Przygody Dobrego Wojaka Szwejka

Transkrypt

Przygody Dobrego Wojaka Szwejka
Jaroslav Hašek
Przygody Dobrego
Wojaka Szwejka
Przeło ył: Paweł Hulka - Laskowski
Wst p
Wielkie czasy wymagaj wielkich ludzi. Istniej bohaterowie nieznani, skromni,
bez sławy i historii Napoleona. Analiza ich charakteru za miłaby jednak sław
nawet Aleksandra Macedo skiego. Dzisiaj na ulicach praskich mo ecie spotka
steranego yciem człowieka, który sam nawet nie wie, jakie znaczenie ma w historii
nowych wielkich czasów. Idzie sobie skromnie swoj drog , nikomu si nie naprzykrza i jemu te nie naprzykrzaj si dziennikarze, którzy domagaliby si od niego wywiadu. Gdyby cie go zapytali, jak si nazywa, odpowiedziałby wam skromniutko i
prosto: „Jestem Szwejk”.
Otó ten cichy, skromny człowiek jest naprawd tym starym, poczciwym wojakiem Szwejkiem, m nym i statecznym, który niegdy za czasów Austrii był na ustach
wszystkich obywateli królestwa czeskiego, a którego sława nie zaga nie nawet w republice.
Bardzo kocham zacnego wojaka Szwejka i opisuj c jego losy czasu wojny
wiatowej, mam nadziej , e wy wszyscy b dziecie sympatyzowali z tym skromnym,
nieznanym bohaterem. On nie podpalił wi tyni bogini w Efezie, jak to uczynił ten
cymbał Herostrates, aby si dosta do gazet i do czytanek szkolnych.
To wiele.
Jaroslav Hašek
2
Rozdział 1
JAK DOBRY WOJAK SZWEJK WKROCZYŁ NA WIDOWNI
I WOJNY WIATOWEJ
- A to nam zabili Ferdynanda - rzekła posługaczka do pana Szwejka, który
opu ciwszy przed laty słu b w wojsku, gdy ostatecznie przez lekarsk komisj
wojskow uznany został za idiot , utrzymywał si z handlu psami, pokracznymi,
nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował.
Prócz tego zaj cia dotkni ty był reumatyzmem i wła nie nacierał sobie kolana
opodeldokiem.
- Którego Ferdynanda, pani Müllerowo? - zapytał Szwejk nie przestaj c
masowa kolan. - Ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u
drogisty Pruszy i przez pomyłk wypił tam razu pewnego jakie smarowanie na
porost włosów, a potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszk , tego, co zbiera psie
gówienka. Obu nie ma co ałowa .
- Ale , prosz pana, pana arcyksi cia Ferdynanda, tego z Konopisztu, tego
tłustego, pobo nego.
- Jezus Maria! - zawołał Szwejk. - A to dobre! A gdzie te to si panu
arcyksi ciu przytrafiło?
- Kropn li go w Sarajewie, prosz pana, z rewolweru, wie pan. Jechał tam ze
swoj arcyksi n w automobilu.
- Patrzcie pa stwo, moja pani Müllerowo, w automobilu. Ju ci , taki pan
mo e sobie na to pozwoli i nawet nie pomy li, jak taka jazda automobilem mo e
si sko czy nieszcz liwie. I jeszcze do tego w Sarajewie, to jest w Bo ni, pani
Müllerowo. To na pewno zrobili Turcy. Nie trza im było tej Bo ni i Hercegowiny
ju na s dzie boskim.
zabiera . Tak to, tak, pani Müllerowo. Wi c pan arcyksi
Długo te si m czył?
- Pan arcyksi
był od razu trup, prosz pana. Sam pan wie, e z
rewolwerem nie ma szpasów. Niedawno temu w naszej dzielnicy w Nuslach te si
jeden bawił rewolwerem i powystrzelał cał rodzin , a nawet stró a, który
poszedł zobaczy , kto te tam strzela na trzecim pi trze.
- Niektóry rewolwer, pani Müllerowo, nie wystrzeli, cho by si człek skr cił.
Takich systemów jest du o. Ale na pana arcyksi cia kupili sobie z pewno ci taki
z tych lepszych. No i zało yłbym si z pani , pani Müllerowo, e ten człowiek, co
mu to zrobił, był od wi tnie ubrany. Miarkuje pani sama, e strzelanie do
arcyksi cia to robota bardzo trudna, to nie to samo, jak kłusownik strzela do
gajowego. Tutaj chodzi o to, jak si do niego dobra ; na takiego pana nie mo na
si wybiera w jakich szmatach. Musisz, bratku, i w cylindrze, eby ci
przedtem nie capn ł policjant.
- Podobno wi cej ich tam było, prosz pana.
- Ma si wiedzie , pani Müllerowo - rzekł Szwejk ko cz c nacieranie kolana. Jakby pani chciała zastrzeli arcyksi cia albo pana cesarza, toby si pani na
pewno z kim naradziła. Co głowa, to rozum. Ten doradzi to, tamten owo i w ten
sposób zbo ne dzieło si powiedzie, jak o tym piewamy w naszym hymnie
pa stwowym. Główna rzecz obliczy sobie dokładnie, kiedy taki pan b dzie
3
przechodził. Tak samo, jak ten pan Luccheni, je li pani jeszcze pami ta, co to
poszedł z nasz nieboszczk El biet na spacer i przekłuł j pilnikiem. I wierz tu
komu! Od tego czasu adna cesarzowa nie wychodzi na spacery. A to samo czeka
jeszcze wiele osób. Zobaczy pani Müllerowa, e si jeszcze dobior i do cara, i do
carowej, a nie daj Bo e i do naszego pana cesarza, kiedy tak obcesowo wzi li si
do jego stryjaszka. Nasz starszy pan ma sporo nieprzyjaciół. Jeszcze wi cej ni
ten Ferdynand. Niedawno temu mówił jeden pan w piwiarni, e nastanie taki
czas, e cesarze b d padali jeden po drugim i e nawet sam pan prokurator nic
im nie poradzi. A potem nie miał czym zapłaci i gospodarz musiał go kaza
aresztowa . A ten go trzask w pysk, a policjanta dwa razy. Odwie li go potem w
plecionce, eby wytrze wiał. Tak, tak, pani Müllerowo, takie to czasy. Ano dla
Austrii znowu strata to niemała. Jakem słu ył w wojsku, to jeden piechur
zastrzelił tam kapitana. Nabił flint i wlazł do kancelarii. Powiedzieli mu tam,
eby sobie poszedł, bo w kancelarii nie jego miejsce, a on wci swoje, e musi si
rozmówi z panem kapitanem. Kapitan przyszedł i zaraz mu wlepił koszarniaka.
A ten wzi ł karabin i kropn ł go prosto w serce. Kula przeleciała panu
kapitanowi przez plecy i jeszcze narobiła szkody w kancelarii. Rozbiła butelk z
atramentem, a ten atrament rozlał si po urz dowych aktach.
- A co si stało z tym ołnierzem? - zapytała po chwili pani Müllerowa, gdy
Szwejk si ubierał.
- Powiesił si na szelkach - rzekł Szwejk czyszcz c melonik. - A te szelki nie
były jego własno ci . Musiał je sobie po yczy od stra nika, e niby to mu
opadały spodnie. A co? Miał mo e czeka , a go rozstrzelaj ? Nietrudno
zmiarkowa , moja pani Müllerowo, e w takich razach człowiekowi si we łbie
m ci. Stra nika za to zdegradowali i dali mu sze miesi cy. Ale nie siedział.
Uciekł do Szwajcarii i dzisiaj jest tam pono kaznodziej jakiego ko cioła. Mało
dzi dobrych ludzi, pani Müllerowo. Wyobra am sobie, e i pan arcyksi
Ferdynand w mie cie Sarajewie te si grubo zawiódł na tym człowieku, co do
niego strzelił. Widział jakiego pana i pomy lał sobie: „Jaki porz dny człowiek,
kiedy wiwatuje na moj cze .” A tymczasem ten pan trach! do niego. Kropn ł go
raz czy par razy?
- W gazetach pisz , prosz pana, e pan arcyksi
był podziurawiony jak
sito. Wystrzelił do niego wszystkie naboje.
- To idzie bardzo szybko, pani Müllerowo, strasznie szybko. Ja bym sobie na
co takiego kupił browning. Wygl da to jak cacko, ale tym cackiem mo na przez
dwie minuty powystrzela dwudziestu arcyksi t, chudych albo tłustych.
Chocia , mi dzy nami mówi c, pani Müllerowo, do tłustego arcyksi cia trafi
daleko łatwiej ni do chudego. Pami ta pani, jak to wtedy w Portugalii ustrzelili
sobie tego swego króla? Te był taki tłusty. Wiadomo, e król nie b dzie
chudeusz. Teraz id do gospody „Pod Kielichem”, a jakby tu kto przyszedł po
tego ratlerka, com za niego wzi ł zaliczk , to trzeba powiedzie , e mam go w
swojej psiarni na prowincji, e mu niedawno przyci łem uszy i e teraz nie mo na
go przewozi , póki mu si uszy nie zagoj , eby mu si nie zazi biły. Klucz pani
zostawi u stró ki.
W gospodzie „Pod Kielichem” siedział tylko jeden go . Był to wywiadowca
Bretschneider, b d cy na słu bie policji pa stwowej. Gospodarz Palivec zmywał
4
podstawki, a Bretschneider daremnie usiłował wyci gn go na powa n
rozmow .
Palivec był znany grubianin i co drugie jego słowo było „dupa” albo „gówno”.
Ale jednocze nie był oczytany i zalecał ka demu, aby sobie przeczytał, co o tym
drugim przedmiocie napisał Wiktor Hugo, przytaczaj c ostatni odpowied
napoleo skiej starej gwardii, dan Anglikom w bitwie pod Waterloo.
- Ładne mamy lato - rozpocz ł Bretschneider swoj powa n rozmow .
- Wszystko to gówno warte - odpowiedział Palivec układaj c podstawki w
kredensie.
- A to nam nawarzyli piwa w tym Sarajewie - ozwał si Bretschneider trac c
nadziej .
- W jakim Sarajewie? - zapytał Palivec. - W nuselskiej winiarni? Tam si co
dzie za łby wodz . Wiadomo, przedmie cie.
- W bo niackim Sarajewie, panie gospodarzu. Zastrzelili tam pana
arcyksi cia Ferdynanda. Co pan na to powie?
- Ja si do takich rzeczy nie mieszam, z tym niech mnie ka dy pocałuje w
dup - grzecznie odpowiedział Palivec zapalaj c fajk . - Do takich rzeczy miesza
si nie warto, bo mo na grubo oberwa . Mam swój handelek, i tyle. Gdy kto
przychodzi i ka e sobie poda piwa, to mu podam. Ale jakie tam Sarajewy,
polityka albo nieboszczyk pan arcyksi
to nie dla nas, bo mo na si dosta za
kraty na Pankrac.
Bretschneider zamilkł i pełen rozczarowania rozgl dał si po pustym szynku.
- Tutaj wisiał niegdy obraz najja niejszego pana - ozwał si znów po chwili akurat tam, gdzie teraz wisi lustro.
- A tak, ma pan racj - odpowiedział Palivec - wisiał tam, ale obsrywały go
muchy, wi c zaniosłem go na strych. Wiadomo, jak to bywa. Jeszcze by kto zrobił
głupi uwag i miałby człowiek kram. Potrzebne mi to?
- Ale w tym Sarajewie stała si rzecz paskudna, prawda, panie gospodarzu?
Na to pozornie proste, ale podst pne pytanie odpowiedział Palivec niezwykle
ostro nie:
- O tej porze bywa w Bo ni i Hercegowinie strasznie gor co. Jakem tam słu ył
w wojsku, to naszemu oberlejtnantowi musieli na głow lód przykłada .
- W jakim pułku słu ył pan, panie gospodarzu?
- Takie głupstwa nie trzymaj mi si w głowie. Nigdy si takimi bzdurami nie
zajmowałem i nigdy mnie nic takiego nie obchodziło - odpowiedział Palivec. Ciekawo pierwszy stopie do piekła.
Wywiadowca Bretschneider zamilkł ostatecznie, a jego ponura twarz
poja niała dopiero wówczas, gdy do gospody wszedł Szwejk, który kazał sobie
poda ciemne piwo, dodaj c znacz co:
- Bo w Wiedniu te dzi maj ałob .
W oczach Bretschneidera błysn ła nadzieja. Dorzucił rzeczowo:
- Na zamku w Konopiszcie jest dziesi czarnych chor gwi.
- A powinno by dwana cie - rzekł Szwejk popiwszy piwa.
- Dlaczego s dzi pan, e dwana cie? - zapytał Bretschneider.
- eby był równy rachunek, akurat tuzin. Łatwiej to zliczy , no i na tuziny
wszystko jest ta sze - odpowiedział Szwejk.
5
Zapanowała cisza, któr Szwejk przerwał westchnieniem:
- Wi c ju biedak ziemi gryzie, Panie wie nad jego dusz ! Nie doczekał si
nawet cesarzowania. Jak byłem w wojsku, to jeden generał spadł z konia i zabił
si na dobre. Chcieli go podnie i wsadzi na konia, a tu patrz , zupełnie
martwy. A te miał dosta awans na feldmarszałka. Stało si to przy przegl dzie
wojska. Wszystkie te przegl dy nigdy nie wychodziły na dobre. W Sarajewie te
był jaki przegl d. Pami tam, e pewnego razu brakowało mi przy takim
przegl dzie dwadzie cia guzików przy mundurze i e mnie za to wsadzili na dwa
tygodnie do pojedynki, a przez dwa dni le ałem jak ten łazarz w kij zwi zany. Ale
w wojsku dyscyplina musi by , bo inaczej nikt by sobie z niczego nic nie robił.
Nasz oberlejtnant Makovec mawiał nam nieraz: „Dyscyplina musi by , wy łby
zakute, bo bez niej to by cie łazili po drzewach jak te małpy, ale wojsko zrobi z
was ludzi, wy tr by powietrzne!” A czy nie miał racji? Przedstawmy sobie park
na przykład na Placu Karola, a na ka dym drzewie taki ołnierz bez dyscypliny.
Tego si zawsze najbardziej obawiałem.
- W Sarajewie, w całej tej sprawie, maczali palce Serbowie - nawi zywał pan
Bretschneider.
- Myli si pan - odpowiedział Szwejk. - To zrobili Turcy przez t Bo ni i
Hercegowin .
I Szwejk rozwin ł swoje pogl dy na mi dzynarodow polityk Austrii na
Bałkanach: Turcy przegrali wojn w roku 1912 z Serbi , Bułgari i Grecj .
Chcieli, eby ich Austria poratowała, a gdy Austria nie chciała, zastrzelili
Ferdynanda.
- Lubisz Turków? - zwrócił si Szwejk do gospodarza Palivca. - Lubisz tych
psów poga skich? Prawda, e nie lubisz?
- Ka dy go jest dobry - odpowiedział Palivec - niech sobie b dzie i Turek.
Dla nas, kupców, polityka nie ma znaczenia. Zapła za piwo, sied sobie w
knajpie i wygaduj, co ci lina na j zyk przyniesie. To moja zasada. Czy to zrobił
temu naszemu Ferdynandowi Serb czy Turek, katolik czy mahometanin,
anarchista czy młodoczech, mnie wszystko jedno.
- Dobrze, panie gospodarzu - ozwał si Bretschneider, który znowu stracił
nadziej , czy uda si przyłapa jednego z tych dwóch na jakim słowie - ale
zgadza si pan chyba, e to wielka strata dla Austrii.
Zamiast gospodarza odpowiedział Szwejk:
- Strata bo strata, przeczy temu nie mo na. Okropna strata. Ferdynanda nie
mo e zast pi pierwszy lepszy cymbał. Tylko szkoda, e nie był jeszcze
tłu ciejszy.
- Niby dlaczego? - o ywił si Bretschneider.
- Niby dlaczego? - odpowiedział spokojnie Szwejk. - Niby dlatego, e jakby był
jeszcze tłu ciejszy, to byłby go trafił szlag ju dawniej, kiedy w Konopiszcie gonił
babiny zbieraj ce w jego lesie chrust i grzyby, i nie potrzebowałby umiera tak
nieprzystojn mierci . W głowie si człowiekowi nie mie ci: stryjaszek
najja niejszego pana, a siaki taki go zastrzelił. Przecie to wstyd, bo w gazetach o
tym pełno. U nas w Budziejowicach przed paru laty w czasie jednej małej
sprzeczki na targu bydl cym przebili niejakiego Brzecisława Ludvika, handlarza
bydła. Ten kupiec miał syna Bogusława i gdziekolwiek ten syn przyszedł ze
6
winiami na sprzeda , nikt od niego nie chciał nic kupi , a ka dy mawiał: „To syn
tego przebitego, to musi by te łotr niezgorszy.” Musiał w Krumlovie skoczy z
mostu do Wełtawy, musieli go wyci ga , musieli go cuci , musieli z niego wod
pompowa , a on im musiał umrze w obj ciach lekarza akurat wtedy, gdy ten mu
co zastrzykiwał pod skór .
- Sk d pan bierze takie dziwne porównania? - rzek Bretschneider z
naciskiem. - Mówi pan najpierw o Ferdynandzie, a potem o handlarzu bydła.
- Znik d nie bior adnych porówna - bronił si Szwejk. - Niech mnie Bóg
broni, ebym ja miał kogo do kogo porównywa ! Pan gospodarz mnie zna. No,
powiedz sam, e nigdy nikogo do nikogo nie przyrównywałem. Tylko e nie
chciałbym by w skórze tej wdowy po arcyksi ciu. Co ona teraz zrobi? Dzieci
sieroty, dobra na Konopiszcie bez pana. A wydawa si znowu za jakiego nowego
arcyksi cia?... Co by z tego miała? Pojechałaby z nim znowu do Sarajewa i
zostałaby wdow po raz drugi. We Zliviu koło Hlubokiej był przed laty gajowy, a
miał takie obrzydliwe nazwisko Kurdupel. Kłusownicy go zastrzelili, a została po
nim wdowa z dwojgiem dzieci i po roku wyszła znowu za gajowego Pepika
Szevtoviaka z Mydlovarów. I tego zastrzelili tak e. Wyszła za m po raz trzeci i
znowu za gajowego, mówi c sobie: „Do trzech razy sztuka. Je li i to si nie uda, to
ju nie wiem, co zrobi .” Rzecz prosta, e i tego zastrzelili, a ona tymczasem
miała z tymi gajowymi ju sze cioro dzieci. Była nawet w kancelarii ksi cia pana
w Hlubokiej i skar yła si na swoje utrapienie z tymi gajowymi. Wi c jej
nastr czyli dozorc stawów, Jaresza, spod Ra ickiej Baszty. I powiedzcie
pa stwo: utopili jej chłopa przy połowie ryb, a miała z nim dwoje dzieci! Potem
wydała si za trzebiciela nierogacizny z Vodnian, a ten pewnej nocy trzepn ł j
siekier i dobrowolnie poszedł si oskar y . Gdy go potem z wyroku s du
okr gowego w Pisku wieszali, ugryzł ksi dza w nos, powiedział, e niczego nie
ałuje, a do tego powiedział jeszcze co bardzo brzydkiego o najja niejszym panu.
- A nie wie pan czasem, co takiego powiedział? - zapytał Bretschneider głosem
pełnym nadziei.
- Tego powiedzie panu nie mog , bo nikt si tego nie odwa y powtórzy . Ale
było to podobno co tak okropnego, e pewien radca s dowy, który był przy tym,
oszalał od tego i jeszcze dzisiaj trzymany jest w izolacji, eby si nie wydało. Nie
była to zwyczajna obraza najja niejszego pana jakiej si ludzie dopuszczaj po
pijanemu.
- A jakiej obrazy najja niejszego pana dopuszczaj si ludzie po pijanemu? zapytał Bretschneider.
- Prosz was, panowie, mówcie o innych sprawach - ozwał si Palivec. - Wiecie
dobrze, e takich rzeczy nie lubi . Słówko z pyska wyleci, a potem bieda.
- Jakiej obrazy najja niejszego pana dopuszczaj si ludzie po pijanemu? powtórzył Szwejk. - Rozmaicie bywa. Upij si pan, ka sobie zagra austriacki
hymn, a zobaczysz, co b dziesz mówił. Wymy li pan sobie tyle ró nych rzeczy o
panu cesarzu, e gdyby cho połowa z tego była prawd , to miałby biedak wstydu
na całe ycie. Ale ten starszy pan naprawd nie zasługuje na takie traktowanie.
We pan na przykład tak rzecz: syna Rudolfa stracił w młodocianym wieku, w
pełnej sile m skiej. Mał onk El biet przebili mu pilnikiem, potem zgin ł mu
Jan Orth, brata jego, cesarza meksyka skiego, zastrzelili w jakiej twierdzy przy
7
jakim murze, a teraz na stare lata zastrzelili mu stryjaszka. I raptem schla si
jaki pijanica i zacznie na niego wygadywa . Przecie takie rzeczy działaj na
nerwy. Gdyby si dzisiaj miało co zdarzy , to z dobrej woli pójd i b d słu ył
panu cesarzowi do ostatka sił.
Szwejk napił si dokumentnie i ci gn ł dalej:
- My lisz pan mo e, e najja niejszy pan pu ci to płazem? Nie znasz go pan w
takim razie. Wojna z Turkami musi by . Zabili cie mi stryjaszka, to ja was te
przez pysk zdziel . Wojna jest pewna. Serbia i Rosja dopomog nam w tej
wojnie. Ej, b dzie rze , a miło!
W tym proroczym natchnieniu Szwejk był pi kny. Jego dobroduszna twarz,
u miechni ta jak ksi yc w pełni, promieniała zapałem. Wszystko wydawało mu
si bardzo jasne.
- Mo e si zdarzy - wywodził dalej, mówi c o przyszło ci Austrii - e w razie
wojny z Turcj napadn na nas Niemcy, bo Niemcy i Turcy trzymaj z sob . To
takie dranie, e drugich takich nie ma na wiecie. Ale mo emy si sprzymierzy z
Francj , która od roku siedemdziesi tego pierwszego krzywo patrzy na Niemca. I
damy sobie rad . Wojna b dzie, wi cej nie powiem. Bretschneider wstał i rzekł
uroczy cie:
- Wi cej pan mówi nie potrzebuje. Niech pan wyjdzie ze mn do sieni to
panu co powiem.
Szwejk wyszedł za wywiadowc do sieni, gdzie go oczekiwała mała
niespodzianka, gdy jego kompan od stolika pokazał mu orzełka i rzekł, e go
aresztuje i e natychmiast zaprowadzi go do dyrekcji policji. Szwejk starał si
wytłumaczy i wywodził, e ten pan si zapewne myli, bo on jest całkiem
niewinny, jako e nie wymówił ani jednego słowa, które mogłoby kogokolwiek
obrazi .
Bretschneider o wiadczył jednak, i Szwejk faktycznie dopu cił si kilku
czynów karalnych, po ród których pewn rol gra tak e zbrodnia zdrady stanu.
Potem powrócił do gospody i Szwejk rzekł do Palivca:
- Mam pi piw i jeden rogalik z parówkami. Teraz daj mi jeszcze jedn
liwowic , bo ju musz i , jako e jestem aresztowany.
Bretschneider pokazał Palivcowi orzełka; przez chwil spogl dał na niego, a
potem zapytał:
- Czy pan onaty?
- onaty.
- A czy pa ska mał onka mo e prowadzi interes w czasie pa skiej nieobecno ci?
- Mo e.
- A wi c wszystko w porz dku, panie gospodarzu - wesoło rzekł
Bretschneider. - Zawoła pan swoj on , przeka e jej wszystko, a wieczorem
przyjdziemy po pana.
- Nie przejmuj si tym - pocieszył go Szwejk. - Mnie zabieraj tylko z powodu
zdrady stanu.
- Ale za co mnie - biadał Palivec. - Ja byłem taki ostro ny!
Bretschneider u miechn ł si i rzekł zwyci sko:
8
- Za to, e pan powiedział, e muchy srały na najja niejszego pana. Ju tam
panu najja niejszego pana z głowy wybij .
Szwejk opu cił gospod „Pod Kielichem” w towarzystwie wywiadowcy; gdy
wyszli na ulic , zapytał go nie przestaj c spogl da z dobrotliwym u miechem na
jego twarz:
- Czy ka e mi pan zej z trotuaru?
- Dlaczego?
- S dz , e jako aresztowany nie mam prawa chodzi po trotuarze.
Kiedy wchodzili do bramy dyrekcji policji, rzekł Szwejk:
- Tak mile zleciał nam czas. Czy cz sto bywa pan „Pod Kielichem”?
Podczas gdy Szwejka prowadzono do kancelarii, w której przyjmowano
aresztantów, Palivec przekazywał gospod „Pod Kielichem” swojej płacz cej
onie pocieszaj c j na swój sposób:
- Nie płacz, nie rycz, co mi mog zrobi za zasrany obraz najja niejszego
pana?
W taki to sposób dobry wojak Szwejk wkroczył na widowni wojny
wiatowej, po swojemu mile i ujmuj co. Historyków zainteresuje niezawodnie to,
i przewidywał dalek przyszło . Je li sytuacja rozwin ła si potem nieco
inaczej, ni on malował j „Pod Kielichem”, musimy wzi pod uwag fakt, e
brak mu było gruntownego wykształcenia dyplomatycznego.
9
Rozdział 2
DOBRY WOJAK SZWEJK W DYREKCJI POLICJI
Zamach w Sarajewie zapełnił dyrekcj policji licznymi ofiarami.
Przyprowadzali tu jednego po drugim, a stary inspektor w kancelarii powtarzał
głosem dobrodusznego człowieka:
- le wyjdziecie na tym Ferdynandzie.
Gdy Szwejka zamkni to w jednej z licznych cel na pierwszym pi trze, znalazł
tam towarzystwo sze ciorga osób. Pi ciu aresztantów siedziało przy stole, a w
rogu na pryczy, jakby stroni c od reszty, siedział m czyzna w rednim wieku.
Szwejk zacz ł rozpytywa jednego po drugim, za co zostali aresztowani.
Od tych pi ciu, którzy siedzieli przy stole, otrzymał niejako jednobrzmi c
odpowied :
- Za Sarajewo!
- Za Ferdynanda!
- Za zamordowanie pana arcyksi cia!
- Przez Ferdynanda!
- Za to, e pana arcyksi cia zastrzelili w Sarajewie!
Szósty, który stronił od tych pi ciu, rzekł, e nie chce mie z nimi nic
wspólnego, eby na niego nie padło jakie podejrzenie, bo on został aresztowany
jedynie za usiłowanie popełnienia morderstwa rabunkowego na pewnym
gospodarzu z Holic.
Szwejk przył czył si do towarzystwa spiskowców siedz cych przy stole,
którzy ju po raz dziesi ty opowiadali sobie, w jaki sposób si tutaj dostali.
Wszyscy oprócz jednego zostali aresztowani b d w gospodzie, b d w
winiarni albo w kawiarni. Wyj tkiem był niezwykle otyły pan w okularach, z
oczyma zapłakanymi, którego aresztowano we własnym mieszkaniu; ten na dwa
dni przed zamachem w Sarajewie w gospodzie u „Brejszki” płacił za dwóch
serbskich studentów politechniki, a prócz tego widziano go pijanego w ich
towarzystwie, w „Montmartrze” przy ulicy Ła cuchowej, gdzie, jak to
potwierdził w protokole własnym podpisem, tak e za nich płacił. Widział go tam
wywiadowca Brixi.
Na wszystkie pytania podczas ledztwa wst pnego kwilił stereotypowo:
- Ja mam handel papierem.
Na co otrzymywał podobnie stereotypow odpowied :
- To pana nie tłumaczy.
Pan małego wzrostu, którego spotkała ta przygoda w winiarni, był
profesorem historii i wykładał wła cicielowi winiarni dzieje ró nych zamachów.
Aresztowany został w chwili, kiedy ko czył psychologiczn analiz zjawiska tymi
słowy:
- Idea zamachu jest tak prosta jak jajko Kolumba.
- I taka jasna jak to, e pan si dostanie na Pankrac - uzupełnił jego zdanie
komisarz policji przy badaniu.
Trzeci spiskowiec był prezesem dobroczynnego stowarzyszenia „Dobromil” w
Hodkoviczkach. Tego dnia, w którym dokonano zamachu, „Dobromil” urz dzał
10
zabaw ogrodow poł czon z koncertem. Wachmistrz andarmerii przybył do
ogrodu i wezwał uczestników, eby si rozeszli, bo Austria ma ałob , na co
prezes „Dobromila” odpowiedział dobrodusznie:
- Zaczekaj pan chwileczk , niech dograj Hej, Słowianie. Teraz siedział w
areszcie z głow spuszczon i narzekał:
- W sierpniu mamy nowe wybory zarz du. Je li do tego czasu nie b d w
domu, to si mo e zdarzy , e mnie nie wybior . Ju po raz dziesi ty jestem
prezesem. Ja tego wstydu nie prze yj .
W osobliwy sposób poigrał sobie nieboszczyk Ferdynand z czwartym
aresztantem, m em czystego charakteru i nienagannej przeszło ci. Przez całe
dwa dni uchylał si od jakiejkolwiek rozmowy o Ferdynandzie, a wieczorem w
kawiarni przy mariaszu, zabijaj c oł dnego króla atutow siódemk
dzwonkow , rzekł:
- Siedem dzwonków jak siedem kul w Sarajewie.
Pi ty z aresztowanych, jak si sam wyraził; siedział za morderstwo
popełnione na arcyksi ciu w Sarajewie; jeszcze teraz miał włosy i w sy zje one z
przera enia, tak e głowa jego przypominała pinczera.
W restauracji, w której go aresztowano, nie odezwał si ani słowem, ba, nawet
nie czytał gazet o zabiciu Ferdynanda i siedział przy stole zupełnie sam, gdy wtem
podszedł do niego jaki pan, usiadł naprzeciw i rzekł z po piechem:
- Czytał pan o tym?
- Nie czytałem.
- Wie pan o tym?
- Nie wiem.
- A wie pan, o co chodzi?
- Nie wiem, bo mnie to nie interesuje.
- A jednak powinno to pana interesowa .
- Nie wiem, co by mnie mogło interesowa . Wypal cygaro, wypij par kufli,
zjem kolacj , i do . Gazet nie czytam. Gazety kłami . Po co si denerwowa ?
- Wi c pana nie interesuje nawet to morderstwo w Sarajewie?
- Mnie w ogóle adne morderstwo nie interesuje, czy w Pradze, czy w
Wiedniu, czy w Sarajewie, czy w Londynie. Od tego s urz dy, s dy i policja. Je li
gdzie kiedy kogo zabij , to dobrze mu tak, po co jest bałwan i taki nieostro ny,
e si da zabi ?
Były to jego ostatnie słowa w tej rozmowie. Od tej chwili powtarzał gło no w
pi ciominutowych pauzach te słowa:
- Ja jestem niewinny. Ja jestem niewinny.
Słowa te wykrzykiwał i w bramie dyrekcji policji, słowa te b dzie powtarzał i
przy przewo eniu go do s du karnego w Pradze i z tymi słowy wkroczył do swej
celi wi ziennej.
Gdy Szwejk wysłuchał wszystkich tych straszliwych opowie ci spiskowych,
uznał za wła ciwe pouczy spiskowców o całkowitej beznadziejno ci ich sytuacji.
- Oj, le z nami wszystkimi - zacz ł swoje słowa pociechy. - Nie jest to prawda,
jak mówicie, e wam czy nam wszystkim nie mo e sta si nic złego. Od czego
mamy policj , jak nie od tego, eby nas karała za nasze gadulstwo? Je li nastały
takie niebezpieczne czasy, e strzelaj do arcyksi t, to nikt nie powinien si
11
dziwi , e go przyprowadz do dyrekcji policji. To wszystko robi si dla pompy,
eby Ferdynand miał reklam przed swoim pogrzebem. Im wi cej nas tu b dzie,
tym lepiej dla nas, bo nam b dzie weselej. Kiedym słu ył w wojsku, to nieraz pół
kompanii siedziało w pace. A ilu to niewinnych ludzi zostało skazanych! I nie
tylko w wojsku, ale i przez inne s dy. Pami tam, e raz jedna kobieta została
skazana za to, e udusiła swoje nowo narodzone bli ni ta. Chocia przysi gała, e
nie mogła udusi bli ni t, bo urodziła si jej tylko jedna dziewczynka, któr
udało si udusi całkiem bez bólu, to jednak skazana została za podwójne
morderstwo. Albo na przykład ten niewinny Cygan w Zabiehlicach, co si włamał
do sklepiku w noc Bo ego Narodzenia. Przysi gał, e chciał si tylko ogrza , i nic
mu to nie pomogło. Jak tylko s d we mie co w swoje r ce, to ju klapa.
Widocznie tak ju musi by . Mo liwe, e wszyscy ludzie nie s takimi draniami,
jak o nich nale y przypuszcza , ale w jaki sposób odró nisz dzisiaj człowieka
dobrego od gałgana, osobliwie teraz, w takich powa nych czasach, gdy
zakatrupili tego Ferdynanda. Tam u nas, kiedym słu ył w wojsku w
Budziejowicach, zastrzelili w lesie za placem wicze psa pana kapitana. Kiedy
si o tym kapitan dowiedział, zwołał nas wszystkich, kazał nam stan w szeregu i
powiada, eby co dziesi ty wyst pił. Rzecz prosta, e i ja byłem dziesi ty i tak
stali my habacht, nawet nie mrugn wszy. Kapitan chodzi sobie koło nas i
powiada: „Wy psubraty, podlecy, wintuchy, hieny c tkowane, tak bym wam z
przyjemno ci wlepił pojedynk za tego psa, posiekałbym was na makaron,
porozstrzeliwał i zrobił karpia na niebiesko. eby cie wiedzieli, e si z wami nie
b d bawił, daj wam wszystkim dwa tygodnie koszarniaka.” Widzicie, panowie,
wtedy chodziło tylko o pieska, a teraz chodzi przecie o pana arcyksi cia. I
dlatego trzeba wszystkim nap dzi strachu, eby ałoba była jak si patrzy.
- Ja jestem niewinny. Ja jestem niewinny - powtarzał człowiek o zje onych
włosach.
- Chrystus Pan te był niewinny - rzekł Szwejk - i te go ukrzy owali. Nigdy
nikomu nie zale ało na jakim tam niewinnym człowieku. ”Maul halten und
weiter dienen!” - jak nam mawiali w wojsku. To najlepsze i najpi kniejsze.
Szwejk wyci gn ł si na pryczy i usn ł snem sprawiedliwego.
Tymczasem przybyło dwóch nowych aresztantów. Jeden z nich był
Bo niakiem. Chodził po celi, zgrzytał z bami i co drugie jego słowo brzmiało:
„Jebem ti duszu.”M czyła go my l, e w dyrekcji policji zginie mu jego koszyk.
Drugim go ciem był Palivec, wła ciciel gospody, który zauwa ywszy swego
znajomego, Szwejka, zbudził go i głosem pełnym tragizmu zawołał:
- A wi c i ja tu jestem!
Szwejk u cisn ł mu serdecznie r k i rzekł:
- Ciesz si szczerze. Wiedziałem, e ten pan dotrzyma słowa, gdy zapewniał,
e wieczorem po pana przyjd . Taka punktualno to dobra rzecz.
Palivec zauwa ył wszak e, e taka punktualno gówno warta, i po cichu
spytał Szwejka, czy ci inni aresztanci nie s aby złodziejaszkami, bo to mogłoby
mu zaszkodzi jako wła cicielowi gospody.
Szwejk obja nił go, e wszyscy oprócz jednego pana, który dostał si tu za
usiłowanie popełnienia morderstwa rabunkowego na osobie gospodarza z Holic,
nale do ich towarzystwa i siedz przez pana arcyksi cia.
12
Palivec obraził si i rzekł, e nie został aresztowany dla jakiego głupiego
arcyksi cia, ale z powodu samego najja niejszego pana. Poniewa reszta
towarzystwa zacz ła si tym interesowa , opowiedział, jak to muchy zanieczy ciły
mu obraz cesarza.
- Zapaskudziły mi go, bestie - ko czył opowiadanie swej przygody - a mnie
zaprowadziły do kryminału. Ale ja tego tym muchom nie daruj - odgra ał si .
Szwejk udał si znowu na spoczynek, ale nie spał długo, bo przyszli po niego,
aby go zaprowadzi na ledztwo.
Id c schodami na przesłuchanie do trzeciego wydziału, Szwejk d wigał swój
krzy na szczyt Golgoty nie zdaj c sobie sprawy z własnego m cze stwa.
Zauwa ywszy napis, e plu na korytarzach nie wolno, poprosił policjanta,
aby mu pozwolił splun do spluwaczki, i promieniej c wielko ci swojej prostoty
wkroczył do kancelarii ze słowami:
- Dobry wieczór szanownym panom, wszystkim razem.
Zamiast odpowiedzi, kto szturchn ł go pod ebro i popchn ł do stołu, za
którym siedział pan o wyniosłym i urz dowym obliczu, o rysach twarzy pełnych
zwierz cego okrucie stwa, jakby wła nie wypadł z ksi ki Lombrosa Zbrodniarz
urodzony.
Krwio erczo spojrzał na Szwejka i rzekł:
- Nie udawaj pan takiego idioty.
- Bardzo mi przykro - odpowiedział Szwejk z wielk powag - ale w wojsku
byłem poddany superarbitracji z powodu idiotyzmu i urz dowo zostałem przez
nadzwyczajn komisj lekarsk uznany za idiot . Ja jestem idiota z urz du.
Pan o zbrodniczym wygl dzie zazgrzytał z bami.
- To, o co jeste pan oskar ony i czego si pan dopu cił, wiadczy, e masz
wszystkie klepki w porz dku.
I wymieniał Szwejkowi długi szereg ró nych zbrodni, poczynaj c od zdrady
stanu, a ko cz c na obrazie jego cesarskiej mo ci i członków domu cesarskiego.
Po ród tych przest pstw wyró niała si pochwała morderstwa arcyksi cia
Ferdynanda, st d za wywodziła si nowa gał przest pstw, w ród których
najpełniej ja niała zbrodnia podburzania do nieposłusze stwa władzom,
poniewa wszystko to stało si w lokalu publicznym.
- Co pan na to? - zwyci sko zapytał pan o rysach znamionuj cych wielkie
okrucie stwo.
- Ano, sporo si tego nazbierało - odpowiedział naiwnie Szwejk.
- Co za du o, to niezdrowo.
- No, widzi pan, sam si pan przyznaje.
- Ja si przyznaj do wszystkiego, prosz pana, dyscyplina musi by , bez
dyscypliny ładnie by my wygl dali. Jeszcze kiedym słu ył w wojsku...
- Stul pan g b ! - wrzasn ł radca policji na Szwejka - i mów pan tylko to, o co
si pytam. Rozumie pan?
- Jak ebym nie miał rozumie ? - rzekł Szwejk. - Posłusznie melduj , e
rozumiem i e we wszystkim, co pan raczy do mnie mówi , potrafi si
orientowa .
- Z kim pan utrzymuje stosunki?
- Ze swoj posługaczk , prosz pana.
13
- A w miejscowych kołach politycznych nie ma pan znajomych?
- Mam, prosz pana, kupuj sobie południowe wydanie gazety „Národni
Politika”, tej, jak si to mówi, suki...
- Precz! - wrzasn ł na Szwejka pan o zwierz cym wyrazie twarzy.
Gdy Szwejka wyprowadzano z kancelarii, rzekł:
- Dobrej nocy, wielmo ny panie.
Powróciwszy do izby aresztanckiej oznajmił Szwejk obecnym, e takie
przesłuchiwania to niezgorsza frajda.
- Troch tam pokrzycz , a w ko cu człeka wyp dz . Dawniej - wywodził bywało gorzej. Czytałem kiedy tak ksi k , e oskar eni musieli chodzi po
rozpalonym elazie i pi roztopiony ołów, eby si pokazało, kto jest niewinny.
Albo wtykali takiemu nogi w buty hiszpa skie i rozci gali go na drabinie, je li nie
chciał si przyzna , albo te przypalali mu boki stra ackimi pochodniami, jak to
robili na przykład wi temu Janowi z Nepomuka. Podobno ryczał przy tym,
jakby go ze skóry łupili, i nie zamilkł, dopóki nie zrzucili go z mostu Eliszki do
Wełtawy, i to w worku nieprzemakalnym. Takich wypadków było wi cej, a
jeszcze na dobitk człowieka wiartowali albo wbijali go na pal gdziesik tam koło
Muzeum. A je li wtr cili tylko takiego do wie y na mier głodow , to czuł si z
uciechy jako nowo narodzony.
Dzisiaj to jedna wielka frajda dosta si do kryminału - pochwalał Szwejk
nowe czasy - nie ma wiartowania, nie ma hiszpa skich butów. Prycze mamy, stół
mamy, ławki mamy, nie potrzebujemy pcha si jeden na drugiego, zup
dostajemy, chleb te nam daj , dzban wody przynios , wychodek mamy pod
nosem. We wszystkim wida post p. Prawda, e na ledztwo troch niby daleko,
bo a przez trzy korytarze i o pi tro wy ej, ale za to na korytarzach jest czysto i
jaki ruch! Tu prowadz jednego, tam drugiego, młodego, starego, płci m skiej,
płci e skiej. Człek si cieszy ju i z tego, e nie siedzi tu sam. Ka dy idzie
spokojnie swoj drog i nie potrzebuje si obawia , e mu w kancelarii powiedz :
„Wi c naradzili my si i jutro zostanie pan po wiartowany albo spalony na
stosie, wedle swego własnego wyboru.” Rozmy lanie o takich rzeczach byłoby z
pewno ci nielekkie, a ja s dz , panowie, e niejeden z nas byłby w takim
momencie całkiem zdetonowany. No, dzisiaj stosunki zmieniły si ju na nasz
korzy .
Wła nie ko czył apologi współczesnego wi zienia, gdy dozorca otworzył
drzwi i zawołał:
- Szwejk, ubra si i dalej na ledztwo!
- Ja si ubior - odpowiedział Szwejk - przeciwko temu nie mam nic do
powiedzenia, ale boj si , e to pewno pomyłka, bo ju raz zostałem ze ledztwa
wyrzucony. I jeszcze si boj , aby reszta tych panów, co tutaj s razem ze mn ,
nie pogniewała si na mnie, e ja chodz dwa razy z kolei na ledztwo, a oni nie
byli tam dzisiejszego wieczora jeszcze ani razu. Mo e to wzbudzi zawi .
- Wyłazi i nie gl dzi ! - brzmiała odpowied na d entelme ski wywód
Szwejka.
Szwejk znalazł si znowu przed panem o zbrodniczym wygl dzie, który bez
jakiegokolwiek wst pu zapytał go twardo i nieubłaganie:
- Przyznaje si pan do wszystkiego?
14
Szwejk zwrócił na nieubłaganego człowieka swoje dobre modre oczy i rzekł
mi kko:
- Je li pan sobie yczy, prosz pana, abym si przyznał, to si przyznaj , bo
mnie to nic nie szkodzi. Ale gdyby pan powiedział: „Szwejku, nie przyznawajcie
si do niczego” - to si b d wykr cał ze wszystkich sił.
Surowy pan pisał co w aktach i podawszy Szwejkowi pióro kazał mu si
podpisa .
I Szwejk podpisał oskar enie Bretschneidera wraz z dodatkiem:
„Wszystkie wy ej wymienione oskar enia przeciwko mnie opieraj si na
prawdzie.
Józef Szwejk”
Podpisawszy zwrócił si do surowego pana:
- Czy ka e mi pan jeszcze co podpisa ? Czy mo e mam przyj dopiero jutro
rano?
- Z rana zostanie pan wywieziony do s du karnego - usłyszał w odpowiedzi.
- O której godzinie, prosz pana? ebym przecie, bro mnie Bo e, nie zaspał!
- Precz! - zagrzmiało na Szwejka dzisiaj po raz drugi to słowo zza stołu, przy
którym stał.
Powracaj c do swego nowego zakratowanego mieszkania Szwejk rzekł do
dozorcy, który go przyprowadził:
- Wszystko tu jest akuratnie jak w zegarku.
Gdy tylko drzwi si za nim zamkn ły, współwi niowie zasypali go mnóstwem
pyta , na które Szwejk odpowiedział jasno:
- Dopiero co si przyznałem, e zabiłem arcyksi cia Ferdynanda.
Sze cioro łudzi skuliło si w przestrachu pod zawszonymi kocami, tylko
Bo niak rzekł:
- Dobro doszli.
Układaj c si na pryczy mówił Szwejk:
- Głupia sprawa, e nie mamy tutaj budzika.
Ale rano zbudzili go bez budzika i punktualnie o szóstej wywiózł Szwejka
„zielony Anton” do krajowego s du karnego.
- Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje - rzekł Szwejk do swoich towarzyszy
podró y, gdy „zielony Anton” wyje d ał z bramy dyrekcji policji.
15
Rozdział 3
SZWEJK PRZED LEKARZAMI S DOWYMI
Czyste, przytulne pokoiki krajowego s du karnego wywarły na Szwejku jak
najlepsze wra enie. Wybielone ciany, czarno malowane kraty i otyły pan
Demartini, starszy dozorca aresztu ledczego, z fioletowymi lampasami i
wypustkami na urz dowej czapce, wszystko mu si podobało. Barwa fioletowa
przepisana jest nie tylko tutaj, lecz i przy obrz dach ko cielnych w rod
Popielcow i w Wielki Pi tek.
Powtarza si przesławna historia rzymskiego panowania nad Jerozolim .
Wi niów wyprowadzano i przedstawiano ich piłatom z roku tysi c dziewi set
czternastego, rezyduj cym na parterze. A s dziowie ledczy, nowocze ni piłaci,
zamiast rzetelnie umy r ce, posyłali sobie po paprykarz i piwo pilzne skie do
Teissiga, dostarczaj c coraz nowych oskar e prokuraturze.
Tutaj w wi kszo ci wypadków znikała wszelka logika, a zwyci ał §, dusił §,
bałwanił §, parskał §, miał si §, groził §, zabijał §, i nie przepuszczał nikomu.
Byli to onglerzy praw, kapłani liter kodeksowych, po eracze oskar onych,
tygrysy austriackiej d ungli, wymierzaj cy skok na oskar onego podług
numerów paragrafów.
Wyj tek stanowiło kilku panów - (tak samo jak i w dyrekcji policji), którzy
kodeksem nie przejmowali si nadmiernie, bowiem wsz dzie znajdzie si ziarno
pszenicy w ród k kolu.
Do jednego z takich panów przyprowadzono Szwejka na ledztwo. Starszy
pan o wygl dzie dobrodusznym, ten sam, który niegdy , badaj c znanego
morderc Valesza, nie zapomniał nigdy rzec do niego: „Raczy pan usi , panie
Valesz, akurat mamy tu wolne krzesełko.”
Gdy Szwejka przyprowadzono do niego, pan ten poprosił go z wrodzon sobie
uprzejmo ci , aby usiadł, i rzekł:
- A wi c to pan jest ten Szwejk?
- Przypuszczam - odpowiedział Szwejk - e musz nim by , bo mój ojciec był
Szwejk, a matka pani Szwejkowa. Nie mog zrobi im takiego wstydu, ebym si
miał wypiera swego nazwiska.
yczliwy u miech przeleciał po twarzy radcy s dowego prowadz cego
dochodzenie.
- Nawarzył pan sobie ładnego piwa. Du o sprawek ma pan na sumieniu.
- Ja mam zawsze du o na sumieniu - rzekł Szwejk u miechaj c si jeszcze
uprzejmiej ni pan radca s du. - Mo e nawet mam na sumieniu wi cej, ni raczy
mie pan, wielmo ny panie.
- Wida to i w protokóle, który pan podpisał - nie mniej uprzejmym tonem
rzekł radca s du. - Czy nie wywierali na pana jakiego nacisku w dyrekcji policji?
- Bro Bo e, wielmo ny panie. Ja sam si ich pytałem, czy mam podpisa , a
gdy powiedzieli, ebym podpisał, to usłuchałem. Przecie nie b d si z nimi
wodził za łby dla własnego podpisu. Na dobre by mi taka rzecz nie wyszła.
Porz dek musi by .
- A czy pan si czuje zupełnie zdrowy, panie Szwejk?
16
- Zupełnie zdrowy to ja nie jestem, wielmo ny panie radco. Mam reumatyzm,
smaruj si opodeldokiem.
Starszy pan znowu u miechn ł si uprzejmie.
- Co by pan powiedział na to, gdyby my pana polecili zbada przez lekarzy
s dowych?
- Ja s dz , e nie jest tak le, eby ci panowie mieli na pró no traci dla mnie
czas. Mnie ju badał jeden doktor w dyrekcji, czy nie mam trypra.
- Wie pan co, panie Szwejku, my jednak zrobimy prób z tymi lekarzami
s dowymi. Zło ymy ładn komisyjk , przeka emy pana do aresztu ledczego, a
tymczasem pan sobie dobrze odpocznie. Na razie jedno pytanie: podług protokołu
miał pan si wyra a i rozgłasza , e teraz niedługo wybuchnie wojna.
- Prosz pana radcy, wojna wybuchnie w krótkim czasie.
- A czy nie miewa pan czasem jakich napadów?
- Napadów, prosz pana, nie mam, tylko raz byłbym o mały figiel wpadł pod
samochód na Placu Karola. Ale to ju ładnych par lat temu.
Na tym przesłuchanie zostało zako czone. Szwejk podał panu radcy s du
r k , a po powrocie do swego pokoiku rzekł s siadom:
- No, wi c przez to zamordowanie pana arcyksi cia Ferdynanda b d mnie
badali lekarze s dowi.
- Ja te ju byłem badany przez lekarzy s dowych - rzekł pewien młody
człowiek. - Było to wtedy, kiedym si z powodu dywanów dostał przed s d
przysi głych. Uznali mnie za słabego na umy le. Teraz przywłaszczyłem sobie
parow młockarni i nic mi nie mog ju zrobi . Wczoraj powiedział mi mój
adwokat, e je li raz zostałem uznany za słabego na umy le, to powinienem mie z
tego korzy na całe ycie.
- Ja tym lekarzom s dowym nic nie wierz - zauwa ył człowiek o
inteligentnym wygl dzie. - Kiedy razu pewnego sfałszowałem weksle, zacz łem na
wszelki wypadek chodzi na wykłady psychiatryczne doktora Heverocha, a gdy
mnie złapali, symulowałem paranoika akurat tak, jak wypadało podług tych
wykładów doktora Heverocha. Jednego z lekarzy ugryzłem w nog podczas
komisji, wypiłem atrament z kałamarza i wyknociłem si , z przeproszeniem, w
k cie izby przed cał komisj . Ale za to, em jednego z tych panów ugryzł w
łydk , uznali mnie za zupełnie zdrowego i byłem zgubiony.
- Ja si badania tych panów nic a nic nie boj - o wiadczył Szwejk. - Jakem
słu ył w wojsku, to mnie badał jeden weterynarz i nic mi si nie stało.
- Lekarze s dowi to dranie - ozwał si mały, skulony człowiek. - Niedawno
temu jakim trafem wykopano na mojej ł ce szkielet, a lekarze s dowi
powiedzieli, e ten szkielet był zamordowany jakim t pym narz dziem w głow , i
to przed czterdziestu laty. Ja mam lat trzydzie ci osiem i zostałem aresztowany,
chocia mam metryk chrztu, wyci g z ksi g stanu cywilnego i paszport.
- S dz - rzekł Szwejk - e na wszystko powinni my spogl da z tej drugiej,
pogodniejszej strony. Ka dy omyli si mo e, a musi si omyli tym bardziej, im
bardziej o czym rozmy la. Lekarze s dowi to ludzie, a ludzie maj swoje wady.
Raz trafiło mi si w Nuslach, e na mo cie na rzece Boticz podszedł do mnie w
nocy pewien pan, kiedym powracał z gospody „U Banzetów”, i trzasn ł mnie
bykowcem przez głow , a gdym le ał na ziemi, przyjrzał mi si przy wietle
17
latarki i powiada: „To pomyłka. To nie ten.” I tak go ta pomyłka rozzło ciła, e
mnie przeci gn ł bykowcem jeszcze raz przez plecy. Taka to ju jest natura
ludzka, e człowiek myli si a do mierci. Był te taki jeden, który znalazł w nocy
w ciekłego psa na pół zmarzłego, zabrał go z sob i wsun ł onie pod pierzyn ;
jak si ten pies rozgrzał i okrzepł, to pogryzł cał rodzin , a najmłodsze dziecko w
kołysce rozszarpał i ze arł. Albo dam wam przykład, jak w naszych stronach
pomylił si pewien tokarz. Otworzył sobie kluczem ko ciółek w. Michała w
Pradze na Podolu, bo my lał, e to jego dom, w zakrystii zdj ł buty, bo my lał, e
to ich kuchnia, poło ył si na ołtarzu, bo my lał, e to jego łó ko, i przykrył si
takimi zasłonami ze wi tymi napisami, a eby mu było wygodniej, pod głow
poło ył sobie Ewangeli i inne ksi gi wi te. Rano ko cielny znalazł go w ko ciele,
a ten, gdy si ju całkiem opami tał, powiada całkiem dobrodusznie, e to
pomyłka. ”Ładna pomyłka - rzekł ko cielny - kiedy przez t pomyłk b dziemy
musieli ko ciół na nowo wy wi ca ”. Potem tego tokarza badali lekarze s dowi i
dowiedli mu, e był zupełnie poczytalny i trze wy, poniewa gdyby był schlany,
toby nie trafił kluczem do zamku drzwi ko cielnych. Potem ten tokarz umarł na
Pankracu w wi zieniu. Dam wam te przykład, jak na Kladnie pomylił si pewien
pies policyjny, wilk tego znanego rotmistrza Rottera. Rotmistrz Rotter hodował
takie psy i robił do wiadczenia z włócz gami, tak e wszystkie w drusy zacz ły
Kladno omija . Wi c wydał rozkaz, eby andarmi za wszelk cen
przyprowadzili jakiego podejrzanego. Przyprowadzili mu tedy do przyzwoicie
ubranego człowieka, którego znale li w la skich lasach siedz cego na jakim
pniaku. Zaraz te kazał, aby mu odci li kawałek poły od surduta, dał ten kawałek
surduta obw cha swoim andarmskim psom, a potem zaprowadzili tego
człowieka do jakiej cegielni za miastem, a jego ladem pu cili te wytresowane
psy, które go te znalazły i przyprowadziły z powrotem. Potem ten człowiek
musiał włazi po drabinie na strych, skaka przez mur, wskoczy do stawu, a psy
za nim. W ko cu pokazało si , e ten człowiek to był jeden czeski poseł
radykalny, który wyjechał sobie na wycieczk do la skich lasów, bo go parlament
ju zmierził. Tote mówi , e ludzie maj swoje wady i myl si , czy to b dzie
uczony, czy te głupi, nieokrzesany idiota. Myl si i ministrowie.
Komisja s dowo-lekarska, która miała decydowa o tym, czy duchowy
horyzont Szwejka odpowiada, czy nie odpowiada wszystkim tym zbrodniom, o
które został oskar ony, składała si z trzech niezwykle powa nych panów o
pogl dach, którymi ka dy z nich ró nił si zasadniczo od pogl dów obu
pozostałych kolegów.
Panowie ci reprezentowali trzy ró ne szkoły psychiatryczne i ró ne pogl dy
naukowe.
Je li pomimo to w przypadku Szwejka doszło do całkowitej zgody mi dzy
trzema przeciwnymi sobie obozami, to da si to obja ni jedynie oszałamiaj cym
wra eniem, jakie na całej komisji wywarł Szwejk, gdy wszedłszy do sali, w której
miał by badany jego stan umysłowy, i ujrzawszy na cianie obraz austriackiego
monarchy, zawołał:
- Panowie, niech yje cesarz Franciszek Józef I!
Sprawa była zupełnie jasna. Spontaniczna manifestacja Szwejka usuwała cały
szereg kwestii, pozostawiaj c tylko niektóre najwa niejsze pytania: odpowied na
18
nie miała potwierdzi pierwotny s d o Szwejku w oparciu o system doktora
psychiatrii Kallersona, doktora Heverocha i Anglika Welkinga.
- Czy radium jest ci sze od ołowiu?
- Ja go, prosz panów, nie wa yłem - odpowiedział Szwejk ze swoim miłym
u miechem.
- Czy wierzysz pan w koniec wiata?
- Naprzód musiałbym ten koniec zobaczy - niedbale odpowiedział Szwejk. Ale z pewno ci jeszcze nie jutro nast pi.
- Czy potrafiłby pan obliczy przekrój kuli ziemskiej?
- Nie umiałbym, prosz panów - odpowiedział Szwejk - ale i ja bym panom te
mógł zada zagadk . Jest dom o trzech pi trach, ka de pi tro ma osiem okien. Na
dachu s dwa dymniki i dwa kominy. Na ka dym pi trze mieszkaj dwaj
lokatorzy. A teraz powiedzcie, panowie, którego roku umarła babka stró a?
Lekarze s dowi spojrzeli po sobie wymownie, niemniej jednak jeden z nich
zadał Szwejkowi jeszcze takie pytanie:
- Czy zna pan najwi ksz gł bi Oceanu Spokojnego?
- Nie znam, prosz panów - brzmiała odpowied - ale s dz , e z pewno ci
jest wi ksza ni w Wełtawie pod Skał Vyszehradzk .
Przewodnicz cy komisji zapytał krótko:
- Wystarczy?
Ale mimo to jeden z członków zadał Szwejkowi jeszcze takie pytanie:
- Ile b dzie, gdy dwadzie cia tysi cy osiemset dziewi dziesi t siedem
pomno ymy przez trzyna cie tysi cy osiemset sze dziesi t trzy?
- Siedemset dwadzie cia dziewi - odpowiedział Szwejk bez wahania.
- S dz , e to zupełnie wystarczy - rzekł przewodnicz cy komisji, a zwracaj c
si do stra nika rzekł: - Prosz odprowadzi tego oskar onego na dawne miejsce.
- Dzi kuj wam, panowie - grzecznie skłonił si Szwejk. - Mnie to te zupełnie
wystarczy.
Po jego wyj ciu kolegium trzech zgodziło si łatwo, e Szwejk jest notoryczny
matołek i idiota według wszystkich praw przyrody, wynalezionych przez
uczonych psychiatrów.
W relacji przesłanej s dziemu ledczemu było mi dzy innymi:
„Ni ej podpisani lekarze s dowi ustalaj całkowit t pot umysłow i
wrodzony kretynizm przedstawionego wy ej wymienionej komisji Józefa
Szwejka, która to t pota wyra a si takimi słowy, jak np.: "Niech yje cesarz
Franciszek Józef I!" - co samo przez si wystarcza do o wietlenia stanu
umysłowego Józefa Szwejka jako notorycznego matołka. Ni ej podpisana komisja
proponuje zatem:
1. Umorzy dochodzenie przeciwko Józefowi Szwejkowi.
2. Odesła Józefa Szwejka do kliniki psychiatrycznej dla ustalenia, jak dalece
jego stan umysłowy mo e sta si niebezpieczny dla otoczenia.”
Podczas gdy redagowano powy sze orzeczenie, Szwejk opowiadał swoim
współtowarzyszom:
- O Ferdynandzie nie było wcale mowy, ale rozmawiali ze mn o jeszcze
wi kszych cymbalstwach. Wreszcie powiedzieli my sobie, e to, o czym była
mowa, zupełnie nam wystarczy, i rozeszli my si .
19
- Ja tam nikomu nie wierz - zauwa ył mały, skulony człowieczek, na którego
ł ce przypadkowo wykopano szkielet. - Złodziej na złodzieju.
- I złodziejstwo te musi by - rzekł Szwejk kład c si na pryczy. - Gdyby
wszyscy ludzie yczyli sobie nawzajem dobrze, toby sobie niedługo łby pourywali.
20
Rozdział 4
SZWEJK WYP DZONY Z DOMU WARIATÓW
Gdy w czasach pó niejszych Szwejk opowiadał o yciu w domu wariatów, nie
znajdował słów na pochwał tej instytucji.
- Doprawdy, e nie mog zrozumie , dlaczego wariaty gniewaj si , e ka im
tam siedzie . Człowiek sobie mo e łazi nago po podłodze, wy jak szakal,
w cieka si i k sa . Gdyby człek zrobił co podobnego gdzie na promenadzie,
toby ludzie otwierali g by, ale tam takie rzeczy nale do najzwyczajniejszych.
Taka tam panuje wolno , o jakiej nawet socjalistom si nie niło. Mo na si tam
podawa za Pana Boga albo za Przenaj wi tsz Panienk , za papie a, za
angielskiego króla, za najja niejszego pana czy za wi tego Wacława, aczkolwiek
ten ostatni bywał ci gle wi zany i musiał nagi le e w izolatce. Był tam te jeden,
który wykrzykiwał, e jest arcybiskupem, ale nic nie robił, tylko arł, spał i
jeszcze z przeproszeniem robił co takiego, co mo na łatwo zrymowa , ale tam si
takich rzeczy nikt nie wstydzi. Jeden podawał si nawet za wi tego Cyryla i
Metodego, eby mu dawali podwójne porcje. Inny znowu był w ci y i ka dego
zapraszał na chrzciny. Siedziało tam pod kluczem bardzo du o szachistów,
polityków, rybaków i skautów, zbieraczy marek i fotografów-amatorów. Pewien
człowiek siedział z powodu jakich starych garnków, które nazywał popielnicami.
Jednego trzymali tam stale w kaftanie bezpiecze stwa, eby nie mógł wyliczy ,
kiedy nast pi koniec wiata. Spotkałem tam te kilku profesorów. Jeden z nich
stale chodził za mn i dowodził mi, e kolebka Cyganów jest w Karkonoszach, a
ten drugi obja niał mnie, e wewn trz kuli ziemskiej znajduje si jeszcze jedna,
daleko wi ksza od zewn trznej. Ka dy mógł tam wygadywa , co mu lina na
j zyk przyniosła, jakby był w parlamencie. Czasem opowiadali sobie tam bajki i
bili si , gdy z jak królewn le si sko czyło. Najbardziej op tany był jeden pan,
który podawał si za szesnasty tom „Leksykonu Naukowego” Otty i ka dego
prosił, eby go otworzył i odszukał hasło „Kartono owa maszyna do szycia”, bo
inaczej zginie. Uspokoił si dopiero wówczas, gdy mu nało ono kaftan
bezpiecze stwa. Chwalił to sobie, mówi c, e si dostał do prasy introligatorskiej,
i prosił, eby mu zrobili modny sznyt. W ogóle yło si tam jak w raju. Mo na
tam wrzeszcze , rycze , piewa , płaka , pobekiwa , j cze , skaka , modli si ,
fika kozły, chodzi na czworakach, podskakiwa na jednej nodze, kr ci si w
kółko, ta czy , hopsa , siedzie przez cały dzie w kucki i wdrapywa si na
ciany. Nikt do nikogo nie podejdzie i nie powie: „Tego robi nie wolno, to nie
wypada, tego si trzeba wstydzi , je li chcesz uchodzi za człowieka dobrze
wychowanego.” Ale trzeba doda , e nie brak tam całkiem cichych wariatów. Był
tam na przykład jeden wykształcony wynalazca, który ci głe dłubał w nosie i
tylko raz na dzie mówił: „W tej chwili wynalazłem elektryczno „. Nie ma co
gada , bardzo ładnie tam było i te kilka dni, które sp dziłem w domu wariatów,
nale do najpi kniejszych chwil mego ycia.
Istotnie, ju samo przywitanie, jakie oczekiwało Szwejka w domu wariatów,
gdy został tam przywieziony z s du krajowego na obserwacj , przeszło wszelkie
jego naj mielsze oczekiwania. Najpierw rozebrali go do naga, ubrali w mi kki
21
szlafrok i zaprowadzili do k pieli. Piel gniarze uj li go delikatnie pod rami , a
jeden z nich opowiadał mu wesoł anegdot o ydach. W łazience zanurzono go
w wannie z ciepł wod , a potem zaprowadzono pod chłodny natrysk.
Powtórzywszy to trzy razy, pytali go, jak mu si to podoba. Szwejk odpowiedział,
e to daleko lepsze od ła ni przy Mo cie Karola i e bardzo lubi si k pa .
- Je li jeszcze ostrzy ecie włosy i przytniecie paznokcie, to ju niczego mi nie
zabraknie do zupełnego szcz cia - dodał u miechaj c si przyjemnie.
I temu yczeniu uczynili zado , a potem porz dnie go umyli g bk , owin li w
prze cieradło i zanie li do pierwszego oddziału na łó ko, gdzie okryli go starannie
kołdr i poprosili, eby zasn ł.
Jeszcze dzisiaj Szwejk opowiada o tym wszystkim z zachwytem:
- Wyobra cie sobie, e mnie nie li, naprawd nie li. Było mi w owej chwili tak
błogo.
W łó ku z tej błogo ci zaraz zasn ł. Potem go obudzili i postawili przed nim
kubek mleka i bułk . Bułka była ju pokrajana na drobne kawałki i podczas gdy
jeden z piel gniarzy trzymał Szwejka za obie r ce, drugi maczał kawałki bułki w
mleku i karmił go nimi, jak si karmi g kluskami. Gdy ju był nakarmiony,
wzi li go pod pachy i zaprowadzili do ust pu, gdzie poprosili go, aby wykonał
mał i du potrzeb cielesn .
I o tej pi knej chwili wspomina Szwejk ze wzruszeniem, a nie potrzebuj
chyba powtarza jego słów o tym, co mu potem zrobili. Nadmieni tu jedynie, i
Szwejk mawia:
- Wyobra cie sobie, e jeden z nich trzymał mnie przy tym w obj ciach.
Gdy go przyprowadzili na sal , poło yli znowu do łó ka i znowu prosili, aby
zasn ł. A gdy zasn ł, zbudzili go i zaprowadzili do gabinetu na badanie, gdzie
Szwejk, stoj c zupełnie nagi przed dwoma lekarzami, przypomniał sobie sławne
czasy poboru do wojska. Mimo woli z ust wyrwało mu si słowo:
- Tauglich.
- Co mówicie? - zapytał jeden z lekarzy. - Zróbcie pi kroków naprzód i pi
w tył.
Szwejk zrobił od razu kroków dziesi .
- Mówiłem przecie, e macie zrobi pi kroków - mówił lekarz.
- Ja tam, prosz pana, paru kroków nie ałuj - odpowiedział Szwejk.
Potem wezwali go lekarze, aby usiadł na krze le, a jeden z nich stukał go w
kolana. Rzekł wtedy do drugiego lekarza, e odruchy s całkiem prawidłowe, ale
tamten pokr cił głow i sam zacz ł stuka go w kolana, podczas gdy pierwszy
przymykał i odchylał powieki Szwejka i przygl dał si jego renicom. Potem
oddalili si ku stołowi i wymienili kilka wyrazów łaci skich.
- Słuchajcie no, umiecie wy piewa ? - zapytał Szwejka jeden z lekarzy. Mo e nam za piewacie jak piosenk .
- Naturalnie, prosz panów - odpowiedział Szwejk. - Co prawda, nie mam ani
głosu, ani słuchu muzykalnego, ale je li panowie chc u y przyjemno ci, to
spróbuj spełni wasze yczenie.
I Szwejk za piewał:
Hej, ten młody mnich na ławie
Czoło nad prawic skłonił
22
I na blade swe policzki
Dwie gor ce łzy uronił...
- Dalej nie umiem - mówił Szwejk. - Je li panowie chc , to za piewam co
innego:
O, jak mi ci ko dzi na sercu,
Jak ci ko piersi si oddycha,
Gdy cicho siedz , z my l si biedz ,
A pier za dal t sknie wzdycha...
- I tego te dalej nie umiem - westchn ł Szwejk. - Umiem jeszcze pierwsz
strof Kde domow muj i Jenerał Windischgrätz i wojenne pany od samego
wschodu sło ca wojowały, i jeszcze par takich ludowych piosenek jak np. Bo e
chro cesarza, Jake my szli do Jaromierza i B d tysi ckro pozdrowiona...
Obaj panowie doktorzy spojrzeli po sobie i jeden z nich zadał Szwejkowi
pytanie:
- Czy wasz stan umysłowy był ju kiedy badany?
- W wojsku - odpowiedział Szwejk dumnie i uroczy cie - byłem przez panów
wojskowych lekarzy urz dowo uznany jako notoryczny idiota.
- Mnie si zdaje, e jeste cie symulant! - krzykn ł drugi lekarz na Szwejka.
- Ja, prosz panów - bronił si Szwejk - nie jestem aden symulant, ja jestem
naprawd idiota, mo ecie si panowie spyta w kancelarii 91 pułku w Czeskich
Budziejowicach albo w Komendzie Uzupełnie w Karlinie.
Starszy lekarz zrobił r k beznadziejny gest, a wskazuj c na Szwejka rzekł do
piel gniarzy:
- Temu człowiekowi oddacie ubranie i przeniesiecie go na trzeci oddział do
pierwszego korytarza, potem jeden z was wróci i zaniesie wszystkie jego papiery
do kancelarii. I powiecie tam, niech si piesz i pr dko spraw załatwiaj ,
eby my go tu zbyt długo nie mieli na karku.
Lekarze rzucili jeszcze jedno mia d ce spojrzenie na Szwejka, który z
szacunkiem cofał si ku drzwiom i grzecznie si kłaniał. Na pytanie jednego z
piel gniarzy, dlaczego robi takie głupstwa, odpowiedział:
- Poniewa jestem nie ubrany, czyli nagi, wi c nie chc na tych panów nic
takiego wypina , eby nie powiedzieli, e jestem niegrzeczny albo cham.
Od chwili gdy dozorcy otrzymali rozkaz zwrócenia Szwejkowi ubrania, nie
okazywali mu adnej troskliwo ci. Nakazali, aby si ubrał, a jeden z nich
odprowadził go na trzeci oddział, gdzie przez tych kilka dni, zanim w kancelarii
załatwiono urz dowo spraw jego wylania ze szpitala, Szwejk miał sposobno
poczynienia ciekawych spostrze e . Rozczarowani lekarze wystawili mu
wiadectwo, e jest „symulantem upo ledzonym na umy le”, a poniewa ze
szpitala wydalili go przed obiadem, doszło do drobnego zatargu.
Szwejk o wiadczył, e je li go z domu wariatów wyrzucaj , to powinni da mu
obiad.
Awanturze poło ył kres policjant wezwany przez od wiernego. Szwejk został
zaprowadzony do komisariatu przy ulicy Salma.
23
Rozdział 5
SZWEJK W KOMISARIACIE POLICJI PRZY ULICY SALMA
Po pi knych, słonecznych dniach sp dzonych w domu wariatów zwaliły si na
Szwejka godziny ci kich prze ladowa . Inspektor policji Braun zaaran ował
scen spotkania ze Szwejkiem z okrucie stwem rzymskich ołdaków z czasów
przemiłego cesarza Nerona Tak jak wtedy mawiano: „Rzu cie tego łajdaka
chrze cijanina lwom!” - tak inspektor Braun rzekł twardo:
- Za krat z nim!
Ani słówka wi cej, ani mniej. Tylko w oczach inspektora policji Brauna
pojawił si błysk perwersyjnej rozkoszy. Szwejk skłonił si i rzekł z godno ci :
- Jestem gotów, panowie. Mniemam, e krata znaczy to samo co separacja, a
to jeszcze nie najgorsze.
- Nie pytlujcie nam tu za wiele - odpowiedział policjant, na co Szwejk
zareplikował:
- Jestem całkiem skromny i wdzi czny za wszystko, co panowie dla mnie
uczyni racz .
W celi siedział na pryczy m niejaki w gł bokiej zadumie. Siedział
apatycznie. Gdy klucz zazgrzytał w zamku, miał tak min , jakby ani przez
chwil nie przypuszczał, e otwieraj drzwi, aby go wypu ci na wolno .
- Moje uszanowanie wielmo nemu panu - rzekł Szwejk siadaj c obok niego na
pryczy. - Która te mo e by godzina?
- Ja na godzin gwi d - odpowiedział m zamy lony.
- Jest tu nie najgorzej - nawi zywał Szwejk rozmow - na przykład ta prycza
jest z drzewa heblowanego.
Powa ny człowiek nie odpowiedział, ale wstał i zacz ł chodzi po celi krokiem
szybkim, przemierzaj c przestrze mi dzy prycz a drzwiami jakby si pieszył i
pragn ł co uratowa .
Tymczasem Szwejk z du ym zainteresowaniem przygl dał si napisom
nagryzmolonym na cianach. Był tam na przykład jeden napis, którego autor
przysi gał niebu toczy z policj walk na mier i ycie. Tekst był taki:
„Dam ja wam, dranie.”
Inny wi zie napisał:
„Całujcie mnie w nos, koguty.”
Inny stwierdził prosty fakt:
„Siedziałem tu 5 czerwca 1913 i obchodzono si ze mn przyzwoicie. Józef
Mareczek, kupiec z Vrszovic.”
Ale był tu te jeden napis wstrz saj cy do gł bi:
„Łaski, wielki Bo e!” - a pod tym dopisek:
„Pocałujcie mnie w d.”
Litera „d” była przekre lona, a na boku du ymi literami dopisano: „poł ”.
Jaka dusza poetycka napisała obok tego wiersz:
Nad strumykiem zasmucony siedz ,
Góra słonko złote przesłoniła,
24
A ja t sknym okiem w dal spogl dam,
Tam gdzie mieszka moja miła.
Człowiek, który biegał mi dzy drzwiami a prycz tak szybko, jakby chciał
zdoby rekord w biegu marato skim, zatrzymał si zdyszany, usiadł na dawnym
swoim miejscu, wsparł głow na dłoniach i rykn ł nagle:
- Wypu cie mnie na wolno !
- Nie, oni mnie nie wypuszcz - odpowiadał sam sobie - nie wypuszcz i nie
wypuszcz . Jestem tutaj ju od godziny szóstej rano.
Stał si nagłe rozmowny, wyprostował si i zapytał Szwejka:
- Czy nie ma pan przypadkiem rzemiennego pasa, ebym mógł z tym
sko czy !
- Z mił ch ci mog panu słu y - odpowiedział Szwejk odpinaj c pas. Jeszcze nigdy nie widziałem, jak si ludzie w areszcie wieszaj na rzemiennym
pasie. Tylko z tym kłopot - mówił Szwejk rozgl daj c si dokoła - e tu nigdzie
nie ma porz dnego haka. Klamka okienna pana nie utrzyma. Chyba e
powiesiłby si pan kl cz c na pryczy, jak zrobił ten mnich w klasztorze
emauskim, co si powiesił na krucyfiksie przez jedn młod ydówk . Ja
samobójców bardzo lubi . Dalej, a wawo!
Ponury człowiek, któremu Szwejk wetkn ł pas w r k , spojrzał na rzemie ,
cisn ł go w k t i wybuchn ł płaczem, rozmazuj c brudnymi r kami łzy po całej
twarzy. Skrzecz cym głosem wyrzucał przy tym zdanie za zdaniem:
- Ja mam dziateczki, ja si tu dostałem za pija stwo i za niemoralne ycie,
Jezus Maria, moja biedna ona, co te powiedz teraz w urz dzie? Ja mam
dziateczki, ja tu jestem za pija stwo i ycie niemoralne. - I tak dalej w kółko i bez
ko ca.
Wreszcie uspokoił si troch , podszedł ku drzwiom i zacz ł w nie kopa i
wali pi ciami. Za drzwiami dały si słysze kroki i ozwał si głos:
- Czego tam?
- Wypu cie mnie na wolno ! - rzekł aresztant takim głosem, jakby wolno
była do istnienia koniecznie potrzebna.
- Gdzie wam tak pilno? - pytano z drugiej strony drzwi.
- Do urz du - odpowiedział nieszcz liwy ojciec, mał onek, urz dnik, pijak i
rozpustnik.
Ozwał si miech, upiorny miech w ród ciszy korytarza, i kroki si oddaliły.
- Je li si nie myl , to ten pan nienawidzi pana, skoro si z pana tak mieje mówił Szwejk, podczas gdy złamany na duchu m usiadł znowu obok niego. Taki dozorca jest zdolny do wszystkiego, gdy si rozzło ci. Niech pan siedzi spokojnie, skoro nie chce si pan powiesi , i niech pan czeka, co b dzie dalej. Je li
pan jest urz dnikiem, onatym i jeszcze do tego ma pan dzieci, to zgadzam si , e
to jest straszne. Je li si nie myl , to pan jest przekonany, e pana wydal z
urz du.
- Tego panu powiedzie nie mog - westchn ł zapytany - poniewa sam ju nie
pami tam, co wyrabiałem. Wiem tylko tyle, e mnie sk d wyrzucili i miałem tam
wróci , aby zapali sobie cygaro. Ale przedtem to wszystko tak si ładnie zacz ło.
Naczelnik naszego wydziału obchodził imieniny i zaprosił nas do pewnej winiarni,
25
potem poszli my do drugiej, do trzeciej, do czwartej, do pi tej, do szóstej, do
siódmej, do ósmej, do dziewi tej...
- Mo e pan sobie yczy, eby mu pomóc liczy - zapytał Szwejk. - Ja si na
tych rzeczach znam, bo pewnej nocy byłem w dwudziestu o miu lokalach. Ale
musz si pochwali , e nigdzie nie zamawiałem wi cej ni trzy piwa.
- Jednym słowem - mówił dalej nieszcz liwy podwładny pana naczelnika,
który tak wspaniale obchodził imieniny - gdy my absolwowali z tuzin tych
speluneczek, zauwa yli my, e pan naczelnik nam si gdzie zapodział, pomimo
e uwi zali my go na szpagacie i wodzili my z sob jak pieska. Wi c gdy nam
zgin ł, poszli my go szuka , a przy tym szukaniu pogin li my sobie nawzajem, a
wreszcie sam jeden znalazłem si w nocnym lokalu na Vinohradach, a był to lokal
przyzwoity, gdzie piłem jaki likier prosto z butelki. Co pó niej jeszcze robiłem,
tego ju nie pami tam, wiem tylko tyle, e ju w komisariacie, gdy zostałem tutaj
przyprowadzony, obaj policjanci, co mnie przyprowadzili, składali raport, e si
upiłem, e si zachowywałem niemoralnie, e pobiłem pewn dam , e
scyzorykiem por n łem czyj kapelusz, który zdj łem z wieszaka, rozp dziłem
damsk kapel , oskar yłem publicznie oberkelnera, e ukradł mi dwadzie cia
koron, przetr ciłem marmurow płyt stołu, przy którym siedziałem, i
rozmy lnie naplułem w czarn kaw pewnemu panu, który siedział przy
s siednim stole. Wi cej nic nie zrobiłem, a przynajmniej nie mog sobie
przypomnie , abym zrobił jeszcze co takiego. I prosz mi wierzy , e jestem taki
porz dny, inteligentny człowiek, który nie my li o niczym innym, tylko o swojej
rodzinie. Co pan na to wszystko powie? Przecie ja nie jestem aden awanturnik.
- Du o te pan miał roboty z przetr ceniem tej płyty marmurowej? - zapytał
Szwejk okazuj c du e zainteresowanie. - Czy mo e przetr cił j pan od jednego
zamachu?
- Od jednego - odpowiedział inteligentny pan.
- W takim razie jest pan zgubiony - rzekł Szwejk w zamy leniu. - Dowiod
panu, e pan si do tego przygotowywał pilnym wiczeniem. A ta kawa obcego
pana, w któr pan napluł, czy była z rumem, czy bez rumu? - I nie czekaj c
odpowiedzi wyja nił: - Je li była z rumem, to sprawa b dzie gorsza, poniewa
taka kawa jest dro sza. W s dzie oblicza si wszystko skrupulatnie, eby mo na
było doliczy si przynajmniej grubej zbrodni.
- W s dzie - j kn ł bezradnie sumienny ojciec rodziny i opu ciwszy głow
popadł w niemiły stan, w którym człowieka r wyrzuty sumienia.
- A czy w domu wiedz ju , e pan si dostał za krat ? - pytał Szwejk. - Czy
te b d czekali, a o tym b dzie w gazetach?
- Pan s dzi, e to si dostanie do gazet? - naiwnie spytała ofiara imienin swego
przeło onego.
- To wi cej ni - pewne - brzmiała surowa odpowied , bowiem Szwejk nigdy
nie miał zwyczaju ukrywa co przed lud mi. - Wszystkie te rzeczy b d si
czytelnikom gazet ogromnie podobały. Ja te bardzo lubi odczytywa rubryk o
pijanicach i o awanturach. Niedawno temu „Pod Kielichem” pewien go nie
zrobił nic takiego, tyle tylko, e sam sobie stłukł kufel na głowie. Podrzucił go do
góry i stan ł pod nim. Odwie li go z gospody, a rano ju o tym czytali my. Albo
na przykład w „Bendlovce” dałem razu pewnego jednemu karawaniarzowi w
26
pysk, a on mi oddał. Aby my si mogli pogodzi , musieli nas obu aresztowa i
zaraz było o tym w wieczornych gazetach. Albo gdy w kawiarni „Pod Trupem”
stłukł pan radca dwa talerzyki, to my li pan, e mieli wzgl d na niego? Zaraz na
drugi dzie był w gazetach. Mo e pan zrobi tylko tyle, e z aresztu po le pan do
gazet sprostowanie, i wiadomo ci, które zostały zamieszczone, nie dotycz pana,
i e z tym panem, o którym mowa, nie jest pan ani spokrewniony, ani
zaprzyja niony. Za do domu napisze pan, eby panu to sprostowanie z gazety
wyci li; przeczyta je pan sobie, jak odsiedzi kar .
- Czy panu nie chłodno? - zapytał Szwejk ze współczuciem, gdy zauwa ył, e
inteligentny pan si trz sie. - W tym roku koniec lata jest troch chłodnawy.
- Ja jestem skompromitowany - zapłakał towarzysz Szwejka. - Kariera moja
sko czona.
- A tak - najch tniej zgadzał si Szwejk. - Gdy po odsiedzeniu kary nie
przyjm pana na dawne stanowisko, to nie wiem, czy tak łatwo znajdzie pan inne
miejsce, bo ka dy pracodawca, cho by i hycel, da wiadectwa moralno ci.
wi ta prawda, e taka chwilka rozkoszy, jakiej pan wtedy za ył, nie opłaca si .
A czy mał onka pa ska i dzieci maj rodki utrzymania przez ten czas, kiedy pan
tu b dzie siedział? Czy te b dzie musiała chodzi i ebra i uczy dzieci ró nych
wyst pków.
Ozwało si łkanie.
- Moje biedne dziatki! Moja biedna ona!
Skruszony grzesznik wstał i rozgadał si o swoich dziatkach: ma ich pi cioro,
najstarszy ma lat dwana cie i nale y do tych tam skautów. Pije tylko wod , a
ojciec powinien sobie bra przykład z niego, taki ojciec, który po raz pierwszy w
yciu dopu cił si takich rzeczy.
- Do skautów nale y? - zapytał Szwejk. - Bardzo lubi słucha opowiadania o
tych skautach. Pewnego razu w Mydlovarach koło Zlivia, obwód Hluboka, powiat
Czeskie Budziejowice, akurat wtedy, jake my tam - 91 pułk - mieli wiczenia,
chłopi okoliczni zrobili obław na skautów w lesie gminnym, bo im si tam
bardzo rozplenili. Złapali trzech. Ten najmniejszy z nich, gdy go wi zali, kwilił,
piszczał i tak narzekał, e my, zahartowane wojaki, nie mogli my na to patrze i
woleli my odej . Przy tym wi zaniu ci trzej skauci pok sali o miu chłopów.
Potem na m kach u wójta, pod trzcin , zeznali, e w całej okolicy nie ma ani
jednej ł ki, której nie byliby wygnietli, gdy si wygrzewali na sło cu, dalej, e
koło Razic przed samymi niwami jeden łan yta na pniu spalił si tylko skutkiem
nieszcz liwego wypadku, kiedy sobie w ycie na ro nie piekli sarenk ,
upolowan za pomoc no a w lesie gminnym. W ich kryjówce le nej znaleziono
przeszło pół korca ogryzionych ko ci drobiu i dziczyzny, ogromne mnóstwo
pestek czere ni, zatrz sienie ogryzków z niedojrzałych jabłek i inne dobre rzeczy.
Ale niefortunny ojciec skauta nie dał si pocieszy .
- Co ja zrobiłem? - biadał. - Reputacj mam zmarnowan .
- Słusznie pan powiedział - rzekł Szwejk z wrodzon szczero ci . - Po tym, co
si stało, musi pan mie reputacj zmarnowan na całe ycie, poniewa znajomi
pa scy dodadz jeszcze to i owo do tego, co b d czytali w gazetach o panu. To si
zawsze tak robi, ale niech pan si tym nie przejmuje. Takich ludzi, co maj
zaszargan albo zmarnowan reputacj , jest na wiecie przynajmniej dziesi
27
razy tyle, co ludzi z dobr reputacj . To taka drobnostka, o której nie warto
gada .
Na korytarzu dały si słysze ci kie kroki, klucz zazgrzytał w zamku, drzwi
si otworzyły, a od progu policjant wywołał Szwejka po imieniu i nazwisku.
- Przepraszam pana - rzekł rycerski Szwejk - ja tu jestem dopiero od godziny
dwunastej, a ten pan ju od szóstej rano, wi c mnie niepilno.
Zamiast odpowiedzi krzepka r ka policjanta wyci gn ła Szwejka na korytarz
i bez jednego słowa poprowadziła go po schodach na pi tro.
W drugim pokoju przy stole siedział komisarz policji, otyły pan o
dobrodusznym wygl dzie. Pan ten ozwał si uprzejmie:
- Aha, to pan jest ten Szwejk? A w jaki sposób pan si tutaj dostał?
- W sposób najzwyczajniejszy - odpowiedział Szwejk. - Przyprowadził mnie tu
jeden pan policjant, poniewa nie chciałem si zgodzi na to, eby mnie z domu
wariatów wyrzucili na czczo. Bo to jest tak, jakby mnie uwa ali za tak dziewk z
ulicy, co to j mo na kopn .
- Wie pan co, panie Szwejk - rzekł uprzejmie pan komisarz. - Na co nam tu,
na Salmovcu, ten cały ambaras? Czy nie lepiej b dzie, gdy po lemy pana do
dyrekcji policji?
- Pan jest, e si tak wyra , panem sytuacji - mówił Szwejk spokojnie. - Teraz
pod wieczór taki spacerek b dzie bardzo przyjemny.
- Bardzo mi miło, e my si tak łatwo dogadali - rzekł wesoło komisarz policji.
- Najlepiej y w zgodzie. Prawda, panie Szwejk?
- Ja te bardzo lubi zgodzi si z ka dym - odpowiedział Szwejk. - Ja
pa skiej dobroci nigdy nie zapomn . Niech mi pan wierzy, panie komisarzu.
Skłoniwszy si grzecznie, wyszedł z policjantem i ju po upływie kwadransa
wida było Szwejka pod opiek tego policjanta na rogu ulicy J czmiennej i
Placu Karola. Policjant miał pod pach du ksi g z niemieckim napisem:
„Arrestantenbuch”.
Na rogu ulicy Spalonej Szwejk, id cy ze swoim towarzyszem, zetkn ł si z
tłumem ludzi tłocz cych si dokoła wielkiego obwieszczenia.
- To manifest najja niejszego pana o wypowiedzeniu wojny - rzekł policjant
do Szwejka.
- Ja to przewidziałem - rzekł Szwejk - ale u wariatów nic jeszcze o tym nie
wiedz , chocia powinni by to mie z pierwszej r ki.
- Jak pan to rozumie? - zapytał policjant Szwejka.
- Poniewa u wariatów siedzi pod kluczem du o panów oficerów - tłumaczył
Szwejk, a gdy zrównali si z tłumem stoj cym przed manifestem, zawołał: Cesarz Franciszek Józef niech yje! Te wojn wygramy!
Kto z nadmiaru entuzjazmu wcisn ł Szwejkowi kapelusz na uszy, po czym
dobry wojak Szwejk, otoczony zbiegowiskiem ludzi, wkroczył po raz drugi w
bram dyrekcji policji.
- T wojn wygramy z cał pewno ci , powtarzam to jeszcze raz, panowie! zawołał Szwejk rozstaj c si z tłumem, który mu towarzyszył.
A gdzie z mrocznej otchłani wieków przybli ała si ku Europie prawda, e
dzie jutrzejszy zniweczy plany tera niejszo ci.
28
Rozdział 6
SZWEJK PRZERYWA ZACZAROWANE KOŁO I WRACA
DO DOMU
Gmach dyrekcji policji przenikał chłód obcego autorytetu, ledz cego pilnie,
jak dalece ludno entuzjazmuje si wojn . Prócz gar ci ludzi, którzy si nie
wyparli, e s synami narodu maj cego przelewa krew za sprawy zgoła mu obce,
dyrekcja policji była wspaniał kolekcj biurokratycznych drapie ników,
których jedynym celem ycia była obrona suchych i bezdusznych paragrafów
przy pomocy wi zienia i szubienicy.
Z ofiarami swymi ludzie ci obchodzili si z jadowit uprzejmo ci , czyhaj c
bacznie na ka de ich słowo.
- Bardzo mi przykro - rzekł jeden z tych czarno- ółtych drapie ników, gdy
przyprowadzono do Szwejka - e pan znowu dostał si w nasze r ce. My leli my,
e si pan poprawi, ale spotkał nas zawód.
Szwejk bez słowa potakiwał głow i miał min tak niewinn , e czarno- ółta
bestia spojrzała na niego z du ym zaciekawieniem i rzekła z naciskiem:
- Nie rób pan takiej idiotycznej miny.
Ale natychmiast przeszła znowu na ton wielkiej uprzejmo ci i mówiła dalej:
- Dla nas jest rzecz bardzo niemił trzyma pana w areszcie i mog pana
zapewni , e zdaniem moim wina pa ska nie jest tak wielka, bo przy małej
pa skiej inteligencji nie mo na w tpi , e został pan oszukany. Niech pan mi
powie, panie Szwejk, kto te pana namawia, aby pan wyprawiał takie głupstwa?
Szwejk zakaszlał i ozwał si :
- Ja, prosz pana, o adnych głupstwach nic nie wiem.
- A czy to nie jest głupstwo, panie Szwejk - wywodził urz dnik obłudnym,
ojcowskim tonem - gdy pan, według opowiadania policjanta, który pana tutaj
przyprowadził, spowodowałe zbiegowisko przed manifestem o wojnie,
wywieszonym na rogu ulicy, i gdy podburzałe lud wołaniem: „Niech yje cesarz
Franciszek Józef! Ta wojna jest wygrana!”
- Nie mogłem by oboj tny - wyja nił Szwejk spogl daj c swymi zacnymi
oczami w oczy inkwizytora. - Oburzyło mnie to, gdy widziałem, e wszyscy
czytaj ten manifest o wojnie, a nikt nie okazuje rado ci. Nikt nie wiwatuje, nikt
nie woła „hura”, w ogóle nic, panie radco. To tak, jakby ich to wcale nie
obchodziło. Wi c ja, stary wojak z 91 regimentu, nie mogłem ju na to patrze ,
krzykn łem, co si nale ało, i my l , e gdyby pan był na moim miejscu, toby pan
post pił tak samo jak ja. Jak jest wojna, to musi by wygrana i trzeba woła :
„Niech yje najja niejszy pan!” - tego mnie nikt uczy nie potrzebuje.
Przekonany i skruszony, czarno- ółty drapie nik nie mógł znie dłu ej
spojrzenia niewinnego baranka Szwejka, opu cił wi c oczy na urz dowe akta i
rzekł:
- Uznaj całkowicie pa ski zapał, ale powinien si on przejawia w innych
okoliczno ciach. Sam pan wie dobrze, e prowadził pana policjant wi c taki
wybuch patriotyzmu musiał wywrze na publiczno ci wra enie raczej ironiczne
ni powa ne.
29
- Gdy kogo prowadzi policjant - odpowiedział Szwejk - to taki moment w
yciu jest ci ki. Ale gdy człowiek nawet w takim momencie nie zapomina o tym,
co nale y robi , gdy jest wojna, to ja s dz , e taki człowiek zły nie jest.
Czarno- ółta bestia zawarczała i jeszcze raz spojrzała Szwejkowi w oczy.
Szwejk odpowiedział niewinnym, mi kkim, skromnym i tkliwym ciepłem
swego spojrzenia.
Przez chwil patrzyli sobie uparcie w oczy.
- Pal pana diabli, panie Szwejk - rzekła wreszcie g ba urz dowa - ale je li
dostanie si tu pan jeszcze raz, to w ogóle nie b d pana o nic pytał, ale ode l
pana bez jednego słowa do wojennego s du na Hradczany. Zrozumiał pan?
Nim si pan radca spostrzegł, Szwejk podszedł do niego, pocałował go w r k i
rzekł:
- Bóg zapła za wszystko. Gdyby pan potrzebował czasem jakiego rasowego
pieska, to niech pan si zwróci do mnie. Ja handluj psami.
W taki sposób Szwejk znalazł si znowu na wolno ci i mógł wróci do domu.
Zacz ł si zastanawia , czy po drodze nie nale ałoby najpierw wst pi do
gospody „Pod Kielichem”. Sko czyło si na tym, e otworzył drzwi, którymi
wyszedł był swego czasu w towarzystwie wywiadowcy Bretschneidera.
W gospodzie panowała grobowa cisza. Siedziało tam kilku go ci, a w ród nich
ko cielny z ko cioła w. Apolinarego. Wszyscy mieli miny ponure. Za
szynkwasem siedziała gospodyni Palivcowa i t po spogl dała na kurki od piwa.
- Otom i ja - rzekł Szwejk wesoło. - Prosz o szklank piwa. A gdzie to pan
Palivec? Czy te ju w domu?
Zamiast odpowiedzi Palivcowa zacz ła płaka , wzdycha ; ka dym słowem
wyra ała swoj rozpacz, akcentuj c osobliwie:
- Dostał... dziesi ... lat... przed... tygodniem.
- No, to ju sobie tydzie odsiedział - rzekł Szwejk.
- On był taki ostro ny - płakała Palivcowa - sam to ci gle o sobie powtarzał.
Go cie w gospodzie uparcie milczeli, jakby po izbie bł dził duch Palivca i
napominał ich do jeszcze wi kszej ostro no ci.
- Ostro no to matka m dro ci - rzekł Szwejk zasiadaj c do stołu nad
szklank piwa. W pianie tego piwa były dziurki od łez Palivcowej, która płakała
podaj c Szwejkowi kufel do stołu. - Dzisiejsze czasy s takie, e zmuszaj
człowieka do ostro no ci.
- Wczoraj mieli my dwa pogrzeby - zmienił temat rozmowy ko cielny z
ko cioła w. Apolinarego.
- Wida kto umarł - rzekł drugi go , a trzeci spytał:
- Czy te pogrzeby były z katafalkiem?
- Chciałbym wiedzie - rzekł Szwejk - jakie teraz, w czasie wojny b d te
wojskowe pogrzeby.
Go cie wstali, zapłacili i bez słowa wyszli. Tylko Szwejk został sam na sam z
Palivcow .
- Nawet nie byłbym pomy lał, eby niewinnego człowieka skazywali na
dziesi lat - rzekł Szwejk. - e jednego niewinnego skazali na pi lat, o tym ju
słyszałem, ale na dziesi , to troch za du o.
30
- Bo mój chłop si przyznał - płakała Palivcow - do tego, co tutaj mówił o
tych muchach i o tym obrazie, i powtórzył to w dyrekcji policji i w s dzie. Byłam
w s dzie na sprawie jako wiadek, ale có ja tam mogłam wiadczy , kiedy mi
powiedzieli, e jestem w stosunku powinowactwa do mego m a i e mog si
zrzec zeznania. Ja si tak wystraszyłam tego stosunku powinowactwa, eby z tego
nie było jeszcze czego gorszego, i zrzekłam si wiadczenia, a mój biedny stary
tak si na mnie spojrzał, e do samej mierci nie zapomn tego spojrzenia. A
potem, po wyroku, kiedy go odprowadzali, krzykn ł tam na korytarzu, jakby
zupełnie zwariował: „Niech yje Zwi zek Wolnej My li!”
- A pan Bretschneider ju tu nie bywa? - spytał Szwejk.
- Był tu par razy - odpowiedziała gospodyni - wypił piwo albo dwa, pytał, kto
tu bywa, i przysłuchiwał si , jak go cie rozmawiaj o futbolu. Oni, jak go tylko
widz , zawsze rozmawiaj o futbolu. A jego podrzucało, jakby go miało pokr ci ,
jakby miał dosta ataku furii. Przez ten cały czas nabrał tylko jednego tapicera z
ulicy Poprzecznej.
- To rzecz wprawy - rzekł Szwejk. - Czy ten tapicer był głupi człowiek?
- Taki jak mój m mniej wi cej - odpowiedziała z płaczem. - Pytał si go, czy
strzelałby do Serbów. A on odpowiedział, e nie umie strzela , e był razu
pewnego w strzelnicy i przestrzelał tam cał koron . Potem słyszeli my wszyscy,
jak pan Bretschneider rzekł zapisuj c sobie w notatniku: „Patrzcie pa stwo,
znowu taka ładna zdrada stanu” - i zabrał z sob tego tapicera z ulicy
Poprzecznej, który ju nie wrócił.
- Du o jest takich, co ju nie powróc - mówił Szwejk. - Prosz o rum.
Wła nie zamawiał sobie Szwejk drug porcj rumu, gdy do gospody wszedł
po cywilnemu policjant Bretschneider. Rozejrzał si po szynku, przysiadł si do
Szwejka, kazał sobie poda piwa i czekał, co Szwejk powie.
A Szwejk, zdj wszy z wieszaka jak gazet i przegl daj c ostatni stron
ogłosze , odezwał si :
- Patrzcie pa stwo, niejaki pan Czimpera, Straszkov numer 5, poczta
Raczinie wie , sprzedaje gospodark z trzynastoma morgami własnego pola.
Szkoła i kolej na miejscu.
Bretschneider nerwowo b bnił palcami i zwracaj c si do Szwejka rzekł:
- Dziwi si , e pana takie gospodarstwo zajmuje, panie Szwejk.
- Ach, to pan - rzekł Szwejk wyci gaj c r k na przywitanie. - Nie poznałem
pana od razu, bo mam bardzo słab pami . Ostatnio widzieli my si bodaj e w
kancelarii dyrekcji policji, prawda? Co pan porabiał w tym czasie? Czy zachodzi
pan tu cz sto?
- Dzisiaj przyszedłem tu, eby si spotka z panem - rzekł Bretschneider. - W
dyrekcji policji powiedziano mi, e pan sprzedaje psy. Potrzebuj ładnego
ratlerka albo szpica czy co w tym rodzaju.
- Mog panu słu y psami ka dego gatunku - odpowiedział Szwejk. - yczy
pan sobie zwierz rasowe czy te zwyczajne?
- S dz - odpowiedział Bretschneider - e lepiej od razu wzi rasowe zwierz .
- No, a psa policyjnego nie yczyłby pan sobie? - zapytał Szwejk. - Takiego
mianowicie, który natychmiast wszystko wytropi i naprowadzi na lad zbrodni?
31
Ma takiego psa jeden rze nik we Vrszovicach, a ten pies ci gnie wózek, bo jak to
si mówi, min ł si ze swoim powołaniem.
- Chciałbym jednak szpica - ze spokojnym uporem mówił Bretschneider. Szpica, który by nie k sał.
- A wi c yczy pan sobie szpica bez z bów? - zapytał Szwejk. - Wiem o takim
szpicu. Ma go pewien wła ciciel gospody w Dejvicach.
- No, to ju lepiej ratlerka - ozwał si zakłopotany pan Bretschneider, którego
wiadomo ci o psach były bardzo nikłe i gdyby nie rozkaz dyrekcji policji, to
nigdy by si psami nie interesował.
Ale rozkaz był jasny i wyra ny: zapozna si bli ej ze Szwejkiem, korzystaj c
z tego, e handluje on psami; Bretschneider miał prawo dobra sobie pomocników i rozporz dzał pewnymi sumami na kupno psów.
- Ratlery s wi ksze i mniejsze - rzekł Szwejk. - Wiem o dwóch małych i o
trzech wi kszych. Wszystkich pi cioro mo na sobie poło y na kolanach. Mog je
panu poleci jak najgor cej.
- Taki ratler bardzo by mi si podobał - zdecydował si Bretschneider. - A ile
te kosztuje taki piesek?
- To zale y od wielko ci - odpowiedział Szwejk. - Wielko gra tu wa n rol :
bo ratlerek to nie ciel . U ratlerków odwrotnie: im mniejszy, tym dro szy.
- Ja bym reflektował na wi kszego, który by stró ował - odpowiedział
Bretschneider w obawie, aby nie obci y nadmiernie tajnego funduszu policji
pa stwowej.
- Dobrze - rzekł Szwejk - wi kszego ratlerka mog panu sprzeda za
pi dziesi t koron, a jeszcze wi kszego za czterdzie ci pi , ale zapomnieli my o
jednej rzeczy: czy to maj by szczeni ta, czy te stare psy, i czy chodzi o psy, czy
o suki.
- Mnie wszystko jedno - odpowiedział Bretschneider, który zetkn ł si tu
nagle z nie znanymi mu dotychczas zagadnieniami.
- Niech pan mi si wystara o pieska, a ja jutro wieczorem o siódmej przyjd
po niego. Zgoda?
- Niech pan przyjdzie - sucho odpowiedział Szwejk. - Pies b dzie, ale w takim
razie jestem zmuszony prosi o zaliczk trzydziestu koron.
- Rzecz prosta - rzek Bretschneider wyliczaj c Szwejkowi pieni dze. - A teraz
zafundujmy sobie po wiartce wina na mój rachunek.
Kiedy wypili, z kolei Szwejk postawił wiartk wina, potem Bretschneider,
mówi c do Szwejka, eby si go nie obawiał, bo dzisiaj nie ma słu by i ka dy
miało mo e z nim rozmawia o polityce.
Szwejk zauwa ył, e w szynku nigdy o polityce nie rozmawia, bo cała polityka
to zabawka dla małych dzieci.
Bretschneider przeciwnie, ujawniał wielce rewolucyjne pogl dy i mówił, e
ka de słabe pa stwo skazane jest na zagład . Przy sposóbno ci zapytał Szwejka,
jakie s jego pogl dy w tej materii.
Szwejk zameldował mu, e jeszcze nigdy nie miał do czynienia z pa stwem,
ale e kiedy miał pod opiek słabe szczeni bernardyna, które karmił sucharami
wojskowymi, i te zdechło.
32
Przy pi tej wiartce Bretschneider oznajmił, e jest anarchist , i spytał
Szwejka, do jakiej organizacji przysta najlepiej.
Szwejk odpowiedział, e razu pewnego jaki anarchista kupił u niego psa
leonbergera za sto koron i ostatniej raty mu nie dopłacił.
Przy szóstej wiartce Bretschneider mówił o rewolucji i wyst pował ostro
przeciwko mobilizacji, na co Szwejk odpowiedział mu szeptem, pochylaj c si
nad jego uchem:
- Akurat przyszedł do lokalu jaki go , wi c uwa aj pan, eby nic nie słyszał,
bo mógłby pan z tego mie przykro ci. Widzi pan przecie, e Palivcowa ju
płacze.
Palivcowa naprawd płakała siedz c na krze le przy szynkwasie.
- Czemu pani płacze, pani gospodyni? - zapytał Bretschneider. - Po trzech
miesi cach wygramy wojn , b dzie amnestia, m pani wróci do domu i wtedy
sobie popijemy. Czy mo e jest pan zdania, e tej wojny nie wygramy? - zwrócił
si do Szwejka.
- Kto by tam ci gle wałkował takie rzeczy - rzekł Szwejk. - Wygra musimy, i
basta, ale teraz id do domu, bo ju czas na mnie.
Szwejk zapłacił, co był winien, i powrócił do swojej starej posługaczki, pani
Müllerowej, która si bardzo wystraszyła, gdy spostrzegła, e człowiekiem, który
otwiera kluczem drzwi, jest pan Szwejk.
- My lałam, prosz pana, e pan powróci dopiero za kilka lat - rzekła ze
zwykł swoj szczero ci . - Ja tymczasem z alu za panem wzi łam sobie na
kwater portiera z nocnej kawiarni, bo u nas była ju trzy razy rewizja, a gdy nic
nie mogli znale , powiedzieli, e pan jest zgubiony, bo wida jaki pan
wyrafinowany.
Szwejk zauwa ył natychmiast, e nieznany obcy człowiek urz dził si w jego
mieszkaniu jak najwygodniej. Spał na jego łó ku i okazał si nawet tak dalece
szlachetny, e zadowolił si połow łó ka, a na drugiej połowie umie cił jakie
długowłose stworzenie, które spało obj wszy go przez wdzi czno za szyj . Za
przed łó kiem le ały w nieładzie cz ci garderoby m skiej i damskiej. Z tego
chaosu mo na było łatwo wywnioskowa , e portier nocnego lokalu powrócił do
domu w dobrym usposobieniu.
- Panie - rzekł Szwejk potrz saj c intruzem - bo pan si spó ni na obiad.
Byłoby mi bardzo przykro, gdyby pan na mnie narzekał, e wyrzuciłem pana
dopiero wtedy, jak ju nigdzie nie było mo na dosta nic do zjedzenia.
Portier z nocnego lokalu był bardzo zaspany, wi c trwało do długo, zanim
poj ł, e wła ciciel łó ka powrócił do domu i ma do tego łó ka pretensje.
Obyczajem wszystkich portierów nocnych lokali i ten pan wyraził si , e
spierze ka dego, kto go b dzie budził, i próbował spa dalej.
Szwejk pozbierał tymczasem cz ci jego garderoby, przyniósł mu je do łó ka i
potrz saj c piochem energicznie, rzekł:
- Je eli si pan nie ubierze, to spróbuj wyrzuci pana na ulic tak, jak pan
le y w łó ku. B dzie dla pana wielkim przywilejem, je li wyleci pan st d ubrany.
- Chciałem spa do godziny ósmej wieczorem - odezwał si ura ony portier
wdziewaj c spodnie. - Płac tu za łó ko dwie korony dziennie tej pani i mam
prawo przyprowadza tu sobie panienki z lokalu. Wstawaj, Ma ka!
33
Gdy zapinał kołnierzyk i zawi zywał krawat, opami tał si ju tak dalece, e
zacz ł zapewnia Szwejka, i „Mimoza” jest jednym z najprzyzwoitszych
nocnych lokali, do którego maj dost p jedynie te damy, które maj ksi eczki
policyjne w zupełnym porz dku. Prosił te serdecznie Szwejka, aby zechciał
odwiedzi jego kawiarni .
Natomiast towarzyszka jego nie była zadowolona z takiego obrotu rzeczy i
zacz ła wymy la Szwejkowi, u ywaj c bardzo przyzwoitych wyrazów, z których
najprzyzwoitszy był:
- Ty smyku arcykapła ski!
Po odej ciu intruzów zabrał si Szwejk do zrobienia porz dku ze swoj
gospodyni , ale nie znalazł po niej adnego ladu prócz kawałka papieru, na
którym były ołówkiem nagryzmolone słowa pani Müllerowej, wypowiadaj cej si
zazwyczaj z wielk łatwo ci . Tym razem chodziło o ałosn przygod z
odnaj ciem łó ka pana Szwejka portierowi nocnej kawiarni.
„Niech mi pan wielmo ny wybaczy, e mnie pan ju nigdy nie zobaczy,
albowiem wyskocz oknem.”
„Łgarstwo” - rzekł do siebie Szwejk i czekał.
Po upływie pół godziny pani Müllerowa wsun ła si na palcach do kuchni,
nieszcz liwa i skruszona, a na jej zgn bionej twarzy wida było, i oczekuje od
Szwejka słowa pociechy.
- Jak pani chce skaka oknem - rzekł Szwejk - to niech pani idzie do pokoju,
okno otworzyłem. Skakanie z okna kuchennego odradzam pani, poniewa
spadnie pani do ogródka na ró e, krzaki si pogniot i musiałaby pani za nie
płaci . Z okna w pokoju spadnie pani na trotuar, a je li dobrze pójdzie, to i skr ci
pani kark. Ale je li ma pani pecha, to połamie tylko wszystkie ebra, r ce i nogi,
b dzie tylko wydatek na doktora i na szpital.
Pani Müllerowa wybuchn ła płaczem, oddaliła si po cichu do pokoju,
zamkn ła okno, a gdy wróciła, rzekła:
- Jest taki przeci g, a to niedobrze przy pa skim reumatyzmie.
Potem poszła zasła łó ko, z niezwykł troskliwo ci doprowadziła wszystko
do porz dku i wróciwszy do Szwejka, który siedział w kuchni, mówiła roni c łzy:
- Te dwa szczeni ta, prosz pana, co my mieli na podwórku, zdechły. A ten
bernardyn uciekł, jak tu robili rewizj .
- A, na miły Bóg! Biedny pies mo e si ładnie wsypa , bo teraz z pewno ci
szuka go b dzie policja.
- Ugryzł jednego pana komisarza policji, gdy go przy rewizji wyci gn ł spod
łó ka - mówiła dalej pani Müllerowa. - Najpierw jeden z tych panów rzekł, e
kto siedzi pod łó kiem, wi c wezwali tego bernardyna w imieniu prawa, eby
wylazł spod łó ka, a poniewa nie usłuchał, wi c go wyci gn li. A on ich chciał
pogry , a potem rzucił si do drzwi i wi cej nie wrócił. I mnie te przesłuchiwali,
kto do nas chodzi i czy nie dostajemy jakich pieni dzy z obcych krajów, a potem
robili uwagi, e jestem głupia, gdy im powiedziałam e z obcych krajów
przychodz teraz pieni dze bardzo rzadko, e ostatnio przyszły pieni dze tylko
od pana dyrektora z Brna, niby ta zaliczka sze dziesi t koron na kota
angorskiego, którego pan ogłaszał w gazecie, a zamiast którego posłał mu pan w
skrzynce od daktyli szczeni foksteriera. Potem rozmawiali ze mn bardzo
34
grzecznie i polecili mi tego portiera z nocnego lokalu, ebym si sama w
mieszkaniu nie bała. O, tego portiera, którego pan raczył wyrzuci ...
- Ja ju mam z urz dami takiego pecha, pani Müllerowo. Teraz zobaczy pani,
ilu tych panów b dzie przychodziło kupowa psy - westchn ł Szwejk.
Nie wiem, czy ci panowie, którzy ju w czasie niepodległo ci przegl dali
archiwum policji, zdołali odszyfrowa poszczególne pozycje tajnego funduszu
dyspozycyjnego policji pa stwowej, w ród których znajdowały si takie: B... 40
K, F... 50 K. L... 80 K itd., ale mylili si stanowczo, je li przypuszczali, e B., F., L.
to pocz tkowe litery nazwisk takich panów, którzy za 40, 50 i 80 koron
sprzedawali naród czeski czarno- ółtemu orłu.
„B” znaczyło bernardyn, „F” - foksterier, a „L” - leonberger. Wszystkie te
psy sprowadzał Bretschneider od Szwejka do dyrekcji policji. Były to pokraczne
kundle nie maj ce nic wspólnego z jakimikolwiek rasowymi psami, za jakie je
Szwejk sprzedawał.
Bernardyn był miesza cem jakiego nierasowego pudla i podwórzowego
kundla, foksterier miał uszy jamnika, był du y jak pies rze nicki, a nogi miał
takie pał kowate, jakby wła nie przebył angielsk chorob . Leonberger łbem
przypominał kudłaty łeb stajennego pinczera, ogon miał uci ty, był niski jak
jamnik, a zadek miał taki goły jak słynne ameryka skie pieski naguski.
Potem przyszedł do Szwejka wywiadowca Kalous i kupił jakiego
wystraszonego potworka przypominaj cego hien c tkowan , z grzyw
szkockiego owczarka, a w rubryce tajnego funduszu dyspozycyjnego znalazła si
pozycja: D... 90 K.
Ten potworek miał reprezentowa doga.
Ale nawet Kalousowi nie udało si usłysze czego od Szwejka. Zyskał on
akurat tyle, co i Bretschneider. Najzr czniejsze dyskursy polityczne umiał Szwejk
sprowadzi na temat leczenia nosacizny u szczeni t, a najchytrzej i
najpodst pniej zastawiane sidła miały tylko ten jeden skutek, e Bretschneider
wracał do domu z coraz to nowym i coraz fantastyczniej skrzy owanym kundlem.
I na tym sko czyła si kariera sławnego wywiadowcy Bretschneidera. Kiedy
w mieszkaniu swoim miał ju siedem takich pokracznych kundli, zamkn ł si
razem z nimi w pokoju i tak długo nie dawał im nic je , dopóki go nie po arły.
Miał tyle honoru, e skarbowi zaoszcz dził kosztów swego pogrzebu.
W jego słu bowych papierach w dyrekcji policji w rubryce „Awanse
słu bowe” znalazła si taka uwaga, pełna tragizmu: „Po arty przez własne psy.”
Gdy Szwejk dowiedział si o tym tragicznym wydarzeniu, rzekł tylko:
- Ciekawi mnie, jak takiego Bretschneidera zło do kupy na S dzie
Ostatecznym?
35
Rozdział 7
SZWEJK RUSZA NA WOJN
W czasach gdy lasy nad Rab w Galicji widziały uciekaj ce przez Rab
wojska austriackie, a w Serbii austriackie dywizje jedna po drugiej dostawały w
skór , co im si zreszt dawno i rzetelnie nale ało, austriackie Ministerstwo
Wojny przypomniało sobie o Szwejku i wezwało go, aby po pieszył wyci ga
mocarstwo z bryndzy.
Gdy Szwejkowi przynie li wezwanie, e za tydzie ma si stawi na
Strzeleckiej Wyspie do superrewizji wojskowej, le ał akurat w łó ku, dotkni ty
atakiem reumatyzmu.
Pani Müllerowa była w kuchni i gotowała mu kaw .
- Pani Müllerowo - ozwał si w pokoju cichy głos Szwejka - pani Müllerowo,
prosz do mnie na chwil .
Gdy posługaczka stan ły przy łó ku, rzekł Szwejk znowu takim cichym
głosem:
- Niech pani siada, pani Müllerowo.
W głosie jego drgało co tajemniczego i uroczystego. Gdy pani Müllerowa
usiadła, Szwejk wyprostował si na łó ku i rzekł:
- Id na wojn .
- Przenaj wi tsza Panienko! - zawołała pani Müllerowa.- Co pan tam b dzie
robił?
- Walczy b d - grobowym głosem odpowiedział Szwejk. - Z Austri klapa. U
góry wła nam ju do Krakowa, a na dole pchaj si do W gier. Młóc nas
jakby yto jakie, gdzie spojrze lanie, i dlatego wołaj mnie na wojn . Przecie
czytałem pani wczoraj gazet , e drog ojczyzn nasz spowiły niejakie chmury.
- Ale przecie pan si rusza nie mo e.
- To nic nie szkodzi, pani Müllerowo, pojad na wojn w wózku. Zna pani
tego cukiernika na rogu, to on ma taki wózek. Woził w nim przed laty swego
chromego i zło liwego dziadunia na wie e powietrze. Na tym wózku, pani
Müllerowo, zawiezie mnie pani na wojn .
Pani Müllerowa wybuchn ła płaczem.
- Prosz pana, czy nie ka e pan sprowadzi doktora?
- Nie trzeba. Prócz tych moich nóg to ja jestem całkiem zdrowy
kanonenfutter, a w takich czasach, gdy z Austri jest tak kiepsko, ka dy kaleka
musi by na swoim miejscu. Prosz spokojnie gotowa kaw .
Podczas gdy pani Müllerowa, zapłakana i wzruszona, cedziła kaw , dobry
wojak Szwejk piewał sobie w łó ku:
Jenerał Windischgrätz i wojenne pany
Od samego wschodu sło ca wojowały.
Hop, hop, hop!
Wojn rozpocz li i tak zawołali:
„Pomó nam Chrystus Pan z Przenaj wi tsz Pann .”
Hop, hop, hop!
36
Wystraszona pani Müllerowa pod wra eniem strasznego piewu wojennego
zapomniała o kawie i dr c na całym ciele przysłuchiwała si , jak dobry wojak
Szwejk, siedz c w łó ku, dalej wy piewywał:
Z Panienk Maryj i te cztery mosty,
Hej, postaw, Piemoncie, mocniejsze forposty!
Hop, hop, hop!
Była bitwa, była, tam pod Solferino,
A tam krew ołnierska potokami płynie,
Hop, hop, hop!
Krwi a po kolana, trupów co niemiara,
Bo tam krzepko wojowała nasza wiara.
Hop, hop, hop!
Hej, ty dzielna wiaro, nie l kaj si n dzy,
Bo za tob wioz pełen wóz pieni dzy.
Hop, hop, hop!
- Olaboga, prosz pana! - ozwał si w kuchni głos ałosny, ale Szwejk ko czył
akurat swoj pie wojenn :
Pełen wóz pieni dzy, w powozie dziewcz ta
Nie masz wietniejszego nad nasz regimentu.
Hop, hop, hop!
Pani Müllerowa dopadła drzwi i pobiegła po lekarza. Powróciła za godzin ,
kiedy Szwejk wła nie podrzemywał.
Zbudził go ze snu grubawy pan, który przez chwil trzymał dło na jego czole
i mówił:
- Niech pan si nie boi, ja jestem doktor Pavek z Vinohrad. Daj pan r k . Ten
termometr prosz wło y pod pach ... Dobrze. Poka pan j zyk, jeszcze, schowaj
pan j zyk. Na co umarł pa ski ojciec? Na co matka?
W chwili wi c gdy Wiede yczył sobie, aby wszystkie narody Austro-W gier
składały naj wietniejsze przykłady wierno ci i uległo ci, doktor Pavek zapisywał
Szwejkowi brom, aby zmniejszy jego zapał patriotyczny, i zalecał statecznemu i
dobremu wojakowi Szwejkowi, aby nie my lał o wojnie.
- Niech pan le y spokojnie i nie denerwuje si , a ja jutro znowu przyjd .
Gdy przyszedł nazajutrz, pytał w kuchni pani Müllerowa, jak si ma chory.
- Coraz gorzej, panie doktorze - odpowiedziała z prawdziwym smutkiem. - W
nocy, gdy go reumatyzm łamał, piewał z przeproszeniem, hymn austriacki.
Doktor Pavek uwa ał, e na ten nowy wybuch lojalno ci pacjenta trzeba
zareagowa zwi kszeniem dawki bromu.
Na trzeci dzie meldowała mu pani Müllerowa, e Szwejk ma si jeszcze
gorzej.
- Po obiedzie, panie doktorze, posłał po map frontu, a w nocy majaczyło mu
si , e Austria wygra t wojn .
- A czy bierze proszki według przepisu?
37
- Jeszcze nawet nie posłał po nie.
Doktor Pavek wybuchn ł gniewem, nie szcz dz c pacjentowi ostrych
wyrzutów, i zanim odszedł, zapewnił Szwejka, e nigdy do niego nie przyjdzie i
nie b dzie leczył człowieka, który nie przyjmuje jego lekarskiej pomocy i bromu.
Pozostawały ju tylko dwa dni do terminu, w którym Szwejk miał stan
przed komisj poborow .
Tymczasem Szwejk poczynił nale yte przygotowania. Najpierw wysłał pani
Müllerow , aby mu kupiła czapk wojskow , a nast pnie polecił jej aby od
cukiernika na rogu wypo yczyła wózek, na którym cukiernik woził swego
chromego i zło liwego dziadunia na wie e powietrze. Potem przypomniał sobie,
e potrzebne mu s kule. Na szcz cie cukiernik miał jeszcze i kule jako rodzinn
pami tk po swoim dziaduniu.
Brakowało ju tylko rekruckiego bukiecika. Postarała si o niego pani
Müllerowa, która w ci gu tych kilku dni znacznie schudła i gdzie si ruszyła, tam
płakała.
I oto pewnego pami tnego dnia na ulicach praskich ukazał si ywy dowód
wzruszaj cej lojalno ci.
Stara niewiasta popychała wózek, na którym siedział człowiek w czapce
wojskowej z wyglansowanym „b czkiem”. Człowiek ten wymachiwał kulami, a
na jego surducie ja niał rekrucki bukiecik.
M ów, nie przestaj c wymachiwa kulami, wołał po praskich ulicach:
- Na Białogród! Na Białogród!
Za nim kroczył tłum ludzi, który z małej gromadki rozrastał si coraz
bardziej i szedł za Szwejkiem wiernie od samego domu, z którego ten wyruszył na
wojn .
Szwejk zdołał zauwa y , e niektórzy policjanci, stoj cy na rogu ulic,
salutowali mu.
Na Placu Wacławskim tłum otaczaj cy wózek Szwejka wzrósł do kilkuset
głów, a na rogu ulicy Krakowskiej tłum ten obił jakiego korporanta w deklu,
który przechodz c wołał do Szwejka:
- Heil! Nieder mit den Serben!
Na rogu ulicy Vodiczki na tłum wpadła policja konna i rozp dziła go.
Gdy Szwejk przedstawił rewirowemu inspektorowi czarno na białym, e
dzisiaj musi stan przed komisj poborow , inspektor był troch rozczarowany,
a chc c zapobiec awanturze wysłał dwóch konnych policjantów, aby towarzyszyli
Szwejkowi a na Strzeleck Wysp .
O całym tym wydarzeniu ukazał si w „Praskiej Gazecie Urz dowej” taki
artykuł:
Patriotyzm kaleki
„Wczoraj przed południem przechodnie na ulicach praskich byli wiadkami
sceny, która wymownie wiadczy o tym, e w tej wielkiej i powa nej chwili tak e i
synowie narodu naszego składaj naj wietniejsze przykłady wierno ci i uległo ci dla
tronu i dla s dziwego monarchy. Wydaje nam si , jakby powróciły czasy
staro ytnych Greków i Rzymian, kiedy to Mucius Scaevola pod ył do boju,
zapomniawszy o swej spalonej r ce. Naj wi tsze uczucia i interesy były wczoraj
zademonstrowane przez kalek o kulach, którego stara matuchna wiozła na wózku
38
inwalidzkim. Ten syn narodu czeskiego z dobrej woli, nie bacz c na swoje cierpienie,
zgłosił si do wojska, aby ycie swoje i mienie odda za cesarza. A je li wołanie jego:
"Na Białogród!" znalazło takie ywe echo na ulicach praskich, jest to tylko
dowodem, e pra anie s ywymi wzorami miło ci ojczyzny i domu monarszego.”
Mniej wi cej tak samo pisał „Prager Tagblatt”, ko cz c artykuł swój
słowami, i kalece-ochotnikowi towarzyszył zast p Niemców, którzy własnymi
r koma osłaniali go przed zlinczowaniem przez czeskich agentów sławetnej
koalicji.
„Bohemia” zamie ciła t wiadomo , daj c, aby kaleka-patriota został
nagrodzony, i dodała, e dla niego przyjmowa b dzie od niemieckich obywateli
ofiary, które składa nale y w administracji pisma.
Zdaniem tych trzech pism ziemia czeska nie mogła wyda obywatela
szlachetniejszego, ni był Szwejk, ale w komisji poborowej mieli zgoła odmienny
pogl d.
Osobliwie nie zgadzał si z głosami pism główny lekarz wojskowy, Bautze. Był
to m nieubłagany, który we wszystkim dopatrywał si próby oszuka czego
uchylenia si od wojny, frontu, kuli i szrapnela. Znane jest jego zdanie: „Das
ganze tschechische Volk ist eine Simulantenbande.”
W ci gu dziesi ciu tygodni swej działalno ci w ród jedenastu tysi cy cywilów
zdemaskował dziesi tysi cy dziewi set dziewi dziesi ciu i dziewi ciu
symulantów i byłby zdemaskował tak e i jedenastotysi cznego, gdyby tego
szcz ciarza nie poraził parali akurat w chwili, gdy Bautze rykn ł na niego:
- Kehrt euch!
- Zabra tego symulanta! - rozkazał stwierdziwszy, e nie yje. Przed nim tedy
stan ł owego pami tnego dnia Szwejk, tak jak inni całkiem nagi, skromnie
osłaniaj c nago swoj kulami, na których si opierał.
- Dast ist wirklich ein besonderes Feigenblatt - rzekł Bautze. - Takich listków
figowych w raju nie było.
- Zwolniony z wojska z powodu idiotyzmu - zauwa ył sier ant zagl daj c do
papierów urz dowych.
- I co panu jeszcze brakuje? - zapytał Bautze.
- Posłusznie melduj , e mam reumatyzm, ale najja niejszemu panu b d
słu ył do ostatniej kropli krwi - rzekł Szwejk. - Mam obrz kłe kolana.
Bautze spojrzał na dobrego wojaka Szwejka straszliwym spojrzeniem i
rykn ł:
- Sie sind ein Simulant! - a zwracaj c si do sier anta, z lodowatym spokojem
dodał: - Den Kerl sogleich einsperren!
Dwaj ołnierze z bagnetami odprowadzili Szwejka do wi zienia
garnizonowego.
Szwejk szedł wspieraj c si na kulach i z przera eniem spostrzegł, e jego
reumatyzm zaczyna znika .
Pani Müllerowa, która czekała na Szwejka na mo cie przy wózku, zapłakała
ujrzawszy go id cego pod bagnetami ołnierzy i oddaliła si od wózka, aby ju
nigdy do niego nie powróci .
Za dobry wojak Szwejk kroczył skromnie w asy cie uzbrojonych obro ców
pa stwa.
39
Bagnety błyszczały w promieniach sło ca, a na Małej Stranie obrócił si
Szwejk przed pomnikiem Radetzkiego i zwracaj c si do tłumu, który mu
towarzyszył, zawołał:
- Na Białogród! Na Białogród!
A marszałek Radetzky w zadumie spogl dał ze swego cokołu za oddalaj cym
si dobrym wojakiem Szwejkiem, którego surdut zdobił rekrucki bukiecik,
kulej cym i wspartym na starych kulach, podczas gdy jaki powa ny pan pouczał
ludzi przechodz cych obok, e prowadz „desentera”.
40
Rozdział 8
SZWEJK SYMULANTEM
W owych wielkich czasach lekarze wojskowi czynili wszystko, co tylko mogli,
aby z symulantów wyp dzi szatana sabota u i powróci ich na łono armii.
Wprowadzono kilka stopni tortur symulantów i ludzi podejrzanych o
symulowanie, do których nale eli: suchotnicy, reumatycy, ludzie dotkni ci
przepuklin , chorob nerek, tyfusem, cukrzyc , zapaleniem płuc i innymi
chorobami.
Tortury, jakim symulanci byli poddawani, tworzyły pewien system, a stopnie
m k przedstawiały si tak:
1. Dieta cisła, rano i wieczorem po fili ance herbaty w ci gu trzech dni, przy
czym bez wzgl du na to, na co si kto skar ył, dawano aspiryn na poty.
2. eby ludzie nie my leli, e wojna to miód, dawano im obfite porcje chininy
w proszku, co nazywało si „lizaniem chininy”.
3. Płukanie oł dka dwa razy dziennie litrem ciepłej wody.
4. Lewatywa z wody mydlanej i gliceryny.
5. Zawijanie w prze cieradło zmoczone w zimnej wodzie.
Byli tacy dzielni ludzie, którzy przecierpieli wszystkie pi stopni m k i zostali
wywiezieni w prostej trumnie na cmentarz wojskowy. Ale nie brakło te
małodusznych, którzy, gdy dochodziło do lewatywy, meldowali, i ju czuj si
dobrze i e nie ycz sobie niczego innego, tylko odej na front z najbli szym
batalionem marszowym.
W wi zieniu garnizonowym umieszczono Szwejka w baraku szpitalnym,
mi dzy takimi wła nie małodusznymi symulantami.
- Ja ju nie wytrzymam - rzekł jego s siad, gdy go przyprowadzili z gabinetu
lekarskiego, gdzie ju po raz drugi przepłukano mu oł dek.
Człowiek ten symulował krótkowzroczno .
- Jutro pojad do pułku - decydował si drugi s siad z lewej strony, który
akurat dostał lewatyw , a symulował, e jest głuchy jak pie .
Na łó ku przy drzwiach umierał jaki suchotnik zawini ty w prze cieradło
zmoczone w zimnej wodzie.
- Ju trzeci w tym tygodniu - rzekł s siad z prawej strony. - A tobie co dolega?
- Ja mam reumatyzm - odpowiedział Szwejk, co spowodowało wybuch
miechu wszystkich dookoła. miał si nawet umieraj cy suchotnik, symuluj cy
gru lic .
- Z reumatyzmem nie pchaj si mi dzy nas - powa nie napominał Szwejka
grubawy m czyzna. - Reumatyzm znaczy u nas akurat tyle co odciski. Ja mam
anemi , brak mi połowy oł dka i pi ciu eber, a nikt mi nie wierzy. Był tu nawet
jeden głuchoniemy, przez dwa tygodnie zawijali go co pół godziny w
prze cieradło zmoczono w zimnej wodzie, co dzie robili mu lewatyw i płukali
oł dek. Wszyscy sanitariusze byli przekonani, e ju spraw wygrał i e pójdzie
do domu, a tu pan doktor przepisał mu co na wymioty. O mało go te wymioty nie
porozrywały i wtedy biedak upadł na duchu.”Nie mog , powiada, nadal udawa
głuchoniemego. Odzyskałem mow i słuch.” Wszyscy go napominali, eby nie
41
gubił siebie, ale on swoje, e słyszy i mówi jak wszyscy ludzie. No i podczas rannej
wizyty zameldował si jako zdrowy.
- Trzymał si do długo - zauwa ył człowiek udaj cy, e ma jedn nog
krótsz o cały decymetr - znacznie dłu ej ni ten, który udawał, e go trafił szlag.
Do mu było trzech proszków chininy, jednej lewatywy i jednodniowego postu.
Przyznał si i zanim doszło do płukania oł dka, po parali u nie zostało ladu.
Najdłu ej trzymał si ten, co był pok sany przez w ciekłego psa. Gryzł, wył i
trzeba przyzna , e robił to znakomicie, ale w aden sposób nie mógł si zdoby
na pian koło ust. Pomagali my mu, jak tylko mogli my. Łaskotali my go czasem
przez cał godzin przed wizyt , a dostawał kurczów i siniał, ale piany na ustach
jak nie było, tak nie było. Było to okropne. Gdy pewnego razu w czasie porannej
wizyty poddawał si , było nam go al. Stan ł przy łó ku, wyprostowany jak
wieca, zasalutował i rzekł: „Posłusznie melduj , panie oberarzt, e ten pies, co
mnie pok sał, pewno nie był w ciekły.” Doktor spojrzał na niego tak jako
na całym ciele i mówił dalej: „Posłusznie
dziwnie, e pok sany zacz ł si trz
melduj , panie oberarzt, e mnie aden pies w ogóle nie pok sał, tylko ja sam
ugryzłem si w r k .” Po tym przyznaniu si do winy wszcz to przeciwko niemu
dochodzenie o rozmy lne okaleczenie si , o to, e chciał sobie odgry r k , eby
nie i na wojn .
- Wszystkie te choroby, w których potrzebna jest piana na ustach - mówił
grubawy symulant - symuluje si bardzo ci ko. Jak na przykład epilepsja. Był tu
jeden taki z padaczk i mawiał, e jeden atak mniej czy wi cej, to mu wszystko
jedno, wi c gdy trzeba było, miewał tych ataków do dziesi ciu na dzie . Wił si w
kurczach, zaciskał pi ci, wytrzeszczał oczy, a wyłaziły mu całkiem na wierzch,
tłukł sob o ziemi , wywalał j zyk, jednym słowem, powiem wam, była to wielka
choroba pierwszej klasy, taka wspaniała i rzetelna. Nagle zrobiły mu si wrzody,
dwa na karku, dwa na plecach, i było po epilepsji, po zwijaniu si w kurczach,
gdy nie mógł głow porusza ani le e , ani siedzie . Dostał gor czki i w tej
gor czce w czasie wizyty wszystko o sobie wygadał. A my mieli my krzy pa ski z
tymi jego wrzodami, poniewa musiał u nas jeszcze przez trzy dni le e , zanim
mu nie zebrały, i dostawał inn diet , rano kaw z bułk , na obiad zup , knedlik z
sosem, wieczorem kasz albo zup , a my musieli my patrze z wypłukanymi
oł dkami przy całkowitej diecie, jak ten drab arł, mlaskał, chłeptał, sapał i
bekał z prze arcia. W ten sposób trzem spo ród nas odebrał reszt odwagi, wi c
te si przyznali. Le eli tu z wadami serca.
- Zdaje si - mówił jeden z symulantów - e najlepiej symulowa wariacj .
Tutaj, w s siedniej izbie, s dwaj nauczyciele, z których jeden dniem i noc
powtarza: „Stos Giordana Bruna płonie jeszcze, zrewidujcie proces Galileusza”,
a ten drugi szczeka, naprzód trzy razy powoli: „Hau-hau-hau”, a potem pi razy
szybko raz za razem: „Hauhauhauhauhau”, i znowu powoli, i tak bez ko ca.
Wytrzymali tak ju trzy tygodnie. Ja zrazu te chciałem udawa wariata, a
mianowicie szał religijny, i wygłasza kazania o nieomylno ci papieskiej, ale
wreszcie wystarałem si o raka oł dka od jednego fryzjera na Małej Stranie.
Dałem mu pi tna cie koron.
- Ja znam jednego komisarza w Brzevnovie - wtr cił inny pacjent - który za
dziesi koron zrobi wam tak gor czk , e wyskoczycie oknem.
42
- To jeszcze nic - rzekł inny. - We Vroszovicach jest jedna akuszerka, która za
dwadzie cia koron umie wykr ci nog tak ładnie, e si jest kalek do samej
mierci.
- Mnie wykr cili nog za pi koron - dał si słysze głos gdzie tam z rz du
łó ek stoj cych przy oknie. - Pi koron i trzy piwa.
- Moja choroba kosztuje mnie ju przeszło dwie cie koron - rzekł jego s siad,
człowiek suchy jak tyczka. - Wymie cie trucizn , jak tylko chcecie, ja
za ywałem ju wszystkich po trosze. Jestem ywym składem trucizn. Piłem
sublimat, wdychałem par rt ciow , gryzłem arszenik, paliłem i piłem opium,
morfin posypywałem sobie chleb, połykałem strychnin , piłem roztwór fosforu
w siarkowodorze i kwas pikrynowy. Zmarnowałem sobie w trob , płuca, nerki,
ół , mózg, serce, kiszki. Nikt nie wie, na co jestem chory.
- Najlepiej - mówił jaki głos od drzwi - zastrzykn sobie nafty pod skór na
r ku. Mój bratanek miał takie szcz cie, e mu amputowali r k po łokie i teraz
ma spokój z cał wojn .
- Widzicie wi c - rzekł Szwejk - ile te ka dy musi wycierpie dla
najja niejszego pana. I płukania oł dka, i lewatywy. Kiedym przed laty słu ył w
pułku, bywało jeszcze gorzej. Takiego pacjenta wi zali w kij i wrzucali do lochu,
eby si wykurował. Gdzie tam było szuka łó ek z materacami, jak tutaj, albo
spluwaczek. Gołe prycze i na takich gołych pryczach le eli chorzy. Raz miał jeden
chory prawdziwy tyfus, a drugi czarn osp . Obu zwi zano w kij, a doktor
pułkowy kopał ich w brzuch i mówił, e s symulanty. Potem, gdy obaj ci
ołnierze pomarli, dostała si ta rzecz do parlamentu i było o tym w gazetach.
Zakazali nam czyta pisma i robili rewizj kuferków, czy kto ma takie gazety. A
poniewa ja zawsze musz mie pecha, wi c w całym pułku u nikogo takiej gazety
nie znale li, tylko u mnie. Zaprowadzili mnie do raportu pułkowego, a nasz
oberst, taka małpa, Panie wie nad jego dusz , zacz ł na mnie rycze , ebym stał
prosto i ebym powiedział, kto o tym do gazety napisał, bo jak nie, to mi g b
rozedrze od ucha do ucha i wsadzi mnie do paki, a sczerniej . Potem przyszedł
doktor pułkowy, wymachiwał mi pi ci przed nosem i krzyczał: „Sie werfluchter
Hund, sie schäbiges Wesen, sie unglückliches Mistvieh, ty głupku socjalistyczny!”
Spogl dam wszystkim rzetelnie w oczy, nawet nie mrugn , i milcz , a jedn r k
trzymam przy czapce, drug na szwie u portek. Latali koło mnie jak te psy,
szczekali na mnie, a ja ci gle nic. Milcz , salutuj , a lew r k trzymam na szwie
portek. Gdy si tak w ciekali przez jakie pół godziny, oberst przyskoczył do
mnie i rykn ł: „Jeste idiota, czy nie jeste idiota?” „Posłusznie melduj , panie
oberst, e jestem idiota.” „Dwadzie cia i jeden dni wi zienia za idiotyzm, dwa
posty tygodniowo, miesi c koszarniaka, czterdzie ci osiem godzin słupka,
natychmiast go zamkn , nie da mu re , zwi za go, pokaza mu, e pa stwo
idiotów nie potrzebuje. Ju my ci tutaj, łajdaku, wybijemy te gazetki z głowy” zdecydował wreszcie po długim lataniu pan oberst. Podczas gdy siedziałem, w
koszarach działy si istne cuda. Nasz oberst zakazał wszystkim ołnierzom
czytywa gazety, cho by nawet „Prask Gazet Urz dow ”, a w kantynie nie
wolno było zawija w gazety nawet parówek czy gomółek. Od owego czasu
ołnierze zacz li wła nie czyta i nasz pułk nale ał do najbardziej
wykształconych. Czytywali my wszystkie gazety, a w ka dej kompanii układano
43
wierszyki i piosenki na pana obersta. A jak si w pułku co takiego przytrafiło, to
zawsze w ród szeregowców znalazł si taki dobrodziej, który przesłał do gazety
opis tego pod tytułem: Maltretowanie ołnierzy. Ale nie do na tym. Pisali do
posłów w Wiedniu, eby si za nimi wstawiali, a ci zacz li wnosi interpelacje
jedn za drug , e nas pan oberst jest zwierz itp. Jaki minister wyprawił do nas
komisj , eby wszystko zbadała, a niejaki Franta Heinczel z Hlubokiej dostał
potem dwa lata, poniewa to on zwrócił si do Wiednia do posłów z powodu
policzka, który dostał na placu wicze od pana obersta. A gdy komisja
odjechała, pan oberst kazał nam wszystkim stan w szeregach i przed całym
pułkiem wywodził, e ołnierz to ołnierz, musi stuli pysk i słu y , a je li mu si
co nie podoba, to wyłamuje si spod subordynacji.”Take cie sobie, łajdaki,
my leli, e wam ta komisja co pomo e - mówił pan oberst - drek wam pomogła.
A teraz ka da kompania b dzie przede mn defilowała i b dzie gło no powtarzała
to, co wła nie powiedziałem.” Wi c maszerowali my, jedna kompania za drug ,
rechts schaut, gdzie stał pan oberst, r ce trzymali my na rzemieniach karabinów
i ryczeli my na niego.”Take my sobie, łajdaki, my leli, e nam ta komisja co
pomo e, drek nam pomogła.” Pan oberst si miał, a si za brzuch trzymał, ale
wreszcie przyszła kolej na 11 kompani . Idzie, wali no yskami w ziemi , a gdy
podchodzi do pana obersta, nic, milczy, ani słówka. Pan oberst si zaczerwienił
jak kogut i zawrócił 11 kompani , eby powtórzyła. Defiluje i milczy, tylko szereg
za szeregiem impertynencko patrzy panu oberstowi w oczy.”Ruht!” - powiada
pan oberst, chodzi po dziedzi cu, bije si biczyskiem po cholewach, pluje, potem
nagle staje i ryczy: „Abtreten!”. Siada na swoj szkapin i wyje d a za bram .
Czekali my, co si stanie z 11 kompani , a tymczasem nic i ci gle nic. Czekamy
jeden dzie , dwa, cały tydzie , a tu ci gle nic i nic. Pan oberst ju si w koszarach
wcale nie pokazał, z czego szeregowcy, podoficerowie i oficerowie ogromnie si
cieszyli. Potem dali nam nowego obersta, a o tym dawnym mówili, e jest w
jakim sanatorium, poniewa napisał własnor cznie list do najja niejszego pana,
e 11 kompania si zbuntowała.
Nadeszła pora popołudniowej wizyty. Wojskowy lekarz Grünstein chodził od
łó ka do łó ka, a za nim podoficer sanitariusz z ksi g ordynacyjn .
- Macuna?!
- Jestem!
- Lewatywa i aspiryna! Pokorny?!
- Jestem!
- Płukanie oł dka i chinina! Kovarzik?!
- Jestem!
- Lewatywa i aspiryna! Kotiatko?!
- Jestem!
- Płukanie oł dka i chinina!
I w takim porz dku szło jedno za drugim, mechanicznie, ostro, bez lito ci.
- Szwejk?!
- Jestem!
Doktor Grünstein popatrzył na nowego go cia.
- Co wam jest?
- Posłusznie melduj , e mam reumatyzm!
44
Doktor Grünstein podczas wykonywania swego zawodu przyswoił sobie du o
wyra e łagodnie ironicznych, które działały nieraz daleko skuteczniej ni krzyk.
- Aha, reumatyzm - odpowiedział Szwejkowi. - Oczywi cie, bardzo ci ka
choroba. I jaki wyj tkowy przypadek, eby dosta reumatyzmu akurat wtedy,
gdy jest wojna wiatowa i gdy trzeba i na wojn . Przypuszczam, e wam bardzo
przykro z tej racji.
- Posłusznie melduj , e mi jest, panie oberarzt, strasznie przykro z tej racji.
- Patrzcie, patrzcie, jest mu przykro. Bardzo to pi knie z waszej strony, e cie
sobie reumatyzm zostawili wła nie na teraz i e cie sobie o nas przypomnieli. W
czasie pokoju biega taki biedaczek jak ko l , ale gdy wybuchnie wojna, zaraz
dostaje reumatyzmu i kolana przestaj mu słu y . Kolana was nie bol ?
- Posłusznie melduj , e bol .
- I całymi nocami nie mo ecie sypia , prawda? Reumatyzm to bardzo
niebezpieczna, bolesna i ci ka choroba, ale my my tu poczynili du e
do wiadczenia z reumatykami i wiemy, jak si do nich zabra . cisła dieta i inne
nasze sposoby leczenia okazały si rodkami skutecznymi. Wyzdrowiejecie tu
pr dzej w Piszczanach, a na front pomaszerujecie tak wawo, a si za wami
b dzie kurzyło.
Zwracaj c si do podoficera sanitariusza rzekł:
- Prosz pisa : Szwejk, cisła dieta, dwa razy dziennie płukanie oł dka, raz
na dzie lewatywa, a co dalej, to si poka e. Tymczasem odprowadzi go do
gabinetu, przepłuka mu oł dek, a jak troch oprzytomnieje, zrobi mu
lewatyw , ale porz dn , eby wołał wszystkich wi tych. Zaraz si ten jego
reumatyzm przestraszy i ucieknie.
Zwracaj c si potem do reszty swoich pacjentów wygłosił mow , pełn
pi knych i m drych sentencji:
- Nie my lcie sobie, e macie do czynienia z jakim cymbałem, który pozwoli
wodzi si za nos. Mnie wasze post powanie bynajmniej nie wytr ca z
równowagi. Ja wiem, e wszyscy jeste cie symulanci, e chcecie si wymiga od
wojska. Odpowiednio wi c z wami post puj . Przepu ciłem przez swoje r ce wiele
setek takich ołnierzy jak wy. Na tych łó kach le ały całe masy ludzi, którym nie
brakło niczego prócz ducha wojskowego. Podczas gdy ich towarzysze walczyli na
froncie, ci my leli sobie, e b d si wylegiwali w łó ku, e b d dostawali
szpitalne jedzenie i poczekaj sobie, a si wojna sko czy. Ale, psiakrew,
przeliczyli si , a i wy te si tak, psiakrew, przeliczycie. Jeszcze po dwudziestu
latach b dziecie krzyczeli przez sen, gdy wam si przy ni, jake cie to u mnie
symulowali.
- Posłusznie melduje, panie oberarzt - ozwał si cichy głos z łó ka przy oknie e ju jestem zdrów. Ju w nocy zauwa yłem, e nie mam duszno ci.
- Nazwisko?
- Kovarzik, melduj posłusznie, mam dosta lewatyw .
- Doskonale, lewatyw dostaniecie jeszcze na drog - zadecydował doktor
Grünstein - eby cie si nie skar yli, e was tu nie leczono. Tak, a teraz wszyscy
chorzy, których wymieniłem, marsz za podoficerem, eby ka dy dostał, co mu si
nale y.
45
I ka dy dostał porcj rzeteln , według przepisu. Podczas gdy niektórzy starali
si wpłyn na wykonawc rozkazów pro bami czy nawet wygra aniem, e te
pójd mi dzy sanitariuszy i e ka dy mo e potem wpa w ich r ce, Szwejk
trzymał si dzielnie.
- Nie oszcz dzaj mnie - mówił do swego kata daj cego mu lewatyw - pami taj
o swej przysi dze. Gdyby tu le ał nawet twój ojciec albo własny brat, dawaj im
lewatyw bez mrugni cia. Pomy l, e na takich lewatywach spoczywa Austria, a
zwyci stwo b dzie nasze!
Nazajutrz przy wizycie zapytał doktor Grünstein Szwejka, jak mu si podoba
w szpitalu wojskowym.
Szwejk odpowiedział, e to instytucja akuratna i wzniosła. W nagrod dostał
to samo, co i wczoraj, a nadto aspiryn i trzy proszki chininy, które wsypali mu
do wody, eby je natychmiast wypił.
Nawet Sokrates nie pił swej czaszy cykuty z takim spokojem, jak pił chinin
Szwejk, na którym doktor Grünstein wypróbował wszystkie stopnie m k.
Gdy Szwejka zawijali w mokre prze cieradło w obecno ci lekarza, na jego
pytanie, jak mu si to podoba, Szwejk odpowiedział:
- Posłusznie melduj , panie oberarzt, e to mniej wi cej tak jak na pływalni
albo w k pieli morskiej.
- A reumatyzm macie jeszcze?
- Posłusznie melduj , panie oberarzt, e zdrowie nie chce si poprawi .
Szwejka wzi to na nowe m ki.
W tym czasie wdowa po generale piechoty, baronowa von Botzenheim, miała
bardzo wiele kłopotów z odszukaniem tego ołnierza, o którym pisała niedawno
„Bohemia”, i na wózku inwalidzkim kazał si zawie do wojska i e on, kaleka,
wołał: „Na Białogród! Na Białogród!” Na skutek takiego patriotyzmu „Bohemia”
wezwała swoich czytelników, aby składali ofiary na rzecz lojalnego kaleki
bohatera.
Wreszcie po sprawdzeniu w dyrekcji policji ustalono, e tym dzielnym
ołnierzem był Szwejk, a dalej sprawa poszła ju gładko. Baronowa von
Botzenheim zabrała z sob swoj towarzyszk i kamerdynera z koszem pełnym
dobrych rzeczy i pojechała z tym na Hradczany.
Biedna pani baronowa nawet poj cia nie miała, co to znaczy le e w
wojskowym szpitalu wi zienia garnizonowego. Jej bilet wizytowy otworzył przed
ni bram wi zienia, w kancelarii okazywali jej ogromnie du o grzeczno ci i po
upływie pi ciu minut wiedziała ju , e „der brave soldat Szwejk”, o którego
pytała, le y w trzecim baraku, łó ko numer siedemnasty. Do baraku udał si z ni
sam doktor Grünstein, który z tego wszystkiego zbaraniał.
Szwejk siedział akurat na łó ku po zwykłych codziennych zabiegach
przepisanych przez doktora Grünsteina, otoczony gromadk wychudzonych i
zagłodzonych symulantów, którzy nie poddali si jeszcze i uparcie walczyli z
doktorem Grünsteinem na gruncie diety cisłej.
Kto przysłuchiwałby si ich rozmowie, miałby wra enie, e znalazł si w
towarzystwie arłoków, w jakiej akademii kulinarnej czy na kursach dla
smakoszów.
46
- Nawet zwykłe skwarki ze słoniny s dobre do jedzenia - opowiadał wła nie
jeden z pacjentów, który był tu leczony na „zastarzały katar oł dka” - ale musz
by ciepłe. Po wytopieniu słoniny trzeba je wycisn na sucho, osoli , opieprzy , a
ja wam mówi , e s lepsze od g sich skwarków.
- Tylko ju g sim skwarkom nie przymawiaj - rzekł m dotkni ty „rakiem
oł dka”. - Nie ma nic lepszego od g sich skwarków. Jak si z nimi mog równa
wieprzowe skwarki! Naturalnie, e musz by usma one na kolor złotawy, jak to
robi ydzi. Bior tłust g , ci gaj na skwarki sadło razem ze skór i sma
to.
- Mylisz si , bratku, je li chodzi o skwarki wieprzowe - zauwa ył s siad
Szwejka. - Oczywi cie, e mówi tylko o skwarkach ze słoniny domowej, o tych,
co si je zwykle nazywa skwarkami domowymi. Nie powinny by br zowe, ale i
ółte te nie, trzeba znale wła ciwy odcie mi dzy tymi dwoma kolorami. Takie
skwarki nie mog by ani zbyt twarde, ani zbyt mi kkie. Nie powinny chrupa ,
wtedy s zanadto wysma one. Musz rozpłyn si na j zyku, a nie mo na przy
tym mie wra enia, e po brodzie cieknie tłuszcz.
- Kto z was jadł skwarki z ko skiego łoju? - ozwał si czyj głos, na który nikt
nie dał odpowiedzi, poniewa do baraku wbiegł podoficer sanitariusz.
- Wszyscy do łó ek, bo idzie tu jaka arcyksi na! Niech nikt nie wystawia
brudnych nóg spod koca!
Nawet arcyksi na nie mogła wej na sal z tak powag , z jak weszła
baronowa von Botzenheim. Za ni waliła cała wita, w której nie brakło nawet
wachmistrza rachuby z kancelarii szpitala. Ten ostatni dopatrywał si w tym
wszystkim jakiej tajemniczej siły sprowadzaj cej rewizj , która oderwie go od
obfitego łobu na tyłach i rzuci przed zasieki z drutu kolczastego na pastw
szrapneli.
Był blady, ale jeszcze bledszy był doktor Grünstein. Przed oczami miał stale
mały bilecik starej baronowej z tytułem „wdowa po generale”, a z tytułem tym
kojarzyło si niesłychanie wiele, jak na przykład: znajomo ci, protekcje, skargi,
translokacje na front i inne okropno ci.
- Tutaj mamy Szwejka - rzekł zachowuj c sztuczny spokój i prowadz c pani
baronow ku łó ku, na którym spoczywał Szwejk. - Jest bardzo cierpliwy.
Baronowa von Botzenheim usiadła na podanym jej krze le przy łó ku
Szwejka i rzekła:
- Ce ki solniesz topra solniesz, kalika by topry solniesz. Barso lubi ce ki
Austriak.
Przy tych słowach głaskała Szwejka po jego nie golonej twarzy i mówiła dalej:
- Ja cita wsistko w gazeta, ja psinosi je , papu, pali , pi . Ce ki solniesz
topra solniesz. Johann, kommen Sie hier!
Kamerdyner, przypominaj cy swoimi bokobrodami zbójnika Babi skiego,
przyci gn ł ku łó ku olbrzymi kosz, podczas gdy towarzyszka starej baronowej,
wysoka dama o zapłakanej twarzy, przysiadła na łó ku i podpierała Szwejka
słomian poduszk , bo sobie uroiła, e tak wła nie trzeba dogadza chorym
bohaterom.
Tymczasem baronowa wyjmowała z kosza prezenty. Tuzin pieczonych
kurcz t pozawijanych w ró ow bibułk i poprzewi zywanych czarno- ółt
47
wst k jedwabn , dwie butelki jakiego wojennego likieru z etykietk „Gott
strafe England!” Na drugiej stronie etykiety był obrazek Franciszka Józefa i
Wilhelma, trzymaj cych si za r ce, jakby bawili si w zaj czka.” Zaj czek w
jamie siedzi sam, a co ci to, niebo tko, e ju nie mo esz skaka ?”
Potem wydobyła z kosza trzy butelki wina dla rekonwalescentów i dwa
pudełka papierosów. Wszystko elegancko uło yła na pustym łó ku obok Szwejka,
dodaj c do tego jeszcze pi knie oprawion ksi k : Zdarzenia z ycia naszego
monarchy, któr napisał obecny wielce zasłu ony redaktor naczelny naszej
urz dowej gazety „Republika Czechosłowacka”, bałwochwalczo uwielbiaj cy
starego Franciszka. Potem znalazły si na łó ku tabliczki czekolady z takim
samym napisem: „Gott strafe England!” I na nich były obrazki obu cesarzy:
austriackiego i niemieckiego. Na czekoladzie ju nie trzymali si za r ce, ale z
jakim despektem odwracali si od siebie. Ładna była dwurz dowa szczoteczka
do z bów z napisem „ Viribus unitis”, aby ka dy, kto b dzie czy cił z by,
wspomniał o Austrii. Eleganckim i dla ołnierza id cego na front do okopów
bardzo stosownym prezentem był neseser z kompletem przyborów do czyszczenia
paznokci. Na pudełku był obrazek przedstawiaj cy szrapnel w chwili wybuchu i
jakiego człowieka, który w szyszaku na głowie p dzi gdzie z bagnetem w r ku.
Pod tym był napis: „Für Gott, Kaiser und Vaterland!” Bez obrazka była paczka
suszonych owoców, ale za to był na niej wierszyk:
Oesterreich, du edles Haus,
Steck deine Fahne aus,
Lass sie im Wind wehn,
Oesterreich muss ewig stehn!
I jego przekład na drugiej stronie:
Austrio, ty domie szlachetny,
Wywie chor giew swoj ,
Ka jej na wietrze wia ,
Austria musi wiecznie trwa !
Ostatnim prezentem był biały hiacynt w doniczce. Kiedy po rozpakowaniu
wszystko to znalazło si ju na łó ku, pani baronowa von Botzenheim nie mogła
opanowa łez wzruszenia. Kilku wygłodzonym symulantom pociekła lina z ust.
Towarzyszka pani baronowej podpierała siedz cego Szwejka i tak e roniła łzy.
Było cicho jak w ko ciele, gdy wtem Szwejk zło ył r ce i przerwał uroczyst cisz :
- Ojcze nasz, który jest w niebie, wi si imi Twoje, przyjd królestwo
Twoje... pardon, wielmo na pani, to nie tak, chciałem tylko powiedzie : Panie
Bo e, Ojcze Niebieski, błogosław te dary, które z szczodrobliwo ci Twojej spoywa b dziemy. Amen.
Po tych słowach si gn ł po jedno z kurcz t i łapczywie zacz ł je obgryza ,
podczas gdy doktor Grünstein spogl dał na niego z przera eniem.
- Ach, jak mu smakuje, ołnierzykowi - ze wzruszeniem szeptała stara
baronowa doktorowi Grünsteinowi. - On jest niezawodnie ju zdrów i mo e
wyruszy w pole. Bardzo si ciesz , e przyniosłam mu w por te rzeczy.
48
Potem chodziła od łó ka do łó ka i rozdawała papierosy i czekoladki.
Wreszcie zawróciła ku łó ku Szwejka, pogłaskała go po głowie, szepn ła: - Behüt
euch Gott! - i z cał wit wyszła z sali.
Zanim doktor Grünstein powrócił z dołu po odprowadzeniu baronowej,
Szwejk porozdawał kurcz ta, które zostały po arte przez pacjentów z tak
szybko ci , e zamiast kurcz t znalazł doktor Grünstein tylko kupk ko ci
ogryzionych tak czy ciutko, jakby kurcz ta za ycia wpadły do gniazda s pów, a
ich ogryzione ko ci le ały par miesi cy na spiekocie słonecznej.
Znikł te likier wojenny i trzy butelki wina. Poprzepadały w oł dkach
tabliczki czekolady i sucharki. Kto wypił w po piechu nawet buteleczk lakieru
do paznokci, która znajdowała si w neseserze, i nadgryzł past do z bów,
doł czon do szczoteczki.
Doktor Grünstein, powróciwszy na sal , przybrał od razu postaw bojow i
wygłosił dług mow . Kamie spadł mu z serca, e pani baronowa ju sobie
poszła. Kupa ogryzionych ko ci utwierdziła go w mniemaniu, e wszyscy s
niepoprawni.
- ołnierze! - zacz ł swoje przemówienie. - Gdyby cie mieli troch rozs dku,
to by cie wszystko zostawili i powiedzieli sobie: je li to po remy, to pan oberarzt
nie b dzie nam wierzył, i jeste my ci ko chorzy. Sami wystawili cie sobie
wiadectwo, i nic sobie nie robicie z mojej dobroci. Płucz wam oł dki, robi
wam lewatywy, staram si utrzyma was na bezwzgl dnej diecie, a wy
przeładowujecie sobie brzuchy. Czy chcecie dosta kataru oł dka? - Mylicie si !
Zanim wasze oł dki spróbuj strawi to wszystko, wyczyszcz wam je tak
dokumentnie, e do ko ca ycia o tym nie zapomnicie i jeszcze dzieciom swoim
opowiecie, jake cie si razu pewnego poob erali kurcz tami i innymi
smakołykami i jak to wszystko nie utrzymało si w was nawet przez kwadrans, bo
wam wypompowano oł dki na poczekaniu. Dalej wi c, jeden za drugim za mn ,
aby cie nie zapomnieli, e nie jestem aden osioł jak wy, ale em nieco
sprytniejszy ni wy wszyscy razem. Prócz tego zapowiadam wam, e jutro
sprowadz na was komisj , bo wylegujecie si tu ju zbyt długo, a adnemu z was
nic nie jest, je li potraficie w ci gu paru minut zapaskudzi sobie oł dki tak
ładnie, jake cie to wła nie zrobili. Dalej, naprzód marsz!
Gdy przyszła kolej na Szwejka, doktor Grünstein spojrzał na niego i jaka
reminiscencja w zwi zku z dzisiejsz tajemnicz wizyt zmusiła go do zapytania:
- Czy wy znacie pani baronow ?
- To moja macocha - odpowiedział spokojnie Szwejk. - W niemowl cym wieku
porzuciła mnie, a teraz odnalazła...
Doktor Grünstein rzekł zwi le:
- Potem dajcie Szwejkowi jeszcze lewatyw .
Wieczorem było w baraku smutno. Przed paru godzinami wszyscy mieli w
oł dkach ró ne dobre i smakowite rzeczy, a teraz maj w nich tylko słab
herbat i kromk chleba.
Numer dwudziesty pierwszy ozwał si spod okna:
- Wierzycie, koledzy, e wol raczej kurcz sma one ni pieczone?
Kto mrukn ł: - Dajcie mu koca! - ale wszyscy byli tak osłabieni po
niefortunnej wy erce, e nikt si nie chciał ruszy .
49
Doktor Grünstein dotrzymał słowa. Przed południem przyszło kilku lekarzy
wojskowych z osławionej komisji.
Kroczyli powa nie w ród szeregów łó ek i nic nie było słycha prócz tego:
- Poka cie j zyk!
Szwejk wysun ł j zyk tak daleko, e twarz jego wykrzywiła si w głupi
grymas, a oczy si zamkn ły.
- Posłusznie melduj , panie stabsarzt, e ju wi cej j zyka nie mam.
Zacz ła si interesuj ca fachowa dyskusja mi dzy Szwejkiem a komisj .
Szwejk twierdził, e uwag o j zyku zrobił tylko dlatego, aby na niego nie padło
podejrzenie, i ukrywa cz
j zyka. Natomiast członkowie komisji ró nili si
zasadniczo w swoich zdaniach o Szwejku.
Połowa lekarzy była zdania, e Szwejk jest ein blöder Kerl!, podczas gdy
druga połowa uwa ała, i jest to łotr, który sobie z wojska pokpiwa.
- Do stu tysi cy piorunów! - rykn ł na Szwejka przewodnicz cy komisji. Cho by sam diabeł ci pomagał i tak si na tobie poznamy.
Szwejk spogl dał na cał komisj z boskim spokojem niewinnego dzieci cia.
Naczelny lekarz sztabowy podszedł jak najbli ej do Szwejka:
- Chciałbym ja wiedzie , morska winio, co wy teraz my licie?
- Posłusznie melduj , e ja w ogóle nie my l .
- Himmeldonnerwetter! - wrzeszczał jeden z członków komisji pobrz kuj c
szabl . - Patrzcie go, on nic nie my li! A czemu to nic nie my licie, słoniu
syjamski?
- Posłusznie melduj , e ja dlatego nic nie my l , poniewa ołnierzom w
wojsku jest to zakazane. Kiedy przed laty słu yłem w 91 pułku, to nasz pan
kapitan zawsze mawiał: „ ołnierzowi nie wolno my le . Za niego my li jego
przeło ony. Jak tylko ołnierz zacznie my le , to ju nie jest ołnierzem, ale
marnym, wszawym cywilem. My lenie nie prowadzi...”
- Stulcie pysk! - przerwał Szwejkowi rozw cieczony przewodnicz cy komisji. Ju o was słyszeli my. Der Kerl meint, man wird glauben, er sei ein wirklicher
Idiot. Nie jeste cie idiot , Szwejku, ale przebiegły jeste cie, sprytny gałgan,
ulicznik jeste cie, wszawy łajdak, rozumiecie?
- Posłusznie melduj , e rozumiem.
- Ju wam mówiłem, eby cie stulili pysk. Słyszeli cie?
- Posłusznie melduj , e wiem, e mam stuli pysk.
- Himmelherrgott, stul e wreszcie ten pysk, skoro ci kazałem! Wiecie dobrze,
e nie macie mle j zorem!
- Posłusznie melduj , e wiem, e nie mam mle j zorem. - Wojskowi panowie
spojrzeli po sobie i wezwali wachmistrza.
- Tego człowieka - rzekł naczelny lekarz sztabowy i przewodnicz cy komisji
wskazuj c na Szwejka - zaprowadzicie na dół do kancelarii i poczekacie na nasz
relacj i raport. W garnizonie ju mu wybij z głowy to pyskowanie. Chłopisko
zdrowe jak ryba, symuluje i jeszcze miele ozorem, a z przeło onych sobie
pokpiwa. Zdaje mu si , e przeło eni s dla jego zabawy, e cała wojna jest
uciech i zabawk . W garnizonie wam, mój Szwejku, wyperswaduj , e wojna to
nie adna heca.
50
Szwejk oddalał si z wachmistrzem do kancelarii i w drodze przez dziedziniec
pod piewywał sobie:
Zawszem sobie my lał,
e wojna to szpas,
e pob d na niej tydzie , dwa tygodnie
I powróc znowu mi dzy was...
Podczas gdy w kancelarii dy urny oficer ryczał na Szwejka, e takich drabów
jak Szwejk powinno si rozstrzeliwa , komisja w barakach szpitalnych
dziesi tkowała symulantów. Spo ród siedemdziesi ciu pacjentów ocalało tylko
dwóch: jednemu granat urwał nog , a drugi miał prawdziw gru lic ko ci.
Tylko ci dwaj nie usłyszeli słówka „tauglich”, wszyscy inni, nie wył czaj c
trzech umieraj cych suchotników, uznani zostali za zdatnych do pełnienia słu by
wojskowej na froncie. Przy sposobno ci naczelny lekarz sztabowy nie oparł si
pokusie wygłoszenia przemowy.
Mowa jego była naszpikowana ró nymi wyzwiskami, a w tre ci zwi zła.
Wszyscy, jeden w drugiego, to bydl ta i gnój, i jedynie w tym wypadku, gdy b d
dzielnie walczyli za najja niejszego pana. b d mogli powróci do społeczno ci
ludzkiej, a po wojnie b dzie im odpuszczone, e si chcieli wykpi z wojska i
symulowali. Ale on osobi cie w to nie wierzy i jest przekonany, e wszystkich
czeka stryczek.
Jaki młodziutki lekarz wojskowy, dusza czysta dot d i nie zepsuta, poprosił
naczelnego lekarza sztabowego, aby mu pozwolono te przemówi . Mowa jego
ró niła si od słów przeło onego optymizmem i naiwno ci . Mówił po niemiecku.
Du o mówił o tym, e ka dy z tych, którzy opuszczaj szpital, aby odej do
swoich pułków w polu, musi by bohaterem i rycerzem. On sam jest przekonany,
e b d dzielni we władaniu broni na polu walki i szlachetni we wszystkich
sprawach wojskowych i prywatnych, e b d niepokonanymi bojownikami,
pomnymi na sław Radetzkiego i ksi cia Eugeniusza Sabaudzkiego. e u y ni
krwi swoj rozległe pola chwały monarchii i zwyci sko dokonaj zadania, jakie
wyznaczyła im historia. Z odwag i m stwem, gardz c yciem swoim, run
naprzód pod podziurawionymi od kul sztandarami, ku nowej sławie i nowym
zwyci stwom.
Potem na korytarzu naczelny lekarz sztabowy rzekł do tego naiwnego
młodziana:
- Panie kolego, mog pana zapewni , e to wszystko na nic. Z tych łajdaków
nie zrobiłby ołnierzy ani Radetzky, ani ksi
Eugeniusz Sabaudzki. Mówi do
nich po angielsku czy po diabelsku to wszystko jedno. To hołota.
51
Rozdział 9
SZWEJK W GARNIZONIE
Ostatnim schronieniem ludzi, którym nie chciało si wojowa , był garnizon.
Znałem pewnego suplenta, który jako matematyk nie chciał strzela z armat i
ukradł jakiemu porucznikowi zegarek, eby si tylko dosta do garnizonu.
Zrobił to po gruntownym namy le. Wojna mu nie imponowała i nie zachwycała
go. Strzelanie do nieprzyjaciela i zabijanie takich samych nieszcz liwych
suplentów matematyków po stronie przeciwnej uwa ał za idiotyzm.
- Nie chc by znienawidzony za swoje czyny - powiedział sobie i z
premedytacj ukradł zegarek.
Najpierw badali jego stan umysłowy, ale gdy o wiadczył, e chciał si
zbogaci , wyprawili go do garnizonu. Sporo było takich, którzy siedzieli w
garnizonie za kradzie e i oszustwa; idealistów i nieidealistów. Byli tam ludzie
uwa aj cy wojn za ródło dochodów, ró ni podoficerowie z rachuby, zarówno z
tyłów, jak z frontu, którzy dopuszczali si najró niejszych manipulacji z
prowiantami i z ołdem, a tak e ró ni drobni złodzieje, stokro uczciwsi od tych
łotrów, którzy ich tu przysłali. Nast pnie siedzieli w garnizonie ołnierze za ró ne
inne wykroczenia czysto wojskowe, jak niesubordynacja, próby buntu, dezercja.
Wreszcie typem osobliwym byli polityczni, w ród których osiemdziesi t procent
było zupełnie niewinnych, ale dziewi dziesi t dziewi procent spo ród nich
skazywano.
Zespół audytorów był wspaniały. Wła nie taki aparat s dowy, jaki był tutaj,
ma ka de pa stwo przed powszechnym politycznym, gospodarczym i moralnym
upadkiem. Takie pa stwo ochrania resztki swego spłowiałego nimbu przy
pomocy s dów, policji, andarmerii i sprzedajnej zgrai donosicieli.
W ka dym oddziale wojskowym miała Austria szpiclów, którzy denuncjowali
swoich towarzyszy, sypiaj cych z nimi na tych samych pryczach i dziel cych si z
nimi kawałkiem chleba podczas marszów.
Tak e i policja pa stwowa dostarczała do garnizonu sporo materiału,
osobliwie tacy panowie, jak Klima, Slaviczek i S-ka. Za spraw cenzury
wojskowej przyprowadzano tu autorów korespondencji, jak prowadzili ludzie z
frontu z tymi, których pozostawili w domu, zrozpaczonych, bezradnych. Tutaj
sprowadzali andarmi nawet starych do ywotników, którzy pisywali listy na
front, a s d wojskowy wlepiał im po dwana cie lat wi zienia za ich słowa pociechy
i za opisy biedy domowej.
St d, z aresztu hradcza skiego, prowadziła te droga przez Brzevnov na
motolski plac wicze . Niejednokrotnie szedł t dy pod bagnetem człowiek z
ła cuchami na r kach, a za nim toczył si wóz z trumn . Potem na motolskim
placu wicze padał krótki rozkaz: „An! Feuer!” Po czym we wszystkich pułkach
i batalionach odczytywali rozkaz pułkowy, e znowu rozstrzelano jednego za bunt
i to jaki - podniesiony wtedy, gdy stawał do wojska i gdy kapitan ci ł szabl jego
on za to, e nie mogła si oderwa od m a.
A w garnizonie rz dziła trójca: sztabowy profos Slavik, kapitan Linhart i
sier ant Rzepa, przezywany katem. Ilu to ludzi zatłukli oni w separatkach! By
52
mo e, e kapitan Linhart i teraz, za republiki, jest dalej kapitanem. yczyłbym
sobie, eby mu zaliczone były lata słu by w wi zieniu garnizonowym. Slaviczkowi
i Klimie przez policj pa stwow lata te zostały zaliczone. Rzepa jest teraz
cywilem i wykonuje dalej swój zawód majstra mularskiego. By mo e, e jest
członkiem patriotycznych stowarzysze w republice.
Sztabowy profos Slavik stał si za republiki złodziejem, jest dzisiaj pod
kluczem. Nie zaczepił si biedak w republice jak inni wojskowi.
Jest rzecz zgoła naturaln , e sztabowy profos Slavik, przyjmuj c Szwejka,
rzucił na niego spojrzenie pełne niemego wyrzutu:
- I ty, bratku, masz tak dalece zaszargan opini , i dostałe si a tutaj,
mi dzy nas? My ci tu, kochanie, pobyt osłodzimy jak wszystkim, którzy wpadli w
nasze r ce, a te r ce nasze niczym nie przypominaj delikatnych r czek
damskich.
Aby za doda sobie powagi, przytkn ł swoj muskularn i ci k pi
do
nosa Szwejka i powiedział:
- Pow chaj, łajdaku!
Szwejk pow chał i odrzekł:
- Nie chciałbym dosta ni w nos, bo to pachnie cmentarzem.
Spokojne, powa ne słowa podobały si sztabowemu profosowi.
- He - rzekł tr caj c Szwejka pi ci w brzuch. - Stój prosto. Co masz w
kieszeniach? Je li masz papieros, to go sobie mo esz zostawi , ale pieni dze
dawaj, eby ci ich nie ukradli. Wi cej nie masz? Naprawd nie masz? Nie kłam,
za kłamstwo karzemy.
- Gdzie go wsadzimy? - zapytał sier ant Rzepa.
- Wsadzimy go do szesnastki - zadecydował sztabowy profos - mi dzy tych, co
chodz w gaciach. Nie widzi pan, e w papierach pan kapitan Linhart dopisał:
„Streng behüten! Beobachten!” No tak, tak - zwrócił si uroczy cie do Szwejka - z
łajdakami post puje si po łajdacku. Jak si kto opiera, to go prowadzimy do
pojedynki i łamiemy mu tam wszystkie ebra, a potem zostawiamy go tam
samego, dopóki nie zdechnie. Mamy swoje prawo. Poradzili my tu sobie z jednym
rze nikiem, pami tacie, Rzepa?
- No, co prawda, to prawda, napocili my si nad nim, panie profosie marzycielsko odpowiedział sier ant Rzepa. - Co to było za ciało! Przez pi minut
musiałem po nim depta , zanim zacz ły mu trzeszcze ebra i pu ciła mu si krew
ustami. I jeszcze dziesi dni ył potem. Ale był silny.
- Widzisz wi c, łajdaku, jak to si u nas robi, je li kto stawia opór - ko czył
swój pedagogiczny wykład sztabowy profos Slavik.
- To samo, gdy kto chce uciec. To tak, jakby kto popełnił samobójstwo, za
które u nas karze si tak samo. Albo niech ci r ka boska broni, ty gówniarzu,
gdyby ci przyszło do głowy skar y si na co , gdy b dzie inspekcja. Gdy
inspekcja przyjdzie i zapyta: „Czy macie jakie skargi?” - to masz, mierdzielu,
sta na baczno , salutowa i odpowiada : „Posłusznie melduj , e nie mam, e
jestem zupełnie zadowolony.” Jak powiesz, niedojdo? Powtórz!
- Posłusznie melduj , e nie mam, e jestem zupełnie zadowolony - powtórzył
Szwejk z takim miłym wyrazem twarzy, e sztabowy profos został oszukany, bo
mu si wydało, e to jest rzetelne staranie i uczciwo .
53
- Rozbierz si do gatek i pójdziesz do szesnastki - rzekł grzecznie, nie dodaj c
adnego z tych pi knych słów, jak: łajdak, mierdziel, niedojda, chocia to było
jego zwyczajem.
W szesnastce spotkał si Szwejk z dziewi tnastoma lud mi w gatkach. Byli to
tacy, którzy w papierach swoich mieli uwag : „Streng behüten! Beobachten!”
Pilnowano ich te bardzo troskliwie, aby nie pouciekali.
Gdyby te kalesony były czyste, a okna nie miały krat, to na pierwsze
spojrzenie mo na by było mniema , e si jest w szatni ła ni parowej.
Szwejka przyj ł tzw. ciemerkomendant - słu bowy szesnastki, chłop
zaro ni ty, w rozchełstanej koszuli. Zapisał sobie jego nazwisko na skrawku
papieru wisz cym na cianie i powiedział:
- A jutro to ci b dzie u nas dopiero przedstawienie. Zaprowadz nas do
kaplicy na kazanie. My, wszyscy w gaciach, stoimy zawsze pod ambon . To ci
b dzie frajda.
Kaplica domowa cieszyła si wielkim powodzeniem w garnizonie, jak zreszt
cieszy si zawsze we wszystkich wi zieniach i domach poprawczych. Wcale nie
chodziło o to, aby przymusowe odwiedzanie kaplicy wi ziennej miało przybli y
odwiedzaj cych do Boga albo podnie ich moralnie. O takich głupstwach nie
mogło by mowy.
Nabo e stwa i kazania były jedynie wspaniałym urozmaiceniem nudy
wi zienia garnizonowego. Nie chodziło o to, eby si znale bli ej Boga, ale o to,
e po drodze do kaplicy nadarzy si mo liwo znalezienia niedopałka papierosa
lub cygara. Boga całkowicie przesłonił mały niedopałek, beznadziejnie walaj cy
si w spluwaczce lub w kurzu na ziemi. Ów male ki woniej cy przedmiot miał
przewag nad Bogiem i zbawieniem duszy.
A przy tym jeszcze to kazanie, istna frajda i zabawa! Kapelan wojskowy Otto
Katz był jednak e przemiłym człowiekiem. Kazania jego były niezmiernie
zajmuj ce, wesołe i od wie aj ce nud garnizonow . Umiał cudownie gl dzi o
niezmiernej łasce bo ej, podtrzymuj c na duchu opuszczonych wi niów i
poha bionych m ów. Umiał wspaniale perorowa z kazalnicy czy ołtarza.
Bajecznie tak e ryczał przed ołtarzem swoje: „Ite missa est.” Całe nabo e stwo
odprawiał w sposób wysoce oryginalny, odwracaj c cały porz dek mszy wi tej;
a gdy był mocno pijany, wymy lał nowe modlitwy, now msz wi t i swój
własny rytuał, w ogóle co , czego tutaj jeszcze nie było.
I jeszcze ta uciecha, kiedy to czasami po lizn ł si i upadł z kielichem, z
monstrancj czy mszałem, a potem oskar ał gło no ministranta - brał ich spo ród
wi niów - e mu umy lnie podstawił nog , i natychmiast, w obliczu
przenaj wi tszego sakramentu, łajał go gro c separatk i kajdankami.
A domniemany winowajca cieszy si , e bierze udział w tej całej frajdzie w
kaplicy wi ziennej. Gra wielk rol i z godno ci si z niej wywi zuje.
Kapelan polowy Otto Katz, najdoskonalszy ksi dz wojskowy, był ydem. Nie
ma w tym zreszt nic osobliwego. Arcybiskup Kohn był te ydem, i jeszcze do
tego koleg Machara.
Kapelan polowy Otto Katz miał jeszcze barwniejsz przeszło ni sławny
arcybiskup Kohn.
54
Odbywał studia w Akademii Handlowej i słu ył w wojsku jako jednoroczny
ochotnik. Na wekslach i prawie wekslowym znał si tak wietnie, e w ci gu tej
jednorocznej słu by wojskowej doprowadził firm Katz i S-ka do gruntownego
bankructwa, w wyniku czego stary pan Katz, ugodziwszy si z wierzycielami,
czmychn ł do Ameryki Północnej bez ich wiedzy oraz bez wiedzy swego
wspólnika, który wyjechał do Argentyny.
Gdy wi c młody Otto Katz bezinteresownie obdarzył Ameryk Północn i
Południow firm Katz i S-ka, znalazł si w sytuacji człowieka, który nie maj c
adnych widoków na spadek, nie wie, gdzie by głow skłonił, a przeto musi
zabiega o przej cie do słu by czynnej.
Ale przedtem obmy lił sobie Otto Katz wielce uroczyst rzecz. Kazał si
ochrzci . Nawrócił si do Chrystusa, eby mu pomógł zrobi karier . Nawrócił si
do Niego z zaufaniem bezwzgl dnym, uwa aj c to za spraw czysto handlow
mi dzy nim a Synem Bo ym.
Chrzcili go uroczy cie w klasztorze emauskim. Sam pater Alban polewał go
wod z chrzcielnicy. Widowisko było wspaniałe. Asystował przy nim pewien
pobo ny major z pułku, w którym Otto Katz słu ył, jaka stara panna z Instytutu
Szlachcianek na Hradczanach i pewien grubousty przedstawiciel konsystorza,
który był chrzestnym ojcem.
Egzamin oficerski wypadł pomy lnie i nowy chrze cijanin Otto Katz pozostał
w wojsku. Zrazu zdawało mu si , e wszystko pójdzie dobrze, i chciał si nawet
zapisa na kursy sztabowe.
Ale pewnego dnia upił si i poszedł do klasztoru: porzucił szabl i przywdział
habit. Zwrócił si do arcybiskupa na Hradczanach i dostał si do seminarium.
Przed swym wy wi ceniem upił si jak bela w jednym bardzo przyzwoitym domu
z obsług damsk , w zaułku niedaleko ulicy Vejvody, i prosto z wiru uciech i
zabawy poszedł przyj
wi cenia. Po wy wi ceniu udał si do swego pułku z
pro b o protekcj , a gdy go mianowano kapelanem wojskowym, kupił sobie
konia, odbywał przeja d ki po Pradze i uczestniczył we wszystkich birbantkach
oficerów swego pułku.
W sieni domu, gdzie mieszkał, bardzo cz sto odzywały si przekle stwa nie
zaspokojonych wierzycieli. Przyprowadzał sobie do mieszkania dziewczyny z
ulicy albo posyłał po nie swego ordynansa. Bardzo lubił grywa w ferbla, a
chocia istniały pewne uzasadnione przypuszczenia, e nie trzyma si zbyt
pedantycznie reguł gry, to jednak nikt nie zdołał mu udowodni , e w obszernym
r kawie swego płaszcza trzymał w pogotowiu przydatnego asa. W kołach
oficerskich nazywali go wi tym ojcem.
Do kazania nigdy si nie przygotowywał, czym ró nił si od swego
poprzednika, który te odwiedzał garnizon. Tamten uroił sobie, e ludzi
wi zionych w garnizonie mo na poprawi napominaniem z kazalnicy. Czcigodny
ten kapelan pobo nie wywracał oczyma i wykładał wi niom, e konieczna jest
reforma prostytucji, reforma opieki nad niezam nymi matkami, a tak e mówił o
wychowaniu dzieci nieprawego ło a. Kazania jego były bardzo abstrakcyjne, a
jako pozbawione zwi zku z sytuacj aktualn nudziły słuchaczy.
Natomiast kapelan wojskowy Otto Katz wygłaszał kazania, z których cieszyli
si wszyscy.
55
Chwila to była uroczysta, gdy „szesnastk ” prowadzili do kaplicy w gaciach,
poniewa ubieranie tych wi niów poł czone było z ryzykiem ich ucieczki.
Ustawiano tych dwadzie cia par kalesonów, niby białych aniołów, tu pod
kazalnic . Ci, którym dopisało szcz cie, uli niedopałki papierosów znalezione
po drodze, poniewa - jak wiadomo - nie mieli kieszeni, w których mogliby je
ukry .
Obok nich stali inni wi niowie garnizonu i cieszyli oczy swoje widokiem
dwudziestu par kalesonów pod kazalnic , na któr wchodził kapelan wojskowy
pobrz kuj c ostrogami.
- Habacht! - wykrzykn ł. - Modlitwa! Wszyscy powtarzaj za mn , co b d
mówił. A ty tam w ko cu, łobuzie jeden, nie smarcz w gar , jeste w wi tyni
Pa skiej, bo inaczej ka ci przymkn . Wy łaziki jedne, czy cie przypadkiem
nie zapomnieli Ojcze nasz? No, to spróbujemy... No tak, od razu wiedziałem, e to
nie pójdzie. Gdzie wam tam do ojczenasza! Wtrz chn tak dwie porcje mi sa z
fasolow sałatk , poło y si p pkiem do góry, dłuba w nosie i nie my le nawet
o Panu Bogu, to by si wam podobało! Czy nie mam racji?
Spojrzał z kazalnicy na dół, na dwudziestu białych aniołów w kalesonach,
którzy, jak zreszt i wszyscy obecni, doskonale si bawili. W tyle ołnierze grali w
„oko”.
- To wspaniałe - szepn ł Szwejk s siadowi, którego podejrzewano, e za trzy
korony odr bał swemu towarzyszowi wszystkie palce u r ki, aby w ten sposób
pomóc mu wymiga si od wojaczki.
- To si dopiero zacznie - powiedziano mu. - Dzi znowu jest mocno
wstawiony, wi c b dzie na pewno mówił o ciernistej drodze grzechu.
Kapelan był dzi rzeczywi cie w doskonałym usposobieniu. Sam nie zdawał
sobie sprawy, e ci gle wychyla si z kazalnicy; raz omal nie wypadł z niej,
straciwszy równowag .
- Chłopcy, za piewajcie co ! - krzykn ł w dół. - A mo e chcecie, ebym was
nauczył nowej piosenki? piewajcie wi c za mn !
Mam ja swoj ukochan ,
Z wszystkich panien wybieran .
Nie chodz te za ni sam,
Chodzi za ni innych wi cej.
Kochanków ma na tysi ce.
A ta moja najmilejsza
To Panienka Maryja!
- Ale wy, łobuzy, nigdy si tego nie nauczycie - mówił dalej kapelan. - Jestem
za tym, aby was wszystkich powystrzela . Czy dobrze mnie rozumiecie?
Stwierdzam to z tego oto wi tego miejsca, wy nikczemnicy, bo wahacie si
zwróci do Chrystusa, wolicie kroczy ciernist drog grzechu. Ale Bóg to co , co
si was nie boi, zakr ci wami tak, e a zgłupiejecie.
- A wi c ju si zacz ło, jest porz dnie wlany - szepn ł rado nie s siad do
Szwejka.
- Ciernista droga grzechu, wy głupcy jedni, jest walk z wyst pkiem. Jeste cie
synami marnotrawnymi, którzy wol raczej wylegiwa si w separatkach ni
56
nawróci si do Ojca Niebieskiego. Wznie cie tylko wasz wzrok, wy ulicznicy,
dalej i wy ej, a pod niebiosa, a zwyci ycie i w duszach waszych zago ci pokój.
Wypraszam sobie, aby tam z tyłu kto parskał. Nie jest koniem i nie stoi w stajni,
ale jest w wi tyni Pa skiej - zwracam wam na to uwag , moi najmilsi. No tak, na
czym e to ja sko czyłem! Ja, über den Seelenfrieden, sehr gut. Pami tajcie sobie,
wy bydl ta, e jeste cie lud mi i e musicie patrze nawet skro ciemny mrok w
dalek przestrze i pami ta , e tu wszystko trwa do czasu, a Bóg jest na wieki.
Sehr gut, nicht wahr, meine Herren? Musiałbym si za was modli dniem i noc ,
aby miłosierny Bóg, wy głupcy, wlał dusz sw w wasze zimne serca, a miło ci
swoj zmył grzechy wasze, aby cie stali si Jego na wieki, wy gałgany jedne, i
eby was zawsze miłował. Ale wy si mylicie. Ja was do tego raju wprowadza nie
b d ! - Kapelan zacz ł czka .
- Nie b d - powtarzał uparcie - nic dla was nie uczyni , ani mi si ni, bo
jeste cie niepoprawni nikczemnicy. Dobro Pa ska nie b dzie was prowadziła po
drogach waszych, nie przeniknie was tchnienie łaski bo ej, poniewa Panu Bogu
nie b dzie si niło zajmowa si takimi łotrami. Czy słyszycie to, wy tam na dole
w tych gaciach?
Dwadzie cia par kalesonów spojrzało w gór i odrzekło jednym tchem:
- Meldujemy posłusznie, e słyszymy.
- Nie wystarczy tylko słysze - kazał w dalszym ci gu kapelan. - Ciemny jest
mrok ywota, w którym al nie zabierze wam u miechu bo ego, wy głupcy, ale
dobro bo a ma tak e swoje granice. A ty tam, o le jeden, co stoisz z tyłu, nie
chrz kaj, bo jak ci ka zamkn , to a ci bokiem wyjdzie. A wy tam na dole nie
my lcie sobie, e jeste cie w knajpie. Bóg jest wprawdzie najmiłosierniejszy, ale
tylko dla porz dnych ludzi, a nie dla wyrzutków społecze stwa, które nie
spełniaj Jego przykaza i nie trzymaj si regulaminu słu bowego. To wła nie
chciałem wam powiedzie . Nie umiecie si modli , a my licie sobie, e chodzenie
do kaplicy jest rozrywk , e tutaj jest jaki teatr czy kino. Ale ja wam to szybko
wybij z głowy, aby cie sobie nie my leli, e jestem tutaj po to, aby was bawi i
dawa wam rado
ycia. Porozsadzam was po separatkach, to wam zrobi , wy
łobuzy. Trac dla was czas i widz , e to wszystko idzie na marne. eby tu był
sam pan polny marszałek albo nawet arcybiskup, to si i tak nie naprawicie i nie
nawrócicie do Boga. A jednak kiedy to sobie przypomnicie, em wam dobrze
yczył.
W ród dwudziestu par gaci ozwało si łkanie. To Szwejk si rozbeczał.
Kapelan spojrzał na dół. Stał tam Szwejk i pi ci ocierał sobie oczy.
Wokół było wida radosne przytakiwanie.
Kapelan kazał dalej, wskazuj c na Szwejka:
- Niech sobie ka dy we mie przykład z tego oto człowieka. Co on czyni?
Płacze. Nie płacz, powiadam ci, nie płacz. Chcesz si poprawi ? To ci si ,
chłopaczku, tak łatwo nie uda. Teraz płaczesz, ale jak tylko wrócisz do cymru,
b dziesz znowu taki sam łobuz jak przedtem. Musisz jeszcze du o my le o
niesko czonej miło ci i miłosierdziu bo ym, bardzo si stara , aby twoja grzeszna
usza mogła znale na wiecie t prawdziw drog , po której winna kroczy . Dzi
widzimy, e oto rozbeczał nam si jeden m , który chce si nawróci , a có
czynicie wy, pozostali? Zgoła nic. Tam oto ten uje tyto , tak jakby jego rodzice
57
byli prze uwaczami; a znowu wy tam szukacie sobie w koszulach wszy w wi tyni
Pa skiej. Có to, nie mo ecie si drapa w domu i musicie sobie to pozostawia
akurat na nabo e stwo w ko ciele? Panie sztabowy profosie, pan tak e nic nie
widzi. Jeste cie przecie wszyscy ołnierzami, a nie głupimi cywilami. Musicie
zachowywa si , jak przystało na ołnierzy, nawet kiedy jeste cie w ko ciele.
Psiakrew, rzu cie si na poszukiwanie Boga, a wszy szukajcie sobie w domu.
Tymi słowami ko cz , wy ulicznicy, i dam, aby cie zachowywali si przyzwoicie
podczas mszy wi tej, nie tak jak ostatnio, kiedy ci z tylnych szeregów wymieniali
sobie wojskow bielizn na chleb i arli go w czasie podniesienia.
Kapelan zszedł z ambony i udał si do zakrystii, dok d pod ył za nim
sztabowy profos. Po chwili profos powrócił, a zwracaj c si wprost do Szwejka,
wyci gn ł go z grupy, z owej kalesonowej dwudziestki, i zaprowadził do zakrystii.
Kapelan rozsiadł si wygodnie na stole i skr cał sobie papierosa. Gdy Szwejk
wszedł, kapelan powiedział:
- A wi c mam ci tu. Wszystko ju sobie rozwa yłem i my l , e ci
przejrzałem, jak si nale y, rozumiesz, chłopie! To mi si zdarza po raz pierwszy,
eby mi si kto w ko ciele rozbeczał.
Zeskoczył ze stołu i potrz saj c ramieniem Szwejka krzyczał na niego pod
wielkim, smutnym obrazem wi tego Franciszka Salezego:
- Przyznaj si , ty łotrze, e beczałe tylko tak sobie, dla kawału! - A wi ty
Franciszek Salezy spogl dał pytaj co z obrazu na Szwejka. Z drugiej strony, z
innego obrazu patrzył na niego uporczywie jaki m czennik; miał on wbite w
po ladek z by piły, któr piłowali go jacy rzymscy ołdacy. Na twarzy
m czennika nie było wida ani ladu cierpienia, nie malowała si te na niej ani
rado , ani ar m cze ski. Patrzył tylko ze zdziwieniem, jakby chciał rzec: „Jak
te do tego wła ciwie doszło? Co, panowie, ze mn robicie?”
- Posłusznie melduj , panie feldkurat - rzekł Szwejk z wielk powag ,
stawiaj c wszystko na jedn kart - e si spowiadam Bogu wszechmog cemu i
Tobie, ojcze duchowny, który jeste na miejscu bo ym, e... e beczałem
naprawd tylko dla kawału. Widziałem, e do takiego kazania brak było jedynie
jakiego nawróconego grzesznika, którego pan feldkurat daremnie szukał.
Chciałem panu feldkuratowi sprawi przyjemno , a sobie chciałem sprawi
uciech , eby mi ul yło.
Kapelan spojrzał badawczo w prostoduszn twarz Szwejka. Promie
słoneczny musn ł ponury obraz w. Franciszka Salezego i ogrzał swym ciepłem
wystraszonego m czennika na przeciwnej cianie.
- Zaczynacie mi si podoba - rzekł siadaj c znowu na stole. Do którego pułku
nale ycie? - Dostał czkawki.
- Posłusznie melduj , panie feldkurat, e nale i nie nale do 91 pułku i e
sam nawet nie wiem, jak to ze mn wła ciwie jest.
- A za co tu siedzicie? - pytał kapelan nie przestaj c czka .
Z kaplicy dochodziły d wi ki fisharmonii, która zast powała organy. Jeden z
przymkni tych za dezercj , nauczyciel muzyki, wy alał si na tym instrumencie w
t sknych melodiach ko cielnych. Razem z czkawk feldkurata zlewały si te
d wi ki w jak now gam doryck .
58
- Posłusznie melduj , panie feldkurat, e naprawd nie wiem, za co tu siedz ,
ale nie skar si na swój los. Ja mam ju takiego pecha. Zawsze chc wszystko
zrobi dobrze, a w ko cu wszystko obraca si ku złemu, jak temu m czennikowi
na tym obrazie.
Kapelan spojrzał na obraz, u miechn ł si i rzekł:
- Podobacie mi si naprawd , musz si o was wypyta pana audytora i dalej
gada z wami nie b d . Mam ju do tej dzisiejszej mszy. Kehrt euch! Abtreten!
Gdy Szwejk powrócił do swojej rodzimej gromady gatek pod kazalnic , na
wszystkie stawiane mu pytania, czego chciał od niego kapelan, odpowiedział
bardzo sucho i zwi le:
- Jest wstawiony.
Nowy wyczyn kapelana - msza wi ta wysłuchana została przez wszystkich z
wielkim zainteresowaniem i szczer sympati . Jeden z tych spod ambony zało ył
si w ko cu, e kapelanowi wypadnie monstrancja z r k. Stawiał cał swoj
porcj chleba przeciwko dwom uderzeniom po g bie i zakład wygrał.
To, co przepełniało dusze wszystkich obecnych w kaplicy, gdy patrzyli na
spełnianie obrz dów przez kapelana polowego, nie było mistycyzmem wierz cych
ani pobo no ci szczerych katolików. Było to uczucie, jakiego doznajemy w
teatrze, gdy nie znamy tre ci sztuki, gdy akcja si wikła i z napi ciem oczekujemy
rozwi zania. Pogr yli si w podziwianiu widowiska, którego im z tak wielk
ofiarno ci dostarczał ten pan feldkurat przy ołtarzu. Oddawali si estetycznemu
prze ywaniu pi kna ornatu, który feldkurat wło ył na lew stron , i w cichym
porozumieniu i podnieceniu obserwowali wszystko, co si działo przy ołtarzu.
Rudy ministrant, dezerter z Ko cioła, specjalista od drobnych kradzie y w 28
pułku, uczciwie usiłował wywoła z pami ci cały porz dek, technik i tre mszy
wi tej. Był on jednocze nie ministrantem i suflerem feldkurata, który z cał
lekkomy lno ci przerzucał karty mszału i zamiast zwyczajnej mszy znalazł w
mszale roraty, które zacz ł od piewywa ku uciesze wszystkich obecnych.
Nie miał on ani głosu, ani słuchu muzycznego i pod sklepieniem kaplicy
ozwały si okropne kwiki i j ki jak w wi skim chlewiku.
- Ten si dzisiaj spił - powtarzali zgromadzeni przed ołtarzem z pełnym
zadowoleniem i rado ci . - Ale jest wlany! A to go wzi ło! Na pewno si schlał
gdzie u dziwek.
Ju przynajmniej po raz trzeci ozwał si od ołtarza piew kapelana: „Ite
missa est!” - jak bojowy ryk Indian, a szyby brz czały.
Potem kapelan spojrzał raz jeszcze do kielicha, czy nie została tam cho by
kropelka wina, uczynił ruch pełen zło ci i odwrócił si do słuchaczy.
- A wi c mo ecie ju i do domu, łobuzy jedne, ju si sko czyło.
Zauwa yłem, wy ulicznicy, e nie objawiacie tej prawdziwej pobo no ci, jak
winni by cie mie w ko ciele w obliczu naj wi tszej wi to ci ołtarza. Twarz w
twarz z najwy szym Bogiem nie wstydzicie si mia na głos, kaszla , rechota ,
szura nogami, i to nawet wobec mnie, który tutaj zast puj Przenaj wi tsz
Panienk , Chrystusa Pana i Boga Ojca. Je li si to b dzie powtarzało na
przyszło , to wiedzcie, e ja z wami zata cz jak nale y i popami tacie, e jest
nie tylko to jedno piekło, o którym wam przedostatnim razem kazałem, ale e jest
59
tak e piekło na ziemi. I nawet gdyby si wam udało wymiga przed tym
pierwszym, to owo drugie piekło was nie minie. Abtreten!
Kapelan, który w praktyce tak pi knie wykładał t diabelnie star rzecz o
nawiedzaniu wi zionych, odszedł do zakrystii, przebrał si , kazał sobie nala
kielich mszalnego wina, wypił je i przy pomocy rudego ministranta wsiadł na
swego wierzchowca przywi zanego na dworze. Przypomniał sobie jednak
Szwejka, zlazł z konia i poszedł do kancelarii do audytora Bernisa.
Audytor ledczy Bernis był człowiekiem z towarzystwa, wytwornym
tancerzem i rozpustnikiem, który w garnizonie nudził si straszliwie i pisywał
niemieckie wiersze przeznaczone do pami tników, eby na wszelki wypadek mie
ich troch pod r k . Był on jednym z najwa niejszych ogniw całego aparatu s du
wojennego, poniewa miał takie mnóstwo zaległo ci i tak gmatwanin w aktach,
e cały s d wojenny na Hradczanach musiał mie dla niego wyj tkowy szacunek.
Gubił materiał oskar aj cy i musiał zmy la nowy. Pl tał nazwiska, tracił w tek
oskar enia i snuł nowy, jak mu si akurat ubrdało. Dezerterów s dził za kradzie ,
a złodziei za dezercj . Wpl tywał do tego wszystkiego i polityczne procesy,
kombinowane na poczekaniu. Robił najrozmaitsze hokus pokus, aby oskar onym
dowie zbrodni, o jakich im si nawet nie niło. Pomawiał oskar onych o obraz
majestatu, a wymy lone przez siebie zbrodnie przypisywał zawsze komu innemu,
którego akta lub protokoły zagubił i zaprzepa cił w niezmierzonym chaosie
urz dowych akt i pism.
- Serwus - rzekł kapelan podaj c mu r k . - Jak si masz?
- Nie bardzo - odpowiedział ledczy audytor Bernis. - Pomieszali mi materiał i
teraz sam diabeł tego wszystkiego nie rozwikła. Wczoraj wysłałem do s du
opracowany materiał, dotycz cy jednego draba oskar onego o bunt, a wszystko
odesłali mi z powrotem, twierdz c, e w tym wypadku nie chodzi o bunt, ale o
kradzie puszki konserw. I jeszcze napisałem na fascykule niewła ciwy numer,
ale jak oni na to wpadli, Bóg raczy wiedzie .
Audytor splun ł.
- Chodzisz jeszcze na karty? - pytał kapelan.
- Zgrałem si do ostatniej nitki. Ostatnio grali my z tym łysym pułkownikiem
w makao i przegrałem do niego wszystko, co miałem. Ale wiem o ładnej
dziewczynce. A co ty porabiasz, wi ty ojcze?
- Potrzebuj słu cego - rzekł kapelan. - Miałem dotychczas takiego starego
buchaltera bez akademickiego wykształcenia, ale bydl pierwszej klasy. Ci gle
tylko post kiwał i modlił si , eby go Pan Bóg zachował, wi c posłałem go z l
batalionem marszowym na front. Mówi , e ten batalion został rozbity na amen.
Potem dali mi takiego figlarza, który nic innego nie robił, tylko przesiadywał w
szynku i pił na mój rachunek. Był on nawet zno ny, ale pociły mu si nogi. Wi c
tak e wyprawiłem go na front. Dzi znalazłem podczas kazania takiego draba,
który mi si dla kawału rozbeczał. Taki człowiek bardzo by mi si przydał.
Nazywa si Szwejk i siedzi w szesnastce. Chciałbym wiedzie , za co si dostał pod
klucz i czy nie dałoby si czego zrobi , ebym go sobie mógł zabra .
Audytor szukał po szufladach odno nych akt dotycz cych Szwejka, ale jak
zwykle, nie mógł ich znale .
60
- B d niezawodnie u kapitana Linharta - rzekł po długim szukaniu. - Diabli
wiedz , gdzie mi si te wszystkie akta zapodziewaj . Posłałem je niezawodnie
Linhartowi. Zaraz zatelefonuj ... Halo, tutaj porucznik audytor Bernis, panie
kapitanie. Prosz pana, czy pan nie ma akt dotycz cych niejakiego Szwejka... U
mnie maj by ? To dziwne... Sam miałem odbiera ? Naprawd , bardzo dziwne...
Siedzi w szesnastce... Ja wiem, panie kapitanie, e szesnastka to moja rzecz. Ale
my lałem, e akta dotycz ce Szwejka poniewieraj si u pana... Pan sobie
wyprasza takie wyra enia, bo u pana nic si nie poniewiera? Halo, halo...
Audytor Bernis usiadł i z gorycz pot piał nieporz dki panuj ce w prowadzeniu ledztwa. Mi dzy nim a kapitanem Linhartem ju od dawna panowały
napr one stosunki, konsekwentnie podtrzymywane z obu stron. Je li do r k
Bernisa dostał si jaki papier nale cy do Linharta, to Bernis zaprzepaszczał go
tak doskonale, e nikt nie mógł go odszuka . Linhart robił to samo z papierami
Bernisa. Wzajemnie gubili swoje zał czniki.
(Papiery dotycz ce Szwejka znaleziono w archiwum s du wojennego dopiero
po przewrocie, z tak relacj : „Zamierzał zrzuci mask obłudnika i publicznie
wyst pi przeciwko osobie naszego monarchy i naszego pa stwa.” Papiery te były
wsuni te w akta dotycz ce niejakiego Józefa Koudeli. Na okładce był krzy yk, a
pod nim data z adnotacj : „Załatwione”.)
- Ten Szwejk mi si zgubił - rzekł audytor Bernis. - Ka go zawoła i je li si
do niczego nie przyzna, to go wypuszcz i ka go zaprowadzi do ciebie, a ty ju
załatwisz spraw z pułkiem.
Po odej ciu kapelana polowego audytor Bernis wezwał Szwejka, któremu
kazał sta przy drzwiach, poniewa akurat dostał telefonogram z dyrekcji policji,
e dany materiał do aktu oskar enia nr 7267, dotycz cy piechura Maixnera,
został odebrany w kancelarii numer l za podpisem kapitana Linharta.
W tej chwili wła nie Szwejk rozgl dał si po kancelarii audytora.
Nie mo na było twierdzi , e wywierała ona wra enie szczególnie miłe, a ju
wcale nie dało si tego powiedzie o fotografiach, które ozdabiały jej ciany. Były
to fotografie ró nych egzekucji wykonywanych przez armi w Galicji i w Serbii.
Fotografie artystyczne z popalonymi chałupami i z drzewami, których gał zie
uginały si pod ci arem powieszonych. Osobliwie pi kna była fotografia z Serbii,
przedstawiaj ca powieszon rodzin . Mały chłopiec, ojciec i matka. Dwaj
ołnierze z bagnetami pilnuj drzewa z wisielcami, a jaki oficer jako zwyci zca
stoi opodal i pali papierosa. Po drugiej stronie, w tyle, wida kuchni polow w
czasie gotowania posiłku.
- No wi c, jak to b dzie, mój Szwejku? - zapytał audytor Bernis odło ywszy
telefonogram ad acta. - Co cie zrobili? Wolicie si przyzna , czy te b dziecie
czekali, a zostanie napisany akt oskar enia? Tak dalej nie mo na. Nie my lcie
sobie, e staniecie przed s dem zło onym z jakich głupich cywilów. My tu mamy
s dy wojenne, k.u.k. Militärgericht. Jedynym ratunkiem dla was i unikni ciem
surowej i sprawiedliwej kary mo e by tylko szczere przyznanie si do winy.
Gdy audytor Bernis zgubił materiał dotycz cy jakiego oskar onego, wówczas
uciekał si do specjalnej metody badania. Nie było w niej nic osobliwego, ale te
nie mo na si dziwi , e i wyniki takiego badania w ka dym wypadku równały si
zeru.
61
Audytor Bernis uwa ał si jednak za człowieka bardzo przebiegłego i
przewiduj cego. Nie maj c materiału i nie wiedz c, o co oskar a danego
aresztanta, bardzo uwa nie ledził zachowanie si delikwenta i przez badanie jego
fizjonomii starał si dociec, za co te tego człowieka trzymaj w wi zieniu
garnizonowym.
Jego spostrzegawczo i znajomo ludzi była tak wielka, e pewnego Cygana,
który dostał si do garnizonu za kradzie paru tuzinów bielizny dokonan w
swoim pułku (był pomocnikiem magazyniera), oskar ył o zbrodnie polityczne, o
to, jakoby gdzie w szynku mówił ołnierzom o samodzielnym pa stwie
narodowym, zło onym z ziem korony w. Wacława i Słowacczyzny, ze
słowia skim królem na czele.
- My mamy na to dokumenty - rzekł audytor do nieszcz liwego Cygana. Pozostaje wam tylko przyznanie si do winy i wskazanie, w którym szynku o tym
mówili cie, z którego pułku byli ci ołnierze, którzy was słuchali, i kiedy to było.
Nieszcz liwy Cygan wymy lił sobie dat i szynk, a tak e numer pułku
ołnierzy, którzy mieli by jego słuchaczami, ale gdy wracał ze ledztwa, uciekł z
garnizonu, i tyle go widzieli.
- Nie chcecie przyzna si do niczego - rzekł audytor Bernis, gdy Szwejk
milczał jak grób. - Nie chcecie mi powiedzie , za co tu siedzicie i za co was wzi li
pod klucz? Mnie mogliby cie o tym powiedzie , bo jak nie, to powiem wam sam.
Wzywam was jeszcze raz, eby cie si dobrowolnie przyznali. Dla was lepiej, bo
to ułatwia ledztwo i łagodzi kar . Pod tym wzgl dem jest u nas tak samo jak u
cywilów.
- Posłusznie melduj - rzekł Szwejk swoim poczciwym głosem - e w
garnizonie jestem jako podrzutek.
- Co to ma znaczy ?
- Posłusznie melduj , e mog to obja ni bardzo prostym przykładem. Na
naszej ulicy jest w glarz, a ten w glarz miał całkiem niewinnego dwuletniego
chłopczyka, a ten chłopczyk poszedł sobie razu pewnego z Vinohradów piechot
a do Libni, gdzie go policjant znalazł siedz cego na chodniku. Tego chłopczyka
zaprowadzili potem do komisariatu i tam zamkn li to dwuletnie niewinne
dziecko. Jak pan widzi, ten dwuletni chłopczyk był zupełnie niewinny, a jednak
został aresztowany. Gdyby umiał mówi i gdyby kto go zapytał, za co dostał si
do aresztu, to te by nie wiedział. Mnie przytrafiło si co podobnego. Ja jestem
taki sam podrzutek.
Bystre spojrzenie audytora przeleciało przez twarz Szwejka, zmierzyło cał
jego posta i rozbiło si o jej spokój. Taka doskonała oboj tno i niewinno
promieniowała z całej tej istoty stoj cej przed audytorem, e Bernis zacz ł
nerwowo spacerowa po kancelarii i gdyby nie obiecał kapelanowi, e mu
Szwejka przy le, to diabli wiedz , jak byłoby si to wszystko dla Szwejka
sko czyło.
Wreszcie przestał spacerowa i zatrzymał si przy biurku.
- Słuchajcie - rzekł do Szwejka, który oboj tnie spogl dał przed siebie - je li
spotkam si z wami jeszcze raz, to mnie popami tacie. Zabra go!
Gdy Szwejka odprowadzono z powrotem do szesnastki, audytor Bernis kazał
zawoła sztabowego profosa Slavika.
62
- Przed ostateczn decyzj - rzekł zwi le - odsyła si Szwejka do dyspozycji
kapelana polowego Katza. Przygotowa mu papiery zwalniaj ce i pod eskort
dwóch szeregowców odesła go do kapelana.
- Czy da mu kajdanki na drog , panie poruczniku?
Audytor uderzył pi ci w stół.
- Jeste cie głupi jak wół. Mówi wam wyra nie, e macie przygotowa papiery
zwalniaj ce.
I wszystko, co w ci gu całego dnia osiadło na duszy pana audytora, to jest
kapitan Linhart i Szwejk, wylało si jak rw cy potok na głow profosa, a
sko czyło si słowami:
- Czy wreszcie rozumiecie, e jeste cie koronowany osioł?
W ten sposób mówi si jedynie o królach i cesarzach, ale nawet prosty
sztabowy profos, głowa niekoronowana, te nie był z tego zadowolony.
Powracaj c od audytora skopał jakiego wi nia, który sprz tał korytarz.
Co do Szwejka, to profos postanowił, e aresztant musi przespa
przynajmniej jeszcze jedn noc w garnizonie, eby to lepiej popami tał.
Noc sp dzona w garnizonie nale y zawsze do wspomnie miłych.
Obok szesnastki była pojedynka, ponura dziura, w której izolowano
aresztantów. I tej nocy odzywało si z niej wycie jakiego wi zionego ołnierza,
któremu sier ant Rzepa za jakie dyscyplinarne wykroczenie łamał ebra z
rozkazu sztabowego profosa Slavika.
Gdy wycie przycichło, słycha było w szesnastce trzaskanie wszy, które
wi niowie iskali.
Nad drzwiami w małej niszce w murze znajdowała si lampa naftowa,
zabezpieczona elazn krat . wiatła dawała mało, kopciu du o. Smród nafty
mieszał si z naturalnymi wyziewami nie mytych ludzkich ciał i ze smrodem
kubła, który przy ka dorazowym u yciu rozwierał sw czelu i wyrzucał fal
wstr tnej woni na cał szesnastk .
Marne po ywienie powodowało u wszystkich zaburzenia w trawieniu i
wi kszo cierpiała na wiatry, wypuszczane w nocn cisz , przy czym ludzie
odpowiadali sobie tymi sygnałami z dodatkiem artobliwych uwag.
Na korytarzach słycha było miarowy krok stra ników. Od czasu do czasu
dozorca otwierał okienko w drzwiach i zagl dał do wewn trz.
Na rodkowej pryczy kto z cicha opowiadał:
- Zanim próbowałem uciec i zanim potem dostałem si tutaj mi dzy was,
byłem pod numerem dwunastym. Tam siedz ci niby l ejsi. Pewnego razu
przyprowadzono tam do nas jakiego człowieka z prowincji. Dostał ten zacny
człowiek dwa tygodnie, poniewa nocował u siebie ołnierzy. Najpierw my lano,
e to jakie sprzysi enie, ale potem si pokazało, e robił to dla pieni dzy. Areszt
miał odsiadywa mi dzy najl ejszymi, ale poniewa tam było przepełnienie, wi c
dostał si do nas. Czego ten człowiek nie przyniósł sobie z domu i czego mu
jeszcze nie naprzysyłali! Bo mu pozwolili mie własny prowiant i do ywia si .
Nawet pali miał prawo. Miał dwie szynki, olbrzymie dwa bochenki chleba, jajka,
masło, papierosy, tyto , słowem wszystko, czego dusza zapragnie, mo na było
znale w jego obydwu tobołach. I jeszcze mu si zdawało, e wszystko to musi
ze re sam. Poprosili my go o kawałek tego czy owego, ale mu nawet do głowy nie
63
przyszło, e powinien dzieli si z nami, jak si dzielili inni, gdy co dostali. Ten
chciwy drab my lał tylko o sobie i wywodził, e przez dwa tygodnie b dzie pod
kluczem i e nie b dzie jadł z nami zgniłych kartofli i kapusty, które nam daj na
obiad, bo popsułby sobie oł dek. Mo e nam, powiada, odda cały swój obiad i
porcj chleba, na tym mu nie zale y, mo emy si tym obdzieli albo bra sobie po
kolei za niego, jak chcemy. Powiem wam, e to był taki elegancki człowiek, i
nawet na kiblu siada nie chciał, ale czekał zawsze do nast pnego dnia i podczas
spaceru załatwiał si w latrynie. Był taki rozpieszczony, e przywiózł sobie nawet
zapas papieru klozetowego. Powiedzieli my mu, e gwi d emy na jego porcje, i
cierpieli my dzie jeden, drugi, trzeci. Chłop arł szynk , smarował chleb
masłem, obierał jajka. Jednym słowem, u ywał. Palił papierosy, ale nikomu nie
dał nawet si zaci gn . Nam, powiada, pali nie wolno, wi c gdyby dozorca
widział, e daje nam papierosa, toby go ukarał. Jak powiedziałem, cierpieli my
przez trzy dni. Czwartego dnia w nocy zrobili my, co nale ało. Chłopisko budzi
si rano i... Zapomniałem wam powiedzie , e zawsze z rana, w południe i
wieczorem, zanim zacz ł re , modlił si długo i gruntownie. Wi c modli si i
wyci ga spod pryczy toboły. Toboły ju ci były, ale płaskie, pomarszczone jak
suszona liwka. Zacz ł krzycze , e został okradziony, e mu złodzieje zostawili
tylko papier klozetowy. Potem przez jakie pi minut my lał jeszcze, e
zrobili my tylko taki kawał i e te jego prowianty gdzie pochowali my. Wi c
mówił do nas tak sobie, na wesoło: „Ja wiem, e to tylko tak, dla kawału.
Schowali cie, ale oddacie. Udało wam si .” Był tam mi dzy nami jaki jeden i z
Libni i tak powiada: „Wiesz pan, co? Przykryj si pan kocem i licz do dziesi ciu,
a potem zajrzyj do tobołów.” Przykrył si jak posłuszny chłopaczek i liczy: „Raz,
dwa, trzy.” A ten Libniak znowu swoje: „Tak pr dko nie mo na, trzeba liczy
pomalutku.” Wi c tamten liczy pomalutku, z przerwami: „Raz - dwa - trzy...”
Kiedy naliczył do dziesi ciu i wylazł spod koca, eby zajrze do swoich tobołów,
zacz ł krzycze : „Jezus Maria, ludzie kochane, toboły puste jak przedtem!” A
twarz jego miała wyraz taki głupi, e mało nie pop kali my od miechu.” Spróbuj
pan jeszcze raz” - powiada ten Libniak. I dacie wiar ? Taki był zbaraniały, tak z
tego wszystkiego zgłupiał, e spróbował jeszcze raz, a gdy zobaczył, e w tobołach
nadal nie ma nic, prócz klozetowego papieru, zacz ł wali do drzwi i wrzeszcze :
„Okradli mnie, ratujcie, otwórzcie, na Boga, otwórzcie!” Zaraz tam przylecieli,
zawołali sztabowego profosa i sier anta Rzep . My wszyscy jak jeden m
twierdzili my, e ten chłop oszalał, e wczoraj przez cał noc arł i wszystko
ze arł. A on płakał i wci powtarzał: „Przecie musz by gdzie okruszyny.”
Wi c szukali okruszyn, ale nie znale li, bo i my byli my za m drzy, eby je
pozostawia . Czego my sami zje nie mogli, to my poczt po sznurze posłali na
drugie pi tro. Nie mogli nam niczego dowie , chocia ten głupiec powtarzał
ci gle swoje: „Przecie gdzie musz by okruszyny.” Przez cały dzie nic nie jadł
i bacznie pilnował, czy kto czego nie je albo czy nie pali. Nazajutrz w południe
jeszcze nie tkn ł wi ziennego wiktu, ale wieczorem ju mu zasmakowały te zgniłe
kartofle i kapusta, tylko e ju si nie modlił jak przedtem, gdy zabierał si do
spo ywania szynki i jajek. Potem jeden z nas w jaki sposób dostał papierosów i
wtedy tamten zacz ł z nami rozmawia i prosi , aby my mu pozwolili si cho
zaci gn . Nie dali my mu nic.
64
- Ju my lałem, e cie mu dali zapali - odezwał si Szwejk. - Oczywi cie, e
całe opowiadanie byłoby zepsute. Tak szlachetno spotyka si tylko w
opowie ciach, ale w garnizonie w takich okoliczno ciach byłoby to głupot .
- A nie dali cie mu koca? - zapytał jaki głos.
- Zapomnieli my.
Powstała cicha dyskusja, czy powinien był dosta koca czy nie. Wi kszo
wypowiedziała si za kocem.
Rozmowa powoli cichła. Ludzie zasypiali drapi c si pod pachami, po
piersiach i brzuchach, to jest po miejscach, gdzie w bieli nie najwi cej trzymaj
si wszy. Ci, co byli senni, przykrywali głowy zawszonymi kocami, eby im nie
przeszkadzało wiatło naftowej lampki.
Rano o godzinie ósmej zawołano Szwejka, eby poszedł do kancelarii.
- Z lewej strony drzwi koło kancelarii stoi spluwaczka. Bywaj w niej
niedopałki - pouczał Szwejka jeden z towarzyszy niedoli. - Na pierwszym pi trze
b dziesz przechodził tak e obok spluwaczki. Korytarze zamiataj dopiero o
dziewi tej, wi c i tam co b dzie.
Ale Szwejk zawiódł ich oczekiwania. Nie wrócił ju do szesnastki. Wła ciciele
dziewi tnastu par gaci kombinowali i zgadywali, co si mogło sta .
Jaki piegowaty ołnierz z landwery, który miał najbujniejsz wyobra ni ,
rozgłosił, e Szwejk strzelił do swego kapitana, e wi c dzisiaj odprowadzono go
na motolski plac wicze na egzekucj .
65
Rozdział 10
SZWEJK ZOSTAJE PUCYBUTEM KAPELANA POLOWEGO
Znowu zaczynała si odyseja pod honorow eskort dwóch ołnierzy z
bagnetami, którzy mieli odprowadzi Szwejka do kapelana polowego.
Eskortuj cy ołnierze uzupełniali si wzajemnie. Jeden był wysoki i chudy,
drugi mały i tłusty. Wysoki utykał na praw nog , mały na lew . Obaj słu yli na
tyłach, poniewa jeszcze kiedy tam przed wojn zostali na dobre zwolnieni od
słu by wojskowej.
Kroczyli z wielk powag koło chodnika i od czasu do czasu zerkali
ukradkiem na Szwejka, który szedł mi dzy nimi i salutował, komu popadło. Jego
cywilne ubranie zgin ło w magazynie garnizonowym razem z wojskow czapk ,
w której wybrał si do wojska, wi c zanim został wypuszczony, ubrano go w stary
wojskowy mundur, który nosił jaki grubas o głow wy szy od Szwejka.
W spodniach, które miał na sobie, zmie ciłoby si jeszcze trzech Szwejków.
Olbrzymie fałdy od nóg a do piersi - bo a do piersi si gały spodnie - budziły w
przechodniach mimowolny podziw. Ogromna bluza z łatami na łokciach,
zasmolona i brudna, powiewała na Szwejku jak na jakim straszydle. Spodnie
wisiały na nim jak szarawary na klownie w cyrku. Czapka wojskowa, któr w
garnizonie te mu zamienili, opadła na uszy.
Na u miechy przechodniów odpowiadał Szwejk mi kkim u miechem, ciepłym
i tkliwo ci swoich poczciwych oczu.
Tak w drowali ku dzielnicy karli skiej, gdzie mieszkał kapelan.
Pierwszy odezwał si do Szwejka mały grubas. Znajdowali si akurat na
Małej Stranie i szli cienista alej .
- Sk d pochodzisz? - zapytał mały grubas.
- Z Pragi.
- Nie uciekniesz nam?
Do rozmowy przył czył si wysoki, chudy. Osobliwe to i ciekawe zjawisko, e
podczas gdy małe grubasy bywaj przewa nie poczciwcami i optymistami, ludzie
chudzi i wysocy wr cz przeciwnie - s sceptykami.
I dlatego wysoki chudziak rzekł do małego grubasa:
- Gdyby mógł, toby uciekł.
- Po co miałby ucieka - ozwał si grubasek. - Jest przecie na wolno ci, bo z
garnizonu został zwolniony. Nios wła nie papiery.
- A co jest w tych papierach? - pytał chudziak.
- Tego nie wiem.
- Widzisz. Nie wiesz, a gadasz.
Przez Most Karola szli w gł bokim milczeniu. Na ulicy Karola odezwał si
znowu mały grubas do Szwejka:
- Czy nie wiesz, po co ci prowadzimy do kapelana?
- Do spowiedzi - rzucił Szwejk od niechcenia. - Jutro b d mnie wieszali. To
si zawsze tak robi i to si nazywa pociecha duchowa.
- A za co ci b d niby tego... - ostro nie pytał chudziak, podczas gdy mały
grubas ze współczuciem spogl dał na Szwejka.
66
Obaj byli rzemie lnikami z prowincji, ojcami rodzin.
- Nie wiem - odpowiedział Szwejk u miechaj c si poczciwie. - Ja o niczym nie
wiem. Wida taki ju los.
- Urodziłe si wida pod nieszcz liw planet - tonem znawcy i ze
współczuciem zawyrokował grubasek. - U nas w Jasennej koło Josefova jeszcze w
prusk wojn te jednego tak samo powiesili. Przyszli po niego, nic mu nie
powiedzieli i w Josefovie go powiesili.
- My l , e tak sobie bez przyczyny człowieka nie wieszaj - rzekł sceptycznie
chudziak. - Jaka przyczyna musi by , eby były powody i dowody.
- Jak nie ma wojny- rzekł Szwejk - to potrzebne s dowody ale jak jest wojna,
to si jeden człowiek nie liczy. Czy ma pa na froncie, czy ma zosta powieszony
w domu. to wszystko jedno. Co ma wisie , nie utonie.
- Słuchaj no, bratku, czy ty aby nie z politycznych? - zapytał chudeusz. Z
tonu jego pytania mo na było wnioskowa , e zaczyna dla Szwejka nabiera
sympatii.
- Jestem nawet bardzo polityczny - u miechn ł si Szwejk.
- Czy ty czasem nie narodowy socjalista?
Mały grubasek zaczynał teraz mie si na baczno ci i zabrał głos.
- Co nam do tego - rzekł. - Wsz dzie pełno ludzi i patrz na nas. eby mo na
było przynajmniej zdj bagnety w jakiej bramie, toby my nie zwracali na siebie
takiej uwagi. Nie uciekniesz nam? Mieliby my za to. Dobrze mówi , Anto ? zwrócił si do chudziaka, który szeptem odpowiedział:
- Bagnety zdj mo na. Przecie to swój człowiek.
Przestał by sceptykiem, a dusz jego napełniło współczucie dla Szwejka.
Szukali wi c sposobnej bramy, eby zdj bagnety, a grubas pozwolił Szwejkowi
i obok siebie.
- Popaliłby , co? - zapytał. - Czy te ci... - Chciał zapyta : czy te ci dadz
popali , zanim ci powiesz ? Ale nie doko czył pytania czuj c, e byłby to
nietakt.
Wszyscy zapalili papierosy, a towarzysze Szwejka zacz li mu opowiada o
swoich rodzinach mieszkaj cych w okolicach Hradca Królowej, o onach,
dzieciach, o kawałku ziemi, o krowie.
- Pi mi si chce - rzekł Szwejk. Chudziak i grubas spojrzeli po sobie.
- Mo na by tu gdzie wst pi na jednego - rzekł mały wiedz c, e du y nie
b dzie oponował. - Ale trzeba wst pi gdzie na ustroniu.
- Chod my do „Kuklika” - zaproponował Szwejk. - Karabiny postawcie w
kuchni, gospodarz Serabona jest Sokołem, wi c ba si nie trzeba. Graj tam na
skrzypcach i na harmonii - namawiał Szwejk dalej - i przesiaduj tam uczynne
dziewczynki i inne dobre towarzystwo, którego nie puszczaj do „reprezentaku”.
Chudziak i tłu cioch spojrzeli po sobie jeszcze raz, po czym chudziak rzekł:
- No to chod my. Do Karlina jeszcze daleko.
W drodze do szynku Szwejk opowiadał im ró ne anegdoty, wi c w dobrym
nastroju wst pili do „Kuklika” i zrobili tak, jak im Szwejk radził. Karabiny
schowali w kuchni i weszli do szynku, gdzie skrzypce i harmonia napełniały izb
d wi kami ulubionej piosenki:
67
Na Pankovcu, na tym pagóreczku,
Jest alejka ładna i cienista...
Jaka panienka, siedz ca na kolanach sfatygowanego młodzie ca o włosach
gładko zaczesanych, piewała głosem ochrypłym
Miałem dziewczyn jak malin ,
Inny mi j wzi ł...
Przy jednym ze stołów spał pijany sprzedawca sardynek. Co chwila budził si ,
walił pi ci w stół i mruczał: - Nie mo na! - po czym spał dalej. Za bilardem pod
lustrem siedziały trzy inne panienki i wołały na jakiego konduktora kolejowego:
- Panie kawalerze, zafunduj nam wermutu!
Koło muzykantów toczyła si sprzeczka o jak Marzen , któr wczoraj
zagarn ła policja. Jeden widział to na własne oczy, drugi twierdził, e szła tylko z
jakim ołnierzem na nocleg do hotelu do Valszów.
Przy samych drzwiach siedział ołnierz z kilku cywilami i opowiadał im o
tym, jak został raniony w Serbii. R k miał obanda owan , a w kieszeniach pełno
papierosów, którymi go obdarowano. Mówił, e ju nie mo e pi , ale jeden z
towarzystwa, łysy dziadek, zach cał go bezustannie:
- Pij, bracie ołnierzyku, kto wie, czy si jeszcze kiedy spotkamy... Mo e
chcesz, eby ci kaza co zagra . Lubisz piosenk o sierotce?
Była to ulubiona piosenka łysego dziadka i po chwili skrzypce i harmonia
kwiliły ało nie, a dziadek z oczyma pełnymi łez piewał dr cym głosem:
Gdy ju rozum miało
O matk pytało,
O matk pytało...
Z drugiego ko ca stołu ozwał si głos:
- Dajcie no spokój i ka cie si wypcha albo si powie cie. Do diabła z
sierotk !
A wyci gaj c ostatni atut przeciw piosence o sierotce, towarzystwo z drugiego
stołu zacz ło piewa :
Rozstanie, ach rozstanie,
To smutek i płakanie...
- Te, Franek! - wołali do rannego ołnierza, gdy przestali piewa ow
wrzaskliw piosenk o sierotce - pu ich kantem i przysi d si do nas. Plu ty
na nich i rzu nam papierosy. B dziesz tam z nimi gadał, z fujarami!
Szwejk i jego towarzysze przygl dali si temu wszystkiemu z du ym
zainteresowaniem.
Przypomniały si Szwejkowi te dobre czasy przed wojn , kiedy przesiedział tu
niejedn godzin . Pami tał dobrze komisarza policji Drasznera, który bywał tu
cz sto z urz du, rewiduj c lokal. Prostytutki bały si go, ale układały o nim
piosenki pełne kpiny i docinków. Nieraz chórem piewały:
68
Za pana Drasznera
Była awantura.
Ma ka si upiła,
Z Drasznera sobie kpiła.
Ale wła nie w takich chwilach zdarzało si , e Draszner pojawiał si nagle w
towarzystwie policjantów, straszliwy i nieubłagany. W szynku kotłowało si
wtedy, jakby kto strzelił w stado kuropatw. Tajniacy ustawiali całe towarzystwo
w szeregi, aby je zaprowadzi do komisariatu. I Szwejk pechowiec znalazł si
razu pewnego w takiej gromadzie, bo gdy Draszner wezwał go, aby si
wylegitymował, zapytał komisarza: „A czy ma pan na to pozwolenie od dyrekcji
policji?” Pami tał te pewnego poet , który siadywał w „Kukliku” pod
zwierciadłem i w tym rozgardiaszu, przy piewie i d wi kach harmonii, pisywał
wiersze i czytywał je prostytutkom.
Natomiast towarzysze Szwejka nie mieli adnych takich reminiscencji. Było to
dla nich czym zgoła nowym. Zaczynało si im tutaj podoba . Tłu cioch poczuł
si tu od razu szcz liwy i zadowolony, albowiem tacy ludzie prócz optymizmu
maj jeszcze du e skłonno ci do epikureizmu. Chudeusz przez chwil walczył ze
swoimi skłonno ciami, ale jak pozbył si swego sceptycyzmu, tak te pozbył si
swej roztropno ci i rozwagi.
- B d ta cował - rzekł po pi tym kuflu piwa widz c, jak pary ta cz
deptaka.
Grubasek oddał si zabawie bez reszty. Obok niego siedziała panienka i
gadała same spro no ci. W oczach zapalały mu si iskierki.
Szwejk pił. Chudeusz pota cował i usiadł ze swoj tancerk przy stole. Potem
piewali, ta czyli, pili bezustannie i poklepywali swoje towarzyszki. I w tej
atmosferze sprzedajnej miło ci, nikotyny i alkoholu zdawało si wirowa hasło
stare jak wiat: „Po nas niech b dzie potop!”
Po południu przysiadł si do nich jaki ołnierz i proponował im, e za pi
koron mo e zrobi flegmon i zatrucie krwi. Ma przy sobie strzykawk i mo e
zastrzykn naft w r k albo w nog . ołnierz zapewniał ich, e w szpitalu b d
mogli przesiedzie najmniej dwa miesi ce, a je li b d j trzy ran lin , to
sprawa mo e si wlec i przez pół roku i mog zosta zwolnieni z wojska raz na
zawsze.
Chudziak, który ju zupełnie stracił równowag ducha, kazał sobie
zastrzykn naft w nog . Zabiegu dokonano w wychodku.
Gdy si miało ku wieczorowi, Szwejk zaproponował, aby ruszyli w drog do
kapelana. Grubasek, któremu słowa si ju pl tały, namawiał Szwejka, eby
poczekał jeszcze chwil . Chudziak równie był zdania, e kapelan mo e zaczeka .
Ale Szwejkowi ju si w „Kukliku” nie podobało i dlatego zagroził swoim
towarzyszom, e pójdzie sam.
Ruszyli tedy w drog , ale musiał im Szwejk obieca , e jeszcze gdzie po
drodze wst pi .
Wst pili do małej kawiarenki za Florencj , gdzie grubasek sprzedał swój
srebrny zegarek, aby si mogli jeszcze troch poweseli .
69
Stamt d musiał Szwejk prowadzi obu swoich towarzyszy pod r ce.
Kosztowało go to du o wysiłku. Grubasek o mały figiel nie zgubił papierów
przeznaczonych dla kapelana, wobec czego Szwejk zmuszony był nie je sam.
Co chwila musiał Szwejk zwraca im uwag , e idzie oficer czy podoficer. Po
nadludzkich wysiłkach i trudach udało mu si dowlec ich do domu przy ulicy
Królewskiej, gdzie mieszkał kapelan polowy.
Sam powsadzał im bagnety na karabiny i szturcha cami pod ebra
przymuszał obu, eby oni prowadzili jego, a nie on ich.
Na pierwszym pi trze był na drzwiach bilet wizytowy: „Otto Katz, feldkurat.”
Drzwi otworzył im jaki ołnierz. Z pokojów słycha było głosy, brz ki butelek i
szklanek.
- Wir... melden... gehorsam... Herr... Feldkurat - mówił z wysiłkiem chudeusz
salutuj c ołnierzowi - ein... Paket... und ein Mann gebracht.
- Wła cie dalej - rzekł ołnierz. - Gdzie cie si tak urz dzili? Bo pan feldkurat
te sobie... - splun ł z obrzydzeniem.
ołnierz oddalił si z papierami. Czekali długo, zanim otworzyły si drzwi i do
przedpokoju nie wszedł, ale wpadł kapelan polowy. Był w kamizelce, w r ku
trzymał cygaro.
- Wi c jeste , bratku - rzekł do Szwejka. - Przyprowadzili ci , aha. Macie
zapałki?
- Posłusznie melduj , panie kapelanie, e nie mam.
- E, tak, a dlaczego nie macie zapałek? Ka dy ołnierz powinien mie zapałki,
eby mógł zapali papierosa. ołnierz, który nie ma zapałek, jest... No, co jest?
- Posłusznie melduj , jest bez zapałek - odpowiedział Szwejk.
- Bardzo dobrze, jest bez zapałek i nie mo e nikomu poda ognia. Tak, to jest
po pierwsze, a po drugie, czy nie mierdz wam nogi, Szwejku?
- Posłusznie melduj , e nie mierdz .
- Tak, po drugie, a teraz po trzecie. Pijecie wódk ?
- Posłusznie melduj , e wódki nie pij , ale arak.
- No, dobrze, popatrzcie na tego ołnierza. Po yczyłem go sobie na dzisiejszy
wieczór od oberlejtnanta Feldhubera, to jego pucybut. Ale on nic nie pije, jest abab-ab-sty-nent i dlatego pójdzie na front. Poniewa taki człowiek jest do niczego.
To nie pucybut, ale krowa. Ta te pije tylko wod i ryczy jak wół.
- Ty jeste abstynent - zwrócił si do ołnierza - i nie wstyd ci, fujaro! Po
pysku nale ałoby ci spra .
Kapelan zwrócił uwag na tych, którzy Szwejka przyprowadzili i którzy dla
utrzymania równowagi kiwali si na wszystkie strony, daremnie opieraj c si o
karabiny.
- Jeste cie pi-pi-pi-jani - rzekł kapelan. - Upili cie si na słu bie i za to ka
was wsadzi do pa-pa-pa-paki. Odbierzcie im, Szwejku, karabiny, zaprowad cie
ich do kuchni i pilnujcie ich, dopóki nie przyjdzie patrol. Ja zaraz zatelefonu-nunuj do koszar.
Słowa Napoleona, e „na wojnie sytuacja zmienia si co chwila”, sprawdziły
si w całej pełni i w tym wypadku.
Rano ołnierze ci prowadzili Szwejka pod bagnetami i bali si , eby im nie
uciekł, potem on sam przyprowadził ich tutaj, a wreszcie musi ich pilnowa .
70
Zrazu nie zdawali sobie sprawy z takiego obrotu rzeczy, ale gdy siedzieli w
kuchni i widzieli, e Szwejk stan ł przy drzwiach z bagnetem na karabinie,
zrozumieli, co si stało.
- Napiłbym si czego - westchn ł grubasek optymista, a chudeusz popadł
znowu w swój dawny sceptycyzm i rzekł, e to wszystko jest n dzna zdrada.
Zacz ł gło no oskar a Szwejka, e to on wprowadził ich w tak sytuacj , i
gorzko mu wyrzucał, e im obiecał, i jutro rano b dzie powieszony, a teraz
wida , e sobie z nich zakpił i z t spowiedzi , i z tym wieszaniem.
Szwejk milczał i chodził przed drzwiami.
- Osły jeste my! - krzyczał wysoki chudy. Wysłuchawszy wszystkich oskar e
Szwejk ozwał si wreszcie:
- Teraz widzicie przynajmniej, e wojna to nie aden miód. Ja spełniam swoj
powinno . Dostałem si w to wszystko tak samo jak i wy, ale jak si to mówi,
fortuna si do mnie u miechn ła.
- Napiłbym si czego - powtarzał zrozpaczony optymista.
Wysoki chudy wstał i krokiem chwiejnym podszedł ku drzwiom.
- Pu nas do domu - rzekł do Szwejka - i nie bałwan si , kolego.
- Odejd ode mnie - odpowiedział Szwejk. - Musz was pilnowa . Nie znamy
si .
We drzwiach ukazał si kapelan polowy.
- W aden sposób nie mog si dodzwoni do tych koszar, wi c id cie do domu
i pa-pa-pami tajcie, e na słu bie chla nie wo-wo-lno. Marsz!
Na dobro kapelana nale y zapisa , e do koszar nie telefonował, bo nie miał w
domu telefonu, ale przemawiał do podstawki lampki elektrycznej.
Ju trzeci dzie był Szwejk sług kapelana polowego Ottona Katza i przez
cały ten czas widział go tylko raz. Na trzeci dzie przyszedł słu cy porucznika
Helmicha i kazał Szwejkowi przyj po kapelana.
Po drodze powiedział Szwejkowi, e kapelan pokłócił si z porucznikiem,
potłukł pianino, jest pijany jak bela i nie chce i do domu.
Poniewa porucznik Helmich jest tak e pijany, wi c wyrzucił kapelana do
sieni, a ten siedzi pod drzwiami i podrzemuje.
Po przybyciu na miejsce Szwejk potrz sn ł feldkuratem, a gdy ten otworzył
oczy i co mrukn ł, Szwejk zasalutował i rzekł:
- Posłusznie melduj , panie feldkurat, e przyszedłem.
- A czego wy tu chcecie?
- Posłusznie melduj , e mi po pana feldkurata kazali przyj .
- Kazali wam po mnie przyj , a gdzie pójdziemy?
- Do mieszkania pana feldkurata.
- A dlaczego mam i do swego mieszkania? Czy nie jestem w swoim
mieszkaniu?
- Posłusznie melduj , panie feldkurat, e tu jest sie w obcym domu.
- A... jak... ja... si tu dostałem?
- Posłusznie melduj , e pan feldkurat był tu w go cinie.
- W go-go-go cinie nie-nie-nie byłem. My-my-licie si ...
71
Szwejk podniósł kapelana i oparł o cian . Kapelan kiwał si na wszystkie
strony, pokładał si na Szwejka i mówił:
- Ja si przewróc . Przewróc si - powtórzył jeszcze raz, u miechaj c si
głupawo. Nareszcie udało si Szwejkowi przycisn go do muru, ale kapelan i w
tej nowej pozycji zacz ł drzema . Szwejk zbudził go.
- Czego chcecie? - rzekł kapelan, daremnie usiłuj c osun si po cianie na
podłog . - Co wy za jeden?
- Melduj posłusznie - odpowiedział Szwejk podtrzymuj c kapelana i
przyciskaj c go do ciany - e jestem pucybutem pana feldkurata.
- Ja adnego pucybuta nie mam - rzekł z wysiłkiem kapelan robi c now
prób przewrócenia si na Szwejka. - Ja nie jestem aden feldkurat. Ja jestem
prosi - dodał ze szczero ci pijaka. - Pu mnie pan, ja pana nie znam.
Krótka walka sko czyła si całkowitym zwyci stwem Szwejka, który
przewag swoj wykorzystał w ten sposób, e ci gn ł kapelana na dół po
schodach i stan ł z nim w bramie, gdzie kapelan opierał si wszystkimi siłami,
aby Szwejk nie mógł wyci gn go na ulic .
- Ja pana nie znam, mój panie - powtarzał bezustannie, opieraj c si
Szwejkowi. - Znasz pan Otto Katza? To wła nie ja. Ja byłem u arcybiskupa,
rozumiesz pan? - wykrzykiwał trzymaj c si kurczowo bramy. - Watykan si
mn interesuje!
Szwejk przestał „posłusznie meldowa ” i zacz ł rozmawia z kapelanem
tonem zgoła ju poufałym.
- Pu bram - perswadował - bo dam po łapach. Idziemy do domu, i basta.
Bez gadania!
Feldkurat pu cił bram i zwalił si na Szwejka.
- No, to wst pmy gdzie , ale do „Szuhów” nie pójd , bo mam tam długi.
Szwejk wypchn ł go z bramy i chodnikiem wlókł ku domowi.
- Co za jeden ten pan? - zapytał jaki przechodzie .
- To mój brat - odpowiedział Szwejk. - Dostał urlop, przyjechał do mnie w
odwiedziny i z uciechy upił si , poniewa my lał, e ja ju nie yj .
Feldkurat nucił sobie jakie melodie operetkowe, które trudno było
rozpozna . Gdy zasłyszał ostatnie słowa, zwrócił si do przechodniów:
- Kto z was nie yje, niech si zamelduje w komendzie korpusu w ci gu trzech
dni, aby jego zwłoki mogły dosta pokropek.
Zamilkł i omal nie upadł nosem na chodnik, podczas gdy Szwejk wlókł go do
domu trzymaj c pod pach .
Z głow wyci gni t naprzód, wlok c nogi za sob , jak kot z przetr conym
grzbietem, feldkurat mruczał pod nosem: - Dominus vobiscum et cum spiritu tuo.
Dominus vobiscum.
Koło postoju doro ek Szwejk posadził kapelana pod murem i poszedł układa
si z doro karzem o kurs do domu.
Jeden z doro karzy o wiadczył, e tego pana bardzo dobrze zna, e ju go raz
wiózł i wi cej go nie powiezie.
- Porzygał mi wszystko w doro ce - wyraził si jak najpotoczniej - i nie
zapłacił za kurs. Przeszło dwie godziny go woziłem, zanim przypomniał sobie
72
wreszcie, gdzie mieszka. I dopiero po tygodniu, gdy zachodziłem do niego ze trzy
razy, dał mi za to wszystko pi koron.
Po długich targach zdecydował si jeden z doro karzy zawie kapelana do
domu.
Szwejk powrócił do swego pana, który spał. Czarny melonik (ubierał si
zazwyczaj po cywilnemu) zdj ł mu tymczasem kto z głowy i zabrał sobie.
Szwejk zbudził go i przy pomocy doro karza usadowił w doro ce. Tymczasem
kapelan popadł w zupełn prostracj i wzi ł Szwejka za pułkownika Justa z 75
pułku piechoty i raz za razem powtarzał:
- Wybacz, kolego, e ci tykam. Jestem prosi .
W pewnej chwili zdawało si , e skutkiem trz sienia si doro ki odzyskuje
przytomno . Usiadł prosto i zacz ł piewa strofk z nie znanej Szwejkowi
piosenki. By mo e, i była to jego improwizacja:
Wspominam te złote czasy,
Gdy mnie darzył pieszczotami,
Mieszkali my na Merklinie,
Ach, pod Doma licami.
Po chwili popadł znowu w stan zamroczenia, a zwracaj c si do Szwejka i
przymru aj c jedno oko pytał uprzejmie:
- Jak si szanowna pani dzi miewa? Czy wyje d a pani dok d na letnisko? A poniewa w oczach mu si dwoiło, dodał: - Szanowna pani ma ju dorosłego
syna? - Palcem wskazywał na Szwejka.
- Siedzie ! - krzykn ł Szwejk, gdy kapelan usiłował stan na siedzeniu. Naucz ja ci moresu!
Kapelan uspokoił si i malutkimi wi skimi oczkami patrzył dokoła, nie
rozumiej c, co si z nim dzieje.
Do reszty pomieszało mu si w głowie i zwracaj c si do Szwejka rzekł:
- Otwórzcie mi, kobietko, klozet pierwszej klasy. - Próbował spu ci spodnie.
- Zapniesz mi si zaraz, ty prosi ! - krzykn ł Szwejk. - Ju ci znaj wszyscy
doro karze. Ju si raz porzygałe w doro ce, a teraz jeszcze takie rzeczy! Nie
my l, bratku, e znowu ci b d kredytowali jak kiedy .
Kapelan melancholijnie wsparł głow na dłoni i zacz ł piewa :
Mnie ju nikt nie kocha...
Przerwał wszak e t piosenk i rzekł:
- Entschuldigen Sie, lieber Kamerad, Sie sind ein Trottel, ich kann singen, was
ich will.
Próbował gwizda jak melodi , ale zamiast gwizdania zabrzmiało tak
pot ne „prr”, e a konie stan ły.
Gdy na wezwanie Szwejka doro karz ruszył dalej, kapelan zacz ł zapala
cygarniczk .
- Nie chce si pali - rzekł zrozpaczony, gdy popsuł całe pudełko zapałek. - Wy
mi gasicie zapałki.
Zgubił w tek my li i zacz ł si mia :
- To ci, bracie, szpas! Jeste my tylko my dwaj w tramwaju, prawda, panie
kolego? - Zacz ł szuka po kieszeniach. - Zgubiłem bilet! - krzyczał. - Prosz
stan , bo musz szuka biletu.
73
Zrezygnowany machn ł r k :
- Niech jad ...
Potem mruczał pod nosem:
- W najliczniejszych przypadkach... Tak jest, w porz dku. We wszystkich
przypadkach... Pan si myli... Drugie pi tro?... To wykr ty... Nie o mnie chodzi,
ale o szanown pani ... Płaci ... Mam czarn kaw ...
W pół nie zacz ł si sprzecza z jakim domniemanym nieprzyjacielem, który
odmawiał mu rzekomo prawa do siedzenia przy oknie w restauracji. Potem
zacz ł doro k uwa a za poci g, wychylał si i wykrzykiwał po czesku i po
niemiecku na cał ulic :
- Nymburg! Przesiada si !
Szwejk poci gn ł go ku sobie, a feldkurat, zapomniawszy o poci gu, zacz ł z
kolei na ladowa ró ne głosy zwierz t. Najdłu ej na ladował koguta, a jego
zwyci skie kukuryku słycha było w całej okolicy.
Był w ogóle bardzo ruchliwy i niespokojny, usiłował wypa z doro ki,
wyzywaj c mijanych przechodniów od uliczników. Potem wyrzucił z doro ki
chustk do nosa i krzyczał, e trzeba stan , bo zgubił swoje toboły. Wreszcie
zacz ł opowiada :
- W Budziejowicach był sobie jeden dobosz. O enił si . Po roku umarł. Czy to
nie wietna anegdotka? - Wybuchn ł miechem.
Przez cały ten czas Szwejk był dla kapelana surowy i bezwzgl dny.
Ilekro kapelan usiłował spłata jakiego figla, jak na przykład wypa z
doro ki, rozedrze siedzenie, Szwejk dawał mu sójk w bok, co kapelan
przyjmował z zupełn oboj tno ci .
Tylko raz spróbował zbuntowa si i wyskoczy z doro ki, o wiadczaj c, e
dalej nie pojedzie, bo wie, e zamiast do Budziejowic jad do Podmokli. W ci gu
minuty Szwejk zlikwidował ten bunt całkowicie i zmusił feldkurata, aby siedział
przyzwoicie, a jednocze nie pilnował, aby pijany nie usn ł. Napominał go te
delikatnie:
- Nie pij, ty zdechlaku!
Feldkurat popadł nagle w melancholi i ze łzami w oczach j ł wypytywa
Szwejka, czy miał matk .
- Ja, ludzie kochani, jestem na tym wiecie sam! - pokrzykiwał ało nie. Ulitujcie si nade mn !
- Nie rób mi wstydu - napominał go Szwejk. - Przesta wyrabia takie rzeczy,
bo ludzie powiedz , e si zalał.
- Ja nic nie piłem, kolego - odpowiedział kapelan. - Jestem całkiem trze wy.
Nagle zerwał si i zasalutował:
- Ich melde gehorsam, Herr Oberst, ich bin besofen. Jestem prosi - powtarzał
dziesi razy z rz du ze szczer , rozpaczliw beznadziejno ci .
A zwracaj c si do Szwejka prosił i ebrał natr tnie:
- Wyrzu cie mnie z samochodu. Dlaczego wieziecie mnie z sob ?
Po chwili usiadł i mruczał pod nosem:
Hej, miesi czku miły, czemu taki smutny?
- Czy pan kapitan wierzy w nie miertelno duszy? Czy ko mo e si dosta
do nieba?
74
Zacz ł mia si na cały głos, ale po chwili posmutniał znowu i apatycznie
spogl dał na Szwejka, mówi c do niego:
- Pan pozwoli, ale ja pana ju gdzie widziałem. Czy nie był pan w Wiedniu?
Pami tam pana z seminarium.
Przez chwil bawiło go skandowanie wierszy łaci skich:
Aurea prima sata est aetas quae vindice nullo...
- Dalej nie umiem! - rzekł. Wyrzu cie mnie na ulic . Dlaczego nie chcecie
mnie wyrzuci ? Chc upa na nos - o wiadczył kategorycznie. Panie - prosił
głosem błagalnym - przyjacielu drogi, daj w łeb.
- Raz czy kilka razy? - pytał Szwejk. - Dwa razy? Słu ... - Feldkurat liczył
gło no szturcha ce i u miechał si błogo.
- To bardzo przyjemne - rzekł. - To zdrowo na oł dek, bo poprawia
trawienie. Prosz mi da w pysk.
- Serdecznie dzi kuj ! - zawołał, gdy Szwejk szybko uczynił zado jego
yczeniu. - Jestem zupełnie zadowolony. Prosz pana, niech pan rozedrze moj
kamizelk .
Wyra ał najró niejsze yczenia. yczył sobie, aby mu Szwejk wykr cił nog ,
aby go przydusił troszeczk , aby mu obci ł paznokcie, wybił przednie z by.
Budziło si w nim pragnienie m cze stwa, wi c domagał si od Szwejka, aby
mu urwał głow i rzucił j do Wełtawy.
- Byłoby mi ładnie w gwiazdkach dokoła głowy. Przydałoby mi si ich
dziesi .
Potem zacz ł mówi o wy cigach i szybko przeszedł do baletu, ale nie
zatrzymał si przy nim zbyt długo.
- Czy ta czy pan czardasza? - pytał Szwejka. - A zna pan taniec
nied wiedzia? O, tak...
Chciał podskoczy , ale zwalił si na Szwejka, który najpierw zboksował go, a
potem uło ył na siedzeniu.
- Ja czego chc ! - krzyczał feldkurat. - Ale sam nie wiem czego. Mo e pan wie
lepiej ode mnie? - Zwiesił głow zupełnie zrezygnowany.
- Co mi zreszt do tego, czego chc - rzekł powa nie. - I panu te nic do tego.
Ja pana nie znam. Jak pan mie spogl da na mnie tak impertynencko? Zna si
pan na fechtunku?
Przez chwil był bardzo zaczepny i próbował zepchn Szwejka z siedzenia.
Potem za , gdy Szwejk go uspokoił, bez wahania daj c mu odczu swoj
przewag fizyczn , feldkurat zapytał go:
- Czy dzi poniedziałek, czy pi tek?
Zaciekawiło go te , czy to grudzie , czy czerwiec, przy czym wykazywał
wielkie zdolno ci w zadawaniu przeró nych pyta :
- Czy pan onaty? Czy lubi pan ser Gorgonzola? Czy ma pan w domu
pluskwy? Jak si panu powodzi? Czy pies pa ski miał nosacizn ?
Stał si bardzo rozmowny. Opowiadał, e winien jest szewcowi za buty do
jazdy konnej, pejcz i siodło, e przed laty miał rze czk i leczył j
hipermanganem.
75
- O niczym innym nie było mo na nawet my le - rzekł czkaj c. - By mo e, i
wydaje si to panu do przykre, ale niech pan... ech, ech, sam powie, co ja mam
robi ? Musi mi pan wybaczy .
- Autoterm - rozwodził si dalej, zapomniawszy, o czym mówił przed chwil to takie naczynie, które utrzymuje napoje i pokarmy w stanie ciepłym. A co pan
s dzi, panie kolego, która gra jest sprawiedliwsza: ferbel czy oko?
- Ja ci naprawd ju gdzie widziałem! - zawołał próbuj c obj Szwejka i
ucałowa go za linionymi ustami. - Chodzili my razem do szkoły.
- Ty poczciwcze zacny - wywodził tkliwie, głaszcz c swoj nog - jake ty
podrósł od czasu, gdy widziałem ci po raz ostatni. Zapominam o wszystkich
udr kach z samej uciechy, e ci widz .
Opanował go nastrój poetyczny, wi c zacz ł mówi o powrocie do blasków
słonecznych, zadowolonych twarzy i gor cych serc.
Potem ukl kł i zacz ł odmawia Zdrowa Mario, miej c si przy tym na całe
gardło.
Gdy konie stan ły przed jego domem, było bardzo trudno wyci gn go z
doro ki.
- Jeszcze nie jeste my na miejscu! - krzyczał. - Ratujcie! Porywaj mnie! Ja
chc jecha dalej!
Wreszcie został dosłownie wyci gni ty z doro ki, jak gotowany limak z
muszli. Przez chwil zdawało si , e go rozerw , bo nogi zapl tały mu si pod
siedzeniem.
- Rozerwiecie mnie, panowie! - wołał ze miechem, ciesz c si , e doro karza i
Szwejka wyprowadził w pole.
Potem wleczono go przez bram i po schodach a do mieszkania, gdzie Szwejk
rzucił go na kanap jak bezwładny tobół. Kapelan o wiadczył, e nie my li płaci
za ten samochód, którego nie zamawiał, i przez kwadrans trzeba było tłumaczy
mu, e to była doro ka.
Ale i wówczas nie przestał si kłóci dowodz c, e je dzi tylko fiakrem.
- Chcecie mnie oszuka - mówił, wymownie mrugaj c na Szwejka i na
doro karza. - Przecie szli my piechot .
I nagle w przypływie wielkoduszno ci rzucił doro karzowi portmonetk :
- Zabieraj wszystko! Ich kann Bezahlen. Ja si o par grajcarów nie kłóc .
Gdyby chodziło o cisło , to powinien był powiedzie , e mu nie zale y na
trzydziestu sze ciu grajcarach, bo w portmonetce było akurat tyle. Na szcz cie
doro karz poddał go cisłej rewizji osobistej, mówi c co przy tym o dawaniu po
łbie.
- No to wal! - odpowiedział feldkurat. - To nic osobliwego. Jestem wytrzymały.
W kieszeni kamizelki znalazł doro karz pi taka. Wyszedł przeklinaj c swój
los i feldkurata, e mu zabrał tyle czasu i tak mało zapłacił.
Kapelan zasypiał powoli, snuj c najrozmaitsze plany. Zamierzał czyni ró ne
rzeczy, gra na fortepianie, bra lekcje ta ca i sma y rybki.
Potem obiecywał wyda za Szwejka swoj siostr , której nie miał. yczył
sobie te , eby go zanie li na łó ko, i wreszcie zasn ł o wiadczaj c, e pragnie,
aby w nim uszanowany był człowiek, czyli jednostka posiadaj ca warto nie
mniejsz od wini.
76
Gdy nazajutrz z rana Szwejk wszedł do pokoju, w którym feldkurat spał,
znalazł go na kanapie rozmy laj cego usilnie nad tym, jak i co si mogło sta , e
został polany tak osobliwie, i spodnie przylepiły si do skórzanej kanapy.
- Posłusznie melduj , panie feldkurat - rzekł Szwejk - e pan si w nocy...
W krótkich słowach wytłumaczył mu, jak straszliwie si myli, przypuszczaj c,
e został polany. Kapelan miał głow niezwykle ci k i znajdował si w stanie
wielkiej depresji.
- Nie mog sobie przypomnie - mówił - w jaki sposób z łó ka dostałem si na
kanap .
- Pan feldkurat wcale na łó ku nie był. Jak tylko przyjechali my, to zaraz
pana feldkurata uło yłem na kanapie, bo dalej zaci gn go nie mogłem.
- A co ja wyrabiałem? Czy zrobiłem co nieprzyzwoitego? Czy mo e byłem
pijany?
- Jak bela - odpowiedział Szwejk. - Był pan zupełnie pijany i miał łagodne
delirium. Przypuszczam, e b dzie panu feldkuratowi lepiej, gdy si przebierze i
umyje.
- Tak si czuj , jakby mnie kto zbił - narzekał pan feldkurat. - No i pragnienie
mnie m czy. Czy nie biłem si wczoraj z kimkolwiek?
- Mo na było wytrzyma , panie feldkurat. Pragnienie jest nast pstwem
wczorajszego pragnienia. Ugasi takie pragnienie nie tak łatwo. Znałem pewnego
stolarza, który pierwszy raz upił si na Sylwestra roku tysi c dziewi set
dziesi tego, a pierwszego stycznia miał takie pragnienie i czuł si tak niedobrze,
e musiał kupi sobie ledzia, a potem pił znowu, i tak si to powtarza ju
codziennie od czterech lat, i nikt nie mo e mu na to poradzi , poniewa zawsze w
sobot kupuje ledzie na cały tydzie . Taki ci to kołowrót, jak mawiał pewien
starszy sier ant 91 pułku.
Kapelan miał dokumentny katzenjammer i znajdował si w ci kiej depresji.
Kto by si w tym momencie przysłuchiwał jego wywodom, miałby wra enie, e
słyszy słowa doktora Aleksandra Batka: „Wypowiedzmy wojn na mier i ycie
demonowi alkoholu, który morduje naszych najlepszych ludzi”, i e kapelan
czyta Sto iskier etycznych tego autora.
Trzeba przyzna , e kapelan zmienił nieco tekst i mówił tak:
- Gdyby człek trzymał si przynajmniej takich szlachetnych napojów jak
arak, maraskino, koniak, ale ja piłem wczoraj borowiczk . Dziwi si , e mog j
tak chla . Smak ma obrzydliwy. eby to przynajmniej griotte. Ludzie
wykombinuj ró ne wi stwa i pij je jak wod . Taka jałowcówka nie ma smaku
ani barwy i pali gardło. I eby jeszcze była prawdziwa, jak bywaj destylaty z
jałowca, które pijałem na Morawach. Ale ta borowiczka była z jakiego
drzewnego spirytusu i z olejów. Widzicie, jak mi si odbija. Wódka to trucizna zadecydował. - Powinna by prawdziwa i oryginalna, a nie taka, jak wyrabiaj
ydzi po fabryczkach, na zimno. Tak sarno jest z arakiem. Dobry arak to
prawdziwy rarytas. eby teraz była w domu prawdziwa orzechówka - westchn ł
- toby mi doprowadziła oł dek do porz dku. Taka orzechówka, jak miewa pan
kapitan Sznabl w Brusce.
Zacz ł przetrz sa kieszenie i oblicza zawarto portmonetki.
77
- Mamy wszystkiego trzydzie ci sze grajcarów. Czyby nie sprzeda kanapy?
- zastanawiał si . - Co wy na to? Czy znalazłby si kupiec na kanap ?
Gospodarzowi si powie, e j wypo yczyłem komu albo e nam j ukradli. Nie,
kanap sobie zostawi . Po l do pana kapitana Sznabla, eby mi po yczył sto
koron. Onegdaj wygrał w karty. Je li wam si tam nie poszcz ci, to pójdziecie do
Vrszovic do koszar, do porucznika Mahlera. Je li i tam si nie uda, to pójdziecie
na Hradczany do kapitana Fiszera. Powiecie mu, e musz zapłaci fura dla
konia, a pieni dze przepiłem. Gdyby si i to nie udało, to zastawimy fortepian,
niech si dzieje, co chce. Na wszelki wypadek napisz wam par słów. Nie
dawajcie si zby byle czym. Powiedzcie, e potrzebuj koniecznie, bo nie mam
ani grosza. Wykombinujcie, co chcecie, ale nie wracajcie do domu z pustymi
r koma, bo was wyprawi na front. Spytajcie kapitana Sznabla, gdzie kupuje t
orzechówk , i kupcie dwie butelki.
Szwejk wypełnił swoje zadanie wietnie. Jego dobroduszno i poczciwa twarz
budziła wsz dzie zaufanie i wiar , e to, co mówi, jest prawd .
Szwejk uznał za wła ciwe, aby kapitanowi Sznablowi, kapitanowi Fiszerowi i
porucznikowi Mahlerowi mówi nie o tym, e feldkurat musi płaci fura dla
konia, ale umotywowa pro b tym, e kapelan musi płaci alimenty. Pieni dzy
dali mu wsz dzie.
Gdy po powrocie do domu pokazywał trzysta koron, dumny z wyprawy,
feldkurat, który tymczasem umył si i ubrał, był bardzo zdziwiony.
- Załatwiłem wszystko za jednym zamachem - rzekł Szwejk - eby my jutro
albo pojutrze nie potrzebowali znowu troszczy si o pieni dze. Poszło mi do
gładko, tylko przed panem kapitanem Sznablem musiałem pa na kolana. Jaki
nieludzki człowiek. Ale jakem mu rzekł, e musimy płaci alimenty...
- Alimenty - powtórzył wystraszony feldkurat.
- A tak, alimenty, prosz pana feldkurata, niby na odczepne dla dziewczynek.
Pan feldkurat kazał mi, ebym co wykombinował, a mnie nic lepszego nie
przyszło do głowy. Tam u nas jeden szewc płacił alimenty pi ciu dziewczynom i
był z tego wszystkiego zrozpaczony, te musiał na to po ycza , ale ka dy mu
ch tnie dawał, bo wiedział, e ten szewc jest w okropnym poło eniu. Pytali si , co
to za dziewczyna, a ja powiedziałem, e bardzo ładna i jeszcze nie sko czyła
pi tnastu lat. Wi c chcieli adres.
- Ładnych rzeczy nabroili cie, Szwejku - westchn ł feldkurat i zacz ł chodzi
po pokoju. - Co za ha ba! - powtarzał chwytaj c si za głow . - Ale mnie boli
głowa.
- Ja im dałem adres pewnej starej głuchej pani z naszej ulicy - tłumaczył si
Szwejk. - Chciałem wszystko zrobi jak najlepiej, bo rozkaz to rozkaz. Nie
pozwoliłem zby si byle czym i dlatego trzeba było co wykombinowa . Aha, w
sieni czekaj ludzie na fortepian. Przyprowadziłem ich, aby go zawie li do
lombardu, prosz pana feldkurata. B dzie nie le, jak si pozb dziemy fortepianu.
W mieszkaniu b dzie wi cej miejsca, a w kieszeni wi cej pieni dzy. Przez par
dni b dziemy mieli spokój. A je li pan gospodarz b dzie si o ten fortepian
dopytywał, to mu powiem, e si w nim poprzerywały struny i e trzeba było
odda go do fabryki do reperacji. Stró ce ju o tym powiedziałem, eby si
niczemu nie dziwiła, gdy go b d wynosili i ładowali. Znalazłem te kupca na
78
kanap . Jest nim mój znajomy, handlarz starych mebli, a przyjdzie po południu.
Teraz dobrze płac za skórzane kanapy.
- Wi cej ju nic nie nabroili cie? - pytał kapelan trzymaj c si za głow . Był
zrozpaczony.
- Przyniosłem, prosz pana feldkurata, zamiast dwóch butelek orzechówki i
takiej, jak pije pan kapitan Sznabl, od razu pi , eby w domu był pewien zapas
i eby my mieli co pi . Czy ludzie mog zabiera teraz ten fortepian? Bo lombard
niedługo zamkn .
Kapelan zrezygnowany machn ł r k i po chwili fortepian układali na wózku.
Gdy Szwejk powrócił z lombardu, ujrzał feldkurata siedz cego przy otwartej
butelce orzechówki i wymy laj cego, e na obiad podano mu niedosma ony
kotlet.
Kapelan był znowu pijany. O wiadczył Szwejkowi, e od jutra rozpocznie
nowe ycie.
- Picie alkoholu to haniebny materializm. Trzeba ycie uduchowi .
Mówił filozoficznie przez jakie pół godziny. Gdy otwierał trzeci butelk ,
przyszedł handlarz skupuj cy stare meble. Kapelan sprzedał mu kanap za
bezcen i zaprosił go na pogaw dk . Bardzo był niezadowolony, gdy handlarz
podzi kował za zaproszenie tłumacz c si , e idzie wła nie kupowa nocny stolik.
- Szkoda, e nie mam nocnego stolika - rzekł kapelan z alem. - Trudno
pami ta o wszystkim.
Po odej ciu handlarza starych mebli feldkurat wdał si w przyjacielski
rozmowy
dyskurs ze Szwejkiem i wypił z nim nast pn butelk . Cz
po wi cona była zagadnieniom osobistego stosunku do kobiet i kart.
Siedzieli długo. Nadszedł wieczór, a przyjacielska rozmowa Szwejka z
feldkuratem nie miała jeszcze ko ca.
Ale w nocy sytuacja si zmieniła. Feldkurat znalazł si w stanie podobnym do
wczorajszego, brał Szwejka za kogo innego i mówił:
- Bynajmniej. Niech pan nie odchodzi. A czy pami ta pan jeszcze tego rudego
kadeta od taborów?
Sielanka trwała do długo, a wreszcie Szwejk rzekł do niego:
- Ju mam tego do . Teraz wleziesz do łó ka i b dziesz gnił. Rozumiesz?
- Wlez , kochanie, wlez , jak e miałbym nie wle - mruczał kapelan. Pami tasz, bratku, jak chodzili my razem do pi tej klasy i jak ci robiłem
wypracowania z greckiego? Pan ma will na Zbraslaviu. Mo e pan je dzi
parostatkiem po Wełtawie. Wie pan, co to jest Wełtawa?
Szwejk zmusił kapelana do zdj cia ubrania i butów. Feldkurat poddał si
przymusowi, ale zwrócił si z protestem do jakich nieznanych osób.
- Widzicie, panowie - przemawiał do szafy i fikusa - jak obchodz si ze mn
moi krewni. Nie znam swoich krewnych - zdecydował nagle i poło ył si do łó ka.
- Gdyby niebo i ziemia wyst piły przeciwko mnie, nie znam ich...
Po chwili w pokoju słycha było jego chrapanie.
W tych dniach Szwejk odwiedził swoj star posługaczk , pani Müllerow .
Zastał tam jej siostrzenic , która z płaczem oznajmiła mu, e Müllerowa została
aresztowana tego samego dnia, gdy odwiozła Szwejka do wojska. Star pani
79
s dził s d wojenny, a poniewa nie mogli jej niczego dowie , wywie li j do
obozu koncentracyjnego w Steinhofie. Przyszła karta od niej.
Szwejk si gn ł po t rodzinn relikwi i czytał:
„Kochana Anusiu! Mamy si tu wszyscy bardzo dobrze, wszyscy jeste my
zdrowi. S siadka, której łó ko stoi obok mojego, ma plamisty --. Mamy tu te
czarn --. Ale poza tym wszystko w porz dku --. Jedzenia mamy dosy i zbieramy
-- od kartofli na polewk . Słyszałam, e pan Szwejk te --, wi c si sprytnie
dowiedz, gdzie le y, eby my po wojnie mogły jego grób obło y . Zapomniałam ci
powiedzie , e na strychu w ciemnym k cie jest w skrzynce mały piesek, ratlerek,
szczeni tko. Ale ju par tygodni nie dostał nic je , mianowicie od tego czasu,
kiedy po mnie przyszli --. My l wi c, e ju za pó no i e ten piesek te ju .
Wzdłu pocztówki była odbita czerwona piecz tka: „Zensuriert. K. u. k.
Konzentrationslager, Steinhof.”
- I naprawd ten piesek ju zdechł - rozpłakała si siostrzenica pani
Müllerowej. - A mieszkania swego toby pan nawet nie poznał. Mieszkaj w nim
szwaczki, z pokoju zrobiły sobie damski salonik. Po cianach damskie mody, a na
oknach kwiatki.
Siostrzenica Müllerowej była nieutulona w alu.
Nie przestaj c szlocha i narzeka , wyraziła wreszcie obaw , e Szwejk musiał
pewnie uciec z wojska, chce j zgubi i wtr ci w nieszcz cie. Wreszcie
rozmawiała z nim tak, jak si rozmawia z ostatnim łotrem i awanturnikiem.
- To bardzo zabawne - rzekł Szwejk - to mi si bajecznie podoba. Wi c eby
pani wiedziała, pani Kejrzovo, ma pani racj , e uciekłem. Ale musiałem zabi
pi tnastu wachmistrzów i feldfeblów. Tylko niech pani nikomu nic nie mówi...
I Szwejk odszedł z domu swego, który go nie przyj ł. Na odchodnym rzekł:
- W pralni mam par kołnierzyków i półkoszulków pani Kejrzovo, trzeba je
odebra , ebym si miał w co ubra , jak wróc z wojny. I trzeba przypilnowa ,
eby si do ubrania w szafie nie dostały mole. A te panienki, co sypiaj w moim
łó ku, prosz pi knie pozdrowi ode mnie.
Potem poszedł Szwejk zajrze „Pod Kielich.” Widz c go Palivcowa
o wiadczyła, e mu nic nie poda, bo pewno uciekł z wojska.
- Mój m - zacz ła wałkowa od pocz tku - był taki ostro ny i siedzi. Siedzi
nieborak zamkni ty, nie wiadomo za co i po co. A tacy ludzie chodz sobie po
wiecie i uciekaj z wojska. Ju przeszłego tygodnia szukali tu pana. My jeste my
ostro niejsi od pana - ko czyła swoje wywody - a wpadli my w bied . Nie ka dy
ma takie szcz cie jak pan.
Podczas tej rozmowy był w szynku pewien starszy pan, lusarz ze Smichova.
Pan ten podszedł do Szwejka i rzekł:
- Prosz , niech pan poczeka na mnie na dworze. Musz z panem
porozmawia .
Na ulicy zwierzył si Szwejkowi, którego na skutek rekomendacji Palivcowej
uwa ał, jak i ona, za dezertera.
Powiedział mu, e ma syna, który te uciekł z wojska i siedzi u babki w
Jasennej pod Josefovem.
Ani słucha nie chciał, gdy Szwejk go zapewniał, i nie jest dezerterem, i
wsun ł Szwejkowi w r k dziesi koron.
80
- To taka pomoc na pierwszy ogie - rzekł poci gaj c go z sob do winiarni na
rogu. - Ja pana rozumiem, mnie si obawia nie trzeba.
Pó n noc wrócił Szwejk do mieszkania kapelana, którego jeszcze w domu
nie było.
Przyszedł dopiero nad ranem, zbudził Szwejka i rzekł:
- Jutro jedziemy odprawia msz polow . Gotujcie czarn kaw i dajcie arak.
Albo jeszcze lepiej, ugotujcie grogu.
81
Rozdział 11
SZWEJK JEDZIE Z KAPELANEM ODPRAWIA MSZ
POLOW
Przygotowania do u miercania ludzi odbywały si zawsze w imi Boga czy te
w ogóle w imi jakiej domniemanej wy szej istoty, któr ludzko sobie
wyimaginowała i stworzyła w swej wyobra ni. Staro ytni Fenicjanie, zanim
poder n li gardło jakiemu je cowi, odprawiali tak samo uroczyste nabo e stwa,
jak w kilka tysi cy lat pó niej czyniły to nowe pokolenia ludzko ci przed pój ciem
na wojn , w której t piły swoich wrogów ogniem i mieczem.
Ludo ercy polinezyjscy przed po arciem swoich je ców lub ludzi
niepotrzebnych, jak misjonarzy, podró ników, ajentów handlowych ró nych firm
czy te po prostu turystów, składaj ich na ofiar swoim bo kom spełniaj c przy
tym najrozmaitsze religijne obrz dy. Poniewa nie dotarła jeszcze do nich
kultura ornatów, przeto ozdabiaj swoje biodra p kami pstrokatych piór le nych
ptaków.
Nim wi ta inkwizycja spaliła swe ofiary, odprawiała uroczyste nabo e stwa,
wielk msz wi t ze piewami.
A przy wykonywaniu wyroków mierci zawsze asystuj duchowni, kr puj c
swoj obecno ci skazanego.
W Prusach pastor prowadził biedaka pod topór, w Austrii ksi dz katolicki na
szubienic , we Francji pod gilotyn , w Ameryce duchowny na krzesło
elektryczne, w Hiszpanii na stołek, gdzie skazany był specjalnym narz dziem
duszony, a w Rosji brodaty pop odprowadzał rewolucjonist na miejsce stracenia
itd., itd. Wsz dzie te duchowni zmuszali skaza ca do odbycia ostatniej
pielgrzymki w towarzystwie Ukrzy owanego, jak gdyby chcieli powiedzie :
„Tobie to tylko urabia głow , ciebie tylko powiesz , udusz , puszcz na ciebie
pi tna cie tysi cy woltów, ale co ten biedak musiał przecierpie !...”
Wielkie jatki wojny wiatowej nie obeszły si bez błogosławie stwa
duchownych. Kapelani wojskowi wszystkich armii modlili si i odprawiali msze
wi te o zwyci stwo dla tej armii, której chleb jedli. Przy egzekucjach
zrewoltowanych ołnierzy zjawiał si ksi dz. Przy egzekucjach legionistów
czeskich tak e widywało si duchownego. Nic si te nie zmieniło od owych
czasów, kiedy to wielki łupie ca Wojciech, pó niej wi tym przezwany, brał
udział w t pieniu i mordowaniu Słowian nadbałtyckich, dzier c w jednym r ku
miecz, a w drugim krzy .
Ludzie całej Europy szli jak bydl ta na rze , dok d obok rze ników-cesarzy,
królów, prezydentów i innych potentatów i wodzów prowadzili ich ksi a
wszystkich wyzna , błogosławi c im i pozwalaj c fałszywie przysi ga , e „na
ziemi, w powietrzu, na morzu” itd.
Dwukrotnie odprawiano msze polowe. Raz, kiedy cz
oddziałów odchodziła
na front, a drugi raz na froncie, przed krwaw rzezi , przed zabijaniem.
Pami tam, jak pewnego razu podczas mszy polowej samolot nieprzyjacielski
zrzucił bomb w sam ołtarz polowy, a z kapelana pozostało tylko par krwawych
strz pów. Potem pisało si o nim jako o m czenniku, ale w tym samym czasie
82
nasze samoloty przysparzały podobnej sławy kapelanom po drugiej stronie
frontu.
Mieli my z tej racji niebywał uciech , a na prowizorycznym krzy u,
postawionym na miejscu, gdzie pochowano szcz tki kapelana, pojawił si w nocy
taki nagrobkowy napis:
To, co nas spotka mo e, spadło ju na ciebie.
Przyrzekłe nam, brachu miły, liczny pobyt w niebie,
Niebo samo spadło dzi na tw głow biedn ,
Zostawiaj c nam po tobie mał plamk jedn .
Szwejk ugotował ów sławny grog, przewy szaj cy sw jako ci grogi starych
marynarzy. Taki grog mogli byli pija piraci osiemnastego stulecia i byliby na
pewno zadowoleni.
Kapelan Otto Katz był zachwycony i zapytał:
- Kto was nauczył przyrz dza taki wspaniały napój?
- Kiedy przed laty w drowałem po wiecie - odpowiedział Szwejk - spotkałem
w Bremie pewnego rozpustnego marynarza, który mówił, e grog musi by taki
mocny, aby ten, kto by po jego wypiciu wpadł do morza, mógł przepłyn cały
kanał La Manche. Po słabym grogu utopi si jak szczeni .
- Po takim grogu, Szwejku, b dzie si nam dobrze odprawiało msz polow zauwa ył kapelan - my l , e najpierw b d musiał wygłosi kilka słów
po egnania. Msza połowa to nie jest taka zabawa jak odprawianie mszy wi tej w
garnizonie albo wygłaszanie kazania do tych tam łobuzów. W tym wypadku musi
człowiek mie naprawd wszystkie klepki w porz dku. Ołtarz polowy mamy.
Wydanie kieszonkowe, składane. Jezus Maria, Szwejku! - chwycił si za głow .
Ale te jeste my idioci! Wiecie, gdzie schowałem ołtarz polowy? Do otomany,
któr sprzedali my.
- Tak, to jest nieszcz cie, panie feldkuracie - rzekł Szwejk - ja wprawdzie
znam tego tandeciarza, przedwczoraj wła nie spotkałem jego on . On siedzi w
ciupie z powodu jakiej ukradzionej szafy, a nasza otomana jest u pewnego
nauczyciela we Vrszovicach. To b dzie heca z tym ontarzem polowym. Najlepiej
b dzie, jak si napijemy grogu i pójdziemy na poszukiwanie, poniewa my l , e
jednak bez ontarza polowego nie b dzie mo na odprawi mszy wi tej.
- Brakuje nam rzeczywi cie jeszcze tylko polowego ołtarza - rzekł
melancholijnie kapelan. - Na poligonie wszystko ju jest przygotowane. Cie le ju
zrobili podium. Monstrancj po ycz nam z Brzevnova, kielich powinienem mie
swój, ale gdzie on jest?...
Zamy lił si :
- Powiedzmy sobie, e go zgubiłem. Wi c dostaniemy puchar sportowy od
porucznika Witingera z 75 pułku. Kiedy przed laty zdobył go w biegach, jako
nagrod „Sport Favorit”. Był to doskonały biegacz. Jak si sam zawsze chwalił,
robił czterdzie ci kilometrów Wiede -Mödling w godzin i czterdzie ci osiem
minut. Ju wczoraj omówiłem z nim t spraw . Jestem bydl , e wszystko
odkładam zawsze na ostatni chwil . Dlaczego ja, bałwan, nie zajrzałem do
otomany?
83
Pod wpływem grogu, przyrz dzonego podług przepisu rozwi złego
marynarza, zacz ł sobie głupio wymy la i o wiadczył w najrozmaitszych
sentencjach, gdzie wła ciwie powinien si znajdowa .
- Mo e by my wreszcie poszli na poszukiwanie ontarza polowego - zapraszał
Szwejk - ju jest ranek. Musz si jeszcze ubra w mundur i napi troch grogu.
Nareszcie wyszli. Id c do ony handlarza starych mebli kapelan opowiadał
Szwejkowi, e wczoraj z „błogosławie stwem bo ym” wygrał du o pieni dzy i
je li dobrze pójdzie, to wykupi fortepian z lombardu.
Przypominało to luby składane przez pogan swym bo kom. Od zaspanej
ony handlarza starych mebli dowiedzieli si adresu nauczyciela we Vrszovicach,
nowego wła ciciela otomany. Kapelan okazał si niezwykle łaskawy - uszczypn ł
on handlarza w obydwa policzki i połechtał pod brod .
Do Vrszovic poszli piechot , poniewa kapelan o wiadczył, e musi si przej
po wie ym powietrzu dla zmiany wra e .
We Vrszovicach, w mieszkaniu nauczyciela, starego, pobo nego pana, czekała
ich niemiła niespodzianka. Stary pan znalazłszy ołtarz polowy w otomanie uwa ał
to za zrz dzenie bo e i oddał go do zakrystii miejscowego ko cioła, zastrzegaj c
sobie umieszczenie napisu: „Ofiarowany ku czci i chwale bo ej przez pana
Kolarzika, nauczyciela w stanie spoczynku. Roku Pa skiego 1914.” Starszy pan
był bardzo zakłopotany, gdy zastali go w bieli nie.
Z rozmowy z nim wynikało, e nieoczekiwane znalezienie ołtarza uwa ał za
cud i znak bo y. Gdy kupował otoman , to jaki głos wewn trzny mówił mu:
„Zobacz, co jest wewn trz.” Widział te we nie anioła, który mu wprost
rozkazał: „Otwórz otoman !” Usłuchał. A kiedy tam ujrzał miniaturowy,
składany, trójdzielny ołtarz ze skrytk na tabernakulum, ukl kł przed otoman i
modlił si długo i gor co, chwal c Boga i uwa aj c to za znak z nieba, aby
przyozdobi tym ko ciół we Vrszowicach.
- To nas nie interesuje - rzekł kapelan - tak rzecz, która do pana nie nale ała,
powinien był pan odda w policji, a nie do jakiej przekl tej zakrystii.
- Z powodu tego cudu - dodał Szwejk zwracaj c si do nauczyciela - mo e si
jeszcze w co wpl ta . Kupił kanap , a nie aden ołtarz, który jest własno ci
władz wojskowych. Taki znak bo y mo e go drogo kosztowa . Nie powinien był
si przejmowa aniołami. Pewien człowiek w Zhorzy te wyorał w polu jaki
kielich, który pochodził ze wi tokradztwa i był tam schowany na lepsze czasy,
kiedy sprawa pójdzie w zapomnienie. Uwa ał to tak e za cud i zamiast go
sprzeda na złom, poszedł z tym kielichem do proboszcza, e chce go niby
ofiarowa do ko cioła. A proboszcz my lał, e on jest tym złodziejem i ma
wyrzuty sumienia, posłał wi c po wójta, a wójt po policj i znalazca został
niewinnie skazany za wi tokradztwo tylko dlatego, e ci gle co gadał o cudzie.
Bronił si , jak mógł, te gadał o jakim aniele, nawet wpl tał do tego Pann
Mari , ale w ko cu i tak dostał dziesi lat paki. Najlepiej zrobi, jak pójdzie z
nami do tutejszego proboszcza, eby nam zwrócił maj tek pa stwowy. Ontarz
polowy to nie jest ani kotka, ani onuca, któr mo e podarowa , komu chce.
Stary pan trz sł si cały ze strachu i ubieraj c si szcz kał z bami.
84
- Ja naprawd nic złego i podłego nie my lałem i nic nie ukrywałem. S dziłem,
e tym zrz dzeniem bo ym mog si przyczyni do przyozdobienia naszej ubogiej
wi tyni Pa skiej we Vrszovicach.
- Rozumie si , na rachunek władz wojskowych - rzekł twardo i szorstko
Szwejk. - Bóg zapia za takie zrz dzenie bo e. Niejaki Pivonka z Chocieborza
uwa ał te razu pewnego za zrz dzenie bo e, kiedy mu si do r k przypl tał
postronek z cudz krow .
Starszy pan zgłupiał zupełnie od tego całego gadania i przestał si w ogóle
broni . Pragn ł ju tylko jak najpr dzej ubra si i załatwi spraw .
Vrszovicki proboszcz jeszcze spał; obudzony hałasem, pocz ł zrz dzi , bo
rozespany my lał, e ma i kogo przygotowa na mier .
- Te by ju sobie dali spokój z tym ostatnim namaszczeniem - mamrotał
ubieraj c si niech tnie. - Zachciewa im si umiera , kiedy si człowiekowi
najlepiej pi. I jeszcze trzeba si potem z nimi targowa o pieni dze.
Spotkali si wi c w przedpokoju, jeden, zast pca Pana Boga w ród
vrszovickich cywilów, drugi - zast pca bo y przy władzach wojskowych.
Rzeczywi cie był to spór mi dzy cywilem a ołnierzem. Je li bowiem
proboszcz twierdził, e ołtarz polowy w adnym razie nie powinien był si
znajdowa w otomanie, to znowu kapelan utrzymywał, e tym bardziej nie
powinien by w zakrystii ko cielnej, dok d chodz sami cywile. Szwejk robił przy
tym ró ne uwagi o wzbogacaniu ubogich ko ciołów na rachunek władz
wojskowych. Ze specjalnym przek sem wymawiał słowo „ubogi”.
W ko cu poszli do zakrystii i proboszcz wydał ołtarz polowy za nast puj cym
pokwitowaniem:
„Przyj łem ołtarz polowy, który si przypadkowo dostał do wi tyni we
Vrszovicach.
Kapelan wojskowy Otto Katz”
Ów sławny ołtarz polowy pochodził z ydowskiej firmy „Moritz Mahler” w
Wiedniu, która wyrabiała wszelkie mo liwe przedmioty kultu i dewocjonalia, jak
ró a ce, obrazki wi tych itp.
Składał si on z trzech cz ci i był bogato złocony sztucznym złotem, słowem, z
wierzchu tylko pozłacany, niczym chwała całego Ko cioła wi tego.
Bez bujnej fantazji nie mo na było odgadn , co przedstawiaj obrazy
namalowane na trzech cz ciach ołtarza. Pewne jest tylko, e był to ołtarz,
którego mogliby u ywa równie dobrze poganie z dorzecza Zambezi jak i
szamani Buriatów i Mongołów.
Namalowany krzycz cymi barwami wygl dał z daleka jak kolorowe tablice
przeznaczone do badania daltonizmu u kandydatów do słu by kolejowej.
Wyró niała si tam jedna figura. Był to jaki nagi człowiek z aureol nad
głow i ciałem koloru zielonkawego jak g si kuper, kiedy jest w rozkładzie i
zalatuje.
Temu wi temu nikt krzywdy nie czynił. Przeciwnie, po obu stronach był
otoczony jakimi skrzydlatymi stworami, które miały przedstawia aniołów.
85
Widz miał wra enie, e ten wi ty m ryczy ze zgrozy nad społecze stwem, które
go otacza. Anioły wygl dały na straszydła z bajek, co tak jak uskrzydlony kot
czy te bestie apokaliptyczne.
Przeciwstawieniem tego obrazu był obraz maj cy przedstawia Trójc wi t .
Je li chodzi o goł bic , to malarz nie mógł sprawy zanadto pokpi . Namalował
jakiego ptaka, który mógł by równie dobrze goł bic , jak te kwok z rasy
białych wyandottów.
Za to Bóg Ojciec wygl dał jak zbój z Dzikiego Zachodu, taki, jakich si
widuje w filmach kowbojskich.
Syn Bo y natomiast był przeciwstawieniem tamtego; młody, wesoły
m czyzna z pi knym brzuszkiem, przysłoni tym czym w rodzaju majteczek
k pielowych. Robił wra enie sportowca. Krzy trzymał z tak gracj , jakby to
była rakieta tenisowa.
Z daleka wszystko to zlewało si w jedn cało i miało si wra enie, e obraz
przedstawia poci g wje d aj cy na stacj .
Co miał przedstawia trzeci obraz, nie mo na było w ogóle dociec. ołnierze
kłócili si zawsze na ten temat i usiłowali rozwi za ten rebus. Kto nawet
twierdził, e jest to krajobraz znad Sadzawy. Był wszak e pod tym napis:
„Heilige Maria, Mutter Gottes, erbarme unser.”
Szwejk ulokował szcz liwie ołtarz polowy w doro ce, sam usiadł na ko le
obok doro karza, a kapelan rozsiadł si wygodnie i wyci gn ł nogi na ołtarzu, na
Trójcy wi tej.
Szwejk rozmawiał z doro karzem o wojnie. Doro karz był rebeliantem. Robił
ró ne uwagi o zwyci stwach broni austriackich w rodzaju: „Ale te wam
nap dzili strachu w tej Serbii”, i tym podobne. Kiedy przeje d ali przez rogatki,
zapytał ich mytnik, co wioz . Szwejk odpowiedział:
- Trójc wi t i Przenaj wi tsz Panienk z feldkuratem.
Tymczasem na placu wicze czekały niecierpliwie kompanie marszowe.
Czekały długo. Trzeba było bowiem pojecha jeszcze po puchar sportowy do
porucznika Witingera, potem a do klasztoru brzevnovskiego po monstrancj ,
cyborium i inne potrzebne do mszy wi tej rzeczy, nie wył czaj c butelki
mszalnego wina. Z tego wida , e to nie jest wcale takie proste odprawi msz
polow .
- My to odwalamy byle jak - mówił Szwejk do doro karza.
I miał racj . Gdy bowiem zajechali ju na plac wicze i gdy stan li przy
podium z balustrad i stołem, na którym miał by ustawiony ołtarz polowy,
okazało si , e kapelan zapomniał o ministrancie.
Ministrował mu zwykle pewien ołnierz z piechoty, który wolał jednak słu y
w ł czno ci i odjechał na front.
- Nie szkodzi, panie feldkurat - mówił Szwejk - ja i to tak e mog odstawi .
- A potrafisz ministrowa ?
- Nigdy tego nie robiłem - odpowiedział Szwejk - ale popróbowa mo na
wszystkiego. Teraz jest wojna, a na wojnie ludzie robi takie rzeczy, o których im
si nawet nie niło. Te jakie tam „et cum spiritu tuo” na pana „dominus vobiscum” tak e jako sklec . Zreszt uwa am, e to nic trudnego chodzi koło pana
feldkurata jak kot koło gor cej kaszy, my panu r ce i nalewa wino z ampułek...
86
- Dobrze - powiedział kapelan - ale wody mi nie nalewajcie. Najlepiej do tej
drugiej ampułki nalejcie od razu wina. Zreszt zawsze wam powiem, Szwejku,
czy macie i na prawo, czy na lewo. Je li po cichutku zagwi d raz, to znaczy na
prawo, dwa razy - na lewo. Z mszałem tak e nie musicie zanadto si obnosi . A w
ogóle wszystko razem to heca. Nie macie tremy?
- Ja si niczego nie boj , panie kapelanie, nawet ministrowa .
Kapelan miał racj mówi c, e to heca.
Wszystko poszło niezwykle gładko. Przemówienie kapelana było bardzo
krótkie.
- ołnierze! Zebrali my si tutaj, aby przed odej ciem na pole walki zwróci
serca do Boga i prosi Go o zwyci stwo i zachowanie nas przy zdrowiu. Nie b d
was dłu ej zatrzymywał i ycz wam wszystkiego najlepszego.
- Spocznij - zakomenderował stary pułkownik na lewym skrzydle.
Polow msz wi t nazywam dlatego polow , e podlega ona tym samym
regułom co i taktyka wojskowa na wojnie. W czasie długich przemarszów w
okresie wojny trzydziestoletniej msze polowe były równie niezwykle długie. Przy
współczesnej taktyce, kiedy ruchy wojsk s szybkie i zdecydowane, msza polowa
musi by tak e szybka i wawa.
Ta trwała zaledwie dziesi minut i ołnierze, którzy stali bli ej, byli
niezmiernie zdziwieni, e kapelan sobie w czasie mszy pogwizduje.
Szwejk szybko orientował si w sygnałach, chodził to na praw , to na lew
stron ołtarza i nic innego nie mówił jak: „et cum spiritu tuo”.
Wygl dało to na india ski taniec wokół kamienia ofiarnego, ale robiło dobre
wra enie, rozpraszaj c nud zakurzonego placu wicze , z alej drzew
liwkowych z tyłu i z latrynami, których zapach zast pował mistyczn wo
kadzideł w wi tyniach gotyckich.
Wszyscy bawili si nadzwyczajnie. Oficerowie zgromadzeni wokół
pułkownika opowiadali sobie anegdoty i wszystko szło w zupełnym porz dku. Tu
i ówdzie mi dzy ołnierzami słycha było: „Daj poci gn .”
I jak dym ofiarny wznosiły si nad kompani niebieskie obłoczki dymu
tytoniowego. Paliły wszystkie szar e, gdy zauwa yły, e sam pułkownik sobie
zapalił.
Nareszcie usłyszano:
- Zum Gebet!
Na placu wicze uniósł si tuman kurzu i szary czworobok mundurów zgi ł
kolana przed sportowym pucharem porucznika Witingera, który zdobył go jako
nagrod „Sport Favorit” w biegu Wiede -Mödling.
Puchar był pełen. Manipulacjom kapelana towarzyszyło uznanie wyra aj ce
si słowami: „Ten to wtr bił od razu!” - podawanymi z ust do ust. Wyczyn ten
powtórzył kapelan jeszcze dwukrotnie. Potem raz jeszcze zawołał:
- Modlitwa!
Orkiestra zagrała dla animuszu Gott erhalte - i po uszeregowaniu si nast pił
odmarsz.
- Zbierzcie te manatki, Szwejku - mówił kapelan wskazuj c na ołtarz polowy eby my mogli wszystko porozwozi , co do kogo nale y.
87
Pojechali wi c ze swoim doro karzem i oddali wszystko uczciwie oprócz
butelki wina mszalnego.
A gdy wrócili do domu i odesłali nieszcz liwego doro karza do dowództwa w
sprawie wynagrodzenia za te wszystkie długie jazdy, Szwejk zwrócił si do
kapelana tymi słowy:
- Posłusznie melduj , panie feldkurat, czy ministrant musi by tego samego
wyznania co i ten, któremu słu y do mszy?
- Zapewne - odpowiedział kapelan - inaczej msza nie byłaby wa na.
- W takim razie, panie feldkurat, stała si wielka pomyłka - powiedział Szwejk
- bo ja jestem bezwyznaniowy. Mam ju takiego pecha.
Kapelan popatrzył na Szwejka i zamilkł na chwil , potem poklepał go po
ramieniu i powiedział:
- Mo ecie sobie wypi reszt wina mszalnego, które zostało w butelce, i
pomy lcie sobie, Szwejku, eby cie na nowo wrócili na łono Ko cioła.
88
Rozdział 12
DYSPUTA RELIGIJNA
Zdarzało si , e Szwejk po kilka dni z rz du nie widywał kapelana, który
obowi zki swe cz sto przeplatał przyjemno ciami i rzadko przychodził do domu.
Zjawiał si zwykłe umorusany, nie umyty, niczym lubie ny kocur włócz cy si po
dachach.
Po powrocie do domu, je li w ogóle mógł mówi , to przed za ni ciem
rozmawiał jeszcze ze Szwejkiem o wzniosłych celach ycia, o entuzjazmie i
przyjemno ciach rozmy lania. Czasem próbował mówi wiersze, cytował
Heinego.
Szwejk i kapelan odprawili jeszcze jedn msz polow , tym razem u saperów.
Przez pomyłk poproszono tam jeszcze jednego kapelana, byłego katechet i
człowieka wielce pobo nego. Spogl dał on na swego koleg z wielkim zdziwiniem,
gdy Katz zaproponował mu łyk koniaku z manierki Szwejka, któr ten zawsze
nosił z sob , ilekro towarzyszył kapelanowi.
- Dobra marka - rzekł feldkurat Katz. - Napijcie si , kolego, i id cie do domu,
a ja załatwi tu ju wszystko, co potrzeba, bo musz poby na wie ym
powietrzu. Głowa mnie dzi boli.
Pobo ny kapelan oddalił si kr c c głow , a Katz wietnie jak zwykle spełnił
swe zadanie.
Wino miał tym razem mocniejsze, a kazanie dłu sze. Co trzecie słowo mówił:
„I tam dalej” lub „ e tak powiem”.
- Dzisiaj, ołnierze, odchodzicie na front, i tam dalej. Zwracajcie si tedy ku
Bogu, i tam dalej, e tak powiem. Nie wiecie, e tak powiem, co was spotka, i tam
dalej.
I tak bezustannie grzmiało od ołtarza: „i tam dalej”, „ e tak powiem” przeplatanie słowami o Bogu i wszystkich wi tych.
W zapale krasomówczym wymienił kapelan tak e i ksi cia Eugeniusza
Sabaudzkiego, jako wi tego, który czuwa b dzie nad saperami, gdy b d
budowali mosty.
Pomimo wszystko msza polowa zako czyła si dobrze ku powszechnemu
zadowoleniu. Saperzy ubawili si doskonale.
W drodze powrotnej nie chciano ich wpu ci z polowym ołtarzem do
tramwaju.
- Czekaj no, dam ja ci po łbie t wi to ci - zagroził Szwejk motorniczemu.
Gdy wreszcie dotarli do domu, stwierdzili, e gdzie w drodze zgubili
tabernakulum.
- To nic nie szkodzi - pocieszał Szwejk. - Pierwsi chrze cijanie te odprawiali
msz wi t bez tabernakulum. Gdyby my zamie cili w pismach ogłoszenie o
zgubie, to uczciwy znalazca dałby od nas nagrody. Gdyby chodziło o pieni dze,
to mo e nie znalazłby si taki uczciwszy znalazca, aczkolwiek trafiaj si i tacy
ludzie. U nas w Budziejowicach słu ył w pułku pewien ołnierz, taki poczciwy
idiota, który razu pewnego znalazł na ulicy sze set koron i oddał je w
komisariacie policji, a gazety pisały o nim jako o uczciwym znalazcy, wi c na arł
89
si niemało wstydu. Nikt nie chciał z nim gada i ka dy mówił: „Ty małpo jedna,
co za głupstwa wyrabiasz? Przecie teraz b dziesz si musiał wstydzi do samej
mierci, je li masz cho troch honoru.” Miał dziewczyn , ale ona przestała z nim
rozmawia . Gdy przyjechał do domu na urlop i poszedł do karczmy na ta ce, to
go koledzy wyrzucili za drzwi. Zacz ł schn , bo sobie to wszystko nadmiernie
brał do serca, i wreszcie rzucił si pod poci g. Jeden znowu krawiec z naszej
ulicy znalazł złoty pier cie . Ludzie go napominali, eby go nie oddawał policji,
ale on si nie dał przekona . Policja przyj ła go bardzo uprzejmie, bo ju
meldowano o zgubie złotego pier cienia z brylantem. Ale potem patrz na kamie
i powiadaj : „He-he, bratku, przecie to szkło, a nie brylant. Wiele te panu za
ten brylant dali? Znamy takich uczciwych znalazców.” Wreszcie wyja niło si , e
jeszcze jeden człowiek zgubił złoty pier cie z fałszywym brylantem, jakoby
pami tk rodzinn , ale krawiec i tak przesiedział trzy dni, poniewa w
rozdra nieniu dopu cił si obrazy policji. Dostał prawem przepisan nagrod ,
dziesi procent, to znaczy koron i dwadzie cia halerzy, bo cały ten pier cie
wart był dwana cie koron. Mój krawiec rzucił t przepisow nagrod
wła cicielowi pier cienia w twarz, a ten zaskar ył go o obraz , wi c krawiec
musiał jeszcze zapłaci dziesi koron grzywny. Potem mawiał zawsze, e ka dy
uczciwy znalazca wart jest dwudziestu pi ciu batów i e trzeba takiego r n
mocno, a zsinieje, i to publicznie, eby sobie ludzie zapami tali, jak nale y
post powa . S dz , e naszego tabernakulum nikt nam nie odniesie, chocia jest
na nim znaczek administracji wojskowej, bo z wojskowymi rzeczami te nikt nie
lubi mie do czynienia. Woli wrzuci w wod ni nara a si na ró ne kłopoty.
Wczoraj w gospodzie „Pod Złotym Wie cem” rozmawiałem z jednym
człowiekiem ze wsi. Ma ju pi dziesi t sze lat i przyszedł do starostwa w Nowej
Pace, eby si zapyta , dlaczego zarekwirowali mu bryczk . Gdy wyrzucono go
stamt d, zacz ł przygl da si taborom, które akurat przyjechały i stały na
rynku. Jaki młody człowiek poprosił go, eby przez chwil popilnował jego koni,
bo on wiezie konserwy wojskowe. Jak poszedł, tak przepadł.
Kiedy tabory ruszyły, ten człowiek, co pilnował koni, musiał i razem z nimi i
dostał si a na W gry, gdzie te poprosił kogo , eby mu popilnował koni i tylko
w ten sposób si wymigał, bo byliby go zap dzili a do Serbii. Przyjechał do domu
zastrachany i od tego czasu nie chce mie do czynienia z rzeczami wojskowymi.
Wieczorem przyszedł z wizyt do feldkurata nabo ny kapelan, który rano
równie pragn ł odprawi msz wi t dla saperów. Był to fanatyk, który chciał
ka dego zbli y do Boga. Kiedy był jeszcze prefektem, krzewił w ród dzieci kult
religii przy pomocy bicia po głowie, tak e od czasu do czasu ukazywały si w
pismach notatki: Brutalny katecheta, Prefekt, który bije dzieci po głowach, i tym
podobne. Był przekonany, e dzieci najlepiej naucz si katechizmu systemem
rózeczkowym.
Utykał troch na jedn nog , co było nast pstwem spotkania z ojcem pewnego
ucznia, którego wytłukł po głowie za to, e miał pow tpiewa w istnienie Trójcy
wi tej. Dostał wi c od ksi dza trzykro po łbie: raz za Boga Ojca, raz za Syna
Bo ego i raz za Ducha wi tego.
Dzisiaj prefekt przyszedł sprowadzi na drog cnoty swego koleg Katza i
przemówi mu do sumienia. Zacz ł od uwagi:
90
- Jestem zdziwiony, e nie widz u was krzy a! Gdzie odmawiacie brewiarz?
Ani jednego obrazu wi tego nie wida na cianach waszego pokoju! A co wisi u
was nad łó kiem?
Katz u miechn ł si .
- To Zuzanna w k pieli, a ta naga kobieta poni ej to moja dawna znajoma. Na
prawo widzicie prawdziw japo szczyzn ; obrazek przedstawia akt płciowy
gejszy i starego samuraja. Co niezwykle oryginalnego, prawda? Brewiarz mam
w kuchni. Szwejku, przynie cie mi brewiarz i otwórzcie go na trzeciej stronicy.
Szwejk wyszedł i z kuchni słycha było odkorkowywanie trzech butelek.
Pobo ny kapelan był przera ony, gdy na stole rzeczywi cie pojawiły si trzy
butelki wina.
- Prosz , panie kolego, to jest lekkie wino mszalne - mówił Katz - wysokiego
gatunku riesling. Przypomina w smaku mozelskie.
- Nie b d pił - zapowiedział z uporem nabo ny kapelan. - Przyszedłem tutaj,
eby wam przemówi do sumienia.
- Ale bez tego wyschnie wam w gardle, panie kolego - powiedział Katz. Napijcie si , a ja b d słuchał tego, co mi chcecie powiedzie . Jestem zgodny i
ch tnie wysłucham waszych przekonywa .
Nabo ny kapelan napił si troch i wytrzeszczył oczy.
- Diabelnie dobre wino, nieprawda, panie kolego? - Fanatyk powiedział
twardo:
- Stwierdzam, e klniecie!
- To tylko przyzwyczajenie - odpowiedział Katz - nieraz si przyłapuj na
tym, e nawet blu ni . Nalejcie, Szwejku, ksi dzu kapelanowi. Mog was te
zapewni , e mówi równie : „Himmelherrgott, Krucyfix, sacra.” My l , e gdy
posłu ycie w wojsku tak długo jak ja, to si tak e wprawicie. To nic trudnego, nic
uci liwego, a nam, duchownym, bardzo bliskie: niebo, Bóg, krzy , wi ty
sakrament. Czy nie brzmi to pi knie i zawodowo? Pijcie, panie kolego!
Były katecheta napił si odruchowo. Wida było, e chce co powiedzie , ale
nie mo e. Zbierał my li.
- Panie kolego - mówił dalej Katz - głowa do góry. Jeste cie tacy smutni, jakby
was mieli wiesza za pi minut. Słyszałem, e kiedy zjedli cie w restauracji w
pi tek kotlet wieprzowy, s dz c, e to jest czwartek. Potem poszli cie do ust pu,
wło yli cie palec do gardła, eby wszystko zwróci , bo cie my leli, e Bóg was
zgładzi. Ja tam si nie boj je w po cie mi sa, nawet piekła si nie boj .
Przepraszam, napijcie si ! Czy ju wam lepiej? Czy macie post powy pogl d na
piekło i czy w ogóle idziecie z duchem czasu, z reformistami? Jest to miejsce dla
ubogich grzeszników; kotły z siark , kotły Papina, kotły wysokiego ci nienia,
grzesznicy wysma aj si w nich na margaryn , ro ny elektryczne, wielkie walce
drogowe walcuj przez miliony lat grzeszników, zgrzytanie z bów na laduj
denty ci za pomoc specjalnych narz dzi, biadania i narzekania nagrywa si na
płyty, które si potem odsyła na gór do nieba, ku rozweseleniu sprawiedliwych.
Za w raju s czynne rozpylacze z wod kolo sk , a filharmonia niebieska tak
długo gra Brahmsa, e na pewno dacie pierwsze stwo piekłu i czy cowi. Aniołki
maj w zadeczkach migła samolotowe, eby nie musiały si tak namacha
91
skrzydełkami. Pijcie, panie kolego! Szwejku, nalejcie mu troch koniaku, bo mam
wra enie, e si le czuje.
Nabo ny kapelan opami tawszy si szepn ł:
- Religia jest to poj cie oderwane. Kto nie wierzy w istnienie Trójcy wi tej...
- Szwejku, nalejcie panu kapelanowi jeszcze troch koniaku, eby si mógł
opami ta . Szwejku, opowiedzcie mu co .
- Pod Vlaszimiem, posłusznie melduj , panie feldkurat - zacz ł Szwejk - był
dziekan, który miał tylko posługaczk , od czasu gdy mu stara gospodyni uciekła z
jakim młodym chłopcem i pieni dzmi. Ten dziekan na stare lata zabrał si do
studiowania pism wi tego Augustyna, o którym si mówi, e nale y do ojców
Ko cioła, i wyczytał tam, e kto wierzy w antypody, winien by przekl ty. Wi c
przywołał posługaczk do siebie i powiada:
„Słuchajcie, mówili cie mi kiedy , e syn wasz jest mechanikiem i e wyjechał
do Australii. To byłby w ród antypodów, a wi ty Augustyn pisze, e ka dy, kto
wierzy w antypody, jest przekl ty.”
„Ale dobrodzieju - odpowiada kobieta - przecie mój syn pisuje do mnie i
przysyła mi pieni dze z Australii.”
„To jest złuda diabelska - odpowiada jej dziekan - adna Australia nie
istnieje, to antychryst was zwodzi.”
A w niedziel wykl ł j publicznie i krzyczał, e Australia nie istnieje. Wi c go
wprost z ko cioła odwie li do domu obł kanych. Nale ałoby ich tam odwie
wi cej. W klasztorze urszulanek maj buteleczk z mlekiem Panny Marii, którym
karmiła małego Jezuska, a jak do sieroci ca pod Beneszovem przywie li wod z
Lourdes, to si po niej sierotki pochorowały na tak biegunk , jakiej wiat nie
widział.
Nabo nego kapelana a zamroczyło i opami tał si dopiero po nowym łyku
koniaku, który mu uderzył do głowy.
Mru c oczy zapytał Katza:
- Wy pewno nie wierzycie w niepokalane pocz cie Przenaj wi tszej Panienki
ani w to, e palec Jana Chrzciciela, który przechowuj pijarzy, jest prawdziwy.
Czy w ogóle wierzycie w Boga? A je eli nie wierzycie, to dlaczego jeste cie
kapelanem?
- Panie kolego - odpowiedział Katz klepi c go poufale po plecach - dopóki
pa stwo b dzie uwa ało, e ołnierze id c na mier na pola bitew potrzebuj
błogosławie stwa bo ego, to kapela stwo polowe b dzie dobrze płatnym
zaj ciem, przy którym si człowiek nie przepracuje. Poza tym byłem zdania, e to
lepsze zaj cie ni bieganie po placu wicze i chodzenie na manewry. Wówczas
otrzymywałem rozkazy od przeło onych, a dzisiaj robi sobie, co chc . Zast puj
kogo , kto nie istnieje, i sam gram rol bo . A jak komu nie chc da
rozgrzeszenia, to mu nie dam, cho by mnie na kolanach prosił. Zreszt , takich
jest cholernie mało.
- Ja kocham Pana Boga - odezwał si pobo ny kapelan zaczynaj c czka bardzo Go kocham. Dajcie mi troch wina.
- Ja Pana Boga szanuj - mówił potem dalej - bardzo Go szanuj i czcz .
Nikogo tak nie powa am jak wła nie Jego.
Uderzył pi ci w stół, a podskoczyły butelki.
92
- Bóg jest uosobieniem czego wzniosłego, czego nieziemskiego. Jest
honorowy w swych sprawach. Jest to słoneczna zjawa, tego mi nikt nie zabierze.
Ja wi tego Józefa szanuj i wszystkich wi tych powa am, wył czaj c wi tego
Serapiona. Ma takie obrzydliwe imi .
- Powinien wyst pi o zmian imienia - wtr cił Szwejk.
- wi t Ludmił kocham i wi tego Bernarda - mówił dalej były prefekt uratował moc pielgrzymów na w. Gotardzie. Ma na szyi butelk koniaku i
odgrzebuje zasypanych niegiem.
Zabawa zeszła na inne tory. Nabo ny kapelan zacz ł ple od rzeczy.
- Młodzieniaszków czcz . Maj imieniny dwudziestego ósmego grudnia.
Heroda nienawidz . Jak kury pi , to nie mo na dosta wie ych jajek.
miał si i zacz ł piewa : wi ty Bo e, wi ty mocny... Przerwał wszak e od
razu i zwracaj c si do Katza zapytał ostro:
- Wy nie wierzycie, e pi tnastego sierpnia jest wi to Wniebowzi cia
Naj wi tszej Marii Panny?
Bawili si doskonale. Zjawiło si jeszcze wi cej butelek. Chwilami odzywał si
Katz:
- Powiedz, e nie wierzysz w Pana Boga, bo inaczej ci nie nalej ... - Zdawało
si , e wracaj czasy prze ladowania pierwszych chrze cijan.
Były prefekt piewał jak pie m czennika z rzymskiej areny i ryczał:
- Wierz w Pana Boga, nie wypr si Go. Wypchaj si ze swoim winem. Mog
sobie sam po wino posła .
W ko cu uło yli go spa . Nim usn ł, wzniósł prawic jak do przysi gi i
wygłosił:
- Wierz w Boga Ojca i Syna i Ducha wi tego. Przynie cie mi brewiarz.
Szwejk wło ył mu do r k jak ksi k le c na nocnej szafce i w ten sposób
kapelan usn ł z Dekameronem G. Boccaccia w r ce.
93
Rozdział 13
SZWEJK IDZIE NAMASZCZA
Feldkurat Otto Katz siedział w zamy leniu nad okólnikiem, który wła nie
przyniósł sobie z koszar. Było to poufne zarz dzenie Ministerstwa Wojny.
„Ministerstwo Wojny kasuje na czas wojny obowi zuj ce dot d przepisy,
dotycz ce ostatniego namaszczenia dla ołnierzy armii, i ustanawia dla
kapelanów wojskowych przepisy nast puj ce:
§ 1. Na froncie ostatnie namaszczenie zostaje zniesione.
§ 2. Ci ko rannym i chorym ołnierzom nie wolno udawa si na tyły dla
otrzymania ostatniego namaszczenia. Duszpasterze wojskowi obowi zani s
oddawa takich szeregowców natychmiast władzom wojskowym celem dalszego
dochodzenia.
§ 3. W szpitalach wojskowych na tyłach wolno udziela ostatniego
namaszczenia zbiorowo na podstawie orzeczenia lekarzy wojskowych w takim
tylko wypadku, o ile ostatnie namaszczenie nie jest uci liwe dla danej instytucji
wojskowej.
§ 4. W wypadkach wyj tkowych dowództwa szpitali wojskowych na tyłach
mog zezwoli na przyj cie ostatniego namaszczenia.
§ 5. Na wezwanie dowództw szpitali wojskowych duszpasterze wojskowi
obowi zani s udziela ostatniego namaszczenia tym, których dowództwa
polecaj .”
Potem feldkurat jeszcze raz przeczytał pismo, którym został powiadomiony,
e jutro ma si uda na Plac Karola do szpitala wojskowego, aby udzieli
ostatniego namaszczenia ci ko rannym.
- Słuchajcie, Szwejku - zawołał kapelan - czy to nie wi stwo? Jak gdyby w
całej Pradze nie było innego feldkurata prócz mnie. Czemu nie po l do szpitala
tego pobo nego kapelana, co to niedawno spał u nas? Ja ju nawet nie pami tam,
jak to si robi.
- Kupimy sobie katechizm, panie feldkuracie, w katechizmie pisz o takich
rzeczach - rzekł Szwejk. - Katechizm to dobry przewodnik dla duszpasterzy. W
klasztorze emauskim pracował pewien pomocnik ogrodnika. Gdy postanowił
wst pi do zakonu jako nowicjusz i dosta habit, eby nie zdziera własnego
ubrania, musiał kupi sobie katechizm, aby si dowiedzie , jak si robi znak
krzy a, kto jedynie nie podpada pod prawo grzechu pierworodnego, co to znaczy
mie czyste sumienie, i tak dalej. Potem sprzedał sekretnie połow ogórków z
ogrodu klasztornego i ze wstydem wyleciał z klasztoru. Kiedy si z nim
spotkałem, powiedział mi: „Ogórki mogłem sprzedawa i bez katechizmu.”
Szwejk kupił katechizm, a feldkurat odwracaj c kartki rzekł:
- Ostatniego namaszczenia mo e udziela tylko ksi dz, i to olejem
po wi canym przez biskupa. Wi c widzicie, Szwejku, wy sam ostatniego
namaszczenia udzieli nie mo ecie. Przeczytajcie mi, jak si udziela ostatniego
namaszczenia.
Szwejk czytał:
94
„Czyni si to tak: ksi dz namaszcza poszczególne zmysły chorego modl c si
przy tym:
"Przez to wi te namaszczenie niechaj ci Bóg w swoim nieograniczonym
miłosierdziu odpu ci, cokolwiek zgrzeszyłe wzrokiem, słuchem, powonieniem,
smakiem, j zykiem, dotykiem, chodem."„
- Ciekaw jestem, Szwejku - odezwał si kapelan - jak te człowiek mo e
nagrzeszy dotykiem, mo ecie mi to wyja ni ?
- Wiele mo e nagrzeszy , panie feldkurat, na przykład si gnie cho by do
cudzej kieszeni, albo i na zabawie tanecznej, wszak mnie ksi dz kapelan rozumie,
jakie tam bywa przedstawienie.
- A chodem, Szwejku?
- Kiedy zacznie utyka , eby wzbudzi lito .
- A powonieniem?
- Kiedy mu si jaki smród nie podoba.
- A smakiem, Szwejku?
- Kiedy ma si na kogo apetyt.
- A mow ?
- To ju idzie razem ze słuchem, panie feldkurat. Jak jeden du o gada, a drugi
słucha.
Po tych filozoficznych uwagach kapelan zamilkł i po chwili powiedział:
- Potrzeba nam wi c oleju po wi conego przez biskupa. Daj wam dziesi
koron na butelk takiego oleju. W intendenturze wojskowej go nie maj .
Szwejk był w kilku drogeriach, a gdy wyra ał yczenie: „Prosz buteleczk
oleju po wi canego przez biskupa” - jedni wybuchali miechem, inni ze strachu
chowali si pod kontuarem. Szwejk zachowywał przy tym wielk powag .
Postanowił próbowa szcz cia w aptekach. Z pierwszej kazano laborantowi
wyrzuci go za drzwi. W drugiej chciano telefonowa po pogotowie ratunkowe, w
trzeciej za powiedział mu prowizor, e firma „Polak” przy ulicy Długiej, handel
olejami i farbami, z pewno ci b dzie miała dany olej na składzie.
Firma „Polak” przy ulicy Długiej była naprawd bardzo ruchliwa. Nie
adnemu klientowi nie zaspokoiwszy w pełni jego ycze . Je li
pozwoliła odej
kto yczył sobie balsamu kopaiwowego, nalali mu do butelki terpentyny i te
było dobrze.
Gdy Szwejk wszedł do sklepu i za dał za dziesi koron oleju po wi canego
przez biskupa, szef rzekł do subiekta:
- Niech pan mu naleje, panie Tauchen, dziesi deka oleju konopnego, numer
trzeci.
A subiekt zawijaj c butelk w papier rzekł do Szwejka czysto po kupiecku:
- Pierwszy gatunek. Gdyby pan potrzebował p dzli, lakieru, pokostu, prosimy
zwróci si do nas. Obsłu ymy pana rzetelnie.
Tymczasem kapelan powtarzał sobie z katechizmu to, co w seminarium nie
utkwiło mu zbyt dobrze w pami ci. Bardzo mu si podobało to niezwykle
uduchowione zdanie, z którego si szczerze u miał: „Nazwa "ostatnie olejem
wi tym namaszczenie" pochodzi st d, e to namaszczenie bywa zazwyczaj
ostatnim ze wszystkich namaszcze , jakie Ko ciół wi ty udziela człowiekowi.”
95
Albo inne: „Ostatnie namaszczenie mo e przyj ka dy chrze cijanin
wyznania rzymskokatolickiego, który ci ko zachorował, ale wrócił ju do
przytomno ci!”
„Chory powinien przyj ostatnie namaszczenie, o ile to tylko mo liwe,
dopóki jest przytomny.”
Wtem przyszedł goniec z koszar i przyniósł mu list, w którym kapelan został
powiadomiony, e jutro przy jego posługach religijnych w szpitalu asystowa
b dzie Stowarzyszenie Szlachcianek dla Religijnego Wychowania ołnierzy.
Stowarzyszenie to składało si z histerycznych bab i rozdawało ołnierzom po
szpitalach obrazki wi tych i opowiastki o ołnierzu katoliku umieraj cym za
najja niejszego pana. Do tych opowiastek doł czono barwny obrazek
przedstawiaj cy pobojowisko. Dokoła le trupy ludzi i koni, powywracane wozy
z amunicj i armaty lawetami do góry. Na horyzoncie pali si wie i p kaj
szrapnele, a na przedzie le y umieraj cy ołnierz bez nogi, nad nim za pochyla
si anioł i podaje mu wieniec ze wst g , na której jest napis: „Jeszcze dzi
b dziesz ze mn w raju.” Umieraj cy za u miecha si tak błogo, jakby mu
podawali lody mietankowe.
Przeczytawszy list Otto Katz splun ł i pomy lał: „B d miał jutro ładny
dzie .”
Znał t hołot - jak je nazywał - z ko cioła w. Ignacego, gdy przed laty
miewał tam kazania dla ołnierzy. Wtedy pracował jeszcze nad kazaniami bardzo
starannie, a Stowarzyszenie siadało tu za pułkownikiem. Dwie chude gidie w
czarnych sukniach, z ró a cami, które razu pewnego przyczepiły si do niego po
kazaniu i przez dwie godziny gadały o religijnym wychowaniu ołnierzy, a
wreszcie rozgniewał si i rzekł im: „Szanowne panie racz wybaczy , ale pan
kapitan czeka na mnie z kartami.”
- Olej ju mamy - rzekł uroczy cie Szwejk, gdy powrócił ze sklepu firmy
„Polak”. - Konopny olej, numer trzeci, pierwszy sort, bardzo dobry, mo emy nim
nama ci cały batalion. Solidna firma. Sprzedaje tak e pokost, lakier i p dzle.
Potrzeba jeszcze dzwonka.
- Na co dzwonek, Szwejku?
- Trzeba po drodze dzwoni , eby ludzie zdejmowali czapki, jak b dziemy szli
z Panem Bogiem, panie kapelanie, z tym olejem konopnym, numer trzy. To si
tak robi. Ju wielu ludzi, których to w ogóle nic nie obchodziło, zostało
przymkni tych za to, e czapek nie zdj li. Raz na i kovie ksi dz sprał
niewidomego, za to, e przy takiej okazji nie zdj ł czapki, i jeszcze tego lepca
zamkn li, bo dowiedli mu na s dzie, e nie jest głuchoniemy, a tylko lepy, i
musiał słysze d wi k dzwonka, a wi c był powodem zgorszenia, chocia to była
noc. To co tak jak w Bo e Ciało. Inaczej by nas ludzie nawet nie zauwa yli, a tak
b d si nam kłaniali. Je li pan feldkurat si zgadza, to zaraz go przynios .
Otrzymawszy pozwolenie Szwejk wrócił za pół godziny z dzwonkiem.
- Wzi łem go z bramy zajazdu „Pod Krzy ykami” - rzekł. - Kosztował mnie
pi minut strachu i musiałem długo czeka , bo si ci głe ludzie kr cili.
- Id do kawiarni, Szwejku; gdyby kto przyszedł, to niech poczeka.
Mniej wi cej po godzinie przyszedł stary siwy pan, o prostej postawie i
surowym spojrzeniu.
96
Cała jego posta była wyrazem uporu i zło ci. Patrzył przed siebie tak, jakby
go losy wysłały, aby zniszczy nasz n dzn planet i zatrze jej lady we
wszech wiecie. Mowa jego była szorstka, sucha i surowa:
- W domu? Do kawiarni poszedł? Mam czeka ? Dobrze, b d czekał do
samego rana. Na kawiarni to ma, ale długów płaci mu si nie chce. To ci ksi dz,
tfu, do diabła!
Splun ł na podłog .
- Prosz pana, niech pan tu nie pluje - rzekł Szwejk spogl daj c na obcego
pana z du ym zainteresowaniem.
- Jeszcze raz splun , o tak - rzekł z naciskiem uparty surowy pan spluwaj c
po raz drugi na podłog . - e te mu nie wstyd! Wojskowy kapelan! Ha ba!
- Je li pan jeste człowiekiem wykształconym - napominał go Szwejk - to niech
si pan odzwyczai plu w cudzym mieszkaniu. Czy mo e zdaje si panu, e jak
jest wojna wiatowa, to ju zaraz mo e pan sobie pozwala na wszystko?
Powinien pan zachowywa si przyzwoicie, a nie jak jaki obwie . Trzeba
post powa delikatnie, mówi przyzwoicie i nie poczyna sobie jak jaki drab.
Widzicie go, zgłupiałego cywila!
Surowy pan powstał z krzesła, zacz ł si trz
z oburzenia i krzyczał:
- Jakim prawem o mielasz si pan mówi , e nie jestem przyzwoitym
człowiekiem? Có wi c jestem w takim razie? Mów pan...
- Jeste pan gówniarz - odpowiedział Szwejk patrz c mu prosto w oczy. Plujesz pan na podłog , jakby pan siedział w tramwaju, w poci gu albo w innym
lokalu publicznym. Zawsze si dziwiłem, na co s te karteczki z napisem, e na
podłog plu nie wolno, a teraz widz , e to dla pana. Pewno musz pana ju
wsz dzie dobrze zna .
Surowy pan czerwienił si i bladł na przemian, i starał si odpowiedzie
potokiem wyzwisk pod adresem Szwejka i feldkurata.
- Sko czyłe pan? - zapytał Szwejk spokojnie (gdy z ust go cia padły ostatnie
słowa: „Obydwaj jeste cie gałgany!” „Jaki pan, taki kram!”). - Czy mo e chce
pan jeszcze jako uzupełni swoje słowa, zanim spadnie pan ze schodów?
Poniewa surowy pan był ju tak dalece wyczerpany, e na my l nie przyszło
mu adne obel ywe przezwisko, wi c milczał. Szwejk zrozumiał to milczenie po
swojemu, e na uzupełnienie wyzwisk nie ma co czeka . Otworzył wi c drzwi,
ustawił w nich surowego pana twarz ku sieni i - takiego shoota nie byłby si
powstydził najlepszy gracz najlepszego mi dzynarodowego zespołu piłki no nej.
Za surowym panem spadaj cym ze schodów leciały słowa Szwejka:
- Na drugi raz, jak si pójdzie z wizyt do porz dnych ludzi, to trzeba
zachowywa si przyzwoicie.
Surowy pan długo chodził pod oknami, czekał na kapelana. Szwejk otworzył
okno i przygl dał mu si .
Wreszcie go doczekał si powrotu gospodarza, który wprowadził go do
pokoju i wskazał mu krzesło obok siebie.
Szwejk bez słowa przyniósł spluwaczk i postawił j koło go cia.
- Co wy robicie, Szwejku?
- Posłusznie melduj , panie feldkurat, e ju miałem z tym panem
nieporozumienie z powodu plucia na podłog .
97
- Opu cie nas, Szwejku; mamy do załatwienia sprawy osobiste.
Szwejk zasalutował i rzekł:
- Posłusznie melduj , e pana feldkurata opuszczam.
Poszedł do kuchni, a w pokoju toczyła si tymczasem bardzo interesuj ca
rozmowa.
- Przyszedł pan po pieni dze dane mi na weksel, je li si nie myl ? - zapytał
feldkurat swego go cia.
- Tak jest, mam nadziej ... - Kapelan westchn ł.
- Człowiek znajduje si niekiedy w takiej sytuacji, e nie pozostaje mu nic
innego, tylko mie nadziej . Co za pi kne słowo: „Ufaj!” Najpi kniejsze z trojga
słów, które wznosz człowieka ponad chaos ycia: „Wiara, nadzieja i miło .”
- Mam nadziej , panie kapelanie, e suma...
- Ma pan racj , szanowny panie - przerwał mu kapelan. - Mog panu jeszcze
raz powtórzy , e ufno krzepi człowieka w walce z yciem. Niech i pan nie traci
nadziei. Bardzo to pi kne mie pewien ideał, by niewinn , czyst istot , która
po ycza pieni dze na weksel i ma nadziej , e nale no otrzyma. Niech pan nie
traci nadziei i ufa stale, a spłac panu tysi c dwie cie koron, gdy w kieszeni mam
niecałych sto.
- A wi c pan... - wykrztusił go .
- A wi c ja istotnie - odpowiedział kapelan. Twarz go cia przybrała znowu
wyraz uporu i zło ci.
- Panie, to jest oszustwo - rzekł wstaj c.
- Niech pan si uspokoi, szanowny panie...
- To oszustwo! - krzyczał go z uporem. - Nadu ył pan mego zaufania!
- Mój panie - rzekł kapelan - panu jest koniecznie potrzebna zmiana
powietrza. Tu jest zbyt duszno.
- Szwejku! - zawołał w kierunku kuchni. - Ten pan yczy sobie wyj na
wie e powietrze.
- Posłusznie melduj , panie feldkurat - dobiegł głos z kuchni - e ju go raz
wyrzuciłem.
- Powtórzy ! - brzmiał rozkaz, który został wykonany szybko, sprawnie i
bezwzgl dnie.
- Bardzo dobrze, panie feldkurat - rzekł Szwejk powracaj cy z sieni - e
załatwili my si z tym panem, zanim dopu cił si tu jakiej awantury. W
Maleszicach był karczmarz znaj cy dobrze Pismo wi te i gdy czasem łoił
jakiego go cia bykowcem, to zawsze mawiał: „Kto ałuje rózgi, nienawidzi syna
swego, ale kto go miłuje, w czas go karze. Ja ci dam bi si w gospodzie!”
- Widzicie, mój Szwejku, co spotyka człowieka, który nie szanuje kapłana u miechn ł si feldkurat. - wi ty Jan Złotousty powiedział: „Kto czci ksi dza,
czci Chrystusa, kto robi przykro ci ksi dzu, czyni te przykro ci Chrystusowi,
którego zast pc jest wła nie ksi dz.” Na jutro musimy si doskonale
przygotowa . Usma cie jajka z szynk , ugotujcie poncz na winie bordeaux, a
reszt czasu po wi cimy na rozmy lania, tak jak to jest w modlitwie wieczornej:
„Niechaj łaska bo a odwróci wszelkie układy nieprzyjaciół o ten przybytek.”
98
S na wiecie ludzie ogromnie wytrwali i do takich nale ał m po dwakro
ju wyrzucony z mieszkania feldkurata. W chwili gdy kolacja była gotowa, kto
zadzwonił. Szwejk po pieszył otworzy drzwi i po chwili zameldował:
- Ju znowu przyszedł, prosz pana feldkurata. Zamkn łem go tymczasem w
łazience, eby my mogli spokojnie zje kolacj .
- Post pili cie niedobrze, mój Szwejku - rzekł kapelan. - Go w dom, Bóg w
dom. Za dawnych czasów biesiadnicy kazali ró nym potworkom, by ich
zabawiali. Przyprowad cie go, niech nas bawi.
Szwejk wrócił po chwili z m em wytrwałym, który spogl dał ponuro przed
siebie.
- Niech pan siada - uprzejmie zaprosił go kapelan. - Akurat ko czymy
kolacj . Mieli my homary, łososia, a teraz jeszcze zjemy troch jajecznicy z
szynk . Mo na sobie pozwala , gdy dobrzy ludzie po yczaj pieni dze.
- Zdaje mi si , e nie przyszedłem tutaj dla artów - rzekł m ponuro. - Ju
trzeci raz tu dzisiaj jestem. Mam nadziej , e teraz wszystko si wyja ni.
- Posłusznie melduj , panie feldkurat - wtr cił Szwejk - e ten pan jest taki
wytrwały jak niejaki Bouszek z Libni. Osiemna cie razy w ci gu jednego
wieczora wyrzucili go u „Exnerów”, a on po ka dym wyrzuceniu wracał, e niby
zapomniał tam fajk . Właził oknem, drzwiami, przez kuchni , właził do lokalu
przez mur ogrodu, przez piwnic i wlazłby mo e nawet kominem, gdyby go
stra acy nie zdj li z dachu. Był taki wytrwały, e mógłby zosta ministrem albo i
posłem.
- Chc , eby wszystko było jasne, i prosz mnie wysłucha .
- Mo e szanowny pan mówi - rzekł feldkurat - pozwalam panu. Niech pan
mówi tak długo, jak si panu podoba, a my tymczasem b dziemy biesiadowali
dalej. Mam nadziej , e panu to nie b dzie przeszkadzało. Szwejku, podawajcie!
- Jak panu wiadomo - mówił wytrwały wierzyciel - szaleje wojna. Pieni dze
po yczyłem panu feldkuratowi przed wojn i gdyby nie wojna, nie domagałbym
si tak bardzo ich zwrotu. Ale mam pewne do wiadczenia.
Wyj ł z kieszeni notatnik i mówił dalej:
- Wszystko mam pozapisywane. Porucznik Janata był mi winien siedemset
koron i o mielił si pa nad Drin . Porucznik Praszek dostał si na rosyjskim
froncie do niewoli, a winien mi dwa tysi ce koron. Kapitan Wichterle jest mi
winien tak sam sum i został zabity pod Raw Rusk przez własnych ołnierzy.
Porucznik Machek dostał si do niewoli w Serbii, a jest mi winien tysi c pi set
koron. Ale s jeszcze inni podobni. Ten padł w Karpatach, nie zapłaciwszy
weksla, tamten poszedł do niewoli, ów uton ł w Serbii, jeszcze inny umarł w
szpitalu na W grzech. Czy pan feldkurat rozumie teraz mój niepokój? Przecie ta
wojna zrujnuje mnie ostatecznie, je li nie b d energiczny i nieubłagany. Mo e mi
pan powie, e feldkuratom nie zagra a adne niebezpiecze stwo? Niech pan
patrzy.
Podsun ł kapelanowi notatnik pod nos.
- Prosz : feldkurat Matiasz w Brnie zmarł w szpitalu izolacyjnym zeszłego
tygodnia. Włosy rwa z rozpaczy! Nie oddał mi tysi ca o miuset koron; poszedł z
wiatykiem do baraku cholerycznego, do jakiego człowieka, który go przecie i
tak nic nie obchodził.
99
- Było to jego obowi zkiem, szanowny panie - rzekł kapelan. - Ja tak e id
jutro do chorych...
- I tak e do cholerycznego baraku - wtr cił Szwejk. - Mo e pan pój z nami,
eby pan widział, co znaczy po wi cenie.
- Panie kapelanie - rzekł m wytrwały - prosz mi wierzy , e jestem w
sytuacji rozpaczliwej. Czy na to wybuchła wojna, aby zgładziła wszystkich
moich dłu ników?
- Jak pana wezm do wojska i wy l pana w pole - ponownie wtr cił si do
rozmowy Szwejk - odprawimy z panem feldkuratem msz wi t , aby Bóg
Niebieski dał, i by pierwszy granat pana przetr ci raczył.
- Panie feldkuracie, to sprawa powa na - rzekł człowiek wytrwały do
kapelana - wi c prosz , aby ordynans pa ski nie wtr cał si do naszej rozmowy.
Trzeba koniecznie z tym sko czy .
- Posłusznie prosz pana feldkurata - odezwał si Szwejk - aby mi naprawd
raczył zakaza wtr cania si do rozmowy, bo w przeciwnym razie b d dalej
bronił interesów pana feldkurata, jak na porz dnego ołnierza przystało. Ten
pan ma racj , e chce odej st d sam, bo ja te nie lubi awantur i jestem
człowiekiem towarzyskim.
- Mój Szwejku, mnie to wszystko zaczyna ju nudzi - rzekł feldkurat, jakby
nie dostrzegał go cia. - My lałem, e nas ten człowiek zabawi, e opowie nam
jakie anegdotki, a on chce, ebym wam rozkazał nie wtr ca si do tej sprawy,
chocia mieli cie z nim ju dwa razy do czynienia. Wieczorem, w wigili dnia tak
wa nego, gdy trzeba skupi wszystkie my li i uczucia wokół Boga, zam cza mnie
jak idiotyczn histori o n dznych tysi c dwie cie koron. Odwraca my l moj
od spraw wy szych i chce, abym mu jeszcze raz powiedział, e mu teraz nic nie
dam. Nie b d z nim wi cej rozmawiał, aby mi nie zepsuł reszty tego wi tego
wieczoru. Powiedzcie wy mu, Szwejku: „Pan feldkurat nic panu nie da.”
Szwejk wypełnił rozkaz, wrzaskliwie powtórzywszy te słowa nad uchem
go cia.
Ale wytrwały go nie ruszył z miejsca.
- Zapytajcie, Szwejku - nalegał kapelan - jak długo ten jegomo zamierza
rozsiadywa si tutaj.
- Nie rusz si st d, dopóki nie otrzymam swej nale no ci - twierdził z uporem
wytrwały człowiek. Kapelan wstał, podszedł do okna i rzekł:
- W takim razie oddaj go wam, Szwejku; róbcie sobie z nim, co si wam
podoba.
- Niech no pan idzie - rzekł Szwejk uchwyciwszy niemiłego go cia za rami . Do trzech razy sztuka.
I powtórzył swoj sztuk szybko i elegancko, podczas gdy kapelan wyb bniał
palcami po szybie marsza pogrzebowego.
Wieczór po wi cony rozmy laniu miał kilka faz. Rozmy lania feldkurata były
tak gł bokie, e jeszcze o dwunastej godzinie w nocy słycha było w jego
mieszkaniu piew:
A gdy my maszerowali
Wszystkie dziewcz ta płakały...
100
Dobry wojak Szwejk piewał tak e.
Na ostatnie namaszczenie czekali w szpitalu dwaj ranni: pewien stary major i
pewien prokurent banku, oficer rezerwy. Obaj byli zranieni w brzuch podczas
walk w Karpatach i le eli koło siebie. Oficer rezerwy uwa ał za swoj powinno
przyj ostatnie sakramenty dlatego głównie, e i jego przeło ony za dał
ostatniego namaszczenia. Przeciwne post powanie uwa ałby sam za naruszenie
subordynacji. Pobo ny major miał nadziej , e mo e poprawi mu si po tym
zdrowie. Ale w nocy obaj zmarli i gdy nazajutrz feldkurat ze Szwejkiem przybyli
do szpitala, nieboszczycy le eli przykryci prze cieradłami, z twarzami
sczerniałymi, jak wszyscy ci, co umieraj skutkiem uduszenia.
- Taki szacunek wzbudzali my po drodze, panie kapelanie, a oni nam
wszystko popsuli - d sał si Szwejk, gdy w kancelarii powiedziano im, e ranni
oficerowie ju ich nie potrzebuj .
Szwejk miał racj - istotnie wzbudzali po drodze powszechny szacunek.
Jechali doro k . Szwejk dzwonił, a feldkurat trzymał w r ku zawini t w
serwetk buteleczk z olejem, któr błogosławił z niezwykł powag
przechodniów zdejmuj cych przed nim czapki.
Za doro k biegło kilka niewinnych pachol t; jedno z nich przysiadło si na
resorach a inne wrzeszczało unisono:
- Batem go, batem!
Szwejk dzwonił, doro karz chlastał biczem do tyłu. Na ulicy Vodiczkowej
jaka dozorczyni domu, członkini kongregacji maria skiej, kłusem dogoniła
doro k i kazała si pobłogosławi . Prze egnała si , splun ła i powiedziała:
- Jad z tym Panem Bogiem jak wszyscy diabli. Mo na dosta suchot - i
zadyszana zawróciła do domu.
Najbardziej irytował dzwonek szkapin doro karsk , której musiał wida co
przypomnie , bo stale ogl dała si za siebie i próbowała zata czy na jezdni.
Na tym wi c polegał ów wielki szacunek, o którym mówił Szwejk.
Tymczasem kapelan poszedł do kancelarii, aby wystawi rachunek za ostatnie
namaszczenie. Sier antowi rachuby wyliczył dokładnie, e władze wojskowe
winny mu sto i pi dziesi t koron za oleje wi te i za przejazd.
Potem powstał spór mi dzy komendantem szpitala a feldkuratem, przy czym
ten ostatni uderzył kilka razy pi ci w stół i zawołał:
- Niech pan nie my li, panie kapitanie, e ostatnie namaszczenie mo e by za
darmo. Gdy oficer dragonów zostaje odkomenderowany do stadniny, eby kupi
konie, to te dostaje diety. Jest mi bardzo przykro, e ci dwaj chorzy nie
doczekali si ostatniego namaszczenia. Kosztowałoby to pi dziesi t koron dro ej.
Szwejk czekał tymczasem na dole na odwachu, trzymaj c buteleczk z olejem,
która w ród ołnierzy budziła du e zainteresowanie.
Kto mówił, e tym olejem mo na by doskonale czy ci karabiny i bagnety.
Jaki zacny ołnierzyk pochodz cy z wy yny czesko-morawskiej, który
wierzył jeszcze w Boga, prosił, aby o rzeczach wi tych odzywano si delikatnie,
aby nie debatowano nad wi tymi sakramentami.
- Cała nadzieja w Bogu - mówił.
Stały rezerwista spojrzał na ółtodzioba i rzekł:
101
- Ładna nadzieja, e szrapnel urwie ci głow . Wodz nas za nos. Pewnego
razu przyjechał do nas jaki poseł klerykalny i gadał o pokoju bo ym, który unosi
si nad ziemi ; dowodził, e Bóg nie chce wojny i e trzeba, aby my yli w pokoju
i kochali si jak bracia. A teraz patrzcie. Jak tylko wybuchła wojna, we
wszystkich ko ciołach modl si o zwyci stwo, a o Bogu mówi si jak o jakim
szefie sztabu generalnego, który wojn kieruje. Z tego szpitala wojskowego
wywie li co niemiara nieboszczyków i pełne wozy ur ni tych r k i nóg.
- A ołnierzy chowaj bez ubrania - rzekł inny ołnierz - bo w mundury
nieboszczyków ubieraj ludzi ywych, i tak w kółko.
- Dopóki nie zwyci ymy - zauwa ył Szwejk.
- Takiej fujarze zachciewa si zwyci stwa - odezwał si z k ta kapral. - Na
front was zap dzi , do okopów, i pogna was na bagnety, na druty kolczaste, na
miny i wilcze doły, i o nic nie pyta . Wylegiwa si na tyłach to ka dy potrafi, ale
zgin nie chce si nikomu.
- Ja te my l , e musi to by bardzo pi knie da si przebi bagnetem - rzekł
Szwejk. - Kula w brzuchu te niebrzydka rzecz, ale jeszcze ładniejsza sprawa,
gdy człeka przetr ci granat; człek dziwuje si wtedy, e nogi i brzuch oddaliły si
poniek d od niego, i wydaje mu si to tak zabawne, e ju z tego samego umiera, i
to du o wcze niej, nim mu to kto zdoła wytłumaczy .
Młodziutki ołnierz westchn ł serdecznie. Sam ałował swego młodego ycia;
ałował, e urodził si w takim głupim stuleciu - chyba po to, eby zosta
zar ni tym jak wół w jatce. I na co to wszystko?
Pewien ołnierz, nauczyciel z zawodu, rzekł, jakby czytał w jego my lach:
- Niektórzy uczeni obja niaj wojn pojawieniem si plam na sło cu. Jak
tylko poka e si taka plama, dzieje si zawsze co okropnego. Zdobycie
Kartaginy...
- Zostaw pan sobie swoj uczono - przerwał mu kapral - i id pan zamie
izb , bo dzisiaj kolej na pana. A nam diabli do jakich tam bałwa skich plam na
sło cu. Cho by ich tam było ze dwadzie cia, to i tak za nie nic nie dostan .
- Ale te plamy na sło cu maj jednak wielkie znaczenia - wtr cił si do
rozmowy Szwejk. - Razu jednego pokazała si taka jedna plama i jeszcze tego
samego dnia zostałem obity „U Banzetów” w Nuslach. Od tego czasu, gdy si
gdzie wybierałem, zawsze zagl dałem do gazet, czy nie pokazała si jaka plama.
A je li si pokazała, to adiu Fruziu, nigdzie nie chodziłem i przesiedziałem plam
w domu. Jak wtedy wulkan Mont-Pelle zgładził cał wysp Martynik , to jeden
profesor pisał w gazecie „Národni Politika”, e ju od dawna ostrzegała swoich
czytelników przed wielk plam na sło cu. A ta „Národni Politika” nie trafiła na
wysp i biedni ludzie grubo przez to ucierpieli.
Tymczasem kapelan spotkał si na górze w kancelarii szpitala z jedn dam
ze Stowarzyszenia Szlachcianek dla Religijnego Wychowania ołnierzy, ze star ,
wstr tn megier , ju od samego rana chodz c po szpitalu i wsz dzie rozdaj c
obrazki wi tych, które ranni i chorzy ołnierze wyrzucali do spluwaczek.
Ła c tak po szpitalu denerwowała wszystkich swoim głupim gadulstwem i
napominaniem, eby szczerze ałowali za grzechy i prawdziwie si poprawili, i by
po mierci Bóg Niebieski dał im wiekuiste zbawienie.
102
Była blada, gdy rozmawiała z feldkuratem, i wzdychała, jaka ta wojna
straszna, bo zamiast uszlachetnia ludzi, robi z nich zwierz ta. Na przykład na
dole ranni ołnierze wywalali na ni j zyki i powiedzieli jej, e jest pokrak i koz
niebia sk .
- Das ist wirklich schrecklich, Herr Feldkurat, das Volk ist verdorben.
I rozgadała si o tym, jak sobie wyobra a religijne wychowanie ołnierza.
Albowiem tylko wtedy walczy ołnierz dzielnie za swego najja niejszego pana,
gdy wierzy w Boga i ma uczucia religijne, bo nie boi si mierci, wiedz c, i czeka
na niego raj.
Gadatliwa megiera wygłosiła jeszcze kilka podobnych komunałów, a wida po
niej było, e jest zdecydowana nie wypu ci kapelana ze swoich pazurów; on
jednak odczepił si bardzo nieelegancko.
- Jedziemy do domu, Szwejku! - zawołał zwracaj c si w stron odwachu.
W drodze powrotnej nie zwracali ju na siebie niczyjej uwagi.
- Niech na przyszło posyłaj do szpitala, kogo chc - rzekł kapelan. - Do
czego to podobne, a eby człowiek targował si z nimi o pieni dze za ka d dusz ,
któr chce zbawi . Same buchaltery i rachmistrze! Hołota!
Widz c w r ku Szwejka buteleczk z „po wi conym” olejem, nachmurzył si i
powiedział:
- Najlepiej zrobimy, Szwejku, je li tym olejem nasmarujecie mnie i sobie buty.
- Spróbuj tak e naoliwi zamek - dodał Szwejk. - Ogromnie skrzypi, gdy
ksi dz kapelan wraca noc do domu.
Tak sko czyło si ostatnie namaszczenie, do którego w ogóle nie doszło.
103
Rozdział 14
SZWEJK ZOSTAJE PUCYBUTEM PORUCZNIKA LUKASZA
Szcz cie Szwejka było nietrwałe. Nieubłagany los przerwał przyja , jaka
istniała mi dzy nim a feldkuratem. Aczkolwiek kapelan przedstawiła si
dotychczas jako posta na ogół sympatyczna, to jednak po tym, czego dopu cił si
obecnie, tracimy dla niego wszelk sympati .
Feldkurat sprzedał Szwejka porucznikowi Lukaszowi, a raczej przegrał go w
karty. Tak samo dawnymi czasy sprzedawano w Rosji chłopów
pa szczy nianych. Rzecz stała si zgoła nieoczekiwanie. U porucznika Lukasza
zebrało si doborowe towarzystwo i grało w oko.
Kapelan przegrał wszystko, co miał, i wreszcie rzekł:
- Ile po yczycie mi na mego pucybuta? Ogromny idiota, ale interesuj ca
posta . Co non plus ultra. Jeszcze nikt i nigdy nie miał takiego słu cego.
- Po ycz ci sto koron - zaproponował porucznik Lukasz. - Je li nie oddasz do
trzeciego dnia, to mi ten rarytas przy lesz. Mój pucybut to wstr tny człowiek.
Ci gle wzdycha, pisze listy do domu i kradnie, co mu wpadnie w r k . Biłem go
nawet; na nic si nie zdało. Wybiłem mu par przednich z bów, ale chłop si nie
poprawił.
- Zgoda - rzekł lekkomy lny feldkurat. - Pojutrze sto koron albo Szwejk.
Przegrał i tych sto koron i smutny wracał do domu. Wiedział z cał pewno ci
i nie oddawał si adnym złudzeniom, e do pojutrza nie zdob dzie tych stu koron
i e wła ciwie sprzedał Szwejka nikczemnie i podle.
„Powinienem był za da dwie cie koron” - gniewał si na siebie, a
przesiadaj c si z jednego tramwaju do drugiego, aby za chwil dotrze do domu,
stał si nagle tkliwy i sentymentalny.
„Nieładnie to z mojej strony - pomy lał dzwoni c do drzwi swego mieszkania.
- Jak ja teraz spojrz w jego idiotyczne, poczciwe oczy.”
- Kochany Szwejku - rzekł znalazłszy si w domu. - Stała si rzecz niezwykła.
Prze ladował mnie pech w kartach. Zaryzykowałem, bo miałem pod r k asa, a
potem dostałem dziesi tk , a bankier, chocia miał waleta, doci gn ł tak e do
dwudziestu jeden. Ryzykowałem par razy na asa albo na dziesi tk i zawsze
miałem tyle, co i bankier. Przegrałem wszystkie pieni dze.
Chwil milczał.
- W ko cu przegrałem i was. Zastawiłem was za sto koron i je li nie oddam
ich pojutrze, to ju nie b dziecie mój, ale pana porucznika Lukasza. Bardzo mi
przykro. Naprawd .
- Sto koron jeszcze mam - rzekł Szwejk - mog panu feldkuratowi po yczy .
- Dawajcie! - o ywił si feldkurat. - Natychmiast zanios je Lukaszowi.
Prawd mówi , e nie chciałbym si z wami rozsta .
Lukasz był bardzo zdziwiony, gdy znowu zobaczył kapelana.
- Id ci odda dług - rzekł kapelan rozgl daj c si zwyci sko dokoła. - Dajcie i
mnie kart .
- Va banque - zawołał, gdy kolej przyszła na niego. - O jedno oczko przewóz.
Przegrałem.
104
- Jeszcze raz va banque na ciemno - odezwał si przy drugiej kolejce.
- Dwadzie cia bierze - wołał bankier.
- Mam akurat dziewi tna cie - cicho b kn ł kapelan składaj c na stole
ostatnie czterdzie ci koron z setki, któr po yczył mu Szwejk, aby si wykupi z
niewoli.
Wracaj c do domu wiedział feldkurat z cał pewno ci , e to ju koniec, e
Szwejka nic ju ocali nie mo e i e s dzone mu słu y u porucznika Lukasza.
Gdy Szwejk otworzył drzwi, kapelan rzekł:
- Wszystko na pró no, Szwejku. Trudno walczy z przeznaczeniem.
Przegrałem was i te wasze sto koron. Robiłem wszystko, co było w mojej mocy,
ale los jest mocniejszy ode mnie. Rzucił was w szpony porucznika Lukasza;
nastanie czas, e b dziemy musieli rozsta si .
- A du o było w banku? - zapytał Szwejk spokojnie. - Czy puszczał si pan
feldkurat na ciemno? Gdy karta nie idzie, to nic si nie da zrobi , ale czasem
bywa te niedobrze, gdy si karta pcha bezwstydnie. Na Zderazie mieszkał
niejaki Vejvoda, blacharz, który grywał w mariasza w pewnym szynku za
„Stuletni Kawiarni ”. Raz go diabeł skusił i mój blacharz powiada: „Zagrajmy
sobie w oczko o pi taka.” Grali wi c taniutko, a on miał bank. Wszyscy si
przył czyli i bank urósł do dziesi ciu koron. Stary Vejvoda chciał, eby i inni
grali, wi c robił, co mógł, eby przegra , ale mu si to nie udawało, a w banku
była ju setka. Spo ród graczy nikt nie miał tyle pieni dzy przy sobie, eby móc
zagra va banque, a na Vejvod biły ju siódme poty. Było tak cicho, e słycha
było tylko szelest kart i głos Vejvody, który od czasu do czasu przywoływał mał
kiepsk blotk , eby przegra . Stawiali po pi koron i wpadali jeden po drugim.
Jeden majster kominiarski rozzło cił si , poszedł do domu po pieni dze i zagrał
va banque, gdy w banku było ju półtorej setki. Vejvoda chciał si tego pozby i
jak potem mówił, chciał ci gn cho by do trzydziestu, eby mie przewóz, ale
dostał dwa asy. Udawał, e nic nie ma, i rozmy lnie wołał: „Szesna cie bierze.” A
ten majster kominiarski miał wszystkiego pi tna cie. Czy to nie pech? Stary
Vejvoda był blady i zgn biony, bo dokoła ju sobie szeptali i ur gali, e robi
machlojki, kto nawet powiedział, e ju go raz zbili za oszustwa w grze, chocia
był to najzacniejszy gracz. Dokładali wi c dalej, a było w banku pi set koron.
Szynkarz nie wytrzymał. Miał akurat przyszykowane pieni dze dla browaru za
piwo. Wzi ł je do r ki, przysiadł si , postawił dwa razy po dwie setki, a potem
zamkn ł oczy, zakr cił krzesłem na szcz cie i o wiadczył, e bije wszystko va
banque.
„Ale, powiada, gramy w otwarte karty.” Stary Vejvoda byłby nie wiem co dał
za to, eby przegra . Wszyscy si dziwili, gdy wyrzucił kart i pokazała si
siódemka, a on j zatrzymał. Szynkarz miał si pod w sem, bo miał dwadzie cia
jeden. Vejvoda dostał druga siódemk , zatrzymał j , a szynkarz powiada na to
zło liwie: „Teraz b dzie as albo dziesi tka. Głow daj , panie Vejvodo, e b dzie
przewóz.”
Zapanowała wielka cisza. Vejvoda wyrzuca trzeci kart : siódemka. Szynkarz
zrobił si blady jak kreda, bo to były jego ostatnie pieni dze, poszedł do kuchni, a
po chwili przyleciał chłopak, który w gospodzie terminował, i woła, eby my
poszli pana gospodarza oder n , bo si powiesił na okiennym haku.
105
Oder n li my go, ocucili i grało si dalej. Nikt ju nie miał pieni dzy, bo wszystko
było w banku Vejvody, który wołał stale o jak mał kiepsk blotk eby
przegra , ale w aden sposób nie mógł zrobi machlojki, bo grał w otwarte karty.
Wszyscy zgłupieli wobec takiego wielkiego szcz cia, a poniewa nie mieli
pieni dzy, wi c dawali rewersy. Po paru godzinach przed starym Vejvoda le ały
tysi ce, setki tysi cy, miliony. Majster kominiarski był ju bankowi winien
przeszło półtora miliona, w glarz ze Zderaza około miliona, stró ze „Stuletniej
Kawiarni” osiemset tysi cy, jeden medyk ponad dwa miliony. A w miseczce z
pieni dzmi dla szynkarza le ało ju samych rewersów na trzysta tysi cy. Jednym
słowem, ogromne pieni dze. Stary Vejvoda próbował i tak, i siak. Ci gle
wychodził niby za potrzeb i za ka dym razem oddawał bank komu innemu, eby
grał za niego, a gdy wracał, mówili mu, e wygrał, e miał oko. Posłali po nowe
karty, ale i to si na nic nie zdało. Gdy Vejvoda stan ł na pi tnastu, to partner
miał wtedy na pewno czterna cie. Wszyscy spogl dali na starego blacharza z
wielk w ciekło ci , a najgło niej ur gał pewien brukarz, który miał w banku
jakich marnych osiem koron. O wiadczył otwarcie, e tacy ludzie jak Vejvoda
nie powinni chodzi po wiecie, e nale ałoby go skopa , wyrzuci za drzwi i
utopi jak szczeni . Rozpacz starego Vejvody trudno sobie wyobrazi . Wreszcie
wpadł na dobry koncept.”Ja musz wyj , powiada do kominiarza, niech pan gra
za mnie, panie majstrze.” Wyleciał bez kapelusza i prosto w ulic Myslika po
policj . Spotkał patrol i powiedział, e w tej a w tej gospodzie graj na pieni dze.
Policjanci kazali mu i naprzód i powiedzieli, e zaraz przyjd za nim. Wrócił
wi c mi dzy graczy i dowiedział si , e tymczasem medyk przegrał przeszło dwa
miliony, a stró przeszło trzy. A w miseczce z pieni dzmi dla szynkarza przybyło
rewersów na pół miliona. Po chwili do szynku weszli policjanci. Brukarz
krzykn ł: „Uciekajcie, s siedzi!” Ale nie zdało si to na nic. Bank został
skonfiskowany, wszystkich zabrano do komisariatu. Poniewa w glarz ze
Zderaza sprzeciwił si , wi c zawie li go w plecionce. W banku było rewersów na
przeszło pół miliarda, a w gotówce tysi c pi set.
„Takiego hazardu jeszcze, jak yj , nie widziałem - rzekł inspektor policji
widz c rewersy na takie zawrotne sumy. - Przecie to gorsze od Monte Carlo.”
W areszcie zostali do rana wszyscy z wyj tkiem Vejvody, który za doniesienie
został uwolniony i miał przyrzeczon trzeci cz
skonfiskowanego banku, czyli
przeszło sto sze dziesi t milionów, ale biedak w nocy zwariował i od samego
rana chodził po Pradze i na tuziny zamawiał kasy ogniotrwałe. To si nazywa
szcz cie w kartach.
Potem zabrał si Szwejk do gotowania grogu; sko czyło si na tym, e
kapelan, którego z trudem udało si Szwejkowi zaci gn pó n noc do łó ka,
rozpłakał si rzewnymi łzami i łkał:
- Sprzedałem ci , kolego, haniebnie ci sprzedałem. Przeklinaj mnie, bij, nic
nie powiem. Rzuciłem ci na pastw losu. W oczy ci spojrze nie mog . Drap
mnie, gry , zgład ! Nie zasługuj na nic lepszego. Wiesz, co ja jestem?
I zanurzaj c zapłakan twarz w poduszk , rzekł cichym, delikatnym,
mi kkim głosem:
- Jestem łotr bez charakteru.
I zaraz zasn ł snem sprawiedliwego.
106
Nazajutrz kapelan unikał spojrzenia Szwejka, wyszedł z domu bardzo
wcze nie i powrócił dopiero w nocy z jakim grubym piechurem.
- Poka cie mu, Szwejku - mówił unikaj c jego spojrzenia - gdzie co le y,
powiedzcie mu, jak si gotuje grog. Rano zameldujecie si u porucznika Lukasza.
Szwejk i nowy sługa kapelana sp dzili noc bardzo przyjemnie na gotowaniu
grogu. Nad ranem gruby piechur ledwo trzymał si na nogach i nucił sobie pod
nosem dziwaczn mieszanin ró nych piosenek ludowych: „Czemu oczki
zapłakała, szynkareczko, szafareczko, cztery lata pije Kuba, hej, gwiazdeczko,
co błyszczała, stoi ułan na pikiecie, uciekła mi przepióreczka...”
- B dzie ci, bratku, dobrze na wiecie - rzekł Szwejk do niego. - Przy takich
zdolno ciach utrzymasz si u feldkurata długo.
Takim sposobem stało si , e tego samego przedpołudnia porucznik Lukasz
po raz pierwszy ujrzał poczciw i szczer twarz dobrego wojaka Szwejka, który
mu si meldował:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e jestem ten Szwejk, co go pan
feldkurat przegrał w karty.
Instytucja oficerskich słu cych jest stara jak wiat. Zdaje si , e ju
Aleksander Macedo ski miał swego pucybuta, ale pewne jest tylko to, e w
czasach feudalnych zadanie to spełniali giermkowie rycerzy. Czym był Sancho
Pansa dla don Kichota? Dziwi si , e nikt dot d nie napisał historii oficerskich
słu cych. W historii takiej znale liby my wie o tym, e ksi
de Almavira
podczas obl enia miasta Toledo spo ył swego słu cego bez soli, o czym sam
pisze w swoim pami tniku. Opowiada w nim, e sługa jego miał mi so delikatne,
mi kkie, smakiem przypominaj ce co po redniego mi dzy mi sem kurcz cia a
mi sem o lim.
W starej kronice szwabskiej o sztuce wojennej znajdujemy tak e wskazania
dla sług wojskowych. Pucybut dawnych czasów powinien był wyró nia si
pobo no ci , cnotliwo ci , prawdomówno ci , musiał by skromny, odwa ny,
m ny, uczciwy, pracowity. Słowem - miał to by wzór człowieka. Czasy nasze
zmieniły si pod tym wzgl dem bardzo. Współczesny totumfacki zazwyczaj nie
bywa ani pobo ny, ani cnotliwy, ani prawdomówny. Ł e, oszukuje, jak si da, i
cz sto g sto ycie swego pana przemienia w prawdziwe piekło. Jest to przebiegły
niewolnik, który wymy la najró niejsze podst pne kawały, aby zatru ycie
swego pana.
W nowym pokoleniu pucybutów nie ma ju takich ofiarnych istot, które
pozwoliłyby swemu panu zje si bez soli, jak szlachetny Fernando ksi cia de
Almavira. Z drugiej strony widzimy, e dowódcy, walcz cy na mier i ycie ze
swoimi współczesnymi słu cymi, stosuj najró niejsze rodki dla utrzymania
swego autorytetu. Niekiedy bywa to rodzaj terroru. W 1912 roku odbywał si w
Gratzu proces s dowy, w którym rol główn odegrał pewien kapitan: skopał na
mier swego pucybuta. Został uniewinniony, poniewa uczynił to dopiero po raz
drugi. W mniemaniu tych panów ycie pucybuta nie przedstawia adnej warto ci.
Uwa aj go za jak rzecz; pucybut to w wielu wypadkach pajac od brania w
pysk, niewolnik, sługa do wszystkiego. Oczywi cie, nic dziwnego, e taka sytuacja
zmusza niewolnika, aby był przebiegły i podst pny. Sytuacj jego na naszej
107
planecie przyrówna mo na jedynie do cierpienia pikolaków dawnych czasów,
którym pi ci i udr kami wpajano uczciwo .
Zdarza si wszak e, e pucybut awansuje na faworyta, a wówczas staje si
postrachem całej kompanii czy batalionu. Cała podoficerska starszyzna stara si
go przekupi . On decyduje o urlopie, on mo e si wstawi , za kim chce, eby przy
raporcie wszystko dobrze wypadło. Tacy faworyci bywali podczas wojny
nagradzani wielkimi i małymi medalami srebrnymi za odwag i m stwo.
W 91 pułku znałem takich kilku. Jeden pucybut dostał wielki srebrny medal
za to, e umiał bajecznie piec g si, które kradł. Drugi dostał mały srebrny medal
za to, e z domu otrzymywał wspaniałe paczki ywno ciowe, dzi ki którym jego
pan w czasach powszechnego głodu wojennego tak si prze arł, e nie mógł łazi .
Wniosek o odznaczenie tego człowieka medalem motywował jego pan
nast puj co:
„Za to, e w walkach okazywał niezwykł odwag i m stwo, e gardził yciem
i nie opuszczał swego oficera na krok pod silnym ogniem nieprzyjacielskim.”
A on tymczasem gdzie na tyłach pl drował kurniki. Wojna zmieniła stosunek
pucybuta do pana i uczyniła z niego istot najbardziej znienawidzon przez
wszystkich szeregowców. Pucybut zawsze dostawał cał puszk konserw, nawet
wtedy, gdy jedna puszka wydawana była na pi ciu szeregowców. Jego manierka
zawsze napełniona była rumem albo koniakiem. Przez cały dzie taki pokraka
uł czekolad i objadał si słodkimi sucharami oficerskimi, palił papierosy swego
pana, kuchcił, gotował całymi godzinami i nosił od wi tn bluz .
Słu cy oficera był z ordynansem kompanijnym na stopie najbardziej
poufałej i obdarzał go obficie odpadkami swego stołu i wszystkich tych
przywilejów, z jakich korzystał. Do triumwiratu przybierał sobie nadto sier anta
rachuby. Cała ta trójka, maj ca bezpo rednie stosunki z oficerem, znała
wszystkie operacje i plany wojenne.
Kiedy si co zacznie, wiedział zawsze najlepiej ten pluton, którego kapral
przyja nił si ze słu cym oficera.
Gdy taki powiedział: „o drugiej trzydzie ci pi dajemy d ba”, to ci le o
ołnierze austriaccy zrywali kontakt z nieprzyjacielem.
drugiej trzydzie ci pi
Słu cy oficera utrzymywał najpoufalsze stosunki z kuchni polow , lubił si
kr ci koło kotła i rozkazywał tak, jakby siedział w restauracji i odczytywał
jadłospis:
- Ja chc ebro - mówił do kucharza - wczoraj dałe mi ogon. Dodaj mi te
kawałek w troby do zupy; wiesz przecie, e ledziony nie lubi .
Ale najwspanialej umiał pucybut robi panik . Podczas ostrzeliwania okopów
dusza uciekała mu w pi ty. W takich chwilach siedział z tobołami swego pana i
swoimi w najbezpieczniejszym schronie i nakrywał głow kołdr , aby granat go
nie trafił. Nie pragn ł niczego innego, jak tylko tego aby jego pan został ranny i
aby razem z nim mo na było dosta si daleko na tyły.
Panik podtrzymywał systematycznie, stwarzaj c nastrój tajemniczo ci.
Zdaje mi si , e składaj telefon - rozpowiadał sekretnie po plutonach. Był
szcz liwy nad wyraz, gdy mógł rzec: Ju go zło yli.
Nikt tak bardzo nie lubił odwrotów jak on. W takich chwilach zapominał, e
nad głow wiszcz mu granaty i szrapnele, ale z uporem i niestrudzenie przebijał
108
si , objuczony tobołami, ku sztabowi, gdzie stały tabory. Cenił austriackie tabory
i bardzo lubił je dzi wozem. W najgorszym razie korzystał z sanitarnych
dwukółek. Gdy musiał i pieszo, robił wra enie najbardziej zgn bionego
człowieka. W takich razach pozostawiał toboły swego pana w okopach i zabierał
jedynie swoje mienie.
Je li si zło yło tak, e oficer unikn ł niewoli, a pucybut dostał si do niej, to
nie zdarzyło si ani razu, aby zapomniał zabra z sob do niewoli tak e i tobołów
swego pana. Stawały si one po prostu jego własno ci , do której przywi zywał
si całym sercem.
Widziałem pewnego sług oficerskiego, który od samego Dubna szedł piechot
razem z innymi a do Darnicy za Kijowem. Oprócz swego tobołka i tobołu swego
oficera, który unikn ł niewoli, miał ze sob pi walizek ró nej wielko ci, dwie
kołdry i poduszk , nie mówi c o baga yku, który niósł na głowie. Skar ył si , e
Kozacy skradli mu dwie walizki.
Nigdy nie zapomn tego człowieka, który wlókł te toboły przez cał Ukrain .
Był to ywy wóz spedytora i nie mog sobie wyobrazi , w jaki sposób mógł to
wszystko d wiga i wlec na przestrzeni setek kilometrów, a potem jecha z tym a
do Taszkientu, pilnowa i strzec wszystkiego, aby wreszcie umrze na swoich
tobołach w obozie je ców na tyfus plamisty.
Obecnie dawni słu cy oficerów rozproszeni s po całej republice i
opowiadaj o swoich czynach bohaterskich. Oni szturmowali Sokal, Dubno, Nisz,
Piav . Ka dy z nich był Napoleonem.
„Powiedziałem swemu pułkownikowi, eby telefonował do sztabu, e ju
mo na zaczyna .”
Przewa nie byli to reakcjoni ci, a szeregowcy nienawidzili ich. Niektórzy byli
donosicielami i doznawali osobliwej przyjemno ci, widz c, e kogo przywi zuj
do słupka.
Była to szczególna kasta. Ich egoizm nie znał granic.
Porucznik Lukasz był typowym oficerem słu by czynnej w armii steranej
monarchii austriackiej. W szkole wojskowej wyuczył si obłudy: w towarzystwie
mówił po niemiecku i pisał po niemiecku, ale czytywał czeskie ksi ki, a gdy
nauczał w szkole jednorocznych ochotników, samych Czechów, mawiał do nich w
zaufaniu:
- B d my Czechami, ale nie afiszujmy si . Ja te jestem Czech.
Czesko uwa ał za jak tajn organizacj , od której lepiej trzyma si z
dala.
Poza tym był to człowiek dobry, nie bał si przeło onych, a podczas
manewrów dbał o swój oddział, jak si nale y, zawsze znajdował dla niego
wygodne noclegi po stodołach, a cz sto g sto ze swej skromnej ga y kazał
wytoczy ołnierzom beczk piwa.
Lubił, gdy ołnierze piewali podczas marszu. Kazał im piewa , gdy szli na
wiczenia i gdy wracali z wicze . Sam za , krocz c obok swego oddziału, piewał
razem z ołnierzami:
109
A jak było po północy,
Owies z worka wyskoczył Zumtarija bum!
ołnierze lubili go, poniewa był niezwykle sprawiedliwy i nikogo nie
szykanował.
Subalterni bali si go jak ognia, bo z najbrutalniejszego kaprala w ci gu
miesi ca potrafił zrobi istnego baranka.
Umiał, rzecz prosta, krzycze , ale nigdy nie wyzywał ołnierzy. U ywał
wybranych słów i stylizowanych zda .
- Widzicie - mawiał - e ja naprawd nie lubi kara ołnierzy, ale mój
chłopcze, nie ma rady, bo na dyscyplinie opiera si zdatno wojska, a bez
dyscypliny armia byłaby trzcin chwiej c si na wietrze. Je li munduru nie
macie w porz dku, a guziki s le przyszyte albo ich brak, to wida , e
zapominacie o swoich obowi zkach wzgl dem armii. By mo e, i wydaje si wam
to niepoj te, e zostaniecie wsadzony do paki za to, e wczoraj przy przegl dzie
brakło wam jednego guzika przy bluzie. Taka to malutka, marna rzecz, na jak
cywil nawet uwagi nie zwraca. Ale w wojsku takie przeoczenie musi by karane.
A dlaczego? Nie o to chodzi, e brak wam jednego guzika, ale o to, e musicie
przyzwyczaja si do porz dku. Dzisiaj nie przyszyjecie sobie guzika i zaczynacie
sobie folgowa , a jutro wyda si ju wam, e szkoda fatygi na rozbieranie i
czyszczenie karabinu, pojutrze zapomnicie gdzie w szynku bagnetu i wreszcie
za niecie na warcie, a to wszystko dlatego, e od tego nieszcz snego guzika
zacz li cie ycie łajdackie. Tak to, kochany chłopcze. Karz was dlatego, aby was
ustrzec od rzeczy gorszych, jakich mogliby cie si dopu ci , zapominaj c powoli,
ale stale o swoich obowi zkach. Skazuj was na pi dni i ycz sobie, aby cie o
chlebie i wodzie pomy leli o tym, e kara nie jest zemst , ale wył cznie rodkiem
wychowawczym, maj cym na celu popraw karanego ołnierza.
Ju dawno powinien był zosta kapitanem, ale poniewa z przeło onymi był
otwarty i szczery, nie uznaj c w stosunkach słu bowych adnego lizusostwa, wi c
nie zdała mu si na nic jego ostro no w sprawach narodowo ciowych.
Tyle pozostało mu z charakteru południowoczeskiego chłopa. Urodził si
bowiem na wsi, na południu, w ród czarnych borów i stawów.
Chocia dla ołnierzy był bardzo sprawiedliwy i nie dr czył ich, to jednak
miał pewien osobliwy rys charakteru. Nienawidził swoich słu cych, poniewa
zawsze si tak składało, e dostawał najniegodziwszego z pucybutów.
Prał ich po twarzy i po głowie i starał si ich wychowa słowem i czynem,
chocia nie uwa ał ich za ołnierzy. Walczył z nimi beznadziejnie przez szereg lat,
zmieniał ich bardzo cz sto, ale w ko cu zawsze machał r k i wzdychał: „Znowu
dostałem podłe bydl ”. Słu cych swoich uwa ał za ni szy gatunek istot ywych.
Bardzo lubił zwierz ta. Miał herce skiego kanarka, angorskiego kota i
pinczera. Wszyscy słu cy Lukasza - których tak cz sto zmieniał - obchodzili si z
tymi zwierz tami nie gorzej, ni ich pan obchodził si z nimi, gdy dopu cili si
wzgl dem niego jakiej podło ci.
Kanarka morzyli głodem, angorze jeden ze słu cych wybił oko, pinczera bił
ka dy z nich, ile wlazło, a w ko cu jeden z poprzedników Szwejka zaprowadził
biedaka na Pankrac do hycla i kazał go zabi , nie ałuj c na to dziesi ciu koron z
110
własnej kieszeni. Porucznikowi zameldował potem po prostu, e pies mu si
wyrwał i uciekł podczas spaceru. Ale ju nazajutrz pucybut ten pomaszerował z
oddziałem na poligon.
Gdy Szwejk przyszedł do porucznika zameldowa si jako jego nowy słu cy,
Lukasz zaprowadził go do pokoju i rzekł:
- Polecił mi was feldkurat Katz, wi c ycz sobie, eby cie si okazali godni
tego polecenia. Miałem ju tuzin słu cych, ale aden u mnie miejsca nie zagrzał.
Zwracam wam uwag na to, e jestem bardzo surowy i e ostro karz ka d
podło i ka de kłamstwo. ycz sobie, aby cie mówili zawsze prawd i bez
szemrania wykonywali wszystkie moje rozkazy. Gdy rozka : „Skaczcie w
ogie !”, to musicie skoczy w ogie , cho by si wam nie chciało. Gdzie si
gapicie?
Szwejk z zainteresowaniem spogl dał na cian , na której wisiała klatka z
kanarkiem, a zapytany, gdzie si gapi, zwrócił swoje poczciwe oczy na porucznika
i odpowiedział miłym, uprzejmym tonem:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e tam jest herce ski kanarek.
Przerwany został w ten sposób potok wymowy oficerskiej, Szwejk stał na
baczno i bez mrugni cia spogl dał w oczy swego pana.
Lukasz chciał powiedzie co ostrego, ale rozbroił go niewinny wyraz twarzy
Szwejka. Rzekł wi c tylko:
- Pan feldkurat polecił mi was jako wielkiego głuptaka i zdaje si , e miał
racj .
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e pan feldkurat naprawd miał
racj . Kiedym słu ył w wojsku, to zostałem zwolniony przez idiotyzm, i jeszcze do
tego notoryczny. Z tego powodu zwolnili wtedy z pułku dwóch: mnie i jeszcze
jednego, pana kapitana von Kaunitza. Ten pan kapitan, z przeproszeniem pana
porucznika, gdy szedł ulic , to jednocze nie palcem lewej r ki dłubał w lewej
dziurce nosa, a palcem drugiej r ki dłubał w drugiej dziurce. A jak nas
wyprowadził na wiczenia, to nas ustawił tak, jak si ustawia ołnierzy do
defilady, i mówił: „ ołnierze, eh, pami tajcie dobrze, eh, e dzisiaj roda, eh,
poniewa jutro b dzie czwartek, eh.”
Porucznik Lukasz wzruszył ramionami jak człowiek, który nie wie, co rzec, i
nie znajduje na poczekaniu słów dla wyra enia pewnej my li.
Przeszedł si od drzwi ku przeciwległemu oknu i z powrotem, przy czym
Szwejk sumiennie ledził jego kroki i tak dokumentnie podrzucał głow „w
prawo patrz” i „w lewo patrz”, e porucznik spu cił oczy i spogl daj c na dywan
powiedział co , co nie pozostawało w adnym zwi zku z uwagami Szwejka o
głupawym kapitanie.
- Tak jest, u mnie musi by porz dek, czysto , nie wolno mnie oszukiwa .
Lubi uczciwo . Nienawidz kłamstwa i karz je bez miłosierdzia. Czy dobrze
rozumiecie?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e rozumiem. Nie ma nic gorszego
od kłami cego człowieka. Jak tylko zacznie si pl ta , to zgubiony. W jednej wsi
za Pelhrzimovem był nauczyciel, niejaki Marek, i zalecał si do córki gajowego
Szpery, a ten gajowy kazał mu powiedzie , e je li b dzie si widywał w lesie z
dziewczyna, to jak go spotka, to mu z fuzji wlepi w zadek szczeciny z sol .
111
Nauczyciel kazał mu powiedzie , e to nieprawda, ale razu pewnego, kiedy
wła nie miał si zobaczy z córka gajowego, spotkał go ów gajowy i ju chciał mu
zrobi t operacj , ale nauczyciel tłumaczył si , e zbiera jakie kwiatuszki, potem
mówił znowu na odmian , e łapie jakie robaczki, i pl tał si coraz bardziej, a
wreszcie z samego strachu zaprzysi gł si , e zastawiał sidła na zaj ce. Wi c mój
gajowy złapał go za kołnierz i zaprowadził prosto z lasu na posterunek
andarmów. Rzecz poszła do s du i nauczyciel o mały figiel byłby si dostał do
kozy. Gdyby powiedział szczer prawd , to najwy ej byłby miał w zadku te
szczeciny z sol . Ja jestem tego zdania, e najlepiej zawsze przyzna si , by
szczerym, a je li si ju co spłatało, to i i powiedzie : „Posłusznie melduj , e
popełniłem to a to.” Co za do uczciwo ci, to jest to rzecz bardzo pi kna,
poniewa człowiek zajdzie z ni zawsze najdalej. Jak na przykład przy zawodach
szybkiego chodu. Jak tylko zacznie taki cygani i podskakiwa , zaraz go
zdystansuj . Zdarzyła si taka rzecz mojemu bratankowi. Uczciwego człowieka
wsz dzie szanuj i powa aj i sam te jest z siebie zadowolony, bo si czuje jak
nowo narodzone dzieci , gdy udaje si na spoczynek, i mo e sobie powiedzie :
„Dzisiaj znowu byłem uczciwy.”
Podczas tego przemówienia porucznik Lukasz ju dawno siedział na krze le i
spogl daj c na buty Szwejka my lał: „Miły Bo e, przecie i ja wygaduj czasem
takie bałwa stwa, a cała ró nica tkwi tylko w formie zewn trznej wypowiedzi.”
Ale nie chc c traci na powadze, rzekł do Szwejka, gdy ten sko czył:
- U mnie musicie mie buty czyste, uniform w porz dku, guziki
poprzyszywane, jak si nale y, i musicie robi wra enie ołnierza, a nie jakiego
cywila-niezguły. Dziwi mnie to, e aden z was nie potrafi trzyma si po
wojskowemu. Tylko jeden miał postaw wojskow , ale w ko cu skradł mi
paradny uniform i sprzedał „na ydach”.
Zamilkł na chwil , a potem mówił dalej, wyliczaj c Szwejkowi wszystkie jego
obowi zki, przy czym nie zapomniał poło y nacisku na to, e Szwejk musi by
wierny i nigdzie nie mówi o tym, co si dzieje w domu.
- Czasem odwiedzaj mnie damy - rzekł mi dzy innymi. - Zdarza si , e
która zostaje u mnie na noc, je li nazajutrz nie mam słu by. W takim razie
podajecie kaw do łó ka, gdy zadzwoni .
- Posłusznie melduj , e rozumiem, panie oberlejtnant. Gdybym si bez
dzwonienia zbli ył do łó ka, to niektórej damie mogłoby to by niemiłe. Ja te
razu pewnego przyprowadziłem sobie do domu panienk , a rano moja
posługaczka podała nam kaw do łó ka akurat wtedy, gdy my si bardzo wesoło
bawili. Wystraszyła si i polała mi całe plecy, i jeszcze rzekła: „Dzie dobry
pa stwu.” Ja wiem, co wypada, a co nie wypada, gdy gdzie nocuje dama.
- Dobrze, Szwejku, wzgl dem dam musimy zawsze zachowywa si z wielkim
taktem - rzekł porucznik, którego humor poprawiał si , bo rozmowa
przechodziła na sprawy, które wypełniały wszystek jego wolny czas poza
koszarami, placem wicze i gr w karty.
Kobiety były dusz jego mieszkania. One tworzyły jego ognisko domowe. Było
ich par tuzinów, a prawie ka da z nich podczas swego pobytu u niego starała si
ozdobi mieszkanie ró nymi cackami.
112
Jedna z tych pa , ona wła ciciela kawiarni, która sp dziła u niego całe dwa
tygodnie, zanim pan mał onek po ni przyjechał, wyszyła mu bardzo milutki
laufer na stół, a cał jego osobist bielizn poznaczyła monogramami.
Uko czyłaby niezawodnie wyszywanie du ej makaty na cian , gdyby pan
mał onek nie przerwał tej sielanki.
Inna dama, po któr po trzech tygodniach przyjechali jej rodzice, chciała z
jego sypialni zrobi damski buduar i porozstawiała wsz dzie ró ne cacuszka i
wazoniki, a nad łó kiem zawiesiła mu Anioła Stró a.
W ka dym k ciku sypialni i jadalni wida było lady r ki kobiecej. Kobiety
wtargn ły nawet do jego kuchni, gdzie mo na było ogl da najprzeró niejsze
naczynia i narz dzia kuchenne, b d ce wspaniałym prezentem jednej zakochanej
pani fabrykantowej, która prócz nami tno ci swojej przywiozła z sob przyrz d
do krajania wszelkich jarzyn i kapusty, przyrz dy do tarcia bułeczki, do mielenia
w tróbki, rondelki, brytfanny, kociołki, warz chewki i Bóg raczy wiedzie co tam
jeszcze.
Wyjechała wszak e ju po tygodniu, poniewa nie mogła pogodzi si z my l ,
e porucznik oprócz niej ma jeszcze około dwudziestu innych kochanek, co
pozostawiało niezawodnie lady na fizycznej aktywno ci tego samca w uniformie.
Porucznik Lukasz prowadził te obszern korespondencj ; miał album
swoich kochanek i zbiór ró nych relikwii, bo w ci gu ostatnich dwóch lat
przejawiał coraz wi ksz skłonno do fetyszyzmu. Miał wi c kilka odmiennych
podwi zek damskich, cztery pary przemiłych majtek ozdobionych haftem i trzy
przezroczyste, delikatne, cienkie damskie koszulki, batystowe chusteczki do nosa,
a nawet jeden gorset i kilka po czoszek.
- Dzisiaj mam słu b - rzekł - przyjd dopiero w nocy. Dopilnujcie
wszystkiego i zróbcie porz dek w mieszkaniu. Ostatni mój pucybut za swoj
nikczemno odjechał dzisiaj z kompani marszow na front.
Wydawszy jeszcze kilka rozkazów, dotycz cych kanarka i kota angorskiego,
porucznik wyszedł, ale w drzwiach odwrócił si jeszcze do Szwejka i rzucił mu
kilka słów o uczciwo ci i porz dku.
Po jego odej ciu Szwejk zrobił w mieszkaniu gruntowny porz dek, tak e gdy
Lukasz wrócił w nocy do domu, jego słu cy mógł mu zameldowa :
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e wszystko jest w porz dku, tylko
kot jest gałgan i ze arł kanarka.
- Jak to? - zagrzmiał porucznik.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e tak: Ja wiedziałem, e koty nie
lubi kanarków i e je krzywdz , wi c chciałem tych dwoje zapozna ze sob i
gdyby ta bestia kot chciał co przedsi wzi , to byłbym mu przetrzepał skór ,
eby do samej mierci nie zapomniał, jak si ma obchodzi z kanarkami. Bo ja
bardzo lubi zwierz ta. W naszym domu jest kapelusznik, który tak wyuczył
kota, e chocia mu ten kot zjadł trzy kanarki, to teraz nie zje ani jednego,
cho by kanarek na nim usiadł. Wi c chciałem te spróbowa , czy si nie uda.
Wyj łem kanarka z klatki i podsun łem mu go pod nos, eby pow chał, a on,
podlec, zanim si spostrzegłem, odgryzł mu głow . Doprawdy, nie spodziewałem
si takiego gałga stwa ze strony tego kota. Gdyby to był, prosz pana
oberlejtnanta wróbel, to bym nic nie mówił, ale taki ładny kanarek, i jeszcze
113
herce ski. I jak chciwie go arł! Nawet pierza nie zostawił i mruczał, bestia, z
wielkiej uciechy. Podobno koty nie maj słuchu muzykalnego i nie znosz piewu
kanarka, bo si na tym piewaniu te bestie nie znaj . Wyzwałem tego kota, jak si
patrzy, ale, bro Bo e, złego mu nic nie zrobiłem. Czekałem na rozkaz pana
oberlejtnanta, co trzeba b dzie zrobi temu parszywcowi za jego gałga ski
post pek.
Opowiadaj c o tym zdarzeniu Szwejk spogl dał tak szczerze w oczy
porucznika, e Lukasz opu cił r k i usiadł na krze le, chocia zrazu podszedł do
Szwejka z bardzo wyra nym brutalnym zamiarem.
- Słuchajcie, Szwejku - rzekł - czy naprawd jeste cie takim sko czonym
osłem?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant - uroczy cie odpowiedział Szwejk - e
jestem. Od male ko ci mam takiego pecha. Zawsze chc co naprawi , zrobi
dobrze i zawsze stanie si z tego jaka nieprzyjemno , dla mnie i dla otoczenia.
Ja naprawd chciałem tych dwoje zapozna z sob , eby si zaprzyja nili, i nie
jestem temu winien, e kot go ze arł i e ju jest po przyja ni. Jednego razu „U
Sztupartów” kot ze arł nawet papug , bo go przedrze niała i miauczała jak on.
Ale te koty to twarde bestie, nie daj si zabi . Je li pan ka e go zgładzi , to
trzeba b dzie wsadzi mu łeb mi dzy drzwi i mocno szarpn za ogon, bo inaczej
to nie pójdzie.
I Szwejk z najniewinniejszym wyrazem twarzy i z miłym, poczciwym
u miechem wykładał porucznikowi, jak si zabija koty. Wykład jego był tego
rodzaju, e mógł zap dzi do domu wariatów całe Stowarzyszenie Opieki nad
Zwierz tami.
Wykazał przy tym sporo wiadomo ci tak dalece fachowych, e porucznik
Lukasz zapominaj c o swoim gniewie zapytał:
- Umiecie obchodzi si ze zwierz tami? ywicie dobre uczucia i yczliwo
dla zwierz t?
- Najbardziej lubi psy - odpowiedział Szwejk - poniewa na handlu psami
mo na dobrze zarabia , gdy si je umie sprzedawa . Ja nie umiałem, poniewa
zawsze byłem uczciwy, a i tak przychodzili do mnie ludzie z pretensjami, e niby
sprzedawałem im jakiego zdechlaka zamiast rasowego, zdrowego psa, jakby
wszystkie psy musiały by zdrowe i rasowe. I ka dy kupiec chciał od razu
rodowód, wi c musiałem zaopatrzy si w druki i z ulicznych kundli, co si l gły
w cegielni, robi najczystsz rasow szlacht piesk z bawarskiej psiarni Armina
von Barheim. A ludzie naprawd byli radzi, e wszystko wypadło według ich
yczenia i e maj w domu rasowe zwierz . Mo na im było zaproponowa
vrszovickiego szpica jako jamnika, a ludziska dziwili si tylko temu, e taki
szlachetny pies, który pochodzi a z Niemiec, jest kudłaty i nie ma krzywych nóg.
Takie rzeczy robi si we wszystkich psiarniach i pan oberlejtnant zdziwiłby si
bardzo, gdyby widział, jak w wielkich psiarniach fabrykuj rodowody. Mało jest
takich psów, które mogłyby rzec o sobie, e s rasowe i czystej krwi. Albo si
mama takiego pieska zapomniała z jakim kundlem, albo babcia, albo te miała
sporo ojców i po ka dym co odziedziczył. Od jednego wzi ł uszy, od drugiego
ogon, od trzeciego pysk i kudły na pysku, od czwartego kusztykaj ce łapy, od
pi tego wielko itd. Je li ojców było dwunastu, to pan oberlejtnant łatwo sobie
114
mo e wyobrazi , jak taki pies potem wygl da. Kupiłem kiedy takie wielkie
psisko, a było po swoich ojcach takie szpetne, e wszystkie psy od niego uciekały.
Kupiłem go, bom si nad nim litował, e taki jest opuszczony. Siadywał w domu w
k ciku i był taki smutny, e musiałem go sprzeda jako pinczera. Najwi cej
kłopotu miałem z przemalowaniem jego sier ci, eby kolorem przypominał pieprz
i sól. Dostał si ten piesek ze swoim panem a na Morawy i od tego czasu nie
widziałem go ani razu.
Porucznika bardzo zainteresował ten fachowy wykład o psach, wi c Szwejk
mógł mówi bez przeszkód ze strony swego pana.
- Psy same nie mog sobie farbowa włosów, jak to robi damy; o takie rzeczy
musi si kłopota ten, kto je sprzedaje. Gdy pies jest na przykład taki stary, e
jest cały siwy, a pan go chce sprzeda jako jednoroczne szczeni , albo nawet chce
takiego dziadka przemieni w dziewi ciomiesi czne dzieci tko, to kupuje si
„piorunku” rt ci, rozpuszcza si i farbuje psa na czarno, e wygl da jak
młodziutki. eby okrzepł, trzeba mu dawa , jak koniowi, strychnin , a z by
wyczy ci szmerglem, takim samym, jakim czy ci si zardzewiałe no e. A zanim
zaprowadzi si go do klienta, który chce go naby , trzeba mu nala w pysk troch
liwowicy, eby si psina schlała, to zaraz jest wesoła, ruchliwa, szczeka uciesznie
i zaprzyja nia si z ka dym jak pijany radny miejski. Ale najwa niejsza rzecz,
panie oberlejtnant, to gadanie. Trzeba do ludzi gada i gada , a z takiego
gadania zbaraniej . Je li kto chce kupi sobie ratlerka, a pan nie ma w domu
innych psów prócz my liwskich, to trzeba umie przekona tego klienta, eby
sobie zamiast ratlerka kupił psa my liwskiego. Albo je li kto chce złego
niemieckiego doga do pilnowania domu, a pan ma tylko malutkiego ratlerka, to
trzeba tego kupuj cego tak ogłupi , eby sobie poszedł do domu z tym ratlerkiem
w kieszeni zamiast z dogiem. Kiedym jeszcze dawniej handlował zwierz tami,
przyszła do mnie jaka dama i powiada, e jej papuga wyleciała do ogrodu, a
poniewa bawiły si tam jakie dzieciaki w Indian, wi c powyrywały papudze
wszystkie pióra z ogona i przystroiły si nimi, jako policjanci. Papuga
rozchorowała si ze wstydu, e nie miała ogona, a weterynarz dobił j jakimi
proszkami. Chciała wi c ta pani kupi now papug , ale przyzwoita, nie tak ,
która umie tylko pyskowa . Có było robi , kiedy w domu papugi nie miałem i o
adnej nie wiedziałem! Miałem w domu tylko buldoga, złego i lepego. Wi c
musiałem, prosz pana oberlejtnanta, przemawia do tej pani od czwartej po
południu do siódmej wieczorem, dopóki zamiast papugi nie kupiła tego buldoga.
Była to sprawa gorsza od intrygi dyplomatycznej, ale kiedy ju odchodziła,
mogłem rzec do niej: „Teraz niech jemu chłopcy spróbuj wyrwa ogon!” Wi cej
z t pani nie rozmawiałem, bo musiała wyprowadzi si z Pragi przez tego
buldoga, który pogryzł cały dom. Czy pan oberlejtnant uwierzy, jak trudno
znale porz dne zwierz ?
- Ja bardzo lubi psy - rzekł porucznik. - Niektórzy koledzy na froncie maj
przy sobie psy i pisali nieraz, e w towarzystwie takiego dobrego i wiernego
zwierz cia wojna szybciej upływa. Znacie dobrze wszystkie rasy i mam nadziej ,
e gdybym miał psa, toby cie si nim dobrze opiekowali. Która rasa jest waszym
zdaniem najlepsza? Mianowicie chciałbym mie psa do towarzystwa. Niegdy
miałem pinczera, ale nie wiem...
115
- Zdaniem moim, prosz pana oberlejtnanta, pinczer to bardzo miły pies.
Prawda, e nie ka demu si podoba, poniewa jest szczeciniasty, a na pysku ma
takie ostre w sy, e przypomina przest pc wypuszczonego z kryminału. Jest taki
brzydki, a z tej brzydoty jest ładny, a do tego jest przebiegły. Ani si umywa do
niego głupawy bernardyn. Jest jeszcze sprytniejszy ni foksterier. Znałem
jednego...
Porucznik Lukasz spojrzał na zegarek i przerwał wywody Szwejka:
- Ju pó no, musz i spa . Jutro mam znowu słu b , wi c przez cały dzie
b dziecie mogli szuka dla mnie ładnego pinczera.
Porucznik poszedł spa , za Szwejk wyci gn ł si na kanapie w kuchni i
czytał gazety, które pan jego przyniósł z koszar.
- No, patrzcie pa stwo - rzekł Szwejk do siebie, ledz c w gazetach przebieg
najwa niejszych wydarze - sułtan odznaczył cesarza Wilhelma medalem
wojennym, a ja nie mam nawet małego srebrnego.
Zamy lił si nad czym , a potem zerwał si na równe nogi.
- O mały figiel byłbym zapomniał...
Wszedł do pokoju, w którym porucznik spał twardym snem, i zbudził go:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e nie mam adnych rozkazów co do
tego kota.
Zaspany porucznik przewrócił si na drugi bok i przez sen mruczał:
- Trzy dni koszarniaka - i spał dalej.
Szwejk po cichu wyszedł z pokoju, wyci gn ł nieszcz snego kota spod kanapy
i rzekł do niego:
- Masz trzy dni koszarniaka. Abtreten!
Angorski kot znowu wlazł pod kanap .
Szwejk szykował si do wyj cia na miasto, by si rozejrze za jakim
pinczerem, gdy do drzwi zadzwoniła młoda dama i zapytała o porucznika
Lukasza. Obok niej stały dwa ci kie kufry, a na schodach dojrzał Szwejk jeszcze
czapk posła ca, który schodził na dół.
- Nie ma go w domu - rzekł Szwejk twardo, ale młoda dama weszła
tymczasem do przedpokoju i wydała Szwejkowi kategoryczny rozkaz:
- Wnie cie kufry do pokoju.
- Bez pozwolenia pana porucznika nie mo na - - rzekł Szwejk. - Pan
porucznik nakazał mi, abym bez jego pozwolenia nigdy nic nie robił.
- Zwariowali cie czy co? - zawołała młoda dama. - Przyjechałam do pana
porucznika w go cin .
- Nic o tym nie wiem - odpowiedział Szwejk. - Pan porucznik jest na słu bie i
wróci do domu dopiero w nocy, a ja otrzymałem rozkaz wyszukania dla niego
pinczera. O adnych kufrach ani o adnej damie nic nie wiem. Teraz zamykam
mieszkanie, wi c prosz , aby pani wyszła. Mnie nikt nic nie powiedział, a adnej
obcej osoby, której nie znam, nie mog pozostawi tutaj w mieszkaniu. Tak jak
na naszej ulicy u cukiernika Bielczyckiego zostawili w mieszkaniu jakiego
człowieka, a on sobie otworzył szaf , zabrał, co mu si podobało, i poszedł.
- Ja nic złego o pani nie my l - mówił Szwejk dalej, widz c, e młoda dama
załamuje r ce i płacze - ale zostawi pani tutaj nie mog . Sama to pani rozumie,
116
poniewa mieszkanie zostało oddane pod moj opiek , a ja jestem odpowiedzialny
za ka dy drobiazg. Dlatego jeszcze raz pani grzecznie prosz , eby si pani wcale
nie fatygowała mnie przekonywa . Dopóki nie otrzymam rozkazu, ani brat, ani
swat nic mi nie mo e rozkaza . Bardzo mi przykro, e musz z pani w taki
sposób rozmawia , ale w wojsku musi by porz dek.
Tymczasem młoda dama uspokoiła si troch . Z torebki wyj ła bilecik,
napisała na nim kilka słów ołówkiem, wło yła go do milutkiej małej koperty i tłumi c łkanie rzekła:
- Zanie cie to panu porucznikowi, ja tu poczekam tymczasem. Macie pi
koron za fatyg .
- Nic z tego nie b dzie - odpowiedział Szwejk, dotkni ty nieust pliwo ci
niespodziewanego go cia. - Niech pani zabierze swoje pi koron, ma je tu pani na
krzesełku, i je li pani chce, to niech pani idzie razem ze mn do koszar. Poczeka
pani chwil , a ja ten li cik oddam i przynios odpowied . Ale eby pani miała
tymczasem tutaj siedzie , to o tym nie ma mowy.
Po tych słowach wci gn ł kufry do przedpokoju i szcz kaj c kluczami, jak
jaki klucznik na zamku, rzekł z naciskiem:
- Zamykamy!
Młoda dama, zupełnie bezradna, wyszła do sieni, Szwejk zamkn ł drzwi i
ruszył naprzód, a ona jak piesek dreptała z nim i dogoniła go dopiero wtedy, gdy
Szwejk wst pił do trafiki po papierosy.
Szła teraz obok niego i starała si nawi za rozmow .
- Czy oddacie list z pewno ci ?
- Kiedy mówi , e oddam, to oddam.
- A czy pan porucznik b dzie w koszarach?
- Tego nie wiem.
Szli znowu obok w milczeniu i dopiero po długiej chwili towarzyszka Szwejka
zacz ła mówi :
- Przypuszczacie wi c, e pana porucznika nie ma w koszarach?
- Nie przypuszczam.
- A jak s dzicie, gdzie mógłby by ?
- Tego nie wiem.
Rozmowa znowu została przerwana na długo i dopiero pytanie młodej damy
wznowiło j :
- Czy nie zgubili cie mego listu?
- Jak dot d jeszcze nie.
- A wi c na pewno oddacie go panu porucznikowi?
- Tak.
- A czy aby jest w koszarach?
- Mówiłem ju , e nie wiem - odpowiedział Szwejk. - Dziwi si , e s na
wiecie ludzie tak ciekawi i wci pytaj o t sam rzecz. To tak samo, jakbym ja
zatrzymywał na ulicy co drugiego człowieka i zapytywał go, którego dzisiaj
mamy.
Na tym si sko czyła próba nawi zania rozmowy ze Szwejkiem, a dalsza
droga w stron koszar upłyn ła obojgu w zupełnym milczeniu. Dopiero gdy
zatrzymali si koło koszar, Szwejk poprosił dam , aby na niego poczekała, a sam
117
wdał si w rozmow o wojnie z stoj cymi w bramie ołnierzami, z czego młoda
dama musiała mie osobliw uciech , gdy przechadzała si nerwowo i wygl dała
jak wcielenie rozpaczy, widz c, e Szwejk zabiera si do gruntownych wywodów
o wojnie z tak głupim wyrazem twarzy, jaki mo na było widzie onego czasu w
„Kronice wojny wiatowej”, gdzie była fotografia z podpisem: „Austriacki
nast pca tronu rozmawia z dwoma lotnikami, którzy zestrzelili aeroplan
rosyjski.”
Szwejk usiadł na ławie w bramie i wywodził, e na froncie karpackim ataki
załamywały si , e dowódca Przemy la, generał Kusmanek, przybył do Kijowa, e
w Serbii pozostało za nami ju jedena cie punktów oparcia i e Serbowie nie
wytrzymaj zbyt długo takiego p dzenia za naszymi ołnierzami.
Nast pnie zabrał si do krytyki poszczególnych znanych bitew i objawił
wiatu wielk prawd , e oddział wojska, otoczony ze wszystkich stron, musi si
podda .
Gdy si ju do nagadał, uznał za wła ciwe wyj przed bram i rzec
rozpaczaj cej damie, eby nigdzie nie chodziła, bo on zaraz wróci. Poszedł na
gór do kancelarii, gdzie zastał porucznika Lukasza, który obja niał akurat
jakiemu podporucznikowi budow rowów strzeleckich i wyrzucał mu, e nie
umie rysowa i nie ma poj cia o geometrii.
- Patrzcie, kolego, rysuje si tak. Je li do danej poziomej mamy dorysowa
prostopadł , to trzeba nakre li tak , aby tworzyła z tamt k t prosty.
Rozumiecie? Tylko w taki sposób prowadzi si rowy strzeleckie we wła ciwym
kierunku i nie doprowadza si ich do nieprzyjaciela. Pozostajecie w odległo ci
sze ciuset metrów od niego. Ale tak, jak wy kre licie, to wpakujecie nasze pozycje
w lini nieprzyjacielsk i staniecie prostopadle do nieprzyjaciela, podczas gdy wy
musicie uzyska pozycj bojow mocno wysuni t do przodu. Przecie to zupełnie
proste, nieprawda?
A podporucznik rezerwy, kasjer jakiego banku, stał zrozpaczony nad
planem, nie rozumiał z niego nic i odetchn ł z ulg , gdy Szwejk podszedł do
porucznika:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e jaka pani posyła panu ten list i
czeka na odpowied .
Mówi c to mrugn ł bardzo wymownie i poufale.
Tre listu nie wywarła na poruczniku przyjemnego wra enia:
„Lieber Heinrich! Mein Mann verfolgt mich. Ich muss unbedingt bei Dir ein
paar Tage gastieren. Dem Bursch ist ein grosses Mistvieh. Ich bin unglücklich.
Deine Katy”
Porucznik Lukasz westchn ł, poci gn ł ze sob Szwejka do pustej bocznej
kancelarii, zamkn ł drzwi i zacz ł przechadza si mi dzy stołami. Gdy wreszcie
stan ł obok Szwejka, rzekł do niego:
- Ta dama pisze, e jeste cie bydl . Co jej zrobili cie?
- Nic jej nie zrobiłem, melduj posłusznie. Zachowałem si wobec niej bardzo
przyzwoicie, prosz pana oberlejtnanta, ale ona chciała si od razu usadowi w
mieszkaniu. A przecie nie otrzymałem od pana adnego rozkazu, wi c jej w
118
mieszkaniu nie zostawiłem. I jeszcze do tego przyjechała z dwoma kuframi, jak
do siebie.
Porucznik westchn ł gło no jeszcze raz, co Szwejk powtórzył za nim.
- Co to ma znaczy ? - krzykn ł gro nie porucznik.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e to ci ka sprawa. Przy ulicy w.
Wojciecha wprowadziła si do mieszkania pewnego tapicera jaka panienka, a on
nie mógł jej wyp dzi od siebie i musiał otru gazem wietlnym siebie i j . I było
po frajdzie. Z kobietami jest krzy pa ski. Wiem ja, wiem.
- Ci ka sprawa - powtórzył porucznik za Szwejkiem i nigdy bodaj nie
powiedział czego bardziej szczerego. Kochany Henryk znajdował si istotnie w
sytuacji fatalnej. Mał onka prze ladowana przez swego m a przyje d a na kilka
dni akurat wtedy, gdy ma zjecha do niego pani Mickowa z Trzebonia, aby z nim
w ci gu trzech dni wyszale si tak, jak robiła to regularnie co kwartał, gdy
przyje d ała do Pragi po zakupy. Nast pnie pojutrze miała przyj do niego
pewna panna, która po całotygodniowym namy le solennie obiecała mu, e
pozwoli si uwie , poniewa dopiero za miesi c wychodzi za m za pewnego
in yniera.
Porucznik siedział teraz na stole z głow pochylon i rozmy lał, ale nie
wymy lił nic m drego. Tyle tylko, e wreszcie siadł na krze le, si gn ł po papier i
kopert , po czym napisał na urz dowym formularzu:
„Kochana Katy. Słu ba do dziewi tej wieczorem. Przyjd o dziesi tej. Prosz ,
aby si rozgo ciła u mnie jak u siebie w domu. Co do Szwejka, mego słu cego, to
wydałem mu rozkazy, aby spełniał wszystkie twoje yczenia.
Twój Henryk”
- List ten oddajcie przyjezdnej pani - rzekł porucznik. - Rozkazuj wam,
aby cie si wzgl dem niej zachowywali z szacunkiem i taktem i eby cie spełniali
wszystkie yczenia, które musz by dla was rozkazem. Musicie zachowywa si
elegancko i słu y jej rzetelnie. Macie sto koron do wyliczenia, bo mo e si
zdarzy , e ta pani was po le po to lub owo, zamówcie dla niej obiad, kolacj i tak
dalej. Nast pnie kupcie trzy butelki wina i pudełko papierosów „Memfis”. Tak.
Tymczasem nic wi cej. Mo ecie odej , ale jeszcze raz napominam was, e trzeba
odgadywa wszystkie jej yczenia i spełnia je.
Przyjezdna pani straciła ju wszelk nadziej , e zobaczy Szwejka, i była
bardzo zdziwiona, gdy ujrzała go wychodz cego z koszar i zmierzaj cego ku niej
z listem.
Szwejk zasalutował, oddał jej list i meldował:
- Według rozkazu pana oberlejtnanta mam si wzgl dem szanownej pani
zachowywa z szacunkiem i taktem, obsługiwa pani rzetelnie, odgadywa
yczenia pani i spełnia je. Pan oberlejtnant kazał, ebym pani zamówił jedzenie i
ebym kupił wszystko, co pani ka e. Dostałem od pana oberlejtnanta sto koron,
ale musz z tego kupi trzy butelki wina i pudełko papierosów.
Gdy przeczytała ten list, odzyskała pewno siebie, która wyraziła si tym, e
Szwejk został wysłany po doro k . Gdy wrócił z doro k , kazała mu si
na
ko le obok doro karza.
119
Pojechali do domu. W mieszkaniu odegrała znakomicie rol pani domu.
Kufry kazała Szwejkowi zanie do sypialni, dywany wytrzepa na podwórzu, a
jakie drobne pasemko paj czyny za lustrem bardzo j rozgniewało.
Wszystko zdawało si przemawia za tym, e przyjezdna pani pragnie si
okopa na tej linii bojowej na bardzo długo.
Szwejk si pocił. Gdy wytrzepał dywany, przypomniała sobie, e trzeba zdj
firanki z okien i odkurzy je. Potem otrzymał rozkaz umycia okien w kuchni i w
pokoju. Potem zacz ła przestawia sprz ty; czyniła to bardzo nerwowo, a gdy
Szwejk przesuwał meble z k ta w k t, nie podobało si jej to, znowu kazała
ustawia na nowo. Powywracała w mieszkaniu wszystko do góry nogami, a
stopniowo jej energia w urz dzaniu gniazda zacz ła si wyczerpywa i
pl drowanie si sko czyło.
Z bieli niarki wyj ła jeszcze czyst bielizn po cielow , sama powlekła
poduszki i kołdr , a wida było, e czyniła to z uczuciem yczliwo ci dla łó ka,
który to sprz t wprawiał jej nozdrza w zmysłowe dr enie.
Potem posłała Szwejka po obiad i wino. Zanim wrócił, przebrała si w
zwiewn matink , która czyniła j niezwykle powabn i kusz c .
Przy obiedzie wypiła butelk wina, wypaliła du o papierosów i poło yła si do
łó ka, podczas gdy Szwejk zajadał chleb fasowany, maczaj c go w szklance
jakiej słodkiej wódki.
- Szwejku! - ozwało si wołanie z sypialni. - Szwejku!
Szwejk otworzył drzwi i ujrzał młod kobiet rozło on na poduszkach w
powabnej pozycji.
- Chod cie no tu!
Szwejk zbli ył si , ona za z osobliwym u miechem obrzucała spojrzeniem
jego kr p posta i krzepkie biodra.
Zgarniaj c z siebie delikatn materi , która osłaniała jej wdzi ki, rzekła
surowo:
- Zrzu cie buty i spodnie! Poka cie no...
Stało si tedy, e dobry wojak Szwejk mógł zameldowa porucznikowi, gdy
ten powrócił z koszar:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e wypełniłem wszystkie yczenia
wielmo nej pani i obsłu yłem j uczciwie według pana rozkazu.
- Dzi kuj wam, Szwejku - rzekł porucznik. - A du o miała ycze ?
- Ze sze - odpowiedział Szwejk. - Teraz pi jak zabita z tej jazdy.
Odgadywałem i spełniałem rzetelnie jej yczenia.
Podczas gdy masy wojsk rozło onych w lasach nad Dunajcem i Rab
znajdowały si stale pod deszczem granatów, a działa grubego kalibru
rozszarpywały całe kompanie i grzebały je w Karpatach, za na horyzoncie
wszystkich pobojowisk paliły si wsie i miasta, porucznik Lukasz i Szwejk
prze ywali niemił sielank z dam , która uciekła od swego m a i stała si pani
ich domu.
Gdy wyszła na spacer, porucznik Lukasz odbył ze Szwejkiem narad
wojenn , w jaki sposób mo na by si jej pozby .
120
- Najlepiej byłoby, panie oberlejtnant - rzekł Szwejk - gdyby ten jej m , od
którego uciekła, a który jej szuka, jak pan oberlejtnant powiada, e było w tym
li cie, który przyniosłem do koszar, dowiedział si , gdzie ona jest, i gdyby po ni
przyjechał. Trzeba mu posła telegram, e jest u pana oberlejtnanta i e mo e j
sobie odebra . We Vszenorach zdarzyła si zeszłego roku taka sprawa w jednej
willi. Ale telegram wysłała sama ta niewiasta do swego m a, który przyjechał i
sprał po g bie j i jego. Obaj byli cywile, ale w naszym wypadku b dzie miał
respekt przed oficerem. Zreszt pan oberlejtnant nic nie zawinił, poniewa
nikogo pan nie zapraszał, a ta pani uciekła na własn r k . Zobaczy pan
oberlejtnant, e taka depesza zrobi swoje. Cho by tam sobie dali nawet po
pysku...
-...On jest bardzo inteligentny - przerwał mu porucznik Lukasz. - Ja go znam,
on handluje chmielem en gros. Stanowczo musz si z nim rozmówi . Depesz
po l .
Telegram, który został wysłany, był bardzo lapidarny, kupiecki:
„Obecny adres mał onki pa skiej” - dopisany był adres mieszkania
porucznika Lukasza.
Zdarzyło si tedy, e pani Katy była bardzo niemile zaskoczona, gdy drzwi si
rozwarły, a w nich ukazał si handlarz chmielem. Miał min bardzo wyczekuj c
i zatroskan , gdy pani Katy, nie trac c ani na chwil głowy, zapoznawała z sob
obu panów:
- Mój m . Pan porucznik Lukasz. - Nic lepszego nie przyszło jej do głowy.
- Niech pan siada, panie Wender - odezwał si uprzejmie porucznik Lukasz
wyjmuj c z kieszeni papiero nic . - Czym mog panu słu y ?
Inteligentny kupiec, handluj cy chmielem, grzecznie przyj ł papierosa, a
wypuszczaj c ustami dym, rzekł z namysłem:
- Pewno niedługo pojedzie pan na front, panie poruczniku?
- Zło yłem podanie, aby mnie translokowano do 91 pułku do Budziejowic.
Pojad tam niezawodnie, jak tylko sko cz robot w szkole jednorocznych
ochotników. Potrzebujemy mas oficerów, a dzisiaj spotykamy si cz sto ze
smutnym objawem, e młodzie maj ca prawo do odbywania słu by
jednorocznej rezygnuje z tego prawa. Woli taki zosta zwyczajnym piechurem
ni sta si kadetem.
- Wojna wyrz dziła wielkie szkody w handlu chmielem, ale sadz , e nie
b dzie trwała zbyt długo - zauwa ył kupiec spogl daj c na przemian to na on ,
to na porucznika.
- Sytuacja nasza jest bardzo dobra - rzekł porucznik Lukasz. - Dzisiaj ju nikt
nie w tpi, e wojna sko czy si zwyci stwem pa stw centralnych. Francja, Anglia
i Rosja s zbyt słabe w porównaniu z pot g austriacko-turecko-niemieck .
Prawda, e mieli my drobne niepowodzenia na niektórych frontach, ale jak tylko
przerwiemy front rosyjski mi dzy Karpatami a rodkowym Dunajcem, to bez
najmniejszej w tpliwo ci b dzie to koniec wojny. Tak samo Francuzom zagra a,
w najbli szym czasie utrata całej wschodniej Francji i wtargni cie wojsk
niemieckich do Pary a. To jest absolutnie pewne. Prócz tego przegrupowanie
naszych wojsk w Serbii przebiega bardzo sprawnie, a odwrót naszych oddziałów,
który faktycznie jest wył cznie tylko przegrupowaniem, niesłusznie tłumacz
121
sobie niektórzy zgoła inaczej, ni tego wymaga w czasie wojny zdrowy rozs dek.
Niebawem zobaczymy, e nasze z góry zamierzone przegrupowanie na
południowym froncie zacznie wydawa owoce. Niech pan spojrzy...
Porucznik Lukasz uj ł kupca delikatnie za rami , poci gn ł go ku mapie
terenów wojennych, wisz cej na cianie, i wskazuj c na poszczególne punkty,
mówił:
- Wschodnie Beskidy s dla nas znakomitym punktem oparcia. Na odcinkach
karpackich, jak pan widzi, mamy tak e mocne pozycje. Solidne uderzenie na tej
linii - nie zatrzymamy si , dopóki nie staniemy w Moskwie. Wojna sko czy si
pr dzej, ni przypuszczamy.
- A jak tam z Turcj ? - zapytał kupiec handluj cy chmielem, zastanawiaj c
si przy tym, w jaki sposób przej do sedna sprawy, która go tu sprowadziła.
- Turcy trzymaj si dobrze - odpowiedział porucznik prowadz c go cia z
powrotem do stołu. - - Przewodnicz cy parlamentu tureckiego, Hali bej i Ali bej
przyjechali do Wiednia. Naczelnym wodzem dardanelskiej armii tureckiej
mianowany został marszałek Liman von Sanders. Goltz-pasza przyjechał z
Konstantynopola do Berlina, a nasz cesarz odznaczył Enver-pasz , wiceadmirała
Usedoma-pasz i generała D ewata-pasz . Jest to stosunkowo du o odznacze w
tak krótkim czasie.
Przez chwil wszyscy siedzieli obok siebie w milczeniu, a wreszcie porucznik
uznał za stosowne przerwa niemił sytuacj pytaniem:
- Kiedy pan przyjechał, panie Wendler?
- Dzisiaj rano.
- Bardzo mi przyjemnie, e mnie pan odszukał i zastał w domu, poniewa po
południu udaj si zawsze do koszar i mam nocn słu b . Mieszkanie moje jest
wła ciwie całymi dniami puste i dlatego mogłem ofiarowa szanownej mał once
pa skiej go cin . Ma tu zupełn swobod przez czas swego pobytu w Pradze.
Poniewa jeste my starzy znajomi...
Kupiec handluj cy chmielem zakaszlał.
- Katy jest doprawdy dziwn kobiet . Panie poruczniku, niech pan przyjmie
moje serdeczne podzi kowania za wszystko, co pan dla niej uczynił. Wpadnie jej
do głowy ni z tego, ni z owego pojecha do Pragi, eby, jak powiada, leczy si na
nerwy. Ja byłem w podró y, wracam do domu, a dom pusty, Katy nie ma.
Przybieraj c jak najmilszy wyraz twarzy, pogroził jej palcem i z
wymuszonym u miechem zapytał:
- Ty zapewne my lała, e je li ja podró uj , to ty mo esz sobie na to pozwoli .
Nie pomy lała oczywi cie...
Porucznik Lukasz, widz c, e rozmowa zaczyna nabiera niemiłych akcentów,
podprowadził inteligentnego kupca handluj cego chmielem ku mapie i wskazuj c
na podkre lone punkty mówił:
- Zapomniałem zwróci uwag pa sk na pewn bardzo wa na okoliczno .
Na ten wielki łuk, obrócony ku południowemu zachodowi, gdzie ta grupa gór
tworzy jakby wielki przyczółek. W t stron skierowana jest ofensywa
sprzymierze ców. Przez zamkni cie tej drogi, która ł czy przyczółek z główn
lini obronn nieprzyjaciela, musiałoby zosta przerwane poł czenie mi dzy
skrzydłem prawym a armi północn nad Wisł . Teraz pan zapewne rozumie?
122
Kupiec odpowiedział, e rozumie wszystko bardzo dobrze, a obawiaj c si
przy swoim wrodzonym takcie, aby to, co powiedział, nie było uwa ane za
dwuznacznik, zawrócił do stołu i zacz ł znowu o chmielu:
- Nasz chmiel stracił przez wojn zagraniczny rynek zbytu. Przepadła dla
chmielu Francja, Anglia, Rosja, Bałkany. Wysyłamy go jeszcze troch do Włoch,
ale obawiam si , e i Włochy wmieszaj si do wojny. No, za to po zwyci skiej
wojnie ceny za towar wyznacza b dziemy sami.
- Włochy zachowaj cisł neutralno - pocieszał go porucznik. - To jest...
- To czemu nie o wiadcz wyra nie, e s zwi zane umow trójprzymierza,
zawart mi dzy Austro-W grami a Niemcami? - rozzło cił si nagle kupiec,
któremu raptem uderzyło do głowy wszystko razem: chmiel, ona, wojna. Spodziewałem si , e Włochy rusz razem z nami przeciwko Francji i Serbii.
Wojna byłaby ju sko czona. Chmiel mi w magazynach gnije, transakcje
krajowe s marne, eksportu nie ma, a Włochy zachowuj neutralno ! Dlaczegó
to jeszcze w roku 1912 odnowiły umow trójprzymierza? Gdzie si podział włoski
minister spraw zagranicznych, markiz di San Giuliano? Co ten pan robi? pi czy
co? Czy ten pan wie, jakie miałem obroty przed wojna, a jakie dzisiaj?
Spogl dał w ciekle na porucznika, który, siedz c, spokojnie puszczał kółka
dymu, rozpływaj ce si jedno za drugim, co z zaciekawieniem obserwowała Katy.
Potem mówił dalej:
- Niech pan nie my li, e nie ledz wypadków wojennych. Dlaczego Niemcy
cofn li si znowu ku granicy, skoro byli ju pod Pary em? Dlaczego mi dzy Moz
a Mozel tocz si znowu ostre walki artyleryjskie? Czy pan wie, e w Combres i
Woewre w pobli u Marche spłon ły trzy wielkie browary, którym przed wojn
dostarczałem rocznie przeszło pi set worków chmielu? Podobnie i w Wogezach
spalił si browar w Hartmansweiler, z ziemi zrównany został browar w
Niedeaspach koło Miluzy. To znaczy o tysi c dwie cie worków chmielu mniejszy
obrót roczny. Sze razy walczyli Niemcy z Belgami o browar w Klosterhoek, to
jest, prosz pana, trzysta pi dziesi t worków chmielu rocznie.
Był tak wzburzony, e nie mógł mówi . Wstał, podszedł do ony i rzekł:
- Katy, natychmiast pojedziesz ze mn do domu. Ubieraj si .
- Wszystkie te wydarzenia denerwuj mnie - rzekł po chwili, jakby si
tłumaczył. - Byłem dawniej zupełnie spokojny.
Gdy Katy wyszła, aby si ubra , rzekł szeptem do porucznika:
- To nie pierwszy jej kawałek. W roku zeszłym wyjechała sobie z jakim
suplentem i znalazłem j dopiero w Zagrzebiu. Przy tej sposobno ci zawarłem z
miejskim browarem w Zagrzebiu umow na 600 worków chmielu. Południe w
ogóle było dla nas kopalni złota. Nasz chmiel szedł a do Konstantynopola.
Dzisiaj jestem na poły zrujnowany. Je li rz d ograniczy wyrób piwa w kraju, to
zada mi cios ostatni.
Zapalaj c podanego mu papierosa mówił z rozpacz w głosie:
- Sama Warszawa brała od nas dwa tysi ce trzysta siedemdziesi t worków
chmielu. S tam wielkie browary. Najwi kszy z nich to augustia ski.
Przedstawiciel jego bywał u mnie corocznie go ciem. Po prostu rozpacz. Jeszcze
dobrze, e nie mam dzieci.
123
Ten logiczny wniosek, wysnuty z corocznej go ciny przedstawiciela wielkiego
browaru warszawskiego, sprawił, e porucznik u miechn ł si łagodnie, co kupiec
handluj cy chmielem zauwa ył, i dlatego wywodził dalej:
- W gierskie browary w Sopron i w Nagykanizsa brały ode mnie chmiel na
swoje piwo eksportowe, które wywoziły a do Aleksandrii. Przeci tnie tysi c
worków chmielu. Dzisiaj odrzucaj wszelkie oferty skutkiem blokady. Oferuj im
chmiel o trzydzie ci procent taniej, ale nie zamawiaj nawet jednego worka.
Stagnacja, upadek, bieda, a do tego jeszcze kłopoty domowe.
Kupiec zamilkł i dopiero pani Katy, ubrana w kostium podró ny, przerwała
jego milczenie pytaniem:
- Co zrobimy z moimi kuframi?
- Po le si po nie tragarza - rzekł kupiec, kontent, e wszystko sko czyło si
bez awantur i gorsz cych scen. - Je li chcesz jeszcze kupi sobie to i owo, to czas
najwy szy, bo poci g odchodzi o drugiej dwadzie cia.
Pa stwo po egnali porucznika bardzo przyja nie, a kupiec tak był rad, e
wszystko załatwione, i na odchodnym w przedpokoju rzekł do niego:
- Gdyby pan, bro Bo e, został raniony, niech pan przyjedzie do nas na
wypoczynek. B dziemy opiekowali si panem jak najtroskliwiej.
Powróciwszy do sypialni, gdzie pani Katy ubierała si przed podró , ujrzał
porucznik na umywalni czterysta koron i bilet tej tre ci:
„Panie poruczniku! Nie wzi ł mnie pan w obron wobec tej małpy, mego m a,
idioty pierwszej klasy. Pozwolił pan, aby zabrał mnie z sob niby jak rzecz
znalezion przypadkowo. Przy tym pozwolił pan sobie zrobi uwag , e
zaproponował mi pan go cin . Mam nadziej , e nie spowodowałam panu wydatków
wi kszych ni zał czone czterysta koron, którymi raczy si pan podzieli ze swoim
słu cym.”
Porucznik Lukasz stał przez chwil z tym biletem w r ku, potem podarł go
powoli, z u miechem spojrzał na pieni dze le ce na umywalni, a widz c, e
zdenerwowana pani zapomniała grzebyka na stoliku przed lustrem, zło ył go
mi dzy inne swoje fetyszystyczne relikwie.
Szwejk wrócił do domu po południu. Szukał pinczera dla porucznika.
- Szwejku - rzekł porucznik - macie szcz cie. Ta dama, która mieszkała u
mnie, ju odjechała. Zabrał j pan mał onek. Za wszystkie wasze usługi zostawiła
dla was na umywalni czterysta koron. Musicie podzi kowa jej grzecznie albo jej
panu mał onkowi, poniewa to s jego pieni dze, które zabrała ze sob . Ja wam
list podyktuj .
Porucznik Lukasz dyktował:
„Wielce Szanowny Panie! Raczy pan przyj najserdeczniejsze podzi kowanie za
czterysta koron, które ofiarowała mi Pa ska mał onka za usługi wy wiadczone jej
podczas pobytu w Pradze. Wszystko, co dla niej uczyniłem, pochodziło z dobrego
serca i dlatego nie mog przyj tej sumy i odsyłam j ...”
- No, no, piszcie dalej, Szwejku. Czemu si tak kr cicie? Co cie napisali?
- I odsyłam j ... - rzekł tragicznie dr cym głosem Szwejk.
124
- Wi c dobrze:
„...odsyłam j Panu z wyrazami najwy szego szacunku. Uni one pozdrowienie i
ucałowanie r k dla Szanownej Pani. Józef Szwejk, słu cy porucznika Lukasza.”
- Napisane?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e jeszcze brak daty.
- Dwudziestego grudnia 1914. Tak, a teraz napiszcie adres na kopercie, we cie
te czterysta koron, zanie cie je na poczt i wy lijcie je pod tym adresem.
I porucznik Lukasz zacz ł wesoło pogwizdywa ari z operetki Rozwódka.
- Jeszcze jedno, mój Szwejku - zawołał porucznik, gdy Szwejk wybierał si na
poczt . - Czy znale li cie jakiego psa dla mnie?
- Mam jednego na oku, panie oberlejtnant. Bardzo ładne zwierz . Ale trudno
b dzie go naby . Mam wszak e nadziej , e go jutro przyprowadz . Gryzie.
Porucznik Lukasz nie dosłyszał ju ostatniego słowa, chocia było takie
wa ne.
„Gryzie ten gałgan jak wszyscy diabli - chciał Szwejk powtórzy gło niej, ale
dał spokój, pomy lawszy: - Co porucznikowi do tego. Chce psa, b dzie miał psa.”
Łatwo to powiedzie : „Przyprowad cie mi psa!” Wła ciciele psów s bardzo
ostro ni i pilnuj ich, cho by psiska nie miały z ras nic wspólnego. Nawet
wła cicielka zwyczajnego Medorka, który nic innego nie robi, tylko ogrzewa nogi
staruszce, te go lubi i nie da mu zrobi krzywdy.
Ka dy pies, osobliwie rasowy, sam musi mie na tyle instynktu, aby wiedzie ,
e pewnego pi knego poranku zostanie zabrany swemu panu. Tote ka dy taki
pies yje w bezustannym strachu, e b dzie skradziony, e musi by skradziony.
Na przykład podczas spaceru pies odbiega od swego pana, jest zrazu wesoły i
zbytkuje. Bawi si z innymi psami, włazi na nie niezdarnie, a one na niego,
obw chuje kamienie przydro ne, zadziera łapk na ka dym rogu i przy ka dym
koszu handlarki ulicznej, jednym słowem, cieszy si z ycia, a wiat wydaje mu
si taki pi kny jak młodzie cowi po maturze.
Raptem wszak e daje si zauwa y , e jego wesoło znika, pies spostrzega, e
si zgubił. I nagle wpada w wielk rozpacz. Biega tam i sam po ulicy, skowyczy w
swojej bezradno ci, ogon wci ga mi dzy nogi, uszy kładzie po sobie i jak oszalały
p dzi, sam nie wiedz c gdzie. Gdyby umiał mówi , toby z pewno ci powiedział: Ludzie kochani, zaraz mnie kto ukradnie! Czy byli cie kiedykolwiek w psiarni i
widzieli cie takie wystraszone stworzenia? To wszystko psy kradzione. Wielkie
miasto posiada specjalny typ złodzieja, który zajmuje si wył cznie kradzie
psów. Istniej malutkie pieski salonowe, karłowate ratlerki wielko ci r kawiczki;
łatwo zmie ci si taki piesek w kieszeni palta albo w mufce damskiej, ale i tam go
złodziej znajdzie. Skradn te w nocy złego niemieckiego doga c tkowanego,
który pilnuje willi na przedmie ciu. Psa policyjnego capn wywiadowcy sprzed
nosa. Prowadzicie sobie pieska na lince, przetn smycz i znikaj z psem jak
kamfora, a wy głupkowato spogl dacie na pusty sznurek. Pi dziesi t procent
psów, które widuje si na ulicy, zmieniało kilkakrotnie wła cicieli, a nieraz trafia
si , e po latach kupicie własnego psa, którego skradziono wam podczas spaceru,
gdy był jeszcze szczeniakiem. Najwi ksze niebezpiecze stwo zagra a psom, gdy
125
wyprowadzone na dwór, załatwiaj mał czy du potrzeb . Osobliwie przy
załatwianiu du ej potrzeby ginie bardzo du o psów. Dlatego ka dy pies rozgl da
si podczas tej czynno ci tak uwa nie dokoła siebie.
Istnieje kilka systemów kradzenia psów. Robi si to wprost, sposobem,
kradzie y kieszonkowej, lub te po rednio, przez podst p i oszukanie biednego
stworzenia. Pies jest zwierz ciem wiernym, ale tylko w czytankach szkolnych lub
w podr cznikach zoologii. Dajcie wszak e najwierniejszemu psu do pow chania
kawałek sma onej ko skiej w dzonki, a b dzie zgubiony. Zapomni o panu, obok
którego idzie, odwróci si i pobiegnie za wami. Z pyska cieknie mu lina, a w
przeczuciu wielkiej uciechy przy spo ywaniu w dzonki przyja nie merda ogonem
i rozwiera nozdrza jak najbujniejszy ogier, gdy zwietrzy klacz.
Koło schodów zamkowych na Małej Stranie znajduje si mała piwiarenka.
Pewnego dnia w mrocznym jej k ciku siedzieli dwaj m czy ni: ołnierz i cywil.
Pochyleni ku sobie rozmawiali szeptem, tajemniczo. Podobni byli do spiskowców
z czasów republiki weneckiej.
- Co dzie o ósmej - szeptał cywil do ucha ołnierzowi - prowadzi go słu ca
na róg Placu Havliczka do parku. Ale to dra , gryzie jak w ciekły. Nie da si
pogłaska .
I pochylaj c si jeszcze ni ej nad uchem ołnierza dodał:
- Nawet serdelka nie re.
- Sma onego? - zapytał Szwejk.
- Nawet sma onego. - Obaj splun li.
- Wi c co ten dra re?
- Kto go tam wie? Niejeden pies jest rozpuszczony jak arcybiskup.
ołnierz i cywil tr cili si kuflami, a cywil szeptał dalej:
- Pewnego razu jeden czarny szpic, który był mi potrzebny dla psiarni nad
Klamovk , te nie chciał serdelka. Chodziłem koło niego trzy dni, a wreszcie nie
wytrzymałem i zapytałem t pani , co go prowadziła na smyczy, czym go karmi,
e jest taki ładny. Pytanie pochlebiło niewie cie, wi c mi odpowiedziała, e
najbardziej lubi kotlety. Wi c kupiłem dla niego sznycel. Pomy lałem sobie, e to
jeszcze lepsze. A widzisz, ten dra ani spojrzał na ciel cin . Nałogowo arł
wieprzowin . Trzeba było kupi kotlet wieprzowy. Dałem mu go pow cha i
uciekłem. Pies za mn . Pani wołała: „Kropeczka! Kropeczka!” Ale gadaj zdrów!
Kropeczka ani my lał słucha . Za kotletem poleciał a za róg, tam zało yłem mu
ła cuszek na kark, a nazajutrz znajdował si ju w psiarni nad Klamovk . Na
szyi miał par białych kłaczków, przemalowali je na czarno i nikt go nie poznał.
Ale du o było takich psów, które poleciały na ko ski sma ony serdelek. Zrobiłby
najlepiej, gdyby j zapytał, co ten pies najbardziej lubi. Jeste ołnierz, masz
fajn postaw , to ci kobieta pr dzej powie. Ja ju si pytałem, ale ona spojrzała
na mnie, jakby mnie chciała przebi spojrzeniem, i powiada:” Co komu do tego?”
Nie bardzo ładna, taki małpiszon, ale z ołnierzem gada b dzie.
- Czy aby prawdziwy pinczer? Mój oberlejtnant innego nie chce.
- Jak malowanie. Pieprz i sól, prawdziwa rasa, tak jak ty Szwejk, a ja
Blahnik. Chodzi o to, eby si dowiedzie , co on re. Dam mu wtedy poje i
przyprowadz ci go.
126
Obaj przyjaciele znowu si tr cili. Jeszcze przed wojn , gdy Szwejk zajmował
si handlem psami, Blahnik mu je dostarczał. Był to człek do wiadczony.
Opowiadano sobie o nim, e kupował psy od hycla, nawet podejrzane, i
sprzedawał je za dobre pieni dze. Miał ju nawet raz w cieklizn , a w Instytucie
Pasteurowskim w Wiedniu czuł si jak u siebie w domu. Teraz uwa ał za swój
obowi zek bezinteresownie dopomóc wojakowi Szwejkowi. Znał wszystkie psy w
Pradze i w okolicy, a szeptem mówił dlatego, e nie chciał zdradzi si wobec
wła ciciela piwiarni, któremu przed paru miesi cami wyniósł z szynku pod
kapot szczeni jamnika. Dał pieskowi possa mleka z butelki ze smoczkiem,
głupie szczeni wzi ło go wida za mam i ani pisn ło pod kapot .
Zasadniczo kradł tylko psy rasowe i znał si tak dobrze na rzeczy, e mógłby
wyst powa jako ekspert s dowy. Dostarczał psy wszystkim psiarniom i osobom
prywatnym, jak popadło. Gdy szedł ulic , warczały na niego wszystkie psy, które
kiedy ukradł, a je li zatrzymał si przed wystaw sklepow , to cz sto g sto poza
jego plecami jaki m ciwy psiak podniósł łapk i pokropił mu spodnie.
Nazajutrz o godzinie ósmej rano dobry wojak Szwejk przechadzał si na rogu
Placu Havliczka koło parku. Czekał na słu c z rasowym pieskiem. Nareszcie
doczekał si : tu koło niego przebiegł pies z m drymi oczami i naje on sier ci .
Był wesoły i zadowolony jak wszystkie psy po załatwieniu swej potrzeby i uganiał
si za wróblami spo ywaj cymi niadanie na kupie ko skiego nawozu.
Potem przeszła obok niego ta, która psa pilnowała. Była to niewiasta nie
pierwszej młodo ci, z warkoczami zgrabnie upi tymi dokoła głowy.
Pogwizdywała na psa i bawiła si ła cuszkiem oraz eleganckim biczykiem.
Szwejk przemówił do niej:
- Przepraszam, panienko, któr dy idzie si na i kov? - Przystan ła i
spojrzała na niego, czy to aby nie kpiarz jaki, ale poczciwa twarz Szwejka
przekonała j , e ten ołnierz naprawd chce i na i kov. Wyraz jej twarzy
zmi kł i ch tnie zacz ła mu tłumaczy , jak to si idzie na ten i kov.
- Bo ja dopiero niedawno zostałem przeniesiony do Pragi - mówił Szwejk. - Ja
nietutejszy. Jestem z prowincji, a panienka te wida nie z Pragi.
- Ja z Vodnian - odpowiedziała.
- No to pochodzimy z tych samych stron - odpowiedział Szwejk. - Ja z
Protivina.
Znajomo geografii czeskiego południa, któr Szwejk przyswoił sobie kiedy
podczas manewrów, napełniła serce dziewczyny regionalnym ciepłem.
- To zna pan w Protivinie na rynku rze nika Pejchara?
- Jak e go nie zna ? To mój kuzyn. Bardzo go tam u nas wszyscy lubi mówił Szwejk - to człowiek dobry, usłu ny, ma dobre mi so i dobrze wa y.
- Czy pan przypadkiem nie Jaresz? - zapytała dziewczyna, zaczynaj c
odczuwa sympati dla nieznajomego ołnierza.
- Jaresz.
- A z których Jareszów? Z tych z Kreza koło Protivina czy z Ra ic?
- Z Ra ic.
- A stary jeszcze rozwozi piwo?
- Ci gle.
- Ten ju b dzie miał wi cej jak sze dziesi t.
127
- Sze dziesi t osiem sko czył na wiosn - odpowiedział spokojnie Szwejk. Teraz kupił sobie psa, i jazda, panie gazda. Pies siedzi na wozie i pilnuje. Akurat
taki pies jak ten, co goni wróble. Ładny piesek, bardzo ładny.
- To nasz - pouczała go nowa znajoma. - Ja jestem w obowiazku u pana
pułkownika. Pan nie zna naszego pułkownika?
- Znam go, to bardzo inteligentny pan - rzekł Szwejk. - U nas w
Budziejowicach te był taki jeden oberst.
- Nasz pan jest bardzo surowy, a gdy niedawno mówili, e nas w Syberii
sprali, to przyszedł do domu w ciekły, potłukł w kuchni wszystkie talerze i chciał
mnie wyrzuci .
- A wi c to pana obersta piesek? - przerwał jej Szwejk. - Szkoda, e mój
oberlejtnant psów nie znosi, bo ja bardzo psy lubi . - Milczał przez chwil , a
potem rzekł: - Psy s wybredne, nie ka dy pies re wszystko, co mu daj .
- Nasz Fox te bardzo wybredny. Przez jaki czas w ogóle nie chciał re
mi sa, ale teraz re znowu.
- A co mu najlepiej smakuje?
- W troba, gotowana w troba.
- Ciel ca czy wieprzowa?
- Wszystko jedno - roze miała si „krajanka” Szwejka, uwa aj c jego pytanie
za lichy dowcip.
Spacerowali jeszcze przez chwil , potem przył czył si do nich pinczer,
którego słu ca wzi ła na smycz . Wobec Szwejka zachowywał si bardzo poufale
i próbował rozedrze mu spodnie, cho by przez kaganiec. Co chwil skakał na
Szwejka, ale nagle, jakby wyczuwszy jego złe wzgl dem siebie zamiary, przestał
skaka , szedł przygn biony obok niego i spogl dał na obcego człowieka spode łba,
jakby chciał rzec: „A wi c i mnie czeka to samo?”
Nowa znajoma powiedziała mu jeszcze, e wychodzi tu z psem tak e
wieczorami, zawsze o szóstej, e adnemu praskiemu m czy nie nie ufa, bo raz
dała ogłoszenie do gazety, zjawił si na to jaki lusarz o wiadczaj c, e b dzie si
z ni enił, wycyganił od niej osiemset koron na jaki tam wynalazek i przepadł.
Na prowincji ludzie s stanowczo uczciwsi. Gdyby miała wychodzi za m , to
tylko za człowieka z prowincji, ale dopiero po wojnie. Wojenne mał e stwa
uwa a za głupstwo, poniewa zazwyczaj ka da taka niewiasta zostaje wdow .
Szwejk zapewnił j uroczy cie, e wieczorem przyjdzie, i zawrócił do piwiarni,
aby powiedzie przyjacielowi Blahnikowi, e ten pies re w trob , wszystko jedno
jak .
- Pocz stuj go wołow - postanowił Blahnik. - Wzi łem ju na ni raz
bernardyna fabrykanta Vydry, stworzenie ogromnie wierne. Jutro przyprowadz
ci psa w porz dku.
Blahnik dotrzymał słowa. Gdy Szwejk ko czył przedpołudniowe sprz tanie,
ozwało si za drzwiami szczekni cie i Blahnik wci gn ł do mieszkania
opieraj cego si pinczera, który był w tej chwili jeszcze bardziej zje ony ni
zazwyczaj. Dziko wywracał oczy i spogl dał przed siebie tak ponuro, e
przypominał głodnego tygrysa, zamkni tego w klatce, przed któr stoi wypasiony
go ogrodu zoologicznego. Szcz kał z bami i warczał, jakby chciał rzec:
„Rozszarpi wszystko i ze r .”
128
Przywi zali psa przy stole kuchennym i Blahnik opowiedział, jak si wszystko
odbyło.
- Umy lnie szedłem przy nim, a w papierze niosłem gotowan w trob . Zacz ł
w szy i podskakiwa ku mnie. Nie dałem mu nic i szedłem dalej; pies za mn .
Koło parku skr ciłem w ulic Bredov i tam dałem mu pierwszy kawałek. Po erał
w trob nie zatrzymuj c si , eby mnie z oczu nie straci . Skr ciłem w ulic
Jindrzisk i dałem mu now porcj . Potem, gdy si na arł, wzi łem go na smycz i
ci gn łem go przez plac Wacława na Vinohrady a do Vrszovic. Po drodze
wyrabiał mój piesek istne cuda. Kiedy przechodziłem przez tor tramwajowy,
poło ył si i ani rusz. Chciał wida , eby go tramwaj przejechał. Przyniosłem ci
te czysty formularzyk rodowodu, który kupiłem u papiernika Fuchsa. Musisz
zmajstrowa rodowód, Szwejku.
- Rodowód musi by wypisany twoj r k . Napisz, e pochodzi z Lipska, z
psiarni von Bülow. Ojciec Arnheim von Kahlsberg, matka Emma von
Trautensdorf, po ojcu Zygfrydzie von Busenthal. Ojciec otrzymał pierwsz
nagrod na berli skiej wystawie pinczerów w roku tysi c dziewi set dwunastym.
Matka odznaczona złotym medalem norymberskich stowarzysze hodowców
psów szlachetnych. Wiele lat mo e mie , jak ci si zdaje?
- Podług z bów, dwa lata.
- Napisz półtora roku.
- Kiepsko ma uszy przyci te. Widzisz, Szwejku?
- Jest na to rada. Je li b dzie trzeba, przytniemy mu uszy, ale dopiero wtedy,
gdy si do nas przyzwyczai. Teraz byłby jeszcze bardziej zły.
Porwany piesek warczał jak w ciekły, sapał, rzucał si a wreszcie poło ył si
z wywieszonym j zykiem, zm czony, i czekał, co b dzie z nim dalej.
Uspokajał si powoli i tylko od czasu do czasu ało nie skowyczał.
Szwejk poło ył przed nim reszt w troby, otrzyman od Blahnika. Ale pies
odwrócił si od niej i rzucił na obu w ciekłe spojrzenie, jakby mówił: „Ju raz
wpadłem, sami sobie to ze ryjcie.”
Le ał zrezygnowany i udawał, e drzemie. Potem strzeliło mu raptem co do
głowy, wstał, zacz ł słu y i prosi przednimi łapami. Poddawał si .
Ta wzruszaj ca scena nie wywarła na Szwejku najmniejszego wra enia.
- Le e ! - krzykn ł na biedaka, który znowu poło ył si na podłodze skoml c
ało nie.
- Jakie imi wpiszemy mu do rodowodu? - zapytał Blahnik. - Wabił si Fox,
wi c trzeba mu da imi podobne, eby si szybko przyzwyczaił.
- To go nazwiemy na przykład „Max”. Widziałe , jak nadstawia uszy? Pójd
tu, Max!
Nieszcz liwy rasowy pies, któremu zabrano dom, pana i imi , wstał i
oczekiwał dalszych rozkazów.
- My l , e mo na go odwi za - rzekł Szwejk. - Zobaczymy, co b dzie robił.
Gdy go odwi zano, pies od razu pu cił si do drzwi. Szczekn ł trzy razy na
klamk , licz c zapewne na wspaniałomy lno tych złych ludzi. Widz c wszak e,
e nie maj zrozumienia dla jego pragnie wydostania si na dwór, zrobił przy
drzwiach kału , w przekonaniu, e zostanie wyrzucony za drzwi, jak si to działo
129
niegdy , gdy był młody, a pułkownik uczył go ostro, po wojskowemu, jak si ma
zachowywa w mieszkaniu.
Zamiast tego Szwejk rzekł:
- Sprytna bestia! Jezuita z niego!
Rzekłszy to przeci gn ł go pasem i tak dokładnie unurzał mu pysk w kału y,
e pies nie nad ył si oblizywa .
Skomlił, poha biony, i zacz ł biega po kuchni, w sz c własne lady,
nast pnie pobiegł szybko do stołu, po arł reszt w troby zostawionej dla niego na
podłodze, poło ył si koło pieca i zasn ł po całej tej awanturze.
- Wiele jestem ci winien? - zapytał Szwejk Blahnika, gdy si z nim egnał.
- Nie mów o tym, Szwejku - rzekł Blahnik mi kko. - Dla starego kamrata
zrobi wszystko, tym bardziej gdy słu y w wojsku. Zosta z Bogiem, chłopie, i nie
prowad go nigdy przez Plac Havliczka, eby si nie stało jakie nieszcz cie.
Gdyby ci był potrzebny jeszcze jaki piesek, to wiesz, gdzie mieszkam.
Szwejk pozwolił Maxowi wyspa si porz dnie, tymczasem za kupił u
rze nika wier kilograma w troby, ugotował j i czekał, a si pies przebudzi.
Pod nos poło ył mu kawałek ciepłej w troby.
Max zacz ł oblizywa si przez sen, potem przeci gn ł si , obw chał w trob
i po arł j . Nast pnie podszedł ku drzwiom i powtórzył prób wydostania si na
dwór.
- Pójd tu, Max! - zawołał Szwejk.
Pies zbli ył si do niego nieufnie. Szwejk wzi ł go na kolana, pogłaskał i Max
po raz pierwszy zamerdał szcz tkiem swego przyci tego ogona. Delikatnie złapał
r k Szwejka z bami i spojrzał na niego tak m drze, jakby chciał rzec: „Tu si
nie da nic zrobi . Ju wiem, e spraw przegrałem.”
Szwejk głaskał go dalej i zacz ł mu opowiada głosem tkliwym:
- Był sobie jeden piesek, nazywał si Fox i mieszkał u niejakiego obersta.
Słu ca prowadziła go na spacer, a przyszedł jeden pan i Foxa ukradł. Fox
dostał si do wojska do jednego oberlejtnanta i dali mu imi Max. Daj łap , Max.
No, widzisz, bydl jedno, e b dziemy dobrymi przyjaciółmi, je li b dziesz
grzeczny i posłuszny. Bo jak nie, to lanie.
Max zeskoczył z kolan Szwejka i zacz ł dokazywa . Wieczorem, gdy
porucznik wrócił z koszar, Szwejk i Max byli ju najlepszymi przyjaciółmi.
Spogl daj c na Maxa Szwejk filozofował:
- Jak pomy le akuratnie, to wła ciwie ka dy ołnierz jest te wykradziony ze
swego domu jak ten pies.
Porucznik Lukasz był bardzo mile zaskoczony widokiem Maxa, który te
ucieszył si szczerze, znowu zobaczywszy człowieka z szabl .
Na pytanie, sk d pies pochodzi i ile kosztuje, odpowiedział Szwejk z zupełnym
spokojem, e dostał go w podarunku od jednego przyjaciela, który akurat musiał
stan do wojska.
- Dobrze, Szwejku - rzekł porucznik bawi c si z Maxem - na pierwszego
dostaniecie ode mnie pi dziesi t koron za psa.
- Nie mog przyj , panie oberlejtnant.
- Szwejku - rzekł surowo porucznik - kiedy cie si meldowali na słu b u
mnie, powiedziałem wam, e musicie spełnia ka dy mój rozkaz. Gdy wam
130
mówi , e dostaniecie pi dziesi t koron, to musicie je przyj i przepi . Co
zrobicie, Szwejku, z tymi pi dziesi cioma koronami?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e je przepij według rozkazu.
- A gdybym czasem zapomniał o tym, to rozkazuj , wam, aby cie mi
meldowali, e wam si nale y pi dziesi t koron. Rozumiecie? A pcheł ten pies nie
ma? Lepiej go od razu wyk pa i wyczesa . Jutro mam słu b , ale pojutrze pójd
z nim na spacer.
Podczas gdy Szwejk k pał Maxa, pułkownik, były jego wła ciciel, strasznie
awanturował si w domu i groził, e odda pod s d polowy tego, kto mu psa
ukradł, e go ka e rozstrzela , powiesi , zamkn w wi zieniu na dwadzie cia lat i
rozsieka na kawałki.
- Der Teufel soll den Kerl buserieren! - krzyczał pułkownik, a szyby
brz czały. - Mit solchen Meuchelmörden werde ich bald fertig.
Nad Szwejkiem i nad Łukaszem unosiła si w powietrzu katastrofa.
131
Rozdział 15
KATASTROFA
Pułkownik Fryderyk Kraus, maj cy te przydomek von Zillergut, jako
pami tk po jakiej wioszczynie w Salzburgu, któr przodkowie jego przepili
jeszcze w osiemnastym wieku, był czcigodnym bałwanem. Gdy co opowiadał, to
mówił o rzeczach wszystkim dobrze znanych, a jeszcze pytał przy tym słuchaczy,
czy dobrze rozumiej najbardziej elementarne poj cia.
- A wi c okno, panowie. Wiecie, co to jest okno? Albo na przykład:
- Droga, która po obu stronach ma rowy, nazywa si szos . Tak, panowie.
Wiecie, co to jest rów? Rów to wykop, nad którym pracuje sporo ludzi. Jest to
zagł bienie. Tak. Kopie si rydlami. Wiecie, co to jest rydel?
Miał mani obja niania wszystkiego, a czynił to z takim zapałem, jak jaki
wynalazca opowiadaj cy o swoim dziele.
- Ksi ka, prosz panów, to pewna ilo rozmaicie poci tych wiartek papieru
ró nego formatu, który jest zadrukowany, uło ony, zeszyty i zlepiony. Tak.
Wiecie, panowie, co to jest klej? Klejem si lepi.
Był tak potwornie głupi, e oficerowie uciekali od niego i omijali go z dala,
aby nie słucha jego wykładu, e trotuar oddzielony jest od jezdni, e jest to
podwy szony pas bruku przed frontem domu, za front domu to ta cz , która
widzimy z ulicy lub z chodnika. Tylnej cz ci domu z trotuaru zobaczy nie
mo na, o czym łatwo si przekona , gdy si stanie na jezdni.
Gotów był zademonstrowa t interesuj c rzecz na poczekaniu, ale na
szcz cie przejechano go. Od tego czasu zgłupiał jeszcze bardziej. Zatrzymywał
oficerów i wdawał si z nimi w niesko czenie długie rozmowy o omletach, sło cu,
termometrach, p czkach, oknach i znaczkach pocztowych.
Było naprawd dziwne, e ten idiota mógł stosunkowo szybko awansowa i e
posiadał poparcie ludzi wpływowych, jak na przykład dowodz cego generała,
który popierał go pomimo jego absolutnej niezdatno ci.
Podczas manewrów dokazywał ze swoim pułkiem istnych cudów. Nigdy nie
dotarł do oznaczonego celu na czas, prowadził ołnierzy kolumnami pod
karabiny maszynowe, a kiedy przed laty podczas manewrów cesarskich na
południu Czech zdarzyło si , e razem ze swoim pułkiem zabł kał si ,
zaw drował a na Morawy i włóczył si z nimi jeszcze par dni po uko czonych
manewrach, gdy ołnierze innych pułków ju dawno siedzieli w koszarach. Uszło
mu i to.
Jego przyjacielskie stosunki z generałem dowodz cym i z innymi, nie mniej
zidiociałymi dygnitarzami wojskowymi starej Austrii, przyniosły mu szereg
odznacze i orderów. Czuł si ogromnie wyró niony i uwa ał si za najlepszego
ołnierza pod sło cem oraz za teoretyka strategii i wszystkich nauk wojskowych.
Podczas przegl du pułku wdawał si w rozmow z ołnierzami i pytał ich
zawsze o to samo:
- Dlaczego karabin, jakiego u ywa wojsko, nazywa si manlicher?
132
W pułku przezywali go z tej racji „Manlichertrottel”. Był niezwykle m ciwy,
gubił podwładnych oficerów, je li mu si nie podobali, a gdy który z nich chciał
si eni , to władzom wy szym wydawał o nim jak najgorsz opini .
Brakowało mu połowy lewego ucha, któr w młodo ci odci ł mu w pojedynku
jego przeciwnik, wyzwany przez niego za proste stwierdzenie faktu, e Fryderyk
Kraus von Zillergut jest sko czonym bałwanem.
Po analizie jego przymiotów umysłowych łatwo doszliby my do wniosku, e
przymioty te nie były wcale lepsze od tych, które wsławiły gburowatego
Habsburga, Franciszka Józefa, jako notorycznego idiot .
Jego mowa miała te same akcenty, w jego głowie mie cił si taki sam zasób
naiwno ci. Podczas pewnego bankietu w kasynie oficerskim, gdy rozmawiano o
Schillerze, pułkownik Kraus von Zillergut wyrwał si ni w pi , ni w dziesi :
- Widziałem wczoraj, moi panowie, pług parowy p dzony przez lokomotyw .
Przedstawcie sobie, panowie, przez lokomotyw , ale nie przez jedn , lecz przez
dwie lokomotywy. Patrz : dym, podchodz bli ej, a to lokomotywa, a z drugiej
strony druga. Powiedzcie, panowie, czy to nie mieszne? Dwie lokomotywy, jakby
nie do było jednej.
Przez chwil milczał, a potem dorzucił:
- Gdy si benzyna wyczerpie, to automobil musi si zatrzyma . To te wczoraj
widziałem. A potem gl dzi si o zachowaniu energii! Nie jedzie, stoi, nie ruszy si ,
bo nie ma benzyny. Czy to nie mieszne?
Przy swojej t pocie był niezwykle pobo ny. W mieszkaniu miał ołtarz
domowy. Cz sto chodził do ko cioła w. Ignacego do spowiedzi i do komunii, a od
pocz tku wojny modlił si o powodzenie wojsk austriackich i niemieckich.
Chrze cija stwo mieszał z marzeniami o hegemonii germa skiej. Bóg miał
dopomóc zwyci zcom do wydarcia pokonanych ziem i bogactw.
Wpadał zawsze w istny szał, gdy przeczytał w gazetach, e przywieziono
je ców.
- Po co bra je ców? - mawiał. - Powystrzela ich wszystkich bez miłosierdzia!
Ta czy po trupach! Wszystkich cywilów w Serbii spali co do jednego! Dzieci
pozakłuwa bagnetami!
Nie był wcale gorszy od niemieckiego poety Vierordta, który podczas wojny
wydrukował wiersze wzywaj ce ojczyzn niemieck , aby dusz z elaza
nienawidziła i mordowała miliony diabłów francuskich.
Niech a pod obłoki, ponad góry,
Gromadz si ko ci ludzkie i dymi ce ciała...
Sko czywszy wykład w szkole jednorocznych ochotników, porucznik Lukasz
wyszedł z Maxern na spacer.
- Pozwalam sobie zwróci uwag pana oberlejtnanta - rzekł zatroskany
Szwejk - e z tym psem trzeba bardzo ostro nie, eby nie uciekł. Mo e zat skni
na przykład za dawnym panem i mógłby da d ba, gdyby go pan spu cił ze
smyczy. Nie radziłbym te chodzi z nim przez Plac Havliczka, bo tam włóczy si
jeden zły pies rze nicki spod „Maria skiego Obrazu”. To strasznie zły pies; jak
tylko zobaczy w swoim rewirze obcego psa, to zaraz robi si strasznie zazdrosny,
133
eby mu tamten czego nie ze arł. Takie to psisko jak i ten ebrak od wi tego
Hasztala.
Max podskakiwał wesoło i pl tał si mi dzy nogami, okr cił ła cuszek dokoła
szabli porucznika i wyraził wielk rado , e pójdzie na spacer.
Wyszedłszy na ulic porucznik Lukasz skierował si w stron Przikopów.
Miał si spotka z pewn dam na rogu ulicy Pa skiej. Pogr ony był w my lach
urz dowych. O czym ma jutro wykłada jednorocznym ochotnikom w szkole?
Jak okre lamy wysoko danego wzniesienia? Dlaczego okre lamy wysoko
licz c zawsze od poziomu morza? Jak w stosunku do poziomu morza obliczamy
wysoko wzniesienia, licz c od jego podnó a? Po co, do diabła, Ministerstwo
Wojny wł cza takie sprawy do programów szkolnych! To przecie rzecz artylerii.
Istniej te mapy sztabu generalnego. Gdy nieprzyjaciel znajdowa si b dzie na
wzgórzu 312, to nie b dzie czasu rozmy la o tym, dlaczego wysoko wzgórka
podana jest licz c od poziomu morza, ani nie b dzie czasu, aby zabra si do
okre lenia jego własnej wysoko ci. Spogl da si na map i basta.
Z rozmy la tych wyrwało porucznika ostre wezwanie: „Halt!”. Ozwało si
ono nad jego uchem akurat w chwili, gdy zbli ał si do ulicy Pa skiej.
Jednocze nie z ozwaniem si tego głosu pies szarpn ł si na ła cuszku i z
radosnym ujadaniem rzucił si w stron człowieka, który krzykn ł: „Halt!”1
Przed porucznikiem stał pułkownik Kraus von Zillergut. Porucznik Lukasz
salutował tłumacz c si pułkownikowi, e go nie zauwa ył.
Pułkownik znany był z tego, e nami tnie lubił zatrzymywa podwładnych.
Salutowanie uwa ał za co , od czego zawisły losy wojny i na czym oparta jest
pot ga armii.
„W salutowanie ołnierz powinien wkłada dusz ”, mawiał. Był to wyraz
najpi kniejszego kapralskiego mistycyzmu.
Pilnował i uwa ał, aby salutuj cy oddał ukłon wojskowy ci le według
przepisów do najsubtelniejszych szczegółów wł cznie, precyzyjnie, z powag .
Czyhał na wszystkich, którzy go omijali: od piechura a do podpułkownika.
Takich szeregowców, którzy salutowali mimochodem, ledwie dotykaj c daszka
czapki, jakby chcieli rzec: „Jak si masz?”, zatrzymywał i sam prowadził ich do
koszar dla ukarania.
Nie mo na si było tłumaczy przed nim słowami: „Nie widziałem.”
„ ołnierz, mawiał, winien szuka swego przeło onego w tłumie i nie wolno mu
my le o niczym innym, tylko o tym, aby spełni swój obowi zek przepisany
przez regulamin słu bowy. Gdy pada na pobojowisku, winien przed skonaniem
zasalutowa . Kto nie umie salutowa , udaje, e nie widzi, albo salutuje niedbale,
jest dla mnie bydlakiem.”
- Panie poruczniku - straszliwym głosem mówił pułkownik Kraus - ni sze
stopnie obowi zane s oddawa cze wy szym. To nie jest zniesione. A po
drugie: od kiedy to panowie oficerowie przyzwyczaili si chodzi na spacer z
kradzionymi psami? Tak jest: z kradzionymi. Pies, który jest własno ci kogo
innego, jest psem kradzionym.
- Ten pies, panie pułkowniku... - zacz ł si tłumaczy Łukasz.
- Jest moim psem, panie poruczniku - szorstko przerwał mu pułkownik. - To
mój Fox.
134
A Fox czy Max przypomniał sobie dawnego pana, nowego za wygnał z serca i
wyrwawszy si porucznikowi obskakiwał pułkownika z takim nadmiarem
rado ci, na jak zdoby si mo e tylko gimnazista wysłuchany przez ukochan .
- Chodzenie na spacer z kradzionymi psami nie daje si pogodzi z honorem
oficerskim. Pan nie wiedział? Oficer nie mo e kupowa psa nie przekonawszy si ,
e mo e go kupi bez przykrych dla siebie nast pstw! - grzmiał pułkownik Kraus
głaszcz c Foxa-Maxa, który z psi podło ci zacz ł warcze na porucznika i wyszczerza na niego z by, jakby pułkownik puszczał go na swoj ofiar : „We go!”
- Panie poruczniku - mówił pułkownik dalej - czy uwa ałby pan za wła ciwe
je dzi na kradzionym koniu? Nie czytał pan ogłoszenia w „Bohemii” i
„Tagblacie”, e zgin ł mi rasowy pinczer? Jak to, nie czytał pan ogłoszenia swego
przeło onego?
Pułkownik załamał r ce ze zdumienia.
- Udali si ci młodzi oficerowie! A gdzie dyscyplina? Pułkownik posyła do
gazety ogłoszenie, a porucznik nie czyta go!
„Gdybym ci, dziadu stary, mógł da par razy w pysk... '„ - my lał porucznik
Lukasz spogl daj c na bokobrody pułkownika przypominaj ce orangutana.
- Niech pan idzie ze mn kawałek - rzekł pułkownik. Porucznik szedł obok
przeło onego prowadz c z nim mił rozmow .
- Na froncie, panie poruczniku, taka rzecz przynajmniej nie b dzie si wam
mogła ju wi cej przytrafi . Spacerowa sobie na tyłach z kradzionymi psami to
rzecz istotnie wielce nieprzyjemna. Tak. Spacerowa z psem swego przeło onego.
I to w czasach, gdy na polach bitew co dzie tracimy setki najlepszych oficerów.
A ogłosze si nie czyta. Przecie w taki sposób przez sto lat mógłbym
zamieszcza ogłoszenia, e mi zgin ł pies. Dwie cie lat, trzysta lat!
Pułkownik gło no si wysmarkał, co zawsze oznaczało u niego wysoki stopie
wzburzenia, i rzekł:
- Mo e pan spacerowa dalej.
Odwrócił si i poszedł chłoszcz c gniewnie szpicrut poły swego oficerskiego
płaszcza.
Porucznik Lukasz przeszedł na drugi chodnik, ale i tam usłyszał surowe:
„Halt!” Pułkownik zatrzymał wła nie jakiego nieszcz liwego piechura,
rezerwist , który my lał o swojej mamie siedz cej w domu i przeoczył
zwierzchnika.
Pułkownik własnor cznie ci gn ł go do koszar dla ukarania i wyzywał go od
morskich wi .
„Co ja z tym Szwejkiem zrobi ? - my lał porucznik. - Rozpłatam mu g b , ale
to mało. Pasy drze z tego łotra, i tego nie do .”
Zapominaj c, e miał si spotka z pewn dam , wzburzony skierował si w
stron swego mieszkania.
- Zabij tego drania! - rzekł wsiadaj c do tramwaju.
Tymczasem dobry wojak Szwejk zaj ty był interesuj c rozmow z
ołnierzem z koszar, który przyniósł porucznikowi jakie papiery do podpisania i
czekał na niego.
135
Szwejk podejmował go kaw i przy tym napoju opowiadali sobie, e Austria
si przejedzie.
Rozmawiali tak, jakby nic lepszego i pewniejszego nie mieli sobie do
powiedzenia. Był to nie ko cz cy si potok słów, które z wszelk pewno ci
byłyby przez s d okre lone jako zdrada stanu i za które byliby powieszeni.
- Najja niejszy pan musiał z tego wszystkiego do reszty zidiocie - o wiadczył
Szwejk. - Nigdy nie był sprytny, ale ta wojna go z pewno ci dobije.
- Ju zidiociał - z cał pewno ci zadeklarował ołnierz z koszar: - Głupi jak
noga stołowa. Mo e nawet nie wie, e jest wojna. By mo e, e wstydzili si
powiedzie mu o tym. Ten podpis na manife cie do jego narodów to te pewno
szachrajstwo. Kazali wydrukowa bez jego wiedzy, bo on ju o niczym my le nie
mo e.
- Gotów jest, i tyle - tonem znawcy zawyrokował Szwejk.
- Robi pod siebie i musz go karmi jak małe dziecko. Niedawno opowiadał w
szynku jeden pan, e ma dwie mamki i e trzy razy dziennie daj cesarzowi ssa .
- eby nam wreszcie porz dnie skór złoili - westchn ł ołnierz z koszar byłby wreszcie z t Austri spokój.
Obaj rozmawiali w ten sposób dalej, a wreszcie Szwejk pot pił Austri
ostatecznie:
- Takiej idiotycznej monarchii nie powinno by na wiecie. Słowa te uzupełnił
drugi ołnierz zdaniem, które było niejako wnioskiem praktycznym.
- Jak mnie po l na front, to im zwiej .
Gdy obaj ołnierze w dalszym ci gu wyra ali pogl d czeskiego człowieka na
wojn , ołnierz z koszar powtórzył, o czym słyszał dzisiaj na mie cie, e koło
Nachoda słycha armaty i e w najbli szym czasie car b dzie w Krakowie.
Potem opowiadali sobie o tym, e zbo e z całego kraju wywozi si do Niemiec,
e niemieccy ołnierze dostaj papierosy i czekolad .
Nast pnie przypomnieli sobie wzajemnie czasy dawnych wojen, a Szwejk
powa nie wywodził, e wtedy kiedy za mury obl onego miasta rzucano garnki
pełne smrodliwych rzeczy, wojowanie w takim smrodzie te nie było osobliw
przyjemno ci . Opowiadał koledze, i czytał, e jaki zamek oblegany był przez
całe trzy lata, a nieprzyjaciel nic innego nie robił, tylko dzie w dzie bawił si w
taki wła nie sposób z obl onymi.
Byłby niezawodnie powiedział jeszcze co interesuj cego i pouczaj cego
zarazem, ale rozmow ich przerwał powrót porucznika Lukasza.
Rzuciwszy straszliwe, mia d ce spojrzenie na Szwejka, podpisał papiery,
odesłał ołnierza i skin ł na Szwejka, aby poszedł za nim do pokoju.
Oczy porucznika miotały straszliwe błyskawice. Siadłszy na krze le
zastanawiał si spogl daj c na Szwejka, kiedy zacz masakr .”Najpierw dam
mu par razy w pysk - my lał - potem rozpłatam mu nos i poobrywam uszy, a
dalej si zobaczy.”
Tymczasem spogl dała na niego szczerze i tkliwie para poczciwych,
niewinnych oczu Szwejka, który odwa ył si przerwa cisz przed burz tymi
słowy:
136
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e kota ju pan nie ma. Ze arł past
do butów i pozwolił sobie zdechn . Wrzuciłem go do piwnicy, ale do s siedniej.
Takiego porz dnego i ładnego kota angorskiego ju pan nie znajdzie.
„ Co ja z nim zrobi ” - przemkn ło porucznikowi przez my l. - Na miło
bosk , przecie ma taki idiotyczny wyraz twarzy!”
Za poczciwe, niewinne oczy Szwejka dalej promieniały tkliwo ci i dobroci ,
poł czon z wyrazem absolutnej równowagi ducha, jakby mówił, e wszystko jest
w porz dku i nic si nie stało, a je li si nawet stało, to i tak jest w porz dku, e w
ogóle co si dzieje.
Porucznik Lukasz podskoczył ku Szwejkowi, ale go nie uderzył, jak
pierwotnie zamierzał. Machn ł mu pi ci pod nosem i rykn ł:
- Wy cie, Szwejku, ukradli psa!
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e o adnym takim wypadku nie
wiem, i pozwalam sobie, panie oberlejtnant, zauwa y , e z Maxem wyszedł pan
po południu na spacer, wi c go ukra nie mogłem. Mnie zaraz to zastanowiło, e
pan wrócił do domu bez psa. Pomy lałem, e musiało si co sta . To si nazywa
sytuacja. Przy ulicy Spalonej mieszkał rymarz Kunesz, to on te nie mógł wybra
si z psem na spacer, bo go zaraz zgubił. Zazwyczaj zapominał go gdzie w
szynku albo mu go kto kradł, czy te po yczył go sobie i nie oddał...
- Szwejku, bydl jedno, Himmellaudon, stulcie pysk! Albo jeste cie taki
wyrafinowany nikczemnik, albo te jeste cie taki bałwan i idiota, który nic nie
rozumie. Ci gle przytaczacie przykłady, ale ostrzegam was, e ze mn artów nie
ma! Sk d wzi li cie tego psa? Kto wam go dał? Czy wiecie, e to pies naszego
pułkownika, który odebrał mi go, gdy my si z nim przypadkowo spotkali? Czy
rozumiecie, e to okropny wstyd dla mnie? Gadajcie prawd : ukradli cie go czy
nie?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e go nie ukradłem.
- Wiedzieli cie o tym, e ten pies jest kradziony!
- Posłusznie melduj , e wiedziałem, e ten pies jest kradziony.
- Szwejku, Jezus Maria, Himmelherrgott, ja was zastrzel , bydl jedno, o le,
kretynie, gówniarzu jeden! Czy mo na by takim bałwanem?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e mo na.
- Czemu cie mi przyprowadzili kradzionego psa? Czemu cie mi t besti
wprowadzili do mieszkania?
- eby sprawi panu przyjemno , panie oberlejtnant.
Oczy Szwejka łagodnie i tkliwie spogl dały na twarz porucznika, który usiadł
i j kn ł:
- Czemu Bóg mnie karze takim bydlakiem!
W cichej rezygnacji siedział porucznik na krze le, doznaj c uczucia, e nie ma
siły, aby Szwejka hukn w łeb, a nawet nie ma jej tyle, aby skr ci papierosa.
Sam nie wiedz c, dlaczego to czyni, posiał Szwejka po „Bohemi ” i po „Tagblatt”,
eby ten sobie przeczytał ogłoszenie pułkownika o skradzionym psie.
Szwejk powrócił rozpromieniony z gazetami rozło onymi na stronie, na której
znajdowały si ogłoszenia, i z rado ci meldował:
- Jest ogłoszenie, prosz pana oberlejtnanta. Tak ładnie opisał pan oberst tego
skradzionego rasowego pinczera, a miło czyta . I jeszcze obiecał sto koron
137
nagrody temu, kto psa przyprowadzi. To bardzo przyzwoite wynagrodzenie.
Zwykle daje si pi dziesi t koron nagrody. Niejaki Bo etech z Konsirzów
utrzymywał si w taki sposób. Zawsze kradł jakiego psa, a potem czytał w
ogłoszeniach, czy go poszukuj i zaraz go tam odprowadzał. Pewnego razu ukradł
ładnego czarnego szpica, a poniewa wła ciciel nie poszukiwał psa przez
ogłoszenia, zrobił prób i sam ogłosił o szpicu w gazecie. Zapłacił za to całych pi
koron, po czym zgłosił si jeden pan. e to jego pies, e mu zgin ł i e my lał ten
pan, i szukanie nie zdałoby si na nic, bo nie wierzy w istnienie ludzi uczciwych.
Ale e teraz widzi, e jeszcze s poczciwi ludzie, co go ogromnie cieszy.
Zasadniczo, powiada, przeciwny jest wynagradzaniu uczciwo ci, ale na pami tk
podaruje mu swoj ksi k o hodowli kwiatów w domu i w ogródku. Mój zacny
Bo etech złapał tego czarnego szpica za zadnie łapy i dał nim po łbie temu panu.
Przysi gł sobie, e od tej chwili nigdy nie b dzie zamieszczał ogłosze o
znalezionych psach. Woli sprzeda psa hyclowi, gdy si o niego nikt nie troszczy i
nie poszukuje go przez ogłoszenia.
- Id cie spa , Szwejku - rozkazał porucznik. - Gotowi jeste cie wygłupia si
tu do samego rana.
Sam te poszedł spa , a w nocy niło mu si , e Szwejk skradł konia nast pcy
tronu, przyprowadził mu go, a podczas przegl du nast pca tronu poznał tego
konia, gdy on, nieszcz liwy porucznik Lukasz, jechał na nim przed swoim
oddziałem.
Rano porucznik czuł si tak, jakby przez cał noc hulał i jeszcze do tego został
obity. Gn biła go jaka niezwykle ci ka zmora. Nad ranem zasn ł jeszcze raz,
zm czony straszliwym snem, ale zbudziło go pukanie do drzwi, a zza nich
wychyliła si poczciwa twarz Szwejka i ozwało si pytanie, kiedy pan porucznik
ka e si zbudzi . Porucznik j kn ł na łó ku:
- Precz, bydlaku! To co strasznego!
Gdy wstał i gdy Szwejk przyniósł mu niadanie, porucznik został zaskoczony
nieoczekiwanym pytaniem swego słu cego:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, czy nie yczyłby pan sobie, ebym si
postarał o jakiego pieska?
- Wiecie, Szwejku, e mam wielk ochot odda was pod s d polowy - mówił
porucznik wzdychaj c - ale s d uniewinniłby was, bo czego tak kolosalnie
idiotycznego jak wy jeszcze wiat nie widział. Spójrzcie na siebie w zwierciadle.
Czy nie mdli was na sam widok waszego cymbalskiego wyrazu? Jeste cie przecie
najidiotyczniejsz igraszk przyrody, jakiej drugiej nie ma. No, powiedzcie sam,
Szwejku, czy podobacie si sobie?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e si sobie nie podobam. Jestem w
tym zwierciadle taki jaki , jakby mi kto guzów ponabijał. To szkło nie jest
szlifowane. U tego Chi czyka Sta ka, co handluje herbat , mieli kiedy takie
wypukłe lustro i jak kto spojrzał w nie, to mu si chciało rzyga . Pysk taki,
głowa jak ceber do pomyj, brzuch jak u pijanego kanonika, jednym słowem,
kreatura. Przechodził tam kiedy pan namiestnik, spojrzał na siebie i zaraz
musieli to lustro zdj .
Porucznik odwrócił si , westchn ł i uznał za słuszne zaj si raczej kaw ze
mietank ni Szwejkiem.
138
Szwejk gospodarował w kuchni: porucznik Lukasz słyszał, jak piewa:
Maszeruje Grenevil przez Prochow Bram ,
Szable mu si błyszcz , a dziewuchy piszcz ...
Potem słycha było inn piosenk :
My, ołnierze, mamy wi ta,
Karty, wódka i dziewcz ta,
I pieni dzy pełen trzos,
To ci los, to ci lo-ho-ho-hos...
„Takiemu bydlakowi wsz dzie dobrze” - pomy lał porucznik i splun ł.
We drzwiach ukazała si głowa Szwejka.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e przyszedł ołnierz z koszar, eby
pan si zaraz stawił u pana pułkownika.
I poufnie dodał:
- To pewno z powodu tego pieska.
- Ju wiem - rzekł porucznik, gdy w sieni goniec chciał mu si meldowa .
Rzekł to głosem stłumionym, a wychodz c rzucił na Szwejka mia d ce
spojrzenie.
Nie chodziło o raport, ale o co gorszego. Pułkownik siedział w fotelu ponury i
zachmurzony, gdy porucznik wszedł do jego kancelarii.
- Przed dwoma laty, panie poruczniku, yczył pan sobie dosta si do
Budziejowic do 91 pułku - mówił pułkownik. - Wie pan, gdzie s Budziejowice?
Nad Wełtaw , tak, nad Wełtaw , tam gdzie wpada do niej rzeka Ohrza czy co
takiego. Miasto jest du e, e tak powiem, przyjemne i je li si nie myl , ma ono
nadbrze e. Wie pan, co to jest nadbrze e? Jest to mur zbudowany nad wod .
Tak. Zreszt nie o to chodzi. Mieli my tam manewry.
Pułkownik zamilkł i spogl daj c na kałamarz przeszedł do innego tematu.
- Ten mój pies zepsuł si u pana. Nie chce nic re . Patrzcie, w kałamarzu jest
mucha. Dziwna rzecz, e w zimie wpadaj muchy do kałamarza. Nieporz dek.
„ Gadaj, stary safanduło” - my lał porucznik. Pułkownik wstał i przeszedł si
kilka razy po kancelarii.
- Długo my lałem nad tym, panie poruczniku, co wła ciwie mam zrobi z
panem, eby si taka rzecz powtórzy nie mogła, i przypomniałem sobie, e yczył
pan sobie zosta przeniesiony do 91 pułku. Naczelne dowództwo donosi nam, e w
pułku tym bardzo daje si odczuwa brak oficerów, poniewa Serbowie nam ich
wybili. Daj panu słowo honoru, e przed upływem trzech dni b dzie pan w 91
pułku w Budziejowicach, gdzie formuj si marszbataliony. Nie musi pan
dzi kowa . Wojsko potrzebuje oficerów, którzy...
Po czym, nie wiedz c, co ma jeszcze powiedzie , spojrzał na zegarek i dodał:
- Ju pół do jedenastej. Najwy szy czas i do raportu pułkowego. - Na tym
urwała si przyjemna rozmowa i porucznik odetchn ł, gdy wyszedł z kancelarii
pułkownika i znalazł si w szkole jednorocznych ochotników, którym oznajmił, e
za kilka dni udaje si na front i e urz dza wieczorek po egnalny w „Nekazance”.
Po powrocie do domu rzekł do Szwejka z naciskiem:
139
- Wiecie wy, Szwejku, co to jest marszbatalion?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e marszbatalion to jest
marszbaciar, a marszkompania to marszkuma. My zawsze wszystko skracamy.
- Wi c wam, Szwejku, powiem - rzekł porucznik uroczystym głosem - e
pojedziecie ze mn do takiego wła nie marszbaciara, kiedy tak lubicie skróty. Ale
nie my lcie sobie, e na froncie b dziecie wyprawiali takie idiotyczne kawały jak
tutaj. Cieszycie si ?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e bardzo si ciesz - odpowiedział
dobry wojak Szwejk. - B dzie to wspaniałe, gdy obaj polegniemy za
najja niejszego pana i jego rodzin ...
140
Rozdział 16
PRZYGODY SZWEJKA W POCI GU
W przedziale drugiej klasy poci gu po piesznego Praga-Czeskie Budziejowice
siedziało trzech pasa erów: porucznik Lukasz, naprzeciwko którego siedział
starszy, zupełnie łysy pan, i Szwejk, który stał skromnie przy drzwiach
wiod cych na korytarz i szykował si akurat do wysłuchania nowego wybuchu
gniewu swego porucznika. Ten, nie zwracaj c uwagi na obecno łysego cywila,
dawał upust swej zło ci na Szwejka, wywodz c mu przez cały czas podró y, e
jest koniem bo ym itp.
Chodziło wła ciwie o drobnostk , o liczb tobołów, którymi Szwejk si
opiekował.
- Skradli nam kufer - wyrzucał porucznik Szwejkowi. - Łatwo ci powiedzie
takie słowo, ty drabie!
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant - głosem cichym odezwał si Szwejk e naprawd go skradli. Po dworcach zawsze si włóczy du o takich indywiduów,
a ja wyobra am sobie, e jednemu z nich musiał si bezwarunkowo spodoba
pa ski kufer i e ten człowiek bezwarunkowo skorzystał z okazji, kiedy oddaliłem
si od baga u, eby panu zameldowa , e z baga em naszym wszystko w
porz dku. Mógł on ten nasz kufer skra tylko w takim pomy lnym momencie.
Na taki moment oni tylko czekaj . Przed dwoma laty na Północno-Zachodnim
Dworcu skradli pewnej pani wózek dziecinny razem z dziewczynk w
poduszkach, ale byli tacy szlachetni, e dziewczynk oddali w komisariacie policji
na naszej ulicy; niby to znale li j podrzucon w bramie. Potem gazety zrobiły z
tej nieszcz snej pani wyrodn matk .
Po czym Szwejk o wiadczył z całym naciskiem:
- Na dworcach kradło si zawsze i b dzie si kradło dalej. Inaczej nie mo na.
- Jestem przekonany, mój Szwejku - zabrał głos porucznik - e sko czycie
kiedy najpaskudniej w wiecie. Ci gle jeszcze nie wiem, czy udajecie wielkiego
bałwana, czy te urodzili cie si ju takim bałwanem. Co w tym kufrze było?
- Prawie e nic, panie oberlejtnant - odpowiedział Szwejk nie spuszczaj c oka
z łysiny cywila siedz cego naprzeciwko Lukasza, a jak si zdawało zgoła
oboj tnego wobec kradzie y kufra. Czytał spokojnie „Neue Freie Presse”. - W
całym tym kufrze było tylko lustro z naszego pokoju i elazny wieszak z
przedpokoju, tak e wła ciwie nie ponie li my adnej straty, poniewa lustro i
wieszak nale ały do gospodarza.
Widz c gro ny gest porucznika mówił dalej Szwejk głosem jak
najłagodniejszym:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e przedtem nic o tym nie
wiedziałem, e ten kufer b dzie skradziony, a co do lustra i wieszaka, to
powiedziałem panu gospodarzowi, e mu te rzeczy oddamy, jak wrócimy z wojny.
W krajach nieprzyjacielskich jest du o luster i wieszaków, tak e i pan gospodarz
nie mo e ponie
adnej straty. Jak tylko zdob dziemy jakie miasto...
- Stuli g b ! - straszliwym głosem przerwał mu porucznik. - Zobaczycie, e
oddam was kiedy pod s d polowy. Pomy lcie o tym dobrze, je li nie jeste cie
najwi kszym bałwanem na wiecie. Inny, cho by ył tysi c lat, nie narobiłby tyle
141
błaze stw, ile wy narobili cie w ci gu paru tygodni. Mam nadziej , e sami to
zauwa yli cie.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e zauwa yłem, bo ja mam, jak to
mówi , bardzo rozwini ty zmysł obserwacyjny i zawsze zauwa , gdy ju za
pó no i gdy si stanie co niemiłego. Mam takiego pecha jak niejaki Nechleba z
Nekazanki, który chodził do szynku „Suczy Gaik”. Zawsze chciał post powa
dobrze i od soboty prowadzi nowe ycie, a na drugi dzie po takim
postanowieniu mawiał zawsze: „Nad ranem zauwa yłem, przyjaciele drodzy, e
le na pryczy.” I zawsze spotkała go taka rzecz, kiedy postanawiał, e do domu
pójdzie w porz dku, a w ko cu pokazywało si , e wywrócił gdzie jaki płot albo
wyprz gł konia doro karzowi, albo te chciał sobie przeci gn cybuch od fajki
kogucim piórem z kapelusza patroluj cego policjanta. Ogarniała go rozpacz z
tego powodu, a najwi cej smuciło go to, e pech ten prze laduje ich przez
pokolenia. Jego dziadek wybrał si raz na w drówk ...
- Nie zawracajcie mi głowy głupimi opowiadaniami!
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e wszystko, co mówi jest
naj wi tsz prawd . Jego dziadek poszedł na w drówk ...
- Szwejku! - krzykn ł rozzłoszczony porucznik - jeszcze raz rozkazuj wam,
aby cie mi nic nie opowiadali. Nie chc nic słysze . Jak tylko przyjedziemy do
Budziejowic, to si z wami rozprawi . Wiecie, e was ka wsadzi do paki?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e o tym nic nie wiem - mi kko
odpowiedział Szwejk - bo jeszcze pan o tym nie wspominał.
Porucznik mimo woli zazgrzytał z bami. Westchn ł, wyj ł z płaszcza
„Bohemi ” i zacz ł czyta o wielkich zwyci stwach i o czynach niemieckiej łodzi
podwodnej „E”, grasuj cej na Morzu ródziemnym, ale gdy doszedł do miejsca o
nowym niemieckim wynalazku wysadzania miast w powietrze przy pomocy
specjalnych bomb, rzucanych z samolotów i wybuchaj cych trzy razy z rz du,
przerwał mu głos Szwejka, który zwracał si do łysego pana:
- Przepraszam szanownego pana, czy pan nie jest panem Purkrabkiem,
przedstawicielem banku „Slavia”?
Gdy łysy pan nie odpowiadał, Szwejk zwrócił si do porucznika:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e razu pewnego czytałem w gazecie,
e człowiek normalny powinien mie przeci tnie od sze dziesi ciu do
siedemdziesi ciu tysi cy włosów i e czarne włosy bywaj rzadsze, co mo na
zauwa y w wielu wypadkach.
I nieubłaganie wywodził dalej:
- A jeden medyk w kawiarni „U Szpirków” mówił, e najcz ciej wypadaj
włosy skutkiem wstrz su umysłowego przy połogu.
Ale w tej chwili stała si rzecz straszliwa. Łysy pan zerwał si i zaryczał na
Szwejka:
- Marsch heraus, Sie Schweinkerl! - Kopniakiem wyrzucił go za drzwi i
powróciwszy na swoje miejsce przedstawił si , czym zgotował porucznikowi mał
niespodziank .
Chodziło o drobne nieporozumienie, bo łyse indywiduum nie było panem
Purkrabkiem, przedstawicielem banku „Slavia”, lecz generałem-majorem von
Schwarzburg. Pan generał odbywał wła nie w cywilnym ubraniu podró w celu
142
przeprowadzenia inspekcji w garnizonach i jechał do Budziejowic, aby
niespodzianie zaskoczy tamtejszy garnizon.
Był to najstraszliwszy ze wszystkich generałów inspekcyjnych, jacy zrodzili
si kiedykolwiek na tym padole, a je li znalazł co nie w porz dku, to z dowódc
garnizonu przeprowadzał rozmow bardzo zwi zł :
- Czy ma pan rewolwer?
- Mam.
- Doskonale. Na pa skim miejscu wiedziałbym, jak z niego skorzysta , bo to,
co tutaj widz , to nie garnizon ale stado wi .
I rzeczywi cie po jego podró y inspekcyjnej zawsze si gdzie kto zastrzelił,
co pan generał von Schwarzburg przyjmował do wiadomo ci z zadowoleniem:
- Tak by powinno! ołnierz jak si patrzy!
Zdaje si , e nie lubił, gdy po jego inspekcji wszyscy pozostawali przy yciu.
Miał mani przenoszenia oficerów na najgorsze miejsca. Wystarczył drobiazg,
aby oficer egnał si ze swoj załog i w drował na pogranicze czarnogórskie albo
do jakiego zapijaczonego, beznadziejnego garnizonu w zapomnianym zak tku
Galicji.
- Panie poruczniku - zapytał - gdzie pan ko czył szkoł wojskow ?
- W Pradze.
- A wi c otrzymał pan wykształcenie w szkole wojskowej i nie wie pan, e
oficer jest odpowiedzialny za swego podwładnego? Bardzo ładnie. Po drugie,
gaw dzi pan ze swoim słu cym jak z jakim bliskim przyjacielem. Pozwala mu
pan, aby mówił nie zapytany. Po trzecie, pozwala mu pan obra a swoich
przeło onych. I to jest wła nie najlepsze. Z tego wszystkiego wyci gn
odpowiednie konsekwencje. Jak si pan nazywa, panie poruczniku?
- Lukasz.
- A w którym pułku pan słu y?
- Byłem...
- Dzi kuj . O tym, gdzie pan był, nie ma mowy, chc wiedzie , gdzie pan jest
teraz.
- W 91 pułku piechoty, panie generale. Zostałem przeniesiony...
- A, przeniesiony... Bardzo dobrze zrobili. Nie zaszkodzi panu, gdy w
najbli szym czasie przespaceruje si pan razem z 91 pułkiem gdzie na front.
- Co do tego decyzja ju zapadła, panie generale.
Generał zacz ł obszerny wykład o tym, i oficerowie, jak to zauwa ył w
ostatnich latach, rozmawiaj ze swoimi podwładnymi w tonie bardzo poufałym i
e widzi w tym krzewienie niebezpiecznych zasad demokratycznych. ołnierza
trzeba trzyma w strachu przed przeło onymi, ołnierz musi dr e przed swoim
oficerem, ba si go. Oficerowie musz trzyma ołnierzy dziesi kroków od
siebie i nie powinni im pozwala , aby my leli samodzielnie, w ogóle nie powinni
tolerowa my lenia, bo na tym polega tragiczny bł d ostatnich lat. Dawniej
szeregowcy bali si oficerów jak ognia, ale dzisiaj...
Generał machn ł r k , jakby tracił wszelk nadziej .
- Dzisiaj prawie wszyscy oficerowie pieszcz si z ołnierzami. To chciałem
powiedzie .
143
Generał rozło ył znowu gazet i zabrał si do czytania. Porucznik Lukasz,
blady, wyszedł na korytarz, eby rozprawi si ze Szwejkiem.
Ujrzał go stoj cego przy oknie z tak błogim i zadowolonym wyrazem twarzy,
jaki mo e mie tylko miesi czne dzieci tko, które si nassało i lula spokojnie.
Porucznik stan ł, skin ł na Szwejka i wskazał mu pusty przedział. Wszedł do
niego za Szwejkiem i zamkn ł drzwi.
- Szwejku - rzekł uroczy cie - nareszcie nadeszła chwila, w której dostaniecie
par razy w pysk, jak jeszcze nikt nie dostał. Dlaczego zaczepili cie tego łysego
pana? Czy wiecie, e to jest generał von Schwarzburg?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant - odezwał si Szwejk z min
m czennika - e ja nigdy w yciu nie miałem najmniejszego zamiaru obrazi
kogokolwiek i e w ogóle nie miałem wyobra enia ani poj cia, e taki pan generał
istnieje na wiecie. On naprawd jest jak wykapany pan Purkrabek,
przedstawiciel banku” Slavia”. Ten pan chodził do naszego szynku i gdy pewnego
razu przy stole zasn ł, to jaki dobrodziej wypisał mu na jego łysinie ołówkiem
atramentowym:
„Niniejszym pozwalam sobie w my l zał czonej taryfy III c. uprzejmie
zaproponowa panu uciułanie posagu i zaopatrzenie pa skich dzieci za pomoc
ubezpieczenia na ycie.”
Naturalnie, e wszyscy sobie poszli, a ja tam z nim zostałem sam, a poniewa
mam zawsze pecha, wi c gdy si ten pan przebudził, to spojrzał w lustro i
rozzło cił si , bo my lał, e ja mu to zrobiłem, i chciał mi te da par razy w
pysk.
Słówko „te ” spłyn ło z ust Szwejka tak tkliwie i w tonie takiej ałosnej
skargi, e porucznikowi opadły r ce, Szwejk za mówił dalej:
- O tak drobn pomyłk to si pan nie potrzebuje zło ci . On powinien
naprawd mie od sze dziesi ciu do siedemdziesi ciu tysi cy włosów, jak
czytałem w artykule o tym, co powinien mie człowiek normalny. Mnie nawet na
my l nie przyszło, e jest na wiecie jaki łysy pan generał. To jest, jak si mówi,
tragiczna pomyłka, jaka trafi si mo e ka demu, gdy jeden co powie, a drugi
zaraz si tego czepi. Kiedy przed laty opowiadał nam krawiec Hyvel, jak z
miasta Styrii, w którym pracował, jechał do Pragi przez Leoben, a miał przy
sobie szynk , któr kupił sobie w Mariborze. Jedzie sobie poci giem i nic, my lał,
e jest jedynym Czechem mi dzy pasa erami, a jak koło St. Moritz zacz ł sobie
kraja płaty z tej szynki, to ten pan, co siedział naprzeciwko niego, spogl dał na
ni po dliwymi oczami, a w g bie miał pełno liny. Gdy krawiec Hyvel to
zobaczył, rzekł do siebie na głos: „ arłby , drabie jeden?” A tamten mu po
czesku na to odpowiedział: „Ju ci, arłbym, gdyby dał.” Wi c t szynk ze arli
do spółki, zanim dojechali do Budziejowic, a ten pan nazywał si Wojciech Rous.
Porucznik spojrzał na Szwejka i wyszedł z przedziału. Gdy znowu siedział na
swoim miejscu naprzeciwko generała, po chwili we drzwiach przedziału ukazała
si poczciwa twarz Szwejka.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e za pi minut b dziemy w
Taborze. Poci g stoi tam pi minut. Czy nie ka e pan przynie co do
zjedzenia? Przed laty miewali tutaj bardzo dobr ...
144
Porucznik zerwał si na równe nogi i wyrzuciwszy Szwejka za drzwi mówił do
niego w korytarzu:
- Jeszcze raz wam powtarzam, e im dalej jeste cie ode mnie, tym lepiej dla
was. Najszcz liwszy byłbym, gdyby cie w ogóle znikli z moich oczu, i b d cie
pewni, e postaram si o to. Nie zbli ajcie si do mnie w ogóle. Zniknijcie,
przepadnijcie, bydl cymbalskie!
- Rozkaz, panie oberlejtnant.
Szwejk zasalutował, odwrócił si i krokiem wojskowym oddalił si na koniec
korytarza, gdzie usiadł w k cie na ławeczce słu bowej konduktora i nawi zał
rozmow z jakim funkcjonariuszem kolejowym:
- Czy mi pan pozwoli zapyta si o co ?
Kolejarz, nie maj cy wida ochoty do wdawania si w rozmow , skin ł głow
z lekka i apatycznie.
- Przychodził do mnie - zacz ł Szwejk obszernie - pewien dobry człowiek,
niejaki Hofmann, i ten Hofmann zawsze twierdził, e sygnały alarmowe w
poci gach nigdy nie funkcjonuj , jednym słowem, e to na nic, cho si i
poci gnie za tak r czk . Ja, prawd powiedziawszy, nigdy si takimi rzeczami
nie interesowałem, ale skorom ju na ten sygnał alarmowy zwrócił tutaj uwag , to
chciałbym wiedzie , jak si rzeczy maj , bo mo e si zdarzy , e trzeba b dzie
poci gn .
Szwejk wstał i razem z funkcjonariuszem kolejowym podszedł do hamulca
alarmowego z napisem: „W razie niebezpiecze stwa...”
Kolejarz uwa ał za swój obowi zek obja ni Szwejka, na czym polega cały
mechanizm aparatu alarmowego.
- Słusznie panu powiedzieli, e trzeba poci gn za t r czk , ale ołgali pana,
e to nie funkcjonuje. Poci g zawsze zatrzyma si , poniewa to idzie przez
wszystkie wagony i jest poł czone z lokomotyw . Hamulec alarmowy musi
funkcjonowa .
Przy tym wykładzie obaj trzymali r ce na r czce hamulca i nie wiadomo, jak
to si wła ciwie stało, e r czka si osun ła, a poci g stan ł.
Nie mogli si zgodzi z sob , kto to zrobił, kto z nich wła ciwie dał sygnał
alarmowy.
Szwejk twierdził, e to nie on, e nie mógł zrobi takiej rzeczy, bo nie jest
przecie ulicznikiem.
- Mnie samemu dziwno - rzekł poczciwie do konduktora - dlaczego wła ciwie
poci g stan ł tak od razu. Jedzie, jedzie i od razu stoi. Mnie to jeszcze bardziej
irytuje ni pana.
Jaki powa ny pan stan ł w obronie kolejarza i twierdził, e słyszał, jak ten
ołnierz pierwszy zacz ł rozmawia o sygnałach alarmowych.
Natomiast Szwejk stale co mówił o swojej uczciwo ci i o tym, e wcale nie jest
zainteresowany w opó nianiu poci gu, poniewa jedzie na wojn .
- Pan zawiadowca stacji wytłumaczy to panu - zadecydował konduktor. Zapłacicie za to dwadzie cia koron.
Tymczasem wida było, jak podró ni wychodz z wagonów, kierownik
poci gu gwi d e, a jaka pani biegnie wystraszona z walizk podró n przez tory
prosto w pole.
145
- To naprawd warte dwadzie cia koron - rzekł roztropnie Szwejk nie trac c
ani na chwil spokoju. - To jeszcze, powiem panu, tanio. Pewnego razu, jak
najja niejszy pan zwiedzał i kov, to niejaki Franek Sznor zatrzymał jego powóz
w ten sposób, e przed najja niejszym panem ukl kł na obu kolanach na rodku
jezdni. Potem komisarz policji z tego rewiru rzekł do Franka Sznora z płaczem,
e nie powinien był robi mu tego w jego rewirze, ale o jedn ulic dalej, która ju
nale y do rewiru radcy policyjnego Krausego. Tam powinien był zło y hołd. No i
tego pana Sznora wpakowali do ula.
Szwejk rozgl dał si wła nie dokoła, kiedy do słuchaczy jego przył czył si
kierownik poci gu.
- Zdaje si - rzekł Szwejk - e czas jecha dalej. To nic przyjemnego, gdy
poci g si spó nia. eby to jeszcze w czasie pokoju, to bym nic nie mówił, ale jak
jest wojna, to wszyscy powinni wiedzie , e ka dym poci giem je d osoby
wojskowe, generałowie, oberlejtnanty, pucybuty. Ka de takie opó nienie to rzecz
paskudna. Napoleon spó nił si pod Waterloo o pi minut i zapaskudził sobie
cał swoj sław ...
W tej chwili przez gromadk słuchaczy Szwejka przedarł si porucznik
Lukasz. Był upiornie blady i nie zdobył si na nic innego, tylko na jedno słowo:
- Szwejk...
Szwejk zasalutował i odezwał si :
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e na mnie spychaj , e to ja
zatrzymałem poci g. Administracja kolei elaznej ma bardzo dziwne plomby
przy hamulcach alarmowych. Człowiek nie powinien nawet zbli a si do tego, bo
mo e mie przygod i potem mog chcie od niego dwadzie cia koron, jak na
przykład chc ode mnie.
Kierownik poci gu wyskoczył z wagonu, dał sygnał i poci g ruszył dalej.
Słuchacze Szwejka porozchodzili si do przedziałów, a porucznik Lukasz bez
słowa wrócił na swoje miejsce.
Na korytarzu pozostał tylko konduktor ze Szwejkiem i kolejarzem.
Konduktor wyj ł z kieszeni ksi k słu bow i zapisywał relacj o wypadku.
Kolejarz spogl dał na Szwejka okiem nieprzyjaznym, ale Szwejk zapytał go
yczliwie:
- Dawno pan słu y na kolei?
Poniewa kolejarz nie odpowiadał, przeto Szwejk o wiadczył, e znał
niejakiego Franciszka Mliczko z Uhrzinievsi koło Pragi, który razu pewnego te
poci gn ł za r czk takiego hamulca alarmowego i tak si przestraszył, e przez
dwa tygodnie nie mógł mówi i odzyskał mow dopiero wówczas, gdy przyszedł w
odwiedziny do ogrodnika Va ka w Hostivarzu, gdzie si z kim przemówił, a
tamten a złamał na nim bykowiec.
- To si stało - dodał Szwejk - w roku tysi c dziewi set dwunastym, w maju.
Kolejarz wszedł do klozetu i zamkn ł si w nim.
Ze Szwejkiem pozostał tylko konduktor i dopominał si dwudziestu koron
grzywny podkre laj c, e w razie przeciwnym b dzie musiał zaprowadzi go w
Taborze do zawiadowcy stacji.
- Bardzo dobrze - rzekł Szwejk - ja bardzo lubi porozmawia z lud mi
wykształconymi i bardzo mi b dzie przyjemnie pozna zawiadowc stacji Tabor.
146
Wyj ł z bluzy fajk , zapalił i puszczaj c obłoki dymu z ostrego wojennego
tytoniu, mówił dalej:
- Przed laty w Svitavie był zawiadowc stacji pan Wagner. Dla podwładnych
swoich był sko czonym draniem i szykanował ich, gdzie mógł, a najwi cej
zawzi ł si na niejakiego Jungwirta, zwrotniczego, a ten biedak z rozpaczy
poszedł i utopił si w rzece. Ale zanim si utopił, napisał list do zawiadowcy stacji,
e po nocach b dzie go straszył. Prawd mówi , straszył go. Siedzi mój
zawiadowca w nocy przy aparacie telegraficznym, a tu dzwonek dy -dy i
zawiadowca przyjmuje depesz : „Jak si masz, łotrze? Jungwirt.” Cały tydzie to
trwało. W odpowiedzi duchowi zawiadowca zacz ł posyła takie oto telegramy
słu bowe: „Przebacz mi, Jungwirt.” A nocy nast pnej aparat na to stuk-puk:”
Powie si na semaforze koło mostu. Jungwirt.” I pan zawiadowca go usłuchał.
Potem przez to samobójstwo zawiadowcy zaaresztowali telegrafist ze stacji
przed Svitav . Widzi pan, e mi dzy niebem i ziemi dziej si rzeczy, o jakich
nie mamy poj cia.
Poci g wjechał na dworzec taborski, a Szwejk, zanim w towarzystwie
konduktora wysiadł z poci gu, zameldował si , jak przystało, u porucznika
Lukasza:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e mnie prowadz do zawiadowcy
stacji.
Porucznik Lukasz nie odpowiedział. Opanowała go zupełna apatia. Pomy lał,
e najlepiej plun na wszystko, a mianowicie tak samo na Szwejka, jak i na
w Budziejowicach,
łysego generała. Siedzie spokojnie w wagonie, wysi
zameldowa si w koszarach i pomaszerowa na front z jakim oddziałem
marszowym. Na froncie zgin , je li ju nie mo na inaczej, i uciec z tego wiata,
po którym włóczy si taka pokraka jak Szwejk.
Gdy poci g ruszył, porucznik Lukasz wyjrzał oknem i na peronie zauwa ył
Szwejka zaj tego jakim powa nym wykładem, którego słuchał zawiadowca
stacji. Szwejk otoczony był tłumem ludzi, w ród których wida było tak e kilka
uniformów kolejarskich.
Porucznik westchn ł, ale westchnienie jego nie oznaczało alu. Zrobiło mu si
l ej na sercu, e Szwejk pozostał na peronie. Nawet i ten łysy generał nie wydawał
mu si ju teraz takim wstr tnym potworem.
Poci g ju dawno p dził ku Czeskim Budziejowicom, ale na peronie koło
Szwejka ludzi nie ubywało.
Szwejk przemawiał o swojej niewinno ci i przekonał zebranych tak dalece, e
jaka pani wyraziła si :
- Znowu szykanuj tu jakiego ołnierzyka.
Tłum przyznał jej racj , a jaki pan zwrócił si do zawiadowcy stacji i wyraził
gotowo zapłacenia za Szwejka dwudziestu koron kary. Powiedział przy tej
sposobno ci, i jest przekonany, e ten ołnierz tego nie uczynił.
- Spójrzcie na niego - wywodził wskazuj c na niewinn twarz Szwejka, który
zwracaj c si do tłumu, mówił:
- Ja, ludzie kochani, jestem niewinny.
147
Potem zjawił si wachmistrz andarmerii i wyprowadził z tłumu pewnego
obywatela, którego zaaresztował i poci gn ł z sob przemawiaj c do niego:
- Za to pan odpowie. Ja panu poka podburza ludzi i wygadywa , e je li w
taki sposób post puje si z ołnierzami, to nikt nie ma prawa oczekiwa od nich,
aby Austria zwyci yła.
Nieszcz liwy obywatel nie zdobył si na nic innego, tylko na szczere
zapewnienie, e jest majstrem rze nickim i ma sklep koło Starej Bramy, a słów
swoich u ył w całkiem innym znaczeniu.
Tymczasem dobry człowiek, wierz cy w niewinno Szwejka, zapłacił za niego
w kancelarii zawiadowcy kar i zaprowadził Szwejka do restauracji trzeciej
klasy, gdzie go pocz stował piwem, a dowiedziawszy si , e wojskowy bilet
kolejowy i wszystkie inne dokumenty Szwejka zostały u porucznika Lukasza, dał
Szwejkowi wspaniałomy lnie jeszcze pi koron na bilet do Budziejowic i na inne
wydatki.
Kiedy si z nim egnał, szepn ł mu poufnie na ucho:
- Uwa ajcie, ołnierzyku, jak b dziecie w Rosji w niewoli, to kłaniajcie si ode
mnie piwowarowi Zemanowi ze Zdołbunowa. Nazwisko moje macie wypisane na
kwicie kolejowym. Tylko b d cie sprytni, eby cie zbyt długo nie siedzieli na
froncie.
- Niech si pan nie boi - odpowiedział Szwejk. - Zawsze to bardzo
interesuj ce, gdy mo na zwiedzi za darmo jakie obce kraje.
Szwejk pozostał przy stole sam i podczas gdy przepijał pi koron
otrzymanych od szlachetnego dobroczy cy, ludzie na peronie, którzy nie byli
wiadkami rozmowy Szwejka z zawiadowc stacji, a tylko z daleka widzieli
zbiegowisko, opowiadali sobie, e złapali tu szpiega, który fotografował dworzec,
czemu energicznie przeczyła jaka pani mówi c, e nie złapali adnego szpiega,
ale słyszała, e dragon zar bał oficera koło ust pu damskiego, poniewa oficer ten
pchał si tam za narzeczon dragona, która go odprowadzała.
Tym romantycznym kombinacjom, charakteryzuj cym nerwowo czasów
wojennych, poło yła kres andarmeria usuwaj c tłum z peronu. A Szwejk pił
sobie dalej w spokoju ducha tkliwie wspominaj c swego porucznika. Co te on
pocznie, gdy sam przyjedzie do Czeskich Budziejowic, a w całym poci gu nie
znajdzie sługi swego?
Przed przybyciem poci gu osobowego restauracja klasy trzeciej napełniła si
ołnierzami i cywilami. Najwi cej było ołnierzy, a nale eli oni do ró nych
pułków i ró nych narodowo ci; zawierucha wojenna zap dziła ich do lazaretów
polowych. Odje d ali teraz ponownie na front po nowe rany, kalectwa i
cierpienia, aby za nie zasłu y sobie na prosty drewniany krzy nad grobem. Na
krzy u tym jeszcze po latach w ród smutnych równin wschodniej Galicji
trzepota b d na wietrze strz py austriackiej czapki ołnierskiej z zardzewiałym
b czkiem, za od czasu do czasu usi dzie na niej smutny i postarzały ju kruk,
wspominaj cy dawne czasy obfitych biesiad, kiedy to przygotowywano dla niego
smacznie zastawiony, bezkresny stół, pełen ludzkich trupów i ko skiej padliny,
kiedy to pod tak wła nie czapk , na której siedzi, znajdowały si najsmaczniejsze k ski - oczy ludzkie.
148
Jeden z takich kandydatów do nowych udr k, wypuszczony po operacji z
wojskowego lazaretu, ubrany w bluz brudn i zamazan krwi i błotem,
przysiadł si do Szwejka. Był to człeczyna chuderlawy, zabiedzony, smutny. Na
stole poło ył małe zawini tko, wyj ł z kieszeni podart portmonetk i przeliczał
pieni dze. Potem spojrzał na Szwejka i zapytał:
- Magyarul?
- Ja jestem, kolego, Czech - odpowiedział Szwejk. - Chcesz si napi ?
- Nem tudom, barátom.
- Nic nie szkodzi, kolego - zach cał go Szwejk przysuwaj cy pełny kufel przed
smutnego ołnierza. - Pij, bracie, zdrowo.
Tamten zrozumiał, napił si , podzi kował: - Köszönöm szivesen - i dalej
przegl dał zawarto swojej portmonetki, a wreszcie ci ko westchn ł. Szwejk
zrozumiał, e ten W gier ch tnie zafundowałby sobie piwa, ale nie ma pieni dzy,
wi c kazał mu je poda . W gier podzi kował i zacz ł opowiada Szwejkowi o
czym za pomoc gestów. Pokazywał swoj przestrzelon r k i mówił j zykiem
mi dzynarodowym:” Pif, paf, puf!”
Szwejk ze współczuciem kiwał głow , a chuderlawy rekonwalescent,
opuszczaj c lewic na pół metra od ziemi, a potem podnosz c trzy palce do góry,
pokazywał Szwejkowi, e ma troje małych dzieci.
- Nincs, ham, nincs ham - mówił dalej, pragn c powiedzie , e w domu nie
maj co je . Brudnym r kawem swego płaszcza wojskowego ocierał oczy, z
których trysn ły łzy. R kaw był rozszarpany przez kul , która zraniła
chuderlawego człeczyn walcz cego za króla w gierskiego.
Nic dziwnego, e przy takiej rozmowie nie pozostało Szwejkowi prawie nic z
owych pi ciu koron i e coraz bardziej oddalał si od Czeskich Budziejowic
trac c przy ka dym nowym kuflu piwa, zamawianym dla siebie i w gierskiego
rekonwalescenta, mo no wykupienia wojskowego biletu na przejazd.
Przez stacj znowu przejechał poci g zd aj cy do Budziejowic, a Szwejk
ci gle jeszcze siedział przy stole i słuchał, jak W gier opowiada swoje:
- Pif, paf, puf! Három gyermek, nincs ham, éljen!
Tego ostatniego wyrazu u ywał tr caj c si ze Szwejkiem.
- Pij, chudzino w gierska - odpowiadał Szwejk. - Chlaj! U was to by naszego
tak nie cz stowali...
Przy s siednim stole jaki ołnierz opowiadał, e kiedy jego 28 pułk zajechał
do Szegedynu, to W grzy pokazywali sobie ich palcami i wymownie podnosili
r ce do góry.
W grzy mówili oczywi cie wi t prawd , ale opowiadaj cy ołnierz czuł si
najwidoczniej dotkni ty, aczkolwiek w ród ołnierzy czeskich było to zjawiskiem
bardzo powszednim, a wreszcie zacz li na ladowa ich W grzy, gdy im si
sprzykrzyła bijatyka w interesie króla w gierskiego.
Potem ten opowiadaj cy ołnierz przysiadł si do Szwejka i mówił o tym, jak
wawo zabrali si w Szegedynie do W grów, jak ich sprali i powyrzucali z kilku
szynków. Ale z uznaniem podkre lił fakt, e W grzy te si bi umiej i e tak
wtedy dostał no em w plecy, i trzeba było odesła go na tyły na kuracj .
149
Ale teraz, gdy wróci do pułku, to kapitan ka e go niezawodnie wsadzi do
paki za to, e ju nie starczyło mu czasu temu W growi odpłaci jak si patrzy,
tak, by on te to dobrze pami tał, i w ten sposób uratowa honor pułku.
- Ihre Dokumenten, wasi tokument? - odezwał si do Szwejka bardzo
uprzejmie dowódca kontroli wojskowej, sier ant, w asy cie czterech ołnierzy z
bagnetami na karabinach. - Ja fidzie , jak siedzie nicht fahren, tylko siedzie ,
pi , furt pi , Bursch!
- Dokument? Nie mam, kochanie - odpowiedział Szwejk. - Pan oberlejtnant
Lukasz, pułk numer 91, zabrał wszystkie dokumenty z sob , a ja zostałem na
dworcu.
- Was ist das Wort „kochanie”? - zwrócił si sier ant do jednego ze swoich
ołnierzy, starego landwerzysty, który jak si zdaje, wszystko robił swemu
przeło onemu na opak, bo spokojnie odpowiedział:
- Kochanie, das is wie: Herr Feldfebel.
Sier ant prowadził dalej rozmow ze Szwejkiem:
- Tokument kaszty solnierz, pes tokument zamikacz auf BahnhofsMilitärkommando, den lausigen Bursch, wie einen tollen Hund.
Szwejka zaprowadzono do komendy dworca, gdzie na odwachu siedzieli
szeregowcy bardzo podobni do landwerzysty, który tak ładnie umiał tłumaczy
słowo „kochanie” swemu naturalnemu wrogowi, zwierzchno ci sier anckiej.
Odwach był ozdobiony litografiami, jakie w owym czasie Ministerstwo Wojny
rozsyłało po wszystkich kancelariach wojskowych, po szkołach i koszarach.
Dobrego wojaka Szwejka przywitał obraz, który według podpisu przedstawiał
scen , jak plutonowy Franciszek Hammel i kaprale Paulhart i Bachmayer z 21 c.
i k. pułku strzelców zach caj oddział do wytrwania. Na drugiej stronie wisiał
obraz z napisem: „Plutonowy Jan Danko z 5 honwedzkiego pułku huzarów
wykrywa stanowisko baterii nieprzyjacielskiej.”
Po prawej stronie nieco ni ej wisiał plakat z napisem: „Pi kne przykłady
odwagi.”
Takimi to plakatami, których tekst ze zmy lonymi przykładami osobliwej
odwagi układali w kancelariach ministerstwa ró ni niemieccy dziennikarze,
powołani do słu by wojskowej, chciała stara, zgłupiała Austria wzbudza zapał
wojenny w ołnierzach, którzy takich rzeczy nigdy nie czytali, a nawet gdy im
takie wzory m stwa posyłano na front w postaci broszurek, to u ywali papieru do
skr cania papierosów, albo te korzystali z niego jeszcze bardziej bezpo rednio,
aby po ytek odpowiadał duchowi i warto ci pomy lanych szlachetnych wzorów
m stwa.
Podczas gdy sier ant szukał oficera dy urnego, Szwejk przeczytał tre
plakatu:
„Józef Bong, szeregowiec taborów
Sanitariusze przenosili ci ko rannych ołnierzy na wozy przygotowane w ukrytym
w wozie. Ka dy z wozów po uło eniu na nim rannych odje d ał na punkt opatrunkowy. Rosjanie wytropili je i zacz li ostrzeliwa granatami. Ko szeregowca taborów
Józefa Bonga z c. i k. 3 szwadronu taborowego został u miercony odłamkiem granatu, Bong narzekał: "Mój biedny siwku, ju po tobie!" W tej chwili i jego ranił
150
odłamek granatu. Pomimo to wyprz gł zabitego konia, a pozostał trójk koni zaprowadził w bezpieczne miejsce. Potem wrócił po uprz swego zabitego konia. Rosjanie
strzelali bezustannie. "Strzelajcie sobie, w ciekli op ta cy, ja wam tu uprz y nie zostawi ". I mrucz c te słowa pod nosem, dalej zdejmował z konia uprz . Wreszcie
sko czył robot i wlókł si ze zdj t uprz
ku wozom, gdzie musiał wysłucha
sporo ostrych wymówek sanitariuszy za dług nieobecno . "Nie chciałem zostawi
tam uprz y, bo jest prawie nowa. Pomy lałem sobie, e byłoby jej szkoda. Nie mamy
takich rzeczy za wiele" - tłumaczył si dzielny ołnierz udaj c si na punkt opatrunkowy, gdzie dopiero zameldował si jako ranny. Rotmistrz ozdobił nast pnie pier
jego srebrnym medalem za m stwo.”
Gdy Szwejk sko czył czytanie, a sier ant nadał nie wracał, rzekł do
landwerzystów siedz cych na odwachu:
- To jest bardzo pi kny przykład m stwa. W taki sposób b dziemy mieli w
armii sam now uprz . Ale gdy byłem w Pradze, to w „Praskiej Gazecie
Urz dowej” przeczytałem jeszcze pi kniejszy przykład o niejakim doktorze
Józefie Vojnie, jednorocznym ochotniku. Słu ył w Galicji w 7 batalionie strzelców
polowych, a gdy doszło do walki na bagnety, został raniony kul w głow . Kiedy
sanitariusze nie li go na punkt opatrunkowy, sfukał ich brzydko i krzyczał, e z
powodu takiego bagatelnego zadrapania nie pozwoli nakłada sobie opatrunku. I
znowu chciał ze swoim plutonem ruszy naprzód, ale granat urwał mu stop .
Znowu chcieli go zanie na punkt opatrunkowy, ale on kusztykał na linii
bojowej, opieraj c si na kiju i tym kijkiem bronił si przed nieprzyjacielem, a
przyleciał nowy granat i urwał mu t r k , w której trzymał kijek. Przeło ył kijek
do drugiej r ki, rykn ł w ciekle, e im nie daruje, i Bóg wie, jak by si to
wszystko sko czyło, gdyby go po chwili nie rozszarpał na drobne kawałki
szrapnel. Bardzo mo liwe, e gdyby go nie wyko czyli, to byłby te dostał wielki
srebrny medal za m stwo. Kiedy urwało mu głow , to głowa ta, tocz c si niby
kula, krzyczała jeszcze: „Niechaj wszyscy ołnierze zawsze my l o tym, e
najpierw obowi zek, a przyjemno potem!”
- Napisz te psiekrwie ró nych głupstw w tych gazetach - rzekł jeden
szeregowiec - ale gdyby wysła takiego redaktora na godzin na front, to
zbaranieje do cna.
Landwerzysta splun ł.
- U nas w Czaslavi był jaki redaktor z Wiednia, Niemiec. Słu ył jako
podchor y. Do nas ani słowem nie chciał si odezwa po czesku, ale kiedy go
przydzielili do kompanii marszowej, w której byli sami Czesi, od razu nauczył si
po czesku.
We drzwiach ukazał si sier ant, zły jak wszyscy diabli, i krzyczał.
- Wenn man by drei Minuten weg, da hört man nichts anderes als ceski,
Cesi.
Wychodz c z kancelarii, zapewne do restauracji, rzekł do kaprala
landwerzysty, wskazuj c na Szwejka, eby tego wszawego łotra zaprowadził
natychmiast do podporucznika, jak ten tylko przyjdzie.
- Pan lejtnant romansuje sobie znowu z telegrafistk na stacji - rzekł kapral
po wyj ciu sier anta. - Łazi za ni ju dwa tygodnie i jest zawsze potwornie
151
w ciekły, ile razy wraca z urz du telegraficznego. Ci gle powtarza o niej: „Das ist
aber eine Hure, sie will nicht mit mir schlafen.”
I tym razem był widocznie w takim w ciekłym usposobieniu, poniewa w
chwil po jego powrocie słycha było, jak wali jakimi ksi gami w stół.
- Trudna rada, bracie, musisz i do niego - rzekł ze współczuciem kapral do
Szwejka. - Przez jego r ce przeszło ju bardzo wiele ludzi, młodych i starych.
Prowadził Szwejka do kancelarii, gdzie za stołem zawalonym papierami
siedział młody podporucznik, rozzłoszczony jak furiat. Zobaczywszy Szwejka w
towarzystwie kaprala, odezwał si wielce obiecuj co: „Aha!” - po czym wysłuchał
raportu kaprala:
- Posłusznie melduj , panie łejtnant, e ten szeregowiec został znaleziony na
dworcu bez dokumentów.
Podporucznik pokiwał głow , jakby chciał rzec, e ju przed laty był pewien,
i tego dnia o tej godzinie Szwejk zostanie znaleziony na dworcu bez
dokumentów, bo kto w tej chwili spogl dał na Szwejka, ten musiał mie wra enie,
e jest absolutnie wykluczone, aby człowiek o takiej minie i takiej postawie jak
Szwejk mógł w ogóle posiada jakiekolwiek dokumenty. Szwejk wygl dał w tej
chwili, jakby wła nie spadł z jakiej nieznanej planety, a teraz rozgl da si
dokoła siebie po nieznanym, obcym wiecie i dziwi si , e od niego daj takich
jakich nie znanych mu dotychczas głupstw jak dokumenty.
Podporucznik, spogl daj c na Szwejka, zastanawiał si przez chwil , co ma
rzec. Wreszcie zapytał:
- Co cie robili na dworcu?
- Posłusznie melduj , panie lejtnant, e czekałem na poci g odchodz cy do
Czeskich Budziejowic, abym si mógł dosta do swego 91 pułku piechoty, gdzie
jestem słu cym u pana oberlejtnanta Lukasza, którego zmuszony byłem opu ci ,
kiedy zostałem zaprowadzony do zawiadowcy stacji z powodu kary pieni nej,
dlatego e byłem podejrzany, e zatrzymałem kurier, którym jechali my, przy
pomocy hamulca ochronnego i alarmowego.
- Tego sam diabeł nie zrozumie! - wrzasn ł podporucznik. - Mówcie krótko i
zwi le i nie wygadujcie mi tu adnych błaze stw.
- Posłusznie melduj , panie lejtnant, e ju od pierwszej chwili, jak tylko
wsiedli my z panem oberlejtnantem Lukaszem do tego kuriera, który miał nas
zawie i dostarczy jak najszybciej do naszego 91 ce i ka pułku piechoty,
mieli my pecha. Najprzód zginał nam jeden kufer, potem znowu - b d mówił
wszystko po kolei - jaki pan generał-major, całkiem łysy...
- Himmelherrgott! - westchn ł podporucznik.
- Posłusznie melduj , panie lejtnant, e trzeba eby ze mnie wszystko zlazło
jak z psa liniej cego, eby sytuacja była całkiem przejrzysta. To samo mówił
zawsze niejaki Petrlik, szewc, gdy zabierał si do sprania swego chłopaka i kazał
mu zdj spodnie.
I podczas gdy podporucznik sapał ze zło ci, Szwejk mówił dalej:
- Jako tak si stało, e nie podobałem si temu łysemu panu generałowi i pan
Lukasz, którego jestem słu cym, kazał mi wyj na korytarz. Na korytarzu
zostałem nast pnie oskar ony, e zrobiłem to, co ju panu mówiłem. Zanim ta
sprawa została załatwiona, zostałem na peronie sam. Poci g odjechał, pan
152
oberlejtnant z kuframi i ze wszystkimi dowodami moimi i swoimi te odjechał, a
ja sterczałem na peronie jak ta sierota bez dokumentów.
Szwejk spojrzał na podporucznika tak wzruszaj co i tkliwie, e ten utwierdził
si w przekonaniu, i wszystko to, co słyszy z ust tego draba, wywieraj cego
wra enie idioty od urodzenia, jest naj wi tsz prawd .
Podporucznik wymienił wszystkie poci gi, jakie po kurierze odeszły do
Budziejowic, i zapytał go, dlaczego adnym z nich nie pojechał.
- Posłusznie melduj , panie lejtnant - odpowiedział Szwejk z poczciwym
u miechem - e podczas gdy czekałem na poci g, spotkała mnie ta przygoda, e
siedziałem przy stole i piłem jeden kufel piwa za drugim.
„Takiego bałwana jeszcze nie widziałem - pomy lał podporucznik. - Przyznaje
si do wszystkiego. Ilu ich tu miałem, takich jak on, ka dy si wypierał, a ten jak
najspokojniej powiada: "Przegapiłem wszystkie poci gi, bo piłem jeden kufel
piwa za drugim. "„
My li te zebrał w jedno zdanie i zdanie to rzucił Szwejkowi:
- Mój chłopie, wy jeste cie degenerat. Wiecie, co to znaczy, gdy o kim mówi ,
e jest degenerat?
- U nas na rogu Boiska i ulicy Katarzyny, posłusznie melduj , panie lejtnant,
był te taki jeden zdegenerowany człowiek. Jego ojcem był jaki polski hrabia, a
matk akuszerka. Zamiatał ulic i w szynku nie pozwolił si nazywa inaczej jak
tylko panem hrabi .
Podporucznik uwa ał, e trzeba t spraw sko czy tak lub owak, wi c rzekł z
naciskiem:
- Słuchajcie wi c, wy idioto, bałwanie, co wam mówi . Pójdziecie do kasy
biletowej, kupicie sobie bilet i pojedziecie do Budziejowic. Je li zobacz was tu
jeszcze raz, to zabior si do was jako do dezertera. Abtreten!
Poniewa Szwejk si nie ruszał i wci trzymał r k przy daszku czapki,
podporucznik wrzasn ł na niego:
- Marsch hinaus! Nie słyszycie, e mówi : Abtreten? Korporal Palanek,
zabierzcie tego bałwana do kasy, kupcie mu bilet i wyprawcie go do Czeskich
Budziejowic.
Kapral Palanek po chwili pokazał si znowu w kancelarii. Przez uchylone
drzwi wida było za jego plecami poczciw twarz Szwejka.
- Czego znowu?
- Posłusznie melduj , panie lejtnant - z tajemnicz min szeptał Palanek - on
nie ma pieni dzy na kolej i ja te nie mam. Darmo nie b d go wie li, poniewa
nie posiada tych wojskowych dokumentów, e jedzie do pułku.
Podporucznik, niczym Salomon, szybko rozstrzygn ł t zawił spraw .
- Niech idzie pieszo - zadecydował. - Niech si w pułku dostanie do paki za to,
e si spó nił. Do tu mamy własnych kłopotów.
- Trudna rada, kolego - rzekł kapral Palanek do Szwejka, gdy wyszli z
odwachu. - Musisz, bratku, i piechot do tych Budziejowic. Mamy w izbie
bocheneczek komi niaka, to go sobie zabierzesz na drog .
W pół godziny pó niej, gdy Szwejka napoili czarn kaw i prócz chleba dali
mu jeszcze na drog do pułku paczuszk wojskowego tytoniu, wyruszył Szwejk z
Taboru w ciemn noc ze piewem na ustach.
153
piewał sobie star piosenk
ołniersk :
Jak przyszli my do Jaromierza,
Czekała nas tam wieczerza...
Diabli wiedz , jak to si stało, e dobry wojak Szwejk, zamiast na południe ku
Budziejowicom, szedł pro ciutko na zachód.
Szedł za nie on szos , chroni c si przed mrozem swoim płaszczem
wojskowym, niby niedobitek gwardii Napoleona powracaj cy z wyprawy na
Moskw , z t jedynie ró nic , e piewał sobie wesoło:
Wyszedłem sobie na spacer
Do gaju zielonego...
Po za nie onych lasach w ciszy nocnej odzywało si takie rozgło ne echo, a
si po okolicznych wsiach psy rozszczekały.
Gdy mu si piew naprzykrzył, usiadł Szwejk na kupce tłuczonego kamienia,
zapalił fajk i po krótkim odpoczynku ruszył dalej, na nowe przygody
budziejowickiej anabasis.
154
Rozdział 17
BUDZIEJOWICKA ANABASIS SZWEJKA
Staro ytny wojownik Ksenofont przew drował bez mapy cał Azj Mniejsz i
Bóg go raczy wiedzie , gdzie nie był. Starzy Gotowie odbywali bardzo dalekie
wyprawy tak e bez wiadomo ci topograficznych. Maszerowa wci naprzód, to
si nazywa anabasis. Jest to przedzieranie si przez nieznane krainy, wymykanie
si czyhaj cym dokoła nieprzyjaciołom, którzy czekaj tylko na to, eby przy
pierwszej nadarzaj cej si sposobno ci skr ci ci kark. Gdy kto ma tak dobr
głow , jak na przykład Ksenofont lub wszystkie te zbójeckie plemiona, które
przyw drowały do Europy Bóg wie z jakich stron i okolic Kaspijskiego czy te
Azowskiego Morza, to maszeruj c mo e dokonywa istnych cudów.
Rzymskie legiony Cezara zaw drowały bez mapy a gdzie tam na północ,
nad Morze Gallijskie, a nast pnie postanowiły wraca do domu innymi drogami,
eby u y wiata jak si patrzy. I te trafiły do Rzymu. Wida od tamtych czasów
mówi si , e wszystkie drogi prowadz do Rzymu.
Tak samo wszystkie drogi prowadz do Czeskich Budziejowic, o czym
gł boko był przekonany dobry wojak Szwejk, gdy zamiast okolic budziejowickich
ujrzał przed sob Milevsko.
Szedł wszak e bez odchyle dalej, bowiem adnemu dobremu ołnierzowi nie
mo e Milevsko zagrodzi drogi tak dalece, aby si wreszcie nie dostał do
Budziejowic.
Tak wi c znalazł si Szwejk na zachodzie Milevska w Kvietovie, a poniewa
prze piewał tymczasem wszystkie znane mu pie ni ołnierskie o maszerowaniu,
wi c przed Kvietovem zmuszony ju był zacz je od nowa:
A gdy my maszerowali,
Wszystkie dziewcz ta płakały...
Jaka stara babunia powracaj ca z ko cioła spotkała Szwejka na drodze z
Kvietova do Vra a, biegn cej niezmiennie wła nie w kierunku zachodnim, i
rozpocz ła z nim rozmow pozdrowieniem chrze cija skim:
- Dobre południe, ołnierzyku! Dok d te Bóg prowadzi?
- Ano id , mateczko, do Budziejowic, do pułku - odpowiedział Szwejk. - Niby
na wojn .
- Jak tak, to, mój chłopcze, kiepsko idziesz - zawołała babunia z
przera eniem. - T dy, przez Vra , nigdy si do Budziejowic nie dostaniecie,
gdyby cie szli ci gle prosto, to wyjdziecie na Klatov.
- Ja znowu my l - rzekł Szwejk z determinacj - e i z Klatova dostanie si
człek do Budziejowic. Spacer ju ci galantny, gdy człowiekowi pilno do swego
pułku, i jeszcze do tego wszystkiego ba si trzeba, eby za swoj dobr wol nie
spotkała go jaka przykro , gdyby si nie znalazł w czas na miejscu.
- U nas był te taki jeden figlarz. Miał pojecha do Pilzna do landwery, niejaki
Toniczek od Maszków - westchn ła babunia - mojej siostrzenicy krewniak, i
odjechał. A jak tydzie min ł, to go ju szukali andarmi, e niby nie przyjechał
155
do swego pułku. A jak min ł drugi tydzie , to przyszedł w cywilu do domu, e,
powiada, puszczony na urlop. Poszedł sołtys do andarmów, a ci andarmi
zabrali go z tego urlopu. Pisał ju z frontu, e jest ranny i e ju jest bez nogi.
Babunia zapatrzyła si na Szwejka ze współczuciem.
- Tam, w tym lasku, mój chłopcze, poczekajcie na mnie. Ja przynios troch
kartoflanki, to si rozgrzejecie. Chałup nasz wida st d dobrze, zaraz za tym
laskiem, troch na prawo. Przez t nasz wie , niby Vra , nie trzeba chodzi , bo
tam andarmy jak biki. Pójdziecie potem z tego lasku na Malczin, ominiecie
Czi ov , ale koniecznie, bo andarmy tam istne hycle i łapi desenterów. Trzeba
i prosto przez las na Siedlec koło Hora diovic. Tam jest bardzo porz dny
andarm i ka dego przez wie przepu ci. Macie przy sobie jakie papiery?
- Nie mam, matuchno.
- To lepiej i tam nie chodzi i ruszy od razu na Radomy l, ale tak
wymiarkowa , eby nadej pod wieczór, jak wszyscy andarmi siedz w
karczmie. Na ulicy Dolnej za Floriankiem znajdziecie tam taki domek niebiesko
malowany, to trzeba si zapyta o gospodarza Melicharka. To mój brat. e mu
niby posyłam ukłony, to on wam poka e, któr dy idzie si do Budziejowic.
W lasku czekał Szwejk na babuni przeszło pół godziny, a gdy si rozgrzał
kartoflank , przyniesion mu przez poczciw starowin w garnku otulonym
poduszk , eby zupa nie ostygła, babunia wyj ła spod chustki kawał chleba i
słoniny, wsadziła Szwejkowi jedno i drugie do kieszeni, zrobiła mu krzy yk na
czole i rzekła, e na wojnie ma dwóch wnuków. Nast pnie jeszcze raz powtórzyła
mu z naciskiem, któr dy trzeba i , co trzeba omin . Wreszcie z kieszeni
sukienki wyj ła koron , eby sobie Szwejk kupił w Malczinie troch wódki na
drog , bo do Radomy la jest długa mila.
Od Czi ovej szedł Szwejk według rady babuni na Radomy l w kierunku
wschodnim, my l c, e przecie do Budziejowic musi człowiek dotrze z ka dej
strony wiata, z takiej czy innej.
Z Malczina szedł z nim stary muzykant grywaj cy na harmonii. Szwejk
poznajomił si z nim w szynku malczi skim, gdy sobie kupował wódk na t
dług mil do Radomy la.
Muzykant uwa ał Szwejka za dezertera i radził mu, eby z nim poszedł do
Hora diovic, bo tam ma córk zam n , której m te jest dezerterem.
Muzykant podpił sobie w Malczinie niezgorzej.
- Ju dwa miesi ce chowa córka swego m a w chlewie - mówił Szwejkowi. Ciebie te schowa i przesiedzicie tam sobie a do ko ca wojny. We dwójk nie
b dzie wam si przykrzyło.
Gdy Szwejk grzecznie odrzucił t propozycj , muzykant bardzo si rozzło cił i
ruszył w lewo przez pole gro c Szwejkowi, e idzie do Czi ovej do andarmów
oskar y go.
W Radomy lu na ulicy Dolnej znalazł Szwejk pod wieczór domek gospodarza
Melicharka za Floriankiem. Gdy mu przekazał ukłony od siostry, wcale to
gospodarza nie wzruszyło.
Ci gle domagał si od Szwejka papierów. Był to jaki starodawny człowiek,
bo mówił ci gle o rozbójnikach, rzezimieszkach i złodziejach, których jakoby siła
si włóczy po krainie piseckiej.
156
- Ucieknie taki z wojny, słu y mu si tam nie chce, włóczy si po całej okolicy
i gdzie si da, to kradnie - mówił z naciskiem, spogl daj c Szwejkowi w oczy. - A
ka dy z nich wygl da jak niewini tko.
- Tak to, tak, o prawd gniewaj si ludzie najbardziej - dodał, gdy Szwejk
powstał z ławy. - Gdyby taki człowiek miał czyste sumienie, to b dzie siedział
spokojnie i poka e papiery. Ale jak papierów nie ma...
- No, to dobranoc, dziadziu.
- A dobranoc i z Bogiem. Innym razem trzeba sobie poszuka głupszego.
Gdy Szwejk wyszedł z izby, dziadek mruczał jeszcze do długo.
- Idzie, powiada, do Budziejowic, do swego pułku. Z Taboru. I idzie huncwot
naprzód do Hora diovic, a potem dopiero na Pisek. Przecie to jest podró
dokoła wiata.
Szwejk maszerował znowu niemal cał noc i dopiero koło Putimia znalazł w
polu stóg. Rozgrzebał nieco słom i z bliska usłyszał głos:
- Z którego pułku? Gdzie idziesz?
- Z 91. Do Budziejowic.
- Gdzie ci tam diabli nios !
- Ja tam mam swojego oberlejtnanta.
Słycha było, e mieje si nie jeden głos, ale głosy trzy. Gdy miech przycichł,
Szwejk zapytał, z jakiego pułku s oni. Dowiedział si , e dwaj s z 35, a jeden z
artylerii, te z Budziejowic.
Ci z 35 uciekli przed miesi cem, gdy si formowała kompania marszowa,
artylerzysta za w druje od samej mobilizacji. Pochodzi z Putimia, a stóg nale y
do niego. Noce sp dza zawsze w stogu. Kolegów znalazł wczoraj w lesie, wi c ich
zabrał do siebie do stogu.
Wszyscy mieli nadziej , e wojna musi si sko czy za miesi c, za dwa.
Zdawało im si , e Rosjanie ju s za Budapesztem i na Morawach. Tak sobie w
Putimiu wszyscy opowiadali. Nad ranem, przed witem, matka dragona
przyniosła niadanie. Ci z 35 pójd do Strakonic, poniewa jeden z nich ma tam
ciotk , a ta znowu ma w górach za Suszic jakiego znajomego wła ciciela
tartaku. W tym tartaku b d dobrze ukryci.
- A ty, z 91, je li chcesz, to mo esz i z nami - zapraszali Szwejka. - Sraj na
oberlejtnanta.
- To nie tak łatwo - odpowiedział Szwejk i zakopał si gł boko w stogu.
Gdy si rano przebudził, nikogo ju nie było. Który z nich, wida dragon,
poło ył mu u nóg kawał chleba na drog .
Szwejk szedł przez las i koło Sztiekan spotkał si z włócz g , starym wyg ,
który łykiem gorzałki przywitał si ze Szwejkiem jak ze starym kamratem.
- W takich szmatach nie ła , bracie - pouczał Szwejka. - Taki mundur
wojskowy to si dzisiaj nic a nic nie opłaca. Teraz wsz dzie pełno andarmów, a
ebra w takich gałganach te niewygodnie. Na nas andarmi ju dzisiaj nie
zwracaj takiej uwagi jak dawniej. Teraz szukaj tylko was. Tylko was szukaj powtórzył z takim przekonaniem, e Szwejk postanowił nic mu raczej nie mówi
o 91 pułku. Niech go sobie uwa a, za kogo chce. Po co psu złudzenia zacnemu
staremu włócz dze?
157
- A gdzie idziesz? - zapytał włócz ga po chwili, gdy obaj zapalili fajki i nie
piesz c si okr ali wiosk .
- Do Budziejowic.
- Jezus Maria, Józefie wi ty! - przestraszył si włócz ga. - Tam ci , bratku,
capn za minut . Ani si ogrzejesz! Cywilne szmaty musisz zdoby , musisz łazi
cały obszarpany i zrobi z siebie pokrak . Ale nie martw si - mówił dalej. - Teraz
pójdziemy na Strakoniec, Volin, Dub i sam diabeł musiałby si w to wda , eby
nam si nie udało zb bni dla ciebie jakich łachów cywilnych. Koło Strakonic jest
jeszcze sporo takich poczciwych bałwanów, co to na noc nie zamykaj domu, a we
dnie w ogóle wszystko otwarte. Teraz w zimie idzie sobie s siad do s siada na
pogaw dk , wi c o łach nietrudno. Czego tobie potrzeba? Buty masz, wi c tylko
tak co na plecy. Ten wojskowy płaszcz stary?
- Stary.
- To go sobie zostaw. Po wsiach nosz takie płaszcze. Potrzebujesz spodnie i
kapot . Jak tylko zb bnimy dla ciebie te cywilne łachy, to mundur i spodnie
sprzedamy ydowi Herrmanowi w Vodnianach. On skupuje takie skarbowe
rzeczy i rozprzedaje je potem po wsiach. Dzisiaj pójdziemy na Strakonice rozwijał dalej swój plan.
- Cztery milki st d znajduje si stara owczarnia Schwarzenbergów. Tam jest
pewien mój znajomy, owczarz, te ju dziadyga starawy, przenocujemy u niego, a
rano pójdziemy na Strakonice, eby ci w tamtych okolicach wyszuka łachy
cywilne.
W owczarni zastał Szwejk miłego dziadka, który pami tał, jak to znowu jego
dziadek opowiadał o wojnach francuskich. Owczarz był mo e o dwadzie cia lat
starszy od włócz gi i dlatego do jednego i drugiego ze swoich go ci mówił:
chłopcze.
- Widzicie, chłopcy - zacz ł owczarz opowiada , gdy wszyscy usadowili si
dokoła kuchenki, na której gotowały si kartofle w mundurkach - onego czasu
dziadek mój te zdesenterował, jak ty na przykład. Ale capn li go w Vodnianach i
tak mu dup zr bali, e z niej strz py leciały. I jeszcze mógł by rad, e miał takie
szcz cie. Syn Jaresza z Ra ic za Protivinem, dziadek starego Jaresza, dozorcy
stawów, dostał za ucieczk kul w łeb w Pisku. Ale zanim go rozstrzelali na
piseckich sza cach, musiał biec mi dzy rz dami ołnierzy i dostał sze set kijów,
tak e mier była dla niego ulg i odkupieniem. A ty kiedy uciekłe ? - zwrócił
spojrzenie wyblakłych oczu ku Szwejkowi.
- Po mobilizacji, kiedy nas zaprowadzili do koszar - odpowiedział Szwejk
rozumiej c, e opowie prawdziwa wyda si dziadkowi cyga stwem.
- Przez mur przełaziłe ? - pytał ciekawy owczarz pami taj c niezawodnie
opowiadanie dziadka, który z koszar te przez mur uciekł.
- Inaczej si nie dało, dziadziu.
- A warta du a była? Strzelali?
- Tak, dziadziu.
- A teraz, gdzie zamy lasz pój ?
- E, we łbie mu si zam ciło - odpowiedział za Szwejka włócz ga. - Upiera si
pój do Budziejowic. Wiadomo, człowiek młody, głupi, sam si pcha w
nieszcz cie. Musz ja go troch wzi w obroty. Aby tylko zb bni jakie łachy
158
cywilne dla niego, to ju wszystko b dzie dobrze. Do wiosny jako przebieduje, a
potem pójdzie do roboty do jakiego chłopa. Tego roku mało b dzie ludzi do
roboty i ju mówi , e b d zabierali do pracy w polu wszystkich włócz gów,
my l , e lepiej pój z dobrej woli. Ludzi b dzie mało, bo ich na wojnie wytłuk .
- Jak to? My lisz, e si wojna tego roku nie sko czy? - pytał owczarz. - Mo e
masz racj , mój chłopcze. Były ju długie wojny. Ta napoleo ska na przykład, co
nam o niej opowiadali, szwedzkie wojny, siedmioletnie wojny. Ano, zasłu yli
sobie ludzie na wojny. Przecie i miłosiernemu Panu Bogu niemiło było patrze ,
jak wszyscy spysznieli. Ju i baraninka zacz ła ich kłu w z by, ju jej, moi
drodzy, re nie chcieli. Dawniej chadzali tu procesjami, eby im sekretnie
sprzeda jednego czy drugiego baranka, ale w ostatnich latach to ju im si
zachciewało samej wieprzowiny, drobiu, wszystko masłem albo smalcem
podlewane. Wi c si Pan Bóg na nich pogniewał za t ich pych . Ale si
opami taj , gdy zaczn znowu gotowa lebiot , jak bywało za wojny
napolio skiej. Sama zwierzchno nie wiedziała ju , co pocz z tymi wałkoniami.
Stary ksi , pan Schwarzenberg, je dził jeszcze zwyczajnym powozem, a ten
młody smarkacz ksi cy mierdzi ju automobilem. Ale pan Bóg t benzyn te
mu pysk przetrze.
Woda z gotuj cymi si kartoflami bulgotała, a stary owczarz po krótkim
milczeniu rzekł tonem proroczym:
- I nasz najja niejszy pan tej wojny te nie wygra. Nie ma adnego zapału dla
tej wojny, bo jak mawia pan bakałarz ze Strakonic, najja niejszy pan nie kazał
si koronowa na króla czeskiego. Niech teraz obiecuje, komu chce, złote góry,
nikt mu nie uwierzy. Kiedy , stary gałganie, obiecał, e si b dziesz koronował,
to powinien był dotrzyma słowa.
- Ano, mo e teraz si we mie do tego - wtr cił stary włócz ga.
- Teraz mu, chłopcze, ka dy plunie na to - mówił podra niony owczarz. eby słyszał, jak z sob rozmawiaj s siedzi w Skoczicach, gdy si zejd na
pogaw dk . Ka dy ma kogo w wojsku, wi c rozmowy prowadz a miło. Po tej
wojnie b dzie wolno , nie b dzie ani pa skich dworów ani cesarzy, a dobra
ksi ce zostan zabrane. Niejakiego Korzinka te ju andarmi za takie gadanie
zabrali, e niby buntuje naród. Ju ci , dzisiaj prawo maj andarmi.
- andarmi mieli prawo i dawniej - odezwał si włócz ga. - Pami tam, e w
Kladnie rotmistrzem andarmów był niejaki pan Rotter. Ni st d, ni zow d zacz ł
on hodowa te, jak e im tam, psy policyjne, z wilków si wywodz ce, co to
wszystko wytropi , jak je przyuczy . I miał ten pan rotmistrz z Kladna tych
pieskich swoich urz dników wi cej, ni potrzeba. Trzymał ich w osobnym domku
i dogadzał im jakby jakim hrabiom. Strzeliło mu raptem do głowy, eby z tymi
psami robi do wiadczenia na biednych ludziach w drownych, niby na nas. I
wydał rozkaz, eby andarmi po całej okolicy Kladna starannie zbierali
wszystkich w drownych i dostarczali ich do jego własnych r k. Wyci gam ja
razu pewnego kulasy drog z Lan i migam si do gł boko borem-lasem, ale
wszystko na nic. Do le niczówki, do której si wybrałem, ju si nie dostałem, bo
ju mnie mieli i odstawili prosto do pana rotmistrza. Ludzie kochane, nawet sobie
tego akuratnie rozwa y nie mo ecie, czegom ja u tego pana rotmistrza z tymi
psami nie wycierpiał. Najprzód kazał mnie tym psom obw cha , potem musiałem
159
włazi na drabin , a kiedym był ju do wysoko, to pu cili za mn jedn tak
besti , ta jucha ci gn ła mnie z drabiny na dół, powaliła na ziemi , stan ła na
mnie i prosto w oczy wyszczerzyła na mnie z by. Potem tego psa zabrali, a mnie
powiedzieli, ebym si niby schował, gdzie mi si podoba. Pu ciłem si w dolni
Kaczaku na lasy, wlazłem w szczelin skaln , a za pół godziny przyleciały za mn
dwie takie bestie, powaliły mnie i podczas gdy jedna trzymała mnie z bami za
kark, druga poleciała do Kladna, a za godzin przyszedł do mnie sam ten pan
rotmistrz z andarmami. Psa przywołał, dał mi pi koron i pozwolił mi przez
całe dwa dni ebra swobodnie po całym Kladnie. Ale ja od razu nó ki za pas i z
miejsca truchtem do Berouna i ju nigdy noga moja w Kladnie nie postała.
Omijali tamte strony wszyscy ludzie w drowni, bo na wszystkich chciał pan
rotmistrz robi te swoje próby. Te m dre psy okropnie lubił. Po posterunkach
andarmskich sobie opowiadali, e jak przybył gdzie na inspekcj i zobaczył tam
wilka, to adnej inspekcji nie robił, tylko z wielkiej uciechy chlał przez cały dzie
z wachmistrzem.
Podczas gdy owczarz zlewał wod z kartofli i napełniał mis zsiadłym owczym
mlekiem, włócz ga opowiadał dalej, co wiedział o prawie andarmów.
- W Lipnicy był niegdy jeden wachmistrz andarmski w dole przed zamkiem.
Mieszkał tam, gdzie był posterunek, a ja, stary poczciwiec, my lałem zawsze, e
posterunek musi by na jakim widocznym miejscu, w rynku czy na jakim placu,
a nie w ciasnej, ustronnej uliczce. Wi c id do przedmie cia, obchodz domek za
domkiem, nie patrz na napisy i w jednej takiej chałupie otwieram drzwi na
pierwszym pi trze i melduj si : „Upraszam pokornie ubogi w drowny.” Ech,
mój Bo e, nogi mi odj ło! Wlazłem prosto na posterunek andarmski. Karabiny
pod cianami, krucyfiks na stole, rejestry na szafce, najja niejszy pan z obrazu
nad stołem patrzy prosto na mnie. Zanim zdołałem co wykrztusi , pan
wachmajster przyskoczył do mnie i dał mi tak zdrowo w pysk, e od drzwi
zleciałem po schodach na sam dół i nie zatrzymałem si a w Kej licach. Takie
jest prawo andarmów.
Zabrali si do jedzenia i niebawem poukładali si do snu w ciepłej izbie na
ławkach.
W nocy Szwejk ubrał si po cichu i wyszedł na dwór. Na wschodzie pokazywał
si ksi yc i w jego nikłych blaskach ruszył Szwejk ku wschodowi, powtarzaj c
sobie: „Przecie to jest niemo liwe, ebym wreszcie do tych Budziejowic jako si
nie dostał.”
Poniewa z prawej strony po wyj ciu z lasów wida było jakie miasto, wi c
Szwejk skierował si troch ku północy, po czym zawrócił ku południowi, ale
znowu pokazało mu si jakie miasto. Były to Vodniany. Okr ył je zr cznie
drog przez ł ki, a poranne sło ce powitało go na za nie onych zboczach nad
Protivinem.
- Stale naprzód - rzekł sobie dobry wojak Szwejk. - Obowi zek wzywa. Do
Budziejowic dosta si musz .
Zbiegiem nieszcz liwych okoliczno ci, zamiast od Protivina na południe ku
Budziejowicom, zawróciły si kroki Szwejka ku północy, na Pisek.
160
Około południa ujrzał Szwejk jak wie w pobli u. Schodz c z niewielkiego
wzgórza pomy lał sobie dobry wojak: „Dalej tak nie mo na. Przepytam si tu,
któr dy si idzie do tych Budziejowic.”
Wkraczaj c do wsi był ogromnie zdziwiony, gdy na tablicy około pierwszego
domku przeczytał: „Wie Putim”.
- Na miło boska! - westchn ł Szwejk. - Znowu wi c jestem w Putimiu, gdzie
spałem w stogu.
Nie dziwił si te bynajmniej, gdy zza sadzawki z domku czysto wybielonego,
na którym wisiała kokoszka (jak miejscami nazywano orła pa stwowego),
wyszedł andarm, podobny do paj ka czyhaj cego ród paj czyny.
andarm wymierzył prosto do Szwejka i zbli ywszy si do wyrzekł tylko
jedno słowo:
- Dok d?
- Do Budziejowic, do swego pułku. - andarm si u miechn ł:
- Idzie pan przecie od Budziejowic. Ma pan te swoje Budziejowice ju za sob
- i wci gn ł Szwejka na posterunek andarmerii.
Wachmistrz andarmerii w Putimiu znany był w całej okolicy z tego, e
post puje bardzo taktownie i bardzo sprytnie. Ludziom zatrzymanym lub
aresztowanym nigdy nie rzekł marnego słowa, nie wymy lał i nie wyzywał, ale
poddawał wszystkich takiemu krzy owemu badaniu, e i niewinny przyznałby si
do wszystkiego.
Obaj andarmi posterunku przystosowali si do niego, a badanie krzy owe
odbywało si zawsze przy u miechach całego personelu andarmerii.
„Kryminalistyka opiera si na uprzejmo ci i sprycie - mawiał cz sto
wachmistrz w Putimiu do swoich podwładnych. - Wrzeszcze na kogo to nie ma
najmniejszego sensu. Do delikwentów i ludzi podejrzanych trzeba zabiera si
delikatnie, a przy tym trzeba si stara , eby ich utopi w powodzi pyta .”
- Uprzejmie pana witam, panie ołnierzu - rzekł wachmistrz. - Niech pan
siada, bo pan jest w drówk strudzony, i niech pan powie, dok d pan si wybrał.
Szwejk powtórzył, e idzie do Czeskich Budziejowic, do swego pułku.
- W takim raziem zmylił pan drog - rzekł z u miechem wachmistrz poniewa idzie pan wła nie od Czeskich Budziejowic, o czym mog pana przekona . Oto tutaj wisi mapa Czech. Niech pan popatrzy. Na południe od nas jest
Protivin, dalej na południe jest Hluboka, a jeszcze dalej s Czeskie Budziejowice.
No, sam pan widzi, e nie do Budziejowic pan idzie, ale z Budziejowic.
Wachmistrz spojrzał na Szwejka uprzejmie, ten za odpowiedział spokojnie i
z wielk godno ci :
- A jednak ja id do Budziejowic!
Było to co wi cej ni słowa Galileusza: „Eppur si muove” - poniewa tamten
wypowiedział je na pewno w zło ci.
- Wie pan co? - mówił wachmistrz z niezmiern uprzejmo ci . - Ja to panu
wyperswaduj , a pan sam dojdzie do przekonania, e wszelkie kłamstwo utrudnia
zeznanie.
- Ma pan zupełn racj - rzekł Szwejk - e ka de zapieranie si utrudnia
zeznanie i na odwrót.
161
- No, widzi pan, e jeste my jednego zdania w tej kwestii. Prosz mi
powiedzie całkiem rzetelnie, sk d pan wyszedł wybieraj c si do tych swoich
Budziejowic. Mówi umy lnie „swoich”, poniewa widocznie musz by jakie
inne Budziejowice, le ce na północ od Putimia, ale dotychczas nie ma ich na
mapie.
- Wyszedłem z Taboru.
- A co pan robił w Taborze?
- Czekałem na poci g odchodz cy do Budziejowic.
- A dlaczego nie pojechał pan do Budziejowic kolej ?
- Bo nie miałem pieni dzy na bilet.
- A dlaczego panu, jako ołnierzowi, nie dali bezpłatnego biletu wojskowego?
- Poniewa przy sobie nie miałem adnych dokumentów.
- Otó to - zatriumfował wachmistrz andarmerii zwracaj c si do jednego z
andarmów. - Nie jest taki głupi, jak udaje, i zaczyna si bardzo ładnie pl ta .
Wachmistrz zacz ł na nowo, jakby nie dosłyszał ostatniej odpowiedzi o
dokumentach.
- Wyszedł wi c pan z Taboru. I dok d pan szedł?
- Do Czeskich Budziejowic.
Twarz wachmistrza nabrała wyrazu nieco surowszego, a oczy jego zwróciły
si ku mapie.
- Czy mo e nam pan pokaza na mapie, któr dy szedł pan do Budziejowic?
- Wszystkich tych miejsc nie pami tam, wiem tylko to jedno, e tutaj w
Putimiu ju raz byłem.
Cały personel posterunku andarmerii spojrzał po sobie badawczo, a
wachmistrz mówił dalej:
- A wi c w Taborze był pan na dworcu. Czy pan ma co przy sobie? Prosz
wszystko wyj .
Szwejk został bardzo dokładnie zrewidowany, ale nic u niego nie znaleziono,
prócz fajki i zapałek.
- Niech no pan powie - zapytał wachmistrz - dlaczego te nie ma pan przy
sobie nic, ale to nic?
- Bo ja niczego nie potrzebuj .
- Ech, mój Bo e - westchn ł wachmistrz - ci ka sprawa z panem! Powiada
pan, e w Putimiu był pan ju raz. Co pan tu robił?
- Przechodziłem koło Putimia id c do Budziejowic.
- Teraz sam pan widzi, jak pan si pl cze. Według słów pa skich szedł pan do
Budziejowic, ale ju pan chyba jest przekonany, e idzie pan z Budziejowic.
- Musiałem wida zrobi takie koło.
Wachmistrz znowu wymienił z całym personelem wymowne spojrzenie.
- Te pa skie koła wygl daj na to, e pan si tu włóczy po okolicy. Czy długo
pan siedział w Taborze na dworcu?
- A do odej cia ostatniego poci gu do Budziejowic.
- I có pan tam robił?
- Rozmawiałem z ołnierzami.
Nowe, wielce wymowne spojrzenie wachmistrza na personel.
162
- O czym te pan na przykład rozmawiał z ołnierzami i o co pan ich
wypytywał?
- Pytałem si ich, z jakiego s pułku i dok d jad .
- Doskonale. A czy nie pytał pan ich, na przykład, ilu szeregowców ma taki
pułk i na jakie cz ci si dzieli?
- O to si nie pytałem, poniewa ju dawno znam to na pami .
- A wi c jest pan dobrze poinformowany o formacjach naszego wojska?
- Tak jest, panie wachmistrzu.
Wachmistrz rozejrzał si triumfuj co dokoła, rzucaj c na szal ostatni atut:
- Po rosyjsku pan umie?
- Nie umiem.
Wachmistrz skin ł na młodszego andarma, a gdy obaj wyszli do przyległego
pokoju, rzekł w uniesieniu, przekonany o niechybnym zwyci stwie:
- Słyszał pan? - zacierał r ce. - Nie umie po rosyjsku! Spryciarz nad
spryciarze! Do wszystkiego si przyznał, tylko najwa niejszego si wypiera. Jutro
odstawimy go do Pisku do s du okr gowego. Kryminalistyka to spryt i
delikatno . Widzieli cie, jak go pogr yli my w powodzi pyta ? Kto by to był
pomy lał! Wygl da tak jako ało nie i idiotycznie, ale do takich spryciarzy
trzeba zabiera si jeszcze sprytniej. Prosz go teraz gdzie usadowi , a ja pójd
spisa protokół.
Było ju dobrze pod wieczór, a wachmistrz andarmerii z miłym u miechem
wci jeszcze pisał swój protokół, którego ka de zdanie zawierało słówko:
„Spionageverdächtig”.
Wachmistrzowi Flanderce sytuacja wydawała si coraz ja niejsza, w miar
jak coraz wi cej rozpisywał si dziwaczn niemczyzn urz dow , a wreszcie
zako czył swój bericht takimi słowy:
„So melde ich gehorsam, wird den feindlichen Offizier heutigen Tages nach
Bezirksgendarmeriekommando Pisek überliefert.”
U miechn ł si z zadowoleniem do swego dzieła i zawołał swego frajtra.
- Czy dali cie temu nieprzyjacielskiemu oficerowi co do zjedzenia?
- Według pa skiego rozporz dzenia, panie wachmajster, dajemy po ywienie
tylko tym, którzy zostaj uj ci i przesłuchani przed godzin dwunast .
- Mamy do czynienia z wielkim wyj tkiem - rzekł z godno ci wachmistrz. Jest to jaki wy szy oficer, wida sztabowy. Sami chyba rozumiecie, e Rosjanie
nie przy l tu na szpiegowanie jakiego frajtra. Po lijcie do gospody „Pod
Kocurkiem” po obiad, a gdyby tam nic nie mieli, niech gotuj . Nast pnie niech
zrobi herbaty z arakiem i niech to wszystko tutaj przy l . Ale nie mówi dla
kogo. W ogóle nic nie mówi , kogo tutaj mamy. To tajemnica wojskowa. Co te
teraz robi?
- Prosił o troch tytoniu, siedzi na odwachu i jest taki zadowolony, jakby
siedział u siebie w domu.”Macie tu powiada, cieplutko, a miło. A piec nie dymi?
Bardzo tu u was przyjemnie. Gdyby piec dymił, to najlepiej kaza go
kominiarzowi przeci gn . Ale dopiero po obiedzie, nie wtedy, jak sło ce stoi nad
kominem.”
- Co to za wyrafinowany człowiek! - głosem pełnym podziwu wołał
wachmistrz. - Zachowuje si tak, jakby nie o niego chodziło. A sam wie przecie, e
163
b dzie rozstrzelany. Takiego człowieka trzeba szanowa , chocia to i
nieprzyjaciel. Bo przecie taki idzie na pewn mier . Nie wiem, czy zdobyliby my
si na co podobnego. Mogliby my si zachwia , pofolgowa sobie. A ten siedzi
spokojnie i nic.”Cieplutko tu u was, powiada, i czy wam piec nie dymi”. S na
wiecie, panie frajter, i takie charaktery. Na to potrzebne s nerwy stalowe,
samozaparcie, hart i zapał. Gdyby w Austrii był taki zapał... ale lepiej o tym nie
mówmy. Chocia i u nas trafiaj si tacy zapale cy. Czytał pan w gazecie
„Národni Politika” o tym oberlejtnancie Bergerze z artylerii, co to wlazł na
wysok sosn i zrobił sobie tam na gał zi beobachtungspunkt? Gdy nasi ust pili,
nie mógł ju zle na dół, bo byłby si dostał do niewoli. Czekał wi c tak długo, a
nasi znowu nieprzyjaciela przep dz i musiał czeka całe dwa tygodnie, nim si
ich wreszcie doczekał. Czterna cie dni siedział na so nie, poogryzał cały
wierzchołek drzewa i ywił si igliwiem i gał zkami, eby nie umrze z głodu. A
gdy nasi wrócili, to był taki osłabiony, e ju nie mógł si na drzewie utrzyma ,
spadł i zabił si . Po mierci został nagrodzony złotym krzy em zasługi za
dzielno .
I wachmistrz dodał z wielk powag :
- To jest po wi cenie, panie frajter, bohaterstwo, e tak powiem! No, ale my tu
znowu gadu, gadu, a tamten czeka. Skoczcie wi c zamówi teraz ten obiad, a jego
tymczasem przy lijcie do mnie.
Frajter przyprowadził Szwejka, wachmistrz uprzejmie wskazał mu krzesło i
rozpocz ł rozmow od pytania, czy ma rodziców.
- Nie mam.
Wachmistrz pomy lał, e i to lepiej nawet, bo przynajmniej nikt nie b dzie
tego biedaka opłakiwał. Zapatrzył si w poczciw twarz Szwejka i w przyst pie
yczliwo ci poklepał go po ramieniu, pochylił si ku niemu i zapytał tonem
ojcowskim:
- No, a jak si panu w Czechach podoba?
- Mnie si wsz dzie w Czechach podoba - odpowiedział Szwejk. - Po drodze
spotykałem wsz dzie dobrych ludzi.
Wachmistrz kiwał głow potakuj co.
- Nasz lud jest bardzo dobry i miły. e tam czasem kto komu co ukradnie
albo e si ludzie poczubi , to jest bez znaczenia. Jestem tu ju lat pi tna cie i
gdyby wszystko dokładnie obliczy , co si tu stało, to na rok wypadnie akurat
trzy wierci morderstwa.
- Pan mówi o morderstwach nie dokonanych? - zapytał Szwejk.
- E, nie. O dokonanych, tylko e przez lat pi tna cie badali my tu zaledwie
jedena cie morderstw. Rabunkowych było pi , a sze takich zwyczajnych,
niewartych gadania.
Wachmistrz milczał przez chwil , a potem znowu przeszedł do swojej metody
badania:
- Co wła ciwie chciał pan robi w Budziejowicach?
- Wst pi do słu by w 91 pułku.
Wachmistrz wezwał Szwejka, aby udał si na odwach, i piesz c si , aby nie
zapomniał tego, co wła nie słyszał, dodał do swego raportu, przeznaczonego dla
dowództwa andarmerii w Pisku:
164
„Znaj c wybornie j zyk czeski, zamierzał w Czeskich Budziejowicach podj
prób dostania si do 91 pułku piechoty.”
Zatarł r ce z zadowolenia, e udało mu si zebra taki bogaty materiał
ledczy, pełen precyzyjnych wyników jego metod badania. Przypomniał sobie
swego poprzednika, wachmistrza Bürgera, który z zatrzymanymi w ogóle nie
rozmawiał, o nic nie pytał i natychmiast odsyłał ich do s du okr gowego z
krótkim raportem:
„Według raportu frajtra został zatrzymany za włócz gostwo i ebranin ”.
Czy mo na nazwa to przesłuchiwaniem? I wachmistrz, spogl daj c na
stronice raportu, u miechn ł si z zadowoleniem. Z biurka swego wyj ł tajn
instrukcj krajowego dowództwa andarmerii w Pradze ze zwykłym
zastrze eniem: „ ci le tajne!” - i przeczytał j sobie jeszcze raz:
„Wszystkim posterunkom andarmerii poleca si surowo, aby z uwag jak
najczujniejsz ledziły wszystkie osoby przechodz ce przez ich rewiry.
Przesuni cia naszych wojsk w Galicji wschodniej spowodowały to, e pewne
oddziały rosyjskie, przekroczywszy Karpaty, zaj ły stanowiska wewn trz granic
naszej monarchii. Ta nowa sytuacja spowodowała przesuni cie frontu w gł b
terytorium naszego mocarstwa ku zachodowi. Ona te umo liwiła szpiegom
rosyjskim przedostanie si przy ruchliwo ci frontu w gł b terytorium naszego
mocarstwa, osobliwie na l sk i na Morawy, sk d według poufnych wiadomo ci
bardzo wielu rosyjskich szpiegów udało si do Czech. Zostało stwierdzone, e
w ród nich jest du o Czechów rosyjskich, wychowanych w wy szych wojskowych
szkołach sztabowych w Rosji. Znaj c doskonale j zyk czeski, staj si oni
osobliwie niebezpiecznymi szpiegami, albowiem mog przeprowadzi i na pewno
przeprowadzaj w ród ludno ci czeskiej propagand antypa stwow .
Dowództwo krajowe poleca przeto zatrzymywa wszystkich podejrzanych i
zaostrzy czujno osobliwie w tych miejscowo ciach, w pobli u których znajduj
si jednostki wojskowe, składy wojskowe i stacje kolejowe, przez które
przechodz poci gi wojskowe. Zatrzymanych nale y natychmiast podda rewizji
i odstawi do wy szej instancji.”
Wachmistrz andarmerii Flanderka znowu u miechn ł si z zadowoleniem i
wło ył tajn instrukcj , „Sekretreservaten”, mi dzy inne instrukcje do teki z
napisem: „Rozporz dzenia tajne”.
Było ich du o, bo Ministerstwo Spraw Wewn trznych przy współudziale
Ministerstwa Obrony Krajowej, którego władzy podlegała andarmeria,
wydawało ich tyle, e w dowództwie andarmerii w Pradze nie nad ano z ich
powielaniem i rozsyłaniem.
andarmi otrzymywali papiery, jak np.:
„Rozporz dzenie o kontroli lojalno ci ludno ci miejscowej.”
„Instrukcja, jak w rozmowach z miejscow ludno ci bada nale y wpływ,
jaki na ludno wywieraj wiadomo ci z terenów wojny.”
„Kwestionariusz dotycz cy stosunku miejscowej ludno ci do rozpisanych
po yczek, wojennych i składek.”
„Kwestionariusz o nastrojach w ród wezwanych do wojska i w ród tych,
którzy maj zosta wezwani.”
165
„Kwestionariusz o nastrojach w ród członków samorz dów miejscowych i
w ród inteligencji.”
„Rozkaz natychmiastowego ustalenia, do jakich partii politycznych nale y
ludno miejscowa i jaka jest siła poszczególnych partii.”
„Rozporz dzenie o kontroli działalno ci przywódców miejscowych partii i
stwierdzenie stopnia lojalno ci tych wła nie partii, do których nale y ludno
danego terenu.”
„Kwestionariusz co do tego, jakie gazety, czasopisma i broszury przychodz
do rewiru danego posterunku andarmerii.”
„Instrukcja nakazuj ca sprawdzenie, z kim obcuj osoby podejrzane o
nielojalno i jak przedstawia si ich nielojalno .”
„Instrukcja, jak pozyskiwa spo ród ludno ci miejscowej płatnych
konfidentów i donosicieli.”
„Instrukcja dla opłacanych donosicieli, rekrutuj cych si z miejscowej
ludno ci, którzy s na słu bie danego posterunku andarmerii.”
Dzie w dzie przybywały nowe instrukcje, pouczenia, kwestionariusze i
rozporz dzenia. Zasypany tym mnóstwem wynalazków austriackiego
Ministerstwa Spraw Wewn trznych, wachmistrz Flanderka miał mas zaległo ci i
na kwestionariusze odpowiadał stereotypowo, e w jego rewirze wszystko w
porz dku, a lojalno w ród miejscowej ludno ci odpowiada stopniowi I a.
Austriackie Ministerstwo Spraw Wewn trznych wynalazło do mierzenia
lojalno ci i wierno ci wzgl dem monarchii tak to skal stopni: I a, I b, I c; II a,
II b, II c; III a, III b, III c; IV a, IV b, IV c. Ta ostatnia czwórka rzymska w
poł czeniu z „a” oznaczała zdrad stanu i stryczek, z liter „b” internowanie, z
liter „c” obserwacj i wi zienie.
W szufladzie wachmistrza andarmerii znajdowały si wszelkie mo liwe
druki i rejestry. Rz d chciał wiedzie o ka dym obywatelu wszystko, co ten
obywatel o nim my li.
Ile to razy wachmistrz Flanderka, zrozpaczony, załamywał r ce nad
drukami, które nieubłaganie przychodziły ka d poczt . Jak tylko ujrzał znane
koperty z piecz tk „Portofreidienstlich”, serce uderzało mu mocniej, a w nocy,
gdy rozmy lał nad tym wszystkim, dochodził do przekonania, e ko ca wojny si
nie doczeka i e krajowe dowództwo andarmerii przyprawi go w ostatniej chwili
o utrat rozumu, i e nie b dzie ju mógł cieszy si ze zwyci stwa armii
austriackiej, bo zgłupieje do cna. Za dowództwo okr gowe bombardowało go
dzie w dzie zapytaniami, dlaczego nie odpowiedział jeszcze na kwestionariusz
numer 72345/721 g/f d, jak załatwiona została instrukcja za numerem 88992/882
gfch z, jakie praktyczne rezultaty wydała instrukcja pod numerem 123456/292
b/r v, itd.
Najwi cej kłopotów miał z instrukcj , w jaki sposób w ród ludno ci
miejscowej wybiera nale y płatnych donosicieli, a wreszcie, uznawszy za
niemo liwe pozyskanie kogo z tych miejscowo ci, gdzie zaczynaj si Blata i
gdzie wszyscy jeden w drugiego maj twarde, uparte łby, wpadł na koncept
wyforowania na to stanowisko pastucha gminnego, którego wszyscy nazywali
„Pepiku, skocz no!”. Był to kretyn, który na takie wezwanie zawsze podskoczył.
166
Jedna z tych nieszcz liwych, przez przyrod i ludzi upo ledzonych istot, kaleka,
który za kilka złotych rocznie i za troch po ywienia pasał bydło wsiowe.
Tego wi c Pepika kazał wachmistrz wezwa i rzekł do niego:
- Wiesz ty, Pepiku, kto to jest stary Prochazka? Nie becz i pami taj, e tak
nazywaj najja niejszego pana. Wiesz, kto to jest najja niejszy pan?
- To pan ciesia .
- Doskonale, Pepiku! Wi c pami taj, gdy chodz c po domach na obiady
usłyszysz, e pan cesarz jest bydl , albo co innego, to przyjd do mnie i powiedz
mi o tym. Dostaniesz dziesi tk , a je li b dzie kto mówił, e wojny nie wygramy,
to tak samo przyjdziesz do mnie i powiesz mi, kto to mówił, i znowu dostaniesz
dziesi tk . Ale gdybym si dowiedział, e przede mn co ukrywasz, to le z tob
b dzie. Zabior ci i odstawi do Pisku. A teraz, Pepiku, skocz no!
Pepik podskoczył, wachmistrz dał mu dwie dziesi tki i zadowolony z siebie
napisał raport do okr gowego dowództwa andarmerii, e ju znalazł osob ,
która b dzie dostarczała informacji.
Nazajutrz przyszedł do wachmistrza ksi dz proboszcz i donosił mu w
gł bokim sekrecie, e dzisiaj rano spotkał pastucha gminnego, Pepika, który mu
opowiadał:
- Panie pjoboscu, a pan wachmajstel wciolaj mówił, e pan cisia jest bydle i
e wojny nie wyglamy. Beee, hop!
Po dłu szym roztrz saniu sprawy i po rozmowie z ksi dzem proboszczem
kazał wachmistrz andarmerii, Flanderka, zaaresztowa pastucha gminnego,
który nast pnie przez s d wojenny na Hradczanach skazany został na dwana cie
lat wi zienia za knowania antypa stwowe, za podburzanie do nieposłusze stwa
władzom, za obraz najja niejszego pana i za kilka innych zbrodni i przest pstw.
Pepik zachowywał si wobec s du jak na pastwisku albo w ród s siadów. Na
wszystkie pytania pobekiwał jak koza, a po ogłoszeniu wyroku podskoczył i
wrzasn ł: „Beee, hop!” Za to został ukarany dyscyplinarnie twardym ło em w
osobnej celi i trzema postami.
Odt d wachmistrz andarmerii nie miał ju informatora i musiał zadowoli
si tym, e go sobie wymy lił i podawszy fikcyjne nazwisko powi kszył dochód
swój o pi dziesi t koron miesi cznie, które przepijał w gospodzie „Pod
Kocurkiem”. Pij c dziesi ty kufel dostawał napadu sumienno ci, piwo
przestawało mu smakowa , a s siedzi zwracali si do niego zawsze z tym samym
zdaniem:
- Pan wachmistrz jest dzisiaj taki jaki smutny, jakby nieswój. - Przy tych
słowach wachmistrz udawał si do domu, a po jego odej ciu zawsze kto mawiał:
- Nasi wida znowu dostali w Serbii po dupie, bo wachmajster zaniemówił.
Za wachmistrz zabierał si w domu do pracy i wypełniał przynajmniej jeden
z wielu kwestionariuszów:
„Nastrój w ród miejscowej ludno ci: I a.”
Pan wachmistrz miewał ci kie, bezsenne noce. Bezustannie wyczekiwał
inspekcji i dochodzenia. nił mu si nieraz stryczek, widział, jak go prowadz pod
szubienic , gdzie sam pan minister Obrony Krajowej pyta si go po raz ostatni:
„Wachtmeister, wo ist die Antwort des Zirkulärs nr 1789678/23792 X. Y. Z!”
167
Ale teraz! Jest jako tak, jakby ze wszystkich zak tków posterunku
andarmerii odzywały si fanfary triumfalne. Wachmistrz andarmerii
Flanderka nie w tpił, e dowódca okr gu poklepie go po ramieniu i powie.
„Ich gratuliere Ihnen, Herr Wachtmeister.”
W duchu widział wachmistrz andarmerii i inne wspaniałe obrazy, jakie taiły
si w jednym ze zwojów jego urz dowego mózgu: odznaczenia, szybki awans i
przeniesienie do wy szej rangi słu bowej, ocena jego zdolno ci
kryminologicznych, wietna kariera. Wezwał frajtra i zapytał:
- Dostał obiad?
- Przynie li mu w dzonk z kapust i knedlami, ale zupy ju nie było. Wypił
herbat i prosi o jeszcze.
- Nie ałowa mu! - wspaniałomy lnie zadecydował wachmistrz. - Jak tylko
herbat wypije, to prosz przyprowadzi go do mnie.
- No i jak e tam? Smakowało panu? - zapytał wachmistrz, gdy młodszy
andarm po upływie pół godziny przyprowadził Szwejka, sytego i zadowolonego
jak zawsze.
- Mo na wytrzyma , panie wachmajster, tylko kapusty było troch za mało.
Ale có robi ? Wiem, e pan nie był na to przygotowany. W dzonka była dobrze
przew dzona. Przypuszczam, e było to mi so domowe ze wini swojego chowu.
Herbata z arakiem te zrobiła mi dobrze.
Wachmistrz spojrzał na Szwejka i zacz ł:
- W Rosji pija si du o herbaty, nieprawda ? Czy maj tak e i arak?
- Arak maj na całym wiecie.
„Tylko si , bratku, nie wykr caj - pomy lał wachmistrz. -Trzeba si było
pilnowa dawniej i nie gada wszystkiego.”
- No, a ładnych dziewcz t du o w Rosji? - zapytał pochylaj c si ku
Szwejkowi poufale.
- Ładne dziewcz ta s na całym wiecie, panie wachmajster.” Figlarz z ciebie pomy lał znowu wachmistrz. - Teraz chciałby si z tego wszystkiego wykr ci .”
Wytoczył na Szwejka najci szy kaliber i zapytał:
- Co chciał pan robi w 91 pułku?
- Chciałem uda si na front.
Wachmistrz z zadowoleniem popatrzył na Szwejka i rzekł jakby do siebie:
- Całkiem słusznie. Jest to najlepszy sposób dostania si do Rosji.
„Rzecz jest naprawd wietnie obmy lona” - promieniał wachmistrz
uwa aj c, jakie te wra enie wywr na Szwejku jego słowa.
Ale w oczach jego nie mógł si doczyta niczego, prócz bezwzgl dnego
spokoju.
„Ani brew nie drgnie - podziwiał wachmistrz Szwejka. - Takie wietne maj
wychowanie wojskowe. Gdybym si znalazł w jego sytuacji i kto odezwałby si
do mnie w taki sposób, to kolana roztrz słyby si pode mn ...”
- Rano odwieziemy pana do Pisku - rzucił jakby od niechcenia. - Był pan ju
w Pisku?
- Roku tysi c dziewi set dziesi tego na manewrach cesarskich. - U miech
wachmistrza stał si po tej odpowiedzi jeszcze uprzejmiejszy i bardziej
168
triumfuj cy. Doznawał uczucia, e swoim systemem zapyta prze cign ł samego
siebie.
- Brał pan udział w manewrach?
- Tak jest, panie wachmajster, jako szeregowiec.
I znów tak spokojnie, jak przedtem, spogl dał Szwejk na wachmistrza, który
z uciechy siedział jak na szpilkach i nie mógł si ju doczeka , kiedy wstawi to
wreszcie do raportu. Zawołał frajtra, eby Szwejka odprowadził, a sam uzupełnił
swój raport:
„Plan jego był taki: wkradłszy si do szeregów 91 pułku piechoty, chciał
natychmiast zameldowa si jako ochotnik na front i przy najbli szej sposobno ci
dosta si do Rosji, zauwa ył bowiem, e przy czujno ci organów inna droga
powrotu jest niemo liwa. e w 91 pułku byłby mógł wietnie prosperowa , jest
bardzo prawdopodobne, gdy po dłu szym krzy owym badaniu przyznał si , e
w roku tysi c dziewi set dziesi tym brał udział w manewrach cesarskich w
okolicy Pisku jako szeregowiec. Z tego wida , e w specjalno ci swojej posiada
wielkie zdolno ci. Zaznaczam jeszcze, e zebrane oskar enia s rezultatem mego
systemu krzy owego badania.”
We drzwiach ukazał si młodszy andarm.
- Panie wachmajster, on chce i do wychodka.
- Bajonett auf! - zadecydował wachmistrz. - Albo lepiej niech go pan
przyprowadzi tutaj.
- Chce pan i do wychodka? - uprzejmie zapytał wachmistrz.
- Czy nie ma pan jakich innych zamiarów? - Badawczo patrzył w twarz
Szwejka.
- Nie mam adnych innych zamiarów, panie wachmistrzu, tylko piln potrzb
- odpowiedział Szwejk.
- No, no, eby si tylko nie okazało co innego - napominał go wachmistrz
przypinaj c słu bowy rewolwer. - Pójd z panem.
- To bardzo dobry rewolwer - mówił do Szwejka po drodze - siedmiostrzałowy
i strzela bardzo precyzyjnie.
Zanim wyszli na dwór, wachmistrz zawołał frajtra i rzekł mu sekretnie:
- Bajonett auf, jak ju b dzie w rodku, staniecie za wychodkiem, eby nam
si nie przekopał przez gnojowisko.
Wychodek był to mały, zwyczajny szalecik drewniany, stercz cy rozpaczliwie
na rodku podwórza nad gnojowiskiem i s siaduj cy z poblisk kup nawozu.
Był to ju stary weteran, w którym załatwiały swoje potrzeby całe pokolenia.
Teraz siedział w nim Szwejk przytrzymuj c jedn r ka drzwi za sznurek,
podczas gdy od tyłu frajter spogl dał mu na zadek, eby si aresztant nie
przekopał przez gnojowisko.
Za jastrz bie oczy wachmistrza andarmerii nie odwracały si ani na chwil
od drzwi: wachmistrz rozmy lał nad tym, w któr nog nale ałoby postrzeli
Szwejka, gdyby próbował uciec.
Ale drzwi otwarły si spokojnie, z szaletu wyszedł zadowolony Szwejk i
zwracaj c si do wachmistrza pytał:
- Czy nie siedziałem zbyt długo? Mo e pan nie ma czasu?
169
- O, bynajmniej, bynajmniej - odpowiedział wachmistrz, a w duchu pomy lał:
„Co za delikatny, wytworny człowiek. Wie, co go czeka, ale trzeba przyzna , e
do ostatniej chwili jest przyzwoity. Czy kto z naszych na jego miejscu umiałby
si tak zachowa ?”
Wachmistrz usiadł obok Szwejka na materacu na pustym łó ku andarma
Rampy, który miał nocn słu b i obchodził wsie, a który w tej chwili siedział
spokojnie „Pod Czarnym Koniem” w Protivinie i grał z majstrem szewskim w
mariasza, wywodz c w przerwach, e Austria musi wojn wygra .
Wachmistrz zapalił fajk , podał tyto Szwejkowi, frajter dorzucił w gla do
pieca i posterunek andarmerii przemienił si w najmilsze miejsce na kuli
ziemskiej, w przytulny zak tek, w ciepłe gniazdo, omotywane paj czynami szarej
godziny zmierzchu.
Wszyscy milczeli. Wachmistrz my lał nad czym uporczywie, a wreszcie,
zwracaj c si do frajtra, powiedział:
- Zdaniem moim, niesprawiedliwie jest wiesza szpiegów. Człowiek
po wi caj cy si dla obowi zku za swoj , e tak powiem, ojczyzn , powinien by
stracony z honorem, przy pomocy prochu i ołowiu. Co pan o tym s dzi?
- Stanowczo rozstrzela takiego, a nie wiesza - zgadzał si młody andarm. Dajmy na to, e i nas mogliby dok d wysła i rozkazaliby: „Musicie
wyszpiegowa , ile karabinów maszynowych maj Rosjanie w swoim
maschinengewehrabteilungu.” Przebrałbym si i poszedłbym. I za to mieliby
mnie wiesza jak jakiego morderc i rabusia?
Frajter andarmerii tak si rozzło cił, e wstał i zawołał:
- dam rozstrzelania i pogrzebu z honorami wojskowymi.
- W tym s k - odezwał si Szwejk - eby człowiek był przebiegły, wtedy mu
nigdy nic nie dowiod .
- Oho, dowiod ! - z naciskiem zawołał wachmistrz. - Je li oczywi cie i oni s
tak przebiegli i maj swoj metod . Pan sam si o tym przekona.
- Przekona si pan - powtórzył tonem ju nieco łagodniejszym, okraszaj c
słowa swe uprzejmym u miechem. - Nam si tu nikt nie wykr ci, prawda, panie
kolego?
Frajter skin ł głow , e si zgadza, i dodał, e niektórzy ludzie przegrywaj
spraw z góry i e maska zupełnego spokoju nic im nie pomo e, bo im
spokojniejszy jest człowiek, tym bardziej sam siebie zasypuje.
- Macie moj szkoł , panie frajter - rzekł dumnie wachmistrz. - Spokój to
ba ka mydlana, sztuczny spokój to corpus delicti.
Przerwał swój wykład i zwracaj c si do młodszego kolegi zapytał:
- Co b dziemy dzi jedli na kolacj ?
- A do gospody pan wachmajster dzisiaj nie pójdzie? - Pytanie to wyłoniło
przed wachmistrzem nowy ci ki problem, który nale ało natychmiast
rozstrzygn .
Co by to było, gdyby ten tu skorzystał z jego nieobecno ci i uciekł w nocy?
Frajter jest wprawdzie człowiekiem zasługuj cym na zaufanie, przezornym, ale
uciekło mu ju dwóch włócz gów. W rzeczywisto ci sprawa miała si nieco
inaczej: nie miał frajter ochoty wlec si z nimi po niegu - było to zim - a do
Pisku, wi c w polu koło Ra ic pu cił ich i dla formy strzelił w powietrze.
170
- Po lemy po kolacje nasz bab , a piwo b dzie nam nosiła w dzbanku rozstrzygn ł wachmistrz ci ki problem. - Niech si babina troch przewietrzy.
I baba Pejzlerka, która im usługiwała, przewietrzyła si istotnie. Od samej
kolacji ł czno mi dzy posterunkiem andarmerii a karczm „Pod Kocurkiem”
była stale utrzymywana. Niezliczone lady ci kich, du ych trzewików baby
Pejzlerki na tej linii ł czno ci wiadczyły o tym, e wachmistrz w pełnej mierze
wynagradzał sobie sw nieobecno „Pod Kocurkiem”.
Kiedy wreszcie po wielu kolejkach baba Pejzlerka przyleciała do szynku
powiadaj c, e pan wachmistrz kłania si grzecznie i prosi o butelk kontuszówki,
ciekawo szynkarza wzi ła gór nad dyskrecj . Zacz ł pyta .
- Kogo tam niby maj ? - powtórzyła pytanie baba Pejzlerka. - Jakiego
podejrzanego człowieka. Wła nie jak tutaj szłam, to go obaj ciskali za szyj , a
pan wachmistrz głaskał go po głowie i mówił: „Ach, ty mój miły smyku
słowia ski, szpieguniu mój kochany.”
Kiedy ju było dobrze po północy, frajter zwalił si na swoje łó ko w pełnym
umundurowaniu i zaraz zasn ł chrapi c, a szyby brz czały.
Przy stole siedział wachmistrz z reszt kontuszówki w butelce, trzymał
Szwejka za szyj , łzy spływały mu po ogorzałej twarzy, w sy miał zlepione
kontuszówk , a usta z wielkim wysiłkiem wymawiały słowa:
- Powiedz, bracie, szczerze, e w Rosji nie maj takiej dobrej kontuszówki,
powiedz, ebym mógł spokojnie spa . Wyznaj to jako uczciwy człowiek.
- Nie maj .
Wachmistrz zwalił si na Szwejka.
- Uradowałe mnie, przyznałe si . Tak by powinno przy badaniu. Je li
winny, to czemu si wypiera ?
Wstał i zataczaj c si z pust butelk do swego pokoju, mamrotał:
- Gdybym nie wkroczył na drrrog niewła ciw , to wszystko mogło wywypa
całkiem inaczej.
Zanim zwalił si w uniformie na łó ko, dobył z szuflady biurka swój raport i
próbował uzupełni go takim materiałem:
„Ich muss noch dazu beizufügen, dass die russische kontuszówka na
podstawie § 56...
Zrobił kleksa, zlizał go i u miechaj c si głupowato, zwalił si na łó ko i
zasn ł jak kamie .
Nad ranem frajter andarmerii, le cy na łó ku naprzeciwko Szwejka, zacz ł
tak mocno chrapa i gwizda przez nos, e Szwejk si ockn ł. Wstał, potrz sn ł
fratrem i znów si poło ył. Tymczasem pocz ły pia koguty, a kiedy ju wzeszło
sło ce, baba Pejzlerka, która tak e spała dzisiaj nieco dłu ej, eby sobie
powetowa nocn bieganin , przyszła zapali w piecu. Zastała drzwi otwarte, a
wszyscy spali jak zar ni ci. Lampka naftowa na odwachu jeszcze kopciła. Baba
Pejzlerka zrobiła alarm i ci gn ła frajtra i Szwejka z łó ek. Do frajtra rzekła:
- e te panu nie wstyd spa w ubraniu jak nieboskie stworzenie.
Do Szwejka zwróciła si z napomnieniem, eby sobie przynajmniej zapi ł
rozporek, gdy widzi kobiet .
Wreszcie energicznie rozkazała zaspanemu frajtrowi, eby poszedł zbudzi
pana wachmistrza, bo to nie aden porz dek, gdy ludzie gnij tak długo w łó ku.
171
- W ładne r ce pan si dostał - mamrotała baba zwracaj c si do Szwejka, gdy
frajter budził wachmistrza. - Jeden wielki pijak, a drugi jeszcze wi kszy.
Przepiliby nos spomi dzy oczu. Mnie ju trzeci rok winni za usługiwanie, a gdy
si upominam, to mi wachmistrz zawsze mówi: „Milczcie, babo, bo was ka
aresztowa . My wierny, e wasz syn jest kłusownikiem i kradnie drzewo na
pa skim.” Wi c si z nimi tak morduj ju czwarty rok.
Baba westchn ła gł boko i mamrotała dalej:
- Osobliwie niech si pan ma na baczno ci przed wachmistrzem. Słodki jak
cukierek, a tymczasem jest to psubrat pierwszej klasy. Ka dego tylko zasypa i
aresztowa .
Wachmistrza nie mo na było dobudzi . Frajter musiał go bardzo wymownie
przekonywa , e trzeba wsta , bo ju dzie .
Wreszcie otworzył oczy, tarł czoło i niewyra nie zacz ł sobie przypomina
szczegóły wczorajszego dnia. Nagle przez głow przemkn ła mu my l straszliwa,
któr wyraził spogl daj c na frajtra z uczuciem niepewno ci:
- Uciekł?
- Gdzie tam! To porz dny człowiek.
Frajter zacz ł chodzi po pokoju, wyjrzał oknem, zawrócił, urwał kawałek
gazety le cej na stole, ugniatał z papieru kulk , jednym słowem wida było, e
chce co rzec.
Wachmistrz spogl dał na niego z uczuciem niepewno ci, a wreszcie chc c
usłysze cał prawd , któr zaledwie przeczuł, odezwał si :
- Ja panu wszystko ułatwi , panie frajter. Musiałem wida wyrabia wczoraj
ładne rzeczy.
Frajter spojrzał na swego przeło onego z wyrzutem i odpowiedział:
- Gdyby pan wiedział, panie wachmajster, czego pan wczoraj nie wygadywał!
Jakie rozmowy pan z nim prowadził!
Nachylaj c si nad uchem wachmistrza szeptał:
- Mówił pan, e wszyscy Czesi i Rosjanie to jedna krew słowia ska, e Mikołaj
Mikołajewicz na przyszły tydzie b dzie w Przerovie, e Austria si nie utrzyma,
eby si tylko wszystkiego wypierał przy dalszym badaniu i eby plótł pi te przez
dziesi te, to si utrzyma tak długo, dopóki nie uwolni go Kozacy. Bo ju
niedługo to wszystko we mie w łeb i b dzie tak jak za czasów wojen husyckich,
chłopi pójd z cepami na Wiede . e cesarz jest schorzały dziadyga, e rychło
patrze , wyci gnie kopyta, e cesarz Wilhelm jest zwierz , e temu
aresztowanemu b dzie pan posyłał pieni dze do wi zienia, eby nie zaznał biedy, i
du o innych podobnych rzeczy...
Frajter cofn ł si od wachmistrza.
- O tym wszystkim dobrze pami tam, bo z pocz tku byłem tylko troszk
zawiany. Ale potem te si schlałem i nie wiem, co było dalej.
Wachmistrz popatrzył na frajtra.
- A ja pami tam - o wiadczył wachmistrz - e pan mówił, i w porównaniu z
Rosj jeste my karzełkami, i e ryczał pan przed t bab : „Niech yje Rosja!”
Frajter zacz ł nerwowo chodzi po pokoju.
- Ryczał pan jak ten byk - rzekł wachmistrz. - Potem zwalił si pan na łó ko i
zacz ł chrapa .
172
Frajter zatrzymał si przy oknie i b bni c w nie palcami o wiadczył
- Pan te wody w g b nie nabierał przed t nasza bab i pami tam, panie
wachmajster, e pan rzekł do niej: „Pami tajcie, babo, e cesarz czy król my li
tylko o swojej kieszeni i dlatego toczy wojn , cho by był takim dziadyg jak nasz
stary Prochazka, którego nie mog wypuszcza z klozetu, eby nie zapaskudził
całego Schönbrunnu.”
- Takie rzeczy mówiłem?
- Tak jest, panie wachmajster, takie rzeczy pan wygadywał, zanim wyszedł
pan na dwór rzyga , i jeszcze pan wołał: „Wsad cie mi, babo, palec w gardziel!”
- Pan si te niezgorzej wyra ał - przerwał mu wachmistrz. - Sk d panu si na
przykład ubrdało, e Mikołaj Mikołajewicz b dzie królem czeskim?
- Tego nie pami tam - nie miało odpowiedział frajter.
- Jeszcze by te . Jak pan ma pami ta , kiedy pan był pijany, miał pan
malutkie wi skie oczka, a jak wypadło wyj na dwór, to zamiast do drzwi właził
pan na piec.
Obaj zamilkli i zamy lili si . Długie milczenie przerwał wachmistrz:
- Zawsze panu mówiłem, e alkohol to zguba. Nie słu y panu wódka, a pan
pije. Co by to było, gdyby nam ten nasz był zwiał? Jak by my si tłumaczyli?
Bo e mój, jak mi we łbie trzeszczy.
- Powiadam panu, panie frajter - mówił dalej wachmistrz - i wła nie dlatego,
e nie uciekł, sprawa jest całkiem jasna. Musi to by jaki niesłychanie
wyrafinowany człowiek. Jak go b d badali w wy szych instancjach, to powie, e
przez cał noc drzwi były otwarte i e byli my pijani, wi c mógł uciec, gdyby si
czuł winnym. Całe szcz cie, e takiemu człowiekowi nie wierz , a jeszcze jak my
pod słu bow przysi g powiemy, e to zmy lone i zuchwałe kłamstwo ze strony
tego człowieka, to mu wi ty Bo e nie pomo e i b dzie miał o jeden paragraf na
karku wi cej. Chocia przy takiej sprawie jak jego podobne szczegóły s bez
znaczenia. eby mnie tylko ta głowa tak nie bolała...
Przez chwil było cicho, po czym znów odezwał si wachmistrz:
- Niech pan zawoła nasz bab .
- Słuchajcie no, babo - rzekł wachmistrz do Pejzlerki spogl daj c jej surowo
w oczy. - Prosz si wystara o krucyfiks z postumentem i przynie go tu.
Na pytaj ce spojrzenie Pejzlerki wachmistrz rykn ł:
- Rusza mi zaraz i nie gapi si !
Z szuflady wyj ł wachmistrz dwie wiece, na których były lady laku od
piecz towania urz dowych papierów, a gdy Pejzlerka przykusztykała wreszcie,
ustawił krzy mi dzy dwiema wiecami na skraju stołu, zapalił wiecie i rzekł z
wielk powag :
- Siadajcie, babo.
Wystraszona Pejzlerka usiadła na kanapie i wytrzeszczyła oczy na
wachmistrza, wiece i krucyfiks. Ogarn ło j przera enie. Wida było, e jej r ce,
zło one na fartuchu, trz s si razem z kolanami.
Wachmistrz z powag przeszedł koło niej raz i drugi, po czym rzekł
uroczy cie:
173
- Wczoraj wieczorem byli cie wiadkiem wielkiego wydarzenia, moja babo.
By mo e, e wasz głupi rozum tego poj nie zdoła. Ten ołnierz to wywiadowca,
szpieg. Rozumiecie?
- Jezus Maria! - krzykn ła Pejzlerka. - O Naj wi tsza Panienko Skoczicka!
- Cicho, babo. eby z niego co wyci gn , musieli my gada z nim tak i
owak. Słyszeli cie przecie, jak dziwnie tu rozmawiali my, tak czy nie?
- Słysze słyszałam - odezwała si Pejzlerka dr cym głosem.
- Ale całe to gadanie, moja babo, było tylko na to, eby nam zaufał i eby si
przed nami wygadał. No i udało nam si . Wy piewał wszystko. Capn li my
ptaszka.
Wachmistrz przerwał na chwil , oczy cił knoty wiec, a potem mówił z wielk
powag dalej, nie przestaj c surowo spogl da na Pejzlerk :
- Byli cie tutaj, moja babo, i jeste cie wtajemniczona w cał spraw . Jest to
tajemnica urz dowa. O tym nie wolno wam ani pisn . Nawet na ło u
miertelnym trzeba trzyma j zyk za z bami, bo was nie pochowaj na
cmentarzu.
- Jezus Maria, Józefie wi ty! - biadała Pejzlerka. - Po com ja tu,
nieszcz liwa, wlazła?
- Nie ryczcie, babo, wsta cie, przyst pcie do krzy a, podnie cie dwa palce
prawicy do góry. B dziecie przysi ga . Mówcie za mn .
Pejzlerka, zataczaj c si jak pijana, podeszła do stołu, nie przestaj c biada :
- Przenaj wi tsza Panienko Skoczicka, e te ja tu wlazłam.
Z krzy a spogl dała na ni um czona twarz Chrystusa, wieczki kopciły, a
wszystko to wydawało si Pejzlerce czym upiornie nieziemskim. Ton ła w
jakich straszliwych mrokach grozy, kolana si pod ni uginały, r ce si trz sły.
Podniosła dwa palce, a wachmistrz andarmerii uroczy cie i z naciskiem
podpowiadał jej:
- Przysi gam Bogu Wszechmog cemu i wam, panie wachmistrzu, e o tym, co
tutaj słyszałam i widziałam, nie powiem nikomu ani słowa do samej mierci
swojej, cho bym nawet była pytana. Tak mi dopomó Bóg!
- Ucałujcie jeszcze krzy , babo - rozkazał wachmistrz, gdy Pejzlerka, okrutnie
szlochaj c, przysi gła i prze egnała si pobo nie.
- Dobrze, a teraz odnie cie krucyfiks temu, kto wam go po yczył, i powiedzcie,
e potrzebowałem go do badania.
Zgn biona Pejzlerka na paluszkach wyszła z krucyfiksem, a przez okno wida
było, e bezustannie ogl da si w stron posterunku, jakby si chciała przekona ,
e to, co si wła nie zdarzyło, nie było snem, ale najstraszliwsz rzeczywisto ci
jej ywota.
Tymczasem wachmistrz przepisywał swój raport, który w nocy powalał
kleksami; zlizuj c je rozmazał cały r kopis, jakby na nim była marmolada.
Cały raport przerobił na nowo i przypomniał sobie, e aresztowanego nie
zapytał jeszcze o jedn wa n rzecz. Kazał wi c zawoła . Szwejka i rzekł:
- Fotografowa pan umie?
- Umiem.
- A dlaczego nie ma pan przy sobie aparatu?
- Bo go nie posiadam - brzmiała jasna i rzetelna odpowied .
174
- A gdyby pan miał aparat, to by pan fotografował? - pytał wachmistrz.
- Gdyby ciocia miała w sy, toby była wujaszkiem - dobrodusznie
odpowiedział Szwejk, spokojnie wytrzymał badawcze spojrzenie wachmistrza,
którego w tej chwili tak mocno rozbolała głowa, e nie zdołał wymy li adnego
innego pytania, prócz tego:
- Czy dworzec kolejowy trudno fotografowa ?
- L ej ni cokolwiek innego - odpowiedział Szwejk - bo dworzec si nie rusza i
ci gle stoi na jednym miejscu, a fotograf nie potrzebuje go napomina , eby
zrobił przyjemny wyraz twarzy.
Wachmistrz mógł uzupełni swój raport:
„Zu dem Bericht, Nr 2172, melde ich... - i pisał zamaszy cie: - Mi dzy innymi
podczas mego krzy owego badania przyznał si , e umie fotografowa , a
najch tniej fotografuje dworce kolejowe. Aparatu fotograficznego wprawdzie
przy nim nie znaleziono, ale istnieje przypuszczenie, e go gdzie ukrył i nie nosi
przy sobie dla odwrócenia uwagi, co potwierdza jego własne przyznanie si , e
fotografowałby, gdyby miał aparat przy sobie.”
Wachmistrz, który miał głow oci ał po wczorajszym wieczorze, zapalał si
coraz bardziej do wiadomo ci o fotografowaniu i pisał dalej:
„Nie ulega w tpliwo ci, co wynika z jego własnych zezna , i tylko dlatego, e
nie posiada aparatu fotograficznego przy sobie, nie mógł fotografowa dworców
kolejowych i miejsc wa nych pod wzgl dem strategicznym. Pewne jest, e byłby
fotografował, gdyby miał wy ej wzmiankowany przyrz d fotograficzny przy
sobie i nie ukrywał go. Tylko tej okoliczno ci, i aparatu fotograficznego nie miał
pod r k , mo na zawdzi cza , i nie znaleziono u niego adnych fotografii.”
- Dosy b dzie - rzekł wreszcie i podpisał si .
Był ogromnie zadowolony ze swego dzieła i z wielk dum przeczytał raport
frajtrowi.
- Udało mi si - mówił. - Tak si pisze berichty. W nich musi by wszystko.
Badanie, prosz pana, to nie taka sobie byle jaka rzecz. Głównie chodzi o to, eby
wszystko było ładnie skomponowane. Niech teraz władze otwieraj g by. Prosz
przyprowadzi tego naszego, bo trzeba zrobi z nim koniec.
- Wi c pan frajter odprowadzi pana teraz do Bezirksgendarmeriekommando.
Według przepisów powinien pan dosta kajdanki, ale poniewa przypuszczam, e
z pana przyzwoity człowiek, wi c pójdzie pan bez kajdanek. Jestem przekonany,
e i w drodze nie b dzie pan próbował ucieka .
Wachmistrz był wyra nie wzruszony widokiem poczciwej twarzy Szwejka i
dlatego dodał:
- Niech pan nam nie pami ta nic złego. Niech pan go zabierze, panie frajter. A
tutaj jest bericht.
- Zosta cie, pa stwo, z Bogiem - rzekł mi kko Szwejk. - Dzi kuj panu, panie
wachmajster, za wszystko, co pan dla mnie uczynił. Je li zdarzy si okazja, to do
pana napisz , a gdybym t dy przechodził, to do pana wst pi .
Szwejk wyszedł z frajtrem na szos i obaj wdali si z sob w tak
przyjacielsk rozmow , e ka dy, kto by ich spotkał, uwa ałby ich za starych
znajomych, którzy, spotkawszy si przypadkowo, id razem do miasta albo,
powiedzmy, do ko cioła.
175
- Nigdy bym nie przypuszczał - rzekł Szwejk - e taka podró do Budziejowic
poł czona jest z tylu trudno ciami. Taka sama historia jak z tym rze nikiem
Chaur z Kobylis, który pewnej nocy dostał si na Mora pod pomnik Palackiego
i do samego rana chodził dokoła niego, bo mu si zdawało, e ten postument,
który on ci gle okr ał, jest murem bez ko ca. Był zrozpaczony, a o wicie był
ju tak zm czony, e zacz ł wzywa policj : gdy pozbiegali si policjanci, to si
pytał, któr dy idzie si do Kobylis, bo ju pi godzin idzie wdłu jakiego muru i
ko ca nie wida . Zabrali go wi c z sob , a on w areszcie wszystko potłukł i
połamał.
Frajter nie odpowiedział na to ani słowa i my lał sobie: „Gadaj sobie zdrów.
Znowu zaczynasz jakie bajeczki o Budziejowicach.”
Przechodzili koło stawu i Szwejk z du ym zainteresowaniem wypytywał
frajtra, czy w okolicy jest du o kłusowników.
- Tutaj kłusownicy jeden w drugiego - odpowiedział frajter. - Dawnego
wachmistrza chcieli utopi . Dozorca stawów strzela im w zady szczecinami, ale to
nic nie pomaga, bo ka dy nosi w spodniach kawał blachy.
Frajter rozgadał si o post pie i wynalazkach ludzkich na wszystkie potrzeby,
a tak e o tym, jak jeden oszukuje drugiego. Potem rozwin ł teori , e ta wojna
jest wielkim szcz ciem dla ludzko ci, poniewa w bitwach gin b d nie tylko
ludzie porz dni, ale tak e psubraty i hycle.
- I tak ju za du o ludzi na wiecie - mówił z zastanowieniem - jeden pcha si
na drugiego, a ludzie rozplenili si a strach.
Zbli ali si do zajazdu.
- Wiatr dzisiaj dmucha jak wszyscy diabli - rzekł frajter. - S dz , e nie
zaszkodziłoby wypi jednego. Nie mów pan nikomu, e pana prowadz do Pisku.
To tajemnica pa stwowa.
Przed oczyma frajtra zata czyła instrukcja władz centralnych, dotycz ca
ludzi podejrzanych oraz obowi zków ka dego posterunku andarmerii:
„Wył czy takowych z obcowania z ludno ci miejscow i pilnie przestrzega ,
aby przy transportowaniu ich do wy szych instancji nie było okazji do
niepotrzebnej gadaniny w okolicy.”
- Nikt nie powinien wiedzie , co pan za jeden - mówił dalej frajter. - Co pan
zrobił, to pan zrobił, to nasza sprawa. Nie trzeba szerzy paniki. W takich
czasach wojennych panika jest rzecz bardzo zł - mówił dalej. - Powie si słówko
i ju po całej okolicy niepokój i wzburzenie. Rozumie pan?
- No to nie b d szerzył paniki - rzekł Szwejk i post pował zgodnie z tym
zapewnieniem, bo gdy szynkarz si z nim rozgadał, on powtarzał z naciskiem: „A
mój brat powiada, e za godzin b dziemy w Pisku.”
- To niby brat pa ski ma urlop? - zapytał ciekawski szynkarz frajtra, który
bez drgnienia powiek zuchwale odpowiedział:
- Dzi mu si sko czy.
- Nabrali my faceta - rzekł z u miechem do Szwejka, gdy szynkarz oddalił si
na chwil . - Bro Bo e, szerzy panik . Czasy mamy wojenne.
Wchodz c do zajazdu frajter wyraził si , e nie zaszkodziłoby wypi jednego,
ale co do liczby okazał si kiepskim rachmistrzem. Gdy wypił dwunastego,
o wiadczył z wielk stanowczo ci , e dowódca rejonu andarmerii wojskowej
176
jest do trzeciej godziny na obiedzie, e wi c nie trzeba si pieszy , prócz tego
zaczyna si zadymka. Gdy si do Pisku zajdzie na czwart , to czasu b dzie a
nadto. Do szóstej spraw załatwi . I tak pomaszeruj ju po ciemku, bo pogoda
dzisiejsza marna. A w ogóle to wszystko jedno: czy si pójdzie teraz, czy pó niej.
Pisek przecie nie zaj c.
- B d my kontenci, e siedzimy w ciepłej izbie - dodał w ko cu. - Tam w
okopach przy takiej niepogodzie nie ma takiej wygody jak tutaj przy piecu.
Wielki piec kaflowy grzał a miło, a frajter na nowo stwierdzał powszechnie
znany fakt, e ciepło zewn trzne łatwo mo na uzupełni ciepłem wewn trznym
przy pomocy ró nych wódek słodkich i mocnych, jak mówi w Galicji.
Wła ciciel tego szynku na ustroniu miał osiem gatunków takich wódek, nudził
si i pił przy skowycie wichury, która wyła przy ka dym rogu domu.
Frajter ci gle zach cał szynkarza, eby mu w piciu dotrzymywał placu, i
oskar ał go, e pije za mało, co było oczywist krzywd , bo szynkarz ledwie
trzymał si na nogach, chciał bezustannie gra w ferbla i twierdził, e w nocy
słyszał huk armat od strony wschodniej, na co frajter odpowiadał czkaj c:
- Aby tylko nie szszszerzy paniki. Od tego s ininstrukcje.
I zacz ł wywodzi , e instrukcje to zbiór najnowszych rozporz dze . Przy
sposobno ci wydał sekret kilku rozporz dze ci le tajnych. Gospodarz rozumiał
z tego wszystkiego bardzo niewiele i zdobył si jedynie na uwag , e instrukcjami
wojny si nie wygra.
Ciemno ju było, gdy si frajter zdecydował ruszy ze Szwejkiem w dalsz
drog ku Piskowi. W zawiei nie nej nie widział pan frajter własnego nosa i
bezustannie powtarzał:
- Trzeba i ci gle prosto przed siebie, a do Pisku.
Kiedy sentencj t wygłosił po raz trzeci, głos jego nie rozległ si ju na szosie,
ale dochodził sk d z dołu. Pan frajter stoczył si po mi kkim niegu do rowu.
Wspieraj c si na karabinie, wdrapał si z wielkim wysiłkiem znów na szos .
Szwejk słyszał, jak andarm mieje si zduszonym miechem:
- li-i-zgawica...
Po chwili głos jego raptem si urwał, bo pan frajter znowu stoczył si do rowu
rycz c tak, e zagłuszył wichur :
- Zlec na łeb! Panika!
Frajter przemienił si w pracowit mrówk , która gdy sk d spadnie,
wdrapuje si pracowicie i uparcie z powrotem.
Pi razy staczał si do rowu, a gdy po ostatnim upadku stał obok Szwejka,
rzekł z poczuciem zupełnej bezradno ci:
- Wiesz pan co? Bardzo łatwo mógłbym pana zgubi po drodze.
- Niech si pan nie boi, panie frajter - rzekł Szwejk. - Najlepiej b dzie, gdy si
do siebie przywi emy, to jeden drugiemu nie zginiemy. Czy ma pan przy sobie
kajdanki?
- Ka dy andarm winien zawsze mie przy sobie kajdanki - z naciskiem
odpowiedział frajter słaniaj c si koło Szwejka. - To nasz chleb powszedni.
- No to przypnijmy si do siebie kajdankami - zach cał Szwejk andarma. Niech pan spróbuje.
177
Mistrzowskim ruchem przypi ł frajter kajdanki do r ki Szwejka, a drugim
ko cem opi ł swoj własn prawic , tak i byli z sob zł czeni jak bli ni ta.
Zataczaj c si szos , nie mogli oderwa si od siebie, a frajter, który prowadził
Szwejka przez kupy kamieni, poci gał go za sob , gdy si przewracał. Przy tej
sposobno ci kajdanki wrzynały im si w r ce, a frajter zadeklarował, e dalej
tak i niepodobna, e trzeba zdj kajdanki. Po długim i daremnym wysiłku
wyzwolenia si z elaznych p t frajter westchn ł:
- Jeste my z sob zł czeni na wieki wieków.
- Amen! - dodał Szwejk i obaj z wielkim wysiłkiem nadal pokonywali
trudno ci terenu.
Frajter popadł w absolutne przygn bienie, a gdy po niewypowiedzianych
udr kach marszu pó nym wieczorem dotarli do Pisku, do miejscowego
dowództwa andarmerii, odezwał si do Szwejka z bezradn małoduszno ci :
- Teraz b d si działy rzeczy okropne. Nie mo emy si oderwa od siebie.
I rzeczywi cie działy si rzeczy okropne, gdy wachmistrz posłał po dowódc ,
rotmistrza Königa.
- Chuchnijcie na mnie! - rzekł rotmistrz na wst pie.
- Teraz rozumiem - rzekł surowo, gdy do wiadczonym i bystrym w chem
zorientował si w sytuacji. - Arak, kontuszówka, jarz binówka, orzechówka,
wi niówka, waniliówka i diabli wiedz , co tam jeszcze.
- Panie wachmistrzu - zwrócił si do swego podwładnego - tutaj ma pan
przykład, jakim andarm by nie powinien. Takie post powanie to przest pstwo,
którym zajmie si s d wojenny. Zwi za si z delikwentem kajdankami. I
przychodzi tutaj pijany, total besoffen. Przyłazi do mnie jak zwierz . Niech pan
im zdejmie kajdanki.
- Co to ma by ? - zwrócił si do frajtra, który woln r k salutował
niezgodnie z przepisem.
- Posłusznie melduj , panie rotmistrzu, e przynosz panu bericht.
- O was pójdzie bericht do s du - szorstko rzekł rotmistrz. - Panie
wachmistrzu, niech pan we mie do aresztu obu tych ludzi, a rano prosz
przyprowadzi ich do przesłuchania. Ten bericht z Putimia przejrzy pan i przy le
mi do mieszkania.
Pisecki rotmistrz był m em wielkiej sumienno ci urz dowej i konsekwentnie
gn bił swoich podwładnych wszystkimi sposobami wytrawnego biurokratyzmu.
Na posterunkach andarmerii w jego okr gu bezustannie odczuwano r k
pana rotmistrza, który całymi dniami załatwiał ró ne sprawy, udzielał
napomnie , ostrzegał i groził, nie zapominaj c o adnym z podwładnych.
Od chwili wybuchu wojny nad posterunkami andarmerii w okr gu piseckim
wisiały ci kie chmury.
Nastrój był prawdziwie upiorny. Pioruny biurokratyzmu huczały i biły w
lewo i w prawo, w wachmistrzów, frajtrów, szeregowców, urz dników. Za byle
głupstwo groziło ledztwo dyscyplinarne.
- Je li mamy wygra wojn - mawiał podczas swoich objazdów inspekcyjnych
- to” a” musi by „a”, „ b” powinno by „b”. Nad „i” wsz dzie musi by kropka.
178
Wsz dzie w szył zdrad i wyobra ał sobie ka dego andarma jako człowieka
obci onego tajnymi grzechami, zrodzonymi z wojny. Był przekonany, e ka dy z
nich zaniedbuje si w słu bie.
A władze przeło one bombardowały go pismami, w których Ministerstwo
Obrony Krajowej bezustannie zwracało uwag na fakt, e ołnierze pochodz cy z
okr gu piseckiego - według raportów Ministerstwa Wojny - przechodz do
nieprzyjaciela.
Zmuszali go do ci głych objazdów i tropienia nielojalno ci w okr gu. Pan
rotmistrz widywał, jak ony odprowadzały m ów wezwanych do wojska, i z góry
ju wiedział, e ci m owie obiecywali onom jak najuroczy ciej, i nie dadz si
zabi dla najja niejszego pana.
Czarno ółty horyzont j ły przesłania chmury rewolucji. W Serbii, w
Karpatach całe bataliony przechodziły na stron nieprzyjaciela. Pułk 28, pułk 11.
W tym ostatnim słu yli ołnierze z okr gu piseckiego i z okolicy. W takim
przedrewolucyjnym nastroju przyjechali rekruci z Vodnian z go dzikami z
czarnej organdyny. Przez dworzec pisecki przeje d ali ołnierze spod Pragi i
odrzucali czekolad i papierosy, którymi obdarowywały ich panie z piseckiego
towarzystwa.
Pó niej przyje d ał jaki marszbatalion, a kilku piseckich ydów ryczało:
- Heil! Nieder mit den Serben!
Dostali za to tak zdrowo po karku, e przez tydzie nie mogli pokazywa si
na ulicy.
Podczas gdy działy si takie rzeczy, które jasno dowodziły, e chocia po
ko ciołach organy grały hymn austriacki, to jednak lojalno była tylko mask
zewn trzna i obłud ; z posterunków andarmerii w drowały do władz wy szych
znane nam ju odpowiedzi na kwestionariusze, w rodzaju tych z Putimia, e
wszystko jest w najlepszym porz dku, e nigdzie nie wida agitacji przeciw
wojnie, e nastrój mieszka ców równa si I a, zapał wojenny I a b.
- Wy nie andarmi jeste cie, ale policyjne piecuchy - mawiał pan rotmistrz w
czasie swoich objazdów. - Zamiast podnie swoj czujno o tysi c procent,
stajecie si powoli bydłem.
Po dokonaniu tego zoologicznego odkrycia dodawał:
- Siedzicie w domu za piecem i my licie sobie: „Mit ganzem Krieg kann man
uns Arsch lecken.”
Po czym nast powało wyliczanie wszystkich obowi zków nieszcz liwych
andarmów i wykład o całokształcie sytuacji oraz napomnienie, e trzeba wzi
wszystko mocno w gar , eby zapanował nale yty porz dek. Po takich
wykładach o doskonało ci andarmskiej, maj cej podpiera mocarstwo
austriackie, nast powały gro by, ledztwa dyscyplinarne, przeniesienia słu bowe
i wyzwiska.
Rotmistrz był niezachwianie przekonany, e stoi na stra y czego , e co ocala
i ratuje i e wszyscy andarmi jego okr gu to banda gnu nych piecuchów,
egoistów, podłych drabów, oszustów, którzy w ogóle na niczym innym si nie
znaj , tylko na wódce, piwie i winie. A poniewa maj dochody niewielkie, wi c
aby mogli oddawa si pija stwu, bior łapówki i niszcz Austri powoli, ale
dokładnie. Jedynym człowiekiem, którego pan rotmistrz darzył zaufaniem, był
179
podległy mu wachmistrz w dowództwie okr gu, który, siadaj c w szynku, mawiał
o swoim przeło onym bardzo cz sto:
- Znowu miałem bujd na resorach ze swoim starym fujar ...
Rotmistrz studiował bericht andarmskiego wachmistrza z Putimia. Przed
nim stał wachmistrz Matiejka i my lał sobie, e cały pan rotmistrz - razem ze
swoimi berichtami mo e go pocałowa w nos, poniewa w szynku około Otavy
czekali na niego z partyjk sznopsa.
- Mówiłem ju panu - odezwał si rotmistrz - e najwi kszym idiot , jakiego
poznałem kiedykolwiek, jest wachmistrz z Protivina, ale z tego berichtu wida , e
go przewy szył wachmistrz z Putimia. ołnierz, którego przyprowadził ten
moczyg ba frajter, sprz gni ty z nim jak pies z psem, to przecie nie aden szpieg.
Jest to niezawodnie najzwyklejszy dezerter. Pisze mi tu takie bałwa stwa, e
ka de dziecko na pierwsze spojrzenie pozna by musiało, e pan wachmistrz był
schlany jak nie przymierzaj c prałat papieski.
- Niech pan przyprowadzi tego ołnierza - rozkazał po chwili, gdy doczytał do
ko ca raport z Putimia. - Nigdy w yciu nie widziałem takiej kolekcji idiotyzmów
jak w tym raporcie i jeszcze posyła mi tego podejrzanego draba pod konwojem
takiego bydlaka, jakim jest jego frajter. Moi ludzie nie znaj mnie wida jeszcze
do dobrze i nie wiedz , e ja potrafi by draniem. Dopóki nie doprowadz do
tego, e trzy razy dziennie b d robili w portki ze strachu przede mn . b dzie im
si zdawało, e pozwalam sobie ciosa kołki na łbie.
Rotmistrz rozgadał si o tym, jak to dzisiejsi andarmi lekcewa sobie
rozkazy, układaj c berichty w taki sposób, i zaraz wida , e taki wachmistrz z
niczego sobie nic nie robi i stara si ka d spraw zapl ta jeszcze wi cej.
- Gdy władze zwracaj uwag , e nie jest wykluczone, i po okolicy pl cz si
szpiedzy, to andarmscy wachmistrze zaczynaj fabrykowa szpiegów masowo, i
je li wojna potrwa jeszcze lat kilka, to cały wiat przemieni si w jeden wielki
dom wariatów. Niech z kancelarii wy l depesz do Putimia, eby wachmistrz
przyjechał jutro do Pisku. Trzeba b dzie wybi mu ze łba to wielkie wydarzenie,
o którym pisze.
- Z którego pułku uciekli cie? - zapytał rotmistrz Szwejka.
- Z adnego pułku.
Rotmistrz spojrzał na Szwejka i ujrzał w jego spokojnej twarzy tyle
beztroskiej oboj tno ci, e zapytał:
- Sk d wzi li cie mundur?
- Ka dy ołnierz, gdy go bior do wojska, dostaje mundur - odpowiedział
Szwejk z łagodnym u miechem. - Ja słu w 91 pułku i nie tylko e ze swego
pułku nie uciekłem, ale przeciwnie.
Słowo „przeciwnie” zaakcentował Szwejk tak jako osobliwie, e rotmistrz
zbaraniał i zapytał:
- Co to znaczy: przeciwnie?
- Sprawa to bardzo prosta - zwierzał si Szwejk. - Ja id do swego pułku, nie
uciekam od niego, ale go szukam. Niczego sobie tak nie ycz , jak dosta si co
rychlej do swego pułku. Ju jestem z tego wszystkiego cały zdenerwowany, bo mi
si zdaje, e si oddalam od Czeskich Budziejowic. A tam przecie czeka na mnie
180
cały pułk. Pomy le strach. Pan wachmistrz w Putimiu pokazywał mi na mapie,
e Czeskie Budziejowice s na południu, a on tymczasem posyła mnie na północ.
Rotmistrz machn ł r k , jakby chciał rzec:
„Ten cały wachmistrz robi jeszcze lepsze kawały ni kierowanie ludzi na
północ.”
- Wi c wy szukacie swego pułku i nie mo ecie go znale ? - Szwejk
opowiedział wszystko szczegółowo. Wymienił Tabor i wszystkie miejscowo ci,
przez które zd ał do Budziejowic: Milevsko, Kvietov, Vra , Malczin, Ci ova,
Sedlec, Hora dovice, Radomy l, Putim, Sztiekno, Strakonice, Voly , Dub,
Vodniany, Protivin i znowu Putim.
Z ogromnym zapałem malował Szwejk swoj walk z losem, opowiadaj c,
jakimi nadludzkimi wysiłkami starał si dotrze do Budziejowic, do swego 91
pułku, i jak wszystkie jego wysiłki pozostawały daremne.
Przemawiał z arem, a rotmistrz tymczasem rysował mechanicznie ołówkiem
na papierze bł dne koło, z którego dobry wojak Szwejk nie mógł si wyrwa , cho
tak bardzo pragn ł dosta si do swego pułku.
- Była to praca herkulesowa - rzekł wreszcie, gdy z upodobaniem wysłuchał
opowiadania Szwejka o tym, jak strasznie mu przykro, e tak długo bł dził i nie
mógł dotrze do swego pułku. - Musiał to by ładny widok, jak tak kr cili cie si
wkoło tego Putimia.
- Mo e byłbym wreszcie znalazł drog - wtr cił Szwejk - gdyby nie ten
wachmistrz w tej nieszcz snej dziurze. Nie zapytał mnie ani o nazwisko, ani o
pułk, tylko od razu wszystko zacz ł uwa a za jakie osobliwe zdarzenie.
Powinien był odesła mnie do Budziejowic, a w koszarach byliby ju powiedzieli,
czy jestem ten Szwejk, co szuka swego pułku, czy te jestem jakim podejrzanym
człowiekiem. Mogłem ju od dwóch dni by w swoim pułku i pełni swoje
obowi zki wojskowe.
- Dlaczego nie zwrócili cie uwagi wachmistrzowi w Putimiu, e to omyłka?
- Bo wiedziałem, e gadanie z nim na nic si nie zda. To samo mawiał ju stary
szynkarz Rampa na Królewskich Vinohradach, gdy kto chciał pi na kredyt, e
przychodz takie chwile w yciu człowieka, i jest wobec wszystkiego głuchy jak
pie .
Rotmistrz nie namy lał si długo. Był pewien, e taka okr na droga
człowieka, który za wszelk cen chce si dosta do swego pułku, jest oznak
najwy szego zwyrodnienia. Na maszynie w kancelarii kazał wystuka dokument,
w którym nie brakło stylistycznych ozdóbek przepisanych prawidłami
urz dowego stylu:
„Dowództwo c. i k. pułku piechoty nr 91 w Czeskich Budziejowicach
W zał czeniu sprowadza si Józefa Szwejka, który według odno nego twierdzenia
ma by szeregowcem tego pułku, a zatrzymany został na podstawie swego
o wiadczenia w Putimiu, powiat Pisek, przez posterunek andarmerii, jako
podejrzany o dezercj . Ten e dowodzi, e udaje si do swego wy ej wymienionego
pułku. Zatrzymany jest wzrostu niewysokiego, kr pawy, twarz i nos ma
proporcjonalne, oczy niebieskie. Znaków szczególnych nie ma. W zał czniku B l
przesyła si rachunek za ywienie wy ej wymienionego z pro b o łaskawe
181
spowodowanie przelewu na konto Ministerstwa Obrony Krajowej. Uprasza si o
pokwitowanie odbioru zatrzymanego. W zał czniku C l przesyła si dla
potwierdzenia spis rzeczy skarbowych, jakie zatrzymany miał na sobie w chwili jego
uj cia.”
Podró z Pisku do Budziejowic poci giem osobowym upłyn ła Szwejkowi
szybko i mile. Towarzyszył mu młody andarm, nowicjusz, który nie spuszczał ze
Szwejka oczu i strasznie si bał, eby mu Szwejk nie uciekł. Przez cał drog
rozstrzygał ci kie zagadnienie:
„Co bym zrobił, gdyby mi teraz wypadło wyj z mał albo i z du
potrzeb ?”
Rozstrzygn ł spraw w ten sposób, e zabrał Szwejka ze sob .
Przez cał drog od dworca kolejowego do Koszar Maria skich w
Budziejowicach uporczywie spogl dał na swego aresztanta, a gdy zbli ali si do
jakiego rogu lub ruchliwszego skrzy owania ulic, zaczynał opowiada Szwejkowi
jakby od niechcenia, po ile ostrych naboi otrzymuj do eskortowania
aresztantów, na co Szwejk odpowiadał, e jest przekonany, i aden andarm nie
strzelałby na ulicy za uciekaj cym, eby nie narobi nieszcz cia.
andarm spierał si z nim o to i tak dotarli do koszar.
Słu b w koszarach ju drugi dzie pełnił porucznik Lukasz. Siedział w
kancelarii nie przeczuwaj c nic złego, gdy wła nie przyprowadzono do niego
Szwejka z papierami.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e znowu jestem - salutował Szwejk
przybieraj c min bardzo uroczyst .
wiadkiem tej sceny był podchor y Kotiatko, który opowiadał pó niej, e po
tym zameldowaniu si Szwejka porucznik Lukasz podskoczył, schwycił si za
głow i przewrócił na wznak na Kotiatk , a gdy go ocucono, to Szwejk, który
przez cały ten czas przepisowo salutował, powtórzył swój meldunek:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e znowu jestem.
I wtedy porucznik Lukasz, blady i dr cy, przyj ł papiery dotycz ce Szwejka,
podpisał, co było trzeba, poprosił wszystkich, aby wyszli, andarmowi powiedział,
e wszystko w porz dku, i sam zamkn ł si ze Szwejkiem w kancelarii.
Tak sko czyła si budziejowicka anabasis Szwejka. Pewne jest, e gdyby
Szwejkowi pozostawiono swobod ruchów, to sam byłby dotarł do Budziejowic.
Je li władze chełpiły si , e to one przytransportowały Szwejka na miejsce słu by,
to myliły si grubo. Przy energii Szwejka i przy jego niepokonanej ochocie
uczestniczenia w wojnie, interwencja władz była po prostu rzucaniem kamieni
pod jego nogi.
Szwejk i porucznik Lukasz spogl dali sobie w oczy.
W oczach porucznika błyszczało co straszliwego, gro nego i rozpaczliwego,
podczas gdy Szwejk patrzył na niego tkliwie, serdecznie, z miło ci , jak na
stracon i odnaleziona kochank .
W kancelarii było cicho jak w ko ciele. Na korytarzu słycha było kroki. Jaki
sumienny jednoroczny ochotnik, który z powodu kataru pozostał w koszarach,
łaził po korytarzu i przez zakatarzony nos przepowiadał sobie, jak nale y w
fortecach przyjmowa członków domu cesarskiego. Wyra nie słycha było słowa:
182
- Sobald die höchste Herrschaft in der Nähe der Festung anlangt, ist das
Geschütz auf allen Bastionen und Werken absufeuern, der Platzmajor empfängt
dieselben mit dem Degen in der Hand zu Pferde, und reitet sodann vor.
- Stuli tam pysk, do diabła! - rykn ł porucznik. - Id cie na zbity łeb, je li
macie gor czk , i połó cie si do łó ka!
Słycha było, e pilny jednoroczny ochotnik oddala si powoli i tylko z ko ca
korytarza dolatywał przycichaj cy tubalny głos:
- In dem Augenblicke, als der Kommendant salutiert, ist das Abfeuern des
Geschützes zu wiederholen, welches bei dem Absteigen der höchsten Herrschaft
zum drittenmalle zu geschehen hat.
I znowu porucznik Lukasz i Szwejk spogl dali na siebie w milczeniu, a
wreszcie porucznik rzekł z zabójcz ironi :
- Uprzejmie was witam, Szwejku, w Czeskich Budziejowicach. Co ma wisie ,
nie utonie. Ju wysłali za wami listy go cze, a jutro staniecie do regmentsraportu.
Ja si z wami mordowa nie my l . Do si ju nam czyłem i cierpliwo moja
si sko czyła. Nawet poj nie mog , e tak długo wytrzymałem z takim idiot
jak wy...
Zacz ł chodzi po kancelarii.
- Przecie to jest okropne - mówił dalej. - Dziwi si , e was nie zastrzeliłem.
Co by mi zrobili? Nic. Zostałbym uniewinniony. Pojmujecie czy nie?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e doskonale pojmuj .
- Nie zaczynajcie tylko, mój Szwejku, z tymi swoimi błaze stwami, bo
naprawd co si stanie. Trafi kosa na kamie . Popełniali cie bez ko ca coraz to
wi ksze głupstwa, a przyszła katastrofa.
Porucznik Lukasz zatarł r ce.
- Teraz, mój Szwejku, amen z wami.
Podszedł do biurka, napisał na kawałku papieru kilka słów, zawołał
wartownika sprzed kancelarii, kazał odprowadzi Szwejka do profosa i odda mu
kartk .
Szwejka prowadzono przez dziedziniec i porucznik z nie ukrywan rado ci
spogl dał, jak profos otwiera drzwi, na których widniała czarno- ółta tabliczka
„Regimentsarrest”. Za tymi drzwiami znikn ł Szwejk z profosem, a po chwili
profos wyszedł t dy - sam.
- Chwała Bogu, ju siedzi! - zawołał porucznik z uczuciem ulgi.
W mrocznym areszcie Koszar Maria skich bardzo serdecznie przywitał
Szwejka jednoroczny ochotnik le cy na sienniku. Był jedynym wi niem i nudził
si ju drugi dzie . Na pytanie Szwejka, za co siedzi, odpowiedział, e za
drobiazg. Przez pomyłk dał po łbie pewnemu podporucznikowi artylerii. Stało
si to w nocy na rynku pod arkadami, i w stanie pijanym. Wła ciwie nawet nie
dał mu po łbie, ale zrzucił mu jedynie czapk z głowy. Stało si to dlatego, e ten
podporucznik artylerii stał w nocy pod arkadami i czekał wida na jak
prostytutk . Stał odwrócony do niego tyłem i bardzo mu przypominał pewnego
znajomego jednorocznego ochotnika, Franka Matern .
- Tamten te taki szczeniak - opowiadał Szwejkowi towarzysz wi zienny - wi c
podszedłem do niego z tyłu po cichu, zrzuciłem mu czapk i rzekłem: „Serwus,
Franek!” A ta małpa zacz ła zaraz gwizda na patrol i zabrali mnie.
183
- Ostatecznie by mo e - opowiadał jednoroczny ochotnik - e przy tej
awanturze w zam cie dostał facet w łeb, ale ten fakt nie zmienia nic w sytuacji,
poniewa mamy do czynienia z najwyra niejsz pomyłk . On sam przyznaje, e
zawołałem: „Serwus, Franek!” A jego imi chrzestne jest Antoni. To chyba jasne.
Zaszkodzi mo e mi chyba tylko to, e uciekłem ze szpitala i jak si jeszcze wyda
ta rzecz z krankenbuchem...
Bo to było tak - opowiadał dalej jednoroczny ochotnik. - Kiedy zostałem
powołany do wojska, to wynaj łem pokój w mie cie i starałem si dosta
reumatyzmu. Trzy razy z rz du wysmarowałem si , czym trzeba, a potem
poło yłem si w rowie za miastem w czasie deszczu i zdj łem buty. Wszystko na
nic. Wi c zacz łem si k pa zim po nocach w Malszy i przez cały tydzie si
k pałem, ale zamiast si zazi bi , tak si , kolego zahartowałem, e przez cał noc
mogłem si wylegiwa w podwórzu w niegu, a gdy mnie rano budzili, to nogi
miewałem tak ciepłe, jakbym nosił filcowe buty. eby cho zapalenie gardła: nic i
nic! Nawet głupiego trypra dosta nie mogłem. Co dzie chodziłem do „PortArtura”, niektórzy koledzy podostawali ju zapalenia j der, musieli im jaja
wycina , a ja ci gle nic. Pech, kolego, niechrze cija ski. A razu pewnego
zaznajomiłem si „Pod Ró ” z jakim inwalid z Hlubokiej. Zaprosił mnie,
ebym do niego zaszedł której niedzieli, to na drugi dzie b d miał nogi jak
konewki. Miał w domu igiełk i strzykawk i rzeczywi cie ledwo dowlokłem si od
niego do domu. Nie zawiodła mnie ta złota dusza. Nareszcie wi c jednak
zb bniłem ten reumatyzm. Zabrali mnie, bratku, do szpitala i zacz ło si
u ywanie na cały regulator. A nast pnie szcz cie u miechn ło si do mnie po raz
drugi. Do Budziejowic został przetranslokowany jaki mój pociotek, doktor
Masak z i kova, i jemu mogłem dzi kowa za to, e tak długo utrzymałem si w
szpitalu. Byłby mnie szcz liwie doprowadził a do superarbitracji, gdybym sobie
nie był zepsuł całej sprawy tym nieszcz snym krankenbuchem. Sama my l była
oczywi cie kapitalna, wyborna. Kupiłem du ksi g , przylepiłem do niej kartk i
wymalowałem na tej kartce: „Krankenbuch des 91 Reg.” Rubryki i wszystko
inne było w porz dku. Nawypisywałem, ile wlazło, nazwisk fikcyjnych,
powyznaczałem stopnie gor czki, powymieniałem choroby i dzie w dzie po
wizycie poobiedniej zuchwale wychodziłem na miasto z ksi g pod pach . W
bramie stali na warcie landwerzy ci, tak e i z tej strony nie było
niebezpiecze stwa. Pokazałem ksi g , zasalutowali, i basta. Nast pnie szedłem
sobie do pewnego znajomego urz dnika skarbowego, przebierałem si w cywila i
siadywałem w miłym szyneczku, gdzie w kole znajomych zdradzali my
monarchi my l , wol i słowem. Wreszcie tak si rozzuchwaliłem, e nawet si
nie przebierałem i włóczyłem si w mundurze po szynkach i po mie cie. Na łó ko
do szpitala powracałem dopiero nad ranem, a je li zatrzymywał mnie patrol, to
pokazywałem krankenbuch 91 pułku i ju mnie nikt nic nie pytał. W bramie
szpitala te pokazywałem swoj ksi g i jako szcz liwie dostawałem si zawsze
do łó ka. Zuchwało moja rosła coraz bardziej, zdawało mi si , e ju nikt mi nic
zrobi nie mo e, a doszło do fatalnej pomyłki w nocy na rynku pod arkadami.
Okazuje si , e adne dostoje stwo nie zabezpiecza człowieka przed upadkiem.
Pycha poprzedza zagład , kolego. Komu pierwsza chwałka, temu pierwsza pałka.
Ikar opalił sobie skrzydła. Człowiek my li, e jest gigantem, a jest gówniarzem,
184
kolego. Nie trzeba wierzy w szcz liwe przypadki, pra si co dzie z rana i
wieczorem po pysku i przypomina sobie, e ostro no nigdy nie zawadzi i e co
za du o, to niezdrowo. Po bachanaliach i orgiach zawsze przychodzi
katzenjammer moralny. To jest jedno z praw przyrody, drogi przyjacielu. I
pomy le , e popsułem sobie superarbitracj , e mogłem przecie zosta uznany
jako felddienstunfähig! Taka ogromna protekcja! Mogłem sobie, bracie, y i ty
w jakiej kancelarii komendy uzupełnie , ale nieostro no moja podci ła mi nogi.
Spowied swoj zako czył jednoroczny ochotnik bardzo uroczy cie.
- Przyszła kolej i na Kartago, z Niniwy pozostały ruiny. Ale uszy do góry,
przyjacielu! Niech sobie nie my l , e gdy po l mnie na front, to b d strzelał.
Regimentsraport! Wyrzucenie ze szkoły! Niech yje c. i k. kretynizm! Jeszcze
czego! B d siedział w szkole i zdawał egzaminy! Kadet, fenrych, lejtnant,
oberlejtnant! Sram na wszystko! Offiziersschule. Behandlung jener Schüler
derselben, welche einen Jahrgang repetierem müssen!. Parali wojskowy. Czy
karabin nosi si na prawym ramieniu czy na lewym? Ile gwiazdek ma kapral?
Evidenzhaltung der Militärreservemänner! Himmelherrgott, nic nie ma do
palenia, kolego! A mo e chcesz pan si nauczy plu na sufit? Patrz pan, to si
robi tak. Gdy si przy tym wypowiada jakie yczenie, to tak e yczenie si spełni.
Je li kolega lubi piwo, to mog mu poleci wyborn wod w tym oto dzbanie. Je li
jeste cie głodni i chcecie dobrze podje , to polecam „Mieszcza sk Besed ”.
Dobrze te jest pisywa wiersze dla odp dzenia nudy. Ja ju uło yłem tu epopej :
Co robi profos?
Drzemka poobiednia
Spadła na wietnej armii rodowisko,
A nowy befel przyjdzie potem z Wiednia,
e diabli wzi li znów pobojowisko.
Przeciw napa ciom czarnej zdrady
Z prycz wznosi profos barykady,
A z ust mu pie , rozgło na płynie,
Serce si w jurny puszcza tan:
Austria nigdy nam nie zginie,
Niech yje najja niejszy pan.
- Widzicie, kolego - mówił dalej tłusty jednoroczniak - ludzie wygaduj , e w
narodzie zanika miło i szacunek dla naszej najmilszej monarchii. Oto wi zie ,
który nie ma co pali i na którego czeka regimentsraport, składa najgł bszy
dowód przywi zania do tronu. W pie niach swoich wyra a hołd swojej rozległej
ojczy nie, której ze wszystkich stron zagra a lanie. Pozbawiono go wolno ci, ale z
ust jego płyn wiersze niezachwianej wierno ci. Morituri te salutant, caesar!
Umieraj cy pozdrawiaj ci , cesarzu! Ale profos to drab. Ładnych grandziarzy
podobierałe sobie, cesarzu, na swoje usługi! Onegdaj dałem mu pi koron, eby
mi kupił papierosów, a on, podlec, powiada mi dzisiaj rano, e tu pali nie wolno,
e miałbym z tego powodu przykro ci i e tych pi koron odda mi, jak tylko
dostanie ołd. Tak to, przyjacielu. Dzisiaj nie wierz nikomu. Najszczytniejsze
zasady zachwiały si . Okrada wi niów, co za ohyda! I jeszcze do tego
wszystkiego ten drab piewa przez cały dzie :
185
Wo man singt, da leg dich sicher nieder,
Böse Leute haben keine Lieder.
- Nikczemnik, łobuz, łotr, zdrajca!
Jednoroczny ochotnik zapytał z kolei Szwejka, co ten przeskrobał.
- Szukałe pułku? - rzekł. - Ładny kawał drogi! Tabor, Milevsko,
Kvietov,Vra , Malczin, Czi ova, Sedlec, Hora dovice, Radomy l, Putim, Pisek,
Budziejowice. Ciernista droga. I macie z tego jutro regimentsraport? A wi c na
szafocie si spotkamy, miły bracie. Jak to uciech musi mie z tego wszystkiego
nasz oberst Schröder. Nie macie nawet poj cia, jak działaj na niego wszystkie
afery pułkowe. Biega po dziedzi cu jak w ciekły brytan i wywiesza j zor jak
zgoniona kobyła. A jak on umie gada napomina ! Przy takiej sposobno ci pluje
dokoła siebie jak u liniony wielbł d. I nie ma ko ca temu gadaniu, chocia zdaje
si , e za chwil musz si zawali całe Koszary Maria skie. Znam go dobrze, bo
ju raz miałem taki miły regimentsraport. Stawiłem si do wojska w butach z
cholewami, a na głowie miałem cylinder, poniewa krawiec nie uszył mi uniformu
na czas, wi c razem ze szkoł jednorocznych ochotników poszedłem na plac
wicze w butach z cholewami i w cylindrze, stan łem w szeregu i maszerowałem
razem ze wszystkimi na lewym skrzydle. Oberst Schröder podjechał do mnie na
koniu i mało co mnie nie przewrócił „Donnerwetter!” - wrzasn ł tak gło no, e
chyba dosłyszeli a na Szumavie.”Was machen Sie hier, Sie, Zivilist?”
Odpowiedziałem mu grzecznie, e jestem jednorocznym ochotnikiem i e bior
udział w wiczeniach. Poj cia nie macie, co si wtedy działo. Gadał przez pół
godziny i dopiero potem zauwa ył, e salutuj w cylindrze. Krzykn ł ju tylko, e
jutro mam si stawi do regimentsraportu, i pop dził na koniu, Bóg raczy
wiedzie dok d, jak jaki zdziczały cowboy. Ale zawrócił i znowu wrzeszczał,
szalał, bił si w piersi i kazał zabra mnie natychmiast z placu wicze i
zaprowadzi na odwach. Przy regimentsraporcie wlepił mi dwa tygodnie
koszarniaka, kazał mnie ubra w jakie niemo liwe szmaty ze składu, groził, e
ka e mi odpru naszywki.
„Jednoroczny ochotnik - bałwałnił si ten idiota - to jest co wzniosłego! Jest
to embrion sławy, dostoje stw wojskowych, bohaterstwa. Jednoroczny ochotnik
Wohltat został mianowany kapralem, zameldował si natychmiast na front i wzi ł
do niewoli pi tnastu nieprzyjaciół, a przy oddawaniu ich został rozszarpany przez
granat. W pi minut nadszedł rozkaz, e jednoroczny ochotnik Wohltat został
mianowany kadetem. I pan miałby mo no dokonania takich czynów, które
otwieraj drog ku wietnej przyszło ci, ku awansom, odznaczeniom, a imi
pa skie mogłoby zosta wpisane do złotej ksi gi pułku.”
Jednoroczny ochotnik splun ł.
- Widzicie, kolego, jakie to bydl tka rodz si pod sło cem. Ja pluj na
wszystko i na wszystkie przywileje.”Panie jednoroczny ochotniku, pan jest
bydl !” Jak to cudnie brzmi: „Pan jest bydl !” A nie tak po prostacku: „Jeste
bydl !” A po mierci dostaniesz, bratku, signum laudis albo wielki srebrny medal
c. i k. dostawcy trupów z gwiazdkami i bez gwiazdek. O ile szcz liwszy jest
ka dy wół! Zabij go w szlachtuzie i nie p dz po placu wicze i na
feldschiessen.
186
Tłusty jednoroczny ochotnik przewalił si na drugi siennik i mówił dalej:
- Nie ulega w tpliwo ci, e to wszystko musi si kiedy zawali , bo takie rzeczy
nie mog trwa wiecznie. Spróbujcie wini nad sław , to p knie. Gdybym
został wyprawiony na front, to na wagonie wypisałbym:
Ludzkimi ko mi u y niamy łan.
Acht Pferde oder achtundvierzieg Mann.
Otworzyły si drzwi, a w nich ukazał si profos przynosz c wiartk
komi niaka i wie wod .
Le c na sienniku jednoroczny ochotnik powitał profosa tak przemow :
- Jakie to pi kne i wzniosłe zadanie: wi niów nawiedza ! O wi ta Agnieszko
91 pułku! Witaj nam, aniele dobroczynno ci, którego serce pełne jest
współczucia! Obci ona jeste koszami jadła i napojów, aby złagodziła niedol
nasz . Nigdy nie zapomnimy tych dobrodziejstw, jakie nam wy wiadczasz. Jeste
promiennym zjawiskiem w mrokach wi zienia naszego.
- Przy regimentsraporcie odechce si panu artowa - mamrotał profos.
- Nie nadymaj si , abo - odpowiedział jednoroczny ochotnik.
- Przyznaj si raczej, jakby sobie u ywał, gdyby ci tak pozwolili zamkn z
dziesi ciu jednorocznych ochotników. Nie gap si na nas tak głupio, kluczniku
Koszar Maria skich! Zanikn łby ich wtedy dwudziestu, ale wypu ciłby tylko
dziesi ciu. Jezus Maria, ebym ja był ministrem wojny, nauczyłbym ja was
moresu! A czy ty wiesz, e k t padania równa si k towi odbicia? O jedno ci
tylko prosz : wska mi jeden punkt stały we wszech wiecie, a d wign cał ziemi
razem z tob , pokrako!
Profos wybałuszył oczy, otrz sn ł si i zatrzasn ł drzwi.
- Stowarzyszenie wzajemnej pomocy dla wyt pienia profosów - rzekł
jednoroczny ochotnik łami c chleb sprawiedliwie na dwie cz ci. - Podług
paragrafu szesnastego przepisów wi ziennych wi niowie w koszarach a do
wyroku powinni otrzymywa mena wojskow , ale tutaj panuje prawo prerii: kto
si pierwszy dorwie, ten pierwszy ze re.
Siedzieli ze Szwejkiem na pryczy i uli komi niak.
- Na przykładzie profosa wida wyra nie - wywodził dalej jednoroczny
ochotnik - jak wojna brutalizuje ka dego. Człowiek ten, zanim wst pił do wojska,
był młodym, zacnym idealist , płowowłosym cherubinem, tkliwym i czułym dla
ka dego, obro c nieszcz liwych, który zawsze stawał do rzetelnych bijatyk, gdy
mu kto chciał wzi dziewczyn sprzed nosa podczas kiermaszu w stronach
ojczystych. Niezawodnie wszyscy otaczali go szacunkiem, a dzisiaj?... Miły Bo e,
przecie chce mu si da w pysk, tłuc jego łeb o prycz , zrzuci go na ten łeb do
latryny. Ale i to, co mówi , jest, przyjacielu, dowodem zdziczenia uczu i my li w
czasie wykonywania tego rzemiosła wojennego.
Zacz ł piewa :
Ani diabła si nie bała,
A ci spotkał j kanonier...
187
- Drogi przyjacielu - wywodził dalej - gdy si rozgl damy w tym wszystkim z
punktu widzenia naszej kochanej monarchii, to niezmiennie dochodzimy do
wniosku, e z t monarchi jest tak samo jak ze stryjaszkiem Puszkina, o którym
ten poeta napisał, e poniewa stryjaszek jest zdechlak, wi c nie pozostaje nic
innego, tylko:
...wzdycha i my le , wci to jedno,
Kiedy ci wreszcie diabli wezm ...
Klucz zachrobotał w zamku ponownie; profos stoj c na korytarzu zapalał
lampk naftow .
- Promyczek wiatła w mrokach nocy! - wołał jednoroczny ochotnik. wiatło ogarnia armi ! Dobranoc, panie profosie! Niech pan si kłania
wszystkim szar om. Przyjemnych marze ! nij, dobry człowieku, cho by o tym,
e ju oddałe mi tych pi koron, które dałem ci na papierosy, a które przepiłe
za moje zdrowie. Lulaj słodko, bestio!
Słycha było tylko, jak profos mamrotał co o jutrzejszym regimentsraporcie.
- Znów jeste my sami - rzekł jednoroczny ochotnik. - Teraz kilka chwil przed
za ni ciem po wi c rozmy laniom o tym, jak z ka dym dniem staj si coraz
bogatsze zoologiczne wiadomo ci szar podoficerskich i oficerskich. Aby
poprzerabia ludzi na nowy i cenny materiał wojenny, na smakowite k ski do
armat, na to potrzeba obszernych studiów przyrodniczych, a przynajmniej
ksi ki wydanej nakładem Koczego pod tytułem: ródła dobrobytu
gospodarczego, w którym to dziele na ka dej stronicy spotyka si słowa takie jak:
bydl prosi , winia. Ale w czasach ostatnich daje si zauwa y , e nasze
post powe koła wojskowe zaprowadzaj nowe nazwy dla rekrutów. W kompanii
11 kapral Althof u ywa takich słów, jak: koza engady ska, frajter Müller,
niemiecki nauczyciel z Gór Kasperskich, nazywa rekrutów czeskimi
mierdzielami, sier ant Sondernummer - nad tymi abami i yorkshirskimi
kierdakami i stale obiecuje, e ka dego rekruta wypcha. U ywa przy tym takich
fachowych zwrotów, jakby si wywodził z rodu zawodowych wypychaczy
zwierz t. Wszyscy przeło eni wojskowi staraj si zaszczepi miło do ojczyzny
takimi rodkami, jak ryk i taniec dokoła rekrutów, wrzask wojenny,
przypominaj cy dzikusów afryka skich, zabieraj cych si do ci gania skóry z
niewinnej antylopy albo do pieczenia ud ca misjonarza przygotowanego do
zjedzenia. Oczywi cie, e taka pedagogia nie dotyczy Niemców. Gdy sier ant
Sondernummer mówi co pi knego o saubandzie, to zaraz dodaje do tego die
tschechische, eby si Niemcy nie obrazili i nie wzi li tych słów do serca jako
skierowanych do nich. A do tego jeszcze wszystkie szar e 11 kompanii wywracaj
oczy jak jaki biedny pies, który przez arłoczno połknie g bk namoczon w
oleju i nie mo e jej zwymiotowa . Pewnego razu słyszałem rozmow frajtra
Müllera z kapralem Althofem na temat wojskowego wy wiczenia landwerzystów.
W rozmowie tej wyró niały si osobliwie takie słowa, jak paar Ohrfeigen. Zrazu
my lałem, e mi dzy nimi doszło do zatargu i e rwie si niemiecka jedno
wojskowa, ale myliłem si oczywi cie. Chodziło jedynie o ołnierzy.
188
„Kiedy taka czeska winia - wywodził roztropnie kapral Althof - nawet po
trzydziestu "nieder" nie nauczy si sta równo jak wieca, to nie do spra j po
pysku. Grzmotnij go grzecznie jedn pi ci pod ebra, a drug wpakuj mu
czapk na uszy i daj rozkaz: "Kehrt euch!" Gdy si odwróci, to go kopnij w
zadek, a zobaczysz, jak si taki rozci gnie na ziemi i jak si b dzie miał chor y
Dauerling.”
Ale musz wam, kolego, powiedzie co o Dauerlingu - mówił jednoroczny
ochotnik dalej. - Rekruci 11 kompanii opowiadaj sobie o nim takie rzeczy, jakie
opowiada musi samotna staruszka, mieszkaj ca na fermie w pobli u granicy
meksyka skiej, o jakim sławnym bandycie. Dauerling ma opini ludo ercy
jednego ze szczepów australijskich po eraj cych członków innych szczepów, gdy
który z nich dostanie si w ich r ce. Jego kariera yciowa jest wspaniała. Wkrótce
po jego urodzeniu nia ka przewróciła si i mały Konrad Dauerling uderzył si w
główk tak mocno, i jeszcze dzisiaj na głowie jego wida spłaszczenie, jakby
kometa zderzyła si z północnym biegunem ziemi. Wszyscy w tpili, czy z niego
co b dzie, je li nawet przetrzyma to mocne wstrz nienie mózgu. Tylko ojciec
jego, pułkownik, nie tracił nadziei i twierdził, e bynajmniej szkodzi mu to, nie
mo e, poniewa , rzecz prosta, młody Dauerling, jak tylko podro nie, po wi ci si
słu bie wojskowej. Po straszliwej walce z czterema klasami ni szego gimnazjum
realnego, które przeszedł trybem domowym, przy czym przedwcze nie posiwiał i
zidiociał pierwszy jego nauczyciel domowy, a drugi, zrozpaczony, chciał popełni
samobójstwo przez zeskoczenie z wie y ko cioła w. Szczepana w Wiedniu, dostał
si młody Dauerling do hainburskiej szkoły kadetów. W szkole tej nigdy nie
zwracano uwagi na ogólne wykształcenie, bo takie wykształcenie mo e
austriackiemu oficerowi słu by czynnej najwy ej przeszkadza . Ideału
wojskowego dopatrywano si jedynie w zabawie w ołnierzyków. Wykształcenie
uszlachetnia dusz , a tego w wojsku nikomu nie potrzeba. Im oficer brutalniejszy,
tym lepszy.
Wychowanek szkoły wojskowej, Dauerling nie wyró niał si nawet w tych
przedmiotach, które najgorsi uczniowie opanowywali jako tako. I w szkole
wojskowej widoczne były lady tego, e Dauerling w dzieci stwie upadł na
główk .
Jego odpowiedzi podczas egzaminów wyra nie mówiły o skutkach tego
nieszcz cia i odznaczały si tak głupot , e uwa ane były wprost za klasyczne
dla swojej gł bokiej idiotyczno ci i t poty. Profesorowie szkoły nie nazywali go
inaczej, jak unser braver Trottel. Jego głuptactwo było tak ol niewaj ce, i
istniała uzasadniona nadzieja, e po kilku dziesi tkach lat dostanie si do
Terezja skiej Akademii Wojskowej czy mo e nawet do Ministerstwa Wojny.
Po wybuchu wojny, gdy wszyscy młodzi kadeci awansowali na podchor ych,
na hainbursk list wie o mianowanych dostał si tak e Konrad Dauerling i w
ten sposób znalazł si w 91 pułku.
Jednoroczny ochotnik odsapn ł i opowiadał dalej:
- Nakładem Ministerstwa Wojny wyszła ksi ka Drill oder Erziehung, a w tej
ksi ce doczytał si Dauerling, e ołnierzy nale y terroryzowa . Im wi cej
strachu nap dza si ołnierzom, tym lepsze rezultaty. W pracy tej osi gn ł du e
wyniki. ołnierze, aby unikn słuchania jego ryku, całymi plutonami zgłaszali
189
si jako chorzy, co oczywi cie nie na wiele im si zdało, bo kto meldował si jako
chory, dostawał trzy dni verschärft. Czy wiecie, kolego, co to znaczy verschärft?
Przez cały dzie p dzaj człeka po placu wicze , a na noc go jeszcze wsadzaj do
paki. Tote w oddziale Dauerlinga chorych nie było: siedzieli po prostu w pace.
Dauerling na placu wicze stale zachowuje ten swój niewymuszony koszarowy
styl wyra ania si , który zaczyna si zwykle wyrazem „ winia”, a ko czy si
dziwaczn mieszanin zoologiczn : „ wi skim psem”. Przy tym jest wszak e
bardzo liberalny i pozostawia ołnierzom swobod wyboru.”Co chcesz, słoniu,
mawia, par razy w ryj czy trzy dni verschärft?” Je li kto wybiera verschärft, to
i tak dostaje dwa razy kułakiem w nos, do czego Dauerling dodaje zwykle takie
wyja nienie: „Ach, ty n dzny tchórzu, boisz si o swój ryj, a có b dziesz robił,
gdy zacznie gra ci ka artyleria?”
Pewnego razu, gdy rekrutowi jakiemu wybił oko, wyraził si :
„Pah, was für Geschichten mit einem Kerl, muss so wie so krepieren.” To
samo mawiał feldmarszałek Konrad von Hötzendorf: „Die Soldaten müssen so
wie so krepieren.”
Bardzo skutecznym i ulubionym rodkiem pedagogicznym Dauerlinga jest
ten, e przed wykładami swymi zwołuje czeskich szeregowców i mówi im o
wojskowych zadaniach Austrii, przy czym ogólne zasady wychowania
wojskowego ilustruje przykładami, poczynaj c od kija, a ko cz c na szubienicy
albo rozstrzelaniu. Na pocz tku zimy, zanim dostałem si do szpitala, miewali my
wiczenia na placu wicze obok 11 kompanii, a kiedy był odpoczynek, Dauerling
wygłosił przemówienie do swoich czeskich rekrutów:
„Ja wiem, powiada, e jeste cie łobuzy i e trzeba wam powybija z głowy
wszelkie błaze stwa. Z j zykiem czeskim nie dostaniecie si nawet pod szubienic .
Nasz najwy szy wódz i pan te jest Niemiec. Słyszeli cie? Himmellaudon, nieder!”
Wszyscy padaj na komend , a podczas gdy le na ziemi, Dauerling
przechadza si przed nimi i przemawia:
„Jak mówi nieder, to nieder, wy hołoto, cho by cie w tym błocie zgni mieli.
Nieder było ju w staro ytnym Rzymie. Wtedy wszyscy musieli słu y od roku
siedemnastego do sze dziesi tego, a w polu słu ono przez lat trzydzie ci. Nikt nie
piecuchował po koszarach jak te winie dzisiejsze. I wtedy te był jednolity j zyk
wojskowy i rzymska komenda. Panowie oficerowie nauczyliby ołnierzy moresu,
gdyby ci próbowali mówi etrusisch. Ja te
dam, eby cie wszyscy odpowiadali
po niemiecku, a nie takim swoim cyga skim argonem. No, widzicie, jak ładnie
le y si w błocie. Wyobra cie sobie, co by to było, gdyby któremu z was nie
chciało si le e dalej i wstałby. Co bym z takim zrobił? Rozdarłbym mu pysk od
ucha do ucha, poniewa byłoby to naruszeniem subordynacji, buntem, rokoszem,
wykroczeniem przeciwko obowi zkom porz dnego ołnierza, naruszeniem
rygoru i dyscypliny, okazaniem pogardy dla wszystkich przepisów w ogóle, z
czego wynika, e na takiego draba czeka stryczek i Verwirkung des Anspruches
auf die Achtung der Standesgenossen.”
Jednoroczny ochotnik zamilkł, a po chwili, kiedy niezawodnie uło ył sobie
schemat dalszego wykładu o yciu koszarowym, mówił dalej:
- Był taki jeden kapitan Adamiczka, człowiek zupełnie apatyczny. Kiedy
siedział w kancelarii, to zazwyczaj spogl dał w przestrze jak jaki łagodny
190
wariat i miał taki wyraz twarzy, jakby chciał rzec: „Ze ryjcie mnie, muchy.”
Przy batalionsraporcie my lał wida o niebieskich migdałach. Pewnego razu
zameldował si do batalionsraportu ołnierz z kompanii 11 ze skarg , e
podchor y Dauerling na ulicy nazwał go czesk wini . ołnierz ten był w
cywilu introligatorem, a nadto u wiadomionym działaczem narodowym.
„A wi c tak si rzeczy maj - rzekł kapitan Adamiczka głosem cichym, bo on
zawsze mówił bardzo cicho. - Tak si o was wyraził na ulicy. Trzeba sprawdzi ,
czy mieli cie prawo opuszcza koszary. Abtreten!”
Po pewnym czasie kapitan Adamiczka przywołał do siebie ołnierza, który
wniósł skarg .
„Zostało ustalone - rzekł i tym razem tak cicho jak zazwyczaj - e owego dnia
mieli cie prawo opu ci koszary i bawi na mie cie do godziny dziesi tej. I
dlatego karany nie b dziecie. Abtreten!”
O tym kapitanie Adamiczce mawiano pó niej, e to człowiek sprawiedliwy,
wi c, kochany kolego, wyprawiono go na front, a zamiast niego przybył tutaj
major Wenzl. A ten major Wenzl to był pieski syn i dobrze umiał sobie radzi z
ró nymi szykanami narodowo ciowymi. Otó ten major zabrał si do Dauerlinga.
O eniony jest z Czeszk i niczego si tak nie boi jak sporów narodowo ciowych.
Kiedy przed laty słu ył w Kutnej Horze jako kapitan, zwymy lał po pijanemu
starszego kelnera i nazwał go czesk hołot . Zwracam uwag kolegi, e w
towarzystwie, tak jak i w domu, major Wenzl mówił wył cznie po czesku i e
synowie jego kształcili si w szkołach czeskich. Słówko wyleciało wróblem, a do
gazet dostało si wołem, a jaki poseł wniósł w wiede skim parlamencie
interpelacj z powodu niewła ciwego zachowania si kapitana Wenzla w hotelu.
Wenzl miał z tego powodu grube nieprzyjemno ci, poniewa było to akurat w
czasie uchwalania bud etu wojskowego przez parlament, a tu spada mu nagle na
kark tak głupia sprawa z jakim tam pijanym kapitanem z Kutnej Hory. Pó niej
kapitan Wenzl dowiedział si , e wszystkie te przykro ci zawdzi cza pewnemu
jednorocznemu ochotnikowi, kadetowi Zitko. To on podał o wszystkim do gazet,
bo mi dzy nim a kapitanem Wenzlem panowały napr one stosunki od czasu,
gdy ten jednoroczny ochotnik zacz ł pewnego razu w jakim towarzystwie w
obecno ci kapitana Wenzla zachwyca si wspaniało ci przyrody stworzonej
przez Boga i wywodzi , jaka to przyjemno przygl da si chmurom
przesłaniaj cym horyzont, górom wspinaj cym si ku niebu i wsłuchiwa si w
huk wodospadów w lasach i w piew ptasz t.
„Wystarczy tylko - mówił ów kadet Zitko - zastanowi si nad tym wszystkim,
a wtedy wida jasno, czym jest ka dy kapitan w porównaniu ze wspaniało ci
przyrody. Jest to takie samo zero jak ka dy kadet.”
Poniewa wszyscy panowie wojskowi byli wtedy wstawieni jak si patrzy, wi c
kapitan Wenzl chciał nieszcz liwego filozofa zbi jak psa. Nie zbił go jednak, ale
zapami tał sobie jego wykład filozoficzny i szykanował go, gdzie tylko mógł i jak
mógł, a to tym bardziej, e sentencja kadeta stała si przysłowiem: „Czym jest
kapitan Wenzl wobec wspaniało ci przyrody?” Te słowa powtarzano sobie po
całej Kutnej Horze.
„Ja tego łobuza doprowadz do samobójstwa” - mawiał kapitan Wenzl, ale
Zitko wyst pił z wojska i w dalszym ci gu studiował filozofi . Od tego czasu
191
w ciekło majora Wenzla zwracała si przeciwko młodym oficerom, nawet
podporucznik nie uchroni si przed jego szykanami. O kadetach i podchor ych
nawet mówi nie warto.
„Wygniot ich jak pluskwy!” - mówi major Wenzl i biada temu
podchor emu, który za jakie drobne wykroczenie poci gałby ołnierza do
batalionsraportu. Dla majora Wenzla miarodajne jest tylko wielkie i straszliwe
wykroczenie, jak na przykład, gdy ołnierz za nie na warcie przy prochowni albo
dopu ci si czego jeszcze okropniejszego, to jest, gdy przełazi w nocy przez mur
Koszar Maria skich i za nie na murze u góry, pozwoli si złapa landwerzystom
lub artylerzystom patroluj cym w nocy, jednym słowem, gdy dopu ci si czego
takiego, co jest ha b dla całego pułku.
„Na miło bosk ! - wrzeszczał pewnego razu na ołnierza przechodz c przez
korytarz - wi c ju po raz trzeci złapał go patrol landwerzystów. Wsadzi mi
zaraz tego drania do paki, trzeba go przep dzi z pułku. Niech sobie idzie do
taborów i niech wozi gnój. I nawet si nie pobił z nimi! To nie ołnierz, ale
mieciarz. re dajcie mu dopiero pojutrze, zabierzcie mu siennik, wpakujcie go
do pojedynki, zabierzcie mu koc, takiemu synowi!”
A teraz wyobra cie sobie, przyjacielu, e zaraz po jego translokacji tutaj do
nas ten zidiociały podchor y Dauerling poci gn ł do batalionsraportu pewnego
szeregowca za to, e ten jakoby rozmy lnie nie salutował go, gdy on przeje d ał z
jak panienk w doro ce przez plac w niedziel po południu. Opowiadali
podoficerowie, e wtedy przy raporcie był prawdziwy dopust bo y. Sier ant
kancelarii batalionu uciekł z papierami, a major Wenzl ryczał na Dauerlinga:
„Ja to sobie wypraszam, Himmeldonnerwetter, ja tego zakazuj ! Wiesz pan,
panie fenrych, co to jest batalionsraport? Batalionsraport to nie aden
schweinfest! Jak e mógł pana widzie ołnierz, gdy pan przeje d ał przez plac
miejski! Zapomniał pan o tym, e sam pan uczył ołnierzy, i cze oddaje si
szar om, gdy si je spotyka, co nie znaczy wcale, aby ołnierz miał si gapi
dookoła, eby przecie wypatrzy pana fenrycha przeje d aj cego drynd po
mie cie. Niech pan nic nie mówi. Batalionsraport to instytucja bardzo powa na.
Je li ołnierz mówi, e pana nie widział, poniewa w tej samej chwili oddawał
cze mnie, zwrócony ku mnie, rozumie pan, ku majorowi Wenzlowi, wi c nie
mógł spogl da za siebie na doro k , w której pan jechał, to temu trzeba wierzy ,
jak mi si zdaje. Na przyszło prosz pana, aby pan nie zawracał mi głowy
takimi drobiazgami.”
Od tego czasu Dauerling zmienił si bardzo.
- A teraz trzeba si wyspa , bo jutro regimentsraport! - Jednoroczny ochotnik
ziewn ł. - Chciałem wam, kolego, tylko co nieco powiedzie , co si dzieje w
naszym pułku. Pułkownik Schröder nie lubi majora Wenzla, który w ogóle jest
dziwadłem niezgorszym. Kapitan Sagner, który prowadzi szkoł jednorocznych
ochotników dopatruje si w Schröderze wzoru doskonałego ołnierza, aczkolwiek
pułkownik Schröder niczego si tak nie boi, jak samej my li, e miałby wyruszy
w pole. Sagner to chłop chytry i przebiegły i tak samo jak Schröder nie lubi
oficerów rezerwowych. Nazywa ich cywilnymi mierdzielami. Na jednorocznych
ochotników spogl da jak na dzikie zwierz ta, z których trzeba porobi maszyny
192
wojenne, ponaszywa im gwiazdek i powysyła ich na front, aby ich wytłukli
zamiast szlachetnych oficerów słu by czynnej, potrzebnych na zarybek.
- W ogóle wszystko w całej armii gnije i mierdzi - mówił jednoroczny
ochotnik nakrywaj c si kocem. - Ale dotychczas wystraszone masy jeszcze si nie
zorientowały. Z wytrzeszczonymi gałami pozwalaj si siec na makaron, a jak
którego kulka trafi, to zaskomli: „Mamusiu.” Ale to nie mo e trwa wiecznie i
kiedy p knie. Jak si ludziska zbuntuj , to dopiero b dzie kotłowanina! Niech
yje armia! Dobranoc!
Jednoroczny ochotnik zamilkł, ale po chwili zacz ł si kr ci pod kocem i
zapytał:
- picie, kolego?
- Nie pi - odpowiedział Szwejk z drugiej pryczy. - Rozmy lam.
- O czym te rozmy lacie, kolego?
- O wielkim srebrnym medalu za m stwo. Medal taki otrzymał pewien stolarz
z ulicy Vavry na Królewskich Vinohradach, niejaki Mliczko, poniewa był w
pułku pierwszym, któremu na pocz tku wojny granat urwał nog . Dostał protez
i zacz ł si wsz dzie chełpi swoim medalem i tym, e jest najpierwszym
wojennym kalek pułku. Razu pewnego przyszedł sobie do „Apolla” na
Vinohradach i wdał si w awantur z rze nikami z rze ni, którzy oderwali mu w
ko cu t sztuczn nog i sprali go ni po głowie. Ten, co mu j oderwał, nie
wiedział, e to jest sztuczna noga, i tak si przeraził, e zemdlał. Na posterunku
policji przypi li Mliczkowi nog jak si patrzy, ale pierwszy kaleka pułkowy tak
si rozzło cił na swój medal, e poszedł do lombardu, eby go zastawi , a tam go
za to zatrzymali. Miał korowody. Istnieje taki jaki s d honorowy do s dzenia
inwalidów wojennych i ten s d zdecydował, e Mliczko nie jest godzien nosi
srebrnego medalu, i kazał odebra mu tak e nog ...
- Jak to i nog ?
- A tak. Pewnego dnia przybyła do niego komisja, o wiadczyła mu, e nie jest
godzien korzysta ze sztucznej nogi, wi c protez odpi li i zabrali. Albo i to jest
wielki szpas - mówił Szwejk dalej - gdy krewni jakiego poległego dostaj raptem
taki medal i list, w którym jest napisane, e udziela si im odznaczenia i zaleca
si , eby ten medal zawiesili na honorowym miejscu. Przy ulicy Bo etiecha na
Vyszehradzie rozzło cił si pewien ojciec, bo mu si wydawało, e władze kpi
sobie z niego, i medal otrzymany w taki sposób zawiesił w wychodku, a policjant,
który mieszkał w tym samym domu i korzystał z tego samego wychodka, oskar ył
rozzłoszczonego ojca o zdrad stanu, no i ucierpiał biedak za swoje
rozzłoszczenie.
- Z tego wynika - rzekł jednoroczny ochotnik - e komu pierwsza chwałka,
temu pierwsza pałka. Niedawno wydano w Wiedniu Pami tnik jednorocznego
ochotnika, a w tym pami tniku s takie ładne wiersze:
Poległ w walce ochotnik dzielny,
Lecz pi kna o nim pie powtarza,
e przykład dal nam nie miertelny,
Jak si umiera za cesarza.
Ju zwłoki wioz na lawecie,
Na pier kapitan medal mu przypina,
193
Chwała po całym leci wiecie,
Monarchia czci swojego syna...
- Czasem zdaje mi si - rzekł jednoroczny ochotnik po krótkim milczeniu - e
zamiera w nas duch wojenny. Proponuj wi c, drogi przyjacielu, aby my w
mrokach nocy i w ciszy naszego wi zienia za piewali pie o kanonierze Jaburku.
Podniesie to ducha wojennego. Ale trzeba dobywa głosu, eby pie była
słyszana po całych Koszarach Maria skich. Z tej racji proponuj , aby my stan li
w pobli u drzwi.
Po chwili w areszcie rozbrzmiewał piew, od którego w korytarzu a szyby
brz czały:
Przy armacie stał,
I wci , i wci , i wci ...
Przy armacie stał
I wci j nabijał.
Leci kula jak szalona,
Oberwała mu ramiona,
A ten ci gle stał,
I wci , i wci , i wci ...
Przy armacie stał
I wci j nabijał...
Na dziedzi cu odezwały si kroki i głosy.
- To profos idzie - rzekł jednoroczny ochotnik. - Idzie z nim lejtnant Pelikan,
który dzisiaj ma słu b . Jest to oficer rezerwy, mój znajomy z „Czeskiej Besedy”.
W cywilu jest rachmistrzem pewnego stowarzyszenia ubezpiecze . Dostaniemy
od niego papierosów, ale trzeba rycze dalej.
I znowu odezwała si pie :
Przy armacie stał...
Profos był widocznie wzburzony obecno ci oficera pełni cego słu b , wi c
otworzywszy drzwi zawołał:
- Tu nie adna mena eria!
- Pardon - odpowiedział jednoroczny ochotnik - tu jest filia Rudolfinum.
Odbywa si koncert na uwi zionych. Wła nie sko czyli my numer pierwszy
programu: Symfonia wojenna.
- Niech pan zachowa spokój, panie jednoroczny ochotniku - rzekł
podporucznik Pelikan z udan surowo ci . - Wie pan chyba, e o dziewi tej idzie
si na spoczynek i nie wolno robi hałasu. Ten koncert słycha a na rynku.
- Posłusznie melduj , panie lejtnant - rzekł jednoroczny ochotnik - e nie
jeste my nale ycie przygotowani, wi c je li razi pana dysharmonia...
- Takie rzeczy wyrabia co wieczór - oskar ał profos swego wroga - i w ogóle
zachowuje si bardzo nieinteligentnie.
- Melduj posłusznie, panie lejtnant - odezwał si jednoroczny ochotnik - e
chciałbym powiedzie panu co w cztery oczy. Niech profos poczeka za drzwiami.
Gdy yczenie jego zostało spełnione, jednoroczny ochotnik rzekł poufale:
- Dawaj, Franto, papierosy!
194
- Co? takie lichutkie palisz? Jako lejtnant nie masz nic lepszego? - pytał
ochotnik widz c, e podporucznik daje mu papierosy „Sport”.
- No, trudna rada. Zostaw nam zapałki i id z Bogiem.
- Marne papierosiny - rzekł po odej ciu podporucznika z wielk pogard
ochotnik. - Ale dobra głodnemu psu i mucha. Kurz, bracie, na dobranoc. Jutro
czeka nas s d ostateczny.
Zanim jednoroczny ochotnik uło ył si do snu, za piewał sobie jeszcze
melancholijn piosenk :
Góry, doliny i skały wysokie
To moi przyjaciele,
A smutki, moja miła dziewczyno,
Nie zdadz si na wiele...
Jednoroczny ochotnik, przedstawiaj cy pułkownika Schrödera jako potwora,
nie miał bezwzgl dnej racji, bowiem pułkownik Schröder miał szacunek dla
sprawiedliwo ci, a szacunek ten ujawniał si osobliwie po wesołych nocach, które
sp dzał w hotelu w stałym towarzystwie. Gdy go taka noc zadowoliła, bywał
nazajutrz najmilszym człowiekiem. Inaczej bywało, gdy si towarzystwo nie
udało. Podczas gdy jednoroczny ochotnik poddawał ycie pułku mia d cej
krytyce, pułkownik Schröder siedział w hotelu w towarzystwie oficerów i słuchał
opowie ci porucznika Kretschmanna. który wrócił z Serbii z chor nog (pobodła
go krowa). Porucznik opowiadał, jak razem z całym sztabem przygl dał si
atakowi na pozycje serbskie:
- Tak jest, wybiegli z rowów strzeleckich. Na całej długo ci dwóch kilometrów
przeła przez przeszkody z drutów kolczastych i rzucaj si na nieprzyjaciela.
R czne granaty za pasem, maski, pod pach karabiny gotowe do strzału, do
ataku. Kule gwi d . Pada jeden ołnierz, w chwili gdy wyłazi z rowu
strzeleckiego, drugi pada na sza cu, trzeci pada nieco dalej, ale ich towarzysze
p dz naprzód i krzycz : „Hura!” Dym i kurz dokoła. A nieprzyjaciel strzela ze
wszystkich stron, z rowów, z lejów od granatów i wali z karabinów maszynowych.
Znowu padaj ołnierze. Gromadka ludzi rzuca si na nieprzyjacielski karabin
maszynowy. Padaj wszyscy. Ale towarzysze p dz naprzód.”Hura!” Pada
oficer... Nie słycha ju karabinów piechoty. Szykuje si co okropnego. Znowu
pada cały jeden pluton. Słycha nieprzyjacielskie karabiny maszynowe:
ratatatata... Pada... Ja... przepraszam panów, ja... dalej mówi nie mog , bo
jestem pijany...
I oficer z bol c nog milknie nagle, kiwa si na krze le i t po spogl da przed
siebie. Pułkownik Schröder u miecha si łaskawie i przysłuchuje si , jak kapitan
Spira, siedz cy w pobli u, grzmoci pi ci w stół, jakby si chciał kłóci ,
powtarza co , co jest bez znaczenia i czego w aden sposób nie mo na zrozumie .
Nikt nie wie, o co temu człowiekowi chodzi i co znacz jego słowa:
- Prosz dobrze uwa a . Mamy pod broni austriackich ułanów landwery,
austriackich landwerzystów, bo niackich strzelców, austriackich strzelców,
austriack piechot , w giersk piechot , tyrolskich strzelców cesarskich,
bo niack piechot , w gierskich honwedów pieszych, w gierskich huzarów,
huzarów landwery, strzelców konnych, dragonów, ułanów, artyleri , tabory,
195
saperów, sanitariuszy, marynarzy. Rozumiecie, panowie? A Belgia? Ci z
pierwszego i drugiego poboru tworz armi operacyjn , ci z trzeciego pełni
słu b na tyłach armii...
Kapitan Spira hukn ł pi ci w stół.
- Landwera pełni słu b w kraju podczas pokoju!
Pewien młody oficer, siedz cy obok, starał si ze wszystkich sił przekona
pułkownika o swojej wojskowej bezwzgl dno ci i gło no pouczał s siada:
- Suchotnicy powinni by wysłani na front, to im tylko dobrze zrobi, a prócz
tego lepiej przecie , gdy gin chorzy, a zdrowi zostaj .
Pułkownik u miechał si , lecz nagle spochmurniał i zwracaj c si do majora
Wenzla rzekł:
- Dziwi si , e porucznik Lukasz nas unika. Od chwili swego przyjazdu ani
razu jeszcze nie był mi dzy nami.
- Pisze wierszyki - ironicznie odezwał si kapitan Sagner. - Natychmiast po
przyje dzie zakochał si w pani in ynierowej Schreiterowej, z któr spotkał si w
teatrze.
Pułkownik okiem ponurym spogl dał przed siebie.
- Podobno umie piewa kuplety.
- Ju w szkole wojskowej wy piewywał ładne kuplety - odpowiedział kapitan
Sagner - a co za anegdoty zna! Paluszki liza . Dlaczego nie bywa mi dzy nami,
nie wiem.
Pułkownik smutnie potrz sn ł głow .
- Dzisiaj nie ma ju mi dzy nami tego prawdziwego kole e stwa. Pami tam,
e dawniej ka dy z oficerów starał si w miar mo no ci, eby w kasynie było
wesoło. Jeden z kolegów, niejaki porucznik Dankl, rozbierał si do naga, kładł si
na podłodze, wtykał sobie w zadek ogon ledzia i przedstawiał syren . Inny
znowu porucznik, Schleisner, umiał strzyc uszami i r e jak ogier, potrafił
na ladowa miauczenie kotów i bzykanie trzmieli. Pami tam tak e kapitana
Skodaya. Ile razy za dali my, zawsze przyprowadzał do kasyna dziewczyny,
trzy siostry, a były wytresowane jak psy. Ustawiał je na stole, a one zaczynały
przed nami rozbiera si do naga, i to w takt batuty. Skoday miał tak mał
batutk i trzeba przyzna , e kapelmistrzem był wietnym. A czego on z nimi nie
wyrabiał na kanapie! Kiedy kazał sprowadzi wann z ciepł wod , ustawi na
rodku lokalu, a my musieli my jeden po drugim k pa si z tymi dziewczynami,
on za nas fotografował.
Przy tym wspomnieniu pułkownik Schröder u miechał si oble nie.
- A jakie zakłady robili my w wannie! - mówił dalej, mlaszcz c wstr tnie
j zykiem i kr c c si na krze le. - A dzisiaj? Czy to jest rozrywka! Nawet
marnego kuplecisty nie ma. I pi młodsi oficerowie te ju nie umiej . Do północy
jeszcze daleko, a przy stole ju pi ciu pijanych, jak sam pan widzi. Bywało tak, e
siedzieli my razem po dwa dni z rz du, a im wi cej pili my, tym byli my
trze wiejsi. A łopało si wszystko, co popadło: piwo, wino, likiery. Dzisiaj nie ma
ju tego dawnego prawdziwego ducha wojennego. Diabli wiedz , co si porobiło.
Nie ma dowcipu, tylko takie głupie gl dzenie bez ko ca. Niech pan słucha, co tam
na ko cu stołu opowiadaj sobie o Ameryce.
Z ko ca stołu odzywał si czyj powa ny głos:
196
- Ameryka nie mo e rozpoczyna wojny. Amerykanie i Anglicy to najwi ksi
wrogowie. Ameryka nie jest przygotowana do wojny.
Pułkownik Schröder westchn ł:
- Tak mog gl dzi tylko oficerowie rezerwy. Diabli nam tu ich nadali. Jeszcze
wczoraj taki człeczyna pisał w jakim banku albo zawijał w papierek pieprz,
angielskie ziele, cynamon i past do obuwia, a w najlepszym razie opowiadał
dzieciom w szkole, e głód wyp dza wilka z lasu, a dzisiaj chce by podobny do
oficera słu by czynnej, udaje, e na wszystkim si zna, i we wszystko wtyka nos.
A chocia mamy do oficerów słu by czynnej, to taki na przykład Lukasz unika
naszego towarzystwa.
Pułkownik Schröder wrócił do domu w usposobieniu jak najgorszym, a gdy
si rano przebudził, nastrój jego pogorszył si jeszcze, bo w gazetach, które
podano do łó ka, przeczytał wiadomo ci z frontu, w których kilkakrotnie
powtarzało si zdanie, e wojska nasze znowu cofn ły si na pozycje z góry
upatrzone. Były to pełne chwały dni armii austriackiej, jak dwie krople wody
podobne do tych dni, w których brała ona generalne lanie w Serbii.
I z takimi wła nie pomieszanymi uczuciami przyst pił pułkownik Schröder o
godzinie dziesi tej rano do rozpatrzenia sprawy, któr jednoroczny ochotnik
nazwał do trafnie s dem ostatecznym.
Szwejk i jednoroczny ochotnik stali na dziedzi cu i czekali na pułkownika.
Znajdowali si tam ju wszyscy podoficerowie, oficer pełni cy słu b , adiutant
pułku i sier ant, szef kancelarii pułkowej z papierami winowajców, na których
głowy spa miał topór sprawiedliwo ci - regimentsraport.
Wreszcie ukazał si ponury pułkownik w towarzystwie kapitana Sagnera ze
szkoły jednorocznych ochotników, nerwowo chłoszcz cy szpicrut cholewy
butów.
Przyj ł raport i w ród grobowej ciszy przeszedł kilka razy obok Szwejka i
jednorocznego ochotnika, którzy podrzucali głowami „rechtsschaut” i
„linksschaut” zale nie od tego, czy pułkownik znajdował si po ich prawej czy
lewej stronie. Czynili to bardzo dokładnie i omal e karków nie poskr cali, bo
spacer pułkownika trwał do długo. Wreszcie zatrzymał si pułkownik przed
jednorocznym ochotnikiem, który zacz ł meldowa :
- Jednoroczny ochotnik...
- Wiem - rzekł ostro pułkownik. - Wyrzutek jednorocznych ochotników.
Czym pan jest w cywilu? Studentem filologii klasycznej? A wi c zapity
inteligent...
- Panie kapitanie - zwrócił si do Sagnera - niech pan przyprowadzi cał
szkoł jednorocznych ochotników.
- Naturalnie - przemawiał dalej do swojej ofiary - taki ja nie pan student
filologii klasycznej, którego my tu musimy uczy moresu. Kehrt euch! Oczywi cie
fałdy płaszcza nie w porz dku. Jakby wyszedł od dziewki albo tarzał si w bajzlu.
Ja wielmo nego pana ochotnika naucz moresu.
Szkoła jednorocznych ochotników weszła in corpore na dziedziniec.
- Ustawi si w czworobok! - rozkazał pułkownik. S dzia i pods dni zostali
otoczeni.
197
- Popatrzcie na tego ołnierza! - ryczał pułkownik wskazuj c szpicrut na
jednorocznego ochotnika. - Przechlał wasz honor jednorocznych ochotników, z
których wychowywa si winny kadry porz dnych oficerów, wiod cych ołnierzy
na pole chwały po zwyci stwo. Ale gdzie poprowadziłby ołnierzy taki pijaczyna
jak ten tutaj? Z knajpy do knajpy wiódłby ich chyba. Cały fasunek rumu
wychlałby szeregowcom. Czy mo e pan powiedzie co na swoje
usprawiedliwienie? Nie mo e pan. Patrzcie na niego. Nic nie ma do powiedzenia
na swoje usprawiedliwienie i jeszcze do tego studiuje w cywilu filologi klasyczn .
Prawdziwy klasyczny przypadek.
Pułkownik wymówił te ostatnie wyrazy powoli i z naciskiem, po czym splun ł.
- Filolog klasyczny, który zalany łazi po nocy i zrzuca oficerom czapki z
głowy. Mensch! Jeszcze całe szcz cie, e to był tylko taki sobie oficer artylerii.
W słowach tych wyraziła si cała nienawi 91 pułku do artylerii stoj cej w
Budziejowicach. Biada artylerzy cie, który w nocy wpadł w r ce patrolu piechoty
i odwrotnie! Nienawi była okropna, nieprzejednana, vendetta, krwawa zemsta
przekazywana z rocznika na rocznik, ilustrowana z obu stron anegdotami i
legendami o tym, jak to piechurzy powrzucali artylerzystów do Wełtawy lub
odwrotnie. Jakie bitwy stoczono w „Port-Arturze”, „Pod Biał Ró ” i w innych
lokalach południowo-czeskiej metropolii, przeznaczonych na uciechy i rado ci.
- Tym niemniej - mówił dalej pułkownik - rzecz taka musi zosta przykładnie
ukarana, tego draba nale y usun ze szkoły jednorocznych ochotników i
zniszczy go moralnie. Do ju mamy w armii takich inteligentów.
Regimentskanzelei!
Sier ant zbli ył si do pułkownika z papierami i ołówkiem. Był bardzo
powa ny i skupiony.
Cisza panowała gł boka jak w s dzie, gdy na ławie oskar onych siedzi
morderca, a przewodnicz cy zaczyna odczytywa wyrok.
Takim samym głosem wyrokuj cym rzekł pułkownik:
- Jednorocznego ochotnika Marka skazuje si na dwadzie cia i jeden dni
verschärft, po odbyciu kary zostanie przeniesiony do kuchni do skrobania
kartofli.
Zwracaj c si w stron jednorocznych ochotników, wydał pułkownik rozkaz
odmaszerowania. Słycha było, jak ochotnicy sprawnie tworz czwórki i oddalaj
si . Ale pułkownik był niezadowolony i rzekł do kapitana Sagnera, e w ruchach
tego oddziału nie ma rytmu i e po obiedzie trzeba z nim przerabia kroki.
- Kroki maszeruj cego wojska musz grzmie , panie kapitanie. I jeszcze
jedno. Byłbym bez mała zapomniał. Niech pan im powie, e cała szkoła
jednorocznych ochotników ma pi dni koszarniaka, eby aden z nich nie
zapomniał swego byłego kolegi, tego łobuza Marka.
A łobuz Marek stał sobie koło Szwejka i miał min człowieka zupełnie
zadowolonego. Niczego lepszego nie mógł oczekiwa .
Daleko lepiej przecie siedzie w kuchni i skroba kartofle czy te modelowa
pyzy albo ogryza eberko, ni z gatkami pełnymi strachu szwenda si pod
huraganowym ogniem nieprzyjacielskim i wrzeszcze na całe gardło:
„Einzelnabfallen! Bajonet auf!”
198
Załatwiwszy rzecz z kapitanem Sagnerem, pułkownik Schröder zatrzymał si
przed Szwejkiem i popatrzył na niego bardzo uwa nie. Szwejka w tej chwili
reprezentowała okr gła u miechni ta twarz, ozdobiona po bokach par wielkich
uszu, stercz cych zawadiacko spod wtłoczonej na głow czapki. Cało wywierała
wra enie bezwzgl dnego spokoju i nie wiadomo ci jakiejkolwiek winy. Jego oczy
pytały:
„Czy zrobiłem co złego, prosz pana? Czy dopu ciłem si czego
niestosownego?”
Rezultat swych obserwacji zawarł pułkownik w jednym pytaniu, z którym
zwrócił si do sier anta:
- Idiota?
- Posłusznie melduj , panie oberst, idiota - odpowiedział za sier antem
Szwejk.
Pułkownik Schröder skin ł na adiutanta i odszedł z nim na bok. Potem
zawołał na sier anta i zabrał si do przegl dania papierów Szwejka.
- Aha - rzekł pułkownik Schröder - to jest ten okrzyczany słu cy porucznika
Lukasza, który według jego raportu zgin ł w Taborze. Jestem zdania, e panowie
oficerowie sami powinni wychowywa sobie swoich pucybutów. Gdy pan
porucznik wybrał ju sobie takiego notorycznego idiot , to niech si nim kłopocze
sam. Ma dosy czasu, skoro nie bywa mi dzy nami. Bo i pan nie widuje go przecie
w naszym towarzystwie, panie kapitanie? A wi c ma dosy czasu i mo e sobie
swego słu cego wychowywa na człowieka.
Pułkownik Schröder podszedł do Szwejka i patrz c w jego poczciw , zacn
twarz rzekł do niego:
- Trzy dni verschävft, bydl skretyniałe, a po odbyciu kary zameldujecie si
porucznikowi Lukaszowi.
Szwejk spotkał si wi c ponownie z jednorocznym ochotnikiem Markiem w
areszcie pułkowym. Porucznik Lukasz nie wybuchn ł rado ci , gdy pułkownik
kazał go wezwa do siebie i rzekł do niego:
- Panie poruczniku, przed tygodniem mniej wi cej, po przybyciu do pułku,
zło ył mi pan podanie o przydzielenie panu nowego słu cego zamiast tego, który
zgin ł panu w drodze. Poniewa ten powrócił...
- Panie pułkowniku!... - błagalnie j kn ł porucznik Lukasz.
- Postanowiłem - mówił pułkownik z naciskiem - wsadzi go na trzy dni do
paki, po czym ode l go do pana.
Porucznik Lukasz, zmia d ony t decyzj , wyszedł z kancelarii pułkownika
zataczaj c si jak pijany.
W ci gu trzech dni, które Szwejk sp dził w towarzystwie jednorocznego
ochotnika Marka, było mu bardzo dobrze i wesoło na wiecie. Dzie w dzie
wieczorem urz dzali obaj patriotyczne manifestacje na pryczach.
Najpierw rozlegały si słowa hymnu austriackiego, potem Prinz Eugen der
edle Ritter i wiele innych pie ni ołnierskich, a gdy przychodził do nich profos, to
witali go pie ni najstosowniejsz :
A nasz stary pan profos
B dzie ył lat sporo.
199
Dopóki go wszyscy diabli
Do piekła nie zabior .
Przyjd po niego
Z ogromn parad :
„Pójd e teraz w ciepłej smole
Posma y si , dziadu...”
Nad prycz jednoroczny ochotnik wyrysował profosa, a pod rysunkiem
wypisał tekst starej, znanej piosenki:
Kiedym szedł do Pragi, moja kochana,
Napotkałem w drodze starego Cygana.
Nie był to ci Cygan, jeno profosina,
Uciekajcie, ludzie, od takiego syna.
Podczas za gdy obaj dra nili profosa takimi piewkami i rysunkami, jak w
Sewilli dra ni byki czerwonymi płachtami, porucznik Lukasz ze strachem
oczekiwał Szwejka, który lada chwila miał si u niego zameldowa .
200
Rozdział 18
PRZYGODY SZWEJKA W KIRÀLYH D
91 pułk translokowano do Brucku nad Litaw - Királyhíd.
Upływał trzeci dzie kary Szwejka, który za trzy godziny miał by
wypuszczony z aresztu, gdy wła nie przyszła eskorta i razem z jednorocznym
ochotnikiem został Szwejk odtransportowany na dworzec kolejowy.
- Ju dawno było wiadomo - rzekł w drodze jednoroczny ochotnik - e
zostaniemy przeniesieni do W gier. Tam b d formowane marszbataliony,
ołnierze wy wicz si w strzelaniu, pobij si z Madziarami i wesoło pojad w
Karpaty. Tu, do Budziejowic, przyb dzie załoga madziarska i szczepy b d si
mieszały a miło. Istnieje taka teoria, e gwałcenie kobiet innej narodowo ci to
najlepszy rodek przeciwko degeneracji. To samo robili Szwedzi i Hiszpanie
podczas wojny trzydziestoletniej, Francuzi za czasów Napoleona, a teraz w
okolicach Budziejowic to samo robi b d Madziarzy, nie dopuszczaj c si nawet
zbyt brutalnego gwałcenia. Z czasem wyrówna si wszystko. Chodzi tu o prost
wymian . ołnierz czeski prze pi si z Madziark , a biedna czeska dzieweczka
przytuli si do w gierskiego honweda. Za po stuleciach niejeden antropolog
łama b dzie głow , sk d si wzi ły na brzegach Malszy mongolskie ko ci
policzkowe u ludu.
- Co do mieszania si ró nych szczepów - wtr cił Szwejk - to dziej si
ciekawe rzeczy. W Pradze jest jeden kelner z Murzynów, Krystian, którego ojciec
był królem abisy skim i pokazywał si za pieni dze w Pradze na Sztvanicy w
jakim cyrku. Zakochała si w nim pewna nauczycielka, która pisała wierszyki o
pasterzach i strumykach le nych i drukowała je w czasopi mie „Lada”,
przeznaczonym dla ognisk rodzinnych, wi c poszła z nim do hotelu i cudzoło yła,
jak stoi w Pi mie wi tym, a nast pnie strasznie si dziwiła, gdy urodził si
chłopczyk całkiem biały. No tak, ale po dwóch tygodniach dzieci tko zacz ło
czerwienie , a po miesi cu zrobiło si ciemne. Po upływie pół roku chłopczyk był
tak czarny jak jego ojciec, król abisy ski. Moja nauczycielka poszła ze swoim
dzieckiem do kliniki chorób skórnych, eby jej synka odbarwili, ale tam jej
powiedzieli, e ma on na sobie akuratn i rzeteln skór murzy sk i e nic na to
poradzi nie mo na. Wi c jej si od tego wszystkiego pomieszało w głowie i
zacz ła listownie rozpytywa si po gazetach, co si robi przeciwko murzy stwu.
Dostała si ostatecznie do Katarzynek, a Murzynka zabrano do sieroci ca, gdzie
wszyscy mieli z niego ogromn uciech . Ten Murzyn wyuczył si kelnerstwa i
chodził po kawiarniach nocnych jako tancerz. Jeszcze dzisiaj rodz si po nim
czescy Mulaci z wielkim powodzeniem i dobrze im z tym, bo ju nie s tacy
kolorowi jak on. Pewien medyk, który bywał cz sto „Pod Kielichem”, mówił nam,
e ta sprawa bynajmniej nie jest taka prosta. Taki mieszaniec płodzi dalej
miesza ców, którzy s ju we wszystkim podobni do białych, a raptem w jakim
tam pokoleniu zjawi si nieoczekiwanie Murzyn. Niech pan sobie wyobrazi, co to
za miła niespodzianka. eni si pan z mił panienk okropnie biał i b c, rodzi
panu Murzyna! Je li przypadkiem przed dziewi cioma miesi cami zdarzyło si
jej by w jakim „Variété”, gdzie odbywały si walki zapa nicze, w których brał
201
udział na przykład jaki Murzyn, to przypuszczam, e w umy le pa skim
zakiełkowałaby nieufno .
- Na spraw pa skiego Murzyna Krystiana - rzekł jednoroczny ochotnik trzeba spojrze tak e ze stanowiska wojskowego. Przypu my, e ten Murzyn
został wzi ty do wojska. Jako pra anin słu y w 28 pułku. Słyszał pan ju , e pułk
28 przeszedł do Rosjan. Jak e dziwiliby si Rosjanie, gdyby zabrali do niewoli
tak e Murzyna Krystiana! Gazety rosyjskie pisałyby niezawodnie, e Austria
wysyła ju na front swoje wojska kolonialne, których zreszt nie posiada, e
musiała zmobilizowa swoje rezerwy murzy skie.
- Mówili, e Austria ma jakie kolonie na północy - wtr cił Szwejk. - Jak
tam ziemi cesarza Franciszka Józefa czy co takiego...
- Tylko bez polityki, moi panowie - rzekł ołnierz z eskorty.
- Bardzo ryzykowne mówi dzisiaj o jakiej ziemi cesarza Franciszka Józefa.
Nie wymieniajcie nikogo, to b dzie lepiej...
- No, to popatrzcie na map - odezwał si jednoroczny ochotnik - a
przekonacie si , e naprawd istnieje ziemia naszego najmiło ciwszego monarchy
Franciszka Józefa. Według statystyki jest tam wył cznie lód, ale rozwo go po
wiecie łamacze lodów, nale ce do praskich lodowni. Ten przemysł lodowy
cieszy si na całym wiecie wielkim szacunkiem, poniewa przedsi biorstwo jest
to bardzo korzystne, aczkolwiek troch niebezpieczne. Najwi ksze
niebezpiecze stwa trzeba pokonywa przy transporcie lodu z ziemi Franciszka
Józefa przez koło polarne. Nietrudno to sobie wyobrazi .
ołnierz eskorty mamrotał co niewyra nie, a kapral prowadz cy eskort
podszedł bli ej i przysłuchiwał si dalszemu wykładowi jednorocznego ochotnika,
który z wielk powag wywodził:
- Ta jedyna kolonia austriacka mo e dostarczy lodu wszystkim lodowniom
europejskim, jest wi c znakomitym czynnikiem polityczno-gospodarczym.
Kolonizacja czyni tam oczywi cie post py bardzo słabe, poniewa koloni ci po
cz ci nie zgłaszaj si wcale, po cz ci za marzn . Niemniej jednak istnieje
nadzieja, e przez uporz dkowanie stosunków klimatycznych, czym interesuje si
Ministerstwo Handlu, a tak e Ministerstwo Spraw Zagranicznych, zostan
nale ycie wyzyskane wielkie płaszczyzny lodowcowe. Przez zbudowanie kilku
hoteli przyci gnie si wielkie masy turystów. Tylko e trzeba b dzie
uporz dkowa drogi i cie ki mi dzy krami lodowymi i pooznacza lodowce
znakami orientacyjnymi dla turystów. Jedyn przeszkod s Eskimosi, którzy
uniemo liwiaj prac naszym organom miejscowym...
- Gałgany te Eskimosy, nie chc si uczy j zyka niemieckiego - mówił dalej
jednoroczny ochotnik widz c, e kapral przysłuchuje si jego wywodom uwa nie.
Wojak ten w cywilu był parobkiem, głupi i gburowaty, chciwie pochłaniał
wszystko, o czym nie miał najmniejszego poj cia, a ideałem jego było wierne
wysługiwanie si za ły k strawy.
- Ministerstwo O wiaty, panie kapralu, zbudowało dla nich kosztem wielkich
ofiar szkoł , a przy budowaniu jej zamarzło pi ciu architektów.
- Murarze ocaleli - wtr cił Szwejk - gdy mogli ogrza si od zapalonych
fajek.
202
- Nie wszyscy jednak - rzekł jednoroczny ochotnik. - Dwóm z nich wydarzyła
si niemiła przygoda: zapomnieli ci gn i fajki pogasły. Musieli nieboraków
zakopa w lodzie. Ale w ko cu szkoła jednak została zbudowana z cegieł
lodowych i elazobetonu. Jedno z drugim trzyma si wietnie kupy, ale Eskimosi
rozpalili ogie dokoła gmachu u ywszy do tego drzewa z rozebranych statków
handlowych, które zamarzły w pobli u. Osi gn li wszystko, o co im chodziło: lód,
na którym szkoła była zbudowana, stopniał i cała budowla razem z kierownikiem
i przedstawicielem rz du, który miał asystowa przy uroczystym po wi ceniu
szkoły, zwaliła si w morze. Usłyszano tylko okrzyk: „Gott strafe England!” wzniesiony przez przedstawiciela rz du, gdy ju tkwił po brod w wodzie. Teraz
po l tam niezawodnie wojsko, eby Eskimosów nauczyło moresu. Rzecz prosta,
e wałka z nimi b dzie bardzo trudna. Najbardziej przeszkadza b d naszemu
wojsku tresowane białe nied wiedzie.
- Jeszcze tego brakowało! - roztropnie zauwa ył kapral. - I tak ju jest za
du o wynalazków wojskowych. Na przykład maski do zatruwania gazami.
Naci gniesz sobie tak mask na głow i jeste zatruty, jak nam wykładali w
Unteroffiziersschule.
- Straszyli was tylko - odezwał si Szwejk - ołnierz nie powinien si ba
nigdy i niczego. Gdyby w zapale walki wpadł nawet do latryny, to si tylko obli e
i dalej p dzi do gefechtu. A co do gazów truj cych, to ka dy łatwo przyzwyczaja
si do nich w koszarach, gdy daj groch z kasz i wie y komi niak. Ale teraz
wynale li Rosjanie podobno jaki specjalny sposób na podoficerów...
- A tak, specjalny pr d elektryczny - uzupełnił słowa Szwejka jednoroczny
ochotnik. - Pr d ten ł czy si z gwiazdkami na kołnierzu i gwiazdki te wybuchaj ,
poniewa s z celuloidu. Dopiero b dzie ofiar!
Chocia kapral jako parobek miał w cywilu do czynienia przewa nie z
wołami, to jednak zrozumiał, e kpi sobie z niego, i oddalił si od kpiarzy na
czoło patrolu.
Zreszt zbli ano si ju do dworca, gdzie obywatele Budziejowic zebrali si ,
aby po egna swój pułk. W po egnaniu tym nie było nic urz dowego, ale plac
przed dworcem był przepełniony publiczno ci wyczekuj c na wojsko.
Ciekawo Szwejka skupiła si na szpalerze publiczno ci. I jak to ju zawsze
bywa, tak było i tym razem, e porz dni ołnierze pozostali na szarym ko cu, a
ci, których trzeba było prowadzi pod bagnetami, szli pierwsi. Porz dni ołnierze
zostan nast pnie powpychani do wagonów bydl cych, a Szwejk z jednorocznym
ochotnikiem pojad sobie wygodnie wagonem aresztanckim, który bywa
przyczepiany tu za wagonami sztabowymi. W takim wagonie aresztanckim
miejsca jest a nadto.
Szwejk nie mógł si powstrzyma , aby nie krzykn do publiczno ci: „Na
zdar!”, i nie pomacha czapk . Podziałało to tak zara liwie na wszystkich, e cały
tłum powtarzał gło no jego wołanie, słowa „Na zdar!” biegły coraz dalej i
grzmiały przed dworcem, a z ust do ust podawano sobie: „Ju id !”
Kapral z eskorty czuł si wprost nieszcz liwy i wrzasn ł na Szwejka, aby
zamkn ł g b . Ale okrzyk leciał dalej jak wichura. andarmi spychali tłum na
chodniki, aby zrobi drog dla eskorty, lecz tłum wołał dalej: „Na zdar!”
wymachuj c czapkami i kapeluszami.
203
Była to manifestacja jak si patrzy. W hotelu naprzeciwko dworca stały w
oknach jakie dwie panie, powiewały chusteczkami i wołały: „Heil!” Oba
okrzyki: „Na zdar!” i „Heil!”, mieszały si z sob coraz bardziej, ale gdy jaki
entuzjasta skorzystał ze sposobno ci, aby zawoła : „Nieder mit den Serben!” kto podstawił mu zgrabnie nog , a publiczno podeptała go zdrowo w
sztucznym zamieszaniu.
Niby iskra elektryczna z ust do ust leciała wie :
„Ju id .”
Ale na razie szedł tylko Szwejk, przesyłaj cy publiczno ci dłoni całusy na
lewo i na prawo, oraz jednoroczny ochotnik, salutuj cy z wielk powag .
Weszli na dworzec i skierowali si ku przeznaczonemu poci gowi
wojskowemu, i w tej wła nie chwili orkiestra artylerii, zdezorientowana
nieoczekiwan manifestacj , o mały figiel nie zagrała hymnu pa stwowego. Na
szcz cie, bardzo w por , ukazał si starszy kapelan wojskowy, pater Lacina, z 7
dywizji kawalerii i zacz ł robi porz dek, chocia ubrany był po cywilnemu i
miał na głowie sztywny, czarny kapelusz-melonik.
Historia jego jest bardzo prosta. Przyjechał wczoraj wieczorem do
Budziejowic, on, postrach i pogromca wszystkich jadłodajni oficerskich,
nienasycony arłok i smakosz, i jakby nigdy nic, przypl tał si na oficerski
bankiet odje d aj cego pułku. Jadł, pił za dziesi ciu i w stanie mniej wi cej
nietrze wym szwendał si po kuchni oficerskiej restauracji, aby wycygani od
kucharzy jaki smaczny k sek. Po erał resztki sosów z knedlami, jak drapie nik
ogryzał ko ci i dobrał si wreszcie w kuchni do rumu, a gdy si go na łopał
wi cej, ni trzeba, znowu wrócił na po egnalny wieczorek, urz dzony przez
oficerów odje d aj cego pułku, gdzie spił si jak bela. Miał w tej dziedzinie
bardzo bogate do wiadczenie, a w 7 dywizji kawalerii oficerowie dopłacali do
jego rachunków za picie i jedzenie. Rano strzeliło mu do głowy, e musi robi
porz dek przy odje dzie pierwszych poci gów z wojskiem, i dlatego szwendał si
wzdłu całego szpaleru publiczno ci, a na dworcu rz dził i gl dził tak natr tnie,
e oficerowie kieruj cy transportem pułku zamkn li si przed nim w kancelarii
zawiadowcy stacji.
Ukazał si znów przed dworcem i akurat w por złapał za batut kapelmistrza
orkiestry strzelców kurkowych, który dawał wła nie znak do zagrania hymnu
austriackiego.
- Halt! - zawołał. - Jeszcze nie, dopiero jak dam znak. Teraz: spocznij! Ja za
chwil wróc .
Poszedł na dworzec i ruszył za eskort , któr zatrzymał energicznym: Halt!...
- Dok d to? - surowo zapytał kaprala, który nie wiedział, co ma robi w nowej
sytuacji.
Zamiast niego odpowiedział poczciwie i zacnie Szwejk:
- Do Brucku nas wioz . Je li pan feldkurat raczy, to mo e pojecha razem z
nami.
- eby wiedział, e pojad - o wiadczył pater Lacina i obracaj c si do
eskorty dodał: - Kto tam mówi, e nie mog pojecha z wami? Vorwärts! Marsch!
204
Gdy oberfeldkurat znalazł si w wagonie aresztanckim i wyci gn ł si na
ławie, poczciwy, jak zawsze, Szwejk zdj ł z siebie płaszcz i podło ył go patrowi
pod głow . Kapral przygl dał si temu okiem wystraszonym, ale jednoroczny
ochotnik uspokoił go słowy:
- Oberfeldkuratami nale y opiekowa si troskliwie.
Pater Lacina, wygodnie wyci gni ty na ławie, zacz ł wywodzi :
- Ragout na grzybkach, moi panowie, jest tym lepsze, im wi cej jest
grzybków, ale grzybki nale y przedtem usma y z cebulk i dopiero potem
dodaje si listek bobkowy i cebul ...
- Cebul raczył pan feldkurat wymieni ju przedtem - odezwał si
jednoroczny ochotnik ku wielkiemu przera eniu kaprala, który w kapelanie
widział swego zwierzchnika, chocia ten zwierzchnik był mocno pijany.
Poło enie kaprala było doprawdy rozpaczliwe.
- Tak jest - wtr cił Szwejk - pan oberfeldkurat ma zupełn racj . Im wi cej
cebuli, tym lepiej wszystko smakuje. W Pakomierzicach był taki piwowar, który
do piwa dodawał cebul , poniewa cebula, jak mawiał, wzbudza pragnienie.
Cebula to w ogóle rzecz bardzo po yteczna. Pieczona cebula jest dobra nawet na
wrzody...
Pater Lacina, le c na ławie, mówił tymczasem cicho, jakby w pół nie:
- Wszystko zale y od korzeni, od tego, jakie korzenie si bierze i do czego si
bierze, i ile si bierze. Nie wolno nic przepieprzy , przepaprykowa ...
Mówił coraz wolniej i coraz ciszej:
- Prze... cy... na... mo... no... wa , prze... cy... try... no... wa , prze... an... giel...
sko... zie... li , prze... musz... kat...
Nie doko czył słowa, zasn ł i zacz ł chrapa , a gdy przestawał chrapa , to
pogwizdywał przez nos.
Kapral spogl dał na niego zdr twiały ze strachu, podczas gdy szeregowcy z
eskorty u miechali si pod w sem, sadowi c si na ławkach jak najwygodniej.
- Po pi sobie ładnych par godzin - rzekł Szwejk po chwili - bo schlał si jak
nieboskie stworzenie.
Kapral dawał Szwejkowi znaki, aby milczał, ale Szwejk go uspokajał:
- To wszystko jedno, czy si milczy, czy mówi. Zmieni tego faktu nie mo na,
bo pan oberfeldkurat spił si zdrowo. Ma rang kapitana. Ka dy z tych
feldkuratów, ni szej albo wy szej rangi, ma ju taki talent od Boga, e schla si
przy ka dej sposobno ci, jak nie przymierzaj c nieme stworzenie. Byłem
słu cym feldkurata Katza, który te zdrowo umiał pi . To, co ten tutaj
wyprawia, jest głupstwem w porównaniu z kawałami tamtego pana. Przepili my
do spółki monstrancj , a przepiliby my i samego Pana Boga, gdyby nam si udało
da Go komukolwiek w zastaw.
Szwejk podszedł do patra Laciny, obrócił go do ciany i powiedział tonem
znawcy:
- B dzie gnił a do samego Brucku. - Co rzekłszy wrócił na swoje miejsce,
odprowadzany spojrzeniem zrozpaczonego kaprala, który w bezradno ci swojej
nie wiedział, co ma robi .
- Zameldowa chyba czy jak? - rzekł do siebie.
205
- O tym nie mo e by gadania - rzekł jednoroczny ochotnik - bo pan jest
eskortenkommandant. Panu nie wolno oddala si od nas. A według przepisu nie
ma pan te prawa wysła z meldunkiem nikogo z eskorty, dopóki nie ma pan
zast pcy dla takiego posła ca. Jak pan widzi, ten orzech, jaki ma pan do
zgryzienia, jest twardy. A je li chce pan, panie kapralu, strzela na znak, aby tu
kto przyszedł, to te jest rzecz niedopuszczaln . Bo nic si tu wła ciwie nie stało
takiego osobliwego, eby strzela . Z drugiej znowu strony istnieje przepis, e
prócz aresztowanych i eskorty nikogo z postronnych wpuszcza do wagonów nie
wolno. Postronnym wej cie wzbronione. Nie mo e pan te marzy o tym, eby
lady swego wykroczenia zatrze przez wyrzucenie oberfeldkurata cichaczem z
wagonu, bo s tacy, którzy widzieli, jak pan go wpuszczał do wagonu, chocia nie
wolno było go wpuszcza . Powiem panu, panie kapral, e degradacja jest
murowana.
Kapral tłumaczył si , e do wagonu nikogo nie wpuszczał, bo oberfeldkurat
sam si do niego przył czył, a jest to przecie jego przeło ony.
- Tutaj przeło onym jest wył cznie pan, panie kapralu - z całym naciskiem
rzekł jednoroczny ochotnik, a jego słowa potwierdził Szwejk:
- Nawet gdyby sam najja niejszy pan chciał przył czy si do aresztantów, to
pan nie ma prawa pozwoli mu na to. Jest tu tak samo, jak na warcie. Podchodzi
do wartownika oficer inspekcyjny i prosi grzecznie, eby mu wartownik skoczył
po papierosy, a ten jeszcze pyta, jaki gatunek pan oficer ka e przynie . Za takie
rzeczy siedzi si w twierdzy.
Na to kapral zauwa ył nie miało, e Szwejk sam powiedział oberfeldkuratowi,
i mo e pojecha z nimi.
- Ja, panie kapral, mog sobie na takie rzeczy pozwoli - odpowiedział Szwejk
- poniewa jestem idiot , ale po panu nikt by si takich rzeczy nie spodziewał.
- Czy dawno jest pan w słu bie czynnej? - zapytał jednoroczny ochotnik jakby
od niechcenia.
- Ju trzeci rok. Obecnie mam awansowa na zugsführera.
- No, to postaw pan krzy yk na tym awansie - rzekł cynicznie jednoroczny
ochotnik. - Mówi panu, e degradacja jest murowana.
- Zreszt wszystko jedno - rzekł Szwejk - czy si padnie w bitwie jako szar a,
czy jako szeregowiec. Tyle tylko, e degradowanych wypychaj naprzód.
Oberfeldkurat poruszył si na ławie.
- Gnije fest - rzekł Szwejk skontrolowawszy, czy wszystko jest w nale ytym
porz dku. - ni mu si pewno o jakim nowym arciu. Boj si tylko, eby mu si
tu co nie przytrafiło. Mój feldkurat Katz jak si dobrze wstawił, to we nie ani nie
wiedział, kiedy si ... Pewnego razu...
I Szwejk zacz ł opowiada o swoich do wiadczeniach, jakie poczynił w słu bie
feldkurata Ottona Katza. Opowiadał tak szczegółowo i interesuj co, i nikt nie
zauwa ył, e poci g ruszył.
Dopiero ogłuszaj cy ryk ołnierzy, jad cych w ostatnich wagonach, przerwał
opowiadanie Szwejka. 12 kompania, w której słu yli sami Niemcy z okolic
Krumlova w Górach Kasperskich, ryczała:
Wann ich kumm, wann ich kumm,
Wann ich wieda, wieda kumm...
206
Jednocze nie z innego wagonu jaki desperat ryczał w kierunku Budziejowic:
Und du, mein Schatz,
Bleibst hier.
Holario, holario, holo!
Było to takie straszliwe jodłowanie i porykiwanie, e koledzy musieli sił
piewaka od otwartych drzwi wagonu bydl cego.
odci gn
- A mi dziwno - rzekł jednoroczny ochotnik do kaprala - e dotychczas nie
pokazała si u nas inspekcja. Według przepisów powinien pan był nas
zameldowa komendantowi poci gu na dworcu, a nie zajmowa si jakim
pijanym oberfeldkuratem.
Nieszcz liwy kapral milczał uporczywie i z wyrazem w ciekło ci spogl dał na
słupy telegraficzne, mijane po drodze.
- Na sam my l o tym, e nie jeste my nikomu zameldowani - mówił dalej
jednoroczny ochotnik - i e na najbli szej stacji wlezie do nas z pewno ci
komendant poci gu, burzy si we mnie krew ołnierza. Przecie w taki sposób
jeste my jak te...
- Cygany - wtr cił Szwejk - albo włócz gi. Wygl da na to, jakby my si bali
wiatła dziennego i nie chcieli nikomu pokazywa si na oczy, eby nas nie
aresztowali.
- Prócz tego - rzekł jednoroczny ochotnik - na podstawie rozporz dzenia z
dnia dwudziestego pierwszego listopada roku tysi c osiemset siedemdziesi tego
dziewi tego przy transportowaniu aresztantów poci gami nale y zachowywa
przepisy nast puj ce:
Po pierwsze, wagon aresztancki winien posiada kraty ochronne. To jest takie
jasne jak sło ce i wagon nasz kraty przepisane posiada. Siedzimy za doskonałymi
kratami. Co do tego, wszystko jest w porz dku; po drugie, w uzupełnieniu c. i k.
rozporz dzenia z dnia dwudziestego pierwszego listopada roku tysi c osiemset
siedemdziesi tego dziewi tego, ka dy wagon aresztancki powinien posiada
wychodek. Je li takowego nie ma, to w wagonie znajdowa si winno naczynie
przykrywane do wykonywania małej i du ej potrzeby aresztantów oraz stra y im
towarzysz cej. Tutaj wła ciwie nie mo e by mowy o wagonie aresztanckim, bo
nie ma owego wychodka; znajdujemy si w zwykłym przepierzonym wagonie,
oddzieleni od reszty wiata. Nie ma tu tak e owego naczynia krytego, które by...
- Mo esz pan robi oknem - rzekł zrozpaczony kapral.
- Pan kapral zapomina - rzekł Szwejk - e adnemu aresztantowi nie wolno
zbli a si do okna.
- Po trzecie - wywodził dalej jednoroczny ochotnik - powinno znajdowa si tu
naczynie z wod do picia. I o tym tak e pan nie pomy lał. A propos! Czy wiesz
pan, na której stacji rozdawany b dzie mena ? Nie wiesz pan? Naturalnie,
wiedziałem, e pan si nie poinformował.
- Wi c widzi pan, panie kapral - odezwał si Szwejk - e wo enie aresztantów
to nie aden szpas. Nas trzeba otacza troskliw opiek . My nie jeste my takimi
zwyczajnymi ołnierzami, którzy o wszystko musz kłopota si sami. Nam
trzeba przynosi wszystko, wszystko pod sam nos, poniewa s na to takie
207
rozporz dzenia i paragrafy, których ka dy musi si trzyma , bo inaczej nie
byłoby porz dku.”Człowiek aresztowany to taka bezradna istota jak dzieci tko w
poduszce, mawiał jeden mój znajomy włóczykij, o niego trzeba si kłopota , eby
si nie zazi bił, eby si nie irytował, eby był zadowolony ze swego losu, eby
nieboraczkowi nikt krzywdy nie czynił.”
- Zreszt - rzekł w ko cu Szwejk spogl daj c przyja nie na kaprala - musi
pan jeszcze pami ta o tym, e jak b dzie jedenasta, to mi pan powie.
Kapral spojrzał pytaj co na Szwejka.
- Pan chce niezawodnie zapyta , panie kapral, dlaczego ma mi pan
powiedzie , gdy b dzie godzina jedenasta. Otó od godziny jedenastej b d
przynale ny do wagonu bydl cego, panie kapral - z całym naciskiem mówił
Szwejk i uroczy cie prawił dalej: - Przy regimentsraporcie zostałem skazany na
trzy dni. O godzinie jedenastej zacz łem odsiadywa kar i dzisiaj o jedenastej
musz zosta zwolniony. O jedenastej nie mam ju tu co robi . adnego ołnierza
nie wolno trzyma w pace dłu ej, ni mu si nale y, bo w wojsku trzeba
zachowywa porz dek i dyscyplin , panie kapral.
Zrozpaczony kapral długo nie mógł oprzytomnie po tym nowym ciosie, a
wreszcie wpadł na koncept, e nie dostał adnych papierów.
- Szanowny panie kapral - odezwał si jednoroczny ochotnik - papiery nie
lataj same za dowódcami eskorty. Gdy góra nie chce przyj do Mahometa, to
Mahomet musi pofatygowa si do góry, czyli e dowódca eskorty sam winien
stara si o papiery. Oczywi cie, e w ten sposób sytuacja pa ska komplikuje si
ponownie. Stanowczo nie mo e pan w areszcie przetrzymywa nikogo, kto ma by
wypuszczony na wolno . Z drugiej znowu strony nikomu nie wolno opuszcza
wagonu aresztanckiego. Doprawdy, e nie wiem, jak pan wybrnie z takiej fatalnej
sytuacji. Im dalej, tym lepiej. Mamy ju pół do jedenastej.
Jednoroczny ochotnik spojrzał na zegarek, a chowaj c go do kieszeni, rzekł:
- Ciekaw jestem, co pan zrobi za pół godziny?
- Za pół godziny powinienem by w wagonie bydl cym - marzycielsko
powtarzał Szwejk, po których to słowach kapral zmieszany i zgn biony zwrócił
si do niego pojednawczo.
- S dz , e nie b dzie to dla pana adn przykro ci jecha tym wagonem,
który jest przecie daleko wygodniejszy od wagonu bydl cego. Przypuszczam...
Przerwał mu głos oberfeldkurata, który przez sen wołał:
- Wi cej sosu!
- pij, pij bratku - rzekł poczciwy Szwejk podsuwaj c mu pod głow poł
płaszcza, która zsun ła si na podłog - i niech ci si ni o dobrym arciu.
Za jednoroczny ochotnik zacz ł piewa :
pij, dzieci tko, ju , siwe oczka zmru .
Dobry Pan Bóg b dzie blisko,
Aniołkowie nad kołysk , pij, dzieci tko, ju ...
Zrozpaczony kapral nie reagował ju na nic. T pym okiem spogl dał na wiat
za oknem wagonu i pogodził si zupełnie z anarchi panuj c w wagonie
aresztanckim.
208
Za przepierzeniem ołnierze z eskorty grali w „salonowca” i na wystawione
zady spadały raz za razem mlaszcz ce i rzetelne klapsy. Gdy kapral spojrzał w
tamt stron , oko jego spotkało si z wystawionym zadem szeregowca. Kapral
westchn ł i wygl dał dalej oknem.
Jednoroczny ochotnik rozmy lał o czym przez chwil , a potem zwrócił si do
zgn bionego kaprala z pytaniem:
- Czy zna pan czasopismo „ wiat Zwierz t”?
- Czasopismo to prenumerował niegdy nasz wiejski karczmarz odpowiedział kapral z dostrzegaln rado ci , e rozmowa przechodzi na inny
temat. - Lubił ogromnie rasowe kozy, a wszystkie mu pozdychały. Dlatego prosił
redakcj tego czasopisma o porad .
- Drogi kolego - rzekł jednoroczny ochotnik - to, o czym teraz mówi b d ,
wyka e panu z cał mo liw dokładno ci , e nikt nie jest wolny od pomyłek i
bł dów! Jestem przekonany, e i wy, panowie, którzy gracie w „salonowca”,
przerwiecie t pi kn gr , bo to, co mam do opowiedzenia, b dzie interesuj ce i
dlatego mi dzy innymi, i wielu fachowych wyra e wcale nie zrozumiecie.
Opowiem wam rzeczy ciekawe o „ wiecie Zwierz t”, aby my zapomnieli o
troskach i kłopotach wojny.
W jaki sposób zostałem niegdy redaktorem „ wiata Zwierz t”, czasopisma
wysoce interesuj cego, tego sam powiedzie nie umiem. Było to dla mnie zagadk
nierozwi zaln a do chwili, w której doszedłem do wniosku, i mogłem był
zosta nim jedynie w stanie całkowicie niepoczytalnym. Do stanu takiego
doprowadziła mnie przyja i yczliwo dla kolegi Hajka, który do długo
redagował to czasopismo bardzo przyzwoicie, ale zakochał si w córeczce
wła ciciela tego czasopisma, pana Fuchsa, który wywalił go z miejsca i jeszcze
za dał, by Hajek postarał si mu o porz dnego redaktora.
Jak panowie widzicie, były onego czasu zgoła dziwne stosunki pracownicze.
Wła ciciel czasopisma, któremu przedstawił mnie kolega Hajek, przyj ł mnie
bardzo grzecznie i zapytał, czy mam jakie takie wiadomo ci o zwierz tach, i
bardzo był zadowolony z mojej odpowiedzi, i zwierz ta bardzo szanuj i widz w
nich ogniwo przej ciowe ku człowiekowi, a osobliwie ucieszył si , e ze stanowiska
ochrony zwierz t czyni wszystko, co tylko mo na, aby zwierz ta były
zadowolone. Ka de zwierz pragnie przede wszystkim tylko tego, aby było
u miercone mo liwie bezbole nie, zanim człowiek przyst pi do zjedzenia tego
zwierz cia.
Karpia ju od urodzenia prze laduje natr tna my l, e to bardzo nieładnie ze
strony kucharki, gdy mu za ycia rozpruwa brzuch. Zwyczaj cinania koguta to
pocz tek szlachetnych usiłowa stowarzysze ochrony zwierz t, aby zarzynanie
drobiu w ogóle nie było wykonywane r k niefachow .
Poskr cane postaci piskorzów wiadcz o tym, i zwierz ta te umieraj c
protestuj przeciw sma eniu ich na margarynie ywcem. Co do indyka...
Tak przemawiałem do tego pana, dopóki nie przerwał mi zapytaniem, czy
znam si na drobiu, psach, królikach, pszczołach i na rozmaito ciach z ycia
zwierz t, czy potrafi wycina obrazki z obcych czasopism dla reprodukowania i
tłumaczy fachowe artykuły o zwierz tach z czasopism zagranicznych. Dalej, czy
orientuj si w dziele Brehma i czy umiałbym pisywa razem z nim, to jest z
209
panem Fuchsem, artykuły wst pne o yciu zwierz t z uwzgl dnieniem wi t
katolickich, pogody i pór roku, wy cigów i łowów, tresury psów policyjnych,
uroczysto ci narodowych i ko cielnych. Jednym słowem, chodziło mu o to, abym
si we wszystkim nale ycie orientował i abym umiał wyzyska wszystko jako
materiał do artykułów wst pnych.
Powiedziałem, e o racjonalnym redagowaniu takiego czasopisma, jak „ wiat
Zwierz t”, my lałem ju bardzo du o, e wi c wszystkie te rubryki i punkty b d
umiał nale ycie wypełni , bo materiał mam opanowany całkowicie. Dodałem
jeszcze, e usiłowaniem moim b dzie podniesienie czasopisma na niebywałe
wy yny, e zorganizuj je i w tre ci, i w formie.
Obiecałem wprowadzi nowe działy, mi dzy innymi: „Wesoły k cik
zwierz t”, „Zwierz ta o zwierz tach”, a w nich uwzgl dni nale ycie sytuacj
polityczn .
Postanowiłem dawa czytelnikom rzeczy interesuj ce, jedn niespodziank za
drug , eby ich zupełnie zdezorientowa mnóstwem materiału i zwierz t.
Rubryki: „Z dnia zwierz t”, „Nowy program rozwi zania kwestii bydła
gospodarczego”, i „Ruch w wiecie nierogacizny”, b d podawane na zmian .
Znowu mi przerwał i rzekł, e wystarcza mu to zupełnie i e je eli uda mi si
spełni cho połow z tego, co obiecuj , to ofiaruje mi par rasowych kur
karłowatych z ostatniej berli skiej wystawy drobiu. Kury te dostały pierwsz
nagrod , a ich wła ciciel został odznaczony złotym medalem za wietny dobór tej
parki.
miało rzec mog , e pracowałem uczciwie i realizowałem w czasopi mie swój
program rz dowy, jak dalece siły moje starczały. Dodam nawet, i niekiedy
spostrzegałem, e artykuły moje przekraczaj moje zdolno ci.
Pragn c da czytelnikom co zupełnie nowego, wykombinowałem nowe
zwierz ta.
Zdawałem sobie spraw z tego faktu, e na przykład sło , tygrys, lew, małpa,
kret, ko , prosi itp. to zwierz ta znane bardzo dobrze ka demu czytelnikowi
„ wiata Zwierz t”.
Trzeba wi c poruszy czytelników czym zgol nowym, niebywałymi
odkryciami, i dlatego zrobiłem prób z wielorybem syrobrzyckim. Nowy ten
gatunek wieloryba nie przekraczał rozmiarami dorsza i miał p cherz napełniony
kwasem mrówkowym i osobn kloak , z której wypuszczał narkotyzuj cy kwas
na małe rybki, gdy chciał je po re . Kwas ten został nazwany kwasem wielorybim
przez pewnego uczonego angielskiego, ale ju nie pami tam, jak tego uczonego
nazwałem. Tłuszcz wielorybi znany był wszystkim a nadto dobrze, ale nowy
kwas wzbudził zainteresowanie kilku czytelników, którzy dopytywali si o firm
wyrabiaj c taki kwas.
Trzeba doda , e czytelnicy „ wiata Zwierz t” s lud mi bardzo ciekawymi.
Niebawem po wielorybie syrobrzyckim odkryłem szereg innych zwierz t.
Wymieniam mi dzy innymi: bałaguł chytrego, ssaka z gatunku nabierców, wołu
jadalnego, praojca krowy, wymoczka sepiowego, którego wł czyłem do gatunku
szczurów w drownych.
Co dzie przybywały jakie nowe zwierz ta. Mnie samego dziwiło wielkie
powodzenie w tej dziedzinie. Nigdy przedtem nie pomy lałem, e zachodzi tak
210
wielka potrzeba uzupełnienia zwierz t i e Brehm opu cił ich tyle w swoim dziele
ycie Zwierz t. Czy na przykład wiedział Brehm i jego nast pcy co kolwiek o
moim nietoperzu islandzkim, nietoperzu dalekim, o moim kocie domowym z
wierzchołka góry Kilimand aro, nazywanym „paczuch jeleni , dra liw ”.
Albo czy uczeni wiedzieli cokolwiek o pchle in yniera Khuna, któr odkryłem
w bursztynie, a która była zupełnie lepa, poniewa paso ytowała na
podziemnym i przedhistorycznym krecie, tak e lepym, a to dlatego, e prababka
jego skoligaciła si , jak pisałem, ze lepym macaratem jaskiniowym z Jaskini
Postoje skiej, która w owych czasach si gała a do wybrze y dzisiejszego Morza
Bałtyckiego?
Na tle tego drobnego wydarzenia rozwin ła si wielka polemika mi dzy
„Czasem” a „Czechem”, poniewa „Czech”, przedrukowuj c mój artykuł o pchle
przeze mnie odkrytej, dodał od siebie: „Wszystko, co Bóg czyni, jest dobre.”
Oczywi cie, e „Czas” podszedł do całej sprawy z wła ciwym sobie realizmem i
starł na proch cał moj pchł razem z wielebnym „Czechem” i od tego czasu
zacz ło mnie opuszcza szcz cie wynalazcy i odkrywcy nowych stworze .
Prenumeratorzy „ wiata Zwierz t” zacz li si niepokoi .
Powodem tego zaniepokojenia były ró ne moje wiadomo ci z dziedziny
pszczelnictwa i hodowli drobiu, w których rozwijałem nowe teorie. Wywołały one
istny popłoch, poniewa po moich prostych radach trafił szlag znanego
pszczelarza pana Pazourka, a pszczelnictwo na Szumawie i Podkarkonoszu uległo
zagładzie. Na drób zwaliła si zaraza generalna: zdychało wszystko.
Prenumeratorzy pisywali do mnie listy z pogró kami i odsyłali czasopismo.
Przerzuciłem si na ptaki polne i le ne i jeszcze dzisiaj pami tam szczegóły
mojej afery z redaktorem „Przegl du Wiejskiego”, klerykalnym posłem i
dyrektorem, Józefem M. Kadlczakiem.
Z czasopisma angielskiego „Country Life” wyci łem obrazek jakiego ptaszka
siedz cego na leszczynie. Nazwałem go orzechówk , tak samo, jak byłbym nazwał
ptaszka siedz cego na jałowcu - jałowcówk albo nawet jałówk .
I masz tobie! Pan Kadlczak przysłał do mnie zwyczajn pocztówk , w której
zaatakował mnie, e ten ptak to sójka, a nie adna orzechówka, i e nazwa moja
to kiepski przekład niemieckiej nazwy Eichelhäher.
Napisałem list do niego, w którym to li cie wyło yłem mu cał teori o
orzechówce przeplataj c zdania licznymi inwektywami i zmy lonymi zdaniami z
dzieła Brehma.
Poseł Kadlczak odpowiedział w „Przegl dzie Wiejskim” artykułem
wst pnym.
Mój wydawca, pan Fuchs, siedział, jak zwykle, w kawiarni i czytał gazety
prowincjonalne, poniewa ostatnimi czasy bardzo du o pisywano o moich
interesuj cych artykułach zamieszczanych w „ wiecie Zwierz t”. Kiedym
podszedł do niego, wskazał mi bez słowa „Przegl d Wiejski” le cy na stole i
spojrzał na mnie swymi smutnymi oczyma. Ostatnimi czasy oczy jego miały stale
wyraz smutny.
Czytałem na głos przed cał publiczno ci kawiarnian :
„Szanowna Redakcjo!
211
Zwracałem ju uwag , e wasz " wiat Zwierz t" wprowadza terminologi
niezwykł i nieuzasadnion , e nie troszczy si o czysto j zyka czeskiego i
zmy la ró ne nowe zwierz ta. Jako przykład przytoczyłem, e zamiast
powszechnie u ywanej i starodawnej nazwy "sójka", co ma niezawodnie
uzasadnienie w tłumaczeniu z niemieckiego Eichelhäher, redaktor u ywa nazwy
"orzechówka"„.
- Sójka - powtórzył za mn zrozpaczony wła ciciel czasopisma.
Spokojnie czytałem dalej:
„Prócz tego od redaktora otrzymałem list wyj tkowo ordynarny, pełen
osobistych napa ci i grubia stw, w którym to li cie zostałem karygodnie nazwany
ignoranckim bydlakiem, co zasługuje na dora n nagan . Tak nie odpowiada si
na rzeczowe uwagi w polemice toczonej przez ludzi przyzwoitych. Pragn łbym
tylko wiedzie , który z nas obu jest wi kszym bydlakiem. Prawda, e nie nale ało
mo e wszczyna polemiki na pocztówce, ale napisa list, lecz z braku czasu nie
zwróciłem uwagi na ten drobiazg, obecnie wszak e po ordynarnej napa ci
redaktora " wiata Zwierz t" stawiam go pod pr gierz opinii publicznej.
Pan redaktor myli si ogromnie, przypuszczaj c, e jestem niedouczonym
osłem, który nawet poj cia nie ma o tym, jak si który ptak nazywa. Ornitologi
uprawiam ju od szeregu lat, i to nie po ksi kowemu, ale przez osobiste
obserwowanie przyrody, bo w klatce mam wi cej ptaków, ni redaktor " wiata
Zwierz t" widział ich w ci gu całego swego ycia, b d c niezawodnie stałym
go ciem praskich szynków i spelunek.
Atoli sprawy te s uboczne, aczkolwiek nie zaszkodziłoby takiemu
redaktorowi, aby si najpierw przekonał, kogo wyzywa od bydlaków, zanim
si gnie po pióro i zacznie pisa takie grubia stwa. Nie trzeba lekcewa y
czytelników, cho by nawet mieszkali na Morawach we Frydlandzie pod
Mistkiem, gdzie przed pojawieniem si tego artykułu te prenumerowano " wiat
Zwierz t".
Nie chodzi tu zreszt o polemik osobist z pierwszym lepszym idiot , lecz o
spraw ogóln , i dlatego jeszcze raz powtarzam, e zmy lanie nazw podług
j zyków obcych jest niedopuszczalne, kiedy mamy pi kne słowo ojczyste, znane
powszechnie: "sójka".”
- Tak jest, sójka - jeszcze smutniejszym głosem przemówił mój pracodawca.
Czytam wszak e spokojnie dalej i nie pozwalam sobie przerywa :
„Rzecz prosta, e takie wycieczki osobiste s gałga stwem, gdy si ich
dopuszczaj niefachowcy i brutale. Któ bowiem kiedykolwiek mówił o jakiej
tam orzechówce? W dziele Nasze ptaki na stronicy sto czterdziestej i ósmej jest
nazwa łaci ska: Ganulus glandarius B. A.
I to jest wła nie mój ptak: sójka.
Redaktor " wiata Zwierz t" przyzna chyba, e lepiej znam swego ptaka, ni
zna go mo e niefachowiec. Orzechówka nazywa si według dra Bayera
Mucifraga carycatectes B., a ta litera nie znaczy bynajmniej, jak pan redaktor
raczył do mnie napisa , i jest to pocz tkowa litera słowa bałwan. Czescy
ornitolodzy znaj w ogóle tylko sójk zwyczajn , a nie jak tam orzechówk
zmy lon wła nie przez tego pana, którego mo na by okre li słowem
212
zaczynaj cym si na "b", według jego własnej teorii. Jest to łobuzerska napa
osobista, która w niczym nie zmienia istoty rzeczy.
Sójka pozostanie sójk , cho by redaktor " wiata Zwierz t" z tego
wszystkiego zesrał si w portki. Mamy tu jedynie dowód, jak lekkomy lnie pisuje
si niekiedy, chocia i on powołuje si na Brehma, czyni c to oczywi cie bardzo
wulgarnie. Ten brutal pisze, e sójka nale y do podgatunku krokodylowatych, i
powołuje si na stronic czterysta pi dziesi t dwa, chocia na tej stronicy jest
mowa o srokoszu zwyczajnym (Lanius minor L.), i jeszcze ten ignorant, e tak go
delikatnie nazw , powołuje si ponownie na Brehma, e sójka nale y do grupy
pi tnastej, a tymczasem krukowate Brehm zalicza do siedemnastej, nale do niej
kruki i kawki. Taki jest ordynarny, e i mnie nazwał gawronem (colacus) z
wytartym dziobem, wron niebiesk , podgatunkiem srok cymbałowatych,
aczkolwiek na wspomnianej stronicy jest mowa o sójkach gajówkach i o srokach
pstrych...”
- O sójkach gajówkach - westchn ł mój wydawca łapi c si za głow - ja sam
doczytam do ko ca. Niech pan da.
Wystraszyłem si słysz c jego zachrypły głos, gdy czytał dalej: „Drozd, czyli
kos turecki, b dzie i nadal w j zyku naszym nazywany drozdem, a kwiczoł
pozostanie zawsze kwiczołem...”
- Co do kwiczoła - wtr ciłem - to nale y nazywa go jałowczykiem albo
jałowiczk , prosz pana, poniewa ywi si jałowcem.
Pan Fuchs rzucił gazet na stół i wlazł pod bilard, sk d głosem zachrypłym
wykrzykiwał:
- Turdus - drozd. Nie sójka - ryczał spod bilardu - ale orzechówka! B d gryzł,
szanowni panowie!
Wyci gni to go spod bilardu i na trzeci dzie skonał, otoczony rodzina, na
gryp mózgow .
Ostatnie jego słowa, gdy odzyskał na chwil wiadomo , były nast puj ce:
„Nie chodzi tu o moj osob , ale o pomy lno ogółu. Na tej podstawie raczy
pan przyj moje zdanie tak spokojnie, jak...” i czkn ł.
Jednoroczny ochotnik milczał przez chwil , a potem rzekł z jadowit ironi
do kaprala:
- Chciałem przez to tylko powiedzie , e ka dy człowiek mo e si znale w
ci kiej sytuacji i dopu ci do bł du.
Na ogół kapral zrozumiał z tego wszystkiego tylko tyle, e jest człowiekiem
bł dz cym. Tote odwrócił si ku oknu i okiem pos pnym spogl dał na
krajobraz.
Nieco ywsze zainteresowanie wzbudziła opowie jednorocznego ochotnika w
Szwejku. Szeregowcy z eskorty spogl dali po sobie głupawymi, wytrzeszczonymi
oczami.
Szwejk zacz ł mówi :
- Na tym wiecie nic si nie ukryje i wszystko si wyda. Jake cie wszyscy
słyszeli, nawet taka idiotyczna sójka nie jest orzechówk . Rzecz to ogromnie
interesuj ca, e w ogóle da si kto nabra na takie kawały. Prawda, e zmy la
nowe zwierz ta to rzecz trudna, ale jeszcze trudniejsza pokazywa je ludziom.
Był sobie przed laty w Pradze niejaki Mestek, który znalazł morsk dziewic ,
213
czyli syren , i pokazywał j za pieni dze w lokalu przy ulicy Havliczka na
Królewskich Vinohradach przez parawan. W parawanie była dziura i ka dy
mógł widzie przez t dziur najzwyczajniejsz kanap , a na niej tarzała si w
półmroku jaka zwyczajna kobieta z i kova. Nogi miała omotane zielon gaz ,
co miało przedstawia ogon rybi, za włosy miała pomalowane na zielono, a na
dłoniach miała płetwy z tekturek te na zielono pomalowane. Do krzy a
przywi zali jej jakie płetwy czy co. Młodzie y do lat szesnastu wst p był
zakazany, ale za to wszyscy, co ju mieli lat szesna cie i pieni dze na bilet, bardzo
byli zadowoleni, e ta morska dziewica ma bardzo szeroki zad, na którym był
napis: „do widzenia!” Co do piersi, to inna sprawa, bo spływały jej na p pek jak
stara sforsowana guma. O godzinie siódmej wieczorem pan Mestek zamykał
panoram i mówił: „Dziewico morska, mo esz i do domu.” Wi c ona si
przebierała w inne ubranie, a o godzinie dziesi tej mo na było spotka j na ulicy
Taborskiej i usłysze , jak po cichu zaczepiała ka dego napotkanego m czyzn :
„Panie cacany, niech pan si pofatyguje ze mn .” Poniewa nie miała ksi eczki
w porz dku, wi c przy jakiej tam okazji capn li j i pan Draszner z policji
wsadził j do ula. Znikła morska dziewica i pan Mestek nie miał ju nic do
pokazywania za pieni dze.
Oberfeldkurat spadł tymczasem z ławki i spał dalej na podłodze. Kapral
spogl dał na niego przez chwil zgłupiałymi oczami, a potem bez niczyjej pomocy
d wigał go i układał z powrotem na ławie. Wida było, e kapral stracił wszelki
autorytet.
- Mógłby mi kto pomóc chyba, nie? - rzekł cichym i zrezygnowanym głosem,
ale szeregowcy eskorty spogl dali po sobie i ani jeden si nie ruszył.
- Niechby sobie gnił na podłodze - rzekł Szwejk. - Ja te miałem swego
feldkurata i nie przeszkadzałem mu spa , gdy si czasem zawzi ł. Raz zostawiłem
go na noc w wychodku, innym razem wdrapał si na komod , sypiał czasem w
nieckach, i to jeszcze w obcym domu. Jeden Pan Bóg wie, gdzie on nie sypiał.
Kapral stał si raptem bardzo energiczny i zdecydowany. Chciał pokaza , e
on rz dzi w wagonie, i dlatego rzekł szorstko:
- Zamknij pan g b i nie gl d od rzeczy. Wszystkie pucybuty za du o gadaj .
I wciskaj si wsz dzie jak te pluskwy.
- Ma si wiedzie , e pucybut to pucybut, ale kapral to jak sam Pan Bóg,
panie kapralu - odpowiedział Szwejk zachowuj c równowag ducha niby filozof,
który na całym wiecie chce zaprowadzi spokój i puszcza si przy tym na bardzo
ryzykown polemik . - Pan kapral to macierz miłuj ca i yczliwa.
- Panie Bo e - zawołał jednoroczny ochotnik składaj c r ce jak do modlitwy napełnij serca nasze miło ci dla wszelkiego kapralstwa, aby my na nie
spogl dali bez obrzydzenia. I niechaj panuje pokój w tej dziurze aresztanckiej na
szynach!
Kapral zaczerwienił si i krzykn ł:
- Wypraszam sobie wszelkie uwagi, panie jednoroczny! Zrozumiano?
- Pan kapral przecie niczemu nie winien - mówił dalej tonem pojednawczym
jednoroczny ochotnik. - S przecie na wiecie takie stworzenia, którym przyroda
odmówiła wszelkiej inteligencji. Przecie słyszał pan ju niejedno opowiadanie o
głupocie ludzkiej. Dla pana byłoby lepiej, gdyby pan si urodził jako inny
214
gatunek ssaka i nie nosił tej głupiej nazwy człowieka, i jeszcze do tego kaprala.
Jest pan w bł dzie, je li pan sobie wyobra a, e jest stworzeniem
najdoskonalszym i najbardziej rozwini tym. Jak panu odpruj gwiazdki, to
b dzie pan zerem, masowo rozstrzeliwanym po wszystkich rowach strzeleckich i
wszystkich frontach, i co najwa niejsze, nikt si tym nie przejmie. Je li przyszyj
panu jeszcze jedn gwiazdk i zrobi z pana stworzenie, które nazywa si
fenrych, to i tak jeszcze nie wszystko b dzie jasne. Duchowy horyzont pa ski
zacie ni si jeszcze bardziej, a gdy na jednym z pobojowisk zło ysz pan swoje
gnaty, skarlałe pod wzgl dem kulturalnym, to w całej Europie nikt pana
opłakiwa nie b dzie.
- Ka pana zamkn ! - wrzasn ł zrozpaczony kapral. Jednoroczny ochotnik
roze miał si :
- Pan przypuszcza, jak mi si zdaje, e mo na kaza mnie aresztowa za to, e
wymy lałem panu. Oczywi cie kłamałby pan, poniewa pa ski rozwój duchowy w
ogóle niedost pny jest dla jakichkolwiek obra liwych słów, a prócz tego zało si
z panem, o co pan chce, e z całej naszej rozmowy nie zapami tał pan zgoła nic.
Gdybym powiedział panu, e pan jest embrion, to zapomni pan o tym nie tylko
przed przybyciem naszego poci gu na najbli sz stacj , ale przed migni ciem
najbli szego słupa telegraficznego. Pan jest zamarłym zwojem mózgowym. W
ogóle nie mog sobie wyobrazi , aby pan zdołał jako tako zwi le powtórzy to, co
tu mówiłem. Poza tym mo e pan zapyta kogokolwiek z obecnych, czy w słowach
moich była jaka najdrobniejsza obraza czy te przytyk do pa skiego horyzontu
umysłowego.
- Oczywi cie - potwierdził Szwejk - nikt nie rzekł tu panu ani jednego słowa,
które mógłby pan sobie niewła ciwie tłumaczy . Zawsze jest w tym co dziwnego,
gdy kto czuje si obra ony. Pewnego razu siedziałem w nocnej kawiarni „Tunel”
i prowadzili my yw rozmow o orangutangach. Siedział tam jaki marynarz i
zaczał wywodzi , e takiego orangutanga trudno odró ni od niejednego
brodatego obywatela, poniewa i ta małpa te ma pysk zaro ni ty kudłami
jak...”Jak, powiada, na przykład tamten pan przy trzecim stoliku.” Obejrzeli my
si na brodatego pana, a ten pan wstał, podszedł do marynarza i dał mu w pysk, a
znowu tamten rozwalił mu głow butelk od piwa. Brodaty pan zwalił si na
podłog , a z marynarzem po egnali my si , bo zaraz poszedł sobie widz c, e go
le y jak zabity. Potem zabrali my si do cucenia tego pana, ale nie powinni my
byli czyni tego, gdy natychmiast po ocuceniu wezwał policj , a policja
odprowadziła nas Bogu ducha winnych do komisariatu. I ci gle powtarzał w
kółko, e traktowali my go jako orangutanga i e o niczym nie mówili my, tylko o
nim. Uparł si i nie chciał słucha adnych wyja nie . My mu powiadamy, e nie
jest orangutangiem, a on powiada, e jest, bo słyszał dobrze. Wi c prosili my
pana komisarza, eby mu t rzecz wytłumaczył. Pan komisarz tłumaczył mu
bardzo grzecznie, co i jak, ale i to na nic si nie zdało. Powiedział panu
komisarzowi, e si na tych rzeczach nie zna, e widocznie zw chał si z nami.
Wi c pan komisarz kazał go wsadzi do ula, eby otrze wiał, a my nie mogli my
ju wróci do „Tunelu”, poniewa nas tak e wsadzili za krat . Widzi pan sam,
panie kapral, co mo e wynikn z marnego nieporozumienia, które nawet
gadania niewarte. W Okrouhlicach był znowu jeden obywatel, który obraził si ,
215
gdy kto w Niemieckim Brodzie powiedział na niego „tygrysowata gadzino”.
Du o jest takich słów, za które kary nie ma. Na przykład, gdybym rzekł, e pan
jest magnolia, czy mógłby si pan o to gniewa .
Kapral rykn ł. Nie tyle rykn ł, co zawył. Gniew, w ciekło , rozpacz,
wszystko to zł czyło si w jeden pot ny ton, rozbrzmiewaj cy przy
akompaniamencie chrapania i po wistywania pi cego oberfeldkurata.
Po tym wybuchu kapral popadł w depresj . Usiadł na ławce, a jego wodniste
oczy, pozbawione wszelkiego wyrazu, zapatrzyły si na dalekie lasy i góry.
- Panie kapralu - rzekł jednoroczny ochotnik - gdy obserwuj pana,
zapatrzonego na wysokie góry i szumi ce gaje, przypomina mi si posta
Dantego. Takie samo oblicze poety, m a o sercu delikatnym i duchu subtelnym,
wra liwym na wszystko, co pi kne i wzniosłe. Prosz pana, niech pan si nie
rusza! Tak panu w tej zadumie do twarzy. Z jakim e uduchowieniem
wytrzeszcza pan oczy na krajobraz unikaj c wszelkiej pozy i afektacji. Jestem
pewien, i my li pan o tym, jak pi knie b dzie tu na wiosn , gdy zamiast pustki
dzisiejszej zazieleniej i rozkwiec si kobierce ł k rozległych...
- Po których to kobiercach płynie szemrz cy strumyczek - wtr cił Szwejk. - I
zdaje mi si , e nad tym strumyczkiem siedzi pan kapral, lini ołówek i pisze
wierszyki do „Małego Czytelnika”.
Kapral stał zoboj tniały na wszystko, a tymczasem jednoroczny ochotnik
dowodził z cał pewno ci , e widział głow kaprala w ród wystawionych prac
pewnego rze biarza.
- Przepraszam pana kaprala, czy nie pozował pan rze biarzowi Sztursowi?
Kapral spojrzał na jednorocznego ochotnika ze smutkiem i odpowiedział:
- Nie.
Jednoroczny ochotnik zamilkł i wyci gn ł si na ławce.
Szeregowcy eskorty grali w karty ze Szwejkiem, zrozpaczony kapral
kibicował i nawet pozwolił sobie zaznaczy , e Szwejk popełnił bł d wychodz c w
asa winnego. Nie nale ało przebija , a siódemka wzi łaby ostatni lew .
- Dawniej po szynkach bywały takie ładne napisy przeciw kibicom - mówił
Szwejk. - Zapami tałem sobie taki jeden napis.”Stul, kibicu, paszcz , bo ci w ni
naszcz .”
Poci g wojskowy wje d ał na stacj , na której inspekcja wojskowa miała
przegl da wagony. Poci g zatrzymał si .
- Naturalnie - rzekł nieubłagany jednoroczny ochotnik, wymownie
spogl daj c na kaprala - inspekcja depcze nam po pi tach...
Do wagonu istotnie wkroczyła inspekcja.
Dowódc poci gu wojskowego był oficer rezerwy doktor Mraz, wyznaczony
przez sztab.
Do takich głupich czynno ci wyznaczano zawsze oficerów rezerwy. Doktor
Mraz zgłupiał z tego wszystkiego. Ci głe nie mógł doliczy si jednego wagonu,
aczkolwiek był w cywilu profesorem matematyki w gimnazjum realnym. Prócz
tego liczebny stan wojska meldowany na ostatniej stacji nie zgadzał si z liczbami
podanymi po zawagonowaniu pułku na stacji w Budziejowicach. Wydawało mu
si przy przegl daniu papierów, e ma o dwie kuchnie polowe wi cej, ni mie
powinien. Po krzy ach przeszły mu jakie dziwne dreszczyki, gdy stwierdził, e
216
konie rozmno yły mu si w drodze, diabli wiedz jakim sposobem. Natomiast w
aden sposób nie mógł si doszuka dwóch kadetów, którzy gdzie si zapodzieli.
W kancelarii pułkowej w jednym z pierwszych wagonów szukano bezustannie
jakiej maszyny do pisania. Z tego zam tu rozbolała go głowa, połkn ł ju trzy
proszki aspiryny i teraz rewidował poci g z bolesnym wyrazem twarzy.
Wszedłszy do wagonu aresztanckiego razem ze swoim pomocnikiem, zajrzał w
papiery i odebrawszy raport od zgn bionego kaprala, który meldował, e wiezie
dwóch aresztantów i e ma tylu a tylu szeregowców, porównał meldunek z
notatkami w papierach i rozejrzał si dokoła.
- A kogó to macie tutaj? - zapytał surowo, wskazuj c na oberfeldkurata,
który le ał na brzuchu i zadnie policzki wystawił prowokacyjnie na inspekcj .
- Posłusznie melduj , panie lejtnant - j kał si kapral - e my tego ten...
- Co za tego ten? - warkn ł doktor Mraz. - Mówcie jasno!
- Posłusznie melduj , panie lejtnant - odezwał si zamiast kaprala Szwejk - e
ten pan, który tu pi na brzuchu, to jaki pijany oberfeldkurat. Przył czył si do
nas i sam wlazł do wagonu, a poniewa jest on naszym przeło onym, przeto nie
mogli my go wyrzuci , gdy byłoby to naruszenie subordynacji. On si
niezawodnie pomylił i zamiast do sztabowego wagonu wlazł do aresztanckiego.
Doktor Mraz westchn ł i zajrzał w swoje papiery. O jakimkolwiek
oberfeldkuracie, który poci giem wojskowym miałby jecha do Brucku, nie było
w spisie ani wzmianeczki. Zamrugał nerwowo i rozgl dał si bezradnie dokoła.
Na ostatniej stacji przybyło mu raptem koni, a tu ni st d, ni zow d w wagonie
aresztanckim znalazł si niespodziewany oberfeldkurat.
Nie zdobył si na nic innego, tylko wezwał kaprala, aby pi cego na brzuchu
oberfeldkurata obrócił, poniewa w inny sposób trudno sprawdzi jego
to samo .
Po długim wysiłku udało si kapralowi obróci oberfeldkurata na wznak,
który obudził si przy tej sposobno ci, a widz c oficera, rzekł:
- Eh, serwus, Fredy, was gibt's neues? Abendessen schon fertig? - Zamkn ł
oczy i obróciwszy si ku cianie, spał dalej.
Doktor Mraz spostrzegł od razu, e to ten sam arłok, który od wczoraj
grasował po kasynie oficerskim, osławiony wy eracz wszystkich oficerskich
jadłodajni i pieczeniarz. Na ten widok westchn ł.
- Za to - rzekł do kaprala - pójdziecie do raportu. - I oddalał si ju , gdy wtem
zatrzymał go Szwejk.
- Posłusznie melduj , panie lejtnant, e ja ju do aresztanckiego wagonu nie
nale . Miałem by w areszcie tylko do jedenastej, poniewa dzisiaj ko czy si
moja kara. Skazany byłem na trzy dni, a teraz ju mi si nale y miejsce w
wagonie bydl cym. Ju dawno po jedenastej, wi c prosz pana lejtnanta, aby
rozkazał mi wysi
na tor albo przej do wagonu bydl cego, gdzie mam prawo
przebywa , albo te abym został przekazany porucznikowi Lukaszowi.
- Jak si nazywacie? - zapytał doktor Mraz zagl daj c do swoich papierów.
- Szwejk Józef, melduj posłusznie, panie lejtnant.
- Mhm, to wy jeste cie ten sławetny Szwejk - rzekł doktor Mraz. Rzeczywi cie, nale ało wam si przeniesienie do innego wagonu ju o jedenastej,
217
ale porucznik Lukasz prosił mnie, abym was wypu cił dopiero w Brucku. Uwa a,
e tak b dzie bezpieczniej, bo przynajmniej w drodze nic nie nabroicie.
Po odej ciu inspekcji maltertowany kapral nie mógł si powstrzyma od
jadowitej uwagi:
- Widzicie wi c, mój Szwejku, e zwracanie si do wy szej instancji na gówno
si zdało. Gdybym chciał, tobym wam obu narobił kramu.
- Panie kapral - odezwał si jednoroczny ochotnik - argumentowanie gównami
jest zawsze i wsz dzie bardzo przekonywaj ce, ale człowiek inteligentny nie
powinien u ywa takich słów, gdy jest zdenerwowany lub gdy chce kogo
szykanowa . I na co zdały si pa skie mieszne pogró ki, e mógł nam pan
narobi kramu? Dlaczego, do wszystkich diabłów, nie narobił pan nam tego
kramu, skoro była okazja? Czy dlatego, e jest pan taki wielkoduszny i tak
niezwykle delikatny?
- Ju mam tego dosy ! - krzykn ł kapral. - Jednego i drugiego mog
zaprowadzi do kryminału.
- Ale za co, goł bku? - zapytał z min niewinn jednoroczny ochotnik.
- To moja rzecz! - dodawał sobie animuszu pan kapral.
- Nie tylko pa ska rzecz, ale i nasza - odpowiedział jednoroczny ochotnik. - To
tak samo jak w grze w karty: moja ciotka - twoja ciotka. Zdaje mi si raczej, e
podziałała na pana wzmianka o raporcie i dlatego zaczyna pan na nas wrzeszcze ,
aczkolwiek czyni pan to w drodze pozasłu bowej.
- Jeste cie grubianie - rzekł kapral staraj c si za wszelk cen wzbudzi w
nich strach.
- Powiem panu, panie kapral - wtr cił Szwejk - e jestem starym ołnierzem,
słu yłem jak wszyscy ju przed wojn i wiem, e wyzwiska nie zawsze si
opłacaj . Kiedym słu ył przed laty w wojsku, to był u nas taki jaki kapral
Schreiter. Słu ył w wojsku dobrowolnie, wysługiwał si za ły k strawy. Ju
dawno mógł był pój do domu jako kapral, ale był, jak si mówi, w ciemi bity.
Otó ten człowiek je dził po nas, ołnierzach, ile tylko wlazło, przylepiał si do
nas jak gówno do koszuli, a to mu si nie podobało, a to znowu tamto było
przeciwko vorschriftom, szykanował nas, jak tylko mógł, i mawiał: „Wy nie
ołnierze, ale stró e nocne.” Mnie si to przestało podoba i pewnego dnia
poszedłem do raportu.”Czego ci tam?” - pyta kapitan.”Mam, posłusznie melduj ,
panie kapitanie, skarg na kaprala Schreitera. My nie adne stró e nocne, ale
cesarscy ołnierze. My słu ymy najja niejszemu panu, a nie jeste my od
łazikowania i pilnowania.”
„Uwa aj no, kundlu jeden, ebym si nie wzi ł za ciebie” - odpowiedział
kapitan. A ja na to, e posłusznie prosz o przekazanie mnie do batalionsraportu.
Przy batalionsraporcie, kiedym wszystko powiedział oberlejtnantowi i
zaprotestował, e nie jeste my adne stró e nocne, ale ołnierze cesarscy,
oberlejtnant kazał mnie wsadzi do paki na dwa dni, ale ja za dałem
przekazania mnie do regimentsraportu. Przy regimentsraporcie po moim
obja nieniu pan oberst rykn ł na mnie, e jestem idiota i eby sobie poszedł do
wszystkich diabłów, a ja na to: „Posłusznie melduj , panie oberst, e chc by
przekazany do brigaderaportu.” Tego si pan oberst zl kł i natychmiast kazał
wezwa do kancelarii tego kaprala Schreitera, który musiał mnie przeprosi
218
przed wszystkimi oficerami za to słowo „stró nocny”. Potem dogonił mnie ten
kapral na dziedzi cu i powiedział mi, e odt d nie b dzie mnie wyzywał, ale za to
na pewno b d siedział w kryminale. Od tego czasu bardzo si pilnowałem, ale nie
upilnowałem si . Stałem na warcie koło magazynu, a na murze ka dy wartownik
zawsze co takiego wypisał. Albo wyrysował kobiece przyrodzenie, albo napisał
jaki ładny wierszyk. Mnie nic nie przyszło do głowy, wi c z nudów podpisałem si
pod napisem:
„Kapral Schreiter jest drab.”
A ten pies Schreiter zaraz mnie oskar ył, poniewa ledził mnie i tropił na
ka dym kroku. Na nieszcz cie nad tym napisem był jeszcze inny napis:
„My o wojn nie dbamy, my na wojn nasramy.”
Było to w roku tysi c dziewi set dwunastym, kiedy mieli my wyruszy do
Serbii z powodu tego konsula Prochazki. Wi c te wysłali mnie natychmiast do
Terezina do landgerichtu. Chyba z pi tna cie razy fotografowali panowie z s du
wojskowego ten mur z napisami i z moim podpisem, a dla zbadania mego
charakteru pisma kazali mi dziesi razy napisa :
„My o wojn nie dbamy, my na wojn nasramy” - i pi tna cie razy: „Kapral
Schreiter jest drab.”
Wreszcie zjechał jaki znawca pisma i kazał mi napisa :
„Było to 29 lipca, 1897, gdy dwór królowej nad Łab poznał groz bystrej i
wezbranej rzeki.”
„To nie wystarcza - mówił audytor - bo nam głównie chodzi o to wysranie.
Niech pan dyktuje co takiego, w czym jest du o "s" i "r". Wi c dyktował: „Serb,
serwetka, srebro, sroka, cherubin, rubin, hołota.” Bo ten pan znawca pisma
zgłupiał z tego wszystkiego niezgorzej i ci gle ogl dał si za siebie, gdzie stał
ołnierz z bagnetem, i wreszcie rzekł, e wszystko trzeba odesła do Wiednia, i
jeszcze raz kazał mi trzy razy napisa :
„Zaczyna te ju słonko przypieka , ciepło jest znakomite.” Cały materiał
wyprawiali do Wiednia i wreszcie sko czyło si na tym, i powiedzieli, e co do
tych napisów, to zostały one napisane inn r k , ale podpis jest mój, bo te sam
si do niego przyznałem, i za to zostałem skazany na sze tygodni, bo jak si
wartownik podpisuje na murze, to przez ten czas podpisywania nie mo e dobrze
wartowa .
- Dobre i to - rzekł kapral z zadowoleniem - e wykroczenie nie pozostało bez
kary. Wida z tego jasno, e jeste pan dobry kajdaniarz. ebym ja był na
miejscu tego landgerichtu, tobym panu wlepił nie sze tygodni, ale sze lat.
- Niech pan nie udaje takiego strasznego - wtr cił si do rozmowy
jednoroczny ochotnik - niech pan raczej pomy li o własnym ko cu. Do takiej
rzeczy nale ałoby przygotowa si bardzo powa nie i gł boko zastanowi nad
marno ci tego ywota kapralskiego. Czym jest pan zreszt w porównaniu ze
wszech wiatem, gdy pan zwa y, e do najbli szego sło ca jest od tego poci gu
wojskowego 275 000 razy dalej ni do naszego sło ca własnego, a taka odległo
potrzebna jest, aby jej paralaksa tworzyła jedn sekund . Gdyby si pan
znajdował we wszech wiecie jako sło ce, byłby pan zbyt drobnym pyłem, aby
pana mogli dostrzec gwia dziarze przez najlepsze teleskopy. Dla pa skiej
znikomo ci we wszech wiecie nie ma odpowiedniego poj cia. Przez pół roku
219
wykonałby pan na firmamencie taki nieznaczny łuk, przez rok tak malutk
elips , e dla ich wyra enia przy pomocy liczb brak w ogóle poj . Paralaksa
pa ska byłaby zupełnie niewymierna.
- W takim razie mógłby pan kapral by dumny z tego, e nikt nie mo e go
zmierzy - odezwał si Szwejk. - Niech si dzieje przy raporcie, co chce,
denerwowa si nie trzeba, bo ka de zdenerwowanie szkodzi zdrowiu, a teraz w
czasie wojny ka dy winien dba o zdrowie, poniewa trudy wojenne wymagaj od
ka dego obywatela, eby nie był zdechlakiem.
- Gdyby pana wsadzili do paki, panie kapral - mówił Szwejk dalej z bardzo
miłym u miechem - gdyby pana spotkała jaka gruba przykro , to niech pan nie
traci ducha. Niech oni sobie my l swoje, a pan b dzie my lał swoje. Znałem
w glarza, z którym siedziałem w areszcie dyrekcji policji w Pradze jeszcze na
pocz tku wojny, nazywał si Franciszek Szkvor i był oskar ony o zdrad stanu, a
nast pnie, przypuszczam, stracony z powodu nijakiej sankcji pragmatycznej.
Człowiek ten przy badaniu był zapytywany, czy ma jakie zastrze enia co do
protokołu, ale odpowiadał zawsze jedno:
„Jak tam było, tak tam było, zawsze jako było. Jeszcze nigdy tak nie było,
eby jako nie było.”
Nast pnie za to wła nie zamkni to go w ciemnej komórce na dwa dni bez
jedzenia i bez picia, a gdy go zaprowadzili do s dziego ledczego, to powtórzył
swoje gł bokie przekonanie, e jak tam było, tak tam było, zawsze jako było,
jeszcze nigdy tak nie było, eby jako nie było. Mo e by , e z takim
przekonaniem poszedł na szubienic , bo przekazano go s dowi wojskowemu.
- Teraz podobno sporo wieszaj i rozstrzeliwuj - rzekł jeden z szeregowców
eskorty. Niedawno odczytali nam na placu wicze befel, e w Motolu rozstrzelali
rezerwist Kudrn , poniewa kapitan ci ł szabl jego chłopczyka, którego
trzymała na r ku jego ona, gdy si z m em chciała w Beneszovie po egna . No i
ten Kudrna si uniósł z tego powodu. A politycznych wsadzaj co do jednego do
ula. A na Morawach rozstrzelali ju te podobno jednego redaktora. Nasz pan
kapitan mówi, e i na reszt przyjdzie kolej.
- Wszystko ma swoje granice - rzekł jednoroczny ochotnik dwuznacznie.
- Ma pan racj - odezwał si kapral. - Za du o sobie taki redaktor jeden z
drugim pozwala. Tylko ludzi buntuj . Zaprzeszłego roku, gdy byłem dopiero
frajtrem, to miałem pod sob te jednego redaktora, który nie nazywał mnie
inaczej, tylko zakał armii, ale kiedym go uczył gelenksübungów, a si pocił, to
zawsze mawiał do mnie: „Prosz szanowa we mnie człowieka.” No, pokazałem ja
mu, jak si tego człowieka szanuje w kału ach i błocie. Po komendzie: „Padnij!” zaprowadziłem go przed kału i musiał ja nie pan przewraca si w ni , a woda
bryzgała jak na pla y. A po południu wszystko musiało by wyczyszczone do
glansu, mundur musiał by czysty jak szkło. Czy cił, smyczył i st kał, robił nawet
jakie uwagi, a nazajutrz musiał si znowu tarza jak ta winia w błocie, a ja
stałem nad nim i mówiłem: „No i có , panie redaktorze, co jest wi cej: zakała
armii czy te tam ten pa ski człowiek?” Taki był z niego prawdziwy i akuratny
inteligent.
Kapral triumfuj co spojrzał na jednorocznego ochotnika i mówił dalej:
220
- On utracił prawa jednorocznego ochotnika przez swoj inteligencj , bo
pisywał do gazet o szykanowaniu ołnierzy. Ale jak go nie szykanowa , kiedy taki
uczony człowiek, a nie umie rozebra przy karabinie verschlussu, cho by mu si
dziesi razy pokazywało, jak to si robi. Komenderuje si na ten przykład:
„Links schaut!” - a ten jakby naumy lnie kr ci łbem na prawo i gapi si przy tym
jak wół na malowane wrota, a przy chwytach nie wie, jak wzi si do rzeczy, czy
za rzemie złapa , czy za patrontasz, i wytrzeszcza lepia tak jako , e nie
wiadomo, kpi czy o drog pyta, a nie potrafi powtórzy ruchu, przy którym r ka
ma zjecha po rzemieniu na dół. On nie wiedział nawet, na którym ramieniu nosi
si karabin, i salutował jak małpa, a gdy go uczono maszerowa , to nie daj Bo e,
co za obroty wyrabiał. Gdy mu si kazano odwróci , to było mu wszystko jedno,
którym kulasem ruszył naprzód, lewym czy prawym. Cap, cap, cap, ze sze
kroków zrobił nieraz po komendzie, a potem, jak ci si odwróci, niczym fryga. A
przy maszerowaniu to si wlókł jak stary podagryk albo podskakiwał jak stara
dziwka w ta cu na kiermaszu.
Kapral splun ł i mówił dalej:
- Wyfasował umy lnie karabin bardzo zardzewiały, eby si nauczy czy ci
go akuratnie, szorował go jak pies suk , ale eby kupił jeszcze ze dwa kilo
k dzieli, to i tak nie byłby si niczego doczy cił. Im wi cej go czy cił, tym karabin
był bardziej zardzewiały, a przy raporcie w drował z r ki do r ki i ka dy dziwił
si , e w ogóle karabin mo e by taki zardzewiały. Nasz kapitan mówił mu cz sto,
e z niego nigdy ołnierz nie b dzie, eby si powiesił, bo darmo re komi niak. A
ten tylko pomrugiwał oczkami spod okularów. Wielkie to było wi to dla niego,
je li nie miał akurat verschäftu albo koszarniaka. W takie dni pisywał zwykle
artykuły do gazet o szykanowaniu ołnierzy, a razu pewnego zrobiono rewizj w
jego kuferku. Ksi ek to sobie tam uzbierał cał kup , w dodatku miał same
ksi ki o rozbrojeniu i o pokoju mi dzynarodowym. Za to pow drował na
garnizon i od tego czasu mieli my z nim spokój, a pewnego poranku pojawił si
raptem w kancelarii i wypisywał fasunki. Był osobno, eby nie mógł rozmawia z
szeregowcami. Taki to był smutny koniec tego inteligenta. A mógł by panem cał
g b , eby przez swoj głupot nie utracił praw jednorocznego ochotnika. Mógł
zosta nawet lejtnantem.
Kapral westchn ł gł boko.
- Nawet fałd na płaszczu uło y nie umiał. Do czyszczenia guzików
sprowadzał sobie jakie pasty i ma cie a z Pragi, ale wszystko to na nic, bo ka dy
jego guzik był zardzewiały jak diabli. Ale bajelowa umiał za dziesi ciu, a gdy
dostał si do kancelarii, to nic innego nie robił, tylko filozofował. Do filozofowania
czuł powołanie ju od dawna. Ci gle tylko gadał o prawach człowieka. Pewnego
razu, kiedy sobie filozofował w kału y, do której musiał si zwali , na komend :
„Nieder!” - mówi do niego: „Kiedy pan ci gle gada o człowieku i o błocie, to
zapami taj pan sobie, e człowiek został stworzony z błota” - i musiał stuli pysk.
Kapral wygadawszy si był zadowolony z siebie i czekał, co te na to wszystko
odpowie jednoroczny ochotnik. Odezwał si wszak e Szwejk:
- Za takie same rzeczy, za takie maltretowanie, przebił niejaki Koniczek w 35
pułku siebie i kaprala. Było o tym w „Kuryru”. Kapral miał w ciele ze trzydzie ci
ran kłutych, z czego przeszło tuzin miertelnych. Ten ołnierz usiadł potem na
221
tym zabitym kapralu i siedz c przebił si . Inny wypadek zdarzył si przed laty w
Dalmacji, gdzie kaprala zar n li i do dzisiaj nikt nie wie, kto to zrobił.
Morderstwo otoczyła nagła mgła tajemnicy, tyle tylko wiadomo, e ten zar ni ty
kapral nazywał si Fiala i pochodził z Drabovny koło Turnova. Wiem te jeszcze
o jednym kapralu z 75 pułku piechoty, nazywał si Rejmanek...
Miła ta opowie przerwana została wielkim st kaniem pi cego na ławie
oberfeldkurata Łaciny.
Pater budził si w całej swej dostojno ci i krasie. Przebudzeniu jego
towarzyszyły te same zjawiska, które były nieodł czne od przebudze młodego
olbrzyma Gargantui, którego tak ładnie opisał stary wesoły Rabelais.
Oberfeldkurat pierdział i bekał na ławie, i ziewał hała liwie na cały wagon.
Wreszcie usiadł i spytał zdziwiony.
- Do stu tysi cy fur beczek, gdzie ja jestem?
Kapral widz c, e jego zwierzchnik si budzi, stan ł na baczno i uni enie
odpowiedział:
- Posłusznie melduj , panie oberfeldkurat, e raczy si pan znajdowa w
aresztanckim wagonie.
Błysk zdziwienia przeleciał po twarzy oberfeldkurata. Przez chwil siedział
bez słowa i usilnie nad czym rozmy lał. Daremnie. Mi dzy tym, co prze ył w
nocy i rano, a przebudzeniem si w wagonie, którego okna były zakratowane,
istniało całe morze mroku.
Wreszcie zwrócił si z zapytaniem do kaprala, który ci gle jeszcze stał przed
nim na baczno .
- A na czyj niby rozkaz ja tego...
- Posłusznie melduj , e bez rozkazu, panie oberfeldkurat.
Pater wstał i zacz ł przechadza si mi dzy ławkami, mamrocz c pod nosem,
e nic z tego wszystkiego nie rozumie. Usiadł znowu i zapytał:
- A dok d wła ciwie jedziemy?
- Do Brucku, melduj posłusznie.
- A dlaczego jedziemy do Brucku?
- Posłusznie melduj , e został tam przeniesiony cały nasz 91 pułk.
Pater zacz ł znowu bardzo usilnie rozmy la nad tym, co si wła ciwie stało i
w jaki sposób dostał si do takiego wagonu. Nie wiedział te , dlaczego jedzie do
Brucku, i akurat razem z 91 pułkiem, a do tego jeszcze pod eskort . Opami tał
si i otrze wiał tak dalece, e rozpoznał nawet jednorocznego ochotnika i zwrócił
si do niego z zapytaniem:
- Pan jest inteligentnym człowiekiem, czy mógłby mi pan powiedzie cał
prawd , niczego nie ukrywaj c, jak si tu dostałem?
- Bardzo ch tnie - odpowiedział tonem kole e skiej gotowo ci jednoroczny
ochotnik. - Rano przysiadł si pan oberfeldkurat do nas na dworcu w
Budziejowicach, bo pan miał troch w czubie.
Kapral spojrzał na niego surowo.
- Wlazł pan sobie do wagonu, do nas - mówił dalej jednoroczny ochotnik - i
nic wi cej. Wyci gn ł si pan na ławie, a ten oto ołnierz, Szwejk, podło ył panu
oberfeldkuratowi swój płaszcz pod głow . Podczas kontroli poci gu na
poprzedniej stacji został pan zapisany w poczet oficerów znajduj cych si w
222
poci gu. Został pan, e si tak wyra , urz dowo odkryty, a nasz kapral pójdzie
za to do raportu.
- Tak, tak - wzdychał pater - trzeba b dzie na najbli szej stacji przej do
wagonu sztabowego. Czy obiad ju wydany?
- Obiad b dzie dopiero w Wiedniu, panie oberfeldkurat - zameldował kapral.
- A wi c to wy podło yli cie mi pod głow mantel? - zwrócił si pater do
Szwejka. - Serdecznie wam dzi kuj .
- adna wdzi czno mi si nie nale y - odpowiedział Szwejk - bo
post powałem tylko, jak winien post powa ka dy ołnierz wobec swego
zwierzchnika, gdy widzi, e ten zwierzchnik nie ma nic pod głow , a wypił
troszeczk . Ka dy ołnierz winien szanowa swego zwierzchnika, cho by ten
zwierzchnik był w stanie odmiennym. Ja mam bogate do wiadczenie z
feldkuratami, poniewa byłem słu cym u pana feldkurata Ottona Katza.
Feldkuraty to naród wesoły i poczciwy.
Oberfeldkurat dostał ostrego ataku demokratyzmu na skutek swego
katzenjammeru po wczorajszej pijatyce, wyj ł z kieszeni papierosa i podał go
Szwejkowi:
- Masz, bracie, i kurz, ile wlezie. A ty - zwrócił si do kaprala - masz podobno
stawa do raportu z mojej przyczyny. Nie bój si , nic ci nie b dzie, bo ja wszystko
wytłumacz . A ciebie - rzekł do Szwejka - zabior z sob . B dzie ci u mnie jak w
raju.
Dostał nowego napadu wielkoduszno ci i zacz ł wszystkich zapewnia , e
ka demu co dobrego zrobi. Jednorocznemu ochotnikowi kupi czekolady,
szeregowcom eskorty zafunduje araku, kaprala ka e przenie do oddziału
fotograficznego przy sztabie 7 dywizji kawalerii, wszystkich w ogóle uwolni i o
nikim nie zapomni.
Zacz ł rozdawa papierosy, cz stuj c nie tylko Szwejka, ale wszystkich;
o wiadczył, e wszystkim aresztantom pozwala pali , i zapewniał ich, e wstawi
si za nimi, aby kara ich była złagodzona i aby niedługo mogli powróci do
normalnego ycia wojskowego.
- Nie chc , aby cie le my leli o mnie. Mam rozległe stosunki, wi c przy mnie
dobrze wam b dzie. Wywieracie na mnie wra enie ludzi przyzwoitych, których
Bóg miłuje. Je li zgrzeszyli cie, to pokutujecie teraz, a ja widz , e ch tnie i
pokornie znosicie wszystko, co Bóg na was zesłał. Za co zostali cie ukarani? zwrócił si do Szwejka.
- Bóg zesłał na mnie kar - pobo nie odpowiedział Szwejk - z powodu
regimentsraportu, panie oberfeldkurat, z przyczyny niezawinionego spó nienia
si na poci g.
- Bóg jest niewypowiedzianie miłosierny i sprawiedliwy - uroczy cie rzekł
oberfeldkurat. - On wie, kogo kara trzeba, albowiem w ten sposób ujawnia
swoje przewidywanie i swoj wszechmoc. A za co siedzi pan, panie jednoroczny
ochotniku?
- Poniewa - odpowiedział zapytany - Bóg miłosierny raczył zesła mi
reumatyzm, a ja stałem si z tej racji pyszny i dufny. Po odbyciu kary zostan
odesłany do kuchni.
223
- Co Bóg czyni, dobre jest - zawołał pater w zachwycie, słysz c o kuchni. Nawet w kuchni mo e człowiek porz dny zrobi karier . Wła nie do kuchni
powinni wysyła jak najwi cej ludzi inteligentnych, ju do samego kombinowania
ró nych potraw, poniewa chodzi nie tylko o to, co si gotuje, ale jak si gotuje i z
jak miło ci dodaje si jedno do drugiego, estetyka pokarmu i tak dalej. We my
na przykład sosy. Gdy inteligentny człowiek zrobi sos cebulowy, to bierze do
niego wszystkie rodzaje jarzyn i dusi je na ma le, potem dodaje korzenie, pieprz,
angielskie ziele, troch gałki muszkatołowej, imbiru, ale zwyczajny prostacki
kucharz zagotuje cebul i zalewa j czarn frytur z łoju. Pana chciałbym
doprawdy widzie w jakiej porz dnej kuchni oficerskiej. Bez inteligencji obejdzie
si człowiek w fachu zwyczajnym i w yciu powszednim, ale w kuchni zaraz si
ten brak daje we znaki. Wczoraj wieczorem w oficerskim kasynie w
Budziejowicach podali nam cynaderki á la madeira. Niech Bóg b dzie miłosierny
temu, kto je przyrz dzał, albowiem musiał to by człowiek inteligentny.
Słyszałem, e w tamtejszej kuchni oficerskiej jest naprawd kucharz bardzo
inteligentny, jaki nauczyciel ze Skutcza. Takie same cynaderki á la madeira
jadłem w oficerskim kasynie 64 landwerregimentu. Przyrz dzili je tam na
kminie, tak samo jak w zwyczajnych gospodach, dodaj c pieprzu. A któ to tak
przyrz dza cynaderki? Czym był ten fuszer w cywilu? Parobkiem od karmienia
bydła w wielkim maj tku.
Oberfeldkurat zamilkł na chwil , a potem zacz ł si rozwodzi nad
zagadnieniami kulinarnymi Starego i Nowego Testamentu, nad tym, jak to ludzie
dawniejsi bardzo dbali o to, aby pokarmy spo ywane po nabo e stwach i
uroczysto ciach ko cielnych były smakowite i po ywne. Wreszcie wezwał
wszystkich, aby za piewali co ładnego, a Szwejk wyrwał si jak zawsze nie
bardzo szcz liwie i piewał:
Idzie Maryna od Hodonina,
A za ni proboszcz z baryłk wina...
Ale pan oberfeldkurat si nie obraził.
- eby był pod r k przynajmniej łyk araku, to mogliby my si obej bez
beczki wina - rzekł z u miechem zgoła przyjacielskim. - I tej Maryny te by my
nie potrzebowali, bo tylko do grzechu zwodzi.
Kapral delikatnie si gn ł do kieszeni płaszcza i wyj ł płask flaszeczk z
arakiem.
- - Posłusznie melduj , panie oberfeldkurat - odezwał si głosem tak cichym, i
wida było, jak ofiar czyni na rzecz bli niego-zwierzchnika. - Gdyby pan
oberfeldkurat nie pogardził...
- Sk d e miałbym pogardza , mój chłopcze! - zawołał głosem rozradowanym
pater. - Napij si za nasz szcz liw podró .
- Jezus Maria! - sapn ł kapral widz c, e po łyku oberfeldkurata pozostało w
butelce niewiele araku.
- Moi drodzy - rzekł oberfeldkurat u miechaj c si i mrugaj c znacz co do
jednorocznego ochotnika - dobrze jest na wiecie, a tu sobie jeszcze niektórzy
ur gaj . Pan ich za to skarze.
224
Pater łykn ł jeszcze raz araku i podaj c reszt Szwejkowi, rozkazał tonem
komendy:
- Dor nij, bracie!
- Wojna to wojna - rzekł Szwejk z u miechem do kaprala oddaj c mu pust
butelk , co kapral skwitował takim dziwnym blaskiem oczu, jaki si widuje tylko
u szale ców.
- A teraz przed Wiedniem jeszcze troszeczk podrzemi - rzekł kapelan - i
ycz sobie, abym został przebudzony, jak tylko dojedziemy do Wiednia. A wy zwrócił si do Szwejka - pójdziecie do kuchni i przyniesiecie mi obiad. Powiecie
tam, e to dla pana oberfeldkurata Laciny. Kierujcie si tak, eby wam dali
podwójn porcj . Gdyby były knedle, to nie bierzcie od czubka, bo na tym si
tylko traci. Nast pnie przyniesiecie mi z kuchni butelk wina, we miecie te ze
sob mena k i ka ecie sobie nala do niej rumu.
Pater Lacina zaczał szuka czego po kieszeniach.
- Słuchajcie no - zwrócił si do kaprala - nie mam drobnych. Po yczcie mi
dwie korony. - Wzi ł pieni dze z r ki kaprala i podaj c je Szwejkowi mówił: Macie tu za fatyg . Jak si nazywacie?
- Szwejk.
- Aha, wi c macie tu, mój Szwejku, dwie korony za fatyg . Panie kapralu,
prosz mi po yczy jeszcze dwie korony. Widzicie, mój Szwejku, e drugie dwie
korony dostaniecie, je li przyniesiecie solidny obiad i tamte drobiazgi. Powiedzcie
tam jeszcze, e nie mam papierosów i cygar. Je li b dzie fasunek czekolady, to
zawi cie podwójn porcj , a je li b d konserwy, to uwa ajcie, eby cie dostali
w dzony ozór albo g si w tróbk . Gdyby za fasowali ser szwajcarski, to
pilnujcie, eby wam nie dali z wierzchu, bo suchy. To samo z w gierskim salami.
Bro Bo e od ko ca, ale ze rodka, eby było mi kkie i wilgotne.
Oberfeldkurat wyci gn ł si na ławie i po chwili usn ł.
- S dz - rzekł jednoroczny ochotnik do kaprala, gdy kapelan chrapał ju na
całego - e jest pan zupełnie zadowolony z naszego miłego go cia. Wyj tkowo
miły człowiek ten nasz podrzutek.
- Jest to podrzutek - wtr cił Szwejk - odstawiony, jak si mówi, od piersi, bo
ju pije z flaszeczki, jak to pan kapral widział na własne oczy.
Kapral przez chwil zmagał si ze sob , ale nagle, trac c wszelk uni ono ,
wybuchn ł:
- Miły, bo miły!
- Podług tych drobnych, których mu zabrakło - mówił Szwejk - przypomina
mi pan oberfeldkurat niejakiego pana Mliczko, murarza z Dejvic, który te nigdy
nie miał drobnych i zadłu ył si a po dziurki w nosie, a potem dostał si za
oszustwo do mamra. Roztrwonił grube pieni dze, a drobnych nie miał.
- W 75 pułku - odezwał si jeden z szeregowców eskorty - kapitan przechlał
cał kas pułkow . Było to przed wojn i musiał wyst pi z wojska, ale teraz
znowu jest kapitanem. A jeden feldfebel, który skradł skarbowi sukno na
naszywki - było tego sukna ze dwadzie cia sztuk - jest dzisiaj sztabsfeldfeblem.
Ale w Serbii został rozstrzelany jeden szeregowiec za to, e zjadł od razu
konserw , któr powinien był je przez trzy dni.
225
- To do rzeczy nie nale y - o wiadczył kapral - ale trzeba przyzna , e
po yczanie czterech koron od biednego kaprala na napiwek...
- Masz pan swoje dwie korony - rzekł Szwejk - nie chc si zbogaci na
pa skiej biedzie. A je li da mi i te drugie dwie korony, to ja panu tak e zwróc ,
eby pan si nie popłakał. Pan powinien cieszy si z tego, e pa ski zwierzchnik
wojskowy po ycza sobie od pana pieni dze na drobne wydatki. Pan jest wielki
egoista. Chodzi tu o par marnych koron, a co by to było dopiero, gdyby pan miał
po wi ci ycie za swojego zwierzchnika, gdyby on le ał ranny na linii
nieprzyjacielskiej, a pan miałby go ocali i odnie w bezpieczne miejsce na
własnych r kach, gdy tymczasem nieprzyjaciel strzelałby za panem szrapnelami,
w ogóle czym si tylko da.
- Pan by w portki narobił ze strachu, taka faja! - odci ł si kapral.
- W gefechcie niejeden narobi w portki - odezwał si znowu jeden z
szeregowców. - Niedawno temu opowiadał nam pewien ranny kolega w
Budziejowicach, e jak szli do ataku, to si zer n ł trzy razy z rz du. Naprzód,
jak wyłazili z dekunków na przedpole, przed zasieki z drutu kolczastego, potem
gdy zacz li forsowa zasieki, a po raz trzeci, gdy doszło do walki na bagnety i
Moskale biegli krzycz c „ura”. Potem zacz li wia nazad do rowów, za dekunki, i
z całej tyraliery nie było ani jednego, eby mu si taka rzecz nie przytrafiła. Jeden
zabity, który le ał na dekunku nogami na dół, a któremu w czasie ataku szrapnel
ci ł gładziutko pół głowy, te musiał w tym ostatnim momencie zdrowo si
zer n , bo ze spodni spływało toto do dekunków razem z krwi . A ta połówka
jego głowy, razem z mózgiem, le ała akurat pod tym. Człowiek nawet nie
spostrze e, jak i co, a ju si stało.
- Czasem znowu - mówił Szwejk - zrobi si człowiekowi w gefechcie słabo z
obrzydzenia. Opowiadał nam w Pradze na Pohorzelcu pewien chory
rekonwalescent spod Przemy la, e tam pod fortec doszło do walki na bagnety i
e przeciwko niemu rozp dził si Moskal z bagnetem, chłop jak góra, ale z nosa
spływała mu spora kropla, jak to si czasem trafia. Jak ten człowiek spojrzał na
ten zasmarkany nos, to mu si zrobiło tak słabo, e zaraz musiał lecie na
Hilfsplatz, gdzie uznali, e to jest człowiek chory na choler , i wyprawili go do
szpitala cholerycznego w Peszcie; tam rzeczywi cie rozchorował si na choler .
- Czy był to zwyczajny szeregowiec, czy kapral? - zapytał jednoroczny
ochotnik.
- Kapral - odpowiedział Szwejk spokojnie.
- Taka rzecz mogłaby si przytrafi i jednorocznemu ochotnikowi - rzekł
kapral z przygłupim u miechem i spojrzał na swego dr czyciela z takim
triumfem, jakby chciał rzec: „A widzisz, masz! Co teraz powiesz?”
Ale jednoroczny ochotnik nic nie odpowiedział i poło ył si na ławie.
Poci g zbli ał si do Wiednia. Ci, co nie spali, przygl dali si z okien wagonu
zasiekom z drutu kolczastego i umocnieniom biegn cym dokoła Wiednia, co na
cały pułk musiało niezawodnie podziała deprymuj co.
piew niemieckich ołnierzy z Gór Kasperskich, który odzywał si
bezustannie przez cał drog , urwał si nagle, jakby si zaczepił o zasieki z
drutów kolczastych nad okopami dokoła Wiednia.
226
- Wszystko w porz dku - rzekł Szwejk spogl daj c na okopy - wszystko w
najlepszym porz dku, tylko e wiede czycy podczas wycieczek mog tu sobie
podrze spodnie. Tutaj trzeba chodzi bardzo ostro nie. Wiede jest w ogóle
bardzo wa nym miastem - wywodził dalej.
- W takiej na przykład schönbru skiej mena erii ile to maj ró nych dzikich
zwierz t. Kiedy przed laty byłem w Wiedniu, to najbardziej lubiłem
przypatrywa si małpom, ale jak jechała jaka osobisto z cesarskiego pałacu,
to nikogo przez kordon nie puszczali. Razem ze mn był jeden krawiec z okr gu
dziesi tego. Aresztowali go, bo koniecznie chciał widzie te małpy.
- A czy był pan tak e w pałacu? - zapytał kapral.
- Bardzo tam ładnie - odpowiedział Szwejk. - Sam w pałacu nie byłem, ale
opowiadał mi o tym jeden taki, co był w pałacu. Najładniejsza jest burgwacha.
Ka dy z tych wartowników musi podobno mie dwa metry wysoko ci, a jak
wysłu y, to dostaje trafik . A ksi niczek jest tam tyle jak miecia.
Przejechali przez jak stacj , sk d leciały za poci giem d wi ki hymnu
austriackiego granego przez orkiestr , która dostała si na t stacj wida przez
pomyłk . Dopiero po długiej chwili poci g wjechał na t stacj , na której mieli si
zatrzyma ; dawano tu je i uroczy cie ich witano.
Ale uroczyste powitania nie były ju takie jak na pocz tku wojny, kiedy to
ołnierze w drodze na front chorowali z przejedzenia i kiedy na ka dej stacji byli
witani przez druhny w długich białych sukienkach, o bardzo głupiutkim wyrazie
twarzyczek i z nieodł cznymi bukietami w r kach. Te bukiety były wprost
idiotyczne, ale jeszcze idiotyczniejsze były przemówienia ró nych dam, których
mał onkowie udaj obecnie wielkich patriotów i republikanów.
Powitania w Wiedniu dokonał komitet składaj cy si z trzech członki
austriackiego Czerwonego Krzy a i z dwóch członki jakiego stowarzyszenia
wojennego i wiede skich pa i panien; asystował im z urz du przedstawiciel
magistratu wiede skiego i jaki wojskowy.
Na wszystkich twarzach wida było znu enie. Poci gi wojskowe przeje d ały
dniem i noc , wagony z rannymi przesuwały si co godzina, na stacjach
przetaczano poci gi z je cami, a przy tym wszystkim musieli asystowa
przedstawiciele najró niejszych organizacji i stowarzysze . Powtarzało si to
dzie w dzie i pierwotny entuzjazm przemienił si w ziewanie. Ludzie ci pełnili
swoj słu b po kolei, ale nawet cz ste zmiany nie mogły sp dzi z ust i oczu
wyrazu zm czenia i nudy. Tacy wła nie ludzie zm czeni witali poci g z pułkiem
budziejowickim.
Z wagonów bydl cych wygl dali ołnierze okiem t pym i zm czonym, jak
skaza cy wiezieni na szubienic .
Do tych ołnierzy podchodziły panie i cz stowały ich piernikami z cukrowymi
napisami: „Sieg und Rache!”, „Gott strafe England!”, „Der Oesterreicher hat ein
Vaterland. Er liebt's und hat auch Ursach fürs Vaterland zu kämpfen!”
Górale z Gór Kasperskich ob erali si piernikami, ale i z ich twarzy nie znikł
ani na chwil wyraz t poty i beznadziejno ci.
Potem został wydany rozkaz, e ołnierze kompaniami udawa si maj do
kuchni polowych za dworcem po po ywienie.
227
Za dworcem znajdowała si tak e kuchnia oficerska i do tej kuchni udał si
Szwejk z poleceniem oberfeldkurata, podczas gdy jednoroczny ochotnik czekał
cierpliwie, a zostanie nakarmiony. Dwaj szeregowcy eskorty poszli po jedzenie
dla całego wagonu aresztanckiego.
Szwejk wykonał otrzymane zlecenie bardzo skrupulatnie, a wracaj c przez
tor, ujrzał porucznika Lukasza spaceruj cego wzdłu toru. Porucznik czekał
tak e na obiad.
Jego sytuacja była bardzo niemiła, poniewa on i porucznik Kirschner mieli
jednego, wspólnego słu cego. Ten zacny słu cy troszczył si wła ciwie tylko o
porucznika Kirschnera i z premedytacj sabotował Lukasza zawsze i wsz dzie.
- Dla kogo niesiecie jedzenie, Szwejku? - zapytał nieszcz liwy porucznik, gdy
Szwejk poukładał na ziemi mnóstwo rzeczy, które wyłudził z kuchni oficerskiej i
niósł owini te płaszczem.
Szwejk stropił si w pierwszej chwili, ale zaraz odzyskał równowag ducha.
Twarz jego zaja niała spokojem i zadowoleniem.
- To dla pana oberlejtnanta, posłusznie melduj . Tylko nie wiem, gdzie pan
oberlejtnant ma swój przedział, a tak e nie wiem, czy pan komendant poci gu nie
b dzie miał nic przeciwko temu, abym poszedł z panem. To jaka winia.
Porucznik Lukasz spojrzał badawczo na Szwejka, ale ten z wyrazem jak
najwi kszego zaufania mówił dalej:
- To naprawd jaka winia, panie oberlejtnant. Kiedy odbywał przegl d
inspekcyjny naszego wagonu, meldowałem mu si , e ju po jedenastej i e mam
prawo przej do wagonu bydl cego albo do pana, a on mi na to, ebym sobie
spokojnie siedział w wagonie aresztanckim, to przynajmniej w drodze nie narobi
panu oberlejtnantowi jakiego wstydu.
Szwejk miał min m czennika niewinnie krzywdzonego.
- Jakbym ja panu oberlejtnantowi zrobił kiedykolwiek co takiego, za co si
trzeba wstydzi .
Porucznik Lukasz westchn ł.
- Wstydu adnego jeszcze panu nigdy nie narobiłem - wywodził Szwejk dalej a je li si czasem nawet co nieco przytrafiło, to było zrz dzeniem bo ym i
nieszcz liw przygod , jak mawiał stary Jeniczek z Pelhrzimova, kiedy odbywał
trzydziest szóst kar wi zienn . Nigdy nie zrobiłem nic takiego rozmy lnie,
panie oberlejtnant, zawsze chciałem zrobi co zgrabnego, dobrego i nie ja temu
jestem winien, je li obaj nie mieli my z tego profitu, ale raczej smutek i ało .
- No, nie lamentujcie tak bardzo, mój Szwejku - rzekł porucznik Lukasz
głosem mi kkim, gdy obaj zbli ali si do wagonu sztabowego. - Ja wydam
rozporz dzenie, eby cie znowu byli przydzieleni do mnie.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e nie lamentuj . Tylko mi si tak
al zrobiło, e obaj jeste my najnieszcz liwsi ludzie na tej całej wojnie i pod
sło cem i cierpimy niewinnie. Ci ki to los, gdy sobie pomy l , e od male ko ci
miałem serce dobre i yczliwe dla ka dego.
- Uspokójcie si , Szwejku.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e gdyby to nie było naruszeniem
subordynacji, tobym powiedział, e si w ogóle uspokoi nie mog , ale poniewa
musz słucha rozkazów, wi c melduj , e ju jestem spokojny.
228
- No to wła cie do wagonu, Szwejku.
- Posłusznie melduj , e wła , panie oberlejtnant.
Nad obozem wojskowym w Brucku panowała cisza nocna. W barakach dla
szeregowców zimno było jak w psiarni i ołnierze dr eli z zimna, w barakach
oficerskich było niezno nie gor co i trzeba było otwiera okna.
Koło poszczególnych obiektów, strze onych przez wartowników, słycha było
kroki wartuj cych ołnierzy, którzy chodzeniem pokonywali senno .
Opodal w Brucku nad Litaw jarzyły si okna c. i k. fabryki konserw
mi snych, w której to fabryce w dzie i w nocy przerabiano ró ne odpadki.
Poniewa wiał wiatr z tamtej strony, wi c na obóz walił si smród gnij cych
ochłapów, kopyt i gnatów, z których wygotowywano ró ne wojskowe rosoły.
Z opuszczonego pawiloniku, gdzie w czasach pokoju jaki fotograf robił
zdj cia ołnierzom, trawi cym swoj młodo na wiczeniach w strzelaniu,
mo na było dojrze na dole nad Litaw czerwone wiatło elektrycznej lampki,
o wietlaj cej bajzel „Pod Jasnym Kłosem”. Był to okrzyczany dom, który
odwiedzinami swymi zaszczycił arcyksi
Stefan podczas wielkich manewrów
pod Sopronem w roku 1908. W domu tym zbierało si dzie w dzie towarzystwo
oficerskie.
Był to najlepszy dom rozpusty, niedost pny dla szeregowców i jednorocznych
ochotników.
Pro ci ołnierze i ochotnicy jednoroczni chodzili do „Domu Ró ”, którego
zielone wiatła były równie widoczne z okien opuszczonego pawiloniku
fotografa.
Był tu taki sam podział, jaki panował pó niej na froncie, kiedy mocarstwo nie
miało dla swoich ołnierzy ju nic innego prócz przeno nych bajzli przy sztabach
brygad, tak zwanych „puffów”.
Wsz dzie wi c mo na było znale k. u. k. Offizierspuff, k. u. k.
Unteroffizierspuff i k. u. k. Mannschaftspuff.
Bruck nad Litaw jarzył si wiatłem tak samo, jak na drugiej stronie rzeki
ja niało Királyhíd. W obu miastach, austriackim i w gierskim, grywały kapele
cyga skie, jarzyły si okna kawiar i restauracji, piewano i pito. Miejscowe
mieszczuchy i urz dnicy przyprowadzali do kawiar i restauracyj swe ony i
dorosłe córki, a cały Bruck nad Litaw razem z Királyhíd nie był niczym innym,
tylko jednym wielkim bajzlem.
W obozie, w jednym z oficerskich baraków, Szwejk oczekiwał w nocy
powrotu swego porucznika, który wyszedł wieczorem do miasta, do teatru, i
dotychczas nie wrócił, chocia godzina była ju bardzo pó na. Szwejk siedział na
rozesłanym łó ku swego porucznika, a naprzeciwko niego na stole siedział słu cy
majora Wenzla.
Major Wenzl powrócił znowu do słu by w pułku, gdy w Serbii podczas walk
nad Drin stwierdzona została jego całkowita nieudolno w dowodzeniu na
froncie. Opowiadano sobie o tym, e kazał rozebra i zniszczy most pontonowy,
kiedy pół swego batalionu miał jeszcze po drugiej stronie rzeki. Teraz został
przydzielony do wojskowej strzelnicy w Királyhíd jako dowódca, a prócz tego
spełniał w obozie obowi zki intendenta. Oficerowie szeptali mi dzy sob , e
229
major Wenzl poro nie na tej słu bie w pierze. Pokoje Lukasza i Wenzla
znajdowały si na jednym korytarzu.
Słu cy majora Wenzla, Mikulaszek, malutki, ospowaty chłopina, bujał
nogami i wywodził:
- Dziwi si , e ta moja stara małpa jeszcze nie wraca. Chciałbym wiedzie ,
gdzie si taki włóczy po nocach! Gdyby mi przynajmniej dał klucz od pokoju,
tobym sobie le ał. I popi byłoby czego, bo wina jest pełen pokój.
- Podobno kradnie - rzekł Szwejk pal c w spokoju ducha papierosy swego
pana, poniewa zakazano mu palenia fajki w pokoju. - Ty musisz chyba wiedzie
o tym, sk d on bierze tyle wina.
- Chodz tam, gdzie mi ka e - głosem cieniutkim odpowiedział Mikulaszek. Daje mi kartk , wi c id i fasuj niby dla szpitala, a przynosz do domu.
- A jakby ci kazał - pytał Szwejk - eby ukradł kas pułkow , ukradłby ?
Tutaj siedzisz i pyskujesz, ale trz siesz si przed nim ze strachu.
Mikulaszek zamy lił si nad pytaniem Szwejka i odpowiedział:
- Co do kasy pułkowej, to musiałbym si zastanowi .
- Nad niczym nie wolno ci medytowa , ty sieroto niem dra! - krzykn ł na
niego Szwejk, ale głos jego urwał si nagle, bo w tej wła nie chwili otworzyły si
drzwi i do pokoju wszedł porucznik Lukasz. Od pierwszego wejrzenia wida było,
e musiał zdrowo pi , bo czapk miał na głowie daszkiem do tyłu.
Mikulaszek tak si przeraził, e nawet nie zeskoczył ze stołu, ale zasalutował
siedz c, zapomniawszy zupełnie, e przecie nie ma czapki na głowie.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e wszystko jest w porz dku półg bkiem meldował Szwejk stan wszy na baczno według wszelkich prawideł
przepisu i zapomniawszy jedynie wyj papierosa z ust.
Porucznik Lukasz nie zwrócił na to uwagi i podszedł prosto do Mikulaszka,
który wytrzeszczonymi oczyma spogl dał na porucznika, ledz c ka dy jego
ruch. Salutował przy tym bez przerwy i nadal siedział na stole.
- Porucznik Lukasz - rzekł oficer podchodz c do Mikulaszka krokiem nie
bardzo pewnym - a wy co cie za jeden?
Mikulaszek milczał. Lukasz przysun ł sobie krzesło przed siedz cego na stole,
oniemiałego z wra enia słu cego, nast pnie usiadł sam i spogl daj c w sufit,
zwrócił si do swego sługi:
- Szwejku, podajcie mi z walizki rewolwer słu bowy.
Przez cały czas, gdy Szwejk szukał w walizce rewolweru, Mikulaszek milczał i
okiem wystraszonym patrzył na porucznika. Je li w tej chwili u wiadomił sobie,
e siedzi na stole, to musiała go ogarn rozpacz tym wi ksza, poniewa stopy
jego dotykały kolan siedz cego przed nim porucznika.
- Pytam si , jak wam na imi , człowieku! - wołał porucznik Lukasz.
Biedak milczał dalej. Opanowała go jaka dr twota, jak pó niej tłumaczył
Szwejkowi, spowodowana przestrachem. Chciał zeskoczy ze stołu, ale nie mógł,
chciał odpowiedzie , ale nie zdołał otworzy ust, chciał przesta salutowa , ale nie
mógł poruszy r k .
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant - odezwał si Szwejk - e rewolwer
nie jest nabity.
- To go nabijcie, Szwejku.
230
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e w domu nie mamy naboi, wobec
czego trudno b dzie zestrzeli go ze stołu. Pozwalam sobie zauwa y , e to jest
Mikulaszek, słu cy pana majora Wenzla. On zawsze niemieje, jak tylko zobaczy
którego z panów oficerów. I w ogóle wstydzi si mówi . Toto jest taka sierota
niem dra, e si tak wyra . Pan major Wenzl pozostawia toto zawsze na
korytarzu, gdy wychodzi do miasta, wi c biedaczysko szwenda si od jednego
słu cego do drugiego po całym baraku. eby jeszcze miało to powód do takiego
przestrachu, ale on przecie nigdy nic złego nie zrobił.
Szwejk splun ł; w głosie jego, jak i w tym, e cały czas mówił o Mikulaszku w
rodzaju nijakim, wyra ała si cała pogarda wobec tchórzliwego słu cego majora
Wenzla, nie umiej cego nawet zachowa si po wojskowemu.
- Pozwoli pan oberlejtnant - mówił Szwejk dalej - e go pow cham.
Szwejk ci gn ł ze stołu zgłupiałego Mikulaszka i postawiwszy go na podłodze
obw chał jego spodnie.
- Jeszcze nie - zameldował - ale ju si zaczyna. Czy pan oberlejtnant nie ka e
go wyrzuci ?
- Wyrzu cie go, Szwejku.
Szwejk wyprowadził dr cego Mikulaszka na korytarz, zamkn ł drzwi za
sob i rzekł:
- Zauwa , barania głowo, e ci w tej chwili uratowałem ycie. Jak tylko
przyjdzie ten twój major Wenzl, to mi za to chyłkiem wynie butelk wina.
Mówi bez artów. Ja ci naprawd uratowałem ycie. Jak mój oberlejtnant si
schla, to nie ma z nim gadania. Tylko ja umiem si z nim obchodzi i nikt inny.
- Bo ja...
- Co ty? Pierdziel jeste i tyle - rzekł wzgardliwie Szwejk. - Usi d sobie tu na
progu i czekaj na tego swojego majora Wenzla.
- Gdzie was diabli nosz tak długo? - rzekł porucznik Lukasz do wracaj cego
Szwejka. - Musz z wami porozmawia . Nie stawajcie tak idiotycznie na
baczno , ale siadajcie i rozmawiajcie ze mn po prostu, bez tego waszego „według rozkazu”. Wi c stulcie g b i uwa ajcie, jak si patrzy. Wiecie, gdzie w
Királyhíd jest ulica Sopro ska? Tylko zostawcie to swoje „posłusznie melduj ,
panie oberlejtnant, e nie wiem”, jak nie wiecie, to mówcie: nie wiem, i basta.
Zapiszcie sobie na kawałku papieru: ulica Sopro ska nr 16. W domu pod tym
numerem jest sklep z elazem. Wiecie, co to jest sklep z elazem? Herrgott, nie
gadajcie wci : „posłusznie melduj !” Mówcie: wiem albo nie wiem. A wi c
wiecie, co to jest sklep z elazem? No to dobrze, e wiecie. Ten sklep jest
własno ci jakiego Madziara nazwiskiem Kakonyi. Wiecie, co to zacz Madziar?
No wi c, Himmelherrgott, wiecie czy nie wiecie? Aha, wiecie. Nad tym sklepem na
górze jest pierwsze pi tro i na tym pierwszym pi trze on mieszka. Wiecie o tym?
Nie wiecie? No to wam o tym mówi , eby cie wiedzieli, do stu tysi cy! Wystarcza
wam to? No to dobrze, e wam to wystarcza. Gdyby wam to nie wystarczało, to
kazałbym was wsadzi do paki. Ju sobie zapisali cie, e ten kupiec nazywa si
Kakonyi. Wi c doskonale. Jutro rano około dziesi tej pójdziecie do Királyhíd,
odszukacie ten dom, o którym wam mówi , wejdziecie na pierwsze pi tro i
oddacie list ode mnie pani Kakonyi.
231
Porucznik Lukasz otworzył portfel i ziewaj c podał Szwejkowi biał kopert z
listem. Koperta nie była zaadresowana.
- Jest to rzecz ogromnie wa na, mój Szwejku - mówił porucznik dalej. Ostro no nigdy nie zawadzi i dlatego, jak widzicie, na kopercie nie ma adresu.
Okazuj wam pełne zaufanie i oczekuj od was, e list wr czycie, jak si nale y.
Zanotujcie sobie jeszcze, e ta dama nazywa si Etelka, no wi c zapiszcie sobie:
pani Etelka Kakonyi. Jeszcze raz powtarzam wam, e list musicie wr czy za
wszelk cen , oczywi cie bardzo dyskretnie i musicie poczeka na odpowied , o
tym tu jest mowa w li cie. Czego jeszcze chcecie?
- A gdybym, panie oberlejtnant, odpowiedzi nie otrzymał, to co mam robi ?
- To trzeba nalega , eby koniecznie była odpowied - mówił porucznik
ziewaj c od ucha do ucha. - Ja teraz pójd spa , bo jestem bardzo zm czony.
Du o si piło. S dz , e ka dy byłby zm czony po takim wieczorze i po takiej
nocy.
Porucznik Lukasz nie my lał z wieczora o tym, e zasiedzi si w mie cie tak
długo. Aby troch si rozerwa , ruszył do w gierskiego teatru w Királyhíd, gdzie
dawano wła nie jak w giersk operetk z tłustymi ydówkami w rolach
głównych, których jedyn zalet było to, e w ta cu zadzierały nogi jak najwy ej,
a nie miały na sobie ani trykotów, ani majtek, a dla wi kszej atrakcji wygolone
były jak Tatarki, z czego oczywi cie galeria nie miała najmniejszego po ytku, ale
co tym bardziej cieszyło oficerów artylerii siedz cych na parterze, którzy dla
obejrzenia tych wszystkich delicji zabierali z sob artyleryjskie lornetki.
Porucznika Lukasza nie bawiło wszak e to interesuj ce wi stwo, poniewa
lornetka, któr sobie po yczył, nie była achromatyczna, tak e zamiast ud widział
w ruchu tylko jakie sine płaszczyzny.
Podczas antraktu po pierwszym akcie zainteresowała go natomiast pewna
pani, która była w towarzystwie jakiego pana w rednim wieku i ci gle
domagała si od niego, aby j odprowadził do garderoby i aby poszli do domu, bo
na takie rzeczy patrze nie mo e. Wypowiadała to do gło no po niemiecku, na
co jej towarzysz odpowiadał po w giersku:
- Tak jest, aniele, pójdziemy, masz racj . To naprawd wstr tne.
- Es ist ekelhaft - mówiła zagniewana dama, gdy jej towarzysz podawał
płaszcz.
Była wzburzona, jej oczy płon ły gniewem wobec tego bezwstydu. Postaw
miała pi kn , oczy du e i czarne. Spojrzała na porucznika Lukasza i jeszcze raz z
naciskiem powtórzyła:
- Ekelhaft, wirklich ekelhaft!
To zdecydowało o króciutkiej przygodzie romantycznej. Od garderobianej
otrzymał informacj , e ci pa stwo nazywaj si Kakonyi, e pan ma handel
elaza przy ulicy Sopro skiej nr 16.
- Pani Etelka mieszka z m em na pierwszym pi trze - mówiła usłu na
garderobiana z zapałem starej str czycielki.
- Ona jest Niemk z Sopron, on Madziar. Tutaj wszystko jest pomieszane.
Porucznik Lukasz kazał sobie poda płaszcz i wyszedł tak e na miasto. W
winiarni „Arcyksi
Albrecht” spotkał si z kilku kolegami z 91 pułku.
232
Mówił niewiele, ale tym wi cej pił kombinuj c, co wła ciwie nale ałoby
napisa do tej surowej, moralnej i pi knej pani, która stanowczo bardziej go
poci gała ni wszystkie te skacz ce małpy na scenie, jak wyra ali si o nich
koledzy.
W bardzo dobrym nastroju udał si do małej kawiarni „Pod Krzy em
wi tego Stefana”, kazał przygotowa sobie osobny pokoik, wyp dził z niego
jak Rumunk , która proponowała mu, e rozbierze si do naga i b dzie mógł
robi z ni , co mu si b dzie podobało, za dał papieru, atramentu i pióra i przy
butelce koniaku zabrał si do napisania listu, który wydawał mu si
najładniejszym ze wszystkich listów, jakie kiedykolwiek napisał.
„Wielce Szanowna Pani!
Byłem wczoraj w teatrze miejskim na przedstawieniu, które napełniło pani
obrzydzeniem. Podczas całego pierwszego aktu obserwowałem Pani i Jej mał onka,
Miałem wra enie...”
Zawahał si przez chwil , ale potem machn ł r k i rzekł do siebie: - Co tam!
Z jakiej racji taki drab ma mie niewiast takiej urody? Przecie wygl da przy
niej jak ogolony pawian.
Pisał wi c dalej:
„ e mał onek Pani z du ym zainteresowaniem przygl dał si ohydzie
przedstawianej na scenie. Ohyda ta słusznie wzbudziła obrzydzenie w Szanownej
Pani, poniewa nie była to sztuka, ale wstr tne oddziaływanie na najintymniejsze
pop dy człowieka.”
Co za pier ma ta kobieta - pomy lał porucznik Lukasz - ale wracajmy do
listu.
„Wielce Szanowna Pani raczy mi wybaczy , i pisz do Niej, aczkolwiek nie
jestem Jej znany. B d szczery i powiem wszystko, co czuj . Widziałem w yciu wiele
kobiet, ale adna nie wywarła na mnie takiego wra enia jak Pani, albowiem s d
Pani i pogl d na ycie zgadza si najzupełniej z moim pogl dem. Jestem przekonany,
e mał onek Pani jest wielkim egoist , który włóczy Pani razem z sob ...”
Tak nie mo na rzekł Łukasz do siebie i przekre lił „schleppt mit”, po czym
pisał dalej:
„...dla własnej przyjemno ci zabiera Pani na przedstawienia, jakie odpowiadaj
jedynie jego upodobaniom. Lubi szczero i nie narzucam si Pani bynajmniej, ale
pragn łbym porozmawia z Pani na osobno ci o czystej sztuce...”
W tutejszych hotelach si nie uda - pomy lał - trzeba j b dzie zaci gn
Wiednia. Ka si po prostu odkomenderowa .
do
„Dlatego o mielam si prosi Wielce Szanown Pani o spotkanie, aby my si z
sob bli ej mogli pozna , czego z pewno ci nie odmówi Pani temu, którego w czasie
najbli szym oczekuj trudy i udr ki wojenne, a który w razie łaskawej zgody Pani w
233
zgiełku bitwy zachowa sobie najpi kniejsze wspomnienie o duszy, która zrozumiała
go i odczula tak, jak on zrozumiał i odczuł J . Decyzja Pani b dzie dla mnie
rozkazem, odpowied Jej stanie si dla mnie chwil rozstrzygaj c na całe ycie”.
Podpisał si , dopił koniak, kazał sobie poda jeszcze butelk i pij c kieliszek
za kieliszkiem, odczytywał swój list, zdanie po zdaniu. Wzruszył si nim a do łez.
Była godzina dziewi ta, gdy Szwejk zbudził porucznika Lukasza:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e pan si spó ni na słu b , a ja
musz ju i z pa skim listem do tego Királyhíd. Budziłem pana ju o siódmej,
potem o pół do ósmej, potem o ósmej, gdy ju wszyscy szli na wiczenia, ale pan
si obracał zawsze na drugi bok. Panie oberlejtnant... ja mówi , panie
oberlejtnant...
Porucznik Lukasz mamrotał co pod nosem i chciał si znowu obróci na
drugi bok, ale mu si to nie udało, poniewa Szwejk trz sł nim niemiłosiernie i
wrzeszczał na cały głos:
- Panie oberlejtnant, ja id z pa skim listem do Királyhíd. - Porucznik
ziewn ł.
- Z listem? Aha, z moim listem. Ale to rzecz dyskretna, sekret mi dzy nami.
Rozumiecie? Abtreten!
Porucznik owin ł si znowu kołdr , z której wyłuskał go Szwejk, i spał dalej,
podczas gdy Szwejk w drował do Királyhíd.
Znalezienie ulicy Sopro skiej nr 16 nic byłoby takie trudne, gdyby Szwejk nie
spotkał si przypadkiem ze starym saperem Vodiczk , przydzielonym do
„sztajerów”, których koszary znajdowały si w gł bi obozu. Vodiczka mieszkał
przed laty w Pradze na Boisku, wi c takiego spotkania nie mo na było pu ci
sobie płazem. Zaszli wi c obaj starzy przyjaciele do szynczku „Pod Czarnym
Barankiem” w Brucku, gdzie była znana kelnerka Ró enka, Czeszka,
kredytuj ca wszystkim jednorocznym ochotnikom całego obozu.
Ostatnimi czasy saper Vodiczka, stary wyga i wy eracz, wdzi czył si do niej,
prowadził ewidencj wszystkich kompanii marszowych opuszczaj cych obóz,
chodził po jednorocznych ochotnikach, przypominał im długi i w ogóle troszczył
si , aby w zgiełku wojennym aden z nich nie odjechał nie zapłaciwszy Ró ence,
co jej si nale ało.
- Dok d wła ciwie idziesz? -...zapytał stary saper Vodiczk , gdy obaj popili
doskonałego wina.
- To sekret - odpowiedział Szwejk - ale tobie, staremu koledze, powiem.
Opowiedział mu o wszystkim szczegółowo, po czym Vodiczka o wiadczył, e
jako stary saper nie mo e opu ci dobrego towarzysza i e pójd odda list
razem.
Czas upływał im bardzo mile na rozmowie o dawnych dobrych czasach, a gdy
po godzinie dwunastej wyszli spod „Czarnego Baranka”, wszystko na wiecie
wydawało im si ogromnie proste i łatwe.
Prócz tego byli wi cie przekonani, e ju nikogo na wiecie si nie boj .
Vodiczka przez cał drog na ulic Sopro sk numer 16 przejawiał ogromn
nienawi do Madziarów i bezustannie opowiadał, e bije si z nimi, gdziekolwiek
ich napotka, i e biłby si jeszcze cz ciej, ale to i owo mu czasem przeszkodziło.
234
- Razu pewnego złapałem takiego łobuza madziarskiego za kark i trzymam...
Było to w Pausdorfie, dok d poszli my, my saperzy, na wino. Wi c go trzymam
za kark i chc mu da pochw od bagnetu po jego baranim łbie, a było ciemno, bo
zaraz, jak tylko si zacz ło, pu cili my flaszeczk w wisz c lamp , a ten zaczyna
na mnie wrzeszcze :
„Antek, powiada, co ty? Przecie to ja, Purkrabek, z 16 landwery!”
O mały figiel byłbym si grubo pomylił. Ale wynagrodzili my to sobie na
innych łobuzach madziarskich nad Jeziorem Nezyderskim, na które poszli my
przed trzema tygodniami popatrze . W jakiej wiosce stacjonuje honwedzki
oddział karabinów maszynowych, a my weszli my przypadkowo do karczmy,
gdzie te honwedy jak w ciekłe ta cowały swego czardasza. Rozdzierały pyski od
jednego ucha do drugiego: „Uram, uram, biró uram” albo: „Lányok, lányok,
lányok a faluba.” Siadamy tedy naprzeciwko nich i kładziemy sobie pochewki od
bagnetów na stole.”My wam tu zaraz damy "Lányok", wy pieskie syny!” powiadamy sobie, a niejaki Mejstrzik, który miał łapy jak nied wied , mrugn ł
na nas, e pójdzie pota cowa i zabierze któremu z tych drabów dziewczyn . A
trzeba ci wiedzie , e dziewczyny tam były paluszki liza : łydziate takie,
biedrzate, piersiste. A gdy si te łobuzy madziarskie do nich w ta cu przyciskały,
to było wida , e piersi tych dziewczyn s twarde, pełne, solidne i e si im te
karesy taneczne podobaj , jednym słowem, umiały oceni przyjemno ci tłoku.
Wi c ten Mejstrzik skoczył wawiutko i najładniejsz dziewuszk zabiera bez
ceremonii jakimu honwedowi. Ten na niego z pyskiem, Mejstrzik dał mu zaraz
porz dnie w łeb, a si Madziar nogami nakrył, a my za pochewki. Owin li my
rzemienie dokoła r k, eby nam bagnety nie powypadały, i rzucili my si w wir
tej zabawy, a ja obj łem komend i wołam: „ Winny niewinny, wal, bracie, po
kolei!” Szło nam jak po ma le. Honwedy oknem w nogi, a my ich za nó ki i
wci gamy nazad do sali. Kto nie był z naszych, dostał zdrowo. Przypl tał si tam
niepotrzebnie ich starosta i andarm, wi c te oberwali. Karczmarz te dostał po
łbie, bo zacz ł po niemiecku ur ga , e psujemy zabaw . A potem wyłapywali my
po wsi jeszcze i tych, co si chcieli ukry przed nami. Jednego ich zugsführera
znale li my w pewnym gospodarstwie na samym ko cu wsi. Zaszył si gł boko w
siano, ale na nic mu si to nie zdało, bo go zdradziła jego własna dziewczyna za to,
e w karczmie ta czył z inn . Zapatrzyła si w naszego Mejstrzika i zaprowadziła
go potem w stron Királyhíd, gdzie pod lasem s suszarnie siana. Zawlekła go do
jednej z takich suszar i potem chciała od niego pi koron, a on jej dał po g bie.
Dogonił nas ju koło samego obozu i zacz ł opowiada , jak to my lał zawsze, e
Madziarki s ogniste, a ta fl dra nic, le ała jak pie i ci gle tylko szwargotała.
Jednym słowem, Madziary to hołota - zako czył swoje opowiadanie stary saper
Vodiczka, na co mu Szwejk odpowiedział:
- Niektóry Madziar te nie winien, e Madziar.
- Jak to nie winien?! - irytował si Vodiczka. - Ka dy winien, a ty nie gadaj
głupstw! yczyłbym ci, eby si dostał w takie opały jak ja, kiedym tu był
pierwszy dzie po przyje dzie na kursy. Jeszcze tego samego popołudnia sp dzili
nas jak stado baranów do kupy, a jaki taki idiota zacz ł rysowa co na tablicy i
tłumaczy nam, co to s blinda e, jak si robi podkowy i jak si jedno z drugim
mierzy. I powiada, e kto jutro rano nie b dzie miał w zeszycie takich rysunków,
235
jak on nam tłumaczył, to pójdzie do paki i dostanie słupka.”Ci ka choroba,
my l sobie, zameldowałem si na te kursy, eby si troch zadekowa , a tu mi
ka robi maluneczki w zeszycikach jak sztubaczkowi jakiemu” W ciekło
mnie taka ogarn ła, e usiedzie nie mogłem i mdło mi si robiło, jak spojrzałem
na tego bałwana, co nam te rzeczy tłumaczył. A mnie r ce wierzbiały, eby
wszystko rozbi i rozmłóci na drzazgi z tej w ciekło ci. Nie czekałem wcale na
kaw , prosto z baraku ruszyłem do Királyhíd i w zapami taniu my lałem tylko o
jednym, eby wyszuka jak speluneczk zaciszn , schla si porz dnie, zrobi
piekło, da komu po pysku i po wyszumieniu tej zło ci i spokojnie do domu.
Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Nad rzek znalazłem rzeczywi cie taki
lokalik, jakiego było mi trzeba, zaciszny jak kapliczka, jakby stworzony do
awantur. Siedziało tam tylko dwóch go ci i rozmawiali z sob po madziarsku, co
mnie jeszcze bardziej rozzło ciło. Tote schlałem si pr dzej, ni przypuszczałem,
i po pijanemu nawet nie zauwa yłem, e obok jest jeszcze jedna izdebka i e
podczas gdy ja dokładałem stara , eby si spi , do tej izdebki weszło z o miu
huzarów, którzy rzucili si na mnie natychmiast, jak tylko tym dwom go ciom
dałem po pysku. Te drako skie huzary tak ci mnie zmordowali i zgonili mi dzy
ogrodami, e nie mogłem trafi do domu i wróciłem dopiero nad ranem, a rano
musiałem si zaraz meldowa jako chory. Opowiedziałem, e wpadłem do dołu
koło cegielni. Przez cały tydzie musieli mnie owija w mokre prze cieradła, eby
mi si plecy nie obierały. Nie ycz sobie, bratku, dosta si mi dzy takich łotrów.
To nie ludzie, ale bydło.
- Kto mieczem wojuje, od miecza ginie - rzekł Szwejk. - Nie powiniene dziwi
si , e chłopy si zapami tały. Wino musieli zostawi na stole, aby ciebie goni po
ogrodach w ciemno ciach nocnych. Powinni byli załatwi si z tob na miejscu i
dopiero potem wyrzuci ci z lokalu. I dla nich byłoby tak lepiej, i dla ciebie te ,
gdyby si z tob byli rozprawili przy stole. Znałem szynkarza Paroubka w Libni.
Pewnego razu upił si u niego jaki druciarz jałowcówk i zacz ł ur ga , e
wódka jest słaba i e szynkarz dolewa do niej wody, e gdyby on, druciarz,
drutował sto lat i gdyby za cały zarobek kupił sobie takiej jałowcówki, i gdyby t
jałowcówk wypił na raz, to jeszcze mógłby chodzi po linie i jego, niby tego
Paroubka, nosi na r ku. Potem jeszcze dodał, e Paroubek jest huncwot i bestia
nie byle jaka, wi c Paroubek wyr n ł go w głow tymi jego łapkami na myszy i
zwojami drutu, wyrzucił go na ulic i tłukł go dr giem od ci gania rolet, a był
taki rozzłoszczony, e p dził tego druciarza a do Domu Inwalidów w Karlinie,
stamt d na i kov, potem przez ydowskie Piece do Maleszic, gdzie wreszcie o
swego go cia dr g przetr cił, tak e mógł powróci do Libni. No tak, ale w
gniewie zapomniał, e w szynku siedziało sporo go ci, i nie pomy lał, e w jego
nieobecno ci b d sobie gospodarowa te draby według własnego uznania. I tak
te było, o czym si przekonał, gdy wreszcie dotarł do swego szynku. Przed
drzwiami, na które do połowy zapuszczono aluzj , stali dwaj policjanci, którzy
wstawili si okropnie, gdy w szynku robili porz dek. Zapasy szynku były na poły
wypite, na chodniku le ała pusta baryłka od rumu, a pod bufetem znalazł
Paroubek dwóch schlanych go ci, nie dostrze onych przez policj . Paroubek
wyci gn ł ich stamt d, a ci chcieli mu zapłaci po dwa grajcary, bo powiadali, e
wi cej ytniej nie wypili. Zapalczywo si nie opłaca. Tak samo jest na wojnie.
236
Najprzód nieprzyjaciela bijemy i p dzimy przed sob dniem i noc , a potem
trzeba wielkich sił, eby jak najszybciej ucieka .
- Ja ich sobie dobrze zapami tałem i gdyby mi który z tych drabów wszedł w
drog , to ja bym si z nim policzył. My, saperzy, jak si porz dnie rozzło cimy, to
jeste my dranie. Nie tak jak te „ elazne muchy”, ta landwera. Gdy my byli na
froncie pod Przemy lem, to był u nas kapitan Jetzbacher, winia, jakiej drugiej
nie ma pod sło cem. Szykanował nas ten kapitan tak bezustannie, e jaki
Bitterlich z naszej kompanii, Niemiec, ale porz dny człowiek, zastrzelił si z tego
powodu. Wi c powiedzieli my sobie tylko tyle, e jak si od strony rosyjskiej
zacznie awantura, to i kapitana Jetzbachera jaka kula musi trafi . Tak te si
stało: jak tylko Moskale zacz li strzela , posłali my mu pi kulek. Twarde miał
gałgan ycie jak kot i trzeba go było dobi jeszcze dwoma strzałami, eby nam nie
narobił jakiego bigosu; tylko zamruczał, ale tak jako wesoło, szpasownie.
Vodiczka roze miał si .
- Takie rzeczy s na froncie normalne. Jeden mój kolega, który jest teraz u
nas, opowiadał mi, e jak był jako piechur pod Białogrodem w gefechcie, to w
taki sam sposób zakatrupili swego oberlejtnanta, który te był pies niezgorszy, bo
zastrzelił dwóch ołnierzy, którzy podczas marszu opadli z sił i dalej ju si wlec
nie mogli. Jak go wyko czyli, to si jeszcze zebrał w sobie i zacz ł gwizda do
odwrotu. Podobno okropnie to było mieszne.
Prowadz c tak interesuj c rozmow , doszli wreszcie Szwejk i Vodiczka tam,
gdzie na ulicy Sopro skiej pod numerem 16 znajdował si handel elaza pana
Kakonyi.
- Ty, bratku, lepiej poczekaj tu przed bram - rzekł Szwejk do Vodiczki. Wpadn na gór , oddam list, poczekam na odpowied i za chwilk b d znowu
na dole.
- Ja miałbym ci opu ci ? - zdziwił si Vodiczka. - Mówi ci jeszcze raz, e nie
znasz Madziarów. Tutaj potrzebna jest wielka ostro no . Ja go spior .
- Słuchaj, Vodiczka - rzekł Szwejk z wielk powag - tu nie chodzi o
Madziara, ale o jego on . Przecie opowiedziałem ci o wszystkim, kiedy my
siedzieli u tej czeskiej kelnerki, e zanosz list od swego oberlejtnanta i e to jest
sekret absolutny. Mój oberlejtnant napominał mnie bardzo surowo, e o tym nie
wolno pisn ani słówka przed nikim, a ta twoja kelnerka te mówiła, e
oberlejtnant ma racj i e to jest sprawa dyskretna i nikt nie powinien wiedzie o
tym, e pan oberlejtnant pisuje listy do zam nej kobiety. Ty sam przywiadczyłe i kiwałe głow . Wytłumaczyłem wam obojgu jak si nale y, e ci le
wykonam rozkaz swego oberlejtnanta, a ty si zawzi łe i chcesz raptem i
razem ze mn na gór .
- Ty mnie jeszcze nie znasz, bracie Szwejku - odpowiedział równie z wielk
powag stary saper Vodiczka. - Jak raz powiem, e z kim id , to tak samo, jakby
inny zło ył uroczyst przysi g . We dwóch zawsze bezpieczniej.
- Ja ci to wyperswaduj , mój Vodiczko. Czy wiesz, gdzie jest ulica Neklana na
Vyszehradzie? Wi c tam miał warsztat lusarz Vobornik. Był to człowiek
sprawiedliwy i dnia pewnego, kiedy powrócił z pijatyki, przyprowadził sobie do
domu wesołego kompana na nocleg. A potem musiał długo le e , a ona jego
dzie w dzie , kiedy nakładała mu opatrunek na ran na głowie, powtarzała te
237
słowa: „Widzisz, Antosiu, eby był przyszedł sam, to byłabym troch pour gała i
nie byłabym ci grzmotn ła w główk gwichtem od wagi”. On za , gdy ju
odzyskał mow i mógł odpowiada , powtarzał: „Masz racj , matko, jak na drugi
raz pójd gdzie, to nie przyprowadz z sob nikogo.”
- Tego by jeszcze brakowało - rozzło cił si Vodiczka - eby nam ten Madziar
miał da czym w łeb. Złapi go za kark i zrzuc z pi tra na dół tak elegancko, e
poleci jak szrapnel. Z tymi łobuzami madziarskimi trzeba post powa ostro.
Pie ci si z takimi nie warto.
- E, mój Vodiczko, przecie nawet tyle nie piłe , eby gada takie rzeczy. Ja
wypiłem o dwie wiartki wi cej ni ty. Pomy l tylko dobrze, e nie mo emy
przecie wywoła jakiego skandalu. Ja za to odpowiadam. Przecie tu chodzi o
kobiet .
- I kobieta mo e oberwa , je li o to chodzi. Mnie wszystko jedno. Mówi ci, e
nie znasz jeszcze starego sapera Vodiczki. Pewnego razu w Zabiechlicach na
„Ró anej K pie” jedna taka maszkara nie chciała ze mn ta czy , e niby
miałem spuchni t twarz. Prawda, e twarz miałem spuchni t , poniewa akurat
wracałem z pewnej zabawy tanecznej w Hostivarzu, ale takiej obrazy od tej
dziewki cierpie nie mogłem, wi c powiadam: „ eby mi szanowna panienka nie
zazdro ciła, to słu pani i ja.” I wlepiłem jej, co si nale ało, ale z takim szykiem,
e przewróciła stół, przy którym siedziała z tatusiem, z mamusi , z dwoma
bra mi. Kufle i wszystko poleciało na ziemi . Ale nie zl kłem si całej „Ró anej
K py”. Byli tam znajomi z Vroszowic i pomogli mi. Sprali my z pi rodzin
razem z dzie mi. Hałas było słycha chyba a w Michli, a nast pnie cała ta
awantura była opisana w gazetach, bo to była zabawa ogrodowa jakiego
stowarzyszenia dobroczynno ci, jakich tam mieszczan. Wi c widzisz, bracie,
sprawa jest jasna. Jak mnie dopomogli dobrzy ludzie, tak i ja dopomog tobie i
ka demu koledze, gdy si zanosi na jak chryj . R b mnie, bracie, siekaj mnie,
nie rusz si od ciebie. Madziarów nie znasz. Nie mo esz przecie uczyni mi tego,
eby mnie od siebie odp dzał, skoro widzimy si po raz pierwszy od tyłu lat, i
jeszcze w takich okoliczno ciach.
- W takim razie pójd ze mn - zdecydował Szwejk - ale musisz post powa
bardzo ostro nie, eby my sobie nie nawarzyli jakiego piwa.
- Nie kłopocz si , kolego - szepn ł Vodiczka wchodz c ze Szwejkiem na
schody - jak ja go trzepn ...
I jeszcze ciszej dodał:
- Zobaczysz sam, e z takim łobuzem madziarskim damy sobie łatwo rad .
Gdyby w bramie tego domu był kto rozumiej cy po czesku, to byłby usłyszał
hasło Vodiczki: „Ty nie znasz Madziarów...” Było to streszczenie m dro ci
yciowej, któr zdobył Vodiczka w zacisznym szyneczku nad Litaw , otoczonym
ogrodami sławetnej Királyhíd i górami, które ołnierze wspomina b d zawsze z
przekle stwem i nienawi ci z powodu niezliczonych udr k i wicze przy
zaprawianiu si do mordów i rzezi masowych przed wojn i podczas wojny.
Szwejk i Vodiczka stali przed drzwiami mieszkania pana Kakonyi. Zanim
Szwejk nacisn ł guzik dzwonka, rzekł do Vodiczki:
- Słyszałe ju zapewne, kolego, e ostro no jest matk m dro ci.
238
- Ja gwi d na ostro no - odpowiedział Vodiczka. - Trzeba tak zrobi , eby
nawet nie miał czasu na otwarcie g by.
- Tu nie chodzi o adne otwarcie g by, Vodiczko - rzekł Szwejk i zadzwonił, a
Vodiczka dodał:
- Eins, zwei i mój Madziar zleci na łeb po schodach.
Drzwi si otworzyły i słu ca zapytała ich po w giersku, czego sobie ycz .
- Nem tudom - rzekł wzgardliwie Vodiczka. - Ucz si , panno, po czesku.
- Verstehen Sie deutsch? - zapytał Szwejk.
- A pischen.
- Also sagen Sie der Frau, ich will die Frau sprechen, sagen Sie, dass ein Brief
ist von einem Herr, draussen i Kong.
- Dziwi si - rzekł Vodiczka wchodz c za Szwejkiem do przedpokoju - e z
tak pind rozmawiasz.
Stali w przedpokoju. Szwejk zanikn ł drzwi za sob , rozejrzał si dokoła i
rzekł:
- Mieszkanie to maj ładne i nawet dwa parasole na wieszaku wisz , i ten
obraz tego Pana Jezusa te niczego sobie.
Z pokoju, z którego słycha było szcz kanie ły ek i brz k talerzy, wyszła
znowu słu ca i rzekła do Szwejka:
- Frau ist gesagt, dass sie hat ka Zeit, wenn was ist, dass mir geben und sagen.
- Also - rzekł uroczy cie Szwejk - der Frau ein Brief, aber halten Küschen.
Podał jej list porucznika Lukasza.
- Ich - dodał wskazuj c palcem na siebie - Antwort warten hier in die
Vorzimr.
- Czemu nie siadasz? - zapytał Vodiczka, który usadowił si na krze le pod
cian . - Masz krzesło i siadaj. Nie stój jak jaki dziad. Nie poni aj si przed tym
Madziarem. Zobaczysz, e b dziemy z nim mieli awantur , ale ja go trzepn .
Przez chwil milczał, a potem zapytał:
- Gdzie e si nauczył po niemiecku?
- Sam z siebie - odpowiedział Szwejk. Znowu zapanowała cisza, a raptem z
pokoju, do którego słu ca zaniosła list, doleciał wielki krzyk i hałas. Kto
grzmotn ł czym ci kim o ziemi , po czym słycha było wyra nie tłuczenie
szklanek i talerzy, pomieszane z wykrzykiwanymi słowami:
- Baszom az anyát baszom az istenet, baszom a Krisztusmárját, baszom az
atyádot, baszom a világot!
Drzwi si rozwarły i do przedpokoju wpadł m czyzna w kwiecie wieku z
serwetk na szyi. Wymachiwał w ciekle listem przyniesionym przez Szwejka.
Najbli ej drzwi siedział stary saper Vodiczka, rozgniewany pan domu zwrócił
si wi c przede wszystkim do niego.
- Was soll das heissen? Wo ist der verfluchte Kerl, welcher dieses Brief
gebracht hat?
- Powoli, mo ci panie - rzekł Vodiczka wstaj c z krzesła - nie wrzeszcz tak
gło no, eby czasem nie wyleciał za drzwi, a je li chcesz wiedzie , kto ten list
przyniósł, to zwró si grzecznie do kolegi Szwejka. Ale rozmawiaj z nim
grzecznie, je li nie chcesz zlecie po schodach.
239
Przyszła kolej na Szwejka, aby sam na sobie do wiadczył bogactwa wymowy
pana z serwetk na szyi, który wykrzykiwał pi te przez dziesi te, e tego owego,
e akurat jedli obiad.
- Wła nie słyszeli my, e pa stwo jedz obiad - przy wiadczył Szwejk łaman
niemczyzn i dodał po czesku: - Nie pomy leli my o tym, e pora jest obiadowa i
przerywamy pa stwu spo ywanie posiłku.
- Nie poni aj si - odezwał si Vodiczka.
Zagniewany pan gestykulował tak mocno, e serwetka trzymała si na szyi ju
tylko małym koniuszkiem. Łaman niemczyzn wykrzykiwał dalej, e zrazu
my lał, e ten list dotyczy jakich kwater dla wojska w domu, który jest
własno ci jego ony.
- Tutaj zmie ciłoby si istotnie jeszcze sporo wojska - rzekł Szwejk - ale w tym
li cie chodziło o co innego, jak pan si niezawodnie sam przekonał.
Pan domu złapał si za głow i zacz ł gło no wykrzykiwa , e te był
lejtnantem rezerwy, e i teraz ch tnie słu yłby w wojsku, ale ma chorob
nerkow . Za jego czasów oficerowie nie byli tacy swawolni, eby zakłóca spokój
w domach porz dnych obywateli. Groził, e list po le do dowództwa pułku, do
Ministerstwa Wojny, opublikuje go w gazetach.
- Prosz pana - rzekł z wielkim dostoje stwem Szwejk - ten list napisałem ja.
Ich geschrieben, kein Oberleutnant. Podpis tylko tak sobie sfałszowany.
Unterschrift, Name falsch. Pa ska ona bardzo mi si podoba. Ich liebe Ihre
Frau. Ja jestem w pa skiej onie zakochany po same uszy, jak mawiał poeta
Vrchlický. Kapitales Frau.
Wzburzony pan chciał si rzuci na Szwejka, który stał spokojnie i nie
zdradzał strachu, ale stary saper Vodiczka, który bardzo uwa nie ledził ka dy
ruch zagniewanego pana, podstawił mu nog , wyrwał mu list z r ki, którym ten
stale wymachiwał, wsun ł go do kieszeni i zanim si pan Kakonyi zorientował,
złapał go Vodiczka, zaniósł ku drzwiom, otworzył je woln r k , a po chwili
słycha było, jak co ci kiego stacza si po schodach.
Wszystko stało si tak szybko, jak to si dzieje w bajce, gdy diabeł przychodzi
sobie po dusz , która mu si zaprzedała.
W przedpokoju pozostała tylko serwetka zagniewanego pana. Szwejk
podniósł j , zapukał grzecznie do drzwi pokoju, z którego przed pi ciu minutami
wyszedł pan Kakonyi i z którego słycha było płacz kobiety.
- Oddaj pani serwetk - rzekł Szwejk zwracaj c si bardzo uprzejmie do
pani, która płakała na kanapie. - eby jej nie podeptali. Moje uszanowanie pani.
Trzasn ł obcasami, zasalutował i wyszedł do sieni. Na schodach nie było
adnych ladów walki, bo wszystko zgodnie z przewidywaniem Vodiczki poszło
bardzo gładko. Tylko na dole, koło bramy, znalazł Szwejk rozdarty biały
kołnierzyk. Tutaj rozegrał si wida ostatni akt tragedii, gdy pan Kakonyi
trzymał si bramy i rozpaczliwie si bronił, aby nie by wywleczonym na ulic .
Natomiast na ulicy był ruch niezgorszy. Pana Kakonyiego zaci gni to do
pobliskiej bramy, gdzie polewano go wod , a na rodku ulicy saper Vodiczka jak
lew walczył z kilku honwedami-huzarami, którzy stan li w obronie swego
ziomka. Wywijał on bagnetem na pasie jak cepem. Walczył po mistrzowsku, ale
nie walczył sam. Rami przy ramieniu walczyło obok niego kilku ołnierzy
240
czeskich z ró nych pułków. Przechodzili akurat ulic i po pieszyli ziomkowi z
pomoc .
Szwejk opowiadał pó niej, e sam nie wie, jak si wpl tał w t cał awantur ;
e nie miał bagnetu, wi c op dzał si kijem, który mu si do r k przypl tał, a był
własno ci jakiego wystraszonego wiadka tej bijatyki.
Awantura trwała do długo, ale nawet najpi kniejsze rzeczy maj swój
koniec. Nadeszło wojsko z bereitschaftu i zabrało z sob uczestników walki.
Szwejk maszerował obok Vodiczki ze swoim kijem, który przez komendanta
bereitschaftu uznany został jako corpus delicti.
Szedł krokiem równym, trzymaj c kij na ramieniu niby karabin.
Stary saper Vodiczka przez cały czas milczał uparcie i dopiero gdy wchodzili
na odwach, rzekł melancholijnie do Szwejka.
- A co, nie mówiłem ci, e Madziarów nie znasz?
241
Rozdział 19
NOWE CIERPIENIA
Pułkownik Schröder z zadowoleniem spogl dał na blad twarz porucznika
Lukasza, który miał du e sine kr gi pod oczyma; porucznik, zakłopotany, nie
patrzył w twarz swego zwierzchnika, ale ukradkiem jakby studiował jakie wa ne
zagadnienie, spogl dał na map dyslokacji wojsk w obozie. Mapa ta była jedyn
ozdob całej kancelarii pułkownika.
Przed pułkownikiem le ało na stole kilka gazet z artykułami zakre lonymi
kolorowym ołówkiem. Pułkownik jeszcze raz spojrzał na nie, a potem rzekł
patrz c uwa nie na porucznika Lukasza:
- Wi c pan ju wie o tym, e słu cy pa ski Szwejk jest w areszcie i e
zostanie prawdopodobnie oddany pod s d dywizyjny?
- Wiem, panie pułkowniku.
- Oczywi cie, e to nie wszystko - z naciskiem rzekł pułkownik pastwi c si
nad swoim podwładnym. - Na tym sprawa si nie sko czy. Opinia publiczna jest
wzburzona tym, co spłatał pa ski słu cy, ale do całej tej afery zostało wpl tane
tak e i pa skie nazwisko, panie poruczniku. Z dowództwa dywizji nadesłano nam
ju pewien materiał. Mamy tak e kilka gazet, które pisały o wypadku. Mo e pan
mi te artykuły przeczyta na głos.
Podał porucznikowi Lukaszowi gazety z zakre lonymi artykułami, a
porucznik zacz ł odczytywa jeden z nich głosem tak monotonnym, jakby z
czytanki dla dzieci odczytywał zdanie: „Miód jest daleko po ywniejszy i
strawniejszy od cukru.”
„Gdzie mamy gwarancje swej przyszło ci?”
- Czy to jest „Pester Lloyd”, panie poruczniku? - zapytał pułkownik.
- Tak jest, panie pułkowniku - odpowiedział porucznik Lukasz i czytał dalej:
„Wojna wymaga współdziałania wszystkich obywateli monarchii austrow gierskiej. Je li chcemy zapewni sobie pokój i bezpiecze stwo, to wszystkie
narody musz wspomaga si wzajemnie, a gwarancja naszej przyszło ci
spoczywa wła nie w tym rzetelnym szacunku, jaki narody okazuj sobie
wzajemnie. Najwi ksze ofiary naszych dzielnych ołnierzy, posuwaj cych si stale
naprzód, byłyby daremne, gdyby nasze tyły, czyli organa od ywcze naszych
sławnych wojsk, nie były nale ycie zjednoczone, gdyby za plecami naszych
ołnierzy pojawiały si ywioły rozbijaj ce jednolito pa stwa, a przez swoj
niegodziw agitacj obni aj ce warto władzy pa stwowej. ywioły takie
musiałyby uniemo liwi ostatecznie współdziałanie obywateli i doprowadziłyby
do zamieszek. W tej dziejowej chwili nie mo emy spogl da spokojnie na gar
ludzi, którzy powodowani szowinizmem narodowym zakłócaj zgodn prac
wszystkich narodów i przeszkadzaj dziełu ukarania tych n dzników, którzy na
pa stwo nasze napadli bez jakiegokolwiek powodu, z zamiarem odarcia go ze
wszystkich dóbr kulturalnych. Niepodobna przemilcze tych objawów
chorobliwej nienawi ci, która d y tylko do zniweczenia jedno ci w duszach
242
narodu. Ju nieraz nadarzała si nam sposobno do zwracania uwagi w naszym
pi mie, na to, e władze wojskowe zmuszone były z cał surowo ci wyst powa
przeciwko tym jednostkom z czeskich pułków, które to jednostki, nie szanuj c
chwalebnej tradycji owych pułków, krzewi po miastach i miasteczkach
w gierskich nienawi przeciwko całemu narodowi czeskiemu, który jako cało
niczemu nie jest winien, albowiem zawsze stał niezachwianie na stra y interesów
tego pa stwa, o czym wiadczy długi szereg znakomitych wodzów czeskich, e
wspomnimy tu jedynie o sławnej pami ci marszałku Radetzkim i innych
obro cach mocarstwa austrow gierskiego. Tym to wietlanym postaciom
przeciwstawia si kilku łobuzów nale cych do czeskich szumowin społecznych.
Korzystaj c z wojny wiatowej zgłosili si dobrowolnie do wojska, aby zakłóca
jednomy lno narodów monarchii, kieruj c si przy tym swymi najni szymi
pop dami. Zwracali my ju uwag na awantury pułku X w Debreczynie, którego
post pki były omawiane i pot pione przez parlament w Budapeszcie, a którego
sztandar pułkowy został pó niej na froncie. Kto ma na sumieniu ten haniebny
grzech? Kto p dził czeskich ołnierzy.
Co sobie my li obca hołota w naszej w gierskiej ojczy nie, najlepiej wiadczy
to, co si stało niedawno w Királyhíd, tej wyspie w gierskiej nad Litaw . Jakiej
narodowo ci s ołnierze z pobliskiego obozu wojskowego w Brucku nad Litaw ,
którzy napadli i poturbowali tamtejszego obywatela i kupca pana Gyul
Kakonyiego? Uwa amy za bezwzgl dny obowi zek odno nych władz, aby
wy wietliły t spraw i zwróciły si z zapytaniem do dowództwa wojskowego,
które ze swej strony na pewno ju zaj ło si t afer , jaka rola w tym szczuciu
przeciwko narodowi w gierskiemu przypada porucznikowi Lukaszowi, którego
imi powtarzane jest w mie cie w zwi zku z tym, co si tam niedawno stało.
Donosi nam o tym nasz korespondent miejscowy zebrawszy bogaty materiał
dotycz cy całej tej sprawy, która woła po prostu o pomst do nieba. Czytelnicy
"Pester Lloyd" na pewno z zaciekawieniem b d ledzi bieg tej sprawy; nie
omieszkamy ich zapewni , e wkrótce zaznajomimy ich bli ej z całym tym
wydarzeniem, maj cym tak wyj tkowe znaczenie. Jednocze nie wszak e
oczekujemy komunikatu urz dowego o zbrodni w Királyhíd, jakiej dopuszczono
si na miejscowej ludno ci madziarskiej. e spraw t zajmie si tak e parlament
w Budapeszcie, o tym mówi nie trzeba. Czeskich ołnierzy, przeje d aj cych
przez W gry na front, trzeba nauczy szacunku dla naszych praw Korony w.
Stefana. Je li za istniej jeszcze ludzie, którzy nie rozumiej znaczenia tych
wybryków, jakie si zdarzaj , to niechaj wiedz , e w czasach wojny uczy si
ró nych awanturników poszanowania prawa kul , stryczkiem, kryminałem i
bagnetem. Gdzie nie ma dobrej woli, tam siła nauczy, jak trzeba si liczy z
interesami naszej wspólnej ojczyzny.”
- Kto jest podpisany pod tym artykułem, panie poruczniku?
- Bela Barabas, redaktor i poseł, panie pułkowniku.
- To znaczy dra , panie poruczniku. Ale zanim si ta rzecz dostała do „Pester
Lloyd”, ten sam artykuł był ju wydrukowany w „Pesti Hirlap”. A teraz niech mi
pan przeczyta urz dowe tłumaczenie artykułu, który ukazał si w sopro skiej
gazecie „Soproni Napló”.
243
Łukasz odczytywał artykuł, w którym redaktor z jakim osobliwym
zamiłowaniem powtarzał takie zwroty, jak: przekazanie m dro ci pa stwowej,
porz dek pa stwowy, ludzka nikczemno , podeptana godno ludzka, uczta
ludo erców, zmasakrowane społecze stwo, banda mameluków, zakulisowe
spr yny itd. Z artykułu wynikało, e W grzy na własnej ziemi s najbardziej
prze ladowanym narodem, a napisany był takim tonem, jakby czescy ołnierze
napadli autora, powalili go na ziemi , skakali po jego brzuchu, on za ryczał z
oburzenia i bólu, a kto tam jego ryk stenografował.”O pewnych powa nych
sprawach - wyrzekał "Soproni Napló" tonem płaczliwym - nie pisze si nic,
chocia nie wiadomo dlaczego. Ka dy z was wie, co to jest czeski ołnierz na
W grzech i na froncie. Wszyscy doskonale wiemy, co Czesi potrafi , jakie
czynniki tu działaj i kto wszystko aran uje. Czujno władz zwraca si ,
oczywi cie, ku sprawom wa niejszym, ale dla tych wa niejszych rzeczy nie
powinno si przeocza rzeczy pomniejszych, nie mo na bowiem dopu ci , aby
powtórzyło si to, co miało miejsce w tych dniach w Királyhíd. Nasz artykuł
wczorajszy miał pi tna cie skre le , tote i dzisiaj ze wzgl dów technicznych nie
mo emy wypowiedzie si obszernie i szczegółowo o tym, co si tam stało.
Korespondent nasz, wysłany na miejsce, donosi nam, e władze zabrały si do
ledztwa z wielk energi . Dziwi nas jedynie to, e niektórzy uczestnicy masakry
w Királyhíd jeszcze nie zostali aresztowani. Dotyczy to osobliwie pewnego pana,
który, jak si dowiadujemy, jeszcze ci gle przebywa w obozie i bezkarnie afiszuje
si w odznakach swego "pagageiregimentu". Imi jego było wymienione onegdaj
w "Pester Lloyd" i "Pesti Napló". Jest to znany czeski szowinista Lukasz, o
którego wybrykach podana b dzie interpelacja przez posła naszego Gez
Savanyu, reprezentuj cego okr g Királyhíd.”
- Równie uprzejmie pisze o panu tygodnik wychodz cy w Királyhíd - rzekł
pułkownik Schröder do porucznika - a tak e gazety preszburskie. Ale nie b dzie
to pana interesowało, poniewa wszystkie te artykuły pisane s na jedno kopyto.
Z politycznego punktu widzenia da si łatwo wytłumaczy , poniewa my,
Austriacy, czy jeste my Niemcami, czy Czechami, w porównaniu z Madziarami
stoimy jednak... Rozumie pan, panie poruczniku? Mamy tu do czynienia z pewn
tendencj . Bardziej interesuj cy dla pana byłby artykuł „Komarne skiej Gazety
Wieczorowej”, w której mowa o tym, e chciał si pan dopu ci gwałtu na pani
Kakonyi, i to w jadalni podczas obiadu i w obecno ci jej m a, któremu groził
pan szabl , zmuszaj c go do zatykania onie ust r cznikiem, eby nie krzyczała.
To jest niejako ostatnia o panu wiadomo , panie poruczniku.
Pułkownik u miechn ł si i mówił dalej:
- Władze nie spełniły swego obowi zku. Cenzura prewencyjna tutejszych pism
te jest w r ku Madziarów. Robi sobie z nami, co im si ywnie podoba. Oficer
nasz nie ma ochrony przed tak cywiln redaktorsk wini madziarsk . Dopiero
na skutek naszego ostrego wyst pienia czy te telegramu naszego s du
dywizyjnego prokuratura w Budapeszcie wydała rozporz dzenia, by
zaaresztowano niektórych ludzi w wy ej wymienionych redakcjach. Najwi cej
nabroił redaktor „Komarne skiej Gazety Wieczorowej”, ale do mierci
popami ta on swoj gazetk ! Ja zostałem upowa niony przez s d dywizyjny,
abym pana przesłuchał jako pa ski zwierzchnik. Przysłano mi te papiery
244
dotycz ce całego ledztwa. Wszystko byłoby si dobrze sko czyło, gdyby nie ten
pa ski nieszcz sny Szwejk. Razem z nim znajduje si niejaki saper Vodiczka, u
którego po bijatyce znaleziono pa ski list napisany do pani Kakonyi. Otó pa ski
Szwejk twierdził przy badaniu, e to on sam ten list napisał, a kiedy kazano mu
go przepisa , eby mo na było porówna charakter pisma, Szwejk przepisał, ale
potem ze arł pa ski list. Z kancelarii pułku wysłano nast pnie do s du
dywizyjnego pa skie raporty dla porównania ich z r kopisem Szwejka i oto masz
pan rezultat badania.
Pułkownik wyszukał w dokumentach jaki papier i pokazał w nim
porucznikowi miejsce podkre lone: „Oskar ony Szwejk odmówił napisania
podyktowanych mu zda , twierdz c, e przez noc zapomniał pisa .”
- W ogóle ja, panie poruczniku, nie przywi zuj do tego wszystkiego adnej
wagi i jest dla mnie oboj tne, co tam na ledztwie wygaduje ten pa ski Szwejk
czy saper Vodiczka. Szwejk i saper twierdz , e chodziło jedynie o jaki niewinny
arcik, na którym si nie poznano, i e sami zostali napadni ci przez cywilów,
wi c musieli si broni dla ratowania honoru wojskowego. Przy ledztwie wyszło
na jaw, e cały ten Szwejk to ładny numer. Na przykład na pytanie, dlaczego si
nie przyznaje, odpowiedział do protokołu:” Ja, powiada, znalazłem si w takiej
samej sytuacji, w jakiej znalazł si pewien słu cy malarza Panuszki z powodu
jakich obrazów Marii Panny.” Kiedy mu zarzucano sprzeniewierzenie tych
obrazów, to tak e nie mógł odpowiedzie nic innego, tylko to jedno: "Czy chcecie,
ebym sobie wyrwał serce z piersi?" Oczywi cie postarałem si , eby na wszystkie
te napastliwe i nikczemne artykuły tutejszych gazet dana była nale yta
odpowied w imieniu s du dywizyjnego. Dzisiaj porozsyła si te sprostowania i
mam nadziej , e w ten sposób uczyniłem wszystko, co było trzeba dla
naprawienia tych wi stw, których narobiły te dziennikarskie bestie
cywilnomadziarskie.
Zdaje mi si , e stylizacja moja jest bardzo dobra:
„S d dywizyjny nr... i dowództwo pułku nr... o wiadczaj , e artykuł
zamieszczony w pi mie miejscowym o rzekomych awanturach szeregowych pułku
nr... w niczym nie odpowiada rzeczywisto ci i od pierwszego do ostatniego słowa
jest zmy lony. Wdro ono ledztwo przeciwko tym dziennikom, które
pozamieszczały owe kłamliwe wiadomo ci, i winowajcy b d surowo ukarani.”
S d dywizyjny - mówił pułkownik dalej - wypowiada si w li cie do naszego
pułku, i zdaniem jego nie chodzi o nic innego, tylko o systematyczne podjudzanie
przeciwko oddziałom wojskowym przybywaj cym z Przedlitawii do Zalitawii.
Niech pan porówna z łaski swojej, ile wojska wysłali my na front my, a ile oni.
Powiem panu tylko tyle, e ołnierz czeski jest mi daleko milszy ni ta hołota
madziarska. Jak tylko wspomn o pewnych rzeczach, to mnie zaraz w ciekło
ogarnia. Pod Białogrodem ostrzeliwali Madziarzy nasz drugi marszbatalion, nasz
marszbatalion nie wiedział, e strzelaj te gałgany madziarskie, i zacz ł strzela
do deutschmeistrów na prawym skrzydle, a deutschmeistrzy te si nie
zorientowali i zacz li ostrzeliwa pułk bo niacki, który stał obok nich. Mówi
panu, co to wtedy było! Ja byłem akurat w sztabie brygady na obiedzie, dnia
poprzedniego mieli my na obiad tylko szynk i zup konserwow , wi c tego dnia
mieli my dosta porz dny obiad: rosół z kur , filet z ry em i ciastka z szodonem.
245
W wigili tego dnia powiesili my w miasteczku jakiego serbskiego handlarza
wina, a nasi ołnierze znale li w jego piwnicy winko licz ce sobie trzydzie ci
latek. Mo e pan sobie wyobrazi , jak cieszyli my si wszyscy, e b dzie dobry
obiad. Zjedli my rosół, zabieramy si do kury, gdy wtem padaj pojedyncze
strzały, a potem zaczyna si strzelanina na dobre, za nasza artyleria, która
poj cia o tym nie miała, e to ostrzeliwuj si nasze własne oddziały, zacz ła
pra y na nas ogniem i jeden granat padł tu koło sztabu naszej brygady.
Serbowie pomy leli wida , e u nas wybuchn ł bunt, i ze wszystkich stron zacz li
wali do nas, z czego si dało, a zarazem przeprawili si przez rzek . Generała
brygady wołaj do telefonu; a wtem generał dywizji podniósł istne piekło
krzycz c, co to za błaze stwa dziej si na odcinku zajmowanym przez nasz
brygad , bo akurat dostał rozkaz ze sztabu armii, aby rozpocz atak na pozycje
serbskie o godzinie drugiej minut trzydzie ci pi w nocy od lewego
skrzydła.”My, powiada, jeste my w rezerwie” - wi c natychmiast kazał ogie
wstrzyma . Ale to przecie mieszne, gdy kto w takiej sytuacji chce „Feuer
einstellen”. Centrala telefoniczna brygady melduje, e nigdzie nie mo e si
dodzwoni , tylko sztab 75 pułku melduje, e dostał rozkaz od s siedniej dywizji:
„Ausharren!, e nie mo e dogada si z nasz dywizj , e Serbowie obsadzili
wzgórza dwie cie dwana cie, dwie cie dwadzie cia sze i trzysta dwadzie cia
siedem, e da wysłania jednego batalionu jako ł cznika i telefonicznego
poł czenia z nasz dywizj . Przerzucamy druty na dywizj , ale poł czenie ju
było przerwane, poniewa Serbowie dostali si na nasze tyły i od obu skrzydeł
zamykali nas w trójk cie, w którym potem pozostało wszystko: piechota,
artyleria i tabory z cał autokolumn , składy i szpital polowy. Przez dwa dni nie
zsiadali my z koni, a dowódca dywizji razem z dowódc brygady dostali si do
niewoli. A wszystko to zawinili Madziarowie przez ostrzeliwanie naszego
drugiego marszbatalionu. Rzecz prosta, e cał win zwalili na nasz pułk.
Pułkownik splun ł.
- Sam pan si teraz przekonał, panie poruczniku, jak haniebnie wyzyskali
pa sk przygod w Királyhíd.
Porucznik Lukasz zakaszlał nie wiedz c, co odpowiedzie .
- Panie poruczniku - zwrócił si do niego pułkownik z kordialn poufało ci
połó pan r k na sercu i mów pan rzetelnie: ile razy przespał si pan z pani
Kakonyi?
Pułkownik Schröder był tego dnia w usposobieniu bardzo dobrym.
- Niech mi pan nie gada, e zaczynał pan dopiero korespondowa . Kiedym był
w pa skich latach i zostałem wysłany na kursy miernicze do Chebu, to przez trzy
tygodnie nic innego nie robiłem, tylko spałem sobie z W gierkami. Trzeba było
widzie mnie wtedy. Co dzie inna. Młode, starsze, panny, m atki, jak si
zdarzyło. Odbywałem ten kurs mierniczy tak rzetelnie, e gdy potem wróciłem do
pułku, to ledwo nó ki za sob powłóczyłem. Najwi cej wypompowała mnie ona
pewnego adwokata. Pokazała mi, na co sta W gierki. Nos mi pogryzła i przez
cał noc oka mi zmru y nie dała.
Powiada, e zacz ł korespondowa - pułkownik poufale klepn ł porucznika
po ramieniu. - Znamy si na tym. Niech pan nic nie mówi, bo ja mam o całej
246
sprawie swoje własne zdanie. Zwi zał si pan z babin , jej mał onek was
wytropił, a ten idiotyczny Szwejk...
Ale co prawda, to prawda, panie poruczniku, ten Szwejk to jednak charakter,
skoro tak dobrze spisał si z pa skim listem. Takiego człowieka szkoda trzyma
w areszcie. Wychowanie wojskowe ma. Bardzo mi si ten chłop podoba.
Koniecznie trzeba b dzie ledztwo przeciw niemu przerwa i sprawie łeb ukr ci .
Pana sponiewierali w gazetach, wi c obecno pa ska jest tu zupełnie zb dna. W
ci gu tygodnia wyprawiona zostanie kompania marszowa na front rosyjski. Jest
pan najstarszym oficerem 11 kompanii, wi c pojedzie pan jako jej dowódca. W
brygadzie zostały poczynione odpowiednie zarz dzenia. Niech pan powie
feldfeblowi rachuby, eby panu poszukał jakiego innego słu cego zamiast
Szwejka.
Porucznik Lukasz odpowiedział pułkownikowi wdzi cznym spojrzeniem, ale
pułkownik mówił dalej:
- Szwejka przydzielam panu jako Kompanie-Ordonnanz. - Pułkownik wstał i
podaj c r k blademu z wra enia porucznikowi rzekł:
- A wi c wszystko jest w porz dku. ycz panu, aby si pan odznaczył na
wschodnim froncie i w ogóle wszystkiego najlepszego. A je li kiedy spotkamy si
znowu , to niech pan nie unika naszego towarzystwa, jak to było w
Budziejowicach.
Porucznik Lukasz, wracaj c do siebie, powtarzał sobie przez cał drog :
- Kompanie-Kommandant, Kompanie-Ordonnanz...
Przed jego oczami co chwila wyłaniała si posta Szwejka.
Gdy porucznik polecił feldfeblowi rachuby Va kowi, aby mu wyszukał
jakiego nowego słu cego zamiast Szwejka, ten odpowiedział:
- My lałem, e pan porucznik jest ze Szwejka zadowolony. - Gdy si
dowiedział, e Szwejk został mianowany ordynansem kompanii zawołał:
- Bo e, b d nam miło ciw!
W baraku s du dywizyjnego o zakratowanych oknach aresztanci wstawali
według przepisu o godzinie siódmej rano i sprz tali sienniki poroz ciełane w
kurzu i brudzie na podłodze. Prycz tam nie było. Za przepierzeniem długiej sali
aresztanci zgodnie z zarz dzeniem układali koce i sienniki, a ci, co robot
sko czyli, siedzieli na ławkach wzdłu ciany i wiskali si (tacy przewa nie
przybywali z frontu) albo te opowiadali sobie ró ne przygody.
Szwejk i stary saper Vodiczka siedzieli razem z innymi ołnierzami z ró nych
pułków i formacji na ławie przy drzwiach.
- Spójrzcie no, chłopcy - rzekł Vodiczka - na tamtego łobuza madziarskiego,
co stoi przy oknie, jak to si psubrat modli, eby go nie skazali na grub kar . Nie
rozedrze by mu tak pyska od ucha do ucha?
- Daj mu spokój - odpowiedział Szwejk - bo to człowiek porz dny i dostał si
tu za to, e nie chciał słu y w wojsku. On jest przeciwnikiem wojny i nale y do
jakiej sekty, a do paki dostał si za to, e si trzyma przykazania bo ego i nikogo
nie chce zabi . Poka mu oni przykazanie bo e! Przed wojn był na Morawach
niejaki Nemrava, który nawet flinty na rami wzi nie chciał, jak mówił, było to
przeciwko jego zasadzie noszenia flinty na ramieniu. Wsadzili go do paki i
247
potrzymali na chudym wikcie, a potem znowu poprowadzili go do przysi gi. A
on na to, e przysi ga nie b dzie, bo przysi gi te nie uznaje. I wytrzymał
wszystkie szykany.
- Wida jaki głupi człowiek - rzekł stary saper Vodiczka. - Mógł przysi ga ,
ile wlezie, i nasra na cał przysi g .
- Ja ju trzy razy przysi gałem - mówił jaki piechur - i ju trzeci raz siedz w
pace za dezercj . Gdybym nie miał wiadectwa lekarskiego, e przed pi tnastu
laty zatłukłem moj ciotk w napadzie choroby umysłowej, to ju trzy razy
byłbym na froncie rozstrzelany. Ale nieboszczka ciotka ratuje mnie jako za
ka dym razem i kto wie, mo e dostan si ostatecznie zdrów i cały do domu.
- A za co ty, kolego, zatłukł swoj ciotk ? - zapytał Szwejk.
- A za có si ludzi zatłukuje? - odpowiedział miły towarzysz. - Ka dy mo e
si łatwo domy li , za to, e miała pieni dze. Miała baba pi ksi eczek
oszcz dno ciowych i akurat przesłali jej procenty, kiedym do niej przyszedł
głodny i obdarty. Prócz niej nie miałem ywego ducha na całym bo ym wiecie.
Przyszedłem do niej i prosz , eby si nade mn zlitowała, a ta, cierwo, posyła
mnie do roboty, e, powiada, taki młody, krzepki i zdrowy człowiek.
Powiedzieli my sobie par słów, a ja tak tylko tr ciłem j par razy
pogrzebaczem w głow i fizjonomi , tak jej jako obrobiłem t g b , e potem nie
wiedziałem, czy to ciocia, czy nie ciocia. Siedziałem koło niej na ziemi i ci gle
medytowałem: „Czy to ciocia, czy nie ciocia?” Nazajutrz znale li mnie koło cioci
s siedzi. Potem siedziałem u wariatów na Słupach, a gdy przed wojn badała nas
w Bohnicach komisja, zostałem uznany za wyleczonego i zaraz musiałem pój do
wojska i odsługiwa swoje zaległo ci.
Obok rozmawiaj cych przeszedł ołnierz o bardzo smutnym wyrazie twarzy i
z miotł w r ku.
- To jaki nauczyciel z ostatniej kompanii marszowej - rzekł strzelec siedz cy
obok Szwejka - b dzie zamiatał swój k t. Ogromnie porz dny człowiek. Siedzi tu
za to, e napisał jaki wierszyk.
- Chod tu, bracie profesorze! - zawołał na człowieka z miotł , który wolno i z
powag zbli ył si do ławy. - Zadeklamuj nam ten wiersz o wszach.
ołnierz z miotł chrz kn ł i zadeklamował:
Wszystko zawszone.
Front si wiszcze cały,
Od wszów si roi pod odzie .
W wygodnych łó kach generały
Co dzie bielizn maj wie .
Zawszeni wszyscy; młodzi, starzy,
Nad wszów przeszło ci czuwa stra ,
Bo ju si z prusk weszk parzy
Nasz stary austriacki wszarz.
Smutny ołnierz z miotł przysiadł si do towarzystwa i rzekł:
- To wszystko. I z powodu takiej drobnostki ju cztery razy byłem
przesłuchiwany przez pana audytora.
248
- Cała ta wszawa historia niewarta gadania - roztropnie rzekł Szwejk. Chodzi jedynie o to, kogo s d b dzie uwa ał za starego wszarza austriackiego.
Dobrze pan zrobił, e wtr cił pan słowo o parzeniu, bo od tego zbaraniej
zupełnie. Trzeba im b dzie wytłumaczy , e wszarz to samiec wszy, bo inaczej nie
wypłacze si pan z tej afery. Przecie nie pisał pan tego z zamiarem obra enia
kogokolwiek. Co do tego nie mo e by najmniejszej w tpliwo ci. Panu
audytorowi trzeba powiedzie , e pan to sobie pisał tylko tak, dla swojej
prywatnej przyjemno ci, i e tak samo, jak samiec krowy nazywa si buhaj, tak
samiec wszy nazywa si wszarz.
Nauczyciel westchn ł:
- Kiedy ten pan audytor nie umie dobrze po czesku. Ju mu t spraw
tłumaczyłem w taki wła nie sposób, ale on mi dowodził, e samiec wszy nazywa
si „wszyk”. Powiada do mnie ten pan audytor: „Ne f a , ale wsik. Femininum,
sie, gebildeter Kerl, ist "ten fe ", also masculinum ist "ta fsik". Wir kennen
uns're Pappenheimer.”
- Jednym słowem - rzeki Szwejk - dobrze nie jest, ale nie trzeba traci nadziei,
jak mawiał Cygan Janeczek w Pil nie, kiedy w roku 1879 zakładali mu stryczek
na szyj za podwójne morderstwo. A miał racj , bo trzeba było odprowadzi go
spod szubienicy z powrotem do wi zienia, jako e akurat tego dnia najja niejszy
pan miał urodziny i nie mo na było nikogo wiesza . Wi c go powiesili dopiero
nazajutrz, gdy ju było po urodzinach, i miał chłopisko takie osobliwe szcz cie,
e nast pnego dnia po powieszeniu go przyszło ułaskawienie i miał by
wznowiony proces, bo wszystko wskazywało na to, e to zrobił jaki inny
Janeczek. Wi c go musieli wykopa z grobu na cmentarzu wi ziennym,
zrehabilitowa i przewie na katolicki cmentarz, po czym dopiero pokazało si ,
e Janeczek jest ewangelik, wi c go przenie li na cmentarz ewangelicki, a potem...
- Potem dostaniesz par razy w pysk - odezwał si stary saper Vodiczka. eby sobie zmy la takie mieszne kawały. My tu mamy zmartwienie, e nas
czeka s d dywizyjny, a ten sobie ze wszystkiego pokpiwa. Wczoraj, gdy nas
prowadzili na badanie, zacz ł mi tłumaczy , co to jest ró a jerycho ska.
- Kiedy to nie moja wina - bronił si Szwejk. - Opowiadał o tym Maciej,
słu cy malarza Panuszki, pewnej starej babie. Pytała go, jak wygl da ró a
jerycho ska, wi c on jej odpowiedział: „We pani suche łajno krowie, połó je na
talerzu i polej wod , a ono wnet si pi knie zazieleni. To jest ró a jerycho ska.”
Ja takich błaze stw nie zmy lałem. Jak si idzie na badanie, to trzeba sobie o
czym pogaw dzi , a ja ci chciałem troch pocieszy , mój Vodiczko...
- Ju ty pocieszysz kogo - rzekł Vodiczka i splun ł wzgardliwie. - Człowiek si
kłopocze dniem i noc , w jaki sposób wydosta si z tej bryndzy, eby jak
najpr dzej mo na było wyrwa si na wolno i policzy si z tymi łobuzami
madziarskimi, a ten chce pociesza człowieka jakim krowim łajnem. Jak e si
wezm za tych łobuzów madziarskich, kiedy siedz pod kluczem, i do tego
wszystkiego jeszcze musz udawa i zapewnia pana audytora, e si na
Madziarów nie gniewam i le im nie ycz ? Pieskie ycie, prosz pa stwa. Ale jak
mi taki drab wpadnie w r ce, to go udusz jak szczeni i poka im wszystkim
„Isten áld meg a magyart”! Porachuj si z nimi tak akuratnie, e o mnie jeszcze
b d ludzie gadali.
249
- Nie martwmy si o nic - rzekł Szwejk. - Wszystko si uło y jak najlepiej,
tylko pami ta trzeba o tym, e na s dzie nigdy nie nale y mówi prawdy. Kto si
da nabra i przyzna si , to stracony. Z takiego głupca nigdy nic nie b dzie. Jakem
razu pewnego pracował w Morawskiej Ostrawie, to zdarzyła si tam taka rzecz:
jaki górnik sprał in yniera w cztery oczy, tak e nikt tego nie widział. Adwokat,
który tego górnika bronił, doradzał mu bezustannie, eby si wszystkiego
wypierał, to mu si nic sta nie mo e, a znowu prezes s du w kółko swoje o tym,
e przyznanie si jest okoliczno ci łagodz c . Ale górnik nic, tylko w kółko
powtarzał swoje, e si nie ma do czego przyznawa , wi c został uniewinniony,
poniewa wykazał swoje alibi. Tego samego dnia był w Brnie.
- Jezus Maria! - rozsierdził si Vodiczka. - Ja tego nie wytrzymam. Nie
rozumiem, po co on nam o tym wszystkim gada. Wczoraj było to samo na
badaniu. Był tam jaki człowieczek, a gdy si go audytor zapytał, czym jest w
cywilu, odpowiedział: „Dymam u Krzy a”. Przez pół godziny trzeba było z nim
gada , zanim wreszcie audytor dowiedział si , e ten poczciwiec obsługuje miechy
u kowala Krzy a. A gdy go po chwili zapytali: „Wi c w cywilu jeste cie
robotnikiem pomocniczym?” A ten swoje: „Jakim tam robotnikiem! Dymam u
Krzy a.”
Na korytarzu odezwały si kroki wartownika i wołanie: „Zuwachs!”
- Chwała Bogu, b dzie nas wi cej - ucieszył si Szwejk. - Mo e maj papierosa
albo troch tytoniu.
Drzwi si otworzyły i do rodka został wepchni ty jednoroczny ochotnik,
który siedział ze Szwejkiem w areszcie w Budziejowicach i został skazany na
skrobanie kartofli w kuchni jakiej kompanii.
- Niech b dzie pochwalony... - rzekł przekraczaj c próg wi zienia, na co
Szwejk odpowiedział w imieniu wszystkich:
- Na wieki wieków, amen.
Jednoroczny ochotnik z zadowoleniem spojrzał na Szwejka, poło ył na ziemi
koc, który ze sob przyniósł, i przysiadł si na ławie do czeskiej kolonii. Zza
cholewek buta wydostał mnóstwo papierosów i cz stował nimi wszystkich. Potem
wygrzebał z jakiego ukrycia drask oraz kilka zapałek poprzecinanych wzdłu
na dwoje. Z wielk ostro no ci zapalił papierosa. Podał wszystkim ognia i z
wesoł oboj tno ci o wiadczył:
- Jestem oskar ony o bunt.
- To nic osobliwego - rzekł Szwejk głosem łagodnym - zwyczajny szpas.
- Szpas i bujda - zgodził si jednoroczny ochotnik - bo przecie wojen nie
wygrywa si sprawami s dowymi. Je li ju koniecznie chc si ze mn prawowa ,
to niech si prawuj . Na ogół wzi wszy, jeden proces s dowy mniej czy wi cej nic
w sytuacji zmieni nie mo e.
- A w jaki sposób pan si zbuntował? - zapytał saper Vodiczka spogl daj c z
uczuciem sympatii na jednorocznego ochotnika.
- Nie chciałem czy ci wychodków na odwachu - odpowiedział zapytany. Wi c zaprowadził mnie do obersta. A ten oberst to ładna winia. Zacz ł
wrzeszcze , e dostałem si do paki na podstawie regimentsraportu i e jestem
zwyczajny aresztant, on za w ogóle dziwi si , e mnie wi ta ziemia nosi i e
jeszcze nie przestała si obraca pomimo tej niesłychanej ha by, e w armii
250
znalazł si człowiek z prawami jednorocznego ochotnika, maj cy mo no
zrobienia kariery oficerskiej, a jednak człowiek ten post powaniem swoim mo e
wzbudzi w swoich przeło onych tylko uczucie gł bokiego obrzydzenia.
Odpowiedziałem mu, e obracanie si ziemi nie mo e by przerwane, chocia
znalazł si na niej taki człowiek jak ja, e prawa przyrody s mocniejsze od
naszywek jednorocznych ochotników i e pragn łbym wiedzie , kto mo e mnie
przymusi do czyszczenia wychodków, których sam nie zanieczy ciłem,
aczkolwiek miałbym prawo i do tego po takiej wi skiej kuchni pułkowej, po
zgniłej kapu cie i ochłapach baraniny. Potem rzekłem jeszcze temu oberstowi, i
pogl d jego na to, czemu nosi mnie jeszcze wi ta ziemia, jest troch dziwny, bo
dla mnie jednego nie mo e przecie wybuchn trz sienie ziemi. Pan oberst przez
cały czas nic nie robił, tylko szcz kał z bami jak kobyła, gdy j zi bi w pysk
zmarzła rzepa, a potem wrzasn ł na mnie:
„Wi c b dziesz pan czy cił te wychodki czy nie b dziesz?” „Posłusznie
melduj , e adnych wychodków czy ci nie b d .” „A ja mówi , e b dziecie, sie
Einjähriger!” „Posłusznie melduj , e nie b d .” „Do stu tysi cy diabłów, sto
wychodków wyczy cicie, jak ja wam ka !” „Posłusznie melduj , e nie b d
czy cił ani stu, ani jednego.”
I tak sobie rozmawiali my w kółeczko: „B dziesz czy cił?” „Nie b d czy cił.”
I tak te wychodki latały mi dzy nami tu i tam, jakby to były jakie dzieci ce
zagadki naszej pisarki Pauliny Moudrej. Oberst latał po kancelarii jak w ciekły,
a wreszcie usiadł i rzekł: „Niech pan si dobrze zastanowi, bo ja pana przeka
s dowi dywizyjnemu za bunt. Prosz sobie nie my le , e b dzie pan pierwszym
jednorocznym ochotnikiem, którego podczas tej wojny za bunt rozstrzelano. W
Serbii powiesili my dwóch jednorocznych ochotników z 10 kompanii, a jednego z
kompanii 9 rozstrzelali my jak jagni . A za co? Za ich upór. Ci dwaj, których
powiesili my, nie chcieli przebi kobiety i chłopca pod Šabacem, a ochotnik z 9
kompanii został rozstrzelany za to, e nie chciał i naprzód i tłumaczył si tym,
e ma spuchni te nogi i e jest płaskostopy. Wi c b dziesz pan czy cił wychodki
czy nie?”
„Posłusznie melduj , e nie b d .” Oberst spojrzał na mnie i powiada:
„Słuchaj pan, czy pan aby nie słowianofil?”
„Posłusznie melduj , e nie jestem słowianofil.” Zabrali mnie do paki i
powiedzieli mi, e zostałem oskar ony o bunt.
- Najlepiej zrobisz, bratku - rzekł Szwejk - gdy zaczniesz teraz udawa idiot .
Jakem siedział na garnizonie, to był tam jeden sprytny człowiek, wykształcony i
uczony, profesor szkoły handlowej. Dezerterował z frontu i za to miano mu
wytoczy jaki bardzo uroczysty proces; dla postrachu innych chciano go skaza i
powiesi , a on wykr cił si z tej hecy sianem, i to bardzo zgrabnie. Udawał po
prostu dziedzicznie obci onego, a gdy lekarz sztabowy zacz ł go bada , to mój
m drala mu powiedział, e nie zdezerterował, ale e ju od lat dziecinnych lubi
podró owa i zawsze budzi si w nim pragnienie w drówek w nieznane kraje.
Pewnego razu znalazł si w Hamburgu, innym razem w Londynie i sam nie wie,
jak to si stało, e si dostał w tamte strony. Jego ojciec był alkoholikiem i zmarł
mierci samobójcz przed jego narodzeniem, matka była prostytutk i te si
upijała, a wreszcie umarła na delirium. Młodsza siostra utopiła si , starsza
251
rzuciła si pod poci g, brat skoczył z kolejowego mostu na Vyszehradzie do
Wełtawy, dziadek zamordował swoj on , oblał si naft i podpalił, druga babka
włóczyła si z Cyganami i otruła si w wi zieniu zapałkami, jeden z bratanków
był kilka razy karany za podpalenie i w wi zieniu w Kartuzach przeci ł sobie yły
kawałkiem szkła, siostrzenica ze strony ojcowskiej wyskoczyła w Wiedniu z okna
szóstego pi tra, on za sam jest bardzo zaniedbany w wychowaniu i do lat
dziesi ciu nie umiał mówi , poniewa zdarzyło si , e gdy miał sze miesi cy i
gdy go na stole przewijali, oddalili si od niego, a kot ci gn ł go ze stołu; padaj c
na podłog uderzył si mocno w głow . Miewa te od czasu do czasu mocne bóle
głowy i w takich chwilach sam nie wie, co robi. I wła nie w takiej chwili ruszył z
frontu do Pragi i dopiero wówczas, gdy został aresztowany w gospodzie „U
Fleków” przez andarmeri wojskow , odzyskał przytomno . Trzeba było
widzie , z jak parad wypu cili go z paki i zwolnili z wojska! Siedziało razem z
nim z pi ciu chłopa, którzy tak e mieli by s dzeni za dezercj , wi c na wszelki
wypadek wypisali sobie wszystko pi knie i ładnie na papierku dla pami ci:
„Ojciec alkoholik. Matka prostytutka.
I siostra (utopiona).
II siostra (poci g). Brat (z mostu).
Dziadek † on , nafta, ogie .
II babka (Cygany, zapałki) † itd.”
Gdy jeden z nich zacz ł to wszystko wylicza lekarzowi wojskowemu, to nie
zd ył wymieni nawet bratanka, bo lekarz, który miał ju trzeci taki przypadek
z rz du, przerwał mu: „Ach, ty gałganie, twoja siostrzenica ze strony ojca
wyskoczyła w Wiedniu z okna szóstego pi tra, jeste okropnie zaniedbany w
wychowaniu, wi c przyda ci si wi zienie poprawcze.” Odprowadzili bratka, w
kij zwi zali i zaraz sko czyło si z zaniedbanym wychowaniem, z ojcem
alkoholikiem i matk prostytutk . Wolał z dobrej woli pój na front.
- Dzisiaj - rzekł jednoroczny ochotnik - ju nikt w wojsku nie wierzy w
dziedziczne obci enie, bo gdy ludzie jeszcze wierzyli w takie rzeczy, to wszystkie
sztaby generalne wszystkich armii trzeba by pozamyka w domach wariatów.
W zamku okutych drzwi zazgrzytał klucz i na progu stan ł profos.
- Piechur Szwejk i saper Vodiczka do pana audytora! - zawołał. Obaj
wywołani wstali, a Vodiczka rzekł do Szwejka.
- Widzisz, co te gałgany robi ? Dzie w dzie badanie, a na wolno nie
wypuszczaj . Wolałbym, eby nas lepiej skazali ni takie korowody. Wylegujemy
si tu całymi dniami, a te łobuzy madziarskie lataj sobie po wiecie, jakby nigdy
nic...
Po drodze na badanie, które odbywało si w kancelarii s du dywizyjnego,
umieszczonego w innym baraku, saper Vodiczka razem ze Szwejkiem
zastanawiali si nad tym, kiedy wła ciwie stan przed jakim porz dnym s dem.
- Same przesłuchiwania - irytował si Vodiczka - a rezultatu jak nie ma, tak
nie ma. Pozapisuj masy papieru, a człek si s du nie doczeka. Zgnijemy za
kratami. Powiedz szczerze, czy mo na re te polewki, jakie tu daj ? Albo te
kapust ze zmarzłymi kartoflami? Do stu diabłów, takiej idiotycznej wojny
wiatowej jeszcze nigdy nie widziałem. Wyobra ałem to sobie całkiem inaczej.
252
- A ja jestem zupełnie zadowolony - rzekł Szwejk. - Przed laty, kiedym słu ył
w wojsku, to nasz feldfebel Solpera mawiał, e w wojsku musi by porz dek, i do
słów swoich dodawał takie trza ni cie w z by, e si potem o tym porz dku
wojskowym pami tało do samej mierci. Albo taki nieboszczyk oberlejtnant
Kvajser, gdy przegl dał karabiny, to nam tłumaczył, e ka dy ołnierz musi
okazywa jak najwi ksz nieczuło , bo ołnierze to tylko bydło, które skarb
pa stwa karmi, daje mu re , poi go kaw , nabija mu fajk tytoniem i za to musi
to bydełko słu y i milcze .
Saper Vodiczka zamy lił si i po chwili mówił dalej:
- Jak ci zawoła ten audytor, to pami taj, Szwejku, eby si nie pl tał w
zeznaniach. Powtórz to, co mówił poprzednio, eby mnie nie wsypał. Główna
rzecz to to, e widziałe , jak na mnie te łobuzy madziarskie napadły. Przecie
wszystko to zrobili my na wspólny rachunek.
- Nie bój si , Vodiczka - uspokajał go Szwejk. - B d spokojny i nie denerwuj
si . Taki s d dywizyjny to wielkie głupstwo. Trzeba ci było widzie , jak zwi le
odbywały si takie s dy polowe przed laty. Słu ył razem ze mn niejaki Heral,
nauczyciel, i ten wła nie Heral opowiadał nam kiedy , gdy wszyscy dostali my
koszarniaka, e w muzeum praskim jest ksi ka, a w tej ksi ce opisany jest s d
wojenny za Marii Teresy. Ka dy pułk miał swojego kata, który u miercał
ołnierzy swego pułku jednego za drugim i za to brał po terezja skim talarze od
sztuki. I widzisz, ten kat według zapisków tamtej ksi ki zarobił sobie czasem i
pi talarów na dzie . Naturalnie - dodał Szwejk z wielk powag - e wtedy
pułki były du e i wci je po wsiach uzupełniano.
- Jak byłem w Serbii - rzekł na to Vodiczka - to w brygadzie naszej byli tacy
amatorzy, co wieszali Serbów za papierosy. Który ołnierz powiesił chłopa, to
dostawał dziesi papierosów „Sport”, za kobiet i dziecko po pi . Pó niej
intendentura zacz ła oszcz dza i rozstrzeliwano Serbów partiami. Razem ze
mn słu ył pewien Cygan; przez długi czas nie wiedzieli my, dlaczego był tak
cz sto wzywany do kancelarii. Stali my wtedy nad Drin . Pewnej nocy, gdy go nie
było, wpadło któremu z nas do głowy, eby pogrzeba w jego rzeczach, a ten
drab miał trzy pełne pudełka po setce papierosów. Wrócił nad ranem do naszej
stodoły, a my załatwili my si z nim krótko. Powalili my go na ziemi , a niejaki
Bieloun udusił go pasem. Ale miał ten Cygan ycie mocne jak kot. - Stary saper
Vodiczka splun ł. - W aden sposób nie mo na go było udusi . Zrobił ju pod
siebie, oczy wylazły mu na wierzch, ale ci gle jeszcze był ywy jak nie dor ni ty
kogut. Wi c trzeba było rozerwa go jak koguta. Dwaj trzymali go za nogi, dwaj
złapali go za głow i skr cili mu kark. Potem wło yli my mu na plecy jego tobołek
razem z papierosami i wrzucili my go do Driny. Kto by tam palił takie papierosy!
Rano szukali go, dopytywali si o niego.
- Trzeba było meldowa , e zdezerterował - roztropnie doradził Szwejk - e
ju od dawna si do tego przygotowywał, bo co dzie powtarzał, e zwieje.
- E, kto by tam był zwracał uwag na takie drobnostki - odpowiedział
Vodiczka. - Zrobili my swoje, a o reszt nie kłopotali my si . Tam w Serbii takie
sprawy były bardzo łatwe, bo co dzie kto znikał, a trupów nawet ju z Driny nie
wyławiali. Spuchni te zwłoki Serba płyn ły obok zwłok naszych ołnierzy na
253
falach Driny do Dunaju, a było tego tyle, e niektórzy niedo wiadczeni dostawali
na ten widok gor czki.
- Trzeba im było da chininy - rzekł Szwejk.
Weszli wła nie do baraku, w którym mie ciły si kancelarie s du
dywizyjnego, i patrol zaprowadził ich natychmiast do kancelarii numer 8, gdzie
za długim stołem, zawalonym mnóstwem papierów, siedział audytor Ruller.
Pod r k miał jaki tom kodeksu karnego, a na nim stała nie dopita szklanka
herbaty. Po prawej stronie stołu stał krucyfiks z imitacji ko ci słoniowej z
zakurzonym Chrystusem, który rozpaczliwie spogl dał na postument swego
krzy a zanieczyszczony popiołem i niedopałkami papierosów.
Audytor Ruller ku wi kszemu cierpieniu Ukrzy owanego strzepywał wła nie
popiół z papierosa na postument krzy a, a drug r k podnosił szklank z
herbat , przylepion do okładki kodeksu.
Oderwawszy szklank od kodeksu, nadal przewracał kartki w ksi ce
wypo yczonej z biblioteki kasyna oficerskiego.
Była to ksi ka Fr. S. Krausego z obiecuj cym nagłówkiem: Forschungen zur
Entwicklungsgeschichte der geschlechtlichen Moral.
Zapatrzywszy si na naiwne rysunki m skich i e skich genitaliów z
odpowiednimi wierszykami, które odkrył uczony Fr. S. Kraus w wychodkach
Dworca Zachodniego w Berlinie, audytor nie zwrócił uwagi na przybyłych.
Dopiero znacz cy kaszel Vodiczki wyrwał go z gł bokiej zadumy, która
towarzyszyła obserwacji zdobyczy nauki.
- Was geht los? - zapytał przerzucaj c dalej kartki i szukaj c dalszego ci gu
naiwnych rysuneczków, szkiców i wierszyków.
- Posłusznie melduj , panie audytor - odpowiedział Szwejk - e kolega
Vodiczka zazi bił si i teraz kaszle.
Audytor Ruller teraz dopiero spojrzał na Szwejka i na Vodiczk . Starał si
nada swej twarzy wyraz surowo ci.
- Gdzie cie si włóczyli, włócz gi? - rzekł grzebi c si w kupie papierów
le cych na stole. - Kazałem wam stawi si o dziewi tej, a tymczasem niedaleko
jedenasta.
- Jak stoisz, ty o le jeden! - krzykn ł na Vodiczk , który pozwolił sobie stan
jakby na „spocznij”. Jak powiem: „ruht!” - to b dziesz mógł robi z kulasami, co
ci si b dzie podobało.
- Posłusznie melduj , panie audytor - odezwał si Szwejk - e on ma
reumatyzm.
- A ty stul pysk - rzekł audytor Ruller. - Jak si zapytam, to b dziesz
odpowiadał. Trzy razy byłe u mnie na badaniu i sam diabeł wie, kiedy to si
sko czy. Gdzie mi si te papierzyska pozapodziewały? Mam ja z wami, wy łotry
sko czone, krzy Pa ski. Ale takie fatygowanie s du nie wyjdzie wam na dobre.
Patrzcie, łajdaki, ile trzeba było napisa - rzekł wyjmuj c spo ród kupy papierów
du y fascykuł z napisem: „Schwejk & Woditschka”.
- Nie wyobra ajcie sobie, e b dziecie tu piecuchowali w areszcie s du
dywizyjnego i wymigacie si na długi czas od frontu. Dla jakiej głupiej bijatyki
nie uwolnicie si od słu by na froncie. Przez was, wy cymbały, musiałem
telefonowa a do armeegerichtu.
254
Audytor westchn ł.
- Nie rób takiej powa nej miny, Szwejku - mówił dalej - bo na froncie to ci si
odechce bi z jakimi honwedami. Dochodzenie przeciwko wam zostaje umorzone, ka dy z was udaje si do swego oddziału, ukarani b dziecie przy raporcie,
a potem pójdziecie z kompani marszow na front. Je li jeszcze raz wpadniecie
mi w r ce, wy łotry, to zobaczycie, jak z wami zata cz . Macie tu ka dy swój
dokument zwalniaj cy i zachowujcie si przyzwoicie. Odprowadzi ich pod
numer 2.
- Posłusznie melduj , panie audytor - rzekł Szwejk - e słowa pa skie
bierzemy obaj do serca i e bardzo panu dzi kujemy za pa sk dobro . Gdyby to
było w cywilu, to pozwoliłbym sobie powiedzie , e pan jest złoty człowiek.
Zarazem obaj winni my prosi pana o przebaczenie, e pan musiał trudzi si dla
nas tak bardzo. Nie zasługujemy na to wcale.
- No to id cie ju do wszystkich diabłów! - wrzasn ł audytor na Szwejka.
Gdyby nie pan pułkownik Schröder, który wstawił si za wami, to nie wiem, jak
by si ta sprawa dla was zako czyła.
Vodiczka odzyskał swój dawny humor dopiero na korytarzu, gdy patrol
prowadził ich obu do kancelarii pod numer 2.
ołnierz, który ich prowadził, bał si , e mo e przyj za pó no na obiad, wi c
przynaglał:
- Ruszajcie troch wawiej, moi kochani, bo wleczecie si jak muchy w smole.
Na to odpowiedział ołnierzowi Vodiczka, eby stulił g b i uwa ał za
szcz cie, e jest Czechem, bo gdyby był W grem, toby go rozdarł jak ledzia.
Poniewa pisarze z kancelarii wojskowej poszli na obiad, wi c ołnierz, który
obu aresztantów prowadził, zmuszony był zaprowadzi ich z powrotem do
wi zienia dywizyjnego, przy czym nie obeszło si z jego strony bez przeklinania
nienawistnej rasy pisarzy wojskowych.
- Koledzy znowu pozbieraj mi z zupy wszystek tłuszcz - zacz ł lamentowa a zamiast mi sa dostan jaki n dzny ochłap. Wczoraj eskortowałem te takich
dwóch do obozu i kto ze arł mi pół bochenka komi niaka wie o dla mnie
fasowanego.
- Wy tu wszyscy przy s dzie dywizyjnym nie my licie o niczym innym, tylko o
arciu - rzekł Vodiczka, który całkowicie odzyskał swój rezon.
Dowiedziawszy si o decyzji audytora co do Szwejka i Vodiczki, jednoroczny
ochotnik rzekł:
- A wi c kompania marszowa, przyjaciele! No to powiem wam słowami
czasopisma czeskich turystów: „Dobrego wiatru!” Prace przygotowawcze do
drogi ju s poczynione, o wszystko postarała si wysoka administracja
wojskowa; wi c powinna wam si wietnie uda wycieczka do Galicji. Ruszajcie
w wiat z my l wesoł i z sercem lekkim a radosnym. Umiejcie oceni pi kno
krajobrazu ozdobionego rowami strzeleckimi. Pi kne to i wysoce interesuj ce. Na
dalekiej obczy nie czu si b dziecie jak w okolicy dobrze wam znanej czy mo e
nawet jak w wiosce rodzinnej. Z uczuciem wzniosłym ruszycie w strony, o
których ju stary Humboldt pisał: „Na całym wiecie nie widziałem nic
wspanialszego nad t poczciw Galicj .” Obfite i cenne do wiadczenia, zdobyte
przez nasze sławne wojska przy odwrocie z Galicji w czasie pierwszego wypadu,
255
b d dla naszych nowych wypraw wojennych nieoszacowanym ródłem
wskazówek i nie pozostan bez wpływu przy układaniu programu drogiej
podró y w tamte strony. Walcie prosto przed siebie, do Rosji, i z uciechy
wystrzelajcie wszystkie naboje w powietrze.
Przed odej ciem Szwejka i Vodiczki do kancelarii podszedł ku nim
niefortunny nauczyciel, który dostał si do wi zienia za swoje uzdolnienie
poetyckie, i odprowadziwszy obu na bok, szepn ł im tajemniczo:
- Jak tylko dostaniecie si poza front do Rosji, nie zapomnijcie rzec na
powitanie: „Zdrastwujtie, russkije bratja, my bratja Czechi, my nie Awstrijcy.”
Wychodz c z baraku, Vodiczka, który chciał zamanifestowa swoj
nieprzejednan nienawi dla Madziarów i da dowód, e wi zienie w niczym nie
zachwiało jego przekona , nadepn ł na nog W growi, który nie chciał słu y w
wojsku, i wrzasn ł:
- Obuj si , badylu!
- eby był pisn ł - rzekł potem saper Vodiczka do Szwejka - eby si był
ozwał jednym słówkiem, tobym mu był jego madziarsk jadaczk rozdarł od
ucha do ucha. A ten cymbał milczy i pozwala sobie depta po nogach. Herrgott,
Szwejku, w ciec si mo na, e nie zostałem skazany. Przecie to wygl da tak
samo, jakby sobie z nas kpili, e cała ta awantura z Madziarami gadania
niewarta. A bili my si chyba zdrowo. Czy nie? Wszystkiemu ty jeste winien, e
nas nie skazali i e dali nam takie papiery, jakby my si nawet porz dnie pobi
nie umieli. Co sobie tacy o nas my l ? Przecie zrobili my całkiem przyzwoity
konflikt.
- Mój kochany - rzekł poczciwy Szwejk - ja nie rozumiem twego frasunku z
tego powodu, e s d dywizyjny uznał nas za ludzi przyzwoitych, którym niczego
zarzuci nie mo na. Oczywi cie, e na badaniu wykr całem si , jak mogłem, bo
przed s dami zawsze trzeba kłama , jak poucza adwokat Bass swoich klientów.
Taki ju jest obowi zek pods dnego. Gdy pan audytor pytał mnie, z jakiej racji
wtargn li my do mieszkania pana Kakonyi, odpowiedziałem mu rzetelnie:
„My lałem, prosz pana, e najlepiej poznamy si z panem Kakonyi, gdy go
b dziemy odwiedzali.” Pan audytor o nic wi cej mnie nie pytał i miał ju tego
do . Zapami taj sobie, kolego - wywodził Szwejk dalej - e przed s dem
wojskowym do niczego przyznawa si nie nale y. Kiedym siedział w areszcie
s du garnizonowego, to jaki ołnierzyna w s siednim cymrze przyznał si tam
do czego . Inni tak si na niego o to rozgniewali, e go sprali na kwa ne jabłko i
nakazali mu wszystko odwoła .
- ebym si dopu cił czego niehonorowego, tobym si nie przyznał - rzekł
saper Vodiczka - ale tak, gdy si mnie ten smyk audytorski zapytał: „Bili cie
si ?” - tom mu rzetelnie odpowiedział: „Tak jest, biłem si .” „Sponiewierali cie
kogo?” „Przypuszczam, e sponiewierałem.” „Czy zranili cie kogo przy tej
sposobno ci?” „Starałem si , panie audytorze.” Niech wie, z kim ma do czynienia.
I w tym wła nie cały wstyd, e nas pomimo wszystko uwolnili. Wygl da na to, e
mi nie chc wierzy , i na łbach tych łobuzów przetr ciłem bagnet, e narobiłem
z nich makaronu, nabiłem guzów i si ców. Sam przecie widziałe , jak w pewnej
chwili rzuciło si na mnie trzech takich psubratów madziarskich, a niebawem
le eli na ziemi, a ja deptałem po nich, ile wlazło. A po tym wszystkim taki
256
smarkaty audytorek we mie i przerwie dochodzenie, jakby chciał powiedzie :
„Nie gadaj i nie chwal si , bo i tak ci nic nie uwierz , e si umiesz porz dnie
bi ”. Jak si wojna sko czy i nastan czasy cywilne, to ja go sobie, oferm ,
poszukam i poka mu, czy si bi umiem, czy nie umiem. Potem przyjad tutaj
do Királyhíd i zrobi takie piekło, jakiego jeszcze nie było. Do piwnicy b d si
ludziska chowali, gdy si dowiedz , e przyjechałem spra tych łapserdaków i
łobuzów w Királyhíd.
W kancelarii wszystko załatwione zostało bardzo szybko. Jaki feldfebel z
g b jeszcze tłust po obiedzie podał Szwejkowi i Vodiczce papiery z min bardzo
powa n i korzystaj c ze sposobno ci wygłosił do nich przemówienie, odwołuj c
si do ich ducha ołnierskiego, a poniewa był wasserpolakiem, wi c przemówienie przeplatał ró nymi zwrotami swego narzecza, jak np.: „małpy zielone”,
„głupie rolmopsy”, „fujary nadziewane”, „ wi skie ryje”, „pra was po waszych
głupich mordach” itp.
Kiedy przyjaciele rozstawali si ze sob , poniewa ka dego odstawiono do
jego oddziału, Szwejk rzekł:
- Jak si wojna sko czy, to przyjd do mnie w odwiedziny. Co wieczór od
szóstej zastaniesz mnie „Pod Kielichem” na Boisku.
- Ma si wiedzie , e przyjd - odpowiedział Vodiczka. - A b dzie tam jaka
rozróbka?
- Awantury trafiaj si tam bardzo cz sto, a gdyby wypadło czeka
przydługo, to sobie jako poradzimy.
Rozeszli si , a gdy dzieliło ich ju kilkadziesi t kroków, stary saper Vodiczka
odwrócił si i zawołał:
- No to pami taj i postaraj si , eby było wesoło, jak przyjd do ciebie!
Na co Szwejk odpowiedział:
- Ale pami taj, eby przyszedł, jak tylko sko czy si ta wojna! - Oddalali si
od siebie coraz bardziej i dopiero po chwili odezwał si głos Vodiczki zza którego
baraku:
- Szwejku, Szwejku! Czy dobre maj piwo „Pod Kielichem”? - Niby echo
odpowiedział z daleka głos Szwejka:
- Wielkopopovickie.
- My lałem, e smichowskie - wołał z dala saper Vodiczka.
- S tam te fajne dziewczynki! - gło no krzyczał Szwejk.
- A wi c po wojnie o szóstej wieczorem! - wołał z oddali Vodiczka.
- Przyjd lepiej o pół do siódmej, bo mog si czasem spó ni ! - doradzał
Szwejk.
Potem jeszcze raz, ale ju z bardzo daleka wołał Vodiczka:
- A o szóstej nie mógłby przyj ?
- No to przyjd o szóstej! - słyszał Vodiczka odpowied oddalaj cego si
kolegi.
Tak rozstał si dobry wojak Szwejk ze starym saperem Vodiczka. Wenn die
Leute auseinander gehen, da sagen sich auf Wiedersehen!
257
Rozdział 20
Z BRUCKU NAD LITW KU SOKALWI
Porucznik Lukasz biegał zdenerwowany po kancelarii 11 kompanii
marszowej. Kancelaria ta była ciemn , obrzydliw dziur w baraku kompanii,
oddzielon od pomieszczenia ołnierzy przepierzeniem z desek. Był w tej
kancelarii stół, dwa krzesła, ba ka do nafty i prycza.
Przed porucznikiem stał feldfebel Vaniek, który tu w kancelarii układał
zazwyczaj listy do wypłaty ołdu, prowadził rachunki kuchni dla szeregowców,
był ministrem finansów kompanii, siedział tu przez cały bo y dzie i tutaj te
sypiał w nocy.
Przy drzwiach stał gruby szeregowiec, brodaty jak Madej. Był to Baloun,
nowy pucybut porucznika, w cywilu młynarz z okolic Czeskiego Krumlova.
- Wybrał mi pan doprawdy znakomitego pucybuta - mówił porucznik Lukasz
do feldfebla rachuby. - Dzi kuj panu serdecznie za t mił niespodziank . Zaraz
pierwszego dnia, jak tylko posłałem go po obiad do kuchni oficerskiej, ze arł mi
połow .
- Rozlało mi si - rzekł gruby olbrzym.
- No dobrze, rozlało ci si . Ale rozla mogłe tylko zup albo sos, nie za
frankfurck piecze . Przecie przyniosłe mi taki kawałeczek, co brudu za
paznokciem. A gdzie podziałe strudel?
- Strudel? Ja...
- Nie zapieraj si , bo go ze arł.
Ostatnie słowa wymówił porucznik Lukasz z tak powag i tak ostro, e
Baloun mimo woli cofn ł si o dwa kroki.
- Informowałem si w kuchni, co mieli my dzisiaj na obiad. Do zupy były na
przykład kluseczki z w tróbki. Gdzie podziałe te kluseczki? Powyci gałe jedn
po drugiej i ze arłe po drodze. Nast pnie była wołowina z ogórkiem. Co z tym
zrobił? Te ze arłe . Dwa płaty pieczeni frankfurckiej, a ty mi przyniósł pół
kawałka. Były dwa kawałki strudla. Gdzie go podział? Ze arłe wszystko, ty
winio n dzna, mizerna. Pytam si , gdzie zaprzepa ciłe strudel? A, w błoto ci
wpadł? Ty draniu jeden! Mo e poka esz mi miejsce, gdzie le y ten strudel w
błocie? A, pies przyleciał jak na zawołanie, złapał go i uciekł z nim. Jezus Maria,
przecie ja ci tak spior po pysku, e b dziesz miał łeb jak szaflik! Jeszcze si ta
winia zapiera. Przecie ci widzieli. Wiesz, kto ci widział? Rechnungsfeldfebel
Vaniek widział ci na własne oczy. Przyszedł do mnie i mówi: „Posłusznie
melduj , panie oberlejtnant, e ta pa ska winia, Baloun, re pa ski obiad.”
Wyjrzałem oknem, a ten re mój obiad tak łapczywie, jakby przez cały tydzie
nic nie jadł. Słuchajcie no, rechnungsfeldfebel, czy naprawd nie mogłe pan
wyszuka dla mnie innego bydlaka, tylko akurat takiego?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e Baloun wydawał mi si z całej
naszej kompanii marszowej najporz dniejszym człowiekiem. Taki z niego
niezguła, e nie mo e zapami ta ani jednego chwytu, a jakby mu da w r k
karabin, to jeszcze by si stało jakie nieszcz cie. Podczas ostatniego wiczenia
258
lepymi nabojami o mały figiel byłby wystrzelił w oko s siadowi. My lałem wi c,
e przyda si przynajmniej w takiej słu bie.
- I b dzie po erał moje obiady - rzekł porucznik Lukasz - jakby mu nie
wystarczała jego własna porcja! Mo e masz jeszcze na co apetyt?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e ci gle jestem głodny. Je li czasem
zbywa komu kawałek chleba, to od niego kupuj ten chleb za papierosy, ale to
wszystko mało. Ja mam ju tak natur . Czasem zdaje mi si , e ju jestem syty,
ale gdzie tam! Za chwil po jedzeniu zaczyna mi krucze w brzuchu i mój dra ski
oł dek znowu domaga si arcia. Bywa i tak, e mi si zdaje, e si przejadłem i
e ju by si w oł dku nic nie zmie ciło, ale to si tylko tak zdaje. Jak tylko
zobacz , e kto je albo poczuj zapach jedzenia, to mi w oł dku robi tak pusto,
e a si na płacz zbiera. oł dek zaczyna domaga si swoich praw, a ja
połykałbym w takiej chwili kamienie. Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e
ju prosiłem, eby mi wydali podwójn porcj . W Budziejowicach zachodziłem z
tego powodu do pułkowego doktora, a doktor zamiast mi pomóc, kazał mnie
zabra na trzy dni do lazaretu i dawa mi raz na dzie garnuszek czystej
polewki.” Ja ci , powiada, ty kanalio, naucz by głodnym! Jak mi tu przyjdziesz
jeszcze raz, to wyjdziesz ode mnie jak tyczka chmielowa!” Mnie nie potrzeba,
panie oberlejtnant, jakich dobrych rzeczy, bo nawet najzwyczajniejsze
pobudzaj mój apetyt, a mi si liny robi . Posłusznie melduj , panie
oberlejtnant, i prosz grzecznie, eby mi została przyznana druga porcja. Gdyby
nie starczyło mi sa, to przynajmniej te dodatki, jak na przykład kartofle, kluski,
troch sosu... Tych rzeczy zawsze sporo zostaje.
- Dobrze. Wysłuchałem cierpliwie twoje zuchwalstwa, Balounie odpowiedział porucznik Lukasz, a zwracaj c si do feldfebla, pytał: - Słyszał pan
kiedy, panie rechnungsfeldfebel, aby ołnierz dawniejszy odwa ył si na tak
zuchwało jak ten drab? Ze arł mi obiad i jeszcze chce, eby mu została
przyznana podwójna porcja. Ale ja ci, Balounie, jeszcze poka , a ci to bokiem
wyjdzie!
- Sie, rechnungsfeldfebel - zwrócił si porucznik do Va ka - zaprowad go do
kaprala Weidenhofera, eby go przywi zał do słupka dzi wieczorem na dwie
godziny, i to na dziedzi cu koło kuchni, jak b d wydawali gulasz. Niech go
przywi e do słupka porz dnie wysoko, eby stał na paluszkach i eby widział,
jak si ten gulasz b dzie gotował. I niech pan wyda rozporz dzenie, eby Baloun
był przywi zany do słupka i wówczas jeszcze, gdy gulasz b dzie wydawany, eby
mu liny z pyska leciały jak głodnej suce, przyczajonej koło w dliniarni.
Kucharzowi powiedzie , eby jego porcj rozdał.
- Rozkaz, panie oberlejtnant. Chod cie, Balounie!
Gdy si oddalili, porucznik zatrzymał ich we drzwiach i spogl daj c w twarz
wystraszonego Balouna, mówił głosem triumfuj cym:
- Ładnie si urz dził, Balounie. Smacznego! A je li jeszcze raz zrobisz mi co
podobnego, to bez miłosierdzia oddam ci pod s d polowy.
Gdy Vaniek wrócił i oznajmił porucznikowi, e Baloun jest ju przywi zany
do słupka, Lukasz rzekł:
- Znasz mnie pan dobrze, e takich rzeczy robi nie lubi , ale nie ma rady. Po
pierwsze, sam pan przyznasz, e gdy psu odbieraj gnat, to warczy. Nie chc mie
259
przy sobie takiego podłego draba, a po drugie, ju sam fakt, e Baloun został
przywi zany do słupka, wywrze wpływ moralny i psychologiczny na wszystkich
szeregowców. Od chwili gdy si dowiedzieli, e jutro albo pojutrze pójd na front,
chłopiska nie słuchaj i ka dy robi, co mu si podoba.
Porucznik Lukasz miał min człowieka bardzo przygn bionego i cichym
głosem mówił dalej:
- Onegdaj podczas wicze nocnych mieli my manewrowa przeciwko szkole
jednorocznych ochotników za cukrowni . Pierwszy pluton, stra przednia,
jeszcze wzgl dnie cicho szedł szos , bo ja go sam prowadziłem, ale drugi, który
miał i na lewo i rozsyła patrole pod cukrowni , spacerował, jakby wracał z
majówki. piewali i hałasowali, e chyba słycha było te hałasy a w obozie.
Nast pnie na prawym skrzydle trzeci pluton miał spenetrowa teren pod lasem.
Oddalony był od nas o dobre dziesi minut i nawet z takiego oddalenia wida
było, jak te gałgany pal papierosy: ognik przy ogniku arzył si w ciemno ciach
nocy. Czwarty pluton miał by stra tyln i diabli wiedz , jak to si stało, e
wynurzył si nagle przed nosem naszej stra y przedniej, tak e był uwa any za
nieprzyjaciela, a ja musiałem cofa si przed własn stra tyln , która na mnie
nacierała. Taka jest 11 kompania, któr odziedziczyłem. Co mo na z takich ludzi
zrobi ? Jak b d post powali w prawdziwej bitwie?
Porucznik Lukasz składał r ce jak ci ko do wiadczony m czennik, a koniec
jego nosa zaostrzył si .
- Niech si pan tym wszystkim nie przejmuje, panie oberlejtnant - pocieszał go
sier ant rachuby Vaniek. - Nie warto sobie suszy głowy takimi rzeczami.
Słu yłem ju w trzech kompaniach marszowych, ka d rozbili nam razem z
całym batalionem i musieli my formowa si na nowo. I wszystkie kompanie
marszowe były akurat takie same jak pa ska, panie oberlejtnant, ani jedna nie
była lepsza. Najgorsza była 9: zawlokła z sob do niewoli wszystkie szar e razem
z dowódc kompanii. Mnie uratowało tylko to, e byłem przy taborach
pułkowych, gdzie fasowałem dla kompanii rum i wino, wi c cała ta heca odbyła
si beze mnie. A czy nie słyszał pan, panie oberlejtnant, e podczas tego
ostatniego wiczenia nocnego, o którym pan wła nie mówił, szkoła jednorocznych
ochotników, która miała okr y pa sk kompani , dostała si a nad Jezioro
Nezyderskie? Maszerowała sobie pi knie i ładnie wci za nosem, a do samego
rana, a forpoczty dostały si a do przybrze nych bajor. I to jeszcze prowadził ich
sam pan kapitan Sagner. Gdyby nie wit, to byliby dotarli mo e do samego
Sopron - mówił tajemniczo feldfebel rachuby, bo bardzo lubił podobne wypadki i
miał je wszystkie w ewidencji.
- Pewno pan ju słyszał - rzekł jeszcze Vaniek mrugaj c poufale - e pan
kapitan Sagner ma zosta naszym dowódc batalionu. Wszyscy byli zrazu
przekonani razem ze sztabsfeldfeblem Hegnerem, e dowódc batalionu b dzie
pan, poniewa jest pan u nas najstarszym oficerem, a potem przyszedł z dywizji
do brygady jaki papier z mianowaniem kapitana Sagnera.
Porucznik Lukasz zagryzł usta i zapalił papierosa. Wiedział o tym i był
przekonany, i dzieje mu si krzywda. Kapitan Sagner ju dwa razy ubiegł go w
awansie. Irytowało go to, ale nie rzekł nic, tylko machn ł r k .
- Ba, kapitan Sagner...
260
- Mnie to wcale nie cieszy - poufale rzekł feldfebel rachuby. - Opowiadał nam
sztabsfeldfebel Hegner, e na pocz tku pan kapitan Sagner chciał si odznaczy
w Serbii, gdzie w pobli u Czarnej Góry, i p dził jedn kompani swego
batalionu za drug na serbskie karabiny maszynowe, aczkolwiek nie zdało si to
na nic, bo to nie była robota dla piechoty, ale dla artylerii, która jedynie mogła
Serbów stamt d wykurzy . Z całego batalionu pozostało wszystkiego
osiemdziesi t chłopa. Pan kapitan Sagner sam dostał postrzał w r k , a potem w
szpitalu zaraził si jeszcze dyzenteri i znowu pojawił si w pułku w
Budziejowicach, a wczoraj wieczorem miał opowiada w kasynie, e si cieszy, i
odchodzi na front, bo cho by cały batalion miał po wi ci , to jednak poka e, co
umie, i dostanie signum laudis. Za Serbi , powiada, dostał po nosie, ale teraz albo
zginie z całym marszbatalionem, albo zostanie mianowany oberlejtnantem. Ale
batalion musi pozna wojn na własnej skórze. S dz , panie oberlejtnant, e takie
ryzykanctwo musi obchodzi i nas. Niedawno opowiadał nam sztabsfeldfebel, e
kapitan Sagner nie bardzo panu sprzyja i e nasz 11 kompani wy le do boju na
pierwszy ogie i na miejsce najstraszniejsze.
Sier ant rachuby westchn ł.
- Ja s dz , e w takiej wojnie jak obecna, kiedy tyle jest wojska i taki długi
front, wi cej mo na osi gn porz dnym manewrowaniem ni rozpaczliwymi
atakami. Widziałem, jak było pod Dukl z 10 kompani . Wszystko odbyło si
sprawnie i gładko. Przyszedł rozkaz: „Nicht schiessen” - wi c nikt nie strzelał i
czekali my, a Rosjanie podeszli do nas na krótk odległo . Byliby my ich wzi li
do niewoli bez wielkiego kłopotu, tylko e wtedy na lewym skrzydle mieli my
idiotycznych landwerzystów, a ci dostali takiego pietra na widok zbli aj cych si
Rosjan, e zacz li dawa d ba i zje d a ze zbocza po niegu jak przy
saneczkowaniu, a my dostali my rozkaz przebi si do brygady, bo Rosjanie
przerwali lewe skrzydło. Byłem akurat wtedy w brygadzie, eby mi tam podpisali
kompanieverpflegungsbuch, poniewa nie mogłem znale naszego taboru
pułkowego, i wtedy zacz li si do brygady zlatywa pierwsi szeregowcy z 10
kompanii. Do wieczora przyszło ich ze stu dwudziestu, reszta za zjechała po
niegu do Moskali jak w jakim toboganie. Tam była straszna sytuacja, bo
Rosjanie mieli w Karpatach stanowiska u góry i na dole. A nast pnie, panie
oberlejtnant, pan kapitan Sagner...
- Daj mi pan spokój z panem kapitanem Sagnerem - rzekł porucznik Lukasz.
- Ja to wszystko znam. Tylko nie my l pan sobie, e jak b dzie szturm i bitwa, to
znów całkiem przypadkowo znajdzie si pan przy taborze pułkowym i b dzie pan
fasował rum i wino. Zwrócono mi ju uwag , e pan strasznie pije. Zreszt , kto
spojrzy na pa ski czerwony nos, ten od razu widzi, z kim ma do czynienia.
- To z Karpat, panie oberlejtnant, tam trzeba było pi . Mena dostarczano
nam zimny, okopy były w niegu, nie wolno było nieci ognia, wi c trzymał nas
przy yciu tylko rum. I to jeszcze dzi ki mojej zapobiegliwo ci, bo w innych
kompaniach nie umieli postara si o niego i ludzie marzli jak muchy. Za to w
naszej kompanii wszyscy podostawali czerwone nosy od rumu, ale miało to tak e
swoje ciemne strony, bo z batalionu przyszedł rozkaz, eby na patrolowanie
wychodzili tylko ci szeregowcy, którzy maj czerwone nosy.
- No, tym razem zima ju za nami - rzekł z naciskiem porucznik.
261
- Rum jest ołnierzowi potrzebny w ka dej porze roku tak samo jak wino.
Wytwarza on, e tak powiem, dobry humor. Za pół miarki wina i wier litra
rumu ludzie bij si ch tnie, z kim popadnie... Co za bydl puka do drzwi? Nie
widzi na drzwiach napisu: „Nicht klopfen! Herein!”
Porucznik odwrócił si na krze le ku drzwiom i zauwa ył, e otwieraj si one
powoli i ostro nie. Równie cicho wkroczył do kancelarii 11 kompanii marszowej
dobry wojak Szwejk salutuj c ju od drzwi. Prawdopodobnie salutował ju
wówczas, gdy na drzwiach odczytywał napis: „Nicht klopfen” i stukał.
Jego salutowanie było jakby radosnym uzupełnieniem jego bezgranicznie
zadowolonej, beztroskiej twarzy. Wygl dał jak grecki bóg złodziei w
prozaicznym mundurze austriackiego piechura.
Porucznik Lukasz na chwil przymkn ł oczy, jakby unikaj c spojrzenia
dobrego wojaka Szwejka, który zdawał si nim ciska i całowa swego
przeło onego.
Tak musiał niezawodnie spogl da syn marnotrawny na ojca swego po
powrocie do domu, gdy ojciec na jego przyj cie obracał na ro nie tłustego
barana.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e znowu jestem - odezwał si od
progu Szwejk z tak szczer prostot , e porucznik Lukasz oprzytomniał w
jednej chwili. Gdy pułkownik Schröder powiedział mu, e Szwejk wróci do niego
jako ordynans kompanii, Lukasz oddalał w duchu chwil spotkania ze swoim
byłym słu cym. Co dzie rano powtarzał sobie mił obietnic :
- On jeszcze dzisiaj nie przyjdzie, zbroi pewno co takiego, e b d musieli go
zatrzyma .
Wszystkie te kombinacje rozpłyn ły si jak dym w chwili, gdy Szwejk wszedł
do kancelarii w sposób tak miły i prosty.
Szwejk spojrzał nast pnie na feldfebla rachuby i z miłym u miechem podał
mu papiery, które wyj ł z kieszeni płaszcza.
- Posłusznie melduj , panie rechnungsfeldfebel, e te papiery, które wydano
mi w kancelarii pułku, mam odda panu. To niby o ołd idzie i zapisanie mnie na
Verpflegung.
Szwejk poruszał si w kancelarii 11 kompanii marszowej z tak ujmuj c
swobod towarzysk , jakby był najmilszym koleg feldfebla Va ka, który na t
poufało zareagował prostymi słowy:
- Prosz poło y na stole.
- Zrobiłby pan bardzo dobrze, Sie Rechnungsfeldfebel, gdyby pan wyszedł i
pozostawił mnie ze Szwejkiem sam na sam - rzekł porucznik Lukasz.
Vaniek wyszedł, ale przystan ł za drzwiami, aby podsłuchiwa , co ci dwaj
maj sobie do powiedzenia.
Zrazu nie słyszał nic, bo Szwejk i porucznik Lukasz milczeli. Obaj długo
spogl dali na siebie i obserwowali si wzajemnie. Lukasz spogl dał na Szwejka,
jakby go chciał zahipnotyzowa , jak to czyni kogut, który spogl da na kur
przygotowuj c si do napadni cia na ni .
Szwejk, jak zawsze, patrzył przed siebie spokojnie i obejmował porucznika
spojrzeniem mi kkim i tkliwym, jakby chciał powiedzie :
262
„Wi c znowu jeste my razem, serde ko słodkie. Teraz nic ju nas nie
rozł czy, goł bku drogi.”
Gdy porucznik Lukasz milczał troch przydługo, oczy Szwejka pełne tkliwego
wyrzutu zdawały si mówi : „Powiedz e mi co , miły mój, przemów do mnie!”
Porucznik Lukasz przerwał to m cz ce milczenie słowami, w które starał si
wło y jak najwi cej zło liwej ironii:
- Uprzejmie was witam, mój Szwejku. Dzi kuj za odwiedziny takiego wielce
miłego go cia!
Ale nie utrzymał si w tym tonie. Zło dni minionych odezwała si w nim tak
mocno, e pi ci hukn ł w stół z całej siły, a kałamarz podskoczył, a atrament
trysn ł na list ołdu i powalał j . Porucznik rzucił si ku Szwejkowi, stan ł tu
przed nim i wrzasn ł:
- Ach, ty bydl jedno! - i zacz ł biega po ciasnej kancelarii, a za ka dym
razem, gdy mijał Szwejka, spluwał.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant - rzekł Szwejk, gdy porucznik
Lukasz nie przestawał chodzi i drze papierów, po które si gał, gdy przechodził
obok stołu - e list oddałem, jak si nale y. Znalazłem szcz liwie pani Kakonyi i
musz przyzna , e jest to kobieta bardzo ładna. Widziałem j wprawdzie tylko
przez chwil , gdy płakała...
Porucznik Lukasz usiadł na pryczy podoficera rachuby i zawołał głosem
zachrypłym:
- Kiedy si to wszystko sko czy, do stu diabłów? - Szwejk mówił dalej, jakby
nigdy nic:
- Potem spotkała mnie drobna przykro , ale wszystko wzi łem na siebie. Co
prawda, nie chcieli mi wierzy , e my sobie pisujemy z t pani , wi c wolałem list
połkn , gdy si nadarzyła okazja, eby ich wyprowadzi w pole. Potem sam ju
nie pami tam, w jaki sposób wpl tałem si w jak nieznaczn awanturk . Ale i z
tego si wygrzebałem. Niewinno moja okazała si w całej pełni, zostałem
odesłany do regimentsraportu, a dochodzenie ledcze przeciwko mnie zostało
umorzone. W kancelarii pułkowej czekałem par minut na pana obersta, który
troch pour gał i kazał mi, ebym si zaraz zameldował u pana jako ordynans
kompanii i ebym panu powiedział, e ma pan zaraz przyj do pana obersta w
sprawie kompanii marszowej. B dzie ju chyba pół godziny od tego czasu, ale
pan oberst nie wiedział przecie, e mnie jeszcze raz zaci gn do kancelarii i e
b d musiał siedzie tam przeszło kwadrans, poniewa miałem zatrzymany ołd
za te wszystkie dni i mieli mi go wypłaci w pułku, a nie w kompanii, bo zapisany
byłem jako regimentsarrestant. W ogóle wszystko tam jest popl tane i
pomieszane tak bardzo, e mo na było zgłupie z tego...
Porucznik Lukasz ubierał si szybko, słysz c, e ju od pół godziny czeka na
niego pułkownik Schröder, i rzekł:
- Znowu przysłu yli cie mi si niezgorzej, mój Szwejku. - Słowa te brzmiały
tak beznadziejnie i było w nich tyle rozpaczy, e Szwejk spróbował uspokoi
porucznika słowem przyjacielskim, które rzucił za nim tonem jak
najspokojniejszym:
- E, prosz pana, pan oberst poczeka, bo i tak nie ma nic do roboty.
263
W chwil po odej ciu porucznika do kancelarii wszedł sier ant rachuby
Vaniek.
Szwejk siedział na krze le i podsycał ogie w elaznym piecyku i to w taki
sposób, e kawałki w gla wrzucał przez otwarte drzwiczki do wn trza. Piecyk
dymił i mierdział, a Szwejk dorzucał w gla dalej, nie zwracaj c uwagi na Va ka,
który przez chwil przygl dał si Szwejkowi, ale w ko cu zamkn ł drzwiczki
kopni ciem i wezwał Szwejka, eby sobie poszedł.
- Panie rechnungsfeldfebel - rzekł z dostoje stwem Szwejk - pozwalam sobie
powiedzie panu, e rozkazu pa skiego usłucha nie mog , chocia poszedłbym
sobie jak najch tniej nie tylko st d, ale i z całego obozu, a nie mog usłucha pana
dlatego, e ja podlegam władzy wy szej.
Milczał przez chwil , a potem dodał z wielkim dostoje stwem:
- Mianowicie jestem tutaj ordynansem kompanii. Pan oberst Schröder
przydzielił mnie do 11 kompanii marszowej do pana oberlejtnanta, u którego
byłem dawniej pucybutem. Za wrodzon roztropno dostałem awans na
ordynansa kompanii. Z panem oberlejtnantem znam si ju od bardzo dawna. A
czym pan jest w cywilu, panie rechnungsfeldfebel?
Feldfebel rachuby Vaniek tak był zaskoczony tym poufałym s siedzkim
tonem dobrego wojaka Szwejka, e zapomniawszy o własnej godno ci, któr lubił
popisywa si wobec szeregowców, odpowiedział, jakby był podwładnym
Szwejka:
- Ja jestem drogista Vaniek z Kralup.
- Ja te byłem kiedy w terminie u drogisty - rzekł Szwejk - u niejakiego pana
Kokoszki na Persztynie w Pradze. Był to wielki dziwak, a gdy razu pewnego
przez pomyłk podpaliłem w jego składzie beczk benzyny, tak e powstał z tego
wielki po ar, wygnał mnie i aden z drogistów ju mnie do terminu przyj nie
chciał. Z powodu takiej idiotycznej beczki benzyny nie mogłem doko czy
terminowania. Czy sprzedaje pan tak e ziółka dla bydła?
Vaniek pokr cił głow .
- U nas wyrabiali my ziółka dla bydła z po wi canymi obrazkami. Bo nasz
pan szef Kokoszka był człowiekiem bardzo pobo nym i wyczytał kiedy w jakiej
ksi ce, e wi ty Pelegrinus bardzo skutecznie pomaga, gdy bydło cierpi na
wzd cie. Wi c w jakiej drukarni na Smichovie kazał sobie nadrukowa
obrazków wi tego Pelegrinusa i kazał je po wi ci w klasztorze emauskim za
dwie cie re skich. A nast pnie dodawali my te obrazki do owych ziółek dla
bydła. Wsypywało si te ziółka do ciepłej wody, krowa sobie piła, a tymczasem
odczytywało si bydl ciu modlitewk do wi tego Pelegrinusa, która była
wydrukowana na odwrotnej stronie obrazka. A t modlitewk uło ył nasz subiekt
pan Tauchen. Było to tak: gdy obrazki wi tego Pelegrinusa były ju
wydrukowane, okazało si , e potrzebna jest modlitewka do umieszczenia na
drugiej stronie obrazka. Wi c nasz stary pan Kokoszka wezwał pewnego
wieczoru pana Tauchena i rzekł mu, eby do razu uło ył modlitewk do tego
obrazka i do tych ziółek i e na dziesi t rano, jak przyjdzie do sklepu,
modlitewka ta musi by ju gotowa, bo trzeba odesła j do drukarni, bo krowy
ju czekaj na t modlitewk . Rozkazał, i tyle! Albo uło y modlitewk i dostanie
re skiego z r czki do r czki, albo mo e sobie za dwa tygodnie i , gdzie b dzie
264
chciał. Pan Tauchen pocił si nad t modlitewka przez cał noc, a gdy rano
przyszedł otwiera sklep, był jak z krzy a zdj ty, a nie miał nic napisanego.
Zapomniał nawet, jak si ten wi ty od ziółek dla krów nazywa. Poratował go w
tej biedzie nasz słu cy Ferdynand. Był to chłopak i do ta ca, i do ró a ca. Gdy
na strychu suszyli my rumianek, to zdejmował buty, łaził po tym rumianku i
uczył nas, jak trzeba robi , eby si nogi nie pociły. Łapał na strychu goł bie,
umiał otwiera biurka, w których były pieni dze, i jeszcze uczył nas robi ró ne
kanty z towarem. Ja poznosiłem sobie do domu tyle ró nych leków, e miałem
aptek lepsz ni w klasztorze Miłosiernych Braci. I ten Ferdynand poratował
pana Tauchena.”Niech pan da, powiada do pana Tauchena, popatrz , co i jak”. A
pan Tauchen zaraz mu z wielkiej uciechy kazał przynie piwa. Zanim
przyniosłem piwo, ju mój Ferdynand miał połow modlitewki i czytał nam:
Z nieba przynosz ziółka wi te,
Ratuj nimi bydło wzd te.
Krowa, wół, jałówka, ciel ,
Niech pije Kokoszki ziele,
Które dobrze smakuje
I od wzd cia ratuje...
Potem za , gdy si napił piwa i poprawił tinktur amar , wszystko poszło jak
po ma le i za chwil modlitewka była gotowa:
wi ty Pelegrinus wynalazł te zioła,
Po dwa re skie paczka, ka dy kupi zdoła.
Chro swe wierne bydło, Pelegrinie wi ty,
Z lubi cymi twe zioła woły i ciel ty!
Niech i gospodarz b dzie razem z bydłem zdrowy,
wi ty Pelegrinusie, chro nam nasze krowy!
Pan Kokoszka przyszedł niebawem i pan Tauchen poszedł za nim do
kantorku, a gdy wyszedł po chwili, pokazywał nam dwa re skie. Nie jeden, jak
mu pan Kokoszka obiecał, ale dwa. I chciał jeden z nich da Ferdynandowi, ale
słu cego op tał nagle szatan mamony. Nie chciał re skiego, ale powiada, aby
wszystko, albo nic. Wi c ten pan Tauchen nie dał mu nic i oba re skie schował do
kieszeni, a mnie zaci gn ł do magazynu, dał mi po łbie i rzekł, e dostan jeszcze
lepiej, gdybym si odwa ył powiedzie , e to nie on napisał t modlitewk . Nawet
gdyby Ferdynand poszedł na skarg do naszego starego, to i tak mam mówi , e
on kłamie. Tak mi rozkazał i musiałem na to przysi c przed balonem estragonu.
Ale nasz Ferdynand zacz ł si m ci na tych ziółkach dla bydła. Mieszali my te
ziółka w wielkich skrzyniach na strychu, a Ferdynand zmiatał zewsz d mysie
łajna i wsypywał do tych ziółek. Zbierał te na ulicach ko skie łajno, suszył je w
domu, tłukł w mo dzierzu na proszek i dodawał to tak e do ziółek dla krów z
obrazkiem wi tego Pelegrinusa. Ale i tej zemsty było mu jeszcze mało. Siusiał
czasem do tych skrzy i nawet gorsze rzeczy robił i mieszał wszystko razem, tak
e zioła te wygl dały jak kasza z otr bami...
265
Odezwał si dzwonek telefonu. Feldfebel złapał słuchawk , ale po chwili
odrzucił j z w ciekło ci i rzekł:
- Musz i do kancelarii pułkowej. Jaki gwałt. Nie podoba mi si to.
Szwejk znowu pozostał sam.
Po chwili znowu zabrzmiał dzwonek telefonu.
- Vaniek? - zamy lił si Szwejk. - Poszedł do kancelarii pułku.
- Kto mówi? - zapytał. - Tutaj ordynans 11 kompanii marszowej.
W telefonie zabrzmiało: „Ordynans 12” - No to serwus, kolego. Jak si
nazywam? Jestem Szwejk. A ty? Braun? Czy to nie twój krewniak kapelusznik
Braun przy ulicy Pobrze nej w Karlinie? Nie znasz go nawet... Ja te nie, tylko
razu pewnego przeje d ałem tramwajem i zauwa yłem t firm . Co nowego? Ja
nic nie wiem. Kiedy pojedziemy? Jeszcze z nikim o odje dzie nie rozmawiałem.
Gdzie to mamy jecha ?
- Z kompani marszow na front, ty fujaro!
- Jeszcze o tym nie słyszałem.
- Ano, to ładny ordynans. Nie wiesz, czy twój lejtnant...
- Przepraszam, je li mój, to oberlejtnant...
- To wszystko jedno. Wi c czy twój oberlejtnant poszedł do obersta na
konferencj ?
- Oberst go wezwał.
- A widzisz. Mój te tam jest i z 13 kompanii te . Wła nie rozmawiałem z
tamtym ordynansem przez telefon. Jako mi si ten gwałt nie podoba. A nie
widziałe czasem, czy si muzykanty pakuj .
- Ja o niczym nie wiem.
- Nie udawaj osła. Wasz rechnungsfeldfebel dostał ju zawiadomienie o
wagonach czy nie? Wielu u was szeregowców?
- Nie wiem.
- Ach, ty małpo jedna! - Zjem ci czy co? (Słycha było głos mówi cy do kogo
stoj cego w pobli u: „We , Franek, drug słuchawk , to zobaczysz, co to za
małpa ten ordynans 11 kompanii.”) Halo, pisz czy co? Odpowiadaj, gdy kolega
pyta. Wi c ty naprawd o niczym nie wiesz? Nie udawaj i nie wypieraj si . Czy
wasz rechnungsfeldfebel nie mówił nic o fasowaniu konserw? Nie mówiłe z nim o
takich rzeczach? Ach, ty ofermo! Wi c ci to nic nie obchodzi? (Słycha miech.)
W ciemi ci wida mocno bili. Je li dowiesz si czego ciekawego, to zatelefonuj
do nas do 12 kompanii marszowej. Mamusin synek z ciebie i fujara. Sk d jeste ?
- Z Pragi.
- No to powiniene by troch dowcipniejszy... I jeszcze jedno - kiedy poszedł
wasz rechnungsfeldfebel do kancelarii?
- Wezwali go przed chwil .
- I trzeba ci dopiero mocno za j zyk poci gn , eby powiedział o tym. Nasz
tak e poszedł przed chwil . Co si na pewno szykuje. Z taborem nie
rozmawiałe ?
- Nie rozmawiałem.
- Ach, Chryste Panie! I jeszcze powiada, e pochodzi z Pragi! I nic ci to
wszystko nie obchodzi? Gdzie latasz całymi dniami?
- Dopiero przed godzin zostałem zwolniony z aresztu s du dywizyjnego.
266
- A, to inna sprawa, kolego. W takim razie jeszcze dzisiaj przyjd do ciebie,
eby si zapozna . Oddzwo dwa razy.
Szwejk chciał sobie zapali fajk , gdy wtem znowu odezwał si telefon.
„Całuj psa w nos z całym swoim telefonem - pomy lał Szwejk. - Akurat, b d
gl dził z byle kim.”
Ale telefon terkotał nieubłaganie dalej, tak e wreszcie stracił Szwejk
cierpliwo . Si gn ł po słuchawk i wrzasn ł:
- Halo, kto tam? Tutaj ordynans Szwejk z 11 kompanii marszowej. - W
odpowiedzi odezwał si głos porucznika Lukasza:
- Co wy tam wszyscy robicie? Gdzie jest Vaniek? Zawołajcie mi go zaraz do
telefonu!
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e niedawno telefonowali...
- Słuchajcie, mój Szwejku: nie mam czasu na adne gl dzenie. Wojskowe
rozmowy telefoniczne to nie pogaw dka okazyjna, jak na przykład, gdy si kogo
przez telefon zaprasza na obiad. Rozmowy telefoniczne musz by krótkie i jasne.
Przy takich rozmowach nie mówi si : „Posłusznie melduj , panie oberlejtnant.”
Nie potrzeba. Wi c pytam si , Szwejku, czy macie pod r k Va ka. Niech zaraz
podejdzie do telefonu.
- Nie mam Va ka pod r k , melduj posłusznie, panie oberlejtnant. Przed
chwil został zawołany st d, z kancelarii, b dzie jaki kwadrans, do kancelarii
pułku.
- Jak wróc , to was naucz moresu! Czy nie mo ecie wyra a si tre ciwie? A
teraz uwa ajcie dobrze, co b d mówił. Czy słyszycie dobrze? eby potem nie
było adnych wykr tów, e w telefonie był szum. Natychmiast, jak tylko
zawiesicie słuchawk ...
Pauza, nowe dzwonienie, Szwejk si ga po słuchawk i wysłuchuje mnóstwa
wyzwisk, którymi zasypuje go porucznik:
- Ach, ty bydl , łotrze, łobuzie! Co ty robisz? Dlaczego przerywasz rozmow ?
- Pan mówił, posłusznie melduj , ebym powiesił słuchawk .
- Za godzin powróc , a wtedy zobaczycie, co to jest udawa idiot ... Id cie
wi c natychmiast do baraku, wyszukajcie jakiego plutonowego, na przykład
Fuchsa, i powiedzcie mu, eby natychmiast wzi ł dziesi ciu szeregowców i eby z
nimi szedł do magazynu po konserwy. Powtórzcie, co ma zrobi ?
- Ma i do magazynu i fasowa konserwy dla kompanii.
- Nareszcie przestali cie si bawłani . Ja tymczasem zatelefonuj do Va ka do
kancelarii pułkowej, eby poszedł tak e do magazynu i przej ł fasunek. Gdyby
tymczasem powrócił do baraku, to niech wszystko rzuca i biegiem p dzi do
magazynu. A teraz zawie cie słuchawk .
Szwejk przez do dług chwil daremnie szukał nie tylko plutonowego
Fuchsa, ale i innych podoficerów. Byli w kuchni, ogryzali ko ci i bawili si
widokiem Balouna przywi zanego do słupka. Stał mocno na ziemi na całych
stopach, bo si nad nim zlitowali i pofolgowali mu troch , ale przedstawiał widok
interesuj cy z innej przyczyny. Jeden z kucharzy przyniósł mu ebro z mi sem i
wsun ł mu je w usta, a sp tany olbrzym Baloun, nie mog c manipulowa r koma,
ostro nie przesuwał ko w ustach przy pomocy warg i z bów i ogryzał resztki
mi sa z wyrazem dzikusa.
267
- Któ z was b dzie tutaj plutonowy Fuchs? - zapytał Szwejk doszukawszy si
wreszcie podoficerów.
Plutonowy Fuchs nawet nie odpowiedział widz c, e pyta o niego zwyczajny
szeregowiec.
- Mówi po dobremu - powtórzył Szwejk - który z was jest plutonowy Fuchs?
Czy długo jeszcze b d pytał?
Plutonowy Fuchs wstał i zacz ł wymy la na ró ne sposoby, e on nie aden
plutonowy, ale pan plutonowy, e si nie mówi: „Gdzie jest plutonowy?” Ale
mówi si : „Posłusznie melduj , gdzie jest pan plutonowy?” Gdy w jego plutonie
kto nie powie: „Ich melden gehorsam”, to dostaje w pysk.
- Nie tak pr dko - rzekł z namaszczeniem Szwejk. - Rypaj pan w te p dy do
baraku, bierz pan dziesi ciu chłopa i le pan z nimi laufszrytem do magazynu
fasowa konserwy.
Plutonowy Fuchs był tak zaskoczony, e zdobył si tylko na pytanie:
- Co?
- adne „co” - odpowiedział Szwejk. - Ja jestem ordynansem 11 kompanii
marszowej i przed chwil rozmawiałem przez telefon z panem oberlejtnantem
Lukaszem. A pan oberlejtnant powiada: „Laufszryt, dziesi ciu chłopa do
magazynu.” Je li pan nie pójdzie, panie plutonowy Fuchs, to zaraz pójd do
telefonu. Pan oberlejtnant yczy sobie, eby pan poszedł. Zreszt szkoda
gadania, bo telefoniczne rozmowy wojskowe, jak mówi pan oberlejtnajt Lukasz,
musz by krótkie i jasne. Powiedziano: plutonowy Fuchs idzie, to plutonowy
Fuchs idzie. Taki rozkaz to nie adne gl dzenie jak na przykład, gdy si kogo
przez telefon zaprasza na obiad. W wojsku, osobliwie podczas wojny, ka de
spó nienie to zbrodnia. Je li ten plutonowy Fuchs nie poleci natychmiast, to mi
dajcie zna , a ju ja z nim pogadam. Po plutonowym Fuchsie nawet ladu nie
zostanie. Moi złoci, wy nie znacie pana oberlejtnanta.
Szwejk okiem triumfatora rozejrzał si po szar ach. Jego przemówienie
zaskoczyło wszystkich i przygn biło.
Plutonowy Fuchs mrukn ł co niezrozumiałego i szybko si oddalał, a Szwejk
wołał za nim:
- Czy mog zatelefonowa do pana oberlejtnanta, e wszystko w porz dku?
- Zaraz b d z dziesi cioma szeregowcami w magazynie! - zawołał w
odpowiedzi Fuchs, a Szwejk, nie powiedziawszy ju ani słowa, oddalał si od
podoficerów zaskoczonych wyst pieniem Szwejka nie mniej od Fuchsa.
- Ju si zaczyna - rzekł niski kapral Bla ek. - B dziemy si pakowali.
Po powrocie do kancelarii Szwejk znowu nie mógł zapali sobie fajki, bo
wzywał go telefon. Znowu rozmawiał ze Szwejkiem porucznik Lukasz.
- Gdzie wy latacie, Szwejku? Dzwoni ju po raz trzeci i nikt si nie odzywa.
- Załatwiałem to, co mi pan rozkazał.
- Ju poszli?
- Ma si wiedzie , e poszli, ale nie wiem, czy ju odeszli. Mo e polecie
jeszcze raz?
- Znale li cie plutonowego Fuchsa?
- Znalazłem, panie oberlejtnant. Naprzód powiada: „Co?” I dopiero, jakem
wyło ył, e rozmowy telefoniczne musz by jasne i krótkie...
268
- Nie gl d cie, Szwejku... Czy Vaniek jeszcze nie wrócił?
- Nie wrócił, panie oberlejtnant.
- Nie wrzeszczcie tak gło no. Czy nie wiecie, gdzie mo e by ten zatracony
Vaniek?
- Nie wiem, panie oberlejtnant, gdzie mo e by ten zatracony Vaniek.
- Był w kancelarii pułkowej, ale gdzie poszedł. Przypuszczam, e niezawodnie
b dzie v" kantynie. Id cie wi c, Szwejku, do kantyny i powiedzcie mu, eby zaraz
poszedł do magazynu. I jeszcze jedno: poszukajcie natychmiast kaprala Bla ka i
powiedzcie mu. eby zaraz odwi zał tego Balouna, a Balouna przy lijcie do mnie.
Powie cie słuchawk .
Szwejk energicznie zabrał si do rzeczy. Gdy znalazł kaprala Bla ka i
powtórzył mu rozkaz porucznika Lukasza, dotycz cy odwi zania Balouna,
kapral mrukn ł pod nosem:
- Jak maj pietra, to si robi grzeczni.
Szwejk chciał popatrze , jak b d odwi zywali Balouna; potem szedł z nim
razem kawałek drogi w stron kantyny, gdzie miał poszuka Va ka.
Baloun patrzył na Szwejka jak na swego wybawc i obiecywał mu, e podzieli
si z nim ka d przesyłk , jak otrzyma z domu.
- U nas teraz b d bi wieprze - mówił Baloun melancholijnie. - Jaki salceson
wolisz: szwabski czy włoski? Mów, bracie, szczerze, ja dzisiaj wieczorem b d
pisał do domu. Moja winia b dzie miała chyba ze sto pi dziesi t kilo. Głow ma
jak buldog. Takie winie s najlepsze. Takie winie to nie jakie tam zdechlaki.
To dobra rasa, dobrze si tuczy. Słonina b dzie na osiem palców chyba. Jak
byłem w domu, to sam robiłem kiszki i podgardlanki i ob erałem si do rozpuku.
Ło skiego roku winia wa yła sto sze dziesi t kilo. Ale była to winia, e prosz
siada - mówił jak w natchnieniu, mocno ciskaj c r k Szwejka, gdy si z nim
rozstawał. - Wychowałem j na samych kartoflach i a miło było patrze , jak jej
sadła przybywa. Szynki nasoliłem, a taki płat pieczonego pekielflejszu z knedlami
posypanymi skwarkami i z kapust to takie papuniu, e tylko palce liza . Jak po
takim jedzeniu smakuje piwko! I takie zadowolenie ogarnia człowieka od stóp do
głów... I wszystko to zabrała nam wojna.
Brodaty Baloun westchn ł gł boko i po pieszył do kancelarii pułkowej,
podczas gdy Szwejk zwrócił kroki w stron kantyny i poszedł dalej alej
wysokich lip.
Feldfebel rachuby Vaniek siedział tymczasem jak najspokojniej w kantynie i
opowiadał jakiemu znajomemu sztabsfeldfeblowi, ile to mo na było przed wojn
zarobi na farbach-emaliach i cementowych zaprawach.
Sztabsfeldfebel był ju prawie nieprzytomny. Przed południem przyjechał
pewien obywatel ziemski z Pardubic, który miał syna w obozie, dał feldfeblowi
porz dn łapówk i przez całe przedpołudnie cz stował go w mie cie.
A teraz siedział ten wycz stowany człowiek i poddawał si rozpaczy, e ju nic
mu nie smakuje. Nie bardzo zdawał sobie spraw z tego, co do niego mówiono, a
na wzmiank o farbach-emaliach nie reagował wcale.
Zaj ty był swoimi własnymi my lami i mamrotał co o tym, e powinna by
przeprowadzona miejscowa kolejka dojazdowa z Trzeboni do Pelhrzimova i z
powrotem.
269
Gdy Szwejk wchodził do kantyny, Vaniek jeszcze raz usiłował wytłumaczy
sztabsfeldfeblowi przy pomocy liczb, ile zarabiało si przed wojn na jednym
kilogramie zaprawy cementowej dostarczanej do nowych budowli, ale
sztabsfeldfebel odpowiedział mu całkiem do rzeczy:
- Umarł w drodze powrotnej i pozostawił tylko listy.
Ujrzawszy Szwejka przypomniał sobie wida jakiego niemiłego sobie
człowieka i zacz ł Szwejka wyzywa od brzuchomówców.
Szwejk podszedł do Va ka, który te ju był podochocony, ale przy tym
bardzo przyjemny i miły.
- Panie rechnungsfeldfebel - meldował Szwejk - ma pan zaraz i do
magazynu, bo tam ju czeka zugsführer Fuchs z dziesi ciu szeregowcami i b d
fasowa konserwy. Ma pan biec laufszrytem. Pan oberlejtnant telefonował ju
dwa razy.
Vaniek parskn ł miechem:
- Albo ja głupi, kochanie moje? - Sam sobie musiałbym da w pysk, gdybym
si przejmował takimi rzeczami, aniele. Na wszystko jest czas, nie pali si , dziecko
złote. Jak pan oberlejtnant wyprawi tyle kompanii marszowych, ile ja
wyprawiłem, to b dzie mógł zabiera głos w tych sprawach i nie b dzie nikogo
dr czył laufszrytem. Przecie w kancelarii pułkowej dostawałem ju takie
rozkazy, e jutro si jedzie, wi c trzeba si pakowa i fasowa rzeczy potrzebne
do drogi. I co ja zrobiłem? Poszedłem sobie ładnie i grzecznie na wiartk wina.
Siedzi mi si tu bardzo mile i ani my l przejmowa si czymkolwiek. Konserwy
b d zawsze konserwami, fasunek fasunkiem. Ja znam magazyn lepiej ni pan
oberlejtnant i wiem, co si na takich konferencjach pana obersta z panami
oficerami wygaduje. Pan oberst wyobra a sobie w swojej fantazji, e w
magazynie s konserwy. Magazyn naszego pułku nigdy adnych konserw nie miał
i otrzymywał je od przypadku do przypadku z magazynu brygady albo po yczał
je sobie od innych pułków, z którymi s siadował. Takiemu na przykład pułkowi
beneszowskiemu winni jeste my przeszło trzysta konserw. Ha, ha. Niech sobie na
konferencjach wygaduj , co im si ywnie podoba, a my zachowujmy spokój.
Gdy przylec do magazynu, to ju im tam magazynier sam wytłumaczy, e dostali
bzika. Ani jedna kompania marszowa nie otrzymała konserw przy odje dzie.
Prawda, ty stara moczyg bo? - zwrócił si do sztabsfeldfebla. Ale tamten zasypiał
i dostawał lekkiego delirium, bo odpowiedział:
- Id c trzymała nad sob otwarty parasol.
- Najlepiej da wszystkiemu wi ty spokój, i nie robi gwałtu - doradzał
feldfebel Vaniek. - Je li w kancelarii pułkowej powiedzieli dzisiaj, e jutro
pojedziemy, to takiemu gadaniu nie powinno wierzy nawet małe dziecko. Czy
mo emy wyjecha bez wagonów? W mojej obecno ci telefonowali na dworzec, a
tam nie ma ani jednego wolnego wagonu. Tak samo było z ostatni kompani
marszow . Przez dwa dni stali my wtedy na stacji i czekali my, a si nad nami
kto zmiłuje i po le po nas poci g. I nikt nie wiedział, dok d pojedziemy. Nawet
pułkownik nie wiedział. Byli my ju w drodze, przejechali my całe W gry i ci gle
nikt nie wiedział, czy pojedziemy do Serbii, czy na front rosyjski. Z ka dej stacji
porozumiewali my si bezpo rednio ze sztabem dywizji. Byli my tylko tak sobie
łat do łatania dziur. Wsadzili nas wreszcie, pod Dukl , tam dostali my w skór ,
270
a si kurzyło, i musieli my si na nowo formowa . Aby tylko adnych gwałtów.
Wszystko wyja ni si z czasem i nie trzeba si pieszy . Jawohl, nochamol.
Wino maj tu dzisiaj nadzwyczajnie dobre - mówił Vaniek dalej, nie
zwracaj c ju uwagi na to, co mamrocze feldfebel, który wywodził:
- Glauben Sie mir, ich habe bisher wenig von meinem Leben gehabt. Ich
wundere mich über diese Frage.
- Te miałbym si przejmowa odjazdem marszbatalionu. Przy pierwszej
kompanii marszowej, której towarzyszyłem, wszystko było w porz deczku w
dwie godziny. Przy innych kompaniach marszowych naszego ówczesnego
batalionu przygotowywali si do drogi przez całe dwa dni. Ale u nas był dowódc
kompanii lejtnant Przenosil, chłop łebski.”Nie pieszcie si tak bardzo” - rzekł do
nas i wszystko poszło jak po ma le. Na dwie godziny przed odej ciem poci gu
zacz li my dopiero pakowanie. Zrobisz pan bardzo dobrze, gdy si
przesi dziesz...
- Nie mog - odpowiedział ze straszliwym samozaparciem dobry wojak
Szwejk. - Musz wraca do kancelarii. Co by to było, gdyby tam kto telefonował...
- No to id , złoty człowiecze, ale zapami taj sobie przez całe ycie, e to
nieładnie z twojej strony i e porz dny ordynans kompanii nigdy nie powinien
by tam, gdzie jest potrzebny. Nie b d pan w słu bie zbyt gorliwy, bo nie ma nic
obrzydliwszego na tym wiecie nad wystraszonego ordynansa kompanii, który
chciałby cał wojn ze re sam i nikomu nic z niej nie da . Tak, duszo
najmilejsza.
Ale Szwejk był ju za drzwiami i spieszył do kancelarii swojej kompanii.
Vaniek pozostał sam, poniewa stanowczo nie mo na było powiedzie , aby mu
sztabsfeldfebel dotrzymywał towarzystwa. Ten ostatni siedział na osobno ci,
głaskał karafk z wiartk wina i mamrotał dziwaczne rzeczy po czesku i
niemiecku:
- Wiele razy przechodziłem ju przez t wie , a nie miałem nawet poj cia o
tym, e jest ona na wiecie. In einem halben Jahre habe ich meine Staatsprüfung
hinter mir und meinen Doktor gemacht. Stała si ze mnie stara pokraka.
Dzi kuj ci, Łucjo. Erscheinen sie in schön ausgestatten Banden - mo e tu jest
kto taki, kto o tym jeszcze pami ta.
Feldfebel rachuby z nudów wystukiwał jakiego marsza, ale nie nudził si
zbyt długo, bo drzwi si otworzyły, wszedł Jurajda, kucharz z kuchni oficerskiej,
i przysiadł si do Va ka.
- Dostali my dzisiaj rozkaz - mówił szybko - eby my poszli fasowa koniak
na drog . Poniewa nasza butla nie była pusta, wi c musieli my j opró ni .
Jeste my teraz troszk zawiani. Szeregowcy w kuchni pozwalali si jak kłody.
Przeliczyłem si o kilka porcji, pan oberst si spó nił i nie dostał nic. Wi c robi
dla niego omlecik. Ano szpas.
- Ładna awantura - rzekł Vaniek, który przy winie lubił u ywa d wi cznych
słów.
Kucharz Jurajda zabrał si do filozofowania, co odpowiadało jego zaj ciu w
cywilu. Wydawał on mianowicie przed wojn czasopismo i ksi ki z serii
„Tajemnice ycia i mierci”.
271
Po wojnie zadekował si w oficerskiej kuchni pułkowej i nieraz przypalił
piecze , gdy zabrał si do czytania tłumacze staroindyjskich sutr
Prad niaparamita (O zdobywaniu m dro ci).
Pułkownik Schröder lubił go jako osobliwo pułku, bo która kuchnia
pułkowa mogła si pochwali , e ma kucharza-okultyst , który zagl daj c w
gł bi tajemnic ycia i mierci umiał przyrz dzi tak wietn pol dwic albo takie
kapitalne ragout, e pod Komorovem miertelnie ranny porucznik Dufek nie
wołał nikogo, tylko Jurajd .
- Tak jest - rzekł prosto z mostu Jurajda, który ledwo mógł usiedzie na
krze le, ale roztaczał na dziesi kroków dokoła siebie zapach rumu - gdy dla
pana obersta nic ju nie zostało i gdy widział tylko duszone kartofle, tedy wpadł
w stan gaki. Czy pan wie, co to jest gaki? To stan głodnych duchów. Wi c
rzekłem do niego: „Czy ma pan oberst do siły do przezwyci enia przeznacze
losu, chocia nie starczyło dla pana ciel ciny z nerk ? W karmie jest wida
pisane, e ma pan dosta na dzisiejsz kolacj bajeczny omlet z siekan i duszon
w tróbk ciel c .” Drogi przyjacielu - rzekł po chwili szeptem do feldfebla
rachuby i zrobił mimowolny ruch r k , którym poprzewracał wszystkie stoj ce
przed nim na stole szklanki.
- Jest byt i niebyt wszystkich zjawisk, kształtów i rzeczy - dodał zas piony
kucharz spogl daj c na poprzewracane naczynia.
- Kształt to niebyt, a niebyt to kształt. Niebyt nie ró ni si od kształtu, kształt
nie ró ni si od niebytu. Co niebyt to kształt, co kształt to niebyt.
Kucharz-okultysta owin ł si płaszczem milczenia, wsparł głow na r ku i
spogl dał na mokry, zalany stół.
Sztabsfeldfebel mamrotał dalej co bez sensu:
- Zbo e znikn ło z pola, znikn ło. In dieser Stimmung erhielt er Einladung
und ging zu ihr. Zielone wi ta bywaj wiosn .
Feldfebel rachuby Vaniek b bnił palcami po stole, pił i od czasu do czasu
my lał o tym, e na niego czeka dziesi ciu szeregowców z plutonowym przy
magazynie.
Na samo wspomnienie o tym roze miał si i machn ł r k .
Gdy pó niej powrócił do kancelarii 11 kompanii marszowej, zastał Szwejka
siedz cego przy telefonie.
- Kształt to niebyt, a niebyt to kształt - rzekł i w ubraniu zwalił si na prycz .
Usn ł natychmiast.
Szwejk siedział dalej przy telefonie poniewa przed dwiema godzinami
rozmawiał z nim porucznik Lukasz, e jeszcze ci gle jest na konferencji u pana
pułkownika, a zapomniał mu powiedzie , e mo e odej od telefonu.
Nast pnie rozmawiał z nim przez telefon plutonowy Fuchs, który przez cały
czas czekał razem z dziesi ciu szeregowcami na przybycie sier anta rachuby, ale
czekał na pró no. Wreszcie zauwa ył, e skład jest zamkni ty.
Wreszcie oddalił si dok d , a szeregowcy jeden po drugim tak e si
porozłazili.
Czasem zabawiał si Szwejk tym, e brał słuchawk i przysłuchiwał si
rozmowom. W kancelarii znajdował si telefon jakiego nowego systemu, który
272
wła nie zaprowadzono w armii, a miał to do siebie, e na całej linii mo na było
słysze prowadzone rozmowy.
Tabory kłóciły si z artyleri , saperzy odgra ali si poczcie polowej, strzelnica
wojskowa warczała na oddział karabinów maszynowych.
A Szwejk wci siedział przy telefonie...
Konferencja u pułkownika trwała bardzo długo.
Pułkownik Schröder rozwijał najnowsze teorie słu by polowej i osobliwy
nacisk kładł na miotacze min.
Mówił ni w pi , ni w dziewi o tym, jaki był front przed dwoma miesi cami
na południu i na wschodzie, o doniosło ci dobrej ł czno ci mi dzy poszczególnymi
oddziałami, o gazach truj cych, o ostrzeliwaniu aeroplanów nieprzyjacielskich, o
zaopatrywaniu wojska w polu, a wreszcie przeszedł do wewn trznych stosunków
w wojsku.
Rozgadał si o stosunku oficerów do szeregowców i do podoficerów, o
przechodzeniu na frontach do nieprzyjaciela i o tym, e pi dziesi t procent
ołnierzy czeskich jest „politisch verdächtig”.
- Jawohl, meine Herren, der Kramarsch, Scheiner und Klofatsch...
Kramarz, Scheiner, Klofacz - czescy prawicowi politycy.
Wi kszo oficerów my lała przy tym wykładzie tylko o tym, kiedy wła ciwie
ten dziadyga przestanie gl dzi , ale pułkownik Schröder gl dził dalej o nowych
zadaniach nowych marszbatalionów, o poległych oficerach pułku, o zeppelinach,
o hiszpa skich kozłach, o przysi dze.
Porucznik Lukasz przypomniał sobie w tej chwili, e kiedy cały batalion
przysi gał, Szwejka nie było, bo akurat siedział w areszcie s du dywizyjnego.
I wydała mu si ta cała rzecz mieszna. Parskn ł jakim histerycznym
miechem i zaraził nim kilku oficerów siedz cych w pobli u, czym zwrócił na
siebie uwag pułkownika, który wła nie przeszedł do omawiania do wiadcze
nabytych przez armi niemieck przy odwrocie w Ardenach. Ale popl tało mu si
wszystko w głowie i zako czył swój wykład niespodziewanie:
- Moi panowie, to nie s rzeczy mieszne.
Potem udali si wszyscy do kasyna oficerskiego, poniewa pułkownika
Schrödera odwołano do telefonu. Wzywał go sztab brygady.
Szwejk podrzemywał przy telefonie dalej, dopóki nie przebudził go dzwonek.
- Halo! - słyszał wołanie. - Tu kancelista pułku.
- Halo! - odpowiedział. - Tutaj kancelaria 11 kompanii marszowej.
- Nie gadaj du o - mówił głos telefonuj cego - ale bierz ołówek i pisz. Przyjmij
telefonogram.
- 11 kompania marszowa...
Po tych słowach nast piły jakie zdania tak chaotycznie z sob popl tane, e
nie mo na było nic zrozumie . Mówiły jednocze nie i 12, i 13 kompania
marszowa, a tre telefonogramu zagubiła si zupełnie w tej panice d wi ków.
Szwejk nie rozumiał ani słowa. Wreszcie chaos przycichł i Szwejk zrozumiał
wezwanie:
- Halo! Halo! Wi c teraz przeczytaj wszystko i nie zawracaj głowy.
- Co mam przeczyta ?
- Co masz przeczyta , ty o le? Telefonogram.
273
- Jaki telefonogram?
- Do stu milionów diabłów, czy ty głuchy?! Telefonogram, który ci
dyktowałem, ty idioto!
- Ja nic nie słyszałem, bo na raz mówiło du o głosów.
- Ach, ty małpo jedna, czy my lisz, e b d si z tob bawił? Wi c przyjmujesz
telefonogram czy nie? Masz ołówek i papier? Co? Jeszcze mam czeka , a sobie
poszukasz? I to si nazywa ołnierz. Wi c słuchasz wreszcie czy nie słuchasz? e
ju si przygotowujesz? No to i tak jeszcze dobrze. Tylko nie wdziewaj paradnego
munduru. A teraz słuchaj uchem, a nie brzuchem. 11 kompania marszowa.
Powtórz.
- 11 kompania marszowa.
- Dowódca kompanii. Masz ju ? Powtórz.
- Dowódca kompanii...
- Zur Besprechung morgen. Napisałe ? Powtórz.
- Zur Besprechung morgen...
- Um neun Uhr... Unterschrift. Czy wiesz, ty małpo, co to znaczy
Unterschrift? To jest podpis. Powtórz.
- Um neun Uhr. Unterschrift. Wiesz, co to jest Unterschrift, ty małpo? To jest
podpis.
- Ach ty idioto. A wi c podpis: Oberst Schröder, bydlaku, Masz ju ? Powtórz.
- Oberst Schröder, bydlaku.
- Dobrze, ty o le. Kto przyj ł telefonogram?
- Ja.
- Himmelherrgott. Co to znowu za jakie ja?
- Szwejk. I co jeszcze?
- No, nareszcie. Wi cej nic, ale powiniene si nazywa nie Szwejk, ale krowa.
Co słycha u was?
- Nic, wszystko po staremu.
- I kontent jeste , co? Podobno kto tam u was dostał dzisiaj słupka.
- To tylko pucybut pana oberlejtnanta, bo mu ze arł obiad. Czy nie wiesz,
kiedy pojedziemy?
- Co za głupie pytanie. Przecie o tym nie wie nawet nasz dziadyga. Dobranoc.
Pcheł u was du o?
Szwejk poło ył słuchawk i zacz ł budzi feldfebla rachuby Va ka, który
bronił si jak w ciekły, a gdy Szwejk zacz ł nim potrz sa , dostał pi ci w nos.
Potem Vaniek poło ył si na brzuchu i wierzgał nogami dokoła siebie.
Ale pomimo wszystko udało si Szwejkowi przebudzi go. Vaniek otworzył
oczy, rzucił si na wznak i wystraszony zapytał, co si takiego stało.
- Nic si takiego nie stało - odpowiedział Szwejk - tylko chciałem si pana
poradzi w pewnej kwestii. Wła nie dostali my telefonogram, e jutro rano o
dziewi tej nasz oberlejtnant Lukasz ma przyj do pana obersta znowu na
konferencj . Teraz nie wiem, co mam zrobi . Czy i do niego zaraz i powiedzie
mu o tym. czy te poczeka a do rana? Długo si namy lałem, czy mam pana
obudzi , gdy pan tak smacznie chrapał, ale potem pomy lałem, e było nie było, a
poradzi si mo na...
274
- Na miło bosk , człowieku, daj mi spa ! - j kn ł Vaniek ziewaj c jak lew. Rano b dzie a nadto czasu i nie trzeba mnie budzi .
Odwrócił si na bok i natychmiast zasn ł.
Szwejk usiadł znowu przy telefonie i zacz ł podrzemywa . Obudził go telefon.
- Halo, 11 kompania marszowa?
- Tak jest, 11 kompania marszowa. Kto tam?
- 13 kompania marszowa. Halo, która godzina u ciebie. Nie mog si
dodzwoni do centrali. Jako nie przychodz .
- Mój zegarek stoi.
- Tak samo jak mój. Nie wiesz, kiedy pojedziemy? Czy nie rozmawiałe z
kancelari pułkow ?
- Tam wiedz akurat tyle co i my, to znaczy gówno.
- Niech panienka nie b dzie ordynarna. Konserwy fasowali cie ju ? Od nas
poszli po konserwy, ale nie przynie li nic. Magazyn był zamkni ty.
- I nasi przyszli z pustymi r koma.
- No to na pró no robi panik . A jak ci si zdaje, gdzie pojedziemy?
- Do Rosji.
- Pr dzej chyba do Serbii. Ale to si poka e dopiero w Budapeszcie. Je li
skieruj nas na prawo, to z tego b dzie Serbia, a je li na lewo, to Rosja. Czy
macie ju chlebaki? Podobno teraz b dzie podwy szony ołd. W karci ta grasz?
No to przyjd jutro. My tu łupimy w karty co wieczór. Ilu was tam jest przy
telefonie? Sam? No to plu na wszystko i id spa . Jakie dziwne u was panuj
porz dki. Trafiło ci si jak lepej kurze ziarno? Nareszcie przychodz zluzowa
mnie. Dobranoc!
Szwejk usadowił si przy telefonie i niebawem słodko zasn ł zapomniawszy
zawiesi słuchawk , skutkiem czego nikt mu nie mógł przeszkadza w drzemce,
chocia telefonista kancelarii pułkowej w ciekał si , e niepodobna si dodzwoni
do kancelarii 11 kompanii marszowej, której trzeba było przekaza nowy
telefonogram, e do jutra do godziny dwunastej ma by zestawiony spis
wszystkich szeregowców, którzy nie byli poddani ochronnemu szczepieniu
przeciw tyfusowi.
Porucznik Lukasz bawił si tymczasem jeszcze wci w kasynie oficerskim z
lekarzem wojskowym Szanclerem, który siedział okrakiem na krze le i
rytmicznie walił kijem od bilardu o podłog , wygłaszaj c jednocze nie takie
zdania:
- Sułtan Saracenów Salah-Edin pierwszy uznał neutralno korpusu
sanitarnego.
- Rannymi winny opiekowa si obie strony.
- Nale y dostarcza im leków i opieki w zamian za zwrot kosztów ze strony
drugiej.
- Nale y udzieli zezwolenia na wysłanie do nich lekarza i jego pomocników za
paszportami generalskimi.
- Rannych nale y odsyła do ich wojsk pod opiek i gwarancj generałów.
Mo na ich te wymienia . Ale mog potem dalej słu y .
- Chorzy obu stron nie powinni by zabierani do niewoli i traceni, ale nale y
ich umieszcza w miejscach bezpiecznych i szpitalach. Wolno pozostawia przy
275
nich stra ich własnego wojska, która to stra , podobnie jak chorzy, ma prawo
wróci za paszportami generalskimi. To samo dotyczy tak e duchownych
polowych, lekarzy, chirurgów, aptekarzy, piel gniarzy chorych, pomocników i
innych osób wyznaczonych do obsługi chorych, których nie wolno bra do
niewoli, ale wła nie w taki sposób maj by odsyłani z powrotem.
Doktor Szancler przy tym wykładzie złamał ju dwa kije i ci gle jeszcze miał
du o do opowiadania o opiece nad rannymi podczas wojny. W dziwacznym jego
wykładzie ci gle powtarzały si słowa o jakich paszportach generalskich.
Porucznik Lukasz dopił kaw i poszedł do siebie. Jego słu cy, brodaty
olbrzym Baloun, sma ył sobie wła nie w jakim garnuszku kawałek salami,
u ywaj c do tego spirytusowej maszynki porucznika Lukasza.
- O mielam si - wyj kał Baloun - pozwalam sobie, posłusznie melduj ...
Łukasz spojrzał na niego. W tej chwili Baloun wydał mu si wielkim
dzieciakiem, stworzeniem naiwnym i porucznikowi zrobiło si nagle al, e skazał
na słupek tego człowieka, który cierpi na tak wielki głód.
- Gotuj sobie, Balounie, gotuj - rzekł odpinaj c szabl - jutro ka ci
przypisa drug porcj chleba.
Porucznik był w nastroju bardzo sentymentalnym, wi c usiadł i zacz ł pisa
list do cioci:
„Kochana Ciotuniu!
Wła nie otrzymałem rozkaz, abym był gotów do wymarszu na front razem ze swoj
kompani . By mo e, e ten list jest ostatni z tych, jakie otrzymała ode mnie, bo
wsz dzie tocz si zaciekłe walki, a straty nasze s du e. Dlatego trudno mi ko czy
ten list zwykłym słowem: Do widzenia. Stosowniej jest napisa : Zosta z Bogiem!”
„Reszt dopisz rano” - pomy lał porucznik i uło ył si do snu.
Baloun widz c, e porucznik zasn ł na dobre, zacz ł szuka i szpera po izbie
jak jaki karaluch. Otworzył walizk porucznika i nadgryzł tabliczk czekolady,
ale przestraszył si bardzo, gdy wła ciciel czekolady poruszył si przez sen.
Szybko schował nadgryzion czekolad do walizki i przycichł.
Potem zakradł si ku stołowi i odczytał słowa Łukasza, pisane do ciotki.
Wzruszyło go osobliwie to ostatnie słowo: „Zosta z Bogiem.”
Poło ył si wi c na sienniku przy drzwiach i zacz ł wspomina swój dom
rodzinny i bicie wieprzy.
Bardzo ywo przedstawił mu si miły obraz nakłuwania salcesonu, eby z
niego wypu ci powietrze i eby przy gotowaniu nie p kł.
Zasn ł niebawem, kołysany wspomnieniem, jak to u s siada p kł du y
szwabski salceson i rozgotował si cały.
niło mu si , e w domu ma do pomocy jakiego niezdar rze nika i e przy
nadziewaniu podgardlanek p kaj flaki. Potem znowu , e rze nik zapomniał
narobi kiszek, e gdzie zapodziała si głowizna i e zabrakło zatyczek do
podgardlanek. Wreszcie przy niło mu si co o s dzie polowym, poniewa został
przyłapany, gdy w kuchni przywłaszczał sobie płat mi sa. We nie widział samego
siebie wisz cego na jakiej wysokiej lipie w alei obozu wojskowego w Brucku nad
Litaw .
276
Budz cy si poranek przyniósł z sob ze wszystkich kuchni polowych zapach
gotuj cej si kawy. Szwejk zbudził si ze snu, wstał, odruchowo zawiesił
słuchawk , jakby wła nie sko czył rozmow telefoniczn , i przechadzaj c si po
kancelarii piewał.
Zacz ł jak
piewk od rodka i piewał o tym, jak ołnierz przebiera si za
dziewczyn i idzie do swej miłej do młyna. Tam młynarz układa go do snu przy
swojej córce, ale przedtem woła na on :
Dobrych rzeczy przynie ywiej,
Niech dziewczyna si po ywi...
Młynarka karmi podłego chłopca, z czego powstaje tragedia rodzinna
Młynarzostwo rano wstali,
Na drzwiach napis przeczytali:
„Wasza córka, wasza Anna,
Ju od dzisiaj nie jest panna.”
Szwejk piewał t piosenk z takim uczuciem, e cała kancelaria o ywiła si
nagle. Zbudził si tak e feldfebel Vaniek i zapytał, która godzina.
- Wła nie odtr bili pobudk .
- Ale ja wstan dopiero po kawie - zdecydował Vaniek, któremu nigdy si nie
pieszyło. - Na pewno b d znowu robili piekło i b d nas niepotrzebnie
szykanowali ró nymi gwałtami, jak wczoraj z tymi konserwami...
Vaniek ziewn ł i pytał, czy wczoraj po powrocie do domu nie gadał za wiele.
- Troszk pan gadał od rzeczy - rzekł Szwejk - ale niewiele. Ci gle pan co
mamrotał o jakich tam kształtach, e kształt to nie kształt, a to, co nie kształt, to
te jest kształt, a e znowu ten kształt to aden kształt. Ale rychło zacz ł pan
chrapa , jakby tartak huczał, i było po gadaniu.
Szwejk zamilkł, przeszedł si wzdłu kancelarii a do drzwi i z powrotem,
stan ł koło pryczy feldfebla rachuby i rzekł:
- Co do mojej osoby, panie rechnungsfeldfebel, to jak pan zacz ł mówi o tych
kształtach, to mi si przypomniał niejaki Zatka, gazownik. Pracował w gazowni
na Letniej i zapalał, i gasił latarnie. Był to m od o wiaty i chodził po wszystkich
knajpach na Letniej, poniewa od chwili zapalenia latar do chwili ich gaszenia
upływa sporo czasu, a bez towarzystwa człowiek si nudzi. Otó ten gazownik
nad ranem te wygadywał ró ne takie rzeczy jak pan, tylko e on mówił o
ko ciach do gry: „W ko ci si gra, gra nie ma granic.” Słyszałem to na własne
uszy, gdy razu pewnego jaki pijany policjant zatrzymał mnie za zanieczyszczanie
ulicy i zamiast do komisariatu zaprowadził mnie przez pomyłk do gazowni. Ale z
tym Zatk rzecz sko czyła si kiepsko - dodał Szwejk ciszej. - Zapisał si do
Kongregacji Maria skiej, chodził razem z tercjarkami na kazania patra Jemelki
do ko cioła w. Ignacego na Placu Karola i razu pewnego, gdy misjonarze mieli
tam rekolekcje, zapomniał pogasi wiatło w swoim rejonie i latarnie paliły si
bez przerwy przez trzy dni i trzy noce. Niedobrze jest - wywodził Szwejk - gdy
człowiek ni z tego, ni z owego zacznie raptem filozofowa , bo zawsze z tego bywa
delirium tremens. Przed laty przetranslokowali do nas słu bowo jakiego majora
277
Blühera z 75 pułku. Otó ten major co miesi c zwoływał nas, kazał nam ustawia
si w czworobok i zastanawiał si z nami nad tym, co to jest zwierzchno
wojskowa. Nie pijał on nic innego, tylko liwowic .”Ka dy oficer, moi ołnierze wykładał on zawsze na dziedzi cu koszar - jest sam przez si istot
najdoskonalsz , która ma sto razy wi cej rozumu ni wy wszyscy razem. Nic
doskonalszego od oficera wyobrazi sobie nie zdołacie, cho by cie rozmy lali
przez całe ycie. Ka dy oficer jest istot koniecznie potrzebn , podczas gdy wy,
ołnierze, jeste cie istotami tylko przypadkowymi. Istnie mo ecie, ale
niekoniecznie. Gdyby doszło do wojny, a wy polegliby cie za naszego
najja niejszego pana, no to dobrze, nie byłoby to nic osobliwego, ale gdyby
naprzód poległ wasz oficer, to dopiero zobaczyliby cie, jak bardzo jeste cie od
niego zale ni i co to za wielka strata. Oficer istnie musi, a wasze istnienie jest
wła ciwie tylko cieniem istnienia oficerskiego. Wywodzicie si z nich i oby si bez
nich nie mo ecie. Bez waszej zwierzchno ci wojskowej taki ołnierz jeden czy
drugi nie potrafi nawet porz dnie pierdn . Dla was, ołnierze, oficer jest
prawem moralnym, czy to rozumiecie, czy nie, to wszystko jedno, a poniewa
ka de prawo musi mie swego prawodawc , wi c prawodawc waszym jest
wła nie oficer, wzgl dem którego musicie poczuwa si do wszelkiego obowi zku i
wszelkiej powinno ci, spełniaj c wszystkie jego rozporz dzenia, cho by si wam
to i owo mogło nie podoba .”
Pewnego razu po wykładzie obchodził cały czworobok i ka dego z nas pytał
po kolei: „Co odczuwasz, gdy co przeskrobiesz?”
ołnierze odpowiadali bardzo głupio. Jedni mówili, e jeszcze nigdy nic nie
przeskrobali, inni mówili, e po ka dym przeskrobaniu mdli ich w oł dku, jeden
powiedział, e wtedy ju z daleka czuje koszarniaka itd. Wszystkich ich kazał
major Blüher natychmiast odprowadzi na bok i nakazał, eby po południu za
kar robili wiczenia przysiadowe za to, e nie umiej powiedzie , co odczuwaj .
Zanim przyszła kolej na mnie, przypomniałem sobie słowa ostatniego wykładu i
gdy zbli ył si , rzekłem całkiem spokojnie:
„Posłusznie melduj , panie majorze, e gdy co przeskrobi , to odczuwam
zawsze jaki niepokój, strach i wyrzuty sumienia. Ale gdy mam wychodne i gdy
wracam do koszar w porze przepisanej i porz dku, wówczas opanowuje mnie
jaki błogi spokój, włazi na mnie wewn trzne zadowolenie.”
Wszyscy si roze miali, a major Blüher wrzasn ł na mnie: „Pluskwy wła na
ciebie, drabie jeden, gdy gnijesz na pryczy. Patrzcie go, łotra, jeszcze sobie arty
stroi!”
I przepisał mi takiego słupka, e prosz siada .
- W wojsku inaczej by nie mo e - rzekł feldfebel rachuby przeci gaj c si
leniwie na pryczy. - Tak ju jest od pocz tku wiata i b dzie zawsze, e w wojsku
tak czy owak, cho by był dobry jak anioł, zawsze musi wisie nad tob chmura i
musz bi pioruny. Bez tego nie byłoby dyscypliny.
- Całkiem słusznie - rzekł Szwejk. - Nie zapomn nigdy o tym, jak wsadzili
rekruta Pecha do paki. Lejtnant tej kompanii, niejaki Moc, zebrał rekrutów i
ka dego z nich pytał, sk d pochodzi.
„Wy rekruty ółtodziobe - przemawiał do nich - musicie si nauczy
odpowiada jasno, dokładnie, jakby biczem strzelał. Wi c zaczynamy. Sk d
278
pochodzicie, Pechu?” Pech był człowiekiem inteligentnym, wi c odpowiedział:
„Dolny Bousov, Unter-Bautzen, dwie cie sze dziesi t siedem domów, tysi c
dziewi set trzydzie ci sze mieszka ców narodowo ci czeskiej, powiat Jiczin,
obwód Sobotka, byłe dobra rycerskie Kost, parafialny ko ciół w. Katarzyny z
czternastego stulecia, odnowiony przez hrabiego Wacława Kazimierza
Netolickiego, szkoła, poczta, telegraf, stacja czeskiej kolei handlowej, cukrownia,
młyn z tartakiem, pustelnia Valcha, sze jarmarków dorocznych...” Ale lejtnant
nie czekał, co b dzie dalej, rzucił si na rekruta Pecha i zacz ł go pra po g bie
raz za razem, krzycz c: „Masz jeden jarmark doroczny, drugi, trzeci, czwarty,
pi ty, szósty.” A Pech, chocia i rekrut zameldował si do batalionsraportu. W
kancelarii był wtedy taki wesoły pisarz, który napisał, e Pech melduje si do
raportu z powodu jarmarków dorocznych w Dolnym Bousovie. Dowódca
batalionu był major Rohell.”Also, was gibt!” - zapytał Pecha, a ten odpowiedział:
„Posłusznie melduj , panie major, e w Dolnym Bousovie jest sze jarmarków
dorocznych.” Wi c major Rohell zaryczał na niego, zatupał i kazał go
natychmiast zaprowadzi do lazaretu wojskowego na oddział dla wariatów. Od
tego czasu Pech był najgorszym ołnierzem i z paki nie wychodził.
- Wychowanie ołnierzy jest spraw trudn - rzekł feldfebel Vaniek. ołnierz, który w wojsku nie był karany, to nie ołnierz. Mo e to było dobre w
czasach pokojowych, e niektórzy ołnierze odbywali słu b bez kary, a potem
miał taki wsz dzie pierwsze stwo, gdy si starał o posad rz dow . Ale teraz si
pokazuje, e ci najgorsi ołnierze, którzy w czasach pokojowych ci gle siedzieli w
pace, s na wojnie najlepszymi ołnierzami. Przypominam sobie szeregowca
Sylvanusa z 8 kompanii marszowej. Waliła si na niego kara za kar , i jeszcze
jaka kara! Nie zawahał si skra koledze ostatniego grosza, a jak przyszło do
bitwy, to pierwszy poprzerywał zasieki z drutu. wzi ł do niewoli trzech chłopa, a
jednego w drodze zastrzelił, bo, jak mówił, nie miał do niego zaufania. Dostał
wielki medal srebrny, przyszyli mu dwie gwiazdki i gdyby go pó niej nie powiesili
pod Dukl , to ju dawno byłby plutonowym. Ale go powiesi musieli, bo po
jakiej bitwie zgłosił si wprawdzie na ochotnika na zwiad, ale inny jaki patrol
widział go, jak mój Sylvanus obdzierał trupy. Znale li przy nim osiem zegarków i
sporo pier cionków. Wi c go w sztabie brygady powiesili.
- Pokazuje si z tego - rzekł bardzo roztropnie Szwejk - e ka dy ołnierz
musi własnymi siłami dosługiwa si stanowiska.
Zadzwonił telefon. Feldfebel rachuby podszedł do słuchawki. Porucznik
Lukasz pytał, co si stało z konserwami. Słycha było jakie ostre wyrzuty.
- Naprawd nie ma, panie oberlejtnant! - wołał Vaniek. - Sk dby si miały
wzi , kiedy to jest tylko fantazja intendentury. Całkiem niepotrzebnie wysyłało
si tam tych ludzi. Ja chciałem do pana telefonowa ... Prosz ?... e w kantynie
byłem? Kto to mówił? Ten okultysta kucharz z kuchni oficerskiej? Pozwoliłem
sobie zaj tam na chwil . Wie pan, jak ten okultysta nazywał t panik z powodu
owych konserw? „Groz nienarodzonego.” Bynajmniej, panie oberlejtnant.
Jestem zupełnie trze wy. Szwejk? Jest w kancelarii. Czy ka e go pan zawoła ?
Szwejk, do telefonu - rzekł feldfebel rachuby i ciszej dodał: - Gdyby si pytał, w
jakim stanie wróciłem, to powiedz pan, e w porz dku.
Szwejk stan ł przy telefonie i meldował:
279
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, Szwejk.
- Słuchajcie no, Szwejku, jak jest z tymi konserwami? Czy to w porz dku?
- Nie ma konserw, panie oberlejtnant. Ani ladu konserw.
- yczyłbym sobie, Szwejku, eby cie si co dzie rano meldowali u mnie,
dopóki jeste my w obozie. Po wyje dzie b dziecie stale przy mnie. Co robili cie w
nocy?
- Siedziałem przez cał noc przy telefonie.
- Co nowego?
- To i owo, panie oberlejtnant.
- Tylko nie zaczynajcie si bałwani , mój Szwejku. Czy przyszedł sk d jaki
meldunek?
- Przyszedł meldunek, ale dopiero na godzin dziewi t . Nie chciałem
niepokoi pana oberlejtnanta, gdzie bym miał.
- Wi c mówcie, do stu diabłów, co jest nowego i co ma by na dziewi t ?
- Telefonogram, panie oberlejtnant.
- Nie rozumiem. Co to ma by ?
- Ja to sobie zapisałem, panie oberlejtnant: „Przyjmijcie telefonogram. Kto
jest przy telefonie? Masz ju ? Czytaj, czy tak jako .”
- Ach, Szwejku, wy idioto, z wami niepodobna doj do ładu. Mówcie, co za
tre tego telefonogramu, bo jak nie, to wpadn do was i dam po łbie tak, e...
Wi c co?
- Jaki bersprechung, panie oberlejtnant, dzisiaj rano u pana obersta, o
dziewi tej. Chciałem pana budzi w nocy, alem to sobie rozmy lił.
- Byłbym was nauczył budzi mnie w nocy z powodu byle jakiego głupstwa, na
które do jest czasu rano. Znowu konferencja! Der Teufel soll das alles
buserieren! Połó cie słuchawk i zawołajcie do telefonu Va ka.
Feldfebel rachuby Vaniek podszedł do telefonu.
- Rechnungsfeldfebel Vaniek, Herr Oberleutnant.
- Poszukaj mi pan natychmiast innego pucybuta. Ten łotr Baloun ze arł do
rana wszystk czekolad . Słupka. Nie. Lepiej go przydzielimy do sanitariuszy.
Chłop jak góra, wi c b dzie mógł d wiga rannych. Po l go natychmiast do
pana. Niech pan to załatwi w kancelarii pułku i natychmiast wróci do kompanii.
Jak pan s dzi, kiedy pojedziemy?
- Nic pilnego, panie oberlejtnant. Jak mieli my odje d a z 9 kompani
marszow , to przez całe cztery dni wodzili nas za nos. Z 8 było to samo. Tylko z
10 było lepiej: byli my felddienstfleck, w południe dostali my rozkaz, a
wieczorem ju byli my w drodze, ale za to wodzili nas potem po całych W grzech
i nie wiedzieli, jak dziur i w której cz ci frontu nami załata .
Przez cały ten czas, gdy porucznik Lukasz był dowódc 11 kompanii
marszowej, znajdował si w stanie, który mo na było nazwa synkretyzmem:
próbował wyrównywa sprzeczno ci poj ciowe przy pomocy ust pstw
dochodz cych a do pomieszania pogl dów. Odpowiedział wi c Va kowi:
- Mo e pan ma racj . Tak ju jest na wiecie. Wi c pan s dzi, e dzisiaj
jeszcze nie pojedziemy. O dziewi tej mamy konferencj u pana obersta... Aha,
czy wie pan ju o tym, e pan jest dienstführender? Mówi tylko tak
mimochodem. Niech pan sprawdzi... Co by mo na sprawdzi ? Niech pan
280
sprawdzi spis szar z uwzgl dnieniem terminu słu by... Nast pnie zapasy
kompanii. Narodowo ? Dobrze, mo na i narodowo ... Ale głównie, niech mi
pan przy le nowego pucybuta... Co ma dzisiaj robi z szeregowcami fenrych
Pleschner? Vorbereitung zum Abmarsch. Rachunki? Przyjad i podpisz po
jedzeniu. Nikogo nie puszcza do miasta. Do kantyny w obozie? Po obiedzie na
godzink ... Niech pan zawoła Szwejka!...
- Szwejku, pozostaniecie tymczasem przy telefonie.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e jeszcze kawy nie piłem.
- To przynie cie sobie kaw i sied cie w kancelarii przy telefonie, dopóki was
nie zawołam. Czy wiecie, co to znaczy ordynans kompanii?
- To taki, co lata, panie oberlejtnant.
- Wi c eby cie mi byli na miejscu, jak was zawołam. Przypomnijcie jeszcze
raz Va kowi, eby dla mnie wyszukał nowego pucybuta. Halo, Szwejku, gdzie
jeste cie?
- Jestem, panie oberlejtnant. Akurat przynie li kaw .
- Halo. Szwejku!
- Słucham, panie oberlejtnant. Kawa zupełnie zimna.
- Wy wiecie, Szwejku, co to jest pucybut. Wi c przypatrzcie si dobrze temu
nowemu i powiedzcie mi, co on zacz. Zawie cie słuchawk .
Vaniek popijał czarn kaw , do której dolewał po trosze rumu z butelki z
napisem „Tinte” (ostro no nie zawadzi), spogl dał na Szwejka, potem rzekł:
- Ten nasz oberlejtnant niepotrzebnie si drze tak gło no, słyszałem ka de
jego słowo. Wy si z panem oberlejtnantem musicie bardzo dobrze zna . Co,
Szwejku?
- My zawsze r ka w r k - odpowiedział Szwejk. - Jedna r ka drug myje.
Du o my ju z sob prze yli. Ile to razy chcieli nas gwałtem rozdzieli , ale my my
si z sob znowu zeszli. On mi zawsze i we wszystkim okazywał tyle zaufania, e
a si nieraz sam dziwiłem. Wi c pan sam słyszał, e mam panu przypomnie o
tym nowym pucybucie i e mam go obejrze i wypowiedzie si , co o nim s dz .
Dla pana oberlejtnanta pucybut pucybutowi nierówny.
Pułkownik Schröder, zwołuj c wszystkich swoich oficerów na konferencj ,
zabrał si do rzeczy z wielk miło ci , pragn c wygada si za wszystkie czasy.
Prócz tego trzeba było powzi jak decyzj co do jednorocznego ochotnika
Marka, który nie chciał czy ci wychodków i za bunt został odesłany przez
pułkownika Schrödera do s du dywizyjnego.
Wczoraj wrócił z aresztu s du dywizyjnego na odwach, gdzie trzymany był
pod stra . Jednocze nie kancelaria pułkowa otrzymała papier o tre ci
niesłychanie powikłanej, ale wyja niaj cej b d co b d , e w danym wypadku
nie chodzi o bunt, poniewa jednoroczni ochotnicy nie s obowi zani czy ci
wychodków. Niemniej jednak zachodzi przypadek subordinationsverletzung,
które to wykroczenie mo e by zrównowa one przez porz dne zachowanie si
wobec nieprzyjaciela. Z tego powodu jednoroczny ochotnik Marek zostaje
odesłany z powrotem do pułku, a ledztwo co do naruszenia karno ci zostaje
odło one do ko ca wojny, lecz zostanie wznowione przy najbli szym
wykroczeniu, jakiego mógłby si dopu ci jednoroczny ochotnik Marek.
281
Była jeszcze jedna sprawa. Razem z jednorocznym ochotnikiem odesłany
został z s du dywizyjnego na odwach samozwa czy plutonowy Teveles; niedawno
pojawił si on w pułku, do którego został odesłany ze szpitala w Zagrzebiu. Miał
wielki medal srebrny, dystynkcje jednorocznego ochotnika i trzy gwiazdki.
Opowiadał o czynach bohaterskich z 6 kompanii marszowej w Serbii i wywodził,
e z całej tej kompanii pozostał tylko on jeden. ledztwo ustaliło, e na pocz tku
wojny jaki Teveles odszedł rzeczywi cie z 6 kompani na front, ale nie miał praw
jednorocznego ochotnika. Za dano informacji od brygady, do której 6
kompania marszowa była przydzielona, gdy drugiego grudnia tysi c dziewi set
czternastego roku uciekła z Białogrodu, i stwierdzono, e w spisie
zaproponowanych do odznaczenia lub odznaczonych medalami srebrnymi
adnego Tevelesa nie ma. Co za do tego, czy szeregowiec Teveles podczas
kampanii białogrodzkiej został awansowany na plutonowego, tego nie mo na było
stwierdzi , poniewa cała 6 kompania marszowa zgin ła koło cerkwi w. Sawy w
Białogrodzie razem ze wszystkimi oficerami. Przed s dem dywizyjnym Teveles
bronił si , e naprawd był mu obiecany medal srebrny i e dlatego kupił go sobie
od jakiego Bo niaka. Co do odznak jednorocznego ochotnika, to przyszył je
sobie po pijanemu, a nosił je dlatego, e był stale pijany maj c organizm
osłabiony dyzenteri .
Gdy konferencja si rozpocz ła, pułkownik Schröder o wiadczył przed
rozpatrzeniem tych dwóch przypadków, e trzeba, aby panowie oficerowie
cz ciej si naradzali, zanim nadejdzie chwila odjazdu, chwila ju niedaleka. Z
brygady dowiedział si , e tam oczekuj rozkazów dywizji. Niech wi c
szeregowcy b d w pogotowiu, a dowódcy kompanii niech pilnuj , eby nikogo
nie brakło. Potem powtarzał jeszcze raz to wszystko, co mówił wczoraj. Znowu
dał przegl d wydarze wojennych i dodał, e trzeba unikn wszystkiego, co
mogłoby obni y sił bojow i przedsi biorczo wojska.
Na stole przed nim le ała mapa frontu z chor giewkami na szpileczkach, ale
chor giewki były porozrzucane, a fronty poprzesuwane. Chor giewki i szpileczki
le ały na stole i pod stołem.
Cał widowni wojny sponiewierał w nocy kocur, którego chowali pisarze
kancelarii pułkowej. Ten kocur ul ył sobie na austriacko-w gierskim froncie, a
chc c lady swej bytno ci na mapie zagrzeba , porozrzucał łapami chor giewki i
rozmazał łajno po wszystkich pozycjach, zasikał fronty i brückenkopfy i
zapaskudził wszystkie korpusy armii.
Pułkownik Schröder był bardzo krótkowzroczny.
Oficerowie kompanii marszowych z wielkim zainteresowaniem spogl dali na
niego, gdy palec jego zbli ał si do kupek pozostawionych na mapie przez kocura.
- St d, panowie, ku Sokalowi nad Bugiem - rzekł pułkownik Schröder
proroczo i posuwał palcem na pami w stron Karpat, przy czym palec jego
wjechał w jedn z tych kupek, którymi kocur uplastycznił map frontów.
- Was ist das, mein Herren? - zapytał zdziwiony, gdy nagle co przylepiło mu
si do palca.
- Wahrscheinlich Katzendreck, Herr Oberst - jeden za wszystkich wyja nił
sytuacj kapitan Sagner u miechaj c si bardzo uprzejmie.
282
Pułkownik Schröder wpadł do s siedniej kancelarii, sk d słycha było istny
potok złorzecze i straszliw gro b , e wszystkim ka e pozlizywa te kupki po
kocurze.
Przesłuchanie było krótkie. Stwierdzono, e kocura przed dwoma tygodniami
przytaszczył do kancelarii najmłodszy pisarz Zwiebelfisch. Po takim stwierdzeniu
kazano Zwiebelfischowi spakowa swoje manatki, a starszy pisarz zaprowadził
go na odwach, gdzie aresztant b dzie siedział a do dalszych rozporz dze pana
pułkownika.
Na tym zako czyła si wła ciwie cała konferencja. Gdy pułkownik Schröder
powrócił do oficerów cały czerwony ze zło ci, nie pami tał ju , e ma jeszcze do
omówienia spraw jednorocznego Marka i samozwa czego plutonowego
Tevelesa.
- Prosz panów oficerów - rzekł zwi le - aby byli gotowi i oczekiwali dalszych
moich rozkazów i instrukcji.
W ten sposób jednoroczniak i Teveles pozostali nadal na odwachu, a gdy
przybył do nich Zwiebelfisch. mogli zagra sobie w mariasza i dokucza
stra nikom co chwila, aby im wyłapali pchły z sienników. Potem wsadzili do paki
jeszcze frajtra Peroutk z 13 kompanii marszowej, który zgin ł raptem, gdy
wczoraj rozeszła si po obozie wiadomo , e wojsko odchodzi na pozycj , i
dopiero rano został znaleziony przez patrol „Pod Biał Ró ” w Brucku.
Tłumaczył si , e przed odjazdem pragn ł obejrze dokładnie znan oran eri
hrabiego Harracha pod Bruckiem i e w drodze powrotnej zbł dził i dopiero nad
ranem bardzo zm czony dotarł „Pod Biał Ró ”. (Tymczasem przespał si z
Ró z „Pod Białej Ró y”.)
Sytuacja wci jeszcze była niejasna. Nikt nie wiedział, czy si pojedzie, czy
nie pojedzie. Szwejk, obsługuj cy telefon w kancelarii 11 kompanii marszowej,
wysłuchał mnóstwo pogl dów pesymistycznych i optymistycznych. 12 kompania
marszowa telefonowała, jakoby kto w kancelarii słyszał, e jeszcze b d
wiczenia w strzelaniu do figur ruchomych i e na front odjedzie si dopiero po
polowych wiczeniach w strzelaniu. Tych optymistycznych pogl dów nie
podzielała 13 kompania marszowa, która telefonowała, e wła nie powrócił
kapral Havlik z miasta i od jakiego kolejarza dowiedział si , e wagony ju stoj
na stacji.
Vaniek wyrwał słuchawk z r k Szwejka i krzyczał rozzłoszczony, e
kolejarze fig wiedz , bo on był dopiero co w kancelarii pułkowej.
Szwejk wysiadywał przy telefonie z prawdziwym zamiłowaniem i na wszystkie
pytania odpowiadał zawsze jednakowo, e jeszcze nic pewnego nie wiadomo.
Tak samo odpowiedział na pytanie porucznika Lukasza, który pytał:
- Co tam u was nowego?
- Jeszcze nie ma nic pewnego, panie oberlejtnant - stereotypowo odpowiedział
Szwejk.
- Ach, ty fujaro! Zawie słuchawk !
Potem otrzymał kilka telefonogramów z szeregiem zwykłych nieporozumie .
Najpierw przyszedł telefonogram, którego nie mo na było podyktowa mu w
nocy, poniewa nie zawiesił słuchawki i spał. Chodziło w nim o ołnierzy
szczepionych i nie szczepionych.
283
Potem przyszedł telefonogram, równie spó niony, dotycz cy konserw, co te
ju zostało wczoraj wyja nione.
Nast pnie telefonogram do wszystkich batalionów, kompanii i cz ci pułku:
„Kopia telefonogramu brygady nr 75692. Rozkaz brygady nr 172. - Przy
wykazach gospodarczych kuchni polowych nale y przy wymienianiu produktów
spo ywczych trzyma si takiego porz dku: 1. mi so, 2. konserwy, 3. jarzyny
wie e, 4. jarzyny suszone, 5. ry , 6. makaron, 7. kasza i kaszka, 8. kartofle,
zamiast poprzedniego porz dku: 4. jarzyny suszone, 5. jarzyny wie e.”
Gdy Szwejk przeczytał ten telefonogram feldfeblowi rachuby, ten o wiadczył
uroczy cie, e takie telefonogramy rzuca si do wychodka.
- Wymy lił to sobie jaki idiota ze sztabu armii i zaraz rozsyłaj takie
głupstwa po wszystkich dywizjach, brygadach i pułkach.
Nast pnie przyj ł Szwejk jeszcze jeden telefonogram, który był tak szybko
dyktowany, e Szwejk zd ył zapisa na kartce tylko poszczególne wyrazy, co
wygl dało jak jaki szyfr sekretny:
„In der Folge genauer erlaubt gewesen oder das selbst einem hingegen
immerhin eingeholet werden.”
- To wszystko s głupstwa - rzekł Vaniek, gdy Szwejk dziwił si ogromnie, e
mu si napisała taka osobliwa rzecz, i gdy odczytywał j sobie trzy razy z rz du. Oczywi cie, głupstwa - mówił Vaniek - ale diabli ich wiedz , mo e to jaki szyfr,
tylko e my w kompanii nie jeste my przygotowani do odczytywania szyfrów.
Mo na to w k t cisn .
- I ja tak my l - rzekł Szwejk. - Gdybym zameldował panu oberlejtnantowi,
e ma in der Folge genauer erlaubt gewesen oder das selbst einem hingegen
immerhin eingeholet werden, toby si jeszcze raz obraził. Bywaj ludzie tacy
obra liwi, e a strach - mówił Szwejk dalej, oddaj c si znowu wspomnieniom. Pewnego razu jechałem tramwajem z Vysoczan do Pragi, a w Libni przysiadł si
do nas niejaki Novotny. Jak tylko go poznałem, podszedłem do niego i wdałem si
z nim w rozmow , e obaj jeste my z Dra ova. A ten na mnie z pyskiem, ebym
mu dał spokój, bo mnie nie zna. Zacz łem mu tłumaczy , eby sobie
przypomniał, e jako mały chłopczyk chadzałem do niego z matk , której na imi
było Antonina, a ojcu Prokop i był ekonomem. Nawet wtedy nie chciał słysze o
tym, e si znamy. Wi c przypomniałem mu jeszcze inne szczegóły, e w Dra ovie
byli dwaj Novotni: Antoni i Józef. I e on jest wła nie tym Józefem, bo mi o nim z
Dra ova pisali, e postrzelił on , gdy go strofowała za pija stwo. I widzi pan, ten
człowiek podniósł na mnie r k . Uchyliłem si szcz liwie, a ten grzmotn ł pi ci
w szyb i zbił j . T du na przedniej platformie przed motorniczym. Wi c nam
kazali wysi
i zaprowadzili nas do komisariatu, gdzie si pokazało, e ten pan
był dlatego taki obra liwy, bo wcale si nie nazywał Józef Novotny, ale Edward
Doubrava i pochodził z Montgomery w Ameryce, a do Czech przyjechał tylko tak
sobie, eby odwiedzi krewnych.
Dzwonek telefonu przerwał opowiadanie Szwejka i jaki zachrypni ty głos z
oddziału karabinów maszynowych pytał znów, czy si jedzie, czy nie. Podobno
rano ma by konferencja u pana obersta.
We drzwiach ukazał si blady jak płótno kadet Biegler, najwi kszy idiota
kompanii, poniewa w szkole jednorocznych ochotników usiłował wyró nia si
284
swoimi wiadomo ciami. Skin ł na Va ka, eby z nim wyszedł na korytarz, i tam
prowadził z nim długa rozmow .
Po powrocie do kancelarii Vaniek u miechn ł si pogardliwie.
- Co za małpa ten Biegler! - rzekł do Szwejka. - Ładne okazy zebrały si w
naszej kompanii. Był tak e na konferencji. Pod koniec pan oberst rozkazał, eby
wszyscy plutonowi zrobili gwerwizyt i eby byli surowi. I teraz przychodzi si
pyta , czy ma da liabkowi słupka za to, e ten wyczy cił karabin naft .
Vaniek si rozzło cił.
- O takie idiotyczne rzeczy si mnie pyta. gdy sarn wie. e ruszamy na front.
Pan oberlejtnant dobrze si namedytował wczoraj nad tym słupkiem, na który
skazał swego pucybuta. Wi c rzekłem temu smykowi, eby si troch zastanowił,
czy to dobrze robi z szeregowców zwierz ta.
- Kiedy ju mowa o tym pucybucie - rzekł Szwejk - to mo e ju pan
wytrzasn ł jakiego odpowiedniego dla pana oberlejtnanta.
- Po co si spieszy - odpowiedział Vaniek. - Na wszystko jest do czasu.
Zreszt ja s dz , e pan oberlejtnant przyzwyczaił si do Balouna. Od czasu do
czasu co mu ze re, wielkie mi rzeczy! Na froncie rzecz si wyrówna, to tam
cz sto b dzie tak, e ani jeden, ani drugi nie b d mieli co re . Jak powiem, e
Baloun ma zosta u pana oberlejtnanta, to zostanie. Moja w tym głowa, a pan
oberlejtnant nie ma si wtr ca do nie swoich rzeczy. I nie trzeba si pieszy .
Vaniek wyci gn ł si na pryczy i rzekł:
- Opowiedz mi pan, panie Szwejk, jak anegdot z ycia wojskowego.
- Opowiedzie zawsze mo na - odparł Szwejk - ale obawiam si , e znowu kto
tam b dzie dzwonił.
- To zdejm pan słuchawk albo wył cz pan kontakt.
- Dobrze - rzekł Szwejk zdejmuj c słuchawk . - Opowiem panu co , co pasuje
do naszej sytuacji, tylko e wtedy zamiast prawdziwej wojny były tylko manewry
i była tylko sama panika jak tutaj, poniewa nikt nie wiedział, kiedy wyruszymy z
koszar. Razem ze mn słu ył jaki Szic z Porzecza, człowiek porz dny, ale
pobo ny i boj cy si . Wyobra ał sobie, e manewry to co okropnego, e ludzie
podczas manewrów padaj z pragnienia i e podczas marszów sanitariusze
zbieraj tych biedaków jak ul gałki. Wi c pił na zapas, a gdy my wyruszyli z
koszar i dotarli do Mniszki, mówił: „Wiecie, chłopcy, ja tego nie wytrzymam.
Chyba e si Bóg sam zmiłuje nade mn .” Potem przybyli my do Horzovic i
mieli my tam dwa dni odpoczynku, poniewa zaszła pomyłka, bo szli my naprzód
tak szybko, e razem z pułkami, które szły na naszych skrzydłach, byliby my
zagarn li do niewoli cały sztab nieprzyjacielski i byłby z tego wielki wstyd, jako
e nasz korpus miał przegra , a nieprzyjaciel wygra , bo w korpusie
nieprzyjacielskim był jaki sflaczały arcyksi . I wtedy ten Szic zrobił tak
rzecz: kiedy my obozowali, zabrał si i poszedł do wsi za Horzovicami, eby sobie
tam co kupi , i koło południa wracał do obozu. Gor co było, a mój Szic wypił
niezgorzej, wi c patrzy, przy drodze stoi słup, na słupie kapliczka, a w kapliczce
za szkłem malutki pos ek wi tego Jana Nepomucena. Odmówił pacierz przed
wi tym Janem Nepomucenem i powiada: „Gor co ci, he? Powiniene si napi .
Stoisz tu na sło cu i pocisz si zdrowo.” Potrz sn ł manierk , napił si sam i
powiada: „Zostawiłem ci tu łyk, wi ty Janie Nepomucenie.” Ale al mu było,
285
wi c wypił wszystko i dla wi tego nie pozostało nic.”Jezus Maria, powiada,
wi ty Janie Nepomucenie, musisz mi teraz wybaczy , ja ci to wynagrodz .
Zabior ci z sob do obozu i napoj ci tak wietnie, e si na nogach nie
utrzymasz.” I mój zacny Szic przez współczucie dla wi tego Jana Nepomucena
zbił szkło kapliczki, wyj ł pos ek wi tego, wsadził go sobie pod bluz i zaniósł
do obozu. Potem ten wi ty Jan sypiał z nim na słomie, Szic nosił go z sob w
tornistrze i miał wielkie szcz cie w kartach. Gdzie tylko obozowali my, wsz dzie
wygrywał, a przybyli my w Prache skie, obozowali my w Drahenicach i tam
Szic wszystko przegrał. Gdy my rano wyruszyli w pole, to na gruszy przy drodze
wisiał wi ty Jan powieszony. To jest anegdota z ycia wojskowego. A teraz
znowu zawiesimy słuchawk .
I telefon znowu dostawał ataków nerwowych daj c dowód, e harmonia
pokoju i spokoju w obozie została zakłócona.
W tym samym czasie porucznik Lukasz studiował w swoim pokoju szyfry
dor czone mu ze sztabu pułku. Do szyfrów doł czona była instrukcja, jak nale y
je odczyta , oraz tajny rozkaz o marszrucie batalionu na pograniczu Galicji (etap
pierwszy):
7217 - 1238 - 475 - 2121 - 35 = Moson.
8922 - 375 - 7282 = Rab.
4432 - 1238 - 7217 - 35 - 8922 - 35 = Komarn.
72 - 9299 - 310 - 375 - 7881 - 298 - 475 - 7979 = Budapeszt.
Odczytuj c te cyfry porucznik Lukasz westchn ł: - Der Teufel soli das
buserieren.
286
Rozdział 21
PRZEZ W GRY
Nareszcie wszyscy doczekali si chwili, w której powpychano ich do wagonów
- przy czym na 8 koni przypadało 42 szeregowców. Koniom podró owało si
oczywi cie wygodniej ni szeregowcom, bo mogły spa stoj c, ale nikogo to
wła ciwie nie obchodziło. Poci g wojskowy wiózł do Galicji now gromad ludzi
na rze .
Na ogół wszak e wszystkie te biedne stworzenia doznały ulgi. Gdy poci g
ruszył, miało si poczucie czego okre lonego, podczas gdy przedtem była tylko
m cz ca niepewno , panika, bo nikt nie wiedział, czy si pojedzie dzisiaj, jutro
czy pojutrze. Niejeden czuł si jak skazaniec wyczekuj cy ze strachem ukazania
si kata; eby ju nareszcie mie spokój, eby ju był koniec.
Tote jeden z ołnierzy wrzeszczał jak pomylony:
- Jedziemy! Jedziemy!
Sier ant rachuby Vaniek miał zupełn racj , gdy mawiał do Szwejka, e nie
ma si co pieszy .
Zanim nadeszła chwila wsiadania do wagonów, upłyn ło kilka dni, a przy tym
stale gadało si o konserwach, chocia do wiadczony Vaniek zapewniał, e to
tylko fantazja.
- Jakie tam znowu konserwy? Msza polowa, to i owszem, bo i przy poprzedniej kompanii marszowej było to samo Je li s konserwy, to mszy polowej
nie ma. W przeciwnym razie msza polowa zast puje konserwy.
Zamiast wi c konserw gulaszowych ukazał si oberfeldkurat Ibl, który za
jednym zamachem zabił trzy muchy. Odprawił msz polow od razu dla trzech
marszbatalionów: dwa z nich błogosławił na drog do Serbii, a jeden do Rosji.
Wygłosił przy tej sposobno ci natchnion mow , przy czym wida było, e
materiał czerpał z kalendarzy wojskowych. Mowa ta była tak wzruszaj ca, e gdy
ju byli w drodze do Moson, Szwejk, który znajdował si w wagonie razem z
Va kiem w zaimprowizowanej kancelarii, przypomniał sobie to przemówienie i
rzekł do sier anta rachuby:
- Morowo b dzie, jak mówił ten feldkurat, gdy si dzie nachyli ku
wieczorowi i sło ce ze swymi złocistymi promieniami zajdzie za góry, a na
pobojowisku słycha b dzie, jak wywodził, ostatnie westchnienia umieraj cych,
st kanie rannych koni, j ki rannych szeregowców i narzekanie mieszka ców,
którym popodpalano strzechy nad głowami. Okropnie lubi , gdy ludzie
bałwaniej do kwadratu. - Vaniek kiwn ł głow na znak, e si zgadza.
- Rzeczywi cie, obraz był pioru sko wzruszaj cy.
- Ładny te był i bardzo pouczaj cy - rzekł Szwejk. - Bardzo dobrze to sobie
zapami tałem i gdy powróc z wojny do domu, to b d o tym opowiadał „Pod
Kielichem”. Pan oberfeldkurat rozkraczył si jeszcze tak ładnie, gdy do nas
przemawiał, e si bałem, eby mu si kulas nie po lizn ł, bo byłby upadł na
ołtarz połowy i rozbił sobie łeb o monstrancj . Dawał nam taki pi kny przykład z
dziejów naszej armii, kiedy to jeszcze słu ył Radetzky, a z zorz wieczorn ł czył
si płomie gorej cych stodół; mówił tak, jakby na to patrzył.
287
Tego samego dnia oberfeldkurat Ibl był ju w Wiedniu i znowu innemu
marszbatalionowi wykładał wzruszaj c histori , o której mówił Szwejk, a która
tak mu si podobała, e nazwał ja bałwanieniem do kwadratu.
- Kochani ołnierze - przemawiał oberfeldkurat Ibl - pomy lcie sobie, dajmy
na to, e mamy rok czterdziesty ósmy i e zwyci stwem zako czyła si bitwa pod
Custozz , gdzie po dziesieciogodzinnej upartej walce włoski król Albert musiał
odda krwawe pobojowisko naszemu ojcu ołnierzy, marszałkowi Radetzkiemu,
który w osiemdziesi tym czwartym roku ycia odniósł tak wietne zwyci stwo. I
patrzajcie, ołnierze mili! Na wzgórzu przed zdobyt Custozz zatrzymał si
s dziwy wódz w otoczeniu swoich wiernych generałów. Powaga chwili spocz ła na
całym tym kole, albowiem, ołnierze, w nieznacznej odległo ci od marszałka
wida było bojownika walcz cego ze mierci . Ranny podchor y Hart, z
członkami strzaskanymi na polu chwały, czuł, e spogl da na niego marszałek
Radetzky. Poczciwy ranny podchor y w spazmatycznym uniesieniu ciskał
jeszcze w t ej cej prawicy złoty medal. Gdy spojrzał na sławnego marszałka,
serce jego o ywiło si jeszcze raz, zabiło mocniej, przez pora one ciało przebiegła
resztka energii i umieraj cy nadludzkim wysiłkiem próbował przyczołga si do
swego marszałka.
„Nie fatyguj si . poczciwy ołnierzu!” - zawołał na niego marszałek, zsiadł z
konia i chciał mu poda r k .
„Nie da si zrobi , panie marszałku - rzekł umieraj cy ołnierz - poniewa
obie r ce mam urwane, ale o jedno prosz ! Niech mi pan marszałek powie
prawd : wygrali my t bitw ?”
„Tak jest, mój bracie - odpowiedział uprzejmie marszałek. - Szkoda, e
rado twoja jest zam cona ranami twymi,”
„Tak jest, dostojny panie, ze mn ju koniec” - głosem złamanym rzekł
ołnierz u miechaj c si przyjemnie.
„Chce ci si pi ?” - zapytał Radetzky.
„Dzie był gor cy, panie marszałku, było trzydzie ci stopni!” Wtedy
Radetzky si gn ł po manierk swego adiutanta i podał j umieraj cemu. Ów
napił si łykn wszy porz dnie.
„Bóg zapła tysi ckrotnie! - zawołał usiłuj c pocałowa w r k swego wodza.
„Jak dawno słu ysz?”- zapytał marszałek.
„Przeszło czterdzie ci lat, panie marszałku! Pod Aspern wysłu yłem złoty
medal. Byłem tak e pod Lipskiem, mam kanonierski krzy , pi razy byłem
miertelnie ranny, ale teraz ju koniec, na amen. Lecz co za szcz cie i rado , i
doczekałem dnia dzisiejszego. Co mi tam mier , gdy odnie li my wielkie
zwyci stwo, a cesarzowi została przywrócona jego ziemia!”
W tej chwili, kochani ołnierze, z obozu ozwały si majestatyczne d wi ki
naszego hymnu: „Bo e, ochro , Bo e, wspieraj „ Wznio le i pot nie płyn ły nad
pobojowiskiem. Ranny ołnierz, egnaj cy si z yciem, jeszcze raz próbował
powsta .
„Niech yje Austria! - zawołał z zapałem. - Niech yje Austria! Niech graj
dalej t wspaniał pie ! Niech yje nasz wódz! Niech yje armia!”
Umieraj cy pochylił si jeszcze raz ku prawicy marszałka, któr pocałował,
opadł na ziemi i ciche ostatnie westchnienie wydarło mu si z jego szlachetnej
288
duszy. Wódz stał nad nim z głow obna on , spogl daj c na trupa jednego z
najdzielniejszych ołnierzy.
„Taki pi kny koniec godzien jest zawi ci” - rzekł marszałek ukrywaj c
wzruszon twarz w zło onych dłoniach.
Kochani ołnierze, ja i wam ycz , aby cie si wszyscy doczekali takiego
pi knego ko ca.
Wspominaj c t mow oberfeldkurata Ibla, mógł Szwejk bez najmniejszej
obawy pokrzywdzenia kapelana w czymkolwiek nazwa j bałwanieniem do
kwadratu.
Potem zacz ł Szwejk mówi o znanych rozkazach, które były odczytywane ju
przed wsiadaniem do poci gu. Jeden z tych rozkazów, podpisany przez
Franciszka Józefa, zwracał si do armii, a drugi był rozkazem arcyksi cia
Ferdynanda, głównodowodz cego armii i grupy wschodniej, za oba dotyczyły
wydarze , które miały miejsce w Przeł czy Dukielskiej w dniu 3 kwietnia roku
1915, kiedy to dwa bataliony 28 pułku razem z oficerami przeszły do Rosjan przy
d wi kach wojskowej kapeli.
Oba rozkazy zostały odczytane głosem dr cym i brzmiały w przekładzie tak:
„Rozkaz do armii z dnia 17 kwietnia 1915.
Przepełniony bólem rozkazuj , aby c. i k. pułk pieszy 28 za tchórzostwo i zdrad
stanu wymazany został z mego wojska. Sztandar pułkowy ma by odebrany
poha bionemu pułkowi i oddany do muzeum wojskowego. Z dniem dzisiejszym
przestaje istnie pułk, który, ju w kraju moralnie zatruty, wyruszył w pole, aby
si dopu ci zdrady pa stwa.
Franciszek Józef I”
„Rozkaz arcyksi cia Józefa Ferdynanda.
W czasie działa wojennych oddziały czeskie zawiodły, osobliwie w ostatnich
bitwach. Zawiodły specjalnie przy obronie pozycji, na których znajdowały si przez
czas dłu szy w rowach strzeleckich, z czego skorzystał nieprzyjaciel dla nawi zania
stosunków i ł czno ci z nikczemnymi ywiołami tych oddziałów.
Ataki nieprzyjaciela wspieranego przez tych zdrajców kierowane były zazwyczaj
przeciw tym odcinkom frontu, które były obsadzone przez takie oddziały.
Cz sto udawało si nieprzyjacielowi zaskoczy nasze oddziały i niemal bez walki
dotrze do naszych pozycji, przy czym zagarniano do niewoli bardzo znaczn liczb
obro ców.
Po tysi ckro ha ba, wstyd i pogarda tym n dznikom, którzy dopu cili si
zdrady cesarza i pa stwa i splamili nie tylko cz
wspaniałych sztandarów naszej
sławnej i dzielnej armii, lecz tak e honor tej narodowo ci, do której nale .
Pr dzej czy pó niej nie minie ich kula lub powróz kata.
Obowi zkiem ka dego czeskiego ołnierza, który ma poczucie honoru, jest, aby
dowódcy swemu wskazywał takich nikczemnych podszczuwaczy i zdrajców.
Kto tego nie uczyni, jest takim samym zdrajc i nikczemnikiem.
Rozkaz ten ma by przeczytany wszystkim szeregowym pułków czeskich.
C. i k. pułk 28 rozkazem naszego monarchy został wykre lony z armii, a wszyscy
289
wzi ci do niewoli dezerterzy tego pułku krwi swoj zapłac za swoj ci k win .
Arcyksi
Józef Ferdynand”
- Przeczytali nam t rzecz troch pó no rzekł Szwejk do Va ka. - Bardzo si
dziwi , e nam przeczytali ten befel dopiero teraz, kiedy najja niejszy pan wydał
go 17 kwietnia. Wygl da to tak, jakby dla jakich tam powodów nie chcieli nam
przeczyta tego od razu. ebym ja był najja niejszym panem, tobym si nikomu
nie dał upo ledzi w taki sposób. Jak wydaje befel 17 kwietnia, to 17 ma by
odczytany wszystkim pułkom, cho by nawet pioruny biły.
Po drugiej stronie wagonu naprzeciwko Va ka siedział kucharz-okultysta z
kuchni oficerskiej i co pisał. Za nim siedzieli: pucybut porucznika Lukasza,
brodaty olbrzym Baloun, i telefonista przydzielony do 11 kompanii marszowej,
Chodounsky. Baloun prze uwał kawałek komi niaka i wystraszony tłumaczył
Chodounskiemu, e to nie jego wina, i w tym tłoku przy wsiadaniu do wagonów
nie mógł si dosta do wagonu sztabowego do swego porucznika.
Chodounsky straszył go. e teraz nie ma artów i e za to b dzie rozstrzelany.
- eby te ju raz sko czyło si to straszne biedowanie - narzekał Baloun. Ju raz podczas manewrów pod Voticami omal yciem nie przypłaciłem słu enia
w wojsku. P dzili nas o głodzie, spragnionych, wi c gdy podjechał do nas
batalionsadiutant, to krzykn łem: „Dajcie nam chleba i wody!” Zawrócił ku mnie
konia i rzekł, e gdyby to było w czasie wojny, to kazałby mi wyj z szeregu i
zostałbym rozstrzelany, ale e nie było wojny, wi c powiada, e ka e mnie tylko
wsadzi do aresztu garnizonowego. Miałem jednak szcz cie, bo gdy jechał do
sztabu, eby o tym donie , po drodze spłoszył si jego ko , adiutant spadł i,
chwała Bogu, skr cił sobie kark.
Baloun ci ko westchn ł i zakrztusił si kawałkiem chleba. Gdy wreszcie
odzipn ł, spojrzał okiem ałosnym na dwa toboły porucznika Lukasza, które były
pod jego opiek .
- Panowie oficerowie fasowali - mówił melancholijnie - konserwy, w tróbk i
salami w gierskie. Zjadłoby si dziebełko.
Spogl dał przy tym z tak t sknot na oba tobołki swego porucznika jak
opuszczony przez wszystkich piesek, który jest głodny jak wilk i siedz c przed
sklepem z w dlinami, wdycha zapach gotowanej w dzonki.
- Nie szkodziłoby - rzekł Chodounsky - eby na nas czekali gdzie z dobrym
obiadem. Kiedy my na pocz tku wojny jechali do Serbii, to my si stale ob erali,
bo na ka dej stacji byli my fetowani. Z g sich udek wycinali my kostki
najlepszego mi sa i tymi kostkami grywali my w wilka i owce na tafelkach
czekolady. W Osijeku w Chorwacji jacy dwaj panowie ze stowarzyszenia
weteranów przynie li nam do wagonu du y kocioł pieczonych zaj cy, ale ju tego
nie mogli my wytrzyma i wyleli my im wszystko na łeb. Przez cał drog nic
innego nie robili my, tylko rzygali my z okien wagonów. Kapral Matiejka w
naszym wagonie tak si prze arł, e trzeba było poło y mu desk na brzuchu i
skaka po niej, jak to si robi, gdy si ubija kapust , i dopiero to go ruszyło, ale
porz dnie: gór i dołem. Kiedy my przeje d ali przez W gry, to oknami
wagonów rzucano nam pieczone kury na ka dej stacji. Ale my wybierali my z
290
tych kur tylko mó d ki. W Kaposvár wrzucali nam Madziarowie do wagonów
całe kawały pieczonych prosi t, a jeden kolega dostał w łeb pieczon wieprzow
głowizn i to go tak rozzło ciło, e z bagnetem w r ku gonił ofiarodawc przez
trzy tory. Za to w Bo ni nie dostali my nawet wody do picia. Przed Bo ni ,
pomimo zakazu, mieli my wielki wybór najró niejszych wódek i mogli my pi , ile
wlazło. Wino lało si strumieniami. Pami tam, e na jakiej stacji panienki i
paniusie cz stowały nas piwem, ale my my im w konewki nasiusiali i trzeba ci
było widzie , jak damule wiały od wagonów! Przez cał drog od tego arcia i
picia byli my jak nieswoi. Nie umiałem ju nawet odró ni asa oł dnego od
dzwonkowego, a tu - zanim e my si spostrzegli - raptem rozkaz! Gry nie mo na
było doko czy i wszyscy wysiada ! Jaki kapral, nie pami tam ju , jak mu było,
krzyczał na swoich ludzi, eby piewali: „Und die Serben müssen sehen, dass wir
Oesterreicher Sieger, Sieger sind.” Ale kto go kopn ł w zadek, a on zwalił si na
szyny. Potem krzyczeli, eby karabiny ustawi w kozły, a poci g zaraz ruszył i
pojechał z powrotem pusty, tyle tylko, jak to ju bywa w takiej panice, e zabrał z
sob prowianty, których było na dwa dni. A tak jak st d do tamtych drzew
zacz ły ju p ka szrapnele. Nie wiadomo sk d przycwałował
batalionskomendant i zwołał wszystkich na narad , a potem przyszedł nasz
oberlejtnant Macek, Czech jak dr g, ale mówił tylko po niemiecku, blady był jak
ciana. Powiada, e dalej jecha nie mo na, bo tor wysadzony w powietrze, w
nocy Serbowie przeprawili si przez rzek i s teraz na lewym skrzydle. Ale e s
jeszcze daleko od nas. Maj przyj posiłki, a potem posiekamy Serbów na
drobno. No i eby si nikt nie poddawał w razie czego, bo Serbowie urzynaj
je com uszy. nosy i wykłuwaj oczy. A to, e niedaleko nas p kaj szrapnele, to
głupstwo - to na pewno wiczy nasza artyleria. Nagłe gdzie za gór ozwało si
„tatatatata”. I to nic - nasze karabiny maszynowe te musz odby próbne
strzelanie. Potem z lewej strony ozwała si kanonada, a e to było dla nas
nowo ci , wi c słuchali my jej le c na brzuchach. Nad nami przeleciało kilka
granatów, dworzec stan ł w płomieniach, a z prawej strony nad nami zacz ły
gwizda kule. W dali słycha było trzaskanie salw karabinowych. Oberlejtnant
Macek kazał rozebra kozły i nabija karabiny. Wachmistrz podszedł do niego i
powiedział mu, e to si nie da zrobi , bo nie mamy przy sobie adnej amunicji.
Sam przecie wie, e amunicj mieli my fasowa dopiero na dalszym etapie przed
pozycj . Poci g z amunicj szedł przed nami, ale go ju pewno Serbowie maj w
swoich r kach. Oberlejtnant Macek stał przez chwil jak słup, a potem wydał
rozkaz: „Bajonett auf!”
Sam pewno nie wiedział, dlaczego wydał taki rozkaz. Tak mu si z rozpaczy
wymówiło, eby wygl dało, e si co robi. Potem przez do dług chwil
stali my w pogotowiu, nast pnie czołgali my si po torze kolejowym, bo pokazał
si jaki aeroplan, a szar e wrzeszczały: „Alles decken! Decken!” Okazało si ,
oczywi cie, e to nasz, ale ju go artyleria przez pomyłk zacz ła ostrzeliwa .
Wi c wstali my, ale znik d adnego rozkazu. A tu wyrwał si jaki kawalerzysta
i jeszcze z daleka krzyczał: „Wo ist Batalionskommando?” Komendant batalionu
wyjechał mu na spotkanie, tamten podał mu jakie pismo i p dził dalej na prawo.
Batalionskomendant czytał sobie po drodze to pismo i raptem jakby zwariował.
Wyrwał szabl i p dził ku nam. „Alles zurück! Alles zurück!” - ryczał na
291
oficerów. - „Direktion Mulde, einzeln abfallen!” I zaraz si rozpocz ł dopust
bo y. Jakby tylko na to czekali, ze wszystkich stron zacz li w nas wali . Po lewej
stronie było pole kukurydzy podobne do piekła. Na czworakach czołgali my si
ku dolinie, a plecaki zostawili my na tym przekl tym torze. Oberlejtnanta Macka
dojechała jaka kula od prawej strony w głow ; zwalił si i ani pisn ł. Zanim
uciekli my w dolin , mieli my mas rannych i zabitych. Nie troszczyli my si o
nich i p dzili my a do wieczora, a cała okolica była ju przed nami jak
wymieciona. Widzieli my tylko złupione tabory. Nareszcie dotarli my do stacji,
gdzie ju czekały nowe rozkazy, eby wsiada do poci gu i jecha z powrotem do
sztabu, ale tego rozkazu wykona nie mogli my, poniewa cały sztab dostał si
dnia poprzedniego do niewoli, o czym dowiedzieli my si dopiero rano. Byli my
wtedy jak te sieroty, bo nikt o nas nie chciał nic wiedzie . Przył czyli nas do 73
pułku, eby my razem z nim uciekali, co zrobili my z najwi ksz przyjemno ci ,
chocia przedtem musieli my maszerowa prawie cały dzie , zanim dostali my
si do 73 pułku. No, a potem...
Nikt go ju nie słuchał, bo Szwejk z Va kiem grali w mariasza,
kucharzokultysta z kuchni oficerskiej pisał dalej swój obszerny list do ony, która
podczas jego nieobecno ci zacz ła wydawa nowe pismo teozoficzne. Baloun
podrzemywał na ławie, wi c telefoni cie Chodounskiemu nie pozostawało nic
innego do zrobienia, jak zako czy opowiadanie:
- Tak, tak, tego nie zapomn nigdy...
Wstał i zacz ł kibicowa przy mariaszu.
- Mógłby mi przynajmniej fajk zapali - rzekł Szwejk po przyjacielsku do
Chodounskiego - skoro zabierasz si do kibicowania. Mariasz to rzecz daleko
wa niejsza ni cała wojna i ni cała ta wasza głupia awantura na serbskiej
granicy. A ja tu robi takie głupstwa, e tylko si po pysku pra . Nie trzeba było
poczeka z tym królem? Akurat mi si walet przypl tał. Bydl jestem, i tyle.
Tymczasem kucharz-okultysta doko czył swój list i odczytywał go z
widocznym zadowoleniem, e tak ładnie go uło ył dla cenzury wojskowej.
„Kochana ono!
Gdy otrzymasz ten list, to ja ju od kilku dni znajdowa si b d w poci gu
wioz cym nas na front. Nie bardzo mi tu przyjemnie, poniewa w poci gu si
pró nuje i nie mog by u yteczny, bo nasza oficerska kuchnia jest nieczynna, a
jedzenie dostajemy na etapach stacyjnych. Z przyjemno ci przyrz dziłbym w drodze
przez W gry segedy ski gulasz dla naszych panów oficerów, ale nic z tego. Mo e po
przyje dzie do Galicji uda mi si przyrz dzi dla nich co w rodzaju galicyjskiej
szołdry, duszon g w kaszy lub w ry u. Wierz mi, kochana Helenko, e robi
wszystko, co tylko mog , aby naszym, panom oficerom uprzyjemni ycie przy ich
troskach i wysiłkach.
Z pułku zostałem przeniesiony do marszbatalionu, co było moim najgor tszym
pragnieniem, abym mógł i przy naszych skromnych rodkach doprowadzi polow
kuchni oficersk do nale ytego porz dku. Pami tasz jeszcze, kochana Helenko, jak
to yczyła mi uprzejmych przeło onych, gdy mnie brali do wojska? yczenie Twoje
spełniło si i nic tylko nie mog narzeka , i to w najdrobniejszych sprawach, ale
292
przeciwnie, musze przyzna , e wszyscy panowie oficerowie s naszymi prawdziwymi
przyjaciółmi, a szczególnie wobec mnie zachowuj si jak rodzeni ojcowie.
Niebawem podam ci numer naszej poczty polowej...”
List ten był wymuszony okoliczno ciami, a mianowicie tym, e
kucharzokultysta ostatecznie popadł w niełask u pułkownika Schrödera, który
go dotychczas popierał, a dla którego na po egnalnym wieczorku oficerów
marszbatalionu, znowu nieszcz liwym zbiegiem okoliczno ci, nie starczyło
zawijanej nerki ciel cej, i za to pułkownik Schröder wyprawił go z kompani
marszow na front, a oficersk kuchni oddał pod opiek jakiemu
nieszcz liwemu nauczycielowi z instytutu dla ociemniałych w Klarovie.
Kucharz-okultysta przeczytał jeszcze raz wszystko, co do ony napisał, a co
wydawało mu si bardzo dyplomatyczne. Chodziło bowiem o to, eby si jako
tako utrzyma jak najdalej od linii bojowej, bo chocia ludzie gadaj tak i owak,
ka dy si na froncie dekuje, jak mo e.
Dekował si tedy i on, chocia w cywilu jako redaktor napisał do swego
czasopisma, po wieconego wiedzy tajemnej, artykuł o tym, e nikt nie powinien
ba si mierci, oraz artykuł o w drówce dusz.
Teraz podszedł do Szwejka i Va ka, aby kibicowa . Mi dzy obu graczami
zatarły si w tej chwili wszystkie ró nice stopni wojskowych. Nie grali ju we
dwóch, bo przysiadł si do nich na trzeciego Chodounsky. Ordynans kompanii
Szwejk po grubia sku beształ sier anta Va ka:
- Dziwi si , e mógł pan zagra tak idiotycznie. Czy pan nie słyszy, e on gra
„betla”? Ja nie mam ani jednego dzwonka, a pan, zamiast rzuci ósemk , rzucasz
jak ostatni idiota oł dnego waleta i ta małpa skutkiem tego wygrywa.
- eby znowu tak pysk rozpuszcza o głupiego waleta! - brzmiała uprzejma
odpowied sier anta rachuby. - Sam pan grasz jak sko czony idiota. Sk d ja
mam bra dzwonkow ósemk , kiedy te nie mam ani jednego dzwonka? Miałem
tylko wysokie wina i oł dzie, o le jeden!
- To trzeba było deklarowa „durcha” i nie robi cymbalstwa - odpowiedział
Szwejk z u miechem. - Tak samo było kiedy „U Valszów”, na w dole restauracji.
Te jeden taki fujara miał „durcha”, ale zamiast go ogłosi , odrzucał po jednej
swoje słabe karty i ka demu dał wygra . A co za karty miał! Ze wszystkich
kolorów najwy sze. Tak samo jak i teraz nic bym z tego nie miał, gdyby pan
zamiast oł dnego waleta rzucił ósemk . Wtedy ja nie wytrzymałem i mówi :
„Panie Herold, graj pan "durcha" i nie bałwa si pan!” A ten na mnie z
pyskiem, e mo e gra , co mu si podoba, bo był na uniwersytecie. Ale nie
opłaciło mu si stawia . Restaurator był dobry znajomy, z kelnerkami byli my w
za yłej przyja ni, wi c gdy tamten wołał policj , to my policjantowi wszystko
akuratnie wytłumaczyli, e si nic nie stało, tylko ten pan zgoła ordynarnie
zakłóca cisz nocn wołaniem policji, bo si przed restauracj sam po lizn ł i
upadł tak niezgrabnie, e nosem worał si w trotuar, wi c ma nos potłuczony. A
my my go nawet palcem nie tkn li, chocia oszukiwał w mariaszu. Dopiero
gdy my jego fałszowanie dostrzegli, to tak szybko wybiegł z restauracji, a si
przewrócił. Restaurator i kelnerki przy wiadczyli bardzo ch tnie, e
zachowywali my si wobec tego pana bardzo po d entelme sku. Ale dobrze mu
293
tak, bo na nic lepszego nie zasłu ył. Siedzi sobie taki od siódmej wieczór a do
północy przy jednym piwku i sodowej wodzie, puszy si niby wielki pan, bo jest
profesorem uniwersytetu, a na mariaszu zna si jak kura na pieprzu. Kto teraz
rozdaje?
- Zagrajmy w oczko - zaproponował kucharz-okultysta. - Szóstka i dwójka.
- E, opowiadaj nam pan lepiej co o w drówce dusz - rzekł sier ant rachuby jake pan opowiadał pannie w kantynie wtedy, co to sobie potłukł nos.
- O w drówce dusz tak e ju słyszałem - odezwał si Szwejk. - Ju przed laty
postanowiłem, z przeproszeniem, zabra si , jak to si mówi, do samokształcenia,
eby dotrzymywa kroku post powi. Wi c chodziłem do czytelni Zwi zku
Przemysłowego w Pradze, ale poniewa byłem obdarty, a dziurami prze wiecał
mi zadek, wi c nie mogłem si dokształca , bo mnie do czytelni nie wpu cili, a
nawet wyrzucili, bo my leli, e przyszedłem kra palta. Ubrałem si tedy po
wi tecznemu, poszedłem do biblioteki w muzeum i wypo yczy łem sobie tak
jedn ksi k o w drówce dusz. Czytałem j ze swoim koleg i wyczytałem w
niej, e pewien cesarz indyjski przemienił si po mierci w wini , a gdy t wini
zar n li, przemienił si w małp , z małpy stał si jamnikiem, a z jamnika stał si
ministrem. Potem, kiedym ju słu ył w wojsku, przekonałem si , e w tym musi
by troch prawdy, bo kto tylko miał jak gwiazdk na kołnierzu, nazywał
wszystkich ołnierzy albo morskimi winiami, albo jakimi innymi zwierz tami, z
czego dałoby si łatwo wywnioskowa , e ci pro ci ołnierze musieli by kiedy
przed wiekami sławnymi wodzami. Ale podczas wojny w drówka dusz jest rzecz
bardzo głupi . Diabli wiedz , ile to trzeba przeby ró nych przemian, zanim si
człowiek stanie, powiedzmy, telefonist , kucharzem czy frajtrem, a tu raptem
poszarpie go granat, dusza jego przechodzi w konia artyleryjskiego, a tu znowu w
t bateri , gdy jedzie na nowe pozycje, wali nowy granat i zabija konia, w którego
wcielił si ten nieboszczyk, i znowu dusza przeprowadza si w pierwsz lepsz
krow przy taborach, a z tej krowy robi gulasz dla ołnierzy, a dusza krowy
przechodzi w telefonist , z telefonisty...
- Dziwi si - rzekł telefonista Chodunsky dotkni ty do ywego - e akurat ja
mam by celem idiotycznych dowcipów.
- Czy ten Chodounsky, co ma prywatny zakład wywiadowczy z takim okiem
na szyldzie, które oznacza Trójc Bo , nie jest krewnym pa skim? - zapytał
Szwejk z min niewinn , jakby nigdy nic. - Bo przed laty słu yłem w wojsku z
pewnym prywatnym detektywem, z niejakim Stendlerem. Ten detektyw miał
tak guzowat głow , e nasz feldfebel mawiał do niego, i w ci gu dwunastu łat
widział w wojsku du o guzowatych głów, ale takiej to nawet w duchu sobie nie
wyobra ał. „Słuchajcie Stendler, mawiał do niego, gdyby w tym roku nie
wypadały manewry, to wasza guzowata głowa nie zdałaby si na nic, ale poniewa
s manewry, wi c przynajmniej artyleria b dzie podług waszej głowy strzela ,
gdy znajdziemy si w okolicach, w których nie b dzie adnego lepszego punktu
orientacyjnego!” Nadokuczał mu ten feldfebel. Czasem podczas marszu wysyłał
go o par kroków naprzód, a potem komenderował: „Direktion, guzowata
głowa!” Ten pan Stendler miał w ogóle pecha tak e jako detektyw prywatny. Ile
razy opowiadał nam w kantynie, jakie to miewał zgryzoty! Otrzymywał na
przykład takie zadania, eby wy ledzi , czy mał onka takiego a takiego klienta,
294
który przyleciał do nich na pół nieprzytomny, nie z w chała si z jakim innym
panem, a je li si zw chała, to z kim, gdzie i kiedy. Albo odwrotnie. Taka
zazdrosna niewiasta przyleciała, eby si dowiedzie , z któr te przyjaciółk
zadaje si jej m , eby mu nast pnie zrobi w domu jeszcze wi ksze piekło. Był
to człowiek wykształcony, mówił bardzo ogl dnie o naruszeniu wierno ci
mał e skiej i omal e nie płakał, gdy nam opowiadał, e wszyscy chcieli od niego,
eby przyłapał in flagranti j albo jego. Drugi cieszyłby si z tego, e mo e
przyłapywa takie pary in flagranti i dostałby na oczach odciski od patrzenia, ale
ten Stendler przypłacał te przyjemno ci zdrowiem, jak nam o tym opowiadał.
Mówił nam bardzo inteligentnie, e na te plugawe wszetecze stwa ju nawet
patrze nie mógł. Nam nieraz lina z g by ciekła jak psu, gdy w szy w pobli u
gotowan szynk , kiedy nam opowiadał o tych najró niejszych sytuacjach, w
jakich te tropione pary przyłapywał. Gdy miewali my koszarniaka, to nam o tym
bardzo szczegółowo opisywał: „Tak i tak, powiada, widziałem t a t pani z tym
a tym panem”. Nawet adresy nam podawał i był taki smutny. „Ile to ja razy
dostałem po g bie, mówił zawsze, od jednej i od drugiej strony. Ale i to mnie tak
nie zasmucało, jak raczej to, e brałem łapówki. O jednej takiej łapówce nie
zapomn do samej mierci. On nagi, ona naga. W hotelu i nie zamkn li si na
klucz, idioci! Na otomanie si nie zmie cili, bo oboje byli za ywni, wi c
baraszkowali na dywanie jak kociaki. A dywan był ju cały zdeptany, zakurzony
i pełno na nim było niedopałków papierosów. Gdy wszedłem do pokoju, oboje
zerwali si na równe nogi. On stał przede mn i r k zasłaniał si jak figowym
listkiem. Ona odwróciła si do mnie tyłem i wida było na jej skórze odbicie
kratkowanego wzoru kobierca, a na zadku miała przylepiony niedopałek
papierosa. "Przepraszam, mówi , panie Zemku, jestem prywatny detektyw
Stendler od Chodounskiego i mam urz dowy obowi zek przyłapania pana in
flagranti na zasadzie meldunku pa skiej mał onki. Ta oto dama, z która
utrzymuje pan zakazane stosunki, to pani Grotowa." Jeszcze nigdy w yciu nie
widziałem obywatela tak spokojnego. "Pozwoli pan, powiada, e si ubior " - jak
gdyby si nic nadzwyczajnego nie zdarzyło. "Wina jest wył cznie po stronie
mojej mał onki, która swoj nieuzasadnion zazdro ci zmusza mnie do
niedozwolonych stosunków, a powoduj c si marnymi podejrzeniami, obra a
m a przytykami i ohydn nieufno ci . Ale je li ju nie ma w tpliwo ci, e ha by
nie da si dłu ej ukry ... Gdzie moje gacie?" - zapytał przy tym zgoła spokojnie.
"Na łó ku". Podczas gdy wdziewał gacie, przemawiał do mnie dalej: "Gdy ha by
nie da si ukry , to si mówi: rozwód. Ale tym si plamy poha bienia nie ukryje.
W ogóle rozwód to sprawa ogromnie powa na - mówił dalej, ubieraj c si - i
najlepiej, gdy mał onka uzbroi si w cierpliwo i nie da powodu do zgorszenia
publicznego. Zreszt rób pan, co uwa asz za wła ciwe. Odchodz i zostawiam
pana z szanown pani .". Pani Grotowa poło yła si tymczasem do łó ka, pan
Zemek podał mi r k i wyszedł.” Ju dobrze nie pami tam, co nam dalej
opowiadał o tej sprawie pan Stendler, poniewa bardzo inteligentnie rozmawiał z
t dam w łó ku, oboje za zgodzili si na to, e mał e stwo nie jest od tego, eby
ka dego prost drog prowadzi do szcz cia, i e obowi zkiem ka dego jest
poskramianie chuci w mał e stwie i kształcenie charakteru oraz uduchowianie
ciała. „Sam ju , powiada, nie wiem, jak to si stało, e powoli zacz łem si
295
rozbiera , a gdy ju byłem rozebrany i omamiony jak dziki jele , wszedł do
pokoju mój dobry znajomy Stach, tak e detektyw prywatny z konkurencyjnego
zakładu pana Sterna, do którego zwrócił si o pomoc pan Grot w sprawie swojej
mał onki, która jakoby miała jaki niedozwolony stosunek. "Aha, powiada
tamten, pan Stendler in flagranti z pani Grotow . Winszuj !" Tylko tyle
powiedział, cicho zamkn ł drzwi za sob i poszedł. "Teraz ju wszystko jedno rzekła pani Grotowa - nie potrzebuje pan ubiera si tak szybko. Koło mnie masz
pan do miejsca." "A mnie, prosz pani, chodzi wła nie o miejsce" odpowiedziałem i ju nawet nie bardzo wiedziałem, o czym mówi , tyle tylko
pami tam, e mówiłem co o niesnaskach w mał e stwie i e skutkiem tych
niesnasek cierpi tak e wychowanie dziatek.” Potem opowiadał jeszcze o tym, e
si bardzo szybko ubrał i dał nura postanawiaj c, e wszystko natychmiast
opowie swemu przeło onemu panu Chodounskiemu, ale naprzód musiał si
posili , a gdy przyszedł do biura, było ju po wszystkim. Był ju tam detektyw
Stach z rozkazu swego szefa pana Sterna, aby zada cios panu Chodounskiemu
wiadomo ci o tym, jakich to ów pan ma urz dników w swym prywatnym
zakładzie wywiadowczym, a ten znowu nie wpadł na aden lepszy koncept, tylko
posłał natychmiast po mał onk pana Stendlera, eby si z nim załatwiła, bo
posyłaj go z urz dowym zleceniem, a konkurencyjna firma przyłapuje go
tymczasem in flagranti. „Od tego czasu - mawiał zawsze pan Stendler, gdy si
zgadało o takich rzeczach - mam łeb jeszcze bardziej guzowaty.”.
- Wi c gramy dalej. Po pi , po dziesi ?
Grali dalej. Poci g zatrzymał si na stacji Moson. Ju był wieczór, wi c
nikogo nie wypuszczali z wagonów.
Gdy poci g ruszył w dalsz drog , z jednego wagonu ozwał si głos tak
pot ny, jakby chciał przygłuszy turkot poci gu. Jaki ołnierz z Gór
Kasperskich w nabo nym nastroju o tej wieczornej godzinie straszliwym rykiem
opiewał cich noc, spływaj c na w gierskie równiny.
Gute Nacht! Gute Nacht!
Allen Müden sei's gebracht.
Neigt der Tag stille zur Ende,
Ruhen alle fleiss'gen Hände.
Bis der Morgen is erwacht.
Gute Nacht! Gute Nacht!
- Halt Maul, du Elender! - przerwał kto sentymentalnemu piewakowi i
piewak zamilkł. Odci gn li go od okna.
Ale pracowite r ce nie spocz ły do samego rana. Jak wsz dzie przy blasku
wieczek, tak i tutaj przy wietle małej lampki naftowej, zawieszonej na cianie,
grano w oczko, a gdy w grze kto wpadał, wtedy Szwejk udowadniał, e to
najsprawiedliwszy rodzaj gry, bo ka dy mo e sobie dobra tyle kart, ile zechce.
- Jak si gra w oczko - mówił Szwejk - wystarczy wzi tylko asa i siódemk i
nikt ci nie ka e bra wi cej. Dalszych kart bra nie musisz. To ju sam
ryzykujesz.
296
- Jak tak, no to zagrajmy sobie w „zdróweczko” - zaproponował Vaniek, a
wszyscy zgodzili si ch tnie.
- Siódemka czerwie - meldował Szwejk przekładaj c karty. - Ka dy stawia
pi tk , a karty rozdaje si po cztery. Ruszajcie si i nie marud cie.
Na twarzach wszystkich graczy malowało si takie zadowolenie, jak gdyby nie
było adnej wojny i jakby poci g nie wiózł ich na krwawe walki i rzezie, ale jakby
siedzieli w jakiej praskiej kawiarni przy stolikach do gry.
- Nawet nie przypuszczałem - mówił Szwejk po jednej rozgrywce - e gdy nic
nie dostałem i trzeba było wymieni wszystkie karty, to dostan asa. Co si
pchacie do mnie z królem! Przebijam go, i tyle.
I podczas gdy tutaj przebijano króla asem, daleko na froncie królowie w grze
ze sob przebijali swoimi poddanymi.
W wagonie sztabowym, gdzie siedzieli oficerowie marszbatalionu, na
pocz tku podró y panowało dziwne milczenie. Wi kszo oficerów pogr ona
była w czytaniu małej ksi ki w płóciennej oprawie z napisem: Die Sünden der
Väter. Novelle von Ludwig Ganghofer.
Wszyscy czytali t ksi k akurat na stronicy 161. Kapitan Sanger, dowódca
batalionu, stał przy oknie i trzymał w r ku t sam ksi k , równie otwart na
stronicy 161.
Rozgl dał si po krajobrazie i zastanawiał si , w jaki by sposób jak
najprzyst pniej wytłumaczy wszystkim, co z t ksi k maj zrobi . Sprawa
była ci le tajna.
Oficerowie my leli tymczasem, e pułkownik Schröder zgłupiał doszcz tnie.
Postrzelony był ju dawno, ale nikt nie przypuszczał, e zgłupieje tak dalece, i to
tak szybko. Przed odej ciem poci gu zwołał wszystkich na ostatni besprechung,
przy czym powiedział im, e ka dy dostanie ksi k Die Sünden der Väter
Ludwika Ganghofera i e ksi ki te znajduj si w kancelarii batalionu.
- Panowie - rzekł z min straszliwie tajemnicz - nie zapomnijcie nigdy o
stronicy 161! - Oficerowie, pogr eni w studiowaniu tej stronicy, nie mogli si
połapa , o co tu wła ciwie chodzi. Jaka Marta na tej wła nie stronicy podeszła
do biurka, wyj ła jak rol i gło no wypowiadała si , e publiczno musi
współczu z bohaterem tej roli. Potem na tej samej stronicy zjawił si jaki
Albert, który stale usiłował artowa , a poniewa był to fragment nieznanych
zdarze opowiadanych uprzednio, wydawało si wszystkim takim strasznym
głupstwem, e porucznik Lukasz ze zło ci zmia d ył w z bach cygarniczk .
„Zgłupiał dziadyga - my leli wszyscy - koniec z nim. Teraz to ju na pewno
dostanie si do Ministerstwa Wojny.”'
Kapitan Sagner odszedł od okna, bo ju sobie w głowie dokładnie uło ył
przemówienie do oficerów. Nie miał zbyt wielkiego talentu pedagogicznego i
dlatego tak długo musiał medytowa nad planem wykładu o znaczeniu stronicy
161.
Zanim zacz ł swój wykład, przemówił do słuchaczy:
- Meine Herren... - na ladował pułkownika Schrödera, chocia przed
wej ciem do wagonów mówił do nich: „Kameraden.”
297
- Also, meine Herren... I zacz ł wykłada , e wczoraj wieczorem otrzymał od
pułkownika instrukcje dotycz ce stronicy 161 utworu Die Sünden der Väter
Ludwika Ganghofera.
- Also, meine Herren - mówił uroczy cie s to informacje tajne, dotycz ce
nowego systemu szyfrowania depesz w polu.
Kadet Biegler wyj ł notatnik i ołówek i tonom jak najbardziej
przypochlebnym rzekł:
- Jestem gotów, panie kapitanie.
Wszyscy spojrzeli na tego głuptaka, którego lizusostwo w szkole
jednorocznych ochotników graniczyło z idiotyzmem. Do wojska wst pił jako
ochotnik i zaraz przy pierwszej sposobno ci, gdy dowódca szkoły zapoznawał si
ze stosunkami rodzinnymi uczniów, powiedział mu, e przodkowie jego pisali si
zrazu Bügler von Leuthold oraz e w herbie mieli skrzydło bociana z ogonem
ryby.
Od tego czasu wszyscy wołali na niego: „skrzydło bociana z ogonem rybim”,
prze ladowali go okrutnie i traktowali z antypati , wiedz c, e ojciec jego miał
poczciwy handelek skórami zaj czymi i króliczymi, e wi c nie ma si co puszy .
Tymczasem ten romantyczny zapaleniec robił wszystko, co było w jego mocy. aby
po re cał wiedz wojskow , wyró niał si pilno ci i znajomo ci nie tylko
wszystkiego, czego trzeba było si nauczy , ale i innych rzeczy, którymi sarn
przeładowywał sobie głow , studiuj c pisma o sztuce wojennej i historii
wojskowo ci. O tych rzeczach lubił zawsze gada , dopóki nie nakazywano mu
milczenia. W kole oficerów uwa ał siebie za równego oficerom wy szych stopni.
- Sie, Kadett - rzekł kapitan Sagner - dopóki nie pozwol panu mówi , masz
pan milcze , bo nikt si pana o nic nie pytał. Zreszt jeste pan diabelnie sprytny
ołnierz. Ja komunikuj panom informacje jak naj ci lej tajne, a pan chce je
zapisywa w notatniku. Gdyby pan ten notatnik zgubił, to pójdzie pan pod s d
polowy.
Kadet Biegler miał jeszcze i to brzydkie przyzwyczajenie, i przy ka dej
sposobno ci starał si ka dego przekona , i wła ciwie on miał racj .
- Posłusznie melduj , panie kapitanie - odpowiedział - nawet przy
ewentualnym zgubieniu notatnika nikt nie odczyta moich notatek, bo ja
stenografuj , a skrótów moich nikt odczyta nie zdoła. U ywam angielskiego
systemu stenografii.
Wszyscy spojrzeli na niego wzgardliwie, kapitan Sagner machn ł r k i
mówił dalej.
- Mówiłem ju o nowym sposobie szyfrowania depesz w polu, a je li panowie
nie wiedzieli, dlaczego polecono wam wła nie jedn z nowel Ludwika
Ganghofera. Die Sünden der Väter, stronica 161, to dodam, e to jest klucz do tej
nowej metody, obowi zuj cej na podstawie nowego rozporz dzenia sztabu
korpusu, do którego zostali my przydzieleni. Jak panowie wiecie, jest wiele metod
szyfrowania wa nych wiadomo ci w polu. Najnowsza, której my u ywamy, jest to
cyfrowa metoda dopełniaj ca. Niniejszym, podlegaj uniewa nieniu szyfry
dor czone nam w ubiegłym tygodniu ze sztabu pułkowego i instrukcje dotycz ce
sposobu ich odszyfrowania.
298
- Erzherzos Albrechtsystem - zamruczał pod nosem arcypilny kadet Biegler 8922 - R, przej ty metod Gronfelda.
- Ten nowy system jest bardzo prosty - rozbrzmiewał w wagonie głos
kapitana. Osobi cie otrzymałem od pana pułkownika now ksi k i informacje.
Je li na przykład dostaniemy rozkaz: „Auf der Kote 228
Maschinengewerheuer linksrichten”- to otrzymujemy, moi panowie, taka
depesz :
„Sache... mit... uns... das... wir... aufsehen,.. in... die... versprachen... die...
Martha... dich... das... ängstlich... dann... wir... Martha... wir... den... wir... Dank...
wohl... Regiekollegium... Ende... wir... versprachen... wir... gebessert...
versprachen... wirklich... denke... Idee... ganz... herrscht... Stimme... letzen.”
A wi c niesłychanie proste bez wszystkich zb dnych kombinacji. Ze sztabu
idzie rzecz przez telefon do batalionu, z batalionu do kompanii. Dowódca,
otrzymawszy te depesz , odszyfrowuje ja w sposób nast puj cy. Bierze Die
Sünden der Väter, otwiera ksi k na stronicy 161 i szuka na górze na
przeciwległej stronicy, 160, słowa „Sache”. Prosz panów, po raz pierwszy słowo
„Sache” znajdujemy na stronicy 160, jako kolejne słowo 52, wi c na przeciwległej
stronicy 161 odszukujemy 52 liter na górze. Zauwa my, e jest to litera „a”.
Dalszym słowem depeszy jest „mit”. Na stronicy 160 jest to słowo 7 w kolejnym
porz dku, a na stronicy 161 odpowiada mu litera „u”. Potem mamy „uns”, to
jest, panowie b d łaskawi dobrze uwa a , 88 słowo kolejne, odpowiadaj ce 88
literze na stronicy 161, a t liter jest „f” i ju mamy odszyfrowane słowo: „Auf”.
I tak post pujemy dalej, a otrzymamy rozkaz: „Na wzgórzu 228 ogie
karabinów maszynowych kierowa w lewo.” Bardzo to jest dowcipne, moi
panowie, proste i dla nikogo niedost pne bez klucza, którym jest stronica 161
ksi ki Ludwika Ganghofera Die Sünden der Väter.
Wszyscy w milczeniu przypatrywali si uwa nie nieszcz snej stronicy i jako
gł boko zastanawiali si nad ni . Przez chwil panowało milczenie, a nagłe ozwał
si głos zaaferowanego kadeta Bieglera:
- Herr Hauptmann, ich melde gehorsamst: Jezus Maria! Es stimmt nicht!
I sprawa rzeczywi cie była wysoce zagadkowa.
Przy najlepszej woli i najwi kszym wysiłku aden z oficerów prócz kapitana
Sagnera nie znajdował na stronicy 160 tych słów, które miały wskazywa kolejne
litery stronicy 161 b d cej kluczem.
- Meine Herren - j kał si kapitan Sagner, gdy si przekonał, e rozpaczliwy
krzyk kadeta Bieglera jest usprawiedliwiony - nie wiem, co to si stało. W mojej
ksi ce jest to, o czym mówi , w waszych tego nie ma.
- Pan pozwoli, panie kapitanie - odezwał si znowu kadet Biegler. - Pozwalam
sobie zwróci pa ska uwag , e powie Ludwika Ganghofera składa si z dwóch
tomów. Raczy pan si sam przekona , na karcie tytułowej stoi: Roman in zwei
Bänden. My mamy tom pierwszy, a pan ma tom drugi - wywodził pedantyczny
kadet Biegler - i dlatego nasze stronice 160 i 161 nie odpowiadaj tre ci
pa skim. Mamy tam co zgoła innego. Pierwsze słowo odszyfrowanej depeszy ma
by „auf”, a u nas wypada „heu”!
Wszystkim nasun ła si teraz my l, e ten Biegler nie jest znowu takim
głupcem, jakim si dotychczas wydawał.
299
- Ja mam drugi tom ze sztabu brygady - rzekł kapitan Sagner - wi c
widocznie zaszła tu pomyłka. Pan pułkownik zamówił dla was tom pierwszy. Nie
ulega w tpliwo ci - mówił dalej tak, jakby wszystko było jasne i proste, jakby o
wszystkim wiedział ju dawno, zanim przyst pił do swego wykładu o bardzo
prostym sposobie szyfrowania depesz - e pomieszali sobie wida te rzeczy w
sztabie brygady. Nie powiadomili pułku, e chodzi o drugi tom, i st d
zamieszanie.
Kadet Biegler rozgl dał si tymczasem dokoła jak zwyci zca, a podporucznik
Dub szeptał porucznikowi Lukaszowi do ucha, e to bocianie skrzydło z ogonem
ryby pogr yło Sagnera jak si patrzy.
- Osobliwe zdarzenie, moi panowie - odezwał si znowu kapitan Sagner, jakby
chciał nawi za rozmow , bo milczenie było dla wszystkich wysoce przykre. - W
kancelarii brygady siedz gawrony.
- Pozwalam sobie zauwa y ! - odezwał si znowu niestrudzony kadet Biegler,
aby pochwali si swoim rozumem - e takie sprawy tajne, ci le tajne, nie
powinny by przekazywane z dywizji do kancelarii brygady. Rzeczy dotycz ce
najsekretniejszych spraw korpusu mogłyby by oznajmiane ci le tajnie przy
pomocy okólników jedynie dowódcom oddziałów dywizji i brygad oraz pułków.
Znam systemy szyfrów, jakich u ywano podczas wojen o Sardyni , Sabaudi ,
podczas angielsko-francuskiej kampanii pod Sewastopolem, w czasie powstania
bokserów w Chinach i w czasie ostatniej wojny rosyjsko-japo skiej. Systemy te
były przekazywane...
- A nam diabli do tego, panie kadecie - odpowiedział kapitan Sagner z
wyrazem pogardy i niezadowolenia. - Nie ma w tpliwo ci, e system, o którym
mówiłem i który panom obja niałem, jest jednym z najlepszych, mo na nawet
powiedzie : niedo cignionym. Wszystkie oddziały kontrwywiadowcze sztabów
nieprzyjacielskich mog si kaza wypcha trocinami. Cho by medytowały, nie
wiem jak, nie przeczytaj takiego szyfru. To jest co zgoła nowego. Szyfry te nie
maj sobie podobnych.
Uczynny kadet Biegler zakaszlał znacz co.
- Pozwalam sobie zwróci uwag pana kapitana na ksi k Kerichkoffa o
szyfrach wojskowych. Ksi k t mo e sobie ka dy zamówi w wydawnictwie
„Encyklopedia Wojskowa”. Jest w tej ksi ce doskonale opisana metoda, o której
nam pan mówił, panie kapitanie. Wynalazc tej metody jest pułkownik Kircher,
który za czasów Napoleona I słu ył w wojsku saskim. Jest to tak zwane
kircherowskie szyfrowanie słów, panie kapitanie. Ka de słowo depeszy ma
odpowiednik litery na przeciwległej stronicy klucza. Metoda ta została
udoskonalona przez porucznika Fleissnera w ksi ce Handbuch der militärischen
Kryptographie, któr ka dy mo e kupi w ksi garni nakładowej Akademii
Wojskowej w Wiener-Neustadt. Prosz pana kapitana... - Kadet Biegler si gn ł
do podr cznego kuferka, wyj ł ksi k , o której mówił, i dodał: - Fleissner podaje
nawet ten sam przykład. Prosz , niech si panowie przekonaj . Jest to ten sam
przykład, który słyszeli my przed chwil .
Depesza: „Auf der Kote 228 Maschinengewehrfeuer linksrichten.”
Klucz: „Ludwig Ganghofer, Die Sünden der Väter, Zweiter Band.”
300
- I prosz pana, niech pan patrzy dalej. Szyfr: „Sache mit uns was wir
aufsehen in die versprachen die Martha itd.” Słowo w słowo, co my przed chwil
słyszeli.
Przeciwko temu nie mo na było mie adnych zastrze e . Smarkate bocianie
skrzydło z ogonem ryby miało racj .
W sztabie armii który z panów generałów ułatwił sobie prac . Znalazł
ksi k Fleissnera i miał wszystko, co mu było potrzebne.
Przez cały czas było wida , e porucznik Lukasz walczy z jakim dziwnym
zdenerwowaniem. Zagryzał wargi, chciał co rzec. Wreszcie zacz ł mówi , ale o
czym innym, ni pierwotnie zamierzał.
- Nie trzeba tego bra tak tragicznie - rzekł z dziwnym zakłopotaniem. - W
ci gu naszego pobytu w obozie w Brucku nad Litaw zmieniło si ju kilka
systemów szyfrowania depesz. Zanim dojedziemy na front, b d znowu nowe
systemy, ale zdaje mi si , e w polu nie ma czasu na rozwi zywanie takich
kryptogramów. Zanimby który z nas rozwi zał taki szyfr, jak widzieli my na
przykładzie, po kompanii, batalionie czy brygadzie mogłoby nie by ju nawet
ladu. Praktycznego znaczenia takie rzeczy nie maj .
Kapitan Sagner, bardzo niezadowolony, kiwał potakuj co głow .
- Rzeczywi cie - rzekł - w praktyce s to rzeczy bez wi kszego znaczenia,
przynajmniej o ile chodzi o moje do wiadczenie zdobyte w Serbii. Nie było po
prostu czasu na odszyfrowanie takich depesz. Nie mówi , oczywi cie, aby szyfry
takie były bez znaczenia, gdy przez dłu szy czas siedzi si w okopach i ma si
du o czasu. A e si systemy szyfrów zmieniaj , to tak e prawda.
Kapitan Sagner cofał si na całej linii.
- Dzisiaj coraz mniej u ywa si szyfrów w przekazywaniu wiadomo ci mi dzy
sztabem a pozycj , a przyczyn tego jest telefon, nie do precyzyjny i niejasno
przekazuj cy poszczególne sylaby, zwłaszcza przy ogniu artylerii. Po prostu nie
słyszy si nic i wywołuje to tylko niepotrzebny chaos. - Zamilkł. - Chaos jest
najwi kszym nieszcz ciem, jakie zdarzy si mo e na froncie - dodał po chwili
głosem proroczym i znowu zamilkł.
- Niedługo b dziemy w Rabie - odezwał si wygl daj c oknem. - Meine
Herren! Szeregowi dostan dzisiaj po 15 dekagramów salami. Pół godziny
odpoczynku.
Zajrzał do marszruty:
- Wyje d amy o 4 minut 12. O 3 minut 58 wszyscy winni siedzie w wagonach.
Wysiadamy kompaniami. Jedenasta itd. Zugsweise Direktion
Verpflegungsmagazin nr 6. Kontrola przy wydawaniu: kadet Biegler.
Wszyscy spojrzeli na kadeta Bieglera, jakby chcieli rzec:
„U yjesz sobie, gołow sie!”
Ale uczynny kadet wyj ł z kuferka arkusz papieru, linijk , poliniował arkusz,
powypisywał na nim kompanie marszowe i rozpytywał dowódców poszczególnych
kompanii o stan liczebny, ale nikt nie umiał odpowiedzie mu na pami , wi c
podawali tylko przybli one liczby według niedokładnych uwag w notatnikach.
Tymczasem kapitan Sagner z rozpaczy zacz ł czyta nieszcz sn ksi k
Grzechy ojców, a gdy poci g si zatrzymał na stacji Raba, zamkn ł ksi k i
rzekł:
301
- Ten Ludwik Ganghofer pisze nie le.
Porucznik Lukasz pierwszy wyskoczył z wagonu sztabowego i pobiegł ku
wagonowi, w którym znajdował si Szwejk.
Szwejk i inni ju dawno przestali gra w karty, a słu cy porucznika Lukasza,
Baloun, był ju taki głodny, e zaczynał si buntowa przeciwko zwierzchno ci
wojskowej, i gło no wywodził, e dobrze o tym wie, jak to panowie oficerowie
ob eraj si dobrymi rzeczami. Mówił, e teraz jest gorzej, ni było za czasów
pa szczyzny. Dawniej było w wojsku inaczej. Przecie jeszcze w roku
sze dziesi tym szóstym, jak mawiał jego dziadek siedz cy na do ywociu,
oficerowie dzielili si z ołnierzami kurami i chlebem. Narzekaniom Balouna nie
było ko ca, wi c Szwejk uznał wreszcie, e koniecznie trzeba pochwali dzisiejsz
wojskowo i sposób wojny.
- Masz wida jakiego młodego dziadka - rzekł uprzejmie, gdy dojechali do
Raby - który pami ta jedynie wojn roku sze dziesi tego i szóstego. A ja,
bratku, znam niejakiego Ronovskiego, którego dziadek był w Italii jeszcze za
czasów pa szczy nianych. Słu ył on jak si patrzy dwana cie lat i wrócił do domu
jako kapral. A e nie mógł znale roboty, wi c ojciec tego Ronovskiego wzi ł go
do siebie. Razu pewnego wysłano ludzi do lasu, eby zwozili wykarczowane
pniaki, a jeden z tych pniaków, jak nam opowiadał ten dziadek, był taki ci ki, e
nie sposób było ruszy go z miejsca. No i ten dziadek powiada: „Dajmy spokój
pniakowi, niech sobie le y.” Ale gajowy, który to słyszał, zacz ł wymy la i
podniósł kij na niego, eby koniecznie ten pniak nało ył na wóz. A dziadek
Ronovsky nic nie odpowiedział, tylko rzucił takie słówko: „Ty popychadło jedno,
ja jestem stary, wysłu ony ołnierz.” Ale po tygodniu dostał wezwanie. Znów był
wzi ty do wojska, wyprawili go do Italii i był tam dziesi lat. Pisał do domu, e
jak wróci z wojska, to tego gajowego siepnie siekier w łeb. Całe szcz cie
gajowego, e przedtem umarł.
W tej chwili we drzwiach wagonu ukazał si porucznik Lukasz.
- Pójd cie no, mój Szwejku - kiwn ł na niego - i przesta cie gada głupstwa.
Musicie mi co wytłumaczy .
- Naturalnie, panie oberlejtnant, posłusznie melduj .
Porucznik Lukasz prowadził Szwejka na bok, a spojrzenie, które rzucał na
niego z boku, było bardzo podejrzliwe.
W ci gu wykładu kapitana Sagnera porucznik Lukasz rozwin ł w sobie
niejakie zdolno ci detektywistyczne, chocia dla wykrycia pewnych zwi zków
przyczynowych mi dzy poszczególnymi etapami wykładu, który zako czył si
takim fiaskiem, nie trzeba było rozporz dza osobliwymi talentami, bo w
przeddzie wyjazdu Szwejk meldował porucznikowi Lukaszowi:
- Panie oberlejtnant, w batalionie s jakie ksi ki dla panów oficerów.
Przyniosłem je z kancelarii pułku.
Wi c gdy oddalił si ze Szwejkiem za drugi tor, stan ł z nim za wygasł
lokomotyw , która ju od tygodnia czekała na poci g z amunicj , i zapytał go
wprost:
- Mój Szwejku, jak e to było wtedy z tymi ksi kami?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e to bardzo długa historia, a pan
raczy si denerwowa , gdy opowiadam o wszystkim szczegółowo. Tak samo jak
302
wtedy, kiedy to chciał mnie pan spra i podarł pan list dotycz cy po yczki
wojennej, a ja mówiłem panu, e kiedy czytałem w jakiej ksi ce, e jak
dawniej była wojna, to ludzie musieli płaci od okien podatek, dwudziestk od
ka dego okna, od g si tak samo...
- W taki sposób nie dogadamy si ze sob , mój Szwejku - rzekł porucznik
Lukasz, przyst puj c do indagacji i postanawiaj c nie mówi o tym, e sprawa
jest ci le tajna, eby ten łobuz nie zrobił z wojskowego sekretu niewła ciwego
u ytku. - Znacie Ganghofera?
- Co to za jeden? - zapytał Szwejk z wielkim zainteresowaniem.
- Pisarz niemiecki, cymbale jeden - odpowiedział porucznik Lukasz.
- Jak Boga kocham, panie oberlejtnant - rzekł Szwejk z wyrazem m czennika
- adnych pisarzy niemieckich osobi cie nie znam. Znałem osobi cie tylko jednego
czeskiego pisarza niejakiego Hajka Władysława z Doma lic. Był redaktorem
„ wiata Zwierz t”, a ja sprzedałem mu ładnego kundelka jako rasowego szpica.
Bardzo miły był ten pan i wesoły. Chodził do jednej knajpy i czytywał tam swoje
powiastki, takie zawsze smutne, e si wszyscy za miewali, a on potem płakał i za
wszystkich w knajpie płacił, my za musieli my piewa :
Doma licka brama ładnie malowana,
A ten, co ja malował, chodził za pannami...
Ale ju go nie ma, nic ma mi dzy nami...
- Człowieku, przecie tu nie teatr, a wy ryczycie jak piewak operowy - zawołał
wystraszony porucznik, gdy Szwejk do piewał ostatnie słowa: „Ale ju go nie ma,
nie ma mi dzy nami.” - Nie o to was pytam. Chciałem si tylko dowiedzie , czy
zauwa yli cie, e te ksi ki, o których mi mówili cie, były utworami Ganghofera.
Mówcie mi zaraz, co si stało z tymi ksi kami! - zawołał gniewnie.
- Z tymi, com je zaniósł z kancelarii pułkowej do batalionu? - pytał Szwejk. Te ksi ki były naprawd napisane przez tego pana. o którego pan pytał, czy go
nie znam, panie oberlejtnant. Dostałem telefonogram prosto z kancelarii
pułkowej. Bo oni chcieli wysła te ksi ki do kancelarii batalionu, ale nikogo tam
nie było, nawet dy urnego, bo pewno siedzieli w kantynie, jak si to zawsze robi.
Kiedy si jedzie na front, a nikt nie wie, czy jeszcze kiedy b dzie siedział w
kantynie. Wi c wszyscy tam siedzieli i pili, panie oberlejtnant, i do nikogo nigdzie
nie było mo na si dodzwoni ani nikogo znale , a poniewa pan mi przykazał,
ebym jako ordynans kompanii siedział przy telefonie, zanim przydzielono do nas
telefonist Chodounskiego, wi c siedziałem i czekałem, a wreszcie przyszła kolej
na mnie. Z kancelarii pułkowej przyszło wymy lanie, e si nigdzie nie mog
dodzwoni , a tymczasem jest telefonogram. eby kancelaria marszbatalionu
zabrała z kancelarii pułkowej jakie ksi eczki dla wszystkich panów oficerów
marszbatalionu. Poniewa wiem, panie oberlejtnant, e na wojnie trzeba działa
szybko, wi c zatelefonowałem do kancelarii pułkowej, e sam zabior te ksi ki i
zanios je do kancelarii batalionu. Naładowali mi tak kup tych ksi ek, e z
trudem j ud wign łem i zawlokłem j do nas, do kancelarii kompanii
marszowej. Zacz łem je przegl da i my lałem sobie swoje... Feldfebel z
kancelarii rachuby pułkowej powiedział mi mianowicie, e według
303
telefonogramu, jaki w pułku otrzymali, batalion wie ju , co ma sobie z tych
ksi ek wybra , niby który tom. Bo te ksi ki były w dwóch tomach - pierwszy
tom osobno i drugi tom osobno. U miałem si zdrowo, poniewa wiele ju ksi ek
przeczytałem, ale nigdy nie zaczynałem od drugiego tomu. A ten mi jeszcze raz
tłumaczy: „Tu macie pierwszy tom, a tu drugi tom. Który tom maj czyta
panowie oficerowie, sami ju wiedz .” Pomy lałem sobie, e si wszyscy
powstawiali, bo przecie dobrze wiem, e jak si ma czyta ksi k , cho by i Die
Sünden der Väter - bo ja i po niemiecku przeczytam - to trzeba zaczyna od
pocz tku, a nie od ko ca jak ydzi. Dlatego te pytałem pana przez telefon, panie
oberlejtnant, kiedy pan wrócił z kasyna, co ma by z tymi ksi kami i czy
podczas wojny czyta si ksi ki mo e od ko ca, najprzód drugi tom, a potem
pierwszy. A pan mi powiedział, e jestem schlane bydl , skoro nie wiem, e w
pacierzu naprzód si mówi „Ojcze nasz”, a dopiero potem „Amen”.
- Co panu, panie oberlejtnant? - ze współczuciem zapytał Szwejk, gdy
porucznik, bledn c, oparł si o stopie wodoci gu koło wygasłej lokomotywy. W
jego bladej twarzy nie było wyrazu gniewu, lecz malowała si w niej jaka
beznadziejna rozpacz.
- No i co było dalej, mój Szwejku? Ju mi dobrze...
- Ja prosz pana, byłem tego samego zdania - wywodził Szwejk swoim
mi kkim, uprzejmym głosem. - Pewnego razu kupiłem sobie powie o bandycie z
Bako skiego Lasu, Ró y Savaniu, ale brakło pierwszego tomu, wi c musiałem si
domy la , jak to tam było. Nawet w takich historiach o zbójcach nie mo na si
oby bez pierwszego tomu. Rozumiałem bardzo dobrze, e nie miałoby to
najmniejszego sensu, eby panowie oficerowie zacz li czyta najpierw tom drugi,
a potem dopiero pierwszy i e wygl dałoby to głupio z mojej strony, gdybym w
batalionie załatwiał tak, jak to powiedzieli mi w kancelarii pułkowej, e niby
panowie oficerowie ju wiedz , który tom maj czyta . W ogóle z tymi ksi kami,
panie oberlejtnant, jest co zagadkowego i osobliwego. Wiem przecie, e panowie
oficerowie w ogóle mało czytuj , a tu jeszcze podczas wojny wiatowej...
- Zostawcie sobie swoje rozumy na własny u ytek - j kn ł porucznik Lukasz.
- Przecie ja, panie oberlejtnant, zaraz si pana pytałem przez telefon, czy
chce pan oba tomy od razu, a pan mi te odpowiedział tak samo jak teraz, ebym
sobie swoje rozumy zostawił dla siebie. „Kto by si tam, mówił pan, objuczał
ksi kami.” Wi c pomy lałem sobie, e je li takie jest pa skie mniemanie, to inni
panowie b d mieli zdanie podobne. Pytałem tak e naszego Va ka, bo on ma ju
do wiadczenie frontowe. Odpowiedział mi, e pocz tkowo wszyscy panowie
oficerowie my leli, e wojna to taka bujda na resorach, i ka dy z nich wiózł z sob
cał bibliotek , jakby si wybierał na letnie mieszkanie. Od arcyksi niczek
otrzymywali w prezencie całe zbiorowe wydania ró nych poetów, a ksi ki były
takie ci kie, e pucybuty uginali si pod nimi i przeklinali dzie swego
narodzenia. Vaniek mówił, e z tych ksi ek w ogóle nie było adnej pociechy, o
ile chodzi o skr canie papierosów, bo wszystkie były drukowane na papierze
grubym i ładnym, a znowu w latrynie, panie oberlejtnant, toby sobie człowiek
takimi poezjami zdarł z przeproszeniem cały zadek. Na czytanie nie było czasu,
bo stale trzeba było ucieka , wi c ksi ki wyrzucano, gdzie popadło, a potem
nastał ju taki zwyczaj, e jak tylko dała si słysze kanonada, pucybut od razu
304
wyrzucał wszystkie ksi ki rozrywkowe. Gdy to usłyszałem, postanowiłem jeszcze
raz zwróci si telefonicznie do pana, eby wiedzie dokładnie, co trzeba zrobi , a
pan mi odpowiedział, e jak mi co zasi dzie w moim idiotycznym łbie, to nie
ust pi , dopóki nie dostan po pysku. Wi c do kancelarii batalionu zaniosłem
tylko pierwsze tomy tej powie ci, a egzemplarze drugiego tomu zostawiłem
tymczasem w naszej kancelarii kompanii. My lałem, e jak panowie oficerowie
przeczytaj tom pierwszy, to im si wyda potem drugi niby z czytelni, ale raptem
przyszedł rozkaz, e jedziemy, i telefonogram, e wszystko niepotrzebne ma by
zło one w magazynie pułku. Wi c jeszcze zapytałem Va ka, czy uwa a, e drugi
tom tej powie ci jest niepotrzebny, a on mi odpowiedział, e od czasu smutnych
do wiadcze w Serbii, na W grzech i w Galicji adnych ksi ek na wojn si nie
zabiera i e tylko te skrzynki po miastach, do których odkładano stare gazety dla
ołnierzy, to jedynie dobry pomysł, bo z gazety mo na ładnie skr ci papierosa z
tytoniu czy siana, co si akurat pali w okopach. W batalionie porozdawali ju te
pierwsze tomy owej powie ci, a reszt kazałem zanie do magazynu. - Szwejk
zamilkł na chwil , ale zaraz dodał:
- W magazynie, prosz pana, jest mnóstwo ró nych ró no ci! Widziałem tam
nawet cylinder budziejowickiego dyrygenta chórów, bo w tym cylindrze brali go
do wojska...
- Powiem wam, mój Szwejku - z ci kim westchnieniem ozwał si porucznik
Lukasz - e wy w ogóle nie zdajecie sobie sprawy z tego, co robicie. Mnie samemu
jest przykro wyzywa was od idiotów. Ju słów mi brak na okre lenie waszej
głupoty. Nazwa was bałwanem to jeszcze pieszczota. Zrobili cie znowu co tak
okropnego, e wszystkie wasze dawniejsze błaze stwa, jakie tylko mog sobie
przypomnie , s niewinnymi igraszkami. eby cie przynajmniej poj mogli,
co cie narobili...Ale wy tego nigdy nie zrozumiecie... otó , gdyby si czasem
zgadało o tych ksi kach, to nie wa cie mi si powiedzie , e to ja wam kazałem
zmagazynowa ten drugi tom... Cho by mówiono o tym, jak to było z tym
pierwszym i drugim tomem, nie zwracajcie na to uwagi. O niczym nie wiecie, nic
nie słyszeli cie, nie pami tacie. Niech was r ka boska broni, gdyby cie spróbowali
wpl ta mnie do czego, wy...
Porucznik Lukasz mówił takim głosem, jakby miał wysok gor czk , ale
ledwo wyrzekł ostatnie słowo, Szwejk skorzystał z jego milczenia i zadał mu
niewinne pytanie:
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, dlaczego nie dowiem si nigdy o tym,
co zrobiłem takiego strasznego? Ja, panie oberlejtnant, odwa yłem si zapyta o
to jedynie dlatego, abym na przyszło mógł si ustrzec takich bł dów, bo mówi ,
e z pomyłek człowiek si uczy, jak na przykład jeden giser Adamiec z fabryki
Da ka, który zamiast wody napił si kwasu solnego...
Nie doko czył zdania, bo porucznik Lukasz przerwał jego przykład
zaczerpni ty z ycia ostrymi słowy:
- Ach, wy cymbale jeden! Tłumaczy wam tego nie b d . Wła cie z powrotem
do wagonu i powiedzcie Balounowi, eby mi przyniósł bułk , gdy si zatrzymamy
w Budapeszcie, no i ten pasztet z w tróbki, który mam w kuferku owini ty w
staniol. Nast pnie powiedzcie Va kowi, e jest fujara. Trzy razy wzywałem go
305
ju , eby mi podał stan liczebny szeregowców. Dzisiaj były mi te dane potrzebne,
a ja znalazłem tylko stan z ubiegłego tygodnia.
- Zum Befehl, Herr Oberleutnant! - szczekn ł Szwejk i powoli oddalił si do
swego wagonu.
Porucznik Lukasz, przeszedł si po torze rozmy laj c:
„Wła ciwie powinienem był jednak da mu par razy w pysk, a ja tymczasem
gaw dziłem sobie z nim niby z przyjacielem.”
Szwejk z wielk powag właził do swego wagonu. Miał dla siebie szacunek.
Przecie nie zdarza mu si co dzie , aby zrobił co tak strasznego, i nigdy si o
tym nie dowie.
- Panie rechnungsfeldfebel - rzekł Szwejk usadowiwszy si na swoim miejscu pan oberlejtnant Lukasz zdaje si by dzisiaj w bardzo dobrym usposobieniu.
Przesyła panu pozdrowienia i ka e panu powiedzie , e pan jest fujara, bo ju
trzy razy prosił pana o stan liczebny szeregowców.
- Herrgott - nad sał si Vaniek - ja tych plutonowych naucz ! Czy ja temu
winien, e ka dy taki oferma plutonowy robi, co mu si podoba, i nie poda stanu
swego plutonu? Czy mog sobie takie liczby wyssa z palca? Ładne stosunku
panuj w naszej kompanii! To mo e mie miejsce tylko w 11 kompanii
marszowej. Ale ja wiedziałem, e tak b dzie, bo ani przez chwil nie zapomniałem
o nieporz dkach, jakie u nas panuj . Jednego dnia maj w kuchni o cztery porcje
za mało, na drugi dzie o trzy za du o. Gdyby mi te łotry przynajmniej dały zna ,
e ten a ten jest w szpitalu! Jeszcze w przyszłym miesi cu miałem w ewidencji
niejakiego Nikodema i dopiero przy wypłacie ołdu dowiedziałem si , e ten
Nikodem umarł w Budziejowicach, w szpitalu, na suchoty galopuj ce. I ci gle dla
niego fasowali. Mundur dla niego wyfasowali my i Bóg raczy wiedzie , gdzie si
wszystko podziało. A potem jeszcze pan oberlejtnant powie mi, e jestem fujara,
chocia sam nie umie dopilnowa porz dku w swojej kompanii.
Sier ant rachuby Vaniek chodził zdenerwowany po wagonie i gderał:
- Gdybym ja był dowódc kompanii! Widzieliby cie, jaki porz dek
panowałby u mnie. O ka dym szeregowcu musiałbym wiedzie wszy ciutko.
Szar e musiałyby mi dwa razy dziennie podawa stan liczebny. Ale co robi z
takimi szar ami! A ju najgorszy ten plutonowy Zyka. Ci gle trzymaj si go
arty, przy ka dej sposobno ci opowiada anegdoty, ale jak mu melduj , e
Kolarzik z jego plutonu został odkomenderowany do taborów, to tak, jakbym
mówił do słupa: na drugi dzie raportuje mi ten sam stan liczebny, jakby o
adnym Kolarziku nigdy mowy nie było i jakby Kolarzik jeszcze ci gle siedział w
naszej kompanii i w jego plutonie. A je li to tak ma by dzie w dzie , a potem
jeszcze mi powiedz , e jestem fujara... To w taki sposób pan oberlejtnant nie
zyska du o przyjaciół. Rechnungsfeldfebel kompanii to nie aden frajter, którym
ka dy sobie mo e podetrze ...
Baloun, który z rozwartymi ustami przysłuchiwał si temu monologowi, sam
wymówił teraz za Va ka to pi kne słowo, którego tamten nie dopowiedział, chc c
widocznie w ten sposób przył czy si do rozmowy.
- A wy stulcie pysk - rzekł rozsierdzony Vaniek.
- Słuchaj no, bratku Balounie - odezwał si Szwejk - tobie kazał pan
oberlejtnant powiedzie , eby mu si postarał o bułk , jak przyjedziemy do
306
Pesztu, i eby mu j zaniósł do sztabowego wagonu razem z pasztetem, co jest
zawini ty w staniol i znajduje si w kuferku.
Olbrzym Baloun z gestem rozpaczy opu cił swoje długie ramiona jak wielki
szympans, grzbiet wygi ł w pał k i trwał w tej pozycji do długo.
- Nie mam - rzekł cichym beznadziejnym głosem spogl daj c na brudn
podłog wagonu. - Nie mam - powtarzał urywaj c sylaby - ja my lałem... Przed
odjazdem rozwin łem ten pasztet... Pow chałem go... Czy nie zepsuty...
Spróbowałem kawałek! - zawołał z wyrazem takiej szczerej rozpaczy, e wszyscy
zrozumieli od razu, co si stało.
- Ze arłe go, bratku, razem ze staniolem - rzekł Vaniek przystaj c przed
Balounem, rad, e nie potrzebuje dalej broni si przed zarzutem, i jest fujar ,
jak go pan porucznik nazwał, bo przyczyna chwiejno ci stanu liczebnego ma
podstawy nieco gł bsze i ugruntowana jest na innych fujarach, i e rozmowa
zeszła od razu na temat Balouna i nowego tragicznego wydarzenia. Vaniek
zamierzał wła nie wygłosi jaki j drny morał pod adresem Balouna, gdy do
rozmowy wtr cił si kucharz-okultysta Jurajda; zamkn wszy swoj ulubion
ksi k , tłumaczenie staroindyjskich sutr Prad niaparamita, zwrócił si do
zmia d onego Balouna, który coraz bardziej uginał si pod brzemieniem swego
przeznaczenia.
- Wy, Balounie - rzekł - powinni cie czuwa nad sob samym, bo inaczej
stracicie zaufanie do siebie i do swego losu. Nie powinni cie przypisywa sobie
tego, co jest zasług innych. Ilekro staniecie wobec takiego problematu jak ten,
który po arli cie, musicie zawsze zada sobie pytanie: w jakim stosunku do mojej
osoby pozostaje pasztet z w troby?
Szwejk uznał za stosowne uzupełni t uwag przykładem z ycia:
- Sam mi mówiłe , mój Balounie, nie tak dawno jeszcze, e u ciebie w domu
b d bili wieprze, i jak tylko staniemy na miejscu i b dziesz znał numer poczty
polowej, zaraz ci po l kawał szynki. A teraz wyobra sobie, e t szynk
posłaliby poczt polow do nas do kompanii marszowej, a ja i pan feldfebel
ukrajaliby my sobie po kawałku. Smakowałoby nam, wi c jeszcze po kawałku, a
z t szynk stałoby si to, co z pewnym moim znajomym listonoszem, niejakim
Kozłem. Był chory na gru lic ko ci, wi c naprzód amputowali mu nog po
kostk , potem po kolano, potem po biodro. Gdyby nie to, e w por umarł, to
byliby go po kawałku poobcinali, jak si temperuje połamany ołówek. Wi c
wyobra sobie, Balounie, e ze arliby my ci t szynk tak samo, jak ty ze arłe
panu oberlejtnantowi jego pasztet...
Olbrzym Baloun spojrzał na wszystkich okiem smutnym.
- Tylko dzi ki mojemu wstawiennictwu i zasłudze mojej zostali cie słu cym
pana oberlejtnanta - rzekł sier ant rachuby Vaniek. - Chcieli was przenie do
sanitariatu, eby cie zbierali rannych na polu bitwy. Pod Dukl nasi sanitariusze
kilka razy z rz du szli po rannego podchor ego, który le ał przed zasiekami z
drutu kolczastego ranny w brzuch i ani jeden z nich nie wrócił: wszyscy pogin li
od ran w głow . Dopiero czwartej parze udało si , ale zanim zanie li go na
miejsce opatrunkowe, umarł.
Baloun nie mógł si dłu ej opanowa i załkał.
- e te si nie wstydzisz! Taki z ciebie ołnierz? - ofukn ł go Szwejk.
307
- Kiedy ja nie mam najmniejszego talentu do wojaczki - zacz ł narzeka
biedny Baloun. - Ja naprawd jestem wiecznie głodny, nigdy nie na arty,
poniewa zostałem wyrwany ze spokojnego ycia. Cały nasz ród jest taki.
Nieboszczyk mój ojciec zało ył si w Protivinie w karczmie, e na jedno
posiedzenie zje pi dziesi t serdelków i dwa bochenki chleba, i zakład wygrał. Ja
te si razu pewnego zało yłem i zjadłem cztery g si i dwie misy knedli z kapust .
W domu na przykład przypomniałem sobie nieraz po obiedzie, e warto by
jeszcze czego poje , wi c id do komory, urzynam kawał mi sa, posyłam sobie po
piwo i wcinam dwa kilo w dzonki. Miałem w domu starego parobka Vomel , a
ten parobek napominał mnie zawsze, ebym znowu tak bardzo nosa nie zadzierał
i nie ob erał si tak gwałtownie, bo pami ta jeszcze, co mu jego dziadek
opowiadał o takim jednym ob artuchu. Przyszła jaka wojna, nic si nie rodziło
przez długich osiem lat, wi c ludzie piekli chleb ze słomy i z resztek lnianego si
mienia, a ju było wielkie wi to, gdy do mleka mogli wkruszy troch twarogu,
bo chleba nie było. I ten gospodarz umarł jako w tydzie po wybuchu tej
wielkiej n dzy, bo jego oł dek nie był przyzwyczajony do spo ywania takiej
n dznej strawy.
Baloun podniósł swoje smutne oczy ku niebu.
- A ja my l , e chocia Pan Bóg ludzi pokarze, to jednak ich nie opu ci.
- Oczywi cie, Pan Bóg ob artuchów stworzył, wi c Pan Bóg b dzie si o nich
kłopotał - zauwa ył Szwejk. - Ju raz dostałe słupka, a teraz wart jeste , eby ci
posłali na pierwsz lini . Kiedy ja byłem pucybutem u pana oberlejtnanta, to
mógł mi we wszystkim zaufa i nawet przez my l mu nigdy nie przeszło, abym ja
mógł jemu co ze re . Gdy si fasowało co takiego specjalnego, to zawsze mi
mówił: „We to sobie, Szwejku” - albo: „Na co mi tam tyle tego! Dajcie
kawałeczek, a z reszt róbcie sobie, co wam si podoba.” Gdy jeszcze byli my w
Pradze, a on posłał mnie do restauracji po obiad, to za swoje ostatnie pieni dze
dokupywałem drug porcj , eby si pan oberlejtnant najadł i le o mnie nie
my lał. Ale kiedy wykrył te moje podst py. Kazał sobie zawsze przynosi z
restauracji jadłospis i wybierał, co mu si podobało. Wi c pewnego dnia wybrał
sobie nadziewanego goł bka. Dali mi połówk , a ja sobie pomy lałem, e pan
oberlejtnant b dzie mnie podejrzewał, i drug połow ze arłem, wi c dokupiłem
drug porcj za swoje i przyniosłem mu tyle, e pan oberlejtnant Szeba, któremu
chciało si je i który przyszedł akurat przed obiadem do nas w go cie, te si
najadł. Ale po obiedzie powiada: „Tylko mi nie gadaj, e to jedna porcja. Na
całym wiecie nie dostaniesz á la carte całego nadziewanego goł bka. Je li
zdob d dzisiaj pieni dze, to po l sobie do tej twojej restauracji po obiad.
Powiedz mi szczerze, e to porcja podwójna.” Pan oberlejtnant wezwał mnie,
ebym potwierdził, e dał mi pieni dze tylko na jedn porcj , bo nie wiedział, e
oberlejtnant Szeba do niego przyjdzie. Odpowiedziałem, e dał mi pieni dze na
zwyczajny obiad. „No, widzisz - powiada mój oberlejtnant - a bywa jeszcze lepiej.
Niedawno przyniósł mi Szwejk dwa g sie uda na obiad. Wyobra sobie tylko:
rosół z makaronem, sztuka mi sa z sosem sardelowym, dwa g sie uda, kapusty
pod sam sufit i jeszcze nale niki.”
- Mmmm, jakie dobre arcie! - mlaskał Baloun j zykiem.
Szwejk za mówił dalej:
308
- Ale to był kamie obrazy. Pan oberlejtnant Szeba dnia nast pnego posłał
rzeczywi cie po obiad do naszej restauracji, a jego słu cy przyniósł mu
dziebełko pilawu z kury, dobre dwie ły eczki, nie wi cej. A pan oberlejtnant
Szeba rzucił si na niewinnego człowieka, e połow ze arł. Ten mu na to, e
niewinny. A pan oberlejtnant Szeba buch go w pysk i ka e mu, eby sobie za
przykład brał mnie. Jakie to ja, powiada, nosz porcje panu oberlejtnantowi
Lukaszowi. Wi c ten niewinny a spoliczkowany ołnierz rozpytał si o wszystko w
restauracji zaraz nazajutrz, opowiedział swemu panu, jak si rzeczy maj , a
tamtem powtórzył mojemu oberlejtnantowi. Siedz ja raz wieczorem z gazet w
gar ci i odczytuj sobie wiadomo ci z placu boju, podawane przez sztaby
nieprzyjacielskie, a tu wchodzi mój oberlejtnant blady i prosto do mnie, ebym
mu powiedział, ile zapłaciłem tych podwójnych porcji w restauracji, bo on ju
wszystko wie, i zapieranie na nie si nie zda. e jestem idiota, to ju wie dawno,
powiada, ale e mógłbym by takim cymbałem, tego nie przypuszczał. Narobiłem
mu, powiada, takiego wstydu, e ma ochot zastrzeli naprzód mnie, a potem
siebie. „Panie oberlejtnant - rzekłem do niego - kiedy mnie pan przyjmował, to
zaraz pierwszego dnia powiedział mi pan, e ka dy pucybut jest złodziej i podły
drab. Wi c gdy w tej restauracji dawali takie malutkie porcje, to byłby pan mógł
my le , e ja naprawd jestem jednym z takich złodziei i podłych drabów i e
po eram pa skie obiady...”
- Mój Bo e miłosierny - wyszeptał Baloun, pochylił si nad kufereczkiem
porucznika Lukasza i odszedł z nim na bok.
- Potem oberlejtnant Lukasz - mówił dalej Szwejk - zacz ł szuka po
wszystkich kieszeniach, a poniewa nic nie znajdował, wyj ł z kamizelki srebrny
zegarek i dał mi go. Był bardzo wzruszony i rzekł: „Gdy dostan ga , Szwejku,
to mi spiszecie, wiele wydali cie na te podwójne porcje... A ten zegarek
zatrzymajcie osobno. Ale na drugi raz nie bałwa cie si .” Ale potem przyszła na
nas obu taka wielka bieda, e ten srebrny zegarek musiałem zanie do
lombardu...
- Co wy tam robicie, Balounie? - zapytał sier ant rachuby Vaniek.
Zamiast odpowiedzi Baloun si zakaszlał. Otworzył sobie mianowicie kuferek
oberlejtnanta Lukasza i po erał jego ostatni bułk ...
Przez stacj przejechał poci g wojskowy bez zatrzymania si . Od jednego
ko ca do drugiego naładowany był deutschmeistrami, których wysyłano na
serbski front. Jeszcze wida nie wytrze wieli ze swego zapału, który ogarn ł ich w
chwili egnania si z Wiedniem, wi c od samego Wiednia ryczeli bezustannie:
Prinz Eugenius, der edle Ritter,
Wollt' dem Kaiser wiedrum kriegen,
Stadt und Festung Belegrad.
Er liess schlagen einen Brucken,
Dass man kunnt' hinüberrucken.
Mit der Armee wohl fur die Stadt.
309
Jaki kapral z wojowniczo podkr conym w sem wychylał si z wagonu,
wsparty na ramionach szeregowców, którzy bujali nogami spuszczonymi z
wagonu, wybijał takt i piewał na całe gardło:
Als der Brucken war geschlagen,
Dass man kunnt' mit Stuck und Wagen
Frei passier'n den Donaufluss.
Bei Semlin schlug man das Lager.
Alle Serben zu verjagen...
Raptem stracił równowag , wyleciał z wagonu i nadział si brzuchem na
d wigni zwrotnicy, na której zawisn ł bezwładnie, podczas gdy poci g p dził
dalej, a w dalszych wagonach ołnierze piewali inn pie :
Graf Radetzky, edler Degen,
schwur's des Kaisers Feind zu fegen
aus der falschen Lombardei.
In Verona Langes Hoffen,
als mehr Truppen eingetroffen,
fühlt und rührt der Held sich frei...
Nadziany na t pej zwrotnicy wojowniczy kapral był ju trupem i niebawem
stał nad jego zwłokami na stra y jaki młodziutki ołnierzyk z bagnetem. Był to
ołnierz komendy stacyjnej i obowi zki swoje traktował z wielk powag . Stał
przy zwrotnicy wyprostowany jak wieca, a min miał tak triumfuj c , jakby to
on nadział kaprala na zwrotnic .
Poniewa był to Madziar, wi c przez cały tor ryczał po madziarsku na
wszystkich ołnierzy eszelonu 91 pułku, którzy szli popatrze na trupa:
- Nem szabad! Nem szabad! Komision militar, nem szabad!
- Ju po nim! - rzekł dobry wojak Szwejk, który znajdował si tak e w ród
ciekawych - a dobre i to, e skoro ju ma kawał elaza w brzuchu, przynajmniej
wszystkim b dzie wiadomo, gdzie zostanie pochowany. Jest to tu koło stacji,
wi c nie trzeba b dzie szuka jego grobu gdzie po dalekich pobojowiskach.
- Nadział si akuratnie - rzekł jeszcze Szwejk tonem znawcy obchodz c zwłoki
kaprala ze wszystkich stron. - Kiszki ma w spodniach.
- Nem szabad, nem szabad! - krzyczał młodziutki w gierski ołnierzyk. Komision militar Bahnhof, nem szabad!
Za Szwejkiem odezwał si surowy głos:
- Co wy tu robicie?
Przed nim stał kadet Biegler. Szwejk zasalutował.
- Posłusznie melduj , e przygl dam si nieboszczykowi, panie kadecie.
- A co za agitacj tu prowadzicie? Co wy tu macie do roboty?
- Posłusznie melduj , panie kadecie - z dostojnym spokojem odpowiadał
Szwejk - e adnej agitacji tu nie prowadziłem.
Kilku ołnierzy stoj cych za kadetem roze miało si , a na czoło wyst pił
sier ant rachuby Vaniek.
310
- Panie kadet - rzekł sier ant - pan oberlejtnant wysłał tutaj ordynansa
Szwejka, eby zobaczył, co si tu stało. Byłem teraz koło wagonu sztabowego i
ordynans batalionu Matuszicz szuka pana z rozkazu dowództwa batalionu. Ma
pan natychmiast i do kapitana Sagnera.
Wszyscy rozchodzili si do swoich wagonów, gdy rozległ si sygnał wzywaj cy
do wsiadania. Vaniek, id c ze Szwejkiem, rzekł do niego:
- Gdy si czasem zbierze gdzie troch ludzi, to schowajcie swoje rozumy dla
siebie. Mogliby cie si czasem narazi na grube nieprzyjemno ci. Ten kapral był
od deutschmeistrów, wi c mogłoby wygl da na to, e si z tego nieszcz cia
cieszycie. Ten Biegler to straszny czecho erca...
- Przecie ja nic takiego nie powiedziałem - odparł Szwejk tonem
wył czaj cym wszelkie w tpliwo ci. - Tyle tylko powiedziałem, e si ten kapral
nadział akuratnie i miał kiszki w spodniach. Przecie on mógł...
- No, mój Szwejku, dajmy ju spokój temu gadaniu - sier ant Vaniek splun ł.
- To wszystko jedno - zauwa ył jeszcze Szwejk - czy kiszki maj mu wyle z
brzucha dla najja niejszego pana, czy tak oto. I tak ju spełnił swój obowi zek...
Bo przecie on mógł...
- Patrzcie no, Szwejku - przerwał mu Vaniek - jak si obładował ordynans
batalionu Matuszicz i jakie dobre rzeczy taszczy do wagonu sztabowego. A dziw,
e si nie przewrócił na torach.
Tymczasem mi dzy kapitanem Sagnerem a uczynnym kadetem Bieglerem
doszło do bardzo ostrej rozmowy.
- Bardzo si dziwi , panie kadecie Biegler - mówił kapitan Sagner - dlaczego
pan nie zameldował mi natychmiast, e si nie fasuje tych 15 deka salami.
Dopiero ja sam musiałem wyj z wagonu i przekona si , dlaczego to ołnierze
wracaj z magazynu z pustymi r kami. A panowie oficerowie zachowuj si tak,
jakby rozkaz nie był wcale rozkazem. Powiedziałem przecie: do magazynu
kompania za kompani plutonami. To znaczy, e je li w magazynie nie dostało si
nic, to wraca stamt d trzeba tak e plutonami. Panu, kadecie Biegler, nakazałem
pilnowa porz dku, ale pan wszystko pu cił kantem. Byłe pan kontent, e nie
potrzebujesz si trudzi liczeniem porcji salami. Natomiast, jak widziałem z okna
wagonu, poszedł pan popatrze na nadzianego deutschmeistra. A kiedy nast pnie
kazałem pana zawoła , to nie miał pan w swojej kadeckiej fantazji nic
pilniejszego do zrobienia, jak tylko gl dzi o tym, e poszedł si pan przekona ,
czy tam koło tego nadzianego ołnierza nie prowadzi si jakiej agitacji...
- Posłusznie melduj , e ordynans 11 kompanii, Szwejk...
- Daj mi pan spokój ze Szwejkiem! - krzykn ł kapitan Sagner. - Nie my l pan,
kadecie Biegler, e b dzie tu pan intrygował przeciwko porucznikowi Lukaszowi.
My my tam Szwejka posłali... Patrzy pan na mnie, jakby si panu wydawało, e
si pana czepiam... Zreszt , owszem, czepiam si pana, kadecie Biegler... Kiedy
pan nie umie uszanowa swego przeło onego, usiłuje go blamowa , to ja panu
urz dz tak wojn , e nigdy nie zapomni pan o stacji Rabie... eby to si tak
chełpi swoimi teoretycznymi wiadomo ciami... Poczekaj pan, jak b dziesz na
froncie... Jak ja panu ka pój z patrolem oficerskim na zasieki z drutu...
Pa ski raport? Nawet raportu nie zło ył mi pan po powrocie. Nawet teoretycznie,
panie Biegler...
311
- Posłusznie melduj , panie kapitanie, e zamiast po 15 deka w gierskiego
salami szeregowcy otrzymali po dwie pocztówki. Prosz , panie kapitanie...
Kadet Biegler podał dowódcy batalionu dwie z tych pocztówek, jakie wydawał
zarz d wojennego archiwum w Wiedniu, gdzie naczelnikiem był generał piechoty
Vojnovich. Na jednej stronie była karykatura ołnierza rosyjskiego, mu yka z
dług brod , w u cisku ko ciotrupa. Pod karykatur tekst:
„Der Tag, an dem das perfide Russland krepieren wird, wird ein Tag der
Erlösung für ganze unsere Monarchie sein.”
Druga pocztówka pochodziła z Rzeszy Niemieckiej. Był to prezent zło ony
ołnierzom austriacko-w gierskim przez Niemców.
U góry był napis: „Virbus unitis”, a pod tym napisem wida było szubienic z
wisz cym na niej sir Edwardem Greyem. A na dole pod nim stali dwaj ołnierze,
austriacki i niemiecki, u miechali si wesoło i salutowali.
Pod obrazkiem był wierszyk zaczerpni ty z ksi ki Greinza elazny kułak. Był
to jeden z tych dowcipów, jakie fabrykowano przeciw nieprzyjaciołom Austrii. O
wierszach Greinza pisma niemieckie pisały, e s to chla ni cia biczem
zawieraj ce prawdziwy, nieokiełznany humor i niedo cigniony dowcip. Tekst pod
obrazkiem brzmiał tak:
Grey
Na szubienicy, dosy wysoko,
Niech si pobuja Edward Grey.
Najwy szy ju po temu czas,
Ale pouczy trzeba was,
e aden d b si na to nie zgodzi,
By na nim zawisł ten Judasz-złodziej.
Wi c wisi na drzewie osiki
Z francuskiej republiki.
Kapitan Sagner nie doczytał jeszcze tego wierszyka zawieraj cego
„nieokiełznany humor i niedo cigniony dowcip”, gdy do wagonu sztabowego
wpadł ordynans batalionu Matuszicz.
Został przez kapitana Sagnera wysłany do centrali telegraficznej dowództwa
stacji, czy nie ma tam czasem jakich nowych dyspozycji, i przyniósł telegram z
brygady. Nie trzeba było si ga po aden klucz szyfrowy. Telegram brzmiał jasno
i zgoła nietajemniczo:
„Rasch abkochen, dann Vormarsch nach Sokal.”
Kapitan Sagner zamy lił si i pokr cił głow .
- Posłusznie melduj - rzekł Matuszicz - e dowódca stacji prosi pana na
rozmow . U niego jest jeszcze jeden telegram.
Doszło nast pnie do bardzo poufnej rozmowy mi dzy dowódc stacji a
kapitanem Sagnerem.
- Pierwsza depesza musiała zosta wr czona, chocia tre jej była zgoła
niespodziewana dla oddziału znajduj cego si na stacji Raba: „Szybko sko czy
gotowanie i marsz na Sokal”. Adres był nieszyfrowany do marszbatalionu 91
312
pułku z odpisem dla marszbatalionu 75 pułku, który był jeszcze daleko. Podpis
był wła ciwy: „Dowódca brygady Ritter von Herbert.”
- W wielkiej tajemnicy, panie kapitanie - tonem poufnym mówił komendant
stacji - komunikuj panu tajny telegram waszej dywizji. Dowódca waszej
brygady oszalał. Został wywieziony do Wiednia, gdy rozesłał z brygady kilka
tuzinów podobnych depesz na. wszystkie strony. W Budapeszcie na pewno
otrzyma pan now depesz . Oczywi cie, e wszystkie jego depesze trzeba
uniewa ni , ale co do tego nie otrzymali my jeszcze adnej wskazówki. Mam, jak
ju powiedziałem, jedynie rozkaz z dywizji, eby na telegramy nieszyfrowane nie
zwraca uwagi. Musz je dor cza , poniewa pod tym wzgl dem nie otrzymałem
od swoich władz odpowiednich rozkazów. Za po rednictwem moich
zwierzchników informowałem si w dowództwie korpusu i za to oddany zostałem
pod ledztwo... Jestem oficerem czynnej słu by w korpusie in ynierii - dodał pracowałem przy budowie naszej strategicznej kolei w Galicji.
- Panie kapitanie - rzekł po chwili - nam, starym ołnierzom, najlepiej słu y
na froncie! Dzisiaj w Ministerstwie Wojny p ta si tych cywilów, in ynierów
kolejowych, wi cej ni psów... Tyle e maj egzamin jednorocznych ochotników...
Zreszt pan za kwadrans jedzie dalej. Pami tam dobrze, e w szkole wojskowej w
Pradze pomagałem panu przy gimnastyce jako jeden ze starszego rocznika. Obaj
mieli my kiedy areszt, bo pan si te bił z Niemcami w swej klasie. Był tam te i
Lukasz. Obaj byli cie najlepszymi towarzyszami. Jak tylko dostali my depesz ze
spisem oficerów przeje d aj cego batalionu, zaraz sobie wszystko
przypomniałem. Ładnych par lat min ło od tamtych czasów... Kadet Lukasz był
mi wtedy bardzo sympatyczny...
Cała ta rozmowa wywarła na kapitanie Sagnerze wra enie bardzo przykre.
Oczywi cie, doskonale poznał oficera, który z nim rozmawiał, a który w szkole
wojskowej prowadził opozycj przeciwko, wszystkiemu, co austriackie, chocia
pó niejsze karierowiczostwo kazało im wszystkim o tej ich opozycji zapomnie .
Najbardziej niemiła była wzmianka o poruczniku Lukaszu, który zawsze i
wsz dzie był spychany na bok, gdy chodziło o Sagnera.
- Porucznik Lukasz - rzekł z naciskiem - jest bardzo dobrym oficerem. Kiedy
odchodzi poci g?
- Za sze minut - odpowiedział wojskowy komendant stacji spojrzawszy na
zegarek.
- Id - rzekł Sagner.
- I nic mi nie powiecie, kolego?
- No to na zdar - odpowiedział Sagner i wyszedł przed gmach dowództwa
stacji.
Gdy przed odej ciem poci gu kapitan Sagner powrócił do wagonu
sztabowego, znalazł wszystkich oficerów na swoich miejscach. Grali w karty, we
„frische viere”. Tylko kadet Biegler nie grał.
Przerzucał kartki ró nych zacz tych przez siebie r kopisów, opisuj cych
bitwy, bo chciał si wyró ni nie tylko na polu walki, ale tak e jako wspaniały
pisarz, opisuj cy zdarzenia wojskowe. Posiadacz dziwnego herbu „bocianiego
skrzydła z ogonem ryby” pragn ł sta si fenomenem ród pisarzy wojskowych.
313
Jego próby literackie zaczynały si wielce obiecuj cymi nagłówkami, w których
odbijał si militaryzm owych czasów, ale były to zaledwie notatki prac, które
miały powsta pó niej:
„Charakterystyka ołnierzy wielkiej wojny.” - „Kto rozpocz ł wojn ?” „Polityka austriacko-w gierska a wybuch wojny wiatowej.” - „Notatki z wojny.”
- „Austro-W gry a wojna wiatowa.” - „Do wiadczenia wojny.” - „Odczyt
popularny o wybuchu wojny.” - „Uwagi wojenno-polityczne.” - „Sławny dzie
Austro-W gier.” - „Imperializm słowia ski a wojna wiatowa.” - „Dokumenty z
wojny.” - „Dokumenty do dziejów wojny wiatowej.” - „Dziennik wojny
wiatowej.” - Kronika wojny wiatowej.” „Pierwsza wojny wiatowa.” - „Nasza
dynastia w wojnie wiatowej.” - „Narody monarchii austro-w gierskiej w wojnie
wiatowej.” - „Walka o panowanie nad wiatem.” - „Moje do wiadczenia z wojny
wiatowej.” - „Mój udział w kampanii wojennej.” - „Jak walcz wrogowie
Austro-W gier.” - „Kto zwyci y?” - „Nasi oficerowie i nasi ołnierze.” „Znakomite czyny moich ołnierzy.” - Z czasów wielkiej wojny.” - „O zapale
walecznym.” - „Ksi ga bohaterów austro-w gierskich.” - „ elazna brygada.” „Zbiór moich listów z frontu.” - „Bohaterowie naszego marszbatalionu.” „Ksi ka podr czna dla ołnierzy frontu.” - „Dni walki i zwyci stwa.” - „Co
widziałem i czego doznałem na froncie.” - „W rowach strzeleckich.” - „Oficer
opowiada...” - „Z synami Austro-W gier naprzód!” - „Aeroplany
nieprzyjacielskie a nasza piechota.” - „Po bitwie.” - „Nasza artyleria: wierni
synowie ojczyzny.” - „Cho by si całe piekło sprzysi gło przeciw nam...” „Wojna obronna i wojna zaczepna.” - „Krew i elazo.” - „Zwyci stwo lub
mier .” - „Nasi bohaterowie w niewoli.”
Gdy kapitan podszedł do kadeta Bieglera i przeczytał te nagłówki, zapytał, po
co zostały one napisane i jak nale y je rozumie .
Kadet Biegler odpowiedział mu w istnym natchnieniu, e ka dy z tych
nagłówków to tytuł ksi ki, która zostanie napisana. Ile nagłówków, tyle ksi ek.
- Pragn , panie kapitanie, eby po mnie została pami tka, gdy polegn w
walce. Wzorem dla mnie jest profesor niemiecki Udo Kraft. Urodził si w roku
1870, teraz gdy wybuchła wojna, zgłosił si na ochotnika i poległ dnia 22 sierpnia
1914 roku pod Anloy. Przed mierci wydał ksi k : Jak przygotowywa si na
mier za cesarza.
Kapitan Sagner podprowadził kadeta Bieglera ku oknu.
- Niech pan poka e, co pan ma jeszcze, kadecie Biegler. Ogromnie interesuje
mnie pa ska działalno - z ironi mówił kapitan Sagner. - Co to za zeszyt, który
schował pan pod bluz ?
- To nic osobliwego, panie kapitanie - z dzieci cym rumie cem odpowiedział
kadet Biegler. - Słu panu.
Na zeszycie podanym kapitanowi był napis:
„Schematy wielkich i sławnych bitew, stoczonych przez wojska austrow gierskie, na podstawie studiów historycznych uło one przez c. i k. oficera
Adolfa Bieglera. Uwagami i obja nieniami zaopatrzył c. i k. oficer Adolf Biegler.”
Schematy te były straszliwie proste.
Od bitwy pod Nördlingen z 6 wrze nia r. 1634, poprzez bitw pod Zent z 11
wrze nia 1697, pod Caldiero z 31 wrze nia 1805, pod Aspern z 22 maja 1809,
314
bitw narodów pod Lipskiem w roku 1813, Santa Lucia w maju 1848, a po bitw
pod Trutnovem 27 czerwca 1866 i zdobycie Sarajewa 19 sierpnia 1878 - wszystkie
schemaciki były jednakowe.
W ka dym z nich kadet Biegler narysował pewn ilo kwadracików, przy
czym po jednej stronie były puste, po drugiej posiatkowane. Posiatkowane
ukazywały, gdzie si ma rzekomo znajdowa nieprzyjaciel. Po obu stronach było
lewe skrzydło, centrum i prawe skrzydło. Nast pnie w tyle stały rezerwy i strzałki
zwrócone tu i tam. Bitwa pod Nördlingen tak samo jak zdobywanie Sarajewa
podobna była do rozstawienia graczy futbolowych na jakimkolwiek boisku, przy
czym strzałki mogły bardzo dobrze oznacza kierunek kopni tej piłki.
Taka te my l przyszła do głowy kapitanowi Sagnerowi. Dlatego zapytał:
- Panie kadecie, pan grywa w piłk no n ?
Biegler zarumienił si jeszcze bardziej i nerwowo zamrugał oczami. Przez
chwil zdawało si , e zaraz wybuchnie płaczem.
Kapitan Sagner z u miechem odwracał kartki zeszytu i zatrzymał si nad
schematem bitwy pod Trutnovem podczas wojny austriacko-pruskiej. Kadet
Biegler dopisał przy tym schemacie uwag :
„Bitwa pod Trutnovem nie powinna była zosta stoczona, poniewa
pagórkowata okolica uniemo liwiała rozwini cie dywizji generała Mazzucheli,
zagro onej przez pot ne kolumny pruskie, znajduj ce si na wy ynach
otaczaj cych lewe skrzydło naszej dywizji.”
- A wi c, zdaniem pa skim - rzekł z u miechem kapitan Sagner oddaj c
Bieglerowi zeszyt - bitwa pod Trutnovem mogła była zosta stoczona jedynie w
tym wypadku, gdyby Trutnov le ał ród równin. Jeste pan Benedek
budziejowicki. Bardzo to pi knie z pa skiej strony, kadecie Biegler, e w czasie
tak krótkiego przebywania w wojsku starał si pan przenikn wszystkie tajniki
strategii, tylko e te usiłowania pa skie wypadły tak samo, jak to si zdarza
chłopcom, gdy si bawi w wojsko i nadaj sobie tytuły generałów. Sam pan si
tak szybko awansował na oficera, a miło patrze . C. i k. oficer Adolf Biegler!
Zanim dojdziemy do Pesztu, b dzie pan marszałkiem polnym. Onegdaj siedział
pan u swego tatusia i wa ył pan skóry krowie, a dzisiaj k. u k. Leutnant Adolf
Biegler!... Człowieku, przecie panu jeszcze daleko do oficera! Kadet to nie oficer.
Wisisz pan w powietrzu mi dzy podoficerami a podchor ymi. Jest pan akurat
takim samym oficerem jak frajter, który w knajpie ka e si nazywa sier antem
sztabowym.
- Słuchaj no, Lukasz - zwrócił si do porucznika - skoro masz w swojej
kompanii kadeta Bieglera, to go wicz, a zdrowo. Podpisuje si jako oficer, wi c
niech sobie na ten tytuł zasłu y w bitwie. Jak b dzie ogie huraganowy, a my
b dziemy atakowali, to niech ze swoim plutonem idzie przecina zacieki z drutu
kolczastego der gute Junge. A propos, ka e ci si kłania Zykan, jest
komendantem stacji w Rabie.
Kadet Biegler widz c, e rozmowa z nim jest sko czona, zasalutował i
zaczerwieniony przeszedł przez cały wagon, a zaszył si wreszcie w jego ko cu.
Jak lunatyk otworzył drzwi klozetu i spogl daj c na niemiecko-madziarski
napis: „U ywanie klozetu dozwolone jedynie podczas jazdy poci gu”, załkał i
rozpłakał si na dobre. Potem rozpi ł spodnie... Potem siedział ocieraj c łzy.
315
Potem u ył zeszytu z napisem: „Schematy wielkich i sławnych bitew stoczonych
przez wojska austro-w gierskie, uło one przez c. i k. oficera Adolfa Bieglera”.
Poha biony zeszyt znikn ł w otworze klozetu i spadaj c na tor, obijał si jeszcze
przez chwil mi dzy szynami pod p dz cym poci giem wojskowym.
Kadet Biegler obmył sobie w umywalni klozetu zaczerwienioneoczy i
wyszedłszy na korytarzyk postanowił by mocnym, cholernie mocnym. Ju od
rana bolała go głowa i brzuch.
Przechodził obok ko cowego przedziału, gdzie ordynans batalionu Matuszicz
ze słu cym dowódcy batalionu Batzerem grali w zechcyka.
Zajrzał do wewn trz przez uchylone drzwi i zakaszlał. Gracze spojrzeli na
niego i grali dalej.
- Co to, nie wiecie, jak zagra ? - zapytał Biegler.
- Nie mogłem inaczej - odpowiedział słu cy kapitana Sagnera Batzer swoj
straszliw niemczyzn z Gór Kasperskich. - Mi'is'd' Trump' ausganga.
- Nale ało wyj w dzwonki, panie kadecie - mówił dalej - w wysokie dzwonki,
a zaraz potem zagra winnego króla... Tak nale ało...
Kadet Biegler nie rzekł ju ani słowa i zaszył si w k cie wagonu. Gdy pó niej
podszedł do niego podchor y Pleschner, eby go pocz stowa łykiem koniaku,
którego butelk wygrał w karty, to si zdziwił, e Biegler tak pilnie studiuje
ksi k profesora Udo Krafta: Jak przygotowywa si na mier za cesarza.
Zanim dojechali do Pesztu, kadet Biegler był tak pijany, e wychylał si z
wagonu i wrzeszczał na cał pust okolic :
- Frisch drauf! Im Gottes Namen frisch drauf!
Na rozkaz kapitana Sagnera ordynans batalionu Matuszicz odci gn ł go od
okna i przy pomocy słu cego kapitana Sagnera uło ył na ławie. Kadet Biegler
zasn ł i miał taki sen:
Sen kadeta Bieglera przed Budapesztem:
Miał signum laudis, elazny krzy , był majorem i jechał na inspekcj odcinka
brygady, która była mu powierzona. Tylko e nie umiał sobie wytłumaczy ,
dlaczego ci gle jest majorem, gdy komenderował cał brygad . Miał podejrzenie,
e oczekiwał go awans na generała-majora, ale słówko „generał” musiało si
wida gdzie zapodzia na poczcie polowej.
W duchu musiał si mia z tego, e w poci gu, którym jechali na front,
kapitan Sagner groził, i ka e mu przecina zasieki z drutu kolczastego. Zreszt
kapitan Sagner ju dawno został przeniesiony do innego pułku, i to na jego,
Bieglera, yczenie wyra one w dowództwie dywizji. Przeniesiono go razem z
porucznikiem Lukaszem do innej dywizji i do innego korpusu.
Kto mu potem opowiadał, e obaj n dznie zgin li w jakich błotach podczas
ucieczki.
Gdy autem podje d ał ku pozycjom dla obejrzenia odcinka swej brygady,
wszystko było jasne i wyra ne. Wła ciwie był delegowany przez generalny sztab
armii.
Koło niego przechodzili ołnierze i piewali pie , któr czytał kiedy w
zbiorze austriackich pie ni wojennych:
Es gilt.
Halt euch brav ihr tapf'ren Brüder,
316
Werft den Feind nur herzhaft nieder,
Lasst des Kaisers Fahne weh'n..
Okolica była taka sama jak na obrazkach „Wiener Illustrierte Zeitung”.
Po prawej stronie koło stodoły wida było artyleri ra c ogniem
nieprzyjacielskie okopy przy szosie, po której p dził samochód. Z lewej strony
stał dom, z którego strzelano, podczas gdy nieprzyjaciel kolbami karabinów
starał si wywali drzwi. Przy szosie płon ł str cony aeroplan nieprzyjacielski.
Na horyzoncie wida było kawaleri i pal c si wie , dalej okopy marszbatalionu
na małym wywy szeniu, sk d ostrzeliwano nieprzyjaciela z karabinów
maszynowych. Dalej ci gn ły si okopy nieprzyjacielskie wzdłu szosy. A szofer
wiezie go dalej szos prosto ku nieprzyjacielowi.
- Nie wiesz, gdzie mnie wieziesz! Tam jest nieprzyjaciel! - ryczy na szofera.
Ale szofer odpowiada mu zgoła spokojnie.
- Panie generale, to jedyna porz dna droga. Szosa jest w stanie dobrym. Na
drogach bocznych opony nie wytrzymałyby tej jazdy.
Im bli ej pozycji nieprzyjacielskich, tym wyra niej słycha strzelanie. Po obu
stronach okopów ci gnie si aleja drzew owocowych i granaty niszcz t alej .
A szofer spokojnie odpowiada na jego uwagi:
- Ta szosa jest wyborna, panie generale, jedzie si po niej jak po stole.
Gdyby my tylko zboczyli, te opony nie wytrzymaj .
Niech pan spojrzy, panie generale - krzyczy szofer - ta szosa jest tak wietnie
zbudowana, e nawet mo dzierze trzydziestocentymetrowe nic nam nie zrobi .
Szosa ta to istne boisko, ale na kamienistych polnych drogach pop kałyby opony.
A wraca te nie mo emy, panie generale.
Bzzz... dzum! - słyszy Biegler wybuch i auto robi ogromny skok.
- A co? Czy nie mówiłem, panie generale?! - ryczy szofer. - Przecie to jest
cholernie dobra szosa. Wła nie wybuchn ł przed nami pocisk
trzydziestoo miocentymetrowy. Ale dziury nie ma. Szosa jak boisko. Lecz
gdybym skr cił w pole, to zaraz pop kaj opony. Teraz ostrzeliwuj nas z
odległo ci czterech kilometrów.
- Ale dok d my jedziemy?
To si poka e - odpowiedział szofer. - Dopóki b dzie taka szosa jak dot d, to
r cz za wszystko.
Lot, istny lot i samochód przystaje.
- Panie generale - krzyczy szofer - czy nie ma pan mapy sztabowej?
Generał Biegler zapala elektryczn latark i widzi, e trzyma map sztabow
na kolanach. Ale jest to morska mapa wybrze y Helgolandu z roku 1864, z czasu
wojny austriacko-pruskiej przeciw Danii o Szlezwig.
- Jeste my na rozstajach - powiada szofer - a wszystkie drogi prowadz ku
pozycjom nieprzyjacielskim. Mnie chodzi o porz dn szos , eby nie ucierpiały
opony, panie generale... Ja odpowiadam za automobil sztabowy...
Nagle huk, ogłuszaj cy huk i gwiazdy olbrzymie jak koła. Mleczna droga jest
g sta jak mietana.
317
Płynie Biegler w bezkresach wszech wiata, siedz c obok szofera. Tu przed
siedzeniem auto zostało przeci te na pół, gładko, jakby no ycami. Z całego auta
pozostał tylko napastliwy, zaczepny przód.
- Całe szcz cie, e mi pan akurat pokazywał map - mówi szofer. - Przeleciał
pan do mnie, a reszt diabli wzi li. To była czterdziestodwucentymetrówka...
Zaraz wiedziałem, e jak miniemy rozstaje, to szosa b dzie diabła warta. Po
trzydziestoósemce mogła by tylko czterdziestodwucentymetrówka. Nic lepszego
nie wyrabiaj jak dot d, panie generale.
- Ale dok d jedziemy?
- Lecimy do nieba, panie generale, i trzeba omija komety. Takie komety s
znacznie gorsze od najwi kszych granatów.
- Teraz pod nami jest Mars - rzekł szofer po długim milczeniu. Biegler czuł si
znowu spokojny.
- Czy znasz pan dzieje bitwy narodów pod Lipskiem? - zapytał. - Kiedy to
Schwarzenberg, szedł na Libertkovice 14 pa dziernika
marszałek polny, ksi
1813 roku i gdy 16 pa dziernika toczyła si walka o Lindenau? Wtedy generał
Merweldt staczał swoje walki, wojska austriackie były w Vachovie, a 19
pa dziernika padł Lipsk.
- Panie generale - rzekł szofer z wielk powag - jeste my wła nie przed
niebiesk bram , prosz wysiada ! Przez bram niebiesk przejecha
niepodobna, bo jest tu wielki tłok. Sami ołnierze.
- Przejed którego z nich, to nam poschodz z drogi! - krzyczy na szofera.
I wychylaj c si z samochodu, woła:
- Achtung, sie Schweinbande! Co za bydło! Widz generała, ale nie chce im si
zrobi rechst schaut.
- Ci ka sprawa, panie generale - odpowiada na to szofer głosem łagodnym prawie wszyscy maj poobrywane głowy.
Generał Biegler dopiero teraz zauwa ył, e ci, co si tłocz w bramie
niebieskiej, to najprzeró niejsi inwalidzi, którzy w wojnie potracili ró ne cz ci
ciała i d wigaj je z sob w plecakach. Głowy, r ce, nogi. Jaki sprawiedliwy
kanonier w podartym płaszczu, pchaj cy si przez tłum przy niebieskiej bramie,
miał w tłomoczku cały swój brzuch razem z dolnymi ko czynami. Z innego
tłomoka, d wiganego przez jakiego sprawiedliwego landwerzyst , wygl dała na
generała Bieglera połowa zadka, któr zacny ów człowiek stracił pod Lwowem.
- To gwoli porz dkowi - odezwał si szofer przeje d aj c przez g sty tłum. Potrzebne to wida dla rajskiej superrewizji.
Przy bramie niebieskiej od wierni puszczali jedynie na hasło, które i
Bieglerowi od razu przyszło do głowy: „Für Gott und Kaiser.” Samochód wjechał
do raju.
- Panie generale - rzekł jaki anioł-oficer ze skrzydłami u ramion, gdy
przeje d ali koło koszar aniołów-rekrutów - musi pan si meldowa w
dowództwie naczelnym.
Jechali dalej koło jakiego placu wicze , gdzie si roiło od aniołów-rekrutów,
których uczono woła chóralnie: Alleluja!
Przeje d ali akurat koło pewnej grupy, gdzie rudy anioł-kapral obrabiał
akurat jakiego oferm anioła-rekruta, tłukł go pi ci po brzuchu i wołał:
318
- G b szerzej otwieraj, słoniu betlejemski! Czy to tak si woła: Alleluja?
Skrzeczysz, jakby miał kluski w g bie. Chciałbym ja wiedzie , co za osioł wpu cił
ci tutaj do raju, ty bydl jedno. Wi c jeszcze raz... Hlahlehluhja? Ach, ty bestio
jedna, jeszcze nam tu w raju b dziesz krzyczał przez nos? Powtórz mi zaraz,
cedrze liba ski!
P dzili dalej, ale jeszcze długo słyszeli za sob nosowe d wi ki biednego
anioła-rekruta: „Hla... hle... hlu... hja”, i krzyk anioła-kaprala: „Alle... lu... ja!
Alle... lu... ja! Ty krowo jorda ska!”
Potem zaja niało wielkie wiatło nad ogromn budowl , podobn do Koszar
Maria skich w Budziejowicach, a nad ni dwa aeroplany, jeden z lewej strony,
drugi z prawej, za po rodku, mi dzy nimi, rozci gni te było olbrzymie płótno, z
wielkim napisem:
„K. u k. Gottes Hauptquartier.”
Do generała Bieglera podbiegli dwaj aniołowie w uniformach andarmów
polowych, wyci gn li go z samochodu i uj wszy za kołnierz, zaprowadzili na
pierwsze pi tro wielkiego gmachu.
- Zachowujcie si przyzwoicie przed Panem Bogiem - napomnieli go
zatrzymuj c si przed pewnymi drzwiami, otworzyli te drzwi i wepchn li go do
rodka.
Na rodku pokoju, na którego cianach wisiały portrety Franciszka Józefa i
Wilhelma, nast pcy tronu Karola Franciszka Józefa, generała Wiktora Dankla,
arcyksi cia Fryderyka i szefa sztabu generalnego, Konrada Hötzendorfa, stał Pan
Bóg.
- Kadecie Biegler - rzekł Pan Bóg z naciskiem - nie poznajesz mnie? Ja jestem
twój były kapitan Sagner z 11 kompanii marszowej.
Biegler zdr twiał.
- Kadecie Biegler - odezwał si znowu Pan Bóg - jakim prawem
przywłaszczyłe sobie tytuł generała-majora? Jakim prawem, kadecie Biegler,
rozbijałe si autem sztabowym po szosie ród pozycji nieprzyjacielskich?
- Posłusznie melduj ...
- Stul g b , kadecie Biegler, gdy rozmawia z tob Pan Bóg.
- Posłusznie melduj - wyj kał Biegler jeszcze raz.
- Wi c ty nie zamkniesz g by? - krzykn ł na niego Pan Bóg i otworzywszy
drzwi zawołał: - Dwóch aniołów! wawo!
Weszli dwaj aniołowie z karabinami przewieszonymi przez lewe skrzydła.
Biegler poznał w nich Matuszicza i Batzera. Z ust Pana Boga zabrzmiał rozkaz:
- Wrzuci go do latryny!
Kadet Biegler zapadał si gdzie w straszliwy smród.
Naprzeciwko pi cego kadeta Bieglera siedział Matuszicz ze słu cym
kapitana Sagnera Batzerem i ci gle jeszcze grali w zechcyka.
- Stink awer d' Kerl wie a' Stockfisch - rzucił Batzer, który z
zainteresowaniem przygl dał si , jak pi cy kadet zwija si na ławie i kr ci. Muss' d' Hosen voll ha'n.
- Taka rzecz mo e si zdarzy ka demu - rzekł filozoficznie Matuszicz. - Daj
mu spokój: przebiera go przecie nie b dziesz. Lepiej rozdaj karty.
319
Nad Budapesztem wida ju było łun wiateł, a po Dunaju przeskakiwały
błyski reflektora.
Kadetowi Bieglerowi niło si teraz co innego, bo przez sen mówił:
- Sagen sie meiner tapferen Armee, dass sie sich in meinem Herzen ein
unvergängliches Denkmal der Liebe und Dankbarkeit errichtet hat.
Poniewa przy tych słowach znowu zacz ł si kr ci , pod nos Batzera zaleciał
mocniejszy zapach. Splun ł tedy i rzekł:
- Stink wie a' Haizlputza, wie a'bescheissena Haizlputza.
A kadet Biegler kr cił si coraz niespokojniej, za nowy jego sen był wielce
fantastyczny. Był obro c miasta Linzu w wojnie o sukcesj austriack .
Widział reduty, sza ce i palisady dokoła miasta. Jego kwatera główna
przemieniona była w ogromny szpital. Wsz dzie, gdzie okiem rzuci , le eli chorzy
i trzymali si za brzuchy. Przed palisadami miasta harcowali dragoni Napoleona
I.
Za on, dowódca miasta, stał nad tym mrowiem i tak e trzymał si za brzuch,
a jednocze nie krzyczał do jakiego francuskiego parlamentariusza:
- Powiedzcie swemu cesarzowi, e si nie poddam...
Potem jak gdyby jego ból brzucha nagle ust pił, p dzi on na czele batalionu z
miasta na drog chwały i zwyci stwa i widzi, jak porucznik Lukasz goł r k
odbija cios pałasza francuskiego dragona, który chciał ci jego, Bieglera,
obro c obl onego miasta Linzu.
Porucznik Lukasz umiera u jego stóp z okrzykiem:
- Ein Mann wie Sie, Herr Oberst, ist nötiger, als ein nichtsnutziger
Oberleutnant!
Obro ca Linzu ze wzruszeniem odwraca si do umieraj cego, gdy wtem
nadlatuje kartacz i wali Bieglera w zadek.
Biegler odruchowo si ga r k tam, gdzie go uderzył kartacz, i czuje wilgo .
Co lepkiego rozmazuje mu si po r ku. Wi c krzyczy:
- Sanität! Sanität! - i wali si z konia.
Batzer z Matusziczem podnie li kadeta Bieglera z podłogi, na któr zwalił si
z ławy, i znowu uło yli go na niej.
Nast pnie Matuszicz poszedł do kapitana Sagnera, aby mu zameldowa , e z
kadetem Bieglerem co jest bardzo nie w porz dku.
- To chyba nie od koniaku - rzekł. - Na pewno dostał kadet cholery. Wsz dzie
na stacji pił wod . W Mosonie widziałem, e si ...
- Cholera nie przychodzi tak szybko. W s siednim przedziale jest pan doktor,
id cie do niego i powiedzcie mu, eby obejrzał chorego.
Do batalionu został przydzielony „wojenny doktor”, stary medyk i bursz,
Welfer. Umiał pi i bi si , a medycyn miał w małym palcu. Przestudiował swój
fach na ró nych uniwersytetach austriacko-w gierskich, praktyk odbywał w
najró niejszych szpitalach, ale doktoratu nie robił po prostu dlatego, e w
testamencie jego stryja była klauzula nakładaj ca na jego spadkobierców
obowi zek wypłacania Fryderykowi Welferowi rocznego stypendium tak długo,
dopóki ów Fryderyk Welfer nie otrzyma dyplomu lekarskiego.
To stypendium było przynajmniej cztery razy wy sze od wynagrodzenia,
jakie asystenci otrzymuj w szpitalach, wi c medicinae universae candidatus
320
Fryderyk Welfer rzetelnie starał si o to, aby promowanie go na doktora
medycyny było odsuni te w czasy jak najbardziej odległe.
Spadkobiercy byli w ciekli. Nazywali go idiot , próbowali narzuci mu bogat
narzeczon , eby si go pozby . Aby spadkobiercom dokuczy jeszcze bardziej,
kandydat medycyny Fryderyk Welfer, członek jakich dwunastu korporacji
studenckich, wydał kilka zbiorów bardzo ładnych wierszy w Wiedniu, w Lipsku i
w Berlinie. Pisywał do „Simplicissimusa” i dalej studiował medycyn , jakby
nigdy nic.
A oto wybuchła wojna i podst pnie zarzuciła swoje zdradzieckie sidła na
Fryderyka Welfera.
Poeta i autor ksi ek Lachende Lieder, Krug und Wissenschaft, Märchen und
Parabeln musiał po prostu ruszy na wojn , a jeden ze spadkobierców postarał si
w Ministerstwie Wojny o to, e Fryderyk Welfer zrobił „wojenny doktorat”.
Zrobił go na pi mie. Otrzymał szereg pyta i na wszystkie odpowiedział
stereotypowo: „Lacken Sie mir den Arsch!” Po trzech dniach pułkownik
oznajmił mu, e otrzyma dyplom doktora medycyny, e ju dawno był dojrzały
do otrzymania doktoratu, e starszy lekarz sztabu przydziela go do szpitala
uzupełnie i e od jego własnego post powania zale y szybki awans. Wprawdzie
wiadomo o nim, e w ró nych miastach pojedynkował si z oficerami, ale na
wojnie zapomina si o takich rzeczach.
Autor poezji Dzban i wiedza zacisn ł z by i zacz ł słu y w wojsku.
Poniewa ustalono, e w kilku przypadkach doktor Welfer był bardzo
uprzejmy dla chorych ołnierzy i przedłu ał im pobyt w szpitalu tak długo, jak
tylko było mo na, doktora tego wyprawiono z 11 kompani marszow na front.
Bo wtedy obowi zywała powszechna zasada co do chorych: „Ma si taki
wylegiwa w szpitalu i zdycha na łó ku, to niech lepiej zdechnie w rowie
strzeleckim albo w tyralierze.”
Oficerowie słu by czynnej całego batalionu uwa ali doktora Welfera za co
ni szego od siebie, a oficerowie rezerwy tak e nie zwracali na niego uwagi i nie
zaprzyja niali si z nim w obawie, eby si przez to jeszcze bardziej nie pogł biała
przepa mi dzy nimi a oficerami słu by czynnej.
Oczywi cie, e kapitan Sagner czuł si niesłychanie wywy szony nad tego
byłego kandydata medycyny, który podczas swoich bardzo długich studiów
szpetnie posiekał kilku oficerów. Gdy doktor Welfer, „wojenny doktor”,
przeszedł koło niego, kapitan nawet na niego nie spojrzał i dalej rozmawiał z
porucznikiem Lukaszem o czym zgoła oboj tnym, e w Budapeszcie hoduj
dynie, na co porucznik Lukasz odpowiedział, e gdy był na trzecim roku szkoły
wojskowej i bawił z kilku kolegami na Słowacji, to przybyli oni raz w go cin do
pewnego ewangelickiego proboszcza, Słowaka. Gospodarz uraczył ich wieprzow
pieczenia i jarzyn z dyni, a potem kazał im da wina i mówił:
Dynia, winia
Chce sa jej wina.
czym Lukasz poczuł si mocno ura ony.
321
- Budapesztu niewiele zobaczymy - rzekł kapitan Sagner. - Obje d amy
miasto bokiem. Według marszruty mamy tu sta dwie godziny.
- S dz , e przesun tu wagony - odpowiedział porucznik Lukasz - wi c
dostaniemy si na stacj przeładunkow : Transport Militär-Bahnhof.
Obok nich przeszedł „wojenny doktor” Welfer.
- Nic osobliwego - rzekł z u miechem. - Tacy panowie, którzy z biegiem czasu
chc si sta oficerami i którzy jeszcze w Brucku chełpi si swoimi
wiadomo ciami historyczno-strategicznymi, powinni wiedzie , e to
niebezpiecznie zje od razu cały transport słodyczy otrzymany od mamusi. Od
chwili gdy wyjechali my z Brucku, kadet Biegler zjadł trzydzie ci ciastek z
kremem, jak mi si przyznał, i wsz dzie po stacjach pił tylko gotowan wod .
Przypomina mi si pewien wiersz Schillera: „...Wer sagt von...”
Słuchaj pan, panie doktorze - przerwał mu kapitan Sagner - tu nie chodzi o
Schillera. Jak si ma kadet Biegler?
„Wojenny doktor” Welfer roze miał si .
- Aspirant na oficera, pa ski kadet Biegler, si zer n ł... To nie cholera i nie
czerwonka, ale prosty i powszedni kaktus. Pa ski aspirant na oficera wypił
troch wi cej koniaku i zrobił w majtki... Zreszt byłby to niezawodnie zrobił i
bez koniaku. Ob arł si tak dalece ciastkami z kremem, które przysłano mu z
domu, e i tego było dosy ... Taki dzieciak... W kasynie, jak mi wiadomo, pijał
zawsze tylko jedn wiartk ... Abstynent.
Doktor Welfer splun ł.
- Kupował sobie cukierki i ptysie.
- A wi c nic osobliwego? - zapytał kapitan Sagner. - Taka rzecz jednak... Ale
gdyby ta sprawa nabrała rozgłosu... Gdyby to było zara liwe...
Porucznik Lukasz powstał i rzekł:
- Dzi kuj za takiego plutonowego...
- Troch go poratowałem - rzekł Welfer nie przestaj c si u miecha - pan
kapitan wyda odpowiednie zarz dzenie.... To jest, ja przeka Bieglera do
szpitala... Dam mu wiadectwo, e to dyzenteria. Ci ki przypadek dyzenterii.
Izolacja... Kadet Biegler dostanie si do baraku dezynfekcyjnego.
- Jest to bezwarunkowo lepsze - mówił dalej Welfer ci gle z tym swoim
wstr tnym u miechem - ni gdyby trzeba było powiedzie prawd o zasranym
kadecie. Dyzenteria to sprawa bardziej honorowa ni taka pospolita przygoda.
Kapitan Sagner zwrócił si do porucznika Lukasza i rzekł tonem urz dowym:
- Panie poruczniku, kadet Biegler z pa skiej kompanii zachorował na
dyzenteri i pozostanie na kuracji w Budapeszcie...
Kapitanowi Sagnerowi wydawało si , e Welfer mieje si bardzo zaczepnie,
ale gdy spojrzał na „wojennego doktora”, widział, e jest on zgoła oboj tny.
- A wi c wszystko w porz dku, panie kapitanie - dodał Welfer - kandydaci na
oficerów... - Machn ł r k . - Przy dyzenterii ka dy zrobi w majtki.
Tak wi c si stało, e dzielny kadet Biegler został zawieziony do wojskowego
szpitala izolacyjnego w Uj Buda.
Jego powalane spodnie zgin ły w zam cie wojny wiatowej.
Marzenia kadeta Bieglera o wielkich zwyci stwach zostały zamkni te w
pokoiku izolacyjnego baraku.
322
Dowiedziawszy si , e ma dyzenteri , kadet Biegler szczerze si uradował.
Wszystko jedno, czy si otrzymuje rany za najja niejszego pana, czy te
zapada si na jak chorob przy wykonywaniu obowi zków ołnierskich.
Potem przytrafiła mu si jeszcze drobna przygoda. Poniewa wszystkie
miejsca w szpitalu dla chorych na dyzenteri były zaj te, wi c kadeta Bieglera
przeniesiono do baraku cholerycznego.
Jaki madziarski lekarz sztabowy pokr cił głow , gdy kadeta wyk pano i
przy mierzeniu temperatury stwierdzono, e ma akurat 37 stopni! Przy cholerze
najgorszym objawem jest powa ny spadek temperatury. Chory staje si
apatyczny.
Kadet Biegler nie okazywał rzeczywi cie najmniejszego wzburzenia. Był
niezwykle spokojny i w duchu powtarzał sobie, e czy tak, czy owak, cierpi za
najja niejszego pana.
Lekarz sztabowy polecił tym razem wsun kadetowi Bieglerowi termometr
do odbytnicy.
„Ostatnie stadium cholery - pomy lał w duchu - objawy ko cowe, najwy sze
wyczerpanie, chory traci zainteresowanie dla swego otoczenia, a wiadomo jego
jest przy miona. U miecha si w przed miertnych kurczach.”
Kadet Biegler przy gruntownym mierzeniu temperatury u miechał si
istotnie, ale z min m czennika, gdy wtykano mu termometr w miejsce tak
niezwykłe. Nie ruszał si .
„Objawy, które przy cholerze prowadz ku ko cowi - my lał w gierski lekarz
sztabowy. - Bierna pozycja...”
Zapytał jeszcze podoficera-sanitariusza, czy w k pieli kadet Biegler
wymiotował i miał rozwolnienie.
Otrzymawszy odpowied przecz c , zapatrzył si w Bieglera. Gdy przy
cholerze mija rozwolnienie i ko cz si wymioty, to i te objawy s oznakami
zbli aj cego si ko ca, wypełniaj c ostatnie godziny ycia.
Kadet Biegler, zupełnie nagi, po wyniesieniu go z ciepłej wanny poczuł chłód i
zacz ł szcz ka z bami. Na całym ciele miał g si skór .
- Widzisz pan - rzekł lekarz po madziarsku - okropne dreszcze. Ko czyny
zimne. To ju koniec.
I pochylaj c si nad kadetem, zapytał go po niemiecku:
- Also wie geht's?
- S... s... se... hr... hr gu... gu... tt - zaszcz kał z bami kadet Biegler. - Ei... ei...
ne De... deck... cke.
- wiadomo cz ciowo jasna, cz ciowo przy miona - rzekł lekarz w gierski.
- Ciało ogromnie wychudzone, wargi i paznokcie powinny by czarne... Ju mam
trzeci taki wypadek, e umieraj u mnie ludzie na choler bez czarnych paznokci
i warg.
Pochylił si nad kadetem i mówił dalej po madziarsku:
- Serce ledwie bije...
- Ei... ei... ne... ne De... de... de... deck... cke... cke - dygotał kadet Biegler.
- To, co teraz mówi, to ostatnie jego słowa - rzekł lekarz sztabowy do
podoficera-sanitariusza po madziarsku. - Jutro pochowamy go razem z majorem
Kochem. Teraz traci przytomno . Czy papiery jego s w kancelarii?
323
- Pewno s - odpowiedział spokojnie sanitariusz.
- Ei... ei... ne... ne De... de... de... cke... cke - wołał za odchodz cy mi kadet
Biegler szcz kaj c z bami.
W całej sali na szesna cie łó ek było tylko pi ciu łudzi. Jeden z nich był
nieboszczykiem. Zmarł przed dwiema godzinami, był przykryty prze cieradłem i
nazywał si tak samo jak odkrywca zarazków cholerycznych. Był to major Koch,
o którym lekarz sztabowy mówił, e jutro b dzie pochowany razem z kadetem
Bieglerem.
Kadet Biegler uniósł si na łó ku i po raz pierwszy widział, jak to si umiera
na choler za najja niejszego pana, bo z czterech pacjentów dwaj konali, dusili
si i sinieli. Z ich ust wydzierały si jakie słowa, ale nie wiadomo było, co mówi i
w jakim j zyku. Był to raczej charkot zdławionego głosu.
Dwaj inni z ogromnie burzliw reakcj , b d c oznak wyzdrowienia,
przypominali chorych na tyfus, bredz cych w gor czce. Wykrzykiwali jakie
niezrozumiałe słowa i wierzgali chudymi nogami, wysuwaj c je spod kołder. Nad
nimi stał w saty sanitariusz, mówi cy narzeczem styryjskim (co Biegler
zauwa ył), i uspokajał ich:
- Ja te miałem choler , moi złoci ludkowie, ale nie wierzgałem kulasami.
Teraz ju z wami dobrze. Dostaniecie urlop, jak tylko... Nie rzucaj mi si tu tak
bardzo - wrzasn ł na jednego z nich, który tak porz dnie wierzgn ł nog , e
kołdra przeleciała mu przez głow . - Tego si u nas nie robi. B d kontent, e
masz gor czk , bo ci nie b d st d wywozili z muzyk . I tak ju najgorsze za
wami.
Rozejrzał si dokoła.
- A tam oto znowu dwaj zmarli. Mo na si było spodziewa - rzekł
dobrodusznie. - A wy b d cie kontenci, e najgorsze ju za wami. Musz skoczy
po prze cieradła.
Po chwili wrócił. Nakrył umrzyków z wargami całkiem sczerniałymi,
wyprostował ich r ce ze sczerniałymi paznokciami, którymi w agonii dusz c si
darli napr one przyrodzenie, próbował wetkn im j zyki do ust, a potem ukl kł
przy łó ku i zacz ł odmawia pacierz: „Heilige Maria, Mutter Gottes...”, i stary
styryjski sanitariusz spogl dał przy tym na obu pacjentów, których maligna
oznaczała powrót do zdrowia i nowego ycia.
- Heilige Maria, Mutter Gottes - mówił dalej, gdy wtem jaki nagus potrz sn ł
go za rami .
Był to kadet Biegler.
- Słuchajcie no - mówił - ja si k pałem... To jest, mnie k pali... Potrzebna mi
kołdra... Mnie zimno...
- To dziwny przypadek - mówił po upływie pół godziny ten sam lekarz
w gierski pochylaj c si nad kadetem Bieglerem, który odpoczywał pod kołdr . Pan jest rekonwalescentem, panie kadecie.
- Jutro wyprawimy pana do zapasowego szpitala do Tarnowa. Pan jest siewc
bakterii cholerycznych... Wiedza posun ła si tak daleko, e wszystko ju
wiemy... Pan jest z 91 pułku...
- ...13 marszbatalionu - dodał sanitariusz za kadeta Bieglera - kompania 11.
324
- Prosz pisa - rzekł lekarz wojskowy. - Kadet Biegler, 13 marszbatalion, 11
kompania, 91 pułk piechoty, na obserwacj do cholerycznego baraku w
Tarnowie. Siewca zarazków cholerycznych...
W taki sposób z kadeta Bieglera, entuzjastycznego wojaka, stał si siewca
bakterii cholerycznych.
325
Rozdział 22
W BUDAPESZCIE
Na stacji wojskowej w Budapeszcie Matuszicz przyniósł kapitanowi
Sagnerowi telegram z komendy stacji. Autorem tego telegramu był nieszcz liwy
dowódca brygady wyprawiony tymczasem do sanatorium. Telegram był
nieszyfrowany jak na poprzedniej stacji i był tej samej tre ci:
„Szybko sko czy gotowanie i marsz na Sokal!”
Do tego był jeszcze dodatek:
„Tabory zaliczy do grupy wschodniej. Słu ba wywiadowcza zostaje
zniesiona. 13 marszbatalion buduje most przez Bug. Szczegóły w gazetach.”
Kapitan Sagner udał si natychmiast do dowództwa stacji. Przywitał go mały,
grubawy oficer przyjaznym u miechem.
- Co on nawyrabiał, ten wasz generał brygady - rzekł chichocz c na cały
regulator - ale musieli my dor cza te idiotyzmy, poniewa z dywizji jeszcze nie
przyszło rozporz dzenie, e depesze jego nie powinny by wr czane adresatom.
Wczoraj przeje d ał t dy 14 marszbatalion 75 pułku, a dowódca batalionu
otrzymał depesz z rozkazem, aby wszystkim szeregowcom wypłacono po sze
koron, jako osobne wynagrodzenie za Przemy l; w depeszy było równie podane,
eby ka dy ołnierz z tych sze ciu koron zło ył w kancelarii dwie korony na
po yczk wojenn ... Według pewnych wiadomo ci ten generał brygady ma
parali post powy.
- Panie majorze - zapytał kapitan Sagner komendanta stacji wojskowej - czy
według rozkazu pułku pojedziemy do Gödöllö, jak przewiduje marszruta?
Szeregowcy maj dosta po 15 deka sera szwajcarskiego. Na stacji poprzedniej
mieli dosta po 15 deka w gierskiego salami. Ale nic nie dostali.
- Tutaj wida tak e nic nie dostan - odpowiedział major nie przestaj c si
mile u miecha . - Nie wiem nic o takim rozkazie, który dotyczyłby pułków z
Czech. Zreszt nie moja to sprawa; niech si pan zwróci do komendy
zaopatrzenia.
- Kiedy odje d amy, panie majorze?
- Przed wami stoi poci g z ci k artyleri id c do Galicji. Pu cimy go za
godzin , panie kapitanie. Na trzecim torze stoi poci g sanitarny. Odchodzi w
dwadzie cia pi minut po poci gu z artyleri . Na torze dwunastym mamy poci g
z amunicj . Odje d a w dziesi minut po poci gu sanitarnym, a w dwadzie cia
minut po nim idzie pa ski poci g. O ile, oczywi cie, nie zajd jakie zmiany dodał z nieodmiennie miłym u miechem, który dla kapitana Sagnera stawał si
wstr tny.
- Pan pozwoli, panie majorze - rzekł kapitan Sagner - czy mógłby mi pan
obja ni , jak to jest, e pan nic nie wie o rozkazie dotycz cym 15 deka sera
szwajcarskiego dla pułków z Czech?
- To sprawa tajna - odpowiedział z u miechem komendant stacji wojskowej w
Budapeszcie kapitanowi Sagnerowi.
„A tom si ubrał - my lał kapitan Sagner wychodz c z gmachu komendy. Tam do diabła, po co ja kazałem porucznikowi Lukaszowi, eby zebrał
326
wszystkich dowódców i eby razem z szeregowcami poszedł po 15 deka
szwajcarskiego sera na osob .”
Zanim dowódca 11 kompanii marszowej porucznik Lukasz wydał według
rozkazu kapitana Sagnera rozporz dzenie dotycz ce ołnierzy marszbatalionu
maj cych pój do magazynu po 15 deka sera szwajcarskiego na osob , podszedł
do niego Szwejk razem z nieszcz liwym Balounem.
Baloun dygotał ze strachu.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant - ze zwykł uprzejmo ci rzekł
Szwejk - e sprawa, o któr chodzi, jest bardzo wa na. Prosiłbym, panie
oberlejtnant, eby my t spraw mogli załatwi gdzie na uboczu, jak powiedział
mój kamrat Szpatina ze Zhorza, gdy był dru b na weselu, a w ko ciele zachciało
mu si nagle...
- Czego chcecie, Szwejku? - przerwał mu porucznik Lukasz, który tak samo
zat sknił za Szwejkiem jak Szwejk za nim. - Chod my wi c gdzie na bok.
Baloun wlókł si za nimi nie przestaj c dr e . Ten poczciwy olbrzym stracił
zupełnie równowag ducha i w jakiej rozpaczliwej beznadziejno ci kiwał si na
wszystkie strony i machał r koma.
- Wi c o co wam chodzi, Szwejku? - zapytał porucznik Lukasz, gdy odeszli na
bok.
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant - rzekł Szwejk - e daleko lepiej
zawsze przyzna si do wszystkiego, nim szydło wylezie z worka. Pan mi dał
rozkaz, eby Baloun przyniósł panu pa ski pasztet i bułk , jak tylko
przyjedziemy do Budapesztu. Dostałe taki rozkaz czy nie? - zapytał Szwejk
zwracaj c si do Balouna.
Baloun zacz ł jeszcze bardziej wymachiwa r koma, jakby si chciał obroni
przed nacieraj cym nieprzyjacielem.
- Rozkazu tego - mówił Szwejk - nie mo na było, niestety, wykona , panie
oberlejtnant, poniewa ja ten pa ski pasztet ze arłem.
- Ze arłem go - rzekł z naciskiem, daj c wystraszonemu Balounowi sójk w
bok - bo pomy lałem, e taki pasztet mo e si zepsu . Ja kilka razy czytałem w
gazetach, e całe rodziny potruły si takim pasztetem. Pewnego razu na Zderazie
si potruli, potem znowu w Berounie, raz w Taborze i raz w Młodej Boleslavii, a
tak e w Przibramie. Wszyscy ci otruci poumierali. Taki pasztet to dra ska
rzecz...
Baloun usun ł si na bok, wsadził palec w usta i zacz ł wymiotowa .
- Co wam si stało, Balounie?
- Ja rzy... rzy... e... e... gam, panie ober... e... e... ober... lejt... nant... e... e... mówił nieszcz sny Baloun korzystaj c z przerw w wymiotowaniu. - To ja... ja...
ee... go ze ar... łłłem, ja... e... e... ja... eee sa... eemmm... e... e... e...
Z gł bin biednego człowieka wyrywały si kawałki pasztetu razem ze
staniolem, w który pasztet był zawini ty.
- Jak pan widzi, panie oberlejtnant - rzekł Szwejk ani na chwil nie trac c
swej równowagi ducha - ka dy ze arty pasztet wyjdzie na wierzch jak oliwa na
wod . Ja chciałem t rzecz wzi na siebie, a ta małpa tak si oto wsypuje. On jest
człowiekiem na ogół bardzo porz dnym, ale wszystko ze re, co ma pod opiek .
Znałem jednego w pewnym banku. Mo na było pozostawia tysi ce na jego
327
opiece. Pewnego razu podejmował pieni dze w innym banku i dostał o tysi c
koron za du o. Oddał je natychmiast, ale jak mu dali 15 grajcarów, eby
przyniósł w dzonki, to połow jej po drodze ze arł. Taki ju był niena arty, e
gdy urz dnicy posyłali go po kiełbaski, to je dziurawił scyzorykiem i wydłubywał
po trosze, a dziurki zalepiał plasterkiem angielskim, który przy pi ciu
kiełbaskach wi cej go kosztował ni jedna cała kiełbaska.
Porucznik Lukasz westchn ł i oddalił si .
- Czy ma pan dla mnie jakie rozkazy, panie oberlejtnant? - wołał za nim
Szwejk, podczas gdy niefortunny Baloun wci jeszcze wtykał sobie palec w usta.
Porucznik machn ł r k i pod ył ku magazynom zaopatrzenia, przy czym
do głowy przyszła mu my l osobliwa, e skoro ołnierze po eraj swoim oficerom
pasztety, to Austria wojny wygra nie mo e.
Szwejk odprowadził tymczasem Balouna na drug stron toru wojskowego i
pocieszał go, e razem zajrz do miasta i stamt d przynios dla pana
oberlejtnanta debreczy skich parówek. Szwejkowi wydawało si , e Budapeszt
pełen jest debreczy skich parówek.
- Jeszcze by nam poci g uciekł - biadał Baloun, który był nie tylko wiecznie
głodny, lecz i chciwy zarazem.
- Gdy si jedzie na front, to nigdy spó ni si nie mo na - zadecydował Szwejk
- bo ka dy taki poci g, zanim ruszy z miejsca, dobrze si zastanowi, czy
opłaciłoby mu si dojecha na miejsce z połow eszelonu. Zreszt , rozumiem ci ,
mój Balounie, masz w a w kieszeni.
Do miasta si , oczywi cie, nie wybrali, poniewa ozwał si sygnał wzywaj cy
do wsiadania do wagonów. Szeregowcy poszczególnych kompanii powracali z
magazynów zaopatrzenia znowu z pustymi r koma. Zamiast 15 deka sera
szwajcarskiego, który miał by wydawany, ka dy ołnierz dostał pudełko zapałek
i pocztówk , wydan przez komitet opieki nad wojennymi grobami Austrii.
Zamiast 15 deka sera szwajcarskiego ka dy trzymał w r ku obrazek jednego z
galicyjskich cmentarzy ołnierskich z pomnikiem zbudowanym ku czci
nieszcz snych landwerzystów przez dekuj cego si rze biarza sier anta Scholza,
jednorocznego ochotnika.
Koło wagonu sztabowego panowało tak e niezwykłe wzburzenie. Oficerowie
marszbatalionu zebrali si dokoła kapitana Sagnera, który był bardzo
zdenerwowany i co im tłumaczył. Powrócił wła nie z komendy stacji i trzymał w
r ku prawdziwy, bardzo tajny telegram ze sztabu brygady, ogromnie długi i
nadziany wskazówkami, jak nale y post powa wobec nowej sytuacji, w jakiej
znalazła si Austria dnia 23 maja 1915 roku.
Dowództwo brygady telegrafowało, e Italia wypowiedziała Austrii wojn .
Jeszcze w Brucku nad Litaw w oficerskim kasynie bardzo cz sto
rozmawiano przy obiadach i kolacjach o dziwnym post powaniu Italii, ale na
ogół nikt nie oczekiwał, e spełni si prorocze słowa tego idioty kadeta Bieglera,
który pewnego wieczoru przy kolacji odsun ł talerz z makaronem i rzekł:
- Makaronu najem si jeszcze do syta pod bramami Werony.
Kapitan Sagner przestudiował instrukcje, otrzymane wła nie z dowództwa
brygady, i kazał tr bi na alarm.
328
Gdy si wszyscy szeregowcy marszbatalionu zebrali, ustawiono ich w
czworobok, a kapitan Sagner głosem ogromnie uroczystym odczytał ołnierzom
dostarczony mu telegraficznie rozkaz dowództwa brygady:
„W bezprzykładnej zdradzie i chciwo ci zapomniał król włoski o tych
bratnich zwi zkach, które ł czyły go jako sprzymierze ca z naszym mocarstwem.
Od chwili wybuchu wojny, w której winien był stan przy boku naszych
dzielnych wojsk, odgrywał zdradziecki król włoski rol zamaskowanego
napastnika zachowuj c si dwuznacznie, a jednocze nie prowadz c sekretne
układy z naszymi wrogami. Zdrada jego doszła do szczytu w nocy z dnia 22 na 23
maja przez wypowiedzenie wojny naszemu mocarstwu. Nasz wódz najwy szy jest
przekonany, e nasza zawsze dzielna i sławna armia odpowie na nikczemn
zdrad niewiernego wroga takim ciosem, i zdrajca zrozumie, e sam siebie
zgubił, rozpoczynaj c wojn haniebnie i zdradliwie. Ufamy niezachwianie, e z
pomoc bo rychło nadejdzie dzie , w którym równiny italskie znowu ujrz
zwyci zców spod Santa Lucia, Vicenzy, Novarry, Custozzy. Chcemy zwyci y ,
musimy zwyci y i z pewno ci zwyci ymy!”
Potem było zwykłe „dreimal hoch!” i wojsko powsiadało znowu do wagonów,
dziwnie milcz ce. Zamiast 15 deka sera szwajcarskiego otrzymało now wojn - z
Itali .
W wagonie, w którym siedział Szwejk z sier antem rachuby Va kiern,
telefonist Chodounskim, Balounem i kucharzem Jurajd , zawi zała si
interesuj ca rozmowa o przył czeniu si Włoch do wojny.
- Przy ulicy Taborskiej w Pradze było kiedy takie samo zdarzenie - zacz ł
Szwejk. - Był tam sobie kupiec, niejaki Horzejszi, a nieco dalej naprzeciwko miał
sklep kupiec Poszmourny, a w samym rodku mi dzy nimi miał kramik
sklepikarz Havlasa. Wi c ten kupiec Horzejszi wpadł którego dnia na taki
koncept, eby si zł czy z tym sklepikarzem Havlas przeciw kupcowi
Poszmournemu, i zacz ł si z nim umawia co do tego, e oba sklepy mogłyby
istnie pod wspóln firm : „Horzejszi i Havlasa” . A ten sklepikarz Havlasa zaraz
poleciał do kupca Poszmournego i powiada mu, e Horzejszi daje mu dwana cie
setek za jego sklepik i chce z nim zrobi spółk . Ale je li Poszmourny da mu o
sze setek wi cej, to woli zrobi spółk z nim przeciwko Horzejszemu. Wi c si z
sob ugodzili, a ten Havlasa przez jaki czas ci gle si kr cił koło tego
Horzejszego, którego zdradził, i udawał jak najlepszego przyjaciela, a gdy si
czasem zgadało o poł czeniu obu interesów, to zawsze mawiał, „No, ju niedługo
si poł czymy. Czekam tylko, a klienci wróc z letniska”'. A kiedy klienci
przyjechali, to sprawa rzeczywi cie była ju załatwiona, jak to obiecywał Havlasa
kupcowi Horzejszemu, co do tego poł czenia. Gdy mój Horzejszi pewnego
poranka otwierał swój sklep, ujrzał wielki napis nad sklepem swego konkurenta,
firma jak byk:
POSZMOURNY I HAVLASA
329
- U nas - zauwa ył głupawy Baloun - te si zdarzył wypadek podobny. We
wsi s siedniej chciałem kupi jałówk . Ju była stargowana, a rze nik z Votic
zabrał mi j sprzed nosa.
- Teraz, kiedy mamy now wojn - mówił dalej Szwejk - kiedy mamy o
jednego wroga wi cej i nowy front, b dziemy musieli oszcz dza amunicji. „Im
wi cej dzieci w rodzinie, tym wi cej zu ywa si rózeg” - mawiał dziadek
Chovanec w Motole, który karcił wszystkie dzieci okolicznych rodzin i pobierał z
to wynagrodzenie ryczałtowe.
- Ja si tylko jednego boj - rzekł Baloun trz s c si na całym ciele - e przez
t Itali porcje b d mniejsze.
- Sier ant rachuby Vaniek zamy lił si gł boko i rzekł po chwili:
- Wszystko to by mo e, bo teraz na zwyci stwo wypadnie troch poczeka .
- Teraz przydałby si nam nowy Radetzky - zawyrokował Szwejk. - Bo
Radetzky znał ju doskonale tamte okolice i wiedział o wszystkich słabostkach
tych Włochów, wiedział, co trzeba szturmowa i z której strony. Chocia to nie
takie proste wle na dobre do jakiego kraju, bo wle ka dy potrafi, ale
wydosta si stamt d to jest dopiero prawdziwy kunszt wojenny. Je li ju
człowiek gdzie wlezie, to winien wiedzie o wszystkim, co si dzieje dokoła niego,
eby czasem nie wpadł w jak bryndz , która nazywa si katastrof . Pewnego
razu w naszym domu, tam gdzie jeszcze dawniej mieszkałem, złapali na strychu
złodzieja, ale chłopisko było sprytne; gdy tam wlazł, wypatrzył, e wła nie
murarze poprawiaj mur od strony lepego podwórka, wi c te wyrwał si ,
powalił na ziemi dozorczyni domu i zesun ł si po rusztowaniu na dół, na to
lepe podwórko. Ale stamt d ani rusz dalej. Natomiast nasz tatu Radetzky znał
ka d cie k i nigdzie go dogoni nie mogli. W jednej ciekawej ksi ce o tym
generale było to wszystko bardzo ładnie opisane, jak to on uciekł spod Santa
Lucia, a znowu Italiany uciekły w drug stron i dopiero na drugi dzie ten
generał zmiarkował, e wła ciwie bitw wygrał, kiedy przez lornet nie dopatrzył
si ani jednego nieprzyjaciela. Wi c zaraz si wrócił i zaj ł opuszczon Santa
Luci . Od tego czasu był marszałkiem.
- Italia, tak czy owak, kraj ładny - wtr cił kucharz Jurajda. - Byłem kiedy w
Wenecji i wiem dobrze, e Włoch ka dego nazwie wini . Gdy si rozzło ci, to
wszystko dla niego jest „porco maladetto”. Nawet papie jest dla niego porco i
„Madonna mia é porco”, „papa é porco”.
Natomiast sier ant rachuby Vaniek wyraził si o Italii z wielk sympati . W
Kralupach przy swojej drogerii ma fabryczk soku cytrynowego wyrabianego z
gnij cych cytryn, bardzo tanio kupowanych w Italii. Teraz sko czy si
przesyłanie cytryn z Włoch do Kralup. Nie ma co mówi : wojna z Włochami
obfitowa musi w ró ne niespodzianki, bo Austria b dzie chciała zem ci si .
- Łatwo powiedzie ! Zem ci si ! - u miechn ł si Szwejk. - Niejeden my li
sobie, e si m ci, a tymczasem wszystko zwali si raptem na takiego, którego
sobie ten m ciciel wybrał za narz dzie swej zemsty. Kiedy przed laty mieszkałem
na Vinohradach, to w jednym domu był dozorca, a u tego dozorcy mieszkał jaki
drobny urz dniczyna z jakiego tam banku, który chodził stale do knajpy przy
ulicy Crameriusa i w tej knajpce pokłócił si z jakim panem, który miał na
Vinohradach jaki taki zakład do analizowania moczu. Ten pan o niczym innym
330
nie my lał i nie mówił, tylko o tych analizach, i zawsze nosił przy sobie flaszeczki
z uryn , wszystkim wtykał te swoje naczynia do r k, eby naurynowali, to on
zanalizuje, bo to rzecz bardzo wa na, od której zale y cz sto dobrobyt całej
rodziny i szcz cie, a kosztuje taka rzecz tylko sze koron. Wszyscy go cie tej
knajpki, nawet gospodarz, kazali sobie mocz zanalizowa , tylko ów urz dniczyna
jeszcze si opierał, aczkolwiek ten pan od analizy łaził za nim zawsze, gdy tamten
wychodził do pisuaru, i zawsze go troskliwie napominał: „Ej, panie Skorkovsky,
mnie si pa ska uryna jako nie podoba. Naurynuj pan do buteleczki, zanim nie
b dzie za pó no.” Nareszcie go namówił. Kosztowało to owego urz dniczka sze
koron, a analiza była dokumentna i akuratna, jak wszystkie poprzednie, które
zrobił dla go ci, dla gospodarza i dla gospodyni. Gospodarz patrzył na tego
analizatora krzywo, bo mu psuł interes. Przy ka dej analizie wywodził, e to
przypadek bardzo powa ny, e nikt nie powinien nic pi prócz wody, e nie wolno
pali , e ten a ten nie powinien si eni , a wszyscy powinni jada tylko jarzyny.
Wi c gdy takich rzeczy nagadał i temu urzedniczynie, to ów bardzo si na niego
rozgniewał i wybrał sobie za narz dzie zemsty swego dozorc , u którego mieszkał,
poniewa wiedział, e to człowiek brutalny. Wi c razu pewnego mówi do tego
pana od analiz, e ten dozorca nie czuje si dobrze i e go prosi, eby jutro rano o
siódmej przyszedł do niego po uryn , bo chce, eby była zbadana. No i tamten
poszedł. Dozorca jeszcze spał, a ten go budzi i mówi do niego po przyjacielsku:
„Moje uszanowanie, panie Malek. Dzie dobry panu! Oto jest buteleczka, niech
pan do niej naurynuje i da mi sze koron.” Istny dopust bo y nastał wtedy, gdy
ten dozorca wyskoczył w gaciach z łó ka, złapał swego go cia za kark, grzmotn ł
nim o szaf i wpakował go do niej! Potem wyci gn ł go z szafy, złapał bykowca i
sam w gaciach p dził go przed sob ulic Czelakovskiego, a ten skowyczał jak
pies, gdy mu nadepn na ogon, i dopiero na ulicy Havliczka wskoczył do
tramwaju, a dozorc złapał stra nik. Dozorca pobił si z policjantem, a poniewa
był w gaciach i było wida , co nie trzeba, wi c z powodu takiego publicznego
zgorszenia wsadzili go do plecionki i zawie li na policj , a on jeszcze w tej
plecionce ryczał jak tur: „Ach, wy draby, ja wam poka analiz moczu!”
Siedział sze miesi cy za zgorszenie publiczne i obraz policji, a potem jeszcze,
po ogłoszeniu wyroku, dopu cił si obrazy domu panuj cego, wi c mo e siedzi
jeszcze dzisiaj za kratami. Mówi tedy, e gdy si jeden m ci na drugim, to cierpi
z tego powodu człowiek niewinny.
Tymczasem Baloun rozmy lał nad czym bardzo usilnie i wreszcie z wielkim
strachem zadał Va kowi pytanie:
- Prosz pana, panie rechnungsfeldfebel, wi c pan przypuszcza, e przez t
wojn porcje b d mniejsze?
- To przecie całkiem jasne - odpowiedział Vaniek.
- Jezus Maria! - krzykn ł Baloun, ukrył twarz w dłoniach i cicho siedział w
k cie.
Na tym sko czyła si ostatecznie dyskusja o Italii.
W wagonie sztabowym rozmowa o nowej sytuacji na frontach wojny
wiatowej, wynikłej na skutek przyst pienia Włoch do wojny, byłaby zapewne
bardzo nudna, skoro ród rozmawiaj cych nie było sławnego teoretyka
331
wojennego, kadeta Bieglera, ale sytuacj ratował podporucznik Dub z 3
kompanii.
Jako cywil podporucznik Dub był nauczycielem j zyka czeskiego w
gimnazjum i podobnie jak teraz, tak i dawniej korzystał z ka dej sposobno ci,
aby popisa si swoj prawomy lno ci . W zadaniach pi miennych wymagał od
swoich uczniów opracowa na tematy z dziejów rodu Habsburgów. W klasach
ni szych straszył uczniów cesarz Maksymilian, który wlazł na skał i nie umiał z
niej zle , dr czył ich Józef II jako oracz i Ferdynand Łaskawy. W klasach
wy szych tematy były, oczywi cie, bardziej powikłane. W klasie siódmej zadawał
np. tematy takie: „Cesarz Franciszek Józef, przyjaciel wiedzy i sztuki.” Temat
ten stał si przyczyn wykluczenia jednego z gimnazistów ze wszystkich
austriackich gimnazjów, poniewa napisał on. e najpi kniejszym czynem tego
monarchy było zało enie mostu cesarza Franciszka Józefa I w Pradze.
Bardzo pilnował swoich uczniów, aby w dzie urodzin cesarza i w czasie
innych uroczysto ci, zwi zanych z domem panuj cym, z zapałem piewali hymn
austriacki. W towarzystwie nie lubiano go, poniewa wszyscy wiedzieli o nim, e
denuncjuje swoich kolegów. W mie cie, w którym nauczał, był jednym z trójki
najwi kszych osłów i idiotów, do której prócz niego nale ał starosta powiatowy i
dyrektor gimnazjum. W tym małym kółeczku nauczył si politykowa o
sprawach mocarstwa austro-w gierskiego. Oczywi cie, e i teraz zacz ł si
popisywa swoimi m dro ciami, wykładaj c je głosem i akcentem skostniałego
belfra:
- Prawd mówi c, mnie wyst pienie Italii nie zaskoczyło wcale. Oczekiwałem
czego podobnego ju przed trzema miesi cami. Rzecz prosta, e Italia, skutkiem
zwyci skiej wojny z Turcja o Trypolis, bardzo jest w sobie zadufana. Prócz tego
liczy bardzo na swoj flot i na nastroje mieszka ców w naszych krajach
nadmorskich i w Tyrolu południowym. Jeszcze przed wojn rozmawiałem o tym
z naszym starost , eby władze nasze nie lekcewa yły ruchu irredentystycznego
na Południu. Zgodził si ze mn bez zastrze e , poniewa ka dy przewiduj cy
człowiek, któremu zale y na pomy lno ci tego pa stwa, ju dawno zdawa sobie
musiał spraw z tego, e niedaleko by my zaszli, gdyby my byli zbyt wyrozumiali
dla takich ywiołów. Pami tam dobrze, e przed jakimi dwoma laty podczas
wojny bałka skiej, gdy wynikła sprawa naszego konsula Prohazki, wyraziłem si
do starosty, i Włochy czekaj tylko sposobno ci, aby na nas napa zdradziecko.
No i stało si ! - zawołał takim głosem, jakby mu słuchacze przeczyli,
aczkolwiek przy jego wywodach wszyscy oficerowie my leli w duchu, eby ich ten
cywil-gaduła pocałował w nos.
- Przyzna trzeba - mówił dalej tonem ju nieco łagodniejszym - e w
wi kszo ci wypadków zapomniano o naszym dawniejszym stosunku do Italii
tak e i w zadaniach szkolnych, e nie do pami tano o owych sławnych dniach
naszych dzielnych i pełnych chwały wojsk oraz o zwyci stwach roku tysi c
osiemset czterdziestego ósmego i sze dziesi tego szóstego, o których jest mowa w
dzisiejszych rozkazach brygady. Co do mnie, to spełniałem zawsze swój
obowi zek i jeszcze przed zako czeniem roku szkolnego, e tak powiem: na
samym pocz tku wojny, zadałem uczniom temat: „Unsere Helden in Italien von
Vicenza bis zur Custozza, oder...”
332
I cymbał podporucznik Dub dodał uroczy cie:
„...Blut und Leben fur Habsburg! Für ein Oesterreich, ganz, einig, gross!...
Zamilkł oczekuj c, e w wagonie sztabowym wszyscy zabior si do
omawiania sytuacji wojennej wytworzonej przez wyst pienie Włoch i e on
jeszcze raz udowodni im, e o wszystkim wiedział ju przed pi ciu laty i
przepowiedział, jak si Italia zachowa wobec swojego sojusznika. Ale
podporucznik Dub zawiódł si bardzo, bo kapitan Sagner, któremu Matuszicz
przyniósł ze stacji wieczorowe wydanie „Pester Lloyd”, zajrzał do gazety i rzekł:
- Wiecie, panowie, ta Weinerowa, któr widzieli cie w Brucku na go cinnym
wyst pie, grała wczoraj tutaj na scenie Teatru Małego.
Na tym si dyskusja o Italii sko czyła tak e w wagonie sztabowym...
Prócz tych, którzy siedzieli nieco dalej, ordynans batalionu Matuszicz i
słu cy kapitana Sagnera Batzer patrzyli na wojn z Włochami ze stanowiska
czysto praktycznego, poniewa ju dawno temu, przed laty, gdy odbywali słu b
wojskow , obaj uczestniczyli w manewrach wojskowych w Tyrolu południowym.
- Kiepsko si b dzie właziło na włoskie kopczyki - rzekł Batzer - bo kapitan
Sagner ma kuferków sporo. Wprawdzie ja pochodz z gór, ale to co innego, gdy
człowiek bierze flint pod kapot i idzie upatrzy jakiego zaj czka na gruntach
ksi cia Schwarzenberga.
- Oczywi cie pytanie, czy przerzuc nas na południe, do Włoch. Mnie tak e
nie podobałoby si ła enie po kopcach i lodowcach z rozkazami. No i arcie tam
maj psiakrewskie: nic, tylko polenta i oliwa - ze smutkiem wywodził Matuszicz.
- A sk d pewno , e nas wła nie nie zap dz mi dzy włoskie góry - sierdził
si Batzer. - Nasz pułk był ju w Serbii, w Karpatach, włóczyłem kufry pana
kapitana po ró nych górach i dwa razy ju je zgubiłem: w Serbii i w Karpatach
podczas niezgorszego piekła. Kto wie, mo e po raz trzeci spotka mnie to samo we
Włoszech. A co do tego arcia na Południu... - Splun ł i z wielkim zaufaniem
przysiadł si bli ej Matuszicza. - Wiesz, u nas w Górach Kasperskich robi takie
małe kluseczki z tartych surowych kartofli, gotuje si je, nurza w jajku, posypuje
tart bułk , a nast pnie opieka si je na słoninie...
Ostatnie słowo wymówił głosem uroczystym, namaszczonym.
- Najlepiej smakuj takie kluseczki z kiszon kapust . W poró wnaniu z tymi
kluseczkami to taki makaron włoski jest do dupy! - dodał melancholijnie.
Tymi słowy i tutaj zako czyła si rozmowa o Italii.
Poniewa poci g stał ju ze dwie godziny i nie ruszał, ołnierze innych
wagonów byli wi cie przekonani, e batalion b dzie cofni ty i wysłany do Włoch.
W przekonaniu takim utwierdziło ołnierzy i ta okoliczno , e z eszelonem
działy si tymczasem przedziwne rzeczy. Znowu wszystkich ołnierzy
powyganiano z wagonów, przyszła inspekcja sanitarna z personelem
dezynfekcyjnym i wykropiła pi knie wszystkie wagony lizolem, co zostało
przyj te z wielkim niezadowoleniem, osobliwie w tych wagonach, w których
wieziono du e zapasy komi niaka.
Ale rozkaz to rozkaz: komisja sanitarna wydała rozkaz zdezynfekowania
wszystkich wagonów eszelonu 728, wi c z najwi kszym spokojem wykropiono
333
lizolem kupy komi niaka i worki z ry em. Z tego mo na było ostatecznie
wywnioskowa , e dzieje si co wyj tkowego.
Potem znowu pozap dzano wszystkich ołnierzy do wagonów, ale nie dano im
spokoju, bo po upływie pół godziny jaki staruszek generał przyszedł obejrze
batalion. Generał był taki stary i zwi dły, e Szwejk nie mógł si powstrzyma ,
aby go nie nazwa po swojemu. Stoj c z tyłu za pierwszym szeregiem, zwrócił si
do sier anta rachuby Va ka i rzekł:
- Taki biedny zdechlaczek.
Za staruszek generał dreptał przed frontem w towarzystwie kapitana
Sagnera i zatrzymał si przed pewnym młodym ołnierzem, aby rozmow z nim
wzbudzi zapał w reszcie szeregowców. J ł go wi c pyta , sk d pochodzi, ile ma
lat i czy posiada zegarek. ołnierz wprawdzie zegarek posiadał, ale poniewa
my lał, e generał chce go obdarowa , wi c odpowiedział, e nie ma, na co stary
zdechlaczek-generał z takim głupkowatym u miechem, jakim odznaczał si
Franciszek Józef, gdy w podró ach swoich wdawał si w rozmowy z
burmistrzami, odpowiedział:
- To dobrze, to dobrze.
Nast pnie zwrócił si do stoj cego obok kaprala zaszczycaj c go pytaniem,
czy jego ona jest zdrowa.
- Posłusznie melduj - wrzasn ł dziesi tnik - e jestem nie onaty.
Na to staruszek generał odpowiedział z miłym u miechem:
- To dobrze, to dobrze.
Potem zdziecinniały staruszek wezwał kapitana Sagnera, eby mu
zaprezentował, jak ołnierze odliczaj , gdy maj ustawia si dwójkami, i po
chwili słycha było:
- Raz dwa, raz - dwa, raz - dwa...
Bardzo si to staruszkowi podobało. Miał nawet w domu dwóch pucybutów,
których ustawiał zwykle przed sob i kazał im odlicza : „Raz - dwa, raz - dwa...”
Takich generałów miała Austria bardzo wielu. Kiedy przegl d sko czył si
szcz liwie, przy czym pan generał nie sk pił pochwał kapitanowi Sagnerowi,
dano szeregowcom swobod ruchu w granicach stacji, bo nadeszła wiadomo , e
poci g odejdzie dopiero za trzy godziny. ołnierze łazili tedy po stacji i gapili si ,
a poniewa na dworcach zawsze bywa du o publiczno ci, wi c niejeden ołnierz
zdołał wy ebra papierosa.
Wida było, e pierwotny entuzjazm, wyra aj cy si w uroczystym witaniu
eszelonów po wszystkich stacjach, bardzo si obni ył; była to ju cz sto
ebranina.
Do kapitana Sagnera przybyła deputacja Stowarzyszenia Witania Bohaterów,
zło ona z dwóch starszych, strasznie zm czonych dam, które wr czyły kapitanowi
prezent przeznaczony dla eszelonu, a mianowicie 20 pudełek pachn cych pastylek
do dezynfekcji ust. Była to reklama pewnej peszte skiej fabryki cukierków, a
pudełka wykonane były bardzo ładnie z blachy; na wieczku wymalowany był
honwed w gierski ciskaj cy r k austriackiemu landszturmi cie, a nad nimi
ja niała korona wi tego Szczepana. Dokoła wił si napis madziarski i niemiecki:
„Fur Kaiser, Gott und Vaterland”.
334
Fabryka cukrów była tak lojalna, e cesarzowi dawała pierwsze stwo przed
Panem Bogiem.
W ka dym pudełku było osiemdziesi t pastylek, tak e na ogół pi pastylek
przypadło na trzech szeregowców. Prócz tego um czone damy przyniosły paczk
drukowanych modlitw dla ołnierzy, napisanych przez peszte skiego
arcybiskupa, Géz Szatmár-Budafala. Modlitwy te były w j zykach niemieckim i
madziarskim i zawierały najstraszliwsze przekle stwa pod adresem wszystkich
nieprzyjaciół. Były one napisane j zykiem tak j drnym, e zdawało si , i na
ko cu brak jedynie zawiesistego w gierskiego: „Baszom a Krisztus-márját!”
Według yczenia czcigodnego arcybiskupa dobrotliwy Bóg winien był Rosjan,
Anglików, Serbów, Francuzów, Japo czyków rozsieka na makaron i na
paprykowany gulasz. Dobrotliwy Bóg winien był nurza si we krwi nieprzyjaciół
i wymordowa ich wszystkich tak samo. jak brutal Herod wymordował niewinne
dziatki.
Dostojny arcybiskup peszte ski w modlitwach swoich u ywał na przykład
takich wzruszaj cych zwrotów: „Niech Bóg błogosławi wasze bagnety, aby
gł boko wbijały si w brzuchy waszych nieprzyjaciół. Niech Pan
najsprawiedliwszy kieruje ogie artyleryjski na głowy sztabów
nieprzyjacielskich. Miłosierny Bóg niechaj uczyni to, aby wrogowie nasi uton li
we własnej krwi z ran, które wy im zadacie!”
Tote , jak si rzekło, do zako czenia tych modlitw brakło tylko plugawego
przekle stwa w gierskiego: „Baszom a Krisztusmárját!”
Gdy paniusie wr czyły kapitanowi Sagnerowi swoje prezenty, zwróciły si do
niego z rozpaczliwym yczeniem asystowania przy rozdawaniu podarków. Jedna
z nich okazała nawet tak wielk odwag , i wyraziła ochot wygłoszenia przy tej
sposobno ci przemowy do ołnierzy, których nie nazywała inaczej, jak tylko
„unsere braven Feldgrauen”.
Obie uczuły si ogromnie dotkni te, gdy kapitan Sagner odmówił ich
yczeniu. Tymczasem prezenty, przyniesione przez obie panie, pow drowały do
wagonu, w którym mie cił si magazyn. Czcigodne damy przeszły rodkiem
szeregu ołnierzy, a jedna z nich nie oparła si pokusie i poklepała po twarzy
jakiego brodatego ołnierza. Był to niejaki Szymek z Budziejowic, który nie
wiedz c nic o wzniosłym posłannictwie tych dam, rzekł do swoich towarzyszy,
gdy damy w drowały dalej:
- Nachalne s te kurwy i zuchwałe. eby jeszcze taka małpa była podobna do
ludzi! Ale suche to jak bocian, niczego na niej nie wida prócz tych kulasów,
g ba, jakby j na m ki brali, i jeszcze taka stara raszpla bierze si do ołnierzy!
Na stacji panował wielki ruch. Wyst pienie Italii spowodowało tu pewn
panik , poniewa zatrzymane zostały dwa eszelony z artyleri i skierowano je do
Styrii. Był tu tak e eszelon Bo niaków, którzy czekali nie wiedzie na co ju dwa
dni i czuli si zupełnie zapomniani i zagubieni. Ju od dwóch dni ci zacni
Bo niacy nie fasowali chleba i włóczyli si ebrz c po Ujpe cie. Niczego te nie
było tu słycha prócz wzburzonych głosów tych zagubionych Bo niaków, ywo
gestykuluj cych i kln cych wawo i bezustannie:
- Jebem ti boga... jebem ti dušu... jebem ti majku.
335
Potem 91 batalion został znowu sp dzony do kupy i ołnierze powsiadali do
wagonów. Ale po chwili ordynans batalionu Matuszicz wrócił z dowództwa stacji
z wiadomo ci , e poci g pojedzie dopiero po trzech godzinach. Wi c szeregowcy,
których wła nie zap dzono do wagonów, ponownie zostali wypuszczeni na stacj .
Przed samym odjazdem do wagonu, w którym mie cił si sztab, wtargn ł
wzburzony podporucznik Dub i domagał si od kapitana Sagnera, aby
natychmiast kazał aresztowa Szwejka. Podporucznik Dub, stary znany
denuncjant mieszka ców miasta, w którym pracował jako nauczyciel gimnazjum,
bardzo lubił wdawa si w rozmowy z ołnierzami, przy czym badał ich sposób
my lenia, a jednocze nie korzystał ze sposobno ci, aby ka dego z nich poucza ,
dlaczego walczy i o co walczy.
W czasie swego obchodu ujrzał z tyłu za budynkiem stacyjnym w pobli u
latarni Szwejka, który z wielkim zainteresowaniem przygl dał si afiszowi jakiej
loterii dobroczynnej i wojskowej zarazem. Afisz przedstawiał ołnierza
austriackiego, który przybijał bagnetem do muru wystraszonego brodatego
Kozaka.
Podporucznik Dub poklepał Szwejka po ramieniu i zapytał go, czy mu si
obrazek podoba.
- Posłusznie melduj , panie lejtnant - odpowiedział Szwejk - e to idiotyzm.
Widziałem ju du o idiotycznych afiszów, ale takiego cymbalskiego afisza jeszcze
nigdy nie widziałem.
- Có wam si na tym afiszu tak dalece nie podoba? - zapytał podporucznik
Dub.
- Mnie si , panie lejtnant, nie podoba na tym afiszu to, e ten ołnierz tak
nieostro nie u ywa powierzonej mu broni. Przecie on mo e ten bagnet złama o
mur, a w dodatku bez najmniejszej potrzeby, i na pewno byłby za to ukarany, bo
ten Moskal podniósł r ce do góry i poddaje si . To jest jeniec, a z je cami trzeba
si obchodzi porz dnie, bo tak czy owak oni tak e s lud mi.
Podporucznik Dub dalej badał Szwejka i zapytał go:
- Wam pewno al tego Moskala, co?
- Mnie al, panie lejtnant, obu, i tego Moskala, e jest przekłuty, i tego
ołnierza, bo za tak rzecz dostałby si do ula. Bo przecie , panie lejtnant, on
musiał swój bagnet złama przy takiej okazji, na to nie ma rady. Tu twardy mur,
a ten si pcha z bagnetem, jakby nie wiedział, e stal jest krucha. Kiedy przed
laty, gdy słu yłem w wojsku, to mieli my pewnego lejtnanta w naszej kompanii.
Nawet stary feldfebel nie potrafił si tak wyrazi , jak ten pan lejtnant. Podczas
wicze mawiał do nas: „Jak komenderuj habacht, to masz jeden z drugim
wytrzeszcza gały jak kocur, gdy sra w sieczk ”. Ale poza tym był to człowiek
porz dny. Pewnego razu na Gwiazdk zwariował i kupił dla kompanii pełen wóz
orzechów kokosowych i wła nie od tej chwili wiem, jak te bagnety s kruche. Pół
kompanii połamało bagnety przy otwieraniu tych orzechów, a nasz
podpułkownik kazał zaaresztowa cał kompani i przez trzy miesi ce nie wolno
nam było wychodzi poza koszary. A ten lejtnant dostał areszt domowy...
Podporucznik Dub ze zło ci patrzył w beztrosk twarz dobrego wojaka
Szwejka i zapytał go:
- Znacie wy mnie?
336
- Znam pana, panie lejtnant.
- Podporucznik Dub wytrzeszczał oczy i tupał.
- A ja wam mówi , e mnie jeszcze nie znacie.
Szwejk odpowiedział z takim samym beztroskim spokojem, jakby składał
raport:
- Znam pana, panie łejtnant. Pan jest, posłusznie melduj , z naszego
marszbatalionu.
- Wy mnie jeszcze nie znacie! - wrzeszczał podporucznik Dub.
- Wy mnie znacie mo e z dobrej strony, ale jeszcze mnie poznacie i ze złej
strony. Nie my lcie sobie, e nie umiem by zły! Ja potrafi doprowadzi ludzi do
płaczu. Wi c znacie mnie czy nie znacie?
- Znam, panie lejtnant.
- Mówi wam ostatni raz, e mnie nie znacie, o le jeden! Czy macie braci?
- Posłusznie melduj , panie lejtnant, e mam jednego brata.
Podporucznik Dub był w ciekły i spogl daj c na beztrosk twarz Szwejka nie
panował ju nad sob i wołał:
- Te pewno takie bydl jak i wy! Czym jest ten wasz brat?
- Profesorem, panie lejtnant. Słu ył tak e w wojsku i zdał egzamin oficerski.
Podporucznik Dub spojrzał na Szwejka, jakby go chciał przebi spojrzeniem.
Z dostoje stwem i powaga wytrzymał Szwejk złe spojrzenie podporucznika
Duba, tak e cała rozmowa sko czyła si na razie komend :
- Abtreten!
Ka dy poszedł własn drog z własnymi my lami.
Podporucznik Dub my lał o tym, e pójdzie do kapitana Sagnera i poprosi go,
eby kazał Szwejka aresztowa , a znowu Szwejk my lał, e widział ju wielu
zidiociałych oficerów, ale takiego jak podporucznik Dub nale y uwa a za
osobliwo .
Postanowiwszy sta si wychowawc ołnierzy, podporucznik Dub włócz c si
po stacji znalazł sobie nowe ofiary swej pedagogii. Byli to dwaj ołnierze z tego
samego pułku, ale z innej kompanii, targuj cy si z dwiema ulicznymi
dziewczynami, jakich całe tuziny włóczyły si koło dworca.
Oddalaj cy si Szwejk słyszał jeszcze całkiem wyra nie ostry głos
podporucznika Duba:
- Znacie mnie?!... A ja wam mówi , e mnie jeszcze nie znacie!... Ale poznacie
wy mnie!... Znacie mnie pewno tylko z dobrej strony... Przyjdzie czas, e poznacie
mnie i ze złej strony!... Ja was naucz płaka , wy osły!... Macie braci?... Te
pewno takie same bydl ta jak i wy!... Czym s ?... Przy taborach?... No, ju
dobrze... Ale pami tajcie, e jeste cie ołnierzami... Czesi? A wiecie wy, co
powiedział Palacký, e gdyby Austrii nie było, to nale ałoby j stworzy ?...
Abtreten!
Tropienie nieprawomy lno ci przez podporucznika Duba nie wydało
po danych owoców. Zatrzymał po kolei ze trzy grupki ołnierzy, ale jego
pedagogiczne usiłowania przymuszania ludzi do płaczu były daremne. Ludzie,
których chciał wychowywa , nale eli do takich, których oczy mówiły
najwyra niej, e ka dy z nich my li sobie o nim rzeczy bardzo nieprzyjemne.
Czuł si dotkni ty w swej pysze, a rezultat tego był taki, e przed odej ciem
337
poci gu prosił kapitana Sagnera, aby kazał Szwejka aresztowa . Uzasadniaj c
konieczno aresztowania, mówił o bardzo dziwnym i zuchwałym zachowaniu si
Szwejka, którego ostatnie słowa odpowiedzi uwa ał za zło liwe docinki.
Wywodził, e gdyby miało i tak dalej, to wszyscy oficerowie strac w oczach
swoich podwładnych na powadze, o czym chyba aden z panów oficerów nie
w tpi. Sam on jeszcze przed wojn rozmawiał o tym z panem starost , e ka dy
przeło ony wobec podwładnych musi umie zachowa autorytet. Pan starosta był
tego samego zdania. Osobliwie teraz, gdy coraz bardziej zbli amy si ku
nieprzyjacielowi, trzeba ołnierzy trzyma w strachu. da tego, aby Szwejk
został dyscyplinarnie ukarany.
Kapitan Sagner, który jako oficer słu by czynnej nienawidził wszystkich
oficerów rezerwy, wywodz cych si z ró nych bran cywilnych, zwrócił uwag
podporucznika Duba, e podobne dania mog by podawane jedynie w postaci
raportów, a nie w taki dziwaczny, sklepikarski sposób, jakby si targowało o cen
kartofli. O ile chodzi o Szwejka, to pierwsz instancj , której Szwejk podlega
prawnie, jest porucznik Lukasz. Takie rzeczy robi si porz dnie, w formie
raportu. Z kompanii idzie taka rzecz do batalionu, o czym chyba pan
podporucznik wie. Je li Szwejk dopu cił si czego takiego, to musi stan do
raportu przed kompani , a je li si odwoła, to stanie przed batalionem. Gdyby
wszak e porucznik Lukasz uwa ał opowiadanie pana porucznika Duba za
wystarczaj ce i gdyby sobie yczył na podstawie tego opowiadania ukara
Szwejka, to on, kapitan Sagner, nie ma nic przeciwko temu, aby Szwejk został
wezwany i przesłuchany.
Porucznik Lukasz te nie miał nic przeciwko temu, zaznaczył jedynie, e z
opowiada Szwejka sam wie bardzo dobrze, e brat jego był istotnie profesorem i
oficerem rezerwy.
Podporucznik Dub zachwiał si wobec tego i rzekł, e domaga si ukarania
jedynie w sensie ogólniejszym i e bardzo by mo e, i odno ny Szwejk nie umie
si nale ycie wyra a i e dlatego odpowiedzi jego wydały si zuchwałymi
docinkami i brakiem szacunku dla przeło onego. Prócz tego z całego wygl du
odno nego Szwejka wida , e jest to człowiek niet giego rozumu.
W taki sposób burza przeleciała nad głow Szwejka nie wyrz dzaj c mu
szkody.
W wagonie, w którym była kancelaria i magazyn batalionu, sier ant rachuby
batalionu Bautanzel z wielk przyjemno ci rozdawał dwóm pisarzom po gar ci
dezynfekuj cych cukierków z tych pudełek, które miały zosta rozdane całemu
batalionowi. Było to zreszt zjawiskiem stałym, e wszystko, co było
przeznaczone dla szeregowców, musiało przej przez tak sam manipulacj w
kancelarii batalionu jak owe nieszcz sne cukiereczki.
Zwyczajna rzecz w czasie wojny. Je li kiedy podczas inspekcji zostało
stwierdzone, e tu czy tam nie ma złodziejstwa, to i tak ci najprzeró niejsi
sier anci rachuby i pisarze kancelarii byli stale podejrzewani, e przekraczaj
bud et i e dopuszczaj si ró nych nadu y , eby jedno z drugim wyrówna .
Tote tutaj, gdzie wszyscy ob erali si cukiereczkami, eby tego wi stwa
u y do syto ci, skoro pod r k nie było niczego lepszego, co mo na by było
338
skra szeregowcom, Bautanzel zacz ł mówi o smutnych stosunkach panuj cych
podczas tej podró y:
- Byłem ju w dwóch marszbatalionach, ale takiej n dzy, jak podczas tej
podró y, jeszcze nie zaznałem. Wtedy, zanim dojechali my do Preszova, to
mieli my całe stosy wszystkiego, czego tylko dusza zapragn ła. Miałem na boku
dziesi tysi cy papierosów „Memfis”, dwie olbrzymie bryły sera szwajcarskiego,
trzysta puszek konserw, a potem, gdy szli my na Bardejov do okopów i gdy
Rosjanie odci li nas od Musziny i przerwali komunikacj z Preszovem, robiło si
interesiki a miło! Tak na oko oddałem z tego wszystkiego dziesi t cz
dla
marszbatalionu, e niby uciułałem, a cał reszt rozprzedałem w taborach.
Mieli my u nas majora Sojk , a ten major to był wielka winia. Oczywi cie nie
aden bohater i najch tniej przesiadywał u nas przy taborach, gdy na górze
gwizdały kule i p kały szrapnele. Zawsze si do nas przyp tał, e niby musi si
przekona , czy si dla szeregowców gotuje jak si nale y. Zazwyczaj przychodził
do nas na dół, gdy si rozchodziła wiadomo , e Moskale znowu co szykuj .
Dr ał na całym ciele, trzeba było dawa mu w kuchni araku i dopiero potem
zabierał si do przegl dania wszystkich kuchni polowych, jakie znajdowały si w
s siedztwie taborów, poniewa droga na pozycje w górze była niedost pna i
jedzenie wydawano w nocy. Stosunki były wtedy takie, e o jakiej osobnej
kuchni oficerskiej nawet mowy by nie mogło. Jedyn drog , jaka jeszcze była
wolna i ł czyła nas z tyłami, obsadzili Niemcy z Rzeszy, a ci Niemcy zatrzymywali
wszystko lepsze dla siebie, nam za posyłali tylko to, czego sami nie chcieli. Było
krucho, kuchni oficerskich by nie mogło. Przez cały ten czas nie udało mi si nic
wi cej zaoszcz dzi w kancelarii prócz prosi tka, które kazali my sobie uw dzi ,
a ze strachu, eby ten major Sojka nie wpadł na nie, przechowywali my je o mil
drogi przy artylerii, gdzie mieli my znajomego kanoniera. Wi c ten major, jak
tylko do nas przyszedł, to zaraz zacz ł próbowa w kuchniach zupy. Rzecz
prosta, e mi sa nie mogli my du o gotowa , bo w okolicy rzadko trafiła si jak
winia lub chuda krówka. A Prusacy robili nam jeszcze wielk konkurencj i
płacili przy rekwizycjach bydła dwa razy tyle co my. Przez cały czas, gdy stali my
pod Bardejovem, nie mogłem wiele wi cej zaoszcz dzi przy kupowaniu bydła
jak jakie tysi c dwie cie koron, i to jeszcze przewa nie dawałem zamiast
pieni dzy asygnat ze stemplem batalionu, osobliwie w ostatnich czasach, kiedy
ju było wiadomo, e na wschodzie przed nami Rosjanie s ju w Radvaniu, a na
zachodzie za nami w Podolinie. Najgorzej mie do czynienia z takim narodem jak
tamtejszy, nie umiej cy czyta i pisa . Ka dy z takich gospodarzy podpisywał si
trzema krzy ykami, o czym nasza intendentura bardzo dobrze wiedziała, tak e
gdy si posyłało do intendentury po pieni dze, nie mo na było zał cza kwitów
podrabianych, Subtelniejsze machlojki z wypłatami mo na robi tylko tam, gdzie
naród jest bardziej o wiecony i umie si podpisywa . No i jak ju powiedziałem,
Prusacy przelicytowali nas i płacili gotówk , wi c gdy si gdziekolwiek
zjawili my, to ludziska spogl dali na nas jak na bandytów, a intendentura wydała
nadto rozkaz, e kwity podpisane krzy ykami b d przekazywane rachubie do
kontrolowania. A tych drabów kontrolerów było zatrz sienie. Przyszedł taki
pieski syn, na arł si i napił, a nazajutrz zrobił donos. Ten major Sojka włóczył
si ci gle po kuchniach i próbował tak gorliwie, e razu pewnego powyci gał z
339
kotła całe mi so przeznaczone dla całej 4 kompanii. Słowo honoru. Zacz ł od
głowizny wieprzowej, e niby, powiada, nie dogotowana i trzeba j jeszcze troch
pogotowa ; mi sa si wtedy co prawda gotowało niewiele i na cał kompani
wypadało wszystkiego jakie dwana cie dawnych, rzetelnych porcji. A major
wszystko zjadł. Potem wzi ł si do próbowania polewki i zacz ł robił piekło, e
jest wodnista. „Co to, powiada, za porz dek, mi sna polewka bez mi sa!” Kazał
j zaprawi pra on m k i wrzucił do niej mój ostatni makaron, który udało mi
si zaoszcz dzi przez cały ten czas. Ale najbardziej mnie zło ciło to, e na t
zapra k poszło dwa kilo masła mietankowego, uciułanego jeszcze za czasów
kuchni oficerskiej. Miałem to masło na półce nad prycz , a ten z pyskiem na
mnie, czyje to masło. Mówi mu, e według bud etu na utrzymanie ołnierzy,
zgodnie z ostatnim rozkazem dywizji, na jednego ołnierza wypada po pi tna cie
gramów masła na od ywianie albo dwadzie cia jeden gramów słoniny, a
poniewa to, co jest, nie wystarcza dla wszystkich, wi c si przechowuje, dopóki
nie b dzie tyle, eby wszyscy ołnierze otrzymali, co im si nale y według
przepisanej wagi. Major Sojka rozgniewał si okrutnie i zacz ł na mnie krzycze ,
e pewno czekam, a przyjd Moskale i zabior nam ostatnie dwa kilo masła.
Natychmiast kazał wrzuci masło do polewki, skoro nie ma w niej mi sa. W taki
sposób straciłem wszystkie swoje zapasy. Ten major miał ju co takiego do
siebie, e gdzie si pojawił, przynosił z sob jak bied . Stopniowo tak sobie
w ch wykształcił, e od razu wytropił ka dy mój najskromniejszy zapasik.
Pewnego razu zaoszcz dziłem wołowe cynadry i chciałem je sobie udusi , gdy
wtem przyszedł major, zajrzał pod prycz i znalazł je. Zacz ł wrzeszcze , wi c
mu powiedziałem, e cynadry s przeznaczone do zakopania, bo s zepsute, co
stwierdził dzisiaj przed południem konował artylerii, który jest po kursie
weterynaryjnym. Major zabrał z sob ołnierza z taboru i razem z tym
ołnierzem gotował sobie te cynadry na górce pod skałami w kociołkach. To
przypiecz towało los majora: Rosjanie ujrzeli blask płomienia, dali ognia z
osiemnastki w kociołek i w majora, i szlus. Ale gdy poszli my potem popatrze w
to miejsce, niepodobna było rozpozna , czy po skałach s rozmazane cynadry
wołowe, czy nerki pana majora.
Nast pnie przyszła wiadomo , e poci g ruszy dopiero za cztery godziny, bo
tor prowadz cy na Hatvan jest zaj ty poci gami z rannymi. Rozeszła si
wiadomo , e pod Egerem zderzył si poci g sanitarny, pełen chorych i rannych,
z poci giem wioz cym artyleri .
Z Budapesztu miano tam wyprawi dwa poci gi pomocnicze.
Po chwili wyobra nia całego batalionu była w ruchu. Mówiono o dwustu
zabitych i rannych, a tak e o tym, e to zderzenie było rozmy lne, dla zatarcia
ladów ró nych nadu y popełnianych przy zaopatrywaniu chorych.
To było bod cem do ostrej krytyki niedostatecznego zaopatrywania batalionu
i złodziejstw popełnianych w kancelarii i w magazynie.
Wi kszo
ołnierzy była zdania, e feldfebel rachuby batalionu Bautanzel
wszystkim dzieli si sumiennie z oficerami.
W wagonie sztabowym kapitan Sagner o wiadczył, e według marszruty
wła ciwie powinni ju by na granicy galicyjskiej. W Egerze mieli fasowa chleb i
340
konserwy na trzy dni dla szeregowców. Do Egeru jest jeszcze dziesi godzin
jazdy. Ma tam by tyle poci gów z rannymi po ofensywie za Lwowem, e podług
depeszy nie ma tam ani bochenka chleba, ani jednej puszki konserw. Otrzymał
rozkaz, aby wypłaci szeregowcom po 6 koron i 72 halerze na głow zamiast
chleba i konserw, co ma by uskutecznione przy wypłacaniu ołdu za ostatnie 9
dni, o ile oczywi cie nadejd tymczasem pieni dze z brygady. W kasie jest
zaledwie jakie dwana cie tysi cy koron.
- wi stwo ze strony pułku - rzekł porucznik Lukasz - eby nas puszcza w
wiat tak bez grosza.
Podchor y Wolf i porucznik Kolarz zacz li szepta mi dzy sob o tym, e
pułkownik Schröder w ci gu ostatnich trzech tygodni przekazał na swoje konto
do banku w Wiedniu szesna cie tysi cy koron.
Porucznik Kolarz opowiadał nast pnie, w jaki sposób robi si oszcz dno ci.
Okrada si pułk na sze tysi cy koron, chowa si je do własnej kieszeni i z
elazn konsekwencj i logik wydaje si rozkaz wszystkim kuchniom, eby
zmniejszyły racj grochu po trzy gramy dziennie na szeregowca.
Miesi cznie czyni to 90 gramów oszcz dno ci na szeregowcu, a w ka dej
kuchni przy kompanii oszcz dno musi wynosi co najmniej 16 kilogramów,
czym kucharz musi si na danie wykaza .
Porucznik Kolarz i podchor y Wolf opowiadali sobie o wypadkach
konkretnych i b d cych na porz dku dziennym, i przez nich samych
zauwa onych.
Wszyscy wiedzieli, e takie rzeczy działy si stale w całej administracji
wojskowej. Zaczynało si od jakiego sier anta rachuby marnej kompanijki, a
ko czyło si na zapobiegliwym generale, który skrz tnie robił zapasy na czarn
godzin .
Wojna wymagała dzielno ci tak e w kradzie y.
Intendenci spogl dali po sobie z miło ci , jakby chcieli rzec:
„Jeste my jednym ciałem i jedn dusz , kradniemy, kolego, dopuszczamy si
oszustw, bracie, ale có my na to poradzimy? Trudno płyn przeciwko pr dowi.
Je li my nie we miemy, to wezm inni, i jeszcze o nas powiedz , e nie kradniemy
dlatego, i nakradli my ju do !”
Do wagonu wszedł pan z czerwonymi i złotymi lampasami. Był to znowu
jeden z tych generałów, którzy je dzili po wszystkich szlakach na inspekcj .
- Siadajcie, panowie - rzekł uprzejmie, ciesz c si szczerze, e znowu
przyłapał jaki eszelon, o którym nie wiedział, czy w ogóle si z nim spotka.
Gdy kapitan Sagner chciał mu zło y raport, generał machn ł tylko r k :
- Pa ski eszelon nie jest w porz dku. Pa ski eszelon nie pi. Pa ski eszelon
powinien ju spa . Eszelony powinny spa , gdy stoj na torze, tak samo jak w
koszarach, od dziewi tej wieczór.
Mówił urywanymi zdaniami:
- Przed dziewi t wyprowadza si szeregowców do latryny za stacj , a potem
idzie si spa . Inaczej szeregowcy w nocy zanieczyszczaj tor. Rozumie pan, panie
kapitanie? Niech pan powtórzy. Albo niech pan tego nie powtarza i zrobi tak, jak
ja sobie ycz . Zatr bi na apel, zap dzi do latryny, zatr bi sztrajch i spa ! I
kontrolowa , kto nie pi. Kara . Tak! To wszystko! Kolacj wydawa o szóstej. -
341
Mówił o czym nieistotnym, o czym , co si ju nie dzieje, co było kiedy . Stał
przed oficerami niby upiór z czwartego wymiaru.
- Kolacj wydawa o szóstej - mówił spogl daj c na zegarek, który wskazywał
dziesi minut po jedenastej w nocy. - Um halb neune Appel, Latrinenscheissen,
dann schlafen gehen. Na kolacj tutaj o szóstej gulasz z kartoflami zamiast 15
deka sera szwajcarskiego.
Potem wydał rozkaz pokazania mu pogotowia. Znowu tedy kapitan Sagner
kazał zatr bi na alarm, a inspekcyjny generał, przygl daj c si batalionowi
stoj cemu w szeregach, spacerował z oficerami, bezustannie mówił do nich o tym
samym i stukaj c palcem w tarcz zegarka, powtarzał swoje słowa, jakby miał do
czynienia z jakimi idiotami, którzy nic zrozumie nie mog :
- Also, sechen Sie. Um halb neune scheissen, und nach einer halben Stunde
schlafen. Das genügt vollkommen. W tych czasach przej ciowych szeregowcy
maj i tak rzadki stolec. Główna rzecz: spa ! Jest to pokrzepienie do dalszego
marszu. Dopóki szeregowcy siedz w poci gu, winni wypocz . O ile nie ma do
miejsca w wagonach, szeregowcy pi partienweise. Trzecia cz
szeregowców
kładzie si wygodnie i pi od dziewi tej do północy, reszta szeregowców stoi
tymczasem i czeka. Nast pnie ci, co si wyspali, robi miejsce partii nast pnej,
która pi od północy do godziny trzeciej rano. Trzecia partia pi od trzeciej do
szóstej. Potem pobudka i szeregowcy si myj . Podczas jazdy nie pozwala
szeregowcom na wyskakiwanie z wagonów! Gdy ołnierzowi złamie nog
nieprzyjaciel... - generał postukał si przy tych słowach w nog - ...to jest to
powodem do słusznej dumy, ale niepotrzebne kaleczenie si przy wyskakiwaniu z
wagonów jest karygodne.
- A wi c to jest pa ski batalion? - pytał kapitana Sagnera przygl daj c si
ołnierzom ospałym i oci ałym. Niejeden, zbudzony ze snu, nie mógł si
opanowa i ziewał na chłodnym nocnym powietrzu od ucha do ucha. - To jest,
panie kapitanie, batalion ziewaj cych. Szeregowcy powinni spa od godziny
dziewi tej.
Generał zatrzymał si przed kompania 11, gdzie na lewym skrzydle stał
Szwejk. Ziewał jak lew na pustyni, ale elegancko zasłaniał usta, chocia spod
osłaniaj cej dłoni odzywało si takie buczenie, e porucznik Lukasz dr ał ze
strachu, eby generał nie po wi cił temu buczeniu ywszej uwagi. Wydało mu si ,
e Szwejk ziewa z rozmy ln ostentacj . A generał, jakby wiedział o strachu
porucznika, podszedł do Szwejka i zapytał:
- Böhm oder Deutscher?
- Böhm, melde gehorsam, Herr Generalmajor!
- Dobrze - rzekł generał, który był Polakiem i umiał troch po czesku. Buczysz jak krowa na siano. Stul pysk, zamknij g b , nie bucz. Byłe ju w
latrynie?
- Posłusznie melduj , panie generale, e nie byłem.
- Dlaczego nie poszedłe wysra si razem z innymi?
- Posłusznie melduj , panie generale, e podczas manewrów pod Piskiem, gdy
szeregowcy rozłazili si po ycie, to pan pułkownik Wachtl mówił nam, e
ołnierz nie powinien my le ci głe o scheisserei, ołnierz powinien my le o
walczeniu. I jeszcze melduj posłusznie, e nie ma po co chodzi do latryny. I tak
342
si nic nie zrobi. Podług marszruty ju na kilku stacjach mieli my dosta kolacj ,
a nie dostali my nic. Z pustym oł dkiem nie ma co pcha si do latryny.
Obja niwszy panu generałowi powikłan sytuacj słowy nader prostymi,
Szwejk spojrzał na niego okiem pełnym takiego zaufania, e generał wzi ł to
spojrzenie za pro b poratowania ołnierzy. Oczywi cie, gdy ju wydaje si
rozkaz marszu do latryny oddziałami, to rozkaz taki musi by poparty realnymi
faktami.
- Niech im pan ka e wsiada do wagonów - rzekł generał do kapitana
Sagnera. - Jak to jest, e szeregowcy nie dostali kolacji? Wszystkie eszelony
przeje d aj ce przez t stacj winny otrzyma kolacj . Jest to stacja
zaopatrzenia. Istnieje ci le okre lony plan.
Generał rzekł to z tak pewno ci siebie i takim tonem, jakby chciał
powiedzie , e skoro teraz ju jest godzina jedenasta w nocy, a ołnierze nie
dostali kolacji o szóstej wieczorem, to nie pozostaje nic innego, jak tylko
zatrzyma tu poci g przez noc i dzie nast pny a do wieczora, aby ołnierze
mogli otrzyma gulasz z kartoflami.
- Nie ma nic gorszego - rzekł z wielk powag - nad zapominanie podczas
transportu o zaopatrywaniu ołnierzy. Obowi zkiem moim jest dowiedzie si ,
jak stoj sprawy dowództwa stacji. Albowiem, moi panowie, czasem dowódcy
eszelonów winni s sami. Podczas rewizji stacji Subotište na południowej kolei
bo niackiej stwierdziłem, e sze eszelonów nie otrzymało kolacji dlatego, i
dowódcy tych eszelonów zapomnieli jej za da . Sze razy przyrz dzano na
stacji gulasz z kartoflami i nikt go nie za dał. Trzeba było jedzenie wyrzuca na
kup . Prosz panów, były istne góry gulaszu z kartoflami, a o trzy stacje dalej
ołnierze ebrali, wła nie ci ołnierze, którzy w Subotište przejechali obok
kopców gulaszu i kartofli. ebrali o kawałek chleba. Jak panowie widzicie, win
ponosiła nie administracja wojskowa. - Machn ł energicznie r k . - Dowódcy
eszelonów nie spełnili swoich obowi zków. Chod my do kancelarii.
Oficerowie poszli za nim my l c w duchu, e wszyscy generałowie zwariowali.
W komendzie stacji okazało si , e o gulaszu nic tu nie wiadomo. Prawda, e
miano tu gotowa kolacj dla wszystkich przeje d aj cych eszelonów, ale potem
przyszedł rozkaz, eby w rachubie wewn trznej zaopatrzenia wojsk pozalicza po
72 halerze na ołnierza, tak e ka dy oddział przeje d aj cy ma na swoim koncie
po 72 halerze na szeregowca i sum t otrzyma przy najbli szej wypłacie ołdu. O
ile chodzi o chleb, to ołnierze otrzymaj go w Vatianie na stacji, po pół bochenka
na ołnierza.
Dowódca punktu zaopatrzenia nie bał si generała. Rzekł mu prosto w oczy,
e rozkazy co chwila s zmieniane. Czasem miewa przygotowane po ywienie dla
eszelonów, ale przyje d a poci g sanitarny, legitymuje si rozkazem wy szym, i
koniec. Eszelon staje przed problemem pustych kotłów.
Generał gorliwie potakiwał, e tak jest, ale e stosunki si poprawi , bo na
pocz tku było znacznie gorzej. Wszystkiego niepodobna zrobi od razu,
potrzebne jest do wiadczenie, praktyka. Teoria przeszkadza wła nie praktyce. Im
dłu ej trwa b dzie wojna, tym lepsze zapanuj porz dki.
- Mog panom da przykład z ycia - rzekł z wielkim zadowoleniem, e
przypomniał sobie co kapitalnego. - Przed dwoma dniami eszelony
343
przeje d aj ce przez stacj Hatvan nie dostały chleba, a wy go jutro b dziecie
fasowali. Teraz chod my do restauracji dworcowej.
W restauracji pan generał znowu zacz ł mówi o latrynie i o tym, e to bardzo
nieładny widok, gdy wsz dzie na torze wida kaktusy. Jadł przy tym befsztyk i
wszystkim si wydawało, e pan generał prze uwa taki kaktus.
Na latryny kładł tak wielki nacisk, jakby od nich zale ały losy monarchii.
Wobec sytuacji, jaka si wytworzyła skutkiem wyst pienia Włoch,
zadeklarował, e wła nie w latrynach wojskowych spoczywa niezaprzeczona
przewaga naszego ołnierza w kampanii włoskiej.
Wydawało si niemal, e zwyci stwo Austrii spoczywa w latrynie.
Dla pana generała wszystko było niesłychanie proste. Droga do sławy
wojennej prowadziła według recepty: „O szóstej wieczorem ołnierze dostaj
gulasz z kartoflami, o pół do dziewi tej idzie wojsko do latryny, eby si
wyknoci , o dziewi tej idzie spa . Przed takim wojskiem nieprzyjaciel pierzcha ze
zgroz .”
Pan generał zadumał si , zapalił cygaro „Operas” i bardzo długo spogl dał w
sufit. Namy lał si , co by tak jeszcze powiedzie i o czym by tak pouczy oficerów,
skoro raz ju wdał si z nimi w rozmow .
- Rdze pa skiego batalionu jest zdrowy - rzekł niespodziewanie, gdy wszyscy
byli przekonani, e jeszcze patrze b dzie w sufit i milcze . - Wszystko jest w
zupełnym porz dku. Ten ołnierz, z którym rozmawiałem, rzuca jak najlepsze
wiatło na cały batalion swoj szczero ci i postaw . To jest por ka, e batalion
walczy b dzie do ostatniej kropli krwi.
Zamilkł i znowu si zapatrzył w sufit opieraj c si wygodnie o por cz
krzesła. W tej pozycji mówił dalej, przy czym jedynie podporucznik Dub z
niewolnicz uległo ci spogl dał na sufit razem z panem generałem.
- Ale batalion pa ski winien dba o to, aby czyny jego nie zostały zapomniane.
Bataliony waszej brygady maj ju swoj histori , a wasz batalion winien
tworzy dalszy ci g tej historii. Ale nie macie człowieka, który by prowadził
dokładn kronik czynów batalionu i tworzył jego histori . W r ku takiego
kronikarza winny by wszystkie nici tego, co która kompania wykonała. Trzeba
na to człowieka inteligentnego: osioł i bydl nie zda si tu na nic. Panie kapitanie,
musi pan zamianowa bataillonsgeschichtsschreibera.
Potem spojrzał na zegar cienny, który całemu ospałemu towarzystwu
przypominał, e ju czas si rozej .
Na generała czekał na torze specjalny poci g inspekcyjny; generał poprosił
panów oficerów, aby go odprowadzili do wagonu sypialnego.
Komendant stacji westchn ł, bo generał ani pomy lał, e trzeba zapłaci za
befsztyk i butelk wina. Znowu b dzie musiał wszystko zapłaci sam. Takie
wizyty zdarzaj si po kilka razy dziennie. Poszły na to ju wagony siana, które
kazał przesun na lepy tor i sprzedał je firmie „Löwenstein”, wojskowym
dostawcom siana, w taki sam sposób, w jaki sprzedaje si yto na pniu.
Intendentura znowu kupiła te dwa wagony siana od firmy „Löwenstein”, ale
dowódca stacji dla pewno ci pozostawił je dalej na lepym torze. Nie wiadomo
było, czy nie wypadnie mu jeszcze raz odprzeda je tej firmie.
344
Za to wszak e wszystkie wojskowe inspekcje zawadzaj ce o t stacj chwaliły
sobie komendanta, e daje dobrze je i pi .
Rano eszelon stał jeszcze na torze. Po pobudce ołnierze myli si przy
pompach czerpi c wod do mena ek, a pan generał, który jeszcze nie odjechał,
poszedł osobi cie rewidowa latryny, do których według dziennego rozkazu
kapitana Sagnera ołnierze chodzili „schwarmweise unter Kommando der
Schwarmkommandanten”, eby pan generał miał uciech . Aby za uciech miał
tak e podporucznik Dub, kapitan Sagner zakomunikował mu, e ma dzisiaj
dy ur.
Podporucznik Dub pilnował tedy latryn.
Były one długie, dwurz dowe i mie ciły si w nich naraz dwie dru yny
ołnierzy.
W tej chwili ołnierze grzecznie i ładnie siedzieli w kucki jeden przy drugim
nad wykopanymi rowami jak jaskółki na drutach telegraficznych, kiedy jesieni
wybieraj si w podró do dalekiej Afryki.
Białe kolana sterczały ze spuszczonych spodni, ka dy ołnierz miał pas
rzemienny przerzucony przez kark, jakby si chciał powiesi i tylko czekał na
rozkaz.
I w tym wida było elazn dyscyplin wojskow , organizacj .
Na lewym skrzydle siedział Szwejk, który przypl tał si tu tak e, i z wielkim
zainteresowaniem odczytywał kawałek papieru, wyrwanego z jakiej powie ci
Ró eny Jesenskiej:
...tejszym pensjonacie, niestety, damy
em nieokre lone, naprawd zapewne wi cej
tkie przewa nie zamkni te koło
ały menu do swoich pokojów albo te
charakterystycznej zabawie. A je li czasem i
człowiek, to tylko pró ne t sknoty budz
si poprawiła albo nie chciała tak skutecznie
czy , jakby sobie yczyły.
nic nie było dla młodego Krzyczki...
Podniósłszy oczy znad wistka Szwejk bezwiednie spojrzał ku wyj ciu z
latryny i zdziwił si . W pełnej gali stał tam wczorajszy pan generał ze swoim
adiutantem, za obok nich wyprostowany podporucznik Dub gorliwie im co
tłumaczył.
Szwejk rozejrzał si dokoła siebie. Wszyscy siedzieli spokojnie nad rowami i
tylko szar e stały jak skostniałe, bez ruchu.
Szwejk zrozumiał powag sytuacji.
Zerwał si tak, jak był, ze spuszczonymi spodniami, z rzemiennym pasem na
karku, szybko u ył papieru, który trzymał w r ku, i wrzasn ł:
- Einstellen! Auf! Habt acht! Rechts schaut!
I zasalutował. Dwa długie rz dy ołnierzy ze spuszczonymi spodniami i z
rzemiennymi pasami na karkach stan ły nad latrynami.
Generał u miechn ł si uprzejmie i rzekł:
345
- Ruht! Weiter machen.
Dziesi tnik Malek pierwszy dał przykład swemu oddziałowi, e winien wróci
do pozycji pierwotnej. Tylko Szwejk stał i salutował dalej, bowiem z jednej
strony podchodził ku niemu z gro n min podporucznik Dub, z drugiej - z
u miechem pan generał.
- Ja was widział w nocy - ozwał si generał do Szwejka, ołnierza zaiste
bardzo dziwnej postaci.
- Ich melde gehorsam, Herr Generalmajor - tłumaczył wzburzony
podporucznik Dub zwracaj c si do generała - der Mann ist blödsinnig und als
Idiot bekannt, säghafter Dummkopf.
- Was sagen Sie, Herr Leutnant? - wrzasn ł nagle generał na podporucznika
Duba i zacz ł mu tłumaczy , e jest wła nie całkiem przeciwnie. ołnierz, który
wie, co trzeba zrobi , gdy widzi przeło onego, nie jest taki głupi jak szar e, które
tego nie wiedz czy udaj , e nie wiedz . Jest tu tak samo jak w polu. W chwili
niebezpiecze stwa prosty ołnierz przejmuje dowództwo. Podporucznik Dub sam
powinien był zakomenderowa : „Einstellen! Auf! Habt acht! Rechts schaut!”
- Podtarłe sobie Arsch? - zapytał generał Szwejka.
- Posłusznie melduj , panie generale, e wszystko w porz dku.
- Wi cej sra nie b dziesz?
- Posłusznie melduj , panie generale, e jestem fertig.
- No to zapnij spodnie jak si patrzy i sta na baczno .
Poniewa ostatnie słowo generał wymówił nieco gło niej, najbli si ołnierze
zacz li stawa nad latryn . Ale generał jak najuprzejmiej skin ł im r k i tonem
ojcowskiej yczliwo ci mówił:
- Aber nein, ruht, ruht, nur weiter machen.
Szwejk stał tymczasem przed generałem w pełnej gali, a pan generał wygłosił
do niego po niemiecku krótkie przemówienie:
- Szacunek dla przeło onych, znajomo regulaminu słu bowego i
przytomno umysłu znaczy w wojsku bardzo wiele. A je li z tym ł czy si jeszcze
dzielno , to nie ma takiego nieprzyjaciela, którego musieliby my si obawia .
Zwracaj c si do podporucznika Duba i szturchaj c Szwejka palcem w
brzuch, generał mówił:
- Niech pan sobie zapami ta: ołnierza tego natychmiast po przybyciu na
front koniecznie awansowa , a przy najbli szej sposobno ci przedstawi go do
odznaczenia br zowym medalem za cisłe pełnienie słu by i znajomo ... Wissen
Sie doch, was ich schon meine.. Abtreten!
Generał oddalał si od latryny, a podporucznik Dub wydawał tymczasem
rozkazy tak gło ne, aby mógł by słyszany przez generała:
- Erster Schwarm auf! Doppelreihen... Zweiter Schwarm...
Szwejk opuszczał tymczasem latryn , a gdy przechodził obok pod porucznika
Duba, zasalutował z wielk energi , ale podporucznik i tak zatrzymał go i Szwejk
musiał salutowa jeszcze raz; podporucznik Dub powtarzał przy tym swoje:
- Znasz mnie? Nie znasz mnie! Ty mnie znasz z dobrej strony, ale jak mnie
poznasz ze złej strony, to si rozpłaczesz!
Szwejk oddalił si wreszcie, aby wsi
do wagonu, a po drodze my lał:
346
„Kiedy my stali w Karlinie w koszarach, był u nas lejtnant Chudavy, który
gdy si rozzło cił, to wygadywał inaczej: "Pami tajcie, chłopcy, e ja potrafi by
wielk wini i tak wini pozostan , dopóki wy b dziecie w naszej kompanii."„
Kiedy przechodził koło wagonu sztabowego, skin ł na niego porucznik
Lukasz i kazał powiedzie Balounowi, eby mu pr dko przyniósł kaw i eby
mleko skondensowane zamkn ł porz dnie, bo si mo e zepsu . Baloun gotował
wła nie kaw dla porucznika na małej maszynce spirytusowej u sier anta
rachuby Va ka. Id c z poleceniem porucznika do Balouna, Szwejk zauwa ył, e
w tym czasie, kiedy go nie było, cały wagon zacz ł pi kaw .
Puszka z kaw i puszka z mlekiem były ju do połowy opró nione, a Baloun,
popijaj c ciepły napój, grzebał ły eczk w mleku skondensowanym, eby sobie
kaw jeszcze poprawi .
Jurajda, kucharz-okultysta, i sier ant rachuby Vaniek obiecywali, e jak
tylko nadejd konserwy mleczne i kawowe, to si panu porucznikowi Lukaszowi
wszystko odda.
Szwejkowi tak e zaproponowano kaw , ale on odmówił i rzekł do Balouna:
- W tej chwili ze sztabu armii przyszedł rozkaz, eby ka dego pucybuta, który
swemu oficerowi ukradnie konserw mleczn i kawow , wiesza w przeci gu
dwudziestu czterech godzin. Kazał ci to powiedzie pan oberlejtnant, który yczy
sobie natychmiast otrzyma kaw .
Wystraszony Baloun wyrwał telefoni cie Chodounskiemu jego porcj , dan
mu przed chwil , przystawił j do ognia, eby si ogrzała, dodał zg szczonego
mleka i p dził z fili ank do wagonu sztabowego.
Z oczami wytrzeszczonymi podał kaw porucznikowi Lukaszowi, przy czym
przez głow przeleciała mu my l, e porucznik Lukasz czyta mu w oczach, jak to
on gospodarował w jego konserwach.
- Troch si spó niłem - j kał si Baloun - poniewa nie mogłem puszki
otworzy .
- Pewno znowu mleko rozlał, co? - pytał porucznik Lukasz upijaj c troch
kawy. - A mo e arłe mleko ły kami jak zup ? Wiesz, co ci czeka?
Baloun westchn ł i zacz ł lamentowa :
- Mam troje dzieci, posłusznie melduj , panie oberlejtnant.
- Miej si na baczno ci, mój Balounie. Jeszcze raz ostrzegam ci przed
skutkami twej arłoczno ci. Czy Szwejk nie mówił ci nic?
- W przeci gu dwudziestu czterech godzin mog zosta powieszony - smutnie
odpowiedział Baloun kiwaj c si na wszystkie strony.
- Nie kiwaj mi si tu, idioto - rzekł z u miechem porucznik Lukasz - i popraw
si . Pozb d si ju raz tego ob arstwa i powiedz Szwejkowi, eby si tu gdzie na
stacji czy w okolicy rozejrzał za czym dobrym do zjedzenia. Masz tu na to
dziesi taka. Wr cz go Szwejkowi, bo ciebie nie po l . Ciebie wtedy dopiero po l ,
gdy b dziesz tak na arty, e o mało nie p kniesz. Czy mi aby nie ze arł
ostatniego pudełka sardynek? Mówisz, e nie; przynie mi je i poka .
Baloun wr czył Szwejkowi pieni dze, powiedział mu, e oberlejtnant yczy
sobie otrzyma za nie co dobrego do zjedzenia, i z westchnieniem wyj ł z
porucznikowego kuferka pudełko sardynek. Serce ciskało mu si na my l, e
musi je pokazywa swemu przeło onemu.
347
Tak bardzo cieszył si biedak, e porucznik mo e o tych sardynkach
zapomniał, a tu masz! Porucznik zatrzyma je niezawodnie przy sobie i tyle z tego
b dzie. Baloun miał wra enie, e został okradziony.
- Posłusznie melduj , e przyniosłem sardynki, panie oberlejtnant - rzekł
głosem cierpkim podaj c Lukaszowi pudełko. - Czy ka e je pan otworzy ?
- Dobrze, Baloun. Nie otwieraj ich, ale zanie je tam, gdzie były. Chciałem si
tylko przekona , czy do nich nie zajrzałe . Gdy mi podawał kaw , to mi si
zdawało, e masz usta tłuste od oliwy. Czy Szwejk ju poszedł?
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant, e ju poszedł - odpowiedział Baloun
z twarz rozja nion . - Powiedział, e pan oberlejtnant b dzie bardzo
zadowolony, e panu oberlejtnantowi wszyscy b d zazdro cili. Poszedł w okolice
dworca i powiedział, e tutaj wszystko dobrze zna a do Rokosz Palaty. A gdyby
poci g odszedł bez niego, to si przył czy do kolumny automobilowej i na
najbli szej stacji dogoni nas. Powiada, e nie trzeba si o niego kłopota , bo on
zna swoje obowi zki. Dop dzi nas, cho by mu wypadło goni nas w doro ce na
własny koszt a do Galicji. Zgadza si , aby mu to potem potr ca z ołdu. W
ogóle niech si pan o niego nie martwi, panie oberlejtnant.
- Id ju sobie - głosem przygn bionym rzekł porucznik Lukasz.
Z kancelarii dowództwa przyszła wiadomo , e poci g ruszy dopiero po
południu o godzinie drugiej na Gödölö-Aszód i e na dworcu fasuje si dla
oficerów po dwa litry czerwonego wina i po butelce koniaku. Mówiono, e ma to
by jaka zagubiona przesyłka Czerwonego Krzy a. Tak czy owak, spadło to
wino z koniakiem jakby z nieba i w wagonie sztabowym zrobiło si weselej.
Koniak miał trzy gwiazdki, a wino było marki „Gumpoldskirchen”.
Tylko porucznik Lukasz nie odzyskał dobrego humoru. Min ła godzina, a
Szwejk jeszcze ci gle nie wracał. Po upływie dalszej pół godziny do wagonu
sztabu zbli ał si dziwaczny pochód, który wyszedł z kancelarii dowództwa stacji.
Na przedzie kroczył Szwejk z wielk powag i tak jako wzniosie, jak
niezawodnie chadzali pierwsi chrze cijanie-m czennicy, gdy prowadzono ich na
aren .
Po obu stronach szli honwedzi z bagnetami na karabinach. Na lewym
skrzydle szedł plutonowy z komendy stacji, a za nim jaka niewiasta w czerwonej
sukni z falbank i m czyzna w ci mach i okr głym kapelusiku. M czyzna ten
miał podbite oko i niósł yw kur , wystraszon i gdacz c .
Wszystko to pchało si do wagonu sztabowego, ale plutonowy wrzasn ł po
madziarsku na chłopa i bab , eby poczekali na dworze. Ujrzawszy porucznika
Lukasza, Szwejk zacz ł mruga bardzo znacz co.
Plutonowy pragn ł si rozmówi z dowódc 11 kompanii marszowej.
Porucznik odebrał od niego pismo komendy stacji i bledn c czytał:
„Do dowódcy 11 kompanii marszowej, N. marszbatalionu. 91 pułku piechoty
dla dalszego przeprowadzenia sprawy
Przysyła si szeregowca Józefa Szwejka, rzekomo ordynansa tej e kompanii,
N. marszbatalionu, 91 pułku piechoty, oskar onego o kradzie , jakiej dopu cił si
na mał onkach István w Isatarcza, w rejonie komendy stacji. Dowody:
Szeregowiec Józef Szwejk schwytawszy kur za domem mał onków István w
348
Isatarcza, w rejonie komendy stacji, która to kura jest własno ci mał onków
István (w oryginale było nowo utworzone słowo niemieckie: Istvangaten), a
zatrzymany przez wła ciciela, który kur chciał mu odebra , sprzeciwił si temu,
uderzył wła ciciela Istvána kur w prawe oko, a uj ty przez przywołan stra ,
zostaje przekazany swemu oddziałowi. Kura została oddana wła cicielowi.
Podpis oficera dy urnego”
Gdy porucznik Lukasz kwitował potwierdzenie o przyj ciu Szwejka, kolana
ugi ły si pod nim.
Szwejk stał tak blisko niego, i widział, e jego przeło ony zapomniał dopisa
dat .
- Posłusznie melduj , panie oberlejtnant - odezwał si Szwejk - e mamy
dzisiaj dwudziestego czwartego. Wczoraj było dwudziestego trzeciego maja, bo
nam akurat Italia wypowiedziała wojn . Teraz, kiedym był za dworcem, to
słyszałem, e o niczym innym si nie mówi, tylko o tej wojnie.
Honwedzi