoje spektakle na scenie Akademickiego Centrum Kultury i Sztuki „Od Nowa”. Zostały one wyłonione spośród blisko
dwudziestu przedstawień zgłoszonych do udziału w Konfrontacjach. Jeśli chodzi o dobór repertuaru, cechę wspólną większości wyborów stanowiła próba ukazania współczesnego obrazu świata i człowieka oraz przedstawienia problemów, które
dotyczą bezpośrednio ludzi młodych. Tegoroczna edycja Konfrontacji w dziedzinie teatru pokazuje, że początkujący aktorzy
chętnie sięgają po tematy ważne, a zarazem im bliskie, nawet
jeśli są one trudne.
Obraz świata zamkniętego na drugiego człowieka można
było zaobserwować w spektaklu „Szczeliny” Teatru P.I.G. z o.o.
z Młodzieżowego Domu Kultury w Toruniu. Spektakl opowiadał
historię o ludziach zastraszonych i zablokowanych, cierpiących
z powodu emocjonalno-intelektualnego zamknięcia się na drugiego człowieka. Ławeczka, miejsce spotkań bohaterów, stanowiła przestrzeń, w której dochodziło do rozmów i wymiany
poglądów na temat postrzegania świata przez poszczególne
osoby. Mimo iż nie pałają do siebie przyjaźnią, odczuwają potrzebę bycia razem. Spektakl teatru P.I.G. z o.o. w interesujący
sposób podejmuje zagadnienie indywidualności każdego człowieka, który mimo swojej odmienności czuje potrzebę przebywania z „innym” człowiekiem. Młodzi aktorzy poradzili sobie
z tym tematem dość precyzyjnie, pokazując bardzo ciekawe,
przejaskrawione postaci. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj
rola Mózgotrzepa granego przez Krzysztofa Ćwiklińskiego i rola
Tamtam granej przez Teresę Więcko. Były to postaci najbardziej
wyraziste w całym spektaklu i doskonale wczuły się w swoje role.
Interesującym tematem zajęli się aktorzy z ITO, stali bywalcy KATAR-u. Grupa ta znana jest z podejmowania nierzadko
trudnych tematów interesujących młodzież. Nie inaczej było
tym razem. Spektakl „Życiologia, perfekcyjnie!” był próbą inscenizacji różnorakich porad znalezionych w internetowym
gąszczu wskazówek dla każdego. Tekst powstał z banalnych
cytatów pochodzących z popularnych reklam. Internet stał się
bowiem skarbnicą wiedzy, miejscem, w którym można znaleźć receptę na wszystko – od wskazówek dotyczących tego,
jak dobrze zrobić zakupy, po rady dotyczące wyboru stroju na
dany dzień. Specjaliści znani z wszelakich forów dyskusyjnych
nikogo nie pozostawią bez pomocy. Właśnie o tej wirtualnej
rzeczywistości współczesnego świata traktuje spektakl. Grupa specjalistów próbuje na siłę wcisnąć młodemu człowiekowi
swoje złote porady. Spektakl budowany jest fragmentarycznie.
Po każdej scenie dochodzi do zmiany ustawienia scenografii,
36
r e l a c j a
na którą składa się kilka podestów. Dzięki temu inscenizacja
jest dużo ciekawsza, a widz bez problemu orientuje się, że
dana sytuacja za każdym razem dzieje się w innym miejscu.
Niestety, nie można oprzeć się wrażeniu, że spektakl jest za
bardzo przechodzony, przez co czasami gubi się główna myśl.
Nie zmienia to jednak faktu, iż sam pomysł na przedstawienie
należy do bardzo zajmujących.
Zupełnie inną formę teatralną, opierającą się, między innymi, na teatrze ludowym, ale także tematycznie dotyczącą
współczesnego człowieka, zgłębiali najmłodsi uczestnicy tegorocznych Konfrontacji, aktorzy Teatru Bum Bum Cyk. W prostej, ciepłej i dziecięcej „Bajce o szczęściu” ukazano bardzo wyraźny morał, który skłania do refleksji również nieco starszych
widzów. „Bajka o szczęściu” to opowieść o dziadku, który pod
wpływem uroku handlarzy sprzedał swoje zwierzęta w zamian
za nową fajkę i zegarek. Szybko jednak zorientował się, że
przedmioty nie zastąpią mu przyjaciół, dlatego postanowił ich
odszukać. Ta piękna historia, opowiedziana z dziecięcą wrażliwością, jest metaforą życia ludzkiego. Mówi o poszukiwaniu
szczęścia przez każdego człowieka i o tym, że często trudno
nam je zauważyć mimo iż znajduje się ono na wyciągniecie
ręki. Po jakże długiej i nużącej przerwie pomiędzy spektaklami
doczekałam się następnej konkursowej inscenizacji! Przedstawienie „Obłęd” Teatru CBR’60 Domu Kultury z Brodnicy to kolejna historia poruszająca temat istoty człowieczeństwa. Akcja
spektaklu z pozoru dzieję się w świecie urojeń chorego człowieka. Tak naprawdę okazuje się, że spektakl jest ukazaniem
portretu przeciętnego człowieka, który pogubił się w pewnym
momencie swojego życia, tracąc wiarę we wszelkie wartości.
Za scenografię i, jednocześnie, za rekwizyt posłużyła biała
skrzynia symbolizująca zamknięcie się człowieka na wszelkie
wartości. To właśnie z niej wyłania i z powrotem chowa się
główny bohater. W spektaklu pojawiają się również głosy „wewnętrzne” grane przez dwie młodziutkie aktorki. Niestety, to
rozwiązanie sceniczne nie bardzo mi odpowiadało. Charakteryzacja aktorek gryzła się z ich rolą. Ubrane we fraki, z wyraźnym pantomimicznym makijażem, przypomniały raczej mimy,
a te, jak wiadomo, nie mówią, lecz gestykulują. Moim zdaniem,
spektakl wybrzmiał by lepiej, gdyby był monodramem lub gdyby Głosy dało się słyszeć gdzieś z poza sceny.
Największą niespodzianką Konfrontacji i zarazem pokazującym najwyższy poziom całego spotkania był monodram Mateusza Iwińskiego - aktora Inowrocławskiego Teatru Otwartego.
Jego warsztat aktorski przewyższał resztę zaproszonych teatrów. Iwiński w spektaklu „Mortal Kombajn” kreuje dwie różne
postaci - liderów zwaśnionych lokalnych gangów chuligańskich. Aktor wiarygodnie imituje sposób mówienia i poruszania się
swoich bohaterów, ale równocześnie bardzo celnie ich indywidualizuje, nadając każdej z postaci osobny, charakterystyczny
rys. Bez problemu radzi sobie z udźwignięciem obu postaci od początku do końca. Poprzez zróżnicowane tempo gry, a także
dającą się wyczuć agresję, która w trakcie coraz bardziej się
nasila, monodram staje się bardziej realistyczny i wiarygodny.
Temat chuligaństwa na pewno nie jest tematem, który dotyczy
wszystkich. Sam monodram ma jednak bardzo mocny przekaz
ukazujący współczesne narastanie dość często niepotrzebnego
konfliktu. Gra Iwińskiego sprawia, że zaczynamy stawiać pytania o to, skąd w ludziach bierze się tyle agresji. Monodram nie
daje jednak odpowiedzi, jak zwalczyć zło, ale pokazuje, że ono
istnieje i nie możemy tego lekceważyć.
r e l a c j a
Teatr Pimpa
Jury,
wręczenie nagród
Zupełnie inną formę teatralną zaprezentował ARLETeatr
z Bydgoszczy, odwołując się do tekstu „Medei” Eurypidesa.
Spektakl został zrealizowany w konwencji teatru ubogiego.
Historia antycznej dzieciobójczyni mogłaby wydawać się nieaktualna dla współczesnego widza. Nic bardziej mylnego. Młodzi artyści starali się przedstawić przede wszystkim nie dzieciobójczynię, ale kobietę odtrąconą - matkę, która w obronie
swojej godności ucieka się do czynów ostatecznych. Spektakl
jest raczej próbą ukazania obrazu zagubionego człowieka. Podjęto również temat odrębności, nie tylko kulturowej, ale też
płciowej, prowokując między innymi do zadania sobie pytania:
Kim jesteśmy? Niestety, dało się odczuć nierówny poziom gry
aktorskiej, co w konsekwencji rzutowało na całokształt odbioru
spektaklu.
Ostatni spektakl, który miałam okazję zobaczyć to monodram „Dzielny ołowiany żołnierz” młodziutkiej Marii Cynk- Mikołajewskiej, który powstał na podstawie baśni Hansa Christiana Andersena. Aktorka użyła techniki teatrzyku dziecięcego,
dzięki zastosowaniu przedmiotów codziennego użytku, zarysowała historię ołowianego żołnierzyka. Animując po kolei dane
przedmioty, stworzyła iluzję, która przypomniała mi dziecięce
zabawy w teatr. To nie pierwszy występ młodej aktorki na tego
rodzaju festiwalu. Widać było, że pewnie czuje się ona na scenie, a występowanie przed publicznością sprawia jej ogromną
przyjemność. Dzięki temu zagrane przez nią przedstawienia
ogląda się miło.
Ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe, nie udało
się dojechać grupie teatralnej Niepokorni z Kowala. Z tego
samego powodu nie odbyła się również impreza towarzysząca występ Teatru Jaworski. Oczekiwanie na werdykt umiliła pyszna kawa, którą młodzi aktorzy mogli delektować się w barze
„Od Nowa”. Tegoroczne jury w składzie: Jerzy Rochowiak, Mieczysław Giedrojć, Kamil Hoffmann, Dorota Nowak i Jan Polak,
postanowiło przyznać wyróżnienie Inowrocławskiemu Teatrowi
Otwartemu za przedstawienie „Życiologia. perfekcyjnie!” i Teatrowi Bum Bum Cyk za spektakl „Bajka o szczęściu”. Nagrodę
aktorską przyznano Marii Cynk-Mikołajewskiej z Teatru Pimpa
z Torunia za spektakl „Dzielny, ołowiany żołnierz”. Natomiast
wyróżnienia aktorskie powędrowały do Teresy Więcko i Krzysztofa Ćwiklińskiego z Teatru P.I.G. z o.o., Kacpra Koterasa z ITO
i Tomasza Piotrowskiego z Teatru CBR’60. Wyróżnienie honorowe otrzymał Filip Rychlicki z zespołu Bum Bum Cyk za rolę
Dziada w spektaklu „Bajka o szczęściu.” W tym roku przyznano
również Grand Prix, które wręczono (i tu bez żadnego zaskoczenia) Mateuszowi Iwińskiemu za monodram „Mortal Kombajn”.
XXII Konfrontacje były bardzo zróżnicowane, zarówno pod
względem wykorzystania form teatralnych, jak i poziomu aktorskiego reprezentowanego przez poszczególne zespoły. Jedno jest pewne, teatr amatorski się nie nudzi, a młodzi ludzie
czują potrzebę tworzenia i mówienia o sprawach dla nich istotnych poprzez teatr.
KATAR 2013, XXII Konfrontacje
Amatorskiej Twórczości Artystycznej Regionu
7 grudnia 2013
WOAK Toruń / Akademickie Centrum Kultury i Sztuki „Od Nowa”
37
A
r e l a c j a
Arcydramat w arcywykonaniu
tekst: Bartosz Adamski
zdjęcia: matriały organizatora
S
posób istnienia arcydzieł w kulturze zdaje się być nie
do końca przez nas pojęty, a przez to predestynowany
do zaskakiwania. Częstym kryterium podawanym podczas kwalifikacji danego utworu jako arcydzieła jest, skądinąd
różnie rozumiana, uniwersalność, pewna formalno- treściowa
adekwatność utworu dokonująca się na przestrzeni dziejów.
Kryterium to można by rozszerzyć o niepodległą upływowi czasu zdolność konkretnego dzieła do prostego wzruszania, emocjonalnego oddziaływania na jego odbiorcę. Sztuka powinna
przecież, nade wszystko, „się podobać”, niepokoić nasz zmysł
estetyczny.
Arcydzielność „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego stała się
faktem już w dniu scenicznej prapremiery dramatu. Publiczność zgromadzona 16 marca 1901 roku w krakowskim Teatrze
im. Juliusza Słowackiego doznała niemal jednomyślnego wrażenia, że „tu oto wydarzyło się coś niezwykłego”. Z perspektywy dzisiejszej, śmiało moglibyśmy dopowiedzieć: „kluczowego dla dalszych losów polskiej kultury”. Niedługo po tym, jak
„Wesele” ujrzało światło dzienne, sam Wyspiański okrzyknięty
został „czwartym wieszczem”, a na dowód tego, po jednym ze
spektakli, wręczony został mu wieniec w kształcie znamiennego napisu: „44”.
O wszystkim tym warto wspomnieć dlatego, abyśmy mogli
wyraźnie uzmysłowić sobie, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na tych, którzy decydują się nadać kolejne życie sceniczne utworom tej rangi, co słynny dramat Wyspiańskiego.
Zespół Teatru Polskiego w Bydgoszczy, na czele z Marcinem
Liberem – reżyserem, sprostał zadaniu, jakim było zmierzenie
się z „Weselem” w sposób celujący i zachwycający!
Utwór Wyspiańskiego, w reżyserii Marcina Libera, został
subtelnie przetransponowany. Pewne treści oraz wypowiedzi
bohaterów zinterpretowano w taki sposób, że współczesny
widz z powodzeniem może odnieść je do aktualnie panującej
w Polsce sytuacji społeczno-kulturalnej. Stanowi to z pewnością
cenną wartość w stosunku do oryginalnego kształtu dramatu,
zwłaszcza, że tekst utworu, choć nieco zmodyfikowany oraz
przepleciony niewielkimi fragmentami innych tekstów, podany
został w sposób bardzo zachowawczy. Tak oto widzowie zgromadzeni w bydgoskim teatrze obejrzeć mogli spektakl, którego głównymi tematami były: społeczne rozwarstwienia obecne
w polskim narodzie, skłonność Polaków do uprawiania hucznych libacji alkoholowych, fanatyczne przywiązanie naszej nacji
do symboli, brak tolerancji, a wręcz programowa niechęć wobec wszelkich przejawów odmienności obyczajowo – etnicznej,
niepełność komunikacji i relacji międzyludzkich. Jak u progu
XX wieku, tak i dziś, tekstem „Wesela” przeprowadzić można
skuteczną diagnozę tego, co składa się na naród Polaków.
39
Cichym (do pewnego momentu!) świadkiem scenicznych
wydarzeń jest Chochoł, brawurowo zagrany przez Magdalenę Łaskę. To przedwczesne, w stosunku do oryginalnej wizji
Wyspiańskiego, pojawienie się Chochoła na scenie służy zapewne wyeksplikowaniu niekoniecznie radosnej dla nas treści.
O ile społeczeństwo współczesne Wyspiańskiemu miało dopiero
zmierzać ku „chocholemu tańcu”, tak społeczeństwo współczesne nam, w owym „zaklętym kręgu” zdaje się tkwić permanentnie i od dawien dawna. Chochoł czuwa nad bohaterami
spektaklu, w pewnym sensie ich hipnotyzuje. W istocie, kiedy przyjrzymy się ruchom wykonywanym przez nich podczas
weselnych tańców, łatwo dostrzeżemy, iż poruszają się oni
w sposób nader synchroniczny, nienaturalny.
Biesiada, taniec, wspólne żarty i dialogi trwają do momentu „zaproszenia” przez bohaterów Chochoła. Ten ostatni przybywa o północy do weselnej chaty po to, by prześwietlić „Co
się komu w duszy gra/ co kto w swoich widzi snach…”. Od tej
pory tonacja przedstawienia ulega znacznej modulacji. Dominuje w nim odtąd nastrój młodopolskiej wizyjności, oniryzmu,
niekiedy skłania się on nawet ku grozie. Głos Magdaleny Łaski
(Chochoła), nagłośniony w odpowiedni sposób, zdaje się być
sennym echem, ułudą, czymś pochodzącym jakby z innego wymiaru rzeczywistości. Wydobyte na wierzch zakątki dusz weselników kryją w sobie mroczne, niekiedy makabryczne wręcz treści. Okazuje się bowiem, iż relacje międzyludzkie naznaczone
są sporą dozą powierzchowności, a komunikacja dokonuje się
w nich jedynie zdawkowo („słowa, słowa, słowa, słowa”). Ponadto, bohaterowie, pod osłoną dnia, szczelnie skrywają swe
sekrety i małe dramaty, które, ujawione, znacznie pogłębiają
ich psychiczne sytuacje. Miłość nowożeńców jawi się w tym
świetle jako zaledwie pozorna. Dokonany między nimi mezalians generuje wzajemną niechęć, lęk oraz niemożność porozumienia. Strach pomyśleć, jak bardzo sytuacja ta może być
przystająca do sytuacji współczesnych, polskich małżeństw!
W II akcie „Wesela” Gospodarza odwiedza Wernyhora – inicjator przyszłego zrywu narodowowyzwoleńczego. W bydgoskiej inscenizacji bohater ten, odtwarzany przez Michała Jarmickiego, wyłania się z reszty biesiadników w ostatniej fazie
spektaklu. Wizualnie nie przejawia on różnic względem pozostałych bohaterów, nie skrywa swego upojenia alkoholem, a podarowany Gospodarzowi przez niego „złoty róg” – symbol walki jest… atrapą – wykonany z papieru i oklejony taśmą (symbol to
jednak symbol i dla nas, Polaków, musi być ważny!). Co więcej,
po wygłoszeniu swej tyrady, Wernyhora zasypia. W zaaranżowanej przez Libera rzeczywistości scenicznej nawet polityczni agitatorzy są bez mocy. U Wyspiańskiego duch narodowy,
chociaż uśpiony, nadal przejawiał cechy żywotności, tutaj zaś,
dawno udał się on na wieczny spoczynek. Każdorazowa próba
zmiany podejmowana w obszarze polskiego narodu skazana
jest na niepowodzenie. Umiera ona w zarodku, gdyż stanowi
jedynie efekt uboczny pijackiej wizji, urojenia, które nie ma
szans doprowadzić do czegoś konstruktywnego. Do tego Gospodarz, któremu Wernyhora zlecił przecież przeprowadzenie
zrywu narodowego, pomimo pierwotnego entuzjazmu (wyraźnie wspomaganego sowitą dawką weselnych trunków), z czystym sumieniem decyduje się przekazać odpowiedzialność za
powierzoną mu misję Jaśkowi. Przynależy on bowiem do tego
typu obywatela, który, co prawda, winszowałby sobie jakiejś
zmiany w kraju, ale już mniej chętnie wziąłby czynny udział
w jej przeprowadzeniu. Postawa skądinąd wszystkim nam znana, czyż nie? Przy takim stanie rzeczy niebywałej adekwatności nabierają strawestowane słowa Norwida napisane sprayem
w toalecie: „Popiół tylko zostanie i zamęt (?)”.
W stosunkowo krótkiej formie wypowiedzi, jaką jest recenzja, raczej nie sposób poruszyć wszystkich aspektów tak
rozbudowanego, trwającego niemal 3 godziny przedstawienia.
Z pewnością należy jednak oddać głęboki respekt i wyrazy
uznania występującym w spektaklu aktorom, których warsz-
tat oraz przygotowanie było więcej niż wyśmienite. Wszyscy
oni dali bydgoskiej publiczności popis zaawansowanego aktorstwa performatywnego, w którym to aktor gra całym ciałem,
eksplorując oraz eksploatując jego możliwości, traktuje je jako
swoisty instrument. Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje
wspomniana wcześniej Magdalena Łaska. Stworzyła ona postać
zupełnie odrealnioną, wykreowaną przy pomocy technik aktorstwa ekstatycznego. Podobnie, Mateusz Łasowski, odtwórca
roli Poety oraz rozmawiającego z nim podczas „chocholego seansu” Rycerza, Joanna Drozda , jako piękna, tajemnicza i nieprzenikniona Rachela, czy Piotr Stramowski, jako Dziennikarz,
a „potem” – Stańczyk, do którego należą ostatnie wypowiedziane w spektaklu słowa. Przejmująco zagrał również Gospodarza Jakub Ulewicz, a próbująca poskromić pijackie zapędy
męża Gospodyni – Małgorzata Witkowska stanowić może figurę wielu polskich żon zmagających się z alkoholizmem swych
mężów. Niezwykłym wdziękiem emanowała z kolei na scenie
Julia Wyszyńska. Jej dziewczęca, słowiańska uroda oraz wysoki, nośny głos idealnie współgrały z cechami kreowanej przez
nią Panny Młodej.
Poruszając kwestię bydgoskiego „Wesela” nie da się nie
wspomnieć o fenomenalnej scenografii przygotowanej szerokim gestem przez Mirka Kaczmarka. Scenograf ten słynie z kreowania dekoracji „ożywionych”, przeobrażających
się na oczach widzów. Artysta wykorzystuje niemal wszystkie
możliwości teatralnej przestrzeni. W ten oto sposób weselna
sala, przypominająca PRL-owską jadłodajnię, z wyeksponowaną szatnią, toaletą i balkonem, raptem, staje się mroczną
przestrzenią ludzkich majaczeń, by po chwili znów powrócić
do swego pierwotnego kształtu, pogłębionego jednak o perspektywę jakiegoś zewnętrza. Szczególnie zaskakujące może
być nagłe pojawienie się na scenie figury Jezusa Chrystusa
zawieszonej nad głowami bohaterów spektaklu. Artefakt ten
jest monumentalny, ale zawieszony do góry nogami. Zabieg
ten można zinterpretować jako przedstawienie skłonności Polaków do gloryfikowania kategorii symbolu (o czym była mowa
już wcześniej), rozumianej jednak na opak, przy zachowaniu
skupienia na symbolu samym w sobie, aniżeli na tym, co tak
naprawdę może on oznaczać.
Dywagując nad spektaklami takiego formatu jak bydgoskie
„Wesele” trzeba uwzględnić jeszcze jeden aspekt. Dzieła tego
typu będą poddawać się naszym próbom opisu i rozumienia
jedynie do pewnego momentu. Po przekroczeniu jego progu
skazani jesteśmy na mentalną bezsilność. „Wesele” Marcina Libera zdaje się, zgodnie zresztą z zamysłem samego Wyspiańskiego, hipnotyzować, zabierać widzów w przestrzeń niepojętą,
zmuszać nie tylko do odbierania przedstawienia, ale również
do duchowego uczestnictwa w nim, do przeżywania. Tak oto
nastaje moment, w którym to arcydramat natyka się na arcywykonanie. Obyśmy w polskim życiu kulturalnym doświadczali
jak największej liczby tak szczęśliwych spotkań!
Stanisław Wyspiański, „Wesele”
reż. Marcin Liber
premiera 30 grudnia 2013
Teatr Polski Bydgoszcz 42
p o d s u m o w a n i e
Podsumowanie filmowe
roku 2013
tekst: Hubert Smolarek i Piotr Buratyński
ilustracja: Justyna Krzywicka
p o d s u m o w a n i e
Z
achęcamy do zapoznania się z dwoma skrajnie subiektywnymi podsumowaniami filmowymi roku 2013.
Dwóch toruńskich kinomanów o zupełnie odmiennych
gustach, w skrótowej formie, wedle kilku wybranych kategorii, podsumowuje dla „Menażerii” to, co działo się w kinach w
roku ubiegłym. Forma, na którą się zdecydowaliśmy, wydać
się może czytelnikom dyskusyjna, tak samo jak kształt wypowiedzi wynikający z jej rygoru. Niemniej, zdecydowaliśmy się
skrótowo opisać - mimo przeciwności - to wszystko, co nas w
kinie urzekło lub po prostu zniesmaczyło. Luis Buñuel zachęcał
kiedyś wszystkich, aby na chybił trafił, wedle tego, co podyktuje pióro, wskazać garść swoich upodobań i niechęci. Podążając
za słowami mistrza, to właśnie czynimy. Zachęcamy do zapoznania się z oklaskiwanymi przez nas filmami. A jeśli chodzi
o filmy, które zdecydowaliśmy się zanegować… tym bardziej
zachęcamy do ich obejrzenia. A następnie do dyskusji.
Hubert Smolarek
Najlepsze filmy roku 2013:
Rok 2013 w kinie uważam za delikatnie lepszy niż 2012,
aczkolwiek nadal z trudem przychodzi mi wyłapywanie dzieł,
które okazały się naprawdę znakomite. Dlatego też przy swoich
wyborach kierowałem się niekiedy sentymentem, a niekiedy
własnym „widzimisie”.
„Shin-sae-gye” (reż. Hoon-jeong Park) – koreański
thriller to zdecydowany numer jeden w moim zestawieniu. Doskonale skonstruowany scenariusz, ciężki klimat (jak to zwykle bywa u Azjatów), a wszystko to doprawione nostalgiczną
muzyką znakomitego Yeong-Wook Jo (autora ścieżek dźwiękowych do m.in. trylogii zemsty). Shin-sae-gye to typowy przykład perfekcyjnie zrealizowanego kina gangsterskiego, które
korzystając ze sprawdzonych schematów, wprowadza widza
w mroczny świat podziemia. Na zakończenie warto odnotować,
że obrazem debiutującego na stanowisku reżysera Hoon-jeong
Parka zainteresowali się Amerykanie i już zakupili prawa do remake’u (plagiatu?). Sądząc po potencjale tej opowieści i mając
w pamięci losy „Infiltracji”, możemy spodziewać się powtórki
z historii.
„Wyścig” („Rush”; reż. Ron Howard) – w przypadku
dzieła Rona Howarda trudno jest mi być obiektywnym. Filmu
wyczekiwałem już od dawien dawna, jako fan Formuły 1, wnikliwie śledziłem wszelkie informacje na jego temat, niemniej
obraz, który miał być tylko szybką rozrywką, okazał się dziełem pełną gębą. Starannie odwzorowany nastrój lat 70-tych,
świetne aktorstwo (aby docenić kunszt realizatorski wystarczy
obejrzeć autentyczne nagrania Jamesa Hunta i Nikiego Laudy) i przede wszystkim błyskotliwe dialogi wystarczyły, abym
wyszedł z kina zachwycony. Bezpretensjonalna, inteligentna,
efektowna (ale nie efekciarska) rozrywka na najwyższym poziomie. Zaiste świetny to film dla każdego widza w każdym
wieku.
P.S. Po seansie naszła mnie refleksja, jaki to ogromny potencjał drzemie w sporcie i jak rzadko filmowcy sięgają po tak
autentyczne i inspirujące historie – Hollywood jakimś dziwnym
trafem pokochało tylko boks.
„Kraina Lodu” („Frozen”; reż. Chris Buck, Jennifer
Lee) – i drugi wybór „sentymentalny”. Wychowany na filmach
Disneya, jako dorosły już, skompletowałem sobie wszystkie
kanoniczne, pełne metraże, nie dziwota zatem, że smutna opowieść, która jest parafrazą „Królowej Śniegu”, tak bardzo przypadła mi do gustu. Po fatalnych produkcjach z początku XXI
wieku („Kurczak Mały”, „Rodzinka Robinsonów”) Disney odzyskuje formę i wraca do korzeni. Znów realizuje filmy w oparciu
o wspaniałe baśnie, opakowując to wszystko urokliwą muzyką
(powiewem świeżości okazali się „Zaplątani”). Nieprzypadkowo
„Kraina Lodu” już dziś okazuje się drugim najbardziej dochodowym obrazem z owej wytwórni.
Największe rozczarowania 2013 roku:
“Szklana Pułapka 5” („A Good Day to Die Hard”; reż.
John Moore) – litości. Klasyczna trylogia doczekała się coraz gorszych i gorszych kontynuacji. O ile czwarta część była
jeszcze przyzwoita, o tyle „piątka” jest jakąś parodią kina
w ogóle. Film bez fabuły, nakręcony w jakiejś dziwnej, zimnej,
szaroburej i nieprzyjemnej dla widza kolorystyce, pozbawiony
typowego dla serii humoru, bez charyzmatycznego terrorysty
i ciętego dowcipu Johna McClane’a. Nie wskażę ani jednego
elementu, który mógłby choć odrobinkę obronić ów obraz. Nawet początkowa sekwencja pościgu po ulicach Moskwy, która
miała wciskać widza w fotel, okazała się klapą.
“The Last Days on Mars” (reż. Ruairi Robinson) – irlandzko-brytyjski film science-ficiton? Brzmi intrygująco, prawda? Pamiętając m.in. „Moon” i kilka innych kameralnych filmów
tego nurtu, które ładnie nawiązują do klasycznych opowieści
fantastycznych w stylu Lema, Wellsa bądź Dicka, spodziewałem
43
44
p o d s u m o w a n i e
się wciągającej i przejmującej historii. Otrzymałem pozbawiony klimatu „horrorek” i głupawą bieganinę za czymś co przypomina zombie. „Gangster Squad: Pogromcy mafii” („Gangster Squad”; reż. Roben Fleischer) – kolejny film dla nikogo, bo trudno określić mi, kto tak naprawdę miał być odbiorcą tego dzieła.
Tematyka i gwiazdorska obsada (takie stężenie znanych nazwisk to naprawdę rzadkość) mogły sugerować nawet kolejnego „Ojca Chrzestnego”. Niestety, pierwsze zapowiedzi pokazały
wybuchową papkę połączoną z zupełnie niepasującą do epoki,
hip-hopową muzyką. Już wtedy plany realizatorów wydały się
podejrzane, choć miałem nadzieję, że zwyczajnie chcieli nakręcić zwyczajny, efektowny zwiastun. Ostatecznie dostaliśmy
film, który nawet jako lekka rozrywka, nie sprawdza się zbyt
dobrze – ni to wciągający sensacyjniak, ni to przejmujący dramat. Wielkie nic.
Zaskoczenia na plus:
“Wielki Gatsby” („The Great Gatsby”; reż. Baz Luhrmann) – pierwszy z dwóch wytypowanych przeze mnie w tej
kategorii obrazów. Najnowsza ekranizacja prozy Fitzgeralda
zaskoczyła urokliwą, cukierkową wręcz scenografią i ciekawą
stylizacją muzyczną. Sam film nie jest wyjątkowy, ale doskonale się sprawdza w niedzielne wieczory, kiedy leżąc pod kocykiem, czujemy czasem potrzebę obejrzenia czegoś zwyczajnie
ładnego i wciągającego.
„Sztanga i Cash” („Pain & Gain”; reż. Michael Bay) –
a to swoiste odkrycie roku. Nigdy w życiu nie przypuszczałbym,
że słynący z efekciarskich wydmuszek Michael Bay nakręci tak
odważny i różnorako stylistycznie obraz. Film, który zapowiadał
się jako zwyczajna komedia, okazał się bardzo zaskakującym
i na swój sposób przygnębiającym dziełem, w wielu momentach epatującym brutalnym, czarnym humorem. Brawa dla aktorów za dystans do samych siebie! Zaskoczenie na minus:
„Kapitan Phillips” („Captain Phillips”; reż. Paul Greengrass) – mam szczerze dość stylu Paul Greengrassa. Rozumiem, że reżyser lubi korzystać z ręcznych kamer, stara się być
maksymalnie naturalistyczny i oddać wrażenie „bycia w centrum wydarzeń”, ale doprawdy co za dużo, to nie zdrowo. Coś,
co sprawdziło się raz, drugi (m.in. w „Locie 93” czy „Krwawej
niedzieli”) i stało się znakiem rozpoznawczym jego twórczości,
tutaj zaczyna męczyć, a od trzęsącego się obrazu, obecnego
nawet w scenach zwyczajnie niepotrzebnych (ot choćby spokojny obchód po pokładzie statku), widzowi kręci się w głowie.
Inne kwestie realizatorskie i scenariuszowe również okazały się
co najwyżej przeciętne (razi przede wszystkim wydźwięk polityczny dzieła). „Baczyński” (reż. Kordian Piwowarski) – zapowiadany jako hołd dla poezji w ogóle, różnoraki stylistycznie obraz
okazał się nadymanym od snobizmu filmem, który puentowany
w żenujący sposób przez artystów-samozwańców (uczestników slamu poetyckiego), wydaje się raczej krytyką tego odłamu sztuki. Połączenie paradokumentu, współczesnych zdjęć ze
wspomnianego już slamu, rekonstrukcja wydarzeń z zadatkami
na solidny film fabularny nie przynosły oczekiwanego efektu.
Oglądając „Baczyńskiego” wcale a wcale nie poczułem jego
poezji, nie nabrałem szacunku do jego postaci, a jego gamoniowata postawa (o czym mówią wprost autentyczni bohaterowie tamtych czasów) zarysowuje raczej nieprzychylny portret
uznanego skądinąd artysty.
„Tajemnica Westerplatte” (reż. Paweł Chochlew) –
i znów zmarnowany potencjał. Film, który wzbudzał kontrowersje zanim ruszyła w ogóle machina produkcyjna, okazał się
typowo polską chałą z zadatkami na coś lepszego (chociaż tyle
awansuje go o poziom wyżej od upadku ostatecznego, jakim
jest „Bitwa Warszawska” czy „Bitwa pod Wiedniem”). Stracono
szanse na obudzenie dyskusji społecznej, może nawet zdemitologizowanie postaci niektórych bohaterów. Kuleje także strona formalna, która razi sztucznością i kiczem. Całe szczęście,
obraz Pawła Chochlewa przeszedł bez większego echa. Piotr Buratyński
Najlepsze filmy roku 2013:
„Życie Adeli – rozdział 1 i 2” („La vie d’Adèle”; reż.
Abdellatif Kechiche) – Kechiche rozgromił zeszłoroczną konkurencję festiwalu w Cannes swoim nowym filmem. Podzielił
zatem los wszystkich jego poprzednich filmów, które począwszy już od debiutu, zdobywały najważniejsze nagrody filmowe. Choć nie zwykło się już mówić o nowych filmowych arcydziełach, ten film niewątpliwie nim jest. Autor wyprowadza na
nowy poziom realizmu nie formę filmu o homoseksualizmie,
ale właśnie formę melodramatu w ogóle, który jest obecnie
najbardziej postępowym czy wręcz awangardowym gatunkiem
filmowym. To ten film, a nie „Czarna Wenus” stawia w końcu
Kechicha wśród najważniejszych twórców współczesnych w typie Hanekego.
„Upstream Color” (reż. Shane Carruth) – Drugi film najoryginalniejszego chyba współczesnego reżysera z USA. Choć
na kolejne swoje totalne dzieło (Carruth zajmuje się jednocześnie reżyserią, zdjęciami, produkcją, montażem, jest autorem
scenariusza oraz aktorem) od czasów niezwykłego „Wynalazku” kazał czekać 9 lat, to widzowie otrzymują coś, czego nie
można było w kinie zobaczyć od czasu niektórych filmów P. P.
Pasoliniego czy Godarda. Tajemniczy film quasi sci-fi, w przypadku którego próba streszczenia i konceptualizacji naraża go/
nas na śmieszność. Podążę więc drogą Antonioniego, który
twierdził, iż dobry film to taki, którego nie da się opowiedzieć.
„Upstream Color” hipnotyzuje.
„Jimmy P.” (reż. Arnaud Desplechin) – Najważniejszy
przedstawiciel współczesnego kina francuskiego powraca z no-
p o d s u m o w a n i e
-wym filmem produkcji głównie amerykańskiej, w gwiazdorskiej obsadzie – Benicio Del Toro i Mathieu Amalric. Nie jest
on utrzymany w rozpoznawalnym dlań stylu rozbuchanego
dramatu obyczajowego, lecz stanowi oparty na faktach zapis
relacji samozwańczego psychoterapeuty antropologa i cierpiącego na PTSD indiańskiego weterana drugiej wojny światowej. Paradoksalnie, to jednak film nie o dwóch mężczyznach,
a o kobietach. ”Jimmy P.” jest wręcz feministyczny i nawiązuje
do Desplechina „Ester Kahn” z 2000 roku. Na podziw zasługuje rzetelne potraktowanie narzędzi i stanu ówczesnych badań
antropologicznych i psychologicznych. Wszelkie skojarzenia do
„Mistrza” Andersona niewskazane.
Największe rozczarowania 2013 roku:
„W imię…” (reż. Małgorzata Szumowska) – Szeroko
dyskutowany i komentowany przez najróżniejsze opcje ideologiczne film Małgorzaty Szumowskiej utwierdza mnie w przekonaniu, iż jej twórczość, wbrew obiegowej opinii, nie jest czymś
w polskiej kinematografii wyjątkowo szczególnym. Wiedziony
reklamą i dyskusją spodziewałem się rodzimego „Dziennika
wiejskiego proboszcza”, a w zamian otrzymałem populistyczny,
a jednocześnie zamknięty na inteligencję widza kicz.
„W ukryciu” (reż. Jan Kidawa-Błoński) – Trudno mówić
o rozczarowaniu w przypadku twórców tak złych (pod względem
estetycznym i etycznym) filmów jak „Różyczka” czy „Skazany
na bluesa”, gdyż nie spodziewałem się niczego szczególnego
po nowym filmie Kidawy-Błońskiego i scenarzysty Karpińskiego. Niemniej film jest na tyle zły, że warto o nim wspomnieć.
„W ukryciu” to nagromadzenie absurdów i kiczów scenariuszowych w płaszczu przedziwnej reżyserii, któremu nie pomoże
nawet fachowa campowo-postmodernistyczna interpretacja.
Porażająca - bo polska - odwrotność tego, co zrobił Kechiche
w „Życiu Adeli”.
Zaskoczenie na plus:
„Chce się żyć” (reż. Maciej Pieprzyca) – Biorąc pod
uwagę, że ostatni film, który wzruszył mnie w podobny, co
dzieło Macieja Pieprzycy, sposób to pochodzący z 1952 roku
obraz Vittorio De Sici „Umberto D.”, można uznać „Chce się
żyć” za swego rodzaju sukces (przede wszystkim mój osobisty). Tak mądry sentymentalizm jest w polskim kinie piękną
nowością. Tym bardziej, że poparty jest doskonałą, profesjonalną filmową robotą w każdym calu.
„Grawitacja” („Gravity”; reż. Alfonso Cuarón) – Gdybym próbował opowiedzieć komuś, czym jest „Grawitacja”, to
mówiąc, że przez godzinę i trzydzieści minut Sandra Bullock
i George Clooney dryfują w kosmosie, sypiąc, jak z rękawa,
przeciętnymi dowcipami, sam czułbym się z tym niekomfortowo. Oraz zraniłbym ten film. Nie dziwię się, że na zeszłorocznym festiwalu w Wenecji „Grawitacja”, wyświetlana poza
konkursem, okrzyknięta została mimo to największym sukcesem włoskiej imprezy. Mimo patosu i miałkości filozofii w nim
zawartej, jest to dzieło niezwykle filmowe, w którym – że tak
ujmę – siła ciężkości została postawiona na dzianie się, ruch
i atrakcyjny suspens. Hitchcock byłby dumny. Kosmiczne źródło przyjemności, kino, które znowu bawi nas za pośrednictwem oczu, a nie mózgu.
„Don Jon” (reż. Joseph Gordon-Levitt) – To, co absolutnie urzekło mnie w tej mainstreamowej komedii rodem ze
Stanów, to doskonale wywarzona reżyseria, nie szarżująca
w rejony Levittowi niedostępne, a jednocześnie zaskakująco
przyjemnie bawiąca się konwencją. Scenariusz i decyzje obsadowe zwodzą widza, serwując dozę przyjemnej rozrywki, która
pozostaje po prostu rozrywką.
Zaskoczenie na minus:
„Tylko Bóg wybacza” („Only God Forgives”; reż. Nicolas Winding Refn) – Zdecydowanie największe rozczarowanie
ubiegłego roku. Już przy okazji „Valhalla Rising” Refn skręcał
ku postmodernistycznej pustce w pejoratywnym tego słowa
znaczeniu, „Drive” potwierdzał te lęki, choć stanowił ciekawą
zabawę z formą melodramatu w stylu Jacquesa Audiarda, natomiast „Tylko Bóg wybacza” stanowi przedziwny, kolorystycznie nieznośny hołd dla „Santa Sangre” Jodorowskiego. Refn nie
powróci już do naturalizmu pierwszych dzieł, lecz decydując
się na komponowanie filmów jak muzyki popularnej, szkodzi
swoim scenariuszom. Lub to one szkodzą formie.
Złe gliny (Wrong Cops; reż. Quentin Dupieux) – Z ciężkim sercem włączam nowy, pełnometrażowy film Mr. Oizo do
kategorii rozczarowań. Od czasu prezentacji krótkometrażowej
zapowiedzi pod tytułem „Wrong Cops: Charter I” na festiwalu
w Cannes z doskonałymi rolami Marka Burnhama i Marilyna Mansona oczekiwałem na rozwinięcie tych pomysłów w dłuższym
metrażu. Niestety, w porównaniu z formą krótszą, długi metraż rozczarowuje... niemniej jest to film rewelacyjny, zabawny
i oryginalny na tyle, by zachwycał mnie mimo rozczarowania,
jakie mi sprawił! Twórca „Wrong” i „Morderczej opony”, dla
jednych niestrawny, dla mnie będący jedną z najciekawszych
osobistości filmu niezależnego, ma u mnie zawsze olbrzymią
taryfę ulgową.
45
46
w y w i a d
Wideo jest esencją
Rozmowa z Yachem Paszkiewiczem
ilustracja: Sabina Sokół
P
odczas „Nocy Wideoklipów” w toruńskiej „Od Nowie”,
gdzie prezentowano klipy biorące udział w 22. Yach Film
Festiwalu, spotkaliśmy się z organizatorem festiwalu
Yach Film Festiwal, Yachem Paszkiewiczem.
- Festiwal Yach Film, którego jest Pan twórcą, od
wielu lat prezentuje i docenia twórczość rodzimych
artystów wideo. Jak zapowiada się przyszłoroczna
edycja?
23. Festiwal Yach Film już się zaczął, za pośrednictwem zaprzyjaźnionego portalu Klipon. Internauci mogą oddawać swoje
głosy na zgłaszane prace. Na razie mamy 5 prac, zresztą bardzo interesujących, bo są to klipy między innymi: dla zespołu
Dick4Dick autorstwa Grzegorza Nowińskiego, dla mnie bardzo
duży odlot, nowy animowany klip dla Grzegorza Skawińskiego.
Nadesłane prace od razu publikujemy na portalu Klipon, który
przechadza się po ścieżkach Yach Filmu, zasadą Cyber Yacha
jest co miesięczna prezentacja klipów oraz głosowanie internautów, dzięki któremu wyłaniany jest zwycięzca.
- W jaki sposób ograniczacie nadużycia w oddawaniu głosów? Czy poszczególni widzowie mogą oddać
jeden czy kilka głosów?
Mamy specjalny program uniemożliwiający szturmowanie na
hura jednej pracy i głosowania na jakiś niesamowity przebój.
W tym roku (2013 r. przyp. red.) nagrodę Cyber Yacha zdobył
zespół Lemon, który nie jest w moim guście muzycznym, trochę przypomina mi Feel’a, pamiętajmy jednak, że każdy ma
swoje gusta. Natomiast klip, który został zrealizowany do ich
piosenki, wymagał dużego poświęcenia od ekipy filmowej. Odwiedzili wiele miejsc na świecie, angażując ludzi do happeningu
polegającego na wybraniu tego, co jest im najbardziej niezbędne, np. miłość, pieniądze itp. Jest to bardzo ciekawy pomysł
i podoba mi się, że internauci dorastają do tego, aby docenić
dobre wideo, a nie głosować na wielki przebój pod tytułem:
„makarena”. Widzowie doceniają świeżość i umiejętność łączenia i oscylowania między popem a poważniejszą sztuką.
- Czy każda praca wideo, stworzona nawet do tak
zwanej muzyki popularnej, jest sztuką?
Uważam, że wideoklip jest sztuką i w takiej kategorii należy
o nim myśleć. Wszyscy producenci wytwórni fonograficznych,
którzy przybywają na mój festiwal, starają się mi wmówić, że
wideo to forma promocji, reklama, ale są w błędzie. Nie można
przecież tylko pokazywać powierzchowności muzyka pod tytułem: „dobrze wyglądam przed kamerą”, tego, że jest ładnie
ubrany lub, jeżeli chodzi o kobiety, wyróżniać jedynie ich seksapil, to jedynie komercyjne zabiegi mające na celu przyciągnięcie widza, sprawienie, aby nie przełączył kanału. Ja tak nie
myślę i, robiąc Yach Film, staram się pokazywać tę przestrzeń
wideoklipu artystycznego, który dotyka zupełnie innych sfer,
wchodzi w obszar intymności z dziełem, jakim jest muzyka.
- Czy twórcy wideo ciężko jest uciec od czysto promocyjnych zabiegów i zrealizować w pełni swoją
wizję?
Artysta, który tworzy wideoklip, zawsze pozostaje w cieniu
artysty tworzącego muzykę. Zawsze musi on dochodzić kompromisu z wytwórnią fonograficzną, musi spierać się z producentami, kreatorami, którzy na końcu powiedzą mu: „Stary,
zatrzymaj się, nie możesz robić tutaj swojego widzimisię tylko
coś, co sprawi, że wszyscy pokochają artystę, pójdą na jego
koncert i kupią płytę”. I tutaj jest ten najważniejszy styk, jak
w przypadku ruchów tektonicznych, stykają się dwie idee
i wtedy wybuchają wulkany. Sądzę, że zawieranie kompromisów jest właśnie sztuką robienia wideoklipów. Jeżeli znajdą się
osoby przystępne, gotowe dać więcej wolności w tym kompromisie artyście, to mogą powstać dzieła, takie jak np. Czesław
Śpiewa Miłosza „Postój zimowy”. Zresztą klip ten jest dziełem
wybitnym, broniącym się na pewno przed upływem czasu, historia uniwersalna pokazana z takim filmowym sznytem. Z drugiej strony, klip promocyjny, który jest tak naprawdę produktem, tworzy tylko aurę pomagającą w reklamie muzyki, płyty,
prezentuje jakiś nowy sposób realizacji, efekt, ale nie wnosi
żadnej długotrwałej wartości. Taki klip utrzymuje się na fali
przez trzy miesiące, po czym znika i przepada, zostaje przebity
przez większą kartę i zastąpiony czymś nowym.
Na moim festiwalu i pokazach, które organizuję, staram się
pokazywać klipy, które zachowają swoją świeżość nawet za te
15 lat. Wspomniany już „Postój zimowy” czy prace Krzysztofa
w y w i a d
Skoniecznego są tak naprawdę filmami, dobrze zrealizowanymi, z oryginalną wizją autora i będą długo aktualne.
- Często się zdarza, że klip w pewnym sensie przebija muzykę, oglądamy niektóre wideo dla nich samych, pomijając często warstwę dźwiękową…
Ja bardzo lubię oglądać klipy nieznanych mi wykonawców.
Pokazałem np. pracę do utworu „Od dzisiaj” artystki MoMo. Kompletnie nie wiem, skąd ona jest, dla mnie zjechała wprost
z kosmosu, ale artysta, który chciał przedstawić swoją kreację do jej utworu, zrobił to znakomicie. Dziewczyny były fajnie
umalowane, cała scenografia świetnie grała, rzecz dzieje się na
złomowisku, niesamowita aura. Dla mnie jest to artyzm sam
w sobie. Utwór, jak dla mnie, nie za bardzo fajny, taki typowy
pop, ale ta właśnie kreacja wizualna, w połączeniu z tą muzyką, dała niesamowity efekt. Od polskiej muzyki oczekuję, żeby
odważniej działała w przestrzeni wideo. Chodzi mi o to, aby klip
nie przedstawiał tylko ujęcia gitary, machania instrumentem,
tupania nogą, zbliżeń na struny i na stopę perkusji i gdzieś tam
ujęcie wokalisty. Należy wchodzić w kreacje totalne, nie wizualizować warstwy dźwiękowej w taki ostentacyjny, dosłowny
sposób. Zwróćmy uwagę na świetną polską animację tradycyjną, dzięki której doganiamy cały świat, przebijając czasem
nawet animację 3D. Wspaniałe rzeczy, nadal tworzone techniką
poklatkową, przy użyciu plasteliny czy kreskówki są znakomite, posiadają swojego oryginalnego ducha i wymagają wielu
godzin pracy animatora. Nasza animacja stoi bardzo dobrze
w świecie wideoklipu czy filmu i tutaj nie ma wstydu. Natomiast
często zdarza się, że w wideoklipie, kiedy muzyka jest słaba, to
wideo może ją podreperować lub odwrotnie. Najlepiej, oczywiście, aby obie te warstwy były super i docierały do ludzi swoim
przesłaniem.
- Yach Film od zawsze stawiał na artystów alternatywnych, zarówno muzyków, jak i twórców wideo
próbujących pokazać się szerszej publice...
I tu muszę powiedzieć, że źle na tym wyszedł, ponieważ finanse festiwalu są w opłakanym stanie, ale ja nie poddaje się i,
z duszą na ramieniu, cały czas kontynuuję tę ścieżkę. Zostałem
kiedyś wezwany na dywanik do wytwórni fonograficznej, któ-
rej producenci zostali obrażeni przez zespół Sweet Noise, który
zdobył u mnie pierwszą nagrodę. Wybuchł skandal, dla mnie
straszna akcja pod tytułem: „jak artysta może krytykować producenta, że ten ostatni nie idzie drogą sztuki tylko komercji?”.
Próbowano wtedy zapędzić Yach film do produkcji telewizyjnej
na żywo, gdzie widzowie mieli wysyłać smsy i wygrać samochód. Chciano w ten sposób złagodzić sprawę, zatuszować, założyć jakiś kaganiec mnie i artystom, z którymi współpracuję.
Odżegnałem się od tego, miałem przez to kłopoty, popadłem
w rozmaite konflikty, ale w dalszym ciągu kontynuuję mój festiwal. Wygląda to tak, że co roku budzę się pewnego dnia rano
i odbieram jakieś 3 może 4 telefony z pytaniem: „Yachu, czy
robisz ten festiwal?”. Odpowiadam, że nie wiem, jak to będzie
w tym roku, czy uda mi się, ale zawsze zachęcam do nadsyłania prac. Nagle dochodzi do momentu, kiedy zaczyna się
wrzesień i ja nagle mam zgłoszonych 200 prac i wtedy, wbrew
wszystkim przeciwnościom losu, realizuję festiwal. Artyści
w tym roku tłumnie przybyli na Yach Festiwali, między innymi:
Dawid Krępski, Mela Melak, Krzysztof Skonieczny. Otrzymałem
wiele pochwał za moją inicjatywę.
- Wiadomo, że kwestia finansów jest zawsze problematyczna w działaniach kulturalnych i artystycznych.
Pański festiwal radzi sobie jednak z tymi problemami. Jak przebiega proces organizacyjny takiego
przedsięwzięcia?
W tym roku po raz pierwszy zrezygnowałem z pomocy finansowej miasta. W dzisiejszych czasach, kiedy pojawiają się
możliwości dofinasowania z Unii Europejskiej, jakieś granty
itd., opieranie się na tym przestaje mieć w pewnym momencie
sens. Tyczy się to zarówno organizacji festiwali, jak i tworzenia wideoklipów. Pokazywałem świetny teledysk L.U.C & Trzeci
Wymiar - Kosmostumostów, gdzie jacyś ufonauci przylecieli na
Ziemię i przyczynili się do powstania Wrocławia, Słowian. To
klip, w którym widać tę polemikę pomiędzy artystami a urzędasami, którzy, dając swoje pieniądze, oczekują jakichś laurów
dla miasta. I tutaj ta współpraca zadziałała, idea kompromisu
sprawdziła się. Z drugiej strony, w moim przypadku, po latach
współpracy z urzędami, zauważyłem, że jednak nie chodzi o to,
żeby ktoś stał za Twoimi plecami i mówił, co robić, jakie wideoklipy wybierać, co kreować. Trzeba umieć powiedzieć: „Sorry,
ale najważniejszy jest artysta, który przesyła do mnie pracę”.
47
48
w y w i a d
Ciężko jest utrzymać zainteresowanie wideoklipem ludzi,
którzy mogą wspomóc finansami, nadal istnieje przekonanie,
że sztuka wideo to niszowa sprawa. Dwa razy wręczałem i dwa
razy byłem nominowany do Fryderyka za moje prace dla Big
Cyca i duetu Maleńczuk-Waglewski, w zeszłym roku zaś jury
Fryderyków odpuściło sobie nagrodę za wideoklip. Stwierdzili,
że nie są na tyle silni, aby kontynuować tę ideę i pozostawili
całą sferę wideoklipów mnie i Yach Filmowi. Kiedyś zostałem
namówiony, aby zrobić konkurs wideoklipów o zasięgu międzynarodowym. Robiłem to przez 3 lata, ale to jest zbyt wiele do
ogarnięcia. Pięknie jest spotkać emisariuszów kultury z innych
krajów, którzy przyjeżdżają z wideoklipami, sam też podróżowałem, ale uświadomiłem sobie, że najważniejszy dla mnie
jest ten klip polski, który wymaga weryfikacji. Twórcy naszych
wideoklipów, jak wspomniałem, pozostają anonimowi i zawsze
ten splendor przechodzi na artystów- muzyków. Podoba mi się
pomysł wydawanych na zachodzie płyt Directors Label, gdzie
prezentuje się dzieła wybranych twórców wideo. Kilku z tych
wielkich gościłem na festiwalu, np. Tima Pope’a, który stworzy ponad trzydzieści klipów dla The Cure. Chętnie przyjechał,
wręczyłem mu nagrodę, przeprowadził warsztaty. Przybył również Terence Bulley, autor klipów dla Depeche Mode, Pink Floyd
i Grace Jones i wielu innych. Ci wspaniali autorzy są pod wrażeniem polskiego wideoklipu. To bardzo motywujące.
- Jak idea powinna przyświecać twórcom naszego
rodzimego wideoklipu?
Szczególnie chciałem przedstawić przesłanie Zbiga Rybczyńskiego, z którym się kolegujemy. On sam wdarł się do początkującego MTV i nagle zrealizował około 120 klipów przez
4 lata. Jego prace były naprawdę pionierskie, jeżeli chodzi o
technikę i jej artystyczne wykorzystanie. Słynny klip do „Imagine” Johna Lennona jest po prostu mistrzowski. Sam Rybczyński popadł ostatnio w tarapaty właśnie z urzędnikami, związane
ze studiem, które chciał założyć i prowadzić. Ale jest to człowiek niosący w sobie ducha wideoklipu. Wzruszył mnie kompletnie przesłaniem do młodych twórców. Opowiadał, że kiedy
zaczynał współpracę z MTV i dostał już parę nagród, zadano mu
pytanie, czego spodziewa się po tej nowej, raczkującej stacji.
Odpowiedział, że chciałby, aby dotarła ona do krajów Europy
Wschodniej, a chodziło mu o Polskę. Chciał, aby artyści tworzący w naszym kraju użyli sztuki wideoklipu jako oręża w
walce ze złem i tymi wszystkimi niedobrymi rzeczami, z jakimi
musimy się mierzyć. I rzeczywiście, nawet dzisiaj, oglądamy
wideoklipy, które wpisują się w to przesłanie. Przedstawiają
bowiem te miejsca w naszym kraju, gdzie wciąż żyje się źle.
-Dzisiaj wideo może dotrzeć do każdego z nas za
pośrednictwem Internetu, nie ma ograniczeń, a MTV
przestaje nadawać muzykę. Co sądzi Pan o tych
zmianach?
Dzisiaj powstała tak zwana nacja 2.0., czyli ludzi odbierających rzeczywistość za pomocą Internetu, nieoglądających
telewizji, z wszystkimi jej śmieciami, mogących samodzielnie wybierać, co chcą oglądać i kiedy. Sądzę, że jest to dobre
zjawisko, zwłaszcza w czasach, kiedy serwuje nam się bardzo
w y w i a d
dużo migających obrazków, podczas gdy sami powinniśmy wytyczać sobie indywidualne ścieżki we własnym odbiorze.
- Czy zauważył Pan zależność pomiędzy wideoklipami a miejscem, w którym powstają? Czy można
wyróżnić grupy wideoklipów, których styl i forma
świadczą o pochodzeniu?
To jest trudne pytanie, bo z wideo jest jak z malarstwem.
Istnieje wiele stylów, abstrakcjonizm, malarstwo figuratywne
i również mamy malarzy niedzielnych, czyli ludzi, którzy po
prostu lubią malować i sprawia im to przyjemność i nie można
mieć do nich pretensji, bo każdy tworzy taką sztukę, jaka mu
się podoba. Jeżeli ktoś pięknie maluje kwiaty, to zostawmy go
w tej dekoracji i podobnie w wideoklipie, ktoś świetnie portretuje piękne kobiety, dobrze je oświetla, charakteryzuje, itp., to
też go zostawmy, bo on robi świetną rzecz. Nie możemy mówić
takim twórcą, że ich sztuka jest banalna, bo ludzie potrzebują miłego wizerunku artysty, te klipy mają sens pod tytułem:
„ładnie wyglądam i ładnie śpiewam”. Warto jednak, tworząc
wideo, starać się przekazać wartości, emocje, poruszyć tematy warte zaprezentowania. Wracając do Rybczyńskiego, swoje
przesłanie do twórców wideo podsumował dość wyraziście, aby
nie tworzyć czegoś, co opowiada o „dupie Maryni”, czyli o niczym.
- Ważne zatem jest poważne podejście realizatorów,
twórców do wideoklipu i potraktowanie tej sztuki
jako wyraźnego nośnika, którego nie można lekceważyć, bo to, co raz dobrze stworzone, pozostanie
w sercach i umysłach widzów na zawsze.
Tak, szczególnie mogę o tym powiedzieć na przykładzie
zwycięzcy 22. Yach Film Festiwal, czyli wspomnianym klipie
Czesław Śpiewa Miłosza „Postój zimowy”. Jest to tak naprawdę opowieść filmowa, dzieją się tam zwroty akcji zachodzące
w sekundach, oglądamy projekcje całego życia bohatera. Gdyby ten klip rozcieńczyć, dodać dialogi i każde z ujęć powydłużać, powstałby wspaniały film fabularny. Dlatego uważam, że
wideoklip jest taką esencją filmu i pokazuje, jak, w krótkim
czasie i przy wsparciu muzyki, można przekazać widzom wspaniałe i ważne treści. Tworząc wideoklip należy pamiętać, aby
walczyć z przeciwnościami i nie dać się wpędzić w pułapkę producenckiej cenzury. Należy uparcie dążyć do realizacji swojej
wizji, razem z artystami, do muzyki, którą tworzymy.
- W tym miejscu proponujemy zakończyć rozmowę…
Dziękuję bardzo i polecam przybycie oraz nadsyłanie swoich
prac na 23. Yach Film Festiwal.
Z Yachem Paszkiewiczem rozmawiali
Michał Kowalski i Magda Strzyżyńska.
49
Agata Królak
r a c h - c i a c h
ilustr.
50
M
ój nowy wujek, z którym pani Grażynka pisze felietony, wymyślił temat, który cioci nie przypadł do gustu.
Powiedziała ona, że „nowinki technologiczne na pewno są niezmiernie ciekawym zjawiskiem w kinie, nic jednak nie
dorówna prawdziwym emocjom, jakie potrafi wzbudzić kino artystyczne, nie mając ani centa na produkcję”. A na to mój tata
powiedział, że po prostu nie kuma bazy. Ale ja jestem w stanie
zrozumieć stanowisko mojej filmowej patronki. Zresztą dorośli
powiedzieli, ku mojemu zdziwieniu, że mój poprzedni felieton o
Bergmanie bardzo się spodobał. Zdziwiłam się głównie dlatego,
że ktokolwiek to przeczytał, bo z moich obserwacji wynika, że
ludzie czytają „Wysokie Obcasy”, a nie „Menażerię”. Tak właśnie
dorośli gadają do dziecka, jak do głupiego.
Tak czy siak, nowe technologie w kinie nie są mi obce, bo
właściwie to innych technologii w kinie nie znam, więc co nieco
napiszę.
Mistrzostwo animacji w tej kwestii to zna nawet każde dziecko. Każdy zna, kto widział sierść kotka ze „Shreka” albo włosy „Meridy Walecznej”, albo suchą skórę zwierząt pustynnych
w „Rango”. Animatorzy tak potrafią pokazać rzeczy, że nawet
minionki wyglądają na prawdziwie. Ale proszę zwrócić uwagę,
że nie jest to też taka nowość, bo w „Śpiącej królewnie” sukienka królewny tak faluje na powietrzu, jakby była to moja sukienka, prawdziwa, a to był rok czterdziesty piąty, jak tę bajkę
zrobili. Swoją drogą to bajki niby mają być dla rozbudowania
wyobraźni, a to tak wszystko się prawdziwe robi, że trochę
się gubię już, jakie w końcu jest to zamierzenie twórcze. One
wyglądają na prawdziwsze, żebym bardziej w nie uwierzyła?
A z kolei na festiwalu Animacji w Poznaniu, jak byłam z rodzicami, to usłyszałam, co mojej mamie podczas wywiadu powiedział taki pan, Michaił Gurevich. On bardzo mądrze powiedział,
że animacja niby jest niszowa, a tak naprawdę to animacja
zjada film, bo film właściwie staje się już animacją, tylko aktorzy zostają prawdziwi na tym ekranie. Sprawy więc, jak zwykle,
mają się różnorako, mam nadzieję kiedyś to zrozumieć.
No więc o czym zatem warto napisać, bo już niewiele miejsca mi zostało. A więc żeby nie gadać o oczywistościach
takich, jak kino cyfrowe czy kino 3D - o tym pewnie zresztą napisze, jak zwykle w przewrotny sposób, mój nowy wujek - postanowiłam przybliżyć zmiany w kinie dokumentalnym związane np. z helikopterami i super kamerami.
Albowiem przez długi czas filmy dokumentalne , przyrodnicze
Nowe
były filmami ciekawymi, bo widzieliśmy na nich te nowe rzeczy
i zwierzęta. Ale teraz, jak oczy ludzkie widziały już wszystko,
na pewno przyznają mi państwo rację, że formuła filmu przyrodniczego się wyczerpała. Ileż można oglądać słonia, co się
ochlapuje wodą. Poza tym widziałam już też Marrus orthocanna, rybę-wędkarza, ośmiornicę Grimpoteuthis, ćmę Argema,
która nie ma otworu gębowego i nigdy nie je nic, a nawet Brazilian Threehopper (niestety, do tego filmu nie miałam polskich
napisów) oraz gatunki, które jeszcze nie mają nazwy. No więc
stacja BBC postanowiła wydać pieniądze na ten nowy super
sprzęt, co im zrobi pierwszy film dokumentalny w HD. Stacja
wydała też pieniądze na superludzi, bo film jest nie tylko superancki, ale i również bardzo mądry, to znaczy ma mądry sposób opowiadania. Owszem, nowe rzeczy się tam widzi, co się
ich wcześniej nie oglądało, ale pan, co do nas z ekranu mówi
trzyma się ciekawszych tematów niż losy słoni, jak np. zimne
miejsca na ziemi albo polany, czyli niby tematy właśnie nudne.
A tam okazuje się, że same ciekawe rzeczy się kryją, ale ciekawe nie dlatego, że są ciekawe, tylko dlatego, że są ciekawie
opowiedziane. Bo nie trzeba od razu np. zwierząt pokazywać
od urodzin do śmierci, tylko malutki kawałeczek o nich. Albo
w ogóle nie musi być o zwierzętach. No i tam tak właśnie jest,
co ma być i nie ma, co ma nie być.
A komu się wydaje, że to się dobrze ogląda tylko dlatego, że
jest ładnie i nowe miejsca, to niech np. obejrzy kolejny film
w HD “Blue planet”, który właśnie zrobiony jest po staremu,
czyli jak dla dzieci: jak jest temat wielkiego kwitnienia glonów, to wymyślili, że raz pokazują, co się dzieje w tym miejscu
z glonami, a potem, że wieloryb już się tam wybiera, i on się
tam wybiera, i wybiera, bo ma daleko, a w międzyczasie się
wiele rzeczy o tym wielorybie dowiadujemy, i nie jest to wcale
na miejscu.
Trochę mi brakuje jeszcze słownictwa i filmoznawczego autorytetu, żeby profesjonalnie sprawy opisać, jak to jest zrobione,
czyli powiedzieć o sposobach prowadzenia wątku przyrodniczego w tej produkcji zrobionej najlepszym sprzętem i jak metody
narracyjne są innowacyjne, i jakiej dobrej sprawie ten wydatek
BBC posłużył, ale mniemam, że jak ktoś obejrzy, to zrozumie.
Aha, a te filmy, o których piszę, nazywają się “Planet Earth”.
Polecam, Grażyna Torbytska
51
technologie
N
igdy nie mogłem zrozumieć fascynacji świecą
roratnią. Kiedy któryś z moich znajomych, zamiast mieszać tytoń i Staff, jak Pan Bóg przykazał (50/50), zaczynał z głupim uśmiechem na ustach formować malutką kulkę z wosku i instalować ją na szczycie
gibona, ja uchylałem się od palenia. Wymigiwałem się sraczką, zatwardzeniem lub – najogólniej – przewlekłymi bólami
brzucha. Znajomi zapewniali mnie, że po inicjalnym maszku,
kiedy stopiony wosk podwyższa lot, a przed oczami robi się
ciemno, można uzdrowić swoje ciało. Musiało minąć wiele
lat, zanim zażyłem roratniej odmiany i wierzę, że nie był to
przypadek. Najpierw na przejściu dla pieszych potrąciła mnie
staruszka. Zawartość koszyka wypadła na biały pas. Z podniesioną dłonią, prosząc kierowcę tira o cierpliwość, zebrałem wszystko poza kiszonym ogórkami, które nieodzownie
wywinęły się z folii. Ponownie przeprosiłem starszą panią,
w razie gdyby niedosłyszała i poszedłem dalej. Obudziłem
się całkiem łysy. Na poduszce i w dolnych partiach pościeli
(musiałem znowu śnić, że jestem rybą płaszczką) znalazłem
kępki włosów posklejanych niezbyt apetycznym śluzem. Na
domiar złego, na łóżko wskoczył pies i się w nich wytarzał.
Przeglądając, jak co dzień, ulubione strony pornograficzne,
zaatakowała mnie nagle reklama. Niechciany pop-up namawiał do zakupu preparatu przyśpieszającego odrastanie włosów. Zamówiłem trzy sztuki o pojemności 500 ml, co dawało
mi 1500 ml odżywczego płynu, który sprawdził się jednak
lepiej jako intrygujący, lekko fosforyzujący składnik drinków
niż środek leczniczy. Próbowałem wszystkiego – oleju rycynowego, alg, kąpieli błotnych, biegu w półmaratonie, a z leków – Follixinu, Revitaxu, Procerinu i wielu innych. Ni chuja!
ilustr.
Agata Królak
r a c h - c i a c h
Byłem zdruzgotany. Wreszcie, podczas jednej z domówek,
zaczepił mnie znajomy i zapytał czemu chodzę w czapce.
W odpowiedzi na moją historię uśmiechnął się jak za dawnych lat. Kiedy namawiał mnie na pójście do kina, początkowo nie dawałem się przekonać. No bo jaki związek może mieć
„Grawitacja” z moją łysiną? Chłopaczyna napierał, budził
mnie telefonami z pogróżkami, podszywał się pod woźnego
z naszej podstawówki, pałał chęcią pomocy, aż w końcu zgodziłem się, ale tylko ze względu na to, że stawiał bilety. Tuż
przed seansem, na tyłach kina, odpaliliśmy świecę. Wahadełko spowolniło bieg, w oddali usłyszałem katolickie inkantacje
i wiedziałem już, że jestem na piździe. Podążając za ogonem
z cienia pozostawianym przez koleżkę jakoś trafiłem do sali.
Wszedłem mocno wykręcony. Ładunek przedseansowych reklam przetasował mnie jak krupier talię. „Czy tak wyglądała
młodość moich ziomków?”, zapytałem sam siebie i odpłynąłem w kierunku wszechogarniającego zimna. Wybudziłem
się pod sam koniec filmu i było to jak uderzenie w twarz.
W fotel wbiły mnie efekty specjalne i świetna gra aktorska.
Czułem, że jestem wewnątrz, że – tak jak bohaterowie – walczę
o przeżycie. Kiedy szczątki zniszczonej satelity uderzyły
w stację, poczułem dreszcz i odruchowo zasłoniłem twarz rękoma. Po seansie jeszcze przez dwie godziny rozmawialiśmy
o „Grawitacji”. Jak się okazało, kumpel uczestniczył duchem
przez pierwsze dziesieć minut projekcji, co w gruncie rzeczy
dało nam spory materiał do rozkminy. Zachwytom nie było
końca, a głębia filmu zdawała się nie mieć dna. Szkoda tylko,
że włosy mi już nigdy nie odrosły.
Cham Filmowy
Secret(ly) Home Invasion. Budapest 3
Secret(ly) Home Invasion. Budapest 2
Secret(ly) Home Invasion. Budapest 1
52
w y w i a d
Secret(ly) Home Invasion. Praha 1
w y w i a d
Przejawy rzeczywistości
z Phtalo Manatee (Pamelą Granatowski) rozmawia Marek Rozpłoch
zdjęcia: Phtalo Manatee
C
o jest dla Ciebie ważniejsze - fotografowany
skrawek rzeczywistości naocznej czy efekt
końcowy procesu powstawania fotografii?
Skłoniłabym się ku opcji pierwszej, lecz z pewnym zastrzeżeniem wynikającym z faktu, że najistotniejszym czynnikiem
jest rodzaj niepowtarzalności, ulotności zastanej sytuacji,
której jestem świadkiem, a w zasadzie obserwatorem. Niejednokrotnie nie do powtórzenia – czy to dlatego, że podąża
się wyznaczoną trasą i nie ma się możliwości powrotu, bądź
zwyczajnie się nie chce zawracać – z lenistwa lub zabiegania,
czy jest się w jakimś miejscu i ma się świadomość, że nieprędko się znów zawita tamże, czy moment uchwycenia pewnego
stanu rzeczy, przedmiotu jest właściwy. Częstokroć złapanie
chwili jest niedoskonałe albo inaczej – nigdy nie jest idealne.
Wynika to z potrzeby niejako zapisania efemerycznej emocji,
współodczuwania otoczenia, w tym także, niekiedy awersji do
przełamania oporu wobec fotografowania w miejscu publicznym, ale także chęci usystematyzowania już dostępnego materiału wizualnego.
Jednakże, efekt końcowy jest także ważny, aczkolwiek ograniczyłabym się do zdefiniowania wyniku w kategoriach osobistej relatywności, gdyż z rezultatu muszę być zadowolona
na tyle, na ile pozwala mi stopień skromności, pokory wobec
świata oraz zdystansowania do siebie i własnej „twórczości”.
Dlatego też raczej unikam określania siebie jako twórcy, fotografa czy artysty, z prostego faktu, że swoją działalność na
polu wizualnym czy innym upchnęłabym prędzej w ramy skraj-
nie subiektywnej dokumentalistyki. Nie znaczy to oczywiście, iż
nie czerpię inspiracji z twórczości innych. Przeciwnie – relatywnie dużo czasu spędzam na oglądaniu, obserwacji – zarówno
sztuki tej mniej i bardziej profesjonalnej, ale także zwyczajnie
– otoczenia, które wydaje mi się bardzo ciekawe, w szczególności, jeśli usytuujemy się jako analizujący widzowie. Oczywiście, są tacy twórcy, których prace bardzo mi imponują, zarówno jeśli posiadają znamiona głębi znaczeniowej w poruszanej
problematyce, ale także prace, które są puste semantycznie
w moim rozumieniu tematu, lecz efekt wizualny odpowiada
moim gustom estetycznym. W tym miejscu należałoby napomknąć, że pojęcie intymnego i indywidualnego rozumienia
estetyki jest kluczowe w (nie)odczytywaniu moich prób uchwycenia rzeczywistości.
A jak myślisz: czy bez postanthropology i wszelkich
innych czynników związanych z głębszym zanurzeniem
w materię humanistyki, kultury – poddana niejako epoché – w konfrontacji z obiektywem i tym, co przed/za
nim, byłabyś tą samą Phtalo Manatee?
Pewnie nie, acz zupełnie nie wykluczam, że niejaka „nie-Phtalo Manatee” mogłaby podobnie postrzegać świat albo
podobnie go chwytać. Ciężko w konfrontacji z tak postawionym pytaniem udzielić niespekulatywnej odpowiedzi. Podzielić się mogę jedynie myślą, że, w moim przekonaniu,
człowiek jest wypadkową tego, kogo/co napotka na swojej
drodze i jaki z tego uczyni użytek oraz jak skanalizuje zgromadzoną energię.
53
54
w y w i a d
Secret(ly) Home Invasion. Praha 2
Secret(ly) Home Invasion. Slangerup 1
Czy istnieje jakiś punkt styczności między Twoją pasją fotograficzną a fascynacjami muzycznymi?
zupełnie ze wzrokiem niezwiązanym, lecz działającym raczej
jak katalizator dla złogów pamięci uwalniający jedną z rozproszonych notatek.
Nie wydaje mi się, żeby świadomie zachodziła jakaś korelacja. Dość duże sensualne odczuwanie, zarówno wizualności,
jak i dźwięku, które porównałabym jedynie do smakowania potraw, więc może jedzenie jest punktem stycznym i doznania,
jakie spożywaniu towarzyszą.
Ponadto, chciałabym sprostować: nie nazwałabym moich
zainteresowań fotograficznych „pasją”, lecz bardziej zaciekawieniem wizualnymi przejawami rzeczywistości, raczej zupełnie odległymi od technicznych umiejętności i wiedzy fachowej.
Co sprawia, że dany przejaw rzeczywistości zachęca
Cię do uwiecznienia go?
Impuls.
A jakie były Twoje najciekawsze doświadczenia
z uwiecznianiem tych przejawów?
Jeszcze nie wiem. Każdorazowo uwalniana jest duża dawka
swoistej mieszanki wrażeń. Zatem poszczególne doświadczenie
jest nieprzekładalne w znaczeniu rozumienia go przez pryzmat
stopniowania przeżycia. Jestem raczej wyciszoną i wycofaną
istotą, i wydaje mi się, że uwiecznianie też nie do końca pokrywa się z wizualnym wyobrażeniem. Częstokroć utrwalanie
ma na celu złapanie chwilowych odczuć pobudzonych konkretnym doznaniem wzrokowym, ale też nierzadko skojarzeniem
Czy Twoje zdjęcia są monologiem czy elementem jakiegoś dialogu albo – otwarte na dialog?
To, czym są, zależy od punktu, w jakim się znajdujemy jako
odbiorcy i uczestnicy kultury. Dla mnie stają się monologiem,
bo są zarejestrowaniem indywidualnego punktu widzenia, ale
są otwarte na dialog, a kiedy ktoś/coś się pokusi o współudział,
staną się elementem dialogu. Nie ode mnie zależy to, czym
zdjęcia stają się w świecie.
w y w i a d
Secret(ly) Home Invasion. Praha 3
Secret(ly) Home Invasion. Slangerup 2
Secret(ly) Home Invasion. Slangerup 3
55
56
f e n o m e n
f e n o m e n
Zjadanie nurtu
tekst: Michał Groszewski
ilustracja: Julian Zielonka
P
rzenieśmy się na moment do roku 2008. Polska
scena festiwalowa zaczyna błyszczeć. Płaszczący się przed alternatywną publicznością mainstreamowej muzyki Open’er zaprasza Jay’a Z i Massive Attack; chowająca się za ciemnymi okularami widownia jeszcze
raczkującego Off Festivalu pląsa przy Mogwai i Caribou, a festiwal Nowa Muzyka wydaje się być jeszcze bardziej alternatywny – to tam można usłyszeć futurystycznego Clarka i fenomenalne Battles. Polacy wreszcie mogą czuć się częścią Europy,
najnowsze trendy są na wyciągnięcie ręki. Wielkie festiwale
dysponujące „wielkim” lineupem nie zdołały jednak przyćmić
tego, co narodziło się owego roku w Toruniu. Wraz z upływem
czasu widać jak na dłoni, że polityka zapraszania na koncerty
popularnych wykonawców spaliła na panewce. Owszem, koncerty światowych gwiazd nadal przyciągają rzesze konsumentów głodnych weekendowego odpoczynku, ale do prawdziwego
czerpania przyjemności z muzyki ma się to tak naprawdę, jak
pięść do nosa. Mainstream umiera pod kopcami z hot-dogów
i rozcieńczonego piwa, a w międzyczasie do głosu dochodzi
muzyka, która jeszcze parę lat temu zdawała się być awangardą awangardy.
W 2008 roku, poza wszelką medialną świadomością, na
światło dzienne wyszła idea zrodzona w głowach dwóch muzycznych indywiduów. Rafał Kołacki oraz Rafał Iwański od
zawsze tworzyli muzykę pozbawioną blichtru i usilnej obcesowości. Mając za sobą osobne ścieżki (Iwański jako muzykolog poszukujący na polu elektroakustyki, Kołacki jako m.in.
perkusista legendy toruńskiej sceny hardcore – Stagnation Is
Death), spotkali się w ramach projektu, który zdawał się otwierać nie tylko ich samych, ale i całą toruńską scenę muzyczną. HATI, bo o tym zespole mowa, w tamtym czasie nie był muzyką
sensu stricto. Był raczej próbą zrozumienia antropologicznej
wartości tkwiącej w idei i sposobie wydobywania dźwięku.
Korzenie HATI sięgają początku lat 90’tych, kiedy to jego
założyciele - Dariusz Wojtaś i Rafał Iwański - mieli jeszcze wiarę w punkowe, gitarowe wyobrażenie o ekspresji muzycznej.
Z czasem jednak ustąpiła ona poszukiwaniom na polu muzyki rytualnej, odległej geograficznie, a jednak w jakiś sposób bliższej duchowo. Brutalność prostoty transu spotkała się
z głębokim zainteresowaniem muzyką współczesną, co finalnie
dało efekt fenomenalny, aczkolwiek niekoniecznie odpowiadający oczekiwaniom rynku. HATI jednak podążało własną drogą.
Grało koncerty w Polsce i za granicą, poszerzając pole widzenia
i poznając twórców o podobnym sposobie rozumowania świata
dźwięku. Po odejściu Wojtasia i nawiązaniu współpracy z Kołackim, HATI nie spuszczało z tonu. Projekt „100% Recycled
Sound Installation”, który zakładał wykorzystanie w muzyce materiałów metalowych zdobytych ze szrotów i wysypisk,
zdobył uznanie we wszystkich europejskich miastach, w których został objawiony. Być może to wtedy członkowie zespołu
zwrócili uwagę tak mocno w kierunku edukacji. Pierwsza edycja festiwalu CoCArt była niemałym wyzwaniem dla kuratorów
przedsięwzięcia, ale warto zaznaczyć, że przyniosła niespodziewany oddźwięk w mediach – nie tylko środowiskowych. Muzyka współczesna, industrialna i elektroakustyczna przyciągnęła
do garażu samochodowego pod Centrum Sztuki Współczesnej
w Toruniu ludzi, którzy wiele lat później wspominają to wydarzenie ze szczególną estymą.
Najlepszym przykładem oddającym jakość i wagę wykonanej pracy jest fakt, że nieznani szerzej twórcy (Z’EV, Pierre
Bastien, pathMAN, Karpaty Magiczne) zaczęli istnieć w świadomości młodych słuchaczy, do tej pory zainteresowanych jedynie muzyką spod znaku punka czy elektroniki, a eksperyment
i elektroakustyka zaczęły być stałymi bywalcami na festiwalach noszących status głównego nurtu. Wielu z odbiorców już
zrozumiało, że jeśli chce być na bieżąco, musi pojawić się właśnie tutaj.
Mamy już szóstą edycja CoCArt Music Festival. Festiwalu,
który zapoczątkował szersze zainteresowanie muzyką trudną
i wymagającą, ale też dał jej szansę na zaistnienie w świecie
popkultury. Wtedy, w 2008 roku, był to festiwal dla niewielu.
Dziś już wiadomo, że jest to wydarzenie, bez którego współczesna scena festiwalowa byłaby o niebo uboższa. Na tegorocznej
edycji festiwalu, który odbywa się w toruńskim Centrum Sztuki
Współczesnej w dniach 21-22.02, występują m.in.: Wilhelm
Bras, Mia Zabelka, Piotr Kurek, Innercity Ensemble, Francisco
Lopez – a na koncercie towarzyszącym – Micromelancolie.
Nie zdążyłeś ich poznać? Nie martw się. Za rok będą
na Offie.
57
58
w y w i a d
Sztuka tworzenia matriksów.
Rozmowa z Pawłem Tchórzelskim
zdjęcia: Marcel Woźniak
w y w i a d
O
d 27 lat na deskach teatru. Jak się w panu zmieniało postrzeganie aktorstwa przez ten czas?
Dużo na ten temat myślałem, z dużym zaciekawieniem
obserwując kolegów, zmieniające się aktorstwo. To bardzo
ewoluuje. Po pierwsze aktor ma świadomość tego, że pracuje
w teatrze. Zanika poczucie istnienia czwartej ściany. Nie można oczywiście uciec od Stanisławskiego, ale aktor jednocześnie kreuje postać, a przecież jest też w bardzo dużym stopniu
sobą. Aktorstwo lat osiemdziesiątych w dużej mierze jest graniem czegoś. A aktorstwo jest byciem. Aktorstwo teatralne,
w moim przekonaniu, zbliża się do filmowego, do istnienia na
scenie.
Tak jak u Grotowskiego?
Grotowski stworzył swoją metodę, ale też przecież opierał
się na Stanisławskim. On chciał przekroczyć granicę, dążył do
tego, by odnaleźć człowieka w aktorze. Ja bezpośrednio z tą
metodą nie zetknąłem się w sposób praktyczny. Gdy byłem na
czwartym roku, miałem warsztaty z nieżyjącym już Zbigniewem Cynkutisem. Aktorstwo po pierwsze jest dla mnie zabawą. Kiedyś może wypowiadałem te słowa, nie wierząc, że tak
może być, ale aktorstwo jest też odkrywaniem emocjonalnych
czy psychologicznych przestrzeni w sobie, których istnienia
nie spodziewałbym się. To jest najważniejsze w aktorstwie
dla mnie. Aktorstwo się zmienia – przestaje być koturnowe.
Jest to aktorstwo bardzo emocjonalne, dobre aktorstwo. Ale
ze świadomością, że jednak jest to tylko teatr. U Grotowskiego ludzie zatracali się w tym wszystkim. Myślę, że to nie jest
dobra droga. Trzeba wyznaczyć sobie w tym granicę i nie dać
się zwariować. To jest jak z aktorami Lupy. U niego są świetni,
rozwibrowani, ale przychodzi inny reżyser i trudno jest im pracować, znaleźć wspólny język. Tacy reżyserzy to wampiry emocjonalne. Rozmawiałem na temat Lupy i pracy z nim z moją
koleżanką, Ewą Skibińską, która robiła z nim między innymi
„Prezydentki”. Zaprzeczała temu wszystkiego, co mówiono
o Lupie, jednak aktorzy ze Starego Teatru, którzy grali głównie
u niego mówią co innego. Świetny aktor, który grał w „Kalkwerku”, nie gra nigdzie. Gra tylko u Lupy. Uwielbiam jego teatr,
chciałbym się z nim spotkać, ale nie wiem, czy chciałbym być
jego aktorem. Nie chcę się zamykać. Fascynujące w aktorstwie
jest ciągłe poszukiwanie. Jak w każdej innej dziedzinie życia,
gdy ktoś mówi „ja wiem” to oznacza, że on umarł. Ja nie wiem.
Dostaję tekst i nie wiem. To się rodzi i to jest świetne.
Spotkać Pana można tworzącego prywatne happeningi. Czy ludzie się w to dają wciągać, czy rzucają
jednak kamieniami?
To raczej nie są happeningi, ale można to tak nazwać. Jestem po prostu kabotynem. Lubię prowokować. Jestem cie-
59
60
w y w i a d
kaw, jak ludzie będą na mnie reagowali. Myślę o tym, co by
było, gdybym wyszedł sobie na Szeroką w sutannie papieskiej
z Baconowskiego obrazu. Gdybym sobie tak chodził i po prostu
prowokował.
I jak ludzie reagują?
To jest trochę test na poczucie humoru ludzi. Na ogół reagują przyjaźnie, bawią się. Chociaż są ludzie, którzy nie mają do
siebie dystansu. To jest moja zabawa. Dużo w tym jest bufona,
ale taki jest już ten zawód. Kocham go. Od szkoły podstawowej chciałem być aktorem, ale jednocześnie mam świadomość,
że ludzie teatru tworzą kolejny matriks. Nie dość, że żyjemy
w matriksie politycznym, obyczajowym, to my tworzymy dodatkowy matriks. I jeszcze nam za to płacą. To nie jest bezpieczny zawód, istnieje bowiem niebezpieczeństwo rozdymania
własnego ego. Aktorzy często nadużywają, jak to powiedział
Krzysztof Majchrzak, „słodko egoistycznego zaimka JA”.
Miał Pan okazję współpracować z różnymi aktorami,
reżyserami czy scenografami. Czy którąś wspomina
Pan szczególnie?
Jest pewna grupa reżyserów, jak Krzysiek Rekowski. „Witaj,
Dora” – przedstawienie, które może się podobać lub nie, jednak
nie można mu zarzucić niespójności. Nie można powiedzieć,
że to przestawienie nie jest o czymś, że nie stworzyło kodu
dla aktorów. To jest typ reżysera, który, jak mówi Lupa – jest
położnikiem, który w sposób delikatny wyciąga z aktora to, co
jest potrzebne do przedstawienia. Jednocześnie pracuje z aktorem, co jest bardzo ważne. Krzysiek jest właśnie reżyserem,
który w aktorach widzi partnerów. Z kilkoma takimi reżyserami
pracowałem. Byli oni niezwykle precyzyjni. To nie znaczy, że
przychodzili z gotowym przedstawieniem, bo to tak nigdy nie
jest. Przedstawienie zawsze rodzi się na styku wielu okoliczności: aktorów, tekstu, scenografii, muzyki itd. Pomysły dobrego
reżysera mogą ewoluować, wszystko się może zmienić. Takim
reżyserem jest Marek Fiedor obecny dyrektor Teatru współczesnego, z którym raz pracowałem. Pracowałem na początku
jego kariery z Warlikowskim. Pracowałem z Péterem Gothárem,
węgierskm reżyserem, który po prostu był przygotowany. Gdy
przychodzi nieprzygotowany reżyser, który ma ideę, której nie
potrafi przenieść na język teatru, to zastanawiam się, kto mu
dał dyplom. Oczywiście, każdy może się pomylić, ale wydaje
mi się, że reżyser – przewodnik stada, powinien wiedzieć „po
co i dlaczego”. Często tak bywa, że reżyser wie „jak”, ale nie
wie „po co”. A tak bywa czasami z reżyserami, że niestety nie
traktują tekstu jako wierzchołka góry lodowej. Nie czytali tego,
co jest poza tekstem, nie widzieli różnych przestrzeni pozawerbalnych. Ubolewam z tego powodu. To jest wielka mordęga.
Nie lubię tego robić, ale kilka razy zrezygnowałem z czegoś,
o co obawiałem się, że będzie niedobre. I to się sprawdzało
w niektórych przypadkach. Zdarzyło się raz czy dwa, że byłem
tym, który doprowadził do tego, że sztuka nie była zrealizowana. To nie była dobra postawa, źle się wtedy zachowałem. Być
może miałem rację, ale teraz widzę, że forma rozmowy, którą
w y w i a d
prowadziłem z reżyserami, była nie do przyjęcia. Miałem wtedy
w sobie okres wielkiego zarozumialstwa, braku pokory. A pokora jest po prostu potrzebna, nie ma się patentu na prawdę.
Aktorowi chyba szczególnie trudno utrzymać pokorę…
Różnie z tym bywa. Julia Sobiesiak, która gra Dorę, jest
niezwykle utalentowaną dziewczyną, ale oprócz tego, że taka
jest, ma wielką, naturalną pokorę. Obcowałem z nią przez dwa
miesiące prób, mogę się mylić, ale tak sądzę. Poznałem jednak
też inną aktorkę, również po Krakowie, utalentowaną, której
brakowało pokory.
„W pięć róż dla Jennifer” grał Pan transwestytę. Jak
ta rola, jak ten spektakl został przyjęty przez widownię?
To przedstawienie ewoluuje w dobrym kierunku. Nie robiliśmy tego w kategoriach prowokacji, nie nazwę tego też żartem
scenicznym. Gramy trochę wbrew temu, co jest w tekście, staramy się nie kłaść akcentu na farsowość. Na ogół ludzie, którzy
to widzieli, ludzie teatru dostrzegali, że nie jest to prosta zabawa formą i karykatura transwestytów, lecz sztuka o samotności
i potrzebie miłości. Mam nadzieję, że to tak realizujemy. To się
podoba, jest dobrze odbierane.
00
62
w y w i a d
Czy jest jakaś rola, którą by Pan bardzo chciał
zagrać?
Teraz gram transwestytę, ale transwestyta wierzy w to, że
jest kobietą, a moim marzeniem jest zagrać kobietę. Prawdziwym, niemożliwym do spełnienia marzeniem, jest być kobietą.
Być kobietą przez dziesięć miesięcy. Przez miesiąc bym kopulował z różnymi ludźmi. Szukałbym dobrych partnerów, dobrych
genów. Uważam, że mężczyzna jest uboższy przez to, że nie
może mieć dziecka, że nie może nosić w sobie życia. Dlatego
chciałbym zagrać kobietę. Wcale nie marzyło mi się nigdy zagrać Hamleta, choć to fantastyczna rola. Aktor powinien sobie jednak stawiać wyzwania – zagranie w sposób wiarygodny
Lady Macbeth, to jest coś. Ktoś powiedział, że jeżeli ktoś zrozumie kobietę, będzie mędrcem nad mędrcami. Myślę, że można
to przetrawestować na „kto zrozumie człowieka...” czy „jeśli
zrozumiesz siebie, będziesz mędrcem nad mędrcami”. Ale naprawdę poznać kobietę? Specjalistami od kobiet byli nazywani
Almodovar czy Fellini. Oni szukali odpowiedzi. To jest fascynujące – bycie w kontrze. Nie mogę być kobietą. A szkoda.
Grał Pan zarówno w „Caissie”, jak i „Panopticonie”.
Jak Pan ocenia lokalną kinematografię?
Nie widziałem „Panopticonu”. Ja chyba żadnego filmu nie
widziałem, w którym zagrałem. Lubię grać w filmie, ale kamera
jest okrutna. Jak zdarzyło mi się zobaczyć siebie, to pomyślałem, że tak nie powinno być. Mam niedosyt. Widziałem fragmenty „Panopticonu”, ale trudno jest mi ocenić, jaki to film.
Widziałem też fragmenty „Caissy”. Nie wiem, jakie to jest kino.
O „Panopticonie” mogę powiedzieć tylko tyle, że praca nad filmem była o tyle niezwykła, że integrowała lokalne środowisko.
I to jest fantastyczne, że ludzie stają się sobie bliżsi. Taki projekt może być cudowną manifestacją nie tylko lokalnego, ale
patriotyzmu w ogóle. W teatrze to też jest fantastyczne, jeśli
zbiera się grupa realizatorów, którzy na potrzebę przedstawienia tworzą wspólnotę. Wtedy ta praca ma sens – tworzymy
wspólnotę, by się z drugą wspólnotą, wspólnotą widzów, skomunikować. Wtedy jest dobrze. Nieistotne jest to, jaki to gatunek teatru. Ważna jest wspólnota, by widz chciał nas słuchać
i by to, co mu mówimy, było komunikatywne.
w y w i a d
Jak wygląda w Toruniu dialog z publicznością?
Spotykam ludzi, którzy mnie widzieli na przedstawieniu
i opowiadają mi swoje opinie. Teatr jest żywo odbierany przez
ludzi. W tym teatrze fascynujące jest to, że my na 90% przedstawień mamy widza. W innych teatrach bywa gorzej, ludzie
nie przychodzą na spektakle. To jest oczywiście duża zasługa
dziewczyn, które pracują w organizacji widowni. A nie ma teatru bez widza. W innych miastach nie jest tak komfortowo.
Rozmawiam z kolegami z innych ośrodków. Cienizna. Tutaj ludzie przychodzą do teatru i to jest świetne.
Myślał Pan o reżyserii?
Myślę, że reżyser powinien być odpowiedzialny za zespół.
To on będzie grać, wychodzić przed publiczność. I to ma być
wiarygodne i komunikatywne. Często się tak nie dzieje, bo reżyser, z różnych powodów, nie potrafił tego zrobić. Mnie brakuje takich zdolności przywódczych. Poza tym nie wiem, czy
mam coś do powiedzenia. Mam bardzo idealistyczne podejście.
Reżyser powinien być jak wódz, powinien pokazać, że wie, czego chce – ja nie wiem. Reżyser może mieć wątpliwości, ale ja
muszę widzieć, że pomimo tego będzie konsekwentnie dążył do
celu. Czasem sobie myślę, że mógłbym coś wyreżyserować, ale
nie rzucam sobie tego wyzwania. Może tchórzem jestem w tej
przestrzeni. Przyznaję się do tego. Takie mam nazwisko! Gdybym miał raz jeszcze wybierać zawód, wybrałbym aktorstwo.
Bywają takie chwile, że żałuję, że nie zostałem lekarzem czy
prawnikiem. Może dlatego, że aktorstwo jest zawodem pożytecznym, ale, jak to powiedziała Iwona Kempa, cytując Lupę:
„ludzie teatru robią teatr dla siebie”. Dla widza też, ale robimy
to dla siebie. Istnieją ludzie, którzy nigdy nie byli w teatrze,
a są fantastycznymi osobami. Tak na dobrą sprawę, czy teatr
jest tak bardzo potrzebny? Może. Ale bez niego można żyć,
a bez lekarza nie. Jestem świadomy tego, że aktorstwo jest
matriksem, świadomym manipulowaniem samym sobą. Aktorstwo to nie tylko powołanie czy chęć powiedzenia widzowi
czegoś o sobie. Jednym z ważniejszych, choć nieświadomych
powodów, dla których człowiek idzie do szkoły teatralnej, jest
chęć zaistnienia. On chce być, chce być widocznym. Można
się z tym nie zgodzić, ale moja wieloletnia obserwacja to potwierdza. Teraz, szczególnie dla młodych ludzi, ważna jest kasa
i popularność. Ja zdając do szkoły teatralnej nie myślałem
o karierze. Dla mnie było ważne, żeby być w teatrze i to robić.
Bo to lubiłem robić. Bo to lubię robić. Dostałem się do szkoły za
siódmym razem. Nie wiem, czy byłbym szczęśliwym człowiekiem, gdybym nie przeskoczył tej poprzeczki. Teatr jest tym
aspektem mojego życia, który mnie dyscyplinuje. Oddaję się
mu całym sercem, jestem wobec niego absolutnie uczciwy. Jest
to mój sposób życia. Jest to moja pasja, moja miłość. Z całą
świadomością tego, że jest to kruche, nietrwałe, przemijające.
Na dobrą sprawę zdarza się, może raz na sto przedstawień,
takie, w którym czujesz, że to jest to. Czują to też koledzy, którzy są najostrzejszymi krytykami. I czuje to widz. Takie przedstawienia naprawdę rzadko się zdarzają. Czujesz, że zawisł
w teatrze Demiurg, Duch Święty. To jest ideał. I dla tych chwil
warto to uprawiać.
Dziękuję za rozmowę.
Z Pawłem Tchórzelskim
rozmawiał
Maciej Krzyżyński
63
64
t w o r y
Łukasz Stokłosa, bez tytułu, 2012, olej na płótnie, 40 x 50, depozyt Galerii Zderzak
t w o r y
Łukasz Stokłosa
Urodzony w 1986 roku, pochodzi z Kalwarii Zebrzydowskiej. Mieszka i pracuje w Krakowie. W 2010 roku ukończył studia na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowni prof. Jacka Waltosia. Swój dyplom, pt. Śmierć i pożądanie poświęcił motywowi św. Sebastiana w kulturze. Jego pierwszą indywidualną wystawą w Zderzaku była „Zimowa opowieść”
(2011) – pałacowe wnętrza, zimowe pejzaże i portrety gwiazd filmowych utrzymane w ulubionym przez artystę klimacie romantyzmu i dekadencji. Wystawa poświęcona była tematowi rewolucji. Prace autora dotyczyły zarówno rewolucji bolszewickiej
w Rosji (film „Doktor Żywago”), rewolucji nazistowskiej (film „Zmierzch bogów”), jak i rewolucji francuskiej (film „Maria Antonina”). Trójwymiarowe obiekty Łukasza Stokłosy nosiły także tytuły „Rewolucja”. W podobnym tonie była również jego druga indywidualna wystawa „Skład obrazów” (2013, Galeria Zderzak), która przyciągnęła uwagę wielu kolekcjonerów i miłośników sztuki
(wyróżniona Marką Radia Kraków za najlepszą wystawę stycznia 2013). W 2013 roku otrzymał Nagrodę Marszałka Województwa
Dolnośląskiego przyznawaną w Konkursie Gepperta.
Uprawia malarstwo przedstawiające, figuratywne. Inspiracje najczęściej czerpie z kultury masowej, filmów
i seriali. Dobrze czuje się w estetyce kiczu. Obrazy Stokłosy są zmysłowe i inteligentne, pociągają i odpychają, miewają swoje
drugie i trzecie dna, podobnie jak filmy noir.
www.lukaszstoklosa.com
Materiały dzięki uprzejmości Galerii Zderzak.
65
66
t w o r y
Łukasz Stokłosa, bez tytułu, 2012, olej na płótnie, 30 x 40, depozyt Galerii Zderzak
t w o r y
Łukasz Stokłosa, bez tytułu, 2012, olej na płótnie, 40 x 50, depozyt Galerii Zderzak
67
68
t w o r y
Łukasz Stokłosa, bez tytułu, 2012, olej na płótnie, 70x80, własność prywatna
t w o r y
69
70
t w o r y
Łukasz Stokłosa, „Poczdam, Orangerieschloss”, 2013, olej na płótnie, 70 x 80
t w o r y
71
72
t w o r y
Łukasz Stokłosa, „Księżna”, 2013, olej na płótnie, 70 x 80, własność prywatna
t w o r y
Łukasz Stokłosa, „Wersal”, 2013, olej na płótnie, 60 x 70, depozyt Galerii Zderzak
73
74
t w o r y
Łukasz Stokłosa, „Księżna”, 2013, olej na płótnie, 70 x 80, depozyt Galerii Zderzak
t w o r y
Łukasz Stokłosa, „Sanssouci”, 2013, olej na płótnie, 60 x 70, własność prywatna
75
76
t w o r y
Łukasz Stokłosa, „Julien Rassam, Franciszek Herkules Walezjusz”, 2012, olej na płótnie, 40 x 30, własność prywatna
t w o r y
Łukasz Stokłosa, „Charlotte Rampling”, 2010, olej napłótnie, 30 x 40, własność prywatna
77
78
t w o r y
Łukasz Stokłosa, bez tytułu, 2012, obiekt, 44.5 x 49.5 x 49.5, własnośc artysty
t w o r y
Łukasz Stokłosa, bez tytułu, 2012, obiekt, 44.5x49.5x49.5 (detal), własność artysty
79
80
t w o r y
Łukasz Stokłosa, „Rewolucja”, 2011, 43.5 x 44.5 x 64cm, własność prywatna
t w o r y
81
82
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Adam Wiedemann
jako poeta romantyczny+, fot.
Adam Wiedemann
(1967) – poeta, prozaik, eseista. Wydał 7 tomów wierszy: „Samczyk” (1996), „Rozrusznik” (1998), „Konwalia” (2001), „Kalipso”
(2004), „Pensum” (2007), „Filtry” (2008) i „Dywan” (2010), trzy
książki prozatorskie: „Wszędobylstwo porządku” (1997), „Sęk
Pies Brew” (1998; edycja niemiecka - 2001, rosyjska - 2003)
i „Odpowiadania” (2011), oraz zbiór zapisów onirycznych „Sceny
łóżkowe” (2005; edycja słoweńska - 2007). W 2009 roku ukazał
się tom jego wierszy zebranych pt. „Czyste czyny” (edycja
serbska - 2010). Współautor „Końcówek”, wywiadu-rzeki z Henrykiem Berezą (2010). Laureat nagród: PTWK (1998), Fundacji Kościelskich (1999), Gdynia (2008); nominowany do Cogito, Paszportu Polityki, dwukrotnie do Silesiusa i trzykrotnie do Nike. Mieszka
w Warszawie.
Adam Kamiński
t e k s t y
SIKAM (dzięki Bogu, że jeszcze sikam), kaloryfer
grzeje mnie w głowę (dzięki Bogu, że jeszcze
w głowę) i nie ma sensu tego kontynuować,
a jednak jest ta chęć, wynikająca z samej
zasady epifory (by nie rzec meta-fory), chęć
kontynuacji aż po choćby nieco tylko bardziej
wyrazisty, ale nie wiem czy finał, raczej zamknięcie
jednego z „ogniw łańcucha”, z którym już wtedy
wiąże się inne ogniwo, wciąż otwarte. Bo jak tu
dziękować Bogu, skoro Bogowie się mnożą
i tylko raz na kwartał wracamy do tego starego,
co nas, powiedzmy, stworzył. Przez sam fakt stworzenia
może nas z sobą wiązać, dajmy na to, matka,
zwłaszcza gdy twierdzi, że już wtedy,
gdy nas jeszcze nie było, myślała właśnie o nas,
miała nas już gotowych w wyobraźni,
choć zdajemy się sobie raczej rezultatem braku
wyobraźni i to nie wyobraźni matki, ale Boga,
który wciąż jeszcze szykuje jakieś niespodzianki.
Podejdź do mnie, usłyszysz, usłyszysz jak sikam,
i jest to jedyny dźwięk, który narasta i wygasa
zgodnie z naturą dźwięku, naturą wszechrzeczy,
jeśli jest jakaś wszechrzecz, której naturę znamy,
albo natura, którą dysponuje wszechrzecz,
albo której podlega. Wiele bywało natur
i każda była rodzajem silnika, silniki należy
unowocześniać, inaczej przestaną
odpowiadać potrzebom wyobraźni, podobnie
z naturami, wyobraźnia martwa byłaby naszym
ideałem, ale to też już przeszłość, jak skup
butelek, który powraca w różnych formach,
traktowanych niechętnie przez formy kasjerek,
wypełniane codziennie przez inną osobę
i kto wie?, może czasem jest to Bóg, a czasem matka.
Ogólnie mówiąc, łatwiej coś wziąć, niż to oddać,
zwłaszcza oddanie życia nastręcza wiele trudności,
zwłaszcza gdy jest to życie nieco już zużyte
i może nawet ktoś by sobie z niego coś
odkroił, ale w całości kojarzy się raczej z kostnicą,
mimo kremów, życzliwie polecanych przez młodsze
koleżanki, które wróciły właśnie z Paryża. Ach, Paryż!
Ach, Mediolan! Ach, Dąbki! Mało już miejsc na mapie,
w których by chciało się pochować swoje serce! Ostatnio
śniło mi się, że jestem w Gdańsku, i rzeczywiście
byłem w Gdańsku, co za niefart, żadnej
architekturze nie życzę konfrontacji ze snem, sen mara,
a Bóg się stara, niejedna wyobraźnia poległa
na tym polu, lepiej już robić w kamieniu
l i t e r a c k i e
niż w materiale ludzkim, lepiej rzeźbić niż dziergać,
choć i kamień jest tylko tymczasowy i niekoniecznie
dobrze wychodzi na zdjęciach. Poznawanie kamienia
już nam zbrzydło, podobnie jak przytulanie się
do drzew, ostatnio szedłem do sklepu i na chodniku
leżał kamień, można powiedzieć, że mnie to wzruszyło,
bo skąd on się tam wziął?, ktoś nim rzucał? Nazwiska
aktywistów zza Buga piszemy po angielsku,
jakbyśmy sami byli już kolonią, już chyba jedynie
to mnie obchodzi, czystość języka i czystość
intencji komornika, który tu kiedyś przyjdzie i mnie
wyniesie stąd, na razie jest mi ciepło, sikam.
Warszawa, 21.1.14
83
84
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Rafał Derda
(Ur. w 1978 r. w Koninie.) Autor kilkudziesięciu publikacji poetyckich, prozatorskich oraz krytyczno-literackich (m.in. „Odra”, „Czas
Kultury”, „Akcent”, „Topos”, „Kresy”). Redaktor naczelny kwartalnika internetowego „Instynkt”. Recenzent pisma literackiego „Portret”, współpracownik pism internetowych „Szafa” oraz „Inter-”.
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Zdarzenia Mistrza Karimaty
GWIAZDY
Mistrz Karimata prowadził najbardziej szanowane dojo
w Japonii. Wielu innych sensei, choć nie przyznawało się do
tego wprost, zazdrościło mu mądrości, która przyciągała do
jego szkoły najbystrzejszych młodzieńców z całego Honsiu,
Sikkoku i południowego Hokkaido. Niektórzy próbowali złapać
Karimatę na błędzie, a celował w tym, mieszkający po drugiej stronie Heian-kyō, mistrz Buraczi. Któregoś dnia Buraczi
odwiedził Karimatę w niemogącej, jak twierdził, zwlekać sprawie. Gdy wprosił się do jego klasztoru, ten akurat przycinał
drzewka bonsai.
– Prawdziwy mistrz powinien być w stanie sobie wyobrazić wszystko. Czy potrafisz sobie wyobrazić, jak ciemne byłoby
niebo bez gwiazd? – Zaatakował Buraczi.
– A czy ty potrafisz sobie wyobrazić, jak jasne byłyby gwiazdy bez nieba? – pewnie odparł Karimata.
Buraczi odszedł zawstydzony.
FIZYCY
Mistrz Karimata prowadził najbardziej szanowane dojo
w Japonii. Któregoś dnia odwiedzili go fizycy kwantowi koncernu Mitsubishi. Mieli istotne, oczekujące na odpowiedź pytanie:
– Sensei, czy wszechświat kurczy się czy rozszerza? Karimata pomyślał chwilę, po czym odrzekł:
– Kiedy miałem dwadzieścia lat, mój obwód w pasie wynosił
siedemdziesiąt dwa centymetry. Gdy skończyłem dwadzieścia
pięć lat, było to siedemdziesiąt cztery centymetry, a gdy trzydzieści, nagle zrobiło się siedemdziesiąt osiem. Wszechświat
bez wątpienia się rozszerza.
Fizycy odeszli oświeceni.
WIEWIÓRKA
Mistrz Karimata prowadził najbardziej szanowane dojo
w Japonii. Uczniowie mistrza często chodzili z nim na spacery po lesie. Podczas jednego z nich obserwowali udające się
na zbiór orzechów wiewiórki. Pierwsza wyszła z dziupli, zastrzygła wąsikami i skierowała się w prawo. Po kilku minutach
wyjrzała następna. Machnęła ogonem i ruszyła w lewo. Mistrz
stał w ciszy, zapatrzony, aż w końcu odezwał się do
swoich podopiecznych:
– Czy nauczyliście się czegoś z tego, co tu widzieliście?
Nikt się nie odezwał. W końcu jeden z odważniejszych mnichów zagadnął Karimatę:
– A ty, sensei… Czy nauczyłeś się czegoś?
– Oczywiście – odrzekł Karimata – wiewiórka, która idzie
w lewo i wiewiórka, która idzie w prawo, to nie jest ta
sama wiewiórka.
Uczniowie odeszli oświeceni.
MISTRZ KARIMATA I KONIEC ŚWIATA
Mistrz Karimata prowadził najbardziej szanowane dojo
w Japonii. Po pojawieniu się na niebie komety jego strwożeni uczniowie przybiegli do niego z zapytaniem:
- Mistrzu? Czy to koniec świata?
- Nie – odparł pewnie sensei.
- A kiedy będzie w takim razie? – brnęli dalej podopieczni.
- Koniec świata będzie jak Tur Turek zagra w Lidze Mistrzów.
Uczniowie odeszli uspokojeni, gdyż za ich czasów nie znano ani Tura Turek, ani Ligi Mistrzów. My zaś, w dobie dzisiejszej, co tydzień sprawdzamy z niepokojem tabelę drugiej
ligi polskiej.
Drodzy Czytelnicy,
od aktualnego numeru na łamach „Menażerii” w każdym kolejnym miesiącu będziemy prezentować wybrane „Zdarzenia Mistrza Karimaty”, kuriozalne, a zarazem
wielce pouczające drobne narracje, które mogą okazać
się całkiem przydatne, zarówno na drodze do „oświecenia” jak i kompletnej „ciemności”.
Zaprezentowane powyżej kilka odcinków cyklu autorstwa Rafała Derdy dostępne są również na blogu autora:
http://galaktycznyzwiad.blog.pl/ .
Redakcja
85
86
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Wojciech Dunin-Kozicki
Preferuje pracę w milczeniu. Posiada duże doświadczenie w pracy
fizycznej. Ponad rok pracował w firmie „Pola” przy budowie przyłączy
gazowych, a zakres jego obowiązków rozciągał się od kopania dołów,
sprzątania gruzu, kucia ścian aż po nielegalne ubijanie ziemi skoczkiem i jeżdżenie mini-koparką po ciemku, na co uprawnień nie posiadał. Wielokrotnie był również stróżem, zbierał owoce w okolicznych
sadach, a raz nawet został rowerowym sprzedawcą kanapek, z czego
wynika, że jest osobą elastyczną i na rzecz pracy potrafi rezygnować z jej milczącego charakteru. Obecnie porzucił rower i sprzedaje
kanapki chodząc na piechotę.
t e k s t y
twardy zeszyt do pracy i miękki trzymany osobno
z przepisami na podróż
wyjeżdżasz przez świeżo zamknięte z obawy o drzwi oczy pomalowane
w oklaski i deszcz czy ręce dosięgną celu który uświęca cel a o środki
zadba dajmy na to sam minister – do nabycia w każdej aptece na terenie
zwielokrotnionym o tam patrz to nie klatka a oktagon ale to duża różnica
klaskanie upału na zamówienie o deszcz. umowa stoi spotkamy się przy
którejś studzience prowadzącej w sieć wodociągów miejskich i tych
za miasto. gdybyśmy przypadkiem nie mogli się znaleźć kanał burzowy
to dobry adres. prorok powiedział że trzeba jeszcze poczekać do pracy
biorę twardy zeszyt wyjeżdżasz przez ścianę światła w cichy trzask tam
w swoje nie wysłuchane słowa jeszcze i już – już i jeszcze mam przepis
na tajne komplety sztućców po pchlim targu chodzę zbieram pamiętam
mijam nazywam zapominam mam imię przemycam paczkę na przykład
potęgi i okrucieństwa do przyklejania i na każdą okazję w jednodniowym
zestawie ze wszystkich filmów posiłków na wynos czy wszelki wypadek
wielkie te dzieła zebrane jak limuzyny oraz dolna Saksonia albo tsunami
wszystko razem wzięte zapakowane z dostawą pod dom i biuro czy może
nawet już stoi u wrót i stygnie bo kurier okazał się słowny a litera pisma
też wielka wygięta jak palma pod ciężarem anioła (przecież na zimę ktoś
musi odlecieć do krajów ciepłych) nie znam dnia nie pamiętam godziny
daje sobie na sen w zażyłość i wrzucam luz na biegu w sam środek tchu
l i t e r a c k i e
87
88
t e k s t y
l i t e r a c k i e
wielu ludzi miarą wielu rzeczy pakt i on
być może wynosząc ze sobą te ślady liter
– to scena jak z filmu – w kolejny dzień
wykonując gest który od serca prowadzi
do biegu przez stary mur przepisuje pakt
deszczu z suchą źrenicą i rzetelną kroplą
na rondzie czarnego cylindra gdzie doszło
do zderzenia dwóch wielkich tradycji i siłę
ciosu od tego czasu – prawie jak z filmu – mierzy się faktem – korzystności statystyk
t e k s t y
stanowisko w tej sprawie
moje zdanie przeciągnęło się
w nazwę na którą czekam
aż się do mnie przybłąka
udając bezdomnego stwora o smutnych oczach którego
warto głaskać bo to rozluźnia
dawno nie widziałem zdania
tak długiego na temat
więc może przygarnę to coś
na kilka dni nie myśląc
o uśpieniu. a ty jak myślisz?
morbital czy dodatkowa
nazwa dla towarzystwa?
l i t e r a c k i e
89
90
t e k s t y
l i t e r a c k i e
...system mechanicznie doskonały...
ciepłe ławki akademickiego parku
drży powietrze chore stare miasto
pulsuje w bramach idziemy dzisiaj
i ty możesz zostać lekarzem każdej
rany spod wystającej sucho farby
to są łaty świtu to są łapy psa to jest
łyżeczka pobrudzona czekoladowym
kremem pół budynku odpada powoli
od kwadratu podwórka i napis witaj
żegna plecy przechodzimy po kracie
studzienki ściekowej wchodzimy do
legowiska przedmiotów tylko motor
t e k s t y
Bajka o uosobieniu Prawdy i Czasu
w bezrobotnym obserwatorium tkwię z widokiem
na księżyc i w pełni odpowiadam za okolicę
– więc gdyby uosobić Czas i Prawdę to
Ją na przykład widziano ostatnio nad brzegiem jeziora
gdzie tkwiła twarzą w pajęczynie a stopami w wodzie
znalazła się tam prawdopodobnie po tym
jak widziano Ją po raz przed ostatni gdy snuła się
po jakimś dworcu w poszukiwaniu papierosa
Czas natomiast sprawdzał
czy dzień nie trwa pięć minut tydzień miesiąc
a miesiąc rok a potem poszedł ze wszystkimi na piwo
w międzyczasie prawda błądziła skrajem drogi
w poszukiwaniu zagubionych kluczy do mieszkania
i zaspała tyle razy
że w końcu przyszła na Czas a On właśnie Jej szukał
l i t e r a c k i e
91
92
t e k s t y
l i t e r a c k i e
w nocy pod moim blokiem
w nocy pod moim blokiem
wozy strażackie ćwiczą
jakąś cichą musztrę
ustawiają się w szeregu
szumem drabin denerwują
psa mojego psa miłego
którego i tak przecież
nie mam nie posiadam
a do czego to oni tak ćwiczą
mój mały czarny jak kruk
piesku z poduszką poszarpaną
w pysku co spoglądasz na mnie
jak ten którego przez chwilę nie było
t e k s t y
jak ci paproch wielkości okrucha urośnie
jak ci paproch wielkości okrucha urośnie
do rozmiarów planety zapałki zawalającej
drzwi wyjściowe i wejściowe to już ich
nie otworzysz a to co spod ręki wyjdzie
zamieni się w obłok i będzie mieszkało
u góry ze starym światłem z przedsionka
a to co będzie chciało przyjść to policja
sensu i przyjdzie żeby złapać cię za twarz
podpełznie mundurem przecierając korytarz
wyważy drzwi bo ma do tego prawo i sprzęt
a to co wyprowadzi wyjdzie najlepiej jak umie
i będzie hałasowało mieszkało u góry udawało
sąsiadów hodowało mandarynki chowało się
po kieszeniach będzie zostawiało pozapalane
żelazka i pęknie jak w pełnej wannie menisk
l i t e r a c k i e
93
94
t e k s t y
l i t e r a c k i e
założyłem hodowlę stada szkieł na dywanie
założyłem hodowlę stada szkieł na dywanie
i jestem pasterzem naczyń kubków szklanek
przez dolinę ciemnego korytarza przynoszę
kolejne herbaty a szklanki już nie wracają
stoją w małym tłumie cicho pobrzękują
kiedy idę przez okno na nieskończoność
wyjrzeć ale kiedy wychodzę i wracam też
dzwonią na pożegnanie i żeby się przywitać
któregoś dnia zabiorę stado szkła nad brzeg
wielkiego zlewu gdzie spędzi trochę czasu
połyskując w kuchennym świetle a potem
przyjdzie potop i odstawię po parze na półkę
t e k s t y
obwoźny sprzedawca przypadkowych rozmów
ładne buty po mężu które kupiłem od kobiety
na targu za piętnaście złotych tamten rower
góralski który zobaczyło dziecko nazwało
i odeszło – duży bakfiets mylony z rikszą
ładne buty mylone po deszczu ze śladem
roweru holenderskiego piekarza drewniane
saboty podskakujące na wybojach z kapustą
w wiklinowym koszu jak by w walce o miejsce
jakie jest miejsce dnia który wita się razy kilka
i dobrego wieczoru który nigdy się nie żegna
bo lepiej się nie żegnać – jakie jest twoje miejsce
kumplu kierownika chmur pasterzu naczyń i lamp ten stary telefon z którego potrafią dzwonić tylko
dzieci dorośli chcą po prostu kupić dlatego że jest
stary – a ty obwoźny sprzedawco przypadkowych
rozmów pakuj bułki w papier i jedź się wsłuchać
w
w
w
w
szumu miasta tego potok z sensu myśli puzzle
układanki z bruku kostki drgania drogą krętą
pulsu tekst po przyśpieszeniach z góry na dół
pazur słońca co za darmo czasem świeci ostro
l i t e r a c k i e
95
96
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Karolina Mełnicka
Urodzona w 1988 r., pochodząca z Torunia, absolwentka kulturoznawstwa UAM w Poznaniu, studentka Akademii Sztuki w Szczecinie. Poetka, slamerka i animatorka kultury. Tworzy sztukę zaangażowaną, komentując otaczającą ją rzeczywistość przy pomocy
szerokiego spektrum plastycznych i literackich mediów. Zajmuje
się sztuką video, fotografią, obiektem i performansem literackim.
t e k s t y
Dom
matką okna jest ściana:
bariera małych ojczyzn
tama dla cudzych butów
obcych podeszw
głupich oczu
przeciętnej maści kot leży na granicy tolerancji
wdycha cząstki wspólnego powietrza
a chcąc napchać nimi swoje małe dziurki od nosa
wskakuje na lufcik
klinuje sobie szyję
i zdycha na pierwszym stopniu do piekła
l i t e r a c k i e
97
98
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Stadion
proszę państwa upadł komunizm
proszę państwa upadł kapitalizm
pod nogami blaszanych ludzi
walają się wietnamskie powieki
czas najwyższy pociągnąć realizm
połyskującą olejną
Wy głupi narcyzi
chcielibyście się przejrzeć
w brudnej zupie Pho
tymczasem czas goni
piekli się droga krzyżowa
tak egzotyczna jak zachód
nad laptopem Toshiby
t e k s t y
Wiosenne love
zakwitły już sasanki na TVN meteo
podczas gdy ty piszesz wiersze
przytul mnie od tyłu
chciałabym widzieć dłonie
po plecach można poznać mój stan ducha nijaki
l i t e r a c k i e
99
100
t e k s t y
l i t e r a c k i e
Pierwszy
Ciężko znaleźć Stachurę na północnym
Żadnych tam wierzb
Nasiona sztucznych kwiatów
Żadne tam wilki wyjące na wezgłowiu
Hieny cmentarne węszą od zachodu
Trudno odczytać nazwiska na żydowskim
Żadnych tam czapek jarmułek bluszcz z plastiku
Żadne tam duchy wojny, nieboskłony
W powietrzu lotna wersja zapomnienia
Na tym kultowym jak zwykle wycackane
Balony z helem nie zbliżają znanych
Wosk zastyga za to na kościach
Zrób odlew
t e k s t y
bezdomność
Na barbakanie techno
W czeluściach klatek schodowych nasze stelaże
Na barbakanie techno
W czeluściach klatek żadne niebo, nawet gorzej
Na schodach pachnących podobnych nam
Tylko grzechy pychy
Tam tępe decybele
Tu cisza tępej myśli
Odwiedza nas złośliwe dziecko
Kpiąc z riposty naszych żołądków
I uśmiechnięty kot
Liże nam wściekle dłonie
l i t e r a c k i e
101
102
f e l i e t o n
*
Szymon Szwarc
No i proszę – pasek od torby się urwał, więc schowałem go do kieszeni tej torby i niosę ją teraz jak „aktówkę”,
idę w końcu do pracy, pieniądze zarabiać, z „aktówką” wyglądam poważniej (może coś z rekina?, może coś z delfina?, homara?), gdybym tylko miał lepsze buty, od tych „safety-butów”, gdybym może miał lepsze spodnie od tych niebieskich,
robotniczych spodni, to wyglądałbym już jak współczesny,
młody, zarabiający te nieszczęsne pieniądze człowiek, no ale
trochę inaczej wyglądam, zresztą w ogóle mnie to nie obchodzi, kiedy idę.
Ulica, przy której pomieszkuję, jest ulicą kobiet pracujących
na niej, na ulicy, rzecz jasna, w końcu jestem w kraju, w którym nie brakuje pracy, a i chętnych rąk (jak również organów
płciowych) nie brakuje, dlatego idę, a następnie opuszczam tę
ulicę, kierując się kilka przecznic dalej, na północ albo na południe, albo na wschód albo na zachód, bo zaszło słońce, zmiana
jest nocna i nie mam punktu odniesienia, wybór jest nieograniczony. Kieruję się na przystanek autobusowy, bo pracuję gdzie
indziej, niż kobiety z mojej ulicy, chociaż pracuję w agencji,
której nazwa w tłumaczeniu na mój rodzimy język brzmi mniej
więcej: „Pierwszy raz”, co może budzić jakieś wątpliwości, no
i budzi, w sumie to sam nie wiem, co lepsze, stać tak przy drodze, kiedy siąpi kapuśniaczek, czy znaleźć się (może odnaleźć
bardziej?) w jakimś wnętrzu pełnym behapowskich hieroglifów,
ten dylemat pozostawiam nierozstrzygnięty (może z natury
jest on nierozstrzygalny?, może zostawić go na tej ulicy, którą
z rozpędu określiłem jako „moją”?). No i proszę – podróż przede mną, wspaniale, czekam więc
na ten autobus, mam jeszcze parę minut, torbę zawieszam na
metalowej sztachecie, bo z jednej strony chodnika publiczny
przystanek, z drugiej płot odgradzający własność prywatną,
skręcam sobie papierosa ze skiśniętego tytoniu, który kupiłem
spod lady u sklepikarza, którego korzenie też nie są tutejsze,
chociaż może już są, nie wiem, jak sam do tego podchodzi,
a moje wyobrażenia mogą być nacechowane miejscem mojego pochodzenia, chociaż to zupełnie naturalne, ale nieważne
teraz, kiedy skręcam tego papierosa i powinienem na tym się
skupić, chociaż coś nie mogę jednak. No cóż, nie jest to najlepszy tytoń, ale zawsze coś, za co można być wdzięcznym
wyznawcom jakichś religii.
W połowie papierosa, który nie chce się palić, bo za mocno
go skręciłem, a skiśnięty tytoń był jednocześnie wilgotny, jak
cały ten kraj (wilgoć jest jego cechą immanentną, nie żebym
się teraz znowu o klimacie rozpisywał, no ale jest), przyjeżdża
ten autobus, wchodzę więc do jego wilgotnego środka. Tłoczno, ale, mimo lekkiego oszołomienia, znajduję miejsce gdzieś
za tylnym lewym, chociaż w kraju, z którego pochodzę, pra-
f e l i e t o n
dzienniczek uwag
wym, a może na odwrót, kołem, właściwie to tuż przed tylną
„kanapą” – jak bym roboczo mógł określić te 5 siedzeń (jak
zwykle za ciasnych) na końcu autobusu, gdzie czasami mam
ochotę się po prostu położyć, no i siadam, no i siedzę – czyli
wszystko odbywa się tak, jak powinno się odbywać.
No. Myślę o tym, ile mi tu jeszcze zostało do zrobienia, myślę sobie o wielu rzeczach naraz, jest to całkiem przyjemne,
zważywszy, że wiem, o czym myślę, myślę, o tym, co będę
robił za jakieś trzy tygodnie, o ile nie „padnę na cyce”, jak się
tutaj mawia, a mawiają tak nawet ludzie, którzy „cyców” nie
posiadają, póki co chyba się do nich zaliczam, ale nie przeszkadza mi to zanadto w padaniu na coś, czego nie posiadam.
Stan posiadania nie jest kluczem do sukcesu, nie jest nawet
jego oznaką, tak wierzyłem kiedyś i wierzę nadal, chociaż jadę
do pracy go zwiększyć, co za hipokryzja. A może konieczność?
Jak blisko od konieczności do hipokryzji, wiedzą ci, co wiedzą,
że nie trzeba mieć „cyców”, żeby na nie paść, chociaż może
jestem tutaj zbyt radykalny, przepraszam. No i dobrze mi się
o tym myśli, tzn. nie o „cycach”, tylko o wielu rzeczach naraz.
Nawet jeśli jest to chaotyczne, to jednak, zdaje mi się, rozumiem ten chaos, umiem się w nim poruszać, czuję się w tych
myślach jak u siebie, tak zresztą powinienem chyba się czuć,
zdaje mi się, no i tak byłoby do końca tej podróży, może nawet
przemyślałbym w ten sposób całą nocną zmianę, wykonując
jednocześnie wszystkie powierzone mi odpłatnie czynności, ale
zaczyna do mnie docierać to, że źle usiadłem.
No tak, nienajlepiej usiadłem, myślę sobie, słyszę głosy
dzieci, za plecami i przed plecami, widzę również dzieci przed
sobą, słyszę i widzę jednocześnie otyłą kobietę komunikującą
się w obcym, ale znanym przeze mnie języku z tymi, co tam
za mną hałasują i się wiercą, no i robi się niespokojnie, tworzy
się napięcie. Te dzieci zaczynają wrzeszczeć i przemieszczać się
po wnętrzu autobusu, mają widocznie jakiś wyjątkowy dzień,
o ile nie mają takiego dnia codziennie, są pobudzone, teraz
muszę uważać, myślę sobie, teraz muszę w tym uczestniczyć,
spojrzenie tej otyłej kobiety obejmujące praktycznie wszystko,
co się dzieje w autobusie i ma związek z tymi dziećmi, spojrzenie pełne aprobaty dla tego, co te dzieci robią, jakie one
są, spojrzenia innych, niektórych, starszych, zaangażowanych
emocjonalnie pasażerów, to nie wróży niczego dobrego – a ja
już w tym uczestniczę.
„Patrzcie” – mówi mina otyłej kobiety – „dzieci, nasza przyszłość, przyszłość naszego kraju tutaj baraszkująca, swobodna, rozkrzyczana, pełna życia” – nie, szukam jakiegoś kontrapunktu, dostrzegam na szczęście kilka zmarnowanych, sinych,
obrośniętych robotniczych twarzy, ale jakoś trudno jest mi się
tutaj z kimkolwiek solidaryzować, w owych wytartych, poora-
nych twarzach odnaleźć pocieszenie i zrozumienie innego rzędu, bo te twarze są teraźniejszością tego kraju, a może nawet
gwarancją jego przyszłości, stąd mi do nich bliżej i chociaż wyglądam właściwie tak samo, i chociaż dopiero teraz zwracam na
to uwagę, są tak samo niedostępne jak moja, gdy siedzę jak
to Zombie, żadna tam przyszłość, walka o jakieś teraz, nawet
nie o przetrwanie, bo nie o to chodzi przecież, po prostu staram
się wykonywać jak najmniej ruchów, nie rzucać się w oczy, nie
rzucać się w uszy tym bardziej, nieść brzemię przyszłości swojej i tego kraju naraz.
No i przecież nie założę słuchawek, nie mam słuchawek ze
sobą, nie zamknę oczu, ni ciemnych okularów, których też nie
wziąłem, nie założę, bo i po zmroku to bym za ślepego wzięty
został, muszę przecież tutaj czuwać, muszę to obserwować,
muszę tu być, więc, dobrze, jeszcze jakieś pół godziny jazdy,
może wysiądą wcześniej, może nagle wszyscy się uspokoją?
Jestem zmęczony, myślę sobie, tak – zmęczony i nie mogę się
zrelaksować, jest pewnie wiele technik autobusowego relaksu, ale nigdy mnie to nie interesowało specjalnie, może jednak
spróbuję, może coś wyjdzie, dobrze już, wdech, wydech, no
nie jest to łatwe, ze względu na wilgoć i ten zaduch, w zagęszczonym powietrzu obrazy i dźwięki zdają się materializować,
chociaż co ja plotę, przecież one pochodzą od obiektów materialnych, no ale chodzi mi przecież o obrazy i dźwięki, reprezentacje, sygnały, impulsy, nieważne, tak, myślę, słusznie, że
tak myślę, nie wejdę w to głębiej, bo muszę jechać, bo jestem
pasażerem i muszę czuwać, bo jestem mną i siedzę.
No ale podobnie jest na przykład w wodzie, myślę sobie i
od razu mi się przypomina, jak to w maju tego, hm, nie, nie
tego – tamtego roku zanurzyłem się w wodach pewnego jeziora
i poczułem kompletną jedność z tym, w czym się znajduję, co
mnie dotyka i działa na zmysły, tak, to było przyjemne, czuć się
częścią porządku, ba, natury, kosmosu. No ale to było przyjemne, bo nie było tam żadnych ludzi, tzn. byli gdzieś na pewno,
ale w domyśle, nie w empirii, tutaj jest odwrotnie, jest ich za
dużo i jeszcze do tego część z nich stanowią dzieci, do których
nic nie mam, niech sobie biegają i krzyczą, ale nie teraz może?
Tam, w jeziorze – to była jednia, jakiś błysk pod kopułą czaszki
i zrozumienie tego, gdzie się jest, spokój płynący ze świadomej
przynależności do materii. W wodzie zresztą całkiem przyjemnie czasem bywa, gdy się dotknie drugiego człowieka, ten kontakt okazuje się bardziej wyrazisty, myślę sobie, ciała poza tym
są zanurzone w czymś, co je jakoś spaja bez konieczności bezpośredniego dotknięcia, naciśnięcia w większym niż powietrze,
stopniu, a co jest jednocześnie nieuchwytne lub tylko częściowo uchwytne, zważywszy, że bardziej uchwytne niż powietrze,
jeśli mogę tak się wyrażać o wodzie.
103
104
f e l i e t o n
No ale tutaj – to coś zupełnie innego, mam na sobie przynajmniej 7 warstw bez duszy, te dzieci trzymające w rękach
paczuszki z frytkami i jakieś nieznane mi, nie wiem czy groźne, czy nie, narzędzia – to coś zupełnie innego, myślę sobie, no i w tym myśleniu zanurzony jak w wodzie, do której
Los pod postacią, hm, może jednak nie pod postacią,
zrezygnujmy z tego, oto sam Los dosypuje cementu albo jest
tym cementem i trochę tak jakbym, może przez ten cement,
zaczął przysypiać.
Wtem nagle czuję dotknięcie, które mnie do pionu w pozycji
siedzącej przywraca, co się stało?, mięśnie lekko się napięły,
krew przyspieszyła, nóż?, w wodzie?, nie – to dziecko mnie
dotknęło palcem, znaczy się – bezwstydnie mnie zaczepiło. No
i co ja mam teraz zrobić? Opiekunowie z przodu i z tyłu, co
mam zrobić, odwrócić się i coś powiedzieć?, uśmiechnąć się?,
oddać?, nic nie robię, nie mam nic ciekawego do powiedzenia
temu dziecku, nic do zrobienia w tej sytuacji, tak sobie myślę,
nic, nic, jakbym tym słowem miał się przywołać do porządku,
uśmiecham się do siebie na znak, że rozumiem, co się dzieje,
że to taki żarcik, psota, takie jaja sobie dzieci ze mnie robią,
zaczepiając, tak, no ładnie, bawmy się, świetnie, po trzech sekundach zdejmuję uśmiech z twarzy i siedzę, jadąc czy może
jadę, siedząc?, dalej, teraz już jestem w ich wilgotnym akwenie powietrznym – co za bzdurne określenie – no ale cement,
cement!, trudno!, to przecież nic wielkiego, ale wyczuwam, że
jeden psikus nie usatysfakcjonował dziecka wystarczająco, chichocze z drugim dzieckiem, bezwstydnie.
No, a gdybym się odwrócił, to wtedy co? Pewnie albo by się
rozwydrzyło, albo się wystraszyło, nie chcę ani jednego, ani
drugiego, siedzę.
No tak, będzie mnie teraz palcem zaczepiać, wciskać guzik
na mojej lewej, zarówno tu, jak i w tym, z którego pochodzę,
kraju łopatce – dziecko, co z twoją wyobraźnią?, tam nie ma
żadnych guzików, tyle masz guzików w tym autobusie, wciśnij
sobie jakiś, zobaczysz, co się stanie. Moja strategia jest prosta
– nie biorę udziału, jestem pochłonięty drogą do pracy, w moich życiowych planach nie ma nic poza tym, jestem poważny,
zdeterminowany, jadę zarabiać pieniądze, patrzcie, jaką mam
torbę!, tzn. „aktówkę”! – w środku, zamiast akt, papierów,
długopisów i czego tam jeszcze, są tosty, jest termos z kawą
i dwie jaskrawożółte, „oczojebne”, jak się mawiało i pewnie
mawia tu i ówdzie o tym kolorze, kamizelki, wazelina (to do
ust, bo mi pękają na zimnej hali, chociaż przecież nic nie mówię, może właśnie dlatego pękają?) i jakieś rzeczy, pierdoły –
same rzeczy, same pierdoły!, żadnych idei.
No ale nie musicie przecież wiedzieć o tym, co mam w torbie, to są informacje, do których nie możecie mieć dostępu,
tzn. możecie, ale na pewno napotkacie trudności, jakkolwiek
grzecznie do sprawy byście podeszli, nieważne. No i przecież
portfel!, sprawdzam kieszenie, jest, telefon, wszystko jest,
jestem, jestem zwarty i gotowy, siedzę spokojnie, zobaczcie
albo najlepiej wcale nie patrzcie, tak będzie najlepiej. „Tak”,
potwierdzam sobie to na jednym z ostatnich szczebli mojej
mówiącej, ale już niepiśmiennej podmiotowości, sprawdzam
swoje korzenie, czy jeszcze są, czy się czegoś trzymają, gruntu jakiegoś, betonu choćby – wtem dziecko znowu mnie palcem naciska. Tym razem jestem na to przygotowany, nie biorę
udziału, dziękuję, przyjmuję to już bez reakcji. Dziecko, po co
ty naciskasz, po co naciskasz to zmęczone, słowiańskie ciało?,
włączyć coś chcesz, gdy ono się wyłącza właśnie?, toć możesz
dotknąć krzesła, na zaparowanej szybie domek lub diabelstwo
jakieś naszkicować, palec włożyć sobie w nos albo w ucho,
wcisnąć guzik alarmowy, to dopiero byłaby zabawa, co cię tak
mierzi z tym dotykaniem?
I to już mnie jednak zaczyna bawić, chociaż absolutnie tego
nie okazuję, gdzieś tam się mijają spojrzenia ludzi pełnych
aprobaty dla tego, co się dzieje i mój wzrok szukający wolnego,
wilgotnego skrawka przestrzeni, niezbędnego do skoncentrowania się na nim, na niej, ojej, tzn. na czymkolwiek innym niż
to „owo” właśnie, co przykuwa moją uwagę, co się dzieje, by
kątami oka, których jest nieskończenie wiele, móc obserwować
to, co się dzieje, bez brania w tym udziału. Spojrzenia te, na
szczęście, mijają się jak samoloty pasażerskie na niebie. Nie
brać udziału. Samoloty pasażerskie. Wnętrze autobusu. Och!
Czy to możliwe?, skoro przecież biorę niepodważalnie w tym
udział? Bo właściwie co się tutaj dzieje? No przecież ludzie jadą
dokądś, do domu, do pracy, do kochanki, do lekarza, do burdelu, do kościoła na poniedziałkową mszę (takich to ze świecą
pewnie szukać, chociaż może jadą na pogrzeb w ten poniedziałek), zrobić coś, żeby potem móc jeszcze parę innych rzeczy zrobić lub jadą, no tak, zapomniałem jeszcze dodać, że do
sklepu, zakupy zrobić, by móc zrobić po tych zakupach jeszcze
parę innych rzeczy, no tak, może i niektórzy, jak te dzieci, na
wycieczkę jadą, no przecież, może tak być, nieprawdaż?
Prawdaż. Jest to niewątpliwie poniedziałek, „tak”, potwierdzam to w myślach dla samego potwierdzenia, dzięki czemu
czuję się jeszcze pewniej, wtem dziecko raz jeszcze mnie naciska, ale teraz już wiem i jestem spokojny o to, że wygrałem, że
jest to ostatni raz. Siedzę więc tym bardziej niewzruszony jego
zaczepkami. Wygrałem z tobą, dziecko – myślę sobie – masz
za swoje, zobacz, nie biorę udziału w twoich bezwstydnych zabawach, mogę spokojnie dojechać do celu, nie szargając sobie
nerwów. Tak też się dzieje, za chwilę państwo wysiadają, chłopiec, dziewczynka (dziesięć lat na oko, to owe „dzieci”, a dziec-
f e l i e t o n
kiem naciskającym jest prawdopodobnie dziewczynka), mama
z małym (niemowlęciem) i tata – mam okazję teraz wam się
przyjrzeć, przyglądam się i co widzę?
Widzę piętnastoletnią, może, dziewczynkę czy już może
dziewczynę, która jest mamą, widzę młodego chłopaczka,
który jest tatą, ale może to nie oni są „nimi”, tj. rodzicami?
Pierwszy rzut oka bywa zdradliwy, chociaż przy odpowiednim
skupieniu może powiedzieć całkiem sporo. Może ta otyła kobieta jest matką ich wszystkich, w sumie wygląda, jakby była
w stanie to zrobić, tzn. powić więcej niż pięcioro młodych, może
nawet wszystkich ludzi znajdujących się w autobusie, a może
ta kobieta jest już babcią i trzy pokolenia z jednego drzewa mi
się tutaj oberwały?
No i brnę jakoś odruchowo w tę pokraczną analizę, niepotrzebnie zresztą, och, jakże to niepotrzebne mi teraz, może
to dziecko zaczepiające, to rodzeństwo tej matki, która akurat
wkłada młode do wózka. Jest młoda, piętnastoletnia na pierwszy rzut oka, ale już zaczyna tyć i chociaż to nieistotne, raczej
będąc nieciekawej czy wręcz odpychającej urody, odpicowała
się w jakieś rajtuzy i spódniczkę mini, wypryskała się babcinymi perfumami, które w tym zaduchu są jeszcze bardziej mdłe
i otępiające niż zwykle, tak, myślę sobie, nie pomogło, ale
mimo wszystko to jest młoda matka z młodym, trzeba to uszanować i podziwiać, a dzieci, z których jedno mnie naciskało, to
jej rodzeństwo, które też należy szanować i podziwiać. Tamta
otyła kobieta zaś – to jej matka – babka młodego, którą jak
najbardziej należy podziwiać i szanować, i która daje nam tutaj
przykład tego, jak powinniśmy podziwiać, i szanować, chociaż
może inaczej – jeszcze raz? Albo nie. Rezygnuję.
Zrezygnowałem i siedzę dalej. Tamci na szczęście wychodzą, drąc się i wykrzykując, głośno dziękując kierowcy autobusu, który później okaże się dupkiem, bo nie będzie chciał
mnie zawieźć dwa przystanki dalej, gdyż bilet tygodniowy, który kupiłem, to jest jakiś zły bilet, chociaż inni kierowcy nie
mieli na tej samej trasie z tym biletem żadnego problemu, no
ale tamten będzie miał, przez co będę musiał jeszcze z buta
szorować, jak się tutaj mawia, do pracy z „aktówką”, do której zapakowałem też banany, przez co jest cięższa, ale je lubię, więc gotów jestem się poświęcić, co zdziwi mojego kolegę
z pracy lub będzie przedmiotem jego kpin (tzn. będzie kpił
sobie nie z ciężaru, co wydaje się całkiem wciągające, tylko
z samego faktu przynoszenia przeze mnie bananów do spożycia w trakcie przerwy i spożywania ich lub już sam nie wiem
czego, co ma związek z bananami).
Kolegą jest Grek o dziwnym i pięknie brzmiącym dla mnie
imieniu, które nosiło wielu świętych pewnej wielkiej religii,
a którego wam nie zdradzę, tak jak kompletnej zawartości mo-
jej torby, a który to Grek słucha metalu i zakochuje się w każdej nowej, młodszej koleżance z pracy, dowodząc tym samym,
że mimo 40 lat na karku, pozostał młodzieńcem, przed którym
wszystko jeszcze stoi otworem i chociaż tak stoi, otwarte, to
w tym wieku przecież już ciągle trzeba otwierać to na nowo,
bo w rzeczywistości nawet jeśli wszystko otwarte stoi, to po
pierwsze już leży, a po drugie jest zamknięte. W tym wieku,
tak sądzę, chociaż mogę się mylić, bo jestem w innym nieco
wieku. Natomiast wszyscy, którzy żyjemy, żyjemy w XXI wieku, co ma jakieś minimalne, ale zawsze, znaczenie tutaj. No.
Wszystko jasne!
Wracając do tego, co za chwilę się stanie – może sam też
jestem dupkiem, bo ten bilet, co go kupiłem, jest biletem dla
dupków lub sprzedał mi go dupek, zupełnie jakby przekazał
jakąś chorobę? Kto jest tu dupkiem? Doprawdy, trudno ocenić,
ale niech to będzie na razie on, ja tu jestem raczej nikim istotnym, on jest kierowcą, więc od niego zależy moje „jechać albo
nie”, chociaż pewnie nie jest dupkiem, tylko wykonuje swoje
obowiązki, niech więc je wykonuje, nawet jeśli wyjdzie przy
tym na dupka.
No i kiedy wreszcie ten dupek każe mi wysiąść dwa przystanki wcześniej, drzwi autobusu otworzą się i wypuszczą
mnie, on jeszcze coś będzie do mnie mówił, ja przytaknę
i ruszę, i wszystko będzie za mną i przede mną jednocześnie,
wtedy to zapomnę o tym, co się tutaj działo, a później to
sobie przypomnę, żeby to opisać, bo w końcu jadę do pracy
i zostało mi jeszcze parę przystanków, bo w końcu odetchnę
świeżym i mniej wilgotnym powietrzem, ale jeszcze nie teraz
i jeszcze nie tu. *
Za myślami podąża ludzik jak ten cień, co nie pomyśli, żeby
te myśli jakoś może zawrócić? Albo – za myślami podąża ludzik
jak ten cień, co nie wpadnie na myśl, co by myśl w cień obrócić? Żeby chociaż, wpadłszy na tę myśl, przewrócił się, to zobaczyłby, że nic sobie nie zrobił, że nawet sobie tego nie pomyślał? Żeby chociaż w cieniu myśli, która go prowadzi, odpocząć
sobie mógł ludzik, to czy w trakcie odpoczynku lub jedzenia,
choćby rzucił myśl jak cień, lecz nie porzucił, nie wróciłby do
siebie? Podrzucił cień może? Położył się w cieniu myśli, będąc
ich sprawcą? Kto by to pomyślał?
105
106
f e l i e t o n
Ż
Barszcz Błaszczyk
ycie jak wiersz; Umysły jak poeci. Rzeczywistość może
być tak wieloznaczna, że często widzimy taką interpretację, jaką sobie życzymy. Poprzez wzrok, słuch lub po
prostu samą siebie, myśl buduje paranoję, jak cichy mistyfikant i manipulator bezszelestnie wlepia się
w nici rzeczywistości. W efekcie jakby rzeczywistość owa była czymś, co dopasowuje
się do wcześniejszej sugestii. Myśli wymyślają sobie myśli i środowisko (Matko Naturo, piłaś wódkę, gdy miałaś nas kochać?).
A to, czego obecnie nie dopuszczamy do
wiadomości, ujdzie naszej uwadze. I ktoś może się starać, zabiegać, lecz nie dostrzeżemy tego w dwóch przypadkach: póki
sami zajęci jesteśmy jakimś osobistym szukaniem (=czegoś,
czego teraz nie ma) i póki nie poszukujemy niczego, niemal
Jakiś dzień, w którym
staniesz się obojętna
s e
f e
l i kect joan
regulator kwasowości
obsesyjnie traktując ucieczkę przed stałością i przywiązaniem.
Jest jakiś stan relacji pomiędzy?
Przez długi czas możemy nie wpaść na trop, jak uciec od naszej podświadomie sterowanej złudy i zobaczyć więcej tego, co
dzieje się za lustrem, przed którym stoimy. Powrócić do relacji
bez dopaminy i czuć się przy tym półżartem; ufnie i swobodnie,
bez peszących knowań.
Dzień, w którym staniemy się sobie obojętni, jest już. Jest,
chociaż zakryty oczekiwaniami kolejnych miłych chwil i miejsca złożenia swoich udręk w bezpieczne dłonie. Będzie on taką
właśnie niedzielą z dużą, nieruchomą gałęzią za oknem. Nieporuszona mistrzyni patrzy na mnie i gardzi tymi złudzeniami lub
słucha z niedowierzaniem i troską. Jej cisza przemawia; Mój
życiowy konstrukt trwa.
107
00
108
f e l i e t o n
B
Kosmiczny Bastard
ękart z Kosmosu, wciąż skonfundowany ostatnimi menażeryjnymi opóźnieniami, niczym złowróżbny kruk,
przykucnął na liniach kosmicznego napięcia łączących
jego horyzont z najodleglejszymi zakątkami uniwersum, by po
raz kolejny nadać swe międzygalaktyczne kazanie.
Drodzy Mędrcy Środka, co pokrętną i mdłą ścieżką tak dumnie kroczycie, myśląc, że sztuka to równa stąpaniu po linie –
już dawno przejrzałem chocholi taniec waszych
koślawych nóg, odkryłem strzeliste pustosłowie
śliskich języków! W sztuce tej nie ma za grosz
sztuki, a tylko – tanie asekuranctwo, pseudointeligenckie pozerstwo, rzadziej – zmarnowany potencjał. Od
mielizny i nijakości waszych wywodów nie raz zbierało mi się na
mdłości, nudności, torsje, odruchy wymiotne, wymioty, rzyganie... I choć pozornie zgadzamy się w podstawowej niechęci do
ślepej ekstremy – zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: uparte
trzymanie się środka nie jest niczym innym, jak tylko trzecią
skrajnością! Skrajnością zbyt często pozostającą w ukryciu,
a przez to groźną. Osąd zawiesić należy tam, gdzie faktycznie
brakuje przesłanek, w innym bowiem wypadku jest to gest wisielczy – pętla zarzucona na szyję rozumu...
Gdybyście jeszcze po cichutku tkwili w swoim środku-smrodku, nie byłoby hejtu mego jaszczurzego. Ale nie, wy – fałszywe
świata pępki, trujecie stężonym jadem relatywizmu wszelkie
sprawy świata, hamując tym rozwój cywilizacyjny i nieświadomie umacniając okopy najbardziej niedorzecznych skrajności.
Mnie także daleko jest do bycia zwolennikiem jakichkolwiek prawd absolutnych. Dosłownie lata świetlne dzielą mnie
od przyjmowania czegokolwiek na wiarę, co potwierdzi niejeden twardogłowiec, z którym ściąłem się podczas licznych
gwiezdnych rozjebund. Ale, w przeciwieństwie do was, wiem
też, że względność ma swoje granice. Ziemia jest okrągła,
a podpaska – płaska. Hipoteza, która tłumacząc świat, nie gmatwa go jeszcze bardziej, a której nie można obalić na drodze
uczciwej, naukowej weryfikacji – prawdą jest. Ewolucja jest tak
Gówno Po Kotku
Autoportret
f e l i e t o n
horyzont zdarzeń
samo „tylko teorią”, jak gender studies są ideologią. Ideologia
gender została stworzona przez polski episkopat, by odwrócić
oczy wiernych od pedofilii w łonie kościoła. Ewolucja jest wielokroć potwierdzonym faktem, chociaż zdajecie się przeczyć jej
znacznie bardziej, aniżeli skamieniała w pokładach kambryjskich zajęcza łapka – nieodnaleziony Święty Graal oszalałych
kreacjonistów… Z kolei wszelkiej maści jednorożce uśmierca
w zarodku błogosławiona brzytwa Ockhama. Niestety, dla was,
Drodzy Mędrcy Środka, to racjonalne rozwiązanie wydaje się
być okropnym, bo jednostronnym barbarzyństwem. Chwacko
zrównujecie wszelkie zdania w imię zasady, że każdy ma prawo
mieć swoje zdanie. Owszem ma, ale to wcale nie znaczy, że
wszystkie te zdania są po równo prawdziwe i po równo fałszywe, żeby tylko wszyscy byli zadowoleni. Równo – gówno!
Dla przykładu, gdy wspomnę w szerszym gronie o tym, że
jestem feministą, zawsze znajdzie się jeden z waszych wyśrodkowanych umysłów. Zwęszywszy okazję, by moim kosztem
zabłysnąć w towarzystwie, natychmiast zaczyna konstruować
wywód o następującym schemacie:
Moim zdaniem, feminizm to chęć powywracania tradycyjnych ról przez niezaspokojone, rozhisteryzowane kobiety, które
chciałyby ostatecznie zdominować mężczyzn. Ja naturalnie jestem jak najbardziej za równouprawnieniem kobiet. Ja kobiety szanuję. Kobiety są pełnowartościowymi ludźmi. Ale, czy to
trzeba tak krzyczeć w telewizji? Ponadto, w dzisiejszych czasach kobiety nie mają już, tak naprawdę, o co walczyć – przecież mogą chodzić do pracy i głosować. Czy one naprawdę chcą
pracować w kopalni?!
Bla, bla, bla. Tak, przykładowy Mędrzec Środka, próbuje zrobić jajecznicę, nie rozbijając jajka, zjeść ciastko i mieć
ciastko. A mnie tylko rzygać się chce, gdy na jego czcze wysiłki
patrzę. Czcze, acz trujące. Gulała hejtu pulsuje, prawie że żyć
zaczyna życiem własnym. W przepastnych mych kieszeniach
otwierają się wszystkie kosy wszechświata. Ale nie, zbrodni tu
nie będzie. Człowiek jest człowiek – dam mu szansę. Lecz, gdy
mozolnie mam tłumaczyć, że bycie feministą nie jest żadnym
strzałem w stopę (gdzie w moim, zresztą, przypadku został
ulokowany penis), to wszelaki żar we mnie wygasa. Bo, czy on
naprawdę chce rozmawiać? Czy, któryś z was, Drodzy Mędrcy
Środka – samozwańczy arystokraci myśli, chce coś zrozumieć,
czy tylko mędrkować moim kosztem? Mędrkować za miliony?!
Na końcu i tak nieuchronnie pada, że każdy ma swoje własne
zdanie… A ja, do cholery, mam Twoje zdanie, a nie swoje!
Dla ścisłości dodam, że podczas mych gwiezdnych dyskursów, poznałem dwa główne typy waszych niezmiennie centralnych umysłów: 1) rzekomy mędrzec, który pragnie pozostać
nieskalany w każdym sporze, próżniaczo błyszczeć dystansem
i inteligencją, oraz 2) rzekomy buntownik, który wprawdzie
buntuje się, ale przeciw wszystkiemu, popadając tym samym
w absurd zaprzeczenia zaprzeczeniu. I obydwa te typki dzisiaj
przeklinam: Na pohybel Mędrcom Środka!
A teraz czas na podsumowanie, czyli sentencję, w której
zgrabnie zostanie ujęta moja dla was nauka, morał, memento,
konkluzja, pointa, czy też puenta:
Prawda leży pośrodku tylko w małostkowych ludzkich sporach – nie, jeśli idzie o wszechświat.
Pośrodku leży gówno po kotku.
I choć wątpię, że coś da moje w próżnię krakanie – przynajmniej wypluję gluty zimowe, się skatarzisuję…
109
f e l i e t o n
bełkot miasta
Józef Mamut
z niewiadomych przyczyn robimy dobrze, a oni nam tak średnio – wynaleziono nową truciznę do wykonywania kary śmierci.
Skazany umiera w męczarniach przez 15 minut, dzięki czemu
ofiary i ich rodziny mogą się przynajmniej przez kwadrans napawać satysfakcją sprawiedliwości. To dużo lepsze niż obcinanie uszu gdzieś w lesie, gdzie nikt nie widzi, jak u naszych
sąsiadów. Ale pijar i tak mają niezły. Najpierw nagonka na
króliczki, a potem nagle zajączki na otwarcie olimpiady. Co za
wspaniałomyślność!
Tacy jesteście wyemancypowani. Nawet wykłady prowadzicie o tych rolach społecznych. Wszystko pięknie, dopóki wam
się pokal nie zbije na imprezie. Wtedy oczywiście wracamy do
podstaw, czyli dziewczyny zamiatają.
Beata Ludwin
N
ie mogłem Pani wcześniej zwolnić, bo utknąłem gdzieś
w Kosmosie. To była podróż mojego życia. Mojego marnego kierowniczego życia! Zdaje sobie Pani sprawę,
jaki stres mam tu z wami w tym burdelu?
Proszę, oto Pańska śmiecióweczka, ale klientom na razie
niech Pani nic nie mówi. Może tylko tyle, że na zwolnienie Pani
idzie. W końcu kryzys się skończył – jeżeli w ogóle u nas jakiś
był – a premier zapowiedział właśnie walkę z takimi umowami,
więc to trochę niepoprawne politycznie. Ale przecież szkodnictwo najwyższe rządzi się od zawsze swoimi prawami. Nie
dotyczą go żadne przyziemne reguły, takie jak prawo pracy
czy zwykłe moralne zasady. Tutaj przecież pracują i zarządzają najmądrzejsi ludzie, biegli tak w dziedzinie ekonomii, jak
i public relations. Tak więc liczy się kasa, która płynie z góry,
a z góry jakiś kretyn potwierdził, że nie liczy się żaden poziom
jakości usług tylko czysta dupa. A ja, proszę Pani, dupeczkę
mam czystą jak mój łaciński akcent, gdyż zamontowałem sobie
w pracy podwójny bidet. Reasumując - naprawdę mi przykro,
ale pracowała tu Pani, w tym kołchozie, tylko ćwierć wieku,
a przecież nie mogę zmniejszyć niezbędnej kadry kierowniczej,
która ma tak stresujące zadania, jak ustalanie planu zajęć,
z którego nikt nie jest zadowolony - więc do widzenia! A jak się
nie podoba - to do więzienia. Tak czy inaczej, coś się na pewno
znajdzie. Chociażby jakieś zęby czy też zdjęcia z dzieciństwa. Zawsze można też wyjechać, byle nie za daleko. W Afryce na
przykład biją kapucyna, a emeszet może jedynie zalecać ewakuacje z OFE do ZUS, co jest takie zajebiaszcze, że należy podpisać wniosek przed oczywistym skierowaniem go do trybsona
konstytucyjnego. Proszę jeszcze przekazać pani Krysi, żeby
przekazała pani Zosi, żeby zadzwoniła do Bożenki, że były na
nią skargi i też jest zwolniona.
Tak, jasne! To jest najlepsze rozwiązanie! Powiększmy karę
z 15 do 20 lat więzienia, to na pewno pomoże. Wprawdzie najbogatsi, których stać na wynajęcie luksusowego adwokłamcy
dostaną dolną granicę tych widełek, czyli ‘zawiasy’, ale bat ten
przekona wielu najebanych proletariuszy. A jeśli kogoś jednak
nie przekona, pozostaje nasz genialny wymiar desocjalizacji
i 20 lat na pewno wystarczy, żeby z pijaka zrobić kryminalistę.
Zawsze mamy jeszcze media, które chętnie zajmą się nagonką,
by odwrócić uwagę od prawdziwych przekrętów jakimś zegarkiem. Tymczasem u naszych przyjaciół – tych którym ciągle
ilustr.
110
112
t w o r y
t w o r y
Michał
Szuszkiewicz
W roku 2007 obronił dyplom na Akademii Sztuk Pięknych
w Warszawie pod kierunkiem prof. J. Modzelewskiego.
Współtwórca projektów: „Fontainebleau”, zrealizowanego
w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski (2009)
,”Atrakcja Malarska” w Galerii Witryna w Warszawie (2008)
i Madrycie (2011), „Legenda” w Galerii Studio w Warszawie
(2012).
Uczestnik licznych wystaw w kraju i zagranicą m.in. CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie, Królikarni w Warszawie Galerii
BWA w Zielonej Górze, Galerii BWA we Wrocławiu, Bałtyckiej
Galerii Sztuki w Słupsku, Galerii Wizytującej w Warszawie,
Galerii Program w Warszawie, Basis Wien- Hangart-7, Salzburg, AT, Klaipeda Culture Comunication Center LT, Muzeum
Akademii Sztuk Pięknych im Iliji E. Riepina/Sankt Petersburg.
Prace pokazywane na Preview Berlin Art Fair w 2011
i 2012 roku.
Laureat Programu Stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” w 2011r. oraz fragmenty
z tekstu Krytycznego Bogusława Deptuły o wystawie „Lodołamacze” w Galerii Wizytującej w 2009 r.
Bogusław Deptuła „Dwutygodnik”, „Wystawa Michała Szuszkiewicza”, 2009:
„(...)Nie ma tu też jednej konwencji, widać swobodne nimi
żonglowanie. Czasem wygrywa farba, z gęstwiny której wyłania się obraz, niemal jak relief. Czasem jakieś zdjęcie, które
stało się inspiracją, i zapełniło sobą płótno. Innym razem jedna inspiracja nie wystarcza i na płótnie powstają zaskakujące
i nieoczywiste hybrydy.
Jednak najsilniej w tych obrazach czuć malarstwo. Szuszkiewicz jest malarzem z krwi kości i widać, że malarski żywioł
jest dla niego samowystarczalnym światem, w którym porusza się jak ryba w wodzie.
Ostatnio fascynuje go kwestia widzialności, rozpoznawalności form i kształtów widocznych na obrazie. Zarazem
zdaje się, że chciałby dopisać kolejny rozdział do toposu
gąbki Botticellego, gdzie abstrakcyjna i przypadkowa forma staje się nieledwie hiperrealizmem. Proste pociągnięcia
pędzlem, chlapnięcia, przetarcia dają owe zaskakujące malarsko efekty(...)”
www.szuszkiewicz.net
„Pszczelarz 2”, olej na płótnie, 190cm x 130cm, 2009
113
114
t w o r y
„Dmuchaniec”, olej na płótnie, 65 x 73cm, 2010
t w o r y
„Przyjaciel”, olej na płótnie, 54 x 73cm, 2010
115
116
t w o r y
„Robin Hood”, olej na płótnie, 54 x 65cm, 2012 ( z cyklu „Imperium”)
t w o r y
„Martwa natura z jajem”, olej na płótnie, 41 x 33cm, 2012 (z cyklu „Imperium”)
117
118
t w o r y
“Flour power”, olej na płótnie, 54 x 65cm, 2012 ( z cyklu „Imperium”)
t w o r y
„Trans”, olej na płótnie, 30 x 24cm, 2009
119
120
t w o r y
bez tytułu, olej na płótnie, 30 x 30cm , 2009 (z cyklu „Fontainebleau”)
t w o r y
„Polowanie”, olej na płótnie, 54 x 73, 2009 (z cyklu „Fontainebleau”)
121
122
t w o r y
“Meduza”, olej na płótnie 73 x 54, 2008
t w o r y
„Czort znad Niagary”, olej/gazeta na płótnie, 73 x 65, 2011 ( z cyklu „Apokalipsa wg mnie”)
123
124
t w o r y
“Czort I”, olej na płótnie, 65 x 54, 2011 (z cyklu „Apokalipsa wg mnie”)
t w o r y
„Ostatni bastion”, olej na płótnie, 150 x 170, 2011 (z cyklu „Apokalipsa wg mnie”)
125
126
t w o r y
„Wodór”, olej na płótnie, 140 x 190, 2010 ( z cyklu „Kilka najciekawszych sposobów na zdobycie Mt Everestu”)
t w o r y
127
128
t w o r y
“Na skróty”, 130 x 180, 2009 ( z cyklu „Kilka najciekawszych sposobów na zdobycie Mt Everestu”)
t w o r y
„Tlen” ,180 x 120, 2009 ( z cyklu „Kilka najciekawszych sposobów na zdobycie Mt Everestu”)
129
130
p o d
o k ł a d k ą
Ilustracja - Anna Krztoń
W
zeszłym
roku
komiks
Macieja
Sieńczyka
był
nominowany
do
Nagrody Literackiej Nike. Ostatecznie „Przygody na bezludnej wyspie” nie wygrały i może to lepiej, bo jeszcze ktoś by pomyślał, że komiks w Polsce
ma się dobrze. Kurz opadł, zaczął się nowy rok, a tu
kolejne komiksy walczą o nagrody. Przed „Dziennikami
rosyjskimi”, „Fotografem” i „Strefą bezpieczeństwa
Goražde” droga do wygranej jeszcze bardzo daleka,
ponieważ zostały one dopiero zgłoszone do Nagrody
im. Ryszarda Kapuścińskiego za najlepszy reportaż
komiksowy. Nominacje zostaną ogłoszone czwartego marca. Trzymamy kciuki!
Czytelnicy jak zawsze będą mogli zagłosować za
pomocą portfeli. Szykuje się bardzo ciężki rok dla
naszych domowych budżetów. Komiksowy wysyp
u niejednej osoby spowoduje zawrót głowy.
Nowości, dodruki, przedruki i morze zaległości. Oby
ten komiksowy wysyp wyszedł naszemu rynkowi na
dobre. Kupujcie i czytajcie.
To się
porobiło!
Dawid Śmigielski
p o d
o k ł a d k ą
131
132
p o d
o k ł a d k ą
Superbohaterowie
zawsze dopasują się
do współczesności
o „Niezwykłej Historii Marvel Comics”,
Stanie Lee i przyszłości komiksów superbohaterskich
z Radosławem Pisulą rozmawia Dawid Śmigielski
p o d
Z
całą
pewnością
można
powiedzieć,
że
„Niezwykła
Historia
Marvel
Comics”
(wyd. SQN) to najlepsza książkao tematyce komiksowej, jaka ukazała się na naszym rynku. Sean
Howe bezpardonowo rozprawia się z legendą „Domu
Pomysłów”.
Szczegółowo
opisuje
konflikty
między
pracownikami, zdrady, wzloty i upadki. Jednak nie jest
to publikacja nastawiona na bezrefleksyjne wyławianie
brudów i pogrążenie wielkich artystów. Wręcz przeciwnie. Za tymi typowo ludzkimi słabostkami kryli się ludzie
z głowami pełnymi genialnych, rewolucyjnych, czasem szalonych pomysłów. To oni obdarzyli popkulturę
najbardziej rozpoznawalnymi superbohaterami i to oni,
wbrew temu, co sugeruje polska okładka, są prawdziwymi
bohaterami tej książki.
W czym tkwi niezwykłość historii MARVEL COMICS?
Wydawnictwo to – wespół ze swoim rywalem zza miedzy,
DC COMICS – odpowiada za najbardziej rozpoznawalną współczesną mitologię (obok „Gwiezdnych wojen”). Ciężko się więc
dziwić, że historia firmy – która wydała na świat Spider-Mana,
Fantastic Four, Hulka czy Avengers – będzie „zwykła”. Marvel
Comics, pod różnymi nazwami, istnieje już od 75 lat i w tym
czasie przez biura nowojorskiego molocha przewinęły się dziesiątki niesamowicie charyzmatycznych oraz utalentowanych ludzi. Dodając do tego specyfikę różnych okresów historycznych
– czasów wojny, narkotycznych lat 70. czy EKSTREEEEMALNYCH lat 90. – otrzymujemy wybuchowy koktajl.
Historia wydawnictwa to dobry temat na filmową
odyseję – szemrane interesy, ludzka chciwość, wzloty, upadki, niszczenie talentów. Na pozór wszystko to, czego można spodziewać się po wielkiej korporacji, ale podlane wielką pomysłowością pracowników Marvela. Nie chcę za dużo
zdradzać, ponieważ książka Howe’a świetnie obrazuje,
w czym tkwi ta niezwykłość – odbrązawia wielkie postacie,
jednocześnie oddając hołd ich dokonaniom.
Jak zareagowali szefowie MARVEL COMICS na tę
publikację?
Wydawnictwo nie polubiło książki Howe’a, ale nie ma
się czemu dziwić. To nie jest laurka, jak na przykład „75
Years Of DC Comics: The Art Of Modern Mythmaking”
Paula Levitza (chociaż to nadal świetna lektura).
„Niezwykła Historia Marvel Comics” jest po prostu rzeczowa
o k ł a d k ą
oraz konkretna – nie stawiając nikogo na piedestale, autor
opisuje bardzo dokładnie, jak wyglądało ŻYCIE redakcji, a nie
jej MIT. Komiksowemu lewiatanowi takie grzebanie w „szafie”
się nie spodobało, dlatego w książce m.in. nie ma praktycznie
żadnych kadrów z komiksów czy zdjęć. Jednak takie zachowanie jedynie zwiększa wartość samej treści, co zresztą przełożyło się na szereg nagród – w tym tą najważniejszą, Eisnera.
Książka Seana Howa najbardziej demitologizuje
Stana Lee. Od pewnego momentu niemal wszystkie jego
poczynania, a może ich brak, budzą bardzo negatywne
uczucia…
Stan Lee to niesamowicie specyficzny człowiek. Nie można
odmówić mu talentu. Nigdy. To on – nieważne w jakim stopniu – wyciągnął wydawnictwo z dołka za łeb i wprowadził je
w „Srebrną Erę komiksu”. Wiadomo, nie jest święty – „Fantastic
Four” wzorował na „Challengers of the Unknown” (DC COMICS),
a „X-Men” baaaardzo kojarzą się z „Doom Patrol” (także DC COMICS). Faktem jednak jest, że to właśnie styl
Lee, jego wyczucie narracji oraz współpraca z wielkimi rysownikami, sprawiły, że legendarne są właśnie tytuły Domu Pomysłów, natomiast wersje, na których się
wzorował, znajdują się na marginesie rynku. Pisał dużo,
w czasie wojny jego szafki były zapchane scenariuszami.
Jednak w pewnym momencie (początek lat 70.),
dało się zauważyć, że Lee zaczynają interesować inne
gałęzie popkultury. Zapalony kinoman, który zawsze
chciał reżyserować, postanowił za wszelką cenę przenieść obrazkowe przygody Marvela na wielki ekran.
Od tego momentu zaczęła się dosyć bolesna walka
z różnymi studiami, naznaczona wzlotami (serial z „Hulkiem”)
i bolesnymi upadkami (ciągłe plany realizacji wysokobudżetowych przygód Spider-Mana). Lee coraz bardziej oddalał się
od samych komiksów, zbytnio przechylał szalę w stronę reklamy własnej osoby. Stał się ikoną, ale w „domu” narobił sobie
wrogów. Koniec końców jednak wydawnictwo sobie poradziło,
a opowieści Marvela trafiły z wykopem do kin. Dzisiaj,
chociaż Lee ma już mało wspólnego z samym wydawnictwem,
a to cały czas jest jego „twarzą”, a także wyszedł w końcu
na swoje. Nie demonizowałbym tej postaci, bo wzloty i upadki zdarzają się każdemu, a wesoły wąsacz robił to wszystko
z miłości – do siebie, pieniędzy, ale przede wszystkim do kolorowych bohaterów.
133
134
p o d
o k ł a d k ą
Po prawej:
Sean Howe
„Niezwykła historia Marvel Comics”
Wydawnictwo SIN QUA NON 2013
red. merytoryczna Radosław Pisula
Czy to Marvel potrzebował Stana Lee, czy Stan Lee
MARVELA?
W okresie pomiędzy 1945 rokiem a początkiem lat 70.
Marvel nie istniałby w znanej nam formie bez Lee. Podczas
swojego stażu na stanowisku redaktora naczelnego często
miał problemy z finansami oraz organizacją, ale kreatywność
całego zespołu działała na najwyższych obrotach. Marvel potrzebował jego wyobraźni, umiejętności uporządkowania
uniwersum oraz tworzenia superbohaterów. Od połowy lat 70.
to już Lee potrzebował wydawnictwa. Odpłynął dosyć daleko
od kolorowych zeszytów, skupiając się na handlu popularnymi
licencjami, ale działał cały czas z ramienia firmy – połączone
renomy dwóch wielkich marek, MARVELA oraz Lee, doprowadziły do tego, że dzisiaj każdy młody Amerykanin rozpoznaje uśmiechniętego dziadka w wielkich okularach, a nie ma pojęcia o takich ikonach jak Kirby, Ditko,
Thomas, Stern czy Englehart. Niektórzy po prostu pracowali,
a Lee nieustannie kreował swój wizerunek. I to właśnie
go unieśmiertelniło, sprawiając, że dzisiaj Lee i wydawnictwo wcale się nie potrzebują, ale są nierozłącznie powiązani. Zresztą, to właśnie on doprowadził do wysypu komiksowych „gwiazd rocka”, takich jak Todd
McFarlane, Frank Miller czy Mark Millar – które unkcjonują w popkulturze w oderwaniu od macierzystego medium.
Można uznać Stana Lee za człowieka spełnionego?
Wydaje się, że do pełni szczęścia brakuje mu tylko Oscara
za całokształt twórczości…
Ma ponad 90 lat na karku, żyje z ukochaną żoną już prawie 70 lat, doczekał się potomstwa, stworzył najbardziej rozpoznawalnych herosów na świecie w ilościach hurtowych i nie
musiał walczyć o prawa do nich, a ludzie go uwielbiają oraz szanują. Myślę, że „The Man” osiągnął już dawno pełnię szczęścia.
A jeśli czegoś mu brakowało, to chyba tylko jakiegoś finałowego
komiksu stworzonego wspólnie z Królem.
Konflikt na linii Kirby – Lee narastał przez długie lata.
Choć powszechnie uważa się, że Kirby został skrzywdzony przez Marvela, to Howe dokładnie ukazuje proces jego
upadku. Kirby nie był święty, a przynajmniej łatwy we
współpracy. Status ofiary Kirby’ego jest słuszny?
Ciężko opowiedzieć się za którąś ze stron. Tzw. Metoda
MARVELA, która sprawiała, że scenarzysta i rysownik ściśle
ze sobą współpracowali, mocno utrudniła klarowne dookreślenie
praw autorskich. Dodatkowo Stan Lee zawsze miał większe
„parcie na szkło” oraz potrafił się lepiej ustawić.
Nie robił tego za pomocą kłamstw, a po prostu umiejętnie
pomijał pewne szczegóły współpracy z innymi osobami (zresztą, kto by pamiętał, co zrobił w czasie, gdy tworzyło się
kilka
numerów
komiksu
tygodniowo).
Lee
kochał
Kirby’ego, Król uwielbiał Stana. Pieniądze ich poróżniły,
jednak zawsze mieli do siebie wielki szacunek – „The Man”
zresztą potrafił podrzeć najlepsze szkice, które przynosili mu
artyści, ponieważ: „to nie było tak dobre jak prace Jacka”.
Dochodzi do tego jeszcze dziwne zachowanie rysownika
w podeszłym wieku, gdy w pewnym momencie odjechał całkowicie, stwierdzając, że stworzył tak naprawdę praktycz-
p o d
o k ł a d k ą
nie wszystko, co jest przypisywane Lee – nawet Spider-Mana,
za którego debiut nigdy oficjalnie nie odpowiadał. Kirby był na
pewno ofiarą niedoskonałego rynku, który pożerał swoje dzieci.
A dzisiaj – po swojej śmierci – jest niesłusznie przykurzonym
geniuszem.
Nieoczekiwana,
pierwsza
po
latach
rozmowa
Lee z Kirbym za pośrednictwem radia to najbardziej
niezwykły i jednocześnie wzruszający fragment tej
opowieści. Wydaje się, że to nie tyle pieniądze, co brak
zrozumienia, szczerej rozmowy na przestrzeni długich lat współpracy doprowadziły do rozpadu tego
kreatywnego duetu. Czy Lee odważy się za życia oficjalnie
zrehabilitować zasługi „Króla”?
Myślę, że na jakiejś wyższej płaszczyźnie obaj panowie już
dawno się pogodzili. Mieli wspaniała wspólną historię, a ich
przyjaźń trwała przez lata. Dzisiaj mało kto pamięta już o tym
konflikcie,
a
wspominane
są
jedynie
ich
wspólne projekty, więc Stan nie ma szczególnie czego
rehabilitować.
Ludzie
wiedzą,
jak
wielki
wkład
w kreację bohaterów miał Kirby, i jego nazwisko często pojawia się obok Lee – ostatnio np. w serialu „Marvel’s Agents
of S.H.I.E.L.D”. Daleko tutaj do brudnych gierek Boba
Kane’a w stosunku do Fingera, wiążących się „Batmanem”.
Historia magików z MARVELA to materiał na Oscarowy
film.
Mam
nadzieję,
że
taki
obraz
powstanie, ponieważ mógłby w końcu ostatecznie zrobić
z Kirby’ego ikonę równą Lee.
Mniej więcej od lat siedemdziesiątych trwało przekonanie, że komiksy nie mają przyszłości. Mimo że
artyści wspinali się na wyżyny swoich możliwości, tworzyli coraz lepsze historie, to pesymizm
zaczął ogarniać wesołą zagrodę. Co miało na to
największy wpływ?
Komiksy
wpadły
w
stagnację,
ustępując
miejsca
innym
formom
rozrywki,
takim
jak
telewizja.
Rynek zwyczajnie się załamał. Opowieści obrazkowe
w tamtym czasie tak naprawdę dopiero raczkowały, a licencje nie
ociekały złotem. Dodatkowo powstawała wtedy spora ilość
komiksów wyprzedzających swój czas, do których zwyczajnie
całe
medium
musiało
dorosnąć.
Znajdowały czytelników, sprzedawały się nieźle, ale nadal siedziały
w niszy z przypiętą łatką – Jim Starlin pisał niesamowite,
narkotyczne historie z Warlockiem i Kapitanem Marvelem, Steve
Gerber zaskakiwał humorem w „Man-Thingu” oraz „Kaczorze
Howardzie”, a Roy Thomas oraz Steve Englehart praktycznie
pocili się niezwykłymi pomysłami. Trwał niebywale kreatywny okres, ale nie szło to w parze z dużymi pieniędzmi. Zresztą, nie ma się czemu dziwić, bo rynek komiksowy funkcjonuje na zasadzie sinusoidy – rozkwit z lat
60., 80. oraz początku 90. można zestawić z upadkiem
lat 50., 70, a także EKSTREMALNĄ katastrofą z końcówki
XX. wieku.
Powyżej:
Na fotografii znajdują się Stan Lee i Jack Kirby
(datowana na rok 1965). Jest to jedyna
fotografia znajdująca się w książce Seana Howe.
Jim Shooter uratował Marvela przed totalnym chaosem,
a jednocześnie „wplątał” go w monumentalne crossovery
za sprawą „Tajnych wojen”. Dało się podążyć inną drogą?
Uważam, że nie, i bardzo cenię ryzykowną decyzję, jaką
podjął ówczesny szef Domu Pomysłów. Jestem wielkim fanem
Jima Shootera i tego, jak umiejętnie oraz bezceremonialnie
podszedł do swojej pracy. Twórcy za nim nie przepadali, bo zaczął
porządkować rozleniwioną zagrodę. To pierwsza osoba, która po
latach tłustych zerknęła w końcu w finanse firmy, zauważając,
że wydawnictwo leci ostro na twarz i trzeba jak najszybciej
wyciągnąć je z dołka. Crossovery do dziś wprowadzają
chaos oraz krzyżują plany scenarzystów, których tytuły wplatane
są w opowieści innych twórców, ale nadal zarabiają wielkie
pieniądze – takie jest prawo rynku. A Shooter jako pierwszy
dostrzegł stojące za tym pieniądze. Można na niego narzekać,
śmiać się z tego, że rozmienił komiksy na pokraczne
zabawki, ale wydawnictwo nie jest firmą działającą pro bono
i musi na siebie zarabiać, a bez ingerencji Shootera,
moglibyśmy dzisiaj tylko wspominać taką firmę jak MARVEL.
135
136
p o d
o k ł a d k ą
Po lewej:
Okładka anglojęzycznego wydania
książki Seana Howe „Niezwykła ...”
Howe kończy swoją książkę nieco patetycznie,
stwierdzając, że „Ich (bohaterów MARVELA - przypis red.)
heroiczne przygody nigdy nie dobiegną końca”. Można się
z tym stwierdzeniem zgodzić?
Jasne, jak już wcześniej wspominałem, uniwersum Marvela
to współczesna mitologia. Bohaterowie mogą zmieniać na chwilę
kostiumy, ale zawsze dopasują się do współczesności. Prawdziwa
moc tych postaci nie tkwi w serum superżołnierza, radioaktywnym pająku czy mutacji, a w ich uniwersalności. Zresztą, o sile
tego schematu – który funkcjonuje w kulturze od zarania dziejów
– Joseph Campbell napisał całą „Potęgę mitu”.
Jednak Howe nie określa jasno medium komiksowego
jako nośnika tych opowieści. Komiksy superbohaterskie
zostaną zastąpione na dobre filmami superbohaterskimi?
Rynek komiksowego mainstreamu załamuje się co paręnaście lat, ale i tak zawsze podnosi się jak feniks z popiołów. Jeśli
komiksy superbohaterskie z Marvela wytrzymały śmieszne rządy Boba Harrasa i bankructwo, to wytrzymają wszystko. Filmy
funkcjonują na innej płaszczyźnie, ściągają do kin w dużej mierze
„niedzielnych” widzów, którzy komiksów najczęściej nie czytują, i operują całkiem innymi, kosmicznymi sumami. Opowieści
obrazkowe w obecnych czasach są do nich jedynie dodatkiem, a nie integralną częścią. Minęły już czasy kosmicznych
słupków sprzedaży z początku lat 90., gdy pojawiły się takie
tytuły, jak „X-Men” Cleremonta\Lee, „Spider-Man” McFarlane’a
czy „X-Force” Liefelda. Jednak ich popularność utrzymuje się
na stałym poziomie, który pozwala na niezagrożoną egzystencję
– szczególnie, że potrafią dostosować się do ery cyfryzacji oraz
idą w parze z nowymi technologiami. Dlatego nie wieściłbym
zastępowania oryginałów ich wysokobudżetowymi adaptacjami.
Zresztą oba media bardzo dobrze się uzupełniają. Oczywiście
nie ma co porównywać finansów, ponieważ zyski z komiksów
to kropla w morzu dla Disneya, ale nadal są dobrym miejscem,
aby kontynuować przygody bohaterów znanych z dużego ekranu - szczególnie, że opowieści obrazkowe całkiem umiejętnie
przenoszą pewne elementy z filmów do kanonu komiksowego,
nieustannie go odświeżając. A komiksy odwdzięczają się nowymi
fabułami, gotowymi do ekranizacji – przecież gdyby kilka lat temu
Brubaker nie napisał „Winter Soldiera”, to dzisiaj nie czekalibyśmy na Kapitana Amerykę w konwencji filmu szpiegowskiego.
Dziękuję za rozmowę.
W
imieniu
redakcji
dziękuję
WYDAWNICTWU
SQN za egzemplarz recenzencki książki Seana Howe
„Niezwykła historia Marvel Comics” (2013), dzięki której nie
powstałby niniejszy wywiad.
Zródło ilustracji:
WWW.WSQN.PL
p o d
137
o k ł a d k ą
kuba
138
p o d
o k ł a d k ą
Pod Okładką, czyli jakie
komiksy najbardziej nam się
podobały w 2013
Redakcja Pod okładką poleca
U
biegły rok był rokiem „na bogato”. Chyba nawet najwięksi komiksowi optymiści nie spodziewali się ujrzeć na naszym rynku
tylu premier, uczestniczyć w tylu ekscytujących wydarzeniach i przeczytać tylu doskonałych komiksów. Początek roku to zazwyczaj czas podsumować i rozliczeń. Również i my korzystamy z tego okresu, aby przedstawić komiksy, które najbardziej
nam się podobały. Nie jest to jednak podsumowanie w stylu: najlepsze. Siłą komiksów, jak i pewnie każdego medium, jest ich różnorodność tematyczna i stylistyczna. Mamy nadzieję, że siłą naszej wyliczanki jest właśnie różnorodność chociażby naszych gustów.
Pod uwagę braliśmy tylko komiksy premierowe i tylko te, które ukazały się na polskim rynku. Stąd nieobecność chociażby
„Strażników” czy „Sagi o Mrocznej Phoenix”.
„Batman: Trybunał Sów”
Scott, Snyder, Greg Capullo
EGMONT
Komiks otwierający w naszym kraju bardzo znaczącą linię
wydawniczą – Nowe DC Comics, czyli zrestartowane uniwersum DC (DC New 52), która okazała się sporym sukcesemkomercyjnym za oceanem. Scott Snyder i Greg Capullo przedstawili świetną historię, zagłębiając się w przeszłość rodziny
Wayne‘ów, i nadali nowe szlify mitologii Mrocznego Rycerza,
którą w ostatnich latach opiekował się szkocki scenarzysta
Grant Morrison. Jak się okazało, tom ten oraz jego kontynuacja
(„Miasto Sów”) odniosły wielki sukcesem również w naszym
kraju, osiągając dwa topowe miejsca na liście komiksowych
bestsellerów roku 2013 (zestawienie najchętniej kupowanych
komiksów w Sklepie Gildia). EGMONT idzie za ciosem – kolejne serie z DC Comics są w przygotowaniu, ale bez wątpienia
motorem napędowym całej linii jest właśnie Batman i jego najnowsze przygody.
Filip Fiuk
p o d
o k ł a d k ą
„Batman: Długie Halloween”
Jeph Loeb, Tim Sale
MUCHA COMICS
EGMONT, który specjalizuje się w publikacjach komiksów
z mścicielem z Gotham w naszym kraju, niechętnie podchodził do wydania tego kultowego albumu, pomimo wielu próśb
ze strony fanów i czytelników. Wreszcie duński edytor MUCHA
COMICS wziął sprawy w swoje ręce i oto tej jesieni zawitał do
Polski jeden z najbardziej znaczących komiksów o Batmanie
ostatnich dekad – „Długie Halloween” duetu Jeph Loeb – Tim
Sale. Lektura tegoż albumu to istna uczta dla fanów Gacka
i kryminalnych zagadek oraz mafijno-gangsterskich klimatów
rodem z „Ojca Chrzestnego” Coppoli. Każdy szanujący się fan
komiksu zza oceanu oraz wielbiciel Mrocznego Rycerza powinien zasilić swoją kolekcję tymże dziełem i oczekiwać kontynuacji („Dark Victory”), która już na jesieni tego roku pojawi
się w Polsce.
Filip Fiuk
„Kick-Ass”
Mark Millar, John Romita Jr.
MUCHA COMICS
Fani Marvela w Polsce powodów do narzekań w ubiegłym
roku mieć nie mogli. Obok znanej wszystkim kolekcji komiksów
wydawanej przez HACHETTE duńska MUCHA uraczyła ich istną
krwawą jatką z masą superbohaterskich odniesień, której autorami są szkocki scenarzysta Mark Millar oraz znakomity komiksowy artysta-rzemieślnik John Romita Jr. Polscy fani mogli już
podziwiać dwójkę bohaterów (Kick-Assa i Hit-Girl) na kinowym
ekranie, teraz mogą skonfrontować filmową adaptację z komiksowym pierwowzorem (co również tyczy się kontynuacji, która
w ubiegłym roku zawitała do kin oraz sklepów komiksowych
w naszym kraju). Millar tym komiksem udowadnia, że należy
do czołówki współczesnych twórców komiksu mainstreamowego, lektura sprawia wiele przyjemności i choć jest bardzo krwawa i brutalna, to zawiera mnóstwo humoru. Prawdziwa frajda
nie tylko dla fanów Lobo i publikowanych z nim komiksów za
czasów TM-SEMIC.
Filip Fiuk
139
140
p o d
o k ł a d k ą
„Daredevil: Odrodzony”
Frank Miller, David Mazzucchelli
HACHETTE
To bez wątpienia najlepszy album dotychczas wydany
w ramach WKKM od wydawnictwa HACHETTE. W zasadzie można powiedzieć, że cała inicjatywa odniosła sukces
w naszym kraju, kolekcja dobrze się przyjęła, lecz nie zmienia
to faktu, że spora część pozycji prezentuje poziom średni. Mimo
to myślę, że każdego fana komiksu superhero cieszy fakt, że
wreszcie można kupić ulubione komiksy w kiosku. „Daredevil:
Odrodzony” to bardzo dobra historia, w której ponownie krzyżują się losy niewidomego bohatera z bossem przestępczego
świata Nowego Yorku – Kingpinem („Ważniakiem”). Całość została okraszona świetnymi, realistycznymi rysunkami Davida
Mazzucchelliego, które przywołują w pamięci inny jego komiks
ze scenariuszem Millera – „Batman: Rok Pierwszy”. Kolejny
znaczący komiks Franka Millera pojawił się w naszym kraju –
czekamy na pozostałe jego dokonania.
Filip Fiuk
,,Noe. Za niegodziwość ludzi”
Darren Aronofsky, Niko Henrichon
SINE QUA NON
Na nowo zapisane dzieje Noego i rodzaju ludzkiego w czasach Potopu. Zaskakująco niezwykłe ujęcie znanej nam biblijnej
historii, a zarazem uniwersalna opowieść o przeznaczeniu,
miłości i poświęceniu. Wszystko to mistrzowsko zilustrowane
ręką Niko Henrichona.
Anna Wiśniewska
p o d
o k ł a d k ą
,,Wieże Bois-Maury: Babette”
Hermann
WYDAWNICTWO KOMIKSOWE
Pierwszy tom niezwykle popularnego cyklu o Aymarze
Bois-Maury, autorstwa Hermanna. Komiks opowiadający dzieje rycerza bez majątku, przemierzającego gościńce średniowiecznej Europy. Monumentalny i zarazem niezwykle barwny
fresk historyczny, opisujący życie codzienne i mentalność ludzi
średniowiecza. Barwna galeria postaci, niezwykłe przygody,
miłość i zemsta, zaklęte w kadrach przypominających obrazy
Bruegla.
Anna Wiśniewska
„Zaduszki”
Rutu Modan
KULTURA GNIEWU
Choć Rutu Modan obniżyła trochę poprzeczkę po znakomitych „Ranach wylotowych”, to jednak jej nowy album „Zaduszki” zasłużenie powinien otrzymać tytuł jednego z najważniejszych komiksów roku 2013. W swojej najnowszej opowieści
miejscem akcji, a zarazem przestrzenią odkrywania rodzinnych
tajemnic, autorka uczyniła Warszawę. Mimo zmiany krajobrazu
Modan konsekwentnie idzie wytyczoną przez siebie ścieżką –
czyli ponownie opowiada nam o narodowej i rodzinnej tożsamości, korzystając przy tym z wypracowanej od lat formy. Jej
klasyczna technika rysunku (tzw. linge claire, w której świetnie celował Hergé) to w zasadzie już znak rozpoznawczy izraelskiej rysowniczki. Dodać należy jeszcze do tego umiejętne
i oryginalne połączenie prostej warstwy graficznej, cechującej
się stonowaną paletą barw, z niosącą wiele znaczeń językową stroną opowiadanej historii i mamy nietuzinkowy i jedyny
w swoim rodzaju komiks. Jak zawsze liczy się tu każdy szczegół, każde słowo, a nawet chwile ciszy, z których budzą się długo tłamszone uczucia i wydawałoby się dawno już zabliźnione
rany bohaterów. I właśnie ta emocjonalna wielowymiarowość
jest wielką siłą opowieści Modan!
Sy
141
142
p o d
o k ł a d k ą
„Kick-Ass 2”
Mark Millar, John Romita Jr.
MUCHA COMICS
Wydawnictwo MUCHA COMICS zrobiło mi na koniec
ubiegłego roku niesamowitą niespodziankę, wydając kontynuację świetnego „Kick-Assa”. Druga część bije swego poprzednika na głowę. Historia została lepiej rozpisana. Widzimy jak
główni bohaterowie ewoluują, stają sie dojrzalsi. Dla fanów
krwawej jatki i morza krwi to prawdziwa uczta. Trup ścieli się
gęsto, a krew niemal wypływa z kart komiksu. Humor i akcja
na najwyższym poziomie. No i ta niesamowita, agresywniejsza
i bardziej zdeterminowana niż w części pierwszej Hit-Girl, która
po prostu kradnie całą historię dla siebie. Gorąco polecam.
Adam Blicharski
„Vincent i Van Gogh”
Gradimir Smudja
TIMOF I CISI WSPÓLNICY
Już sam tytuł sugeruje niespodziankę. Dzieło Gradimira
Smudjy jest cudowne i zaskakujące. Odejście od standardowej
„biografii wielkiego artysty” sprawia, że dostajemy album, od
którego nie można oderwać oczu. Co przecież nie może dziwić,
w końcu to sto stron cudownych malarskich perełek, pełnych
odniesień do dziewiętnastowiecznej sztuki. Ale równie ciekawy jest scenariusz obu albumów, które znalazły się w polskim
wydaniu „Vincenta i Van Gogha”. Głowni bohaterowie po pewnym znaczącym dla ich życia wydarzeniu muszą nauczyć się
żyć w symbiozie, co okazuje się szaleńczo trudne do wykonania. A wszystko to podszyte czarnym i gorzkim humorem.
Wspaniała opowieść pełna niezatartego piękna. Van Gogh
nigdy nie miał się lepiej!
Dawid Śmigielski
p o d
o k ł a d k ą
„566 Kadrów”
Denis Wojda
WAB
Denis Wojda za pomocą 566 kadrów opowiedział historię swojej rodziny, poczynając od czasów Carskiej Rosji
a kończąc na swoich narodzinach. Z wykorzystaniem grubego
czarnego konturu i dwóch kolorów (bieli i błękitu) stworzył komiks niezwykle nastrojowy. Pełen nostalgii, smutku, nadziei
i szczęścia. Ze wszystkich kadrów biją najprawdziwsze emocje.
Misternie wykonana układanka zachwyci każdego czytelnika.
Nic dziwnego, że anglojęzyczne wydawnictwo (BORDERLINE
PRESS) sięgnęło po komiks Wojdy. Śmiem twierdzić, że stworzył on „polskie Persepolis”.
Dawid Śmigielski
„Fotograf”
Emmanuel Guibert, Didier Lefèvre
WYDAWNICTWO KOMIKSOWE
Znakomity mariaż komiksu i fotografii. Rok 1986. Fotograf
Didier Lefèvre udaje się na misję fotograficzną do ogarniętego wojną Afganistanu. Wraz z zespołem Lekarzy „Bez Granic”
wędruje przez ogromne połacie kraju, który pozostawi na nim
piętno do końca życia. Ogromne przestrzenie, uchwycone za
pomocą niewielkiego aparatu, zachwycają swoim pięknem
i surowością. A wojna? Owszem jest, ale jej świadkami są
jedynie jej ofiary. Sam Lefèvre obserwuje tylko tragiczne
skutki postrzałów, bombardowań, min pułapek… Wojna, której
nie słychać, ani i nie widać, to najgorsza wojna. Dzieło Wybitne.
Dawid Śmigielski
143
144
p o d
o k ł a d k ą
„Strefa bezpieczeństwa
Goražde”
Joe Sacco
MROJA PRESS
Chociaż może nie jest to komiks, który mnie najbardziej
z wszystkich nowości oczarował, to na pewno traktuję go jako
najważniejsze wydawnictwo komiksowe na polskim rynku
w minionym roku. Joe Sacco jest jednym z najbardziej znanych
i najlepszych przedstawicieli reportażu w komiksie – i jeśli
jest się fanem tego gatunku, to można było dość dotkliwie
odczuć w Polsce brak któregokolwiek z jego albumów. „Strefa
bezpieczeństwa” to świetna pozycja, wnikliwa i rzetelnie opowiadająca o wydarzeniach w Goražde, a przede wszystkim szczerze
i z uczuciem portretująca zwykłych ludzi uwikłanych w dramat
wojny. Cieszę się, że Sacco wreszcie pojawił się na naszym
rynku, a zapowiedź wydania w 2014 roku jego „Palestyny” daje
mi nadzieję, że zagości u nas już na stałe.
Anna Krztoń
„Maczużnik”
Michał Rzecznik, Daniel Gutowski
CENTRALA
Historia napisana przez Michała Rzecznika i zilustrowana przez Daniela Gutowskiego jest jedną z najdojrzalszych pozycji komiksowych na naszym rynku. Bohaterami
„Maczużnika” są członkowie rodziny, którą zżera „rak” codzienności. Trawieni przez konwencje społeczne są zmuszani do przekraczania granic norm moralnych. Członkowie grupy artystycznej
„Maszin” posługują się wieloma konwencjami, wobec których
komiks jest swego rodzaju wentylem bezpieczeństwa. Opowiadają oni historię pełną filmowego mroku, teatralnej melancholii
i poetyckiego szaleństwa. Historia została zilustrowana przez
Daniela Gutowskiego w sposób nowatorski, aczkolwiek oszczędny i adekwatny do klaustrofobicznej historii
Rzecznika. Komiks opatrzono oryginalnymi dodatkami (liścikami
itd.), czyniąc „Maczużnika” pozycją unikatową, jak i swego rodzaju ukłonem stronę kina moralnego niepokoju. Nie znam innej
historii komiksowej, która w tak dramatyczny sposób pokazuje
„pranie brudów” rodzinnych w M-3!
Jacek Seweryn Podgórski
p o d
o k ł a d k ą
„Liga Niezwykłych
Dżentelmenów - Czarne akta”
Alan Moore, Kevin O’Neill
EGMONT
Wydanie kolejnego tomu „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”
Alana Moora i Kevina O’Neilla było zgoła sensacyjną wiadomością w 2013 roku. A gdy dodam, że są to słynne „Czarne Akta”,
to nie trzeba nic mówić, jedynie wpaść w zachwyt. Kolejny tom
będący swego rodzaju preludium do trzeciego cyklu („Stulecia:
1910, 1969, 2009”) przygód agentów Jej Królewskiej Mości
przenosi czytelnika do lat 50. XX wieku, gdzie pozostali przy
życiu członkowie „Grupy Murray’a” starają się odszukać i wykraść osławione „Czarne Akta”. Mowa tutaj o dokumentach
zawierających skrywane dotąd informacje na temat dawnych
członków Ligi, ich życia i losów. Nie byłoby nic niezwykłego
w tej dość prostej historii, gdyby nie kontekst, w jakim osadza
Moore swoich bohaterów. Ostatecznie całości dopełnia „ostra”
oprawa graficzna O’Neilla. Mamy tutaj do czynienia z szpiegowska intrygą pełną odniesień do postaci obecnych w literaturze i kulturze popularnej. Wszystko w myśl zasady, że wszędzie należy szukać „podwójnego dna”. Pikanterii dodaje fakt,
że całość wydania została zgodnie z oryginałem wydrukowana
w technice 3D (od połowy tomu należy korzystać tylko i wyłącznie z dołączonych okularów 3D). „Czarne akta” oferują
znacznie więcej, niż prezentowane dotąd komiksy. Zmuszają
do zajrzenia w świat literatury, odsłaniają potencjał i głębię
komiksu jako nowatorskiego środka przekazu, a to wszystko
w bardzo atrakcyjnej oprawie wizualnej. Jak na maga
przystało, Moore łże i oczarowuje!
Jacek Seweryn Podgórski
„Czerwony Pingwin musi
umrzeć cz. 1”
Michał „Śledziu” Śledziński
KULTURA GNIEWU
Kolejny komiks Śledzińskiego był długo wyczekiwany. Mimo
wielu głosów krytykujących fabułę (a raczej jej brak), to uważam „Pingwina” za warty lektury albumik. Po pierwsze, jest
to wizualny krok do przodu – historia kapitana Budo została
z zilustrowana praktycznie bez użycia czarnych konturów,
autor za to śmiało operował piękną paletą barwa rodem z najlepszych komiksów duetu Tamburini i Liberatore (czyt. pantone). Zresztą nie tylko kolor jest atutem, można zauważyć
nowatorski układ kadrów itd. Warsztat artysty ewoluuje w całkiem innym interesującym kierunku. Uczta dla oczu! Po drugie, mimo że historia jest krótka to widać potencjał, pewien
zalążek nawet całego uniwersum, poprzeplatanego mnóstwem
oryginalnych i zwariowanych (jak na „Śledzia” przystało) kreatur. Widać wyraźnie, że Śledziński w „Pingwinie” składa ukłon
w stronę popkultury, konsolowych nawalanek i tzw. geekculture. Lektura „Pingwina” przepełnia mnie optymizmem – jest to
dobry kierunek.
Jacek Seweryn Podgórski
145
146
p o d
o k ł a d k ą
anna.krzton.com
p o d
o k ł a d k ą
anna.krzton.com
147
148
p o d
o k ł a d k ą
anna.krzton.com
p o d
o k ł a d k ą
anna.krzton.com
149
150
p o d
o k ł a d k ą
anna.krzton.com
p o d
o k ł a d k ą
anna.krzton.com
151
152
p o d
o k ł a d k ą
anna.krzton.com
p o d
o k ł a d k ą
anna.krzton.com
153
154
p o d
o k ł a d k ą
Profanka w galerii
komiksu
Fot. Adrianna Sołtysiak / Tekst: Jacek Seweryn Podgórski
N
a
wernisażu
„ArtKomiks.
Komiks
Amerykański
i nie tylko”, Galerii „Cheap East”, CK Zamek
w Poznaniu, dnia 30. października poprzedniego roku „gościli” tacy artyści jak: Andy MacDonald, Steve
Scott (ołówek), Bob Petrecca (tusz), Rick Leonardi (ołówek),
Al Williamson (tusz), Jackson Guice (ołówek), Denis Rodier
(tusz), George Wildman, Christopher Cook (ołówek), Robert Pope
(ołówek), Rod Whigham (ołówek), Pam Eklund (tusz), Kieron
Dwyer
(ołówek
i
tusz),
Tom
Sutton
(ołówek),
Ricardo Villagran (tusz), Philip Moy, Jeff Albrecht (tusz),
Mike DeCarlo (tusz), Ig Guara, J.P. Mayer, Colin
MacNeil, John Higgins, Simon Harrison, Paul Marshall, John
Dennis (ołówek), Dave Johnson (ołówek), Ande Parks (tusz),
Gene Espy, Rick Leonardi (ołówek), Mike Perkins (tusz),
Sal Velluto (ołówek), Mark McKenna (tusz), Ken Branch
(tusz), Eduardo Pansica (ołówek), Mariah Benes (tusz), Rod
Whigham (ołówek), Enrique Villagran (tusz), Diego Bernard
(ołówek), Fred Benes (tusz).
Plansze prezentowane w „Cheap East” pochodziły
z takich tytułów komiksowych jak: „The Terminator: 1984”, „Batman Confidential”, „Spider-Man 2099 Meets Spider-Man”, „Action Comics”, „Looney Tunes”, „Cartoon Network Block Party”,
„The Punisher”, „Power Company”, „Star Trek”, „Men in Black”,
„Blue Beetle”, „Warhammer Monthly” (niesamowity tusz), „Captain Britain and MI13”, „Superman Family”, „The Flintstones
and the Jetsons”, „2000AD”, „Hellblazer, „Wonder Woman”, „Catwoman (jedyny wyjątek - pin-up!), „Green Lantern vs Aliens”
(gigantyczny podwójny splash), „Firebrand”, „Deathstroke”, „Punisher 2099”, „Witchblade” (piękny podwojny splash).
Wśród wydawców można było się dopatrzyć plansz
z tytulów DC COMICS i MARVEL COMICS, ale znalazły się
także „skarby” z DARK HORSE COMICS, BLACK LIBRARY,
GAMES WORKSHOP, VERTIGO I IMAGE COMICS.
p o d
Powyżej (od lewej):
„Spider-Man 2099 Meets Spider-Man” #1, s. 1 (title splash)
Rick Leonardi (ołówek), Al Williamson (tusz)
Rozmiar planszy: 28 x 43 cm
MARVEL COMICS 1995
„Punisher 2099, Agent od SHIELD” #30, s. 2-3
Rod Whigham (ołówek), Enrique Villagran (tusz)
Rozmiar planszy: 54 x 43,5 cm
MARVEL COMICS 1995
„The Punisher” #102, s. 14
Rod Whigham (ołówek), Pam Eklund (tusz)
Rozmiar planszy: 28 x 43 cm
MARVEL COMICS 1995
o k ł a d k ą
155
156
p o d
o k ł a d k ą
Powyżej:
„Witchblade” #161, s. 8-9
Diego Bernard (ołówek), Fred Benes (tusz)
Rozmiar planszy: 44 x 55,5 cm
IMAGE COMICS 2012
Po prawej:
„2000AD”, „Bradley. Yearbook”, s 33
Simon Harrison (akwarela)
Rozmiar planszy: 32,5 x 45 cm
FLEETWAY/REBELLION 1994
p o d
Powyżej:
„Catwoman” Pin-up
Gene Espy (tusz)
Rozmiar planszy: 30 x 47 cm
2013
o k ł a d k ą
157
158
p o d
o k ł a d k ą
Powyżej:
„Batman Confidential” #49, s. 15
Steve Scott (ołówek), Bob Petrecca (tusz)
Rozmiar planszy: 29 x 43 cm
DC COMICS 2010
p o d
Powyżej:
„Cartoon Network Block Party” Vol.1 #41, s. 4
Christopher Cook (ołówek), Mike DeCarlo (tusz)
Rozmiar planszy: 29 x 43 cm
DC COMICS 2008
o k ł a d k ą
Poniżej:
„Hellblazer” #134 (title splash, fragment)
John Higgins
Rozmiar planszy: 28 x 43 cm
VERTIGO, DC COMICS 1999
159
160
p o d
o k ł a d k ą
Powyżej:
„Warhammer Monthly” #59, s. 7
Colin MacNeil (tusz)
Rozmiar planszy: 30 x 42 cm
BLACK LIBRARY, GAMES WORKSHOP 2002
p o d
o k ł a d k ą
161
Powyżej:
Część kolekcji ArtKomiks w calej okazałości
Poniżej:
Kolejne plansze prezentowane w galerii „Cheap East”.
Każda plansza posiadała własny QR kod, który po zeskanowaniu
(np. smartfonem) umożliwiał uzyskanie szczegółowych informacji
o technice wykonania planszy, artyście i pochodzeniu (komiksie). A przede wszsytkim można było zobaczyć plansze w kolorze!
162
p o d
o k ł a d k ą
Krucjata
(nie)ocenzurowana
Joanna Wiśniewska
„Krucjata, Tom 1: Simon Dja”
Jean Dufaux, Philippe Xavier
Wydawnictwo Komiksowe
2013
D
awno,
dawno
temu
chrześcijańska
armia
rycerzy, za wezwaniem papieża, wyruszyła do Ziemi
Świętej, by wyzwolić Jerozolimę z rąk niewiernych.
Ludzie ci potrafili zabijać w imię wiary i ginąć również w
imię wiary. O tych, którzy wybrali drogę miecza, opowiada
najnowszy komiks pt. ,,Krucjata” (WYDAWNICTWO KOMIKSOWE 2013) autorstwa Jeana Dufaux, stworzony we współpracy z rysownikiem Philippem Xavierem. Jest to niestandardowa próba ujęcia zjawiska krucjat, a właściwie jednej,
ominiętej w podręcznikach historii. Bohaterem swego cyklu
o zdobywaniu Jerozolimy czyni autor Waltera z Flandrii, krzyżowca i zięcia możnego Grzegorza z Arcos. Walter opowiada
się przeciwko atakowi na Święte Miasto, co przysparza mu
wrogów, wśród których jest potężny diuk Tarentu, a także…
własna żona. Historia rodem z greckiej tragedii rozgrywa się
w otoczeniu piasków pustyni i oliwnych wzgórz Ziemi Świętej. Towarzyszymy bohaterom w namiotach krzyżowców,
pałacach baronów i sułtańskich komnatach. Poznajemy rycerzy, damy, dwory królewskie, i kulisy polityki. A wszystkiemu przygląda się tajemniczy Qua’dja, którego chrześcijanie
nazywają diabłem...
Epoka średniowiecza, mroczna i przepełniona religijnością,
stanowi ważną inspirację dla twórców. Być może sięga się
po nią tak często, bo wciąż mimo naszych najlepszych chęci
jest pełna białych plam. Stosunkowo dobrze opisane i znane
p o d
polskiemu czytelnikowi zagadnienie krucjat (znakomite dzieło
na ten temat to ,,Dzieje wypraw krzyżowych”, S. Runcimana,
Warszawa 1987) wykorzystuje Dufaux, tworząc własną, alternatywną wyprawę krzyżową, która ma miejsce gdzieś pomiędzy pierwszą (1096–1099) a czwartą krucjatą (1202–1204).
Ta ,,pielgrzymka wojskowa”, jak ironicznie i trafnie określa
ją autor, jest luźno powiązana z autentycznymi wyprawami,
ponieważ postacie nie są historyczne. Nie zmienia to jednak
faktu, że inspiracją były zapewne prawdziwe dzieje krzyżowców, takich jak choćby Ryszard Lwie Serce, a za wzór postaci
sułtana Abdul Razima posłużył muzułmański władca Saladyn.
Tyle, jeśli chodzi o historię. Tym, co interesuje w komiksie najbardziej, jest wartka akcja i bohaterowie, którzy reprezentują
różne ideały. Mamy tu odwieczny dualizm: dobro i zło – dosłownie
i w przenośni. Mądry i szlachetny rycerz Walter z Flandrii, jest
wzorem człowieka roztropnego i miłującego pokój. Niewierni
nie są dla niego tylko wrogami, a Ziemia Święta potrzebuje
silnego przywódcy, który zaprowadzi dobrobyt. W opozycji
do Waltera staje Robert z Tarentu, rzutki i gwałtowny możnowładca, dążący do walki zbrojnej i rozpoczęcia nowej wojny.
Sylwetki tych dwóch mężczyzn przedstawia doskonale scenarzysta, czyniąc z nich żywe postacie, niepozbawione jednak skaz.
Zarówno Walter, jak i Robert kochają bowiem niewłaściwą
kobietę, swoistą femme fatale średniowiecznej Palestyny. Miłość
i nienawiść są tu mocne i ostre jak podmuchy morderczego
wiatru z pustyni – Simoun Dja. Krzyżowcy z podręczników
o k ł a d k ą
historii stają się zaś ludźmi, a nie tylko bezosobowymi wojownikami w zbrojach, gotowymi umrzeć za wiarę w palącym słońcu.
Tę magiczną opowieść ilustrują wspaniałe rysunki autorstwa Philippa Xaviera, ożywione wyczuciem koloru JeanJacquesa Chagnauda. Kreska jest wyrazista i ostra, taka sama
jak postacie bohaterów. W doskonale ukazanej scenie bitwy
i spotkania z wichrem armii krzyżowców mocna i wyraźna kreska Xaviera zmienia się jednak w miliard drobnych linii tworzących mordercze obłoki piasku. Sceny bitewne ukazują najpełniej biegłość rysownika w tworzeniu nastroju i oddawaniu zmian
przyrody. Tym, co urzeka w podejściu Xaviera do tematu, jest
dbałość o detale. Niuanse decydują tu o finalnym wyglądzie
komiksu. Uważny czytelnik może pozachwycać się delikatnymi
i skomplikowanymi szczegółami architektury odtwarzającej pałace krzyżowców, które są połączeniem obu kultur – Wschodu
i Zachodu. Nie tylko monumentalna architektura, ale i stroje bohaterów, elementy uzbrojenia czy przedmioty codziennego użytku mają swój niepowtarzalny wygląd będący fuzją
świata chrześcijańskiego i muzułmańskiego, w unikalnym wydaniu Philippe’a Xaviera. Nie sposób nie docenić pomysłowości
i elegancji strojów Eleonory d’Arcos, w których każdy
klejnot jest na swoim miejscu, czy nie przypatrzeć się sprzętom w komnacie Syrii. Bogaty świat orientu podkreślają nasycone barwy kadrów. Intensywne żółć, ochra, czerwień i błękit
doskonale oddają klimat suchej pustyni i bezchmurnego nieba.
163
164
p o d
o k ł a d k ą
p o d
Jaskrawy karmin, indygo, żółć i pomarańcz podkreślają
ubiory, sztandary i wnętrza zamków naszych krzyżowców. Niemal czujemy zapachy i smaki. Jesteśmy w tej opowieści. A o to
przecież chodziło.
o k ł a d k ą
W
imieniu
redakcji
dziękuję
WYDAWNICTWU
KOMIKSOWEMU za egzemplarz recenzencki.
Na koniec – nie wiadomo, czy konieczny, niejako
zamiast posłowia – krótki przewodnik po krucjatach opracowany przez autora scenariusza. Dla tych, którzy gubią się
w liczbie i celu krucjat, może być pomocą, ale nie pozwala
zrozumieć wszystkich zawiłości epoki wypraw krzyżowych. Niestety nie wnosi też wiele w zrozumienie komiksu. Jak już bowiem
wspomniano, ,,Krucjata” jest tylko osnuta na kilku zapewne
oryginalnych wydarzeniach. Pokazuje nam to jednak stopień
zafascynowania autora tematem, po uważnej lekturze dochodzimy do wniosku, że krucjaty nic w rzeczywistości nie przyniosły.
Warto się jednak z tym tekstem zapoznać dla gorzkiej prawdy,
którą stwierdza Dufaux: „nie jesteśmy tak czyści jak chcielibyśmy być, a patrząc w lustro zawsze widzimy tylko to co chcemy
zobaczyć.”
Dufaux doskonale pokazuje nam w swym dziele, że poza
wiarą i religijnymi przekonaniami równie wielką rolę w podejmowaniu decyzji, w tworzeniu nawet wielkiej historii, biorą
udział żądza władzy i bogactwa. I paradoksalnie wiara oraz
umiłowanie pokoju przegrywają w starciu z równie mocnym
fanatyzmem. Jakże często mylimy je ze sobą. Ta nieco przygnębiająca diagnoza jest niestety nadal aktualna, a w historii zapomnianej krucjaty Dufaux możemy odnaleźć echo wielu
konfliktów zbrojnych.
Zródło ilustracji:
WWW.WYDAWNICTWOKOMIKSOWE.PL
165
166
p o d
o k ł a d k ą
Pod słońcem
Portugalii
Szymon Gumienik
„Portugalia”
Cyril Pedrosa
Timof i cisi wspólnicy
2013
P
rawda stara jak świat – aby uporać się czy to
z zalęgłymi w duszy demonami, czy twórczą niemocą, czy też zwykłą, codzienną „trudną sprawą”, trzeba po prostu wyjechać i zmienić otoczenie,
w którym będzie można spojrzeć na wszystko z zupełnie innej
perspektywy, z większym dystansem i z całkowicie odmiennego punktu odniesienia. To prawda stara i zużyta jak świat. Ale
czasami właśnie takie zużyte motywy najlepiej się sprawdzają
w klasycznych i dobrze opowiedzianych historiach. Tak jest
właśnie z „Portugalią”, w której Cyril Pedrosa przedstawił
nam zapadającą w pamięć historię młodego człowieka i jego
trafnych oraz tych nienajlepszych życiowych wyborów.
Fabuła. W większości przypadków najważniejsza składowa
utworu. W „Portugalii” zaś to dosłownie i w przenośni historia
z życia wzięta (sic!). Mamy tu – bliskie sytuacjom z rzeczywistości Cyrila Pedrosy – dzieje Simona Muchata oraz ograny
i starty już przez wieki (zapowiedziany we wstępie) motyw podróży – zarówno tej sentymentalnej, jak i czysto poznawczej
(bo na kanapie w kapciach raczej nikt nie dowie się o sobie
zbyt wiele). Podróż w „Portugalii” obok poznania siebie służy
też głównemu bohaterowi do odnowienia – zagubionych gdzieś
po drodze – więzi z rodziną. Te rodzinne portrety, obrazy zagmatwanych relacji Simona z ojcem, kuzynami, wujkami itd. to
jeden z mocniejszych atutów portugalskiej historii. Pedrosie
udało się tu bardzo celnie odmalować nasze codzienne zmagania
p o d
o k ł a d k ą
i próby znalezienia wśród najbliższych tej cennej nici porozumienia. Dla Simona jest to o tyle trudne, że sam nie potrafi odnaleźć
się w świecie, a dodatkowo cierpi na brak jakiejkolwiek motywacji
do działania. Nie pisze, irytuje go otoczenie, niszczy nawet swój
długoletni związek. Jest nie tyle zagubiony, co po prostu zobojętniały na wszystko, zawieszony w działaniu, w gąszczu niepodjętych decyzji, z których nie jest jeszcze gotów wyjść. Co w takiej
sytuacji zrobić? Panaceum na życiowy marazm może okazać się
właśnie podróż „prorodzinna” – najpierw na południe Francji,
a następnie do Portugalii – aby spróbować odnaleźć siebie i swoje
korzenie, które rosną coraz bardziej w odbywanych przez bohatera rozmowach i snutych, pełnych bliżej nieokreślonej nostalgii, wspomnieniach. Tak w wielkim skrócie można streścić fabułę
historii Simona, którą autor podzielił na trzy „nierówne” części
– różne zarówno pod względem formy, jak i przekazywanych
treści. Razem z Simonem, jego myślami i atmosferą postrzeganego przez niego otoczenia uczestniczymy bowiem w wielkim
akcie metamorfozy, i to nie tylko samego bohatera! Rzadko kie-
tego tym bardziej żal, że historia w trzeciej części tak drastycznie
i niewłaściwie zmienia nie tylko tor, ale i sam środek lokomocji/wyrazu/formy, wpadając przy tym w koleiny łatwych i jasno
rozrysowanych rozwiązań. Można bowiem zapytać, dlaczego gdy
bohater odnajduje wreszcie życiową równowagę, dostajemy od
razu kadry z ciepłymi barwami oraz ledwo naszkicowane, rozmyte kontury postaci, przedmiotów i krajobrazów, które tworzą
jakby jeden wspólny element, absolutną i nieznośną wręcz spójnię przedstawianej rzeczywistości (taki zabieg nudzi już po kilku
stronach). To tak jakby autor chciał nam powiedzieć, czy raczej
wskazać palcem – patrzcie, jakie to wszystko jest piękne, jasne,
radosne, ze sobą połączone. Tak piękne, że nawet otaczający nas
świat traci swoją ważność, jawność, dokładność i ostrość (czyt.
problemy), a obcy język nie stanowi bariery, jest raczej dźwięcznym i harmonijnym obrazem miejsca, w którym przebywamy
i które naturalnie wchłaniamy. To tak jakby ciekawe i warte
namysłu były jedynie stany naszego rozedrgania, nieprzystosowania... A przecież wcale tak nie jest.
dy się zdarza, że jesteśmy świadkami równoczesnej transpozycji
podmiotu oraz kompozycji/konstrukcji utworu. Ostatnio zrobił
coś takiego Joseph Gordon-Levitt w swoim debiucie reżyserskim
„Don Jon” (Best Film, 2013). W przypadku „Portugalii” to niestety zarazem wielka zaleta, jak i jej pewna skaza, ponieważ autor
w ostatniej części trochę niechcący zmarnował dobrze nastrojony
motyw. Reasumując: z jednej strony, muszę przyznać, jestem pod
wrażeniem zastosowanych przez Pedrosę technik i konsekwentnie
dopracowanej koncepcji całości, tej swoistej zabawy z „kolorowaniem” treści, z drugiej jednak uważam, może i trochę intuicyjnie,
że forma ostatniej części zburzyła nieco tak dobrze skonstruowaną opowieść, i że na koniec – poprzez zastosowanie przez
autora właśnie tych ciepłych barw i dość jasnej wymowy – jedynie
obniżyła temperaturę całej opowieści. Dla mnie to jedyny zgrzyt
„Portugalii”, przez większość pewnie nawet nieuznany. Ostatecznie Cyril Pedrosa stworzył dość lekką w wymowie, niemoralizującą, bezpretensjonalną i zachwycającą wizualnie opowieść o poszukiwaniu siebie i własnej tożsamości. A jest to nie lada sztuka,
biorąc pod uwagę podjęty temat – z jednej strony pompatyczny,
z drugiej zaś trącący banalnością. Niewielu bowiem potrafi znaleźć w sobie zdrowy dystans nie tylko do otaczającego świata,
ale przede wszystkim do samego siebie. Cyril Pedrosa wyszedł
z tej historii obronną ręką (a nawet dwiema, i tylko trochę nazbyt
spalonymi zbyt ciepłym słońcem Portugalii).
Dwa pierwsze rozdziały komiksu to czas wspomnianego już
wyżej zawieszenia i zobojętnienia Simona, który powoli, krok po
kroku, układa w sobie otaczający świat. To również miejsce licznych rozmów i unoszącej się nad nimi nostalgii, która dodatkowo
– wtórując tematowi/treści historii – oddana jest przez Pedrosę
w odcieniach bardzo chłodnych, acz intensywnych, czasem wręcz
ciemnych i zgaszonych. Kadry (w większości) są tu tak wyraźne, jak opowiadana historia. Bliskie życia, emocjonalne i pełne
eksperymentów z tonacją, oddającą trafnie wszystkie nastroje
bohatera. Tylko miejscami kreska jest niedokończona, urwana
czy zbyt cienka, żeby była dostrzeżona na pierwszy rzut oka (tu
upatruję metaforę wspomnianego zawieszenia głównego bohatera pomiędzy rzeczywistościami – tą ogólną i osobistą). Wszystko
jest tu przemyślane i pod każdym względem dopracowane, dla-
Zródło ilustracji:
ISSUU.COM/TIMOFICISIWSPOLNICY
167
168
p o d
o k ł a d k ą
Wentyl
bezpieczeństwa
Jacek Seweryn Podgórski
„Kick-Ass 2”
Mark Millar, John Romita Jr.
Mucha Comics
2013
W
ydawnictwo MUCHA COMICS rozpieszcza czytelników
komiksów. Pod koniec ostatniego roku opublikowało
grube tomiszcze przepełnione ociekającą krwią, nasycone przemocą wizualną, jak i werbalną oraz czarnym humorem. Mowa tutaj o komiksie „Kick-Ass 2” autorstwa duetu Mark
Millar – John Romita Jr. Dodatkowo polskie wydanie zostało
rozszerzone o historię będącą pomostem między jedynką a sequelem. Zestawienie „Hit-Girl” i „Kick-Ass 2” świetnie się czyta i
wciąga tak głęboko, że nie mogę doczekać się kolejnych tomów
(a wydawca zapowiedział już kolejne).
Mark Millar znany jest w środowisku komiksowym jako swego rodzaju paradoks. Jego sylwetkę można scharakteryzować
w kilku słowach: prostoduszny, głęboko wierzący katolik, wiodący spokojny tryb życia. W rzeczywistości jako scenarzysta
komiksowy potrafi wstrząsnąć czytelnikiem, a wszystko dzięki doskonałemu warsztatowi pisarskiemu. Jego scenariusze
zawsze łamią tematy tabu, poruszają się w sferze moralnych
dylematów, bawią się konwencją, nigdy nie łamiąc granic dobrego smaku. Kunszt artystyczny Millara jest porównywalny do
prac innego scenarzysty komiksowego nowego pokolenia, mam
na myśli Granta Morrisona. Kontrowersje wokół tych dwóch
panów od dawna narastają, a kolejne scenariusze spod ich pióra wzbudzają sensację.
p o d
o k ł a d k ą
169
170
p o d
o k ł a d k ą
p o d
o k ł a d k ą
wystarczy nadać sobie ksywkę i nosić kilka gadżetów, żeby być
super?), a wszystko to okraszone regularnym mordobiciem
i ociekającą posoką (powinno być tak jak w „realu”). Lizewski
i reszta ferajny są swego rodzaju karykaturą tego, co robi z komiksem superbohaterskim MARVEL, a raczej, o czym nie chciałby
pisać wydawca lub co często cenzuruje.
Autor „Kick-Assa” w swoim bogatym dorobku ma przede
wszystkim historie dla wydawnictwa brytyjskiego FLEETWAY
(m.in. historie z udziałem Sędziego Dredda i Sama Slade’a
aka Robo-Huntera) i amerykańskich potentatów MARVEL i DC/
VERTIGO COMICS (świetne historie napisane w ramach takich
tytułów jak „SwampThing” i „Superman”). Należy pamiętać
o wyjątkowym tytule, a mianowicie „The Authority” (WILDSTORM
COMICS), który przejął Millar po kolejnym mistrzu – Warrenie
Ellisie. Gdy w 2004 swoją markę stworzył Millarworld, świat mógł
„skosztować” wielu tworów Millara. Na pierwszy ogień poszły
komiksy „Wanted” (na podstawie historii został stworzony film,
luźno oparty na motywach komiksu, ale z gwiazdorską obsadą),
„Superior” i „Nemesis” (komiksy czekają do ekranizacji). Jednym
z najbardziej wyróżniających się komiksów linii Millarworld jest
„Kick-Ass”, której sequel przyszło mi przeczytać.
Historia opowiedziana na łamach „Kick-Assa 2” przez Millara
i narysowana przez Romitę Jr. (znakomitego, choć dość charakterystycznego pod względem swego stylu rysownika) rozwija uniwersum swej poprzedniczki. Ukazuje w „przerysowany” sposób
rzeczywistość, w której każdy nastolatek mógłby stać się superbohaterem, mając w kieszeni zaledwie 20 $. Tytułowy „Kick-Ass”
o polsko brzmiącym nazwisku – David Lizewski, jak i jemu podobni komiksowi pobratymcy aż nad wyraz przypominają znany
schemat postaci MARVEL COMICS. Bohaterowie „Kick-Assa” są
kwintesencją dość oklepanej maksymy powtarzanej przez Petera Parkera aka Spider-Mana: „Z wielką mocą przychodzi wielka
odpowiedzialność. W kolejnej części mamy do czynienia z głupawą mafią, naiwnymi nastolatkami o niby superzdolnościach (czy
Autorzy „Kick-Assa” pokazują, że nie sztuką jest uszycie lub
kupienie stroju i gadżetów, „pranie” każdego, kto popadnie,
i zgarnianie oklasków. Grunt to praca zespołowa i tkwienie
w swoich postanowieniach. Otóż bohaterowie pierwszej części
„Kick-Assa”, czy kolejnych historii, są jak najbardziej ludzcy, nie
posiadają żadnych zdolności nadprzyrodzonych, nie ukąsił ich radioaktywny pająk, nie pochodzą z obcej planety ani nie są ofiarami nieszczęśliwego eksperymentu naukowego. Natomiast kierują
się wewnętrznym imperatywem czynienia powszechnie przyjętego dobra – chronienia niewinnych i karania przestępców, często
kosztem utraty wszelkich moralnych ograniczeń. Z drugiej strony
stoją ci, którym standardy etyczne zastąpił ściśle określony cennik. Element zakładania maski w wydaniu Millara jest swego rodzaju „wentylem bezpieczeństwa” dla wszystkich naznaczonych
przez życie, skrępowanych kulturą czy znudzonych codziennością (tutaj jak ulał pasuje nemezis Kick-Assa – Red Mist, bogaty
i znudzony, a jednocześnie zagubiony nastolatek, posługujący się
dość pomieszaną logiką moralną). Te, jak i wiele innych faktów
pokazują, w jak interesujący sposób można zbudować fabułę
w oparciu o przeciwności i kontrasty.
Tom wydany przez MUCHE COMICS czyta się wartko i szybko,
są momenty miejscami przynudzające, by następnie zostać wyparte przez sceny pełne śmiechu lub grozy. Wydanie przygotowane przez MUCHĘ zostało jak zwykle profesjonalnie „dostarczone”
fanom komiksu. „Kick-Ass 2” to solidne dwie historie wydane
w twardej oprawie na wysokiej jakości papierze (nic się nie rozkleja itd.), a tłumaczenie stoi na wysokim poziomie. Jest to kolejny tom do kolekcji, do którego z przyjemnością będzie się wracać. Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy, bo mam ochotę
na więcej śmiechu i posoki!
W imieniu redakcji dziękuję wydawnictwu MUCHA COMICS
za egzemplarz recenzencki.
Zródło ilustracji:
WWW.MUCHACOMICS.COM
171
172
t u
b y w a j
Od Nowa, 8-15 marca 2014
KLAMRA PO RAZ 22
12 bardzo zróżnicowanych przedstawień,
po raz pierwszy zabrzmi w teatrze słowo
Leszka Mądzika, Ewa Wójciak przybędzie
w pojedynkę, a Teatr Wierszalin pokaże
swą ludowość i metafizykę w zupełnie
nowym wydaniu – w dniach 8-15 marca
w „Od Nowie” odbędą się XXII Alternatywne Spotkania Teatralne KLAMRA.
Spektaklem „Lustro” otworzy je Scena Plastyczna KUL Leszka Mądzika. Tekst
jest inspirowany prozą Brunona Schulza,
a przede wszystkim jego opowiadaniem
„Samotność”. Muzykę do dwudziestego
spektaklu Sceny Plastycznej KUL napisał
Piotr Klimek, w nim też po raz pierwszy
padnie słowo – fragmenty prozy z offu recytuje Jerzy Radziwiłowicz. Leszek Mądzik
będzie także gościem specjalnym KLAMRY. Nazajutrz 9 marca, ubiegłoroczni laureaci – wrocławski Teatr Formy, zaprezentuje pantomimę, której scenariusz oparto
również na opowiadaniach Schulza. Tym
razem na warsztat wzięto tekst „Ulica
krokodyli”. Tego dnia zobaczymy na scenie także Arkadiusza Jakubika, który wyjątkowo nie wystąpi ze swoim zespołem
Dr. Misio, lecz zaśpiewa w wyreżyserowanym przez siebie spektaklu „Paląc Blanty
z UFO” z towarzyszeniem Tymona Tymańskiego i grupy JAZZ OUT.
10 marca na scenach „Od Nowy” wystąpią również dwa zespoły: Sopocki Teatr
Tańca w spektaklu „Puste ciało Okazja do
malutkiej rozpaczy”, którego bohaterami
będą Franz Kafka i Henri Toulouse Lautrec,
a po nich Toruńska Grupa Improwizacyjna TERAZ w długiej formie improwizowanej „Pan Pstrong”. Pełni energii członkowie TGI „TERAZ” po raz pierwszy stawią
czoła wymagającej publiczności KLAMRY! Nikt dokładnie nie wie, dokąd ją zabiorą, opowiadając 2 zupełnie inne historie
zainspirowane słowem, które padnie właśnie od widzów. „Menażeria” mocno trzyma
za nich kciuki, także z racji, że z TGI
„TERAZ” na scenie pojawi się nasza
redakcyjna koleżanka i fotoreporterka
Małgorzata Drążek.
11 marca na smaczną „Ucztę”, która
może pozostawić po sobie zgagę – i to
moralną (!) zapraszają laureaci nagrody
publiczności z 2011 roku – Teatr USTA
USTA Republika. „Uczta” obśmiewa nieustanną konsumpcję, czyniące z człowie-
ka podlegający ocenie przedmiot castingi
i talent shows, znaną doskonale z reklam
produktów spożywczych erotyzację języka
i handel organami. W oparach absurdu
pośmiejemy się szczerze i głośno, ale
w końcu śmiech ugrzęźnie nam w ściśniętym gardle… Świetna zabawa czeka także
na widzów w dniu kolejnym z PORYWACZAMI CIAŁ w „Partyturach rzeczywistości”, w reżyserii oraz wykonaniu, jak zawsze genialnych, Katarzyny Pawłowskiej
i Macieja Adamczyka. Artyści specjalizują się w pokazywaniu współczesności
w konwencji groteski. Wychodzą z tego
potwory kulturowej papki, będziemy się
z nich śmiać, nie pojmując niczego… Czy
to znaczy, że ciągle jesteśmy neandertalczykami? Do rzeczywistości wrócimy jednak już tego samego wieczora, oglądając
performance sceniczny „Strefa zagrożenia” Krzysztofa Dziemaszkiewicza i Anny
Steller. Spektakl powstał z inspiracji sztuką „Zbombardowani” Sary Kane. 13 marca na scenie „Od Nowy” ze spektaklem „Muzg” wystąpi Teatr CHOREA.
Przedstawienie dotyczy nowej wyroczni,
nadziei i największego fetyszu XXI wieku,
jakim staje się mózg. Aktorzy nie będą
mówić o umyśle, o duszy, świadomości
czy JA – spektakl jest po prostu próbą zapytania o to, co ludzkie w tym wszystkim.
W przedostatnim dniu XXII KLAMRY zobaczymy dwa spektakle: Teatr KANA i KREPSKO theatre group pokażą „Hotel Misery
de Luxe” a Teatr ME/ST – „Lady Wa-Wa”.
Propozycja szczecińskiego Teatru KANA
(dwukrotni laureaci nagrody publiczności w 2008 i 2010 roku) i czesko-fińskiej
KREPSKO theatre group to narkotyczny
mix kolorytu i czeskiego dowcipu. W pokojach do wynajęcia dziać się będą rzeczy
zadziwiające i nierealne: kobieta o trzech
dolnych kończynach, mężczyzna siedzący
na krześle do góry nogami i fascynująca
rola Bibianny Chimiak – wszystko to stworzy u widowni zapewne niezwykłe napięcie i atmosferę opiumowych wizji. Z kolei
„Lady Wa-Wa” to monodram Magdaleny
Engelmajer, w którym aktorka słowem,
dźwiękiem oraz sytuacją porusza różne
tematy dotyczące kobiecej strony świata.
W finale wystąpią stali bywalcy KLAMRY i pierwsi laureaci nagrody publiczności
z 2007 roku – Teatr Wierszalin.
W spektaklu nietypowym: „Boskiej
komedii”
wg
Dantego,
którą wyreżyserował… Słowak – Jakub Nvota. Nie będzie tak gęsto, jak
u Tomaszuka, będzie za to żartobliwie
i ironicznie, język Dantego poplącze się
z papką medialną, a okultyzm z reality
show. Na scenie m.in. jak zwykle znakomici: Katarzyna Sergiej, Rafał Gąsowski
i Dariusz Matys – już nie możemy się
doczekać! Na zakończenie KLAMRY, po
ogłoszeniu werdyktu publiczności, jak
przed rokiem, organizatorzy zaplanowali
koncert na nowej scenie: 15 marca wystąpi tu duet Paula i Karol, jeden z najbardziej interesujących nowych polskich
zespołów alternatywnych. (AS)
XXII Alternatywne Spotkania Teatralne KLAMRA
8-15 marca 2014
Akademickie Centrum Kultury i Sztuki „Od Nowa”
t u
b y w a j
CSW, 21 marca - 1 czerwca 2014
ARTYSTA-SADYSTA
Kolejny po niedawno zamkniętej już wystawie Epidemic głos w dyskusji na temat
roli artysty i jego relacji z odbiorcą. Jak
pisze kurator Crimestory Stach Szabłowski, „osią wystawy jest więc konflikt, który
tli się za fasadą przyjacielskich gestów”.
Polski artysta ma zostać ukazany jako
outsider, wróg publiczny, niemalże kryminalista. Wśród prezentowanych kryminalistów m.in.: Marek Raczkowski, Twożywo, Artur Żmijewski. Wernisaż 21 marca
o 19:00.
(MR)
Crimestory
21 marca - 1 czerwca 2014
CSW „Znaki Czasu”
173
a u t o r z y
n u m e r u
W
T
I
E
N
T E R
A
M
174
BARTOSZ ADAMSKI
Student filologii polskiej. Interesuje się dramatem
modernistycznym (w szczególności twórczością
ADAM BLICHARSKI
Stanisława Wyspiańskiego oraz Jerzego Szaniawskiego). Wielki entuzjasta prozy Wiesława
Urodził się w Jędrzejowie. Czas wolny spędza
Myśliwskiego.
przy dobrej książce lub w sali kinowej, racząc się
MAŁGORZATA BURZYŃSKA
kinem komercyjnym jak i tym niezależnym.
Pisze różne rzeczy, w „Menażerii” też
Pasjonuje się komiksem – głównie DC Comics.
czasem rysuje.
Czasami lubi potańczyć.
MARIA DEK
KOSMICZNY BASTARD
(ur. 1989), absolwentka University of the Arts
Obywatel Wszechświata
London. Ilustruje, bazgroli, rysuje – mówi
wizualnym językiem.
BARSZCZ BŁASZCZYK
Słychać? Możecie płakać, rzucać bluzgami,
śmiać się, ale nie przechodźcie obojętnie.
// www.facebook.com/dekillustration
ur. 1988 w Toruniu, studia z ochrony dóbr kultury,
filozofii z komunikacją społeczną
oraz kulturoznawstwa.
DARIUSZ JACEK BEDNARCZYK
ur. w Jeleniej Górze. Absolwent Wydz. Prawa
miniaturki prac
i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego. Mgr
administracji. Dotychczasowe publikacje:
„Migotania”, „Kultura Connect Magazine”
(Australia), „Inter-”, „Znaj”, „Menażeria”, „Poezja
dzisiaj”, „Protokół Kulturalny”, „Galeria”
(Częstochowski Magazyn Literacki), „Dworzec
Wschodni”, „Jutrzenka” (Pismo Polaków
w Mołdawii), „Akant”, „Nestor”, „Kozirynek”.
PIOTR BURATYŃSKI
Tłumaczony na angielski.
Rocznik 1987
Marii Dek
a u t o r z y
n u m e r u
RYSZARD DUCZYC
fotograf i filmowiec
ŁUKASZ GRAJEWSKI
Ur. 1989 roku w Toruniu. Absolwent studiów
pierwszego stopnia polonistyki UMK. Obecnie
kontynuuje studia polonistyczne na drugim
stopniu. Członek licznych kół naukowych, autor
SZYMON GUMIENIK
kilku publikacji. Interesuje się twórczością
CHAM FILMOWY
Leopolda Buczkowskiego, Jerzego Żuławskiego,
redaguje od 8.00 do 16.00, po godzinach czyta,
Jerzego Pilcha i Zbigniewa Herberta. Miłośnik
słucha i ogląda, czasem coś napisze.
audiobooków oraz arcydzieł powieści, zwłaszcza
opis:
francuskich. Zna się nieco na korekcie.
Brak mu ogłady, widocznie nie skończył
odpowiednich studiów, ale ma chłopak gust.
Krytyka filmowa prosto z najbardziej
intrygującego rynsztoku!
PAMELA CORA GRANATOWSKI
GOSIA HERBA
aka phtalo manatee, rocznik 84, archeolog
(rocznik`85) historyk sztuki, rysownik,
i antropolog kultury, kurator m.in. cyklu
mieszka i tworzy we Wrocławiu,
muzycznego ‚Cząstki Dziwne’. Miłośnik brzydoty,
miłośniczka formatu GIF
kuriozów i szamy.
www.gosiaherba.pl
FILIP FIUK
Rocznik ’86. Absolwent Politechniki Świętokrzyskiej. Wielbiciel komiksów ze świata DC Comics,
filmów sci-fi oraz baczny obserwator popkulturowych zjawisk i trendów. Oddany i wierny fan
Batmana i jego mitologii, nawet w tak
ZOSIA KOWALSKA
kontrowersyjnym wydaniu jak filmowe wizje pana
J. Schumachera. Mieszka gdzieś
w południowo-wschodniej Polsce, z dala od wiel-
HANNA GREWLING
komiejskiego zgiełku i wszechobecnego „wyścigu
szczurów”. Lokalny patriota, wielbiciel Piwa oraz
fan Bayernu Monachium.
Licealistka z całą masą pomysłów na siebie,
zakochana w modzie i innych formach sztuki.
urodziła się w 1979 roku et ceatera...
Przyszła projektantka haute couture.
175
176
a u t o r z y
n u m e r u
AGATA KRÓLAK
MACIEJ KRZYŻYŃSKI
Rocznik 1987, przyrodnik lubiący litery,
(ur.1987) Jako ilustrator i grafik publikuje książki
kolory i kształty.
(“Ciasta, ciastka i takie tam”, “Różnimisie”,
http://mcross.carbonmade.com/
BEATA LUDWIN
“Straszko”), ilustruje magazyny, projektuje dla
konserwator malarstwa. wróciła do rysunku.
firm i organizacji kulturalnych. Ukończyła ASP
i do siebie.
w Gdańsku. Pracowała w Warszawie i Nowym
Jorku. W 2012 jej plakat był uczestnikiem 23-ego
biennale plakatu w Wilanowie.
ANNA LADORUCKA
Pamięta jak przez mgłę, że kiedyś skończyła
biologię, po czym utknęła na dobre za biurkiem,
gdzie swe rozliczne talenty składa na ołtarzu
ANNA KRZTOŃ
JUSTYNA KRZYWICKA
komercji. Równie wysoko ceni sobie samotność,
jak i towarzystwo przyjaciół. Do szczęścia
rocznik ‚85, graficzka, ilustratorka, absolwentka
potrzebna jej kawa, książka i święty spokój.
Grafiki na Gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Urodzona w Tarnowskich Górach w 1988, mieszka
Na co dzień zajmuje się głównie projektowaniem
i pracuje w Katowicach. Szczęśliwa absolwentka
graficznym, ale największą słabość ma do
ASP Katowice. Zajmuje się grafiką
ilustracji i plakatu. Laureatka konkursu COW
wklęsłodrukową, komiksem i ilustracją.
International Design Festival na Ukrainie,
Kocha podróże, a w przyszłości planuje
uczestniczka 23-ego Międzynarodowego Biennale
zamieszkać w Peru, nosić kolorową czapkę
Plakatu w Wilanowie. Od niedawna w sprzedaży
i paść lamy.
jest zilustrowana przez nią książka ‚Małe
cuda Boga’.
www.justynakrzywicka.pl
MICHAŁ KOWALSKI
Video – Lubi i robi. Film – Lubi i jeden zrobił.
ANDRZEJ PIOTR LESIAKOWSKI
JÓZEF MAMUT
Zdjęcia – Lubi ale tylko gołe baby. Pisanie – Lubi
socjopatolog, psychonauta, filodox. Mutant cyber-
i się stara. Ciągle w szpagacie między Toruniem
netycznego post-renesansu. Wiecznie poszukujący
i Elblągiem.
sensu w bezdennej wielowymiarowości istnienia.
a u t o r z y
n u m e r u
ANNA STASZAK
GRZEGORZ MALON
(ur. 1990) z zawodu animator kultury, obecnie
studentka kulturoznawstwa. Wielka miłośniczka
Urodzony 13 lutego w piątek. Rocznik 1987.
Obsesyjnie pochłania każdy napotkany dźwięk.
MAREK ROZPŁOCH
Głównym jego zajęciem jest odpakowywanie
teatru i tańca współczesnego. Zaangażowana
w życie kulturalne Torunia. Członkini Studenckiego
Koła Teatrologicznego UMK. Wolontariuszka
nowo zdobytych płyt z muzyką. Miłośnik programu
ur. 1980, obywatel Unii Europejskiej.
Akademickiego Centrum Kultury „Od Nowa”.
Trzeciego Polskiego Radia
i wysublimowanych dźwięków.
ARAM STERN
JACEK SEWERYN PODGÓRSKI
Podobno urodził się gdzieś w ciemnym borze.
SABINA SOKÓŁ
Ciągle się edukuje i pisze. Zapalony kolekcjoner
komiksów Corbena i Moebiusa. Koneser włoskiego
Germanista z pasją teatralną. Zostawił kilka zdań
o niej w „Musli Magazine”, „Biuletynie ZASP”,
„Teatrze dla Was”, „e-teatr.pl” i „Dzienniku
sabinasokol.tumblr.com
Teatralnym”. Nie potrafi powiedzieć, w jakim jest
wieku; ten ciągle się zmienia.
ilustr.
Agata Królak
Giallo. Lubi spieszyć się i spóźniać.
SZYMON SZWARC
POLECAM, GRAŻYNA TORBYTSKA
ur. 1986 r., poeta, muzykant, polonista, stypendysta. Teksty publikował m.in. w „Ricie Baum”,
https://www.facebook.com/PolecamGrazynaTorbicka
ADRIANNA SOŁTYSIAK
„Kresach”, „Portrecie”, „Tyglu Kultury”, „Blizie”,
„Helikopterze”, „Instynkcie” i w „Dwutygodniku”.
Wydał tom wierszy „Kot w tympanonie”
obserwatorka kultury.
(Biblioteka „Rity Baum”, Wrocław 2012 r.).
Gitarzysta Jesieni, z którą nagrał płytę „Jeleń”.
Mieszka w Toruniu i za granicą.
177
178
a u t o r z y
n u m e r u
DAWID ŚMIGIELSKI
KAROLINA WIŚNIEWSKA
Współtwórca filmu dokumentalnego „Zakazany
Etatowa anglistka i dorywczy twórca czegokol-
owoc nr 6”. Urodził się w paskudnym szpitalu
wiek, zdany na łaskę ciągłych przypływów i od-
gdzieś w południowej Polsce. Uwielbia patrzeć na
pływów weny. Zakochana w przedmiotach czerpie
na UMK w Toruniu.
swoją półkę z komiksami. Czasem coś napisze.
treść z ich formy, docenia mistrzów designu tak
Projektantka grafiki użytkowej (plakat, typografia,
samo, jak pospolite zrób-to-sam, które z uporem
identyfikacja wizualna),
praktykuje na własnej przestrzeni. Całoroczna
równolegle współpracuje jako ilustrator
rowerzystka, podatna na huśtawki nastrojów,
z wydawnictwami prasowymi.
MARTYNA WÓJCIK-ŚMIERSKA
’85 Absolwentka projektowania graficznego
zawsze głodna nowej muzyki i Martini Bianco.
Chorobliwie uzależniona od jazdy na rolkach,
głaskania swoich kotów, letniego bujania na
hamaku i słońca. Szczęśliwa, gdy nic nie musi.
JOANNA WIŚNIEWSKA
JULIAN ZIELONKA
Rocznik ’86, z wykształcenia historyk sztuki,
Na co dzień specjalista od sprzedaży ziemniaków
wielbicielka dobrych
książek i podróży, ze słabością do barokowego
KUBA WOJTECKI
malarstwa hiszpańskiego i czekolady.
i marchewek, po nocach niespełniony z pasji
rysownik. Meloman siedzenia w domu,
podziwiania dinozaurów i czytania komiksów.
Urodzony jesienią ‘85 na wschodzie. archeolog,
Tegoroczny maratończyk.
entuzjasta punk rocka, rowerów, komiksów,
przyrody i piwa. zaczarowanyhasiok.worpress.com
Biogramy autorów tekstów literackich i twórców prac prezentowanych w „Tworach” znalazły się w sąsiedztwie
ich dzieł. Dziękujemy wszystkim Współtwórcom numeru – zarówno Tym, których notki biograficzne tu widzimy,
jak i Tym, którzy nie ośmielili się zamieścić informacji w tej tu rubryce; oraz Każdemu, kto w jakikolwiek sposób
przyczynił się do powstania podwójnego zimowego numeru „Menażerii”!
Przepraszamy najmocniej za spóźnienie.
o d s ł o n y
NDRZEJ
RYS. A
LESIAKOWSKI
Menażeria
REDAKCJA
Jerzyk Adamiak, Bartosz Adamski, Karol Barski, Kosmiczny Bastard, Karolina Natalia Bednarek, Barszcz Błaszczyk, Piotr Buratyński, Konrad Burzyński, Małgorzata Burzyńska, Maria Dek,
Bartosz Dobrzelecki, Małgorzata Drążek, Ryszard Duczyc, Hanna Grewling, Michał Groszewski, Łukasz Grajewski, Pamela Cora Granatowski, Michał Grzywiński, Szymon Gumienik, Gosia Herba,
Krzysztof Joczyn, Beata Jurkiewicz, Andrzej Kilanowski, Justyna Kociszewska, Kora Tea Kowalska, Anna Krztoń, Justyna Krzywicka, Michał Kowalski, Maciej Krzyżyński, Magdalena Kus, Anna Ladorucka,
Andrzej Lesiakowski, Beata Ludwin, Wiktor Łobażewicz, Marta Magryś, Sławomir Majoch, Grzegorz Malon, Józef Mamut, Andrzej Mikołajewski, Bogna Morawska, Dariusz Ozimkiewicz,
Jacek Seweryn Podgórski, Karolina Robaczek, Marek Rozpłoch, Paweł Schreiber, Sabina Sokół, Iwona Stachowska, Aram Stern, Szymon Szwarc, Dawid Śmigielski, Maciek Tacher, Monika Wieczorkowska,
Grzegorz Wincenty-Cichy, Karolina Wiśniewska, Martyna Wójcik-Śmierska, Mateusz Wysocki, Julian Zielonka
Redaktor naczelny: Marek Rozpłoch, e-mail: [email protected]
Zastępca redaktora naczelnego: Aram Stern, e-mail: [email protected]
Sekretarz redakcji: Piotr Buratyński, e-mail: [email protected]
Dyrektor artystyczny: Martyna Wójcik-Śmierska
Administrator bloga i strony na Facebooku: Anna Ladorucka, e-mail: [email protected]
Szata graficzna i logo: Monika Wieczorkowska
Redaktorzy działu „Teksty literackie”: Hanna Grewling, Szymon Szwarc
Redaktor działu „Twory”: Gosia Herba
Redaktorzy działu „Pod okładką”: Jacek Seweryn Podgórski, Dawid Śmigielski, e-mail: [email protected]
Korekta: Bartosz Adamski, Małgorzata Burzyńska, Łukasz Grajewski, Szymon Szwarc, Karolina Wiśniewska
Skład: Michał Grzywiński, Maciej Krzyżyński, Jacek Seweryn Podgórski, Marek Rozpłoch
E-mail: [email protected]
WYDAWCA: Stowarzyszenie Kulturalno-Artystyczne „Megafon”, strona: https://www.facebook.com/ska.megafon e-mail: [email protected]
179

Podobne dokumenty

o PYRKONIE 2014

o PYRKONIE 2014 Joanna Wiśniewska Powrót do Bois-Maury

Bardziej szczegółowo