pobierz

Komentarze

Transkrypt

pobierz
2/2015
OD REDAKCJI
Nawet nie wiecie, jak ogromne było przerażenie naszego małego kiwi, gdy
bezczelnie do jego gniazdka włamał się jakiś staruszek w czerwonej piżamie. Z
uśmiechem na twarzy oraz przekonaniem o własnej niewinności i dobroci zostawił
naszemu zwierzątku wór pełen robaków, o których specjalnie dla Was napisaliśmy
w już drugim wydaniu gazetki szkolnej.
W grudniowym numerze oczekujemy aż ludzkim głosem odezwą się konie i
dostrzegamy, jak wszystko się do nas uśmiecha - nawet hydranty. Poruszamy
tematy związane z wierzeniami i zabobonami. Odkrywamy, że nawet muzyka
może stać się czymś jak religia (o takim fenomenie przeczytacie w tekście „Rave –
dzieło techno i ecstasy”). Zapytaliśmy także o to, jakie było Wasze spojrzenie na
świat, kiedy jeszcze wierzyliście w przynoszącego prezenty Mikołaja i Wróżkę
Zębuszkę. O tym, kto zapala światło w lodówce i co powoduje, że w naszym
brzuchu rośnie prawdziwa koza z rogami, przeczytacie w artykule „Kiedy byłem
małym chłopcem…”. Nie zabraknie również refleksji na temat nadchodzących
świąt. Wszystkim łasuchom gorąco polecamy artykuł „Bożonarodzeniowe
słodkości”, w którym znajdziecie przepis na coś, co z pewnością umili zimne
wieczory. W numerze znajdziecie także artykuł o walce chińskich naukowców z
pustynią, a także opis wszystkich twarzy naszego ukochanego kiwi.
Tak jak ostatnio, na naszym facebookowym fanpage’u będziecie mogli zagłosować
na najlepszy Waszym zdaniem artykuł. Ten, który będzie miał największą liczbę
głosów, opublikujemy na naszej stronie. Tymczasem życzymy wszystkim wesołych
świąt, dużo kiwi na wigilijnym stole i szczęśliwego nowego roku!
STOPKA REDAKCYJNA
Redaktor naczelny: Sylwia Janowska
Zastępca redaktora: Damian Baron
Skład i druk: Agata Czekała
Korekta: Maria Dąbrowska, Damian Baron
Projekt okładki: Maria Świstuń
Redaktorzy: Maja Dzięciołowska, Julia Miążek, Oliwia Mendel,
Julia Kurzyca, Iga Lubczańska, Agata Czekała, Natalia
Łyczkowska, Kamil Walczak, Karolina Kalla, Maria Mikzińska,
Kaja Krawczyk, Żaneta Getter
Opiekun gazetki: mgr Anna Szczęsna-Domagała
Zarażanie uśmiechem
Następnego dnia znów wsiadam do autobusu. Zajmuję miejsce i uśmiecham się
do każdego, kto choć na chwilę wyrwie się z tej swojej autobusowej samotności.
Idę drogą i uśmiecham się nie tylko do ślimaka, który już zaczął panikować, że nie
zdąży przede mną uciec, ale też do kota i tego warczącego psa. Kiedy widzę, jak
ktoś w tym ułamku sekundy zapomina o wszystkim i odwzajemnia uśmiech, mam
wrażenie, że zaczynam istnieć nie tylko dla siebie. Przestrzeń, która mnie otacza,
wcale nie jest już taka chłodna i pusta. Gdy idę drogą i przyglądam się ludziom,
którzy mijają drugiego człowieka tak, jakby go wcale na tej drodze nie było, czuję
się trochę jak ten uśmiechający się hydrant. Zupełnie niezauważany przygląda się
ze swym tajemniczym uśmiechem światu.
Sylwia Janowska, IIB
HUNCWOT NIECODZIENNY
Uśmiechnięty hydrant
Ze ściany patrzy na mnie smutno dwóch panów w czarnych garniturach (patrz:
Pulp Fiction). Moja głowa odmawia mi przyswajania jakichkolwiek informacji, a
zielona herbata stygnie w kubku ze wzorem sfrustrowanego Kaczora Donalda
(uścisk dłoni prezesa dla tego, kto pierwszy rzuci kamieniem i powie, czego to
metafora).
Wchodzę do autobusu, siadam na miejscu jak najbardziej oddalonym od innych
ludzi i pusto patrzę przed siebie lub za okno… Czasami przyglądam się innym
ludziom — widzę jak wszyscy się izolują, zanurzają we własnym świecie. Zupełnie
tak jak ja — jesteśmy i jakby nas wcale w tym autobusie nie było.
Bardzo sympatyczna komunikacja miejska
Z czym mi się kojarzy grudzień? Z odśnieżaniem. Tak, z odśnieżaniem.
Wstajesz rano, wychodzisz przed swój kochany domek i widzisz metr śniegu.
Wielkiej, zimnej i upiornej masy gotowej uprzykrzyć kolejny dzień twojego
przykrego życia. Zamykasz drzwi i wracasz do łóżka próbując nie przyswoić
obecnej sytuacji. Mówisz sobie: „To nie może być prawda, to nie grudzień, to
nie mój wyrok!”. Jakoś tak wyszło, że w tym roku nie ma śniegu, więc jak
przystało na porządnego Polaka znajdę sobie inny powód do narzekań:
spaczenie świątecznej atmosfery przez kapitalistyczne zachcianki.
Czym są dla ciebie święta? Zatrzymaj się w tym momencie i przemyśl całą
swoją egzystencję. Już? Dobra, to może ja będę pierwszym chętnym do
spowiedzi w tym kółku anonimowych cyników świątecznych. Święta kojarzą mi
się z pieniędzmi, bezmyślną konsumpcją oraz zniekształconymi ideami.
Oczekiwaliście
odpowiedzi
typu:
„śnieg,
prezenty,
pierwsza
gwiazdka!!one11!”? To przykro mi, pokój bezwstydnych marzycieli w
onirycznych transach jest po prawej na końcu korytarza. Podobno mają
darmowe ciasteczka z różowym lukrem i czytają sobie na głos Johna Greena,
nie wiem, nie wpuścili mnie - podobno zbyt bezwstydnie podchodzę do życia.
Mówi się o czymś takim jak „świąteczna atmosfera”. Podobno jest to uczucie
związane z nadchodzącymi świętami, mające wywoływać ciepłe wspomnienia
w sercu na sam widok przystrojonej choinki i nadmuchanego Mikołaja.
Powoduje on niewytłumaczalne oglądanie sentymentalnego gniotu pt. „Kevin
Sam w Domu” po raz (sic!) 45 (słownie: czterdziesty piąty). Śpiewanie
piosenek Wham! w celu uświadomienia innych o tym ŻE TAK, TAK, JUŻ SĄ
ŚWIĘTA MOI DRODZY. Nie czuję tej atmosfery już od kilku lat: może to
dlatego, że męczą mnie atakujące zewsząd reklamy telewizorów z „fifirifi” które
ciotka Zosia chciałaby pod swoją plastikową choinkę, nudzi mnie kolejna
reklama Coca-Coli jako tradycyjnego napoju na stole wigilijnym każdego
Polaka,
moje
wyobrażenia
o
świętach
zostały
zniekształcone
przez hype produkowany w Internecie i mediach.
Jeśli uda mi się usiąść, to wcale nie chciałabym, by podróż się kończyła. Siedzenia
są podgrzewane, więc jest mi wtedy całkiem dobrze. Zdarza się, że autobus do
mnie zagada, jakby usilnie próbował wyrwać mnie z tego letargu, w który wpadam.
To nawet całkiem miłe z jego strony, czuję, że troszczy się o to, bym nie
przegapiła żadnej chwili, w której zaraz otworzą się drzwi i powieje chłodem… Aż
w końcu przychodzi moment, w którym muszę się podnieść z tego wygrzanego
miejsca, przepchać do drzwi i opuścić to zbiorowisko skoncentrowanych tylko i
wyłącznie na sobie ludzi.
Jak szybko uciekają ślimaki?
I tutaj następuje pewien element zaskoczenia. Przechodzę bowiem z jednego
zbioru jednostek do drugiego. Mijamy się, udając, że nie istniejemy dla siebie
nawzajem. Idę drogą i tak naprawdę jedynym, który się mną interesuje, jest
przerażony ślimak, nad którym właśnie wisi mój but. Albo kot, co bacznie
obserwuje każdy mój ruch. Czy też pies sąsiada, który wbiega na wysoką skarpę i
zaczyna na mnie szczekać. Wodzi za mną wzrokiem, warczy i merda ogonem —
udaje, że broni swojego terytorium, ale ja wiem, że cieszy się na mój widok. Moje
‘wiem’ nie wynika oczywiście z żadnej znajomości zachowań zwierząt ani z tego,
że jakoś dobrze poznałam tego wielkiego, czarnego obrońcę domu sąsiada. To po
prostu On zdradził mi pewien sekret. On, który przygląda mi się gdy rano biegnę
na autobus. On, który nie pozwala mi mijać się obojętnie. Ważny uczestnik mojej
szarej codzienności — uśmiechnięty hydrant.
Mój przyjaciel hydrant
Przyznam, że jego uśmiech jest bardzo nieoczywisty. Czarne oczy mojego
przyjaciela czasem wydają się być pełne życzliwości i zrozumienia wobec tego, co
ze sobą do niego przynoszę. A czasem czuję, że bezczelnie mnie wyśmiewa,
uznając za błahe wszystkie moje troski. Ale… bez względu na wszystko, co dzieje
się dookoła, on wciąż dzieli się tym swoim uśmiechem. I ja mimowolnie zawsze go
odwzajemniam.
Otwarcie wszem i wobec ogłaszam: żądam redefinicji świątecznych wartości!
Nasze miłe spotkanie dobiega już końca. Nie jestem pewna, czy udało mi się
skłonić was do refleksji nad swoim spędzaniem świąt. Czy chcecie coś
zmienić? Coś zredefiniować? O waszych przemyśleniach porozmawiamy na
następnym spotkaniu, proszę sobie wziąć naszą klubową przypinkę „staram
się akceptować grudzień” i poczęstować się darmowym wegańskim ciastem
dyniowym. Pospieszcie się może, bo słyszałam, że kółko anonimowych
obżartuchów kończy zajęcia za sześć minut.
Do zobaczenia
pani Katasieńko; miło było pana widzieć, panie Marku!
PS. Mój tekst to czysta prowokacja. Rozumiem postawę każdego z osobna i
akceptuję odmienne poglądy na omawiane sprawy. W razie chęci do polemiki
zapraszam do rozmowy na szkolnym korytarzu. Adiós!
Iga Lubczańska, Ia
Potrzebne składniki:
1. Jajko
2. Około 6 łyżek Nutelli (można oczywiście dodać więcej, ta ilość jest orientacyjna)
3. Łyżeczka ekstraktu waniliowego
4. Łyżeczka proszku do pieczenia
5. ½ szklanki cukru
6. 3 szklanki mąki tortowej
7. 100g miękkiego masła
Wykonanie:
Masło ucieramy z Nutellą w makutrze lub misce. Dodajemy ekstrakt waniliowy,
cukier i jajko. Następnie do masy przesianej za pomocą sitka wrzucamy mąkę z
proszkiem do pieczenia. Ucieramy masę drewnianym berłem aż do powstania
jednolitego ciasta. Potem możemy je dodatkowo zagnieść ręcznie. W miejscu, w
którym będziemy wałkować ciastko wysypujemy odrobinę mąki i kładziemy masę.
Rozwałkowujemy ją i za pomocą foremek wykrawamy ciasteczka. Uwaga: jeśli
ciasto lepi się do foremek i trudno je z nich wyjąć, na malutki talerzyk możemy
nalać odrobinę oliwy i maczać w niej foremki. Wycięte ciasteczka kładziemy na
blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy w temperaturze 180°C przez
ok. 12 minut. Czas pieczenia zależy od wielkości ciasteczek. Najlepiej po
upłynięciu wyznaczonego czasu wbić wykałaczkę w jedno z nich. Jeśli jest mokra,
ciasteczka nie są jeszcze w pełni gotowe, więc wymagają dodatkowych kilku minut
w piekarniku. Smacznego!
Maja Dzięciołowska, IgB
Królestwo za konia!
Bożonarodzeniowe słodkości
Tak wołał w dramacie Szekspira Ryszard III, król Anglii. Do dziś dnia
przetrwała nie tylko brytyjska monarchia, ale także miłość, jaką angielscy
królowie darzą konie.
Święta Bożego Narodzenia mogą się obejść bez nietrafionych prezentów (takich
jak nowa para wełnianych skarpet), niewygodnych pytań o drugą połówkę lub
zrzędliwej cioci. Osobiście uważam, że można także przeżyć bez zbiorowej sauny
w centrach handlowych. Jednak nie wyobrażam sobie świąt bez łakoci
zapełniających uginający się od jedzenia stół.
Konne królestwo
Królowa Elżbieta II z mężem Filipem — ona w błękitach i obowiązkowym
kapeluszu, on w galowym czerwonym mundurze, jadąc otwartym konnym
powozem, pozdrawiają wiwatujących poddanych. Później ich Królewskie
Wysokości oglądają defiladę 1500 królewskich gwardzistów i 200
najpiękniejszych koni królestwa. To nie sceny z filmu, tylko parada na cześć
Królowej. Takie defilady odbywają się od ponad 300 lat i zawsze przed
brytyjskim władcą prezentuje się rasowe wierzchowce - nie ma na świecie
innego królestwa, którego władcy byliby tak zakochani w koniach. Królowa
Elżbieta pierwszą klacz Peggy dostała na
czwarte urodziny od dziadka, króla Jerzego
V. Dziś ma hodowlę koni czystej krwi
angielskiej i są to najczęściej wygrywające
wyścigi konie w całej Anglii. Gdy tuż przed
koronacją zapytano Elżbietę II, jak się czuje,
odpowiedziała, że wspaniale, bo właśnie
rozmawiała przez telefon z trenerem i jej koń
jest faworytem na wyścigach. Królowa
świetnie jeździła konno i odbierała defilady
na koniu, ubrana w gwardyjski mundur.
Dopiero w 1987 roku, mając 61 lat,
przesiadła się do królewskiej bryczki. Powozy
i karety to zresztą od wieków część
brytyjskiego monarszego ceremoniału —
Elżbieta przybyła na swoją koronację złotą
karocą.
Potomkowie na koń
Syn królowej, książę Karol, jechał na swój ślub królewskim powozem,
podobnie jak jego brat książę Andrzej i siostra księżniczka Anna. Ta ostatnia
jeździła konno tak dobrze, że wystąpiła na Igrzyskach Olimpijskich w
Montrealu i reprezentowała Anglię na mistrzostwach Europy, zdobywając
2. miejsce. Napisała książkę o swojej miłości do koni I przekazała to uczucie
Święta to wspaniały czas. Można spędzić godzinę na wymuszonym uśmiechaniu
się do nachalnej babci czy wreszcie usłyszeć prześmiewcze komentarze członków
rodziny o tym, jak to cały czas siedzi się w swoim pokoju przed komputerem. Kto
by się nie cieszył? A tak całkiem poważnie, uważam, że jest to najprzyjemniejszy
czas w całym roku. Ze świętami Bożego Narodzenia konkurować mogą jedynie
wakacje, ale one są w nieco innej kategorii. Cała ta wyczuwalna w powietrzu
bożonarodzeniowa atmosfera zawsze wywołuje u mnie uśmiech. Z tym okresem
wiąże się wiele rzeczy. Na myśl przychodzą między innymi prezenty, rozmowy z
biskimi, radość, igły choinki na podłodze w całym domu. No i jedzenie, a
zwłaszcza wypieki.
Kilka dni przed świętami, rok w rok, w moim domu rodzice zamieniają się w
strażników kuchni. Kategorycznie zakazują spróbowania małego kawałka ciasta,
polewy czy kilku ciasteczek. „To na obiad/kolację, jak przyjdzie rodzina!”. Na nic
się zdają przeróżne argumenty, nawet nie ma co próbować. W końcu przychodzi
czas na posiłek, najadamy się do pełna. No a co po nim? Oczywiście mamy
zapasy jak na wojnę. Mimo że co roku ta sytuacja się powtarza, święta mają swój
wyjątkowy charakter.
Jest wiele różnych tradycyjnych wypieków przygotowywanych w ten niezwykły
czas. Ja na przykład od dziecka jadam robione przez moją babcię makowce. Na
stole nie zabraknie oczywiście miejsca dla sernika, kutii, tiramisu i oczywiście
pierników. Tej ostatniej słodkości chciałabym poświęcić więcej uwagi. Pierniki
możemy spotkać w formie dużego ciasta lub, częściej występujących, pięknie
zdobionych ciasteczek o przeróżnych kształtach. Dla mnie pierniczki to
kwintesencja świąt. Nie tylko one, same w sobie, ale także ich robienie.
Największa zabawa jest przy wykrawaniu! Jednak co zrobić, gdy ktoś nie przepada
za ich smakiem? Proponuję przepis na łatwe ciasteczka z Nutellą, które po
upieczeniu wyglądają niczym wspomniane łakocie.
córce (Zara Philips jest mistrzynią świata we WKKW*). Talent odziedziczyła
jednak nie tylko po mamie. Ojciec Zary, kapitan Mary Philips, to mistrz
olimpijski w jeździectwie z 1972 roku. Ale nie tylko żeńska gałąź królewskiego
rodu kocha konie. Synowie Karola, William i Harry, wychowali się, mając w
dziecinnym pokoju stajnię bujanych koników. Czy prawdziwemu księciu
wypada uganiać się za piłką? Tak, ale tylko wtedy, gdy
dosiada
pełnokrwistego wierzchowca i uprawia najbardziej elitarny sport na świecie —
polo. Książę Karol, który przestał grać kilka lat temu, gdy spadł z konia, był
uważany za jednego z najlepszych zawodników polo na całym świecie.
Lodowa murawa
Gra w polo liczy sobie przynajmniej 2500 lat, jednak zimowa odmiana tego
sportu powstała dość niedawno, bo zaledwie w 1959 roku. Pierwsze
mistrzostwa na skutym lodem jeziorze w St. Mortiz odbyły się 26 lat
później. Wtedy rozgrywki obserwowało zaledwie 1000 osób, a dziś zmagania
najlepszych drużyn śledzi na trybunach ponad 15 tys. widzów! Śnieżne polo
szybko podbiło serca miłośników koni. Najpierw zakochali się w nim
Brytyjczycy, Austriacy,
Francuzi,
Amerykanie,
Argentyńczycy
i
Hiszpanie, wśród których tradycyjna odmiana polo ma już ugruntowaną
pozycję. W ostatnich latach zawody śnieżnego polo zaczęto organizować na
Słowacji oraz w Rosji, a z czasem dołączyła do nich Polska. Zimowa Aura
narzuca pewne modyfikacje zasad gry: mecz śnieżnego polo odbywa się na
nieco mniejszym boisku niż w przypadku klasycznej odmiany — drużyny liczą
sobie trzech, a nie czterech jeźdźców. Sama piłka zaś jest nieco większa od
„normalnej”, by gracze z łatwością mogli ją wypatrzeć w śnieżnych zaspach.
Mecz składa się z czterech czakerów (rund),a nie siedmiu, jak to ma miejsce
podczas
rozgrywek
na
trawie,
ale czaker trwa klasycznie siedem
minut. Polo wymaga żelaznej kondycji
zarówno od zawodników, jak i od
zwierząt, dlatego do gry najczęściej
wykorzystuje się wytrzymałe konie
pełnej krwi angielskiej lub argentyńskiej
— niezwykle szybkie i waleczne.
*Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego
Agata Czekała, IA
Nowy rok — stary Ty
Grudzień. Z niecierpliwością czekam na rozpoczęcie sezonu. Sezonu sportów
zimowych? Nie, tu chodzi o coś znaczenie poważniejszego. Przed nami sezon na
wystosowywanie — zwłaszcza przez płeć piękną (i jakże gotową do działania) —
postulatów o treści „nowy rok — nowa ja”.
Zapewne każdy z nas spotkał się niejednokrotnie z tego typu — nazwijmy to —
postanowieniami. Wiele osób opowiada swoim znajomym, ile zamierza zmienić w
swoim życiu wraz z rozpoczęciem nowego roku kalendarzowego.
Z pomocą wychodzą naukowcy z Instytutu Hydrobiologii Chińskiej Akademii Nauk
w Wuhan, pracujący pod kierownictwem Chunxiang Hu, badający rozwój
cyjanobakterii w trudnych warunkach termalnych (głównie w warunkach
pustynnych o niskiej wilgotności i wysokiej temperaturze powietrza). Zauważyli, że
sinice (bakterie posiadające chloroplasty) występujące w wodzie są w stanie żyć i
rozmnażać się w warunkach pustynnych. Chińscy naukowcy zamierzają wraz z
pomocą rządową najpierw wyhodować sinice w specjalnych sadzawkach, a
następnie rozsiać je na terenach pustynnych. Pytanie: w jaki sposób sinice będą w
stanie powstrzymać proces pustynnienia?
Przykłady? Ich akurat nie brakuje: od nowego roku będę chodzić na siłownię, nie
będę przeklinać, zacznę
się zdrowo
odżywiać, poznam
nowych ludzi,
rozwinę swoje zainteresowania, zdobędę nowe umiejętności i (powszechnie znany
przykład) od nowego roku na pewno poprawię oceny i zacznę się regularnie
uczyć. Brzmi znajomo, czyż nie?
Takimi właśnie pomysłami na ulepszenie swojego życia zalewamy
znajomych już właściwie od połowy listopada, aż do samego 31 grudnia —
ostatniego dnia wszystkich naszych złych przyzwyczajeń. Wszak już za parę
godzin mamy stać się zupełnie innymi, nowymi ludźmi.
Jak to wszystko się kończy? Chyba nikt nie potrzebuje odpowiedzi. Już po
tygodniu zaczynamy rozumieć, że wszystko to, co chcieliśmy zrealizować tak
właściwie zupełnie nie jest nam potrzebne do szczęścia, tudzież, że jesteśmy zbyt
leniwi, by codziennie ćwiczyć i mamy zbyt słabą wolę, by ominąć w sklepie półkę
ze słodyczami i nie wpakować wszystkich do koszyka.
Ku naszej rozpaczy, skoro tym razem nie wyszło, musimy czekać kolejne 365 dni,
by znów wyruszyć na podbój świata jakże złudnych nadziei na nową
sylwetkę czy świetne stopnie. Możemy wybrać też drugą opcję i postanawiać coś
od przyszłego poniedziałku, od wakacji, od rozpoczęcia roku szkolnego i w
każdym innym terminie, byle był on odpowiednio odległy i — przede wszystkim —
dogodny do znalezienia kolejnych wymówek, by nie zrealizować żadnego z
planów. Nigdy tylko nie przyjdzie nam do głowy, żeby po prostu na nic nie
czekać i nie zaczynać za rok, za tydzień ani nawet jutro, tylko po prostu DZIŚ.
Tak, realizacja swoich planów od razu, bez ciągłego odkładania ich i przede
wszystkim opowiadania o nich każdemu, zdecydowanie byłaby zbyt prosta. Jedna
rzecz pozostanie jednak niezmienna — im szybciej zaczniesz, tym szybciej
zobaczysz efekty pracy.
Powodzenia i oby wszystkie postanowienia 2016 roku zostały
spełnione!
Żaneta Getter, IA
Sinice, dzięki temu, że tworzą między sobą lepkie włókna, będą w stanie utrzymać
się na piasku oraz glebie, co zapobiegnie ich wywianiu. Za pomocą chloroplastów
w komórkach będą one w stanie pobierać dwutlenek węgla z powietrza, a tym
samym będą produkować materię organiczną w procesie fotosyntezy. Następnie,
wytworzoną w ten sposób materią, będą wzbogacać glebę pustynną. Tym prostym
sposobem Chińczycy wygrają walkę z pustynią, ochronią przed nią swoje miasta
oraz ograniczą stężenie CO2.
Kamil Walczak, IIB
Kiedy byłem małym chłopcem…
Wszędzie
słyszymy, że święta to czas radości, miłości i rodzinnego
ciepła... Zajmijmy się jednak czymś bardziej przyziemnym. Dla wielu z nas święta
to czas, w którym przez tydzień siedzi się w kuchni (albo pomagając mamie w
gotowaniu, albo podjadając świeżo ulepione uszka), stroi choinkę, a także zjeżdża
się cała rodzina, więc nieuchronnie pojawiają się kompromitujące historie z
naszego dzieciństwa opowiadane przez rodziców, wujków i dziadków. Każdy ma
takie zabawne momenty z przeszłości i choć często trudno sobie o nich
przypomnieć (w końcu było to tak dawno!), części z was jednak się udało.
„Całe dzieciństwo zastanawiałem się, kto zapala światło w lodówce, kiedy się ją
otwiera. Mama powiedziała mi, że robi to jakiś mały ludzik, który też pilnuje mnie,
czy się ładnie zachowuję — jeśli nie, zabiera moje mleczne kanapki”.
„Zawsze bałem się strażaków”.
zostawiają kapelusza na łóżku ani nie zostawiają otwartego parasola, by nie
przynieść nieszczęścia. Bardzo przykładają wagę do dawanych prezentów.
Chusteczki oznaczają cierpienie, ostre narzędzia symbolizują ból, a perły — pech.
O zabobonach angielskich pewnie wszyscy uczyliśmy się na tak zwanej
„kulturówce”, lecz niektóre na pewno nie zostały wspomniane, a są równie
interesujące. Czarny kot jest zwiastunem szczęścia, a biały — kłopotów. Kot
chodzący po nagrobku zmarłego oznacza, że był on opętany przez demona,
natomiast dwa koty walczące obok umierającego symbolizują Szatana i Boga
walczących o duszę zmarłego. Również ptak odgrywa ważną rolę. Jeżeli wleciał
do domu rano, oznacza to pomyślność, a wieczorem role się odwracają.
Przyszłość czasem przepowiada się przez liczbę ujrzanych kruków. Jeden kruk —
żałoba, sześć kruków — śmierć.
Zabobony są nieodłączną częścią naszej kultury. Myślę, iż ciekawie jest o nich
rozmawiać, mimo że czasem są nie do pomyślenia dla ludzi racjonalnych.
Oliwia Mendel, IgB
„Moja babcia mówiła mi, że jeśli nie przewietrzę pokoju przed snem, to przez okno
wejdzie jakiś straszny potwór, siądzie mi na klatce piersiowej i zacznie mnie dusić,
przez co do dzisiaj wietrzę pokój”.
„Tato powiedział mi, że pasy na bokach na autostradzie są dla ślepych”.
„W przedszkolu postanowiłam, że nauczę się latać i przez kilka tygodni codziennie
z przyjaciółką skakałyśmy z ławki na podwórku, wymachując rękami. Jak
dotąd jeszcze nie posiadłam tej sztuki”.
„Kiedyś popłakałam się, bo mój kot nie odezwał się do mnie ani słowem o północy
w noc wigilijną”.
„Kiedyś wierzyłam, że tauryna, która jest w energetykach, to sperma byka”.
„Mając dziesięć lat, miałem takie przemyślenia, że w każdej sekundzie nasze
działania rozgałęziają się na wiele ścieżek i to, co dzieje się we wszechświecie,
także się rozgałęzia. Więc jeżeli w tej chwili dałbym w lewo moją lewą rękę, to
jeden wszechświat by się oddzielił; w innym dałbym rękę w prawo albo nie zrobił
nic. I w ten sposób powstaje nieskończona liczba wszechświatów. Potem okazało
się, że faktycznie istnieje taka teoria”.
„Rodzice powiedzieli mi, że poznali się w Hogwarcie”.
Biol-chem mówi jak jest...
Bakterie vs pustynia
XXI w. — W Azji Środkowej postępuje dość dynamiczne pustynnienie
gigantycznych obszarów uprawnych. Około 1,73 mln km 2 ziemi stanowią pustynie,
a 530 tys. km2 ziemi jest obecnie narażone na pustynnienie. Przyczyną tego
zjawiska jest zmieniający się klimat, czego konsekwencją jest występowanie coraz
to częstszych i intensywniejszych burz piaskowych.
Swój czynny udział w zmianach klimatu i tworzeniu się burz piaskowych mają
ludzie. Poprzez lekkomyślną wycinkę lasów pod uprawę roli, rabunkową
gospodarkę rolną oraz wypasanie zwierząt na ogromną skalę doprowadzili do
wyjałowienia gleby. Jak wiadomo wyjałowiona gleba jest bardzo podatna na
pustynnienie. Skutkiem tego są ogromne tereny pustynne, które odbierają
zwierzętom, jak i ludziom, podstawowy element życia — żywność.
„Miewałem sny, że do domu przyszła śmierć i wybiła całą rodzinę, a ja schowałem
się pod łóżkiem. Miałem cztery, pięć lat, no, było wesoło”.
„Rodzice wmówili mi, że jak będę dłubać w nosie i zjem to, co wydłubię, w żołądku
wyrośnie mi prawdziwa koza z rogami i mnie pobodzie, przez co będzie mnie
boleć brzuch”. Ciekawa teoria.
„Kiedy byłam mała, wierzyłam, że dzieci robi się przez całowanie, a rodzą się
przez pępek”. (Dodam, że koleżanka teraz jest na biol-chemie — prawda
pewnie zniszczyła jej życie).
„Wierzyłam w kolorowe jednorożce zmutowane z pegazami”.
„Kiedy miała kilka lat, moim hobby było wożenie psa mojej babci w wózku dla
dzieci po całym domu. W samych majtkach. Rodzice do dziś mi to wypominają i na
każdym rodzinnym spotkaniu pokazują zdjęcie na dowód”.
Byli też tacy, którzy powtarzali, że rodzice nie wciskali im kitu o porywających
dzieci złych panach czy potworach pod łóżkiem, ale i tak wierzyli w Mikołaja czy
Wróżkę Zębuszkę, dopóki nie znaleźli prezentów w szafie rodziców. Cóż, zdarza
się i tak.
Podsumowując, życzę Wam, aby w te święta wszystkiego było dużo: radości,
pojemności żołądków, cierpliwości przed kolacją i aby rodzice przypomnieli sobie,
dla odmiany, własne zabawne historie. Wesołych świąt!
Julia Kurzyca, IIB
Cztery twarze kiwi
homonim — wyraz o takim samym brzemieniu i zapisie, lecz o innym
znaczeniu. Przykład homonimu: kiwi
Kiwi, jak każdy homonim, ma więcej niż jedno znaczenie. Zajmijmy się
najpierw ptakiem kiwi, który znajduje się na okładce gazetki. Poszczególne gatunki
kiwi nie różnią się zbytnio od siebie, ale nasze gazetkowe to kiwi brunatne. Mały
ptak jest uroczy, mimo że mało „ptasi”. Duży też jest uroczy i mniej więcej tak
samo ptasi. Przede wszystkim kiwi nie ma skrzydeł ani ogona, ma natomiast grubą
szyję i długi, giętki dziób. Ma mocne nogi, którymi rozgrzebuje ściółkę zupełnie jak
kura. Nogi i dziób ułatwiają mu poszukiwanie pożywienia — kiwi żywi się bowiem
robakami, dżdżownicami, larwami owadów i opadłymi jagodami. Pod względem
zmysłów jest nieco podobne do psa — tak jak on ma słabo rozwinięty wzrok i
dobry węch.
Film nie ma zaskakiwać czytelnika niesamowitą akcją czy dobrym dowcipem. Jego
zadaniem jest przede wszystkim oddziaływać głównie na uczucia odbiorcy –
poruszyć, wzruszyć i zmusić do refleksji nad przemijaniem uczuć oraz
nietrwałością związków międzyludzkich. Choć moim zdaniem zarówno bohaterów,
opowieść, relacje międzyludzkie jak i upływ czasu, przedstawiono lepiej w
mandze. Dlatego gorąco polegam jej lekturę.
Natalia Łyczkowska, IIA
Inne oblicze kultury — przesądy
Po ostatnich wydarzeniach na świecie nastroje są dosyć ponure, tak więc
postanowiłam napisać o czymś przyjemniejszym. Aby mój artykuł zawierał walor
edukacyjny i pomagał w poznawaniu świata, postanowiłam poruszyć gałąź kultury
nieomal przez nas niepostrzeganą, przekazywaną sobie od wieków, tzn. od
zabobonów. Popularnymi w Polsce przesądami są między innymi: pechowa liczba
13, przechodzenie pod drabinami i czarny kot. Jednakże, jak jest na świecie?
W Japonii pechowe liczby to 4 i 9, tylko przez swoją wymowę. Cyfrę 4 w języku
japońskim czyta się jak śmierć, a 9 jak cierpienie. Najwięcej przesądów jest
związanych ze śmiercią. Jeżeli potkniesz się na cmentarzu, to nie przeżyjesz
trzech następnych godzin. Jeżeli natkniesz się na procesję, musisz schować
kciuki, inaczej twoi rodzice umrą. Ten, kto wejdzie do domu w butach, zostanie
przygnieciony przez drzewo. Jest również zabobon podobny do naszego o
czarnym kocie — jeżeli drogę przebiegnie ci łasica, umrzesz w przeciągu trzech
lat. Zapobiec można temu jedynie przez zrobienie trzech kroków w tył. We
Włoszech, podobnie jak w Polsce, przechodzenie pod drabiną czy rozbite lustro
jest uznawane za przynoszące pecha. Gdy podczas przyjęcia któryś z gości przez
przypadek rozleje wino, jest to znak pomyślności. Włosi nie
Ale jaja!
Tak blisko, a tak daleko…
Ptakiem, którego jaja są największe na świecie jest struś afrykański. Mogą one
ważyć półtora kilograma! Znacznie mniejsze kiwi składa jaja, które mogą stanowić
nawet ¼ jego masy! Dla porównania — olbrzymie jaja strusia to zaledwie 1% jego
maksymalnej wagi. Jaja kiwi to rekord wśród ptaków!
Aktinidia... Co?
A co z tym zielonym kiwi, które używamy do sałatek owocowych? Jeśli
kiedykolwiek zastanawialiście się, czy ten owoc rośnie na drzewach — nie do
końca. Kiwi, które jemy to zwykle owoce aktinidii smakowitej lub aktinidii chińskiej.
To rodzaje drzewiastych pnączy, które występują w klimacie umiarkowanym. Kiwi
zawierają dużo witamy C, choć ich smak nie każdemu przypadnie do gustu. Tych
owoców nie powinny jeść osoby uczulone na papaję albo ananasy, gdyż mogą
powodować alergię!
KIWI?
Czy tytuł gazetki wziął się od ptaka czy owocu? Każda z tych odpowiedzi jest
błędna. KIWI to akronim, czyli wyraz utworzony w wyniku skrócenia Kulturalnej
Instytucji Wyrafinowanych Indywidualistów.
Co było pierwsze?
No właśnie. Co było pierwsze? Jajko czy kura? Kiwi-ptak czy kiwi-owoc? I skąd się
wzięła ta nazwa? Odpowiedź jest prosta. Nazwa kiwi-ptaka powstała od odgłosu,
jakim samce nawołują samice podczas okresu godowego. Natomiast owoce
aktinidii miały niegdyś inną nazwę, lecz gdy Nowa Zelandia zdominowała w
znacznym stopniu uprawę tej rośliny, nadano jej owocom nazwę kiwi — od nazwy
ptaka będącego narodowym symbolem tego kraju.
Kaja Krawczyk, IgB
Żyjąc w XXI wieku, kiedy dostęp do Internetu jest niemalże tak powszechny jak
chleb, prawie zapomnieliśmy o czasach, w których nawet nieduża odległość
utrudniała utrzymywanie stałego kontaktu – wtedy trzeba było pisać listy i
wyczekiwać na odpowiedź nawet... tydzień. Nie wiem, czy ten problem dotyczy
także was, ale przyłapałam się niedawno na tym, że sprawdzałam w Google, jak
poprawnie zaadresować paczkę. Wstyd, prawda?
Owszem, parę lat temu nie było możliwości, by utrzymywać ze sobą kontakt
poprzez czat, maile, wideorozmowy i inne formy szybkiej komunikacji za pomocą
smartfona czy chociażby komputera. Teraz spotykamy się z tym na co dzień,
jednakże mam wrażenie, że wtedy relacje międzyludzkie były o wiele mocniejsze –
człowiek był w stanie czekać cały tydzień, a potem z niecierpliwością szukać
wzrokiem sylwetki listonosza gdzieś na horyzoncie, by później przeczytać te
paręnaście zdań od ukochanej osoby lub przyjaciela.
A teraz? Praktycznie non stop z kimś utrzymujemy kontakt – przez Facebooka,
Twittera, Snapchata, Skype'a, SMS-y. Dochodzi nawet do tego, że przekładamy te
możliwości komunikacji nad rozmowę z drugim człowiekiem.
Niby go słuchamy, ale myślami jesteśmy zupełnie gdzie indziej i
w efekcie nawet nie pamiętamy, że ktoś coś do nas mówił.
Czasami obecny stan rzeczy ułatwia nam życie, bo w praktyce
wystarczy tylko wystukać parę znaków (tak, znaków, nie zdań!)
na klawiaturze, kliknąć kolorową ikonkę i czekać kilka sekund na
odpowiedź. W przeciwieństwie do listów, przynajmniej mamy pewność, że
zostanie to dostarczone pod odpowiedni „adres”.
Parę miesięcy temu miałam okazję przeznaczyć mój wolny czas na odrobienie
zaległości z filmami, więc zdecydowałam się na „5 centymetrów na sekundę”
Makoto Shinkaiego. Melodramat, na podstawie mangi o tym samym tytule, został
podzielony na trzy epizody i przedstawił pokrótce historię dwójki przyjaciół – Akari i
Takakiego, którzy już od czasów podstawówki trzymali się razem. Przyjaźń
przerodziła się w miłość, ale żadne z nich nie było w stanie powiedzieć drugiemu o
swoich uczuciach. Los rozłączył ich jeszcze przed rozpoczęciem gimnazjum, a
próby utrzymywania kontaktu poprzez listy nie okazały się dostatecznie skuteczne.
Rave — dzieło techno i esctasy
Wyobraź sobie dość małą salę, najlepiej w jakimś podziemnym klubie. Zewsząd
masa ludzi zachowujących się co najmniej dziwnie (wymachują cały czas
rytmicznie rękami, nogami) i właściwie przypominających raczej wijących się w
konwulsjach, niż tańczących. Wszyscy są spoceni, ubrani dość specyficznie
(kolorowe dresy i białe koszulki charakterystyczne dla imprez z lat ’80 i ’90). Każdy
jakby w swoim świecie, ale tak naprawdę stanowiący tylko cząstkę tej chaotycznej
masy. Ach, no tak, najważniejsza rzecz, bez której całe to wyobrażenie w ogóle
nie miałoby sensu, to muzyka. Pisząc „muzyka” mam na myśli znacznie
przyspieszone tempo perkusji (jakby to kogoś interesowało: 115-160 uderzeń na
minutę), mocno industrialne, głębokie brzmienia rodem z takich gatunków jak:
techno, house, jungle, acid house, ambient, a to i tak tylko część z najbardziej
wpływowych. Uczestnicy imprezy wyglądają jak podczas transu. To jest właśnie
RAVE.
Rave to właściwie nazwa pewnego stylu, niepowtarzalnej kultury, w której liczył się
każdy element z którego się składała. W latach ’60 słowo „rave” było używane
przez niektórych mieszkańców Londynu jako określenie imprezy. Jako subkultura,
rave zaistniał dopiero pod koniec lat ’90, w Chicago i Nowym Jorku. Wszystko
zaczęło się jednak od muzyki, która połączyła wszystkich fanów tego gatunku.
Przyjeżdżali oni czasem z bardzo daleka, aby uczestniczyć w jakiejś konkretnej
imprezie np. w jednym z popularnych klubów (głównie w Kanadzie lub w USA). Był
to swojego rodzaju akt buntu przeciw nowym trendom w popie, komercjalizacji
radia i kulturze nocnych klubów. Ludzie o podobnych poglądach i upodobaniach
gromadzili się w halach, opuszczonych magazynach albo po prostu w jakichś
nocnych klubach, których repertuar im odpowiadał. Problem zaczął się wtedy, gdy
policja i rodzice młodzieży coraz bardziej krytykowali imprezy rave’owe z powodu
łatwego dostępu uczestników do narkotyków (głównie ecstasy).
Wtedy zaczęły się ciężkie czasy dla rave’u. Wymiar sprawiedliwości zakazał
organizacji takich imprez i stopniowo ustanawiał coraz surowsze kary — nie tylko
dla organizatorów, ale także dla uczestników. Policja wyraźnie ogłosiła rave
nielegalnym, ponadto zakazane zostały nawet symbole i moda rave, która w
tamtych latach również przeżywała rozkwit. Nie mogło to jednak przeszkodzić
ludziom w zabawie. Istniała nadal garstka ludzi zajmująca się organizacją i
promowaniem imprez rave’owych. Do najbardziej popularnych należały:
Brotherhood of Boom, Mushgroove, Freebass Society i Pure. Oczywiście były one
nieoficjalne, a ich działalność została słabo zdefiniowana, aby nie mieć problemów
z władzą. Rozdawali oni ulotki, maile i na wszelkie możliwe sposoby starali się
poinformować zainteresowane osoby o dacie, godzinie i miejscu wydarzenia.
wydawać wyroki, choć często przejmuje się opiniami innych, a na zaufanie z jej
strony trzeba sobie zasłużyć. „Szóstki” są nieco przewrażliwione na punkcie
ostrożności. Mogą być zarówno towarzyskie, jak i zamknięte w sobie.
Typ nr 7 — entuzjasta — osoba energiczna, zawsze pozytywnie nastawiona w
stosunku do świata, uwielbiająca wszelkie rozrywki. Unika życia w jednym miejscu,
za to jest wspaniałym towarzyszem podróży. Rzadko odczuwa strach, uwielbia być
w centrum uwagi. „Siódemki” są wygadane i bardzo inteligentne. Mają cięty język i
fotograficzną pamięć. Zazwyczaj są narcystyczne i często nie kończą tego, co
zaczęły.
Typ nr 8 — szef — osoba dynamiczna, zdecydowana i silna. Obdarzona jest
charyzmą, ogromną pewnością siebie i wysokim poczuciem wartości. Zawsze
gotowa jest bronić swoich racji. Lubi walkę i mocno się angażuje, podejmuje
szybkie i trafne decyzje. Jest wytrzymała psychicznie i pracowita, doskonale wie
czego chce. Nie lubi podporządkowywać się innym, a swoją bezpośredniością i
często głośnym zachowaniem może odstraszać innych.
Typ nr 9 — mediator — osoba stabilna emocjonalnie, spokojna i zrównoważona.
Pozbawiona egocentryzmu — prostolinijna, pogodna i autentycznie miła zjednuje
sobie otoczenie swoim optymizmem i spontanicznością. „Dziewiątki” są bardzo
uczciwe, ale i naiwne. Lubią pomagać innym oraz są dobrymi słuchaczami. Często
zdarza im się zrozumieć problemy kogoś obcego, a nie rozumieć własnych.
Każdy z typów posiada skrzydła, czyli typy wpływające na ten główny. Dla
przykładu, kiedy „siódemka” posiada cechy jednego ze swoich sąsiadów —
załóżmy lojalisty, typ osobowości określany jest jako 7w6, gdzie „6” (lojalista) to
właśnie skrzydło. To samo dotyczy każdego z typów. Perfekcjoniści mogą
posiadać typ 1, 1w9 lub 1w2, dawcy — typ 2, 2w1 lub 2w3, itd. Test osobowości
można przeprowadzić w Internecie, najlepiej z pomocą kogoś, kto nas dobrze zna.
Karolina Kalla, IA
Politycy jednak nadal otwarcie krytykowali tego typu imprezy. To i liczne zamieszki
zakończyły wczesny rave. W Europie w tych czasach rave był rozpowszechniany
przez ludzi tym zafascynowanych. Wtedy też pojawiły się pierwsze zespoły
reprezentujące ten gatunek: Scooter („hyper hyper”), RMB („Reality”), Dune z
utworem „Can’t stop raving” i wiele innych. Dzięki takim zespołom kultura rave
została rozpowszechniona, a władza nie była w stanie kontrolować jej rozrostu.
Nieco później imprezy rave’owe były nieodłącznie związane z hasłem PLUR —
pokój, miłość, wspólnota i szacunek (ang. Peace, Love, Unity, and Respect), przez
co zaczęła tworzyć się subkultura. Rave zaczął się kojarzyć z narkotykami
(Ecstasy, speed, ketamina), bez których rzeczywiście pierwsze imprezy rave’ owe
nie mogłyby się odbyć, choć coraz częściej były one „czyste”. Rozbawione tłumy
ludzi wychodzących z klubów w nocy zaczęły być identyfikowane z grupami
przestępczymi. Ta część społeczeństwa, która nie wiedziała nic o rave’ie, uważała
jego fanów za agresywnych, co śmielsi mówili o nich „niebezpieczni anarchiści”,
przez co trend ten nadal pozostawał tematem tabu. Słowo „rave” przestało być
używane, zamiast tego ludzie wybierali się na „festiwale” lub po prostu „imprezy”.
Jak większość oldschoolowych trendów, rave powraca do undergroundowych
klubów, gdzie ludzie tworzący małą społeczność bawią się znów do muzyki jungle.
Współcześni DJ-e także wracają do korzeni, jednak to, co dziś jest już fenomenem
społecznym, jak i kulturowym, jest już moim zdaniem niemożliwe do odtworzenia.
Resztki rave’u na trwałe zamieszkały w różnych odłamach muzyki elektronicznej.
Na niektórych imprezach, które nieudolnie próbują sprawić, by ludzie poczuli się
tak jak wtedy, jedynie bezcześci się rave, nazywając tym terminem coś, co z
prawdziwym rave’em nie ma nic wspólnego.
Klimat, jaki panował na rave’owych imprezach był niewątpliwie niezwykły.
Hipnotyzujące brzmienia, ponarkotykowe halucynacje, nastrój, ludzie i poczucie
wspólnoty — oto nieodłączne i jedyne w swoim rodzaju cechy tego dziwnego, a za
razem fascynującego zjawiska. Wszyscy wiemy, że narkotyki są złe i tak dalej…
Nikt nie mówi jednak o tym, jak duży wpływ miały one na kształtowanie się kultury i
społeczeństwa. Dzięki, ecstasy!
Julia Miążek, 3gB
Enneagram
Nie od dziś wiadomo, że każdy człowiek jest inny. Różnimy się od siebie pod
wieloma względami, także charakterem. Jedni uwielbiają być w centrum uwagi,
drudzy preferują przebywanie w samotności, najlepiej z jakąś dobrą książką u
boku. Dla niektórych najważniejsze jest osiągnięcie zamierzonego celu, inni za
świętość uważają naukę, a wszelkie rozrywki odkładają na bok. W 1970 roku
badacz Oscar Ichazo dokonał podziału osobowości człowieka, wyróżniając
dziewięć typów. System ten nazwany został enneagramem.
Enneagram zakłada, że każdy człowiek posiada tylko jeden typ osobowości,
niezmienny przez całe życie. Typy oznaczone są cyframi:
Typ nr 1 — perfekcjonista — osoba odpowiedzialna, zorganizowana, wnikliwa.
Wiele wymaga od siebie i ciężko pracuje, by zrealizować swoje cele. Jest
drobiazgowa i precyzyjna, często w opinii innych pedantyczna. Nie pozwala się
wyręczać i rzadko poświęca czas na rozrywkę. Wszystko — począwszy od ubioru,
a skończywszy na zachowaniu — musi być w oczach „jedynki” perfekcyjne.
Typ nr 2 — dawca — osoba chętnie udzielająca pomocy innym, najbardziej
ceniąca relacje międzyludzkie. Często własne potrzeby odstawia na boczny tor.
Jest miła i czuła, gotowa poświęcić naprawdę wiele, by uszczęśliwić drugiego
człowieka. Źle znosi samotność.
Typ nr 3 — wykonawca — osoba energiczna i pewna siebie. Zawsze daje z siebie
wszystko i dąży do osiągnięcia celów. Często się uśmiecha oraz emanuje
pozytywną energia, a w jej dziennym grafiku nie ma miejsca na nudę.
Typ nr 4 — indywidualista — osoba spostrzegawcza i twórcza, artystycznie
podchodząca do życia. Nie lubi monotonii, żyje we własnym świecie, jest
ponadprzeciętnie kreatywna. Każda „czwórka” ma poczucie inności, przez co
często czuje się osamotniona. Nie ukrywa swoich słabości, choć jest wrażliwa na
krytykę i brak zrozumienia ze strony innych ludzi.
Typ nr 5 — obserwator — osoba ciekawa świata, lubiąca samotność i
niepodejmująca pochopnych decyzji. Bardzo ceni sobie prywatność i spokój. Żyje
wśród własnych idei, a od towarzystwa drugiego człowieka woli towarzystwo
książek. Nie przepada mówić o sobie i swoich uczuciach.
Typ nr 6 — lojalista — osoba uczciwa i rzetelna, godna zaufania. Jest niezwykle
odpowiedzialna i zorganizowana, skora do pomocy innym. Potrafi sprawiedliwie

Podobne dokumenty