Niech mi ktoś poczyta Shine Plus – alternatywa dla

Komentarze

Transkrypt

Niech mi ktoś poczyta Shine Plus – alternatywa dla
www.tyfloswiat.pl
Kwartalnik, nr 1 (30) 2016, bezpłatny, ISSN: 1689-8362
TYFLO{WIAT
Shine Plus
– alternatywa
dla Talkbacka
Niech mi ktoś poczyta
Dla kogo zawód dźwiękowca?
www.tyfloswiat.pl
Kwartalnik, nr 1 (30) 2016, bezpłatny, ISSN: 1689-8362
W numerze
TYFLO{WIAT
3 Niech mi ktoś poczyta
Shine Plus
– alternatywa
dla Talkbacka
Michał Dębiec dzieli się z Czytelnikami doświadczeniami z zakresu adaptowania form czytelnictwa do pogarszającego się wzroku.
Niech mi ktoś poczyta
Dla kogo zawód dźwiękowca?
10 Niewidomy człowiek renesansu
Joanna Witkowska prezentuje sylwetkę prof. Witolda Kondrackiego, matematyka i podróżnika.
KWARTALNIK
NR 1 (30) 2016
13 Serwisy chmurowe i ich dostępność dla osób
z dysfunkcją wzroku
WYDAWCA
Fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego
ul. Wybickiego 3a, 31-261 Kraków
http://www.firr.org.pl
tel.: (+48) 12 629 85 14; faks: (+48) 12 629 85 15
e-mail: [email protected]
Organizacja Pożytku Publicznego
Nr konta 54 1140 1081 0000 2309 9800 1011
UTILITIA
Patryk Mojsiewicz przedstawia wady i zalety serwisów do przechowywania
danych w chmurze, skupiając się na aspektach dostępnościowych.
UTILITIA
PR Z E J DŹ NA D O S T Ę PN Ą S T R O N Ę
17 Shine Plus – alternatywa dla Talkbacka
Utilitia sp. z o.o.
ul. Jana Pawła II 64
TILITIA
32-091UMichałowice
UTILITIA
PR Z E J DŹ NA D O S T Ę PN Ą S T R O N Ę
http://www.utilitia.pl
tel.: (+48) 663 883 600
e-mail: [email protected]
UTILITIA
Podmiotem odpowiedzialnym za publikację
treści merytorycznych jest Fundacja
Instytut Rozwoju Regionalnego
UTILITIA
Podmiotem odpowiedzialnym za działalność
reklamową jest Utilitia sp. z o.o.
PR Z E J DŹ NA D O S T Ę PN Ą S T R O N Ę
REDAKTOR NACZELNY
Joanna Piwowońska
tel. kom. (+48) 663 883 332
e-mail: [email protected]
INTERNET
www.tyfloswiat.pl
SKŁAD KOMPUTEROWY
ArtoDesign
Joanna Nowak
Paweł Masarczyk prezentuje aplikację Shine Plus, która z powodzeniem może
zastąpić niewidomym użytkownikom urządzeń opartych o Androida, systemowy przewodnik głosowy Talkback.
UTILITIA
UTILITIA
26 Dla kogo zawód dźwiękowca?
Tomasz Bilecki udziela cennych rad dla początkujących adeptów sztuki
masteringu utworów. Czy osoba całkowicie niewidoma może wybić się
na tym rynku i osiągnąć sukces?
FOTOGRAFIA NA OKŁADCE
Denis Vrublevski
DRUK
K&K
DZIAŁ REKLAMY
e-mail: [email protected]
Redakcja nie odpowiada za treść
publikowanych reklam, ogłoszeń, materiałów
sponsorowanych i informacyjnych.
Nakład dofinansowany ze środków Państwowego
Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.
Redakcja zastrzega sobie prawo skracania, zmian
stylistycznych i opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do druku. Materiałów niezamówionych nie zwracamy.
Wszystkie teksty zawarte w tym numerze czasopisma Tyfloświat dostępne są na licencji Creative
Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Ponownie
rozpowszechniany utwór, dostępny na tej licencji,
musi zawierać następujące informacje: imię i nazwisko autora tekstu, nazwę czasopisma oraz jego
numer. Zdjęcia zawarte w czasopiśmie chronione
są prawem autorskim i ich przedruk wymaga zgody autora.
30 MS Outlook – więcej niż klient poczty e-mail
Dlaczego MS Outlook, narzędzie zasobożerne, trudne w konfiguracji i przede
wszystkim płatne, może stanowić atrakcyjną alternatywę dla niewidomych
użytkowników klientów pocztowych? Na to pytanie, zarówno w niniejszym
artykule, jak i podcastach, stara się odpowiedzieć Kamil Żak.
38 Huawei Honor 7 – telefon dla odważnych
Paweł Masarczyk prezentuje wyniki testu telefonu Huawei Honor 7, skupiając
się na jego dostępności dla osób z dysfunkcją wzroku.
3
Michał Dębiec
Niech mi ktoś
poczyta
Lubiłem czytać książki. Czy to na wakacjach czy w deszczowe
jesienne popołudnia, mroźne zimowe wieczory, wiosną
na ławce w parku - zawsze chętnie zanurzałem się w świecie
fantazji i wyobraźni pisarzy. Rocznie udawało mi się przeczytać
wielokrotnie więcej pozycji, niż mizerna średnia krajowa
czytelnictwa. Dobra lektura pozwalała nie tylko oderwać
się od rzeczywistości, ale także pobudzała wyobraźnię
i motywowała do własnych małych prób pisarskich. Lubiłem
czytać nawet lektury szkolne, choć większość rówieśników
uważała je za nudne, napuszone pożeracze czasu.
Ja czytałem jak leciało i jeżeli
zacząłem jakąś książkę, to musiałem dokończyć. Szło mi raczej
powoli, ze względu na słaby wzrok,
ale za to radośnie. Aż tu nagle treść
zaczęła znikać z kartek. Po minucie
czytania przestawałem widzieć
litery. Druk blaknął momentalnie
i nie pomagało używanie lamp
o różnym natężeniu światła.
Posmutniałem i przestałem czytać.
Czułem, że wraz z utratą kontrastu
wzroku, straciłem coś ważnego.
Książek brakowało mi bardzo
i marzyłem, by, jak za dziecięcych
lat, znów mi ktoś poczytał. No
i rozwiązanie się znalazło.
Pismo obrazkowe
Moja pasja czytelnicza rozpoczęła
się od komiksów. W późnych latach
osiemdziesiątych nie było ich wiele
na polskim rynku, ale za to miały
naprawdę wysoką jakość. Jeżeli
tylko napotkałem w kiosku lub
na straganie zeszyty ulubionych
serii, pożerałem je w mgnieniu oka.
Standard czytelniczy stanowiły
przygody Tytusa, Romka i A’tomka
(Henryka Jerzego Chmielewskiego
- „Papcia Chmiela”), zabawne
opowiastki o Kleksie i Jonkach
(Szarloty Pawel), absurdalne perypetie Kudłaczka w serii Tadeusza
Baranowskiego pt. „Na co dybie
w wielorybie czubek nosa eski-
NR 1 (30) 2016
4
W latach dziewięćdziesiątych nastąpił na polskim rynku wysyp komiksów. Pojawiły się serie o dzielnych galach
Asteriksie i Obeliksie, komiksy Giganty z bohaterami Disney'a, cała gama komiksów amerykańskich o herosach: "Superman", "Batman", "Spiderman", "X-men", "Green Lantern", "Punisher", a do tego kilka pomniejszych
serii: "Lobo", "Alf". Oferta wydawnicza ciągle się rozszerzała o nowe serie kolejnych autorów - z Włoch, Francji,
Japonii i USA
mosa”, „W poszukiwaniu wody
sodowej”, „Antresolka profesorka
Nerwosolka”. Do poduszki czytałem dzieje wojów Kajka i Kokosza
(Janusza Christy) i Kapitana Klossa.
Najwyższą półką komiksowego raju
stanowiły dzieła polsko-belgijskiego
duetu Grzegorza Rosińskiego i Jeana
Van Hamme’a w serii „Thorgal”
oraz „Szninkiel”. Realistyczne,
pełne kolorów obrazki, uzupełniono o świetny scenariusz o żyjącym pośród wikingów przybyszu
z gwiazd.
W latach dziewięćdziesiątych komiksów namnożyło się
na naszym rynku. Pojawiły się serie
o dzielnych galach Asteriksie i Obeliksie, komiksy Giganty z bohaterami Disney’a, cała gama komiksów
amerykańskich o herosach: „Superman”, „Batman”, „Spiderman”,
„X-men”, „Green Lantern”, „Punisher”, a do tego kilka pomniejszych
serii: „Lobo”, „Alf”. Oferta wydawnicza ciągle się rozszerzała o nowe
serie kolejnych autorów - z Włoch,
Francji, Japonii i USA.
Wbrew temu, co powszechnie uważa się o komiksach, nie
były one wcale tylko dla dzieci.
Właściwie dzieliły się, podobnie
jak książki drukowane, na wiele
grup docelowych. Przedstawiały
zarówno atrakcyjną fabułę,
jak i bardzo charakterystyczne
rysunki. Niektóre historie rysowane były pod światowej klasy
scenariusze i teorie, np. seria
„Ekspedycja” autorstwa Bogusława Polcha na podstawie teorii
Ericha Von Danikena - badacza
wierzącego, że dzisiejsza ziemska cywilizacja jest rozwinięta
na skutek ingerencji ludzi z innych
planet (o czym świadczyć mają
różne tajemnicze budowle i znaleziska na Ziemi - piramidy, posągi
na Wyspie Wielkanocnej, kryształowa czaszka).
Można powiedzieć, że moje najwcześniejsze kontakty z literaturą
opierały się właśnie na komiksach,
które były podstawą do ambitnego sięgania po coraz to bardziej
zaawansowane pozycje literackie.
Rozkwit komiksów w naszym
kraju na bardzo szeroką skalę
nastąpił na początku XXI wieku.
Zaczęły się wówczas pojawiać
komiksy z całego świata i można
powiedzieć, że każdy znalazłby
coś dla siebie, jeśli by zechciał.
Komiksy przez niektórych cyników
nazywane były pismem obrazkowym, by zrównać je z prymitywnymi hieroglifami. Nigdy jednak
nie uważałem, by ci poważni
ludzie mieli rację. Z czasem
okazało się, że komiksy stały się
sztuką samą w sobie. Niektórzy
autorzy używali bardzo realistycz-
5
nej kreski, inni zabawnej, a jeszcze
inni wręcz prymitywnej. Zwykle
jednak scenariusze były świetne
i ta forma wyrazu artystycznego
stała się nośnikiem dobrej historii.
Mogę tu wspomnieć o komiksie
„Maus” Arta Spigelmana, za który
autor dostał nagrodę Pulitzera,
czyli jedno z najważniejszych
dziennikarskich odznaczeń. Autor
prymitywną kreską, bez kolorów
narysował historię życia swojego
ojca Władysława, który jako polski
Żyd trafił do obozu koncentracyjnego Auschwitz i przetrwał.
W komiksie Żydzi to myszki, koty
to hitlerowcy, prosiaki to Polacy,
a psy to Amerykanie. Każda nacja
ma swoje zwierzę, ale historia jak
najbardziej poważna, wzruszająca
i raczej nie dla dzieci.
Pośród poważnych komiksów znaleźć można jeszcze serię
„Władcy chmielu” Jeana Van Hamme’a, opowiadającą dramatyczną
historię powstawania największych
belgijskich browarów.
Komiksy czytałbym nadal, gdybym
mógł. Niestety niedostatki widzenia
odcięły mnie od tej sztuki bardzo
skutecznie. Jako fan animowanych
serii, mogę obecnie jedynie liczyć
na częstsze powstawanie audioksiążek na podstawie komiksów. Na polskim rynku pojawiły się dotąd tylko
dwa zeszyty „Thorgala” i jeden „Kajka
i Kokosza” (w wykonaniu kabaretu
Limo). Są to superprodukcje w formie
słuchowiska z dźwiękami, gwiazdorską obsadą i muzyką.
Era czytania wzrokiem
Równolegle z komiksami zabrałem
się za pismo „nieobrazkowe”, czyli
za książki w druku. Przez niemal
dziesięć lat czytałem do dwóch
książek na miesiąc. Wiedziałem już
wtedy, że moje problemy ze wzrokiem przekładają się na spowolnione tempo czytania, ale nie
przeszkadzało mi to. Obok lektur
szkolnych, pochłaniałem całe serie
różnych autorów: Małgorzaty
Musierowicz, Stephena Kinga,
Andrzeja Sapkowskiego, Jonathana
Carolla.
Czytanie słabym wzrokiem
miało wiele irytujących wad.
Zwykle trzeba było znaleźć dobre
oświetlenie, czasem mocniejsze,
innym razem słabsze. Niektóre
książki drukowane były na lśniącym papierze, co z kolei odbijało
światło. Tekst musiałem mieć dość
blisko oczu, więc wielogodzinne
czytanie w jednej pozycji mocno
mnie męczyło. Miałem trudności z czytaniem na słońcu, mimo
bardzo dobrych okularów przeciwsłonecznych. Na plaży czytanie
okazywało się możliwe tylko pod
przykryciem koca, ale tworzył
się pod nim istny piec. Śledzenie
książkowej fabuły w autobusie
lub pociągu również było bardzo trudne, głównie ze względu
na zmienne światło, ale też
wstrząsy powodowały sensacje
żołądkowe. Wiem, że widzącym
czytelnikom również podobne
niedogodności doskwierały i nie
są one tylko zarezerwowane dla
osobnika z wadą wzroku. Tym
niemniej dla mnie było więcej
niekorzystnych warunków do czytania niż idealnych. To trochę
zniechęcało.
Palmtop - prekursor tabletu, umożliwiał czytanie plików tekstowych
NR 1 (30) 2016
6
przed monitorem komputerowym. Poszukiwałem rozwiązania
na to przykucie do biurka i wpadłem na urządzenie o nazwie
Palmtop. Był to taki prekursor
tabletu. Dało się na nim czytać tekstowe pliki, powiększać i zmieniać
kolory czcionki. Ciężko jednak było
powrócić do ostatnio czytanego
rozdziału, bo po wyłączeniu, albo
wyładowaniu baterii, plik trzeba
było przeglądać od początku.
Problem z e-bookami był również taki, że nie wszystkie pliki były
dostępne. Czasem nie potrafiłem
nic odczytać, a innym razem nie
dawałem rady zmienić kolorów.
To dotyczyło głównie PDF-ów.
Moja determinacja do czytania
książek spadła do poziomu zerowego. Brałem się tylko za książki
konieczne do zaliczenia przedmiotów na studiach. Używałem lupy
elektronicznej „Looky”, która ładnie
zmieniała kolorystykę i dawała
dobre powiększenie. Można sobie
jednak wyobrazić, jak niewygodne
jest czytanie przy użyciu lupy,
którą trzeba jeździć nad stroną
od lewej do prawej i w dół. Oczywiście próbowałem też stacjonarnego
powiększalnika, ale takie czytanie
było jeszcze gorsze, niż na komputerze - również przykuwało
do biurka i trzeba było wykonywać
wiele ruchów.
I nagle, przedstawiono mi
audioksiążki.
Książki mówione w formacie mp3 nie były częstym znaleziskiem
w latach 2005 - 2009
Niestety wzrok psuł się jeszcze
bardziej. Na skutek zaćmy, normalny czarny druk na jasnym tle
przestał być dla mnie widoczny.
Dodatkowo, ze względu na stożek
rogówki, mały druk był bardzo
kłopotliwy do odczytania. W tym
czasie przeszedłem na specjalny
tryb dużego kontrastu w moim
komputerze. Zamienił on tło
na czarne, a litery na białe. W taki
sposób jestem w stanie czytać
do dzisiaj, ale tylko za pośrednictwem monitora.
Pomyślałem zatem, że być może
rozwiązaniem będzie czytanie książek elektronicznych. Ta sztuczka
mogłaby się sprawdzić. Choć
z czytaniem komiksów trzeba się
było już na stałe pożegnać, to jednak sam druk, przekształcony przez
kontrast dawał się rozpoznawać.
Rozpocząłem gromadzenie książek
w wersji tekstowej, tzw. e-booków.
Nie było jeszcze urządzeń
mobilnych, ani Kindli, toteż takie
czytanie musiało być związane
z wielogodzinnym ślęczeniem
Era książki mówionej
W 2005 roku poznałem książki
czytane dla niewidomych przez
profesjonalnych lektorów. Słyszałem
o nich wcześniej i nawet gorąco
mnie namawiano, ale był to zły
czas na zmiany, bo wciąż usiłowałem czytać wzrokiem. To tak silne
przyzwyczajenie, jak poruszanie
się bez białej laski, mimo, że się nie
widzi. Nie ma żadnych racjonalnych
przesłanek, aby chodzić bez niej,
jest wiele argumentów, aby choć
spróbować, ale jednak decyzja jest
odwlekana w czasie. Audioksiążki
miały dla mnie taką samą cechę.
7
Przecież to dla niewidomych, a ja
jeszcze widzę - tak sobie wtedy
myślałem. Wmawiałem sobie,
że jeszcze potrafię czytać, choć
ilość przyswajanych lektur spadła
już do pięciu rocznie. Wydawało
mi się, że nie będę potrafił słuchać
książki, zamiast jej czytać. Bardzo
się myliłem. Okazało się też, że źle
się do tego zabierałem. Słuchania
trzeba się było najpierw nauczyć,
bo to jednak coś zupełnie innego
od czytania wzrokiem.
Znajoma, która słuchała audioksiążek już od wielu lat, chciała
przeczytać Harrego Pottera. Tej
książki nigdy wcześniej nie poznałem, a też chciałem. Ponieważ
pierwsze części były pisane raczej
dla dzieci, okazało się, że dość
dobrze idzie mi śledzenie fabuły,
czytanej głosem lektora - Jacka
Kissa.
Pierwszą moją książką poznaną
słuchem była pozycja pt. „Harry
Potter i więzień Azkabanu” J.K.
Rowling. Wypożyczyliśmy ją
z Biblioteki Centralnej Polskiego
Związku Niewidomych. Była
nagrana na ponad czterdziestu
kasetach magnetofonowych,
których świetność minęła zapewne
po drugim wypożyczeniu. Zauważyłem, że w wykonaniu Jacka Kissa
każda postać ma swój charakterystyczny sposób mówienia i emocje są świetnie odwzorowane.
Fabuła pochłonęła mnie w całości,
bo można powiedzieć, że książki
Rowling mają klimat powieści sensacyjnej. Pod koniec słuchania nie
mogłem oderwać się od magnetofonu, co prawie spowodowało
spóźnienie na pociąg Warszawa
- Gliwice. Już wtedy wiedziałem,
że moja pasja czytania nareszcie
odnalazła nową drogę i miejsce
w moim życiu.
Słuchania audioksiążek trzeba
się nauczyć i nie zrażać po pierwszej próbie. Trudnością z początku
była słaba koncentracja. Zdarzało
mi się zasnąć podczas słuchania.
Na początku nie bardzo potrafiłem
równocześnie robić coś innego
i podążać za rytmem czytania lektora. W pewnych momentach rozpraszałem się i wybijałem z fabuły,
co oznaczało przewijanie do tyłu,
by znów wskoczyć w miejsce, które
zapamiętałem. Takich prób miałem
wiele. Okazało się jednak, że dobór
audioksiążki na początkową fazę
przyzwyczajania jest niezwykle
ważny. Musi to być pozycja dobrze
przeczytana przez lektora, ciekawa
w całości i niezbyt długa. Dzięki
tym cechom, łatwiej przywyknąć do głosu lektora, jednocześnie motywując się do dalszego
słuchania.
Z serii o Harrym Potterze przeskoczyłem na książki Dana Browna
(„Kod Leonarda da Vinci”, „Anioły
i demony”) i Andrzeja Sapkowskiego (saga o Wiedźminie oraz trylogia husycka). Czytane były przez
Rocha Siemianowskiego i wciągały
mnie bez reszty. Na dobry rozpęd
nadawały się też wszystkie thrillery
medyczne Robina Cooka oraz prawnicze sensacje Johna Grishama.
Musiałem jednak znaleźć jakiś
sposób, by nie wozić całego pudła
kaset magnetofonowych ze sobą za
każdym razem, gdy byłem w rozjazdach. Najlepszym pomysłem
było kupienie odtwarzacza mp3
i pozyskiwanie plików z Internetu,
a nie z miejsc, do których trzeba
się wybrać osobiście. Przeczytałem wiele recenzji minisprzętów
grających, aby wybrać taki, który
spełniałby oczekiwania słuchacza
audiobooków. Wybrałem dość
duży Cowon iAudio X5L, bo miał
30 GB pamięci, a jedno ładowanie
baterii wystarczało na 35 godzin
odtwarzania. W późniejszym okresie kolega pokazał mi, że na ten
odtwarzacz można wgrać zamienny
system RockBox, który daje się
udźwiękowić i dowolnie zmienić
kolorystykę i wielkość liter. Sprzęt
wytrzymał u mnie 10 lat bardzo
ciężkiej służby, po czym odszedł
na emeryturę do szuflady jako
sprawny - rezerwowy.
Książki mówione w formacie
mp3 nie były częstym znaleziskiem
w latach 2005 - 2009. Sama Biblioteka Centralna Polskiego Związku
Niewidomych nie udostępniała
zasobów w tym formacie. Dość
ostro forsowano wówczas kupowanie urządzenia do słuchania
audiobooków o nazwie „Czytak”,
które jednak przy moim iAudio
było jak Polonez przy Mercedesie.
Nieśmiało wchodziły książki w formacie DAISY. Będąc szczęśliwym
posiadaczem dobrej klasy odtwarzacza mp3, musiałem znaleźć
źródło książek w takim właśnie
formacie.
Dostęp do plików
Wygooglowałem pewne forum
internetowe, które zszokowało mnie
zakresem swoich działań. Ponad
3000 forumowiczów, zasoby w mp3
na wiele tysięcy godzin słuchania.
Niektórzy forumowicze pomagali
sobie, nie tylko dzieląc się swoimi
zasobami, ale także, na specjalne
prośby, sami czytali i nagrywali
książki dla innych. Oczywiście
piractwo pełną gębą (jeżeli założymy, że większość z jego użytkowników nie była osobami niepełnosprawnymi i nie korzystała z jego
zasobów w ramach dozwolonego
dostępu), ale najeść audiobooków
w mp3 dało się do woli. Zasoby
zgromadzone przez to forum zasiliły
moją domową biblioteczkę na wiele
lat. Były one samodzielnie nagrywane przez anonimowych forumowiczów własnym głosem, z radia,
z kaset, płyt CD. Poza polskimi
pozycjami, wiele było także anglojęzycznych. Podejrzewam, że wydawnictwa nie były szczęśliwe, widząc
swoje pozycje na pirackim serwerze.
Strona przestała działać chyba
w 2013 roku. Żałowałem, że wydawnictwa same nie sprzedają plików
mp3 przez Internet, bo chętnie
kupowałbym audiobooki w taki
sposób.
W tym miejscu warto zaznaczyć,
że zgodnie z art. 331 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych przekształcenie treści niedostępnej dla osób niewidomych
NR 1 (30) 2016
8
na formę dostępną jest dozwolone
i nie może być traktowane jako
działanie pirackie. Dzięki temu zapisowi Zakład Nagrań i Wydawnictw
Polskiego Związku Niewidomych
oraz inne studia nagrywające dla
niewidomych mogły każdą książkę
utworzyć w wersji dźwiękowej
i udostępniać nieodpłatnie osobom
niewidomym. W praktyce jednak
i tak musiały się liczyć z wolą
wydawnictwa, ponieważ często
nagrania były także sprzedawane
bibliotekom w całym kraju. Z tego
powodu oferta wydawnicza audioksiążek nie była bardzo atrakcyjna
i brakowało w niej nowości oraz
wielu kultowych serii i tomów.
Oczywiście forum zrzeszało nie
tylko osoby niewidome, więc tutaj
raczej następowało naruszenie
zasad prawa. Zupełnie nie wiem, czy
właśnie naruszanie praw autorskich
było przyczyną likwidacji forum, czy
też powody były zupełnie inne.
Mniej więcej w 2012 - 2013
roku pojawiły się specjalne serwisy
do kupowania audioksiążek i ściągania ich prosto na komputer, czy
telefon i tablet w formacie mp3.
Są to m.in. audioteka.pl, audiobook.
pl oraz serwis sklepu empik.com.
Audioksiążki można też nabywać
bezpośrednio od wydawnictw, ale nie
zawsze można je od razu ściągnąć.
W niektórych przypadkach konieczne
jest zakupienie płyty CD, która przychodzi do nas pocztą tradycyjną.
Dzięki pojawieniu się portali
do kupowania audiobooków,
wzrósł też popyt na nie. Pociągnęło
to za sobą także podaż. Obecnie
wydaje się dużo pozycji, a niektóre
z nich są sprzedawane równolegle
z wydaniem papierowym. Moim
marzeniem jest, by audioksiążki
wydawane były zawsze równolegle
z wydaniem drukowanym, oraz, by
kultowe, najpopularniejsze pozycje
miały swoje odpowiedniki w wersji
dźwiękowej.
Czytelnictwo i słuchalność
Jak pokazują ostatnie badania
czytelnictwa, przeprowadzone
przez Bibliotekę Narodową, w Polsce ponad 63% społeczeństwa nie
przeczytało żadnej książki przez cały
rok. Wynik ten jest zatrważający,
zwłaszcza, że każdy Polak zna się
przecież na wszystkim - od budowy
komputera zaczynając, a na katastrofach lotniczych kończąc (po drodze oczywiście znajduje się wiedza
dotycząca każdego sportu i silnika
w dziejach).
Jeśli chodzi o audioksiążki trudno mi powiedzieć, czy badania
czytelnictwa obejmują także ten
format oraz inne wydawnictwa
elektroniczne, jak np. e-booki.
Wojewódzka Biblioteka w Krakowie odnotowała w ostatnim czasie
wzrost wypożyczeń audioksiążek,
a po ilości nowowydawanych tytułów i powstających wydawnictw,
wnioskować można, że zainteresowanie dźwiękowymi formatami
jest coraz większe. Dodatkowo, jeśli
komuś opłaca się wytwarzać nowe
pozycje w formie audioksiążki,
może to znaczyć, że coraz chętniej
słuchamy książek.
Na początku mojego słuchania
udawało mi się przebrnąć przez
jedną książkę na miesiąc lub dwa
miesiące. Ta liczba jednak wzrastała.
Z pewnością swoisty rekord został
przeze mnie ustanowiony w maju
2015 roku, kiedy to, w wyniku
przykucia do łóżka podczas przeziębienia, przesłuchałem dwanaście
książek. Zwykle jednak moja średnia
to trzy, cztery książki miesięcznie.
Udało mi się nawet policzyć wszystkie audioksiążki, które przeczytałem
w okresie od 2005 do 2015 roku
- było ich 246. W samym 2015 roku
udało mi się przesłuchać 56 pozycji.
Zdecydowanie najdłuższe książki,
jakie przesłuchałem to „Archipelag
Gułag” Aleksandra Sołżenicyna oraz
„Władca pierścieni” J.R.R. Tolkiena.
Można by też dodać całą serię o Harrym Hule (dziesięć tomów) autorstwa Jo Nesbo oraz sagę o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego.
Myślę, że kolejna dekada da
wyższy wynik, bo wychodzi więcej
audioksiążek, a ja wyrobiłem sobie
umiejętności przyswajania treści
w formie audio. Jestem w stanie
jednocześnie słuchać książki i:
sprzątać, spacerować, oglądać
dziennik w telewizji, kleić tabelki
z Excela, jeść, kąpać się (odtwarzacz mp3 podwieszony na zasłonce
prysznica), ćwiczyć, myć naczynia.
Nie jestem w stanie słuchać książki
i: pisać maila, słuchać reklam
w telewizorze lub radiu, rozmawiać
przez telefon, spać - te czynności
wymagają jakiegoś innego rodzaju
koncentracji lub jego całkowitego
braku.
Obecnie przeszedłem na inny
odtwarzacz mp3, którym jest
Sandisk Sansa Clip Zip. Daje możliwość wgrania i udźwiękowienia
RockBoxa. Na jednym naładowaniu
działa 15 godzin i ma 8 GB pamięci
na pokładzie, ale można rozszerzyć
do 40 GB za pomocą karty microSD.
Niestety producent wycofał już
ze sprzedaży ten model, wraz
z innymi, które można było „urockboksowić”. W moim odczuciu były
to najlepsze odtwarzacze - tanie,
wygodne i małe, ale jednocześnie
pełne przydatnych funkcji i prezentujące dobrą jakość dźwięku.
Audioksiążki
a syntezator mowy
Spotkałem się z opiniami, że niektóre osoby niewidome wolą słuchać
książek zsyntezowanych automatem. Sam próbowałem w ten sposób
poznawać treść, ale sposób ten nie
przypadł mi do gustu. Nużąca jednostajność robotycznej wymowy nie
pozwalała mi się dobrze skoncentrować, ale pewnie to kwestia przyzwyczajenia. Syntetyzowanie dźwięku
daje duże możliwości przerabiania
formatów tekstowych samemu,
więc właściwie nie ma przeszkód, by
z każdą, nawet najnowszą książką,
zapoznać się za pomocą robota. Ja
jednak cenię bardzo pracę żywych
lektorów, wraz z ich intonacją,
oddawaniem emocji i charakterów
postaci. Nie każdy lektor dobrze
czyta. Zdecydowanie lepiej słucha
mi się książek przeczytanych przez
fot. shutterstock, Marvel, Hewlett-Packard
9
profesjonalnego lektora, niż przez
aktora, który często nadinterpretowuje treść swoją osobowością.
Wyjątkiem jest tutaj Maciej Stuhr,
który po mistrzowsku przeczytał
serię kryminałów Roberta Galbraitha
(J.K. Rowling) o prywatnym detektywie Cormorenie Striku. Jeśli natomiast chodzi o czytające lektorki
lub aktorki, gorzej mi się ich słucha.
To pewnie rzecz gustu i można się
ze mną nie zgodzić. Z całą pewnością natrafiłem na wiele kobiet
świetnie czytających, jednak takie
zdarzają się rzadko.
Oprócz wersji lektorskich, coraz
częściej pojawiają się na naszym
rynku dźwiękowe superprodukcje.
Są to książki przerobione na słuchowiska, ale oddające pełną treść
dzieła. Aby komercyjnie udało się
zarobić na takiej produkcji, produ-
cenci, poza ciekawą ścieżką dźwiękową, zapewniają także udział
znanych aktorów. To naprawdę bardzo atrakcyjne wydania, z których
najbardziej podobał mi się kryminał
„Karaluchy” Jo Nesbo.
Z uwagi na to, że audiobooka
można słuchać przy wykonywaniu innych czynności i w wielu
miejscach, nie rozpatruję już
czasu spędzonego na przystanku
lub w pociągu jako straconego.
To ludzie, którzy nie słuchają
audioksiążek w poczekalniach,
na przystankach, w autobusach,
pociągach, samolotach tracą czas.
Ja zawsze mam czego posłuchać
i nie nudzi mnie ta czynność.
Kiedyś nawet pomyślałem sobie,
że na bezludną wyspę zabrałbym
źródło zasilania odtwarzacza mp3
oraz tysiące audioksiążek - tak,
by starczyło do końca życia. Jakoś
bym zniósł taką „niewolę”. Moją
pasją do słuchania książek staram się zarazić innych i wydaje
mi się, że już co najmniej dziesięć osób złapało tego bakcyla.
Wiem, że książki można ściągnąć
przez Internet z serwisu Biblioteki Centralnej, ale ciągle wierzę,
że nowe audioksiążki będą się
pojawiać, jeśli będzie to opłacalne dla wydawców, więc bardzo
często i tak kupuję je w serwisach
zakupowych lub bezpośrednio
od wydawców. Jeśli i Ty - Drogi
Czytelniku masz ochotę na poznawanie fascynujących przygód
ciekawych bohaterów, nie chcesz
tracić czasu na czekanie gdziekolwiek i lubisz, gdy ktoś Ci czyta
- zacznij korzystać z dobrodziejstw
audioksiążek już od dziś.
NR 1 (30) 2016
10
Joanna Witkowska
Niewidomy
człowiek renesansu
Człowiek renesansu to ktoś o szerokiej wiedzy
i bardzo wszechstronnych zainteresowaniach.
Taki właśnie był niewidomy profesor Witold
Kondracki, zmarły 24 czerwca 2015 roku.
Niepełnosprawność nigdy nie determinowała
jego życiowych wyborów, ani nie ograniczyła
realizacji marzeń. Dlatego warto bliżej przyjrzeć
się, kim był profesor.
Młodość
Urodził się 29 września 1950 roku na warszawskim
Żoliborzu. Jego ojciec (również Witold) pochodził
z Wileńszczyzny i profesor żartował, że swoje imię
zapewne zawdzięcza litewskim korzeniom i postaci
księcia Witolda, który u boku Władysława Jagiełły
walczył z Krzyżakami pod Grunwaldem. Pan Kondracki
mawiał o sobie, że w dzieciństwie był taki jak każdy
chłopak – nie stronił od bójek, lubił chodzić po drzewach. Jeżeli coś go interesowało, oddawał się temu całą
duszą. Jedną z jego pasji była chemia, a szczególnie
różnego rodzaju doświadczenia i eksperymenty pirotechniczne. To właśnie w wyniku jednego z nich, jako
czternastolatek, utracił wzrok. Nie przerwał jednak
edukacji, bo już cztery lata później ukończył liceum
ogólnokształcące im. księcia Józefa Poniatowskiego.
W tamtych czasach nauka w masowej szkole stanowiła
nie lada wyzwanie. Jeżeli nawet można było zdobyć
brajlowskie podręczniki, to już notowanie nastręczało
trudności. Nie znano jeszcze udźwiękowionych komputerów, a nawet maszyny brajlowskie nie były tak
rozpowszechnione, jak na przykład w latach dziewięćdziesiątych. Pozostawała więc chyba tylko tabliczka,
życzliwość kolegów oraz nauczycieli i oczywiście własna
pamięć. Jeśli chodzi o nauki ścisłe, dodatkowa trudność to na pewno niemożność korzystania z tablicy czy
w wykonywania wykresów i innych rysunków. Profesorowi Kondrackiemu należy się tym większy szacunek,
że nie tylko pomyślnie zdał maturę, lecz także rozpoczął
studia na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.
W 1973 roku bronił tam pracy magisterskiej, a jednocześnie studiował na wydziale matematyki. W tym samym
roku objął stanowisko w Instytucie Matematycznym
Polskiej Akademii Nauk, gdzie pracował do końca
swojego życia. Myślę, że problemy z dostępnością
uprawianej dziedziny nauki musiał napotykać także
i w swojej pracy. Aż trudno sobie wyobrazić, jak wielką
pasją musiały być dla profesora nauki ścisłe, że wytrwał
przy nich mimo konieczności wkładania w swoją pracę
ogromnego wysiłku. Ale taki właśnie był pan Witold
Kondracki – jeżeli coś go pasjonowało, jeżeli o czymś
marzył, to ze wszystkich sił starał się to realizować.
11
Podróże…
Kolejna miłość jego życia to podróże – a szczególnie
Indie. Fascynacja tym krajem narodziła się jeszcze
w dzieciństwie, a zaraził nią przyszłego profesora
dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego Jan Jerzy
Karpiński – bliski przyjaciel dziadków małego Witka,
który jako dwunastolatek z fascynacją oglądał zdjęcia
i atlasy, marząc, że kiedyś odwiedzi ten piękny kraj.
Jak wiemy, dwa lata później stracił wzrok, jednak nigdy
nie stracił Indii z oczu swojej wyobraźni. Ze względu
na warunki polityczne w podróż do Indii mógł udać się
już jako dorosły mężczyzna, pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Namówił na nią swego
kolegę Pawła Sadowskiego – również matematyka
i fizyka. Jak to w PRL-u, na wydanie dokumentów trzeba
było poczekać, ale nie to stanowiło największy problem
– najgorzej było ze zdobyciem informacji o celu podróży.
Nie było wtedy w Polsce książkowych przewodników,
a Internet też jeszcze nie istniał. Jak wspominał pan
Witold, informacje zdobywało się od ludzi, którzy już
w Indiach byli – to oni podpowiadali, gdzie tanio zjeść
i przenocować, ile kosztuje przejazd rikszą, jak korzystać z komunikacji itd. Zdobycie pieniędzy na wyjazd
również nie należało do spraw łatwych. Dzielni podróżnicy zabrali ze sobą – oprócz ekwipunku – także
przedmioty, które można było sprzedać, jak na przykład
zegarki. Gdy i te fundusze się kończyły, sprzedawali
części swojego bagażu, tak że do Polski powrócili
z workami zamiast plecaków. To była niezwykle wyczerpująca podróż, ponieważ odbywała się głównie lądem –
tysiące kilometrów autobusami i pociągami przez Rosję,
Azerbejdżan, Iran, Pakistan, aż po dwóch tygodniach
dotarli do Indii. W ciągu dwóch miesięcy przejechali
cały kraj, od Kaszmiru po Goa. Powrót był już nieco
łatwiejszy – lądem musieli dotrzeć do Baku, skąd mieli
samolot do Warszawy. W rok później pan Witold udał
się do Indii już w większej grupie. Tym razem polecieli
samolotem, dlatego mogli zwiedzić też Nepal i Cejlon.
W 1980 roku udali się z kolei na Malediwy i do Indochin. I tak pracownik naukowy – fizyk i matematyk,
którego życie należałoby raczej kojarzyć ze ślęczeniem
nad książkami czy komputerem i dokonywaniem
skomplikowanych obliczeń – stał się podróżnikiem,
do tego podróżnikiem niewidomym. Brzmi to niemal jak
fragment filmu przygodowego, a jednak jest prawdą
i tylko prawdą. W ciągu prawie czterdziestu lat swojej
„podróżniczej kariery” pan Kondracki był w krajach Azji
Południowej ponad trzydzieści razy. Jak sam wspominał,
ani Stany Zjednoczone, ani Australia nie były dla niego
interesujące, gdyż – jego zdaniem – miały zbyt wiele
cech wspólnych z Europą. Co innego Indie – zupełnie
odmienna kultura i aż osiem wielkich systemów filozoficznych! Do swoich wypraw udało się panu Witoldowi
namówić wiele osób, w tym żonę – dokazał tej trudnej
sztuki po piętnastu latach. Później żona towarzyszyła
Witold Kondracki
mu przynajmniej w kilku wyprawach. Ponieważ sam był
niepełnosprawny, wiedział, że osoby z różnego rodzaju
niepełnosprawnościami mogą marzyć o podróżach
i chcą te swoje marzenia realizować. Dlatego w 2011
roku zabrał do Azji Południowej osoby niewidome
i poruszające się na wózkach.
… i nie tylko
Wiadomo, że dalekie podróże do egzotycznych krajów wymagają ogromnego wysiłku i skomplikowanych
przygotowań. Czy więc poza pracą naukową i wyprawami znajdowało się w życiu pana Witolda miejsce
na coś jeszcze? Oczywiście, że tak. Miał rodzinę, trójkę
dzieci. Jak mówi Sylwester Peryt – jeden z jego dobrych
znajomych – „Witek kochał wolność. Był człowiekiem,
który każdemu pozwalał mieć własne poglądy, nawet
gdy sam miał inne. Nikomu niczego nie narzucał.
On fascynował się indyjskimi systemami filozoficznymi,
jego żona zaś jest gorliwą katoliczką, co nie przeszkadzało im tworzyć szczęśliwej rodziny. Gdy widział,
że jakaś sprawa ma sens, walczył o nią do upadłego.
Odpuszczał dopiero, kiedy uznawał, że jest inaczej.
Nie obce były mu również sprawy społeczne – działał
na rzecz osób niewidomych, współpracując z Fundacją
Szansa dla Niewidomych. Choć może to zaskakiwać
u matematyka, profesor Kondracki bardzo ciekawie,
barwnie i wyczerpująco opowiadał o swoich podróżach.
Miał również zainteresowania literackie – publikował
NR 1 (30) 2016
12
opowiadania fantastyczno-naukowe w miesięczniku
„Help” wydawanym na początku lat dziewięćdziesiątych
przez firmę Altix. Nie udało mi się dotrzeć do żadnej
z tych opowieści – a szkoda.
Witold Kondracki w Tajlandii
Gdy czytałam różne internetowe artykuły opowiadające o podróżach i osiągnięciach pana Witolda,
zdołałam prawie zapomnieć, że był on osobą niewidomą. A jednak tego faktu nie można zignorować.
Zapytałam Sylwestra Peryta, jak jego przyjaciel odnosił
się do własnej niepełnosprawności: „Witek nigdy nie
miał problemów rehabilitacyjnych. Jeśli chciał gdzieś
dotrzeć, to docierał – sam albo z kimś. Miał kiedyś psa
przewodnika – owczarka o imieniu Kama, który mu
bardzo pomagał”. Osobiście miałam okazję usłyszeć,
z jakim sentymentem profesor wspominał swoją Kamę.
Później (po 2000 roku) miał drugiego przewodnika –
golden retrievera, ale współpraca z tym czworonogiem
nie ułożyła się aż tak dobrze. Pamiętam jak państwo
Kondraccy odwiedzili biuro Fundacji Vis Maior, żeby
porozmawiać o ewentualnym ubieganiu się o psa przewodnika. Oczywiście nie zabrakło wtedy opowieści
o podróżach i gorącego zachęcania nas, byśmy wzięli
udział w jednej z nich. Chociaż nie udało się nikogo
namówić, i tak ciekawie było posłuchać o egzotycznym
kraju. Uważam, że podobnie działo się z całym życiem
i działalnością profesora – nikogo nie starał się na siłę
przekonywać do tego, co robił i jak myślał. On po prostu pokazywał własnym przykładem, że niepełnosprawność niekoniecznie musi zdominować zainteresowania, marzenia i pasje człowieka, a każdy, kto się
z nim zetknął, mógł z tą wiedzą zrobić, co chciał.
fot. Leonardo Da Vinci, Sara Marlowe, archiwum prywatne
Miłością prof. Kondrackiego były podróże - szczególnie upodobał sobie Indochiny
13
Patryk Mojsiewicz
Serwisy chmurowe
i ich dostępność
dla osób
z dysfunkcją
wzroku
Aktywność nasza w coraz większym stopniu zależna jest
od komputerów. Na dyskach twardych przechowujemy
wszystko: od rodzinnych zdjęć poczynając, na dokumentacji
związanej z działalnością naukową czy gospodarczą kończąc.
Niestety nośniki takie jak dysk
twardy czy pendrive mogą ulec
poważnej awarii, a co za tym
idzie, możemy utracić praktycznie
wszystkie ważne dla nas dane.
Jeżeli dysk twardy czy pendrive
zostanie sformatowany lub usuniemy przypadkowo jakiś ważny
plik, nad którym w pocie czoła
pracowaliśmy, to możemy próbować, często zresztą skutecznie,
takie dane odzyskać programami
przeznaczonymi do tego celu .
Gdy jednak odzyskanie danych nie
jest możliwe, nasz nośnik trzeba
powierzyć firmie specjalizującej się
w odzyskiwaniu danych, co niesie
za sobą bardzo duże koszty.
A co jeżeli pracowaliśmy nad
jakimś projektem i musimy go
dostarczyć w określonym terminie,
a nie mamy dostępu do swojego
komputera?
Te oraz inne bolączki mogą rozwiązać serwisy chmurowe, o których opowiem pokrótce w niniejszym artykule.
Dropbox
Dropbox jest jednym z najczęściej
używanych serwisów do przechowywania danych w chmurze.
Pozwala on, jak i inne serwisy tego
rodzaju, na zdalne synchronizowanie dokumentów pomiędzy komputerami czy urządzeniami mobilnymi.
Dropboxa możemy używać
w wersji podstawowej, w której
pojemność naszego wirtualnego
dysku wynosi 2 GB, oraz, uiszczając opłatę, w wersji rozszerzonej,
w której nasz dysk może mieć praktycznie nieograniczoną pojemność.
Istnieje także wersja pro, przeznaczona dla instytucji publicznych
oraz firm.
Jak dołączyć do usługi Dropbox?
Należy założyć konto na stronie
www.dropbox.com. Nie musimy
wpisywać kodów captcha, ani
poświadczać naszego człowieczeństwa w inny sposób. Wystarczy wypełnić formularz danymi
i gotowe. Trzeba tylko pobrać aplikacje Dropbox na naszą platformę,
skonfigurować ją i w zasadzie
program jest gotowy do pracy.
Czy Dropbox jest w pełni dla
nas dostępny? To zależy od tego,
na jakiej platformie chcemy go
używać.
NR 1 (30) 2016
14
Aplikacja przeznaczona dla
systemu Windows jest dostępna,
jednak sama konfiguracja i instalacja może przysporzyć problemów.
Instalator prezentuje się bardzo
standardowo, automatycznie
pobiera i instaluje aplikację na nasz
dysk w domyślnej lokalizacji. Z całkowitą pewnością można stwierdzić, że zmiana tych domyślnych
ustawień dla użytkownika czytników ekranu okazuje się być niemożliwa. Po zakończeniu procesu
instalacji pojawia się okno konfiguracji aplikacji, które wyposażono w bardzo dziwny mechanizm
dostępności. Po otwarciu powyższego okna usłyszymy komunikat:
„Naciśnij Ctrl, shift+G”, aby się zalogować”. Po wykonaniu komendy
zostanie otwarta strona usługi
Dropbox, gdzie należy wpisać login
oraz hasło. Następnie musimy
kliknąć w przycisk „Zaloguj”. Gdy
już zostaniemy zalogowani, odszukujemy przycisk „Połącz z tym
urządzeniem”. Jeżeli wszystko
przebiegło pomyślnie, usłyszymy
komunikat, że konto zostało
połączone pomyślnie. Niestety,
takie rozwiązanie nie zawsze jest
skuteczne. Bywa, że w oknie konfiguracji skrót nie działa i musimy
kilka razy próbować, a jeśli się nie
uda, wtedy zaczyna się problem,
bo nie można tego okna w żaden
inny sposób obsłużyć. Próbowałem
użyć NVDA, Window-Eyes’a czy
Jawsa, ale za każdym razem skutek
był ten sam. Nawet, gdy skrót klawiszowy zadziała, problematycznie
bywa również kliknięcie w przycisk „Połącz z tym urządzeniem”.
Niekiedy trzeba poprosić osobę
widzącą, aby kliknęła fizyczną
myszką w ten właśnie przycisk. Jednak jeśli wszystko udało się nam
skonfigurować samemu, to mamy
już kłopot z głowy.
Teraz, jeśli chcemy skopiować
do naszego Dropboxa pliki, klikamy
na dowolnym pliku przycisk menu
kontekstowego i wybieramy opcję
„Kopiuj do Dropbox”. Aby mieć
dostęp do menu aplikacji i jej ustawień, wchodzimy w zasobnik systemowy i wciskamy Rnter na ikonce
Dropbox. Wywoła to menu, z którego możemy przejść do ustawień,
sprawdzić, ile mamy wolnej przestrzeni dyskowej, dokupić większą
pojemność oraz otworzyć folder
Dropbox. Niestety okno ustawień
aplikacji nie należy do najbardziej
dostępnych. Wymaga korzystania
z myszki naszego czytnika ekranu.
Ponadto w najnowszej wersji
zakładki w tym oknie dialogowym nie są zaetykietowane. Pod
klawiszem Tab widzimy niektóre
ustawienia, jakie możemy zmodyfikować, jednak, aby widzieć
więcej opcji, musimy posługiwać
się myszką.
Sam postęp wysyłania plików
możemy kontrolować poprzez
ikonkę w zasobniku systemowym,
a pliki przeglądamy poprzez standardowego Eksploratora Windows.
Zasoby przechowywane za
pomocą usługi Dropbox można
obsługiwać poprzez stronę internetową, lecz jest to bardzo karkołomne i niewygodne.
Zdecydowanie użyteczną
funkcjonalnością Dropboxa jest
możliwość skopiowania linku
do pliku i udostępnienia go drugiej
osobie, np. gdy rozmiar załącznika
przekracza limity naszej poczty
elektronicznej.
Dropbox umożliwia także łatwe
współdzielenie plików i folderów.
Jeżeli ktoś wprowadzi modyfikacje
w folderze, dowiemy się o tym,
Dropboxa możemy używać w wersji podstawowej, w której pojemność
naszego wirtualnego dysku wynosi 2 GB, oraz, uiszczając opłatę, w wersji rozszerzonej, w której nasz dysk może mieć praktycznie nieograniczoną pojemność. Istnieje także wersja pro, przeznaczona dla instytucji
publicznych oraz firm
15
gdyż każda informacja jest przekazana w postaci dymku powiadomień, które nasze czytniki ekranu
odczytują bez problemu.
Najbardziej dostępną wersją
Dropboxa, jaką znam, jest Dropbox na urządzenia z systemem
iOS. Aplikacja jest przejrzysta oraz
w pełni obsługiwana przez czytnik
ekranu VoiceOver.
Google Drive
Google Drive to konkurencyjny
serwis do przechowywania plików,
udostępniający 15 GB przestrzeni
dyskowej.
Praca z tym serwisem nie jest
tak intuicyjna, jak to ma miejsce
w przypadku Dropboxa. Cechuje
się on wprawdzie znacznie lepszą dostępnością dla czytników
ekranu, ale udostępnienie odnośnika do pliku nie jest tak łatwe,
jak w przypadku usługi Dropbox,
co więcej, jest możliwe tylko przez
stronę internetową. Nie wystarczy
tylko kliknąć prawym przyciskiem
myszki na pliku i wybrać z niego
stosowną opcję.
Aby móc skorzystać z usługi,
powinniśmy posiadać konto Google.
Myślę, że z założeniem konta w tym
serwisie nie powinno być żadnego
problemu. Gdy już staniemy się
posiadaczami konta, usługa Google
Drive staje przed nami otworem.
Możemy korzystać z dysku Google
za pomocą przeglądarki bądź aplikacji na platformach Windows, iOS
oraz Android.
Najpierw opowiem o aplikacji
Dysk, przeznaczonej dla użytkowników systemu Windows. Prawdopodobnie jedynymi problemami
z dostępnością, z jakimi spotkamy
się w przypadku tego programu,
są panele, których nie będziemy
w stanie okiełznać. Natrafimy
na nie w oknie głównym i w ustawieniach, ale nie należy się specjalnie nimi przejmować. Sama aplikacja niewiele potrafi, w zasadzie
obsługujemy ją jak Dropboxa, czyli
otwieramy ją z ikonki w zasobniku
systemowym.
Po wciśnięciu klawisza Enter
pojawi się okno, gdzie mamy
dostęp do opcji, możemy otworzyć
folder naszego dysku, otworzyć
Google Drive w przeglądarce.
Jeżeli chcemy wrzucić jakiś
plik, zwyczajnie kopiujemy go
do folderu naszego Dysku. Trochę
inaczej wygląda pobieranie i udostępnianie pliku, gdyż musimy
sobie wygenerować link do udostępniania danego pliku, następnie wybieramy, kto będzie miał
dostęp do naszego pliku i w jaki
sposób- to znaczy, czy każdy, kto
ma link, może edytować plik, czy
tylko wyświetlać jego zawartość.
Po zdefiniowaniu wymaganych
uprawnień można skopiować
wygenerowany link i przesłać go
wybranej osobie.
Wartościową cechą usługi
Google jest możliwość ustalenia,
co ma się z naszym komputerem
synchronizować, a co nie. Brakuje
mi tej możliwości w Dropboksie.
Korzystanie z dysku Google za
pomocą przeglądarki jest chyba
najwygodniejszą i najbardziej
dostępną metodą obsługiwania
tego serwisu. Kiedy zalogujemy się
do usługi za pomocą przeglądarki,
możemy poruszać się po plikach
niemalże w taki sposób, jak by
to było w standardowym Eksploratorze Windows. Każda kontrolka
jest bez problemu odczytywana,
możemy mieć pełną władzę nad
naszymi folderami i plikami, tzn.
kopiować je, usuwać itd. Używając
tej usługi mamy wrażenie, jakbyśmy używali osobnej aplikacji a nie
strony internetowej. Aby można
było w taki sposób korzystać
z dysku Google, należy w naszym
czytniku ekranu wyłączyć tryb
przeglądania html. Powinno
to nastąpić automatycznie.
Podczas korzystania z dysku
Google należy pamiętać,
że powierzchnię naszego dysku zajmują nie tylko nasze pliki, udostępnione czy też osobiste, lecz także
nasze maile z konta Gmail oraz inne
dane powiązane z usługami Google.
Uważam, że korzystanie
ze strony jest po prostu cudowne,
a co najważniejsze, skuteczne.
Wraz z dobrze opracowanymi pod
względem dostępności aplikacjami do tworzenia i edytowania
dokumentów w przeglądarce, dysk
Google stanowi doskonałe narzędzie chmurowe.
OneDrive
OneDrive jest ostatnim z opisywanych przeze mnie serwisów chmurowych. Serwis został stworzony
przez firmę Microsoft. Do dyspozycji
mamy za darmo około 30 GB przestrzeni dyskowej. OneDrive wymaga
NR 1 (30) 2016
16
od nas posiadania konta Microsoft i,
tak samo jak pozostałe serwisy, jest
dostępny na Windowsa, Androida
oraz system iOS.
Do obsługi serwisu w systemie
Windows służy aplikacja, która jest
częścią systemu Microsoftu od wersji 8.1. Onedrive, tak jak wcześniej
omawiane aplikacje, ma swoją
ikonę w zasobniku systemowym.
Gdy klikniemy w ikonkę, pojawi się
w pełni dostępne okno, z poziomu
którego możemy otworzyć folder OneDrive, bądź wstrzymać
synchronizacje.
Co jest najlepsze to fakt, że synchronizowane pliki nie są pobierane
w całości na nasz dysk, plik pobierany jest w momencie jego otwarcia
lub wtedy, gdy zostanie skopiowany
do innego katalogu niebędącego
częścią folderu OneDrive. Możemy
wybrać, które pliki mają być
dostępne w trybie offline, a co za
tym idzie, nie będą wymagały
aktywnego połączenia z Internetem.
Jeżeli chodzi o udostępnianie plików, to nie zrobimy tego z poziomu
aplikacji OneDrive. Musimy, tak
jak w przypadku usługi Google’a,
korzystać z przeglądarki interneto-
wej. Także przeglądanie zawartości
naszych plików oraz zarządzanie
nimi możliwe jest jedynie za pośrednictwem przeglądarki. Nie będę
ukrywał, że korzystanie z omawianej
usługi za pomocą przeglądarki jest
bardzo niewygodne.
Podsumowując…
Mnogość serwisów chmurowych
sprawia, że każdy znajdzie coś dla
siebie. Pytanie, jakie należy sobie
zadać, to: „Do czego będę wykorzystywać serwisy chmurowe?”
Na pewno każdy serwis chmurowy, co jest wspaniałe, pozwala
na synchronizację danych pomiędzy
urządzeniami, na których posiadamy
zainstalowaną aplikację dedykowaną danej usłudze. Takie rozwiązania mogą się przydać na przykład
w trakcie studiów, gdy tworzymy
grupowo jakiś projekt i każdy, kto
posiada dostęp do danego dokumentu w serwisie chmurowym,
może widzieć zmiany, które zostały
w nim naniesione i, co najważniejsze, może mieć nad nimi kontrolę
z poziomu komputera lub telefonu.
Uważam, że warto przetestować każdy z opisanych
powyżej serwisów chmurowych
i wybrać ten, który najbardziej
odpowiada naszym potrzebom
i oczekiwaniom.
Należy jednak pamiętać, żeby
nie trzymać na dyskach chmurowych żadnych poufnych danych
takich jak numery kart bankowych
czy hasła. Dane na tych serwerach
są wprawdzie szyfrowane, jednakże
nie można mieć do końca pewności,
czy ktoś tych danych nie przegląda
i nie wykorzysta ich przeciwko
nam. Nic nie jest idealne, błędy
w oprogramowaniu się zdarzają
i niestety nasze poufne dane mogą
wyciec, dlatego należy zachować
bezwzględną ostrożność.
Moim zdaniem pod względem
dostępności najlepiej wypadła
usługa Google Drive, jeżeli jednak
chcemy w prosty i wygodny sposób
udostępniać nasze pliki oraz zdalnie
nad nimi pracować, to absolutnie zalecam korzystanie z usługi
Dropbox. Nie nadaje się on jednak
do zarządzania dużymi plikami.
Chcąc przechować bezpiecznie
większy plik i mieć do niego łatwy
dostęp, warto skorzystać z Google
czy OneDrive.
fot. shutterstock, Dropbox Inc., Microsoft
Serwisy chmurowe pozwalają na zdalne synchronizowanie dokumentów pomiędzy komputerami oraz urządzeniami mobilnymi
17
Paweł Masarczyk
Shine Plus
- alternatywa dla Talkbacka
Rok 2009, wraz z premierą VoiceOvera Apple, pierwszego
screenreadera, umożliwiającego dostęp do urządzeń
z ekranem dotykowym, przyniósł także początek rozwiązań
dostępnościowych przeciwnym obozie - firmie Google. Talkback,
niegdyś niezależnie rozwijany przez grupę Eyes-Free, a teraz
tworzony pod sztandarem Google – wbudowany program odczytu
ekranu dla systemu Android, był pierwszy i oferował podstawową
obsługę systemu oraz aplikacji za pomocą fizycznej klawiatury,
występującej wtedy w dużej części urządzeń na rynku.
Krótko potem powstał Spiel,
wprowadzając szereg usprawnień,
których, zdaniem autora, brakowało
prekursorowi. Były to m.in. możliwość użycia innej niż domyślna
systemowa syntezy mowy lub
środowisko do tworzenia skryptów
zwiększających dostępność aplikacji. Jakiś czas później firma Code
Factory postanowiła zawalczyć
o rozwijający się rynek dostępno-
ści smartfonów, tworząc zestaw
dostępnych aplikacji, wyposażonych w funkcję odczytu ekranu pod
nazwą Mobile Accessibility. Jednakże zarówno Spiel, jak i to rozwiązanie nie przetrwały długo.
Wkrótce regularne aktualizacje
przestały się ukazywać i wszystko
wskazywało na to, że Talkback,
mimo swoich niedociągnięć, stanie
się niekwestionowanym liderem
w dziedzinie udostępniania niewidomym urządzeń z systemem
operacyjnym Android.
Sytuacja zmieniła się jednak
w połowie ubiegłego roku, kiedy
nieznana przedtem koreańska
firma Atlab ogłosiła na Eyes-Free,
największej, dotyczącej implementacji rozwiązań dostępnościowych
w systemie Android, międzynarodowej liście dyskusyjnej użytkowników i programistów z dysfunkcją
wzroku, premierę swojego rozwiązania o nazwie Shine Plus. Aplikacja
stała się odpowiedzią na powolny
i małoznaczący w ostatnim czasie
rozwój Talkbacka, gdzie w przeciągu ostatnich dwóch lat pojawiła
się jedynie jedna aktualizacja,
wnosząca szereg zmian i ulepszeń
sugerowanych przez użytkowników.
Aplikacja posiada np. takie funkcje jak możliwość odczytu każdego z elementów paska statusu
osobno, panel poleceń pozwalający
na szybkie skorzystanie z jednej
z często używanych funkcji, moż-
NR 1 (30) 2016
18
aplikacji, które wspomagają osoby
słabowidzące oraz o pogarszającym się wzroku. Zachęcam tych,
którzy byli w stanie tego dokonać
do opisania swoich doświadczeń
w formie wolnych komentarzy lub
nawet osobnego tekstu. Zapraszam
do lektury.
Od czego zacząć?
Ustawienia programu Shine Plus
liwość etykietowania przycisków
wraz z wymienianiem się plikami
z etykietami z innymi użytkownikami, otwieraną w każdym miejscu
klawiaturę telefonu, gest przełączania kurtyny i wiele innych.
Aplikacja jest regularnie aktualizowana. Nowe wersje ukazują się
średnio co dwa tygodnie. Shine
Plus to nie tylko program odczytu
ekranu. Zawiera on także funkcje
powiększające oraz tryb ochrony
wzroku. Sam na tyle zainteresowałem się aplikacją, że wspólnie
z Michałem Dziwiszem nagraliśmy
o niej audycję w Tyflopodcaście,
a także spolszczyłem jej interfejs. Dokumentacja jest w trakcie
spolszczania, więc w chwili obecnej
brak jest spisanej w formie tekstu,
choćby skróconej instrukcji obsługi
tej ciekawej aplikacji, stąd pomysł
na niniejszy artykuł. Mam nadzieję,
że uda mi się opisać w nim
wszystko, co ważne, by opanować
rozliczne funkcje tego czytnika
ekranu. Z uwagi na moją niepełnosprawność wzrokową nie byłem
w stanie sprawdzić tych funkcji
Aplikację możemy pobrać za darmo
w tradycyjny sposób, czyli ze sklepu
Play. Po jej pierwszym uruchomieniu
zostanie nam zaproponowana instalacja klawiatury oraz syntezatora
mowy Google. Są one komponentami polecanymi przez producenta
jako najbardziej optymalne i zapewniające najprzyjemniejszą pracę
z naszym urządzeniem, jednakże
jeśli jesteśmy zadowoleni z dotychczasowego wyposażenia, krok ten
możemy pominąć stosownym przyciskiem. Następny ekran pozwoli nam
na wybór trybu użytkownika. Numer
1 to tryb dla osób całkowicie niewidomych (udźwiękowienie wspomagane powiększeniem), 2. to tryb dla
osób słabowidzących (powiększenie
wspomagane udźwiękowieniem),
zaś 3. to tryb ochrony wzroku dla
osób starszych lub z innych przyczyn posiadających słabnący wzrok.
Po wybraniu odpowiadającego nam
trybu przechodzimy do ustawień
dostępności, gdzie możemy aktywować nową usługę – Shine. Jeśli
aktualnie na naszym urządzeniu
uruchomiony jest Talkback, włączamy Shine mimo to, a następnie
wracamy ekran wyżej i wyłączamy
Talkbacka. Na czas wykonania tej
operacji dwa screenreadery uruchomione naraz nie są większą
przeszkodą.
Ekran główny Shine Plus
Gdy aplikacja Shine Plus jest uruchomiona, klikając w jej ikonę możemy
uzyskać dostęp do wielu ważnych
oferowanych przez nią funkcji. Okno
główne, które otwiera się po kliknięciu ikony zawiera następujące
elementy:
• Podręcznik Użytkownika – dokumentacja programu, instrukcja
obsługi z opisem gestów oraz
funkcji programu;
• Ustawienia Shine Plus – ustawienia programu (opisane
szczegółowo w dalszej części
artykułu);
• Przydatne linki – strony internetowe polecane przez twórców
oraz społeczność użytkowników
Shine Plus;
• Centrum skryptów – miejsce, w którym umieszczane
są skrypty usprawniające
dostępność aplikacji trzecich,
w chwili obecnej sekcja ta jest
pusta;
• Sklep – miejsce gdzie zakupić
można inne aplikacje firmy Atlab
– w chwili obecnej żadna z aplikacji nie jest jeszcze gotowa
jednak w planach twórców jest
np. klawiatura, syntezator mowy
czy rejestrator dźwięku;
• Informacje handlowe – sekcja
nadal w trakcie tworzenia;
• Aktualizuj – przenosi nas
do strony aplikacji w sklepie Play
celem dokonania aktualizacji;
• Zgłoś uwagi – pozwala na przesłanie naszej opinii na temat
aplikacji oraz podzielenie się
sugestiami czy znalezionymi
błędami z autorami;
• Podziel się – pozwala na zareklamowanie aplikacji znajomym za
pomocą komunikatorów i portali
społecznościowych.
Ustawienia
Shine Plus to dość zaawansowana
aplikacja o dużej ilości ustawień.
Ich zrozumienie i świadome dostosowanie do własnych potrzeb
jest kluczową kwestią w procesie
efektywnego wykorzystywania
wszystkich jej możliwości. Niektóre z nich są na tyle zaawansowane, że wykorzystują nietypowo
zaimplementowane rozwiązania
systemu Android. Z tego powodu
na niektórych urządzeniach część
funkcji nie działa lub zachowuje się
niestabilnie i z tego też powodu nie
19
Shine Plus jako lupa
wszystko byłem w stanie sprawdzić.
Być może część z ustawień wymaga
także uprawnień roota, tych zaś nie
uzyskałem na żadnym z telefonów,
na których testowałem Shine Plus.
Niektóre z opcji są kompatybilne
jedynie z Androidem w wersji 4.3 lub
wyższej, warto więc pamiętać, że nie
wszystko będzie dało się wykonać
na starszych urządzeniach.
W ustawieniach Shine Plus
znajdziemy skróty do sekcji ustawień samego urządzenia, które
mogą okazać się pomocne w procesie konfiguracji odczytu ekranu,
takich jak zamiana tekstu na mowę,
klawiatura, dostępność czy zmiana
typu użytkownika Shine Plus.
Poniżej pozwolę sobie rozpisać
pozostałe ustawienia aplikacji wraz
z objaśnieniami ich przeznaczenia.
•
•
•
Ustawienia mowy
Tu znajdziemy rozmaite opcje dotyczące tego, co i jak program będzie
odczytywał.
• Informacje głosowe przy
włączeniu i wyłączeniu ekranu
– tu możemy zdefiniować,
co będzie odczytywane po wciśnięciu przycisku zasilania
celem odblokowania telefonu.
•
•
Dostępne możliwości to: odczyt
wszystkiego, co znajduje się
na ekranie, nieodczytywanie niczego, jedynie godzina,
godzina oraz data, godzina oraz
stan baterii i dźwięk. Szczególnie ostatnia opcja jest ciekawa,
ponieważ odtwarza ona dźwięk
logowania i wylogowania systemu Windows XP, gdy zablokujemy lub odblokujemy ekran;
Dźwięki – pozwala włączyć lub
wyłączyć dźwięki programu;
Mów Przy Wyłączonym Ekranie
– analogicznie jak w Talkbacku
– odczyt powiadomień przy
zablokowanym ekranie lub jego
brak;
Ustawienia Informacji o Powiadomieniach – tu możemy ustalić
czy odczytywane będą treści
nadchodzących powiadomień,
jedynie nazwy aplikacji, z których pochodzą lub czy powiadomienia nie powinny być wcale
odczytywane;
Ciągły Odczyt Dokumentu –
po zaznaczeniu przytrzymanie
palcem fragmentu tekstu spowoduje odczyt całej linii;
Podaj Nazwę – przełącznik
odpowiedzialny za odczytywa-
nie nazw kontrolek takich jak
przyciski, nagłówki, łącza itp.;
• Echo Klawiatury – echo słów
podczas wpisywania tekstu;
• Oznajmianie Mową podczas Sterowania Suwakami Za Pomocą
Klawiszy Głośności – po zaznaczeniu aplikacja odczyta, na ile
procent przesunęliśmy suwak za
pomocą klawisza głośności.
Ustawienia Powiększenia
Tu można zmienić opcje związane
z trybem zoom:
• Kolor Wyróżnienia Tekstu –
pozwala ustalić jakiego koloru
ma być powiększony tekst;
• Kolor Tła Dla wyróżnionego
Tekstu – pozwala ustalić kolor
tła tam, gdzie występuje
powiększenie;
• Powiększenie Wyróżnionego
Tekstu – rozmiar powiększenia;
• Szybkość wyróżnionego tekstu
– szybkość przewijania powiększonego tekstu (od Androida
4.3 możliwe jest sterowanie za
pomocą przycisków głośności);
• Przezroczysty Tryb Powiększania Tekstu – po zaznaczeniu
tło powiększenia staje się
przezroczyste;
NR 1 (30) 2016
20
Shine Plus odczytywanie tekstu
• Tryb Powiększenia Przez Jedno
Dotknięcie –pozwala na powiększanie poprzez przeciągnięcie
palcem po ekranie;
• Niebieskie Światło Oraz Poszerzone Kolory –Filtr Niebieskiego Światła oraz ustawienia
kontrastu;
• Tymczasowe Przeglądanie
z Mową/Powiększeniem –
po dotknięciu paska powiadomień zawartość ekranu zostanie
odczytana lub powiększona;
• Ustawienia Telefonu – konfiguracja ustawień związanych
z wykonywaniem i odbieraniem
połączeń;
• Oznajmianie ID dzwoniącego –
opcja podobna do Talkbackowej,
odczytuje informacje o tym, kto
do nas dzwoni gdy połączenie
nadejdzie;
• Odtwarzanie Mowy Podczas
Rozmowy – zezwolenie lub
blokada możliwości mówienia
screenreadera podczas trwającego połączenia;
• Wprowadzanie przez oderwanie – pozwala na wprowadzanie
•
•
•
•
•
•
numerów telefonu na klawiaturze Shine Plus opisanej w dalszej
części artykułu poprzez odrywanie palca na danej cyfrze, nie jak
domyślnie przez podwójne jej
stuknięcie;
Wprowadzanie przez oderwanie
na klawiaturze numerycznej –
ta sama opcja, ale w tym przypadku na klawiaturze o wyglądzie klawiatury telefonu;
Echo Klawiatury Telefonu –
odczytywanie wpisywanych
na klawiaturze cyfr;
Czułość Gestu Odbierania Rozmów – wzmaga czułość reakcji
na gest odbierania rozmowy opisany w dalszej części artykułu;
Jedynie Jako Klawiatura numeryczna – przełącza klawiaturę
Shine w tryb 4 bloki po 3 cyfry;
Ustawienia Sterowania Dotykiem – dotyczą gestów, panelu
poleceń omawianego szerzej
w dalszej części artykułu
i ogólnie pojętego sterowania
urządzeniem;
Bezpieczny Tryb Gestów – chroni
przed przypadkowym dotknię-
•
•
•
•
•
ciem ekranu i aktywacją niechcianych elementów;
Panel Poleceń Przez Dotknięcie
– pozwala na wybór polecenia
z panelu poprzez wskazanie go
palcem, a następnie oderwanie
palca od ekranu;
Potrójne Naciśnięcie Przycisku
Home – pozwala na włączanie
i wyłączanie Shine Plus poprzez
potrójne wciśnięcie przycisku
Home, o ile telefon takowy posiada;
Długie Przytrzymanie – położenie palca na ekranie na dłuższą chwilę będzie traktowane
jako podwójne stuknięcie
z przytrzymaniem;
Sposób Dotyku Przycisków
Menu i Wróć – pozwala na ustalenie, czy dotykowe przyciski
Menu i Wróć w telefonach,
które je posiadają powinny
być aktywowane poprzez
podwójne stuknięcie czy zwykłe
dotknięcie;
Klawiatura Sprzętowa – pozwala
na sterowanie za pomocą klawiatury sprzętowej (tak jakbyśmy robili to gestami);
21
• Przycisk Menu Jako Przycisk
Wielofunkcyjny – zamienia przycisk menu w przycisk spełniający funkcje całej reszty przycisków, w zależności od tego ile
razy go naciśniemy;
• Omijanie Nieprawidłowych
Obiektów – omija te elementy
ekranu, które aplikacja uznaje za
nieznaczące dla użytkownika;
• Głośność Globalna Jako Głośność Syntezy – dostosowuje
głośność syntezatora do głośności urządzenia;
• Przyciski Szybkiego Przeglądania
– umożliwia nawigację po obiektach na ekranie za pomocą przycisków Menu i Wróć urządzenia;
• Opcje Typu Użytkownika:
dodatkowe opcje związane z wybranym trybem
niepełnosprawności;
• Gest Skrótu Na Ekranie Początkowym – po włączeniu możliwe będzie zdefiniowanie
aplikacji uruchamianej automatycznie po przesunięciu palcem w górę lub w dół natychmiast po wciśnięciu przycisku
zasilania;
• Skonfiguruj Gest Przesunięcia
W Górę Na Ekranie Początkowym – konfiguracja aplikacji dla
gestu w górę;
• Skonfiguruj Gest Przesunięcia
W Dół Na Ekranie Początkowym
– konfiguracja gestu w dół;
• Skrót Pod Przyciskiem Home
– pozwala na ustalenie jaka
aplikacja powinna otwierać się
po wciśnięciu przycisku Home;
• Wyszukiwarka Plików – pozwala
na wskazanie menedżera plików,
który zostanie otwarty po naciśnięciu przycisku Home;
• Ekran Blokady – pozwala
na pominięcie ekranu blokady
przy odblokowywaniu;
• Uruchom Aplikację – pozwala
na automatyczne otwarcie
wskazanej aplikacji po włączeniu ekranu;
• Mowa Tylko Podczas Pisania – po zaznaczeniu mimo
wstrzymania działania aplika-
•
•
•
•
•
•
•
•
•
•
•
cji wpisywane znaki są nadal
odczytywane;
Powiększenie Tylko Dla Zawartości Pól Edycji – po zaznaczeniu
mimo wstrzymania działania
aplikacji zawartość pola edycji
zostanie pokazana w powiększeniu po dłuższym jego
przytrzymaniu;
Mowa Tylko Dla Zawartości Pól
Edycji – jak wyżej, ale zawartość
zostanie odczytana na głos;
Tłumaczenie Tekstu Na Ekranie
– pozwala na wskazanie języka,
na który ma zostać przetłumaczony wskazany tekst (niestety
język polski nie jest obecnie
wspierany);
Wtyczki Aplikacji – pozwala
na korzystanie z zewnętrznych
wtyczek pisanych specjalnie dla
aplikacji trzecich;
Ustawienia Prywatności – funkcje związane z prywatnością
korzystania przez nas z telefonu;
Automatyczny Tryb Szeptu –
po zaznaczeniu przyłożenie
telefonu do ucha przełączy
dźwięk na słuchawkę do rozmów tak, byśmy mogli korzystać
bez obaw, że odczytywana treść
zostanie podsłuchana;
Sterowanie W Czasie Szeptu –
pozwala na nawigację po obiektach za pomocą klawiszy
głośności, gdy tryb szeptu jest
aktywny;
Blokada Dotyku W Trybie Szeptu
– blokuje dotyk w trybie szeptu
celem zapobiegania przypadkowemu dotykaniu, gesty działają
nadal;
Mówienie Na Ucho – pozwala
na odczytanie niektórych
informacji, gdy telefon z zablokowanym ekranem przyłożymy
do ucha. Do wyboru mamy: brak
informacji, godzinę, powiadomienia oraz stan baterii;
Czułość Mówienia Na Ucho –
zwiększa czułość tego trybu
(przydatne gdy odczytywana
informacja jest ucinana);
Brajl Wibracjami – generowanie komunikatów alfabetem
brajla za pomocą wibracji przy
dotknięciu ekranu gdy mowa
jest wyłączona.
Gesty
Gdy już konfigurację aplikacji mamy
za sobą, warto nauczyć się gestów,
za pomocą których możemy wykonywać wszystkie operacje, jakie
umożliwia nam Shine Plus. Choć
te podstawowe nie różnią się zbytnio od tych, które znamy już z Talkbacka, a gesty w kształcie litery
L znalazły zastosowanie i w tym
rozwiązaniu, to pojawiło się sporo
nowości, które warto objaśnić.
Spis wszystkich możliwych
gestów przedstawia się w sposób
następujący:
• Przesuwanie w lewo i w prawo
– nawigacja do poprzedniego/
następnego elementu;
• Podwójne stuknięcie – aktywacja elementu;
• Podwójne stuknięcie z przytrzymaniem – przytrzymanie
elementu;
• Przesunięcie dwoma palcami
w górę lub w dół – przewijanie
ekranu;
• Przesunięcia palca w dół –
odczytanie aktualnie podświetlonego elementu; wykonane
szybko dwa razy – przeliterowanie elementu; wykonane
na suwaku – zmniejszenie jego
wartości; wykonane z przytrzymaniem – przełącza pomiędzy
szczegółowością domyślną,
a nawigacją po znakach;
• Przesunięcie palca w górę –
w zależności od sytuacji: tryb
czytaj wszystko lub jego wstrzymanie, odbieranie, wykonywanie
i zakańczanie rozmów, włączanie muzyki itp.; wykonane
dwa razy – szybki przegląd
(czytaj wszystko w szybszym
tempie); wykonane na suwaku
– zwiększa jego wartość wykonane na polu edycji – włącza
dyktowanie;
• Przesunięcie w dół, a następnie w górę – wyłącza i włącza
mowę;
NR 1 (30) 2016
22
Klasycznym przykładem braku współpracy z Shine Plus jest Firefox, który zamyka się z błędem natychmiast
po uruchomieniu aplikacji. Internet możemy więc przeglądać jedynie za pomocą Chrome
• Przesunięcie w górę, a następnie w dół – wstrzymuje działanie Shine Plus;
• Dotknięcie paska powiadomień – gdy działanie aplikacji
jest wstrzymane, wznawia jej
działanie;
• Przesunięcie w prawo, a następnie w dół – przesuwa o kilka
elementów do przodu; wykonane z przytrzymaniem otwiera
centrum powiadomień;
• Przesunięcie w prawo, a następnie w górę – przesuwa o kilka
elementów w tył; wykonane
z przytrzymaniem otwiera ekran
ostatnio używanych aplikacji;
• Przesunięcie w lewo, a następnie w górę – przechodzi
na początek ekranu lub pola
edycji; wykonane z przytrzymaniem symuluje wciśnięcie
przycisku Home;
• Przesunięcie w lewo, a następnie
w dół – przechodzi na koniec
ekranu lub pola edycji; wykonane z przytrzymaniem – symuluje naciśnięcie przycisku Back;
• Przesunięcie w górę, a następnie w lewo – włącza lub wyłącza kurtynę;
• Przesunięcie w górę, a następnie w prawo – przechodzi
do miejsca zaznaczonego
na ekranie;
• Przesunięcie w dół, a następnie
w lewo – włącza tryb szeptu;
• Przesunięcie w dół, a następnie w prawo – aktywuje klawiaturę telefoniczną Shine
Plus pozwalającą na szybkie
wybranie numeru telefonu bądź
wykonanie zaprogramowanego
wcześniej skrótu szybkiego
wybierania;
• Przesunięcie w lewo, a następnie w prawo bądź odwrotnie –
wywołuje panel poleceń;
• Przyciski głośności: gdy w polu
edycji bądź gdy palec jest
położony na ekranie – zmiana
poziomu szczegółowości; gdy
na suwaku – zmiana wartości;
w trybie powiększania – zmiana
prędkości przewijania tekstu;
w trybie szeptu – nawigacja
po obiektach, o ile stosowna
opcja została uprzednio zaznaczona w ustawieniach;
• Przycisk migawki aparatu
(np. w telefonach Sony Xperia) – przełączanie pomiędzy
domyślną szczegółowością,
a nawigacją po znakach.
Panel Poleceń
Jedną z ciekawszych funkcji
screenreadera Shine Plus jest
jego panel poleceń, który w każdej chwili możemy wywołać,
aby wykonać jedną z dostępnych w nim czynności. Panel ten
przypomina swoją budową pasek
menu typowego programu pod
systemem Windows. Składa się
z poziomych pasków będących
kategoriami opcji, po których przemieszczamy się gestami w lewo
i prawo, zaś góra dół możemy
nawigować po opcjach w wybranej
kategorii. Panel możemy także
przeglądać, dotykając ekranu
i w ten sposób zapoznać się
z wizualnym rozmieszczeniem
dostępnych w nim opcji.
W panelu poleceń znaleźć
możemy następujące elementy:
• Prędkość mowy – pozwala
na zmianę szybkości syntezatora, do wyboru 10 poziomów
prędkości;
• Głośność Multimediów –
pozwala na zmianę głośności
23
•
•
•
•
•
•
•
•
•
•
multimediów i syntezatora:
poziomy od 30% do 100%;
Ustawienia: pozwala na szybką
zmianę niektórych ustawień
urządzenia oraz Shine Plus:
WiFi, BlueTooth, kurtyna, odczytywanie informacji o dzwoniącym, automatyczny tryb szeptu,
Mówienie Na Ucho, Echo Klawiatury, Sposób Powiadamiania;
Narzędzia – tu znajdziemy
dostęp do kilku przydatnych
funkcji Shine Plus:
Automatyczne Odczytywanie
Ekranu – uruchamia funkcję
Czytaj wszystko;
Przeszukiwanie ekranu –
pozwala na znalezienie wpisanego tekstu na ekranie, na którym aktualnie się znajdujemy;
Usuń aplikację – pozwala
odinstalować aktualnie otwartą
aplikację;
Tłumaczenie – tłumaczy podświetlony element na wskazany
w ustawieniach język;
Skróty klawiszowe –pozwala
na przypisanie skrótu szybkiego wybierania, możliwego
do wywołania z poziomu klawiatury telefonu Shine poprzez
wybranie go jak tradycyjnego
numeru telefonu, dla aktualnie
otwartej aplikacji, strony internetowej lub numeru telefonu;
Label (etykietowanie) – pozwala
na zaetykietowanie aktualnie
podświetlonego przycisku.
W przeciwieństwie do Talkbacka
funkcja ta powinna działać
na Androidzie starszym niż 4.3.
Możliwa jest także wymiana etykietami z innymi użytkownikami
Shine Plus. Pliki .txt z etykietami
przechowywane są w folderze Atlab\Shineplus na karcie
pamięci bądź wbudowanej
pamięci urządzenia;
Zaznaczanie – pozwala wskazać
miejsce na ekranie celem późniejszego powrotu za pomocą
gestu bądź skopiować tekst
elementu do schowka;
Informacje o wersji – podaje numer
wersji aktualnie otwartej aplikacji;
• Nawigacja – polecenia związane
z nawigacją po tekście oraz jego
edycją: szczegółowość na poziomie znaków, słów, linii, akapitów, domyślna, kopiuj, dopisz
do schowka, wklej;
• Szukaj – różne rodzaje szybkiego wyszukiwania: listy, bloki
tekstu, pola edycji w przeglądarce Chrome, numerów telefonu, wyszukiwanie tekstowe
lub głosowe w Google, aplikacji
w sklepie Play oraz filmów
w Youtube;
• Menedżer – pozwala na szybki
dostęp do często odwiedzanych
obszarów naszego urządzenia
oraz aplikacji Shine Plus: lista
skrótów klawiszowych, ustawienia Shine Plus, ustawienia
urządzenia, ostatnio używane
aplikacje, obszar powiadomień,
ustawienia dźwięku, ustawienia klawiatury, ustawienia
dostępności;
• Informacje o Shine: opcje opisywane już w części poświęconej
ekranowi głównemu Shine Plus:
podręcznik użytkownika, Przydatne Linki, Centrum Skryptów,
Sklep, Informacje Handlowe,
Wyślij Opinię, Podziel Się,
Aktualizuj.
Telefony z klapką
i fizyczną klawiaturą
Mimo, iż ekrany dotykowe już
na dobre zdominowały nasz sposób interakcji z telefonem, moda
na klasyczne telefony z klapką
i klawiaturą alfanumeryczną zdaje
się powracać. Niemała grupa użytkowników zgłasza popyt na tego
typu sprzęt, a producenci nie
są głusi na żądania swoich klientów.
Samsung wypuścił już kilka modeli
tego typu na rynek azjatycki, gdzie
trend telefonów robionych „po dawnemu” zdaje się mieć największe
grono zwolenników. Przykładem
na to, że klasyczne telefony znajdują
swoich nabywców także i na starym kontynencie z pewnością jest
model LG Wine Smart charakteryzujący się taką właśnie konstrukcją
i możliwy do nabycia w Polsce za
cenę około 800 zł. Kto wie – być
może inni producenci pójdą w ślady
LG i przestaną ograniczać tego
typu produkty jedynie do rodzimych rynków. Wydawać by się
mogło, że byłby to idealny sprzęt
dla osoby niewidomej, w końcu
komfort korzystania, a zwłaszcza
pisania, za pomocą fizycznej klawiatury połączony z dostępnością
i możliwościami nowoczesnych
aplikacji smartfonowych marzy się
niejednemu z nas. Niestety twórcy
Talkback uparcie trzymają się swojej
filozofii, iż obsługa klawiaturą
przeznaczona jest tylko dla aplikacji,
w których twórcy takową wprowadzą. Nawet mając do dyspozycji
ustawienia skrótów klawiszowych,
nie jesteśmy w stanie przypisać
niczego do strzałki nawigatora.
Owszem, obsługa takiego telefonu
za pomocą gestów ekranu dotykowego jest możliwa, ale o ile bardziej
komfortowo w niektórych sytuacjach byłoby po prostu naciskać
prawdziwe przyciski? I tu z pomocą
przychodzi nam Shine Plus, którego
twórcy pomyśleli nawet o użytkownikach tego typu telefonów.
Wprowadzili oni skróty klawiszowe
pozwalające na wykonywanie
niemalże wszystkich operacji bez
użycia ekranu dotykowego.
Moje osobiste przemyślenia
Shine Plus to z pewnością aplikacja
o dużym zakresie możliwości, nie
do znalezienia w innych czytnikach
ekranu czy to dedykowanych dla
Androida, czy nawet innych mobilnych systemów operacyjnych. Działa
on na wszystkich telefonach, tabletach oraz telewizorach z Androidem
w wersji 4.0 lub wyższej. Po pierwszym uruchomieniu odniosłem
wrażenie większej responsywności
niż w przypadku Talkbacka, jednak
mogło być ono złudne ze względu
na dźwięki zastosowane w programie, które są krótsze od tych
w Talkbacku. Sam zestaw dźwięków
to mieszanka Spiela, Windowsa
XP oraz NVDA. Znajdziemy tu więc
NR 1 (30) 2016
24
Twórcy Shine Plus pomyśleli o użytkownikach telefonów posiadających
fizyczne klawiatury i klapkę, których potrzeb zdaje się nie dostrzegać
Talkback
sporo dobrze znanych akcentów.
Na pierwszy rzut oka uwagę użytkownika przyciągnąć może z pewnością kilka faktów. Przede wszystkim,
tak jak już wspomniałem, pasek
stanu odczytywany jest na iPhonową modłę, tzn. każdy z jego elementów możemy sprawdzić osobno.
To z pozoru drobne usprawnienie
nie doczekało się, jak na razie,
swojej premiery w Talkbacku, przez
co sprawdzenie godziny lub stanu
baterii wymusza od nas wysłuchania informacji o zasięgu, oczekujących powiadomieniach czy stanie
Wi-Fi i BlueTootha. Pewne elementy
są także odczytywane w inny sposób. Nagminnym jest czytanie przez
Talkbacka informacji o tym, że konkretny przycisk jest też obrazkiem.
Dzieje się to zwłaszcza w przypadku
przycisków telefonu takich jak
„Wróć” czy „Menu”. Część użytkowników taki stan rzeczy zwyczajnie
denerwuje i nic w tym dziwnego,
mało kto lubi, gdy podawanych jest
aż nazbyt dużo informacji naraz.
W inny sposób odczytywane są też
niektóre aplikacje. Czasem jest
to kwestia odczytywania pewnych
informacji w innej kolejności niż ma
to miejsce w przypadku Talkbacka,
co wymaga od nas zmiany przyzwyczajeń, czasem, gdy informacje
podawane są w kolumnach tabeli,
Talkback odczytuje cały wiersz
naraz, podczas gdy Shine Plus
rozbija informacje na poszczególne
wiersze. To, w zależności od tego,
jakiej aplikacji używamy, może
zostać uznane za wadę lub zaletę
czytnika. Inaczej wyglądają także
kwestie kompatybilności aplikacji z omawianym tu czytnikiem
ekranu. Jest to widoczne zwłaszcza
w przypadku domyślnej aplikacji pocztowej w moim telefonie
Huawei, gdzie, zamiast o nadawcy,
temacie i fragmencie treści maila,
jestem informowany o obecności
kontrolki widżetu osi czasu w tym
miejscu. Klasycznym przykładem
braku współpracy z Shine Plus jest
Firefox, który zamyka się z błędem
natychmiast po uruchomieniu
aplikacji. Internet możemy więc
przeglądać jedynie za pomocą
Chrome. Tu sytuacja przedstawia
się nieźle, choć zdarzyło mi się
trafić na stronę, na której byłem
zmuszony ręcznie przewijać ekran,
by przedostać się dalej. Na próżno
także szukać w Shine Plus nawigacji po kontrolkach określonego
typu. Talkback oferuje możliwość
nawigacji pomiędzy wszystkimi
kontrolkami na stronie internetowej, co choć nie idealne, okazuje
się często być pomocne. Tu niestety
nie znajdziemy nawet tego udogodnienia. Kolejnym przykładem
aplikacji, w której kompletnie nic
nie zdziałamy jest aparat fotograficzny. Z jakichś przyczyn Shine
Plus po prostu milknie i nie reaguje
na gesty. Nie wiadomo, czy jest
to zamierzone działanie twórców
czy jeden z licznych błędów programu. Istnieją także przykłady
dostępności aplikacji przemawiające
na korzyść Shine Plus, takie jak np.
starsze wersje Tunein Radio, gdzie
Talkback był w stanie zawiesić cały
telefon podczas odtwarzania stacji.
Twórcy Shine Plus doszli także
do wniosku, że sami lepiej wiedzą jakie ustawienia są dobre dla
użytkownika. Przy każdym uruchomieniu orientacja ekranu zostaje
zablokowana w pionie. Utrudnia
to w dużym stopniu stosowanie
niektórych programowych klawiatur brajlowskich oraz oglądanie
filmów na pełnym ekranie w jego
poziomej orientacji. Jesteśmy
wtedy zmuszeni pamiętać o każdorazowym wyłączaniu blokady
orientacji ekranu, a to może stać się
dosyć uciążliwe. Kolejną bolączką
Shine Plus jest jego niestabilne
działanie na różnych urządzeniach.
Ponieważ funkcje oferowane przez
aplikacje są dość niestandardowe,
czytnik ekranu zachowuje się
różnie w zależności od urządzenia, na którym jest używany i nie
zawsze z korzyścią dla użytkownika.
Na swoim własnym przykładzie
mogę powiedzieć, że tryb mówienia
na ucho nie działa na Huawei Honor
7. Informacja jest ucinana do tego
stopnia, że słyszany jest jedynie jej
końcowy fragment, co czyni tę niezwykle przydatną funkcję całkowicie bezużyteczną. Automatyczny
25
fot. Shine Atlab, Mozilla, Uncalno Tekno, Rob Bulmahn, sdecoret
Shine Plus to z pewnością aplikacja o dużym zakresie możliwości, nie do znalezienia w innych czytnikach
ekranu czy to dedykowanych dla Androida, czy nawet innych mobilnych systemów operacyjnych. Działa
on na wszystkich telefonach, tabletach oraz telewizorach z Androidem w wersji 4.0 lub wyższej
tryb szeptu to kolejna kwestia,
w której do perfekcji brakuje
wiele. Po zakończeniu rozmowy
telefonicznej aplikacja często nie
wraca na głośnik i nadal przekazuje syntezę przez mały głośniczek
do rozmów. Przywracanie aplikacji
ze stanu wstrzymania poprzez
dotknięcie paska powiadomień
rzadko kiedy działa za pierwszym
razem. Część użytkowników skarży
się na to, że aplikacja nie uruchamia się poprawnie wraz ze startem
telefonu, aplikacje o dużej ilości
elementów na ekranie, takie jak
Ustawienia czy Facebook, ładują
się długo, a gesty wymagające
przytrzymania palca na ekranie
nie zawsze chcą działać. W tym
ostatnim przypadku nie ma się
czemu dziwić. Koncepcja gestów
w kształcie litery L nie znalazła
wielu zwolenników, nawet wśród
użytkowników Talkbacka. Ja sam
mam problemy z wykonaniem tych
gestów za pierwszym razem jedną
ręką zwłaszcza na dużym ekranie
mojego telefonu. Gest przeciągnięcia palca w górę w celu odebrania
rozmowy chyba jeszcze nikomu
nie zadziałał, mi udało się za jego
pomocą włączyć odtwarzanie
muzyki, którą słyszałem później
mimo trwającego już połączenia.
Dostałem także zgłoszenia o trybie szeptu wyciszającym dzwonek
przy nadchodzącej rozmowie. Także
zgłaszanie błędów nie jest wcale
taką prostą sprawą. Na odpowiedzi
od autorów trzeba czekać długo, zaś
gdy w ogóle nadejdą, z uwagi na to,
że osoby pracujące nad rozwojem
programu dość słabo znają język
angielski, niejednokrotnie występują
problemy z ich prawidłową interpretacją. Niestety braki te widać
także w anglojęzycznym interfejsie
programu, listach zmian czy jego
dokumentacji, stąd nie zawsze wiadomo, co autor miał na myśli. Sama
dokumentacja nie była uaktualniana
prawdopodobnie od czasu jej napisania, nie zawiera więc ona żadnych
wzmianek o ostatnio wprowadzonych funkcjach i gestach.
Czy Shine Plus w pełni zastąpi
Talkbacka? Tu niestety także muszę
rozczarować czytelników zadają-
cych to pytanie. Nie znajdziemy
w nim na przykład możliwości konfiguracji gestów i skrótów klawiszowych czy, co chyba przeszkadza
mi najbardziej, ściszania dźwięku,
gdy odtwarzana jest synteza. Czy
warto w takim razie korzystać z tej
aplikacji? Z pewnością tak. Jest ona
dość ciekawym eksperymentem
na rynku technologii wspomagających dla urządzeń mobilnych
z systemem operacyjnym Android
i jak do tej pory niezastąpionym
narzędziem dla posiadaczy telefonów z klapką. Znam wielu zadowolonych z Shine Plus użytkowników,
u których aplikacja zachowuje się
na tyle stabilnie, że postanowili
oni używać jej jako podstawowego programu odczytu ekranu.
Być może i któraś z osób czytających niniejszy artykuł pokusi się
o taki eksperyment. Osobiście
daleki jestem jeszcze od całkowitego przestawienia się choćby
z kilku wymienionych powodów,
ale na pewno z ciekawością będę
przyglądał się rozwojowi programu
i jego częstym aktualizacjom.
NR 1 (30) 2016
26
Tomasz Bilecki
Dla kogo zawód
dźwiękowca?
Jest lipiec roku 2006. Ja, świeżo upieczony maturzysta,
na egzaminie na kierunku Reżyserii dźwięku Uniwersytetu
im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Przede mną jeden
z wykładowców uczelni. Za chwilę usłyszę tekst, który bardzo
często będę przytaczał przy różnych okazjach jako prawdziwą
niestety anegdotę - „Wie pan, w dzisiejszych czasach bardziej
wyobrażam sobie realizatora głuchego niż ślepego”.
Wbrew pozorom scenariusz ten
nie jest tak niemożliwy, jakby się
z początku mogło wydawać. Przede
wszystkim warto powiedzieć,
że dzisiejszy przemysł nagraniowy
charakteryzuje się kilkoma ciekawymi właściwościami. Po pierwsze,
większość poważnych wytwórni
muzycznych przy ocenie nowo
nadesłanego dzieła przede wszystkim zwraca uwagę na jego subiektywną głośność. W niektórych
przypadkach zbyt niska wartość
tego parametru może spowodować, że mimo wysokich walorów
artystycznych, utwór zostanie
odrzucony. Dlatego jedną z najważniejszych rzeczy w dzisiejszym
procesie miksu i masteringu jest
wpatrywanie się we wskaźniki
i podejmowanie kolejnych prób
zwiększenia głośności nagrań,
oczywiście bez przesterowania
materiału. Nie trudno zgadnąć,
że zdecydowana większość narzędzi temu służących jest, z uwagi
na graficzny charakter przedstawianych za ich pomocą informacji,
całkowicie niedostępna dla osób
niewidomych.
Po drugie, algorytmy używane
w dzisiejszych procesorach dźwięku
coraz bardziej wyręczają użytkownika. Można zaryzykować twierdzenie, że możliwe jest w miarę
poprawne zmiksowanie materiału,
bez konieczności posługiwania się
słuchem, jedynie w oparciu o odpowiednie wskaźniki i ogromną ilość
tutoriali zamieszczonych w Internecie. Oczywiście nie znaczy to wcale,
że kolumny studyjne i cały sprzęt
odsłuchowy wędrują do lamusa.
Czym innym jest w miarę poprawne
zmiksowanie utworu, a zupełnie
inną rzeczą jest uzyskanie dobrze
brzmiącego nagrania. Jeśli chcemy
osiągnąć ten drugi efekt, z niemal
wszystkich podręczników, filmów
instruktarzowych, że nie wspomnę o szkołach realizacji czy też
reżyserii dźwięku, dowiemy się,
że najważniejsze jest posługiwanie
się wyłącznie słuchem, a patrzenie
na wskaźniki pomóc ma np. w uniknięciu przesterowania sygnału.
Kolejną kwestią jest coraz
większa popularność ekranów
dotykowych w urządzeniach
również muzycznych. Widziałem
27
już mikser, który miał dwa ekrany
dotykowe, możliwość podpięcia
klawiatury komputerowej i myszki
oraz parę pokręteł i suwaków.
Dodawszy do tego słabą dostępność większości programów typu
DAW (digital audio workstation),
trzeba przyznać, że nie jest łatwo.
Na szczęście, mimo boomu interfejsów 3D, ogromnych, dotykowych wyświetlaczy itp., nadal
istnieją miksery, których obsługa
nie odbiega zbytnio od tych z lat
70-tych, z dziesiątkami pokręteł,
przycisków, suwaków itd, które
wbrew pozorom można ogarnąć
pamięciowo. Dostępne dla niewidomych programy do edycji dźwięku
oraz ludzie, którzy chcieliby nagrywać „po staremu” i zwracać uwagę
na to, co w muzyce najważniejsze,
również żyją i mają się dobrze.
Na koniec tego, może nieco
przydługiego wstępu, muszę
wspomnieć, że z uwagi na fakt,
iż prócz nagrywania muzyki student może spotkać się z zadaniami,
które wymagają posługiwania się
lutownicą, schematami itp., trudno
jest osobie całkowicie niewidomej ukończyć studia na kierunku
reżyserii dźwięku. Ponadto niektóre
uczelnie w programie mają również realizację dźwięku w filmie,
co pociąga za sobą np. montaż
dźwięku z obrazem. Szczęście
w nieszczęściu, istnieje co najmniej
jedna szkoła realizacji dźwięku
przygotowana do nauczania osób
niewidomych. Mowa o Policealnym
Studium realizacji dźwięku w przy
Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym przy ul. Tynieckiej
w Krakowie.
Gdzie w tym wszystkim
osoby niewidome?
Widzę kilka scenariuszy, w których
osoby niewidome mogą pracować z dźwiękiem, zarabiając tym
na chleb. W grę wchodzi działalność własna, czyli założenie studia
nagrań lub sali prób do wynajęcia,
ewentualnie tworzenie muzyki
samemu w domowych warunkach.
Praca na etat najlepiej pójdzie nam
w nowotworzonym studio, gdzie
możemy mieć wpływ na wybór
sprzętu i oprogramowania, z którym będzie można komfortowo
pracować. Wreszcie, ostatnio
coraz bardziej modny freelancing, tj. praca, głównie zdalna,
w tym przypadku polegająca np.
na zmontowaniu jakiegoś materiału,
nagraniu ścieżki lektorskiej, jeśli
dysponujemy odpowiednim głosem,
stworzenie podkładu muzycznego,
digitalizacja archiwalnych nagrań
itd. We wszystkich tych sytuacjach
najważniejsza jest asertywność oraz
co najmniej bardzo dobra znajomość
tematu. Wynika to stąd, że prawie
nikt ze środowiska realizatorów oraz
muzyków nie zdaje sobie sprawy
z problemów, ale również i z udogodnień, które towarzyszą osobie
niewidomej w pracy przy komputerze. Niezależnie od tego, jaką
działalność wybierzemy, znajdziemy
się nie raz i nie dwa w nieznanej
Z uwagi na fakt, iż prócz nagrywania muzyki student może spotkać się z zadaniami, które wymagają posługiwania się lutownicą, schematami itp., trudno jest osobie całkowicie niewidomej ukończyć studia na kierunku
reżyserii dźwięku
NR 1 (30) 2016
28
Mikser, który ma dwa ekrany dotykowe, możliwość podpięcia klawiatury komputerowej i myszki oraz parę
pokręteł i suwaków w połączeniu ze słabą dostępnością większości programów typu DAW (digital audio workstation) nie napawa niewidomych realizatorów optymizmem, jednak wszelkie trudności można jakoś obejść.
sytuacji, bez gotowych rozwiązań,
instrukcji obsługi, pomocy kogoś,
kto dany problem rozwiązał itd.
Obserwując kilka osób opuszczających mury szkoły realizacji
dźwięku na Tynieckiej w Krakowie,
zauważyłem, iż z tą asertywnością
oraz innymi wspomnianymi umiejętnościami nie jest najlepiej.
Chciałbym teraz omówić
po kolei zalety, wady i problemy
wymienionych wyżej rodzajów
działalności.
Własne studio
Na początku trzeba zastanowić
się, co będziemy nagrywać. Inaczej
będzie wyglądało studio, w którym
początkujące zespoły będą nagrywały swoje demo, jeszcze inaczej
profesjonalne studio, w którym
realizowane są płyty dużych,
znanych zespołów, a zupełnie
innych warunków będzie wymagało
nagrywanie audiobooków. Nie chcę
tutaj mówić o tym, jakie materiały
i sprzęt są najlepsze, gdyż osoby
zainteresowane z pewnością znajdą
w sieci bogatą literaturę dotyczącą
tego tematu. Warto jednak pamiętać o kilku rzeczach. Na tę chwilę
istnieje dosłownie kilka programów do wielośladowej obróbki
audio, które dla osób niewidomych
są w pełni dostępne. Dla systemu
Windows mamy Reaper-a, do którego potrzebna jest nam dodatkowa
wtyczka udźwiękawiająca, oraz
Sonar (najlepiej w wersji 8,5), z którym dobrze współpracuje wyłącznie
Jaws. W przypadku systemu OsX
najbardziej dostępny jest Protools w wersji 11. W obu systemach
w miarę dostępny jest darmowy
program Audacity, jednak nie bardzo nadaje się on do profesjonalnej
pracy z dźwiękiem.
Kolejnym problemem są interfejsy profesjonalnych kart dźwiękowych. Jakkolwiek rzadko kiedy
są one dostępne w stu procentach,
jednak często można poradzić
sobie z podstawowymi ustawieniami, ewentualnie poprosić kogoś
o pomoc i ustawić wszystko w jak
najbardziej uniwersalny sposób.
Przy tworzeniu własnej muzyki,
o ile korzystamy ze sprzętowych
syntezatorów, warto upewnić
się, czy urządzenie, które chcielibyśmy kupić nie posiada ekranu
dotykowego. Jeśli tak jest, należy
sprawdzić, czy mimo wszystko
urządzenie takie nie będzie dla
nas użyteczne, ponieważ bywa,
że obsługa urządzenia bez korzystania z ekranu dotykowego jest
możliwa.
Ja swojego studia nie mam,
znam natomiast całkowicie niewidomego właściciela takiego
obiektu i, o ile wiem, działalność
przynosi zyski.
Tworzyłem natomiast muzykę
na zamówienie (reklamy, jingle,
podkład na stronę) i z mojego
doświadczenia wynika, że programowe instrumenty, zwłaszcza typu
„wszystko w jednym”, są raczej nie
bardzo dostępne i trzeba się trochę
nagłowić, żeby pracować na nich
z efektywną szybkością.
Praca na etacie
Obecnie utrzymuję się głównie z nagrywania audiobooków.
Zanim zacząłem pracę, przysze-
29
coś takiego robili, nie mniej znajomość, przynajmniej w stopniu podstawowym, angielskiego z zakresu
informatyki czy w ogóle technologii
była raczej niezbędna. To jest oczywiście jedynie przykład, którego
celem jest zobrazowanie możliwych
problemów, które trzeba pokonać,
najczęściej we własnym zakresie.
Freelancing
Wspomniałem już, że tworzyłem
muzykę na zamówienie. Nie były
to oczywiście żadne wielkie firmy
ani poważne zlecenia, jednak mimo
to poznałem kilka dość uniwersalnych problemów. Przede wszystkim,
jak zwykle liczy się umiejętność
wyszukiwania informacji oraz
rozwiązywania problemów i szybkość działania. Często można trafić
na jakieś zlecenia na wczoraj, które
trzeba zrobić nie tylko szybko,
ale i dobrze. Pewnym pomysłem
na dodatkowe pieniądze może być
digitalizacja nagrań, np. z kaset
lub płyt winylowych. Narzędzia
do poprawy jakości tego typu
nagrań są już na tyle dostępne,
że można się pokusić o zakup dobrej
jakości odpowiedniego sprzętu
i wystartowanie. Jednak nawet
tutaj nie wszystko jest do zrobienia
bez wzroku, ponieważ co bardziej
zaawansowane programy umożliwiają również graficzną obróbkę
sygnału audio, dzięki czemu można
np. usunąć z nagrania dźwięk
dzwonka telefonicznego.
Słowo na koniec
Realizacja nagrań na pewno nie
jest zajęciem dla każdego. Istnieje
spora szansa, że nie znajdziemy
nikogo, kto mógłby wspomóc
doświadczeniem na podobnym
stanowisku, gdyż niewidomych
realizatorów dźwięku jest niewielu
, po za tym różne typy działalności będą wymagały od nas nieco
innych umiejętności, różnych
metod pracy itd. Nie jest to dobry
zawód dla ludzi, którzy chcą poruszać się w życiu utartymi szlakami
oraz mieć w zasięgu ręki gotowe
rozwiązania problemów. To raczej
sposób na życie dla hobbystów
lub idealistów, którzy chcą robić
dokładnie to, co lubią, lub tych,
których nie odstrasza samodzielne
rozwiązywanie coraz to nowych
problemów. Nie jest również
łatwo znaleźć prace w tym zawodzie, za to istnieje spora szansa
na obcowanie z ciekawymi ludźmi,
brak monotonii no i, co tu ukrywać, więcej niż tzw. najniższa
krajowa w kieszeni.
fot. shutterstock
dłem do studia, aby zobaczyć, czy
w ogóle mogę cokolwiek tam zrobić.
Okazało się, że mam pracować
na Macach. Systemu OsX prawie
w ogóle nie znałem i musiałem się
nauczyć jego obsługi w dosłownie
kilka dni choćby na tyle, aby móc
nagrywać lektorów. Potem okazało
się, że studio korzysta z programu,
którego również prawie nie znałem.
Co prawda, kilka lat temu próbowałem tego rozwiązania na Windowsie, jednak pewne rzeczy robi
się na tym systemie operacyjnym
nieco inaczej, nawet w obrębie
tego samego programu. Oczywiście
usłyszałem, że w sprawach udźwiękowienia raczej nikt z pracowników
mi nie pomoże, po prostu dlatego,
że byłem tam jedynym niewidomym. Na szczęście udało się, ale
na początku trema była ogromna.
Lektor wymagał ode mnie sprawności i szybkości działania, klient końcowy chciał, aby lektor był głośno
i wyraźnie słyszalny, wydawnictwo
chciało, aby pliki były odpowiednio
przycięte, otagowane itd. Wszystko
musiało pójść sprawnie, bez większych zacięć, bo książek do nagrania
jest sporo, a czasu jak zwykle nie
ma. Pewnie, że odpowiedzi na sporo
pytań można znaleźć a to w Internecie, a to pytając znajomych, którzy
NR 1 (30) 2016
30
Kamil Żak
Microsoft Outlook
– więcej niż klient poczty e-mail
Wstęp... czyli o tym, dlaczego
właśnie Microsoft Office Outlook
Wiele osób, zwłaszcza tych, które, podobnie jak ja,
korzystały jeszcze z Windows XP i wcześniejszych wersji
systemu od Microsoftu, na pewno dobrze pamięta
program Outlook Express, czyli prosty w użyciu klient
poczty, dostępny w Windows.
Powyższy program często bywa mylony z należącym do pakietu Microsoft Office, znacznie potężniejszym narzędziem o nazwie Microsoft Outlook. Nim
jednak przystąpię do konkretu i opiszę zalety oraz
wady tej aplikacji, cofnijmy się trochę w czasie.
Dziś już te dwie aplikacje nie są mylone, program
Outlook Express został zastąpiony w Windows Vista
Pocztą Systemu Windows (ang. Windows Mail), natomiast w Windows 7 w ogóle zrezygnowano z dołączania wbudowanego w system klienta pocztowego.
Windows 8, 8.1 i najnowszy 10 to czas aplikacji uniwersalnej (wcześniej modern), czyli po prostu Poczta.
Program to moim zdaniem prosty, aż zbyt prosty
i o ile na sprzęcie dotykowym rozumiem sens istnienia
takiego rozwiązania, użytkownik komputera PC, który
może przetwarzać większe ilości danych, ma prawo
oczekiwać czegoś więcej niż zaledwie kilku podstawowych opcji, dostępnych nawet w najstarszych i niepopularnych aplikacjach pocztowych. Znacznie więcej
potrafi przecież stary Outlook Express w Windows XP.
W tym samym czasie rozwijały się też inne programy pocztowe, takie jak popularny i darmowy
Mozilla Thunderbird czy płatny i mniej znany The Bat!.
Chociaż sporo czasu minęło już od szczytu popularności Outlook Express, wśród niewidomych nadal
spotykam się z wieloma pytaniami na temat tej aplikacji. Dzieje się tak z różnych powodów. Jedni nie przeszli
jeszcze na wyższą wersję Windows, inni, podobnie
jak ja, odbili się od ściany, próbując okiełznać klienta
poczty Mozilla Thunderbird, który z jakichś przyczyn
im się nie spodobał. Są też jeszcze wszyscy ci, którzy
po prostu nie potrzebują niczego bardziej skomplikowanego lub ich wersje czytnika ekranu, jeśli używają
płatnych aplikacji tego typu, są już przestarzałe i nie
wspierają najnowszych wersji popularnych aplikacji
użytkowych.
31
Ja sam zaczynałem od programu Outlook Express.
Jednak, gdy wiadomości zaczęło przybywać, a ich
liczba z setek przeszła w dziesiątki tysięcy, program
ten przestał spełniać moje oczekiwania. Ja również,
podobnie jak wiele innych osób, chciałem się przesiąść
na jakiegoś innego klienta poczty. Program odczytu
ekranu NVDA dopiero ruszał na podbój komputerów
niewidomych użytkowników, a firmy tworzące komercyjne oprogramowanie do odczytu ekranu jeszcze nie
zaczęły wspierać klientów innych niż przede wszystkim
aplikacje Microsoftu, czyli Outlook Express, Windows
Mail czy Microsoft Office Outlook. Mój wybór padł
na ten ostatni, wtedy w wersji 2003 pakietu Microsoft
Office. Dziś jest to MS Office 2010.
Wiele osób powie, że obecnie to przecież żaden
problem, bo jest przecież NVDA i Mozilla Thunderbird,
a Microsoft wydał pakiet Windows Live zawierający
aplikację do pracy z pocztą e-mail, że te rozwiązania
są całkiem dobre i świetnie się sprawdzają, że więc
wcale nie trzeba kupować pakietu Office 365 czy wersji
pudełkowej Office’a. Nie bez znaczenia będzie dla nich
argument ekonomiczny.
To oczywiście prawda. Microsoft Outlook nie jest
dla każdego. Outlook jest dla tych, którzy jak ja, cenią
sobie stabilność w czasie pracy. Cykl wydawniczy darmowych aplikacji takich jak Thunderbird przyspieszył
tak gwałtownie, że w zasadzie nawet w najnowszych
wersjach stabilnych trudno spodziewać się bezawaryjnej pracy, czy nawet tego, że po aktualizacji aplikacji
mój czytnik ekranu nadal będzie z nią współpracował
tak dobrze, jak wcześniej. Jest to niezaprzeczalny
argument na rzecz programu Office Outlook, którego
cykl wydawniczy nie jest tak szybki, a każda wydana
główna wersja otrzymuje wiele poprawek tak, że tuż
po wydaniu praca jest prawie bezawaryjna (zwłaszcza w najnowszych wersjach). Przy czym pod koniec
życia danej wersji programu jest on zwykle jeszcze
bardziej dopracowany. Producenci screenreaderów,
zarówno darmowego NVDA, jak i płatnych JAWS czy
Window-Eyes, mają dzięki temu więcej czasu, aby
wsparcie dla danej wersji pakietu Office rozwijać, przez
co praca z tymi aplikacjami jest dla osób niewidomych
wygodniejsza.
Przykładem dobrze ilustrującym powyższe zjawisko
jest choćby to, że jeszcze wiele osób korzysta z klienta
poczty Thunderbird w wersjach 2 lub 3. Jakkolwiek
są to obecnie bardzo stare wersje tej aplikacji, są one
stabilne i nadal funkcjonalne. Podobnie jak dla mnie,
tak i dla tych użytkowników tempo zmian w programie
czy też ich kierunek oraz częste modyfikacje interfejsu
użytkownika są obciążeniem i spowolnieniem codziennej ważnej czynności, jaką jest sprawdzanie poczty czy
praca z kalendarzem.
Przesiadka z Outlook Express na Office Outlook
to też doświadczenie bez wątpienia łatwiejsze
od zmiany na aplikację innej firmy. Outlook 2003 czy
nawet Outlook 2002 z pakietu Office XP stanowią
swoiście rozbudowaną wersję Outlook Express’a.
Office 365, czyli najnowszy sposób pozyskania pakietu Office, w wielu sytuacjach tańszy od zakupu pudełkowej wersji ma jeszcze jedną wielką zaletę. Dopóki nie wygaśnie nasza subskrypcja pakietu Office oprogramowanie, z którego korzystamy, będzie zawsze najnowsze
NR 1 (30) 2016
32
Outlook umożliwia również pracę z kalendarzem i kontaktami. Nie ogranicza się to wcale do prostego dodawania terminów. Możliwości są znacznie większe
Co ważne, dla użytkownika zachowują maksymalne
podobieństwo interfejsu użytkownika. Są to oczywiście dwie różne aplikacje, choć obszary ich zastosowań częściowo się pokrywają. Dzięki temu, zamiast
na poznawaniu interfejsu, nowy użytkownik Office
Outlook‘a może się skoncentrować na zapoznaniu się
z nowymi funkcjami, a także na opanowaniu działania
tych, które będzie wykorzystywać najczęściej. Specjalnie przywołałem tutaj te stare, już niewspierane
wersje Office Outlook’a, ponieważ tak właśnie przechodziłem na nowy program pocztowy. Outlook 2007,
chociaż inny, bardziej złożony pod względem interfejsu, ma przecież nadal te same, podobnie rozmieszczone elementy menu, podobne paski narzędzi itd.
Dopiero wersja 2010 to znacznie różniący się od pierwszych wersji Outlooka program.
Kolejnym stereotypowym argumentem przeciwko
Office Outlook czy ogólnie nowym wersjom Office,
z którym chcę się rozprawić, jest interfejs Microsoft
Office Fluent, czyli wciąż nielubiana wśród niewidomych wstążka. Znamy ją od czasu pojawienia się
Microsoft Office 2007. W tej wersji pakietu wstążka
miała początkowo istotnie pewne niedociągnięcia,
co nie znaczy, że nie dało się z tym pracować. Istnieją oczywiście skróty klawiszowe do przechodzenia
między kartami wstążki (dzisiejsze odpowiedniki
elementów na pasku menu) czy też dalej skróty
do przechodzenia między poszczególnymi grupami
(podobne do podmenu), czy wreszcie poszczególnymi
opcjami (podobne do poleceń menu). Po zapoznaniu
się ze strukturą wstążki praca jest już całkiem przyjemna, zwłaszcza, że wiele skrótów klawiaturowych
znanych ze starszych wersji pakietu Office działa
w nowych wersjach tak samo. Można zatem powiedzieć, że pogląd, iż po wstążce można się poruszać
tylko przy użyciu klawiszy Shift i Tab, jest błędny.
Microsoft nawet wydał specjalne tabele, w których
zestawiono obecną lokalizację polecenia na wstążce
z jego odpowiednikiem z paska menu we wcześniejszych wersjach. Nowy interfejs nie zastąpił też wszędzie, a przynajmniej nie tak szybko, paska menu.
W programie Outlook pasek menu jest nadal dostępny
w wersji 2007 i tylko w oknach wiadomości pojawia
się nowy element interfejsu. W wersji 2010 wstążkę
można znaleźć już w każdym flagowym programie MS
Office, w tym w Outlook.
Ostatnie dwa argumenty na rzecz programu
Outlook… Po pierwsze długie wsparcie od producenta
i firm trzecich. Pośród wielu wymagań wstępnych dla
sterowników urządzeń czy aplikacji współpracujących
z programami takimi jak przeglądarki internetowe
czy klienty e-mail, często spotykałem się z informacją, że program ten współpracować będzie tylko
z wersją 10 lub wyższą Firefoksa, wersją 5 lub wyższą
Thunderbirda. W wymaganiach systemowych innego
programu wersje, z którymi współpracuje mogą być
oczywiście wyższe lub niższe. Efektem tego jest
konieczność posiadania najnowszej wersji tego klienta
poczty e-mail czy przeglądarki, nawet jeżeli z jakichś
powodów praca z czytnikiem ekranu w najnowszej
33
wersji nie jest zadowalająca. Tymczasem wsparcie dla
poszczególnych wersji pakietu Office wynosi nawet
do 10 lat. Office 2007 ma zapewnione aktualizacje
zabezpieczeń do 2017 roku, a wersja 2013 nawet
do 2023 roku. Ostatecznie więc tylko kilka wersji ma
wsparcie producenta, a tym samym również firm
trzecich, a nie, jak to ma miejsce w przypadku innych
programów o szybkim cyklu wydawniczym, kilkanaście
czy kilkadziesiąt. Dzięki temu można wybrać wersję
najbardziej dostosowaną do swoich potrzeb, a gdy
przyjdzie czas na zmianę, przygotować się do tego spokojnie. Office 365, czyli najnowszy sposób pozyskania
pakietu Office, w wielu sytuacjach tańszy od zakupu
pudełkowej wersji ma jeszcze jedną wielką zaletę.
Dopóki nie wygaśnie nasza subskrypcja pakietu Office
oprogramowanie, z którego korzystamy, będzie zawsze
najnowsze. Więcej o wersjach i możliwościach zakupu
napiszę w dalszej części.
Drugi argument na rzecz Outlooka to standard.
Office od Microsoftu jest znany wszędzie, użytkowany
w znacznej większości firm czy gospodarstw domowych od wielu lat. Dzięki temu wymiana informacji
ważnych dla przedsiębiorstw czy osób prywatnych
jest bardzo ułatwiona. Przykładem tego jest forum
Outlook.pl, na którym ludzie wymieniają się informacjami o użytkowaniu, makrami ułatwiającymi wykonywanie różnych zadań czy wreszcie dodatkami do samej
aplikacji. Rozwiązanie, które jeden użytkownik proponuje drugiemu użytkownikowi Outlooka czy szerzej
pakietu Office, prawie zawsze zadziała. W przypadku
aplikacji wydawanych często, jak powiedzmy Thunderbird, prawdopodobieństwo rozwiązania takiego problemu, ze względu na mnogość wersji czy używanych
dodatków, znacznie spada.
Microsoft Office Outlook,
co właściwie potrafi ta aplikacja?
Powyższy, nieco przydługi wstęp, uznałem za konieczny,
ponieważ moim zdaniem aplikacja MS Outlook jest niedoceniana przez posiadaczy pakietu Office. Kieruję go
też do tych, którzy, zniechęceni ilością opcji dostępnych
w programie, zakończyli poznawanie aplikacji na samym
początku, po ledwie kilku chwilach pracy.
Czas teraz na konkrety, czyli co właściwie oprócz
pracy z pocztą e-mail potrafi Office Outlook.
Outlook to więcej niż klient poczty, co wcale nie
znaczy, że trzeba korzystać ze wszystkich jego funkcji. Wszyscy ci, którym potrzebne jest zaawansowane
narzędzie służące do pracy z dużą ilością wiadomości e-mail, w tym na więcej niż jednym komputerze,
z pewnością się nie zawiodą.
Podobnie jak większość dobrych współczesnych
klientów poczty elektronicznej Outlook posiada
wszystkie narzędzia umożliwiające zarządzanie
zawartością poczty e-mail, pracuje z serwerami POP3
i IMAP4, posiada wiele możliwości sortowania wiadomości w folderach za pomocą reguł, umożliwia oznaczanie wiadomości różnymi priorytetami. To co, moim
zdaniem, wyróżnia Office Outlook spośród innych
klientów poczty to ogromne możliwości dostosowania
widoku różnych folderów zawierających wiadomości
e-mail, a nawet terminy kalendarza, kontakty czy listę
zadań. Możliwości związane z sortowaniem i grupowaniem są bardzo duże. Po pierwsze widok każdego
folderu można dostosować niezależnie. Po drugie,
można sortować i grupować według dobrze znanych
pól, takich jak temat, od czy do, lecz również bardzo
niestandardowych, takich jak indeks konwersacji, konwersacja czy flaga. Flagi w Microsoft Outlook to dodatkowe ułatwienie, głównie dla osób widzących, chociaż
czytniki ekranu też je ogłaszają. Flagi wiadomości,
obok priorytetów ułatwiają określenie ich ważności.
Temat dostosowywania widoków folderów nie został
wcale wyczerpany. Można dokładnie określać rozmiary kolumn na liście wiadomości lub liczbę wierszy
w nagłówkach kolumn, można ukrywać lub pokazywać
poszczególne kolumny na liście wiadomości. Dobrym
przykładem jest kolumna ikona. Użytkownikom całkowicie niewidomym kolumna ikona jest zbędna, więc
można ją po prostu ukryć, wyłączając stosowne pole
w czasie dostosowywania widoku folderu.
Program Outlook potrafi jednak znacznie więcej.
Oprócz poczty, umożliwia również pracę z kalendarzem. Nie ogranicza się to wcale do prostego dodawania terminów. Możliwości są znacznie większe, np.
określenie liczby godzin dziennie na zadania czy dni,
które są dniami roboczymi. Outlook umożliwia też
nadawanie priorytetów czy określanie czasu na rozpoczęcie i zakończenie zadania, oznaczania terminów
jako prywatne, zajęte i wiele więcej. Jest po prostu
kompleksowym narzędziem pomagającym w zarządzaniu czasem. Podobnie jak w przypadku wiadomości
e-mail, foldery kalendarza można również dostosować
do własnych potrzeb. Foldery kalendarza posiadają
oczywiście kilka własnych widoków, jak widok dnia,
miesiąca czy tygodnia. Program Outlook nie tylko
umożliwia tworzenie własnego kalendarza. Outlook
może poprzez subskrypcję pobierać regularnie zawartość kalendarzy internetowych, takich jak kalendarz
Google, a nawet, dzięki dodatkowi od Apple, możliwe
jest działanie z kalendarzem iCloud. Program umożliwia też tworzenie list zadań do wykonania, co więcej,
potrafi połączyć zadania z wiadomościami e-mail.
Dzięki temu otrzymujemy zintegrowany system,
w którym kalendarz/terminarz, lista zadań i poczta
e-mail zarządzane są w sposób bardzo zintegrowany
i płynny. Ułatwia też pracę w grupach czy organizowanie spotkań.
Dodatkowo możliwości Outlooka znacznie wzrosną
w przypadku połączenia programu z kontem na ser-
NR 1 (30) 2016
34
werze Exchange, co umożliwia organizowanie pracy
w grupie nad różnymi danymi. Ta funkcja jest wykorzystywana najczęściej w firmach, rzadziej przez użytkowników indywidualnych. Obok poczty i kalendarza,
w programie znajdziemy również kontakty o bardzo
rozbudowanych formularzach. Oprócz standardowych
pól, takich jak imię, nazwisko, adres e-mail czy firma,
są pola znacznie mniej typowe, jak na przykład różne
rodzaje pól dotyczących numerów telefonów, osób
powiązanych (jak asystent) itd.
W tak zaawansowanej aplikacji nie może oczywiście zabraknąć czegoś tak prostego jak... notatki.
Outlook oczywiście umożliwia ich tworzenie. Jest
to bardzo proste i nie wymaga niczego poza wykonaniem podstawowych czynności edycyjnych, niezbędnych do utworzenia takiej notatki.
Program Microsoft Office Outlook umożliwia również tworzenie makr, które ułatwią zautomatyzowanie
powtarzających się często zadań, a także dostosują
aplikację do wymagań konkretnego użytkownika czy
wymagań w firmie.
Wiele aplikacji, takich jak dobrze znany wszystkim
korzystającym ze skanerów Abbyy Finereader, posiada
dodatki współpracujące z programami pakietu Microsoft Office, w tym Outlook, co jeszcze bardziej ułatwia codzienną pracę. Dodatki rozszerzają możliwości
każdego programu, a w przypadku Outlooka, który
sam w sobie jest potężnym narzędziem, robi to jeszcze
większe wrażenie.
O możliwościach aplikacji Microsoft Office Outlook
można napisać bardzo dużo, jednak nie to jest celem
tego artykułu. Informacje o poszczególnych funkcjach
łatwo znaleźć na stronie pomocy Microsoft Office,
wpisując słowa kluczowe w polu wyszukiwania, więc
ogólna charakterystyka aplikacji powinna wystarczyć.
Ostateczna ocena, dla kogo jest program Microsoft
Outlook, zależy od każdego użytkownika i wymaga
określenia swoich potrzeb oraz gruntownego przetestowania programu, do czego gorąco zachęcam.
W serwisie Tyflopodcast prezentuję część możliwości programu Microsoft Office Outlook.
Wady programu Microsoft Office Outlook
Wiadomo, że nie ma aplikacji doskonałych, bo ilu użytkowników, tyle może być idealnych programów. Do tego
miejsca mocno podkreślałem ogólne zalety aplikacji
Microsoft Outlook, dlatego część szczegółową zacznę
od wad tego programu.
Powyżej często odwołuję się do programu Mozilla
Thunderbird, w celu porównania go z Microsoft
Outlook, więc tym razem nie będzie inaczej.
Office Outlook nie jest aplikacją niezależną, w Polsce, w przeciwieństwie do krajów anglojęzycznych
można go kupić tylko wraz z całym pakietem Office,
co nie jest drobnym wydatkiem. Program Outlook,
w przeciwieństwie do Thunderbirda, nie występuje
w wersji przenośnej. Nie jest też, podobnie jak Thunderbird, niewielką aplikacją. Z uwagi na to, że Outlook
jest częścią pakietu Microsoft Office i ma zdecydowanie większe możliwości czy więcej od Thunderbirda funkcji, potrzebuje więcej zasobów komputera
(pamięć, procesor), zajmuje więcej miejsca na dysku.
Nie znaczy to wcale, że program notorycznie się zawiesza, spowalnia komputer czy zamraża okno. Czasem
zdarzy się taka sytuacja, ale, w którym programie się
to nie dzieje? Na ogół aplikacja działa stabilnie, nie
oszałamiająco szybko, ale po prostu w sposób stały,
bez gwałtownych zmian tempa reakcji charakterystycznych dla innych aplikacji i bez dużych, również
charakterystycznych dla mniejszych programów
przetwarzających duże ilości danych, zawieszek. Nowe
wersje pakietu Office mogą okazać się dość mocno
uciążliwe dla osób, które posiadają słabszy sprzęt.
Uwaga techniczna: Najwyższa wersja Office, jaką
można zainstalować na wciąż popularnym Windows
XP, to Microsoft Office 2010. Wymagany jest oczywiście Service Pack 3 w systemie Windows XP.
Wszystkim tym, którzy korzystają z Windows XP,
a mogą przesiąść się na wyższą wersję Windows,
osobiście odradzam pozostawanie przy Windows XP.
Praca w Internecie, w tym z programem Outlook pod
kontrolą niewspieranego już systemu to rzecz znacznie
bardziej ryzykowna niż pozornie się wydaje.
Wsparcie dla Windows XP zakończyło się 8 kwietnia 2014 roku, w tym samym czasie Microsoft przestał
wydawać aktualizacje zabezpieczeń dla Microsoft
Office 2003. Dnia 22 września 2015 roku miała miejsce
premiera pakietu Microsoft Office 2016 dla systemu
35
Program Outlook, w przeciwieństwie do Thunderbirda, nie występuje w wersji przenośnej, a w Polsce nie
można zakupić go jako odrębnej aplikacji
Windows. Instalacja najnowszej wersji może nie być
obecnie dobrym pomysłem, ponieważ obsługa tej wersji pakietu Office przez czytniki ekranu nie jest jeszcze
dopracowana przez producentów tych ostatnich.
Po tej dygresji wróćmy do wad programu Outlook.
Kopiowanie takich elementów, jak poczta, kalendarze, kontakty, czyli tego, co najważniejsze, jest bardzo
proste i w przypadku kont POP3 wymaga skopiowania
pliku lub plików, czyli pliku danych programu Outlook
lub pliku folderów osobistych, zwanego też plikiem pst
od jego rozszerzenia. W zależności od wersji pakietu
Office i systemu Windows plik ten może znajdować się
w różnych lokalizacjach. Aby zlokalizować plik danych
dla swojego konta POP3, w panelu sterowania należy
otworzyć aplet Poczta, w oknie, które się otworzy
wcisnąć przycisk Pliki danych..., na liście plików danych
(najczęściej jest to jeden plik o nazwie Outlook.
pst) zaznaczyć plik, którego kopię chcemy utworzyć
i wcisnąć przycisk „Otwórz lokalizację pliku”. Zostanie otwarty folder, w którym znajduje się wskazany
wcześniej na liście plik danych. Skopiowanie tego pliku
będzie możliwe tylko wtedy, gdy program Outlook nie
jest otwarty. Jeśli plików jest więcej, to należy skopiować wszystkie pliki o rozszerzeniu pst (*.pst).
Jeżeli chodzi o ustawienia kont e-mail i inne ustawienia aplikacji, to niestety można skopiować tylko
część z nich. Ustawienia kont pocztowych są przechowywane w rejestrze systemu Windows i wyeksportowanie odpowiedniego klucza z rejestru pozwoli
na zachowanie danych kont pocztowych, oczywiście
bez haseł. Procedura ta nie jest zalecana dla niezaawansowanych użytkowników komputerów. Przed
dodaniem importowanych wcześniej danych z rejestru
na nowym komputerze lub po reinstalacji Windows
zaleca się utworzenie kopii rejestru. Niestety większości ustawień dokonywanych w programie w oknie
dialogowym Opcje zarchiwizować się nie da, co jest
rzeczywiście dużą niedogodnością. Jeżeli można
nazwać brak prostego sposobu archiwizacji ustawień
kont wadą w przypadku programu Outlook, to można
również nazwać wadą zapisywanie haseł do kont
w profilu Thunderbirda. Większość użytkowników
zapamiętuje hasła do kont pocztowych w profilu, więc
łatwo mogą one trafić do nieuprawnionych osób.
Jeżeli chodzi o konta IMAP, to w programie Outlook
nie jest wymagane żadne tworzenie kopii plików,
ponieważ po reinstalacji systemu lub przeniesieniu
się na nowy komputer, po zalogowaniu się na serwer
Outlook pobierze wszystkie wiadomości i strukturę
folderów.
Zalety programu Outlook
Na szczęście w przypadku Microsoft Office Outlook jest
więcej zalet niż wad. Oprócz tych oczywistych i najważniejszych dla użytkowników niepełnosprawnych,
jak dobra współpraca z oprogramowaniem wspomagającym czy OCR, jest ich wiele więcej. Na szczególną
uwagę zasługuje wspomniana wcześniej stabilność,
a także współpraca z innymi programami pakietu Microsoft Office. Kolejną zaletę stanowi możliwość dostoso-
NR 1 (30) 2016
36
wywania poleceń dostępnych na wstążkach, wcześniej
na pasku menu, a także tworzenie nowych poleceń przy
użyciu makr. Możliwość dostosowania aplikacji i dostępnych w niej poleceń jest bardzo duża. Nie spotkałem
się z takimi możliwościami w żadnym innym programie
pocztowym.
Kolejna zaleta interfejsu wstążkowego w Microsoft Outlook to widoczność konkretnych grup poleceń
dokładnie wtedy, gdy są potrzebne. Gdy umieścimy
kursor systemowy w polu wyszukiwania w folderze
z wiadomościami e-mail, na wstążce pojawi się karta
wyszukiwanie, na której znajdziemy polecenia dotyczące filtrowania widocznych wiadomości lub wyszukiwania po słowach kluczowych. Jak więc widać program
działa kontekstowo i proponuje nam te grupy funkcji,
których w danym momencie możemy potrzebować.
Jest to z resztą cecha wszystkich programów pakietu
Microsoft Office posiadających wstążkę od wersji 2010.
Kolejna bardzo ważna rzecz to szybkość działania
z folderami IMAP. Gdy testowałem program Thunderbird, nawet w najnowszych stabilnych wersjach,
na koncie, na którym w folderach są tysiące wiadomości program po prostu sobie nie radził, albo zwyczajnie
spowalniał, wstrzymywał pobieranie wiadomości i już
go nie wznawiał. Jest to być może konkretna specyfika
tego serwera pocztowego, na którym test przeprowadzałem, ponieważ Outlook również nie ustrzegł się
błędów. Thunderbird jednak wypadł po prostu gorzej.
Wolniej buforował wiadomości, a próby odczytywania
innych, wcześniej pobranych wiadomości, kończyły się
otwarciem pustego okna z wiadomością... i brakiem
ładowania treści.
Microsoft Outlook, zwłaszcza wersja 2010 i nowsze,
radzi sobie po prostu lepiej i działa moim zdaniem
stabilniej w przypadku kont IMAP.
Czy przekonałem... przynajmniej do testów?
Jeżeli tak, to teraz kilka informacji.
Pakiet Microsoft Office sprzedawany jest w dwóch
modelach dystrybucyjnych. Pierwszy, wszystkim
znany od lat klasyczny sposób sprzedaży, to obecnie
sprzedawana wersja Microsoft Office 2016 w wersji
pudełkowej. Licencja jest jednostanowiskowa, to znaczy, że można zainstalować pakiet tylko na jednym
komputerze, w przypadku przeniesienia licencji na inny
komputer może to nastąpić nie częściej, niż co 90 dni
z wyłączeniem problemów sprzętowych. Licencja jest
dożywotnia.
Drugi model sprzedaży to model subskrypcyjny.
Coraz częściej nowe aplikacje są sprzedawane w ten
sposób, a właściwie wynajmowane. Klient płaci za
korzystanie z aplikacji w konkretnym czasie. W niektórych przypadkach jest opłacalny ten pierwszy,
w innych, biorąc pod uwagę dodatkowo proponowane
korzyści, ten drugi sposób.
Aby przetestować pakiet Office 2016 przed zakupem lub wypróbować Office 365 wymagane jest posia-
fot. Microsoft, jlconfor, shutterstock
37
danie konta Microsoft. Ponieważ obecnie korzystam
z Microsoft Office 2010, aby przetestować najnowsze
wersje programów pakietu wykupiłem subskrypcję
Office 365. Wykupiłem jest z resztą tutaj określeniem
nieprecyzyjnym, ponieważ pierwszy miesiąc subskrypcji Office 365 jest bezpłatny, natomiast wymagane jest
podanie danych umożliwiających płatność za przyszłe
miesiące, takich jak karta kredytowa lub konto PayPal,
jeśli je posiadamy. Za pierwszy miesiąc oczywiście
opłata nie jest pobierana, a automatyczne przedłużanie subskrypcji można wyłączyć na stronie konta.
Pytanie najważniejsze. W jakich wersjach znajdziemy program Microsoft Outlook?
Program Microsoft Outlook nie znajduje się
w pakietach dla studentów i uczniów. W każdej
wyższej wersji pakietu Office 2016, 2013 i 2010 można
znaleźć tę aplikację. W Microsoft Office 365 wygląda
to trochę inaczej. W każdej wersji, tj. Personal, dla
użytkowników domowych i małych firm, można znaleźć program Outlook, a licencje te różnią się głównie
liczbą urządzeń, na których można oprogramowanie
zainstalować i obecnością lub brakiem innych mocno
zaawansowanych funkcji.
Office 365 Personal pozwala na zainstalowanie
pakietu na jednym komputerze Mac lub PC i na jednym urządzeniu mobilnym jak tablet, telefon lub iPad.
Dodatkowo otrzymuje się też 1 TB przestrzeni dyskowej w Microsoft OneDrive, czyli dysku w chmurze
od firmy Microsoft.
Microsoft Office 365 dla użytkowników domowych
pozwala na instalację pakietu na pięciu komputerach
Mac lub PC oraz pięciu urządzeniach mobilnych, jak
tablet, telefon czy iPad. Podobnie jak w przypadku
Personal można otrzymać 1 TB przestrzeni na pliki
w chmurze OneDrive dla jednego konta Microsoft.
Oznacza to, że można łącznie otrzymać nawet 5 TB
przestrzeni dyskowej na czas wykupienia subskrypcji pakietu Office 365 dla użytkowników domowych.
Ponieważ Skype należy obecnie do Microsoft, do każdego pakietu Office 365 dodawane są również minuty
do wykorzystania na rozmowy telefoniczne. Jak można
się przekonać, jeśli ktoś aktywnie korzysta z OneDrive’a i Skype’a, zakup pakietu Office 365 jest bardzo
interesującą propozycją. Cena miesięczna pakietu
Office 365 dla użytkowników domowych to 42,99 zł,
a pierwszy miesiąc jest bezpłatny.
Zapewne teraz wiele osób zapyta o różnice między
pudełkowym Office’em a wersją Office 365. Różnica
jest tylko taka, że płacąc za jedną licencję pakietu
Office 2016, 2013 czy 2010 otrzymuje się możliwość
dożywotniego korzystania z tej konkretnej wersji
Office na jednym komputerze.
Office 365 pozwala na korzystanie z zawsze najnowszego oprogramowania pakietu Office przez czas,
na jaki subskrypcja została wykupiona. Oczywiście
aplikacje klasyczne, takie jak Outlook, Excel czy Word,
po dokonaniu zakupu można pobrać, zainstalować
i korzystać z nich w pełnej wersji przez cały czas trwania wykupionej subskrypcji.
Jeżeli z jakichś powodów wymagany jest zakup
starszej niż najnowsza wersji Office, obecnie to 2016,
można kupić wersję Office 2013, 2010 lub nawet
2007, lecz oprogramowania tego nie sprzedaje już
firma Microsoft. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie,
aby kupić pakiet Office od kogoś, kto chciałby go
odsprzedać, najlepiej żeby była to jakaś firma. Cena
takiego odsprzedawanego pakietu Office często jest
bardzo atrakcyjna. Można także poszukać na portalach aukcyjnych takich jak allegro.pl. Uwaga! Bardzo
ważne jest, aby przed zakupem zweryfikować legalność pakietu, który chcemy kupić. Nie wystarczy sam
certyfikat autentyczności, najlepiej jeszcze sprawdzić
go w firmie Microsoft, ponieważ niestety plagą jest
wystawianie na portalach aukcyjnych pirackich kluczy
do Microsoft Office lub Windows, które nawet, jeśli
zadziałają mogły zostać sprzedane w sposób niezgodny z umową licencyjną i obowiązującym prawem.
Jest to bardzo ważne, ponieważ w rachubę wchodzą
tutaj pieniądze, które wydaje się w celu zakupu legalnego oprogramowania, a można się mocno rozczarować i ponieść straty w przypadku braku sprawdzenia
legalności.
Podsumowanie
Program Microsoft Office Outlook to nie tylko klient
poczty e-mail, lecz bardzo rozbudowany program
do zarządzania czasem i współpracy z innymi osobami.
Jego największą zaletą (w porównaniu z darmowymi alternatywnymi aplikacjami) jest niewątpliwie
stabilność, bardzo dobra współpraca z programami
odczytu ekranu (zwłaszcza tymi komercyjnymi) oraz
innymi aplikacjami, które zawierają dodatki dla aplikacji pakietu Microsoft Office.
Sam korzystam z Microsoft Outlooka od kilku lat
i mogę polecić ten program każdemu. Oczywiście nie
spodoba się on wszystkim, nie jest też dla wszystkich,
jednak warto przynajmniej przetestować aplikację,
aktywując Microsoft Office 365 na próbny okres 30
dni, czy też instalując pakiet Microsoft Office 2010,
2013 lub najnowszy 2016 i używać go aż do wygaśnięcia wersji próbnej, a następnie zdecydować, czy kupić
pakiet Office, czy pozostać przy dotychczas używanym
rozwiązaniu. Jeżeli ktoś posiada pakiet Office, w którym dostępny jest Microsoft Outlook, tym bardziej
nic nie stoi na przeszkodzie, aby program przetestować. Może znajdziecie tam funkcje, których szukacie
od dawna?
Tym reklamowym zdaniem kończę ten tekst, zapraszam również na www.tyflopodcast.net, gdzie prezentuję program Microsoft Outlook.
NR 1 (30) 2016
38
Paweł Masarczyk
Huawei Honor 7
– telefon dla odważnych
Jednym z prężniej rozwijających się segmentów rynku IT
jest rynek smartfonów. Produkcją inteligentnych telefonów
zaczynają interesować się nie tylko gracze znani już od lat
tacy jak Google, Apple, Samsung, HTC czy Sony, ale także
firmy, które zazwyczaj działają w zupełnie innych branżach.
Niejednokrotnie odnoszą one sukces, łącząc profesjonalizm
w swojej dziedzinie, z tym co mogą zaoferować współczesne
osiągnięcia mobilnej technologii.
Wiele przykładów takich
urządzeń można było podziwiać
podczas tegorocznych targów IFA
w Berlinie, gdzie np. firma Marshall,
znana z produkcji sprzętu muzycz-
nego, zaprezentowała swój pierwszy smartfon, Marshall London,
dedykowany właśnie miłośnikom
muzyki. Inną firmą, która jest już
na tyle znana z własnych smartfo-
nów i tabletów, że na IFA nie mogło
jej zabraknąć, jest Huawei. Chińczycy na targach zaprezentowali
swój nowy telefon Huawei Mate S
z technologią Force Touch, pozwalającą na wykrywanie siły nacisku
na ekran, oraz inteligentne zegarki.
Kilka tygodni wcześniej w Polsce
swoją premierę miał flagowiec
jednej z linii produktów tej firmy,
Huawei Honor 7. Zainteresowałem
się tym właśnie modelem z uwagi
na dobre, jak na jego cenę, parametry, a ponadto, śledząc rozwój
mechanizmów dostępnościowych
oraz ich implementację w urządzeniach z systemem Android, powodowany ciekawością eksperta,
chciałem przyjrzeć się z bliska
39
telefonom tego mało popularnego
wśród osób z dysfunkcją wzroku
producenta. Niniejszy artykuł jest
recenzją tego modelu.
Specyfikacja
Parametry techniczne modelu
Honor 7 przedstawiają się nad
wyraz imponująco. Wymiary
to 143.2 x 71.9 x 8.5 mm, a waży
on 157 gram. Urządzenie wyposażono w ośmiordzeniowy procesor
Hi-Silicon Kirin 935 o taktowaniu 2,2 GHz na czterech rdzeniach oraz 1,5 GHz na kolejnych
czterech, 3 GB pamięci RAM,
baterię o pojemności 3100 mAh
i wyświetlacz o przekątnej 5,2
cali. Na rynek chiński telefon
został wydany w dwóch wersjach:
16 i 64 GB. Opcjonalnie możemy
także nabyć wersję wyposażoną
w dwa sloty na kartę SIM, z czego
jeden może być także użyty jako
czytnik kart Micro SD. Ja nabyłem
tę właśnie wersję o pojemności
64 GB z dystrybucji chińskiej
za pomocą serwisu AliExpress,
znanego z możliwości zakupu
przedmiotów z Chin po obniżonych cenach. Na pokładzie Honora
znajdziemy Androida 5.0 Lollipop.
Cena, jaką przyszło mi zapłacić,
to 500 dolarów, co jak za urządzenie o takich parametrach, nawet
wziąwszy pod uwagę aktualne
przeliczniki walutowe, wydaje się
być dość atrakcyjne. W pudełku
otrzymujemy, oprócz telefonu,
który jest solidnie wykonaną
aluminiową bryłą bez możliwości
wymiany baterii, gumowy futerał
oraz wszystko to, czego moglibyśmy się spodziewać: ładowarkę, instrukcję obsługi i inne
dokumenty. Na rynek europejski
trafiła jedynie wersja wyposażona
w pamięć 16 GB, która kosztuje
w Polsce 1700 zł, co w porównaniu
do ceny, jaką można uzyskać za
analogiczny, dostępny w chińskim
portalu aukcyjnym telefon wyposażony w 64 GB sprawia, że staje
się on mniej łakomym kąskiem dla
polskiego użytkownika.
Pierwsze wrażenia
Telefon jest dość dużym prostokątem o mocno wyczuwalnych
rogach. Po około dwóch miesiącach używania muszę z przykrością stwierdzić, że nie należy
on do najmniejszych, a po dłuższym trzymaniu boli mnie ręka.
Po prawej stronie urządzenia
znajdziemy przyciski głośności
i zasilania, a po lewej specjalny
przycisk funkcyjny, umożliwiający
uruchamianie aplikacji oraz niektórych funkcji telefonu. Głośnik
został umieszczony u dołu tylnej
części urządzenia, zaś po lewej
stronie na dole znajduje się wysuwana ramka ze slotami na karty.
Aparat (20 Mpx) umieszczony
z tyłu Honora delikatnie wystaje,
co zdaje się być nową modą
w świecie smartfonów. Z tyłu
telefonu znajdziemy także czytnik
NFC, czytnik linii papilarnych oraz,
tu ciekawostka, wyraźnie wyczuwalny pod palcami, grawerowany
napis Honor.
Przygoda technologiczna
po chińsku
Jak już wcześniej wspomniałem,
telefon kupiłem poprzez portal
AliExpress. Przesyłkę otrzymałem
bardzo szybko, bo już w tydzień
po złożeniu zamówienia. Warto
wspomnieć o pewnych konsekwencjach wynikających z zakupu
telefonu z Chin. Po pierwszym uruchomieniu telefonu zorientowałem
się, że jedyną dostępną w urządzeniu syntezą mowy był nie Google
TTS, lecz stary Pico TTS, oczywiście bez obsługi języka polskiego.
Wyruszyłem więc do sklepu Play
na poszukiwania Vocalizera. Jakież
było moje zdziwienie, gdy nie tylko
Vocalizera, e-Speaka czy Ivony nie
dało się znaleźć, ale jakby tego
było mało, mój komputer wyświetlał je jako niekompatybilne
z moim urządzeniem. Wprowadziłem stan wyjątkowy. Jako pierwsze
obwiniłem chińskie oprogramowanie, które według moich, niczym
zresztą niepopartych, teorii,
miałoby blokować większość aplikacji. Poszukiwania europejskiej
wersji nie przyniosły rezultatu
i nic w tym dziwnego, bo europejska premiera Honora 7 miała się
odbyć dopiero pod koniec sierpnia.
Wykonałem kilka telefonów. Najpierw do Katowic, gdzie nikt nie
odbierał. Następnie do Bytomia,
skąd odesłano mnie do Piaseczna.
Tam zaś dotarłem do numeru
polskiej infolinii Huawei, gdzie
stwierdzono, że jeżeli telefon kupiłem w Chinach to powinienem też
tam dzwonić po wsparcie, a trop
z chińskim oprogramowaniem jest
dobry. W Chinach Pani, po uprzednim zbadaniu mojej sytuacji,
ustaleniu narodowości, statusu
zamieszkania w Republice Chińskiej oraz próbie odesłania mnie
z powrotem na polską infolinię,
uprzejmie poinformowała mnie,
że w Huawei China nikt nie mówi
po angielsku. W każdym razie taka
jest oficjalna wersja. Zostałem
zatem pozostawiony sam sobie,
z bezużytecznym, 5.2-calowym
kawałkiem szkła i aluminium
w ręku, z myślą, że pieniądze
wyrzuciłem w błoto, a telefon
będzie musiał wrócić do szafy
i poczekać na lepsze czasy.
Wspaniałą właściwością
Androida, za którą chyba lubię go
najbardziej, jest fakt, że system jest
rozbudowany i pozwala na wiele,
a co za tym idzie, dobrze jest, gdy
ma się sporą wiedzę o tym systemie lub jeżeli potrafi się odszukać
odpowiednie informacje w Internecie. I tym razem internetowa społeczność nie zawiodła. Napisałem
wiadomość prywatną na Twitterze
jednego z interesujących się Androidem, a ostatnio w szczególności
marką Huawei Polaków, których
śledzę już od dłuższego czasu.
Dość szybko nadeszła odpowiedź:
prawdopodobnie to brakujące
usługi Google Play, komponent
odpowiedzialny za prawidłową
pracę większości aplikacji, których
używamy. To był strzał w dziesiątkę. Instalator usług Google Play
NR 1 (30) 2016
40
znalazłem bez większego trudu
na stronie portalu APK Mirror
(www.apkmirror.com). Zainstalowałem i uradowany podjąłem kolejną
próbę pozyskania polskiej syntezy.
Jesteśmy już o krok dalej:
aplikację można znaleźć, ale
próba instalacji kończy się błędem lub zapętla w nieskończoność. Znów napotykam na mur.
Jedna rzecz, jakiej nie zalecam
podczas zaawansowanych zabaw
z Androidem lub jakąkolwiek inną
technologią, to nerwy i działanie
pod wpływem emocji. Wdrożenie
pierwszego pomysłu, jaki przyjdzie
nam do głowy, niekoniecznie musi
być dobrym rozwiązaniem i może
przysporzyć nam dodatkowych
kłopotów. W moim przypadku było
to całkowite wyzerowanie urządzenia i rozpoczęcie zabawy od nowa.
Ku mojemu przerażeniu z wyczyszczonego na połysk, przynajmniej
od strony softu, telefonu zniknął
Sklep Play. Wiedziałem, co w tej
sytuacji robić, bo na APK Mirrorze znajdował się i jego instalator. Niestety ponowna instalacja
wszystkiego dała dokładnie taki
sam efekt.
Pora na bezcenną poradę dnia:
emocjonalne podejście do rozwiązywanego problemu może udzielić się
osobie nam pomagającej, a wtedy
łatwo jest przeoczyć pewne drobne,
acz istotne, szczegóły, takie jak
małe powiadomienie na pasku
u góry, błagające bym nie wpychał
na siłę wersji niezgodnej z architekturą mojego procesora. W ten
sposób dowiedziałem się, że mój
telefon posiada 64-bitowy procesor,
a trzy różne wersje usług Play nie
zostały umieszczone na stronie bez
powodu. Po instalacji prawidłowego
pakietu pobieranie moich ulubionych aplikacji, w tym Vocalizera,
ruszyło z kopyta i mogłem przystąpić do samodzielnej konfiguracji
Honora. Jak się później dowiedziałem, powód całego zajścia ma swe
korzenie aż w roku 2010, kiedy
to Chiny dopuściły się kontrolowania Google, szpiegowania Gmaili
użytkowników oraz innych naruszeń
prywatności, za co Google wycofało
większość swoich usług z tamtego rynku. W odwecie z chińskich
wersji oprogramowania telefonów
i tabletów poznikały wszystkie
usługi Google, by zostać zastąpione
lokalnymi wymysłami producentów. Zaletą całego rozwiązania jest
brak aplikacji Google, których nie
potrzebujemy, a których na żadnym
europejskim telefonie nie będziemy
w stanie odinstalować. Kolejną rzeczą, której dowiedziałem się studiując kilka recenzji Honora, była informacja o obecności usług Google
w Apps Center, sklepie z aplikacjami
firmy Huawei. Jak więc widać cała
zabawa z ręcznym ściąganiem
plików była niepotrzebna. Do dziś
nie wiem niestety, ilu niezbędnych
komponentów mi brakuje. Ze sklepu
Play ściągnąłem wszystko, co było
dostępne i mi potrzebne. Pamiętam, że usługę odpowiedzialną za
synchronizację kontaktów musiałem
zainstalować ręcznie, wyciągając odpowiedni plik apk z paczki
aplikacji Google przeznaczonej dla
nieoficjalnych romów, takich jak
Cyanogen Mod. Według ostatnich
doniesień Google do końca roku planuje wrócić do Chin i być może już
wkrótce operacje opisane powyżej
nie będą konieczne.
Ale to nie koniec zabawy
w zbliżanie chińskiej wersji telefonu
do jej europejskiego odpowiednika.
Jak się okazało, wraz z funkcjonalnym, dobrze zaprojektowanym
telefonem, przypłynęła ogromna
ilość preinstalowanego chińskiego
oprogramowania, niepotrzebna
do niczego polskiemu użytkownikowi niestudiującemu sinologii.
Na szczęście sporą część można
było odinstalować i w ten sposób
zwiększyć ilość dostępnego miejsca. Powyższa operacja pozwala
odchudzić rozmiar systemu Honora
7 do 5,5 GB, co jest niezłym wynikiem, jeśli wziąć pod uwagę ilość
wewnętrznej pamięci zajmowanej
przez Androida w konkurencyjnych
urządzeniach. Po odinstalowaniu
niemalże wszystkiego, czego polska
synteza nie była w stanie wymówić,
wciąż pozostało kilka aplikacji niewiadomego przeznaczenia, ale telefon jest już gotowy do normalnego
używania. Ślady wskazujące na to,
że pochodzi z dystrybucji innej niż
europejska to: listy zmian aktualizowanego oprogramowania w języku
chińskim, parę usług, które nie działają w Polsce, takich jak Huawei ID,
Huawei Cloud czy asystent głosowy
HiVoice oraz pojawiający się średnio
raz na tydzień komunikat o należnym mi kuponie upominkowym
o wartości tysiąca juanów przez tłumacza przełożonych na polski jako
japońskie jeny. Poza tym wszystkie
funkcje działają tak, jakbyśmy się
tego mogli spodziewać.
Niepokojące są doniesienia
o chińskich producentach instalujących złośliwe oprogramowanie
na swoich urządzeniach. Firma
GData sporządziła raport, w którym opublikowała listę podejrzanych, ale na szczęście Honora 7
na niej nie było, znalazł się tam
jednak inny model Huawei, G510.
Mam jednak nadzieję, że mój telefon nie przywiózł ze sobą reklamotwórczego wirusa i nadal cieszę
się jego użytkowaniem. Wątpię
zresztą, że do flagowca sprzedawanego w milionach sztuk poważany
producent elektroniki dokleiłby
coś, co mogłoby zaszkodzić jego
użytkownikom.
Wrażenia Użytkownika
Warto wspomnieć o mikrofonach
telefonu oraz o jakości nagrywania, transmisji dźwięku i rozmów
w ogóle. Co do kwestii pierwszej,
jest naprawdę dobrze. Dwa stereofoniczne mikrofony pozwalają
na nagrywanie dźwięku w wysokiej
jakości, a podczas używania ich
w aplikacji Teamtalk moi rozmówcy
porównywali jakość słyszanego
dźwięku z tą oferowaną przez
rejestrator Zoom H2. Pewnym
mankamentem jest delikatne
pykanie słyszalne w tle oraz równie cichy, ale na tyle słyszalny,
41
że może denerwować, pisk emitowany podczas ładowania telefonu.
To drugie zjawisko może jednak być
spowodowane lekko nadpsutym już
kablem mojej ładowarki. Sytuacja
ma się trochę gorzej, jeśli chodzi
o zwykłe rozmowy telefoniczne.
Co prawda obydwie strony słyszą
się dobrze, ale nie działa popularna
ostatnio funkcja HD Voice, pozwalająca na prowadzenie rozmów
telefonicznych wysokiej jakości.
Nawet zaznaczanie opcji polepszania jakości dźwięku nie przyniosło
rezultatu, więc jeśli polubiliście
tę nową funkcję, wprowadzoną już
przez wszystkich polskich operatorów, możecie się srogo zawieść.
Kilka słów
o oprogramowaniu
Nareszcie przyszedł czas na opis
samego oprogramowania telefonu
i nakładki Emotion UI, a jest o czym
pisać, bo firma Huawei, jak udało mi
się odkryć, to mistrz w stosowaniu
kreatywnych rozwiązań i faszerowaniu swoich urządzeń drobnymi
funkcjami, które później okazują się
niezmiernie przydatne, a wszystko
to działa z Talkbackiem, co nie jest
takie oczywiste w przypadku niestandardowych rozwiązań stosowanych przez producentów.
Na pierwszy rzut oka można
się zorientować, że Emui kopiuje
wiele pomysłów znanych z iPhone’a. Bez trudu można zauważyć
brak listy wszystkich aplikacji
w domyślnym launcherze. Huawei
postanowił umieszczać ikony
aplikacji na ekranach głównych,
tak jak ma to miejsce w przypadku
systemu iOS. Jest to nietypowe
rozwiązanie (jak na androidowe
urządzenie) i z pewnością znajdzie
tylu zwolenników, co przeciwników.
Jakby się można było spodziewać,
używając Talkbacka nie jesteśmy
w stanie przemieszczać ikon tam,
gdzie nam się podoba, za to u góry
ekranu, najeżdżając ikoną aplikacji
znajdziemy dwie opcje: Udostępnij” i „Odinstaluj”, które robią
dokładnie to, na co wskazują ich
nazwy. Osobiście podoba mi się
pomysł z udostępnianiem linków
do sklepu Play dla danej aplikacji
wprost z poziomu launchera i nie
spodziewałbym się, że producent
telefonu wprowadzi go w swoim
własnym oprogramowaniu. Kolejną
modyfikacją androidowych zwyczajów jest znane również z iUrządzeń
rozdzielenie górnego paska na dwie
zakładki: powiadomienia i szybkie
ustawienia. To rozwiązanie przypadło mi do gustu, bo jedną z rzeczy,
których brakowało mi po zamianie
iPhone’a 4 na Samsunga Galaxy S4,
był przejrzysty widok powiadomień
niewymagający przekopywania
NR 1 (30) 2016
42
się przez olbrzymią ilość suwaków i przełączników lub uczenia
się, w którym miejscu na ekranie
zaczynają się powiadomienia.
Jeżeli zagłębimy się w ustawienia,
bez trudu znajdziemy menedżer
powiadomień oraz zezwoleń, czyli
odpowiedniki sekcji „Centrum
powiadomień” oraz „Prywatność”
znanych z iOS. Możemy tu, podobnie jak na mobilnych urządzeniach
firmy Apple, zdecydować, czy
aplikacje powinny wyświetlać się
w centrum powiadomień, jakiego
typu powiadomień powinny używać oraz czy chcemy, aby miały
dostęp do mikrofonu, listy kontaktów, wiadomości lub Internetu.
Każda aplikacja przy pierwszym
uruchomieniu będzie powodowała
wyświetlenie pytania o zgodę
na dostęp do tego czego wymaga,
a my możemy przyznać lub odmówić przyznania praw. Jak łatwo się
zorientować po pierwszym, choćby
pobieżnym przejrzeniu ustawień
telefonu, Huawei menedżerami
wszelkiego rodzaju stoi. Na pokładzie Emui znajdziemy także menedżer uruchamiania, za pomocą
którego ustalimy, jakie aplikacje
mogą być uruchamiane przy
starcie telefonu. Menedżer baterii
pozwoli nam zaś na zaoszczędzenie
energii poprzez stosowanie planów zasilania, które podobnie jak
w systemie Windows deaktywują
pewne funkcje telefonu w celu
wyciągnięcia jak największej mocy
z akumulatora. Za pomocą menedżera zablokujemy też działanie
wybranych aplikacji w tle. Warto
w tę część ustawień zajrzeć choć
raz, ponieważ urządzenie próbuje
być mądrzejsze od nas samych
i samoistnie wybiera aplikacje,
które powinny być uśmiercane
lub nie powinny być uruchamiane,
co w moim przypadku doprowadziło już np. do zamykania syntezatora mowy, gdy tylko blokowałem
ekran. Co jakiś czas w naszych
powiadomieniach może też pojawiać się komunikat o dużym
zużyciu energii przez konkretną
aplikację z sugestią, by zakończyć
jej działanie, tę opcję można jednak
wyłączyć w ustawieniach. Na pulpicie w folderze narzędzi znajdziemy
też Menedżer Telefonu – aplikację
pozwalającą m.in. na oczyszczenie
RAM-u, dostęp do akceleratora
telefonu, menedżera transmisji
danych. Z tego miejsca możemy
także dostać się do większości
omawianych wcześniej menedżerów. Huawei posunął się o kilka
kroków dalej, wprowadzając
rozwiązania ułatwiające naszą
współpracę z telefonem, których
na próżno byłoby szukać w telefonach konkurencji, a wiele z nich
dotyczy szybkiego aktywowania
najpotrzebniejszych funkcji. Tym,
czego trudno nie zauważyć, nawet
nie otwierając ustawień telefonu,
jest umieszczony na lewej ściance
urządzenia klawisz funkcyjny. Służy
on do wykonywania określonej
czynności po naciśnięciu pojedynczym, dwukrotnym lub po przytrzymaniu. Co i kiedy klawisz ma robić,
możemy skonfigurować w ustawieniach. Do wyboru mamy włączanie
i wstrzymywanie nagrywania,
aktywację asystenta głosowego
HiVoice, włączenie lub wyłączenie latarki, otwarcie aparatu lub
dowolnej innej aplikacji. Ja do pojedynczego naciśnięcia, na przykład,
przypisałem asystenta głosowego
Polassis, a do dwukrotnego naciśnięcia aplikację DV Beep, która
m.in. podaje godzinę za pomocą
nagranych uprzednio sampli,
co jest gadżeciarskie, ale muszę
przyznać, że efektowne. Dostępna
jest też opcja aktywacji nagrywania rozmowy poprzez przytrzymanie klawisza w czasie jej trwania.
Nawiasem mówiąc, to niespotykane, by producent dodał w telefonie możliwość nagrywania rozmów w standardzie, a Honor taką
właśnie funkcję oferuje i to jako
przycisk klikalny z poziomu ekranu
trwającej aktualnie rozmowy. Być
może ktoś wpadnie na ten sam
pomysł, co ja, i do klawisza będzie
chciał przypisać tzw. działanie, czyli
akcję zarejestrowaną przez inną
aplikację (praktyka znana z Nova
Launcher) lub skrót do szybkiego
wykonania rozmowy z kontaktem
lub napisania do niego SMSa. Niestety Huawei nie posunął się tak
daleko, by pozwolić użytkownikowi
na przypisywanie skrótów do funkcji nawigacyjnych. Na szczęście,
jak to zwykle bywa z Androidem,
pół dnia szukania w Google, sklepie Play i formułowania zapytań
na wszelkie sposoby, jakie mogły
mi przyjść do głowy, przyniosło
rezultat i znalazłem aplikację
Shortcut Launcher, która tworzy
skróty widziane przez system jako
aplikacje, kryjąc pod nimi skróty
do działań, szybkiego wybierania
itp. Skrótów mamy trzy, więc trochę mało, jeśli ktoś polega na tym
systemie w dużej mierze, ale lepsze
to niż nic. Do poprawnego działania
znanych z Nova Launcher działań
wymagana jest też instalacja innej
darmowej aplikacji, Quick Shortcut
Maker, pozwalającej na umieszczanie skrótów do tychże działań
na ekranie głównym.
Huawei zadbał także o system
gestów i ruchów ułatwiających
wykonywanie wielu czynności. Za
pomocą potrząsania, przechylania,
obracania i podnoszenia telefonu
możemy przesuwać ekrany główne,
przetasowywać ikony, wyciszać
dzwonek lub zmniejszać jego
głośność czy odbierać i wykonywać
połączenia. W moim przypadku
funkcja odbierania telefonu przez
przyłożenie do ucha nie chciała
niestety działać. Na szczęście
znalazłem godnego jej zamiennika, o czym za moment. Dość
ciekawym rozwiązaniem, które
o dziwo działa pomimo aktywnego
Talkbacka są gesty na zablokowanym ekranie. Umożliwiają one
pokazanie ekranu blokady poprzez
dwukrotne stuknięcie w środek
wyświetlacza oraz, co moim zdaniem jest ciekawszym rozwiązaniem, otwarcie wybranej aplikacji
poprzez nakreślenie na ekranie
kształtu litery. Do wyboru mamy
43
cztery litery, domyślnie przypisane
do czterech aplikacji: c – aparat;
e – przeglądarka internetowa;
m – muzyka oraz w – pogoda. Jak
na razie wszystkie kształty ,oprócz
litery „e”, udało mi się z powodzeniem narysować i funkcji używam
niemalże każdego dnia. Czasami
zdarzy się, że rysunek nie zaskoczy za pierwszym razem, należy
wtedy spróbować ponownie lub
w innej części ekranu. Mój opisany
wcześniej trick, dotyczący działań,
sprawdził się także i w tej sytuacji,
tak więc do litery c przypisałem
okno tworzenia nowego tweeta
w Tweetings, do e aplikację Email,
do m wiadomości, zaś do w telefon.
Szkoda, że Huawei nie dał nam
do dyspozycji większej ilości liter,
ponieważ zwiększyłoby to możliwość wyboru, ale być może
będzie to jedna ze zmian wprowadzonych w którejś aktualizacji
oprogramowania.
Kolejnym ciekawie zastosowanym elementem telefonu jest
popularny ostatnio i oferowany
przez wiele flagowców czytnik
odcisku palca. Z początku nie
byłem tą funkcją zbytnio zainteresowany, ponieważ kojarzyła mi się
ona z iPhonami, gdzie pojawiła się
jako pierwsza i służyła do odblokowywania telefonu bądź płatności
w AppStore, iTunes czy Apple Pay.
Po przeczytaniu jednej z polskich
recenzji Honora przekonałem się,
że i tu chiński producent upchnął
kilka funkcji umożliwiających
szybki dostęp do często wykonywanych czynności. Czytnik pozwala
na dodanie wielu odcisków palca
i podczas moich dotychczasowych
testów nie wykazał jeszcze błędów
w rozpoznawaniu. Oprócz możliwości odblokowania ekranu oraz
identyfikacji Huawei ID, możemy
także odebrać rozmowę lub wyłączyć budzik poprzez przytrzymanie
opuszka na czytniku, symulować
naciśnięcie przycisku Wróć poprzez
przyłożenie palca, przycisku Home
poprzez przyłożenie i przytrzymanie, otworzyć pasek powiadomień
poprzez przesunięcie palcem
po czytniku w dół oraz ekran ostatnich aplikacji poprzez przesunięcie
w górę. Nasz odcisk palca może
także posłużyć jako identyfikacja
przy próbie dostępu do plików lub
otwarcia aplikacji. Są to funkcje
przydatne, ponieważ eliminują
konieczność korzystania z wielu
dwuczęściowych gestów Talkback.
W ten sposób z powodzeniem
zastąpiłem też niedziałający u mnie
ruch przyłożenia telefonu do ucha
w celu odebrania rozmowy. Telefon
posiada także możliwość zrobienia
szybkiego zdjęcia lub nagrania
filmu poprzez przytrzymanie klawisza głośności w dół oraz możliwość
„wołania” go komendami w celu
znalezienia go w momencie, gdy
nam się zawieruszy, bądź wykonania połączenia. Ta druga funkcja
niestety u mnie również nie chciała
działać, a wspierane przez nią
języki to angielski i chiński.
Dostępność
Dostępność wbudowanych aplikacji
telefonu przedstawia się na poziomie zadowalający, aczkolwiek
są rzeczy, nad którymi Huawei
mógłby popracować. System nie
różni się zbytnio od tych, które
znajdziemy na pokładach smartfonów innych firm. Jedyną rzucającą się w oczy różnicą może być
integracja aplikacji wiadomości
jako kolejnej zakładki zaraz obok
klawiatury, która została połączona
ze spisem połączeń oraz kontaktów. Warto wiedzieć o dwóch
niuansach dotyczących klawiatury
i spisu połączeń. Jako, że jak już
wspomniałem, producent umieścił
NR 1 (30) 2016
44
je na jednym ekranie, klawiatura
zasłania spis połączeń. Przesuwając dwoma palcami w dół możemy
ją zwinąć, dając sobie tym samym
dostęp do większej ilości wpisów
w rejestrze. Aby zobaczyć wcześniejsze wpisy, musimy ręcznie przewijać
listę dwoma palcami. Druga rzecz,
która kosztowała mnie sporo nerwów, to brak przycisku „Zadzwoń”,
oznaczonego w czytelny sposób.
Z początku myślałem, że w ogóle go
tam nie ma, dopóki nie zrozumiałem
zamysłu producenta. Jako, że telefon posiada dwa sloty na kartę SIM,
po wybraniu numeru możemy zdecydować, z której z nich rozmowa
ma zostać wykonana. W tym celu
u dołu ekranu wyświetlone są dwa,
a w moim przypadku jeden przycisk (podpisany nazwą operatora).
Aby więc wybrać wprowadzony
wcześniej numer, musiałem nacisnąć przycisk z napisem „Orange”.
Aplikacja Wiadomości to klasyczny
komunikator z wątkami dla każdego kontaktu lub numeru. Jeśli
ktoś prześle nam w wiadomości
numer telefonu, możemy na niego
bez problemu kliknąć i zadzwonić
lub zapisać do Kontaktów, elementy są tu opisane, aczkolwiek
czasem po angielsku. Funkcją, która
może niektórych denerwować,
jest wyskakujące okienko z treścią
otrzymanej właśnie wiadomości,
które pozwala na szybkie otwarcie
wątku. Nie wiedząc o tym, możemy
bezskutecznie próbować klikania
w elementy na ekranie zasłonięte
przez wyskakujące okienko i dziwić
się, że nic nie działa. Opcję tę można
wyłączyć w ustawieniach aplikacji
Wiadomości. Ekran połączeń przychodzących także przypomina ten
znany z iPhonów. Mamy tu nazwę
kontaktu i numer dzwoniącego
oraz przyciski „Odpowiedz”, służący do odbierania, „Odrzuć”
oraz „Wyślij SMS”, czyli wysyłanie
gotowych szablonów, np. „Jestem
na spotkaniu”, zaraz po odrzuceniu.
Gest przesunięcia dwoma palcami
w prawo, znany np. z Nexusów, nie
zawsze chciał działać, więc, aby
uniknąć konieczności wyciszania
dzwonka w celu znalezienia odpowiedniego przycisku, zaprzyjaźniłem
się z czytnikiem linii papilarnych.
Kwestia zamykania otwartych
aplikacji nie przedstawia się tak
prosto, jak w Samsungu, ale jest
procesem logicznym, wynikającym
z zastosowanych w Emui gestów.
Aby zamknąć pojedynczą aplikację,
należy stuknąć na niej dwukrotnie,
przytrzymać, a następnie przesunąć w górę. Ważne, żeby zrobić
to na tyle szybko, by nie ukazało się
menu kontekstowe, pozwalające
na przejście do informacji o tejże
aplikacji. Aby opanować tę umiejętność, trzeba trochę poćwiczyć.
Zamykanie wszystkich aplikacji
naraz wymaga natomiast przyłożenia palca do suwaka u dołu ekranu,
a następnie przesunięcia dwóch
palców w górę. Gest ten należy
wykonać dość precyzyjnie, dlatego
początkującym użytkownikom
zalecam uzbrojenie się w cierpliwość. Oprócz gestów Talkback oraz
czytnika linii papilarnych ekran
ostatnich aplikacji możemy też
otwierać przyciskiem dotykowym
wyświetlającym się u dołu ekranu.
Ten przycisk ma także inną ciekawą
właściwość. Gdy stukniemy na nim
podwójnie z przytrzymaniem, przełączymy się między otwartymi aktualnie aplikacjami, zupełnie jakbyśmy
użyli kombinacji klawiszy Alt i Tab
na naszym komputerze.
Rozmieszczenie oraz ilość
dostępnych przycisków konfigurujemy w Ustawieniach. Obok
fot. Huawei
45
przycisków „Wróć”, „Home” oraz
„Ostatnie aplikacje” możemy także
dodać przycisk rozwijający pasek
powiadomień.
Wbudowana w telefon przeglądarka internetowa (stworzona
przez producenta) jest kompletnie
niedostępna, więc bez dalszych
rozważań można od razu zainteresować się Chromem lub Firefoxem.
Aplikacja E-mail to prawdopodobnie przeróbka tego, co znajdziemy
na innych telefonach i jest całkowicie dostępna.
Telefon posiada zarówno radio
FM, którego skaner częstotliwości jest w pełni dostępny, jak
i aplikację, której nie widziałem
już w obiegu od czasów Symbiana, czyli uniwersalny pilot
do sprzętu RTV. Taki stan rzeczy
wynika z braku portu podczerwieni w nowoczesnych telefonach.
Nic w tym dziwnego, przesyłanie
plików tą metodą było stosunkowo
wolne, a połączenia łatwo się
rwały. Honor 7 został wyposażony
w taki port i to zapewne właśnie
w celu sterowania całym sprzętem,
jaki mamy w domu za pomocą
jednego urządzenia. Tej funkcji nie
udało mi się jeszcze wypróbować,
ale lista obsługiwanych modeli
urządzeń jest dość długa.
Niestety rozczarowałem się
wbudowanym dyktafonem Honora.
Posiada on kilka trybów nagrywania, stosownych do sytuacji,
w których z niego korzystamy,
pozwala na tworzenie nagrań
stereofonicznych, a nawet na aktywację i zatrzymanie nagrywania
w tle za pomocą klawisza funkcyjnego. Niestety, z chwilą włączenia w nim nagrywania, milkną
wszelkie dźwięki (w tym synteza),
co całkowicie uniemożliwia nawet
w pełni kontrolowane zatrzymanie
nagrania, nie mówiąc już o kontroli
nad samym telefonem. To szkoda,
bo stereofoniczny dyktafon, szybko
uruchamiany w każdym miejscu
nieraz by się przydał, a zamiennika
takiego rozwiązania jeszcze nie
znalazłem.
Wbudowana aplikacja do słuchania muzyki jest dostępna
i z pewnością wystarczy większości
użytkowników, nie tylko na dobry
początek, jednak nie przekonała
mnie niczym do odejścia od mojego
dotychczasowego faworyta w tej
dziedzinie – Gonemad Music Player.
Budzik także zdaje się być
dostępny, aczkolwiek z początku
nie miałem pomysłu, jak go wyłączyć. Szybko jednak znalazłem
możliwość zrobienia tego przyciskami głośności oraz czytnikiem
linii papilarnych, więc już i to nie
stanowi problemu.
Interfejs oceniam jako dostępny
z pewnymi niedociągnięciami.
Tu i ówdzie zastosowany jest
jakiś śmieszny w wykonaniu gest,
czasem natrafimy na niezaetykietowany element, a sam system
zawiera kilka błędów w tłumaczeniu oraz opcji, które nie są przetłumaczone w ogóle. Myślę jednak,
że mimo to Emui podbije serca
wielu użytkowników Androida,
począwszy od tych mniej wymagających, po tzw. power-userów, tak
jak podbił moje.
Podsumowując
Honor 7 to telefon wart swojej
ceny, zwłaszcza jeśli nabędziemy
go z dystrybucji chińskiej. Parametrami prześciga wiele dostępnych
flagowców, a bogata w najróżniejsze
funkcje nakładka Emui sprawia,
że jeśli chodzi o personalizację
czystego Androida przez producentów sprawdza się stare przysłowie,
że nie taki diabeł straszny, jak go
malują. Mimo, iż może się wydawać,
że surowo oceniłem to urządzenie i odwiodłem od pomysłu jego
zakupu mniej zaawansowanych
użytkowników, telefon szczerze
i gorąco polecam, po części dlatego,
że sam jestem grzebaczem i poszukiwaczem technologicznych przygód, a po części dlatego, że Huawei,
prawdopodobnie nieświadomie,
udostępnił wiele funkcji, które
ułatwiają życie osobom niewidomym. Nie jest to telefon, z którym
przygodę zaczynamy od wymiany
większości tego, z czym przyszedł,
na bardziej dostępne. Dźwięk,
zarówno wydobywający się z telefonu, jak i przez niego emitowany,
reprezentuje jakość na wysokim
poziomie, choć moim osobistym ideałem są dwa stereofoniczne głośniki
z przodu. Niemniej jednak trudno
o telefon z lepszym zestawem
mikrofonów, a taką opinię usłyszałem od osób, które na dźwięku
znają się o wiele lepiej niż ja. Może
wkrótce, dzięki staraniom Google,
proces zakupu i konfiguracji wstępnej telefonów nabytych w Chinach
nie będzie już tak bolesny i czasochłonny, a może dla kogoś polska
dystrybucja Honora to to, o co mu
chodzi.
Jak każde rozwiązanie Honor 7
ma też swoje wady: dla mnie jest
to telefon za duży i kanciasty, niektórych może też przerastać ilość
decyzji, jakie na początku telefon
podejmuje za nas. Jak zawsze,
wybór zależy tylko i wyłącznie
od indywidualnych upodobań
użytkownika, a Honor z pewnością
sprosta wielu z nich i mimo początkowej szorstkości łatwo jest się
z nim zaprzyjaźnić i ujarzmić jego
liczne funkcje.
NR 1 (30) 2016
Kinga Dumnicka
Współpraca
na rzecz niezależności
i przedsiębiorczości kobiet
W ostatnim tygodniu lutego wzięliśmy udział w pierwszych międzynarodowych warsztatach,
zrealizowanych w Madrycie, w ramach projektu „Współpraca na rzecz niezależności
i przedsiębiorczości kobiet zagrożonych wykluczeniem społecznym”. Nasze działania są próbą
odpowiedzi na problemy nierówności społecznych i niskiej aktywności zawodowej kobiet.
Wśród Europejek rośnie bezrobocie. Rośnie też odsetek
kobiet wycofujących się z rynku pracy, a regułą jest różny
poziom wynagradzania mężczyzn i kobiet. W szczególnie trudnej sytuacji są kobiety z niepełnosprawnościami.
Chcemy zwrócić uwagę na wielowymiarowośc dotykającej
je dyskryminacji.
Beneficjentki organizacji partnerskich z Polski, Hiszpanii,
Szwecji, Turcji i Włoch to dorosłe kobiety, zagrożone wykluczeniem społecznym z powodów: niepełnosprawności,
rasy, wykształcenia, bezrobocia, wieku.
Planując warsztaty, za główne cele dla naszych beneficjentek uznaliśmy:
• podróż i poznawanie nowych osób i kultur,
• budowanie pewności siebie poprzez kontakt z kobietami borykającymi się z podobnymi problemami,
• wzajemną naukę w trakcie działań projektowych i po realizacji projektu (dzięki komunikacji
na odległość),
• dzielenie się doświadczeniami,
• budowanie świadomość bycia częścią wspólnoty
europejskiej,
• porównanie punktów widzenia,
• tworzenie rzeczywistych więzi z kobietami z innych
krajów, utrzymującymi się także po spotkaniu, dzięki
wykorzystaniu nowoczesnych narzędzi ICT,
• wzrost motywacji do nauki języków obcych i rozwijania
się, szczególnie dalszego kształcenia i rozwoju kariery
zawodowej.
W ciągu 5 dni warsztatów nasze beneficjentki uczestniczyły m.in. w następujących sesjach:
• budowanie grupy, aktywności przełamujące nieśmiałość, poznawanie innych kultur i środowisk (obawy
i motywacji, łamanie barier związanych z odmiennością
religijną czy rasową),
• wizyta w organizacji CEAPAT (wykorzystanie nowoczesnych technologii i rozwiązań architektonicznych w codziennym życiu osób z niepełnosprawnościmi, starszych, o obniżownych zdolnościach
komunikacyjnych),
• wykorzystanie sieci społecznej jako narzędzia do integracji i rozwiązywania problemów (wykorzystanie Facebooka i innych mediów społecznościowych do nawiązywania kontaktów, także zawodowych oraz promocji
swojej działalności zawodowej),
• wykorzystanie ICT jako narzędzia do rozwoju własnej
kariery zawodowej (np. e-portfolio, poszukiwanie pracy
przez Internet),
• nowoczesne technologie w mieście (gra miejska):
orientacja w terenie z wykorzystaniem e-mapy, środków transportu miejskiego (metro, zakup biletu w automacie, komunikatory elektroniczne), organizacja czasu,
praca w grupie, podejmowanie decyzji, przełamanie
bariery językowej poza grupą (kontakt z mieszkańcami),
• wymiana doświadczeń: „Jak opowiadać swoją własną historię” (pomysły na blogi, social networking
po warsztacie, budowanie wirtualnej społeczności).
Warsztaty zostały przygotowane i przeprowadzone
przez pracowników wszystkich organizacji patnerskich.
Wzajemnie uczyliśmy się, jak prowadzić poszczególne
sesje, budować grupę, organizować czas, komunikować się
z beneficjentami. Mogliśmy w praktyce zobaczyć, jak nasze
dotychczasowe doświadczenie, umiejętności i pomysły
sprawdzają się w rzeczywistości i w pracy w tak zróżnicowanym, międzynarodowym środowisku. Szczególnym
doświadczeniem była możliwość współpracy z nowymi
grupami beneficjentów, jak np. dla FIRR migranci lub
dla pracowników innych organizacji osoby z niepełnosprawnościami. Podczas ostatniego dnia spotkania jedna
z uczestniczek zdecydowała się na forum opowiedzieć
własną historię (przebyta choroba, doświadczenia, plany
na przyszłość), czym wzbudziła ogromny podziw grupy.
Było to zaskoczenie dla wszystkich uczestników, ponieważ
unaoczniło nam, jak ogromna zmiana zaszła w tej osobie
w ciągu jednego tygodnia warsztatów. To oczywiście tylko
jedna z historii naszych Kobiet…
Po raz kolejny spotkamy się we wrześniu, tym razem
w Krakowie. Pełna relacja z warsztatów oraz bieżące
informacje o projekcie publikowane są na stronie projektu http://net4women.eu/ oraz na Facebooku w naszej
grupie women4women: https://www.facebook.com/
groups/1522711714708405/
Okres realizacji projektu 01.09.2015 – 01.09.2017
Projekt realizowany jest w partnerstwie z:
FUNDACION CIBERVOLUNTARIOS (Hiszpania)
Associazione Moltivolti Capovolti (Włochy)
Kocarli Ilce Milli Egitim Mudurlugu (Turcja)
Integration För Alla (Szwecja)
Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej.
Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autorów i Komisja Europejska oraz Narodowa Agencja Programu Erasmus+ nie ponoszą odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną.
Zobacz nas
w Internecie
www.tyfloswiat.pl
W portalu:
• informacje o producentach i dystrybutorach,
• testy i opinie o produktach,
• informacje prawne,
• baza szkoleń dostosowanych do potrzeb osób z dysfunkcją wzroku,
• wydarzenia, konferencje, imprezy
... i wiele wiele innych informacji!
Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

Podobne dokumenty