pobierz

Komentarze

Transkrypt

pobierz
Numer 1/2009 listopad - grudzień 2009
egzemplarz bezpłatny
www.kurier.diplomacy.pl
DWUMIESIĘCZNIK POŚWIĘCONY TEMATYCE STOSUNKÓW MIĘDZYNARODOWYCH
AZJA - EUROPA współpraca kluczem do wzajemnego zrozumienia VALDAS ADAMKUS warszawa i wilno powinny mówić jednym głosem SZWAJCARIA dlaczego społeczeństwo
zagłosowało za zakazem budowy minaretów
EUROPA unia europejska - polityczny karzeł
AMERYKA ŁACIŃSKA guerilla otwiera nowy
front w kolumbii BLISKI WSCHÓD proces pokojowy w izraelu BARACK OBAMA dlaczego
pokłonił się cesarzowi HISTORIA długi cień
przymierza iii rzeszy i zsrr GAZOCIĄG PÓŁNOCNY gra interesów ponad polskimi głowami
Wydawcą dwumiesięcznika
Kurier Dyplomatyczny jest
Stowarzyszenie Forum Młodych Dyplomatów
OD REDKACJI
Szanowni Państwo!
T
rzymacie w rękach pierwszy, pilotażowy, numer Kuriera Dyplomatycznego, magazynu wydawanego przez Stowarzyszenie Forum Młodych Dyplomatów. Kurier został
stworzony niejako w odpowiedzi na zapotrzebowanie członków Stowarzyszenia, potrzebę stworzenia miejsca, gdzie osoby związane z FMD, a także nasi zagraniczni przyjaciele, mogliby wypowiedzieć się na nurtujące ich kwestie dotyczące spraw międzynarodowych.
Szerokie spektrum zainteresowań ludzi tworzących Forum przekłada się bezpośrednio
na kompozycję Kuriera, która mam nadzieję, zainteresuje także i Państwa.
W pierwszym numerze zgromadziliśmy szereg artykułów odnoszących się do istotnych
kwestii międzynarodowych: od wciąż powracającego problemu projektu Gazociągu Północnego, poprzez sprawy związane z bliską nam Unią Europejską i jej znaczeniem w światowej geopolityce, aż do wojny w Afganistanie i procesu pokojowego w Izraelu. Dopełniając ofertę publicystyczną Kuriera, w pierwszym numerze umieściliśmy także wywiady z
osobistościami sceny międzynarodowej: byłym prezydentem Litwy - Valdasem Adamkusem, a także ambasadorem Dominique’m Girardem - Dyrektorem Generalnym Asia-Europe Foundation.
Jestem niezwykle dumny, iż wysiłkiem wielu ludzi udało się doprowadzić do wydania
pierwszego numeru naszego magazynu. Jestem przekonany, że to dopiero początek ciekawej oferty jaką będzie miał do zaproponowania Państwu Kurier Dyplomatyczny, a także Stowarzyszenie Forum Młodych Dyplomatów.
Michał Skrzek
Redaktor Naczelny
Spis treści
Redaktor naczelny
Michał Skrzek
[email protected]
Redaktor prowadzący
Adrian Kondaszewski
[email protected]
Zastępca redaktora naczelnego
Piotr Zawieja
[email protected]
Sekretarz redakcji
Sonia Boczek
[email protected]
Korekta i tłumaczenia
Anna Bijata
[email protected]
Współpraca z zagranicą
Monika Kaźmierczak
[email protected]
Marketing
Remigiusz Lesiuk
[email protected]
Bartosz Gwizdała
[email protected]
Grono redakcyjne
Anna Kalembasiak, Aleksander
Kotulecki, Agata Ludera, Tomasz
Łapa, Wojciech Marciniak, Marcin
Maroszek, Bilal Masood, Michał
Pakulniewicz, Mariusz Ruszel,
Małgorzata Stańczyk, Agata Szkiela, Michał Tomczyk, Arkadiusz Toś
POLSKA: Gazociąg Północny - gra interesów ponad polskimi głowami
4
EUROPA WSCHODNIA: Trudne warunki rozwoju organizacji pozarządowych na Białorusi
7
LUDZIE: Valdas Adamkus: Warszawa i Wilno powinny mówić jednym głosem
8
EUROPA: Dlaczego Szwajcarzy zagłosowali za zakazem budowy minaretów?
10
EUROPA: Pakistan, Switzerland and decision to ban the construction of minarets
14
BAŁKANY: Serbia we wspólnotowej strefie wolnego handlu
15
HISTORIA: Długi cień przymierza, czyli jak Rosja broni sojuszu z III Rzeszą
16
UNIA EUROPEJSKA: Polityczny karzeł. O słabościach Brukseli na arenie międzynarodowej
18
PRAWO: Bezpośrednia skuteczność prawa wspólnotowego
20
AMERYKA PÓŁNOCNA: Wojna w Afganistanie według Obamy
22
AZJA I PACYFIK: Ambasador Dominique Girard: współpraca kluczem do zrozumienia
24
NIP: 951-20-85-027
REGON: 015558756
KRS: 0000167532
AMERYKA ŁACIŃSKA: Zapomniany i opuszczony: Honduras po wyborach prezydenkich
28
www.diplomacy.pl
www.kurier.diplomacy.pl
AMERYKA ŁACIŃSKA: Guerilla otwiera nowy front w Kolumbii
30
BLISKI WSCHÓD: Trudna droga do pokoju między Izraelem a Pelestyńczykami
32
PROTOKÓŁ DYPLOMATYCZNY: Dlaczgo Obama ukłonił się cesarzowi Japonii?
34
Wydawca
Stowarzyszenie Forum Młodych
Dyplomatów
ul. Oleandrów 6
00-629 Warszawa
tel.: +48 22 205 06 72
fax: +48 22 406 07 82
Dyrektor Biura Krajowego
Kinga Brudzińska
[email protected]
Nr rachunku bankowego:
03 1050 1025 1000 0022 7540
7605
ING Bank Śląski S.A. Oddział w
Warszawie
Projekt graficzny i wykonanie:
a.kondaszewski/m.skrzek
Redakcja Kuriera Dyplomatycznego nie
ponosi odpowiedzialności za treści zawarte w
artykułach.
Wszelkie prawa zastrzeżone Forum Młodych
Dyplomatów 2009/2010
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
-3-
POLSKA
Gazociąg Północny - gra interesów
ponad polskimi głowami
Mariusz Ruszel
źródło : www.nord-stream.com
Gazociąg Północny uznawany
przez Brukselę za strategicz­ny
projekt dywersyfikacji do­staw
surowców energetycz­nych
osłabia znaczenie Pol­ski jako
kraju tranzytowego, a także
zwiększa potencjalne ryzyko
szantażu energetycz­nego ze
strony Rosji.
O
dmienne postrzeganie budowy
gazociągu Nord Stream przez
Brukselę i Warszawę wynika z
rozbieżności interesów państw członkowskich Unii oraz braku solidarności
energetycznej na szczeblu unijnym.
Wyrażenie zgody 5 listopada 2009 r.
przez Szwecję, Finlandię a wcześnie
Danię na położenie na ich ekonomicznych wodach terytorialnych dwóch nitek Gazociągu Północnego nadaje
temu projektowi realnego kształtu. Wyrażenie zgody w grudniu br. przez Federację Rosyjską oraz Niemcy było
pewne dużo wcześniej. Zgody te osłabiają jednocześnie explicite pozycję
krajów przeciwnych budowie takich jak
Polska oraz kraje bałtyckie. Jednocześnie decyzja Szwecji (najbardziej dotychczas przeciwnej budowie) oznacza polityczny sukces Kremla w dążeniu do bezpośredniego połączenia z
rynkiem zbytu Unii Europejskiej z pominięciem krajów tranzytowych. Zasadnym jest postawienie pytania, jak
wyglądał proces przekonywania partnerów do projektu ze strony Rosji i
dlaczego zaniechały one dalszej walki, kto na Gazociągu Północnym może
zyskać oraz w jaki sposób może zmienić się pozycja tranzytowa Polski w obliczu budowy Gazociągu Północnego i
jakie zagrożenia implikuje inwestycja.
Federacja Rosyjska włożyła spory
wysiłek polityczny w procesie przekonywania do budowy Gazociągu Północnego, który został wpisany na listę
-4 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
Planowana trasa gazociągu Nord Stream
priorytetowych projektów dywersyfikacji dostaw do Unii Europejskiej, co de
facto ułatwia jego realizację. Zasoby
energetyczne Federacji Rosyjskiej w
postaci około 27% światowych udokumentowanych rezerw gazu ziemnego
sprawiają, że jest ona jednym z głównych eksporterów tego surowca do
krajów Unii Europejskiej, która od tych
dostaw jest zależna.
Znani lobbyści
Budowany przez konsorcjum Nord
Stream AG Gazociąg Północny dla
państw „starej” UE oznacza faktyczną dywersyfikację dostaw surowców
energetycznych, lecz dla Polski oznacza narażenie na potencjalny szantaż energetyczny ze strony Federacji Rosyjskiej. Zdaniem Komisarza ds.
energii Andrisa Piebalgsa – „gazociąg
zwiększy bezpieczeństwo dostaw gazu
do UE”, a także „projekt Nord Stream
staje się tym ważniejszą opcją, że inne
projekty, także wspierane przez Komisję Europejską, bardzo wolno posuwają się naprzód” . Warto zauważyć, że
w ostatnim czasie zmieniła się polityka amerykańska wobec tego projektu,
zaś zgoda opornej dotychczas Szwecji1 w momencie sprawowania przez
nią Prezydencji w Unii Europejskiej jest
sygnałem świadczącym o politycznym
poparciu dla projektu.
Gazprom od samego początku realizacji projektu skutecznie zapraszał kolejnych byłych polityków europejskich
oraz przekonywał kolejne państwa do
zasadności budowy Gazociągu Północnego. Spośród blisko 140 międzynarodowych ekspertów z 19 krajów zatrudnionych w konsorcjum Nord
Stream znaleźć można wielu wpływowych byłych polityków m.in.: Gerhard
Schröder (były kanclerz Niemiec), Paavo Lipponena (były premier Finlandii
w latach 1995-2003), Romans Baumanie (szef misji Łotwy w ONZ, a także
doradca ds. zagranicznych prezydent
Łotwy Vairy Vike-Freiberg). Warto dodać, że Paavo Lipponen starał się w
2009 r. o stanowisko szefa unijnej dyplomacji, czemu sprzeciwiła się Polska . W styczniu 2009 r. doradcą konsorcjum został Lars Groenstedt, który
był szefem Svenska Handlesbanken,
a zarazem bardzo wpływową osobą
w Szwecji, kiedy jeszcze kraj ten wyrażał obawy o wpływ projektu na środowisko naturalne. Początkowo sceptyczne wobec budowy projektu państwa: Dania, Szwecja, Finlandia wyraziły ostatecznie zgodę na przebieg
POLSKA
Gazociągu Północnego przez ich morską strefę ekonomiczną. Warto dodać,
że przy okazji duński koncern energetyczny Dong Energi zawarł umowę z
Gazpromem dotyczącą zwiększenia
dostaw gazu ziemnego (2 mld m³ od
2012 r.). Finlandia ma otrzymać na kilka lat zerową stawkę na import drewna z Rosji. Szwecja wydając zgodę zobowiązała konsorcjum do wstrzymania
prac związanych z budową w okresie
od maja do października (okres tarła
dorszy), co może opóźnić realizację inwestycji w czasie.
Na morzu bezpieczniej
Stosownie do obecnych planów budowa gazociągu ma rozpocząć się wiosną 2010 r. i składać ma się z dwóch
nitek o długości 1220 km oraz przepustowości po 27,5 mld m³ gazu ziemnego rocznie. Planowane jest ukończenie pierwszej nitki gazociągu na koniec
2011 r., zaś drugiej w 2012 r., lecz już
teraz można zaryzykować tezę, iż realizacja projektu będzie nieznacznie
opóźniona (m.in. konieczność usunięcia min oraz tarło dorsza). Koszt inwestycji szacowany jest na około 7,5 mld
euro. Odcinki lądowe gazociągu są
już budowane zarówno w Rosji a także w Niemczech, gdzie buduje się już
odcinek OPAL wzdłuż polskiej granicy
do Czech. Zdaniem Prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa: „Układanie
gazociągu na dnie morza jest droższe
od budowy rury na lądzie. Ale z drugiej strony pozwala to usunąć pewne
Gerhard Schröder został
lobbystą projektu Nord
Stream, co spowodowało
oburzenie społeczne
w Europie i zdecydowaną
krytykę w samych Niemczech
ryzyko, które jest bardzo trudno wycenić, bo w niektórych sytuacjach mogą
one doprowadzić do poważnych konsekwencji, naruszyć bezpieczeństwo
energetyczne odbiorcy. I jeśli na jednej szali położymy koszty ułożenia rury
przez morze, a na drugiej gwarancję
wypełnienia naszych zobowiązań, to
opowiadam się za tym drugim”.2
Nie ulega wątpliwości, że największy udział spośród krajów Europy Zachodniej w projekcie mają Niemcy, których dwie firmy niemiecki E.ON Ruhrgas, oraz WINGAS (spółka Gazpromu i Wintershall) mają po 20% akcji w
konsorcjum Nord Stream, zaś 51% należy do rosyjskiego Gazprom oraz 9%
do holenderskiego N.V. Nederlanse
Gasunie. Szefem rady nadzorczej jest
b. kanclerz Niemiec Gerhard Schröder,
który będąc jeszcze kanclerzem 8 września 2005 r. przyjmował w Berlinie z wizytą Władimira Putina i podczas tej wizyty podpisano umowę o budowie Gazociągu Północnoeuropejskiego przez
szefów Gazpromu, E.ON, BASF, zaś
Schröder oraz Putin udzielili poparcia politycznego projektowi. Kilka miesięcy później opinia publiczna dowiedziała się, że przed końcem kadencji
na stanowisku kanclerza Niemiec rząd
Schrödera udzielił Gazpromowi gwarancji na kredyty KfW Bankengruppe
i Deutsche Bank opiewający na kwotę 900 milionów euro na budowę Gazociągu Północnego.3
Niemieckie gwarancje
Zakres gwarancji umożliwił zaciągnięcie Gazpromowi kredytów o niższym
oprocentowaniu, z kolei w przypadku
niewypłacalności konsorcjum NEGPC
(obecnie Nord Stream) przeniesienie odpowiedzialności finansowej na
rząd Niemiec. Zasadnym jest postawienie pytania, czy Gerhard Schröder
już wówczas wiedział o intratnej propozycji pracy w konsorcjum, którą przyjął
9 grudnia 2005 r. we wsi Babajewo w
obwodzie wołogodzkim podczas konferencji prasowej uświetniającej uroczyste zespawanie odcinka gazociągu
Griazowiec-Wyborg będącego początkiem Nord Stream.
Schröder został lobbystą Nord Stream oraz głównym spiritus movens projektu w Europie. Spowodowało to oburzenie społeczne w Europie i zdecydowaną krytykę zarówno w samych
Niemczech, w których liberałowie oraz
zieloni żądali jego rezygnacji ze stanowiska w spółce. Pracę w spółce znalazł także Matthias Wargin (b. dyrektor
rosyjskiej filii Dresdner Bank). W interesie Niemiec jest zbudowanie Gazociągu Północnego z kilku powodów. Po
pierwsze zwiększa to bezpieczeństwo
energetyczne Niemiec, których import
gazu ziemnego sięga 90 mld m³ rocznie. Po drugie projekt może uczynić
z Niemiec pośrednika sprzedającego
gaz do innych krajów Unii Europejskiej,
w tym do Polski. Z naszego punktu wi-
Polska powinna
intensyfikować współpracę
transgraniczną w zakresie
budowy infrastruktury energetycznej z sąsiadami
dzenia po wybudowaniu interkonektora polsko – niemieckiego ceny gazu
ziemnego, jakie mogą nam zaproponować Niemcy mogą być na tyle wysokie
by zmniejszyć konkurencyjność polskiego przemysłu chemicznego konkurencyjnego wobec niemieckiego.
Budowa Nord Stream znacząco obniży tranzytową rolę Polski oraz będzie
zagrażać polskiemu bezpieczeństwu
energetycznemu. Rosja poprzez nowy
gazociąg otrzyma instrument umożliwiający wstrzymywanie dostaw gazu
do Polski bez konieczności odcinania
dostaw do Europy Zachodniej. Polska
importuje obecnie około 60% zużywanego gazu ziemnego z Rosji i nie ma
technicznych możliwości dywersyfikacji dostaw ze względu na brak infrastruktury rurociągowej – co zmniejsza
obecnie naszą pozycję negocjacyjną
z Rosją. Zasadnym jest zbudowanie
w Świnoujściu gazoportu gazu skroplonego LNG. Trasa gazociągu przecinać będzie w dwóch miejscach tory
podejściowe do portu Szczecin – Świnoujście, co sprawia, że istotne jest
wkopanie w tych miejscach na głębokość dwóch metrów rur wykluczając
w ten sposób ryzyko ewentualnej awarii i ogromnego skażenia ekologicznego, nie wspominając już o konsekwencjach politycznych i ekonomicznych.
Warto zauważyć, że prawo morskie
„nie pozwala na to, aby ograniczać dostęp do portów” oraz „międzynarodowe przepisy morskie mówią, iż tego
typu inwestycje muszą być uzgadniane ze wszystkimi, których mogą dotyczyć” . Ponadto w Świnoujściu jest port
dokończenie na str. 6
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
-5-
POLSKA
NATO, którego dostępność nie może
być ograniczana, więc należy przypuszczać, że wydanie zgodny przez
Niemcy będzie uwzględniało zastrzeżenie o nie blokować polskich portów.
Zapewne konsorcjum Nord Stream będzie dążyć do realizacji inwestycji w
sposób wykluczający potencją awarię,
co mogłoby skompromitować przede
wszystkim Niemcy aspirujące do stania się „centrum handlowym” rosyjskiego gazu ziemnego do UE.
Instrumenty UE
W Polsce rosyjski gaz wykorzystywany jest głównie w przemyśle (przede
wszystkim chemicznym) w niewielkim stopniu w elektroenergetyce, która oparta jest w blisko 95% na spalaniu węgla. Długoterminowy kontakt z
Rosją, którego przedłużenie planowane jest do 2034.r. usztywnia relacje pomiędzy konsumentem a dostawcą, a
także podważa perspektywiczne projekty dywersyfikacji w obliczu klauzuli terytorialnej zabraniającej reeksportu
surowca. Zasadniczym celem polityki
zagranicznej Polski powinno być dążenie do uchylenia tych klauzul, w czym
pomocny powinien być dorobek prawny Unii Europejskiej oraz jej instrumenty. Przykładem działania na forum unijnym jest wykorzystanie Komisji Petycji PE, która przyjęła zdecydowaną
większością głosów negatywny wobec
Nord Stream raport autorstwa europosła Marcina Libickiego. Ostatnie lata
pokazały, że Rosja wykorzystuje kwestie energetyczne jako instrument realizacji polityki zagranicznej. Stosownie do niektórych analiz – „ułożenie
pod gazociągiem wiązki kabli sterujących (kable światłowodowe) może służyć do zainstalowania na nich emiterów długich fal wpływających na działanie systemów elektronicznych”, co
ma zasadnicze znaczenie w kontekście strategicznym.4
Polska
powinna
intensyfikować
współpracę transgraniczną w zakresie
budowy infrastruktury energetycznej z
sąsiadami, a także dążyć do uwspólnotowienia rynku gazu w ramach UE
zwiększającego szansę na realne mechanizmy solidarności energetycznej. Podnoszony przez niektórych argument o oszczędności Rosji wynikającej z opłat tranzytowych jest mało
-6 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
przekonujący w obliczu wyliczeń, iż inwestycja morska jest ponad dwukrotnie droższa niż lądowa wersja. Według
różnych źródeł oszczędności Federacji
Rosyjskiej z tytułu braku opłat tranzytowych wyniosą 250-300 mln dolarów
rocznie (wg rosyjskich źródeł około miliarda dolarów rocznie). Zdaniem rosyjskiego analityka rynku gazu Michaiła
Korczemkina: „Gazprom nie ma gazu
na zapełnienie bałtyckiej rury (…)” zaś
wskutek jego budowy: „pojawi się możliwość zmniejszenia do zera strumieni tranzytowych przez Polskę i Białoruś (…)”.5
Polska straci na tranzycie
Nie ulega wątpliwości, że obniżeniu
może ulec (w przypadku zmniejszenia przepływu gazu ziemnego gazociągiem jamalskim) znaczenie przestrzeni
geograficznej Polski w handlu gazem z
Rosji do UE. Polska straci nie tylko na
opłatach tranzytowych, które mogłyby
zasilać nasz budżet, lecz także obniżone zostanie poczucie podmiotowości
Polski w handlu tym surowcem. Niepokojące są dodatkowe umowy Niemiec i Rosji dotyczące promowo – kolejowego połączenia, które omija Polskę oraz Litwę . Dodatkowo podpisane
zostało w maju 2009 r. na corocznym
forum Partnerstwo strategiczne 1520
porozumienie pomiędzy Austrią, Rosją, Słowacją i Ukrainą dotyczącą powołania spółki odpowiadającej za zaprojektowanie i zbudowanie linii kolejowej, która łączyć będzie Europę Zachodnią, i Środkową z Rosją a docelowo Azją (kolej transsyberyjska). Udziałem w projekcie, którego budowa rozpocznie się w 2010 r. i kosztować będzie około 4-5 mld dolarów, zainteresowane są także Niemcy. Zaplanowanie tej trasy w ten sposób omija terytorium Polski, przez której terytorium
mogłaby biec trasa przesyłowa z Azji
do Europy Zachodniej poprzez uruchomienie w Sławkowie terminalu odbierającego kontenery z kolei transsyberyjskiej. Stosownie do komentarzy rosyjskiej gazety Kommiersant: „Możliwe,
że nakłady na ułożenie torów (na Słowacji i w Austrii) będą wyższe, jednak
trasa omijająca terytorium Polski, nielojalnej wobec rosyjskich inicjatyw, wygląda atrakcyjniej z punktu widzenia ryzyka politycznego”.6 Z ekonomicznego
punktu widzenia należy przypuszczać,
że kolej łącząca Europę Zachodnią z
Chinami będzie stanowić główną drogą handlową zmniejszającą znaczenie
drogi morskiej. Strategia rozwoju rosyjskich kolei zakłada inwestycje w perspektywie do 2030 r. rzędu 500 mld dolarów zarówno na modernizację istniejącej infrastruktury, a także wybudowanie nowych linii. Realizacja połączenia
Europy Zachodniej z Rosją i Azją z pominięciem Polski oznacza zmniejszenie pozycji Polski w światowym handlu i utratę potencjalnych zysków z pośrednictwa w przepływie towarów.
Realizacja budowy Gazociągu Północnego jest przesądzona, a zatem
Polska powinna w tym momencie przygotować swoją strategię działania na
różne scenariusze wystąpienia ryzyk
związanych z działalnością tego gazociągu. Wskazanym jest wykazanie
zdecydowanej i skonsolidowanej wewnętrznie inicjatywy Polski w zakresie bezpieczeństwa energetycznego
na unijnej arenie charakteryzującej się
formułowaniem swoich celów w kategoriach wartości europejskich popartych wspólnotową retoryką - szczególnie w kontekście zbliżającej się w drugiej połowie 2011 r. Prezydencji Polski
w Radzie Europejskiej oraz w obliczu
ratyfikacji Traktatu z Lizbony.
Mariusz Ruszel
[email protected]
Przypisy:
[1] Szwecja wysuwała argumenty związane z ekolo-
gią, a także bronią chemiczną zatopioną na dnie Bałtyku podczas II wojny światowej. Sprzeciw wyrażała także szwedzka Marynarka Wojenna obawiająca się rozmieszczenia przez Rosję czujników wzdłuż gazociągu
[za:] P. Żurawski vel Grajewski , Bezpieczeństwo energetyczne Polski. Instrumentarium Unii Europejskiej,
Analizy Natolińskie, 2009, nr 7(39), s. 7-8.
[2] A. Kublik, Miedwiediew o Nord Stream: koszty polityczne też są ważne, Gazeta Wyborcza: http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,7296015,Miedwiediew_o_Nord_Stream__koszty_polityczne_tez_sa.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=825586 (26.11.2009 r.)
[3] W. Paniuszkin, M. Zygar, Gazprom - rosyjska broń,
Warszawa 2008 r., s. 251
[4] Więcej: http://wiadomosci.onet.
pl/1428493,2677,kioskart.html (23.11.2009 r.)
[5] http://biznes.interia.pl/prasa/nowy-przemysl/
news/analityk-nord-stream-potrzebny-do-presji-napolske,1393556,3657 (24.11.2009 r.)
[6] http://news.money.pl/artykul/kolej;szerokotorowa;pojedzie;z;rosji;do;austrii,153,0,455321.html
(25.11.2009 r.)
E U R O PA W S C H O D N I A
Trudne warunki rozwoju organizacji
pozarządowych na Białorusi
Białoruś nie jest państwem
sprzyjającym rozwojowi
organizacji trzeciego sektora, niemniej jednak istnieją
ludzie, walczący o swobody
obywatelskie w tym kraju.
P
od koniec lat 80-tych na Białorusi działało wiele nieformalnych
grup, które zajmowały się głównie popularyzacją kultury i języka białoruskiego. W większości tworzone były
przez studentów. Z czasem narodziła
się idea, aby zjednoczyć pomniejsze organizacje, w jedną organizację. W taki
oto sposób, w roku 1988, zaczęto tworzyć wspólną organizację, która ostatecznie w 1989 roku przyjęła obecną
nazwę - Zjednoczenie Białoruskich Studentów (ZBS). Słowo “задзіночаньне”
(zjednoczenie) podkreślało białoruski
charakter organizacji.
Jedną z pierwszych działalności ZBS,
było sprzeciwianie się nauce historii Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, jako przedmiotu obowiązkowego na studiach. Kolejne działania organizacji skupiały się wokół problemu denuklearyzacji Białorusi oraz promocji języka białoruskiego w szkolnictwie.
W połowie lat 90-tych w ZBS zaszły
duże zmiany. Oprócz oficjalnej rejestracji Zjednoczenia, która nastąpiła w
1993 roku, pojawił się nowy przewodniczący Aleś Michalewicz, który wprowadził organizację na nowe tory rozwoju. ZBS, mający reputację elitarnego klubu, otworzył się na nowych członków, a także podjął współpracę z szeregiem zagranicznych organizacji pozarządowych.
W 2001 roku, który był rokiem wyborczym na Białorusi, ZBS, tak samo
jak szereg innych organizacji pozarządowych, włączył się do kampanii
„Wybieraj!”. Kampania miała na celu
zwiększenie frekwencji w wyborach,
poprzez zachęcanie ludzi do pójścia
do głosowania. „Wybieraj!” była i nadal jest najbardziej ambitną kampanią, organizowaną przez białoruskie
organizacje pozarządowe. Koncerty i
akcje rozdawania ulotek ogarnęły w
tamtym czasie praktycznie całą Białoruś.
Po wyborach, w ramach retorsji, wybrany na kolejną kadencje prezydent
Łukaszenka skierował wysiłki zmierzające zniszczenia organizacji pozarządowych w kraju. Po wyborach rozpoczęły się istne „krucjaty” na rzecz zniszczenia społeczeństwa obywatelskiego,
które trwają do dziś. Większość organizacji pozarządowych, które uczest-
Tarkowski
Nadzieja Mancevic, Białoruś*
Antyreżimowe grafiti w Warszawie
niczyły w kampanii „Wybieraj!” została zdelegalizowana, tuż po wyborach.
Odnośnie ZBS, Ministerstwo Sprawiedliwości wszczęło serię błahych postępowań m.in. w sprawie technicznego sporządzania symbolu organizacji (gwiazdy), czy też używania białoruskiej nazwy „Miensk” zamiast oficjalnej
„Mińsk”. ZBS został wkrótce zdelegalizowany, co nastąpiło 3 grudnia 2001
roku.
*Nadzieja Mancevic
członkini Związku Studentów Białoruskich
www.zebest.info
[email protected]
REKLAMA
Stowarzyszenie Forum Młodych Dyplomatów (FMD), wydawca Kuriera Dyplomatycznego jest ogólnopolską
organizacją pożytku publicznego, gromadzącą młodych ludzi, studentów ostatnich lat oraz absolwentów wielu polskich uczelni, którzy mają sprecyzowane ambicje zawodowe i swoją przyszłość wiążą z pracą w polskiej
służbie zagranicznej. Większość z ponad 100 zwyczajnych i tymczasowych członków FMD to osoby posiadające już doświadczenie w działalności krajowych i międzynarodowych organizacji pozarządowych, pracownicy
instytucji Unii Europejskiej lub polskiej administracji. Forum istnieje od 2002 roku.
Misją FMD jest „kreowanie i kształcenie przyszłych Liderów, którzy poprzez swoje
działania zapewnią silną i stabilną pozycję Polski na arenie międzynarodowej”.
Aby wesprzeć rozwój Kuriera Dyplomatycznego oraz innych
programów stałych FMD, prosimy o wpłaty na konto:
Stowarzyszenie Forum Młodych Dyplomatów
03 1050 1025 1000 0022 7540 7605
ING Bank Śląski S.A. Oddział w Warszawie
ul. Belgradzka 12, 02-793 Warszawa, Polska
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
-7-
LUDZIE
Warszawa i Wilno powinny mówić
w Unii Europejskiej jednym głosem
Monika Kaźmierczak, Anna Kalembasiak, Adrian Kondaszewski
KURIER: Panie Prezydencie jakie
wspólne interesy mają Polska i Litwa w Unii Europejskiej? I jaki wpływ
na ich realizację będzie miał Traktat
Lizboński, który 1 grudnia 2009 r.
wszedł życie?
VALDAS ADAMKUS*: Uważam, że
Traktat jest raczej wewnętrznym, administracyjnym dokumentem Unii Europejskiej, który pomoże dokończyć
organizowanie tej Wspólnoty, pozwoli
uniknąć wewnętrznych sporów kompetencyjnych. Doszliśmy do takiej
fazy, że jedyne co pozostaje naszym
krajom, to po prostu przedstawianie
naszych celów i ambicji, i działanie na
rzecz ich osiągnięcia. Zarówno Polacy
jak i Litwini uważają, że Unia Europejska jest zbiorem pewnych podstawowych zasad, których musimy bronić.
Wierzę, że możemy dojść do porozumienia np. w odniesieniu do spraw
gospodarczych. W tej kwestii, jeżeli
będziemy rozmawiać z sąsiadami i innymi krajami UE, to zawsze musimy
mówić jednym głosem. To bardzo
ważne - dzięki temu, że Polska i Litwa
wypracują jedno wspólne zdanie, nasz
głos będzie silniejszy i będziemy mogli
bronić naszej wizji, naszego pomysłu
na politykę. Wracając do samego Traktatu chciałbym podkreślić, że wraz z
jego wejściem w życie Unia Europejska nie staje się jednym krajem federalnym, czymś na kształt Stanów
-8 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
txd
Były prezydent Litwy, Valdas
Adamkus mówi w rozmowie
z Kurierem Dyplomatycznym
o stosunkach Polski i Litwy,
Traktacie Lizbońskim,
europejskim superpaństwie,
a także o tym, dlaczego
czuje się zawiedziony w piątą
rocznicę pomarańczowej
rewolucji na Ukrainie.
Były prezydent Litwy, Valdas Adamkus
Zjednoczonych Europy. To jest nie do
zaakceptowania. Nie wierzę również
by tego właśnie chciała większość Polaków czy Litwinów. Mamy przecież
swoje tożsamości, swoje kultury, języki
i moim zdaniem takie „superpaństwo”
jest nierealistyczną ideą i wątpię
by tę ideę udało się kiedykolwiek
przeforsować. Jako osobne narody
mamy wiele rzeczy do wniesienia do
UE i szkoda z tego rezygnować.
Jak wyglądają polsko-litewskie
wspólne interesy w perspektywie
polityki wschodniej Unii i przeciwstawiania się imperialistycznym
zakusom Moskwy?
To prawda, że zarówno Polska jak i
Litwa są bardzo wrażliwe na tę kwestię.
Chciałbym jednak podkreślić, że nasze
kraje są teraz bezpieczne. Jesteśmy
częścią Unii Europejskiej, nasze kraję
są wolne, demokratyczne i będziemy
bronić tych wartości. Oczywiście nie
mówię tu o walce na polu bitwy. Chodzi
mi raczej o to, że te wartości są wspólne
dla wszystkich krajów Unii Europejskiej
i będziemy ich bronić jako Wspólnota.
A co z współpracą energetyczną
pomiędzy naszymi krajami. Czy jej
wzmacnianie, w Pana opinii, również
leży w naszych interesach?
Oczywiście, to bardzo ważna kwestia, należy nad nią pracować. Ja zawsze powtarzam, że niezależność
energetyczna oznacza również niezależność polityczną i to się tyczy zarówno Polski, Litwy jak i każdego innego kraju. Ja przez 10 lat swojej prezydentury walczyłem o tzw. most energetyczny pomiędzy Polską a Litwą. Pamiętam nawet jak kiedyś prezydent
Aleksander Kwaśniewski, powiedział
mi, że to jest chyba kwestia nie do wygrania, ponieważ istnieje potężne lob-
LUDZIE
by z ogromnymi pieniędzmi, które nie
chce by do tego doszło. Ale to się stało,
mamy podpisy pod umowami. Oczywiście pozostaję realistą i wiem, że zanim mostem popłynie prąd minie jeszcze kolejne 10 lat. Ale jego budowa jest
konieczna, jeżeli myślimy o rozwijaniu
współpracy miedzy naszymi krajami.
Jeśli chcemy rozwijać nasze przemy-
„Jeśli chodzi o obecne stosunki Polski i Litwy, to ja jestem
dumny, że udało się nam
osiągnąć tak duży progres.
Mam na myśli przede wszystkim młodych ludzi”
sły, jeśli chcemy podnosić standardy
życia ludzi w naszych krajach, to jest
to projekt, który musimy razem zrealizować.
Ale most energetyczny jest tylko jednym z projektów. A Polska i Litwa są
nadal zależne energetycznie od Rosji. I nadal otwartym pozostaje pytanie co zrobić by ograniczyć tą zależność, i jak przekonać pozostałe kraje
europejskie do współpracy w sektorze energetycznym, tak by zwiększyć
bezpieczeństwo naszych krajów?
Unia nie ma niezależnych źródeł,
które pozwoliłyby na zaspokojenie potrzeb całej Wspólnoty, a które moglibyśmy kupować czy wymieniać. Osobiście wierzę, że jest tylko jeden sposób jeśli chodzi o energię elektryczną
- należy wzmacniać sektor energii atomowej, a także rozwijać alternatywne
metody takie jak elektrownie wiatrowe czy słoneczne, które w przyszłości
pozwolą nam ograniczyć poleganie na
jednym źródle, którym teraz jest Rosja. Choć to nie stanie się szybko, to
jest to całkiem realistyczny pomysł,
który rozwijany wspólne z pozostałymi krajami UE, pozwoli nam osiągnąć
to, o co Państwo pytają. Obecnie to jedyny sposób.
Wracając do stosunków polsko-litewskich. Jak dużą przeszkodą dla ich
rozwijania są problemy mniejszości
polskiej na Litwie?
Na najwyższym, państwowym poziomie nie ma takiego problemu. Jednak
on istnieje na poziomie lokalnym, a dotyczy pisowni polskich nazwisk i tzw.
Karty Polaka. Pierwszy problem został już rozwiązany - jeśli Polacy na Litwie chcą pisać własne nazwiska w języku polskim w dokumentach to mogą
to robić. Na pierwszej stronie w paszporcie widnieje nazwisko po litewsku,
na drugiej zaś po polsku. Uważam że
to dobre rozwiązanie. To nie do pomyślenia, że kogoś takie wyjście może nie
zadowalać. Moim zdaniem jest ono racjonalne. Jeśli chodzi o Kartę Polaka
to nie jest to żaden problem. Jeśli ktoś
potrzebuje takiego dokumentu, osobnego dowodu na to, że jest Polakiem,
to w porządku. Nie mam nic przeciwko temu by Polacy posiadali takie karty. Jeżeli chcą, mogą mieć nawet dwie,
w różnych kolorach - nie widzę w tym
nic złego. To tak samo jak ja mieszkałbym tu w Warszawie i chciałbym mieć
takie poświadczenie, że jestem Litwinem. Nie ma w tym nic złego. Problem
pojawia się kiedy lokalni politycy podający się za patriotów próbują wykorzystać tamtejszą społeczność dla własnych celów politycznych, mówiąc „ci
Litwini nie chcą uznać naszej tożsamości, my was będziemy tu bronić i walczyć o wasze prawa”. Dla mnie osobiście jest to dowód prowincjonalnego,
trochę zaściankowego myślenia. Powtarzam: na krajowej scenie politycznej
ten problem w ogóle nie istnieje, to tylko konflikt lokalny. Jeśli chodzi o obecne stosunki Polski i Litwy, to ja jestem
dumny, że udało się nam osiągnąć tak
duży progres. Mówię tu przede wszystkim o odczuciach młodych Litwinów, z
którymi mam dobry kontakt. Jeżeli chodzi o konflikt o Wilno, późniejszą okupację, to dla tych młodych ludzi jest to
już przeszłość i nikt się tym naprawdę
nie przejmuje.
Panie Prezydencie, chcielibyśmy
Pana zapytać również o Ukrainę.
W tym miesiącu obchodzimy
piątą rocznicę pomarańczowej rewolucji, a Pan obok Aleksandra
Kwaśniewskiego był jednym z
głównych politycznych aktorów,
którzy doprowadzili do pokojowego rozwiązania tego konfliktu. Jak
po tych pięciu latach ocenia pan
rewolucję?
Po pierwsze muszę przyznać, że
jestem bardzo szczęśliwy i dumny z
„Ja i Aleksander Kwaśniewski
mieliśmy szczęście w tamtym czasie, iż mogliśmy
mieć wpływ na skierowanie
pomarańczowej rewolucji
we właściwym kierunku”
Ukraińców, którzy pięć lat temu powstali w czasie pomarańczowej rewolucji i pokazali reszcie świata, że są
suwerennym narodem, mają własne
cele i interesy, i chcą by ich kraj był
silny, niezależny i praworządny. Moim
zdaniem dokonali dobrego wyboru,
dostali od wszystkich moralne wsparcie. Muszę przyznać, że ja i mój przyjaciel Aleksander Kwaśniewski mieliśmy
w tamtym czasie wyjątkowe szczęście,
iż mogliśmy mieć decydujący wpływ
na skierowanie pomarańczowej rewolucji we właściwym kierunku. Teraz
po pięciu latach jednak widzę prezydenta Wiktora Juszczenkę, który
pogrąża system polityczny na Ukrainie w wewnętrznych walkach, zamiast
skupić się na przykład na walce z
korupcją. Patrząc na to, muszę otwarcie przyznać, iż czuję się zawiedziony. Ale mimo wszystko pozostaję
optymistą i wierzę, że Ukraina
przechodzi teraz przez okres próbny i
Ukraińcom uda się podźwignąć i wyjść
z politycznego chaosu. A jednocześnie
pozostać na tyle silną, by nie ulec zagranicznym naciskom na tamtejszą
scenę polityczną.
A czy Polska i Litwa mogą w jakiś
sposób pomóc Ukrainie wrócić na
drogę, którą sami Ukraińcy wybrali
5 lat temu?
No cóż, jeśli chodzi o tę kwestię
to jestem raczej realistą. Myślę, że
nie można zrobić nic więcej niż tylko
życzyć Ukraińcom powodzenia.
Rozmawiali:
Monika Kaźmierczak
Anna Kalembasiak
Adrian Kondaszewski
*VALDAS ADAMKUS - polityk litewski,
w latach 1998-2003 oraz 2004-2009 prezydent
Litwy
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
-9-
E U R O PA Z A C H O D N I A
Dlaczego Szwajcarzy zagłosowali
za zakazem budowy minaretów?
Michał Tomczyk
Pod koniec listopada, w specjalnym referendum Szwajcarzy zagłosowali za zakazem budowy minaretów w swoim kraju. Wynik głosowania, będącego efektem zgłoszonej w lipcu 2008 r. inicjatywy konstytucyjnej, wywołał falę krytyki nie tylko w świecie muzułmańskim, ale również na forum
ONZ oraz niemałą konsternację wśród elit politycznych samej Szwajcarii.
rytc
W
Plakat nawołujący do głosowania za zakazem budowy minaretów
w szwajcarskim referendum
ynik referendum był sporym zaskoczeniem nie tylko
dla światowej opinii publicznej. Równie zdziwione wydawały
się władze federalne, które jeszcze
do niedawna sprawiały wrażenie
zupełnie pewnych ostatecznego rezultatu głosowania. Nieco ponad rok temu
szefowa szwajcarskiego Ministerstwa
Sprawiedliwości – Eveline WidmerSchlumpf zapewniała Radę Kantonalną
(izbę wyższą parlamentu) o swojej
ufności wobec kultury politycznej szwajcarskiego społeczeństwa, które
jej zdaniem odrzuci kontrowersyjną
inicjatywę.
Stało się jednak zupełnie inaczej,
ku zaskoczeniu rządu i nieukrywanej
radości opozycji, tj. ludowo-konserwatywnej SVP (Szwajcarska Partia
Ludowa – red.). Szczególnie, że przeprowadzone na początku listopada
sondaże wskazywały, iż jedynie ok. 30-10 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
40% obywateli zagłosuje za przyjęciem
proponowanej
poprawki
konstytucyjnej. Zdaniem wielu komentatorów
i obserwatorów szwajcarskiego życia
politycznego i społecznego, ostateczny wynik głosowania, wskazujący
na 57,5% poparcie dla tego typu
ograniczeń, świadczy o ogromnym
ładunku skrywanych czy też tłumionych
nastrojów społecznych. Po raz kolejny
rzeczywistość zweryfikowała prognostyczne wyniki przedreferendalnych
sondaży.
Niewątpliwie charakter głosowań, zapewniający obywatelom pełną anonimowość (co nie zawsze można powiedzieć o przeprowadzanych uprzednio sondażach), zachęca do podejmowania szczerych i odważnych decyzji.
Analizując jednak ostateczne wyniki
referendum warto przedstawić pokrótce szerszy kontekst zdarzeń. Pozwoli to na wyciągnięcie właściwych wnio-
sków, które nierzadko, ze względu na
powierzchowny przekaz mediów polskich i zagranicznych, zacierają właściwy obraz rzeczywistości.
Przede wszystkim należy wrócić do
źródeł powstania samej inicjatywy. Jej
autorem jest komitet inicjatywny „Gegen den Bau von Minaretten” (Przeciwko budowie minaretów), złożony niemal w całości z polityków wspomnianej
już szwajcarskiej partii ludowej (SVP).
Dzięki uzyskaniu wymaganych prawem
100 000 podpisów zdołali oni, w lipcu
2008 roku (zbieranie podpisów trwało
niemal rok), złożyć projekt inicjatywy
do Kancelarii Związkowej. Tym samym
władze federalne miały obowiązek ustosunkowania się do propozycji oraz
przeprowadzenia w tej sprawie referendum. Zgodnie z brzmieniem treści
inicjatywy postulowano wpisanie do
art. 72 konstytucji zapisu o zakazie budowy minaretów na terytorium Szwajcarii. W zamyśle jej pomysłodawców
poprawka ta miała służyć ochronie
wolności religijnej, a przede wszystkim
równości wszystkich wyznań. Autorzy
inicjatywy wskazują w tym kontekście
na symbolikę muzułmańskich minaretów, postrzeganych jako oznakę politycznej dominacji. Wskazuje się tutaj
na pozareligijny charakter tych budowli, nieposiadających żadnego umocowania w Koranie lub innych świętych pismach islamskich.
Kampania przeciw minaretom
Zdaniem pomysłodawców inicjatywy
minarety stanowią swoiste zaprzeczenie idei równości i tolerancji religijnej.
Kampania na rzecz poparcia inicjatywy
bardzo szybko zyskała rozgłos, przede
wszystkim dzięki kontrowersyjnemu
plakatowi, przedstawiającemu kobietę,
E U R O PA Z A C H O D N I A
ubraną w tradycyjną burkę islamską
na tle szwajcarskiej flagi pokrytej minaretami. W Internecie zamieszczono
stronę poświęconą kampanii, na której
wszyscy zainteresowani mogli dokładnie
zapoznać się z argumentami autorów
inicjatywy wskazującymi na ryzyko
związane z szerszym oddziaływaniem
tego typu akcentów religijnych na obywateli innych wyznań. Ponadto, według
nich, minarety, utrudniają społeczną
i kulturową integrację. Podkreśla się
tutaj szczególny charakter islamu,
sprowadzającego światopogląd polityczny i kulturowy do jednego mianownika,
wyznaczanego przez religijną doktrynę.
Problemem staje się zatem nie sam
fakt wyznawania innej religii, lecz to,
iż w tym przypadku islam wyznacza
pewne normy i standardy życia, któ-
W Szwajcarii jest obecnie 160
meczetów, cztery z nich posiadają minarety. Inicjatywa
nie pociąga jednak za sobą konieczności likwidacji istniejących już świątyń
rym trudno odmówić cech swoistej inwazyjności. Oznacza to, iż w przeciwieństwie do różnych odłamów chrześcijaństwa, wyznawcy Mahometa stanowią wyraźnie odrębną, trudno asymilującą się grupę wyznaniową. Jednym
z ciekawszych punktów dość szerokiej
argumentacji jest obawa, iż w ślad za
uzyskaniem akceptacji dla budowy minaretów muzułmanie wystąpią z żądaniem swobody działań dla muezinów,
wzywających wiernych do modlitwy.
Stanowiłoby to dość wyraźne naruszenie zasad równości religijnej. Jako przykład stawia się tutaj Tadżykistan, którego władze wprowadziły zakaz budowy
minaretów w ochronie przed religijnym
radykalizmem. Istotny w tej argumentacji jest również fakt, iż autorzy inicjatywy wyraźne odgradzają się od wszelkich działań mogących w jakikolwiek
sposób ograniczyć wolność wyznania
w Szwajcarii.
Warto dodać, iż na terenie kraju
znajduje się obecnie około 160 meczetów, cztery z nich posiadają minarety. Inicjatywa nie pociąga za sobą
konieczności likwidacji istniejących
już świątyń. Nie ogranicza również
samego prawa do swobody wyznaniowej. Zwraca jedynie uwagę na problem, który coraz częściej pojawiał się w
debacie publicznej, wzniecając sporo
kontrowersji. Do rzadkości nie należały
tutaj również obawy przed zjawiskiem
islamizacji Szwajcarii, choć te uznać
należy raczej za zbyt daleko idące.
Niemniej jednak, oliwy do ognia
dodały wypowiedzi polityków SVP,
przytaczających przypadek Szwecji, w
której mniejszość islamska, pod groźbą
bojkotu wyborów parlamentarnych,
domagała się przyznania dodatkowych,
zagwarantowanych ustawowo praw.
Inicjatywa Szwajcarów ma więc także,
według jej pomysłodawców, chronić
przed kolejnymi żądaniami ze strony
określonych grup społecznych. Autorzy inicjatywy zwracają uwagę, iż art.
15 konstytucji związkowej przewiduje
ochronę wolności religijnej. Odbywa się
to na dwa sposoby. Pierwszy, w sensie
pozytywnym, oznacza swobodę wyznania, prawo do kultu oraz aktywności w
ramach wspólnot religijnych. Oznacza
to, iż budynki sakralne podlegają konstytucyjnej ochronie i jako takie mogą bez
ograniczeń powstawać na terenie Szwajcarii. Jedyne zastrzeżenia związane
są z drugim aspektem wspomnianego
artykułu konstytucji. Chodzi mianowicie
o ochronę wolności religijnej w aspekcie
negatywnym, tj. zakazu manifestowania
poglądów religijnych.
Prawicy pomógł rząd
Należy zastanowić się nad powodzeniem całej kampanii, skutkującej
nie tylko zebraniem wymaganej
ilości podpisów, lecz przede wszystkim ogromnym poparciem w trakcie
samego już głosowania. Niewątpliwie
do zwycięstwa radykałów przyczynił
się także sam rząd zbyt nachalnie
agitując za odrzuceniem inicjatywy.
Fakt ten zachęcił koła konserwatywne, stojące dotychczas w opozycji do aktywnej gry, o jak największy
elektorat. Nie było to trudne, albowiem
SVP umiejętnie uderzało we właściwe
struny, słusznie odczytując prawdziwe
nastroje społeczne, jakże odmienne
od tych, które wskazywane były niemal we wszystkich sondażach. Wynik
referendum pokazał, iż żywe są w
społeczeństwie pewne obawy, których
rząd zdawał się nie słyszeć. Faktem
jest, iż inna postawa rządu kładłaby się
od samego początku cieniem na wizerunku Szwajcarii, jako kraju neutralnego i tolerancyjnego. Rzeczywistość
sprawiła jednak, iż pewne problemy
zostały przykryte jedynie na pewien
czas, a prawdziwe nastroje, być może
tuszowane przez władze federalne,
wyszły w końcu na jaw.
Sytuacja z minaretami przypomina
problem otwarcia szwajcarskiego rynku pracy na obywateli UE. W lutym
2009 roku odbyło się w Szwajcarii referendum, dotyczące swobodnego przepływu osób z nowymi krajami Wspólnoty – Bułgarią i Rumunią. Również w
tym przypadku rząd wydawał się niemal pewny ostatecznego wyniku głosowania. Tym bardziej, iż brak zgody na
rozszerzenie swobody przepływu osób
oznaczałby zerwanie wszystkim poprzednich układów bilateralnych, wypracowanych z mozołem od 1999 roku.
Głosowanie to zakończyło się co prawda sukcesem, ale pokazało, iż nastroje społeczne są bardzo zróżnicowane.
Szczególnie widoczne było to w kantonie Tessin, leżącym przy granicy z
Włochami, gdzie przeważyła większość głosów negatywnych. Jak podkreślają komentatorzy, w tym przypadku chodziło nie tyle o sprzeciw wobec
integracji, lecz bardziej o zamanifestowanie swoich obaw. Mieszkańcy kantonu chcieli pokazać władzom fede-
Wynik referendum pokazał,
że żywe są w społeczeństwie
szwajcarskim obawy, których
rząd starał się do tej pory nie
dostrzegać
ralnym, iż istotne problemy, związane
z rynkiem pracy i asymilacją obcokrajowców, pozostają przez nie pomijane
lub lekceważone.
Można zatem wywnioskować, iż mieliśmy do czynienia z podobnym mechanizmem w przypadku inicjatywy
dotyczącej zakazu budowy minaretów.
Demokracja szwajcarska daje obywatelom możliwość silniejszego akcentodokończenie na str. 12
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 11 -
wania własnych praw, a przede wszystkim prezentowania opinii. Wydaje się,
iż Szwajcarzy właśnie z tej możliwości
skorzystali.
Wyniki referendum oznaczają nie tylko konieczność prawnego uregulowania określonego problemu społecznego czy też kulturowego. Przede wszystkim uruchomiły szereg istotnych procesów politycznych i społecznych. Bardzo istotną kwestią jest tutaj niewątpliwe wzmocnienie, będącej do niedawna
w politycznym odwrocie, SVP. Porażki kolejnych głosowań referendalnych,
MsAnthea c
E U R O PA Z A C H O D N I A
Sukces w kwestii budowy minaretów dodał skrzydeł wielu prawicowym działaczom,
którzy stali się jedynym ugrupowaniem reprezentującym
prawdziwe obawy i nastroje
społeczne
związanych z integracją europejską, w
znacznym stopniu osłabiły znaczenie
tej partii.
Sukces w kwestii budowy minaretów
zapewne dodał skrzydeł wielu prawicowym działaczom, którzy stali się jedynym ugrupowaniem reprezentującym prawdziwe obawy i nastroje społeczne związane z integracją i postępem globalizacji. W ten sposób na powrót zostali oni głównymi reprezentantami konserwatywnej części społeczeństwa oraz nieformalnymi strażnikami suwerenności kulturowej Szwajcarii. Pozwoliło im to na zdobycie kolejnych sondażowych punktów, co
z kolei wymiernie przełożyło się na
wzmocnienie pozycji na arenie politycznej kraju (wzrost notowań o ponad
6 proc. między lutym a grudniem 2009
r., z 22,8 do 29 proc.).
Wyniki referendum bez wątpienia zachęciły koła prawicowe do śmielszego akcentowania własnych poglądów,
a przede wszystkim do przewartościowania własnej strategii, pozwalając na
przejście z defensywy do politycznej
ofensywy. Przyglądając się wynikom
głosowania można również zauważyć
powrót do tradycyjnych podziałów pomiędzy francusko- a niemieckojęzycznymi kantonami. W tych ostatnich sku-12 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
Cylindryczny minaret w Maroko
piły się głosy popierające konstytucyjny zakaz budowy minaretów. W niektórych kantonach, takich jak Appenzell Innerrhoden we wschodniej części
kraju, odsetek ten sięgał nawet 71%.
ONZ krytykuje
Referendum dotyczące budowy minaretów wywołało ogólnoeuropejską
dyskusję. Przeglądając zagraniczne
tytuły prasowe można było natknąć
się głównie na krytyczne opinie, jednoznacznie piętnujące decyzję obywateli Szwajcarii. Warto chociażby przypomnieć tutaj dość ostrą wypowiedź
szefa francuskiej dyplomacji Bernarda Kouchnera, który uznał wyniki referendum za „wyraz nietolerancji”, a
w wywiadzie dla stacji RTL dodał, iż
„czuje się oburzony”. - (Wynik referendum) to godny pożałowania sygnał dla
reszty świata, mówiący o nastawieniu
i uprzedzeniach Europy - powiedział
z kolei szwedzki szef MSZ, Carl Bildt
posuwając się nawet do podważenia
sensowności utrzymania genewskich
przedstawicielstw ONZ-u. Także Navi
Pillay, Wysoki Komisarz NZ ds. Praw
Człowieka ostro skrytykowała ostat-
nie wydarzenia w Szwajcarii, uznając
referendum za „jawnie dyskryminujące”. Jej zdaniem „bez wątpienia należy
napiętnować tego rodzaju kampanie,
skierowane przeciwko cudzoziemcom,
które przeprowadzane są w niektórych
krajach, w tym m.in. w Szwajcarii”. Paradoksalnie dość powściągliwe na tym
tle wydają się wypowiedzi przedstawicieli państw muzułmańskich, krytykujące co prawda wyniki referendum,
lecz traktujące je bardziej w kategoriach pewnego rozczarowania niż absolutnego potępienia. Minister Spraw
Zagranicznych Iranu uznał wynik referendum za „dyskryminujący”. Jego pakistański odpowiednik, Shah Mahmood Qureshi, uznał decyzję Szwajcarów za „postanowienie nie przyczyniające się do wzmocnienia tolerancji religijnej”. Być może do załagodzenia sytuacji przyczyniły się dość aktywne zabiegi szwajcarskiej dyplomacji, starającej się poprzez konferencje prasowe czy bezpośrednie spotkania z decydentami politycznymi choć do pewnego stopnia podreperować nadszarpnięty wizerunek kraju.
Bojkot za referendum
Co warte zanotowania, niektóre arabskie tytuły prasowe, jak na przykład libańska gazeta Al-Akhbar, próbowała doszukiwać się winy za wyniki referendum także po stronie samych muzułmanów, którzy jej zdaniem w niedostatecznym stopniu zadbali o przedstawienie pozytywnego wizerunku wyznawców islamu. Negatywne stereotypy zaważyły na ostatecznych wynikach
referendum. Oczywiście świat islamski
nie był w tej kwestii jednomyślny.
Do bojkotu szwajcarskich produktów oraz wycofania pieniędzy z tamtejszych kont bankowych nawoływał m.in.
turecki minister ds. europejskich Egemen Bagis oraz Samira al-Masalme,
redaktor naczelny syryjskiego dziennika „Teshreen”. Zabiegi te miały być
dotkliwą karą za próbę marginalizowania społeczności islamskiej w Szwajcarii. Co ciekawe, tego typu głosy płynęły
nie tylko z krajów muzułmańskich, takich jak Turcja. Premier tego kraju Recep Tayyip Erdogan posunął się zresztą nawet do porównania decyzji szwajcarskich do zachowań rasistowskich i
faszystowskich. Również francuski eu-
E U R O PA Z A C H O D N I A
roposeł, skądinąd znany z kontrowersyjnych wypowiedzi, Daniel Cohn-Bendit, w komentarzu dla „Le Temps” uznał
opróżnienie szwajcarskiej kasy jako
najdotkliwszą nauczkę dla Szwajcarii.
Listopadowe referendum wywołało również niezwykle ożywioną dyskusję w prasie szwajcarskiej. Nie milkną komentarze dotyczące wyników
głosowania, postawy władz federalnych oraz ogólnych nastrojów społecznych związanych ze stosunkiem wobec mniejszości religijnych. Nie ule-
Wielką niewiadomą pozostaje
jeszcze element natury prawnej: a mianowicie podnoszony od samego początku problem konfliktu dotyczącego
ewentualnego zakazu budowy
minaretów z Europejską Konwencją Praw Człowieka. Istnieje ryzyko, że Szwajcaria
zostanie zmuszona do odrzucenia poprawki pod groźbą
sankcji
ga wątpliwości, iż rezultaty referendum
były nie tylko zaskoczeniem dla wielu
komentatorów, lecz również wyraźnym
sygnałem istniejącego konfliktu kulturowego. Problemy związane z asymilacją obcokrajowców i integracją stają się coraz bardziej wyraziste. Wspomina o tym między innymi Doris Leuthard, minister gospodarki Szwajcarii,
upatrując prawdziwych źródeł sukcesu
inicjatywy w negatywnych nastrojach,
związanych ze wzrostem imigracji zarobkowej. Nastroje te postanowiły wykorzystać również inne ugrupowania
polityczne. Przewodniczący Chrześcijańskiej Partii Ludowej (CVP) powrócił do lansowanej przed laty, niestety
bezskutecznie, propozycji wprowadzenia zakazu oddzielnych cmentarzy dla
obywateli wyznania muzułmańskiego
oraz żydowskiego.
Sens demokracji
ny od samego początku problem konfliktu dotyczącego ewentualnego zakazu budowy minaretów z Europejską Konwencją Praw Człowieka. Władze federalne wydały, co prawda, negatywną opinię co do ewentualnego
pogwałcenia praw podstawowych, był
to jednak warunek konieczny do wyrażenia zgody na przeprowadzenie referendum. Pojawiają się jednak głosy,
iż być może Szwajcaria zostanie zmuszona do odrzucenia poprawki pod
groźbą sankcji ze strony Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Pozostaje jednak pytanie co do możliwości
podważenia suwerennej decyzji obywateli, podjętej zgodnie z przyznanymi prawami, zapisanymi w konstytucji
federalnej. Precedens w tej sprawie
wywołałby falę dyskusji nad kondycją
podstawowych zasad demokracji.
Nie po raz pierwszy specyfika szwajcarskiego systemu politycznego doprowadziła do konfliktogennej i niezręcznej wizerunkowo sytuacji. Żadnej ze stron w tym sporze nie można
odebrać pewnych racji. Z jednej strony obawy związane z dyskryminacją
religijną wydają się zrozumiałe. Czymże bowiem różnią się wieże kościelne
od islamskich minaretów? Nie jest bowiem pewne, iż każda tego typu budowla musiałaby być nierozerwalnie
związana z praktykami muezinów. Z
drugiej strony, obywatele mają prawo
czuć się zagrożeni i wyraźnie akcentować swoje obawy, chociażby na drodze omawianej inicjatywy. Podstawowe zasady demokracji ustanowiono po
to, aby minimalizować dysonans pomiędzy elitami politycznymi a przeciętnymi obywatelami.
To, co należałoby jedynie podkreślić, to konieczność wyciągania właściwych wniosków, celem uniknięcia określonych błędów w przyszłości. Rząd, dystansując się od wyników
głosowania, wysyła niespójny komunikat wobec skierowany do opinii publicznej w kraju i zagranicą. Wrażenie
całkowitego poszanowania dla woli
narodu skutkowałoby wzmocnieniem
wizerunku państwa, zostawiając niewielki margines politycznej polemice.
Ocena wyników głosowania, pozostaje indywidualnym wyborem każdego z
osobna. Jednego natomiast na pewno nie można Szwajcarom odmówić,
a mianowicie prawa do podejmowania suwerennych decyzji dotyczących
życia społecznego i politycznego we
własnym kraju.
Michał Tomczyk
[email protected]
REKLAMA
BIURO KARIER
FORUM MŁODYCH DYPLOMATÓW
Jest to elitarny serwis pomagający wyszukać atrakcyjne oferty praktyk i pracy, oferujący kompleksową pomoc na początku kariery zawodowej członkom FMD, a także uczestnikom i absolwentom Akademii Młodych Dyplomatów. Żeby skorzystać z serwisu, zaloguj sie na:
www.kariera.diplomacy.pl
Pozostaje jeszcze jeden element natury prawnej, a mianowicie podnoszoLISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 13 -
E U R O PA Z A C H O D N I A
Pakistan, Switzerland and decision
to ban the construction of minarets
Bilal Masood, Pakistan
Pakistan has rightly termed the public referendum in Switzerland banning minarets in the country as „unhelpful” to the cause of promoting inter-faith harmony and tolerance. Though it may
express the popular will in Switzerland, the decision to ban the construction of new minarets in
Switzerland is a source of profound concern for people in the Muslim world
Travlr
The Faisal Masjid in Islamabad - the largest mosque in Pakistan
T
he results of this referendum in
Switzerland have sparked anger
in the Muslim world with religious
groups in Pakistan attacking the referendum as „extreme Islamophobia.” Mr.
Maskuri Abdillah, the head of Indonesia’s largest Muslim group, Nahdlatul
Ulama, said that the vote reflected „a
hatred of Swiss people against Muslim
communities”. The Egyptian government’s official interpreter of Islamic
law, Mufti Ali Gomaa, denounced the
minaret ban as an „insult” to Muslims
and „an attack on freedom of beliefs”.
These views reflect the feelings on the
results of referendum across the Muslim World.
However, it is heartening to know that
The Council of Europe has pointed out
that the ban violates fundamental human rights protected by international
treaties, specifically the European Convention on Human Rights. Even European countries like Germany, Sweden,
France, and Austria have issued statements of concern, condemnation, and
criticism over the referendum.
-14 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
Huma Yusuf, a columnist of a Pakistani Newspaper, writes, “BIGOTED,
xenophobic, reactionary, alarmist, radical, hateful, rabid: these words are more
commonly used to describe extremist
Muslims. But since 57.5 percent of the
Swiss public voted to ban the building
of any new minarets in their country,
the tables have turned, and the world is
wondering, who’s the radical one now?”
Referendum supporters have argued
that the minaret ban was an effort to
improve integration and fight extremism. Nothing could be further from the
truth. Sociologist and urban theorist
Henri Lefebvre has argued that “monumental space offer[s] each member of
a society an image of that membership,
an image of his or her social visage.
It thus constitute[s] a collective mirror
more faithful than any personal one”. In
other words, monuments mirror societies and thus help communities develop
consensus and craft collective identities.
At the same time, people in Pakistan
and other Muslim countries must also
consider the criticism and shock of European media on the decision by Swiss
voters to ban the building of minarets.
For example, The Der Standard daily
described the vote as the „ugly face of
direct democracy”, while the Die Presse newspaper said Swiss voters had
done a „disservice” to their country.
Ms. Huma concludes her article: “If
Europe wants Muslims to integrate,
let them have their minarets. Let them
literally see themselves as part of the
European landscape and know that
their belonging has been concretised.
Isn’t it more important that Muslims in
Switzerland identify with a local articulation of their faith—whether through
practice or architecture—rather than
yearn for an idealised Islam that flourishes in faraway places? Without any
outward acknowledgment of the fact
that there are Muslims in Europe,
they will feel more marginalised and
socially overlooked—anything but integrated.
“In the event that the ban is overturned, the Muslim world should not
rest on its laurels. Across Europe, defenders of the minaret ban have put
forth the argument that Christian symbols and structures are unwelcome in
Islamic countries and, therefore, that
European Muslims deserve no courtesies. It is certainly true that the Muslim
world’s record on tolerance and pluralism is shoddy and, in Pakistan, the hypocrisy of groups such as the Jamaati-Islami protesting the minaret ban is
apparent. In this context, the Swiss referendum should serve as a reminder in
the Muslim world, too, that you should
do unto others as you would have them
do unto you.”
Bilal Masood
[email protected]
E U R O PA Z A C H O D N I A
C O M M E N TA R Y
Bilal Masood
Pakistan
My opinion after all this debate is that,
whether it be in the Western or Muslim
world, all such steps by the individuals, groups, or governments to impose
any kind of limitation on religions are
condemnable.
All people are free to fulfill their religious
duties in their places of worship, which
must be constructed the way they wish
and believe it should. Such decisions
as the one to ban the construction of
minarets in Switzerland can only be a
source of widespread hatred and anger
towards, at least, those who made the
decision. If this decision was made to
improve integration and fight extremism in Switzerland or Europe, I am sorry,
but there would be reverse long-term
outcomes of it. It is more likely that
extremism would take root in Europe
and throughout the Muslim world. Thus,
such policies will create further impediments to tackle extremism in the Muslim
world. And with a rise in extremism in
Europe, there will be new threats with
which the continent will have to contend
in the near future.
Minarets are distinctive architectural
features of Islamic mosques. I am sure
if a similar decision to ban any architectural feature would have been taken in
the Muslim world, of any other place of
worship, it would have certainly been
opposed and perceived negatively in
the Western world.
To avoid ‘the clash of civilizations’, it is
important that both Western and Muslim countries tolerate each other’s faiths
and values. It is time people in the Muslim world must not overreact to such
decisions like the banning of the construction of new minarets in Switzerland,
should show patience and tolerance,
and, at the same time, ask the West
to also show tolerance. For a peaceful
world, and to remove misunderstandings, it is pivotal that the government of
Switzerland, which opposed the referendum, take all the steps necessary, in
accordance with the Swiss constitution,
towards reversing the decision.
Belgrad we wspólnotowej
strefie wolnego handlu
Zakończyła się ostatecznie kilkuletnia niepewność dotycząca serbsko-unijnych powiązań
handlowych. 7 grudnia 2009 r.
Rada Unii Europejskiej zdecydowała się włączyć Serbię do
unijnej strefy wolnego handlu.
Krajem, który do tej pory blokował zgodę na postanowienia, była Holandia.
O
pór Holandii związany był z
masakrą bośniackich Muzułmanów w Srebrenicy w 1995 r.,
przy biernej postawie oddziału holenderskiego należącego do sił ONZ.
Jest to pierwszy element porozumienia o stabilizacji i stowarzyszeniu z
Serbią, który wejdzie w życie. - To dobra wiadomość dla Serbii – powiedział
Mladjan Dinkic, serbski minister ekonomii i rozwoju regionalnego, po podjęciu decyzji przez RUE.
Porozumienie przejściowe o handlu i dziedzinach handlowi pokrewnych wprowadza wolny handel pomiędzy Serbią a Unią Europejską oraz reguluje niektóre ważne aspekty gospodarcze, zwłaszcza sferę konkurencji i
pomocy publicznej dla biznesu. Porozumienie gwarantuje, że rynek zjednoczonej Europy stanie otworem dla
praktycznie wszystkich serbskich produktów. Jak wskazał minister Dinkic,
Serbia zyskuje dzięki wolnemu handlowi z UE nie tylko ze względu na brak ceł
w eksporcie, ale także może się dzięki temu spodziewać napływu inwestycji
zagranicznych do kraju. - Efekty strefy
wolnego handlu mają być wzmocnione
dzięki zniesieniu wiz dla obywateli Serbii – dodał minister.
Nieustępliwa postawa Holendrów wynikała prawdopodobnie z wyrzutów sumienia wobec zdarzeń w Srebrnicy z
1995 r., kiedy to oddział żołnierzy holenderskich, który miał pilnować sytuacji w strefie bezpieczeństwa w mieście podczas wojny w Bośni i Hercegowinie, opuścił strefę pozostawiając
ludność cywilną na łasce Serbów. Po-
mimo krytycznej sytuacji ONZ nie zdecydował się na powiększenie ok. 200
osobowego batalionu holenderskiego,
a także na wsparcie lotnictwa po zajęciu strefy przez Serbów. Właśnie wtedy
nastąpiła eksterminacja ok. 8 tysięcy
muzułmańskich mężczyzn. Wydarzenie nazywane jest największym przejawem ludobójstwa od czasów II wojny
światowej w Europie.
Dlatego właśnie Holandia dąży teraz stanowczo do ukarania przywódców serbskich z czasów wojny domowej w Bośni i Hercegowinie. Jedną z dróg nacisku na Serbię by wydała swoich zbrodniarzy, jest blokowanie drogi tego kraju do Unii. W zmiękczeniu postawy Holandii nie pomogło nawet wydanie innego przywódcy
bośniackich Serbów - Radovana Karadżicia – w lipcu 2008 r. Dopiero raport ONZ o współpracy z Międzynarodowym Trybunałem Karnym dla byłej
Jugosławii ICTY przy przekazywaniu
dokumentacji i dostępu do archiwów
pozwoliło na zgodę na wejście Serbii
do strefy wolnego handlu. Holenderski
minister spraw zagranicznych powiedział jednak po wysłuchaniu raporty
Trybunału ICTY, że jego kraj dostrzega serbskie wysiłki. Jednak Belgrad
ma do spełnienia jeszcze najważniejszy warunek – wydanie 2 pozostałych
zbrodniarzy - Ratko Mladicia i Goran
Hadžicia.
Oficjalnie porozumienie o wolnym
handlu ma wejść w życie 1 lutego 2010
r., ale jak wskazuje Bruksela, jego postanowienia stosowane będą już od
teraz. Jest to pierwszy tak znaczący
krok Serbii na drodze do członkostwa
w Unii.
Do tej pory w sferze wolnego handlu
Serbia mogła się pochwalić statusem
jedynego kraju spoza Wspólnoty Niepodległych Państw, który ma porozumienie o wolnym handlu z Rosją. Także USA pozwoliły na bezcłowy eksport
większości produktów z Serbii.
Anna K. Posmyk
[email protected]
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 15 -
H I S TO R I A
Długi cień przymierza: jak Rosja
broni sojuszu z III Rzeszą
Wojciech Marciniak
23 sierpnia 1939 roku
w Moskwie minister spraw
zagranicznych III Rzeszy,
Joachim von Ribbentrop,
oraz ludowy komisarz
spraw zagranicznych ZSRR
Wiaczesław Mołotow,
podpisali układ o nieagresji.
Dał on Niemcom polityczne
„zielone światło” do wszczęcia
wojny, do której wkrótce
dołączył Związek Radziecki
P
-16 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
nego, państwa czuli się sfrustrowani,
zawiedzeni, oszukani. Nowa rzeczywistość przyniosła im biedę i chaos, a
po dawnej, jak myśleli, potędze pozostały jedynie symbole. Podobne odczucia mieli zapewne obywatele Republiki Weimarskiej po przegranej Wielkiej
Wojnie.
Wojna mitem założycielskim
Rosjanie nie mieli zaufania do władz
młodej Federacji Rosyjskiej – bezpośredniego i prawnego spadkobiercy
ZSRR. I co w Rosji jest niezwykle istotne, nie odczuwali dumy z siły (nawet
pozornej) własnego kraju. Nowy prezydent - Władimir Putin - obrał sobie za
cel odbudowę dawnej potęgi i postawienie Rosji znów w roli gracza światowej polityki. Zadbał także o przywrócenie części dawnych symboli radzieckich (melodia hymnu, czerwone gwiazdy na wojskowych sztandarach i samolotach), czyli tego, co kiedyś z ową potęgą silnie się kojarzyło. W jednym ze
swoich wystąpień Putin nazwał nawet
upadek ZSRR „największą porażką
geopolityczną XX wieku”. Zmianę stosunku władz rosyjskich do rodzimej historii widać bardzo dobrze w celebrowaniu uroczystości państwowych. W
nowej Rosji nie świętuje się już rocznicy rewolucji październikowej – dawniej najważniejszego święta państwowego, w jej miejsce (zapewne z okazji zbieżności dat) postawiono odku-
Ben Jarman
akt Ribbentrop-Mołotow przypieczętował podział Europy
Wschodniej na strefy wpływów, a
następnie, co wkrótce stało się faktem,
także strefy okupacji. Współpraca międzypaństwowa obu sygnatariuszy paktu trwała aż do czerwca 1941 roku, kiedy to Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Nie ulega wątpliwości, że poprzez podpisanie układu, odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej, która zakończyła „dwudziestoletni rozejm”,
spada zarówno na Niemcy, wówczas
noszące nazwę III Rzeszy, jak i Rosję,
która w tamtych czasach była trzonem
Związku Radzieckiego.
Konsekwencje demograficzne, ekonomiczne, społeczne oraz polityczne II
wojny światowej są powszechnie znane. Jednak interpretacja genezy wojny
oraz jej politycznych skutków wciąż jest
przedmiotem nieporozumień i tarć, nawet na najwyższych szczeblach państwowych. Obchody 70. rocznicy wybuchu największego w dziejach ludzkości konfliktu, które odbyły się w Gdańsku, zgromadziły wiele ważnych osobistości z krajów wówczas walczących, a
przede wszystkim ich obecnych przywódców. Cieszyć musi fakt, że w Gdańsku pojawiła się zarówno kanclerz Niemiec – Angela Merkel, jak i premier Rosji – Władimir Putin. Jednak doniesienia
medialne, obrazujące stosunek strony
rosyjskiej do politycznej genezy II wojny
światowej, a zwłaszcza rosyjska interpretacja niemiecko-radzieckiego układu
z 23 sierpnia 1939 r., budzą niepokojące emocje i, niestety, stają w konflikcie
z faktami historycznymi.
Media rosyjskie w ostrym, oskarżycielskim tonie zarzucają przedwrześniowej
Polsce sprzyjanie agresywnym poczynaniom politycznym Hitlera i stawiają
ją w rzędzie z sojusznikami III Rzeszy.
Polsce wypomina się fakt podpisania
z Niemcami układu o nieagresji, udział
w rozbiorze Czechosłowacji oraz (sic!)
wymordowanie tysięcy rosyjskich (bolszewickich) jeńców z Wojny 1920 r. W
dyskusji głos zabierają najwyższe władze Federacji Rosyjskiej z prezydentem
Miedwiediewem na czele, a także, co
niezwykle interesujące, rosyjskie służby specjalne – Służba Wywiadu Zagranicznego Rosji (SWR). W ten sposób,
moim zdaniem, strona rosyjska stara
się podkreślić ogromne znaczenie, jakie
przywiązuje do okresu II wojny światowej. Nie mam zamiaru polemizować tutaj z zarzutami stawianymi przez Rosję
(miejsce ku temu jest w naukowych wydawnictwach oraz na szczeblu polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych),
chcę jednak spróbować zrozumieć intencje i cele rosyjskiego głosu.
Związek Radziecki był jednym z niekwestionowanych zwycięzców w II wojnie światowej. Po jej zakończeniu stał
się polityczną potęgą i hegemonem
na znacznych połaciach Europy. Przez
ponad 40 lat po zakończeniu konfliktu
dyktował polityczny
scenariusz w krajach
tzw. demokracji ludowej, oraz był stroną i graczem w zimnej wojnie. Po rozpadzie ZSRR obywatele byłego już,
znienawidzonego w
regionie i ośmiesza-
Fotokopia Paktu Ribbentrop - Mołotow
H I S TO R I A
rzoną na tę okoliczność rocznicę wygnania załogi polskiej z Kremla w 1612
r. Rolę pierwszorzędnego i zarazem
najhuczniej obchodzonego państwowego święta przejęła rocznica zakończenia II wojny światowej, popularnie zwana Dniem Zwycięstwa. Natomiast w dniu dawnego święta rewolucji bolszewickiej obchodzi się rocznicę parady wojskowej Armii Czerwonej po zwycięstwie nad III Rzeszą.
I tu dochodzimy do sedna rosyjskiej
postawy wobec własnej historii. Rosja,
tak jak każdy kraj, pragnie odwoływać
się do tzw. mitu założycielskiego, tj.
przełomowego wydarzenia lub okresu,
który może wskazywać jako początek
własnej, współczesnej formy państwowości i do którego może nawiązywać
przy ustanawianiu najwyższych rangą
świąt państwowych. Analiza owych mitów założycielskich mogłaby stać się
zapewne tematem niejednej rozprawy naukowej. Faktem jest, że większość państw stosuje takie historyczne odwołania do wydarzeń lub postaci ze swojej historii, a w pielęgnowanie
pamięci o nich zaangażowane są najwyższe władze. Przykładami tego typu
wydarzeń mogą być chociażby rewolucja francuska, zjednoczenie Niemiec,
objęcie władzy przez Mustafę Kemala, epoka Mejji, rewolucja chińska, czy
odzyskanie przez Polskę niepodległości i zwycięska wojna z bolszewikami
– to tylko niektóre z nich.
Polityka historyczna
W Rosji natomiast przez cały okres
komunizmu za takie wydarzenie uznawano oficjalnie rewolucję bolszewicką,
a za postaci - Włodzimierza Lenina i Józefa Stalina. Po upadku komunistycznej
państwowości (a w jej wyniku ideologii)
w Rosji powstała próżnia, którą od kilku
lat władze starają się wypełniać. I wydaje się, że osią współczesnej historii Rosji w działaniach polityków stało się jej
zwycięstwo w II wojnie światowej. Wystarczy spojrzeć na celebrowane z olbrzymim pietyzmem obchody 9 maja w
Moskwie. Tego dnia z magazynów wyjmowane są na światło dzienne dawne, czerwone sztandary, często z wizerunkami Lenina. Można odnieść wrażenie, że oto do Rosji powrócił komunizm!
Otóż, nic z tych rzeczy. W dzisiejszej
Rosji komuniści są opozycją. Ekipie
prezydenta Putina, a teraz Miedwiediewa, zależy głównie na tym, aby pokazać
światu, że Rosja nie zapomniała o swoim zwycięstwie, że na dalszy plan zeszła ideologia, a na pierwszym miejscu
jest i będzie siła państwa, bez względu na ustrój, jaki w nim aktualnie panuje. Celem rosyjskich władz było przesunięcie naczelnego święta z listopada (w
czasach radzieckich obchodzono rocznicę rewolucji w listopadzie z powodu
zmiany kalendarza) na maj.
W zamyśle prezydenta Putina i jego
współpracowników utrwalanie pamięci
o potędze ZSRR, uzyskanej dzięki zwycięstwu, jest najlepszą metodą do odbudowania dumy Rosjan z własnej historii. To właśnie 9 maja jest obecnie jądrem siły nowej rosyjskiej ideologii państwowej, a II wojna światowa wręcz narodową epopeją. Promuje się wizję Rosji zwycięskiej – wyzwolicielki spod jarzma nazistowskiej bestii. Każde zakłócenie tej wizji, nawet w imię historycznej prawdy, spotyka się z agresywną,
wręcz histeryczną reakcją władz Rosji. Przykładem może być rosyjski odzew na przeniesienie (a nie usunięcie!) pomnika żołnierza Armii Czerwonej w Tallinie. W Rosji pomija się w debacie publicznej oraz dyskursie naukowym niewygodne fakty zbrodni radzieckich oraz sojuszu z Niemcami. Ponadto
Rosja wciąż uważa, że II wojna światowa rozpoczęła się dopiero 22 czerwca
1941. Innym przykładem zachowania
Rosji, zmierzającego do ochrony jej wizji historii, może być powołana w maju
br. przez prezydenta komisja zajmująca
się przeciwdziałaniem „fałszowaniu” roli
ZSRR w zwycięstwie nad III Rzeszą.
Może ona nakładać sankcje nie tylko na
mieszkańców Federacji Rosyjskiej, ale
także na obywateli innych krajów (mogą
przykładowo nie otrzymać rosyjskiej
wizy). Nasuwa to skojarzenie z czasami radzieckimi, kiedy to prawo ZSRR w
sprawie „obrony” działaczy ruchów robotniczych „działało” na całym świecie!
Ochrona wizerunku ZSRR w kontekście II wojny światowej należy zatem do
priorytetowych zadań rosyjskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej. W swych
działaniach władze znajdują pełne zrozumienie i poparcie w społeczeństwie
(np. wielu Rosjan wciąż uważa Stalina za męża stanu, a nie zbrodniarza).
Agresywny ton jest jednak wyrazem
bezsilności w promowaniu tez, których
większość świata od dawna nie podziela. Natomiast w skierowanym do Polaków za pośrednictwem Gazety Wyborczej liście, Władimir Putin starał się za-
Ochrona wizerunku ZSRR w
kontekście II wojny światowej
należy zatem do priorytetowych zadań rosyjskiej polityki
wewnętrznej i zagranicznej
łagodzić powstałą trudną sytuację. Było
to jednak, moim zdaniem, zagranie taktyczne. Stanowisko Rosji zostało już jasno określone za pośrednictwem mediów, a wypowiedzi rosyjskiego premiera zarówno we wspomnianym „liście”,
jak i podczas wrześniowych uroczystości były niczym innym, jak zręczną dyplomacją.
Agresja
A zatem Rosja w dalszym ciągu konsekwentnie będzie wypierała się dobrowolnej współpracy z III Rzeszą, zapoczątkowanej 23 sierpnia 1939 r. Winą
za sojusz z Hitlerem obarczać będzie
nie własny imperializm, ale kraje, które
dzięki owemu sojuszowi uległy aneksji
lub rozbiorom – w tym Polskę.
Lansowana przez rosyjskie media
teza, jakoby Polska zmusiła ZSRR do
zawarcia układu z Niemcami spotkała
się ze sprzeciwem polskich władz i mediów. Jednak w całym sporze ginie jeden, podstawowy szczegół. Jest on tak
oczywisty, że aż niezauważalny. A szkoda, gdyż stanowi argument niezwykle
trafny i logiczny. Otóż, w chwili podpisywania układu o nieagresji Związek Radziecki i III Rzesza nie posiadały wspólnej granicy. Nie miały zatem fizycznej
możliwości prowadzenia ze sobą wojny
bez udziału państw trzecich. Umawiające się strony założyły zatem, że niebawem staną się sąsiadami i kiedy będzie
to już faktem, pozostaną sojusznikami.
Stać się to mogło wyłącznie poprzez
agresję na Polskę, która oba kraje dzieliła. I w ten sposób wspólne wywołanie
II wojny światowej było jedynym celem
do realizacji zbrodniczych planów obu
mocarstw.
Wojciech Marciniak
[email protected]
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 17 -
UNIA EUROPEJSKA
Polityczny karzeł. O słabościach Unii
Europejskiej na globalnej scenie
Monika Kaźmierczak
żródło: Komisja Europejska
Wobec zmieniających się szybko uwarunkowań zewnętrznych,
głównie wzrostu potęgi Chin i Indii, Unia Europejska traci swoją
pozycję znaczącego gracza na arenie międzynarodowej. Pozostaje pytanie co społeczeństwa w Europie robiły, robią,
a przede wszystkim - co mogą zrobić by nie zostać w tyle za
zmieniającym się światem. Tutaj właśnie rodzi się refleksja,
która dziś zdaje się być dla Europy kluczowa
Francuski statek „Le Floreal” w czasie pierwszej unijnej operacji morskiej „Atalanta”
wymierzonej przeciwko somalijskim piratom. Zatoka Adeńska, 9 stycznia 2009 r.
Z
akończenie drugiej wojny światowej i narodziny ładu zimnowojennego postawiło Stary Kontynent w zupełnie nowej sytuacji geopolitycznej. Priorytetem dla ówczesnych
europejskich decydentów stało się zagwarantowanie pokoju i stabilizacji, co
utożsamiano w dużej mierze z demilitaryzacją Niemiec oraz eliminacją zagrożenia – zarówno militarnego, jak
i ideologicznego – ze strony Związku
Radzieckiego. Z perspektywy czasu łatwo dyskutować o tym, co można było
zrobić lepiej, inaczej, a co zmieniłoby
na korzyść oblicze dzisiejszej Europy. Niemniej jednak, dynamika środowiska międzynarodowego i w pewnym
sensie także nieprzewidywalność za-18 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
chowań jego uczestników zmusza do
powściągliwości w tego typu ocenach.
Nie ulega natomiast wątpliwości, iż integrację, która rozpoczęła się w Europie już na przełomie lat 40. i 50., a której owocem jest Unia Europejska – należy potraktować jako ogromny sukces. Jest ona bowiem ewenementem
na skalę światową.
Soft power
Czy to, z drugiej jednak strony, ma
dla Europejczyków oznaczać, że powinni projekt ten obdarzyć bezwzględnym zaufaniem i pozostać wobec niego bezkrytycznymi, a skomplikowane
analizy pozostawić ekspertom? Było-
by to z pewnością poważnym błędem,
biorąc pod uwagę fakt, iż tylko debata
publiczna na temat przyszłości integracji w Europie (czy to w wymiarze gospodarczym, politycznym czy też kulturowym) jest w stanie poddać głębszej analizie nie tylko to, czym faktycznie Unia jest, ale przede wszystkim to,
czym my chcemy, by była.
Eksperci badający tę tematykę dość
jednogłośnie podkreślają, iż potęga
Unii tkwi w instrumentach tzw. soft power, którymi dysponuje, co zdają się
zresztą trafnie odzwierciedlać także
statystyki. W 2007 r. Unia Europejska
stała się światowym liderem w handlu międzynarodowym, wyprzedzając
Chiny, Stany Zjednoczone i Japonię.
Ponadto, Unia Europejska aktywnie
wspiera budowanie solidarności międzynarodowej poprzez zaangażowanie w ochronę praw człowieka na całym świecie oraz realizację strategii regionalnych.
O znaczeniu UE mówią też środki
przeznaczone na pomoc humanitarną:
prawie 937 mln euro, 60 krajów i łącznie 118 mln osób nią objętych – te liczby nie wymagają komentarza.
Wspólna polityka zagraniczna?
Co jednak z Unią mówiącą „jednym
głosem”, która dzięki solidarności politycznej mogłaby zyskać status wiarygodnego i konsekwentnego podmiotu
w oczach swych strategicznych partnerów? Czy w istocie możliwe jest skoordynowanie stanowisk dwudziestu
siedmiu państw, posiadających nierzadko odmienne interesy w różnych
częściach globu?
Rzeczywistość nie pozostawia złudzeń: brak własnych sił zbrojnych, stałego źródła finansowania działań na
rzecz bezpieczeństwa, odpowiednich
środków prawnych i mechanizmów instytucjonalnych. Jednolite polityczne
stanowisko Unii w sprawach międzynarodowych pozostaje nadal pobożnym życzeniem. Społeczeństwa eu-
UNIA EUROPEJSKA
źródło: Komisja Europejska
ropejskie nie dojrzały jeszcze do myślenia o bezpieczeństwie w kategoriach szerszych niż naród. Przeciętnego Irlandczyka nie interesuje przecież
konflikt grecko-turecki, a to tylko jeden z wielu przykładów. W kontekście
zjednoczonej politycznie Europy pojawia się często pojęcie „suwerenności”, której w tym kluczowym wymiarze państwa członkowskie nie chcą
się zrzec.
Nieznani liderzy
W tym kontekście, słusznym byłoby
rozważenie niezwykle aktualnej – w
świetle zakończonej ratyfikacji Traktatu
lizbońskiego – kwestii, jaką jest przywództwo w Unii. Mamy za sobą wybory
na dwa - wydawać by się mogło - najbardziej pożądane unijne stanowiska:
stałego Przewodniczącego Rady Europejskiej czyli tzw. prezydenta UE oraz
szefa unijnej dyplomacji oficjalnie zwanego Wysokim Przedstawicielem ds.
Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa
UE. I tak oto Europa udzieliła nam kolejnej lekcji, która tylko potwierdza, że
stosunki Unii Europejskiej z zagranicą nadal pozostaną raczej siecią bila-
Eksperci podkreślają, że potęga Unii Europejskiej tkwi w intrumentach tzw. soft power.
Odzwiecierdlają to statystyki: UE jest światowym liderem
handlu, aktywnie wspiera budowanie solidarności międzynarodowej poprzez zaangażowanie w ochronę praw człowieka, a także przekazuje olbrzymie środki na pomoc humanitarną na całym świecie
teralnych układów pomiędzy poszczególnymi państwami członkowskimi a
ich partnerami spoza UE. Miały być silne osobowości i znane nazwiska, a w
zamian za to otrzymaliśmy wybranych
w dość zaskakującej i niewystarczająco transparentnej procedurze, mało,
bądź zupełnie nieznanych: belgijskiego chadeka Hermana van Rompuy’a
Dwaj najważniejsi teoretycznie politycy w Unii Europejskiej: szef Komisji Europejskiej
Jose Manuel Barroso (z lewej) oraz przewodniczący Rady Europejskiej,
czyli tzw. prezydent Europy - Herman van Rompuy
oraz przedstawicielkę angielskiej lewicy – baronessę Catherine Ashton, byłą
unijną komisarz.
Skoro już mowa o tym z pozoru ważnym wydarzeniu, realnie niczego nie
zmieniającym w politycznej rzeczywistości europejskiej, nasuwa się takie
oto pytanie: czy Unia Europejska jest
aby na pewno demokratyczna w takim
stopniu, w jakim myślimy, że jest? To z
pozoru taka „oczywista oczywistość”.
A jednak pojawiają się koncepcje Europy jako supermocarstwa, czy też nowego imperium. Pod adresem „biurokracji brukselskiej” coraz częściej padają zarzuty o próbę stworzenia europejskiego superpaństwa sterowanego
z dala od ośrodków decyzyjnych każdego z członków UE, a co dopiero od
zwykłych obywateli.
Narodowe egoizmy dominują
Pozostawiając kwestię ewentualnej
niedemokratyczności Wspólnoty Europejskiej oddzielnym rozważaniom,
warto powrócić raz jeszcze do samej
polityki zagranicznej Unii. O jej ułomności decyduje przede wszystkim istniejąca dominacja narodowych egoizmów, jak w europejskim żargonie
zwykło określać się po prostu przedmiotowe traktowanie projektu UE
przez jego uczestników jako narzędzia do realizacji własnych interesów,
czy też jak woleliby powiedzieć politycy – racji stanu.
Europejska wspólnota polityczna jest
nieskuteczna także dlatego, że nie posiada sprawnego mechanizmu instytucjonalnego, bo choć w sprawozdaniu
z działalności Unii Europejskiej za rok
2008 odnajdziemy cały rozdział dotyczący podjętych przez Brukselę wspólnych działań, stanowisk i decyzji, to jeśli przełożymy wszystko to na stan faktyczny w każdym z obszarów, którego
owe stanowiska i działania dotyczyły,
szybko zauważymy, że zaangażowanie UE pozostało jeśli nie niezauważone to na pewne szybko zapomniane.
Mimo, iż Traktat lizboński nadaje organizacji osobowość prawną i zwiększa
kompetencje europejskiej dyplomacji, nic nie wskazuje na to aby państwa
członkowskie zaczęły utożsamiać swój
polityczny interes z dobrem wspólnym
Europy.
W końcu czy którekolwiek z państw
nie chciałoby, aby numer telefonu do
Europy był właśnie jego?
Monika Kaźmierczak
[email protected]
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 19 -
PRAWO
Bezpośrednia skuteczność norm
prawa wspólnotowego
żródło: Komisja Europejska
Agata Ludera
Siedziba Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu
C
elem niniejszego artykułu jest
ukazanie problematyki bezpośredniego skutku norm prawa
wspólnotowego w zakresie prawa pierwotnego oraz prawa wtórnego. Kwestia bezpośredniej skuteczności prawa wspólnotowego była przedmiotem
licznych wypowiedzi podejmowanych
tak w nauce jak i w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości
w przeważającym stopniu odnoszących
się do praktycznego aspektu funkcjonowania tej zasady na gruncie stosowania
prawa wspólnotowego. Ze względu na
ramy niniejszego opracowania stanowi
ono jedynie wstęp do bogatej i złożonej
tematyki związanej z omawianą zasadą i prezentuje najważniejsze poglądy i
założenia przyjęte w tym zakresie przez
doktrynę i orzecznictwo ETS.
Na dorobek prawny Wspólnot Europejskich i Unii Europejskiej1 składają
się traktaty założycielskie i akcesyjne
oraz umowy międzynarodowe je zmieniające (prawo pierwotne), prawo tworzone przez organy Wspólnot w formie rozporządzeń, dyrektyw, decyzji, zaleceń i opinii (prawo wtórne), ponadto umowy międzynarodowe zawarte przez Wspólnoty i Unię Europejską,
orzecznictwo Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i Sądu I instancji, a
także deklaracje i rezolucje oraz zasady ogólne prawa wspólnotowego.
Wśród podstawowych zasad prawa
wspólnotowego zasadnicze znaczenie
-20- LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
szczególnie na gruncie problematyki
stosowania prawa wspólnotowego ma
zasada bezpośredniej skuteczności.
Zasada bezpośredniego skutku prawa wspólnotowego nie jest elementem
prawa pozytywnego Wspólnoty Europejskiej, lecz jako zasada została wyinterpretowana przez ETS2. Przez bezpośredni skutek norm prawa wspólnotowego należy rozumieć taką ich właściwość, która polega na tym, iż normy te mogą być źródłem praw i/lub obowiązków osób fizycznych i osób prawnych w państwach członkowskich, które mogą się na nie powoływać w postępowaniach przed sądami krajowymi wprost, bez pośrednictwa prawa krajowego3. Bezpośrednia skuteczność
norm prawa wspólnotowego jest konsekwencją zasady bezpośredniego stosowania, która oznacza, że prawo wspólnotowe jest częścią krajowych porządków prawnych państw członkowskich
bez konieczności jego ratyfikacji, publikacji czy innych aktów przewidzianych
przez przepisy ustrojowe państw4.
Na gruncie prawa pierwotnego zasada
bezpośredniego skutku została po raz
pierwszy wyrażona przez ETS w orzeczeniu w sprawie Van Gend an Loos v.
Nederlandse Administratie der Belastingen5, a następnie potwierdzona w innych orzeczeniach, np. Defrenne v. SABENA6, Walt Wilhelm i inni v. Bundeskartellamt7 oraz Van Binsbergen v. Bedrijfsvereininig Metaalnijverheid8. W orzeczeniu Van Gend Loos Trybunał stwierdził, iż norma prawa wspólnotowego nadaje się do bezpośredniego stosowania
wtedy, gdy zawiera wyraźny i bezwarunkowy zakaz, którego przestrzeganie nie
jest uzależnione od przyjęcia przez państwa członkowskie jakiejkolwiek regulacji prawnej stanowiącej jego implementację. W konsekwencji taki przepis jest
bezpośrednio skuteczny i kreuje prawa
podmiotowe, które powinny być chronione przez sądy narodowe.
W zakresie prawa wtórnego kwestia
bezpośredniej skuteczności przedstawia się najprościej w odniesieniu do roz-
porządzeń. Zgodnie z art. 249 akapit 2
TWE9 rozporządzenie ma zasięg ogólny, wiąże w całości i jest bezpośrednio
stosowane we wszystkich państwach
członkowskich. Z treści powołanego
przepisu wynika, iż rozporządzenia stają
się z dniem ich wejścia w życie częścią
porządków prawnych państw członkowskich, jako akty prawne powszechnie
obowiązujące, bez potrzeby ich transponowania czy implementowania10.
Nie wszystkie jednak normy prawa
wspólnotowego pierwotnego oraz rozporządzeń nadają się do bezpośredniego stosowania. Bezpośrednio stosowane mogą być jedynie te z nich, które spełniają określone przesłanki wskazane w orzecznictwie ETS11. Konkretna norma Traktatu i rozporządzenia
winna być sformułowana wystarczająco jasno, kompletnie i precyzyjnie; nakładać na państwo członkowskie bądź
osoby fizyczne czy prawne obowiązek
działania lub zaniechania działania oraz
nadawać się do stosowania przez organy i sądy krajowe bez wyprowadzania
dodatkowych środków12.
Przedmiotem zainteresowania ze strony ETS było również zagadnienie bezpośredniej skuteczności decyzji. Z art.
249 akapit 4 TWE wynika, iż decyzja
wiąże w całości adresatów, do których
jest kierowana. Tym samym, odmiennie od rozporządzeń i dyrektyw, decyzje są konkretnymi, indywidualnymi regulacjami dla jednostkowych przypadków13. W praktyce krąg adresatów decyzji może obejmować jedno, niektóre,
a nawet wszystkie państwa członkowskie14. W orzeczeniu Grand v. Finanzamt Traunstein15 Europejski Trybunał
Sprawiedliwości stwierdził, że w przypadkach kiedy organy wspólnotowe
nałożyły za pomocą decyzji na pewne
państwo członkowskie lub na wszystkie
państwa członkowskie obowiązki postępowania w określony sposób, efektywność przedsięwziętego środka wspólnotowego byłaby osłabiona, gdyby obywatel danego państwa członkowskiego nie mógł się nań powołać przed są-
PRAWO
dami krajowymi i gdyby sądy nie mogły wziąć pod uwagę decyzji jako części prawa wspólnotowego. Co prawda,
jak zauważył ETS, skutki decyzji nie są
identyczne ze skutkami przepisów rozporządzeń, jednak ta różnica nie powinna wykluczać możliwości, że końcowy
rezultat, a mianowicie prawo jednostki
do powołania się na decyzje przed sądami krajowymi, będzie taki sam, jak w
przypadku bezpośrednio stosowalnego
przepisu rozporządzenia.
Najwięcej kontrowersji wywołała kwestia bezpośredniej skuteczności dyrektyw. Rozbieżności, jakie pojawiły się na
tym tle wynikały z charakteru prawnego dyrektywy jako aktu prawa wspólnotowego. Zgodnie bowiem z art. 249
akapit 3 TWE dyrektywa wiąże każde
państwo członkowskie, do którego jest
kierowana, w odniesieniu do rezultatu, który ma być osiągnięty, pozostawia jednak organom krajowym swobodę wyboru formy i środków. Wynikająca z powołanego przepisu konstrukcja
prawna dyrektywy wyklucza możliwość
jej bezpośredniego stosowania i tym
samym jej bezpośrednią skuteczność.
W przypadku dyrektyw źródłem praw i
obowiązków jednostek są przepisy prawa krajowego stanowiące implementację przepisów dyrektywy, a nie bezpośrednio przepisy dyrektywy. Przy czym
powyższa uwaga odnosi się jedynie do
dyrektyw prawidłowo implementowanych, to jest do sytuacji, gdy państwo
dopełniło obowiązków pełnego i terminowego transponowania treści dyrektywy do prawa krajowego16.
W praktyce stosowania prawa wspólnotowego pojawił się jednak problem
następstw niewprowadzenia lub wadliwej implementacji dyrektywy przez dane
państwo członkowskie. W szczególności
zrodził się problem możliwości powoływania się przez jednostki na przepisy dyrektywy w postępowaniu przed sądami
krajowymi w celu ochrony swoich praw
przyznanych przepisami dyrektywy.
Europejski Trybunał Sprawiedliwości
w licznie podjętych orzeczeniach wyjaśnił dostatecznie kwestię praw podmiotowych jednostek dotkniętych deliktem legislacyjnym17.
Przykładowo w orzeczeniu Ursula Becker v. Finanzamt MünsterInnestadt18 ETS stwierdził, że w przypadkach, w których organy Wspólnoty nałożyły, poprzez dyrektywę, na pań-
stwa członkowskie obowiązek przyjęcia pewnego sposobu działania, skuteczność takiego środka uległaby obniżeniu, jeśliby osoby zainteresowane nie mogły zastosować go jako podstawy prawnej w postępowaniu przed
sądem i jeśliby sądy krajowe nie mogły go uwzględnić jako elementu prawa Wspólnoty. Wobec powyższego na
sądach spoczywa obowiązek uwzględnienia dyrektyw, które spełniają wymagania bezpośredniej skuteczności i tym
samym odmowy zastosowania przepisów prawa krajowego sprzecznych z
przepisami dyrektywy19. Trybunał rozstrzygnął także problem bezpośredniej
skuteczności dyrektywy także w relacji
państwo-obywatel stwierdzając, że jeżeli państwo członkowskie nie podjęło
działań na rzecz wprowadzenia środków wymaganych przez dyrektywę w
przepisanym terminie, nie może w postępowaniu przeciwko osobom fizycznym powoływać się na własne niewypełnienie zobowiązań wynikających z
dyrektywy20. Jednocześnie w orzeczeniu w sprawie Faccini Dori v. Recreb
Srl21 Trybunał wyraźnie odrzucił bezpośrednią skuteczność dyrektyw w układach horyzontalnych to jest w stosunkach między jednostkami. Z powołanego orzeczenia wynika, iż w razie niepodjęcia przez państwo środków transponujących dyrektywę w przepisanym
terminie, jednostka nie może opierać
się na przepisach dyrektywy dla ochrony swoich praw przeciwko innej jednostce, jak również nie może wyegzekwować tych praw przed sądem krajowym22. W takiej sytuacji, jak podkreślił
Trybunał, jednostce przysługuje prawo
domagania się odszkodowania od państwa, które dopuściło się deliktu legislacyjnego. Jednocześnie Trybunał określił
przesłanki odpowiedzialności odszkodowawczej państwa, które winno naprawić szkodę pod warunkiem, że: skutek zamierzony przez dyrektywę wiąże się z przyznaniem jednostkom określonych praw; treść tych praw daje się
określić na podstawie postanowień dyrektywy oraz istnieje związek przyczynowy między naruszeniem obowiązku
implementacyjnego państwa, a doznaną przez jednostkę szkodą.
Przyjęta w orzecznictwie ETS ograniczona bezpośrednia skuteczność dyrektyw jest krytycznie przyjmowana wśród
przedstawicieli nauki prawa ueropej-
skiego, którzy podkreślają, iż pozostaje
ona w wyraźnej sprzeczności z wyrażoną przez Trybunał zasadą efektywności
prawa wspólnotowego. Ze względu na
różnicę stanowisk w tym zakresie istniejącą między doktryną a orzecznictwem
ETS można de lege ferenda spodziewać się liberalizacji stanowiska Trybunału w tym przedmiocie na rzecz szerszego zakresu działania zasady bezpośredniego skutku dyrektyw.
Agata Ludera
[email protected]
Przypisy:
[1] Acquis communautaire (fr. “dorobek wspólnotowy”)
[2] A. Styrna, Procedura orzeczeń wstępnych Euro-
pejskiego Trybunału Sprawiedliwości, Radca Prawny
3/2008, s. 45
[3] S. Biernat, Zasada efektywności prawa wspólnotowego w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Studia z prawa Unii Europejskiej w piątą
rocznicę utworzenia Katedry Prawa Europejskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, pod red. Stanisława Piernata, Krajów 2000, s. 32
[4] A. Styrna, op. cit., s. 46
[5] Orzeczenie 26/62, [1963] ECR 1
[6] Orzeczenie 43/75, [1976] ECR 455
[7] Orzeczenie 14/68, [1969] ECR 1
[8] Orzeczenie 33/74, [1974] ECR 1299
[9] Traktat Ustanawiający Wspólnotę Europejską
[10] S. Biernat, op. cit., s. 35
[11] A. Styrna, op. cit. 47
[12] F. Emmert, M. Morawiecki, Prawo europejskie,
Warszawa, Wrocław 2002, s. 130
[13] Ibidem, s. 107.
[14] S. Biernat, op. cit. 36.
[15] Orzeczenie 9/70, [1970] ECR 825
[16] A. Styrna, op. cit. 49. Obowiązek implementacji treści dyrektywy ma na celu zapewnienie prawu
wspólnotowemu wymaganej efektywności. Zwrócił na
to uwagę Europejski Trybunał Sprawiedliwości w orzeczeniach w sprawie von Colson and Kamann v. Land
Nordrhein-Westfalen, orzeczenie 14/83, [1984] ECR
1981) oraz Marshall v. Southampton and South-West
Hampshire Area Authority (II), orzeczenie C-271/91,
[1993] ECR których-4367, w których wskazał, iż art.
249 akapit 3 TWE wymaga od każdego państwa członkowskiego przyjęcia w swoim systemie prawnym
wszystkich środków niezbędnych do zapewnienia tego,
że przepisy tej dyrektywy będą w pełni efektywne (full
efective) i zgodne z jej wyznaczonymi celami, przy pozostawieniu państwom wyboru form i metod osiągnięcia tych celów. Jednocześnie w orzeczeniu Royer,
orzeczenie 48/75, [1976] ECR 497 Trybunał wskazał,
iż przyznana państwom członkowskim swoboda wyboru form i metod implementacji dyrektywy nie zwalnia
ich z obowiązku dokonania wyboru najbardziej nadającego się do zapewnienia efektywności dyrektywy.
[17] Ibidem, s. 49
[18] Orzeczenie 8/81, [1882] ECR 53
[19] S. Biernat, op. cit., s. 42. W Orzeczeniu w sprawie
Fratelli Costanzo v. Commune di Milano, orzeczenie
103/88, [1989] ECR 1989 Trybunał uznał, iż obowiązek
bezpośredniego stosowania przepisów dyrektywy spoczywa na wszystkich organach państw członkowskich
[20] W orzeczeniu w sprawie Marshall v. Southampton
and South-West Hampshire Area Authority, orzeczenie
152/84, [1986] ECR 723 (zwane Marshall I) Trybunał
po raz pierwszy wypowiedział się przeciwko możliwości przyznania dyrektywom bezpośredniego skutku oddziałującego na niekorzyść jednostek.
[21] Orzeczenie C-91/92, [1994] ECR I-3325
[22] Orzeczenie C-91/92, [1994] ECR I-3325
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 21 -
A M E RY K A P Ó Ł N O C N A
Wojna według Obamy: więcej wojsk,
a później stopniowe wycofywanie
Piotr Zawieja
K
omentatorzy zarówno z Waszyngtonu, Londynu, czy Warszawy, nie byli zaskoczeni treścią przemówienia, ponieważ już od
co najmniej kilku dni szeroko recenzowany był pomysł o zwiększeniu kontyngentu wojskowego.
Szerokim echem odbiły się telefony
do przywódców państw, które stacjonują w Afganistanie. Obama w trakcie
rozmów informował o podjętych założeniach stanowiących podstawę przemówienia, a także co ważniejsze dla
jego rozmówców, prosił o wsparcie
militarne dla swoich wojsk.
- Niektóre kraje dostarczyły już dodatkowe oddziały i ufamy, że przybędą dalsze posiłki w najbliższych
dniach i tygodniach – mówił Obama w
West Point.
Donald Tusk w telefonicznej rozmowie z prezydentem Obamą wyraził
umiarkowanie pozytywne stanowisko
dla jego prośby, oraz wyraził opinię
w której Polska może zwiększyć swój
kontyngent w Afganistanie. Na potrzeby polskiej opinii publicznej natych-22 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
miast poinformowano, że w związku z
wycofaniem polskich długoletnich misji, m.in. w Libanie, czy na Wzgórzach
Golan, faktyczna liczba żołnierzy stacjonujących poza granicami kraju nie
powinna ulec większym zmianom.
Problemem pozostaje kwestia aktywności polskich oddziałów. W Libanie polscy żołnierze wykonywali zadania stabilizacyjne, gdzie realny poziom zagrożenia życia jest wielokrotnie mniejszy, niż udział w otwartym
konflikcie zbrojnym na terenie Afganistanu.
żródło: the White House
1 grudnia 2009 r. Barack
Obama wygłosił najważniejsze przemówienie dotyczące polityki zagranicznej USA
w krótkiej historii swojej prezydentury. W prestiżowej Akademii Wojskowej West Point
amerykański prezydent ogłosił
wysłanie dodatkowych wojsk
do Afganistaniu. Wiadomość
o zwiększeniu kontyngentu
o 30 tys. żołnierzy nikogo nie
zaskoczyła, uczyniło to natomiast podanie daty rozpoczęcia wycofywania amerykańskich sił.
Kolejny Wietnam?
Krytycy w Waszyngtonie bardzo
szybko podchwycili temat zwiększenia kontyngentu wojskowego i po raz
kolejny w tych okolicznościach przypomnieli o kuriozalnej – ich zdaniem
– pokojowej Nagrodzie Nobla, którą
prezydent Obama został wyróżniony.
Powszechnie pojawiły się także obawy o swoistą wietnamizację Afganistanu. Nie bez powodu ten kraj zapracował sobie na tytuł: „cmentarzyska imperiów”. Boleśnie odczuł to Związek
Radziecki w latach 80.-tych, teraz ten
ból zaczyna doskwierać także Amerykanom. Zwiększenie kontyngentu tłumaczone jest chęcią zadania „ostatecznego uderzenia” siłom, które blokują odbudowę kraju słabemu rządowi
Hamida Karzaja.
W celu zmobilizowania lokalnego
rządu, oraz niejako usprawiedliwienia swojej decyzji o zwiększeniu liczby wojsk prezydent Obama podał lipiec 2011 roku jako datę wycofywania wojsk amerykańskich z Afganistanu. Do tego czasu siły sprzymierzone mają dokonać ostatecznego uderzenia na siły rebelianckie, a następnie zacząć przekazywać władzę nad
krajem Kabulowi.
Innym problemem jest kwestia rozlokowania tego zwiększonego kontyngentu, aby osiągnął on pełną gotowość
bojową. Administracja Obamy oszaco-
Barack Obama podczas przemówienia
w Akademii Wojskowej West Point.
1 grudnia 2009 r.
wała ten czas na około 6 miesięcy. Jednak drugi pod względem rangi wojskowy w Afganistanie, amerykański generał David Rodriguez określił te plany jako nierealne. Jego zdaniem rozlokowanie 30 tys. żołnierzy zajmie od 9
do 11 miesięcy zanim wszystkie znajdą
się na miejscu docelowego stacjonowania. Jak łatwo obliczyć może to spowodować sytuację w której zwiększo-
Według gen. Davida Rodrigueza rozlokowanie 30 tys. dodatkowych żołnierzy zajmie
9-11 miesięcy. Wynika z tego,
że zwiększony kontyngent będzie prowadził operację w pełnym składzie osobowym tylko
nieco ponad pół roku
A M M E RY K A P Ó Ł N O C N A
Radosław Korzycki
ny kontyngent będzie prowadził operacje w pełnym składzie osobowym tylko
nieco ponad pół roku. Pamiętając, że
siły koalicji stacjonują w Afganistanie
od 2001 roku, jako odpowiedź na ataki z 11 września, można mieć uzasadnione obawy co do skuteczności podjętych decyzji.
Kissinger krytykuje
Samo podanie daty początku wycofywania się wojsk jest – według wielu ekspertów ds. militarnych - dobrym
sygnałem, ponieważ dalsza wojskowa obecność Stanów Zjednoczonych
w Afganistanie nie poprawi stabilności
tego państwa. W podobnym tonie odbywa się dyskusja co do wykonywania podstawowego celu misji, którym
od 2001 roku było zniszczenie baz
terrorystów z Al–Kaidy. Zagrożenie ze
strony reżimu talibów, który ponownie mógłby udzielić schronienia terrorystom jest nadal określane jako wysokie, dlatego Waszyngton nie może
pozwolić sobie na zaniedbanie regionu od strony wywiadu, tak aby nie powtórzyła się sytuacja z 11 września
2001 r.
Opinie w sprawie wizerunku Stanów
Zjednoczonych po wycofaniu wojsk
z Afganistanu są natomiast w samej
Ameryce podzielone. Były sekretarz
stanu Henry Kissinger, mówi o możliwości wzrostu globalnego dżihadyzmu i osłabieniu wizerunku USA jako
globalnego supermocarstwa i uważa,
Trening afgańskiej policji w Dżalalabadzie, 2008 rok. Po wycofaniu wojsk Koalicji ci ludzie przejmą odpowiedzialność za bezpieczeństwo w Afganistanie
że Ameryka powinna mimo wysokich
kosztów utrzymać swoją obecność w
regionie w dotychczasowym kształcie. Natomiast analitycy prestiżowego Cato Institute w swoim ostatnim raporcie dotyczącym strategii wyjścia z
Afganistanu zdecydowanie zaprzeczają stwierdzeniu Kissingera pisząc:
„Jeśli Ameryka wycofując się wygląda
na słabą, pozostawanie na czas nieokreślony i osiąganie niewystarczająco wiele, spowoduje, że będzie wyglądała na jeszcze słabszą”.
W ciągu najbliższych miesięcy
pierwsze efekty strategii będą zauwa-
żalne i jak uważa prezydent Obama
wtedy nastąpi ostateczna decyzja, co
do dalszej przyszłości wojsk koalicji w
Afganistanie. Nie ma możliwości jednoznacznej oceny skutków deklaracji
Obamy, ale podanie daty przybliża zakończenie konfliktu, który ma jeszcze
szanse, aby nie stać się dla Waszyngtonu „drugim Wietnamem”.
Piotr Zawieja
[email protected]
REKLAMAcccc
WSPÓŁPRACA Z REDAKCJĄ KURIERA DYPLOMATYCZNEGO
Redakcja magazynu Kurier Dyplomatyczny oraz stowarzyszenie Forum Młodych
Dyplomatów pozostają otwarte na możliwość współpracy z nowymi osobami, zainteresowanymi tematyką stosunków międzynarodowych.
Kurier Dyplomatyczny jest projektem wydawniczym Forum Młodych Dyplomatów, na łamach którego publikowane są tylko autorskie teksty i analizy
członków FMD oraz zaproszonych do współpracy osób z kraju i zagranicy.
Zainteresowanych prosimy o nadsyłanie CV wraz z dwoma krótkimi tekstami publicystycznymi na dowolnie
wybrany temat na adres [email protected]
Ewentualne pytania prosimy kierować do Sekretarz Redakcji Kuriera Dyplomatycznego Pani Sonii Boczek
[email protected]
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 23 -
A Z J A I PA C Y F I K
Azja-Europa: współpraca kluczem
do wzajemnego zrozumienia
Michał Skrzek
W specjalnym wywiadzie dla
Kuriera Dyplomatycznego,
ambasador Dominique Girard,
wskazuje na pozytywne elementy rozwoju sektora energii
atomowej w Indiach, postrzeganiu Chin w Azji PołudniowoWschodniej, a także na ideę,
funkcjonowanie oraz przyszłość
procesu Asia-Europe Meeting
W zeszłym roku, we wrześniu, francuski prezydent Nicolas Sarkozy
podpisał umowę o cywilnej współpracy nuklearnej z premierem Manmohan Singh, a stało się to dwa tygodnie przed podpisaniem przez
-24 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
Francja jest drugim co do wielkości
producentem energii nuklearnej na
świecie.
Zgadza się. Mamy również najwyższy – bo sięgający aż 80 % – poziom
konsumpcji energii pochodzącej z tegoż źródła. Indie zdawały sobie sprawę,
że mamy coś do zaoferowania, dlatego
„Indie charakteryzują się wyjątkową odpowiedzialnością i rozsądkiem w zakresie korzystania
z energii jądrowej”
udało nam się wynegocjować umowę
o współpracy nuklearnej, jeszcze zanim zrobili to Amerykanie. Obecnie toczą się dyskusje na temat szczegółów
tej współpracy między rządami francuskim i indyjskim, na podstawie tego, co
zostało ustalone wcześniej. Polityka,
która dziś przynosi owoce w rzeczywistości została nakreślona jeszcze w latach 90. Wydaje mi się, iż byliśmy bardzo konsekwentni i teraz możemy obserwować rezultaty wcześniejszych
działań. Należy przyznać, że Hindusi
byli uczciwym partnerem.
Źródło: www.pmindia.nic.in
MICHAŁ SKRZEK: Panie Ambasadorze, kiedy Indie mogą zostać „uprzywilejowanym partnerem Francji”?
Może już się to dzieje?
DOMINIQUE GIRARD*: Właściwie, to
się już częściowo dzieje. Mamy wiele
ciekawych spraw w naszych relacjach,
które były ważne zarówno dla Francji,
jak i Indii. Po pierwsze, Indie były w
ruchu państw niezaangażowanych, a
my byliśmy krajem zachodnim, ale z
determinacją dążącym do pozostania
niezależnym. Jest to czymś, co z tego
punktu widzenia, stworzyło specjalny rodzaj relacji. Oczywiście „najlepszym przyjacielem” Indii w czasie zimnej wojny był Związek Radziecki, jednak związek z nami miał swoją specyficzną naturę. Oczywiście Indie są
dziś krajem, który widzi siebie jako jeden z krajów dużych, z wielką populacją, z wielkimi ambicjami ekonomicznymi, dlatego chcą koniecznie grać w
tej samej lidze, w której gra dziś Francja, ale nie pozostaną dokładnie na tej
samej pozycji. Jest więc coś, co trzeba odnowić w naszych relacjach dla
dalszej perspektywy, ale dziś mamy
pewny i wyjątkowy związek.
Amerykanów ich porozumienia z Indiami na tym polu. Czy uważa Pan
to za wyjątkowy sukces prezydenta
Sarkozy’ego?
Właściwie, to tak i nie. Jak wspomniałem, po testach jądrowych Indii
i Pakistanu w 1998 roku, byliśmy jedynym tzw. „dużym partnerem”, który zaproponował, aby nie ustanawiać
sankcji wobec Indii, ale rozpocząć dialog. Zrobiliśmy tak, bilateralnie. Potem
wszyscy nasi główni partnerzy, doszli
do tego samego wniosku, że było błędem nie rozmawiać o tym z Hindusami. Prawdą jest, że zrobili coś co było
nie do zaakceptowania. Amerykanie
rozpoczęli własną dyskusje z Indiami.
Po wielu negocjacjach i komplikacjach
udało im się wypracować porozumienie z Hindusami, które było w znacznej
mierze oparte na tych samych zasadach co wcześniej wypracowane przez
nas porozumienie. Byliśmy więc bardzo pomocni przy amerykańskich negocjacji z Hindusami, ale oczywiście
Hindusi byli też bezpośrednio zainteresowani tym, że Francja jest obecnie
państwem o najbardziej rozwiniętej gałęzi przemysłu w sektorze energetyki
atomowej.
Podpisanie układu o cywilnej współpracy nuklearnej, 30 września 2008, Paryż
A Z J A I PA C Y F I K
Uważa Pan, że wsparcie, jakiego udzieliły rządy Francji oraz Stanów Zjednoczonych w zakresie pokojowego wykorzystania energii
jądrowej w Indiach okaże się korzystne dla regionu Azji Południowo-Wschodniej?
Po pierwsze, Indie są krajem posiadającym ogromne zapotrzebowanie na
energię. Mimo, iż są krajem rozwijającym się w niezwykłym tempie, to w
tej dziedzinie pozostają daleko w tyle,
chociażby za Chinami. Jednym z powodów tego zacofania jest fakt, iż kraj
ten nie posiadał dostępu do nowoczesnych metod wykorzystywania energii jądrowej. Z tego punktu widzenia,
to, co zrobiliśmy jest z pewnością korzystne i uzasadnione – pomogliśmy
bowiem Indiom zaspokoić ich zapotrzebowanie na energię. Po drugie, Indie należą do czołówki krajów emitujących największe ilości zanieczyszczeń
do atmosfery, ponieważ głównym surowcem energetycznym pozostaje nadal węgiel kamienny i zapewne minie
dużo czasu zanim kraj ten zdoła faktycznie zastąpić wydobywanie tego surowca innym mniej szkodliwym dla środowiska źródłem energii. Zastosowanie energii jądrowej może nie rozwiąże zupełnie problemu, ale z pewnością
umożliwi zmniejszenie zanieczyszczeń
emitowanych przez Indie, na czym
skorzysta naturalnie cała planeta. Ponadto, warto podkreślić, iż kraj ten charakteryzuje wyjątkowa odpowiedzial-
„Asia-Europe Meeting jest
bardzo interesującą koncepcją.
ASEM stworzyło ramy dla dialogu, który był konieczny”
ność oraz rozsądek w zakresie korzystania z energii jądrowej. W porównaniu chociażby z sytuacją w Pakistanie
oraz działalnością Abdula Qadeer Khana, Hindusi wydają się być w tej kwestii
o wiele bardziej godni zaufania.
Interesują mnie szczególnie stosunki pomiędzy Indiami i Chinami. Niektórzy eksperci twierdzą, iż amerykańsko-indyjska umowa o współpracy w dziedzinie energii jądrowej oznacza w rzeczywistości chęć
zrównoważenia wpływów Chin w regionie Azji Południowo-Wschodniej.
Czy taka teza jest uzasadniona?
Jeśli spojrzeć na to z amerykańskiej
perspektywy możliwe, że takie domy-
„W interesie Chin leży
z pewnością zaangażowanie
w taki rodzaj hegemonistycznej
polityki, który pozwoliłby im
jawnie dyktować warunki
w całej Azji”
sły mają związek z rzeczywistością.
Amerykanie, a zwłaszcza prezydent
George W. Bush mógł tak postrzegać
tę współpracę. Jednak, Indie nie są w
żadnym stopniu gotowe przyjąć roli takiego właśnie pionka w czyjejkolwiek
grze. Hindusi widzą oczywiście korzyści płynące ze współpracy ze Stanami Zjednoczonymi i to wydaje się być
naturalne. Współcześnie wiele państw
chce bądź potrzebuje dobrych relacji ze Stanami Zjednoczonymi. Szczerze wątpię, by Indie – nawet w wyjątkowych okolicznościach – podjęły się
uczestnictwa w tego typu rozgrywce,
gdyż mogłaby się okazać dla nich bardzo szkodliwa.
Nawiązując jeszcze do tej myśli,
czy Pana zdaniem Chiny zdominują Azję?
Wiele zależy od tego, co chcą osiągnąć sami Chińczycy. Myślę, że Chiny będą musiały w pewnym momencie stanowczo zwiększyć swoją siłę
nie tylko w sensie ekonomicznym, ale
najprawdopodobniej również militarnym. Zasadnicze pytanie pozostaje to
samo: do czego dążą Chiny? W ich interesie leży z pewnością zaangażowanie w taki rodzaj hegemonistycznej polityki, która pozwoliłby im jawnie dyktować warunki w całej Azji. Nikt nie jest w
stanie przewidzieć, kiedy i czy w ogóle
to nastąpi. Układ sił na świecie ulega w
końcu ciągłym przemianom pod wieloma względami, co z kolei może doprowadzić do zmiany stanowiska samych
Chin.
Proces Asia-Europe Meeting (ASEM)
jest zgrupowaniem 43 państw,
przedstawicieli Komisja Europejska i Sekretariatu ASEAN, reprezen-
tującym 60% populacji świata i 60%
handlu światowego. Dlaczego więc,
Pana zdaniem, Proces jest tak słabo rozpoznawalny? Na przykład,
każdy orientuje się co to jest APEC,
ale nikt nie wie o istnieniu ASEM? W
czym tkwi problem?
Cóż, po pierwsze uważam, że APEC
jest w większym stopniu zauważalny, bo dotyczy handlu, a handel jest
czymś, co się łatwo komentuje. Jednakże, myślę, że ASEM jest bardzo interesującą inicjatywą. To raczej koncepcja niż coś co będzie miało konkretne rezultaty. To jest spotkanie dużej liczby państw oraz ogromnego zainteresowania, jak również ogromnych części światowego PKB, światowej populacj, handlu itd. Jednocześnie, żaden z członków ASEM nie posiada intencji hegemonicznych. Należy
powiedzieć, że ASEM stworzyło ramy
dla dialogu, który był konieczny. Istniał wspaniały tradycyjny dialog między Stanami Zjednoczonymi a Europą,
który powstał z końcem II wojny światowej. Wzrastał również dialog między Stanami Zjednoczonymi, resztą
Ameryki i Azją, którym generalnie jest
APEC. Ale nie było nic pomiędzy Azją i
Europą. Myślę, że tacy politycy jak Lee
Kuan Yew i Goh Chok Tong w Singapurze, czy Jacques Chirac we Francji
zdali sobie sprawę, że czegoś brakuje. Po obu stronach współpraca rozwijała się, ale nie przejawiała się w normalnej strukturze dialogu. Myślę, że to
dużo dało.
Odnosząc się do przyszłości Procesu ASEM, w czasie ostatniego spotkania Ministrów Spraw Zagranicznych w Wietnamie w maju 2009 roku,
ministrowie zaakceptowali wnioski
Australii i Rosji dotyczące formalnego przyłączenia tych krajów do
ASEM podczas kolejnego szczytu
w Brukseli, w roku 2010. Jak, Pana
zdaniem, ASEM będzie rozwijał się
w poszerzonym gronie?
Jako przewodniczący Asia-Europe
Foundation, myślę, że zarówno Australia jak i Rosja wniosą dużo do organizacji, przede wszystkim dzięki swoim relacjom w Azji, dzięki wiedzy i doświadczeniu, dlatego też jestem zadowolony z ich uczestnictwa. Będę wodokończenie na str. 26
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 25 -
A Z J A I PA C Y F I K
Źródło: www.ec.europa.eu
Siódmy Szczyt Asia-Europe Meeting, Pekin, 2008 r.
bec nich wymagający, a wszyscy oczekują, że będą aktywnymi partnerami i współpracownikami. Niewątpliwie
wprowadzi to nowy wymiar do ASEM.
Szczególnie dlatego, że Rosja może
przystąpić jako kraj azjatycki lub jako
jeden z krajów tworzących nową, trzecią grupę. Z całą pewnością jest to też
kraj europejski, który nie jest członkiem
Unii Europejskiej. Do tej pory ASEM to
spotkania krajów azjatyckich z Unią
Europejską. Zobaczymy jak rozwinie
się ta współpraca.
wej. Dlaczego Pakistan może dołączyć, a Bangladesz już nie? To nie tacy
ludzie jak ja powinni decydować; jest
to istotna polityczna decyzja dotycząca przejścia z jednego systemu do innego i zdefiniowania tego sytemu. Zatem zobaczymy co się wydarzy. Moje
odczucie jest takie, że można ten proces porównać z przyjmowaniem leku,
nie wolno zjeść całego opakowania na
raz. Lepiej jest przyjmować go w małych dawkach, bo tylko wtedy może
przynieść pozytywne skutki.
Wspomniał Pan, że przyłączenie się
Rosji może oznaczać - przynajmniej
po stronie Europy - nowe postrzeganie ASEM. Czy uważa Pan, że kraje
takie jak Ukraina, kraje bałkańskie,
czy Szwajcaria mają szanse na przyłączenie się do ASEM?
Trudno powiedzieć, ponieważ to będzie decyzja liderów. To oni podejmą
ostateczną decyzję w tej sprawie. Mogliśmy już zaobserwować, że ASEM
jest podobny do innych organizacji.
Powiększenie zawsze oznacza zmianę
znaczenia i musi być dokładnie przemyślane. W zasadzie stosunkowo łatwo jest przewidzieć problemy, które
będziemy napotykać. Przy stole dyskusyjnym jest 45 partnerów. Teraz będzie
dwóch partnerów więcej, Nowa Zelandia prawdopodobnie też wkrótce dołączy. Oczywistym jest, że nie chodzi jedynie o kraje europejskie, ale także o
kraje z Centralnej Azji, Azji Południo-
W w listopadzie 2008, został Pan
wybrany Dyrektorem Generalnym
Asia-Europe Foundation. Czy mógłby Pan w kilku słowach wyjaśnić
mechanizm funkcjonowania Fundacji?
Tak. Fundacja tak naprawdę nie jest
fundacją w ścisłym tego słowa znaczeniu. Jest to raczej ciało, które powstało
jako efekt decyzji rządowych krajów
członkowskich. Ideą jest stworzenie
struktury, która zachęci do kontaktów
pomiędzy społeczeństwami Azji i Europy. Jest to w pewnej mierze podobne
do pojednania pomiędzy Francją i
Niemcami, które nastąpiło po II wojnie
światowej. Tak więc, powstało wiele
struktur dających młodym ludziom z
obu krajów możliwość spotykania się,
robienia czegoś razem itd. Podobną
sytuację mamy pomiędzy Azją i Europą
w kontekście ASEF. Nie chodzi o to,
że musimy się pojednać, ale o to, że
-26 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
musimy się lepiej poznać. Tak więc, to
czym zajmuje się ASEF, to działania,
przy wykorzystaniu różnych środków,
dążące do osiągnięcia celu jakim jest
poznanie się lepiej, stworzenie kontaktów oraz sieci powiązań pomiędzy
różnymi rodzajami ludzi – młodzieżą,
ludźmi świata akademickiego, dziennikarzami, politykami, ekonomistami,
myślicielami, think-tankami itd. Jak to
robimy? Czynimy to m.in. poprzez organizowanie wydarzeń, konferencji,
warsztatów. Wszystko to tylko w jednym celu – ustanowienia wzajemnego
zrozumienia i wymiany poglądów. Wie
Pan, jest tyle rzeczy, którymi możemy
się podzielić. Z naszym różnym
doświadczeniem, różnymi stanowiskami na świecie, mamy tyle do zrozumienia i nauczenia się od siebie nawzajem. I to jest zasadniczo nasza idea.
Sprawuje Pan funkcję dyrektora
ASEF od ponad roku. Co uznałby
Pan za swój największy zawodowy
sukces w ramach ASEF, a co za największą porażkę jak do tej pory?
Myślę, że jeśli chodzi o sukces, jest to
sukces, który dzielę z moim zespołem i
którym jest ustanowienie jasnych priorytetów określających pola działania.
Dlaczego priorytetów? Ponieważ, po
pierwsze, nie da się zrobić wszystkiego
jednocześnie. Po drugie, trzeba działać
w rytmie świata. W jakim miejscu znajduje się świat? Świat znajduje się w obliczu dużych problemów. Mamy kryzys
A Z J A I PA C Y F I K
gospodarczy i finansowy, poważny problem zmian klimatycznych, pojawiają się pytania o zrównoważony rozwój,
mamy problem pandemii. W związku z
tym, zdecydowaliśmy, że naszymi trzema priorytetami będą kwestie właśnie
przeze mnie wymienione, i na tym się
koncentrujemy. W 2010 r. odbędzie się
w Brukseli ósmy Szczyt ASEM, w czasie którego zorganizujemy liczne wydarzenia skupione wokół tych priorytetów.
Myślę, że sukces jaki osiągnęliśmy to
zdefiniowanie czym są naprawdę nasze główne cele. Teraz mamy jasną
sytuację. Wiemy dokładnie dokąd iść,
gdzie musimy skierować naszą siłę,
która powiększa się od 12 lat istnienia
Fundacji. Nie ma żadnej porażki. Myślę, że ASEF to cudowny instrument,
ale ze wszystkim muszą być oczywiście zapoznani ludzie. Jeśli zapytać kogokolwiek na ulicy Łodzi, Paryża, Pekinu czy Wientianu, o ASEF, okaże się,
że nikt o niej nie wie. Musimy uczynić ją
znaną. Niekoniecznie wszystkim na ulicach, ale tym ludziom, którzy mogliby
w jakikolwiek sposób z niej skorzystać.
Myślę, że to, co robimy z tymi wszystkimi zespołami ludzi, spotkaniami to poszerzanie pola widzenia, poszerzanie
wiedzy o sobie nawzajem. Aby Fundacja była naprawdę wydajna, musi być
lepiej znana wśród tych, którzy będą
z niej czerpać korzyści. To jest to nad
czym obecnie bardzo ciężko pracujemy – polepszenie naszej zdolności do
komunikowania co robimy, aby uczynić Fundację bardziej sprecyzowaną w
oczach różnych grup.
Spośród obecnych 45 państw i organizacji wchodzących w skład
ASEM, który członek procesu jest,
Pana zdaniem, najbardziej aktywny
w ramach ASEF?
Muszę przyznać, że wspaniałe jest,
że zdecydowana większość naprawdę szczerze stara się coś wnieść. Niektóre kraje są duże i wnoszą szczodry wkład, ponieważ każdy z członków wnosi wkład do budżetu organizacji dobrowolnie; niektóre kraje są nieco
mniejsze, ale także mają spory wkład;
niektóre kraje maja problemy i nie wiedzie im się tak dobrze, ale wciąż chcą
działać i chcą, aby to ASEF przyszedł
do nich. Podczas mojej obecnej wizyty w Europie poznałem przedstawicieli tak zwanych „małych krajów”, którym
bardzo zależy na byciu gospodarzem
rożnych wydarzeń, zależy im na tym,
żeby Fundacja Azja-Europa była znana, by mówiono o relacji Europy i Azji,
więc tak naprawdę kraje takie wykazują dużo dobrej woli. I to jest w tym najpiękniejsze, to układ polityczny kierowany przez instrumenty pozarządowe i sądze, że właśnie przez to ludzie
są bardziej szczodrzy, zarówno, jeżeli chodzi o pieniądze, jak i wypróbowywanie różnych pomysłów. Jesteśmy
bardzo zadowoleni z naszych członków.
od 2004 roku. Była też gospodarzem
rożnych projektów współorganizowanych przez Fundację. Ma ponad 150
alumnów, którzy brali udział w naszych
wydarzeniach. Polska regularnie i wiernie wnosiła swój wkład, przez te lata
dając nam pieniądze i okazując zainteresowanie. Jestem nastawiony bardzo
pozytywnie, gdyż uważam, że Polska
może być jednym z najbardziej aktywnych nowych członków UE, który przyczynia się do działań Fundacji Azja-Europa w ramach ASEM. Widzę przyszłość naszych relacji w jasnych barwach, nie tylko, jeżeli chodzi o udział
w różnych wydarzeniach, ale także w
kontekście udziału w opracowywaniu
polityk i ich wdrażania. Tak wiec, jestem bardzo zadowolony z mojej wizyty w Polsce, ale jeszcze bardziej cieszy
mnie, ze oprócz bardziej tradycyjnych
członków Unii Europejskiej, oprócz
wielkich narodów azjatyckich, oprócz
ludzi, którzy mają swój silny, osobisty
interes, Polacy wykazują chęć wykazania się na arenie międzynarodowej
i umocnienia swojej pozycji. Spodziewam się po Pana ojczystym kraju wiele dobrego!
Jak oceniłby pan pozycję Polski w
tym „rankingu”?
Polska jest bardzo ciekawym przypadkiem, ponieważ jest członkiem
ASEM oraz Asia-Europe Foundation
*DOMINIQUE GIRARD - wieloletni ambasador Francji w Indiach, Australii i Indonezji. Obecnie sprawuje funkcję Dyrektora
Generalnego Asia-Europe Foundation
w Singapurze
Rozmawiał:
Michał Skrzek
[email protected]
REKLAMAcccc
P R A K T Y K I
W
F O R U M
M Ł O D Y C H
D Y P L O M A T Ó W
Stowarzyszenie Forum Młodych Dyplomatów oferuje możliwość odbycia bezpłatnych praktyk w warszawskiej siedzibie organizacji. Praktyki trwają minimum 6 tygodni. Podstawowe wymagania to biegłość
w posługiwaniu się językiem angielskim, znajomość aktualnych zagadnień z zakresu stosunków
międzynarodowych, swobodna obsługa komputera oraz wysoka kultura osobista.
Do głównych zadań praktykantów należy:
pomoc w bieżącym funkcjonowaniu biura; pomoc w realizacji bieżących inicjatyw FMD oraz możliwość
tworzenia własnych; opracowywanie newslettera FMD; redagowanie stron internetowych FMD; uczestniczenie w konferencjach jako przedstawiciel FMD.
Wszyscy praktykanci w trakcie praktyk mogą bezpłatnie uczestniczyć we wszelkich inicjatywach podejmowanych przez FMD, a także otrzymują bezpłatny dostęp do Biura Karier FMD.
Zainteresowanych prosimy o nadesłanie CV wraz z listem motywacyjnym na adres [email protected]
Ewentualne pytania prosimy kierować do Dyrektor Biura FMD Pani Kingi Brudzińskiej na adres
[email protected]
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 27 -
A M E RY K A P O Ł U D N I O W A
Zapomniany i opuszczony: Honduras
po wyborach prezydenckich
Marcin Maroszek
29 listopada 2009 r. w pogrążonym od czerwcowego przewrotu w kryzysie politycznym
Hondurasie, odbyły się wybory prezydenckie, które wygrał przedstawiciel tradycyjnego establishmentu na tamtejszej scenie politycznej, Porfirio “Pepe” Lobo
B
nie parlamentem i Sądem Najwyższym. W niedzielę 28 czerwca 2009 r. prezydent Manuel Zelaya został usunięty ze stanowiska i siłą zmuszony do
opuszczenia kraju. Co prawda, to Sąd
Najwyższy nakazał aresztowanie prezydenta (paradoksalnie uzasadniając
je groźbą ucieczki Zelayi z kraju), lecz
samo usunięcie głowy państwa ze stanowiska zostało usprawiedliwione ex
post facto. Wydalenie z kraju było zaś
nielegalną (w świetle konstytucji), suwerenną decyzją dowódców wojskowych, którzy dokonali aresztowania.
Co ważne, był to pierwszy od kilkunastu lat (nie licząc nieudanego zamachu
stanu w Wenezueli w 2002 r.) przewrót
wojskowy w Ameryce Łacińskiej.
ię. W referendum owym miało być postawione pytanie „czy jesteś za powołaniem konstytuanty?”, której zadaniem miało być opracowanie nowej, lepszej ustawy zasadniczej. Referendum miało być niewiążące, zbadać miało jedynie opinie i nastroje społeczne. Zantagonizowane z prezydentem inne ramiona władzy oskarżyły
go o próbę zapewnienia sobie reelekcji poprzez zmianę konstytucji. Dodać
należy, że konstytucja Hondurasu jest
jedną z najbardziej restrykcyjnych w
regionie. Nie dość, że nie zezwala na
reelekcję głowy państwa, to zabrania
również zmiany artykułów mówiących
o zakazie reelekcji.
Podkreślić należy, iż wbrew powszechnie przytaczanym przez media opiniom, nie ma żadnego dowodu
na to, że Manuel Zelaya zmierzał do
zapewnienia sobie reelekcji. W świetle faktów pytał jedynie Honduran, czy
chcieliby nowej konstytucji, a zarzut o
dążeniu do reelekcji jest propagando-
-28 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
gung.fu.master
ardziej istotne jednak od tego,
kto wygrał jest to, co stanie się
teraz w Hondurasie. Odpowiedź
na to pytanie nie jest jednak prosta i
wymaga przyjrzenia się wydarzeniom
ostatnich miesięcy w tym kraju.
Referendum, nie reelekcja
W 2005 r. prezydentem Hondurasu
wybrany został Jose Manuel „Mel” ZePostawione przez Sąd Najwyższy zalaya, przedstawiciel jednej z dwóch rzuty mówiły o nielegalnej próbie przetradycyjnych partii - Partido Libe- prowadzenia referendum przez Zelayral. Wkrótce okazało
się jednak, że zamierza on zmienić skostniały system polityczno-gospodarczy kraju i przeprowadzić reformy w duchu lewicowym, polepszające pozycję dyskryminowanej biedoty. Zbliżył się jednocześnie
z Hugo Chavezem i
innymi
przywódcami krajów ALBA (Boliwariańska
Alternatywa dla Ameryki – red.). Choć dzięki swym działaniom
zyskał poparcie biednych mas Hondurasu, popadł w konflikt
z konserwatywnymi
kręgami politycznymi
(często powiązanymi
z USA), w tym m.in. z
Czołgi na ulicach to stały obrazek z państw, w których doszło do przewrotu wojskowego.
kontrolowanymi przez
Na zdjęciu: ulice Bangkoku kilka dni po zamachu stanu w Tajlandii z września 2006 r.
A M E RY K A P O Ł U D N I O W A
Listopadowe wybory nie naprawiły zszarganego wizerunku honduraskiej demokracji.
Tradycyjni liderzy polityczni
udowodnili, że można obalić
prezydenta, a potem przeprowadzić nowe wybory,
i jest akceptowalne
powiedziały krwawym ich tłumieniem
(zginęło kilkanaście osób, kilkaset zostało rannych, ok. 1000 uwięzionych),
represjami i cenzurą opozycyjnych mediów. Rząd Michelettiego od początku promował ideę (i lobbował za nią w
Stanach Zjednoczonych), że rozwiązaniem kryzysu będą zaplanowane na listopad wybory, podzas których miano
wyłonić nową głowę państwa. Obóz
Zelayi wysuwał podstawowy warunek
– restytucję obalonego prezydenta na
stanowisko. Po próbach poszukiwania
wsparcia w kilku krajach regionu (nieudanych, gdyż nikt nie chciał aktywnie
zaangażować się w rozwiązanie kryzysu), w październiku Manuel Zelaya po
kryjomu przedostał się do Hondurasu i
znalazł schronienie w ambasadzie bra-
„Nie dla zamachu
stanu. Wolność
i demokracja, poszanowanie prawa
człowieka,
szacunek, sprawiedliwość, godność, edukacja”.
Plakat potępiający
zamach wojskowy
w Hondurasie. Jeden z licznych jakie pojawiły się
po czerwcowym
przewrocie
na ulicach
Tegucigalpy
zylijskiej. Dało to nowy impuls negocjacjom i doprowadziło do podpisania
porozumienia, zgodnie z którym decyzję o przywróceniu prezydenta na stanowisko miał podjąć honduraski parlament. Wbrew oczekiwaniom, ten jednak przełożył głosowanie w tej sprawie
na czas po wyborach.
Bojkotu wyborów nie było
Zwolennicy Zelayi w akcie protestu
ogłosili bojkot wyborów, jednak dwaj
główni kandydaci: Porfirio “Pepe” Lobo
Sosa z Partido Nacional oraz Elvin
Santos z Partido Liberal podtrzymali swe kandydatury. Zgodnie z wcześniejszymi sondażami wygrał Pepe
Lobo uzyskując 56% głosów, dru-
Dukal
wym zabiegiem przeciwników politycznych Zelayi (jak widać zakończonym
sukcesem) i nie znajduje się nawet w
oficjalnym akcie oskarżenia.
Władzę w kraju po 28 czerwca przejął przewodniczący parlamentu, Roberto Micheletti (podobnie jak Zelaya
reprezentant Partido Liberal). Niemal
wszystkie kraje regionu, wiele krajów świata, Organizacja Państw Amerykańskich oraz ONZ potępiły obalenie prezydenta i nazwały je zamachem stanu. Stany Zjednoczone uznały to wydarzenie za zamach stanu, lecz
nie „wojskowy”, co automatycznie wymusiłoby sankcje wobec Hondurasu.
Ta dwuznaczna i miękka postawa Waszyngtonu jest przedmiotem krytyki innych państwa zachodniej hemisfery.
Przez następnych kilka miesięcy nawiązywano i zrywano rozmowy miedzy obozami Zelayi i Michelettiego, aż
w końcu utknęły one w martwym punkcie. W kraju tymczasem nie milkły protesty i manifestacje zwolenników obalonego prezydenta. Nowe władze od-
gi był Elvin Santos z 38%, a pozostali trzej kandydaci otrzymali w granicach
2% głosów. Dodać należy, że równolegle przeprowadzone zostały wybory
do jednoizbowego parlamentu honduraskiego oraz wybory niemal 300 burmistrzów. Tradycyjnie już mandaty podzieliły między siebie dwie największe
partie: Partido Nacional i Partido Liberal, przy czym to partia nowo wybranego prezydenta-elekta zdobyła więcej miejsc. Co istotne, według informacji podawanych przez władze, Honduranie – mimo apeli Zelayi – masowo stawili się przy urnach. Frekwencja
miała wynieść ponad 60%, czyli znacznie więcej niż w 2005 r., kiedy wygrał
dokończenie na str. 30
REKLAMAcccc
ZMIANA ADRESU BIURA KRAJOWEGO
Forum Młodych Dyplomtów informuje, iż od
1 stycznia 2010 zmienia się adres siedziby
Biura Krajowego. Nowy adres to:
Stowarzyszenie Forum Młodych Dyplomatów
ul. Oleandrów 6, 00-629 Warszawa
tel.: +48 22 205 06 72
fax: +48 22 406 07 82
e-mail: [email protected]
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 29 -
A M E RY K A P O Ł U D N I O W A
Zelaya. Obóz obalonego prezydenta
twierdzi jednak, że jest to propaganda, a frekwencja wyniosła w granicach
30-45%.
Czy to koniec kryzysu?
Pytanie o zwycięzcę wyborów było
tak naprawdę sprawą drugorzędną.
Ważniejsze jest, czy zostanie on uznany przez swój naród i społeczność
międzynarodową. Kolumbia, Kostaryka, Panama, Peru i Stany Zjednoczone uznały wynik wyborów, lecz reszta państw regionu, ani OPA tego nie
uczyniły. Trzy dni po wyborach parlament honduraski realizując formalnie
literę porozumienia z końca października zagłosował w sprawie przywrócenia na stanowisko Manuela Zaleyi. Jak
można się było spodziewać, ogromną większością głosów opcja ta została odrzucona. Oczywiście zwolennicy
obalonego prezydenta nie uznają wyborów ani ważności porozumienia, pozostaje więc pytanie, w jaki sposób tlący się dalej w Hondurasie kryzys zostanie rozwiązany?
Najbardziej prawdopodobny scenariusz to ten zakładający powstanie jakiejś formy rządu jedności z Manuelem Zelayą lub jego zwolennikami.
Rząd ten będzie stopniowo uznawany przez coraz większą ilość państw.
Czy zatem wybory rozwiążą kryzys?
Na pewno nie dziś i nie jutro, ale są
krokiem milowym w drodze do tego
celu. Sami Honduranie mają już dość
niepokojów ostatnich miesięcy, dlatego też nie usłuchawszy apelów Zelayi licznie przybyli do urn. Ponieważ
to oni odczuwają każdego dnia skutki
owego kryzysu, to do nich należy decydujący głos w sprawie jego zakończenia.
Nie zmienia to jednak podstawowego wniosku – najbardziej poszkodowaną pozostaje demokracja. Wybory
wcale nie naprawiły jej zszarganego
wizerunku. Liderzy tradycyjnego honduraskiego establishmentu udowodnili, że można obalić prezydenta, a potem przeprowadzić wybory i jest to
akceptowalne. Pozostaje niepokojące pytanie: kto i kiedy pójdzie ich śladem?
Guerilla otwiera nowy
front w Kolumbii
Tomasz Łapa
Dwa największe ugrupowania partyzanckie w Kolumbii,
FARC - Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia i ELN
– Ejercito de Liberación Nacional, pomimo dzielących je
różnic ideologicznych, ogłosiły w połowie grudnia 2009
roku stworzenie wspólnego
frontu przeciw rządowi Alvaro
Uribe. Według szacunkowych
danych oddziały partyzanckie liczą około 14 tysięcy ludzi. Deklarowane połączenie
sił jest odpowiedzią na zawarte przez władze Kolumbii porozumienia wojskowe ze Stanami Zjednoczonymi, pozwalające Amerykanom na wykorzystywanie siedmiu baz militarnych zlokalizowanych na
terytorium Kolumbii.
W
chodzimy na drogę współpracy by stawić czoło aktualnemu reżimowi rządu Alvaro Uribe - poinformowali wysocy przedstawiciele ugrupowań FARC i ELN za
pośrednictwem agencji ANNCOL. W
ślad za komunikatem ograniczeniu
mają ulec konfrontacje pomiędzy zainteresowanymi stronami. Następuje
nowy etap braterstwa i przyjaźni pomiędzy guerrillą.
Rządy Alvaro Uribe
Alvaro Uribe Velez, od początku swej
Marcin Maroszek kariery politycznej głosił misję walki z
[email protected] korupcją i „wywalczenie” pokoju dla
-30 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
wszystkich mieszkańców kraju. Jako
prezydent (wybrany większością ponad 50% głosów) odszedł od stosowanej wcześniej silnej polityki socjalnej w kierunku neoliberalizmu. Na linii bezpieczeństwa kraju Alvaro Uribe
postawił na stanowcze rozprawienie
się z ugrupowaniami zbrojnymi, handlarzami narkotyków i korupcją w Kolumbii. Nie uznawał jednocześnie stanu wojny cywilnej, głosząc hasła o konfrontacji niewielkiej grupy narko - terrorystów ze społeczeństwem. Jego stanowisko najlepiej przedstawia dokument La Política de Defensa y Seguridad Democrática, ogłoszony w sierpniu 2002 roku. Podjęte działania miały
prowadzić do zakończenia wieloletniego konfliktu. Projekt zakładał więc walkę o pokój z wykorzystaniem rozwiązań militarnych na wielką skalę. Osoby
głoszące odmienne poglądy były odbierane jako wrogowie państwa i terroryści.
Reakcja strony rządowej
W odpowiedzi na komunikat przedstawicieli FARC i ELN wiceprezydent
Kolumbii, Francisco Santos, zdecydowanie oświadczył, że terrorystom nie
odpowiada się słowem, ale stosuje się
wobec nich politykę siły. Wiadomość o
zawartym porozumieniu sceptycznie
przyjęli również przedstawiciele wojska kolumbijskiego, którego żołnierze w tym samym czasie starli się po
raz kolejny z oddziałami partyzantów z
FARC. W walkach w regionie Antioquii
na północny kraju zginęło 11 guerrilleros, w tym dowódca tamtejszego frontu. Generał Freddy Padilla, dowódca
kolumbijskich sił zbrojnych, w wywiadzie dla radia Caracol odrzucił możliwość rzeczywistego porozumienia pomiędzy ugrupowaniami partyzanckimi
z powodu sprzecznych interesów podmiotów zaangażowanych w narkohandel. - Niemożliwa jest głęboka współpraca, ponieważ ugrupowania te konkurują ze sobą w wyznaczaniu stref
A M E RY K A P O Ł U D N I O W A
cuerpo_espiralado
Marsz przeciwko przemocy. Bogota, Kolumbia, 6 marca 2008 r.
wpływów w handlu narkotykami. Partyzanci zabijają się na północy Kolumbii, w regionie Bolivar i Arauca – powiedział Padilla.
Obraz kolumbijskiej rzeczywistości
dobrze oddają słowa znanego kolumbijskiego pisarza, dziennikarza i działacza społecznego, Gabriela Garcii
Marqueza, który stwierdził że „łatwy
pieniądz, stał się w Kolumbii narkoty-
Rządzący od 2002 r. prezydent Alvaro Uribe postawił na
stanowcze rozprawienie się
z ugrupowaniami zbrojnymi,
handlarzami narkotyków i korupcją w Kolumbii
kiem bardziej szkodliwym od heroiny.
Wkradł się do kultury narodu, a wraz
z nim przekonanie, że prawo stoi obywatelom na drodze do szczęścia. Nie
trzeba umieć czytać, lepiej i bezpieczniej jest być bandytą niż uczciwym
człowiekiem.”
Przemoc destabilizuje politykę
22 grudnia 2009 roku porwano, a
następnie zamordowano gubernatora departamentu Caqueta, Francisco
Cuellara. Podejrzewa się, że spraw-
cami zbrodni byli partyzanci FARC.
To pierwszy po kilkuletniej przerwie
przypadek porwania polityka tak wysokiej rangi. Wcześniej miało miejsce w 2002 roku, gdy uprowadzono
gubernatora departamentu Antioquia, Guillermo Gavirię oraz byłego ministra obrony kraju, Gilberto Echeverriego Mejię.
Wywiad Kolumbijski poinformował o
możliwym nasileniu aktów terroru ze
strony oddziałów partyzanckich przed
zbliżającymi się wyborami prezydenckimi, które odbędą się w maju 2010
roku. Minister obrony, Gabriel Silva
podkreślił, że choć pojawiają się działania ugrupowań narko-terrorystycznych zakłócające porządek demokratyczny w Kolumbii, to rząd pozostaje
nieugięty i gotowy przeciwdziałać takim inicjatywom.
Zabójstwo gubernatora Cuellary
może doprowadzić do konfrontacji sił
pomiędzy ugrupowaniami partyzantów i stroną rządową Kolumbii. Z pewnością skomplikuje to trwające 8 miesięcy negocjacje podjęte celem uwolnienia dwóch żołnierzy armii kolumbijskiej, Pabla Moncayo i Jose Daniela Calvo, będących od 12 lat zakładnikami FARC.
Roman Ortiz, ekspert w dziedzinie
bezpieczeństwa, wskazuje jasno określony cel stojący za tym niedorzecznym aktem przemocy guerrilli. FARC
przyzwyczaił już do początkowego rozwijania przestrzeni do negocjacji przy
jednoczesnym prowokowaniu i przenoszeniu winy za niepowodzenia na stronę rządową. Tak było w 2006 roku, kiedy w momencie największego zbliżenia pomiędzy podmiotami negocjującymi warunki wymiany humanitarnej oddziały FARC zaatakowały szkołę wojskową w Bogocie.
Nie można zapomnieć także o kontekście politycznym, w jakim obecnie
znajduje się Kolumbia. W majowych
wyborach prezydenckich sprawujący
obecnie władzę Alvaro Uribe będzie
mógł po raz trzeci zgłosić swoją kandydaturę. Najbliższe miesiące mogą zatem przynieść kolejne próby destabilizacji w kraju.
Zabójstwo gubernatora Cuellary
może stanowić próbę zamachu na politykę bezpieczeństwa, będącą flagowym hasłem prezydenta Uribe. Niektórzy analitycy, wśród nich Leon Valencia z Fundacji Nueva Arcoiris, wy-
Wywiad kolumbijski poinformował o możliwym nasileniu
aktów terroru ze strony partyzantów przed zaplanowanymi
na maj 2010 r. wyborami
prezydenckimi
suwają tezę o kryzysie strategii rządowej, w ramach której zdziesiątkowano oddziały guerrilli i przejęto kontrolę nad kolejnymi obszarami kraju. Pojawiają się głosy mówiące o osłabieniu kondycji strony rządowej. W innej
grupie ekspertów nie kwestionujących
skuteczności prowadzonych działań
wojska panuje spokój i zadowolenie ze
stosowanych polityk. W wymiarze całego kraju można odnieść wrażenie, że
akcje FARC straciły na sile. Partyzanci wybierają akcje o małym stopniu ryzyka, przy maksymalnym nagłośnieniu
sprawy w środkach masowego przekazu. W ten sposób próbują podtrzymać
obraz siły. Stąd też środkiem do zyskania większego rozgłosu jest stosowanie przemocy.
Tomasz Łapa
[email protected]
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 31 -
BLISKI WSCHÓD
Trudna droga do pokoju między
Izraelem a Palestyńczykami
Michał Pakulniewicz
G
dy pod koniec grudnia Izrael ogłosił plan budowy 700 nowych mieszkań we Wschodniej
Jerozolomie, Stany Zjednoczone stanowczo zaprotestowały.
- Stany Zjednoczone sprzeciwiają się
budowie nowych osiedli żydowskich we
wschodniej Jerozolimie - powiedział
rzecznik Białego Domu, Robert Gibbs.
Biały Dom oświadczył również, że
Stany Zjednoczone uznają kwestię „Jerozolimy za bardzo ważną zarówno dla
Izraelczyków, jak i Palestyńczyków,
dla żydów, muzułmanów i chrześcijan”
oraz że ufają, iż poprzez negocjacje „w
dobrej wierze” aspiracje dwóch stron
konfliktu mogą zostać zrealizowane.
Swoją decyzją Tel-Awiw pokazał,
iż nie rzuca słów na wiatr i w sprawie
ograniczenia budowy osiedli na terytoriach okupowanych gotów jest tylko na częściowe ustępstwa. Podczas
gdy administracja Obamy domagała się wstrzymania akcji osiedleńczej
na terytoriach majacych w przyszłości
wejść w skład przyszłego państwa palestyńskiego, rząd premiera Netanjahu
wyłoniony po lutowych wyborach zgadza się tylko na częściowe ograniczenie budowy osiedli i to tylko na terenie
Zachodniego Brzegu, nie we wschodniej Jerozolimie, którą prawicowy rząd
uznaje za część Izraela.
Problem pierwszy: osiedla
Podczas majowej wizyty premiera Netanjahu w Stanach Zjednoczonych, szef izraelskiego rządu usłyszał
o konieczności zamrożenia rozbudowy nowych osiedli na Zachodnim Brzegu. Netanjahu zgadza się na częścio-32 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
Rusty Stewart
W blisko rok po objęciu prezydentury przez
Baracka Obamę bliskowschodni proces pokojowy
tkwi w miejscu. Bardziej obiektywna i stanowcza
wobec Izraela polityka amerykańska wcale nie
przybliżyła perspektywy pokoju w Ziemi Świętej
we wstrzymanie budowy osiedli, podkreślał jednak, iż nie
może wstrzymać rozbudowy wynikającej
z naturalnego wzrostu populacji. W listopadzie rząd izraelski ogłosił 10-miesięczne moratorium
na budowę nowych
osiedli. Zaznaczono
jednak, iż nie dotyczy
to wschodniej JeroIzraelski mur oddzielający Wschodnią Jerozolimę
zolimy. Dla Izraela w
od
palestyńskich
terenów w pobliżu miasteczka Abu Dis
ogóle nie istnieje termin „wschodnia Jerozolima” jako, że całe miasto uznawa- i Izraelowi, zakładający istnienie obok
ne jest za niepodzielną stolicę państwa siebie już w 2011 r. dwóch państw (tzw.
żydowskiego.
two-state solution)-Izraela i niepodleW toku izraelskich deklaracji i ame- głej Palestyny w granicach z 1967 r. jest
rykańskich słów krytyki umknęły słowa równie odległy jak w styczniu 2009 r.
Prezydenta Autonomii Palestyńskiej
Mahmuda Abbasa z połowy grudnia,
Obama ochłodził stosunki
mówiące, iż jeśli Izrael wstrzyma rozbudowę osiedli, możliwe jest osiągnięStosunki izraelsko-amerykańskie ulecie porozumienia pokojowego w ciągu gły pewnemu ochłodzeniu od kiedy presześciu miesięcy.
zydentem USA został Barack Obama.
- Gdy Izrael zatrzyma działania osie- Nowy gospodarz Białego Domu od podleńcze na określony czas i gdy uzna czątku swojego urzędowania obiecygranice, których się domagamy, i będą wał bardziej obiektywne spojrzenie Wato legalne granice, nic nas nie po- szyngtonu na problemy bliskowschodwstrzyma przed prowadzeniem nego- niego procesu pokojowego. Od początcjacji w celu doprowadzenia do końca ku domaga się zaprzestania izraelskietego, co ustaliliśmy w Annapolis [miej- go osadnictwa na przyszłych terytoriach
sce bliskowschodniej konferencji poko- palestyńskich, co jest nie w smak zdominowanemu przez prawicę, rządowi
jowej w 2007] - powiedział Abbas .
Plan prezydenta Obama doprowadze- Izraela.
Między innymi dlatego właśnie Obania do porozumienia na Bliskim Wschodzie nie przybliżył się do realizacji ani ma postrzegany jest w Izraelu jako
na krok w ciągu minionego roku. Jego pro-arabski. Poza tym nie był jeszcze
plan pokojowy przedstawiony Egiptowi z wizytą w Izraelu, a zdążył już odwie-
BLISKI WSCHÓD
dzić kilka państw arabskich. Wygłosił też głośne przemówienie w Kairze
do świata muzułmańskiego. W efekcie, według sondażu przeprowadzonego przez Harry S. Truman Research
Institute for the Advancement of Peace
z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, tylko 12% Izraelczylków uważa, że polityka Obamy wspiera bardziej
Izrael, a 40% uważa politykę nowego
prezydenta za pro-palestyńską. Oznacza to, że twarde stanowisko premiera Netanjahu w rozmowach z wysłannikiem Obamy, będzie miało poparcie
izraelskiego społeczeństwa.
Problem drugi: Jerozolima
Osiedla żydowskie na palestyńskich
terytoriach okupowanych są jedną
z głównych przeszkód na drodze ku
osiągnięciu pokoju pomiędzy Izraelem
i przyszłym państwem palestyńskim.
Mimo formalnego zakazu rozbudowy
osiedli na terytoriach okupowanych,
od początku procesu pokojowego w
1993 powstawały nowe osiedla. Szacuje się, że liczba żydowskich osadników na Zachodnim Brzegu, w granicach z 1967 r., przekroczyła w 2009 r.
300,000 osób. Oznacza to, że łącznie
z osadnikami żydowskimi we Wschodniej Jerozolimie, na terytoriach zajętych przez Izrael w wyniku wojny sześciodniowej, na których w przyszłosci
miałoby powstać państwo palestyńskie
mieszka już blisko pół miliona Żydów.
Netanjahu wielokrotnie podkreślał, iż
Izrael nie zaakceptuje żadnych ograniczeń swojej suwerenności nad całą Jerozolimą. Jest to druga kwestia sporna ze stroną palestyńską, która we
wschodniej części miasta widzi swoją
przyszłą stolicę. W tej części Jerozolimy znajduje się jednak Stare Miasto
z dzielnicą żydowską a przede wszystkim, z Murem Zachodnim (zwanym potocznie „Ścianą Płaczu”) - jedynym zachowanym po dziś fragmentem Świątyni Jerozolimskiej i najświętszym miejscem Judaizmu.
W maju 2009 r. premier Netanjahu
podczas 42. rocznicy zajęcia przez wojska izraelskie Wschodniej Jerozolimy w
wyniku wojny sześciodniowej, powiedział, iż Jerozolima na zawsze pozostanie izraelska i nigdy nie będzie podzielona. W 1980 Kneset przyjął rezolucję
określającą Jerozolimę mianem „wiecz-
Od początku urzędowania
Baracka Obamy, stosunki USA
i Izraela uległy ochłodzeniu.
Z badań wynika, że aż 40 proc.
Izraelczyków uważa politykę
amerykańskiego prezydenta
za pro-palestyńską
nej i niepodzielnej „stolicy” Izraela. Według Instytutu Jerozolimy miasto w
2007 r. zamieszkiwało ponad 760,000
ludzi, w tym 492,000 Żydów (65% ogółu mieszkańców) i 268,000 Arabów
(35%). Statystyki z 2006 r. szacują, iż
w Jerozolimie Wschodniej, w której Palestyńczycy widza stolicę swojego przyszłego państwa, mieszkało 428,000 ludzi, w tym aż 181,000 Żydów (42% populacji tej części miasta).
Problem trzeci: uchodźcy
Poza problemem rozwoju osiedli na
Zachodnim Brzegu oraz kwestią Jerozolimy, proces pokojowy wykoleić może
trzecia, kto wie czy nie najbardziej wrażliwa, kwestia. Jest nią problem palestyńskich uchodźców. W wyniku pierwszej wojny arabsko-izraelskiej, terytorium mandatu palestyńskiego, na którym powstało państwo Izrael, opuściło, zarówno uciekając przed działaniami wojennymi jak i w wyniku nacisku i
działań żydowskich, według różnych
szacunków, od 520,000-850,000 Arabów palestyńskich (najczęściej przyjmuje się podawaną przez UNRWA liczbę 726,000). Dzisiaj, łącznie z potomkami, daje to ponad 4 miliony ludzi, mieszkających w większości nadal w tymczasowych obozach dla uchodźców w
ościennych krajach arabskich oraz na
Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy.
Palestyńczycy domagają się dla
uchodźców „prawa do powrotu” do rodzinnych miast i wiosek. Na to żaden
rząd w Izraaelu się nie zgodzi. Przyjęcie takiej rzeszy ludzi oznaczałoby
to praktycznie koniec Izraela, obecnie
mającego ok. 7,4mln obywateli, w tym
niecałe 6 mln Żydów, jako państwa żydowskiego.
Pomijając wymienione powyżej problemy, nawet zaskakujące osiągnięcie
zgody pomiędzy stronami może niczego nie dać. Zapowiadane przez pre-
miera Netanjahu negocjacje ze stroną
palestyńską oznaczają rozmowy z rządzącą na Zachodnim Brzegu świecką
partią Fatah. Izrael nie zamierza prowadzić żadnych rozmów ze sprawującym władzę w Strefie Gazy Hamasem,
z którym na przełomie roku stoczył
wojnę w tej palestyńskiej enklawie przy
granicy z Egiptem. Hamas niepodzielnie panuje w Strefie Gazy od czerwca
2007 r. Stosunki pomiędzy Fatahem
i Hamasem określić śmiało można
jako wrogie. Hamas nie zezwolił działaczom Fatahu na wyjazd na kongres
partii w Betlejem na Zachodnim Brzegu w czerwcu. Wielokrotnie działacze
Fatahu oskarżani byli przez Hamas o
kolaborację z Izraelem. Sam Hamas
nigdy nie wyrzekł się swojego głównego celu, jakim jest zniszczenie Izraela
i utworzenie islamskiego państwa na
całym terytorium Palestyny. Wyłączenie Hamasu z izraelsko-palestyńskich
negocjacji oznacza tyle, że jakiekolwiek porozumienie nie będzie obowiązywało w Strefie Gazy.
Zresztą nawet w rządzie premiera
Netanjahu nie brakuje pesymistów co
do możliwości osiągnięcia porozumienia pokojowego ze stroną palestyńską.
- Powstanie państwa palestyńskiego w
przeciągu dwóch lat nie jest celem realistycznym - powiedział w lecie 2009
r. izraelski minister spraw zagranicznych, Awigdor Lieberman. Sam Lieberman kategorycznie wypowiadał się
przeciwko ograniczeniu osadnictwa
żydowskiego we Wschodniej Jerozolimie. Co więcej, jego zdaniem skoro w
ciągu 16 lat po Porozumieniach z Oslo
nie udało się osiągnąć pokoju w regionie, to pokój nie zostanie osiągnięty również w ciągu następnych 16 lat.
- A już na pewno nie na podstawie rozwiązania w postaci utworzenia dwóch
państw – dodaje Lieberman.
Premier Netanjahu ma ciężki orzech
do zgryzienia. Nie dość, że czekają go
trudne negocjacje ze stroną palestyńską, a także amerykańską, której bezwarunkowe poparcie dla Izraela od początku prezydentury Obamy nie jest
już tak oczywiste, to jeszcze do każdego wynegocjowanego kompromisu Netanjahu będzie musiał przekonać swoich koalicjantów.
Michał Pakulniewicz
[email protected]
LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
- 33 -
P R O TO K Ó Ł DY P L O M AT YC Z N Y
Dlaczego Barack Obama pokłonił się
cesarzowi Japonii? I do tego źle...
Małgorzata Stańczyk
showbizsuperstar
14 listopada 2009 r. prezydent
Stanów Zjednoczonych,
Barack Obama, podczas swojej wizyty w Japonii pokłonił
się cesarzowi tego kraju, Akihito. Gest ten wywołał wśród
Amerykanów prawdziwą burzę niezadowolenia
O
dcinając się od dyskusji na temat zasadności kłaniania się
głowie państwa (zwłaszcza
symbolicznej) przez głowę innego państwa, warto odnieść się do poprawności samego ukłonu. Nie porusza się
tego w komentarzach, a jest to kwestia zasadnicza w sytuacji, gdy Barack
Obama tłumaczy swój gest zastosowaniem się do japońskiej etykiety.
Według niej, w czasie wykonywania ukłonu, należy trzymać wyprostowane ręce przylegające luźno do tułowia i ud, a w miarę zginania się, równocześnie przesuwać je w dół wzdłuż
ciała cały czas przylegające. W związku z tym, w sposób naturalny, ukłonowi
nie towarzyszy uścisk dłoni, gdyż ręce
spoczywają przy ciele. Można ewentualnie podać dłoń po ukłonie. Plecy
podczas wykonywania gestu pozostają wyprostowane.
Barack Obama podał dłoń w trakcie
kłaniania się. Nie był to więc tradycyjny japoński gest tylko zadziwiające połączenie japońskiej i zachodniej etykiety. Co więcej, plecy prezydenta nie były
wyprostowane. Można więc dojść do
wniosku, że jeśli zachowanie Obamy
było dyktowane chęcią zastosowania
się do zwyczajów japońskich, to była to
spontaniczna decyzja, nie dyskutowana wcześniej z doradcami, którzy zapewne poinstruowaliby prezydenta, jak
wykonać poprawny gest.
Jeśli Barack Obama chciał okazać
szacunek, podając rękę popełnił błąd
także na innej płaszczyźnie. Tradycyjnie, rękę podaje osoba stojąca wyżej
-34 - LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
Wizytą prezydenta Baracka Obamy żyła niemal cała Japonia. Zdjęcie wykonano na kilka
dni przed przylotem amerykańskiego przywódcy
Etykieta japońska nie wymaga
ukłonu od cudzoziemców,
zamiast niego Japończycy szeroko stosują uścisk dłoni jako
formę powitania
w hierarchii (chociaż zaczyna przeważać zwyczaj – kto pierwszy ten lepszy).
W związku z tym, jeśli Obama chciał
wyrazić szacunek trzymając się tradycji, powinien poczekać na gest cesarza. Amerykański prezydent pierwszy jednak wyciągnął dłoń, co oznacza, że uznał swoją wyższość. W zachowaniu Obamy nie widać więc żadnej spójności - nie tylko błędnie wykonał gesty, ale również błędnie je dobrał, gdyż znaczenie i intencje za nimi
stojące wzajemnie sobie przeczą. Czyni to komunikację niewerbalną prezydenta wysoce niejasną.
Warto dodać, że etykieta japońska
nie wymaga ukłonu od cudzoziemców,
jego niewykonanie nie jest obrazą, a
Japończycy szeroko stosują uścisk
dłoni jako formę powitania w kontaktach z nimi. Argument, iż wykonanie
ukłonu wyrosło z chęci zastosowania się do przestrzegania etykiety Kraju Kwitnącej Wiśni traci więc na wiarygodności. Obama nie był zmuszony do
tego gestu.
Co ciekawe, temat wzbudzający
duże emocje w Stanach Zjednoczonych nie znalazł większego zainteresowania w Japonii. Z pozapolitycznych
wątków spotkania drugi największy japoński dziennik „Asahi Shimbun” zwrócił tylko uwagę na fakt, iż Obamie nie
towarzyszyła jego małżonka.
Małgorzata Stańczyk
[email protected]

Podobne dokumenty