otwórz treść w nowym oknie

Komentarze

Transkrypt

otwórz treść w nowym oknie
Witold Liliental
Projekt zrealizowany w ramach Konkursu "Polska dla wszystkich”
1
WSTĘP
Jestem Polakiem. Od 1981 roku mieszkam daleko od Polski, ale mentalnie tkwię w niej
cały czas. To moja Ojczyzna, zależy mi na tym, żeby miała na świecie najlepszy z możliwych
wizerunków, żeby po tylu złych doświadczeniach w nie tak odległej przeszłości przeżywała
pokój i rozkwit. Żeby Polacy w kraju i rozproszeni w polonijnej diasporze mogli być szczęśliwi,
zadowoleni i dumni. Bo przecież Polska, jak nas uczono od dziecka, jest naszym wspólnym
dobrem. A więc dla nas wszystkich. Dla mnie też.
- Hola! Niby z jakiej racji Polska dla niego? Przecież jaki z niego Polak? - grzmią
niektórzy na sam dźwięk mego nazwiska. W liście adresowanym do redakcji torontońskiej
„Gazety”, gdzie ukazują się moje cotygodniowe felietony, pisze człowiek deklarujący się, jako
polski patriota: „Wasz felietonista Witold (od kiedy?) Liliental…” sugerując, że mam, w
rzeczywistości, inne „prawdziwe” imię, brzmiące typowo po żydowsku. Rozwijając swą myśl,
autor listu tłumaczy, że nie należy wierzyć w jakąkolwiek asymilację, ponieważ „Żyd zawsze
pozostanie Żydem” i już w następnym zdaniu zastrzega się, że on, nie jest, broń Boże, żadnym
antysemitą. Inny „patriota” przysyła kolejne epistoły oskarżające mnie, że jestem Izraelitą,
działającym na szkodę Polski i czas najwyższy pozbyć się tego antypolskiego felietonisty.
Przez całe życie uważałem się wyłącznie za Polaka. Z pierwszej emigracji w Południowej
Afryce, na której znalazłem się, jako dziecko, wróciłem nigdzie indziej, tylko właśnie do Polski.
W Polsce nawet w pamiętnym 1968 roku nie kwestionowano mojej polskiej tożsamości,
przynajmniej nie dano mi tego odczuć. Moja najmłodsza córka, urodzona już podczas mojej
drugiej emigracji w Arizonie, mówi płynnie i bez akcentu po polsku, co wymownie świadczy o
atmosferze domu. Odmawianie mi przez niektórych prawa do Polski i polskości zaczęło się
dopiero podczas tej drugiej emigracji, na której znalazłem się, bardziej z konieczności życiowej,
jak z wyboru, w końcu 1981 roku. I właśnie to odmawianie, te próby wykluczania mnie pchały
mnie coraz silniej w kierunku zrozumienia istoty oraz źródeł nietolerancji i ksenofobii oraz
poszukiwania argumentów do zwalczania tych zjawisk.
Historycy, opisując niedawną historię, w tym trudne relacje polsko-żydowskie, powołują
się na źródła, dokumenty. Spierają się ze sobą o znaczenie, czy autentyczność dokumentów, co
jest normalnym zjawiskiem w debacie naukowej. Ja chcę opowiedzieć o tym, co widziałem na
własne oczy, słyszałem na własne uszy i przeżyłem osobiście. Spierać się z tym trudno,
ponieważ jest to relacja z pierwszej ręki. Chyba, że zarzuci mi się zmyślenie całej tej historii. Ta
broszurka jest osobistą historią doświadczeń, obserwacji i przemyśleń jednego człowieka. Jest
też wytłumaczeniem tego, co w życiu zrozumiałem, co stało się moim celem, co spowodowało,
że „Polska dla wszystkich” stało się moim hasłem. Stanowi ona, na przykładzie tych
doświadczeń, dowód na realne istnienie silnych uprzedzeń i ich destruktywne działanie oraz
argument za tym, że wyzbycie się ich, jak również stereotypów i lęków przed innością ułatwia
życie. Celem moim jest wykazanie, że wielokulturowość jest dla dzisiejszej Polski i Polaków (bo
to właśnie ludzie są tą Polską!) wzbogaceniem.
Ale, aby zrozumieć to wszystko i zaaprobować, trzeba wczuć się w to, co jest moim
przeżyciem, a więc poznać tę moją nietypową historię. Świadomość „inności” zaczęła się dla
mnie, kiedy miałem zaledwie dziewięć lat, odbytą pierwszą spowiedź i przyjęcie pierwszej
Komunii.
2
Wówczas zdarzyło się coś, co w jednej chwili nieodwracalnie zmieniło moje
dotychczasowe życie. Któregoś wieczoru mama przytuliła mnie i wyjawiła „straszliwą” prawdę.
„Czy wiesz, Witusiu, dlaczego czasami na ulicy jacyś głupi chłopcy przezywają cię
Żydek? Prawda jest taka, że Twoi dziadkowie byli właśnie tego pochodzenia. Była straszna
wojna i baliśmy się, bo Niemcy takich, jak my zabijali i dlatego dobrzy ludzie pomogli nam
zmienić nazwisko i dzięki temu przeżyć. Naprawdę nasze nazwisko brzmi Liliental i teraz, w
kilka lat po wojnie do niego powracamy. Pamiętaj, że nie masz się czego wstydzić, ani bać.
Jesteś Polakiem, jak i twoi rodzice, jesteś synem polskiego oficera. Ale żydowskiego
pochodzenia też nie ma żadnego powodu się wstydzić. To jest bardzo stary i mądry naród. To są
tacy sami ludzie. Wyznają inną religię, niż ta, którą przyjęli twoi rodzice i w której wychowany
byłeś ty sam, a ludzi trzeba szanować wszystkich, bez względu na religię, czy pochodzenie”.
Tej nocy zasnąć nie mogłem. Po tym, czego się dowiedziałem, byłem przekonany, że kara
Boska mnie nie ominie. Moje autorytety pochodziły z podwórka, pojęcie o Żydach oparte było
na wiadomościach z tego samego źródła. Przecież Maniek z sąsiedniego domu dopiero niedawno
tłumaczył nam, że Żydek, to taki, co nie wierzy w Boga i za to pójdzie do piekła. Słyszałem, jak
niektóre starsze dzieciaki powtarzały, że Żydzi są winni, bo zamordowali Pana Jezusa. I teraz
okazało się, że ja sam jestem właśnie takim Żydkiem. To znaczy, że nie wierzę w Boga, a za to
Pan Bóg mnie ukarze piekłem. Bałem się. W moim rozumowaniu bycie „Żydkiem”
automatycznie oznaczało niewiarę w Boga, jako biologiczną, ode mnie niezależną
konsekwencję. Nieważne, że w rzeczywistości musiałem w Niego wierzyć, bo skąd ten strach
przed Jego gniewem? Nie bardzo rozumiałem, jak to ja uczestniczyłem w zamordowaniu Pana
Jezusa, ale skoro Żydzi to uczynili, to widocznie ja też musiałem być w jakiś sposób winny.
Dziecięca logika bywa okrutna. Próbowałem sam siebie uspokoić tym, że może jednak Pan Bóg
mi wybaczy, bo przecież to nie jest całkiem moja wina, że jestem tym Żydkiem i ja naprawdę
nigdy nie chciałem nic złego Panu Jezusowi zrobić.
Od tego wieczoru żyję po dzisiejszy dzień ze świadomością, że „jestem inny” przynajmniej dla niektórych. Jako dziecko długo zmagałem się z przeświadczeniem, że jestem
rzeczywiście kimś gorszym. Wbrew rozsądkowi, wstydziłem się tego pochodzenia i wolałem się
do niego nie przyznawać. W miarę dorastania i nabierania bardziej rozumnego spojrzenia na
świat, już nie uważałem siebie za gorszego, ale zawsze czułem piętno „innego”. Zresztą, w
jakimś stopniu czuję je nawet dziś. Podejmując jakiekolwiek dyskusje na temat Żydów, ostrożnie
i z pewnym lękiem sondowałem wpierw reakcje i ton słuchaczy, nie mówiąc im o swoim
pochodzeniu otwarcie. Tymczasem, co jakimiś kanałami wracało do mnie później, mówiono o
mnie za plecami, nawet niekoniecznie złośliwie, niemniej, była to w większości przypadków
szeptana, niezdrowa sensacja. Bałem się braku akceptacji, a jednak często zmuszony byłem
słuchać złośliwych uwag o Żydach, wypowiadanych w towarzystwie. Próbowałem początkowo
obracać wszystko w żart. Gdy jednak w środowisku, które mnie znało, próbowałem na niektóre
mocniejsze złośliwości zaprotestować, zawsze słyszałem tę samą, sakramentalną odpowiedź:
„Ty, to co innego”. A czy w takim razie, zapytywałem siebie, każdy tego samego pochodzenia,
który nie był „czymś innym”, automatycznie był kimś złym? Krętaczem, geszefciarzem, patriotą
tylko wtedy, kiedy mu to było wygodne? Skąd u niektórych taka prawie wrodzona niechęć? Skąd
ten negatywny stereotyp Żyda? Skąd powiedzenia w rodzaju „Żyd, ALE uczciwy”? Miałem,
3
jednak, swój krąg przyjaciół, które mnie w pełni akceptował i tym ludziom nie przychodziły do
głowy jakiekolwiek uprzedzenia.
Nie byłem nigdy prześladowany, ani szykanowany z tytułu pochodzenia. W 1968 roku nikt
mnie z pracy nie wyrzucił, ale… wspomnę o tym dalej. Jednak życie nie oszczędziło mi
nasłuchania się zjadliwych uwag, drwin, nie tylko ze mnie osobiście, ale także z „takich, jak ja”.
Ciągle musiałem się strzec, by ci, którzy o moim pochodzeniu wiedzieć nie muszą, nie byli
niepotrzebnie wtajemniczani. Naiwny byłem. Wystarczyło przedstawić się własnym nazwiskiem.
Większość i tak doskonale się orientowała. Czasem „uświadamiała” innych. O moim
pochodzeniu przypominano mi w życiu wielokrotnie w sposób urągający przyzwoitości ludzkiej.
Byli też tacy, którzy nie wydawali się mieć żadnych uprzedzeń, a jednak w odpowiednim
momencie wychodził z nich drzemiący antagonizm i sięgali po niezawodny „argument”. Byłem i
nadal jestem oskarżany przez pewne jednostki o rzekomą działalność antypolską. Byłem także
wielokrotnym obiektem najohydniejszej formy złośliwości, czyli anonimów, pisanych do
redakcji mediów polonijnych, z którymi współpracuję. Zawsze raniło mnie odmawianie mi
mojego prawa do polskości. Mnie, który tyleż razy publicznie bronił dobrego imienia Polski i
Polaków. Skala i intensywność incydentów antysemickich, z jaką spotkałem się na emigracji,
niestety, przewyższa wielokrotnie to, z czym kiedykolwiek zetknąłem się w Polsce.
A jednak mam powody do optymizmu. Od czasu odzyskania w 1989 roku przez Polskę
niepodległości, obserwując z jednej strony stopniowe nasilenie wypowiedzi obskuranckich i
jawnie antysemickich w niektórych mediach krajowych i polonijnych, widzę jednocześnie
wielkie postępy w budowaniu nowego, otwartego społeczeństwa, całkowicie uwolnionego od
ksenofobii. Widzę działalność organizacji takich, jak, przykładowo „Otwarta Rzeczpospolita”.
Oprócz monitorowania incydentów rasistowskich, promuje ona postawy otwartości i przyjaźni
między Polakami, a uchodźcami z innych, mniej szczęśliwych krajów, tymi, którzy stali się
Polakami z wyboru i tymi, którzy urodzili się w Polsce mając w rodowodzie, obce korzenie.
Widzę inicjatywy społeczne, upamiętniające miejsca zagłady Żydów, porządkowanie
opuszczonych żydowskich cmentarzy, liczne imprezy artystyczno-kulturalne ukazujące inne
kultury i ich dorobek, przypominające o dawnej tolerancji i symbiozie tych dwóch narodów.
Dostrzegam wydawanie licznych książek i artykułów w prasie, odkrywających niedawną trudną
historię, tak mało u nas jeszcze znaną i rozumianą. Bo wzajemne zrozumienie może nastąpić
tylko w oparciu o poznanie historycznej prawdy, która zarówno oczyszcza, jak i odrzuca powody
do urojonych strachów. Ale przede wszystkim widzę młodzież, która, dzięki otwartym granicom
i dzięki własnej otwartości na Europę i świat, przejmuje liberalne trendy akceptacji wszelkiej
inności, staje się wyemancypowana z dawnych przesądów i uprzedzeń. Zetknąłem się podczas
wizyt w Polsce z ludźmi wspaniałymi, pełnymi inicjatywy i zapału, ale także zetknąłem się z
polonijną młodzieżą w Kanadzie, której postawa, autentycznie patriotyczna polska, w niczym nie
przypomina podtrzymywanych starych, dogmatycznych uprzedzeń rasowych licznych
przedstawicieli starszego pokolenia emigrantów.
Oddaję więc w ręce czytelnika ten dokument. Żeby go w pełni zrozumieć, trzeba
spróbować wczuć się w specyficzną sytuację człowieka, żyjącego od dzieciństwa z brzemieniem
inności, którą mu się od czasu do czasu wytyka. Takie wczucie się w moją specyficzną sytuację
wymaga poznania korzeni rodzinnych. Bo to one stanowią bazę tożsamości i miały przemożny
wpływ na kształtowanie i dojrzewanie myśli zawartych w reszcie broszurki.
4
Moim życzeniem, a zarazem ambicją jest to, żeby ona, ukazująca rzeczywisty problem na
przykładzie życia jednego człowieka, pomogła w zrozumieniu bezsensu wszelkich anty…izmów,
odrzuceniu stereotypów, które prowadzą albo donikąd, albo… do nowych tragedii. Jeśli, po jej
przeczytaniu, zmieni ona spojrzenie Czytelnika na ten problem, będzie to sukces mój i nas
wszystkich. A więc, Czytelniku! Poznaj tę historię i osądź sam…
1. KORZENIE
W czasie wojny większość dokumentów i pamiątek rodzinnych zginęła pod gruzami,
bądź spaliła się w płonącej powstańczej Warszawie. Moje zainteresowanie historią rodzinną i
„kwestią żydowską” zaczęło się na dobre, kiedy już byłem w dojrzałym wieku i pojąłem, jak
wiele luk w mojej wiedzy wymaga wypełnienia, czy wyjaśnienia. Niestety, moja matka, jedyna
osoba, która na wiele pytań mogłaby odpowiedzieć, już nie żyła. Jednak z jej opowiadań, kiedy
byłem dorastającym chłopcem, zapamiętałem wiele. Nieoceniony w odnajdywaniu bezcennych
dokumentów był w ostatnich latach mój przyjaciel, mgr Piotr Grącikowski z Wrocławia,
badający życie i dorobek naukowy mojej babki, Reginy Lilientalowej, od której tę historię
rodową zacznę.
Ma ona ukazać, na przykładzie jednej rodziny, jak bardzo nieuzasadnione i nieracjonalne
są oskarżenia o antypolskość.
Moja babka ze strony ojca, Regina Lilientalowa, z domu Eiger, była znaną pisarką z
dziedziny etnografii żydowskiej, uważaną za wybitną polską uczoną. Do dziś jej książki,
tłumaczone na liczne obce języki, uchodzą na świecie za klasykę z tej dziedziny. W ostatnich
laatch nastąpił w Polsce renesans zainteresowania jej dorobkiem w ponad 80 lat po jej śmierci.
Mąż Reginy, Natan był urzędnikiem w Banku Zachodnim.
Strona tytulowa publikacji Reginy Lileintalowej
(w zbiorach Biblioteki Miejskiej Warszawy)
5
Regina i Natan Lilientalowie mieli dwójkę dzieci: córkę Stanisławę i syna Antoniego
(mojego ojca). Regina wychowała się w domu prawdopodobnie kultywującym jeszcze tradycje
żydowskie i zafascynowana była kulturą żydowską, z którą chciała zapoznać Polaków. Była
prominentną przedstawicielką funkcjonującego od pewnego czasu ruchu tzw. haskali, czyli
renesansu intelektualnego Żydów w Polsce. Jej wkład w kulturę polską i światową, to
przekazanie po raz pierwszy w języku polskim bogatego opisu kultury i obyczajów Żydów w
Polsce, co przyczyniało się do wzajemnego lepszego zrozumienia. Była też zwolenniczką
umiarkowanej asymilacji. W jej i Natana domu mówiono wyłącznie po polsku.
Regina i Natan Lilientalowie.
Zachowane z tamtego czasu listy pomiędzy małym Antosiem a często przebywającą w
sanatorium matką, świadczą o tym, że rodzina ta, poza faktem, że nie była wyznania
katolickiego, niczym nie różniła się od typowej inteligenckiej rodziny polskiej. Matka zwracała
dużą uwagę na to, by jej dzieci pisały poprawnie po polsku. Regina zmarła po operacji woreczka
żółciowego w 1924 roku.
Stanisława już wcześnie w życiu była zainteresowana przejściem na katolicyzm. Pod jej
wpływem młodszy brat Antoni przeszedł na wiarę katolicką już w dorosłości. Jego rodzona
siostra była też jego matką chrzestną. Moi rodzice wzięli ślub w kościele Św. Aleksandra w
Warszawie, a ja urodziłem się już w całkowicie polskiej rodzinie i zostałem ochrzczony w
kwietniu 1939 r. w kościele Św. Michała na Mokotowie.
O dziadkach ze strony matki wiem mało. Z pożogi wojennej nie zachowało się ani jedno
zdjęcie. Stefania urodziła się w Warszawie w dzielnicy żydowskiej, na ul. Chłodnej, jako
najmłodsza z czworga dzieci Jakuba i Laji Gleichgewichtów. Rodzina nie kultywowała
6
żydowskich tradycji religijnych, a w domu mówiło się po polsku. Starsi tylko do niektórych
odwiedzających odzywali się w języku jidysz. Czasem posługiwano się tym językiem w
obecności dzieci, w sytuacjach, gdy chodziło o to, by dzieci nie rozumiały rozmowy. Moja babka
po kądzieli, jak wiem z opowiadań, skończyła kursy robót ręcznych. Po urodzeniu najmłodszej
córki długo chorowała. Kiedy po raz pierwszy wstała i miała dość sił, by pójść na spacer, wzięła
małą Stefcię za rękę i poszły razem obejrzeć nowo postawiony pomnik jej ulubionego bohatera księcia Józefa Poniatowskiego, w pobliżu Ogrodu Saskiego. Zmarła, gdy moja matka miała 16
lat. Ojciec ożenił się ponownie, co spowodowało przedwczesne wyprowadzenie się mojej matki
z domu rodzinnego. Podczas bombardowania Warszawy w 1939 roku spotkała ona swojego ojca
przypadkowo w schronie przeciwlotniczym. Pogodzony dziadek odwiedzał swoją córkę i wnuka
zanim okupant nie stworzył getta. Później trafił tam i stał się jednym z sześciu milionów...
Brat matki Feliks w 1920 roku, jako 16-letni chłopiec uciekł z domu na front, by bronić
Polski przed nawałą bolszewicką i został ranny. Po szczęśliwym powrocie ze zrywu obronnego
wyjechał z Polski i przez długie lata mieszkał poza granicami kraju. W lecie 1939 roku
przyjechał wraz z żoną do Polski, gdzie zatrzymał go wybuch wojny. Ochotniczo zgłosił się do
cywilnej obrony przeciwlotniczej. Z dachu domu wypatrywał nadlatujące samoloty niemieckie.
Trafiony w nogę przez odłamek bomby, wyniesiony z płonącego domu i cudem uratowany,
mocno utykał. Jeszcze przed spędzeniem ludzi pochodzenia żydowskiego do getta, Feliks znalazł
się na ulicy podczas łapanki. Utykając, daleko nie uciekł. Padł na ulicy, zastrzelony.
Najstarsza siostra matki Edzia miała sympatie silnie postępowe, a więc lewicowe, dalekie
jednak od komunistycznego negowania dążeń Polaków do niepodległości. W czasie okupacji
trafiła do getta warszawskiego, skąd udało jej się wydostać przez opłacenie granatowego
policjanta. Resztę wojny spędziła ukrywając się kolejno u różnych ludzi. Po wojnie, chora na
gruźlicę, trafiła do sanatorium w Śródborowie koło Otwocka. Zmarła w 1962 roku. O
sympatiach politycznych cioci Basi, młodszej od Edzi, wiem niewiele. W czasie okupacji,
mieszkając po aryjskiej stronie, z oczywistych przyczyn na fałszywych papierach, dawała u
siebie schronienie „cichociemnym”. Była żoną znanego historyka sztuki, prof. Wacława
Husarskiego. Dzieci wspólnych nie mieli. Zmarła w 1981 roku.
Moja matka Stefania ukończyła szkołę panien Jadwig Kowalczykówny i Jawurkówny na
Wiejskiej. Była to szkoła niezwykła, tak pod względem poziomu nauczania, jak i atmosfery w
niej panującej. Obydwie panie przełożone, zwane, od ich stale noszonych strojów, „panną
Jadwigą czarną” i „panną Jadwigą białą”, były głęboko wierzącymi i praktykującymi
katoliczkami, wcielającymi zasady wiary w codzienne życie. Uczyły w swojej szkole, oprócz
przedmiotów, do których zatrudniały najlepszych nauczycieli, postaw etycznych, tolerancji,
szacunku dla ludzi innego wyznania. Do szkoły tej uczęszczało wiele dziewcząt pochodzenia
żydowskiego. Gdy przyszedł czas Pierwszej Komunii i większość koleżanek, oprócz białych
sukienek, nosiła wianuszki z kwiatów na głowach, mała Stefcia rozpłakała się, bo też taki chciała
mieć. Wówczas ksiądz katecheta przytulił ją i powiedział, że to ona właśnie ma najpiękniejszy i
najmilszy Panu Bogu wianuszek, bo we własnym serduszku. Żadnego nacisku na zmianę
wyznania w szkole tej na nikim nie wywierano. Niewątpliwie jednak obydwie panie swoim
przykładem osobistym wpłynęły na fakt, że moja matka już w dorosłości przeszła na katolicyzm.
Bardzo też prawdopodobne, że na decyzję tę miała również wpływ chęć prowadzenia życia bez
częstego narażania na poniżanie, jakiego doznawała podczas studiów uniwersyteckich. Panna
Jadwiga Czarna (Kowalczykówna) została jej matką chrzestną. Obydwie przełożone zginęły,
zastrzelone przez Niemców podczas likwidacji domu w czasie powstania warszawskiego.
7
Moja matka skończyła filologię klasyczną na Uniwersytecie Warszawskim i została
nauczycielką w szkołach średnich. Opowiadała mi wiele o czasach przedwojennych. Kiedy ona
studiowala, na wielu polskich uczelniach prawicowe korporacje studenckie wprowadzały tzw.
getta ławkowe, nakazując rozdzielenie na sali wykładowej studentów etnicznie polskich i
żydowskich. Jedni profesorowie pozwalali na ten hańbiący proceder, inni nie. Z tą praktyką
wiązało się wspomnienie, które mi przekazała. Przy okazji segregowania studentów, rosły
byczek z mieczykiem w klapie (oznaka korporacji) zapytał studentkę Żydówkę, blondynkę, nie
posiadającą rysów semickich, dlaczego usiadła po lewej stronie sali, przeznaczonej dla Żydów.
"Bo jestem Żydówką" odpowiedziała. Ale następna, obok niej zapytana o to samo, odparła
wyzywająco i dumnie: "Bo jestem Polką i wstyd mi za was!”. Ten piękny przykład
przyzwoitości i solidarności nie był odosobniony.
Ojciec ukończył wydział Chemii na Politechnice Warszawskiej i został pracownikiem
naukowym Instytutu Metalurgii i Metaloznawstwa Politechniki Warszawskiej. Jeszcze będąc
studentem został asystentem w katedrze prowadzonej przez prof. Jana Czochralskiego. Z
tamtego czasu datuje się incydent, o którym opowiadała mi moja matka. Ojciec, będąc w swoim
laboratorium politechnicznym zauważył przez okno, jak policjant bije pałką jakiegoś
demonstranta. Oburzony, wybiegł na ulicę w fartuchu laboratoryjnym, żeby zaprotestować.
Demonstrant okazał się być bojówkarzem jakiejś faszyzującej organizacji antyżydowskiej w
rodzaju Falangi, czy innego ONR’u, natomiast ojciec trafił do aresztu na jedną noc za
przeciwstawianie się władzy. Nazajutrz, w piśmie prawicowym na pierwszej stronie ukazał się
drwiący tytuł: „Uczony Żydek broni narodowca”.
Ojciec był wysportowany, świetnie jeździł konno. Kiedyś, moi rodzice spędzali urlop w
jakimś majątku. Ojciec pojechał konno, a matka została w dworku. Kiedy w jakiś czas później
wracał, inna wczasowiczka pozwoliła sobie na głośną uwagę, że „proszę, proszę, Mosiek umie
jeździć konno”.
Na kilka miesięcy przed wybuchem wojny nagle ojcu podziękowano za pracę bez podania
przyczyn. Był to czas różnych dziwnych dymisji. Podobno polskie instytucje państwowe były
pod presją, żeby się pozbywać osób „niewygodnych z uwagi na pochodzenie”. Oferty nowej
pracy nadeszły z kilku stron, nawet na pracę dla zagranicznej firmy w Szwecji, ale tej ojciec nie
przyjął, przewidując rychłą wojnę i uważając za swój obowiązek (był już wówczas oficerem
rezerwy) bronić, w razie konfliktu, Polski. Ostatecznie przyjął bardzo dobrą posadę w Kablu
Polskim. Nowa pracę, znacznie lepiej płatną i z samochodem do dyspozycji, miał rozpocząć na
jesieni, po przeprowadzce rodziny do Krakowa. Wybuch wojny przekreślił wszelkie zmiany. Pod
koniec sierpnia 1939 roku ppor. rezerwy Antoni Liliental pokwitował wezwanie mobilizacyjne.
Podobno z ulicy wrócił się, by jeszcze raz spojrzeć na swojego synka… Żona odprowadziła go
na dworzec. Nie zobaczyli się już nigdy.
8
Antoni Liliental – ojciec autora.
Podczas okupacji moja matka zdecydowała, że do żadnego getta nie pójdzie. Wspaniali
ludzie pomogli załatwić fałszywe papiery dla niej i dla mnie. Podwójnie narażona, z powodu
pochodzenia i konspiracyjnej działalności, uczyła na tzw. tajnych kompletach.
Kilka słów należy się mojej piastunce Geniusi. Kochała mnie jak własne dziecko,
zajmowała się mną, kiedy moja prawdziwa matka wychodziła z domu uczyć na tajnych
kompletach. Wiedziała, co jej grozi w razie wykrycia, kto z nią dzieli mieszkanie. Dbała o nas
wszystkich, wybierając się na „szmugiel” żywności ze wsi. Większą część okupacji spędziliśmy
we Włochach (dziś część Ochoty) przy ul. Parkowej 3. Dziś ulica ta nazywa się Cietrzewia. Inni
lokatorzy kamienicy doskonale orientowali się, kto mieszka pod numerem 2, ale nikt przez całą
okupację nie wydał. Raz tylko doszło do scysji sąsiedzkiej i ktoś, nie wiedząc jak dokuczyć,
przez okno głośno krzyknął coś o tym, że tu żydowskiego bachora się przechowuje. Na to
Geniusia spokojnie wychyliła się przez okno. Wykręciła głowę ku górze i swoim śpiewnym
kresowym akcentem (oraz niezbyt gramatycznie) zareplikowała: „Pani R…! A pocałuj mnie pani
w d…pa!” Do końca wojny nie było już podobnych incydentów, a pani R… też się uspokoiła.
Geniusia żyła do 1979 roku i doczekała się wnuka Juliusza, który dziś jest ojcem kochającej się
rodziny. Radny samorządu we Włochach, mieszkał do niedawna w tym samym dawnym
9
mieszkaniu, w którym ja spędziłem swoje najwcześniejsze lata. Praktykujący katolik, łączy
prawicowe poglądy z wielkim szacunkiem i przyjaźnią w stosunku do Żydów. Mój chrześniak
Juliusz był z żoną na wycieczce w Izraelu. Wrócili urzeczeni ludźmi, jakich poznali.
Paradoksalnie, ja tam do chwili obecnej nie byłem.
Od kiedy datuje się moja świadomość, uczony byłem co wieczór każdy pacierz kończyć
słowami: “... i daj Boziu, żeby tatuś wrócił”. Wiem, chociaż o tym dowiedziałem się już o wiele
lat później, że moja matka nie przestała kazać mi się modlić nawet po tym, gdy przypadkowo,
jadąc kolejką EKD, zauważyła nazwisko ojca na liście katyńskiej, drukowanej przez niemiecką
gadzinówkę „Nowy Kurier Warszawski”, czytanej przez siedzącego na przeciw mężczyzny. Na
każde Boże Narodzenie i na kolejne Święta Wielkanocne, dzieliłem się opłatkiem, bądź
jajeczkiem z fotografią mężczyzny w mundurze oficerskim. Zdjęcie, mocno sfatygowane i
zabrudzone od tego dzielenia się, mam do dziś. Do dziś też, jak relikwię przechowuję stronę
wydartą z „Nowego Kuriera Warszawskiego”.
3. PIERWSZA EMIGRACJA - (Południowa Afryka 1959-1949)
W latach 1949 - 1959, kiedy dorastałem i kształtowało się moje spojrzenie na świat,
przebywałem w ówczesnej Unii Południowej Afryki, obecnie RPA. Tam właśnie, już w bardzo
młodym wieku, po raz pierwszy zetknąłem sie z problemem rasizmu. Problemem, w którym ja
należałem do uprzywilejowanej rasy panów. Tam kształtowała się po raz pierwszy moja
świadomość niesprawiedliwości tego świata. Ale wyjaśnienia wymaga skąd się tam znalazłem.
Matka musiała mi wyjawić prawdę o pochodzeniu, ponieważ w niedługim czasie mieliśmy
wyjechać z Polski, a w paszporcie miało widnieć nasze prawdziwe nazwisko. Dla wyjaśnienia,
jak do wyjazdu tego doszło, muszę cofnąć się do pewnego okupacyjnego ranka, kiedy miałem
trzy lata.
Obudziwszy się, zastałem u nas w pokoju znajomą, panią Anielę z jakąś dziewczynką. Matka
kazała mi się przywitać i dziewczynkę pocałować. “To jest Anulka. Pani Aniela przywiozła ją z
daleka. Od dziś będzie twoją siostrzyczką”. Anulka była trochę starsza ode mnie, miała wówczas
jakieś cztery lata i była przestraszona. Z początku używała słów śmiesznie przekręconych. Mama
tłumaczyła mi, że na wsi, gdzie Anulka przebywała u jakichś chłopów, ludzie tak mówili i że oni
są bardzo prości, ale mają bardzo dobre serca. Anulka przyzwyczaiła się i rzeczywiście stała się
moją starszą siostrą. Po kilku tygodniach poszliśmy do kościoła, gdzie w obecności mojej matki
i mnie, Anulka została ochrzczona. Pamiętam, jak ksiądz uspakajał, że jakieś papiery będą
autentyczne, więc nie ma się czego obawiać, tylko jakaś data miała być inna. Ksiądz Anulkę
pogłaskał i powiedział, że się dzielnie spisała. Nie bardzo to wszystko rozumiałem, ale nauczony
byłem, żeby nie zadawać zbędnych pytań. Anulka, dziś mieszkająca w Manchesterze, babcia
czworga dorosłych wnucząt, jest moją dalszą kuzynką, która straciła rodziców w holocauście.
Jej wujek, kuzyn mojego ojca, wyemigrował wraz z rodziną w latach trzydziestych do
Południowej Afryki. Po wojnie, odnalazł nas przez Czerwony Krzyż. Byliśmy jedyną rodziną
pozostałą przy życiu. Zaczęły się starania o sprowadzenie naszej trójki do Johannesburga. Po
kilku latach żmudnych starań, władze dały wreszcie zezwolenie na wyjazd. W dniu 18 stycznia
1949 roku opuściłem Polskę, w drodze na pierwszą w swoim życiu emigrację.
Jako mały chłopiec miałem dwa wielkie marzenia. Pierwsze - polecieć prawdziwym
samolotem i drugie - zobaczyć prawdziwego człowieka czarnoskórego. Raz widziałem jednego
10
na Marszałkowskiej, ale to było krótko, a Mama poganiała mnie w innym kierunku. W krótkim
czasie po tym, obydwa moje życzenia spełniły się jednocześnie. Wyjechaliśmy z Polski do
rodziny w Johannesburgu, w Płd. Afryce i lecieliśmy tam nie czym innym, jak prawdziwym
samolotem. Samolot wylądował w Leopoldville (dziś Kinszasa) i dalej nie mógł lecieć, bo coś
się zepsuło. Były to czasy na długo przed porywaniem samolotów i na płycie lotniska kręcili się
swobodnie mali chłopcy o hebanowych skórach, pomagając pasażerom z bagażem. Mama dała
im jakieś pieniądze i widać było ich wielce uradowane buzie. Przenocowaliśmy w hotelu pod
moskitierą i następnego dnia zawieziono nas na lotnisko, by kontynuować podróż. Przed
samolotem kręcili się ci sami chłopcy. Byli nieco starsi ode mnie i bardzo mi imponowali. Kiedy
zbliżyliśmy się do nich, podałem obydwu rękę na powitanie. Wyciągnęli rękę do mnie też i coś
powiedzieli, śmiejąc się, czego nie zrozumiałem. Kiedy kilka godzin później, już u celu podroży,
ściskaliśmy się z ciocią, wujkiem i ich córką, moją rówieśnicą, pochwaliłem się sam, że „już
widziałem Murzynów i nawet z dwoma się zaprzyjaźniłem i na lotnisku rękę mi podali”, co ja
uważałem za wielki zaszczyt. Wujek spojrzał na mnie poważniej i odpowiedział: „w tym kraju
biały człowiek Murzynowi ręki nie podaje”.
Była to moja pierwsza w życiu lekcja o dyskryminacji rasowej, której, jako dziecko, nie
znałem, ani nie rozumiałem. Nie, żeby wujek był rasistą. Jako architekt, budował wiele szkół dla
czarnoskórej ludności i był w mojej obecności bardzo uprzejmy do kontraktora - Afrykańczyka.
Wypowiadając do mnie te słowa, po prostu stwierdził pewien oczywisty w danym kraju fakt.
John i Anna, wierni i mili służący, mieszkali w wolnostojących drewnianych przybudówkach na
posesji wujka. Prawo nie pozwalało im spać w tym samym budynku, co biali.
Z początku byłem zbyt młody i dziecinny, by zaprzątać sobie głowę problemami
apartheidu. Ja nie odczuwałem z tego powodu żadnej niewygody. Do zrozumienia tego, że
praktyka apartheidu jest okrutna i niesprawiedliwa musiałem dojrzeć. To, że w szkole, do której
mnie posłano, były wyłącznie białe dzieci, jakoś mnie nie dziwiło, być może nie zastanawiałem
się nad tym, bo w Polsce w szkole też w końcu były tylko same białe dzieci, więc nie raził mnie
pod tym względem żaden kontrast. Szkoła mieściła się w czyściutkim budynku, dzieci
codziennie dostawały butelkę mleka i owoc (tak było we wszystkich szkołach, na koszt rządu).
Dopiero kilka lat później miałem pojechać z wujkiem na budowę do „township”, czyli
blaszanych ruder, w których mieszkali czarni obywatele tego samego kraju. Widziałem tamtejszą
szkołę. Dzieci siedziały na długich ławkach i nie miały zeszytów, (które nam szkoła dawała),
tylko tabliczki, na których pisały kredką. Klasa nie miała ścian, z wyjątkiem jednej, a reszta, to
były zawieszone na drągach kotary - zasłony. Jedna z czterech stron klasy była po prostu
otwarta, żeby wpadało światło dzienne, bo pozostałe nie miały okien. Myśmy do szkoły nosili
schludne mundurki, każda szkoła miała inne, swoje kolory z godłem szkolnym na kieszonce. Tu
dzieci czarne ubrane były w łachmany. Widać było straszną biedę i dzieci były potwornie chude.
I jeszcze jednego nauczyłem się dość szybko. W parkach dla dzieci, gdzie jeszcze chętnie
chodziłem huśtać się i zjeżdżać, wszędzie widniały napisy: „European children only - blanke
kinders aleen” ostrzegające w językach angielskim i Afrikaans, że urządzenia są tylko dla dzieci
„europejskich”. Zakaz obejmował też dzieci „mieszane”, hinduskie i nawet chińskie.
Apartheid, czyli „oddzielność”, oznaczała oddzielne szkoły, parki i ławki w parku,
oddzielne autobusy, tramwaje, przystanki, pociągi, perony, oddzielne kina, urzędy, oddzielny
sport i wszystkie obiekty sportowe. Nie mieli też nie-biali wstępu do eleganckich domów
11
towarowych dla białych. Ludzie czarni musieli nosić specjalne pozwolenia na przebywanie w
dzielnicach dla białych i okazywać je na każde żądanie policji. Na każdym kroku spotkać można
było znaki zabraniające korzystania z ławki, nawet trawników w parkach ludziom innym, niż
„Europejczycy”, jak nazywano białych. Powoli zacząłem dostrzegać, że jestem świadkiem
niesprawiedliwości i że ja jestem związany z tą stroną niesprawiedliwą, która ma przywileje.
Będąc młodzieńcem kilkunastoletnim, już w sposób bardziej świadomy zastanawiałem się,
jakbym się czuł, gdybym to ja był po tej przeciwnej stronie segregacji. Bo zdążyłem już poznać z
opowiadań matki, jak czuli się ludzie pochodzenia żydowskiego w niektórych środowiskach
przedwojennej Polski. Tam nie było drakońskich praw ustanowionych przez rząd, ale segregacja
narzucona przez faszyzujące bojówki endeckie na uczelniach bolała i upokarzała. Tam, w
Polsce, moja matka była dyskryminowana z powodu pochodzenia. Tu ja znalazłem się po stronie
dyskryminującej innych z powodu koloru skory.
Jednak, kiedy wspominam lata pięćdziesiąte - lata mojego dorastania, na myśl przychodzą
przede wszystkim usilne zabiegi matki, by wychować mnie na obczyźnie w duchu polskim.
Staczała ze mną boje, bym czytał polskie książki. Poprawiała błędy językowe, podkreślała
piękno mowy ojczystej. Uczyła polonijną młodzież literatury i historii Polski, a we mnie
wszczepiała miłość i szacunek dla kraju, do którego kiedyś, jak mówiła, Bóg pozwoli nam
powrócić. Wychowywała mnie w kulcie dla ojca, który zginął w Katyniu, ponieważ był polskim
oficerem. Z własnej inicjatywy stała się nieformalnym ambasadorem polskości. W szkole
średniej, gdzie uczyła, organizowała pokazy polskiej sztuki ludowej i pogadanki o polskich
obyczajach świątecznych. Nigdy nie słyszałem, by sama o sobie użyła określenia: „patriotka”.
Przeciwnie, wpajała mi, że nie wolno tak samego siebie określać. „Ktoś tak może o tobie
powiedzieć, ale ty sam o sobie - nigdy”.
Kiedyś zadałem jej pytanie, dlaczego, skoro tak bardzo kocha Polskę i chce, bym ja
pozostał Polakiem, zdecydowała się na emigrację. Odpowiedziała, że chciała mi oszczędzić tego,
czego sama doznała i co zaczynało odżywać w powojennej Polsce. Opowiedziała mi o gettach
ławkowych na uniwersytecie, o podłych ludziach, którzy w czasie wojny dorabiali się na
szantażowaniu ukrywających się Żydów i wydawaniu ich Niemcom. Dowiedziałem się od niej o
zamordowaniu prez. Narutowicza przez fanatycznego antysemitę. Mówiła mi też o tym, jak w
czasie powstania w getcie warszawskim widziała śmiejących się ludzi wesoło jadących na
karuzeli na placu Krasińskich, nieczułych na to, co działo się tuż za murem. W tym czasie ani
ona, ani ja nie słyszeliśmy o Czesławie Miłoszu, ani o jego wierszu „Campo di Fiori”.
Powiedziała mi też, że słyszała szyderstwa w rodzaju „palą się wszy!” wykrzykiwane przez
niektórych Polaków patrzących na płonące getto. To bolało, ale nie mogła protestować. Wreszcie
powiedziała mi o całkiem haniebnych antysemickich wypowiedziach matki mojej koleżanki
szkolnej, która chwaliła się przed nią (nie zdając sobie sprawy z tego, komu się chwali) akcją
poniżania żydowskiego profesora przed wojną.
Ale moja matka zawsze powtarzała, że uogólniać nie wolno, że każdy naród ma swoje
lepsze i gorsze karty, o których należy szczerze i otwarcie mówić, ale zawsze być dumnym z
tych dobrych, których jest zdecydowanie więcej.
Kiedyś w autobusie w Johannesburgu odwrócił się do nas człowiek, uradowany tym, że
słyszy mowę polską. Był to polski Żyd. Opowiedział nam, jak to jego dawna niania - katoliczka ocaliła go w czasie wojny. On pozostawał z nią w kontakcie, a gdy niedawno umarła, posłał
12
pieniądze na jej pogrzeb, żądając przysłania zdjęcia, by mieć pewność, że obecny był ksiądz.
Słyszał bowiem, że w Polsce komunistycznej religia jest zwalczana. Wyjął z portfela zdjęcie i
pokazał z satysfakcją, że nad otwartą mogiłą stoi duchowny.
Matka autora w Johannesburgu -Wystawa polskości na balkonie.
Nadal niechętnie przyznawałem się do żydowskiego pochodzenia. Zagadnął mnie raz o nie
ojciec kolegi, sam będący Żydem holenderskim. Wyparłem się. Zbyt silne jeszcze były we mnie
kompleksy z dzieciństwa. W Południowej Afryce nie odczuwało się antysemityzmu wśród
Polaków. Polonia była wówczas maleńka i prawie wyłącznie inteligencka. Niektórym polskim
arystokratom z książęcymi tytułami pomagali urządzić się po wojnie polscy Żydzi, z którymi
arystokraci utrzymywali serdeczne stosunki. Uprzedzenia rasowe skierowane były tylko wobec
pozbawionych praw czarnoskórych obywateli tego kraju. To w pełni wystarczyło tym, którym
bez uprzedzeń żyć byłoby trudno.
13
Pierwsze próby dziennikarskie. Kopia z Przekroju 1958 r.
Gwałtownie postępującą liberalizację w Polsce, zapoczątkowaną tzw. „polskim
październikiem” w 1956 roku przyjęliśmy entuzjastycznie. W rok później odwiedziłem Polskę
na trzy miesiące. Nie afiszowałem się tam pochodzeniem, ale z „ostrożnych” rozmów z różnymi
młodymi ludźmi wnioskowałem, że czyjeś pochodzenie żydowskie nie jest dla nich godnym
uwagi problemem. Raz tylko, będąc gościem w domu pewnej wcześniej nie znanej rodziny,
podczas obiadu nasłuchałem się wielu przykrych rzeczy o Żydach. Powiedziałem głośno, że ja
sam jestem tego pochodzenia. Nastąpiła długa cisza i konsternacja, a potem przepraszanie mnie,
14
że przecież mnie nikt nie chciał urazić i że ja, to przecież „co innego”. Był to jedyny incydent, z
jakim spotkałem się podczas udanej, pod każdym innym względem, wizyty w moim własnym
kraju. Wróciłem do Johannesburga promieniując młodzieńczym entuzjazmem i
przeświadczeniem, że w Polsce jest mój dom i moje miejsce na ziemi. Nie przestraszał mnie
ustrój komunistyczny, który na tym etapie nie wydawał się groźny. Atmosfera renesansu
oficjalnie dozwolonego sentymentalnego wspominania przedwojennej Polski starczyła mi do
podjęcia decyzji i przekonania do niej mojej matki. W marcu 1959 roku powróciliśmy do kraju
na stałe.
4. POLSKA (1959-1981)
Początkowo obracałem się w środowisku dawnych przyjaciół z dzieciństwa, którzy,
poprzez swoich rodziców, przyjaciół mojej matki, doskonale wiedzieli o moim pochodzeniu.
Zagadnienie to nigdy nie było między nami poruszane, wszyscy mnie w pełni akceptowali.
Jesienią rozpocząłem studia na Politechnice Warszawskiej i krąg moich kolegów i znajomych
znacznie się rozszerzył. Brat mojego najbliższego przyjaciela ze studiów regularnie chodził grać
w bilard do jakiegoś klubu żydowskiego, choć z pochodzeniem tym nie miał żadnego
powiązania. Po prostu podobało mu się tam i sprawy etniczne były mu całkiem obojętne.
Na wykładzie przysiadła się do mnie raz koleżanka, która w sposób bardzo ostrożny
zaczęła sondować ze mnie mój stosunek do Żydów. Szybko zorientowałem się, że sama jest
Żydówką, jak się okazało, uważającą się za taką, jakkolwiek z rodziny całkiem świeckiej,
ateistycznej, mówiącej w domu po polsku. Przez jakiś czas chodziliśmy ze sobą. Ona namawiała
mnie, bym zwrócił się do jakiegoś komitetu żydowskiego, który mógłby mi dać zapomogę
finansową. Zapomoga przydałaby mi się wówczas bardzo, ale odpowiedziałem, że branie jej
byłoby z mojej strony oszustwem, ponieważ uważałem się za Polaka. Matka tej koleżanki
popełniła samobójstwo w 1968 roku, gdy rozpoczęła się partyjna nagonka na Żydów.
Okres studiów nie kojarzy mi się z większymi stresami spowodowanymi wybrykami
słownymi o zabarwieniu antysemickim. Tylko raz usłyszałem, że pluton, którego ja byłem
dowódcą na studium wojskowym, to „żydowskie wojsko”, ale potraktowałem to, jako żart. Raz
ujrzałem na zakurzonej masce samochodu jednego z profesorów, napisany niewidzialną ręką
wyraz: „ŻYD”. Niektórzy koledzy to potępiali, inni się śmieli. Jak każdy młody człowiek,
miałem ciągoty do płci pięknej. Dwukrotnie zdarzyło się, że kiedy kolejnej wybrance
„zwierzyłem się” z pochodzenia, usłyszałem, że już jej wszyscy wokół o tym trąbili, chociaż jej
to w niczym nie przeszkadzało. Jednak zrozumiałem, że jeśli nawet moje pochodzenie nie
stanowiło większej przeszkody na drodze do serc niewieścich, to sprawa ta jednak zawsze
stawała się jakąś szeptaną sensacją, wywołującą emocje wśród kibiców, oczywiście za plecami
zainteresowanego.
Gdy poznałem swoją pierwszą żonę i jej też „wyznałem prawdę” o sobie, ona uspokoiła
mnie, że jej rodzice uczyli ją, by szanować wszystkich. Zawiozła mnie raz przedstawić swojemu
ukochanemu nauczycielowi z lat szkolnych. U starszego pana byliśmy krótko na herbatce. Po
tygodniu nadszedł od niego list, zapraszający ją na spotkanie, z zastrzeżeniem, że chce widzieć
się z nią samą. Wiedziony instynktem, powiedziałem jej, iż podejrzewam chęć „uświadomienia”
jej, co do mojej osoby, ale ona te podejrzenia wyśmiała. Jednak przekonała się, że miałem rację.
Pan profesor tłumaczył jej, że ja może i jestem osobiście uczciwy, ale że rasa ta jest, ogólnie
15
biorąc, parszywa. Więc, jeśli ona chce koniecznie wychodzić za mąż za „obcokrajowca”, to
niech wybierze sobie jakąś szlachetną nację, Niemca, czy Francuza. Dał jej ultimatum: albo ona
ze mną zerwie, albo on z nią wszelkie kontakty. Najbliższa przyjaciółka mojej ówczesnej
narzeczonej była wzburzona postawą nauczyciela i nie szczędziła bardzo dosadnych słów do
określenia jego osoby.
Antysemityzm nie musi polegać od razu na przemocy fizycznej, grabieży mienia,
pogromach. W większości doświadczeń zasymilowanych Polaków pochodzenia żydowskiego
dominowały „drobne” incydenty werbalne o szerokiej skali, od złośliwych pytań i
uszczypliwych aluzji, czasem nawet nie kierowanych bezpośrednio do nich, po obelżywe
wyzwiska oraz niesprawiedliwe oskarżenia i uogólnienia.
Nagonka antysemicka w 1968 roku - wiec fabryczny.
Kiedy przyszła haniebna wiosna 1968 roku i po halach fabrycznych wystawiane były
transparenty z hasłami: „Mośki do Dajana”, mnie nie spadł włos z głowy. Nie straciłem pracy.
Nawet dostałem awans na starszego technologa. Nikt się mnie nie czepiał, być może dlatego, że
nie należałem do partii, chociaż znam przyzwoitych ludzi nie mających nic z partią wspólnego,
którzy tylko z racji pochodzenia zostali wówczas zaszczuci i zmuszeni do opuszczenia kraju,
będącego tak samo ich ojczyzną, dodajmy, że jedyną, jaką uznawali. Zależało to od środowiska,
w którym pracowali i obracali się. Ja miałem szczęście. Jednak dwa lata później, kiedy
przechodziłem z fabryki do pracy naukowej w instytucie badawczym, kolega, członek partii,
wyznał mi, że wówczas polecono mu, aby ode mnie wyciągnąć odpowiedź, „który kraj uważam
za ojczyznę”. On, jak mi oświadczył, odmówił, twierdząc, że to świństwo i jakoś dali mu spokój.
Natomiast dobra znajoma opowiadała w mojej obecności, jak to „wszystkie Mośki i Moćki”
16
gromadzą się na peronie Dworca Gdańskiego, żeby stamtąd opuszczać Polskę.” Kiedy zapytałem
ją, dlaczego używa takich drwiących określeń, spojrzała na mnie, jak na wariata i odparła: „No
to niech będzie Joski”. Oczywiście, nie odbyło się bez sakramentalnego stwierdzenia, że ja, to
„co innego”. Ona naprawdę nie czuła, że kogoś obraża. O Żydach wypadało niektórym mówić z
pewną lekką pogardą. Nie była to nienawiść, ale jakieś wyrażenie swojej wyższości, podobnie,
jak mówiło się o „Ruskich”, albo o „Pepikach” W tym samym czasie, moja czteroletnia starsza
córeczka wróciła z przedszkola do domu, nie rozumiejąc, dlaczego pani ją pytała, kiedy my
wyjeżdżamy z Polski.
To, co stało się w marcu 1968 roku było haniebną propagandą i akcją PZPR. Ucierpiał
wizerunek Polski w oczach cywilizowanego świata. Jadąc tramwajem, często słyszałem
rozmowy o tym, „jakie te Żydy okropne”. Oprócz pewnej liczby zdegradowanych bonzów
partyjnych, do opuszczenia Polski zmuszono przez zaszczucie rzesze zwykłych, Bogu ducha
winnych ludzi, których jedynym grzechem było ich etniczne pochodzenie. Wielu z nich do dziś
tęskni za Polską. Wielu po tym, co ich spotkało, zmieniło swój stosunek do Polski na
zdecydowanie negatywny. Trudno im się dziwić. Wszyscy, których w 1968 roku wypędzono z
Polski mają do dziś poczucie wielkiej krzywdy.
Z okresu dwudziestu dwóch lat życia w Polsce, po powrocie z emigracji, pamiętam liczne
tzw. „incydenty”. Pewien przygodny rozmówca wybuchnął złością, kiedy w całkiem neutralnej
rozmowie na temat starej Warszawy padło nazwisko Karoliny Beylin autorki opowieści o starej
Warszawie. „Przecież to parszywa żydówica!” wykrzyknął. Ten sam pan chwalił się, że w jego
szkole im. Górskiego, prowadzonej przez PAX nauczono go, by bałwochwalczo nie czcić „pana
Adama” (Mickiewicza), bo wiadomo, kim była z domu jego matka. Niektórzy twierdzą, że była
pochodzenia żydowskiego, co całkowicie dyskwalifikowało ją i jej syna wieszcza w oczach
takich patriotów, jak mój rozmówca. Dziś zareagowałbym stanowczo. Wówczas zabrakło mi
odwagi, by mu powiedzieć, kim jestem. Zdawałem sobie sprawę z tego, że byłbym na z góry
straconej pozycji, bo ewidentnie w danym towarzystwie bez jakiegokolwiek poparcia obecnych.
Wtedy jeszcze nie dojrzałem do potępiania zła, kiedy je słyszę. Znajomości jednak nie
podtrzymałem.
Kiedy starsza córka była w czwartej klasie, któregoś dnia po powrocie ze szkoły zapytała,
co znaczy „Żydówa”, ponieważ jacyś chłopcy za nią tak wołali. Nie ulega kwestii, że dzieciaki
nie mogły same tego wymyślić. Takie postawy i określenia musiały być im przekazane przez
rodziców. Niestety, stare uprzedzenia, jak się okazało, drzemały również w umysłach niektórych
księży - osób szczególnie obarczonych moralnym obowiązkiem krzewienia miłości i szacunku
do innych. Kiedyś, zaprowadziwszy swoje córki do sali katechetycznej przy kościele na lekcję
religii, siedziałem w poczekalni, gdy jeden z księży konfidencjonalnie powiedział, że ma mi do
pokazania coś ciekawego. Wyprowadził mnie na zewnątrz i wskazał mi przez okno jakiegoś
mężczyznę w innej salce. Nachylił mi się do ucha i ściszonym głosem, uśmiechając się
porozumiewawczo oznajmił: „To Żydek. Postanowił się przechrzcić. Pan sobie wyobraża?”
Ksiądz śmiał się serdecznie z tego, co mi w zaufaniu przekazał. Ten sam sługa boży w kazaniu
noworocznym wzywał, by wszyscy pisali „K+M+B” na zewnątrz drzwi, a nie od wewnątrz.
„Niech wszyscy widzą, że tu mieszkają katolicy, a nie jacyś Żydzi!” perorował z ambony.
W latach siedemdziesiątych, gdy już ostatni emigrant z dokumentem podróży w jedną
stronę opuścił Polskę, temat z 1968 roku stopniowo przycichł. Czasem na imieninach
17
opowiadano jakieś kawały żydowskie, z których sam się śmiałem i nie uważałem ich za przejaw
antysemityzmu. W końcu, twórcami najlepszych kawałów żydowskich z przedwojennych
kabaretów byli ludzie tacy, jak Tuwim, Hemar, czy Jarossy. Ja dobrze wyczuwałem, kiedy w
słowach rozmówcy była intencja dokuczenia, czy złośliwych drwin. Czasem jednak czyjaś
drobna złośliwość i podejrzliwa mentalność przybierały formę wręcz humorystyczną. Mój
kierownik pracowni w instytucie przyniósł kartkę od jakiegoś robotnika z warsztatów, ponoć
badacza Pisma Świętego, zadrukowaną charakterystycznymi czcionkami po hebrajsku, z
pytaniem, czy ja mógłbym to przetłumaczyć na polski. Do dziś mam wrażenie, że chodziło nie
tyle o autentyczne tłumaczenie, ile o sprawdzenie mnie. Pomyślałem, że już dobrze obmyślili, do
kogo się z tym zwrócić. Odpowiedziałem kierownikowi, zgodnie z prawdą, że chętnie zrobiłbym
to, gdybym hebrajski znał, ale ja ani jednej litery nie potrafię przeczytać. Obecna w pokoju
techniczka skomentowała: „Ale pan ostrożny, panie Witku”.
Nieskrywany antysemityzm odżył w niektórych środowiskach wraz z liberalizacją
zapoczątkowaną powstaniem „Solidarności”. Nie uderzał jednak bezpośrednio we mnie i
schodził na daleki plan wobec tych przemian, które na naszych oczach zachodziły w Polsce,
począwszy od strajku w Stoczni Gdańskiej. Zjadliwe antyżydowskie teksty pojawiły się
ponownie publicznie wraz z utworzeniem, przy relaksacji cenzury w 1981 roku, tzw.
Towarzystwa Patriotycznego „Grunwald”, wydającego pismo zatytułowane „Rzeczywistość”.
Zarówno związek tegoż towarzystwa z patriotyzmem, jak i związek tytułu czasopisma ze
znaczeniem tego słowa były bardzo luźne. Autorzy wyczuli odpowiednią chwilę, by wzorem
starych endeckich tradycji, skierować gniew ludu na „właściwych”, wypróbowanych
winowajców wszelkich polskich nieszczęść. W tym wypadku nie byli to cykliści. Przyjęto
wypróbowane formuły wyciągania rodowodów i podawania w nawiasach żydowskich nazwisk
tych, którzy znani byli publicznie pod nazwiskami polskimi. Metoda ta do dziś jest
praktykowana w pismach wydawanych przez ugrupowania, które same siebie określają, jako
„prawdziwie polskie, narodowe i patriotyczne”. W gorących dniach lata 1981, kiedy już nikt nie
bał się głośno wypowiadać swoich myśli, zapytałem kolegę, co sądzi o wybrykach
antysemickich Towarzystwa Grunwald. Ku mojemu osłupieniu, usłyszałem, że przecież oni
nareszcie piszą prawdę... I wówczas znów zabrakło mi odwagi, by zareplikować.
W tym czasie sam byłem szeregowym członkiem „Solidarności” od momentu jej
utworzenia w naszym instytucie i jak wszyscy, żyłem w stanie wielkich oczekiwań, ale i
ciągłego napięcia. Ponadto, wybierałem się wraz z córkami do Arizony, gdzie od roku na
wymianie naukowej przebywała ówczesna żona. Ona zamierzała zostać tam na jeszcze jeden
rok i przejąć ode mnie dziewczynki, ponieważ coraz trudniej było mi w istniejących warunkach
pogodzić obowiązki ojca, kierownika pracowni i członka „Solidarności” z dorabianiem
tłumaczeniami po nocach i wystawaniem w coraz to dłuższych kolejkach, gdzie nawet na kartki
już prawie nic dostać nie było można. Dostałem od dyrekcji zgodę na trzymiesięczny urlop
bezpłatny. Liczyłem na to, że trochę odpocznę i wrócę do jeszcze większych postępów
liberalizacji. Wyjeżdżając z Polski w końcu sierpnia 1981 roku, nie zdawałem sobie sprawy z
tego, że już wkrótce rozpęta się burza, która zmieni bieg historii i moje własne życie. Nie
wiedziałem, że właśnie opuszczam Polskę na drugą już w swoim życiu emigrację, która do
dzisiaj trwa.
18
5. ARIZONA (1981-1992)
Podczas pierwszych dwóch lat po przybyciu do Arizony, poza małymi wyjątkami nie
wydarzył się żaden istotny incydent, który można by kojarzyć z antysemityzmem. Amerykanie,
z którymi pracowałem nie interesowali się tym zagadnieniem zupełnie, wyjątki, o których tu
wspominam pochodziły od Polaków. Polka, mieszkająca w tym samym kompleksie tzw.
„apartamentów”, czyli mieszkań czynszowych, w rozmowie ze mną nad komunalnym basenem,
usłyszawszy, że oglądałem w telewizji film o Goldzie Meir z Ingrid Bergman w roli głównej,
odpowiedziała, że ona w ogóle nie lubi Żydów, nie podając przyczyn. Na moje słowa, że
przecież to tacy sami ludzie wzruszyła ramionami.
W moim życiu nastąpiły zmiany, które przytłumiły wszelkie inne bodźce. Nawet, gdyby
takie zaistniały, ich znaczenie zeszłoby na całkiem daleki plan. W krótkim czasie po przyjeździe
dowiedziałem się, że żona chce rozwodu. Moje początki w Stanach Zjednoczonych kojarzą się
przede wszystkim z traumatycznymi przeżyciami osobistymi, stanem wojennym w Polsce,
wewnętrznym rozdarciem i bolesną decyzją niepowracania do Polski. Późniejsze wspomnienia
są już znacznie radośniejsze: nowe małżeństwo, narodziny mojej najmłodszej córki, początki
naszego wspólnego życia oraz w miarę poznawania nowych Polaków, coraz większe
zaangażowanie w działalność polonijną.
Gdy kobiecie, która dziś od blisko 30 lat jest moją żoną „wyznałem prawdę” o swoim
pochodzeniu, zareagowała śmiechem. Wszelkie uprzedzenia wobec Żydów były jej całkowicie
obce, w Polsce miała przyjaciół wśród ludzi tego pochodzenia. Tłumaczyłem jej, że wiem z
doświadczenia, iż wychodząc za mnie, skazuje siebie samą na liczne stresy. Wyraziłem jednak
naiwne przypuszczenie, że wśród Polaków na Zachodzie prawdopodobnie mniej jest ludzi z
nastawieniem, które w cywilizowanych krajach dawno straciło społeczne przyzwolenie. Po
prostu sądziłem, że Polacy mieszkający w Ameryce już od dawna przejęli zasady tolerancji
wymuszone przez życie w wielokulturowym społeczeństwie. Jak okazało się, myliłem się
bardzo. Przekonałem się, że antysemityzm wśród rodaków mieszkających po zachodniej stronie
oceanu jest, niestety, znacznie częściej spotykany i tam, gdzie występuje, wyrażany jest bez
żadnej żenady, ostro i publicznie.
Zanim pobraliśmy się, moja ówczesna narzeczona, podczas wizyty w Kalifornii miała ze
znajomą Polką ciekawą rozmowę: „To wychodzisz za Żydka?”. „A po czym poznajesz?”
pytaniem na pytanie odpowiedziała indagowana. Znajoma nie bardzo wiedziała, czym uzasadnić,
ale w końcu zdobyła się na ważki argument: „No, bo ma czarne włosy”. Znajomej brakowało
inteligencji, by coś mądrzejszego wymyślić, ale coś słyszała, bo w środowisku polonijnym w
Los Angeles huczało od plotek o tej Teresie, która wyjechała do Arizony i o tym, kogo tam sobie
wybrała.
Stopniowo poznawaliśmy coraz więcej Polaków, a i ich liczba w Arizonie powiększała się
z każdym miesiącem. Wielka fala imigracji tzw. „solidarnościowej”, zapoczątkowana w 1982
roku trwała kilka lat. Ośrodkiem integrującym i organizującym życie polonijne, był polski
kościół, właściwie parafia irlandzka, w której raz w tygodniu odprawiana była msza po polsku.
Przez kilka lat komitet parafialny skupiał ludzi w większości tolerancyjnych, świadomych
mojego pochodzenia i akceptujących mnie. Stopniowo coraz bardziej otwarcie mówiłem o tym
pochodzeniu. Właśnie do tego kościoła przychodziło regularnie małżeństwo, państwo F. Ona Polka, katoliczka, on - Żyd, który deklarował się, jako taki, a do kościoła przychodził z szacunku
19
dla swojej żony. Byli znani i powszechnie lubiani, oczywiście, z pewnymi wyjątkami. Pan F.
przyjaźnił się z księdzem i wydatnie pomagał przy wielu kościelnych imprezach. Pewien
znajomy powtórzył mi raz, jak ktoś zaczepił go w kruchcie, wskazując na pana F. i na mnie,
pytając: „co ci dwaj Żydzi robią w polskim kościele?” Znajomy, wykazując natychmiastowy
refleks odparł, że przecież widzi nie dwóch, tylko trzech. Pytający nie zrozumiał. Znajomy
wskazał ręką: „A ten na krzyżu?”
Z pełną aprobatą księdza i zachęcony wielkim entuzjazmem polskiej młodzieży,
zorganizowałem przy kościele grupę artystów-amatorów i wspólnie wystawiliśmy dwa
patriotyczne widowiska, które na tamtym terenie w tamtych czasach stały się ewenementem,
pamiętanym przez wielu do dziś. Pierwsza impreza: Akademia Trzeciego Maja, pod hasłem „200
lat zrywów wolnościowych” prezentowała pieśni i poezję od czasu insurekcji kościuszkowskiej,
poprzez wojny światowe i Powstanie Warszawskie, aż po powstanie Solidarności ze słowem
wiążącym w moim własnym wykonaniu. W programie znalazło się też kilka słów na temat
powstania w getcie warszawskim. To też był zryw wolnościowy i uważałem, że nie można go
pominąć. „Prawdziwi patrioci” dowiedzieli się o tym „skandalu” jeszcze podczas trwania prób i
zaczęły się telefony do księdza i do ludzi związanych z produkcją, że na „żydowską robotę” oni
się nie zgadzają i nie dopuszczą do wystawienia Akademii. Zwróciłem się do moich młodych
aktorów z zapytaniem, czy chcą ten fragment o getcie usunąć z programu dla świętego spokoju.
Jak jeden mąż odpowiedzieli, że nie widzą żadnego powodu. Byłem z nich dumny. Akademia
odbyła się bez cięć i stała się wielkim sukcesem.
Akademia patriotyczna organizowana prze autora (na pierwszym planie) w Phoenix w Arizonie.
Pieniądze zarobione za bilety wstępu pokryły wydatki na mikrofony i kable, które trzeba
było dokupić. Przydały się na następny rok, gdy wystawiliśmy kolejne widowisko: „Pastorałkę
polską”. Wówczas to, nie mając własnego pomieszczenia do składowania sprzętu, komitet
parafialny poprosił usłużnego pana F. o zaopiekowanie się kablami w swoim domu, na co się
20
zgodził. W międzyczasie przeprowadzono kolejne wybory do komitetu kościelnego i weszły tam
nowe osoby o silnie „narodowej” orientacji. Nie zapomnę rozmowy z nowym kościelnym,
człowiekiem prymitywnym, który nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, z kim rozmawia.
Powiedział mi, że Hitler popełnił jeden błąd, nie doprowadzając „sprawy z Żydami” do końca.
Kiedy ja wyraziłem zdumienie jego postawą, on usiłował mi tłumaczyć, że ja Żydów nie znam i
dlatego niczego nie rozumiem. Nie widziałem powodu, by objaśniać go, co swojej osoby.
Byliśmy obydwaj gośćmi na przyjęciu u kogoś, nie chciałem wywoływać awantury. Z dzisiejszej
perspektywy widzę, że postąpiłem źle. Moje dojrzewanie do właściwych reakcji było jeszcze
powolne. Zastanawiałem się tylko, jak człowiek ten godzi funkcję kościelnego, a więc
związanego z religią uczącą miłości, z mentalnością faszystowską.
Nowy komitet parafialny całkiem bezpodstawnie oskarżył pana F., że sobie
„przywłaszczył” kable, które zgodził się przechować. Ponieważ awantura wisiała na włosku,
zwłaszcza po podburzających telefonach różnych „prawdziwych Polaków” do parafian, ksiądz
zwołał posiedzenie tzw. „Rady duszpasterskiej”. Zaczęło się od modlitwy. Zaraz po niej, pewna
starsza pani zaczęła krzyczeć, że „te cholerne Żydy przyszły nam tu rozbijać nasz święty kościół
katolicki!” Jedna z młodych aktorek Akademii odważnie powiedziała publicznie, że odebrała
telefon wzywający do wyrzucenia „tych Żydów” z kościoła. Grupa ludzi związanych z moimi
dwoma spektaklami nazwała antysemickich krzykaczy faryzeuszami. Skończyło się na
wrzaskach z użyciem najbardziej wulgarnych słów ze strony „narodowców”. Po tej awanturze
przestałem chodzić do polskiego kościoła. Tak samo postąpili państwo F. Zabolało mnie też
nagłe przejście do „przeciwnego obozu” jednej rodziny, która do tej pory deklarowała niemal
miłość do mnie i do mojej żony. Kilka lat później, kiedy już mieszkając w Kanadzie
odwiedzaliśmy Phoenix, owa rodzina podeszła do nas pod kościołem i tłumaczyła, że oni
wówczas nie mogli postąpić inaczej, ponieważ… przywódca narodowców akurat obiecał
załatwić kobiecie z tejże rodziny pracę. Potem nie załatwił, teraz on był ich wrogiem. Istnie
godne tłumaczenie…
Rok 1989 przyniósł Polsce wolność, a ta oznaczała swobodę dla różnic poglądów i
podziałów politycznych. Polacy w Phoenix głosować nie mogli, ale obóz narodowców szybko
ogłosił w ulotkach wkładanych za szyby samochodów na parkingu przed kościołem, że
prawdziwi Polacy mogą popierać tylko Wałęsę, bo Mazowiecki naprawdę nazywa się... (w tym
miejscu wstawione było jakieś nazwisko o brzmieniu żydowskim) i „wiadomo, kim jest
naprawdę”. Uczestniczyliśmy akurat w przyjęciu urodzinowym dziecka znajomych, na które
zaproszona była także ich polska sąsiadka. Ktoś coś zaczął mówić na temat zbliżających się
wyborów w Polsce i padło nazwisko Mazowieckiego. Kobiecina żachnęła się: „przecież to Żyd!”
Wówczas ja włączyłem się do dyskusji, mówiąc, że po pierwsze Mazowiecki Żydem nie jest, ale
gdyby nawet był, to co? Kobieta zdenerwowała się. „Jak to, co? Żyd, to przecież wiadomo, wróg
Polski!” po czym wyzywającym tonem dodała: „a może ktoś tu przy tym stole jest Żydem?”
Moja żona enigmatycznie odparła, że „może...”. Nie chciałem gospodarzom stwarzać
trudniejszej sytuacji, niż już była, więc zmieniłem temat.
W końcowych latach osiemdziesiątych kilkakrotnie interweniowałem, kiedy w audycjach
radiowych lub w filmach emitowanych w telewizji pojawiały się nieprawdziwe, krzywdzące
Polskę akcenty, jak pokazanie strażnika w warszawskim getcie, ubranego w przedwojenny
21
polski mundur wojskowy z rogatywką, strzelającego do dziecka żydowskiego. Inni Polacy
zżymali się, ale protestów jakoś nie pisał nikt.
Zaangażowałem się w działalność organizującej się w Phoenix polskiej szkoły, do której w
każdą sobotę zabierałem swoją najmłodszą córkę Claudię, tam urodzoną. Był brak
wykwalifikowanych nauczycieli, ale coś trzeba było robić, by uchronić dzieci od totalnego
wynarodowienia się. Również i ja nauczałem najmłodsze dzieci pisać i czytać po polsku, ale
także opowiadałem im o polskich obyczajach, uczyłem piosenek i prowadziłem lekcje historii
Polski.
Poznałem Janusza - młodego człowieka, dopiero co przybyłego z Nowego Jorku.
Czarnowłosy, dowcipny, pełen pomysłów. Założył „Polskie Radio Phoenix” do którego mnie
usilnie zapraszał. Opowiedział mi, jak poszedł do polskiego kościoła podać do wiadomości, że
organizuje polską audycję radiową. Członkowie nowego komitetu kościelnego wysłuchali i
zapytali, skąd mogą mieć pewność, że Janusz nie jest Żydem. Widocznie dla nich warunkiem
wstępnym do poparcia działalności publicznej dla Polaków była czystość rasowa działacza.
Grupa entuzjastów nadających polska audycje Radio Phoenix, Arizona- 1991r.
Autor stoi pierwszy z lewej.
Radio powstało jednak, jakkolwiek bez poparcia komitetu kościelnego, a ludzie i tak
szybko zaczęli słuchać i nawet opłacać reklamy. Niedługo potem ja włączyłem się do
współpracy, czytając na antenie swoje cotygodniowe felietony. Odzew ze strony słuchaczy był
bardzo pozytywny. W jednym felietonie po raz pierwszy poruszyłem kwestię antysemityzmu.
22
Broniąc Polski przed uogólniającymi oskarżeniami w telewizji przez syna byłego prominentnego
hitlerowca. Skrytykowałem przy okazji rodzimych antysemitów. W felietonie tym, w celu
zwiększenia swojej wiarygodności, wyraźnie powiedziałem, że jestem Polakiem pochodzenia
żydowskiego. Koleżanka z grupy radiowej, po nagraniu felietonu, wszczęła kampanię, żeby go
nie puszczać na antenę. Na burzliwym spotkaniu argumentowała, że bezcelowe jest afiszowanie
się, kim jestem. Została przegłosowana, felieton poszedł na antenę i zyskał mi wiele ciepłych
listów od słuchaczy. Po tygodniu zrozumiałem opory tej kobiety. Wybierała się na spotkanie z
przybyłą do Phoenix delegacją Związku Narodowego Polskiego, którą zamierzała prosić o
wsparcie finansowe dla radia. Ona mogła mnie tolerować w grupce realizatorów radiowych, ale
ewentualne ujawnienie przed ZNP tego, KTO w tym polskim radiu występuje, było już czymś
zbyt, w jej mniemaniu, żenującym. Po owym felietonie do radia nadeszło jednak kilka
anonimów z pogróżkami i antysemickimi wulgaryzmami, którymi nie przejęliśmy się. Kiedy
zapowiedzieliśmy nadanie naszej własnej satyrycznej szopki noworocznej, zapewne ci sami
ludzie przysłali anonim do radiostacji emitującej nasz program, w którym pełną błędów
angielszczyzną, oskarżyli mnie o zamiar obrazy Polaków i grozili demonstracjami pod gmachem
radia. Szopka została wyemitowana, demonstranci nie pokazali się.
W niedługim czasie po tym przyjąłem korzystną ofertę pracy w Kanady. Przed samym
naszym wyjazdem, w domu polskich przyjaciół zorganizowano dla nas wieczór pożegnalny.
Często w tym domu urządzaliśmy wspólnie różne imprezy amatorsko-artystyczne,
upamiętniające Polskę, Warszawę, Powstanie. Teraz żegnano nas. Było wspólne śpiewanie i
przemówienia. Wśród zebranych byli też rodzice jednego z moich uczniów z polskiej szkoły.
Wręczyli mi jako prezent książkę z dedykacją: „Panu Witoldowi, dziękując za to, że pomógł
nam uświadomić naszemu synowi kim jest i skąd pochodzi”. Nie mogli mi dać większej
satysfakcji.
Natomiast już po naszym wyjeździe z Arizony, niewidzialna ręka powtykała za
wycieraczki samochodów na parkingu przed polskim kościołem w Phoenix ulotkę z
niewybrednym antysemickim tekstem o mnie.
23
6. MONTREAL (1992-2001)
W styczniu 1992 roku wraz z rodziną dojechaliśmy do Montrealu, gdzie specjalistyczna
firma zaoferowała mi stanowisko, ciekawą i lepiej płatną pracę z pokryciem kosztów
przeprowadzki. Polonia montrealska była liczniejsza, niż w tamtych czasach w mieście Phoenix
i w bardzo krótkim czasie zaangażowałem się w działalność społeczną. Zostałem wybrany do
komitetu rodzicielskiego przy polskiej szkole sobotniej, do której posłaliśmy naszą wówczas 7letnią córkę. Zaproponowałem wydawanie miesięcznego biuletynu szkolnego, zarabiającego
poprzez zamieszczanie płatnych reklam i zostałem jego redaktorem naczelnym. Polski ksiądz,
mądry, otwarty i tolerancyjny o. Bogdan Gawot zwrócił się do mnie, jako do „człowieka pióra” o
napisanie tekstu Apelu Poległych na uroczystość szkolną w dniu Wszystkich Świętych,
organizowaną na cmentarzu, gdzie spoczywa wielu polskich weteranów. W Apelu tym
wymieniłem wszystkie formacje biorące udział w walce przeciwko obydwu okupantom. Z pełną
aprobatą księdza, do Apelu wezwałem też bohaterów Żydowskiej Organizacji Bojowej. W
24
pierwszym roku ja sam, przy dźwiękach werbli odczytywałem uroczysty Apel. Harcerze na
każde wezwanie odpowiadali chórem: „Polegli na polu chwały”. Szkoła postanowiła powtarzać
uroczystość w latach następnych, z wykorzystaniem napisanego przeze mnie tekstu. W rok
później czytany on już był przez samych harcerzy. Gdy tylko się zaczął, podeszła do mnie jedna
z nauczycielek i nachyliwszy się do ucha konfidencjonalnie szepnęła: „Witusiu! Nie zdziw się,
że musieliśmy troszeczkę zmienić twój Apel. Młodzież nie wszystko rozumie, bo to dla nich za
trudne”. Sądziłem, że chodzi o jakieś kosmetyczne zmiany w słownictwie. Okazało się, że
jedyna zmiana polegała na usunięciu z tekstu wezwania bojowników żydowskich. Ktoś
widocznie uznał, że przywoływanie bojowników - polskich Żydów - było zbyt kontrowersyjne,
jak na polską uroczystość. Uczciwie muszę jednak odnotować, że w tej samej szkole, na
wystawie prac rysunkowych widziałem nagrodzony obrazek pewnej starszej uczennicy,
nawiązujący do zagłady getta.
Przez blisko dziesięć lat pobytu w Montrealu, nie usłyszałem żadnej uszczypliwej uwagi
skierowanej do siebie, ani w mojej obecności na temat Żydów. Byłem raz świadkiem rozdawania
pod polskim kościołem pisma zatytułowanego „Ognisko” z groteskowo żydożerczą treścią.
Rozmawiałem z księdzem na ten temat. Proceder po tym szybko ustał. W pierwszej połowie lat
dziewięćdziesiątych nadawana była w Montrealu szowinistyczna polskojęzyczna audycja
radiowa, w której wtrącane były treści o zabarwieniu antysemickim, np., że wstyd, gdy Polki
wynajmują się do prac domowych u Żydów.
Życie w Montrealu wypełnione było działalnością wśród Polonii, wliczając w to obronę
dobrego imienia Polski. Interweniowałem listami do gazet, kiedy tylko przeczytałem nieprawdę,
szkalowanie, przekręcanie faktów. Zaprotestowałem, przykładowo, gdy „The Gazette”
przedrukowała czyjś artykuł (oryginalnie z Nowego Jorku) twierdzący, że przed wojną Żydzi
mieli utrudniony wstęp do polskich szkół i całkowity brak możliwości studiowania na wyższych
uczelniach. Ktoś zapytał mnie, dlaczego moje protesty były drukowane w gazecie, a listy wielu
innych nie. Otóż niektórzy pisali tylko słowa świętego oburzenia i malowali obraz wyłącznie
wielkiej, odwiecznej tolerancji i szlachetności Polaków. Ja rozumiałem, że takie protesty, to
droga donikąd, odbierająca ich autorom wiarygodność w oczach redaktorów pism.
Przyznawałem więc publicznie, że były pożałowania godne akty antysemityzmu, argumentując
jednak, że ekscesy pewnych grup nie mogą obciążać całego narodu, w którym znaleźli się też
liczni bohaterowie, ratujący Żydów. Dobre nie zmazuje zła, ale pokazuje, że zło nie było „cechą
narodową”. Prostowałem nieprawdę, przyznając jednocześnie prawdę tam, gdzie należało się.
Uczciwe potraktowanie sprawy zyskiwało większą wiarygodność w oczach redaktora działu
listów. Po opublikowaniu jednego listu, trafił do mnie telefonicznie pewien montrealski Żyd,
kwestionujący wszystko, co napisałem. On nie miał żadnych korzeni polskich, w Polsce nigdy
nie był, ale wiedział o wszystkim lepiej ode mnie. Zaproponowałem mu spotkanie. Człowiek ten
okazał się niezwykle trudnym partnerem do dyskusji, co chwilę przerywał, zakrzykiwał i nie
przyjmował żadnych argumentów. Nawet liczbę „Sprawiedliwych” kwestionował, drastycznie ją
zmniejszając, tylko na zasadzie, że „on wie”. Ponieważ w publikacji drukowanej w gazecie
napisane było, że Żydzi i ludzie pochodzenia żydowskiego w przedwojennej Polsce mieli
pochodzenie wpisywane do dokumentów, przyniosłem na spotkanie paszport mojego ojca, który
zachował się. Oprócz danych podstawowych, koloru oczu itd. niczego takiego nie było.
25
26
Pożyczyłem mu angielskie tłumaczenie książki „Moja gwiazda” Heleny Nowak, Żydówki
uratowanej z getta białostockiego. W książce tej są zdjęcia przedwojenne, gdzie młoda Helena
jest roześmiana. Jej wujek był (chyba) naczelnym architektem miasta Białystok. Tłumaczyłem
mojemu dyskutantowi na tym przykładzie, że życie polskich Żydów w przedwojennej Polsce nie
zawsze i nie wszędzie było koszmarem nie do zniesienia, jak on je przedstawiał. Zwrócił mi
książkę po kilku dniach z uwagą, że książka jest „bezwartościowa”, ponieważ „ta kobieta
wyraźnie nie widziała tego, co się wokół niej działo”. Ten człowiek jeszcze korespondował ze
mną przez Internet przez pewien czas, ale ja tę wymianę przerwałem, ponieważ on obrażał całą
Polskę oskarżeniami, że antysemityzm był, według niego „endemiczny”, a nawet obrażał mnie
osobiście. Taki człowiek był najlepszym przykładem siewcy antypolonizmu.
W ostatnim okresie mojego życia w Montrealu Polską i Polonią wstrząsnęła książka J.T.
Grossa „Sąsiedzi”. Charakterystycznym zjawiskiem w krajowych ośrodkach „narodowych” było
natychmiastowe negowanie wszystkiego, co w tej książce jest opisane, pomimo potwierdzenia
przebiegu tragedii przez Instytut Pamięci Narodowej. Ponieważ, jak wiadomo, ekshumację
przerwano, nie ustalono większej liczby ofiar tragedii, niż 300 (Gross podał za innymi źródłami
1600). Dla ośrodków antysemickich w Polsce i ich sympatyków, fakt ten przez pewien czas
służył, jako jeden z ważkich argumentów, jakby zamordowanie „tylko” 300 osób było
mniejszym złem. Stwierdziłem, że dla wielu Polaków przyznanie, że pewni Polacy mogli
dopuścić się zbrodni było niezwykle trudne do przyjęcia. Również wielu z tych, do których
świadomości to dotarło, wyrażało pogląd, co sam słyszałem z ust niektórych ludzi, że ze
względów patriotycznych, należy to „zamieść pod dywan” a o Polakach mówić wyłącznie
pozytywnie. Tłumaczył mi ktoś, jeszcze w Montrealu, że przyznawanie się do zbrodni w
Jedwabnem, nawet, jeśli była to smutna prawda, to „kalanie własnego gniazda”, które Polsce
tylko szkodzi. Osoby tej nie określałbym mianem antysemity. Raczej patrioty polskiego,
otumanionego fałszywą propagandą ośrodków w Polsce, łączących demonstracyjny katolicyzm z
nacjonalizmem i ksenofobią.
W Montrealu zetknąłem się też z ludźmi, którzy, pełni dobrej woli, czynili wysiłki, by
promować porozumienie między społecznością polską i żydowską. Montrealski oddział PolishJewish Heritage Foundation organizował spotkania z prominentami polskiego życia publicznego
oraz towarzyskie. Na jednym takim, prawdziwie uroczym spotkaniu, Polacy i Żydzi, w duchu
przyjaźni i wzajemnego poszanowania, opowiadali sobie wzajemnie o obyczajach świąt Bożego
Narodzenia i święta Chanuka. Były wspólne śpiewy kolęd i artystyczne wykonania pieśni
żydowskich. Spiritus Movens montrealskiego oddziału organizacji była w tym czasie prof. Irena
Bellert, osoba o wielkim sercu i wielkiej erudycji. W lecie 2001 współpracowałem z nią przy
redagowaniu strony internetowej montrealskiej fundacji. To ona, wiedząc, że mam się niebawem
przenieść w okolice Toronto, „poleciła” mnie oddziałowi torontońskiemu tejże organizacji.
7. TORONTO (2001 do chwili obecnej)
W 2001 roku ponownie złożono mi ofertę zmiany pracy na lepsze warunki, tym razem do
Burlington, miasta w pobliżu Toronto, gdzie po dzień dzisiejszy pracuję w swojej specjalności. Z
początkiem września rozpoczęliśmy nowy rozdział życia, tym razem w mieście Oakville, skąd
do pracy mam niedaleko. W krótkim czasie po osiedleniu się poznałem wiele nowych osób,
skontaktowałem się też z torontońskim oddziałem Polish-Jewish Heritage Foundation i z miejsca
27
zostałem przyjęty do zarządu. Poznałem też osobiście red. Małgorzatę Bonikowską i red.
Zbigniewa Bełza z „Gazety” i szybko zorientowałem się, jak bardzo pismo to odstaje od innych
polonijnych mediów pod względem uczciwości w relacjonowaniu wszelkich wiadomości, a w
szczególności spraw dotyczących relacji polsko-żydowskich. Niebawem nawiązałem stałą
współpracę z „Gazetą”, która do dziś trwa.
Pierwsze zderzenie z nastrojami, które, jak się okazało, nie są odosobnione, miałem w
kinie podczas organizowanego wspólnie przez „Gazetę” oraz PJHF pokazu filmu „Boże
skrawki” w reżyserii Yurka Bogajewicza. Jest to film o ukrywaniu, podczas okupacji
hitlerowskiej, żydowskiego chłopca w polskiej wiejskiej rodzinie i o szlachetnej postawie
miejscowego księdza. W filmie występowała też postać sąsiada - łajdaka. Dwie
charakterystyczne i tendencyjne wypowiedzi z sali podczas dyskusji, posłużyły mi za punkt
wyjścia do pierwszego poważniejszego artykułu traktującego o stosunkach między Polakami, a
Żydami. Pierwsza, to pytanie: „kiedy nareszcie pokaże się w filmie polskim złego Żyda?” Druga,
to stwierdzenie pewnej starszej pani, że WSZYSCY Polacy, jak jeden mąż, ratowali Żydów w
czasie wojny.
Szybko zorientowałem się, że w okolicach Toronto, oprócz ludzi na wysokim poziomie
intelektualnym i takich, których można nazwać elitą, mieszka też wiele osób, które, delikatnie
mówiąc, nie darzą Żydów, ani osób tego pochodzenia sympatią. Osoby takie, często powołujące
się na swoją katolickość, szerzą poglądy, że „każdy Żyd to wróg Polski i Polaków”. Głośnym
echem w Polonii torontońskiej odbiły się enuncjacje takie, jak jednego z dyrektorów lokalnej
polonijnej kasy kredytowej, by organizację tę „oczyścić z żydokomuny”, czy księdza,
wzywającego z ambony, by z tejże samej organizacji usunąć Żydów, muzułmanów i
„jehowitów”. Nieistniejące już pismo, usiłujące za wszelką cenę zdyskredytować red. Bełza w
oczach swoich czytelników, sugerowało w licznych artykułach wymyślnymi aluzjami jego
rzekomo żydowskie pochodzenie. A trzeba wiedzieć, że w tych kręgach, słowo „Żyd” jest
równoznaczne z niemal obelgą.
Od lat piszę cotygodniowe felietony, drukowane w piątkowej „Gazecie”. Choć piszę na
tematy różne, czasem historyczne, czasem społeczne, często komentuję problematykę polskożydowską i zjawisko antysemityzmu. Przestałem, choć przyznaję, że późno w życiu, bać się
reakcji szowinistów i ksenofobów. Wreszcie dojrzałem do wewnętrznego powołania, by walczyć
z rasizmem. O swoim pochodzeniu, piszę otwarcie, zawsze jednak podkreślając, że czuję się
Polakiem i że mój stosunek do problemów polsko-żydowskich wyrażony jest z punktu widzenia
Polaka, któremu obce są stereotypy i któremu zależy na dobrym wizerunku Polski na świecie.
Moja opozycja do ksenofobii nie ogranicza się, zresztą, do antysemityzmu. Z równym
obrzydzeniem podchodzę do wszelkich form rasizmu, do tak często używanych w Polonii
obraźliwych i pogardliwych wyrażeń, jak „czarnuch”, „żółtek”, czy „siniak”. Reaguję też, gdy
ktoś w czambuł potępia wszystkich Arabów. Nie uważam, by każdy Arab, czy każdy
muzułmanin był fanatykiem i terrorystą. Niestety, zauważyłem, że wśród Polonii funkcjonują
liczne stereotypy w postrzeganiu cudzoziemców. Wielu naszych rodaków jeszcze słabo operuje
językiem angielskim, a już głośno wyraża swoje uprzedzenia do innych ras, wyznań, koloru
skóry, itd., będących częścią naszej kanadyjskiej społeczności. Tymczasem pismo polonijne,
odwołujące się w swej winiecie do siły pochodzącej z wiary, publikuje artykuły, w których
torontońską tolerancję międzykulturową określa pogardliwym mianem „multi-kulti”. To samo
28
pismo nawet głosiło w jednym z komentarzy, że przyjechaliśmy tu wierząc, iż jest to kraj o
kulturze zachodniej i chrześcijańskiej, a najazd ludzi obcych kultur to obecnie niszczy i mamy
prawo domagać się powrotu Kanady do statusu quo ante. Problematyka polsko-żydowska
traktowana jest głównie przez znanych ultraprawicowych publicystów z Polski, straszących
spiskami żydowskimi i ubolewających nad rzekomym podporządkowaniu Polski dyktatowi
Żydów. Inne pismo, z walki z „knowaniami Żydów” uczyniło chyba swój główny cel, bowiem
większość jego szpalt poświęcona jest artykułom, których nie powstydziłby się przedwojenny
prymitywny endek. Zastanawiam się, czy takiej pogardy uczył Chrystus, na którego tak
ostentacyjnie powołują się media samookreślające się, jako „prawdziwie polskie” lub
„narodowo-patriotyczne”. Jeśli „multi-kulti” tak razi, co jego przeciwnicy robią w Kanadzie?
Tak więc, poruszam te i inne zagadnienia i - co niewątpliwie cieszy mnie - jest oddźwięk.
Czasem pozytywny, czasem krytyczny, ale świadczący o tym, że moje pisanie nie trafia w
próżnię. Dostrzegam jednak zasadniczą różnicę między polemiką, a zjadliwymi uwagami,
wycelowanymi nie tyle w to, co piszę, ile w moją osobę, właśnie z racji mojego pochodzenia. Do
redakcji „Gazety” przysyłane są co jakiś czas paszkwile na mój temat, nawet podpisane
imieniem i nazwiskiem, choć nie wiem, czy prawdziwym. Ich treść sprowadza się do sugestii, że
skoro jestem Żydem a nie żadnym Polakiem, to i moje poglądy są niewiele warte. Na szczęście,
w redakcji „Gazety” pracują ludzie normalni.
Uczestniczyłem kiedyś w publicznym spotkaniu przed referendum decydującym o wejściu
Polski do Unii Europejskiej. Zjawiła się tam silna grupa nie tyle pod wezwaniem, ile pod
wpływem, która za swój cel obrała sobie zakłócanie zebrania. Na jednego z mówców posypały
się okrzyki: „Ty pie...ony Żydzie”. Mówca nie jest nawet tego pochodzenia, ale wystarczyło, że
mówił za wejściem Polski do Unii, by wytoczyć „najcięższy zarzut”. Jeden z uczestników,
domagał się dopuszczenia do mikrofonu, by powiedzieć, że jest przeciwko Unii Europejskiej z
tego powodu, iż „wiemy wszyscy, że Kwaśniewski, to naprawdę Stolzman”. Jaki wpływ miało
mieć domniemane żydowskie pochodzenie ówczesnego Prezydenta na życie Polaków w ramach
Unii Europejskiej nie wytłumaczył.
O ile narodowo-szowinistyczne media drukowane (w odróżnieniu od elektronicznych!) w
Polsce nauczyły się do pewnego stopnia treści antysemickie przemycać za pomocą eufemizmów
i aluzji, niektórzy polonijni publicyści i pewne media polonijne nie cofają się przed najbardziej
żydożerczymi sformułowaniami. Oto próbka - ustęp z artykułu w wychodzącym w Toronto
„Głosie Polskim” nr 2 (2-8.01.2007). W cytowanym fragmencie zachowałem oryginalną
pisownię, (łącznie z nazwiskiem dyplomaty), gramatykę i przestankowanie.
„...Ultranacjonalizm żydowski jest zakorzeniony w tradycji talmudu, wyższości Żydów
nad nie-Żydami, wobec których nie obowiązuje Żyda dziesięć przkazań. Żydzi mogą bez
grzechu popełniać najbardziej perfidne zbrodnie wszelkiego rodzaju, włącznie z morderstwami
takimi jak morderstwo popełnione w Palestynie na przedstawicielu ONZ, hrabią Folke
Bernardotte...”
Gdybym święcie wierzył, co tu często słyszałem publicznie podkreślane, że treści
drukowane w prasie tej orientacji są „jedynie słuszną, prawdziwie polską prawdą”, po
przeczytaniu takiego artykułu, pierwszy zapałałbym nienawiścią do Żydów.
Z manifestowanymi przypadkami werbalnego antysemityzmu zetknęliśmy się wraz z żoną
niejednokrotnie. Kiedyś żona zatelefonowała do polskiego zakładu optycznego, z zapytaniem,
29
czy przypadkiem nie jest otwarty w niedzielę. W odpowiedzi usłyszała: „My nie Żydy”. Innym
razem komuś proponowała pożyczenie CD z filmem „Pianista”. Dowiedziała się, że jest to film
„zrobiony przez Żyda dla Żydów o Żydach” i że „w ogóle Żydzi w swojej masie są okropni”. W
maju 2007 do Toronto przyleciał ks. Jakub-Romuald Weksler-Waszkinel, katolicki duchowny,
który w dorosłości dowiedział się, że jest w rzeczywistości uratowanym dzieckiem żydowskim.
Ksiądz ten był do ubiegłego roku profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i orędował
za porozumieniem polsko-żydowskim w duchu nauk Jana Pawła II. Na żadnym z dwóch spotkań
publicznych, pomimo zaproszenia, nie zjawił się ani jeden polski duchowny. Natomiast jeden z
obecnych tam słuchaczy napisał później, wydrukowany w polonijnym prawicowym piśmie list,
którego nie można określić inaczej, jak antysemicki paszkwil.
Od szeregu lat krajowe ośrodki propagandy antysemickiej podjęły chętnie podejmowaną
przez część Polonii torontońskiej tematykę oskarżania Żydów o „żydowskie zbrodnie”
przeciwko Polakom, jak również o celowe szkalowanie Polski w zwrotach takich, jak już
osławione „polskie obozy koncentracyjne”. Na porządku dziennym w niektórych polonijnych
pismach znaleźć można emocjonalną i bezkrytyczną obronę tych oskarżeń w ośrodkach
krajowych. Do tego zagadnienia powrócę w dalszej części. Zetknąłem się też niejednokrotnie
wśród torontońskiej Polonii z negowaniem istnienia antysemityzmu, nawet wbrew oczywistym
faktom. Pewien pan przekonywał mnie, że coś takiego, jak antysemityzm nie istnieje, a pojęcie
to zostało wymyślone przez samych Żydów. Kiedy zapytałem go o widziane na własne oczy na
murach warszawskich domów napisy „Żydy won!” i szubienice z Gwiazdą Dawida,
odpowiedział, że ktoś je tam widocznie umieszcza, żeby podtrzymywać mit o antysemityzmie.
Wreszcie dał mi rozbrajający dowód. Powiedział, że był w Polsce w pokoju z trzydziestoma
kilkoma osobami i zapytał każdą z nich, czy jest antysemitą. Nikt się nie przyznał. Wobec tego,
jeśli wśród takiej próbki losowej nie było ani jednego antysemity, GDZIE oni są? Z tak dobitną
argumentacją nie potrafiłem polemizować. Że wśród Polonii zamieszkałej w okolicach Toronto
antysemici jednak są, nie jest trudno się przekonać. Samo słowo antysemityzm zawsze ujęte jest
w cudzysłów w prasie tzw. narodowo-patriotycznej, sugerując, że jest to zwykły wymysł.
Niejednokrotnie zabierałem głos publicznie w obronie Polski. Nie uważam prostowania
fałszu i dawania świadectwa prawdzie za wyjątkowy czyn, tylko za obowiązek człowieka, w tym
przypadku Polaka. Piszę o tym, ponieważ mnie zarzucano, że działam na szkodę Polski. Nawet,
jeśli to były jednostkowe przypadki, takie kalumnie bolą.
Polish-Jewish Heritage Foundation zawsze stawała i staje w pierwszym rzędzie
protestujących, gdy tylko w mediach ukazuje się kłamliwe sformułowanie w rodzaju „polskie
obozy koncentracyjne”. We wspólnej akcji Zarządu Głównego KPK z ówczesnym prezesem
Grzegorzem Sobockim oraz Fundacji PJHF, pod przewodnictwem Piotra Jassema, przy czynnym
poparciu Canadian Jewish Congress doprowadziliśmy do przyznania racji i nawet przeprosin ze
strony telewizji CTV za jedno takie sformułowanie. W proteście, jak zawsze, wydatny udział
brała też „Gazeta”.
W 2005 roku Fundacja otrzymała ważne oświadczenie American Jewish Committee z
Nowego Jorku, w którym czytamy m. in: „Obozy te ulokowane były w okupowanej przez
Niemcy Polsce, kraju europejskim o największej populacji Żydów. Ale z pełnym naciskiem
należy stwierdzić, że nie były to „polskie obozy”. Dalej, cytując z tego samego oświadczenia:
„Wszelkie fałszywe ukazywanie roli Polski w Drugiej Wojnie Światowej, niezależnie od tego,
30
czy intencjonalne, czy przypadkowe, byłoby godne największego pożałowania i z tego powodu
nie powinno pozostać bez odzewu”. Pismo to dowodzi, że ci wysoko postawieni działacze
żydowscy Polski nie szkalują, a przeciwnie - bronią. Nie znaczy to, że Żydów szkalujących
Polski nie ma. W każdym narodzie znajdują się ludzie różni. Chodzi o to, że szowiniści z
obydwu stron posługują się stereotypami i haniebnymi uogólnieniami.
Gdybym poprzestał na tym, co dotychczas napisałem o Polonii torontońskiej,
pozostawiłbym wrażenie przygnębiające. Byłbym jednak winny przedstawienia jednostronnego,
a więc głęboko niesprawiedliwego. W Toronto i najbliższych okolicach żyje i pracuje wielu
uczciwych i przyzwoitych Polaków, wolnych od jakichkolwiek uprzędzeń rasowych, a nawet
czynnie wypowiadających się przeciwko rasizmowi, a w szczególności antysemityzmowi. Żyją
tu też Żydzi serdecznie nastawieni do Polaków.
Wielu Polaków w Toronto zna i szanuje Maxa Monetę, polskiego Żyda, wielkiego
dobroczyńcę Polaków, polskich inicjatyw i imprez patriotycznych. Ten uczciwy i przyzwoity
człowiek, były więzień obozu w Auschwitz, później aktywny działacz organizacji żydowskich,
jest też autentycznym przyjacielem Polski.
Kilka słów należy się rodzinie, która na tle nacechowanych wzajemną nieufnością
stosunków polsko-żydowskich w szczególny sposób podkreśliła swoją pełną szacunku i
przyzwoitości postawę. Zanim w nazwie Salonu Poezji, Muzyki, i Teatru pojawił się dodatek
„im. Jerzego Pilitowskiego”, ten wspaniały człowiek, żył wśród nas. To on, wraz ze swoją córką,
aktorką Agatą Pilitowską, wspólnie brali udział w uroczystościach upamiętniających rocznicę
powstania w getcie warszawskim i wraz z grupą Żydów zapalali świece pamięci. To Maria
Nowotarska, żona Jerzego i dyrektor artystyczny Salonu, wielokrotnie w produkcjach teatralnych
i muzycznych umieszczała utwory znanych autorów pochodzenia żydowskiego a nawet utwory
protestujące przeciwko antysemityzmowi. Przykładem tego był słynny wiersz Czesława Miłosza
„Campo di Fiori”, recytowany w spektaklu „Poets without Borders” przez Rafała
Sokołowskiego. Rafał występował także, jako lektor książki Symchy Symchowicza „Pasierb nad
Wisłą”, opowiadającej o życiu Żydów w przedwojennym Otwocku. Małżeństwo Urszula MadejWojnarowicz i jej mąż Wit Wojnarowicz, prowadzący polonijną audycję radiową z miasta
Hamilton, często nawiązują w komentarzach i czytanych tekstach historycznych do holokaustu, a
cała atmosfera ich audycji wyraźnie stoi po stronie tolerancji i zrozumienia dla inności
kulturowych i etnicznych. Ci ludzie nie boją się, ani nie wstydzą normalności, która w
niektórych polonijnych środowiskach wymaga pewnej dozy odwagi cywilnej, a czasem
odporności psychicznej. Znakomity śpiewak Andrzej Słabiak, opowiadał mi, jak występował w
polskiej szkole w Michigan, gdzie wśród innych utworów zaśpiewał popularny przebój
„Gdybym był bogaczem” ze „Skrzypka na dachu”. Po recitalu para rodziców podeszła do niego
z pretensjami, że on w POLSKIEJ szkole wprowadza „elementy żydowskie”.
Z przykładami celowego antypolonizmu oraz bezmyślnego, wynikającego z ignorancji,
powtarzania oczerniających Polskę i Polaków bzdur zetknąłem się też. Ekstremizm, złą wolę i
głupotę spotyka się w każdym narodzie. Ani Polacy, ani Żydzi nie są pod tym względem
wyjątkiem. Poznałem też uprzedzonych do Polski starszych Żydów, którzy w czasie wojny lub
bezpośrednio po niej doznali krzywdy z rąk polskich antysemitów i wywieźli z Polski ciężkie
urazy. Oni zapamiętali pewien traumatyczny obraz. Ludziom takim trudno wytłumaczyć, że ich
spotkało nieszczęście, ale że bynajmniej nie wszyscy Polacy są tacy, jakich oni zapamiętali. A
31
jednak udało się nam kiedyś przełamać lody. Red. Małgorzata Bonikowska - Polka bez korzeni
żydowskich, Nate Leipziger - Żyd, były więzień Oświęcimia i przyjaciel Polski oraz ja - Polak
żydowskiego pochodzenia, odwiedziliśmy jedną z lokalnych torontońskich synagog. Każde z nas
powiedziało o sobie i o trudnym dziele porozumienia dwóch społeczności. Szczególnie pięknie
przemawiała red. Bonikowska, jako reprezentantka narodu, który tyle sam stracił i wycierpiał z
rąk dwóch okupantów i jednocześnie, jako osoba, która chyli czoła przed holokaustem Żydów.
Nie wszystkich, rzecz jasna, przekonaliśmy. Ale po spotkaniu jednak podchodzili do nas starsi
ludzie. Ze łzami w oczach, przypominali sobie swoją młodość w przedwojennej Polsce. Z wielką
wdzięcznością przyjęli od nas kopie nagrania z Telewizji Polskiej koncertu pieśni żydowskich,
śpiewanych przez polskich artystów w krakowskiej synagodze Tempel. Trudno im było
uwierzyć, że coś takiego jest możliwe, a nawet na porządku dziennym w dzisiejszej Polsce.
Tłumaczyliśmy, że dziś jest to już zupełnie inna Polska. Te osoby od czasu tego spotkania widzą
Polskę w zdecydowanie lepszym świetle. Trzeba tylko chcieć rozmawiać ze zrozumieniem i z
szacunkiem dla ich trudnej pamięci.
W grudniu 2007 roku, ówczesny Konsul Generalny R.P. dr Piotr Konowrocki, zaprosił
mnie do wygłoszenia prelekcji o stosunkach polsko-żydowskich, w oparciu o własne
doświadczenia. Tydzień wcześniej byliśmy z żoną na przyjęciu urodzinowym. Ktoś wspomniał o
mającej się odbyć prelekcji, na co jedna z obecnych tam osób, zareagowała zdziwieniem, że
akurat taki temat mam zamiar poruszać. Wygarnęła, co myśli o Żydach. Usłyszałem, między
innymi, że „Żyd nie potrafi dnia przeżyć, żeby kogoś nie okantować”. Kiedy usłyszała głośno i
wyraźnie przy stole, kim ja jestem, zaczęła się niezręcznie wycofywać, że to nie jej własne
myśli, tylko cytuje to, co „wszyscy w pracy mówią”. A w ogóle, to przecież ja, to co innego.
Zwrot ten znam na pamięć, od lat.
Konsulat Generalny R.P. nigdy nie szczędził wysiłków, by promować porozumienie
między Polakami a Żydami i patronuje licznym imprezom związanym z tematyką, w której
splata się historia tych dwóch społeczności. Na mojej prelekcji gościnna sala Konsulatu była
wypełniona. Z inicjatywy Konsula Generalnego pokłosiem tego spotkania stała się broszurka,
zatytułowana, (jakżeby inaczej?) „Ty to co innego”. Jak można się było spodziewać,
nacjonalistyczna prasa polskojęzyczna usiłowała ją wyśmiać i mnie przedstawić w jak
najgorszym świetle. Udało się to może tylko w środowiskach, których i tak nic nie przekona, że
ktoś taki, jak ja może być uczciwym Polakiem. Tymczasem broszurka ta dotarła do wielu krajów
świata, czytana jest przez licznych Polaków, nie tylko Żydów i dodam, że skutkowała szeregiem
zaproszeń do wygłoszenia prelekcji. Od jej wydania minęły trzy lata. Ja nadal, oprócz
wykonywania swojego zawodu, czynny jestem w Fundacji Polsko-Żydowskiej, piszę felietony
drukowane w torontońskiej „Gazecie”, nierzadko nawiązując do problematyki wzajemnych
relacji Polaków i Żydów. Przez Internet pilnie śledzę scenę społeczno-polityczną w kraju nad
Wisłą, który nie przestaje mi być najbliższy. Kiedy jestem w Polsce, spotykam się z różnymi
ludźmi. Szczególnie miłe i tchnące optymizmem są spotkania z młodzieżą.
Przekazałem tu nieco nietypową historię jednego człowieka, aby na jej przykładzie
naświetlić Czytelnikowi, jak problem antysemityzmu wygląda od „tej drugiej strony”. Dziś nie
ma zagrożenia fizycznego, nie ma oficjalnego szykanowania. Ale na skutek niczym
nieuzasadnionych uprzedzeń nie można uwolnić się od atmosfery niechęci, braku akceptacji,
oskarżeń, a nawet, w niektórych przypadkach, pogardy. Zanim przejdę do dyskusji nad
32
zagadnieniem, dlaczego Polska powinna być dla wszystkich, Czytelnikowi pozostawiam własny
osąd, czy ja kwalifikuję się do tego, bym mógł powiedzieć, że Polska jest dla mnie też.
8. ANTYSEMITYZM I KSENOFOBIA W POLSCE
Nie jestem historykiem. Nie będzie to naukowy, źródłowy wykład dziejów antysemityzmu,
lecz jego bardzo spopularyzowana krótka wersja. Wtrącę też znane mi z lektury i z opowiadań
istotne przykłady antagonizmów między Polakami a innymi mniejszościami. Dzieła naukowe
czytane są w większości przez specjalistów i ludzi szczególnie interesujących się zagadnieniem.
Rzadko są spopularyzowane, a szkoda, bo ta historia powinna dotrzeć do wszystkich. Od blisko
tysiąca lat Żydzi byli obecni w Polsce, stali się nierozerwalną częścią polskiego krajobrazu,
polskiej historii i kultury. Po ich zniknięciu, starcia z mapy Polski w wyniku Holokaustu i
niechlubnych wydarzeń powojennych, zieje pustką. Młodzi ludzie natrafiają wszędzie na ślady
tej obecności, (np. opuszczone cmentarze) o której praktycznie prawie nic nie wiedzą. Postaram
się na tych kartkach lukę tę wypełnić. Bo, żeby się wzajemnie zrozumieć, trzeba się dobrze
poznać. Z pewnością nie czynię tego profesjonalnie, ale w oparciu o uznaną literaturę i myślę, że
bez rażących błędów.
Kiedy w 1492 roku król hiszpański wydalił Żydów do zamorskiego Maroka, kalif
Imperium Otomańskiego, kontrolującego wszystkie ziemie przybrzeżne północnej Afryki,
Sulejman Wspaniały rzekł: "Czy ja mam uważać króla Hiszpanii, który przysłał mi tych
wszystkich rzemieślników, kupców, naukowców i lekarzy, za człowieka inteligentnego?"
Istotnie, kraje Europy zachodniej, eksmitujące, wskutek bigoterii religijnej, przez wieki
tolerowanych Żydów, pozbywały się cennego - wykształconego i fachowego - elementu swoich
społeczeństw. Prześladowania Żydów w Hiszpanii i w Anglii zaczęły się już znacznie wcześniej,
bo w okresie wypraw krzyżowych i skutkowały ich masową migracją w kierunku wschodnim.
Na terenach polskich znaleźli schronienie i nazwali tę ziemię "Po-lin", co w wolnym
tłumaczeniu z hebrajskiego ma znaczyć: "tu możemy odpocząć". Długą, bogatą i fascynującą
historię Żydów w Polsce będzie można poznać w Muzeum Historii Żydów Polskich, kiedy
otworzy ono swoje podwoje.
Pierwsze o nich wzmianki pojawiają się w oryginalnych zapisach już w okresie przed
chrztem Polski, czyli jeszcze przed formalnym powstaniem państwa. W okresie rozbicia
dzielnicowego, książę Bolesław Pobożny nadał Żydom zamieszkującym ziemie mu podległe
szerokie uprawnienia i autonomię. Dokument ten, podpisany w Kaliszu 8 września 1264 r.,
przeszedł do historii jako Statut Kaliski. Zgodnie z jego postanowieniami, Żydzi byli chronieni
przed samosądem ze strony chrześcijan, korzystali też z prawnie zadekretowanej tolerancji
religijnej. Jak wynika z tego, już wówczas była potrzeba takiego ustawodawstwa. Statut
zabraniał obwiniania Żydów o toczenie krwi chrześcijańskiej na macę (ten absurdalny zarzut
przywędrował do Polski z Europy zachodniej) i w przypadku uporczywego obwiniania,
nakazywał przedstawienie zeznań świadków żydowskich, że taki proceder istotnie miał miejsce.
W dziedzinie sądownictwa, Żydzi podlegali swoim sędziom. Jeśli jednak Żyd nie zastosował się
do werdyktu żydowskiego prawa, werdykt miał egzekwować książę lub wyznaczony przez niego
urzędnik. Żydzi nie płacili podatków bezpośrednio do skarbca polskiego, tylko do swoich
zwierzchników, którzy dopiero przekazywali należność władzom polskim, czyli księciu, a po
zjednoczeniu, królowi. Statut nakładał karę 30 szylingów na każdego chrześcijańskiego
mieszkańca danej miejscowości za niepospieszenie z pomocą sąsiadowi Żydowi wzywającemu
pomocy. Niektóre z postanowień Statutu brzmią zadziwiająco, jeśli nie zna się prawdziwej
historii tamtych czasów. Na przykład prawo nakazujące strażnikom na rogatkach przepuszczanie
33
swobodnie i bez opłat celnych Żydów przewożących swoich zmarłych z miasta do miasta "jak to
jest w ich zwyczaju". Otóż nigdy nie mieli Żydzi takiego zwyczaju. Skąd więc tak sformułowany
statut prawny? Kiedy statut był pisany (wzorowany na podobnych uprawnieniach z innych
miejsc w Europie) Żydzi jeszcze byli rozproszeni i nie wszędzie mieli własne cmentarze. Ksiądz
katolicki nie godził się na pochówek Żyda na cmentarzu miejscowym, co zmuszało często
Żydów do wożenia zmarłych w poszukiwaniu cmentarza żydowskiego. Tylko, co mógł wiedzieć
o obyczajach żydowskich katolicki zakonnik, któremu powierzono zredagowanie dokumentu
prawnego?
Żyd w starej Polsce, trzymający zwoje Tory (z okładki książki A. Zbikowskiego – Żydzi
34
Kazimierz Wielki rozszerzył jurysdykcję Statutu na obszar całej Polski. Wszyscy kolejni
władcy polscy potwierdzali jego ważność. Zdarzały się nieliczne przypadki odwołania jego
postanowień przez jakiegoś króla, który potem bardzo szybko je przywracał. Widocznie
rozumiał konieczność utrzymania go w mocy. Postanowienia Statutu Kaliskiego obowiązywały
aż do rozbiorów Polski. Wkład Żydów w kulturę polską i rozwój państwa polskiego jest
ogromny i gdyby nie ludobójstwo hitlerowskie, byłby nadal znaczący.
Żydzi, po prześladowaniach w wielu krajach europejskich znaleźli w Polsce istny raj Paradis Judeorum. Tam wszędzie prześladowania pochodziły od samych królów i władców, tu
byli pod ochroną królewską. Tylko, że oficjalna polityka władz polskich to jedno, zaś
nastawienie ludności niekoniecznie i nie zawsze było przyjazne. Antyjudaizm, czyli klątwa na
Żydów za śmierć Chrystusa, głoszona przez Kościół od czasów przyjęcia chrześcijaństwa przez
Rzym, padała na podatny grunt, zwłaszcza wśród prostego ludu, wierzącego w zabobony i
bojącego się obcych. Obcy ubierali się inaczej, mieli inne obyczaje, mówili innym językiem,
wierzyli w „innego Boga”. Oskarżano ich więc o zabijanie dzieci chrześcijańskich, żeby ich
krew dodawać do macy, dawano posłuch plotkom, że Żydzi uprawiają złe czary. Zresztą, co
można myśleć o takich, co to nie czczą Boga w taki sam sposób? Ale pomimo nawet licznych
incydentów, przez wieki całe ludność żydowska żyła obok ludności polskiej we względnym
spokoju. Żyła obok, a nie wspólnie, ponieważ religia żydowska nakładała na swoich
wyznawców obowiązek trzymania się w swoim środowisku. Wynikało to z prawa żydowskiego,
że tylko ten jest Żydem, kto ma matkę Żydówkę. Dlatego nie do pomyślenia były małżeństwa
mieszane, ponieważ Żydzi musieli zachować swoją etniczną tożsamość. Czyż nie obserwujemy
w dzisiejszym świecie tendencji do trzymania się nawet nas, Polaków, w pewne separacji od
miejscowej ludności i tworzenia „gett” w Chicago (Jackowo) czy w Nowym Jorku (Greenpoint)?
Nie dziw więc, że Żydzi trzymali się na uboczu, mając dodatkowo, ostre nakazy religijne. Życie
jednak wyłamuje się spod nakazów i zakazów i natura ludzka spowodowała, że pomimo różnic
językowych, religijnych, kulturalnych i obyczajowych, wielu polskich Żydów z czasem nosiło w
sobie również geny słowiańskie, a wielu z dzisiejszych Polaków, nawet nieświadomie, ma
jakiegoś żydowskiego przodka.
Żydzi mieli kontakt z Polakami na jarmarkach, gdzie handlowali w dzień targowy,
prowadzili gospody z wyszynkiem, niektórzy mieli przywilej zbierania podatków dla Króla.
Oczywiście takich ludność nie lubiła. Żydzi w tamtych czasach zajmowali się także
pożyczaniem pieniędzy pod zastaw. Banków jeszcze nie było. W dawnej Polsce Żydzi często
kojarzeni byli z lichwiarstwem. Pobieranie lichwy, czyli wysokiego procentu od pożyczki, było
zjawiskiem normalnym nie tylko w Polsce i nie tylko u Żydów. Ale ponieważ w
Rzeczypospolitej szlacheckiej tylko Żydzi zajmowali się tą prymitywną formą bankierstwa,
stawali się obiektami niechęci i zawiści. W dzisiejszym świecie wielkie banki bezwzględnie i
bezdusznie egzekwują swoje należności, nierzadko pozbawiając niewypłacalnych
pożyczkobiorców domów, gospodarstw i innego majątku. Jednak nie słychać narzekań na
pochodzenie etniczne dzisiejszych właścicieli banków. Z czasem Żydzi nawet nabywali ziemię i
ją uprawiali. Jeszcze przed uchwaleniem Konstytucji 3 Maja powstał wśród niektórych Żydów
ruch przyjęcia wiary katolickiej, za co państwo polskie nagradzało nadaniem szlachectwa.
Procederowi temu po jakimś czasie dano kres, ale nie wynikało to z niechęci do Żydów, tylko z
wrodzonej inteligencji i sprytu naszego ludu. Zaczęły się mnożyć przypadki konwersji chłopów
na wiarę żydowską, po czym, po kilku latach przechodzili z powrotem na katolicyzm, uzyskując
w ten sposób szlachectwo. Na przeciwległym biegunie życia żydowskiego powstał, właśnie w
Polsce ruch chasydyzmu - ortodoksyjnego mistycyzmu, który rozprzestrzenił się z czasem na
inne kraje. Chasydyzm wydał na świat wielu wybitnych uczonych. Wielu z nich przypisywano
nawet cudotwórstwo i czczono. W Polsce powstały też szkoły rabinackie o wysokim poziomie
naukowym, cenionym poza granicami Rzeczypospolitej. Polska już w tym czasie była
35
wieloetniczna. W Rzeczypospolitej Obojga Narodów żyli Polacy i Litwini, ale także Białorusini,
Ukraińcy i Żydzi. Dziś śmiało można osiągnięcia każdej z tych grup zaliczyć do wspólnej
kultury polskiej, ponieważ na polskiej ziemi powstały i bez przychylnego oka polskich władców
nie miałyby szans na rozwinięcie. Kultura polska nie była i nie jest monolitem, ani
monowyznaniowa. Jeśli państwa powstałe z dawnych kolonii, jak USA, Kanady, Meksyk,
Brazylia, czy Peru dziś szczycą się kulturą swoich oryginalnych mieszkańców, jako integralną
częścią ich kultury narodowej, tak samo i my możemy się szczycić osiągnięciami kultury
narodów zamieszkujących ziemie polskie.
Jak już zostało powiedziane, narodów zamieszkujących ziemie objęte jurysdykcją polską
było więcej. Rzeczpospolita Obojga Narodów składała się przecież oficjalnie z Polaków i
Litwinów, przy czym kultura polska, zawsze bliższa trendom zachodnioeuropejskim,
zdecydowanie dominowała. Nie było, o ile wiem, otwartych konfliktów między tymi dwoma
narodami, jeśli już coś, to pewne poczucie wyższości ze strony Polaków. To samo można
powiedzieć w odniesieniu do Białorusinów. Znacznie więcej antagonizmów odnotowała historia
między Polakami, a Ukraińcami. Historia powstania Kozaków i ruskiego chłopstwa pod wodzą
Bohdana Chmielnickiego w r. 1648 jest ogólnie znana i nie ma celu jego opisywania, natomiast
warto odnotować, że od tamtego czasu trwa w obydwu narodach podświadoma wzajemna
nieufność i rywalizacja.
Z końcem osiemnastego stulecia, wielu Żydów już czuło, obok przywiązania do Tory i
religii żydowskiej, również silne związki z Polską. Przykładem jest Berek Joselewicz, pułkownik
Wojska Polskiego, który w okresie rewolucji kościuszkowskiej zorganizował żydowski pułk do
walki z rosyjskim najeźdźcą. Z początkiem wieku dziewiętnastego notuje się coraz większe
zaangażowanie Żydów w narodową sprawę Polski. Postać Jankiela, Żyda i patrioty polskiego z
„Pana Tadeusza” musiała być oparta na jakichś pierwowzorach. Wieszcz w innym utworze pisze
też:
Stąd mimo carskich gróźb, na złość strażnikom ceł,
Przemyca w Litwę Żyd tomiki moich dzieł.
Jak z tego widać, bynajmniej nie wszyscy Żydzi trzymali się z dala od polskiej działalności
patriotycznej.
Dziewiętnasty wiek, wiek ucisku Polaków pod trzema zaborami, przyniósł także istotne
zmiany w relacjach polsko-żydowskich. Wraz z powstaniem kapitalizmu i rewolucji
przemysłowej nastąpiła migracja zamożniejszych Żydów z miasteczek do dużych miast, czemu
towarzyszyła rywalizacja o miejsca pracy z etnicznymi Polakami. I tu już zachodził podział na
„nas” (Polaków-katolików) i „ich” (Żydów). Co zamożniejsi, sprytniejsi i wykazujący więcej
inicjatywy ludzie o różnych korzeniach etnicznych założyli manufaktury i fabryki. Znany film
„Ziemia obiecana” pokazał przykład tego procesu społecznego w Łodzi. Fabrykanci, Polacy,
Żydzi, Niemcy, tak samo wyzyskiwali najemnych pracowników. Takie były czasy. Jeśli jednak
ktoś był wyzyskiwany w fabryce należącej do Żyda, często wiązał swoje żale z przynależnością
etniczną fabrykanta.
Zaborca rosyjski, w myśl rzymskiej zasady „Divide et impera” (Dziel i rządź) sprowadził
do Polski z Litwy tępych urzędników aparatu ucisku i szpicli policyjnych, często Żydów. Można
sobie wyobrazić, że nienawiść do tych ciemiężycieli rozciągnięta została przez wielu Polaków na
ogół Żydów. Antysemityzm przybrał na ostrości najbardziej podczas zaborów i w największym
stopniu na terenie zaboru rosyjskiego.
Ale wśród samej społeczności żydowskiej też rodziły się nowe myśli i ruchy. Po pierwsze,
młodzież żydowska, głównie w miastach, zaczęła się emancypować. Syn odmawiał
posłuszeństwa ojcu, oświadczał, że nie chce zostać rabinem, tylko lekarzem, bądź artystą.
Asymilacja Żydów postępowała, dając w efekcie Polsce wielu wybitnych ludzi we wszystkich
36
dziedzinach kultury, wliczając w to naukę, sztukę, teatr, medycynę, literaturę. Gdy możemy się
nimi chwalić przed światem, zapominamy, że byli żydowskiego pochodzenia, chętnie
przyznajemy się do nich i widzimy w nich polskich artystów, naukowców, poetów itd. Wraz z
asymilacją powstał ruch zwany Haskalą. Był to jakby renesans intelektualny Żydów w
nowoczesnym wydaniu. Popierał częściową asymilację, z zachowaniem odrębności obyczajowej
i promował zdobywanie i propagowanie wiedzy wśród polskich Żydów, jak również
propagowanie osiągnięć kultury żydowskiej wśród Polaków. Ruch ten był, w pewnym sensie,
klęską dla tradycyjnych Żydów, którzy w nim widzieli wynarodowienie się. Podobnie, wydaje
mi się, boleją polskie babcie odwiedzające dziś w Stanach Zjednoczonych swoje rodziny, nie
mogąc porozumieć się po polsku z wnukami. Potomkowie pierwszych polskich osadników po
drugiej stronie Atlantyku dziś już rzadko znają język swoich przodków.
Typowi Żydzi w dawnej Polsce
Do dziś słyszę i czytam, że jedna z głównych przyczyn niechęci Polaków do Żydów w
dziewiętnastym wieku był ich brak zaangażowania w sprawę wyzwolenia narodowego. Istotnie,
tradycyjni i niezasymilowani Żydzi w większości żyli na uboczu, w swoich środowiskach, zajęci
swoimi dziennymi sprawami, bądź studiowaniem Tory. Niechęć, jednak, poprzez ludzką
tendencję do uogólniania, rozciągnięta była na wszystkich Żydów, bez względu na asymilację,
czy stopień zaangażowania w sprawy polskie. Zastanawiam się czasem, co było przyczyną tej
bierności tradycyjnych Żydów. Być może zbiorowa pamięć narodu prześladowanego przed
wiekami w Hiszpanii i Anglii, nie sprzyjała asymilacji w kraju, gdzie nareszcie Żydzi mieli
ochronę państwa, ale też odczuwali nieprzyjazne nastawienie wielu Polaków na co dzień. Trzeba
37
pamiętać, że dogmat o zbiorowej winie Żydów za śmierć Chrystusa prosty lud polski słyszał z
ambon od stuleci i że dogmat ten został odrzucony przez Kościół Katolicki dopiero na II Soborze
Watykańskim. Należy tu też wspomnieć, że prosty lud pańszczyźniany był jeszcze w tym czasie
w większości bardziej katolicki, jak polski i wielkie sprawy narodowe były mu często obce, a
świadomość narodowa postępowała powoli.
Znane są jednak przypadki zaangażowania Żydów. Do tych, o których już wspomniałem
należy dodać, że podczas Powstania Listopadowego, bardziej światli Żydzi wyszli z inicjatywą
powołania oddziału zbrojnego do walki u boku Polaków, ale oferta została odrzucona przez Rząd
Narodowy. Głośny jest incydent z 8 kwietnia 1861 roku. Michał Landy, student szkoły
rabinackiej, brał udział w demonstracji w Warszawie przeciwko caratowi. W demonstracji brali
udział przedstawiciele różnych wyznań. Kiedy krzyż, niesiony na czele pochodu, wypadł z rąk
zabitego polskiego manifestanta, Landy uniósł go i poszedł dalej na czele pochodu. Zginął sam
chwilę później.
U schyłku dziewiętnastego stulecia wśród częściowo zasymilowanych Żydów wykształciły
się dwa, całkiem odmienne nurty: syjonizm - wzywający Żydów do powrotu na swoje
historyczne ziemie oraz socjalizm. Obydwa ruchy dotarły do Polski poprzez inne kraje
europejskie. Ten drugi, zakładający równość i braterstwo wszystkich, zwłaszcza ludu
pracującego, nie dyskryminował Żydów i z tej przyczyny młodzi, postępowi Żydzi garnęli się do
tego ruchu, obiecującego zmianę świata na lepszy. Wzrost nastrojów antyżydowskich pchał
młodych Żydów w otwarte ramiona socjalistów oraz ich radykalnego skrzydła rewolucyjnego,
które z czasem stało się zalążkiem partii komunistycznej. O ile komunistów, stawiających
rewolucję światową ponad wolność Polski, nie zamierzam bronić, o tyle znajduję w sobie wiele
sympatii dla socjalistów, którzy w tym czasie dostrzegali rażące fakty niesprawiedliwości
społecznej, będąc jednocześnie gorącymi orędownikami niepodległości Polski. Socjalistą był
Józef Piłsudski. W jego legionach służyło wielu oficerów pochodzenia żydowskiego.
Zakończenie I Wojny Światowej i odzyskanie niepodległości przez Polskę po 123 latach
niewoli postawiło przed działaczami polskimi fundamentalne pytanie o to, jaki obrać ustrój
odrodzonego kraju. Przyjęto ustrój republikański, uznający wszystkich ludzi mieszkających w
granicach Polski za obywateli, z równymi prawami i obowiązkami. Oznaczało to, że Żydzi byli
obywatelami na równi z etnicznymi Polakami. W nowej Polsce od samego początku scenę
polityczną dominowały dwa główne nurty polityczne, zajadle siebie zwalczające, czyli
Piłsudczycy i Narodowi Demokraci, tzw. endecja. Pierwszy nurt widział społeczeństwo w
kategoriach obywatelskich i wobec Żydów nie przejawiał uprzedzeń. Endecja, natomiast,
widziała Polskę w kategoriach narodowych, przeciwstawiając sobie wzajemnie mniejszości
etniczne i rdzennych Polaków, propagując hasła, że Polska jest dla Polaków, a mniejszości,
zwłaszcza Żydów, należy bojkotować. Polska wyszła z tej wojny odrodzona, ale nędza i ubóstwo
były wszechobecne. Bieda rodzi fobie, a te zostały wykorzystane przez endecję, kierującą gniew
i pretensje w stronę Żydów, w których upatrywano wrogów państwowości polskiej. Głównym
teoretykiem nowoczesnego antysemityzmu w Polsce stał się Roman Dmowski, któremu nie
można jednocześnie odmówić wielkich zasług położonych dla Polski przy negocjowaniu
przyszłych granic kraju. Jego hasło: „Jestem Polakiem. Mam obowiązki polskie” wyraźnie
dzieliło ludność Polski na rdzennych Polaków i mniejszości, przedstawiane, jako pasożytnicze,
obce ciało. Ten sposób myślenia wyraźnie dzielił obywateli według kryteriów krwi,
38
antagonizował społeczności przeciwko sobie, uznając wyższość jednej nad innymi. Do czego
doprowadziła taka niebezpieczna ideologia, rozbudowana i podparta siłą totalitarnego państwa,
wiemy na przykładzie hitlerowskich Niemiec.
Wśród czołowych propagatorów antysemityzmu w międzywojennej Polsce znaleźli się też
niektórzy czołowi katoliccy duchowni, jak ks. prof. Stanisław Trzeciak, autor szeregu prac z tej
dziedziny. Utrzymywał on, że krążąca po Europie od przełomu stulecia carska fałszywka
„Protokóły Mędrców Syjonu”, zawierająca wymyślne brednie, pomyślane, by przedstawić
Żydów w jak najgorszym świetle, jest autentykiem. Niestety, niektórzy księża, uczciwie wierząc
w zbiorową winę wszystkich Żydów, czynnie uczestniczyli w dziele propagowania myśli ks.
Trzeciaka. Trzeba zrozumieć, że księża ci byli od najmłodszych lat karmieni tym sposobem
myślenia, (a cały kościół od pokoleń), więc przekonanie o winie Żydów było u nich szczere i nie
wynikało z jakichś szczególnie złych cech charakteru.
Mam przed sobą książeczkę ks. Józefa Kruszyńskiego „Antysemityzm, antyjudaizm,
antygoizm” (Dom Wydawniczy „Ostoja”, Krzeszowice, 2006) z dopiskiem „Biblioteka
Wszechpolaka” na okładce. Autor, w latach 1925-1933 rektor KUL pisał: „Stwierdzono po
niezliczone razy, iż żydzi zachowywali się zawsze niepoprawnie, a często obierali wrogie
stanowisko względem narodów chrześcijańskich, wśród których, czy też obok których
mieszkali”. Pominąwszy fakt, że ksiądz profesor konsekwentnie pisał wyraz „żydzi” z małej
litery, stosując dużą literę do innych nacji, nigdzie nie podał on jakichkolwiek faktów
tłumaczących, w jaki sposób zachowywali się oni niepoprawnie. Cała książeczka naszpikowana
jest stwierdzeniami, że rzekomo Talmud pozwala Żydom na wszelkie niegodziwości, jeśli ofiarą
ich ma być goj. Niestety, treści takie nadal są kolportowane nawet w dzisiejszej Polsce i
przyjmowane przez niektóre organizacje i ich członków za prawdę. Przytoczyłem to „dzieło”
tylko po to, by pokazać, jakimi metodami indoktrynowany byli (i nadal są) ludzie, wierzący
takim „autorytetom”. A przecież ksiądz w Polsce zawsze był autorytetem.
Nie można mówić o antysemityzmie w międzywojennej Polsce bez wspomnienia o
niejakim Feliksie Konecznym. Profesor na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie,
pozbawiony katedry za zbyt kontrowersyjne teksty, do dziś uznawany jest przez środowiska
tradycyjnie antysemickie, za klasyka literatury „narodowej i patriotycznej”. Jego książka
„Cywilizacja żydowska” zawiera liczne skrajnie antysemickie teksty. Przytaczam zaledwie trzy
wybrane przeze mnie:
1. Mówi się często o tym, jako koleżeństwo szkolne z Żydami deprawuje nieraz naszą
młodzież - i jest w tym, niestety, racja.
2. Żyd odżydzony traci wiarę łatwo, ale nader trudno nawraca się na chrześcijaństwo. Póki
nie utraci wiary, bywa też tylko formalnie odżydzony, tylko z pozorów; w rzeczywistości Żydem
być nie przestaje. To łatwo zrozumieć. Ale bywa - i to często, bardzo często - że Żyd
bezwyznaniowiec, nawet ateista powraca jednak do jednego artykułu wiary; że mianowicie Żydzi
stanowią lud naczelny, powołany do opanowania całego świata, jako górujący nad wszystkimi
zaletami umysłowymi i charakteru.
3. Pielęgnujmy u siebie jedną tylko cywilizację, wyłącznie łacińską, a żydowska cywilizacja
sama usunie się z życia publicznego, będzie w nim wegetować i zamierać. Żydzi po pewnym
czasie nie będą ani dość liczni, ani na tyle bogaci, iżby mogli tworzyć nadal "kwestię żydowską",
zwłaszcza, że najlepsi z nich odżydzą się.
39
Feliks Koneczny, na podstawie własnych badań dawnych procesów sądowych uznał mord
rytualny (krew na macę) za „udowodniony”. Karmiona takimi „mądrościami” część
społeczeństwa uwierzyła we wszystkie podłości Żydów, co miało niebagatelny wpływ na
stosunki polsko-żydowskie. To antyżydowskie zaślepienie popchnęło Eligiusza
Niewiadomskiego do zamordowania w grudniu 1922 roku nowo wybranego pierwszego
Prezydenta R.P. Gabriela Narutowicza, tylko dlatego, że wybrany został przy poparciu głosów
posłów żydowskich, które przeważyły szalę na jego korzyść.
Po śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego, różne antysemickie ugrupowania, niektóre
nawet zafascynowane polityką hitlerowskich Niemiec, podjęły działania mające na celu
atakowanie Żydów i żydowskie sklepy, wywieranie nacisku na władze, by ograniczyć dostęp
studentów żydowskiego pochodzenia na wyższe uczelnie i generalnie szkodzić Żydom, gdzie
tylko się da. Dochodziło nawet do lokalnych pogromów.
Jednakże państwo polskie funkcjonowało sprawnie, a znaczna część społeczeństwa nie
zwracała uwagi na antysemicką propagandę. Cenieni byli powszechnie prominenci polskiej
kultury żydowskiego pochodzenia, jak poeci Julian Tuwim, czy Antoni Słonimski, w kabarecie
Qui Pro Quo publiczność oklaskiwała aktorów i satyryków, z których wielu, jak przykładowo,
Marian Hemar, czy Fryderyk Jarossy, miało żydowski rodowód. W popularnej audycji radiowej
„Wesoła Lwowska Fala” słuchaczy bawili Szczepko i Tońko. Tońkiem był Henryk
Vogelfaenger, polski Żyd.
Wpływ wybuch wojny na stosunki polsko-żydowskie wymagają krótkiego omówienia. W
polskiej wojnie obronnej we wrześniu 1939 roku, w Wojsku Polskim służyło wielu żołnierzy
pochodzenia żydowskiego. W Katyniu, Charkowie i w Miednoje spoczywają szczątki tysięcy
oficerów polskich, zamordowanych przez NKWD. Zetknąłem się z szacunkowa liczba 700
oficerów, polskich Żydów, wiernych Polsce do końca. Powszechnie znana jest sprawa
entuzjastycznego witania wkraczającej Armii Czerwonej przez polskich Żydów 17 września
1939 roku. Wielu z nich w Sowietach widziało wybawicieli od hitlerowskiego terroru, który już
zaczął się na terenach zajętych przez Niemcy. Zupełnie w innych kategoriach widzę tych Żydów,
którzy poszli na kolaborację z okupantem sowieckim. Zdrada jest zdradą, bez względu na to, kto
jej się dopuszcza i nawet tłumaczenie wcześniejszym wyobcowaniem z życia społecznego przez
antysemitów w Polsce nie może stanowić usprawiedliwienia. Należy jednak mieć na uwadze, że
kolaborowali również polscy komuniści. Żydowska inteligencja w większości nie poszła na
współpracę z komunistami i wielu Żydów znalazło się wśród deportowanych później na Syberię
i do Kazachstanu. Jednak w zbiorowej pamięci wielu Polaków utrwalił się stereotypowy pogląd,
że „w trzydziestym dziewiątym Żydzi zdradzili Polskę”. Jak zwykle, wypada poznać bliżej fakty
i nie wypowiadać sądów uogólniających.
Zagłada, w większości na ziemi polskiej, sześciu milionów Żydów europejskich, z czego
połowę stanowili obywatele polscy, wymagałaby osobnego i obszernego rozdziału. Nie jest to
jednak celem niniejszej broszurki.
Ważne jest jednak podkreślenie, że w Polsce, w warunkach niewyobrażalnego terroru,
ryzykując życiem własnym i całej rodziny, łącznie z dziećmi, tysiące ludzi niosło pomoc i
ratunek ukrywającym się Żydom. Zweryfikowanych przez Instytut Yad Vashem
„Sprawiedliwych wśród Narodów Świata” Polaków jest ponad sześć tysięcy, więcej, niż z
jakiegokolwiek innego kraju. Stanowi to piękną kartę w najnowszej historii Polski. W akcję
40
pomocy i ukrywania dzieci żydowskich zaangażowało się wielu księży katolickich. Liczne
zakonnice prowadziły sierocińce, w których ukrywano dzieci żydowskie. Nawet osoby
wyznające przed wojną poglądy antysemickie, jak pisarka Zofia Kossak-Szczucka uznały za
swój chrześcijański obowiązek niesienie Żydom pomocy. Tylko w Polsce, ze wszystkich
okupowanych krajów powstała, jako tajna komórka podziemna Rada Pomocy Żydom, pod
pseudonimem Żegota. Niestety, mamy też równolegle kartę mniej chlubną: licznych tzw.
szmalcowników, szantażujących Żydów i wydających ich okupantowi, ludzi urządzających
polowania na ukrywających się Żydów i nawet pogromy. Do takich należała masakra w
Jedwabnem, w której Polacy, niewątpliwie zachęcani przez Niemców, spalili w stodole co
najmniej kilkusetosobową grupę Żydów - swoich sąsiadów, wraz z kobietami i dziećmi. Dzisiejsi
„obrońcy dobrego imienia Polski” chętnie powołują się na heroizm polskich Sprawiedliwych,
jednocześnie usilnie negując fakty, bądź bagatelizując wszystko to, co może przynosić wstyd.
Czasem też słyszy się głosy, że bohaterstwo tych, którzy Żydów ratowali kasuje czyny
„pewnego nieznacznego marginesu”. I tu trzeba wyjaśnić. Trudno wyliczyć, ilu Polaków trudniło
się w czasie okupacji tropieniem Żydów, wydawaniem ich i własnoręcznym mordowaniem, ale
wiadomo, że liczba ta wykraczała daleko poza pojęcie marginesu. Nie można też ważyć na
przeciwległych szalach czynów Sprawiedliwych i czynów łotrów. One się ani nie równoważą,
ani nie kasują. Trzeba, po prostu, zaakceptować, że byli tacy i tacy, że miały miejsce czyny
potworne i wspaniałe. I że były też miliony biernie przyglądających się Zagładzie, wielu z nich
sparaliżowanych strachem.
Po zakończonej wojnie i przejęciu władzy przez komunistów oddanych Moskwie,
niechęć do Żydów wśród polskiego społeczeństwa była znaczna, ponieważ kojarzono z nimi
nowy, represyjny reżym. Uratowanym z Holokaustu Żydom powracającym do swoich domów
odmawiano zwrotu mienia, zajętego przez sąsiadów, czasem nawet powierzonego im w dobrej
wierze na przechowanie w chwili zaganiania do gett przez okupanta. Wybuchło kilka pogromów,
w tym największy 4 lipca 1946 roku w Kielcach. Propaganda narodowców utrzymuje, że
pogrom kielecki, w którym zginęło ok. 40 Żydów, łącznie z kobietami i dziećmi, był
prowokacją komunistyczną. Bez względu na to, czy był prowokacją, czy nie i kto był
prowokatorem, znalazło się wielu chętnych wykonawców i byli to, niestety, Polacy. Słyszałem
raz w Toronto słowa Polaka, usiłującego zmniejszyć odium związane z pogromem kieleckim.
Tłumaczył on, że w Polsce nie było antysemityzmu, tylko antyjudaizm, a to coś „zupełnie
innego”. Pozwoliłem sobie wówczas na uwagę, iż z pewnością dla Żyda uciekającego przed
motłochem musiała to być nie lada ulga, że gonią go antyjudaiści a nie antysemici.
Nie można mówić o ksenofobii bez chociażby wspomnienia o stosunkach polskoukraińskich, które od wielu lat stopniowo pogarszały się. Z chwilą zakończenia I Wojny
Światowej, o Lwów walczyli Ukraińcy z Polakami i każda strona święcie wierzyła w swoją
rację i swoje prawa do tej ziemi. Ukraińcy od dawna bez swojego własnego państwa, niegdyś
pod dominacją królestwa polskiego, później podzieleni między Rosją carską, a imperium
Hapsburgów, też mieli swoje aspiracje narodowościowe. Miasto Lwów było bez wątpienia
ośrodkiem kultury, tradycji i nauki polskiej. Małe miasteczka i wsie były w większej mierze
ukraińskie i żydowskie. Polacy w heroicznej walce obronili i zatrzymali Lwów. Zachodnia cześć
Ukrainy przypadła Polsce. Ukraińcy w II Rzeczypospolitej często czuli się dyskryminowani,
jako obywatele drugiej kategorii przez liczne przepisy restrykcyjne. Bez względu na wszystkie
41
okoliczności, mieli oni jednak o niebo lepiej, niż ich współbracia żyjący w opanowanej przez
Związek Sowiecki tzw. Ukraińskiej Republice Rad, gdzie wszelkie przejawy nieposłuszeństwa
karano odbieraniem żywności,
co powodowało śmiertelny głód. Państwowa polityka
międzywojenna w Polsce nie sprzyjała przyjaźni polsko-ukraińskiej, zaś Ukraińcy rozciągali
swoje żale na całe społeczeństwo polskie, widząc w nim tylko naród ciemiężycieli. Pamięć o
krwawej masakrze Polaków i Żydów na Wołyniu w 1943 r., dokonanej przez ugrupowania
skrajnie nacjonalistyczne UPA i OUN, liczące jednak maleńki procent całej ludności ukraińskiej,
pozostała żywa wśród ogółu Polaków. Ale i tam wówczas znaleźli się uczciwi Ukraińcy, którzy
swoich sąsiadów Polaków ratowali. Z kolei, tzw. „akcja Wisła”, czyli masowe przesiedlanie
Ukraińców z Bieszczadów w inne, odległe tereny Polski już po zakończeniu II Wojny
Światowej, widziane jest do dziś przez wielu Ukraińców, jako zbrodnia wojenna. Takie jest tło
wzajemnej nieufności tych dwóch narodów, których losy tyle razy splatała historia. Dziś, po
latach, emocje trochę opadły, państwo polskie i wielu Ukraińców dobrej woli wykazuje dążenia,
żeby wzajemne stosunki poprawiać i osiągać porozumienie wszędzie tam, gdzie jest to możliwe,
pomimo zaszłości historycznych. Nie zawsze, jednak, starania czynników oficjalnych, nawet z
obydwu stron, znajdują czynne poparcie w oczach zwykłych ludzi, którzy nadal, w wielu
przypadkach, skłonni są widzieć stronę przeciwną przez pryzmat stereotypu.
W kolejnych latach powojennych sprawy związane z relacjami polsko-żydowskimi
przycichły, najwyżej ktoś sobie po cichu, wśród zaufanych, utyskiwał na „Żydków”. Zresztą
zostało ich bardzo mało. Po pogromie kieleckim wielu Żydów wyemigrowało do Izraela, kolejna
fala emigracji nastąpiła w latach pięćdziesiątych.
W krótkim czasie po moim powrocie do Polski z Południowej Afryki usłyszałem od kogoś,
że Polacy mają żal do Żydów o to, iż wszystkie wycieczki zagraniczne w Warszawie wożone są
pod pomnik Bohaterów Getta, natomiast nikt im nic nie mówi o Powstaniu Warszawskim.
Pokutował nadal w niektórych środowiskach mit, że kierownictwo partii, to Żydzi i temu
przypisywano ów istotnie raniący polskie uczucia brak co najmniej równości w traktowaniu
niedawnej historii. W rzeczywistości, był on spowodowany z jednej strony wrogim stosunkiem
politycznym władz komunistycznych do Armii Krajowej i przywództwa Powstania i brakiem
nawet pomnika upamiętniającego powstańców, z drugiej strony pragmatycznym myśleniem, że
pokazywanie pomnika Bohaterów Getta ukazuje Polskę w korzystnym świetle, przyciągając
więcej wycieczek zagranicznych, a więc i większe wpływy dewizowe. Tym niemniej, stereotyp
w pojmowaniu zawiłych politycznych meandrów tamtych czasów wzmagał uczucia niechęci do
ogółu Żydów.
W roku 1967 wybuchła wojna izraelsko-arabska. Ponieważ Izrael wspierany był
politycznie przez demokratyczny Zachód, a kraje arabskie przez Związek Sowiecki, Polska, jako
kraj podporządkowany Moskwie, zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Demonstracje w
marcu 1968 roku studentów w Warszawie, protestujących przeciwko cenzurze teatru spotkały się
z brutalnym atakiem władz i już nazajutrz partia zastosowała wypróbowany, w chwilach
kryzysowych, chwyt. Oskarżyła Żydów w Polsce o spowodowanie zamieszek i o utworzenie
„piątej kolumny”. Nastąpiła niespotykana nagonka antysemicka pod płaszczykiem walki z
„syjonizmem” W przeciągu następnych miesięcy pozbawiono pracy, bądź zaszczuto ludzi
pracujących w wielu dziedzinach i zmuszono do emigracji, bez prawa powrotu. Okres ten
42
przyniósł Polsce hańbę w oczach cywilizowanego świata i do dziś trwający ból w sercach wielu
wypędzonych.
Jak już wspomniałem we wcześniejszym rozdziale, w czasie, gdy „Solidarność” już
działała, do stanu wojennego, z błogosławieństwem władz PRL utworzyło się „Zjednoczenie
Patriotyczne Grunwald” którego „patriotyzm” sprowadzał się do tropienia w wydawanym przez
tych ludzi piśmie, osób pochodzenia żydowskiego i oskarżania ich o działanie na szkodę Polski i
społeczeństwa. Szereg polskich intelektualistów zdobyło się na podpisanie i opublikowanie
oficjalnego protestu przeciwko tej działalności.
Od 1989 roku Polska stała się na nowo wolnym, demokratycznym krajem. Nie ma chyba
nic, czego Polacy pragnęliby bardziej, niż wolność, w tym wolność dla poglądów i wolność
słowa. Nic więc dziwnego, że w krótkim czasie powstały konkurujące ze sobą partie polityczne i
ukazały się pisma zawierające wzajemnie przeciwstawne komentarze. Jest to normalny, zdrowy
proces demokratyczny. Ale wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się czyjaś krzywda.
Niektórzy publicyści uznali jednak, że jak wolność, to wolność i zaczęli czerpać ze starych,
przedwojennych, endeckich wzorów, polegających nie na krytyce czyichś czynów, czy
poglądów, lecz na atakowaniu osoby z racji rzeczywistego, bądź urojonego rodowodu. Już
podczas pierwszych w pełni demokratycznych wyborów w 1991 roku niektóre ośrodki
polityczne usiłowały zohydzić kandydata opcji konkurencyjnej w oczach społeczeństwa poprzez
sugerowanie, że jest Żydem. Ponieważ na pewne środowiska taki „argument” działa skutecznie,
powstały nawet ośrodki medialne parające się straszeniem Żydami, jako metodą propagandy
politycznej. Działalność takich ośrodków, jakkolwiek często nazywanych przez swoich
zwolenników, jako „dzieło Boże”, ma w rzeczywistości wpływ zdecydowanie destrukcyjny.
Moja znajoma z Polski opowiedziała mi swoją pełną goryczy historię. Jej ojciec był Żydem,
matka - Polką, katoliczką. Wychowywali córkę w poszanowaniu wszystkich ludzi, bez względu
na wyznanie. Po śmierci ojca, matka, zapewne w poczuciu samotności, zaczęła słuchać audycji
radiowych, w których szukała ukojenia duchowego i bliskości Boga. W krótkim czasie, pod
wpływem tego, co słyszała, z osoby tolerancyjnej, która niejednego członka rodziny męża w
czasie wojny ukrywała, zmieniła się w zajadłą antysemitkę i to w stosunku do własnej córki i
nieżyjącego już męża. Przed śmiercią wyznała żal za swoje słowa i zachowanie, ale przecież nie
cofnęło to kilku lat koszmaru duchowego, sprawianego własnej córce.
Wraz z pojawieniem się Internetu jad antysemicki rozszerzył się na pewne portale i na
grupę internautów. Cechą wspólną jest tu przekonywanie odbiorców, przy użyciu retoryki
otwarcie bądź zawoalowanie rasistowskiej, że Żydzi i „żydokomuna” winni są wszystkich
nieszczęść Polski, czyhają na nasz kraj i zasoby, że są przewrotni i niewdzięczni za
wspaniałomyślność, wielowiekową gościnę i bohaterstwo Polaków. Jednocześnie negują, bądź
bagatelizują wszelkie informacje o antysemityzmie, który w części polskiego środowiska
funkcjonował i funkcjonuje nadal. Znamienne jest, że w publikacjach takich ośrodków, słowo
antysemityzm nieodmiennie pisane jest w cudzysłowie, dając do zrozumienia, że coś takiego
istnieje tylko w umysłach samych Żydów. W niektórych polskojęzycznych gazetach
wydawanych w USA i w Kanadzie, antysemityzm, używający języka wzorcem z
przedwojennych, pogardliwych wyrażeń, zionie bez żenady, z wielu szpalt. Niestety, nienawiść
ta zmieszana jest z głośno deklarowanym katolicyzmem. Autorzy tekstów rasistowskich nie
widzą sprzeczności w swojej retoryce.
43
Przykład zjadliwej antysemickiej agitacji w Internecie.
Niestety, do antysemickiej propagandy dołączyli się niektórzy duchowni, utożsamiając
swoje pretensje do Żydów z patriotyzmem i polską racją stanu. W kościele Św. Brygidy w
Gdańsku wierni słuchali gorących kazań o tym, jak to z polskiego rządu należy usunąć osoby
pochodzenia żydowskiego, których jest „zbyt wiele”. Wielkanocny grób w tym kościele
wymownie ukazywał Polskę zniewoloną swastyką, młotem i sierpem oraz Gwiazdą Dawida.
Rzecz jasna, prości ludzie przychodzący do tegoż kościoła bardzo szybko pojęli, kto jest
„wrogiem Polaków”. Antysemityzm dał o sobie znać również na stadionach sportowych. Kibice
zespołów, chcąc poniżyć kibiców przeciwnika nazywają ich „Żydami”. Bo określenie to w
potocznym znaczeniu wielu ludzi służy, jako obelga. Na stadionach można usłyszeć też
antysemickie okrzyki i zobaczyć transparenty o treściach jawnie żydożerczych. Nie od rzeczy
będzie tu dodanie, że te same środowiska, które tak usilnie zwalczają „zagrożenie żydowskie”,
wykazują też niechęć, a czasem i agresję wobec wszelkich innych mniejszości. Przeszkadza im
obecność ludzi innego koloru skóry, pochodzących z innych kultur, wyznawców innych religii,
jak również ludzi o innej orientacji seksualnej, których atakują szczególnie zaciekle. Tu daje się
44
słyszeć dość osobliwy i pozbawiony racji naukowych zarzut, że środowisko gejowskie
„propaguje swój styl życia”. Nie można propagować cech, z którymi człowiek się rodzi,
ponieważ są one determinowane genetycznie.
Na szczęście, opisane tu środowiska określające się same, jako „stojące na straży polskości
i kościoła” z każdym rokiem tracą poparcie społeczne, ich baza kurczy się i pomimo
krzykliwości, mają coraz mniejsze znaczenie.
Tak można streścić dzieje antysemityzmu i ksenofobii w Polsce od początków obecności w
niej Żydów, po dzień dzisiejszy. Przedstawione tu fakty i spostrzeżenia widziane są oczyma niehistoryka, ale człowieka, który zagadnieniem tym, z racji pochodzenia i związanych z nim
doświadczeń własnych zmuszony jest do interesowania się. Trzeba pamiętać, że wszelka
ksenofobia wynika z niewiedzy. Niewiedza budzi strach, a strach rodzi agresję.
9. ROZWAŻANIA O KSENOFOBII
Od wielu lat, żyjąc w świadomości, że nie przez wszystkich jestem akceptowany z tytułu
samego pochodzenia, usiłuję analizować zjawisko antysemityzmu, rasizmu i - w szerszym
znaczeniu - ksenofobii. Próbuję sobie wytłumaczyć, co motywuje pewnych ludzi do antypatii
przejawiającej się w postawach od „spokojnej” niechęci, czy pogardy, poprzez zatrutą
propagandę, do czynnej nienawiści z użyciem przemocy włącznie. Ksenofobia, z greckiego
„strach przed obcością” prawdopodobnie istnieje niemal tak długo, jak ludzkość. Koczujące
plemiona pierwotnych jaskiniowców akceptowały członków własnej gromady, ale z nieufnością
dochodzącą do zbrojnych konfliktów traktowały napotkane gromady obce. Ta nieufność z
czasem podzieliła ludzkość na plemiona, narody, rasy. Jakkolwiek daleko sięgniemy wstecz w
historii, ludzie zawsze, wszędzie, w każdej szerokości geograficznej, dzielili się na swoich i
obcych. Inność raziła i nawet straszyła, siebie uważano za „lepszych”, obcym i innym
przypisywano cechy negatywne. Nawet do dziś dzieci w Polsce znają wierszyk i legendę o
Wandzie, stawianej za wzór za to, że utopiła się w nurtach Wisły, ponieważ nie chciała Niemca.
Kiedy byłem mały, a był to czas niemieckiej okupacji, legenda ta przemawiała do rozumu
wszystkim. Dziś już tylko odzwierciedla negatywny stereotyp obcości. Nie wiadomo, jak
potoczyłaby się historia Europy, gdyby legendarna Wanda za tego Niemca wyszła.
Słyszę czasem, że antysemityzm w Polsce, to „reakcja na żydowskie zbrodnie UB”, w
którym, według przekonania wielu ludzi, „Żydzi mordowali Polaków”. Jeśli tak, to logicznym
wnioskiem jest, że ekscesy antyżydowskie przed wojną, jak getta ławkowe na wyższych
uczelniach, lokalne pogromy i tłuczenie szyb żydowskich sklepów przeprowadzone były w
dalekowzrocznym przewidywaniu, że będzie wojna, zmiana ustroju i powstanie ten aparat
represji. Co do realiów UB, według danych powtarzających się w prasie, w tym w
wydawnictwach IPN, w całym aparacie bezpieki było ok. 15% ludzi pochodzenia żydowskiego,
z czego na wyższych stanowiskach kierowniczych 38%. W prasie tzw. „narodowej”, podkreśla
się że była to ewidentna nadreprezentacja w porównaniu z ówczesną liczebnością ludności
żydowskiej. Trudno liczbom zaprzeczyć. Jeśli jednak nawet była to nadreprezentacja, z czego
ona wynikała? Komuniści mieli spore trudności w znalezieniu personelu chętnego podjęcia się
takich zadań. Polska inteligencja była zdziesiątkowana. Łatwiej było znaleźć chętnych spośród
komunistów, a ci, często żydowskiego pochodzenia, masowo powracali, a czasem byli wręcz
sprowadzani ze Związku Sowieckiego. Trzon jednak stanowili komuniści polscy, albo całkiem
45
bezideowi oportuniści, którzy wyczuli, że na kolaboracji można skorzystać. Znalazła się w tym
aparacie bezpieki nawet garstka byłych oficerów AK, zdrajców, służących w roli prokuratorów
wojskowych, w ten sposób unikając represji wobec siebie samych. Ci, których w skrócie
myślowym nazywamy tu „Żydami” stanowili wysoki procent kierownictwa UB, ale zupełnie
nikły procent znajdującej się w tym czasie na terenie Polski ocalałych z Holokaustu Żydów. Jako
komuniści, a więc wojujący ateiści, niewiele mieli wspólnego z ocalałym z zagłady
środowiskiem żydowskim. Oprawcy stalinowscy, bez względu na pochodzenie etniczne, byli
przede wszystkim komunistami. Ich działania nie były inspirowane przez jakąkolwiek
organizację żydowską, ani motywowane nienawiścią Żydów do Polaków. To była zbrodnia
komunistyczna, w imię haniebnej ideologii, zbrodnia, w której Polacy i Żydzi trafiali się
zarówno po stronie katów, jak i po stronie ofiar. Dopuszczam jednak, że wśród oprawców mogły
też znaleźć się jednostki mszczące się na Polakach za krzywdy doznane podczas okupacji.
Zbrodniarze są zbrodniarzami bez względu na przynależność etniczną, czy pochodzenie i należy
im się tak samo potępienie i kara. Im, ale nie całym narodom, czy grupom o pochodzeniu
etnicznym. Księdza Popiełuszkę zamordowali bestialsko rdzenni Polacy, w imię tej samej, co w
latach stalinizmu, chorej ideologii. Pierwszy czułbym się oburzony, gdyby morderstwo księdza
Popiełuszki, dokonane rękami Polaków, nazwać „polską zbrodnią.” Ale do dziś niektóre ośrodki
określają terror okresu stalinizmu, jako „zbrodnie żydowskie”.
Nie wszyscy apologeci honoru Polski twierdzą, że antysemityzm w naszym kraju datuje się
dopiero od czasów stalinizmu. Wielu przyznaje, że datuje się od znacznie dawniej, ale znajduje
dla niego pełne uzasadnienie, jako „samoobronę Polaków”. Tymi słowami nawet określił getta
ławkowe jeden z posłów ugrupowania tradycyjnie „narodowego” w wywiadzie telewizyjnym,
dodając, że „w tamtych czasach to było konieczne”. Oczywiście sam odżegnywał się od
antysemityzmu. Niektórzy zwolennicy podobnych rozwiązań wskazują, że Polacy są niesłusznie
szkalowani, jako jedyni i wnioskują, że antysemityzm w innych krajach umniejsza, albo nawet
rozgrzesza to zjawisko w Polsce. Czytam na forach dyskusyjnych, gdzie panuje rynsztok
językowy i ideologiczny, ale gdzie poznać można nieskrępowane myśli ludzi różnego
autoramentu, że nie należy się dziwić, ani przeciwstawiać antysemityzmowi w Polsce. Jako
argument podaje się, że „widocznie coś jest w tych Żydach, co odstrasza wszystkich, bo nie ma
kraju, w którym by nimi nie pogardzano”. Przyznają tym samym, że antysemityzm jest
zjawiskiem obecnym w wielu krajach, usiłując jednak winą za to obciążyć samych Żydów.
W niektórych pismach krajowych związanych ze środowiskiem kościelnym czytałem
nieraz, że antysemityzm, rozumiany, jako niechęć, oparta wyłącznie na uprzedzeniu rasowym,
stanowi ciężki grzech. Ale już w następnym zdaniu tłumaczono, że słuszne pretensje do narodu
żydowskiego za rzeczywiste krzywdy wyrządzone narodowi polskiemu, to nie antysemityzm i że
to jest już całkiem zrozumiałe, ponieważ „Żydzi mają nas za co przepraszać”.
Od lat próbuję sobie wytłumaczyć genezę zjawiska antysemityzmu, jakie są przyczyny
uprzedzenia, które w różnych czasach różnych ludzi pchało do uszczypliwych uwag i werbalnej
pogardy, do bojkotów ekonomicznych, do tworzenia gett ławkowych, poprzez rozbijanie szyb i
krwawe pogromy, aż po ludobójstwo, zwane dziś Holocaustem. Czy Żydzi i ludzie tego
pochodzenia posiadają jakieś wrodzone cechy powodujące, że na świecie jest tyle niechęci do
nich? W swoich rozważaniach dokonywałem introspekcji, samoanalizy. Jednak to, co słyszę, o
tym, że Żydzi nie uznają żadnej lojalności wobec kraju, w którym mieszkają, że spiskują, jakoś
46
nijak nie pasuje do tego wszystkiego, w czym ja zostałem wychowany. A przecież ja sam jestem
tegoż pochodzenia. Moim przodkom, czującym się Żydami, nie przechodziły przez myśl spiski
przeciwko Polsce. Na polskich cmentarzach wojskowych przy byłych polach bitewnych, jak w
przypadku Monte Cassino, wśród krzyży widnieją też Gwiazdy Dawida. Polegli dali dowód
najwyższego poświęcenia dla Polski. Bywali w historii Polski zdrajcy Żydzi, bywali tak samo
Polacy. Stąd wniosek, że rzekoma nielojalność nie jest żadną cechą charakterystyczną Żydów.
Uprzedzenia do nich są więc całkiem nieracjonalne, oparte na fałszywych przesłankach, na
uogólnieniach czyichś indywidualnych zachowań, tworzących fałszywy stereotyp.
Uprzedzenie takie, jak antysemityzm, polega na biernej lub agresywnej niechęci do całej
grupy etnicznej, z racji wyłącznie pochodzenia, w oparciu nie tyle o rzeczywiście doznane
krzywdy, ale utrwalone tradycją mity, bądź zasłyszane informacje. Te bywają często z gruntu
nieprawdziwe, ale jeśli nawet jest w nich element prawdy, dotyczą przeważnie jednostek,
czasem nawet jakichś grup ludzi, ale nigdy nie całych narodów. Rozciąganie uprzedzeń na całe
narody oznacza tworzenie stereotypów. Utrwalane, czasem z pokolenia na pokolenie, stereotypy
funkcjonują niezwykle silnie i trudne są do przełamania. Ich oddziaływanie powoduje, w
odruchu obronnym, generowanie stereotypów przez stronę przeciwną i nakręcanie poziomu
wzajemnej wrogości. Na pewnym etapie może dojść do zatracenia racjonalności i zastąpienia
rozumu ślepą nienawiścią.
Istnieją co najmniej dwa przeciwstawne stereotypy Polaków, jak również dwa stereotypy
Żydów. Stereotyp Polaka lansowany przez polskich „narodowców”, to patriota, obowiązkowo i
nierozerwalnie związany z wiarą katolicką, bohaterski, szlachetny, broniący Boga, honoru i
Ojczyzny, a jak trzeba, to i męczennik za sprawę. Przy takim założeniu nie do pomyślenia jest,
by mógł dopuścić się czegokolwiek złego. Natomiast stereotyp Polaka funkcjonujący w
diasporze żydowskiej, to antysemita, czasem nawet taki, którzy „wyssał antysemityzm z
mlekiem matki”. Wywodzi się on z często okrutnych doświadczeń tych Żydów, którzy z Polski
uciekli lub zostali z niej już po wojnie wygnani. Natura ludzka pamięta zło dłużej i wyraźniej,
niż dobro. W dramacie Szekspira Marek Antoniusz, nad ciałem zabitego Juliusza Cezara
powiedział, że „zło uczynione przez ludzi pozostaje, a dobro często zostaje z ich kośćmi
pochowane”. Czasem, choć rzadziej, stereotyp ten funkcjonuje także wśród ludzi pochodzenia
żydowskiego mieszkających aktualnie w Polsce, którzy doznali szczególnych krzywd od swoich
sąsiadów lub nie mogą pogodzić się z bezkarnością manifestowanej wrogości do Żydów na
murach domów, w niektórych mediach i na stadionach. Ci ludzie czasem boją się nawet
ujawniać swoje pochodzenie. Ale uogólnianie winy na wszystkich Polaków, nawet przy
zrozumianym poczuciu krzywdy, jest obiektywnie niesprawiedliwe. Przedwojenny stereotyp
Żyda w oczach „narodowca”, dość szeroko rozpowszechniony, to brudny, zawszony handlarz, o
śliskiej reputacji, zawsze skłonny do oszustw i zagrażający polskiemu kupcowi, ponadto
potępiony na wieki przez Kościół za męczeńską śmierć Jezusa. Stereotyp dzisiejszy,
funkcjonujący wśród pewnej części polskiego społeczeństwa i podtrzymywany przez część
mediów, przedstawia Żyda, jako ciemiężyciela Polski, który, niepomny na polską wielowiekową
gościnność i tolerancję, odwdzięczył się zdradą Polski, zniewoleniem komunistycznym, a dziś
spiskuje, żeby Polskę ogołocić ze wszystkiego, co posiada. Na skutek funkcjonowania
stereotypów powstają konflikty. Wiele osób po obydwu stronach konfliktu uważa stereotypy za
prawdę niepodważalną i próby ich obalenia (zawsze przez stronę przeciwną) utwierdzają ich w
47
swoim przekonaniu. Jest oczywiste, że póki takie stereotypy funkcjonują, porozumienie polskożydowskie jest bardzo odległe. Na szczęście, nie każdy po obydwu stronach operuje
stereotypami.
Problem ksenofobii nie ogranicza się jednak do antysemityzmu. Nienawiść rasowa,
zaczynająca się od lokalnych problemów i umiejętnie podsycana prowadzi do tragedii
ludobójstwa. Świat, niepomny lekcji wyniesionej z Holokaustu, dopuścił do ludobójczej rzezi w
Kambodży, w Rwandzie i w byłej Jugosławii. Zbrodniarze uważający się za „sumienie narodu”,
motywowani nienawiścią rasową, nie cofają się przed mordowaniem niewinnych ludzi, jak
prawicowy ekstremista w stolicy Norwegii. Niestety, wiadomościom o takich masakrach
towarzyszy chór komentatorów w rodzimych forach dyskusyjnych tłumaczących, że „tak dzieje
się w krajach, gdzie wpuszczono emigrantów i dano przywileje homoseksualistom”. Zbrodni na
tle rasowym nie może tłumaczyć NIC.
Kilka słów chciałbym poświęcić problemowi odradzającego się nacjonalizmu i rasizmu w
krajach Europy zachodniej. Kraje te boją się, nie bez powodu, wojujących fundamentalistów
islamskich. Radykalny fanatyzm religijny, bez względu na wyznanie, jest zjawiskiem groźnym.
Ale musimy pamiętać, że, po pierwsze, bynajmniej nie wszyscy wyznawcy Allaha są
terrorystami, po drugie, że radykalizm znajduje poparcie zawsze tam, gdzie panuje bieda. W
Ameryce i w Kanadzie, znakomita większość muzułmanów swój islamizm sprowadza do
modlenia się w meczecie i noszeniu tradycyjnych chust przez niektóre kobiety. W znakomitej
większości są zasymilowani pod każdym innym względem. Dzięki czemu? Ponieważ w tych
krajach dyskryminacja jest prawnie zabroniona i prawo to jest egzekwowane. Ludność
napływowa innych ras i kultur absorbowana jest przez rynek pracy i traktowana tak samo, jak
wszyscy inni. Im bardziej nowoprzybyły osiąga przyzwoity poziom finansowy, tym szybciej
następuje integracja i asymilacja. Nie znaczy to, żeby nie było uprzędzeń i incydentów na tle
rasowym. Nieufność, zwłaszcza po 11 września 2001 r. istnieje i radykalizacja pewnych grup
muzułmańskich też ma miejsce. Ale skala zjawiska nie przypomina w niczym tego, jakie
obserwujemy przykładowo we Francji, czy w Holandii. Tam w swoim czasie wpuszczono duże
ilości imigrantów z krajów arabskich, ale zepchnięto ich na socjalne ubocze, odmawiając pracy i
akceptacji w społeczeństwie. Nie stworzono dla nich żadnych socjalnych programów, które by
zmobilizowały do nabywania kwalifikacji, zarabiania i stabilizacji. Kolejne pokolenie
społecznych pariasów buntuje się, a hasła głoszone przez radykalne organizacje terrorystyczne
padają na podatny grunt.
W Polsce, mimo wszystko, imigrantów jest mało, ale musimy pamiętać, że traktowanie
ich dziś będzie miało wydatny wpływ na ich zachowanie się jutro. Kiedy oni się zasymilują,
czym będą się różnić od reszty Polaków? Nie ma się czego bać, ale nie powtarzajmy błędów
krajów Europy zachodniej.
Problem z obalaniem stereotypów leży, moim zdaniem, w często spotykanym braku
umiejętności argumentowania, zacietrzewieniu, w próbie zastępowania jednych stereotypów
przeciwstawnymi i w pozwoleniu emocjom na zastępowanie spokojnych, rzeczowych
argumentów. To skutkuje totalnym brakiem zrozumienia punktu widzenia przeciwnika.
Adwersarzom brak empatii. Kiedy byłem uczniem szkoły średniej, jeszcze w Południowej
Afryce, na lekcjach angielskiego przeprowadzaliśmy debaty na różne tematy społeczne. Po
zakończonej debacie kazano obydwu stronom przygotować się do powtórzenia tej samej debaty
48
za tydzień, ale z wzajemną zamianą stanowisk. W ten sposób uczono nas, by spojrzeć na ten sam
problem od drugiej strony, wczuć się w położenie adwersarza. I właśnie ta myśl przyświecała
mi, gdy zacząłem pisać tę książeczkę od własnej historii, by uświadomić tych, których problem
antysemityzmu nie dotyczy, bądź widzą go „z drugiej strony”. Żeby wczuli się w to, jak problem
ten wygląda z perspektywy człowieka żyjącego z „brzemieniem” tego pochodzenia. Mnie
spotkały wyłącznie drobne nieprzyjemności, zgryźliwe uwagi, czasem obraza. Ja mówię o sobie
wszędzie, że jestem Polakiem. Co spotyka tych, którzy deklarują się, jako Żydzi? Pamiętajmy
jednak, że ksenofobia dotyka nie tylko Żydów.
10. NA SZCZĘŚCIE, JEST NADZIEJA
Dotychczasowa lektura tej książeczki nie napawa zbytnim optymizmem. Konieczne
jednak, moim zdaniem, było wpierw omówienie tego wszystkiego, co jest złe, przedstawienia tła
historycznego i własnej historii, nierozerwalnie związanej z problematyką polsko-żydowską.
Celem moim było, bowiem, uczulenie na problem, często niedostrzegany przez ludzi, których to
nie dotyczy, albo postrzegany „odwrotnie” przez tych, którzy z domów rodzinnych wynieśli
uprzedzenia. Nieodżałowany ksiądz Stanisław Musiał pisał, że w młodości był na los Żydów
obojętny, dopóki mu pewne wydarzenia nie otworzyły oczu na rzeczywistość. Równoczesnym
moim celem było ukazanie, jak antysemityzm wygląda w oczach tego, w kogo jest wymierzony.
Czy można powiedzieć, że w Polsce istnieje problem antysemityzmu? Niestety, tak,
jakkolwiek Polska bynajmniej nie jest pod tym względem odosobniona. Ale, czy można
powiedzieć, że Polska, to naród antysemitów i rasistów? Zdecydowanie i emfatycznie
odpowiadam: NIE! Kiedy przyjeżdżam w odwiedziny do dzisiejszej Polski, zdarza mi się
widzieć antysemickie napisy na murach. Różnego rodzaju grupy skrajnej prawicy korzystają, co
prawda, z wolności słowa i co jakiś czas urządzają przemarsze z hasłami rasistowskimi.
Transparenty z niewybrednymi hasłami antysemickimi wywieszają na stadionach prymitywni
pseudokibice i od czasu do czasu słyszy się o pobiciu na jakimś osiedlu człowieka o odmiennym
kolorze skory. Prasa uzurpująca sobie wyłączność na krzewienie prawdy i patriotyzmu często
pisze o krzywdach doznanych przez Polaków z rąk Żydów, ostrzega przed zakusami żydowskich
organizacji, neguje wszelkie publikacje zawierające bolesne i niechlubne fakty z czasów wojny i
bezpośrednio po niej, neguje istnienie samego zjawiska antysemityzmu, przypisując wszystko
tzw. „przedsiębiorstwu holokaust”, które miałoby zmyślać fakty wyłącznie w celu wyłudzenia
od Polski pieniędzy.
Na te wszystkie niegodziwości oczy mam otwarte. Ale jednocześnie spotykam się z
licznymi dowodami tego, że Polska dzisiejsza, to już zupełnie inny kraj, niż ten, który mogą
pamiętać emigrujący z niego niegdyś Żydzi. Kiedy przyjeżdżam do Polski, spotykam się z
różnymi ludźmi. O antysemityzmie słyszę, czytam, ale tej agresywnej i pogardliwej atmosfery
antysemityzmu, dawniej tak często obecnej, już nie czuję. Pod tym względem Polska, w moim,
dodam, że subiektywnym, odczuciu, wyraźnie przeszła metamorfozę na lepsze i zdecydowanie
różni się od Polonii północnoamerykańskiej. Tu, po mojej obecnej stronie Atlantyku, stare,
zakorzenione uprzedzenia trzymają się jeszcze mocno wśród wielu ludzi i niestety, są nadal
pieczołowicie kultywowane przez niektóre ośrodki i media. Odczuwam, że w dzisiejszej Polsce
otwarty antysemityzm już nie zyskuje szerokiej akceptacji społecznej i nawet ośrodki tradycyjnie
antysemickie starają się swoje „argumenty” formułować w sposób zawoalowany, jakkolwiek
49
intencji trudno nie zrozumieć. Okazuje się, że nie tylko coraz więcej Polaków zaczyna
interesować się kulturą żydowską i historią Żydów w Polsce, ale też coraz więcej ludzi dobrej
woli podejmuje różne inicjatywy zmierzające do pogłębienia wzajemnego zrozumienia i
pojednania Polaków i Żydów.
Z satysfakcją można odnotować, jako dobry przykład, znamienne gesty dobrej woli w
stosunku do Żydów na najwyższym szczeblu politycznym Państwa, podejmowane przez ludzi
związanych z obydwiema głównymi partiami politycznymi. Tragicznie zmarły w katastrofie
smoleńskiej Prezydent Lech Kaczyński jeszcze jako Prezydent Warszawy zaaprobował i
przeznaczył pieniądze na budowę Muzeum Historii Żydów Polskich. Już jako Prezydent R.P.
organizował w Pałacu Prezydenckim ceremonię zapalania świec chanukowych wspólnie z
zaproszonymi przedstawicielami społeczności żydowskiej. Za to był ostro krytykowany w
polonijnej prasie „narodowej” w Toronto. Kiedy w kwietniu 2007 roku obecny byłem przy
ceremonii upamiętnienia rocznicy powstania w getcie warszawskim, kwiaty pod pomnikiem
Bohaterów Getta składali zarówno Prezydent Lech Kaczyński, jak i Prezydent m.st. Warszawy,
Hanna Gronkiewicz-Waltz. Prezydent Bronisław Komorowski i premier Donald Tusk wraz z
liczną delegacją rządową brali udział w lipcu 2011 r. w obchodach upamiętniających rocznicę
mordu w Jedwabnem. Podobnie, jak z ust byłego Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w
2001 roku, tak i tym razem padły słowa ekspiacji za ten haniebny czyn. Tym razem już nie
powtórzyła się pamiętna krzykliwa nagonka oburzonych przeprosinami „prawdziwych
Polaków”.
Żyjący jeszcze „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata” - ludzie, którzy niegdyś ryzykowali
życiem, by ratować Żydów - jak słyszałem, dawniej nie zawsze chętnie mówili o swoich
czynach. Bywały w przeszłości przypadki nawet piętnowania ich dokonań, jako „antypolskie”.
Dziś ci bohaterowie, którzy jeszcze są wśród nas, otoczeni są szacunkiem, a ich czyny
promowane publicznie przez czynniki państwowe. W ostatnich latach życia i już po śmierci,
legendarna „Sprawiedliwa” Irena Sendlerowa stała się bohaterką i skarbem narodowym,
podobnie, jak legendarny kurier podziemia Jan Karski, który dowody eksterminacji Żydów
wywiózł z Polski na Zachód.
Działają organizacje pozarządowe zwalczające rasizm i uświadamiające społeczeństwo o
incydentach, których ciągle, niestety, nie brakuje. Na czoło tu wysuwają się „Otwarta
Rzeczpospolita” i „Nigdy Więcej”. Istnieje Stowarzyszenie „Karta” które nagłaśnia mało znane
karty polskiej historii, w tym historii społeczności żydowskiej. Te i inne stowarzyszenia uczą i
wywierają pozytywny wpływ na świadomość Polaków.
W wielu miastach polskich organizowane są liczne imprezy związane z historią, bądź
kulturą żydowską i cieszą się olbrzymim powodzeniem. Wystarczy zobaczyć w telewizji
roztańczone tłumy na krakowskim Kazimierzu podczas Festiwalu Kultury Żydowskiej „Szalom
na Szerokiej”. Im nie przeszkadza w najmniejszym stopniu, że tańczą i bawią się w takt muzyki
żydowskiej. Dawniej byłoby to nie do pomyślenia. Inne czasy! W Warszawie wielką
popularnością cieszą się Dni Singera, gdzie można wczuć się w atmosferę dawnej żydowskiej
dzielnicy. Festiwale muzyki żydowskiej odbywają się też corocznie w Chmielniku. Wystawy
nawiązujące do kultury żydowskiej organizowane są w Białymstoku. Wiem o spotkaniach
mieszkańców Otwocka z ludźmi, którzy przeżyli Holokaust. W Wodzisławiu Śląskim
stowarzyszenie „Jerusza” organizuje koncerty i prelekcje przypominające o dawnej obecności
50
Żydów i ich historii. Jedna jego członkiń, pani Katarzyna Majewska, pisuje listy z ciekawymi
spostrzeżeniami, zwalczającymi antysemityzm, do torontońskiej „Gazety”. W licznych miastach
i miasteczkach tworzą się grupy ludzi, którzy ochotniczo porządkują opuszczone żydowskie
cmentarze. W niektórych przypadkach grupom takim patronuje lokalny katolicki proboszcz.
Na nieco szerszy opis zasługuje Wrocław, gdzie byłem gościem
mgr. Piotra
Grącikowskiego, Polaka zafascynowanego kulturą żydowską. Właśnie w tym mieście znajduje
się słynna już na cały świat Dzielnica Czterech Świątyń, zwana też Dzielnicą Wzajemnego
Szacunku, gdzie w promieniu kilkuset metrów od siebie działają (i współdziałają!) parafia
katolicka, zbór ewangelicki, synagoga oraz cerkiew prawosławna. Nie tylko współdziałają, ale
wspierają się wzajemnie, wymieniają doświadczenia, odwiedzają się i prowadzą wspólne
programy. Rozmawiałem z rabinem Rapoportem, człowiekiem młodym i pełnym energii, synem
wygnańców z 1968 roku. Przyjechał tu ze Szwecji przed kilku laty i zdobył sobie szacunek i
przyjaźń zarówno księży parafialnych, jak i najwyższych hierarchów Kościoła Katolickiego. O
Polsce nie mówi inaczej, jak z największą serdecznością, oczywiście w naszym języku, choć z
lekkim akcentem. Rabin ma doskonałe stosunki z duchownymi katolickimi.
W sobotę, kiedy lokalna społeczność żydowska świętowała szabat, odwiedziłem parafię
ewangelicko-augsburską pod wezwaniem Opatrzności Bożej. Młody i pełen entuzjazmu pastor
Marcin Orawski opowiedział mi o różnych formach współpracy pomiędzy zaprzyjaźnionymi
parafiami. Wśród nich jest wspólny program: „Dzieciaki”. Dzieci wyznawców wszystkich
czterech religii uczestniczą we wspólnych zajęciach. Przykładowo, pastor opowiedział o
zajęciach, na których dzieci wspólnie piekły chleb pod fachowym okiem piekarza. Później,
dzieci z poszczególnych grup wyznaniowych mówiły innym, co ten chleb oznacza w ich religii,
jaką w sobie niesie symbolikę. Pastor tłumaczył nam, że nikomu nie zależy na przeciąganiu
kogokolwiek z jednej wiary na inną, że założeniem programu jest, aby motywować dzieci do
świadomości swojej odrębności religijnej, a jednocześnie do integrowania ich we wszystkich
innych sferach życia. Żeby dzieci wiedziały, że chociaż chodzą do różnych świątyń i mają tam
inną liturgię, pod każdym innym względem są to dzieci „z jednej piaskownicy”.
Pastor Marcin Orawski z kościoła ewangelickiego we Wrocławiu
51
Kolejną świątynią na trasie był zabytkowy, przepiękny barokowy kościół katolicki pod
wezwaniem Św. Antoniego, od 1998 roku w rękach oo. Paulinów. To właśnie tam ksiądz
opowiedział, jak cała współpraca zaczęła się od… chuligańskich kamieni. W 1995 roku
ówczesny wiceprzewodniczący Gminy Żydowskiej p. Jerzy Kichler był przypadkowym
świadkiem rzucenia kamienia w witraż kościoła. W kilka dni później nieznana ręka ponownie
rzuciła kamień, tym razem w okno cerkwi prawosławnej. Pan Kichler odwiedził parafię
katolicką i ewangelicką, zapraszając do wspólnej narady w celu zapobieżenia aktom wandalizmu
na przyszłość. Tak zrodziła się współpraca, która dziś zadziwia wielu. Ale, jak mówi pastor
Orawski, naszym celem nie jest to, by z całego świata zjeżdżano nas podziwiać. My chcemy
promieniować na Polskę, dawać przykład i „zarażać”. Ostatnim przystankiem sobotniego
spaceru była cerkiew pod wezwaniem Narodzenia Przenajświętszej Bogarodzicy, gdzie ks.
Aleksander Konachowicz opowiedział to samo o serdecznej współpracy czterech wyznań.
W Poznaniu miałem okazję poznać przewodniczącą Gminy Żydowskiej i jednocześnie
radną dzielnicy Murowana Goślina, panią Alicję Kobus. Przekonałem się, jakim szacunkiem
darzona jest przez wszystkich najważniejszych ludzi w zarządzie miasta. Dzięki jej niespożytej
energii skwer przed gmachem dawnej synagogi poznańskiej został mianowany Skwerem Akiby
Eigera, słynnego rabina. Ona też doprowadziła, z pomocą czynników miejskich, do odnalezienia
miejsca jego grobu i wydzielenia dla niego skwerku obok bloków mieszkalnych. Podczas tej
wizyty zaproszony zostałem do wzięcia udziału w wieczerzy szabatowej, w której uczestniczyli
również przyjaciele katoliccy. Dla tych ludzi dobrej woli takie imprezy są czymś normalnym.
Autor podczas debaty Dwie Ojczyzny - dwa patriotyzmy.
Warszawa, Teatr Polski 19.09.2010
52
Odwiedziłem też Leżajsk, miasto słynne nie tylko z eksportowego piwa, którego
mieszkańcy od lat przyzwyczajeni są do widoku Chasydów i ich charakterystycznego ubioru,
przyjeżdżających z całego świata, by pomodlić się przed grobem cadyka Elimelecha. Wstąpiłem
do miejskiego ośrodka informacji turystycznej, wprost z ulicy, bez uprzedzenia, czy polecenia.
Pan Antoni, wieloletni nauczyciel, opowiadał mi ciekawą historię Żydów leżajskich. Czułem w
jego relacji duży respekt, jakim darzył zarówno przedwojennych współmieszkańców, jak i
dzisiejszych gości. Zwróciłem uwagę na siedzącą przy sąsiednim biurku młodą dziewczynę,
Elżbietę Masłochę, porządkującą jakieś wykazy. Jak okazało się, zajmowała się
ewidencjonowaniem pochówków żydowskich ofiar holokaustu. Podczas wycieczki w pobliżu
Jarosławia zobaczyła miejsce straceń i żal jej się zrobiło, że ludzie ci spoczywają bezimiennie.
Trafiła do osób badających historię Żydów, zaczęła ją studiować, zdobyła mapy i badanie to
stało się tematem jej pracy dyplomowej. Jeszcze jeden przykład ukazujący, że coraz więcej
ludzi, a w szczególności młodych, jest wolnych od uprzedzeń w stosunku do Żydów, zarówno
tych dawnych, których cienie zawsze związane będą z historią wspólnego kraju, jak i tych
nielicznych, mieszkających w dzisiejszej wolnej i demokratycznej Polsce. Ludzie kultury
angażują się w ukazywanie zła płynącego z uprzedzeń w relacjach polsko- żydowskich. W
Warszawie Tadeusz Słobodzianek wystawia sztukę „Nasza Klasa”, w Bielsku-Białej Robert
Talarczyk wystawia sztukę „Żyd”. Obydwa spektakle teatralne, ukazujące ciemniejszą stronę
relacji polsko-żydowskich, ściągają licznych widzów i skłaniają do głębokich refleksji.
Na koniec optymistyczne wieści z Kanady, gdzie młodzież polonijna wyraźnie emancypuje
się z tradycyjnych uprzedzeń antysemickich starszego pokolenia. W maju 2011 r. Toronto było
miejscem światowego zlotu młodych Polaków „Quo Vadis III”. Organizatorzy z własnej
inicjatywy postanowili wręczyć wszystkim uczestnikom egzemplarz mojej, wspomnianej
wcześniej broszurki „Ty to co innego”.
Okładka broszurki napisanej przez autora
53
Po zakończonym zlocie otrzymałem list od jednego z uczestników, który ze względu na
wyjątkową wagę treści, za zgodą jego autora przytaczam tu w całości:
"Drogi Panie Witoldzie
Powróciwszy z Toronto z konferencji młodych liderów polonijnych Quo Vadis miałem
okazję przeczytać napisaną przez Pana broszurę ‘Ty to co innego’, która była wręczona każdemu
delegatowi. Czytając Pana refleksje dotyczące Polonii kanadyjskiej, wracają mi na myśl opinie
pozostałych delegatów europejskich, którzy zdziwieni byli ogromnymi różnicami
światopoglądowymi między Polakami mieszkającymi w Europie a osobami pochodzenia
polskiego w Ameryce Północnej. Zaskakiwała nas ostentacyjna religijność, a także pewne (choć
nie całkiem powszechne) uprzedzenia do innych narodowości i grup etnicznych składających sie
na kanadyjskie społeczeństwo.
Chciałem podzielić się z Panem optymistycznym spostrzeżeniem dotyczącym ostatniej
emigracji zarobkowej (stałej bądź czasowej) Polaków do liberalnych krajów Europy Zachodniej
i Skandynawii. Polacy osiedlający się za granicą (szczególnie studenci oraz osoby wykonujące
wolne zawody bądź podejmujące się pracy intelektualnej) przejmują w coraz większym stopniu
zachodnie standardy akceptacji dla odmienności i różnorodności.
Ponieważ połączenia lotnicze w Europie są niesamowicie tanie (cena biletu w obie strony
rzadko przekracza jednodniową pensję), osoby te przyjeżdżając często do Polski przywożą ze
sobą ‘powiew zmian’ i bagaż doświadczeń kulturowych. Polska, a w szczególności jej większe
miasta, wydają się w ostatnich pięciu latach przejść ogromne przeobrażenia w kwestii
mentalności i otwartości kulturowej.
Dziękuję Panu za przybliżenie mi Pana losów oraz historii innych Polaków i Polonii
amerykańskiej pochodzenia żydowskiego. Od czasów liceum jestem zainteresowany kulturą
żydowską - dzięki staraniom polonistki z VI LO w Białymstoku, pani Anny Klozy, miałem okazję
uczestniczyć w obustronnej wymianie z uczniami jednego z izraelskich liceów.
Pozdrawiam Pana serdecznie i życzę powodzenia w dalszej pracy zawodowej i społecznej.
Karol Zuchowski - president-elect
Oxford University Polish Society"
Wspomniana w liście pani Anna Kloza, jest znaną działaczką zaangażowaną w sprawę
tolerancji. Jak widać, ma silny i dobry wpływ na swoich uczniów. Mądre słowa zawsze warto
przytaczać. Te, znalezione w Internecie, należą do pani Anny: "Przede wszystkim pamiętajmy, że
edukacja wielokulturowa powinna być prowadzona od zerówki. Żeby już wtedy dziecko
wiedziało, kto to jest ten inny, co to jest inne wyznanie, inna kultura. I nie chodzi tu o teorię,
tylko o oswajanie się. Na przykład ze świętami, obrzędami, obyczajami. Jeżeli zacznie się to
wcześnie, to nie będzie tego szoku w szkole ponadgimnazjalnej".
Wreszcie, spotykam się na Facebook’u z gronem ludzi mądrych, myślących i wolnych od
wszelkich uprzedzeń rasowych, dających silny i rzeczowy odpór grasującym po Internecie
apologetom rasizmu. Tak więc, jest wyraźna i postępująca poprawa. Droga do pełnej i
powszechnej tolerancji jest jeszcze daleka, ale pozytywny wpływ demokratyzacji życia i
54
swobody poruszania się przez granice owocuje. W nowej Polsce czynniki rządowe i instytucje
już nie prowadzą polityki opartej na podziałach etnicznych. Dzisiejsza Polska jest państwem
obywatelskim.
Nie mamy już podziałów na Polaków i Żydów, jako ludzi odrębnych nacji. Są Polacy o
rodowodzie chrześcijańskim i Polacy o rodowodzie żydowskim. Wszyscy obywatele
Rzeczypospolitej, przedstawiciele wszystkich mniejszości etnicznych, rożnych ras i różnego
koloru skóry, są takimi samymi Polakami, a swoimi odmiennymi tradycjami wzbogacają kulturę
wspólnego kraju nad Wisłą.
Powodem do optymizmu są coraz częściej publicznie widziane znane osoby o pochodzeniu
nie rdzennie polskim. Piękna dziewczyna o smagłej cerze przepowiadająca pogodę na jednym z
kanałów telewizyjnych, czarnoskóry piłkarz, lekarz i radny pochodzenia arabskiego, poseł na
Sejm R.P. urodzony w Afryce. Niektórzy urodzili się w Polsce, jako dzieci przybysza z
dalekiego kraju, inni przybyli sami i stali się Polakami z wyboru. Polska jest naszą wspólną
Ojczyzną i domem dla nas wszystkich.
11. POLSKA JEST DLA WSZYSTKICH
Jako inżynier, zajmuję się od wielu lat metalami i ich własnościami. Znane jest w tej
dziedzinie pojęcie „stali szlachetnych”. Są to stale zawierające, oprócz żelaza i węgla, dużo tzw.
pierwiastków stopowych, które nadają im lepsze własności: wyższą wytrzymałość i większą
odporność. Są generalnie droższe i lepsze od innych, bardziej pospolitych gatunków stali
produkowanych przez huty. Pomyślałem sobie, że tak, jak celowe wprowadzenie innych, obcych
metali wzbogaca i uszlachetnia stal, tak dopływ tzw. „świeżej krwi”, nowych genów, wzbogaca,
wzmacnia i uszlachetnia narody. Nie ma dziś w Europie, tym bardziej wśród krajów obydwu
kontynentów amerykańskich, czegoś takiego, jak naród „czysty etnicznie”. Można by
argumentować, że Stany Zjednoczone - kraj wielokulturowy - jest największą potęgą polityczną i
militarną świata. Podobnych porównań można by użyć przypadku potęg gospodarczych, jak
Kanady, czy Brazylii. No dobrze, ktoś powie, ale to są tygle, w których mieszają się różne
narodowości, nie tak, jak w krajach europejskich, gdzie od tysięcy lat mieszkały narody niemal
monolityczne. Właśnie, mieszkańcy tych krajów niegdyś kolonialnych mieszają i przenikają
się, zarówno genetycznie, jak i kulturowo i pokazują, że im to na zdrowie wychodzi. A wszyscy
określają się, jako Amerykanie, Kanadyjczycy, Brazylijczycy i podtrzymując z dumą tradycje
swoich krajów pochodzenia, jednocześnie są dumni ze swojego kraju osiedlenia.
Mieszkam w mieście kanadyjskim w pobliżu wielokulturowego Toronto, w dzielnicy
domków jednorodzinnych. Moimi sąsiadami są: z jednego boku domu ludzie z Wietnamu, z
drugiego z Portugalii, dalej z Jamajki, sąsiedzi z przeciwnej strony ulicy pochodzą z Trynidadu i
z Filipin. Ostatnio, kiedy zacięła mi się kosiarka do trawy, z sąsiedzką pomocą przyszedł sąsiad
mieszkający kilka domów dalej. Okazało się, że jest pochodzenia… polskiego, chociaż języka
babci już nie zna. Z tyłu domu za płotem mieszka Kanadyjczyk z żoną Filipinką, dalej rodzina
hinduska. Przez dziesięć lat, od kiedy tu mieszkam, wszyscy okazali się bardzo dobrymi
sąsiadami. Mówimy w domach różnymi językami, różnimy się wyznaniem, nawet kolorem
skory, zainteresowaniami, ale nikomu to nie przeszkadza. Żyjemy w atmosferze harmonii.
Pomagamy sobie wzajemnie w razie potrzeby. Czuję się wśród tych ludzi bezpiecznie. Są,
oczywiście, enklawy, gdzie gromadzą się prawie wyłącznie przedstawiciele jednego etnicznego
55
pochodzenia. Tak jest na Greenpoincie w Nowym Jorku, czy na Jackowie w Chicago, gdzie
inaczej, jak po polsku trudno się z kimkolwiek dogadać. Trzymają się swojej dzielnicy, żyją
nieco w izolacji od otoczenia, podobnie, jak niegdyś Żydzi w dawnej Polsce. Tym ostatnim to
wypominano, w przypadku polskich emigrantów nie wzbudza niczyjego zdziwienia, ani
dezaprobaty.
Tu jest pełna wielokulturowość, która, jak wynika z lektury niektórych torontońskich pism
polskojęzycznych, tak dotkliwie nam dokucza. W większości jest to wielokulturowość
zintegrowana, czasem bywają to tworzące mozaikę na mapie wysepki monoetniczne. Ulice miast
są wielokolorowe, widzi się, oprócz jeansów i T-shirt’ow, różne stroje: chusty muzułmańskie,
hinduskie sari, żydowskie jarmułki, turbany, azjatyckie krymki, barwne afrykańskie narzuty i
czarne chasydzkie chałaty. Nikt się za nikim nie ogląda, nikt nikogo palcem nie wytyka, nikt za
nikim nie posyła słownych inwektyw. Ludzie nie tylko przyzwyczaili się do odrębności, ale
chętnie dołączają się do innych w ich obchodach. Kiedy w dniu 17 marca co roku w miastach
organizuje się parady dla uczczenia Św. Patryka, patrona Irlandii, w barwnych pochodach
uczestniczą, oprócz potomków Irlandczyków, różne inne grupy etniczne, łącznie z Polakami.
Paradom Równości od lat nie towarzyszą agresywne manifestacje zagorzałych przeciwników,
tylko wielotysięczne tłumy widzów, w tym również rodzin heteroseksualnych z dziećmi.
Odrębność i inność już nie wzbudzają emocji.
No tak, usłyszę z pewnością, wszystko to jest dobre w takich wieloetnicznych krajach,
które nie mają jednej spójnej historii, których mieszkańców nie wiąże jeden wspólny język,
kultura, nieczęsto wyznanie. Tu muszę, wzorem debat, jakich mnie w szkole uczono, spojrzeć na
zagadnienie z drugiej strony. Kraje europejskie kształtowały swą tożsamość od wielu setek lat,
nierzadko ponad tysiąc. Wszystkie mają swój dorobek kulturalny: język, historię, obyczaje,
tradycję i to, co nazywamy patriotyzmem - przywiązanie i lojalność wobec swojej ojczyzny. Na
stadionach kibicujemy zawodnikom naszego kraju, odczuwamy dumę, gdy nasz rodak zostaje
uhonorowany międzynarodową nagrodą, odczuwamy ból, gdy ktoś o tej ojczyźnie mówi źle. W
Polsce, tak ciężko doświadczonej w ostatnich dwustu latach, daje się odczuć niepisane, ale
dobrze wyczuwalne poczucie szczególnej tożsamości. Dla niektórych kojarzy się ono z dawnymi
bohaterami, dla innych z martyrologią, jeszcze dla innych z religią i jakąś specjalną misją do
odegrania przez Polskę na świecie. Polski kurier Jan Karski, cytowany przez prof. Andrzeja
Żbikowskiego w książce „Karski”, pisał: „Polska to trudny kraj - a polskie społeczeństwo w
dużej mierze chore - to skutek klęsk, zawodów, upokorzeń, które na niego spadają już od
stuleci”. Ci ludzie wytworzyli sobie pewien wyidealizowany i wyimaginowany stereotyp Polski,
z którym są bardzo silnie związani uczuciowo i boją się, że wraz z utrzymywaniem obecnej i
napływem nowej „obcości”, ich Polska straci swój charakter. Że to już nie będzie ta Polska,
którą uważają za swoją. Ich obawy też należy zrozumieć i uszanować.
Ale można też wykazać bez trudu, że od początku bytu państwowego Polski trwały
nieprzerwanie procesy, które zmieniały charakter kraju i Polaków. Państwo polskie nigdy nie
było monolitem etnicznym. W jego granicach żyły z początku ludy bardzo odrębne od siebie,
nawet językowo, które dopiero później przejęły wspólny język polski. Do dziś istnieje
podejrzenie, że nawet nasz wielki rodak Kopernik posługiwał się językiem niemieckim. Po
najazdach tatarskich na Polskę, pozostała w niej garstka byłych agresorów, którzy się
zadomowili i w całkowitym spokoju przetrwali do dziś. Jedni stworzyli małą enklawę w
56
Kruszynianach, inni zintegrowali się z polskim społeczeństwem. Dwóch profesorów uczących
mnie na Politechnice Warszawskiej nosiło nazwiska świadczące o pochodzeniu tatarskim. W
Rzeczypospolitej Obojga Narodów żyli nie tylko Polacy i Litwini, ale i Ukraińcy, Białorusini,
Żydzi, Ormianie i inni. Trzeba tu zauważyć, że obecność wielkiej ilości Żydów napływowych i
osiadłych w Polsce w najmniejszym stopniu nie miała negatywnego wpływu na jej rozwój.
Polska od czasów Jagiellonów była wielką europejską potęgą. Jej późniejszy upadek związany
był przede wszystkim z samowolą szlachty i nie miał nic wspólnego z wieloetnicznością.
Reformacja i powstanie protestantyzmu w Polsce, jak również ruch Arianów przyczynił się do
dywersyfikacji religijnej, która była tolerowana. Kultury różnych narodów zamieszkujących
Polskę wywierały wzajemny na siebie wpływ. Mieszane małżeństwa przejmowały i
kultywowały obyczaje przodków z obydwu stron. Niepostrzeżenie, charakter polski, stroje,
obyczaje, nawet język ulegały ewolucji. Polski patriotyzm połączony z dozą nacjonalizmu na
dobre zaczął się, z przyczyn oczywistych, podczas zaborów i pozwolił Polakom przetrwać jako
naród. Ale nowoczesna Polska, jaka odrodziła się w listopadzie 1918 roku, nie była jednolita pod
względem etnicznym. Miała w swoich granicach, oprócz Żydów, którzy stanowili ok. 10%
ludności, liczne inne mniejszości narodowe: Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Niemców,
Czechów. Sami Polacy, po ponad stu dwudziestu latach niewoli, przejęli wiele cech i zwyczajów
związanych z codziennym życiem w poszczególnych zaborach. Zróżnicowanie pod względem
etnicznym i obyczajowym nie przeszkodziły II Rzeczypospolitej osiągnąć wielkich sukcesów
gospodarczych, przerwanych dopiero wybuchem II wojny światowej.
Po wojnie Polska, zdradzona, zniszczona, obolała i ponownie zniewolona przez ustrój
ślepo posłuszny Związkowi Sowieckiemu, po przesunięciu granic wyłoniła się po raz pierwszy
od setek lat, jako kraj prawie monoetniczny. Żydów zostało przy życiu niewiele ponad 200
tysięcy, z których większość szybko wyemigrowała, Ukraińców spacyfikowano, Niemców z
nowo nabytych terenów wysiedlono. Władze komunistyczne chętnie nawiązywały w
wypowiedziach propagandowych do tej monoetniczności w dążeniu do pozyskania
przychylności Polaków dla nowej rzeczywistości. Trzeba przyznać, że w oczach wielu był to
jeden z nielicznych pozytywów. Pozostali w Polsce Żydzi zasymilowali się, często ukrywając
nawet pochodzenie przed własnymi dziećmi, żeby te nie przechodziły traumy, jaka była
udziałem rodziców, czy dziadków. Po antysemickiej nagonce władz w 1968 roku, liczba Żydów
w Polsce zmniejszyła się do garstki.
Kiedy w 1989 roku Polska odzyskała niepodległość, po raz pierwszy na drodze
bezkrwawych negocjacji, zniesiona została cenzura i przywrócona została wolność słowa. Nasza
Ojczyzna wkroczyła w nowy etap demokratycznego, pluralistycznego rozwoju. Już w
pierwszych latach wolności zyskała sobie miano „tygrysa Europy” dzięki nieskrępowanej
inicjatywie rynkowej i szybkiemu rozwojowi gospodarczemu. Przypomniano sobie też, że w
Polsce, poza Polakami o rodowodzie słowiańskim żyją także Polacy o korzeniach żydowskich,
ukraińskich, niemieckich, żyją też często pogardzani Romowie - naród bez własnego kraju.
Polska stała się azylem dla licznych uciekinierów z krajów stosujących represje polityczne.
Częstym hasłem nacjonalistów, głoszonym dzięki odzyskanej wolności słowa było: „Polska dla
Polaków”. Ośrodki tradycyjnie związane z przedwojenną endecją rozpoczęły do dziś trwającą
kampanię zniechęcania do nowych emigrantów, brania w obronę tych, którzy ich znieważyli,
bądź skrzywdzili, akceptacji dla demonstrujących neofaszystów, krzyczących, że Polska ma być
57
tylko biała i katolicka. Te same ośrodki usilnie zwalczały wejście Polski do Unii Europejskiej,
którą przedstawiały, jako koncentrację mocy szatańskich, propagatorkę zgorszenia
obyczajowego i zagrożenie dla polskiej suwerenności. Pomimo ewidentnych korzyści
czerpanych przez Polskę z tytułu przynależności do UE, kampania dezawuowania jej trwa nadal.
Jest oczywiste, że jednym z głównych powodów wrogości w stosunku do Unii jest
ksenofobia. Przynależność do Unii oznacza swobodne przekraczanie granic państw europejskich,
osiedlanie się Polaków poza granicami Polski i przejmowanie stamtąd „zgubnych” myśli i
obyczajów, ale także osiedlanie się w Polsce obcokrajowców. Wszystko to prowadzi, według
przeciwników integracji do „rozwodnienia” polskości, do zatracenia narodowego polskiego
charakteru. Na domiar „złego”, tak, jak kiedyś tysiące Polaków „wybierało wolność” na
Zachodzie, tak teraz do Polski przybywają ludzie z mniej szczęśliwych krajów w poszukiwaniu
pracy i bezpieczeństwa. Nierzadko słyszy się o niewybrednych atakach słownych, wytykaniu
palcami i pogardliwych określeniach wymierzonych w tych ludzi, ponieważ różnią się
wyglądem. Czy teraz, kiedy Polska jest wolna i dokonała wielkiego skoku gospodarczego, nie
powinniśmy okazać takiej samej dobrej woli wobec mniej szczęśliwych przybyszów? Czy tak
łatwo zapomnieliśmy, jak to niedawno nas przyjmowano, jako tych biednych, uciśnionych,
dawano zasiłki na początek, pozwalano osiedlić się, pozwalano na pracę? Polacy korzystali z
gościnności i opieki innych, szczęśliwszych krajów. Teraz my jesteśmy tymi szczęśliwcami.
Przybywają do nas Wietnamczycy, Czeczeńcy, Białorusini, Ukraińcy, Romowie z Rumunii, w
poszukiwaniu lepszej nadziei na życie, jak nie tak dawno my sami. Są to ludzie przeważnie
pracowici, przedsiębiorczy, nierzadko nawet z wysokimi kwalifikacjami. Niektórzy, po
odłożeniu zarobionych pieniędzy, wracają do siebie. Inni, jak Polacy niegdyś, nie mają gdzie
wracać. Uczą się polskiego, kochają ten kraj, chcą tu pozostać. Wzbogacają kulturę polską,
wnosząc swoją muzykę, tradycje i miłą wielu podniebieniom ofertę wschodniej kuchni. Ich
dzieci, urodzone już w Polsce, od urodzenia mówią naszym językiem bez obcego akcentu,
uważają Polskę za swój kraj. Przybysze do Ameryki, Kanady, czy Australii, niezależnie od kraju
pochodzenia, czy to z Polski, Nigerii, czy wysp Fidżi, po uzyskaniu obywatelstwa mówią o
sobie: Amerykanin, Kanadyjczyk, Australijczyk. Przybysze osiedlający się na stale w Polsce są
nowymi Polakami. Polska stała się naszą wspólną Ojczyzną. Mają do niej nie mniejsze prawo,
niż ci, których przodkowie osiedlili się tu przed wiekami.
Wiele emocji nadal budzą Żydzi, a raczej Polacy żydowskiego pochodzenia. Wielu
dowiaduje się o swoich korzeniach dopiero od niedawna. Wcześniej atmosfera społeczna temu
nie sprzyjała. Niektórzy, do niedawna nieświadomi swojego pochodzenia, czasem nawet
przejmujący od otoczenia nastawienie nieufne wobec Żydów, przeżywają szok tożsamościowy,
gdy przez przypadek dowiadują się o sobie. W Polsce odradza się liczbowo małe, ale prężnie
działające życie żydowskie. Nie jest to też środowisko jednolite. Jedni stają się religijnymi
żydami, przestrzegając ściśle nakazów Tory, inni pozostają świeccy, jednocześnie czujący
duchową przynależność do środowiska i z ciekawością poznający historię swoich korzeni.
Jeszcze inni pozostają na uboczu zorganizowanego życia żydowskiego, jednakże dostrzegający
wcześniej im obojętny problem antysemityzmu. Dzieje się to wszystko z jednej strony w
atmosferze przychylnej i przyjaznej Polaków myślących nowocześnie, z drugiej strony w
atmosferze nieufności i postępującego strachu tych bardziej konserwatywnych. Dla ludzi
wierzących w propagandę ośrodków uważających się za prawdziwych Polaków i jedynych
58
patriotów, odradzanie się życia żydowskiego, to psucie Polski, to realizacja spisku odwiecznych
wrogów, ponieważ przyzwyczaili się myśleć stereotypowo i dogmatycznie.
Ktoś kiedyś powiedział, że nieważne, jaka będzie Polska, biedna, czy bogata byle była
katolicka. W mentalności tej osoby i wielu innych, polskość i katolickość są nierozerwalne, przy
czym katolickość jest esencją polskości. Czy to oznacza, że, przykładowo, Adam Małysz,
narodowy bohater sportu, który jest wyznania ewangelickiego, nie jest w pełni Polakiem? Skoro
wszyscy, jak się spodziewam, oburzą się nawet na taką insynuację, logicznym wnioskiem jest, że
wyznacznikiem polskości nie jest wyznanie. W Polsce zdecydowana większość ludzi deklaruje
przynależność do Kościoła Katolickiego. Kościół Katolicki ma wielowiekowe zasługi w
formowaniu polskości i podtrzymywaniu ducha polskiego w czasach niewoli. Ale skoro
stwierdziliśmy, że wyznanie nie decyduje o polskości, to w takim razie, co? Czy jest to DNA,
krew do iluś pokoleń wstecz? Już zobaczyliśmy, że Polacy (uznający się i uznawani za takich) są
„pomieszani”, że obco brzmiące nazwiska, niekoniecznie żydowskie, świadczą o przodkach,
którzy kiedyś tu się osiedlili. Zgodzimy się chyba wszyscy, że nazwiska brzmiące z czeska,
rosyjska, nazwiska francuskie, włoskie, węgierskie, czy rumuńskie na ogół nie wzbudzają
emocji. Przeważnie nikt nie kwestionuje polskości ich właścicieli. A więc kolejnym wnioskiem
jest, że ani DNA ani krew też nie są wyznacznikami przynależności do narodu polskiego. Cóż
więc pozostaje?
Jeden z największych polskich poetów, Julian Tuwim, sam pochodzenia żydowskiego,
powiedział kiedyś: „Jestem Polakiem, bo mi się tak podoba”. Polakiem, wbrew opinii
„obrońców prawdziwej polskości” jest każdy, kto chce być Polakiem i siebie za Polaka uważa.
Możemy się różnić wyznaniem, pochodzeniem etnicznym, kolorem skóry, rysami twarzy,
orientacją seksualną, podejściem do kwestii aborcji i poglądami politycznymi, jak w każdym
normalnym środowisku w każdym kraju. Ale jesteśmy wszyscy obywatelami tej samej Polski.
Możemy być jednocześnie Polakami i Ślązakami, Polakami i Żydami, Polakami - katolikami,
Polakami - buddystami i Polakami ateistami. Wystarczy czuć się Polakiem. Polska nie przestanie
być Polską. Zmieniała się przez stulecia, wzbogacana przez wpływy innych kultur i zmienia się
nadal, ale jest to ciągle ta sama Polska. Trzeba tylko przestać bać się zmian. Zmiany obecnie
następują szybciej, niż kiedyś, bo dzisiejszy świat, dzięki nowej technologii jest mniejszy. Ci,
którzy zobaczyli inne kraje w zachodniej Europie, już przekonali się, że inność nie jest groźna.
Świat się zmienia, granice się otwierają i Europa staje się kontynentem przyjaźni, na którym
ludzie będą czuli wspólnotę ogólną, ale lokalny patriotyzm związany z obszarem własnego kraju
i języka pozostanie na zawsze, bo taka jest natura ludzka wszędzie. Procesów historycznych nie
da się powstrzymać, ani zahamować. W moim odczuciu, zresztą, nie ma takiej potrzeby. Czy jest
sposób na powrót do dawnej, tradycyjnej Polski w rozumieniu tych, którzy tak boją się obcych
wpływów? Jest. Oznaczałoby to jednak szczelne zamknięcie granic i izolowanie się od sąsiadów.
Polska znów byłaby krajem monolitycznym, wszyscy, bez względu na wyznanie i własny
światopogląd, musieliby podporządkować się jednej ideologii, a wszelkie przepisy prawa w
kraju byłyby do niej dostosowane. Byłoby biednie, ale za to honorowo i prawdziwie
patriotycznie. Żydzi i inne nacje napływowe szybko by się wyniosły. Polska stałaby się Koreą
Północną Europy. Czy leży to w naszym interesie?
Oczywiście, wpuszczając kogoś do Polski i z czasem nadając polskie obywatelstwo, mamy
prawo i nawet obowiązek wymagać, aby dana osoba podporządkowała się polskiemu prawu i
59
zachowywała się zgodnie z ogólnie przyjętymi normami. W dzisiejszych czasach musimy w
Polsce, jak i w innych krajach, sprawdzać, czy nie wpuszczamy terrorysty, zagrażającego
naszemu porządkowi i bezpieczeństwu publicznemu. Jak już wspomniałem, w szeregu krajów
zachodniej Europy społeczeństwa boją się zalewu radykalnych fundamentalistów islamskich.
Fundamentaliści islamscy, siejący postrach na całym świecie, są tylko małą cząstką społeczności
wyznającej tę religię, ale należy przyznać, że wywierają silny wpływ na swoich
współwyznawców, zwłaszcza na biedotę. Radykalizacja jakiejkolwiek religii jest zjawiskiem
wysoce szkodliwym i niebezpiecznym i tu widzę, niestety, konieczność wypracowania
skutecznych metod policyjno-wywiadowczych, w celu zapobiegania aktom terroru w kraju,
podobnie, jak na lotniskach na świecie. Nie wolno nam dyskryminować ludzi tylko na podstawie
ich wyglądu, czy wyznania, ale nie wolno nam tolerować zachowań wykraczających poza ramy
wyznaczające naszą kulturę i narzucania nietolerancji w kierunku przeciwnym. Przykładowo, nie
dopuściłbym nigdy do sankcjonowania stosowania prawa szarijatu wśród przebywających w
Polsce wyznawców islamu, ponieważ nie chcemy zastępować jednego rodzaju nietolerancji
rodzajem innym. Polska moich marzeń powinna być krajem, w którym nie ma dominacji
jakiejkolwiek jednej ideologii nad innymi, a system praw oparty jest na powszechnie przyjętych
zasadach etyki i moralności, dostosowany do realnego życia i korzystający ze zdobyczy nauki.
System ten powinien być wolny od nakazów i zakazów jakiejkolwiek ideologii wyznaniowej,
przy całkowitym poszanowaniu podporządkowania się tym nakazom i zakazom przez osoby
wierzące. System praw powinien, ponadto, bronić praw wszystkich mniejszości i z całą
stanowczością egzekwować zakaz jakiejkolwiek dyskryminacji.
W nie tak bardzo odległych czasach PRL, wzdychaliśmy, marząc o możliwości
swobodnego podróżowania na Zachód. Dziś niektórzy boją się kontaktu z nim, upatrując w tym
kontakcie zgubę Polski. Większość, myśląca nowocześnie, widzi w kontakcie z Zachodem
wielką szansę wszechstronnego rozwoju. Ale żeby dorównać Zachodowi w rozwoju musimy
odrzucić raz na zawsze hamujące nas w codziennym życiu uprzedzenia. Moim marzeniem jest,
aby powiedzenie w towarzystwie: „jestem Żydem”, bądź „jestem Polakiem żydowskiego
pochodzenia” wywoływało tyle samo emocji, co przedstawienie się, jako Polak pochodzenia
belgijskiego, czy włoskiego. I chcę wierzyć, że jeszcze za mojego życia tak się stanie. Ale, jak
twierdzi cytowana już pani Anna Kloza, konieczna jest do tego edukacja od najmłodszych lat.
Lękliwym od razu wyjaśniam. Tu nie chodzi o żadną indoktrynację, tylko o przyzwyczajanie do
otaczającej nas inności i pokazanie, że nie ma się czego bać.
Tak więc, Polska jest dla wszystkich. Dla mnie też. Czy także dla tych, którzy głoszą, że
Polska ma być wyłącznie dla Polaków „czystej krwi”? Oczywiście, dla nich też. To też ich kraj.
Tylko nie wolno im pozwolić na narzucenie swojego dogmatu czy schematu myślenia reszcie
społeczeństwa. Bo tolerować należy wszystko i wszystkich z jednym, jedynym wyjątkiem. Tym
wyjątkiem jest sam brak tolerancji.
60
W 1943 roku, polski poeta Władysław Broniewski, przebywający z Wojskiem Polskim na
Bliskim Wschodzie, dowiedziawszy się o upadku powstania w getcie warszawskim, napisał
słynny wiersz, którego ostatnią, szczególnie mi bliską zwrotkę dedykuję Czytelnikom, jako
drogowskaz na życie:
Wspólne zaświeci nam niebo ponad zburzoną Warszawą
Gdy zakończymy zwycięsko krwawy nasz trud wieloletni.
Każdy otrzyma wolność, kęs chleba i prawo.
I JEDNA powstanie rasa. NAJWYŻSZA: ludzie szlachetni.
Witold Liliental
Oakville, Ontario
Sierpień 2011 r.
Autor w Katyniu, 07.04.2010r.
61

Podobne dokumenty