p-pdf - Retro Futbol

Komentarze

Transkrypt

p-pdf - Retro Futbol
RetroFutbol
Nr 2
2014
m a g a z y n
pierwszy w polsce magazyn o historii piłki nożnej | www.rfbl.pl
Mecz Śmierci
retro
Od Sokoła do Sławy
polska
Preludium do legendy
taktycznie
50
PONA
D
stron
P
rzed Wami kolejny, drugi numer miesięcznika Retro Futbol. Dzięki niezwykle ciepłemu przyjęciu październikowego wydania, jesteśmy jeszcze bardziej
zmotywowani do pisania, co zdecydowanie
przekłada się na poziom magazynu.
Zapomnienie
temat numeru
str 18
Najstarszy niemiecki klub
retro str 4
Śmierć na Superga
retro str 9
Retro Finale
retro finale str 12
Od małej kaczki
DO PIĘKNEGO ŁABĘDZIA
RetroFutbol magazyn | str 2
biografia
str 51
Skład naszej redakcji został powiększony
o wiele ciekawych nazwisk dla których piłka
nożna to nie tylko pasja, lecz także sposób
na życie. Więcej o nich, a także o „starych”
członkach redakcji, przeczytacie w krótkiej
charakterystyce, która znajduje się pod tekstem. Znajdziecie tam również odnośniki
do naszych twitterów, gdzie wspólnie będziemy mogli komentować otaczającą nas
rzeczywistość.
Obecny numer w większości przenosi nas
w okolice okresu II wojny światowej. Przeczytacie między innymi o sposobie na zapomnienie o codzienności życia obozowego w Terezinie, gdzie futbol był jednym
z ważniejszych czynników. Kolejnym, ciekawym felietonem jest opowieść o bohaterskich zawodnikach Dynama Kijów,
którzy przeciwstawili się niemieckiemu
okupantowi w słynnym „meczu śmierci”.
Poznacie też drogę reprezentacji Polski na
pierwszy historyczny Mundial, który odbył
się w 1938 roku.
Od Sokoło do Sławy
polska str 23
Oczywiście gorąco zachęcam do przeczytania wszystkich naszych tekstów, ponieważ prezentują one równy, wysoki poziom
obok którego nie można przejść obojętnie.
Papierowy człowiek
biografia str 27
Zatem wsiadamy w nasz futbolowy wehikuł czasu i startujemy!
Święta Wojna w Glasgow
klasyk str 31
Mecz Śmierci
retro str 38
Preludium do legendy
taktycznie str 44
Damian Bednarz
redaktor naczelny
str 3 | RetroFutbol magazyn
retro
Najstarszy
niemiecki klub
Kiedy wielu z nas rozmyśla na temat historii piłki nożnej,
a pierwszą myśl przychodzi nam angielskie podwórko
i Sheffield Football Club bądź Notts County F.C. Jednak
historia futbolu nie ogranicza się do jednego kręgu, tak jak
miłośnik piłki nożnej nie powinien ograniczać się do jednej
ligi.
Wielu uważa to za populistyczne podejście, interesowanie się
czymś, ze względu na coś. Jednak każda historia, każda liga
ma swoje magiczne wątki, swoje podwaliny, dzięki którym
zapoczątkowano niezwykły prolog sportu. Reasumując,
nie wolno się ograniczać do utartych schematów. Dlatego
zainteresowałem się podwalinami niemieckiej piłki, czymś,
na co spoglądałem ogólnym okiem aktualnych wydarzeń.
Historia niemieckiej piłki kopanej kryje swoje niuanse,
długowieczność i uwiecznienie na kartach minionych
wydarzeń. Od czego się zaczęło? B.F.C Germania 1888.
RetroFutbol magazyn | str 4
J
est to klub piłkarski mający swoją
siedzibę w berlińskiej dzielnicy „Tempelhol”. Co jest warte uwagi? Jest
to najstarszy, istniejący zespół piłkarski
w Niemczech. Obecnie Germania występuje
w berlińskiej lidze B. Jest to odpowiednikiem dziesiątego stopnia rozgrywkowego.
Za oficjalną datę powstania przyjmuje się
15 kwietnia 1888 roku. Wcześniej wspominałem o wyjątkowości historii. Ten aspekt
dotyczy właśnie tego klubu, który został
założony przez wówczas 17-letniego Paula
Jestrama i Fritza Waltera Jestrama, którzy
de facto byli braćmi, oraz kilku przyjaciół.
Należy również zaznaczyć, iż w tamtych
ramach czasowych piłka nożna jako dyscyplina sportowa znajdywała się tak zwanej
niszowej strefie zainteresowania życia społecznego u naszego zachodniego sąsiada.
Mówiąc kolokwialnie uważano ten sport za
zajęcie dla „biedaków” i „pospólstwa”. Piłkę
nożną traktowano jako coś gorszego, na co
nie warto w ogóle zwracać uwagi. Pierwsze
mecze w Berlinie miały miejsce zimą 1881
i 1882 roku. Pod koniec XIX wieku nie po-
wstała jeszcze struktura obiektów piłkarskich, toteż klub swoje pierwsze potyczki
rozgrywał na polu, na którym później to powstał port lotniczy Berlin-Tempelhof. Teren
pod budowę lotniska został wyznaczony
i wybrany 8 października 1923 roku.
Pamiętny 1980...
W roku 1890 „Germiania” sięgnęła po pierwsze, nieoficjalne mistrzostwo Niemiec.
Krótko po założeniu, bo w tym samym roku
B.F.C Germiania Berlin była już członkiem
BDF, czyli „Bund Deutcher Fußballspieler”
(Federacja Niemieckich Piłkarzy). Pierwsze
mistrzostwo, o którym mowa zdobyto w tak
zwanym trybie „Pokalmodus” to jest w pucharowym systemie rozgrywek, który ograniczał się tylko do zespołów wywodzących
się z Berlina. Turniej ten rozgrywany był tylko spośród miejscowych zespołów, mowa
tutaj o BFC Vorwärts 1890, BFC Askania
1890, BFC Borussia 1890, BFC Concordia
1890, BFC Hellas 1890, BFC Tasmania 1890
oraz BFC Teutonia 1891. Wedle zapisów
historycznych zespół obronił zdobyty tytuł
str 5 | RetroFutbol magazyn
w następnym roku. „BDF” był wtedy jedynym działającym związkiem, który zrzeszał
piłkarzy, i który był wstanie potwierdzić
obronienie trofeum. Do tej pory jednak nie
znaleziono innych przesłanek za tymi zapiskami historycznymi.
W niedługim czasie po tych wydarzeniach
upadł BDF z dosyć prozaicznych przyczyn.
W strukturach związku nie osiągnięto porozumienia w sprawie pozwolenia cudzoziemcom na udział w rozgrywkach. Kolejnym
powodem był brak unormowania transferów pomiędzy klubami. Na zgliszczach
Związki Niemieckich Piłkarzy w 1891 roku
powstał twór o skrócie „DFuCB”, czyli
Niemiecki Związek Piłki Nożnej i Krykieta. Większość zespołów z dawnego związku dołączyło do nowych
rozgrywek, kilka z nich postanowiło
w ramach protestu odmówić udziału.
W tym momencie Germanię spotkało wiele nieprzyjemności. Klub kilkukrotnie starał
się dołączyć do DfuCB, jednak za każdym
razem spotykali się z odmową. Jako główne
powody takiego postępowania wymieniano
„trudny charakter zespołu”, nacjonalistyczne podejście”, oraz „niezdolność do współpracy z innymi klubami”. Ostatni argument
dotyczył jeszcze partycypacji w BDF, jednak
nie udokumentowano, aby takie zachowania miały miejsce.
Germania do nowego układu została przyjęta dopiero w 1892 roku. Przez kolejne ponad
sześć lat zespołowi nie udało się odnieść
znaczącego sukcesu. Czterokrotnie zespół
zajmował drugie miejsce. Rozgrywki zostały zdominowane przez BtuFC Viktorię 89.
RetroFutbol magazyn | str 6
W 1899 roku zespół grał coraz gorzej. Wyższy poziom ligi spowodował, iż Germania
systematycznie przesuwała się w dól tabeli. W 1904 roku ekipa z Tempelhof spada do
drugiej klasy rozgrywkowej. Tylko rok trwał
powrót berlińskiego zespołu do najwyższej
klasy rozgrywkowej , jednak formę można
opisać jako sinusoidalną. Kolejne spadki, trudniej było z powrotami. Udało się to
tylko w latach 1911/1912 oraz 1917/1918.
W każdym z tych sezonów klub zajmował
przedostatnie miejsce, co oznaczało kolejny
spadek.
W czasach trwania III Rzeszy zespół miał
znaczenie jedynie politycznej propagandy.
W księdze pamiątkowej istnieje następujący wpis: „BFC Germania jest pierwszym
niemieckim klubem, który po ustanowieniu
władzy hitlerowskiej pozbył się ze swoich
struktur wszelkich znaków żydowskich oraz
odmówił żydom wstąpienia do zespołu.”
Upaść by powstać z kolan
Tylko raz klubowi udało się nieznacznie podnieść z kolan. Pod koniec sezonu 1952/1953
awansowali do drugiej ligi berlińskiej. NajGermania odznaczyła się dużym wpływem wyższym stopniem była wtedy „Berlin City
na tworzenie się niemieckiego futbolu. League”, czyli Liga Berlińska Piłki Nożnej.
Część piłkarzy należała również do ówcze- W tamtych latach wiele zespołów upadało
snych związków. Georg Demmler oraz Fritz równie szybko jak powstało, nie były one
w stanie utrzymać swojej
Boxhammer tworzyli Berliński
W czasach
działalności dłużej niż rok.
Związek Piłki Nożnej oraz Nietrwania
III
Rzeszy
W sezonie 1953/1954 Germamiecką Federację Piłkarską
zespół miał
nii udało się uplasować w gór(DFB). Pierwszy międzynarodoznaczenie
nej części tabeli w swojej lidze.
wy mecz pod egidą DFB również
miał swój pierwiastek Germanii. jedynie politycznej W kolejnych latach zespół miał
do czynienia z tak zwanym
W trykocie narodowej drużyny
propagandy
okresem suszy, który trwała
bramki bronił Fritz Baumgarten. W kolejnych spotkaniach był to Hans przez długie lata. Po dziś dzień.
Schmidt, Paul Eichelmann oraz Zierold. Brali
oni udział w tak zwanych rozgrywkach ob- W niedawnej przeszłości klub zaznał
cokrajowców. Mówiąc o wpływie berlińskie- tak zwanego syndromu yo-yo. W latach
go zespołu nie można również zapomnieć o 2000/2001 oraz 2002/2003 zespół wskutek
obecnie grającej w Bundeslidze BSC Hercie walkowerów znalazł się w Rejonowej Lidze
Berlin. Zespół ten w pierwotnym nazewnic- Berlińskiej (odpowiednik 4 dywizji). Tak wytwie miał zawierać zajęty już człon Germa- soko klub nie plasował się od lat. Zdołał się
nia. Hertha była wyjściem zapasowym, który tam utrzymać przez kolejne trzy lata, aby
znów upaść. W 2007 roku zespół notował
zagościł na na długie lata.
kolejną fatalną passę, po to, aby w sezonie
Po okresie II Wojny Światowej, Germanii ni- 2008/2009 znaleźć się w Okręgowej Lidze A.
gdy już nie udało się powrócić do świetności Po zajęciu ostatniego miejsca we wcześniej
z początków istnienia zespołu. Klub spa- wymienionych rozgrywkach zespół wylądodał do coraz niższych klas rozgrywkowych.
str 7 | RetroFutbol magazyn
wał z hukiem w Powiatowej Lidze B.
Wielce ciekawym wątkiem jest również to,
gdzie swoje miejsce na rozgrywanie spotkań
na początku istnienia znalazł klub. Początkowo było to pole w dzielnicy Tempelhof.
Jednak po utworzeniu się kolejnych, nazwijmy to klubików trzeba było poszukać nowego miejsca. W 1904 roku zespół wynajmował otwartą przestrzeń koszar wojskowych
od pruskiego ministerstwa wojskowego
i skarbu państwa. Teren ten znajdował się
na pograniczu obwodnicy Berlina i terenu
ćwiczebnego batalionu wojskowego. Po
przygotowaniu murawy pod spotkania zdecydowano się na pominięcie budowy trybun
z powodu braku zgody stosownych organów.
Powracając do aspektów czysto piłkar-
skich. Germania nie ograniczała się jedynie
do spotkań w ówczesnej lidze. 18 grudnia
1904 roku zespół pokonał tak zwaną reprezentację środkowych Niemiec. 6:3. Dnia 29
kwietnia 1905 roku Germania mierzyła się
z kadrą „Londyńskiej Służby Cywilnej”. Mecz
ten okraszono spotkaniem na szczycie międzynarodowym. Spotkanie to obserwował
również książę pruski Wilhelm II. Mecz zakończył się wygraną drużyny z Niemiec 3:2.
RetroFutbol magazyn | str 8
Najstarszy istniejący niemiecki
klub piłkarski
Jakimi osiągnięciami może poszczycić się
Germania? Dwa Mistrzostwa Ligi Berlińskiej
w latach 1890 i 1891. Klub był również czterokrotnym wicemistrzem ligi w latach 1893,
1894, 1896, 1897.
O zespole bardzo często mówi się, że jest to
najstarszy niemiecki klub piłkarski, jednak
można tutaj zaznać swoistego pomylenia
pojęć, ponieważ przed powstaniem zespołu istniały już Drezno English Football Club
(założony w 1874 roku), Berliner Football
Club Frankfurt (założony w 1985 roku. Więc
jak ująć prawidłowe nazewnictwo? B.F.C
Germania 1888 jest najstarszym ISTNIEJĄCYM niemieckim klubem. Zespól obecnie
występuje w Berlińskiej Lidze Okręgowej B,
swoje mecze rozgrywa na obiekcie mieszczącym tysiąc osób, a w minionym sezonie
zajął dwunaste miejsce w lidze. Wcześniej
nadmieniłem efekt yo-yo w kontekście zespołu. Tyczy się on również obecnego sezonu. Germania na chwilę, w której piszę zajmuje trzecie miejsce w lidze, ma na swoim
koncie 7 wygranych, dwa remisy oraz taką
samą liczbę porażek.
Paweł Klama
Niepokorny kibic Manchesteru
United, student Prawa. Nie boi
się ostrego słowa i surowej
krytyki. Miłośnik angielskiej
piłki, archeolog historii, krnąbrny
brodacz. Nie unika ciężkich
tematów, kocha dyskusje.
Klamecki MUFC
rertro
Śmierć
na superga
Wszyscy kibice piłkarscy na świecie słyszeli o katastrofie
lotu 609, w której zginął kwiat Manchesteru United.
Ta historia będzie jeszcze dotkliwsza, ponieważ w
przeciwieństwie do „Czerwonych Diabłów” zespół,
którego piłkarze odeszli ze świata, nie otrząsnął się z tej
tragedii już nigdy. Była to śmierć na wzgórzu Superga.
B
yli nazywani „Grande Torino” czyli
„Wielkie Torino”. Określenie to na pewno nie było nadane na wyrost. Drużyna grała futbol nadzwyczajny, nieosiągalny
dla innych klubowych zespołów. W latach
1946-1948 zdobyli trzy tytuły mistrzowskie
pod rząd, a podczas meczu reprezentacji
Włoch z Węgrami, który odbył się 11 maja
1947 roku, aż 10 piłkarzy podstawowego
składu „Squadra Azzurra” – grała właśnie w
drużynie z Turynu. Na ławce rezerwowych
tamtego dnia, był jeszcze bramkarz Valerio Bacigalupo.
Najsławniejszymi zawodnikami tej drużyny
byli: Mario Rigamonti, Valentino Mazzola
i Guglielmo Gabetto.
Do legendy przeszedł ich mecz z Romą, kiedy to przegrywając do przerwy 0:1, na drugą połowę wyszli tak zdeterminowani, że
rozbili rywala 7:1. W tym samym sezonie
str 9 | RetroFutbol magazyn
(1947/1948) pokonali też drużynę Alessan- 4 maja 1949 dwuletni samolot włoskiego
dria Calcio aż 10:0. Sezon ten skończyli ze towarzystwa A.L.I. wystartował z Lizbony o godzinie 9:52, rozpoczynając rejs do Tu125 zdobytymi bramkami!
rynu. Na pokładzie znajdowało się 27 pasaW tamtych czasach Torino było jednym żerów i czteroosobowa załoga. W dzisiejz niewielu zespołów, który podróżował na szych czasach, pokonanie trasy z Lizbony
mecze samolotem. Takiemu obrotowi spraw do Turynu odrzutowcem zajęłoby godzinę,
sprzeciwiało się większość graczy, a także jednak trójsilnikowej maszynie w 1949 roku
trener Ferrero. Zarząd jednak był nieugięty tylko pierwsza partia lotu do Barcelony – w
twierdząc, że loty pozwalają znacznie obni- celu zatankowania paliwa – zajęła ponad
żyć zmęczenie zawodników przed spotka- 3 godziny – zakończyła się o 13:15 czasu
lokalnego.
niem.
W tamtych czasach nie było jeszcze europejskich pucharów, więc aby mierzyć się
z drużynami z innych lig trzeba było rozgrywać spotkania towarzyskie. I na taki właśnie
mecz ekipa „Grande Torino” została zaproszona do Lizbony.
16:41...
Przelatując nad Savoną piloci maszyny połączyli się z kontrolerami z lotniska w Turynie. Widoczność była wtedy fatalna. Niski
pułap chmur oraz rzęsisty deszcz i gęsta
mgła tylko utrudniały pracę lotnikom. Była
Mecz został rozegrany 3 maja 1949 roku, to godzina 16:41.
a końcowy wynik brzmiał 4:3 dla Benfici.
Jednak to nie on był najważniejszy. Był to Około 17:04 w momencie, gdy maszyna zniżała lot nastąpiło zderzenie z murami bazyostatni mecz zespołu Torino
liki znajdującej się na wzgórzu Superga (675
poprzedników, tak naprawdę nigdy już nie
nawiązali.
Smutnym podsumowaniem tej historii jest
przypadek niejakiego Pierluigi (Gigi) Meroniego, który w sezonie 1963/64 roku trafił do
Torino z Genoi. Ten znakomicie zapowiadający się prawoskrzydłowy, będący nadzieJeszcze 6 godzin po tragedii nad Turynem ją Torino na lepsze dni, zginął pod kołami
górowało pulsujący blado czerwony ogień. dwóch samochodów. Paradoksem jest to, że
Ciszę przerywał stuk młotów pneumatycz- dokładnie tak samo nazywał się pilot feralnego samolotu, który rozbił się w 1949 roku
nych. Musiało to być makabryczne!
z piłkarzami turyńskiego klubu…
Po katastrofie do końca ligi
Jeszcze 6 godzin W 2005 roku z powodu kłopopozostawały jeszcze cztetów finansowych klub upadł.
ry kolejki. Działacze i piłkapo tragedii
Dzisiejszy zespół występujący
rze Milanu (bezpośredni rywal
nad Turynem
w walce o zwycięstwo) zaapegórowało pulsujący w Serie A, jest już tak naprawdę
inną drużyną.
lowali do federacji piłkarskiej
blado-czerwony
o przyznanie tytułu mistrza
ogień
Włoch drużynie Torino, nikt nie
wyraził sprzeciwu. W tych czterech meczach drużyna z Turynu wystawiła
juniorów, zresztą tak samo postąpili ich rywale (Genoa, Palermo, Fiorentina i SampdoDamian Bednarz
ria). Najtragiczniejszy sezon w Serie A doByły sędzia piłkarski, a obecnie
biegł końca.
redaktor naczelny Retro Futbol.
m n.p.m). Z przebywających na pokładzie
nie ocalał nikt. Z piłkarzy Grande Torino pozostali jedynie Sauro Toma, który nie poleciał do Lizbony z powodu kontuzji oraz Ladislao Kubala – jego z meczu wykluczyła
choroba syna.
Włosi bardzo przeżyli tę tragedię. W pogrzebie ofiar, który odbył się na cmentarzu Palazzo Madonna uczestniczyło ponad pół
miliona ludzi z całego kraju. „Grande Torino” pomimo faktu, że w lidze deklasowało
wszystkich – było chlubą całego narodu.
Wielki pasjonat historii futbolu
i Manchesteru United. Jak sam
twierdzi – w Football Managerze
wygrałby nawet z Alexem
Fergusonem.
d bednarz
Początek końca
RetroFutbol magazyn | str 10
Sezon później scudetto zdobył już Juventus
Turyn, a Torino rozpoczęło marsz w dół, który zakończył się spadkiem do Serie B (1959).
Co prawda w roku 1976 zostali jeszcze mistrzami Włoch, jednak do wielkich sukcesów
str 11 | RetroFutbol magazyn
retro finale
Retro
finale
Retro Finale będzie stałym punktem programu,
który pozwoli wam przenieść się w czasie i przypomnieć
sobie atmosferę, okoliczności i przebieg wszelkich
piłkarskich spotkań finałowych.
26
maja 2004 roku zespół FC Porto
prowadzony przez charyzmatycznego Jose Mourinho ograł
drużynę z księstwa Monaco - 3:0. Szkoleniowcem czerwono-białych był wówczas
obecny selekcjoner reprezentacji Francji
- Didier Deschamps, który został najmłodszym trenerem w historii finałów Ligi Mistrzów. I jest nim do dziś. A miał wtedy 36
lat. Mało kto pamięta, ale jest to wynik zupełnie nieadekwatny do sytuacji z boiska.
Wybrany przeze mnie finał jest najmniej retro, spośród naszych wszystkich „retro tematów”, jednak uważam go za wyjątkowy,
choćby dlatego, że wszystkie strzały celne
znalazły swoje miejsce w bramce. Wątpię,
żeby w jakimkolwiek finale zaistniała podobna sytuacja. Po końcowym gwizdku,
wiele osób nazwało go „najnudniejszym”.
Zobaczyliśmy w nim 20 (!) spalonych. Tak,
to nie żart. 12 po stronie Monaco i 8 Porto.
RetroFutbol magazyn | str 12
Od czasu nazwania rozgrywek Ligą Mistrzów (sezon 1992/1993) to jedyny przypadek, gdzie w finale nie znalazł się żaden
z zespołów z czterech najsilniejszych lig
świata (Anglia, Hiszpania, Niemcy, Włochy).
Był to niezwykły sezon dla Arsene’a Wengera, bo jego Arsenal nie przegrał żadnego
spotkania ligowego. To idący jak burza Kanonierzy byli więc głównym kandydatem do
finału. Tak się jednak nie stało, a trener zakochany w swojej przydługiej kurtce wciąż
czeka na upragniony tryumf.
nostką płatniczą został „knapp”, który miał
równowartość jednego euro. Nazwa waluty
oczywiście nie jest przypadkowa, bo „knapp”
to przecież górnik, a drużyna Schalke ma
właśnie taki pseudonim. Powstało też wiele
stoisk z pamiątkami. Tygodnik „Piłka Nożna”
dawał 70% szans na zwycięstwo AS Monaco. Podobnie myślała większość ekspertów.
Wszyscy bowiem pamiętali o 4 bramkach
Dado Prso i zwycięstwie 8:3 z Deportivo
w fazie grupowej, a także o niespodziewanym wyeliminowaniu Realu i Chelsea (kolejno w 1/4 i 1/2). Pamiętali też jednocześnie o dość szczęśliwym awansie FC Porto
w ostatnich minutach, w meczu 1/8 z Manchesterem United. Portugalczycy grali agresywnie, atakując łokciami przy wyskokach,
zdecydowanie bardziej skupiali się na defensywie i wyprowadzali świetne kontry
– dziś powiemy, że to typowa taktyka The
Special One.
Giuly uniósł Puchar Europy. Morientes zachwycał skutecznością, a Jerome Rothen
kreatywnością.
Hiszpański as, wypożyczony z Realu Madryt
o swoich przenosinach mówił: ,,Byłem zdołowany. Źle się czułem w Madrycie. Bardzo
chciałem odejść. Tu, w Monaco jest zupełnie
inaczej”. Florentino Perez popisał się swoim firmowym trikiem i postawił na produkt
bardziej marketingowy. W ataku Realu miał
grać Ronaldo i basta. Z kasy zarobionej na
Ronaldo… Perez płacił pensję Morientesowi.
Co musiał więc czuć długowłosy napastnik,
który wyeliminował w 1/4 rozgrywek swojego pracodawcę?
Retrospecja
z boiska
Jose Mourinho zaskoczył wszystkich już
przed meczem, podając do wiadomości
Chłopcy Deschampsa grali z kolei efektow- podstawowy skład, w którym doświadnie, pięknie dla oka. Logiczne więc, że jako czonego Alenitcheva zastąpił młodziutkim
11-latek bardzo chciałem, żeby to Ludovic Carlosem Alberto, grającym z charaktery-
Przygotowania
i przewidywania
W Gelsenkirchen wydano aż 5 milionów
euro na przygotowanie do finału, wprowadzając między innymi tzw. sztuczną walutę,
czyli specjalną kartę chipową. Wszystko to
w celu ułatwienia obsługi obiektu. Jedstr 13 | RetroFutbol magazyn
stycznym plastrem na nosie. W ramach ciekawostki – był to plaster kondycyjny, który
ułatwiał oddychanie. Z podobnym, przez całe
życie grał chociażby Joao Pinto. Joker w talii Mourinho, zapowiadał się na wybuchowy
talent, a skończył odbijając się od kolejnych
klubów. Zrujnowany przez Werder Brema.
„Wywożony” był na kolejne brazylijskie przystanki i gra tam do dziś, w klubie Botafogo.
Wracając jednak do 2004 roku, to Mourinho się nie zawiódł. Młodziutki Brazylijczyk
otworzył wynik spotkania. Swój charakter pokazał przy celebracji, po której został ukarany
żółtą kartką. Wcześniej jednak, jeszcze przy
stanie 0-0, pomysł Deschampsa na wykorzystanie szybkich skrzydłowych – Rothena
i Giuly’ego, „spalił na panewce”, ponieważ ten
drugi doznał kontuzji. Francuz musiał więc
wprowadzić Chorwata Prso, który kilka razy
w tym spotkaniu pokazał, że do zwrotności
Giuly’ego wiele mu brakuje. W powietrznych
pojedynkach też miał nie byle jakiego rywala,
bo samego Ricardo Carvalho. Jeśli dodamy
do tego dwie niesłuszne decyzje sędziego
o spalonych, na których rzekomo znajdował
się Fernando Morientes, to stwierdzić możemy,
że los tego dnia wyjątkowo nie sprzyjał „czerwono-białym”. Posiadanie piłki też mieli też
o 10% wyższe. Ale co z tego, skoro Mourinho
po raz kolejny pokazał swój kunszt, wprowadzając na boisko Alenitcheva, który dwa
razy pobiegł do zabójczych kontr: za pierwszym razem asystował, a za drugim posłał
potężną bombę w kierunku Flavio Romy.
Bramkarz Monaco, widząc składającego się
do strzału Rosjanina, tak się przestraszył,
że aż odwrócił głowę. Dwie kontry w przeciągu czterech minut. Strzał na 3-0 w 75.
minucie właściwie przesądził o wszystkim.
RetroFutbol magazyn | str 14
Mourinho
kłamie jak
telewizja.
Rewanż nie udał się prawemu obrońcy Monaco. Hugo Ibarra, choć ogromnie starał się na swojej stronie, ponownie przegrał z Mourinho. Paradoks
polega na tym, że Argentyńczyk był
wówczas piłkarzem Porto, którego portugalski trener wypożyczył do Monaco.
Vitor Baia został pierwszym Portugalczykiem, który tryumfował w trzech finałach:
Pucharze Zdobywców Pucharów, Pucharze UEFA i Lidze Mistrzów. Jose Mourinho
na konferencji pomeczowej powiedział:
„Dziękuję moim piłkarzom. Był to prawdopodobnie mój ostatni mecz na ławce trenerskiej FC Porto. Chciałbym spróbować
swoich sił w Anglii, jednak nie skomentuję
doniesień o zatrudnieniu mnie w Chelsea”
Cały Mourinho. Kłamie jak telewizja. Chociaż wszyscy wiedzieli, to i tak zaprzeczył.
wielkich pieniędzy, za „drobniaki” sprowadzono chociażby młodziutkiego 16-letniego
Andersona, współczesnego zabijakę Pepe,
niespełniony talent – Ricardo Quaresmę,
czy jednego z najlepszych teraźniejszych
stoperów – Thiago Silvę.
W Porto nie zmieniło się to, że mają nosa do
transferów jak chyba nikt w Europie. Aha, no
a gdzie gra dziś Ricardo Carvalho?
Patryk Idasiak
Student trzeciego roku
dziennikarstwa w Szczecinie.
Wierny, ale obiektywny kibic
Manchesteru City, zakochany
w pieniądzach Szejka Mansoura.
Czasami napisze coś do portalu
czasfutbolu.pl.
Kto skorzystał
po finale
Po udanym sezonie – Ludo Giuly przeszedł do Barcelony, Jerome Rothen do
PSG, natomiast Fernando Morientes wrócił z wypożyczenia i został sprzedany do
Liverpoolu. Za to szeregi zespołu z księstwa, za niecałe 3 miliony funtów, zasilił wówczas 22-letni Brazylijczyk. Dziś,
choć już wiekowy, ale jeden z najbardziej
cenionych prawych obrońców. Chodzi
oczywiście o Maicona. Mourinho z kolei
„pociągnął” za sobą do Chelsea: Ricardo
Carvalho i Paulo Fereirę, za łączną sumę
44 milionów funtów. Deco zaś dołączył do
swojego finałowego przeciwnika, z którym
spotkał się w Barcelonie. Młodego Carlosa
Alberto już wtedy ciągnęło do Brazylii, bo
jeszcze przed zainteresowaniem Werderu,
dołączył do Corinthians, a z pozyskanych
PatrykIdasiak
0
AS MONACO
- 3
FC PORTO
Carlos Alberto 39`
Deco 71`
Alenichev 75`
str 15 | RetroFutbol magazyn
foto
Powódź na Gay Madow w 2000 roku
Z racji usytuowania stadionu dosłownie na brzegu rzeki Severn , obiekt ten miał częste
problemy z zalaniem. Tradycjonaliści upierali się, żeby nie się stąd nigdzie przenosić.
Jednak to było nieuniknione. Zdołali jedynie przez kilka lat spowalniać proces przeniesienia obiektu na obrzeża miasta. Od 2007 roku Shrewsbury rozgrywa swoje spotkania
na New Madow.
RetroFutbol magazyn | str 16
Maskotka klubu – Lew Lenny wiosłuje na zalanym stadionie
str 17 | RetroFutbol magazyn
temat numeru
Zapomnienie
skich czy holenderskich) Żydów w nowej,
nazistowskiej rzeczywistości. W 1944 roku
nakręcono film propagandowy pt. „ Terezin. Dokument o żydowskim przesiedleniu.”,
który miał ukazać „uroki” beztroskiego życia. Tak naprawdę pierwotnym celem było
skupienie jak najliczniejszej żydowskiej elity,
tak, by ich uwięzienie stanowiło przedmiot
sporu z innymi państwami, które miały się
rzyć, wpisało się to w obozową rzeczywistość i pomogło w szerzeniu nazistowskiej
propagandy skierowanej na zachód. Także
Judenrat „zarządzający” gettem określany
był mianem swoistego „resortu kultury”. Bogate kulturalne życie w modelowym obozie
miało przecież świadczyć o humanitarnym
traktowaniu więzionych i zadawać kłam
pogłoskom o rzekomych obozach zagła-
za nimi wstawiać. Na zamkniętym terenie
znajdowało się mnóstwo żydowskich przedstawicieli inteligencji, artystów czy sportowców - jedni z najsłynniejszych więźniów
to rabin Leo Baeck, kompozytor Viktor Ullmann, Ester Adolphine - siostra Zygmunta
Freuda czy Alfred Flatow, pierwszy żydowski zdobywca złotego medalu olimpijskiego.
W pewnym momencie kulturalne życie zaczęło rozkwitać i przybierać formę zorganizowanych zajęć. Wykłady, dyskusje o Platonie, założeniach Majmonidesa, Talmudzie
czy Biblii; recitale, wieczorki poetyckie czy
koncerty jazzowe - choć trudno w to uwie-
dy - choć z wywożenia do obozów zagłady
i wcale nie zrezygnowano i widmo śmierci
było stale obecne.
W pełni zorganizowana piłkarska liga na terenie getta?
Specjalna obozowa gazetka, redagowana przez
kilkunastoletnich więźniów?
Brzmi jak ponure zderzenie sacrum i profanum. Nie
w Theresiensadt, kompleksie złożonym z obozu
koncentracyjnego i getta.
Tam piłka nożna dla więźniów nierzadko stanowiła
wybawienie i ucieczkę od nazistowskiego terroru nawet, jeśli wybawienie trwało dwie
trzydziestopięciominutowe połowy.
F
orteca w Terezinie (kraj ustecki, Czechy) została wzniesiona pod koniec
XVIII wieku na rozkaz cesarza Józefa II i nazwano ją na cześć jego matki, cesarzowej Marii Teresy. Warto wspomnieć, że to tutaj przebywał skazany za
zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, Gawriło Princip. W 1939 roku,
po wcześniejszym zajęciu Nadrenii i anschlussie Austrii, Hitler kontynuował swoją ekspansję i zajął tereny Czechosłowacji,
w tym także Terezin. Cesarską twierdzę
zaadaptował, według nazistowskiej propagandy, na „miejsce odosobnienia, w którym
RetroFutbol magazyn | str 18
Żydzi będą wolni od wojny”. Cały kompleks
dzielił się zasadniczo na dwie części: Małą
Warownię (więzienie dla elit, członków ruchu
oporu, przestępców) i Dużą Warownię - tą
drugą stanowiły getto i obóz koncentracyjny.
Bogate życie
kulturalne
Założeniem polityki prowadzonej w kompleksie było ukazanie modelowego życia
społecznego niemieckich, czechosłowackich czy austriackich (później także duń-
Na podstawie źródeł, którymi dysponowałem, trudno wskazać, czy ktokolwiek stworzył ligę w Terezinie ex officio, i ktoś za pomocą dyrektywy jednoznacznie zarządził,
że takie rozgrywki mają powstać. Narodziny
Ligi Terezin przypisać można raczej celowej
i świadomej polityce SS, polegającej na
stopniowym reformowaniu obyczajów, udostępnianiu kolejnych „udogodnień” i pozornego łagodzenia nazistowskiego reżimu. Za
Boisko w Terezinie (foto na środku strony)
str 19 | RetroFutbol magazyn
jednego z takich reformatorów uważa się
Alfreda Hirscha, jednego z więźniów wyznaczonych przez kierownictwo SS do opieki
nad dziećmi., Był niemieckim Żydem - co
powodowało, że był w pewnym stopniu szanowany przez część członków SS. To Hirsch
był jednym z tych, którzy nalegali na utworzenie boiska dla dzieci, na udostępnienie
im przyborów malarskich czy instrumentów
- i choć kojarzony jest głównie jako opiekun,
to jego działalności można przyznać spory
wkład w rozwój sportu i kultury na terenie
obozu.
Starszy
Brat
Inną sylwetką godną przypomnienia jest
Frantisek Maier. Był on 20-letnim madrichem, a więc młodszym opiekunem i jednym z ulubieńców w młodzieżowych kwaterach Theresienstadt. Dziecięce kwatery były
oddzielone od dorosłych, tak by nie musiały
patrzeć na zgoła inne, często znacznie brutalniejsze traktowanie starszych. Franta, jak
go pieszczotliwie nazywano, zajmował się
chłopcami z pokoju siódmego. Wspominany
przez Pavla Weinera, jednego z podopiecznych, był niby starszy brat - ciepły, troskliwy, ale potrafiący utrzymać dyscyplinę. To
on aktywizował młodzież i sprawiał, że - jak
wspomina Weiner w swoim dzienniku - „ich
życie w obozie było na swój sposób wyjątkowe”. Autor dziennika dodaje: „Franta ciągle wymyślał nam jakieś zabawy i aktywizował nas; do tego kładł silny nacisk na piłkę
nożną” Nie działał jak bezduszny brygadzista czy majster, stworzył raczej silną, zwartą grupę przyjaciół - to pozwoliło chłopcom
stworzyć drużynę młodzieżową, nazwaną
przez nich Nesharim, co w języku hebrajskim oznacza „Orły”. Franta nie należał do
Nesharim. Sam był bramkarzem w zespole
Jugendfuersorge, czyli opiekunów młodzieży. To właśnie Maier widoczny jest na jednym z kadrów filmu propagandowego.
Kreatywni i zaradni chłopcy w swojej fascynacji poszli jeszcze dalej - zaczęli redagować gazetkę Rim, Rim, Rim! , nazwaną tak
od okrzyku motywacyjnego przed meczami
i turniejami. Pierwszy numer, napisany na
maszynie, ukazał się w sześciu kopiach i
dotyczył głównie spraw związanych z futbolem i sylwetkami ulubionych sportowców.
Łącznie zachowały się 23 numery czasopisma, a tematyka Rim, Rim, Rim! przestała
ograniczać się wyłącznie do sportu. Chłopcy
zaczęli poruszać tematy znacznie bardziej
uniwersalne, dotyczące życia, sztuki czy
osobistych doświadczeń.
We wrześniu 1944 Maiera, wraz z chłopcami
z pokoju siódmego wysłano do Auschwitz,
a Rim, Rim, Rim! przestało się ukazywać.
Z grupki przyjaciół przetrwał jedynie starszy
brat.
Kucharze
kontra Wiedeń
Większość sformowanych ekip stanowiły
określone grupy robotnicze złożone z więźniów. Kucharze (Köche), elektrycy (Elektriker) czy krawcy, stanowili trzon całych rozgrywek. Jedną z gwiazd ligi był pomocnik
olimpijskiej reprezentacji Czechosłowacji
Pavel Mahrer. Jednak skład ligi nierzadko się
zmieniał - podobnie jak zasady jej funkcjonowania - dzielono ją na ligę jesienną i wiosenną, a do tego grano o obozowy puchar.
Oprócz wyżej wymienionych grup zawodowych istniały także drużyna lekarzy - Aeskulape, grupy skupiające członków organizacji
syjonistycznej Blau-Weiß (młodzieżówka),
reprezentacje Wiednia, Pragi, Czech czy Mo-
RetroFutbol magazyn | str 20
Franta Maier (z prawej strony z piłką)
raw. Prawdziwie eklektyczna liga, tworzona
przez najrozmaitszych przedstawicieli różnych grup społecznych, profesji czy narodowości. W rozgrywkach uczestniczyli nawet
strażnicy getta, tworzący drużynę Gettowache. Co ciekawe, z relacji świadków wynika,
że nawet funkcjonariusze SS, mimo pozorów, jakie mieli zachowywać, gorąco kibicowali i wrzeszczeli podczas meczów.
Wyniki w meczach pomiędzy drużynami były
więcej niż hokejowe: 14:2, 9:1 czy 2:8 stanowiły rutynę. W jednym ze spotkań pomiędzy
Kucharzami a SC Linden padł wynik 19:2!
W jesiennych rozgrywkach w 1943 sam
Hagibor Theresienstadt (nota bene ostatni
w ligowej tabeli) w jedenastu meczach stracił łącznie 77 goli, a ekipa kucharzy przez
tyle samo spotkań zdobyła 82 bramki. U
kierownictwa getta można było ubiegać się
o specjalne stroje dla swojej drużyny.
Zwykle grano w systemie 6+1 a połowa
spotkania trwała 35 lub 30 minut. Boisko
(oczywiście bez murawy) o wymiarach 45
na 75 metrów znajdowało się na dziedzińcu
na terenie koszar. Widzowie w czasie spotkania siedzieli na ławkach ustawionych
wokół boiska. Wielu ściskało się w okropnej ciżbie w oknach i murach koszar, byleby
tylko obejrzeć mecz. „Graliśmy w niedzielę
po południu, oglądało nas 3500 osób, byliśmy prawdziwymi idolami” - wspominał
Jirka Taussig - Tesar, bramkarz młodzieżowej reprezentacji Czechosłowacji , który
także przebywał w Terezinie. Świadectwo
Tesara to bardzo mocny dowód na ogromne zainteresowanie obozowej społeczności
futbolem - jedną z możliwości zapomnienia
str 21 | RetroFutbol magazyn
rech lat.
Czy piłka nożna potrafiła całkowicie wyzwolić z doświadczania okrucieństwa? Czy
nadchodzący mecz i zwycięstwo dawały
cień szansy na przeżycie? Oczywiście, że
nie. Maier wspominał zastrzelenie fotografa
podczas meczu pomiędzy reprezentacjami
Czech i Moraw. Dlaczego go zastrzelono? Ot
o beznadziejnym położeniu. „Kiedy tam tratak, po prostu.
fiłem, wiele drużyn walczyło o mnie jakbym
był częścią przetargu, ale zdecydowałem
Historia Franty i jego kilkudziesięciu podże dołączę do Kleiderkammer (odzieżówki).
opiecznych to opowieść o sile, nadziei i praMiałem dzięki temu gdzie zanocować i pragnieniu przetrwania i - co chyba najważniejcować, a to na pewno pomogło mi przetrwać
sze - o niewątpliwym braterstwie, którego
Futbol
spoiwem był futbol w najbardziej pierwotnej
nie umarł
postaci; nie ten współczesny, tak dobrze
nam znany, oparty na rywalizacji i wyścigu
w getcie” - tu znów Tesar.
- futbol w Theresienstadt stanowił czystą
rozrywkę i dawał radość. Nie był wyścigiem.
Do twierdzy na północno-zachodnim krańcu
Był ucieczką.
Czech przewieziono łącznie około 140-150
tysięcy Żydów, z czego co najmniej 15 tysięPozwalał zapomnieć.
cy stanowiły dzieci. Różne są informacje na
Nawet gdy zapomnienie trwało chwilę.
temat ofiar - liczba zmarłych na skutek fatalnych warunków waha się od 30 do 60 tysięcy. Do obozów śmierci (Auschwitz-BirkeMariusz Jaroń
nau, Mały Trościeniec) wysłano co najmniej
Niereformowalny pasjonat
80 tysięcy osób. Mimo zręcznych działań
Primera Division i madridista,
hitlerowskiej propagandy, nikt nie miał wątnaznaczony w dzieciństwie
koszulką Roberto Carlosa.
pliwości. „W Theresienstadt dostawałeś
Mimo najszczerszych chęci
wszystko, o co tylko poprosiłeś, ale cała
i najrozsądniejszych argumentów
tragedia polegała na tym, że to była jedynie
nie przekonasz mnie, że Premier
League jest lepsza. Student.
przykrywka i ludzie nie przestawali ginąć”
mariuszjaron
mówił Franta po latach.
Franta Maier po wojnie zmienił zapis imienia na amerykańskie „Francis” i wyjechał do
Stanów. Zmarł w listopadzie ubiegłego roku.
George, czyli Jiri Tesar nie żyje już od czte-
RetroFutbol magazyn | str 22
Tabela wyników (foto na górze strony)
polska
Od Sokoła
do sławy
Każdego roku dzień 11 listopada skłania wszystkich
Polaków do refleksji i świętowania jednej z najważniejszych
rocznic w historii naszego kraju.
Czasy rozbiorów to czarna karta w historii Polski,
ale 123 lata niewoli to nie tylko regres i zacofanie
na wielu polach, ale także rozwój, który szczególnie
dotyczył sportu na polskich ziemiach.
G
dy mówimy o XIX-wiecznym futbolu,
Najpierw WF,
wszyscy jesteśmy zapatrzeni w Wielką Brytanię i w sumie całkiem słuszpotem futbol
nie. To tam rodził się futbol, który
Pisząc o początkach futbolu
szybko zainspirował resztę
w Polsce, a dokładniej na
świata. Te wątki są doziemiach polskich, nie
skonale znane w przemożna nie wspomnieć
ciwieństwie jednak do
o szeroko pojętej kulnaszego podwórka,
turze fizycznej, która
którego historia była
dzięki
wprowadzezdecydowanie mniej
niu do szkół średnich
znana. Pierwszy prozajęć wychowania fiblem podsuwała pozycznego w Poznaniu
lityka, bo jak można
już w 1843 roku, a dwie
mówić o polskiej piłce,
dekady później w Króleskoro na każdej mapie
stwie Polskim i Galicji, zaczęEuropy XIX-wieku nigdzie
ła się prężnie rozwijać i stanowinie uświadczymy nazwy naszego kraju?
ła podwaliny pod powstające w podobnym
Edmund Cenar
str 23 | RetroFutbol magazyn
czasie towarzystwa gimnastyczne. Mając
na uwadze polską piłkę szalenie istotne jest
Towarzystwo Gimnastyczne Sokół, które
powstało najpierw w Czechach w 1862 roku
i akcentowała tam odrodzenie narodowe
poprzez sport. Takie hasła na ziemiach polskich trafiły na podatny grunt i ruch sokoli
wkrótce dotarł do Polski, a pierwsze gniazdo
założono we Lwowie już pięć lat od powstania całego ruchu w Czechach.
Trzeba oczywiście pamiętać, że pod zaborami ziemie polskie rozwijały się bardzo
różnie i doskonale to widać także na przykładzie TG Sokół, które do zaboru pruskiego dotarło w 1884, a do zaboru rosyjskiego
dopiero w 1906 roku. Jak się miała później
okazać, miało to także ogromny wpływ na
rozwój futbolu w poszczególnych regionach
już odrodzonej Polski. „Sokół” w drugiej połowie XIX wieku bezpośrednio przyczynił
się nie tylko do powstania piłki nożnej, bo
już wcześniej, do roku 1870 miał ogromny
wpływ na gimnastykę, kolarstwo, lekkoatletykę, pływanie i szermierkę. Piłka nożna,
choć pojawiła się najpóźniej, szybko zdobyła jednak dużą popularność.
Szalenie istotne znaczenie dla piłki nożnej oprócz lekcji wychowania fizycznego
w szkołach miały także powstałe bliżej końca XIX wieku ogrody gier i zabaw. Pierwszy
taki ośrodek założył na Błoniach Krakowskich w 1889 roku prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego Henryk Jordan. Powierzchnia
takiego ogrodu gier i zabaw wynosiła osiem
hektarów, na których znajdowało się dwanaście boisk do ćwiczeń kultury fizycznej,
a boisko nr 8 było przeznaczone do
RetroFutbol magazyn | str 24
Włodzimierz
Chomicki
strzelec pierwszego
„oficjalnego” gola
w historii polskiej
piłki nożnej
gry w piłkę nożną. Takie ogrody zaczęły powstawać także w innych miastach - na samym początku XX wieku
w Płocku, Lublinie, Kaliszu, Włocławku, a do
wybuchu I wojny światowej tylko w samej
Warszawie funkcjonowało ich piętnaście.
Rozwój TG Sokół oraz założenie przez prof.
Henryka Jordana w Krakowie „Parku Gier
i Zabaw” 12 marca 1889 roku dało początek nowej dyscypliny sportu na ziemiach
polskich - piłce nożnej. Jordan w czasie
podróży do Wielkiej Brytanii zapoznawał się
z silnie rozwijającym się sportem piłkarskim, po czym zamierzał wzorce z zachodniej Europy przenieść na polski grunt. Według teorii Henryka Jordana sport piłkarski
miał stanowić głównie metodę rozruchu,
stać się elementem zabaw ruchowych na
świeżym powietrzu, a nie jeszcze miejscem
do rozgrywania widowiskowych meczów
jako samodzielna dyscyplina sportu. Boiska
też wówczas jeszcze nie przypominały tych,
któe znamy dziś, przede wszystkim były one
okrągłe i w większości pokryte piaskiem, ale
musiały być naprawdę sporych rozmiarów,
skoro w jednym czasie grało na każdym
z nich jednocześnie co najmniej kilka drużyn.
Pierwszy mecz,
pierwszy klub
Pierwsze udokumentowane spotkanie na
ziemiach polskich odbyło się co prawda
14 lipca 1894 roku, ale są przesłanki, które mogą potwierdzać teorie, że regularne
mecze odbywały się już wcześniej. Pismo
„Przewodnik Gimnastyczny” już w 1891
roku informowało, iż 30 sierpnia rozegrano
mecz piłkarski między starszymi uczniami
a chórem rzemieślniczymi. 1891 rok to również przełomowa data z uwagi na wydaną
wówczas książkę przez lwowskiego działacza Sokoła prof. Edmunda Cenara, w której
przedstawił i opisał on podstawowe zasady
dotyczące gry w piłkę. Warto również zaznaczyć, że to również Edmund Cenar wracając
z podróży przywiózł do Lwowa pierwsza
prawdziwą piłkę „footballową” jaka pojawiła
się na polskich terenach.
nam standardów - trwał zaledwie sześć minut, a to z uwagi na gol zdobyty przez Włodzimierza Chomickiego z Lwowa. Można
nieco żartem stwierdzić, że wyprzedził on
świat o ponad 100 lat, kiedy złota bramka
decydowała o mistrzostwie podczas EURO
1996. Ten historyczny mecz nie wpłynął
jednak w wielkim stopniu od razu na dalszy rozwój futbolu, o czym dobrze świadczy
fakt braku rozgrywania podobnych meczów
w kolejnych latach. Oczywiście istniały drużyny Sokoła zarówno we Lwowie jak i Krakowie, ale do spotkania między tymi miastami
w XIX wieku już nie doszło.
Oprócz Edmunda Cenara rozwój lwowskiego futbolu trzeba koniecznie kojarzyć z prof.
Eugeniuszem Piaseckim, wybitnym teoretykiem wychowania fizycznego i gimnastyki.
To właśnie Piasecki po rozpoczęciu pracy
w IV Gimnazjum w 1899 roku wprowadził
piłkę nożną do zajęć uczniowskich, na każdym kroku popularyzował ciągle formujący
się sport, który przyciągał coraz większe
rzesze wśród szkolnej młodzieży. Rok później dzięki publikacjom w „Gazecie Sportowej” Lwów poznał przepisy angielskiej Football Association i po raz pierwszy zobaczył
sprawozdanie prasowe z piłkarskiego spotkania. W tym czasie dzięki pracy Piaseckiego, wydawcy „Gazety Sportowej” Kazimierza
Hemmerlinga oraz poradom Czecha Josefa
Vejtruby to właśnie Lwów pełnił główny
ośrodek rozwoju futbolu i nic dziwnego, że
to w tym mieście powstał pierwszy klub.
14 lipiec 1894 roku. To wtedy na boisko wybiegły we Lwowie dwie drużyny, czyli lwow- Po kolejnych pojedynczych meczach naski i krakowski Sokół, jednak sam mecz turalnym krokiem było stworzenie pewnej
znacznie odbiegał od współcześnie znanych stabilności organizacyjnej. Wielkim zwolenstr 25 | RetroFutbol magazyn
nikiem zakładania klubów sportowych był szczególnie Edmund Cenar. Ten rozwój organizacyjny przypadł w końcu na rok 1903, kiedy najpierw powstało Kółko Footballistów
przy lwowskim Sokole, ale przede wszystkim, gdy uczniowie I Szkoły Realnej założyli I.
Lwowski Klub Piłki Nożnej Sława. Przewodniczącym pierwszego i najstarszego klubu
piłkarskiego na ziemiach polskich został Kazimierz Sołtyński, skarbnikiem wybrano
zaś Waleriana Pappiusa. Pierwsze
mecze w swojej historii Sława
rozegrała we wrześniu - oba
z uczniami lwowskich szkół
średnich, które wygrała 3:0
i następnie 2:0. Niedługo po tym doszły jeszcze
barwy klubowe i od 1904
roku zawodnicy Sławy
występowali w strojach
czarno-czerwonych, natomiast Pappius oprócz funkcji skarbnika zaczął też pełnić
rolę kapitana zespołu.
Tak Sława Lwów stała się pierwszym zorganizowanym klubem, który powstał na ziemiach polskich. Pod tą
nazwą nie przetrwał długo, wszak niebawem pojawiło się słowo Czarni, ale
pamiętajmy, że dziś nieco już zapomniane organizacje jak Sokół i Sława położyły ogromne podwaliny pod rozwój futbolu
w jakże trudnej sytuacji politycznej jaka dotknęła nasz naród w dziewiętnastym stuleciu.
Piotr Grabowski
Z wykształcenia historyk
z wyboru pasjonat sportu pod
każdą postacią, szczególnie
koszykówki i piłki nożnej. Obecnie
redaktor portalu Ofens.Co, historią
futbolu zajmował się m.in.
w swoich pracach naukowych.
PiotrPGR
RetroFutbol magazyn | str 26
Polska dała światu Deynę,
Bułgarzy mieli Asparuchowa,
Północna Irlandia była
ojczyzną Georgiego Besta.
Austriacy też mieli swoją
legendę. Zawodnik ten
po dziś dzień pozostaje
niedoścignionym wzorem
w swoim kraju. Poznajcie
Matthiasa Sindelara, jednego
z najlepszych
i zarazem najbardziej
tajemniczych piłkarzy
w historii futbolu.
niesamowita historia
Matthiasa Sindelara
biografia
Papierowy
człowiek
kapitan wunderteamu
M
atthias Sindelar urodził się na terenie ówczesnych Austro-Węgier na początku XX wieku.
W roku 1905, dwa lata po narodzinach przyszłej legendy, czesko-żydowska rodzina
Sindelarów postanowiła przenieść się do
Wiednia. Tam też dorastający w biedzie zawodnik zdobywał pierwsze piłkarskie szlify
w lokalnej Hercie. Postura na pewno nie pomagała mu straszyć rosłych rywali drużyn
przeciwnych. Ze względu na filigranową
budowę ciała, nazywany był „papierowym
piłkarzem”. Pozory jednak bardzo często
mylą i tak było w tym przypadku. Złudnym
było wrażenie, iż ten przedwojenny piłkarz
nie miał atutów do straszenia pod bramką
rywali. Straszył… i to jak! Eksplozja Jego
talentu nastąpiła po przejściu Sindelara do
Austrii Wiedeń w roku 1924.
Swoją grą przykuwał uwagę coraz szerszego grona kibiców. Ceniono go za
swobodę w prowadzeniu piłki, niecodzienny drybling i wrodzony dryg do
strzelania bramek. Z czasem zaczęło
być o nim głośno na terenie całego kraju.
Reprezentacja Austrii z końca lat 20-tych
i początku następnego dziesięciolecia nazywana była Wunderteamem. Drużyna prowadzona przez legendarnego Hugo Meisla miała
wszelkie atuty, by rywalizować z najlepszymi. Można porównać ją do niesamowitej reprezentacji Węgier lat 50-tych, z Puskasem,
Kocsisem i Cziborem. Niesamowita węgierska armata stawiana była w gronie faworytów na Mundialu w roku 1954, ale ostateczstr 27 | RetroFutbol magazyn
czas dumnych Szkotów aż 5-0, dwukrotnie
ograno Niemców w stosunku 6-0 (w Berlinie!) i 5-0. Koniec passy przypieczętowano
zwycięstwem nad Włochami 2-1. Nie dziwi
więc fakt, iż oczekiwania kibiców były wielkie
a naturalną koleją rzeczy miał być zdobyty
Puchar Rimeta na Mundialu w Italii. Porażka w meczu o III miejsce była tylko początkiem lawiny nieszczęść, która wkrótce miała
nawiedzić austriacki futbol jak i cały kraj.
nie
zawiodła w decydującym momencie.
Podobnie było z Austriakami na mistrzostwach świata, które wskutek zabiegów Benito Mussoliniego zorganizowano we Włoszech
dokładnie 20 lat przed tymi wydarzeniami.
Częścią tego wspaniałego zespołu był właśnie Sindelar. Trener Meisl dał mu pierwszą szansę już w roku 1926 w meczu
z Czechosłowacją, a sam napastnik odwdzięczył się za zaufanie golem strzelonym w debiucie. Osiem lat później Jego
pozycja w drużynie była już niepodważalna.
Matthias był wówczas kapitanem Wunderteamu, którego określano jako głównego
faworyta do zdobycia tytułu mistrzowskiego. Niespodziewanie, Austriacy zakończyli
swoje zmagania w turnieju na etapie półfinałowym, gdzie musieli uznać wyższość
gospodarzy i jak się później okazało – przyszłych mistrzów świata. Pokonani mocno
narzekali po tym spotkaniu na warunki atmosferyczne i stan murawy, który utrudniał wymianę podań piłki po ziemi, co było
znakiem firmowym tamtego zespołu. Włosi
swoje zwycięstwo dosłownie wywalczyli,
RetroFutbol magazyn | str 28
dopuszczając się przy tym wielu brutalnych i nieprzepisowych
zagrań. Od tego momentu
na zawsze zakończyła się
p r z y j a ź ń trenerów obu reprezentacji –
Hugo
Meisla
i
Vittorio
Pozzo.
Czarę goryczy przelało spotkanie z piłkarzami III Rzeszy, które podopieczni Hugo
Meisla przegrali 2-3. Kluczowa okazała się
bramka zdobyta już w pierwszej minucie
przez Niemców, którzy po I połowie spotkania schodzili z boiska przy stanie 3-1.
Warto nadmienić, iż Austria była drugim krajem po Anglii, gdzie wprowadzono futbolowe zawodowstwo. Jednym z największych
ojców tego sukcesu był właśnie Meisl. Bez
wątpienia, nie należał on do typowego grona
trenerów. Był również pomysłodawcą pierwszego turnieju klubowego na skalę europejską (Puchar Mitropa) oraz rozgrywek międzypaństwowych (Puchar Dr Gero). Ponadto,
prowadzona przez niego reprezentacja, zapoczątkowała meczem z Czechosłowacją
w roku 1931, wspaniałą serię 14 meczów bez
porażki. W międzyczasie, pokonano wów-
Dwa lata po Mundialu we Włoszech, los
znów skrzyżował zwaśnione reprezentacje, tym razem w finale wielkiej imprezy. Na
Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie (1936)
ponownie zwyciężyli piłkarze z Italii, choć
znów nie obyło się bez skandali. Spotkanie
to tylko w łudzący sposób przypominało
rozgrywki sportowe. W tych jakże dramatycznych czasach doskonale zadbano, by
to faszyści wygrali na terenie nazistowskich Niemiec. Nie trudno więc zgadnąć, że
praca sędziowska nie miała wiele wspólnego z ideami, które z definicji powinny
iść w parze ze sportem. W roku 1938, kiedy wojna wisiała na włosku, miał miejsce
Anschluss. Matthias Sindelar był wielce
związany z Austrią i nie mógł pogodzić się
z utratą niezależności swojego kraju. Od
tego momentu piłkarze żydowskiego pochodzenia nie mogli więcej reprezentować
Austrii a każdy mecz musiał rozpoczynać
się od hitlerowskiego pozdrowienia. Dochodziło do wielu kuriozalnych sytuacji. Były
zawodnik słynnego Wunderteamu – Walter Nausch – musiał rozwieść się ze swoją
żoną, gdyż miała żydowskie pochodzenie.
Sindelar, choć był wielkim bohaterem oraz patriotą, nie mógł zbyt wiele w tej sytuacji zrobić.
Swoje możliwości wykorzystał najlepiej
jak umiał, poprzez świetną grę. To, co zrobił z innymi austriackimi zawodnikami
w kwietniu tego samego roku, w którym
Austria została zaanektowana przez Trzecią Rzeszę, przeszło do historii. Władze
nazistowskich Niemiec postanowiły zorganizować propagandowy mecz pomiędzy
tymi zespołami. Reklamowano je jako „Anschlusspiel”. Wydarzenie to zostało już na
samym początku popsute przeważającym
na trybunach nazistom. Drużyna „Mozarta
futbolu” wybiegła na murawę w czerwono-białych strojach, zamiast tradycyjnych
biało-czarnych. Austriacy wygrali ten mecz
2-0, po golach Sindelara i Sesty. Filigranowy napastnik skorzystał z okazji i bez oznak
strachu celebrował w dobitny sposób wygrany mecz przed rozjuszonymi trybunami.
Nie był to odosobniony przypadek, w którym
Matthias Sindelar utarł nosa nazistom. Po
wcieleniu Austrii do Niemiec, zawodnik odmówił opuszczenia swojego kraju oraz reprezentowania Trzeciej Rzeszy. Swoją decyzję
tłumaczył podeszłym wiekiem i przewlekłą
kontuzją kolana. Ludzie otaczający „Mozarta” wiedzieli jednak, że nigdy nie zrobiłby
tego ze względu na swój patriotyzm. Sam
piłkarz miał być również rozdarty na skutek
plotek, które roznosiły się po ojczyźnie. Jeżeli wierzyć ówczesnym doniesieniom, matka Sindelara bardzo entuzjastycznie przyjęła
wiadomość o Anschlussie i przyjaźnie witała żołnierzy Wehrmachtu. Po zawieszeniu
butów na przysłowiowym kołku, legendarny
napastnik zajął się prowadzeniem kawiarni
w Wiedniu. Pomagał również swoim dawnym kolegom z boiska pochodzenia żydowstr 29 | RetroFutbol magazyn
skiego, którym zakazano uprawiania sportu, czym zyskał wielki szacunek rodaków.
Historia wielkiego patrioty i dawnego bohatera piłkarskich boisk zakończyła się
jednak tragicznie. 29 stycznia 1939 roku
znaleziono go martwego wraz z włoską
Żydówką – Camillą Castagnoli. W oficjalnym komunikacie, za przyczynę zgonu
podano zatrucie tlenkiem węgla. Do dziś
pozostaje wiele wątpliwości a sprawa tak
naprawdę nigdy nie została wyjaśniona.
Przyjmuje się wiele wersji, spośród których najbardziej prawdopodobne wydaje
się samobójstwo. Nie wyklucza się również zamordowania austriackiego patrioty, który był zwyczajnie niewygodny dla
nazistów. W oficjalny komunikat nikt tak
naprawdę nie uwierzył. Prawdy nigdy się
nie dowiemy. W ten oto sposób zakończył
życie jeden z najlepszych piłkarzy w historii futbolu, który stanowił wzór godny do
naśladowania na boisku, jak i poza nim.
Jego legenda, podobnie jak sama śmierć,
do dziś pozostaje być owiana tajemnicą.
Pogrzeb Sindelara przerodził się w wielką
manifestację patriotyczną.
Kamil Kijanka
Jestem wielkim pasjonatem (historii)
futbolu. Kocham radio i sport –
myślę, że to bardzo kompatybilny
zestaw. Pierwszy praktykant u
Pana Tomasza Zimocha w redakcji
sportowej Polskiego Radia od wielu
lat. Współzałożyciel Piłkarskich
Konfrontacji (fb) oraz wiceprezes Koła
Dziennikarstwa Sportowego w Łodzi.
KamilKijanka
RetroFutbol magazyn | str 30
Święta
klasyk
Krótka historia
konfliktu
wojna w glasgow
Gdy myślimy o najpopularniejszych piłkarskich derbach
świata, miasto Glasgow, mimo iż stolicą Szkocji nie jest,
wymieniamy jednym tchem obok takich metropolii jak:
Londyn, Mediolan, Rzym czy Buenos Aires. We wszelkich
subiektywnych rankingach piłkarskich derbów — „Old Firm”
— zajmuje czołowe miejsce w TOP10.
I choć obecnie fani tego piłkarskiego święta przeżywają głód
spowodowany degradacją Rangersów, to bardzo możliwe,
że już od przyszłego sezonu szkockiej ekstraklasy na ekrany
telewizorów na stałe powróci serial „Święta Wojna”
w wydaniu nie śląskim, a glasgowskim.
R
ywalizacja, emocje sięgające zenitu,
pieniądze, fanatyzm — to zaledwie kilka z kilkunastu przymiotów, które kryją się pod pojęciem „Old Firm Derby”, czyli
grubo ponad stuletniej rywalizacji pomiędzy
dwoma klubami z Glasgow. Celtic i Rangers,
bo o nich oczywiście mowa, spotkały się
ze sobą już 399 razy (ostatnio 29.IV.2012).
Po ponad dwuipółrocznej przerwie „Święta
Wojna” powróci 30 stycznia 2015 roku. Wtedy to odwieczni rywale zmierzą się ze sobą
w półfinale Pucharu Ligi Szkockiej i zapewne rozpoczną nowy rozdział w historii derbów „Old Firm”. Bardzo prawdopodobnym
jest, że od sezonu 2014/15 Rangersi, którzy
ostatnie kilka lat spędzili na banicji w niższych ligach, powrócą na szkocki, piłkarski
salon. Tyle tytułem wstępu.
str 31 | RetroFutbol magazyn
Wielki głód w Irlandii
i jego następstwa
Każdy konflikt ma swoje przyczyny. Nieważne, czy weźmiemy pod uwagę konflikt militarny, handlowy czy społeczny. Nawet piłkarski. Relację pomiędzy kibicami i klubami
z Glasgow można nazwać konfliktem, jednak znacznie trudniej określić, jakiego typu
on jest. Ciężko również wyznaczyć oficjalną
datę jakiegokolwiek wydarzenia, od którego
otwarcie moglibyśmy mówić o tym, że kibice Celtiku, łagodnie rzecz ujmując, nie darzą
sympatią fanów zespołu Rangers FC (obecna nazwa zespołu; poprzednia to Glasgow
Rangers) i odwrotnie. Gdzieś jednak trzeba
szukać początków. Genezę konfliktu bezpiecznie jest umieścić w połowie XIX wieku, mimo iż w tamtych czasach nie istniały
jeszcze oba interesujące nas kluby.
Dosyć humorystycznie można powiedzieć,
że konflikt zielono-białych z niebieskimi
zaczął się od ziemniaków, których nie było.
Gdzie? W Irlandii. Nie było ich w tym czasie
również w Szkocji, ale ważniejsze są dla nas
te „irlandzkie”. Chodzi oczywiście o Wielki Głód w Irlandii, który datuje się na lata
1845-1849. Choroba ziemniaków, przywieziona ze Stanów Zjednoczonych, spowodowała zniszczenie znacznej części zbiorów
kartoflanych, które były w tamtym okresie
podstawą żywieniową Irlandczyków. W wyniku następstw tego wydarzenia duża część
mieszkańców Zielonej Wyspy emigrowała.
Ci bogatsi przepływali Atlantyk i osiedlali się w Stanach Zjednoczonych. Biedniejsi
z kolei wędrowali między innymi do Szkocji.
Oczywiście Irlandczycy już wcześniej osiedlali się w północnej części Wielkiej Brytanii,
RetroFutbol magazyn | str 32
jednak pewnym jest, że nie na aż tak dużą
skalę, jak robili to w czasie klęski głodu w
połowie XIX wieku. Warto w tym miejscu
również dodać, że Szkocję już w roku 1846
nawiedziło to samo nieszczęście, w wyniku
którego kraj opuściły rzesze Szkotów.
Większość Irlandczyków, którzy emigrowali
do Szkocji, była katolikami. Nie osiedlali się
oni w różnych częściach kraju, co sprzyjałoby asymilacji. Zamiast tego zaczęli tworzyć
lokalne społeczności w niektórych rejonach
Kaledonii. I tak na przykład w 1851 roku 1/5
mieszkańców Dundee to byli ludzie, którzy
urodzili się w Irlandii.
Zarówno wyznanie jak i niski poziom majętności napływających Irlandczyków nie pozostał bez znaczenia. Pierwszym powodem
do patrzenia nieprzychylnie na imigrantów
z Zielonej Wyspy było to, że około 2/3 z nich
to katolicy, podczas gdy Szkoci to w więk-
szości protestanci. Nieliczne kościoły katolickie w północnej części Wielkiej Brytanii
nie radziły sobie z rosnącą ilością wiernych,
toteż sprowadzano dodatkowych Irlandczyków — księży. Ubogość mieszkańców jeszcze nie niepodległej wtedy Irlandii miała z
kolei przełożenie szczególnie na sytuację w
będącym w okresie uprzemysłowienia Glasgow. Irlandczycy bowiem mogli pracować za
o wiele mniejsze pieniądze w powstających
coraz to nowych fabrykach. Tym samym
zabierali pracę Szkotom, a to powodowało
naturalny wzrost niechęci ludności rodzimej
do imigrantów. Słowa jednej z przyśpiewek
kibiców Rangers brzmią: „The famine is over,
why don’t you go home?” (Głód się skończył,
dlaczego nie wrócicie do domu?). Być może
zrodziła się ona jeszcze w latach 50. lub 60.
XIX wieku. A nawet jeżeli nie, to na pewno
ich dotyczy.
Powstanie Rangers
i Celtic Glasgow
Mimo iż do 1890 roku żadna oficjalna liga
piłkarska w Szkocji nie istniała, kluby powstawały. Rangers został założony w 1872
roku i przez kolejnych 15 lat był obok Queen’s Park najpopularniejszym klubem w
Glasgow. Gdy 6 grudnia 1887 roku grupa
Irlandczyków założyła katolicki klub Celtic,
najprawdopodobniej ogólna opinia Szkotów
na ten temat brzmiała: jeszcze jeden szkocki klub z irlandzko-katolickim podłożem.
Nowa drużyna na mapie piłkarskiej Szkocji
nie była bowiem pierwszą tego rodzaju w historii. Już wcześniej, w Edynburgu, założony
został Hibernian, a w Dundee działała drużyna Dundee Harps.
W kolejnym roku Celtic i Rangers zagrali pierwszy mecz. Z racji tego, że liga jeszcze nie istniała, drużyny grały ze sobą albo
w Pucharze Szkocji, albo towarzysko. Obie
drużyny po raz pierwszy spotkały się ze
sobą bez zobowiązań 28 maja 1888 roku,
a górą był irlandzki Celtic, który wygrał 5:2.
Wraz z pojawieniem się oficjalnych rozgrywek ligowych w sezonie 1890/91, rozpoczął
się kilkuletni okres dominacji „The Bhoys”
w szkockiej piłce. Przez pierwszych osiem
sezonów piłkarze Celtiku zdobyli cztery tytuły mistrzowskie, trzy wicemistrzowskie
oraz jeden Puchar Szkocji. Zespół Rangers
został odsunięty w cień, jednak wraz z końcem dominacji zielono-białych w sezonie
1897/98 rozpoczął się czas prosperity „The
Blues”.
Na dobrą sprawę taka wymiana ciosów
w postaci zdobywania tytuły mistrzowskie-
Glasgow Rangers 1877 r.
str 33 | RetroFutbol magazyn
go pomiędzy Celtikiem i Rangersami trwała
aż do końca I Wojny Światowej. Tym, co jednak charakterystyczne dla tych pierwszych
trzydziestu lat rywalizacji, jest fakt, że jakiekolwiek różnice polityczne lub religijne nie
były aż tak widoczne, jak w okresie międzywojennym. Lata 1888-1918 to czas, w którym zarządy klubów dosyć szybko wyczuły
korzyści finansowe płynące ze „zdrowej” rywalizacji pomiędzy drużynami, więc dbano o
to, aby relacje były jak najlepsze. Dosyć popularnym stał się nawet wyjazd obu klubów
na Nowy Rok do Anglii, gdzie grano specjalny, noworoczny mecz.
Początki
konfliktu
unaoczniać zaczęło się coś, co dzisiaj nazywamy „sekciarstwem” (ang. sectarianism).
Meczom Celtiku i Rangersów towarzyszyły
coraz częściej hasła dyskryminujące, głównie na tle religijnym, a powszechna stała się
w protestanckim klubie z Glasgow praktyka
„sign no Catholic”, która nie dopuszczała do
zatrudniania ani zawodników, ani menedżerów, którzy byli katolikami. Bójki na trybunach w czasie spotkań „Old Firm” nie były
zjawiskiem częstym, jednak tylko dlatego,
że na ulicach miast trwały wojny gangów
szkockich z irlandzkimi, których de facto
członkami bardzo często byli kibice Celtiku
lub Rangers.
Brutalność zarówno na boisku jak i na trybunach stała się częstym elementem doKonflikt na linii Celtic-Rangers rozpoczął się piero w okresie II Wojny Światowej, kiedy
na dobre po zakończeniu I Wojny Światowej, rozgrywki ligowe zostały zawieszone i grano
kiedy to Irlandczycy najpierw dążyli do niepodległości swojego kraju, a w 1921 roku
otrzymali ją. Dla Szkotów ten fakt był dobrym pretekstem do tego, aby pozbyć się Irlandczyków ze swojej ziemi, skoro oficjalnie
mają już swoją własną. Okres międzywojenny był czasem, kiedy nastroje anty-katolickie brały górę w Kaledonii. Dosyć częstą
praktyką było chociażby to, że jeżeli właściciel jakiegoś zakładu był Szkotem, to zatrudniał innych Szkotów, byle tylko nie tych,
którzy są irlandzkiego pochodzenia, a już na
pewno nie katolików. Dla celtyckiego klubu o
jawnych tradycjach katolickich, jak i dla jego
fanów, okres pomiędzy dwiema światowymi wojnami był trudny. Dość powiedzieć, że
nawet piłkarsko „The Bhoys” zostali zdominowani w tamtym czasie przez „The Blues”.
Najprawdopodobniej właśnie w tym okresie
RetroFutbol magazyn | str 34
głównie mecze towarzyskie. Przez całe lata
40. XX wieku trybuny obu drużyn były wykorzystywane przez kibiców do propagandy
zarówno religijnej, jak i politycznej. Sytuacja
stała się na tyle poważna, że w 1952 roku
prawie cała Szkocja, włączając w to prasę i
władze ligi piłkarskiej, uznali Celtic za główne źródło wszystkich problemów dotyczących spotkań „Old Firm”. W szczególności
potępiono irlandzkie flagi, którymi trzepotali
podczas meczu kibice „The Bhoys”. Dodajmy przy tym, że obnoszenie się kibiców „The
Blues” z flagami Union Jack (flaga Wielkiej
Brytanii) nie było niczym złym. Aby uniknąć podobnych problemów, pierwszy protestancki menedżer Hibernians rozpoczął
odcinanie klubu od tradycji zarówno irlandzkich, jak i katolickich.
za spisek mający na celu usunięcie ich klubu. Drużyna nie zerwała ze swoimi katolicko-irlandzkimi tradycjami i przetrwała najgorszy okres w swojej historii, a od 1965
roku zaczęła z kolei swój najlepszy czas
— ukoronowany dziewięciokrotnym z rzędu
zdobyciem tytułu mistrza kraju oraz Pucharu Europy (obecnie Liga Mistrzów) w roku
1967.
Graeme
Souness
Człowiekiem, który zaczął przełamywać bariery stojące pomiędzy protestanckim Rangers a katolickim Celtikiem, bez wątpienia
był Graeme Souness. Katolik szkockiego
pochodzenia objął funkcję grającego menedżera „The Blues” w 1986 roku i sprawował
Władze Celtiku z kolei uznały całą sytuację ją przez kolejnych pięć lat. Po raz pierwszy
w historii istnienia zespołu Rangers opiekę
nad nim sprawował nie-protestant. Zapoczątkowana w okresie międzywojennym
praktyka „sign no Catholic” została przerwana. Mało tego — Souness był na tyle
zdeterminowany do przerwania konfliktu na
linii Celtic-Rangers, że zakupił byłego zawodnika „The Bhoys”, katolika — Maurice’a
„Mo” Johnstona. Był on zadeklarowanym
Celtem, co wywołało falę oburzenia kibiców
„The Blues”. Co prawda zarówno Souness
jak i Johnstonn do samego końca pobytu
w klubie zmagali się z problemami ze strony
kibiców, jednak po ich odejściu w 1991 roku
zmieniło się podejście do polityki Rangersów. Od tego momentu najważniejsze były
zwycięstwa drużyny, a nie to, jakimi środkami zostaną osiągane i czy będą w to zaangażowani katolicy czy nie.
Celtic Glasgow 1908 r.
str 35 | RetroFutbol magazyn
przerwał „protestancką passę” Rangersów,
jak i powolnym rozmywaniem się różnic
pomiędzy kibicami obu klubów. Na chwilę obecną fani zarówno „The Bhoys” jak
i „The Blues” nie są tylko katolikami lub tylko protestantami. Albo tylko Irlandczykami
lub tylko Szkotami. Kibicem Celtiku może
być zarówno protestancki Szkot, jak i kibicem Rangersów katolicki Szkot irlandzkiego
pochodzenia. Nie jest jednak tak, że konflikt
całkowicie ustał. Echa „starych dni” pozostają żywe, jednak nie są aż tak silne, jak
kiedyś. Konotacje Celtiku z katolicyzmem
i Rangersów z protestantyzmem nie mają
obecnie miejsca. Jedyny argument, jaki pozostał w tym temacie, to religijne podłoże
powstania obu klubów.
Zagadką pozostaje fakt, jak zachowają się
kibice obu klubów w trakcie pierwszych „Old
Firm Derby” po niemal dwuipółletniej przerwie. Środki bezpieczeństwa z pewnością
zostaną zachowane tak, jak było to dotychczas. Kibice obu drużyn będą wpuszczani
na stadion osobnymi wejściami, a spotkanie zostanie zorganizowane w takiej porze,
kiedy szkockie puby są zamknięte. Wraz
z powrotem „Old Firm Derby” powróci „Święta Wojna”. Jedno jest jednak pewne: będzie
ona bardziej „cywilizowana” w stosunku do
rywalizacji z XX wieku.
„Święta Wojna”
dzisiaj
Paweł Wilamowski
Od lat 90. XX wieku konflikt irlandzkiego
Celtiku z protestanckim Rangers zaczął
się powoli zacierać. Spowodowane to było
zarówno osobą Graeme’a Sounessa, który
Dumny z bycia humanistą.
Z wykształcenia nauczyciel i
badacz dziejów minionych, z pasji
historyk sportu, ze szczególnym
uwzględnieniem piłki nożnej. Nie
istnieje dla niego temat, którego
by nie podjął. Jego wymarzone
miejsce do życia? Odległe Wyspy
Owcze lub włoska Toskania.
RetroFutbol magazyn | str 36
P Wilu
str 37 | RetroFutbol magazyn
retro
Mecz
śmierci
9 sierpnia 1942 roku rozegrano spotkanie
piłkarskie, okoliczności którego nawet
dziś pozostają niejasne. Pojedynek
pomiędzy Startem Kijów i reprezentującą
lokalną jednostkę Luftwaffe drużyną
Flakelf, przeszedł do historii jako
„mecz śmierci”.
Z powojennych relacji dowiadujemy się,
że dzielni piłkarze Startu pomimo gróźb
odmówili pozdrowienia przeciwników
nazistowskim „heil Hitler”, nie ulegli
presji zgromadzonych wokół boiska
niemieckich żołnierzy i upokorzyli
jedenastkę wroga, pomimo faktu,
że oprócz piłkarzy pokonać musieli
także sędziego – Niemca, oficera SS.
Po tym wydarzeniu piłkarze mieli zostać
aresztowani, torturowani i osadzeni
w obozie koncentracyjnym.
Zwycięstwo nad Flakelf co najmniej
czwórka z nich przypłaciła życiem.
Tyle legenda.
A co naprawdę wydarzyło się
w Kijowie w 1942 roku?
RetroFutbol magazyn | str 38
W
latach trzydziestych dwudziestego wieku piłka nożna była jedna
z najpopularniejszych dyscyplin
sportowych w Związku Radzieckim. W 1936
roku władze radzieckiej piłki postanowiły po
raz pierwszy zorganizować rozgrywki zwane Mistrzostwami Związku Radzieckiego
w Piłce Nożnej. Pierwszymi mistrzami kraju
zostali piłkarze Spartaka Moskwa, a tuż za
nimi na podium uplasowała się drużyna założonego w 1927 roku Dynama Kijów, która w
składzie miała wysoko cenionych zawodników, takich jak bramkarz Mykoła Trusewicz,
napastnik Makar Honczarenko, czy obrońca
Ołeksuj Kłymenko. Kijowianie pozostawali jedną z najlepszych drużyn Związku Radzieckiego aż do 1941 roku, kiedy w wyniku
ataku wojsk niemieckich na kraj, rozgrywki
ligowe zostały zawieszone.
Mykoła
Trusewicz
Jednym z najlepszych przedwojennych zawodników Dynama był niewątpliwie Mykoła
Trusewicz, bramkarz reprezentacji Kijowa,
a także reprezentant Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Kiedy
w 1941 roku wojska niemieckie zajęły terytorium dzisiejszej Ukrainy, wielu rodaków
Trusewicza potraktowało to wydarzenie,
jako wyzwolenie spod buta sowieckiej okupacji i rozpoczęło kolaborację z najeźdźcą.
Jednak bramkarz Dynama, zwolennik ustroju komunistycznego, nie zamierzał z hitlerowcami współpracować. Po wywiezieniu
swojej żony, żydówki, do Odessy, przyłączył
się do obrońców Kijowa. Raniony w nogę
tuż przed upadkiem miasta, został pojma-
ny i trafił do obozu jenieckiego. Zwolniony
w niejasnych okolicznościach, Trusewicz
powrócił do Kijowa. Ponieważ jego mieszkanie zostało kompletnie zniszczone w trakcie
walk o miasto, został bez dachu nad głową.
Praktycznie bezdomny bramkarz przez kilka
miesięcy imał się różnych zajęć, niejednokrotnie sypiając pod gołym niebem.
Los Trusewicza odmienił się, kiedy przechodzącego koło jednej z kijowskich kawiarni
bramkarza rozpoznał Josif Kordik, przed
wojną zagorzały kibic Dynama. Urodzony
na terytorium dzisiejszych Czech Kordik,
który podczas Pierwszej Wojny Światowej
służył w niemieckiej armii, po zajęciu ziem
ukraińskich przez nazistów otrzymał status Volksdeutscha i został mianowany kierownikiem jednej z kijowskich piekarni. Po
rozmowie z Trusewiczem, Kordik postanowił zaoferować mu pracę i dach nad głową.
Szybko okazało się, że podobny los spotkał
kilku innych byłych piłkarzy Dynama, którzy
także znaleźli zatrudnienie w piekarni prowadzonej przez Czecha. Pierwszym kolegą
Trusewicza, który trafił do zakładu Kordika
był Makar Honczarenko.
Aby zjednać sobie ludność cywilną Kijowa,
wiosną 1942 roku niemieccy okupanci postanowili zezwolić na rozgrywanie meczów
piłkarskich. W mieście szybko powstało
kilka klubów. Swoją drużynę postanowił
zgłosić do rozgrywek także piekarz Kordik.
Trusewicz sceptycznie odnosił się do pomysłu występów w zawodach organizowanych
przez Niemców, widząc w takim działaniu
formę kolaboracji z wrogiem. Ostatecznie
dał się jednak przekonać argumentowi, że
str 39 | RetroFutbol magazyn
dobra, odnosząca sukcesy drużyna piłkarska, byłaby świetnym narzędziem inspirującym i jednoczącym mieszkańców miasta.
Zespół nowo powstałego Startu utworzyli
– obok Trusewicza – byli piłkarze Dynama
i Lokomotiwu Kijów.
32:7
droga do Flakelf
Dwa dni po zwycięstwie odniesionym nad
PGS, Trusewicz i jego koledzy pokonali węgierski MSG aż 5:1, pomimo faktu, że
w szeregach przeciwników wystąpiło kilku
byłych zawodowych futbolistów. Opisujący
mecz dziennikarz nie omieszkał wspomnieć
o kontuzji jednego z zawodników MSG, odniesionej na początku spotkania. Z powodu
urazu Start przez większą część dziewięćdziesięciu minut grał w przewadze liczebnej. Kilka dni później, na wniosek kapitana
węgierskiej jedenastki, rozegrano rewanż.
Ukraińcy szybko wyszli na trzy bramkowe
prowadzenie, zwyciężając ostatecznie 3:2.
W tym samym dniu drużyna Flakelf, reprezentująca Luftwaffe, spotkała się z proniemieckim Ruchem w spotkaniu, które dla
Niemców miało być rozgrzewką przed oczekiwanym przez całe miasto pojedynkiem
ze Startem. Flakelf – podobnie jak drużyna
garnizonu węgierskiego – miał w swoim
składzie kilku byłych zawodowców. Niemcy łatwo pokonali nacjonalistów z Ruchu.
W walce o udowodnienie wyższości rasy
germańskiej nad słowiańskimi „podludźmi”
został im jeszcze tylko
jeden przeciwnik. Tym
przeciwnikiem była drużyna Startu.
Swoje pierwsze spotkanie futboliści Startu
rozegrali 7 czerwca 1942 roku, pokonując
związany z organizacjami nacjonalistycznymi Ruch aż 7:2. Założona przez Kordika
drużyna biła wszystkich przeciwników na
swojej drodze, szybko zyskując na popularności. Z meczu na mecz na trybunach pojawiało się coraz więcej widzów. Po rozbiciu
Ruchu, piłkarze Startu pokonali reprezentację stacjonującego w Kijowie garnizonu
węgierskiego w stosunku 6:2, a następnie
strzelili aż 11 bramek żołnierzom garnizonu
rumuńskiego. 17 lipca Start pokonał PGS –
jedenastkę reprezentującą niemiecką jednostkę wojskową stacjonująca w mieście.
W pomeczowym raporcie, który ukazał się
w „Nowym Ukraińskim
Słowie”, sprawozdawca tłumaczył porażPierwszy mecz pokę Niemców brakami
między tymi dwiema
treningowymi,
błędrużynami
rozegrano
dami
rumuńskiego
w czwartek 6 sierpnia.
sędziego i nierówną
Ponieważ spotkanie odmurawą. Z artykułu
w sprzyjającej okupantom gazecie jasno było się w środku tygodnia, na trybunach
wynikało, że przegrana niemieckiej drużyny stadionu Zenitu zjawiła się tylko garstka
kibiców. Ukraińcy wygrali 5:1. Niestety po
była solą w oku władz miasta.
spotkaniu w lokalnej prasie nie pojawiło się
Dziś trudno
przedrzeć się przez
warstwy legend,
którymi obrósł
„mecz śmierci”
i dotrzeć do faktów.
RetroFutbol magazyn | str 40
żadne sprawozdanie, w związku z tym niewiele wiadomo o przebiegu pojedynku. Już
następnego dnia w centrum Kijowa rozlepione zostały plakaty, zapraszające na zaplanowany na niedzielę 9 sierpnia rewanż.
Legenda
kontra mgliste fakty...
Dziś trudno przedrzeć się przez warstwy
legend, którymi obrósł „mecz śmierci” i dotrzeć do faktów. Wiadomo, że tym razem
stadion wypełnił się niemal po brzegi. Wydaje się wielce prawdopodobne, że sędzią spotkania był Niemiec, choć wersja z arbitrem
– oficerem SS, płynnie władającym językiem rosyjskim - jest zapewne nieco ubar-
wiona. Nie do końca jasne jest także, czy
ukraińscy piłkarze rzeczywiście odmówili
pozdrowienia przeciwników nazistowskim
„heil Hitler”, zamiast tego klaszcząc w dłonie i wykrzykując „fiz – kult – hura”. Niemcy
grali dużo ostrzej, niż w pierwszym meczu,
a wiele nieprzepisowych zagrań umykało
uwadze arbitra. Piłkarze Flakelf wyszli na
prowadzenie, jednak do przerwy Start prowadził 3:1. W Przerwie spotkania do szatni piłkarzy startu miały zajrzeć dwie osoby. Jedną z nich był rzekomo trener Ruchu
i organizator rozgrywek – Georgij Swetsow,
a drugą sędzia spotkania. Obydwaj panowie
mieli podobno ostrzec Trusewicza i jego kolegów przed konsekwencjami ewentualnego
zwycięstwa. Jeżeli tak było naprawdę, to
pogróżki nie zrobiły na zawodnikach Startu
większego wrażenia. Na cztery minuty przed
końcem regulaminowego czasu gry drużyna
ukraińska prowadziła 5:3. Wtedy to obrońca Ołeksij Kłymenko, w sytuacji sam na sam
z niemieckim golkiperem ominął go, a następnie zatrzymał piłkę na linii bramkowej,
wbiegł do bramki, po czym wykopał futbolówkę na środek boiska. Na trybunach zaczęły się przepychanki, a arbiter, świadomy
upokorzenia zawodników Flakelf, zakończył
spotkanie przed czasem.
Nieprawdą jest, jakoby piłkarze Startu zostali aresztowani tuż po meczu. W rzeczywistości drużyna Trusewicza tydzień po
„meczu śmierci” pokonała Ruch w stosunku
8:0. W przeciągu kolejnego tygodnia Niemcy
aresztowali dziewięciu zawodników Startu.
Współcześni ukraińscy historycy zaprzeczają jednak wersji, jakoby aresztowania
miały jakikolwiek związek z meczem piłkar-
Afisz zapowiadający rewanż Startu z Flakelf
str 41 | RetroFutbol magazyn
skim. Ci zawodnicy Startu, którzy przeżyli
wojnę, podczas powojennych przesłuchań
sprawiali wrażenie przekonanych, że zatrzymania miały związek z rzekomym donosem
Georgija Swetsowa – trenera Ruchu – niezadowolonego z wysokiej porażki jego piłkarzy. To on miał poinformować niemieckie
władze Kijowa o współpracy zawodników
Startu z NKWD. Gestapo aresztowało więc
piłkarzy, których – jako domniemanych
członków NKWD – oskarżono o próby zorganizowania aktów sabotażu na terenie Kijowa.
był członkiem Partii Komunistycznej, a w latach 1932 – 34 przeszedł szkolenie wojskowe w jednostce NKWD w Iwanowie.
Po trzech tygodniach spędzonych w gestapowskich piwnicach, pozostałych ośmiu
piłkarzy przetransportowanych zostało do
obozu koncentracyjnego w Syretsku. Trusewicz, Kłymenko i Kuźmenko pracowali
tutaj jako budowlańcy, Komarow (zawodnik
Startu, nie brał udziału w „meczu śmierci”),
Putystin i Tiutczew pełnili rolę elektryków,
a Honczarenko i Swidrowski zostali obozowymi szewcami. Po pewnym czasie KomaPodczas przesłuchań w kijowskiej kwaterze row został obozowym Kapo.
gestapo niektórzy z aresztowanych poddawani byli torturom. Na śmierć zamęczony Na początku 1943 roku przyobozowe zakłazostał Mykoła Korotkych, którego nazwisko dy zajmujące się naprawą sprzętu wojskowidniało na listach byłych członków NKWD, wego, stały się celem ataku partyzantów.
dostarczonych niemieckim okupantom 24 lutego, w odwecie za partyzancki atak,
przez kolaborantów. Korotkych nie był jed- strażnicy rozstrzelali co trzeciego więźnia
nym z pracowników piekarni Kordika. Przed obozu. Wśród zabitych znaleźli się Kuźmenpowstaniem Startu pracował w kuchni nie- ko, Kłymenko i Trusewicz. Ich ciała wrzucomieckiej stołówki oficerskiej. Przed wojną ne zostały do masowego grobu wykopane-
RetroFutbol magazyn | str 42
go w Babim Jarze – miejscu kaźni, w którym stali w żaden sposób ukarani.
hitlerowcy zamordowali około 70 000 osób,
Prawdopodobnie nigdy nie uda się ustalić
głównie mieszkańców Kijowa.
rzeczywistego przebiegu wydarzeń. Każda
PÓŁ WIEKU LEGENDY
wersja opowieści o piłkarzach Startu i „meZ PROPAGANDY
czu śmierci” ma swoich zwolenników i przeciwników. Po jednej stronie barykady stoją
Powojenne władze Związku Radzieckiego historycy niepodległej Ukrainy, pragnący raz
początkowo unikały wspominania historii na zawsze rozprawić się z sowieckimi mipiłkarzy Startu, traktując rozgrywanie me- tami, po drugiej ludzie, którzy te mity wciąż
czów piłkarskich z okupantem jako akt ko- pielęgnują. Jeszcze w 2012 roku do kin trafił
laboracji. Z czasem jednak „mecz śmierci” film „Mecz” w reżyserii Rosjanina Andriestał się narzędziem sowieckiej propagandy, ja Maliukowa, zawierający niemal wszysta zawodnicy, którzy wzięli w nim udział zo- kie elementy opowieści o „meczu śmierci”,
stali bohaterami narodowymi. Z tych, którzy znane z powojennej sowieckiej propagandy.
przeżyli najbardziej znanym stał się niewąt- Jedno jest pewne. Żadna z wersji historii
pliwie Honczarenko, powtarzający dzien- Trusewicza i jego kolegów w żaden sposób
nikarzom oficjalną wersję wydarzeń, aż do nie umniejsza tragedii zawodników Starupadku Związku Radzieckiego. Dopiero tu i obywateli Kijowa. Mieszkańcy miasta,
w latach dziewięćdziesiątych Honczarenko a wśród nich i piłkarze, znaleźli się w potrzaw wywiadzie radiowym przyznał, że mecz sku, w samym środku konfliktu pomiędzy
odbywał się w przyjacielskiej atmosferze dwoma państwami totalitarnymi. Podobnie
i nikt nie próbował wpłynąć na jego wy- jak czterej piłkarze, tak i Kijów opłacił ten
nik. Zaprzeczył też, jakoby istniał jakikol- konflikt krwią. Dziesiątki tysięcy mieszkańwiek związek pomiędzy „meczem śmierci” ców miasta zostało zamordowanych w Bai aresztowaniami zawodników Startu. Zwią- bim Jarze i innych miejscach kaźni. Wśród
zek ten wydaje się jeszcze bardziej niepraw- nich znaleźli się Mykoła Korotkych, Mykoła
dopodobny, jeżeli przyjrzymy się rezultatom Trusewicz, Oleksij Kłymenko i Iwan Kuźbadań ukraińskiego historyka Władimira menko.
Hyndy. Wynika z nich, że w kontrolowanej
Jakub Budny
przez Niemców ukraińskiej prasie z czasów okupacji, odnaleźć można ponad 150
Niedoszły magister
kulturoznawstwa, z zamiłowania
sprawozdań z meczów piłkarskich, rozegrahistoryk, zainteresowany
nych pomiędzy drużynami składającymi się
zwłaszcza dziejami futbolu
brytyjskiego. Od 2006 roku
z obywateli przedwojennego Związku Ramieszka na Wyspach, właściciel
dzieckiego i reprezentantami wojsk okupacałkiem pokaźnej i wciąż rosnącej
cyjnych. Spośród 111 meczów, których wykolekcji książek
i magazynów o futbolu.
niki udało się ustalić, Ukraińcy wygrali 60.
Pisze także dla zzapolowy.com.
W ani jednym przypadku zwycięzcy nie zokbudny25
Piłkarze Startu i Flakelf - 9 sierpnia 1942
str 43 | RetroFutbol magazyn
taktycznie
Preludium
do legendy
Polską reprezentację w latach 30. ubiegłego stulecia
ciężko było zaliczyć do grona europejskich potentatów,
o skali światowej nie wspominając.
Ranga naszej kadry jednak rosła, zaś zwieńczeniem
tej drogi był awans do ostatnich międzywojennych
Mistrzostw Świata. Jedyny mecz na francuskich boiskach
przeszedł do legendy i rozpisywano się o nim
na wszelkie możliwe sposoby.
Same jednak okoliczności awansu na turniej
już tak szerokiej dokumentacji się nie doczekały.
Czas rzucić na nie nieco więcej światła...
Historia pierwszego awansu Polski na Mistrzostwa Świata.
RetroFutbol magazyn | str 44
P
o latach 20., kiedy Polacy byli głównie chłopcami do bicia, zbierającymi
dopiero międzynarodowe doświadczenia, kolejna dekada zaczęła przynosić
pierwsze pozytywne rezultaty. Organizacja
rozgrywek w kraju poprawiła się na tyle, że
w 1933 roku po raz pierwszy postanowiono
powalczyć z najlepszymi w eliminacjach do
Mistrzostw Świata. Wtedy los nie był jednak
zbyt łaskawy. Przyszło nam grać z jedną
z najsilniejszych wówczas ekip globu, późniejszym wicemistrzem świata – Czechosłowacją. W pierwszym spotkaniu w Warszawie rywale byli zdecydowanie lepsi, choć
zwyciężyli tylko 2-1. Do rewanżu z powodu
napiętej sytuacji politycznej między oboma
krajami nie doszło. Polacy oddali mecz walkowerem.
Na kolejne starcia o stawkę przyszło czekać
blisko 3 lata. W 1936 r. wystartowaliśmy
w Igrzyskach Olimpijskich. Choć osiągnięcie półfinału może się wydawać sukcesem,
trzeba pamiętać, że ścieraliśmy się tam z
zupełnymi amatorami. Mimo, że w składzie
Austrii próżno więc było szukać Sindelara, to
i tak piłkarze znad Dunaju odprawili naszych
z kwitkiem.
Na Igrzyskach zaczęły jednak kształtować
się zręby reprezentacji, która już kilka lat
później miała odnosić pierwsze międzynarodowe sukcesy. O miejsce w pierwszym składzie z doświadczonym Albańskim zaczynał
walczyć Madejski. W obronie rezerwowym
był Szczepaniak, czekający na schedę po
kończącym karierę reprezentacyjną Martynie. Także ofensywa była już dość wyraźnie ukształtowana. Ryszard Piec, Wodarz
i Scherfke nie wypadli z obiegu w kadrze
przez najbliższe lata. Wilimowskiego zabrakło w tym towarzystwie tylko przez problemy dyscyplinarne. Domniemaną przyczyną
braku napastnika Ruchu Wielkie Hajduki na
Igrzyskach było pijaństwo. W jednym z meczów ligowych ekipa spod Chorzowa miała
się pojawić w stanie wskazującym na tyle,
że „Peterek w ogóle nie widział piłki, zaś
Wilimowski widział cztery”. Faktyczną były
jednak jego fałszywe zeznania w trakcie wyjaśniania „problemu” zawodowstwa w jego
klubie. Z tegoż powodu Wilimowski został
w domu, a Polacy – bez medalu.
Eliminacje
W 1936 roku Wilimowski został zrehabilitowany, zaś kadra trenera Kałuży rozpoczęła
kolejny długi cykl ogrywania się przed kolejnymi meczami o stawkę. O ile dziś selekcja
Adama Nawałki może budzić zastrzeżenia
w związku z dużą liczbą powoływanych zawodników, tak wtedy gra dwóch meczów
dwoma jedenastkami w tym samym czasie
nikogo nie dziwiła. Taka sytuacja przytrafiła
się naszej kadrze kilkukrotnie. W równolegle toczonym meczu pod okiem jednego ze
współpracowników Kałuży prezentowali się
zawodnicy z bezpośredniego zaplecza kadry. Pozawalało to nieustannie mieć na oku
potencjalnych dublerów dla graczy pierwszego składu.
Rezultatu Igrzysk nie uznano w kraju za
spektakularny sukces, jednak trener Kałuża
pozostał na stanowisku i mógł kontynuować
swoją pracę. Wyniki w kolejnych miesiącach
to klasyczna „kratka”, charakterystyczna dla
str 45 | RetroFutbol magazyn
Polski z początku lat 30. Dobre występy nasi
zawodnicy przeplatali fatalnymi – remisem
z rosnącymi w siłę Niemcami potrafili zamazywać wrażenie z podobnego rezultatu kilka
dni wcześniej ze słabą Łotwą. Oczekiwania
w momencie zgłaszania kadry do eliminacji
nie były zbyt wielkie.
a potem – stosunek bramek. Regulaminowo
brzmiało to zawile, jednak ograniczało się
do konieczności wygrania dwumeczu.
Jedynym rywalem Polaków na drodze do
francuskiego mundialu stała się Jugosławia. Piłkarze z Bałkanów mogli się poszczycić trzecim miejscem przywiezionym
z Urugwaju. Podobnie jak Polacy, ponieśli
jednak klęskę w eliminacjach do kolejnych
mistrzostw. W grupie ze Szwajcarią i Rumunią, ich jedynym dorobkiem był punkt
w starciu z tym pierwszym zespołem. Mimo,
że z trzech drużyn (czwarta Norwegia wycofała się jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek) awansowały dwie, Jugosłowianie nie
znaleźli się pośród nich.
Sam system kwalifikacji był pokręcony.
W Europie (do której geograficznie podłączono Egipt i Palestynę) 11 miejsc miało
zostać rozdzielonych pomiędzy 23 drużyny.
Ponieważ ciężko dobrać klucz przy takich
proporcjach, grupy mocno różniły się od siebie i jakością drużyn i systemem rozgrywek.
Jeśli idzie o to drugie – Polacy trafili najprościej jak się dało. Przynajmniej w praktyce.
W teorii była to czterodrużynowa „subgrupa”, składająca się z nas, Jugosławii, Irlandii Polacy mimo to w żadnym wypadku nie
i Norwegii. Docelowo jednak zespoły podzie- byli faworytem „grupy”. Piłkarze
lono na dwie pary. Powstały w ten sposób z Bałkanów byli
dwie dwudrużynowe grupy, gdzie o awansie
decydowała większa liczba zdobytych punktów,
częstym rywalem biało-czerwonych, a większość z 8 rozegranych wcześniej meczów
kończyła się gradem bramek. Ostatnie lata
należały jednak do przeciwnika, który odniósł trzy kolejne zwycięstwa. Nieco ponad
rok przed zaplanowanym na 10. października 1937 pierwszym meczem rozgromili
Polaków w Belgradzie 9-3. Jednak rezultaty
z początku lat 30., kiedy to biało-czerwoni
triumfowali nad trzecią wówczas drużyną
świata, dawały powody do optymizmu.
Ostatnia wyjazdowa klęska z Jugosławią nie
była tak zupełna, jak wskazywałby wynik.
Jak donoszą reporterzy, rywalom „wszystko
szło i prowadziło do celu”. Atmosfera daleka
była od optymizmu, mimo, że Kałuża powoli
osiągał optimum w swoich poszukiwaniach.
Szczepaniak nie dość, że godnie zastępował
Martynę, to dodatkowo stał się kapitanem
zespołu. Więcej znaków zapytania pojawiało
się w pomocy. Z reprezentacją powoli żegnał
się Kotlarczyk, nie przebił się też próbowany
tuż przed eliminacjami Kryszkiewicz. Wobec
tych okoliczności pozycja Waszkiewicza,
Dytki i Góry wydawała się niepodważalna.
Mecz, od którego
wszystko się zaczęło
Dość jednak nieoczekiwanie Waszkiewicz
został oddelegowany w dniu meczu z Jugosławią do rozgrywanego równolegle starcia
z Łotwą. Podobny los spotkał Ryszarda Pieca i Kotlarczyka. Tego pierwszego zastąpił
Nyc. Drugiego – absolutny debiutant Habowski.
pomocnika przemawiała jego elastyczność
taktyczna. Polacy grali wtedy w dominującym na świecie 2-3-5, jednak zawodnik
Polonii Warszawa bardzo chętnie schodził
między dwójkę stoperów. Zbliżało to nasze
ustawienie do święcącego wówczas triumfy
na Wyspach Brytyjskich „WM”, wymyślonego przez szkoleniowca Arsenalu Herberta
Chapmana. Mniejsze uzasadnienie miało
użycie Habowskiego w roli prawego napastnika. Relacje są tu skrajnie różne, Andrzej
Gowarzewski donosi w Encyklopedii Piłkarskiej Fuji, że „znakomicie zastąpił starszego z braci Pieców”. Z kolei pomeczowy
„Przegląd Sportowy” pisze o zawodzie, obwieszczając, że jego słaby występ przeszedł
niezauważony, bo rozmył się w korzystnym
wyniku. Ta druga relacja wydaje się bliższa
rzeczywistości, prawoskrzydłowy Wisły zagrał w kadrze jeszcze tylko raz.
WODARZ
WILIMOWSKI
DYTKO
GAŁECKI
Ustawienie taktyczne meczu Polska - Jugosławia 4:0
HABOWSKI
PIĄTEK
NYC
Na korzyść tego Nyca w roli środkowego
RetroFutbol magazyn | str 46
WOSTAL
GÓRA
SZCZEPANIAK
krzyk
str 47 | RetroFutbol magazyn
Mecz zaczął się dla Polaków znakomicie.
Już w 3 minucie po rogu Habowskiego piłkę
wypiąstkował Glaser. Dopadł do niej Dytko,
który ponowną wrzutką idealnie obsłużył
Piątka. Jego strzału głową w lewy dolny róg
golkiper Jugosłowian nie był w stanie sięgnąć. Polacy poszli za ciosem, zamykając
rywala w kolejnych minutach, jednak kolejnych bramek to nie przynosiło. Wilimowski
strzelał niecelnie, zaś Habowski gubił się
w dryblingach na swojej stronie. Kiedy stopniowo do głosu zaczęli dochodzić rywale, podwyższyliśmy
prowadzenie. Klepka Wodarza
z Wilimowskim zakończyła się ostrym strzałem
tego drugiego. Glaser sparował piłkę
prosto pod nogi
Piatka, który
z łatwością wykończył.
To
dodało
skrzydeł naszym,
którzy w pierwszej
połowie mieli kilkanaście strzałów (wbrew pozorom, jak na tamte czasy nie
jest to rzadka liczba). W końcówce jednak do głosu zaczęli dochodzić
rywale. Problemy w środku miał Nyc,
jednak cała trójka pomocników wycofująca
się głęboko utrudniała grę Jugosłowianom
przy naszym polu karnym. Zmuszaliśmy rywali do oddawania strzałów z dystansu, które nie były groźne dla bramki.
zu gry, a ataki Jugosłowian były coraz
groźniejsze. Polacy jednak mieli z przodu
Wilimowskiego, zdolnego do stworzenia
przewagi swoimi indywidualnymi akcjami.
W 57. minucie po dwójkowej akcji z Wostalem wyszedł na sam na sam. Glazer interweniuje tylko na tyle, żeby wybić piłkę pod nogi
niedoszłego asystenta, który kieruję piłkę
do pustej bramki. Wynik 3-0 nie oznaczał
jednak w żadnym wypadku, że Polacy mieli
w tym spotkaniu miażdżącą przewagę.
Jak w większości przypadków starć
tych drużyn w międzywojniu, była
to wielka bitwa z jednostronnie
brzmiącym wynikiem, na
korzyść drużyny, której
w tym meczu wychodziło wszystko. Dowody?
Valjarević
seryjnie
ostrzeliwał
świątynię
Krzyka
z
niewielką
celnością,
zaś Marjanović po wypuszczeniu piłki przez naszego bramkarza znalazł się
w identycznej sytuacji, co Piątek
i Wostal. Mając przed sobą tylko pustą
bramkę, koszmarnie spudłował.
Dzieła zniszczenia dopełnił najlepszy na boisku Wilimowski. Dał on przedsmak swoich
popisów w meczu z Brazylią, świetnie gasząc górną piłkę od Wodarza, przedryblowując dwóch rywali strzelając koło bezradnie
obserwującego całe zdarzenie Glazera. Po
Druga połowa nie zmieniła jednak obra- spotkaniu jego, Krzyka i Wostala tłum odno-
RetroFutbol magazyn | str 48
Bilet na mecz z Jugosławią
łem” selekcjonera, co u nas Habowski. Dodatkowo Jugosłowianie ostatnie 10 minut
Choć może się to dziś wydawać kuriozalne, grali w dziesiątkę. Higl po starciu z Wostawyjazdowe 0-4 uznawane było jedynie za lem nie był w stanie kontynuować gry.
solidną zaliczkę. Były to czasy, kiedy wyniki hokejowe zdarzały się nader często, więc Obrona Częstochowy
ten sam wynik w Belgradzie w drugą stronę
nikogo by nie mógł zdziwić. Szef delegacji Polacy mieli też swoje problemy. Przede
jugosłowiańskiej, inżynier Andrejević na po- wszystkim zawodziły skrzydła. Stąd też
meczowym bankiecie podkreślał, że liczy na głównym rozgrywającym stał się Wilimowski, a większość zagrożenia tworzono akodrobienie strat w rewanżu.
cjami środkiem. W jedynym rozegranym
Tym bardziej, że na drugi taki słaby mecz ry- między spotkaniami dwumeczu z Jugosławala ciężko było liczyć. Przeciwnicy często wią starciu, przeciwko Szwajcarii, Habowmieli problem z wyprowadzeniem piłki, tra- skiego ponownie zastąpił Piec. Pozostałymi
cąc ją po nieudanych wykopach obrońców. zmianami było wskoczenie jego brata za
Stevović, który zastąpił na środku pomo- Dytkę oraz Madejskiego za Krzyka. Prawocy świetnego kilka dni wcześniej w meczu skrzydłowy i bramkarz utrzymali miejsce w
z Czechosłowacją Geyera, słabo regulował składzie na wyjazd do Belgradu. W rewanżu
grę i okazał się podobnie nieudanym „strza- w pomocy ponownie zagrał Dytko.
si do szatni na rękach.
WODARZ
WOSTAL
WILIMOWSKI
DYTKO
PIĄTEK
NYC
GAŁECKI
R.PIEC
GÓRA
SZCZEPANIAK
MADEJSKI
Jugosłowianie mimo klęski w pierwszym
meczu nie tracili nadziei. Nad miastem
miały krążyć samoloty, kreślące w powietrzu piątki, sugerując rozmiary porażki biało-czerwonych. Skład naszych rywali uległ
zmianom aż na sześciu pozycjach. Na nic
jednak się to wszystko zdało, nieoczekiwanie w pierwszych minutach inicjatywę przejęli Polacy, a sytuacje stworzyli sobie Wodarz i Wilimowski. Po raz kolejny widoczny
był jednak problem naszych zawodników
z balansem między ofensywą i defensywą.
Napastnicy nie mieli problemów z wychodzeniem na pozycję, odbywało się to jednak
kosztem obrony. Do głosu zaczynali dochodził Jugosłowianie.
Nie dziwi, że po takim początku, selekcjo-
Ustawienie taktyczne meczu Jugosławia-Polska 1:0
str 49 | RetroFutbol magazyn
ner Kałuża i trener Spoida nakazali głębsze
wycofywanie się linii pomocy. Mimo naporu
rywala, udało się zakończyć pierwszą połowę bez strat własnych. Kontry Polaków były
nieliczne, skupialiśmy się na uważnej grze w
obronie. Zwłaszcza Góra rzadko podczepiał
się pod atak, po zrobieniu kilku kroków z piłką, oddawał ją kolegom.
Nie mogło to przynieść ładnej gry. Jugosłowianie dwoili się i troili, aby sforsować
defensywę, udało się to tylko jednokrotnie.
Tuż przed linią pola karnego ręką zagrał Gałecki, Marjanović nie dał szans Madejskiemu z rzutu wolnego. I ten gol nie zmienił nic
w przebiegu gry. Mając nadal przewagę
trzech goli, Polacy w miarę spokojnie dotrwali do końca spotkania.
Selekcja
Mimo, że oba mecze wygrał praktycznie ten
sam skład, zespół Kałuża-Spoida, wzmoc-
RetroFutbol magazyn | str 50
niony drugim trenerem Forysiem, nadal wahał się nad kilkoma nazwiskami. Nie przekonywał Nyc, w kolejnym meczu z Irlandią
do łask wrócił Wasiewicz. Los chciał jednak,
żeby na Mistrzostwa pojechał zawodnik,
który brał udział w wyeliminowaniu Jugosławii. Wasiewicz nabawił się kontuzji i Nyc
był nie do zastąpienia. W drugą stronę potoczyły się losy Wostala, którego po urazie
zastąpił Scherfke, będący wcześniej rezerwowym.
od
Kadra składać się jednak miała z 22 osób,
więc siłą rzeczy musiał znaleźć się ktoś
mniej spodziewany. Największymi zaskoczeniami byli 18-letni pomocnik Baran
i 17-letni (do dziś najmłodszy zgłoszony)
bramkarz Brom. Obaj znaleźli się w ekipie
wyjazdowej na mecz z Brazylią, którą okrojono do 15 osób. Ławkę uzupełnili wszechstronny Wilhelm Piec (dzięki niemu i jego
bratu Naprzód Lipiny miał dwóch reprezentantów na Mistrzostwach) oraz obrońca
Giemsa. Taka właśnie piętnastka stawiła się
na stadionie w Strasburgu, aby 5. czerwca
1938 r. stoczyć pierwszy w historii Polski
pojedynek na Mistrzostwach Świata. Ale to
już materiał na inną historię.
Wszyscy młodzi chłopcy zarażeni
baskijskim patriotyzmem, chcieli tak
jak on zdobywać mnóstwo bramek.
Pozostaje idolem do dziś. Możemy
narzekać, że jego sława opiera się
w dużym stopniu na zasadzie
przedwczesnej śmierci.
Andrzej Gomołysek
Ojciec chrzestny pisania o taktyce
piłkarskiej, założyciel taktycznie.
net i analityk InStat Football.
O taktyce nudzi też w wielu innych
miejscach. Fan historii futbolu,
starszej i nowszej.
taktycznie
klasyk
„MAŁEJ KACZKI”
DO PIĘKNEGO ŁABĘDZIA
Jednak trofea pozostają wieczne i
przemawiają na jego korzyść.
W czasach swojej świetności
dumnie reprezentował tylko
jeden klub – Athletic
Bilbao. Każdy pasjonat
przyodziany w białoczerwone, pionowe
pasy wyobraża
sobie jak Rafael
Moreno
Aranzadi lub
po prostu
„Pichichi” sto
lat temu mijał
obrońców.
str 51 | RetroFutbol magazyn
K
olczyk w uchu, różnokolorowe buty, idealnie nażelowane,
pofarbowane lub przystrzyżone w wymyśle wzory włosy,
koszulki rozchodzące się jak świeże bułeczki w sklepiku osiedlowym – zarówno te oryginalne, jak i tanie podróby (koszulki, nie
bułki!). Własna firma najwygodniejszych na rynku (podobno) bokserek, zdjęcia wrzucane najnowszym IPhonem 6 na Instagrama, fanpage, mający blisko 20 milionów polubień i unikanie paparazzich, mknąc
naprzód swoim Astonem Martinem One-77 z silnikiem V12. Takie
życie być może w dzisiejszych czasach wiódłby Rafael
w jednej z dzielnic Bilbao (o ile nie skusiłby się na grube pieniądze szejków). Ponad sto lat temu wyróżnić mógł się zaledwie
białą chustką na głowie, co umożliwiało rozpoznanie go na boisku,w jednej chwili.
Zakochany
w Athleticu
Aranzadi kochał Bilbao od zawsze. Tutaj się
urodził i wychował. Ludzie mówili, że ma intelektualny potencjał, jednak on nie chciał się kształcić.
Nie marzył, żeby pójść w ślady ojca, który był prawnikiem,
a z czasem został burmistrzem miasta. Wujek Rafaela
(brat matki) był bardzo znanym hiszpańskim filozofem
i pisarzem, ale i to do niego nie przemawiało. Do inżynierii
też nigdy nie ciągnęło, choć tym zajmował się jego brat Raymond. Wolał kopać szmacianą piłkę z kolegami i wracać
późno do domu. Dołączył do Athleticu w 1911 roku, mając 19 lat.
Wówczas uzyskał przydomek „Pichichi” (mała kaczka) z racji
swoich warunków fizycznych. Szybko awansował do pierwszego
zespołu. Najważniejszym trofeum w Hiszpanii był w tamtym
czasie Puchar Króla. Brały w nim udział drużyny z całego kraju.
Ceniono go ponad wszelkie mistrzostwa regionalne. Finał Copa
del Rey (przeciwko Racing Club de Irun) w 1913 roku, Aranzadi
przegrał, ale szybko im się zrewanżował kilka miesięcy później –
strzelając historyczną, pierwszą bramkę na stadionie San Mames,
już w 5. minucie.
RetroFutbol magazyn | str 52
„Pichichi” w dużym stopniu przyczynił
się do zdobycia czterech Pucharów Króla, trzech mistrzostw północy, oraz dwóch
Mistrzostw Vizcayan. W finale Copa del Rey
1915 ustrzelił nawet hat-tricka, a Athletic
pokonał Espayol, aż 5 do 0. Znakomita część
tych trofeów jest też zasługą angielskiego
trenera Billy’ego Barnesa. Szkoleniowiec
rozumiał doskonale pozycję Rafaela. Szczególnie, że nie minął rok, odkąd sam przestał
grać w piłkę. Grał jako skrajny lewy napastnik w drużynie Queens Park Rangers. Skupiał
się więc najmocniej na pozycji „Pichichiego”. Wówczas grano na pięciu, czy nawet
sześciu napastników, zupełnie nie dbając
o środek pola. „Pichichi” grał na tej samej
pozycji, co jego trener w przeszłości. Stąd
bardzo dobrze się rozumieli. Często schodził
do środka i pełnił poniekąd rolę mediapunta.
Znakomity drybling, zwrotność, dobra gra
obiema nogami, i silny strzał – to cechy, które
pomagały mu bardzo często kończyć akcję
indywidualnie. Pichichi był więc jednocześnie mediapuntą i lisem pola karnego. Teraz trudno to sobie wyobrazić, jednak wtedy
proporcje obrońców w stosunku do napastników były jak w piłkarzykach stołowych –
atakujący mieli przewagę. „Pichichi”, zdobył
też srebro olimpijskie w 1920 r., strzelając
na turnieju jedną bramkę. Kariera reprezentacyjna jednak nie zdążyła rozkwitnąć,
bo licznik zatrzymał się na 5 spotkaniach.
za jego życia. Wówczas był bez żalu krytykowany. Fani domagali się tego samego
piłkarza, który jeszcze niedawno był piłkarskim czarodziejem. W maju 1921 roku
postanowił zostać piłkarskim sędzią. To
zabolało fanów jeszcze bardziej niż zawieszenie butów na kołku. Sędziowski debiut
wypadł mu na stadionie… San Mames. Jednak w wieku 29 lat, zmarł w swoim mieszkaniu na tyfus. Przyczyną było prawdopodobnie zjedzenie nieświeżych ostryg.
Paradoksalnie więc – „Pichichi” znów stał
się ulubieńcem i ikoną Bilbao. Dziś legenda jeszcze bardziej urosła. Jest wymieniany naprzemiennie z Telmo Zarrą (także
istnieje nagroda nazwana jego imieniem –
Utracenie i pośmiertne
odzyskanie statusu legendy
Pod koniec swojego życia (nikt tak wtedy
nie przypuszczał) przestał imponować formą. Ikona „Pichichiego” nie była tak silna
str 53 | RetroFutbol magazyn
Trofeo Zarra – przyznawana najlepszemu
hiszpańskiemu strzelcowi Primera Division
i Segunda Division) jako najwybitniejszy
zawodnik w historii baskijskiego klubu.
Od 1926 r. na cześć snajpera powstało popiersie z brązu, które od tamtego zdobi San
Mames.
W 1953. roku „Marca” postawiła „Pichichiemu” najbardziej trwały pomnik, nazywając nagrodę najlepszego strzelca Primera Division jego imieniem,
a właściwie przydomkiem. To hołd dla
bramkostrzelnego gracza, który paradoksalnie nigdy nie był królem strzelców
ligi, bo ta powstała przecież w 1929 roku.
Na setną rocznicę powstania klubu Athletic
Bilbao, został odkryty wielki pomnik „Pichichiego” wraz z jego małżonką Aveliną Rodriguez. Umieszczenie białej chusty na głowie
było obowiązkiem twórców. Ten „gigante”
możemy podziwiać w muzeum Euskal Museoa Bilbao Museo Nasco.
Redakcja
Redaktor naczelny:
Damian Bednarz
Skład i łamanie tekstu:
Lorem Ipsum Design
www.facebook.com/loremipsumdesign
www.rfbl.pl
facebook.com/futbolwretro
twitter.com/retro_magazyn
RetroFutbol magazyn | str 54
W świątyni San Mames istnieje pewna tradycja. Jeśli drużyna gra na tym stadionie
pierwszy raz – to jej kapitan składa kwiaty
przy popiersiu Pichichiego, które od 2013
roku, czyli od powstania nowego San Mames, znajduje się przy wyjściu z tunelu.
Dziś w lidze hiszpańskiej Cristiano Ronaldo i Lionel Messi konsekwentnie walczą
o „małą kaczkę”.
Patryk Idasiak
Student trzeciego roku
dziennikarstwa w Szczecinie.
Wierny, ale obiektywny kibic
Manchesteru City, zakochany
w pieniądzach Szejka Mansoura.
Czasami napisze coś do portalu
czasfutbolu.pl.
PatrykIdasiak
Zespół redakcyjny:
Jakub Budny
Andrzej Gomołysek
Piotr Grabowski
Patryk Idasiak
Mariusz Jaroń
Kamil Kijanka
Pawel Klama
Paweł Wilamowski
Kontakt:
[email protected]
str 55 | RetroFutbol magazyn
RetroFutbol
m a g a z y n
RetroFutbol magazyn | str 56

Podobne dokumenty