pomocnicze materiały wykładowców kształcenia obywatelskiego

Komentarze

Transkrypt

pomocnicze materiały wykładowców kształcenia obywatelskiego
1
1 POMORSKA BRYGADA LOGISTYCZNA
im. Króla Kazimierza Wielkiego
Roman Misiak
Eugeniusz Orzechowski
Piotr Rogalski
POMOCNICZE MATERIAŁY
dla
WYKŁADOWCÓW KSZTAŁCENIA
OBYWATELSKIEGO
2
Historia powstania rakiety bojowejPoczątki lotnictwa wojskowegoRadar wojskowy/historia powstania/Podróż historyczno-wojskowa
Warszawa-Toruń-Bydgoszcz-Poznań
Roman Misiak
Bydgoszcz 2012
2
Roman Misiak
Eugeniusz Orzechowski
Piotr Rogalski
POMOCNICZE MATERIAŁY
dla
WYKŁADOWCÓW KSZTAŁCENIA
OBYWATELSKIEGO
2
Opracowane na podstawie zasobów zebranych
w ramach podróży historyczno-wojskowych,
dla kustoszy sal tradycji oraz kronikarzy jednostek
i instytucji wojskowych, organizowanych
przez Wojskowe Centrum Edukacji Obywatelskiej
w 2010 i 2011 roku
Bydgoszcz 2012
3
„Z historii narodów możemy się
nauczyć, że narody niczego nie
nauczyły się z historii.”
Georg Wilhelm Hegel
4
Szanowni Czytelnicy! Z satysfakcją przyjęliśmy Państwa ocenę pierwszej
części
„Pomocniczych
materiałów
dla
wykładowców
kształcenia
obywatelskiego”. Pozytywne opinie ze strony wykładowców oraz osób, które
miały sposobność zapoznania się z tym opracowaniem, zachęciły autorów do
kontynuowania pracy.
W podobnej konwencji opracowana została druga część „Pomocniczych
materiałów …” stanowiąca źródło wzbogacania wiedzy historycznej
wykładowców kształcenia obywatelskiego z zasobów historycznych
pozyskanych podczas podróży organizowanych przez Wojskowe Centrum
Edukacji Obywatelskiej dla kustoszy sal tradycji oraz kronikarzy jednostek
i instytucji wojskowych.
Część
drugą „Pomocniczych materiałów …” rozpoczynają interesujące
teksty opisujące powstanie i rozwój najbardziej popularnych środków walki rakiety bojowej, radaru wojskowego i samolotu wojskowego, które w XX wieku
całkowicie zmieniły obraz walki zbrojnej. W tej części, materiał stanowi bardzo
przystępnie napisane przypomnienie, bądź usystematyzowanie wiedzy, która
nie powinna być obca, zarówno wykładowcom kształcenia obywatelskiego,
ale również ogółowi żołnierzy.
Kontynuowanie wysiłków na polu edukacji obywatelskiej przez dowództwo
1. Pomorskiej Brygady Logistycznej ma na celu systematyczne poprawianie
kondycji szkoleniowej żołnierzy, nie tylko w zakresie wiedzy specjalistycznej,
ale także w dziedzinie historyczno-społecznej. Ten zakres wiedzy jest ważnym
czynnikiem rozwoju intelektualnego i pogłębiania przekonań oraz umacniania
postaw patriotycznych. Ma to bardzo duże znaczenie w przypadku prowadzenia
współczesnych operacji wojskowych i występowania innych zagrożeń
wymagających żołnierskiego ryzyka i poświęcenia. Ten sposób poznawania
i analizowania wydarzeń historycznych i miejsc, które się z nimi łączą, pozwala
na poszerzenie horyzontów ogólnoludzkiego myślenia, użytecznego także
w kontaktach z żołnierzami i obywatelami wspólnoty państw europejskich.
Wszystkim czytelnikom życzę miłej lektury.
Dariusz Pluta
pułkownik
5
W
czerwcu, wrześniu i w październiku 2010 roku odbywały się warsztaty
dla kronikarzy i kustoszy sal tradycji jednostek i instytucji wojskowych, zorganizowane, podobnie jak wszystkie poprzednie, przez Wojskowe Centrum Kształcenia Obywatelskiego w Warszawie. Jako uczestnik tych warsztatów miałem
przyjemność reprezentować Dowództwo 1. Brygady Logistycznej i sporządzić
ten historyczno-wojskowy „raport”.
Jednakże, na początek naszych rozważań przedstawiamy, nie relacje ze
wspomnianych podróży, ale nie mniej ciekawe historie poszukiwań naukowych,
czasem tylko desperackich, które dzięki ludziom odważnym, lub wręcz szalonym,
o nieprzeciętnych umysłach, doprowadziły do wielkich odkryć i epokowego skoku
technologicznego ludzkości w sferze militarnej. A oto one:
HISTORIA POWSTANIA RAKIETY BOJOWEJ
Wynalezienie i zastosowanie, w bardzo odległych już czasach, zaczątkowej postaci broni rakietowej stało się istotnym momentem w rozwoju sztuki prowadzenia walki zbrojnej. Dzisiaj, rakiety zajmują trwałe miejsce w arsenałach wojennych i stanowią jeden z najgroźniejszych środków rażenia. Ogromna szybkość przemieszczania się, prostota budowy, a zarazem duża precyzja trafienia
w zaprogramowany cel oraz możliwość przenoszenia ładunków bojowych o dużej sile rażenia stanowią najważniejsze walory rakiety bojowej. Dzięki tym zaletom stała się jednym z najbardziej skutecznych narzędzi walki, zyskując uznanie
nie tylko w oczach wojskowych, ale i polityków.
Wydaje się, że termin rakieta pochodzi od arab. rahat, co oznacza pocisk
poruszający się na zasadzie odrzutu. Jednakże, niektórzy autorzy wyprowadzają
ten termin od włoskiego rocchetta, jak nazywano żerdź stabilizującą lot rakietydzidy, wystrzeliwanej z tzw. wyrzutni rynnowych. W obliczu wielu faktów
z dziejów wojskowości należałoby jednak opowiedzieć się za poglądem o arabskojęzycznym pochodzeniu tego słowa. Można przytoczyć przykład już z 674
roku, gdy syryjski architekt i alchemik Kallinikus wynalazł tzw. „ogień grecki”,
który pomógł w odparciu armii kalifa Damaszku oblegającej Konstantynopol.
Dzięki tej „tajnej” broni, a ściśle mówiąc - miotaczom ognia /zawierającym, m.in.
siarkę i saletrę potasową/, Cesarstwo Bizantyjskie doszczętnie zniszczyło islamską flotę. Miotacze ognia udoskonalili Chińczycy. Jak wiele innych, niecodziennych wynalazków, również pierwsze postaci rakiet-fajerwerków powstały w starożytnym państwie chińskim, gdzie od III wieku p.n.e. znany był już najstarszy
materiał wybuchowy - czarny proch, a więc proporcjonalna mieszanina saletry,
węgla i siarki/, używany do wyrobu ogni sztucznych. Do celów wojennych Chińczycy nie wykorzystywali prochu, praktycznie aż do XIV wieku. Nowy rodzaj broni, zagrażającej szczególnie broniącym się w zamkniętych warowniach, pojawił
się wśród plemion mongolskich /w 1232 r. oddziały mongolskie użyły strzał ogni-
6
stych podczas oblegania chińskiego miasta Kaifung-fu/ oraz na obszarze dzisiejszej Azji Mniejszej i na Półwyspie Indyjskim /1249 r./.
Broni „rakietowej", która nie tylko zadawała spore straty, lecz także bardzo
mocno oddziaływała na psychikę przeciwnika, użyli Tatarzy (ordy Batu-chana)
w bitwie pod Legnicą w 1241 roku przeciwko wojskom śląskim i wielkopolskim
dowodzonym przez Henryka Pobożnego (o czym wspomina Jan Długosz w
swoich „Dziejach Polski”). Strzały „rzucające ogień i dymy trujące” doposażone
w „napęd rakietowy”, czyli kawałek wydrążonego, bambusowego kija wypełnionego czarnym prochem, po dotarciu do celu raziły, wywoływały pożary i siały
zamęt. Europa, pomimo, że była pod wrażeniem chińskiego wynalazku nie od
razu mogła go zaadoptować. Na przeszkodzie stanął problem prochu, który na
starym kontynencie pojawił się dopiero o całe 100 lat później /na tym polu zasłużył się XIV.wieczny alchemik, mnich Berthold Schwarz z Moguncji/. Zresztą,
cywilizacja europejska poszła w kierunku rozwoju lufowej broni palnej, miedzy
innymi rusznic i dział, a później, także odtylcowej broni gwintowanej, stąd aż do
końca XVIII w. w armiach europejskich broń rakietowa praktycznie nie była stosowana. Co prawda, historia odnotowała kilkanaście przypadków użycia rakiet
zapalających w średniowiecznej Europie, ale mając na względzie sztukę wojenną
w sensie całościowym, miało to znaczenie marginalne.
Przypuszczalnie, na gruncie europejskim, pierwszy projekt rakiety wielostopniowej pozostawił po sobie artylerzysta z Siedmiogrodu Conrad Haas /1529
r./. Jednak, dopiero na przełomie wieków XVIII i XIX (w okresie wojen napoleońskich), za zasługą angielskiego artylerzysty i inżyniera, pułkownika Williama
Congreve /1772-1828/, broń rakietowa pojawiła się w jego rodzinnym kraju.
W 1804 roku utworzony został brytyjski korpus rakietników. Za przykładem Anglii,
także armie innych krajów europejskich powołały oddziały rakietowe, między innymi - Francja, Włochy, Rosja, Prusy, Austria i, nieco później, armia Królestwa
Polskiego.
Prawdziwy renesans broni rakietowej na terenie Europy nastąpił w XIX w.,
już po wynalezieniu /przez Niemca Franza Josepha Juliusa Wilbranda w 1863
r./ trotylu oraz prochów nitroglicerynowych i nitrocelulozowych /w 1888 r. - balistyt, szwedzki chemik i przemysłowiec Alfred Bernhard Nobel /1833-1896/.
Wczesne początki nowożytnej techniki rakietowej łączy się z nazwiskiem
wiejskiego nauczyciela arytmetyki i geometrii z Kaługi, Konstantina
Edward(owicza) Ciołkowskiego /1857-1935, ojciec był polskim zesłańcem, lecz
sam Ciołkowski uważał się za Rosjanina/. Ten niezwykle utalentowany samouk
/pomimo, że w latach młodzieńczych utracił słuch/, żyjący z dala od większych
ośrodków naukowych, potrafił swoimi przemyśleniami i „empirią” przekroczyć
mało znane wówczas progi wiedzy zdumiewając tym niejeden tęgi umysł.
W 1833 r. napisał pierwszą swoją pracę na temat mechaniki ruchu w przestrzeni
pozbawionej pola grawitacyjnego, a w 1897 r. zbudował eksperymentalny tunel
aerodynamiczny. W następnej pracy zatytułowanej: "Badanie przestrzeni świata
przyrządami odrzutowymi" Ciołkowski sformułował matematyczną teorię ruchu
rakiety. Przedstawił również ogólną ideę oraz niektóre techniczne opisy wielostopniowej, wodorotlenowej rakiety, miedzy innymi podał, w tej pracy, dwa spo-
7
soby sterowania lotem rakiety: pierwszy - poprzez umieszczenie, w dyszy wylotowej silnika rakietowego, grafitowych płaszczyzn sterujących; drugi - poprzez
odchylanie całej dyszy silnika rakietowego. Co prawda, jego prace nie zmierzały
wprost do stworzenia rakiety o charakterze wojskowym, umożliwiającej przenoszenie ładunku bojowego, a ograniczały się do rozważań z zakresu aerodynamiki
i teorii ruchu rakiety w przestrzeni kosmicznej.
Zasadniczy
przełom w rozwoju rakiet bojowych dokonał się już po I. wojnie
światowej, w związku z gwałtownym wzrostem znaczenia lotnictwa wojskowego, które mogło atakować nie tylko na polu walki,
ale również poza strefą działań bojowych.
Jednocześnie, wśród wielu koncepcji prowadzenia działań wojennych zyskujących
znaczenie, duży rozgłos zyskała teoria
włoskiego generała Giulia Douheta /18691930/ o decydującej roli lotnictwa w przyszłej wojnie. Chociaż w rzeczywistości, lotnictwo nigdy dotąd samodzielnie nie zadecydowało o końcowym zwycięstwie w działaniach wojennych, to jednak odegrało niebagatelną rolę w najważniejszych operacjach II wojny światowej i zdołało zadać
przeciwnikowi bardzo bolesne ciosy. Zapisało się też /mrocznie/ w dywanowych ataKonstantin Edward(owicz) Ciołkowski
/1857-1935/. Fot. int/ernet/.
kach na skupiska ludności cywilnej
/Drezno/. Liczba samolotów biorących udział w ostatniej wojnie światowej po obu
stronach sięgnęła setek tysięcy, a ich możliwości bojowe, w stosunku do jej początkowej fazy, nieporównywalnie wzrosły. To wszystko, na zasadzie przeciwakcji, wymusiło konieczność doskonalenia systemów obrony powietrznej oraz konstruowanie coraz efektywniejszych środków walki, wśród których rakiety znalazły
się na jednym z pierwszych miejsc. Ponadto, pojawienie się broni jądrowej
/termojądrowej/ postawiło ludzkość w zupełnie nowych zależnościach, gdyż dotychczasowe doświadczenia i strategie prowadzenia wojny musiały ulec gruntownej przebudowie.
W historii rozwoju rakiety i jej bojowego wykorzystania, szczególnie wyraziście zapisały się niemieckie rakiety V-1 i V-2 zastosowane w atakowaniu Wysp
Brytyjskich, zaś w zmaganiach sił lądowych słynne, radzieckie „Katiusze”.
Zanim jednak do tego doszło, uczeni i ludzie, których pasją było zdobywanie przestworzy przez dłuższy czas zmagali się z przeciwnościami, jakie napotykali na drodze do zbudowania rakiety, która później została użyta także w walce
zbrojnej. Spróbujmy więc, prześledzić historię badań i niebezpiecznych doświadczeń z rakietami, a także początki ich bojowego wykorzystania.
8
Wydaje się, że na polu teorii
i praktyki w dziedzinie rozwoju rakiet wojskowych najważniejszy
krok wykonali uczeni i wojskowi
n i e m i e c c y, a wkrótce potem
niemiecki
przemysł
zbrojeniowy
i oczywiście, armia. Należałoby
wspomnieć, że nowa dziedzina badań naukowych pociągała na tyle
mocno, że już u początku XX wieku
badaniami rakietowymi zajmowało
się więcej, niż 25. uczonych europejskich i amerykańskich. Palmę pierwszeństwa oddać należy jednak Hermannowi
Juliusowi
Oberthowi
/1894-1989/. H. J. Oberth urodził się
w Rumunii i przez dłuższy czas posiaWernher von Braun w swoim gabinecie,
dał obywatelstwo tego kraju. Tam też
w bazie Peenemünde. Fotokopia.
ukończył gimnazjum, by w roku 1912
rozpocząć studia medyczne w Monachium. Później, zmienił zainteresowania
i studiował fizykę oraz astronomię na znanych niemieckich uniwersytetach w Getyndze, Heidelbergu i w Monachium. Jednakże, marzenia o podróżowaniu rakietą
zawładnęły nim już we wczesnej młodości. Duże wrażenie zrobiła na nim lektura
książki J. Verne'a "Wokół Księżyca". W wieku 15 lat opracował /na poziomie naukowym!/ model rakiety na paliwo stałe. Jego uwagę zwracała przede wszystkim
sprawa /płynnego/ paliwa rakietowego, którą słusznie łączył z potrzebą nadania
gazom bardzo dużej prędkości wylotowej z dyszy silnika. Mając zaledwie 23 lata
próbował zainteresować niemieckie ministerstwo wojny konstrukcją dalekosiężnej rakiety bojowej „na spirytus etylowy i ciekłe powietrze", ale wówczas nie spotkało się to z aprobatą niemieckich oficjeli. Wreszcie, w 1923 roku, w Monachium
wydał swoją pierwszą pracę „Rakiety w przestrzeni kosmicznej", która stała się
niezwykle ważnym opisem zasad dynamiki rakietowej. Kilka lat później, swoje
spostrzeżenia i kalkulacje rozwinął w pracy „Drogi realizacji lotu kosmicznego".
W tym czasie eksperymentował również z lekkimi modelami rakiet, między innymi dla potrzeb berlińskiej wytwórni filmowej.
W 1938 r., będąc już obywatelem Niemiec, na polecenie Sztabu Generalnego rozpoczął prace nad konstruowaniem rakiet wojskowych. Od roku 1941 do
1943 uczestniczył w badaniach nad budową i bojowym wykorzystaniem rakiet
w bazie w Peenemünde. Później, jego działalność nie była już tak prekursorska,
a zwłaszcza nie tak praktyczna, na czym przecież bardzo zależało władzom niemieckim. Po zajęciu Niemiec przez wojska alianckie, na krótki czas, dostał się do
niewoli. Po wojnie nadal zajmował się techniką rakietową, ale od 1948r., już
w Stanach Zjednoczonych.
W historii rozwoju rakiet dużą rolę odegrał znany niemiecki konstruktor
samochodów Fritz von Opel /1899-1971/, przechodząc szybko i zdecydowanie
„od abstrakcji do konkretu". Swoje eksperymenty rakietowe rozpoczął od
9
wykorzystania do tego celu ... samochodów, stosując w nich coraz
silniejszy napęd rakietowy.
11 kwietnia 1929 roku, pojazd wyposażony w 24 rakiety
i skrzydła o ujemnym kącie natarcia, przekroczył, na torze pod Berlinem, 230 km/godz. Do tych, jak się
można domyślać, bardzo niebezpiecznych doświadczeń przyciągnął
również inżyniera-pirotechnika F.
W. Sandera oraz byłego oficera
austriackiego lotnictwa Maxa Valiera /1895-1930/. I oto, w dniu 16
czerwca 1929 roku na szybowisku
Wasserkuppe w Nadrenii, miała
miejsce pierwsza, choć nie do koń-
Plan bazy rakietowej Peenemünde. Fot. int.
ca udana, próba wykorzystaniem zaimprowizowanej konstrukcji, która powstała w wyniku
przystosowania, do tego celu, szybowca. Lot,
ni to samolotu, ni to rakiety, wykonał niemiecki
pilot Fritz Stamer /1897-1969/. Niektórzy
znawcy problemu uznają te próby, jako pierwsze loty człowieka na urządzeniu o napędzie
rakietowym. 30 września 1929 roku, F. Opel
wykonał osobiście próbę we Frankfurcie n.
Menem. Tym razem, start rakietowego motoszybowca RAK-1 odbył się z katapulty. Aparat
wzbił się na kilkanaście metrów w górę i przeleciał, w locie poziomym, w niecałą minutę ok.
2000 m. Urządzenie nie zdołało wylądować i
oczywiście uległo zniszczeniu, a Opel o mało
życiem nie przypłacił swego karkołomnego wyczynu. Po wielu dalszych, równie nieudanych,
a nawet nieco zwariowanych eksperymentach,
Opel w rozmowie z Oberthem, nie usłyszał nic,
Niemiecka rakieta dalekiego zasięgu
co by mogło go zdopingować do dalszych wyA-4b, niezastosowana w warunkach
siłków. Doświadczenia z rakietami o napędzie
bojowych. Fotokopia.
prochowym nie pozostawiały złudzeń, że poszukiwania w tym kierunku nie zakończą się sukcesem.
10
Uparcie swoje próby kontynuował
nadal M. Valier, ale już z rakietami zasilanymi ciekłą mieszanką paliwową. Pomagali
mu w tym dwaj inni entuzjaści - Klaus Riedel /1907-1944/ i Rudolf Nebel /18941978/. Wspólnie skonstruowali, pierwszy w
świecie, silnik rakietowy z zastosowaniem
rozpylaczy paliwa i utleniacza. Jako paliwa
użyli - spirytusu, a jako utleniacza - ciekły
tlen. Podczas jednej z kolejnych już prób,
17 maja 1930 roku nastąpiło rozerwanie
komory spalania. Valier, trafiony odłamkiem w pierś, zmarł w wyniku krwotoku.
Niewykluczone, że swoją śmiercią otworzył
listę ofiar, jakie człowiek poniósł na drodze
do opanowania techniki rakietowej.
Pomimo tego przykrego wydarzenia,
Riedel i Nebel kontynuowali swoje badaGen. Walter R. Dornberger
nia, ale już pod patronatem wojska, na
Szef Peenemünde-Zachód. Fotokopia.
pierwszym w świecie poligonie rakietowym
w Kummersdorf West /laboratorium znajdowało się w Gottow, gdzie prowadzono
badania nad uranem z myślą o … bombie atomowej!/, niedaleko Berlina. Nie
przerywali również prac nad rakietą na paliwo
stałe, a do współpracy włączyli, wielce utalentowanego, wówczas 18.letniego studenta politechniki w Zurüchu, Wernhera von Brauna
/przy okazji, warto wspomnieć, że W. von
Braun urodził się 23 marca 1912 roku w Wyrzysku k. Piły; po I. wojnie światowej, gdy
Wyrzysk znalazł się w granicach II RP, rodzina Braunów przeniosła się na Śląsk1; Wernher, od młodzieńczych lat rozwijał swoje „kosmiczne” zainteresowania; zaczął od przeczytania, mocno jeszcze - w tamtym czasie - fantastycznej, książki: „Rakieta w przestrzeni międzyplanetarnej” i od penetrowania kosmosu za
pomocą teleskopu, który dostał od swojej
matki; mając 20 lat omal nie zginał podczas
„dziewiczej” próby z niemieckim silnikiem rakietowym na paliwo ciekłe; na koniec został
dyrektorem Centrum Lotów Kosmicznych i
głównym autorem lotu Apollo 11 na księżyc, a
V-2, w kolorach maskujących, na tzw.
w 1971 roku zastępcą dyrektora NASA; zmarł
stole startowym.
na chorobę nowotworową 17 czerwca 1977
roku, w USA/.
1
Wojciech Mąka, Baron od gwiazd /w/ Gazeta Pomorska z 21 grudnia 2007 roku, s. 11.
11
Jednocześnie, niemieckie Ministerstwo Sił Zbrojnych zdecydowało, że
nadzór nad dalszym rozwojem techniki rakietowej przejmie pułkownik artylerii dr
inż. Karl Emil Becker /1879-1940/, który - jak pokazała przyszłość - swoje zadanie potraktował bardzo poważnie i szybko doszedł do wniosku, że rakiety mogą stać się bardzo ważnym środkiem walki. Było to tym ważniejsze, że ograniczenia narzucone Niemcom w Traktacie Wersalskim nie uwzględniały czegoś
takiego, jak broń rakietowa! Jednocześnie, szczęście uśmiechnęło się do Wernhera,
ponieważ stary Braun miał dobrego znajomego w osobie barona Heinricha Gustava Magnusa /1802-1870/, profesora uniwersytetu berlińskiego, co rzecz jasna znacznie przyspieszyło karierę naukową syna. Już wkrótce, znalazł się on na
wydziale fizyki berlińskiej uczelni i jednocześnie został zatrudniony w grupie roboczej naukowców Urzędu Uzbrojenia Armii, gdzie zlecono mu prowadzenie doświadczeń z ciekłopaliwowymi silnikami rakietowymi. Należałoby podkreślić, że
naukowcy niemieccy, cieszyli się w tym czasie dużym uznaniem w świecie.
W Niemczech żył i pracował wówczas prof. Albert Einstein /1879-1955/.
Pułkownik Becker powierzył całokształt prac nad rakietami dla wojska ówczesnemu kapitanowi inżynierowi Walterowi Robertowi Dornbergerowi /18951980/, który nie krył, jakiemu celowi miały służyć prowadzone prace naukowe:
„Należy pracować nad rakietą przeznaczoną wyłącznie dla celów wojskowych, jej
głowica powinna zawierać co najmniej tysiąc kilogramów materiału wybuchowego, powinna mieć dwieście do trzystu kilometrów zasięgu i być zdolna złamać
opór każdego mocarstwa, przeciw któremu zostanie użyta. Jeśli potrzebni ludzie
nie zechcą konstruować takich rakiet - należy ich nakłonić do tego. Ręczę, że
skutek perswazji będzie natychmiastowy i rzecz jasna, pozytywny.”2 Prace grupy
roboczej zostały utajnione, a z bibliotek i księgarń wycofano wszelkie podręczniki
i książki na temat rakiet. Był to już czas, gdy Niemcy dysponowali silnikiem rakietowym na paliwo ciekłe, skonstruowanym przez inżyniera Arthura Rudolpha
L. Pietscha /1906-1996/.
W 1933 roku, W. von Braun, mając zaledwie 21 lat, zbudował pierwszą,
użytkową rakietę na paliwo ciekłe, której nadano symbol A-1 /Aggregat-1/. Rakieta o długości ok. 1,40 m, średnicy ok. 30 cm i wadze /ogólnej, z paliwem/ 150 kg,
posiadała siłę ciągu 290 kG. W niedługim czasie powstały kolejne, coraz doskonalsze jej wersje. Jeszcze w tym samym, 1933 roku, W. von Braun, przedstawił
pracę doktorską (o charakterze tajnym!), pt.: „Konstrukcyjne, teoretyczne
i eksperymentalne przyczynki do problemu rakiety na ciekły napęd". Z jej treścią
została zapoznana również rada naukowa uczelni, niemniej nikt z uczonych nie
zakwestionował zawartych w niej tez, ani też nikt nie sprzeciwił się tej, niezwykłej
nominacji doktorskiej.
Należałoby dodać, że obok W. von Brauna, rozwojem rakiet w Niemczech
zajmowało się jeszcze wiele innych osób. Nie zawsze kończyło się to szczęśliwie. Tak było na przykład z dr. inż. Carlem Georgem Wahmke /†01.01.1934/,
który zginął, podobnie jak Valier, w wyniku niespodziewanej eksplozji silnika rakietowego. Pomimo tych niepowodzeń należy zauważyć, że w 1935 r., podczas
2
Cytat za: Mirosław Pankowski, V-2 na Księżycu /w/ Express Bydgoski /Historia/ z 1995 roku.
12
wojny domowej w Hiszpanii, użyta została po raz pierwszy niemiecka rakieta na
paliwo stałe.
Tymczasem, W. von Braun borykał się
z licznymi przeszkodami o charakterze naukowym i technicznym, jakie napotykał przy
konstruowaniu nowego modelu rakiety A-3.
Było to już stosunkowo duże „cygaro"
o długości 7,62 m, średnicy 0,75 m i ciężarze
startowym 750 kg. Rakieta przez 45 sek.
utrzymywała siłę ciągu 1500 kG, posiadała
max. zasięg nieco ponad 17 km oraz pułap 12 km. Na miejsce prób wyznaczono północną część wyspy Uznam, w pobliżu rybackiej
wioski Peenemünde3. W sierpniu 1936 r. rozpoczęła się w tym miejscu budowa Ośrodka
Badań Wojskowych /Heeres Vernsuchsanstalt Peenemünde/. Zanim rozpoczęto budowę ośrodka rakietowego wysiedlono w inne
miejsce 400 mieszkańców Peenemünde. Do
budowy 25.hektarowej bazy wykorzystywano
około 20 tysięcy więźniów obozów koncentracyjnych, robotników przymusowych, a naPółbalistyczna, jednostopniowa niemiecka wet jeńców wojennych, a wśród nich kilka tyrakieta V-2 (Aggregat-4/A-4) w chwilę
sięcy Polaków. Pracowali tam również Ropo starcie, Peenemunde, 1943 r.
sjanie, Francuzi i Holendrzy.
W 1937 roku, do pomocy Braunowi przydzielono, aż kilkuset nowych
współpracowników-członków Niemieckiego Towarzystwa Rakietowego, założonego
w 1927 r./ między innymi bardzo już doświadczonych, K. Riedela i A. Pietcha
oraz innych, a wśród nich: Hansa Hutera, Kurta Heinischa, Paula Schmidta,
Roberta Lussera, Heinza Bunse, Helmuta Zoike, Eberharda Reesa, Helmuta
Waltera, Walthera Tiela, Artura Rudolpha, Moritza Pohlmanna, Heinza Bunse, Rudolfa Hermanna, Hermanna Kurzwega, Ludwiga Rotha, Kurta Debusa, Ernesta Stuhlinera, Fritza Gajewskiego, Carla Wanera, Heodora Buchholda, Gotholda Viewega i innych. Na współpracę z Braunem nie wyraził
zgody, wymieniany już wcześniej, weteran na rakietowym szlaku, R. Nebel.
Peenemünde /Pianoujście lub Kujawice/ w północno-zachodniej części wyspy Uznam /niem. Usedom/
zostało wybrane na miejsce poligonu doświadczalnego dla broni rakietowej, gdy istniejący wcześniej
ośrodek rakietowy w Kummersdorf k. Berlina, stał się za ciasny pod względem powierzchni. Peenemünde, położone na wybrzeżu Bałtyku spełniało wymagania pod względem zapewnienia tajemnicy
i dawało możliwość lotów próbnych na odległość do 350 km. Baza Peenemünde podzielona była na dwie
części: Peenemünde-Wschód tzn. poligon Wehrmachtu /Entwicklungswerk - Zakłady Doświadczalne/,
prowadzące badania nad rakietami pionowego startu tzn. V-2 /szefem był gen. W. R. Dornberger oraz
Peenemünde-Zachód - poligon Luftwaffe zajmującego się konstruowaniem i doświadczeniami z bombą
latającą V-1. Dzisiaj wiadomo również, że w Peenemünde Niemcy osiągnęli sukcesy w zakresie telewizji
przemysłowej i radaru.
3
13
Jednakże, jeszcze na rok przed rozpoczęciem wojny, pomimo bardzo intensywnej pracy całego zespołu specjalistów, A-3 nie spełniała oczekiwanych założeń,
gdyż jej zasięg wyniósł zaledwie 18 km. W tej sytuacji, W. von Braun przystąpił
równolegle do konstruowania i prób z następnymi modelami rakiet, tj. A-4 i A-5.
Model A-5 stanowił doświadczalną bazę dla A-4, jednostopniowego rakietowego
pocisku balistycznego o ogromnych walorach bojowych. Rakieta posiadała bardzo pokaźne rozmiary i imponujące parametry: długość - 14,3 m, średnicę - 1,66
m, ciężar startowy - ok. 12 700 kG (w tym, waga paliwa - alkohol etylowy i ciekły
tlen - 8760 kg), ciąg - 25400 kG, odległość strzelania - 260-320 km, pułap - 80-90
km, czas pracy silnika - 60-65 sek., prędkość max. - 5724 km/godz. Sterowanie
lotem rakiety odbywało się za pomocą grafitowej płaszczyzny (sterującej),
umieszczonej w strumieniu gazów, w dyszy
wylotowej silnika. W gęstych warstwach atmosfery uruchamiane były stery pomocnicze,
powietrzne. Start pionowy następował
z wyrzutni, tzw. stołu startowego połączonego na stałe z wózkiem transportowym (transporterem kołowym). Wyrzutnie były również
montowane na platformach kolejowych. Po
nabraniu wysokości, na krzywej lotu kończyło
się paliwo i rakieta rozpoczynała opadanie.
Istotne, że żaden odgłos nie zwiastował zbliżania się jej do celu. Wybuch ładunku następował w momencie spracowania zapalnika
uderzeniowego.
Rakieta była pierwszą w świecie, tak
doskonałą, realizacją dotychczasowych wizji
w dziedzinie techniki rakietowej. W 1941 roku, ten prawdziwy cud techniki był gotowy do
użycia, a 13 czerwca 1942 roku miała miejsce udana próba w locie. Wkrótce też, rozpoczęła się seryjna produkcja rakiety
Niemiecka, dwustopniowa rakieta
balistyczna
A-9/A-10 (stopień pierwszy /03 października 1942 roku odbyła się próba
4
dolny człon rakiety, stopień drugi końcowa/. W. von Braun triumfował.
górny człon rakiety).
W lipcu 1943 roku, w wieku 30 lat,
otrzymał tytuł profesora. A-4, nazywany potocznie Wunderwaffe /cudowną bronią/
lub Viktoriawaffe /broń zwycięstwa/ doczekał się później nowszej wersji A-4b.
Jednakże, rakiety nie można było natychmiast zastosować w skali operacyjnej,
ze względu na pojawiające się ciągle istotne usterki techniczne. Anglicy, zdając
sobie doskonale sprawę z wielkiej groźby, jaką przedstawiała dla nich nowa, niezwykła broń przeprowadzili totalny nalot RAF na bazę doświadczalną w Peenemünde, niszcząc ją do tego stopnia, że dalsze jej funkcjonowanie, w tym miej-
4
Niestety, trzeba dopowiedzieć, że w 1940 roku Wernher v. Braun został przyjęty do Wafen-SS
/i otrzymał stopień Untersturmführera tzn. podporucznika; dwa lata później był już Sturmbannführerem majorem/.
14
scu, stało się niemożliwe5. Niebawem, przeniesiono ją do miejscowości Pustkowo-Blizna, niedaleko Mielca, zaś centrum montażu rakiet, w góry Harzu, do potężnej, podziemnej fabryki „Mittelbau-Dora”, niedaleko Nordhausen6. Jednakże, wiele części
rakiety produkowano także w innych
nach Niemiec, a nawet na terenach podbitych.
Od wiosny 1944 roku, poligon A-4
znajdował się w rejonie miejscowości Sarnaki nad Bugiem. Zaskakująca i bardzo skuteczna akcja Anglików wyraźnie opóźniła
niemieckie przygotowania do bojowego wykorzystania rakiety. Zginęło wielu doświadczonych specjalistów, zniszczeniu uległa znaczna
część dokumentacji, która ze względu na
ochronę tajemnicy wykonana była w pojedynczych egzemplarzach.
Do połowy 1944 roku trwały gorączkowe wysiłki niemieckich uczonych i przemysłu wojennego nad rozwinięciem produkcji
większych ilości A-4. Tutaj warto zauważyć,
że Niemcy gorączkowo poszukiwali wsparV-1 na stanowisku startowym
cia naukowego swoich wysiłków w celu jak
najszybszego zakończenia prac konstrukcyjnych nad V-2. Próbowali nawet nakłonić do współpracy wybitnego polskiego matematyka dr. Stefana Banacha /1892-1945/, profesora Politechniki Lwowskiej,
współtwórcy, znanej w ówczesnym świecie, polskiej szkoły matematycznej.
Oczywiście, to się nie udało się, ponieważ profesor Banach nie ugiął się pod
brutalnymi naciskami i nie przyłożył ręki do udziału w konstruowaniu broni, która
miała siać strach, zniszczenie i śmierć.
5
Ale w końcu, to Polacy, wręcz błyskawicznie, przejęli rakietę V-2 /zanim Niemcy zdołali odnaleźć miejsce jej upadku, chociaż stawali na głowie, by ją odszukać/, wystrzelonej 20 maja 1944 roku, z poligonu
Heidelager-Blizna, którą następnie w wielkiej konspiracji przetransportowano do Warszawy, gdzie została
przebadana i opisana przez profesorów Politechniki Warszawskiej - Janusza Groszkowskiego i Marka
Struszyńskiego. 26 lipca 1944 roku, z konspiracyjnego lotniska „Motyl” pod Tarnowem, rakieta została
przetransportowana specjalnym samolotem brytyjskim do Londynu - tzw. akcja „Most III”/ i tam poddana
bardziej szczegółowym badaniom, co z pewnością pomogło opracować strategię walki z tym, niezwykle
agresywnym rodzajem broni, siejącym postrach zwłaszcza wśród ludności cywilnej wielkich miast Europy
Zachodniej.
6
Do budowy fabryki, a właściwie całego systemu konstruowania broni rakietowej V-2, Niemcy użyli kilkadziesiąt tysięcy więźniów obozów koncentracyjnych, z których wiele tysięcy zmarło z powodu wyczerpania niewolniczą pracą i fatalnych warunków egzystencji.
15
Gdy wreszcie, wszystkie trudności zostały pokonane i rakieta była gotowa do operacyjnego użycia, wojenne położenie Niemiec było już bardzo niekorzystne. W końcu,
przemianowano ją na Vergeltungswaffe Zwei
(drugi pocisk odwetowy) czyli znany powszechnie V-2 i zdecydowano się użyć do
atakowania Londynu. Na miejsce startu rakiety
dostarczano drogą kolejową lub samochodami, a następnie dźwigiem ustawiano na stanowisku startowym. Warto zauważyć, że
Wymiary rakiety V-2 dostosowano do przeszkód terenowych na trasach przejazdu
transportów rakiet, tzn. do wielkości tuneli
kolejowych i mostów. Transport drogowy na
większe odległości odbywał się przy pomocy
tzw. vidalwagenów, a na bliższe tzw. lawet
Meillera. Do obserwacji startów rakiet używano tzw. kinoteodolitów. Aby łatwiej można
było ukryć rakiety na ziemi, a w powietrzu łaJeszcze jeden, udany start V-2
twiej obserwować malowano je w kolory plamiaste /czarno-białe lub zgniłozielone i białe.
Pierwsza rakieta, odpalona z rejonu Hagi, z odległości około 320 km, spadła w Cheswick /Stanley Road 13/, w zachodnim Londynie 08 września 1944 roku o godz. 18.43. Zginęło 7 osób, a 17 zostało rannych. Zaraz potem, następna
rakieta rąbnęła w Parndon Wood, w hrabstwie Essex. Właściwie, Brytyjczycy pozostawali bezsilni wobec rakiet V-2. Ledwie skończył się horror londyńczyków
związany z atakami V-1, rozpoczęła się gehenna ataków rakiet balistycznych dalekiego zasięgu V-2. W przypadku V-2, niewydolnym okazał się radarowy system
obronny Home Chain. Niewiele rakiet udawało się w ogóle wykryć, ponieważ V-2
startowały z ruchomych wyrzutni i szybowały w górnych warstwach atmosfery.
Na gwałt przystąpiono do modernizacji radarów, które teraz miały wykrywać cele
z dużo większą precyzją. W Belgii rozwinięta została specjalna jednostka RAF
z zadaniem prowadzenia nasłuchu radiowego i obserwacji wzrokowo-słuchowej
w celu rozpoznawania startów V-2. Jednak, najważniejsza uwaga miała być poświęcona klasycznej obronie przeciwlotniczej, która miała stosować zapory ogniowe na prawdopodobnych kierunkach ataków rakietowych. Była to dość prosta
koncepcja gen. Fredericka Alfreda Pile /1884-1976/, który dowodził, że rakieta
musi wpaść w strefę rażenia odłamkami pocisków artyleryjskich, o ile prawidłowo
zostanie obliczone położenie rakiety, aby ogień artyleryjski był skuteczny. Problemy zaczęły się przy obliczeniu efektywności niszczenia rakiety, która nie mogła być wysoka. Optymiści wskazywali na stosunek wysiłku do efektu 1:50, ale
pesymiści nawet na 1:1000 /przy wielkości zapory 1 km²/. Jedną z form obrony
były również bombardowania wszystkich transportów, które szły w kierunku Hagi.
Dla stolicy W. Brytanii i okolic zaczęły się koszmarne dni i noce. Była to bowiem
straszliwa broń. Rakieta uderzała z prędkością ok. 1000 m/sek., niszcząc wokoło
16
wszystko swoją siłą kinetyczną i eksplozją, prawie tonowego ładunku wybuchowego. W początkowej fazie lotu rakieta była zdalnie sterowana, co zapewniało
dużo większą precyzję rażenia. Właściwie, nie było przed nią żadnej skutecznej
obrony.7
Ostatni, skuteczny atak na Londyn nastąpił 27 marca 1945 roku, gdy rakieta uderzyła w budynek w dzielnicy Londynu - Stepney, zabijając około 130 osób.
Przez ponad pół roku (od października 1944 do marca 1945) niemieckie V-2 atakowały, obok Londynu, także miasta na kontynencie - Antwerpię, Brukselę, Paryż
i Liège. Londyn, odetchnął dopiero po 27 marca 1945 roku, ponieważ linia frontu
przesunęła się na odległość większą, niż wynosił zasięg rakiety. Niewielką liczbę
rakiet V-2 Niemcy użyli także na froncie wschodnim.
Z wystrzelonych przez Niemców 3165 rakiet V-2, 1115 spadło na Londyn
i okolice, a 2050 na obszary, wymienionych powyżej, metropolii europejskich8.
Anglicy mieli jeszcze jeden powód do niepokoju, ponieważ informacje wywiadowcze aliantów donosiły, że Niemcy szykują również, niespotykanej wielkości, działa V-3, którymi zamierzali ostrzeliwać Londyn. Gdy, w 1944 roku w pięciu sztolniach Mimoyecques /rejon Pas-de-Calais/ zamontowane zostały pierwsze działa kalibru 150 mm, sytuacja była na tyle groźna, że Anglicy podjęli decyzje o zbombardowaniu celu przy pomocy samolotów-bomb. Pomimo podejmowanych amerykańsko-brytyjskich prób wysiłki w celu zniszczenia dział nie przyniosły pożądanego skutku, ale i Niemcom nie udało się zrobić z V-3 jakiegokolwiek praktycznego użytku.
To zadziwiające, że w beznadziejnej sytuacji (wojskowej i politycznej państwa niemieckiego), niezwykła determinacja wykonawców tego, wyjątkowo trudnego, przedsięwzięcia pozwoliły na przygotowanie półbalistycznej rakiety bojowej. Wprowadzony został również radiolokacyjny system kierowania lotem rakiety i udoskonalono mechanizm wyłączania silnika w decydującej fazie lotu. Do
momentu wyłączenia się silnika V-2 rakieta osiągała wysokość 40 km i maksymalną prędkość 1560 m/sek. Następnie, rakieta zwiększała wysokość do 85-90
km (tak więc, była poza zasięgiem wszelkich, ówczesnych środków przeciwlotniczych), przy czym prędkość malała do 1300 m/sek. W początkowej fazie lotu rakieta była zdalnie sterowana, co zapewniało odpowiednio większą precyzję rażenia.
W momencie uderzenia w cel, prędkość rakiety wynosiła od 800 do 1000
m/sek. Blisko tonowy ładunek (waga głowicy bojowej z zapalnikiem uderzeniowym - 975 kg) i siła kinetyczna niszczyły wszystko wokoło. Ta niesamowita prędkość i gwałtowny sposób ataku rakiety były dla Anglików porażającą zagadką
i dramatycznym zaskoczeniem.
W ostatnich miesiącach wojny konstruktorzy niemieccy zdążyli zwiększyć zasięg rakiety, stosując doskonalsze skrzydła stabilizujące jej lot. Próby powiodły
się i powstała duża, zupełnie już nowoczesna rakieta pod nową nazwą A-9
7
Głowica rakiety wypełniona 1000 kg ładunkiem wybuchowym, zasilana była – jak wspomniano
w tekście /s. 11-12/ - dwuskładnikowym paliwem /4000 kg alkoholu etylowego i reszta, 4760 kg - ciekły
tlen/, wtłaczanym do komory spalania przy pomocy pompy turbinowej;
8
W Londynie i okolicach zginęło ok. 2700 osób i ok. 6000 zostało rannych; ok. 1300 rakiet V-2 wystrzelono na Antwerpię; 65 - na Brukselę; 98 - na Liège;15 - na Paryż; 5 - na Luksemburg;11 - na most Remagen na Renie.
17
/„Amerika-Rakete”/. Zamierzenia niemieckich konstruktorów szły jednak znacznie
dalej, gdyż przewidywano, że w dalszej fazie rozwoju, A-9 zostanie wykorzystana, jako drugi stopień rakiety międzykontynentalnej, wstępnie oznaczonej kodem
A-9/A-10, z przeznaczeniem do wykonania szaleńczego ataku odwetowego na
Stany Zjednoczone. W styczniu 1945 roku rakieta była gotowa, ale do ataku na
Nowy Jork nie doszło, chociaż podjęta została tajna akcja pk. Elstera, w celu
umieszczenia mocnego nadajnika radiowego na najwyższym piętrze Empire State Building na Manhattanie. Za pomocą aparatury radiowej planowano kierować
lotem rakiety. Agentów niemieckich, którzy usiłowali to umieścić aparaturę ujęła
FBI, a amerykańskie władze wojskowe bliżej zaczęły się interesować, nie tyle
samą bronią, ile jej konstruktorami.9
Nie wspomniano dotąd o V-1 /Vergeltungswaffe Ein, pierwszy pocisk odwetowy/ samolocie-pocisku /skrzydlatym/ z napędem pulsacyjnym, zwanym również
„latającą bombą” /„flying bomb”, Fieseler Fi 103 Reichenberg oraz Fzg 76 Flugzeugwerke/, sterowanym za pomocą autopilota. Dokładnie nie wiadomo, kto
odegrał najważniejszą rolę w skonstruowaniu V-1. W tym przypadku, pojawiało
się nawet kilka nazwisk wymienianych przy okazji historii powstania V-2, mianowicie R. Lusser, także H. Oberth, i również Heinz Bunse. Na dodatek, już po
wojnie, także Paul Schmidt z ekipy W. von Brauna, dopisał się do tej listy.
A jeszcze inne źródła wspominają nazwisko francuskiego kolaboranta, George’a
Claude’a /1870-1960/.
Samolot-pocisk, lecąc wydawał bardzo głośne, charakterystyczne dźwięki,
podobne do tych, jakie można było usłyszeć, gdy ciężki, konny pojazd poruszał
się po bruku, stąd przylgnęła do niego, nieco zabawna ale i odstręczająca nazwa
- Doodle Bug /terkocząca pluskwa/ lub buzz-bomb /bzycząca bomba/10. V-1 zaopatrzony był w skrzydła, usterzenie i zamontowany nad kadłubem silnik pulsacyjny Argus As 014 /Argus-Schmidt Rohr/. Dość prosta konstrukcja samego silnika
składała się z długiej rury, zakończonej w przedniej części zasłoną z blaszek, na
przemian blokujących lub przepuszczających strumień powietrza do komory spalania. Do komory wtryskiwane było paliwo, a wytworzone w procesie spalania
gazy wydostawały się przez rurę wylotową. Kadłub samolotu-pocisku składał się
z sześciu przedziałów: głowicowego, bojowego, paliwowego, zbiorników ze sprężonym powietrzem, aparatury kierującej i sterowni. W przedziale bojowym
/w przedniej części samolotu-pocisku/ znajdował się ładunek wybuchowy wraz
z systemem zapalników. Napęd pocisku nie posiadał sprężarki i aby strumień
Mirosław Pankowski, V-2 … op. cit., s. 11.
Stanisław Jaremczak, W walce z bronią „V”, cykl artykułów /w/ Polska Zbrojna/1995 r., cz. I /Kobieta na
Księżycu/ - Polacy nazwali latające bomby - „szybotłukami”, ponieważ wszystkie szyby w obrębie kilkuset
metrów, od miejsca uderzenia V-1, wypadały z okien; czasem także, w zależności od inwencji autorów
nazw - nazywano je … „wariatami”, bądź „czarownicami” itp.; start rakiety odbywał się w pozycji pionowej, na wysokości 9000 m, automatycznie pochylała się na 45° i szybowała /przy wyłączonym silniku/ do
celu z ogromną prędkością /ok. 5700 km/h/, co w tym czasie, absolutnie, wykluczało jej zniszczenie
w powietrzu. Ostatnia bomba V-1, wystrzelona z naziemnych instalacji z wybrzeża francuskiego, doleciała na terytorium Anglii 1 września 1944 roku. Chociaż, jeszcze w marcu 1945 roku V-1 startowały w kierunku Wysp Brytyjskich. Trudno jednak przyjąć za precyzyjne dane, z których dowiadujemy się, że wyrzutnie lądowe V-1 wystrzeliły łącznie 20 880 pocisków (z ogólnej liczby 30 tys. wyprodukowanych),
z czego do celów dotarło 18 435.
9
10
18
powietrza na wlocie do silnika nabrał potrzebnej prędkości był wystrzeliwany za
pomocą katapulty z przygotowanych do tego celu wyrzutni. Zasięg V-1 /dane
przybliżone, nieco zróżnicowane w zależności od wersji pocisku/ wynosił ok. 240
km, prędkość 540-650 km/godz., długość 7,8-8,3 m, rozpiętość skrzydeł 5,4-5,7
m, pułap praktyczny /dolny/górny/ 600-1000 m, pułap max do 3000 m, ciężar ładunku bojowego 800-1000 kg. Kierunek lotu pocisku nadawany był przez urządzenia wyrzutni i w ten sposób tor lotu był niejako z góry zaprogramowany. Niewielka ilość pocisków zaopatrzona była w nadajniki radiowe umożliwiające śledzenie lotu. Natomiast, wysokość lotu była zadawana poprzez zmianę kąta wychylenia steru wysokości /za pomocą małego silniczka/. W ten sposób,
w końcowej fazie lotu pocisk mógł być, w razie konieczności, sprowadzany do
ziemi. Niestety, prace przy rakiecie nastręczały ogromnie dużo problemów technicznych, których nie udawało się szybko rozwikłać. Niektóre z rakiet spadały na
ziemię niedługo po zejściu z wyrzutni, inne zmieniały kurs. 24 grudnia 1942 roku
na poligonie Peenemünde odpalony został prototyp pocisku. Sporym mankamentem pocisku była duża awaryjność pocisku /ok. 2000 uległo uszkodzeniu,
w chwilę po starcie/ i niewystarczająca celność.
Pewną ciekawostką jest fakt, że popularna w tym czasie kobieta, uznawana za osobistego pilota kanclerza III Rzeszy, kapitan Hanna Reitsch /19121979/, zdecydowała się wykonać lot specjalnie przygotowaną dla niej rakietą V-1
/wyposażoną w kabinę pilota/, co pozwoliło wyeliminować niektóre usterki związane z brakiem sterowności pocisku. Jednakże, aż do końca wojny nie udało się
usunąć wszystkich wad technicznych. Rankiem, 12 czerwca 1944 roku, a więc
już w trakcie trwania alianckiej operacji pk. Overlord, wystartowała pierwsza
z ogólnej liczby 9300 wystrzelonych rakiet V-1. Można przypuszczać, że każdego
dnia więcej niż setka V-1 startowała w kierunku Wielkiej Brytanii z wyrzutni szynowych rozmieszczonych wzdłuż linii brzegowej Kanału La Manche. Zmasowany
atak miał miejsce 15 czerwca 1944 roku, gdyż w kierunku Londynu i Southampton wystrzelono, aż 244 latające bomby. W późniejszym okresie pociski odpalano również z powietrza /ok. 1600/, używając do tego celu samoloty bombowe
„Heinkel He-111”.
Anglicy, wykorzystując swoją praktyczną inteligencję, błyskawicznie przystąpili do organizacji, możliwie najbardziej skutecznego systemu obronnego
przed tym, zupełnie zaskakującym, rodzajem ataków na ich, dotąd nietykalne,
terytorium, na ich stolicę i mieszkańców. Całe południowo-wschodnie wybrzeże
zostało naszpikowane artylerią przeciwlotniczą /rozmieszczono około 1600 ciężkich i lekkich dział przeciwlotniczych oraz wieloma zaporami balonowymi/. Ustalono systemy dyżurowania samolotów myśliwskich. Piloci ćwiczyli wytrącanie pocisków-rakiet z torów ataku i niszczenia z broni pokładowej z zastosowaniem zapalników zbliżeniowych /duże zasługi, w zwalczaniu V-1, ponieśli również lotnicy
polskich dywizjonów walczących w obronie Anglii - około 10 % z ogólnej liczby
strąceń/. Na usługi systemu także wprzęgnięto nowe, amerykańskie radary typu
CSR 584. Gorzej było z zabezpieczeniem, przed V-1, granic od wschodu, skąd
następował atak pocisków-rakiet odpalanych z niemieckich samolotów znad Morza Północnego. Wszystkie te zabiegi organizacyjno-obronne, także wywiadowcze, spowodowały, że - o ile - rakiety V-2 były nie do zatrzymania, to latające
19
bomby V-1, dość często napotykały na przeszkody obronne trudne do przełamania. Skuteczność zwalczania V-1 stale rosła i w sierpniu 1944 roku wynosiła ponad 60% ogólnej liczby pocisków wystrzelonych w kierunku Wysp Brytyjskich.
Należy wspomnieć, że prowadzone były również prace nad dostosowaniem wersji bezzałogowej V-1 do użycia w charakterze rakiety pilotowanej. Chociaż, niemieccy decydenci unikali skojarzeń z japońskim sposobem walki pilotówsamobójców /kamikaze/, sam pomysł i proponowane metody bojowego wykorzystania rakiety praktycznie zmierzały do tego samego skutku. Trwające przygotowania, z udziałem wielu ochotników /z inicjatywy Otto Skorzenego 1908-1975,
powołano specjalny oddział Selbstopfer-Piloten, pilotów samobójców, którzy intensywnie przygotowywali się do swojej ostatniej misji - „lotu śmierci”/, przedłużyły się i zdesperowani zwolennicy wojny „do końca”, musieli ustąpić wobec faktu
zakończenia działań bojowych. Przygotowane, dla pilotów-samobójców, latające
bomby Fi 103 Re-3, na szczęście nie zostały użyte na polu walki.
Załogowa wersja niemieckiego pocisku rakietowego V-1 (repr. T. Burakowski, A. Sala,
Rakiety i pociski kierowane, Cz. I, s. 290)
Ogółem, w strefę obrony stolicy Wielkiej Brytanii wdarło się ok. 7500 rakiet
/łącznie, V-2 i V-1/ powodując ogromne straty 6200 zabitych i 18 000 rannych,
nie licząc strat materialnych /niektóre dane liczbowe brzmią jeszcze bardziej
przygnębiająco - ok. 8400 zabitych i ponad 22700 rannych/.
Równolegle do prowadzonych poszukiwań, dotyczących rakiety ofensywnej, prowadzone były w Peenemünde doświadczenia z niekierowanymi i kierowanymi przeciwlotniczymi pociskami rakietowymi. Pojawiło się kilka eksperymentalnych pocisków przeciwlotniczych z silnikami odrzutowymi, wśród których
najlepsze parametry uzyskiwał Taifun F /na paliwo ciekłe/. Produkcję fabryczną
tego pocisku rozpoczęto w 1944 roku. Pocisk, o wadze 50 kg, długości 1,88 m,
średnicy 10 cm, przy prędkości 1200 m/sek, osiągał pułap 11 km.
Dużo wyżej należałoby ocenić wyniki niemieckich naukowców przy budowie kierowanych przeciwlotniczych pocisków rakietowych. W latach 1943-1945
powstało kilkanaście rodzajów pocisków tego typu, wśród których na przybliżenie
zasługuje Hs-117 Schmetterling. Próby, z tym pociskiem, trwały niemal do chwili
kapitulacji Niemiec. Nie udało się jednak uruchomić produkcji seryjnej, pomimo
20
że wykonano ok. 60 prób w locie. Zaprojektowany został do startu z pochyłej wyrzutni przy pomocy dwóch rakietowych silników startowych, na stały materiał
pędny. Silnik marszowy /na paliwo ciekłe/ znajdował się w korpusie rakiety
i rozpoczynał pracę po 4 sek. od startu. System kierowania rakiety oparty był na
wzrokowym śledzeniu jej lotu za pomocą przyrządów optycznych i samoczynnej
korekcie toru lotu sygnałami radiowymi. Naprowadzanie rakiety wykonywało
dwóch operatorów: operator śledzenia optycznego i operator naprowadzania
ręcznego. Hs-117 Schmetterling ważył, w momencie startu, 460 kg i był cienkim
„cygarem" o długości 3,75 m i średnicy „cygara” 35 cm /rozpiętość skrzydeł - 1,98
m/. Pocisk osiągał, przy prędkości maksymalnej ok. 850 km/godz., pułap od 9 do
15 km! Już w 1945 roku wyprodukowano 140 rakiet tego typu, ale do końca działań wojennych nie udało się wprowadzić ich na uzbrojenie wojsk.
Innym, także niedokończonym /w sensie bojowego zastosowania/ rakietowym pociskiem przeciwlotniczym był Wasserfall C-2 E2, w prostej linii pochodna
rakietowego pocisku balistycznego z serii A-4. Zaprojektowany do startu z wyrzutni pionowej przy pomocy
silnika głównego, na paliwo
ciekłe. Długość rakiety wynosiła 7,92 m; średnica 81 cm;
głowica o wadze 300 kg;
prędkość max, aż 3040
km/godz. /silnik na paliwo
ciekłe/; pułap 17,7 km, a zasięg 50 km. Kierowanie lotem
rakiety odbywało się za pomocą radia. Pierwsze próby
miały miejsce w lutym 1944
roku. Do marca 1945 roku
Wernher von Braun twórca programu kosmicznego Apollo, wykonano 50 próbnych starbudowniczy rakiet kosmicznych z serii Saturn /20 lipca 1969 tów rakiet, z których 12 zaroku rakieta Saturn 5 wyniosła w przestrzeń kosmiczną statek
kończyło się trafieniem w zaApollo 11, który wylądował na Księżycu.
Fot. Wojciech Mąka, Baron od gwiazd /w/ Gazeta Pomorska planowane cele. Niemcy zaz 21 grudnia 2007 r., s. 11
mierzali wykorzystać pociski
Wasserfall do obrony przeciwlotniczej najważniejszych obszarów przemysłowozbrojeniowych i większych miast. W docelowej wersji rakiety planowano zastosować głowice samonaprowadzającą na cel. Wasserfall C-2 E2 miał być największą rakietą przeciwlotniczą. Do końca wojny usiłowano przygotować 300
rakiet. Jak już zaznaczyłem, nie doszło jednak do całkowitego ukończenia prac
i zastosowania rakiety w działaniach wojennych. Ale, kilka lat później Amerykanie
wykorzystali efekty prac nad Wsserfall do zbudowania rakiety Nike.
Niemcy wypróbowali także kilka wersji pocisku rakietowego typu Enzian
/od E-1 do E-5/, który posiadał, aż 4 silniki startowe i był też stosunkowo dużych
rozmiarów; długość - odpowiednio - od 5,77 m /E-1/ do ok. 9,0 m /E-5/ oraz
średnicę od 0,9 do 2,0 m! /E-5/. Start odbywał się z wyrzutni pochyłej, zamontowanej na łożu działa przeciwlotniczego, które przystosowano do nowego przeznaczenia. Niestety, próby z pociskiem Enzian zakończyły się niepomyślnie.
21
Najdoskonalszą niemiecką rakietą przeciwlotniczą, która weszła na uzbrojenie w lutym 1945 roku był Rheintochter, w wersjach R-1, R-2 i R-3 (próby
z rakietami odbywały się między innymi na poligonie doświadczalnym w Łebie).
Start rakiety odbywał się, podobnie jak E-1 z ruchomej wyrzutni zainstalowanej
na łożu armaty przeciwlotniczej 88 mm. Należy sądzić, że prace nad wersją R-1
zakończyły się pomyślnie. Rakieta o ciężarze startowym 1750 kG, posiadała
znaczne wymiary - długość 6,25 m, średnicę 51 cm i przy prędkości 1100
km/godz osiągała pułap 8 km. Optyczny system śledzenia i radiowy system kierowania uzupełniane były informacją ze stacji radiolokacyjnych, które podawały
współrzędne celu. Dane niemieckie wskazują, że R-1 została użyta w końcowej
fazie wojny do walki z amerykańskimi bombowcami, i to z całkiem dobrym skutkiem. Jak wynika z tych danych, z 82 wystrzelonych rakiet R-1, 51 trafiło w cel. Niemcy, w swoich źródłach, podali również, że na
88 startów rakiety R-3, aż 83 rakiety osiągnęły swój cel. Zakładając, że przedstawione
dane nie są całkiem ścisłe, to i tak sam fakt
skonstruowania rakiety przeciwlotniczej o tak
doskonałych parametrach należałoby uznać
za godny wielkiego podziwu. Przecież, to
miało miejsce ponad sześćdziesiąt lat temu!
Obok, tych bardzo nowoczesnych
rozwiązań, ciągle jednak eksperymentowanych, armia niemiecka dysponowała kilkoma
typami przeciwlotniczych pocisków rakietowych, praktycznie stosowanych w latach
1943-1945. Jednym z pierwszych był pocisk
rakietowy RZ-65 /wyrzutnia 8.mio pociskowa/. Innym, R-4/M /wyrzutnia wielopociskowa/, podobnie jak zmodyfikowany pocisk naziemny dostosowany do zwalczania celów
powietrznych WGr-21 /Wurfgranate kal. 21 Niewielki pomnik, z 1995 roku, symbolizujący rakietę V-2 „wrytą” w ziemię
cm, inaczej R-100M, wyrzutnia skrzynkowa/,
/makieta, projekt Marka Ambroziewicza/,
ale zastosowany w walce dopiero na początku ustawiony w miejscowości Sarnaki przy1944 roku. Najczęściej stosowane urządzenie pomina o wkładzie Polaków w rozprado odpalania rakiet, Nebelwerfer 41, umożli- cowanie niemieckiej broni „V”. Fot. int.
Ślady rakiet V-2 w Bowiało wystrzeliwanie 6 rakiet z wyrzutni ruro- Maciej Kulesza,
rach Tucholskich.
wych, montowanych na, zaadoptowanej do
tego celu, lawecie artyleryjskiej. Z czasem, wyprodukowano jeszcze większe rakiety tego rodzaju, mianowicie 150 mm /WGr-41, 15 cm Nebelwerfer 41 Spreng
i WGr-41 Kh Nebel; długość - 1,05 m. średnica - 0,15 m, prędkość - 340 m/sek.,
zasięg - 6,9 km/ i 210 mm /WGr-42, 21 cm Nebelwerfer 42 Spreng; długość 1,26 m, średnica - 0,21 m, zasięg - ok. 9 km/, które Niemcy używali, między innymi, w powstaniu warszawskim. Ze względu na ryk wydawany przez lecące
rakiety powstańcy nazywali je „krowami”. Odpalane z 5.cio prowadnicowych wyrzutni, montowanych na lawetach dział p/panc. 37 mm, wywoływały ogromne
22
spustoszenie. U schyłku wojny Amerykanie natknęli się na wyrzutnie, wywieźli je
do siebie i próbowali zmodernizować, ale nic konkretnego z tego nie wyszło.
W tym miejscu, należy również podkreślić, że niemiecka myśl w dziedzinie
techniki wojskowej, a rakietowej szczególnie, zdecydowanie dominowała nad
osiągnięciami innych krajów. W przybliżeniu można ocenić, że znajdowała się
w tym miejscu, dokąd przemysłowo rozwinięte kraje europejskie dotarły dopiero
w późnych latach pięćdziesiątych.
Na zakończenie tego podrozdziału, przypomnijmy znaczenie wkładu polskiego podziemia w odkrywaniu tajemnic niemieckich zbrojeń rakietowych.
Pierwsze meldunki z Polski, na ten temat, dotarły do Brytyjczyków na początku
1943 roku, gdy agenci Komendy Głównej AK zdołali przeniknąć i zakamuflować
się w bazie, rozpoznać jej przeznaczenie i w jakimś stopniu, także produkty.11
Komenda Główna AK przekazała do Londynu również zdobyte szkice samej bazy Peenemünde12. Na ile przyczyniły się one do zainteresowania się Brytyjczy11
Należy dopowiedzieć, że niemieckie eksperymenty z bronią rakietową zostały rozpoznane dużo wcześniej, o czym świadczy, do dzisiaj niewyjaśniony, fakt tzw. „Raportu z Oslo”. Już w 1939 roku do brytyjskiego attaché w Oslo kontradm. Hectora Boyesa dotarł anonimowy list z 1939 roku, którego wynikało,
że Niemcy pracują nad skonstruowaniem dużych rakiet do przenoszenia bomb w bazie
w Peenemünde. Przekazane później bardziej szczegółowe informacje na temat osiągnięć niemieckich
w zbrojeniach, nie wzbudziły jednak wystarczającego zainteresowania Brytyjczyków, chociaż te bezcenne
informacje mieli podane „na tacy”. Co prawda, wysłane zostały samoloty rozpoznawcze nad wskazany
rejon, ale na zdjęciach lotniczych nie udało się znaleźć nic godnego uwagi. Co ciekawe, do dzisiaj nieznany jest autor „Raportu z Oslo”, chociaż przekazane przez niego informacje, potwierdziły się w całej
pełni i miały kapitalne znaczenie.
12
Według danych pozostawionych w tajnych archiwach niemieckich przejętych przez Amerykanów. Walther Gerlach odegrał decydującą rolę w skonstruowaniu tzw. latających talerzy osiągających prędkości
do 5000 km/h oraz laserów/maserów (skr. z j. ang. MASER - Microwave Amplification by Stimulated
Emission of Radiation - rodzaj urządzenia emitujący promieniowanie o częstotliwości mniejszej, niż podczerwone), wykorzystując eksperyment Gerlacha-Sterna związany z powstawaniem ogromnych energii
w przypadku poruszenia spinu elektronu /prędkość obrotu elektronu wokół własnej osi, nie wobec innych
cząsteczek układu/.Trzeba dodać, że pierwszy naloty na Peenemünde miała miejsce w 18 lipca 1944
roku przez lotnictwo bombowe USA /379 bombowców B-17/.
13
Raport inż. Antoniego Kocjana ps. „Korona" przekazany został do sztabu Naczelnego Wodza
w Londynie. Z głębi Niemiec przewożono części rakiet V-2 do magazynów w Bliźnie, a w Pustkowie montowano rakiety. Rakiety wystrzeliwane z poligonu w Bliźnie-Pustkowiu spadały w okolicach miejscowości Rejowiec, Siedlce, Częstochowa, Sokołów Podlaski i Sarnaki. Wywiad Armii Krajowej naliczył około 120
kilkuminutowych lotów rakiet, które wybuchały, rozpadając się na wiele części. Niemcy na ogół starannie
zbierali rozproszone fragmenty, ale nie udawało im się odnajdować wszystkich, które wpadały w ręce
miejscowej ludności współpracującej z AK lub przejmowali je bezpośrednio partyzanci. Przede wszystkim
jednak, AK na różne sposoby zbierało informacje o poligonie i rakietach. W ten sposób udało się zdobyć
także szkic rakiety z opisem poszczególnych elementów składowych z nazwami producentów. Od tego
był tylko krok od zidentyfikowania, przez Anglików, miejscowości, gdzie odbywała się produkcja tych elementów i zbombardowania tych miejscowości i zakładów.
Niebagatelny wkład w walkę z bronią V-1 wnieśli polscy piloci dywizjonów broniących Wysp Brytyjskich. Niszczenie V-1 przez samoloty myśliwskie nastręczało wiele trudności i wymagało od pilotów
wiele odwagi i sprytu. Najczęściej atakowano V-1 ogniem broni pokładowej od strony dyszy wylotowej,
z przewyższenia. Sami piloci musieli nabrać doświadczenia i „znaleźć” optymalną odległość od celu,
z której atak był najskuteczniejszy i bezpieczny dla atakującej maszyny. Zdarzały się bowiem przypadki,
że podejście na zbyt bliską odległość do V-1 kończyło się tragicznie dla pilota, lub doprowadzało do
uszkodzenia samolotu. Piloci wypracowali również własną taktykę walki ze skrzydlatym pociskiem. Podlatywali pod pocisk i skrzydłem samolotu wybijali go z zaplanowanego toru lotu /pomimo, że było to wbrew
obowiązującej ich instrukcji/. Pocisk, „gubiąc” marszrutę uderzał zwykle w ziemię i eksplodował jeszcze
na terenie „neutralnym”. „Lotniczy” wkład w obronę W. Brytanii, a głównie Londynu był tej samej wagi, co
artylerii przeciwlotniczej (lotnictwo – 1847 zestrzeleń; artyleria p/lot – 1878; balony zaporowe – 232; dane
za: Andrzej Przedpełski, Polscy lotnicy w walce z wunderwaffe /w/ Przegląd Wojsk Lotniczych i Wojsk
23
ków niemiecką Wunderwaffe, trudno powiedzieć. W każdym razie, w nocy z 17
na 18 sierpnia 1943 roku miał miejsce nalot 597 ciężkich bombowców Royal Air
Force /tzw. Operacja Hydra, 40 bombowców zostało zestrzelonych/, zrzucając na
Peenemünde ponad 1700 ton bomb. W ataku zginęło ponad 800 osób, głównie
pracujących tam jeńców wojennych, ale Niemcy też ponieśli dotkliwą stratę, ponieważ zginął w nalocie ekspert od napędu rakietowego prof. Walter Thiel oraz
szef projektu inż. Walther Gerlach /1889-1979/.13 Trzeba nam wiedzieć, że Anglicy zbombardowali bazę konstrukcyjną V-2, a baza V-1 pozostała nienaruszona
(!).
Państwem, w którym technika rakietowa zdobyła sobie silną pozycję,
chociaż w warunkach zupełnie różnych, od tych jakie istniały wówczas
w Niemczech, były S t a n y Z j e d n o c z o n e. Przysłowiowym zaczynem
był człowiek uchodzący za dziwaka, ale wielki entuzjasta i niezwykle zdolny konstruktor Robert Hutchings Goddard /1882-1945/. Goddard urodził się w miasteczku Worcester w stanie Massachussetts, gdzie ukończył z wyróżnieniem
gimnazjum i szkołę wyższą. Nauki fizyczne studiował na Uniwersytecie Clarka.
Od młodości interesowały go różne, dziwne zagadki „nie z tej ziemi", miedzy innymi eksperymentował z fajerwerkami. Dosadnie mówiąc „głowę nosił na wysokości gwiazd" i one go najbardziej absorbowały. Pisywał również rozmaite opowiadania fantastyczne i obmyśliwał silniki rakietowe i paliwa. Po ukończeniu studiów i obronie pracy doktorskiej z dziedziny fizyki, przez kilka lat (trochę po
omacku) poszukiwał rozwiązania silnika rakietowego na paliwo stałe (prochowe).
Po dłuższej, kilkuletniej przerwie spowodowanej chorobą, w 1915 roku Goddard
rozpoczął praktyczne kroki w zakresie wypróbowania prochowego silnika rakietowego. Uzyskał nawet na ten cel wsparcie finansowe ze strony instytutów naukowych i pomoc asystencką. Wreszcie, w 1918 roku po kilku latach niemal samotnych wysiłków, postępami prac zainteresowała się prasa i ... wojsko. W 1919
roku, Goddard opublikował swoją, pierwszą ważną pracę naukową pt.: "A method of reaching extreme altitudes" /„Metoda osiągania największych wysokości”/.
Już w następnym roku, gdy dość niespodziewanie „kieszeń” Goddarda została
zasilona 25 000 tysiącami dolarów, młody konstruktor zainteresował się budową
rakietowego silnika ciekłopaliwowego. Jednakże, wysiłki Goddarda w tym kierunku nie przynosiły pozytywnych rezultatów. Wiele prób było zupełnie nieudanych. Żadna z rakiet, zbudowanych tzw. „własnym przemysłem", nie oderwała
się od ziemi. Największym problemem, który nie udawało się mu rozwiązać, była
konieczność płynnego podawania do silnika składników paliwa oraz proces
schładzania konstrukcji. Pomimo niepowodzeń próby trwały nieprzerwanie,
a Goddard i jego współpracownicy wykazywali iście benedyktyńską cierpliwość.
Tak było, aż 16 marca 1926 roku, gdy nastąpił pierwszy w świecie start niewielObrony Powietrznej Kraju Nr 7-8/1988, s. 73). W przedstawionym bilansie, swój udział mieli także polscy
lotnicy, dysponujący szybkimi „Mustangami” /dywizjony - 306, 315, 316/ i „Mosquito” /dywizjon 307/, którzy zniszczyli ogółem 190 pocisków V-1.
13
Nie jest to już żadną historyczną sensacją, że Walther Gerlach już w 1943 roku z powodzeniem pracował nad konstruowaniem laserów i latających talerzy; wykorzystując spin elektronu /tzw. eksperyment
Gerlacha-Sterna/ latające spodki Gerlacha krążyły z niewyobrażalną prędkością ok.5000 km/h!
24
kiej rakiety ciekłopaliwowej, która wzniosła się zaledwie na wysokość 12,5 m (!).
W tej fazie lotu nastąpiło przepalenie dyszy silnikowej i gwałtowny wybuch.
W 1929 roku, kolejna wersja rakiety /7-metrowej długości/ osiągnęła już wysokość ok. 300 m, ale i tym razem, wybuch przerwał jej lot.
W 1930 roku, po uzyskaniu znaczniejszej pomocy finansowej, za pośrednictwem pułkownika Charlesa Lindberga /1902-1974/, Goddard wraz z nieliczną grupą mechaników zorganizował specjalny poligon rakietowy w stanie Nowy
Meksyk. Zaczęły pojawiać się pierwsze, bardziej liczące się sukcesy. Pod koniec
1930 roku, jedna z testowanych rakiet podniosła się na wysokość ok. 600 m
i osiągnęła prędkość 222 m/sek.
Przez kilka następnych lat Stany Zjednoczone odczuwały głęboki kryzys
gospodarczy i Goddardowi brakowało pieniędzy na kolejne próby startowe. Dopiero w 1934 r. nieco uchyliły się drzwi sejfów i konstruktor otrzymał dotacje
z koncernu Guggenheima. Trzeba dodać, że w tym czasie badania nad rakietami
podjął GALCIT /Guggenheim Aeronauticae Laboratory of the California Institute
of Technology - Laboratorium Aeronautyczne im. Guggenheima przy Kalifornijskim Instytucie Technologicznym/. Na czele Instytutu stanął aerodynamik Teodor von Karman /1881-1963/. W instytucie trwały doświadczalne starty coraz
nowszych konstrukcji, ale i te zdynamizowane wysiłki nie przynosiły pozytywnych
efektów.
Aż, do 1938 roku Goddard prowadził swoje badania przy braku szerszego zainteresowania, zarówno czynników państwowych jak i wojskowych. Jak już
powyżej zostało wspomniane, w tym samym czasie, Niemcy byli już daleko
w przedzie. Także Rosjanie, o czym będzie mowa później, uruchamiają cały swój
potencjał naukowy dla uzyskania sukcesu. Tymczasem, Goddard nie rezygnował
i niestrudzenie testował następne rakiety, ale wielki sukces nie nadchodził.
Na początku 1945 roku, amerykańska armia, po zajęciu części rdzennych
terytoriów Niemiec, przejęła kilkadziesiąt rakiet V-2. W ręce Amerykanów trafiło
14 ton dokumentacji rakietowej, która znajdowała się w zakładach Mittelwerk
w Bleicherode oraz około stu niezmontowanych V-2. W pierwszych dniach maja
1945 roku w Tyrolu, w ręce dowództwa 44. Dywizji Piechoty Morskiej USA oddała się do niewoli grupa ok. 150 niemieckich specjalistów z ośrodka rakietowego
w Nordhausen /w Górach Harzu/, na czele z W. von Braunem, jego zastępcą
z Peenemünde dr. Hansem Grüne i Walterem Dornbergerem /1895-1980/. Na
tym nie koniec. W lipcu 1945 roku, w amerykańskim obozie Dustbin, w środkowych Niemczech, znalazło się ponad 300 niemieckich konstruktorów tajnej broni,
a także fizyków i chemików zajmujących się badaniami nad bronią jądrową 14.
Podobnie jak W. V. Braun i jego towarzysze, również i ta grupa, a pośród niej:
Otto Hahn /1879-1968/, który w 1938 roku, jako pierwszy na świecie, rozbił jądro
14
Amerykanie skrupulatnie sprawdzali wszystkie możliwości pozyskania niemieckich specjalistów, sprzęt
i materiały potrzebne do produkcji broni atomowej, m.in. wywieźli wszystkie znalezione zapasy ciężkiej
wody i uranu oraz 1100 ton belgijskiej rudy uranowej. Natomiast, zbombardowali zakłady produkcji uranu
znajdujące sie w Oranienburgu /miejscowość znalazła się w radzieckiej strefie okupacyjnej/,aby w uniemożliwić Rosjanom produkcję bomby atomowej/. To nie bardzo się powiodło, ponieważ również Rosjanie
zdobyli dokumenty niemieckie na temat tajnej broni Hitlera wraz z ośrodkiem atomowym w m. Rüdiger
koło Wałbrzycha oraz wywieźli 130 ton tlenku uranu, akcelerator z Dahlem oraz 30 ton materiałów rozczepianych z Rheinsburgu. W łapach NKWD znaleźli się również niemieccy naukowcy - laureat nagrody
Nobla Gustaw Hertz i specjalista od badań nad uranem - Manfred von Ardenne.
25
atomu/, także laureat nagrody Nobla Werner Heisenberg /1901-1976/ oraz Walther Gerlach, który przez ostatnie półtora roku kierował hitlerowskim programem
atomowym, w większości, została zwerbowana na potrzeby armii amerykańskiej.
18 września 1945 roku, 118.tu współpracowników W. von Brauna, w głębokiej
tajemnicy, zostało przetransportowanych specjalnym samolotem do USA 15. Amerykanie obiecują Braunowi sprowadzenie jego rodziców z radzieckiej strefy okupacyjnej. Tak zaczął się drugi, „amerykański” etap kariery W. von Brauna, który
w krótkim czasie stworzył za Oceanem /w bazie w El Paso/ najsilniejszy, obok
rosyjskiego, ośrodek badawczy przestrzeni kosmicznej. Najpierw, pod kierunkiem W. v. Baruna powstał pocisk balistyczny średniego zasięgu Redstone.
21 września 1956 roku najnowsza rakieta Brauna osiągnęła wysokość 1100 km.
Następnie, w 1958 roku zbudowano rakietę Jupiter C, która wyniosła na orbitę
okołoziemską pierwszego, amerykańskiego sztucznego satelitę - Explorer.
Wkrótce, Wernher von Braun został dyrektorem centrum lotów kosmicznych
Agencji NASA. Plonem pracy zespołu, którym kierował, była rakieta Saturn 5,
która wyniosła na Księżyc kolejne statki z astronautami misji „Apollo".
10 sierpnia 1945 roku w Baltimore zmarł, w wieku 63 lat, prof. Robert H.
Goddard. Pomimo niezaprzeczalnych osiągnięć nie udało mu się zbudować rakiety, której parametry zadowoliłyby zleceniodawców i samego konstruktora.
Ostatecznie okazało się, że efekty samotnego zmagania się z rozlicznymi meandrami nauk ścisłych, zdecydowanie ustępowały osiągnięciom dużych zespołów
naukowców niemieckich. Należy również przypuszczać, że Goddarda gubiła
wrodzona cecha skrytości, przejawiająca się w ukrywaniu wyników swoich prac
przed otoczeniem, nawet przed utworzonym w 1930 roku Amerykańskim Towarzystwem Rakietowym /ARS - American Rocket Society/. Konstruktor, z własnej
woli, nie był członkiem towarzystwa i nie publikował na łamach biuletynu ARS.
Można zaryzykować stwierdzenie, że było to także ze szkodą dla rezultatów
amerykańskich badań nad rakietami, choćby tylko z tego powodu, że wiceprezes
towarzystwa G. E. Pendray w 1931 roku miał możliwość osobistego udziału
w próbach z rakietami niemieckimi na poligonie w Reinckendorf /i kontaktu z Neblem i Riedlem/. Właśnie w ten sposób, korzystając z doświadczeń niemieckich,
Pendray i inny naukowiec ARS, H. F. Pierce, zaprojektowali własną rakietę na
paliwo ciekłe ARS. Z rakietami typu ARS prowadzone były liczne próby, ale
w gruncie rzeczy, nieudane.
Do badań nad rakietami, które trwały aż do chwili wybuchu wojny na Dalekim Wschodzie w 1941 roku, włączali się także inni naukowcy - James Wild, Alfred Africano, Nathan Carvera i Robert C. Truax. Pracami Carvera interesowało się dowództwo US Navy, upatrując w stałopaliwowych silnikach rakietowych
możliwość wspomagania startu wodnopłatowców.
Można byłoby wymienić jeszcze kilka innych nazwisk Amerykanów, którzy
próbowali swoich sił w poszukiwaniu skutecznych rozwiązań w dziedzinie rakiet.
Wybijał się zwłaszcza Frank Malina /z pochodzenia Czech/, który skupił
nawet wokół swojej osoby grupkę ludzi „zaangażowanych w sprawę" i w 1942
roku utworzył w Pasadenie /Kalifornia/ pierwsze amerykańskie przedsiębiorstwo,
15
Operacja służb specjalnych Stanów Zjednoczonych „Paperclip” /„Spinacz”/.
26
Aerojet General Corporation /Generalną Spółkę Powietrznego Napędu Odrzutowego/, zalążek istniejącego do dziś Jet Propulsion Laboratory /Laboratorium Napędu Odrzutowego/.
Konkludując, amerykański wkład w rozwój techniki rakietowej u początków
jej rozwoju należy stwierdzić, że do końca II wojny światowej Amerykanie nie wyszli poza próg badań laboratoryjnych i prób poligonowych. Nie mogli pokonać
przeszkód technologicznych, w taki sposób, aby samodzielnie przejść od etapu
doświadczeń do praktycznego zastosowania w walce zbrojnej rakiet o odpowiednio dużym zasięgu i mocy.
Sprawą
budowy i wykorzystania rakiety bojowej, w sposób systemowy, zajmował się Z w i ą z e k R a d z i e c k i, szczególnie zaś rozwojem
artyleryjskiej broni rakietowej. Zaczęło się od pierwszych kroków w tej dziedzinie, które Rosjanie zawdzięczają, jak już wcześniej wspomniano, K. E. Ciołkowskiemu. Ale obok niego znaleźli się również inni. Najbardziej znane nazwiska z początkowego okresu rozwoju broni rakietowej w ZSRR to W. A. Artimiejew i N. J. Tichomirow, którzy szybko doszli do skonstruowania pocisku moździerzowego napędzanego prochem piroksylinowym /piroksylina - bawełna
strzelnicza/. Najbardziej znaną postacią w tej dziedzinie był młody inżynier, absolwent Moskiewskiej Wyższej Szkoły Technicznej z 1930 roku, Siergiej Pawłowicz Korolew /1907-1966/.
Mając zaledwie 25 lat został
szefem Moskiewskiej Grupy
Badania Ruchu Odrzutowego
/GIRD/. Właśnie, w tym instytucie skonstruowane zostały
pierwsze radzieckie rakiety
ciekłopaliwowe. W pracach
nad ich powstaniem brał również udział, uznany już wtedy
autorytet w tej dziedzinie,
Friedrich Arturowicz Cander /1887-1933/.
W 1933 roku, Rosjanie
powołali do życia Rakietowy
Instytut
Naukowo-Badawczy
/RNII/, w którym Korolew odpowiadał za budowę rakiet uskrzydlonych. Pod jego
kierunkiem powstały liczne wersje tych rakiet - 201, 212, 216, 217. Rakieta typu
212 miała długość 3 m i ciężar 210 kg /w tym 30 kg paliwa ciekłego/. Pierwszy,
udany start rakiety, zamontowanej na metalowej prowadnicy, nastąpił 29 stycznia
1939 roku. Rakieta uzyskała zasięg 3 km, przy wysokości lotu 1000 m.
Późniejsze, powojenne prace Korolewa sięgają już przestrzeni kosmicznej
i wykraczają poza obszar zainteresowania niniejszego opracowania.
Radziecka, szynowa wyrzutnia rakietowych
pocisków BM-13 „Katiusze”, 1941 r.
27
Radziecka, dwurzędowa, 16.to prowadnicowa wyrzutnia pocisków rakietowych BM-13-16
kal. 132 mm.
Bardzo duże znaczenie dla rozwoju techniki rakietowej, w pierwszym okresie istnienia Rosji Sowieckiej, miały prace absolwenta Uniwersytetu Leningradzkiego, konstruktora silników rakietowych Walentina P. Głuszko /1908-1988/.
W 1929 roku, W. P. Głuszko rozpoczął prace w Laboratorium Gazodynamicznym /GDL/ w ówczesnym Leningradzie /w 1931 r. Laboratorium włączono
w skład GIRD/, gdzie trwały już przedsięwzięcia związane z budową naziemnych
rakiet stałopaliwowych, popularnych „Katiusz". Pod kierunkiem W. P. Głuszko
opracowano i zbudowano kilkadziesiąt prototypów silników rakietowych serii
ORM /Opytnyj Rakietnyj Motor/. W jednym z kolejnych rozwiązań zastosowano
stopniowe dozowanie paliwa do rozpylaczy, co umożliwiało łagodny rozruch silnika. Technologię „łagodnego rozruchu" polegającą na zalutowywaniu rozpylaczy
łatwotopliwym stopem Wooda stosowano, w późniejszym okresie, w rakietach
niemieckich V-2.
Od 1933 roku pierwszeństwo w dziedzinie techniki rakietowej obejmuje
RNII, który w tym czasie wchłonął również GDL wraz z głównym konstruktorem
Instytutu Korolewem i jego zespołem. Głównym szefem powiększonego RNII
został mianowany Głuszko.
Postęp w pracach nad ciekłopaliwowym silnikiem rakietowym nie był jednak imponujący. Co prawda, silnik ORM-65 (zastosowany w rakietach uskrzydlonych) charakteryzował się niezłymi parametrami, jednakże aż do wybuchu wojny
światowej Rosjanie nie uzyskali w tym zakresie istotniejszego powodzenia.
W dziedzinie artylerii rakietowej, naziemnej, sukcesem zakończyło się
skonstruowanie wyrzutni pocisków rakietowych stałopaliwowych (prochowych)
typu BM 13-16 /Bajewaja Maszina; kaliber 132 mm/, znakomicie spisujących się
w walce, montowanych na ruchomych, wieloprowadnicowych wyrzutniach artyleryjskich /16 pocisków rakietowych/.
28
Wymienić należy trzy rodzaje rakiet - M-8, M-13 /82 i 132 mm/ i M-31. Pocisk rakietowy M-8 był pochodną produkcji rakiet lotniczych, miał długość 0,57
m, średnicę 82 mm, ciężar
8 kg, prędkość 315 m/sek,
rozpryskową głowicę burzącą
i zasięg do 5900 m. M-13 stosowany był w masowych uderzeniach. Pociski /odpalane
z kabiny kierowcy/ mogły startować co 0,5 sek., średnica
pocisku - 132 mm, ciężar 42,5 kg, głowica odłamkowoburząca, zasięg ok. 8500 m/.
Rakiety były stosowane przede wszystkim do celów
o dużej powierzchni, ze
względu na stosunkowo duży
rozrzut. Rakiety zostały wypróRadziecka BM 13-16, Muzeum Wojskowe
w Kołobrzegu. Fot. rjm, 2011 r.
bowane 28 czerwca 1941 roku,
a jej bojowe użycie nastąpiło 15 lipca 1941 roku, na froncie niemieckim w rejonie
Orszy. Dowódcą doświadczalnej baterii „Katiusz" był kapitan J. A. Florow.
W 1941 r., Rosjanie posiadali już 16.cie dywizjonów artylerii rakietowej typu BM
13-16. W następnych latach pojawiały się nowsze modele „Katiusz". W ich skonstruowaniu dużą rolę odegrali pracownicy GDL /później RNII/, inżynierowie i artylerzyści: G. E. Langemark, N.
J. Tichomirow, W. G. Biessonow, J. A. Pobiedonoscew, M. P. Gorszkow, M. S.
Kisienko, W. Łuzin, D. A.
Szitow, W. I. Dudakow i A. G.
Kostikowa, a zwłaszcza wymienieni już powyżej, Artimiejew i Tichomirow.
Bojowym
pierwowzorem radzieckiej rakiety lotniczej montowanej na samolotach I-4 był pocisk rakietowy
RS-82 /Rakietnyj Snarjad kal.
82 mm/. W dniach 29-30
Radziecka wyrzutnia rakietowa 240 mm BM -24.
sierpnia 1939 roku zastosoMuzeum Wojskowe w Kołobrzegu. Fot. rjm, 2011 r.
wano go w walce z samolotami japońskimi, w rejonie rzeki Chałchyn Goł w Mongolii. Według radzieckich
danych ich samoloty w 14 walkach powietrznych zestrzeliły łącznie 13 japońskich
maszyn, w tym 10 myśliwskich.
Innym rodzajem pocisków stosowanych do walki z samolotami były niekierowane jednopociskowe wyrzutnie RS-132 (ciężar całkowity - 23,1 kg, średnica -
29
132 mm, waga 23,1 kg, prędkość - 1100 km/godz., zasięg - 2 km, stosowany
również jako pocisk naziemny). Jego cięższą wersją (waga - 42 kg) był lotniczy
pocisk R-132 A. W gronie konstruktorów rakiet był również Michaił Kławdijewicz
Tichonrawow /1900-1974/. Ale jego konstrukcje chociaż stanowiły pewne osiągnięcie, nie zadowalały, ani ich twórcy, ani ówczesnych decydentów radzieckiego państwa.
Po drugiej wojnie światowej, Rosjanie oparli swoje badania nad nowymi
rakietami na niemieckiej myśli technicznej /w 1945 r. przejęli ośrodek w Peenemünde oraz podobnie jak Amerykanie, liczną kadrę niemieckich specjalistów
z zakładów w Nordhausen/. Pod ścisłym nadzorem Rosjan powrócono do badań
nad rakietami Hs-117 i Wasserfall. W 1950 roku zarzucony został program Hs117, natomiast badania z rakietą Wasserfall przyniosły efekt w postaci modelu
rakiety R-101E. Gdy była zdolna do zniszczenia celów powietrznych na wysokości 12000-14000 m, amerykańskie superbombowce B-47 i B-52, osiągały już
większy pułap i również z tego programu trzeba było zrezygnować. Ale pierwszy
etap doświadczeń Rosjanie mieli już za sobą. Wkrótce, pojawiła się nowa rakieta
przeciwlotnicza SA-1 Guild R-113. W 1952 roku sformowany został pierwszy
pododdział rakietowy.
W drodze do zdobycia przewagi nad resztą świata ponosili również klęski.
Przykładem jest tragedia, która miała miejsce 24 października 1960 roku na poligonie wojskowym w Kazachstanie, niedaleko kosmodromu Bajkonur16.
W przeddzień planowanego startu, 23 października, trwały ostatnie przygotowania do pierwszego startu rakiety bojowej R-16, której udana próba wystrzelenia
miała być jedną z ważnych form uczczenia kolejnej rocznicy socjalistycznej rewolucji. Prace przedstartowe miały się ku końcowi, gdy pojawiła się usterka
w elektrycznym układzie sterowania silnika, co postanowiono naprawić poprzez
lutowanie złącza elektrycznego. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie
fakt, że zbiorniki były wypełnione paliwem rakietowym. Pomimo ryzyka, jakie towarzyszyło naprawianiu usterki, udało się to zrobić bez większych problemów,
a jednak te zaczęły się następnego dnia /24 października/ rano, gdy zauważono
drobny wyciek paliwa. Konstruktorzy i balistycy, za zgodą głównodowodzącego
wojsk rakietowych ZSRR marszałka Mitrofana Iwanowicza Niedielina /19021960/, podjęli decyzję o kontynuowaniu czynności startowych. O godz. 18.45
rozpoczęto ostatnią fazę przygotowań. Padła komenda na przestawienie programatora rozdzielacza elektrycznego w położenie wyjściowe i wtedy nastąpił
niespodziewany rozruch silnika marszowego drugiego stopnia rakiety. Gorące
spaliny wydobywające się z uruchomionego silnika spowodowały natychmiastowe zapalenie się zbiorników paliwowych pierwszego stopnia rakiety i ogromny
wybuch. Ogień niszczył wszystko w promieniu wielu dziesiątek metrów.
O ucieczce ludzi, znajdujących się na górnych pomostach obsługowych i w bezpośredniej bliskości rakiety, nie mogło być mowy. Wszystko i wszyscy płonęli
wpadając w piekielną otchłań. Temperatura w centrum pożaru dochodziła do
3000°C. Wielu, przebywających nieco dalej od rakiety, próbowało się ratować,
ale najczęściej wpadali w pułapkę świeżo położonego i błyskawicznie rozpuszczającego się asfaltu lub zatrzymywało się na kolczastym drucie ogrodzenia,
16
Marek Jarosiński, 160 ofiar wybuchu rakiety R-16 /w/ Wiraże Nr 12/2006, s. 20-22.
30
otaczającego stanowisko startowe R-16. Rannych zwożono do miejscowego
szpitala, najczęściej w ciężkim stanie. Po ugaszeniu pożaru policzono straty 160 zabitych, dziesiątki rannych. Specjalna komisja przysłana z Moskwy, pod
przewodnictwem Leonida Breżniewa, badała przyczyny katastrofy, chociaż było
to już tylko podsumowanie tragicznej serii błędów wynikających z pośpiechu, który - jak mogłoby się wydawać - nigdy nie powinien towarzyszyć tego rodzaju
przedsięwzięciom. Pogrzeb ofiar, w pobliskim osiedlu wojskowym, odbył się
szybko i bez rozgłosu. Na szczęście, w katastrofie cudem ocalał główny konstruktor radzieckich rakiet bojowych - Michaił Jangiel, ale zginęli jego zastępcy L. A. Bierlin i W. A. Koncejow, także marszałek M. I. Niedielin.
W rozwój rakiet bojowych znaczący wkład wnieśli również A n g l i c y.
Jak wspomniano, podpatrywali działanie broni opartej na zjawisku napędu
rakietowego, zastosowanej przez Hindusów w walkach podczas oblężenia Seringapotam/Singapuru /w 1792 r. i w 1799 r./. Hinduscy powstańcy zastosowali
stożkowe groty wystrzeliwane za pomocą niewielkich rakiet wykonanych
w kształcie cylindra z papieru
o wymiarach 3x30 cm. W locie
rakiety stabilizowane były
długimi, 3.metrowymi, żerdziami. Anglicy szybko pojęli,
że jest to cenny „wynalazek",
który może być wykorzystany
do zadawania przeciwnikowi
znaczących strat fizycznych
i psychologicznych. Dostosowaniem hinduskich rakiet na
grunt angielskiej armii zajął
się, wspominany już wcześniej,
pułkownik
William
Congreve
/1772-1828/,
Brytyjska wyrzutnia rakietowych pocisków Pillar Box-2’’.
uczestnik walk w Indiach.
W 1804 roku, Congreve założył wytwórnię rakiet prochowych, a już dwa lata
później okręty angielskiej marynarki wojennej ostrzelały nimi Kopenhagę wywołując ogólny pożar miasta, potem przyszła kolej na Gdańsk (1813r.), który także
mocno ucierpiał od pożarów. Anglicy użyli rakiet Congreve w bitwie narodów pod
Lipskiem /1813 r./ i w bitwie pod Waterloo /1815 r./. Rakiety pułkownika Congreve, podobnie jak ich hinduskie pierwowzory, również posiadały żerdź stabilizującą, a niektóre jej, doskonalsze wersje miały zasięg nawet do
3 km.
31
Po okresie dużego zainteresowania użyciem rakiet, w Anglii, podobnie jak
i w innych państwach europejskich, broń rakietowa /ze względu na systematyczne
udoskonalanie artylerii lufowej, gwintowanej/ na długi czas została zepchnięta na
pobocza sztuki prowadzenia walki. Dopiero
nowa
sytuacja
politycznowojskowa i skok techniczny, jaki dokonał się w rezultacie doświadczeń
I. wojny światowej, spowodowały, że
"Wyspiarze" po 1936 roku z większym
zainteresowaniem zaczęli spoglądać na
rozwój broni rakietowej. Zagrożenie
niemieckim uderzeniem na Wyspy Brytyjskie zdecydowanie przyspieszyło te
wysiłki. Swoją uwagę skupili głównie na
konstruowaniu przeciwlotniczych pocisków rakietowych. Początkowo, opracowano niekierowane pociski rakietowe
na stały materiał napędowy, Pilar Box
2" /Skrzynka Pocztowa 2", dwucalowe,
tj. o średnicy ok. 58 mm i długości 95
cm, zaopatrzone w zapalniki zbliżeniowe/. Odpalane z 20.prowadnicowej,
sprzężonej wyrzutni osiągały pułap 600
m i służyły do tworzenia zapory ogniowej
Brytyjska wyrzutnia rakietowych pocisków
przeciwko niemieckim samolotom nurku- przeciwlotniczych typu „Z”, /1942 r., zastosowana przeciwko V-1 w obronie Londynu
jącym. Wykorzystywane były przez woji Cardiff w 1944 r./.
ska przeciwlotnicze, a także przez Royal
Pocisk
rakietowy
„Z”.
Navy. Kolejnym modelem przeciwlotniczej broni rakietowej
były typu
wyrzutnie
dwukanałowych, niekierowanych pocisków rakietowych trzy calowych z 1940 roku UP 3” /średnica - 76,2 mm; długość rakiety - 1,22 m; głowica odłamkowa o masie
13,7 kg; ogólny ciężar rakiety - 49,5 kg; ciężar materiału wybuchowego - 4,25 kg;
zasięg - 6,2 km/, napędzane silnikiem na stały materiał pędny. W 1941 roku
utworzono pułk przeciwlotniczej artylerii rakietowej przeznaczony do obrony Cardiff. W 1942 roku, Anglia dysponowała setką tego typu baterii /w składzie jednej
baterii znajdowało się 64 wyrzutnie/.
Od 1944 roku wprowadzono na uzbrojenie unowocześnione, przeciwlotnicze 3-calowe pociski rakietowe o długości 1,8 m, które stratowały z obrotowych,
dwuprowadnicowych wyrzutni, przy maksymalnym kącie podniesienia 80 stopni
osiągały pułap 6-8 km. Podobnie, jak poprzednie modele, również i te pociski
posiadały odłamkową głowicę bojową zawierającą 4,3 kg materiału wybuchowego i zapalnik zbliżeniowy uruchamiany w odległości ok. 50 m od celu. Wspólnie
z klasyczną artylerią przeciwlotniczą i lotnictwem dość skutecznie broniły Londynu przed atakami V-1, ale ze względu na małą celność tych pocisków stosowane
je w charakterze zapór ogniowych. Na krótko przed atakiem wystrzeliwano duże
ilości rakiet /nawet do kilkuset/ z podwieszonymi linami stalowymi. Opadając
32
wolno na spadochronach tworzyły zaporę, która czyhała na nurkujące bombowce.
W rozwoju wojskowej techniki rakietowej była obecna również F r a nc j a. Najbardziej znanymi przedstawicielami w tej dziedzinie byli: inżynier Robert Esnault-Pelterie /1881-1957/ konstruktor i lotnik oraz Louis Damblance
/1889-1969/, specjalista od małych rakiet prochowych /w j. francuskim słowo rakieta brzmi - fusée/.
Z tego okresu pochodzi informacja, że Francuzi wystrzelili 20-kilogramową
rakietę prochową, która podobno doleciała na odległość 3200 m. Należy także
podkreślić, że podczas I. wojny światowej rakiety prochowe były stosowane
przez francuskie lotnictwo. R. Esnault-Pelterie zajmował się przede wszystkim
teorią rakiet balistycznych /napędzanych mieszankami ciekłymi/. Jego myśl konstrukcyjna zaowocowała, między innymi budową silnika rakietowego na paliwo
ciekłe /1937 r., pracującego przez 60 sek./ o sile ciągu ok. 100 kG. Należy przyjąć, że parametry silnika Pelterie były bardzo zbliżone do tych, jakie w tym czasie osiągały rakiety wypróbowywane w Niemczech, ZSRR czy w Stanach Zjednoczonych. Na intensywne badania Pelterie nie mógł sobie pozwolić, ponieważ
brakowało pieniędzy. W tym czasie, jak wszędzie na świecie, pierwszeństwo
miały znane, praktycznie już wypróbowane i stosowane, dziedziny techniki wojskowej, jak lotnictwo i broń pancerna. Najbardziej spektakularnym osiągnięciem
Francuzów było zbudowanie w 1940 roku bomby lotniczej kierowanej falami radiowymi. Za przykładem Francuzów poszli Niemcy /bomba Fritz-X/ i Amerykanie
/bomby Azon I i Azon II oraz późniejsza ich wersja Razon/.
Tymczasem jednak, L. Damblance skupił się na konstruowaniu rakiet
oświetlających dla potrzeb wojska. Jego rakiety były już technicznie dopracowane i produkowane na skalę przemysłową.
W końcowej fazie II wojny światowej Francuzi połapali się również, chociaż
stosunkowo późno, że można pokusić się o pójście w ślady Amerykanów, Rosjan
i Anglików i spróbować pozyskać, dla swoich przyszłych potrzeb, niemieckich
specjalistów od broni rakietowej, tych którzy jeszcze nie zdołali wpaść w ręce
sojuszników17. Pomysł rzucony przez dyrektora paryskiego laboratorium fizycznego prof. Henri Moreau nie pozostał wśród kół wojskowych bez echa i w rezultacie pomysłodawca został mianowany doradcą naukowym przy dowództwie sił
powietrznych oraz dyrektorem Ośrodka Badań Pocisków Odrzutowych. Jednocześnie, z jego inicjatywy utworzono Laboratorium Badań Balistycznych i Aerodynamicznych w Vernon w Normandii. Należy pamiętać, że Francuzi mieli również niemałą bazę do prowadzenia tego rodzaju badań, ponieważ w październiku
1944 roku V-2 atakowały Paryż, pozostawiając ślady ataku i szczątki rakiet. Ponadto, na obszarze wybrzeża znajdowały się pozostałości po ok. 200 wyrzutniach, z których startowały rakiety w kierunku Anglii. „Polowanie” na niemieckich
specjalistów rakietowych i lotniczych bardzo się opłacało i wkrótce utworzono
z ich udziałem, w Saint-Louis, Laboratorium Badań ds. Uzbrojenia. Wśród zwer17
Henryk Kawka, Od V-1 do Héliosa (Niemieckie korzenie francuskich rakiet) /w/ Polska Zbrojna
Nr 1/253 z 1996 r.
33
bowanych, niemieckich naukowców /1946-1947/ znaleźli się, między innymi:
Fritz Pauly, Helmut von Zborowski, Wilhelm Seilbold, Heinrich Hertel, Rolf
Engel, Helmut Wiess, Heinz Bringer i inni. Dla przykładu, H. von Zborowski
pracował w Wojskowych Zakładach Lotniczych w Chatillon, a H. Bringer wraz
z zespołem budował silnik rakietowy typu Viking, który później został zamontowany w rakiecie „Ariane”. Dzięki wkładowi niemieckich uczonych Francja mogła
dołączyć do państw, które miały własne osiągnięcia w konstruowaniu rakiet balistycznych i w rozwoju techniki lotniczej.
W okresie międzywojennym, także we W ł o s z e c h zajmowano się
konstruowaniem rakiet wojskowych. Postacią numer jeden, w tym względzie,
był gen. Gaetano Arturo Crocco /1877-1968/. Początek zainteresowania bronią
rakietową łączył się z wykładem generała G. A. Crocco wygłoszonym w 1927
roku do oficerów włoskiego sztabu generalnego. Wykład, na tyle pobudził wyobraźnię szefa sztabu włoskich sił zbrojnych generała Pietro Badoglio /18711956/, że ten zainicjował konkretne badania. W pierwszym rzędzie Crocco i jego
niewielka grupa, (w której znalazł się również syn generała, Luigi) zajmowała się
stosunkowo małymi rakietami na paliwo stałe. Ale już w 1929 roku wypróbowano,
w laboratorium Uniwersytetu Rzymskiego, silnik rakietowy na paliwo ciekłe. Mózgiem całego przedsięwzięcia był 25.letni doktor chemii Corrado Laudi, który
jednak niespodziewanie zmarł. Niektórzy z jego otoczenia twierdzili, że przyczyn
tak nagłego zgonu należało się doszukiwać w niebezpiecznych oparach czterotlenku azotu, używanego do
schładzania komór spalania
silnika.
W kolejnych latach
Crocco - junior prowadził
eksperymenty z silnikami rakietowymi napędzanymi jednoskładnikowym paliwem ciekłym. Pomimo uporczywego
poszukiwania dobrych rozwiązań,
prowadzone
doświadczenia nie zakończyły
się powodzeniem. Tak też,
Włochy nie odegrały w rozwoju techniki rakietowej istotniejszego znaczenia, godzi się
Strona tytułowa dzieła K. Siemienowicza „Wielkiej sztuki artyle- jednak wspomnieć, że Włosi
rii, część pierwsza” w j. angielskim z 1729 roku /Sala Tradycji
już w XIII wieku zapoznali się
Akademii Obrony Narodowej, Fot. rjm, 2011 r./.
z techniką chińskich strzał ogniowych, którymi atakowano pirackie okręty podchodzące do wybrzeży Morza
Śródziemnego.
W 1420 roku wykładowca z Padwy, Johannes de Fontana w "Księdze narzędzi wojennych” /1420/ dał opis ówcześnie stosowanych „rakiet", z którego wynikało, że były to mocne tuby papierowe wypełnione ubitym prochem i przewią-
34
zane sznurem. Z przodu tuby znajdował się dziób stożkowy, wypełniony materiałem zapalającym, z tyłu zaś otwór przez który wyrzucane były gazy prochowe
nadające rakiecie ruch do przodu. W czasie lotu zawartość tuby wypalała się,
a w pobliżu celu ogień przedostawał się do kołpaka i powodował eksplozję. Rakieta przywiązywana była do żerdzi stabilizującej.
Wspomnijmy
również o rodzimych doświadczeniach w dziedzinie
konstruowania rakiet bojowych. Polskie tradycje związane z techniką rakietową sięgają XVII wieku, co jest zasługą gen. art. Kazimierza Siemienowicza /ok.
1600-1651/. Jego publikacja „Artis Magnae Artilleriae Pars Prima" /„Wielkiej
sztuki artylerii, część pierwsza”/, wydana w Amsterdamie w 1650 r. w języku łacińskim, i przetłumaczona na kilka języków, między innymi francuski /1651 r./,
niemiecki 1676 r., angielski i holenderski /1729 r./, zawierała w III części „De rochetis" /„O rakietach”/ opis budowy rakiet
wielostopniowych i uważana była przez
kilkadziesiąt lat za najlepszy podręcznik
artylerii. W polskim przekładzie praca
ukazała się w 1963 roku, już jako źródło
historyczne. Siemienowicz w swoich projektach rakiet, stosowaną dotąd żerdź,
zastąpił
brzechwami
zamocowanymi
wzdłuż korpusu rakiety /to nic innego jak
tylko późniejsze stabilizatory typu "delta"/,
a nawet przewidywał konstruowanie wielogłowicowych pocisków rakietowych, co
wówczas musiało brzmieć bardzo, bardzo
futurystycznie. W ten sposób, rakieta
w jego koncepcjach przybrała zupełnie
współczesny kształt. Mogła płynniej startować i wykonywać daleki i stosunkowo
stabilny lot. Rozwiązania techniczne zastosowane przez Siemienowicza stawiają
go w rzędzie prekursorów nowożytnej
techniki rakietowej. Był gruntownie wy- Gen. Józef Bem /1794-1850/. Obraz olejny kształconym artylerzystą, studiował rów- Sala Tradycji Akademii Obrony Narodowej,
Fot. rjm, 2011 r.
nież sztukę wojenną w Europie Zachodniej. Najdłużej przebywał w Holandii. Po powrocie do kraju zajmował się modernizacją polskiej artylerii. Prawdopodobnie brał udział w wyprawie smoleńskiej
/1633-1634/ oraz w bitwie z Tatarami pod Ochmatowem /1644 r./. W latach
1646-1649 był komendantem cekhauzu warszawskiego, a od 1648 roku oberster-lejtenantem artylerii koronnej. Popełniwszy, prawdopodobnie, nadużycie finansowe, został zwolniony ze służby i wyjechał do Holandii /1649 r./.
Wśród wojskowych, którzy dostrzegali możliwość praktycznego wykorzystania rakiet na polu walki był wybitny artylerzysta, bohater kilku wojen gen. art.
35
Zachariasz Józef Bem /1794-1850/18. W 1820 roku wydał w j. francuskim swoje
opracowanie pt.: „Doświadczenia nad rakietami zapalającymi typu Congreve, zebrane do roku 1819 w Królewskiej Polskiej Artylerii i przekazane Cesarskiej Wysokości Wielkiemu Księciu Konstantemu, Naczelnemu Wodzowi wszystkich, Królewskich Polskich Wojsk przez Józefa Bema". W tym samym roku książka została przetłumaczona na j. niemiecki, a w 1853 roku również na język polski. Dodajmy, że w armii Królestwa Polskiego, w latach 1822-1823 utworzony został
Polski Korpus Rakietników, który posiadał na wyposażeniu przewoźne wyrzutnie
rakiet /łoża rakietnicze/, konstrukcji kapitana artylerii Józefa Kosińskiego
/wcześniej, Kosiński zbudował prostą, stacjonarną wyrzutnię, typu „kozioł"/.
Korpusem Rakietników, który stacjonował w Warce, dowodził generał artylerii
Piotr Bontemps. W skład korpusu wchodziła półbateria konna pod dowództwem
kapitana 1 kl. Józefa Jaszowskiego i półkompania piesza rakietników, dowodzona przez kapitana 2 kl. Karola Skalskiego. W styczniu 1831 roku przeformowano półbaterię konną w 3.baterię lekkiej artylerii konnej. Wkrótce, nastąpiło
również zwiększenie półkompanii pieszej do wielkości kompanii. W nowej strukturze znajdowało się jednak tylko 8 kozłów do wyrzucania rakiet. Rakietnicy,
z dobrej strony pokazali się w kampanii 1831 roku w obronie Warszawy, pod
18
Urodził się 14 marca 1794 roku w Tarnowie, potem jego rodzina przeniosła się do Krakowa. W 1809
roku, 15.letni Bem zaciągnął się do artylerii i został kanonierem w armii ks. Józefa Poniatowskiego
i zaraz potem wstąpił do Elementarnej Szkoły Artylerii i Inżynierii w Warszawie. Następnie, kontynuował
naukę w Wyższej Szkole Wojskowej, którą ukończył w 1811 roku i 11 kwietnia tego roku został mianowany porucznikiem klasy II w pułku artylerii konnej w Gdańsku, a rok później porucznikiem klasy I. Uczestniczył w wojnie Napoleona z Rosją i za obronę Gdańska otrzymał Krzyż Legii Honorowej. W 1817 roku
został oficerem w armii Królestwa Polskiego i adiutantem gen. art. Piotra Bontempsa. Wykładał w Zimowej Szkole Artylerii zasady fortyfikacji i taktykę i uczestniczył w badaniach na rakietami. Rok 1819 nie
był dla niego szczęśliwy, ponieważ został skazany na rok więzienia za działalność niepodległościową
i spiskową, m.in. był członkiem tajnych organizacji - Wolnomularstwa Narodowego i Towarzystwa Patriotycznego. Został również zdegradowany i otrzymał zakaz powrotu do służby czynnej. Wykonanie kary
uchylono, na interwencję samego Wielkiego Księcia Konstantego, ale nie na długo to pomogło, bo
w 1826 roku Bem dostał dymisję z armii. W cywilu dawał sobie nieźle radę, ponieważ zajął się projektowaniem różnych budowli, m.in. lokum dla zbiorów Ossolińskich, pomieszczeń klasztoru ss Karmelitanek
Trzewiczkowskich. Później, Bem przebywał, najpierw we Francji, potem w Prusach na studiach technicznych. Po wybuchu powstania listopadowego Bem zgłasza się do służby w powstańczych szeregach.
13 marca 1831 roku otrzymał stopień majora i dowodzenie 4. lekkokonną baterią artylerii. 10 kwietnia
1831 roku, w bitwie pod Iganiami Bem dał pokaz swoich umiejętności artylerzysty, dwukrotnie przeprowadzając atak artyleryjski, z ruchem armat do przodu, za co został mianowany do stopnia podpułkownika. 21 maja, Bem jeszcze raz pokazał swoją klasę gdy, w bardzo trudnym położeniu wojsk powstańczych, skutecznie szarżował swoją 4. baterią armat na szeregi Rosjan. Podobnie było 26 maja pod Ostrołęką, za co Wódz Naczelny mianował go pułkownikiem. 01 lipca 1831 roku Bem został odznaczony Złotym Krzyżem Virtuti Militari i 13 lipca został dowódcą polskiej artylerii. W końcu otrzymał propozycję przejęcia przywództwa powstania, z której nie skorzystał. Po upadku powstania został internowany w Prusach, po czym wyemigrował do Francji, gdzie związał się z konserwatywnym obozem księcia Adama
Czartoryskiego. W 1848 roku powrócił do kraju. 5 października 1848 roku zgodził się na propozycję
służby w powstańczej armii węgierskiej. Najpierw, walczył w obronie Wiednia, potem - mianowany na
wodza naczelnego Siedmiogrodu - opanował prowincję i zorganizował wyprawy na Mołdawię i Bukowinę,
co przyniosło mu tytuł marszałka polnego i stanowisko głównodowodzącego. W 1849 roku, w sytuacji gdy
Rosja przystępuje do wojny, powstanie węgierskie upada, a Bem emigruje do Turcji, gdzie chcąc wstąpić
do armii sułtana przyjął islam i zmienił nazwisko na Murad Pasza /Yusuf Paşa/. Wraz z nim przeszło wtedy na islam około 6 tysięcy Polaków. Pod naciskiem Rosji i Austrii władze tureckie internowały Bema,
najpierw w Kütahyi, a potem w Aleppo, co miało zapobiec jego politycznej aktywności. W ostatnim fragmencie życia, z dużym powodzeniem organizował obronę Aleppo przed atakami arabskich nomadów, co
przyniosło mu sławę i tytuł feldmarszałka armii tureckiej . Zmarł w 1850 roku na malarię azjatycką. Jego
prochy sprowadzono do kraju w 1929 roku i złożono w rodzinnym mauzoleum w Tarnowie.
36
Wawrem. Historia podaje również, że kompania rakietników odznaczyła się dużą
skutecznością w bitwie pod Olszynką Grochowską 25 lutego 1831 roku. Dobrze
wymierzona salwa rakiet kongrewskich, wywołując zamieszanie i straty
w ugrupowaniu rosyjskiej kawalerii, wyhamowała impet ataku na polskie oddziały
wycofujące się w kierunku Warszawy, wyczerpane i znacznie ustępujące pod
względem liczebności.
Jednakże, pod wpływem niekorzystnego rozwoju sytuacji wojskowej, już
w pierwszych dniach sierpnia 1831 roku kompania rakietników została rozwiązana. Zresztą, najbliższe dziesiątki lat pokazały, że ówczesna broń rakietowa nie
mogła dorównać, ani siłą ognia, ani celnością coraz bardziej skutecznej artylerii
polowej, dysponującej działami o gwintowanych lufach.
W czasach nam bardziej współczesnych, już po II wojnie światowej,
w określonych warunkach geopolitycznych, wojskowa technika rakietowa mogła
do nas trafić tylko ze Związku Radzieckiego. I tak też było. W 1972 roku, w pułkach artylerii przeciwlotniczej wojsk lądowych, pojawiły się pierwsze przeciwlotnicze zestawy rakietowe /PZR/ typu KUB, później w 1979 roku, bardziej nowoczesne, kilkakrotnie modernizowane zestawy typu OSA.
Do pododdziałów Wojsk Obrony Powietrznej Kraju, pierwsze PZR średniego zasięgu typu SA-75 Dźwina dotarły już w 1960 r., a od 1963 roku na uzbrojenie wprowadzono nowsze rakiety, również średniego zasięgu, typu S-75 Wołchow. Na początek, systemem obrony rakietowej objęto: Warszawę, Śląsk, Poznań i Trójmiasto /1964 r./. W 1967 r. obronę rakietową otrzymał zespół portów
Szczecin-Świnoujście. W 1970 roku wojska rakietowe OPK wzbogaciły się o zestawy rakietowe do zwalczania celów lecących na małych wysokościach, typu
S-125 M Newa.
Dzisiaj,
w warunkach wielowymiarowego pola walki, gdy sięga się
także do przestrzeni kosmicznej, rakiety /pociski rakietowe/ należą do najbardziej docenianych środków walki i znajdują się na wyposażeniu niemal
wszystkich, liczących się w świecie, armii.
Mogą pokonywać ogromne odległości, precyzyjnie atakować cele punktowe i powierzchniowe, obezwładniać siłę żywą, niszczyć w powietrzu i na ziemi
środki napadu przeciwnika, niszczyć umocnienia obronne, lotniska, porty, centra
przemysłowe, wyprzedzać uderzenia przeciwnika, wykonywać ataki odwetowe
i w konsekwencji paraliżować przygotowany przez niego plan prowadzenia wojny. Wyposażone w głowice jądrowe stanowią istotny czynnik odstraszania
i powstrzymywania się od pokusy wykonania pierwszego uderzenia.
Dodać jeszcze należy, że źle by się stało, gdyby także przestrzeń kosmiczna stała się kiedykolwiek obszarem starcia zbrojnego. Wtedy, jak twierdzą
specjaliści, będą potrzebne inne, jeszcze doskonalsze środki walki, a więc broń
ery kosmiczno-powietrznej. Klasyczne ładunki bojowe zostałyby zastąpione
wiązkami energii elektromagnetycznej /laserowej/, a także emiterami energii pochodnych, służących do paraliżowania układów elektronicznych uzbrojenia,
urządzeń łączności i sieci komputerowych. Nic się nie zmieniło od czasów Carla
von Clausewitza, który stwierdził: „Przemoc /ciągle/ uzbraja się w wynalazki
sztuki i nauki, aby stawić czoło ... przemocy”.
37
Warto również wiedzieć, co proponował współczesnemu światu Jan Paweł
II: „Trzeba czasem odważyć się pójść także w tym kierunku, w którym dotąd jeszcze nikt nie poszedł (...) czasy nasze domagają się od nas, aby nie
zamykać się w sztywnych granicach, gdy chodzi o dobro człowieka (...)
problemy powinny być rozpatrywane w świetle prawdy, sprawiedliwości,
przy wyrzeczeniu się ciasnych egoizmów i ucieczki do siły”.
Zbiornik paliwowy rakiety V2. Eksponat Muzeum Wojsk Lądowych
w Bydgoszczy. Fot. rjm, 2012.
38
POCZĄTKI LOTNICTWA WOJSKOWEGO
Wydaje się, że nic tak bardzo nie fascynowało ludzi, jak przemożna chęć
zrozumienia i opanowania reguł rządzących sztuką szybowania i latania. Jednakże, człowiek zazdroszcząc naturze ptaków musiał, w tym celu, posłużyć się
techniką. Śmiało można powiedzieć, że swoje pragnienia próbował realizować,
jak się zwykło w takich przypadkach mówić, od niepamiętnych czasów. Egzemplifikacją tego są, prawie nieśmiertelne postaci - mityczny rzeźbiarz Dedal i jego
syn Ikar z homerowskiego
poematu. Chociaż, do lotu
zmusiła ich bardzo konkretna
przyczyna odzyskania wolności, i nie należało o tym zapominać, młodzieniec nie
oparł się pokusie, poszybował
zbyt wysoko i przypłacił to
życiem.
Dzisiaj już wiemy, że
rzeczywista droga człowieka
do opanowania przestworzy
była jeszcze bardziej dramaKonstrukcja latająca/Szybowiec Otto Lilienthala
tyczna. Przez całe wieki, niektórzy filozofowie, a także i przeciętni śmiertelnicy chodzili ciągle „z głową zadartą w górę”. Nie będzie większego błędu, jeśli stwierdzimy, że prawdziwe latanie
zaczęło się od balonów, w czym szczególnie pomogły badania naukowe włoskiego fizyka, Ewangelisty Torricellego /1608-1647/ i Niemca, Ottona Guericke /1620-1686/, którzy w swoich pracach przedstawiali dowody na możliwość
zastosowania prawa Archimedesa, także w odniesieniu do atmosfery. W II. połowie XVII wieku Niemiec, jezuita Caspar Scott /1608-1666/ i Włoch, także jezuita, Francesco Lana /1631-1687/, profesor fizyki z Ferrary, przedstawili, niezależnie od siebie, pomysł zbudowania balonu o blaszanej powłoce, z którego powietrze byłoby bezustannie wypompowywane. Wkrótce, pojawiły się pierwsze
balony wypełnione rozgrzanym, a więc „lżejszym” powietrzem. W dniu 04 czerwca 1783 roku, w Annonay /Francja/ podniósł się taki właśnie, jeszcze bezzałogowy, balon na uwięzi, skonstruowany przez braci Josepha Michela /1740-1810/ i
Jacques’a
Etienne
/1745-1799/
Montgolfier.
Wykonany
został
z tafty (płótna podbitego papierem) i jedwabiu. Powietrze podgrzano najzwyklejszym ogniskiem rozpalonym na ... brytfance.
39
21 listopada tego samego roku, miała miejsce lotna próba wolnego balonu
z ludźmi w koszu. Francuz,
Pilâtre de Rozier Jean
Francoise /1754-1784/ wespół pasażerem, majorem
Francoise Laurentem odbyli
26. minutowy lot nad Bałtykiem. W następnym roku, balon wyniósł w powietrze, aż
siedem osób, zaś francuski
fizyk Charles Jacques AlekUtrzymany w ścisłej tajemnicy samolot braci Wright
na poligonie w Avours, 1903 rok.
sandre Cesar /1746-1823/ zastosował do napełniania balonu, zamiast rozgrzanego powietrza, znany już wówczas, wodór19. W pierwszych
dniach stycznia 1785 roku, Pilâtre de Rozier’a J. F. zaskoczyła wiadomość,
że inny jego rodak, Jean Pierre Francoise
Blanchard
/1753-1809/,
wspólnie
z
kaninem, lekarzem z Bostonu, Johnem
Jeffriesem /1744-1819/ przelecieli balonem nad Kanałem La Manche. z północy
na południe, z Dover na wybrzeże francuskie. Lądowanie nastąpiło w lesie Gufnes,
30 km od Calaise. Mocno urażona ambicja
de Rozier’a, który także szykował się do
„skoku” przez Kanał /oczekiwał w Boulogne
na dobry wiatr/ spowodowała, że pilot niezupełnie przygotowany, zdecydował się
odbyć lot do Anglii. Statek powietrzny,
skonstruowany specjalnie do tego celu,
składał się z dwóch balonów - jeden
z nich wypełniono wodorem, a drugi ogrzanym powietrzem. Niestety, w chwilę po
starcie balony stanęły w płomieniach. Nie
było szans na ratunek i P. de Rozier oraz
jego pomocnik, fizyk Romain Louis PierreWilbur Wright /1867-1912/.
Ange /1760-1785/, spadli z koszem na ziemię, ponosząc śmierć20. Ten tragiczny wypadek nie mógł zatrzymać rozwoju baloniarstwa, które i dzisiaj zajmuje liczącą się pozycję w panoramie aeronautyki.
19
Pierwszy zetknął się z wodorem w 1661 roku angielski chemik Robert Boyle, który rozcieńczonym
kwasem solnym zadziałał na opiłki żelazne; w wyniku reakcji wydzielała się łatwopalna substancja /po
zmieszaniu się z powietrzem i w kontakcie z ogniem wybuchała z dużą siłą". Faktycznie jednak odkrycie
wodoru datuje się na 1766 rok, gdy inny, angielski fizyk Henry Cavendish stwierdził, że substancja wydzielająca się podczas rozpuszczania metali w rozcieńczonych kwasach, w kontakcie z powietrzem
i ogniem, gwałtownie wybucha. Po wielu latach dalszych eksperymentów, w 1787 roku Francuz Antoine
Lavoisier uznał ten gaz za pierwiastek i nadał mu nazwę - hydrogenium.
40
Można stwierdzić, że
z balonami poszło dość gładko i niemal od początku
prawidłowo zostały uchwycone
parametry konstrukcyjne i podstawowe kwestie lotu. Znacznie bardziej skomplikowana
droga wiodła do zbudowania
samej
sylwetki
samolotu
i wykreowania jego koniecznych cech lotnych. Pierwsze
konstrukcje samolotowe oparte zostały na fizycznych właściwościach szybowania. Zaczęło się od niewielkich modeli szybowców, zresztą niewiele przypominających
swoim kształtem dzisiejszy samolot. W początkach XVIII wieku, najgłośniej było
o takich właśnie modelach projektowanych George Cayley’a /1773-1857/, bogatego szlachcica z Brompton. Nieco później, przyszła kolej na konstrukcje już bardziej zbliżone do klasycznych kształtów samolotów. Autorem samolotu-olbrzyma
(rozpiętość jego skrzydeł wynosiła 45 m!) był założyciel Towarzystwa Żeglugi
Powietrzno-Parowej w Anglii, William Henson /1812-1888/. Jednakże, jego model, napędzany parowym „silniczkiem”, nie chciał latać.
Więcej szczęścia miał John
Stringfellow
/1799-1883/,
który doprowadził
wysiłki
Hensona do pomyślnego
końca. W 1848 roku latał samolot-model jego pomysłu
/rozpiętość skrzydeł - 3 m/,
napędzany także niedużym
silniczkiem parowym z dwoma śmigłami. Bardzo źle było
jednak
ze
sterownością
i statecznością modelu. Nad tą
25 lipca 1909 roku L. Blèriot dokonał
sprawą miało sobie łamać
historycznego przelotu z Calais do Dover.
głowę jeszcze wielu następnych zapaleńców latania w przestworzach. Francuz, Alphonse Pènaud /18501880/, który budował modele napędzane ... skręcaną gumą. Tak bardzo pragnął
skonstruować sterowny, latający samolot, że z powodu braku na ten cel funduszy
- jak wieść niosła - mając trzydzieści lat „strzelił sobie w łeb”.
Do końca XIX wieku powstało bardzo dużo, mniej lub bardziej udziwnionych
latających aparatów, ale niezrozumienie zależności występujących pomiędzy
rozkładem wektorów siły nośnej, ciągiem i profilem płatów nośnych, nie pozwalaOrville Wright /1871-1948/.
20
15 czerwca 1785 roku.
41
ło odpowiednio skonstruować skrzydeł i sterów statku powietrznego i stanęło na
drodze dalszego postępu.
W tych, bardzo już odległych dla nas czasach, przez karty historii rozwoju
lotnictwa przewinęło się wiele nazwisk, między innymi: Rosjanina, Aleksandra
Teodorowicza Możajskiego /1825-1890/, Anglika, twórcy „maxima” - powszechnie
znanego karabinu maszynowego, Hirama Stevensa Maxima /1840-1916/ i jeszcze
innego wyspiarza, Horatio
F. Phillipsa (1845-1924).
Wszyscy oni mieli swoje własne, „autorskie” konstrukcje,
ale ich wysiłek nie został zakończony sukcesem na miarę
oczekiwań i apetytów. Aż oto,
w Niemczech pojawił się
mężny i bardzo uparty lotnik,
Otto Lilienthal /1848-1896/.
Otto interesował się lataniem
Samolot Blèriot XI typu La Manche.
już od najmłodszych lat.
Wspólnie ze swoim bratem Gustawem, budowali szybowce, oczywiście takie,
jakie podpowiadała im wówczas ich młodzieńcza wyobraźnia. W 1890 roku,
O. Lilienthal przystąpił do intensywnych prób lotów szybowcowych. Słusznie
sądził, że przed rozpoczęciem
lotów na samolotach, należało
rozwiązać problem stateczności i sterowności21. Start do
lotu szybowcowego odbywał
się z wysokiej hałdy, na wysypisku Lichterfelde, niedaleko
miasteczka Rhinow /Brandenburgia/. O. Lilienthal podwieszony pod szybowiec, balansując ciałem, wykonywał
loty ślizgowe, nawet na odległość 300 m. Pierwszy udany Włoski samolot z okresu wojny trypolitańskiej 1912-1913.
lot, na szybowcu własnej konstrukcji z nieruchomymi skrzydłami, wykonał w 1981 roku. W latach 1891-1896
wykonał prawie dwa tysiące takich lotów. Ale, 09 sierpnia 1896 roku doszło do
katastrofy. Nagłym i silnym podmuchem wiatru szybowiec został wytrącony ze
stateczności i, z kilkunastu metrów, runął na ziemię. Ciężko ranny Lilienthal,
z urazami głowy i połamanym kręgosłupem, zmarł następnego dnia.
21
Otto Lilienthal opublikował także książkę pt.: „Lot ptaka jako podstawa sztuki latania”. Chociaż tytuł
wydaje się być bardzo prozaiczny, to w książce zostały zawarte podstawowe zasady aerodynamiki i teorii
lotu.
42
W ślady O. Lilienthala poszedł amerykański inżynier Oktave Chanuce
/1832-1910/, który w tym celu, zbudował dość prymitywny, lecz w miarę stateczny aparat ślizgowy. Do Ameryki sprowadził także, jeden z szybowców Lilienthala,
z którym zapoznali się, przyszli twórcy maszyn latających, bracia Wilbur /18671912/ i Orville /1871-1948/ Wright.
Przełomowe wydarzenie
w dziejach lotnictwa przyniósł
rok 1903. 17 grudnia, na
wzgórzu, o wdzięcznej nazwie Kitty Hawk k. Daytonu
/Północna Karolina/, miał
miejsce pierwszy, pełnoparametrowy, choć bardzo krótki
lot motorowego Flyer’a skonstruowanego
przez
braci
Wright. Lot trwał zaledwie 12
sekund, a samolot przeleciał
w tym czasie 25 yardów /yard
Samolot konstrukcji Louisa Blèriota 1909 roku.
– 0,91 m/. Tego samego dnia,
Flyer wykonał jeszcze trzy loty, z których najdłuższy trwał 59 sekund,
a pokonana odległość wyniosła ok. 260 m. Bracia Wright zbudowali swój pierwszy samolot w oparciu o, oblataną przez nich, konstrukcję szybowca Chanute’a.
Flyer był dwupłatowcem w układzie kaczka, z podwoziem płozowym. Został wyposażony w silnik o mocy 12 KM i o wadze 77 kg. Start odbywał się za pomocą
katapulty. Był to pierwsza konstrukcja lotnicza, w pełni posłuszna człowiekowi.
Chociaż, dla zachowania historycznej sumienności, trzeba podać, że nieznacznie
wcześniej, ale też w 1903 roku, Amerykanin Samuel Pierpont Langley /18341906/ zbudował samolot motorowy, lecz dwie próby lotne, wykonywane przez
przyjaciela konstruktora, Manley’a, zakończyły się kapotażem. Co ciekawsze, że
jedenaście lat później, ten sam samolot, pilotowany przez Gleena Hammonda
Curtissa /1878-1930/, odbył udany lot. „Praktyka” w powietrzu wykazała, że nie
wystarczyło zbudować dobry samolot, ale trzeba było jeszcze umieć nim latać,
a to w tamtych czasach najlepiej opanowali bracia Wright. Pięć lat później,
w 1908 roku, W. Wilbur przeleciał, w dwie godziny i 43 minuty, odległość 124
kilometrów.
W Europie, pierwszy liczący się sukces odniósł, w 1906 roku, Francuz Alberto Santos Daumont /1873-1932/, który dokonał króciutkiego przelotu na samolocie własnej konstrukcji. 25 lipca 1909 roku, francuski lotnik, dziś powiedziałoby się, że profesjonalista - Ludwik Blèriot /1872-1936/ przeleciał w 33 minuty
Kanał La Manche /58 km/. Start, pokrytego pergaminem Blèriota-XI, nastąpił
w Les Barraques /k. Sangatte/, a lądowanie w Dover. Był to bardzo śmiały wyczyn. Lotnika okrzyknięto bohaterem narodowym, i nawet poważne kłopoty z lądowaniem, podczas którego Blèriot połamał podwozie i śmigło, nie miały większego znaczenia.
Pokonanie kanału La Manche i coraz bardziej interesujące możliwości przestrzennoczasowe, jakie cechowały samolot, nie mogły ujść uwadze czynników
43
wojskowych. Początkowo, w samolotach
upatrywano tylko szczególnie pożyteczny
środek rozpoznania /z powietrza/ i szybkiego
transportu, na przykład - sanitarnego.
Już w 1910 roku, Włosi uznali lotnictwo
za nowy rodzaj broni. Właśnie, Włochom należałoby przypisać fakt przeniesienia wojny
w przestrzeń powietrzną. Podczas wojny
z Turcją /1911-1912/ Włosi, oprócz balonów
i sterowców zorganizowali pod Trypolisem
grupę pięciu samolotów /2 samoloty BlèriotXI, 1 samolot Etrich TAUBE, 1 - Farman
i 1 - Nieuport „Monoplane”/ do zadań obserwacyjnych. 22 października 1911 roku
w Trypolitanii /dzisiejszej Libii/ dzieje lotnictwa wojskowego mogły odnotować, po raz
pierwszy, udział samolotów w działaniach
wojennych. Włoski pilot, dowódca grupy z
Trypolisu kpt. Carlo Maria Piazza, jako
pierwszy pilot wojskowy, wykonał lot obserwacyjny na samolocie Blèriot-XI nad Benghazi
Sam Louis Blèriot w kabinie samolotu
/w prowincji Cyrenajka/. Należy odnotować
własnej konstrukcji /Blèriot XI
z 1910 roku/.
także pierwsze bombardowanie lotnicze, które
wykonał 01 listopada 1911 roku pilot z włoskiej grupy w Trypolisie por. Gulio
Gavotti z samolotu Etrich TAUBE. W działaniach w Trypolitanii, strona włoska
użyła, aż 22 samoloty, a włoscy piloci atakowali Turków i Arabów zrzucając rękami niewielkie bomby z pokładów swoich samolotów. Podobno, Włosi zaangażowali w tej wojnie 25.ciu lotników, a jednym z nich był, znany już wtedy pilot Austriak Joseph Sablatnig /1886-1946/.
Na początku 1909 roku, powstała pierwsza szkoła lotnicza w Pau, na południu Francji. Jej założycielem był Wilbur Wright, który szkolił przyszłych lotników
francuskich. Natomiast, jego brat Orville, w tym samym czasie zajmował się
przygotowywaniem lotników niemieckich. Niebawem, historia „ferro et igni” miała
realnie zweryfikować lotnicze umiejętności uczniów i wojskową przydatność maszyn. Pod koniec 1909 roku, szkołę lotniczą, również w Pau, otworzył L. Blèriot.
Równolegle, powstała szkoła lotnicza w Remis, założona przez Henri Farmana
/1874-1958/, pilota i konstruktora, także twórcę zakładów lotniczych. U schyłku
1910 roku, na świeceni było już około 500 pilotów z licencją i 30 najróżniejszych
typów samolotów. Plagą lotnictwa, tamtych czasów, były wypadki i katastrofy.
Jak podają statystyki, co piąty absolwent szkoły lotniczej ginął w katastrofie. Ówczesne towarzystwa ubezpieczeniowe nie chciały podejmować ryzyka w odniesieniu do - w ich przekonaniu - potencjalnych kandydatów „na nieboszczyków”.
Światową, czarną listę śmiertelnych katastrof otworzył Francuz, pilot Eugène Lefebvre /1878-1909/. Jego Wright rozbił się w listopadzie 1909 roku w Juvissy.
Wcześniej, 17 września 1908 roku, zginął podczas lotu z O. Wright’em, pierwszy
pasażer - por. Thomas Etholen Selfridge /1882-1908, w Fort Myers - Połu-
44
dniowa Floryda/. Tym samym, ustawił się, w tej smutnej „lotniczej” kolejce do
nieba, jako drugi, za O. Lilienthalem. Do końca października 1911 roku, wydarzyło się 100 śmiertelnych wypadków lotniczych. Z tej liczby, 35 przypadło na
Francuzów, dalej byli Niemcy, Amerykanie i Anglicy. 01 maja 1911 roku, podczas
przymusowego lądowania, niedaleko lotniska w Żytomierzu, zginął /wraz ze swoim bratem Stanisławem/ pierwszy polski lotnik Bronisław MatyjewiczMaciejewicz /1882-1911/.22
Armia
a m e r y k a ń s k a, znalazła się w posiadaniu samolotów,
bodaj najwcześniej, już w 1907 roku. Na podstawie umowy z towarzystwem
„Wright”, za 25 000 dolarów odkupiony został, od braci Wright, pierwszy aeroplan. Jeszcze w tym samym roku, rozpoczęto tworzenie pierwsze jednostki lotniczej przy Korpusie Łączności. W połowie 1910 roku, wspomniany powyżej, G.H.
Curtiss zorganizował pokazy wykorzystania samolotu do rzucania (ręcznie) niewielkich bomb na makiety okrętów. Inny lotnik, Eugène Burton Ely /1886-1911/,
na samolocie konstrukcji Curtiss’a, wykonał start i lądowanie na pokładzie krążownika „Pensylwania”. Niedługo potem, pojawił się w USA jeden z pierwszych
na świecie wodnopłatowców, skonstruowany również przez Curtiss’a. Udany
start i wodowanie, przy burcie „Pensylwanii” skłoniły dowództwo US NAVY do
podpisania z konstruktorem umowy na dostawę pierwszej partii hydroplanów.
W 1912 roku, na samolotach Wright typu B zainstalowano /doświadczalnie/
lekkie karabiny maszynowe „Lewisa”. Dwa lata później, samolot wojskowy Curtiss JN-4 został użyty podczas ekspedycji wojskowej w Meksyku.
W sierpniu 1916 roku, lotnictwo Korpusu Łączności przekształcono w Oddział Lotniczy Armii Amerykańskiej /OLAA/ w składzie siedmiu dywizjonów, po
12 samolotów. Szybkie zmiany nastąpiły po 02 kwietnia 1917 roku, tj. po przystąpieniu USA do wojny. OLAA liczył w tym czasie około 1200 żołnierzy i 227
samolotów. W drugiej połowie 1917 roku, specjalna misja pod kierownictwem
pułkownika R.C. Bollinga, kolejno przebywając w Anglii, we Francji i we Włoszech, badała zagadnienia skuteczności wykorzystania lotnictwa w działaniach
bojowych. Utworzona, pod koniec wojny Amerykańska Służba Lotnicza
/American Air Service/ liczyła na terenie Europy około 58 000 żołnierzy, w tej
liczbie blisko 7000 oficerów, 6000 samolotów, z czego połowę stanowiły myśliwce. Duże dostawy samolotów i sprzętu lotniczego z USA kierowane były także
dla wojsk sprzymierzonych. Lotnicy amerykańscy zestrzelili w I. wojnie światowej
781 samolotów przeciwnika, tracąc 237 pilotów.
F r a n c j a, za przyczyną kilku bogatych ludzi, zafascynowanych lataniem, stała się w Europie niekwestionowaną kolebka lotnictwa. Wymienić,
w tym miejscu, należy, hr. Henry’ego Deutsch de la Meurthe’a i braci André
i Edouardo Michalin. We francuskiej literaturze przedmiotu można niekiedy spo22
Bronisław Matyjewicz-Maciejewicz oficer w służbie rosyjskiej, instruktor pilotażu w szkole lotniczej
w Sewastopolu /w lipcu 1910 roku, jako jeden z pierwszych Polaków ukończył kurs pilotażu we Francji
uzyskując dyplom Pilota Aeroklubu Francuskiego nr 152. W tym samym roku osiągnął rekord wysokości
lotu /w lotnictwie rosyjskim/ - 1200 m, na samolocie Blèriot X-2bis.
45
tkać stwierdzenie, że pierwszym człowiekiem, który dokonał, jeszcze w 1890 roku, udanej próby lotu był Clement Ader /1841-1925/. Oczywiście, nie musimy się
z tym zgadzać. Trzeba jednak wiedzieć, że C. Ader zbudował, na zamówienie
francuskiego ministerstwa wojny, samolot silnikowy, a jego wersja Avion III została komisyjnie wypróbowana 14 października 1897 roku. Ale próba zakończyła
się fiaskiem gdyż, jak się wydaje, Ader nie posiadał wystarczających umiejętności pilotowania. Z pewnością jednak, ta prekursorska działalność C. Adera stała
się rzeczywistym początkiem późniejszych osiągnięć francuskiego lotnictwa.
Niebawem, we Francji pojawiła się liczna grupa naprawdę wspaniałych lotników
i konstruktorów. Pierwszy, liczący się krok zrobił Alberto Santos Daumont
/1873-1932/, z pochodzenia Brazylijczyk, który zaczął od sterowców, ale już 13
września 1906 roku na samolocie własnej konstrukcji Antoinette oderwał się, na
krótką chwilę, od ziemi. Po dwóch miesiącach, kroniki lotnicze odnotowały, ustanowiony przez niego, nowy rekord, tj. lot na wysokości 5 metrów i na odległość
220 m. Obok Dumont’a, wielkie zasługi należą się także: znakomitemu konstruktorowi i lotnikowi Gabrielowi Voisin’owi /1880-1973/ i jego bratu, uczniowi braci
Wright, Charles’owi Voisin’owi /1882-1912/ oraz dyktatorowi ówczesnej mody
lotniczej Robertowi C. A. Esnaultowi Pleterie’mu /1881-1957/, a także Hubertowi Lathamowi /1883-1912/ i wreszcie, L. Blèriot’owi.
W 1910 roku, Francuzi, wbrew temu, co mówiło się wtedy u ich wschodniego sąsiada o nieprzydatności samolotów do prowadzenia wojny, na serio zastosowali je do obserwowania ruchów wojsk i wykonywania zdjęć lotniczych podczas manewrów przeprowadzonych w Picardii, w północnej Francji. Samoloty
były pilotowane, między innymi, przez Louisa C. Bergueta /1880-1955/ i H. Lathama.
Jesienią następnego roku odbyły się, po raz pierwszy, francuskie ćwiczenia
lotnicze z udziałem, aż 28 lotników. Podczas ćwiczeń dwóch z nich poniosło
śmierć, ale nic już nie było w stanie powstrzymać biegu wydarzeń, zaś francuska
szkoła latania zyskiwała coraz większe uznanie w Europie. W Ministerstwie Wojny utworzono XII. Departament - Service de l’Aéronautique, a przy istniejącej już
od wielu lat kompanii balonów, sformowano dziesięć sekcji lotniczych tworzących
trzy grupy lotnicze /Wersal, Reims i Lyon/. Na czas manewrów, sekcje lotnicze
formowały najmniejsze jednostki taktyczne - eskadry. Ustawa z 29 marca 1912
roku, w sprawie powołania lotnictwa wojskowego, przewidywała utworzenie etatu
personelu lotniczego: oficerów – pilotów 234, obserwatorów 210, mechaników
42; podoficerów - 110; kaprali saperów 1600; szeregowych nie specjalistów 500
oraz utworzenie floty powietrznej w liczbie 344 samolotów.
W 1913 roku nastąpił dalszy postęp w organizacji francuskiej służby lotniczej, mianowicie utworzono dwa piony Service de Fabrication d’ l’Aéronautique
/S.F.A./ i Service Technique d’Aviation /S.T.A./, które poprzez inspektorów podlegały szefowi XII Departamentu Ministerstwa Wojny. W Vincennes /region Îlede-France/, powstało także specjalistyczne laboratorium naukowe dla potrzeb
lotnictwa.
Wojna światowa spowodowała nagłe przyspieszenie rozwoju francuskiego
lotnictwa wojskowego. Obok prowadzenia rozpoznania powietrznego (taktycznego i operacyjnego) samoloty zaczęto wykorzystywać do bombardowania (bliskie-
46
go i dalekiego) i zapewnienia panowania w powietrzu. Francuzi, jako pierwsi,
zamontowali, na samolocie wojskowym, karabin maszynowy /k.m./kaem/. Na
skrzydle Nieuporta 9 Bébé umocowano k.m. z magazynkiem na 10.sekundową
serię /47 nabojów/. Do Francuzów należy też pierwsza zwycięska walka powietrzna z użyciem pokładowej broni strzeleckiej. 05 października 1914 roku,
w okolicach Jouchery-sur-Vesle /Francja/ sierżant Joseph Frantz wespół z mechanikiem Louisem Quennault zestrzelili, przy pomocy kaemu Hotchkiss
/zamocowanego na skrzydle Voisin)/ samolot niemiecki, dwupłat Etrich TAUBE.
Walki powietrzne rozgorzały na dobre od momentu, gdy udało się zsynchronizować obroty śmigła z ogniem kaemów. Umożliwiło to strzelanie „przez śmigło”
i celowanie „całym samolotem”. Ten znaczący postęp techniczny i taktyczny lotnictwo wojskowe zawdzięczało Holendrowi, zamieszkałemu na stałe w Niemczech, Anthonemu Hermanowi Gerhardowi Fokkerowi /1890-1939/. W momencie wybuchu wojny, francuskie lotnictwo wojskowe liczyło 23. eskadry frontowe /po sześć samolotów/, ale łącznie nieco więcej - 156 samolotów. Trudno
nie wspomnieć istotnym wkładzie w rozwój
lotnictwa /wojskowego/ we Francji Rolanda
Garrosa /1888-1918/, wspaniałego pilotaoblatywacza, który zdobył sławę nieustraszonego myśliwca słynnej eskadry MS-23
/Morane-Saulnier/. Uczynił ważny krok na
rzecz stworzenia „Escadrillees de Chasse”
/„eskadr polujących”/, przystosowując śmigło
swojego Morane-Saulnier’a L do strzelania
z kaemu, nieruchomo zamontowanego na kadłubie samolotu.
W przełomowym okresie bitwy pod Verdun /luty 1916/, lotnictwo francuskie zostało
zaskoczone użyciem przez niemiecką Luftwaffe /Niemców/ dużej ilości samolotów myśliwskich. W odpowiedzi, dowództwo francuskie
poleciło ppłk. pil. de Rose „oczyścić niebo
nad Verdun”. De Rose, w krótkim czasie,
utworzył w Bar-le-Duc z sześćdziesięciu doborowych pilotów XII dyon myśliwski /osiem
René Fonck, as myśliwski francuskiego eskadr/, przywracając zachwianą równowagę
lotnictwa w okresie I wojny światowej
sił w powietrzu. Należy przyznać, że francuskie
/75 zwycięstw/.
lotnictwo wojskowe, jako pierwsze, wprowadziło zasady zespołowej walki powietrznej, lecz liczące się sukcesy bojowe na tym
polu, należały do strategów i pilotów niemieckich. Piloci francuscy wylansowali
pojęcie asa myśliwskiego /lotniczego/. Zostało to oficjalnie przyjęte we francuskim obyczaju i prawie wojskowym, a tym zaszczytnym tytułem mógł się poszczycić ten pilot, który odnotował „na swoim koncie” co najmniej pięć niekwestionowanych zestrzeleń /zaliczano również zniszczenie balonu obserwacyjnego/.
47
W końcowej fazie wojny, Lotnictwo Wojskowe Francji składało się z 258
eskadr zaangażowanych w bezpośredniej walce /łącznie 4.398 samolotów/. Możliwości produkcyjne francuskiego przemysłu lotniczego sięgały ponad 23. 000
samolotów. Sformowano nawet, division aerienne /dywizję powietrzną/. Za najlepszy samolot francuski w latach I. wojny światowej uchodził SPAD-13c1, konstrukcji inż. Louisa Bécherau.
Do grona najsłynniejszych asów lotniczych lotnictwa francuskiego zaliczeni
zostali: René Fonck /75 zestrzeleń/, Georges Guynemer /53 zestrzelenia, zginął w walce powietrznej/, Charles Nungesser /43/, Georges Madon /41/, Adolphe Pigoud /7/, R. Garros /5/.
W
N i e m c z e c h, od samego początku, żywe zainteresowanie aeroplanami wykazywał wielki potentat przemysłowy Krupp /Gustaw/ von Bohlen und
Halbach /1870-1950/, roztaczając pieczę nad pierwszymi lotnikami i ich „zwariowanymi”, nie zawsze latającymi maszynami. Ale również niemieccy wojskowi
dość szybko docenili perspektywy i szanse, jakie stwarzało ewentualne przystosowanie samolotu dla potrzeb prowadzenia działań bojowych. Już w 1910 roku,
w Döberitz /Prusy/ utworzono centrum szkolenia oficerów lotnictwa wojskowego.
Rok później, kurs ukończyło pierwszych dwudziestu pilotów. Jesienią tego roku,
samoloty wzięły udział w cesarskich manewrach przeprowadzonych niedaleko
Poznania. Sterowce, doskonalsze od francuskich, tym razem jeszcze zaprezentowały się korzystniej, co zaważyło, że opinie niemieckich strategów, odsunęły,
kwestię bojowego wykorzystania samolotów, na dalszy plan.
03 lipca 1913 roku utworzono ILUK /Inspection des
Militär-Luft und Kraftfahrwesens - Inspekcję Aeronautyki
i Samolotów Wojskowych/.
Istniały już wtedy cztery pruskie baony lotnicze /po trzy
kompanie i sześć samolotów
w każdej z nich/ i baon bawarski /dwie kompanie/. Nadal jednak, nie brakowało
zdecydowanych przeciwników
wprowadzenia samolotów na
grunt niemieckiej myśli wojskowej, a słynne Zeppeliny
jeszcze przez dłuższy czas zaJedna z pierwszych, niemieckich konstrukcji lotniczych,
chowywały mocną pozycję w samolot rozpoznawczy Rumpler R IV TAUBE z 1913 roku.
umysłach wielu strategów wojskowych. Niemniej, zapadła decyzja, że w ciągu
dwóch lat zostanie zorganizowany system patrolowania przez samoloty obszaru
powietrznego wzdłuż wschodnich i zachodnich granic państwa. W tym celu przystąpiono do budowy dużych hangarów i warsztatów lotniczych. Wojna zastała
lotnictwo niemieckie już w całkiem dobrej kondycji. W skład Luftfahrtu wchodziło
44 eskadry, razem 232 samoloty bojowe. Na linii frontu znalazły się Fookery
48
w wersji EI, EII i EIII z zamontowanymi kaemami. Na uwagę zasługuje konsekwencja, z jaką niemieccy konstruktorzy dążyli do, jak najlepszego wykorzystania
samolotów w walce o panowanie w powietrzu. Pomagał im w tym bardzo wydatnie A. Fokker i współpracujący z nim zespół inżynierski Heinricha Lubbe. Fokkery pilotowane przez zasłużonych lotników, między innymi, Maxa Immelmana
i Oswalda Boelcke /1891-1916/, spisywały się bardzo dobrze, w przeciwieństwie
do francuskich MS i angielskich BE-2c, które dość często spadały na ziemię.
W listopadzie 1914 roku, zorganizowany został B.A.O. /Brieftaubenabteilung
Ostende - Oddział Gołębi Pocztowych „Ostende”/ składający się z sześciu
eskadr po sześć samolotów przeznaczonych do rajdów bombowych na Londyn
i niektóre miejscowości na kontynencie, między innymi, Dunkierkę. W celu ujednolicenia systemu kierowania całością lotnictwa, 11 marca 1915 roku utworzone
zostało stanowisko Schef des Feldflugwesens /szefa lotnictwa/ podporządkowane kwatermistrzowi Wojskowej Kwatery Głównej. Dekret cesarski z 08 października 1916 roku zmienił jednak sytuację i w miejsce szefa lotnictwa wprowadzono
stanowisko Kommandierender General der Luftstreitkräfte /dowódcy Aeronautki
i Obrony Przeciwlotniczej/, przełożonego sił lotniczych bazujących w kraju i lotnictwa frontowego. Wzrosła pozycja oficerów sztabów – doradców dowódców
armii ds. lotnictwa, którzy stali się dowódcami lotnictwa armijnego. Lotnictwo zostało przywiązane do struktury terenowej, obowiązującej ogólnowojskowe grupy
operacyjne. Długotrwała wojna pozycyjna i wynikający z tego faktu bardzo ogólny
podział lotnictwa niemieckiego, na lotnictwo bojowe i lotnictwo współdziałania,
spowodował przyjęcie zasady, że to ostatnie, w przypadku luzowania wojsk naziemnych, pozostawało na miejscu. Pozwalało to na zachowanie ciągłości obserwowania zmiana na polu walki i perfekcyjne wykorzystanie, przez lotników,
znajomości terenu.
Coraz wyraźniej rysujące się potrzeby obrony powietrznej własnego terytorium stawały się jednym z najistotniejszych przyczynków tworzenia się kolejnego,
po rozpoznawczym i bombowym, rodzaju lotnictwa - l. myśliwskiego. Istniejący,
już od pierwszego roku wojny, Polowy Oddział Lotniczy /Feldflieger Abt. 62/
wkrótce został przekształcony w KEK /Kampfeinsitzer Komando - Jednostki Lotnictwa Myśłiwskiego/ w Habsheim, co oznaczało, że powstały pierwsze eskadry
myśliwskie. Fokkery czuły się w powietrzu dość swobodnie, dopóki Anglicy nie
wprowadzili do działań myśliwca – dwupłata, firmy Airco, D.H.2 „Pusher”
/pchacza, tj. samolot ze śmigłem pchającym/, który wyszedł spod ręki konstruktora Geoffrey’a de Havillanda /1882-1965/. Był to brzydki, ale bardzo zwinny samolot, który doskonale sprawdzał się w walce powietrznej.
W 1916 roku, Niemcy dopracowali się także, kilku niezłych samolotów myśliwskich. Na czoło wysunął się Albatros D II, uzbrojony w synchroniczny kaem
LMG 08/15 Spandau , kal. 7,92 mm. Albatrosy grupowano w Jagdstaffel (eskadra myśliwska, w skr. JASTA), po 12 samolotów w każdej. W 1917 roku zaczęły
powstawać całe dywizjony myśliwskie, złożone z 30-40 samolotów, a później
nawet trzy- lub cztero-dywizjonowe pułki myśliwców.
W !917 roku, ostatecznie ujednolicona została struktura lotnictwa znajdującego się w podporządkowaniu grup operacyjnych (2-3 dywizje piechoty). Na czele stał Gruppenführer der Flieger, któremu podlegały: jedna eskadra rozpoznaw-
49
cza, 2-3 eskadry dywizyjne, jedna eskadra myśliwska oraz, przy każdej dywizji,
po jednej eskadrze obronnej (w późniejszym czasie zostały przeformowane
w eskadry obronne).
W ostatnim roku wojny,
Niemcy posiadali na froncie,
bagatela (!) ok. 2700 samolotów, zorganizowanych w 370
eskadrach. /172 eskadry rozpoznawcze, 91 myśliwskich i 67
bombowych/. Roczna produkcja
/średnio za okres wojny/ okazała się też imponująca - 14. 123
maszyny. Nowsze wersje Albatrosów, III i V, w opinii ówczesnych lotników, nieco mniej
udane, stanowiły 2/3 całości
niemieckiego sprzętu lotniczeSamolot „Czerwonego Barona” Manfreda von Richthofena - Fokker Dr.I /Fot. int. rekonstrukcja samolotu
go. Produkowano je, między
w skali 1x1/
innymi, w Ostdeutsche Albatros
Werke, w dzisiejszej Pile. Najefektywniejszą, wojenną konstrukcją lotniczą był, manewrowy myśliwiec, Fokker D VII.
W końcowej fazie wojny,
Niemcy poczynili ogromne Potępy w technice lotniczej. Powstały pierwsze konstrukcje
dźwigarowe /wolnonośne/, nie
tylko drewniane, ale i metalowe. W okresie I. wojny światowej Cesarskie Niemcy
wyprodukowały ok. 45000 samolotów różnych typów.
Wielu niemieckich pilotów myśliwskich zdobyło sobie zasłużoną sławę,
szczególnie zaś: rotmistrz Manfred von Richthofen /1895-1918, wcześniej był
kawalerzystą/, zwany „Czerwonym Diabłem” /80 zestrzeleń/, który sam został
zestrzelony /nad przełęczą Morlancourt, w Dolinie Sommy, w ostatnim roku wojny w walce, jaka wywiązała się pomiędzy jego „Czerwoną Eskadrą” a pilotami
RAF. Manfred von Richthofen ruszył w pościg za Sopwith’em F.1 „Camel” kanadyjskiego pilota /podobno lotniczego żółtodzioba, któremu w dodatku zacięły
się karabiny maszynowe i zwiewał do swoich/ Wilfridem May’em, gdy nagle
znalazł się w ogniu broni pokładowej kpt. Arthura Browna23. Wielokrotnymi
23
Należy się jednak uzupełnienie do tej informacji, bowiem sekcja zwłok wskazywała, że śmiertelny pocisk został wstrzelony od dołu /przeszywając wątrobę, serce i płuca lotnika/, a więc prawdopodobnie pochodził z ostrzału przeciwlotniczego. Współczesne wnioski dowodzą, że mógł być to pocisk z przeciwlotniczego karabinu maszynowego żołnierzy z 53. australijskiej baterii polowej /ściślej sierż. Snowy
Evans’a, chociaż nie można wykluczyć, że mógł to być inny żołnierz/. Anglicy ciągle przypisują strącenie
Richthofena - kpt. A. Brown’wi. Na czerwono pomalowany, trójpłatowy myśliwiec Richthofena Fokker
DR. I. o numerze bocznym 425/17 spadł na pole w pobliży drogi Corbie-Bray. Wydaje się jednak, że już
nigdy, tak do końca, nie da się wyjaśnić tej sprawy. Jedno jest pewne, 21 kwietnia 1918 roku zginął 26.
letni, do tamtej chwili, niezwyciężony, najsłynniejszy pilot z czasów I. wojny światowej - Manfred von
50
zwycięzcami byli także: Ernest Udet /60/, Rudolf Berthold, popularny „Szczęściarz” /44/, Oswald Blöecke /40/, Joseph Jacobs /35/.
W dziedzinie rozwoju techniki lotniczej, A n g l i a
nigdy nie pozostawała w tyle. Brytyjskie tradycje lotnicze rozpoczął, wspomniany już wcześniej,
konstruktor H. Phillips i jego „nie latający” aparat - nazwany przez historyków,
trochę żartobliwie - żaluzją, ze względu na bliskie podobieństwo konstrukcji
„skrzydeł” do okiennych żaluzji.
W tym okresie, miał swój lotniczy debiut H. Maxim, ale też nie bardzo udany. W 1910 roku, Moore Barbizon, za przelot po kręgu o długości mili, zapisał
się, jako pierwszy, na liście zdobywców specjalnej nagrody „Daily Mail”.
Tworzenie lotnictwa wojskowego zaczęło się, podobnie jak w innych krajach,
od szkolenia oficerów w pilotażu i od udziału pojedynczych samolotów
w manewrach wojskowych. 01 marca 1911 roku, w Farnborough zorganizowany
został pierwszy pododdział lotniczy /Air Battalion/, w ramach istniejącego już
wcześniej baonu balonowego. Do końca tego roku, zgromadzono dziesięć samolotów, głównie produkcji francuskiej. 12 maja 1911 roku odbyły się, pierwsze
w tym kraju, ćwiczenia samolotów wojskowych, w których uczestniczyło 14.tu
lotników, a wśród nich Blériot i W. Wright. Samoloty wykonywały zadania obserwacyjne, przekazywały meldunki z powietrza oraz zrzucały niewielkie pociski
artyleryjskie, przystosowane do funkcji bombardowania.
W 1912 roku, podkomitet techniczny Komitetu Obrony Imperium opracował
plan organizacji aeronautyki. Utworzony został Królewski Korpus Lotniczy (Royal
Flying Corps/ w składzie dwóch skrzydeł: Military Wing /Skrzydło Wojsk Lądowych; siedem eskadr po 12.cie samolotów oraz kompania balonowa) i Royal Naval Wing /Skrzydło Królewskiej Marynarki Wojennej; kilka stacji lotnictwa morskiego i szkoła pilotów lotnictwa morskiego/ oraz tzw. siły rezerwy R.F.C. W tym
samym czasie, powstała również Centralna Szkoła Lotnicza i Wojskowe Zakłady
Lotnicze /Army Aircraft Factory/.
Na początku 1913 roku, R.F.C. przemianowany został na Royal Air Force
/RAF, Królewskie Siły Powietrzne/, które posiadały: w Farnborough - 1. dyon balonowy i 4. dyon lotniczy oraz park lotniczy; w Salisbury Plain - 2. i 3. dyony lotnicze; w Upavon - Centralną Szkołę Lotniczą /CSL/. Razem 36 samolotów w dywizjonach lotniczych, 25-30 samolotów w CSL i około 100 pilotów. Nieco później
sformowano dyon lotnictwa lądowego, a przy Ministerstwie Wojny powstały dwa
departamenty sił powietrznych, ze wspólną Air Committee /Komisją Powietrzną/.
Na miesiąc przed wojną, 23 czerwca 1914 roku, zmieniono jednolitą Dotą organizację lotnictwa wojskowego, przydzielając, zgodnie z przeznaczeniem, Military
Wing do Wojsk Lądowych, a Naval Wing /jako Naval Air Service/, do Marynarki
Richthofen /Norbert Bączyk, Śmierć Czerwonego Barona” /w/ Polska Zbrojna Nr 32 z 6 sierpnia 2006
roku s. 34-35/.,
51
Wojennej. Podstawę siły angielskiego lotnictwa stanowiło Skrzydło Lądowe, które
w przeddzień wojny składało się z siedmiu squadrons /eskadr/ po trzy flights
/klucze/, w każdym po cztery samoloty.
W dziedzinie sprzętu, jedną z najnowocześniejszych, uniwersalnych, angielskich konstrukcji lotniczych był Royal Aircraft Faktory F.E.2b /Farman Experimental/ G. Havillanda z 1913 roku, produkowany w zakładach w Farnborough,
w hrabstwie Hampshire. Samoloty zostały wyposażone w karabiny maszynowe
„Maxim”. Pierwszorzędne znaczenie Anglicy przywiązywali do rozwoju konstrukcji myśliwców. Przykładem jest Bristol 1 „Scout” /„Zwiadowca”/ z 1914 roku, konstruktorów - Franka Barnwella i Harry’ego Busteeda. „Scout” posiadał, seryjnie
montowane, karabiny maszynowe.
Pilot myśliwski Lanoe
Hawker, w dniu 25 lipca 1915
roku na Bristolu „Scout C”,
zestrzelił
trzy
niemieckie
samoloty rozpoznawcze, za
co otrzymał najwyższe odznaczenie - Victory Cross
/Krzyż Zwycięstwa/. Wysoką
ocenę uzyskiwały także inne,
podobne konstrukcje z rodziny „Bristol”, a mianowicie
Bristol
M1 i Bristol F2B
/dwumiejscowy, pilot i strzelec/. Prawdopodobnie, tylko
angielski tradycjonalizm i wroAngielski Sopwith F.1 „Camel” /„Wielbłąd”/
dzona powściągliwość stanęły
na przeszkodzie w uzyskaniu, przez te samoloty, znaczniejszych sukcesów
w walkach powietrznych. Na marginesie, warto zauważyć, że samoloty Bristol
F.2B /Fighter/, po wojnie zakupiła w znacznych ilościach, Polska.
Dobrze spisywał się myśliwiec Royal Navy, Air Service Sopwith „Pup”
/„Szczeniak”/. Jego konstruktorem był Thomas Sopwith. „Pupek” skutecznie
wypełniały swoją rolę w Home Defence /w obronie kraju/. Były to niewielkie, bardzo zwrotne samoloty, uzbrojone w zsynchronizowane kaemy Vickers kal. 7,7
mm.
Dużą karierę zrobiły również, myśliwce Sopwith „Triplane” /„Trójkąt”/ oraz
jeszcze większą - Sopwith F.1 „Camel” /„Wielbłąd”/, chyba najsłynniejsze i najlepsze samoloty myśliwskie podczas I. wojny światowej. Właśnie, na „Camels”
piloci francuscy uzyskali najwięcej zestrzeleń. Pod koniec wojny, na froncie znajdowało się ponad 800 „Camels” /po jej zakończeniu kilka z tych maszyn trafiło do
Polski/.
W lipcu 1917 roku, Anglicy stworzyli spójny system obrony przeciwlotniczej
obszaru kraju. Najważniejszym elementem systemu był LADA /London Air Defence Area - Rejon Obrony Powietrznej Londynu/. LADA składał się z pasa zapory artyleryjskiej, znajdującego się 32 km na wsch. od Londynu oraz stref działania lotnictwa myśliwskiego w głębi rejonu. Całość systemu spięta była siecią po-
52
sterunków obserwacyjno-meldunkowych. Jak z tego widać, Brytyjczycy pokładali
dużą nadzieję w lotnictwie. Tymczasem, cała sprawa wyglądała raczej źle. Lloyd
George, w celu kompleksowego zbadania możliwości lotnictwa w wykonywaniu
zadań obronnych oraz w przeprowadzaniu bombardowań strategicznych, powołał specjalna komisję pod przewodnictwem generała Johna C. Smutsa /18701950/. Komisja zaleciła połączenie lotnictwa lądowego i morskiego oraz utworzenie odrębnego ministerstwa lotnictwa. Połączenie obu rodzajów lotnictwa nastąpiło w październiku 1917 roku., a w dniu 02 stycznia 1918 roku powołano do życia Air Ministry /Ministerstwo Lotnictwa/ i Air Council /Radę Lotnictwa/, na czele
z ministrem i przewodniczącym Rady, lordem Haroldem Sidney’em Rothermerem /1868-1940/.
Lotnictwo frontowe zgrupowane zostało w The Independent Air Force
/Niezależnych Siłach Powietrznych/, którymi dowodził generał Hugh Trenchard,
hołdujący poglądowi, że samolot jest, przede wszystkim, zaczepnym rodzajem
uzbrojenia, ponieważ „niebo jest za obszerne, aby go obronić”.
U schyłku wojny, Anglicy posiadali blisko 200 eskadr, ogólną liczbą 1.632
samolotów. Lotnicy angielscy stoczyli na froncie Zachodnim, od VI 1916 r. do XI
1918 r. 6.704 walki powietrzne. Straty własne wynosiły 1.484 samoloty (straty
brytyjskie na wszystkich frontach - 2.236 samolotów). W ogóle, w okresie wojny
Anglicy zużyli 39.592 samoloty, w tym 18.279 maszyn szkolnych. W dyspozycji
posiadali ogółem 675 lotnisk!
Wśród całej plejady asów brytyjskiego lotnictwa największy rozgłos zdobyli:
Edward Mannock /73 zestrzelenia/, w kolejności dwaj Kanadyjczycy - William
Bishop /72/ i Raymond Collishow /60/, Donald R. Mac Laren /54/, William G.
Barker /53/, Albert Ball /44/ i inni.
R o s j a, pomimo że nie posiadała rozwiniętego przemysłu i najnowszych technologii, na rozwój lotnictwa nie żałowała pieniędzy. Natomiast,
miała wielu zapaleńców gotowych na wszystko, choćby wspomnieć o Konstantym E. Ciołkowskim, Mikołaju Żukowskim /1833-1895/ czy o, wspomnianym
już wcześniej, Aleksandrze T. Możajskim. Ten ostatni, przy wsparciu Ministerstwa Spraw Wojskowych, w 1882 roku zbudował prawdziwy samolot wyposażony w skrzydła, stery i oryginalny silnik parowy. Są i tacy, którzy twierdzą, że Możajski oderwał się na tym wehikule od ziemi i nawet latał na poligonie w Krasnym
Siole. Trudno jednak dać temu wiarę. Jedno jest pewne, że Możajski poszedł ze
swoimi pomysłami we właściwym kierunku. Rosja szkoliła swoich oficerówpilotów, bądź we Francji, bądź też w utworzonej w 1910 roku, własnej szkole lotniczej w Gatczynie k. Petersburga. Jeśli chodzi o wyposażenie w sprzęt, to Carska Rosja zakupiła kilkanaście samolotów wojskowych we Francji typu Nieuport
10/11/17/21 i Nieuport 23 oraz Voisin LA oraz samoloty angielskie typu Sopwith
1½. W 1912 roku istniało już pięć kompanii lotnictwa. Władze carskie przewidywały wyposażenie każdego korpusu wojsk lądowych i każdej twierdzy obronnej
w jedną eskadrę lotniczą. W 1913 roku utworzono Dowództwo Floty Powietrznej
/Uprawlenije Wozdusznawo Fłota/ podporządkowane Naczelnemu Kierownictwu
Wojskowo-Technicznemu dla lotnictwa lądowego oraz Uprawlenije Morskoj
Awiacji, dla lotnictwa morskiego. Rosjanie, jako pierwsi na świecie /konstruktor
53
Igor Sikorski/, rozpoczęli budowanie samolotów-olbrzymów, przystosowanych
do transportu kilkutonowych ciężarów i ludzi. Prościej mówiąc, były to ciężkie
bombowce dalekiego zasięgu, o nazwie Russkij Witeź, a nieco później - w nowszej wersji - Ilja Muromiec z 1913 roku, /cztery silniki typu Argus o mocy 400 KM,
prędkość - 95 km/godz., udźwig - 1200 kg, załoga - 8 osób/. Za rok, w grudniu
1914 roku, pierwsze Ilja Muromiec, sformowane w specjalistyczną jednostkę inżynieryjną, rozpoczęły chrzest bojowy w starciu na froncie wschodnim z Niemcami i Austro-Węgrami. Również, w tym samym roku 1913, inny entuzjasta Dymitr Pawłowicz Grigorowicz zbudował kilka wodnosamolotów dla Carskiej Marynarki Wojennej. W efekcie tych wysiłków, w przeddzień I. wojny światowej
„Olbrzym” Carskich Sił Powietrznych „Russkij Witeź”. Fot. Int.
Carskie Siły Powietrzne były, obok lotnictwa francuskiego, bardzo dobrze wyposażone i przygotowane do działań wojennych. W literaturze przedmiotu najczęściej można spotkać, że rosyjskie siły powietrzne w tym czasie liczyły około 240
samolotów różnych rodzajów. Wzorem ówczesnych poglądów na rolę i zasady
działania lotnictwa wojskowego, w pierwszym okresie wojny poszczególne kompanie samolotów były przydzielone do jednostek liniowych. Podstawowym zadaniem lotników miało być prowadzenie rozpoznania z powietrza i naprowadzanie
własnej artylerii na cele naziemne przeciwnika. W okresie I. wojny światowej
Carska Rosja wyprodukowała ok. 5000 samolotów.
Na wspomnienie zasługują wojskowi piloci rosyjscy, pierwsi bohaterowie
walk powietrznych: płk Aleksander Aleksandrowicz Kazakow /1889-1919/ - 20
zwycięstw, por. Wasyl Janczenko /1894-1959/ - 16 zwycięstw i kpt. Paweł Argiejew - 15 zwycięstw.
Swój
niemały wkład w rozwój światowego lotnictwa wnieśli również
polscy konstruktorzy i piloci. Powstanie i rozwój lotnictwa wojskowego przypadł na okres, gdy Polska znajdowała się pod rozbiorami i nie miała własnej armii. Niemniej, również i w takim, bardzo dramatycznym położeniu, Polacy walcząc w armiach zaborców potrafili wybijać się ponad przeciętność i wielu z nich
znalazło się w czołówce tych, co opanowywali przestworza. Już w 1910 roku,
pojawiły się na listach absolwentów francuskich szkół pilotów w Pau i Reims polskie nazwiska: Jerzy Jankowski /w 1911 roku, jako pierwszy z Polaków osiągnął
wysokość na samolocie Blériot XI - 500 m/, Henryk Segno /1882-1964/, Adam
54
Haber-Włyński /1883-1921, zginął śmiercią lotnika/, Włodzimierz Mazurkiewicz
/1875-1927/, Bronisław Matyjewicz-Maciejewicz /1882-1911, jako pierwszy
z Polaków uzyskał tytuł i uprawnienia pilota Aeroklubu Francuskiego – Brevet de
pilote – aviateur nr 152, zginął śmiercią lotnika/ i Grzegorz Piotrowski /19101935/ i jedna z najbardziej popularnych postaci - Michał Scipio del Campo
/1887-1964/. Ale faktyczne początki polskiego lotnictwa należałoby łączyć z inicjatywą grupy naukowców i studentów późniejszej Politechniki Lwowskiej
/wcześniej, Szkoły Politechnicznej/. Zaczęło się od założenia spółki Awiata, której
celem miało być organizowanie dla ludności lotów aeroplanami nad Lwowem itd.
Co prawda, spółka Awiata nie odegrała większej roli na tym polu, Jednakże, niejako równolegle, na gruncie lwowskiego środowiska politechnicznego, utworzony
został Związek Awiatyczny Słuchaczów Politechniki Lwowskiej, który miał już
bardzo konkretną formułę zmierzającą do rozpoczęcia polskiej „drogi w przestworza”. Pod koniec 1910 roku, pojawiła się pierwsza, sprawdzona w locie, polska konstrukcja lotnicza, której twórcami byli: lwowiak - Czesław Zbierański
/1885-1982/ i Stanisław Cywiński /1884-1939/ z Radomia24. Pierwszą próbę
samolotu w locie, która omal nie zakończyła się tragicznie /od iskrownika nastąpił
zapłon benzyny i w konsekwencji spłonęła część poszycia samolotu/, przeprowadził sam konstruktor Cz. Zbierański. Kolejną, ale już udaną próbę, przeprowadził 25 września 1911 roku, w Warszawie, na Polach Mokotowskich M. Scipio
del Campo /w 1911 roku powstało Warszawskie Towarzystwo Lotnicze i zakłady
lotnicze „Awiata”, a przy nich szkoła pilotów, z którą łączą się nazwiska Henryka
Segno – 1882-1964 i M. Scipio del Campo/. Żywot samolotu nie był jednak zbyt
długi. W 1914 roku spłonął w magazynach wystawowych krakowskich Oleandrów.
W tym czasie, pojawiły się nazwiska profesorów Politechniki Lwowskiej prof. inż. Edwina Hauswalda /1868-1942/, prof. inż. Maksymiliana Tytus Hubera /1872-1950/, prof. inż. Zygmunta Sochackiego /1877-1954/ i inż. Władysława Kohmana-Floriańskiego /1880-1952/, które wkrótce wpisały się na karty
lotniczych osiągnięć polskiej szkoły lotnictwa. W tym samym, 1910 roku, zespół
pod kierownictwem inż. Jana Webera, z udziałem prof. Z. Sochackiego i kilku
studentów Politechniki Lwowskiej rozpoczął budowę samolotu dwupłatowego
z silnikiem poznańskiej firmy Körting o mocy 40 KM i 12.metrowej rozpiętości
skrzydeł. Konstrukcja została szczęśliwie ukończona i w następnym roku odbyła
się próba w powietrzu, ale fatalnie zakończona zniszczeniem maszyny.
Jednakże, wkrótce powstały kolejne konstrukcje, m.in. inż. J. Webera i inż.
Edmunda Libańskiego /1862-1828/ oraz bardzo energicznych konstruktorów braci Władysława i Tadeusza Kohman-Floriańskich, którzy zbudowali własny
samolot. Niestety, zanim konstrukcja została całkowicie ukończona, rozpoczęły
się działania wojenne i maszyna została skonfiskowana przez Austriaków. Ofensywa rosyjska tak zaskoczyła Austriaków, że nie zdążyli jej zabrać ze sobą. Rosjanie, po przejęciu samolotu i dokończeniu prac montażowych, używali go do
24
Samolot Zbierańskiego był jednomiejscowym dwupłatem z rur stalowych /kratownicę z rur wykonywał
Cywiński/ i z drewnianym ożebrowaniem skrzydeł i sterów, pokrytych płótnem. Budowę samolotu,
wraz z montażem silnika benzynowego, zakończono w 1911 roku.
55
lotów zwiadowczych. Wiadomo jednak, że maszyna uległa zniszczeniu w wyniku,
bliżej niewyjaśnionego, wypadku lotniczego.
Wśród pierwszych pilotów byli także ci, którzy ukończyli rosyjskie szkoły lotnicze w Gatczynie i w Sewastopolu, m.in.: Gustaw Juliusz Ksawery Macewicz
/1878-1933, późniejszy, pierwszy Inspektor i Szef Departamentu Żeglugi Powietrznej Ministerstwa Spraw Wojskowych w latach 1919-1923/, Aleksander Serednicki /1886-1926/, Antoni Mroczkowski /1896-1977, as lotnictwa rosyjskiego, prawdopodobnie 5, bądź nawet 9 zwycięstw w walkach powietrznych na
froncie rosyjsko-niemieckim/, płk Zygmunt Studziński. Zaskoczeniem może być
informacja, że pierwsze loty polarne /w poszukiwaniu zaginionych członków wyprawy rosyjskich polarników pod kierunkiem Gieorgija Siedowa/, już w 1914 roku, wykonał Polak w służbie carskiej por. pil. Jan Nagórski /1888-1976/ na samolocie Farman-Maurice M.F.11. Należałoby przypomnieć także polskich lotników pochodzących z armii austriackiej /m.in. ppłk. pil. Stanisława Jasińskiego
/1891-1932, organizatora 1. eskadry bojowej w Krakowie/, ppłk. obs. Władysława Torunia /1889-1924/. Nie można nie przypomnieć także Czesława Tańskiego /1862-1894/, Mieczysława Garsztki /ur. 1896, asa myśliwskiego z okresu I wojny światowej, zginął w katastrofie lotniczej w 1919 roku/ i znanego pilotakonstruktora inż. Adolfa Warchałowskiego /1889-1952/, który - jako jeden
z pierwszych - nie tylko zdobył licencję pilota w szkole francuskiej, ale również
zajął się modernizowaniem i budowaniem konstrukcji lotniczych, osiągając liczące się rekordy na terenie Austro-Węgier. Na szczególną uwagę zasługuje Ludomił Rayski /1892-1977/, który ostrogi pilota wojskowego zdobywał … w Turcji25, zaś Włodzimierz Mazurkiewicz /1875-1927/ był instruktorem lotnictwa w …
Chinach. Por. pil. Stefan Pawlikowski /1896-1943, walczył we 96. Eskadrze
Myśliwskiej samolotów SPAD na froncie francusko-niemieckim /inny, polski pilot
tej eskadry - podchorąży Jan Raszewski zginął/.
Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, państwo polskie posiadało tylko
dwa rodzaje sił zbrojnych – wojska lądowe, których najważniejszym członem była
piechota, i marynarkę wojenną. W tym czasie, polskie władze wojskowe nie posiadały żadnych możliwości, by zacząć budować lotnictwo wojskowe w oparciu
o rodzime zasoby i mogły liczyć tylko na przejęcie lotnisk i samolotów użytkowanych wcześniej przez lotnictwo austro-węgierskie i niemieckie, zmuszone do
opuszczenia terytorium niepodległej Polski. Pomimo, że Niemcy i Austriacy większość swojego lotnictwa przerzucili wcześniej na front zachodni, to pewne ilości
samolotów i wyposażenia lotniczego znajdowało się jeszcze na ziemiach polskich. Wykorzystując taką sytuację, udało się opanować i zabezpieczyć bazy lotnictwa na Rakowicach w Krakowie /komendant lotniska - kpt. pil. Roman Antoni
Florer /1888-1973/, powstały tam dwie eskadry: I Eskadra Bojowa Lotnicza i III
25
W Turcji, Ludomił Rayski najpierw zetknął się z oddziałami samochodowymi, a dopiero potem rozpoczął służbę w tureckim lotnictwie, gdzie nawet zdobył niemałe uznanie tamtejszych dowódców. Powrócił
do kraju i latał w jednostkach myśliwskich i bombowych, a nawet wysoko awansował, aż do stanowiska
dowódcy polskiego lotnictwa. Nie zyskał jednak uznania w oczach Naczelnego Wodza gen. Władysława
Sikorskiego i nie mógł zasiąść za sterami bojowych samolotów. W okresie II wojny światowej, jako pilot
RAF, wykonywał loty transportowe, dostarczając samoloty do baz lotniczych w Afryce Płn. i na Dalekim
Wschodzie. Po katastrofie gibraltarskiej Rayski wrócił do lotnictwa polskiego. W ramach wsparcia lotniczego wykonywał loty na korzyść 2. Korpusu Polskiego oraz wykonywał zrzuty z powietrza w czasie powstania warszawskiego.
56
Eskadra Bojowa Lotnicza/; we Lwowie /lotnisko Lewandówka, II Eskadra Bojowa
Lotnicza, por. pil. Stefan Bastyr, 1890-1920/; także w Lublinie przejęto pięć
samolotów Fornier Lloyd C I wraz z zapleczem technicznym. Na tej bazie powstał tzw. Oddział Lotniczy w Lublinie, przemianowany na 2 Eskadrę Lotniczą.
W ręce polskich lotników przeszła również baza lotnicza na Mokotowie
/Warszawa/. Zdobyte zostało również lotnisko w Hureczku pod Przemyślem
/dowódca grupy lotniczej przemyślanin por. pil. Wiktor Robotycki/, skąd pod
ogniem Ukraińców zdołano ostatecznie ewakuować do Krakowa sześć z dwunastu samolotów/. Ale najważniejszym wydarzeniem było zdobycie i przejęcie niemieckiego sprzętu lotniczego zgromadzonego na lotnisku w Ławicy pod Poznaniem. Brawurowa akcja oddziału zbrojnego powstańców wielkopolskich /pod dowództwem ppłk. Andrzeja Kopy, 1879-1956/ zapobiegła wywiezieniu, bądź
zniszczeniu sprzętu i położyła kres niemieckim bombardowaniom Poznania. Na
lotnisku zabezpieczono łącznie kilkaset samolotów w różnym stanie technicznym
/najczęściej zdemontowanych samolotów szkolnych i wywiadowczych/, w tym
około 50.ciu maszyn gotowych do natychmiastowego wykorzystania. Co więcej,
polscy lotnicy wykonali natychmiast lot odwetowy na lotnisko we Frankfurcie
n/Odrą. Trzeba podkreślić, że był to pierwszy nalot bombowy wykonany przez
polskich lotników na nieprzyjacielskie terytorium. Polskie władze przejęły również
niemieckie lotniska w Bydgoszczy, w Toruniu i w Grudziądzu, chociaż Niemcy
zdołali z tych baz wywieźć samoloty i zniszczyć zaplecze lotnicze. Niemniej, jako
Polacy, mieliśmy już liczące się tradycje lotnicze, w tym także niewielką liczbę
pilotów i obserwatorów /ok. 110/, którzy dotąd służyli w obcych armiach, m.in. we
Francji oraz w armiach zaborczych /Rosji, Niemiec i Austro-Węgier/. Wspomnieć
należałoby, że impulsem do utworzenia pierwszej, polskiej eskadry bojowej była
sytuacja na froncie polsko-ukraińskim. Podczas walk o Lwów przejęte zostały,
częściowo zniszczone, austriackie samoloty Hansa-Brandenburg. Niektóre z nich
udało się doprowadzić do stanu używalności. 5 listopada 1918 roku, na kilka dni
przed odzyskaniem niepodległości, wzbił się w powietrze samolot pilotowany
przez dowódcę eskadry kpt. pil. Stefana Bastyra z obserwatorem por. Januszem de Beaurain /1893-1959, absolwent austriackiej Oficerskiej Szkoły Lotniczej i Wyższej Szkoły Lotniczej w Paryżu, dosłużył się stopnia generała brygady/.
Początkowo, grupy lotnicze i eskadry lotnicze wchodziły w skład wojsk lądowych i używana była nazwa - lotnictwo Wojska Polskiego. W tym czasie, Polska dysponowała różnymi typami samolotów, mianowicie: niemieckimi - Albatros
D.III, Albatros C.III, Albatros C.X, Albatros C.XII; Fokker D. VII, Fokker E.V
(D.VIII), LVG C i DFW C.V; francuskimi - Berguet XIV, Salmsnom 2A2 i SPAD
VII, SPAD XIII; angielskimi - Bistol F2B Fighter, Sopwith Dolphin i DH-9; włoskimi
- Ansaldo A-1 Balilla, Ansaldo SVA-9 i austro-węgierskimi - Oeffag D.III i Lloyd
C.V.
Pierwszym i niezwykle energicznym dowódcą lotnictwa był ppłk Hipolit
Łossowski /1888-1925/, który w krótkim czasie zorganizował dwie eskadry we
Lwowie oraz po jednej w Krakowie i w Warszawie. W tym okresie, polskie lotnictwo przeżywało ogromne trudności ze sprawnością sprzętu oraz ze szkoleniem
pilotów i mechaników. Dochodziło do wielu katastrof lotniczych, głównie w trakcie
szkolenia. Pomimo tych trudności prawie cała flota powietrzna była zmuszona
57
podjąć walkę na froncie ukraińskim. 15 listopada 1918 roku narodził się symbol
polskiego lotnictwa - biało-czerwona szachownica. Właśnie tym dniu, z oblężonego Lwowa wystartował do Warszawy samolot por. pil. Stefana Stanisława
Steca /1888-1921/ z namalowaną na nim szachownicą, która tak się spodobała
ppłk. H. Łossowskiemu, że już 1 grudnia tego samego roku stała się symbolem
całego polskiego lotnictwa wojskowego. Do tej pory, lotnicy samoistnie malowali
różnorodne znaki rozpoznawcze, np. znak rodła, biało-czerwone wstęgi, pasy,
rycerskie tarcze itp. Biało-czerwona szachownica była już wcześniej znakiem
rozpoznawczym por. S, Steca, jeszcze wtedy, gdy latał w austriackim lotnictwie.
Na pewno, nie można pominąć wydarzenia lotniczego, z tamtego okresu, zasługującego na miano historycznego, bowiem 24 lutego 1919 roku miał miejsce
pierwszy zwycięski pojedynek pilotów polskiego lotnictwa. Podchorąży Stanisław Pietruski /1893-1971/, lecąc z rodowitym Czechem sierż. pil. Józefem
Cegaskiem, zestrzelili ukraińskiego myśliwca Nieuport.
We wrześniu 1919 roku, Inspektorem Wojsk Lotniczych został mianowany
ówczesny dowódca lotnictwa wielkopolskiego, wspomniany już powyżej, gen.
Gustaw J. K. Macewicz.
Jeszcze w 1919 roku, połączone zostało lotnictwo wojskowe wszystkich, istniejących wówczas polskich sił zbrojnych, tzn. sił lotniczych organizowanych przy
jednostkach wojsk lądowych w kraju, lotnictwa wojskowego powstania wielkopolskiego oraz siedmiu eskadr lotniczych Błękitnej Armii Hallera /jednej myśliwskiej
i sześciu obserwacyjnych, łącznie ok. 100 samolotów, najczęściej z francuskimi
pilotami pod dowództwem płk. Sergiusza Abżółtowskiego, 1890-1939/. Ponadto, na warszawskim lotnisku w Mokotowie umieszczono Francuską Szkołę Pilotów. Zrealizowany został także zakup 45 samolotów typu Bristol F.2B /Fighter/
we Francji. Ujednolicone zostały struktury i składy etatowe grup lotniczych
i eskadr lotniczych. W 1920 roku grupy lotnicze przeorganizowano w dywizjony
lotnicze, pozostawiając numery grup lotniczych, zaś eskadrom bojowym nadano
nowe numery i nowe nazwy. Prawdziwy chrzest bojowy przeszli polscy lotnicy
w wojnie polsko-rosyjskiej. Na kartach historii z tego okresu pojawia się nazwisko
ppor. pil. Zbigniewa Babińskiego /1896-1940, zginął w Katyniu/, który wypracował taktykę atakowania z powietrza bolszewickiej kawalerii od tyłu. Lecąc na
bardzo małej wysokości ostrzeliwał konnicę z karabinu maszynowego, a nawet
atakował pojedynczych „bojców” uderzając ich podwoziem swojego samolotu.
W 1921 roku nastąpiła jeszcze jedna zmiana, bowiem przemianowano dywizjony lotnicze w pułki lotnicze, pozostawiając w ich składzie eskadry bojowe.
Nowe konstrukcje lotnicze, na obcych licencjach, pojawiły się w latach 19211924 w wytwórniach prywatnych, m.in. „Plage i Laśkiewicz” w Lublinie, „Samolot”
w Poznaniu oraz „Podlaska Wytwórnia Samolotów” w Białej Podlaskiej. Wreszcie, wojskowe lotnictwo mogło liczyć na swój czas, gdy państwo zajęło się produkcją samolotów, tworząc Państwowe Zakłady Lotnicze PZL.
W kolejnych latach, polscy piloci wspaniale zapisali się na kartach historii
rozwoju światowego lotnictwa. Na szczególne podkreślenie zasługuje sukces
polskich pilotów w Międzynarodowych Zawodach Samolotów Turystycznych
Challenge. 28 sierpnia 1932 roku, załoga - pilot Franciszek Żwirko /1895-1932/
i mechanik Stanisław Wigura /1901-1932/ na samolocie sportowym RWD-6, po
58
kilku dniach rywalizacji z załogami innych państw, zwyciężyła w zawodach, pokonując faworyzowany zespół niemiecki. Dzień 28 sierpnia obchodzony jest po
dziś dzień, jako Święto Lotnictwa.
W dziedzinie lotnictwa wojskowego, nie było już tak dobrze, ponieważ, po
pierwsze – nasza doktryna wojenna, przez długi czas, nie przewidywała dla lotnictwa innej roli, jak tylko prowadzenie rozpoznania powietrznego i funkcję środka łącznikowego i, pod drugie – mieliśmy poważne zapóźnienia w rozwoju gospodarki, szczególnie przemysłu maszynowego, w stosunku do innych państw
europejskich, których dzieje nie były tak dramatyczne, a straty w gospodarce, tak
ogromne. Dało to o sobie znać we wrześniu 1939 roku, gdy przyszło bronić polskiego nieba przed atakami Luftwaffe. Wtedy to okazało się, że lotnictwo wojskowe, to przede wszystkim agresywne ataki lotnicze /bombowe/, wykonywane
bez pardon, nie tylko na polu walki, jako wsparcie piechoty i niszczące obiekty
wojskowe, ale także atakujące miasta i wsie, maszerujące kolumny wojsk i, co
było czymś nie bardzo zaskakującym, także kolumny przemieszczających się
bezbronnych cywilów. Lotnictwo pokazało swoje, nieznane dotąd oblicze, bardzo
groźne i, w swojej potędze, bezkompromisowe.
Polskie jednostki lotnicze dysponowały niewielką liczbą, około 400 samolotów i to w większości już przestarzałych. Trzeba pamiętać, że latach trzydziestych dwudziestego wieku lotnictwo było najbardziej dynamicznie rozwijającym
się rodzajem broni, wszędzie ale w Polsce zrozumiano to zbyt późno. Znaczna
część samolotów została zniszczona na lotniskach, gdyż nie zdołano wyprowadzić je na lotniska zapasowe. We wrześniu 1939 roku, polskim lotnikom pozostało głównie … bohaterstwo. Właściwie, wszystkie polskie samoloty zostały zniszczone, w tym około 1/3 w działaniach powietrznych, pozostałe zniszczyła obrona
przeciwlotnicza – niemiecka i … własna lub uległy wypadkom /a około 140 samolotów różnych typów ewakuowano do Rumunii; w 1941 roku, samoloty bombowe
PZL P-37 Łoś i PZL P-23 Karaś brały udział w ataku na ZSRR!. Z grubsza można ocenić, że straty niemieckie były podobne. Zniszczono około 250 niemieckich
maszyn i tyleż samo zostało uszkodzonych.
Rozwój lotnictwa powojennego miał kilka bogatych rozdziałów, ale to już historia na inną okazję.
59
POCZĄTKI RADARU WOJSKOWEGO
Jednym z najbardziej doniosłych osiągnięć minionego wieku, w dziedzinie
techniki wojskowej, było wynalezienie radaru oraz skonstruowanie urządzeń radarowych pozwalających na wykrywanie i określanie parametrów lotu statków
powietrznych. Warto przypomnieć, że wcześniej posługiwano się specjalną aparaturą podsłuchową, którą stanowiły, dużych rozmiarów, blaszane tuby, skupiające dźwięk /echo/. Tuby podsłuchowe umożliwiały „wyśledzenie” samolotów
w odległości kilkunastu kilometrów.
Gwałtowny rozwój lotnictwa wojskowego, co szczególnie dało o sobie znać
na polach bitew I. wojny światowej, dopingował do wynalezienia urządzenia, które umożliwiałoby penetrowanie przestrzeni powietrznej, wykrywanie samolotów
obcych państw, określanie ich położenia i trasy lotu. Posiadanie tych danych pozwalałoby uprzedzać własne siły obronne i ludność cywilną o zbliżającym się zagrożeniu z powietrza.
Konkretnym impulsem, który przyczynił się do przyspieszenia rozwoju radarów była rosnąca rola lotnictwa w strategii prowadzenia wojny, a szczególnie
dalsze udoskonalenie walorów bojowych samolotów, zwiększenia ich szybkości,
udźwigu bomb i uzbrojenia pokładowego.
Badania nad stworzeniem radaru, który miałby praktyczne zastosowanie
wojskowe, prowadzone były w kilku krajach równocześnie, w bardzo ścisłej tajemnicy. Faktycznie, o istnieniu i tak szerokim zastosowaniu radaru w działaniach
wojennych wiadomo było szerzej dopiero po zakończeniu II. wojny światowej.
Najskuteczniejsze okazały się w tym względzie wysiłki uczonych angielskich,
którzy dążyli do rozwiązania tego problemu, już od wczesnych lat trzydziestych.
Podobne badania były prowadzone w Stanach Zjednoczonych i w Niemczech,
a także w nieco bardziej ograniczonym zakresie, w Związku Radzieckim.
Wszystko zaczęło się jednak w 1887 r., gdy niemiecki fizyk Heinrich Rudolf Hertz /1857-1894/ w warunkach laboratoryjnych zaobserwował zjawisko
odbicia fal radiowych od powierzchni przedmiotów znajdujących się w ich zasięgu. Wystarczyło już tylko ustalić czas, jaki upływa pomiędzy czasem emisji impulsu a jego powrotem, przy znanej, stałej prędkości rozchodzenia się fal, co pozwoliło obliczyć odległość do danej przeszkody. Tak właśnie postąpił inny, niemiecki badacz, inżynier Christian Hülsmeyer /1881-1957/, który w ten sposób
opracował metodę: „jak stwierdzić obecność oddalonych metalowych przedmiotów za pomocą fal elektrycznych”, a wynaleziony przez siebie, do tego celu aparat, nazwał z fantazją telemobiloskopem /1904/. Niestety, urządzenie nie znalazło
praktycznego zastosowania ponieważ zasięg wykrywania obiektów wyniósł zaledwie 3 km. Historia odnotowała również fakt, że Rosjanin Borys Rozyng /18691933/26 opracował prototyp wskaźnika do zobrazowania sygnału elektrycznego
/1907/. Dziesięć lat później, chorwacki fizyk prowadzący badania w USA Nicolaus Tesla /1856-1943/, znany z budowy transformatora wysokich częstotliwości
26
W literaturze spotkać można również inną, zachodnioeuropejską pisownię tego nazwiska - Boris Rosing.
60
/1891/, przedstawił możliwość wykorzystania fal radiowych do wykrywania łodzi
podwodnych.
Kolejne lata przyniosły opracowanie najważniejszych, teoretycznych zasad radioechowego wykrywania obiektów powietrznych. Podstawowym problemem na drodze do zbudowania pierwszych urządzeń radarowych było wytworzenie krótkich, przerywanych sygnałów elektromagnetycznych o dużej mocy.
Ustalono bowiem, że odbiór echa następował w przerwie pomiędzy kolejnymi
impulsami, a duża moc zapewniała jego zarejestrowanie przez odbiornik. Dodatkową trudnością, którą trzeba było pokonać była konieczność mierzenia bardzo
krótkich odcinków czasowych pomiędzy sygnałem a powrotem echa. Na przykład, sygnał wysłany w kierunku Księżyca (co miało miejsce po raz pierwszy
w 1946 r.) powraca po około 2,5. sek., a odbity od obiektu powietrznego oddalonego od źródła emisji o 1 kilometr, rejestrowany jest w odbiorniku już po około
7.mikrosekundach!
Jak już zostało powyżej zasygnalizowane, urządzenia radarowe, dla
obrony swojego terytorium, najwcześniej zastosowali Anglicy. Dramatyczna
sytuacja spowodowana nękającymi atakami sił niemieckich z powietrza wymusiła
konieczność przy-spieszenia prac nad skonstruowaniem i wykorzystaniem radaru. Zresztą, Anglicy mieli już niemiłe doświadczenia z okresu I. wojny światowej,
gdy niemieckie bombowce i sterowce Zeppelina zrzucały bomby na Londyn.
Wśród brytyjskich wojskowych i naukowców zrodziła się nawet teza, że dla Anglii
skończyła się era bezpiecznego nieba, tzn., że „pod względem wojskowym Anglia przestała być wyspą”27 Wkrótce, w brytyjskim ministerstwie lotnictwa utworzony został Komitet Naukowy Nadzoru Obrony Powietrznej /CSSAD - Comittee
for the Scientific Survey of Air Defense/, gdzie analizowano wszelkie propozycje,
co do nowych sposobów powstrzymania ewentualnego przeciwnika powietrznego. Dużo uwagi poświęcano opracowaniu skutecznej broni przeciwlotniczej, na
przykład tzw. „promieniom śmierci” /falom radiowym/, które - jak błędnie sądzono
- dałoby się wykorzystać w tym celu. Anglikom bardzo zależało na posiadaniu
wszelkich środków, które posłużyłyby do skutecznej obrony przed nalotami.
Należy zaznaczyć, że zbudowanie urządzeń radarowych dla potrzeb wojska, ze względu na zasięg i różnorodność badań i prac konstrukcyjnych, nie mogło być dziełem pojedynczych osób, lecz było rezultatem działalności dużych zespołów naukowców i specjalistów inżynierów. Prace nad budową radaru zakamuflowano pod hasłem „radionamierzanie” /RDF - Radio Direction Finding - odnajdywanie kierunku fal radiowych/. Początkowo, największą nadzieję wiązano
z możliwością wykorzystania radaru do wczesnego wykrywania wrogich samolotów /później chodziło także o rakiety V-1 i V-2/ zbliżających się do Wysp Brytyjskich, uprzedzenia o ataku i uruchamiania, odpowiednio wcześnie, całego systemu obrony przeciwlotniczej. Następnym, jeszcze ważniejszym celem, jaki stanął przed zespołami konstruktorów było zastosowanie go do kierowania walką
własnego lotnictwa, na rubieżach położonych z dala od swojego terytorium. Jak
ważną sprawą dla Anglików było posiadanie radaru, dość powiedzieć, że
27
Bączyk Norbert, Łowcy cieni /w/ Polska Zbrojna nr 8 z 19.02.2006 r., s. 34-35.
61
w początkowym okresie nad jego zbudowaniem i opracowaniem i możliwością
wykorzystania w celach wojskowych pracowało, prawie 0,5 % całej ludności Anglii. Angielski radar bierze swój początek w pracach szkockiego fizyka Roberta
Alexandra Watsona Watta /1892-1973/, który w 1935 roku przedstawił Komitetowi Nadzoru Naukowego Obrony Przeciwlotniczej obszerny memoriał pt.: „Detection of Aircraft by Radio Methods” /„Wykrywanie i określanie położenia samolotów
metodami radiowymi”/, w którym przedstawił szczegółową konstrukcję radaru i
ogólną koncepcję systemu osłony radarowej Wielkiej Brytanii.
Wcześniej, uczony ten zbudował aparat, za pomocą którego odkrył
nadlatujący samolot z odległości 50. km. Radar Watsona spotkał się
z pozytywną opinią CSSAD i jeszcze w tym samym roku zbudowano pierwsze
egzemplarze ostrzegawczych stacji radarowych,
typu CH /Chain Home - w wolnym tłumaczeniu system obrony kraju/, które ustawiono na
wschodnim wybrzeżu. Eksperymentalna sieć
składała
się
z pięciu stacji radarowych pracujących na falach
o długości 25 m i pozwalała na wykrywanie
samolotów z odległości 90. km. W niespełna
dwa lata później, wybrzeży Anglii od wschodu
i południowego zachodu, chroniła już sieć dwudziestu ostrzegawczych stacji radarowych CH,
stanowiąca pierwszy na świecie system radarowy osłony powietrznej państwa. Radary typu
CH były urządzeniami stosunkowo prostej konstrukcji, pracującymi na fali o długości 10-13 m.
Umożliwiały wykrywanie obiektów powietrznych
już na bardzo dużych odległościach, nawet
powyżej 300 km. Niezwykle duży zasięg uzyskano, przede wszystkim, przez zastosowanie
Alexander Robert Watson Watt.
Fotokopia
wysokich drewnianych wież, na których montowano, znacznych rozmiarów, nieruchome anteny drutowe, podobne, jakie stosowano w ówczesnych radiostacjach. Wysokość wież sięgała, łącznie z antenami
nadawczymi - 115 m /z antenami odbiorczymi - 80 m/. Stosowano różne wybiegi,
aby upozorować ich właściwe przeznaczenie. Oczywiście, tak wysokich konstrukcji
nie
można
było,
w żaden sposób, ukryć przed niepożądanym okiem. Ten problem nie miał już
jednak takiego znaczenia wobec faktu, że te niezwykłe urządzenia znakomicie
poprawiały bezpieczeństwo państwa i jego mieszkańców. W następnym etapie
ich rozwoju znaleziono również sposoby, aczkolwiek jeszcze niedoskonałe, na
ustalanie wysokości i azymutu wykrytego obiektu /echo po odbiciu od wykrytego
obiektu było rejestrowane przez cztery anteny odbiorcze radaru, a porównywanie
wykresu amplitud umożliwiało określenie, w przybliżeniu, wysokości i azymutu/.
62
W 1937 roku opracowano model
radaru CHL /Chain Home Low - „niski”
system ochrony kraju/, który mógł, przy
zastosowaniu krótkiej 1,5 metrowej fali,
wykrywać
niskie
lecące
obiekty
i zdecydowanie zmniejszyć tzw. stożek
martwy, obszar, w którym radar jest
„ślepy”. Nowy radar posiadał wspólną,
obrotową antenę umożliwiającą jednocześnie nadawanie i odbiór sygnałów.
Urządzenie miało na tyle niewielkie rozmiary, że mogło być umieszczane na
pokładach samolotów.
Dalsze prace nad rozwojem urządzeń radarowych poszły w kierunku
skracania długości stosowanych w
urządzeniach fal, co było związane
z potrzebą uściślania informacji radiolokacyjnej.
W 1938 roku zbudowany został
Pierwszy, brytyjski radar ostrzegawczy typu CH,
1935 roku. Fotokopia.
pięcioradarowy podsystem osłony radarowej ujścia Tamizy. Niemal równolegle, bo już w roku 1939 radar wykorzystywała również Royal Navy.
Można skonstatować, trochę przekornie, że angielskie osiągnięcia w budowie i zastosowaniu radaru sprawiedliwie oceniła historia wywodząc jego nazwę od skrótu angielskich słów: R/adio A/ids for D/efence A/nd R/econaissance,
co w wolnym tłumaczeniu oznacza - radiowe urządzenia do obrony i rozpoznania. Jednakże, Amerykanie F. R. Fruth i S. M. Tucker, przyjęli nieco inną nazwę,
która bliżej wyrażała istotę radaru, a mianowicie: R/adio D/etection A/nd
R/anging - w wolnym tłumaczeniu - wykrywanie i określanie zasięgu za pomocą
fal radiowych. Ostatecznie, przyjęła się nazwa R/adio D/irection A/nd R/ange, co
można przetłumaczyć, jako - określanie kierunku i zasięgu przy pomocy fal radiowych, bądź R/adio A/ngle D/irection A/nd R/ange - radiowo-kątowe określanie
kierunku i zasięgu.
W przededniu II wojny światowej, W. Brytania dysponowała siecią radarów, pracujących na fali o dł. 12. m, służących do ostrzegania oraz siecią radarów pracujących na fali o dł. 1,5 m służących do wykrywania samolotów nisko
lecących. Należy podkreślić, że ten podwójny parasol radarowy pozwalał na skuteczne wykrywanie samolotów nieprzyjacielskich, lecących na wysokościach
średnich, na odległości co najmniej 150. km.
63
W okresie „Bitwy o Anglię”, właśnie
radar odegrał jedną z kluczowych ról, dzięki
czemu obrońcy otrzymywali dokładną informacją o nadlatujących samolotach wroga i rakietach typu V, zanim te dolatywały
do strefy Kanału La Manche. Lotnictwo brytyjskie nie było zmuszone do prowadzenia
poszukiwania przeciwnika powietrznego po
omacku, lecz było naprowadzane na konkretne cele. Nie było również potrzeby
utrzymywania w ciągłej gotowości wszystkich samolotów, dlatego wysiłek obronny
koncentrowano na kierunkach zagrożenia,
w miarę dokładnie rozpoznawanych za pomocą sieci radarów.
Do wykrywania obcych samolotów
i naprowadzania własnego lotnictwa wykorzystywano możliwości radarów typu /GCI Ground Controlled Interception - system
naprowadzania kierowanego z ziemi/. RaRadar ostrzegawczy USA typu SCR-270
dary GCI mogły być stosowane, jako urzą/1938-1939/. Fotokopia.
dzenia stacjonarne oraz przewoźne.
Najczęściej użytkowanym przez Anglików, mobilnym radarem ostrzegawczym, było urządzenie LW /Light Warning/ pozwalające na wykrywanie obiektów
powietrznych na odległości 80-120 km, w zależności od wysokości ich lotu i skutecznej powierzchni odbicia fal elektromagnetycznych od obiektu.
Anglicy uzyskali również pełne powodzenie w skonstruowaniu i bojowym
zastosowaniu radarów samolotowych. W tej kwestii współpracowali z Naval Research Laboratory /NRL - Laboratorium Badawcze Marynarki Wojennej/ w Stanach Zjednoczonych. Pierwsze radary pokładowe, oznaczone skrótem AI
/Aircraft Interception - przechwytywanie samolotów/, zostały zainstalowane już
w 1939 roku. Amerykanie nazywali je Night Fighter Radar (radar nocnych myśliwców/. Urządzenia pracowały na fali o długości - 1,5 m i pozwalały na wykrywanie samolotów z odległości nie większej niż 5 km. Wzajemne uzupełnianie się
parametrów radarów naziemnych i samolotowych umożliwiało prowadzenie walki
powietrznej w nocy lub przy braku widoczności. Radary GCI wykrywały obce samoloty i doprowadziły brytyjskie myśliwce na niezbędną odległość od celu. Dalej,
lotnicy RAF samodzielnie poszukiwali przeciwnika za pomocą radaru AI.
We współpracy z Amerykanami, Brytyjczykom udało się także wykorzystać
zalety radaru w celownikach dział przeciwlotniczych, których pociski oddały
ogromną przysługę w zwalczaniu „latających” bomb V-1 i rakiet V-2 atakujących
stolicę kraju.
Radar morski, o bardzo krótkiej trzy-centymetrowej fali, stał się również
standardowym wyposażeniem okrętów Royal Navy. Można zaryzykować stwierdzenie, że zdecydowanie przyczynił się do rozstrzygnięcia na korzyść Anglików
losów wojny na morzu. Pozwalał wykrywać okręty podwodne na głębokości pe-
64
ryskopowej. Anglicy stale pracowali nad doskonaleniem możliwości użytkowych radaru.
To ich zasługą była budowa pierwszego magnetronu - generacyjnej lampy mikrofalowej,
bardzo wysokiej częstotliwości, dzięki której
możliwe jest rejestrowanie nawet bardzo
słabych sygnałów. Warto wspomnieć, że tym
wynalazkiem Anglicy podzieli się z Amerykanami.
Podobnie, jak Anglicy przejęli palmę pierwszeństwa w skonstruowaniu
i wykorzystaniu radaru naziemnego,
tak Amerykanie uzyskali największe powodzenie w budowie radaru morskiego.
Mieli jednak także, niezaprzeczalnie duże,
osiągnięcia na polu rozwoju radaru naziemnego. Pierwsze prace w dziedzinie radaru
amerykańskiego prowadził, specjalnie powołany w tym celu instytut zatrudniający, aż
Angielski radar ostrzegawczy typu CHL
4000 ludzi! W 1934 r. zbudowano prototyp /1940-1941/. Na bliższym planie, z lewej
strony zdjęcia - antena zabudowana
impulsowej stacji radarowej, pracującej na
na drewnianej wieży; z prawej strony
fali o długości około 10 m, jednakże zasięg
zdjęcia, u dołu - antena zabudowana
na dachu budynku. Fotokopia.
tego urządzenia był bardzo mały. Początek
badań nad wykorzystaniem walorów fal radiowych, na gruncie amerykańskim dali
M. A. Tuve i G. Breit /1899-1981/, którzy w 1925 roku zmierzyli, za pomocą
energii impulsowej, wysokość jonosfery. Za ojca amerykańskiego radaru impulsowego uznaje się dr. Roberta Morrisa Page’a /1903-1992/ ze stanu Minnesota. R. M. Page, początkowo studiował na wydziale teologicznym Hamling University w St. Paulo, ale wkrótce zajął się fizyką radiową. Pracy naukowej Page’a
patronowała Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych /NRL - Navy Royal Laboratory/, stąd też działalność uczonego i jego asystenta z laboratorium radiowego Lotnictwa Marynarki Wojennej L. C. Younga, poszły w kierunku zastosowania radaru na morzu. W pracach nad zbudowaniem urządzenia radarowego
dużą rolę odegrali także inni uczeni z NRL: Albert H. Taylor i Leo A. Hyland.
W 1922 roku, Taylor z Youngiem spostrzegli, że za pomocą fal radiowych
można wykrywać statki znajdujące się na morzu. Hyland odkrył, nieco przypadkowo, „wykrywające” właściwości sygnałów radiowych nadajników krótkofalowych.
Powróćmy jednak do lat trzydziestych ub. wieku. Otóż, stale modernizowany prototyp radaru z 1934 roku pozwolił uzyskać, dwa lata później, całkiem
przyzwoity zasięg wykrywalności, do 40 km. W 1938 roku, Amerykanie stworzyli
okrętowy radar ostrzegawczy XAF /wersja eksploatacyjna – CXAM/.
65
Problematyką radaru naziemnego
zajmowało się także laboratorium wojsk
łączności. W 1936 roku skonstruowano
tam prototyp radaru naziemnego, pozwalającego wykrywać samoloty w odległości
7 km. W 1937 roku zwiększono zasięg do
40, a wkrótce do 50 km. Prace nad radarem, któremu nadano symbol SCR-270,
przyniosły niebawem jeszcze lepsze
owoce, porównywalne z tym, co uzyskiwano już w przypadku radaru morskiego,
XAF. W obu rodzajach radarów udało się
zlikwidować podwójne anteny. To osiągnięcie należałoby zapisać na konto,
samodzielnie pracującego konstruktora
nadajników, R. C. Guthrie. Radar SCR270 (przewoźny) i jego wersja stacjonarna, SCR-271, pracowały na fali
o długości 2,7 m, a ich zasięg dochodził
Amerykański radar ostrzegawczy SCR-271
/model stacjonarny radaru SCR-270/, stosowany, w dużych ilościach, podczas
II. wojny światowej. Fotokopia.
Prototyp radaru metrowego, Poligon Wangerooge, 1936 roku. Fotokopia.
do 190 km. Do wybuchu wojny z Japonią,
Amerykanie wyprodukowali ponad 100 radarów obu typów. W 1941 roku, wprowadzone zostały wskaźniki typu „P”, obserwacji okrężnej, dające możliwość odczytywania dwóch współrzędnych, odległości
i azymutu.
Dużym sukcesem było wyposażenie
samolotów w tzw. radary wtórne (odzewowe), których współdziałanie z radarami naziemnymi (pierwotnymi) umożliwiło rozpoznawanie przynależności samolotu, w kodzie - „swój” lub „obcy”.
W 1943 roku zbudowane zostały
jeszcze doskonalsze urządzenia radarowe,
mogące wykrywać obiekty na bardzo niskich, nawet kilkudziesięciometrowych wysokościach, typu AN/TPS-3.
66
Prace zmierzające do zbudowania radaru rozpoczęli dość wcześnie
również Niemcy, chociaż doktryna militarna zakładająca prowadzenie wojny zaczepnej, a więc prowadzonej na terytorium przeciwnika, nieco opóźniała postęp
w tej dziedzinie. Należy bowiem przypomnieć, że w początkowej fazie rozwoju,
radar był pomyślany jako urządzenie wykrywające samoloty, ale w ramach obrony przeciwlotniczej. Niemniej, w 1934 roku grupa specjalistów firmy GEMA
przedstawiła dowódcy lotnictwa pierwsze owoce swoich wysiłków nad stworzeniem radaru. Nie wywołało to większego zainteresowania H. Göringa, który
uznał to, co nazwano już radarem, za „defensywny” rodzaj techniki wojennej,
a niemieckim wojskowym, spod znaku czarnego krzyża, nie o to przecież chodziło.
Rodowód niemieckiego radaru zapoczątkował, pomijając wcześniej wymienionych - H. Hertza i CH. Hülsmeyera, także Rudolf Kühnbold. Jak pamiętamy,
Hülsmeyer, zajmując się fizyką fal radiowych, odkrył ich ważną zaletę wykrywania
metalowych przedmiotów. Idąc tym, przetartym już szlakiem, Kühnbold skonstruował,
w 1933 roku, urządzenie radarowe pracujące na fali o długości 13 cm.
W tym samym, 1933 roku, Niemcy
zrobili duży krok do przodu, konstruując radar do pracy na morzu. Nie była to jednak
zbyt udana konstrukcja, ze względu na bardzo mały, zaledwie 3 km zasięg.
Pierwszym prototypem naziemnego
radaru ostrzegawczego było urządzenie nazwane Kurfürst, pracujące na fali o długości
0,5 m. Zasięg urządzenia wynosił około
15 km.
W 1938 roku powstał radar typu
Niemiecki radar artyleryjski Würzburg-Riese,
przystosowany do naprowadzania samolotów. Freya, który od razu „wystrzelił” zasięgiem
około 100 km. Badania, okryte tajemnicą,
Fotokopia.
kierownictwem D. Diehe, na wyspie Wangerooge, na Morzu Północnym. W niedługim czasie uzyskano zasięg Freya,
w granicach 200 km. Było to, wcale nie mało. prowadzone były pod Radar produkowano seryjnie w wersji przewoźnej, z osobnymi antenami /nadawania i odbioru/ oraz w wersji stacjonarnej, z anteną pojedynczą. Ruszyła również produkcja, od razu w dużych ilościach, radaru wtórnego, typu Erstlin.
W 1940 roku radar Freya został uzupełniony urządzeniem radarowym
Farhstal, do określenia wysokości celu. Po pewnym czasie opracowano kolejne
prototypy radarów, między innymi z zastosowaniem wskaźnika obserwacji
okrężnej oraz z anteną obrotową. Możliwym stało się również naprowadzanie
własnych samolotów za pomocą nowego urządzenia radarowego WürzburgRiese, o zasięgu do 70 km.
67
Na początku lat 40.tych pojawiło
się w Niemczech kilka typów radarów,
a mianowicie: Elefant, Mammut, Wassermann, Jagdschloss, Jagdhaus, Bulen, Chojenwilland i inne. Wszystkie
wymienione typy wykorzystywały fale
radiowe o długości od 2,4 do 7,5 m,
a ich zasięg dochodził do 300 km. Pod
koniec wojny radar był już stałym urządzeniem w wyposażeniu niemieckich
samolotów i okrętów, a nawet przeprowadzane były próby współdziałania radaru Mannheim z przeciwlotniczym pociskiem rakietowym Rheingold Hs-117
Schmetterling.
W niemieckiej marynarce, początkowo stosowany był radar z akustycznym odbiorem sygnałów - Seket,
ale już podczas wojny, Kriegsmarine
posługiwała się niezłym radarem okrętowym, typu Hohentwiel.
Trzeba jednak stwierdzić, że
Niemcy, uważani za urodzonych perfekcjonistów, w przypadku konstruowania
radarów, nieco sobie odpuścili, co miało
dla nich ujemne skutki na początku wojny.
Niemiecki radar ostrzegawczy typu Frea, firmy
GEMA /1936-1939/. Fotokopia.
68
U
schyłku lat 30.tych odnotowano żywe zainteresowanie techniką
radarową, także w ZSRR. Prekursorem był P. K. Oszczepkow, który zaproponował wykorzystanie fal radiowych do wykrywania samolotów oraz przedstawił
pomysł stworzenia naziemnego radaru obserwacji okrężnej. Dłuższy czas pomysły Oszczepkowa nie znajdowały szans urzeczywistnienia ze względu na oczywiste
wówczas przeszkody techniczne, inaczej mówiąc - stan
badań, nawet nie zaczątkowy.
Godnym uwagi stał się
dopiero prototyp pierwszego
rosyjskiego aparatu radarowego, który powstał w 1935
roku, pod kierunkiem J. K.
Korwina, w Leningradzkim
Instytucie
Elektrofizycznym
/LEFI/. W urządzeniu zastoRadziecki radar impulsowy Redut, wersja z 1939 roku.
sowano fale decymetrowe. Po
Fotokopia.
dwuletnich doświadczeniach,
w 1937 roku uzyskano jednak bardzo niewielki zasięg - 11 km.
Próby nad stworzeniem radaru prowadził także inny zespół uczonych LEFI,
A. A. Czernyszew i B. K. Szembel, uzyskując lepsze efekty, które na pewnym
etapie prac zainteresowały dowództwo
Obrony Przeciwlotniczej ZSRR. Był to prototyp radaru ostrzegawczego o nazwie
Rapid, pracujący na fali o długości 4,8 m.
W tym samym czasie podjęte zostały próby, w specjalnie w tym celu utworzonym, biurze konstrukcyjnym Oszczepkowa, nad kompilacją różnych urządzeń radarowych tworzących tzw. Elektrowizor.
Wszystkie te wysiłki okazały się mało skuteczne. W tej sytuacji, Rosjanie znaleźli, nieco „siłowe” wyjście tworząc, na
północno-zachodnich i zachodnich odcinkach swojej granicy, system radiowego
wykrywania samolotów, zwany RUS-1. Był
to zestaw nadajników i odbiorników (oraz
urządzeń rejestrujących), ustawianych na
Radziecki, impulsowy radar ostrzegawczy
Redut /RUS-2/, wersja z 1940 roku. Fotokopia. przemian, wzdłuż granicy, co 35 km.
Urządzenie RUS-1 zastosowano w osłonie
Leningradu podczas wojny z Finlandią. Dopiero, w 1937 roku w Leningradzkim
Fizyko-Technicznym Instytucie (LFTI), zespół pod kierunkiem I. B. Kobzarewa
69
opracował prototyp radaru, którego zasięg początkowo wynosił 7 km. Ale już
w 1938 roku uzyskano wykrywalność - 50 km, na wysokości 1500 m. Pod koniec
1939 roku nowy prototyp, nazwany Redut (kryptonim RUS-2), z dwoma antenami, nadawczą i odbiorczą, montowany na
pojeździe kołowym, posiadał już zasięg 95
km. Antena pojedyncza pojawiła się już
niebawem, w kolejnym prototypie o nazwie
Pegmatit (kryptonim RUS-2a), skonstruowanym przez A. B. Ślepuszkina i W. W.
Tuchomirowa. Pegmatit, stosowano podczas wojny w dużych ilościach. Wkrótce,
pojawiła się nawet nowa wersja tego radaru, P-2M /1942 r./. Rosjanie, u schyłku wojny wprowadzili do eksploatacji jeszcze
nowszy model, o symbolu P-3 Biriuza /1944
r./, który umożliwiał dokładniejsze określanie współrzędnych celu, także określenie
wysokości. Zasięg radaru /wersji przewoźnej nadano nazwę - P-3A/, dla obiektu
Urządzenie nadawcze radzieckiego systemu
wykrywania radiowego RUS-1, zastosowane
w praktyce w 1939 roku. Fotokopia.
znajdującego się na wysokości 8 km, wynosił około 120 km.
O wiele skromniejsze osiągnięcia
w tej dziedzinie posiadali Francuzi, chociaż w połowie lat 30.tych prowadzili już doświadczenia z swoimi prototypami urządzeń
radarowych
/pierwsze
informacje
o technice radarowej otrzymali od Anglików/. W 1936 roku wykonana została próba
z naziemnym radarem ostrzegawczym,
ustawionym u wejścia do portu w Le Havre.
Zasięg tego, pierwszego, francuskiego
urządzenia radarowego wynosił zaledwie
4 km.
Radar ostrzegawczy typu P-3 /ZSRR/
Po wybuchu wojny polsko-niemieckiej
konstrukcji z 1944 roku. Fotokopia.
w 1939 roku, we Francji przystąpiono do
instalowania pojedynczych urządzeń radarowych w newralgicznych rejonach
przygranicznych, a szczególnie wzdłuż linii brzegowej nad Kanałem La Manche.
70
W końcu lat 30-tych, techniką radarową dysponowali również Japończycy,
rozwijając ją na dobre podczas trwania działań wojennych.
Jak można zauważyć, na podstawie tego, krótkiego spojrzenia wstecz, radar - jeden z przełomowych osiągnięć techniki wojennej XX wieku, od samego
początku zajął bardzo ważne miejsce w metodologii prowadzenia walki zbrojnej.
Znany powszechnie błąd w odczytaniu informacji radarowej, jaki miał miejsce
przed atakiem samolotów japońskich na Pearl Harbour /uznano, że były to samoloty własne, powracające do baz po wykonaniu zadania/ stał się srogą lekcją odnośnie znaczenia radaru w prowadzeniu działań bojowych.
Na zakończenie warto powtórzyć słowa R. W. Hallowsa, naczelnego instruktora kontroli ognia brytyjskiej, przeciwlotniczej grupy szkolnej, autora bardzo
cennej w owym czasie /1948 r./ publikacji o radarach: „Nasi myśliwcy, tak nieliczni w czasie bitwy o Anglię, rozbili niemiecką potęgę lotniczą. To nie mogłoby
być nigdy osiągnięte bez ostrzeżeń, a następnie stopniowo dawanych informacji
przez radar. Nie posiadaliśmy wystarczającej ilości, ani pilotów, ani maszyn, by
móc utrzymywać bez przerwy patrole w powietrzu dookoła wschodnich i południowo-wschodnich wybrzeży. Zawdzięczając radarowi mogliśmy przetrzymywać
pilotów i samoloty na ziemi do chwili, gdy nadchodził moment właściwej akcji.
Maszyny mogły być przejrzane i naprawione, a piloci mogli się trochę przespać.
Z chwilą nadejścia ostrzeżenia mogli nasi myśliwcy być nakierowani z różnych
lotnisk tam, gdzie w danej chwili byli najbardziej potrzebni”.
71
PODRÓŻ HISTORYCZNO-WOJSKOWA
WARSZAWA-TORUŃ-BYDGOSZCZ-POZNAŃ
15
czerwca 2010 roku warsztaty rozpoczęły się od spotkania okolicznościowego z dyrektorem Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej Panem Radomirem Korsakiem, który – jak zawsze przy takich okazjach omówił zadania WCEO i cele zorganizowanych warsztatów, które zgromadziły
kilkadziesiąt osób z poszczególnych rodzajów wojsk: Wojsk Lądowych Sił Powietrznych i Marynarki Wojennej. Dyrektorowi towarzyszyła bardzo miła i kompetentna osoba Pani Jolanta Wojtaś-Zapora – kierownik Wydziału Organizacji
Pracy Kulturalno-Oświatowej WCEO, zajmująca się organizacją i przebiegiem
warsztatów zgodnie z przygotowanym programem.
Uwagę słuchających zwróciła informacja dot. koncepcji rozwoju muzealnictwa wojskowego, którą przedstawił Pan płk Arnold Józefiak – Zastępca Szefa Oddziału Nadzoru i Analiz DWiPO MON oraz uzupełnienie przedstawione
przez Pana Dariusza Matlaka – Zastępcę dyrektora Muzeum Wojska. W każdym razie, mieliśmy możliwość poznania ogólnego projektu nowego ulokowania Muzeum
Wojska Polskiego w Cytadeli
Warszawskiej /15 sal wystawowych, ok. 60 ha/, a dość
szczegółowo poznać projekt
Muzeum Katyńskiego /o pow.
1000
m²/
usytuowanego
w dwupoziomowej kaponierze. Należy dopowiedzieć, że
obecnie Muzeum Wojska Polskiego dzierżawi budynki od
Cytadeli Warszawskiej wiele widziała i wiele
Muzeum Narodowego /przy Al. Brama straceń
by mogła powiedzieć. Fot. rjm, 2011 r.
Jerozolimskich 3/, tymczasem
nowe muzeum będzie czymś w rodzaju parku wojskowo-rekreacyjnego, dostępnego dla społeczeństwa w dużo szerszym zakresie, niż jest to możliwe dzisiaj.
Nowe Muzeum Katyńskie, /którego projekt przedstawił uczestnikom warsztatów szef Zespołu Projektantów ds. Muzeum Katyńskiego Pan Krzysztof Lang/
będzie miało charakter muzeum narracyjnego i będzie obejmowało sześć stref
wystawienniczych, które rozpocznie ekspozycja pod ogólnym tytułem – „Sarkofagi” przedstawiająca trzy, pokryte miedzianą blachą, wagony, typowe dla tamtych, dramatycznych wydarzeń, którymi wywożeni byli polscy oficerowie do
miejsc masowych mordów w Kozielsku, Katyniu, Ostaszkowie, Starobielsku,
Miednoje, Charkowie, Bykowni itd. Na blachach będą widoczne zarysy sylwetek,
przypominające ofiary katyńskich mordów. Następnie, oglądający przejdą długim
72
korytarzem, gdzie na multimedialnych ekranach będą pojawiać się sylwetki pomordowanych oficerów, aż trafią do strefy „Odkrywanie”, gdzie zgromadzone
zostaną skrzynie z dokumentami i pamiątkami katyńskimi znalezionymi w dołach
śmierci, zadające kłam tym, którzy przez długie lata usiłowali ukrywać to, co stało
się w Katyniu z polskimi oficerami. Dalsza część ekspozycji to „Aleja Nieobecnych” obrazująca, w symboliczny sposób, tych których
zabrakło /Wielkich Nieobecnych/, ponieważ zginęli w miejscach masowych mordów. Dalej, oglądający będą mogli zobaczyć „Prawdę o Katyniu” czyli
zgromadzone tam fotogramy,
filmy i dokumenty z „niemieckiej”
ekshumacji ciał. Będzie to jedna
z najbardziej „dokumentalnych”
części Muzeum Katyńskiego.
Wreszcie, tzw. „Zmarzlina” tzn. przypominająca wieczCarskie armaty warszawskiej cytadeli groźnie skierowane nie zmarzniętą ziemię oraz gana miasto. Fot. rjm, 2011 r.
bloty i urny, w których pokazane
będą przedmioty osobiste znalezione przy pomordowanych.
Na koniec, „Ściana Pamięci”, która
znajdzie się w działobitni Cytadeli Warszawskiej, gdzie wyeksponowane będą
płyty z blachy, na których wyryte będą
wszystkie, znane już nazwiska osób zamordowanych w ramach tzw. zbrodni katyńskiej.
Teren wokół kaponiery będzie miał
również symboliczną wymowę: część pn.
„Warta” to „katyński” las grabowy, w którym poszczególne, przystrzyżone drzewa
mogą być rozpoznawane, jako maszerujący, polscy oficerowie na swojej, ostatniej
drodze do dołów śmierci i „Blizna”, czyli
głęboka zapadlina ziemna wyrażająca bolesną ranę „katyńską” na ciele polskiego
narodu.
Otwarcie
Muzeum
Katyńskiego
w Cytadeli Warszawskiej planowane było
w 2012 roku, ale już wiadomo, że jest to
Surowość celi więziennej w Cytadeli
termin nierealny. Prawdopodobnie, będzie- Warszawskiej jeszcze dzisiaj budzi trwogę.
Fot. rjm, 2011 r.
my musieli jeszcze poczekać kilka lat, aby
zobaczyć to niezwykłe muzeum, w którym wszystkie następne pokolenia będą
mogły uczyć się prawdy o katyńskiej zbrodni.
73
Po kilku interesujących wykładach w sali konferencyjnej WCEO, zajęcia
przeniosły się do Cytadeli Warszawskiej, a ściślej do, znajdującego się tam, bardzo atrakcyjnego, urządzonego i wyposażonego z elegancją, Klubu Wojsk Lądowych. Nasze zainteresowanie wzbudziła, pokazana w reprezentacyjnej sali
wystawowej Klubu, galeria rysunków Ireneusza Betlowicza. Może nie byłoby
o czym wspominać, gdyby nie fakt, że wystawa nosiła nazwę „Malowane ustami”
i rzeczywiście, artysta – rysownik, malarz i poeta /pozbawiony rąk i nóg/ wykonał
swoje prace ustami.
Obecnie, Cytadela jest obiektem
zamkniętym
/aktualnie,
XVIII.wieczne
budynki zajmują sztaby, ponieważ mieści
się tam Dowództwo Wojsk Lądowych
i tylko niewielki fragment z 70.hektarowej
powierzchni/ jest dostępny dla tych osób,
które mogą otrzymać przepustkę pozwalającą na przebywanie w Cytadeli. Budynki
koszarowe służą również dzisiaj za
obiekty sztabowe. Najbardziej charakterystyczne budowle, to konwikt O.O. Pijarów
z XVII w. i charakterystyczna budowla
kaponiery /dwupiętrowej fortecy dla artylerii i piechoty, otoczona fosa z wodą/
oraz Pawilon X /wcześniej był to magazyn
mundurowy/ i Brama Straceń /umiejscowiona już na zewnątrz Cytadeli/. Wewnątrz cytadeli znalazła się część ulicy
Fawory, barokowy budynek zwany „pałacem” przy Alei Gwardii /w latach 70.tych XX
Cela Józefa Piłsudskiego
w. dobudowano piętro, aby był widoczny w Cytadeli Warszawskiej. Fot. rjm, 2011 r.
zza murów cytadeli/ i stary kościółek pw.
Zdjęcia z Krzyża, /który Rosjanie przerobili na magazyn,
później
na
prochownię/.
W oczy rzuca się również
niewielka kaplica, która do lat
90.tych XX w. pełniła rolę gołębnika dla gołębi pocztowych.
Cytadela to rodzaj „kary” /i sposób na upokorzenie
Warszawy i warszawiaków/
za powstanie listopadowe,
którą wymierzył niepokornym
Polakom sam car Mikołaj I.
Egzekutorem tej „kary” był
Właśnie, takie kibitki wywoziły na Sybir tysiące Polaków.
namiestnik Królestwa PolskieFot. rjm, 2011 r.
74
go feldmarszałek Iwan Paskiewicz, który nadzorował budowę 32.hektarowej
twierdzy w kształcie zbliżonym do pięcioboku, którego jeden z „boków” zawisł na
skarpie wiślanej. Ustawiona, w twierdzy, artyleria dalekosiężna mogła mieć pod
kontrolą całą starą Warszawę i w razie konieczności rozprawić się z miastem
i z ludnością.
Budowę rozpoczęto w 1832 roku, a już dwa lata później była gotowa,
w swoim głównym wymiarze /tzn. bastiony, kaponiery, kojce, sucha fosa i Mur
Carnota/. Twierdzę ciągle modernizowano, jeszcze prawie przez 40 lat. Stała
załoga liczyła około 5000 żołnierzy. W groźnym, dla okupanta, momencie tj.
w okresie powstania styczniowego Rosjanie zgromadzili w cytadeli 16 000 żołnierzy i ponad 500 dział, które mogły zniszczyć Stare Miasto i inne zamieszkałe
kwartały Warszawy.
Najbardziej cierpkim był fakt, że na pokrycie kosztów budowy i modernizacji cytadeli Moskale zaciągali pożyczki /bezzwrotne!/ z warszawskiej kasy miejskiej i Banku Polskiego, co potęgowało upokorzenie oraz skutecznie rujnowało
gospodarkę i finanse Królestwa Kongresowego. Twierdza, w swojej, długiej historii nie odegrała żadnej roli obronnej. Za czasów carskich pełniła rolę „żandarma”
strzegącego „rosyjskich” porządków w Warszawie i wśród ludności polskiej na
prowincji. Nie jest to stwierdzenie gołosłowne, ponieważ w cytadeli ulokowano
komisję śledczą ds. przestępstw politycznych w Królestwie Polskim i znajdowało
się tu wiele kazamatów, które w szczytowym okresie rozbudowy Cytadeli mogły
pomieścić blisko 30.000 skazańców!.
Z
Kompozycja wejściowa do Sali Tradycji
Dowództwa Garnizonu Warszawa.
Fot. rjm, 2011 r.
cytadeli udaliśmy się do Dowództwa Garnizonu Warszawa, a ściślej
– jak na kustoszy sal tradycji przystało –
rozpoczęliśmy podróż od obejrzenia Sali
Tradycji Garnizonu Warszawa, noszącej
imię gen. broni Henryka Minkiewicza
/1880-1940/28, jednego z 29.ciu generałów
WP, zamordowanych przez reżim sowiecki.
Właśnie, już na pierwszy rzut oka można
było zauważyć, że projektant i wykonawcy
oglądanej sali tradycji przypisywali duże
znaczenie do wydarzeń, które odcisnęły
silne piętno na współczesnej historii państwa polskiego, a mianowicie – zbrodni katyńskiej /m.in. wyeksponowana została,
w obecnie dostępnym wymiarze, lista katyńska/ i tragedia smoleńska /w katastrofie
samolotu prezydenckiego w dniu 10 kwietnia 2010 roku zginął również †gen. dyw.
Kazimierz Gilarski /1955-2010/.
Gen. dyw. w st. spocz. Henryk Minkiewicz-Odrowąż, ur. 19.01.1880 r. w Suwałkach, jeniec obozu
w Kozielsku, został zamordowany w lesie katyńskim w 1940 r.
28
75
Sala była wykonana w tradycyjnym
stylu, ale z bardzo ciekawymi elementami
podkreślającymi związek dzisiejszego
Garnizonu Warszawa z okresem międzywojennym, m.in. można było zobaczyć makietę dawnego Placu Saskiego,
wyeksponowaną w witrynie okiennej od
strony Placu Marszałka Józefa Piłsudskiego.
Uwagę oglądających zwracał tzw.
kącik lwowski, gdzie wyeksponowane
zostały fotogramy obrazujące architekturę
i codzienne życie starego Lwowa. Podobnie, bardzo starannie dobrane zostały
zdjęcia z najważniejszych wizyt głów
państw i innych uroczystości np. wizyt
Jana Pawła II w Warszawie. Ekspozycja
zawierała wiele akcentów patriotycznych,
m.in. biżuterię patriotyczną z okresu powstań narodowych i liczne pamiątki
z bardzo długiego okresu istnienia GarniKącik pamięci poświęcony generałowi
zonu Warszawa /od czasów regimentów
K. Gilarskiemu. Fot. rjm, 2011 r.
pieszych i konnych I. Rzeczypospolitej,
aż po czasy nam współczesne/. Ciekawostką, wartą obejrzenia, był pierścień biskupi podarowany Dowództwu Garnizonu Warszawa przez Biskupa Polowego
Wojska Polskiego gen. dyw.
Sławoja Leszka Głódzia.
Wśród bardzo licznych
eksponatów zainteresowanie
budzi kolekcja czapek wojskowych, które tutaj trafiły,
w formie upominków przekazywanych przez delegacje
zagraniczne odwiedzające to
ciekawe, emanujące historią,
miejsce. Może Sala Tradycji
stołecznego garnizonu nie
błyszczy refleksami świateł,
nie ma tam dioram i bardzo
modnych,
multimedialnych
urządzeń elektronicznych, ale
kolekcja czapek, kepi, beretów, czako, kapeluszy
jednak ma w sobie coś, co ab- Spora
wojskowych itp. przydaje kolorytu wojskowej tradycji.
sorbuje intelekt zwiedzających,
Fot. rjm, 2011 r.
zwłaszcza osób rozkochanych w naszej historii. Fot. rjm, 2011 r.
76
Zgoła
inne wrażenie, bardziej dostosowane do nowych trendów w tej dziedzinie
/kompozycji
obrazu,
światła
i dźwięku/, sprawiała Sala Tradycji Wojskowej Akademii Technicznej /WAT/, którą nasza grupa odwiedziła w następnej
kolejności. Zwiedzających wita napis,
umieszczony na drzwiach wejściowych „Omnia pro Patria”.29 Już na pierwszy rzut
oka można było dostrzec inżynierską rękę
w urządzeniu i wyposażeniu pomieszczeń
wystawowych. Kilka elementów mogło się
spodobać, na przykład bardzo precyzyjnie
podświetlone
/oświetlenie
diodowe30
wmontowane zostało w podłodze/ ruchome gabloty wystawiennicze /na niewielkich kółkach umieszczonych pod najniższą półką, które pozwalały na przestawianie gablot według potrzeby wykorzystania
pomieszczeń sali tradycji w danym momencie. Podobnie, interesującym rozwiąDrzwi wejściowe do Sali Tradycji WAT.
Fot. rjm, 2011 r.
zaniem była „łamana” półściana działowa,
która pozwalała na odpowiednią zmianę kubatury pomieszczeń stosownie do ich
aktualnego /tzn. celowego/ przeznaczenia. Warto zaznaczyć, że w tych, nowocześnie urządzonych, bardzo rozjaśnionych, przestrzeniach watowskiej Sali Tradycji bardzo korzystnie prezentowały się mundury historyczne /starannie ułożone
na manekinach/ ustawione we wnękach ściennych m.in. piechura Księstwa Warszawskiego, żołnierza polskiego z 1939 roku, czy mundury współczesnych formacji Wojska Polskiego. Podobny entourage zastosowano w przypadku eksponowania patrona uczelni gen. Jarosława Dąbrowskiego /1836-1871/.
łac. „Omnia pro Patria” – „Wszystko dla Ojczyzny”
Oświetlenie diodowe nie wpływa ujemnie na eksponaty, szczególnie na dewastuje eksponatów z materiałów sukiennych itd. Nie należy stosować oświetlenia halogenowego, a na pewno do podświetlania
gablot nie powinno się używać świetlówek.
29
30
77
Należałoby jednak podkreślić,
że w 2010 roku Sala Tradycji
WAT, pomimo że prezentowała się bardzo estetycznie
i praktycznie /i wydaje się, że
niemałe były koszty jej wykonania/, nie dorównywała najnowszym tendencjom, które
preferowały rozwiązania multimedialne, pozwalające na
dogodne, bardzo interesujące
ukazywanie najważniejszych
/odpowiednio dobranych/ wydarzeń historycznych za poFragment wystawy w Muzeum Ziemi Sochaczewskiej.
Fot. rjm, 2011 r.
Jeszcze
mocą dominującego sposobu,
jakim jest obraz i dźwięk.
tego samego dnia, 15
czerwca 2010 roku, udaliśmy się do Sochaczewa, gdzie na koneserów historii
polskich sił zbrojnych w okresie ostatniej
wojny światowej czekała prawdziwa niespodzianka. Do tej pory, mało kto z nas
przypuszczał, że w Sochaczewie znajduje
się, tak atrakcyjne, regionalne, muzeum
/Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola
Bitwy nad Bzurą/. Właśnie ta, największa
bitwa wojsk polskich stoczona z Wehrmachtem w wojnie obronnej 1939 roku,
zaintrygowała miłośników Ziemi Sochaczewskiej. Lata poszukiwań i gromadzenia uzbrojenia, wyposażenia żołnierskiego
i sprzętu wojennego, które zalegało przez
długi czas pole walki nad Bzurą oraz liczne pamiątki przekazane przez darczyńców pozwoliły na powstanie bogatych zasobów sochaczewskiego muzeum. MuMuzeum Ziemi Sochaczewskiej specjalizuje
zeum w Sochaczewie, jako wynik sponta- się w prezentowaniu uzbrojenia, umunduronicznej działalności ludzi rozmiłowanych w
wania i dokumentacji z okresu II. wojny
światowej. Fot. rjm, 2011 r.
historii oręża polskiego, zostało utworzone
w 1973 roku i istniało kilka lat zanim otrzymało status palcówki państwowej /stałe
wystawy noszą tytuły: „Pole bitwy 1939-1945” i „Gdy bój nad Bzurą wrzał”/. Chociaż mieści się w niewielkim budynku /dawnym, XIX.wiecznym, sochaczewskim
ratuszu/, potrafiło zgromadzić bardzo wiele cennych eksponatów, głównie broń
lekką /strzelecką indywidualną i maszynową, mundury i oporządzenie żołnierskie, amunicję strzelecką, zdjęcia, dokumenty i pamiątki osobiste żołnierzy.
78
Wśród tych zbiorów,
przede wszystkim wymienić
należałoby:
rzadki
okaz
uzbrojenia - bardzo interesujący pod względem konstrukcyjnym - karabin przeciwpancerny „Ur” wz. 35; niewielki,
moździerz piechoty kal. 81
mm wz. 31; ciężki karabin
maszynowy „Maxim” na podstawie saneczkowej z. 08;
granatnik piechoty wz. 36 dar
FON; dokumenty osobiste
dowódcy II batalionu piechoty
18. Pułku Piechoty majora
Feliksa
Kozubowskiego,
który we wrześniu 1939 roku
zginął, walcząc w obronie Sochaczewa31; płat sztandaru 59. Pułku Piechoty
Wielkopolskiej, który został ukryty w ziemi /podczas bitwy nad Bzurą/ i odnaleziony dopiero w 1984 roku; oraz pamiątki po dowódcach września 1939 roku
/dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii gen. bryg. Roman Abraham, ps.
Roman Wydera 1881-1976 i dowódca Samodzielnej Grupy Operacyjnej gen.
bryg. Stanisław Grzmoty Skotnicki, ps. Grzmot 1894-1939/. Kontynuacją problematyki ostatniej wojny światowej są eksponaty muzealne obrazujące okres
okupacji w Polsce tzn. liczne egzemplarze broni i amunicji, mundury, odznaczenia i dokumenty, przypominające działalność konspiracyjną i bojową oddziałów
AK /obwodu AK „Skowronek” i Zgrupowania AK „Kampinos”/ i cichociemnych32
oraz opis udziału mieszkańców Sochaczewa i okolic w walce z okupantem
i w różnych formacjach wojskowych na frontach II. wojny światowej.
Karabin przeciwpancerny Ur wz. 35 znaleziony
na polu Bitwy nad Bzurą.
31
W obronie Sochaczewa wsławił się II batalion 18 PP, który poniósł ogromne straty /80 % stanu osobowego/; 15 września zginął dowódca batalionu mjr F. Kozubowski. Warto wspomnieć, że Sochaczewskie
Muzeum posiada grupę rekonstrukcyjną, która przybrała imię II/18 PP.
32
Wydaje się, że i dzisiaj nie bardzo wiadomo skąd wywodzi się nazwa tej szczególnej grupy żołnierzyskoczków spadochronowych przeznaczonych do zadań specjalnych, głównie do zrzutów na tereny okupowanej Polski w celu zasilania instruktorami struktur Armii Krajowej i przygotowywania powstania powszechnego. Pierwszy kurs spadochronowy polskich żołnierzy miał miejsce jesienią 1940 roku w Anglii
/Ringway k. Manchesteru/, chociaż już wcześniej, jeszcze we Francji, inicjatywę w tym zakresie wykazywali dwaj oficerowie - kpt. Jan Górski i kpt. Maciej Kalenkiewicz. Generalnie, szkoleniem cichociemnych zajął się Oddział VI Sztabu Naczelnego Wodza i od tego czasu szkolenie cichociemnych odbywało
się w Wyższej Szkole Wojennej i Szkole Oficerów Wywiadowczych w Londynie. Program szkolenia był
zróżnicowany i kandydatów przygotowywano w kilku specjalnościach, m. in. w zakresie dywersji, kontrwywiadu, radiotelegrafii, fałszowania dokumentów, szkolenie minerskie, strzeleckie itd. Szkolenie fizyczne odbywało się w specjalnym ośrodku w Largo House, nazywanym potocznie Monkey Grove /Małpi
Gaj/. Z 606 cichociemnych, którzy ukończyli kurs, do Polski zrzucono 316. Odlatywali z bazy londyńskiej,
a od 1944 roku z bazy w Brindisi. Byli świetnymi żołnierzami i instruktorami. Ich losy wojenne i powojenne
to osobny rozdział historii. Dość powiedzieć, że zginęło 112: 9 w trakcie lotu do kraju, 84 zginęło w walce
/w tym, 18 w powstaniu warszawskim/, 10 zażyło truciznę po aresztowaniu przez Niemców, a 9 skazano
na karę śmierci, już w Polsce, po 1945 roku.
79
Muzeum posiada również dziedziniec plenerowy z eksponatami uzbrojenia
z okresu Wojska Polskiego, m.in. Mig-21R /pozostałość po 32. pułku rozpoznania taktycznego ówczesnych Wojsk Lotniczych, czołg T-34 z armatą 85 mm itd.
Muzeum prowadzi także badania archeologiczne, których polem są eksponaty
z epoki kamienia /paleolitu i mezolitu/, m.in. narzędzia kamienne, fragment kła
mamuta, żuchwa nosorożca włochatego, róg tura itp. Cenniejszym jest fakt gromadzenia przez sochaczewskie muzeum dokumentacji poległych i zmarłych, od
ran, żołnierzy walczących nad Bzurą w 1939 roku.
W dniu naszych odwiedzin w sochaczewskim muzeum natrafiliśmy również
na wystawę okolicznościową, nawiązująca do ubiegłorocznej, 600.tnej rocznicy
bitwy pod Grunwaldem. Wystawa przypominała przemarz wojsk Jagiełły przez
Mazowsze i przeprawę pod Czerwieńskiem. Warto zauważyć, że wojska Jagiełły
/kolumna wojsk długa na 14 km/ przeszły do Czerwieńska, gdzie złożono most
przeprawowy z bali drzew i statków, wojska w największym porządku przeszły
przez Wisłę w ciągu jednego dnia!. Jak to wszystko zorganizował i przeprowadził
Jagiełło, trudno sobie wyobrazić. A jednak to zrobił. Oto, jak o tym napisał Jan
Długosz: „We czwartek po święcie Ś. Jana Chrzciciela, od południa, ruszył Władysław król Polski z całą siłą zgromadzonych wojsk do Wolborza. /…/ W niedzielę uroczystą ŚŚ Apostołów Piotra i Pawła pomknął król Władysław obozem do
Kozłowa, wsi należącej do biskupa Poznańskiego, nad rzeką Bzurą położonej.
/…/ W poniedziałek, nazajutrz po święcie ŚŚ Piotra i Pawła, ruszywszy król Władysław ze wsi Kozłowa, zdążył nad Wisłę powyżej klasztoru Czerwieńska, do
przybrzoża, gdzie już most sporządzony pod Kozienicami na łyżwach ustawiono,
i w tym samym dniu przeprawił się król przez rzekę po tym moście, prowadząc za
sobą wszystko wojsko w ściśnionych szykach, wraz z działami, taborami, żywnością i innemi pociągi. Już bowiem w to miejsce ściągnęły były nie tylko wszystkie
siły zbrojne królestwa Polskiego, ale i dwaj książęta Mazowieccy, Janusz i Ziemowit, ze swojemi wojskami, i zaciężne cudzoziemskie poczty. Przeprawiwszy
się przez Wisłę, po moście na statkach zbudowanym, Władysław król Polski rozłożył swój obóz po drugiej stronie rzeki. Tegoż samego dnia nadciągnął i wielki
książę Alexander ze swoim ludem i wodzem tatarskim, mającym tylko trzystu Tatarów w swoim zastępie. /…/ Przez trzy dnie potem zatrzymał się król Władysław
z książęciem Alexandrem na tem stanowisku, dopóki nie podciągnęły chorągwie
wszystkich ziem Królestwa Polskiego i nie przeprawiły się przez rzekę Wisłę. Postawił zaś król Władysław przy moście wybrany zastęp rycerstwa, i wyznaczył
zbrojnych towarzyszy, którzyby na przeprawie przez most przestrzegali natłoku
i nieporządku.; a krańce mostowe opatrzył grubemi z drzewa uporami, które kobyleniami zowią, aby się nikt do brzegów nie przybliżał. Wchodziło więc wojsko
na most i porządnymi szyki, wraz z pociągami, końmi i czeladzią obozowa /…/.”
Wystawa to rodzaj dioramy33 przedstawiającej rycerzy i fragmenty rekonstrukcji
przeprawy, repliki ówczesnej broni i wyposażenia rycerzy wojsk biorących udział
w bitwie pod Grunwaldem. Można także obejrzeć reprinty średniowiecznych ry33
Diorama jest plastycznym trójwymiarowym przedstawieniem wydarzeń historycznych, scen przyrodniczych, modeli urbanistycznych i konkretnych postaci świata nauki, kultury itp., najczęściej w naturalnych
wymiarach. Jest bardzo interesującym zobrazowaniem wydarzeń, łatwo przyswajalnym w epoce edukacji
obrazkowej, zwłaszcza w muzeach, parkach typu „animals” itd.
80
cin, miniatur i rysunków nawiązujących do bitwy pod Grunwaldem. Diorama pobudziła wyobraźnie zwiedzających poprzez plastyczne, barwne „opisanie” fragmentu przeprawy pod Czerwieńskiem.
Po południu czekała nas droga autokarem do miasta Kopernika – Torunia,
gdzie zostaliśmy zakwaterowani w Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia.
Następny dzień warsztatów 17 czerwca 2011 /czwartek/ rozpoczęliśmy od
zajęć teoretycznych /wykładu połączonego z dyskusją/, przeprowadzonych przez
kustosza Sali Tradycji CSAiU ppłk. dr. Mirosława Giętkowskiego na temat:
„Sposobów i zasad prezentacji broni palnej, amunicji artyleryjskiej oraz innych
środków bojowych w salach tradycji”. Podstawą do dyskusji były dokumenty
normujące dekowanie broni /pozbawianie jej cech użyteczności/, tj. Ustawa
o broni i amunicji z 21 maja 1999 r. /Dz.U. nr 53 z 1999 r., poz. 549, art. 5/; Rozporządzenie Ministra Spraw wewnętrznych i Administracji z dnia 23 kwietnia
2004 r. w sprawie pozbawiania broni palnej cech użytecznych, /Dz.U. nr 94
z 2004 r., poz. 924/. Według informacji przekazanych podczas powyższego wykładu uprawnienia na wykonywanie czynności polegających na pozbawianiu broni palnej cech używalności posiadają następujące instytucje: Instytut Mechaniki
Precyzyjnej, Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia i Wojskowy Instytut Techniki Inżynieryjnej oraz Centralne Laboratorium Kryminalistyki Komendy Głównej
Policji /wszystkie cztery instytucje znajdują się w Warszawie/.
Warto wiedzieć, że zakup broni palnej w /sklepie/firmie specjalistycznej
musi być zgłoszona Policji w ciągu 7 dni. Zasady przechowywania broni palnej
w salach tradycji określają zapisy znajdujące się w Decyzji Ministra Obrony Narodowej Nr 445/MON z dnia 31 grudnia 2009 r. zmieniające decyzję w spr. zasad
funkcjonowania sal tradycji w jednostkach wojskowych. W przypadku
/eksponowania/ przechowywania broni palnej w sali tradycji, pomieszczenie musi
być zabezpieczone przed włamaniem /kradzieżą/ podobnie, jak zabezpiecza się
magazyn broni /tzn. powinny być odpowiednie zamknięcia/blokady/ i system
alarmowy. W kontekście tych przepisów, aby uniknąć problemów prawnoorganizacyjnych, należałoby raczej unikać eksponowania broni w salach tradycji
jednostek i instytucji wojskowych.
Po wykładzie zwiedziliśmy doskonale urządzone Muzeum Artylerii i Salę
Tradycji Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia. Ekspozycje i funkcjonowanie
obu obiektów znajdują się pod patronatem Stowarzyszenia Miłośników Artylerii
i Militariów w Toruniu. Oglądając wystawy mieliśmy okazję wysłuchać opisów
i wyjaśnień udzielanych przez chor. sztab. Piotra Ochocimskiego. W obszernych pomieszczeniach muzeum i w sali tradycji można było zobaczyć wszystko,
czym dysponowała dawna, polska artyleria i co było używane przez polską artylerię w okresie ostatniej wojny światowej i w latach nam współczesnych.
Jeszcze tego samego dnia, ruszyliśmy do toruńskiego Fortu XIII –
Warowni Karola Kniaziewicza34. Prowadził nas, mój kolega z lat służby wojsko34
Fort (łac.: fortis - silny, mocny, trwały) - budowla obronna /urządzenie obronne/, fragment większej
instalacji obronnej /twierdzy/; fortyfikacja przystosowana do samodzielnej obrony i egzystencji wojennej,
posiadająca przygotowaną do obrony załogę i uzbrojenie /artylerię forteczną, broń maszynową i indywidualną/, system ognia i zapór fortyfikacyjnych.
81
wej /jeszcze w Wojskach Lotniczych i Obrony Powietrznej/ mjr Marian Rochniński, znakomity znawca historii wojskowości i zawodowy przewodnik po Toruniu
i Ziemi Toruńskiej. Tuż za rogatkami Torunia w kierunku północnym, przewodnik
wskazał nam na, widoczny z jadącego autokaru, las Barbarka /nazwa pochodzi
od leśniczówki nazwanej „św. Barbara”/, gdzie okupanci niemieccy, wspomagani
przez Niemców pomorskich i volksduetschów z toruńskiego Selbstschutzu, już
na początku okupacji /tj. od października do grudnia 1939 roku/ rozstrzelali około
600 Polaków. Często jedyną ich winą było to, że uznano ich za „fanatyków”
polskości, co było wystarczającym powodem do wydania wyroku i egzekucji
w lesie Barbarka. Nie udało się całkowicie ukryć zbrodni, ponieważ znaleźli się
świadkowie i w 1945 odkopano mogiły, ale odnaleziono tylko około 87 zwłok35.
Udało się ustalić, że Niemcy, już pod koniec wojny, wykopali zwłoki i spalili, zacierając w ten sposób ślady toruńskiej zbrodni.
Warto dopisać, że w 1944 roku w okolicach Torunia Niemcy zorganizowali
kilka podobozów /m.in. największe to Górsk, Chorab i Bocień/, gdzie zwieziono
kilka tysięcy Żydówek do pracy przy wykonywaniu umocnień /schronów, rowów
przeciwczołgowych i okopów dla piechoty/ w związku ze zbliżającym się frontem.
Przetrzymywane w okrutnych warunkach, umierały bądź przy pracy, bądź ginęły
w wyniku aktów mordów popełnianych m.in. przez wachmanów litewskich, łotewskich i ukraińskich /szacuje
się, że wymordowano około
2500 kobiet żydowskich/.
My pojechaliśmy do 1. Bazy
Materiałowej, na terenie której
znajduje się, niestety niedostępny do zwiedzania, Fort
XIII im. Karola Kniaziewicza
/numeracja i nazwy fortów
pochodzą z okresu późniejszego; w czasach pruskich
fort nosił numer VI i nazwę
Winrich von Kniprode/.
W 1872 roku /24.06./,
Sztab Generalny armii pruBrama główna do Fortu XIII – Warowni im. Karola Kniaziewicza. skiej zdecydował o budowie
Fot. rjm, 2011 r.
35
Zwłoki ekshumowano i pochowane zostały ponownie w Toruniu, na Cmentarzu Komunalnym nr 2 im.
Ofiar II Wojny Światowej położony przy ulicach - Grudziądzkiej i Wielki Rów. Cmentarz został założony
w 1891 roku. Znajduje się tam m.in. zbiorowa mogiła Żydówek z obozu pracy "Baukomando Weischel"
z Chorabia, zamordowanych przez strażników obozowych 18 stycznia 1945 roku. W tym dniu, Niemcy,
po selekcji więźniarek, pozostałe kobiety zebrali w namiocie i ostrzelali z broni maszynowej. Egzekucję
przeżyło 22 kobiety! 152 osoby, które zginęły pochowano w rowie przeciwczołgowym. W 1950 roku ciała
ofiar tamtej egzekucji ekshumowano i złożono w zbiorowej mogile na toruńskim cmentarzu. Trzeba również dodać, że toruńska dzielnica Glinki była miejscem śmierci tysięcy jeńców radzieckich /14276/ ze
Stalagu XXC, w którym panowały fatalne warunki egzystencji /głód, choroby, przeciążenie niewolniczą
pracą itd. Podobnie, w tym miejscu /Stalag XXA/ zmarło 481 jeńców amerykańskich, brytyjskich, włoskich, holenderskich i innych narodowości/, chociaż były tam dużo znośniejsze warunki, niż w Stalagu
XXC.
82
systemu fortów i umocnień wokół Torunia, co nadało temu miastu status twierdzy. Decyzja nie była trudna, bo twierdzę budowano za francuskie reparacje
w złocie /po wojnie francusko-pruskiej 1870-1871/, wykorzystując do tego celu
tysiące francuskich jeńców. Toruń znajdował się na pograniczu dwóch wrogich
sobie mocarstw Prus i Rosji i dowództwo pruskie przewidywało dla budowanej
twierdzy ważne znaczenie obronne /twierdza I. kategorii/. Budowę fortów obronnych rozpoczęto w 1877 roku /I etap zakończono w 1884 roku/. Przez 36 lat
trwania budowy twierdzy zbudowano blisko dwieście różnych elementów umocnień /betonowych ziemno-ceglanych i ziemnych/ w konfiguracji okrężnej o obwodzie około 22 km. Główną rolę spełniały baterie dział /z gwintowanymi lufami/
ustawione początkowo w ośmiu fortach artyleryjskich /w tej liczbie, odwiedzany
przez nas Fort XIII/. Po 1888 roku wybudowano jeszcze sześć fortów /do 1893
roku/, otaczając w ten sposób szczelnie całe miasto./ Tuż przed I. wojną światową zmodernizowano i wzmocniono forty przez dodanie kolejnych baterii artyleryjskich i pancernych. Najbardziej nowocześnie wyposażonym fortem stał się, wybudowany, jako ostatni, Fort I /im. Jana Sobieskiego, jedyny na froncie wschodnim fort pancerny; drugi taki fort znajdował się we Francji/. Toruńska twierdza, to
także system dróg dookrężnych i rokadowych prowadzących do fortów, które budowano równocześnie z systemem umocnień. Powstała również wewnętrzna
sieć telefoniczna i telegraficzna oraz lotnisko i baza dla sterowców. Twierdza posiadała zespoły koszarowe, kompleksy magazynowe, zaplecze aprowizacyjnokomunalne itd. Wraz z rozbudową twierdzy, rozwijało się również miasto. Powstały nowe drogi, elektrownia, rozwinęła się sieć kanalizacyjna i wodociągowa,
uruchomiono także linie tramwajowe i wybudowano kilka ważnych obiektów komunalnych, m.in. urzekający ogromnymi oknami i bogatymi zdobieniami neorenesansowy Dwór Artusa.
W latach 1880-1885,
po południowej stronie miasta, został zbudowany Fort
XIII, jako główny fort artyleryjski, jeden z ostatnich tego
typu obiektów fortyfikacyjnych
wybudowanych przez cesarskie Niemcy. W tym czasie
zbudowano również sześć,
innych fortów obronnych – tj.
forty II, V, VII, IX, XI i XV.
Spośród nich, właśnie Fort
XIII zachował się w najlepszym stanie. Fort zbudowano
z cegły, betonu i ziemi i miał
robi wrażenie „nie do zdobycia”.
kształt pięciokąta. Posiadał Warownia Kniaziewicza
Fot. rjm, 2011 r.
piętnaście odkrytych stanowisk
artyleryjskich, bez obstalunku betonowego. Dopiero, w następnych latach
/pomiędzy 1890 a 1900 rokiem/ postawiono na narożnikach fortu dwie betonowe
baterie pancerne z czterema kopułami dla dział kal. 150 mm. W 1911 roku, fort
83
został zamaskowany roślinnością i otoczony drutem kolczastym. W następnym
roku, fort otrzymał instalację elektryczną. Przed I. wojną światową fort był wielokrotnie modernizowany, m.in. powiększono warstwę ziemi na nasypach
i wzmocniono sklepiania warstwą betonu o grubości ok. 1 metra, co zwiększyło
odporność konstrukcji fortu na uderzenia pocisków, nawet do kal. 150 mm. Poszerzono także, bardzo znacznie, mury fortu, aż o 1,5 m i zamurowano całkowicie lub w ⅔ okna koszar fortu.
W trakcie I. wojny
światowej toruńska twierdza
nie była obiektem ataku
i forty przetrwały w stanie
nienaruszonym.
Dopiero
upływający czas, dzień po
dniu, dokonywał dzieła zniszczenia tej, wielkiej budowli
obronnej.
Gdy w 1918 roku armia
niemiecka wycofywała się z
toruńskiej twierdzy, wywiozła
wyposażenie fortu, a działa
forteczne zostały celowo
uszkodzone.
Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę, i przejęciu toruńskiej twierdzy przez polską armię, w Forcie XIII internowano „białych
żołnierzy” gen. Wrangla. W następnych latach, w forcie kwaterowały oddziały
piechoty i artylerii Wojska Polskiego, ćwiczące na toruńskim poligonie. W latach
1922-1924 fort został odremontowany, m.in. na powrót wybito, zamurowane
wcześniej, okna i naprawiono uszkodzoną instalację elektryczną. Wojna obronna, we wrześniu 1939 roku,
nie spowodowała większych
strat w Forcie XIII, pomimo że
znajdowało się tam stanowisko dowodzenia Armii Pomorze, które najpierw było bombardowane przez niemieckie
lotnictwo, a potem ostrzeliwane przez artylerię.
W okresie wojny, Niemcy wykorzystywali fort na obóz
dla jeńców polskich, a potem
brytyjskich.
Dzisiaj, Fort XIII jest
jednym z dawnych obiektów
militarnych, którego konstrukcja
Toruński Fort XIII również dzisiaj sprawia wrażenie
bardzo solidnej budowli obronnej. Fot. rjm, 2011 r.
budowlana pozostała właściwie
Główna brama do Fortu IV w Toruniu. Fot. rjm, 2011 r.
84
w niezmienionym stanie. Ocenić należy, że świadome dekomponowanie, a raczej dewastacja fortu przez Niemców /w 1918 roku/, którzy zdemontowali wiele
elementów uzbrojenia i urządzeń z wyposażenia mechanicznego, nie spowodowała deklasacji obiektu. Również, pewne remonty i zmiany funkcji niektórych
pomieszczeń, za czasów użytkowania fortu przez Wojsko Polskie, nie zmieniły
zbyt mocno wnętrza fortu. Zachowały się żelazne bramy, kraty, drzwi, urządzenia
systemu wentylacyjnego itp. W okresie I. wojny światowej klasyczne twierdze
pierścieniowe i forty obronne odeszły w historyczną przeszłość. Nowe rodzaje
broni, zwłaszcza lotnictwo, artyleria wielkiego kalibru i broń pancerna zneutralizowały rolę twierdzy i fortów obronnych.
W
drodze do Bydgoszczy, zatrzymaliśmy się
w m. Pigża, gdzie Grupa
Rekonstrukcji Historycznej Toruńskiego 63. Pułku
Piechoty przedstawiła inscenizację
„Potyczki
Wrześniowe” /1939/. Dynamiczny pokaz obrony
ruchowej i kontrataku polskiej piechoty na pojawiające się na polu walki oddziały Wehrmachtu zrobił
Piechota polska oczekiwała już w pełnej gotowości
na niemiecki atak. Fot. rjm, 2011 r.
duże wrażenie na oglądających. Piękna pogoda
zgromadziła, w tej niewielkiej, podtoruńskiej miejscowości, liczną publiczność,
ale
najwięcej
dzieci
i młodzieży szkolnej. „Bojowe” zaangażowanie „aktorów” wrześniowej potyczki
było imponujące. Dynamika
zmieniającej się akcji, groźne odgłosy walki zbrojnej,
wybuchy i strzały oraz
umundurowanie i uzbrojenie z 1939 roku, stwarzały
doskonałą okazję uczestnikom inscenizacji do autentycznego przeżywania tego
Polski oddział wspierał samochód pancerny
historycznego
wydarzenia
wz. 34, który skutecznie powstrzymywał niemieckie ataki
ogniem swojego działka 37 mm. Fot. rjm, 2011 r.
sprzed
siedemdziesięciu
dwóch lat. Po pokazie można było z bliska obejrzeć sprzęt wojskowy uczestni-
85
czący potyczce, porozmawiać z wykonawcami i zrobić pamiątkowe zdjęcie
z „prawdziwą historią” w tle.
Przejazd do Pomorskiego Muzeum
Wojskowego /PMW/ w Bydgoszczy36,
gdzie obejrzeliśmy stałą ekspozycję muzeum oraz wystawę okolicznościową
związaną z 65. rocznicą walk na Wale
Pomorskim, wykorzystany został na komputerowe prezentacje sal tradycji jednostek wojskowych. Największe wrażenie
wywołała bardzo udana diorama obrazująca fragment ataku polskich żołnierzy na
niemiecki bunkier. Jednocześnie wysłuchaliśmy komentarza historycznego na
ten temat wygłoszonego przez †prof.
Stanisława Krasuckiego.
Zwiedzanie stałej wystawy PMW
pobudziło żywy dyskurs oglądających,
których interesowały zasady obsługi
Ciężka armata polowa 155 mm /krótka/.
Fot. rjm, 2012 r.
i oddawania ognia przy pomocy
XVIII.wiecznych rodzajów strzeleckiej broni palnej. Kustosz przypomniał, dość
skomplikowane, czynności piechura wyposażonego, na przykład, w muszkiet ładowany od strony wylotu lufy /rodzaj broni
odprzodowej czyli ładowanej od przodu
lufy, używanej od XIII w. aż do połowy XIX
w. - broń strzelecka i działa/. W naszych
czasach, jedynie moździerze i pojedyncze
rodzaje granatników ładowane są od
przodu. Górę wzięła, łatwiejsza w obsłudze broń odtylcowa strzelecka i artyleryjska. Broń odprzodowa była skomplikowana, a jej obsługa pochłaniała zbyt dużo
czasu.
36
Rakieta operacyjno-taktyczna ziemia-ziemia
8K-14 /R-300/. Fot. rjm, 2012 r.
Muzeum wojskowe w Bydgoszczy, zorganizowane w Szkole Podchorążych dla Podoficerów istnieje od
1928 roku. Jego tradycje kontynuowało Muzeum Tradycji Pomorskiego Okręgu Wojskowego. W 2003
roku przemianowano i przekształcono placówkę w Pomorskie Muzeum Wojskowe /PMW/. W 2010 roku,
nastąpiła reorganizacja muzealnictwa wojskowego i w miejsce PMW utworzono Muzeum Wojsk Lądowych.
86
Najpierw, należało nasypać z prochownicy odpowiednią ilość prochu do lufy karabinu /później zastosowano papierowe patrony z prochem/, następnie
umieścić w lufie przybitkę oraz ołowianą kulę lub pocisk i uszczelnić lufę poprzez
wetknięcie tzw. flejtucha i ubić /pobić/ to wszystko pobojczykiem /stemplem/.
W kolejności, strzelec podsypywał proch na panewkę zamka kapiszonowego
/bądź nakładał kapiszon na kominek zamka/. Strzał następował poprzez zapalenie prochu na panewce lub zbicie kapiszonu /czyli dzisiejszej spłonki/, co wywoływało zapłon ładunku znajdującego się w lufie i wystrzał kuli. Należałoby powiedzieć, że istniejące, od 2010 roku, Muzeum Wojsk Lądowych /MWL/, które przejęło zasoby muzealne i zasady funkcjonowania po PMW, prezentuje bardzo ciekawe egzemplarze różnych rodzajów uzbrojenia lekkiego i ciężkiego /wystawa
zewnętrzna/, broni osobistej, umundurowania, wyposażenia osobistego żołnierzy
oraz bogatą kolekcję odznaczeń wojskowych i liczne sztandary wojskowe itd.,
głównie z okresu II. wojny światowej, z wczesnego okresu powojennego oraz
niektóre rodzaje broni i przedmioty wyposażenia żołnierzy dzisiejszych Sił Zbrojnych. Bardzo interesującym fragmentem wystawy były eksponaty z czasów powstań narodowych - insurekcji kościuszkowskiej, powstania listopadowego,
styczniowego i powstania wielkopolskiego. Cała panorama eksponatów opisywała rzeczywistość wojenną Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, Armii Polskiej
w ZSRR, Armii Krajowej i innych ugrupowań partyzanckich działających w okresie okupacji. Sporo miejsca poświęcone zostało Garnizonowi Bydgoszcz w okresie międzywojennym /m.in. można było obejrzeć wycinek wystawy poświęcony
bydgoskiemu kryptologowi Marianowi Rejewskiemu37/ i w latach wojny oraz ruchowi oporu na Kujawach i Pomorzu.
37
Marian Rejewski /1905-1980/ - najbardziej znany matematyk i kryptolog, któremu przypisuje się rozkodowanie, w okresie międzywojnia i wojny, supertajnego szyfru niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma. Na tej podstawie skonstruowana została maszyna rozkodowująca. Ten wybitny matematyk urodził
się 16 sierpnia 1905 roku w Bydgoszczy. Jak napisano we wniosku o odznaczenie: „w czerwcu 1923 roku
ukończył gimnazjum klasyczne w Bydgoszczy i uzyskał świadectwo dojrzałości. W latach 1923-1929 studiował filozofię na Uniwersytecie w Poznaniu, gdzie uzyskał tytuł magistra filozofii w zakresie matematyki.
Od 1930 r. do maja 1934 r. zaangażowany w charakterze młodszego asystenta przy katedrze matematyki
uniwersytetu poznańskiego. Od 1 czerwca 1934 r. zakontraktowany w charakterze urzędnika w Oddziale
II Szt. Gł.” I dalej: „Inteligentny i wybitnie zdolny pracownik w dziedzinie kryptologii. Wytrwałością i umiejętnością w pracy oraz zamiłowaniem do tejże, przyczynił się w wielkiej mierze do osiągnięcia rezultatów,
które oddały Sztabowi Głównemu cenne usługi w dziedzinie bezpieczeństwa wojska. Jako siła nieprzeciętna i zaufana zasługuje w zupełności na odznaczenie /chodziło o „Srebrny Krzyż Zasługi” za zasługi na
polu bezpieczeństwa wojska./.
W uzupełnieniu powyższej notki należy dodać, że od 1930 roku Rejewski pracował w filii Biura
Szyfrów Sztabu Głównego w Poznaniu i jednocześnie wykładał matematykę w Instytucie Matematycznym
Uniwersytetu Poznańskiego, a od 1932 roku zatrudniony został, wraz z innymi specjalistami od kryptologii, w Oddziale II Sztabu Głównego w Warszawie. Oficjalnie już zespół kryptologów Rejewskiego został
zainstalowany w prawym skrzydle pałacu Saskiego /w 1937 roku placówka kryptologów została przeniesiona do specjalnie w tym celu wybudowanego ośrodka w Pyrach, w Lesie Kabackim pod Warszawą/.
Praktycznie, kryptolodzy byli odizolowani od pozostałych pracowników Sztabu Głównego w pomieszczeniu zwanym potocznie „black chamber” – czarnym gabinetem. W tym czasie Rejewski, wspólnie z Jerzym
Różyckim i Henrykiem Zygalskim, doprowadził do ogromnego postępu w rozszyfrowywaniu supertajnego
kodu niemieckiej Enigmy. Było to możliwe dzięki wprzęgnięciu, do rozkodowania niemieckiej maszyny
szyfrującej reguł równań wyższej matematyki, tzw. równań permutacyjnych. Zasadniczy przełom nastąpił
w 1938 roku, gdy Rejewskiemu dostarczono niektóre dokumenty /instrukcje obsługi, dwie nieaktualne
tabele kluczy/ i zdjęcie wojskowej maszyny, zdobyte przez wywiad francuski, konkretnie agenta Asche.
Co prawda, nie były to informacje„ wystarczające do odkrycia istoty szyfrowania i rozkodowywania, niemniej Rejewski doprowadził do skonstruowania urządzeń pomocniczych /cyklometru i bomby kryptogra-
87
Duża część prezentacji
została poświęcona Wojsku
Polskiemu w latach 19452010, w jego kolejnych odsłonach rozwoju. Pokazane zostało umundurowanie, broń
osobista i podstawowe wyposażenie indywidualne żołnierzy piechoty, saperów, czołgistów, łącznościowców itd.
oraz żołnierzy wykonujących
zadania w misjach pokojowych i stabilizacyjnych.
Malarstwo batalistyczne
i portretowe, znajdujące się
Jeszcze jeden „Rudy” - Czołg T-34, ale o numerze
w przestrzeni muzeum ukazuje
bocznym „138”. Fot. rjm, 2012 r.
sceny z niektórych wydarzeń
z ostatniej wojny oraz sylwetki wielkich dowódców, m.in. Józefa Piłsudskiego,
Władysława Andersa, Władysława Sikorskiego, Józefa Hallera, Edwarda
Śmigłego-Rydza, Stanisława Taczaka, Józefa Dowbor-Muśnickiego i innych.
Na muzealnym dziedzińcu ustawiono pół setki eksponatów, w tym francuską armatę polową 155 mm z 1861 roku /wyprodukowaną przez zakłady zbrojeniowe w Liege/ z okresu wojny francusko-pruskiej 1870-1871, zespół czołgów
i transporterów opancerzonych z lat osiemdziesiątych XX.wieku /m.in. czołgi T-55, T-76, transportery - SKOT, BRT-60, BRDM-2, BRT-152, wielozadaniowy
transporter-ciągnik MTS-306, ale także starsze typy uzbrojenia – zasłużony czołg
T-34 z armatą 85 mm, szynowa wyrzutnia pocisków rakietowych B-13 /słynna
ficznej/, które pozwoliły na odtwarzanie niektórych kluczy depesz. Najważniejszą zagadką Enigmy był
systemy wewnętrznych połączeń wirników kodujących. W końcu jednak, udało się Rejewskiemu rozpracować system połączeń wewnętrznych jednego z wirników /właśnie z pomocą równań permutacyjnych/.
W rozpracowaniu połączeń drugiego wirnika pomogły dane zawarte w kluczu szyfrowym dostarczonym
przez wywiad francuski. Wtedy, łatwiej poszło Polakom w odgadnięciu połączeń wewnętrznych trzeciego
wirnika /we wrześniu 1938 roku Niemcy dodali do zestawu dwa dodatkowe wirniki, co zmieniło sytuację,
ale polscy kryptolodzy zdołali wykorzystać opóźnienie we wprowadzeniu czwartego i piątego wirnika
przez wywiad polityczny SD i na zasadzie porównania tekstów, ustalili system połączeń wewnętrznych
wirników w nowym modelu Enigmy/. Pomimo, że istniała praktycznie nieograniczona ilość kombinacji
kodowych, polscy kryptolodzy mogli już odczytywać tajne, niemieckie depesze kodowane przez Enigmę.
Należy podkreślić, że Niemcy stale dokonywali udoskonaleń maszyny i trzeba było nadążać za tymi
zmianami. W kolejności, polskim kryptologom z Rejewskim na czele, udało się skonstruować „polską”
Enigmę i dostosować ją do rozkodowywania informacji przesyłanych we wszystkich poziomach dowodzenia niemieckich sił zbrojnych. W 1939 roku polskie Enigmy przekazano sojusznikom - Francuzom i
Anglikom. We wrześniu 1939 roku, po agresji Niemców na Polskę, Biuro Szyfrów Sztabu Głównego, również Rejewski, ewakuowało się do Rumunii, a stamtąd do Francji. Podczas wojny, wspólnie z H. Zygalskim, pracowali nad niemieckimi i włoskimi szyframi. Po zakończeniu wojny Rejewski powrócił do rodzinnej Bydgoszczy. W 1969 roku przeniósł się do Warszawy, gdzie zmarł 13 lutego 1980 roku. Dzisiaj, można śmiało powiedzieć, że praca i sukcesy polskich kryptologów okresu międzywojennego i czasu wojny
pomogły aliantom podejmować trafniejsze decyzje militarne i tym samym prowadzić skuteczniejsze działania wojenne.
.
88
Katiusza/. Podobnie, znaleźć tam można wysłużone armaty przeciwlotnicze
i przeciwpancerne, moździerze, a nawet rakietę SCUD /zdolną do przenoszenia
głowic jądrowych/ oraz przeciwlotnicze zestawy rakietowe WOŁCHOW i KUB.
Wyrzutnia rakiet ziemia-powietrze „SM-90”
z rakietą dwuczłonową „W-755”.
Fot. rjm, 2012 r.
Słynna ławeczka Mariana Rejewskiego,
ustawiona przy ul. Gdańskiej w Bydgoszczy
z okazji 100. rocznicy urodzin polskiego
kryptologa w 2005 roku. Fot. rjm, 2012 r.
Tablica poświęcona Janowi Pawłowi II w XV rocznicę pierwszego spotkania papieża z żołnierzami Wojska Polskiego
w Zegrzu Pomorskim w 1991 roku. Fot. rjm, 2012 r.
89
Po zajęciach w bydgoskim muzeum wojskowym, pięknym słonecznym południem, udaliśmy się w dalszą drogę do stolicy Wielkopolski - Poznania38.
Na początek, zajechaliśmy na poznańską Cytadelę /dawna twierdza pruska
Posen Festung/, czyli do Fortu Winiary, najważniejszego i ostatecznego elementu obronnego niemieckiej twierdzy Poznań w 1945 roku. Twierdza Poznań była
rezultatem decyzji władz pruskich po Kongresie Wiedeńskim o budowie linii
umocnień zabezpieczających od wschodu terytorium Prus. Twierdza była rozwiązaniem obronnym po raz pierwszy zastosowanym w architekturze fortecznej,
nazwanym „systemem nowopruskim”39
Poznań, duży ośrodek miejski, tylko swojemu położeniu na granicy pruskorosyjskiej zawdzięczał rolę twierdzy. Miał być także zbrojną zaporą w przypadku
próby rewolty ze strony powstańców polskich. Plany budowy twierdzy powstawały stopniowo od 1817 roku. Jego autorami byli: gen. Carl Wilhelm Georg von
Grolman (1777-1843), mjr Johann Leopold Ludwig von Brese (1787-1878) i,
jako główny wykonawca - pruski gen. piech. Gustav Johann Georg von Rauch
/1774-1841/. Plan zakładał budowę fortyfikacji /cytadeli/ na Wzgórzu Winiarskim
oraz umocnień na Ostrowie Tumskim, na prawym i na lewym brzegu Warty. Ponadto, umocnienia zostały rozbudowane w środkowej części miasta, a wokół, twierdzę otaczały zewnętrzne fortyfikacje40.
Faktycznie, budowę fortu rozpoczęli Prusacy dopiero w 1828 roku, od przeniesienia, nieco dalej w kierunku na północ /obecnie dzielnica Poznania – Winiary/, dwóch, osadniczych wsi Winiary41 i likwidacji folwarku Bonin, aby w tym miej38
Czy nazwę - Poznań należy wywodzić od „poznania” /się/ legendarnych Lecha, Czecha i Rusa, czy też
od „poznania” religii chrześcijańskiej za czasów Mieszka I i jego żony Dąbrówki, /aczkolwiek pierwszym
chrześcijaninem, który zawitał do Polski, był ochrzczony już wcześniej w Niemczech św. Wojciech, urodzony w Libicach /Czechy/. Na bierzmowaniu przyjął imię Adalbert pod wpływem swojego opiekuna arcybiskupa Magdeburga i pod tym imieniem znany jest dzisiaj w Zachodniej Europie. Po dziewięciu latach
pobytu u boku swojego mentora, w 981 roku przyjął święcenia kapłańskie i dwa lata później został biskupem diecezji praskiej. Po ośmiu latach wyjechał do Rzymu i zrzekł się godności biskupa Pragi, dokąd na
krótko powrócił w 992 roku. Burzliwe czasy walki z pogaństwem i wstecznictwem oraz konflikty z czeskimi
wielmożami i księciem Bolesławem II z Przemyślidów doprowadziły do kolejnych, dramatycznych wydarzeń, w wyniku których Adalbert znalazł się na dworze cesarza Ottona III. Korzystając z poparcia papieża Grzegorza V, nie chcąc wrócić do Pragi, wyjechał na misję do Polski, gdzie miał chrystianizować Prusów i Wieletów. Brak znajomości języka Prusów i nieprzychylny stosunek tubylców do misyjnej działalności Adalberta i jego misjonarzy powodowały napięcia. 23 kwietnia 997 roku św. Wojciech zginął z rąk
Prusów, a jego głowę wbito napal. Dzięki staraniom strony polskiej, ciało późniejszego Świętego wykupił
Bolesław Chrobry złotem ważącym tyle ile ważyło ciało Wojciecha /wcześniej, głowę św. Wojciecha
udało się potajemnie wykraść i przywieźć do Gniezna/. W 1000 roku Otton III pielgrzymował do Gniezna
/Zjazd Gnieźnieński/ i podczas tej wizyty powołano arcybiskupstwo gnieźnieńskie, którego metropolitą
został przyrodni brat św. Wojciecha – Radzim Gaudenty.
39
Patrz materiał internetowy: „Twierdza poligonalna – Fort Winiary”, tekst - Jarosław Bączyk, Zarys historii Cytadeli (Fortu Winiary), Wielkopolskie Muzeum Walk Niepodległościowych.
40
Pod względem zajmowanego obszaru Cytadela Poznańska /ok. 100 ha/ była trzykrotnie większa od
Cytadeli Warszawskiej /35 ha/.
41
Obie wsie założone zostały w XIII w. na wzgórzu o nazwie Winiary, gdzie powstały winnice; po okresie
rozkwitu w XV i XVI w., w XVIII wieku nastąpił upadek wsi w okresie wojny północnej /1700-1721/; warto
przypomnieć - Polska praktycznie nie uczestniczyła w wojnie /chociaż od dawna zabiegała o Inflanty/, ale
najcięższe walki toczyły się na ziemiach polskich; terytorium Polski zostało zniszczone i złupione, ponownie przemaszerowały przez Polskę wojska szwedzkie Karola XII /a nieskuteczna, nie wyrażająca interesów Polski, polityka Sasa - króla Augusta II Mocnego doprowadziła do konfliktów ze szlachtą, obawiają-
90
scu, na podpoznańskim wzgórzu, wybudować fort obronny - Winiary.42 Już w połowie 1834 roku, w forcie rozlokowany został 2. batalion 18. Pułku Piechoty
/chociaż fort nie został jeszcze ukończony, ale król pruski Fryderyk Wilhelm III
uznał, że twierdza jest zdolna do samodzielnej obrony i nadał jej rangę II klasy/,
a w końcu tego roku kolejna formacja pruska – 6. Pułk Piechoty. Obiekty oddawane dla wojska natychmiast obsadzano załogami i wyposażano w uzbrojenie.
W końcu 1834 roku zakończone zostały prace przy budowie redity koszarowej
/Kernwerk – centralna część fortu/. Trzykondygnacyjne, podpiwniczone budynki
koszarowe zabezpieczały dwie wieże obserwacyjne z płaszczyznami dla dział.
Dostęp do koszar utrudniały dwa mosty – jeden dla artylerii, drugi dla piechoty.
Od południowej strony koszar wybudowane zostały śluzy: Śluza Wielka /na Warcie/ i Śluza Mała /na rz. Wierzbak/, które – w razie konieczności - można było
wykorzystać do zalania przedpola twierdzy i zablokowania podejść. Przy śluzach
wybudowano forty: św. Wojciecha /Fort Hake/ przy Wielkiej i przy Małej – Przyczółek Mostowy /Fort Roon/.
Cztery lata później, w 1838 roku ukończone zostały kolejne etapy rozbudowy
Fortu Winiary – umocnienia: rawelin III, a w następnym roku - rawelin IV.
W tym samym czasie, wokół Wzgórza Św. Wojciecha i cmentarza farnego powstał Nadszaniec Magazynowy /nazwa związana była z istniejącymi tam magazynami/ oraz na Przepadku zbudowano ziemną Lunetę Ceglaną /nazwa pochodziła od pobliskiej cegielni/. Całość Cytadeli otoczona została wałem głównym
i suchą fosą o głębokości do 7 m i szerokości od 6 do 32 m. W ten sposób,
ukończony został I etap budowy Cytadeli.
Od 1839 roku, w lewobrzeżnej części miasta, rozpoczęła się budowa sześciu
bastionów /najpierw III, potem V, wreszcie IV, VI i II, a na końcu I/. Bastiony połączono główną drogą /ukrytą za kurtyną tzn. za wałem ziemnym/, a poszczególne elementy fortyfikacyjne drogami wewnętrznymi. Obok bastionów koszary były
bronione /od północy/ także przez cztery raweliny i cztery samodzielne reduty.
Kształt finalny poznańskiej twierdzy powstał w 1842 roku, ale dalsza budowa
i rozbudowa umocnień trwała, aż do 1860 roku. Dookoła fortecy prowadziła tzw.
kryta droga na stoku bojowym. Powstały również blokhauzy /silne, trwałe budowle ze strzelnicami okiennymi i kaponierami/, przystosowane do prowadzenia
ognia krzyżowego /flankowego/ oraz pojedyncza kaponiera, wybudowana na
Grobli /Grobla była wówczas wyspą/, przygotowana do samodzielnej obrony oraz
cą się utraty przywilejów i protestującą przeciwko pobytowi w kraju wojsk saskich, użytych do działań
o Inflanty, chociaż Sejm nie wydał zgody na wojnę poprzez liberum veto/; Inflanty zdobyła Rosja, a nie
Polska; ponadto, car Piotr I Wielki uzyskał możliwość ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski, w związku
z podjętymi mediacjami pomiędzy Augustem II a zawiązaną przez polską szlachtę konfederacją w Tarnogrodzie na Lubelszczyźnie/; tzw. Sejm Niemy /wojska rosyjskie otoczyły salę obrad sejmu, a marszałek
nie dopuścił do dyskusji nad traktatem pacyfikacyjnym przygotowanym przez Rosję/ zaaprobował postanowienia skierowane przeciwko absolutnemu panowaniu saskiemu w Polsce, ale przyzwalał na „patronowanie Rosji nad wewnętrznymi sprawami Polski, co było pierwszą oznaką dramatu przyszłych rozbiorów/. Wracając do kwestii upadku obu wsi Winiary, trzeba powiedzieć, że po wojnie północnej, do Winiar
sprowadzeni zostali Bambrzy tzn. Polacy pochodzenia niemieckiego z okolic Bambergu we Frankonii; ze
względu na pochodzenie i język nazywano ich bambrami /oblicza się, że do poznańskiego przybyło około
900 osadników niemieckich/; później nazwa „bamber” przyległa do wszystkich mieszkańców wsi
/zwłaszcza tych zasobnych, posiadających bogate, wydajne gospodarstwa/.
42
Na budowę cytadeli Prusacy uruchomili w pobliskich miejscowościach, aż 18 cegielni, m.in. z Radojewa, Promnic, Żabikowa, Wildy, Rataj, Przepadku itd.
91
osiem bram wjazdowych prowadzących w najważniejszych kierunkach i furta na
Grobli prowadząca do promu na Warcie. W ten sposób, powstała silna twierdza
poligonalna43, wciąż jeszcze rozbudowywana i dostosowywana do zmieniających
się prawideł sztuki prowadzenia wojny.
Ostatecznie, prace przy budowie i rozbudowie twierdzy zostały zakończone
w 1864 roku. W latach 1865-1910 prowadzone były dalsze dzieła /również przy
udziale jeńców wojennych, głównie Francuzów, ale także Duńczyków i Austriaków/ związane z modernizacją twierdzy, wynikające z unowocześnienia uzbrojenia artyleryjskiego /działa gwintowane i amunicja o wydłużonej łusce/ oraz postępu urbanizacyjno-komunikacyjnego w mieście, m.in. pojawienie się tramwaju
i połączeń kolejowych, co wymusiło zasadnicze zmiany w strukturze fortyfikacji
i obniżenia ogólnej użyteczności twierdzy. W tej sytuacji, fortyfikacje typu poligonalnego, do których należała Posen Festung przestawały mieć racje bytu. Stąd,
w 1902 roku Prusacy zadecydowali o likwidacji umocnień na lewym brzegu warty, tzw. rdzenia poligonalnego i od tego czasu miasto zaczęło powracać do swojej, właściwej funkcji. Po 1918 roku, Poznań znalazł się w granicach II Rzeczypospolitej i utrzymywanie umocnień nie miało już sensu.
Historia wojen w Europie odpowiada nam na pytanie, czy twierdza Poznań
/i jej potężna tarcza - Cytadela/ odegrała kiedykolwiek znaczącą rolę w działaniach wojennych. Otóż, okazuje się, że poza walkami o jej zdobycie w 1945 roku
przez Rosjan, Posen Festung nie stanął na drodze żadnej armii.
W 1918 roku powstańcy zajęli Cytadelę bez wystrzału. Stała się miejscem
formowania 1. Pułku Strzelców Wielkopolskich oraz I i II batalionu telegraficznego. Warto podkreślić, że powstańcom udało się zająć radiostację i dzięki temu
nawiązać i utrzymywać łączność z władzami w Warszawie. W okresie międzywojnia w Cytadeli stacjonowało kilka jednostek tyłowych, ale także lokalna rozgłośnia Polskiego Radia i stacja pelengacyjno-nasłuchowa, pracująca na korzyść
polskiego radiowywiadu, na kierunku - Niemcy. Na placu przed koszarami stało
popiersie Marszałka Józefa Piłsudskiego. Ukryte, w 1939 roku, przed Niemcami zaginęło gdzieś i dotąd nie zostało odnalezione.
We wrześniu 1939 roku, Niemcy bez walki wkroczyli do Poznania /10.IX./
W Cytadeli początkowo umieścili jeńców wojennych – oczywiście, najpierw żołnierzy polskich, później Anglików i Rosjan. Utworzyli tam również magazyny
z zaopatrzeniem wojennym i strzelnicę doświadczalną /broni dużych kalibrów/
zakładów H. Cegielskiego, przejętych przez Niemców.
Niestety, walki o miasto prowadzone przez Armię Radziecką w 1945 roku
/pomimo, że dwie brygady sowieckich „Shermanów”44 ominęły Poznań/ spowodowały duże straty w zabudowie, zwłaszcza Starego Miasta /ok. 75% budynków/.
43
Twierdza poligonalna cechowała się odejściem od sztywnych reguł geometrycznych regulujących usytuowanie elementów fortyfikacji i pozwalała na dowolne ich rozplanowanie i dopasowanie do struktury
terenu. Fortyfikacje i umocnienia /trwałe i ziemne/ mogły być ukształtowane w rozmaite formy przestrzenne. Na przedpolu twierdzy mogły być budowane rozmaite elementy obronne /forty/ oddzielone od rdzenia
twierdzy poligonalnej. /Istota definicji została zapożyczona ze strony internetowej Mariusz Wojciechowski,
Słupsk; www.mars.slupsk.pl/fort/.
44
Rosjanie otrzymali, w ramach dostaw wojennych ze Stanów Zjednoczonych, około 3600 „Shermanów
M4A2” z armatą 75 mm lub 76 mm. Dostawy, drogą morską, rozpoczęły się w 1942 roku i trwały do 1945
roku /należy dodać, że duża liczba Shermanów zatonęła podczas ataków niemieckich na konwoje
alianckie/. „Shermany” brały udział w działaniach bojowych, także w Polsce.
92
Przez 30 dni miasta bronił kilkudziesięciotysięczny garnizon niemiecki. Dość powiedzieć, że w zaciętych walkach w mieście, Niemcy stracili około 200 czołgów.
Rosjanie kilkuset żołnierzy. W atakach na Cytadelę zginęło też wielu poznaniaków. W samej Cytadeli przez pięć dni, do 23 lutego 1945 roku, opór stawiało
około 3 tys. Niemców /chociaż większość z nich rannych/ i dysponujących zaledwie jednym czołgiem typu „Tygrys” oraz 6.cioma działami. Cytadela, za wyjątkiem niedużych uszkodzeń redity koszarowej, ostała się niemal w całości.
Po 1945 roku, zapadła decyzja o pozyskaniu cegły z fortyfikacji Cytadeli na
odbudowę Warszawy i Poznania. Dzisiaj, Cytadela jest uroczym, zielonym parkiem, pięknym miejscem wypoczynku poznaniaków i wszystkich, którzy tam zawitają. Warto odwiedzić to
miejsce, choćby po to, by
zwiedzić istniejące tam Muzeum Uzbrojenia i Muzeum
Armii „Poznań”. Interesującym fragmentem parku jest
kompozycja rzeźb znanej artystki Magdaleny Abakanowicz „Nierozpoznani”.
Na koniec, należałoby
wspomnieć o zespole cmentarzy wojskowych znajdujących się na Wzgórzu Winiarskim. Te cmentarze, mogłyby
opowiedzieć o wielu, wielu
wojennych wydarzeniach miFragment Cmentarza Wspólnoty Brytyjskiej
nionego wieku.
na poznańskiej Cytadeli.
Cmentarz Wspólnoty Brytyjskiej z 1920 roku, jeden z trzech cmentarzy brytyjskich w Polsce, /poza Poznaniem – cmentarze brytyjskie znajdują się także w Krakowie i w Malborku/ pielęgnowany jest bardzo starannie. Utrzymanie cmentarza finansują sami Brytyjczycy /podobnie, ze swoimi cmentarzami, czynią to Holendrzy/. Nad nekropolią
króluje Krzyż Ofiarności /nazywany także Krzyżem Poświęcenia/. Spoczywa tam
427 żołnierzy brytyjskich, w tym 48 z 50 jeńców rozstrzelanych z tzw. Wielkiej
Ucieczki.45
45
Pod nazwą „Wielka Ucieczka” kryje się bohaterski wyczyn lotników brytyjskich, którzy w nocy z 24 na
25 marca 1944 uciekli, wykopanym wcześniej tunelem „Harry” o długości 110 m, z obozu jenieckiego
Stalag Luft III Sagan /dzisiejszy Żagań/. 76 lotników brytyjskich, wśród których znajdowała się
6.cioosobowa grupa polskich pilotów RAF, na czele z por. Włodzimierzem Kolanowskim, /który był
jednym z głównych organizatorów „Wielkiej Ucieczki”/, wydostała się z obozu tunelem. 73 uciekinierów
Niemcy wkrótce schwytali /ucieczka powiodła się tylko dwóm Norwegom i jednemu Holendrowi/, a na
osobisty rozkaz A. Hitlera, ponad połowę /50/ jeńców podstępnie rozstrzelano /także wspomnianego por.
Włodzimierza Kolanowskiego, jednego z bohaterskich organizatorów tej, wielkiej, ale równie tragicznej
ucieczki/. Na prośbę jeńców Stalagu Luft III, urny z prochami lotników Niemcy zgodzili się umieścić
w pomniku, wybudowanym przez samych jeńców, na terenie obozu. W 1948 roku urny zostały przeniesione na Cmentarz Wspólnoty Brytyjskiej na Poznańskiej Cytadeli. W 2011 roku powstał film o charakterze dokumentalnym, w reżyserii Andrzeja Słodkowskiego /Piotr Zarzycki, Ucieczka po polsku /w/ Polska
Zbrojna Nr 2 z 08 stycznia 2012 roku, s. 81/.
93
Cmentarz Garnizonowy /Stary, z lat trzydziestych XIX w./. Na tym cmentarzu,
obok grobów znajdujących się tu od bardzo dawna, żołnierzy polskich armii Napoleona, znajdują się również mogiły powstańców /powstania styczniowego
i powstania wielkopolskiego/, także mogiły żołnierzy państw Ententy - jeńców
z okresu I. wojny światowej46, żołnierzy polskich z czasów wojny polskorosyjskiej 1920 roku i żołnierzy z okresu międzywojennego. Na stelach nagrobnych spotyka się tam również liczne nazwiska rosyjskie i niemieckie. Niestety,
Cmentarz Starogarnizonowy został mocno zniszczony /pozostały tylko niewielkie
fragmenty/ podczas walk o Cytadelę w 1945 roku. W jego miejsce, utworzony
został Cmentarz Bohaterów
Armii Radzieckiej /5829 poległych/, z okazałym pomnikiem, z czerwoną gwiazdą na
szczycie, wykonaną ze ślicznego, rubinowego szkła47.
W sąsiedztwie cmentarza Bohaterów Brytyjskich
i cmentarza Bohaterów Armii
Czerwonej
znajduje
się
Cmentarz Bohaterów Polskich, z 1945 roku. Cmentarz
stał się miejscem pochówku
wielu tysięcy obywateli polskich pomordowanych w okreCmentarz Bohaterów Polskich na poznańskiej Cytadeli.
sie ostatniej wojny światowej.
Znaleźć tam można mogiły zbiorowe: rozstrzelanych w Forcie V Waldersee
w Poznaniu-Naramowicach /76/; prochy /spalonych żywcem/ więźniów z obozu
karno-śledczego w Żabikowie48 /około 80/; grób zbiorowy żołnierzy i lotników
/pomnik „lotniczy”, gdzie pochowano 39.ciu żołnierzy i lotników z 3. Pułku Lotniczego w Ławicy, poległych we wrześniu 1939 roku podczas bombardowania lotniska49/; groby żołnierzy jednostek Wojska Polskiego z lat 1944-1945; groby polskich obywateli, którzy w lutym 1945 roku walczyli, razem z żołnierzami radzieckimi, o poznańską Cytadelę /83 Cytadelowców50/; mogiły zbiorowe ofiar poznań46
Prochy jeńców francuskich z wojny 1870-1871 zostały ekshumowane i przewiezione do Francji /ok. 600
osób/.
47
W okresie przemian ustrojowych w latach 90.tych XX w. gwiazda została zdjęta z pomnika decyzją
władz miasta Poznania, i … gdzieś zaginęła z depozytu.
48
Obóz karno-śledczy w Żabikowie /obecnie m. Luboń/ założony w 1943 roku na potrzeby Gestapo,
w którym przetrzymywano więźniów politycznych i karnych /łącznie ponad 21 tys. w okresie półtora roku
funkcjonowania obozu/, kilku narodowości, ale najwięcej więzionych w tym obozie, to Polacy /ponad
18 tys./, m.in. żołnierze AK, harcerze Szarych Szeregów, ale również członkowie lewicowych ugrupowań
zbrojnych itd. W Żabikowie przetrzymywano także dezerterów z armii niemieckiej, więźniów pochodzenia
żydowskiego, Rosjan, Węgrów, Słowaków i mniejsze grupy więźniów innych narodowości. W obozie straciło życie około 550 osób, najwięcej Polaków 339. /Informacje o obozie Żabikowo zaczerpnięto ze strony
internetowej Wojewódzkiego Komitetu Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa – Miejsca Pamięci Narodowej w Wielkopolsce/.
49
Lotnisko w Ławicy miało w okresie międzywojennym charakter cywilno-wojskowy.
50
Apsyda bądź absyda – to zabudowa prezbiterium kościoła, najczęściej jednak obejmująca również
nawy; otwarta do wnętrza kościoła, może być półkolista, elipsoidalna, lub dwu i wieloboczna.
94
skiego czerwca 1956 roku /13/; mogiły zbiorowe ofiar okresu stalinowskiego
z poznańskich więzień i inne.
Po opuszczeniu Wzgórza Winiary i Cytadeli udaliśmy się do Ostrowa Tumskiego, najstarszej części Poznania, położonej na wyspie, pomiędzy korytami
Warty i Cybiny. Wyspowe położenie tego miejsca spowodowało, że w X wieku
zbudowany został tam piastowski gród książęcy z dwukondygnacyjnym palatium
i kaplicą. Gród stał się najlepiej bronionym, w tym czasie, ośrodkiem władzy
książęcej Mieszka I /ok. 930-992/. Podobnie, ważną rolę odgrywali poznańscy
biskupi, utrzymując przez długi czas niezależność od Gniezna. W 968 roku,
Mieszko I załatwił z papieżem Janem XIII /zm. 972/ ustanowienie biskupstwa
misyjnego. Kaplica z pierwszym baptysterium była miejscem chrztu zbiorowego
/wapienna misa chrzcielna o średnicy około 5 m/ i domem modlitwy żony Mieszka I – Dąbrówki /Dobrawa, Doubravka 930-977, księżniczka czeska z rodu
Przemyślidów, córka Bolesława I Okrutnego51/ i jej czeskiego otoczenia.
Wschodnią część grodu zamieszkiwali dworzanie księcia i rezydował tam pierwszy, polski biskup Jordan. Na tym miejscu, dwa lata po przyjęciu chrztu przez
Mieszka I, w 968 roku powstała kamienna katedra preromańska p.w. św. Piotra.
Zapewne była to duża, trójnawowa świątynia, zamknięta półkolistą apsydą 52
z dwudzielną emporą53 podpartą filarem lub filarami, bądź kolumnami. Kościół
zdobił także zespół wież. Współczesne badania archeologiczne ustaliły, że katedra posiadała atrium54, w którym znalezione zostały fragmenty misy chrzcielnej
oraz krypty grobowe. Wg archeologów były to krypty księcia Mieszka I i jego syna króla Bolesława Chrobrego, dzisiaj pieczołowicie odrestaurowane. Preromańska katedra uległa zniszczeniu w I poł. XI w. i, na jej miejscu, w XIII w. wybudowana została nowa, granitowa katedra romańska na obrysie starej, ale już
dużo ciekawsza pod względem architektonicznym, z kamiennymi zdobieniami.
Od XIII w. Ostrów Tumski stopniowo tracił na znaczeniu, ponieważ Poznań, jako
miasto zaczął mocno rozwijać się na lewym brzegu Warty, co było z niekorzyścią
dla siedziby biskupstwa i diecezji /dopiero w XVIII w. diecezja została włączona
w granice miasta/. Kontynuacją poznańskiej katedry była świątynia gotycka pochodząca z XIV wieku. Tym razem, była to już piękna budowla z okazałym prezbiterium z ambitem55 /poprowadzonym za ołtarzem głównym/, kaplicami oraz
z wewnętrzną galerią /emporą/. Niewątpliwie, musiała być to najważniejsza świątynia, ponieważ w 1341 roku w katedrze ślub wziął sam Kazimierz Wielki z Adelajdą Heską, córką Henryka II /chociaż Król Kazimierz w swej, nowej żonie nie
gustował, co było powodem, że szukał „płochych” rozrywek z innymi kobietami/.
49
W pięciodniowych atakach na Cytadelę wzięło udział około 1000 obywateli polskich /głównie poznaniaków/, zmobilizowanych do prac inżynieryjnych, sanitarnych, jako łączników itp.
51
Zasługą Dąbrówki, obok innych dzieł jej życia, było ufundowanie Kościoła NMP w Poznaniu. Kościół
o wymiarach 80 x100 m, wybudowany przy Palatium Mieszka I, powstał w latach 1430-1444.
51
Empora /kościelna antresola/, gdzie najczęściej znajdują się organy i występuje chór; obok tego przeznaczenia galeria wewnętrzna /trybuna/, kryta lub odkryta, miała za zadanie powiększenia powierzchni
użytkowej kościoła lub służyła określonym grupom środowiskowym wiernych.
53
Przedsionek kościoła, najczęściej kwadratowy i otoczony kolumnadą.
53
Przejście wokół ołtarza głównego /tzn. za ołtarzem/, które powstaje w wyniku przedłużenia naw bocznych wokół prezbiterium, zwykle odgrodzone od ołtarza ścianą lub ażurową barierką.
95
W 1622 roku pożar, jedna z plag tamtych czasów, prawie doszczętnie zniszczył
poznańską katedrę /zostały tylko mury i przepalone sklepienie/. Półtora wieku
później, w 1772 roku, kolejny pożar wymusił przebudowę katedry, pod okiem
niemieckiego architekta Efraima Schroegera /vel E. Schrögera, 1727-1783/,
w stylu neoklasycystycznym.
Poznańska Katedra, jakby nie miała szczęścia, bo ciężkie walki Rosjan
z Niemcami broniącymi Poznania w 1945 roku, spowodowały jeszcze jeden pożar. Odbudowa Kościoła, po tych wojennych zniszczeniach /ocalały jedynie romańskie kaplice wokół nawy głównej i prezbiterium/ poszła w kierunku odrestaurowania gotyckiego stylu katedry. Jednakże, fasada frontowa kościoła odbudowana została w XVIII.wiecznej konwencji późnobarokowej z dominującymi dwoma wieżami na skrzydłach frontonu, których hełmy, podobnie jak cały dach kościoła, pokryte zostały miedzianą blachą. Ta, reprezentacyjna część bryły kościoła posiada również fragmenty murów z czasów „romańskich”, ale w oczy rzuca
się duże okno w ścianie szczytowej, z okazałą, gotycką rozetą z witrażem zaprojektowanym przez najwybitniejszego, polskiego kolorystę prof. Wacława Taranczewskiego /1903-1987/, wykonanym /w 1966 roku/ przez Zygmunta Kośmickiego, przedstawiający symboliczne przekazanie kluczy św. Piotrowi /coś na
wzór fresku Pietro Perugino z Kaplicy Sykstyńskiej/. Wzrok zwiedzających katedrę nie może pominąć ciekawie zdobionego ceramiką artystyczną ostrołukowego portalu /z XV w./ z drzwiami z brązu /z 1979 r./ i z, umieszczonymi na nich,
płaskorzeźbami z lat 80.tych XX w. /po zewnętrznej i wewnętrznej stronie drzwi/,
przedstawiającymi sceny z życia apostołów Piotra i Pawła. Nad wejściem do katedry znajduje się napis: Prima sedes episcoparum Poloniae.56
Bryła kościoła, rozświetlona od wewnątrz dużymi, gotyckimi oknami, od zachodu posiada kolejne dwie, barokowe wieże. Nawa główna wraz z prezbiterium,
o długości 72 m i szerokości 36 m oraz nawy boczne z kaplicami i ambitem, zamyka sklepienie gwieździste. Prezbiterium zdobią wysokie, gotyckie okna z witrażami oraz panorama arkad z galeryjką /triforium/57 umieszczona wzdłuż ścian.
Centralną częścią prezbiterium jest ołtarz główny, szafowy, katedry pochodzący
z przełomu XIV i XV wieku, który wcześniej znajdował się w kościele farnym
w Górze Śląskiej. Późnogotycki ołtarz główny z 1512 r. przeniesiono z Góry na
Dolnym Śląsku. Jest to ołtarz szafiasty, poliptyk, z dwoma parami ruchomych
skrzydeł. W części środkowej ustawione są figury Matki Boskiej z Dzieciątkiem,
św. Barbary i św. Katarzyny. W czterech kwaterach skrzydeł zewnętrznych
umieszczone są rzeźby 12.tu świętych niewiast. Nad ołtarzem znajduje się późnobarokowy krucyfiks oraz barokowe figury Matki Boskiej i św. Jana. Późnogotyckie stalle z początku XVI w. sprowadzono ze Zgorzelca, późnobarokowa ambona i takaż chrzcielnica z 1720 r. pochodzą z dawnego kościoła ewangelickiego
w Miliczu. a filarze za tronem arcybiskupim wisi cenny gobelin flamandzki z I poł.
XVII w Prawdopodobnie jest dziełem artystów wrocławskich z przełomu XIV/XV
54
łac. >Pierwsza siedziba biskupów Polski<
W architekturze kościelnej galeryjka trójdzielnych arkad wraz z przestrzenią pomiędzy linią okien i linią
arkad, usytuowana zwykle w strefie nawy głównej, prezbiterium i transeptu /tzn. nawy poprzecznej/. Rząd
arkadek bywał także pozbawiony galeryjki i prześwietlony oknami w murze zewnętrznym; tzw. ślepe triforium zwykle nie posiada galeryjki i okien.
55
96
wieku. Główna część poliptyku58 przedstawia Matkę Boską z dzieciątkiem Jezus
oraz św. Katarzynę i św. Barbarę. W podwójnych skrzydłach poliptyku znajduje
się dwanaście figur kobiecych. Po zamknięciu poliptyku boczne skrzydła opisują
wydarzenia Męki Pańskiej. Poniżej części głównej ołtarza znajduje się predella 59
z Ostatnią Wieczerzę. Nawę główną i nawy boczne otacza dwanaście kaplic,
wśród których prawdziwą perłą jest Złota Kaplica /z połowy XIX w./, wspaniałe
mauzoleum pierwszych władców Polski, urządzona w bogatym, bizantyjskim stylu. Bardzo piękna mozaika, naśladująca dzieło Wielkiego Tycjana /właściwie
Tiziano Vecelli vel Vecellio 1488/90-1576/, widniejąca w ołtarzu Złotej Kaplicy
przedstawia moment Wniebowzięcia NMP. I wreszcie, sarkofagi z doczesnymi
szczątkami Mieszka I /922-945/992/ i Bolesława Chrobrego /967-1025/. Monumentalnym elementem wystroju kaplicy jest spiżowa rzeźba dłuta Chrystiana
Daniela Raucha /1777-1857/ z 1841 roku, przedstawiająca obu pierwszych
władców Polski, której istnienie zawdzięczamy ówczesnemu mecenasowi sztuki
i kultury wielkopolskiej - hr. Edwardowi Bernardowi Raczyńskiemu /17861845/. Później, nastąpiła jeszcze jedna przebudowa, dokonana przez Chrystiana Piotra Aignera /1756-1841/, który upiększył Złota Kaplicę m.in. wykonał mozaikową posadzkę. Niezwykłego piękna wnętrza katedry dopełnia olejne malarstwo ołtarzowe /wrażenie na oglądających robi, przyciągający wzrok, obraz pn.:
„Wjazd św. Marcina do Amiens”; św. Marcin z Tours oddaje połowę swojego
płaszcza legionisty biedakowi, bo jak stwierdził: „druga połowa należy do Skarbu
Państwa”/, barokowa ambona i chrzcielnica /pochodzą z dawnego kościoła
ewangelickiego w Miliczu/ oraz gotyckie stalle w prezbiterium. W 2000 roku - Roku Jubileuszowym całej społeczności chrześcijańskiej na świecie, w posadzce
nawy głównej katedry umieszczona została brązowa płyta przypominająca osobę
i dzieło pierwszego biskupa chrześcijańskiej Polski - Jordana /wg kronikarza
Thietmara - biskup misyjny, od 968 roku w Polsce, zm. prawdopodobnie
w 982/984 r./. Konsekracja poznańskiej katedry miała miejsce w 1956 roku.
W 1983 roku, Bazylikę Mniejszą /katedra otrzymała ten tytuł w 1962 roku, z nadania papieża Jana XXIII/ odwiedził Jan Paweł II. Zamiast podsumowania, tego
króciutkiego tekstu o początkach i wielowiekowej historii Archikatedry Poznańskiej, przytoczmy mniej znany przyczynek – dla jednych - to tylko legenda - dla
drugich - fundamentalny fakt-cud, który legł u podstaw ludzkiego działania na
polu wiary. Otóż, w ostatnim roku XIV w., w święto Wniebowzięcia NMP 15 sierpnia, pewna kobieta, pod namową kilku poznańskich Żydów, nie spożyła
Hostii, przyjętej wcześniej w klasztorze Braci Dominikanów, lecz im sprzedała”.
Żydzi postanowili przekonać się, czy Hostia jest naprawdę Ciałem Chrystusa,
dopuszczając się profanacji Hostii, m.in. kłując ją nożami. Bardzo się przestraszyli, gdy z opłatka wypłynęła krew. Chcąc zataić ślady bluźnierczej zbrodni, wynieśli Hostię, w tym, dramatycznym stanie, poza miasto, na łąki w pobliżu Warty.
Jak podaje przekaz, Hostia została odnaleziona przez pasterza /inne przekazy
56
Poliptyk – ołtarz szafkowy z częścią główną /na środku ołtarza/ i podwójnymi, zamykanymi, bądź otwieranymi /w zależności od roku liturgicznego/, skrzydłami po obu stronach części głównej.
57
Predella (wł.); gradus (łac.) – nastawa ołtarzowa tzn. skrzynia ustawiana na podstawowej części ołtarza
- mensie /kamiennej płycie z wnęką na relikwie świętych/. Predella, wytwór z okresu gotyku, zwykle bogato zdobiona freskami lub ornamentami. Pośrodku predelli umieszcza się tabernakulum.
97
powiadają, że Hostii było dużo więcej i wirowały nad łąką/, a miejsce jej znalezienia uznano za uświęcone. Zaczęli spotykać się, na tym miejscu, wierni na
modlitwę. Wkrótce, wybudowano drewnianą kaplicę. Cała sprawa dotarła do króla Władysława Jagiełły, który rozkazał wybudować tam kościół i klasztor
/dokument fundacyjny z 1406 r./, ulubionego przez swoją żonę Jadwigę, zakonu
O.O. Karmelitów Trzewiczkowych. Jak wspomina o tym wydarzeniu Jan Długosz, Jagiełło /po śmierci córeczki Elżbiety Bonifacji, zaraz po urodzeniu 15 czerwca 1399 r., i wkrótce również żony - Królowej Jadwigi, dziedzicznej królowej Polski – 17 lipca 1399 r./, szczególnie ukochał ten poznański Kościół /p.w.
Bożego Ciała/ i bardzo często odwiedzał go i długo modlił się, zwłaszcza przed
wyprawami na wojnę i po powrocie. Tak było po bitwie pod Grunwaldem, gdy
Jagiełło przyszedł pieszo z Pobiedzisk /około 20 km/ i spędził na modlitwie, aż
trzy dni. Przekazał zakonowi
karmelitańskiemu wiele wojennych zdobyczy, w tym
monstrancję, w której przechowywana była cudowna
Hostia z nadwarciańskich łąk.
Jagiełło bardzo przeżywał
wszystko, co wiązało się
z jego religijnym zaangażowaniem i potrzebą „dobrych
relacji” z Bogiem. Był młodym, bardzo typowym „średniowiecznym”
katolikiem
i usiłował wymagać od Boga,
by odpłacał mu za jego gorlitylko
pomyślnością.
XVI. wieczny tryptyk przedstawiający „Chrystusa - Zbawiciela wość
Świata” – dzieło szczególnie przyciągające wzrok każdego Nie podobało mu się, że spotykały go liczne przykrości
odwiedzającego poznańskie Muzeum Archidiecezjalne.
Fot. rjm, 2011 r.
i niepowodzenia. W 1419 roku,
tuż po wizycie Jagiełły w poznańskim kościele Bożego Ciała, w drodze powrotnej, piorun uderzył w królewski orszak, siejąc śmierć i spustoszenie. Jagiełło nie
mógł zrozumieć, dlaczego spotkało go to nieszczęście, skoro był w swojej, ulubionej, poznańskiej świątyni i oddał Bogu należny hołd. Ciągle myślał głową zabobonnika. Będąc w poznańskiej świątyni, najpierw kazał zapalić „Panu Bogu
świeczkę”, ale nie zapomniał również o drugiej stronie i … na wszelki wypadek,
polecił również zapalić „diabłu ogarek”, dodając: „Służ Bogu, ale i diabła nie
gniewaj”. Z upływem czasu, poznański Kościół Bożego Ciała zasłynął, jako miejsce cudów i zarazem niezliczonych pielgrzymek wiernych. W 1419 roku, tuż po
wizycie Jagiełły w poznańskim kościele Bożego Ciała, w drodze powrotnej, piorun uderzył w królewski orszak, siejąc śmierć i spustoszenie. Jagiełło nie mógł
zrozumieć, dlaczego spotkało go to nieszczęście, skoro był w swojej, ulubionej,
poznańskiej świątyni i oddał Bogu należny hołd. Ciągle myślał głową zabobonnika. Będąc w poznańskiej świątyni, najpierw kazał zapalić „Panu Bogu świeczkę”,
ale nie zapomniał również o drugiej stronie i … na wszelki wypadek, polecił rów-
98
nież zapalić „diabłu ogarek”, dodając: „Służ Bogu, ale i diabła nie gniewaj”. Z
upływem czasu, poznański Kościół Bożego Ciała zasłynął, jako miejsce cudów i
zarazem niezliczonych pielgrzymek wiernych.
Tak było do momentu, gdy zaczął
bardzo rozszerzać się, wśród polskiego
ludu, kult Maryjny i Częstochowa coraz
bardziej stawała się stolicą polskiego katolicyzmu. Poznański Kościół Bożego Ciała zaczął tracić na znaczeniu, zwłaszcza,
gdy karmelitom zaczęto zarzucać różne
nieprawidłowości i popadali w konflikty
z hierarchią kościelną. Oliwy do ognia dolała reformacja. W Poznaniu było coraz
więcej zwolenników luteranizmu.
W okresie najazdów szwedzkich
kościół został ograbiony i zniszczone zostało sklepienie nad nawą główną /1657/.
Tymczasem, jednak w 1702 roku karmelici, wykupili kamienicę, w której 300 lat
wcześniej doszło do profanacji Hostii
/przy ul. Żydowskiej/ i stworzyli w niej Kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa. Nie
doprowadziło to jednak do zahamowania
Muzeum Archidiecezjalne w Poznaniu.
spadku zainteresowania poznańskim sanktuarium. W 1797 roku miał miejsce kolejny XVI.wieczna Pieta Christi z kościoła w Jeżewie - „Bóg pokazuje światu ukrzyżowanego
pożar świątyni, a w 1823 roku władze pruChrystusa”. Fot. rjm, 2011 r.
skie zlikwidowały karmelitański zakon i kościół, ponieważ wymarli ostatni karmelici. Po zamknięciu Kościół, z roku na rok,
ulegał niszczeniu i dewastacji. Dopiero w 1899 roku, pokarmelitański kościół zostaje przeznaczony na świątynię parafialną parafii Bożego Ciała dla dzielnic Poznania - Rybaki i Wildy/. W okresie międzywojennym parafia się umacnia, ale
w czasie wojny kościół zamieniony zostaje na magazyn i podczas bombardowania uszkodzeniu ulega sklepienie oraz nieznacznie wnętrze kościoła. Odbudowa
kościoła po wojnie idzie z oporami. Dopiero w latach 90.tych i później prowadzone były prace remontowe i restauracyjne. Jeszcze do dzisiaj, ciągle odnawiane
jest wnętrze kościoła i elementy wyposażenia. Obecnie, władze diecezjalne,
w Święto Bożego Ciała, powracają do dawnej tradycji procesji z Kościoła Bożego
Ciała do Archikatedry Poznańskiej.
99
Prosto z katedry udaliśmy się do Muzeum Archidiecezjalnego, uznawanego
za jedną z najciekawszych, tego typu, placówek w Polsce60. Trzeba przyznać, że
nikt z nas, kto tutaj nie był wcześniej, nie był zawiedziony tym, co mógł zobaczyć
w salach wystawowych i co mógł podziwiać, szczególnie zaś przepiękne dzieła
dawnego malarstwa i rzeźb sakralnych. Największe wrażenie na zwiedzających
robią stare, często już uszkodzone przez czas i okoliczności, rzeźby Jezusa
i Maryji, np. lipowa rzeźba gotycka z XVI wieku - „Matka Boża tronem dla Bożej
Mądrości” /prezentacja frontalna, mały Jezus trzymany na Matczynych kolanach/, czy też pieta - „Matka Boża Bolejąca”, bądź - „Matka Boża Liryczna”
/z zarzuconym na głowę niebieskim maforium61, którym zwykle ociera łzy po
stracie Syna/; wzruszająca XIV.wieczna pieta z kościoła w Jeżewie /odkryta
w 1950 roku i sprowadzona do Muzeum Archidiecezjalnego/. Obok przepięknych
rzeźb i obrazów, w skarbcu muzeum można zobaczyć biskupie pektorały, pierścienie, monstrancje /np. wyobrażająca „Arkę Przymierza”/, cyboria62, relikwiarze, kielichy /np. kielich bpa. poznańskiego Wojciecha Tolibowskiego, 16071663 - kosztował równowartość 30.tu pensji nauczycielskich. Najbardziej intrygującym eksponatem w Muzeum Archidiecezjalnym jest miecz Malchusa63.
58
Początki muzeum datują się na koniec XIX wieku. Założycielem był arcybp. gnieźnieńsko-poznański
Florian Stablewski /1841-1906/, początkowo zbiory przyszłego muzeum umiejscowione było w klasztorze Sióstr Karmelitanek na Zagórzu, dziś już nie istniejącym, rozebranym przez Niemców podczas okupacji. Była to prywatna kolekcja Arcybiskupa Stablewskiego, który zamierzając stworzyć muzeum polecił
również proboszczom diecezji przekazywanie do zbiorów przyszłego muzeum, znajdujących się w probostwach, bardziej wartościowych przedmiotów o charakterze zabytkowym /obrazów, rzeźb itp./. W późniejszym czasie, dla wzbogacania zbiorów, sam zakupił także wiele dzieł sztuki za granicą. Wszystkie te
zabiegi stały się podwaliną utworzenia wspaniałego muzeum o charakterze religijnym. W 1925 roku muzeum zostało podporządkowane powołanego w tym samym roku, Archiwum Archidiecezjalnego. Przez
wiele, wiele lat zbiory muzeum nie były udostępniane publiczności. Dopiero w latach 1924-1929 odbyła
się pierwsza oficjalna wystawa zgromadzonych zbiorów muzealnych. W 1925 roku, zapadła bardzo korzystana decyzja, ponieważ zgromadzone zbiory zostały przeniesione do budynku dawnej Akademii Lubrańskiego /dawnej akademii poznańskiego bp Jana Lubrańskiego, 1456-1520/, gdzie znalazły dogodniejsze warunki przechowywania, ponieważ klasztor stał się już za ciasny. W 1936 roku otwarta została,
w tym miejscu, ekspozycja dostępna dla publiczności. W okresie okupacji, część dzieł sztuki przejęli
i wywieźli Niemcy, pozostała część była wystawiona w dawnym, niemieckim Keiser Friedrich Museum
z 1902 roku /Muzeum Cesarza Fryderyka III; obecnie, Muzeum Narodowe w Poznaniu/ a, wiele zaginęła
w wichrach wojny. Po wojnie, wiele cennych zabytków zostało odnalezionych i szczęśliwie odzyskanych.
W 1964 roku, muzeum zostało oddzielone od archiwum archidiecezjalnego, a zbiory muzealne mogły być
swobodnie wykorzystane dla celów ekspozycyjnych. Co prawda, Muzeum Archidiecezjalne cały czas
istniało, ale zbiory nie były udostępniane publicznie. W ostatnich latach, zdecydowano się poświęcić dużo
więcej uwagi sprawie badań archeologicznych na terenie, na którym położona jest Akademia Lubrańskiego, a który jest bardzo interesujący w kontekście pradziejów Polski. Przygotowania do otwarcia ekspozycji trwały bardzo długo, niemniej w 2007 roku otwarło wspaniałą, stałą wystawę z bardzo cennymi obiektami muzealnymi, których obejrzenie pozostawia głębokie wrażenia i przemyślenia.
59
Maforium łac. maforion gr. - wierzchnia szata /długi welon kobiecy od głowy do stóp/; maforium Matki
Bożej był jednym z najbardziej okazałych elementów tradycji Świętej Rodziny, kolor niebieski w średniowieczu był kolorem miłości; wg przekazu religijnego został zabrany z Jerozolimy do kościoła poświęconego Matce Bożej w Blachernai w Konstantynopolu /wybudowanego przez cesarzową św. Pulcherię
/Aelia Pulcheria, 399-453/ ok. 450 roku; Kościół spłonął w 1434 roku.
60
Cyborium - w kościele katolickim: ozdobna puszka lub wielki kielich dla przechowywania komunikantów.
61
Specyficzny miecz, którym wg przekazu biblijnego, w chwili pojmania Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym,
św. Piotr odciął prawe ucho Malchusowi – słudze arcykapłana; Jezus podniósł odcięte ucho z ziemi
i przyłożył je z powrotem w to samo miejsce, co uzdrowiło Malchusa i przywróciło mu słuch; jednoostrzowy miecz Malchusa, znany w starożytności jako machaira; pojawił się w uzbrojeniu europejskiego
100
Według Jana Długosza /1415-1480/, miecz typu „malchus”, znajdujący się
w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu, przywędrował z Indii i jest oryginałem!64. Badania prowadzone, dotychczas dostępnymi metodami, nie potwierdzają
informacji J. Długosza, który - co prawda - zawsze starał się trzymać źródeł historycznych, ale oczywiście, korzystał też z przekazów ustnych, legend i ludowych opowieści. Tymczasem, miecz Malchusa należy do najciekawszych eksponatów, nie tylko poznańskiego Muzeum Archidiecezjalnego, i warto go zobaczyć. Podobnie, zaciekawiają tablice epitafijne65 i portrety trumienne, niektóre
o charakterystycznych kształtach sześciokąta. Uwagę zwracają także liczne wota66, szczególnie cenne te, darowane przez znane osoby lub rody, oraz salon
rodziny Heleny i Wiesława Cichowiczów z bogatą kolekcją sreber użytkowych
i mebli, a także obrazy znanych malarzy, m.in. Leona Wyczółkowskiego i Teodora Axentowicza i inne, cenne pamiątki - portrety rodzinne, szkło artystyczne,
porcelana, stroje i różne bibeloty z okresu międzywojennego, ofiarowane muzeum przez poznańską rodzinę Stanisławę i Stanisława Szułdrzyńskich, Romana Brandstaettera i Eugeniusza Iwanoyko. Jednym słowem, trzeba zwiedzić to muzeum, jedno z miejsc, gdzie kultura chrześcijańska sięga samych
szczytów piękna i wytworności.
Nie
można być w Poznaniu i nie odwiedzić Muzeum Broni Pancernej,
mieszczącego się w Ośrodku Szkolenia Podoficerów im. Hetmana Polnego Koronnego Stefana Czarnieckiego. Zgromadzone tam historyczne pojazdy wojskowe /czołgi, działa pancerne/ i inne eksponaty „na kołach” przyciągają oglądających, nie tylko płci męskiej, ale również panie w różnym wieku, a zwłaszcza młodzież. Dzisiaj, poznańskie Muzeum Broni Pancernej zaliczane jest do najpełniej
wyposażonych placówek tego typu w Polsce.
Pierwsze kroki na rzecz powstania muzeum „pancernego” miały miejsce w latach 60.tych XX w., jeszcze wtedy, gdy w Poznaniu pełną parą szkolono podchorążych dla „pancernej pięści” Wojsk Lądowych. Dzięki ludziom przewidującym
i rozumiejącym edukacyjno-patriotyczne znaczenie historii dla przyszłych pokoleń, w dawnym budynku Cyklu Eksploatacji i Remontu sprzętu ówczesnej Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Pancernych zgromadzone zostały liczne eksponaty
broni pancernej gąsienicowej i kołowej, głównie produkcji byłego Związku Radzieckiego. Większość eksponatów „pamięta” II. wojnę światową.
rycerstwa wczesnośredniowiecznego w okresie wypraw krzyżowych. Posiadał, charakterystyczną, rozszerzającą się, ku sztychowi, głownię i rękojeść z jelcem.
62
Jest to raczej konfabulacja, ponieważ poznański „malchus” pochodzi prawdopodobnie z XIII w., a więc
nie jest tym mieczem, który rzekomo papież Jan XIII w. miał podarować biskupowi Jordanowi, przed jego
przyjazdem do Polski;
63
Epitaphius łac. - mowa pogrzebowa /Kazimierz Kumaniecki, Słownik łacińsko-polski, PWN, W-wa,
s. 186/; epitafium - ozdobna tablica z kamienia, metalu lub drewna ku czci zmarłego z poświęconym mu
napisem, umieszczana zwykle na ścianach lub filarach kościoła, często wmurowana Słownik języka polskiego pod red. Mieczysława Szymczaka, PWN W-wa 1978, t.1, s.550; odnosi się to także do mowy pogrzebowej, ale także jest to utwór rymowany, poświęcony osobie zmarłej, bądź napis nagrobkowy; forma
sławienia, w ten sposób zmarłych, pochodzi z V w. i pojawiła się w starożytnej Grecji, rozpowszechniła
się także w Cesarstwie Rzymskim i w Europie Zachodniej; epitafia przyjęły się również w Polsce i przybrały bardzo bogate formy; sławiąc dokonania osoby zmarłej, ale mogą mieć również cechy satyryczne.
64
Wotum łac. – przyrzeczona ofiara albo dar, obietnica, życzenie, ślub /Kazimierz Kumaniecki, Słownik
łacińsko-polski, PWN, W-wa, s. 544/; symboliczny przedmiot ofiarowany w jakiejś intencji w kościele
/kaplicy/ zawieszany przy ołtarzu lub obrazie.
101
Do najcenniejszych eksponatów należą - czołgi średnie: T-34/76 i T-34/85,
T-54; T-55a; T-72, lekki czołg rozpoznawczy T-70; czołgi ciężkie – JS-3 i JS-2;
średnie działa samobieżne SU-70, SU-76M, SU-85M, SU-100, ASU-85, ISU-122,
ISU-152; armaty - 45 mm ppanc. wz. 1942, 57 mm działo ciągnione /ZiS-2/,
76 mm armata wz. 1952 /ZiS-3/, 122 mm armata wz. 1938, działo bezodrzutowe
B-10; transportery - typu SKOT, BTR 152, BTR 60PB, TOPAS; pojazdy rozpoznawcze - FUG i BRDM-2; wagon szturmowy pociągu pancernego
z okresu Powstania Wielkopolskiego, prawdopodobnie Nr 11 „Poznańczyk” oraz
bardzo cenny nabytek – niemieckie działo samobieżne Sturmgeschutz/StuG IV
/z 2.Pz.Jg.Abt. „Brandenburg”/, wydobyte z rzeki Rgilewki w Grzegorzewie, gdzie
zatopione było w przyrzecznym błocie i mule /z przekazu
wiadomo, że załoga działa
i żołnierze desantu uciekli, za
wyjątkiem ładowniczego, którego Rosjanie rozstrzelali/;
samochody pancerne Volvo
760 GLE i Peugeot 604 TI.
W 2006 roku muzeum
wzbogaciło się o prototyp
czołgu „Wilk” PT-91M z poznańskiego CSWL. W 2008
Prawdziwy rarytas poznańskiego Muzeum Broni Pancernej - roku przybyły jeszcze dwa
niemieckie działo samobieżne Sturmgeschutz/StuG IV
ważne eksponaty – działa sa/z 2.Pz.Jg.Abt. „Brandenburg”/, wydobyte z rzeki Rgilewki
mobieżne 2S1 „Goździk” oraz
w Grzegorzewie. Fot. rjm, 2011 r.
2S7 „Pion”. Z błota w Starorzeczu Warty wydobyto także niemiecki, gąsienicowy ciągnik artyleryjski Sonderkraftfahrzeug 6/Sd.Kfz6 z 1940 roku. Kontrowersje wzbudził wydobyty z ziemi
pod kierownictwem mjr. Tomasza Ogrodniczuka niemiecki ciągnik artyleryjski
Sd.Kfz.6 z 1940 roku. W hali wystawowej muzeum, obok sprawnych egzemplarzy czołgów i dział samobieżnych znajdują się także przekroje i wiele elementów
dodatkowych /zapasowych/ pojazdów pancernych, m.in. można obejrzeć słynny
czołg „Rudy” /T-34/85/MT z serialu „Czterej pancerni i pies”, ze specjalnie odkrytym /wyciętym fragmentem korpusu/ wnętrzem, ze względu na konieczność nakręcenia licznych scen tego, dzisiaj jeszcze, popularnego serialu dla młodzieży
i … dla dorosłych67. Kolekcję wozów pola walki zamyka Wóz Pogotowia Technicznego WPT-34/.
Ostatnio, do poznańskiej Muzeum Broni Pancernej trafiły dwa niecodzienne
eksponaty – czołg Sherman Firefly i 25.cio funtowa haubicoarmata. Oba eksponaty trafiły do Poznania z Królewskiego Muzeum Armii i Historii Wojskowości
w Brukseli. Zarówno Sherman, jak i haubicoarmata, które w brukselskim muzeum stały na zewnątrz, mocno zostały nadwerężone i wymagają gruntownego
65
Więcej informacji dot. 1. Brygady Pancernej w „Pomocniczych materiałach dla wykładowców … cz. I,
s…7-9.
102
remontu. Trafiły w znakomite ręce zapaleńców z Poznania, pod nadzorem szefa
firmy od lat wykonującej remonty i naprawy sprzętu muzealnego, także jakimś
cudem ratowanego z wody
i błota, Pana Artura Zysa.
W roku 2014, zgodnie
z
przeznaczeniem,
oba
obiekty zostaną przekazane
do Gdańska, gdzie - jak się
zakłada - do tego czasu ma
powstać Muzeum II Wojny
Światowej. Opuszczając poznańskie
Muzeum
Broni
Pancernej, należałoby złotymi zgłoskami napisać na jego
„murach”, że kustoszem tego
muzeum - niezwykle żywego
tworu historii broni pancernej,
jest niezmordowany w swoim
Jeden z dwóch Ził 111D znajdujących się jeszcze dzisiaj
zapale i pomysłach Pan mjr
w Polsce.
T. Ogrodniczuk. Gdy nasza
grupa kustoszy gościła w Poznaniu Pan mjr T. Ogrodniuczuk, z niezwykłą pasją, prezentował swoje „pancerne” skarby. „Życiorysy” poszczególnych obiektów
muzealnych zna „na wyrywki” i potrafi porywać słuchaczy swoją profesjonalną
wiedzą i emocjonalnym opisem historycznym.
Prawdziwą rewelacją muzeum poznańskich „pancerniaków” są … „luksusowe” samochody osobowe z czasów „komuny”, zachowane w doskonałym stanie:
limuzyna rządowa Ził 111D cabrio z 1965 roku, ZSRR68, którą defilował, wśród
owacji zgromadzonej publiczności, Edward Gierek ze swoją asystą oraz „pancerne” Volvo 760 z 1985 roku69 generała Wojciecha Jaruzelskiego.
Pan mjr T. Ogrodniczuk70 sam poprowadził „Ziła-a”, którym „płeć nadobna”,
reprezentująca naszą grupę kustoszy, przy aplauzie „gapiów” zrobiła rundkę „honorową” wokół placu alarmowego CSWL. Sam pozwoliłem sobie zasiąść za kierownicą tego, wyjątkowego „krążownika szos” i zrobić pamiątkową fotkę do prywatnej kroniki. Przecież, to kiedyś będzie unikat!
Z wielu, powtarzających się ostatnio komunikatów prasowych oraz /jeszcze
częściej/ blogów internetowych wynika, że trwa ostra dyskusja, a właściwie spór
o prawo poznańskiego Muzeum Broni Pancernej do eksploracji pól bitewnych
i obszarów Wielkopolski w poszukiwaniu i wydobywaniu sprzętu wojskowego
66
Podstawowe dane techniczne /wg www Muzeum Broni Pancernej w Poznaniu/: silnik typu V8 o mocy
220 KM; Vmax - 170 km/h; zużycie paliwa 30 l/100 km!; automatyczna, dwustopniowa skrzynia biegów
oraz udogodnienia komfortu jazdy zbliżone do warunków standardowych w pojazdach XXI w.
67
Podstawowe dane techniczne /wg www Muzeum Broni Pancernej w Poznaniu/: radziecka przeróbka
Packarda; silnik typu V8 o pojemności 6 l i mocy 200 KM; Vmax - 170 km/h; automatyczna, dwustopniowa skrzynia biegów; podobno, wyprodukowano tylko 11 szt. w wersji cabrio, do dzisiaj pozostało już tylko
2 szt.
68
Mjr Tomasz Ogrodniuczuk za swoją działalność na rzecz utrwalania historii broni pancernej i utworzenie Muzeum Broni Pancernej w Poznaniu został laureatem Buzdyganów 2009 /Polska Zbrojna Nr 13
z 28 marca 2010 roku, s. 26/.
103
i broni. Konkurencja, w tej kwestii, niezbyt uczciwa, szuka szans dla siebie.
Szkoda, że w sposób mało elegancki. Tymczasem, „zapaleńcy z CSWL” radzą
sobie doskonale, nie tylko w powiększaniu zasobów muzealnych, także drogą
eksploracji, ale również w trosce o utrzymanie posiadanych obiektów muzealnych we właściwym stanie technicznym /wystawowym/.
Ostatnim
akcentem podróży wojskowych kustoszów: Warszawa - Toruń Bydgoszcz – Poznań było Wielkopolskie Muzeum Wojskowe, znajdujące się także w stolicy Wielkopolski. Bardzo ciekawa kolekcja militariów i prezentowana
w sposób profesjonalny, w sympatycznie urządzonych salach wystawowych. Zainteresowanie i dyskusję wzbudziła bardzo bogata wystawa odznaczeń wojskowych. Była okazja do porozmawiania o Krzyżu Żelaznym, który pojawił się już
w armii pruskiej w 1813 roku, w okresie wojen napoleońskich, jako odznaczenie
wojskowe, ustanowione przez króla Fryderyka Wilhelma III /1770-1840/ i przyznawane za zasługi bojowe na polu walki. Poprzedzały go odznaczenia szlacheckie tzn. nadawane wyłącznie osobom z tytułami, m.in. „Pour le Mérite” /„Za
Zasługi”, najwyższy pruski i niemiecki order wojskowy ustanowiony przez króla
Fryderyka Wielkiego w 1740 roku, ale charakteru ściśle wojskowego nabrał dopiero za czasów Fryderyka Wilhelma III w 1810 roku; jako order przetrwał aż do
1998 roku; warto wiedzieć, że orderem „Pour le Mérite” został odznaczony słynny, niemiecki as lotnictwa z czasów I. wojny światowej Max Immelmann /18901916, odznaczony także Krzyżem Żelaznym I i II klasy/71, a także … Herman
Göring /1893-1945/.
Powróćmy jednak do Krzyża Żelaznego, który przez długie lata był, de facto,
najważniejszym, niemieckim odznaczeniem wojskowym. W momencie ustanowienia, w 1813 roku, nie awers, lecz rewers krzyża stał się ważniejszą „stroną
medalu”, ponieważ tam umieszczone zostały symbole: liście dębu, królewskie
inicjały „FW” /Friedrich Wilhelm”, wytłoczony rok „1813” i – na górnym ramieniu „królewska korona”. Z tego powodu order noszono rewersem skierowanym do
zewnątrz. Ustanowiono dwie klasy orderu /I i II/ oraz Krzyż Wielki /z przeznaczeniem na szyję/. W 1813 roku, order /Krzyż Żelazny II klasy/, po raz pierwszy, nadano, pruskiemu generałowi, dowódcy 9. Brygady Piechoty III Korpusu Karlowi
Augustowi Ferdinandowi von Brocke /1776-1830, urodził się w dzisiejszym
Stargardzie Szczecińskim/ za wykazaną waleczność w bitwie pod Lüneburgiem
/21 kwietnia 1813 rok/.
W XIX wieku dokonano kilku zmian w wizerunku i zasadach nadawania Krzyża Żelaznego. W 1817 roku wprowadzono Gwiazdę Krzyża Żelaznego. Pierwszą
gwiazdę nadano Gebhardowi Leberechtowi von Blücherowi /1742-1819, zm.
w Krobielowicach k. Wrocławia/ wielkiemu dowódcy armii pruskiej, zwycięscy
m.in. spod Waterloo. Odznaczenie, z okresu wojen napoleońskich, nadawano
69
„Pour le Mérite” otrzymał 12 stycznia 1916 roku /po 8 zwycięstwach powietrznych/. 1 sierpnia 1915
roku M. Immelmann /Der Adler von Lille – Orzeł z Lille/, lecąc myśliwcem Fokker E.I, ostrzelał i zmusił do
lądowania brytyjską załogę bombowca B.E.2 i sam wziął do niewoli obu angielskich pilotów, za co otrzymał Krzyż Żelazny I klasy. Było to pierwsze, powietrzne zwycięstwo Maxa Immelmana. Łącznie odniósł
17 zwycięstw w walkach powietrznych. Uznaje się, że był twórcą jednego z manewrów bojowych, stosowanych w walkach powietrznych, zwany zwrotem Immelmana, polegający na gwałtownej zmianie kierunku lotu na przeciwny, z jednoczesnym nabraniem wysokości.
104
jeszcze przez kolejne 20 lat, aż do 1839 roku, chociaż liczbę nadawanych krzyży
ograniczono ze względów oszczędnościowych.
Order powrócił do łask w czasie wojny francusko-pruskiej 1870 roku, ale
zmieniono datę na dolnym ramieniu z „1813” na „1870” oraz litery /w środku/
z „FW” na „W” /Wilhelm/. W 1895 roku, nastąpiła zmiana wyglądu orderu, który
odtąd mógł być noszony na wstążce orderowej ze srebrnym okuciem i liśćmi dębu oraz liczbą „25”.
Podczas I. wojny światowej ponownie powrócono do nadawania orderu
z tym, że kolejny raz zmieniono datę z „1870” na „1914” i ustalono nową zasadę
noszenia orderu na wstążce orderowej na kurtce munduru, zamiast ciężkiego
i niewygodnego do noszenia orderu II klasy. W związku z tym, order II klasy, który wymagał specjalnego zamocowania na mundurze, noszono jedynie do munduru galowego. I. wojna światowa była szczególną sposobnością do nadawania
orderu. Także wielu polskich żołnierzy-legionistów zostało odznaczonych Krzyżem Żelaznym. W tym okresie nadano bardzo dużą liczbę orderów, ale Krzyż
Wielki - tylko pięciokrotnie, m.in. cesarzowi Wilhelmowi II Hohenzollernowi
/1859-1941/, a Gwiazdę Krzyża Żelaznego otrzymał marszałek Paul von Hindenburg /1847-1934/.
W 1939 roku, Krzyż Żelazny znowu stał się najważniejszym odznaczeniem
bojowym i pożądanym obiektem żołnierskiej profesji. Niestety, miejsce dawnych
liter /„FW” a później „W”/, w środku rewersu, zajęła swastyka. Weterani z I. wojny
światowej, którym nadano już Krzyż Żelazny, mogli być odznaczeni tzw. okuciem
ponownego nadania /mocowanym na wstążce Krzyża II klasy oraz na orderze –
w przypadku Krzyża I klasy/ w postaci orła III Rzeszy z listwą, na której wytłoczona została data - „1939”.
Obok Krzyża Żelaznego, ustanowiony został jeszcze jeden order bojowy Krzyż Rycerski /1939/. W kolejnych latach wojny rozbudowane zostały wersje
tego odznaczenia, a mianowicie: Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu /1940/; następnie, Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu i Mieczami /1941/, w kolejności - Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu i Mieczami i Brylantami i wreszcie, czwartą klasę orderu – Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego ze Złotymi Liśćmi Dębu, Mieczami i Brylantami /1944/.
Dzisiejsza Bundeswehra również przejęła tradycję Krzyża Żelaznego, ale
w formie odpowiednio dostosowanej do obecnych uwarunkowań politycznomilitarnych.
Oczywiście, nie jest koniec podróży, które dane mi było odbyć, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, życzliwości wielu ludzi i ogromnej aktywności na
tym polu, pracowników Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej. Czy uda
się jeszcze coś o nich napisać, to dopiero pokaże przyszły czas. Tymczasem,
notatki z tych podróży i liczne fotografie, trzeba odłożyć na przysłowiową „półkę”.
105
Na koniec, już dla odprężenia, rzut oka w nieco odległą już, międzywojenną,
historię bydgoskich artylerzystów, dzięki kilku fotografiom z kolekcji ks. Dariusza
Kozłowskiego, z cyklu: „Żołnierskie drogi”.
Otóż, fotografie przedstawiają dziadka D. Kozłowskiego - szeregowego Józefa Kozłowskiego, żołnierza 15. Wielkopolskiego Pułku Artylerii Lekkiej, stacjonującego w 1939 roku w bydgoskich koszarach przy ul. Gdańskiej /na poszczególnych fotografiach nietrudno rozpoznać młodziutkiego artylerzystę, ponieważ
był … niewielkiego wzrostu/. Dla poszerzenia wiedzy o 15. pal, dodajmy jeszcze kilka
informacji, zaczerpniętych z artykułu Pana
Wiktora Gontarczyka z Warszawy /patrz
Intrernet/. Dowództwo pułku i pierwsze baterie artylerii, a później pierwsze dywizjony
artylerii, utworzone zostały na przełomie lat
1918/1919 w Poznaniu. Jednostka otrzymała nazwę 1 Pułk Artylerii Lekkiej Wielkopolskiej /pierwszym dowódcą został ppłk art.
Anatol Kędzierski/. Zatem, Wielkopolska
była kolebką pułku, skąd poszczególne
pododdziały wyruszały na wojnę. Wkrótce,
pułk zmienił nazwę na 1 Pułk Artylerii Polowej Wielkopolskiej /1919/. W następnym
roku /1920/, jeszcze raz zmienił nazwę na
15 Wielkopolski Pułk Artylerii Polowej.
W trakcie przejmowania Pomorza przez
Wojsko Polskie, pułk zatrzymał się /2 grudnia 1920 roku/ w bydgoskich koszarach
przy ul. Artyleryjskiej i w koszarach im. Bartosza Głowackiego przy ul.
Powstańców
Warszawy.
Wreszcie, od 1932 roku /1
stycznia/ jednostka otrzymała nazwę 15 Wielkopolski Pułk Artylerii Lekkiej /15
pal; w skład pułku wchodziło dowództwo oraz trzy dywizjony po trzy baterie artylerii; 19 czerwca 1938 roku,
podczas uroczystości w Toruniu, marszałek Edward
Śmigły-Rydz wręczył pułkowi sztandar ufundowany
przez społeczeństwo Bydgoszczy/. Jak pokazało życie, Bydgoszcz stała się dla
tego pułku, podobnie jak dla 62. Wielkopolskiego Pułku Piechoty, 16. Pułku Uła-
106
nów Wielkopolskich i 11. Dywizjonu Artylerii Konnej, stałym miejscem stacjonowania, aż do września 1939 roku.
107
BILIOGRAFIA:
1. Burakowski Tadeusz, Sala Aleksander, Pociski i przeciwpociski; Wyd. MON,
Warszawa 1964;
2. Burakowski Tadeusz, Sala Aleksander, Rakiety bojowe 1900-1970; Wyd.
MON, Warszawa 1973;
3. Dichter Wilhelm, Odoliński Roman, Krzesiewicz Zbigniew, Mieczysław Denerowicz, Brzeźny Lech, Rakiety i pociski kierowane cz. II; Wyd. MON, Warszawa 1960;
4. Korcz Przemysław, Cieszyńskie Orły /w/ Kalendarz Cieszyński „2010”, patrz materiał internetowy;
5. Krzyżan Marian, Peenemünde - 45 lat po wojnie /w/ Lotnictwo, nr 3/1991,
s. 27 i 32;
6. Kto mu dał śmigła? /w/ Wiraże Nr 8 z 16-30 kwietnia 2006 r., s, 4-5, (Maciej
Woźniak);
7. Majerski Stanisław, Początki lotnictwa polskiego we Lwowie /Semper Fidelis
4-5/2004, patrz - materiał internetowy/;
8. Marczyk Wiesław, Powstanie obrony przeciwlotniczej i jej rozwój w okresie
I. wojny światowej /w/ Przegląd WL i OPK, nr 11/1988, s. 75-77;
9. Materiały do studiowania historii wojska i sztuki wojennej /Siły zbrojne i sztuka
wojenna w latach 1900-1921/, MON Warszawa 1971;
10.Middlebrook Martin, Nalot na Peenemünde. Wyd. MON, Warszawa 1987;
11. Nawrocki Mirosław, Geneza teorii powietrznych uderzeń strategicznych
/w/ Przegląd WLOP nr 1/2004, s. 26-31;
12. Notatki uczestnika podróży historyczno-wojskowych organizowanych przez
WCEO;
13. Odrzutowce Jakowlewa cz. I /w/ Wiraże Nr 3 z 1-15 lutego 2006 r., s. 30-31,
(Piotr Butowski);
14. Odrzutowce Jakowlewa cz. II /w/ Wiraże Nr 4 z 16-28 lutego 2006 r.,
s. 30-31, (Piotr Butowski);
15. Przedpełski Andrzej, Polscy lotnicy w walce z wunderwaffe /w/ Przegląd
Wojsk Lotniczych i Wojsk Obrony Powietrznej Kraju Nr 7-8/1988, s. 73).
16. Przegląd Historyczno-Wojskowy, Numer specjalny 5 /1905-2005 w stulecie
urodzin Mariana Rejewskiego/, s. 5-25, 37-68, 71-160, 205-222;
17. Ryś Marek, Fieseler Fi 103 Reinchenburg, pilotowane warianty V-1 /w/ Nowa
Technika Wojskowa Nr 9/2004, s. 75-78;
18. Skworzec Piotr, Rozwój taktyki wojsk rakietowych oraz ich uzbrojenia
a ewolucja środków napadu powietrznego /w/ Przegląd WLOP, nr 12/2003,
s. 23-30;
19. Zalewski Krzysztof, Projekt Afrodyta /w/ Nowa Technika Wojskowa
Nr 5/2003, s. 62-64;
108
URZĄD MARSZAŁKA
WOJEWÓDZTWA KUJAWSKO-POMORSKIEGO
w TORUNIU
JJ
Adres: Plac Teatralny 2, 87-100 Toruń
NIP: 956-19-45-671
REGON: 871121290
Telefony:
 Punkt Informacyjno-Podawczy:
tel. 056 62-18-600
tel. 056 62-18-610
fax. 056 62-18-723
Obsługa klientów:
 Godziny urzędowania:
Poniedziałek: 7:30-15:30
Wtorek 7.30-17:00
Środa: 7:30-15:30
Czwartek: 7:30-15:30
Piątek: 7:30-14:00
 Godziny otwarcia Punktu Informacyjno-Podawczego:
Poniedziałek: 7:30-15:30
Wtorek 7.30-17:00
Środa: 7:30-15:30
Czwartek: 7:30-15:30
Piątek: 7:30-14:00
109
02 kwietnia 2012 roku Marszałek Województwa Kujawsko-Pomorskiego
Pan Piotr CAŁBECKI został uhonorowany złotym
„Medalem za Zasługi dla Związku Oficerów Rezerwy Rzeczypospolitej Polskiej
im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”.

Podobne dokumenty