Wolność słowa i odpowiedzialność za słowo

Komentarze

Transkrypt

Wolność słowa i odpowiedzialność za słowo
magazyn1-2010.indd 1
10-07-23 18:47:56
REDAKCJA
Dr Janusz Kochanowski (redaktor naczelny) – Rzecznik Praw Obywatelskich
Prof. Grażyna Skąpska – Uniwersytet Jagielloński
Prof. Jerzy Zajadło – Uniwersytet Gdański
Dr Maciej Dybowski (sekretarz redakcji) – Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu
KOLEGIUM POLSKIE
Dr Adam Czarnota – Uniwersytet Południowej Nowej Walii w Sydney
Prof. Andrzej Kojder – Uniwersytet Warszawski
Prof. Zdzisław Krasnodębski – Uniwersytet w Bremie
Prof. Lech Morawski – Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, Uniwersytet
Kardynała Stefana Wyszyńskiego
Mec. Marek Antoni Nowicki – Helsińska Fundacja Praw Człowieka
Prof. Wojciech Sadurski – Europejski Instytut Uniwersytecki we Florencji
Prof. Marek Safjan – Uniwersytet Warszawski
Dr Wiesław Staśkiewicz – Uniwersytet Warszawski
Prof. Jerzy Stelmach – Uniwersytet Jagielloński
Prof. Mirosław Wyrzykowski – Uniwersytet Warszawski
Prof. Marek Zirk-Sadowski – Sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego, Uniwersytet
Łódzki
KOLEGIUM ZAGRANICZNE
Prof. Robert Alexy – Akademia Nauk w Getyndze
Prof. Deryck Beyleveld – Uniwersytet w Sheffeld
Prof. Jo Carby-Hall – Uniwersytet w Hull
Prof. Masaji Chiba – Uniwersytet Metropolitan w Tokio
Prof. Mark A. Cohen – Uniwersytet w Vanderbilt
Prof. Jules L. Coleman – Uniwersytet w Yale
Prof. Meir Dan-Cohen – Uniwersytet w Berkeley
Prof. R. Antony Duff – Uniwersytet w Stirling
Prof. John Finnis – Uniwersytet w Oxfordzie
Prof. George P. Fletcher – Uniwersytet Columbia w Nowym Jorku
Prof. Peter Glazebrook – Uniwersytet w Cambridge
Prof. Jurgen Habermas – Uniwersytet im. J. W. Goethego we Frankfurcie nad Menem
Prof. Joachim Herrmann – Uniwersytet w Pittsburgu
Prof. Andrew von Hirsch – Instytut Kryminologii im. L. Radzinowicza w Cambridge
Prof. Martin Krygier – Uniwersytet Południowej Nowej Walii w Sydney
Dr Harvey W. Kushner – Uniwersytet Long Island w Nowym Jorku
Prof. David Lyons – Uniwersytet w Bostonie
Sir Peter North – Uniwersytet w Oxfordzie
Lord Norton of Louth – Uniwersytet w Hull
Prof. Joseph Raz – Uniwersytet w Oxfordzie
Niels von Redecker – Institut fur Ostrecht w Monachium
Sir Christopher Staughton – Londyn
Prof. Ruti G. Teitel – New York Law School
Prof. Gunther Teubner – Uniwersytet im. J. W. Goethego we Franfurcie nad Menem
Prof. Thomas Weigend – Uniwersytet w Kolonii
magazyn1-2010.indd 2
10-07-23 18:47:57
Nr (VI) 1/2010
Wolność słowa i odpowiedzialność
za słowo
magazyn1-2010.indd 3
10-07-23 18:47:57
REDAKCJA:
Maciej Dybowski (wybór tekstów, redakcja, weryfikacja przekładów)
ADRES REDAKCJI:
ul. Walecznych 34
03-916 Warszawa
e-mail: [email protected]; [email protected]
WYDAWCA:
Fundacja „Ius et Lex”
ul. Walecznych 34
03-916 Warszawa
tel./faks (22) 616 25 53
e-mail: [email protected]
www.iusetlex.pl
ISSN 1643–1839
© Copyright by the „Ius et Lex”
Warszawa 2010
Druk publikacji został dofinansowany przez Narodowe Centrum Kultury
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI I STRON TYTUŁOWYCH:
Radosław Szaybo
PRZYGOTOWANIE DO DRUKU:
Biuro Grafiki i Projektów Świat Zieleni
ul. Koźmiana 2/11
01-606 Warszawa
e-mail: [email protected]
DRUK:
PPGK SA Drukarnia KART
ul. Przyce 20
01-252 Warszawa
www.drukarniakart.pl
magazyn1-2010.indd 4
10-07-23 18:47:57
SPIS TREŚCI:
M. Dybowski Od redakcji ....................................................................... 9
WOLNOŚĆ SŁOWA W UJĘCIU FILOZOFICZNYM ......................... 11
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności? .................................... 13
Z. Krasnodębski Media przeciwko demokracji i politycznej wolności ....... 39
W. Sadurski Równość szans i wolność słowa
(Prawo do mówienia a prawo do niesłuchania) ....................................... 59
WOLNOŚĆ SŁOWA I JEJ PRAWNE GWARANCJE ........................... 83
A. Mączyński Prawa dziennikarza versus prawa obywatela w świetle
orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego ................................................ 85
M. Wysocka Wolność prasy - wybrane wątki na tle orzecznictwa Sądu
Najwyższego w sprawach cywilnych ......................................................... 97
F. Longchamps de Bérier Relacje dziennikarz-obywatel: warto
ostrożnie korzystać z amerykańskich wzorów .......................................... 121
DZIENNIKARSTWO ŚLEDCZE ...................................................... 145
M. Palczewski Prowokacja dziennikarska ............................................ 147
M. Iłowiecki Kryzys zaufania? O granicach prowokacji, podsłuchach
i śledztwie dziennikarskim .................................................................... 159
POLITYCZNA POPRAWNOŚĆ ...................................................... 177
R. Scruton Wolne słowo i wolna opinia ............................................... 179
M. Król Obyczaje demokracji (przedruk z „Europy”) ......................... 191
T. Merta Kłopoty z polityczną poprawnością ........................................ 201
NIEZALEŻNOŚĆ DZIENNIKARSKA .............................................. 211
D. McCraw Rynki mediów i wartości demokratyczne.
Ochrona tradycyjnych mediów w epoce Internetu ................................... 213
magazyn1-2010.indd 5
10-07-23 18:47:57
N. Ascherson Rola mediów we współczesnych demokracjach. Czwarta
władza bez ograniczeń? ........................................................................ 231
D. Bunikowski Media na usługach polityki ......................................... 243
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany? ............................... 267
WOLNOŚĆ SŁOWA A SWOBODA PROWADZENIA BADAŃ
NAUKOWYCH ............................................................................... 299
Listy intelektualistów w sprawie książki o Lechu Wałęsie ....................... 301
Listy na temat wyroku w sprawie A. Zybertowicza ................................ 305
GLOSY ........................................................................................... 311
I. Kamiński Uwagi na marginesie wyroku Trybunału Konstytucyjnego
z 30 października 2006 r. (P 10/06) .................................................... 313
E. Czarny-Drożdżejko Glosa do uchwały Sądu Najwyższego z dnia
18.02.2005 r. ..................................................................................... 337
ORZECZNICTWO .......................................................................... 349
Uchwała Sądu Najwyższego z dnia 18 lutego 2005 r. ...................... 351
Postanowienie Sądu Najwyższego oddalające kasację Rzecznika
Praw Obywatelskich w sprawie dziennikarza skazanego za
zniesławienie ..................................................................................... 375
Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego nr P 10/06 ...................... 401
ROZPRAWY „IUS ET LEX” ............................................................ 473
Jules Coleman Legalność a treść prawa. Uwagi wstępne ...................... 475
O FUNDACJI .................................................................................. 501
magazyn1-2010.indd 6
10-07-23 18:47:57
Une presse libre peut être bonne ou mauvaise,
mais une presse sans liberté ne peut
être que mauvaise
Albert Camus
magazyn1-2010.indd 7
10-07-23 18:47:57
magazyn1-2010.indd 8
10-07-23 18:47:58
OD REDAKCJI
S
zósty numer magazynu „Ius et Lex” był ostatnim, jaki przed swą tragiczną
śmiercią w katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, w dniu
10 kwietnia 2010 roku, przygotował dr Janusz Kochanowski, twórca Fundacji
„Ius et Lex”, redaktor naczelny Magazynu, Rzecznik Praw Obywatelskich oraz
autor niezliczonych przedsięwzięć, służących edukacji prawniczej i obywatelskiej.
Nikt Go nie zastąpi. Można jedynie żywić nadzieję, że zapoczątkowane przez dr.
Kochanowskiego inicjatywy – wykłady, konferencje, publikacje – nie przestaną
inspirować prawników, zwłaszcza prawniczej młodzieży, a dzięki ich rozwojowi
przetrwa pamięć o Niezwykłym Człowieku, który był ich twórcą.
Jak wspomniano, zamysł oraz układ tekstów oddawanego właśnie do rąk Czytelników zeszytu pochodzą od dr. Kochanowskiego, który nie zdążył jednak napisać słowa wstępnego. Numer ten niemal w całości poświęcony został wolności
słowa, a wiele spośród zamieszczonych w nim tekstów powstało w związku z konferencją pt. Wolność słowa i odpowiedzialność za słowo. Rola mediów, zorganizowaną w Warszawie w dniach 24-25 maja 2007 roku przez Rzecznika Praw
Obywatelskich. Znakomite teksty uczestników tej międzynarodowej konferencji,
pośród których nie zabrakło sław nauki prawa i dziennikarstwa, poprzedzają
dwa tłumaczenia tekstów wybitnych przedstawicieli filozofii prawa - R. Dworkina i W. Sadurskiego – poświęcone wolności słowa. Warto zaznaczyć, że w numerze tym znalazł się także tekst zmarłego w smoleńskiej katastrofie samolotowej
dr. Tomasza Merty. Przedrukowano także, bez komentarza, w celu utrwalenia
zjawisk społecznych, jakie wiązały się z wolnością słowa w Polsce, a miały miejsce w czasie powstawania tego zeszytu, listy otwarte, które ukazały się w związku
z publikacją książki o Lechu Wałęsie oraz wyrokami w sprawie Andrzeja Zybertowicza. Numer zamykają glosy oraz przedruki z orzecznictwa, a także rozprawa
jednego z najwybitniejszych współczesnych filozofów prawa o orientacji pozytywistycznej, Julesa Colemana.
W zeszycie tym, poświęconym problematyce, której żywo i z pasją poświęcał się
w swej publicznej działalności dr Kochanowski, po raz ostatni dobiega do nas
spomiędzy kart tytułowych otwierających poszczególne teksty Jego głos, głos bez któ-
magazyn1-2010.indd 9
10-07-23 18:47:58
10
Ius et Lex nr 1/2010
rego debata publiczna, zwłaszcza zaś debata prawnicza będzie znacznie uboższa.
Choć od wspomnianej konferencji minęły trzy lata, długi proces wydawniczy
związany z trudnościami w zgromadzeniu środków na wydanie tego numeru nie
pozbawił aktualności zamieszczonych w nim tekstów. Wydanie tego zeszytu nie
byłoby możliwe bez hojności Narodowego Centrum Kultury, któremu serdecznie
dziękujemy.
dr Maciej Dybowski
sekretarz redakcji Magazynu „Ius et Lex”
magazyn1-2010.indd 10
10-07-23 18:47:58
WOLNOŚĆ SŁOWA
W UJĘCIU FILOZOFICZNYM
magazyn1-2010.indd 11
10-07-23 18:47:58
magazyn1-2010.indd 12
10-07-23 18:47:58
Ronald Dworkin
DLACZEGO SŁOWO POTRZEBUJE
WOLNOŚCI?
Tłumaczenie: Maciej Dybowski
Tekst opublikowany za łaskawą zgodą prof. Dworkina ukazał się pod
tytułem Why Must Speech Be Free? w tomie pt. Freedom’s Law. The Moral
Reading of the American Constitution, Oxford 1996 (2. wydanie w 2005 r.)
magazyn1-2010.indd 13
10-07-23 18:47:58
RONALD DWORKIN
Amerykański filozof prawa i filozof polityki, krytyk pozytywizmu prawniczego i znany teoretyk liberalizmu politycznego, twórca tzw. integralnej teorii prawa. Związany z uniwersytetem w Oxfordzie oraz New York University, gdzie nadal wykłada prawo i filozofię.
Autor m.in. Biorąc prawa poważnie i Imperium prawa.
magazyn1-2010.indd 14
10-07-23 18:47:58
WPROWADZENIE
W
swym eseju R. Dworkin analizuje wpływ przełomowego rozstrzygnięcia amerykańskiego Sądu Najwyższego z 1964 roku w sprawie New
York Times v. Sullivan na sposób rozumienia wolności słowa, zagwarantowanej w Pierwszej Poprawce do Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Autor analizuje historię rozwoju orzecznictwa oraz poglądów amerykańskiej doktryny
w odniesieniu do wolności słowa, począwszy od osiemnastego wieku. Zdaniem
Dworkina, dawne wyjaśnienie przyjmowane przez wielu twórców Pierwszej Poprawki, jakoby służyć miała ona jedynie ochronie publikacji przed uprzednimi
ograniczeniami straciło dziś swą aktualność. Rozważania zawarte w niniejszym eseju koncentrują się wokół pytania, jakie nowe wyjaśnienie, uwzględniające znacznie szerszy zakres ochrony przyznawanej obecnie przez tę poprawkę, powinno zająć jego miejsce. Wedle Dworkina, większość uzasadnień ochrony wolności słowa przypisać można do którejś z dwóch głównych grup poglądów na ten temat. W ramach pierwszej z nich postrzega się wolność słowa
jako istotną w sensie instrumentalnym, a więc ze względu na korzystne skutki. Drugi rodzaj uzasadnienia wolności słowa przyjmuje, że wolność wypowiedzi jest wartością, traktowaną jako zasadnicza i „konstytutywna” właściwość sprawiedliwej społeczności politycznej. Analizując późniejsze orzecznictwo i prawodawstwo amerykańskie, Dworkin wskazuje na trudności w pojmowaniu i ochronie wolności słowa, które jego zdaniem biorą się z dominacji
uzasadnień instrumentalnych we współczesnej kulturze prawnej.
S
tany Zjednoczone – nawet pośród demokracji – pozostają osamotnione co do niezwykłego zakresu, w jakim Konstytucja chroni wolność słowa i prasy, zaś słynne orzeczenie Sądu Najwyższego z 1964 roku
w sprawie New York Times v. Sullivan stanowi zasadniczy element konsty-
magazyn1-2010.indd 15
10-07-23 18:47:59
16
Ius et Lex nr 1/2010
tucyjnego schematu ochrony tej wolności1. Pierwsza Poprawka do Konstytucji gwarantuje, że władze „nie będą tworzyć prawa (…) ograniczającego wolność słowa lub prasy”. W rozstrzygnięciu sprawy Sullivan Sąd
uznał, że wynika stąd, iż funkcjonariusz publiczny nie może wygrać procesu o zniesławienie na gruncie prawa prasowego, o ile nie wykaże, że
dotyczące go twierdzenia były nie tylko fałszywe i szkodliwe, lecz także, że sformułowano je w złym zamiarze (actual malice) – a więc dziennikarz nie tylko dopuścił się niedbalstwa w swym materiale, lecz opublikował go wiedząc, że był fałszywy albo dopuszczając się „rażącego zaniedbania” (reckless disregard) w zakresie ustalenia prawdziwości jego treści.
Wyrok nałożył ów wymagający ciężar dowodowy nie tylko na funkcjonariuszy publicznych; pozwolił także jednostkom na wytaczanie powództw
odszkodowawczych na gruncie prawa stanowego, tradycyjnie wymagającego tylko, by powód wykazał jedynie fałszywość lub szkodliwość dotyczących go twierdzeń.
Wyrok Sądu umożliwił prasie swobodne śledztwa prasowe i informowanie o ich wynikach bez „mrożącego” strachu, że ława przysięgłych wykorzysta jakiś błąd co do faktów lub dziennikarską pomyłkę, by przyznać powodowi kwotę, jaka doprowadzi wydawcę pisma do bankructwa.
Dzięki sprawie Sullivan amerykańska prasa z dużo mniejszą ostrożnością
krytykuje funkcjonariuszy publicznych, niż ma to miejsce na przykład
w Wielkiej Brytanii, gdzie osoby publiczne często z powodzeniem wytaczają procesy gazetom2. Można wątpić, czy śledztwo dotyczące afery Watergate i podobnych spraw mogłyby dojść do skutku, gdyby Sąd nie przyjął rozstrzygnięcia takiego, jak w wyroku Sullivan. Decyzja ta, na co zwraca uwagę w poświęconej sprawie fascynującej książce Make No Law Anthony Lewis, miała jednak znacznie szerszy oddźwięk, gdyż sędzia Brennan w swej opinii dla Sądu dokonał redefinicji fundamentalnych przesłanek Pierwszej Poprawki, co nie pozostało bez wpływu zarówno na rozumienie prawa prasowego, jak i regulacji konstytucyjnych. Choć, jak
wykażę dalej, z późniejszej perspektywy ta redefinicja nie okazała się tak
udana, jak mogła była być, opinia Brendana stanowi współcześnie podstawę amerykańskiego prawa swobody wypowiedzi.
29 marca 1960 roku „New York Times” opublikował całostronicowe
ogłoszenie pt. Usłyszcie ich wołanie (Heed Their Rising Voices), opisujące za1 376 U.S. 254 (1964).
2 W uderzającej decyzji z 15 kwietnia 1992 r., sędzia Shirley Fingerhood z Sądu Najwyższego Stanu Nowy Jork odmówiła wykonania brytyjskiego wyroku w sprawie o zniesławienie przeciwko
stacji informacyjnej z siedzibą w Nowym Jorku, stwierdzając, że zagraniczny wyrok wydany na
podstawie przepisów prawa dotyczącego zniesławienia nieobjętego ochroną Pierwszej Poprawki ograniczy tutejszą swobodę prasy. Jeśli decyzja ta się utrzyma, poszerzy to znacząco wolność
amerykańskich publikacji dystrybuowanych za granicą.
magazyn1-2010.indd 16
10-07-23 18:47:59
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności?
17
chowania policji stanu Alabama w stosunku do protestujących czarnoskórych uczniów. Ogłoszenie zawierało pewne błędy co do faktów. Informowano w nim, że uczniów w Montgomery wydalono ze szkoły. Podano, że uczniów wydalono ze szkoły za śpiewanie pieśni „My Country
‘Tis of Thee” na schodach stanowego parlamentu, choć w rzeczywistości okupowali oni budynek sądu, oraz że nie wpuszczano ich do stołówki, żeby „głodem przymusić ich do posłuszeństwa”, co nie było prawdą.
L.B. Sullivan, miejski komisarz policji w Montgomery, twierdził, iż ogłoszenie, choć nie wspominało o nim, zawierało krytykę pod jego adresem
i narazi go na utratę dobrego imienia. Dlatego pozwał „Times’a” przed
sądem stanu Alabama. Po procesie, w którym sędzia zarządził segregację na sali rozpraw i wychwalał „sprawiedliwość białego człowieka” przyniesioną do kraju przez „rasę anglosaską”, ława przysięgłych złożona wyłącznie z białych, których nazwiska i zdjęcia zamieszczono w prasie lokalnej, zgodziła się, że Sullivan poniósł szkodę, przyznając mu 500.000
dolarów odszkodowania i zadośćuczynienia. Ostatecznie „Times” odwołał się do Sądu Najwyższego.
Gdyby wyrok został podtrzymany, „Times” poniósłby poważną szkodę
i tylko nieliczne gazety o nakładzie ogólnokrajowym podjęłyby się publikowania czegokolwiek na temat rasy, co południowe ławy przysięgłych
mogłyby uznać za fałsz i zniesławienie. Zapewne więc Sądowi Najwyższemu zależało na uchyleniu wyroku z Alabamy. Jednak stan prawny nie
wróżył zbyt pomyślnego rozstrzygnięcia.
Lewis ukazuje konstytucyjną swobodę wypowiedzi w Ameryce, począwszy od przyjęcia Pierwszej Poprawki w osiemnastym wieku, aż po czasy
poprzedzające wyrok w sprawie Sullivan. Przez większą część tego okresu uważano, że poprawka ustanowiła bardzo ograniczoną zasadę, tym
samym przyznając obywatelom wąski zakres ochrony. Osiemnastowieczny angielski prawnik William Blackstone, uważany przez amerykańskich
prawników za wyrocznię w dziedzinie common law, stwierdzał, że swoboda wypowiedzi przysługuje jako uprawnienie wyłącznie wobec „uprzedniej przeszkody”. Jego zdaniem władzom nie wolno uniemożliwiać obywatelom dowolnych publikacji, jednak mogą karać ich po ukazaniu się
publikacji, gdyby okazała się obraźliwa lub niebezpieczna. Takie było
tradycyjne angielskie ujęcie wolności słowa: nawet John Milton, który
w sławnym eseju Areopagitica z pasją zwalczał uprzednią przeszkodę, twierdził, iż wypowiedzi pozbawione szacunku wobec Kościoła, mogą po publikacji być karane „ogniem i egzekucją”.
Tak samo rozumieli Pierwszą Poprawkę amerykańscy federaliści.
W przyjętej w 1789 roku ustawie o podżeganiu do buntu kryminalizowali oni zamierzone publikowanie „fałszywych, skandalicznych i złośli-
magazyn1-2010.indd 17
10-07-23 18:47:59
18
Ius et Lex nr 1/2010
wych” omówień na temat Kongresu i Prezydenta. Choć zdaniem Madisona ustawa naruszała Pierwszą Poprawkę, zaś Jefferson jako prezydent
ułaskawił wszystkich, których skazano na jej podstawie, pogląd głoszący,
iż wyłącznie „uprzednia przeszkoda” jest niedopuszczalna, przez ponad
stulecie wpływał na sposób interpretowania Pierwszej Poprawki. Oliver
Wendel Holmes, którego późniejsze sławne zdania odrębne przyczyniły
się do pogrzebania tego poglądu na zawsze, w 1907 roku poparł to stanowisko, podtrzymując wyrok skazujący wydawcę krytykującego pewnego
sędziego. Holmes stwierdził, że głównym celem Pierwszej Poprawki było
wprowadzenie zakazu uprzednich przeszkód, dodając, że nawet prawdziwe twierdzenia mogą być karane jeśli szkodzą procesowi sądowemu.
Wraz z I Wojną Światową niektórzy sędziowie i uczeni przyjęli odrębny pogląd Madisona, częściowo przynajmniej w reakcji na falę oskarżeń
wywołaną ustawą o szpiegostwie z 1917 roku. Wprowadzono tam przestępstwo „próby spowodowania (…) odmowy wypełnienia obowiązku
wojskowego”. Lewis opisuje tę zmianę z pełnym czci uznaniem. Do wczesnych bohaterów jego książki należą Learned Hand, wówczas federalny
sędzia okręgowy, który napisał błyskotliwą (choć natychmiast uchyloną)
opinię w sprawie Masses3, gdzie utrzymywał, że Pierwsza Poprawka zakazuje ścigania pisma, zamieszczającego rysunki ośmieszające wojnę i pobór do wojska oraz Zechariah Chafre, profesor prawa na Harvardzie,
autor ważnego artykułu, w którym sformułował tezę, że celem poprawki było zniesienie wszelkiej cenzury politycznej z wyjątkiem bezpośredniego podżegania do działań bezprawnych.
Choć Holmesowi, którego sceptycyzm sprawiał, że niechętnie uchylał akty prawne, konwersja zajęła więcej czasu, stał się po niej ryczącym
lwem. Jego słynne zdanie odrębne w sprawie Abrams, w którym oświadczył, że Konstytucja wzywa nas do „eksperymentu” opartego na założeniu, że „najlepszym sprawdzianem prawdziwości jest siła myśli w uzyskaniu akceptacji na konkurencyjnym rynku” stało się jednym z dwóch klasycznych ujęć swobody wypowiedzi przed orzeczeniem Sullivan4. Drugim była ostrożna, poruszająca i optymistyczna opinia Louisa Brandeisa
w sprawie Whitney, nieprzychylająca się do stanowiska Sądu, odmawiającego uchylenia wyroku skazującego Anitę Whitney za popieranie Wobblies5.
W latach sześćdziesiątych wielkie zdania odrębne Holmesa i Bran3 Masses Publishing Company v. Pattern, 244 F. 535 (1917).
4 Abrams v. United States, 250 U.S. 616 (1919).
5 Whitney v. Kalifornia, 274 U.S. 357 (1927) (przyp. aut.). Wobblies, znani także jako Industrial
Workers of the World (IWW) to założona w 1905 roku lewicowo-anarchistyczna organizacja
związkowa (przyp. tłum.).
magazyn1-2010.indd 18
10-07-23 18:47:59
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności?
19
deisa miały już status ortodoksji. Dawniejszy pogląd, zgodnie z którym
Pierwsza Poprawka zakazywała jedynie uprzednich ograniczeń, ustąpił
całkiem odmiennemu poglądowi, streszczającemu się w słynnej formule
Holmesa: władzom wolno karać wypowiedzi polityczne tylko wtedy, gdy
powodują „oczywiste i aktualne zagrożenie” dla społeczeństwa. Sądowi
Najwyższemu w owym rewolucyjnym okresie z trudnością przychodziło
przyznać, że nie wszelkie wypowiedzi korzystają z tej ochrony. Na przykład w sprawie Chaplinsky v. New Hampshire, gdzie Sąd uznał, że Pierwsza Poprawka nie rozciąga ochrony na wypowiedzi bezpośrednio podżegające do przemocy, znalazło się też stwierdzenie, że przepisu poprawki nie stosuje się do obsceniczności i prywatnych powództw na gruncie
prawa prasowego6.
Ostatni z tych wyjątków wydawał się szczególnie dobrze chroniony. Historycznym celem prawa prasowego nie była cenzura czy karanie wolności opinii, lecz umożliwienie obywatelom ochrony dobrego imienia. Powództwa tego rodzaju pozostawały w sferze prawa stanowego i to sądy stanowe, a nie Sąd Najwyższy, miały ostatnie zdanie w interpretowaniu własnego prawa. Wyrok ławy przysięgłych z Alabamy pokazał jednak, że powództwa prasowe mogą być wykorzystane do ograniczania wolności prasy w kluczowych kwestiach politycznych, a Herbert Wechsler, szacowny
profesor prawa z Columbii wynajęty przez „Times’a” w związku z apelacją, postanowił twierdzić, że Pierwsza Poprawka nie znajduje zastosowania do stanowego prawa prasowego. Sąd Najwyższy jednomyślnie przychylił się do tego stanowiska7, rozwiniętego w przełomowej opinii Brendana, i tak narodziła się reguła ze sprawy Sullivan.
Lewis stworzył własny gatunek literacki. W początkach swej kariery
dziennikarskiej spędził rok na harvardzkim wydziale prawa jako stypendysta Niemana, a następnie omawiał wyroki Sądu Najwyższego, w tym
sprawę Sullivan, na łamach „New York Times’a”, co przyniosło mu drugą nagrodę Pulitzera oraz wprowadziło komentowanie wyroków sądowych na nowy poziom finezji. W 1964 roku powstał jego tekst pt. „Trąba Gedeona”, omawiający sprawę Gideon v. Wainwright, w której Sąd Najwyższy ustanowił prawo ubogich oskarżonych o zbrodnie do posiadania
obrońcy z urzędu.
Make No Law jest jeszcze lepszą książką Lewisa, szczególnie zainteresowanego problematyką wolności prasy i wypowiedzi. Lewis wykładał zresz6 315 U.S. 568 (1942).
7 Brennan zabrał jednak głos w imieniu zaledwie sześciu sędziów. Trzej inni, Black, Douglas
i Goldberg, głosowali za absolutną ochroną prasy przed powództwami o zniesławienie ze strony funkcjonariuszy publicznych: nie dopuszczali powództw z ich strony nawet, gdyby wykazali
działanie w złym zamiarze.
magazyn1-2010.indd 19
10-07-23 18:47:59
20
Ius et Lex nr 1/2010
tą przez wiele lat te zagadnienia w Harvardzie, a obecnie w Columbii
oraz poświęcił im wiele ważnych artykułów. Jego omówienie sztuki sporządzania opinii sędziowskich, a zwłaszcza wyjątkowego procesu zdobywania poparcia innych sędziów podpisujących się pod opiniami zbiorowymi, stanowi istotny wkład do nauki prawa konstytucyjnego. Lewis potrafi, jak przystało na dziennikarza i historyka, ujmować zwięźle istotę
problemu, zarazem wykorzystując wiedzę prawniczą, a jego proza jest
przy tym przejrzysta, godna zaufania i pełna dramatyzmu. Make No Law
to opowieść poruszająca i błyskotliwie opowiedziana.
Sprawa Sullivan okazała się przełomowa nie tylko dlatego, że zmieniła podejście do powództw o zniesławienie, lecz przede wszystkim z tego
względu, że język i wyobraźnia Brendana zdominowały całe prawo obracające się wokół Pierwszej Poprawki. Jego opinia, mimo całej swej szlachetności, nie dostarczyła jednak pełnej podstawy intelektualnej dla prawa wolności wypowiedzi. By wyjaśnić tę niekompletność, przywołać muszę pewne kontrowersyjne zagadnienie teorii prawa konstytucyjnego.
Pierwsza Poprawka, podobnie jak inne wielkie klauzule zawarte w Bill
of Rights, jest wysoce abstrakcyjna. Nie da się jej zastosować do konkretnych spraw bez przypisania pewnego ogólnego celu zawartej w niej abstrakcyjnej gwarancji „wolności słowa i prasy”. I nie chodzi tu wyłącznie
o odpowiedź na pytanie, co mężowie stanu, którzy przygotowali, omówili i przyjęli poprawki zamierzali osiągnąć. Współczesny prawnik i sędzia
musi próbować poszukiwać takiego politycznego uzasadnienia Pierwszej
Poprawki, które najlepiej uda się dopasować do praktyki konstytucyjnej
z przeszłości, w tym dawniejszych decyzji Sądu Najwyższego oraz w przekonujący sposób wyjaśni dlaczego wolności słowa należy się tak szczególne i uprzywilejowane miejsce pośród naszych swobód.
Dawne wyjaśnienie Blackstone’a, przyjmowane przez wielu twórców
Pierwszej Poprawki, jakoby służyć miała ona jedynie ochronie publikacji przed uprzednimi ograniczeniami, straciło dziś swą aktualność. Jakie
nowe wyjaśnienie, uwzględniające znacznie szerszy zakres ochrony przyznawanej obecnie przez tę poprawkę, powinno zająć jego miejsce? Oto
pytanie zasadnicze, ponieważ sędziowskie rozumienie celu ochrony wolności słowa będzie kierowało ich rozstrzygnięciami w sprawach kontrowersyjnych, dotyczących choćby takich zagadnień, jak zastosowanie wolności słowa do wypowiedzi niepolitycznych, takich jak dzieło sztuki, reklama czy pornografia oraz na ile prawo to da się pogodzić z prawnymi
ograniczeniami wydatków na kampanie wyborcze lub czy Pierwsza Poprawka chroni wypowiedzi rasistowskie i seksistowskie.
Konstytucjonaliści stworzyli szereg uzasadnień dla przepisów o wolności słowa i prasy. Jednakże większość z nich przypisać można do którejś
magazyn1-2010.indd 20
10-07-23 18:47:59
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności?
21
z dwóch głównych grup poglądów na ten temat. W ramach pierwszej z
nich postrzega się wolność słowa jako istotną w sensie instrumentalnym, a
więc nie dlatego, że ludzie mają moralne prawo głosić, co uznają za stosowne, lecz ponieważ umożliwienie im tego powoduje korzystne skutki
dla reszty obywateli. Swobodę wypowiedzi uważa się za istotną z tego na
przykład względu, iż – jak ujął to Holmes w zdaniu odrębnym w sprawie
Abrams – zachodzi większe prawdopodobieństwo odkrycia prawdy lub wyeliminowania błędów w ramach polityki lub powstania raczej dobrych
niż złych polityk, gdy polityczna dyskusja będzie swobodna i nieskrępowana. Lub z powodu, który podkreślał Madison, dowodząc iż swoboda
wypowiedzi służy ochronie władzy ludzi do samodzielnego decydowania
o sobie, czy wreszcie z przyczyn zdroworozsądkowych, że mianowicie władza będzie mniej zepsuta, gdy pozbawi się ją możliwości karania krytyków. Wedle tych rozmaitych instrumentalnych stanowisk szczególne zaangażowanie Ameryki na rzecz wolności słowa opiera się na wdrażaniu
strategii wyrażającej zbiorowe założenie, iż swoboda wypowiedzi wytworzy długofalowo więcej dobra niż szkody.
Drugi rodzaj uzasadnienia wolności słowa przyjmuje, że wolność wypowiedzi jest wartością nie tylko ze względu na swe konsekwencje, lecz
dlatego, że jest zasadniczą i „konstytutywną” właściwością sprawiedliwej
społeczności politycznej, by władze traktowały wszystkich dorosłych jej
członków – poza niekompetentnymi – jako odpowiedzialne podmioty moralne. Wymóg ten ma dwa aspekty. Po pierwsze, ludziom odpowiedzialnym moralnie zależy na samodzielnym dochodzeniu do ustalenia, co jest dobre, a co złe w życiu czy w polityce lub co jest prawdą,
a co fałszem w sprawach sprawiedliwości i wiary. Władze obrażają obywateli i odmawiają im odpowiedzialności moralnej, gdy dekretują, że
nie można na tyle zaufać obywatelom, by umożliwić im zapoznanie się
z poglądami skłaniającymi ku treściom niebezpiecznym czy niemoralnym. Jako jednostki zachowujemy naszą godność tylko wtedy, gdy utrzymujemy, iż nikt – ani urzędnik ani większość nie ma prawa, by powstrzymać nas przed poznaniem danej opinii dlatego, że nie jesteśmy gotowi do jej przyjęcia.
Dla wielu osób odpowiedzialność moralna posiada także inny, bardziej
czynny aspekt: jest nim odpowiedzialność nie tylko za formowanie własnych przekonań, lecz także za przekazywanie ich innym osobom z szacunku i troski dla nich oraz z przemożnego pragnienia poznania prawdy, służby sprawiedliwości oraz ochrony dobra. Władze naruszają i odmawiają tego wymiaru osobowości moralnej, dyskwalifikując niektóre osoby
co do możliwości realizowania owej odpowiedzialności na tej podstawie,
iż ich przekonania czynią z nich uczestników bezwartościowych. Dopóki
magazyn1-2010.indd 21
10-07-23 18:47:59
22
Ius et Lex nr 1/2010
rząd wykonuje władztwo polityczne nad osobą, domagając się politycznego posłuszeństwa, nie może odmówić jej żadnego z tych dwóch atrybutów odpowiedzialności moralnej, bez względu na treść opinii, jakie pragnie przyjmować czy propagować, podobnie jak nie może odmówić jej
prawa wyborczego. Jeśliby to uczynił, zniszczy treściową podstawę swego roszczenia do legitymowanej władzy nad jednostką. Podobnie wielkie zło dzieje się, gdy rząd zakazuje wyrażania pewnych postaw społecznych czy gustów, jak ma to miejsce wtedy, gdy wyraźnie cenzuruje wypowiedzi polityczne; obywatelom przysługuje takie samo prawo do przyczyniania się do formowania klimatu moralnego lub estetycznego jak prawo do uczestnictwa w polityce.
Oczywiście, instrumentalne i konstytutywne uzasadnienia swobody
wypowiedzi nie wykluczają się wzajemnie8. W dziele „O wolności” John
Stuart Mill promował obydwa uzasadnienia. Podobnie czynił Brandeis
w swej niezwykle wnikliwej i wszechstronnej opinii w sprawie Whitney.
Stwierdzał w niej: „ci, którzy uzyskali dla nas niepodległość wierzyli, że
ostateczny cel państwa polega na czynieniu ludzi wolnymi w rozwijaniu
swych możliwości” oraz „swoboda wypowiedzi jest wartościowa zarówno
jako cel, jak i jako środek”, co stanowi klasyczne ujęcie poglądu konstytutywnego9. Brandeis miał rację, utrzymując, iż obydwa rodzaje uzasadnień są konieczne dla pełnego wyjaśnienia prawa dotyczącego Pierwszej Poprawki; nie powinno zadziwiać, że tak złożone i zasadnicze prawo konstytucyjne jak wolność wypowiedzi odzwierciedla rozmaitość nakładających się na siebie uzasadnień10.
Obydwa rodzaje uzasadnień są też podobne na inne sposoby. Żadne
z nich nie utrzymuje, że wolność słowa jest absolutna; obydwa dopuszczają, by w niektórych okolicznościach poświęcać powoływane wartości – na przykład, gdy rozstrzyga się dopuszczalny zakres ocenzurowania
informacji wojskowej. Poza tym jednak obydwa uzasadnienia zasadniczo
się różnią, ponieważ uzasadnienie instrumentalne jest bardziej podatne
na zagrożenia i bardziej ograniczone. Jest bardziej podatne na zagroże8 Por. interesujące artykuły na ten temat autorstwa harwardzkiego filozofa Thomasa Scalona.
W jednym z nich pt. A Theory of Freedom of Expression, “Philosophy and Public Affairs”, vol. 1
(1972), s. 204 rozwja on kantowski argument za uzasadnieniem konstytutywnym. W innym, pt.
Freedom of Expression and Categories of Expression, “University of Pittsburgh Law Review”, vol. 40
(1979), s. 519, częściowo krytycznie w stosunku do pierwszego artykułu, podkreśla złożoność
odpowiedniego ujęcia prawa do swobody wypowiedzi, w którym pojawić się muszą czynniki konstytutywne oraz instrumentalne.
9 Lewis opisuje zaczynający się w ten sposób fragment z opinii Brandeisa, jako najgłębsze twierdzenie, jakie kiedykolwiek sformułowano na temat założeń Pierwszej Poprawki.
10 Obszerniejsze omówienie nachodzenia na siebie różnych uzasadnień dla abstrakcyjnych praw
konstytucyjnych znajduje się w moim tekście What the Constitution Says w: Freedom’s Law. The Moral Reading of the American Constitution, Oxford 1996, s. 72.
magazyn1-2010.indd 22
10-07-23 18:47:59
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności?
23
nia ponieważ, jak dalej zobaczymy, w niektórych okolicznościach przywoływane w nim cele strategiczne mogą być uznane za argumenty na
rzecz ograniczenia, a nie ochrony wypowiedzi. Jest zaś bardziej ograniczone, ponieważ, o ile uzasadnienie konstytutywne zasadniczo obejmuje wszystkie aspekty wypowiedzi i refleksji, w których odpowiedzialność
moralna domaga się niezależności, o tyle uzasadnienie instrumentalne,
przynajmniej w swych najpopularniejszych wersjach, skupia się głównie
na ochronie wypowiedzi politycznych.
Jeśli celem wolności słowa jest jedynie zapewnienie dobrego funkcjonowania demokracji – by ludzie posiadali informacje konieczne do głosowania lub by chronić demokrację przed uzurpacją urzędników czy zapewnić, że władze nie będą skorumpowane i niekompetentne – wówczas wolność słowa znaczy o wiele mniej w przestrzeni sztuki lub decyzji społecznych czy osobistych. Pierwsza Poprawka chroni wówczas, na
przykład, niedwuznacznie seksualną literaturę wyłącznie w oparciu o naciągane i łatwe do obalenia założenie, że ludzie muszą czytać taką literaturę po to, by rozumnie głosować w wyborach krajowych i lokalnych.
Niektórzy uczeni, przyjmujący wyłącznie uzasadnienie instrumentalne,
argumentowali zresztą – jak Robert Bork – że Pierwsza Poprawka chroni wyłącznie wypowiedzi w oczywisty sposób polityczne i nie rozciąga się
w ogóle na sztukę, literaturę czy naukę11. Nawet ci, którzy odrzucają ten
pogląd, ponieważ literatura i nauka mogą czasem dotyczyć polityki, pomimo to utrzymują, że istotą Pierwszej Poprawki jest ochrona wypowiedzi politycznych, zaś jakakolwiek wynikająca z niej ochrona innych dyskursów stanowi pochodną owej głównej funkcji.
Brennan zdawał się w swej opinii w sprawie Sullivan opierać wyłącznie na uzasadnieniu instrumentalnym. Ograniczył ochronę Pierwszej
Poprawki do spraw dotyczących zniesławienia ze strony „funkcjonariuszy publicznych”, nieobejmujących innych pozwanych. Przywoływał instrumentalny argument Madisona, zgodnie z którym celem wolności słowa jest sprawienie, by ludzie rządzili władzami, a nie odwrotnie. Cytował
też fragmenty innych wcześniejszych decyzji Sądu Najwyższego, podnoszących inny, Holmesowski argument instrumentalny ze zdania odrębnego w sprawie Abrams, iż prawda pojawia się na wolnym rynku idei. Zacytował między innymi podobne uzasadnienie tego samego instrumentalnego twierdzenia Learneda Handa: „ [Pierwsza Poprawka] zakłada,
że właściwe wnioski najpewniej zgromadzą się z wielu języków, a nie
z autorytatywnej selekcji. Dla wielu jest to i zawsze będzie głupstwem; my
11 Robert Bork, Neutral Principles and Some First Amendment Problems, “Indiana Law Journal”, vol. 47
(1971). Podczas przesłuchań senackich dotyczących powołania go do Sądu Najwyższego, Bork
oświadczył, że porzucił ten pogląd.
magazyn1-2010.indd 23
10-07-23 18:47:59
24
Ius et Lex nr 1/2010
jednak wszystko postawiliśmy na to.”12 Tylko w jednym miejscu Brennan
sugeruje konstytutywne uzasadnienie wolności słowa. Wspomina mianowicie o „obywatelu-krytyku” w stosunku do rządu: „w równej mierze jest
jego obowiązkiem krytykować, jak obowiązkiem urzędnika jest administrować”. Zacytował też opinię Brandeisa ze sprawy Whitney, w której, jak
wspomniano, uznano, że swoboda wypowiedzi jest zarówno celem, jak
i środkiem. Jednak nawet tę odizolowaną sugestię ograniczył Brennan
do kontekstu politycznego13.
Promując pogląd instrumentalny nie podążał on wyłącznie śladem tradycji retorycznej. Jak wykazuje Lewis, Brennan chciał, by jego opinia była
jak najmniej radykalna – być może nie zdołałby w innym wypadku uzyskać wsparcia pięciu innych sędziów – i dlatego zapewne pragnął odejść
od tradycyjnego wyjątku w stosunku do powództw dotyczących zniesławienia na podstawie Pierwszej Poprawki w stopniu absolutnie koniecznym, by uniemożliwić stanom korzystanie ze zniesławienia w celu wyciszenia krytyki politycznej. Uzasadnienie instrumentalne nadawało się
do tego celu, ponieważ zdaje się ono dobrze wyjaśniać, dlaczego szczególnie ważna jest ochrona wypowiedzi krytycznych względem funkcjonariuszy publicznych. Celowi, jakim jest wsparcie rynku idei w prowadzeniu do najmądrzejszych wyborów urzędników i celów politycznych nie
sprzyja sytuacja, gdy krytyka wywodzi się z tego rynku.
Z perspektywy czasu wypada żałować oparcia się przez Brennana niemal wyłącznie na uzasadnieniu instrumentalnym oraz nacisk na szczególną rolę wypowiedzi politycznych, nawet jeśli było to konieczne z punktu widzenia zbudowania większości, ponieważ mogło to, w sposób niezamierzony, wzmocnić niebezpieczne twierdzenie, że wyczerpuje ono treść
Pierwszej Poprawki, a uzasadnienie konstytutywne jest albo niepotrzebne albo niewłaściwe. Tak naprawdę oparcie się wyłącznie na uzasadnieniu instrumentalnym jest dla wolności słowa niebezpieczne w sposób,
który zaczęto już pojmować i który okaże się poważniejszy po tym, jak
Brennana i Thurgooda Marshalla, dwóch najbardziej zaprzysiężonych
obrońców wolnego słowa w historii Sądu, zastąpili David Souter i Clarence Thomas.
12 Por. United States v. Associated Press, 52 F. Supp. 362, 372 (1943).
13 Lewis wskazuje, że uwaga ta odzwierciedla poglądy Alexandra Meiklejohna, politologa, który
długo i z pasją bronił tego poglądu, w którym łączą się elementy uzasadnienia konstytutywnego i instrumentalnego, iż cenzura poglądów politycznych jest nieuzasadniona, gdyż obywatele
mają prawo do największej możliwej ilości informacji, by wypełnić swój obowiązek rządzenia.
Meiklejohn niechętnie rozszerzał ten obowiązek na inne aspekty życia obywatelskiego, jednak
przyjął szeroką perspektywę tego, co odnosi się do polityki. Zwracał na przykład uwagę, że cenzurowanie pornografii pozbawia ludzi informacji niezbędnych do głosowania. Por. tegoż autora The First Amendment Is an Absolute, 1961 „Supreme Court Review”, s. 245.
magazyn1-2010.indd 24
10-07-23 18:47:59
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności?
25
Zastanawiając się nad tym niebezpieczeństwem, powinniśmy zauważyć,
że przyjęta przez Madisona wersja uzasadnienia instrumentalnego, na
której szczególnie oparł się Brennan, nie dostarcza intelektualnie kwalifikującego się do przyjęcia uzasadnienia nawet dla politycznego jądra
Pierwszej Poprawki. Argument Madison, głoszący konieczność wolności słowa, jeśli ludzie mają być odpowiedzialny za swój własny rząd wyjaśnia, dlaczego rządowi nie wolno dokonywać potajemnej cenzury, którą ludzie odrzuciliby, gdyby byli jej świadomi. Nie wyjaśnia natomiast,
dlaczego większości nie wolno nakładać cenzury, jaką aprobuje i jakiej
pragnie. Referendum mogłoby na przykład wykazać, że większość Amerykanów wolałaby, by rząd miał możliwość cenzurowania materiałów, jakie uznaje za dyplomatycznie i politycznie wrażliwe, jak miało to miejsce w Pentagon Papers. Jeśli tak jest w istocie, poprawna decyzja Sądu, iż
rząd nie ma takiej kompetencji14 nie daje się uzasadnić instrumentalną argumentacją Madisona, chyba że w oparciu o najbardziej paternalistyczne podstawy. Wielkie rozszerzenie ochrony z Pierwszej Poprawki
w dziesięcioleciach po I wojnie światowej w oczywisty sposób zacieśniło,
a nie zwiększyło władzę większości nad formą pożądanej przez nią władzy.
Część tej rozszerzonej ochrony da się oczywiście uzasadnić innym argumentem politycznym Handa i Holmesa, głoszącym, iż prawda w kwestiach politycznych ujawni się najprawdopodobniej, gdy żadnej idei nie
wyłącza się z dyskusji. Wydaje się wiarygodnym, że opinia publiczna podejmie bardziej rozumne decyzje w sprawach rasy i praw obywatelskich,
gdy gazetom wolno będzie pisać o tych zagadnieniach bez lęku przed
powództwami o zniesławienie oraz lepsze decyzje w sprawie wojny i pokoju, jeśli nie będzie można powstrzymać publikacji takich dokumentów, jak akta Pentagonu.
Nawet jednak ten rodzaj argumentacji instrumentalnej nie może uzasadnić niektórych najważniejszych rozstrzygnięć sądu federalnego, poszerzających w ostatnich dekadach ochronę w ramach Pierwszej Poprawki,
w tym decyzji Sądu Najwyższego w sprawie Brandenburg v. Ohio, zakazującej sądom stanowym ukarania kogoś, kto na zjeździe Ku Klux Klanu,
ubrany w kaptur, mówi: „murzyn (nigger) ma wrócić do Afryki, a żyd do
Izraela,”15 czy grupki neonazistów maszerującej ze swastykami w Skokie, w stanie Illinois, gdzie mieszkają osoby, które przetrwały holokaust16.
Czy nasz elektorat rzeczywiście znajduje się w lepszej sytuacji gdy wybie14 New York Times v. United States, 403 U.S. 713 (1971).
15 395 U.S. 444 (1969).
16 Collin v. Smith, 578 F. 2d 1197 (1968). Sąd Najwyższy odmówił utrzymania w mocy wyroku sądu
Siódmego Okręgu. 436 U.S. 953 (1978).
magazyn1-2010.indd 25
10-07-23 18:47:59
26
Ius et Lex nr 1/2010
ra przywódców czy cele polityczne, dlatego, że można pozwolić na takie
wypowiedzi? Czy rzeczywiście trudniej byłoby nam oddzielać prawdy od
kłamstw – a rynek idei byłby mniej skuteczny – gdyby członkowie Klanu, naziści czy seksiści zamilkli?
Można by rzec, że nie powinniśmy ufać prawodawcom i sędziom w zakresie rozróżniania wartościowych i bezwartościowych komentarzy politycznych, zatem, by chronić poważne gazety omawiające poważne sprawy, musimy też chronić członków Klanu i nazistów, szerzących nienawiść
i powodujących cierpienie. Jednakże ten śliski argument lekceważy prawniczą zdolność dokonywania dystynkcji, z którą mamy do czynienia w
każdej innej dziedzinie prawa. Jeśli Sąd Najwyższy potrafi odróżnić wypowiedzi polityczne od komercyjnych, korzystających ze znacznie słabszej ochrony konstytucyjnej, mógłby też odróżnić wypowiedzi rasistowskie czy seksistowskie od innych form wypowiedzi politycznych. Mógłby
utrzymać moc obowiązującą ustawy starannie stworzonej po to, by zakazać wypowiedzi obraźliwych na podstawie kryterium rasy, religii czy płci,
w sposób, w jaki na przykład dokonano tego w brytyjskiej ustawie o relacjach rasowych.
Podkreślam to oczywiście nie po to, by polecać takie podejście, lecz by
wykazać, iż uzasadnienie instrumentalne nie zapewnia prawdziwej ochrony względem ustawy tego typu. Zresztą niebawem Sąd Najwyższy będzie
oceniał taką ustawę. W grudniu 1991 wysłuchał stron w sprawie R.A.V.
v. St. Paul i wiosną zapewne wyda wyrok. Miasto ST. Paul wydało zarządzenie zakazujące prezentowania symboli mogących wywoływać „gniew,
poruszenie lub nienawiść u innych osób” ze względu na ich rasę, wyznanie lub płeć i przewidujące 90 dni pozbawienia wolności za to wykroczenie. Oczywiście, spalenie krzyża na czyimś trawniku jest zakazane przez
zwykłe prawo karne i Viktor podlegać będzie karze, nawet jeśli Sąd nie
uzna karalności na podstawie specjalnego rozporządzenia. W sprawie
Viktora powraca pytanie, czy stanom wolno uznawać za poważne przestępstwa, zagrożone wysoką karą, zachowania związane z poglądami odrzucanymi w danej społeczności. Decyzja Sądu będzie miała reperkusje
związane z konstytucyjnością regulacji niedawno przyjętych przez wiele
stanowych uniwersytetów, podlegających zakresowi Pierwszej Poprawki,
w celu zakazania wypowiedzi wyrażających nienawiść lub uprzedzenia rasowe lub seksualne17.
Ważne, by Sąd Najwyższy potwierdził, że Pierwsza Poprawka chroni na17 Na temat sprawy Viktora oraz jej wpływu na uniwersyteckie regulacje dotyczące podobnych wypowiedzi por. Linda Greenhouse Justices Weigh Ban on Voicing Hale, „New York Times”, B19 (15
grudnia 1991) oraz Hate-Crime Law is Focus of Case on Free Speech, „New York Times”, A1 (1 grudnia 1991).
magazyn1-2010.indd 26
10-07-23 18:47:59
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności?
27
wet takie wypowiedzi; że jej ochrona obejmuje, jak mówił Holmes, każdą wypowiedź, która nas obraża. Jest to istotne z punktu widzenia głównego założenia uzasadnienia konstytutywnego: ponieważ jesteśmy społeczeństwem liberalnym, ceniącym indywidualną odpowiedzialność moralną, jakakolwiek cenzura treści nie da się pogodzić z tym, co cenimy.
Obecnie powszechnie używa się argumentów instrumentalnych powoływanych przez Brennana w sprawie Sullivan, lecz nie po to, by wesprzeć,
lecz aby podważyć tę wizję liberalnego społeczeństwa. Broniąc ograniczeń, nakładanych na „politycznie niepoprawne” wypowiedzi, Stanley
Fish podkreślał niedawno, że „w skrócie, wypowiedź nigdy nie jest i być
nie może niezależną wartością, lecz zawsze formułowana jest w oparciu
o pewną przyjmowaną koncepcję dobra, do której musi się w razie konfliktu odwołać”. Fish odrzuca samą możliwość tego, co nazywam konstytutywną obroną swobody wypowiedzi. Twierdzi, iż wszelka obrona musi
być instrumentalna, a cenzurowanie wypowiedzi niepoprawnych politycznie lepiej przysłuży się celowi instrumentalnemu niż wolność18.
Catherin MacKinnon, Frank Michelman i inni podobnie argumentują na rzecz cenzurowania pornografii i innych materiałów obrażających kobiety. Twierdzą, że skoro kobiety są bardziej skutecznymi uczestnikami procesu politycznego, gdy nie są obrażane tego typu materiałami, instrumentalnemu celowi, jakim jest skuteczna demokracja, lepiej
służy naruszanie niż chronienie swobody wypowiedzi. Wskazują na przykład, że zarządzenie przyjęte w Indianapolis w reakcji na kampanię feministek i zakazujące m.in. produkcji materiałów, które przedstawiają
„kobiety czerpiące zadowolenie z poniżania, bólu lub gwałtu” polepszałoby demokrację, gdyż literatura tego typu „ucisza” kobiety, tym samym
ograniczając ich udział i rolę w polityce demokratycznej. Sąd Apelacyjny Siódmego Okręgu, w opinii sędziego Franka Easterbrooka, którą komentowałem w innym miejscu19, odrzucił ten argument, uznając przepis
za niekonstytucyjny ponieważ nie formułował ogólnego zakazu publikacji obscenicznych, lecz tylko takich, które promowały określone idee czy
postawy. Easterbrook oparł się domyślnie na konstytutywnym, a nie instrumentalnym uzasadnieniu swobody wypowiedzi, a Sąd Najwyższy może
18 Por. Stanley Fish, There’s No Such Thing as Free Speech and It’s a Good Thing, Too w: Debating PC,
red. Paul Berman (Dell, 1992). Fish twierdzi, że odrzuca argument, iż swoboda wypowiedzi jest
wyższą wartością, wobec której ustąpić muszą inne wartości. Opiera jednak argumentację na
groteskowym twierdzeniu, że celem mówienia jest samo mówienie. Miesza on powody mówienia, które wiążą się oczywiście z promowaniem jakiegoś innego celu z powodami, jakie przyjmują władze by chronić wolność wypowiedzi, a które mogą być zarówno konstytutywne, jak i instrumentalne.
19 Por. mój tekst Pornography and Hate w: Freedom’s Law. The Moral Reading of the American Constitution, Oxford 1996.
magazyn1-2010.indd 27
10-07-23 18:48:00
28
Ius et Lex nr 1/2010
i powinien uczciwie unieważnić zarządzenie z St. Paul, jeśli tylko uzna to
uzasadnienie zamiast powtarzać starą retorykę instrumentalną.
Argumentacji instrumentalnej używa się także dla poparcia ustaw oczekujących w niektórych stanowych legislatywach oraz ustawy zaproponowanej przez republikańskiego senatora Mitcha McConnella z Kentucky,
które pozwoliłyby ofiarom napaści seksualnych pozywanie producentów
lub dystrybutorów filmów pornograficznych za szkody w oparciu o twierdzenie, że jej napastnicy oglądali dany materiał.
Uderzające jest podobieństwo z prawem Alabamy dotyczącym zniesławienia, które w sprawie Sullivan uznano za niekonstytucyjne. Gdyby przyjęto tego rodzaju regulacje przeciw pornografii, czy to na poziomie federalnym, czy też poszczególnych stanów, ławy przysięgłych w sprawach
cywilnych mogłyby zniszczyć wydawcę lub dystrybutora, stwierdzając, że
gwałciciel oglądał dany film, objęty zakresem regulacji aktu normatywnego oraz, że pobudziło go to do popełnienia przestępstwa. Przysięgli,
ze zrozumiałych względów potępiający ostrą pornografię, mogliby uznać
tego rodzaju roszczenie, choćby żadne poważne opracowanie czy dowód nie wskazywały na związek przyczynowy między pornografią a faktycznym aktem przemocy.20 Ponieważ zaś proces miałby charakter cywilny, zwykłe gwarancje prawa karnego nie miałyby zastosowania. Gwałciciel mógłby nawet współpracować, zeznając iż pornografia spowodowała przestępstwo: przestępcom często zdarza się twierdzić, jak gdyby mogło to stanowić usprawiedliwienie, iż ich czyny spowodowane były tym,
co widzieli lub co czytali.21 Sprzedawcy filmów staliby się bardzo ostrożni
w doborze repertuaru; raczej nie udostępnialiby np. filmu pt. The Accused na temat zbiorowego gwałtu, spełniającego cechy pornografii w świetle wspomnianego aktu22. Jak twierdzi Leanne Katz, założycielka grupy
feministycznej sprzeciwiającej się tego typu aktom prawnym, pomysł, iż
20 Najnowszy zbiór dowodów naukowych potwierdzających brak związku przyczynowego między
pornografią a przemocą seksualną w raporcie Marcii Pally Sense and Censorship: The Vanity of Bonfires (1991).
21 Na przykład seryjny morderca Ted Bundy powiedział przed egzekucją, że pornografia doprowadziła go do przemocy seksualnej, a następnie do zabijania. Badający go specjaliści oraz związane z nim osoby, w tym jego obrońca, podważyli to twierdzenie jako racjonalizację opartą na
fałszywym mniemaniu. Sprawa Bundy’ego oraz inne wątpliwe przypadki twierdzeń sprawców
i ofiar o związkach między pornografia a przestępczością w raporcie Marcii Pally Sense and Censorship: The Vanity of Bonfires (1991) s. 159, 164.
22 Ustawa federalna ogranicza się do materiałów, które mogą być przedmiotem dochodzenia jako
obsceniczne w świetle ostatnich reguł przyjętych przez Sąd Najwyższy. Reguły te umożliwiają jednak ławom przysięgłych stosowanie do oceny obsceniczności standardów lokalnych, a wydawcy nawet na terenie, gdzie obowiązują łagodniejsze standardy obsceniczności niechętnie rozprowadzaliby swe materiały, z obawy, że przestępca oglądający je w jednym stanie zgwałci ofiarę
w części kraju, gdzie członkowie ławy przysięgłych będą mieli inne poglądy.
magazyn1-2010.indd 28
10-07-23 18:48:00
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności?
29
„powinna istnieć prawna przyczyna powództwa związanego z tym, co jest
‘powodowane’ przez idee, to wizja prawdziwie zatrważająca.”23
W niedawnej decyzji kanadyjski Sąd Najwyższy przyjął innego rodzaju
instrumentalny argument na rzecz utrzymania prawa cenzurującego niektóre typy pornografii24. Kanadyjska Karta Praw i Wolności chroni swobodę wypowiedzi, choć z zastrzeżeniami, których Pierwsza Poprawka nie
obejmuje. Kanadyjski sąd przyznał, iż skutkiem jego postanowienia było
ograniczenie ochrony konstytucyjnej, stwierdzając jednak, iż „nagromadzenie materiałów poważnie naruszających wartości podstawowe dla społeczeństwa jest istotnym problemem uzasadniającym ograniczenie skądinąd pełnej realizacji swobody wypowiedzi.” Jest to pogląd zadziwiający.
Główną i definicyjną przesłanką swobody wypowiedzi jest założenie, że
obraźliwy charakter lub wyzwanie rzucone tradycyjnym ideom nie może
być podstawą cenzury; gdy odrzuci się tę przesłankę, trudno zrozumieć,
czym jest swoboda wypowiedzi. Sąd dodał, iż niektóre materiały zawierające treści seksualne szkodzą kobietom, ponieważ „materiały ukazujące
kobiety jako przedmiot wykorzystania seksualnego wywierają negatywny
wpływ na jednostkowe poczucie wartości i akceptacji.” Ten rodzaj szkody jest jednak na tyle zbliżony do zwykłej nieprzyzwoitości, że sam w sobie nie może być uznany za powód cenzurowania. Każda potężna i kontrowersyjna idea ma potencjalnie negatywny wpływ na czyjeś poczucie
wartości. Kanadyjski sąd nie uznałby zapewne niekonstytucyjności zakazu wobec literatury niepornograficznej, której wyraźnym celem byłoby
zaprzeczenie równej wartości kobiet, bez względu na jej siłę perswazji
czy skuteczności25.
Trendy te źle wróżą wolności i demokracji. Gdyby Brennan przyznał
w swym uzasadnieniu Pierwszej Poprawki w sprawie Sullivan bardziej
prominentne miejsce racjom konstytutywnym, amerykańskim sądom
łatwiej byłoby odrzucać argumenty, jakie przekonały sąd w Kanadzie
i uznawać za niekonstytucyjne przepisy takie jak te, które przyjęto
w St. Paul czy skierowane przeciwko dystrybutorom filmów. Także podejście Sądu Najwyższego do literatury zawierającej treści seksualne byłoby odmienne. Wielokrotnie Sąd stwierdzał, iż obsceniczność nie podlega ochronie Pierwszej Poprawki na tej tylko podstawie, iż obsceniczność
23 Grupa „Feminists for Free Expression”, do której należą m.in. Betty Friedman, Susan Jakoby,
Nora Ephron, Judith Krug i Nadine Strossen twierdzi, że brak zgody lub feministycznego kodeksu co do tego, jakie wyobrażenia są niesmaczne czy wręcz seksistowskie oraz, że kobietom
nie potrzeba ochrony przed materiałami seksualnymi. Por. Nat Hentoff, Pornography War among
Feminists, „Washington Post”, A23 (4 kwietnia 1992).
24 Butler v Her Majesty the Queen, wyrok z 27 lutego 1992.
25 W tekście Pornography and Hate omawiam argument, głoszący, że można zakazać pornografii ponieważ poniża ona kobiety.
magazyn1-2010.indd 29
10-07-23 18:48:00
30
Ius et Lex nr 1/2010
nie posiada „szczególnej wartości społecznej”. Jak dawno temu zauważał
wielki badacz Pierwszej Poprawki Harry Kalven, myśl, iż społeczeństwo,
w którym twarda pornografia jest swobodnie dostępna, jest z tego powodu lepszym miejscem odkrywania prawdy, stanowi naciąganie zdrowego rozsądku26. Okazało się jednak sporą trudnością odróżnianie przez
Sąd obsceniczności od treści seksualnych mających szczególną wartość.
Sąd zmieniał zdanie w sprawie kryterium odróżniania i tworzył niedające się zastosować sprawdziany tak często, że deklaracja sędziego Stewarta, iż nie potrafi on zdefiniować obsceniczności, lecz wie, kiedy ma
z nią do czynienia, stała się najczęściej cytowanym poglądem orzeczniczym w tej sprawie27.
Choć sam Brennan deklarował w 1957 r., że Pierwsza Poprawka nie
chroni obsceniczności28, zmienił zdanie w 1973 r., w zdaniu odrębnym
stwierdzając, że „gdy nie mamy do czynienia z dystrybucją w stosunku
do małoletnich lub narzucaniem się w stosunku do osób dorosłych niewyrażających na to zgody”, Konstytucja zabrania władzom zakazywania
jakichkolwiek materiałów jako obscenicznych29. Próbował on pogodzić
ten pogląd z instrumentalnym uzasadnieniem swobody wypowiedzi, jakie wcześniej promował, zwracając uwagę na stające przed sądem trudności „instytucjonalne” związane z odróżnianiem prac obscenicznych od
wartościowych. Ponownie jednak było to na tyle sztuczne, że nie przekonało Sądu. Gdyby z kolei we wcześniejszych decyzjach, zwłaszcza w jego
własnym uzasadnieniu do wyroku w sprawie Sullivan, wyraźniej uznano
konstytutywne uzasadnienie swobody wypowiedzi, zyskałby tym samym
bardziej naturalny i przekonujący argument dla zmiany swego poglądu.
Z pewnością poszanowanie dla obywateli jako odpowiedzialnych podmiotów moralnych nie da się pogodzić z dyktowaniem im, co mogą czytać, opartym na osądzie dotyczącym tego, co poprawi lub zniszczy im
charakter albo co wywoła u nich niepoprawne poglądy w kwestiach społecznych30.
Najgorszą i najgroźniejszą konsekwencją ignorowania uzasadnienia
konstytutywnego jest jednak przerażająca decyzja Sądu Najwyższego
26 Por. Harry Kalven, The Metaphysics of the Law of Obscenity, 1960 “Supreme Court Review”, s. 1.
Nie sugeruje eliminowania (ani wprowadzania) odmiennego uzasadnienia instrumentalnego
zaproponowanego, by dopuścić pornografię, a mianowicie, że dla niektórych osób pornografia pełnić może funkcję terapeutyczną.
27 Por. Jacobellis v. Ohio, 378 U.S. 184, 197 (1964).
28 Roth v. United States, 354 U.S. 476 (1957).
29 Paris Adult TheaterI v. Slater, 413 U.S. 49 (1973).
30 Por. David Richards, Free Speech and Obscenity Law: Toward a Moral Theory of the First Amendment,
“University of Pennsylvania Law Review”, vol. 123 (1974), s. 45.
magazyn1-2010.indd 30
10-07-23 18:48:00
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności?
31
w sprawie Rust v. Sullivan31. Sąd podtrzymał w niej przyjmowaną przez
administrację Reagana reinterpretację ustawy z 1970 r., przewidującej
finansowanie szpitali świadczących usługi związane z „planowaniem rodziny” oraz zakazującej przeznaczania tych środków na dokonywanie
aborcji. Interpretacja ta zakazywała personelowi szpitalnemu poddawania owej procedury dyskusji32. Zarządzenie zabraniało lekarzom, pielęgniarkom czy doradcom odpowiadania na pytania pacjentów dotyczące
aborcji; zakazywało, na przykład, udzielenia odpowiedzi na pytanie, gdzie
można uzyskać informacje na temat aborcji oraz czy jest ona legalna.
W marcu 1992 r. administracja Busha zmieniła te regulacje, umożliwiając lekarzom, choć już nie pielęgniarkom, rozmawianie na temat
aborcji. (Dyrektor grupy antyaborcyjnej „National Right to Life” stwierdził, że nie ma nic przeciwko tej zmianie, ponieważ „bardzo rzadko rady
na temat aborcji pochodzą od lekarzy.”)33 Jednakże decyzja Sądu utrzymująca w mocy prawo kneblujące, nawet jeśli nie stosuje się do lekarzy,
jest niebezpiecznym precedensem. Zdaniem Sądu przepisy te nie naruszały Pierwszej Poprawki. Podkreślono, że lekarze pragnący doradzać
swym pacjentkom aborcję, mogą zrezygnować z pracy w ośrodkach planowania rodziny finansowanych z funduszy federalnych i poszukać pracy gdzie indziej, natomiast rząd nikogo nie cenzurował, lecz wskazywał,
w jaki sposób przekazywane przezeń pieniądze mają być wydawane. Decyzję tę szeroko potępiano jako nielogiczną i nieodpowiedzialną i trzeba mieć nadzieję, że któregoś dnia stanie się równie niesławnym przykładem złego orzecznictwa jak wyrok w sprawie Lochner, czy inne znane
błędy Sądu Najwyższego. Sądzę jednak, że do podjęcia jej nie doszłoby
bez wpływu idei, głoszącej iż wyłącznym lub kardynalnym celem Pierwszej Poprawki jest instrumentalne zapewnienie swobodnego obiegu poglądów politycznych.
Nikt nie uważa, że rządowi wolno używać swej centralnej pozycji w systemie opieki zdrowotnej w celu narzucania poglądów politycznych lekarzom pracującym w finansowanych przez państwo ośrodkach medycznych. Rząd nie może na przykład pozwolić lekarzom na chwalenie polityki zdrowotnej, a zabronić jej krytykowania. Z punktu widzenia konsty31 111 U.S. 1759 (1991).
32 Ustawy tej nigdy nie interpretowano jako zakazującej aborcji. Po wyroku w sprawie Rust v. Sullivan Kongres przyjął kolejną ustawę, odmawiającą poprzedniemu aktowi takich właśnie skutków
prawnych. Bush zawetował także tę ustawę. Tym samym Rust v. Sullivan legitymizuje dziwny rodzaj legislacji, sprzecznej z wolą większości w Kongresie. Metoda ta może mieć przyszłość. Administracja w dziwaczny sposób interpretuje utrwalone prawo, zdominowany przez konserwatystów Sąd Najwyższy potwierdza, że taka reinterpretacja „nie jest całkiem niewłaściwa”, a prezydent korzysta z weta, by podtrzymać decyzję Sądu.
33 Administration Party Lifts Abortion ‘Gag Rule’, “Washington Post”, 1 (21 marca 1992).
magazyn1-2010.indd 31
10-07-23 18:48:00
32
Ius et Lex nr 1/2010
tutywnego uzasadnienia swobody wypowiedzi nie jest dopuszczalne jakiekolwiek rozróżnienie między taką w oczywisty sposób kneblującą regulacją a regulacją, której obowiązywanie Sąd utrzymał. Z tej perspektywy lekarz musi mieć taką samą wolność przekazywania informacji, jakie
uznaje za istotne z punktu widzenia zdrowia i samopoczucia pacjenta,
jak wolność wyrażania poglądów politycznych. Żądanie od lekarzy – jako
warunek zatrudnienia – by nie podawali pacjentom żądanych przez nich
informacji, umniejsza w równym stopniu odpowiedzialność moralną lekarza i pacjenta.
Wyobraźmy sobie jednak, że Brennan nie oparł swej decyzji w sprawie
Sullivan na wąskim rozumieniu, podkreślającym instrumentalne uzasadnienie swobody wypowiedzi, lecz na sugerowanym przeze mnie szerokim uzasadnieniu konstytutywnym. Także wtedy mógłby ograniczyć zakres rozstrzygnięcia do spraw o zniesławienie wnoszonych przez funkcjonariuszy publicznych, wskazując, że nie potrzeba większej ogólności,
by chronić niezależność moralną dziennikarzy i ich czytelników. Musiałby jednak przynajmniej wziąć pod uwagę znacznie szerszą regułę, która uwzględniałaby we wszystkich procesach o zniesławienie wymóg, by
powodowie będący osobami publicznymi musieli wykazać, że pozwany
jest winny działania z premedytacją. Reguła taka chroniłaby gazety, które uczciwie, choć błędnie opublikowały informacje szkodzące profesorowi, tancerce, przedsiębiorcy, szeryfowi czy generałowi. Każdy, kto twierdzi, że został zniesławiony musiałby wykazać, że pozwany kierował się złą
wolą, a nie tylko działał niedbale, publikując informacje uznawane przez
powoda za fałszywe.
Sam zresztą Brennan zalecał regułę niemal równie szeroką w późniejszej sprawie, gdzie stwierdzał, że nawet osoba prywatna powinna być
poddana testowi określonemu w orzeczeniu Sullivan, gdyby wytoczyła
sprawę w związku z wypowiedzią dotyczącą spraw „publicznego lub powszechnego zainteresowania.”34 Jak wskazywał przeciwny temu stanowisku Thurgood Marshall, „wszystkie ludzkie przedsięwzięcia można uważać za należące do zakresu ‘publicznego lub ogólnego zainteresowania’”, zatem tylko nieliczni powodowie nie spełnialiby warunku Brendana. W tej samej sprawie sędzia Harlan postulował rozszerzenie ograniczeń z wyroku w sprawie Sullivan na osoby prywatne dochodzące odszkodowania lub zadośćuczynienia za zniesławienie. Ponieważ powodowie próbują uzyskać je w większości ważnych spraw, propozycja Harlana
miałaby taki sam skutek jak pomysł Brendana. Sugestii tych nie przyję34 Rosenbloom v. Metromedia, 403 U.S. 29 (1971).
magazyn1-2010.indd 32
10-07-23 18:48:00
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności?
33
ła jednak większość składu orzekającego i nie ma powodu, by przypuszczać, że większość kiedykolwiek opowie się za prostszą i bardziej bezpośrednią regułą, nakazującą automatycznie stosować sprawdzian z wyroku w sprawie Sullivan do wszystkich powództw. Warto jednak rozważyć
korzyści płynące z takiego rozwiązania.
Nie byłoby nieuczciwe wymaganie od powoda w sprawie o zniesławienie, by wykazał choćby, że prasa dopuściła się jakiegoś uchybienia w kwestionowanej publikacji. Jest to standardem we wszystkich niemal powództwach o odszkodowanie. Nie można nikogo zmusić, by płacił nam przy
każdej okazji ilekroć uczyni cokolwiek, co w jakiś sposób mnie dotyka
– np. uszkadzając rzecz. Trzeba wykazać jakiś rodzaj zawinienia, choćby
poprzez wykazanie, że dana osoba nie działała w określonych okolicznościach w sposób rozsądny. Historycznie prawo odnoszące się do zniesławienia w prasie stanowiło wyjątek od tej ogólnej reguły: w common law
powód wykazać musiał jedynie, że wypowiedź pozwanego wyrządzała mu
szkodę, nie zaś, że formułując ją pozwany zachował się nierozsądnie; ciężar spoczywał na pozwanym, który musiał wykazać, że jego wypowiedź
była prawdziwa, nie zaś na powodzie, dowodzącym jej fałszywości. Ten
dziwny (i niedający się uzasadnić) wyjątek pozostaje nadal w prawie brytyjskim.
Jest jasne, że właściwe spojrzenie na wolność słowa wymaga przynajmniej odejścia od tego wyjątku z korzyścią dla wszystkich wypowiadających się i piszących na jakikolwiek temat. Reguła z wyroku w sprawie Sullivan idzie dalej, ponieważ wymaga, by powód dowiódł, że pozwany działał nie tylko w sposób beztroski, lecz że dokonał publikacji w złej wierze i dopuszczając się zaniedbania. Jeśli jednak argument na rzecz bardziej wymagającego ciężaru dowodu w sprawach dotyczących zniesławienia osób publicznych – głoszący, że taka reguła potrzebna jest, by prasa
mogła funkcjonować bez strachu – nie jest w stosunku do nich niesprawiedliwy, trudno zrozumieć, dlaczego miałby takim być w stosunku do
zwykłych powództw. Czasem powiada się, że osoby publiczne postanowiły wejść do kuchni, więc nie powinny się skarżyć na ciepło. Argument
ten staje się jednak coraz słabszy wraz z rozszerzeniem grupy powodów
objętych regułą z wyroku w sprawie Sullivan z funkcjonariuszy publicznych do wszelkich osób publicznych. W każdym razie argument ten wymusza postawienie problemu: funkcjonariusze publiczni godzą się na
większe ryzyko zniesławienia tylko, jeśli jest jakiś inny powód, dla którego osoby te mają korzystać ze słabszej ochrony niż inne osoby prywatne.
Nie byłoby więc niesprawiedliwe ogólne zrewidowanie prawa dotyczącego zniesławienia. Rewizja taka zwolniłaby Sąd z podjętego przezeń
w latach po wyroku w sprawie Sullivan beznadziejnego zadania, o którym
magazyn1-2010.indd 33
10-07-23 18:48:00
34
Ius et Lex nr 1/2010
wspominałem, wskazując, że powodowie stali przed bardziej uciążliwym
obowiązkiem dowodowym niż wynikałoby to z reguły stworzonej w wyroku w sprawie Sullivan. Jak wyjaśnia Lewis, oryginalne rozróżnienie Brennana na funkcjonariuszy publicznych i innych powodów doprowadziło
w pierwszym rzędzie do decyzji, że Wally Butts – trener na Uniwersytecie
Georgia, któremu „Saturday Evening Post” zarzucił, że przed meczem
przekazał plany gry trenerowi z Alabamy, Bearowi Bryantowi – jest „postacią” publiczną, choć nie jest „funkcjonariuszem”, i tym samym podpada pod regułę z wyroku w sprawie Sullivan35. Rozróżnienie wprowadzone przez Brennana ujawniło się w bardziej spójnej postaci w sprawie Gertz, w której Sąd wprowadził pośrednią kategorię ochrony: stwierdził, że choć liberalny prawnik zniesławiony przez John Birch Society nie
był osobą publiczną, a tym samym nie musiał spełniać warunków sprawdzianu rażącego niedbalstwa ustalonego w orzeczeniu w sprawie Sullivan, miał jednak obowiązek wykazać, że pozwany co najmniej dopuścił
się niedbalstwa, publikując fałszywe informacje na jego temat, ponieważ
kwestionowane twierdzenia były przedmiotem interesu publicznego36.
Dla Sądu postrzeganie rozmaitych reguł dotyczących dyskryminacji
jako arbitralnych okazało się trudne z perspektywy instrumentalnego
uzasadnienia swobody wypowiedzi, które rzekomo przyjmuje. Na przykład gwiazdy filmowe, klasyfikowane jako osoby publiczne, muszą spełnić warunek dowiedzenia rażącego niedbalstwa, gdy pozywają prasę bulwarową, publikującą na ich temat fałszywe informacje, choć, jak zwraca uwagę Lewis, plotki o gwiazdach z trudnością da się podciągnąć pod
warunki skuteczności procesów politycznych w odkrywaniu mądrości
i prawdy. Lewis jest przeciwnikiem ogólnego stosowania reguły z wyroku w sprawie Sullivan do wszelkich spraw o zniesławienie, ponieważ obawia się, że Sąd nie chroniłby by wówczas tej reguły z jednakową gorliwością. Przyznaje jednak, że postępujące znaczne rozszerzenie zakresu
ochrony od wydania oryginalnej decyzji nie osłabiło jak dotąd entuzjazmu wobec tego rozstrzygnięcia. Zachodzi także poważna możliwość, że
ogólne rozszerzenie ochrony uruchomiłoby bardziej radykalną reformę
amerykańskiej regulacji zniesławienia, na której skorzystaliby powodowie oraz sama wolność prasy.
Reguła z orzeczenia Sullivan nie okazała się jednak źródłem tak skutecznej ochrony wolności prasy w przedstawianiu spraw politycznych, jak
z początku oczekiwano. Jak powiada Lewis, owacje ustały, gdy prawnicy
i prasa uświadomili sobie, że reguła ta umożliwia dobrze usytuowanym
35 Curtis Publishing Company v. Butts, 388 U.S. 130 (1967).
36 Gertz v. Robert Welch, Inc., 418 U.S. 323 (1974).
magazyn1-2010.indd 34
10-07-23 18:48:00
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności?
35
osobom publicznym spowodowanie sporego uszczerbku w majątku prasy
w wyniku dochodzenia uznania roszczenia opartego na zarzucie, że publikację cechowało niedbalstwo. Dobrze znane procesy Ariela Sharona
przeciwko „Time’owi” oraz gen. Westmorelanda przeciwko CBS w 1984
roku ilustrują tę trudność – choć ława przysięgłych przyznała rację „Time’owi”, a Westmoreland ostatecznie wycofał powództwo, obydwu mediom poważnie zaszkodziły publiczne zainteresowanie, koszty i długotrwałe procesy, w których ich uczciwość i kompetencja były przedmiotem dowodu37.
W innym długim i kosztownym procesie, Herbert przeciwko Lando, stacja CBS twierdziła, że nie powinno się od niej wymagać podejmowania
czasochłonnego zadania, polegającego na tworzeniu tomów tajnych raportów, wewnętrznych notatek oraz innych materiałów, jakich domagał
się powód w celu ustalenia, czy doszło do rażącego niedbalstwa38. Sąd
Najwyższy orzekł wówczas, że prasa nie może mieć wszystkiego: jeśli prawo wymaga, by powód dowiódł, że pozwany znał błędy we własnej wypowiedzi, lub opublikował ją nie bacząc na jej nieprawdziwość, nie byłoby słuszne umożliwianie pozwanemu ukrywania przed powodem potrzebnych mu informacji. Prasa jest więc nadal zagrożona znaczną startą finansową jeśli opublikuje coś, co wspierani przez zamożnych sponsorów oponenci są w stanie wykazać jako skutek podawania nieprawdy
lub działania w złym zamiarze.
Lewis opisuje sensowne propozycje sformułowane przez komentatorów dążących do zmian w regulacjach dotyczących zniesławienia, w których sugeruje się równocześnie rozwiązanie problemu oraz zapewnienie rozsądnej ochrony przeciwko twierdzeniom fałszywym i formułowanym w złym zamiarze39. W świetle obecnych regulacji powodowie usiłują odzyskać dobre imię uzyskując znaczne odszkodowania, których celem nie jest naprawienie wyrządzonej im szkody finansowej, lecz ukaranie prasy. Reformatorzy chcieliby oddzielić te dwa składniki w procesach o zniesławienie umożliwiając powodom wytaczanie procesów, których przedmiotem nie byłaby wygrana pieniężna lecz stwierdzenie przez
sąd fałszywości wypowiedzi prasowej. Według jednej z wersji tej propozycji, osoba uważająca się za zniesławioną powinna poinformować wydaw37 Por. mój tekst The Press on Trial w: Freedom’s Law. The Moral Reading of the American Constitution,
Oxford 1996.
38 Herbert v. Lando, 441 U.S. 153 (1979).
39 Opisane przeze mnie w tekście wersje programów zostały zaproponowane np. przez prof. Marka Franklina z wydziału prawa w Stanford, Annenberg Washington Program, prof. Davida Andersona z Texas Law School oraz Pierre’a Levala, sędziego federalnego prowadzącego proces
Westmorelanda. Szczegóły rozmaitych propozycji w rozdziale 4 pracy Lucasa A. Powe z University of Teras pt. The Fourth Estate and the Constitution (University of Kalifornia Press, 1991).
magazyn1-2010.indd 35
10-07-23 18:48:00
36
Ius et Lex nr 1/2010
cę o faktach, które jej zdaniem podważają prawdziwość publikacji. Jeśli wydawca nie opublikuje zadowalającego sprostowania, można wnieść
powództwo o stwierdzenie nieprawdziwości oraz o nakaz opublikowania
tego stwierdzenia przez pozwanego40. Bez perspektywy odszkodowania
prawdziwość albo fałszywość publikacja stanie się jedynym przedmiotem
sprawy, bez konieczności zgłębiania złego zamiaru czy niedbalstwa po
stronie pozwanego. Reguła ze sprawy Sullivan nie miałaby zastosowania.
W większości spraw postępowanie byłoby szybkie i niezbyt kosztowne,
a nieuczciwie zniesławiony powód będzie mógł uzyskać oświadczenie, iż
zaatakowano go niesprawiedliwie.
Inną kwestią jest, czy przywróci to dobre imię powoda. Sensacyjne
twierdzenia prasowe, nawet w tytule znanym z nieścisłości, są szeroko
powielane przez inne media, a sądowe stwierdzenie, że były one błędne
nie zostanie zapewne odnotowane, nawet jeśli publikująca je gazeta zostanie zobowiązana do poinformowania o nim. Nawet więc gdyby stany
przyjęły nowy rodzaj powództwa, umożliwiający powodowi zainicjowanie
tego rodzaju postępowania, nadal mogą dawać mu możliwość wytaczania powództwa o odszkodowanie za utratę dobrego imienia, gdyby chciał
z niego skorzystać. Wtedy jednak nie byłoby powodu, by nie stosować reguły z orzeczenia Sullivan do powództw odszkodowawczych, dzięki którym osoby publiczne i prywatne mogłyby skorzystać z opcji ubiegania
się o sądowe stwierdzenie wyłącznie wykazując nieprawdziwość publikacji lub z opcji domagania się odszkodowania, wykazując, że publikacja
była celowo fałszywa lub skażona niedbalstwem41.
Większe byłoby prawdopodobieństwo takiej ogólnej reformy, gdyby
Sąd dbał o stosowanie takich samych reguł w stosunku do wszystkich. Na
razie żaden ze stanów nie zmienił swego prawa w kierunku proponowanym przez reformatorów. W 1985 roku Charles Schumer, kongresman
z Brooklynu zaproponował ustawę federalną realizującą wspomniane postulaty, lecz ustawa ta przepadła. Sąd Najwyższy nie jest w stanie wprowadzić tak kompleksowej zmiany do stanowego prawodawstwa dotyczącego
zniesławienia, choć może zmierzać w tym kierunku, na przykład poprzez
40 Konstytucyjność wymogu, by gazeta informowała o wydanym przeciwko niej wyroku może być
wątpliwa. W sprawie Miami Herald v. Tortillo, 418 U.S. 241 (1974) Sąd Najwyższy stwierdził, że
obowiązujący na Florydzie przepis regulujący kwestie prawa do repliki jest niekonstytucyjny. Zarówno jednak Brennan, jak i Rehquist uznali w tej sprawie, że konstytucyjne jest nakazanie gazecie publikacji wyroku stwierdzającego, że podała nieprawdę.
41 Sędziowie mogliby oddalić powództwo odszkodowawcze gdyby stwierdzili, że powód nie spełnia
sprawdzianu ze sprawy Sullivan. (Zdaniem Lewisa sędzia Leval powinien był oddalić powództwo gen. Westmorelanda przeciwko CBS). Sędziowie zapewne chętnie korzystaliby z tej kompetencji, w ten sposób oszczędzając prasie wydatków i trudów procesu, gdyby powód mógł alternatywnie skorzystać z możliwości ubiegania się o sądowe stwierdzenie nieprawdy.
magazyn1-2010.indd 36
10-07-23 18:48:00
R. Dworkin Dlaczego słowo potrzebuje wolności?
37
wskazywanie, że stany powinny zaakceptować wyraźne sprostowanie jako
wystarczający argument obrony. Kongresowi lub stanom łatwiej byłoby
wprowadzić takie zmiany, gdyby Sąd uznał, że zarówno osoby prywatne,
jak i publiczne muszą przejść przez sprawdzian z orzeczenia Sullivan, by
uzyskać odszkodowanie za zniesławienie. Osobom prywatnym zależałoby
wówczas na znalezieniu szybszych i mniej kosztownych sposobów obrony swego dobrego imienia, a proces o sądowe stwierdzenie byłby wartościową alternatywą. Żadne rozwiązanie prawne nie zapewnia idealnego rozwiązania nieuniknionego konfliktu między swobodą wypowiedzi
a ochroną dobrego imienia jednostki. Nie należy też spodziewać się, iż
Sąd Najwyższy rozszerzy zakres zastosowania reguły ze sprawy Sullivan
w proponowanym przeze mnie kierunku. Jednakże spójny system traktujący wszystkich powodów i wszystkich pozwanych w ten sam sposób zdaje się w większym stopniu odpowiadać interesom wszystkich stron – prasy, opinii publicznej i osób prywatnych – niż obecnie funkcjonujący zespół skomplikowanych i niestabilnych reguł.
Sullivan należy do monumentalnych rozstrzygnięć z powodów, które
zręcznie wskazał Lewis. Decyzja Brennana wyzwoliła amerykańską prasę,
umożliwiając jej pełnienie znaczniejszej roli w ochronie demokracji niż
ma to miejsce w innych krajach świata. Rozwiązaniu temu nic nie ujmuje fakt, że jego intelektualne przesłanki domagają się obecnie rozwinięcia w obliczu rozmaitych zagrożeń wolności ze strony tych, którzy pojawili się w owej sprawie, oraz że przepisy dotyczące zniesławienia, w swoim czasie radykalne, obecnie wymagają uproszczenia. W sprawie Sullivan rozegrała się zasadnicza bitwa w obronie naszej pierwszej wolności.
Teraz mamy jednak do stoczenia nowe bitwy.
11 czerwca 1992
magazyn1-2010.indd 37
10-07-23 18:48:00
magazyn1-2010.indd 38
10-07-23 18:48:00
Zdzisław Krasnodębski
MEDIA PRZECIWKO DEMOKRACJI
I POLITYCZNEJ WOLNOŚCI
SPIS TREŚCI
1. Niepokojące pytania ........................................................................41
2. Wirtualna agora ..............................................................................42
3. Media jako zagrożenie dla demokracji .............................................44
4. Swoistości rozwoju sfery publicznej w Polsce .................................49
5. Polskie skrajności ............................................................................51
6. Nadzieja na przyszłość ....................................................................56
Niektóre fragmenty tego artykułu zostały opublikowane w formie bardziej popularnej w tygodniku „Wprost” (nr 47/2007) – Mediopulacja.
magazyn1-2010.indd 39
10-07-23 18:48:01
ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI
Socjolog i filozof społeczny, w latach od 1976 do 1991 wykładał socjologię teoretyczną i filozofię społeczną na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1995 profesor Uniwersytetu w Bremie, a od 2001 także Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.
Najważniejsze publikacje: Rozumienie ludzkiego zachowania:
rozważania o filozoficznych podstawach nauk humanistycznych i społecznych (1986), Upadek idei postępu (1991), Postmodernistyczne
rozterki kultury (1996), Demokracja peryferii (2003, 2. wydanie
2004), Drzemka rozsądnych (2006), Zmiana klimatu (2006).
magazyn1-2010.indd 40
10-07-23 18:48:01
WPROWADZENIE
N
iniejszy artykuł wychodzi od pytania, czy konieczne są bariery dla wolności mediów, bez których stają się one zagrożeniem dla wolności politycznej i równych praw obywateli. Rola mediów nie ogranicza się bowiem,
zdaniem autora, do funkcji informacyjnej i kontrolnej, gdyż stanowią one
także forum debaty publicznej. Media i dziennikarze nie są więc niezaangażowanymi przekaźnikami informacji i opinii. Nie tylko władza państwa, lecz
także władza prywatnych podmiotów, w tym szczególnie prywatnych koncernów medialnych, zagrażać może wolności. Swobodę dyskusji ogranicza także hegemonia ideologiczna w mediach i sam charakter przekazu, zwłaszcza
telewizyjnego. Na tym tle autor analizuje debatę publiczną w Polsce, zdominowaną i przekształconą przez media bardziej niż w demokracjach „zachodnich”. Stąd, jego zdaniem, zjawiska występujące powszechnie w demokracjach,
w Polsce przyjmują skrajną postać.
1. NIEPOKOJĄCE PYTANIA
W
ostatnim czasie odkryliśmy w Polsce nowe zagrożenie dla demokracji i wolności politycznej, jakie może płynąć ze strony
mediów. Pojawiły się wątpliwości, czy media służą dobrze polskiej demokracji? A nawet więcej - czy dobrze służą Polsce i naszej wolności?
I to nie dlatego, że są zbyt słabe, ale dlatego, że są zbyt mocne. Nie chodzi przy tym już tylko o manipulowanie mediami przez polityków znajdujących się przy władzy, lecz o władzę samych mediów, ich wpływy polityczne, uzależnienie od nich obywateli.
Kiedyś wydawało się nam, że wyzwolenie mediów z kontroli przez państwo i PZPR oraz zniesienie cenzury sprawi, że media niejako automatycznie zaczną pełnić swoje funkcje krzewienia i umacniania demokracji. Potem sądziliśmy, że należy tylko dbać o pluralizm mediów przez
magazyn1-2010.indd 41
10-07-23 18:48:01
42
Ius et Lex nr 1/2010
ich prywatyzację oraz o eliminację nacisków politycznych na dziennikarzy i właścicieli mediów - i że to wystarczy, by uczynić je filarem demokracji i wolności. Teraz, choć nadal usiłuje się dyskusję o mediach sprowadzić - także w samych mediach - do kwestii mediów publicznych oraz
ich „upolitycznienia” czy „upartyjnienia”, widać, że także media prywatne i ich przekaz stanowią co najmniej równie poważny problem dla polskiej demokracji. Tym poważniejszy, że ciągle jeszcze nie wyartykułowany. Pojawia się pytanie – które w rozwiniętych demokracja stawiane jest
od dawna – czy konieczne są bariery dla wolności mediów, bez których
stają się one zagrożeniem dla wolności politycznej i równych praw obywateli. Jak wyznaczyć te bariery i w jaki sposób je zbudować? Czy nie znaleźliśmy się w sytuacji, gdy potrzebna stała się ingerencja państwa, regulująca działalność mediów, ograniczająca ich wolność, aby ochronić wolność obywateli oraz wolność Polski?
2. WIRTUALNA AGORA
W
spółczesna demokracja nie jest możliwa bez wolnych mediów.
Wydają się one naturalnymi sojusznikami demokracji i wolności politycznej. Tak zazwyczaj widzą swoją rolę dziennikarze, w tym także dziennikarze w Polsce. Jak pisał znany socjolog dziennikarstwa Herbert Gans: „dziennikarstwo jako zawód postrzega siebie jako wspierające i wzmacniające rolę obywatela w demokracji”1. Rozumowanie jest
proste: im lepiej poinformowany obywatel, tym bardziej świadomie i suwerennie podejmuje decyzje, tym lepszych dokonuje wyborów, i tym samym lepsza jest demokracja. Tym bardziej, że demokracja w rozumieniu współczesnym nie jest po prostu oparta na zasadzie większości. Liczy się nie każda wola większości, lecz tylko taka wola większości, która jest poddana ciągłemu krytycznemu osądowi, a więc wola uformowana w niepoddanej cenzurze publicznej dyskusji2. A dyskusja ta toczy
się głównie dzięki mediom. Ponadto, jak wiadomo, media pełnią ważną
funkcję kontrolowania władzy. Są „psem-stróżem” (watch-dog), szczekającym ostrzegawczo, gdy nadużywana jest władza, gdy ulega ona korupcji.
W tym sensie uniemożliwiają przekształcenie się demokracji w despotyczną dyktaturę, zmuszają rządzących do przestrzegania prawa i procedur.
To dzięki mediom reprezentanci demosu pozostają pod jego kontrolą.
Rola mediów nie ogranicza się jednak tylko do funkcji informacyjnej
1 Herbert J. Gans, Democracy and the News, Oxford 2003, s. 21.
2 Zob. Stephan Holmes, Liberal constraints on private power? w: Judith Lichtenberg (red.), Democracy and the mass media, Cambridge 1990, s. 21-65, tutaj s. 31.
magazyn1-2010.indd 42
10-07-23 18:48:01
Z. Krasnodębski Media przeciwko demokracji...
43
i kontrolnej, do dostarczania obywatelom informacji i wyposażania ich
w wiedzę, by mogli oni świadomie i suwerennie zarządzać – poprzez swoich reprezentantów – swoimi sprawami oraz do kontrolowania sposobu
sprawowania władzy. Media stanowią także forum debaty publicznej, są
wirtualną agorą – miejscem, gdzie obywatele wymieniają poglądy, gdzie
ścierają się opinie, gdzie się spotykają, także poprzez ludzi reprezentujących i artykułujących ich przekonania, w dyskusjach i komentarzach.
Zgodnie z definicją jednego z najbardziej znanych filozofów współczesnych Charlesa Taylora, sfera publiczna jest po pierwsze przestrzenią pozapolityczną, a więc niezależną od państwa, po drugie sekularną,
a więc niezakładającą żadnych dogmatów i stałych ram, oraz – po trzecie – metatopiczną, czyli niezwiązaną z jakimś konkretnym miejscem3.
Taylor podkreśla, że choć sfera publiczna jest pozapolityczna, ma bezpośrednie polityczne znaczenie. I to w podwójnym znaczeniu – sprawując
funkcje kontrolne wobec władzy politycznej, ograniczając ją i poddając
krytyce jej działania oraz – w wersji bardziej republikańskiej – umożliwiając obywatelom bezpośrednie uczestnictwo polityce i samorządność.
W złożonych społeczeństwa współczesnych debatujący obywatele, którzy
kształtują wspólnie opinie, razem je formułują, nie znają się osobiście.
Debata nie byłaby więc możliwa bez pośrednictwa mediów – gazet, książek, telewizji, radia, a ostatnio także Internetu.
Kiedyś było oczywiście inaczej. W opisanej przez Hannah Arendt wyidealizowanej publicznej sferze greckiej polis komunikacja była bezpośrednia4. W dużych państwach nowoczesnych nie jest to możliwe. Największa terytorialna republika Europy – Rzeczpospolita – ewidentnie
cierpiała na brak sprawnego systemu komunikacji, co było prawdopodobnie jednym z powodów niemożność efektywnego rządzenia i tym samym jej upadku.
Gdy powstawała nowoczesna sfera opinii publicznej, mniej więcej
w siedemnastym wieku, najpierw w Anglii, potem na kontynencie europejskim, to rozwijała się ona wraz z rozwojem prasy, pierwszego nowoczesnego medium. Jak pokazywał w swym klasycznym już studium Jürgen Habermas, pomiędzy polityczną sferą państwa oraz sferą prywatną
zrodziła się wtedy sfera pośrednia – sfera publiczna, w której kształtuje
się opinia ludzi niebędących reprezentantami państwa. Sfera publiczna była zatem sferą ludzi prywatnych tworzących publiczność zainteresowaną sprawami politycznymi i zabierających głos w tych sprawach,
3 Charles Taylor, Liberale Politik und Öffentlichkeit, w: Ch. Taylor, Wieviel Gemeinschaft braucht die Demokratie? Frankfurt, 2002, s. 93-139.
4 Hannah Arendt, Kondycja ludzka, Warszawa 2000.
magazyn1-2010.indd 43
10-07-23 18:48:01
44
Ius et Lex nr 1/2010
i tym samym wpływających na politykę5. W instytucjach takich jak kawiarnie, salony czy niemieckie „Tischgesellschaften”, loże masońskie, czytelnie, ludzie wymieniali się poglądami także jako czytelnicy i komentatorzy książek i prasy.
Różnica między nowoczesną sferą publiczną w opisie Habermasa
a sferą publiczną greckiej polis w opisie Arendt jest znamienna. Według
Habermasa główną funkcją opinii publicznej jest kontrola i ograniczenie władzy państwowej. Państwo jest czymś istniejącym zrazu ponad sferą
publiczną. W niej zaś artykułowane są i bronione interesy społeczeństwa
(a to znaczyło konkretnie – burżuazji) przeciw prerogatywom państwa6.
W republikańskim ujęciu Arendt państwo–polis jest w zasadzie tożsame
ze sferą publiczną. W sferze publicznej nie spotykają się prywatne osoby
zainteresowane sprawami publicznymi i politycznymi, lecz obywatele-politycy. Ponadto, według Habermasa celem komunikacji i debat publicznych jest osiągnięcie rozumnego konsensu, podczas gdy Arendt zwraca uwagę na performatywny i retoryczny charakter językowych działań
politycznych, na ekspresywną funkcję słów i czynów. Przemówienia i argumenty polityczne służą do mobilizowania i inspirowania, skupiania
ludzi wokół pewnych celów, to znaczy wytwarzania władzy politycznej.
W sferze publicznej polis to, co polityczne, jest ostro oddzielone od tego,
co społeczne i ekonomiczne; w nowoczesnej sferze publicznej w ramach
ładu liberalnego chodzi o wywieranie wpływu na rządzących, by realizowali gospodarcze interesy istniejące w społeczeństwie.
3. MEDIA JAKO ZAGROŻENIE DLA DEMOKRACJI
mplicite przyjmowaną przez dziennikarzy, zapisaną niejako w ich zawodzie, choć rzadko wprost artykułowaną, teorię opisującą związek
dziennikarstwa z demokracją można, zdaniem Herberta Gansa, sprowadzić do czterech podstawowych tez:
1) zadaniem dziennikarzy jest informowanie obywateli, 2) obywatele są
poinformowani, jeśli regularnie sięgają do lokalnych, krajowych i międzynarodowych informacji, których dostarczają im dziennikarze, 3) im
lepiej poinformowani są obywatele, tym bardziej są skłonni uczestniczyć
w polityce, szczególnie zaś w demokratycznej debacie, którą dziennikarze uważają za coś centralnego dla partycypacji i demokracji, 4) im bardziej poinformowani obywatele się udzielają, tym bardziej demokratycz-
I
5 Jürgen Habermas, Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej, Warszawa 2007.
6 Zob. Dana Villa, Public Freedom, Princeton and Oxford 2008, s. 173-209 oraz 302-337.
magazyn1-2010.indd 44
10-07-23 18:48:01
Z. Krasnodębski Media przeciwko demokracji...
45
ny może być dany kraj, w tym wypadku Ameryka7.
Jak pokazuje Gans, żadne z tych założeń nie jest oczywiste. Nie jest na
przykład po prostu tak, że wystarczy ograniczyć się do przekazów medialnych, aby być dobrze poinformowanym, ani też, że dobrze poinformowani obywatele siłą rzeczy są bardziej aktywni, a uczestnictwo w publicznych dyskusjach nie oznacza jeszcze rzeczywistego kształtowania polityki. Nie jest nawet tak, że sama aktywność obywateli czyni jakiś kraj bardziej demokratycznym: „Dobrze poinformowani obywatele często obalali dyktatury, ale też je popierali. Ponadto demokracja zdaje się wymagać dobrze funkcjonującej gospodarki, rozsądnie egalitarnego społeczeństwa, bezpiecznego zatrudnienia i klasy średniej, a także wielu innych założeń uzupełniających te, które są wyrażone w konstytucji USA.”8
Dla nas ważna jest obserwacja, że media bynajmniej nie zawsze nawet
przyczyniają się do rozpowszechniania informacji. Już we wspomnianej
powyżej książce Habermas twierdził pesymistycznie, że burżuazyjna sfera publiczna rozpada się między innymi pod wpływem dalszego rozwoju mediów, które coraz bardziej zmieniają obywateli w konsumentów
i poddają ich ideologicznej obróbce. Potem – w późniejszych swych pracach – zmienił stanowisko na bardziej optymistyczne, być może na zbyt
optymistyczne. Jak zauważa jedna ze zwolenniczek ograniczenia wolności mediów, w celu zagwarantowania wolności wypowiedzi:
„Wiemy, że prasa, w jej najbardziej charakterystycznym współczesnym
wcieleniu – masowych mediów w masowej demokracji – działa nie tylko
po to, żeby zwiększać przepływ idei i informacji, ale by go ograniczać.
Nic nie gwarantuje, by wszystkie wartościowe informacje, idee, teorie,
wyjaśnienia, propozycje i punkty widzenia znalazły swój wyraz w forum
publicznym.”9
Dzieje się tak z różnych powodów. Jeden z najbardziej oczywistych to
ten, że przekaz medialny jest także towarem, jego sprzedaż musi przynosić zysk. Jak każdy towar medialny produkt musi się sprzedawać. Celem jest zatem sprzedanie produktu jak największej liczbie ludzi, a masowy odbiorca nie jest specjalnie zainteresowany zbyt wyrafinowanymi
treściami. Może powiedzieć, że medialne korporacje są wielkimi przedsiębiorstwami sprzedającymi informacje, co więcej – wytwarzającymi je
na masową skalę. Z surowych zdarzeń wytwarzają „njusy”, odpowiednio
obrobione, zhierarchizowane, włączone w szersze opowieści. Media wy7 H. Gans, op. cit., s. 56.
8 Tamże, s. 60.
9 Judith Lichtenberg, Foundation and Limits of the Freedom of the Press, w: Judith Lichtenberg (red.),
Democracy and the Mass Media, s. 102-135, cytat s. 102.
magazyn1-2010.indd 45
10-07-23 18:48:01
46
Ius et Lex nr 1/2010
twarzają też opinie i przekonania, gwarantują ich stałą dostawę, podaż
zaspokajającą nieustannie rosnący popyt. Media muszą z jednej strony
zaspokajać masowe gusty i potrzeby, z drugiej muszą je ciągle na nowo
pobudzać i kształtować.
Współcześnie to nie my, obywatele, wypowiadamy się wtedy, kiedy
uznamy za stosowne, na tematy, które uznajemy za ważne i w sposób,
w jaki uważamy za właściwy. Jesteśmy nieustannie zmuszani do formułowania opinii, zajmowania stanowiska, odpowiadania na pytania ankieterów i dziennikarzy. To dziennikarze decydują, jakie pytania padają, jakie
problemy, często zupełnie błahe, zostają uznane za warte międlenia, to
od redaktorów naczelnych zależy, co i kiedy się ukaże się w gazecie, w jakim kontekście i pod jakim tytułem. Jesteśmy bombardowani informacjami i komentarzami, i to media narzucają hierarchię ważności zdarzeń.
Cechą charakterystyczną medialnych koncernów jest przy tym to, że
ich towar ma bezpośrednie znaczenie polityczne. Wielkie korporacje
medialne są więc także organizacjami politycznymi w stopniu większym
niż jakiekolwiek inne koncerny, pomijając może koncerny zbrojeniowe.
Media nie są przezroczystymi przekaźnikami informacji i opinii, nie są
niezaangażowanym pośrednikiem. Koncerny medialne mają swoje interesy, które usiłują zrealizować, wpływając i na odbiorców, i na polityków.
Także poszczególni dziennikarze kierują się swoimi politycznymi sympatiami i poglądami, forsując je w swoich artykułach czy programach.
W związku z typem ich wykształcenia i zawodu są to poglądy najczęściej
centrowe lub lewicowe (liberalne w sensie amerykańskim) i one dominują w mediach.
Jak wiadomo, myśliciele współczesnego liberalizmu są zaniepokojeni
wpływem pieniędzy na przekonania i opinie obywateli. John Rawls, najważniejszy myśliciel współczesnego liberalizmu, podkreślał, że publiczna debata musi być wolna od władzy pieniędzy. Inaczej polityka zostanie zdominowana przez korporacje i kapitał, które zniekształcają, a nawet w ogóle mogą pozbawić znaczenia, publiczne dyskusje i deliberacje.
W Polsce zdaje się to niepokoić tylko konserwatystów, a nie polskich liberałów.
Pytanie o władzę pieniądza i władzę po prostu w sferze opinii publicznej staje się szczególnie ważne od czasu, gdy demokracja medialna zastąpiła demokrację parlamentarną, a więc – jak twierdzą politolodzy – od
czasu debaty Kennedy’ego z Nixonem, którą ten ostatni niespodziewanie przegrał, bo przyszedł na nią zmęczony, nieogolony i bez charakteryzacji. Jak twierdzi niemiecki filozof Norbert Bolz, już nie parlament,
lecz media są główną areną samoprezentacji polityka, to poprzez media komunikuje się on ze społeczeństwem i przedstawia swoje politycz-
magazyn1-2010.indd 46
10-07-23 18:48:01
Z. Krasnodębski Media przeciwko demokracji...
47
ne pomysły.
Jest oczywiste, że nie tylko władza państwa, lecz także władza prywatnych podmiotów, w tym szczególnie prywatnych koncernów medialnych, zagrażać może wolności. O to, żeby debata była wolna od władzy
pieniądza, nie może zadbać sama opinia publiczna ani samo społeczeństwo obywatelskie. O to powinno dbać państwo – tak jak dba, aby w gospodarce nie pojawiły się monopole. Jak słusznie zauważa inny wybitny myśliciel liberalno-lewicowy, Michael Walzer, trzeba nie tylko chronić społeczeństwo przed państwem, ale państwo przed społeczeństwem,
przed władzą, jaka powstaje w społeczeństwie cywilnym. Zwraca on też
uwagę, że liberalizm – w teorii, nie w praktyce – nigdy nie potrafił docenić znaczenia państwa – „Państwo nigdy (...) nie może być tym, czym
wydaje się politykom liberalnym, tj. li tylko ramą społeczeństwa obywatelskiego. Jest ono także narzędziem walki o określony kształt wspólnego życia.” Skądinąd w praktyce liberałowie często używali i używają państwa do tego, by przekształcać społeczeństwo – na coraz bardziej liberalne – często łamiąc wolę tego społeczeństwa, szczególnie jego bardziej
tradycjonalnie nastawionych warstw. Czasami należy także dokonywać
ingerencji w rynek medialny w imię wolności i demokracji: „Jeśli instytucje prasowe lub ich przedstawiciele mają specjalne prawa, to dlatego,
że naród (people) jako całość im je nadał, jeśli naród nadał im te prawa,
to dlatego, że przynosi to korzyść nam wszystkim. Nieprzemyślane założenie, iż korzystniejsza dla nas jest sytuacja, kiedy masowe media są pozostawione własnym regułom, podważane jest przez charakter mediów
masowych oraz ich rolę w strukturze współczesnego społeczeństwa.”10
Trzeba dodać, że debaty polityczne, zwłaszcza te w mediach, rzadko
odpowiadają modelowi racjonalnej debaty budowanemu przez filozofów współczesnego liberalizmu jak Rawls, Taylor czy Habermas. Według
nich, w sferze publicznej odbywa się swobodna wymiana poglądów, dzięki której można dojść do rozumnego porozumienia. Liczyć się powinna przede wszystkim siła argumentu. Opinia publiczna to nie dominacja powszechnie przyjętych opinii, która powstaje przez naśladowanie innych, przez powtarzanie utartych przekonań i wyświechtanych frazesów,
lecz – jak podkreśla Taylor – to wspólny wytwór, efekt wspólnego działania. Ważny jest więc przede wszystkim sposób dochodzenia do przekonania, sposób formowania się opinii, a nie sam rezultat, nie sama tylko gotowa opinia. John Rawls twierdził, że założeniem debaty publicznej jest to, że uczestniczący w niej obywatele przyjmują, że ich polityczne opinie mogą ulec rewizji w toku dyskusji, że nie są zatem raz na za10 Tamże, s. 128-129.
magazyn1-2010.indd 47
10-07-23 18:48:01
48
Ius et Lex nr 1/2010
wsze ustalonym wynikiem prywatnych lub niepolitycznych interesów.
W mediach, szczególnie w telewizji, nie ma miejsca ani czasu na takie dyskusje. Raczej narzuca ona opinie niż pomaga je formułować.
W tych wszystkich „śniadaniach”, „kropkach nad i” „skanerach” i „kawach
na ławę” serwowanych nam w polskiej telewizji wiadomo z góry, że nikt
nikogo nie przekona, że nie chodzi o argumenty, lecz o wrażenie, jakie
wywiera się na widzach, o pointę, o „wyjście z ciosem”. Dyskutujący w telewizji politycy nie usiłują przekonać siebie i nas, lecz wpłynąć na masową publiczność po drugiej stronie ekranu, która nie ma możliwości wypowiedzi. Chodzi głównie o to, by zdobyć głosy lub utrzymać poparcie
w sondażach. A głosów i poparcia najskuteczniej nie zdobywa się wyważonymi argumentami, lecz retoryką, wrażeniem, graniem na emocjach
wreszcie zwykłą manipulacją. Ważniejszy jest obraz niż treść wypowiedzi.
Telewizja prowadzi do personalizacji i emocjonalizacji polityki. Widzowie są przekonani, że znają polityka osobiście, oceniają go według rzekomo dobrze sobie znanych cech jego osobowości. Politycy zaś coraz bardziej skupiają się na sobie, komunikowaniu swoich emocji oraz publicznej prezentacji swego życia prywatnego, następuje utożsamienie osoby
z urzędem11. „Telewizja (...) wzmacnia arogancję oka”12. Liczy się głównie obraz, a nie proponowane rozwiązania.
Politycy muszą, chcąc nie chcąc, zaspokajać potrzeby mediów. Jak
twierdzi Bolz, muszą odpowiadać na pytanie nawet wtedy, gdy nie ma
na nie odpowiedzi oraz chcą odpowiadać także wtedy, gdy nie pojawiają się żadne pytania. Mamy do czynienia z coraz większym terrorem intymności, zjawiskiem opisanym kiedyś przez Richarda Senneta, oraz z tyranią opinii publicznej, przed którą ostrzegał John Stuart Mill. Zamiast
współuczestniczyć w formowaniu opinii publicznej, przejmujmy gotowe
już poglądy, przygotowane i promowane przez media.
Prawdą jest jednak także to, że media często spełniają także rolę kozła
ofiarnego i służą politykom do łatwego usprawiedliwiania swoich niepowodzeń. Często przypisują swoje porażki mediom, czasami uważają je tylko za ich wytwór, a nie rezultat własnych decyzji. Tony Blair, przez długi czas ulubieniec mediów, tak wyjaśniał w wywiadzie dla niemieckiego
tygodnika „Die Zeit”, dlaczego stracił swoją polityczną pozycję: „Z powodu Iraku straciłem prasę lewicową, z powodu Europy prasę prawicową.” I dalej dodawał: „Odczucia większości ludzi są kształtowane przez
11 Roderick P. Hart, Seducing America. How Television Charms the Modern Voter, Thousand Oaks 1999,
s. 24-32.
12 Tamże, s. 59.
magazyn1-2010.indd 48
10-07-23 18:48:01
Z. Krasnodębski Media przeciwko demokracji...
49
media, nie przez rzeczywistość”13. Inny znany polityk Gerhard Schröder
twierdził, że aby rządzić Niemcami wystarczy mieć poparcie „Bildzeitung” oraz telewizji.
Również Jarosław Kaczyński obciążał media odpowiedzialnością za
swoją porażkę, a potem za niskie notowania PiS-u jako partii opozycyjnej. Politycy i media żyją jednak w symbiozie i we wzajemnej zależności. Nie tylko politycy potrzebują mediów, ale i media polityków14. Nie
przypadkiem też pewnego typu politycy – jak na przykład ostatnio Obama – stają się ulubieńcami mediów.
Tak więc nie tylko władza pieniądza zagraża autonomii opinii publicznej, ale sam rodzaj przekazu. Swobodę dyskusji ogranicza hegemonia
ideologiczna w mediach (pod tym względem przewagę ma zazwyczaj lewica i liberałowie), a także manipulacja, pusta retoryka, argumenty ad
hominem itd. Robi się też wiele, aby w ten lub inny sposób wyeliminować
niepoprawne poglądy i niepoprawne osoby, niewygodne tematy. W tej
rzekomo pozapolitycznej sferze wolności pełno jest władzy i polityki.
Internet trochę przełamuje tę władzę tradycyjnych mediów. Pozwala
obywatelom komunikować się bardziej bezpośrednio. Pisze się nawet o
pojawieniu się nowego typu dziennikarstwa – dziennikarstwa obywatelskiego. Nie jest to jednak tylko zmiana na lepsze. Niektórzy z bloggerów piszą wprawdzie nie tylko swobodniej, ale i lepiej niż publicyści prasowi, ale niknie to w morzu głupoty i chamstwa zalewającego fora dyskusyjne i blogi. W Internecie publikowane są informacje i opinie, które
często nie zostałyby dopuszczone na łamy prasy lub do telewizji. Negatywną stroną tej nowej wolność jest to, że to często wiadomości niezweryfikowane lub w ogóle nieweryfikowalne, stąd coraz nowa koniunktura dla wszelkich teorii spiskowych.
4. SWOISTOŚCI ROZWOJU SFERY
PUBLICZNEJ W POLSCE
W
szystkie te negatywne zjawiska, o których mowa była powyżej,
pojawiły się w Polsce. A ponieważ Polska jest peryferyjnym krajem postkomunistycznym, pojawiły się ze szczególną siłą.
Warto zauważyć, że historia sfery publicznej w Polsce jest inna niż ta
opisana przez Habermasa. Powstanie sfery opinii publicznej w krajach
13 „Die Zeit”, 16 maja 2007.
14 Por. Jim Wills, The Media Effect. How the News Influences Politics and Government, Westport
and London 2007.
magazyn1-2010.indd 49
10-07-23 18:48:02
50
Ius et Lex nr 1/2010
zachodnich wiąże się z formowaniem i emancypowaniem burżuazji –
klasy dyskutującej, jak ją nazywał Carl Schmitt. W Polsce klasą dyskutującą była szlachta, będąca jednocześnie warstwą rządzącą, rzeczywiście
decydowała o losach państwa, podejmowała polityczne decyzje i działania. Monarcha w Rzeczpospolitej nie mógł twierdzić, że państwo to on.
Państwo to był i król, i senat, sejm, sejmiki i cała szlachta razem wzięta.
Szlachcic debatujący kwestie polityczne na sejmach i sejmikach nie był
prywatną osobą, lecz reprezentantem politycznego narodu, rządzącego
wspólnie Rzeczpospolitą. Sfera publiczna była polityczna, a nie tylko politycznie istotna. Nawet tak ostry krytyk wad polskiego parlamentaryzmu
jak Władysław Konopczyński podkreślał, jak bardzo polskie pojęcie państwa wyróżniało się na tle innych: „Wśród tych ciągłych jednomyślnych
zezwoleń i elekcji viritim, przyzwyczaił się Polak odczuwać bezpośrednio
swój udział duchowy w Rzeczypospolitej. Francja dla poddanego Ludwików, Hiszpania, Prusy, Rosja dla poddanych Filipów, Fryderyków, Iwanów, były (...) czymś bez porównania bardziej mechanicznym, zewnętrznym, niż Rzeczpospolita. Rzeczpospolita – to sejm, to zjazd elekcyjny, to
widome ‘wszystkie stany’: w pojęciu państwa naród wysunął się tu znacznie przed dwa inne pierwiastki – władzę i terytorium.”
Gdy w czasach Oświecenia pojawiły się w Polsce tak charakterystyczne dla sfery publicznej instytucje, jak kluby dyskusyjne czy pierwsze gazety, były z reguły zwrócone przeciw republikanom, wyrażały raczej opinie obozu reform związanego z królem, dążącego do wzmocnienia władzy centralnej. Potem – w czasie rozbiorów – polska opinia publiczna
była w ogóle jedynym miejscem, w których Rzeczpospolita trwała, poza
państwowymi instytucjami państw zaborczych.
„Za komuny” pojawiła się – paradoksalnie - klasyczna sfera opinii publicznej z jej typowymi instytucjami – kawiarniami, salonami (oczywiście na miarę realnosocjalistycznych Guermantów i Verdurinów), klubami literatów, aktorów, dziennikarzy, niejawnymi zebraniami, prasą podziemną, lożą Kopernik i KiK-iem na Kopernika. Tym razem była w istocie sferą pozapolityczną, gdyż na władzę polityczną bezwzględny monopol mieli komuniści. Komunistyczny Lewiatan, po 1956 powoli zdychający, pozostawał poza jej bezpośrednim zasięgiem. Opinia, czy Stefan
Olszowski jest dobrym czy złym kandydatem na ministra, a tkaczka Zofia Grzyb na członka Biura Politycznego, nie miała żadnego wpływu na
ich nominację. Oficjalne media miały za zadanie – obok funkcji rozrywkowej – przekaz z góry, od rządzących do obywateli, oraz odpowiednie
kształtowanie ich świadomości, aby zagwarantować stabilność systemu.
W latach siedemdziesiątych powstał tzw. „drugi obieg”. Ale celem nie
było tylko informowanie o zdarzeniach przemilczanych przez prasę ko-
magazyn1-2010.indd 50
10-07-23 18:48:02
Z. Krasnodębski Media przeciwko demokracji...
51
munistyczną, lecz zagrzewanie do walki. Podziemne publikacje były narzędziem walki politycznej, miały poczucie misji – zwalczania ewidentnego zła w imię nie mniej oczywistego dobra. Ten sam ton dominował
potem w największej polskiej gazecie „Gazecie Wyborczej”, która wyrosła z „Tygodnika Mazowsze” i zdominowała życie polityczne i ideowe
III RP, wyznaczając standardy, do której dostosowywali się inni.
W Polsce niepodległej instytucje debatującego towarzystwa początkowo zachowały swe znaczenie. Ministrem, ambasadorem lub posłem zostawało się dzięki uczestnictwu w klubie dyskusyjnym, przynależności do
kręgu znajomych lub konspiracyjnego kółka. Ale powoli – w miarę jak
się Polska modernizowała – musiały ustąpić pola innym miejscom formowania i wyrażania opinii, przede wszystkim środkom masowego przekazu. Media zdominowały i przekształciły przestrzeń publicznej debaty – w Polsce jeszcze bardziej niż w demokracjach „zachodnich”, gdyż
przestrzeń ta nie została w pełni otwarta i zagospodarowana. Wywodziły
się one albo z mediów komunistycznych, albo z dawnej prasy opozycyjnej, dziedzicząc nawyki. Wejście zagranicznych inwestorów i tabloidów
sprawiło, że uzyskano znacznie bardziej profesjonalne środki kontroli
nastrojów społecznych.
5. POLSKIE SKRAJNOŚCI
K
iedyś problemem podstawowym, jaki Polacy mają z wolnością,
wydawała się raczej „ucieczka od wolności”, a nie jej ekscesy, nie
niepohamowane z niej korzystanie, lecz odwracanie się od niej. Media
bywały oskarżane o to, że nie publikują informacji, które powinno się
publikować. O pewnych osobach nie wypadało pisać rzeczy negatywnych, o innych starano się nie pisać nic pozytywnego. Przypomnijmy sobie najbardziej znane przykłady, gdy nie pokazywano Aleksandra Kwaśniewskiego w scenach niezbyt pozytywnie o nim świadczących. Żadna
z gazet przez pół roku nie napisała też o korupcyjnej propozycji złożonej Adamowi Michnikowi przez Lwa Rywina, a dziennikarka roku 2002
Janina Paradowska wykreśliła pytanie o tę sprawę z wywiadu z premierem Leszkiem Millerem.
Oczywiście wszędzie istnieją ograniczenia w przekazywanych informacjach – o pewnych rzeczach się nie pisze, pewne poglądy nie są nagłaśniane. Prasa amerykańska niechętnie pisze o antyizraelskich protestach w Europie, prasa niemiecka o międzynarodowej krytyce niemieckiej polityki wobec Rosji lub o kłopotach rządu Tuska, itd. Także „polityczna poprawność” nie pozwala podejmować pewnych tematów.
magazyn1-2010.indd 51
10-07-23 18:48:02
52
Ius et Lex nr 1/2010
Wolność słowa nie oznacza oczywiście nieograniczonej wolności wypowiadania się – prawa do druku artykułu czy prawa pojawienia się w programie telewizyjnym. Bardzo często ogranicza się wolność słowa w imię
wolności słowa i praw jednostki, twierdząc, że pewne poglądy i słowa je
naruszają. Są przy tym kraje bardziej dbające o różnorodność i wolność
słowa, jak Stany Zjednoczone i kraje, w których przeważa troska o zgodę i obawa przed radykalizmem i dysydenckimi poglądami, jak Niemcy.
W III RP jednak chodziło o problem znacznie głębszy – niepodawania
kłopotliwych informacji dotyczących osób publicznych i sposobu sprawowania przez nich urzędu. Można więc powiedzieć, że media nie wykonywały swojej podstawowej funkcji – funkcji „psa-stróża” wobec rządów tych, z którymi sympatyzowały.
Ale problem z mediami polega często także na tym, że publikują również rzeczy, których nie należy publikować, że przedstawiają publicznie
wypowiedzi i zachowania, które powinny pozostać prywatne lub przemilczane. To jest problem trudniejszy, choć jednocześnie bardziej, powiedziałbym, luksusowy. Trudniejszy, bo trudniej jest osiągnąć zgodę co do
tego, czego nie powinno się publikować niż co do tego, co powinno się
publikować, a co nie zostało opublikowane z powodu bezpośredniej ingerencji politycznej.
Nawet w takich przypadkach, kiedy chodzi o posłankę opalającą się
topless, o urwany guzik w marynarce premiera czy torebkę plastikową,
którą niosła pani prezydentowa, o rozwodzącego się byłego premiera,
zdania są podzielone. Tym bardziej w bardziej poważnych sprawach. Niektórych oburza „dzika lustracja”, sądzą, że nie powinno się pisać o teczce Kapuścińskiego, nie powinno publikować się dokumentów z przesłuchań Jacka Kuronia, historycy nie powinni badać sprawy „Bolka”, itd.
Innych oburza publikowanie przecieków z kancelarii prezydenta. Jedni
chwalili publikację taśm Renaty Begerowej, aby oburzać się publikacją
nagrań Gudzowatego. Adam Michnik po nagraniu Lwa Rywina otrzymał
nawet od „Tygodnika Powszechnego” medal świętego Jerzego, Gudzowaty za nagranie Oleksego nie może zapewne spodziewać się podobnej
nagrody.
Oburzenie bywa także niezwykle obłudne. Na przykład znany polski
dziennikarz oburzał się na jakieś doniesienie prasy „reżimowej” w 2006
roku, by za chwilę cytować publikację, która jest ewidentnie insynuacją.
Gdy „Gazeta Wyborcza” lustrowała Herberta ludzie, którzy przyjęli to
z satysfakcją, nie skąpili słów potępienia, gdy to samo powtórzył „Wprost”.
Nie ma także w Polskich mediach żadnych reguł, także reguł przyzwoitości, które rozstrzygałaby w sposób ogólny te kwestie. W istocie to
interesy polityczne decydują o tym, co zostanie opublikowane, a co nie
magazyn1-2010.indd 52
10-07-23 18:48:02
Z. Krasnodębski Media przeciwko demokracji...
53
i w jakim czasie. Przy tym nawet gazety, które chcące uchodzić za poważne nie wzdragają się odgrywać rolę tabloidów, jeśli jest im to użyteczne.
Wszystko to jest to tym groźniejsze, że polskie media mają wyjątkową władzę. Zjawiska opisane powyżej w Polsce przyjmują skrajną postać.
Wynika to z paru czynników. Najważniejszym z nich jest słabość innych
podmiotów politycznych, przede wszystkim państwa, partii i stowarzyszeń
politycznych, a także niedostateczny rozwój instytucji, w których obywatele mogliby komunikować się bezpośrednio. Partie nie są dobrze zakorzenione w społeczeństwie. Brak innych sposobów komunikacji ze społeczeństwem niepomiernie zwiększa polityczne znaczenie mediów. Ponieważ w Polsce inne kanały komunikowania prawie nie istnieją, politycy są wręcz uzależnieni od mediów, od nieustannej w nich obecności.
Stąd ich „parcie na szkło” oraz walka o panowanie nad mediami publicznymi.
Tym większa jest też władza tych, którzy kontrolują medialny dostęp
do sfery publicznej. Jak pamiętamy, jeszcze niedawno, za czasów prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, Adam Michnik nazywany był wiceprezydentem. Jego władza jako redaktora naczelnego i publicysty największej polskiej gazety była niewątpliwie większa niż wtedy, gdy był posłem. Nie wynikała również tylko z roli, jaką odgrywał w opozycji ani
z relacji osobistych z ówczesnym prezydentem, ale z pozycji „Gazety Wyborczej“ na rynku medialnym i rynku idei oraz jej szczególnej roli. „Gazeta Wyborcza“ miała i ma ambicję kształtowania polskiej rzeczywistości politycznej, sterowania przekonaniami Polaków, a nie dostarczania
im różnorodnych informacji, aby mogli oni sami podejmować decyzję
w sposób suwerenny. Była i jest podmiotem politycznym. W Polsce nie
ma w ogóle ścisłego rozróżnienia między polityką a publicystyką, bariery między dziennikarzami i politykami, różnicy między komentarzem czy
programem informacyjnym a polityczną interwencją. Przypomnijmy, że
to redaktor katolickiego miesięcznika (który był także posłem w PRL
i działaczem politycznym) został pierwszym niekomunistycznym premierem po 1989 roku, a jeden z dziennikarzy kreowany był nawet na kandydata na prezydenta, co chyba wprowadziło go w trwający do dziś stan
chronicznego podrażnienia ambicji. Dziennikarze zostają politykami,
a politycy – sekretarze generalni partii, byli ministrowie lub nawet premierzy – komentatorami i felietonistami. Najbliżsi współpracownicy Donalda Tuska to dziennikarze, a szef kancelarii premiera Tomasz Arabski
był poprzednio wysuwany przez tę partię do Krajowej Rady Radiofonii
i Telewizji jako niezależny dziennikarz.
Ponadto polskie społeczeństwo, szczególnie jego niższe warstwy, nie
jest intelektualnie w stanie odbierać bardziej złożonych informacji. Naj-
magazyn1-2010.indd 53
10-07-23 18:48:02
54
Ius et Lex nr 1/2010
lepiej świadczą o tym dane dotyczące czytelnictwa. Obraz telewizyjny ma
w Polsce większą niż w krajach zachodnich przewagę nad słowem pisanym. Prasa wysokiej jakości („Qualitätszeitungen”, jak mówi się w Niemczech) ma potencjalnie bardzo wąską warstwę odbiorców. Nie przypadkiem koncern Springera wchodząc na polski rynek medialny najpierw
wypuścił tabloid „Fakt”, odpowiednik przeznaczonej dla niemieckich
proletów „Bild-Zeitung”, a potem „Dziennik”, który jest odpowiednikiem
kompaktowej, uproszczonej wersji „Die Welt”, dla niezupełnie wykształconych. Uznał widocznie, że dla gazety podobnej do „Die Welt”, która
i tak wyraźnie ustępuje jakością „Süddeutsche Zeitung” i „Frankfurter
Allgemeine Zeitung”, nie ma odpowiedniej liczby odbiorców. Dlatego
też proste techniki propagandowe i komunikacji publicznej oddziaływują w Polsce bardziej niż w krajach rozwiniętych.
Naiwność odbioru medialnego przekazu sprawia, że w takich krajach
jak Polska personalizacja polityki jest większa niż w Niemczech, Anglii,
Francji czy nawet USA. Politycy oceniani są głównie pod względem wizerunkowym. Na przykład, za dobrego ministra – także w oczach dziennikarzy i publicystów – uchodzi nie ten, który dobrze zarządza resortem
(aby to stwierdzić trzeba mieć odpowiednią wiedzę i informacje), lecz
ten, który dobrze wypada w mediach.
Polscy politycy stali się w znacznie większym stopniu niż w demokracjach krajów rozwiniętych postaciami medialnego przemysłu rozrywkowego. Ich role w tym spektaklu są z góry rozdzielone według interesów
koncernów medialnych i dominujących elitarnych grup. W tym spektaklu są czarne charaktery, którym się nic nie wybacza, chyba, że dokonają radykalnej politycznej konwersji, i białe, którym wolno niemal wszystko. Nie jest też specjalnie ważne, co się działo w poprzednim odcinku,
w poprzednim sezonie. Najczęściej nie pamięta się, co mówili, co robili, po której byli stronie dzisiejsi pozytywni bohaterowie, jeśli miałoby
to zaszkodzić spójności ich wizerunku. I mało liczy się to, co robią poza
ekranem, poza studiem radiowym, telewizyjnym lub szpaltami gazet. Telewizja prywatna żyje w dużej mierze dzięki tej przemianie polityki w rozrywkę, w „szkło kontaktowe”. Gdy nic się dzieje w polityce, a to znaczy,
gdy nie ma ostrego słownego sporu, z ekranów wieje nuda. Łatwo przy
tym zapomnieć, że ta rozrywka nie jest niewinną zabawą. Zabawą może
być tylko dla naiwnych widzów, którzy potem idą do wyborów tak jakby chodziło o wybór sms-ami najlepszej piosenki w konkursie Eurowizji
lub najlepszej pary w „Tańcu z gwiazdami”. Dla tych, którzy tym przemysłem rozrywki zarządzają, jest to rzecz śmiertelnie poważna. Jak każdy przemysł musi przecież przynosić dochody. A od werdyktu nas, jurorów, zależy nie tylko wysokość tych dochodów, lecz sama jego egzysten-
magazyn1-2010.indd 54
10-07-23 18:48:02
Z. Krasnodębski Media przeciwko demokracji...
55
cja. Im lepiej nas media bawią, tym mniej ich właściciele mogą obawiać
się użytku, jaki obywatele mogą uczynić ze swej wolności.
Inną charakterystyczną cechą polskich mediów jest struktura własności typowa dla zdominowanego kraju peryferyjnego. Część mediów należy do ludzi dawnego systemu lub takich, którzy dorobili się w niejasnych
okolicznościach w pierwszych latach transformacji. Jest rzeczą oczywistą,
że ludzie nie będą szczególnie przyjaźnie nastawieni do idei lustracji politycznej czy majątkowej i nie będą szczególnie zachwyceni ostrą krytyką
polskiej transformacji. Druga część należy do zagranicznych właścicieli, zwłaszcza niemieckich. To, że 80% prasy należy do właścicieli z kraju
sąsiedniego, którego interesy z natury rzeczy bywają rozbieżne z polskimi, należy ocenić jako realne zagrożenie dla polskiej demokracji i suwerenności. Fakt, że w Polsce o czymś tak zupełnie oczywistym nie można w ogóle dyskutować, świadczy że problem ograniczenia suwerenności, przynajmniej intelektualnej, postąpił już daleko. Wynika to także
z dogmatycznego neoliberalizmu, który zdominował myślenie o państwie
i gospodarce polskich elit. Tymczasem, nawet jeśli pominiemy pytanie
o narodowe interesy, które mogłyby forsować w sposób utajony zagraniczne grupy medialne, jest rzeczą oczywistą, że inwestorom zagranicznym nie zależy na podnoszeniu kultury obywatelskiej, na jakości przekazu, lecz przede wszystkim na zysku. Jak słusznie zauważa amerykański
specjalista: „Rynek może być wspaniałym środkiem do osiągania pewnych celów, ale nie wszystkich. Może być efektywną instytucją produkcji
tanich i zróżnicowanych dóbr konsumpcyjnych oraz zapewniania istotnych usług (w tym rozrywki), ale nie wytwarza on takiej debaty, która
ciągle odnawia zdolność ludzi do samookreślenia.”15
W ostatnich latach media w Polsce stały się stroną w politycznym konflikcie i nie usiłują nawet pozorować bezstronności. Same są częścią sporu, który dotyczy fundamentów polskiego państwa. Znaczna ich część
od dawna przestała aspirować do bycia tylko medium przekazującym informacje. Ich podstawową funkcją stało się nie tyle informowanie obywateli i nie kontrolowanie rządu, lecz bezpośrednia ingerencja w politykę – wspieranie sił politycznych, które zabezpieczają ich witalne interesy i zwalczanie tych, które mogłyby im zagrozić.
Niektórzy redaktorzy naczelni i dziennikarze nie kryją ambicji kreowania polityki, kierując się wzorem Adama Michnika, mimo że nie da
się go powtórzyć po 20 latach niepodległości i bez jego biograficznego kapitału symbolicznego. Jedni chcą stworzyć nową lewicę, inni lep15 Owen M. Fiss, Why the State? w: Judith Lichtenberg (red.), Democracy and the Mass Media, s. 136154, cytat, s. 144.
magazyn1-2010.indd 55
10-07-23 18:48:02
56
Ius et Lex nr 1/2010
szą prawicę. W latach 2005-2007 diagnoza zagrożenia demokracji służyła w gruncie rzeczy jej ograniczeniu, gdyż chodziło o to, by jak najszybciej anulować wynik wyborów, stworzyć nową większość, w czym wyrażał
się brak szacunku dla współobywateli i Rzeczypospolitej.
Trzeba dodać, że zagrożenie dla polskiej demokracji ze strony mediów
nie ogranicza się do wpływu mediów krajowych na politykę. Polscy politycy nie wahają się używać także mediów za granicą do wywierania presji politycznej. Bardzo krytyczne artykuły o Polsce Wiktora Osiatyńskiego, Adama Michnika publikowane były w „New York Times”, Tadeusza
Mazowieckiego w „La Republica”, Bronisława Geremka w „Die Zeit”. Wyjątkowa była kampania rozpętana po wstąpieniu Bronisława Geremka
przeciw lustracji w parlamencie europejskim. Rzecz oczywiście nie polega na tym, że osoby krytycznie nastawione w stosunku do aktualnie rządzących nie mają prawa do negatywnej opinii i że nie powinny publikować ich zagranicą. Jednak sytuację w Polsce przedstawiano nie jako spór
polityczny w ramach demokracji, nie jako polityczną debatę i polityczną walkę konserwatystów z liberałami lub neorepublikanów z demokratami, lecz jako walkę z ustrojem wolnościowym, demokracją i państwem
prawa. Celem tych publikacji nie była informacja lub prezentacja własnego stanowiska w ramach sporu Polaków, lecz polityczna mobilizacja
zagranicznej opinii publicznej przeciwko legalnie i demokratycznie wybranemu rządowi i organizowanie zewnętrznych politycznych nacisków
na ten rząd.
6. NADZIEJA NA PRZYSZŁOŚĆ
P
o wyborach 2007 roku media przestały być krytyczne wobec rządu,
a skupiły się na krytyce największej partii opozycyjnej, którą traktuje się jako zagrożenie dla dotychczasowego ładu, a tym samym interesów właścicieli mediów prywatnych oraz znacznej część prominentnych
dziennikarzy. Większość mediów prywatnych była konsekwentna w swojej nieskrywanej niechęci do PiS. Jedynie „Dziennik” dokonał w czasie
kampanii wyborczej radykalnego zwrotu ideowego. Nowy rząd udoskonalił, zastosowane najpierw przez Kazimierza Marcinkiewicza, metody budowy pozytywnego wizerunku medialnego, utrzymując wysokie poparcie
mimo ewidentnego braku politycznych sukcesów i niespełnienia obietnic wyborczych. A także zajął się walką z mediami publicznymi, dążąc
de facto do ograniczenia ich roli (m. in. przez podważanie ich podstawy finansowej - abonamentu) oraz częściowej przynajmniej prywatyzacji.
Okazało się także, że media – zwłaszcza telewizja – przyzwyczaiły się
magazyn1-2010.indd 56
10-07-23 18:48:02
Z. Krasnodębski Media przeciwko demokracji...
57
do sytuacji ostrego sporu, kiedy wystarczyło zaprosić paru polityków do
studia, aby uzyskać coś w rodzaju „Jerry Springer Show” w czasach jego
największej popularności. Zaczęto więc sztucznie indukować tego rodzaju spory. Dziennikarze starają się sprowokować rozmówców, zwłaszcza
polityków, do ostrej lub niezręcznej wypowiedzi, aby następnie zaserwować je stronie przeciwnej. Niewybredne słowa i zachowania stały się regułą. Zaniknęły natomiast cechy sporu ideowego czy politycznego. Pojawiło się zjawisko „palikotyzacji”, nazwanej tak od nazwiska skandalizującego przedsiębiorcy, który stał się czołowym politykiem PO i ulubieńcem mediów, urządzającym w nich coraz bardziej wulgarne happeningi.
W niemieckich dyskusjach o zjawiskach kryzysowych zwykło się cytować słynne zdanie Hölderlina: „Wo aber Gefahr ist, wächst das Rettende auch” – w niebezpieczeństwie rodzi się także to, co przynosi ratunek.
Dzisiaj sytuacja w polskich mediach jest tak zła, że powoli narasta świadomość, iż należy dokonać zmiany. Polacy stają się coraz bardziej świadomi, że media nie gwarantują obiektywizmu w sensie „spojrzenie znikąd”, jak mówił Thomas Nagel. Jeszcze do niedawna wydawało się im,
że takie spojrzenie „znikąd” to perspektywa europejska lub perspektywa „salonu”. Upadek „autorytetów”, który jest zjawiskiem przykrym, ale
otrzeźwiającym.
Wirtualna rzeczywistość wystarczała Polakom tak długo, jak długo nie
doskwierały im realne problemy. Nadciągający kryzys gospodarczy sprawi, że sprawy wizerunku zejdą siłą rzeczy na plan dalszy i wróci rzeczywista polityka. A wówczas powinniśmy także podjąć trud takiej prawnej regulacji struktury mediów, w tym między innymi ograniczenia roli korporacji zagranicznych, aby podobny upadek standardów, który zagraża naszej wolności politycznej, nie powtórzył się znowu. Albowiem to media
powinny służyć polskiej demokracji, a nie polska demokracja mediom.
magazyn1-2010.indd 57
10-07-23 18:48:02
magazyn1-2010.indd 58
10-07-23 18:48:02
Wojciech Sadurski
RÓWNOŚĆ SZANS I WOLNOŚĆ SŁOWA
(PRAWO DO MÓWIENIA
A PRAWO DO NIESŁUCHANIA)*
SPIS TREŚCI
1. Wstęp ..............................................................................................61
2. Równość dostępu do forum publicznego ........................................62
3. Prawo do „efektywnej wypowiedzi” i granice prawa do niesłuchania ....70
4. Przymus a wolność słowa ................................................................77
Tłumaczenie: Maciej Dybowski
*
Niniejszy artykuł opiera się w dużej mierze na części rozdziału 3 mojej książki Freedom of Speech and Its Limits (Kluwer: Dordrecht 1999)(przyp.
aut.).
magazyn1-2010.indd 59
10-07-23 18:48:02
WOJCIECH SADURSKI
Filozof prawa i konstytucjonalista, profesor nauk prawnych.
Profesor University of Sydney, Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji oraz Uniwersytetu Warszawskiego.
Ostatnio opublikował Rights Before Courts. A Study of Constitutional Courts in Postcommunist States of Central and Eastern Europe (Dordreht 2005, wyd. polskie 2008).
magazyn1-2010.indd 60
10-07-23 18:48:02
WPROWADZENIE
W
ychodząc od założeń tego nurtu liberalizmu, w którym wątki egalitarne i wolnościowe są wzajemnie powiązane, prof. Sadurski analizuje równościowe argumenty związane z wolnością słowa. W pierwszej części swego artykułu autor wyróżnia kilka sposobów rozumienia pojęcia „równości szans” w odniesieniu do publicznych wypowiedzi oraz podejmuje próbę zastosowania ich do kwestii zrównywania dostępu do publicznych forów,
w szczególności mediów. W drugiej części artykułu autor rozwija koncepcję
prawa do „efektywnych wypowiedzi”, a następnie rozważa, jakie skorelowane z tym uprawnieniem obowiązki można przypisać słuchaczom. W trzeciej
części, rozwijając granice ludzkiego „uprawnienia do niesłuchania”, prof.
Sadurski analizuje pojęcie wypowiedzi stanowiących niedopuszczalny „przymus” względem słuchaczy i przedstawia stanowisko, mogące stanowić właściwy kompromis między uprawnieniami „mówców” i „słuchaczy”. Zdaniem autora artykułu najbardziej pożądany rodzaj równości w sferze działań komunikacyjnych polega na równości możliwości mówienia oraz bycia wysłuchanym.
1. WSTĘP
W
tradycyjnym myśleniu o wolności słowa, ideał równości jest praktycznie nieobecny. Przyjmuje się, że wolność słowa należy do
zbioru ideałów tradycyjnie liberalnych, związanych z wolnością osobistą
i obywatelską – w samej rzeczy, wolność słowa jest zazwyczaj (i słusznie)
traktowana jako naczelna wolność obywatelska, będąca zarówno wielką
wartością samoistną, jak i warunkiem wielu innych swobód i wolności.
Z drugiej strony równość traktowana jest jako wartość należąca do innej kategorii ideałów prawnych i politycznych – niewątpliwie istotnych,
ale niemających wspólnego mianownika z wartościami par excellence libe-
magazyn1-2010.indd 61
10-07-23 18:48:03
62
Ius et Lex nr 1/2010
ralnymi. Jest jednak i odmienna tradycja myślenia o liberalizmie, w której wątki egalitarne i liberalne są wzajemnie powiązane, często z priorytetem przyznawanym wartościom egalitarnym, stanowiącym – jak uważa np. Ronald Dworkin – warunek właściwego rozumienia praw o charakterze wolnościowym1.
W niniejszym artykule pragnę przyjrzeć się takiej możliwości teoretycznej, na przykładzie analizy równościowych argumentów związanych
z wolnością słowa. W pierwszej części wyróżnię kilka najbardziej znaczących sposobów rozumienia pojęcia „równości szans” w odniesieniu do
publicznych wypowiedzi i zastosuję je do kwestii zrównywania dostępu
do publicznych forów, które stanowią główne miejsce debaty publicznej,
a w szczególności mediów. W drugiej, kluczowej części artykułu, rozwinę koncepcję prawa do „efektywnych wypowiedzi”, lokującego się w pół
drogi między prawem do mówienia a prawem do przekonania, a następnie rozważę, jakie skorelowane z tym uprawnieniem obowiązki można
opisać po stronie słuchaczy. Na koniec, w trzeciej części, rozwijając granice ludzkiego „uprawnienia do niesłuchania”, rozważę pojęcie wypowiedzi stanowiących niedopuszczalny „przymus” względem słuchaczy
i zaproponuję stanowisko, mogące stanowić właściwy kompromis między uprawnieniami „mówców” i „słuchaczy”. A ponieważ wszyscy jesteśmy w społeczeństwie zarówno mówcami, jak i słuchaczami, kompromis
ten dotyczy nas wszystkich i powinien uwzględniać interesy wszystkich.
2. RÓWNOŚĆ DOSTĘPU DO FORUM
PUBLICZNEGO
W
znanym artykule z 1975 roku Kenneth L. Karst stwierdzał, iż
„zasada równości, rozumianej jako równa wolność, nie jest po
prostu pobocznym argumentem na rzecz swobody wypowiedzi, lecz stanowi raczej element istoty Pierwszej Poprawki”2. Od tego czasu wymóg
uznania egalitarnego składnika zasady wolności wypowiedzi stał się ważnym (choć nigdy wiodącym) tematem podejmowanym w literaturze
przedmiotu. Liczni pisarze amerykańscy wskazywali, że swobodę wypowiedzi należy postrzegać nie wyłącznie przez pryzmat „libertariańskiej”
Pierwszej Poprawki, lecz także z uwzględnieniem „egalitarnej” Czterna1 Por. w szczególności Ronald Dworkin, Sovereign Virtue (Harvard University Press: Cambridge
Mass. 2000), zwłaszcza s. 4-7 i 180-183.
2 Kenneth L. Karst, „Equality as a Central Principle in the First Amendment”, University of Chicago
Law Review 43 (1975): 20-68, s. 21 (cyt. za New York Times v. Sullivan, 376 U.S. 254, 273 (1964)).
magazyn1-2010.indd 62
10-07-23 18:48:03
W. Sadurski Równość szans i wolność słowa...
63
stej Poprawki. Do najbardziej znanych należy postulat Catharine MacKinnon, by w ramach konstytucyjnej doktryny swobody wypowiedzi „brać
równość poważnie”, oparty na diagnozie, stwierdzającej, że w Stanach
Zjednoczonych „prawo równości i prawo swobody wypowiedzi zmierzają do kolizji”. Za pozytywny model uczona ta uznała kanadyjskie podejście do konstytucyjnej swobody wypowiedzi, ujawniające się w ograniczeniach dotyczących pornografii i wypowiedzi rasistowskich. Ograniczenia te, zdaniem MacKinnon, wprowadziły „zakaz propagandy nienawiści i (odpowiednio interpretowane) kanadyjskie prawo o pornografii
w zakres prawa regulującego równość”3.
Jednakże zachodzi różnica pomiędzy pierwszym twierdzeniem Karsta
a formułowanymi ostatnio żądaniami egalitarnego podejścia do swobody wypowiedzi. Karst był w pierwszym rzędzie zainteresowany zastosowaniem samej zasady. Odtwarzając ślady uznania w orzecznictwie Sądu Najwyższego USA zasady równości w ramach Pierwszej Poprawki, skupiał się
przede wszystkim na odrzuceniu cenzurowania przez władze treści oraz
na wyrównywaniu dostępu do środków komunikacji publicznej, zwłaszcza do mediów nadawczych. Nie interesował się natomiast tym, na ile
treść wypowiedzi może skutkować nierównością, którą zgodnie z zasadą
swobody wypowiedzi władze powinny wyeliminować w drodze kontroli
wypowiedzi. W sporej części ostatnio publikowanych prac na temat kolizji między wolnością a równością, zwłaszcza w odniesieniu do takich zagadnień jak pornografia czy rasistowskie wypowiedzi, stwierdza się natomiast, iż ograniczenia co do treści prywatnych wypowiedzi uznawane
są za skuteczne sposoby zapewnienia dostępu do publicznego dyskursu. Jak pisała jedna ze zwolenniczek tego podejścia, „przyznając równą
wolność, Pierwsza Poprawka może nawet domyślnie wymagać demontażu prywatnych struktur uprzedzeń jako koniecznego warunku realizacji
gwarancji swobody wypowiedzi”4.
By zrozumieć te żądania, należy ustalić jakiego rodzaju równość jest
ich przedmiotem oraz do czego owa równość się odnosi. Pogląd, którego będę bronił w dalszej części artykułu, głosi, iż najbardziej pożądany
rodzaj równości w sferze działań komunikacyjnych polega na równości
możliwości dostępu z własnym przekazem do pożądanego audytorium
lub, w moim ujęciu, równości możliwości mówienia oraz bycia wysłuchanym. Niestety zwykle kwestie związane z naturą równości w dziedzinie
wypowiedzi pozostają bez odpowiedzi, co skutkuje brakiem jasności po3 Catharine MacKinnon, Only Words (Cambridge, Mass.: Harvard University Press, 1993), s. 103.
4 Mary Ellen Gale, „Reimagining the First Amendment: Racist Speech and Equal Liberty”, St.
John’s Law Review 65 (1991): 119-85, s. 154.
magazyn1-2010.indd 63
10-07-23 18:48:03
64
Ius et Lex nr 1/2010
jęciowej. Tak na przykład, MacKinnon opisuje swój ideał jako „równy
dostęp do wypowiedzi”5, jak gdyby wypowiedź była dobrem, do którego
dostęp stanowi przedmiot reguł sprawiedliwości rozdzielczej, innym zaś
razem pisze o „równej wypowiedzi” (equal speech)6, jak gdyby przymiot
równości miał należeć do samej wypowiedzi. Zarazem ubolewa ona nad
„zasadniczym brakiem uznania, że niektórym przysługuje znacznie więcej
wypowiedzi niż innym”7. Tymczasem, rozumiany dosłownie, ideał „równej wypowiedzi” jest niezrozumiały, o ile nie przyjmie się radykalnie relatywistycznego stanowiska, w ramach którego jakiekolwiek sądy rozróżniające co do wartości różnych aktów mowy nie mogą być uzasadnione.
Innym razem definiuje ona jednak swój egalitarny ideał jako równość
możliwości8.
Z pewnością pojęcie „równości możliwości” w odniesieniu do wypowiedzi oznaczać musi coś znacznie skromniejszego niż równe prawdopodobieństwo, iż wszelkie idee czy punkty widzenia zostaną wyrażone lub
usłyszane: nie może to oznaczać, że każda pojedyncza idea, jaką da się
pomyśleć, uzyska równą możliwość sformułowania i wyrażenia, a jedynie, iż nie wystąpią pewne typy ograniczeń co do ich formułowania i wyrażania.
Jeśli przyjąć takie ograniczone pojęcie równej możliwości, pojawia
się trudność związana z wytyczeniem granicy pomiędzy takimi ograniczeniami równości możliwości, które są istotne (i które władza ma obowiązek łagodzić lub usuwać) a tymi, które nie są, nawet jeśli faktycznie
sprawiają, iż z pewnym typem przekazu wiąże się mniejsze prawdopodobieństwo jego sformułowania i wyrażenia. Granica, zdaniem wielu zwolenników teorii swobody wypowiedzi opartej na równości, nie przebiega między ograniczeniami dostępu a ograniczeniami treści; wyjaśniają
oni, że samo występowanie pewnych treści w dyskursie publicznym negatywnie wpływa na równą możliwość zwolenników treści przeciwnych.
Gale, na przykład, zachęca nas, byśmy „wyzwolili nasze pojęcie swobodnej wypowiedzi, by umożliwić regulację opartą na treści, mającą na celu zapewnienie, by wszyscy mówcy posiadali nie tyle równe zasoby wypowiedzi, ile raczej równe możliwości rozwijania ich”9. Wynika z tego jasno, iż
samo występowanie pewnych treści szkodzi równej możliwości w zakresie „zasobów wypowiedzi”. W takim razie przedmiot owej „możliwości”
5 MacKinnon, dz. cyt. s. 72.
6 Tamże.
7 Tamże. Pominięto przypisy. Podkreślenie moje.
8 Tamże s. 99.
9 Gale, dz. cyt. s. 158, podkreślenie moje.
magazyn1-2010.indd 64
10-07-23 18:48:03
W. Sadurski Równość szans i wolność słowa...
65
obejmować musi przynajmniej pewne warunki, przy spełnieniu których
wszelkie przekazy uzyskają równy dostęp, po pierwsze, do sformułowania,
a następnie do publicznego wyrażenia i bycia usłyszanymi przez innych.
Mówię o „pewnych warunkach”, lecz nie o wszystkich, ponieważ jak właśnie wskazano, wyrównanie wszelkich warunków wpływających na prawdopodobieństwo sformułowania wszelkich przekazów jest oczywistym absurdem. Jak więc co do zasady przeprowadzić granicę między owymi typami warunków? Lub, innymi słowy, jeśli próbujemy zastosować pojęcie
„równej możliwości” do swobody wypowiedzi, to równość możliwości czego właściwie mamy na myśli?
Najodpowiedniejszą interpretację „równej możliwości” w sferze wypowiedzi publicznych uzyskamy zrównując ją z „równą możliwością mówienia oraz bycia słyszanym” lub krócej, z „równą możliwością bycia słyszanym”. Nie jest to zaskakująca formuła, zaś twierdzenie, iż „władza musi
zapewnić wszystkim punktom widzenia równą możliwość wysłuchania”
znaleźć można nie tylko w piśmiennictwie akademickim, lecz również
w amerykańskiej doktrynie sądowej10. Natychmiast przychodzi na myśl,
że chodzi tu nie tyle o równą możliwość przekonania czyjegoś audytorium, ile raczej po prostu o przekazanie czegoś słuchaczom. To jest coś
więcej niż możliwość mówienia i mniej niż możliwość przekonania; jest to
raczej możliwość przekazania czyjegoś przesłania audytorium, do którego mówca pragnie dotrzeć.
Możliwość taka zdaje się być zgodna z językiem „możliwości”, ponieważ między samą możliwością a pożądanym dobrem (tj. faktycznym dotarciem przekazu do słuchaczy) znajduje się przede wszystkim wola i wysiłki mówcy. Ponadto, możliwość taka koresponduje z atrakcyjnym i łatwo rozpoznawalnym ideałem. Gdy myślę o stojących przede mną możliwościach w odniesieniu do publicznej wypowiedzi, mogę bez trudu wyobrazić sobie następujący ideał: mówienie do innych ludzi ze świadomością, że mnie słuchają, biorą mnie na poważnie (jeśli zamierzam być poważny), nie odwracają się ode mnie, wiedząc, kim jestem oraz budują
swój stosunek do mnie na podstawie swego przekonania o tym, co powiedziałem, nie zaś na podstawie uprzednich założeń sformułowanych przez
moich przeciwników, etc. Ten rodzaj możliwości jest zarazem ważny i pożądany. Nie zależy mi wyłącznie na równej możliwości publicznych wystąpień, gdyż może okazać się, że skończę jak mówcy w Hyde Parku, gdzie
treść wystąpień nie jest tak istotna. To skuteczność uprawnienia czyni je
moralnie atrakcyjnym (co nie znaczy, by samo uprawnienie, nawet nieskuteczne, nie było rzeczą pożądaną w porównaniu z sytuacją, gdy nie
10 Police Department of Chicago v. Mosley, 408 U.S. 92, 96 (1972).
magazyn1-2010.indd 65
10-07-23 18:48:03
66
Ius et Lex nr 1/2010
uznaje się i nie szanuje takiego uprawnienia), zaś w przypadku uprawnień komunikacyjnych skuteczność taka zależy od dotarcia do słuchaczy. Jak ujął to w zdaniu odrębnym (w wyroku utrzymującym moc zarządzenia, zakazującego hałasu) sędzia Sądu Najwyższego Kalifornii: „Bez
wzmocnienia umożliwiającego innym usłyszenie, wolność używania głosu ludzkiego na autostradach i głównych drogach jest wolnością pozbawioną wartości”11. Następnie ten sam sąd w decyzji podjętej w pełnym
składzie sędziowskim, sformułował godny uwagi, a w amerykańskim sądownictwie wielce niezwykły pogląd:
Stanowisko głoszące, że prawo swobody wypowiedzi obejmuje wyłącznie prawo do wolności od cenzury treści, nie zaś ochronę użytych środków, jeśli wyciągnąć z niego logiczne wnioski, doprowadziłoby do całkowitej eliminacji tego prawa. Prawo do głośnego
wypowiadania własnych poglądów, ograniczone zakazem umożliwiającym komukolwiek ich usłyszenie, jest prawem pustym. Ze swobodą wypowiedzi łączy się komunikacja; prawo to dotyczy skutecznej komunikacji12.
Z drugiej strony nie można rozsądnie domagać się równej możliwości
w odniesieniu do „skuteczności” komunikacji, rozumianej jako rzeczywiste zjednywanie innych ludzi naszym poglądom, ponieważ, jak wskazano,
zbyt wiele czynników kształtujących poglądy nie poddaje się zrównywaniu. Możemy jednak z powodzeniem żądać równej możliwości w zakresie docierania z naszymi poglądami do gremiów, które są dla nas istotne.
Ideał ten przekłada się na równy dostęp do mediów, drukarni i forów publicznych, na „doktrynę uczciwości” (fairness doctrine, wymagającą
w miarę równomiernego prezentowania rozbieżnych stanowisk w mediach, o której piszę poniżej), na prawo do repliki, etc. Właśnie prawo
do repliki można uznać za przykład pozytywnego obowiązku rozszerzania możliwości ekspresji. W 1974 roku amerykański Sąd Najwyższy uchylił moc obowiązującą ustawy przyznającej jednostce zaatakowanej przez
gazetę prawo do odpowiedzi opublikowanej w tejże gazecie. Kwestionowaną ustawę scharakteryzowano jako „przymus, jaki rząd wywiera na
gazecie, by drukowała coś, co w innym wypadku nie znalazłoby się na
11 Haggerty v. Associated Farmers of California, Inc., 44 Cal. 2d 60, 72, 279 P.2d 734, 742 (1955) (Carter, J., zdanie odrębne).
12 Wollam v. City of Palm Springs, 59 Cal. 2d 276, 284, 379 P.2d 481, 486 (1963), podkreślenie moje.
magazyn1-2010.indd 66
10-07-23 18:48:03
W. Sadurski Równość szans i wolność słowa...
67
jej łamach”13. Ściśle rzecz biorąc jest to prawda, jednakże taka charakterystyka lekceważy zasadniczy fakt, iż, biorąc pod uwagę pozycję dominującą gazety na danym rynku, decyzja o nie drukowaniu repliki może
faktycznie sprowadzać się do odmowy dostępu dla danego poglądu. Pogląd sformułowany abstrakcyjnie i ogólnie, jak miało to miejsce w sprawie Tornillo, iż prawo takie „nakazuje redakcji lub wydawcom opublikowanie tego, czego ‘rozum’ zakazuje im ogłaszać”14, rzeczywiście wydaje
się szkodliwy z punktu widzenia wolności słowa. Jeśli jednak zestawić
go ze szczególną sytuacją osoby krytykowanej w gazecie, której następnie odmówiono możliwości repliki, kwestionowany „przymus” okazuje
się mniej straszny, a odmowa publikacji jawi się jako jawnie niesprawiedliwa. Przy tym towarzysząca uwaga, iż „egzekwowane przez rząd prawo
dostępu w nieunikniony sposób osłabia żywotność i ogranicza różnorodność debaty publicznej”15 w tym kontekście brzmi niemal dziwacznie, gdyż to właśnie odmowa opublikowania stanowiska przeciwnego
w danym sporze ogranicza rozmaitość punktów widzenia.
Nawet jeśli uwagę tę oparto na przypuszczeniu, że nałożenie obowiązku publikacji odpowiedzi zniechęcałoby wydawców i redaktorów do drukowania kontrowersyjnych materiałów (ponieważ „mogliby przyjąć, że
najbezpieczniej jest unikać kontrowersji”)16, nie jest to niczym więcej
niż przypuszczeniem. Równie dobrze można by spekulować, że repliki
(a także inne materiały polemiczne w stosunku do wcześniejszych) są
atrakcyjne dla wielu czytelników oraz mogą polepszyć sprzedaż gazety.
Amerykańskie stanowisko co do prawa do repliki kontrastuje z uregulowaniami przyjmowanymi we wszystkich niemal państwach europejskich.
W Niemczech, na przykład, gazeta lub inny periodyk ma obowiązek
w pewnych warunkach opublikować replikę jakiejkolwiek osoby, której
dotyczyło stwierdzenie odnoszące się do faktów, opublikowane w danym
piśmie. W niektórych krajach, choćby we Francji, prawo do repliki dotyczy zarówno krytycznych opinii, jak i twierdzeń o faktach. W większości
państw uznających prawo do repliki umożliwia się stronie pokrzywdzonej
dostęp do środków sądowych w sytuacji, gdy pismo odmawia publikacji.
Prawo do repliki nie jest oczywiście substytutem ogólnego prawa dostępu do prasy, lecz może służyć jako użyteczne narzędzie wyrównywania możliwości wypowiedzi. Podobną funkcję pełnić może odpowiednik
martwej już w Stanach Zjednoczonych „doktryny uczciwości”. Nakładała
13 Miami Herald Pub. Co. v. Tornillo, 418 U.S. 241, 256 (1974).
14 Tamże, cytat z Associated Press v. United States, 326 U.S. 1, 20 n. 18 (1945).
15 Tamże, 257, przywołując New York Times Co. v. Sullivan, 376 U.S. 254, 279 (1964).
16 Tamże, 257.
magazyn1-2010.indd 67
10-07-23 18:48:03
68
Ius et Lex nr 1/2010
ona na posiadacza licencji nadawczej obowiązek zapewnienia zrównoważonego przedstawiania kontrowersyjnych idei mających znaczenie publiczne. Wymagała też, by nadawcy przeznaczali odpowiednią ilość czasu
na prezentację zagadnień publicznych, tym samym negując argument, iż
wymóg „zrównoważonej prezentacji” zniechęciłby nadawców do emitowania programów kontrowersyjnych. Doktryna ta zmierzała do stworzenia sytuacji, w której żaden pojedynczy punkt widzenia nie dominowałby w najbardziej wpływowych mediach nadawczych, tym samym wzmacniając (nawet jeśli niewystarczająco) możliwości prezentowania stanowisk tradycyjnie nie dość reprezentowanych. Podtrzymując tę doktrynę
Sąd Najwyższy stwierdzał, że „jest to nadrzędnym prawem widzów i słuchaczy, nie zaś prawem nadawców (…) Opinia publiczna ma prawo zasadnicze do odpowiedniego dostępu do społecznych, politycznych, estetycznych, moralnych i innych idei oraz doświadczeń”17.
Oprócz środków wyrównywania możliwości wypowiedzi odnoszących
się do treści, system prawny może rozwijać rozmaite narzędzia strukturalne, których celem jest zapobieganie istnieniu monopoli komunikacyjnych, a tym samym wzmacnianie możliwości dla tych, których dostęp
do prywatnych mediów jest mniejszy. Problem z narzędziami strukturalnymi zmierzającymi do dywersyfikacji i pluralizmu źródeł informacji
i komunikacji polega na tym, że broni się ich zwykle przez odwołanie się
do interesu odbiorców, związanego z różnorodnością, nie zaś na podstawie dostępu mówców do środków komunikacji. Na przykład, gdy w 1994
roku Sąd Najwyższy USA podkreślał cel, jakim jest różnorodność nadawcza, stwierdzał: „Zapewnienie opinii publicznej dostępu do wielości źródeł informacji jest dla państwa celem najwyższej rangi, jako że promuje wartości zasadnicze z punktu widzenia Pierwszej Poprawki”18. Jednakże wyodrębnianie różnorodności jako interesu odbiorców w związku
z wielością komunikacji oraz różnorodności jako kwestii dostępu różnych
twórców przekazu do mediów jest nieco sztuczne, a obydwa te zagadnienia są ściśle powiązane. Współzależność między tymi dwoma aspektami różnorodności została uznana przez Sąd Najwyższy w wyroku popierającym sformułowaną przez Federalną Komisję Komunikacji (Federal Communications Commission - FCC) „teorię głoszącą, iż masowa własność mediów służy interesowi publicznemu poprzez promowanie zróżnicowania programów i punktów widzenia oraz poprzez zapobieganie
nadmiernej koncentracji władzy ekonomicznej”19. Oczywisty związek
17 Red Lion Broadcasting Co. v. F.C.C., 395 U.S. 367, 390 (1969).
18 Turner Broadcasting System, Inc. v. F.C.C., 512 U.S. 622, 662 (1994).
19 F.C.C. v. National Citizens Committee for Broadcasting, 436 U.S. 775, 780 (1978).
magazyn1-2010.indd 68
10-07-23 18:48:03
W. Sadurski Równość szans i wolność słowa...
69
ustalony przez FCC oraz przez Sąd zachodzi między „zróżnicowaniem
własności” i „zróżnicowaniem punktów widzenia”: „Komisja działała racjonalnie stwierdzając, że zróżnicowanie własności wzmocni możliwość
osiągnięcia większej różnorodności punktów widzenia”20. Działanie Komisji dotyczyło własności różnych typów mediów, a Sąd z aprobatą odniósł się do decyzji FCC, stwierdzającej, iż „nierealistyczne jest oczekiwanie prawdziwego zróżnicowania między stacją a gazetą mającymi wspólnego właściciela. Nie można spodziewać się, by zróżnicowanie punktów
widzenia było takie samo jak w przypadku [mediów – przyp. tłum.] zarządzanych odrębnie”21.
Ograniczenia koncentracji mediów, a zwłaszcza różnych typów mediów, należą do dobrze znanych metod w większości europejskich systemów prawnych. Sądy włoskie, francuskie i niemieckie nie tylko uznawały przepisy antymonopolowe dotyczące nadawców komercyjnych za
zgodne z konstytucyjnymi gwarancjami swobody wypowiedzi, lecz wręcz
za wymagane przez pluralizm opinii. Najbardziej znana jest chyba decyzja francuskiej Conseil constitutionnel w sprawie ustawy nadawczej z 1986
roku22. Postanowiono w niej, że zasada pluralizmu źródeł informacji ma
status konstytucyjny i powinna być brana pod uwagę przy tworzeniu reguł zapobiegających koncentracji. Dlatego też ustawa o mediach z 30
września 1986 roku zawiera liczne gwarancje zapobiegające koncentracji oraz własności mediów różnych typów przez jeden podmiot.
Wraz z rozwojem satelitarnych i kablowych metod transmisji programów kwestia wyrównywania możliwości komunikacyjnych stała się tym
bardziej paląca, ponieważ dostęp do środków komunikacji może być
ograniczony ze względu na monopol przekaźników, wynikający z olbrzymich kosztów początkowych lub z technicznych właściwości danego medium. Do sposobów poszerzania dostępu, a co za tym idzie, wzmacniania
możliwości komunikacyjnych, są tzw. regulacje typu „must carry”, nakładające na systemy kablowe w Stanach Zjednoczonych obowiązek przekazywania programów niektórych lokalnych stacji komercyjnych i niekomercyjnych. Sąd Najwyższy utrzymał konstytucyjność tych przepisów,
uznając m.in., że promują one szerokie rozpowszechnianie informacji
z wielu źródeł23. W nowszej decyzji Sąd utrzymał poparcie dla przepisów
typu „must carry”, wskazując wyraźnie na „szczególnej doniosłości cel rządu polegający na zapewnieniu publicznego dostępu do wielości źródeł
20 Tamże, 796.
21 Tamże, 797.
22 Patrz Eric Barendt, Broadcasting Law (Oxford: Clarendon Press, 1993), s. 127.
23 512 U.S. 663.
magazyn1-2010.indd 69
10-07-23 18:48:03
70
Ius et Lex nr 1/2010
informacji”24. Także i te sformułowania przywodzą na myśl akcentowanie różnorodności programów w interesie odbiorców, nie zaś zrównywanie możliwości wypowiedzi dla twórców programów. Jednakże w tym
samym kontekście Sąd uznał, iż „przepisy typu ‘must-carry’ zapewniają
wielu lokalnym nadawcom utrzymanie przekazu kablowego, przy równoczesnym dostępie odbiorców oraz przychodach od reklamodawców,
zapewniających utrzymanie wielu stacji”25. Zachodzi zatem bezpośredni
związek między celem, jakim jest ochrona dostępu odbiorców do wielości źródeł oraz celem ochrony dostępu mówców do środków komunikacji.
3. PRAWO DO „EFEKTYWNEJ WYPOWIEDZI”
I GRANICE PRAWA DO NIESŁUCHANIA
W
ydaje się, że język „równości możliwości” dobrze nadaje się do
opisu omawianych dotąd wymogów polityki oraz celów, jakim
służą. Dzieje się tak, ponieważ (1) wiele osób dąży do dobra, jakim jest
bycie słyszanym przez daną grupę odbiorców oraz (2) w sposób uprawniony i sensowny możemy ograniczać wpływ tych czynników, na które
mówca nie ma wpływu, a które oddziałują na jego dostęp do środków
efektywnej wypowiedzi. Nawet w prawie amerykańskim, generalnie niezbyt skłonnym do przekładania swobody wypowiedzi na prawa dostępu
do efektywnej wypowiedzi, znaleźć można – poza kontekstem prawa medialnego – ślady przekonania, że sensowne prawa związane z wypowiedzią muszą obejmować możliwość faktycznego dotarcia do swego audytorium. Na przykład, w 1994 Sąd Najwyższy badał konstytucyjność postanowienia wydanego przez sąd na Florydzie w stosunku do protestujących przeciwników aborcji. Postanowienie nakładało na nich szereg
ograniczeń, w tym wymóg, by protestujący powstrzymali się od fizycznego zbliżania się, w ramach określonego obszaru, do osób korzystających
z usług kliniki26. Celem było uniemożliwienie prowadzenia tzw. sidewalk
counselling, co jak można podejrzewać, polega na raczej nieprzyjemnym
nękaniu pacjentów i personelu kliniki ze strony protestujących działaczy „pro-life”. Sąd uznał ten wymóg za niedopuszczalny, gdyż trudno „uzasadnić zakaz wszelkich kontaktów z osobami korzystającymi z usług kliniki, bez uwzględnienia jego pokojowego charakteru, nie ograniczając
24 Turner Broadcasting System Inc. v. F.C.C., 1997 U.S. LEXIS 2078, *19.
25 Tamże, *59.
26 Madsen v. Women’s Health Center, Inc., 512 U.S. 753, 129 L. Ed. 2d 593 (1994).
magazyn1-2010.indd 70
10-07-23 18:48:03
W. Sadurski Równość szans i wolność słowa...
71
zarazem korzystania ze [swobody – przyp. tłum.] wypowiedzi w stopniu
wyższym niż wymaga tego zapobieganie zastraszeniu oraz zapewnienie
dostępu do kliniki”27. Generalny zamysł odrzucenia zakazu niepożądanych kontaktów opiera się na założeniu, że człowiekowi przysługuje coś
więcej niż samo prawo do mówienia; powinno się mieć możliwość bycia wysłuchanym.
Krytyk mógłby jednak zauważyć, iż zachodzi duża różnica między
twierdzeniem, że dobrze byłoby, gdyby ludzie mieli możliwość bycia słyszanym przez odbiorców a przyznaniem im prawa do bycia słyszanym.
Problem polega oczywiście na tym, że jeśli zakreślić kontury tego prawa
poza samo prawo do mówienia i rozszerzyć je na prawo do „efektywnego” mówienia (lub do bycia słyszanym), ingerujemy w prawo potencjalnych słuchaczy do niesłuchania oraz do bycia pozostawionymi w spokoju. Zgłaszając zdanie odrębne do decyzji kanadyjskiego Sądu Najwyższego w sprawie swobody wypowiedzi, jeden z sędziów zauważał: „swoboda
wypowiedzi gwarantuje prawo rozpowszechniania swych poglądów; nie
gwarantuje prawa do tego, by nas słuchano lub by nam wierzono”28. Zdaniem teoretyków Pierwszej Poprawki, prawo do niesłuchania jest równie ważne oraz oparte na tych samych podstawach, co prawo do mówienia. Charles Black, na przykład, podnosił, iż „roszczenie do wolności od
niepożądanych wypowiedzi opiera się na podobnych, jeśli nie identycznych, wymogach polityki i przekonaniach o ludzkiej godności klasycznie wskazywanych dla poparcia swobody wypowiedzi”29. Inny wpływowy
uczony, Thomas Emerson, uważał je za „kardynalną zasadę systemu swobody wypowiedzi, głoszącą, że nikogo nie można zmuszać do słuchania
wbrew jego woli”30.
Zasada ta wydaje się mocna i przekonująca, choć twierdzenie, że opiera się na tych samych wartościach co swoboda wypowiedzi, jest dyskusyjne, o ile nie wykaże się, w jaki sposób wolność od niepożądanych wypowiedzi promuje te wartości, które promować ma wolność wypowiedzi.
Najbardziej oczywista w tej roli wydaje się kandydatura osobistej autonomii, choć wątpię, by mogła zająć ważne miejsce w uzasadnieniu swobody wypowiedzi. Trudniej jednak wykazać, że wolność od niepożądanych
wypowiedzi pozostaje w bezpośrednim instrumentalnym związku z osobistym spełnieniem, samorządnością demokratyczną czy promowaniem
cnoty tolerancji – a więc rozmaitych ideałów powoływanych na rzecz da27 129 L. Ed. 613.
28 R. v. Keegstra, [1991] 2 W.W.R. 1, 107 (McLachlin, J., zdanie odrębne).
29 Charles Black, “He Cannot Choose but Hear: The Plight of the Captive Auditor”, Columbia Law
Review 53 (1953): 960-74, s. 967.
30 Thomas Emerson, The System of Freedom of Expression (New York: Random House, 1970), s. 710.
magazyn1-2010.indd 71
10-07-23 18:48:03
72
Ius et Lex nr 1/2010
leko idącej wolności słowa. Nie znaczy to, by wolność nie słuchania była
trywialna, a raczej, że jej podstawy są inne niż w przypadku wolności słowa, a co za tym idzie hierarchizacja tych wolności nie musi być w razie
konfliktu niemożliwa.
W każdym razie, postulując prawo do efektywnego mówienia, podejmujemy ryzyko naruszenia zasady, iż nikogo nie można zmusić do słuchania wbrew woli. By zasadę tę zilustrować, odwołajmy się do znanego
obrazu męczącego gaduły, podtrzymującego rozmowę nawet gdy jasno
daliśmy do zrozumienia, że chcemy, by zostawiono nas w spokoju. Katalog takich wizji można mnożyć. Sędzia Black zarysował kiedyś przerażający obraz sytuacji, w której „kościoły byłyby zmuszone do przyjmowania w swych murach intruzów, przychodzących wyłącznie, by drwić i szydzić”, a „domy, święte ustronia, w których rodziny skrywają prywatność
i życie codzienne, musiałyby otworzyć na oścież drzwi dla wszystkich,
którzy chcieliby przekonać mieszkańców do nowych poglądów, nowej
moralności, nowego sposobu życia”31. Jak pogodzić ideę prawa do bycia
słyszanym z intuicyjnie przekonującym prawem słuchaczy do sprawowania pełnej kontroli nad tym, co słyszą oraz kogo pragną słuchać? Z pewnością sensowne jest mówienie o kwalifikowanym obowiązku moralnym
słuchania tych przekazów, które nas dotyczą lub odnoszą się do spraw,
w których wypowiadamy się publicznie, zaniedbywanie zaś tego obowiązku moralnego może ściągnąć na nas krytykę ze strony innych. Nie jest
on jednak uszczegółowieniem samoistnego obowiązku słuchania, gdyż
wywodzi się on z bardziej ogólnego moralnego obowiązku kompetentnego wypowiadania się w sprawach interesu publicznego, a zwracanie
uwagi na poglądy innych stanowi składnik owej „kompetencji”.
Należy uświadomić sobie, że domniemane prawo do bycia słyszanym,
o którym tu mowa, jest prawem ogólnym. Jest to prawo do bycia słyszanym w publicznym dyskursie społecznym, a nie w jakimś szczególnym,
odosobnionym kontekście, jak choćby prawo pacjenta do uwzględnienia przez lekarza jego opinii na temat terapii, czy prawo rodziców do
wysłuchania ich głosu w kwestii treści edukacyjnych przekazywanych ich
dzieciom, czy prawo studenta do wyrażenia stanowiska wobec opiekuna
naukowego w ramach prowadzonych badań. Te szczegółowe prawa do
bycia wysłuchanym uzasadnione są określonymi celami w ramach pewnych instytucjonalnych (oraz innych) kontekstów lub przez określone
obowiązki zawodowe i nie mają związku z ogólnym dobrem mówienia
i bycia słyszanym w dyskursie publicznym. Odpowiednio wskazać można
specyficzne, konkretne okoliczności, w których osobie przysługuje pra31 Gregory v. Chicago, 394 U.S. 111, 125 (1969).
magazyn1-2010.indd 72
10-07-23 18:48:03
W. Sadurski Równość szans i wolność słowa...
73
wo, by do niej nie mówiono, niewywodzące się wszak z domniemanego
ogólnego prawa do niesłuchania, lecz raczej z pewnych jednostkowych
interesów, które w danym kontekście należy respektować, jeśli mówi się
do kogoś wbrew jego woli (na przykład dlatego, że chce spać, czytać
w bibliotece czy pogrążyć się w medytacji transcendentalnej, etc). W tym
miejscu interesuje nas, czy istnieje ogólne prawo do niesłuchania niweczące tę część ogólnego prawa do mówienia, która obejmuje faktyczne
wysłuchanie przez jakieś grono odbiorców.
Co się tyczy owego ogólnego prawa do „skutecznego mówienia”, można by zapewne oczekiwać, że do jego odtworzenia i obrony przydatne
będą dobrze znane zasady, zgodnie z którymi mamy prawo (i roszczenie do opieki państwa) zwracać się do niechętnego czy wrogiego audytorium, któremu nie wolno ingerować w prawo do mówienia32. Za typowe sformułowanie tej doktryny uznać można stanowisko sformułowane
przez indyjski Sąd Najwyższy: „swoboda wypowiedzi, która jest uprawniona i podlega konstytucyjnej ochronie, nie może być zakładnikiem nietolerancyjnej grupy ludzi”33. Podobne twierdzenie sformułował amerykański Sąd Najwyższy: „Uznaliśmy co do zasady, że w debacie publicznej nasi
obywatele muszą tolerować wypowiedzi obraźliwe, a nawet oburzające,
by zapewnić przestrzeń wytchnienia (breathing space) wolnościom chronionym przez Pierwszą Poprawkę”34. Ostatnie zdanie pochodzi z decyzji
pozbawiającej mocy obowiązującej ustawę zakazującą wystawiania znaków, publicznie zniesławiających obce rządy, w określonej odległości od
zagranicznych ambasad. Uważniejsza lektura pokazuje jednak, że doktryna „wrogiego audytorium” nie wynika rzeczywiście z uznania prawa
do efektywnego mówienia lub bycia słuchanym. Opiera się raczej na roztropnym rozumowaniu zakładającym, że gdy niechęć audytorium wobec
mówcy prowadzi do zawetowania wypowiedzi, nie utrzyma się prawo do
mówienia w celu przekonania czyjegoś audytorium, ponieważ konieczna „przestrzeń wytchnienia”, o której mówił Sąd w sprawie Boos, ulegnie
wyjałowieniu. Rzecz nie w tym, że krzykacze uczynią wypowiedź nieskuteczną, lecz, że mogą w ogóle uniemożliwić mówienie: swoboda wypowiedzi (a nie możliwość bycia słyszanym) stanie się „zakładnikiem”. Argument z „przestrzeni wytchnienia” opiera się na rachunku prawdopodobieństwa ciężaru dwóch możliwych rodzajów szkód: szkody polegającej na narzucaniu wypowiedzi słuchaczom, którzy sobie tego nie ży32 Patrz David G. Barnum, “Freedom of Assembly and the Hostile Audience in Anglo-American
Law”, American Journal of Comparative Law 29 (1981), s. 59-96.
33 The Secretary, Ministry of Information v. Cricket Association of Bengal, JT 1995 (2) S.C., 110, 132.
34 Boos v. Barry, 485 U.S. 312, 322 (1988).
magazyn1-2010.indd 73
10-07-23 18:48:03
74
Ius et Lex nr 1/2010
czą (a tym samym na naruszaniu ich wpływu na to, czego chcą słuchać)
oraz szkody polegającej na powstrzymywaniu mówcy od mówienia (równoznacznym z naruszeniem jego prawa do mówienia). Zasada wypływająca z argumentu „wrogiego audytorium” opiera się na założeniu, że
w typowej sytuacji w razie konfliktu szkoda drugiego typu jest poważniejsza.
Może więc jednak nie da się ustanowić silnego prawa do „bycia słuchanym” gdyż, aby było ono skuteczne, musiałoby nakładać na członków audytorium oczywiście nieracjonalne obowiązki. O ile jako słuchacze mamy
obowiązek tolerowania niepożądanych wypowiedzi publicznych, nie ciąży
na nas obowiązek słuchania (tym bardziej uważnego). Zwróćmy jednak
uwagę, że aby podjąć racjonalną decyzję o tym, by nie słuchać uważnie,
musimy przynajmniej dać mówcy szansę zdobycia naszej uwagi; powinniśmy być może posłuchać pierwszych słów, nim odwrócimy się plecami i powiemy na odchodne „dość tych bzdur!” lub wyłączymy radio. Jak
swego czasu zauważył sędzia White: „Pierwsza Poprawka chroni prawo
każdego obywatela, by dotrzeć do umysłów chętnych słuchaczy, a w tym
celu musi zaistnieć sposobność zdobycia ich uwagi”35. Zakrawa na ironię
fakt, że maksyma ta towarzyszyła opinii Sądu Najwyższego odrzucającej żądanie wyznawców Kriszny, by mogli aktywnie rozprowadzać swe pisma
i zbierać datki przy straganach na targach rolniczych. Główna myśl White’a sprowadza się jednak do twierdzenia, że prawo do mówienia musi
być skorelowane z obowiązkiem nie uniemożliwiania mówcy skutecznego przekazania owych początkowych lub wstępnych treści pod adresem
audytorium. Ostatecznie bowiem w jaki sposób mówca może dowiedzieć
się, że słuchacz nie zamierza przyjąć przekazu, skoro nie zainicjuje kontaktu? Franklyn S. Haiman zwrócił uwagę w swym doskonałym artykule
na ten temat, iż powinniśmy „zachować dla tych, którzy pragną mówić,
sposobność do oddania co najmniej ‘jednego wystrzału’ w kierunku potencjalnego audytorium w celu zdobycia jego uwagi i przebicia się przez
zbroję wybiórczej percepcji”36. Wszak klasa potencjalnych słuchaczy nie
jest nigdy dokładnie podzielona na obóz wrogi i przychylny względem
przekazu mówcy: jest też wielu niezdecydowanych lub obojętnych, stanowiących właściwą grupę docelową większości mówców, zdających sobie
sprawę z tego, że nie warto nawracać nawróconych oraz przekonywać zapamiętałych wrogów. Myśl ta została dobrze wyrażona w decyzji kalifornijskiego Sądu Najwyższego, uchylającej miejskie zarządzenie zakazują35 Heffron v. International Society for Krishna Consc., 452 U.S. 640, 655 (1981), cyt. za Kovacs v. Cooper, 336 U.S. 77, 87 (1949).
36 Franklyn S. Haiman, “Speech v. Privacy: Is There a Right Not to Be Spoken To?”, Northwestern
University Law Review 67 (1972), s. 193.
magazyn1-2010.indd 74
10-07-23 18:48:04
W. Sadurski Równość szans i wolność słowa...
75
ce domokrążcom rozprowadzania literatury bez uprzedniej zgody mieszkańców. Zdaniem Sądu „zamiast, jak pragnie miasto, chronić wyłącznie
‘niechętnych słuchaczy’, badane zarządzenie (…) pozbawia dystrybutora
możliwości ‘zdobycia uwagi’ wszystkich niezdecydowanych ‘słuchaczy’”37.
Warto być może zestawić listę typowych kontekstów prawnych, w których system prawny chroni prawo słuchaczy do niesłuchania, by stwierdzić, czy moralnie akceptowalny system prawny realizuje jakąś szczególną koncepcję dotyczącą granicy między prawami mówców i słuchaczy.
W większości krajów demokratycznych, gdzie trudno wątpić w ogólną realizację swobody wypowiedzi, prawo chroni prawa mieszkańców przed
nachodzeniem ich w domach: nikt nie ma obowiązku słuchać Świadków
Jehowy czy sprzedawców i poddawać się ich mowom. W większości systemów prawnych przepisy chronią ludzi przed natrętnymi czy zawierającymi groźby telefonami oraz umożliwiają odmowę otrzymywania niechcianej korespondencji elektronicznej (typu „spam” itp.). Wszędzie podlega
kontroli korzystanie z publicznych baz adresowych albo używanie pojazdów, z których nadaje się głośno komunikaty czy billboardów. Możliwe
jest także, jak wskazano w przywoływanej wyżej decyzji w sprawie Madsen, nałożenie ścisłych ograniczeń na pikietujących w dzielnicach mieszkalnych (w sprawie Madsen protesty pro-life odbywały się przed domami
lekarzy) czy przed szpitalami, gdzie może to przeszkadzać pacjentom.
Lista ta nie jest oczywiście pełna i w różnych systemach prawnych zastosowanie znaleźć mogą rozmaite regulacje. Ważne jest natomiast, że
podane przykłady raczej nie wywołują silnego i uzasadnionego sprzeciwu
z punktu widzenia swobody wypowiedzi, a mimo to zdają się wskazywać,
że w razie konfliktu prawo staje raczej po stronie słuchaczy niż mówców.
Wniosek ten nie wypływa jednak w sposób konieczny z podanych przykładów. We wszystkich przypadkach coś więcej, niż samo prawo do bycia wolnym od niepożądanych przekazów przemawia na rzecz praw słuchaczy. W sprawie domokrążców jest to prywatność miejsca zamieszkania, bo skądinąd słusznie, „dom [jest] miejscem, gdzie ludzie w normalnych warunkach mają prawo do nie bycia nękanymi przez niepożądane
obrazy lub dźwięki”38. W przypadku natrętnych telefonów w grę wchodziło prawo do ochrony przed zastraszaniem. W przypadku głośników
i billboardów chodziło o ochronę przed nadmiernym hałasem, poszanowanie wartości estetycznych środowiska oraz bezpieczeństwo na drodze.
37 Van Nuys Publishing Co. v. City of Thousand Oaks, 5 Cal. 3d 819, 827 (1971).
38 F.C.C. v. Pacifica Foundation, 438 U.S. 726, 759 (1978) (Powell, J., zdanie zgodne). Zasada ustanowiona przez sędziego Powella jest przekonująca, lecz zastosowano ją dla utrzymania sankcji
przeciwko obraźliwym audycjom radiowym. Właściciel domu w celu uniknięcia dalszego obrażania musi tylko wyłączyć radio – działanie doskonale skuteczne i proste.
magazyn1-2010.indd 75
10-07-23 18:48:04
76
Ius et Lex nr 1/2010
Wreszcie, w sprawie ograniczeń pikiet przed szpitalem – troska o samopoczucie psychiczne osób w szczególnych warunkach. Z drugiej strony,
niektóre z tych sprawach są niezbyt jasne: czy mieszkaniec rzeczywiście
ma prawo powstrzymać napływ niechcianej korespondencji do skrzynki
pocztowej? Koszt unikania otrzymywania przesyłek jest w tym wypadku
minimalny. Wystarczy wyrzucić je do śmieci. Wynik równoważenia prawa
nadawcy próbującego zdobyć uwagę audytorium oraz praw mieszkańców
do nie bycia niepokojonym w domu, zdaje się w tym przypadku przemawiać na rzecz tego pierwszego. Podobnie w przypadku bezpośredniego,
domokrążnego przekazu, czy mieszkańcy rzeczywiście mieliby prawo go
zakazać tak, by nie mogło nawet dojść do pierwszego kontaktu? Niezależnie od wyniku wyważania wchodzących w grę interesów, argumentacja w powyższych wypadkach, opierająca się na rzekomym prawie do niesłuchania, okazała się niewystarczająca dla wyjaśnienia sensu regulacji
i trzeba ją było wzmocnić przez odwołanie się do innych istotnych praw:
prywatności mieszkania, wolności od strachu, etc.
Przy tym wszystkim podane przykłady wskazują, że prawo słuchacza
do bycia pozostawionym w spokoju nie uzyskuje pierwszeństwa w sposób
absolutny, lecz raczej – nawet jeśli przepisy są niekorzystne dla niechętnych słuchaczy, a nie dla niechcianych mówców – wyważanie rozmaitych
praw jest kwestią stopnia. Pojedynczy telefon od irytującego mówcy nie
jest przesłanką zakazu czy kary: w którym momencie coraz bardziej natarczywe lub niegrzeczne czy zawierające groźby telefony od tej samej
osoby stają się podstawą wymiaru sankcji karnej? Kiedy hałas z głośników staje się nadmierny? Kiedy podejście innej osoby na ulicy przestaje być zgodnym z prawem, choćby nieprzyjemnym, niewinnym zdarzeniem i staje się „molestowaniem”? W takich wypadkach prawo dokonywać musi subtelnych i zarazem spornych rozróżnień co do stopnia, nawet jeśli brak sporu co do tego, że „molestowanie” i natrętne telefony
należy karać. Nie ma w tym nic zadziwiającego. Widzimy natomiast, że
na niższym poziomie szkody niechętnego słuchacza, gdy mamy do czynienia co najwyżej z przelotną irytacją, prawo mówcy do podjęcia próby
zaangażowania audytorium w interakcję komunikacyjną może zwyciężyć.
Inny wniosek wynikający z powyższych przykładów jest taki, że reakcja na konflikt praw, zachodzący między niechętnymi słuchaczami i niepożądanymi mówcami, zależy w dużej mierze od typu działań po stronie słuchacza, niezbędnych, by odmówić komunikowania się. Im trudniej uwolnić się od niepożądanego nadawcy, tym wyższy powinien być
stopień prawnej ochrony dla członków audytorium. Skutkiem tego, jeśli wysiłek konieczny do uniknięcia komunikacji jest trywialny – odłożenie słuchawki, wyrzucenie ulotki wręczonej na ulicy czy znalezionej
magazyn1-2010.indd 76
10-07-23 18:48:04
W. Sadurski Równość szans i wolność słowa...
77
w skrzynce pocztowej, etc. – prawo może przyznać potencjalnym mówcom stosunkowy wysoki stopień ochrony. Znajduje to oddźwięk w doktrynie „uwięzionej publiczności” (captive audience), należącej do teorii Pierwszej Poprawki. Doktryna ta głosi, że „uwięzieni” (rzecz jasna,
w sensie metaforycznym) słuchacze powinni być chronieni przed przymusowym wystawieniem na wystąpienia w ramach otoczenia ograniczonego fizycznie.
Oczywiście twierdzenia o „uwięzionej publiczności” nie można brać
zbyt dosłownie. Jak wskazywali niektórzy komentatorzy, bardzo rzadko
jesteśmy naprawdę „uwięzieni”, a niemal zawsze niechętny słuchacz dysponuje alternatywnymi środkami uniknięcia komunikacji39. Choć dla
niektórych znaczy to po prostu tyle, że prawo rzadko powinno stawać
po stronie niechętnych słuchaczy, właściwszy wniosek jest taki, że należy zacząć od samego uzasadnienia dla doktryny „uwięzionej publiczności”. Doktryna ta opiera się głównie na poszanowaniu indywidualnego
wyboru: jeśli ktoś znajdzie się w okolicznościach, w których nie może
dokonać wyboru dotyczącego tego, kogo słuchać lub wybór taki pociąga za sobą wysokie koszty osobiste, prawo powinno chronić audytorium
przed mówcami. Jeśli jednak członkowie audytorium mogą swobodnie
zdecydować o niesłuchaniu mówcy, prawo nie powinno ingerować w interakcję między mówcą a słuchaczem poprzez zapewnianie wsparcia słuchaczowi. Z tej perspektywy „uwięzienie” nie tyle polega na „ograniczeniu” w przestrzeni fizycznej, ile raczej na trudności z uniknięciem trwałego przekazu. Zwykle jednak zachodzą przypadki, gdy ograniczenia fizyczne i trudności z uniknięciem przekazu zachodzą na siebie, jak na
przykład w przypadku pikiet przed określonymi domami, gdy mieszkańcy nie mogą swobodnie zmienić miejsca pobytu w celu uniknięcia skierowanych przeciwko nim działań. Może też być tak, jak ma to miejsce
w przypadku osób, które zaczepiane są na ulicy w ramach tzw. sidewalk
counselling, że osoba będąca obiektem wystąpienia nie jest „schwytana”
w sensie ograniczenia przestrzennego, a mimo to nie może uniknąć komunikacji bez większych trudności lub kosztów.
4. PRZYMUS A WOLNOŚĆ SŁOWA
Problem możliwości uniknięcia wypowiedzi wskazywać może na pewien rodzaj sytuacji, której wypowiedź może być „przymuszająca”. Przymus wypowiedzi polegać może na tym, że jeśli słuchacz nie podporząd39 Patrz, np., Marcy Strauss, “Redefining the Captive Audience Doctrine”, Hastings Constitutional
Law Quarterly 19 (1991), s. 86.
magazyn1-2010.indd 77
10-07-23 18:48:04
78
Ius et Lex nr 1/2010
kuje się poglądom lub żądaniom mówcy, poniesie negatywne konsekwencje lub zostanie pozbawiony pewnych korzyści. Gdy na przykład, pracodawca wyraża pewne poglądy na temat ruchu związkowego, a pracownicy obawiają się, że spotkają ich nieprzyjemności, jeżeli nie podporządkują się antyzwiązkowym poglądom pracodawcy, wypowiedź taką można
scharakteryzować jako przymuszającą. W celu uniknięcia pogorszenia
własnych interesów słuchacze muszą działać w sposób pożądany przez
mówcę, nie zaś tak, jak postąpiliby w braku danej wypowiedzi. Przymusowość tego typu wypowiedzi nie jest istotna z punktu widzenia prowadzonych tu rozważań, ponieważ to nie fakt, że słuchacze nie chcą słuchać, lecz, że nie chcą działać w określony sposób stwarza przymusowe
warunki. Wypowiedź ma cechy przymusu, gdyż oznajmia, że jej adresaci
stają przed nową alternatywą, która nie istniała przed ową wypowiedzią:
albo postąpią zgodnie z oczekiwaniami mówcy (czego w innym przypadku raczej by nie uczynili) albo zapłacą cenę, być może wyższą niż cena
posłuszeństwa. Wprawdzie z łatwością mogą uniknąć wypowiedzi, ale nikła stąd pociecha: dopóki wiedzą, jakie będą przykre następstwa, znajdują się w sytuacji przymusowej.
Jest wszakże jeszcze inne znaczenie, w którym o wypowiedzi mówić
można jako o „przymuszającej”, wtedy mianowicie, gdy w celu uniknięcia
samej wypowiedzi, słuchacze ponieść muszą wysokie koszty oraz podejmować działania, których nie podjęliby w razie braku wypowiedzi. Różnica w porównaniu z pierwszą formą przymusu polega na tym, że w tym
przypadku w grę nie wchodzi działanie zgodne z preferencjami mówcy:
sama wypowiedź zmusza nieszczęsnego słuchacza do działania, którego
nie chce i które szkodzi jego interesom. Unikanie wypowiedzi ma swą
cenę, ale w tym przypadku zdaniem słuchaczy jest ona niższa od ceny
przyjmowania wypowiedzi. Jako przykład wyobrazić sobie można pikietę przed domem (by uniknąć rzucania wyzwania i konfrontacji z pikietującymi nie opuszcza się mieszkania) lub pikietę antyaborcyjną przed
kliniką (by uniknąć nieprzyjemnych przekazów rezygnuje się z planów
udania się do kliniki). W pierwszym przykładzie głównym celem mówców nie jest „przekazanie wiadomości szerokiej publiczności, lecz ingerencja względem wybranego mieszkańca”40. W drugiej sytuacji nie chodzi tylko o przekaz przeznaczony dla personelu i potencjalnych pacjentów, lecz także o to, by uniemożliwić im wejście do kliniki. Taka przymusowość wypowiedzi sprowadza roszczenie mówcy do możliwości skutecznego mówienia, a obowiązek słuchacza – do nie przeszkadzania.
Czy takie, jak przedstawione wyżej, rozróżnienie dwóch znaczeń „przy40 Frisby v. Schultz, 487 U.S. 474, 486 (1988).
magazyn1-2010.indd 78
10-07-23 18:48:04
W. Sadurski Równość szans i wolność słowa...
79
musowości” wypowiedzi ma sens? W końcu można twierdzić, że w drugim przypadku (gdy niemożność uniknięcia wypowiedzi stwarza dla słuchacza sytuację przymusową), przymuszający mówca zamierza spowodować określone działanie słuchacza. Na przykład, poprzez pikiety działacze pro-life chcą zmusić lekarzy do zaprzestania wykonywania aborcji,
a kobiety do rezygnacji z usług klinik aborcyjnych. Analogia jest jednak niepełna, począwszy od tego, że są różne formy „przymusowej” komunikacji, której jedynym celem jest nękanie niechętnych słuchaczy, a
nie skłonienie ich do działania zgodnego z pragnieniami mówcy. Paradygmatycznym przykładem mogą tu być nękające telefony, których celem nie jest przekonywanie słuchacza do czegokolwiek. Jedynym ich celem jest wytworzenie niepokoju i strachu. W celu uniknięcia takich telefonów, ich adresat może odłączyć telefon albo zastrzec swój numer telefonu. Działania takie pociągają za sobą koszty i niedogodności, lecz
koszty te są mniejsze niż odbieranie dalszych telefonów tego typu. Ponadto, jeśli przymuszający mówca zamierza skłonić słuchacza do określonego działania, zachodzi różnica między wypowiedzią informującą
jedynie słuchacza o sankcjach przewidzianych za niepodjęcie działania
(w niektórych okolicznościach może to okazać się groźbą, na przykład
gdy pracodawca ostrzega pracowników, że zwolni związkowców) a – z drugiej strony – wypowiedzią, która sama przez się jest nękaniem, gdzie jedyną sankcją za niestosowanie się do żądań mówcy będzie trwanie owej
wypowiedzi; pikiety w miejscu zamieszkania stanowią typowy przykład
tego rodzaju wypowiedzi „przymuszających”. Waga rozróżnienia wiąże się
z tym, że właśnie w drugim przypadku wypowiedź przymuszającą oraz sytuację schwytanej publiczności łączy element trudności uniknięcia niepożądanej wypowiedzi, co przypomina o wartości wyboru słuchacza co
do tego, czego i kogo zechce słuchać.
Wreszcie, choć wartość indywidualnego wyboru przemawiająca na
rzecz prawa do niesłuchania niepożądanej wypowiedzi jest bardzo wysoka, nie jest ona absolutna. Za przykład starczy jej konflikt z wartością szerokiej komunikacji członków społeczeństwa. Ponadto racjonalny wybór
opierać się musi na wiedzy o tym, co się odrzuca. Tym samym powraca
idea ochrony prawa mówcy do próby włączenia słuchacza w komunikację – przynajmniej w stadium początkowym. W doskonałym artykule Steven D. Smith wykazał, że na podstawie „tolerancyjnej” teorii swobody wypowiedzi (przeciwstawionej w jego tekście teorii „rynkowej”) nie ma nic
paradoksalnego w kompetencji indywidualnych słuchaczy do uciszenia
komunikacji: „rozsądne jest przyznanie jednostkom władzy samodzielnego decydowania po wstępnym uznaniu, że dane twierdzenia, nawet na
ważne tematy, nie mają istotnej wartości i tym samym nie są godne dal-
magazyn1-2010.indd 79
10-07-23 18:48:04
80
Ius et Lex nr 1/2010
szego słuchania czy uwagi”41. Podkreślony zwrot ma zasadnicze znaczenie z punktu widzenia mojej argumentacji: musi dojść przynajmniej do
wstępnego uznania, by odrzucenie dalszej komunikacji mogło być sensowne.
Lecz nawet takie prawo do mówienia do niechętnego audytorium,
choć ograniczone do możliwości „wstępnego uznania”, często będzie
zbyt dużym ciężarem dla słuchaczy, by mogło przeważyć nad prawem
niechętnego słuchacza. Pośród rozlicznych wyjątków warto zwrócić uwagę na dwie kategorie. Po pierwsze, gdy początkowa komunikacja wystarczy, by nałożyć na słuchacza ciężar lub koszt, przed którym prawo powinno go chronić. Przypomnijmy sobie sytuację z nękającymi telefonami: szkoda już została wyrządzona, słuchaczowi napędzono strachu. Podobnie, gdy kogoś głęboko szokują różnego typu obrazy, nawet wstępne, nieoczekiwanie wystawienie na ten rodzaj ekspresji może zaszokować czytelnika, a natychmiastowe przerwanie lektury nie usunie owego
stanu psychicznego. Takie spostrzeżenie towarzyszyło decyzji amerykańskiego Sądu Najwyższego o utrzymaniu ograniczeń w stosunku do obraźliwych audycji radiowych: „powiedzieć, że da się uniknąć dalszego obrażania poprzez wyłączenie radia, gdy zabrzmi nieprzyzwoity język, to tyle
co twierdzić, że w sytuacji napadu odpowiednim środkiem jest ucieczka
po pierwszym strzale”42. Jednak siła tej konkluzji jest przede wszystkim
pochodną siły zakazu wobec danej kategorii wypowiedzi. Jeśli uprzednio uznamy daną kategorię wypowiedzi za zakazaną, oczywiście nie ma
sensu upierać się, że istnieje prawo do rozpoczęcia konwersacji, w której mówca posługuje się zakazanymi wypowiedziami.
Drugi oczywisty wyjątek w odniesieniu do obowiązku umożliwienia
wstępnej wypowiedzi pojawia się w sytuacji, gdy wypowiedź taka, bez
względu na treść, koliduje z ważnymi interesami słuchaczy, takimi jak
spokój czy wypoczynek. Inaczej niż w przypadku poprzedniego wyjątku,
gdzie szkodliwość wypowiedzi wiązała się z jej niedozwoloną treścią, ten
wyjątek jest niezależny od treści. Jeśli chcę spać, a mam prawo do odpoczynku w zaciszu domowym, nie chcę by zakłócano mój wypoczynek jakąkolwiek wstępną komunikacją. Nie tylko nie mam obowiązku pozwolić mówcy, by zakończył wstępne stadium komunikacji, lecz przysługuje mi uzasadnione roszczenie, by w ogóle nie rozpoczynano komunikacji. Roszczenie takie podobne jest do sytuacji z hałaśliwymi głośnikami
w pobliżu domu czy biura: interes związany ze spokojem w niektórych
41 Steven D. Smith, “Skepticism, Tolerance, and Truth in the Theory of Free Expression”, Southern
California Law Review 60 (1987), s. 728, podkreślenie moje.
42 F.C.C. v. Pacifica Foundation, 438 U.S. 726, 748-49 (1978).
magazyn1-2010.indd 80
10-07-23 18:48:04
W. Sadurski Równość szans i wolność słowa...
81
miejscach i o niektórych porach absolutnie przemawia przeciwko wszelkim skierowanym do nas aktom komunikacji, przed wszystkim jednak
przeciwko próbom komunikacyjnym ingerującym w nasz spokój w sposób szczególnie drastyczny
Są to jednak wyjątki, zaś reguła zdaje się głosić, że powinniśmy mówcy pozwolić co najmniej na próbę zwrócenia się do wybranego audytorium. Nie jest jasne, jak przełożyć tę ideę na ogólną zasadę, którą dałoby się prawnie zoperacjonalizować. Łatwiej pomyśleć o jej zastosowaniu w rzeczywistości w szczególnych kontekstach: na przykład roznosiciele ulotek w miejscach publicznych mają prawo zbliżać się do przechodniów i rozpocząć prezentację swego stanowiska (lub podać broszurę), powinni jednak odstąpić na wyraźne żądanie przechodnia. Projektowanie
w tym miejscu szczegółowych reguł nie jest moim celem. Jednakże zasadnicza interpretacja możliwości efektywnego mówienia (tzn. mówienia
i bycia słyszanym) powinna być w tym momencie jasna: nie mam prawa
żądać, by uważnie słuchano moich argumentów, ale powinienem mieć
prawo zdobycia uwagi słuchaczy, nie zaś bycia skazanym na przestrzeń,
w której mój głos do nikogo nie dotrze.
Wytyczenie granicy między tym prawem a prawami członków audytorium do spokoju jest zawsze sporne. Próbowałem jednak wykazać, że prawo do efektywnego mówienia, w sensie wykraczającym poza prawo do
mówienia, rozciągające się na możliwość zdobycia uwagi słuchaczy, zakorzenione jest zarówno w rozpowszechnionych intuicjach, jak i w prawniczym myśleniu o wypowiedziach publicznych.
magazyn1-2010.indd 81
10-07-23 18:48:04
magazyn1-2010.indd 82
10-07-23 18:48:04
WOLNOŚĆ SŁOWA
I JEJ PRAWNE GWARANCJE
magazyn1-2010.indd 83
10-07-23 18:48:04
magazyn1-2010.indd 84
10-07-23 18:48:04
Andrzej Mączyński
PRAWA DZIENNIKARZA VERSUS PRAWA
OBYWATELA W ŚWIETLE ORZECZNICTWA
TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO
SPIS TREŚCI
1. Wstęp ..............................................................................................87
2. Konstytucyjna ochrona wolności i praw ...........................................88
3. Wolność słowa w Konstytucji i orzecznictwie ....................................91
Tekst jest zapisem wystąpienia prof. Mączyńskiego podczas panelu
pt. Prawa dziennikarza versus prawa obywatela? na konferencji Wolność słowa i odpowiedzialność za słowo. Rola mediów, zorganizowanej w Pałacu Belweder w Warszawie w dniach 24-25 maja 2007 roku przez Rzecznika
Praw Obywatelskich.
magazyn1-2010.indd 85
10-07-23 18:48:04
ANDRZEJ MĄCZYŃSKI
Profesor nauk prawnych. Kierownik Katedry Prawa Prywatnego Międzynarodowego Uniwersytetu Jagiellońskiego, sędzia
Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku (kadencja
w latach 1997-2006, w latach 2001-06 Wiceprezes TK). Członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności, członek
zagraniczny Académie de Droit Comparé. Redaktor naczelny
Kwartalnika Prawa Prywatnego. Autor publikacji m.in. z zakresu prawa cywilnego, prawa prywatnego międzynarodowego i prawa konstytucyjnego.
magazyn1-2010.indd 86
10-07-23 18:48:04
WPROWADZENIE
A
nalizując regulacje polskiego prawa konstytucyjnego oraz orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego, prof. Mączyński zastanawia się
w swym wystąpieniu nad relacją między prawami dziennikarza a prawami
obywateli: czy dochodzi do kolizji tych dwóch praw podmiotowych, czy może
uzupełniają się one, wspierają i umacniają wzajemnie? Autor zauważa konieczność równoważenia w konkretnych przypadkach czci i dobrego imienia
jednej osoby względem wolności słowa przysługującej innej osobie, przypominając, że fundamentalną zasadą, na której została oparta polska konstytucyjna regulacja wolności praw człowieka i obywatela, jest zasada godności,
a nie jawności czy prawdy.
1. WSTĘP
T
emat tej części dyskusji, składa się – podobnie jak temat całej
sesji mówiący o wolności słowa i odpowiedzialności za słowo –
z dwóch elementów. Element pierwszy to prawa dziennikarza, element
drugi – prawa obywatela. Między nimi pojawia się łacińskie słowo versus. Przygotowując swoje wystąpienie sięgnąłem do opracowanego przez
profesora Janusza Sondla znakomitego słownika łacińsko – polskiego
dla prawników i historyków i stwierdziłem, że słowo versus występuje
w dwóch znaczeniach. Po pierwsze, używane jest ono w takim znaczeniu,
jakie ma polskie słowo „przeciwko”. W tym znaczeniu słowo to występuje wtedy, gdy mówimy o stronach procesu, np. w tytule filmu w oryginale noszącego tytuł „Kramer versus Kramer”, w Polsce wyświetlanego jako
„Sprawa Kramerów”. Zgodnie jednak z powołanym słownikiem cytowane
słowo ma i drugie znaczenie, mianowicie – „w stronę, w kierunku czegoś”. Myślę, że to zróżnicowanie znaczeń bardzo dobrze oddaje charak-
magazyn1-2010.indd 87
10-07-23 18:48:05
88
Ius et Lex nr 1/2010
ter problemu stanowiącego przedmiot tej części sesji. Chodzi o to, w jakim stosunku prawa dziennikarza pozostają do praw obywateli, a więc,
czy są one przeciwstawne czy zbieżne? Innymi słowy – czy mamy do czynienia z kolizją, zderzeniem tych dwóch praw podmiotowych, czy może
uzupełniają się one, wspierają i umacniają wzajemnie?
Ten problem zostanie przedstawiony z punktu widzenia poszczególnych gałęzi prawa, poczynając od prawa konstytucyjnego.
2. KONSTYTUCYJNA OCHRONA
WOLNOŚCI I PRAW
W
okresie tworzenia obowiązującej obecnie Konstytucji jej treść
była przedmiotem żywych dyskusji. Teraz, gdy jesteśmy blisko
dziesiątej rocznicy jej uchwalenia przez Zgromadzenie Narodowe, zatwierdzenia przez Naród w referendum, a następnie wejścia w życie, znowu ożywiło się zainteresowanie tą problematyką. Praktyka dziesięciu lat
stosowania dostarcza sporo materiału dla oceny obowiązujących unormowań i ewentualnych postulatów ich zmiany. Wartość merytoryczna tych
dyskusji jest zróżnicowana, ale ich pozytywną stroną jest to, że przyczyniają się one do podniesienia poziomu tego, co można nazwać świadomością konstytucyjną obywateli.
Śledząc te dyskusje mam czasami wrażenie, że niektórzy z wypowiadających się uważają konstytucję za akt, który leży gdzieś na obrzeżach systemu prawnego, uważają bowiem, że zasadnicze znaczenie mają ustawy,
zaś znaczenie Konstytucji ogranicza się do tego, że reguluje ona sprawy dotyczące kompetencji i funkcjonowania centralnych organów państwowych – czyli sprawy ważne dla funkcjonowania państwa, ale w gruncie rzeczy dość odległe od tego, co interesuje przeciętnego obywatela.
W tym ujęciu konstytucja jest po prostu ustawą, odróżniającą się od innych ustaw tylko szczególnym przedmiotem regulacji, a w najlepszym razie – zbiorem pozbawionych realnego znaczenia obietnic i zapewnień.
Takie zapatrywanie jest jednym z reliktów świadomości ukształtowanej
w poprzednim ustroju.
Rzecz jasna – sama deklaracja, że konstytucja jest prawem najwyższym
– jak mówi art. 8 ustęp 1, albo prawem podstawowym – jak mówi wstęp
do Konstytucji – nie ma znaczenia, jeżeli deklaracja ta nie jest wsparta instrumentami prawnymi, które dawniej określano pełną uroku nazwą „rękojmi konstytucyjnych”. Jednym z najistotniejszych instrumentów spełniających tę rolę jest sądownictwo konstytucyjne. Polski Trybu-
magazyn1-2010.indd 88
10-07-23 18:48:05
A. Mączyński Prawa dziennikarza...
89
nał Konstytucyjny wydał swe pierwsze orzeczenie w 1986 r., ale pamiętać wypada, że postulat utworzenia organu czuwającego nad zgodnością ustaw z konstytucją wysuwano w Polsce od początku lat 20. XX w.,
w okresie obowiązywania konstytucji marcowej, która wprawdzie deklarowała, że żadna ustawa nie może być niezgodna z Konstytucją ani naruszać jej postanowień, ale nie stworzyła organu, który mógłby stwierdzić tę niezgodność, a tym bardziej wyeliminować z porządku prawnego niekonstytucyjną ustawę. W ramach współczesnych polskich dyskusji ustrojowych dyskutuje się również nad instytucją Trybunału Konstytucyjnego. Przedmiotem zróżnicowanych ocen są wydawane przez Trybunał orzeczenia, przy czym zainteresowanie prasy nie zawsze odpowiadało znaczeniu rozstrzygniętych przez Trybunał problemów konstytucyjnych.
Jakie praktyczne konsekwencje wynikają stąd, że konstytucja jest najwyższym prawem, czyli, że zajmuje najwyższe miejsce w hierarchicznie
zbudowanym systemie aktów normatywnych?
Nie znaczy to, że w Konstytucji da się znaleźć rozstrzygnięcie każdego problemu prawnego. Gdyby tak było, to konstytucja czyniłaby zbędnym całe ustawodawstwo, całą „resztę” systemu prawa. Na pewno celem
konstytucji nie jest zastąpienie przez nią całego systemu prawnego. Nie
realizując takiego celu konstytucja ma jednak znaczenie dla stosowania
wszystkich pozostałych przepisów prawa.
Otóż po pierwsze, konstytucja daje istotne wskazówki co do tego, w jakim kierunku należy wykładać wszystkie inne obowiązujące przepisy. Powinny one być interpretowane w taki sposób, który zapewni, że wywiedzione z nich normy będą miały treść zgodną z konstytucją.
Po drugie – konstytucja stanowi kryterium oceny każdego obowiązującego przepisu. Każdy przepis, który może być stosowany czy to przez
sądy czy to przez inne organy władzy publicznej, może być oceniany
z punktu widzenia zgodności z konstytucją. Tu podkreślić trzeba, że niezgodność dwóch aktów normatywnych istnieje przez cały okres ich jednoczesnego obowiązywania, ale skutek praktyczny w postaci pozbawienia mocy obowiązującej przepisu ustawowego niezgodnego z Konstytucją wywołuje dopiero stwierdzenie tej niezgodności przez Trybunał Konstytucyjny.
Po trzecie wreszcie – co jest może najistotniejsze dla naszej dyskusji –
konstytucja nie tylko reguluje kompetencje centralnych organów władzy
państwowej, ale bezpośrednio kształtuje sytuację prawną człowieka – każdego człowieka, który pozostaje pod władzą Rzeczypospolitej Polskiej,
tak bowiem określa zakres podmiotowy jej zastosowania art. 37, a czasem tylko pewnego węższego kręgu wyróżnianego przez kryterium oby-
magazyn1-2010.indd 89
10-07-23 18:48:05
90
Ius et Lex nr 1/2010
watelstwa polskiego. Ta ostatnia uwaga dotyczy przede wszystkim przepisów o wolnościach, prawach i obowiązkach człowieka i obywatela.
Przepisy regulujące tę materię stanowią istotną część każdej współczesnej konstytucji. Bardzo obszerna i szczegółowa regulacja tej materii
w naszej konstytucji jest oparta na trzech fundamentalnych wartościach,
którymi są: godność, wolność i równość. Obecna Konstytucja udoskonaliła dotychczasowe i wprowadziła nowe instrumenty ochrony tych wolności i praw. Jednym z nich jest skarga, którą może skierować do Trybunału Konstytucyjnego każdy, czyje konstytucyjne wolności lub prawa
podmiotowe zostały naruszone ostatecznym rozstrzygnięciem wydanym
przez sąd lub organ administracji publicznej. Ważne znaczenie ma możliwość przedstawienia przez każdy sąd tzw. pytania prawnego, będącego
w istocie wnioskiem o zbadanie zgodności z Konstytucja przepisu, który
ma być zastosowany przez ten sąd. Ochrona wolności i praw, zarówno
unormowanych na poziomie konstytucyjnym jak ustawowym, jest podstawowym zadaniem Rzecznika Praw Obywatelskich, który także wyposażony został w kompetencję kierowania wniosków do Trybunału Konstytucyjnego. Statystyka dowodzi, że wśród spraw rozpatrywanych przez
Trybunał największą grupą są sprawy wnoszone przez Rzecznika i przez
sądy przedstawiające pytania prawne.
Symboliczne znaczenie ma to, że w Konstytucji z 1997 r. przepisy
o wolnościach, prawach i obowiązkach człowieka i obywatela zostały zgrupowane w rozdziale II, czyli bezpośrednio po rozdziale I, który określa
podstawowe zasady ustroju Rzeczypospolitej. Jest to jedna z najbardziej
charakterystycznych różnic, dzielących tę konstytucję nie tylko od konstytucji PRL z 1952 r., ale i od obu polskich konstytucji okresu międzywojennego.
Pamiętać trzeba, że wolności i praw człowieka i obywatela mogą wynikać także z innych przepisów konstytucji umieszczonych poza tymi rozdziałami.
Jeżeli chodzi o problematykę praw wymienionych w tytule tej części
sesji, to problem wolności słowa jest uregulowany w przepisie zamieszczonym rozdziale II, a o problemie wolności prasy mówi jeden z przepisów rozdziału I. Zamieszczenie tych przepisów w dwóch rozdziałach
Konstytucji jest spowodowane tym, że jej twórcy uznali, iż pewne wolności i prawa są tak istotne, że obowiązek ich ochrony powinien mieć rangę zasady ustrojowej. Wskutek tego niektóre z unormowanych w rozdziale II wolności i praw, wybrane według różnych i moim zdaniem nie zawsze konsekwentnie stosowanych kryteriów, uregulowane zostały także
w rozdziale I Konstytucji. Nie ma to jednak istotnego znaczenia z punktu widzenia ochrony konstytucyjnych wolności i praw, bo jednym z pod-
magazyn1-2010.indd 90
10-07-23 18:48:05
A. Mączyński Prawa dziennikarza...
91
stawowych zadań Rzeczypospolitej, określonych w artykule 5 Konstytucji, jest właśnie zapewnienie ochrony wolności i praw człowieka i obywatela.
Na czym polega ciążący na państwie obowiązek zapewnienie ochrony
wolności i praw?
Można powiedzieć, że chodzi tutaj o pewien obowiązek bierny, sprowadzający się do zakazu ich naruszania. Władza ustawodawcza nie może
wydać przepisu, który wkraczając w konstytucyjnie określoną sferę wolności i praw podmiotowych człowieka i obywatela naruszałby je. Wynika z tego dalszy zakaz, dotyczący wydawania rozstrzygnięć indywidualnych, a także podejmowania działań faktycznych naruszających wolności
i prawa. Ale obowiązek ten obejmuje jeszcze coś więcej. Mianowicie naruszycielem wolności i praw może być nie tylko państwo, ale także inny
człowiek. Wolności i prawa uregulowane w konstytucji działają nie tylko w relacji między Państwem i osobą, która pozostaje pod władzą Państwa, ale działają także horyzontalnie w relacji między poszczególnymi
ludźmi. Zadaniem państwa jest zatem stworzenie mechanizmu, zapewniającego ochronę konstytucyjnych wolności i praw przed naruszeniami
nie tylko ze strony państwa, ale także ze strony innych osób. Współcześnie ten właśnie obszar ochrony staje się szczególnie doniosły, bo właśnie działalność różnego rodzaju instytucji, nie będących organami państwa ani podmiotami prawa publicznego, stwarza zagrożenia dla konstytucyjnych wolności i praw.
3. WOLNOŚĆ SŁOWA W KONSTYTUCJI
I ORZECZNICTWIE
R
ozdział II Konstytucji oparty jest na systematyce, w której wyróżnia się wolności i prawa osobiste, wolności i prawa polityczne
oraz wolności i prawa ekonomiczne, socjalne i kulturalne. Wśród przepisów o wolnościach osobistych mamy art. 54 ust. 1, dotyczący wolności,
która potocznie nazywana jest wolnością słowa. Polega ona na wolności wyrażania swoich poglądów, wolności pozyskiwania informacji i wolności rozpowszechniania informacji. Jest to wolność o charakterze powszechnym, przysługująca każdemu bez względu na posiadanie obywatelstwa polskiego.
We współczesnym, skomplikowanym świecie nie wystarczy samo zagwarantowanie tej wolności. Konieczne jest stworzenie odpowiedniego instrumentarium, za pomocą którego będzie można ją realizować.
magazyn1-2010.indd 91
10-07-23 18:48:05
92
Ius et Lex nr 1/2010
Jednym z takich instrumentów jest to, co Konstytucja nazywa środkami
społecznego przekazu. Wolność tych środków gwarantuje zamieszczony
w rozdziale I przepis art. 14 Konstytucji. Zasadniczą funkcją środków społecznego przekazu jest służenie realizacji tych wolności, których dotyczy
art. 54, a także innych, opartych np. na powołanym już w pierwszej części tej sesji art. 61 ust. 1, który daje każdemu obywatelowi prawo do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób
pełniących funkcje publiczne. Artykuł ten w ustępie 3 wyznacza granice korzystania z tego prawa. Natomiast art. 54 zachowuje w tej kwestii
milczenie. To nie znaczy wcale, że Konstytucja traktuje wolność słowa
i wolność środków społecznego przekazu jako wolność nieograniczoną.
W Konstytucji jest przepis, który wprawdzie stanowi część przepisu odnoszącego się do zasady wolności, ale ma charakter ogólny, dotyczy bowiem
ograniczeń w zakresie korzystania z wszelkich konstytucyjnych wolności
i praw. Dopuszcza takie ograniczenia, jeżeli są one ustanowione w ustawie, nie naruszają istoty danej wolności lub prawa i są – co trzeba szczególnie mocno zaakcentować – konieczne dla ochrony wartości wyliczonych w art. 31 ust. 3. Na tle tego przepisu powstaje problem ustalenia,
co należy do istoty poszczególnych wolności i praw. Trybunał Konstytucyjny zajął się tym problemem w kontekście prawa własności. Uogólniając te ustalenia przyjąć można, że istotę wolności lub prawa stanowią te
uprawnienia, bez których ta wolność lub prawo nie mogłoby spełniać takiej funkcji, jaką ma ono realizować w systemie prawnym, którego podstawowymi założeniami są – godność człowieka, jego prawo do wolności
i obowiązek solidarności z innymi.
Wśród wartości wyliczonych w art. 31 ust. 3 są także wolności i prawa
innych osób. I tutaj właśnie dochodzimy do problemu zetknięcia wolności słowa oraz wolności i praw innych osób. O jakie prawa może tu
chodzić? Otóż przede wszystkim o prawo wynikające z jednego z przepisów dotyczących wolności i praw osobistych, mianowicie art. 47 Konstytucji, który każdemu przyznaje prawo do ochrony prawnej czci i dobrego imienia. Bardzo często obserwujemy takie sytuacje, w których korzystanie z wolności słowa zderza się z prawem do ochrony czci i dobrego imienia. Powstaje w związku z tym problem zapewnienia równowagi tym dwóm wartościom podlegającym ochronie konstytucyjnej. Trzeba – mówiąc obrazowo – na jednej szali położyć cześć i dobre imię jednej osoby, na drugiej – wolność słowa przysługującą innej osobie. Rozstrzygniecie, której z tych wartości należałoby w konkretnych przypadkach przyznać pierwszeństwo, która z nich w większym stopniu zasługuje na ochronę, nie jest łatwe.
Wskazówkę dla rozwiązania tego problemu dostarcza przepis zamiesz-
magazyn1-2010.indd 92
10-07-23 18:48:05
A. Mączyński Prawa dziennikarza...
93
czony w końcowej części Konstytucji w art. 233. Dotyczy on sytuacji, która oby nigdy nie zdarzyła się pod rządem tej Konstytucji, mianowicie stanu wojny lub stanu wyjątkowego. Przepis ten przewiduje, że w tej sytuacji można ograniczać wolność słowa, natomiast nie można ograniczać
praw osobistych opartych na art. 47. Ta regulacja daje wskazówkę co do
tego, jakie są preferencje ustawodawcy konstytucyjnego. Ale jest jeszcze
argument nieporównanie silniejszy niż przedstawiony przed chwilą. Mianowicie fundamentalną zasadą, na której została oparta polska konstytucyjna regulacja wolności praw człowieka i obywatela, jest zasada godności. Godność człowieka, która w art. 30 określona została jako przyrodzona, niezbywalna i nienaruszalna, stanowi źródło wolności i praw
człowieka i obywatela. Można stąd wywieść tezę, że im ściślejszy związek
łączy konkretną wolność lub prawo podmiotowe z godnością człowieka, w tym większym stopniu zasługują one na ochronę w kolizji z innymi konstytucyjnymi wolnościami i prawami. Takie właśnie stanowisko,
zakładające swego rodzaju hierarchię wartości leżących u podstaw poszczególnych wolności i prawa, jest przyjęte w orzecznictwie Trybunału
Konstytucyjnego, z tym, że początkowo Trybunał brał pod uwagę to, do
której kategorii należy dane prawo, zakładał bowiem, że prawa osobiste
powinny być chronione bardziej niż ekonomiczne, a dopiero z czasem
zaczął odwoływać się do związku danego prawa z godnością człowieka.
W toczonych ostatnio dyskusjach prasowych pojawiają się próby wysunięcia na pierwszy plan, a tym samym postawienie ponad lub przed godnością człowieka, innych wartości. W tym kontekście mówi się na przykład o jawności. Tymczasem jawność jest wartością konstytucyjną, ale tylko w zakresie określonym w przytoczonym już 61 Konstytucji. Przykładem
innej wartości, którą próbuje się przeciwstawić godności, ma być prawda, ustalana zresztą za pomocą szczególnego rodzaju dowodów. Nie sądzę, aby tej treści wypowiedzi, nie mające oparcia w obowiązującej Konstytucji, zasługiwały na uwagę jako postulaty de lege ferenda.
Teza dotycząca hierarchii konstytucyjnych wolności i praw była kilkakrotnie wypowiadana w orzecznictwie Trybunału, ale w sposób najbardziej pełny i wyraźny w wydanym w październiku ubiegłego [tj. 2006
– przyp. red.] roku wyroku w sprawie, w której Trybunał Konstytucyjny
zajmował się oceną konstytucyjności przepisu kodeksu karnego, przewidującego odpowiedzialność karną za przestępstwo nazywane pomówieniem albo zniesławieniem. Rozstrzygając tę sprawę Trybunał Konstytucyjny musiał zająć stanowisko w kilku kwestiach.
Pierwsza z nich zamyka się w pytaniu – czy ten, kto korzysta z wolności słowa w sposób naruszający wolności i prawa innych osób, może ponosić za to odpowiedzialność prawną? Na to pytanie Trybunał udzielił
magazyn1-2010.indd 93
10-07-23 18:48:05
94
Ius et Lex nr 1/2010
odpowiedzi twierdzącej.
Druga – czy uzasadniona jest także odpowiedzialność realizowana za
pomocą środków przewidzianych przez prawo karne? Także i na to pytanie padła ze strony Trybunału odpowiedź twierdząca.
Trzecia – czy dopuszczenie możliwości orzeczenia kary pozbawienia
wolności w ramach odpowiedzialności karnej jest zgodne z Konstytucją?
Także i na to pytanie Trybunał udzielił odpowiedzi twierdzącej.
Podkreślam, że w omawianej sprawie, rozpoznawanej w pełnym składzie, Trybunał zgodnie ze swoimi kompetencjami oceniał zaskarżony
przepis, badając jego zgodność z konstytucją. Nie dokonywał natomiast
oceny rozstrzygnięcia jakiejkolwiek konkretnej sprawy, w której przepis ten został zastosowany. Ta sprawa, w której zapadł omawiany przeze
mnie wyrok, była rozpatrywana przez Trybunał w wyniku pytania prawnego przedstawionego Trybunałowi przez sąd powszechny w dość nietypowych okolicznościach, bo na bardzo wczesnym etapie postępowania,
kiedy dopiero toczyło się postępowanie przygotowawcze.
W uzasadnieniu swego wyroku Trybunał powiedział jeszcze dwie rzeczy, nie tyle może ważne, co polemiczne w stosunku do pewnych rozpowszechnionych tez.
Mianowicie, zdaniem Trybunału ochrona czci i dobrego imienia jako
wartości ściśle związanych z godnością człowieka nie może być traktowana jako przeżytek ustroju feudalnego, a przepis o odpowiedzialności karnej za naruszenie wolności słowa nie jest reliktem państwa totalitarnego. Przepisy tej treści obowiązują w Polsce od kilkudziesięciu lat i mają
odpowiedniki w ustawodawstwie licznych państw, co do których nie ma
wątpliwości, że są one państwami demokratycznymi.
magazyn1-2010.indd 94
10-07-23 18:48:05
Mirosława Wysocka
WOLNOŚĆ PRASY
WYBRANE WĄTKI NA TLE ORZECZNICTWA SĄDU
NAJWYŻSZEGO W SPRAWACH CYWILNYCH
SPIS TREŚCI
1. Wolność prasy i jej ograniczenia ......................................................97
2. Prawa i obowiązki dziennikarzy .......................................................99
3. Społecznie uzasadniony interes i prawdziwość zarzutu ..................101
4. Naruszenie prawa do prywatności ................................................104
5. Kto ponosi odpowiedzialność? ......................................................108
6. Reklamy i ogłoszenia ....................................................................112
7. Sprostowanie a odpowiedź ............................................................115
8. Roszczenia w sprawach prasowych.................................................117
magazyn1-2010.indd 95
10-07-23 18:48:05
MIROSŁAWA WYSOCKA
Absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu
Warszawskiego. Od 1973 r. jest sędzią, od 1997 r. jest sędzią
Sądu Najwyższego, członkiem Izby Cywilnej SN.
magazyn1-2010.indd 96
10-07-23 18:48:05
WPROWADZENIE
W
ychodząc od specyfiki wolności prasy w polskim porządku prawnym
autorka ukazuje, w jaki sposób odpowiedzialność za naruszenie
dóbr osobistych przez dziennikarzy doznaje modyfikacji w stosunku do odpowiedzialności na ogólnych zasadach. W orzecznictwie zostały wypracowane
ogólnie akceptowane kryteria szczególnej staranności i rzetelności dziennikarza, z wyróżnieniem etapu zbierania i etapu wykorzystania materiału prasowego. Za konieczne przesłanki wyłączenia bezprawności naruszenia dóbr
osobistych uznaje się w orzecznictwie sądowym działanie w obronie społecznie uzasadnionego interesu, a także wykazanie prawdziwości zarzutu. Szczególną omawianą przez autorkę kategorię spraw o naruszenie dóbr osobistych
publikacją prasową stanowią sprawy, w których doszło do naruszenia prawa do prywatności. Sędzia Wysocka omawia występującą w związku z tym
niejednorodność pojęć, którymi posługuje się ustawodawca w różnych aktach
prawnych, szeroko analizuje krąg podmiotów ponoszących odpowiedzialność
cywilną za naruszenie dóbr osobistych, a także wskazuje na specyfikę publikowania reklam i ogłoszeń. Artykuł kończą rozważania dotyczące specyfiki roszczeń, pojawiających się na gruncie prawa prasowego.
1. WOLNOŚĆ PRASY I JEJ OGRANICZENIA
W
olność prasy jest na ogół zgodnie uznawana za postać, czy też
pochodną, ogólnej zasady wolności słowa. Wolność prasy ma
rangę zasady ustrojowej i jest chroniona na podstawie Konstytucji, która w art. 14 stanowi, że Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy
i innych środków społecznego przekazu, a w art. 54 deklaruje, że każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania
i rozpowszechniania informacji (ust. 1) oraz zakazuje prewencyjnej cen-
magazyn1-2010.indd 97
10-07-23 18:48:05
98
Ius et Lex nr 1/2010
zury środków społecznego przekazu i koncesjonowania prasy (ust. 2).
Wolność prasy pozostaje w istotnym związku z prawem obywateli do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób
pełniących funkcje publiczne (art. 60 ust. 1 Konstytucji).
Zasada wolności prasy jest wyrażona także w art.1 prawa prasowego
(ustawa z dnia 26 stycznia 1984r., Dz.U. Nr 5, poz.24 ze zm.), w myśl
którego prasa, zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności wypowiedzi i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej (art. 1). Realizację tych uprawnień i zadań prasy zapewniają m.in. obowiązki udzielania prasie informacji o działalności określonych podmiotów (art. 4 ust.1) oraz zakaz utrudniania zbierania materiałów krytycznych i tłumienia krytyki w inny sposób (art. 6 ust.4).
Wolność prasy i prawo do informacji są gwarantowane także przez
umowy międzynarodowe: Konwencję o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, Powszechną Deklarację Praw Człowieka oraz Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych.
Wolność prasy pozostaje, na wszystkich poziomach tej ochrony, w ścisłym związku z prawem obywateli do informacji. Prawo społeczeństwa
do otrzymania informacji jest realizowane (między innymi) przez prasę
i inne środki społecznego przekazu, które spełniają zadanie przekazywania informacji i idei będących przedmiotem zainteresowania opinii publicznej. Wolność prasy nie jest – wbrew niektórym opiniom – przywilejem dziennikarzy, lecz atrybutem i ostoją demokratycznego społeczeństwa. Jednocześnie, przy całej doniosłości zasady wolności prasy, wolności wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechnia informacji,
nie mają one charakteru absolutnego, a więc bezwzględnego i pozbawionego ograniczeń.
Ograniczenia te wynikają, przede wszystkim, z konieczności uwzględniania innych praw i wolności, bowiem każdy jest obowiązany szanować
wolności i prawa innych (art. 31 ust.2 Konstytucji). Pierwszorzędne znaczenie ma nienaruszalna, przyrodzona i niezbywalna godność człowieka (art. 30 Konstytucji) oraz dobra składające się na tak zwaną godność
osobistą, w tym cześć i dobre imię oraz prywatność (m.in. art. 47 Konstytucji, art. 23 kc i art.12 ust.1 pkt 2 prawa prasowego). Także i dobra
osobiste, przy uwzględnieniu ich wysokiej rangi, nie są chronione w sposób absolutny.
Prawa do ochrony czci i wolności słowa mają charakter równorzędny
w tym znaczeniu, że żadnemu z nich nie przysługuje – a priori, z zasady –
pierwszeństwo w stosunku do drugiego, żadne z nich nie ma charakteru
absolutnego, a każde może podlegać pewnym ograniczeniom. Takie sta-
magazyn1-2010.indd 98
10-07-23 18:48:05
M. Wysocka Wolność prasy – wybrane wątki...
99
nowisko jest przyjmowane w orzecznictwie sądów powszechnych i Sądu
Najwyższego (w tym w uchwale składu siedmiu sędziów z dnia 18 lutego
2005r., IIICZP 53/041). Gdy dojdzie do kolizji tych dóbr, rozstrzygnięcie i przyznanie pierwszeństwa ochrony zawsze ostatecznie będzie zależeć od konkretnych okoliczności danego przypadku. Nie oznacza to zanegowania czy też odrzucenia jednej z zasad, eliminacji jednego z praw
pozostających w kolizji, lecz jedynie wybór, któremu z nich – w konkretnych okolicznościach faktycznych i prawnych – należy przyznać pierwszeństwo i udzielić ochrony. W tym przejawia się istota orzekania przez
sądy w sprawach, w których doszło do naruszenia czci jednostki w publikacji prasowej (rozumianej szeroko, zgodnie z pojęciem „prasy”, zdefiniowanym w art. 7 ust. 2 pkt 1 prawa prasowego). W tym także ujawnia
się szczególnie skomplikowany charakter tych spraw, zwłaszcza w związku
z ogólnym ujęciem podstawowych (najczęściej stosowanych) norm – art.
24 i 448 kc, art. 2 ust.1 pkt 1 i 2 oraz art. 14 ust. 6 prawa prasowego.
Jednocześnie, owo ścisłe powiązanie konkretnych stanów faktycznych
z wynikiem ich prawnej oceny, zróżnicowanie stanów faktycznych i prawnych w tej kategorii spraw cywilnych oraz znaczna ich liczba sprawiają,
że systematyczną analizę orzecznictwa Sądu Najwyższego w ogólnie ujętej materii „wolności prasy” trzeba pozostawić istniejącym i przyszłym
przeglądom orzecznictwa oraz monografiom, w krótszym tekście ograniczając się do jedynie wybranych wątków i orzeczeń.
2. PRAWA I OBOWIĄZKI DZIENNIKARZY
P
rzy rozstrzyganiu tzw. „spraw prasowych” istotne jest, jakie wstępne założenie zostanie przyjęte co do wzajemnego stosunku przepisów kodeksu cywilnego, dotyczących ochrony dóbr osobistych oraz przepisów Prawa prasowego. W orzecznictwie Sądu Najwyższego w zasadzie
zgodnie przyjmuje się, że wzajemna ich relacja jest oparta na kumulatywnym zbiegu przepisów2. Zasadniczo tezę tę wywodzi się z art. 24 § 3
kc, który stanowi, że przepisy art. 24 § 1 i 2 nie uchybiają uprawnieniom
przewidzianym w innych przepisach oraz z art. 37 Prawa prasowego,
z którego wynika, że do odpowiedzialności za naruszenie prawa spowodowane opublikowaniem materiału prasowego stosuje się zasady ogólne, chyba że ustawa stanowi inaczej. Ma to istotne znaczenie z punktu
1 OSNC 2005/7-8/114.
2 Wyroki z dnia 8 lutego 1990 r., IICR 1303/89, OSNC 1991, nr 8-9, poz.108 i z dnia 24 sierpnia
1990 r., II CR 405/90, „Palestra” 1991 r., nr 8-9, s.78 i uchwała z dnia 18 lutego 2005 r., IIICZP
53/04.
magazyn1-2010.indd 99
10-07-23 18:48:05
100
Ius et Lex nr 1/2010
widzenia środków ochrony przysługujących osobom, których dobra osobiste zostały naruszone w materiale prasowym, bowiem przyjęcie kumulatywnego zbiegu przepisów oznacza możliwość kumulatywnego albo alternatywnego – według wyboru poszkodowanego – stosowania środków
przewidzianych w obu ustawach.
Przyjęcie, że przepisy obu ustaw wzajemnie się uzupełniają oznacza
także, że jeżeli do naruszenia dobra osobistego doszło w publikacji prasowej, przy stosowaniu art. 24 kc należy uwzględniać przepisy prawa prasowego. Konsekwencją tego jest między innymi konieczność uwzględniania tych przepisów przy dokonywaniu oceny bezprawności naruszenia dobra osobistego.
Dlatego Sąd Najwyższy przyjmuje, że odpowiedzialność dziennikarzy
doznaje pewnej modyfikacji w stosunku do odpowiedzialności na ogólnych zasadach3. Stanowisko takie uwzględnia doniosłą rolę prasy w urzeczywistnianiu prawa obywateli do rzetelnej informacji, jawności życia publicznego, kontroli i krytyki społecznej oraz szeroko rozumianej wolnej
debaty w sprawach istotnych dla obywateli, ale także poważne skutki, jakie w tej sferze oraz w sferze dóbr osobistych jednostek, wywołują publikacje prasowe.
Powinność realizowania przez dziennikarzy zadań stojących przed prasą, właśnie przy uwzględnieniu wskazanych zadań prasy, a także skutków
opublikowania materiałów prasowych, powoduje odpowiednie ukształtowanie ich praw i obowiązków. Dlatego art. 12 ust. 1 pkt 1 prawa prasowego nakłada na dziennikarzy obowiązek zachowania szczególnej staranności i rzetelności przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych. Sąd Najwyższy traktuje ten przepis jako źródło wymagania kwalifikowanego. Poczynając od wyroku Sądu Najwyższego z dnia 8 października 1987 r.4, w orzeczeniach odnoszących się do tej kwestii, stanowisko
to jest konsekwentnie podtrzymywane i – chociaż bywa kwestionowane
jako nadmiernie rygorystyczne – brak jest jakichkolwiek symptomów, ale
przede wszystkim przesłanek, do tego, by miało ono ulec zmianie.
W orzecznictwie zostały wypracowane ogólnie akceptowane kryteria
szczególnej staranności i rzetelności dziennikarza, z wyróżnieniem etapu zbierania i etapu wykorzystania materiału prasowego.
Na etapie zbierania materiałów najistotniejsze znaczenie ma rodzaj
i wiarygodność źródła (dziennikarz nie powinien opierać się na źródle,
którego obiektywizm lub wiarygodność budzi wątpliwości), wielość źródeł, sprawdzenie zgodności z prawdą uzyskanych informacji przez się3 Wyrok z dnia 14 maja 2003 r., ICKN 463/01, OSP z 2004 r., nr 4, poz.22.
4 IICR 269/87, OSNC 1989 r., nr 4, poz.66.
magazyn1-2010.indd 100
10-07-23 18:48:06
M. Wysocka Wolność prasy – wybrane wątki...
101
gnięcie do wszystkich innych możliwych źródeł i upewnienie się co zgodności informacji z innymi znanymi faktami, a także umożliwienie osobie
zainteresowanej ustosunkowania się do uzyskanych informacji.
Na etapie wykorzystania materiałów najistotniejsze jest wszechstronne, a nie selektywne przekazanie informacji, przedstawienie wszystkich
okoliczności i nie działanie „pod z góry założoną tezę”, a także rozważenie powagi zarzutu i skutków jego publicznego przedstawienia oraz znaczenia informacji z punktu widzenia usprawiedliwionego zainteresowania społeczeństwa, i wreszcie – potrzeby (pilności) publikacji. Nie można także odmówić znaczenia zastosowanej formie publikacji (np. reportaż, wywiad, felieton, satyra) ani formie wypowiedzi (miejsce publikacji
i sposób jej wyeksponowania, tytuł, forma językowa, oddzielenie faktów
od ocen).
Uogólniając, wymienione cechy to kryteria rzetelności dziennikarskiej,
czyli zachowania wymogów dobrej sztuki i etyki dziennikarskiej. Rzetelność dziennikarska jest najlepszą gwarancją zarówno prawidłowej realizacji zadań prasy, jak i respektowania praw osób, których dotyka publikacja. Stawiane przez sądy wymagania, którym musi sprostać dziennikarz są wysokie, a kryteria ich spełnienia surowe. Wykazanie, że zostały
one spełnione stanowi konieczną przesłankę uwolnienia dziennikarza
od odpowiedzialności za naruszenie publikacją prasową dobra osobistego innej osoby i zawsze ma znaczenie w procesie rozstrzygania konfliktu dóbr – wolności prasy i ochrony dóbr osobistych.
3. SPOŁECZNIE UZASADNIONY INTERES
I PRAWDZIWOŚĆ ZARZUTU
T
a przesłanka wyłączenia bezprawności naruszenia dobra osobistego nie jest wystarczająca. Za konieczną przesłankę wyłączenia
bezprawności naruszenia dóbr osobistych uznaje się w orzecznictwie sądowym działanie w obronie społecznie uzasadnionego interesu. Chociaż ten „kontratyp” bywa kwestionowany w piśmiennictwie, w orzecznictwie ma ugruntowaną pozycję i zawsze jest uwzględniany jako okoliczność istotna dla oceny bezprawności (wyłączenia bezprawności) działania dziennikarza. W wypadku publikacji prasowych interes ten wyraża się
przede wszystkim w urzeczywistnianiu zasad jawności życia publicznego
i prawa społeczeństwa do informacji. Prasa bowiem ma obowiązek przekazywania informacji, a społeczeństwo ma prawo je otrzymywać. Istotne
znaczenie ma zatem właściwe rozumienie społecznie uzasadnionego in-
magazyn1-2010.indd 101
10-07-23 18:48:06
102
Ius et Lex nr 1/2010
teresu. Krytyka prasowa powinna stanowić wkład w debatę o sprawach
publicznie ważnych, a za jej publikacją powinien przemawiać ważny interes publiczny. Dotyczy on takiej sfery życia społecznego, w ramach
której można mówić o istnieniu ważnej w demokratycznym społeczeństwie potrzeby otwartej debaty publicznej oraz prawa do uzyskiwania informacji mieszczącej się w ramach usprawiedliwionego zainteresowania
społeczeństwa5. Kwantyfikator „publiczny” odnosi się zarówno do strony
przedmiotowej, czyli rodzaju informacji, która dotyczy spraw istotnych
dla wiedzy i życia obywateli, jak i strony podmiotowej, czyli „osób publicznych”, aktywnie działających na forum publicznym, których działanie wywiera wpływ na kształtowanie życia społeczeństwa. W tej właśnie
sferze ujawnia się potrzeba informacji i debaty publicznej. Dlatego dla
wyłączenia bezprawności naruszenia dobra osobistego publikacją prasową wymagane jest wykazanie, że publikacja realizowała tak rozumiany
godny ochrony interes społeczny.
Po stwierdzeniu, że dziennikarz działał w obronie społecznie uzasadnionego interesu i uczynił zadość wymaganiu szczególnej staranności
i rzetelności przy zbieraniu i opublikowaniu materiału prasowego, pozostaje do rozstrzygnięcia, czy i jakie znaczenie ma wykazanie przez dziennikarza prawdziwości zarzutu postawionego w publikacji, co w praktyce określa się jako „przeprowadzenie dowodu prawdy”. Ta kwestia należy do najbardziej kontrowersyjnych zarówno w orzecznictwie, jak
i w piśmiennictwie.
Oczywiście, nie budzi wątpliwości, że obowiązkiem prasy jest prawdziwe przedstawianie omawianych zjawisk (art. 6 ust. 1 prawa prasowego),
że realizacja przez prasę obowiązku rzetelnego informowania (art.1 Pr.
pras.) powinna polegać na przedstawianiu zjawisk zgodnie z prawdą oraz
że w interesie publicznym leży uzyskiwanie informacji prawdziwych.
Nie przesądza to odpowiedzi na pytanie, czy niewykazanie prawdziwości zarzutu bezwzględnie powoduje odpowiedzialność dziennikarza,
niezależnie od spełnienia wszystkich innych kryteriów oceny jego działania.
W większości orzeczeń sądów powszechnych, a także Sądu Najwyższego6 przyjmowano, że wykazanie prawdziwości zarzutu jest konieczną
przesłanką wyłączenia bezprawności naruszenia dóbr osobistych, a postawienie zarzutu naruszającego czyjąś cześć, którego prawdziwość nie
5 Tak, w podsumowaniu stanowiska orzecznictwa, Sąd Najwyższy w uchwale powołanej w przypisie 1.
6 Por. m.in. wyroki tego Sądu z dnia 22 grudnia 1997 r., IICKN 546/97, OSNC 1998, nr 7-8,
poz.119, z dnia 10 września 1999 r., IIICKN 939/98, OSNC 2000, nr 3, poz.56 i z dnia 28 maja
1999 r., ICKN 16/98, OSNC 2000, nr 2, poz.25.
magazyn1-2010.indd 102
10-07-23 18:48:06
M. Wysocka Wolność prasy – wybrane wątki...
103
została wykazana, zawsze jest działaniem sprzecznym z zasadami współżycia społecznego, a tym samym – bezprawnym.
W słabszym, choć także wyraźnym, nurcie orzecznictwa uznawano7,
że działanie w obronie społecznie uzasadnionego interesu i spełniające
wymagania ukształtowane przez przepisy prawa prasowego, nie jest bezprawne, choćby tzw. dowód prawdy nie został przeprowadzony.
Rozbieżność orzecznictwa była przyczyną przedstawienia zagadnienia
powiększonemu składowi Sądu Najwyższego, który w uchwale z dnia 18
lutego 2005 r.8 orzekł, iż wykazanie przez dziennikarza, że przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych działał w obronie społecznie
uzasadnionego interesu oraz wypełnił obowiązek zachowania szczególnej staranności i rzetelności, uchyla bezprawność działania dziennikarza. Sąd nadto stwierdził w uchwale, że jeżeli zarzut okaże się nieprawdziwy, dziennikarz zobowiązany jest do jego odwołania. Oczywiście, podobnie jak w wypadku wyżej powołanych orzeczeń Sądu Najwyższego
w składach zwykłych, argumentacja prawna stanowiska zajętego w uchwale jest wielowątkowa i rozbudowana. Spośród istotnych argumentów,
przywołanych dla uzasadnienia zajętego stanowiska, warto przytoczyć te,
które odwołują się do potrzeby uwzględnienia niewątpliwego faktu, że
dziennikarz ma do dyspozycji ograniczone środki w zakresie ustalania
faktów i że nie są one w żaden sposób współmierne do środków będących w dyspozycji organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, dla których „dojście do prawdy” i ostateczne ustalenia wymagają niejednokrotnie bardzo długiego czasu. Sąd Najwyższy przywołał miedzy innymi poglądy, że wymóg przedstawienia przez dziennikarza dowodu prawdy „jest
wygórowany, a nawet wręcz niewykonalny”, a żądanie publikowania jedynie materiałów „o stuprocentowej pewności” mija się z podstawowymi zasadami doświadczenia życiowego. Podzielił też pogląd, że postawienie przed prasą wymagania tak absolutnego perfekcjonizmu prowadziłoby do jej poważnego skrępowania oraz zniechęcenia do podejmowania ważnych problemów życia społecznego, ograniczając rolę i możliwości debaty publicznej. Nie należy w tych sprawach tracić z pola widzenia także i tego, że niejednokrotnie chodzi o bardzo trudne i złożone problemy, jak również, że rola środków społecznego przekazu nie
ogranicza się wyłącznie do przekazywania informacji, lecz także do wskazywania zagrożeń, wywoływania dyskusji i stwarzania odbiorcy możliwości wyrobienia sobie własnego osądu. Trzeba jednocześnie podkreślić,
7 Por. m.in. wyroki Sądu Najwyższego z dnia 8 października 1987 r., IICR 268/87, OSNCP 1989,
nr 4, poz.66 oraz z dnia 5 marca 2002 r., ICKN 535/00 i z dnia 14 maja 2003 r., ICKN 463/01,
niepublikowane.
8 Powołana w przypisie 1.
magazyn1-2010.indd 103
10-07-23 18:48:06
104
Ius et Lex nr 1/2010
że stanowisko Sądu Najwyższego zostało wyrażone z zastrzeżeniem bardzo ostrych (kwalifikowanych) kryteriów stosowanych przy ocenie, czy
dziennikarz zadośćuczynił wymaganiu szczególnej staranności i rzetelności przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych oraz czy publikacja realizowała godny ochrony interes społeczny. Jeżeli wszystkie,
tak wysokie, wymagania zostaną spełnione, nie można przypisać dziennikarzowi działania bezprawnego i przekroczenia granic wolności słowa
(wolności prasy). Jednocześnie, nie ma wątpliwości co do tego, że publikowanie informacji nieprawdziwych w złej wierze przekracza granice
dopuszczalnej krytyki.
Należy podkreślić, że w stanowisku Sądu Najwyższego nie można dostrzec pomniejszania rangi czy „eliminacji” drugiej zasady – ochrony
dóbr osobistych, która znalazła się w kolizji z wolnością prasy. Kwestia
jest rozstrzygana wyłącznie w kategorii ustalenia – w konkretnych okolicznościach danej sprawy – pierwszeństwa ochrony. Jest to zadanie każdego sądu rozstrzygającego sprawę o naruszenie dóbr osobistych w publikacji prasowej. W sprawach tego rodzaju, przy materii tak złożonej
i pojęciach ustawowych tak ogólnych, relacja pierwszeństwa ochrony zależy od okoliczności faktycznych, przeważających szalę na rzecz jednej
z zasad. Tego wyboru zawsze będzie musiał dokonać sąd w ramach przysługującej mu kompetencji.
Wskazana kwestia pozostaje nadal przedmiotem dyskusji i sporu, jednak przede wszystkim w piśmiennictwie. Praktyka orzecznicza świadczy
o tym, że sądy z właściwym rozumieniem charakteru rozważanej kolizji
i przesłanek jej rozstrzygania, orzekają w tych sprawach, poszukując właściwego wyważenia zasady ochrony czci jednostki z jednej strony i wolności prasy z drugiej strony.
4. NARUSZENIE PRAWA DO PRYWATNOŚCI
S
zczególną kategorię spraw o naruszenie dóbr osobistych publikacją prasową stanowią sprawy, w których doszło do naruszenia prawa do prywatności. Prawo do prywatności, chronione konstytucyjnie, jest
zaliczane do podstawowych wolności i praw osobistych jednostki (art.47
Konstytucji). Ochronę tej sfery życia jednostki deklaruje w sposób wyodrębniony także Prawo prasowe, zgodnie z którym (art. 14 ust. 6) nie wolno bez zgody osoby zainteresowanej publikować informacji oraz danych
dotyczących prywatnej sfery życia, chyba, że wiąże się to bezpośrednio
z działalnością publiczną tej osoby. Ochrona w tym zakresie może odnosić się do wypadków ujawnienia faktów z życia osobistego i rodzinne-
magazyn1-2010.indd 104
10-07-23 18:48:06
M. Wysocka Wolność prasy – wybrane wątki...
105
go, nadużywania uzyskanych informacji, zbierania w drodze prywatnych
wywiadów informacji i ocen dotyczących tej sfery życia po to, by je opublikować lub w inny sposób rozgłaszać. Takie działania naruszają autonomię jednostki, czyli prawa do wolności od ingerencji innych, a także
autonomii informacyjnej rozumianej jako prawo decydowania o rodzaju i zakresie udostępniania innym informacji o swoim życiu. Nie można
jednak tracić z pola widzenia, że ustalenie zakresu chronionej prywatności następuje z uwzględnieniem innych norm, zwłaszcza powołanych
na wstępie art. 54 i 60 Konstytucji.
Szczególna regulacja, z której wynika zasada nieingerencji w życie prywatne, stanowi wyraźną wskazówkę przy ustalaniu relacji pomiędzy prawem do informacji i wolności wypowiedzi a prawem do ochrony dóbr
osobistych. Prawo do informacji i wypowiedzi podlega ograniczeniu, które odpada tylko przy spełnieniu określonych warunków. Nadal zasadnicza rola przy rozstrzyganiu kolizji dóbr przypada działaniu dla realizacji
społecznie uzasadnionego interesu oraz pierwiastkowi „publicznemu”,
zarówno w odniesieniu do podmiotu, jak i przedmiotu wypowiedzi, co
związane jest z zezwoleniem na publikację informacji dotyczących tej sfery wtedy, gdy „wiąże się to bezpośrednio z działalnością publiczną danej osoby”. Nieostre sformułowanie przepisu jest źródłem licznych wątpliwości i sporów w piśmiennictwie prawniczym, a w sporach sądowych
kwalifikacja tej cechy następuje in casu.
Prawo do ochrony życia prywatnego przysługuje także osobom publicznym, z tym, że ochrona ich prywatności podlega ograniczeniom.
Usprawiedliwienie dla wkraczania także w tę sferę życia wynika z przysługującego obywatelom prawa do informacji o osobach znajdujących
się w polu szczególnego zainteresowania społecznego, w ramach prawa
do informacji o wszystkich przejawach życia publicznego.
Szczególne wątpliwości wynikają nie tylko z poziomu ogólności pojęć ustawowych, ale także z niejednorodności pojęć, którymi posługuje się ustawodawca w różnych aktach prawnych, w tym różnic pomiędzy
treścią art. 14 ust. 6 prawa prasowego i art. 81 ust. 2 ustawy z dnia 4 lutego o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. z 2000 r. Nr 80,
poz. 904 ze zm.), który regulując zasady dopuszczalności rozpowszechniania wizerunku posługuje się pojęciem „osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych i zawodowych”.
Wykładni pojęć „osoba powszechnie znana”, „publiczny”, „publiczność”, „funkcja” i „działalność” oraz „działalność publiczna” oraz ułożenia wzajemnych relacji obu przepisów i używanych w nich pojęć do-
magazyn1-2010.indd 105
10-07-23 18:48:06
106
Ius et Lex nr 1/2010
konał Sąd Najwyższy w wyrokach z dnia 12 września 2001 r.9 i 11 maja
2007 r.10. Z uzasadnień orzeczeń wynika, że – poza wypadkami niebudzącymi wątpliwości co do objęcia ich kategorią „osób publicznych”
(członkowie rządu, parlamentarzyści, politycy, funkcjonariusze państwowi) – często kwalifikacja taka następuje dopiero na kanwie konkretnych
okoliczności sprawy.
Najogólniej rzecz ujmując, zaliczenie określonych osób, z omawianego punktu widzenia, do kategorii osób publicznych opiera się zasadniczo na kryterium aktywnego uczestniczenia w życiu publicznym i odgrywania znaczącej, stałej lub nawet incydentalnej (związanej z określonymi wydarzeniami) roli w życiu publicznym, zwłaszcza w polityce, ekonomii, działalności społecznej, kulturze, nauce, sporcie.
Chociaż granice dozwolonej krytyki w stosunku do „osób publicznych”
(w tym zwłaszcza polityków) są szersze, to osoby te oczywiście zachowują
prawo do ochrony dobrego imienia, z tym, że zakres ochrony jest określany przy uwzględnieniu wartości, jaką stanowi debata o sprawach publicznych.
Fakt, że osoba publiczna musi liczyć się z tym, iż zakres ingerencji
w jej życie, nie wykluczając życia prywatnego, jest szerszy, nie oznacza
usuwania wszystkich barier jego niedostępności. Elementem koniecznym
usprawiedliwiającym (wyłączającym bezprawność) wkroczenia w tę sferę życia jest wykazanie bezpośredniego związku informacji lub danych
ze sfery życia prywatnego z działalnością publiczną „bohatera” publikacji. Ten element jest mocno akcentowany w orzeczeniach Sądu Najwyższego11. Sąd Najwyższy eksponował w nich, że zasadą jest zakaz publikowania informacji i danych dotyczących życia prywatnego, a wyjątek od
zasady nieingerencji prasy w tę sferę został ujęty w wąskich granicach
przez wprowadzenie wymagania bezpośredniego związku między działalnością publiczną a informacjami o prywatnym życiu. Dlatego nawet
spełnienie wymagania szczególnej staranności dziennikarskiej ani prawdziwość informacji nie uwalniają od odpowiedzialności za opublikowanie informacji dotyczących prywatnej sfery życia, jeżeli nie zostanie wykazany bezpośredni związek między opublikowanymi danymi a publiczną działalnością danej osoby. Także w publikacji dotyczącej działalności
publicznej danej osoby, okoliczności należące do sfery jej prywatności
mogą być ujawnione tylko w wypadku bezpośredniego ich związku lub
9 VCKN 440/00, OSNC 2002 nr 5, poz. 56.
10 I CSK 47/07.
11 M.in. w wyrokach z dnia 11 października 2001 r., IICKN 559/99, OSNC 2002 r. nr 6, poz.82
i z dnia 17 kwietnia 2002 r., IVCKN 925/00, OSP 2003 r., nr 5, poz. 60.
magazyn1-2010.indd 106
10-07-23 18:48:06
M. Wysocka Wolność prasy – wybrane wątki...
107
wpływu na działalność publiczną, istotna jest bowiem zależność pomiędzy zachowaniem danej osoby w sferze działalności publicznej a jej zachowaniami w sferze prywatnej. Poza tym, ujawnienie danej informacji
powinno służyć ochronie konkretnego społecznie uzasadnionego interesu. Dlatego Sąd Najwyższy uznał za dopuszczalne opublikowanie informacji dotyczących życia rodzinnego osoby sprawującej funkcje w stowarzyszeniu, którego celem była ochrona praw dzieci, stwierdzając, że
w takiej sytuacji interes społeczny wymaga, by postępowanie takiej osoby w życiu prywatnym, poglądy na temat wychowania dzieci, życia w rodzinie i obowiązków rodzicielskich mieściły się w obszarze dostępności12.
Takie ukształtowanie relacji pomiędzy wolnością informacji i wypowiedzi a ochroną dóbr osobistych z zakresu prawa do prywatności pozostaje w ścisłym i logicznym związku ze wskazanymi wcześniej przesłankami
rozwiązywania kolizji między tymi zasadami. Skoro bowiem wolność prasy jest ściśle związana z jej doniosłą rolą w urzeczywistnianiu prawa obywateli do ich rzetelnego informowania oraz jawności życia publicznego,
nie może być obojętna kwalifikacja określonych informacji z punktu widzenia tego, co określa się jako zainteresowanie usprawiedliwione, a więc
takie, które pozostaje w związku z interesem publicznym. Ujawnienie informacji powinno służyć ochronie uzasadnionego interesu społecznego
i zasadniczo ujawnieniu podlegać mogą takie informacje, których przemilczenie byłoby szkodliwe dla interesu publicznego. Ingerencja w sferę prywatności musi mieć za sobą argumenty, które usprawiedliwiają zainteresowanie ogółu i uzasadniają jego zaspokojenie przez prasę, w zgodzie z jej prawami i obowiązkami. Uzasadnieniem takim nie jest publikowanie informacji mającej na celu jedynie zaspokojenie ciekawości społeczeństwa, dotyczącej sfery życia prywatnego „osób publicznych”, tym
bardziej wtedy, gdy nie są to osoby mające wpływ na życie publiczne,
a jedynie „publicznie znane”.
Ostatnio w orzecznictwie można dostrzec tendencję do zaostrzania
kryteriów dopuszczalności ingerencji w sferę życia prywatnego jednostek, a także do zasądzania wyższego zadośćuczynienia w wypadku naruszenia prawa do prywatności, co zapewne jest reakcją na nowe, często
agresywne formy publikacji w popularnych środkach masowego przekazu. Wymaga to zawsze wnikliwej oceny, w każdym konkretnym wypadku,
bezpośredniego związku informacji z działalnością publiczną danej osoby, jako istotnego dla uznania, czy w danej sytuacji wkroczenie w sferę
tych dóbr było uzasadnione i mieściło się w granicach wolności prasy.
Dotychczasowe uwagi dotyczą sytuacji, gdy do opublikowania danych
12 Wyrok powołany w przyp. 10.
magazyn1-2010.indd 107
10-07-23 18:48:06
108
Ius et Lex nr 1/2010
doszło bez zgody zainteresowanego, bowiem zgoda taka – stosownie do
art. 14 ust. 6 prawa prasowego, wyłącza bezprawność działania dziennikarza. Nierzadkim zjawiskiem jest powoływanie się przez autorów publikacji na „domniemaną zgodę” danej osoby, mającą wynikać z faktu, że
chętnie, a nawet z własnej inicjatywy, ujawnia ona dane dotyczące swojego życia prywatnego. Nie ma jednak w orzecznictwie przyzwolenia na
domniemywanie zgody i rozciąganie jej ponad to, co niewątpliwie objęte było przyzwoleniem zainteresowanego. Nadal bowiem jednostka ma
prawo określać granice swojej prywatności. Dlatego Sąd Najwyższy nie
akceptuje skłonności do domniemywania takiej zgody lub rozszerzania
jej zakresu ponad to, co wyraźnie da się odczytać z deklaracji czy zachowania osoby zainteresowanej13.
5. KTO PONOSI ODPOWIEDZIALNOŚĆ?
W
dotychczasowych rozważaniach, dla uproszczenia, mowa była
jedynie o dziennikarzu, a więc autorze publikacji naruszającej
dobra osobiste. Odpowiedzialność cywilna za przekroczenie granic wolności prasy obciąża jednak także redaktora lub inną osobę, która spowodowała opublikowanie materiału, a także wydawcę (art. 38 ust.1 Prawa prasowego). W orzecznictwie Sądu Najwyższego przyjmuje się, że odpowiedzialność obejmuje każdą osobę, która spowodowała opublikowanie materiału i akcentuje się kryterium zależności pomiędzy czynnościami podjętymi przez daną osobę a skierowaniem materiału do druku14.
Sformułowanie wskazanego przepisu nie daje podstaw do ograniczenia odpowiedzialności wydawcy. Zasięg odpowiedzialności wynika z pozycji wydawcy, który niewątpliwie wpływa na charakter czasopisma. Wiąże się to między innymi z tym, że w jego gestii pozostaje powoływanie
i odwoływanie redaktora naczelnego, decydującego i odpowiadającego
za treść przygotowywanych przez redakcję materiałów i za sprawy redakcyjne (art. 25 ust. 4 i 5 Prawa prasowego)15. Gdy wolą ustawodawcy jest
wyłączenie odpowiedzialności wydawcy, czyni to wyraźnie, czego przykładem jest wyłączenie odpowiedzialności za treść ogłoszeń i reklam (art.
42 ust. 2 prawa prasowego).
Zakres kompetencji redaktora naczelnego i odpowiedzialność za treść
wszystkich opublikowanych materiałów prasowych uzasadnia traktowa13 Por. wyrok Sądu Najwyższego z dnia 11 października 2001 r., IICKN 559/99, OSP 2002r. poz.161.
14 Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 23 lutego 2001 r., IICKN 587/00, OSNC 2001 nr 7-8, poz.123.
15 Por. wyrok powołany w przyp. 11.
magazyn1-2010.indd 108
10-07-23 18:48:06
M. Wysocka Wolność prasy – wybrane wątki...
109
nie go, z zasady, jako osoby, która spowodowała opublikowanie zakwestionowanego materiału prasowego i ponosi cywilną odpowiedzialność
z tym związaną. Od tej odpowiedzialności może się on uwolnić tylko wtedy, gdy wykaże, że w konkretnych okolicznościach nie miał, z obiektywnych przyczyn, żadnego udziału w tym, że doszło do publikacji naruszającej dobra osobiste wymienionej w nim osoby16. Powiązanie odpowiedzialności redaktora naczelnego z określonym działaniem lub zaniechaniem,
polegającym na dopuszczeniu do publikacji danego tekstu, oznacza jednocześnie brak podstaw do konstruowania odpowiedzialności redaktora
naczelnego zajmującego to stanowisko w dacie orzekania przez sąd, jeżeli nie sprawował go w dniu publikacji. Tym samym, odpowiedzialności redaktora naczelnego, który sprawował tę funkcję w chwili publikacji, nie stoi na przeszkodzie fakt późniejszego zaprzestania przez niego
jej pełnienia i zmiany na stanowisku redaktora naczelnego17.
Jak widać, odpowiedzialność wszystkich wymienionych osób ma charakter zindywidualizowany i opiera się na skonkretyzowanych w stosunku do każdej z nich przesłankach. Te osoby, których odpowiedzialność
zostanie ustalona – są to najczęściej autor i wydawca lub autor, wydawca i redaktor naczelny – w zakresie odpowiedzialności majątkowej ponoszą odpowiedzialność solidarną, co wprost wynika z art. 38 ust. 1 zdanie drugie Prawa prasowego. Nie dotyczy to odpowiedzialności z tytułu
roszczeń niemajątkowych, a nałożony przez sąd na autora, wydawcę i redaktora naczelnego obowiązek przeproszenia za naruszenie dóbr osobistych spowodowane opublikowaniem materiału prasowego, nie jest ich
obowiązkiem wspólnym18. Każda z tych osób odpowiada za swoje własne,
odrębne, bezprawne zachowanie: autor – za napisanie i skierowanie do
publikacji artykułu, redaktor naczelny – za dopuszczenie do jego opublikowania, wydawca – za to, że w wydawanej przezeń gazecie ukazał się
materiał naruszający dobra osobiste. Zróżnicowanie przesłanek odpowiedzialności może się ujawnić na innym jeszcze poziomie, na przykład
w sytuacji, gdy autor artykułu nie miał żadnego wpływu na formę publikacji, tytuł, zdjęcia i inne elementy, składające się także, niezależnie od
treści, na okoliczności istotne z punktu widzenia bezprawności naruszenia dóbr osobistych. Może to prowadzić do zróżnicowania treści oświadczeń, których złożenie – w celu zaspokojenia niemajątkowego roszczenia poszkodowanego o ochronę dóbr osobistych – nakaże sąd w wypad16 Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 18 stycznia 2006 r., VCSK 26/05.
17 Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 14 maja 2003 r., VCSK 26/05 i uzasadnienie uchwały z dnia 28
kwietnia 2005 r., IIICZP 13/05, OSNC 2006 nr 3, poz.46.
18 Uchwała Sądu Najwyższego powołana w przypisie 15.
magazyn1-2010.indd 109
10-07-23 18:48:06
110
Ius et Lex nr 1/2010
ku stwierdzenia ich bezprawnego naruszenia.
Nowe wyzwania pojawiają się w związku „z przekazywaniem myśli ludzkiej za pomocą innych niż prasa środków przeznaczonych do rozpowszechniania”, niezależnie od techniki przekazu (art. 54b Prawa prasowego), przede wszystkim z komunikacją internetową. Wymieniony przepis nakazuje stosować do takich środków przekazu odpowiednio przepisy o odpowiedzialności prawnej i postępowaniu w sprawach prasowych.
Oznacza to, że osoba prowadząca stronę internetową odpowiada za zamieszczane na niej treści tak, jak za opublikowanie materiału prasowego. Problem, stosunkowo prosty przy tzw. statycznych stronach internetowych, komplikuje się, gdy serwis umożliwia dołączanie komentarzy
przez internautów, których niejednokrotnie nieograniczona praktycznie
liczba czyni iluzoryczną możliwość bieżącego monitorowania wszystkich
wpisów. Pierwsze sprawy o ochronę dóbr osobistych naruszonych przez
wpisy na portalach internetowych będą niewątpliwie wymagały odpowiedniej transpozycji stosunkowo dobrze już wypracowanych zasad odpowiedzialności do specyficznych spraw nowego rodzaju.
Odpowiedzialność dziennikarza, wydawcy i redaktora (redaktora naczelnego), związana z przekroczeniem zasady wolności prasy i współkształtowana przez przepisy Prawa prasowego, niejednokrotnie splata
się z odpowiedzialnością innych osób, wynikającą z naruszenia zasady
wolności słowa i opartą na zasadach ogólnych. Wyraziście ujawnia się to
przy publikowaniu wywiadów udzielanych przez osoby trzecie, których
wypowiedzi naruszają dobra osobiste osób, których wypowiedź dotyczy.
Z art. 38 Prawa prasowego nie można wyprowadzać wniosku, że za naruszenie dóbr osobistych innej osoby nie odpowiada osoba udzielająca
wywiadu lub przekazująca informacje, które dziennikarz powołał w tekście publikacji19.
Przepisy Prawa prasowego nie regulują ani nie wyłączają odpowiedzialności osoby, której wypowiedzi zostały zacytowane lub powołane w artykule. Osoba ta odpowiada za własne działanie na podstawie przepisów
kodeksu cywilnego o ochronie dóbr osobistych, a przesłanki jej odpowiedzialności są ustalane w sposób autonomiczny.
W takich wypadkach ujawnia się potrzeba rozważenia relacji pomiędzy odpowiedzialnością osoby udzielającej wywiadu, wypowiedzi lub informacji a odpowiedzialnością dziennikarza (wydawcy, redaktora) z tytułu ich opublikowania lub oparcia na nich tekstu prasowego. Obarczanie tych osób rolą swoistego cenzora osoby udzielającej wywiadu i odpowiedzialnością za treści zawarte w jej wypowiedzi, może nastąpić tyl19 Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 16 lutego 2005 r., IVCK 519/04, OSNC 2005 r. nr 9, poz. 165.
magazyn1-2010.indd 110
10-07-23 18:48:06
M. Wysocka Wolność prasy – wybrane wątki...
111
ko wyjątkowo, gdy istnieją po temu szczególnie ważne powody20. Jednocześnie jednak, szczególna rzetelność i staranność w wykorzystaniu materiałów prasowych, wymagana przez art. 12 Prawa prasowego, nakazuje
rozwagę, w konkretnym wypadku może się bowiem okazać, że cytowanie
wypowiedzi stanowi jednak działanie bezprawne, jeżeli zawiera ona treści
nieprawdziwe, poniżające lub szkalujące, a więc godzące w dobra osobiste innej osoby w warunkach ewidentnej bezprawności. Dlatego okoliczność, że przedmiotem opublikowania w prasie jest wywiad nieopatrzony komentarzem redakcyjnym, nie zwalnia wydawcy od odpowiedzialności za naruszenie dóbr osobistych wypowiedzią osoby udzielającej wywiadu21. Do uwolnienia się od tej odpowiedzialności nie jest wystarczające powołanie się na formę warsztatową (zwarty wywiad, nieprzeplatany tekstem odredakcyjnym i nieopatrzony komentarzem) oraz na przytoczenie źródła i zachowanie zgodności między słowami wypowiedzianymi podczas wywiadu i opublikowanymi. Wymaganie szczególnej staranności i rzetelności dotyczy bowiem nie tylko etapu zbierania ale także wykorzystania – a więc decyzji opublikowania – materiału. Ocena zachowania tych wymagań zależy od wielu czynników, w tym także od wiarygodności informacji i obiektywizmu (lub przeciwnie – zaangażowania)
autora wypowiedzi.
Odrębną jest kwestią, na ile odpowiedzialność dziennikarza (wydawcy) mogłaby zostać wyłączona w wypadku odpowiedniego „zdystansowania się” od treści wypowiedzi czy też przytoczenia jej wraz z własnym komentarzem. Nie można w takiej sytuacji wykluczyć skutecznego powołania się na ważną potrzebę ujawnienia postawy lub przekonań osoby,
które mogą mieć znaczenie z punktu widzenia poinformowania społeczeństwa o istotnym zjawisku z dziedziny życia społecznego. Takie okoliczności nie poddają się uogólnieniu i wymagają rozstrzygania na tle
konkretnych stanów faktycznych. Można jedynie powiedzieć, że z reguły nie przyniesie rezultatu powołanie się na to, że określoną wypowiedź,
bez względu na jej treść, przytacza się „na odpowiedzialność autora wypowiedzi”.
Nieobojętna z punktu widzenia odpowiedzialności dziennikarza jest
autoryzacja dosłownie cytowanej i uprzednio niepublikowanej wypowiedzi osoby udzielającej informacji; art. 14 ust. 2 Prawa prasowego wprowadza zakaz odmowy autoryzacji takiej wypowiedzi. Konieczność uzyskiwania autoryzacji spotyka się często z krytycznymi ocenami. Niezależnie
jednak od tego, że ma ona istotne znaczenie dla ochrony praw osób
20 Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 15 września 2005 r., IICK 82/05.
21 Por. wyrok z dnia 11 października 2001 r., powołany w przypisie 11.
magazyn1-2010.indd 111
10-07-23 18:48:06
112
Ius et Lex nr 1/2010
udzielających wypowiedzi (chroniąc je przed skutkami szeroko pojętego
„zniekształcenia” wypowiedzi), może też okazać się korzystna dla dziennikarza, gdy będzie on musiał wykazać, że publikując wypowiedź, przytoczył ją wiernie. Natomiast brak autoryzacji może narazić dziennikarza
nie tylko na roszczenia ze strony osoby udzielającej wypowiedzi, zarzucającej jej zniekształcenie a nawet zaprzeczającej jej, ale także ze strony
osoby, której wypowiedź dotyczyła. Przy braku autoryzacji tekstu, stanowiącej najprostszy sposób wykazania, że wypowiedź określonej treści miała miejsce, wszystkie prawne pretensje osoby dotkniętej treścią opublikowanej wypowiedzi, mogą zostać skierowane nie przeciwko temu, kto
jej udzielił, ale wyłącznie przeciwko temu kto spowodował jej opublikowanie. W praktyce sądowej autoryzacja tekstu ma zasadnicze znaczenie
przy ustalaniu istotnego faktu, jakim jest rzeczywista treść wypowiedzi,
której opublikowanie było podstawą wniesienia pozwu o ochronę dóbr
osobistych.
6. REKLAMY I OGŁOSZENIA
I
nny aspekt szczególnego powiązania pomiędzy odpowiedzialnością
wydawcy i osoby trzeciej ujawnia się w związku z publikowaniem
ogłoszeń i reklam. W ocenie Sądu Najwyższego, wyrażonej w wyroku
z dnia 15 lipca 2004 r.22, przewidziana w art. 38 Prawa prasowego współodpowiedzialność wydawcy za treść ogłoszenia naruszającego dobra osobiste innej osoby nie oznacza jego odpowiedzialności za ogłoszeniodawcę, każdy z nich bowiem odpowiada za własne postępowanie, w granicach swoich możliwości i staranności. Ogłoszenie jest materiałem prasowym jak „każdy opublikowany lub przekazany do publikowania w prasie
tekst” (art. 7 ust. 2 pkt. 4 Prawa prasowego), w związku z czym jego upublicznienie może rodzić współodpowiedzialność wydawcy i autora (osoby zamieszczającej ogłoszenie). Z art. 36 ust. 2 w związku z art. 42 ust. 2
Prawa prasowego wynika, że chociaż wydawca nie jest autorem płatnego
ogłoszenia, to odpowiada za jego treść, jeżeli jest ona sprzeczna z prawem lub z zasadami współżycia społecznego. Odpowiedzialność wydawcy za opublikowanie ogłoszenia naruszającego dobra osobiste osoby trzeciej jest uzależniona od możliwości stwierdzenia bezprawnego charakteru publikacji, przy zachowaniu przezeń należytej staranności23. Oznacza to, że chociaż wydawca nie jest zwolniony od oceny treści ogłoszenia
22 VCK 675/03, OSNC 2005 nr 7-8, poz.135.
23 wyrok Sądu Najwyższego z dnia 8 stycznia 2004 r., ICK 40/03
magazyn1-2010.indd 112
10-07-23 18:48:06
M. Wysocka Wolność prasy – wybrane wątki...
113
(a także reklamy), nie jest obarczony obowiązkiem prowadzenia dochodzenia dla ustalenia nieznanych mu okoliczności w celu ujawnienia potencjalnych zagrożeń. Wydawca nie uniknie jednak odpowiedzialności,
gdy opublikuje ogłoszenie, z którego treści wyraźnie wynika, że narusza
ono czyjeś dobra osobiste. Wbrew formułowanym czasem zarzutom, nie
można takich przypadków odpowiedzialności wydawcy uznawać za ograniczenie wolności prasy; wynikający z ustawy (art. 36 ust. 2 Prawa prasowego) zakaz publikacji ogłoszeń i reklam sprzecznych z prawem lub
z zasadami współżycia społecznego nie wzbudza zastrzeżeń natury prawnej ani aksjologicznej a stosowanie się do niego pozwala zapobiec bezprawnemu wkroczeniu w chronioną sferę dóbr osobistych jednostki. Jednocześnie, przyjmowane w orzecznictwie przesłanki odpowiedzialności
wydawcy pozwalają na właściwe wyważenie proporcji i nie nakładają nań
niewykonalnego obowiązku pełnej weryfikacji i swoistej merytorycznej
kontroli tej specyficznej kategorii materiałów prasowych.
Szeroki zakres dopuszczalności publikacji Sąd Najwyższy dopuścił
w odniesieniu do prezentowania w telewizyjnym programie informacyjnym w czasie kampanii wyborczej wypowiedzi członków komitetu wyborczego, nawet jeżeli godziły one w dobra osobiste innych osób publicznych24. Sąd stwierdził, że dziennikarze nie ponoszą odpowiedzialności za
treść materiałów wyborczych, w tym filmów telewizyjnych, w których partie polityczne i ich przedstawiciele prezentują własny program wyborczy
i poglądy, w tym także na działalność innych partii i ich członków. Konstytucyjnie gwarantowana (art. 11) wolność głoszenia swoich poglądów
przez partie polityczne i osoby ubiegające się o mandat poselski powoduje, że dziennikarze prezentując te poglądy nie mogą ingerować w ich
treść, a skoro tak – nie mogą za nią ponosić odpowiedzialności. Dlatego w takich sytuacjach, wynikający z art. 6 ust. 1 i 12 ust. 1 Prawa prasowego obowiązek prawdziwego przedstawiania omawianych zjawisk i obowiązek szczególnej rzetelności i staranności przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów sprowadza się do obowiązku rzetelnego relacjonowania
cudzych poglądów i programów, z podaniem kto je głosi. Do tych stwierdzeń można dodać, że odpowiedzialność za treść wypowiedzi prezentowanych w ramach programów wyborczych ponoszą ich autorzy, i w takich wypadkach przedmiotem orzekania sądu jest rozstrzyganie kolizji
pomiędzy prawami partii i ich przedstawicieli (członków, kandydatów
w wyborach) do wolności wypowiedzi i wolności głoszenia poglądów
a prawami innych osób do ochrony dóbr osobistych.
Inny rodzaj zależności pojawia się w sytuacji, gdy wydawca (redaktor
24 Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 26 lutego 2002 r., I CKN 413/01, OSNC 2003 r. nr 2, poz.24.
magazyn1-2010.indd 113
10-07-23 18:48:06
114
Ius et Lex nr 1/2010
naczelny) odmawia publikacji pochodzącej „z zewnątrz”, spotykając się
w związku z tym z zarzutem naruszania wolności innych osób do prezentacji ich wypowiedzi, a więc – z nietypowym zarzutem naruszenia obowiązku prasy do rzetelnego informowania i przekazywania poglądów
poprzez odmowę ich upublicznienia oraz ograniczania wolności wypowiedzi. Ważne dla praktyki i interesujące stanowisko zajął ostatnio Sąd
Najwyższy25 rozpoznając skargę kasacyjną w sprawie, której przedmiotem było żądanie nakazania wydawcy i redaktorowi naczelnemu ogólnopolskiego dziennika opublikowania określonej treści ogłoszenia; pozwany wydawca odmówił publikacji ogłoszenia ze względu na zagrożenie dóbr osobistych konkretnej osoby oraz sprzeczność treści ogłoszenia z linią programową pisma i zasadami etyki. W ocenie Sądu Najwyższego, znaczenie art. 36 Prawa prasowego polega na wyłączeniu odpowiedzialności wydawcy i redaktora naczelnego nie tylko wtedy, gdy zachodzą przesłanki wymienione wyraźnie w tym przepisie (jeżeli ogłoszenie jest sprzeczne z prawem lub zasadami współżycia społecznego – ust.
2 oraz jeżeli treść lub forma ogłoszenia albo reklamy jest sprzeczna z linią programową bądź charakterem publikacji – ust. 4), ale także w wypadku odmowy publikacji ogłoszenia lub reklamy z przyczyn, które mogłyby zostać uznane za dyskryminujące (np. odmowa publikacji ogłoszenia politycznego w czasopiśmie o odmiennej linii programowej).
Publikowanie ogłoszeń i reklam jest elementem prawnie chronionej
wolności wypowiedzi. Z drugiej strony, elementem swobody wypowiedzi
jest także swoboda decydowania o zawartości publikacji. Nałożenie na
prasę obowiązku publikacji ogłoszeń i reklam stanowiłoby ograniczenie
wolności prasy oraz przysługującej (jej również) swobody wypowiedzi.
Przy rozstrzyganiu kolizji praw ogłoszeniodawcy (reklamodawcy) i wydawcy konieczne jest uwzględnienie także zasady swobody umów i swobody prowadzenia działalności gospodarczej. W ocenie Sądu Najwyższego, w tym konflikcie pierwszeństwo należy przyznać prasie (wydawcy i redaktorowi naczelnemu), z tym, że jeżeli odmowa ma charakter dyskryminujący (np. ze względów światopoglądowych lub politycznych), powinna być uzasadniona sprzecznością opublikowania ogłoszenia lub reklamy z linią programową pisma bądź charakterem publikacji.
Na marginesie tych rozważań należy dostrzec, że z obowiązku prasy informowania obywateli o sprawach pozostających w sferze zainteresowania społecznego nie wynika obowiązek publikacji opinii czy poglądów,
nawet gdyby miały one istotne znaczenie dla życia publicznego.
25 Wyrok z dnia 18 stycznia 2007 r., ICSK 376/06.
magazyn1-2010.indd 114
10-07-23 18:48:07
M. Wysocka Wolność prasy – wybrane wątki...
115
7. SPROSTOWANIE A ODPOWIEDŹ
Obowiązkiem redaktora naczelnego jest natomiast bezpłatne opublikowanie rzeczowego i odnoszącego się do faktów sprostowania wiadomości nieprawdziwej i nieścisłej oraz rzeczowej odpowiedzi na stwierdzenie
zagrażające dobrom osobistym (art. 31 Prawa prasowego). Właściwe korzystanie z tych środków ochrony, a ściśle rzecz biorąc – właściwe wykonywanie przez redaktorów pism obowiązków wynikających z tego przepisu mogłoby zapobiec przynajmniej części procesów sądowych, wszczynanych po odmowie zamieszczenia sprostowania lub odpowiedzi. Trudno zaprzeczyć, że środki te mają mniejszy ciężar gatunkowy i nie zapewniają pokrzywdzonemu takiej satysfakcji, jak oświadczenie (często połączone z przeproszeniem) składane przez osoby odpowiadające za opublikowanie zniesławiającego zarzutu. Nie ma też jednak powodu, by deprecjonować znaczenie tych środków, gdyż w sprostowaniu należy dostrzegać ważny element przeciwdziałania jednostronnemu charakterowi przekazywanych przez prasę treści.
Rzecz jednak w tym, że praktyka sądowa dostarcza licznych przykładów niewykonywania przez redaktorów naczelnych tych obowiązków
w ogóle lub ich wykonywania pozornego, czyli w sposób nie tylko nieodpowiadający ich celowi, ale nawet wręcz cel ten niweczący.
Pretekstem do tego jest nieprecyzyjne brzmienie art. 31 Prawa prasowego, który nie definiuje pojęć sprostowania i odpowiedzi i nie wytycza
wyraźnych pomiędzy nimi granic, a także znaczny zakres swobody przyznany redaktorowi naczelnemu w zakresie kwalifikowania nadesłanego tekstu i jego publikacji (art. 33 ust. 1 i 2 Prawa prasowego). Te niedoskonałości przepisów nie mogą usprawiedliwiać wykorzystywania ich
jako podstawy odmowy publikacji sprostowania lub oświadczenia; czyniłoby to iluzorycznymi gwarancje co do możliwości korygowania faktów
i obrazu zainteresowanej osoby w opinii publicznej i prowadziło do zachwiania równowagi praw prasy i jednostki oraz do obniżenia poziomu
ochrony dotkniętego publikacją26.
Pomimo braku jednoznacznych kryteriów sprostowania i odpowiedzi,
w zasadzie wiadomo, co instytucje te odróżnia. Sprostowanie jest rzeczową, odnoszącą się do faktów wypowiedzią zawierającą korektę wiadomości podanej przez prasę, którą zainteresowany uznaje za nieprawdziwą
lub nieścisłą. Sprostowanie odnosi się wyłącznie do faktów i umożliwia
prostującemu przedstawienie własnej wersji wydarzeń. Redaktor naczelny
nie jest uprawniony do weryfikowania tych faktów pod kątem ich praw26 Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 29 czerwca 2007 r., ICSK 81/07.
magazyn1-2010.indd 115
10-07-23 18:48:07
116
Ius et Lex nr 1/2010
dziwości i nie może odmówić sprostowania w oparciu o twierdzenie, że
wiadomość zawarta w publikacji jest prawdziwa lub, że twierdzenia prostujące o faktach są nieprawdziwe. Natomiast „odpowiedź” w ujęciu art.
31 Prawa prasowego jest rzeczową odpowiedzią na stwierdzenie zagrażające dobrom osobistym, a więc jest jedyną formą reakcji na wypowiedziane w publikacji oceny i alternatywną formą reakcji na podane w niej
fakty, z tym, że w obu wypadkach jedynie w takim zakresie, w jakim zagrażają one dobrom osobistym zainteresowanego.
Trudności związane ze ścisłym odgraniczeniem odpowiedzi od sprostowania nie stanowią przesłanki odmowy ich opublikowania; brak jest dostatecznych prawnych podstaw do zanegowania przyjmowanej w orzecznictwie tezy, że dopuszczalne jest domaganie się opublikowania pisma
zawierającego w swej treści zarówno sprostowanie jak i odpowiedź, gdy
kwestionowana publikacja obejmuje jednocześnie wiadomości (fakty),
o których zainteresowany twierdzi, że są nieprawdziwe lub nieścisłe,
oraz stwierdzenia (opinie, oceny) zagrażające jego dobrom osobistym.
Podstawą do wystąpienia przez zainteresowanego z żądaniem nakazania redaktorowi naczelnemu sprostowania lub odpowiedzi nie jest zamieszczenie kwestionowanego materiału, lecz odmowa opublikowania
sprostowania lub odpowiedzi. W takim wypadku ostatecznie o istnieniu
podstaw do uwzględnienia tego żądania rozstrzygnie sąd, którego ocena odnosić się będzie ściśle do treści sformułowanej przez żądającego
oraz do podstaw odmowy powołanych przez redaktora. W wielu jednak
wypadkach rezultatem odmowy opublikowania sprostowania lub odpowiedzi nie jest wystąpienie z powództwem o nakazanie ich zamieszczenia, lecz wystąpienie z powództwem o ochronę dóbr osobistych, w którym powód będzie się domagać złożenia stosownego oświadczenia przez
osoby, które spowodowały opublikowanie spornego materiału prasowego.
W każdym razie, niechęć do publikowania sprostowań i oświadczeń
ogranicza rolę, jaką te środki mogłyby odegrać w utrzymywaniu równowagi pomiędzy prawami prasy i dobrami osobistymi jednostek, gdy prawa te znajdą się w konflikcie. Trudno przy tym oczekiwać, by sądy rozstrzygające spory na tle odmowy sprostowania lub odpowiedzi były gotowe akceptować tezę, że nałożenie takich obowiązków przez sąd narusza wolność prasy.
magazyn1-2010.indd 116
10-07-23 18:48:07
M. Wysocka Wolność prasy – wybrane wątki...
117
8. ROSZCZENIA W SPRAWACH PRASOWYCH
D
o środków ochrony przysługujących w razie naruszenia dóbr
osobistych publikacją prasową mają zastosowanie ogólne zasady
przewidziane w Kodeksie cywilnym – art. 24 co do roszczeń niemajątkowych oraz art. 448 co do roszczeń majątkowych o zadośćuczynienie lub
zasądzenie odpowiedniej sumy pieniężnej na cel społeczny.
Żądanie dopełnienia czynności potrzebnych do usunięcia skutków naruszenia dóbr osobistych przez złożenie oświadczenia odpowiedniej treści i w odpowiedniej formie powinno być skonkretyzowane przez osobę domagającą się ochrony27. Sąd może ingerować w treść oświadczenia przez ograniczenie jego zakresu, jeżeli ustalenia faktyczne i ocena
prawna uzasadniały przyjęcie ograniczonego zakresu bezprawnego działania pozwanego lub w jego formę (użycie konkretnych sformułowań),
gdy uzna ją za niewłaściwą; taka ingerencja uzasadnia częściowe oddalenie powództwa. Sąd nie może natomiast wybrać innego środka ochrony,
nakazać złożenia oświadczenia zupełnie innej treści niż żądana, zwłaszcza gdyby miałoby to prowadzić do przypisania zobowiązanemu innego
jakościowo, bezprawnego zachowania, niż opisane w treści postulowanej przez powoda, nie może też nakazać przeproszenia za okoliczności
nieobjęte żądaniem28. Orzeczenie sądu w części obejmującej nakazanie
złożenia oświadczenia musi precyzyjnie określać czynność, która ma być
dopełniona. Właściwa treść i forma oświadczenia ma istotne znaczenie
z tej przyczyny, że ma ono stanowić nie tylko satysfakcję dla poszkodowanego, ale także – a czasem przede wszystkim – komunikat skierowany
do opinii publicznej, którego celem jest przywrócenie w tej opinii dobrego imienia osoby dotkniętej bezprawną publikacją.
Z powściągliwą reakcją sądów spotykają się roszczenia o zakazanie dalszych naruszeń, zazwyczaj ze względu na niewykazanie rzeczywistej i konkretnej obawy ich naruszenia w przyszłości, co jest konieczną i podlegającą udowodnieniu przez powoda przesłanką takiego żądania29. Trafnie
kwestionuje się dopuszczalność orzeczenia zawierającego generalny zakaz publikacji dotyczących w ogóle określonych tematów lub osób. Taki
zakaz naruszałby wolność prasy i nie mógłby zostać uznany za proporcjonalny i właściwy środek ochrony dóbr osobistych.
W sprawach o naruszenie dóbr osobistych w publikacji prasowej większe znaczenie, niż w innych sprawach o ochronę dóbr osobistych, mają
27 Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 22 grudnia 1997 r., II CKN 546/97, OSNC 1998 r. nr 7-8, poz.119.
28 Wyroki Sądu Najwyższego z dnia 23 marca 2006 r., IVCSK 115/06 i z dnia 16 lutego 2005 r., IV
CK 519/04, OSNC 2005 r. nr 9, poz.165.
29 Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 26 lutego 1965 r., II CR 13/65, OSNC 1965 r. nr 10, poz. 174.
magazyn1-2010.indd 117
10-07-23 18:48:07
118
Ius et Lex nr 1/2010
roszczenia o charakterze majątkowym. W tej bowiem kategorii spraw żądania często są określane na znacznie wyższym poziomie, co uzasadnia
się przede wszystkim zakresem i skutkami naruszenia czci, gdy dochodzi do niego w środkach przekazu o dużym, a niekiedy masowym, kręgu odbiorców. Ta okoliczność rzeczywiście, obok rodzaju naruszonego
dobra i ciężaru zarzutu, stanowi istotne kryterium określania wysokości
„odpowiedniej sumy pieniężnej” z tytułu zadośćuczynienia lub kwoty zasądzanej na cel społeczny. Wobec tego, iż odpowiednie zadośćuczynienie jest „przyznawane” (tak w art. 448 kc) przez sąd, niedysponujący katalogiem przesłanek ustawowych i posługujący się kryteriami wypracowanymi w orzecznictwie, wymagać będzie czasu wypracowanie i ustabilizowanie stanowiska sądów co do granic akceptowanej wysokości sum zasądzanych na podstawie art. 448 kc w tak zwanych sprawach prasowych.
Roszczenia przewidziane w art. 448 kc mają charakter kompensacyjny, a nie represyjny, co nie sprzeciwia się uwzględnianiu ich w znacznym
rozmiarze, gdy zmierzają do naprawienia skutków ciężkiego naruszenia
dóbr osobistych. Sądy mają jednak także na względzie konieczność zachowania odpowiednich proporcji i niewykraczania poza cel, jakiemu
służą roszczenia majątkowe. Z reguły też zachowują większą powściągliwość w stosunku do wydawców lokalnych, niedysponujących znacznymi
środkami, dla których konieczność zapłacenia bardzo wysokiej kwoty stanowiłaby wręcz zagrożenie egzystencji. Zwłaszcza zresztą w takich wypadkach pojawiają się wypowiedzi, że praktyka zasądzania bardzo wysokich
sum na podstawie art. 448 kc godziłaby w wolność prasy. Jednak dotychczasowe orzecznictwo sądów obaw takich nie uzasadnia. Warto także pamiętać, że roszczenia majątkowe przysługują tylko w wypadku bezprawnego i zawinionego naruszenia dóbr osobistych, a więc wtedy, gdy doszło
do przekroczenia granic wolności wypowiedzi (wolności prasy) kosztem
dóbr osobistych innych osób. Jeszcze raz trzeba powtórzyć, że ostatecznie zawsze rozstrzyganie o zasadzie odpowiedzialności i o przysługujących roszczeniach następuje na podstawie wszystkich, konkretnych okoliczności ustalonych w danej sprawie, i przy uwzględnieniu wszystkich jej
aspektów faktycznych i prawnych, a więc także „odpowiedniego” określania wysokości kwot zasądzanych od osób odpowiedzialnych za opublikowanie materiału prasowego naruszającego bezprawnie cudze dobra osobiste.
Wiele kontrowersji wzbudza praktyka sądowa w dziedzinie zabezpieczania roszczeń w tzw. procesach prasowych. Zagadnienia związane
z udzielaniem zabezpieczenia nie znajdują odzwierciedlenia w orzecznictwie Sądu Najwyższego, bowiem nie przysługują od nich środki odwoławcze do tego Sądu. W związku z tym możliwe jest jedynie zasygnali-
magazyn1-2010.indd 118
10-07-23 18:48:07
M. Wysocka Wolność prasy – wybrane wątki...
119
zowanie kwestii związanych z zabezpieczaniem roszczeń przez różne formy zakazu publikacji prasowych; w związku z wydawaniem takich orzeczeń pod adresem sądów kierowane są zarzuty naruszania wolności słowa, a nawet stosowania „cenzury prewencyjnej”.
Ten ostatni zarzut należy stanowczo odrzucić. Cenzura prewencyjna
(zakazana przez art. 54 ust. 2 Konstytucji) polega na powszechnej, wstępnej kontroli administracyjnej każdego materiału prasowego, który może
być opublikowany po uzyskaniu zgody organu kontrolującego. W żadnym stopniu takiego charakteru nie można przypisać orzeczeniom sądowym, wydawanym w postępowaniu cywilnym pomiędzy równorzędnymi
podmiotami prawa prywatnego, na podstawie ściśle określonych przesłanek prawnych. Możliwość orzeczenia zakazu publikacji nie stanowi formy „cenzury”, lecz przewidziany przez prawo środek ochrony przed skutkami nadużycia wolności słowa. Jest to środek stosowany w większości
systemów prawnych państw europejskich i dopuszczalny w świetle Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, oczywiście
pod warunkiem spełnienia określonych w niej (art. 10 ust. 2) przesłanek. Spośród argumentów na rzecz dopuszczalności tego środka eksponuje się to, że skutki publikacji prasowej, o masowym zasięgu, wyrażające się w naruszeniu czci i utracie dobrego imienia, są bardzo dotkliwe
i często praktycznie nieodwracalne, innymi słowy – że w braku zabezpieczenia istnieje realna groźba niepowetowanej szkody.
To nie oznacza, oczywiście, że nie istnieje problem zagrożenia wolności prasy przez wydawanie, na czas trwania postępowania o ochronę
dóbr osobistych i dla zabezpieczenia dochodzonych w nich roszczeń,
orzeczeń zakazujących publikacji materiałów prasowych. Także wydawca
może bowiem ponieść nieodwracalną szkodę, gdy jego (niedoszła) publikacja straci na aktualności i znaczeniu wskutek upływu czasu (trwania
procesu), a społeczeństwo zostanie pozbawione dostępu do informacji.
Istota zagadnienia sprowadza się jednak nie do samej zasady dopuszczalności tego rodzaju zarządzeń tymczasowych, lecz do tego, by orzeczenia te były prawidłowe, oparte na ścisłym stosowaniu przesłanek ich
wydania i uwzględniające prawa stron, czyli zachowujące właściwe proporcje pomiędzy zasadą ochrony dóbr osobistych oraz wolności prasy.
Postanowienie o udzieleniu zabezpieczenia może zapaść po uprawdopodobnieniu roszczenia i interesu prawnego w jego uzyskaniu (art.
7301 § 1 i 2 kpc), przy uwzględnieniu interesu obu stron i nieobciążaniu obowiązanego ponad potrzebę (art. 7301 § 3 kpc).
Przy całym bogactwie stanów faktycznych oraz stosowanych form zabezpieczenia, wymagających zindywidualizowanych ocen, można w sposób uogólniony zakwestionować postać zabezpieczenia, polegającego
magazyn1-2010.indd 119
10-07-23 18:48:07
120
Ius et Lex nr 1/2010
na zakazaniu publikacji jakichkolwiek tekstów, które miałyby powstać
(w przyszłości), dotyczących określonego tematu albo określonego podmiotu; zastrzeżenie to dotyczy także zakazu zbierania informacji na dany
temat lub dotyczących danej osoby. Tak szeroko ujęty zakaz, zmierzający
do zabezpieczenia roszczeń przyszłych, mogących ewentualnie powstać
w związku z przyszłymi, a więc jeszcze nieistniejącymi, materiałami prasowymi, nie ma podstawy normatywnej, naruszałby zasadę proporcjonalności zakazu do celu, który za jego pomocą ma być osiągnięty oraz uzasadniał zarzut naruszenia wolności prasy.
Ze względu na specyfikę orzeczeń o udzieleniu zabezpieczenia w tzw.
sprawach prasowych, wprowadzona została szczególna regulacja w art.
755 § 2 kpc, stanowiącym, że w sprawach przeciwko środkom społecznego przekazu o ochronę dóbr osobistych, sąd odmówi udzielenia zabezpieczenia polegającego na zakazie publikacji, jeżeli zabezpieczeniu
sprzeciwia się ważny interes publiczny. Z przepisu tego wynika dla sądu
obowiązek zbadania, przed udzieleniem zabezpieczenia, czy zakaz publikacji nie narusza uzasadnionego, ważnego interesu publicznego. Orzeczeniu zakazu publikacji może się zatem sprzeciwiać niedopuszczalność
pozbawienia społeczeństwa informacji o istotnym znaczeniu i budzącym
usprawiedliwione społeczne zainteresowanie. Dlatego udzielenie tego
rodzaju zabezpieczenia będzie wymagać uzasadnienia, że zastosowanie
zakazu było konieczne i proporcjonalne ze względu na ochronę innej
konstytucyjnej wartości.
Jak widać, przy rozstrzyganiu wniosków o udzielenie zabezpieczenia
w sprawach o ochronę dóbr osobistych naruszonych przez opublikowanie materiału prasowego, sąd winien się kierować się analogicznymi zasadami, jak przy rozstrzyganiu sporu co do istoty, w tym – ustalić właściwe proporcje pomiędzy prawami, które znalazły się w kolizji oraz wnikliwie i wszechstronnie określić podstawy, które przemawiają za przyznaniem – w okolicznościach danej sprawy – pierwszeństwa jednemu z nich.
Wolność prasy jest jedną z postaci ogólnej zasady wolności słowa, która jest realizowana także w innych sferach życia społecznego i znajduje
wyraz w różnorodnych formach wypowiedzi, niebędących publikacjami
w rozumieniu używanym w niniejszym tekście.
Problematyka z tym związana również znajduje odzwierciedlenie
w procesach sądowych, lecz właśnie sprawy, których źródłem są publikacje prasowe, stanowią najliczniejszą grupę. Na tle skrótowo zarysowanego
przeglądu orzecznictwa w tej kategorii spraw cywilnych, można wyrazić
przekonanie, że przed sądem cywilnym zasada wolności prasy uzyskuje
należną jej ochronę, a jej ograniczenia wynikają jedynie z konieczności
uwzględnianie innych podstawowych praw i wolności.
magazyn1-2010.indd 120
10-07-23 18:48:07
Franciszek Longchamps de Bérier
RELACJE DZIENNIKARZ-OBYWATEL:
WARTO OSTROŻNIE KORZYSTAĆ
Z AMERYKAŃSKICH PRZYKŁADÓW
SPIS TREŚCI
1. Wstęp ............................................................................................123
2. Trzy przykłady z klasycznych rozważań o wolności słowa ...............124
A. Teksas i palenie flagi narodowej .................................................. 124
B. Naziści na przedmieściach Chicago ............................................ 125
C. O dokumentach z Pentagonu i praktyce dziennikarskiej .......... 127
3. Przykład czwarty: wolność słowa w Internecie................................130
A. Marzenie o absolutnej wolności w cyberprzestrzeni .................. 130
B. Ustawa o dobrych obyczajach w telekomunikacji ...................... 131
C. Internetowe zagrożenia dla dzieci .............................................. 135
4. Nie wszystko daje się przenieść ....................................................140
A. Absolutyzm sędziego Hugo Blacka ............................................. 141
B. Wnioski Sądu Najwyższego .......................................................... 142
Tekst opiera się na zapisie wystąpienia podczas panelu pt. Prawa dziennikarza
versus prawa obywatela? na konferencji Wolność słowa i odpowiedzialność za słowo.
Rola mediów, zorganizowanej w Pałacu Belweder w Warszawie w dniach 24-25
maja 2007 roku przez Rzecznika Praw Obywatelskich. W tekście wykorzystano
fragmenty artykułów: Wolność słowa w świetle orzecznictwa Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Zagadnienia podstawowe, w: Ratio est anima legis. Księga jubileuszowa ku czci prof. Janusza Trzcińskiego, Warszawa 2007, s. 413-434, oraz Wolność
słowa w Internecie w świetle orzecznictwa Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, w:
Prawo wobec nowoczesnych technologii. Materiały z konferencji Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego 2 marca 2007, red. P. Girdwoyń, Warszawa
2008, s. 93-107.
magazyn1-2010.indd 121
10-07-23 18:48:07
FRANCISZEK LONGCHAMPS DE BÉRIER
Ksiądz katolicki, prawnik, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim, członek Komisji Dyscyplinarnej przy Radzie Głównej Szkolnictwa Wyższego, w 2007 roku wybrany do Komitetu Nauk o Kulturze Antycznej oraz do Komitetu Nauk Prawnych Polskiej Akademii
Nauk, stypendysta Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Autor
monografii Fedecomesso universale nel diritto romano classico (Fideikomis uniwersalny w klasycznym prawie rzymskim, 1997),
wydanie polskie pt. O elastyczność w prawie spadkowym (2006),
Nadużycie prawa w świetle rzymskiego prawa prywatnego (2004)
oraz książki o tematyce teologicznej: Czy poza Kościołem nie ma
zbawienia? (2004) i licznych artykułów. Ostatnio wydał (wspólnie z T. Ciaro i W. Dajczukiem) podręcznik Prawo Rzymskie. U
podstaw prawa prywatnego (2009).
magazyn1-2010.indd 122
10-07-23 18:48:07
WPROWADZENIE
W
swym tekście F. Longchamps de Bérier analizuje unormowania wolności wypowiedzi i prasy w Stanach Zjednoczonych, zwracając uwagę na szczególne właściwości społeczeństwa amerykańskiego. Jego zdaniem,
w Europie szczególną wagę przywiązuje się do godności człowieka jako źródła wolności i praw, zaś w Stanach Zjednoczonych podstawową rolę odgrywa wolność. Ilustracją dla rozważań są przykłady, pochodzące z orzecznictwa Sądu Najwyższego USA, dotyczące klasycznie pojmowanej wolności słowa. W drugiej części artykułu autor zajmuje się swobodą wypowiedzi w Internecie w perspektywie amerykańskiej, analizując zarówno orzecznictwo, jak
i próby rozwiązań legislacyjnych, w szczególności Communications Decency
Act z 1996 roku, oraz problematykę ochrony dzieci przed internetowymi zagrożeniami, by na koniec krytycznie odnieść się do rozwiązań amerykańskich
i wskazać na możliwe konsekwencje ich recepcji.
1. WSTĘP
W
szerszym kontekście, jaki dają unormowania wolności wypowiedzi i prasy w Stanach Zjednoczonych Ameryki, często dyskutuje się o wartościach chronionych przez prawo. Przecież także gdy mowa
o relacjach dziennikarz – obywatel, myśl zupełnie naturalnie biegnie
ku prawnym unormowaniom… Słusznie, skoro prawo jest sposobem
porządkowania rzeczywistości społecznej. Oczywiście, regulacje we wskazanym zakresie będą miały szansę powodzenia, jeśli najpierw uda się
możliwie spójnie określić, o ochronę jakich wartości chodzi – zwłaszcza, jeśli pozostają ze sobą w konflikcie, jak na przykład w przypadku
dążeń do ochrony dobrej reputacji z jednej strony, a swobody wypowiedzi z drugiej. Co więcej, zazwyczaj podstawą konkretnych rozwiązań stanie się wynik ważenia (balancing) realizowanych wartości. W analizie po-
magazyn1-2010.indd 123
10-07-23 18:48:07
124
Ius et Lex nr 1/2010
równawczej, jeśli nie ma to być demagogia, trzeba pamiętać, że ważenie
dokonuje się w danym kontekście społecznym. Przykłady amerykańskie,
gdy idzie o swobodę wyrazu wydają się ważne i instrukcyjne, bo jest ona
szczególnie umiłowana za Oceanem. Nie znaczy to jednak, że w Europie
zawsze trafnie będzie się na nie powoływać. I tu, i tam troska o wolność
wypowiedzi i prasy kieruje ku edukacyjnej funkcji prawa: kształtowaniu
zachowań społecznych, świadomości obywateli, a także obyczajów. Zagraniczne przykłady świetnie służą rozwojowi publicznego dyskursu nad
regulacjami prawnymi. W tak proamerykańskim kraju, jak Polska, przykłady z ceniących wolność wyrazu Stanów Zjednoczonych, mimo swej
odmienności mogą pomagać. Wolno ich wszelako używać, kiedy jest się
świadomym różnej wrażliwości obu społeczeństw. Dla Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej niech ilustracją będą cztery przykłady, pochodzące z orzecznictwa Sądu Najwyższego USA.
2. TRZY PRZYKŁADY Z KLASYCZNYCH
ROZWAŻAŃ O WOLNOŚCI SŁOWA
A. TEKSAS I PALENIE FLAGI NARODOWEJ
G
dy w budynku nazywanym Teksańskim Ratuszem w Dallas odbywała się narodowa konwencja republikanów 1984 roku, aby zdecydować o poparciu reelekcji Ronalda Reagana na prezydenta USA,
na zewnątrz Gregory Lee Johnson oblał naftą i podpalił flagę Stanów
Zjednoczonych. Wtórował mu wzburzony tłum, skandując obrazoburcze: „Ameryka: czerwień, biel i błękit – plujemy na ciebie”. Pięć lat po
tym zajściu Sąd Najwyższy USA, rozstrzygając w sprawie Texas v. Johnson,
stwierdził co następuje: „Pozostaje rozważyć, czy racja stanu wyrażająca się w ochronie flagi jako symbolu narodowego i znaku jedności państwa, uzasadnia skazanie Johnsona. Johnson – dodajmy – nie został postawiony w stan oskarżenia za wyrażanie jakichś przekonań: ściga się go
sądownie za przejaw niezadowolenia z polityki tego kraju, który to przejaw sytuuje się w sercu wartości chronionych przez naszą I poprawkę.
[…] Tak tedy, aby dojść do wniosku, że rząd może pozwolić, aby określone symbole były używane tylko dla komunikowania ograniczonego rodzaju informacji, trzeba by wejść na terytorium nie mające dostrzegalnych lub dających się uzasadnić granic. Czy rząd wedle tej teorii może
zakazać palenia flag stanowych, przedstawień pieczęci prezydenta, egzemplarzy konstytucji? Oceniając w świetle I poprawki wybory dokony-
magazyn1-2010.indd 124
10-07-23 18:48:07
F. Longchamps de Bérier Relacje dziennikarz-obywatel...
125
wane przez rząd, jak mielibyśmy zdecydować, które symbole są na tyle
szczególne, aby zapewnić im wyjątkowy status? Postanawiając o tym zostalibyśmy zmuszeni do opierania się w ocenie ma własnych preferencjach politycznych i narzucić je obywatelom, co właśnie jest nam zakazane przez I poprawkę”1.
G. Johnsona uniewinniono stosunkiem głosów 6 do 3. Wbrew oczekiwaniom europejskiego czytelnika, jego proces bynajmniej nie dotyczył
najbardziej kontrowersyjnych kwestii, jakie stanęły na wokandzie Sądu
Najwyższego USA. Rozstrzygnięty przypadek nie był nawet traktowany
w Stanach Zjednoczonych jako szczególnie spektakularny. Polak może
o nim czytać z pewnym zdumieniem czy wręcz zażenowaniem. Amerykanin natomiast z pełnym przekonaniem szczyci się tak wielką wolnością
wypowiedzi i wyrazu własnych przekonań. To nie tylko różnica wrażliwości. Zarówno flaga narodowa, jak i możliwość jej publicznego spalenia stanowią symbol wolności.
B. NAZIŚCI NA PRZEDMIEŚCIACH CHICAGO
Dużo więcej emocji wzbudziła w samych Stanach Zjednoczonych sprawa z miasteczka o wdzięcznej nazwie Skokie, rozstrzygana przez Sąd
Najwyższy kilka lat wcześniej – w 1978 roku. Populacja tego niewielkiego przedmieścia Chicago wynosiła wówczas jakieś 70.000 mieszkańców,
z czego 40.000 stanowili Żydzi. Wśród nich w 1977 roku około 5.000 to
osoby, które przeżyły obozy koncentracyjne III Rzeszy. I właśnie w tym
dość szczególnie dobranym miejscu Frank Collin wraz z innymi członkami Narodowo-Socjalistycznej Partii Ameryki (National Socialist Party of
America) postanowili urządzić niewielką demonstrację. Przez 20 do 30
minut zamierzali z emblematami i pod sztandarami ze swastyką przemaszerować przez Skokie w mundurach do złudzenia przypominających
uniformy, jakie nosili niegdyś członkowie Narodowo-Socjalistycznej Partii
Niemiec (NSDAP). Grupa F. Collina planowała manifestację z transparentami: „biała wolność słowa” oraz „wolność słowa dla białych”. Zgodnie z oczekiwaniami neonazistów miasto natychmiast zwróciło się do niezawisłego sądu I instancji o zakaz: noszenia podobnych mundurów, używania swastyki oraz dystrybucji materiałów, które krzewiłyby nienawiść
wobec wyznawców judaizmu lub osób pochodzenia żydowskiego. Sąd
Najwyższy odmówił jednak podtrzymania zakazu, a kilka uchwał władz
municypalnych uznał za sprzeczne z I poprawką. Ze swej strony bowiem
1 Texas v. Johnson, 491 U.S. 397, 417 (1989).
magazyn1-2010.indd 125
10-07-23 18:48:07
126
Ius et Lex nr 1/2010
miasto zdecydowało się: zakazać manifestowania sympatii partyjnych
w mundurach przypominających wojskowe; nakazać składanie bardzo
wysokich kaucji (300.000 dolarów) na zabezpieczenia szkód, jakie mogłyby powstać wskutek zamieszek, ewentualnie wywołanych manifestacją; zakazać dystrybucji materiałów podsycających nienawiść rasową, czy
też powodowaną narodowym pochodzeniem bądź wyznawaną religią2.
Po zwycięstwie przed Sądem Najwyższym USA członkowie Narodowo-Socjalistycznej Partii Ameryki odwołali swój przemarsz w Skokie. Poinformowali, że ich dotychczasowe plany służyły tylko sprawdzeniu – na
możliwie najlepszym i najwygodniejszym przykładzie – prawa do publicznego wyrażania własnych przekonań. Nie chcieli jednakże z niego korzystać na peryferiach – wybrali samo centrum wielomilionowego Chicago. Manifestacja odbyła się już wkrótce, tj. 9 lipca 1978 roku: 25 młodych neonazistów przez godzinę demonstrowało w eskorcie 400 policjantów w hełmach i innych zabezpieczeniach, ułatwiających tłumienie
zajść ulicznych. Aresztowano 72 osoby, ale uniknięto poważniejszych aktów przemocy3.
Jak wyżej wskazywano, I poprawka do konstytucji Stanów Zjednoczonych mówi bardzo lapidarnie: „Kongres żadnym aktem prawnym nie
może […] ograniczyć wolności słowa lub prasy […]”. Interpretacja tego
sformułowania rodzi jednak bardzo wiele wątpliwości, które nie sposób
zbyć ogólnym stwierdzeniem, jak w Harte-Hanks Communications, Inc. v.
Connaughton z 1989 roku, że tak wyraża się „nasze głębokie narodowe
oddanie wolnej wymianie myśli”4. W pierwszym rzędzie trzeba postawić
pytanie, jak rozumieli (czy raczej jak mogli rozumieć) I poprawkę tzw.
Ojcowie Założyciele. Twórcy konstytucji Stanów Zjednoczonych byli świadomi, że ich państwo stworzyli ludzie bardzo podejrzliwie donoszący się
do scentralizowanej władzy. Wielu z nich przybyło do Nowego Świata,
aby zbiec przed prześladowaniami lub choćby ograniczeniami wolności
wypowiedzi i wyrazu, jakie istniały w ojczystych społeczeństwach. Ponieważ Stany Zjednoczone przyjęły angielskie common law, a więc nie tylko
metodę, ale i wcześniejsze regulacje oraz precedensy z metropolii, nie
do uniknięcia jest choćby skrótowy przegląd rozwiązań, jakie pojawiły
się w historii ograniczeń wolności słowa przez angielską koronę i parlament.
2 Smith v. Collin, 436 U.S. 953 (1978).
3 G. Stone, L. Seidman, C. Sunstein, M. Tushnet, Constitutinal Law, Boston-Toronto 1986, s. 10151017.
4 Harte-Hanks Communications, Inc. v. Connaughton, 491 U.S. 657, 686 (1989).
magazyn1-2010.indd 126
10-07-23 18:48:08
F. Longchamps de Bérier Relacje dziennikarz-obywatel...
127
C. O DOKUMENTACH Z PENTAGONU
I PRAKTYCE DZIENNIKARSKIEJ
Najsłynniejszym chyba i najciekawszym procesem, który toczył się
w kwestii cenzury prewencyjnej, była sprawa tzw. dokumentów Pentagonu z 1971 roku. Chodziło konkretnie o tajny raport pt. „Historia procesu podejmowania decyzji przez Stany Zjednoczone w polityce wobec
Wietnamu”, który w 47 tomach sporządzono pod kierunkiem Roberta
McNamary w 1967 roku. Dokument obejmował całą ówczesną amerykańską politykę wobec Indochin, szczegółowo opisywał operacje wojskowe
i omawiał tajne negocjacje dyplomatyczne. Prasie przekazał go były
urzędnik Pentagonu Daniel Ellsberg. Gdy w dniach 12-14 czerwca gazeta The New York Times, a 18 czerwca 1971 roku gazeta The Washington Post opublikowały wyciągi z tego ściśle tajnego raportu, administracja wniosła o sądowy zakaz publikacji. Ostrzegała przed zagrożeniem
bezpieczeństwa narodowego, doprowadzeniem do śmierci amerykańskich żołnierzy, podkopaniem sojuszy, uniemożliwieniem dyplomatom
prowadzenia dalszych negocjacji oraz po prostu przedłużeniem wojny.
W dniach 15-23 czerwca sprawy wszczęte przez administrację wobec obu
gazet przeszły przez kolejne instancje sądowe, aby już 26 czerwca mogła
odbyć się rozprawa przed Sądem Najwyższym USA5. Na czas postępowań
sądowych obowiązywał zakaz publikacji, a obie strony bardzo się spieszyły
nie tylko ze względu na gorący temat. Z końcem czerwca rozpoczyna się
wakacyjna przerwa w posiedzeniach najwyższego organu sądowego Stanów Zjednoczonych i trwa aż do pierwszego poniedziałku października.
Wyrok zapadł niezwłocznie. Dnia 30 czerwca 1971 roku Sąd Najwyższy
USA orzekł stosunkiem głosów 6 do 3: „Każdy rodzaj cenzury prewencyjnej pojawia się przed tym sądem z ciężkim domniemaniem swej niezgodności z konstytucją. Tak tedy na administracji spoczywa wielki ciężar, aby przedstawić usprawiedliwienie dla zastosowania takiej prewencji.
[…] Administracji nie udało się takiego usprawiedliwienia przedstawić”6.
Uzasadnienie ogłoszono per curiam, gdyż sędziowie byli w stanie uzgodnić właściwie tylko konkluzję wyroku. Każdy natomiast złożył własne uzasadnienie: sześć zdań zbieżnych i trzy odrębne. Hugo Lafayette Black pisał m.in., że prasa jest dla rządzonych, a nie dla rządzących, zaś „strzeżenie tajemnic wojskowych czy dyplomatycznych kosztem informowania,
nie służy bezpieczeństwu Republiki”7. William Orville Douglas podkre5 Por. G. Stone, L. Seidman, C. Sunstein, M. Tushnet, Constitutional Law…, s. 1023.
6 New York Times Co. v. United States; United States v. Washington Post Co., 403 U.S. 713, 714 (1971).
7 Id., 719 (zd. odrębne H. Black).
magazyn1-2010.indd 127
10-07-23 18:48:08
128
Ius et Lex nr 1/2010
ślił, że „dominującym celem I poprawki jest zapobieżenie przeciwdziałaniu przez rząd rozpowszechniania kłopotliwych informacji”. Jego zdaniem „otwarta debata i dyskusja o publicznych problemach jest żywotnie
istotna dla naszego zdrowia narodowego”8. William Joseph Brennan byłby gotów przychylić się do stanowiska administracji, gdyby sprawa dotyczyła narodu w stanie wojny, ale poza tak szczególnymi okolicznościami
trudno mu nie mieć przed oczyma przede wszystkim tego, że I poprawka odrzuca cenzurę prewencyjną9. Sędzia Potter Stewart stwierdził: „jedynego efektywnego sposobu ograniczania wykonawczej władzy i polityki w dziedzinie obrony narodowej oraz spraw międzynarodowych należałoby upatrywać w oświeconym społeczeństwie obywatelskim – w dobrze poinformowanej i krytycznej opinii publicznej, która sama może
tutaj chronić wartości demokratycznych rządów”. Pisał też: „nie mogę
powiedzieć, że ujawnienie któregokolwiek [z dokumentów, o jakie chodzi w sprawie] z pewnością spowoduje bezpośrednią, natychmiastową
i nie do naprawienia szkodę dla tego Narodu i jego członków”10. Zgadzając się z tym Byron Raymond White zapewniał, że wierzy administracji
i uznaje, że mogą powstać pewne szkody. Mimo to jednak, Stany Zjednoczone nie przedstawiły satysfakcjonujących dowodów, aby sprostać ciężkiemu wymaganiu, jakie stawia się uzasadnieniu wyjątkowej konieczności
zastosowania cenzury prewencyjnej11. Wobec niejednomyślności sędziów
co do uzasadnienia powstaje zasadnicza wątpliwość, czy w ogóle można
liczyć, że konstytucyjną kontrolę przejdzie jakieś żądanie zablokowania
prawdziwych informacji, które już przedostały się do prasy.
W kontekście omówionej sprawy dokumentów z Pentagonu szczególnie ciekawie rysuje się kontrowersja wokół publikacji na łamach magazynu The Progressive. Pokazuje bowiem, że próby posłużenia się cenzurą prewencyjną może zniweczyć praktyka dziennikarska. W lutym 1979
roku ukazał się tam artykuł Howarda Morlanda pt. „Sekrety bomby wodorowej – jak ją uzyskaliśmy, dlaczego o tym mówimy”. Autor przeprowadził wywiady z licznymi uczonymi oraz z urzędnikami administracji.
Połączył uzyskane, wydawać by się mogło wyrywkowe informacje, aby pokazać niewydolność rządowego systemu zabezpieczenia danych. Redakcja magazynu, nie zdając sobie chyba sprawy z możliwych konsekwencji,
przedłożyła maszynopis najpierw Departamentowi Energii. Administracja uznała zaś, że planowana publikacja zawiera informacje objęte zaka8 Id., 723-724 (Douglas, zd. odrębne).
9 Id., 724-727 (Brennan, zd. odrębne).
10 Id., 728, 730 (Stewart, zd. odrębne).
11 Id., 731-732 (White, zd. odrębne).
magazyn1-2010.indd 128
10-07-23 18:48:08
F. Longchamps de Bérier Relacje dziennikarz-obywatel...
129
zem ujawniania z ustawy o energii atomowej (Atomic Energy Act). Oczywiście, zaproponowano wniesienie do artykułu szeregu poprawek, lecz
wydawca tym razem okazał się mniej otwarty na współpracę. Wobec odmowy, władze publiczne wystąpiły do federalnego sądu dystryktowego
o zakaz publikacji twierdząc, że autor co prawda zbierał nie koniecznie
tajne informacje, ale już ich zestawienie trzeba uznać za niebezpieczne.
Podkreślono – traktując to jako argument przeciwko ogłoszeniu artykułu drukiem, że zwłaszcza opis jak zbudować bombę okazał się wyjątkowo
zrozumiały. W postępowaniu sądowym ustalono, że niektóre dane rzeczywiście były poza powszechną dostępnością. Wydawca konsekwentnie
bronił się, iż artykuł pomyślano jako ostrzeżenie społeczeństwa przed
fałszywym poczuciem bezpieczeństwa ze strony rządu, który w istocie
powinien lepiej strzec tajemnic. Sąd zwrócił uwagę na dysproporcję zagrożeń i zakazał publikacji, przeprowadzając wyraźne rozróżnienie między sprawą dokumentów Pentagonu a kontrowersją wokół magazynu
The Progressive. Wskazał po pierwsze, że tam informacja dotyczyła wydarzeń historycznych sprzed 3 do 20 lat, a administracja nie przedstawiła
przekonujących argumentów, w jaki sposób ujawnione informacje wpłyną na bezpieczeństwo narodowe, z wyjątkiem sugestii powstania pewnego zakłopotania dyplomatycznego. Co ważne, w sprawie dotyczącej raportu R. McNamary nie było szczegółowego upoważnienia ustawowego dla żądań wstrzymania publikacji, jak tu – konkretne przepisy ustawy o energii atomowej. Kontrowersja zakończyła się dość niespodziewanie (albo właśnie spodziewanie – przynajmniej dla dziennikarzy). Ostatecznie bowiem sąd II instancji, tj. federalny sąd apelacyjny, sprawę oddalił 1 października 1979 roku, ponieważ w wielu innych czasopismach
pojawił się szereg artykułów, zawierających informacje dotyczące budowy bomby wodorowej – podobne do zebranych przez H. Morlanda dla
magazynu The Progressive12.
12 United States v. Progressive, Inc., 467 F. Supp. 990 (W.D. Wis. 1979). Por. G. Stone, L. Seidman,
C. Sunstein, M. Tushnet, Constitutinal Law…, s. 1033-1034.
magazyn1-2010.indd 129
10-07-23 18:48:08
130
Ius et Lex nr 1/2010
3. PRZYKŁAD CZWARTY: WOLNOŚĆ
SŁOWA W INTERNECIE
A. MARZENIE O ABSOLUTNEJ WOLNOŚCI
W CYBERPRZESTRZENI
N
iczym nieskrępowana wolność wypowiedzi w Internecie to szlachetny sen, pełen optymizmu i wiary w człowieka. Ponieważ prawo – zwłaszcza w związku z postępem technicznym i globalizacją – ma
tendencje do wkraczania we wszystkie sfery życia, w Stanach Zjednoczonych zaczęto się w pewnym momencie zastanawiać, jakie rozumowanie
i w jakiej dziedzinie może otworzyć drogę dla regulowania cyberprzestrzeni. Po pierwsze: gdzie ewentualnie spodziewać się, że jeden człowiek zajmie się realizacją wolności przez drugiego? Najszybciej chyba
wtedy, gdy można mieć uzasadnione wątpliwości, że ktoś ma pełną świadomość konsekwencji podejmowanych wyborów, a przynajmniej przy
wyborze sposobów realizacji swej wolności i dokonywaniu wyborów ma
istotnie mniej danych niż inni. Z pewnością dzieje się tak w przypadku
niedoświadczonych i niedojrzałych, jakimi są nieletni – wszystko jedno,
czy uważać za nich osoby do 18, do 17, czy tylko do 13 roku życia. Po
drugie: jakie treści, z pojawiających się w cyberprzestrzeni, mogą skłonić do prawnej ingerencji? Najszybciej nieprzyzwoite, obsceniczne. Ma
rację Frederick Schauer, gdy pisze, że twarda pornografia to seks, a nie
wypowiedź13. Zresztą nawet lżejsze materiały tworzy się i przekazuje przy
założeniu interaktywności odbiorcy.
W samych początkach amerykańskiej debaty prawnej o wolności słowa Sąd Najwyższy USA wskazał jasno zdefiniowane i ściśle ograniczone
klasy wypowiedzi, którym przeciwdziałanie, a w konsekwencji – których
karanie, nigdy nie rodziło wątpliwości co do zgodności z konstytucją.
Należą do nich m.in. słowa sprośne (lewd) i nieprzyzwoite (obscene)14.
W 1957 roku w sprawie Roth v. United States, Alberts v. California uznano,
że konstytucja USA nie chroni nieprzyzwoitych publikacji, gdy „materiał traktuje seks w sposób odnoszący się do lubieżnych zainteresowań
(prurient interest)”. Stąd również wypracowany test: „czy dla przeciętnej
osoby, przy zastosowaniu współczesnych standardów społecznych (contemporary community standards), dominującym tematem materiału bra13 F. Schauer, Speech and „Speech” – Obscenity and „Obscenity: An Exercise in the Intrepretation of Constitutional Language, 67 Geo. L.J. 899, 906, 922, 923, 926 (1979), cytowane za G. Stone, L. Seidman, C. Sunstein, M. Tushnet, Constitutinal Law…, s. 1118.
14 Chaplinsky v. New Hampshire, 315 U.S. 568 (1942).
magazyn1-2010.indd 130
10-07-23 18:48:08
F. Longchamps de Bérier Relacje dziennikarz-obywatel...
131
nego jako całość jest odnoszenie się do lubieżnych zainteresowań”15.
W pełni dojrzałą formę test konstytucyjności przyjął dopiero w 1973
roku w sprawie Miller v. California: „(a) czy przeciętna osoba, przy zastosowaniu współczesnych standardów społecznych (contemporary community standards), uznałaby – biorąc pod uwagę materiał w całości, iż skierowany jest, aby dogodzić lubieżnym zainteresowaniom (prurient interest);
(b) czy praca wyobraża lub opisuje w wyraźnie ordynarny sposób (patently offensive) zachowanie seksualne szczegółowo zdefiniowane przez prawo stanowe; i (c) czy pracy – wziętej jako całość – brakuje poważnej literackiej, artystycznej, politycznej czy naukowej wartości”16.
B. USTAWA O DOBRYCH OBYCZAJACH
W TELEKOMUNIKACJI
Pomysł regulowania przekazu w cyberprzestrzeni zaczęto w Stanach
Zjednoczonych realizować stosunkowo późno – dopiero w 1996 roku.
Kongres uchwalił wówczas ustawę o dobrych obyczajach w telekomunikacji (Communications Decency Act – CDA). Wszyscy śledzili jej losy z zapartym tchem, a konstytucyjność od początku kwestionowała Amerykańska Unia Praw Obywatelskich (American Civil Liberties Union – ACLU).
Od razu też wniosła sprawę przeciwko Janet Reno, ministrowi sprawiedliwości w administracji prezydenta USA Billa Clintona. Przed sądem federalnym I instancji – Sądem Dystryktowym dla Wschodniego Dystryktu
Pensylwanii proces zakończył się przegraną rządu. Skład trzech sędziów
jednogłośnie zablokował wprowadzenie w życie ustawy twierdząc, że jako
zbyt szeroka (overbroad) łamie I poprawkę, zaś jako ogólnikowa i niejasna (vague) narusza V poprawkę do konstytucji Stanów Zjednoczonych.
Oczywiście administracja wystąpiła do Sądu Najwyższego USA, gdzie sprawa Reno v. American Civil Liberties Union stanęła na wokandzie 19 marca
1997 roku. Orzeczenie ogłoszono pod koniec sesji sądowej – 26 czerwca 1997 roku17.
Kwestionowana ustawa stanowiła część większego aktu, określanego
jako ustawa o telekomunikacji (Telecommunications Act)18. Celem tej niezwykle istotnej regulacji było zmniejszenie administracyjnych ograniczeń
i pobudzenie szybkiego rozpowszechniania nowych technologii teleko15 Roth v. United States, Alberts v. California, 354 U.S. 476 (1957).
16 Miller v. California, 413 U.S. 15, 24-25 (1973).
17 Reno v. American Civil Liberties Union, 521 U.S. 844 (1997).
18 Telecommunications Act of 1996, Pub. L. 104-104, 110 Stat. 56.
magazyn1-2010.indd 131
10-07-23 18:48:08
132
Ius et Lex nr 1/2010
munikacyjnych. W założeniu ustawa nie miała obejmować kwestii związanych z Internetem. Planowano dzięki niej promować konkurencję na
lokalnych rynkach usług telefonicznych, wielokanałowych rynkach telewizyjnych oraz rynkach przekazu over-the-air. Akt Kongresu składa się
z siedmiu tytułów, z których piaty znany jest właśnie jako CDA, czyli ustawa o dobrych obyczajach w telekomunikacji. Pozostałych sześć rozdziałów to owoc wytężonej pracy – przesłuchań i dyskusji w senackim komitecie i komitecie Izby Reprezentantów. Tytuł V dodał komitet wykonawczy
już po przesłuchaniach, a ostateczny kształt nadały mu poprawki zgłaszane podczas czytań w obu Izbach. I właśnie dopiero poprawka Senatu dodała regulacje, których konstytucyjność stała się przedmiotem rozważań
Sądu Najwyższego USA w sprawie Reno v. American Civil Liberties Union.
Zakwestionowano po pierwsze § 223(a)19 zakazujący świadomego przesyłania nieprzyzwoitych (obscene) lub nieskromnych (indecent) informacji do jakiegokolwiek odbiorcy poniżej 18 roku życia. Przepis postanawiał: „(a) Ktokolwiek – (1) w telekomunikacji międzystanowej lub międzynarodowej […] (B) przez urządzenia telekomunikacyjne świadomie
(i) sporządza, tworzy czy nagabuje oraz (ii) inicjuje przesyłanie jakiegokolwiek komentarza, żądania, sugestii, propozycji, obrazu lub innego przekazu, który jest nieprzyzwoity lub nieskromny, ze świadomością,
że odbiorcą jest osoba poniżej 18 roku życia, niezależnie od tego, czy
to twórca takiego komunikatu umieścił wezwanie lub rozpoczął połączenie; […] lub (2) świadomie pozwala, aby urządzenia telekomunikacyjne, znajdujące się pod jego kontrolą, były używane dla jakiejkolwiek
działalności zakazanej w ustępie (1) z intencją, aby zostały wykorzystane w tej działalności; podlega karze grzywny […] albo karze więzienia
nie dłuższej niż dwa lata, albo obu karom łącznie”. Drugim przepisem,
którego konstytucyjność wzbudziła kontrowersję, był § 223(d). Zakazywał świadomego wysyłania lub wyświetlania wyraźnie ordynarnych (patently offensive) przekazów tak, że pozostają dostępne dla osób poniżej
18 roku życia: „(d) Ktokolwiek – (1) w telekomunikacji międzystanowej
lub międzynarodowej świadomie (A) używa interaktywnej usługi komputerowej, aby wysyłać do konkretnej osoby lub osób poniżej 18 roku
życia, lub (B) używa interaktywnej usługi komputerowej do wyświetlania w sposób dostępny dla osoby poniżej 18 roku życia jakiegokolwiek
komentarza, żądania, sugestii, propozycji, obrazu lub innego przekazu,
który w kontekście przedstawia lub opisuje w wyraźnie ordynarny (patently offensive) sposób – oceniany na podstawie współczesnych standardów społecznych (contemporary community standards) – seksualne lub wy19 47 U.S.C. § 223 (a) (1994 ed. Supp. II).
magazyn1-2010.indd 132
10-07-23 18:48:08
F. Longchamps de Bérier Relacje dziennikarz-obywatel...
133
dalnicze czynności lub organy, niezależnie od tego, czy użytkownik takiej usługi umieścił wezwanie lub rozpoczął połączenie; lub (2) świadomie pozwala, aby urządzenia telekomunikacyjne, znajdujące się pod
kontrolą tej osoby, były używane dla jakiejkolwiek działalności zakazanej
w ustępie (1) z intencją, aby zostały wykorzystane w tej działalności; podlega karze grzywny […] albo karze więzienia nie dłuższej niż dwa lata,
albo obu karom łącznie”. Ograniczenia zakresu całej regulacji dokonano na dwa sposoby. W § 223(e)(5)(A) przewidziano, że wystarczającą
obronę przed postawieniem w stan oskarżenia stanowić będzie wykazanie, że „w dobrej wierze, roztropnie, efektywnie i właściwym działaniem
ogranicza się dostęp osób poniżej 18 roku życia do zakazanych rodzajów przekazu”. Natomiast wedle § 223(e)(5)(B) wystarczy, że się „ogranicza dostęp do takich przekazów żądając użycia zweryfikowanej karty
kredytowej, rachunku debetowego, kodu dostępu dla dorosłych, osobistego numeru identyfikującego dorosłych”.
Sąd Najwyższy USA uznał, że postanowienia CDA dotyczące nieskromnych przekazów (indecent transmissions) oraz wyraźnie ordynarnych
przedstawień (patently offensive displays) ograniczają wolność słowa, chronioną przez I poprawkę. Do kwestii zgodności z V poprawką nawet nie
trzeba było przechodzić20. Natomiast opinia publiczna w Stanach Zjednoczonych wynik postępowania przyjęła nie tylko z szacunkiem, ale wręcz
z entuzjazmem. Podkreślano, że orzeczenie zapadło w zasadzie jednogłośnie, gdyż tylko sędzia Sandra Day O’Connor wsparta przez prezesa Williama Hubbs Rehnquista złożyła do wyroku swoje zdanie w części
zbieżne, w części odrębne. Wychwalano Sąd, a szczególnie autora opinii – wiekowego już wtedy Johna Paula Stevensa – za zdecydowaną postawę w obronie wolności wyrazu: postawę par excellance amerykańską.
Administracja przed Sądem Najwyższym starała się przede wszystkim
argumentować, że dzięki CDA stwarza się w cyberprzestrzeni tzw. „strefę dla dorosłych”. Stąd ustawę o dobrych obyczajach w telekomunikacji
należy traktować jako neutralną pod względem treści wypowiedzi, które podlegają regulacji. I jako forma ograniczenia swobody wyrazu tylko co do czasu, miejsca lub sposobu podlega mniej restrykcyjnej kontroli konstytucyjności. Zdaniem rządu przechodzi tę kontrolę z sukcesem i okazuje się zgodna z konstytucją. Sąd nie podzielił tego stanowiska, gdyż w jego przekonaniu zaproponowana regulacja nie sprowadza
się tylko do „cyberstrefowania”. Gdyby tak było, jak wskazywała zwłaszcza w zdaniu zbieżnym S. O’Connor, CDA wytrzymywałaby test konsty-
20 Reno, 521 U.S., 864.
magazyn1-2010.indd 133
10-07-23 18:48:08
134
Ius et Lex nr 1/2010
tucyjności21. Ustawa jednak szeroko obejmuje cały świat cyberprzestrzeni i w przekonaniu Sądu Najwyższego stanowi blankietową regulację co
do treści przekazu (content-based). Toteż musi podlegać ścisłej kontroli
konstytucyjności, której nie wytrzymuje.
Wątpliwości budziła niejasność wzajemnego stosunku określeń nieskromny (indecent) oraz wyraźnie ordynarny (patently offensive). Na podstawie samej CDA trudno go ustalić. Natomiast za szczególnie niebezpieczne uznano wprowadzenie – nawet tylko w stosunku do nieletnich
– zakazu udostępniania zarówno treści nieprzyzwoitych (obscene), jak
i tylko nieskromnych (indecent). Objęcie regulacją obu typów wypowiedzi rozważano w 1989 roku w sprawie Sable Communications of California,
Inc. v. Federal Communications Commission, która dotyczyła usług telefonicznych, określanych jako dial-a-porn22. W 1983 roku przedsiębiorstwo
Sable oferowało nagrane wcześniej wiadomości o treści seksualnej, których dzwoniący mógł odpłatnie wysłuchać. Używając tego przypadku zakwestionowano Ustawę o telekomunikacji (Communications Act) z 1934
roku, który zmianą z 1988 roku rozciągnął na międzystanowe komercyjne wiadomości telefoniczne pełny zakaz zarówno nieprzyzwoitych, jak
i nieskromnych przekazów23. Sąd Najwyższy restrykcje wobec tych drugich uznał za niezgodne z Konstytucją, przez co stwierdził, że chodzi
o dwie odmienne kategorie wypowiedzi. Problem jednak pozostał, ponieważ Sąd nie wskazał, jak indecent od obscene odróżniać w praktyce.
Skoro ustalono, że CDA reguluje wypowiedzi ze względu na ich treść
(content-based), podstawowe zastrzeżenia przy ocenie jej konstytucyjności musi budzić ogólność brzmienia postanowień aktu, która prowadzi
do tzw. efektu schładzania (chilling effect) wolności słowa. Pogłębia go
posługiwanie się w CDA sankcją karną. Surowość zagrożenia nią będzie
skłaniać mówców raczej do milczenia niż przekazywania idei czy obrazów, co do których dopuszczalności mieliby wątpliwość. I właśnie brak
precyzji okazał się dla Sądu decydujący. Zwłaszcza, że stanowczo się jej
wymaga od regulacji dotyczących treści wypowiedzi. „Po to, aby odmówić nieletnim dostępu do potencjalnie szkodliwych treści, CDA powstrzymuje ogromną ilość wypowiedzi, które dorośli mają konstytucyjne prawo otrzymywać i przekazywać innym. Ten ciężar nałożony na wypowiedzi
dorosłych jest nie do przyjęcia, jeśli mniej restrykcyjna alternatywa okazałaby się przynajmniej równie skuteczna w osiąganiu prawnie uzasad-
21 Id., 886.
22 Sable Communications of California, Inc. v. Federal Communications Commission, 492 U.S. 115 (1989).
23 47 U.S.C. § 223(b) (1982 ed., Supp. V).
magazyn1-2010.indd 134
10-07-23 18:48:08
F. Longchamps de Bérier Relacje dziennikarz-obywatel...
135
nionego celu, dla którego uchwalono ustawę”24. A właśnie nieskromne
w odróżnieniu od nieprzyzwoitego jest chronione przez I poprawkę, na
co wskazuje orzeczenie w Sable Communications of California, Inc. v. Federal Communications Commission.
Jakie obawy kazały bardzo krytycznie przeanalizować potencjalne efekty wprowadzenia w życie ustawy o dobrych obyczajach w telekomunikacji? Bezprecedensowa szerokość regulacji przyjętej w CDA groziła objęciem nią także obrazów i fotografii artystycznych, czy na przykład instrukcji dotyczących tzw. bezpiecznych zachowań intymnych. Sąd pokazywał też absurdalność traktowania przez administrację populacji dorosłych na równi z najmłodszymi członkami społeczeństwa. Niezależnie bowiem jak ważny jest państwowy interes w ochronie dzieci, „poziom dyskusji osiągającej skrzynki pocztowe (mailbox) nie może być po prostu
ograniczony do tego, co byłoby właściwe dla piaskownicy (sandbox)”25.
Z drugiej strony ustawa wydaje się nie zauważać przekazów, jakie powstają poza granicami Stanów Zjednoczonych – w sieci są przecież w pełni
dostępne dla nieletnich. Nadto już Sąd Dystryktowy zwracał uwagę, że
nie udowodniono istnienia efektywnego sposobu weryfikacji wieku. Do
tego dołącza się niechęć choćby niektórych tylko dorosłych do ujawniania danych osobistych, a ta przekłada się na faktyczną blokadę dostępu do treści, z jakich konstytucja daje im pełne prawo korzystać. Ciekawe natomiast, że stwierdzając niekonstytucyjność CDA zarówno federalny sąd I instancji, jak i Sąd Najwyższy z determinacją podkreślały, iż
nie kwestionują legalności samych wysiłków rządu, które zmierzają do
ochrony nieletnich. Wprost wspomniano w orzeczeniach o prawie do
prowadzenia dochodzeń i ścigania wszelkich nieprzyzwoitości oraz dziecięcej pornografii.
C. INTERNETOWE ZAGROŻENIA DLA DZIECI
Wyrok w sprawie Reno v. American Civil Liberties Union zdawał się miażdżący, ale na odpowiedź administracji nie trzeba było długo czekać. Prace nad projektem nowej regulacji podjęto niezwłocznie i już w 1998
roku Kongres Stanów Zjednoczonych uchwalił Ustawę o ochronie dzieci
przed negatywnym oddziaływaniem w komunikacji elektronicznej (Child
Online Protection Act – COPA)26. Regulację „skrojono” możliwie wąsko i
napisano językiem orzeczeń Sądu Najwyższego. Przewidziano grzywnę
24 Id., 874.
25 Bolger v. Youngs Drug Products Corp., 463 U.S. 60, 74-75 (1983).
26 47 U.S.C. § 231.
magazyn1-2010.indd 135
10-07-23 18:48:08
136
Ius et Lex nr 1/2010
w wysokości 50.000 dolarów oraz sześć miesięcy więzienia za świadome
umieszczenie w cyberprzestrzeni w „celach handlowych” treści, które są
„szkodliwe dla nieletnich”. Tym razem za nieletnich ustawa w § 231 (e)
(7) uważała osoby poniżej 17 roku życia. Materiał, o który chodzi, został szczegółowo zdefiniowany w § 231 (a)(1) jako „jakikolwiek komunikat, obraz, wyobrażenie, plik graficzny, artykuł, nagranie, tekst pisany lub coś innego jakiegokolwiek rodzaju, co jest nieprzyzwoite (obscene) lub takie, że (A) przeciętna osoba, używając współczesnych standardów społecznych (contemporary community standards), uznałaby – biorąc
pod uwagę materiał w całości i względem nieletnich, iż jest zaprojektowany, aby dogodzić lubieżnym zainteresowaniom (prurient interest); (B)
przedstawia, opisuje lub wyobraża, w wyraźnie ordynarny (patently offensive) sposób względem nieletnich rzeczywisty lub symulowany akt płciowy lub kontakt płciowy, rzeczywisty lub symulowany, normalny czy perwersyjny akt płciowy, czy wulgarne ukazanie genitaliów lub piersi kobiety po okresie dojrzewania; i (C) wzięte jako całość, [przedstawienie] jest
pozbawione poważnej literackiej, artystycznej, politycznej, czy naukowej
wartości dla nieletnich”. W ustawie sprecyzowano oczywiście jak rozumieć „cele handlowe”. Zgodnie z § 231(e)(2) można o nich mówić, gdy
umieszczenie wynika z zaangażowania w działalność gospodarczą: „Znaczy to, że osoba, która przygotowuje przekaz lub oferuje przygotowanie
przekazu za pomocą World Wide Web – przekazu zawierającego jakikolwiek materiał szkodliwy dla nieletnich, poświęca czas, uwagę czy pracę
na taką działalność w toku regularnego prowadzenia handlu, czy interesów w celu uzyskania korzyści majątkowych jako wyniku takich działań (choć nie jest konieczne, aby taka osoba uzyskiwała korzyść, ani aby
przygotowanie lub oferowanie dokonania takiej komunikacji stanowiło
tej osoby jedyny, czy główny przedmiot prowadzonych interesów lub źródło dochodu”. Skazania na podstawie COPA można natomiast uniknąć,
jeśli się udowodni, że ograniczono dostęp nieletnich do szkodliwych materiałów. Wedle § 231 (c)(1) wystarczyło „(A) domagać się użycia karty
kredytowej, rachunku debetowego, kodu dostępu dla dorosłych, osobistego numeru identyfikacyjnego dorosłych; (B) zadbać o numeryczny
certyfikat sprawdzający wiek lub (C) w jakikolwiek inny roztropny i dostępny technologicznie sposób ograniczyć dostęp nieletnich do przekazywanych materiałów”.
Warto wiedzieć, że w podobnym kierunku co Ustawa o ochronie dzieci przed negatywnym oddziaływaniem w komunikacji elektronicznej zdążały jeszcze dwie inne regulacje. Jedna miała przeciwdziałać, aby właściciele domen w cyberprzestrzeni nie maskowali stron pornograficznych
w taki sposób, że z wielkim prawdopodobieństwem osoby niezaintere-
magazyn1-2010.indd 136
10-07-23 18:48:08
F. Longchamps de Bérier Relacje dziennikarz-obywatel...
137
sowane mogłyby je niechcący odwiedzić, narażając się na przykre i niesmaczne niespodzianki27. Inna ustawa stwarzała natomiast tzw. Dot Kids,
czyli domeny internetowe drugiego poziomu, których treść przystosowano do odbioru przez nieletnich do 13 roku życia28.
Konstytucyjność Child Online Protection Act znów została zakwestionowana przez Amerykańska Unię Praw Obywatelskich. Rozprawa przed
Sądem Najwyższym Stanów Zjednoczonych odbyła się 2 marca, orzeczenie wydano pod koniec sesji sądowej – 29 czerwca 2004 roku. Tym razem drugą stroną dla ACLU był minister sprawiedliwości w administracji prezydenta George’a W. Busha – John D. Ashcroft. Podstawowym argumentem podnoszonym przeciw COPA w sprawie Ashcroft v. American
Civil Liberties Union29 było rzekome istnienie mniej restrykcyjnej alternatywy dla zaproponowanych w ustawie ograniczeń dostępu nieletnich
do szkodliwych treści. Alternatywę tę ma stanowić blokowanie czy filtrowanie. Sędziowie nie byli jednak już tak zgodni, jak w Reno v. American Civil Liberties Union. Na jednym krańcu stanął Antonin Scalia, który w zdaniu odrębnym upierał się, że COPA dotyczy pornografii handlowej, co powoduje, że ustawa nie wymaga ścisłej kontroli pod względem konstytucyjności, jak błędnie stwierdziła większość oraz Stephen
Gerald Breyer w swym zdaniu odrębnym. Na drugim biegunie Ruth Bader Ginsburg wsparła J.P. Stevensa, który wyznał, że „nie przestaje wierzyć, iż rząd nie może penalizować mówców za udostępnianie szerokiej
publiczności World Wide Web tego, co najmniej tolerancyjne społeczności w Ameryce uznają za niewłaściwe dla dzieci”30. Jako ojciec, dziadek
i pradziadek gorąco popiera dążenia do ochrony nieletnich przed wystawianiem na wpływ wyraźnie seksualnych materiałów w sieci. Jako sędzia sprzeciwia się jednak stosowaniu sankcji karnej jako substytutu, czy
choćby zwykłego wsparcia dla nadzoru ze strony dorosłych nad tym, co
zwykły oglądać dzieci31. Natomiast większość, uznając ustawę za niezgodną z konstytucją stosunkiem głosów 5 do 4, postanowiła znów zadeklarować: „co ważne – należy zauważyć, że niniejsze orzeczenie nie uznaje
Kongresu za niezdolny do wprowadzenia jakichkolwiek regulacji Internetu, skierowanych na uniemożliwienie nieletnim uzyskania dostępu do
szkodliwych materiałów”32.
27 18 U.S.C. § 2252 B (2000 ed., Supp. III). Najsłynniejszym przykładem maskowania stała się strona pornograficzna „www.whitehouse.com”.
28 47 U.S.C. § 941 (2000 ed., Supp. III).
29 Ashcroft v. American Civil Liberties Union, 542 U.S. 656 (2004).
30 Id., 674 (Stevens, zd. odrębne).
31 Id., 675.
32 Id., 672.
magazyn1-2010.indd 137
10-07-23 18:48:08
138
Ius et Lex nr 1/2010
Pisząc w imieniu Sądu Anthony McLeod Kennedy zaproponował jako
test konstytucyjności zbadać „co jest najmniej restrykcyjną alternatywą,
jaka może być użyta dla osiągnięcia tego samego celu”33. Wszystko dla
zagwarantowania, że wypowiedź nie będzie bardziej ograniczana, niż to
konieczne dla osiągnięcia dopuszczalnego celu. Ponieważ za najważniejsze uznano zapewnić, aby nie karano za wypowiedź zgodną z prawem,
ani nawet, żeby nie doznawała ograniczeń, które prowadziłyby do „schładzania” wolności słowa, blokowanie i filtrowanie wydało się atrakcyjną
alternatywą. Zaczęto więc argumentować na jej rzecz dowodząc, że realizuje te same cele, a swą funkcję spełnia nawet bardziej efektywnie.
Z pewnością jest mniej restrykcyjna wobec użytkowników sieci. Po pierwsze bowiem dorośli, którzy są bezdzietni, nie muszą poddawać się identyfikacji, gdy chcą skorzystać z materiałów, do których dostęp gwarantuje
im konstytucja. Po drugie, dzieci chroni się także przed tym, co powstaje
lub zostanie wprowadzone do cyberprzestrzeni poza granicami Stanów
Zjednoczonych Ameryki Północnej. Po trzecie, z oczywistych względów
stosowanie blokad daje znacznie lepsze skutki niż elektroniczna weryfikacja wieku. I choć nie ma mowy o zmuszaniu rodziców czy opiekunów
do używania filtrów, co oznacza, że nie można prawnie wymagać ich zakładania, samo oczekiwanie domowej współpracy – w opinii Sądu Najwyższego – automatycznie nie dyskwalifikuje filtrowania czy blokowania
jako mniej restrykcyjnej alternatywy. Natomiast opór większości sędziów
nadal budzi sankcja karna, w której dostrzegli zagrożenie dla wolności
słowa. Znów „gdy ściganie stanowi realną możliwość, przed którą jedyną dostępną ochronę zapewnia wykazanie podjętych działań (affirmative
defense), mówcy będą raczej autocenzurować swe wypowiedzi, niż ryzykować przegraną w procesie”34. Zdaniem Sądu, który dokonuje tu swoistego ważenia, znacznie mniejsze szkody przyniesie zablokowanie ustawy.
Powstaje oczywiście zasadnicza wątpliwość, czy wiara w skuteczność troski rodziców i opiekunów nie jest zbyt naiwna. Nawet ci, którzy deklarują, że chcieliby chronić swe dzieci przed szkodliwymi materiałami i robią wrażenie przejętych tym, co ich potomstwo ogląda, a przy tym rzeczywiście poświęcają mu czas i uwagę: czy naprawdę są w stanie upilnować swe pociechy w sieci? A Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych wspiera swe konkluzje pobożnym życzeniem, rzuconym jak zaklęcie: administracja powinna stwarzać zachęty do korzystania z filtrów i blokad.
Wynik głosowania zdecydował o niekonstytucyjności COPA, ale stan
prawny po wydaniu orzeczenia Ashcroft v. American Civil Liberties Union
33 Id., 666.
34 Id., 670-671.
magazyn1-2010.indd 138
10-07-23 18:48:08
F. Longchamps de Bérier Relacje dziennikarz-obywatel...
139
wcale nie jest czytelny. Na problemy, jakie zrodziła opinia Sądu zwrócił już uwagę w równie długim co ona zdaniu odrębnym sędzia S. Breyer. Zastanawiał się, co – po wydaniu dwóch ustaw i kolejnych orzeczeniach – z konstruktywnym dyskursem między sądami i legislatywą, który
stanowi integralną i godną poszanowania część amerykańskiego projektu ustrojowego. Odsyłając sprawę do sądu I instancji dla „wprowadzenia
dalszych dowodów”, czego Sąd Najwyższy może jeszcze realnie oczekiwać? Na co można by je przedstawić? Skoro COPA zbudowano językiem
Sądu Najwyższego, czego więcej chciałby on od ustawodawcy? Proponuje się w ogóle rezygnację z sankcji karnej? Zamiast tego S. Breyer analizuje postulat poszukiwania „mniej restrykcyjnej alternatywy” – rząd powinien zachęcać do używania programów blokujących i filtrujących. Rodzicom, szkołom czy kafejkom internetowym można rozdać komputery z zainstalowanymi filtrami, wysłać urzędników federalnych, aby szkolili rodziców i nauczycieli w zakładaniu blokad, wydać miliony dolarów
na badania nad lepszymi programami. Myśląc podobnie zawsze dałoby
się wskazać alternatywę. Tyle, że konstytucja nie zobowiązuje rządu do
wykazywania, iż nie istnieją magiczne rozwiązania, to znaczy takie, które – ogólnie ujmując – poradziłyby sobie z każdym problemem w sposób
mniej restrykcyjny, lecz z równą efektywnością. W każdej sytuacji daje
się zamarzyć mniej drastyczne wyjście. Trudno się go jednak na poważnie domagać bez uwzględnienia choćby w niewielkim stopniu na przykład warunków budżetowych35.
H. Black uznawał, że I poprawka w ogóle nie pozwala Kongresowi na
regulacje w sferze wypowiedzi. W zdaniu zbieżnym do orzeczenia Ashcroft
v. American Civil Liberties Union J.P. Stevens przekonywał, że nie można
się posługiwać sankcją karną. Co prawda w przekonaniu S. Breyera pójście tą drugą drogą uczyniłoby z COPA ustawę „z definicji wirtualną”,
jednak nie sposób zaprzeczyć, iż są silne konstytucyjne argumenty przemawiające na poparcie obu stanowisk. Problem w tym, że Sąd Najwyższy żadnego z nich nie przyjmuje za swoje. Zamiast tego wyraża przekonanie, że administracji nie udało się udowodnić nieistnienia „mniej restrykcyjnych alternatyw”. Podobne dowodzenie, jeśli go tu wymagać, jest
właściwe wszędzie. Wtedy jednak odbiera się w praktyce Kongresowi swobodę manewru legislacyjnego, którą przynajmniej werbalnie Sąd zdaje
się szanować. Gdy więc uznać, że COPA nie przechodzi testu „mniej restrykcyjnej alternatywy”, co będzie w stanie go przejść? A jeśli tak, Sąd
Najwyższy powinien to jasno zadeklarować36.
35 Id., 688 (Breyer, zd. przeciwne).
36 Id., 690.
magazyn1-2010.indd 139
10-07-23 18:48:09
140
Ius et Lex nr 1/2010
Stawianie rządowi wymogu udowodnienia, że nie istnieje „mniej restrykcyjna alternatywa”, wskazuje raczej na bezradność Sądu Najwyższego: osiągnięto w drodze głosowania porozumienie co do wyniku, są
natomiast wyraźne problemy z koherentnym uzasadnieniem. Widać to
zwłaszcza wobec pytania S. Breyera, czy po wydaniu orzeczenia w sprawie
Ashcroft v. American Civil Liberties Union wolność wyrazu cieszy się większą, czy mniejszą ochroną niż wcześniej. Odpowiedź, wbrew intencjom
większości składu, wcale nie jest oczywista. Sąd chce usunąć z prokuratorskiego arsenału ważną broń, która daje rządowi wybór inny, niż po
prostu „zabroń całkowicie albo nic w ogóle nie rób”. COPA pozwala bowiem administracji – zamiast wszczynania postępowań prokuratorskich
dla egzekwowania do granic możliwości zakazu tego, co nieprzyzwoite
(obscene) – nalegać, aby ci, którzy udostępniają materiały nieprzyzwoite
czy podobne, trzymali je zasłonięte. Utrudnialiby dostęp dzieciom, dorosłym zaś niezwłocznie mogliby je pokazywać! Zdaniem S. Breyera ustawa stwarza właśnie to trzecie, umiarkowane rozwiązanie – drogę środka. Sąd jej natomiast nie przewiduje. To zadaniem sędziego duża strata, gdyż właśnie trzecie rozwiązanie daje najwięcej w świecie, w którym
to co jeszcze przyzwoite, od tego co już nieprzyzwoite wcale nie łatwo
odróżnić: zwłaszcza w praktyce, nie w akademickiej dyskusji czy teoretycznej analizie z sędziowskiego pokoju narad. W „rzeczywistym” świecie rozwiązanie „środka” znacznie studziłoby prokuratorskie zapędy
w przypadkach granicznych. Tak przynajmniej mógł uważać Kongres, bo
w perspektywie I poprawki zapewniałoby to szerszą ochronę praw dostępu do dopuszczalnych treści, niż pozostawiona prokuratorom alternatywa: wszystko albo nic, wynikająca z opinii większości sędziów37.
4. NIE WSZYSTKO DAJE SIĘ PRZENIEŚĆ
P
rzytoczone przykłady świadczą o nieco innej wrażliwości społeczeństwa amerykańskiego. Ponadto trzeba pamiętać, że w Starym Świecie szczególną wagę przywiązuje się do godności człowieka jako źródła
wolności i praw. Za Oceanem podstawową rolę odgrywa wolność. Różnica ta stanowi oczywiście wynik historycznego procesu kształtowania się
społeczeństw. Jednak przykład amerykańskich regulacji jest o tyle cenny, że tam na wolności słowa skupia się uwaga całego społeczeństwa –
w znacznie większym stopniu niż w Europie. Cztery omówione przykłady pokazują, że sfera wolności słowa wydaje się w USA większa. Nie ma
37 Id., 691.
magazyn1-2010.indd 140
10-07-23 18:48:09
F. Longchamps de Bérier Relacje dziennikarz-obywatel...
141
się co temu dziwić, choć Europejczyk zasadnie będzie się pytał, czy aby
nie kosztem godności człowieka…
A. ABSOLUTYZM SĘDZIEGO HUGO BLACKA
Skoro była mowa o różnicach między społeczeństwami obu kontynentów, warto pamiętać o tradycyjnej niechęci i podejrzliwości Amerykanów
wobec prasy. Stąd, gdy rozważa się relacje dziennikarz – obywatel, dobrze jest ostrożnie powoływać amerykańskie doświadczenia. I tak nawet
w Stanach Zjednoczonych nie przyjęła się absolutystyczna interpretacja
klauzuli wolności wyrazu, za która opowiadał się sędzia H. Black. Przekonywał on w 1960 roku, że zdanie „Kongresowi nie wolno żadnym aktem prawnym…”, zbudowano ze słów jasnych i łatwo zrozumiałych. Skoro więc język I poprawki jest absolutny, sformułowanie „żadnym aktem”
trzeba rozumieć dosłownie. Oczywiście, decyzja o konstytucyjnej ochronie wolności słowa zakłada ważenie sprzecznych interesów. Dokonali go
już jednak Ojcowie Założyciele pisząc Kartę Prawa, dlatego trzeba uznać,
że Kongres nie ma ani prawa, ani władzy dla przeprowadzenia jakiejkolwiek innej oceny38. Prawda, że pogląd absolutystyczny pozostaje nadal
ważnym punktem odniesienia w analizie konstytucyjności, bo jego wielką zaletą jest prostota. To niestety też jego główna wada – choćby dlatego, że ta sama miara może pasować wszystkim, ale naprawdę dobrze jest
z nią tylko niewielu. Przyjęcie absolutyzmu sędziego H. Blacka powodowałoby czasami zapewnienie wypowiedziom większej ochrony, niż trzeba, np. gdy administracja wcale nie przesadziła w ocenie szkody, jaką wypowiedź powoduje, ani nie można zarzucić rządowi niedoceniania znaczenia, jakie wolność słowa ma dla budowania społeczeństwa obywatelskiego39. Teoretyczną krytykę można oczywiście jeszcze długo prowadzić.
Ostatni argument zwykle należy do praktyki, a ta pokazuje, że pogląd
absolutystyczny jest po prostu nie do utrzymania40. Nic dziwnego, że H.
Black pozostał w nim właściwie odosobniony wśród sędziów Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych41. Nie była to jednak klęska. Jeśli bowiem jego wystąpienie potraktować jako tezę w dyskusji o konstytucyjnych gwarancjach wolności wypowiedzi i wyrazu, trudno nie zauważyć,
38 H. Black, The Bill of Rights, 35 N.Y.U. L. Rev. 865, 874, 879 (1960).
39 M. Tushnet, A Court Divided. The Renquist Court and the Future of Constitutional Law, New YorkLondon 2005, s. 133.
40 Por. np. E. Chemerinsky, Constitutional Law, wyd. 2, New York 2005, s. 1047.
41 Tylko sędzia William O. Douglas podzielił go, przyłączając się do zdania odrębnego H. Blacka
w sprawie Konigsberg v. State Bar of Kalifornia, 366 U.S. 36, 56 (1961) (Black, zd. przeciwne).
magazyn1-2010.indd 141
10-07-23 18:48:09
142
Ius et Lex nr 1/2010
jak ważnym punktem odniesienia stał się ów absolutyzm. W każdych poważnych rozważaniach o zakresie dopuszczalnej interwencji w wolność
słowa warto mieć go na uwadze42.
B. WNIOSKI SĄDU NAJWYŻSZEGO
Dla oceny zgodności z konstytucją prócz normalnie stosowanego ważenia wolności, racji i interesów (balancing), Sąd Najwyższy USA musiał wypracować odpowiednie standardy i zasady. W pierwszym rzędzie
w kontroli konstytucyjności przyjął rozróżnienie na ograniczenia wolności wypowiedzi dokonywane co do treści przekazywanych informacji
(content-based) oraz neutralne pod tym względem, lecz podejmowane ze
względu na czas, miejsce czy sposób przekazu (content-neutral). Pozwala
to w konkretnych przypadkach decydować, czy badaną regulację poddać odpowiednio: ścisłej (strict scrutiny) albo średniej (intermediate scrutiny) kontroli. Bez wątpienia za niezgodne z konstytucją zostanie uznane rozwiązanie nadmiernie niejednoznaczne lub zbyt szerokie (unduly
vague or overbroad).
Jak zaznaczono, J.P. Stevens w zdaniu zbieżnym do orzeczenia Ashcroft
v. American Civil Liberties Union przekonywał, że nie można się posługiwać sankcją karną. Choć Sąd Najwyższy USA nie uznał tej opinii za własną, następcza represja karna zawsze budzi poważne obiekcje. Jeszcze
większe powstają w związku z cenzurą prewencyjną. Jak obrazowo przedstawiono to w sprawie Nebraska Press Association v. Stuart: o ile zagrożenie karną czy cywilną sankcją po publikacji „schładza” wolność wypowiedzi, cenzura prewencyjna „zamraża” ją przynajmniej na jakiś czas43.
Stąd każda próba wprowadzenia tej ostatniej w jakimkolwiek zakresie
jest obarczona silnym domniemaniem niekonstytucyjności. Rządowi
z dużą trudnością przychodzi obalać je przez wykazywanie istotnego
interesu państwowego (compelling state interest). Gdy chodzi natomiast
o przedmiot kontroli, praktyka orzecznicza Sądu Najwyższego Stanów
Zjednoczonych pokazała, że każda ustawa może zostać poddana badaniu, jeśli tylko podejrzewa się, iż ogranicza wolność wypowiedzi. Również działanie administracji, jeśliby wystarczająco mocno dotykało („obciążało”) swobodę wyrazu, spowoduje rozpoczęcie kontroli zgodności
z I poprawką do konstytucji USA.
Z pewnością warto korzystać z amerykańskich doświadczeń i przykła42 Por. np. Ascroft v. American Civil Liberties Union, 542 U.S. 656, 690 (2004) (Breyer, zd. przeciwne).
43 Nebraska Press Association v. Stuart, 427 U.S. 539, 559 (1976).
magazyn1-2010.indd 142
10-07-23 18:48:09
F. Longchamps de Bérier Relacje dziennikarz-obywatel...
143
dów. Trzeba zachować dużą roztropność oraz ostrożność i zawsze mieć
przed oczyma ważone wartości, które chroni prawo w danym kontekście
społecznym. Gdy więc oczekuje się większej otwartości dla swobody wyrazu, trzeba być świadomym, że prawo nie uniknie poważnej i pogłębionej
dyskusji – także w kontekście prawnoporównawczym, jak od lęku przed
korzystaniem z wolności słowa zachować i obywatela, i dziennikarza.
magazyn1-2010.indd 143
10-07-23 18:48:09
magazyn1-2010.indd 144
10-07-23 18:48:09
DZIENNIKARSTWO ŚLEDCZE
magazyn1-2010.indd 145
10-07-23 18:48:09
magazyn1-2010.indd 146
10-07-23 18:48:09
Marek Palczewski
GRANICE DZIENNIKARSKIEJ PROWOKACJI
SPIS TREŚCI
I. Wstęp ............................................................................................149
II. Cechy dziennikarstwa śledczego a prowokacja .............................150
III. Prowokacja dziennikarska w Polsce i na świecie ..........................152
IV. Podsumowanie ............................................................................156
magazyn1-2010.indd 147
10-07-23 18:48:09
MAREK PALCZEWSKI
Doktor nauk humanistycznych. Ukończył historię i filozofię na Uniwersytecie Łódzkim. Dziennikarz TVP S.A w Łodzi, autor programów publicystycznych, reportaży i filmów
dokumentalnych. Historyk i medioznawca, kierownik Zakładu Dziennikarstwa w Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Wykładowca w Uniwersytecie Łódzkim. Prowadził warsztaty dziennikarskie i seminaria na uniwersytetach
w Madrycie, Rotterdamie, Hadze i Dijon. Autor publikacji
o średniowiecznej Polsce, filozofii Herberta Marcuse’go,
dziennikarstwie śledczym, etyce dziennikarskiej i teorii newsa. Członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy
Polskich. Hobby: zamki średniowiecznej Europy, narty, szachy.
magazyn1-2010.indd 148
10-07-23 18:48:09
WPROWADZENIE
W
ychodząc od problemu definicji prowokacji dziennikarskiej, autor artykułu zauważa, że jest ona jedną z metod dziennikarstwa śledczego,
aczkolwiek nie wyczerpuje jego charakterystyki. Palczewski wykazuje, dlaczego zgodnie z przyjętymi zasadami prowokacja nigdy nie powinna być punktem wyjścia, a raczej ostatecznością dla dziennikarskiego śledztwa oraz jakie
warunki powinna spełniać i kiedy jej stosowanie nie jest dopuszczalne. Autor analizuje także przykłady znanych prowokacji dziennikarskich w Stanach
Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i w Polsce, by w podsumowaniu zaproponować warunki, wyznaczające dopuszczalne granice dziennikarskiej prowokacji.
I. WSTĘP
P
rowokacja jest działaniem podjętym przez nadawcę komunikatu
(grupę lub osobę) w celu wymuszenia na odbiorcy określonego
działania, które będzie dla niego niekorzystne i udowodni popełnienie
przestępstwa, nadużycie władzy, patologię lub inne społecznie naganne
zachowania i czyny1.
Nie istnieje powszechnie obowiązująca definicja prowokacji dziennikarskiej. Zwykle pojmuje się ją w sposób intuicyjny i zalicza do niej stosowanie ukrytej kamery, podsłuchy, pułapki dziennikarskie, tzw. stingoperation (operacje żądło) i inne sposoby zwodzenia i wprowadzania rozmówców w błąd, jak na przykład zmianę tożsamości, „przebieranki”, tzw.
dziennikarstwo „wcieleniowe”. Wymieniony zestaw chwytów określa ra-
1 Definicja autora artykułu, zbudowana m.in. na podstawie definicji zawartych w słownikach języka polskiego. Według Encyklopedii PWN w trzech tomach, Warszawa 1999, t. 3., s.68: „PROWOKACJA [łac.] prawo nakłanianie innej osoby do dokonania przestępstwa w celu skierowania przeciwko niej postępowania karnego”.
magazyn1-2010.indd 149
10-07-23 18:48:09
150
Ius et Lex nr 1/2010
czej metody dziennikarstwa śledczego niż definiuje samą prowokację2.
Zauważyć można, że prowokacja pojmowana jak wyżej jest jedną z metod dziennikarstwa śledczego, aczkolwiek nie wyczerpuje jego charakterystyki, a z drugiej strony prowokacja może być metodą, którą posługują się dziennikarze nie prowadzący dziennikarskiego śledztwa. Prowokacją były na przykład: zameldowanie dziennikarza Super Expressu
u Leszka Millera, zamówienie samochodu służbowego dla Ojca Rydzyka
przez dziennikarzy Faktu, wizyta rzekomego wiceministra u burmistrza
Ostródy, okrągły stół prostytutek, zorganizowany przez Jerzego Urbana, czy wtargnięcie reportera na teren jednostki wojskowej. Niektóre
z nich można zakwalifikować do tzw. operacji żądło (wspomniany „okrągły stół”), inne do kategorii wygłupów, happeningów czy dziennikarskich
„performance”. Cechą większości z nich była teatralizacja rzeczywistości i kreacja faktów. Żadna z tych prowokacji nie była częścią dziennikarskiego śledztwa3.
Poważna prowokacja dziennikarska, która stanowi temat niniejszej
analizy, powinna być zorganizowana i przeprowadzona w ważnym interesie społecznym i jako taka stanowi element składowy dziennikarstwa
śledczego. Niestety, często prowokacja jest nadużywana dla błahych, społecznie nieistotnych celów.
II. CECHY DZIENNIKARSTWA ŚLEDCZEGO
A PROWOKACJA
D
ziennikarstwo śledcze definiowane jest rozmaicie, można jednak
wskazać na pewne elementy, pojawiające się w większości defini4
cji . Są to:
2 W literaturze anglojęzycznej dla określenia prowokacji dziennikarskiej stosuje się pojęcia entrapment, sting-operation, pretense, posing, hidden camera (video), eavesdropping, masquerade. Zob. H.E.
Goodwin, Groping for Ethics in Journalism, Iowa State University Press, 1983.
3 Według Krystyny Mokrosińskiej, prowokacja z dostarczeniem samochodu dla o. Rydzyka mogłaby być zaliczona do kategorii wygłupów i tanich sensacji (J. Murawski, Pułapki nie tylko na ministra, „Rzeczpospolita”, 11.02.06, nr 036. – http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie-060211/
kraj/kraj-a-5.html?k=on;t=200...- dostęp 22.05.2007). Dla dr Zbigniewa Bajki z Ośrodka Badań
Prasoznawczych UJ był to happening medialny (A. Drożdżak, Prowokatorzy, PRESS, 2006-0515, s. 56-58 – http://monitoring.pap.com.pl/media/cgi-bin/start.pl?id-publikacji=1092%20%
20%20...- dostęp: 22.05.2007).
4 Przegląd definicji zob. M.Palczewski, O problematyczności metod dziennikarstwa śledczego. Próba analizy na wybranych przykładach z USA i Polski, [w:] Dziennikarstwo śledcze. Teoria i praktyka w Polsce, Europie i Stanach Zjednoczonych, pod red. M. Palczewskiego i M. Worsowicz, Łódź 2006, s. 59 n. Por.
także J.L. Aucoin, The Evolution of American Investigative Journalism, Columbia and London 2005,
s.2-3n; C.J. Bertrand, Media Ethics and Accountability Systems, New Brunswick-London 2000, s. 97;
H.de Burgh, Introduction: a higher kind of loyalty?, [w:] Investigative Journalism. Context and Prac-
magazyn1-2010.indd 150
10-07-23 18:48:09
M. Palczewski Prowokacja dziennikarska
151
1. Praca własna dziennikarza;
2. Dziennikarz odkrywa coś, co miało pozostać ukryte przed opinią
publiczną; coś, czego inni nie chcą ujawnić;
3. Dziennikarstwo śledcze w większym stopniu niż tradycyjne posługuje się niejawnymi metodami zbierania informacji i opiera na anonimowych źródłach informacji;
4. Dziennikarstwo śledcze porusza tylko sprawy najwyższej wagi związane z korupcją, malwersacjami finansowymi, nadużyciami przedstawicieli władzy;
5. Śledztwo dziennikarskie trwa długo, jest kosztowne, nie zawsze
przynosi efekty;
6. Motywem działania jest zawsze interes społeczny, nigdy osobisty
(partyjny, grupowy itp.), czynności dziennikarskie wynikają z pobudek moralnych (odrazy wobec zła i niesprawiedliwości), dziennikarz dąży do poprawy sytuacji społecznej, politycznej, etc.
Zgodnie z przyjętymi zasadami prowokacja nigdy nie powinna być
punktem wyjścia dla dziennikarskiego śledztwa, a raczej ostatecznością,
ewentualnie punktem zwrotnym, dowodem w prowadzonym śledztwie.
Wiążą się z tym określone reguły postępowania. Prowokację można stosować, gdy:
1. Prowadzone śledztwo wskazuje na winnego, a dziennikarzowi brakuje dowodów winy;
2. Prowokacja może potwierdzić nasze przypuszczenia;
3. Dzięki niej odkrywamy prawdę;
4. Jest środkiem ostatecznym, „ostatnią deską ratunku”;
5. W inny sposób nie możemy uzyskać tych samych informacji;
6. Jest stosowana w imię ważnego interesu społecznego i wyłącznie ze
szlachetnych pobudek;
7. Suma zysków/korzyści przeważa sumę strat, jakie ewentualnie poniesiemy w wyniku dziennikarskiego działania;
8. Przeprowadzona prowokacja zostanie ujawniona odbiorcy i stanie
się częścią relacji dziennikarskiej;
9. Prowokacja może być zaaranżowana wyłącznie za wiedzą i zgodą
przełożonych;
10. Wywołuje ona określone reakcje i zdarzenia, które i tak miałyby
tice, ed. H de Burgh, London and New York 2000, s. 9-10; L. Downie Jr, R.G Kaiser, The News
about News. American Journalism in Peril, New York 2002, s. 30n; J.S. Ettema, T.L. Glasser, Custodians of Conscience. Investigative Journalism and Public Virtue, New York 1998, s.3-4; B.Kovach, T.
Rosenstiel, The Elements of Journalism. What Newspeople Should Know and the Public Should Expect,
New York 2001, s. 116-120; W.L. Rivers, C. Mathews, Etyka środków przekazu, przeł. J.Zakrzewski,
E.Krasnodębska, Warszawa 1995, s.119; J. Ullman, S. Honeyman, The Reporters Handbook. An Investigator’s Guide to Documents and Techniques, New York 1983, s. VII-VIII;
magazyn1-2010.indd 151
10-07-23 18:48:09
152
Ius et Lex nr 1/2010
miejsce, czyli jest zgodna z rzeczywistym biegiem wydarzeń i nie
kreuje rzeczywistości;
11. W odniesieniu do czynów opisanych w kodeksie karnym charakteryzuje się albo brakiem popełnienia przestępstwa albo znikomą
szkodliwością społeczną czynu.
Można również pokusić się o wymienienie warunków wyłączających
zastosowanie prowokacji. Nie powinno się stosować prowokacji (oczywiście w ramach tzw. śledczego dziennikarstwa):
1. Wyłącznie dla wygłupu, rozbawienia publiczności;
2. Dla sensacjonalizacji, gdy celem jest jedynie „podkręcenie faktów”,
uatrakcyjnienie zdarzeń;
3. Kiedy taki sam efekt możemy osiągnąć tradycyjnymi metodami;
4. Kiedy prowokujemy, by mieć o czym pisać/relacjonować;
5. Gdy dotyczy ona spraw intymnych osób niepublicznych5.
III. PROWOKACJA DZIENNIKARSKA
W POLSCE I NA ŚWIECIE
Z
uwagi na ogólny charakter artykułu autor ograniczy się do wymienienia jedynie kilku prowokacji, które zostały przeprowadzone
w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i w Polsce.
Pierwszą, najbardziej znaną była prowokacja Nellie Bly w 1887 roku.
Dziennikarka, udając psychicznie chorą dostała się do Blackwell’s Island Asylum i opisała przypadki bicia, poniżania, głodzenia i przetrzymywania pacjentów w warunkach niespełniających podstawowych standardów sanitarnych. Trzydzieści lat później podobną prowokację przeprowadził Doug Struck z Baltimore Sun. W 1971 roku Beniamin H. Bagdikian dostał się do więzienia o zaostrzonym rygorze, gdzie udawał groźnego mordercę. Warunki więzienne opisał w cyklu The Shame of Prison.
Artykuły doprowadziły do reformy więziennictwa w Pensylwanii6.
Najbardziej kontrowersyjną akcję przeprowadziła dwójka dziennikarzy Chicago Sun – Times, Pamela Zekman i Zay N.Smith, którzy podając się za małżeństwo założyli bar o nazwie „Mirage” (Złuda). Przez kilka miesięcy swej działalności dziennikarze zebrali dowody na korupcję
urzędników miejskich, którzy przychodzili do baru i wymuszali łapówki
5 J. Black , B. Steele, R.D. Barney, Doing Ethics in Journalism. A Handbook with Case Studies, 2nd
ed., Boston 1995, s.119n. dodają jeszcze, że prowokacji nie należy stosować, gdy chodzi głównie
o zdobycie nagrody; pobicie konkurencji; mniejszy nakład czasu i pracy; bo „inni też to zrobili”; bo sam przedmiot relacji jest nieetyczny.
6 H.E. Goodwin, dz.cyt. s. 136n.
magazyn1-2010.indd 152
10-07-23 18:48:10
M. Palczewski Prowokacja dziennikarska
153
za zezwolenia dotyczące warunków sanitarnych i ochrony przeciwpożarowej. Rozmowy z urzędnikami były nagrywane i filmowane z ukrycia.
W wyniku tej akcji udało się zatrzymać nieuczciwych funkcjonariuszy.
Dziennikarze zostali zgłoszeni do nagrody Pulitzera, jednak jej nie dostali, gdyż sprzeciwili się tej nominacji dwaj wybitni dziennikarze amerykańscy, zasiadający w jury, Ben Bradlee (red. naczelny The Washington
Post) i Gene Patterson. Dowodzili oni, że te same rezultaty można było
osiągnąć ograniczając się do tradycyjnych środków. Wskazywali również
na to, że dziennikarz powinien stosować jawne metody i nie wolno mu
oszukiwać rozmówców w trakcie zbierania materiałów. Inni krytycy zarzucali dziennikarzom stosowanie metod policyjnych i wskazywali, że
nie doszłoby do popełnienia przestępstwa, gdyby nie stworzono do niego warunków7. Przy okazji warto zwrócić uwagę, że przedstawione wyżej
prowokacje odbywały się zawsze za wiedzą i zgodą przełożonych, prawników, a niekiedy również za wiedzą prokuratury i tajnej policji (jak np.
w przypadku Bagdikiana czy dziennikarzy z Chicago).
W latach 90-tych metoda prowokacji była coraz częściej wykorzystywana przez telewizje. W 1992 roku stacja ABC pokazała w programie
Prime Time Live nagrany ukrytą kamerą reportaż o sieci sklepów Food
Lion. Reportaż ujawniał, że pracownicy firmy odświeżali stare mięso
i zmieniali datę ważności przeterminowanych wyrobów. Po ukazaniu się
reportażu władze firmy oskarżyły ABC o naruszenie prywatności i oszustwo przy składaniu aplikacji o pracę, albowiem dziennikarze podali fałszywe dane. W procesach sądowych najpierw stację skazano na zapłacenie 5,5 mln dolarów kary, ale ostatecznie uznano, iż motywem działania
dziennikarzy był ważny interes społeczny i karę zmniejszono do 2 dolarów grzywny8.
W siedem lat później (w 1999 r.) w programie CBS News 60 Minutes
II pokazany został reportaż Unsafe Haven, w którym za pomocą ukrytej kamery i mikrofonu obnażono skandaliczne traktowanie pacjentów
w szpitalach Charter Behavioral Health System. Na skutek emisji programu i oburzenia społecznego zamknięto 50 placówek tej sieci9.
W Wielkiej Brytanii głośnym echem odbiła się prowokacja, zorganizowana w 1994 roku przez dziennikarzy Sunday Times, znana pod nazwa „Cash for Questions” (Pieniądze za pytania). W 1994 roku rozeszły
się plotki na temat firm lobbingowych, które rzekomo oferowały parla7 Opis prowokacji, kontrowersje i przegląd literatury na ten temat zob. M. Palczewski, dz. cyt.,
s. 62, 65.
8 L.W. Hodges, Cases and commentaries. Unsafe Haven, „Journal of Mass Media Ethics”, 2000, vol. 15,
nr 4, s. 269n.
9 Tamże.
magazyn1-2010.indd 153
10-07-23 18:48:10
154
Ius et Lex nr 1/2010
mentarzystom rozmaite korzyści (w tym finansowe) w zamian za zadanie w ich imieniu pytania na forum Izby Gmin. Nie było jednak dostatecznie mocnych dowodów, że takie praktyki faktycznie miały miejsce,
wobec czego dziennikarze Sunday Times przygotowali prowokację. Założyli fikcyjną kompanię, zajmującą się handlem bronią i zwrócili się do
parlamentarzystów ze wszystkich partii z propozycją współpracy. Odpowiedziało dwóch konserwatystów; Graham Riddick i Dawid Tredennick
zgodzili się za tysiąc funtów zadać pytania, które pozwoliłyby fikcyjnej
spółce uzyskać informacje, które mogłyby wpłynąć korzystnie na zawarcie przez nią kontraktu handlowego. Sunday Times przedstawił tę historię jako dowód na istnienie korupcji wśród członków Izby Gmin10.
W Polsce prowokacja dziennikarska jako metoda zbierania informacji zaczęła na większą skalę pojawiać się w latach 90-tych XX wieku. Do
najgłośniejszych spraw należały: zakup trotylu od jednostki antyterrorystycznej na Okęciu przez dziennikarzy Super Expressu; prowokacja Marcina M., dziennikarza tej samej gazety, który podając się za obywatela Francji, zgłosił policji fikcyjną kradzież dokumentów i pieniędzy, by pokazać,
że polscy policjanci nie znają języków obcych i nie umieją rzetelnie zająć
się takimi sprawami; wystawienie na aukcji podróbki pasteli Starowieyskiego przez dziennikarzy TVN i Rzeczpospolitej, by wykazać niekompetencję ekspertów obsługujących domy aukcyjne; wizyta w Ostródzie rzekomego wiceministra nieistniejącego ministerstwa (Fakt); zakup na bazarze fałszywego dowodu osobistego i posłużenie się nim przez Grzegorza Kuczka z TVN w banku i do wypożyczenia samochodu, sprzętu sportowego i budowlanego oraz wynajęcia mieszkania11. Oczywiście, to tylko
kilka przykładów udanych prowokacji dziennikarskich. Można by jeszcze wymienić takie, jak w reportażu Alicji Kos i Wojciecha Cieśli „Wędliny drugiej świeżości” (o zakładach mięsnych Constar), Marka Kęskrawca i Oli Tudyki w „Gabinetach Martwych Dusz”, Mirosława Majerana
w „Mordercach dzieci”, Jarosława Jabrzyka w „Prokuratorze” czy Daniela Zielińskiego w „Kardiochirurgu”, gdzie reporterzy albo zmieniają tożsamość albo przeprowadzają prowokację dziennikarską mającą odkryć
10 Znaleźli się krytycy tej prowokacji, którzy wskazywali, że dziennikarze wykreowali całą sytuację
i że nie wiadomo, czy takie praktyki rzeczywiście miały miejsce (ich zdaniem prowokacja tego nie
udowadnia). Zwracano również uwagę, że jeżeli rzeczywiście ktoś wcześniej lobbował na rzecz
jakiejś firmy, to po pierwsze niekoniecznie musiał to być którykolwiek z wymienionych polityków, a po drugie osoba lobbujaca mogła to robić ze szlachetnych pobudek i nie czerpać z tego
żadnych korzyści (zob. M. Kieran, The Regulatory and Ethical Framework, [w:] H. De Burgh, Investigative Journalism. Context and practice, London and New York 2000, s. 160n.).
11 Zob. J. Bukowska,. Dziennikarstwo śledcze a prowokacja dziennikarska. Kwestia odpowiedzialności karnej, [w:] Dziennikarstwo śledcze..., s. 112n.; M. Zaremba, Ogólne zasady odpowiedzialności dziennikarzy za naruszenie prawa popełnione na etapie zbierania informacji, [w:] Dziennikarstwo śledcze..., s. 91,
przyp. 5.
magazyn1-2010.indd 154
10-07-23 18:48:10
M. Palczewski Prowokacja dziennikarska
155
korupcję, pedofilską siatkę czy machinacje wymierzone przeciwko koledze-lekarzowi12.
Większość z przedstawionych prowokacji spełnia warunki ważności
społecznej i rzetelności dziennikarskiej13. Zdarzały się jednak również takie, które miały na celu wyłącznie ośmieszenie, wygłup, czy były próbą
dowartościowania dziennikarskich działań poprzez nazwanie ich dziennikarstwem śledczym14.
Przykładami prowokacji ważnej ze względów społecznych, uzasadnionej dobrem odbiorców są między innymi reportaże śledcze Jarosława Jabrzyka („Prokurator” i „Zjawa” – współautor Wojciech Cieśla z ”Rzeczpospolitej”), Alicji Kos (o Constarze), czy Mirosława Majerana („Mordercy
dzieci”).
Zauważyć przy okazji należy, że każda prowokacja narusza w mniejszym lub większym stopniu prawo lub balansuje na granicy prawa15. Również orzecznictwo sądowe w kwestii prowokacji wskazuje, że nie wszystkie prowokacje miały – zdaniem sądu – niski stopień szkodliwości społecznej. Niektóre wyraźnie przekroczyły granice prawa i ich autorzy zo-
12 Zob. GRAND PRESS. Dziennikarskie hity 2002, 2003, 2004, 2005, Poznań 2002, 2003, 2004, 2005.
13 Najwięcej kontrowersji wzbudziła prowokacja dziennikarzy TVN w programie TERAZ MY, Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego, którzy we współpracy z Renatą Beger z „Samoobrony” nagrali ukrytą kamerą jej rozmowy z politykami PiS, Adamem Lipińskim i Wojciechem
Mojzesowiczem. Na ten temat ukazało się wiele opinii i publikacji, których nie będę w tym miejscu przytaczał. Ograniczę się tylko do stwierdzenia, że dziennikarze mogli uzyskać podobne informacje nie stosując niejawnych metod; ich działanie nie spełniało wszystkich cech dziennikarstwa śledczego; dziennikarze nie zachowali całkowitej niezależności wobec źródeł informacji (zasada równego dystansu wobec stron konfliktu); w rezultacie otrzymaliśmy taśmy półprawdy, gdyż jedna ze stron mogła kontrolować swoje zachowanie i wypowiedzi (zob. M. Palczewski, News polityczny jako czynnik zmiany politycznej, Konferencja „Mechanizmy perswazji i manipulacji”, Lesko 2006 – art. w druku). Nie zmienia to faktu, iż uzyskany przez nich materiał dowodowy miał dużą siłę rażenia i odpowiadał kryteriom tematu ważnego dla społeczeństwa. Skandalem natomiast były wypowiedzi przypisujące dziennikarzom działanie w porozumieniu z tajnymi służbami (WSI).
14 Za takie uznaję m.in. udawanie okradzionego Francuza, więźniów-uciekinierów z więzienia
w Katowicach czy okrągły stół prostytutek, zorganizowany przez Urbana.
15 Art. 10, ust.1 Prawa prasowego (Ustawa o prawie prasowym z 1984 roku) mówi, że dziennikarz
ma obowiązek działać w granicach określonych przepisami prawa, a art.12 ust. 1 punkt 1 przypomina o obowiązku zachowania szczególnej staranności i rzetelności przy zbieraniu wykorzystaniu materiałów prasowych. Tymczasem prowokacje dziennikarskie naruszają artykuły kodeksu karnego (m.in. 119, 126, 193, 212, 216, 229, 233,234, 235, 238, 241, 247, 263, 265, 270, 272
i 273). Por. J. Bukowska, dz.cyt., s. 105-121; M. Zaremba, dz.cyt. s. 89-103. W niektórych przypadkach nie są jednak uznawane za szkodliwe społecznie. W sprawie reportera „Uwagi” TVN,
Grzegorza Kuczka, sąd uznał, że działania dziennikarza leżały w interesie społecznym i umorzył
postępowanie (Prowokacja dziennikarska w interesie społecznym, „Rzeczpospolita”, 11.07.2005, nr
2160, s. A5.) Podobnie sąd orzekł w sprawie dziennikarzy „Super Expressu”, którzy kupili materiały wybuchowe od jednostki antyterrorystycznej na Okęciu (http://wiadomości.polska.pl/kalendarz/kalendarium/article.htm?id=35314 z dnia 22.03.2004 – dostęp 16.04.2007)
magazyn1-2010.indd 155
10-07-23 18:48:10
156
Ius et Lex nr 1/2010
stali skazani na kary więzienia w zawieszeniu16.
Każda prowokacja narusza również uniwersalne zasady etyki, formułowane przez filozofów i etyków, gdyż jej mechanizm często oparty jest
na oszustwie, wprowadzaniu w błąd, kłamstwie, udawaniu, manipulacji,
etc. Jednakże ze względu na ważne cele społeczne, ideały naprawy świata i walkę ze złem te zasady są czasowo zawieszane w trakcie prowadzonych czynności dziennikarskich i ich naruszenie jest uzasadnione względami utylitarystycznymi (dobrem społecznym, szczęściem ogółu, ważnym
interesem społecznym, itp.).
Kodeksy etyki dziennikarskiej, ufundowane na utylitarystycznej filozofii korzyści i strat (kodeksy amerykańskie CBS, NBC, RTNDA, ASNE,
SPJ, angielski BBC, czy polski SDP) dopuszczają użycie niejawnych metod zbierania informacji (np. użycie ukrytej kamery i podsłuchów, aczkolwiek nie używają wprost określenia „prowokacja”) przede wszystkim
ze względu na wspomniany już ważny interes społeczny, gdy nie ma innej możliwości zdobycia ważnych informacji, kiedy wszystko dzieje się za
zgodą i wiedzą przełożonych, oraz wówczas, gdy takie metody stosowane są w ramach dziennikarstwa śledczego (na to kładzie nacisk kodeks
SDP)17.
IV. PODSUMOWANIE
W
1.
2.
3.
4.
5.
świetle powyższej analizy można wyznaczyć granice dziennikarskiej prowokacji, a zatem prowokacja:
Musi być zastosowana w ważnym interesie społecznym;
Jej właściwości przestępcze muszą charakteryzować się niską szkodliwością społeczną;
Powinna być przygotowana i przeprowadzona przez dziennikarzy
niezależnych od jakichkolwiek wpływów (na przykład wywieranych
na nich w czasie prowokacji);
Prowadzić powinna bezpośrednio do wykrycia sprawców przestępstw czy nadużyć przedstawicieli władzy i innych osób sprawujących ważne funkcje społeczno-polityczne;
Uzyskanych tą drogą informacji, potwierdzających wcześniejsze
przypuszczenia, nie można było zdobyć w inny sposób;prowokacja
16 Marcin M. z „Super Expresu” skazany został na 6 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 2 lata
i 1000 zł grzywny. Sąd uznał, że „dziennikarz nie może być traktowany w sposób uprzywilejowany i nie tłumaczy go cel zbierania materiałów prasowych bez względu na sposób działania”
(J. Bukowska, dz. cyt., s.114).
17 Przegląd kodeksów zob. M.Palczewski, dz. cyt., s. 67n.
magazyn1-2010.indd 156
10-07-23 18:48:10
M. Palczewski Prowokacja dziennikarska
157
nie może kreować faktów i zmieniać biegu rzeczywistości;
6. Musi ujawniać prawdę i służyć napiętnowaniu status quo.
Zlekceważenie tych zasad prowadzi do nieuzasadnionego naruszenia
postanowień kodeksu karnego i sprawia, że dziennikarz jest postrzegany jako osoba stawiająca się ponad obowiązującym w Polsce prawem.
Z drugiej strony takie postępowanie zaprzecza wartościom, zawartym
w kodeksach etyki dziennikarskiej (choćby rzetelności, dokładności,
uczciwości i niezależności), podważa wiarygodność dziennikarzy w oczach opinii publicznej i zamazuje różnice pomiędzy czynem usprawiedliwionym dobrem społecznym a działaniem nastawionym na poklask, zdobycie sławy i pieniędzy18.
18 Silvio Waisbord w artykule z 2003 roku Why democracy needs investigative journalism, „Global Issues Media&Ethics”, 2001, April, s. 15n. powołał się na badania, z których wynikało, że użycie
niejawnych metod podkopuje zaufanie do dziennikarzy.
magazyn1-2010.indd 157
10-07-23 18:48:10
magazyn1-2010.indd 158
10-07-23 18:48:10
Maciej Iłowiecki
KRYZYS ZAUFANIA?
O GRANICACH PROWOKACJI, PODSŁUCHACH
I ŚLEDZTWIE DZIENNIKARSKIM
SPIS TREŚCI
1. Wstęp ............................................................................................161
2. Sprawa Renaty Beger .....................................................................164
3. Zmiana standardów ......................................................................168
4. Specyfika dziennikarstwa śledczego ..............................................169
5. Dziennikarze: kontrolerzy poza kontrolą? .....................................174
Tekst poniższy jest znacznie poszerzonym wystąpieniem autora w ramach panelu pt. „Granice prowokacji dziennikarskiej: uwarunkowanie prawne i praktyka. Dziennikarstwo śledcze” na konferencji „Wolność słowa i odpowiedzialność za słowo. Rola mediów”, zorganizowanej w Pałacu Belweder
w Warszawie w dniach 24-25 maja 2007 r. przez Rzecznika Praw Obywatelskich.
magazyn1-2010.indd 159
10-07-23 18:48:10
MACIEJ IŁOWIECKI
Dziennikarz, publicysta, były członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Absolwent biochemii na Uniwersytecie
Warszawskim. Od 1959 pracuje jako dziennikarz i publicysta.
Uczestnik rozmów Okrągłego Stołu ze strony „Solidarności”.
W latach 1989–1993 pełnił funkcję prezesa zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w latach 1991–1993 był redaktorem naczelnym tygodnika „Spotkania”. Zajmował stanowisko
zastępcy przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji od kwietnia 1993 do września 1994. Członek Rady Etyki Mediów IV kadencji (od 2004), członek zarządu Towarzystwa Popierania i Krzewienia Nauk. Członek redakcji „Nowego Państwa”.
magazyn1-2010.indd 160
10-07-23 18:48:10
WPROWADZENIE
A
utor wychodzi od tezy o etycznej nieakceptowalności prowokacji jako
takiej w naszym kręgu kulturowym, wskazując na jej prawną dopuszczalność w niektórych sytuacjach. Jako tło dla swych rozważań przyjmuje sprawę prowokacji dziennikarskiej zastosowanej wobec Renaty Beger. Podejmując
zagadnienie ewolucji standardów moralnych w polskim dziennikarstwie, autor zajmuje się specyfiką dziennikarstwa śledczego, odróżniając je od dziennikarstwa informacyjnego oraz publicystyki. Maciej Iłowiecki zauważa, że dziennikarze mają takie uprawnienia i obowiązki, jakby byli wybranymi przedstawicielami społeczeństwa, a zarazem broniąc demokracji, sami nie podlegają
jej regułom (poza prawnymi). Zdaniem autora, dziś pozostaje liczyć wyłącznie na samokontrolę środowiska dziennikarskiego i na poczucie moralności
każdego dziennikarza.
1. WSTĘP
S
koro zastanawiam się nad prowokacją w dziennikarstwie, powinienem zacząć od definicji. Jak nader często bywa, definicji jest sporo
i bodaj żadna nie jest pełna – bo rodzajów prowokacji jest wiele.
Tak więc niezawodny Władysław Kopaliński określił prowokację jako
„wyzwanie, umyślną zaczepkę; podstępne judzenie, podpuszczanie kogoś do szkodliwych dla niego (lub dla osób trzecich) działań albo decyzji”. Słownik Wyrazów Obcych „Europa” uznaje, iż prowokacją jest „1. umyślne, podstępne
pobudzenie kogoś do takiego działania, które w efekcie przynosi szkodę jemu lub
osobom z nim związanym” – i „ 2. podstępne działania tajnych agentów służb
wywiadowczych lub policji na szkodę wrogiego państwa lub organizacji przestępczej;”.
„Leksykon PWN” ujmuje prowokację jako „1) nakłanianie innej osoby
do dokonania przestępstwa w celu skierowania przeciwko niej postępowania kar-
magazyn1-2010.indd 161
10-07-23 18:48:10
162
Ius et Lex nr 1/2010
nego; 2) wyzywające zachowanie się pokrzywdzonego, które wywołało zniewagę
lub naruszenie jego nietykalności cielesnej przez sprawcę; 3) potocznie: podstępna działalność, podżeganie do działania mającego zgubne skutki dla danej osoby, grupy społecznej lub organizacji społecznej”.
Poza wybranymi tu źródłami definicje podaje wiele innych słowników
i encyklopedii. Są podobne, ale jednak różne.
Ciekawe, że w tego rodzaju źródłach ogólnych nie znajdzie się raczej
(piszę „ raczej’, bo przecież nie przejrzałem wszystkich) definicji specyficznej prowokacji dziennikarskiej, która w naszym życiu publicznym odgrywa coraz większą rolę. Drugie, co zwraca uwagę, to rzadkość odnoszenia prowokacji do świadomej chęci wywołania zgubnych skutków dla
danej osoby, grupy czy organizacji społecznej (jak to jest w „Leksykonie
PWN”), a zatem omijanie istotnej roli prowokacji w walce politycznej
i propagandzie. I wreszcie trzecie, co zwraca uwagę, to zawsze ujemna
ocena prowokacji, jej potępienie, zawarte w samych definicjach, niejako w istocie tego pojęcia.
Otóż właśnie: w naszym kręgu cywilizacyjnym obowiązuje od dawna
pewna ogólna zasada etyczna (zresztą również kulturowa i obyczajowa).
Jest to zasada, iż wszelkie prowokacje są nieakceptowalne, jako właśnie
nieetyczne, niegodne.
Zasada ta rozciąga się również na podsłuchy i obie razem stanowią
fundament najlepszej tradycji europejskiej. Byłoby naprawdę groźne
dla społeczeństw demokratycznych (mówimy o systemach demokratycznych), gdyby te zasady przestały obowiązywać, co nie wyklucza smutnego faktu, iż wszędzie się je podważa i przekracza w praktyce. Co gorsza,
podważanie i „rozmywanie” podejmują różne pseudonowoczesne filozofie działania, czyli teorie, mające usprawiedliwiać tę praktykę. Prowokacja i podsłuch są oczywiście dozwolone w demokracjach przez prawo,
ale tylko w ściśle określonych przez to prawo okolicznościach i na ogół
pod kontrolą sądów. Zauważmy przy tym, że prawo zezwala na prowokacje i podsłuchy służbom specjalnym, a nie wszystkim obywatelom – dlatego właśnie oba te działania kojarzą się z działalnością tajnych służb,
agentów, policji itd. W systemach totalitarnych, niedemokratycznych,
agentury mogą w sposób dowolny korzystać z metod tego rodzaju i jest
to jeden ze sposobów ubezwłasnowolnienia społeczeństwa.
Od głównej zasady etycznej nieakceptowalności prowokacji i podsłuchu są zatem w demokracjach wyjątki. Np. w walce z korupcją, albo kiedy trzeba chronić wspólnotę przed terrorystami, mafią i gangsterami.
Albo – co właśnie nas interesuje szczególnie – kiedy dziennikarz, pełniąc swoją misję kontrolną nie ma innego sposobu, by ujawnić nieprawości i nadużycia władzy, albo inne patologie społeczne. Ponieważ pra-
magazyn1-2010.indd 162
10-07-23 18:48:10
M. Iłowiecki Kryzys zaufania? O granicach...
163
wo nie może ująć wszystkich okoliczności, dopuszczających stosowanie
prowokacji i podsłuchu, posługuje się nieprecyzyjnym pojęciem „interesu społecznego”. Kluczowe staje się więc równie nieprecyzyjne określenie – „nie ma innego sposobu”.
W takiej sytuacji ważne stają się procedury sądowe. Na przykład: reporter programu „Uwaga” w TVN, Grzegorz Kuczek posługując się fałszywym dowodem osobistym (nb. kupionym na bazarze) wynajął umeblowane mieszkanie, wypożyczył samochód, sprzęt narciarski i płyty CD.
Spróbował także założyć konto bankowe, ale system komputerowy banku stwierdził niewłaściwy numer PESEL. Bank nie powiadomił ochrony, ani policji. Dziennikarz przedstawił w TVN łatwość wyłudzania i brak
czujności odpowiednich instytucji – prokurator oskarżył go o posługiwanie się fałszywym dokumentem. Sąd Okręgowy w Warszawie wydał precedensowy wyrok: umorzył postępowanie. Oto fragment uzasadnienia:
„Jest powszechnie znanym faktem, że w wielu przypadkach, dzięki działaniom
dziennikarzy noszącym znamiona tzw. prowokacji dziennikarskiej, doszło do wykrycia szeregu patologicznych społecznie zjawisk, w tym wielu przestępstw. Działania takie nie mogą być więc uznane za szkodliwe społecznie, bowiem wręcz przeciwnie, leżą w społecznym interesie.” (z dnia 8.07.2005 r.).
Oczywiście, w polskim systemie prawnym precedensy nie zawsze są
brane pod uwagę.
Istnieje Kodeks Dobrych Praktyk Wydawców Prasy, który stwierdza dobitnie: „Prowokacja dziennikarska może być przeprowadzona tylko wtedy, gdy
przemawia za tym ważny interes publiczny, a nieskuteczne okażą się lub mogą
się okazać inne środki dziennikarskie i tylko za wiedzą redaktora naczelnego. Jeśli dziennikarska prowokacja może zagrozić czyjemuś życiu lub zdrowiu, wskazane jest jej prowadzenie za wiedzą policji lub prokuratury”. Niektórzy uważają, iż w ostatnim zdaniu za słabe jest stwierdzenie: „wskazane jest”, bo
zawiadomienie organów ścigania w takim przypadku powinno być obowiązkiem. Nadto, w cytowanym „Kodeksie” występuje znowu „ważny interes publiczny”, pojęcie nieprecyzyjne i takie, pod które można podciągnąć prowokacje wobec przeciwników politycznych lub firm konkurencyjnych. Czy wątpliwości oznaczają, że np. nie wolno stosować prowokacji wobec przeciwników politycznych i konkurencji? Taki zakaz ograniczyłby znowu wolność dziennikarską, ale też wspomniane wątpliwości
dowodzą, że „interes publiczny” nie może być tylko sprawą uznaniową
i że muszą być zawsze brane pod uwagę WYRAŹNE KRYTERIA, znane
dziennikarzom i opinii publicznej i wspólnie przez wszystkich uznawane.
magazyn1-2010.indd 163
10-07-23 18:48:10
164
Ius et Lex nr 1/2010
2. SPRAWA RENATY BEGER
T
akie kryteria spróbowała określić Rada Etyki Mediów, wywodząc je
z Karty Etycznej Mediów i porównując z zaleceniami, stosowanymi w różnych zagranicznych mediach (sprawdzonymi w praktyce). Najlepiej dla jasności przesłania przypomnieć jeden z głośnych przykładów
z ostatnich lat: posłużenie się prowokacją i podsłuchem przez dziennikarzy TVN w sprawie posłanki Renaty Beger z Samoobrony i ministra
Adama Lipińskiego z PiS.
Przypomnę, że znani dziennikarze TVN – Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski umówili się z Renatą Beger, by korzystając z chęci rządzącej partii (PiS) do przeciągania posłów innych ugrupowań na swoją stronę, zaproponowała ministrowi Lipińskiemu poufną rozmowę na ten temat u siebie w pokoju poselskim i następnie nagrała tę rozmowę, a taśmy przekazała dziennikarzom. Dostarczyli oni sprzętu i zapewnili „logistyczną obsługę” całej operacji. Zdobyte tym sposobem materiały (wizja i nagranie rozmowy) pokazali potem w TVN – co wywołało pamiętną burzę polityczną i wzajemne oskarżenia.
Rada Etyki Mediów wydała wtedy oświadczenie, którego najistotniejsze fragmenty przytoczę: „Prowokacja i podsłuch w śledztwie dziennikarskim
są usprawiedliwione pod bezwzględnym warunkiem działania w interesie społecznym i absolutnie samodzielnie, to oznacza bez ingerencji zewnętrznej.” (Uwaga: warunek samodzielności jest równie ważny jak interes społeczny, ponieważ ingerencja z zewnątrz nie daje pewności, że dziennikarze działali wyłącznie dla interesu społecznego, bez ubocznych korzyści politycznych dla kogoś – przyp. M.I.). Dalej cytuję: „Metody te wymagają odpowiedzialności i uczciwości i są stosowane tylko w ostateczności, kiedy zwykłe dochodzenia medialne zawodzą.” Zakładamy oczywiście, iż dziennikarze istotnie
nie mieli innego wyjścia, a interes społeczny wymagał ujawnienia rokowań min. Lipińskiego z Renatą Beger. Potem w oświadczeniu Rada Etyki
Mediów przedstawiła też sytuację MODELOWĄ, tj. jak powinno się zorganizować taką prowokację, by nic nie mogło wzbudzić zastrzeżeń. Dalej
więc cytuję: „W tym konkretnym przypadku posłanka Beger wiedziała, iż prowadzone prze nią rozmowy są nagrywane, mogła mieć zatem wpływ na ich przebieg. Tak więc publicznie zaprezentowane fragmenty zapisu rozmów mogą wzbudzać podejrzenie o stronniczość.” Jak widać, używamy trybu warunkowego
„mogła”, „mogły” i dajemy też do zrozumienia, że zaprezentowano tylko wybrane fragmenty rozmów (co później twórcy programu przyznali).
Abstrahuję od rozważań, czy istotnie można było nie wtajemniczać
pani Beger, albo czy można było podać całość nagrań. Natomiast nie
może ulegać wątpliwości podejrzenie, że pani Beger nie wiedząc o na-
magazyn1-2010.indd 164
10-07-23 18:48:11
M. Iłowiecki Kryzys zaufania? O granicach...
165
grywaniu, rozmawiałaby INACZEJ, może nawet zgodziłaby się na propozycje ministra (wykluczyć tego nie można). Również można podejrzewać, że CAŁOŚĆ nagrań może dać podstawy do nieco innych ocen całej tej historii, bo pokazuje – a to już wiadomo – że pan Lipiński od początku zastrzega, iż premier Jarosław Kaczyński na nic się nie zgodzi, on
więc chce tylko wysłuchać żądań posłanki, niczego nie gwarantując.
I znowu nie oznacza to, by Rada (albo ja teraz) uważała za właściwe
prowadzenie w ten sposób rokowań przez polityków i że sądzimy, iż nie
trzeba było tego ujawniać. Trzeba było. Jednak przy okazji warto pamiętać, że poufne rozmowy i przeciąganie posłów z innych partii na swoją
stronę są niejako normalnym (co nie oznacza, że moralnym) zjawiskiem
w polityce we wszystkich demokracjach, czego media wówczas nie przypomniały, choćby dla porządku.
Bardzo znamienne są zdarzenia, które nastąpiły potem. Po pierwsze
więc, zainteresowana stacja, czyli TVN, w sposób trudny do uwierzenia
sfałszowała oświadczenie Rady, ogłaszając publicznie wyrwane z kontekstu tylko te zdania, które można interpretować jako jednoznaczną pochwałę dziennikarzy, organizatorów prowokacji.
Po drugie, dość zgodny chór dziennikarzy zaczął przedstawiać Morozowskiego i Sekielskiego jako bohaterskich autorów przełomowego
wydarzenia politycznego, godnego najwyższych nagród (które zresztą
otrzymali). Sami bohaterowie nie wykazali cienia skromności i odrzucali najlżejszą krytykę jako przejaw nacisków politycznych i zwalczanie
wolności słowa. Nikt chyba nie zwrócił uwagi, że chwaląc, za co trzeba
autorów prowokacji, musi się jednak wskazywać, że była to OSTATECZNOŚĆ, która nie powinna stanowić wzoru dla środowiska, zwłaszcza
dla młodych dziennikarzy. Nb. w tym samym dzienniku TVN – „Fakty”,
w którym chwalono Morozowskiego i Sekielskiego za przełom, którego
dokonali – podano zaskakujące dane. Otóż nagle i szybko rośnie liczba
sprzedawanych urządzeń podsłuchowych i ukrytych kamer, różnych pluskiew i że zdaniem znawców, będą one służyły do niegodziwych celów
w sferze prywatnej, rodzinnej i w pracy.
Sondaż OBOP („Dziennik” z dnia 12.10.2007 r.) wskazuje, że tzw. „podsłuchiwanie rodzinne” (nagrywają się wzajem członkowie rodziny), podsłuchiwanie pracowników przez przełożonych, czy w ogóle wzajem dwóch
osób, które rozmawiają, staje się nagminne. Podsłuchiwanie dla celów
prywatnych (czasem dla szantażu) jest dziś plagą – ocenił szef jednej
z firm, zajmujących się wykrywaniem i eliminowaniem zamontowanych
podsłuchów.
Społeczeństwo zatem przechwyciło wzory. Uważam to za bardzo groźne i będziemy musieli – właśnie dziennikarze – podjąć z tym walkę.
magazyn1-2010.indd 165
10-07-23 18:48:11
166
Ius et Lex nr 1/2010
Zatem taki rezonans społeczny omawianej historii istnieje i nie można
twierdzić, że nie ma to znaczenia.
Skoro zaś nie ma śladu skromności u bohaterów zdarzenia, można bawić się w złośliwości i przypomnieć, że w tym samym czasie, co rozmowy p. Lipińskiego z p. Beger, odbywały się również tajne rozmowy p. Tuska z p. Lepperem – i może byłoby lepiej, by tam także założyć podsłuchy? Wtedy nie byłoby nawet możliwości podejrzenia o sprzyjanie jednej opcji, o brak obiektywizmu.
Jest jeszcze jedna znamienna okoliczność, którą można tutaj przypomnieć. Otóż niektóre media, broniąc Morozowskiego i Sekielskiego
przed – zdaniem obrońców – niesłusznym atakiem Rady, posunęły się
do przedstawienia działań posłanki Beger jako wzoru postawy obywatelskiej, a wszelkie wątpliwości wobec jej zasad etycznych jako polityczną
insynuację. Nie minęło zbyt wiele czasu, kiedy posłanka Beger została
oskarżona (m.in. przez te same media, które broniły przedtem jej moralności) o opłacanie głosów wyborczych i fałszowanie list wyborczych.
Przy tym posłużono się właśnie prowokacją i podsłuchem, a opublikowanie taśm stanowiło istotny dowód w sprawie. Tym razem posłanka Beger – ze zrozumiałych względów – nie mogła być wtajemniczona. Niezależnie od merytorycznej, prawnej oceny owego „kupowania głosów” –
w tym przypadku użycie prowokacji i podsłuchu było właśnie usprawiedliwione interesem społecznym, a inną metodą nie dałoby się zapewne
pokazać niemoralnych działań. Ta sama osoba działa więc raz zgodnie
z etyką, zaraz potem niezgodnie. Jest to z pewnością w życiu możliwe.
Jednak oceny tych działań przez niektóre media sprawiają wrażenie dokonywanych z punktu widzenia ich interesu politycznego. To właśnie pozostawia pewien niesmak.
W powyższych rozważaniach konkretny przypadek prowokacji i podsłuchu dotyczył złożonej sytuacji politycznej i problemów nie dla każdego oczywistych. Są przecież sytuacje mniej złożone, nie uwikłane w uwarunkowania polityczne i dlatego oczywiste – w sensie obrony interesu
społecznego. Oto kilka przykładów.
1. Prowokacja i ukryte kamery pozwoliły wykazać dziennikarzom TVN
wiele istotnych naruszeń interesu społecznego (nie mówiąc o przepisach). Na przykład:
• wykazanie odrażających praktyk tzw. „odświeżania wędlin” w mięsnej firmie „Constar”,
• wykazanie wykorzystywania pracowników w niektórych supermarketach firmy „Biedronka”,
• wykazanie, jak naprawdę wygląda opieka nad mieszkańcami
magazyn1-2010.indd 166
10-07-23 18:48:11
M. Iłowiecki Kryzys zaufania? O granicach...
167
w niektórych tzw. „domach spokojnej starości”,
• wykazanie, jak łatwo w niektórych znanych domach aukcyjnych
można kupić falsyfikat, itd.
2. Prowokacją było zakupienie przez dziennikarzy „Superekspressu”,
podających się za przedstawicieli mafii 4,5 kg trotylu od... antyterrorystów na lotnisku Okęcie w Warszawie. Nb. prokuratora oskarżyła potem dziennikarzy o... przechowywanie w redakcji materiałów wybuchowych, ale wszystko skończyło się dobrze.
3. Prowokacją było naruszenie zakazu wstępu na tereny PKP, wchodzenie do pomieszczeń i pojazdów chronionych, uruchamianie urządzeń sterowniczych i telefonicznych – by wykazać zły system bezpieczeństwa na kolei („Interwencja”, „Polsat”);
4. Prowokacją było zawiadomienie o rzekomym wypadku na autostradzie, by sprawdzić reakcję służb ratowniczych i próby (bezskuteczne) dodzwonienia się pod alarmowy nr policyjny 112 (tygodnik „Motor”);
5. Prowokacją było udawanie okradzionego Francuza – co pokazało nieudolność policji w kontaktach z cudzoziemcami („Superekspress”);
6. Prowokacją było wysłanie z wizytą do Ostródy fałszywego ministra
nieistniejącego resortu dla wykazania, że miasto jest źle zarządzane, mało bezpieczne, a w urzędach trudno coś załatwić (nie mówiąc o łatwowierności urzędników (dziennik „Fakt”).
...i tak dalej, i tak dalej...
Znamienne, że większość z opisywanych działań dziennikarskich stanowią czyny zabronione przez prawo; skoro tak, musi nastąpić reakcja
organów ścigania i na ogół dochodzi też do wyroków sądowych, niekoniecznie (czy raczej rzadko) korzystnych dla dziennikarzy-prowokatorów.
Problemu tego, jak się wydaje, nie powinno się pomijać, należy podjąć
kroki, by można było walczyć o interes społeczny przy pomocy prowokacji.
Na koniec jeszcze przykład prowokacji, dokonanej przez dziennikarzy
BBC: udając biznesmenów pokazali (używając ukrytej kamery), że łatwo
jest przekupić członków Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, by
głosowali za wskazanym miastem, w którym miałaby się odbyć olimpiada (oczywiście, przekupić dali się tylko niektórzy członkowie MKOL).
Nb. BBC wydała dość szczegółowe i bardzo jednoznaczne wytyczne na
temat zasad obowiązujących w programach stacji i zwłaszcza zasad stosowania prowokacji i podsłuchu.
magazyn1-2010.indd 167
10-07-23 18:48:11
168
Ius et Lex nr 1/2010
3. ZMIANA STANDARDÓW
W
ostatnich czasach prowokacje i podsłuchy stały się w życiu publicznym niemal codziennością. Zapewne kiedyś były też stosowane, w Polsce jednak opinia publiczna zwróciła na nie uwagę od czasów tzw. sprawy Rywina. Korupcyjną propozycję producenta filmowego
Lwa Rywina nagrał Adam Michnik; ujawnił zresztą całą historię dopiero po dłuższym czasie, a okoliczności sprawy (i mocodawcy Rywina) nie
zostały ujawnione do końca.
W każdym razie dziś wydają się zanikać wszelkie opory moralne przed
stosowaniem tego rodzaju metod w różnych środowiskach i sytuacjach –
i przez różne środowiska, nie tylko oczywiście dziennikarskie.
Głosy oburzenia pojawiają się wtedy, kiedy miałoby chodzić o podsłuch dziennikarzy (wypada zwrócić uwagę, że w tym przypadku dziennikarze wykazują solidarność zawodową, nader rzadką wobec innych zagrożeń). Dziennikarze mają rację, choć zdają się nie zauważać dwuznaczności sytuacji: odbierają prawo do stosowania pewnych metod wobec samych siebie, ale sobie skłonni są przyznać to prawo wobec innych, przy
jak najmniejszych ograniczeniach.
Czasami oburzenie dziennikarzy i żądanie zaskarżenia podsłuchów
w sprawach dotyczących osób publicznych dotyczy sytuacji, w której podsłuchu (nb. zastosowanego legalnie) użyli polityczni przeciwnicy. Jeden
przykład: red. Ewa Siedlecka w felietonie „Wszystkie chwyty dozwolone” („Gazeta wyborcza” z dn. 7.09.2007), żąda konsekwencji prawnych
za zgodę na założenie podsłuchu w sprawie byłego ministra spraw wewnętrznych Janusza Kaczmarka, byłego szefa policji Konrada Kornatowskiego i Jaromira Netzla.
„(...) można to tłumaczyć najwyżej tak, że założono im je prewencyjnie, na okoliczność wykrycia korupcji. To byłoby legalne (...), warto sprawdzić, czy aby sąd
nie zgodził się [na podsłuch – przyp. M.I.] pochopnie. Znawcy tematu twierdzą
bowiem, że sędziowie zgody na podsłuchy wydają wręcz mechanicznie (...)”.
Chcę wierzyć, że intencja red. Siedleckiej jest chwalebna, walczy ona
z możliwością nadużywania podsłuchów w celach politycznych. Powstaje jednak cień wątpliwości: w latach rządów Leszka Millera podsłuchy,
zatwierdzane przez sądy pozwoliły m.in. wykryć bezprawne działania posła SLD Andrzeja Jagiełły i ówczesnego wiceministra MSWiA Zbigniewa
Sobotki, a także tzw. barona SLD z Łodzi Andrzeja Pęczaka – żeby ograniczyć się tylko do tych przykładów. Czy wobec tego wówczas sądy działały mniej pochopnie?
Nie jest naturalnie rzeczą przypadku nagły dziś (w przededniu wyborów – kiedy piszę ten tekst) wzrost podejrzeń, że PiS inwigiluje przeciw-
magazyn1-2010.indd 168
10-07-23 18:48:11
M. Iłowiecki Kryzys zaufania? O granicach...
169
ników politycznych. Obawy o nielegalny podsłuch wyrazili m.in. były prezydent Aleksander Kwaśniewski (miał mieć dowody, ale ich nie ujawnił),
były premier Leszek Miller, byli wicepremierzy Andrzej Lepper i Roman
Giertych, kilku posłów i bodaj ośmiu dziennikarzy z różnych mediów.
Liczba podsłuchiwanych rośnie. Premier J. Kaczyński oficjalnie zaprzeczył nielegalnym inwigilacjom. Mamy zatem dwie możliwości. Pierwsza:
premier mija się z prawdą (świadomie, bądź nie panując nad tajnymi
służbami), a społeczeństwo ma istotnie poczucie, że „wszyscy” są podsłuchiwani. Druga: że tworzenie powszechnej paranoi podsłuchowej ma
cele polityczne, bo ma potwierdzić tezę równie często głoszoną, że tzw.
IV Rzeczpospolita jest krajem totalitarnym i godzącym w prawa jednostki.
Nie wydaje się, by opinia publiczna miała dostateczne możliwości rozpoznania, która z tych tez jest prawdziwa. Natomiast prędzej czy później
– niezależnie od opcji politycznej następnego rządu – sprawę tą MUSI
SIĘ wyjaśnić, a polityków rządowych, jeśli kłamali, ukarać.
W przypadku kłamstw propagandowych możliwe jest oczywiście tylko potępienie moralne, które powinno być uczciwe i wyraźne. Ryzyko
kłamstw propagandowych, zwłaszcza tych najogólniejszych, jest niestety
zawsze wysokie. Jeszcze raz trzeba podkreślić, że podsłuchiwanie w skali
masowej stało się właściwie obyczajem, jest właściwie modne i mało kto
dostrzega w tym coś niemoralnego. Tzw. gadżety do podsłuchów i nagrywania wizji są łatwe do kupienia, precyzyjne, tanie, trudno wykrywalne. Niewątpliwie jest to początek drogi do pełnej „sieci inwigilacyjnej”,
w którą zaplątani będą wszyscy, niezależnie od deklaracji rządzących.
I równie niewątpliwie powinniśmy już zaczynać samoobronę przed taką
przyszłością, choć trudno byłoby wskazać skuteczne środki takiej obrony.
Nie mogę powstrzymać się od refleksji, że w naszych czasach coraz częściej w zachowaniach przez pokolenia uznawanych za nieetyczne i niegodne przestaje się dostrzegać coś niemoralnego. Nie wiem, czy są to
normalne w historii ludzi przemiany zasad i obyczajów, czy efekt różnych
specyficznych dla tzw. ponowoczesności filozofii, propagujących nieistnienie prawdy i norm powszechnych i usprawiedliwiających amnezję historyczną.
4. SPECYFIKA DZIENNIKARSTWA ŚLEDCZEGO
P
onieważ zastanawiam się szczególnie nad prowokacją i podsłuchem jako metodą, stosowaną w dziennikarstwie śledczym, pora
zająć się dziennikarzami śledczymi.
magazyn1-2010.indd 169
10-07-23 18:48:11
170
Ius et Lex nr 1/2010
Z pewnego punktu widzenia można podzielić dziennikarzy na tych,
którzy zajmują się informacją (dziennikarze informacyjni) i na tych, którzy zajmują się śledzeniem afer, kontrolą władzy (nazywa się ich śledczymi), wreszcie na tych, którzy zajmują się publicystyką i komentowaniem
rzeczywistości (są to komentatorzy, publicyści – z tym, że ten zakres działań obejmuje nie tylko dziennikarzy, bo teoretycznie każdy może zajmować się publicystyką).
Wiadomo, że dziennikarz stricte informacyjny może zajmować się także komentarzem i wypowiadać się na tematy ogólne (być publicystą),
pod bezwzględnym jednak warunkiem, że nie będzie mieszał tych ról,
a czytelnik będzie mógł zawsze rozpoznawać, co jest informacją, a co komentarzem, interpretacją. Jednak, zadaniem dziennikarstwa informacyjnego jest przede wszystkim OPISYWANIE rzeczywistości, dostarczanie odbiorcom faktów po to, by oni sami mogli wyciągać wnioski (nie
zajmuję się teraz wypaczeniami tej ogólnej zasady). Zadaniem publicystów i komentatorów jest – najogólniej – WYJAŚNIANIE rzeczywistości
i przedstawianie różnych możliwości interpretacyjnych, po to, by odbiorcy mogli zrozumieć, co się dzieje wokół nich i z nimi. W obu zadaniach
wielką rolę odgrywa obiektywizm i szacunek dla prawdy, dla faktów.
Natomiast zadanie dziennikarzy śledczych jest zupełnie inne: chcą oni
ZMIENIAĆ rzeczywistość w ten sposób, by te zmiany zwiększyły zasięg
i poziom dobra publicznego. Przy takim kierunku zmian, przy takim dążeniu, obiektywizm i szacunek dla faktów nie zawsze wydaje się dziennikarzom śledczym najważniejszy, bo nadmierna obiektywizacja, neutralność i nieskupienie się na wybranych tylko faktach nie pozwala odkryć nieprawości i zbrodni i mobilizować przeciw nim różnych wspólnot. Śledztwo dziennikarskie bywa wojną z silniejszymi, naraża dziennikarza (nawet często zagraża jego życiu) i dlatego musi on stosować metody szczególne, jak na wojnie właśnie. Jest to konieczność, której nikt
rozsądny nie może negować.
Trzeba dodać, że samo określenie dziennikarza „śledczym” nie wywołuje, zwłaszcza w Polsce, dobrych skojarzeń. Pojęcie „śledczy” ma tzw. konotację kulturową ujemną. Dlatego dziennikarze, zajmujący się śledztwami wolą się nazywać „dociekliwymi” – tak też będę ich już określał. Nawiasem mówiąc, wielu dziennikarzy i medioznawców uważa, że w ogóle
ci, którzy zajmują się obroną demokracji, ochroną praw jednostki i kontrolą władzy i urzędów są z natury rzeczy dociekliwi i nie powinni być
inni. Zatem „dociekliwość” jest po prostu immanentną cechą rzetelnego dziennikarstwa (informacyjnego zresztą też).
Dziennikarstwo dociekliwe narodziło się w Ameryce Północnej niejako razem ze Stanami Zjednoczonymi i tam najbardziej się rozwinęło,
magazyn1-2010.indd 170
10-07-23 18:48:11
M. Iłowiecki Kryzys zaufania? O granicach...
171
wypracowało swoiste metody i dorobiło się powszechnego uznania. Dziś
zaczyna być oceniane coraz bardziej krytycznie, ponieważ jego „czyste
cele” (wymienione wyżej) ulegają coraz bardziej „celom brudnym” (tj.
komercjalizacji, tzw. tabloidyzacji mediów, brutalnej pogoni za zyskiem,
przedstawieniem wszystkiego w postaci rozrywki i przede wszystkim grą
interesów politycznych i finansowych).
Dziennikarz – także ten dociekliwy i rzetelny, staje się coraz bardziej
uzależniony od swych pracodawców, a ci są bezwzględni. Jeszcze tylko
konkurencja pozwala wykrywać nieprawości... u konkurentów na rynku
medialnym, ale i tu monopolizacja i globalizacja rynku medialnego wypiera konkurencję. Być może są to tendencje przejściowe, bo nie można sobie wyobrazić demokracji bez niezależnych dziennikarzy, więc „coś”
musi zatrzymać uzależnienie. Tyle, że trudno jeszcze sobie wyobrazić,
czym mogłoby by być owo „coś”. Może napór opinii publicznej? Może
rozwój technik medialnych i ukształtowanie się tzw. mediów interaktywnych? Może ogólny wzrost poziomu wykształcenia i w związku z tym zmiana upodobań i wymagań odbiorców, co zmusi media do porzucenia komercyjności za wszelką cenę?
Stwierdziłem wyżej, że będąc „w stanie wojny z rzeczywistością” społeczną, dziennikarz dociekliwy musi mieć zagwarantowana pewną elastyczność granic odpowiedzialności dziennikarskiej. Taką elastyczność,
która umożliwi właśnie kontrolę władzy i jej instytucji, ochronę mniejszości, obronę praw jednostki, itd. Jest to swoiste pole minowe, bo „elastyczność” znowu nie jest pojęciem precyzyjnym i krótko mówiąc, może
być interpretowana w różny sposób, za i przeciw dziennikarzowi. Spójrzmy na strefę (owo pole minowe), w której działa dziennikarz dociekliwy. Dziennikarz dociekliwy:
1. Po pierwsze: nie ma takich możliwości ani uprawnień, jakie mają
uprawnione do tego instytucje (które, notabene, też mogą podlegać dziennikarskiemu śledztwu, ale bronią się przed tym najskuteczniej).
2. Po drugie: dziennikarz musi dla dobra swego śledztwa stosować
czasem metody z tzw. pogranicza prawa i etyki. Może to, choć nie
musi, prowadzić do przekroczenia niezbyt widocznej granicy odpowiedzialności i może deprawować samego „śledczego”.Takie metody to m.in. wspomniane wyżej i omawiane prowokacje dziennikarskie, podsłuchy, stosowanie ukrytych kamer itp. Metody te mogą
być usprawiedliwione – jeszcze raz przypomnę – tylko pod warunkiem sine qua non: że działa się w interesie społecznym i absolutnie
samodzielnie, to znaczy bez ingerencji zewnętrznej i kiedy nie ma
magazyn1-2010.indd 171
10-07-23 18:48:11
172
Ius et Lex nr 1/2010
innego sposobu, by wykryć jakieś nieprawości. Niestety, nie wszyscy dziennikarze uznają ten warunek.
3. Po trzecie: dziennikarz dociekliwy naraża się osobiście na czasem
dotkliwe przeciwdziałania (z historii dziennikarstwa znane są przypadki mordowania dziennikarzy, którzy zbyt blisko dotarli do źródła jakiejś nieprawości).
4. Po czwarte: z natury rzeczy sięgający do źródeł informacji ukrytych,
dziennikarz dociekliwy narażony jest na manipulacje. To znaczy
bywa – mówiąc żargonem – „napuszczany” na coś w czyimś interesie. Bywa karmiony różnymi przeciekami, czy wręcz manipulowany
przez różne grupy interesów albo służby specjalne. Jednocześnie,
ponieważ źródła informacji, informatorzy są zgodnie z etyką dziennikarską chronieni przed ujawnieniem (jeśli nie chcą się ujawnić,
co się zdarza najczęściej) – taka manipulacja jest praktycznie nie
do wykrycia. Tak więc dziennikarz dociekliwy, zamiast służyć społeczeństwu, może zostać wciągnięty w służbę różnych grup nacisku,
nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zresztą relacje są tu szczególnie pogmatwane: ujawnienie konkretnej „brudnej sprawy” może zarazem służyć ochronie demokracji i interesom własnym służb, ale
może być zupełnie inaczej – interes własny służb czy grup nacisku
właśnie w danej sprawie narusza demokrację. Nie mówimy o przypadkach, kiedy dziennikarz świadomie służy grupom nacisku czy
agentom – wtedy mówimy po prostu o zdradzie powinności. Takie
przypadki są rzadkie, ale się zdarzają. Skądinąd, nie należy mieć
złudzeń, że sprawny dziennikarz dociekliwy, wykrywacz afer, nie ma
własnych ukrytych kontaktów z organami ścigania, czy ze służbami
specjalnymi. Takie kontakty są nieodzowne – ale łatwo dostrzec,
jak są niebezpieczne, jaka to śliska droga.
5. Po piąte: dziennikarz dociekliwy nie może z natury rzeczy mieć
bezwzględnej pewności w sprawie, którą ujawnia. To znaczy, że nie
zawsze, a nawet rzadko zdobywa dowody bezwzględnie przesądzające, dostateczne by uzyskać pewność w sensie prawnym. Zarazem
zobowiązany jest z racji swego zawodu ujawniać nieprawości w interesie społecznym nawet wtedy, kiedy nie ma pewności obiektywnej. Dlatego w dziennikarstwie w ogóle, a w dociekliwym w szczególności zgodnie z powinnością i etyką zawodu jest ujawnianie samych podejrzeń, tym zresztą bardziej, im bardziej są one uzasadnione. Jeśli się potwierdzą w świetle działań wymiaru sprawiedliwości czy przez nowe dokumenty - chwała dziennikarzowi. Jeśli się
nie potwierdzą, nie ma grzechu - pod warunkiem bezwzględnym, iż
dziennikarz o tym wyraźnie napisze, wyjaśni i przeprosi bez kręce-
magazyn1-2010.indd 172
10-07-23 18:48:11
M. Iłowiecki Kryzys zaufania? O granicach...
173
nia (przeprosiny to już kwestia kultury). Sprostowanie błędu (niepotwierdzonego podejrzenia) musi spełniać określone wymogi,
tj. nie będzie jakoś ukryte, niejasne, nierzeczowe, niezbyt odległe
w czasie. Ten wymóg (zresztą prawny), spełniany jest najrzadziej
i jest to wręcz choroba polskich mediów. Powtórzę któryś raz rzędu, bo to istotne, a rzadko pamiętane: dziennikarz ma prawo do publicznego wyrażania swoich dobrze uzasadnionych podejrzeń. I ma bezwzględny obowiązek prostowania, jeśli podejrzenia w sposób udokumentowany rozwiano.
Z drugiej strony łatwo zrozumieć, jaki to wszystko ma ścisły związek
z pomówieniami, zniewagą, urażeniem niewinnych. Tym bardziej w kraju, w którym od dawna funkcjonuje zasada: nie ważne kto ukradł rower,
ani komu ukradli – ważne, iż wszyscy występujący w sprawie roweru zostali „umoczeni”. Można to wyrazić jeszcze brutalniej: obrzucić kogoś błotem, zawsze coś zostanie (to zresztą zasada tzw. „czarnego Pi-aru”, którym przecież zajmują się specjalne firmy (Pi-ar – to znaczy PR, czyli Public
Relations). Udokumentowane sprostowanie ma znacznie poważniejszą
wagę społeczną np. w USA, niż w Polsce. Może dlatego, że w USA również podpis obywatela ma dużo większe znaczenie, niż u nas.
Niektórzy dziennikarze zajmujący się śledztwami (np. znana z publikacji – kiedyś – w „Rzeczypospolitej” Anna Marszałek) uważają, iż większości publikacji o aferach nie można traktować jako „tekstów o charakterze śledczym”, zaś redakcja „Rzeczypospolitej” podała własną definicję
dziennikarstwa śledczego: „Jego wyróżnikiem powinny być oryginalne ustalenia dziennikarskie, oraz ich niezależność od ustaleń dokonanych przez inne, powołane do tego organy: policji, prokuratury czy służb specjalnych. Sukcesem publikacji jest wszczęcie postępowania śledczego”. („Rzeczpospolita” – zapis dyskusji o zagrożeniu korupcją z dn. 18.10.2005). Moim zdaniem jest to definicja zawężająca, a niezależność „od ustaleń dokonanych przez inne, powołane do tego organy” jest ideą szlachetną, ale trudną do spełnienia i zweryfikowania (jeśli to w ogóle możliwe).
W Polsce wszystkie wewnętrzne kodeksy etyczne i wytyczne różnych
stacji TV, rozgłośni radiowych czy redakcji czasopism, a także stowarzyszeń dziennikarskich podają zasady uprawiania dziennikarstwa śledczego i określają warunki używania niejawnych metod zbierania informacji.
Są to zasady podobne, właściwie tożsame i zgodne z podobnymi zasadami mediów zagranicznych. Ponieważ reprezentuję Radę Etyki Mediów
(choć nie piszę tego tekstu w jej imieniu), podam oświadczenie REM
w omawianej kwestii (z dn. 20.10.2005): „(...) dziennikarstwo śledcze musi
magazyn1-2010.indd 173
10-07-23 18:48:11
174
Ius et Lex nr 1/2010
zachować szczególną troskę o to, by nie utracić wiarygodności przez danie fałszywego świadectwa. Dziennikarze śledczy mają obowiązek dokładnego sprawdzania
swoich źródeł informacji, których powinno być kilka, co najmniej dwa. Obowiązuje ich też zasada ograniczonego zaufania do wszystkich informatorów. W przeciwnym wypadku mogą stać się bezwolnym narzędziem manipulacji. Nieujawnianie informatorów jest zasadą bezwzględną, której złamanie może być usprawiedliwione jedynie koniecznością najwyższego rzędu, np. uratowaniem czyjegoś
życia czy udaremnienia zbrodni.”
Na koniec wspomnę o nowej stosunkowo metodzie tworzenia programów śledczych. Jest to właściwie zjawisko w skali światowej, szczególnie
jednak nasilające się ostatnio w Polsce. Są to tzw. reportaże interwencyjne w różnych telewizjach, które wedle wymagań redakcji muszą być
ostre, sensacyjne i zawsze wykryć zło, inaczej nie zostaną w ogóle wyemitowane. Dziennikarz musi zatem uwypuklić to, co pasuje do z góry
założonej tezy (a teza jest zawsze taka: demaskujemy nieprawości) i zamazać lub pominąć to, co tę tezę mogłoby podważyć. W związku z tym
pojawia się coraz więcej audycji interwencyjnych, w których nie chodzi
o jakiekolwiek wyważenie racji, ani nawet o przedstawienie argumentów osób czy instytucji oskarżonych. Wiele z tych audycji – co Rada Etyki Mediów mogła naocznie stwierdzić – wykazuje przerażającą stronniczość i jednostronność. Twórcy tych audycji zyskują za to etykiety znakomitych reporterów śledczych, są nagradzani i wysoko opłacani, a wierność faktom uznają za naiwność. Mają za to bardzo wysoką samoocenę
i pogardę dla krytyki. Jest to klasyczny przerost nierzetelnej formy nad
szlachetną – wyłącznie jednak w intencjach – treścią. Demaskowanie zła
wyradza się zbyt często w dawaniu fałszywego świadectwa po to, by zdobyć laury i sławę.
5. DZIENNIKARZE: KONTROLERZY
POZA KONTROLĄ?
T
ropienie afer, rzeczywistych i domniemanych, stosowanie prowokacji i podsłuchów przybiera takie rozmiary, że istotnie staje
na porządku dziennym pytanie: jak bronić się przed publicznie stawianym fałszywym świadectwem? I co robić, żeby taka obrona nie ograniczyła wolności słowa?
Dziennikarze mają takie uprawnienia i obowiązki, jakby byli wybranymi przedstawicielami społeczeństwa. Ale nikt ich nie wybierał – prawo
magazyn1-2010.indd 174
10-07-23 18:48:11
M. Iłowiecki Kryzys zaufania? O granicach...
175
to nadali sobie sami w zbożnym i właściwym celu: kontrolowania „wszystkiego”. Czy zatem zdrowa jest sytuacja, że poddając „wszystko” kontroli,
sami usytuowani są poza kontrolą, czy raczej pozostaje ona domeną ich
własnego środowiska? Broniąc demokracji, sami nie podlegają jej regułom (poza oczywiście ewidentnymi działaniami, łamiącymi prawo, ale to
jednak coś innego).
Wydaje się dziś, że nie ma innego wyjścia, pozostaje liczyć wyłącznie
na samokontrolę, samoweryfikację środowiska i również na poczucie moralne każdego dziennikarza. Musi on mieć bowiem niezachwiane poczucie, że nie ma nic gorszego, niż posądzenie o świadome podanie fałszywego świadectwa. Sceptycy odpowiedzą, że „poczucie” nie jest zbyt silną zaporą... A odbiorcy, uczeni dziś przez codzienność, że obniżanie się
standardów moralnych jest czymś normalnym, na co nie ma rady? Przestający w ogóle dostrzegać owo obniżenie, bo niewątpliwie ułatwia to życie?
KRYZYS ZAUFANIA w życiu publicznym nie jest wymysłem pesymistów. Powinnością ludzi myślących, elit intelektualnych i autentycznych
autorytetów społecznych jest myślenie o przełamaniu tego kryzysu i odbudowy zaufania. Takie stwierdzenie wygląda na tzw. „mowę-trawę”, pobożne życzenie – ale zdaje się ,nie ma innego wyjścia. Tym bardziej, że
zwykle prawdziwe i wielkie kryzysy poprzedzają, ba – wywołują – odmianę i odnowę.
magazyn1-2010.indd 175
10-07-23 18:48:11
magazyn1-2010.indd 176
10-07-23 18:48:11
POLITYCZNA POPRAWNOŚĆ
magazyn1-2010.indd 177
10-07-23 18:48:11
magazyn1-2010.indd 178
10-07-23 18:48:11
Roger Scruton
WOLNE SŁOWO I WOLNA OPINIA
Tłumaczenie Alicja Legutko-Dybowska
Tekst jest zapisem wystąpienia R. Scrutona na konferencji Wolność słowa i odpowiedzialność za słowo. Rola mediów, zorganizowanej w Pałacu Belweder w Warszawie w dniach 24-25 maja 2007 roku przez Rzecznika Praw
Obywatelskich.
magazyn1-2010.indd 179
10-07-23 18:48:12
ROGER SCRUTON
Angielski publicysta i filozof, jeden z najbardziej znanych
konserwatywnych myślicieli ostatnich dziesięcioleci. Ukończył
Jesus College w Cambridge, wykładał w m.in. Birkbeck College w Londynie i Boston University. Obecnie wykłada w Institute for the Psychological Sciences w Arlington i Princeton
University. Roger Scruton był założycielem i przez 18 lat redaktorem naczelnym „The Salisbury Review”, najważniejszego
pisma konserwatywnego wydawanego w Anglii (od 1982 r.).
Do jego najbardziej znanych książek należą wydane w Polsce
dzieła: Co znaczy konserwatyzm? (wyd. pol. 2002), Dialogi ksantypiczne (wyd. pol. 2005), Intelektualiści nowej lewicy (wyd. pol.
1998), Przewodnik po filozofii dla inteligentnych (wyd. pol. 2000),
Przewodnik po kulturze nowoczesnej dla inteligentnych (wyd. pol.
2006), Słownik myśli politycznej (wyd. pol. 2002), Spinoza (wyd.
pol. 2006), Zachód i cała reszta. Globalizacja a zagrożenie terrorystyczne (wyd. pol. 2003). Oprócz książek o problematyce politycznej i filozoficznej, jest on także autorem kilku powieści
i dwóch oper. W latach 80. Roger Scruton zaangażował się
w projekty wspierające opozycję demokratyczną w Czechach
i w Polsce.
magazyn1-2010.indd 180
10-07-23 18:48:12
WPROWADZENIE
P
rzedmiotem zainteresowania R. Scrutona jest erozja swobody wypowiedzi, również tam, gdzie prawo ją chroni, a nawet gdy leży ona
w interesie publicznym. Erozja ta zachodzi najczęściej nie poprzez ograniczenia prawne, lecz w wyniku presji społecznej, obejmującej wyśmiewanie, ostracyzm, a czasem wyraźne groźby. Często wynika ze zorganizowanego sprzeciwu
wobec poglądów, jakie zamierza wyciszyć. Na mediach zaś – zdaniem autora – mających rzekomo chronić wolność intelektualną, nie można dziś polegać w celu obrony przed tego rodzaju wyśmiewaniem.
N
aciski, jakim podlega wolność poglądów są różnorodne, a niektóre z nich tkwią tak głęboko w naturze ludzkiej, że nie można mieć nadziei na ich pokonanie. Zresztą nie warto. Wyzwiska, obsceniczność, drwina i obrażanie innych w celu wywoływania konfliktów zawsze uważano za zło, a prawo w krajach zachodnich zazwyczaj próbowało
nas przed tym chronić. Mówię „zazwyczaj”, ponieważ w ostatnich latach
w prawie ujawniła się tendencja, zainicjowana przez precedensy uznane w orzecznictwie amerykańskiego Sądu Najwyższego, by wycofywać się
z potępiania niektórych rodzajów zniewag i obsceniczności, zaś chronić
pornografię i poniżanie kobiet jako „swobodę wypowiedzi”. Rozwój ten
pokazuje, w jaki sposób można nadużywać idei „swobody wypowiedzi”
oraz jej prawnej ochrony. Swoboda wypowiedzi jest moim zdaniem nadużywana, gdy staje się – jak w Konstytucji Stanów Zjednoczonych – prawem podstawowym.
Gdy coś staje się podstawowym prawem konstytucyjnym, przemienia
się w absolutne roszczenie w rękach jednostki i nie można już ograniczyć go lub pogodzić z interesem publicznym. Wystarczy, by jedna osoba skutecznie dowiodła, że jakiś konkretny przykład pornografii podpada pod chronioną kategorię swobody wypowiedzi, by cała masa rażących
materiałów stała się przedmiotem absolutnej ochrony, wyniesionej po-
magazyn1-2010.indd 181
10-07-23 18:48:12
182
Ius et Lex nr 1/2010
nad świat prawnego i politycznego kompromisu, uzyskując ochronę, na
jaką żadne normalne i wartościowe interesy ludzkie nie mogą liczyć. Ilustruje to jedno z niebezpieczeństw zawartych w samej idei praw podstawowych – czy to konstytucyjnych, czy też zawartych w jakiejś międzynarodowej deklaracji praw człowieka. Prawa, jak powiada amerykański prawnik Ronald Dworkin, są naszymi atutami. Jeśli moim interesem jest coś,
czego chcę, a twoim coś, do czego masz prawo, wówczas w razie konfliktu to ciebie, a nie mnie będzie chroniło prawo, nawet jeśli mój interes
jest bardziej podstawowy dla mojego istnienia niż twój dla twego istnienia oraz nawet wtedy, gdyby rozwiązanie kompromisowe służyło dobru
wspólnemu. Prawa wyjęte są z procesu politycznego, stając się bezdyskusyjną własnością tych, którzy na nich opierają swe roszczenia. Przyznają sądom pierwszeństwo przed prawodawcami, umożliwiając nie pochodzącym z wyboru sędziom niweczenie najlepiej opracowanych i bardzo
potrzebnych aktó legislacji w imię ochrony interesów jednostki, choćby nie wiem jak nieistotnych. Prawa stanowią więc poważne zagrożenie
dla procesu politycznego, a zarazem absolutną konieczność, jeśli proces ów ma być oparty na przyzwoleniu. Trzeba więc definiować je skrupulatnie, wykazując pełną świadomość stawki, jaka wchodzi w grę. Świadomość ta, czego dodawać nie trzeba, zanika w kulturze politycznej naszych czasów, gdy jednocześnie coraz więcej ludzi próbuje definiować
jako prawa te interesy, które chcieliby ochronić przed inwazją.
Przedmiotem mojego zainteresowania nie jest jednak nadużywanie
wolności słowa, będące niemal nieuniknioną konsekwencją przyznania
w tym zakresie generalnego i powszechnego uprawnienia. Interesuje mnie raczej erozja swobody wypowiedzi, nawet tam, gdzie prawo ją
chroni, a nawet, gdy leży ona w interesie publicznym. Erozja ta zachodzi
najczęściej nie poprzez ograniczenia prawne, lecz w wyniku presji społecznej, obejmującej wyśmiewanie, ostracyzm, a czasem wyraźne groźby. Często wynika ze zorganizowanego sprzeciwu wobec poglądów, jakie zamierza wyciszyć. Na mediach zaś, mających rzekomo chronić wolność intelektualną, nie można polegać w celu obrony przed wyśmiewaniem tego rodzaju.
Skupię się na dwóch przykładach, niezmiernie aktualnych we współczesnej Europie. Pierwszym jest erozja swobody wypowiedzi na temat
religii spowodowaną presją ze strony mniejszości muzułmańskiej. Drugim jest erozja swobody wypowiedzi na temat homoseksualizmu z powodu presji ze strony ruchu na rzecz praw gejów. Te dwa rodzaje presji pochodzą z odmiennych biegunów pola walki społecznej. Kierują się jednak podobnym celem, używają podobnego języka, próbując przełożyć
swe intencje na język prawa – pierwsza, dążąc do uznania czegoś, co na-
magazyn1-2010.indd 182
10-07-23 18:48:12
R. Scruton Wolne słowo i wolna opinia
183
zywa „islamofobią” za przestępstwo karne, druga zaś próbuje osiągnąć
ten sam skutek w odniesieniu do „homofobii”. W Belgii jest już przestępstwo „islamofobii”, choć nie sądzę by ktokolwiek został skazany za
jego popełnienie.
We wrześniu 2006 francuski nauczyciel Robert Redeker opublikował
na łamach „Le Figaro” artykuł, w którym twierdził, że gdyby chrześcijan
podżegano w imię wyznawanej przez nich religii do popełniania aktów
przemocy, nie można by znaleźć poparcia dla takich wskazań w życiu
i nauczaniu Chrystusa, zapisanych w Ewangelii. Tymczasem muzułmanie, podżegani do przemocy w imię ich religii, mogą znaleźć dla swych
wojowniczych zapędów wsparcie w Koranie. Zdanie to, choć w oczywisty
sposób prawdziwe, przez część opinii muzułmańskiej uznane zostało za
obraźliwe, a Redeker i jego rodzina otrzymali na tyle poważne pogróżki, że obecnie zmuszeni są ukrywać się i korzystać z ochrony policyjnej.
Reakcja władz francuskich jest typowym przykładem dobrze znanej
w Europie reakcji na zarzuty islamistów. Krytyków Islamu marginalizuje się, zamiast ich bronić oraz usuwa się ze społeczności, by chronić ich
w areszcie domowym. Zamiast wykorzystać wszelkie przewidziane prawem środki do obrony Redekera, zamiast tworzyć prawo, choćby bardzo surowe, w celu przywrócenia wolności, jakich pozbawiają nas przybysze, rządy europejskie dążą do pokoju społecznego poprzez łagodzenie i spychanie krytyków Islamu ze sceny.
Inna ważna sprawa dotyczyła Ayaan Hirsi Ali, która jako uchodźca
z Somalii, a przez jakiś czas mieszkająca w Kenii, po przybyciu do Holandii głośno krytykowała Islam i niektóre praktyki islamskie w tamtejszych mediach. Jako członek parlamentu holenderskiego i swego rodzaju gwiazda medialna, m.in. dzięki współpracy z Theo Van Goghiem przy
filmie Submission, który uświadomić miał zachodniej opinii publicznej,
w jaki sposób w tradycyjnych społecznościach muzułmańskich traktuje
się kobiety, Hirsi Ali korzystała ze swej pozycji w celu sprowokowania
otwartej dyskusji na temat Islamu. Jako zdeklarowana wielbicielka europejskiego Oświecenia i związanego z nim pojmowania wolności, pragnęła
wywołać swobodną dyskusję na temat możliwości zreformowania Islamu
w podobnym kierunku. Na dowód braku takiej możliwości islamscy aktywiści i ich holenderscy zwolennicy zaczęli jej grozić śmiercią. Obecnie
stale korzystać musi z ochrony. Z kolei holenderski parlament zareagował na naciski aktywistów i pozbawił ją obywatelstwa z tego powodu, że
zataić miała prawdę o swym pobycie w Kenii, by skorzystać z możliwości,
jakie dawał status somalijskiego uchodźcy. W ten sposób odważny i świetnie poinformowany głos wyeliminowany został z tak potrzebnej Europie
debaty. Jeśli nigdy do niej nie dojdzie, z pewnością będzie to winą tych,
magazyn1-2010.indd 183
10-07-23 18:48:12
184
Ius et Lex nr 1/2010
którzy za wszelką cenę i przy użyciu gróźb nie chcą do niej dopuścić.
Obydwa wspomniane przypadki nie są bynajmniej odosobnione.
W publicznej dyskusji na temat Islamu coraz rzadsze jest bowiem stanowisko szerokiego horyzontu intelektualnego i poszukiwania prawdy, niezbędne, jeśli dyskusja ta ma osiągnąć jakikolwiek skutek. Zamiast
odnosić się do zagrożeń i nacisków z konieczną surowością, nasi politycy wolą unikać problemu, wykonywać przyjazne gesty wobec samozwańczych rzeczników Islamu, powtarzać ad nauseam, że Islam jest religią pokoju, dystansować się od głośnych krytyków Islamu (choć wszyscy krytycy uważani są przez islamistów za nieznośnie głośnych), a nawet utrzymywać, że występuje jakaś psychologiczna jednostka chorobowa o nazwie islamofobia, rzekomo nie mająca nic wspólnego z moralną odrazą
wobec poligamii, przymusowego obrzezania kobiet, honorowego zabijania i mordowania krytyków.
Należy pamiętać, że sprzeciw wobec tego rodzaju cenzury nie jest tożsamy z przyznaniem racji krytykom Islamu. Można godzić się z poglądem, że istnieje pokojowa forma Islamu, a religia ta, jeśli odpowiednio
ją pojmować, da się pogodzić z liberalną demokracją, itd. Można wskazać pod adresem Redekera, że nawet jeśli mordercze postawy wobec
wrogów i heretyków nie mają oparcia w Ewangelii, w Biblii Chrześcijan
i Żydów jest na przykład Księga Jozuego, przedstawiająca Boga jako żądnego potwornego ludobójstwa w obronie swego imienia. Można zawahać się, czy pojęcie przez proroka Mahometa za żonę dziewięcioletniej
dziewczynki, uprawnia publiczne wnioski, wyciągane przez Hirsi Ali, że
prorok był pedofilem. Można by nawet zasugerować, że prawo przeciw
znieważaniu należy tak zaostrzyć, by podobnych wypowiedzi nie wolno
było formułować. Należy jednak podkreślić, że wszelkie działania kontrolne powinny być dokonywane za pomocą prawa i przy całej bezstronności, na jaką prawo może się zdobyć oraz surowości niezbędnej w celu
wyeliminowania cenzurowania i zastraszania. Wszyscy doskonale wiedzą,
że poruszamy się w przestrzeni delikatnej, gdzie zawsze występowały pewne ograniczenia w zakresie swobody wypowiedzi i gdzie gniew oraz zacietrzewienie całkowicie niepojęte dla osób niereligijnych, spontanicznie wylewają się z serc wyznawców. Gwałtowne konflikty między katolikami a protestantami w Irlandii Północnej, które tak dobrze pamiętamy, stawały się coraz łagodniejsze wraz z wykształceniem się nawyku publicznej dyskusji na temat różnic. W jej wyniku chrześcijaństwo przyjęło
część ducha oświeceniowego, nakazującą patrzeć na świat z ironią, która moim zdaniem jest wstępnym warunkiem pokoju. Zanim muzułmanie przyswoją taką miarę ironii, która umożliwi im łączenie wiary i śmiechu z samych siebie jako wierzących, będą stanowili takie samo zagro-
magazyn1-2010.indd 184
10-07-23 18:48:12
R. Scruton Wolne słowo i wolna opinia
185
żenie jak purytanie w siedemnastowiecznym Massachusetts czy jezuici
w Hiszpanii w czasach św. Ignacego Loyoli.
Kolejny przykład, jaki chciałbym omówić jest w pewnym sensie mniej
niebezpieczny. Mogę otwarcie krytykować homoseksualizm i gejowski styl
życia nie ryzykując tego, co spotkać może Panią Hirsi Ali i Pana Redekera, a więc śmierci swojej i najbliższych. Krytykuję tu bowiem sposób życia w ramach paradygmatu oświeceniowego, a jego adepci nominalnie
przynajmniej kierują się koncepcją swobody wypowiedzi. Jest to jednak
sytuacja dla kogoś mojego pokroju bardziej niebezpieczna. Wyjść poza
szereg w sprawie praw gejów oznacza zastraszenie i karę ze strony tych,
od których zależy moja kariera. Można by w to wątpić. Czy ktoś słyszał
o groźbach z tytułu przypisywanej komuś „homofobii”? Czy poglądy kogokolwiek na temat homoseksualizmu zamieszcza się w okresowej ocenie pracownika lub podaje jako powody usunięcia z urzędu publicznego czy odebrania zaszczytów?
Oczywiście nie widać tego w nagłówkach gazet. Nikt nie zgromadził
statystyk, z których wynikałoby, że gejowska ortodoksja narzucana jest
w mediach i na kampusach metodą zastraszania. A nawet jeśli odmówiono komuś stanowiska profesora na amerykańskim uniwersytecie czy
pominięto przy awansie z powodu nieortodoksyjnych poglądów, nie będzie o tym mowy w uzasadnieniu. Sprawa znajdzie odzwierciedlenie
w aktach bez wspominania o poglądach, za to mowa będzie o błędach
w sztuce naukowej czy podobnych zaniedbaniach akademickich. Jeśli
w jakikolwiek sposób przywołane zostaną poglądy uznane za obraźliwe,
będzie to co najwyżej formuła typu: „nie możemy polecić tej osoby, której wrogość wobec homoseksualizmu i homoseksualistów została tak jasno wyrażona w jej pracach, na stanowisko, z którym wiąże się nauczanie młodzieży, pośród której znajdują się homoseksualiści, do których
orientacji osoba ta nie będzie odnosiła się z wrażliwością i koniecznym
ludzkim zrozumieniem”. Lub podobnie.
Mogę natomiast, tytułem przykładu powołać się na doświadczenie
i spostrzeżenia, własne oraz kolegów, a także na oczywisty fakt, iż nieortodoksyjne odczucia na temat homoseksualizmu nie są już publicznie wyrażane na zachodnich – a zwłaszcza amerykańskich – forach akademickich. Znajomy psycholog zajmował się naukowo homoseksualizmem, dokonując następujących ustaleń:
1. Choć ok. 10 % Amerykanów miało w pewnym etapie życia kontakty homoseksualne, tylko 2% lub mniej określa się jako homoseksualiści lub kontynuuje angażowanie się w akty homoseksualne poza
wiekiem młodzieńczym i wczesnym męskim.
2. Brak podstaw, by uznać homoseksualizm za wrodzony lub że każdy
magazyn1-2010.indd 185
10-07-23 18:48:12
186
Ius et Lex nr 1/2010
w równym stopniu może zostać homoseksualistą w zależności od
okoliczności życiowych.
3. Homoseksualni mężczyźni mają tendencję do większej rozwiązłości niż mężczyźni heteroseksualni oraz jest mało prawdopodobne,
że stworzą trwałe relacje quasi-małżeńskie.
4. W przypadku homoseksualnych mężczyzn występuje większe prawdopodobieństwo, że zainteresują się chłopcami niż w przypadku
mężczyzn heteroseksualnych, że zainteresują się dziećmi lub niepełnoletnimi.
5. Gejowska seksualność przejawia tendencję do zatrzymywania się
młodzieńczej fazie genitalnej i nie postępuje w kierunku stadium
dojrzałej miłości międzyosobowej.
6. Orientacja seksualna jest pojęciem niespójnym gdyż, choć mogą
pojawiać się mężczyźni lub kobiety podejmujące akty seksualne wyłącznie z osobami tej samej płci, ich motywacja różni się od heteroseksualnej nie tylko w odniesieniu do konsekwencji reprodukcyjnych. Pożądanie homoseksualne i heteroseksualne nie są dwiema szczególnymi odmianami jednego ogólnego zjawiska, lecz dwoma różnymi zjawiskami, zarówno pod względem biologicznym, jak
i psychologicznym.
To tylko niektóre z twierdzeń mojego kolegi. Nie powinno jednak
dziwić, że jego koledzy po fachu odrzucają go, a swoją działalność jako
psycholog może kontynuować jedynie dzięki wsparciu sympatyków i bez
możliwości zajmowania stanowiska uniwersyteckiego. O jego pracach nie
wspomina się w literaturze akademickiej, a powołującym się na nie studentom uświadamia się, że człowiek ów jest uprzedzony i nie należy się
na niego powoływać.
Na temat homoseksualizmu powstała ogromna literatura, a nawet odrębna dyscyplina zwana queer studies lub gay studies, poświęcona rozwojowi i nauczaniu homoseksualizmu. W literaturze tej nie spotkamy podnoszonych od wieków argumentów wspierających niektóre z poglądów mojego kolegi lub przekonanie, że homoseksualizm jest zboczeniem. Głównym celem owej akademickiej literatury jest upowszechnianie i normalizowanie tego, co wcześniej za nienormalne lub wręcz niebezpieczne.
Bez zajmowania stanowiska w kwestii, wyraźnie widzimy, że jest o czym
dyskutować. Dyskusji jednak nie ma. Nie zabrania jej prawo, które zresztą chroniłoby jej uczestników przed bezpośrednim zastraszeniem. Prawo nie może jednak bronić kontestatora przed zorganizowanym ostracyzmem. Nie może też zmienić faktu, że poglądy mojego kolegi – lub
inne podobne – można publicznie wyrażać jedynie kosztem własnej kariery naukowej.
magazyn1-2010.indd 186
10-07-23 18:48:12
R. Scruton Wolne słowo i wolna opinia
187
Sprawy mają się zresztą jeszcze gorzej. Podobnie jak islamiści wynaleźli nowy rodzaj „myślozbrodni” zwany „islamofobią”, tak lobby gejowskie
wymyśliło „homofobię”. Celem tego pojęcia jest przekształcenie sprzeciwu wobec poglądu oficjalnego w swego rodzaju zło. Homofob nie tylko
nie zgadza się z liberalną ortodoksją, lecz opiera się jej z powodu szkodliwego stanu umysłu, który należy karać, a przynajmniej leczyć. Sam
sytuuje się poza obszarem dialogu i wymaga zastosowania środków moralnych i medycznych zarezerwowanych dla wykolejeńców. Tak oto pojawia się nowy przypadek tego, co Michael Polanyi określił mianem inwersji moralnej. Jeszcze jakiś czas temu normą było uważanie homoseksualizmu za zboczenie, a dziś uważanie go za coś nienormalnego jest perwersją. Znacząca część piśmiennictwa w ramach gay studies podkreśla tę
ideę, by wykazać, że tradycyjna myśl i kultura zachodnia są głęboko homofobiczne, dlatego należy do nich podchodzić z podejrzliwością jako
do zinstytucjonalizowanej perwersji moralnej.
Można by pomyśleć, że wszystko to jest nieco nieważne i mało istotne. Jakie jest znaczenie niszowych debat akademickich w prawdziwym
świecie wyborów moralnych? Nie jest to jednak mało istotne, jeśli wziąć
pod uwagę jeden kluczowy czynnik, ten mianowicie, że w coraz większym stopniu świat akademicki staje się przedłużeniem polityki. Pojawiają
się nowe tematy i nowe autorytety, dawne autorytety są zaś obalane nie
z powodu wewnętrznego ruchu w świecie idei, lecz za sprawą rozwoju
politycznych mód. Kierunek gay studies pojawił się, by promować ruch
wyzwolenia homoseksualistów: rozszerzał się na wzór propagandy, powołując konwertytów, wyrzucając demony i szerząc sprawę. Cenzura, która
gwałtownie nasiliła się na uniwersytecie zdobywa w ten sposób autorytet niezbędny, by nasilić się również na innych polach. Dzisiaj również
i politycy mówią o homofobii; podobnie czynią dziennikarze. Ze względu
zaś na to, że – z ważkich powodów, których nie będę tu rozważał – media ze swej natury skłaniają się w kierunku postawy liberalnej, postępowej i antytradycyjnej, hasło zostaje podjęte przez organy publicznej opinii, tak że wyrażanie myśli i wniosków mojego kolegi na jakimkolwiek
forum publicznym staje się czymś niebezpiecznym. Krytyka homoseksualizmu odbywa się dzisiaj w ukryciu – tym samym ukryciem, w którym
tkwili swego czasu homoseksualiści. Można nadal wypowiadać odstępcze myśli, jednak jedynie „prywatnie, pomiędzy dorosłymi ludźmi dającymi przyzwolenie”.
John Stuart Mill, rozważając problem wolności słowa, zasugerował,
że zagrożona jest nie tylko wolność, lecz coś równie ważnego – wiedza.
Bez wolności słowa błędy ulegają utrwaleniu, a prawd się nie odkrywa
w celu ich potwierdzenia. Świat debaty publicznej zostaje przesłonięty
magazyn1-2010.indd 187
10-07-23 18:48:12
188
Ius et Lex nr 1/2010
przez swoistą epistemologiczną niejasność, gdy idee rozwijają się i upadają nie wedle ich wiarygodności, ale w posłuszeństwie wobec sił społecznych, które nie dążą do prawdy, a jedynie do władzy. Miało to miejsce w przypadku homoseksualizmu. Żaden dziennikarz czy polityk nie
zaryzykuje obecnie swojej kariery i nie powie, że homoseksualizm jest
zboczeniem, że męski homoseksualizm skłania się do przemocy, jest rozwiązły i wrogi trwałej miłości, że homoseksualiści skłaniają się do przyjmowania drapieżnego zainteresowania młodymi chłopcami lub że homoseksualizm nie jest w zasadzie orientacją lecz fazą – czymś, co może
kusić młodych ludzi, lecz czego można z łatwością uniknąć, jeśli dokonamy takiego wyboru. W rezultacie, przekonania takie nie zaistniały
w krytycznych debatach w moim kraju – a w szczególności w debacie nad
obniżeniem wieku zgody dla współżycia homoseksualnego, nad małżeństwami homoseksualnymi, nad „nauczaniem” (jeśli można nazwać to nauczaniem) homoseksualnej opcji w szkołach. Większość zwykłych rodziców zgadza się, w świetle mojego doświadczenia, z wszelkimi oburzającymi poglądami, które właśnie wyraziłem. Jednak nikt nie ośmiela głosić ich publicznie. W efekcie młodzi ludzie nie tylko uczeni są w szkołach, iż homoseksualizm jest normalny i dostępny dla nas wszystkich; pozostają również bezbronni w świetle prawa wobec zalotów homoseksualnych dorosłych, w momencie gdy już przekroczą szesnasty rok życia.
Nie mówię jednak, że jest to złe lub że te oburzające twierdzenia, które wygłosiłem, są prawdą. Być może oficjalna doktryna jest słuszna, i być
może słusznie wyciągamy oczywisty wniosek, iż dzieci powinny posiadać
wolność, pozwalającą im podejmować gejowski styl życia lub wolność, by
zostać uwiedzionymi przez jakiegoś starszego gejowskiego mistrza, gdy
skończą szesnaście lat. Ale co, jeśli doktryna ta jest błędna? Czy wówczas
nie dokonujemy zdrady naszych dzieci, gdy narażamy je na potencjalnie destrukcyjne formy seksualnego zbliżenia i zatruwamy ich emocjonalny rozwój? W tym miejscu dostrzec możemy siłę Millowskiej obserwacji. Zapędzamy się w sferę, gdzie stawka jest wysoka – obejmuje również reprodukcyjne strategie naszego społeczeństwa – nie dopuszczając
do takiej debaty, która mogłaby nas prowadzić do rozróżnienia prawdy
od błędu oraz myślenia życzeniowego od twardej rzeczywistości. Innymi słowy, dominująca cenzura zablokowała ścieżkę do wiedzy i na ołtarzu, w miejsce wiedzy, umieściła zwykłą opinię. Nawet jeśli oficjalna opinia jest słuszna, nie możemy mieć o tym wiedzy, ponieważ nie możemy
poddać jej sprawdzianowi polegającemu na próbie jej obalenia.
Problem, który rozważam jest bez wątpienia problemem szczególnym. Przez wiele lat, w wyniku źle pojętego wiktoriańskiego kodeksu,
homoseksualiści byli surowo prześladowani w Wielkiej Brytanii, a jeden
magazyn1-2010.indd 188
10-07-23 18:48:12
R. Scruton Wolne słowo i wolna opinia
189
z nich – Oscar Wilde – stał się swego rodzaju męczennikiem, zaś jego
sprawa odmieniła powszechne postrzeganie jego rzekomego przestępstwa. Nie jest zatem niespodzianką, iż ludzie uznają zarzut „homofobii” za całkiem groźny – czują się jak gdyby stali ramię w ramię z prześladowcami Oscara Wilde’a. Lecz to jedynie służy pokazaniu, jak łatwe
było powstanie pewnego rodzaju nieoficjalnej cenzury, którą rozważałem: bierze ona siłę z naturalnego ludzkiego strachu przed oskarżeniem
i może momentalnie wytworzyć ortodoksję, gdy tylko uczyni z tego strachu użytek. Ten sam rodzaj cezury sprawił, że kwestia imigracji nie stała
się przedmiotem debaty w polityce europejskiej w momencie, gdy można było podjąć kroki w celu jej ograniczenia – co przyniosło skutki, o
których można teraz tylko mówić.
Ważne jednak jest to, że media w stosunku do owej przedsiębiorczej
cenzury, nie występowały jako dzielni obrońcy wolności słowa za jakich
się podają. Duża część owej cenzury utorowała sobie drogę przez media,
które radośnie podjęły zarzut homofobii i zapewniły ruchowi praw homoseksualistów platformę, odmawiając jej ich krytykom. Ponieważ ulubioną postawą dziennikarza jest postawa krytyka istniejących obyczajów i
istniejących instytucji, posiada on naturalną skłonność, by stawać po stronie tych, którzy mogą przyjąć pozę ich ofiary. A jeśli to daje mu środki,
by obelżywie etykietować obrońców starego ładu, to tym lepiej. To właśnie dzięki mediom w moim kraju Enochowi Powellowi przypięto etykietkę rasisty za mówienie rzeczy o imigracji, które większość ludzi obecnie ponuro uznaje za prawdziwe. To właśnie dzięki mediom krytycy homoseksualizmu wycofali się do ukrycia, ze strachu przed naznaczeniem
przydomkiem „homofobów”. I to właśnie dzięki mediom rząd w Polsce
był uważany za w pewnym sensie ekstremistyczny i nie do przyjęcia, właśnie dlatego, że ci potworni bliźniacy w stosowny sposób nie upadli na
kolana przed liberalnymi ortodoksjami.
W lepszym świecie rzecz jasna, uniwersytet wprowadza poprawkę
w stosunku do mediów przez zachęcanie do obiektywnego poszukiwania prawdy w dziedzinach, gdzie prawda nie jest łatwa do odkrycia,
a często okazuje się niepopularna. Jednak, jak mówiłem, powstała sytuacja, w której uniwersytet stanowi odgałęzienie dziennikarstwa, ograniczony do przebierania w szaty naukowości tych samych nieugruntowanych poglądów, które promowane są przez media jako doktryna. Pytanie, jak zmienić ten stan rzecz jest pytaniem trudnym. Jednak spróbuję
zakończyć nieco optymistycznie. Gdy w latach osiemdziesiątych odwiedzałem wasz kraj, wówczas uwięziony i zniewolony, przekonałem się, że
mogę swobodnie przemawiać na polskich uniwersytetach w obronie stanowiska konserwatywnego, tak jak ucieleśniali je Ronald Reagan i Mar-
magazyn1-2010.indd 189
10-07-23 18:48:12
190
Ius et Lex nr 1/2010
garet Thatcher. Gdy próbowałem robić to samo na uniwersytecie w Anglii, nieodmiennie uniemożliwiały mi to zorganizowane demonstracje.
A dzisiaj wyraziłem, bez popierania ich, myśli na temat homoseksualizmu, których publicznie nie mógłbym wygłosić w swoim kraju. A zrobiłem to na oficjalnej konferencji. Tak długo, jak istnieje Polska, istnieć
będzie, w moim przekonaniu, również i wolność słowa. Z tego jednak
powodu musicie być ostrożni. Historia dała wiele wystarczających dowodów na fakt, iż Polska otoczona jest przez ludzi, którzy chcieliby wymazać ją z map.
magazyn1-2010.indd 190
10-07-23 18:48:12
Marcin Król
OBYCZAJE DEMOKRACJI
SPIS TREŚCI
1. Przyzwoitość kontra poprawność polityczna .................................193
2. Przyzwoitość i poprawność polityczna w społeczeństwie
demokratycznym ...............................................................................196
3. Język polityki w dzisiejszej Polsce ..................................................198
Tekst, który publikujemy za łaskawą zgodą Autora, ukazał się po raz
pierwszy w dodatku do „Dziennika” „Europa. Tygodnik idei” z dnia 20
grudnia 2006 r.
magazyn1-2010.indd 191
10-07-23 18:48:12
MARCIN KRÓL
Marcin Król, ur. 1944, filozof, historyk idei, publicysta, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Współzałożyciel i redaktor naczelny pisma „Res Publica Nowa”. Zajmował się historią polskiej myśli politycznej – na ten temat opublikował m.in.
książki: Sylwetki polityczne XIX wieku (1974; wraz z Wojciechem
Karpińskim), Style politycznego myślenia: wokół ‘Buntu Młodych’
i ‘Polityki’ (1979) oraz Konserwatyści a niepodległość. Studia nad
polską myślą konserwatywną XIX wieku (1985). Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiego liberalizmu, komentator
i krytyk myśli liberalnej, której poświęcił m.in. dwie książki:
Liberalizm strachu i liberalizm odwagi (1996) oraz ostatnio Bezradność liberałów (2005). Oprócz tego wydał: Romantyzm – piekło i niebo Polaków (1998), Historię myśli politycznej (1998) oraz
Patriotyzm przyszłości (2004).
magazyn1-2010.indd 192
10-07-23 18:48:13
WPROWADZENIE
P
oprawność polityczna, choć stała się już niemal powszechnie obowiązującą normą w krajach Zachodu, wciąż wzbudza ogromne emocje.
Ceni się ją jako skuteczne narzędzie presji na polityków, ale i zwalcza jako
ideologiczny gorset ograniczający wolność słowa. Zdaniem Marcina Króla,
fundamentem i zarazem podstawowym uzasadnieniem politycznej poprawności jest stare jak świat przekonanie o trwałym skażeniu ludzkiej natury złem.
Liberalną receptą na ograniczenie skutków owego zła jest ustanowienie systemu reguł, które umożliwiałyby pokojowe współżycie ludzi. Reguły te muszą
dotyczyć także języka. „Zasada poprawności politycznej polega na tym, że gdyby nie istniały pisane i niepisane nakazy tworzące ową poprawność, ludzie
zachowywaliby się jak w hobbesowskim stanie wojny. Poprawność polityczna
ma uniemożliwiać nam formułowanie opinii lub roszczeń, które byłyby poniżające czy obraźliwe wobec innych ludzi albo zmierzałyby do podporządkowania ich naszej woli”.
1. PRZYZWOITOŚĆ KONTRA
POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA
P
oprawność polityczna jest atakowana zarówno przez liberalną lewicę, jak i nieliberalną prawicę. Jeśli jednak naprawdę rozumiemy, czym jest polityczna poprawność, to musimy się zgodzić, że warto
jej czasem bronić. Idea politycznej poprawności opiera się bowiem na
fundamentalnym założeniu, że człowiek jest z natury zły lub też, że jest
skłonny do zła z racji swojej sytuacji egzystencjalnej. Ponieważ nie wiemy i nikt nie jest w stanie udowodnić, jaka naprawdę jest natura ludzka, musimy przyjąć jakieś założenie. Przyjmujemy je oczywiście na podstawie obserwacji i doświadczeń, ale i tak pozostaje ono założeniem,
magazyn1-2010.indd 193
10-07-23 18:48:13
194
Ius et Lex nr 1/2010
a nie stwierdzonym faktem. Jego siła jest mimo to niesłychanie potężna, gdyż z tego założenia wyrasta w gruncie rzeczy nie tylko cała filozofia polityczna, ale także nasz stosunek do ludzi i do tego, jak powinniśmy ich traktować.
Poprawność polityczna zatem to rodzaj nakazu, jaki wynika z naszego
przekonania, że człowiek znajduje się w takiej sytuacji egzystencjalnej,
iż jest skłonny do czynienia zła. Thomas Hobbes uważał na przykład, że
ludzie są w stanie natury równi, a to sprawia, iż będą walczyli ze sobą
o wszystko, a w szczególności o życie – dlatego rozum nakazał im połączenie się w stan polityczny, w którym to suweren mówi im, co wolno,
a czego nie wolno. Pogląd ten nie wynikał z przekonania Hobbesa co
do natury ludzkiej, lecz z jego obserwacji naszej sytuacji egzystencjalnej.
Jeżeli nie ma żadnych hamulców ani kar, będziemy walczyli o to, czego
pragniemy, a pragniemy wszystkiego, czego pragną również inni – wojna
wszystkich ze wszystkimi jest zatem nieunikniona. By jej uniknąć, musimy poddać się presji, a zatem zrezygnować z części naszej wolności. Rezygnacja ta jest aktem rozsądku, dzięki któremu zyskujemy pokój i bezpieczeństwo.
Chociaż Hobbes wciąż znajduje się w centrum zainteresowania filozofii politycznej, powszechne przekonanie odnośnie natury ludzkiej jest
inne – co najmniej od czasów oświecenia panuje w tej materii umiarkowany optymizm. We wszystkich dziedzinach życia, a zwłaszcza w życiu
publicznym, doszukujemy się możliwości ulepszenia, bardziej dogłębnego wyedukowania człowieka. „Oświeconego obywatela” uznaje się na
przykład za najlepszego możliwego obywatela demokracji, chociaż teza
ta jest w gruncie rzeczy nie do udowodnienia i – co więcej – wielokrotnie okazywało się, że oświeceni obywatele skłonni byli godzić się na zupełnie nieoświecone i niedemokratyczne działania polityczne.
Powiązanie takiej wizji człowieka, jaka cechuje społeczeństwo liberalne, z poprawnością polityczną jest całkowicie paradoksalne. Zasada poprawności politycznej polega bowiem na tym, że gdyby nie istniały pisane i niepisane nakazy tworzące ową poprawność oraz gdyby nie istniało represyjne prawo, ludzie zachowywaliby się jak w hobbesowskim stanie wojny. Poprawność polityczna – jak się często powtarza – dotyczy
w szczególności kwestii religii, płci, rasy oraz przynależności etnicznej.
Ma ona uniemożliwiać nam formułowanie opinii lub roszczeń, które byłyby poniżające czy obraźliwe wobec innych ludzi albo zmierzałyby do
podporządkowania ich naszej woli. Molestowanie seksualne w jakiejkolwiek postaci jest niepoprawne dlatego, że polega na zmuszaniu kogoś
innego do czynienia tego, czego on czynić nie chce, i stanowi także co
najmniej formę obrazy drugiego człowieka.
magazyn1-2010.indd 194
10-07-23 18:48:13
M. Król Obyczaje demokracji
195
Liberalne społeczeństwo i liberalni myśliciele odwołują się jednak do
dwu różnych tradycji: oświeceniowej, sięgającej Locke’a oraz umiarkowanie pesymistycznej, hobbesowskiej tradycji „liberalizmu strachu”, zgodnie z którą celem jest nie ulepszenie społeczeństwa, lecz jedynie utrzymanie znośnego dla wszystkich modus vivendi. Warto wszakże zwrócić
uwagę, że według obu – bardzo przecież różnych – tradycji liberalizmu
poprawność polityczna jest niezbędna, chociaż z odmiennych powodów. Z punktu widzenia liberalnych optymistów jest ona niezbędna do
tego, by edukacja liberalna mogła przebiegać w sposób niezakłócony.
Z punktu widzenia liberalnych realistów natomiast zapobiega ona niepotrzebnym sporom – dotyczy wszak dziedzin czy problemów często bardzo
kontrowersyjnych. Spory wokół nich są nie do rozstrzygnięcia w ramach
normalnej publicznej debaty – nie doprowadzi ona do decyzji, która religia jest prawdziwa, czy należy badać różnice rasowe i co mogłoby z takich badań wynikać, albo czy można w postępowaniu politycznym jasno
odróżnić dobro od zła.
Następny powód, dla którego poprawność polityczna jest czymś niezbędnym, to pluralistyczny charakter naszego społeczeństwa i niewspółmierność wartości, które się w jego obrębie ceni. Wielu konserwatystom
fakt ten się nie podoba, ale nic z tego nie wynika, bo pluralizmu wartości usunąć się nie da. Dla konserwatystów tradycjonalistów rozpad tradycyjnego modelu rodziny jest złem, nie ma jednak praktycznego sposobu, by ten rozpad powstrzymać. Można i zapewne warto podejmować
działania, które hamują takie tendencje, ale tylko tyle jesteśmy w stanie
uczynić. Pluralizm wartości to wielkie osiągnięcie i znaczne poszerzenie
zakresu wolności, jaką ludzie dysponują. Jednak każde poszerzenie zakresu ludzkiej wolności jest związane z ryzykiem jej nadużywania, a wobec tego także naruszania społecznego pokoju i bezpieczeństwa. Dlatego właśnie polityczna poprawność, która ogranicza naszą możliwość wykorzystywania wolności uzyskanej dzięki pluralizmowi wartości, jest tak
potrzebna. W ten sposób raz jeszcze wracamy do wspomnianego wcześniej paradoksu. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że maksymalizacja
wolności jednostki jest korzystna, a pluralizm wartości jest faktem nieodwracalnym, ale procesy te zwiększają zagrożenie spowodowane nadużywaniem wolności, a zwłaszcza jej nadużywaniem na świeżo pozyskanych przez wolność terenach. Znanym przykładem jest tu spór o małżeństwa homoseksualne i prawo do wychowywania przez nie dzieci. Jest
wiele poglądów na tę kwestię, ale praktycznie jedyny sposób jej rozwiązania polega na zastosowaniu wobec niej reguł politycznej poprawności, czyli na ograniczeniu żądań homoseksualistów do takiego poziomu,
kiedy wolność innych ludzi nie jest naruszana.
magazyn1-2010.indd 195
10-07-23 18:48:13
196
Ius et Lex nr 1/2010
A zatem poprawność polityczna polega – z tego punktu widzenia – na
stworzeniu katalogu spraw i zachowań, które są niedopuszczalne, nie
z moralnego punktu widzenia, ale dlatego, że trzeba zachować społeczny
i polityczny pokój. Poprawność polityczna to sposób na uniknięcie zimnej wojny domowej. I znowu wracamy do sformułowanego przez Hobbesa dylematu: albo wolność, albo bezpieczeństwo i pokój. W praktyce
oznacza to równoczesne poszerzanie zakresu wolności i zakresu kontroli. Dlaczego jednak poprawność polityczna zastąpiła nieźle przez stulecia funkcjonującą cnotę przyzwoitości, która pełniła tę samą funkcję?
2. PRZYZWOITOŚĆ I POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA
W SPOŁECZEŃSTWIE DEMOKRATYCZNYM
P
rzyzwoitość często uważana jest za cnotę prywatną i indywidualną,
ale ma ona także wymiar publiczny. Przyzwoite lub nieprzyzwoite
postępowanie nie jest postępowaniem dobrym lub złym. Przyzwoitość
ma niewiele wspólnego z moralnością – związana jest z szacunkiem dla
drugiego człowieka i (przy bardziej psychologicznej, ale niekoniecznie
słusznej interpretacji) także wobec samego siebie. Historia szacunku dla
drugiego człowieka jest bardzo silnie związana z przemianami społecznymi. W społeczeństwach stanowych czy też w społeczeństwach takich jak
XIX-wieczne, gdzie różnice społeczne i różnice w zakresie uprawnień
obywatelskich były bardzo duże, przyzwoitość była w znacznej mierze
czymś wymuszonym. Szacunek dla drugiego człowieka polegał na respektowaniu roli i pozycji społecznej. Złudzeniem jest mniemanie, że ludzie
zachowywali się kiedyś bardziej przyzwoicie, bo społeczeństwo było lepsze i ludzie byli lepsi. Do przyzwoitości zmuszały ich restrykcje wynikające ze zróżnicowania lub będące rezultatem presji opinii publicznej.
Mąż, który nie rozwodził się z niekochaną żoną, miał nie tylko wzgląd
na dobro rodziny, ale także na opinię społeczną, która mu na to nie pozwalała, chociaż tolerowała jego wyprawy do domu publicznego. Dlatego właśnie John Stuart Mill, walcząc o maksymalizację wolności, po raz
pierwszy w historii myśli politycznej za wroga wolności uznał presję opinii publicznej. Powstaje jednak pytanie: czy można w sferze publicznej
zachowywać się przyzwoicie bez tej ograniczającej presji?
Otóż przyzwoitość w życiu publicznym stała się bardzo trudna do osiągnięcia od momentu pojawienia się masowych partii politycznych i coraz
bardziej prostackiej agitacji politycznej, prowadzonej przede wszystkim
w okresie kampanii przedwyborczych. Innymi słowy, wprowadzenie de-
magazyn1-2010.indd 196
10-07-23 18:48:13
M. Król Obyczaje demokracji
197
mokracji i wyborów powszechnych w zasadzie wykluczyło przyzwoitość.
Stało się tak z dwu powodów. Po pierwsze, nowi uczestnicy życia publicznego, którzy masowo pojawili się w końcu XIX wieku, nie znali reguł publicznej przyzwoitości i reagowali jedynie na proste slogany. Na skutek
tego dwa wielkie stronnictwa, które rządziły Europą w XIX wieku, czyli konserwatyści i liberałowie, poniosły na przełomie stuleci druzgoczącą klęskę. Nie potrafiły swojego języka i swojej przyzwoitości w formułowaniu celów polityki dostosować do poziomu nowej politycznej klienteli. Potrafiły to natomiast uczynić dwa inne ugrupowania, czyli nacjonaliści i socjaliści.
Praktycznie do II wojny światowej to te ugrupowania (w rozmaitych
postaciach) dominują w Europie. Po drugie, masowy charakter życia
publicznego nieuchronnie prowadził do swoistego konkursu obietnic
i wyborczych przyrzeczeń, czyli do konkursu półprawd i zwyczajnych
kłamstw. Dla zdobycia władzy od początku XX wieku politycy gotowi są
obiecać niemal wszystko – bez względu na wiarygodność tych obietnic.
Kampanie wyborcze z natury rzeczy stają się wzorem nieprzyzwoitości.
Rzekoma kontrola sprawowana przez obywateli nad demokratycznie wybraną władzą jest coraz bardziej iluzoryczna, gdyż w kolejnych wyborach
partie i ich przywódcy będą jeszcze bardziej mnożyć obietnice i jeżeli nawet nastąpi zmiana władzy, nie będzie to miało większych konsekwencji.
Proces ten trwa do dzisiaj i z pewnym przerażeniem obserwujemy, jak
posuwa się coraz dalej, prowadząc do całkowicie pozbawionych przyzwoitości ataków personalnych. Co ciekawe, wszyscy – od polityków po zwyczajnych ludzi – narzekają na pogrążenie się polityki w tym bagnie nieprzyzwoitości, ale, jak się zdaje, nie czynią nic, by się z niego wydostać,
gdyż jest to prawdopodobnie niemożliwe. Można być tylko nieco bardziej lub nieco mniej nieprzyzwoitym – i tyle.
Dlatego obowiązywanie nakazów politycznej poprawności jest w życiu politycznym tak istotne. Zauważmy, że nakazy te są stosowane z całą
surowością i każde ich naruszenie powoduje natychmiastową i bardzo
stanowczą reakcję opinii międzynarodowej. W gruncie rzeczy i politycy,
i społeczeństwa demokratyczne obawiają się, że władza może bardzo łatwo wykroczyć poza granice wytyczone jej przez konstytucje poszczególnych krajów. To dlatego (a nie z powodu nadmiernej obawy przed nieprzyzwoitym zachowaniem) tak ściśle przestrzega się nakazów politycznej poprawności, a politycy, którzy chociaż raz publicznie je przekroczyli, mogą się liczyć z całkowitym wypadnięciem z gry. Nieważne, czy jest
to słuszne i rozsądne – ważne, że jest niezbędne, gdyż demony tkwiące
w polityce czyhają na każdego i każdego trzeba pilnować. Pokusy związane z posiadaniem władzy – przede wszystkim pokusy materialne, ale tak-
magazyn1-2010.indd 197
10-07-23 18:48:13
198
Ius et Lex nr 1/2010
że ambicjonalne – są tak silne, że politycy muszą być pod nieustannym
nadzorem, chociaż naturalnie i tak co pewien czas udaje im się spod
kontroli wymknąć. Czasem zostają jednak na tym przyłapani i wtedy ich
kariera się kończy. Oczywiście, obok politycznej poprawności działają
przepisy prawa, ale okazują się one niedostateczne, bowiem bardzo często przeprowadzenie dowodu karalnej nieprzyzwoitości jest niemożliwe
lub niezwykle czasochłonne.
Demokracja w przeciwieństwie do ustrojów stanowych jest oparta na
zasadzie równości. Polityk zatem i każdy, kto działa w sferze publicznej,
jest przez wszystkich pozostałych obywateli traktowany tak samo, jak
traktują oni siebie nawzajem, z tym istotnym wyjątkiem, że przyzwoitość
jako cnota prywatna nie ma w jego przypadku znaczenia. Polityk może
być najlepszym ojcem czy przyjacielem, ale jeśli naruszy w działalności
publicznej nakazy poprawności politycznej, jest jak najsurowiej oceniany przez społeczeństwo i przez jego przedstawicieli w postaci mass mediów. Żadnych względów i żadnej taryfy ulgowej – oto zasady demokratycznej poprawności politycznej. W praktyce oczywiście bywa różnie i polityk lubiany lub zasłużony czasem może sobie pozwolić na więcej, ale
jego przypadek zawsze będzie jedynie wyjątkiem od powszechnie obowiązującej reguły.
3. JĘZYK POLITYKI W DZISIEJSZEJ POLSCE
W
Polsce, na skutek zrozumiałego poniekąd niedorozwoju demokracji, częściej mamy do czynienia z powoływaniem się na subiektywne zasady przyzwoitości niż na nakazy poprawności politycznej
(wynika to być może także z faktu, że poprawność polityczna jest najczęściej błędnie rozumiana jako wyraz postawy lewicowej lub radykalnie
liberalnej). Jest to, powtarzam, jedynie powoływanie się na cnotę przyzwoitości, a nie jej realizowanie w życiu politycznym – z tym ostatnim
sprawa ma się oczywiście nieporównanie gorzej. Z tego, co zostało wyżej powiedziane, wynika, że w Polsce wciąż funkcjonują pozostałości społeczeństwa stanowego, szlacheckiego, a nie anonimowe nakazy demokracji. Bo też w Polsce nie dostrzega się zła obecnego w polityce, a oficjalna religijność społeczeństwa utrudnia mówienie o występnym charakterze natury ludzkiej. Wszyscy mają dobre intencje i te intencje często – ich zdaniem – świadczą o przyzwoitości. Bardzo rzadko mierzy się
zachowania polityczne na podstawie ich rzeczywistych publicznych skutków, a znacznie częściej na podstawie intencji i powszechnego domniemania niewinności, jakie uzurpują sobie politycy.
magazyn1-2010.indd 198
10-07-23 18:48:13
M. Król Obyczaje demokracji
199
Jednak w niczym nie poprawia to sytuacji w Polsce w porównaniu z innymi krajami demokratycznymi, a tylko ją pogarsza. Problem rozpoczyna
się w sferze języka. Posługiwanie się złym językiem polskim, błędy gramatyczne i horrenda stylistyczne należą do sfery politycznej poprawności. Zwykły obywatel ma prawo źle mówić po polsku, polityk – nie, gdyż
pozbawia go to legitymizacji. Polityk zawodowy – Lech Wałęsa jest tu wyjątkiem potwierdzającym regułę – nie może pozwalać sobie na błędy językowe, ponieważ utrudnia to lub uniemożliwia komunikację z innymi
politykami oraz ze społeczeństwem. Ale znacznie gorzej jest z merytoryczną zawartością wypowiedzi. Ostatnio mieliśmy do czynienia z festiwalem antyfeminizmu w wydaniu Samoobrony, tymczasem już za sławne powiedzenie o tym, że prostytutki nie można zgwałcić, Andrzej Lepper w normalnym kraju straciłby szansę bycia politykiem. Podobnie, chociaż na znacznie poważniejszym poziomie, straciłby tę szansę Jarosław
Kaczyński za równie sławne powiedzenie o tym, kto stoi tam, gdzie kiedyś stało ZOMO. Wszystkim ludziom zdarzają się niezręczności. Potrafimy po wódce publicznie zachować się niestosownie, ale pamiętamy zachowanie prezydenta kraju w Charkowie, po której to „niezręczności”
powinien stracić posadę. Obywatelom wolno znacznie więcej niż politykom, a politykom nie wolno być niezręcznym czy wyrażać się nagannie
z punktu widzenia politycznej poprawności, bo podlegają innego rodzaju kontroli. Kilka znanych powiedzeń Ludwika Dorna (na szczęście
ostatnio nieco się hamuje) świadczyło o tym, że stanowi on zagrożenie
dla politycznej stabilności i przestrzegania prawa, a właśnie na to politykom pozwolić nie można. Brak politycznej poprawności wynika w Polsce także z tego, że polityka jest nadmiernie spersonalizowana. Politycy
mają pretensję do tego, by publicznie pokazywać prywatną twarz, tak rzekomo piękną i uczciwą. Wielki angielski poeta W.H. Auden pisał: „Private faces in public places are wiser and nicer than public faces in private places” („Prywatne twarze w publicznych miejscach są mądrzejsze
i milsze niż publiczne twarze w miejscach prywatnych”).
Otóż z punktu widzenia demokracji im bardziej polityka jest zdepersonalizowana, im mniej ważne jest, kto nami rządzi, tym lepiej (zauważył to już Monteskiusz), ponieważ powinny rządzić prawa, a od początku XX wieku prawa oraz polityczna poprawność. Pretensje polskich polityków do tego, że są przede wszystkim ludźmi, ich obrażanie się i wypominanie należą do obyczajów dawnych klas niższych, a nie do obyczajów demokracji.
magazyn1-2010.indd 199
10-07-23 18:48:13
magazyn1-2010.indd 200
10-07-23 18:48:13
Tomasz Merta
KŁOPOTY Z POLITYCZNĄ
POPRAWNOŚCIĄ
SPIS TREŚCI
1. Polityczna poprawność a strategia ośmieszania .............................203
2. Próby legitymizacji ........................................................................205
3. Czy polityczna poprawność zagraża wolności słowa? .....................209
magazyn1-2010.indd 201
10-07-23 18:48:13
TOMASZ MERTA
Historyk myśli politycznej, publicysta, w l. 2005-2010 podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalny Konserwator Zabytków. W latach 19961999 członek zespołu redakcyjnego „Res Publiki Nowej”,
a w okresie 1996-2000 polski korespondent „East European
Constitutional Review”. W latach 2000-2002 redaktor naczelny „Kwartalnika Konserwatywnego”. Publikował także m. in.
w „Znaku”, „Życiu”, „Rzeczpospolitej”, „Gazecie Wyborczej”,
„Przeglądzie Politycznym”, „Więzi”, „Newsweeku” i „Ozonie”.
Zginął śmiercią tragiczną 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem.
magazyn1-2010.indd 202
10-07-23 18:48:13
WPROWADZENIE
A
utor zastanawia się nad „polityczną poprawnością” jako zjawiskiem
językowym o poważnych konsekwencjach. Sprzeciwiając się uleganiu
owemu zjawisku, zauważa, że wyśmiewanie politycznej poprawności przyczynia się do uznania jej za niegroźną. Merta analizuje argumenty, stanowiące próbę zalegitymizowania tego fenomenu i polemizuje z nimi. Pierwszy argument wyraża się w przekonaniu, że polityczna poprawność jest współczesnym sposobem cywilizowania obyczajów. Drugi argument głosi natomiast,
że polityczna poprawność to droga do wprowadzenia obyczajów właściwych.
Zdaniem autora, ocena politycznej poprawności zależy głównie od opinii na
temat wpływu, jaki wywiera na publiczną debatę oraz od tego, czy zagraża
ona wolności słowa. Zagrożenie takie nie występuje zdaniem Merty, jeśli polityczna poprawność jest jedynie strategią retoryczną, natomiast może pojawić się, gdy przemienia się w strategię prawno-polityczną.
1. POLITYCZNA POPRAWNOŚĆ
A STRATEGIA OŚMIESZANIA
„P
olityczna poprawność” należy do tych pojęć, które, jak się wydaje, są przez swoich zwolenników chętniej praktykowane niż
przywoływane. Nie wiąże się z tym pojęciem żadna rozbudowana teoria,
nie opiera się ono też na wyrafinowanej konstrukcji filozoficznej. Znacznie częściej pojęcie to gości w języku swoich wrogów, głównie jako obiekt
żartów. Można więc powiedzieć, że o ile wyznawcy politycznej poprawności uważają je za pojęcie praktyczne, o tyle przeciwnicy za termin tyleż
niefilozoficzny, co i niepraktyczny i w istocie rzeczy absurdalny.
Polityczna poprawność stanowi z pewnością wdzięczny przedmiot
żartów, bo też bardzo wiele spośród jej konkretnych zastosowań stoi
magazyn1-2010.indd 203
10-07-23 18:48:13
204
Ius et Lex nr 1/2010
w sprzeczności nie tylko z językową intuicją, ale i elementarnym zdrowym rozsądkiem. Mimo to, strategia ośmieszania nie wydaje się skuteczna. Śmiech towarzyszy politycznej poprawności niemal od dnia jej narodzin, ale nie można powiedzieć, by zablokował jej postępy, czy też choćby
osłabił jej wpływy. We współczesnej kulturze masowej nie brakuje dzieł,
których komizm budowany jest na swoistej grze z polityczną poprawnością. Co ciekawe, ich autorami są najczęściej wyznawcy politycznej poprawności, którzy najwyraźniej nie widzą nic zdrożnego w ośmieszaniu
jej szczególnie radykalnych przejawów. Wspólnota śmiechu, którą owi autorzy kreują, opiera się na przeświadczeniu – dzielonym zarówno przez
twórców, jak i widzów czy czytelników – że ośmieszanie gorliwości w stosowaniu zasad politycznej poprawności nie jest równoznaczne z ich zakwestionowaniem i że niezależnie od wszystkiego świat sprzed ery politycznej poprawności był gorszy i zdecydowanie mniej sympatyczny. Wyśmiewanie politycznej poprawności wcale jej nie zabija – na co wciąż zdają się mieć nadzieję jej wrogowie – nie jest też wcale skuteczną na nią
szczepionką. Nie dziwmy się więc, że ten, kto jeszcze przed chwilą kpił
z politycznej poprawności, po chwili z zaskakującą pieczołowitością zastosuje się do wszystkich jej reguł.
Strategia ośmieszania ma jeszcze jedną wadę – to, co komiczne wydaje się głupie, a zarazem mało groźne. Łatwo więc nie docenić znaczenia
mechanizmów, które odpowiadają za powstanie reguł politycznej poprawności, łatwo też nie zauważyć, jak skuteczna okazała się ona w ostatnich dekadach. Tymczasem efektywność stosowania politycznej poprawności jest doprawdy zdumiewająca. To, co początkowo zdawało się być
jedynie zbiorem absurdalnych postulatów i karkołomnych tez głoszonych przez małe grupy uniwersyteckich dziwaków i radykałów, stopniowo przenikało (i przenika) do krwioobiegu debaty publicznej. Niemal
niepostrzeżenie zmodyfikowało zwyczaje językowe nie tylko swoich zwolenników, ale i większości przeciwników i narzuciło pewien wzorzec tego,
w jaki sposób trzeba postępować, co należy mówić, a czego mówić nie
wolno. Ten sukces wynikał tyleż z determinacji prawodawców politycznej poprawności, co i z lekceważenia przez większość wagi problemu języka i obyczajów. Wiele osób dostosowało się do postulowanych nowych
zwyczajów mówienia, uznając, że nie warto kruszyć kopii o rzeczy błahe,
że może zwolennicy politycznej poprawności mają trochę racji, że przecież zawsze można powiedzieć o co chodzi, z pomocą innych środków,
unikając zakwestionowanych słów i skazanych na banicję pojęć. Jeszcze
kilka lat temu używanie pojęcia „socjolożka” wydawało się być absolutnie poza normą językową, a redaktorzy wiele czasu poświęcali na jego
rugowanie z tekstów pisanych przez feministki, tylko czasem – „dla świę-
magazyn1-2010.indd 204
10-07-23 18:48:14
T. Merta Kłopoty z polityczną poprawnością
205
tego spokoju” – godząc się na pozostawienie tego „dziwactwa”. Obecnie nie budzi już ono większych emocji, choć zapewne dla wielu wciąż
brzmi dziwnie, widać wyraźnie, że stopniowo zakorzenia się w polszczyźnie. Nie przytaczam tego przykładu, by biadać nad upadkiem świata.
Używanie bądź nieużywanie terminów „socjolożka” czy „psycholożka”
nie ma większego znaczenia dla jakości debaty publicznej. Przykład ten
jednak dobrze ilustruje tempo zmian biorących początek w kręgu politycznej poprawności.
2. PRÓBY LEGITYMIZACJI
Z
astanówmy się przede wszystkim, w jaki sposób uzasadniana jest
polityczna poprawność, jakie argumenty zapewniły jej prawo obywatelstwa w życiu publicznym. Pierwszy argument wyraża się w przekonaniu, że polityczna poprawność jest współczesnym sposobem cywilizowania obyczajów. Można by pomyśleć, że jest to proste rozszerzenie dominującego współcześnie przeświadczenia, iż krusząca się tkanka tradycjonalistycznego społeczeństwa wymaga wsparcia (czy wręcz zastąpienia)
przez normy prawa pozytywnego przetłumaczonego na sferę językową.
Skoro coraz mniej ludzkich działań i zachowań jest regulowanych skutecznie przez tradycyjne normy czy obyczaje, potrzebujemy coraz bardziej szczegółowych zasad prawnych, aby współczesne społeczeństwo
mogło w dalszym ciągu stosunkowo bezkolizyjnie funkcjonować. (Ważny problem, czy pogląd ten jest w pełni uzasadniony, czy też jest w dużej mierze strategią uzasadniającą prawotwórczy zapał legislatywy sprzymierzony z prawniczym aktywizmem, musimy pozostawić tutaj nie rozstrzygnięty). Tak więc polityczna poprawność może jawić się jako substytut utraconych obyczajów. Czy jednak obyczaje językowe, które przyswajamy sobie w procesie wychowania i socjalizacji, istotnie uległy tak daleko posuniętej erozji? Czy istotne, i w tym przypadku tradycyjne kanały
transmisji norm są już niewystarczające? Szczerze mówiąc, bardzo trudno dać jednoznaczną odpowiedź w kwestii tak złożonej i wielowymiarowej. Jednak akurat w tych grupach społecznych, z których rekrutuje się
większość aktorów publicznych – pracowników uniwersytetów, dziennikarzy czy polityków, wydaje się to raczej mało prawdopodobne. W ich przypadku znajomość konwencji, określającej jak i z kim rozmawiać, jakich
pojęć powinniśmy unikać w takiej rozmowie, jak różnicować wypowiedzi publiczne od wypowiedzi prywatnych, jest chyba wciąż powszechna.
Człowiek dobrze wychowany umie tak obchodzić się ze światem, by
jego postępowanie było w jak najmniejszym stopniu kłopotliwe dla lu-
magazyn1-2010.indd 205
10-07-23 18:48:14
206
Ius et Lex nr 1/2010
dzi, z którymi przyjdzie mu obcować. Poszanowanie cudzej godności,
unikanie form mówienia czy zachowania, które mogłyby być uznane za
obraźliwe, z pewnością należy do istoty dobrego wychowania. Skuteczność implementacji politycznej poprawności wynika w dużym stopniu
właśnie z traktowania jej jako substytutu dobrego wychowania. Niezależnie, czy reguły politycznej poprawności wydają się mądre czy głupie,
śmieszne czy dziwaczne, wielu ludzi jest gotowych się do nich zastosować niejako na wszelki wypadek, nawet wtedy, gdy nie pojmuje sensowności danej reguły. Trud nieużywania (czy też używania) określonych słów
jest przecież tak mało dotkliwy w porównaniu do stawki, o jaką toczy się
gra – ludzkiej godności, której naruszenie trudno doprawdy usprawiedliwić brakiem wiedzy czy zrozumienia. Polityczna poprawność odwołuje się w tym momencie nie tyle do ludzkiego rozumu, co do naszej empatii, do przekonania, iż nie powinniśmy ranić innych, nawet jeśli z naszego subiektywnego punktu widzenia używanie danego słowa nikogo
zranić nie może. Krzywda definiowana jest przez odczucie krzywdzonego, a nieświadomość krzywdzącego nie czyni jego postępku mniej godnym potępienia, zważywszy na to, jak łatwo mógł uczynienia tej krzywdy
uniknąć.
Trudno zaprzeczyć prawomocności tego rozumowania, trzeba jednak
zwrócić uwagę, że krzywda jest bezpośrednio związana z relacjami osobowymi. Nie jest wcale pewne, że z podobną prawomocnością mamy do
czynienia wtedy, gdy ten sam sposób rozumowania odniesiemy do podmiotów zbiorowych. Pojęcie krzywdy i przykrości ulega tu automatycznemu rozmyciu, bowiem niepewne jest założenie, jakoby wszystkie osoby
zaliczane do danej grupy w podobny sposób definiowały to, co ich obraża, a tym bardziej to, co jest im miłe. Nie widać sposobu, w jaki można
by dokonać uprawnionej agregacji indywidualnych odczuć (można wątpić, czy to zadanie jest w ogóle wykonalne), ani też kto mógłby się legitymować tytułem do zdefiniowania pojęcia zbiorowej obrazy czy zbiorowej przyjemności. W tym miejscu projekt politycznej poprawności ujawnia swoją immanentną arbitralność, nie daje się bowiem porównać do
indywidualnych odczuć, które, choćby były najbardziej nawet powikłane czy irracjonalne, dają się odczytać, a więc mogą być także wzięte pod
uwagę w mówieniu i działaniu. Twórcy reguł politycznej poprawności
arbitralnie stawiając plusy i minusy przy poszczególnych pojęciach, muszą ekstrapolować na innych swoje odczucia. Posiłkują się też rozumowaniem, w którym wnioski na temat odczuć osób zaliczonych do danej
grupy, wywodzone są, z pomocą rozlicznych pojęć takich jak duma czy
upokorzenie, z uprzednio zdefiniowanych pól znaczeniowych poszczególnych słów i z presupozycji skrywających się (naprawdę bądź rzeko-
magazyn1-2010.indd 206
10-07-23 18:48:14
T. Merta Kłopoty z polityczną poprawnością
207
mo) w potocznych zwyczajach językowych.
Arbitralność rozstrzygnięć, którą odkrywamy w świecie politycznej poprawności, staje się szczególnie widoczna, jeśli mamy w pamięci ogromną dynamikę tego projektu. W ciągu kilku dziesięcioleci niejedno słowo z jedynie właściwego czy choćby dopuszczalnego, przemieniło się
w niechętnie tolerowane czy wręcz zakazane. Jeśli więc idzie o podmioty zbiorowe, można nabrać podejrzenia, że w wielu wypadkach dopiero
arbitralne zdefiniowanie danego pojęcia jako politycznie niepoprawnego – bądź jedynie właściwego – uruchamia mechanizm indywidualnego rozpoznawania go jako krzywdzącego czy nobilitującego. Może więc
zdarzyć się tak, że odczucie krzywdy czy dyskomfortu nie tyle stoi u źródeł politycznej poprawności, ale jest efektem ubocznym uruchomionych
przez nią mechanizmów.
Tak naprawdę jednak kluczowy dla uzasadnienia politycznej poprawności jest drugi argument, zgodnie z którym jest ona niezbędna nie jako
namiastka utraconych dobrych obyczajów, ale jako droga do wprowadzenia obyczajów właściwych. W tym przypadku nie neguje się istnienia
językowych konwencji, ale obwieszcza ich nieadekwatność. Problemem
nie są utracone dobre obyczaje, ale to, że w rzeczywistości nie są one wystarczająco dobre. Odziedziczone, tradycjonalistyczne kodeksy dobrych
manier i językowej ogłady tworzyły się w czasach gruboskórnych, kiedy
nagminnie przechodzono do porządku dziennego nad wszechprzenikającą nasz świat opresją i brutalnością. Było to może nawet nieuchronne, jako że uwaga społecznych reformatorów skupiała się na najbardziej
dotkliwych i widocznych formach opresji i niesprawiedliwości, przede
wszystkim ekonomicznych. Dzisiaj jesteśmy jednak bardziej wrażliwi
i dość przenikliwi, by dostrzec owe subtelności, które umykały poprzednim generacjom. W imię ideału emancypacji tropimy drobiny niesprawiedliwości i opresji w świecie już nie ekonomicznych faktów, ale psychologicznych wyobrażeń. Z tego punktu widzenia, polityczna poprawność jawi się jako kolejne wcielenie aktywizmu społecznego właściwego
lewicy, czy szerzej, tym wszystkim ludziom, którzy raczej chcieliby świat
zmieniać niż jedynie rozumieć.
Zwolennikom poprawności politycznej język wydaje się bardzo atrakcyjnym narzędziem zmiany społecznej rzeczywistości. Trzeba jednak zapytać, czy nie przeceniają jego znaczenia, czy ich podejście do mocy
języka nie jest nazbyt magiczne. Doświadczenie państw totalitarnych,
utrwalone zarówno w LTI Klemperera, jak i Roku 1984 Orwella, a przede
wszystkim w niezliczonych dziełach historyków, wydaje się tyleż pouczające, co zniechęcające do pokładania nadmiernej ufności w możliwości
kształtowania świata społecznego poprzez język . Istnieje przecież grani-
magazyn1-2010.indd 207
10-07-23 18:48:14
208
Ius et Lex nr 1/2010
ca skuteczności „magicznych” zabiegów językowych, nie uda się na przykład trwale egzorcyzmować masowych strajków przemilczając je, lub nazywając „czasowymi przerwami w pracy”.
Oczywiście, porównanie politycznej poprawności z totalitarną nowomową – niezależnie od pewnych widocznych podobieństw – nie może
być uznane za uzasadnione. Tutaj wykluczenie słów odbywa się nie w wyniku brutalnej ingerencji władzy politycznej, ale raczej wskutek porozumienia elit. Jeśli nawet to porozumienie nazwiemy wymuszonym, z pewnością owo wymuszenie ma charakter społecznego szantażu a nie politycznej cenzury. Najczęściej zresztą zamiarem zwolenników politycznej
poprawności nie jest uniemożliwienie debaty na jakiś temat (choć można się zasadnie zastanawiać, czy w niektórych przynajmniej przypadkach
ostrzejsze cenzurowanie języka dyskursu nie prowadzi do przemilczenia problemu), ale zmiana nawyków językowych osób uczestniczących
w debacie publicznej, czego pochodną ma stać się modyfikacja form wypowiedzi całej zbiorowości. Ta zmiana nawyków jest jednak połączona
z pragnieniem trwałej modyfikacji pól znaczeniowych poszczególnych
słów, czy wprowadzeniem nowych form wypowiedzi. Towarzyszy jej bowiem wiara, że rekonstrukcja pól znaczeniowych jest skuteczną metodą
prowadzącą do czegoś stokroć ważniejszego – do rekonstrukcji społecznej świadomości.
Jesteśmy współcześnie bardzo świadomi ścisłych związków łączących
język i myślenie pojęciowe. Wiemy, że języka należy używać ostrożnie,
ze świadomością kryjących się w nim założeń i asocjacji. Dobrze to widać, gdy przyjrzymy się różnym stylom politycznego myślenia. Każdy
z nich ma sobie właściwy język, słowa-klucze, do jakich zwolennicy owego stylu myślenia przywykli się odwoływać i słowa wyklęte, których starają się unikać. Polityczna poprawność nie chce jednak być jedynie uczestnikiem takiej rozmowy czy sporu różnych języków. Chce narzucić z pomocą środków językowych nowy, właściwszy (czy też bardziej pożądany)
sposób widzenia rzeczywistości.
Czy jednak taka rekonstrukcja za pomocą języka jest w ogóle możliwa? Owszem, można przyjąć, że zmiana angielskiego chairman jest niezbędna, by zatrzeć rodowód słowa wskazujący na historycznie uprzywilejowaną pozycję mężczyzn. Czy jednak w ten sposób istotnie dokonuje
się rekonstrukcji społecznych wyobrażeń? Należałoby raczej powiedzieć,
że tego rodzaju postulat jest jedynie skutkiem i świadectwem dokonującej się systematycznej emancypacji kobiet. Z pewnością prawa kobiet są
we współczesnym świecie respektowane w stopniu nieporównywalnym
z żadną poprzednią epoką, ale przecież nie dzieje się tak z powodu zmiany nawyków językowych. Bardziej prawdopodobne, że to właśnie udana
magazyn1-2010.indd 208
10-07-23 18:48:14
T. Merta Kłopoty z polityczną poprawnością
209
emancypacja, która zaowocowała trwałą obecnością kobiet w sferze publicznej prowadzi do skutecznej modyfikacji pól znaczeniowych, które
dopiero później znajdują swój wyraz – bardziej czy mniej szczęśliwy –
w nowych konstrukcjach językowych. Język raczej odzwierciedla efekty
społecznych przemian niż je samodzielnie wywołuje. Wychowanie przez
język pozostaje więc w dużym stopniu obietnicą bez pokrycia, niezależnie od tego jak wielkie postępy politycznej poprawności uwidaczniają się
w mediach czy potocznych rozmowach.
3. CZY POLITYCZNA POPRAWNOŚĆ
ZAGRAŻA WOLNOŚCI SŁOWA?
O
cena politycznej poprawności zależy jednak nie tyle od oceny
jej efektywności w modyfikowaniu społecznych wyobrażeń, ile
od opinii na temat wpływu, jaki wywiera na publiczną debatę. Kluczowe
pytanie brzmi: czy polityczna poprawność zagraża wolności słowa? Przeciwnicy i zwolennicy politycznej poprawności udzielają na nie, co oczywiste, zupełnie przeciwstawnych odpowiedzi. Ci pierwsi widzą w politycznej poprawności niszczyciela debaty, argumentując, że wykluczenie pewnych słów w istocie rzeczy prowadzi do wykluczenia szeregu ważnych argumentów, a w niektórych przypadkach grozi w ogóle banicją pewnych
tematów ze sfery cywilizowanej dyskusji. Zwolennicy twierdzą natomiast,
że o ile w ogóle można mówić o tym, że polityczna poprawność ogranicza wolność słowa, to tylko w tym sensie, w jakim ograniczenie to łączy
się z dobrymi obyczajami (a więc wynika z samoograniczenia, a nie zewnętrznego przymusu). Jeśli więc sfera wolności słowa ulega nawet nieznacznej redukcji, to warto zapłacić tę cenę za uszlachetnienie dyskursu.
Mówiąc o politycznej poprawności w kontekście wolności słowa musimy rozróżnić dwie rzeczy. Polityczna poprawność może być traktowana
po prostu jako strategia retoryczna. Z pewnością w oczach wielu osób
jawi się ona jako strategia wyjątkowo drażniąca, bo chętnie korzystająca
z siły, jaką daje moralny szantaż i zasada wykluczenia. Ten, kto nie stosuje się do narzucanych w jej imię reguł może być łatwo uznany za człowieka źle wychowanego. Politycznej poprawności towarzyszy również domniemanie, że nie jest ona jednym z możliwych sposobów komunikacji, lecz jedynie uprawnionym. To ona wyznacza granice cywilizowanego dyskursu. Kto te granice przekracza, sam stawia się poza wspólnotą
ludzi dobrze wychowanych.
Zasada wolności słowa straciłaby jednak swój sens, gdybyśmy spróbo-
magazyn1-2010.indd 209
10-07-23 18:48:14
210
Ius et Lex nr 1/2010
wali zawęzić ją do jedynie miękkich, czy mile brzmiących w naszym uchu
strategii retorycznych. Póki więc polityczna poprawność pozostaje jedynie strategią retoryczną, rywalizującą z innymi strategiami, to wszystko
jest w porządku (nawet jeśli jest strategią specyficzną, bo kwestionującą równoprawność pozostałych). Oczywiście, skutki kontestowania reguł
politycznej poprawności są często nieprzyjemne, jednak pochopnie czyni ten, kto uznaje ostentacyjne lekceważenie, brutalne ataki ad personam,
czy środowiskowy ostracyzm za operacje porównywalne z tymi, których
dokonywano na osobach nieprawomyślnych w państwach totalitarnych.
Zupełnie odmienna sytuacja powstaje, gdy aspiracje zwolenników poprawności politycznej zaczynają sięgać znacznie dalej, kiedy strategia retoryczna przemienia się w strategię prawno-polityczną. Gdy perswazję zastępuje przymus, gdy nieprzestrzeganie reguł politycznej poprawności
zaczyna być zagrożone sankcją, sprawa zaczyna być istotnie poważna. Należy podkreślić, że rzecz nie musi dotyczyć prawa państwowego – takie
przypadki są wciąż niezmiernie rzadkie – ale w pierwszym rzędzie prawa
korporacyjnego. Kiedy w świecie akademickim czy medialnym perswazja
(choćby uciekająca się do nieprzyjemnych retorycznych środków) ustępuje miejsca twardym wytycznym i skodyfikowanym zakazom, los wolności słowa może budzić niepokój.
Polityczna poprawność przychodzi do nas jako namiastka dobrych
obyczajów, upowszechnia się jako skuteczna strategia retoryczna (nie na
tyle jednak skuteczna, by odmienić społeczną rzeczywistość), ale w prawdziwie niebezpieczną fazę wkracza wtedy, gdy próbuje ustanowić swoje
władztwo z pomocą prawa.
magazyn1-2010.indd 210
10-07-23 18:48:14
NIEZALEŻNOŚĆ
DZIENNIKARSKA
magazyn1-2010.indd 211
10-07-23 18:48:14
magazyn1-2010.indd 212
10-07-23 18:48:14
David McCraw
RYNKI MEDIÓW I WARTOŚCI
DEMOKRATYCZNE.
OCHRONA TRADYCYJNYCH MEDIÓW
W EPOCE INTERNETU
SPIS TREŚCI
I. Wstęp.............................................................................................215
II. Rynek idei i amerykańskie prawo prasowe ....................................216
III. Zmiany ekonomiczne w prasie amerykańskiej .............................219
IV. Powstanie Internetu i przyszłość demokracji................................222
V. Wartości dobrego dziennikarstwa ..................................................227
VI. Wnioski .......................................................................................230
Tłumaczenie Maciej Dybowski
magazyn1-2010.indd 213
10-07-23 18:48:14
DAVID MCCRAW
Wiceprezes oraz zastępca dyrektora departamentu prawnego „The New York Times”. McCraw pełni obowiązki adwokata dla gazet oraz innych firm/spółek medialnych i internetowych należących do NYT. W latach 1994-2000 pracował jako
adwokat w biurze prawniczym Clifford Chance (poprzednio
Rogers & Wells) w Nowym Jorku, gdzie zajmował stanowisko
adwokata specjalizującego się w kwestiach dotyczących prawa
gospodarczego, papierów wartościowych, pracowniczych oraz
w sprawach konstytucyjnych. Wykształcenie zdobył w Albany
Law School of Union University, Albany, NY, Cornell University, Ithaca oraz University of Illinois, Urbana. Jest autorem
wielu publikacji.
magazyn1-2010.indd 214
10-07-23 18:48:14
WPROWADZENIE
W
swym tekście David McCraw podnosi argumenty na rzecz tezy, głoszącej, iż utrzymanie silnych, niezależnych i działających na dużą
skalę organizacji medialnych wobec internetowej konkurencji okazuje się
najważniejszym problemem z punktu widzenia zapewnienia wolności prasy
i ochrony demokratycznych wartości. Mimo amerykańskiej specyfiki tego problemu, doświadczenie Stanów Zjednoczonych mogą, zdaniem autora, rzucać
światło na zagadnienia polityczne, jakie stają się także doświadczeniem innych społeczeństw. D. McCraw przyjmuje w swych rozważaniach perspektywę nie tylko prawniczą, lecz także ekonomiczną i socjologiczną, by wykazać,
że cel, jakim jest stworzenie i utrzymanie silnych mediów informacyjnych wymaga także systemu ograniczeń dla ich władzy.
I. WSTĘP
P
ojawienie się w Stanach Zjednoczonych Internetu jako nośnika informacji i komentarzy paradoksalnie wzmocniło i osłabiło instytucje współczesnej demokracji. Z jednej strony, Internet okazał się potężnym narzędziem demokratyzacji na rynku idei. Umożliwia większej liczbie osób usłyszenie większej liczby głosów i szybciej, niż miało to miejsce
za sprawą jakichkolwiek używanych wcześniej technologii komunikacyjnych. Z drugiej strony, za sprawą Internetu doszło do podkopania finansowej siły tego, co w Stanach Zjednoczonych określa się mianem „głównego nurtu mediów” (Mainstream Media), obejmującego dość nieliczne
korporacje, zajmujące się tradycyjnym drukiem i nadawaniem programów i od lat stanowiące źródło wiadomości i opinii dla Amerykanów.
Ekonomiczną konsekwencją odciągnięcia przez Internet reklamodawców
i odbiorców wiadomości (zarówno w wersji prasowej, jak i telewizyjnej)
była konieczność ograniczenia środków na zdobywanie informacji w ra-
magazyn1-2010.indd 215
10-07-23 18:48:14
216
Ius et Lex nr 1/2010
mach głównego nurtu mediów. O ile na przestrzeni ostatnich czterech
dekad dwudziestego wieku badacze i politycy wyrażali obawy na temat
koncentracji własności w amerykańskich mediach, o tyle dziś zaprząta
ich zupełnie inny problem: czy osłabionym mediom nie zabraknie siły
do monitorowania i kontrolowania coraz potężniejszych instytucji władzy i biznesu, czego wymaga prawidłowe funkcjonowanie demokracji.
Z perspektywy historii widać, że walka o wolność prasy skupiała się na
eliminacji ograniczeń płynących ze strony władzy wobec grup i jednostek, czy to w formie cenzury prewencyjnej, czy sankcji karnych po ukazaniu się publikacji. Ten element wolności prasy pozostaje oczywiście zasadniczy, twierdzę jednak, że utrzymanie silnych, niezależnych i działających na dużą skalę organizacji medialnych wobec internetowej konkurencji okazuje się najważniejszym problemem dla tych, którym leży na
sercu wolność prasy i demokratyczne wartości. Mimo amerykańskiej specyfiki tego problemu, a różne rozwiązania ekonomiczne i prawne mogą
w różnych państwach prowadzić do odmiennych skutków, doświadczenie Stanów Zjednoczonych może rzucać światło na zagadnienia polityczne, jakie niedługo pojawią także w innych krajach.
II. RYNEK IDEI I AMERYKAŃSKIE
PRAWO PRASOWE
P
ierwsza Poprawka do amerykańskiej konstytucji stworzyła ramy dla
wolności prasy w Stanach Zjednoczonych: „Kongres nie może stanowić […] ustaw ograniczających wolność słowa lub prasy […].” Z biegiem
czasu sądy amerykańskie interpretowały Pierwszą Poprawkę jako ograniczającą nie tylko Kongres i władze federalne w tworzeniu ograniczeń
prasy, lecz rozciągnął ją na wszystkie szczeble władzy. Pierwsza Poprawka
urzeczywistniła klasyczne poglądy liberalnych myślicieli, którzy jak John
Locke w „Rozważaniach dotyczących rozumu ludzkiego” uważali, że poszukiwaniu prawdy najlepiej służy wolny „rynek idei”. Pojęcie to było proste
i eleganckie w swym ujęciu jednostek jako podmiotów racjonalnych
i refleksyjnych. Jeśli umożliwi się dostęp do idei, opinia publiczna wybierze prawdę i odrzuci fałsz. Zadaniem rządu nie miało być kontrolowanie
i ocenianie idei oraz decydowanie, które spośród nich zasługują na dostęp do forum publicznego i rynku idei. Rynek, w myśl owego liberalnego paradygmatu, miał sam się regulować. Jednocześnie prasa miała być
wolna od regulacji rządowych, by móc komentować decyzje i działania
rządu z pozycji obserwatora instytucji władzy. To także było proste i ele-
magazyn1-2010.indd 216
10-07-23 18:48:14
D. McCraw Rynki mediów i wartości...
217
ganckie: władza miała wykonywać swe zadania, pozostając przedmiotem
kontroli ze strony uważnej prasy, zdolnej poruszyć opinię publiczną1.
Działając w oparciu o te filozoficzne wskazówki oraz wyrazisty język
Pierwszej Poprawki, amerykańskie sądy poważnie ograniczyły władzy możliwość uchwalania prawa ograniczającego swobodę wypowiedzi. Choć
sądy ostrożnie zaznaczały, iż swoboda ta nie jest absolutna, a rządowi
wolno w pewnych okolicznościach ograniczać prasę, nie ulega wątpliwości, że kompetencje te są w Stanach Zjednoczonych znacząco uszczuplone. Co ciekawe, amerykański Sąd Najwyższy uznał na przykład władzę
ograniczania publikacji obscenicznych, informacji niejawnych, ważnych
z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego czy wypowiedzi wywołujących przemoc (tzw. fighting words). Jednak wedle Sądu, nawet w tych
dziedzinach moc obowiązująca aktów prawnych nie może zostać uchylona, chyba że zostanie wykazane, iż prawo promuje czyjś interes i zostało na miarę tego interesu skrojone2. Prawa zbyt ogólne czy o zbyt szerokim zakresie regulacji zostaną uchylone jako naruszające Pierwszą Poprawkę3. Tym samym amerykańskie sądy dopuściły publikacje oraz formy
działalności, oględnie mówiąc, kontrowersyjne w samych Stanach Zjednoczonych, a dla zagranicznych obserwatorów całkiem niezrozumiałe.
Sąd Najwyższy USA postanowił, iż nie można zabronić gazecie “New York
Times” publikacji materiałów z dziedziny bezpieczeństwa narodowego,
nielegalnie dostarczonych przez rządowego konsultanta w związku ze
znaną sprawą akt Pentagonu4. Sąd uchylił też przepisy zakazujące palenia flagi amerykańskiej podczas publicznych akcji protestacyjnych5. Nawet wysiłki Kongresu, zmierzające do kontroli pornografii w Internecie
i ochrony dzieci przed dostępem do niej zostały z powodzeniem podważone przez obrońców swobody wypowiedzi twierdzących, że prawo posuwa się za daleko ingerując w korzystanie przez osoby dorosłe z Pierwszej Poprawki przy oglądaniu i produkowaniu pornografii6.
Znamienne, że sądy pojmują Pierwszą Poprawkę jako gwarancję ochrony prasy nie tylko przed regulacjami rządowymi, lecz także przed prywatnymi powództwami. W słynnej sprawie Times v. Sullivan, Sąd Najwyższy istotnie ograniczył uprawnienia jednostek uważających się za ofia-
1 Patrz zwłaszcza, F. Siebert i in., Four Theories of the Press (1963).
2 Por. np. sprawa Sable Communications of California, Inc. v. Federal Communications Commission, 492
U.S. 115 (1989), jako przykład sprawdzianu dla takiego interesu.
3 Por. np. sprawa Rust v. Sullivan, 500 U.S. 173 (1991).
4 New York Times v. United States, 403 U.S. 713 (1971).
5 Texas v. Johnson, 491 U.S. 397 (1989).
6 Reno v. American Civil Liberties Union, 521 U.S. 844 (1997).
magazyn1-2010.indd 217
10-07-23 18:48:14
218
Ius et Lex nr 1/2010
ry zniesławienia ze strony mediów7. W rezultacie tego orzeczenia oraz
późniejszych wyroków, osoby publiczne i funkcjonariusze mogą uzyskać
odszkodowanie w sprawach o zniesławienie wyłącznie, gdy są w stanie
dowieść, że nadawca opublikował zniesławiający materiał przy „lekkomyślnym braku poszanowania dla prawdy”. W interpretacji sądów standard ten wymaga, by powód wykazał, że nadawca był świadom fałszywości twierdzenia lub w oparciu o posiadane wiadomości powinien był to
wiedzieć.
Rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego w sprawie Sullivan umożliwia prasie
w pewnych okolicznościach skuteczne publikowanie fałszywych informacji o funkcjonariuszach publicznych oraz nadwyrężanie ich reputacji bez
konsekwencji prawnych, a Sąd przyznał, iż prasie potrzeba „przestrzeni do oddychania”, w której może popełnić błędy. W opinii Sądu dziennikarze nie mogliby skutecznie informować o działaniach władz, żyjąc
w strachu, że jeden błąd może doprowadzić do wygranego procesu
przeciwko nim i ich pracodawcom. Sąd obawiał się, by dziennikarze nie
wprowadzili „autocenzury”, by nie zaczęli unikać tematów kontrowersyjnych i opowieści o ludziach potężnych i bogatych, natomiast wydawał
się głęboko wierzyć w agresywne, poszukujące dziennikarstwo wspierane
autorytetem prawa. W sumie Sąd uznał, że autocenzura bardziej szkodzi
demokracji i interesowi publicznemu niż pozbawienie niektórych jednostek prawa do odszkodowania za zniesławienie.
W swej wykładni orzeczenia w sprawie Sullivan sądy oparły się częściowo na koncepcji „rynku idei”, zauważając że funkcjonariusze publiczni
(inaczej niż osoby prywatne, nie podlegające standardowi „braku złego
zamiaru”, gdy wytaczają powództwa przeciwko mediom) zwykle mają
możliwość odniesienia się do zniesławiających zarzutów i przedstawienia
swego stanowiska w mediach8. Wobec fałszywych twierdzeń i naruszenia
ich dobrego imienia w oczach opinii publicznej, mogą ustosunkować się
publicznie, a odbiorcy mają możliwość dokonania własnej oceny prawdziwości informacji. Rozwiązanie takie uznano za lepsze od prywatnych
powództw o zniesławienie.
7 New York Times v. Sullivan, 376 U.S. 254 (1964).
8 Gertz v. Robert Welch, 418 U.S. 323 (1974).
magazyn1-2010.indd 218
10-07-23 18:48:15
D. McCraw Rynki mediów i wartości...
219
III. ZMIANY EKONOMICZNE
W PRASIE AMERYKAŃSKIEJ
M
oment wydania decyzji w sprawie Sullivan zasługuje na uwagę.
Ogłoszono ją 9 marca 1964 r., tuż po zakończeniu długiego strajku w nowojorskim sektorze prasowym. W owym czasie w mieście było siedem gazet codziennych. W ciągu kilku lat po strajku, na skutek działania sił ekonomicznych, kosztów pracy, spadku czytelnictwa i zmian demograficznych, tylko cztery z nich utrzymały się na rynku. Dzisiaj wychodzą trzy, a żadna z nich nie jest w stanie utrzymać się wyłącznie jako gazeta wydawana dla Nowego Jorku. Ponad połowa dochodów ze sprzedaży
i z reklam w „ The New York Times” pochodzi spoza regionu. „The New
York Post” wciąż odnotowuje straty i opiera się na wielkiej skali przedsięwzięć swego właściciela Ruperta Murdocha. „The New York Daily News”
ogłosił bankructwo na początku lat dziewięćdziesiątych, a obecnie walczy o utrzymanie na koszt magnata rynku nieruchomości Morta Zuckermana, któremu zależy na utrzymaniu pozycji dziennika jako ważnego tytułu ekonomicznego.
Nowojorskie trendy na rynku gazet stanowią odbicie trendów amerykańskich na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat. Konkurencja między
gazetami wychodzącymi w amerykańskich miastach znacząco zmalała w
ostatnich czterdziestu latach dwudziestego wieku9. Równocześnie duże
sieci prasowe zaczęły wykupywać tytuły, co doprowadziło do upadku lokalnych struktur właścicielskich i koncentracji własności w małej grupie
dużych spółek10. Tak więc, w czasie, gdy Sąd Najwyższy w orzeczeniu Times v. Sullivan przyjmował tradycyjną koncepcję rynku idei, na którym
współzawodniczące punkty widzenia podlegają ocenie opinii publicznej,
spadek konkurencji postępował na rzeczywistym rynku, rządzonym prawami ekonomii.
Zjawisko zmniejszania się liczby amerykańskich miast, w których rywalizowały ze sobą gazety codzienne oraz wielkiej własności tytułów, jakie przetrwały, był przedmiotem analiz w prasie akademickiej i popularnej w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych11. Jednocześnie narastało zresztą zjawisko koncentracji władzy mediów, a trzy główne amerykańskie sieci telewizyjne, ABC, CBS oraz NBC, zdominowały rynek wia9 W roku 1900 w 559 amerykańskich miastach konkurowały ze sobą dzienniki. Obecnie miast takich jest mniej niż 25. Patrz D. Demers, Media Concentration in the United States, Centre D’Etudes sur les Media, University of Laval, Quebec, Canada.
10 Ilość tytułów należących do grupy wzrosła w USA z 1.4 % w 1900 do 80 % 2000. D. Demers,
Media Concentration …
11 Por. np., B. Bagdikian, The Media Monopoly (1983).
magazyn1-2010.indd 219
10-07-23 18:48:15
220
Ius et Lex nr 1/2010
domości telewizyjnych. Powszechnie doceniano potęgę prasy kształtującej opinię publiczną, lecz dzięki Pierwszej Poprawce rząd nie miał możliwości kontrolowania tej potęgi. Kontrolę tę miał bowiem tradycyjnie,
i raczej w teorii niż w praktyce sprawować rynek. Konkurencyjne gazety
wymuszały na sobie uczciwość. Mający wybór czytelnicy mogli sami osądzić, czy publikacja jest oparta na uprzedzeniach, przemilcza prawdę,
reprezentuje stanowisko partyjne czy w jakikolwiek inny sposób okazuje się nierzetelna w relacjonowaniu wiadomości.
Upadek konkurencji między gazetami stworzył problem zakrawający
na ironię losu: oto okazało się bowiem, że tylko władze mogą zapewnić
konkurencyjność niezbędną z punktu widzenia realizacji Pierwszej Poprawki, a zarazem przepis ten zakazywał władzom ingerowania w działalność prasy i podejmowania działań mogących ocalić konkurencyjność na
rynku idei. Na przykład w 1974 roku amerykański Sąd Najwyższy uchylił
przepisy stanu Floryda, nakładające na gazety obowiązek publikowania
replik osób krytykowanych na łamach pisma12. W jednym sensie przepisy te odzwierciedlały filozofię libertariańską, jaka legła u podstaw Pierwszej Poprawki: miała ona bowiem za zadanie docieranie konkurujących
idei do opinii publicznej. Nie tak jednak widział to zagadnienie Sąd Najwyższy, dopatrując się w uchylonych przepisach ograniczenia wolności
słowa. Zdaniem Sądu, skutkiem stosowania kwestionowanych przepisów
był obowiązek publikacji poglądów, których w innym razie by nie opublikowano. Sąd uznał, iż wolność prasy wynikająca z Pierwszej Poprawki
nie tylko ogranicza kompetencje władz w zakresie niedopuszczenia do
publikacji, lecz także ogranicza możliwość wskazywania, co powinno się
publikować.
W amerykańskim prawie pojawił się tylko jeden godny uwagi wyjątek.
Przez długi czas radio i telewizja podlegały wymogowi uzyskania licencji od Federal Communications Commission. We wczesnych latach trzydziestych uznano nadawanie za zasób ograniczony i należący do społeczeństwa. By zapobiec chaosowi konkurencyjnych nadawców korzystających z tych samych częstotliwości, owa komisja rozpoczęła przyznawanie
licencji i wyznaczanie częstotliwości. Z czasem Kongres uchwalił ustawy
mające wzmocnić konkurencję na rynku, m.in. zakazujące nadawcom
posiadania gazety na tym samym rynku i ograniczające ilość stacji w rękach jednego właściciela. Nadawcy mieli także przestrzegać zasad uczciwości i równego czasu, nakazujących prezentowanie konkurencyjnych
poglądów oraz umożliwianie kandydatom do stanowisk publicznych
odpowiedzi na zarzuty oponentów. Przepisom tym nadawcy zarzucali
12 Miami Herald Publishing v. Tornillo, 418 U.S. 241 (1974).
magazyn1-2010.indd 220
10-07-23 18:48:15
D. McCraw Rynki mediów i wartości...
221
niezgodność z Pierwszą Poprawką i tworzenie gorszej sytuacji prawnej
w porównaniu z wydawcami prasy. Ostatecznie większość regulacji złagodzono lub uchylono, częściowo w związku z rozwojem w latach siedemdziesiątych telewizji kablowej, przyczyniającej się do większej konkurencji programowej.
Pod pewnymi względami troska o nadmierną koncentrację własności
amerykańskiej prasy była przesadzona. Chociaż współzawodnictwo między poszczególnymi tytułami malało, a wielkie korporacje powiększały
zasoby posiadanych tytułów, gazety nadal musiały konkurować z innymi
mediami na rynku: z radiem, telewizją, tygodnikami, dziennikami ogólnokrajowymi. Powodowało to konkurencję na rynku, choć w większości
miast gazety pozostawały dominującym narzędziem dziennikarstwa śledczego i dogłębnych analiz w porównaniu z innymi mediami.
Drugim ważnym środkiem służącym kontroli nadużyć władzy miał być
dziennikarski profesjonalizm, który zaczął dominować w branży wraz
z osłabieniem konkurencyjności pod koniec dwudziestego wieku. Dziewiętnastowieczne gazety amerykańskie były bezwstydnie partyjne, a poglądy polityczne ich właścicieli znajdowały odzwierciedlenie w treści informacji. Jednak od początku dwudziestego wieku umocnił się w Stanach Zjednoczonych ruch zmierzający do profesjonalizacji dziennikarstwa. Idea „obiektywizmu”, zgodnie z którą dziennikarze powinni być
bezstronni oraz dostarczać faktów, a nie opinii, stała się dominującą ideologią dziennikarstwa13. Bogata debata akademicka – choć koncentrowała się głównie na problemie możliwości obiektywizmu w ogóle – ustaliła normę obowiązującą w głównym nurcie dziennikarstwa, głoszącą, iż
fakty należy przedstawiać z bezstronnością, a opinie dziennikarzy nie powinny stanowić części informacji.
Nastąpiły także inne zmiany. Zawodowe stowarzyszenia dziennikarzy
dobrowolnie przyjęły kodeksy etyczne. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych powstały specjalistyczne pisma dziennikarskie, analizujące trendy w dziedzinie przedstawiania informacji, oprawy medialnej
wydarzeń oraz podejmujące problemy etyczne. Choć wciąż zdarzały się
przykłady wpływu biznesu lub poglądów politycznych właścicieli na prezentowane treści, stały się one wyjątkiem od reguły. W miejsce klasycznego libertariańskiego modelu, w którym prawda ujawniała się we współzawodnictwie na rynku idei – obejmującym w teorii także poglądy nieuczciwe i fałszywe – profesjonalizm stał się narzędziem kontroli uprzedzeń i fałszu. Zawodowi dziennikarze szczycili się dokładnością, obiek13 Zmiana paradygmatu w stronę tzw. „obiektywności” została szczegółowo omówiona w: M. Schudson, Discovery The News (1978).
magazyn1-2010.indd 221
10-07-23 18:48:15
222
Ius et Lex nr 1/2010
tywizmem i niezależnością od biznesu oraz właścicieli.
Z pewnością wzrost profesjonalizmu przyczyniał się do zapewnienia
związku dziennikarstwa z interesem publicznym. Zrozumiałe jednak, że
w oczach opinii publicznej był to mniej zadowalający środek kontroli
niż mechanizmy rynku. Zgodnie z paradygmatem rynkowym opinia publiczna dysponowała władzą własnej oceny dziennikarstwa oraz wyborem
tego konkurenta, który najlepiej realizował interes publiczny. Zgodnie
z paradygmatem profesjonalizmu, opinia publiczna musiała zaufać
dziennikarzom i właścicielom mediów, że dopilnują, by wszystko działało jak trzeba.
IV. POWSTANIE INTERNETU
I PRZYSZŁOŚĆ DEMOKRACJI
W
spółczesne amerykańskie dziennikarstwo uległo zasadniczej
zmianie, niemal w całości związanej z pojawieniem się Internetu. Na najprostszym poziomie zmienił się przede wszystkim sposób pracy dziennikarza. Pod koniec dwudziestego wieku typowy reporter badał
sprawę i pisał reportaż, następnie wydawcy oceniali wynik jego pracy, fotografowie dostarczali zdjęcia, a całość pojawiała się w porannej prasie.
Ten cykl powtarzał się regularnie. Dziś od dziennikarzy oczekuje się, że
w ciągu kilku godzin zamieszczą swe historie w wydaniu internetowym
gazety. Wiele amerykańskich gazet zamieszcza też nagrania video, dostępne na stronach internetowych. Informacje podlegają nieustannej aktualizacji, a czytelnicy posiadający telefony komórkowe i kamery uczestniczą w obsłudze medialnej, dostarczając zdjęć i osobistych świadectw.
Jednak najbardziej istotnym trendem z punktu widzenia wolności prasy jest wielość stron internetowych konkurujących w walce o zainteresowanie amerykańskiego widza. Wydaje się, że Internet jest niemal doskonałą technologią, gdy idzie o wypełnienie treścią pojęcia rynku idei
w demokracji masowej. Praktycznie nie istnieją bariery dla tych, którzy
chcieliby podzielić się komentarzami i opowieściami z wielkimi rzeszami odbiorców. Nie ma też ograniczeń dla tych, którzy pragną dostępu
do wielu źródeł informacji. Władze amerykańskie w dużej mierze zrezygnowały w związku z tym z prób uregulowania Internetu.
Zmiana okazała się rewolucyjna. Dziś pojedynczy człowiek z laptopem
może walczyć o tych samych odbiorców co „The New York Times”, CBS
News, czy „Time”. Przed epoką Internetu redaktorzy oraz wydawcy działali niczym „bramkarze” z prawem głosu co do tego, jakie treści mają do-
magazyn1-2010.indd 222
10-07-23 18:48:15
D. McCraw Rynki mediów i wartości...
223
trzeć do opinii publicznej. Oczywiście, każdy miał wolność druku i rozpowszechniania wydawnictw, jednak wiązało się to z ciężarami finansowymi oraz z koniecznością dystrybucji, i tak rzadko wykraczającej poza
poziom lokalny. Choć indywidualne strony internetowe ponoszą koszty związane z gromadzeniem informacji i przyciąganiem użytkowników,
potrzeba inwestycji kapitałowych została znacząco zredukowana.
Pojawienie się Internetu wywarło jeszcze inny ważny skutek na ewolucję władzy prasy w Stanach Zjednoczonych. Istnieje obecnie kilkadziesiąt portali internetowych, których głównym celem jest krytyka największych mediów. Obserwują one większe organizacje medialne i dokonują krytyki pod adresem nieuczciwego dziennikarstwa, uprzedzeń czy niedopatrzeń. Wiele takich portali charakteryzuje się niedoinformowaniem
i stronniczością czy fanatyzmem, jednakże podejmowana przez nie krytyka w istotny sposób kontroluje władzę prasy. W klasycznej libertariańskiej teorii wolności prasy źródłem kontroli jej nadużyć były konkurencja między tytułami oraz opinia publiczna. Wraz z ograniczeniem konkurencji między mediami najlepsze spośród portali krytykujących media informacyjne zaczęły odgrywać ważną rolę w kontrolowaniu władzy
mediów i egzekwowaniu ich odpowiedzialności.
Jest jednak również druga strona zjawiska Internetu, wywołująca troskę
o zagrożenia dla demokracji. Amerykański przemysł prasowy doświadczył na przestrzeni ostatnich pięciu lat niespotykanych dotąd trudności
finansowych, związanych głównie z sukcesem stron internetowych w pozyskiwaniu użytkowników i reklamodawców. Wraz z dostępem do darmowych źródeł informacji w sieci (w tym stron internetowych należących
do gazet) spada nakład gazet14. Reklamodawcy w coraz większym stopniu rezygnują z reklamy w gazetach. Choć większość dużych gazet wciąż
przynosi zysk, ich zakres wyraźnie się kurczy, zaś zwiększa się nacisk na
obniżanie kosztów i niezadowolenie akcjonariuszy.
Znamienna dla amerykańskiego rynku prasy w ciągu ostatnich trzech
lat jest sprzedaż trzech największych koncernów prasowych. Właścicielem Knight-Riddera została korporacja medialna McClatchy, która szybko sprzedała go prywatnym inwestorom. Podobny los spotkał jeden
z najbardziej szanowanych amerykańskich tytułów, „The Philadelphia Inquirer”. Tribune Company, będący właścicielem tak znanych gazet, jak
14 Utrata czytelników na rzecz Internetu powiązana jest z ogólnym spadkiem czytelnictwa gazet.
Tylko 37 procent dorosłych Amerykanów czytało codziennie gazetę w 2000 r.; W 1990 r. było to
53 procent. Por. C. Madigan, The Collapse of the Great American Newspaper (2007). Niektóre gazety ograniczają natomiast nakład, by przekonać reklamodawców, że kierują się do elit. Por. R. Perez-Pena, Why Big Newspapers Applaud Some Declines in Circulation, “The New York Times”, 1.10.
2007.
magazyn1-2010.indd 223
10-07-23 18:48:15
224
Ius et Lex nr 1/2010
„The Los Angeles Times”, „The Chicago Tribune”, „The Baltimore Sun”
i „Newsday” przeszła w ręce chicagowskiego developera z rynku nieruchomości. Dow Jones, wydawca „The Wall Street Journal”, stał się własnością News Corporation.
Równocześnie grupa inwestorów zmusiła „The New York Timesa” do
zmiany struktury właścicielskiej. Przez ponad trzydzieści lat akcje The
New York Times Company znajdowały się w obrocie publicznym, jednakże struktura własności została ukształtowana tak, by rodzina Sulzbergerów, będących od ponad stu lat właścicielami pisma, kontrolowała firmę. Struktura taka zapewnić miała kontrolę nad pismem rodzinie, która broniłaby wysokiej jakości dziennikarstwa przed nie podzielającymi
takiej wizji akcjonariuszami. Zresztą trzy najważniejsze tytuły poważnego amerykańskiego dziennikarstwa „The Times”, „The Washington Post”
i „The Wall Street Journal” należały do firm chroniących własność rodzinną. Podziały wśród członków rodziny kontrolującej „The Wall Street
Journal” oraz jego firmę założycielską Dow Jones, doprowadziły w 2007
roku do sprzedaży tytułu Rupertowi Murdochowi oraz News Corporation.
Inwestorzy, którzy zmienili strukturę właścicielską The New York Times Company podkreślają swoje oddanie sprawie poważnego dziennikarstwa, jednak są powody do niepokoju. Ostatecznie celem inwestorów
jest zysk i zapewne nie zawahają się przed podjęciem kroków koniecznych dla jego realizacji, w tym cięcia kosztów w celu zwiększenia dochodowości. A dziennikarstwo wysokiej jakości jest kosztowne. Pismo takie
jak „The Times” przeznacza rocznie miliony dolarów na utrzymanie redakcji w Waszyngtonie i na świecie, zespołu sprawozdawców i fotografów w Iraku w niezmiernie trudnych warunkach, na długofalowe projekty dziennikarstwa śledczego oraz zatrudnianie specjalistów z dziedziny finansów, nauki czy medycyny.
Na przykład w 2002 roku zespół pięciu dziennikarzy „New York Timesa” pracował wyłącznie nad serią artykułów dotyczących niebezpiecznych warunków pracy w tajemniczej firmie o nazwie McWane. Artykuły
te zostały nagrodzone najwyższym wyróżnieniem amerykańskiego dziennikarstwa – Nagrodą Pulitzera. Gazeta musiała następnie wydać miliony dolarów, by w procesie sądowym odeprzeć zarzuty wspominanej
w artykule kliniki medycznej. Teksty z całą pewnością były ważne ze społecznego punktu widzenia. Kierowników fabryk skazano za popełnianie
przestępstw, firma poprawiła warunki pracy, a władze przejęły się wdrażaniem standardów bezpieczeństwa. Gazeta musiała podjąć walkę sądową
z przeciwnikami tekstu rzetelnego i uczciwego. Zbyt często powództwa
tego rodzaju mają na celu zastraszenie mediów i powstawanie kosztów,
magazyn1-2010.indd 224
10-07-23 18:48:15
D. McCraw Rynki mediów i wartości...
225
mających zniechęcić do podejmowania w przyszłości trudnych tematów.
„The Times”, agencja Associated Press oraz inne organizacje medialne znalazły się także na pierwszej linii frontu walki o ograniczenie tajności działań władz po 11 września. Choć ze względów bezpieczeństwa narodowego pewne informacje muszą być tajne, historia uczy nas, że tajność w imię bezpieczeństwa bywała wykorzystywana do ukrywania działań niezgodnych z prawem, niekompetencji oraz naruszania praw jednostek. Spór między rządem amerykańskim a mediami na temat problematyki tajności wyraźnie przybrał na sile. W grudniu 2005 „The Times” ujawnił ściśle tajny program nagrywania rozmów telefonicznych bez
zgody sądu jako praktyki naruszającej prawo. Administracja Busha odpowiedziała na to śledztwem w sprawie wejścia w posiadanie tych informacji. Nieco później „The Washington Post” ujawnił informacje o przewożeniu osób podejrzanych o terroryzm za granicę w celu przesłuchiwania ich przy użyciu technik niedopuszczalnych w prawie amerykańskim. Także w tym przypadku władze uznały, że doszło do naruszenia
przepisów o bezpieczeństwie. Rozmaite organizacje medialne wystąpiły
przeciwko rządowi na drogę sądową, w celu uchylenia decyzji o utajnianiu takich informacji, jak nazwiska osób przetrzymywanych w Guantanamo czy zdjęć przedstawiających nadużycia w więzieniu Abu Ghraib oraz
w sprawie utajnionych postępowań deportacyjnych, prowadzonych przeciwko niektórym obcokrajowcom mieszkającym w USA. Choć wszystkie
te artykuły i sprawy sądowe są kontrowersyjne, jest jasne, że słabym i małym medium zabrakłoby środków i politycznej siły w konfrontacji z potężnymi instytucjami władzy.
Z pewnością zaangażowanie się mediów w dziennikarstwo śledcze,
wszechstronne omawianie informacji ze świata oraz przyglądanie się
z bliska poczynaniom władz dobrze służy demokracji. Nie da się jednak
wyraźnie wykazać, że wszystkie te przedsięwzięcia prowadzą bezpośrednio do zwiększenia liczby czytelników czy reklam oraz – w odpowiedzi
na pytania doradców finansowych – że nie zmniejszy się liczba kupujących i reklamodawców, gdy obetnie się koszty takich działań.
W istocie, duże amerykańskie gazet stają już przed trudnymi wyborami finansowymi i zawężają zakres swej działalności. Jedna z najszacowniejszych amerykańskich gazet „The Boston Globe” zamknęła wszystkie
redakcje zagraniczne. Zaledwie garstka organizacji medialnych utrzymuje biura w Iraku, choć pozostaje on dominującym tematem amerykańskiej prasy. Tradycyjnie reporterzy z największych stacji telewizyjnych
i redakcji gazet podróżowali z prezydentem w jego wyprawach poza Waszyngton. Obecnie tylko trzy gazety regularnie wysyłają swych przedstawicieli z prezydentem, a w przypadku stacji telewizyjnych jest to rzadko-
magazyn1-2010.indd 225
10-07-23 18:48:15
226
Ius et Lex nr 1/2010
ścią15. Redukcje zatrudnienia stały się tak poważne, że redaktor naczelny „The Los Angeles Timesa”, jednego z pięciu największych dzienników w kraju, zrezygnował w 2007 roku z pełnienia funkcji, by nie przeprowadzać dalszych zwolnień pracowników.
Klasyczny liberał w stylu Johna Locke’a nie dostrzegłby w tym trendzie
powodów do niepokoju. Klasyczny liberał wierzy w wolny rynek i zakłada, że korporacje medialne ograniczające działalność lub upadające po
prostu nie spełniają oczekiwań klientów. Wedle liberalnego poglądu, jeśli rozwijają się nowe media, to niechybnie świadczy to o ich większych
zdolnościach realizowania potrzeb i interesów opinii publicznej. A jeśli
ktoś wierzy w racjonalność jednostek, nie ma powodu, by podważać wybory, jakich dokonują. W liberalnym paradygmacie demokracja funkcjonuje, ponieważ większość mądrze wybiera, czy to w wyborach, czy na
rynku idei, czy wreszcie pośród konkurujących mediów.
Pogląd ten, choć przyjemny dla osób wierzących w osobistą wolność
i przeciwnych zaangażowaniu państwa w mediach nie potrafi wyjaśnić,
w jaki sposób osłabienie silnych i dużych dostarczycieli wiadomości szkodzi demokracji. Na przestrzeni ostatnich dziewięćdziesięciu lat głównym
trendem w dziedzinie władzy było wzmacnianie i centralizacja rządu federalnego oraz względne osłabienie władz lokalnych i ekspansja rządu
krajowego w sferze prywatnej obywateli. Wielki Kryzys lat dwudziestych
i trzydziestych doprowadził do podjęcia federalnych programów pomocy
dla ubogich, bezrobotnych i osób starszych. Sprawił także, że rząd głębiej zaangażował się w gospodarkę. Po II wojnie światowej, w obliczu zagrożenia nuklearnego, rząd federalny rozbudował armię na wielką skalę. Po atakach z 11 września administracji udało się przekonać do zwiększenia zakresu władzy w walce z terroryzmem. Podobna, prowadząca do
wzmocnienia transformacja dokonała się w odniesieniu do podmiotów
gospodarczych. Wraz ze wzrostem znaczenia wielonarodowych korporacji doszło do likwidacji konkurencji w wielu kluczowych dziedzinach
i fuzji wielu firm.
Silne organizacje medialne wyposażone w środki do angażowania się
w dziennikarstwo śledcze, zatrudniania ekspertów oraz stałego i pełnego
przekazu informacji na temat działań władz i wielkiego biznesu są niezbędne, jeśli prasa ma służyć – jak przewiduje model liberalnej demokracji – kontroli innych instytucji społecznych. Trudno stwierdzić, czy
klasyczny wolny rynek prasy, zajmujący zasadnicze miejsce w poglądach
osiemnastowiecznych twórców Pierwszej Poprawki, nie funkcjonuje już
z powodu wielkiej skali nowoczesnego społeczeństwa lub czy od począt15 S. Stolberg, An Ebbing of Coverage with ’08 on the Horizon, “The New York Times”, 11.07. 2007.
magazyn1-2010.indd 226
10-07-23 18:48:15
D. McCraw Rynki mediów i wartości...
227
ku idea ta obciążona była błędem. Jasne jest natomiast, że jeśli duże organizacje medialne będą stawały się coraz słabsze w nowoczesnej demokracji, rozwijające się media internetowe nie będą przygotowane do realizacji zadania ochrony interesu publicznego.
Choć wiele stron internetowych poszerza debatę polityczną oraz wzbogaca opinie i komentarze w publicznej debacie, żadnemu medium internetowemu nie udało się rzucić wyzwania w sferze zdolności do zdobywania informacji takim podmiotom jak „The Washington Post”, „The
New York Times”, „The Wall Street Journal”, The Associated Press (nie
uwzględniając oczywiście ich własnych stron internetowych). Wiele wpływowych portali politycznych opiera się wyłącznie na informacjach gromadzonych i przekazywanych przez media głównego nurtu, zaś ich istnienie zależy całkowicie od systematycznego dopływu wiadomości. Również dwa najpotężniejsze portale internetowe, Google i Yahoo, wraz ze
swymi serwisami informacyjnymi pasożytują na głównych mediach. Ich
strony informacyjne stanowią w gruncie rzeczy kompilacje wiadomości
prasowych i telewizyjnych. Kompilacje takie są z pewnością użyteczne
dla opinii publicznej, lecz nie mogą zastąpić poważnego, oryginalnego
dziennikarstwa. Paradoksem jest, że choć media głównego nurtu ograniczają zakres swej aktywności w związku z konkurencją ze strony portali
internetowych, same portale mają w efekcie mniej źródeł dla swych komentarzy i kompilacji. Wraz z postępami tego procesu rysuje się przed
nami przyszłość, w której coraz więcej będzie się mówiło o coraz uboższej treści.
V. WARTOŚĆ DOBREGO DZIENNIKARSTWA
W
czasach, gdy zagrożenie dla władzy amerykańskich mediów płynęło ze strony władzy i sprowadzało się do prób powstrzymywania publikacji pewnych informacji lub wyciszania niektórych poglądów,
jasne było, że prasa powinna powierzyć swój los w ręce niezależnych sądów, oczekując od nich urzeczywistnienia konstytucyjnych gwarancji
swobody wypowiedzi. Przy obecnych zagrożeniach, nie pochodzących
ze strony władz, lecz sił rynku, trudno wyobrazić sobie podobną ścieżkę
odwołania. Gdy ważne gałęzie amerykańskiego przemysłu – np. kolejowego czy budowlanego – zagrożone były upadłością, władze wkroczyły
z subwencjami i zabezpieczeniami finansowymi. W przypadku prasy nie
jest to ani możliwe, ani pożądane.
Testuje się rozmaite strategie zachowania dużych organizacji medialnych. Zdaniem wielu, właściciele ważnych sieci informacyjnych powin-
magazyn1-2010.indd 227
10-07-23 18:48:15
228
Ius et Lex nr 1/2010
ni wziąć swe firmy we własne ręce i wycofać akcje z obrotu na rynku publicznym. Zwolennicy tego modelu są przekonani, że media tego rodzaju mogą przynosić zyski, lecz niekoniecznie generować zyski krótkoterminowe, na jakim zależy niecierpliwym inwestorom. Zwracają się oni do
prywatnych właścicieli, którym bliskie są wartości poważnego dziennikarstwa a nie tylko maksymalizacja zysku, by okazali się wybawcami wielkich tytułów gazetowych. Padały też głosy, by najważniejsze amerykańskie gazety stały się własnością fundacji, nie prowadzących działalności
dochodowej. Porównywano w nich gazety do uniwersytetów, zdobywających uznanie dzięki swobodnemu poszukiwaniu prawdy w izolacji od sił
rynku i chwilowych emocji.
Interesująca wariacja na ten temat pojawiła się w związku ze sprzedażą Dow Jones i „Wall Street Journal” grupie News Corporation, której media zaspokajają niewybredne apetyty na sensacje i wiadomości
o gwiazdach oraz wspierają ambicje polityczne Ruperta Murdocha. Rodzina właścicieli Dow Jones naciskała, by w umowie sprzedaży zawarto
zapis o powołaniu niezależnej rady nadzorującej działania gazety w sferze informacyjnej16.
Duże gazety amerykańskie aktywnie rozwijają internetowe wydania,
by wziąć udział w internetowym boomie. Strategia ta polega zwykle na
łączeniu treści o wysokiej jakości – tradycyjnie mocnej strony mediów
głównego nurtu – z możliwościami informacyjnymi, jakie zapewnia wyłącznie Internet. Portale najlepszych amerykańskich gazet opatrują artykuły nagraniami video, łączami do dokumentów, o których mowa w tekście, interaktywnymi mapami oraz możliwością zamieszczenia komentarza. Wysiłki takie rzeczywiście podnoszą jakość i ilość informacji dostępnych dla opinii publicznej.
Nie wydaje się jednak, by przeniesienie się do sieci stanowiło panaceum, przynajmniej w krótkim okresie. Problemy finansowe wielkich
gazet wynikają z braku reklam, a nie z braku czytelników. Jeden z analityków szacował niedawno, że wpływy dużych gazet z reklam internetowych stanowią jedynie 10 procent wpływów. Choć tworzenie portali informacyjnych wysokiej jakości z pewnością przyciągnie czytelników, nie
ma gwarancji, że tak samo będzie z reklamodawcami, zapewniającymi
środki na działalność obejmującą gromadzenie informacji. W szczególności gazety odczuły utratę małych indywidualnych ogłoszeń o sprzedaży domów, mieszkań czy samochodów. Było to dla gazet przedsięwzięcie lukratywne, nadto atrakcyjne dla czytelników. Obecnie tego rodzaju
16 S. Foley, Wall Street Journal Staff Support Editorial Agreement with Murdoch, “The (London) Independent”, 4.07. 2007.
magazyn1-2010.indd 228
10-07-23 18:48:15
D. McCraw Rynki mediów i wartości...
229
ogłoszenia ukazują się przede wszystkim w sieci, i to całkiem za darmo.
Równocześnie gazety amerykańskie muszą przekonać opinię publiczną, że dziennikarstwo wysokiej jakości jest wartościowe ze społecznego
punktu widzenia, a tym samym zasługuje na wsparcie. W ciągu ostatnich
pięciu lat „New York Times” zrobił wiele, by przekonać opinię publiczną o niezależności, bezstronności i wiarygodności gazety. Miało to miejsce już po tym, jak okazało się, że reporter „Timesa”, Jayson Blair fabrykował wiadomości i stanowiło część większego wysiłku budowania zaufania czytelników jako warunku przetrwania ekonomicznego.
Godne odnotowania jest zatrudnienie przez „Timesa” tzw. redaktora
publicznego (public editor), którego jedynym zadaniem jest przyjmowanie skarg od czytelników i omawianie ich na łamach gazety. Redaktor
taki ma dwuletnią kadencję, z której wydawca nie może go odwołać. “Times” opublikował też 50-stronicowy kodeks etyki dla swych dziennikarzy
i wydał formalne zarządzenia na temat korzystania z poufnych źródeł.
Wynika z nich konieczność informowania czytelników, dlaczego źródła
pragną zachować anonimowość. Mają one także zniechęcać dziennikarzy do rutynowego opierania się na takich informacjach. Wraz z kłopotami etycznymi w „Timesie”, gazeta wyznaczyła dziennikarzy, mających
wyjaśnić, jak doszło do zaniedbań.
Jeden z problemów etycznych wiąże się z samym Internetem. „New
York Times” w ramach swego kodeksu etycznego zakazał członkom redakcji podsycania wątpliwości na temat wiarygodności i bezstronności
gazety w osobistych blogach, nawet jeśli blogi te nie pojawiają się na portalach pisma. Zakazano też omawiania wewnętrznych procesów decyzyjnych i odnoszenia się do drażliwych zagadnień publicznych (takich jak
aborcja czy kara śmierci), wskazując, by osobiste blogi były „umiarkowane w tonie, gustowne, przyzwoite i szanujące godność i prywatność innych”. Taka polityka spotkała się z żarliwą krytyką dziennikarskich związków zawodowych.
W efekcie bowiem gazeta ogranicza indywidualną swobodę dziennikarza, by wzmocnić siłę “instytucjonalnego głosu” pisma. W istocie gazeta rozstrzygnęła, że instytucjonalny udział „New York Timesa” w rynku idei ma wyższą wartość niż uczestnictwo pojedynczych dziennikarzy
w wolnym rynku. Choć łatwo zapewne krytykować poszczególne aspekty takich rozwiązań i zastanawiać się nad ich skutecznością, wydaje się,
że gazeta dokonała właściwego wyboru wartości, podejmując działania
w celu zachowania swej wiarygodności jako instytucji wielkiej współczesnej demokracji, nawet za cenę swobody wypowiedzi pracowników.
magazyn1-2010.indd 229
10-07-23 18:48:15
230
Ius et Lex nr 1/2010
VI. WNIOSKI
K
lasyczny liberalizm utrzymywał, że społeczeństwo zapewni wolności słowa przetrwanie i stworzy prasę zdolną do kontrolowania
władzy rządu przez proste umożliwienie jej funkcjonowania w ramach
mechanizmów rynkowych. Choć idei tej masowa demokracja współczesna nie odrzuca, jasne jest, że nowoczesny rynek nie jest w stanie finansować wielkich organizacji informacyjnych, niezbędnych jako skuteczny
strażnik, patrzący na ręce władzom i biznesowi. Ujmując rzecz prosto,
zachowanie silnych, zinstytucjonalizowanych tytułów jest ważnym składnikiem wolności prasy i demokracji. Nie da się tego zrealizować poprzez
działania władz, nie ryzykując zarazem erozji samej wolności prasy. Nie
ma więc prostych rozwiązań, porównywalnych z rozwiązywaniem przez
rząd problemów przemysłu stalowego, gospodarstw rodzinnych czy innych sektorów gospodarki. Zarazem, zgodnie z postulatami demokracji,
instytucje informacyjne same muszą być przedmiotem kontroli i równoważenia, by działały w sposób etyczny oraz w interesie publicznym. Cel
jest oczywisty i jest nim stworzenie i utrzymanie silnych mediów informacyjnych, których władza podlega odpowiednim ograniczeniom. Jednak
droga do zrealizowania tego celu jest długa i warto jej szukać.
magazyn1-2010.indd 230
10-07-23 18:48:15
Neal Ascherson
ROLA MEDIÓW WE WSPÓŁCZESNYCH
DEMOKRACJACH. CZWARTA WŁADZA
BEZ OGRANICZEŃ?
SPIS TREŚCI
I. Czy media pełnią funkcję konstytucyjną lub społeczną? .................234
II. Czy obrona osobistej niezależności ma pierwszeństwo przed
poszukiwaniem prawdy przez media? ................................................236
III. Elity i kontrelity ..........................................................................238
IV. Swoboda informacji ....................................................................239
Tłumaczenie Maciej Dybowski
magazyn1-2010.indd 231
10-07-23 18:48:16
NEAL ASCHERSON
Szkocki dziennikarz, absolwent prestiżowej szkoły Eton
i King’s College (Cambridge). Jego uniwersytecki wykładowca, znany historyk Eric Hobsbawn, określił go mianem
„prawdopodobnie najbardziej błyskotliwego studenta”, jakiego miał. Mimo perspektyw pełnej sukcesów kariery akademickiej, Ascherson po studiach zajął się dziennikarstwem, zyskując uznanie artykułami publikowanymi początkowo na łamach „Manchester Guardian” i „The Scotsman”, a następnie
„The Observer” i „Independent on Sunday”. Zasłynął także
jako autor wielu książek, m.in. The King Incorporated, The Polish August: the Self-Limiting Revolution, The Book of Lech Wałęsa, The Struggles For Poland, The Black Sea, Stone Voices: the Search for Scotland. Dał się w nich poznać także jako znakomity
znawca problematyki polskiej. Obecnie mieszka w Londynie.
magazyn1-2010.indd 232
10-07-23 18:48:16
WPROWADZENIE
W
swym artykule znany dziennikarz zastanawia się nad możliwością
wytyczenia granicy między swobodą wypowiedzi a odpowiedzialnością obywatelską, a także stawia pytanie, czy wyznaczenie takiej granicy jest
w ogóle możliwe. Zdecydowanie sprzeciwia się ustawowej regulacji i profesjonalizacji zawodu dziennikarza. Wskazuje także, iż wolność mediów napotyka na bezpośrednie zagrożenie, gdy rozpowszechniają się sprawy karne z zakresu prawa prasowego. Pisząc o brytyjskiej ustawie o swobodzie informacji
(Freedom of Information Act) z 2000 roku, autor zastanawia się, w jaki sposób zwiększyła ona zakres wolności dziennikarzy. Analizuje także problem dostępu dziennikarzy do informacji niejawnych.
P
rzedmiotem naszego zainteresowania jest możliwość wytyczenia
granicy między swobodą wypowiedzi a odpowiedzialnością obywatelską, a także pytanie, czy wyznaczenie takiej granicy jest w ogóle możliwe. Ten dylemat jest w Polsce znany od dawna. Po raz pierwszy przyjechałem do Polski przed pięćdziesięciu laty, by następnego dnia udać
się do redakcji „Życia Warszawy”, gdzie rozmawiałem z młodą dziennikarką. Zadałem wówczas pytanie o ciekawe wydarzenia, jakie miały miejsce tego dnia. W odpowiedzi usłyszałem historię o bezdomnej rodzinie,
oczekującej na przydział mieszkania i pikietującej w związku z tym na
ulicy, w okolicach Barbakanu. Zaczęli gromadzić się gapie, pojawiła się
milicja. Koczująca rodzina odmówiła opuszczenia miejsca, stawiając warunek, by obiecano im mieszkanie. Ostatecznie warunek ten spełniono.
Historię tę uznałem wówczas za sensacyjną, zwłaszcza, że miała miejsce w państwie komunistycznym. Wyraziłem przypuszczenie, że następnego dnia pojawi się ona na pierwszej stronie „Życia Warszawy”. Dziennikarka wyprowadziła mnie jednak z błędu, twierdząc, że nie powinno
się o tym pisać. Lista oczekujących na mieszkania była ogromna, a pu-
magazyn1-2010.indd 233
10-07-23 18:48:16
234
Ius et Lex nr 1/2010
blikacja tej informacji mogłaby zdaniem mojej rozmówczyni skłonić setki rodzin do naśladowania przykładu zdesperowanej rodziny. Nie mieliby jednak szans na powodzenie, gdyż mieszkania po prostu nie istniały… Zatem opublikowanie tej historii, połączone ze wzbudzaniem fałszywych nadziei i być może prowadzące do zakłóceń porządku publicznego i zamieszek byłoby nieodpowiedzialne…
Wyraziłem sprzeciw. Moja profesja nakazywała mi jako akt odpowiedzialności wydrukowanie prawdziwej historii bez względu na konsekwencje. Moją koleżankę wychowano jednak w przekonaniu, że prasa, przynajmniej w państwie socjalistycznym, miała oprócz praw także obowiązki, polegające na wykonywaniu pozytywnej funkcji w budowaniu społeczeństwa. Nie wystarczało uznać, że informacja jest informacją.
I. CZY MEDIA PEŁNIĄ FUNKCJĘ
KONSTYTUCYJNĄ LUB SPOŁECZNĄ?
T
akże w dzisiejszych czasach, długo po upadku tego rodzaju
„socjalizmu”, przekonanie o pozytywnych obowiązkach mediów
w demokracji pozostaje rozpowszechnione. Na czym polega ta funkcja? Gdyby niemieckiemu dziennikarzowi zadać pytanie o sens jego zajęcia, zwykle odpowie, używając określenia Meinungsbilding – formowanie opinii. W zamian za realizowanie owej funkcji, dziennikarze korzystają z konstytucyjnego prawa (nie zawsze doprecyzowanego w szczegółach) do dochodzenia prawdy, krytyki oraz dostępu do oficjalnych informacji. Mogą brać udział w oficjalnych konferencjach prasowych, niedostępnych dla reszty społeczeństwa, wchodzić do sądów, przekraczać kordony policyjne, by dotrzeć do miejsca przestępstwa czy katastrofy. Innymi słowy, dziennikarze korzystają ze specjalnych praw i przywilejów w zamian za spełnianie obowiązków.
Wpisywanie dziennikarzy w strukturę praw i obowiązków oznacza jednak, że owe prawa i obowiązki wymagają zdefiniowania. Z kolei dostęp
do tych praw i przywilejów podlegać musi kontroli. Ci, którzy zasługują
na miano dziennikarza muszą zostać oddzieleni od ogółu, zaś „niegodnym” odmówić trzeba możliwości korzystania z owych uprawnień.
Prowadzi to do „profesjonalizacji”, a więc do definiowania dziennikarstwa jako profesji, a nie jako zajęcia czy usługi. Zorganizowana profesja kontroluje członkostwo na podstawie jakiegoś rodzaju spisanego kodeksu, podobnie jak czynią to typowe dla klasy średniej profesje, takie
jak lekarze czy prawnicy. Profesjonalne zrzeszenie obejmuje wówczas nie
magazyn1-2010.indd 234
10-07-23 18:48:16
N. Ascherson Rola mediów we współczesnych...
235
tylko dziennikarzy czy fotoreporterów, lecz także redaktorów, wydawców
i właścicieli.
Absolutnie sprzeciwiam się takim „zarejestrowanym stowarzyszeniom”
w przypadku mediów. W sposób nieunikniony muszą one prędzej czy
później stać się monolitycznymi, rządowymi instytucjami, posługującymi
się kodeksem w celu ustalenia, komu wolno, a komu nie wolno praktykować dziennikarstwa. Raczej prędzej niż później osoby sprawiające kłopoty i zagrażające przywilejom „szacownych” członków zrzeszenia zostaną z tego grona usunięte. Wówczas władze uznają ich pracę pozbawioną „akredytacji” (oficjalnej legitymacji prasowej wydanej przez stowarzyszenie) za działanie nieuprawnione, a być może nielegalne. W tym momencie wolność mediów staje się służalstwem.
Model brytyjski, choć zdaje się on zanikać, jest odmienny i mniej podatny na zagrożenia. Bardzo nieliczni brytyjscy dziennikarze przypisują sobie pozytywne obowiązki lub społeczne role, domagające się spełnienia. Większość z nich uważa media za przedsięwzięcia zasadniczo komercyjne, których głównym zadaniem jest rozrywka; informacja zaś jest
swego rodzaju produktem ubocznym. Jak powiedział onegdaj publicysta Simon Jenkins, „brytyjskie media nie są od odpowiedzialności, lecz
od opowiadania historyjek”. Mówiąc oględnie, brytyjscy dziennikarze są
raczej pragmatykami niż idealistami.
W Wielkiej Brytanii wyróżnić można trzy sposoby postrzegania dziennikarzy:
1. Przez opinię publiczną
Wizerunek ten jest niezmiernie negatywny, choć nieco lepszy niż
przypisywany politykom. Zgodnie z najbardziej rozpowszechnionym
tradycyjnym poglądem opinii publicznej, dziennikarze to pozbawione
serca sępy, które za pieniądze rozpowszechniają kłamstwa. Gdy wiele
lat temu przeniosłem się do Niemiec, doświadczyłem potężnego szoku kulturowego. W Wielkiej Brytanii zamykano mi drzwi przed nosem,
chyba że wcześniej udało mi się wcisnąć w nie stopę. Przywykłem też
do określenia „nędzna kanalia”, którym zapraszano mnie do wejścia.
Tymczasem u niemieckich drzwi oświadczenie, że jestem dziennikarzem prowadziło do okrzyków w rodzaju: „Ach, Herr Doktor, kommen
Sie rein!”, po czym następowała kawa i ciastka.
2. Przez władze centralne i lokalne oraz sektor prywatny
Dobre kontakty z mediami uważa się dziś za nieodzowne. Jednocześnie powszechnie przyjmuje się, że media są często niewiarygodne
czy niesprawiedliwe, a zawsze nieprzewidywalne. Poza rzadkimi wyjąt-
magazyn1-2010.indd 235
10-07-23 18:48:16
236
Ius et Lex nr 1/2010
kami, nie ma mowy o jakimkolwiek „partnerstwie”. Zamiast niego relacja z mediami kształtuje się z dnia na dzień jako stale zmieniające
się następstwo transakcji – na przykład, dobre traktowanie w jakiejś
sprawie w zamian za rewelacje lub ciekawe informacje w innej. Do
wyjątków należy „Lobby” – mała grupa politycznych korespondentów
i insiderów, zapraszanych codziennie na konferencję prasową o 10 na
Downing Street. Dowiadują się tam o wewnętrznych działaniach rządu, często w języku dalekim od dyskrecji. Następnie jednak otrzymują
instrukcję, o tym które z historyjek nadają się do publikacji oraz jaki
punkt widzenia czy też spin jest pożądany przez rzecznika prasowego
rządu. Sprawozdania takie nigdy nie są jednak przypisywane premierowi, a pisze się je tak, jakby pochodziły od własnych źródeł sprawozdawcy. Lobby usuwa spośród swego grona członków, którzy naruszają te reguły. W tym przypadku mamy więc do czynienia z oswojonym
dziennikarstwem na uwięzi.
3. Przez samych siebie
Większość brytyjskich dziennikarzy uważa siebie raczej za przedstawicieli przemysłu lub usług, niż za reprezentantów „profesji”. Ich głównym przedstawicielstwem są związki zawodowe, regularnie zachęcające
ich do akcji protestacyjnych. National Union of Journalists nie przyjmuje w swe szeregi wydawców czy właścicieli mediów i silnie przeciwstawia się zaproszeniom do instytucjonalnego partnerstwa z zarządami.
Wedle przyjmowanej przez ten związek zawodowy interpretacji, toczy
się walka „nas” przeciwko „nim”, tj. bezwzględnym pracodawcom, zaniżającym standardy oraz tnącym koszty pracy i dziennikarzy, pracujących w zamian za niskie wynagrodzenie i nikłe bezpieczeństwo pracy. Taki staroświecki syndykalizm okazał się skuteczną barierą, zabezpieczającą przed „integracją” brytyjskiego dziennikarstwa ze strukturami władzy oraz dobrą podstawą do obrony niezależności mediów.
II. CZY OBRONA OSOBISTEJ NIEZALEŻNOŚCI
MA PIERWSZEŃSTWO PRZED
POSZUKIWANIEM PRAWDY PRZEZ MEDIA?
W
iększość zgodziłaby się zapewne co do konieczności zrównoważenia prawdy, jakiej w interesie publicznym poszukuje dziennikarstwo śledcze oraz konieczności ochrony prywatności i ludzkiej godności. Poszukiwanie takiej równowagi jest szczególnie potrzebne w tych
magazyn1-2010.indd 236
10-07-23 18:48:16
N. Ascherson Rola mediów we współczesnych...
237
państwach, gdzie indywidualna autonomia ma charakter konstytucyjnie chronionego dobra. Na przykład, w niemieckiej Ustawie Zasadniczej stwierdza się, że ludzka godność jest nienaruszalna (die Menschenwürde ist unantastbar).
W praktyce nie da się jednak pogodzić celów, jakimi są wolne dziennikarstwo śledcze i zagwarantowana prawem ludzka godność. Każda informacja medialna, ukazująca lub uprawdopodobniająca niecne działania jednostki w oczywisty sposób narusza jej dobre imię i ludzką godność. Równowaga wiąże się więc z osądem, czy dana publikacja szkodzi,
czy służy interesowi publicznemu. Czym jednak jest interes publiczny?
W Wielkiej Brytanii poczytne gazety – niepozostające bez wpływu na
polityków – bezwstydnie utrzymują, że interesem publicznym jest to, co
interesuje opinię publiczną! Trzeba jednak dodać, że żaden poważny
prawnik, wydawca czy krytyk mediów ani przez moment w to nie wierzy.
Ostatecznie, medialne ataki na jednostkową godność i niezależność
odpierane są przy pomocy pozwów w sądach cywilnych, poprzez zarzut
zniesławienia „ofiary”. W państwach, gdzie nienaruszalność ludzkiej
godności ma rangę konstytucyjną, sprawy takie mogą nawet kończyć się
przed najwyższymi instancjami sądowymi lub konstytucyjnymi. Wtedy
jednak popadają zwykle w kolizję z innymi klauzulami konstytucyjnymi,
gwarantującymi swobodę wypowiedzi czy wolność prasy. Tak więc nie da
się uniknąć zindywidualizowanego i kazuistycznego podejścia do problematyki interesu publicznego.
W ostatnich latach w niektórych państwach równowaga ta zaczęła
się jednak przechylać na korzyść mediów. W Stanach Zjednoczonych,
gdzie prawie niemożliwe jest wygranie sprawy o zniesławienie z powództwa przeciw gazecie, powód nie może spodziewać się sukcesu wyłącznie
dlatego, że wykaże nieprawdziwość informacji na swój temat. Nieprawda musi być zawiniona lub zamierzona, czego prawie nie da się wykazać
ponad wszelką wątpliwość.
Podobne zjawisko ma miejsce w angielskich sądach, swego czasu znanych z zasądzania gigantycznych i nierealistycznych odszkodowań na
rzecz gwiazd, zarzucającym gazetom zniesławienie. Dziś „zamiar służenia interesowi publicznemu” może uzasadniać publikację błędnej i szkodliwej opowieści, podobnie jak dowód, iż dziennikarz dołożył starań, by
opisać prawdę, nawet gdy ostateczny wynik jest od niej daleki. Dowód,
że autor informacji wiedział o jej fałszywości przesądziłby sprawę na korzyść powoda, jednak trudno dowieść „złej intencji”.
Tyle o sprawach cywilnych, wnoszonych przez jednostki i ich grupy.
Wolność mediów napotyka natomiast na bezpośrednie zagrożenie, gdy
rozpowszechniają się sprawy karne z zakresu prawa prasowego. W spra-
magazyn1-2010.indd 237
10-07-23 18:48:16
238
Ius et Lex nr 1/2010
wach tego rodzaju oskarżyciel inicjuje proces przeciwko mediom na tej
podstawie, że jeden z organów państwa lub działająca w jego imieniu
jednostka została zniesławiona. Oskarżenie prowadzi do kary w postaci grzywny lub pozbawienia wolności. Na szczęście znane z czasów kolonialnego imperium brytyjskiego sprawy karne przeciwko „wywrotowej”
prasie lokalnej wyszły już dziś z mody.
III. ELITY I KONTRELITY
N
iemal wszystkie trwałe konflikty między rządem a krytycznymi wobec niego mediami prowadzą do sytuacji, w której władza i jej
propagandziści rozpowszechniają nieżyczliwe stereotypy na temat przeciwników w redakcjach gazet i stacji telewizyjnych. Stereotypy takie cechuje od ponad wieku niesłabnąca żywotność. Niemal zawsze przedstawiają one krytycznych dziennikarzy i wydawców jako „elitę” – klikę uprzywilejowanych, zabawiającą się w zamkniętym gronie. Członkowie tej rzekomej elity są przedstawiani jako całkowicie pozbawieni kontaktu ze światem „rzeczywistym”, z masami zwykłych ludzi, ufających swym przywódcom. Medialną elitę oskarża się o brak związku ze „zdrową” opinią publiczną – ową wyobrażoną jednością, którą naziści zwykli byli określać
mianem das gesundes Volksempfinden.
Oskarżenia względem „elit” są częścią szerszego planu przemianowania medialnych krytyków reżimu na „innych”. Prawie nieodmiennie plan
ten odnosi się do wyjaśnień etnicznych lub spiskowych, dowodzących,
dlaczego owa elita jest „obca” względem narodu, a tym samym pozbawiona kontaktu z ludem. We Francji początku dwudziestego wieku radykalnych dziennikarzy prawica denuncjowała jako Masonów i Żydów.
W wiktoriańskiej Anglii politycy atakowani w gazetach podejrzewali, często słusznie, że ich krytycy byli pochodzenia irlandzkiego. Polacy dobrze
pamiętają, jak PRL-owski reżim radził sobie z krytyką wewnętrzną i zagraniczną, prezentując ją jako tajne działania CIA, syjonistów lub wywiadu zachodnioniemieckiego.
We współczesnej Polsce, w dobie intensywnego upolitycznienia mediów, przypisujących każde wydarzenie publiczne intrygom politycznych rywali, także ze strony rządowej widać proces wciskania mediów
w stereotypy. Wpasowuje się to, jak sądzę, w ogólną retorykę, wedle której polska większość przytłoczona jest przez dobrze opłacane, hałaśliwe
mniejszości. Tu także kontratak ze strony „prawicowych” dziennikarzy
i prorządowych publicystów często odwołuje się do „obcych” insynuacji,
w tym pochodzenia żydowskiego lub związków z wywiadem rosyjskim.
magazyn1-2010.indd 238
10-07-23 18:48:16
N. Ascherson Rola mediów we współczesnych...
239
Te napięcia wydają się pojawiać ilekroć rząd próbuje zastąpić jedną
elitę medialną inną elitą, złożoną z jego sprzymierzeńców. Coś takiego
działo się w Polsce, gdzie walka polityczna doprowadziła do nieprzyjemnych nadużyć i politycznej dyskryminacji. Jednak nic w Polsce nie może
równać się z sankcjami stosowanymi wobec opozycyjnych dziennikarzy
w Rosji, gdzie niedobitki powstałych po 1991 roku niezależnych mediów
ograniczane są przy użyciu środków obejmujących nielegalną przemoc
i nie wykluczających zabójstw.
IV. SWOBODA INFORMACJI
B
rytyjska ustawa o swobodzie informacji (Freedom of Information Act)
z 2000 roku zaczęła oddziaływać na zmianę atmosfery konstytucyjnej w państwie. Zjednoczone Królestwo – jak wiadomo – nie posiada spisanej konstytucji, lecz opiera się na archaicznej, XVII-wiecznej doktrynie
„parlamentarnego absolutyzmu”. Doktryna ta, sięgająca swymi początkami do roku 1688, kiedy to angielski parlament przejął absolutną suwerenność Stuartów, wyłącza możliwość istnienia najwyższego prawa, względem którego „absolutny” czy „suwerenny” parlament miałby ustępować.
Dlatego też brak konstytucyjnych gwarancji praw jednostkowych, nie
wspominając już o wolności prasy. Ten niezwykle autorytarny system nie
doprowadził do dyktatury wyłącznie dzięki tradycjom tolerancji i zdrowemu rozsądkowi dawnych klas rządzących, wspartym silną tradycją równości, odziedziczoną przez Anglików i inne ludy brytyjskie. Władza w tym
systemie płynie jednak z góry i do niedawna przyjmowano, że wszelkie
oficjalne informacje powinny być z definicji tajne, o ile ktoś, kto ma władzę nie postanowi ich upublicznić.
Ustawa z 2000 roku odwróciła tę logikę. Zakłada ona, że wszelkie oficjalne informacje powinny mieć charakter publiczny, chyba że władze
wykażą szkodliwość ich ujawnienia. Ustawa przekształciła kulturę sprawowania władzy w Wielkiej Brytanii. Doprowadziła także do dramatycznego wzmocnienia dziennikarzy. Sądy powołane do rozpatrywania spraw
powstających na gruncie omawianej regulacji orzekały na korzyść dziennikarzy i przedstawicieli opinii publicznej, a przeciwko władzom centralnym i lokalnym. Warto też wspomnieć, że dawna „reguła trzydziestu lat”,
opóźniająca ujawnienie dokumentów rządowych bywa coraz częściej naruszana i to z inicjatywy rządu, bez żadnej presji ze strony ustawy o swobodzie informacji.
Pozostaje oczywiście sfera informacji tajnych, kartotek i archiwów policji czy tajnych służb. Archiwa takie są w Wielkiej Brytanii niedostępne,
magazyn1-2010.indd 239
10-07-23 18:48:16
240
Ius et Lex nr 1/2010
choć ustawa doprowadziła do stworzenia pewnego marginesu swobody.
W Polsce kwestia dostępu do archiwów należy do najbardziej zapalnych
problemów.
„Lustracja” nie jest problemem brytyjskim – w języku angielskim nie
ma nawet takiego określenia. Zjednoczone Królestwo miało szczęście nie
doświadczać wrogiej okupacji czy długiej dyktatury w nowszej historii, nie
trzeba więc spekulować na temat tego, kto kolaborował. Nie można jednak twierdzić, iż w Wielkiej Brytanii nie ma nacisków dotyczących szerszego dostępu do takich informacji. Zarówno wywiad (MI6), jak i kontrwywiad (MI5) intensywnie infiltrowały brytyjskie środowiska dziennikarskie. Moja żona padła ofiarą takich działań, gdy obiecano jej, a następnie odmówiono posady w BBC. Dopiero po wielu latach dziennikarskiego dochodzenia okazało się, że wysoki rangą oficer kontrwywiadu rezydował w siedzibie BBC, gdzie wetował podania o pracę osób uważanych
za politycznie niebezpieczne. (Kandydaturę mojej żony odrzucił, ponieważ jako studentka była ona sekretarzem Towarzystwa Szkocko-Chińskiego, które kontrwywiad mylnie utożsamił z Towarzystwem Przyjaźni Brytyjsko-Chińskiej, prowadzonym przez ambasadę chińską).
Choć to nie całkiem ich problem, Brytyjczycy mają własne poglądy na
temat lustracji w postkomunistycznej Europie. Sądzę, że większość poradziłaby rozwiązanie „wszystko albo nic”; albo należy zapewnić pełen
i nieograniczony dostęp do teczek, albo spalić je wszystkie. Zapewne więcej byłoby zwolenników pełnej jawności. Pod wpływem obserwacji rozwiązań niemieckich, czeskich i polskich, brytyjscy komentatorzy zgadzają się, że najgorszym rozwiązaniem jest stopniowe, selektywne ujawnianie teczek pod kontrolą polityków. Ci ostatni uzyskują w ten sposób niezwykle silne narzędzie manipulacji i zastraszania, a do ich ofiar należy
także prawda historyczna.
Osobiście przychylałbym się do tego poglądu, zwłaszcza do ostrzeżenia związanego z historią. Jest na przykład obrazą historii i niegodziwością względem pamięci Ryszarda Kapuścińskiego uznawanie jego osoby
i twórczości za skażoną moralnie dlatego tylko, że prawo do podróżowania kupił za cenę minimalnych kontaktów ze „służbami”. Każdy, kto wie
cokolwiek o PRL nie zakłada, że mógł tych kontaktów uniknąć oraz że
przemieniły go one w aktywnego i chętnego agenta komunistycznego,
lub, że warto było nie zapłacić tej ceny za kontakty Polski ze światem zewnętrznym.
Problem prawdy jest bardziej ogólny. Dziennikarze i szpiedzy pod pewnymi względami są podobni. Jedni i drudzy podlegają pokusie przesady, a nawet zmyślania ze względów zawodowych. Raporty agentów, publikowane po latach składowania w archiwach, często zawierają kłamstwa,
magazyn1-2010.indd 240
10-07-23 18:48:16
N. Ascherson Rola mediów we współczesnych...
241
także na temat rzekomo zwerbowanych informatorów. Polscy publicyści
powinni z lat sześćdziesiątych pamiętać sprawę Tykocińskiego. Szef polskiej Misji Wojskowej w Berlinie Zachodnim uciekł wtedy wraz z teczkami osób prowadzących działalność szpiegowską na rzecz PRL. Niedługo po tym kilku prominentnych dziennikarzy i publicystów z Berlina
Zachodniego zostało aresztowanych przez kontrwywiad pod zarzutem
szpiegostwa. Wkrótce miało się jednak okazać, że raporty SB opisujące
wyszukane lunche, służące rekrutacji tych znanych osób były fikcją, mającą na celu wyciągnięcie twardej waluty z kieszeni szefów. Ta sama ekipa, marząca o nazwiskach z Wolnej Europy w teczkach agentów, próbowała mnie szantażować. Łatwo ich zbyłem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby moja teczka opisywała długie i kosztowne kontakty oficera SB z jego
„informatorem”.
Kolejne podobieństwo polega na tym, że zarówno dziennikarze, jak
i szpiedzy są w swej pracy o wiele mniej skuteczni niż sugeruje to masowa wyobraźnia. Szpiedzy nie podlegają kontroli opinii publicznej,
a w dużej mierze unikają też nadzoru rządowego. Często zdarzały się prognozy i absurdalnie fałszywe raporty, opierające się na materiałach prasowych. Dziennikarze bywają bardziej rzetelni, bo ostatecznie weryfikuje ich rynek. Ich wizerunek jako niestrudzonych poszukiwaczy prawdy
jest jednak mylący. Dziennikarz Patrick Cockburn napisał ostatnio, że
dziennikarze nie są zbyt skuteczni w ujawnianiu tego, co rząd chciałby
ukryć. Bardzo dobrze natomiast udaje się im służyć jako kanały dla informacji, na których ujawnieniu może komuś zależeć. Niektóre wpadki
w mojej dziennikarskiej karierze potwierdzają to spostrzeżenie. Żadna
z nich nie pochodziła z moich własnych dociekań – wszystkie wyszły od
urzędników, którzy postanowili mnie wykorzystać do transmisji tajnych
informacji, mających komuś zaszkodzić.
Wnioski z tego płynące nie są z punktu widzenia niezależności mediów zachęcające. Powinniśmy chyba przyjąć do wiadomości, że relacje
między mediami a państwem konstytucyjnym są nie tyle organiczne czy
symbiotyczne, ile raczej pasożytnicze. To nie komplement. Jednak służymy rozmaitym pasożytom – choćby bakteriom – bez których nasze życie nie byłoby możliwe.
magazyn1-2010.indd 241
10-07-23 18:48:16
magazyn1-2010.indd 242
10-07-23 18:48:16
Dawid Bunikowski
MEDIA NA USŁUGACH POLITYKI
SPIS TREŚCI
1. Media i nowe media .....................................................................245
2. Wolność słowa – istota i ograniczenia.............................................246
3. Hegemon a media ........................................................................255
4. Media na usługach polityki w ujęciu Czesława Znamierowskiego ..259
5. Przykłady ograniczania wolności słowa lub manipulacji
politycznej w mediach ......................................................................262
6. Wnioski .........................................................................................264
magazyn1-2010.indd 243
10-07-23 18:48:16
DAWID BUNIKOWSKI
Doktor nauk prawnych, autor ponad 20 artykułów naukowych i rozdziałów w książkach, współredaktor książki Integracja
w Europie w myśli politycznej i prawnej. Prawo i stosunki międzynarodowe (Toruń 2008). Studiował prawo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu (1999-2004). Odbył dzienne studia
doktoranckie w zakresie nauk prawnych na UMK (2004-2008).
Napisał rozprawę doktorską „Podstawowe kontrowersje dotyczące ingerencji prawa w sferę moralności” (pod opieką
prof. W. Langa). Kierownik własnego projektu badawczego w ramach grantu ministerialnego (2007-2008). Prowadził
kilkakrotnie badania w Wielkiej Brytanii. Uczestniczył w wielu konferencjach za granicą. Utrzymuje kontakty naukowe z
zagranicznymi naukowcami. Teoretyk i praktyk. Wykładowca
w Katedrze Prawa Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu i Wydziale Zamiejscowym Finansów i Zarządzania WSB w Bydgoszczy. Wykłada m.in. systemy polityczne państw europejskich,
logikę prawniczą. Specjalista prawny w projektach unijnych
Fundacji Stabilo i Faber Consulting (Toruń). Działacz uczelnianych organizacji naukowych i samorządowych. Działacz
społeczny: bierze udział w lokalnych inicjatywach obywatelskich, zasiada w zarządzie dwóch fundacji zdrowotnych. Wolontariusz: udziela porad prawnych osobom z zaburzeniami
psychicznymi oraz niepełnosprawnym i członkom ich rodzin.
magazyn1-2010.indd 244
10-07-23 18:48:17
WPROWADZENIE
C
elem opracowania jest wskazanie na problem wykorzystywania mediów,
w tym tzw. nowych mediów, dla celów manipulacyjnych i politycznych.
Autor przedstawia podstawowe wypaczenia w funkcjonowaniu mediów służących celom politycznym (chodzi np. o brak obiektywizmu, kłamstwa, niesłuszne oskarżenia, popełnianie przestępstw znieważenia czy zniesławienia, naruszanie prawa ochrony dóbr osobistych i dobrych obyczajów). Problematyka
powyższa jest również związana z granicami wolności słowa i jej istotą oraz
z filozoficzno-prawno-polityczną refleksją nad rządami oligarchii czy „hegemonów” w formalnym ustroju demokratycznym. Nieformalne wpływy oligarchów
lub „hegemonów” mogą być wzmacniane poprzez usłużne media. Autor podejmuje próbę zarysowania teoretycznych możliwości wpływu polityki na media, wskazując na trzy modele teoretyczne relacji prawo-media. Dla rozwinięcia tezy, że Hegemon w systemie demokratycznym może wykorzystywać organy
ścigania i przepisy kodeksu karnego do walki z mediami i pluralizmem poglądów, autor inspiruje się ustaleniami Czesława Znamierowskiego.
1. MEDIA I NOWE MEDIA
A
nthony Giddens słusznie zauważa, że żyjemy w świecie wymiany
informacji, a środki wymiany informacji przybierają różną for1
mę . Środki masowego przekazu (mass media) obejmują m.in. telewizję, prasę, filmy, radio, reklamę, gry komputerowe czy płyty kompaktowe. Szczególną uwagę Giddens poświęca „nowym technikom telekomunikacyjnym”, które stały się możliwe dzięki: 1) doskonaleniu komputerów, 2) cyfrowej obróbce danych (integracja technik komputerowych
i telekomunikacyjnych), 3) rozwojowi komunikacji satelitarnej i 4) łą1 A. Giddens, Socjologia, Warszawa, Wydawnictwo PWN (2006) s. 475-497.
magazyn1-2010.indd 245
10-07-23 18:48:17
246
Ius et Lex nr 1/2010
czom światłowodowym. Zrewolucjonizowały one wiele sfer życia społecznego (przede wszystkim kontakty międzyludzkie, ale także systemy finansowe)2. Rozwój multimediów polega na połączeniu w jedną całość (np.
komputer, CD-ROM) funkcjonujących dotychczas odrębnie środków
przekazu opartych na różnych rozwiązaniach (czyli np. media dźwiękowe
i wizualne). Konsekwencją tego rozwoju techniki stał się również ogromny wzrost międzynarodowych połączeń telefonicznych oraz nieustanny
rozwój telefonii komórkowej. Globalna sieć połączonych komputerów,
czyli Internet (w tym Internet bezprzewodowy), mimo swej „wirtualności”, stała się rzeczywistością.
2. WOLNOŚĆ SŁOWA – ISTOTA I OGRANICZENIA
W
olność słowa jest nierozerwalnie związana z mediami, mimo
że konkretyzacja i konceptualizacja wolności słowa jako prawa
w sensie jurydycznym może odbywać się na innych płaszczyznach życia
społecznego niż media. Rola mediów jest jednak ogromna w świecie
współczesnym; one są też przedmiotem naszego zainteresowania. Czym
jest wolność słowa i jakie są jej ograniczenia? Rozpatrzmy tę kwestię najpierw z filozoficznego punktu widzenia. Wolność słowa to część wolności człowieka w ogóle. Jestem wolny również wówczas, jeśli mogę wyrażać własne poglądy oraz jeśli mam dostęp do rzetelnych informacji3. Ale
czy mogę mówić wszystko? Czy mogę kogoś obrażać, zniesławiać, znieważać? Z drugiej strony, czy jako dziennikarz mogę postępować niegodnie,
wysługując się władzy poprzez świadome fałszowanie obrazu rzeczywistości i przekazywanie jej opisów niekompatybilnych ze znanymi faktami?
Biorąc pod uwagę standardy prawne, wolność słowa nie jest prawem
absolutnym (tzn. prawem, od którego nie ma wyjątków – prawem absolutnym jest np. wolność od tortur) i niederogowalnym (tzn. takim prawem, którego obowiązywania nie można zawiesić – prawem niederogowalnym jest np. zakaz niewolnictwa).
2 Ibidem, s. 489-497.
3 Podkreślić trzeba, że wolność słowa odnosi się do swobody komunikacji międzyludzkiej, do możliwości wyrażania się o sobie, o innych ludziach i o świecie wobec innych osób (jednostek lub
jakiegoś ogółu ludzi). Swoboda wyrażania własnych myśli lub przekazywania pewnych informacji wydaje się być elementem konstrukcyjnym systemu otwartej komunikacji międzyludzkiej,
w którym ludzie mogą wymieniać swobodnie poglądy, informacje, myśli. Wolność słowa jest nazywana wolnością wypowiedzi. Można bowiem uzewnętrzniać swoje myśli i poglądy na różne
sposoby (np. dzieła sztuki itd.). Postępuje także rozwój techniki i sztuki oraz form komunikowania się. Pojęcia „wolność słowa” (freedom of speech) używa się ze względu na tradycję i nawiązanie do filozofii J. S. Milla.
magazyn1-2010.indd 246
10-07-23 18:48:17
D. Bunikowski Media na usługach polityki
247
Wolność słowa jest szczególnie istotna w myśli liberalnej4. Na zagrożenia związane z manipulacjami dziennikarskimi w mediach zwraca się
uwagę również w myśli katolickiej5. Już John Stuart Mill twierdził, że
„wolność opinii i jej wyrażania jest konieczna dla duchowego szczęścia
ludzkości”6. „Cząstka prawdy” jest lub może być w każdym zdaniu czy
opinii, w związku z czym należy dopuścić szeroki dyskurs społeczny i wymianę poglądów. „Dwie strony kwestii” muszą być wysłuchane. „Prawdziwa moralność publicznej dyskusji” polega właśnie na tym, że „wyłuszcza
się” opinie, w tym opinie przeciwników. W dyskusji nie ma „nieszczerości, złośliwości, bigoterii lub nietolerancji”. Opinie mogą być nieprzychylne komuś (np. politykom czy władzy), jednak należy ich wysłuchać,
oczywiście, pamiętając o zasadzie krzywdy (mogę robić wszystko, o ile
kogoś nie krzywdzę).
Współcześnie wydaje się być rzeczą oczywistą, że media, czyli środki
masowego przekazu są niezbędną instytucją państwa demokratycznego.
Społeczeństwo ma prawo być dobrze poinformowane o wszystkich istotnych zdarzeniach dotyczących funkcjonowania państwa i współżycia społecznego. Dziennikarze mają obowiązek pracować rzetelnie i uczciwie
(zob. art. 6 czy art. 10-12 prawa prasowego7). Odpowiedzialność dziennikarska za słowo nie polega tylko na odpowiedzialności prawnej (karnej lub cywilnej czy też dyscyplinarnej, służbowej). Można mówić także o odpowiedzialności społecznej i moralnej. Podstawową rolą mediów
nie jest gonienie za sensacją, ale informowanie społeczeństwa rzetelnie
i uczciwie o sprawach istotnych dla społeczeństwa (są to różne dziedziny życia społecznego). Informacja podana społeczeństwu żyje swoim życiem. Przekazana wiadomość musi być zgodna z prawdą (pełne dane,
które media posiadają) oraz kompatybilna z czystymi intencjami i brakiem jakiejkolwiek manipulacji. Musi istnieć głębokie, wewnętrzne przekonanie dziennikarzy o prawdziwości przekazywanych faktów do opinii
publicznej za pomocą mass mediów.
Martin Heidegger uważał, że to, „co nie jest odkryte”, jest w gruncie
rzeczy fałszywe8. Nie odkrywamy czegoś, a więc nie jesteśmy prawdziwi.
Podajemy „coś” za „coś innego”, czym to „coś” nie jest. W ujęciu auto4 Sadurski Wojciech. 2003. Liberałów nikt nie kocha. Warszawa: Wydawnictwo Prószyński i s-ka, s.
145.
5 Kawecki Witold. 2003. Dylematy moralne współczesnego człowieka. Warszawa: Oficyna WydawniczoPoligraficzna „Adam”, s. 227-230.
6 Mill John Stuart. 2005. O wolności. w: Utylitaryzm. O wolności. Warszawa: Wydawnictwo PWN, s.
152-154.
7 Ustawa z 26.01.1984 r. – Prawo prasowe (Dz. U. z 1984 r. Nr 5, poz. 24 ze zm.).
8 Heidegger Martin. 1994. Byt i czas. Warszawa: Wydawnictwo PWN, s. 7, 47 i 319-323.
magazyn1-2010.indd 247
10-07-23 18:48:17
248
Ius et Lex nr 1/2010
ra Sein und Zeit jest to afirmowanie kłamstwa, a co najmniej nie-prawdy. Zwróćmy jednak w tym miejscu uwagę, że oczywiście, bywają różne
szczególne przypadki ukrycia prawdy przed społeczeństwem lub ograniczenia wolności słowa w strukturach państwa (tajemnica państwowa, tajemnica dziennikarska, sprawy wagi państwowej, tajemnica ze względu
na dobro społeczne itd.).
Z jakiego typu zarzutami może się spotkać realizacja wolności słowa
w mediach? Przede wszystkim mogą to być zarzuty o naruszenie: 1) prawa powszechnie obowiązującego czy moralności dominującej, 2) etyki
dziennikarskiej i standardów fachowości.
Podstawową receptą na odrzucenie zarzutów o naruszenie prawa, tj.
np. o znieważenie lub zniesławienie czy naruszenie dóbr osobistych lub
złamanie tajemnicy chronionej prawem, jest działanie w zgodzie z prawdą: obiektywną (rzeczywisty stan rzeczy, przedstawianie faktów tylko prawdziwych), ale także – subiektywną. Wewnętrzne przekonanie o słusznym
społecznie postępowaniu oraz o przekazywaniu prawdziwych informacji
w mediach, jest okolicznością niezwykle ważną. Świadczy to o czystych
intencjach wypowiadającego się w mediach i o unikaniu kłamstwa oraz
manipulacji społecznej. Nie jest jednak tak, że nazista, wewnętrznie przekonany o słuszności swoich antysemickich czy antysłowiańskich poglądów, może realizować wolność słowa, nie narażając się na sankcje prawne. Takie działanie a priori naruszałoby kodeks karny i nie może korzystać z ochrony prawnej. Nie wszystkie sprawy w praktyce są tak oczywiste. Reasumując te rozważania, można powiedzieć, iż nie wystarczy działać zgodnie z prawdą czy sumieniem. Należy przestrzegać przepisów prawa powszechnie obowiązującego9.
Ciekawą instytucją prawa karnego jest przestępstwo zniesławienia
(art. 212 kodeksu karnego). Trybunał Konstytucyjny zajął stanowisko –
w ostatnim czasie – w sprawie zgodności art. 212 i 213 k.k. z Konstytucją (z art. 14, art. 54 ust. 1, art. 31 ust. 3) w orzeczeniu z 30.10.2006 r10.
Trybunał stwierdził m. in.: „Nie można uznać, że gwarantowana w art.
14 Konstytucji wolność środków społecznego przekazu oznacza przyzwolenie na głębszą (intensywniejszą) niż za pomocą bezpośredniej ko9 Konstytucja z 1997 r. w art. 54 mówi o swobodzie wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Zakazuje się cenzury prewencyjnej środków społecznego przekazu
oraz koncesjonowania prasy. Przewiduje się możliwość koncesjonowania stacji radiowych i telewizyjnych. Art. 49 zapewnia wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się. Art. 14 zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu. Istotne wydaje się postanowienie zawarte w art. 25, gdzie expressis verbis władze publiczne zobowiązują się zachować bezstronność
w sprawach religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.
10 Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 30.10.2006 r., sygn. akt P10/06.
magazyn1-2010.indd 248
10-07-23 18:48:17
D. Bunikowski Media na usługach polityki
249
munikacji interpersonalnej ingerencję w konstytucyjne prawa podmiotowe jednostek. To, że w państwie demokratycznym prasa odgrywa fundamentalną rolę, która nie jest jedynie pochodna lub instrumentalna
wobec przysługującej jednostkom wolności słowa, nie przesądza jeszcze
o tym, że każdy, kto dokona zniesławienia za pomocą środków masowego komunikowania, korzystać będzie z szerszej ochrony”. Orzeczenie to
jest niezwykle ważne dla ochrony wolności słowa i funkcjonowania mediów. Trybunał podkreślił, że penalizacja zachowań zniesławiających, publicznych i niepublicznych (art. 212 k.k.11) jest powszechnie przyjętym
elementem współczesnych systemów prawnych. TK odmówił kontroli
konstytucyjności art. 213 k.k.12 z przyczyn formalnych, a tym samym, jak
słusznie podkreśla Aleksandra Kustra, „przypieczętował obowiązywanie
w Polsce wąsko zakreślonego kontratypu publicznego zniesławienia, bez
wyraźnego rozstrzygnięcia konstytucyjności bądź też niekonstytucyjności tejże regulacji”13. Jak podkreśla Kustra, „Sąd [Sąd Okręgowy w Gdańsku, występujący z pytaniem prawnym do TK – wyjaśn. D.B.] w pytaniu
prawnym odwołał się jednak do użytego w art. 213 k.k. sformułowania
o ‘działaniu w interesie społecznym’ pisząc, że to ‘bardzo ocenne kryterium’ może powodować zbyt szerokie ograniczenie wolności wypowiedzi”14. Niestety, TK nie podjął tej kwestii, co wywołuje określone konsekwencje dla wolności wypowiedzi w Polsce. Autorka konkluduje: „Pytanie prawne sądu w istocie dotyczyło granic dozwolonej konstytucyjnie
limitacji wolności słowa, gdy rozpowszechniane publicznie zniesławiające informacje są zgodne z prawdą”.
Jakie są konsekwencje tego orzeczenia? Przykładowo, dziennikarz
ujawniający elementy życia prywatnego czy rodzinnego jakiegoś polity11 Art. 212 kodeksu karnego brzmi: „§ 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę
prawną lub jednostkę organizacyjną nie mającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub
właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. § 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. § 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego
Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego. § 4. Ściganie przestępstwa
określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego”.
12 Art. 213 k.k. brzmi: „§ 1. Nie ma przestępstwa określonego w art. 212 § 1, jeśli zarzut uczyniony niepublicznie jest prawdziwy. § 2. Nie popełnia przestępstwa określonego w art. 212 § 1 lub
2, kto publicznie podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut służący obronie społecznie uzasadnionego interesu; jeżeli zarzut dotyczy życia prywatnego lub rodzinnego, dowód prawdy może być
przeprowadzony tylko wtedy, gdy zarzut ma zapobiec niebezpieczeństwu dla życia lub zdrowia
człowieka albo demoralizacji małoletniego”.
13 Kustra Aleksandra. 2007. Glosa do wyroku TK z 30.10.2006, P10/06. „Państwo i Prawo” 5, s. 139.
14 Ibidem, s. 136.
magazyn1-2010.indd 249
10-07-23 18:48:17
250
Ius et Lex nr 1/2010
ka, musi liczyć się z faktem, iż jego działanie może zostać uznane przez
organy wymiaru sprawiedliwości za nie posiadające cechy „działania
w interesie społecznym” i w związku z tym takiego dziennikarza można by pociągnąć do odpowiedzialności karnej za zniesławienie polityka.
Byłoby to rozwiązanie sprzeczne ze standardami porządków prawnych
państw kultury zachodniej. W USA wręcz uważa się, iż polityk, wynosząc
się na piedestał życia publicznego poprzez swą działalność, musi się liczyć z podawaniem przez media informacji dotyczących go, nawet nie
zawsze prawdziwych, o ile dziennikarz działa rzetelnie15. Jak podkreśla
Michał Wach, w sądownictwie amerykańskim ugruntowało się konstytucyjne uzasadnienie ingerencji w prywatne życie osób publicznych16. Uzasadnienie takiej ingerencji oparto na tezie, że społeczeństwo ma prawo
do informacji o charakterze prywatnym o osobach publicznych (orzeczenie Rosemont Enter v. Random Mouse, Inc. z 1968 r.). Prawo to wynika z konstytucyjnej zasady wolności słowa i prasy. Ale czy mogą być to
wszelkie informacje? Okazuje się, że nie. Prawo do prywatności przysługuje osobom publicznym, jednak jego zakres jest znacznie ograniczony. Dotyczy tylko spraw, które nie należą do kategorii „wiadomości zasługujących na publiczne rozpowszechnienie”. A jakie są to sprawy? Kategoria tych spraw jest zawsze zależna od zwyczajów i konwencji panujących w społeczeństwie; ma więc charakter zmienny (orzeczenie Virgil
v. Time, Inc. z 1975 r.)17.
Omawiany wyrok TK został poddany ostrej krytyce przez niektórych
sędziów sądu konstytucyjnego. Zgłoszono do niego aż trzy zdania odrębne. Sędzia Ewa Łętowska18 napisała w votum separatum: „Moim zdaniem
zarzut prawdziwy uczyniony publicznie – lecz za pośrednictwem środków masowego komunikowania się – z reguły uznawać należy za czyniony
w obronie społecznie uzasadnionego interesu. Kwestia prawdziwości zarzutu odnosi się do faktów, a nie ich oceny. Nie jest bowiem w ogóle możliwe stosowanie kryterium ‘prawdy’ w odniesieniu do ocen czy sądów war15 Bajka Zbigniew. 2007. Wolność mediów, czyli współpraca z bakteriami, za: http://wirtualnemedia.pl/
blog/index.php?/authors/10-Zbigniew-Bajka/archives/1128-Wolnosc-mediow,-czyli-wspolzyciez-bakteriami.html31.05.2007. Zob. też Wach Michał. 2004. Prawo do prywatności osób publicznych
w Stanach Zjednoczonych. „Państwo i Prawo” 8, s. 86-91.
16 M. Wach, op. cit., s. 88, 90.
17 Zbigniew Bajka wskazuje na słynne amerykańskie orzeczenie NYT v. Sullivan z 1964 r. Jego istotą było rozszerzenie prawa dziennikarza do popełnienia błędu (w tym konkretnym przypadku
w konsekwencji uniewinniono dziennikarza). Sądy amerykańskie są „niezwykle wyrozumiałe” wobec dziennikarzy, a przypadki ich karania są rzadkie. Odwoływanie się przez inne sądy do tego
precedensu zniechęca osoby publiczne do wytaczania dziennikarzom procesów o zniesławienie.
18 Zdanie odrębne Sędziego Trybunału Konstytucyjnego Ewy Łętowskiej od wyroku Trybunału
Konstytucyjnego z dnia 30 października 2006 r., sygn. akt P 10/06.
magazyn1-2010.indd 250
10-07-23 18:48:17
D. Bunikowski Media na usługach polityki
251
tościujących. W Konstytucji, w jej art. 14 wyrażono jako zasadę ustrojową,
gwarancję wolności prasy i innych środków społecznego przekazu. Wolność ta nie jest wymieniona wśród praw i wolności jednostki (choć oczywiście podlega ochronie także na płaszczyźnie konstytucyjnych wolności jednostki), lecz ulokowana jako zasada ustrojowa. Wolność prasy jest
bowiem także jednym z fundamentów demokratycznego społeczeństwa
i stanowi jeden z warunków jego prawidłowego rozwoju, jak również warunek samorealizacji każdego człowieka”. Sędzia Marek Safjan19, ówczesny Prezes TK, zaznaczył: „Wyrażam przekonanie, że przyjęta w art. 213
§ 2 k.k. konstrukcja normatywna kontratypu narusza gwarancje konstytucyjne wolności wypowiedzi zawarte we wskazanych wzorcach konstytucyjnych – art. 14 oraz art. 54 ust. 1 Konstytucji. O ile jest oczywistą i nie
wymagającą dodatkowego wywodu teza, że wolność wypowiedzi nie jest
wartością absolutną i może podlegać ograniczeniu, o tyle jednak za również oczywiste należy uznać – zważywszy na ustrojowe znaczenie zasady
wolności prasy i środków przekazu w państwie demokratycznym – twierdzenie, że wszelkie instrumenty limitujące wolność słowa muszą opierać się na jednoznacznie i precyzyjnie określonych kryteriach, spełniających wymagania proporcjonalności wskazane w art. 31 ust. 3 Konstytucji”. Safjan dodał także, że: „Stosowanie kryterium ‘społecznie uzasadnionego interesu’ wobec wszelkich krytycznych czy zniesławiających wypowiedzi zawierających prawdziwe informacje, bez jakiegokolwiek rozróżnienia kategorii osób i ich roli w życiu publicznym, stanowi wyraźne naruszenie powszechnie uznawanego w krajach demokratycznych
standardu wolności wypowiedzi. Oznacza bowiem nic innego niż konieczność dokonywania w odniesieniu do każdej prawdziwej informacji,
w tym także odnoszącej się do osób, których działania mają zasadnicze
znaczenie dla funkcjonowania państwa, jego struktur czy szeroko rozumianych instytucji publicznych i społecznych, czy gospodarczych – dodatkowej kwalifikacji, polegającej na ocenie, czy jej upowszechnianie, upublicznianie pozostaje w zgodzie z uzasadnionym interesem społecznym.
Taka koncepcja normatywna nie uwzględnia aksjologii współczesnego
demokratycznego państwa prawa i nie jest uzgodniona z gwarancjami
konstytucyjnymi wolności słowa. Bez względu na to, czy kategoria ‘społecznie uzasadnionego interesu’ może być poddana lub też nie obiektywizacji, sam fakt konieczności sięgania po dodatkowe wyznaczniki i kryteria, aby usprawiedliwić publikację prawdziwej informacji, np.
o osobach funkcjonujących w życiu publicznym, jest wysoce niezrozumia19 Zdanie odrębne Sędziego TK Marka Safjana od wyroku z dnia 30 października 2006 r., sygn.
akt P 10/06.
magazyn1-2010.indd 251
10-07-23 18:48:17
252
Ius et Lex nr 1/2010
ły i zagraża, co najmniej potencjalnie, wolności debaty publicznej”20. Sędzia Mirosław Wyrzykowski21 skrytykował natomiast brak odniesienia się
przez TK do konstytucyjności art. 213 k.k., podkreślając, że: „bez oceny
zgodności z Konstytucją art. 213 k.k. niemożliwa jest ocena konstytucyjności ograniczeń w zakresie korzystania z wolności słowa i wolności prasy wynikających z art. 212 k.k.”. Z drugiej strony, sędzia Wyrzykowski zaznaczył (inaczej niż Safjan i Łętowska), iż: „ten element kontratypu, jakim jest wymóg prawdziwości podnoszonych lub rozgłaszanych zarzutów,
jako warunek uniknięcia odpowiedzialności karnej za publiczne pomówienie, nie może zostać uznany za niezgodny z konstytucyjną wolnością
prasy i wolnością słowa”.
Podnosi się w nauce, że zakaz cenzury prewencyjnej zawarty w polskiej Konstytucji z 1997 r. jest rozwiązaniem wykraczającym w sensie pozytywnym poza standardy międzynarodowe. Jest to oczywista prawda.
Standardy międzynarodowe dopuszczają możliwość stosowania cenzury
przez organy państwowe, z zastrzeżeniem zachowania warunku legalności, celowości i proporcjonalności ograniczenia22.
Trzeba jednak zwrócić uwagę na pewną nieścisłość aksjologiczną Konstytucji. Wolność wypowiedzi powinna być poddana szczególnej klauzuli ograniczającej ze względu na specyfikę i rolę tego prawa w demokracji. W Polsce wolność wypowiedzi jest poddana ogólnej klauzuli ograniczającej (art. 31 ust. 3 Konstytucji). Prawo dopuszcza ograniczenia wolności, w tym wolności wypowiedzi. Ograniczenia prawne nie mogą jednak naruszać istoty wolności i praw. Zgodnie z Konstytucją, te ograniczenia mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie, ze względu na bezpieczeństwo lub porządek publiczny, ochronę środowiska, zdrowia i moralności publicznej
albo wolności i praw innych osób23.
20 Ibidem.
21 Zdanie odrębne Sędziego TK Mirosława Wyrzykowskiego od wyroku i postanowienia Trybunału Konstytucyjnego z 30 października 2006 r., sygn. akt P 10/06.
22 Gronowska Bożena. 2006. Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela. w: Z. Witkowski (red.),
Prawo konstytucyjne, Toruń: Wydawnictwo TNOiK, s. 189.
23 Należy podkreślić, że wolność wypowiedzi wiąże się z prawem do informacji i realizacją swobody ekspresji w ogóle. Zgodzić trzeba się z poglądem, że ogólna klauzula ograniczająca nie jest
właściwa w odniesieniu do wolności słowa. Potencjalnie stwarza środki do nadużyć w stosunku
do mediów i społeczeństwa przez władzę o tendencjach autorytarnych. Oczywiste jest, że w państwie demokratycznym chroni się prawem tylko taką wolność, która nikomu nie szkodzi. Wolność, która komuś szkodzi, nie podlega żadnej ochronie. Korzystanie z wolności słowa (wypowiedzi) wiąże się z „specjalnymi obowiązkami i szczególną odpowiedzialnością”. Lepsze byłoby
stworzenie klauzuli ograniczającej, ad casum, mówiącej o takich dobrach, jak prawo do prywatności, poszanowanie dóbr osobistych innych i ich dobrego imienia, przeciwdziałanie ujawnianiu informacji niejawnych itd. Wówczas byłoby jasne, że w przypadku naruszenia takich dóbr
istnieje możliwość ograniczenia wolności wypowiedzi.
magazyn1-2010.indd 252
10-07-23 18:48:17
D. Bunikowski Media na usługach polityki
253
Jak zauważa Paweł Sarnecki, art. 54 Konstytucji obejmuje zakresem
swej ochrony następujące pola aktywności jednostki: 1) wolność wyrażania swoich poglądów za pomocą wszelkich dostępnych sposobów ich
uzewnętrzniania, 2) wolność rozpowszechniania swoich i cudzych poglądów, zarówno wewnątrz kraju, jaki i poza jego granicami, 3) wolność
dostępu do istniejących źródeł informacji, 4) wolność poszukiwania informacji24. W podobnym kierunku zmierza interpretacja swobody wypowiedzi w ujęciu Trybunału w Strasburgu.
Zwrócić trzeba uwagę, że wolność wypowiedzi jest chroniona umowami
międzynarodowymi (Międzynarodowe Pakty Praw Obywatelskich i Politycznych z 1966 r.25; zob. art. 19). Jest również dość szeroko ujęta w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności z 1950
r. (por. art. 10)26. Orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz) w Strasburgu na gruncie konwencyjnego przepisu dotyczącego ochrony wolności słowa jest już bardzo rozbudowane. Orzecznictwo ETPCz podąża konsekwentnie w tym kierunku, że ochronie podlegają także wypowiedzi, które urażają, szokują lub wywołują niepokój. Zauważa się, że najsilniej chroniona jest wolność wypowiedzi w sferze polityki. Wypowiedzi dotyczące sfery życia publicznego oraz twórczość artystyczna są objęte pośrednim standardem ochrony. Z drugiej strony, bardziej intensywna jest ochrona słowa drukowanego niż wypowiedzi w audiowizualnych środkach komunikowania27. W sprawie Oberschlick v. Austria (1991 r.) Trybunał stwierdził, iż zakres rzetelnej krytyki wobec polityków jest szerszy niż wobec osób prywatnych, zaś sami politycy mogą
swoimi wypowiedziami prowokować gwałtowne riposty dziennikarzy.
W sprawie Castells v. Hiszpania (1992 r.) orzeczono zaś, że w społeczeństwie demokratycznym swoboda wypowiedzi nie może dotyczyć wyłącznie wypowiedzi przychylnych, obojętnych lub ocenianych jako nieszkodliwe, lecz obejmuje także wypowiedzi wprowadzające niepokój i wypowiedzi oburzające28. Trybunał w Strasburgu zgadza się na szerokie pojmowanie wolności wypowiedzi, wskazując przy okazji na zagrożenia porządku demokratycznego, spowodowane niektórymi wypowiedziami oraz
na społeczną rolę mediów jako przekaźnika informacji i miejsca deba24 P. Sarnecki, Konstytucyjny status jednostki w państwie polskim w: P. Sarnecki (red.). Prawo konstytucyjne RP, Warszawa: C.H. Beck (2005), s. 114.
25 Międzynarodowe Pakty Praw Obywatelskich i Politycznych z 19.12.1966 r. (Dz. U. z 1977 r. Nr
38, poz. 167).
26 Europejska Konwencja Praw Człowieka i Podstawowych Wolności z 4.11.1950 r. (Dz. U. z 1993
r. Nr 61, poz. 284).
27 P. Sarnecki, op. cit., s 114-115.
28 A. Redelbach, Sądy a ochrona praw człowieka, Toruń, Wydawnictwo TNOiK (1999), s. 197, 199.
magazyn1-2010.indd 253
10-07-23 18:48:17
254
Ius et Lex nr 1/2010
ty publicznej29.
Jakie jeszcze mogą być ograniczenia wolności słowa w mediach? Moralność może być ograniczeniem wolności słowa w mediach. Istnieją różne rodzaje moralności (zawodowe, świeckie, religijne, jednostkowe etc.).
Wydaje się oczywiste, że w środkach masowego przekazu istnieje większe prawdopodobieństwo naruszenia jakiejś moralności czy etyki, niż np.
naruszenia norm prawnych. Dlaczego? Jest to rezultat faktu, że moralności i etyk jest po prostu wiele w społeczeństwie. System prawny jest jeden jako zbiór norm. Ponadto moralność obejmuje zakresem swej regulacji sfery życia pozostające poza zainteresowaniem prawa. Nie ulega
wątpliwości, że spora część wypowiedzi w mediach może naruszać czyjąś
moralność, nie naruszając jednocześnie obowiązującego prawa30.
Podstawową granicą, której przekroczyć nie można, jest – jak już wspominano – obowiązujące prawo. Stosowne organy państwowe w procedurze określonej prawem rozstrzygają o naruszeniu prawa na gruncie wolności słowa. Organy takie, jak sądy czy prokuratura decydują w kwestii
przekroczenia granic tej wolności. Do głównych naruszeń należą: przestępstwa – z jednej strony, znieważenie i zniesławienie czy groźba bezprawna, a z drugiej strony, delikty cywilne – naruszenie dóbr osobistych
oraz dobrego imienia, naruszenie prawa do prywatności. Szczególną kategorią jest natomiast naruszenie praw autorskich.
Podkreślić trzeba, że państwa, z zasady, dość kazuistycznie regulują
wolność środków masowego przekazu: wolność prasy (przepisy dotyczące wydawania dzienników i czasopism) oraz wolność radiofonii i telewizji (rozpowszechnianie programów oraz rozprowadzanie programów
w sieciach kablowych)31. Jaki jest cel działania państwa w tym zakresie?
Regulacja wolności wypowiedzi w środkach masowego przekazu może
29 Pluralizm poglądów jest ideą przyświecającą interpretatorom prawa, w tym sądom. Wolność słowa należy zaliczyć do tzw. minimum etycznego, bez którego społeczeństwo nie mogłoby funkcjonować lub funkcjonowałoby źle. W kulturze Zachodu wolność słowa jest jedną z wartości podstawowych, ale – mimo wszystko - nie absolutnych.
30 Co zatem zrobić w takiej sytuacji? Jak ocenić w społeczeństwie moralność wypowiedzi? Wszelkie wypowiedzi w mediach należy odnieść do moralności publicznej (normy i reguły postępowania, obowiązujące w miejscu publicznym i w życiu publicznym), moralności społecznej („zasady współżycia społecznego”), wartości, norm i zasad postępowania, podzielanych przez większość społeczeństwa oraz do moralności konstytucyjnej (politycznej), wskazującej na dobro publiczne i ochronę przed dyskryminacją. Odniesienie do moralności wybranych lub perfekcjonistycznych nie byłoby pożądane, pogłębiając konflikty społeczne, moralne, religijne.
31 Szczegółowo określa się na poziomie ustawowym granice wolności wyrażania poglądów w prasie (np. rzetelność i uczciwość dziennikarza, poprawność języka, sprostowania, autoryzacja, zakaz informacji o życiu prywatnym etc.) oraz wolności wypowiedzi w radiofonii i telewizji (np.
minimalny czas w języku urzędowym, ograniczenia czasowe reklam, zakaz pornografii czy eksponowania przemocy, przeciwdziałanie wulgaryzacji, respektowanie chrześcijańskiego systemu
wartości).
magazyn1-2010.indd 254
10-07-23 18:48:17
D. Bunikowski Media na usługach polityki
255
mieć na celu np. ochronę kultury narodowej, wychowania młodzieży czy
moralności lub bezpieczeństwa społecznego. Czy da się usprawiedliwić
ratio legis reglamentacji wolności wypowiedzi w środkach masowego przekazu? Czy jest to „bycie mediów na usługach polityki”? Sens tych regulacji jest zrozumiały i słuszny w gruncie rzeczy. Przecież każde państwo
broni swej tożsamości. Wspólnota polityczna jest zainteresowana pewnymi postawami społecznymi i chce dobrej organizacji współżycia w społeczeństwie, w którym respektuje się prawo, minimum etyczne, moralność
publiczną. Z drugiej strony, środki służące tym celom można uznać niekiedy ad casum za zbyt restrykcyjne.
Jakie są zatem granice wolności słowa? Granicę wolności słowa stanowią, oprócz prawa powszechnie obowiązującego i etyki dziennikarskiej
określonej kodeksach etyki dziennikarskiej, również dobre obyczaje, które utożsamiamy z moralnością publiczną (normy i reguły postępowania
w miejscu publicznym i życiu publicznym).
3. HEGEMON A MEDIA32
M
ożna mówić o trzech modelach teoretycznych – układach prawo-media. Wyróżnić należy: 1) „układ absolutny” (absolutna
32 Należałoby w tym miejscu lekko zarysować i przybliżyć teorię prawa hegemona. Wedle tej teorii, w państwie występuje ośrodek decyzyjny zwany ośrodkiem „dyspozycyjnym”, jako że wydaje
dyspozycje poszczególnym agendom prawotwórczym i organom prawo stosującym w państwie.
Ośrodek decyzyjny może mieć charakter faktyczny (realny) lub instytucjonalny (zalegalizowany). Ośrodek decyzyjny może mieć jednak również charakter nieformalny – faktyczny (realny).
Ośrodek decyzyjny może w takiej sytuacji albo być pewnym układem osób i wzajemnych zależności, albo może spoczywać w rękach jednej osoby. W tym drugim przypadku ośrodkiem decyzyjnym jest jedna osoba, którą dla naszych naukowych potrzeb nazwiemy „hegemonem”. Hegemon posiada realny i faktyczny wpływ na działania najważniejszych instytucji państwowych oraz
na całokształt władzy publicznej w państwie. Siłą Hegemona jest jego autorytet, przekonanie
innych o jego nieomylności, perswazja i złożone obietnice, przekonanie innych o posiadaniu
prawdy absolutnej lub o „powołaniu do wypełnienia dziejowej misji”, ale także lęk przed nim,
wynikający z obawy o własne życie, zdrowie, utratę dotychczasowej pozycji. Posiada on realne
i „żywe” prawo – „prawo hegemona”. Prawo hegemona nadaje kierunek działaniom podporządkowanych (nieoficjalnie) oficjalnych organów władzy publicznej i ich jednostek oraz działaniom podporządkowanych (oficjalnie lub nieoficjalnie) ruchów politycznych czy społecznych. Prawo hegemona może również interweniować w konkretnej sprawie urzędowej, zmieniając radykalnie jej bieg. Dyspozycja Hegemona jest podstawowym źródłem „prawa hegemońskiego”. Istotą dyspozycji jest wykonanie woli Hegemona. Wola Hegemona jest podstawą dyspozycji. Hegemon może zająć się każdą sprawą w państwie. Dyspozycja może mieć charakter ogólny lub szczegółowy. Niewykonanie dyspozycji rodzi poważne konsekwencje, które mają charakter rozsiany lub skupiony (sankcje rozsiane i skupione). Zob. D. Bunikowski, Instrumentalizm
prawa, prawo hegemona a polityka władzy. „Jurysta” 2 (2007), s. 6-8. Wiele z tez postawionych w
punktach 3-5 zawarłem w: D. Bunikowski, Wolność słowa, prawo do informacji a prawo hegemona.
w: J. Marszałek-Kawa, B. Chludziński (red.). Znaczenie informacji w społeczeństwie. Wybrane aspekty
prawne. Toruń: Wydawnictwo Adam Marszałek (2007), s. 74-124.
magazyn1-2010.indd 255
10-07-23 18:48:17
256
Ius et Lex nr 1/2010
wolność słowa, de facto lub de iure), 2) „układ restrykcyjny” (intensywne
ograniczenie wolności słowa), 3) „układ mieszany” (realizacja wolności
słowa zgodnie ze standardami międzynarodowymi, ograniczenia zgodne ze standardami). Model I nazwać można modelem Absolutysty, model II – modelem Hegemona, model III – modelem Salomona. W praktyce mamy do czynienia z dwoma ostatnimi układami. Dominuje „układ
mieszany” (kultura zachodnia) i „układ restrykcyjny” (kraje totalitarne,
dyktatorskie, oligarchiczne i fundamentalistyczne).
Modele powyższe można zastosować także na płaszczyźnie władza-informacja. W modelu Absolutysty informacje komercyjne (pochodzące
od „handlarzy”) i publiczne (pochodzące od władzy publicznej) są podawane bez żadnych ograniczeń prawnych lub instytucjonalnych. Mówiąc prosto, model Hegemona charakteryzuje się tym, że informacja
jest „dozowana”: występują liczne ograniczenia prawne i instytucjonalne
oraz faktyczne, dotyczące treści i formy wypowiedzi, informacji i wolności
słowa w społeczeństwie. Celem ograniczeń jest utrzymanie władzy przez
określoną osobę, grupę ludzi lub środowisko. W modelu umiarkowanym
(model Salomona) informacje publiczne są podawane do publicznego
użytku bez zbędnych ograniczeń, za wyjątkiem nielicznych spraw objętych w sposób uzasadniony tajemnicą państwową i dobrze uzasadnionym interesem ogółu.
W każdym kraju stosowne ustawy wprowadzają różne ograniczenia
w postaci nakazów i zakazów dla środków masowego przekazu. Państwa
prowadzą określone polityki społeczne, w tym politykę medialną. Państwo chce mieć wpływ na to, co podaje się w mediach i jak one funkcjonują. Chodzi także o wpływ mediów wpływ na pożądane postawy społeczne (np. zakazy dotyczące pornografii w mediach). Tendencja taka
nie dziwi. Spotkać ją można praktycznie wszędzie. W znacznej części jest
związana się z instrumentalizacją prawa (człowiek jako przedmiot manipulacji prawa i władzy) oraz regulacjami paternalistyczno-moralistycznymi. Wydaje się, że wyraźnie określono aspekt aprecjacyjny funkcji społecznej swobody wypowiedzi, przykładowo, w polskim prawie prasowym
i prawie radiowo-telewizyjnym. Media mają, wedle prawa polskiego, spełniać ważne zadania społeczne. Idea totalnie indywidualistycznej wolności (model Absolutysty) została generalnie odrzucona w naszej kulturze
(Zachód). Konieczność ochrony podstawowych wartości społecznych
jest oczywista (zdrowie, życie, rodzina, własność i przeciwdziałanie koncentracji kapitału, bezpieczeństwo publiczne itd.). W wielu państwach
jest jednak wciąż tak, że celem władzy jest tylko utrzymanie swych rządów, czemu służy cenzura, potulne i usłużne media oraz selekcja czy reglamentacja informacji. Model Hegemona jest modelem spotykanym
magazyn1-2010.indd 256
10-07-23 18:48:18
D. Bunikowski Media na usługach polityki
257
w wielu krajach świata.
Wydaje się, że prawdziwa, tj. pozytywna, realizacja wolności słowa,
a zatem swobodny przepływ informacji, myśli, poglądów, które nie naruszają odpowiednich granic, może mieć miejsce tylko w państwach szanujących tradycję demokratyczną oraz idee społeczeństwa obywatelskiego.
Wydaje się również, że fundamentalne znaczenie posiada również kultura społeczna, zwłaszcza polityczna, oraz wyedukowanie etyczne i prawne
społeczeństwa i wyraziste postawy etyczne. Praktyka wielu społeczeństw
nie wygląda najlepiej w tym względzie. Jaki z tego płynie wniosek? Wiele problemów wynikających z niewłaściwej interpretacji wolności słowa
i dopuszczalnych jej granic w mediach wynika właśnie z braków w kulturze społecznej. Media lub urzędy, które manipulują prawdą lub sieją
nienawiść, trafiają na podatny grunt (społeczeństwo niewyedukowane
etycznie w stopniu zasadniczym lub słabo internalizujące standardy demokratyczne i obywatelskie).
Należy zaznaczyć, iż wolność słowa w takim systemie władzy hegemońskiej jest poważnie ograniczona. Dlaczego tak się dzieje? Prawdy Hegemona muszą być oficjalnymi prawdami społeczeństwa. Jakie są tego konsekwencje? Nie można mówić, co się chce i kiedy się chce. Wolność wypowiedzi jest „ozdobnikiem” konstytucyjnym lub expressis verbis traktuje się ją jako niepotrzebną i niewskazaną. Społeczeństwo ma – w zamiarze Hegemona – być bardziej jednolite i uniformistyczne (jak w komunizmie). Dotyczy to również dostępu do informacji o władzy, systemie
społecznym i różnych światopoglądach oraz stylach życia. Każdy ma wiedzieć tyle samo. Należy zaznaczyć, że dostępne społecznie informacje
i wypowiedzi, w tym idee, filozofie, informacje naukowe, dane o światopoglądach, formy sztuki etc., wpływają na światopogląd człowieka. Ograniczają lub determinują zakres wyborów i podejmowanych decyzji przez
ludzi. Czy zatem właśnie Hegemonowi, jak nikomu innemu, nie zależy
na ograniczeniu wolności słowa i dostępu do informacji, w tym informacji o działaniach władz? W takiej sytuacji monopolizacja mediów i ich nacjonalizacja oraz stosowanie metod strachu, dyskryminacji i terroru wobec niezależnych podmiotów wyrażających swe opinie w społeczeństwie
stanowią metody działania władzy. Zastraszeni lub ulegający dziennikarze są wówczas na usługach władzy.
Nie da się ukryć, że media są często w rękach wielkich koncernów powiązanych z politykami. System konsumpcjonistyczny, którego – w moim
ujęciu – głównymi podmiotami są wielkie koncerny medialne i przedsiębiorstwa produkujące usługi i towary wszelkiego typu, bazując na biologistycznych aspektach i popędach ludzkiej natury, stają się również hegemonami – na płaszczyźnie gospodarczo-rozrywkowej. Hegemoni „roz-
magazyn1-2010.indd 257
10-07-23 18:48:18
258
Ius et Lex nr 1/2010
rywki” i hedonizmu mają władzę nad ludźmi, podobnie jak hegemoni
polityczni. Determinują ich wybory życiowe. Powstają następujące pytania odnośnie roli wielkich koncernów i związanych z nimi polityków. Czy
wielkie koncerny zagrażają demokracji? Czy ograniczenie konkurencji
na rynku mediów i przepływu informacji może doprowadzić do braku
dyskusji publicznej kosztem aprecjacji własnych zysków i komercjalizacji informacji? Potrzeba regulacji prawnej koncentracji kapitału na rynku mediów nie budzi wątpliwości. Nadmierna koncentracja kapitału nie
sprzyja konkurencyjności. Konkurencyjność stanowi fundament pluralizmu poglądów w mediach. Nie jest dobrze, gdy jeden podmiot medialny dominuje w danym państwie. Regulacja treści w mediach (np. treści
obsceniczne, minimalny czas programów w języku narodowym, respektowanie wartości społecznych, rzetelność informacji etc.) posiada także
dobre uzasadnienie aksjologiczne, bowiem media odgrywają ważną rolę
społeczną w demokracji. Podnosi się również kwestię zagrożeń: „imperializmu mediów” i imperializmu kulturowego krajów bogatych, tworzących i dystrybuujących w większości produkty medialne i wzorce zachowań. Media odgrywają – z drugiej strony – istotną rolę w rozpowszechnianiu praw człowieka i demokracji33.
To, że media mogą służyć też innym celom np. władzy totalitarnej
Hegemona, jest oczywiste. Hegemon totalitarny reglamentuje informacje poprzez przychylne mu media państwowe, niszczenie mediów prywatnych i demokratycznych lub niezależnych, ograniczenie dostępu do
informacji publicznych i urzędowych, rozszerzenie sfery tajemnicy państwowej, otoczonej niemalże magią i symboliką rodem z czasów monarszych. Metody jego działania są również totalitarne, oparte na przemocy i braku mocnego uzasadnienia aksjologicznego.
Ustrój demokratyczny posiada swoją specyfikę, również w kontekście
oficjalnego wpływu polityki na media. W demokracjach Hegemon musi
zachować pozory respektu dla oficjalnych zasad ustrojowych. Hegemon
manipuluje zatem obrazem rzeczywistości podawanym społeczeństwu,
ograniczając wolność słowa i prawo do informacji. Czyni to poprzez różnego rodzaju akty: prawo stanowione, dyspozycje pozaprawne lub faktycznie podjęte działania jego „dworu” i „żołnierzy”. Mówi się o różnych
rodzajach manipulacji: manipulacji politycznej, społecznej, ideologicznej, handlowej etc. (ze względu na treść) oraz prasowej, radiowej, telewizyjnej etc. (ze względu na medium). W demokracjach rola etyki w mediach pełni ogromne znaczenie dla prawdziwości przekazu informacji.
Stąd kodeksy deontologii dziennikarskiej określające podstawowe zasa33 A. Giddens, op. cit., s. 497-498, 502-509.
magazyn1-2010.indd 258
10-07-23 18:48:18
D. Bunikowski Media na usługach polityki
259
dy bezstronności, rzetelności i przedstawiania prawdy (koncepcje „posłannictwa”, „misji”) są niezwykle potrzebne i ważne34.
Etyka dziennikarska jest ważnym ogniwem ograniczenia wpływu polityki na media. Wydaje mi się, że uniknięcie manipulacji i ograniczenia
lub łamania wprost wolności słowa poprzez stosowanie etyki dziennikarskiej hamuje zapędy i możliwości działania Hegemona. Ujmując rzecz
szerzej, niezależność dziennikarzy, solidna gwarancja pracy dla korpusu
urzędniczego i uczciwość urzędników oraz wysoki stopień realizacji etyki urzędniczej są solidną przeciwwagą dla działań Hegemona pragnącego zdominować płaszczyznę wolności słowa, zakres i treść informacji
podawanych w mediach oraz sferę informacji o działalności władzy, podawanych społeczeństwu przez urzędy.
4. MEDIA NA USŁUGACH POLITYKI W UJĘCIU
CZESŁAWA ZNAMIEROWSKIEGO
C
iekawą analizę funkcjonowania demokracji i związanych z nią zagrożeń, nade wszystko w kontekście manipulacji w środkach masowego przekazu, przedstawił wybitny polski filozof Czesław Znamierowski. Człowiek żyjący w kraju demokratycznym poddany jest wpływowi określonych mediów (filozof używał sformułowania „organ prasowy”,
jako że to było w jego czasach główne medium) oraz propagandy politycznej czy społecznej. Człowiek powinien korzystać z różnych źródeł informacji („dzienników różnych kierunków”). Tylko w ten sposób obywatel
może „zdobyć podstawę dla własnego sądu o rzeczy”. Istnieje tylko pozorna „niezależność decyzji” obywatela. Jest oczywiste, że człowiek pozostaje
pod „różnorakimi wpływami społecznymi”. Wspomniana „niezależność”
jest zasadniczo modyfikowana przez „niewybredne środki propagandy
i zjednywania opinii”. Media manipulują ludźmi dla celów politycznych.
Chodzi o to, by dana grupa polityczna utrzymała się przy władzy. Media jawnie partyjne lub kojarzone z daną partią służą właśnie osiągnięciu tego celu. Powszechnie przyjęło się przypisywać „niezależności decyzji” obywateli (np. w głosowaniu, sondażach etc.) „wielką ocenę moralną”. Tymczasem pod wpływem informacji i propagandy rzadko decyzje
podejmujemy samodzielnie, czy też „niezależnie”. „Niezależność” to mit
stworzony przez manipulację polityczną. Jesteśmy ofiarami manipulacji
tych grup lub osób, którym zależy na naszym określonym zachowaniu,
34 J. Nagórny, K. Jeżyna (red.), Encyklopedia Nauczania Moralnego. Jan Paweł II. Radom, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne (2005), s. 303-305, 308-312.
magazyn1-2010.indd 259
10-07-23 18:48:18
260
Ius et Lex nr 1/2010
na władzy nad nami w określonych sferach życia i rodzajach stosunków
społecznych35. Hegemon demokratyczny może swoimi wpływami prawnymi i faktycznymi objąć rynek mediów i informacji, wpływając na decyzje polityczne obywateli.
Dalej podkreśla się, że „niesumienni przywódcy mas szerokich” mogą
źle informować społeczeństwo dla swoich własnych korzyści. Chodzi
głównie o korzyści polityczne (mogą być też majątkowe). Zwłaszcza
w krajach o nisko rozwiniętej oświacie i słabym zrozumieniu „spraw państwowych” jest realna możliwość dezinformacji. Wówczas bowiem „masy”
nie potrafią desygnować do organów władzy państwowej osób kompetentnych. Do organów władzy trafiają osoby nie tylko niekompetentne, ale
i często nieuczciwe. Osoby „zręczne w zjednywaniu sobie zwolenników
i popleczników” mają przewagę w „demokracji mieszczańskiej”. Czesław
Znamierowski twierdzi, iż „ta możliwość jest groźna zwłaszcza dla demokracji przy ustroju parlamentarnym, gdzie ministrem może być poseł do
parlamentu, czasem obcy zupełnie sprawom, jakimi ma kierować”36. Tym
samym powstaje kult niekompetencji. Bełkot informacyjny, brak poważnej
dyskusji na temat funkcjonowania państwa, infantylna dyskusja polityczna w mediach sprzyja wyborowi tych samych osób na te same stanowiska.
Trzeba zauważyć, iż błędna informacja, natłok informacji lub ograniczanie informacji do wybranych, ściśle określonych, aspektów rzeczywistości może spowodować, że Hegemon „ugruntuje” swą pozycję w ustroju formalnie demokratycznym. Uważam, iż media we władaniu lub na
usługach Hegemona i jego wspaniałomyślno-gromowładnego uznania
dla przychylności wobec swej władzy hegemońskiej to wielka siła i pomoc w powszechnym wyborze (lub poparciu) takiego, a nie innego składu osobowego organów władz państwowych oraz w kierowaniu światopoglądem i opiniami „ogółu” w imię „dobra wspólnego”.
W kontekście oligarchizacji mediów i polityki niezwykle trafne są jeszcze dwie inne refleksje polskiego filozofa. Trafnie określa następujące
zagrożenia związane z nieprawidłowo funkcjonującą demokracją. Primo,
to nie legalna władza może samodzielnie podejmować decyzje państwowe. Faktyczne rządy sprawuje często grupa oligarchów („wielcy kapitaliści lub latyfundyści”) stojących za parlamentarzystami. „Człowiek, który
ma wiele pieniędzy, ma tym samym niewidzialną moc nad innymi” – pisze uczony. Oligarcha w „państwach źle urządzonych” jest osobą bardziej
znaczącą niż władza państwowa i „biedni urzędnicy”. W jaki sposób oli35 C. Znamierowski, Rozważania o państwie. Warszawa, Wydawnictwo Oficyna Naukowa (1999),
s. 531-532.
36 Ibidem, s. 536.
magazyn1-2010.indd 260
10-07-23 18:48:18
D. Bunikowski Media na usługach polityki
261
garchowie sprawują władzę? Zmowa bogatych oligarchów, czyli oligarchia plutokratyczna woli rządzić pośrednio poprzez: 1) dyrektywy „dane w sposób
formalnie niepostrzegalny i łagodny”, 2) wpływ na skład organów państwowych oraz 3) korumpowanie „do głębi podstaw demokracji”. Oczywiście, interes prywatny oligarchów i ich wpływy muszą być chronione.
W roli gwaranta wpływów oligarchów występuje „scena kukiełek wykonujących akty państwowe”(np. poprzez głosowania w parlamencie, wydawanie decyzji administracyjnych etc.). Z kolei sami oligarchowie są
nieznani dla opinii publicznej, mimo że „trzymają w ręku poruszające
sznurki” („kukiełkami” są oficjalne władze państwowe). Oligarchowie,
a więc potężni kapitaliści, są jednak omamieni swą nieformalną władzą.
Popełniają fundamentalny błąd, nie zauważając wielkiej przemiany dziejowej. Popełniają „wielkie błędy dziejowe”, nie przypuszczając, że „jakieś
trąby mogą zburzyć ich Jerycho” (np. rewolucja społeczna czy polityczna). Demokracja nie jest najlepszym ustrojem, łatwo w nim manipulować ludźmi poprzez np. media. Jest tylko ustrojem możliwości, uzależnionych od kultur i okoliczności. Zatem wypaczenia są możliwe, a nawet
oczywiste. Dochodzimy do drugiego ważnego wniosku. Istnieje zagrożenie związane z brakiem rotacji w wyborach. Jest to sytuacja w praktyce
dość częsta w demokracji. W organach wybieralnych powszechnie (parlamenty krajowe, samorządy lokalne), tzw. ciałach władczych, skład osobowy jest „mniej lub więcej niezmienny”. Świadczy to o dominacji „ekipy władczej o charakterze oligarchicznym”. „Tytuł do władzy” pochodzi
z powszechnych wyborów, mimo to taka władza nie przejmuje się opinią
społeczeństwa. Ma na celu utrzymanie się przy władzy poprzez manipulację społeczną37. W powyższym przypadku pozycję hegemońską zajmuje
określona grupa ludzi wpływowych, „układ odniesień i relacji do kogoś
lub czegoś” (grupa powiązana korzyściami, ideami etc.). Media zatem
mogą zostać całkowicie opanowane przez ludzi bogatych lub grupy powiązane z politykami oraz mogą pomagać im odpowiednią linią dziennikarską w utrzymaniu władzy politycznej w systemie demokratycznym.
37 Ibidem, s. 535.
magazyn1-2010.indd 261
10-07-23 18:48:18
262
Ius et Lex nr 1/2010
5. PRZYKŁADY OGRANICZANIA WOLNOŚCI SŁOWA LUB MANIPULACJI POLITYCZNEJ W MEDIACH
N
iektórych pewnie dziwi teza, że Hegemon w systemie demokratycznym może wykorzystywać organy ścigania i przepisy kodeksu
karnego do walki z mediami i pluralizmem poglądów. Czy, przykładowo, dziennikarz publikujący lub ujawniający informacje będące tajemnicą państwową nie może być oskarżany o popełnienie przestępstwa z art.
265 par. 1 kodeksu karnego („Kto ujawnia lub wbrew przepisom ustawy wykorzystuje informacje stanowiące tajemnicę państwową…”)? Czy
obywatel, który krytycznie wypowiedział się o pośle, nie może zostać skazany z art. 226 par. 1 k.k. za znieważenie („Kto znieważa funkcjonariusza publicznego…”). Czy zamiast korzystać z drogi cywilnej i przepisów
o ochronie dóbr osobistych (art. 23 i 24 kodeksu cywilnego) albo z drogi prywatnoskargowej (art. 212 lub 216 k.k.), nigdy nie wybiera się oręża prawa karnego do walki z wolnością słowa w celu zastraszenia i zdeprecjonowania lub osłabienia podmiotów korzystających z wolności słowa w mediach?
Dla mnie jest oczywiste, że „receptory” systemu prawa hegemońskiego są bardzo rozbudowane, tworząc hermetyczną i często nieprzenikalną strukturę osób, działań i decyzji. W mojej wizji, decydujące znaczenie posiadają: „dwór”, „żołnierze”, informatorzy, służby, instytucje i osoby służące oraz broniące Hegemona i jego pozycji. Zachowania „receptorów” posiadają uzasadnienie psychologiczne: ich zachowaniami kieruje lęk, strach, korzyść własna i poczucie bezpieczeństwa oraz wpływów
(np. prokurator obawia się utraty pozycji). Organy ścigania (a w pewnych krajach zapewne całego wymiaru sprawiedliwości) mogą pełnić
istotne funkcje w systemie prawa hegemońskiego38.
38 Oportunizm „receptorów” na płaszczyźnie wolności słowa i prawa do informacji wydaje się być
szczególnie ważny. Jakie są przykłady prawa hegemońskiego na płaszczyźnie wolności słowa, nie
tylko w mediach? Jak można wolność słowa ograniczyć nawet w demokracji? W mojej opinii,
ograniczenia wolności prasy czy telewizji poprzez zakazy sądowe publikacji określonych tekstów,
nieprzychylnych Hegemonowi, (w nauce prawa, oczywiście można odnaleźć pogląd, że to nie
jest dobry przykład, ale zdaniem dziennikarzy jest inaczej, czemu nie ma się zresztą, co dziwić;
jeśli sąd bowiem zakazuje publikacji dziennikarzowi na określony temat, to jak on ma tego nie
uważać za ograniczenie wolności słowa?), jak również kary finansowe dla stacji telewizyjnych
za nadawanie kontrowersyjnych politycznie czy społecznie programów, utrudnienia związane
z procedurą przyznawania koncesji mediom, prokuratorskie ściganie z urzędu dziennikarzy lub
obywateli za przestępstwa obrazy osób publicznych, podejście reliktowo-feudalistyczno-monarsze
organów wymiaru sprawiedliwości do wolności słowa w mediach i stosunkach międzyludzkich
w imię antywolnościowej zasady crimen laese maiestatis divinae (traktowanie przez organy ścigania czy wymiaru sprawiedliwości najwyższych władz jako instytucji, których nie wolno swobodnie krytykować), utrudnianie i ograniczanie przez urzędników dostępu do informacji o prawdziwych działaniach władz, bezpodstawne i nielegalne zasłanianie się tajemnicą przez urzędni-
magazyn1-2010.indd 262
10-07-23 18:48:18
D. Bunikowski Media na usługach polityki
263
Przykładem ograniczenia wolności słowa i „spisku hegemonów” jest
pomoc międzynarodowych firm internetowych w blokowaniu stron internetowych w autorytarno-komunistycznych państwach lub w uzyskiwaniu informacji o danych pozwalających zidentyfikować osoby korzystające z wolności słowa przy użyciu Internetu (krytykujących władzę), np.
w Chinach. Wówczas władze ograniczają wolność słowa oraz dostęp do
informacji w Internecie. Po uzyskaniu danych osobowych od stosownych
firm aresztują i skazują opozycjonistów z ruchów demokratycznych, wypowiadających się krytycznie lub negatywnie o reżimie. Bez pomocy firm
internetowych byłoby to niemożliwe.
Państwa o charakterze autorytarnym narzucają mediom wymóg przedstawiania sytuacji w kraju w pozytywnym świetle (przykład putinowskiej
Rosji). Likwidują organy medialne, aresztują, skazują, a nawet prawdopodobnie zabijają dziennikarzy, niszczą media prywatne poprzez środki
administracyjne, karne lub finansowe (przykład Białorusi za Łukaszenki, komunistycznej Kuby, komunistycznych Chin). Tym samym naruszają w sposób najbardziej oczywisty wolność słowa w mediach39.
Media na usługach polityki to również domena PRL-u. W czasach komunistycznych w Polsce rolę Hegemona ograniczającego wolność słowa pełniła partia jako „przewodnia siła narodu”. Ustawa z 31.07.1981 r.
o kontroli publikacji i widowisk (zob. Dz. U. z 1981 r. Nr 20, poz. 99)
stanowi znakomity przykład restrykcyjnych i nieuzasadnionych ograniczeń wolności słowa. Gdyby podobne regulacje wprowadzić dziś w Polsce lub w innym kraju, to, przykładowo, Internet przestałby pełnić swe
funkcje dyskusyjne i informacyjne. Przepis art. 1 ust. 1 ustawy bardzo
pompatycznie i niezwykle kłamliwie stwierdzał, że Polska Rzeczpospolita Ludowa „zapewnia wolność słowa i druku w publikacjach i widowiskach”. Z kolei art. 2 ustawy w aż 10 punktach wymienił dość ogólne
i nieostre pojęciowo sformułowania stanowiące wyjątki od ochrony wolności słowa. Były to sformułowania typu „godzić w konstytucyjne zasaków czy przedsiębiorców w przedmiocie funkcjonowania władzy i jej organów na różnych szczeblach – to typowe przykłady prawa hegemona na płaszczyźnie wolności słowa i prawa do informacji. Moralizatorstwo władzy i paternalizm polityczny, roztaczanie aury tajemnicy, quasi-świętości, magii i nadmiernego respektu wobec władz (np. częste orędzia, pompatycznie ukazywane obchody państwowe, pokazywanie nieustannie dostojeństwa władzy poprzez media) stanowią kolejne przykłady prawa hegemońskiego. Media, które są na usługach polityki, starają się
nie zauważyć tych problemów lub je bagatelizować. A czy inaczej sytuacja wygląda w „hegemonii niepolitycznej”? Hegemon gospodarczy, medialny czy mafijny, z zasady, woli działać i utrzymywać swe wpływy w sposób raczej niejawny (za pomocą i przy udziale sfer polityki i władzy państwowej, przy pomocy przejętych lub kontrolowanych w inny sposób mediów).
39 P. Kościński, Łukaszenko szuka azylu w Wenezueli. „Rzeczpospolita”, 21.06.2007, s. 7.Zob. też:
rozmowa Tomasza Bieleckiego z Igorem Jakowienką, Rosja dobija media. „Gazeta Wyborcza”,
6-7.06.2007, s. 2.
magazyn1-2010.indd 263
10-07-23 18:48:18
264
Ius et Lex nr 1/2010
dy polityki zagranicznej” (pkt 3) czy „propagować treści szkodliwe obyczajowo” (pkt 10). W praktyce życia medialnego i w ogóle społecznego
organy cenzury PRL w stanie wojennym i po nim nie miały problemu
z monopolizacją płaszczyzny informacji i ograniczeniem wypowiedzi nieprzychylnych władzy. Ustawa teoretycznie i wzniośle „zapewniająca” wolność słowa negowała w praktyce tę wolność. Trzeba jasno powiedzieć, że
prawo stało się po raz kolejny w wysokim stopniu instrumentalne i obłudne. Stało się instrumentem w rękach władzy. Nigdy nie da się wykluczyć prób wprowadzenia przez daną władzę podobnych regulacji. Należy być ostrożnym wobec działań władzy, która mówi o wzmacnianiu mediów i ich aprecjacji, mając faktycznie na myśli przejęcie nad nimi kontroli pod różną postacią.
6. WNIOSKI
P
rzyjrzyjmy się chwilę obecnie sytuacji w Internecie w kontekście
służenia tego medium polityce. Partie polityczne często korzystają z dobrodziejstwa istnienia posłusznych i oportunistycznych dziennikarzy i propagandzistów. Na płaszczyźnie nowych mediów, np. w Internecie, spełniają oni znakomicie swą rolę. Przedstawiają na partyjnych,
a także związanych z nimi stronach internetowych, swych politycznych
idoli w samych superlatywach. Taka jest cena demokracji: politycy są zawsze przedstawiani przez „dwór” lepiej niż jest w rzeczywistości. Taka
jest też natura człowieka: my sami często lepiej się przedstawiamy, niż
jest naprawdę. Jeśli chodzi o partie polityczne i ich prywatne strony, to
mają do tego formalnie prawo. Nie można jednak zapominać o tworzeniu pewnych standardów i dążeniu do tworzenia demokracji oraz życia
społecznego opartego na prawdzie, a nie na zakłamaniu i złudnym wyobrażeniu rzeczywistość, pełnej wirtualnej otoczki. Strony prywatne czy
wypowiedzi w Internecie mogą być peanem złożonym hegemonom. Lepiej byłoby, oczywiście, przedstawiać prawdę, a nie jej subiektywizację
w pełni świadomą i cyniczną. Publiczne media nie mogą jednak pozwolić sobie na taką służalczość. Tu standardy muszą być niezmiernie wysokie, a obiektywizm i bezstronność czy rzetelność pracy dziennikarskiej
muszą dominować nad innymi czynnikami (pragmatycznymi, ekonomicznymi, politycznymi etc.).
Mimo to jest raczej jasne, że Hegemon nie ma często prawie żadnych
problemów z osiągnięciem stosownych wpływów społecznych w ustroju
demokratycznym. Jak scharakteryzować jego działania? Mają one w istocie rzeczy charakter pośredni, miękki, relatywnie rozłożony w czasie,
magazyn1-2010.indd 264
10-07-23 18:48:18
D. Bunikowski Media na usługach polityki
265
„pełzający”, „konsolidacyjno-otaczający”. Zagrożenie manipulacją w sferach realnej i faktycznej władzy jest znaczne w demokracjach. Fundamentalny problem stanowi fakt, iż obywatele nie zdają sobie często w ogóle
z tego sprawy. Nie spostrzegą się zbyt szybko lub nawet wcale, jak ogranicza się wolność słowa czy dostęp do informacji publicznych, urzędowych, dotyczących działalności władzy (poprzez reglamentację informacji w posłusznych mediach, czy to publicznych, czy to prywatnych).
W moim rozumieniu, Hegemon demokratyczny woli żyć w świecie natłoku jałowej, głupiej, sensacyjnej, oszałamiającej, omamiającej i hedonistyczno-biologistycznej informacji. Informacje rzeczywiście ważne, dotyczące istoty państwa i dobra wspólnego, zachowuje dla siebie, manipulując prawdą. Szerzy się sfera magii i tajemnicy otaczającej władzę i Hegemona. Debata publiczna, przytłamszona sensacją, mało ważnymi informacjami, jest jałowa. Taki dyskurs społeczny ogranicza realnie wolność słowa, tak samo, jak Hegemon ogranicza realnie i faktycznie dostęp do informacji o działaniach władzy oraz niszczy wszelkimi dostępnymi środkami (prawnymi lub innymi) wypowiedzi mu nieprzychylne lub
krytyczne. Zatem za rządów takiego Hegemona Pseudo-Demokraty, istnieje poważne niebezpieczeństwo ograniczenia wolności słowa i dostępu
do informacji o władzy, jej działalności oraz realnych stosunkach władczo-państwowych. Moje uwagi mają charakter teoretyczny, nie odnoszą
się do konkretnego układu politycznego i państwa, wskazując tylko na
teoretyczne możliwości naruszania wolności słowa w mediach przez polityków, władzę rządzącą i układy polityczne. Demokracja nie jest wolna
od tego typu zagrożeń.
magazyn1-2010.indd 265
10-07-23 18:48:18
magazyn1-2010.indd 266
10-07-23 18:48:18
Jacek Sobczak
CZY PRAWO PRASOWE
POTRZEBUJE ZMIANY?
magazyn1-2010.indd 267
10-07-23 18:48:18
JACEK SOBCZAK
Profesor zwyczajny prawa, sędzia Izby Karnej Sądu Najwyższego. Doktoryzowany i później habilitowany na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza Poznaniu. Kierownik Zakładu Systemów Prasowych i Prawa Prasowego tegoż Uniwersytetu. Specjalizuje się w problematyce prawa własności intelektualnej,
szczególnie w zakresie prawa prasowego, autorskiego, reklamy, prawa radiofonii i telewizji, wolności prasy, a także zniesławienia prasowego oraz naruszeń dóbr osobistych, zwłaszcza
czci i prywatności. Jest autorem ponad 300 rozpraw, studiów,
monografii i artykułów w tym 31 książek, wśród nich zaś komentarzy do prawa prasowego i prawa radiofonii i telewizji.
magazyn1-2010.indd 268
10-07-23 18:48:18
WPROWADZENIE
P
odzielając pogląd, że obowiązujące Prawo prasowe jest aktem normatywnym wysoce nieudanym, przestarzałym i całkowicie nieprzystającym do współczesnej rzeczywistości, prof. Sobczak stwierdza, że do nowelizacji
tego prawa należy przystępować bez pośpiechu, poprzedzając działania legislacyjne poważną dyskusją zarówno w ramach środowiska dziennikarskiego,
jak i w gronie prawników, by podejmowane debaty nie przeradzały się w spektakl gorszących wzajemnych oskarżeń. Ważną rzeczą jest także i to, aby nowe
prawo prasowe nie powstawało jako akt normatywny stworzony przez to czy
inne ugrupowanie zawodowe bądź polityczne, aby nie musiało być identyfikowane z liderem któregoś z ugrupowań dziennikarskich. Autor przypomina, że
materia, której dotyczy prawo prasowe pozornie tylko odnosi się do jednej grupy zawodowej. Faktycznie regulacje objęte prawem prasowym dotyczą bardzo
obszernej sfery społecznej i ich praktyczne skutki dotykają w zasadzie każdego
obywatela. Zdaniem autora problemem jest nie tyle potrzeba zmiany prawa
prasowego, ile przyswojenie sobie przez dziennikarzy jego treści, internalizacja przez nich poszczególnych instytucji, uświadomienie sobie niebezpieczeństw
i pułapek, które wiążą się z wykonywaniem tego odpowiedzialnego zawodu.
P
rawo prasowe należy do tych dyscyplin prawniczych, których normowanie i wszelkie zmiany okazują się wyjątkowo trudne. Dowodzi tego okres międzywojenny, kiedy to prace nad zastąpieniem prawa
prasowego państw zaborczych przez polską ustawę trwały od grudnia
1918 r. do listopada 1938 r., kiedy to wszedł w życie dekret Prezydenta Rzeczypospolitej Prawo prasowe1. Także po II wojnie światowej długi
1 Zob. w przedmiocie prac nad nowelizacją prawa prasowego w okresie międzywojennym M. Pietrzak, Reglamentacja wolności prasy w Polsce 1918-1939, Warszawa 1963; A. Paczkowski, Cenzura
prasowa w II Rzeczypospolitej, w: Granice wolności słowa. Materiały konferencji naukowej, Kielce
magazyn1-2010.indd 269
10-07-23 18:48:19
270
Ius et Lex nr 1/2010
czas nie można było doczekać się nowej ustawy regulującej funkcjonowanie prasy i określającej prawa i obowiązki dziennikarzy. Jak się potem
okazało, prawdziwą była konstatacja niżej podpisanego, negowana przez
część środowiska naukowego i większość dziennikarzy, iż ustawą regulującą ten obszar był, aż do wejścia w życie ustawy z 26 stycznia 1984 r. Prawo prasowe, wspomniany dekret Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 21
listopada 1938 r.2. Po transformacji ustrojowej kolejne inicjatywy ustawodawcze zmierzające w kierunku zmian prawa prasowego, których zalet i wad nie sposób w tym miejscu rozważać, podobnie jak trudno dokonywać porównań proponowanych rozwiązań, nie zostały uwieńczone
powodzeniem. Tylko niektóre z nich stały się zresztą przedmiotem obrad komisji sejmowych. Niewątpliwie jednym z najciekawszych – niesłusznie zapomnianych – był projekt przygotowany przez Zespół Prawa Prasowego Społecznej Rady Legislacyjnej pod przewodnictwem prof. zw. dr
hab. Andrzeja Kopffa. Nie trafił on jednak pod obrady sejmu. Pozostałe
projekty stanowiły w istocie rzeczy próbę skorygowania istniejącej ustawy prasowej i dostosowania jej treści do zmieniającej się sytuacji polityczno-społecznej i gospodarczej. Twórcy wspomnianych projektów nie
byli na tyle zdeterminowani, aby wyznaczyć sobie jako cel nowoczesną
przebudowę tej dziedziny prawa. Nie podjęto też w zgłoszonych projektach próby określenia statusu zawodu dziennikarskiego oraz wyznaczenia granic i gwarancji wolności prasy, deklarując częstokroć już w tytule
projektu ustawy wolność prasy twórcy kolejnych propozycji zdawali się
zapominać, iż dla wolności najważniejsze są gwarancje formalne i materialne oraz wytyczenie granic, gdyż wbrew powszechnemu przekonaniu
ani wolność słowa, ani pochodna od niej wolność prasy nie mają charakteru absolutnego, na co wielokrotnie zwracał zresztą uwagę Europej4-5 maja 1995, red. G. Miernik, Kielce-Warszawa 1999; A. Notowski, Prasa w systemie propagandy rządowej w Polsce (1926-1939). Studium techniki władzy, Warszawa-Łódź 1987; D. Nałęcz, Zawód
dziennikarza w Polsce 1918-1939, Warszawa- Łódź 1982; Por. także T. Cyprian, Prawo prasowe, Poznań 1939; M. Różycki, Prawo prasowe, Lwów 1939; J. Sobczak, Prawo prasowe. Podręcznik akademicki, Warszawa 2000, s. 53-59.
2 W myśl art. V § 1 ustawy z dnia 19 kwietnia 1969 r. przepisy wprowadzające kodeks karny uchylone zostały wydane przed dniem 5 września 1939 r. ustawy szczególne oraz inne akty prawne
z mocą ustawy zawierające przepisy przewidujące odpowiedzialność karną za przestępstwo. Niemniej – jak się wydaje – dekret z dnia 21 listopada 1938 r. obowiązywał nadal, chociaż nie był
stosowany. Była to niejako klasyczna sytuacja określona w teorii prawa jako desuetudo (w kwestii eliminowania norm systemu prawa w drodze desuetudo zob. S. Wronkowska, Podstawowe pojęcia prawa i prawoznawstwa, Wyd. 2, Poznań 2003, s. 54. Warto zauważyć, że w drodze desuetudo mogą utracić moc obowiązującą normy, które przez dłuższy czas są radykalnie nieefektywne,
co do których istnieje przy tym powszechne przekonanie, że nie są normami wiążącymi). Sąd
Najwyższy postanowieniem w składzie siedmiu sędziów z dnia 26 listopada 1970 r. (V KO 5/71)
wyraził pogląd, że wspomniany dekret przestał obowiązywać z dniem wejścia w życie kodeksu
karnego z 1969 r. Stanowisko to wydaje się być niezwykle wątpliwe, co potwierdził ustawodawca
w treści art. 60 ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. Prawo prasowe (Dz. U. Nr 5, poz. 24 z późn. zm.)
magazyn1-2010.indd 270
10-07-23 18:48:19
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
271
ski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. W zgłaszanych i przedstawianych sejmowi projektach nie podejmowano także w zasadzie prób regulacji stosunków między właścicielami, wydawcami a dziennikarzami, ignorując w tym względzie przebieg dyskusji, jaka toczyła się niejako niezależnie od procesu legislacyjnego na łamach prasy, a w toku której zgłaszano szereg postulatów m.in. ograniczenia dostępu kapitału zagranicznego do sektora prasowego. Nie potrafiono się przy tym także zdecydować, czy regulacją winno być objęte tylko funkcjonowanie prasy drukowanej, czy też konieczna jest jedna wspólna regulacja, która swoim zakresem obejmie także radiofonię i telewizję. Problemem, który całkowicie wymykał się uwadze, była prasa i dziennikarstwo internetowe3 oraz
3 Odpowiadając na podstawowe pytanie, czy istnieje prasa w Internecie – wypada stwierdzić, że
fakt ten kwestionują niekiedy sami dziennikarze i medioznawcy. Dla prawnika istnienie prasy
w Internecie nie może budzić wątpliwości – co najmniej, od chwili wydania przez Sąd Najwyższy
w dniu 26 lipca 2007 r. postanowienia w sprawie IV KK 174/07. Prasa w Internecie występuje
w dwóch podstawowych formach: po pierwsze – jako prasa elektroniczna, istniejąca obok postaci drukowanej i po drugie – w formie wyłącznie elektronicznej. Postanowienie Sądu Najwyższego wraz z uzasadnieniem opublikowano w: Biuletyn Prawa Karnego Sądu Najwyższego 2007, nr 15,
s. 33 – 37; zob. także aprobującą glosę J. Taczkowskiej, „Orzecznictwo Sądów Polskich” 2007,
nr 6, poz. 60. W uzasadnieniu orzeczenia Sąd Najwyższy jednoznacznie stwierdził, że prasą są
zarówno dzienniki i czasopisma jak i „wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania upowszechniające publikacje periodyczne za pomocą
druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania.” – art. 7 ust 2 pkt.1 in fine. Dzienniki
i czasopisma przez to, że ukazują się w formie przekazu Internetowego nie tracą znamion tytułu prasowego. Sąd Najwyższy zauważył, że osoba rozpowszechniająca bez rejestracji w właściwym sądzie okręgowym dziennik bądź czasopismo za pośrednictwem Internetu zarówno wówczas, gdy przekaz taki towarzyszy przekazowi utrwalonemu na papierze, stanowiąc inną elektroniczną jego postać, jak i wówczas gdy istnieje tylko w formie elektronicznej w Internecie wyczerpuje znamiona przestępstwa z art. 45 ustawy prawo prasowe. Ustawodawca szeroko ujmuje pojęcie prasy, zaliczając do niej przykładowo: dzienniki, czasopisma, serwisy agencyjne, stałe
przekazy teleksowe, biuletyny, programy radiowe i telewizyjne oraz kroniki filmowe. Prasą nazywa ustawodawca także istniejące środki przekazu, w tym rozgłośnie radiowe i telewizyjne, radiowęzły zakładowe oraz wszelkie istniejące i powstające środki przekazu, upowszechniające publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania. Prasą na koniec, w świetle ustawy, są zespoły ludzi i poszczególne osoby, zajmujące się działalnością dziennikarską. Czasopisma i dzienniki przez to, iż ukazują się w formie przekazu internetowego, nie tracą znamion tytułu prasowego, por. J. Barta, R. Markiewicz, Internet a prawo, Kraków 1998, s. 35-41; J. Sobczak, Naruszenie praw do tytułu prasowego, w: „Naruszenia praw na dobrach
niematerialnych”, red. T. Szymanek, Warszawa 2001, s. 237-250. W świetle przepisów prawa prasowego bezspornym jest, że prasa oznacza publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, a ukazują się nie rzadziej niż raz w roku art. 7 ust 1 pkt.1 pr pr. Jednoznaczny jest także przepis ustawy, że dziennikiem jest ogólnoinformacyjny druk periodyczny
lub przekaz za pomocą dźwięku oraz dźwięku i obrazu ukazujący się częściej niż raz w tygodniu
(art. 7 ust.2 pkt.2 pr. pr.) oraz to, że podobna zasada dotyczy czasopism (art. 7 ust. 2 pkt.3 pr.
pr.). zob. J. Sobczak, Ustawa prawo prasowe. Komentarz, Warszawa 1999, s. 113 i 273-274; J. Barta,
R. Markiewicz, Internet a prawo, Kraków 1999, s. 35-41; J. Barta, R. Markiewicz, A. Matlak, Prawo mediów, Warszawa 2005, s. 95; E. Nowińska, M. du Vall, Komentarz do ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, Warszawa 2001, s. 184; E. Nowińska Nieuczciwa reklama w Internecie w: „Internet – problemy prawne” Lublin 1998, s. 51. por. J. Barta, R. Markiewicz, Internet a prawo, Kraków
1998, s. 35-41, tamże szersza literatura.
magazyn1-2010.indd 271
10-07-23 18:48:19
272
Ius et Lex nr 1/2010
problem blogów i blogerów4. Pamiętać należy, że prezentacja materiałów w Internecie odbywa się na innych zasadach niż w publikacja w prasie drukowanej. Ponadto, nie wolno zapominać, że poza obszarem Internetu istnieje nie tylko prasa drukowana, lecz także inne przekazy, które nie spełniają wymogów stawianych prasie (np. książki, ulotki, jednodniówki, itd.). Z ich istnienia nie można wyciągnąć wniosku, że powinny
być rejestrowane w trybie art. 20 pr. pr., gdyż rejestracji podlega prasa.
Podobnie brak jest podstaw do twierdzenia, że istnieje konieczność rejestracji tych przekazów zamieszczanych w Internecie, które nie są prasą, gdyż prasa w postaci elektronicznej podlega rejestracji. Konkludując, raz jeszcze należy podkreślić, że Internet (sieć) nie jest prasą, choć
w Internecie może być publikowana prasa5.
Ze zgłaszanych po 1989 r. inny charakter miał projekt autorski prof.
dr hab. Bogdana Michalskiego, niezwykle obszerny, wręcz kazuistyczny,
w dużym stopniu w sposób nieuzasadniony reglamentujący dostęp do
zawodu dziennikarskiego, który spotkał się z tego ostatniego powodu
z ostrą, jednoznaczną krytyką ze strony środowiska dziennikarskiego,
które jednak jakby nie chciało dostrzec pewnych bardzo interesujących
i nowatorskich rozwiązań zaprezentowanych w tym tekście. Problem do4 R. Ostrowski, Nowe Media – Internet. Szansa czy zagrożenie dla polskiego społeczeństwa?, w: „Media
Masowe w praktyce społecznej”, red. D. Waniek J. W. Adamowski, Warszawa 2007, s. 297–307; M. P.
Pręgowki, Blogosfera a dziennikarstwo obywatelskie, w: „Media – między władzą a społeczeństwem”, red.
M. Szpunar, Rzeszów 2007, s. 115–132; K. D. Trammell, A. Tarkowski, J. Hofmokl, A. M. Sapp,
Rzeczpospolita blogów (Republic of Blog): Examining Polish bloggers through content analysis, „Journal
of Computer-Mediated Communication” 2006, nr 11/3; J. Sierakowska, Polityk blogiem silny,
„Rzeczpospolita” z 18 sierpnia 2006 r. Blogi stały się popularne dopiero w ciągu ostatnich lat,
ale siła ich oddziaływania jest olbrzymia. Dostrzegając to zjawisko Parlament Europejski uznaje
blogi za część nowych mediów, zmierzając do regulacji tej sfery. Budzi to oburzenie niektórych
środowisk dziennikarskich uważających, że zaletą blogu jest właśnie jego niezależność. Zwolennicy unormowania tej sfery wskazują, że twórcy blogów mogą obecnie bezkarnie zniesławiać,
poniżać, naruszać godność człowieka, prowadzić lobbing, wywoływać panikę zarówno tak w sferze gospodarczej, jak i politycznej. Na razie Parlament Europejski zdaje się zmierzać w kierunku zachęcania blogerów do dobrowolnego rejestrowania i oznaczania blogów tak, aby było jasne, kto jest autorem wypowiedzi, kto wydawcą i jakie interesy finansowe blog reprezentuje.
D. Pszczółkowska, Europarlament chce opanować blogosferę, „Gazeta Wyborcza” 24 czerwca 2008,
s. 13.
5 Istnienie obok siebie zbliżonych – ale nie tożsamych – postaci prasy (w formie elektronicznej
i papierowej), może nastręczać liczne kłopoty związane z odpowiedzialnością za zniesławienie,
koniecznością sprostowań, itd. W przyszłości dla historyków i prasoznawców poważną trudnością może być też kwestia zawartości poszczególnych przekazów. Problem ten istnieje już dzisiaj, w odniesieniu do tzw. „mutacji terenowych” – w praktyce bardzo zróżnicowanych treściowo. Nie wolno zapominać, że także te przekazy internetowe, które nie są prasą mogą zawierać
treści zniesławiające, naruszać dobra osobiste, godzić w godność i prywatność, naruszać prawa do wizerunku, łamać prawa autorskie. Z tego faktu nie sposób jednak wyciągać wniosku, że
przekazy te są prasą. Zniesławiać, naruszać dobra osobiste, godzić w godność i prywatność, naruszać prawa do wizerunku, łamać prawa autorskie można w książkach, ulotkach, jednodniówkach, drukach ulotnych – i nikt tylko dlatego nie uzna, że są one prasą w rozumieniu art. 7 ust
2 pkt 1 pr. pr. i że co za tym idzie – podlegają rejestracji.
magazyn1-2010.indd 272
10-07-23 18:48:19
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
273
stępu do zawodu dziennikarskiego pojawił się także w innych projektach,
w szczególności tych, które wychodziły ze środowiska Izby Wydawców
Prasy.
Zastanawiając się nad tym, czy istnieje konieczność stworzenia nowej
ustawy regulującej funkcjonowanie prasy wypada zauważyć, że obecnie
obowiązująca ustawa prawo prasowe jest aktem wysoce niedoskonałym,
co wielokrotnie już, także przez piszącego te słowa, podnoszono w literaturze. Mimo że praktycznie przez wiele lat przedstawiciele doktryny
i praktyki byli zgodni co do tego, że obowiązujące prawo prasowe powinno być znowelizowane, ewentualnie zastąpione lepszym i bardziej doskonałym aktem normatywnym, to nie było zgody co do charakteru i głębokości tych zmian. Dziennikarze, redaktorzy naczelni, wydawcy, przedstawiciele stowarzyszeń dziennikarzy i wydawców, a także politycy nie potrafili w gruncie rzeczy jak dotąd zająć jednoznacznego stanowiska co do
tego, jakie rozwiązania prawne preferują oraz co powinno się znaleźć
w treści projektowanej ustawy, ani tego jaką materię powinna ona regulować. Ten stan rzeczy w pewnym stopniu wynika z faktu, że obecnie obowiązujące prawo prasowe, mimo wszelkich rzucających się w oczy braków,
jest ustawą dość wygodną zarówno dla samych dziennikarzy, jak i dla redaktorów naczelnych i wydawców. Dziennikarzom zapewnia swobodę wypowiedzi, pozwalając niektórym z nich na w zasadzie bezkarne naruszanie dóbr osobistych, tajemnicy chronionej ustawą, a także formułowanie
wypowiedzi wyczerpujących znamiona zniesławienia bądź zniewagi. Granice prawne formułowane w innych aktach prawnych, w kodeksie karnym bądź cywilnym, nie stanowią dostatecznych barier dla tego rodzaju działań. Pokusa ich podjęcia jest tym większa, że etos dziennikarski
w wielu, aczkolwiek nie we wszystkich redakcjach, sięgnął przysłowiowego
bruku i niekiedy dziennikarze bywają zachęcani przez swoich zwierzchników, redaktorów naczelnych i wydawców do działań sprzecznych z deontologią dziennikarską. Prawo prasowe jest także aktem prawnym niezmiernie wygodnym dla redaktorów naczelnych, gdyż nie zabezpiecza
on statusu dziennikarza jako pracownika bądź współpracownika pisma,
nie przyznaje mu praktycznie rzecz biorąc żadnych uprawnień socjalnych, czy zawodowych oddając go w zasadzie na łaskę i niełaskę nie tylko wydawców, lecz zmieniających się kierowników redakcji. Częste zmiany linii programowej wiążące się z przetasowaniami politycznymi stawiają dziennikarza przed trudnymi dylematami moralnymi i zawodowymi.
Ustawodawca nie daje przy tym dziennikarzom w takich sytuacjach żadnych możliwości wyboru. Pozostawia im jedynie możliwość odejścia z redakcji lub oddania „swojego pióra”, umiejętności zawodowych i talentu służbie idei, których nie akceptują. Obowiązujące Prawo prasowe nie
magazyn1-2010.indd 273
10-07-23 18:48:19
274
Ius et Lex nr 1/2010
reguluje także relacji między redaktorem naczelnym a dziennikarzami,
odsyłając w tym zakresie od aktów prawnych niższego rzędu, statutu lub
regulaminu redakcji. Ustawa Prawo prasowe nie normuje więc w sposób jasny granic obowiązków dziennikarzy wobec redaktora naczelnego
i samej redakcji. Pozostawienie tej materii statutowi oraz konkretnym
umowom o pracę godzi nie tylko w status dziennikarza, w jego sytuację
socjalną, ale i pośrednio w wolność prasy, rodząc w praktyce rozliczne
wątpliwości. Jest wreszcie obowiązujące Prawo prasowe aktem normatywnym niezwykle wygodnym dla wydawców i właścicieli pism. Nie określa, praktycznie rzecz biorąc, prawie w ogóle ich obowiązków. Pozwala
dość dowolnie kształtować strukturę redakcji i woluntarystycznie wpływać na zmiany personalne w poszczególnych tytułach. Jakkolwiek redaktor naczelny ma prawo decydowania o całokształcie działalności redakcji,
to jednak nie jemu, a wydawcy, jako producentowi dzieła zbiorowego,
przysługuje w świetle prawa autorskiego prawo do utworu zbiorowego,
jakim jest niewątpliwie dziennik bądź czasopismo. Rzuca się w oczy, iż
w Prawie prasowym brak jasnej definicji pojęć: właściciela i wydawcy. Ten
chaos terminologiczny, utożsamianie z sobą obu podmiotów komplikuje relacje między nimi. Wygodny dla wydawcy wydaje się także brak precyzji rozwiązań dotyczących odwołania redaktora naczelnego.
Wolność prasy staje się w tej sytuacji wygodnym „wytrychem”, a wszelkie działania zmierzające w kierunku wyznaczenie granic tych wolności
uznawane są za zamach ze strony bądź to ustawodawcy, bądź to wymiaru sprawiedliwości na jej treść. Pomija się przy tym rzecz ważną i podstawową, a mianowicie to, komu przysługuje wolność prasy, uznając, że
jest ona atrybutem dziennikarzy, a w praktyce jak się okazuje głównie
redaktorów naczelnych oraz wydawców. To bowiem najpierw wydawcy,
a potem redaktorzy naczelni decydują o tym, o czym wolno pisać, kogo
należy atakować, czyje błędy eksponować, a czyje ukrywać6.
Przepis art. 1 pr. pr. deklaruje zasadę wolności prasy, widząc w niej realizację prawa obywateli do rzetelnej, czyli prawdziwej, uczciwej, jasnej, nie wprowadzającej w błąd, odpowiedzialnej informacji. Wolność prasy jest pochodną wolności myśli, z której wynika wolność przekonań. Istotnym składnikiem tej wolności są prawa do: wyrażania poglądów politycznych, kultywowania tradycji na6 Wolność pojmowana jest dość często jako nieograniczanie się w niczym jednostki. Uznaje się
ją za pierwotną wobec prawa, które przychodzi z zewnątrz i ma rolę ograniczającą i regulującą.
Podkreśla się przy tym, że aby wolność była zapewniona i utrwalona, musi być sformułowana
i uznana przez prawo. Tak więc, dość często wolność traktowana jest w sposób absolutystyczny.
Pojmowana jest jako brak wszelkich ograniczeń, całkowita swoboda działania, a nawet źródło
wartości. Wydaje się częstokroć, że tak rozumie wolność w ogólności, a wolność prasy w szczególności, wielu dziennikarzy. Takiej wolności czasem przeciwstawia się prawo, jawiące się jako
ograniczenie i zewnętrzny przymus, będący dla wolności gwałtem
magazyn1-2010.indd 274
10-07-23 18:48:19
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
275
rodowych i wyznawania religii. Wolność myśli i wolność przekonań mogą znaleźć uzewnętrznienie tylko w przypadku istnienia wolności wypowiedzi. Wolność
wypowiedzi to wolność prezentacji poglądów i przekonań w różnej formie, w sposób widoczny dla innych (słowem, gestem, dźwiękiem, obrazem). Treścią wolności
słowa – będącego pochodną wolności wypowiedzi – jest prawo nieskrępowanego
wyrażania poglądów zarówno w formie mówionej, jak i do utrwalania tych słów
oraz do ich publikacji w postaci pisma odręcznego, druku, zapisu dźwiękowego
oraz zapisu przy pomocy dźwięku i obrazu. Wolność słowa mieści w sobie prawo
wyboru formy słowa, środka ekspresji i audytorium (odbiorców). Wybór audytorium (odbiorców) w znacznej mierze uzależniony jest od doboru środka ekspresji. W tekstach aktów normatywnych, zwłaszcza w konstytucjach, wymienia się
wolność słowa obok wolności prasy, co prowadzi niektórych badaczy do błędnego
wniosku, iż są to wolności sobie przeciwstawne. W istocie rzeczy, wolność prasy
jest możliwa jedynie wówczas, gdy zagwarantowana jest wolność słowa i wypowiedzi. Wolność prasy możliwa jest w pełnym zakresie tylko w razie rzeczywistego istnienia wolności: myśli, przekonań, wypowiedzi, słowa, informacji, publikacji. Właśnie w wolności prasy te, wymienione wyżej pojęcia znajdują odbicie
i ucieleśnienie7.
Z „wolnością wypowiedzi” („wolnością wyrażania poglądów”) łączy się
„wolność komunikowania” i „wolność pozyskiwania i rozpowszechniania
informacji”. Obie te wolności są z jednej strony pochodną „wolności wypowiedzi”, z drugiej – jej sensem i zasadą. Bez wolności komunikowania
wolność wypowiedzi pozbawiona jest racji i doniosłości społecznej. Przekaz wypowiedzi, który nie może być w sposób wolny odebrany przez inny
podmiot, który nie umożliwia porozumienia się co najmniej dwóch pod7 W literaturze wyraża się niekiedy pogląd, że „wolność ekspresji” jest pojęciem szerszym od „wolności wypowiedzi”, gdyż swoim zakresem możność decydowania o tym, w jaki sposób podmiot
uzewnętrznia swoje przekonania, pozwala na wybór formy wypowiedzi, w tym również na wybór
odbiorcy, a co za tym idzie – na swobodę publikacji, która może być realizowana w różnych postaciach i formach. Wspomniane wątpliwości i zastrzeżenia nie mają jednak większego znaczenia, zważywszy iż Polskę, jako stronę Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, wiążą teksty oryginalne, gdzie użyto sformułowania o wolności wypowiedzi. Wypada jednak zauważyć, że Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej odróżnia „wolność wyrażania
poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji” (art. 54) nie tylko od „wolności
prasy i innych środków społecznego przekazu” (art. 14) – będącej zasadą ustrojową – ale także od „wolności twórczości artystycznej” (art. 73). Tę ostatnią wolność umieszczono w jednym
przepisie konstytucyjnym z wolnością badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolnością
nauczania, a także wolnością korzystania z dóbr kultury. Nie może jednak budzić wątpliwości,
że wolność twórczości artystycznej – rodząca dzisiaj w Polsce, głównie w odniesieniu do sztuk
plastycznych, rozmaite wątpliwości i w praktyce dość często kwestionowana, głównie w oparciu
o zarzut „obrazy uczuć religijnych” – jest pochodną „wolności wypowiedzi”, a ściślej rzecz biorąc – „wolności ekspresji”. zob. L. Gardocki, Europejskie standardy wolności wypowiedzi a polskie prawo karne, „Państwo i Prawo” 1993, z. 3, s. 11-12; M.A. Nowicki, Swoboda wypowiedzi. Standardy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – wybrane zagadnienia w: „Obywatel, jego wolności i prawa. Rzecznik Praw Obywatelskich 1988-1998”, Warszawa 1998, s. 111 i n.
magazyn1-2010.indd 275
10-07-23 18:48:19
276
Ius et Lex nr 1/2010
miotów, nie pozwala na wymianę myśli, opinii i poglądów, nie realizuje
„wolności wypowiedzi”, może co najwyżej być przejawem „wolności myśli”. Zasadą „wolności komunikowania” jest wymiana opinii i informacji,
możliwa tylko w kontaktach interpersonalnych o charakterze dwustronnym lub wielostronnym. Podkreślić jednak należy, iż „informacja” i „komunikacja” to, wbrew utartym przekonaniom, pojęcia o różnych zakresach, przy czym informacja jest tylko fragmentem komunikacji. „Wolność informacji” nie obejmuje przy tym swoim zasięgiem swobody wymiany poglądów i opinii, ograniczając się wyłącznie do możności przekazu danych i informacji. Tak więc „wolność informacji” jest pojęciem
węższym od „wolności wypowiedzi”8.
W literaturze podkreśla się, że na „wolność informacji” składają się:
wolność poszukiwania informacji i idei, prawo otrzymywania informacji oraz wolność przekazywania informacji. Wolność informacji, ale także wolność komunikowania, jest istotnym składnikiem wolności prasy.
W literaturze podnosi się, iż prawo do informacji jest narzędziem zagwarantowanej konstytucyjnie wolności wypowiedzi9. Prawo otrzymywania
informacji, będące drugim składnikiem „wolności informacji” jest prawem podmiotowym przysługującym odbiorcom (czytelnikom, radiosłuchaczom, telewidzom itd.). Prawo to wypada wyraźnie oddzielić od „wolności poszukiwania informacji”, aczkolwiek w obecnym stanie prawnym
zakres podmiotowy tej wolności wydaje się tożsamy z zakresem podmiotowym „prawa do informacji”, chociaż nie można zaprzeczyć, że beneficjantami „wolności poszukiwania informacji” są w pierwszym rzędzie
dziennikarze. Także oni zainteresowani są przede wszystkim wolnością
przekazywania informacji. Podkreślić tutaj należy, iż w praktyce wolność
ta jest poddawana ograniczeniom dopuszczalnym przez prawo międzynarodowe, ale osadzone w prawie wewnętrznym10.
8 por. J. Mikułowski-Pomorski, Informacja i komunikacja. Pojęcia, wzajemne relacje, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1988, s. 17-19, 61-62, 63-65, zwłaszcza 98-112
9 por. T. Górzyńska, Prawo do informacji i zasada jawności administracyjnej, Kraków 1999, s. 42;
W. Miziak, Wolność informacji i prasy w Republice Federalnej Niemiec, „Przegląd Zachodni” 1992,
nr 3, s. 119.
10 Wolność prasy i prawo do informacji mają charakter nie tylko praw obywatela, ale i praw człowieka. Znalazło to wyraz w aktach prawnych o charakterze międzynarodowym, m.in. w: Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka oraz w Międzynarodowym Pakcie Praw Obywatelskich i Politycznych, a także w Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, przyjętej przez Komitet Ministrów 4 listopada 1950 r. w Rzymie. Konwencja ta została następnie uzupełniona Protokołem nr 2 i w dość istotny sposób zmieniona Protokołami nr 3, 5 i 8. Polska ratyfikowała tę
konwencję dopiero 19 stycznia 1993 r. i z tą datą weszła w życie na terytorium Rzeczypospolitej. Jest rzeczą znamienną i charakterystyczną, iż w kwestii wolności i praw człowieka w ogólności, a wolności słowa, wypowiedzi i prasy w szczególności, istnieje wiele aktów prawa o różnym
charakterze, różnej mocy obowiązującej i różnym zakresie terytorialnym. Kwestii tych dotyczą
z jednej strony dokumenty międzynarodowe o charakterze powszechnym, jak chociażby wspo-
magazyn1-2010.indd 276
10-07-23 18:48:19
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
277
Nie wdając się w problem rozróżnień terminologicznych między „prawami i wolnościami konstytucyjnymi”, „prawami konstytucyjnie gwarantowanymi”, „konstytucyjnymi prawami obywateli” oraz w rozróżnienie „praw podstawowych”, „praw fundamentalnych”, „praw zasadniczych”11 oraz przechodząc do porządku nad ciekawym, teoretycznym sporem między zakresem „praw” a zakresem „wolności” należy zauważyć, że
w polskim prawie wewnętrznym wolność prasy i innych środków społecznego przekazu zawarowana została w art. 14 Konstytucji, w której zadeklarowano, iż Rzeczypospolita „zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu”. Pomieszczenie tego przepisu w rozdziale I
„Rzeczpospolita” zdaje się wskazywać, że wolność prasy potraktowano
jako jedną z podstawowych zasad ustroju politycznego państwa, jedną
z idei przewodnich, na których oparta została konstrukcja prawno-ustrojowa państwa i jego aparatu. Wynikiem tego była lakoniczność i zwięzłość treści zawartych w art. 14. Znajdzie ona rozwinięcie i konkretyzację w art. 54 i 213 ust. 14 Konstytucji (w tym ostatnim przypadku w odniesieniu do radiofonii i telewizji). Takie rozwiązanie problemu wolności prasy, z punktu widzenia systematyki przyjętej w doktrynie, może budzić pewne wątpliwości, zważywszy iż wolność prasy jest pochodną wolności wypowiedzi, którą to wolność formułuje dopiero art. 54 Konstytucji, mieszczący się w rozdziale II „Wolność, prawa i obowiązki człowieka i obywatela”, w tytule: „Wolności i prawa osobiste”. Zasada sformułowana w art. 14 zapewnia obywatelom możliwość świadomego i czynmniana Powszechna Deklaracja Praw Człowieka oraz Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych, z drugiej strony dokumenty organizacji wyspecjalizowanych, jak UNESCO, oraz niezależnych systemów: Rady Europy (Council of Europe) i Wspólnot Europejskich. Niebagatelną rolę
w budowie standardów wolności słowa, wypowiedzi, prasy i prawa do informacji pełnią międzynarodowe organy jurysdykcyjne: Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu i Trybunał
Sprawiedliwości w Luksemburgu.
11 W literaturze formułuje się czasem tezy, iż „prawa człowieka” chronione są normami prawa międzynarodowego ogólnego i przepisami konstytucyjnymi poszczególnych państw, natomiast „prawa podstawowe” to prawa chronione normami prawa wspólnotowego. Teza ta wydaje się dość
wątpliwa, gdyż na straży wolności słowa, wypowiedzi i prasy stoją zarówno normy prawa międzynarodowego ogólnego (na przykład Deklaracja Praw Człowieka oraz Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych) oraz europejskiego prawa wspólnotowego zarówno systemu Rady Europy, jak i Rady Europejskiej. por. W. Czaplicki, R. Ostrihansky, P. Saganek, A. Wyrozumska, Prawo Wspólnot Europejskich. Orzecznictwo, Warszawa 1997, s. 228 i 289. W doktrynie zauważa się, że
sformułowane w Karcie prawa podstawowe zostały „powiązane z sześcioma wartościami ogólniejszymi (godność, wolność, równość, solidarność, obywatelstwo Unii Europejskiej, sprawiedliwość) i podzielone na tyleż grup praw”. Podkreśla się także, że obejmują one kilka rodzajów
zobowiązań tzn. zarówno praw, jak i obowiązków, zasad i wartości oraz celów, przy czym niektóre z nich mają charakter głównych zasad interpretacyjnych. Niektóre przypisy Karty powtarzają treść Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, inne je modyfikują, poszerzają lub zawężają zakres praw sformułowanych w tej konwencji (por. C. Mik, Europejskie Prawo Wspólnotowe. Zagadnienie teorii i praktyki, Warszawa 200, s. 85; F. Jasiński, Karta praw podstawowych Unii Europejskiej, s. 188–189).
magazyn1-2010.indd 277
10-07-23 18:48:19
278
Ius et Lex nr 1/2010
nego udziału w realizacji władzy państwowej, czego warunkiem jest właśnie wolność prasy. Bez wolności prasy nie może być mowy o pełnej realizacji wolności wypowiedzi (wolności wyrażania swoich poglądów oraz
pozyskiwania i rozpowszechniania informacji). W judykaturze, jeszcze
na gruncie stanu prawnego istniejącego przed wejściem w życie Konstytucji z 1997 r., wyjątkowo jednoznacznie stwierdzono, że wolność słowa
w sposób naturalny przysługuje każdej jednostce ludzkiej. Jednocześnie
zauważono, iż rolą unormowań konstytucyjnych jest potwierdzenie istnienia tej wolności, określenie podstawowych aspektów oraz ustanowienie niezbędnych gwarancji koniecznych ograniczeń12.
Zauważyć należy, iż w obecnym kształcie prawo prasowe, ani tym bardziej Konstytucja, nie formułuje żadnych ograniczeń wolności prasy, skłaniając się – przynajmniej jeśli chodzi o prasę drukowaną – ku koncepcji
materialnej wolności prasy. W szczególności nie statuuje ona ograniczeń
w zakresie powstawania i istnienia prasy. Ograniczeniami takimi mogłyby być systemy: przywileju, kaucyjny (uzależniający wydawanie prasy od
wpłaty stosownej sumy pieniędzy), koncesyjny (zgodnie z którym podjęcie działalności prasowej, wydawanie prasy drukowanej, emitowanie programów radiowych bądź telewizyjnych uzależnione jest od uzyskania zezwolenia, koncesji, którą wydaje organ władzy wykonawczej, wyjątkowo
sąd).
Zarówno w doktrynie, jak i w judykaturze nie ma wątpliwości, iż wolność słowa i wolność prasy nie mają jednak charakteru absolutnego,
a więc mogą być poddawane koniecznym ograniczeniom. Możliwość
taką wyraźnie dopuszcza Europejska Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Podkreśla się przy tym, iż ustanowienie takowych ograniczeń należy do kompetencji ustawodawcy i wymaga spełnienia trzech warunków. Po pierwsze – może ono nastąpić tylko wówczas,
gdy dopuszczone jest w sposób wyraźny w innych przepisach konstytucyjnych, bądź gdy konieczne jest wzajemne harmonizowanie wolności słowa z innymi zasadami, normami i wartościami konstytucyjnymi. Po drugie – ustawowe ograniczenia wolności słowa wprowadzane mogą być tylko w zakresie niezbędnym i traktowane muszą być jako wyjątki. Ich istnienie zawsze musi wynikać z wyraźnie sformułowanych przepisów ustawowych. Zakazane jest opieranie na domniemaniach przekonania o istnieniu ustawowych ograniczeń. Przy wykładni takich przepisów nale12 Zob. uzasadnienie uchwały Trybunału Konstytucyjnego z 2 marca 1994 r., sygn. W3/93, w: „Orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego 1994 r.”, cz. I, Warszawa 1994, s. 157. W dalszej części uzasadnienia Trybunał Konstytucyjny stwierdził, iż wolność słowa obejmuje wszelkie formy komunikowania innym poglądów i informacji, co jednak nie wyklucza odmienności traktowania poszczególnych form komunikowania, także wtedy gdy chodzi o zakres ich ochrony.
magazyn1-2010.indd 278
10-07-23 18:48:19
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
279
ży zawsze przyznać pierwszeństwo takiemu rozumieniu tych przepisów,
które w najpełniejszy sposób koresponduje z konstytucyjną zasadą wolności słowa. Po trzecie – ani poszczególne ograniczenia ustawowe, ani
też ich suma nie mogą naruszać istoty zasady wolności słowa13. Zgodzić
się także należy z wielokrotnie akcentowanym przez Trybunał Konstytucyjny poglądem, iż ani poszczególne ograniczenia ustawowe, ani też ich
suma nie mogą naruszać istoty zasady wolności słowa.
Gwarancją, sformułowanej w art. 54 ust.1 Konstytucji, wolności wypowiedzi jest art. 31 Konstytucji, wyznaczający jednocześnie granice wolności. Wytyczenie przez prawo granic wolności wypowiedzi jest niezwykle trudne, gdyż wyznaczając je, należy pamiętać o tym, aby nie naruszyć
istoty tej wolności. W uchylonym dekrecie Prezydenta Rzeczypospolitej
z 21 listopada 1938 r. Prawo prasowe stwierdzano jednoznacznie, że granicą wolności prasy jest dobro powszechne. Komentujący ten akt prawny T. Cyprian widział w jego treści wyraz „nowoczesnej tendencji w prawie, stawiającej na pierwszym miejscu dobro powszechne, dobro ogółu
państwa i społeczeństwa, na drugim zaś dopiero dobro i nieograniczoną
wolność działania jednostki”14. W literaturze podkreśla się, iż do takiej
sytuacji może dojść zarówno w przypadku nadania wolności wypowiedzi
charakteru absolutnego, jak i w razie nadmiernego jej ograniczenia. Za
szerokim określeniem granic wolności wypowiedzi przemawiają nadrzędne wartości, którym ma ona służyć. Zalicza się do nich zwykle prawo do
wymiany poglądów i idei, prawo do informacji w sensie czynnym i biernym, a więc zarówno możliwość informowania innych, jak i otrzymywania informacji. W doktrynie podkreśla się, iż granice wolności wypowiedzi uzależnione są od sfery, której ona dotyczy, przy czym szersze granice odnosi się do wypowiedzi w sprawach publicznych. Większość autorów przyznaje pierwszeństwo wolności wypowiedzi w kwestiach publicznych przed ewentualnymi wolnościami, prawami i wartościami, z którymi wolność ta mogłaby wchodzić w kolizję. Wątpliwości powstają, gdy
wolność wypowiedzi prowadzi do naruszania dóbr osobistych, czci, sfery intymnej, obyczajowej czy uczuć religijnych. Szczególnie w tym ostatnim przypadku, ale w odniesieniu wyłącznie do religii katolickiej, większość badaczy i publicystów opowiada się za znacznym stanowczym i jednoznacznym ograniczeniem wolności wypowiedzi. Przyznając stosunkowo szeroki zakres wolności wypowiedzi w sprawach publicznych, szerszy od pozostałych sfer, podkreśla się zwykle, iż ograniczenie jej na tym
13 por. uchwała Trybunału Konstytucyjnego z 2 marca 1994 r., sygn. W3/93; Orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego 1994, cz. I, Warszawa 1994, s. 158-159
14 por. T. Cyprian, Prawo prasowe, Poznań 1939, s. 5
magazyn1-2010.indd 279
10-07-23 18:48:19
280
Ius et Lex nr 1/2010
polu mogłoby doprowadzić do wypaczenia, a nawet załamania demokratycznego systemu politycznego. Zauważa się, iż otrzymywanie różnorodnych opinii na tematy publiczne, szczególnie opinii krytycznych, umożliwia demokratycznemu społeczeństwu kontrolowanie władzy15. Pamiętać
jednak należy, iż nieprawdziwe, nie sprawdzone wypowiedzi w sprawach
publicznych, oparte na plotkach i pomówieniach, kłamliwe opinie krytyczne stanowią przekroczenie granic wolności wypowiedzi, a przy okazji mogą stanowić naruszenie dóbr osobistych bądź zniesławienie.
Dodatkową gwarancją wolności prasy i wolności wypowiedzi jest fakt,
iż w myśl art. 8 Konstytucji przepisy jej są stanowione bezpośrednio, co
umożliwia zainteresowanym poszukiwanie ewentualnej ochrony bez pośrednictwa norm ustawowych. Treścią art. 14 i 54 Konstytucji związane
są wszystkie organy państwowe (rządowe i samorządowe), korporacje,
osoby prawne i fizyczne.
Konstytucja zapewnia, iż wolność podlega ochronie prawnej, stwierdzając, że nikomu, a więc organom państwa i osobom fizycznym bądź
prawnym, nie wolno naruszać wolności człowieka. Ochronie prawnej
podlegają jednak tylko takie zachowania jednostki, które nie godzą
w wolności i prawa innych. Ustawodawca przewiduje możliwość wprowadzenia ograniczeń w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności
i praw, stwierdzając jednak, iż ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw. Pojęcie „istoty wolności i praw” nie zostało jak dotąd
zdefiniowane w doktrynie. Wykładnia językowa nakazuje uznać, że „istotą” jest to, co jest zasadniczą częścią czegoś, to sedno konkretnej sprawy, jądro kwestii16.
Jakkolwiek punktem wyjścia nieporozumień co do treści prawa prasowego wydaje się być z jednej strony zakres wolności prasy, z drugiej
kwestia w czyim interesie wolność ta jest statuowana, to w praktyce jednak sporne okazują się kwestie szczegółowe. Należy do nich w pierwszym
rzędzie problem powstawania i istnienia prasy, a ściślej rzecz biorąc to,
czy do prasy należy zaliczyć periodyczny przekaz internetowy, blog itd.
Jak zauważono wyżej, judykatura oraz znacząca część doktryny opowiada się za tezą, iż prasą są publikacje periodyczne w rozumieniu art. 7
ust. 2 pkt 1 pr. pr., niezależnie od tego, czy mają one charakter przekazu papierowego, drukowanego czy też jedynie elektroniczny. Warto zauważyć, że dziennik i czasopismo to nie jedyne formy, w jakich pojawia
15 Por. W. Sadurski, Prawo do wolności słowa w państwie demokratycznym, „Państwo i Prawo” 1992, nr
10, s. 3-8 i 13; tenże, Myślenie konstytucyjne, Warszawa 1994, s. 72-74; A. Frankiewicz, Regulacja
wolności wypowiedzi w polskim porządku prawnym, w: „Prawa i wolności obywatelskie w Konstytucji RP”
red. B. Banaszak i A. Preisner, Warszawa 2002, s. 362-363.
16 por. Słownik języka polskiego, red. M. Szymczak, t. I, Warszawa 1988, s. 809.
magazyn1-2010.indd 280
10-07-23 18:48:19
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
281
się prasa. Sporne przy tym jest nie tyle to, czy może istnieć prasa mająca jedynie postać elektroniczną (w Internecie), lecz to, czy prasa o takim charakterze winna podlegać rejestracji. Większość dziennikarzy i redaktorów naczelnych wydaje się być przeciwna rejestracji nie tylko prasy mającej wyłącznie postać elektroniczną, lecz także wszelkiej prasy. Należy zauważyć, że w chwili obecnej rejestracja prasy ma służyć potrzebie
ochrony odbiorcy. To odbiorca jest chroniony treścią przepisu art. 20 i
n. pr. pr. To on kupując prasę ma mieć pewność, że nabywa tytuł, do którego jest przyzwyczajony, przywiązany, a nie inny. Celem rejestracji tytułu prasowego jest więc zapobieżenie istnieniu na rynku prasowym pism
o identycznych tytułach. Postępowanie rejestracyjne ma charakter formalny, rola sądu rejestrowego jest w tym postępowaniu ograniczona. Postępowanie w sprawie rejestracji nie przesądza bowiem o prawie do tytułu prasowego. Rejestrując prasę, sąd nie bada praw do tytułu ani tego
czy tytuł nie wkracza w sferę cudzych praw podmiotowych17. Warto przy
tej okazji zauważyć, że rejestracja prasy nie ma także znaczenia dla odpowiedzialności osób wydających prasę w Internecie, prowadzących blogi czy zamieszczających rozmaite teksty jako komentarze w portalach internetowych. W myśl bowiem art. 54 b pr. pr. przepisy o odpowiedzialności prawnej i postępowaniu w sprawach prasowych stosuje się odpowiednio do naruszeń prawa związanych z przekazywaniem myśli ludzkiej za
pomocą innych niż prasa środków przeznaczonych do rozpowszechniania niezależnie od techniki przekazu, w szczególności publikacji nieperiodycznych oraz innych wytworów druku, wizji i fonii. Tak więc z dyspozycji art. 54 b pr. pr. – oczywiście w powiązaniu z odpowiednim przepisem szczegółowym – może stać się podstawą odpowiedzialności osób
zamieszczających materiały zniesławiające, znieważające bądź naruszające dobra osobiste w Internecie. Daje on także możliwość pociągnięcia tą
drogą wydawców publikacji nieperiodycznych, w tym także książek. Podnosząc powyższe wypada zauważyć, że przyszła regulacja prawa prasowego powinna jasno rozstrzygnąć problem istnienia i zakresu rejestracji.
Legislatorzy winni mieć jednak na uwadze wspomnianą wyżej treść obowiązującego art. 54 b pr. pr.
17 por. postanowienia Sądu Najwyższego z 1 grudnia 1997 r., III CKN 443/97, OSNC 1998 r. nr 5,
poz. 88; z 18 sierpnia 1999 r., I CKN 502/99, OSNC 2000 nr 3, poz. 50, z 5 marca 2002 r., I CKN
540/00, OSNC 2003 r. nr 2, poz. 29; z 13 czerwca 2002 r., V CKN 1040/00, OSNC 2003, nr 7-8,
poz. 111). Instytucja rejestracji nie chroni skutecznie i w pełnym zakresie nazwy tytułu prasowego. Wynikające stąd uprawnienia mają charakter formalny, o ich istnieniu decyduje nie stosunek prawny, lecz wyłącznie fakt dokonania rejestracji, stanowiący podstawę i przyczynę przyznania konkretnemu podmiotowi sfery możności określonego postępowania. Zważywszy na ten
formalny charakter postępowania rejestracyjnego tytułu prasowego, pozostaje ono bez znaczenia na ocenę bezprawności działania w odniesieniu do jego nazwy w sytuacji, gdy wkracza ona
w prawa podmiotowe do firmy osoby trzeciej.
magazyn1-2010.indd 281
10-07-23 18:48:19
282
Ius et Lex nr 1/2010
Kolejnym problemem, który przyjdzie rozważyć w toku dyskusji nad
potrzebą zmian prawa prasowego, jest kwestia dostępu do zawodu dziennikarskiego. Opowiadając się w tym miejscu generalnie za wolnym dostępem do tego zawodu, wypada jednak zauważyć, że istnieją, i to w Europie, w państwach wysoce demokratycznych np. we Francji, regulacje
stratyfikujące zawód dziennikarzy i przyznające pełnię praw dziennikarskich tylko tym, którzy spełnią określone wymogi. Wprowadzenie tego
rodzaju rozwiązań wydaje się być mało popularne wśród dziennikarzy,
gdyż – co zrozumiałe – może stać się narzędziem do tłumienia wolności
słowa właśnie poprzez ograniczenie dostępu do zawodu. Z drugiej strony, jest rzeczą dla wielu niezrozumiałą, dlaczego wykonywanie różnych,
bardzo prostych wydawałoby się zawodów uzależnione jest od zbadania
kwalifikacji, predyspozycji, zdolności, nie mówiąc już o poziomie etyki,
a tymczasem dziennikarzem może być człowiek uprzednio karany, dotknięty chorobą psychiczną, pozbawiony zdolności do czynności prawnych. Znalezienie modus vivendi między naturalną chęcią zapewnienia
dostępu do zawodu wszystkim zainteresowanym a potrzebą zabezpieczenia czytelników przed osobami nieodpowiedzialnymi, kierującymi się niskimi pobudkami, osobistymi animozjami lub prostacką chęcią zysku będzie niewątpliwie rzeczą bardzo trudną, chyba że ustawodawca zdecyduje się na takie rozwiązanie, dzięki któremu zawód dziennikarza będzie
mógł uprawiać każdy niezależnie od uwarunkowań etycznych, wrażliwości i umiejętności. Przykład Andrzeja M., dziennikarza z Polic, którego
sprawą musiał zająć się kiedyś Sąd Najwyższy, pokazuje, że wielu dziennikarzy „nie dorosło” do pełnionej funkcji18.
18 Na tle tej sprawy Sąd Najwyższy sformułował niezwykle trafne twierdzenie, że naruszanie godności i dobrego imienia przez podnoszenie i rozgłaszanie nieprawdziwych zarzutów ma w naszym kręgu cywilizacyjno-kulturowym jednoznacznie negatywną ocenę z powodu fundamentalnych racji moralnych i etycznych. W tym zatem zakresie ingerencja prawa – respektującego te
racje – w niczym nie narusza wolności wypowiedzi, która nie jest przecież równoznaczna z prawem do całkowitej dowolności, ani zgodą na działanie wolnego rynku werbalnego zła, lecz pozytywną wartością dojrzałej i odpowiedzialnej wolności. Nieprawda nie realizuje idei wolności
wypowiedzi i nie służy żadnej innej wartości, a więc i obronie społecznie uzasadnionego interesu, bo czynienie zła nie przysparza dobra. Nie oczekuje jej również odbiorca informacji, skoro
nie urzeczywistnia jego prawa do informacji rzetelnej, lecz lekceważy go, dezinformuje i traktuje przedmiotowo. Nieprawda sprzeniewierza się idei wolności wypowiedzi, deprecjonując samą
jej istotę. Inne rozumienie swobody wyrażania poglądów, w tym prawa do krytyki, wyrażałoby
aprobatę dla stałego obniżania kulturowych standardów oraz redukcji poziomu przyzwoitości,
wrażliwości i odpowiedzialności. Słusznie także Sad Najwyższy podkreślił, że zakres udzielanej
pokrzywdzonemu ochrony prawno-karnej obejmuje – w wypadku pomówienia uczynionego publicznie – obok wypowiedzi dotyczących faktów, także sądy wartościujące. W kwestii faktów rozstrzyganie w przedmiocie prawdziwości – decydujące najczęściej o udzieleniu ochrony dobremu imieniu albo wolności wypowiedzi – następuje w drodze przeprowadzenia dowodu prawdy
i oceny jego wiarygodności. Okoliczność, iż sądy wartościujące (ujemne opinie i oceny) nie poddają się podobnej weryfikacji nie może oznaczać, że w wypadku zniesławiających ocen potrzeba prawnej ochrony godności osoby nie może być realizowana. Akceptowanym w orzecznictwie
magazyn1-2010.indd 282
10-07-23 18:48:20
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
283
W literaturze spornym jest czy dziennikarstwo jest zawodem19 oraz to,
jaki charakter ma ten zawód, czy jest to „zawód zaufania publicznego”20,
„wolny zawód”21. Pamiętać przy tym należy, iż z mocy art. 17 ust. 1 Koni doktrynie, racjonalnym kryterium dopuszczalności krytyki w tej postaci jest bowiem wskazanie
dostatecznych podstaw faktycznych zniesławiających ocen (zob. postanowienie Sądu Najwyższego z dnia 22 czerwca 2004 r., V KK 70/04, OSNKW 2004, z. 9, poz. 86). Warto przypomnieć, że
wbrew utartym przekonaniom Andrzej M. stojący pod zarzutem popełnienia przestępstwa zniesławienia nie miał znaleźć się w zakładzie karnym za to, co powiedział i napisał, lecz z tego tytułu, że nie wykonał nałożonego na niego prawomocnym wyrokiem sądu obowiązku przeproszenia pokrzywdzonego, co jedynie częściowo stanowić mogło dla pokrzywdzonego zadośćuczynienie. Pamiętać należy, że Andrzejowi M. wymierzono karę pozbawienia wolności z warunkowym
zawieszeniem jej wykonania. Wbrew twierdzeniom zawartym w literaturze Prezydent RP nie ułaskawił tego skazanego przez darowanie mu kary, lecz jedynie w ten sposób, iż uchylił orzeczony
obowiązek przeproszenia pokrzywdzonego, przy czym stało się to dopiero po rozpoznaniu drugiego wniosku o ułaskawienie. Zob. M. Chyliński, S. Russ-Mohl, Dziennikarstwo, Warszawa 2007,
s. 317. Warto też zauważyć, że wbrew twierdzeniom zawartym w różnych przekazach dziennikarze protestowali nie przeciwko wyrokowi Sądu Najwyższego, który przyjęto ze zrozumieniem,
lecz przedtem – zanim ten wyrok zapadł – w większości będąc wprowadzeni w błąd co do treści
samego wyroku oraz co do tego, czego miał dopuścić się skazany.
19 W przedmiocie zawodu dziennikarskiego zob. J. Sobczak, Dziennikarstwo – zawód, misja czy powołanie?, w: „Media i dziennikarstwo na przełomie stuleci. Wybrane zagadnienia”, red. W. Cisak, Poznań 2004, s. 7-30; tenże, Dylematy zawodu dziennikarskiego (dziennikarstwo między politologią a polonistyką), w: Zrozumieć politykę. Główne problemy teorii polityki i współczesnej myśli politycznej, red.
R. Bäcker, J. Marszałek-Kawa, J. Modrzyńska, Toruń 2003, 66-94. W kwestii pojęcia zawodu por.
K. Wojtczak, Zawód i jego prawna reglamentacja. Studium z zakresu materialnego prawa administracyjnego, Poznań 1999, s. 25-108; tejże, Pojęcie wolnego zawodu w świetle prawa, „Studia Prawnicze”
1998, Zeszyt 3-4, s. 123-141.
20 Pojęcie zawodu zaufania publicznego, jakim operuje Konstytucja w art. 17 ust. 1, nie ma legalnej definicji. W doktrynie zwraca się uwagę, iż wyróżnikiem zaufania publicznego jest m.in. ich
quasi-misyjność, a więc zdystansowanie się od pogoni za zyskiem i wykonywanie zawodu w celu
zaspokojenia interesu publicznego. Ten ostatni termin wydaje się wysoce kontrowersyjny i różnie jest tłumaczony. W praktyce zwykło się go rozumieć jako służenie ogółowi. W literaturze podkreśla się, że zawody zaufania publicznego to nie wszystkie wolne zawody oraz to, że istotnym
ich wyróżnikiem jest posiadanie samorządu. M. Kulesza, Pojęcie zaufania publicznego, w: „Zawody
zaufania publicznego a interes publiczny – korporacyjna reglamentacja versus wolność wykonywania zawodu”. Materiały z konferencji zorganizowanej przez Komisję Polityki Społecznej i Zdrowia Senatu RP przy współudziale Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej pod patronatem Marszałka
Senatu RP Longina Pastusiaka 8 kwietnia 2002 r.”, Warszawa 2002, s. 27.
21 Pojęcie wolnego zawodu należy do wyjątkowo kontrowersyjnych. Nie posiada ono definicji ustawowej (legalnej). W umowach zawieranych przez rząd Rzeczypospolitej Polskiej z rządami innych państw w sprawie unikania podwójnego opodatkowania i zapobiegania uchylaniu się od
opodatkowania w zakresie podatków od dochodu i majątku stwierdza się, że wolny zawód obejmuje w szczególności samodzielnie wykonywaną działalność naukową, literacką, artystyczną, wychowawczą lub oświatową, jak również samodzielnie wykonywaną działalność lekarzy, prawników, architektów oraz księgowych. W literaturze podkreśla się, że wolny zawód charakteryzuje się tym, że wykonywany jest osobiście, systematycznie, stanowiąc zespół czynności o charakterze umysłowym (intelektualnym), wymagając odpowiednich kwalifikacji, co nie zawsze równa się ukończeniu studiów wyższych, przy czym ma on dawać podstawę utrzymania, a wykonywane czynności powinny być społecznie użyteczne, wypełniając misję społeczną oraz chroniąc
istotne wartości w zakresie interesu publicznego. Innymi słowy, wolny zawód odznaczać się powinien tym, że wykonujący go będzie wypełniał określoną misję społeczną. Zauważa się, że charakterystyczne dla wolnego zawodu są szczególne stosunki łączące osobę wykonującą taki zawód
z kontrahentem, dalej niezależność i samodzielność zawodowa, ponoszenie szczególnej odpo-
magazyn1-2010.indd 283
10-07-23 18:48:20
284
Ius et Lex nr 1/2010
stytucji „w drodze ustawy można tworzyć samorządy zawodowe reprezentujące osoby wykonujące zawody zaufania publicznego i sprawujące pieczę nad należytym wykonywaniem tych zawodów w granicach interesu
publicznego i dla jego ochrony”22. Brak samorządu zawodowego dziennikarzy nie oznacza jednak, że tego zawodu nie będzie można zaliczyć
do zawodów zaufania publicznego. W literaturze podkreśla się, że bardzo ważkim problemem jest sprawa reglamentacji dostępu do zawodu
w ogóle, a do wolnego zawodu i zawodu zaufania publicznego w szczególności. Akcentuje się także, że istnienie utrudnień w dostępie do zawodu nie jest ani sprzeczne z prawem, ani z wolnościami i prawami człowieka. Zauważa się, iż utrudnienia w dostępie do zawodu mogą mieć charakter materialno-prawny i dotyczyć sfery podmiotowej (może być to wymóg posiadania obywatelstwa polskiego, ukończenia określonego wieku, posiadania pełnej zdolności do czynności prawnych, odpowiedniego stanu zdrowia). Wymagania o charakterze podmiotowym mogą dotyczyć także kwalifikacji zawodowych, odpowiedniego wykształcenia, zdania egzaminu, znajomości języków obcych. Bardzo ważne są też wymagania o charakterze etyczno-moralnym, aczkolwiek przyznać należy, że
w praktyce bywają one mało precyzyjne i dość niejasne23. Istnieją oczywiście zawody, do których wykonywania potrzebna jest decyzja organu
administracji państwowej oraz takie, do których dostęp wyznacza korporacja zawodowa. Podkreślić należy, że w sytuacji, gdy korporacja nie
ma uprawnień do kwalifikowania (dopuszczania) indywidualnych osób
do wykonywania zawodu, limitowania liczby osób wykonujących ten zawód, dla ochrony rynku, to, zdaniem M. Kuleszy, trudno pojąć, po co
dany zawód został obdarzony ustrojem samorządowym24. Słusznie także
zwraca się uwagę na to, że sposoby zorganizowania grup osób wykonujących określony zawód są różne, aczkolwiek wbrew stanowisku M. Kuleszy, należy stwierdzić, że istnieją pewne formy samorządu osób wykowiedzialności za ewentualne zaniedbania i szkody wyrządzone osobie trzeciej, wreszcie istnienie korporacji zawodowej zdolnej do określania zbioru zasad etycznego postępowania, gotowej
strzec niezależności zawodu oraz sprawować nadzór nad jego wykonywaniem.
22 Zauważyć należy, że w literaturze nie budzi wątpliwości to, że zawodami zaufania publicznego,
w rozumieniu art. 17 ust. 1 Konstytucji, są zawody, których wykonywanie łączy się z przyjmowaniem informacji dotyczących sfery życia osobistego, a nawet intymnego innych ludzi. Zorganizowanie takiego zawodu w korporację samorządową, z konstytucyjnie założonym istnieniem pieczy nad jego wykonywaniem, z pewnością w określonym stopniu niweluje niepewność jednostki
zawsze przecież występującą przy powierzaniu informacji osobistych osobie trzeciej. Podkreśla
się, że łączy się to z obowiązkiem zachowania tajemnicy tych informacji, powiązanej tradycyjnie
z odpowiednim immunitetem społecznie akceptowanym. P. Sarnecki, Glosa do wyroku Sądu Najwyższego z 29 maja 2001, I CKN 1217/98; „Palestra” 2002, nr 5-6, s. 185.
23 K. Wojtczak, Zawód, s. 29-171.
24 M. Kulesza, Pojęcie zawodu, s. 27.
magazyn1-2010.indd 284
10-07-23 18:48:20
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
285
nujących zawody artystyczne, które przyznają nie posiadającym stosownych dyplomów prawa do wykonywania np.: zawodu aktora. Następuje
to po zdaniu stosownego egzaminu przed odpowiednią komisją kwalifikacyjną, powołaną przez stowarzyszenie bądź związek.
Kolejnym problemem, który wymagać będzie rozważenia w razie podjęcia prac nad zmianą prawa prasowego, będzie niewątpliwie kwestia
autoryzacji. Wbrew utartym przekonaniom autoryzacja nie jest zjawiskiem znanym tylko w Polsce. Znana jest ustawodawstwu francuskiemu25,
25 Francuski język prawny a także orzecznictwo posługuje się dwoma pojęciami na określenie „autoryzacji” w rozumieniu, jakie nadają jej przepisy polskiej ustawy Prawo prasowe. Kodeks karny
używa pojęcia le consentement (uzgodnienie), orzecznictwo częściej posługuje się określeniem
l’autorisation. Zamienne występowanie tych pojęć można tłumaczyć również względami uzusu językowego, który za błędne uznaje sformułowanie avec l’autorisastion (z autoryzacją), posługując
się wówczas przymiotnikiem autorisee (autoryzowany) lub pojęciem le consentement, dopuszczając jednak jako poprawne określenie sans autorisation (bez autoryzacji) na publikację materiału
prasowego przewiduje (zob. Pomijam normy ustanowione przez kodeks własności intelektualnej (Code de la proprieté intellectuelle), który chroniąc autorskie dobra osobiste i majątkowe zobowiązuje do uzgodnienia sposobu, w jaki będzie wykorzystane bądź zaprezentowane publicznie
dzieło. Dozwolone jest wykorzystanie przez prasę utworu w celach informacyjnych a także przygotowywanych przeglądach prasowych oraz wtedy, gdy dzieło staje się przedmiotem publikacji
satyrycznej) wprost art. 226-1 Kodeksu karnego (code penal) postanawiając, że „ Karą roku więzienia i karą grzywny w wysokości 45 tys. euro zagrożony jest czyn polegający na dobrowolnym
wykorzystaniu jakiegokolwiek sposobu (środka), który może doprowadzić do poniesienia przez
drugą osobę szkody polegającej na naruszeniu intymności życia prywatnego”. Zakazuje się „Podstępnego nagrywania lub transmitowania, bez zgody autora, wypowiedzianych przez niego prywatnie lub poufnie słów” oraz „utrwalania, nagrywania lub transmitowania, wizerunku bez zgody osoby na nim przedstawionej, jeśli znajduje się ona w miejscu prywatnym”. Odpowiedzialność karna ulega wyłączeniu, jeśli działania dziennikarza „były podejmowane w sposób zauważalny i za wiedzą (au vu et au su) tych osób, w sytuacji kiedy mogły i były w stanie się im przeciwstawić” (zob. art. 226-1 Code penal, www.legifrance.gov.fr). Domniemywa się wówczas udzielenie przez nie zgody na publikację materiału. J. Taczkowska, Autoryzacja wypowiedzi, Warszawa
2008, s. 14-24.
magazyn1-2010.indd 285
10-07-23 18:48:20
286
Ius et Lex nr 1/2010
nieobca niemieckiemu26, brytyjskiemu27,
26 Prawo Republiki Federalnej Niemiec nie posługuje się pojęciem autoryzacji. Instytucja ta wpisuje się generalnie jednak w ogólne rozważania odnoszące się do kwestii wolności wypowiedzi.
Doktryna niemiecka ujmuje wolność wypowiedzi jako element szerszego prawa osobistego rozumianego jako prawo do decydowania o samym sobie. Prawo to nazywane jest także prawem
do swobodnego rozwoju osobowości albo ogólnym prawem osobowości lub też prawem do samostanowienia (zob. A. Szpunar, Zadośćuczynienie za szkodę niemajątkową, Bydgoszcz 1999, s. 28;
M. Puwalski, Prawo do prywatności osób publicznych, Toruń 2003r., s. 100). Gwarantuje je art. 2 ust. 1
niemieckiej konstytucji stanowiąc, że „każdy ma prawo do swobodnego rozwoju własnej osobowości. Jego granicę stanowią prawa osoby trzeciej, porządek konstytucyjny i prawo moralne
(prawo zwyczajowe)”. Opublikowanie nieprawdziwego faktu w materiale prasowym jest przestępstwem, jeśli osoba publikująca stwierdzenie wiedziała o jego nieprawdziwości lub złośliwie zlekceważyła konieczność jego weryfikacji. Cytaty traktowane są przez orzecznictwo jako wypowiedzi
o charakterze dokumentacyjnym, które mogą płynnie przechodzić ze sfery faktów do sfery opinii. Przejście to jest możliwe dzięki różnym metodom korzystania przez prasę z cytatów. Sposób
ich wykorzystania, podobnie jak w przypadku każdej innej wypowiedzi, wpływa na reguły dziennikarskiej odpowiedzialności. Federalny Trybunał Konstytucyjny zakwestionował jako niezgodną z normami konstytucyjnymi dowolność posługiwania się przez dziennikarzy cytatem, wskazując na jego wartość dokumentacyjną Trybunał zauważył, że cytaty mają szczególną siłę przekonywania i stają się „ostrą amunicją w walce poglądów”, dlatego też należy im przyznać moc dowodową właściwą dla faktów. Jeśli w publicznej debacie zakwestionowany zostaje jakiś pogląd powinien on zostać przytoczony w formie wolnego od jakichkolwiek ingerencji cytatu. Nieprawidłowy cytat został przyrównany do nieprawdziwej informacji, która nie jest dobrem konstytucyjnie chronionym. W orzecznictwie niemieckiego trybunału konstytucyjnego przyjmuje się obecnie, że „z etykietowaniem wypowiedzi jako cytatu, łączy czytelnik szczególną autentyczność. Poprzez wymyślone lub zafałszowane wywiady naruszone zostaje prawo do samostanowienia osoby cytowanej” Za wywiady „zafałszowane” lub „zmyślone” orzecznictwo przyjmuje takie publikacje, które powstały bez wiedzy osoby cytowanej a rola dziennikarza polegała na częściowym lub
całkowitym preparowaniu jego treści. Orzecznictwo kwalifikuje takie postępowanie dziennikarza jako zawinione, ciężkie naruszenie obowiązku staranności dziennikarskiej. Taka kwalifikacja daje podstawy do zasądzenia na rzecz pokrzywdzonego zadośćuczynienia w związku z poniesioną przez niego szkodą, nawet wówczas gdy ma ona wymiar czysto subiektywny. Kodeks Prasowy Niemieckiej Rady Prasowej stanowi, że co do zasady wszystkie wywiady podlegają autoryzacji. Kodeks dopuszcza odstąpienie od tego obowiązku ze względu na szczególną presję czasu,
pod warunkiem jednak, że dla osoby udzielającej wywiadu oczywiste jest, iż jego wypowiedz zostanie przytoczona w sposób dosłowny z zachowaniem jej istoty . Zob. J. Taczkowska, Konstruktywne i destruktywne funkcje autoryzacji, w. „Kulturowe instrumentarium wolności. Etyka i Prawo”, red.
R. Paradowski, Poznań 2005, s. 275-285.
27 W systemie prawa brytyjskiego nie ma instytucji, którą można byłoby wprost porównać do istniejącej w polskim prawie prasowym autoryzacji jako stojącej na straży dosłowności, a zatem
rzetelności i prawdziwości cytowanych wypowiedzi. Niemniej w pewnych okolicznościach, prawo brytyjskie uznaje zagwarantowanie dosłowności cytatu jako okoliczność uwalniającą dziennikarza od odpowiedzialności za jego treść. Normy prawne określające kwestie odpowiedzialności za formułowanie i publikowanie wypowiedzi zawiera ustawa o zniesławieniu. Udowodnienie dosłowności cytatu albo wskazanie dowodów potwierdzających uzyskanie zgody na publikację o określonym kształcie, jest warunkiem sine qua non uwolnienia się od odpowiedzialności
za zniesławienie. Niemniej, zagwarantowanie dosłowności cytatu nie usprawiedliwia dziennikarza wtedy, gdy publikuje plotki bądź pogłoski, które okazują się nieprawdziwe. Z odpowiedzialności nie zwalnia wówczas dziennikarza nawet propozycja zamieszczenia wyjaśnień i sprostowania, chyba że dziennikarz nie był w stanie przewidzieć, że informacje okażą się zniesławiające
i zamieścił je nieświadomie (zob. J. Wierciński, Niemajątkowa, s. 46). Za zbliżoną do istniejącej
w polskim systemie prasowym autoryzacji może być także uważana instytucja breach of confidence.
Instytucja ta zarówno chroni poufność przekazywanych prasie informacji jak i daje możliwość
uzyskania wpływu na zakres publikowanych materiałów. Breach of confidence jest obecnie w Wiel-
magazyn1-2010.indd 286
10-07-23 18:48:20
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
287
a nawet amerykańskiemu28. W Polsce autoryzacja jest instytucją ignorowaną, nadużywaną i często omijaną przez dziennikarzy. Wymaga zmian,
które utrzymają jej fakultatywny charakter, czyniąc z niej jednocześnie
instytucję chętnie stosowaną i użyteczną zarówno dla dziennikarzy jak
i rozmówców. Istota autoryzacji a także materia, jaką instytucja ta reguluje, nie pozwala na wytyczenie jej szczegółowego zakresu podmiotowego i przedmiotowego. Wydaje się, że skuteczne byłoby wyłączenie uprawnień wynikających z instytucji autoryzacji w stosunku do niektórych kategorii wypowiedzi. Niezbędne byłoby także czytelne wytyczenie granic
odpowiedzialności ponoszonej przez dziennikarzy i autorów wypowiedzi. Należy bowiem zgodzić się z poglądem, że wbrew zamiarowi ustawodawcy, instytucja ta w niewielkim stopniu chroni interesy tych osób, które są najbardziej zagrożone nieuczciwym działaniem dziennikarzy. Nadużywają jej natomiast ci, którzy nabyli dużych umiejętności w instrumentalnym posługiwaniu się dziennikarzami i prasą. Zważywszy na ochronną funkcję, jaką pełni autoryzacja, opowiedzieć należałoby się za jej pokiej Brytanii najczęściej wykorzystywana instytucją prawną umożliwiającą ochronę prywatności.
Wykorzystuje się ją zarówno w celu zapobieżenia publikacji jak i wówczas, gdy materiał został
już opublikowany i nastąpiło naruszenie poufności informacji. Instytucja „pogwałcenia poufności” zanim zaczęła być wykorzystywana do ochrony sfery życia prywatnego przeszła, w ciągu
ostatnich kilkunastu lat, znacząca ewolucję. Konstrukcja breach of confidence opiera się na założeniu, że „ten, kto otrzymał informacje w zaufaniu nie powinien wykorzystywać ich w nieuczciwy
sposób”. Zob. M. Puwalski, Prawo do, s. 72. Brytyjskie „pogwałcenie poufności” można porównywać zarówno z instytucją autoryzacji jak i instytucją embarga. Właściwsze może wydawać się odniesienie breach of confidence do stosowanej również w Polsce praktyki przekazywania informacji
off the record. Praktyka ta polega na poufnym udzielaniu dziennikarzowi informacji, które z samego założenia nie są i nie będą przeznaczone do publikacji. Praktyka ta może być pożyteczna,
jeśli celem informatora jest ustrzeżenie dziennikarza przed ewentualnością popełnienia błędu
poprzez nadanie sprawie, którą się zajmuje, niewłaściwego kontekstu. Off the record staje się niebezpieczne, jeśli celem informatora jest zapobieżenie publikacji poprzez zobowiązanie dziennikarza do milczenia. Praktyka off the record nie znajduje jednak oparcia w normach polskiego
prawa prasowego, co powoduje, że nie można jej traktować jako instytucji prawnej. Bywa, że jest
ona utożsamiana z embargiem albo tajemnicą dziennikarską. Zob. J. Taczkowska, Autoryzacja…,
s. 35; także J. Sobczak, Prawo prasowe. Komentarz, Warszawa 2008, s. 553-554.
28 W Stanach Zjednoczonych publikacja wypowiedzi podlega innym zasadom kontrolnym i w tym
systemie prawnym praktycznie nie istnieją mechanizmy autoryzacji. Zakres ograniczeń wolności wypowiedzi wyznacza orzecznictwo Sądu Najwyższego, które w ciągu ostatnich pięćdziesięciu
lat ewoluowało w kierunku wzmacniania wolności prasy, uprzywilejowując jej pozycję. W praktyce prasy USA znane są cztery typy wypowiedzi: on the record (wypowiedź oficjalna pozwalająca na
cytowanie osoby informującej z podaniem jej nazwiska i funkcji); on background (wypowiedź wyjaśniająca tło i okoliczności, gdzie można wszelkie stwierdzenia cytować, ale nie wolno ich przypisywać osobie informującej); on the deep background (wypowiedź wyjaśniająca tzw. dno sprawy,
w której można materiał wykorzystać pośrednio, nie cytując nikogo i nikomu tej wypowiedzi nie
przypisując); off the record (wypowiedzi nie oficjalne podane do wiadomości dziennikarzowi bez
prawa publikacji i rozgłaszania. Przy czym zasady rządzące taką wypowiedzią dziennikarz musi zaakceptować). Dziennikarz amerykański stara się dokumentować wypowiedzi, a w najgorszym razie, odbierając jej treść w obecności świadków, kiedy to jest niemożliwe ucieka się do affidawitu,
czyli dobrowolnych pisemnych oświadczeń składanych przez informatorów pod przysięgą przed
notariuszem. Zob. W. L. Rivers, C. Mathews, Etyka środków przekazu, Warszawa 1995, s. 290-291.
magazyn1-2010.indd 287
10-07-23 18:48:20
288
Ius et Lex nr 1/2010
zostawieniem w razie nowelizacji prawa prasowego.
Kolejna sprawa to zakres pozostałych praw i obowiązków dziennikarzy oraz zagadnienie tajemnicy dziennikarskiej. Wydaje się, że istniejące regulacje w tym zakresie nie mogą budzić wątpliwości, zwłaszcza jeśli
czytać je w kontekście bogatego orzecznictwa zarówno Sądu Najwyższego, jak i Trybunału Konstytucyjnego. Rozszerzenie obowiązków dziennikarskich, jak i ich praw wydaje się być nieuzasadnione. Zakres tajemnicy
dziennikarskiej uznać należy wręcz za modelowy i wzorcowy dla wszystkich państw europejskich, zważywszy, że w Polsce tajemnica dziennikarska ma charakter bezwzględny i nie ma podmiotu, który byłby władny
zwolnić dziennikarza z tej tajemnicy w odniesieniu do osobowego źródła
informacji29. Niestety zdarzają się, i wcale nierzadko, przypadki łamania
tajemnicy dziennikarskiej właśnie w tym zakresie – co zdaje się świadczyć
o braku należytego przygotowania dziennikarzy, bądź o ich niefrasobliwości. W toku prac legislacyjnych można by co najwyżej rozważać możliwość wprowadzenia zakazu dowodowego odnośnie informacji chronionych taką tajemnicą dziennikarską na wzór zakazów dowodowych istniejących w odniesieniu do tajemnicy spowiedzi, tajemnicy obrońcy w sprawie karnej, bądź tajemnicy lekarza psychiatry30.
Problemem spornym w praktyce okazuje się przysługujące osobom zainteresowanym prawo do zamieszczania sprostowań i odpowiedzi31. War29 Trybunał w Strasburgu kreując standardy wolności prasy stwierdził, że ochrona dziennikarskich
źródeł informacji jest jednym z podstawowych warunków wolności prasy, nie jest jednak nieograniczona i winna być w każdej sprawie skrupulatnie badana. Zob. News Verlag GmbH & coKG
przeciwko Austrii, orzeczenie z 11 stycznia 2000 r., skarga nr 31457/96, Nowy Europejski Trybunał
Praw Człowieka. Wybór orzeczeń 1999-2004, red. M. A. Nowicki, Kraków 2005, s. 1005-1008, I.C.
Kamiński, Swoboda wypowiedzi w orzeczeniach Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu,
wyd. III, Kraków 2006, s. 238-246. Trybunał – w swoim orzecznictwie – dopuszcza jednak działania mające na celu poznanie tożsamości informatora dziennikarza, ale tylko wówczas, gdy działanie informatora stanowi bardzo groźne naruszenie prawa, a sprawcy nie można wykryć w inny
sposób. W każdym razie, nie można zarządzać przeszukania każdych pomieszczeń i zajmowania każdej dokumentacji. Roemen i Schmit przeciwko Luksemburgowi, orzeczenie z 25 lutego 2003
r., skarga nr 51722/99, I. C. Kamiński, Swoboda wypowiedzi, s. 659-666; Nowy Europejski Trybunał,
s. 1068-1072; J. Sobczak, Swoboda wypowiedzi w orzecznictwie Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Część II, „Ius Novum” 2007, nr 4, s. 33-36.
30 W kwestii tajemnicy dziennikarskiej por. m.in. J. Sobczak, Granice prawne tajemnicy dziennikarskiej,
„Ius Novum” 2007, nr 1, s. 48-69; tenże, Tajemnica dziennikarska a problem bezpieczeństwa państwa,
w: Bezpieczeństwo państwa w dobie globalizacji, red. T. Ślęzak, A. J. Madera, Kraków 2004, s. 25-44;
Tajemnica dziennikarska, „Studia Medioznawcze” 2005, nr 1 (20), s. 13-28; tenże, tegoż, Kilka argumentów z zasad interpretacji prawa na rzecz względnego charakteru tajemnicy dziennikarskiej w procesie karnym, Księga pamiątkowa ku czci prof. dr hab. Barbary Kunckiej-Michalskiej, w druku.
31 Na wartość sprostowań i odpowiedzi zwracano wielokrotnie uwagę w systemie Rady Europy oraz
w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Sprostowanie jest wypowiedzią własną zainteresowanego, a więc z natury rzeczy – subiektywną. Subiektywny charakter ma jednak także wypowiedź dziennikarza, którą zainteresowany pragnie prostować. Stanowisko uznające, że prawo do sprostowania tłumi wolność prasy jest jaskrawym prze-
magazyn1-2010.indd 288
10-07-23 18:48:20
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
289
to przypomnieć, iż w gruncie rzeczy w doktrynie wyróżnia się wyróżnia
się zasadniczo dwa systemy reglamentowanej prawnie reakcji na teksty
opublikowane w prasie, a mianowicie: francuski (zwany także romańskim) i niemiecki (noszący miano germańskiego). Kryterium podziału
stanowi przy tym przedmiot sprostowania. Niektórzy z badaczy skłonni
są wyróżniać także system mieszany.
W modelu francuskim (zwanym także systemem odpowiedzi) prawo
do reakcji na zamieszczony w prasie tekst ma charakter ogólny i bezwarunkowy. Ogólność tego prawa polega na tym, iż samo wymienienie lub
wskazanie w prasie jakiejś osoby rodzi dla niej prawo do żądania zamieszczenia tekstu prostującego opublikowane treści. Ustawodawca przy tym
nie żąda, aby osoba wymieniona lub wskazana w prasie wykazała, iż został naruszony w ten sposób jakiś jej interes lub dobro. Modelowi temu
hołdują między innymi systemy prawne Belgii, Hiszpanii, Portugalii
i Włoch. Rozwiązania te przyjmują, iż reakcja na tekst prasowy (responjawem zawłaszczenia tej wolności przez dziennikarzy, redaktorów naczelnych, wydawców i właścicieli prasy. Prasa – zarówno jako całość, jak i jako poszczególni dziennikarze – nie jest dysponentem wolności słowa, ponieważ wolność ta przysługuje wszystkim obywatelom. Prasa jest depozytariuszem tej wolności, gdyż ma urzeczywistniać prawo tak całego społeczeństwa, jak i poszczególnych jednostek do pełnej, rzetelnej informacji, wymiany myśli i poglądów oraz nieskrępowanego komunikowania. Próby ograniczenia sprostowań i odpowiedzi godzą bezpośrednio
i jednoznacznie w wolność prasy, są zaprzeczeniem swobody informacji. Tamowanie sprostowań jest bezprawną i niebezpieczną dla wolności myśli, słowa i wypowiedzi cenzurą pozainstytucjonalną. Ograniczanie możliwości sprostowań, odmawianie ich zamieszczania godzi we wspomniane wolności, stanowiąc przykład lekceważenia odbiorców – tak w aspekcie indywidualnym,
jak zbiorowym. Odmowa sprostowań w dużym stopniu uniemożliwia w dużym stopniu ścieranie się informacji, poglądów i idei, nie pozwalając na nieskrępowaną debatę publiczną. Trybunał w orzecznictwie swoim praktycznie nie podejmował problemu odpowiedzi na krytykę prasową, zarówno w formie sprostowania, jak i repliki. Ton uzasadnień licznych orzeczeń pozwalał
wnioskować, że Trybunał uznaje tego rodzaju prawo za jedną z gwarancji swobody wypowiedzi.
Dlatego też z pewnym zdziwieniem należy odnotować stanowisko zawarte w decyzji z 2005 r.,
w której stwierdza, że prawo do repliki jest ważnym elementem wolności wypowiedzi chronionej dyspozycją art. 10 Konwencji – z tym jednak, że prawo to, zdaniem Trybunału, nie przyznaje nieograniczonej swobody w dostępie do środków przekazu. Zazwyczaj, tak jak w systemie prawa polskiego, prawo do sprostowania bądź odpowiedzi jest dość ściśle reglamentowane. Trybunał jednak tezę tę uzupełnił stwierdzeniem, że prywatne środki przekazu powinny w zasadzie
korzystać ze swobody redakcyjnej, decydując o publikacji listów prywatnych. Dodał przy tym, że
w wyjątkowych okolicznościach można jednak w sposób uprawniony wymagać opublikowania
a retraction lub przeprosin (Mylnuchuk przeciwko Ukrainie, decyzja Izby z 5 lipca 2005 r., skarga
nr 28743/03; Zob. M. A. Nowicki, Europejski Trybunał Praw Człowieka – przegląd orzecznictwa (lipiec – wrzesień 2005), „Palestra” 2006, nr 1-2, s. 166). Stanowisko Trybunału w tym względzie budzi sprzeciw. Po pierwsze, niezrozumiałe jest oddzielenie prywatnych środków przekazu od pozostałych. Niewiadomo, według jakiego kryterium miałoby to nastąpić i dlaczego Trybunał zdecydował się uprzywilejować właśnie te środki. Wydaje się, że w dzisiejszych czasach większość
środków przekazu ma charakter „prywatny”, należąc do rozmaitego rodzaju spółek, korporacji,
itd. Po drugie, czym innym jest publikacja listów, które wyrażają pogląd jakiejś osoby na mniej
lub bardziej ważne przejawy życia publicznego, a czym innym prawo do zamieszczenia sprostowania lub odpowiedzi. Po trzecie, nie sposób dociec, jakie to „wyjątkowe okoliczności” miał na
względzie Trybunał wtedy, gdy do nich tylko ograniczał możliwość zamieszczenia sprostowań.
magazyn1-2010.indd 289
10-07-23 18:48:20
290
Ius et Lex nr 1/2010
se) może być wstępem do kontynuowania wymiany zdań. Część doktryny
uważa przy tym, że odpowiedź ma charakter środka obrony przed atakiem ze strony prasy. Inni są zdania, iż istnienie ataku, zarówno w sensie subiektywnym, jak i obiektywnym, nie jest koniecznym warunkiem
dla powstania prawa do odpowiedzi. W modelu francuskim samo wymienienie w prasie daje zainteresowanemu prawo do korzystania ze środka
ochrony, jaką jest odpowiedź (résponse), pozwalając na polemikę zarówno z faktami, jak i ocenami zawartymi w prostowanej publikacji. Odpowiedź może tu być wstępem do kontynuowania wymiany zdań.
W modelu niemieckim (zwanym także systemem sprostowania) możliwe jest jedynie prostowanie faktów, i to wyłącznie przez osobę zainteresowaną. Pod pojęciem faktów zazwyczaj rozumie się stany lub wydarzenia, które dotyczą teraźniejszości lub przeszłości. Podważa się możliwość prostowania stanów i wydarzeń, które dotyczą przyszłości. Możliwe
jest prostowanie przypisywanych przez piszącego drugiej osobie zamierzeń, poglądów i opinii. Natomiast niedopuszczalne jest sprostowanie
ocen, których dokonuje dziennikarz. W ramach tego modelu istnieją
rozbieżności w doktrynie co do możliwości obiektywizowania prostowanych faktów, w szczególności zaś, czy przedmiotem odmowy zamieszczenia sprostowania może być przekonanie, iż zawarte w tekście sprostowania treści są nieprawdziwe. Charakterystyczny dla systemu niemieckiego jest też zakaz komentowania wypowiedzi stanowiącej sprostowanie32.
W systemie niemieckim prostować można jedynie fakty.
Z przedstawionych różnic między wspomnianymi modelami wynikają
dalsze. W systemie francuskim, w którym odpowiedź pełni funkcję środka szeroko rozumianej debaty publicznej, istnieje potrzeba zagwarantowania możliwości kontynuowania wymiany zdań. Stąd też korzystanie
z résponse skutkuje prawem do repliki. Odmiennie sytuacja wygląda
w modelu niemieckim, gdyż tutaj ograniczenie prostującego do podania
faktów powoduje oczywistą konsekwencję wyrażającą się w ścisłym limitowaniu ewentualnego opatrywania sprostowania komentarzem.
Porządki prawne poszczególnych państw odbiegają jednak od modeli. Spośród państw, które przyjęły niemiecki model sprostowania, tylko
Szwajcaria wprowadziła absolutny nieomal zakaz komentarza redakcyjnego: wydawcy wolno jedynie podać, czy trwa przy swojej wersji, bądź
też na jakich źródłach informacja prasowa została oparta. W Niemczech
zakaz ten przybiera względną postać: komentujący musi ograniczać się
do faktów. Prawo niemieckie, ograniczając sprostowanie do sfery faktów,
32 por. K. Stępińska, Sprostowanie prasowe w świetle prawa, Warszawa 1964; B. Kordasiewicz, Jednostka wobec środków masowego przekazu, s. 71 i n.
magazyn1-2010.indd 290
10-07-23 18:48:20
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
291
daje w zamian domagającemu się publikacji swoistą gwarancję w postaci bezwzględnego albo daleko posuniętego zakazu komentowania nadesłanego tekstu. Inaczej w systemach wzorowanych na prawie francuskim, gdzie równowaga pomiędzy stronami osiągnięta zostaje na przeciwległym biegunie. Korzystającemu z prawa do odpowiedzi wolno w zasadzie podnosić wszelkie okoliczności pozostające w związku z pierwotną publikacją, ekwiwalentem tego rozszerzonego uprawnienia staje się
jednak przyznane środkom masowego przekazu prawo do natychmiastowego ustosunkowania się do wypowiedzi zainteresowanego. W Austrii dopuszczony został komentarz w pełnym zakresie, musi on jednak
odróżniać się w sposób wyraźny od samego tekstu sprostowania. W sposób odmienny od prezentowanych problem komentarza rozwiązał ustawodawca grecki, który mimo że wobec komentarza jest nieprzychylny,
nie wprowadził jego całkowitego zakazu. Środki masowego przekazu są
zniechęcane zasadą, w myśl której komentarz redakcji traktowany jest
jako nowa publikacja skutkująca powstaniem roszczenia o sprostowanie
o zwiększonej objętości. Także rozwiązania dotyczące sprostowań przyjęte w państwach wzorujących się na modelu francuskim cechuje brak
jednolitości. W samej Francji komentowanie jest wyraźnie dozwolone
i może pociągać za sobą ponowne zabranie głosu – replikę zainteresowanego. Już jednak w Hiszpanii i Portugalii dokonano połączenia sprostowania nieograniczonego do faktów z zakazem komentowania tekstu
w tym samym numerze.
W doktrynie wyróżnia się także czasem inny podział systemów reakcji
na treści zawarte w opublikowanych materiałach prasowych: francuski,
niemiecki, anglo-amerykański oraz mieszane. Stanowisko to spotyka się
jednak z krytyką, w której podkreśla się, iż w Wielkiej Brytanii nie istnieje powszechnie obowiązujący system sprostowań prasowych, a w USA
funkcjonuje on w szczątkowej postaci. Jako system „mieszany” wskazuje
się jedynie rozwiązania polskie, podkreślając, że w różnych narodowych
porządkach prawnych dość swobodnie wkomponowano elementy charakterystyczne zarówno dla systemu niemieckiego, jak i francuskiego33.
Polskie prawo prasowe stara się łączyć w jednym akcie oba modele,
co dodatkowo powoduje szereg nieporozumień i kłopotów wielokrotnie
analizowanych w literaturze. Znacznie ważniejszy wydaje się jednak problem, jak należy traktować sformułowanie „wiadomości nieprawdziwej
lub nieścisłej”, którym posługuje się ustawodawca w treści art. 31 pkt 1
pr. pr. Zarysowują się tutaj dwie koncepcje: obiektywistyczna i subiekty33 por. A. Kopff, Kilka uwag o instytucji sprostowań prasowych, „Zeszyty Prasoznawcze” 1976, nr 4,
s. 63. Kompetentną i przekonującą krytykę tej koncepcji przeprowadził B. Kordasiewicz, Jednostka wobec środków masowego przekazu, s. 76.
magazyn1-2010.indd 291
10-07-23 18:48:20
292
Ius et Lex nr 1/2010
wistyczna, mające poważne implikacje filozoficzne, z których istnienia
nie do końca zdają sobie sprawę ich zwolennicy, a u podstaw których
leży koncepcja prawdy. Wspomnianych implikacji filozoficznych nie sposób jednak w tym miejscu analizować. Przyjęcie kryterium obiektywności zmusza bowiem redaktora naczelnego do dokonania wstępnej oceny, czy wiadomość, której korekty domaga się autor sprostowania, jest
prawdziwa i ścisła czy też pozbawiona tych cech. Z treści art. 31 pkt. 1
pr. pr. nie wynika, aby redaktorowi naczelnemu przysługiwało tego rodzaju prawo wstępnej kontroli prawdziwości i ścisłości prostowanych wiadomości. Wręcz przeciwnie, wykładnia tego przepisu zdaje się prowadzić
raczej do wniosku, iż żądający sprostowania może to czynić w stosunku
do tych wiadomości, które według jego wiedzy i przekonania są nieprawdziwe lub nieścisłe. (Tak więc, może się on np. domagać się sprostowania wiadomości, że II wojna światowa rozpoczęła się 1 IX 1939 r. poprzez
stwierdzenie, że stało się to 3 lub 17 IX 1939 r.) Sprostowanie ma umożliwić zainteresowanemu przedstawienie własnej wersji wydarzeń. Nakazując odnoszenie się do faktów, ustawodawca zezwala jednak prostującemu wiadomość na przedstawienie opinii publicznej tego, jak te fakty odbiera. Tak więc sprostowanie, z natury rzeczy, służy przedstawieniu
przez prostującego jego subiektywnego punktu widzenia.
Przeciwnikami koncepcji subiektywistycznej sprostowania prasowego
(pozostawiającej w autorowi sprostowania możliwość zaprezentowania
swojej wersji wydarzeń) są obrońcy koncepcji obiektywistycznej, która
nakłada na redaktora naczelnego dodatkowy obowiązek ustalania tego,
co jest prawdą – co jest niekiedy niezwykle trudne lub wręcz niemożliwe.
Pierwsze ze stanowisk formułują: B. Kordasiewicz34, J. Sobczak35 oraz B.
Kosmus36. Koncepcji obiektywistycznej bronią: B. Michalski37, W. Gontarski38 oraz J. Naumann39. Warto dodać, że na stanowisku subiektywistycznym stoi w zdecydowanej większości orzecznictwo – zarówno w sprawach
cywilnych, jak i karnych40, i sprowadza się w głównej mierze do przyznania zainteresowanemu uprawnienia do wyrażania swojego stanowiska
34 zob. tegoż, Jednostka wobec środków masowego przekazu, Wrocław-Warszawa-Kraków 1991, s. 97.
35 J. Sobczak, Ustawa prawo prasowe. Komentarz, Warszawa 1999, s. 309; tenże, Prawo prasowe. Komentarz, Warszawa 2008, s. 734 i n.
36 B. Kosmus, Sprostowanie i odpowiedź, Warszawa 2006, s. 15 i 102.
37 B. Michalski, Podstawowe problemy prawa prasowego, Warszawa 1998, s. 63 i n.
38 W. Gontarski, Kiedy sprostowanie, kiedy odpowiedź?, „Rzeczpospolita” z 22 lipca 2003 r.
39 J. Naumann, Odpowiadać czy nie – oto jest pytanie, „Rzeczpospolita” z 19 grudnia 2005 r.
40 por. wyrok Sądu Najwyższego z 27 marca 2003 r., CKN 4/01 – w uzasadnieniu którego zauważono: „Sens uregulowania zawartego w tym przypisie (tj. a art. 31 pr. pr.)
magazyn1-2010.indd 292
10-07-23 18:48:20
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
293
w razie braku akceptacji treści publikacji prasowej”41.
Zwolennicy koncepcji obiektywistycznej podkreślają, iż prasa jest zobowiązana do prawdziwego przedstawiania prezentowanych zjawisk
a dziennikarze mają obowiązek zachowania rzetelności i szczególnej staranności, a więc muszą badać czy sprostowanie odpowiada prawdzie, czy
też nie. Argumenty te trudno uznać za poważne zważywszy, iż sprostowanie nie jest wypowiedzią dziennikarza a osoby prostującej. Redaktor naczelny może odpowiadać za zamieszczenie sprostowania w sytuacji, gdy
wbrew obowiązkom, wynikającym z treści art. 33 ust.1 pr. pr., nie odmówił opublikowania sprostowania. Zważywszy, że ustawodawca nakazuje
zamieszczać sprostowanie pod widocznym tytułem, dla nikogo z czytelników nie może być wątpliwe to, iż tekst sprostowania pochodzi od prostującego a nie od redakcji. Zwolennicy teorii obiektywistycznej muszą
pamiętać, że zamieszczający sprostowanie mogą skomentować w kolejnym numerze tekst sprostowania, a w razie zamieszczania odpowiedzi
komentarz taki może towarzyszyć tekstowi odpowiedzi i być opublikowany w tym samym numerze. Zamieszczając sprostowanie, które nie może
być od razu komentowane, redakcja ma prawo jednak zapowiedzieć polemikę z tekstem sprostowania względnie ogłosić, że zostaną w związku
ze sprostowaniem opublikowane stosowne wyjaśnienia.
Nie sposób także przyjąć, iż opublikowanie sprostowania sprzecznego
z rzeczywistym stanem rzeczy godzi w wolność prasy. Przypomnieć należy, iż wolność prasy została sformułowana i istnieje w interesie obywatela
a dziennikarz jest tylko depozytariuszem tej wolności. Argument, iż możliwe jest zamieszczanie tylko takich sprostowań, które redaktor naczelny
uzna za zgodne z prawdą, godzi w podstawową zasadę prawa nemo est iudex in propria causa. (Nikt nie może być sędzią we własnej sprawie). Takim sędzią według zwolenników koncepcji obiektywistycznej miałby być
redaktor naczelny, który najpierw de facto podejmowałby decyzje o opublikowaniu materiału prasowego, w którym stwierdzono pewien stan rzeczy, a następnie miałby decydować o możliwości zamieszczenia sprostowania, w którym ktoś kwestionowałby przedstawiony w takim materiale
stan rzeczy. We wszystkich komentarzach przywołanej wyżej zasady wskazuje się, że jest psychologicznie prawdopodobne to, że osoba rozstrzygająca sprawę, w której w grę wchodzą jej własne interesy, „będzie stronni41 zob. postanowienie Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 7 października 2005 r., I S 110/05 – w którym stwierdzono expresis verbis: „Sprostowanie ma umożliwić zainteresowanemu przedstawienie
własnej wersji wydarzeń i z natury rzeczy, przedstawia jego subiektywny punkt widzenia ”; wyrok
Sądu Najwyższego z 5 sierpnia 2003 r., III K 13/03, OSNKW 2003, z. 11-12, poz. 98 – w uzasadnieniu którego podniesiono: „Sprostowanie z natury rzeczy służy przedstawieniu przez prostującego jego subiektywnego punktu widzenia”.
magazyn1-2010.indd 293
10-07-23 18:48:20
294
Ius et Lex nr 1/2010
cza na własną korzyść i nie powinniśmy nawet oczekiwać, żeby było inaczej”42. Utarte, namiętne bronienie prawa do oceny dopuszczalności zamieszczenia sprostowań i odpowiedzi w oparciu o argument zgodności
z prawdą, w której jakoby jedynym posiadaczem był redaktor naczelny,
dowodzi z jednej strony wielkiego zadufania szermujących nim dziennikarzy, z drugiej obnaża rzeczywistą chęć postawienia „cechu żurnalistów” ponad prawem. W tej sytuacji dziennikarze oceniający stale wszystko i wszystkich, zgodnie zresztą z powołaniem tego zawodu, sami stawiają się ponad wszelkimi ocenami, przyznając jedynie sobie prawo i możliwość osądu, czy w swojej pracy nie popełnili błędu. W ten sposób zamiast bronić wolności prasy zawłaszczają ją dla siebie, a w konsekwencji
łamią. W efekcie takiego postępowania dziennikarze hołdujący koncepcji obiektywistycznej stawiają się ponad prawem.
Warto zauważyć, że badanie przed publikacją sprostowania jego prawdziwości spowodowałby niewątpliwie wbrew woli ustawodawcy, iż ten instrument prawny chroniący przed nieuzasadnionymi (nawet subiektywnymi) atakami prasy stałby się całkowicie martwy. A możliwości ochrony
za jego pośrednictwem są całkowicie iluzoryczne. Znacznie prostszą drogą, aczkolwiek w konsekwencji niezmiernie długą, byłoby żądanie ochrony dóbr osobistych w oparciu o dyspozycje art. 24 k.c. W takim postępowaniu naruszający te dobra, a więc także dziennikarz ma obowiązek dowiedzenia działania zgodnego z prawem i udowodnienia, iż opublikował prawdziwą informację. Gdyby w odniesieniu do sprostowania przyjąć koncepcje obiektywistyczną, wówczas domagający się sprostowania
każdorazowo winien byłby przed reaktorem naczelnym, będącym niejako sędzią we własnej sprawie dowodzić, że treść sprostowania jest prawdziwa. W efekcie takich zabiegów w razie złej woli redaktora naczelnego lub braku zdolności do obiektywnego spojrzenia i tak pozostawałby
zainteresowanemu trudny proces cywilny.
Należy podkreślić, iż ustawodawca wyraźnie sygnalizuje, iż jedynie
w jednym przypadku gotów jest odstąpić od koncepcji subiektywistycznej. Czyni to formułując w treści art. 33 ust.1 pkt.4 pr. pr. zakaz publikacji sprostowań podważających fakty stwierdzone prawomocnym orzeczeniem. Zakaz ten jest wyraźnym wyjątkiem od reguły. Tylko w odniesieniu do prawomocnych orzeczeń domagający się sprostowania, nie może
prezentować własnych koncepcji sprzecznych z faktami stwierdzonymi
w takowym prawomocnym orzeczeniu. Takie ujęcie wspomnianego przypisu wydaje się być wyrazem woli ustawodawcy, aby nadać wolności wypowiedzi realizowanej przez sprostowanie określone ramy, korespondujące
42 W. Wołodkiewicz (red.), Regulae iuris Warszawa 2001, s. 116.
magazyn1-2010.indd 294
10-07-23 18:48:20
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
295
z szerzej pojętym porządkiem prawnym43. Celowość zakazu sformułowanego w treści art. 33 ust.1 pkt.4 pr. pr. wydaje się co najmniej dyskusyjna. Dogłębną krytykę tego rozwiązania przeprowadził B. Kordasiewicz44.
Poza wszelką dyskusją pozostaje to, iż nie da się wbrew niektórym pomysłom wyprowadzić z treści prawa prasowego obowiązku przedkładania
przez zainteresowanego sprostowaniem dowodów na prawdziwość swoich twierdzeń45. Trzeba podkreślić, że nawet przedstawienie takich dowodów niekoniecznie musi przekonać redaktora naczelnego i doprowadzić do opublikowania sprostowania.
Większość dziennikarzy wydaje się być zwolennikami koncepcji obiektywistycznej, co w gruncie rzeczy czyni całą instytucję sprostowania całkowicie iluzoryczną, nie pozwalając osobom zainteresowanym przedstawić swojego punktu widzenia46. Koncepcja sprostowania przyjęta w obec43 Na kwestię tę zwraca uwagę B. Kosmus, Sprostowanie i odpowiedź prasowa, Warszawa 2006, s. 113.
44 zob. B. Kordasiewicz, Jednostka wobec, s. 95 i.n.
45 zob. W Gontarski Kiedy sprostowanie op.cit.
46 Wypada zwrócić uwagę na fakt, że instytucja sprostowania znana prawu prasowemu nie jest jedyną noszącą takową nazwę, a występującą w systemie prawa polskiego. Obok sprostowań, o których mowa w art. 31 i n. pr. pr. pojęcie sprostowania występuje także w ustawach regulujących
wybory a mianowicie w ustawach: z 27 września 1990 r. o wyborze prezydenta; z 12 kwietnia 2001
r. ordynacja wyborcza do Sejmu RP i do Senatu RP, a z dnia 16 lipca 1998 r. ordynacja wyborcza do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw; z dnia 23 stycznia 2004 r. ordynacja wyborcza do parlamentu europejskiego. Wspomniane ordynacje wyborcze przewidują niezmiernie zbliżone regulacje, które w przypadku, gdy rozpowszechniane, również w prasie, materiały
wyborcze zawierają informacje nieprawdziwe pozwalają kandydatowi lub pełnomocnikowi sztabu wyborczego na wniesienie do sądu okręgowego wniosku o wydanie orzeczenia: zakazującego rozpowszechnianie takich informacji, przepadku materiałów wyborczych zawierających takie informacje, nakazującego sprostowanie takich informacji, nakazującego publikację odpowiedzi na stwierdzenia naruszające dobra osobiste wreszcie nakazującego przeproszenie osoby,
której dobra osobiste zostały naruszone (zob. art. 91 ustawy a dnia 12 kwietnia 2001 r. ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej, Dz.U.
2001 Nr 46, poz. 499 z późn. zm.). Instytucja sprostowania przewidywana w ordynacjach wyborczych nie jest tożsama z instytucją sprostowania, o której mowa w treści ustawy prawo prasowe. Warto zauważyć, iż sprawy o jakich mowa m.in. w art. 91 ust. 1 ordynacji wyborczej do Sejmu RP i do Senatu RP toczą się przed sądem okręgowym w specjalnym trybie przewidzianym
w ordynacji. W literaturze podkreśla się, że wykazanie przez pozwanego, iż publikacja, na podstawie której sformułowano zarzut naruszenia prawa wyborczego, mieści się w ramach zagwarantowanych prawem prasowym granicach wolności wypowiedzi, prowadzi do oddalenia wniosku o zastosowanie sankcji przewidzianej prawem wyborczym. Prawo wyborcze nie rozszerza bowiem granic ochrony dóbr osobistych przez publikacje prasowe poza granice wyznaczone prawem prasowym. W tych jedynie granicach – określonych prawem prasowym – dochodzone są
w trybie przewidzianym prawem wyborczym roszczenia z tytułu naruszenia dóbr osobistych publikacjami prasowymi, związanymi z kampanią wyborczą (zob. M. Kolasiński, Ochrona dóbr osobistych w prawie wyborczym, „Przegląd Sejmowy” 2002 nr1, s.35 i n.). Przyjmuje się jednak, że do
spraw wyborczych stosuje się odpowiednio przepisy prawa prasowego odnoszące się do satyry
i karykatury. Tego typu publikacje nie muszą bowiem wiernie określać rzeczywistości. Zwraca
się uwagę w doktrynie, iż na podstawie art. 91 ust. 1 wspomnianej ordynacji sąd nie może zasądzić odszkodowania, jednak pokrzywdzony ma prawo w trybie art. 92 wspomnianej ordynacji domagać się odszkodowania lub innej formy zadośćuczynienia, w tym także skazania z racji
magazyn1-2010.indd 295
10-07-23 18:48:21
296
Ius et Lex nr 1/2010
nie obowiązującym prawie prasowym wymaga bardzo stanowczej obrony, tym bardziej, że Trybunał Konstytucyjny trafnie uznał, iż odmowa zamieszczenia sprostowania nie może się spotykać z sankcją karną. Za właściwe uznać należy także sformułowane w treści art. 32 ust. 1-7 zasady zamieszczania sprostowań i odpowiedzi. Można jedynie zgłaszać wątpliwości co do tego, czy konstytucyjna jest treść ust. 8 art. 32 pr. pr.
Postulatom nowelizacji prawa prasowego towarzyszą także propozycje
zmian innych ustaw. W szczególności środowisko dziennikarskie domaga się uchylenia treści art. 212 k. k. i najczęściej także 216 k. k., przynajmniej w odniesieniu do dziennikarzy. Podnosi się przy tym, że istnienie
odpowiedzialności za zniesławienie godzi w wolność prasy, którą przy tej
okazji zwykło się uznawać za najważniejszą i absolutną. Tego typu postulaty są całkowicie chybione i nieuzasadnione. Uznając, iż karanie dziennikarza za zamieszczanie w sposób umyślny treści zniesławiających karą
pozbawienia wolności jest niedopuszczalne, zgodzić się jednak należy
z Trybunałem w Strasburgu, że umyślne zamieszczanie takich treści nie
może pozostać bez odpowiedzialności i to nie tylko bez odpowiedzialności cywilnej. Dyspozycja art. 212 k. k. stoi na straży wartości, praw, wolności i dóbr osobistych równie ważnych, jak wolność prasy. Ma ona bowiem
chronić godność człowieka, jego cześć, dobre imię. Nie sposób przyjąć,
że są to wartości w mniejszym stopniu zasługujące na ochronę niż wolność słowa, wypowiedzi i prasy. Warto zauważyć, że Karta Podstawowych
Praw Unii Europejskiej – będąca ciągle jeszcze dokumentem politycznym, a nie prawnym – właśnie godność człowieka, a nie wolność prasy
traktuje jako podstawową wartość. Uchylenie treści art. 212 k. k. w całości lub tylko w odniesieniu do dziennikarzy pozwalałoby w sposób całkowicie bezkarny niszczyć i poniewierać ludzi z przyczyn politycznych,
osobistych, rasowych, wyznaniowych i wszelkich innych. Odpowiedzialność cywilna zniesławiających dziennikarzy, tytułów prasowych i wydawców wydaje się niewystarczająca, gdyż zamożnym tabloidom mogłoby się
wręcz opłacać podejmowanie takich działań. Wyjęcie dziennikarzy spod
rygorów art. 212 byłoby przyznaniem im podmiotowego immunitetu
w zakresie odpowiedzialności za zniesławienie. Zważywszy istniejące
w doktrynie wątpliwości co do tego, kto jest dziennikarzem, czy jest nim
np. tzw. depeszowiec, korektor, musiałyby w praktyce pojawić się wątpliwości co do zakresu odpowiedzialności. Ponadto, przyznanie takowego
zniesławienia (zob. S. Gebethner, Wybory do Sejmu i do Senatu. Komentarz do ustawy z 12 kwietnia
2001 – ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 2001, s. 131-137). Podobne do zawartych w ordynacji wyborczej do Sejmu i Senatu rozwiązania znajdują się w ustawie z dnia 27 kwietnia 1990 r. o wyborze prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej (t.j. Dz. U. 2000 Nr 47, poz. 544 z późn. zm.).
magazyn1-2010.indd 296
10-07-23 18:48:21
J. Sobczak Czy prawo prasowe potrzebuje zmiany?
297
„immunitetu” stanowiłoby naruszenie zasady równości wobec prawa, bowiem osoba, która zniesławiłaby kogoś w prywatnej rozmowie, ponosiłaby odpowiedzialność karną, natomiast dziennikarz, któryby taką informację podał do wiadomości publicznej za pośrednictwem środków społecznego przekazu, odpowiedzialności by nie ponosił – mimo że szkody,
jakie wyrządził treścią swojej nieprawdziwej, zniesławiającej wypowiedzi
byłyby w sposób znaczący poważniejsze niż te, które spowodował człowiek zniesławiający ustnie np. na publicznym zebraniu. Z podobnych
przyczyn nie sposób zgodzić się z żądaniami wysuwanymi przez niektórych żurnalistów, aby wykluczyć możliwość odpowiedzialności dziennikarzy z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
P
odzielając pogląd, że obowiązujące Prawo prasowe jest aktem normatywnym wysoce nieudanym, przestarzałym i całkowicie nieprzystającym do współczesnej rzeczywistości wypada jednak stwierdzić, że do
nowelizacji tego prawa należy przystępować bez pośpiechu poprzedzając
działania legislacyjne poważną dyskusją zarówno w ramach środowiska
dziennikarskiego, jak i w gronie prawników. Ważnym wydaje się zapewnienie odpowiedniego klimatu dla takowej dyskusji, gdyż jakże często
podejmowane próby podobnych debat przeradzały się w spektakl gorszących wzajemnych oskarżeń, w których nie brak było osobistych wycieczek, uszczypliwości, na plan dalszy schodziły problemy merytoryczne.
Ważną rzeczą jest także i to, aby nowe prawo prasowe nie powstawało
jako akt normatywny stworzony przez to czy inne ugrupowanie zawodowe bądź polityczne, aby nie musiało być identyfikowane z liderem któregoś z ugrupowań dziennikarskich. Pamiętać należy, że materia, której
dotyczy prawo prasowe pozornie tylko odnosi się do jednej grupy zawodowej. Faktycznie regulacje objęte prawem prasowym dotyczą bardzo obszernej sfery społecznej i ich praktyczne skutki dotykają w zasadzie każdego obywatela. Pospieszna zmiana prawa prasowego może wyrządzić
więcej szkody niż pożytku. Obowiązujący tekst obrósł bowiem nie tylko
w literaturę, w poglądy doktryny, czasem kontrowersyjne, lecz posiada
także bogatą wykładnię. W licznych i najczęściej wielokrotnie glosowanych orzeczeniach Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego oraz
sądów apelacyjnych znalazło się wiele wskazań dotyczących interpretacji przepisów prawa prasowego. Wydaje się, że problemem jest nie tyle
potrzeba zmiany prawa prasowego, ile przyswojenie sobie przez dziennikarzy jego treści, internalizacja przez nich poszczególnych instytucji,
uświadomienie sobie niebezpieczeństw i pułapek, które wiążą się z wykonywaniem tego odpowiedzialnego zawodu. Nie od rzeczy byłoby także
zwrócenie uwagi na wymogi etyczne. Nie chodzi tu o przyswajanie norm
magazyn1-2010.indd 297
10-07-23 18:48:21
298
Ius et Lex nr 1/2010
kodeksów etycznych, lecz raczej o wyrobienie pewnej odpowiedzialności moralnej, wrażliwości oraz uświadomienie sobie etosu tego zawodu,
który nie może być pojmowany jedynie jako zawód skupiający osoby mające dostarczać sensacyjnych informacji.
magazyn1-2010.indd 298
10-07-23 18:48:21
WOLNOŚĆ SŁOWA
A SWOBODA PROWADZENIA
BADAŃ NAUKOWYCH
magazyn1-2010.indd 299
10-07-23 18:48:21
magazyn1-2010.indd 300
10-07-23 18:48:21
LISTY INTELEKTUALISTÓW W SPRAWIE
KSIĄŻKI O LECHU WAŁĘSIE
magazyn1-2010.indd 301
10-07-23 18:48:21
magazyn1-2010.indd 302
10-07-23 18:48:21
Listy intelektualistów w sprawie książki...
303
APEL W OBRONIE SWOBODY
BADAŃ NAUKOWYCH
„Rzeczpospolita”, 21 maja 2008 r.
O
d pewnego czasu jesteśmy świadkami publicznego obrażania historyków przygotowujących naukową publikację na temat przeszłości Lecha Wałęsy.
Niektórzy politycy i znaczące osoby życia publicznego, jeszcze przed
ukazaniem się pracy formułują ciężkie oskarżenia pod adresem jej autorów i IPN, który opracowaniu temu patronuje.
Nie znamy pracy badaczy IPN i ocenić ją będziemy mogli dopiero po
jej ukazaniu się.
Jednak – uznając doniosłą rolę Lecha Wałęsy w dziejach Polski – nie
możemy milczeć wobec wystąpień tworzących atmosferę zagrożenia wolności badań naukowych i wolności słowa.
Nie można powoływać się na ideały „Solidarności” i jednocześnie wzywać do zamykania historykom ust.
Niepokoić musi język oszczerstw wobec autorów książki której jeszcze
nikt nie widział.
Sygnatariusze apelu:
Ryszard Bugaj Piotr Semka
Tomasz Burek Krzysztof Skowroński
Zdzisław Krasnodębski Prof. Jadwiga Staniszkis
Miłowit Kuniński Bogdan Szlachta
Ryszard Legutko Paweł Wieczorkiewicz
Paweł Lisicki Bronisław Wildstein
Andrzej Nowak Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski
Marek Nowakowski Piotr Zaremba
Jan Pospieszalski
magazyn1-2010.indd 303
10-07-23 18:48:21
304
Ius et Lex nr 1/2010
OŚWIADCZENIE
„Gazeta Wyborcza”, 23 maja 2008 r.
W
izerunek Polski w świecie współczesnym formowany jest przez
twórczy wysiłek jej obywateli, przez przekształcenia gospodarcze
i polityczne minionego dwudziestolecia, przez sukcesy kultury i edukacji.
Ma w tym swoje miejsce jednak także pamięć o przeszłości. Polskim kapitałem moralnym jest rola Solidarności i jej historycznego przywódcy Lecha Wałęsy w walce o wolną Polskę i przywrócenie jedności europejskiej.
Trudno pojąć intencje instytucji i ludzi, którzy podejmują obecnie kampanię oskarżeń i zniesławień wobec Lecha Wałęsy. Instytucja, która miała służyć narodowej pamięci, zamierza teraz podjąć działanie niszczące
tę pamięć: archiwa komunistycznych służb bezpieczeństwa mają stać się
instrumentem przekreślenia wizerunku i autorytetu robotniczego przywódcy „Solidarności”, laureata pokojowej nagrody Nobla oraz pierwszego prezydenta znowu niepodległej Polski. Wobec ofiary ubeckich prześladowań ci policjanci pamięci stosują pełne nienawiści metody tamtych
czasów. Gwałcą prawdę i naruszają fundamentalne zasady etyczne. Szkodzą Polsce. Wyrażamy Lechowi Wałęsie nasz najwyższy szacunek, zaufanie i solidarność. Zwracamy się do wszystkich obywateli o przeciwstawienie się wymierzonej przeciwko Lechowi Wałęsie kampanii nienawiści
i zniesławień, która niszczy polską pamięć narodową.
Władysław Bartoszewski
Zbigniew Bujak
Jerzy Buzek
Andrzej Celiński
Marek Edelman
Władysław Frasyniuk
Bronisław Geremek
Stefan Jurczak
Krzysztof Kozłowski
Jan Kułakowski
Bogdan Lis
Helena Łuczywo
Tadeusz Mazowiecki
magazyn1-2010.indd 304
Adam Michnik
Karol Modzelewski
Janusz Onyszkiewicz
Józef Pinior
Jan Rulewski
Henryk Samsonowicz
Grażyna Staniszewska
Wisława Szymborska
Barbara Skarga
Andrzej Wajda
Henryk Wujec
Krystyna Zachwatowicz
10-07-23 18:48:21
LISTY W SPRAWIE
PROF. ANDRZEJA ZYBERTOWICZA
magazyn1-2010.indd 305
10-07-23 18:48:21
magazyn1-2010.indd 306
10-07-23 18:48:21
Listy w sprawie wyroku dot. A. Zybertowicza
307
LIST OTWARTY W OBRONIE WOLNOŚCI SŁOWA
„Rzeczpospolita” 22-23 listopada 2008 r.
S
ocjolog prof. Andrzej Zybertowicz został skazany prawomocnym
wyrokiem za zdanie, które pojawiło się w jego publicystycznym artykule w „Rzeczpospolitej”.
Brzmiało ono: „Adam Michnik wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację”. Jest rzeczą oczywistą, że zdanie to nie miało charakteru cytatu, ale parafrazy. Miało ono, zdaniem
autora, ilustrować sposób argumentacji Michnika. My, niżej podpisani, bez względu na to, czy zgadzamy się z takim podsumowaniem argumentacji Michnika, czy uważamy je za przesadne, twierdzimy, że publicysta ma prawo formułować tego typu, również błędne, opinie na temat
uczestników publicznej debaty. Sytuacja, gdy sąd rozstrzyga trafność publicystycznego artykułu, a jeśli nie zgadza się z nim, skazuje jego autora,
jest absolutnie nie do przyjęcia. Jest aktem cenzury i łamaniem wolności słowa. Nie pierwszy raz Adam Michnik pozywa swoich krytyków przed
sąd i nie pierwszy raz uzyskuje wyrok za głoszenie nieprzychylnych mu
opinii. Problemem nie jest jednak osoba redaktora „Gazety Wyborczej”,
ale praktyka, która daje sądom władzę skazywania autorów za ich opinie.
Jako osoby piszące i formułujące swoje oceny nie możemy się zgodzić,
aby wpływowe postacie wykorzystywały sądy w naszym kraju dla zamykania ust swoim krytykom. Dlatego stwierdzamy publicznie: podpisujemy
się pod zdaniem, które wygłosił prof. Andrzej Zybertowicz. Powtarzamy:
Adam Michnik wielokrotnie argumentował: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację.
List podpisali:
Bronisław Wildstein, „Rzeczpospolita”
Ryszard Bugaj, ekonomista
Tomasz Burek, krytyk literacki
Marek A. Cichocki, filozof
Leszek Długosz, poeta
Andrzej Dobosz, pisarz
Antoni Dudek, politolog i historyk
magazyn1-2010.indd 307
Barbara Fedyszak-Radziejowska, socjolog
Piotr Gabryel, „Rzeczpospolita”
Anita Gargas, TVP
Dariusz Gawin, filozof
Roman Graczyk, dziennikarz, „Tygodnik
Powszechny”
Grzegorz Górny, „Fronda”
10-07-23 18:48:21
308
Krystyna Grzybowska, „Wprost”
Andrzej Horubała, producent
telewizyjny, pisarz
Stanisław Janecki, „Wprost”
Sławomir Jastrzębowski, „Super Express”
Dariusz Karłowicz, „Teologia Polityczna”
Krzysztof Kłopotowski, dziennikarz
Zdzisław Krasnodębski, socjolog
Krzysztof Koehler, poeta
Piotr Legutko, „Dziennik Polski”
Joanna Lichocka „Rzeczpospolita”
Paweł Lisicki „Rzeczpospolita”
Amelia Łukasiak, dziennikarka
Marek Magierowski, „Rzeczpospolita”
Cezary Michalski, „Dziennik”
Sławomir Mokrzycki, TVP
Marek Migalski, politolog
Paweł Milcarek, „Christianitas”
Paweł Nowacki, dziennikarz
Maria Przełomiec, dziennikarka
Jan Pospieszalski, muzyk, dziennikarz
Maciej Pawlicki, producent telewizyjny
magazyn1-2010.indd 308
Ius et Lex nr 1/2010
Grzegorz Pawelczyk, dziennikarz TVP
Paweł Reszka, „Dziennik”
Maciej Rybiński, „Fakt”
Piotr Semka, „Rzeczpospolita”
Piotr Skwieciński, dziennikarz
Mirosław Spychalski, „Dziennik”
Paweł Szałamacha, Instytut Sobieskiego
Robert Tekieli, dziennikarz
Tomasz Terlikowski, „Wprost”
Maciej Urbanowski, krytyk literacki
Łukasz Warzecha „Fakt”
Paweł Wieczorkiewicz, historyk
Wojciech Wencel, poeta
Piotr Zaremba, „Dziennik”
Maciej Zdziarski, TVP
Dominik Zdort, „Rzeczpospolita”
Rafał Ziemkiewicz, „Rzeczpospolita”
Beata Zubowicz, „Rzeczpospolita
Tomasz Żukowski, socjolog
ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, duszpasterz
Ormian
10-07-23 18:48:22
Listy w sprawie wyroku dot. A. Zybertowicza
309
PRZECIW KŁAMSTWU. LIST OTWARTY
„Gazeta Wyborcza” 27 listopada 2008 r.
U
ważamy, że opublikowany w „Rzeczpospolitej” „List otwarty
w obronie wolności słowa” nie jest obroną wolności słowa, lecz
obroną prawa do kłamstwa, oszczerstwa i pomówienia. W „Rzeczpospolitej” z 22-23 listopada 2008 ukazał się „List otwarty w obronie wolności
słowa”, podpisany przez szereg osób, w tym także znanych w życiu publicznym, a zawierający powtórzenie oszczerstwa Andrzeja Zybertowicza
pod adresem Adama Michnika. Ubolewamy, że są w Polsce osoby z tytułami naukowymi, publicyści telewizji i centralnych gazet, którzy nie rozumieją sprawy dla demokracji tak podstawowej, jak ta, że wolność słowa ma granice, a wyznacza je m.in. prawo innych osób do godności i dobrego imienia; dlatego wygłaszanie kłamstw nie jest chronione żadnym
prawem – ani stanowionym, ani moralnym.
Nie rozumieją też rzeczy dość oczywistej, że wypowiedziane zdanie,
obojętne czy stanowi cytat, czy parafrazę, jeśli ma wartość logiczną (jest
prawdziwe lub fałszywe) nie jest w sposób oczywisty opinią – ta ostatnia
bowiem nie ma wartości logicznej. Zdanie – „Adam Michnik wielokrotnie argumentował: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację” – nie jest więc opinią – jest zdaniem w sensie logicznym. W dodatku zdaniem fałszywym. Świadome wypowiadanie zdania fałszywego jest
kłamstwem.
Kłamstw o innych ludziach bezkarnie rozpowszechniać nie wolno
i tylko to stwierdził Sąd [w październiku Sąd Apelacyjny nakazał Zybertowiczowi przeproszenie Michnika za słowa „Michnik wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację”- red.].
Nie ma to nic wspólnego z ograniczaniem wolności słowa. W tym stanie rzeczy uważamy, że opublikowany w „Rzeczpospolitej” „List otwarty”
nie jest obroną wolności słowa, lecz obroną prawa do kłamstwa, oszczerstwa i pomówienia.
Jak wynika z tekstu, sygnatariusze dobrze zdają sobie z tego sprawę,
a nawet tym się szczycą. Odrzucamy taką cyniczną postawę. Uważamy ją
za groźną dla życia publicznego i przeciw niej najgoręcej protestujemy.
magazyn1-2010.indd 309
10-07-23 18:48:22
310
Janusz Bazydło, historyk, b. działacz
opozycji
Stanisław Bisztyga, senator
Prof. Jerzy W. Borejsza, Instytut
Historyczny PAN - UMK
Prof. Grażyna Borkowska, Instytut Badań
Literackich
Prof. Alina Brodzka-Wald, Instytut Badań
Literackich
Andrzej Brzeziecki, dziennikarz
Krzysztof Burnetko, dziennikarz „Polityki”
Andrzej Celiński, poseł, b. członek KOR
Beata Chmiel, tłumaczka
Włodzimierz Cimoszewicz, senator
Izabella Cywińska, reżyser
Piotr Czarnecki, Ruch na Rzecz
Demokracji
Andrzej Czerwiński, poseł
Krzysztof Czyżewski, fundacja
„Pogranicze”
Jerzy Domański, redaktor naczelny
„Przeglądu”
o. Tomasz Dostatni,
Jerzy Fedorowicz, poseł
Tomasz Fiałkowski, redaktor
Prof. Marian Filar, prawnik
Władysław Frasyniuk, Partia
Demokratyczna
Prof. Tadeusz Gadacz, filozof
Prof. Andrzej Gaberle, prawnik
Prof. Michał Głowiński, Instytut Badań
Literackich
Prof. Stanisław Grodziski, historyk prawa
Julia Hartwig, poetka
Józefa Hennelowa, „Tygodnik
Powszechny”
Prof. Zbigniew Hołda, prawnik
Prof. Zdzisława Janowska, poseł
Stefan Jurczak, b. wiceprzewodniczący
„Solidarności”
Krystyna Kofta, pisarka
Janusz Kowalski, przedsiębiorca
Sergiusz Kowalski, socjolog
Prof. Jan Kozłowski, Ruch na Rzecz
Demokracji
Krzysztof Kozłowski, b. senator
Prof. Nina Kraśko, filozof
Prof. Aleksander Krawczuk, historyk
Prof. Marcin Król, Uniwersytet Warszawski
Krystyna Krynicka, wydawca
Ryszard Krynicki, poeta
Prof. Hieronim Kubiak, socjolog
magazyn1-2010.indd 310
Ius et Lex nr 1/2010
Waldemar Kuczyński, publicysta
Kazimierz Kutz, poseł
Olga Lipińska, reżyser
Ewa Lipska, poetka
Bogdan Lis, poseł
Jan Lityński, b. poseł, b. członek KOR
Prof. Janusz Maciejewski, Instytut Badań
Literackich
Anna Mateja, dziennikarka
Wojciech Mazowiecki, publicysta
Andrzej Mencwel, historyk
Stefan Niesiołowski, poseł
Małgorzata Nocuń, dziennikarz
Andrzej Nowakowski, Universitas
Prof. Stanisław Obirek, teolog
Jan Okoński, Partia Demokratyczna
Janusz Onyszkiewicz, eurodeputowany
Jan Pieszczachowicz, redaktor naczelny
„Krakowa”
Jerzy Pilch, pisarz
Józef Pinior, eurodeputowany
Prof. Jerzy Pomianowski, tłumacz, red.
nacz. „Nowej Polszy”
Sławomir Popowski, dziennikarz
o. Józef Puciłowski
Krzysztof Pusz, Partia Demokratyczna
Jacek Rakowiecki, redaktor naczelny
„Filmu”
Prof. Andrzej Romanowski, polonista
Michał Rusinek, Uniwersytet Jagielloński
Stanisław Siess-Krzyszkowski, UJ
Prof. Barbara Skarga, filozof
Doc. Magdalena Smoczyńska, UJ
Prof. Marian Stala, UJ
Bogusław Strzelecki, Ruch na Rzecz
Demokracji
Adam Szostkiewicz, dziennikarz „Polityki”
Wisława Szymborska, poetka
Prof. Magdalena Środa, filozof
Andrzej Wajda, reżyser
Prof. Stanisław Waltoś, prawnik
Andrzej Wielowieyski, eurodeputowany
Prof. Jan Widacki, prawnik
Prof. Jan Woleński, filozof
Tomasz Wołek, publicysta
Henryk Woźniakowski, wydawca
Prof. Marta Wyka, polonista
Krystyna Zachwatowicz, scenograf
Doc. Marek Zaleski, IBL
Katarzyna Zimmerer, tłumaczka
Jacek Żakowski, dziennikarz „Polityki”
10-07-23 18:48:22
GLOSY
magazyn1-2010.indd 311
10-07-23 18:48:22
magazyn1-2010.indd 312
10-07-23 18:48:22
Ireneusz C. Kamiński
UWAGI NA MARGINESIE WYROKU
TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO
Z 30 PAŹDZIERNIKA 2006 R. (P 10/06)1
1 OTK ZU 2006, Nr 9A, poz. 128.
magazyn1-2010.indd 313
10-07-23 18:48:22
IRENEUSZ C. KAMIŃSKI
Dr Ireneusz C. Kamiński jest pracownikiem Instytutu Nauk
Prawnych PAN oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorem
m.in. zbioru orzecznictwa pt. ,,Swoboda wypowiedzi w orzeczeniach ETPCz”.
magazyn1-2010.indd 314
10-07-23 18:48:22
PYTANIE PRAWNE
W
czasie rozpoznawania dwóch wniosków prokuratora o zezwolenie
na przesłuchanie dziennikarza co do okoliczności objętych tajemnicą dziennikarską, Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe postanowił skierować do Trybunału Konstytucyjnego pytanie prawne dotyczące zgodności art. 212 Kodeksu karnego z art. 14 oraz art. 54 ust. 1 Konstytucji.
Wnioskujący sąd wskazywał, że swoboda wypowiedzi (której ochrona jest
zapisana w art. 54 Konstytucji) i wolność prasy oraz innych środków społecznego przekazu (gwarantowana na mocy art. 14), choć nie mają absolutnego charakteru, mogą podlegać tylko takim ograniczeniom, które
spełniają wymogi art. 31 ust. 3 Konstytucji. Ten ostatni przepis wymaga,
by ingerencja w chronione na mocy Konstytucji swobody i prawa spełniała – poza wymogiem legalności (każde ograniczenie musi posiadać
normatywną podstawę w ustawie) i celowości (ograniczenie musi zmierzać do ochrony wyraźnie wskazanych interesów publicznych bądź jednostkowych) – nakaz konieczności w demokratycznym państwie, zwłaszcza, by nie naruszała „istoty wolności i praw”. Konstytucyjna klauzula limitacyjna ma zasadniczo identyczną strukturę jak „limitacyjne przepisy” Europejskiej Konwencji o Ochronie Podstawowych Wolności i Praw
Człowieka (dalej jako Konwencja)1, posługujące się trójelementowym
testem legalności, celowości i konieczności. Od Konwencji naszą Konstytucję różni wyraźna obecność wymogu, by ingerencja nie podważała
istoty (rdzenia) swobód i praw.
Wnioskodawca postawił kilka zarzutów kwestionujących konieczność
regulacji zawartej w Kodeksie karnym. Najdalej szła teza mówiąca, że już
samo ingerowanie przy użyciu prawa karnego w swobodę wypowiedzi,
czyli sankcjonowanie środkami penalnymi jej nadużyć, sięga zbyt daleko.
Wskazywano, że w polskim prawie istnieją inne niekarne środki obrony
interesów osoby zniesławionej. Prawo prasowe nakazuje publikowanie
sprostowań i odpowiedzi, a Kodeks cywilny zawiera mechanizm ochrony dóbr osobistych. Dodawano jednak, że depenalizacja zniesławienia
winna zostać połączona z nowelizacją Kodeksu cywilnego, która polega1 Polski tekst Dz.U. z 1993 r., Nr 61, poz. 284 z późn. zm.
magazyn1-2010.indd 315
10-07-23 18:48:22
316
Ius et Lex nr 1/2010
łaby na wprowadzeniu odpowiedzialności dziennikarza opartej na zasadzie ryzyka.
Drugi zarzut niekonstytucyjności odnosił się już do treści regulacji
karnej. Artykuł 212 k.k. penalizuje nie tylko nieprawdziwe wypowiedzi,
ale także publiczne podniesienie prawdziwego zarzutu, jeśli nie służy on
obronie społecznie uzasadnionego interesu (kontratyp z art. 213 k.k.).
Ochrona wolności słowa zostaje więc uzależniona od „bardzo ocennego kryterium”, którego zastosowanie pozostawia się „luzowi decyzyjnemu organu stosującego prawo”.
Prokurator Generalny i Sejm bronili natomiast konstytucyjności art.
212 k.k., uważając, że wymóg działania w obronie uzasadnionego społecznie interesu jest nadmiernie akcentowany w pytaniach prawnych.
W praktyce natomiast kluczowa podczas rozstrzygania o zasadności
oskarżenia karnego jest kwestia prawdziwości zarzutów postawionych
w wypowiedzi. Wskazywano też na „zabezpieczenia”, jakimi cieszy się autor wypowiedzi: nie ponosi on odpowiedzialności, gdy działa w warunkach uzasadnionego błędu, a ściganie karne nie zostaje uruchomione
z urzędu, lecz odbywa się z oskarżenia prywatnego. Prokurator Generalny i Sejm nie zgadzali się ponadto z tezą o niekonstytucyjności środków karnych stosowanych w przypadku zniesławienia. Ich zdaniem istniejąca regulacja spełnia kryteria proporcjonalności. Podnoszono, że
należy stworzyć adekwatną równowagę między swobodą wypowiedzi
a prawami innych osób, zwłaszcza ludzką godnością. W tym kontekście
niezwykle ważne jest to, że ochrona czci, dobrego imienia, prywatności
i życia rodzinnego ma rangę konstytucyjną (art. 47). Kolizja praw wymaga kompromisowej regulacji. Postanowienia art. 212 i 213 k.k. nie naruszają istoty wolności słowa i są równocześnie realizacją obowiązku obrony ludzkiej godności, nałożonego na władze publiczne. Dodawano także, iż zniesławienie popełnione przy użyciu środków masowego komunikowania rodzi poważniejsze skutki niż „zwykłe zniesławienie”. Uzasadnia to, by obok instrumentarium prawnego, jakie oferuje prawo prasowe
i Kodeks cywilny, do dyspozycji pokrzywdzonego oddano i środki karne,
gdy zniesławienie ma umyślny charakter.
Trybunał przyjął do rozpoznania pytanie prawne jedynie w części dotyczącej stwierdzenia konstytucyjności art. 212 § 1 i 2 k.k. i umorzył postępowanie w zakresie pozostałych paragrafów art. 212 oraz art. 213, nie
dopatrując się wymaganego na mocy art. 193 Konstytucji związku z postępowaniem sądowym.
Pierwszy paragraf art. 212 k.k. przewiduje karę grzywny, ograniczenia
albo pozbawienia wolności do roku za pomówienie innej osoby, grupy
osób, instytucji, osoby prawnej o takie postępowanie lub właściwości,
magazyn1-2010.indd 316
10-07-23 18:48:22
I. Kamiński Uwagi na marginesie wyroku...
317
które mogą poniżyć ją w oczach opinii publicznej lub narazić na utratę
zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności. W paragrafie drugim określono kwalifikowaną postać przestępstwa, gdy zostaje ono popełnione przy użyciu środków masowego komunikowania. Zagrożenie karą pozbawienia wolności wzrasta do dwóch lat.
WYROK TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO
T
rybunał rozpoczął swoją analizę od uwag prawnoporównawczych.
W większości porządków prawnych istnieje karna ochrona czci.
Często stosowane jest także rozwiązanie przewidujące surowsze sankcje za zniesławienie dokonane publicznie, a zwłaszcza przy wykorzystaniu mediów. Zdarza się przy tym, że zagrożenia karne przewidziane
w zagranicznym ustawodawstwie są wyższe niż zapisane w polskim prawie (sędziowie wskazali tu na kodeksy karne trzech „ugruntowanych demokracji” – Niemiec, Norwegii i Szwajcarii). Ma to prowadzić do „jednoznacznego wniosku”, że polska regulacja nie jest ani nowatorska, ani
wyjątkowa, ani – tym bardziej – nie stanowi „reliktu prawa państwa totalitarnego”.
Przechodząc na grunt polskiego prawa, sędziowie wskazali, że przedmiotem ochrony, do którego ma zastosowanie art. 212, jest przede
wszystkim dobre imię, ale też prywatność i „sprawność działania instytucji publicznych”, mająca – w ocenie Trybunału – rangę wartości konstytucyjnej. Zastrzeżenia Trybunału nie budziło także ugruntowane, jak je
nazwano, przekonanie o „jakościowej odmienności” zniesławienia dokonywanego przy użyciu środków publicznego komunikowania, rodzącego większe szkody dla pokrzywdzonego. Uzasadniało to wprowadzenie
kwalifikowanego typu przestępstwa2.
Przyjmując wskazane założenia, Trybunał podejmuje następnie badanie konstytucyjności kwestionowanych przepisów prawa karnego. Rozpoczyna od analizy art. 14 i 54 ust. 1 Konstytucji, wskazane przez gdański sąd jako „wzorce kontroli”. Pierwszy przepis, zapewniający wolność
prasy oraz innych społecznych środków przekazu, ma charakter zasady
ustrojowej i gwarancji instytucjonalnej. Podkreśla znaczenie pewnego
przejawu swobody wypowiedzi, którego dotyczy art. 54 ust. 1, gwarantu2 Trybunał wytknął przy tym prawodawcy brak konsekwencji, użycie mediów nie zostało bowiem
uwzględnione w innych przepisach i nie powstały kwalifikowane typy przestępstwa polegającego
np. na ujawnieniu bez zezwolenia informacji z postępowania przygotowawczego czy znieważenia popełnionego ze względu na przynależność rasową, narodową, etniczną, religijną lub światopogląd.
magazyn1-2010.indd 317
10-07-23 18:48:22
318
Ius et Lex nr 1/2010
jący wolność wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania
informacji. Ale w dalszym toku swoich rozważań Trybunał nie zauważa
jakichkowiek normatywnych odmienności, jakie miałaby wyróżniać wolność mediów na tle wolności wypowiedzi3. Obok siebie sędziowie przywołują wolność mediów i wolność wypowiedzi, gdy podkreślają ich znaczenie w demokratycznym państwie. Jedną miarą analizowana jest także kluczowa w postępowaniu kwestia możliwość ingerencji i proporcjonalności karnych sankcji prawnych. Trybunał wprost stwierdza, identyfikując dyrektywę, jaką będzie się kierował, że stwierdzenie zgodności
z art. 31 ust. 1 ograniczenia swobody wypowiedzi gwarantowanej w art.
54 ust. 1 oznacza też domniemanie, że takie ograniczenie nie narusza
i zasady wolności środków masowego przekazu.
Regulacja art. 212 k.k. służy przede wszystkim ochronie czci i dobrego imienia, a więc prawa chronionego już na mocy Konstytucji (art. 47).
Zezwalający na ingerencję art. 31 ust. 1 nie daje podstaw do przypisania
swobodzie wypowiedzi pierwszeństwa w stosunku do innego prawa zapisanego w Konstytucji. Co więcej, to właśnie prawa z art. 47 (cześć, dobre imię, prywatność, życie rodzinne, decydowanie o życiu osobistym)
są niederogowalne, podczas gdy swoboda wypowiedzi nie ma takiego
charakteru. Takie hierarchiczne preferowanie ochrony czci i dobrego
imienia Trybunał wzmacnia jeszcze bardziej przez związanie jej z przepisem art. 30, który mówi o przyrodzonej i niezbywalnej ludzkiej godności.
W konsekwencji, im silniejszy jest związek danego prawa bądź wolności
z godnością człowieka, tym skuteczniej winno być ono chronione przez
władze publiczne4. Także akty prawa międzynarodowego mają – zdaniem
Trybunału – wskazywać na „pewien priorytet” ochrony dobrego imienia
w stosunku do ochrony wolności słowa5.
Mając w tle zrekonstruowaną przez siebie hierarchię praw, Trybunał
przechodzi do analizy proporcjonalności sankcji karnych. Artykuł 31
ust. 1 Konstytucji wymaga, aby spośród skutecznych środków ograniczających prawa i wolności jednostki wybierać te, które są najmniej uciążliwe. Oznacza to, że należy z jednej strony wykazać, że środki cywilne są
mniej dotkliwe niż sankcje karne, a z drugiej, że reżim odpowiedzialno3 Różnica dotyczy jedynie pozytywnych obowiązków państwa związanych z zapewnieniem wolności
prasy (mediów). Władze państwowe będą więc zobowiązane do podjęcia działań, gdy faktyczna
wolność mediów stanie się zagrożona, np. wydając przepisy zapobiegające koncentracji własności mediów.
4 Podstawowym przepisem określającym zakres ochrony czci i dobrego imienia jest przy tym art.
47 Konstytucji, gdyby bowiem ten przepis był konsumowany przez art. 30, okazywałby się zbędny.
5 Według Trybunału takie reguły mają wynikać z Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka NZ
i Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych.
magazyn1-2010.indd 318
10-07-23 18:48:22
I. Kamiński Uwagi na marginesie wyroku...
319
ści cywilnej jest w podobnym stopniu skuteczny w zapobieganiu naruszeniom dobrego imienia. Na pierwsze pytanie odpowiedź wydaje się oczywista, gdy chodzi o porównanie sankcji cywilnych z karnymi sankcjami
wolnościowymi (ograniczeniem i pozbawieniem wolności), lecz sytuacja
nie jest już tak jednoznaczna, gdy zestawia się sankcje finansowe: odszkodowanie i zadośćuczynienie oraz grzywnę i nawiązkę. Prawo cywilne nie
ustanawia maksymalnej granicy zadośćuczynienia, jakiego pokrzywdzony może żądać na mocy art. 448 k.c., podczas gdy Kodeks karny zamyka
kwotę nawiązki sumą 100 tysięcy złotych. Brakuje również jednoznacznych podstaw do przyjęcia, że ochrona dóbr osobistych na mocy prawa cywilnego może być uznana za równie skuteczną jak kryminalizacja
zniesławienia (odczuwalny stopień potępienia, „nośność” skazania karnego, „nieodwracalność” skutków naruszenia czci lub dobrego imienia,
niedostatki niemajątkowych środków ochrony dobrego imienia oferowanych przez prawo cywilne).
Na proporcjonalność regulacji karnej mają także wskazywać inne okoliczności. Nawet jeśli klauzula „społecznie uzasadnionego interesu” jest
ogólnikowa, w grę wchodzi rodzące trudności regulowanie przez ustawodawcę konfliktu dwóch wartości: swobody wypowiedzi i godności człowieka. Należy przy tym uwzględnić, że ograniczeniu podlega i rozpowszechnianie prawdziwych informacji (np. mających charakter tajemnicy). Nie
można ponadto zapomnieć, że rygor karnoprawnej regulacji dotyczącej
zniesławienia łagodzi przepis o błędzie co do okoliczności wyłączającej
winę bądź bezprawność (art. 29 k.k.), a więc także związany z błędnym
przekonaniem o prawdziwości zarzutu lub związku zarzutu z obroną interesu publicznego.
Trybunał zwrócił wreszcie uwagę na praktykę stosowania kwestionowanych przepisów Kodeksu karnego. Do ścigania – podejmowanego
z oskarżenia prywatnego – doszło w latach 2003-2004 w 361 przypadkach
(dane Centrum Monitoringu Wolności Prasy). Nie świadczy to o używaniu prawa do represjonowania wypowiedzi. Także orzekane sankcje
były najłagodniejszymi z możliwych – ograniczały się do grzywny. Tylko
w dwóch postępowaniach wymierzono karę pozbawienia wolności, lecz
warunkowo zawieszono jej wykonanie. Dowodzi to, że zagrożenie karami wolnościowymi w rzeczywistości pełni funkcję prewencyjną.
Wskazane przez Trybunał racje prowadziły go do wniosku, że przepisy art. 212 §1 i 2 nie naruszają Konstytucji RP.
magazyn1-2010.indd 319
10-07-23 18:48:22
320
Ius et Lex nr 1/2010
ZDANIA ODRĘBNE
W
yrok Trybunału nie zapadł jednomyślnie. Indywidualne zdania
odrębne złożyli sędziowie Ewa Łętowska, Marek Safian (ówczesny Prezes) i Mirosław Wyrzykowski. Każda z tych osób zakwestionowała umorzenie postępowania w części dotyczącej art. 213 k.k. Stwierdzenie niekonstytucyjności tego przepisu miałoby bowiem wpływ na rozstrzygnięcie kwestii, która powodowała wniesienie pytania do Trybunału. Zdania odrębne pisano więc w sposób, który włączał w zakres rozważań kwestię zgodności z Konstytucją art. 213 § 2, a nie tylko 212 k.k.
Sędzia Łętowska wskazała, że prawdziwy uczyniony publicznie zarzut podnoszony za pośrednictwem mediów należy co do zasady uznawać za czyniony w obronie społeczne uzasadnionego interesu. Wolność prasy jest
bowiem lokowana pośród zasad ustrojowych, stanowi fundament demokratycznego społeczeństwa i warunek jego rozwoju. Dlatego wyważenie
kompromisu między znajdującymi się w konflikcie prawami (wartościami) musi uwzględniać szczególną rolę wypowiedzi mediów i zróżnicowanie ochrony osób publicznych. Zdaniem sędzi Łętowskiej zasada ustrojowa z art. 14 Konstytucji nie znalazła należytego odbicia ani w redakcji
art. 212 (brak zróżnicowania odpowiedzialności w zależności od tego,
wobec jakiego podmiotu formułowany jest zarzut), ani w redakcji kontratypu z art. 213 k.k. (niewyodrębnienie „medialnego” działania w ramach cechy „publiczności”). Uniwersalizacja odpowiedzialności i brak
rozróżnień muszą „studzić zapał” mediów występujących w ramach realizacji swojej misji.
W Kodeksie karnym winien się znaleźć, obok kontratypu obrony społecznie uzasadnionego interesu, także inny kontratyp w brzmieniu: „nie
popełnia przestępstwa, kto publicznie za pomocą środków masowego komunikowania podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut”. Istnieje bowiem
domniemanie, że środki przekazu działają w obronie publicznego interesu. Tymczasem ustawodawca zwykły (twórca k.k.) zmienia hierarchię
dóbr wynikającą z art. 14 Konstytucji. Konstytucyjne domniemanie zostaje odwrócone. To nie dziennikarz winien wykazać, że działał w obronie publicznego interesu, lecz jemu należy udowodnić, że tak nie było.
Argumenty wywiedzione z ustrojowego charakteru art. 14 prowadziły
również do zakwestionowania konstytucyjności art. 212 § 2, czyniącego
ze zniesławienia popełnionego przez media kwalifikowaną postać przestępstwa.
Sędzia Safjan uznał, że konstrukcja kontratypu z art. 213 § 2 k.k. narusza konstytucyjne gwarancje swobody wypowiedzi zawarte w art. 14
i 54 ust. 1 Konstytucji. Ograniczenia tej swobody powinny zostać oparte
magazyn1-2010.indd 320
10-07-23 18:48:22
I. Kamiński Uwagi na marginesie wyroku...
321
na ściśle i precyzyjnie zdefiniowanych kryteriach spełniających wymagania proporcjonalności (art. 31 ust 3 Konstytucji). Szeroko dopuszczona
możliwość ingerowania w wypowiedź mediów przy pomocy środków karnych musi wywoływać efekt hamujący i „mrożący”. Regulacja Kodeksu
karnego (zakres wyłączenia odpowiedzialności) nie uwzględnia też standardów ukształtowanych w orzecznictwie strasburskim. Prawdziwa informacja dotycząca osób publicznych nie może podlegać dalszemu wartościowaniu z punktu widzenia kryteriów penalizacji.
Zastrzeżenia sędziego budzi również konfrontowanie wolności prasy
z art. 30 Konstytucji dotyczącym godności człowieka. W rzeczywistości
chodzi bowiem o konflikt z czcią i dobrym imieniem, których nie można utożsamiać z godnością człowieka. Ma miejsce konfrontacja konstytucyjnych gwarancji swobody wypowiedzi (art. 14 i art. 54 ust. 1 Konstytucji) oraz czci i dobrego imienia (art. 47). Zamienne traktowanie niezbywalnej godności człowieka oraz czci i dobrego imienia musiałoby skutkować całkowitym sparaliżowaniem swobody wypowiedzi.
Podczas analizy art. 213 § 2 sędzia Safjan wskazuje na niejasność formuły społecznie uzasadnionego interesu, brak rozróżnień dotyczących
sytuacji i osób, do których informacja się odnosi, oraz uderzającą –
z perspektywy materialnego ujęcia przestępstwa – podwójność użytej
w kontratypie formuły („społeczny interes” miałby zastosowanie do samego zniesławienia, a potem jako element szkodliwości czynu w ramach
art. 1 § 2). Podniesiono także, że regulacja art. 213 § 2 k.k. nie została
jasno i jednoznacznie uzgodniona z innymi ustawami dotyczącymi mediów, zwłaszcza z prawem prasowym. Oznacza to, że zakres swobody wypowiedzi nie może być jednoznacznie i w sposób wolny od arbitralności
dekodowany z różnych regulacji prawnych.
Sędzia Wyrzykowski stawia natomiast dwa zasadniczo zarzuty. Po pierwsze, chociaż akceptuje ścisły związek czci i dobrego imienia z godnością
człowieka, uznaje, że ochrona czci i dobrego imienia może w pewnych
okolicznościach podlegać ograniczeniom ze względu na konieczność
zapewniania „w niezbędnym zakresie” korzystania z innych praw i wolności. Po drugie, w regulacji Kodeksu karnego zabrakło rozróżnień dotyczących funkcji pełnionej przez pokrzywdzonego. Taka gradacja jest
natomiast utrwaloną cechą strasburskiego orzecznictwa. W przypadku
osób pełniących funkcje publiczne prawdziwa informacja służy – niezależnie od intencji sprawcy – społecznie uzasadnionemu interesowi.
magazyn1-2010.indd 321
10-07-23 18:48:22
322
Ius et Lex nr 1/2010
KOMENTARZ
Z
gadzam się zarówno ze sposobem analizy podjętym przez trójkę sędziów-dysydentów, (włączeniem do badania konstytucyjności art. 212 § 2 związanego z tym przepisem kontratypu zawartego w art.
213 § 2), jak i argumentami, które posłużyły do stwierdzenia sprzeczności z Konstytucją. Gdybym pisał komentarz skoncentrowany na polskim prawie, rozwinąłbym racje i zarzuty postawione w zdaniach odrębnych. Niniejsza ocena będzie miała jednak inny charakter. Skoncentruję się na ustaleniu, jak wyrok Trybunału Konstytucyjnego i zdania odrębne uwzględniają standardy wypracowane w strasburskim orzecznictwie w oparciu o Konwencję Europejską, do której tak większość jak
i mniejszość się odwoływała.
W komentarzu poruszę trzy zagadnienia: miejsca swobody wypowiedzi i wypowiedzi mediów w katalogu podstawowych praw, konfrontacji
swobody wypowiedzi i praw osób pełniących funkcje polityczne bądź publiczne, sankcji karnych jako reakcji na nadużycia swobody wypowiedzi.
SWOBODA WYPOWIEDZI I WYPOWIEDŹ MEDIÓW
Trybunał Konstytucyjny zauważa znaczenie swobody wypowiedzi i wolności prasy (pkt 3.2), przywołując w tym kontekście pogląd wyrażony
przez Trybunał strasburski w sprawie Handyside przeciwko Wielkiej Brytanii (7 grudnia 1976 r.) i później konsekwentnie powtarzany6. Swoboda wypowiedzi została tam określona jako jeden z zasadniczych fundamentów demokratycznego społeczeństwa, warunek rozwoju takiego społeczeństwa i samorealizacji jednostki. Wolność ta obejmuje nie tylko informacje i poglądy, które są odbierane jako przychylne, uważane za nieobraźliwe bądź neutralne, lecz również te, które obrażają, oburzają lub
wprowadzają niepokój w państwie lub części społeczeństwa. Takie są bowiem wymagania pluralizmu, tolerancji, otwartości na inne poglądy, bez
czego nie istnieje demokratyczne społeczeństwo. Przytoczywszy ten pogląd, TK oznajmia, że analogiczne przekonanie zostało dostrzeżone, zaakcentowane i uwzględnione w jego orzecznictwie7.
Oba trybunały – deklaruje TK – kierują się takim samym spojrzeniem
na swobodę wypowiedzi. Ale dalsza część wyroku TK nie potwierdza tego
6 Skarga nr 5493/72, wyr. z 7 grudnia 1976 r. (skład plenarny), Series A. 24, par. 48-50. Najważniejsze wyroki wydane przez Trybunał w sprawach dotyczących swobody wypowiedzi (art. 10)
omawiam w mojej książce Swoboda wypowiedzi w orzeczeniach Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, wyd. 3, Kraków 2006.
7 Wyrok TK z 23 marca 2006 r., (K 4/06), OTK ZU 2006, Nr 3A, poz. 32.
magazyn1-2010.indd 322
10-07-23 18:48:23
I. Kamiński Uwagi na marginesie wyroku...
323
przekonania. Zasady ze sprawy Handyside stanowiły jedynie punkt wyjścia dla strasburskiego standardu. W późniejszych wyrokach trybunał
w Strasburgu wypracował dokładniejsze reguły, o których TK milczy.
Trzy lata po wyroku Handyside strasburski Trybunał formułuje w sprawie „Sunday Times” przeciwko Wielkiej Brytanii (nr 1)8 dyrektywę interpretacyjną dotyczącą stosunku dwu ustępów art. 10 Konwencji: pierwszego, który definiuje zakres swobody wypowiedzi podlegającej ochronie, i drugiego, określającego warunki ingerencji w swobodę wypowiedzi. Zgodnie z tą dyrektywą dwie części art. 10 nie mają równorzędnego
statusu. Ustęp 1 to zasada, a drugi to wyjątek od niej, który podlega rygorystycznej i wąskiej wykładni9.
Reguły dotyczące potrzeby zagwarantowania wolności wypowiedzi
strasburski Trybunał wyostrzył w przypadku, gdy wypowiedź pochodzi
od mediów. Te ostatnie pełnią bowiem w demokratycznym społeczeństwie rolę publicznego strażnika (public watchdog, chien de garde)10. Tego
wątku TK nie zauważa. Wręcz przeciwnie, sędziowie zdają się skupiać na
tezie o większej szkodliwości zniesławienia popełnianego za pośrednictwem środków przekazu w porównaniu ze zniesławieniem „niemedialnym”, chociaż równocześnie zagrożenie wyższą karą pozbawienia wolności osłabiają wskazaniem, że w praktyce kwalifikowana postać przestępstwa zmaterializuje się jedynie w przypadku celowego pomówienia
bądź będącego skutkiem niezachowania wymaganej nierzetelności lub
staranności (pkt 4.7).
TK nie uwzględnia także tych strasburskich orzeczeń, które wskazują na szczególny status wypowiedzi politycznej11 i wypowiedzi dotyczącej
zagadnień mających publiczne znaczenie12 (a więc będących odpowiednikiem polskiej konstrukcji wypowiedzi służącej obronie społecznie uzasadnionego interesu). Te typy wypowiedzi podlegają ochronie ex definitione jako centralne dla demokratycznego, transparentnego i dobrze poinformowanego społeczeństwa. Dlatego przyzwolenie na jednostkową ingerencję jest złym sygnałem o negatywnych konsekwencjach dla chęci
8 Skarga nr 6538/74, wyr. z 26 kwietnia 1979 r. (skład plenarny), Series A. 30.
9 Paragraf 66. Warto przytoczyć tę regułę w całości: „Trybunał nie staje wobec potrzeby dokonania wyboru między dwiema zasadami znajdującymi się w konflikcie, lecz wobec swobody wypowiedzi podanej wyjątkom, które należy wąsko interpretować”.
10 Takie rozumienie roli mediów znalazło początek w par. 65 wyroku „Sunday Times” przeciwko
Wielkiej Brytanii (nr 1).
11 Lingens przeciwko Austrii, skarga 9815/82, wyr. z 8 lipca 1986 r. (skład plenarny), Series A. 103,
par. 42.
12 Thorgeir Thorgeirson przeciwko Islandii, skarga 13778/88, wyr. z 25 czerwca 1992 r., Series A. 239,
par. 64.
magazyn1-2010.indd 323
10-07-23 18:48:23
324
Ius et Lex nr 1/2010
podejmowania dyskusji w przyszłości13.
Trybunał w Strasburgu łączy tezę o kontrolnej funkcji mediów z udziałem w dyskusji o sprawach mających publiczne znaczenie. Oznacza to,
że in casu nie istnieje konieczność wykazania, że media działają dodatkowo w obronie uzasadnionego interesu publicznego. Tymczasem polski Kodeks karny – na co zwrócono uwagę w zdaniach odrębnych – domniemanie to odwraca, żądając udowodnienia, że zachodzi szczególna
okoliczność powodująca uruchomienie kontratypu z art. 213 § 2.
SWOBODA WYPOWIEDZI I PRAWA OSÓB PEŁNIĄCYCH
FUNKCJE POLITYCZNE BĄDŹ PUBLICZNE
Już w wyroku Lingens przeciwko Austrii, pierwszym orzeczeniu dotyczącym wypowiedzi politycznej, Trybunał strasburski oznajmił, że „granice
dopuszczalnej krytyki są szersze w stosunku do polityków niż osób prywatnych. [Politycy – ICK] inaczej niż [osoby prywatne – ICK] wystawiają
świadomie i w sposób nieunikniony każde swoje słowo i działanie na dogłębną kontrolę dziennikarzy i opinii publicznej. Muszą zatem wykazać
większy stopień tolerancji” (par. 42). W późniejszym orzecznictwie regułę tę konsekwentnie stosowano, co prowadziło do m.in. zakwestionowania krajowych ingerencji w postaci niewielkiej grzywny, która była następstwem użycia słowa „idiota” jako podsumowania dziennikarskiej krytyki,14 czy też nazwania polityka bufonem, prostakiem i groteskowym15.
Konfrontacja między ochroną dobrego imienia polityka a gwarancjami dla swobodnej wypowiedzi politycznej jest rozstrzygana na rzecz tej
drugiej. Bardzo długo strasburski Trybunał traktował zresztą dobre imię
jako prawo innej osoby, a więc jeden z interesów zapisanych w ustępie
2 art. 10, który uzasadnia ograniczenie swobody wypowiedzi, ale musi
– zgodnie z przywołaną wcześniej regułą ze sprawy „Sunday Times” (nr
1) – podlegać ściślej i wąskiej wykładni. Dopiero w nowszym orzecznictwie wprost uznano, że dobre imię podlega ochronie jako element prawa do prywatności (art. 8), co wymaga stworzenia „adekwatnej równowagi” między dwoma konwencyjnymi prawami16. Ale nie oznaczało to,
13 Feldek przeciwko Słowacji, Skarga 29032/95, wyrok z 12 lipca 2001 r., ECHR 2001-VIII, par. 83.
14 Oberschlick przeciwko Austrii (nr 2), skarga 20834/92, wyr. z 1 oipca 1997 r., RJD 1997-IV.
15 Lopes Gomes da Silva przeciwko Portugalii, Skarga 37698/97, wyrok z 28 września 2000 r., ECHR
2000-X. Warto zauważyć, że o ile w sprawie Oberschlick naruszenie art. 10 stwierdzono większością głosów, w portugalskim postępowaniu wyrok zapadł już jednogłośnie.
16 Tu olbrzymie znaczenie ma wyrok Von Hannover przeciwko Niemcom, skarga 59320/00, wyrok z 24
czerwca 2004 r, ECHR 2004-VI.
magazyn1-2010.indd 324
10-07-23 18:48:23
I. Kamiński Uwagi na marginesie wyroku...
325
że osłabieniu ulegnie ochrona wypowiedzi, gdy ma polityczny charakter lub dotyczy zagadnienia o publicznym znaczeniu. Tu nadal potrzeba zapewnienie nieskrępowanej debaty jest priorytetem. Tego wątku TK
nie zauważa. Co więcej, to właśnie ochronie czci i dobrego imienia, połączonego z godnością człowieka, polscy sędziowie przyznali niederogowalny charakter. Takie spojrzenie pozostaje w radykalnej sprzeczności
ze strasburskimi regułami.
Trybunał w Strasburgu nie przeniósł swoich tez dotyczących wystawiania się polityków na krytykę, gdy w grę wchodziła ochrona dobrego imienia innych uczestników debaty o sprawach mających ogólne znaczenie
oraz urzędników publicznych. Osoby te chronione są już mocniej niż
politycy, ale również w ich przypadku należy zapewnić warunki dla nieskrępowanej dyskusji17.
SANKCJE KARNE JAKO REAKCJA NA
NADUŻYCIA SWOBODY WYPOWIEDZI
Jest wreszcie wątek użycia prawa karnego w reakcji na nadużycia swobody wypowiedzi. W zdaniach odrębnych analizowano art. 212 § 2 w zestawieniu z towarzyszącym mu kontratypem z art. 213 § 2. Zakwestionowano jako niekonstytucyjne brak niezbędnych rozróżnień i odwrócenie
domniemania dotyczącego społecznego znaczenia wypowiedzi pochodzącej od mediów. Nie rozwijano natomiast kwestii konstytucyjności samej represji karnej. Zagadnienie to zostało natomiast podjęte pełniej
w analizie większość TK, skupionej na art. 212 § 2.
Ze względu na okoliczności, jakie powodowały wniesienie pytań prawnych do TK, kwestia konstytucyjności poszczególnych sankcji karnych
(oraz przesłanek ich orzeczenia), przede wszystkim kary pozbawienia
wolności, nie miała związku z postępowaniem, jakie toczyło się w gdańskim sądzie. Kwestii tej jako mającej olbrzymie znaczenie i budzącej duże
emocje poświęcę jednak sporą uwagę.
Pytanie o konstytucyjność regulacji zezwalającej na orzekanie kary pozbawienia wolności można postawić nie tylko w kontekście przepisów
o zniesławieniu, ale też innych postanowień Kodeksu karnego, które dopuszczają ją jako reakcję na wypowiedź (art. 133, 137, 196, 216, 226).
3.1. Podejście strasburskiego Trybunału do kary pozbawienia wolności, i szerzej – do sankcji karnych, podlegało i nadal podlega ewolucji.
Taka zmiana nie jest niczym szokującym, bo Konwencja jest traktowana
17 Nilsen i Johnsen przeciwko Norwegii, Skarga 23118/93, wyr. z 25 listopada 1999 r. (Wielka Izba),
ECHR 1999-VIII, par. 52.
magazyn1-2010.indd 325
10-07-23 18:48:23
326
Ius et Lex nr 1/2010
jako „żyjący instrument”, którego interpretacja ulega modyfikacji, dostosowującej ten akt prawny do aktualnych „wymogów życia”18.
Początkowo instytucje strasburskie – w praktyce oznaczało to Europejską Komisję Praw Człowieka (dalej jako Komisja), bo na niej kończyło się
postępowanie19 – nie zauważały jakichkolwiek szczególnych zagadnień
prawnych, gdy władze krajowe dokonywały na podstawie przepisów prawa karnego ingerencji w swobodę wypowiedzi chronioną w art. 10 Konwencji. Co więcej, uwagi Komisji nie zwracały również wysokie kary pozbawienia wolności. W sprawie X. przeciwko Wielkiej Brytanii Komisja zaakceptowała, już na poziomie decyzji o dopuszczalności skargi, karę dwóch
lat więzienia za posiadanie kopii rzekomo autentycznych listów, w których brytyjskich żołnierzy stacjonujących w Irlandii Północnej wzywano
do dezercji oraz innych aktów niesubordynacji20. Analogicznie brzmiała
konkluzja raportu w sprawie Arrowsmith przeciwko Wielkiej Brytanii, gdzie
skarżąca kwestionowała karę siedmiu miesięcy więzienia (w pierwszej
instancji było to 18 miesięcy), wymierzoną za rozpowszechnianie ulotek nawołujących żołnierzy, by z powodów moralnych odmawiali służby
w Irlandii Północnej21. Komisja, uznawszy że ingerencja była uzasadniona, zaakceptowała następnie, bez podejmowania jakiejkolwiek szczegółowej analizy, także sankcję, mimo iż nazwała ją „niewątpliwie surową”
(par. 99)22.
Identyczne spojrzenie na sankcje karne jak dokonane przez Komisję
jest widoczne w pierwszych orzeczeniach Trybunału, mimo iż sędziowie
stwierdzali w wydanych wyrokach, że doszło do złamania Konwencji.
W sprawie Lingens przeciwko Austrii dziennikarz kwestionował wymierzoną w postępowaniu karnym grzywnę23. Chociaż Trybunał wskazał w wyroku, że skazanie dziennikarza formułującego polityczną krytykę kanclerza stanowi zły sygnał i może zniechęcać do udziału w publicznych debatach, nie zauważono szczególnych następstw, jakie niesie użycie pra18 Ta formuła pojawiła się po raz pierwszy w wyroku Tyrer przeciwko Wielkiej Brytanii, skarga 5856/72,
wyr. z 25 kwietnia 1978 r., Series A. 26, par. 31.
19 Przed wejściem w życie Protokołu nr 11 (1 listopada 1998 r.), który zmieniał procedurę rozpoznawania skarg wnoszonych na podstawie Konwencji, Komisja podejmowała decyzję o przyjęciu skargi do rozpoznania bądź jej odrzuceniu, a następnie wydawała raport w sprawie ewentualnego naruszenia Konwencji.
20 Skarga 6084/73, dec. z 1 października 1975 r., DR 3.
21 Skarga 7050/75, raport z 12 października 1978 r., DR 19.
22 Tylko Norweg T. Opsahl uznał orzeczoną karę pozbawienia wolności za nieproporcjonalną. Jego
zdaniem karanie w taki sposób za „niepolegające na użyciu przemocy występki polityczne”, jest
„zupełnie niezwykłe” we współczesnym społeczeństwie demokratycznym (par. 11 zdania odrębnego).
23 Skarga 9815/82, wyr. z 8 lipca 1986 r. (skład plenarny), Series A. 103.
magazyn1-2010.indd 326
10-07-23 18:48:23
I. Kamiński Uwagi na marginesie wyroku...
327
wa karnego i dokonane na jego podstawie skazanie24. Zidentyfikowane
zagrożenia sędziowie zdają się traktować jedną miarą, bez dokonywania
rozróżnień uwzględniających prawnomaterialne (karne oraz inne) podstawy ingerencji.
3.2. Problematyka związana z użyciem prawa karnego pojawiła się po
raz pierwszy w wyroku Castells przeciwko Hiszpanii z 1992 r.25 Wydaje się,
że spowodowały to dwie okoliczności. Po pierwsze, w krajowym postępowaniu orzeczono nie grzywnę, lecz surowszą sankcję – karę pozbawienia
wolności. Po drugie, proces karny dotyczył zarzutu znieważenia instytucji publicznej (rządu), a nie konkretnych osób, i został wszczęty z urzędu.
Jak wskazał Trybunał, „ze względu na dominującą pozycję, jaką zajmuje rząd, musi on wykazać powściągliwość w uciekaniu się do środków
karnych, szczególnie gdy dostępne są mu inne środki udzielenia odpowiedzi na nieuzasadnione ataki lub krytykę pochodzące ze strony mediów oraz opozycji. Kompetentne władze mogą jednak – działając jako
gwarant porządku publicznego – wprowadzić środki, nawet o charakterze karnym, które są potrzebne jako odpowiednia i umiarkowana reakcja na zniesławiające oskarżenia pozbawione podstaw lub formułowane
w złej wierze” (par. 46).
Z lektury wyroku Castells nie wynikało, czy zawarty w nim standard ma
zastosowanie jedynie w przypadku, gdy dochodzi do zniesławienia rządu
bądź innej instytucji publicznej, czy też również osoby bądź osób sprawujących funkcję publiczną. Zagadnienie to jest niezwykle ważkie, gdyż
zazwyczaj to właśnie poszczególne osoby inicjują postępowania prawne,
wnosząc prywatne akty oskarżenia. Dlatego w orzecznictwie amerykańskim uznano, że odrzucone reguły dotyczące obrazy rządu starano się
„ożywić” poprzez podejmowanie działań prawnych przez jednostki. Dostrzegając identyczne zagrożenia, amerykańscy sędziowie obie kategorie
traktowali równorzędnie26.
Literalne odczytanie wyroku Castells wskazywało ponadto, że zawarte
w nim zasady mają zastosowanie jedynie do reguł prawnych chroniących
rząd oraz – ewentualnie – do użycia przepisów prawa karnego przez jednostki, wchodzące w skład rządowych instytucji27. Argumentacja Trybu24 Identycznie wyglądała argumentacja Trybunału w sprawie Oberschlick przeciwko Austrii (nr 1),
skarga 11662/85, wyr. z 23 maja 1991 r. (skład plenarny), Series A. 204.
25 Skarga 11798/82, wyr. z 23 kwietnia 1992 r., Series A. 236.
26 Zob. D.R. Pember, Mass Media Law, Boston 200, s. 160, 51-56.
27 W par. 46 Trybunał określił, że rząd najbardziej wystawia się na kontrolę i krytykę, w większym
zakresie niż polityk. Tezę tę można by nawet interpretować jako argument za zawężaniem zasady ograniczającej użycie prawa karnego w związku z ochroną rządu.
magazyn1-2010.indd 327
10-07-23 18:48:23
328
Ius et Lex nr 1/2010
nału opiera się bowiem na prostej regule: organy jednej władzy (na pewno wykonawczej, ale – jak sądzę – i legislacyjnej) nie powinny pochopnie korzystać z ochrony zapewnianej przez sądy, a więc inną część szeroko rozumianej władzy. Czy oznacza to jednak, że analogiczna reguła
nie znajdzie zastosowania w przypadku podmiotów politycznych niezaliczanych do rządu, np. tworzących opozycję? Trudno przecież uznać,
by podstawowe zasady polityczne działały tylko w odniesieniu do części
politycznego spektrum.
Po wydaniu orzeczenia Thorgeir Thorgeirson przeciwko Islandii28 powstało kolejne zagadnienie prawne. Skoro wypowiedź polityczna i dotycząca
zagadnień mających publiczne znaczenie podlegają takiej samej ochronie, to czy dochodzi do rozszerzenia zakresu zastosowania reguł ze sprawy Castells? Związki wskazane w hiszpańskim orzeczeniu przemawiałyby
za negatywną odpowiedzią. Jako dodatkowy argument służyłaby też teza
z późniejszego wyroku Nilsen i Johnsen przeciwko Norwegii, gdzie Trybunał
dokonał rozróżnienia sytuacji prawnej polityka oraz innego podmiotu
biorącego udział w debacie o ważnych kwestiach publicznych29. Spojrzenie przez pryzmat rangi obu rodzajów wypowiedzi i powiązanej z nimi
ochrony stanowiłoby natomiast argument za pozytywną odpowiedzią.
Konsekwencją przywołanego powyżej orzecznictwa było sformułowanie grupy zasad, których ranga i wzajemny stosunek pozostawał niejasny. Także w późniejszym orzecznictwie nie znajdziemy reguł wyjaśniających treść konwencyjnego standardu. Trybunał uznawał, że dochodziło do naruszenia Konwencji lub jej nie było, nie wypowiadając się przy
tym w postaci ogólniejszych tez na temat wymierzonych sankcji karnych.
Poprzestawano zasadniczo na zbadaniu, czy istniała pilna potrzeba społeczna dla ingerencji. Czasami tylko dodatkowo konkludowano, że in
casu dana kara była nieproporcjonalna30.
Należy jednak zauważyć istotny krytyczny wątek podjęty w wyroku Lehideux i Isorni przeciwko Francji31. Orzekający jako Wielka Izba Trybunał
nawiązał do tezy sformułowanej w sprawie Socialist Party i inni przeciwko Turcji, także rozstrzygniętej przez Wielką Izbę, a dotyczącej wolności
zrzeszania się (art. 11)32. Dla zakwestionowania wymierzonej sankcji istotne wtedy było, że miała ona karny charakter, podczas gdy do dyspozycji
państwa pozostawały również inne, łagodniejsze środki prawne (par. 44).
28 Skarga 13778/88, wyr. z 25 czerwca 1992 r., Series A. 239.
29 Skarga 23118/93, wyr. z 25 listopada 1999 r. (Wielka Izba), ECHR 1999-VIII, par. 52.
30 Tak zwłaszcza w tureckich sprawach.
31 Skarga 24662/94, wyr. z 23 września 1998 r., RJD 1998-VII.
32 Skarga 21237/93, wyr. z 25 maja 1998, RJD 1998-III.
magazyn1-2010.indd 328
10-07-23 18:48:23
I. Kamiński Uwagi na marginesie wyroku...
329
3.3. Dla dzisiejszego konwencyjnego standardu przełomowe znaczenie ma sprawa Cumpănă i Mazăre przeciwko Rumunii, którą Trybunał rozpoznawał dwukrotnie – najpierw jako izba, a następnie Wielka Izba33.
Trybunał oceniał grupę sankcji karnych – karę siedmiu miesięcy pozbawienia wolności, grzywny i zakazu wykonywania przez rok zawodu dziennikarza – orzeczonych za publikację zniesławiającego artykułu prasowego, który nie spełniał elementarnych wymogów dziennikarskiej staranności i rzetelności. Zawartemu w prasowym materiale zarzutowi korupcji towarzyszył ponadto poniżający rysunek, zakwalifikowany przez krajowe sądy jako sugestia, iż bohaterów publikacji łączyła pozamałżeńska
zażyłość.
Izba orzekła stosunkiem pięciu głosów do dwóch, że nie doszło do złamania art. 10. Nie ulegało wątpliwości, że ze względu na ciężar zniesławienia i niezachowanie elementarnych zasad dziennikarskiej sztuki dla
ingerencji istniała pilna potrzeba społeczna. Sędziowie uznali ponadto,
że sankcje, choć określone przez nich jako poważne i dotkliwe, były proporcjonalne (par. 58). O takiej finalnej ocenie rozstrzygnęły dalsze losy
orzeczonych kar. Kary pozbawienia wolności nie wykonano, gdyż skazani skorzystali z dobrodziejstwa prawa łaski. Również zakaz wykonywania
zawodu pozostał na papierze. Skazani nadal pracowali jako dziennikarze, ignorując zapis wyroku. W drodze przymusowej egzekucji ściągnięto jedynie zasądzoną grzywnę. Gdy jednak w innej rumuńskiej sprawie
skazany dziennikarz rozpoczął już odbywanie kary więzienia, Trybunał
jednomyślnie orzekł o naruszeniu art. 10, określając sankcję jako szczególnie surową34.
Rozpoznająca ponownie skargę Cumpănă i Mazăre Wielka Izba wydała jednogłośnie inny wyrok niż izba, stwierdzając złamanie art. 1035.
Sędziowie zgodzili się, że skazanie odpowiadało pilnej potrzebie społecznej oraz zostało oparte na istotnych i dostatecznych racjach. Sankcje karne oraz towarzyszące im zakazy były już jednak „w oczywisty sposób” nieproporcjonalne (par. 120).
Badając proporcjonalność wymierzonych sankcji Trybunał wskazał,
że zwróci m.in. uwagę na ich skutek, a więc na to, czy ingerencja mogła
zniechęcać prasę od udziału w dyskusji o sprawach rodzących uzasadnio33 Skarga 33348/96. Wyrok izby z 10 czerwca 2003 r., wyrok Wielkiej Izby z 17 grudnia 2004 r.,
ECHR 2004-XI.
34 Sabou i Pircalab przeciwko Rumunii, skarga 46572/99, wyr. z 28 września 2004 r., niepubl. par. 42.
Odbywanie kary przerwano, gdy skazany podjął strajk głodowy. Później został ułaskawiony przez
prezydenta.
35 Uzasadnienie wyroku Wielkiej Izby idzie dalej niż argumenty przedstawione przez sędziów J.-P.
Costę i W. Thomassen w zdaniu odrębnym do wyroku izby.
magazyn1-2010.indd 329
10-07-23 18:48:23
330
Ius et Lex nr 1/2010
ne publiczne zatroskanie36. Sędziowie określili kary jako surowe. Chociaż państwa Konwencji są uprawnione, a nawet zobowiązane na mocy
art. 8 do zapewnienia odpowiedniej ochrony dobrego imienia poprzez
uregulowanie korzystania ze swobody wypowiedzi, nie mogą tego czynić
w sposób utrudniający mediom wypełnianie ich zadania polegającego
na alarmowaniu opinii publicznej o rzeczywistych lub domniemanych
nadużyciach władzy publicznej. Dziennikarze śledczy nie będą skłonni
zajmować się zagadnieniami o ogólnym znaczeniu – takimi jak możliwe
nieprawidłowości podczas zawierania umów z podmiotami komercyjnymi – jeśli istnieje ryzyko, że jedną z sankcji za nieuzasadniony atak na
dobre imię osób prywatnych będzie kara pozbawienia wolności lub zakazy wykonywania zawodu. „Schładzający skutek” (chilling effect) takich
sankcji Trybunał uznał za oczywisty (par. 111-114).
Chociaż określenie sankcji stanowi zasadniczo uprawnienie sądów krajowych, Trybunał stwierdził, że wymierzenie kary pozbawienia wolności
za „przestępstwo prasowe” będzie zgodne z art. 10 jedynie w wyjątkowych okolicznościach. Te ostatnie to poważne naruszenie innych praw
podstawowych, na przykład nawoływanie do nienawiści lub stosowania
przemocy (par. 115). W okolicznościach rumuńskiej sprawy nie istniało
więc jakiekolwiek uzasadnienie dla orzeczenia kary pozbawienia wolności. Taka sankcja musi – z natury – mieć „schładzający skutek”. Tej oceny nie zmienia fakt, iż skarżący ostatecznie nie znaleźli się w więzieniu
dzięki aktowi łaski, stanowiącemu dyskrecjonalne uprawnienie prezydenta. Zaznaczono przy tym, że ułaskawienie zwalnia z odbycia kary, ale
nie uchyla skazania (par. 116).
Określając przypadki dozwolonego przez Konwencję skazania na karę
pozbawienia wolności Trybunał stwierdził, że jest to możliwe w wyjątkowych okolicznościach. Jako przykład sędziowie wskazali wypowiedź podburzającą do nienawiści lub przemocy. Oznacza to, że katalog takich
sytuacji musi być wąsko i precyzyjnie określony i zasadniczo nie należy – moim zdaniem – wykraczać poza te dwa wyraźnie zidentyfikowane
wypadki37. Kary pozbawienia wolności nie powinno się orzekać w odniesieniu do „prostych” naruszeń dobrego imienia, czyli takich, którym nie
towarzyszą ogólniejsze sformułowania dotykające lub godzące w więk36 Takie spojrzenie było obecne już we wcześniejszych orzeczeniach, np. Jersild przeciwko Danii, par.
35, ale pytanie o proporcjonalność nie występowało w nich samodzielnie – Trybunał kwestionował ingerencję z bardziej zasadniczych powodów. W rumuńskiej sprawie kwestia proporcjonalności była natomiast analizowana samodzielnie, co umożliwiło Trybunałowi na sformułowanie
tez dotyczących in abstracto pewnych rodzajowo sankcji.
37 Należy oczywiście też pamiętać o sytuacjach, których dotyczy art. 17 Konwencji, a więc zakazu
wykorzystywania Konwencji do podważania jej wartości oraz demokratycznego ładu politycznego.
magazyn1-2010.indd 330
10-07-23 18:48:23
I. Kamiński Uwagi na marginesie wyroku...
331
szą grupę ludzi. Wymusza to zmianę praktyki orzeczniczej w wielu państwach, w tym w Polsce.
Trudno dzisiaj precyzyjnie przewidzieć, jak daleko orzecznictwo strasburskie może pójść w zakwestionowaniu kary pozbawienia wolności jako
takiej. Moim zdaniem, tezy z rumuńskiej sprawy uprawniają do interpretacji uznającej za sprzeczną z Konwencją – poza wyjątkowymi sytuacjami – każdej kary pozbawienia wolności. Analogiczne zagrożenia dla swobody wypowiedzi istnieją przecież nie tylko, jeśli orzeczono bezwzględną
karę więzienia, lecz i wtedy, gdy zawieszono jej wykonanie. Wyrok wisi
bowiem niczym miecz Damoklesa nad skazanym, powstrzymując go od
wypowiedzi, które mogłyby spowodować osadzenie w zakładzie karnym.
Dlatego uważam, że jeżeli prawo karne ma być w ogóle stosowane w sprawach prasowych, w instrumentarium używanych przez sądy kar winny się
znajdować – poza sytuacjami wyjątkowymi – jedynie środki finansowe.
3.4. Uważam, że wyrok Cumpănă i Mazăre należy odczytywać w kontekście ewolucji europejskiego standardu, polegającej na dążeniu do depenalizacji zniesławienia. Rumuński wyrok stanowiłby zatem jedynie pierwszy krok, oznaczając zakwestionowanie bezwzględnej kary pozbawienia
wolności orzeczonej za zniesławienie lub obrazę, gdy równocześnie istniały racje przemawiające za ochroną wypowiedzi: miała ona charakter
polityczny lub dotyczyła kwestii mającej publiczne znaczenie, a media
realizowały (aczkolwiek niezwykle ułomnie) kontrolną funkcję. Podejście to następnie wyostrzono, dopatrując się jednomyślnie – co także należy podkreślić – złamania art. 10, nawet gdy wypowiedź nie pochodziła
od mediów występujących w kontrolnej roli, a orzeczona kara więzienia
była symboliczna, np. pięć dni pozbawienia wolności ze sprawy Kyprianou przeciwko Cyprowi38. Jest wreszcie niedawny wyrok Yalçıner przeciwko
Turcji, gdzie Trybunał choć przyznał, że dwuznaczność wypowiedzi polityka może zostać zasadnie odczytana jako pochwała przemocy, co oznacza istnienie pilnej potrzeby społecznej dla ingerencji, to jednak kara
13 miesięcy pozbawienia wolności nie była proporcjonalna (jednogłośnie)39.
Kolejny krok polega na kwestionowaniu kary pozbawienia wolności
jako takiej, choć tym razem Trybunał nie formułuje analogicznych wskazówek jak dotyczące bezwzględnej kary więzienia. Tu niezwykle ważnym
38 Skarga 73797/01, wyr. z 15 grudnia 2005 r. (Wielka Izba), ECHR 2005–XIII.
39 Skarga 64116/00, wyr. z 21 lutego 2008 r., par. 46-48. Dodatkową okolicznością „obciążającą”
karę było to, że skazany zaczął się ukrywać, aby nie znaleźć się w więzieniu. Nawet jednak zawieszenie po siedmiu miesiącach zasądzonej kary nie zmieniło konkluzji Trybunału, gdyż jego zdaniem skazany jako polityk musiałby w okresie zawieszenia „poddać autocenzurze” swoje działania” (par. 48).
magazyn1-2010.indd 331
10-07-23 18:48:23
332
Ius et Lex nr 1/2010
rozstrzygnięciem jest wyrok Salov przeciwko Ukrainie40. Skarżący został skazany na karę pięciu lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata
za rozpowszechnianie przed wyborami prezydenckimi sfałszowanego
numeru gazety z wiadomością, iż dotychczasowy prezydent, który ubiegał się o reelekcję, zmarł w następstwie choroby alkoholowej, a w kraju doszło do zamachu stanu. Strasburscy sędziowie uznali, że reguły dotyczące szczególnej ochrony wypowiedzi politycznej mają zastosowanie
do analizowanego przypadku, nawet jeśli informacja była nieprawdziwa
(par. 111), a skarżący potwierdził podczas krajowego procesu, że poważnie wątpił w jej wiarygodność (par. 113). Trybunał jednogłośnie orzekł,
że doszło do złamania art. 10.
Jak już zaznaczyłem, wywiedzenie z ukraińskiego wyroku jednoznacznych konkluzji jest z kilku powodów trudne. Po pierwsze, Trybunał wskazał, że skarżący nie był autorem wypowiedzi. Po drugie, Salov posiadał
i rozprowadził jedynie osiem egzemplarzy gazety, a zawartą w niej informację przekazał ustnie „ograniczonej liczbie osób”. Po trzecie wreszcie,
podjął działania w celu sprawdzenia informacji. Dlatego można zadać
pytanie, jak brak tych okoliczności mógłby wpłynąć na zmianę konkluzji
wyroku. Ale zasadna jest też argumentacja, że co do zasady również kara
pozbawienia wolności w zawieszeniu staje się wątpliwa z punktu widzenia
Konwencji i jedynie pewne szczególne okoliczności mogą ją usprawiedliwić. Takie spojrzenie jest obecne w niedawnej sprawie Kanellopoulou
przeciwko Grecji41. Trybunał rozpoczyna swoją analizę od tezy o niezgodności z Konwencją kary 13 miesięcy pozbawienia wolności, a następnie
identyfikuje kolejne racje, które taką ocenę wzmacniają (par. 38-40)42.
Kara pozbawienia wolności w zawieszeniu ma szczególnie negatywne
konsekwencje w odniesieniu do dziennikarzy, przez co staje się jeszcze
bardziej „podejrzana” o sprzeczność z Konwencją. Skoro bowiem warunkowość kary jest uzależniona od niepopełnienia kolejnego przestępstwa
w określonym czasie, musi to rodzić negatywne konsekwencje (chilling
40 Skarga 65518/01, wyr. z 6 września 2005 r., ECHR 2005–VIII.
41 Skarga 28504/05, wyr. z 11 listopada 2007 r., niepubl.
42 Trybunał rozpoczyna swoją analizę od tezy o niezgodności z Konwencją kary 13 miesięcy pozbawienia wolności, a następnie identyfikuje kolejne racje, które taką ocenę wzmacniają (par.
38-40). W analogiczny sposób Trybunał postąpił później w sprawie Katrami przeciwko Grecji, skarga 19331/05, wyr. z 6 grudnia 2007 r., niepubl., par. 39. W tej sprawie kwestionowaną karą był
rok pozbawienia wolności w zawieszeniu. Wcześniej Trybunał nie budował swojej argumentacji w generalizujący sposób. Sprzeczność z Konwencją łączono wyraźnie z pewnymi elementami
sprawy. W sprawie Malisiewicz-Gąsior przeciwko Polsce Trybunał wskazał, że nie istniało uzasadnienie dla orzeczenia jakiejkolwiek kary więzienia (tu był to rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata), gdy zakwestionowane sformułowania dotyczyły polityka i padły w czasie gorącej debaty politycznej. Skarga 43797/98, wyr. z 6 kwietnia 2006 r., niepubl., par. 68.
magazyn1-2010.indd 332
10-07-23 18:48:23
I. Kamiński Uwagi na marginesie wyroku...
333
effect) dla gotowości publikowania następnych materiałów43.
3.5. Wskazana ewolucja może mieć konsekwencje dla oceny wszystkich przypadków wymierzenia kar pozbawienia wolności, a nie tylko
mających miejsce w kontekście wypowiedzi politycznej i dotyczącej kwestii o ogólnym znaczeniu. Uważam, że restrykcyjne podejście do kary
więzienia może zostać przeniesione także na inne sytuacje. Oznaczałoby to dalsze – ale konsekwentne – odchodzenie od tezy, iż wybór sankcji prawnych stanowi zasadniczo uprawnienie sądów krajowych i łączy
się ze znacznym marginesem ocen. Podobną tendencję można dostrzec
także w odniesieniu do pozostałych sankcji karnych. Przykładowo, badając proporcjonalność niewygórowanej grzywny w wysokości 20 tysięcy
franków (ok. 3 tysięcy euro), orzeczonej w stosunku do Radia France,
Trybunał nie stwierdził złamania art. 10 dopiero po dostrzeżeniu kilku
okoliczności, które świadczyły o poważnym charakterze zniesławienia44.
Były to kumulatywnie: niezwykle poważne zarzuty postawione pokrzywdzonemu, wielokrotne ich powtórzenie w kolejnych serwisach informacyjnych (62 razy) i szeroki obszar rozpowszechniania (terytorium całej
Francji) – par. 40.45 Oczywiście, kontrola Trybunału nie musi się dokonywać w drodze bezpośredniej analizy sankcji, lecz elementów rozstrzygających o jej pilności (jak w sprawie Salov), a więc np. istnienia i stopnia zagrożeń dla innych dóbr czy też publiczności wypowiedzi. Może jednak dojść – jak w rumuńskiej sprawie – do potrzeby zajęcia się wprost
kwestią proporcjonalności.
W nowszych orzeczeniach Trybunał już wypowiedział pewne krytyczne tezy dotyczące kary grzywny, aczkolwiek towarzyszą one stwierdzeniu
innych wad krajowych rozstrzygnięć, przez co nie mają samodzielnego
charakteru. W sprawie Lepojić przeciwko Serbii strasburscy sędziowie jednomyślnie zakwestionowali jako niepopartą dostatecznymi racjami grzywnę, bo zgodnie z krajowymi regułami w razie niezapłacenia mogła ona
zostać zamieniona na karę pozbawienia wolności46. Owo nieuiszczenie
było równocześnie niezwykle hipotetyczne, bo grzywnę orzeczono w zawieszeniu; najpierw musiałoby wiec dojść do popełnienia kolejnego przestępstwa przez skazanego. W wyroku Dąbrowski przeciwko Polsce Trybunał
43 Zob. np. Krasulya przeciwko Rosji, skarga 12365/03, wyr. z 22 lutego 2007 r., niepubl., par. 44. We
wcześniejszym orzecznictwie nie wskazywano na ten związek, poprzestając na konkluzji, że kara
była surowa: zob. np. Erdoğdu i Ince przeciwko Turcji, skargi 25067/94 i 25068/94, wyr. z 8 lipca
1999 r. (Wielka Izba), ECHR 1999–IV, par. 53; Şener przeciwko Turcji, skarga 26680/95, wyr. z 18
lipca 2000 r., niepubl., par. 46.
44 Radio France przeciwko Francji, skarga 53984/00, wyr. z 30 marca 2004 r., ECHR 2004 II.
45 Zob. także np. Abeberry przeciwko Francji, skarga 58729/00, dec. z 21 września 2004 r., niepubl.
46 Lepojić przeciwko Serbii, skarga 13909/05, wyr. z 9 grudnia 2007 r., niepubl., par. 77 in fine.
magazyn1-2010.indd 333
10-07-23 18:48:23
334
Ius et Lex nr 1/2010
zaakcentował natomiast, że chociaż sąd warunkowo zawiesił postępowanie karne, to jednak stwierdził, że doszło do popełnienia zniesławienia,
a to skutkowało zapisem w rejestrze skazanych47.
Uważam, że tez z wyroków Lepojić i Dąbrowski nie można jednak interpretować jako uprawniających pogląd, iż Trybunał uznał za sprzeczną
z Konwencją również karę grzywny (a tym bardziej – w ogóle drogę postępowania karnego). Zastrzeżenia do sankcji karnych jedynie wzmacniały konkluzję o złamaniu art. 10, opartą zasadniczo na innych przesłankach. Takie przekonanie potwierdza wyrok Wielkiej Izby w sprawie
Lindon, Otchakovsky-Laurens i July przeciwko Francji48. Chociaż w krajowym
postępowaniu grzywnę orzeczono w stosunku do wypowiedzi politycznej, która dotyczyła kluczowej i kontrowersyjnej postaci sceny politycznej (a więc w kontekście, gdzie racje przemawiające za ochroną wypowiedzi są rozbudowane, podczas gdy margines ocen niewielki) Trybunał
nie stwierdził, by doszło do złamania art. 10. Sędziowie wprost przy tym
określili nałożone sankcje jako bardzo poważne (par. 59)49.
Jako sprzeczną z Konwencją należy więc dzisiaj zakwalifikować jedynie karę pozbawienia wolności (również w zawieszeniu), chyba że jest
ona orzekana w przypadkach zidentyfikowanych w wyroku Cumpănă i
Mazăre. Oczywiście stanowisko Trybunału może dalej ewoluować ku całkowitej depenalizacji sankcji za zniesławienie (co moim zdaniem jest
prawdopodobne i z czym się zgadzam). Ale w sprawie Lindon, Otchakovsky-Laurens i July pogląd wykluczający karną drogę postępowania wyraziło tylko czterech sędziów (pkt II. 7 zdania odrębnego), czyli zdecydowana mniejszość50.
PRAKTYCZNE WNIOSKI
Podczas oceny kwestionowanej ingerencji Trybunał w Strasburgu zwraca uwagę, czy orzekając krajowe sądy posłużyły się zasadami analogicznymi do wypracowanych w jego orzecznictwie, m.in. takimi jak szczegól47 Dąbrowski przeciwko Polsce, skarga 18235/02, wyr. z 19 grudnia 2006 r., niepubl., par. 36. Skarżącemu polski sąd nakazał też zapłatę tysiąca złotych na rzecz organizacji społecznej i uiszczenie
kosztów sądowych. Wyrok stwierdzający złamanie art. 10 Trybunał wydał natomiast jednomyślnie.
48 Skargi 21279 /02 i 36448/02, wyr. z 22 października 2007 r., zostanie opubl. w ECHR.
49 A fortiori Trybunałowi przyjdzie dużo łatwiej zaakceptować sankcję finansową, która jest niewielka. Tak stało się w sprawie Rumyana Ivanova przeciwko Bułgarii, gdy sąd krajowy nałożył najniższą
z możliwych kwot, a dodatkowo zrezygnował z kary na rzecz tzw. sankcji administracyjnej (skarga 36207/03, wyr. z 12 lutego 2008 r., par. 69).
50 Autorami wspólnego zdania odrębnego są sędziowie Christos Rozakis, Nikolas Bratza, Françoise Tulkens i Ján Šikuta. Dwaj pierwsi to obecni wiceprezesi Trybunału.
magazyn1-2010.indd 334
10-07-23 18:48:24
I. Kamiński Uwagi na marginesie wyroku...
335
na ochrona wypowiedzi politycznej i dotyczącej zagadnień o ogólnym
znaczeniu, kontrolna rola mediów, „naturalne” w demokracji wystawianie się polityków (oraz innych osób pełniących publiczne funkcje) na
publiczną weryfikację i krytykę. Pominięcie tych zasad, a tym bardziej
posłużenie się regułami z nimi sprzecznymi, od razu rodzi poważne domniemanie, że dane orzeczenie pozostaje w sprzeczności z Konwencją51.
Obecnie niekwestionowanym strasburskim standardem jest także nakaz ograniczenia kary pozbawienia wolności do reakcji na niezwykle poważne nadużycia swobody wypowiedzi, które polegają na wezwaniu do
przemocy i aktów nienawiści. Generalnie należy powściągliwie korzystać z drogi prawa karnego (gdy wszczęcie postępowania dokonuje się
z urzędu), a dokonywać skazania – zasadniczo jedynie na karę grzywny
oraz inne sankcje pieniężne – tylko wtedy, gdy jest to uzasadnione niezwykle przekonującymi racjami. Do tych ostatnich nie można zaliczyć,
jeśli wypowiedź dotyka zagadnienia o publicznym znaczeniu, politycznej bądź publicznej funkcji pełnionej przez pokrzywdzonego lub faktu,
że wypowiedź miała medialny charakter, a przez to była bardziej szkodliwa. Oczywiście wolałbym, aby w polskim prawie nie było przepisów, które opierają się na konstrukcjach pozostających w konflikcie ze konwencyjnymi standardami. Ale również mając takie ustawodawstwo można je
stosować w sposób, który nie będzie prowadził do bolesnych porażek
w strasburskim Trybunale.
51 Tak było np. w sprawie Lepojić przeciwko Serbii, gdzie w ocenianym orzeczeniu zawarto pogląd,
że dobre imię oraz godność polityka mają większe znaczenie niż „zwykłej osoby” oraz Dąbrowski przeciwko Polsce, gdzie trybunał wprost wskazał, że nieuwzględnienie kontrolnej roli mediów
przez krajowe sądy stanowi okoliczność przemawiającą za naruszeniem art. 10.
magazyn1-2010.indd 335
10-07-23 18:48:24
magazyn1-2010.indd 336
10-07-23 18:48:24
Elżbieta Czarny-Drożdżejko
GLOSA DO UCHWAŁY SĄDU
NAJWYŻSZEGO Z DNIA 18.02.2005 R.1
1 III CZP 53/04
magazyn1-2010.indd 337
10-07-23 18:48:24
ELŻBIETA CZARNY-DROŻDŻEJKO
Dr Elżbieta Czarny-Drożdżejko – adiunkt na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Pracuje w Zakładzie Dziennikarstwa Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków
Międzynarodowych UJ oraz jest kierownikiem Zakładu Dziennikarstwa w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Oświęcimiu. Specjalizuje się w prawie mediów oraz prawie własności
intelektualnej. Opublikowała ok. 30 artykułów, m.in. Ochrona dzieci i młodzieży, Egzemplarze obowiązkowe dla celów bibliotecznych, Przepisy karne w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Karna ochrona danych osobowych, Projektowane zmiany
w przepisach karnych ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Ochrona informacji i programów komputerowych w nowym
kodeksie karnym, Karna ochrona uczciwości i konkurencji, Przestępstwa w prawie własności przemysłowej, Karna ochrona prawa do informacji publicznej. Jest autorką monografii pt. Dziennikarskie
dochodzenie prawdy a przestępstwo zniesławienia w środkach masowego komunikowania. Prowadzi wykłady z zakresu prawa prasowego, prawa autorskiego, reklamy, ochrony danych osobowych oraz informacji publicznej w mediach.
magazyn1-2010.indd 338
10-07-23 18:48:24
U
chwała będąca przedmiotem niniejszej glosy została w doktrynie skrytykowana1. Podniesiono wiele zarzutów, do których również się dołączam.
Wolność prasy i prawo do czci posiadają taką samą rangę i są tak samo
ważne i wartościowe w społeczeństwie demokratycznym. Obie wartości
są chronione prze Konstytucję: cześć w jej art. 47, a wolność prasy w art.
14 i 54. Cześć zostaje naruszona zarówno poprzez podnoszenie zarzutów
prawdziwych, jak i nieprawdziwych. Ustawodawca polski stoi na stanowisku, że każde podniesienie zarzutu, który poniża lub naraża na utratę
zaufania stanowi jej naruszenie. Nie można bowiem aprobować zachowania polegającego na plotkowaniu, nawet jeżeli rozgłasza się prawdziwe zarzuty. Sąd Najwyższy natomiast w glosowanej uchwale powołał się
na trzy orzeczenia Trybunału Praw Człowieka: Thoma przeciwko Luksemburgowi, Dalban przeciwko Rumunii oraz Bladet Tromsø A/S i Stensaas przeciwko Norwegii, wyciągając z nich wniosek, że europejskie orzecznictwo
stoi na stanowisku, że pozostaje pod ochroną prawa rozgłaszanie przez
prasę zarzutów nieprawdziwych. Sądzę jednak, że należy w sposób odmienny interpretować wskazane orzeczenia.
W sprawie Thoma przeciwko Luksemburgowi chodziło w gruncie rzeczy
o wolność cytowania cudzych zarzutów. Należy przy tym zauważyć, że
dziennikarz wskazał miejsce skąd czerpie informację o zarzutach oraz
ich autora. W sprawie Bladet Tromsø A/S i Stensaas przeciwko Norwegii problem dotyczył konieczności badania, czy też jego braku, prawdziwości informacji zawartych w oficjalnych, urzędowych dokumentach. Podobnie
było w sprawie Dalban przeciwko Rumunii – dziennikarz opierał zarzuty
na oficjalnych dokumentach, a więc znowu powróciła kwestia konieczności sprawdzania wiarygodności urzędowych dokumentów.
Zbyt daleko idące wnioski wyciągnął również moim zdaniem Sąd Najwyższy z wyroków z dnia 08.02.1990 r. oraz z dnia 24.08.1990 r. W tym
pierwszym Sąd Najwyższy przyjął kumulatywny zbieg przepisów ustaw, wy1 Zbigniew Radwański OSP 2005/9 str. 493 (Glosa), Przemysław Sobolewski OSP 2005/12 s. 654
(Glosa).
magazyn1-2010.indd 339
10-07-23 18:48:24
340
Ius et Lex nr 1/2010
łączający stosowanie reguł interpretacyjnych lex specialis derogat legi generali oraz lex posteriori derogat legi anteriori. W konsekwencji dopuszczono
kumulatywne albo alternatywne stosowanie środków ochrony przewidzianej w przepisach obu ustaw, przy czym ich wybór należy do strony powodowej. Z kolei w wyroku z dnia 24.08.1990 r. Sąd Najwyższy stwierdził,
że wzajemna relacja między przepisami art. 23-24 k.c. i przepisami prawa prasowego (normującego nowe środki ochrony) została rozwiązana
przez normy kolizyjne przewidziane w art. 24 § 3 k.c. oraz art. 37 prawa
prasowego. Wyroki te posłużyły w glosowanym orzeczeniu do podparcia tezy, że przepisy prawa prasowego dotyczące zadań prasy i obowiązków dziennikarzy modyfikują zasady cywilnoprawnej odpowiedzialności
za naruszenie dóbr osobistych. Sądzę, że ta teza jest nietrafna. Należy zauważyć, że reguła interpretacyjna stwierdzająca, że do odpowiedzialności
za naruszenie prawa spowodowane opublikowaniem materiału prasowego stosuje się zasady ogólne, chyba że ustawa stanowi inaczej, znajduje
się w art. 37 p.p., który otwiera rozdział pt. Odpowiedzialność prawna.
Tak więc dopiero w tym rozdziale znalazły się regulacje dotyczące odpowiedzialności za opublikowany materiał. Stąd Sąd Najwyższy w wyrokach
z 1990 r. swoje uwagi odnosił do zbiegu roszczeń o opublikowanie sprostowania lub odpowiedzi oraz roszczeń wynikających z art. 24 k.c. Natomiast rozdział poświęcony prawom i obowiązkom dziennikarza jest rozdziałem drugim. Ma on na celu regulować (czyni to dość nieudolnie)
status dziennikarza w społeczeństwie.
Na gruncie prawa cywilnego2 do niedawna powszechnie przyjmowano w orzecznictwie oraz doktrynie, że każde naruszenie dobra, prawa
lub interesu jest bezprawne z tego względu, że została przekroczona norma zakazująca naruszania. Jedynie w przypadku wystąpienia okoliczności wyłączających bezprawność sprawca mógł uwolnić się od odpowiedzialności. Sama bezprawność, zgodnie z 24§1 k.c. jest zakładana z powodu wystąpienia ujemnego skutku i w sytuacji, gdy sprawca nie wykaże zaistnienia okoliczności usprawiedliwiających naruszenie będzie ponosił odpowiedzialność cywilnoprawną. Należy jednak zaznaczyć, że istniały opinie, zgodnie z którymi „błędem byłoby wywodzenie istoty wszelkich działań bezprawnych z naruszenia praw podmiotowych ... decydujące znaczenie dla uznania jakiegoś działania za bezprawne będzie miał
fakt sprzeczności tego działania z szeroko pojmowanymi zasadami porządku prawnego”3.
2 S. Grzybowski, Ochrona dóbr osobistych, Warszawa 1957, s. 114, A. Szpunar, Ochrona dóbr osobistych,
Warszawa 1979, s. 155-156. Zob. również powołane w samej uchwale orzecznictwo.
3 I. Dobosz, Działanie w obronie uzasadnionego interesu jako okoliczność wyłączająca bezprawność naruszenia dóbr osobistych [w:] Dobra osobiste i ich ochrona w polskim prawie cywilnym, pod red. J. S. Pią-
magazyn1-2010.indd 340
10-07-23 18:48:24
E. Czarny-Drożdżejko Glosa do uchwały...
341
Natomiast od niedawna akcentowane jest jeszcze odmienne podejście
do przesłanki bezprawności, tj. ujmowanie jej, jako bezprawności postępowania. Uznaje się, że powstanie negatywnego skutku jest tylko jedną
z przesłanek oceny. „Stwierdzenie naruszenia nakazuje w dalszej kolejności badanie dodatkowego elementu. Jest nim ustalenie, że postępowanie naruszającego było bądź niezgodne ze standardem postępowania
przewidzianym w normie o charakterze imperatywnym mającej zastosowanie w danej sytuacji, bądź naruszyło ogólny obowiązek, spoczywający na każdej jednostce, zachowania staranności w niewyrządzaniu szkody drugiemu. Ten obowiązek obliguje każdego do postępowania w stosunkach międzyludzkich ze starannością wymaganą w danych okolicznościach”4. Stąd autor uważa, że należyta staranność powinna być traktowana jako istotny element bezprawności, a nie okoliczność wyłączająca bezprawność5. W wyroku z dnia 14.05.2003 r.6 stwierdzono, że jeżeli dziennikarz, działając w obronie interesu społecznie uzasadnionego,
zachował szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiału prasowego, jego opublikowanie nie jest działaniem bezprawnym także wtedy, gdy okaże się, że materiał ten zawiera informacje
nieprawdziwe.
Należy przy tym zauważyć, że dotychczas szczególna staranność i rzetelność miała jedynie wpływ na winę, która jest decydującą przesłanką
w przypadku możliwość zasądzenia zadośćuczynienia lub odszkodowania. Okoliczności te nie miały znaczenia dla skuteczności dochodzenia
roszczeń niemajątkowych. Takie ukształtowanie reguł postępowania jest
moim zdaniem właściwe. Należy bowiem zauważyć, że każdy nieprawdziwy zarzut narusza zasady współżycia społecznego. Nie może też służyć
zasadzie jawności życia publicznego oraz prawu społeczeństwa do informacji, gdyż jest to tylko dezinformowanie społeczeństwa, wprowadzanie
go w błąd.
Samo działanie w obronie społecznie uzasadnionego interesu7 zostało
w glosowanej uchwale określone wąsko. Uznano bowiem, że interes ten
występuje, gdy zarzut dotyczy sfery życia publicznego, a więc osób publicznych, ale tylko gdy dotyczy publicznej sfery życia tych osób. Natomiast nie wiadomo, czy mamy do czynienia z działaniem w obronie uzasadnionego interesu publicznego w sytuacji, gdy prowadzona jest debatowskiego, Ossolineum 1986.
4 J. Wierciński, Niemajątkowa ochrona czci, Warszawa 2002, s. 146-147.
5 Ibidem, s. 150.
6 I CKN 463/2001, Biuletyn Sądu Najwyższego 2003/11 str. 11.
7 Zob. Na temat tej przesłanki I. Dobosz, op. cit.
magazyn1-2010.indd 341
10-07-23 18:48:24
342
Ius et Lex nr 1/2010
ta budząca publiczne zainteresowanie. W uchwale problem ten został
zaznaczony jedynie w tym kontekście, że tylko osoby publiczne prowadzą „ważną debatę publiczną”, a więc tak jakby z działaniem w uzasadnionym interesie społecznym mielibyśmy do czynienia tylko wówczas,
gdy ważne dla społeczeństwa wydarzenia są komentowane przez osoby
publiczne.
Mam co do trafności tej tezy wątpliwości. Po pierwsze, problem polega na tym, że to media wywołują „ważne publiczne debaty”, gdyż decydują, które informacje zostaną przekazane społeczeństwu. Ponadto, to
one często wskazują, kto jest osobą publiczną poprzez pokazywanie jej,
udzielanie jej głosu. Tak więc debata może być skutkiem odpowiedniego manipulowania informacją. Po drugie, nie wiadomo, co należy zrobić w sytuacji, gdy głos w debacie publicznej zabierają osoby niepubliczne (np. wypowiedzi przechodniów na ulicy na zadane przez dziennikarza pytanie). Czy wówczas powracają reguły stosowane wcześniej, a więc,
że tylko prawdziwy zarzut może służyć obronie społecznie uzasadnionego interesu. Kolejna wątpliwość dotyczy sytuacji, gdy nie mamy do czynienia ani z osobami publicznymi, ani z debatą publiczną, ale zostaje
postawiony zarzut, np. świadek wypadku wypowiada się, że kierowca był
pod wpływem alkoholu i dlatego do niego doszło (w rzeczywistości okazuje się, że do wypadku doszło na skutek okoliczności niezależnych od
sprawcy). Moim zdaniem dziennikarz nie może opublikować takiej informacji pomimo prawa społeczeństwa do informacji, gdyż nie ma możliwości w danej chwili sprawdzenia jej wiarygodności.
Sąd w glosowanej uchwale wskazał dwie przesłanki, które muszą wystąpić obok działania w obronie społecznie uzasadnionego interesu, tj.
szczególna staranność i rzetelność. Należy zauważyć, że jest to sprzeczne z teorią tzw. bezprawności postępowania. Zgodnie z nią nie jest bezprawne zachowanie, które spełnia wymagane przesłanki dotyczące zasad
postępowania. Nie ma więc sensu badać okoliczności wyłączających bezprawność zachowania, skoro samo naruszenie nie było bezprawne. Sąd
Najwyższy nie zaakceptował w pełni tego stanowiska.
Pomiędzy poszczególnymi elementami wskazanymi przez sąd rodzą się
różne zależności. Zgodnie z orzeczeniem, jeżeli sprawca działał szczególnie starannie i rzetelnie, a do tego w uzasadnionym interesie społecznym, który jest tutaj postrzegany bardzo wąsko, to wówczas jego zachowanie nie jest bezprawne. Natomiast nie wiadomo, jak należy postąpić
w sytuacji, gdy naruszyciel postawił zarzut prawdziwy i w uzasadnionym
interesie publicznym, ale nie wykazał się szczególną starannością i rzetelnością (nie zebrał wszystkich informacji dotyczących danego tematu
ze wszystkich możliwych źródeł).
magazyn1-2010.indd 342
10-07-23 18:48:24
E. Czarny-Drożdżejko Glosa do uchwały...
343
Problematyczne może się również okazać sformułowanie przesłanek
decydujących o winie sprawcy naruszenia czci. Dotychczas konieczne
było wykazanie właśnie braku szczególnej staranności i rzetelności. Wydaje się, że Sąd Najwyższy daje tutaj pewne wskazówki, gdy analizuje elementy obiektywne i subiektywne bezprawności, stwierdzając, że jedynie
te obiektywne warunkują jej wyłączenia, przy czym szczególna staranność
i rzetelność została do nich zaliczona. Natomiast do elementów subiektywnych zaliczono dobra wiarę, czy przekonanie o prawdziwości podnoszonych zarzutów.
Należy jeszcze odnieść się do tzw. dowodu prawdy. W procesie sądowym wcale nie jest ustalana prawda, gdyż ta pewnie wymyka się spod ustaleń z uwagi choćby na subiektywny odbiór wydarzeń przez każdą z osób.
Sąd jedynie przyjmuje wiarygodność np. zeznań świadków, a innym tejże wiarygodności odmawia. Sędzia więc na skutek subiektywnie analizowanego materiału dowodowego decyduje o tym, co jego zdaniem zasługuje na wiarę. Może się zdarzyć, że da wiarę jednemu świadkowi pozwanego dziennikarza, a nie da wiary dziesięciu świadkom powoda. Wydaje się, że nie można ograniczać sędziego co do zakresu środków dowodowych w procesie o naruszenie czci i należy zaufać mu w kwestii oceny
wiarygodności przeprowadzonych dowodów. Jako przykład nietrafności
rozwiązania, w którym konieczne było przeprowadzenie dowodu prawdziwości podnoszonych zarzutów, podaje się sprawę8, w której dziennikarz zarzucił przewodniczącemu rady miejskiej, że manipuluje jej członkami. Polegało to, zdaniem dziennikarza na tym, że w przeddzień posiedzenia przewodniczący zwoływał posiedzenie nieformalne, na którym perswadował im sposób rozstrzygnięcia określonych spraw. Dziennikarz nie był w stanie udowodnić przed sądem, że przewodniczący nakłaniał członków rady do określonego głosowania, chociaż udowodnił,
że dochodziło do nieformalnych spotkań. Członkowie rady nie chcieli zeznawać w tej sprawie. Analizując tę sprawę należy zauważyć, że sąd
miał jeszcze dowód w postaci wyjaśnień dziennikarza. Mógł sprawę zinterpretować odmiennie i uznać za prawdziwe jego twierdzenia, biorąc
jednocześnie pod uwagę fakt odmowy zeznań przez członków rady. Jednak nadal uważam, że dziennikarz nie powinien podnosić żadnych zarzutów, nie mając dowodów je potwierdzających, gdyż zawsze musi brać
pod uwagę, że sam może być przedmiotem manipulacji.
W glosowanym orzeczeniu podnosi się, że wymaganie „dowodu prawdy” jest wygórowane, a wręcz niewykonalne, że nie ma podstaw do uznania, by granice obowiązku dziennikarza sięgały aż do powinności wstrzy8 J. Sadomski, Naruszenie dóbr osobistych przez media, Warszawa 2003, s. 45.
magazyn1-2010.indd 343
10-07-23 18:48:24
344
Ius et Lex nr 1/2010
mania publikacji do chwili zweryfikowania wszystkich twierdzeń. Koresponduje z tym pogląd wcześniej wypowiedziany przez J. Wiercińskiego, że „przyjęcie stanowiska, że mimo zachowania należytej staranności
dziennikarz będzie zmuszony np. do przeproszenia może ograniczać wolność wypowiedzi. W sytuacji, gdy dziennikarz, działając prawidłowo, opisuje określony stan faktyczny na podstawie wszelkich dostępnych mu informacji, czyni to rzetelnie, zgodnie z kanonami zawodu, nie powinien
obawiać się żadnej sankcji cywilnoprawnej, także odpowiedzialności cywilnoprawnej. I taka odpowiedzialność może być dotkliwa. Niesie za sobą
nie tylko wymierne skutki finansowe (koszt publikacji), lecz także wpływa na jego pozycję zawodową, możliwości zatrudnienia, czy publikowania w określonych mediach”9. Nie zgadzam się z tymi poglądami. Dziennikarz ma obowiązek weryfikować swoje twierdzenia, gdyż przepisy prawa prasowego nakazują mu chronić dobra osobiste, a ponadto interesy działających w dobrej wierze informatorów i innych osób, które okazują mu zaufanie. Ponadto ma obowiązek sprawdzić zgodność z prawdą
uzyskanych wiadomości. Niezwykle łatwo jest zdyskredytować człowieka
w publikacji prasowej, zniesławić go, a później wręcz niemożliwe jest
przywrócić mu nadszarpnięty honor i godność. Postawienie nieprawdziwego zarzutu jest nie tylko krzywdzące dla zniesławionej jednostki,
ale również dla jej rodziny. Złożenie oświadczenia odpowiedniej treści
w niewielkim tylko zakresie rekompensuje poniesioną krzywdę. Prasa ma
obecnie ogromny zasięg oddziaływania. Dociera do milionów osób. Biorąc pod uwagę jej siłę, dziennikarze nie mogą sobie pozwolić na brak weryfikacji informacji, na nie sprawdzenie ich prawdziwości. Niewątpliwie
mogą się mylić i, aby zaradzić poniesionej przez opisywane przez nich
osoby krzywdzie, musi istnieć skuteczne roszczenie o usuniecie skutków.
Uważam ponadto, że właśnie zachowanie polegające na publikacji nieprawdziwych zarzutów, godzi w reputację zawodową prawdziwego dziennikarza, a nie nałożenie obowiązku przeproszenia pokrzywdzonego.
Niestety takim środkiem ochrony pokrzywdzonych w przypadku naruszenia ich czci nie jest sprostowanie prasowe, którego publikacji redaktorzy naczelni unikają stosując możliwości, które daje im sama ustawa Prawo prasowe. Oburzeni są tym, że pokrzywdzony „ma za nich pisać materiał prasowy”. Nie potrafią zrozumieć jak wielką krzywdę wyrządzają innym ludziom poprzez swoje nieprawdziwe, szkalujące materiały prasowe, poprzez manipulowanie informacją. Być może problemem
jest, że zawód dziennikarza jest zawodem wolnym i każdy może go wykonywać. Sprostowanie jest traktowane przez nich za naruszenie wolno9 J. Wierciński, op. cit., s. 151.
magazyn1-2010.indd 344
10-07-23 18:48:24
E. Czarny-Drożdżejko Glosa do uchwały...
345
ści prasy, ich wolności wypowiedzi. Instytucja sprostowania i odpowiedzi
nie spełnia swoich funkcji10 z uwagi choćby na brzmienie art. 39 p.p.,
w którym został sformułowany prekluzyjny termin roczny do dochodzenie tego roszczenia11. W związku z tym, po przegranym procesie o naruszenie czci, osoba pokrzywdzona nie będzie mogła wystąpić z roszczeniem o zamieszczenie sprostowania. Nie dość tego – poniesie jeszcze koszty przegranego procesu. Uchwała ta, moim zdaniem, wprowadza niepewność co do prawa. Jeżeli bowiem pokrzywdzony wie, że dziennikarz napisał nieprawdę, to nadal nie ma pewności co do tego, że wygra proces, gdyż nie ma możliwości dokonania rozsądnej oceny swoich
szans procesowych.
Etyczny obowiązek sprostowania, wyjaśnienia został sformułowany we
wszystkich dziennikarskich kodeksach etycznych. Należy jednak zauważyć, że nie jest to sprostowanie w rozumieniu prawa prasowego. Ponadto
zapisy te nie są egzekwowane przez stowarzyszenia dziennikarskie. Niestety, nie mają one skutecznej możliwości kształtowania postaw dziennikarskich. Większość dziennikarzy nie należy do żadnych stowarzyszeń,
czego przyczyną jest brak wyraźnych korzyści wynikającej z takiej przynależności, a ci którzy należą w większości są nieaktywnymi członkami.
Z tego względu etyczne normy zawodowe nie mają większego znaczenia,
chyba że są one stworzone w ramach przedsiębiorstwa medialnego, które je na dodatek egzekwuje.
Należy jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że do naruszenia czci może
dojść zarówno poprzez zniesławienie jednostki, jak i jej znieważenie. To
pierwsze polega na zakomunikowaniu faktów, a to drugie na podaniu
ocen, które godzą w cudzą cześć. Jeżeli w odniesieniu do faktów można
zastosować test prawdy i fałszu, o tyle zawodzi on w stosunku do ocen.
Stąd krytyka prasowa, która jest ujemną oceną dzieł naukowych lub artystycznych albo innej działalności twórczej, zawodowej lub publicznej
zgodnie z art. 41 p.p. pozostaje pod ochroną prawa, jeżeli jest rzetelna
i zgodna z zasadami współżycia społecznego12.
Badając jednak szczegółowo przesłanki wskazane w glosowanej uchwale, można zauważyć, że będzie ona miała ograniczone zastosowanie,
a dziennikarzowi trudno będzie dostosować się do wskazanych w niej
wymagań. Poza tym pozostawiono sądowi dość szerokie pole oceny i wy10 Sprostowaniu prasowemu przypisuje się funkcje wychowawczą, prewencyjną, informacyjną
i odszkodowawczą. (A. Kopff, Kilka uwag o instytucji sprostowań prasowych, „Zeszyty Prasoznawcze” 1976, nr 4).
11 I. Dobosz, Prawo prasowe. Podręcznik, Kraków 2006, s. 260.
12 E. Czarny-Drożdżejko, Dziennikarskie dochodzenie prawdy a przestępstwo zniesławienia w środkach masowego komunikowania, Kraków 2005, s. 397-405.
magazyn1-2010.indd 345
10-07-23 18:48:24
346
Ius et Lex nr 1/2010
ważenia dwóch wartości – czci i wolności prasy. Istotne jest również, że
uchwała ta odnosi się jedynie do przypadków naruszenia czci, a nie innych dóbr osobistych. Z tego względu nie będzie można powoływać się
na nią w przypadku naruszenia sfery życia prywatnego.
Należy zauważyć, że uchwała ta dotyczy jedynie działalności dziennikarzy, a więc osób, do których stosujemy normy zawodowe określone
w prawie prasowym. Zgodnie z art. 7 ust. 2 pkt 5 p.p. dziennikarzem
jest osoba zajmująca się redagowaniem, tworzeniem lub przygotowywaniem materiałów prasowych, pozostająca w stosunku pracy z redakcją
albo zajmująca się taką działalnością na rzecz i z upoważnienia redakcji. Nie dotyczy więc wszystkich innych osób, które są autorami materiałów prasowych, np. listów do redakcji, czy materiałów niezamówionych.
Sąd Najwyższy ukształtował więc regułę, która powoduje brak równości
podmiotów naruszających cześć. Jednak uważam to za trafne rozwiązanie, które wynika z istoty samej uchwały. Wszak sąd konfrontuje w niej
cześć z wolnością prasy.
Uchwała ta nie dotyczy także tych wszystkich, którzy podnoszą zarzutów, ale nie za pośrednictwem prasy. Należy tutaj oprzeć się na przedmiotowej definicji prasy, która zgodnie z art. 7 ust. 2 pkt 1 p.p. oznacza
publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem albo nazwą, numerem bieżącym i datą, a w szczególności: dzienniki
i czasopisma, serwisy agencyjne, stałe przekazy teleksowe, biuletyny, programy radiowe i telewizyjne oraz kroniki filmowe. Powstaje jednak pewna wątpliwość interpretacyjna – czy każda wypowiedź dziennikarska jest
uprzywilejowana niezależnie od zastosowanego medium, a więc czy stosuje się te same reguły przewidziane w uchwale do wypowiedzi dziennikarza na jego własnej stronie internetowej, a nie za pośrednictwem prasy. Moim zdaniem uchwała ta będzie miała zastosowanie jedynie do wypowiedzi dziennikarskiej, która została opublikowana w prasie.
Zgodnie z uchwałą zachowanie dziennikarza musi się charakteryzować
szczególną starannością i rzetelnością. Konieczne jest więc udowodnienie, że przy zbieraniu materiałów opierał się na źródle, którego obiektywizm lub wiarygodność nie budzi wątpliwości, że sprawdził zgodność
z prawdą uzyskanych informacji przez sięgnięcie do wszystkich innych
dostępnych źródeł i upewnił się co do zgodności informacji z innymi
znanymi faktami, a także umożliwił osobie zainteresowanej ustosunkowanie się do uzyskanych informacji. Wydaje się, że te wymagania zbliżają dziennikarza do konieczności uwiarygodnienia prawdziwości swoich
twierdzeń. Źródłem obiektywnym i wiarygodnym są np. informacje uzyskane z dokumentów urzędowych. Obowiązek sięgnięcia do wszystkich
magazyn1-2010.indd 346
10-07-23 18:48:24
E. Czarny-Drożdżejko Glosa do uchwały...
347
dostępnych źródeł jest również poprzeczką wysoko postawioną. Nie wystarczy bowiem uzyskanie informacji od wszystkich zainteresowanych.
Konieczne będzie również uzyskanie informacji z dokumentów publicznych, skonfrontowanie przeróżnych akt, ocen specjalistów z danej dziedziny, poznanie procesów rządzących daną dziedziną, aby móc trafnie
wysuwać wnioski, itp. Na etapie wykorzystania materiałów prasowych
jest to przede wszystkim wszechstronne, a nie selektywne przekazanie
informacji, przedstawienie wszystkich okoliczności i nie działanie „pod
z góry założoną tezę”. Niewątpliwie również ten warunek będzie trudny
do zrealizowania ze względu na objętość materiałów prasowych, które
są publikowane w prasie. Kolejnym elementem jest konieczność rozważenia przez dziennikarza powagi zarzutu, znaczenia informacji z punktu widzenia usprawiedliwionego zainteresowania społeczeństwa oraz potrzeby (pilności) publikacji. Jeżeli zarzuty są niezweryfikowane, nie możemy twierdzić, że istnieje pilna potrzeba społeczna w publikacji, gdyż
społeczeństwo oczekuje od prasy informacji prawdziwych, a nie kłamstw,
półprawd, itp. Ostatnim już elementem wymienionym przez sąd jest konieczność zachowania określonej formy publikacji. Sądzę, że chodzi tu
nie tylko o użyty język wypowiedzi, ale również o miejsce danej informacji, o tytuł, lead, fotografie, które są umieszczone obok materiału. Takie rozumienie wymogów przedstawionych przez Sąd Najwyższy ogranicza możliwość powoływania się na tę uchwałę.
Kolejną przesłanką, którą pozwany dziennikarz będzie musiał wykazać, to działanie w obronie usprawiedliwionego interesu. Ograniczono
ów interes tylko do zachowań podejmowanych przez osoby publiczne
w sferze publicznej. Jednak rodzi to pewne niebezpieczeństwo bezkrytycznego stosowania przez sądy wycinków tego orzeczenia. Takie rozumienie działania w obronie społecznie uzasadnionego interesu ograniczone jest tylko do tego konkretnie rozważanego zagadnienia i nie należy uznawać go za definicję tej przesłanki.
Na zakończenie należy się jeszcze odnieść do stwierdzenia Sądu Najwyższego, że „niewykonanie tego obowiązku (samodzielnego sprostowania przez dziennikarza informacji nieprawdziwej – przyp. aut.) można zakwalifikować, na podstawie autonomicznie ukształtowanych przesłanek, jako bezprawne zaniechanie usunięcia skutków postawienia nieprawdziwego zarzutu”. Nie wiadomo, czy jest to wskazanie samodzielnego roszczenia, z którym może wystąpić pokrzywdzony. Jeżeli tak, to jest
ono niemożliwe do zrealizowania. Można założyć hipotetyczną sytuację:
dziennikarz naruszył cudzą cześć – osoby publicznej – ta występuje do
sądu z pozwem przeciwko dziennikarzowi o naruszenie czci. Przegrywa
proces, ponieważ dziennikarz wykazał, że działał ze szczególną staran-
magazyn1-2010.indd 347
10-07-23 18:48:25
348
Ius et Lex nr 1/2010
nością i rzetelnością oraz w uzasadnionym interesie społecznym. Natomiast kwestia prawdziwości (wiarygodności) podnoszonych zarzutów nie
była przedmiotem oceny sądu. Nie ma więc żadnych podstaw ani etycznych, ani prawnych do nakazania dziennikarzowi opublikowania sprostowania, gdyż kwestia prawdziwości lub fałszu nie została przesądzona.
Nie wiadomo, na jakiej podstawie prawnej przysługiwałoby pokrzywdzonemu roszczenie z tytułu bezprawnego zaniechania usunięcia skutków
postawienia nieprawdziwego zarzutu. Jeżeli taką podstawę stanowiłby
przepis art. 23 i 24 k.c., to mam wrażenie, że nastąpiłoby wówczas odrzucenie pozwu z uwagi na res iudicata.
Z powyższych względów nie zgadzam się z poglądem przedstawionym
w glosowanej uchwale. Z uwagi jednak na sformułowane w niej kryteria
nie będzie ona mogła być zbyt często wykorzystywana przez dziennikarzy.
magazyn1-2010.indd 348
10-07-23 18:48:25
ORZECZNICTWO
magazyn1-2010.indd 349
10-07-23 18:48:25
magazyn1-2010.indd 350
10-07-23 18:48:25
Uchwała SN
351
Sygn. akt III CZP 53/04
UCHWAŁA SKŁADU SIEDMIU SĘDZIÓW
SĄDU NAJWYŻSZEGO
Dnia 18 lutego 2005 r.
Sąd Najwyższy w składzie:
SSN Tadeusz Wiśniewski (przewodniczący)
SSN Antoni Górski
SSN Marian Kocon
SSN Iwona Koper
SSN Elżbieta Skowrońska-Bocian
SSN Mirosława Wysocka (sprawozdawca)
SSN Kazimierz Zawada
Protokolant Bożena Nowicka
po rozstrzygnięciu w Izbie Cywilnej na posiedzeniu jawnym w dniu 18 lutego
2005 r., przy udziale prokuratora Prokuratury Krajowej Piotra Wiśniewskiego
zagadnienia prawnego przedstawionego przez Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego we wniosku z dnia 22 lipca 2004 r.,
„Czy postawienie nieprawdziwego zarzutu w publikacji prasowej może być uznane za bezprawne naruszenie dóbr osobistych
(art. 24 § 1 k.c.), jeżeli dziennikarz zachował szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów
prasowych (art. 12 ust. 1 pkt 1 ustawy z dnia 26 stycznia 1984
r. – Prawo prasowe, Dz.U. Nr 5, poz. 24 ze zm.)?”
podjął uchwałę:
Wykazanie przez dziennikarza, że przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych działał w obronie społecznie uzasadnionego interesu oraz wypełnił obowiązek zachowania szczególnej staranności i rzetelności, uchyla bezprawność działania
dziennikarza.
Jeżeli zarzut okaże się nieprawdziwy, dziennikarz zobowiązany
jest do jego odwołania.
magazyn1-2010.indd 351
10-07-23 18:48:25
352
Ius et Lex nr 1/2010
UZASADNIENIE
Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego wniósł, na podstawie art. 60 § 1
ustawy z dnia 23 listopada 2002 r. o Sądzie Najwyższym (Dz.U. Nr 240,
poz. 2052), o rozpoznanie przez skład siedmiu sędziów Sądu Najwyższego następującego zagadnienia prawnego: „Czy postawienie nieprawdziwego zarzutu w publikacji prasowej może być uznane za bezprawne naruszenie dóbr osobistych (art. 24 § 1 k.c.), jeżeli dziennikarz zachował
szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych (art. 12 ust. 1 pkt 1 ustawy z dnia 26 stycznia 1984
r. – Prawo prasowe, Dz.U. Nr 5, poz. 24 ze zm.)?”.
Prezes Sądu Najwyższego wskazał, że w orzecznictwie Sądu Najwyższego zdecydowanie dominuje stanowisko, że nieprawdziwość godzącego w cześć zarzutu rodzi odpowiedzialność z art. 24 k.c. niezależnie
od wszystkich innych okoliczności, w szczególności od tego czy dziennikarz dopełnił obowiązków staranności i rzetelności wynikających z art.
12 ust. 1 pkt 1 prawa prasowego. Jednak, według Prezesa Sądu Najwyższego, w orzecznictwie tym sporadycznie pojawiały się wyroki traktujące odpowiedzialność dziennikarską bardziej „liberalnie”, w których Sąd
Najwyższy dopuszczał wyłączenie odpowiedzialności dziennikarza za naruszenie czci w publikacji prasowej mimo nieprawdziwości zarzutu. Wyrazem utrzymywania się rozbieżności są wydane w ostatnim czasie orzeczenia, reprezentujące zarówno pierwsze z wymienionych stanowisk (tu
wskazane zostały wyroki z dnia 20 listopada 2002 r., II CKN 1033/00
i z dnia 7 listopada 2002 r., II CKN 1293/00, OSNC 2004, nr 2, poz.
27), jak i stanowisko drugie (tu wskazane zostały wyroki z dnia 5 marca 2002 r., I CKN 535/00 i z dnia 14 maja 2003 r., I CKN 463/01, OSP
2004, nr 4, poz. 22).
Przedstawiając syntetycznie argumenty powoływane na rzecz stanowiska uzależniającego możliwość wyłączenia odpowiedzialności dziennikarza za naruszenie czci od wykazania prawdziwości zarzutu (niezależnie od ewentualnych dalszych przesłanek wyłączenia), Pierwszy Prezes
Sądu Najwyższego wymienił następujące: 1) postawienie komuś zniesławiającego zarzutu jest zawsze działaniem sprzecznym z zasadami współżycia społecznego, a tym samym bezprawnym, i kwalifikacji tej nie może
zmienić ani dobra wiara autora ani dopełnienie wymogów staranności
dziennikarskiej, bowiem są to okoliczności wyłączające tylko jego winę,
obojętną dla zastosowania art. 24 § 1 k.c.; 2) przesłanka bezprawności na
gruncie art. 24 § 1 k.c. ma charakter samoistny i obiektywny, co wyklucza uznanie dobrej wiary sprawcy naruszenia za okoliczność pozbawiającą jego zachowanie cechy bezprawności; 3) z domniemania bezpraw-
magazyn1-2010.indd 352
10-07-23 18:48:25
Uchwała SN
353
ności przyjętego w art. 24 § 1 k.c. wynika dla dziennikarza ryzyko poniesienia konsekwencji w sytuacji, gdy domniemania tego nie uda mu się
obalić; 4) etyczne i humanitarne aspekty położenia osoby, której postawiono nieprawdziwy zniesławiający zarzut, wykluczają pozostawienie jej
bez jakiejkolwiek satysfakcji.
Jako argumenty powoływane na rzecz stanowiska postulującego wyłączenie roszczeń wynikających z art. 24 § 1 k.c. w sytuacji, gdy mimo dopełnienia przez dziennikarza wszystkich obowiązków, zarzut poczyniony w wypowiedzi prasowej okazał się nieprawdziwy, Pierwszy Prezes Sądu
Najwyższego wymienił następujące: 1) kryteria wynikające z art. 12 ust. 1
prawa prasowego, czyli zachowanie przez dziennikarza szczególnej staranności i rzetelności, uzasadniają tezę, że zachowanie przez dziennikarza wymaganej staranności odpowiada działaniu zgodnemu z prawem,
przy czym o zgodności tej zaświadcza już samo tylko dążenie do ustalenia prawdy; 2) ze względu na zadania prasy i obowiązki dziennikarzy,
ich odpowiedzialność za naruszenie dóbr osobistych doznaje istotnej
modyfikacji w porównaniu do zasad odpowiedzialności dotyczących innych osób; 3) wymaganie, żeby rzetelne informowanie oznaczało bezwzględne przestrzeganie przez dziennikarzy prawdziwego przedstawiania zjawisk prowadziłoby do istotnego ograniczenia możliwości wypełniania zadań stojących przed prasą w demokratycznym społeczeństwie;
4) w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wyrażony
został pogląd, że nie da się zaakceptować sytuacji, w której dziennikarz
może formułować krytyczne oceny wyłącznie pod warunkiem, że wykaże ich prawdziwość.
Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego zwrócił nadto uwagę na następujące aspekty rozważanej kwestii.
Przy braku ustawowego unormowania okoliczności wyłączających bezprawność naruszenia dobra osobistego, w orzecznictwie z reguły przyjmuje się jako podstawę wyłączenia odpowiedzialności działanie w obronie uzasadnionego interesu oraz działanie w ramach porządku prawnego. Ocena wypowiedzi prasowej z punktu widzenia kryterium zgodności z prawdą dotyczy tylko wypowiedzi o charakterze opisowym (dotyczących faktów, a nie ocen). Rozstrzygnięcie kwestii wpływu niezgodności
z prawdą zarzutu zawartego w publikacji prasowej na odpowiedzialność
cywilną dziennikarza zależy w dużej mierze od zakwalifikowania kryterium staranności i rzetelności postępowania dziennikarza jako decydującego bądź o jego bezprawności, bądź o możliwości przypisania autorowi publikacji winy.
Podejmując analizę przedstawionego zagadnienia, trzeba zgodzić się
z twierdzeniem, że w orzecznictwie Sądu Najwyższego występuje rozbież-
magazyn1-2010.indd 353
10-07-23 18:48:25
354
Ius et Lex nr 1/2010
ność odnośnie do znaczenia wykazania prawdziwości naruszającego dobra osobiste zarzutu postawionego w publikacji prasowej; najkrócej rzecz
ujmując, rozbieżność dotyczy tego, czy brak wykazania prawdziwości zarzutu jednoznacznie przesądza o bezprawności naruszenia i odpowiedzialności autora publikacji na podstawie art. 24 § 1 k.c., czy też, przy
spełnieniu określonych przesłanek, możliwe jest wyłączenie bezprawności, a tym samym – wyłączenie odpowiedzialności przewidzianej w tym
przepisie.
Problematyka naruszenia i ochrony dóbr osobistych była przedmiotem
licznych orzeczeń Sądu Najwyższego, w których podejmowano rozważania dotyczące wielu jej aspektów. Ogromne zróżnicowanie stanów faktycznych w sprawach o ochronę dóbr osobistych powoduje, że znaczna
część orzeczeń w ogóle nie odnosi się do rozpoznawanego zagadnienia,
albo – ze względu na faktyczną podstawę orzekania lub granice środka
odwoławczego – dotyczy innych jego aspektów. Wiele orzeczeń zawiera
wypowiedź stanowiącą co najwyżej przesłankę wnioskowania o stanowisku Sądu, i na tej podstawie przypisania go do jednego z wymienionych
nurtów. Dla potrzeb analizy rozważanego problemu celowe było w tej sytuacji wyodrębnienie wybranych, reprezentatywnych dla obu stanowisk,
orzeczeń, w których problem został postawiony wyraźnie i wprost, i tak
też rozstrzygnięty. Na takiej podstawie możliwe jest wyraziste przedstawienie istoty rozbieżności oraz sposobu argumentacji.
Stanowisko, że dla uchylenia odpowiedzialności za naruszenie dóbr
osobistych konieczne jest wykazanie prawdziwości zarzutu zostało wprost
wyrażone w wyrokach z dnia 22 grudnia 1997 r., IICKN 546/97 (OSNC
1998, nr 7-8, poz. 119) i z dnia 23 czerwca 2004 r., VCK 538/03. W pierwszym z nich Sąd Najwyższy stwierdził, że aby skutecznie powołać się na
przesłankę wyłączającą bezprawność, polegającą na działaniu w obronie społecznie uzasadnionego interesu „trzeba, niezależnie od innych
okoliczności, wykazać prawdziwość twierdzeń dotyczących osoby, w której sferę dóbr osobistych wkroczono”. W wyroku późniejszym Sąd Najwyższy wypowiedział się, że „domniemanie z art. 24 k.c. może być obalone przez wykazanie działania w ramach dozwolonego porządku prawnego, co przy naruszeniu dobra osobistego publikacją prasową wymaga wykazania prawdziwości zamieszczonej wypowiedzi o faktach a także działania w obronie uzasadnionego interesu społecznego”. Rozbudowaną,
i w pełni zbieżną, argumentację na rzecz omawianego stanowiska można znaleźć w wyrokach z dnia 10 września 1999 r., IIICKN 939/98 (OSP
2000, nr 6, poz. 94) i z dnia 7 listopada 2002 r., IICKN 1293/00 (OSNCP
2004, nr 2, poz. 27). Zwracając uwagę na wynikające z art. 24 § 1 k.c. domniemanie bezprawności oraz podkreślając, że na gruncie kodeksu cy-
magazyn1-2010.indd 354
10-07-23 18:48:25
Uchwała SN
355
wilnego przyjmuje się obiektywne kryteria bezprawności, Sąd Najwyższy
stwierdził w obu tych orzeczeniach, że postawienie komuś zarzutu nieprawdziwego, naruszającego jego cześć, jest zawsze działaniem sprzecznym z zasadami współżycia społecznego, i w związku z tym bezprawnym.
Bez znaczenia z punktu widzenia bezprawności jest to, czy postawienie
tego zarzutu było podyktowane dobrą wiarą jego autora i poparte jego
starannością w zbieraniu i sprawdzaniu danych, na których się opierał,
bowiem te okoliczności mogą wyłączać tylko jego winę.
Postawienie zarzutu, którego prawdziwości nie wykazano, choćby podyktowane było przeświadczeniem wywodzonym z uzasadnionych podstaw, że wypowiedź jest oparta na prawdziwych faktach i że broni społecznie uzasadnionego interesu, stanowi „bezprawie cywilne”. Oceny tej
nie zmienia spełnienie przez dziennikarza wymagań, o których mowa
w art. 12 ust. 1 prawa prasowego. Dlatego „osobie, której dobra osobiste
zostały naruszone publikacją prasową, przysługuje ochrona także wówczas, gdy autor publikacji dochował staranności i rzetelności przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych” (teza wyroku z dnia 7 listopada 2002 r.). Niemożliwe do zaakceptowania jest odebranie pokrzywdzonemu prawa do sprostowania i odwołania nieprawdziwych, a naruszających jego cześć zarzutów (tak w wyroku z dnia 10 września 1999 r.).
Odnosząc się do skutków domniemania wynikającego z art. 24 § 1 k.c.,
Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 28 maja 1999 r., I CKN 16/98 (OSNC
2000, nr 2, poz. 25) stwierdził, że „wypływające stąd ryzyko braku możliwości dowiedzenia prawdziwości stawianych zarzutów obciąża naruszającego takie dobro”.
Najsyntetyczniej rzecz ujmując, istota stanowiska i argumentacji Sądu
Najwyższego we wskazanych orzeczeniach, przedstawia się następująco.
Po pierwsze, nie negując istnienia tzw. kontratypów, czyli okoliczności
wyłączających bezprawność naruszenia dóbr osobistych oraz zaliczając
do nich działanie w obronie społecznie uzasadnionego interesu i działanie w ramach porządku prawnego, za nieodzowną przesłankę zastosowania ich jako podstaw wyłączających bezprawność naruszenia, Sąd Najwyższy uznał prawdziwość zarzutu. Innymi słowy, skutecznie powołać się
na działanie w obronie uzasadnionego interesu lub w ramach porządku prawnego można tylko wtedy, gdy wykaże się prawdziwość zarzutu.
Brak tej przesłanki, koniecznej i niezależnej w stosunku do tzw. kontratypów, przesądza, że działanie powinno być zawsze uznane za sprzeczne
z zasadami współżycia społecznego, i tym samym – zawsze bezprawne.
Po drugie, uczynienie zadość powinności szczególnej staranności i rzetelności przy zbieraniu oraz publikacji materiałów prasowych, podobnie jak „dobra wiara” i przeświadczenie sprawcy o prawdziwości zarzutu
magazyn1-2010.indd 355
10-07-23 18:48:25
356
Ius et Lex nr 1/2010
(nawet oparte na uzasadnionych podstawach) są obojętne z punktu widzenia bezprawności, jako czynnika o charakterze obiektywnym, i mogą
mieć znaczenie wyłącznie przy ocenie winy (braku zawinienia) sprawcy
naruszenia. Z tego względu nie uchylają one niezależnej od winy odpowiedzialności opartej na art. 24 § 1 k.c.
Po trzecie, poszkodowany nie może zostać pozbawiony ochrony prawnej w sytuacji, gdy naruszono jego dobra osobiste publicznie postawionym, nieprawdziwym zarzutem.
Argumentacja ta znajduje silne oparcie w piśmiennictwie.
Eksponowanym w literaturze elementem tej argumentacji jest założenie, że o bezprawności działania naruszyciela decydują wyłącznie kryteria obiektywne, co w powiązaniu z koncepcją bezprawności jako stanu
sprzeczności z normami prawnymi lub zasadami współżycia społecznego oznacza, że tylko te elementy mają znaczenie z punktu widzenia tej
kwalifikacji. Na pytanie, czy dochowanie należytej staranności i rzetelności wyłącza tylko winę, czy może również wyłączać bezprawność, udzielana jest tu jednoznaczna odpowiedź, że dochowanie należytej staranności w ogóle nie podlega rozważaniu na płaszczyźnie bezprawności zachowania, lecz w jedynie na płaszczyźnie winy sensu stricto. W konsekwencji, zwolennicy tego stanowiska wykluczają dopuszczenie możliwości wyłączenia bezprawności opublikowania nieprawdziwej informacji ze
względu na dołożenie przez dziennikarza należytej staranności i rzetelności. Postawienie zarzutów nieprawdziwych należy więc – jako naruszające zasady współżycia społecznego (obiektywne kryterium bezprawności) – zawsze uznać za bezprawne. Wskazuje się także, że rozpowszechnianie nieprawdy nie może leżeć w interesie publicznym, a więc działanie takie nie odpowiada przesłance wyłączenia bezprawności w postaci
obrony społecznie uzasadnionego interesu, i jednocześnie nie pozwala
powoływać się skutecznie na realizowanie powinności i zadań prasy. Niekwestionowana waga i znaczenie zasady wolności prasy i prawa obywateli
do informacji nie mogą prowadzić do ograniczenia innej wartości, także
konstytutycyjnie chronionej, którą jest ochrona czci i dobrego imienia
człowieka. Widoczne jest tu powiązanie z myślą wyrażoną przez Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 11 października 2001 r., II CKN 559/99, że prawo do wolności wypowiedzi oraz do przekazywania i otrzymywania informacji nie ma charakteru absolutnego, bowiem podlega ograniczeniom
m.in. ze względu na ochronę praw innych osób. Istotnym elementem
omawianego poglądu jest także stanowcze przeciwstawienie się sytuacji,
w której osoba pokrzywdzona rozpowszechnieniem nieprawdziwych zarzutów byłaby pozbawiona możliwości ochrony swej czci. Ochrony przewidzianej w art. 24 § 1 k.c. nie może zastąpić ochrona wynikająca z pra-
magazyn1-2010.indd 356
10-07-23 18:48:25
Uchwała SN
357
wa prasowego (opublikowanie sprostowania lub odpowiedzi), ze względu na wyraźnie mniejszą doniosłość tych środków. Esencja prezentowanego stanowiska wyraża się w tezie, że nieprawdziwość zarzutu (niewykazanie prawdziwości zarzutu) przesądza o bezprawności naruszenia dobra osobistego, uzasadniając – bez względu na inne okoliczności – odpowiedzialność na podstawie art. 24 § 1 k.c.
W orzecznictwie Sądu Najwyższego znalazło również wyraz stanowisko
dopuszczające wyłączenie odpowiedzialności dziennikarza za naruszenie
czci w publikacji prasowej, pomimo niewykazania prawdziwości zarzutu.
Z orzeczeń wcześniejszych wymienić należy wyroki z dnia 23 października 1973 r., II CR 557/73 i z dnia 8 października 1987 r., IICR 269/87
(OSNCP 1989, nr 4, poz. 66), w których decydujące znaczenie, także
z punktu widzenia bezprawności, przypisano zachowaniu szczególnej
staranności i rzetelności przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych. Radykalnie i jednoznacznie omawiany pogląd sformułował Sąd
Najwyższy w wyrokach z dnia 5 marca 2002 r., I CKN 535/00 (niepublikowany) i z dnia 14 maja 2003 r., I CKN 463/01 (OSP 2004, nr 4, poz. 22).
W wyroku z dnia 5 marca 2002 r. Sąd Najwyższy stwierdził, że w niektórych sytuacjach bezprawność może być uchylona mimo niewykazania,
że fakty objęte informacją rzeczywiście zaistniały. Sąd wskazał, że, przy
uwzględnieniu art. 10 ust. 1 i art. 12 ust. 1 pkt 1 prawa prasowego, brak
jest podstaw do przypisania dziennikarzowi absolutnej odpowiedzialności w tym sensie, by dziennikarz odpowiadał tylko z racji zaistnienia niezgodności faktów wynikających z informacji z rzeczywistym stanem rzeczy. Brak przeprowadzenia dowodu prawdy nie przesądza o odpowiedzialności dziennikarza na podstawie art. 24 k.c., jeżeli dziennikarz nie
zaniedbał wypełnienia obowiązków, o których mowa w art. 12 ust. 1 pkt 1
prawa prasowego, bowiem spełnienie tych obowiązków stanowi podstawę zakwalifikowania jego działania jako zgodnego z prawem. Dlatego,
w ocenie Sądu, zgodne z tym przepisem działanie dziennikarza uchyla
bezprawność nieprawdziwej informacji naruszającej dobro osobiste innej osoby, choćby tzw. dowód prawdy nie został przeprowadzony.
W wyroku z dnia 14 maja 2003 r. Sąd Najwyższy wyraził pogląd, że zachowanie przez dziennikarza, działającego w obronie interesu społecznie uzasadnionego, szczególnej staranności i rzetelności przy zbieraniu
i wykorzystaniu materiału prasowego, powoduje, że jego opublikowanie
nie jest działaniem bezprawnym także wtedy, gdy okaże się, ze materiał
ten zawiera informacje nieprawdziwe. Sąd wskazał, że obowiązki rzetelnego informowania (art. 1 prawa prasowego) i prawdziwego przedstawiania zjawisk (art. 6 ust. 1 prawa prasowego) nie mogą być utożsamiane
z wymaganiem wykazania prawdziwości zarzutów. Prowadziłoby to, przy
magazyn1-2010.indd 357
10-07-23 18:48:25
358
Ius et Lex nr 1/2010
ograniczeniu środków pozostających w dyspozycji dziennikarzy, do istotnego ograniczenia możliwości wypełniania zadań, stojących przed prasą
w demokratycznym społeczeństwie. Powinność realizowania przez dziennikarzy zadań stojących przed prasą wpływa na ukształtowanie ich praw
i obowiązków w sposób określony w art. 12 ust. 1 pkt 1 prawa prasowego. Uczynienie im zadość (działanie ze szczególną rzetelnością i starannością) oraz działanie w obronie społecznie uzasadnionego interesu są
wystarczające dla wyłączenia bezprawności. Działanie wypełniające obowiązki nałożone przez ustawę nie może być uznane za bezprawne.
Istotę stanowiska i argumentacji Sądu Najwyższego w tych orzeczeniach można, najbardziej syntetycznie, przedstawić następująco.
Po pierwsze, określenie w art. 12 ust. 1 pkt 1 prawa prasowego zasad
postępowania dziennikarza powoduje, że działanie czyniące zadość tym
zasadom nie może być uznane za naruszające prawo, przy czym brak jest
podstaw do uznania, by wykazanie prawdziwości zarzutu stanowiło konieczną przesłankę wyłączenia bezprawności.
Po drugie, spełnienie wymagań zachowania szczególnej staranności
i rzetelności przy zbieraniu i publikowaniu materiałów prasowych stanowi kryterium istotne dla stwierdzenia (wyłączenia) bezprawności,
a nie tylko winy.
Po trzecie, warunkowanie dopuszczalności publikowania krytycznych
materiałów koniecznością wykazania ich prawdziwości, przy uwzględnieniu rzeczywistych możliwości dziennikarzy, prowadziłoby do ograniczenia wolności prasy i zdolności realizowania przez nią doniosłych dla życia publicznego zadań.
Stanowisko wyrażone przez Sąd Najwyższy w powołanych orzeczeniach
także znajduje oparcie w piśmiennictwie.
Wskazuje się w nim, że bezprawność naruszenia dobra osobistego jest
wyłączona, gdy działanie mieści się w ramach porządku prawnego. Jeżeli dziennikarz realizuje zadania postawione przed prasą, występując
w obronie społecznie uzasadnionego interesu i spełniając obowiązki nałożone nań przez prawo prasowe, nie może być uznany za działającego
niezgodnie z prawem. Dziennikarz nie narusza w takiej sytuacji ani normy prawnej ani zasad współżycia społecznego, a to oznacza, ze nie działa
bezprawnie. Jeżeli zatem za ujawnieniem danej informacji w określonym
czasie przemawiał ważny interes społeczny, a dziennikarz z zachowaniem
zasad staranności i rzetelności ustalał fakty i sprawdzał ich prawdziwość,
nie ma podstaw do zakwalifikowania jego działania jako bezprawnego.
W tym nurcie rozważań akcentuje się brak podstaw, by – przy zachowaniu powyższych wymagań – domagać się dowodu prawdy i traktować
ten dowód jako nieodzowną przesłankę wyłączenia bezprawności. Spo-
magazyn1-2010.indd 358
10-07-23 18:48:25
Uchwała SN
359
łeczna funkcja i rola prasy wymaga dużej staranności przy zbieraniu, ocenie i publikacji materiałów, ale jednocześnie uzasadnia poprzestanie na
wymaganiach rzetelności i staranności oraz działania w celu ochrony interesu społecznego, bez konieczności wykazania prawdy.
Na rzecz omawianego stanowiska Sądu Najwyższego przemawiają także poglądy tych przedstawicieli doktryny, którzy miernik staranności rozpatrują na płaszczyźnie bezprawności, a nie tylko winy, bądź na pograniczu winy i bezprawności. Nie można bowiem, jak się wskazuje, przy ocenie bezprawności abstrahować od obiektywnych mierników i wzorców
postępowania: brak przekroczenia „wzorca staranności” wpływa na ocenę bezprawności (wyłączenia bezprawności). Naruszające cudze dobro
zachowanie może być uznane za bezprawne tylko wtedy, gdy wykracza
przeciwko obowiązkom (zakazom lub nakazom), popadając w sprzeczność z normami prawa lub zasadami współżycia społecznego. Odrzuca
się w ten sposób koncepcję bezprawności wyłącznie ze względu na skutek. Bezprawność działania i jej wyłączenie oceniać należy nie tylko
z punktu widzenia poszkodowanego (ze względu na skutek), ale także z punktu widzenia działania sprawcy (zgodnego lub niezgodnego
z obiektywnymi wzorcami postępowania).
Wreszcie, podkreśla się, że bezwzględne żądanie od dziennikarza wykazania prawdziwości zarzutu, to postawienie przed nim nierealnych wymagań ścisłości ustaleń porównywalnych z możliwymi do uzyskania w postępowaniu prowadzonym przez powołane i przygotowane do tego organy państwowe, a to mogłoby oznaczać „koniec wolności słowa”, a w każdym razie znacząco krępować prasę w realizowaniu jej funkcji.
Rozważaniu wskazanych kwestii na tle polskiego kodeksu cywilnego
i prawa prasowego towarzyszy często powoływanie się na orzecznictwo
Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, oparte na art. 10 Europejskiej
Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Przepis ten stanowi, że „Każdy ma prawo do swobody wypowiedzi. Prawo to
obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe....”(ust. 1). Przewiduje (ust. 2), że „korzystanie z tych wolności pociągających za sobą obowiązki i odpowiedzialność może podlegać takim wymogom formalnym, warunkom, ograniczeniom i sankcjom,
jakie są przewidziane przez prawo i konieczne w społeczeństwie demokratycznym...”, zaliczając do przesłanek tych ograniczeń „ochronę dobrego imienia i praw innych osób”. W orzecznictwie Trybunału wolność
wypowiedzi, wyrażająca się w wolności otrzymywania i przekazywania informacji, traktowana jest jako ostoja demokratycznego społeczeństwa.
Nie jest to zasada bezwzględna, dopuszczalna jest bowiem ingerencja
magazyn1-2010.indd 359
10-07-23 18:48:25
360
Ius et Lex nr 1/2010
w określonych sytuacjach, w tym, między innymi, uzasadniona potrzebą
ochrony dobrego imienia i praw innych osób. Ingerencja ta powinna
spełniać określone warunki, które formułuje się jako legalność, celowość
i konieczność, co oznacza, że ograniczenie musi być przewidziane przez
prawo, ingerencji można dokonać tylko wtedy, gdy służy ona ochronie
praw i wartości wymienionych w ust. 2 art. 10, a ograniczenie dokonane przez władze krajowe musi być konieczne w społeczeństwie demokratycznym. W orzecznictwie Trybunału wyraźna jest tendencja do akcentowania pierwszorzędnego znaczenia wolnej debaty publicznej jako nieodzownego warunku funkcjonowania i rozwoju demokratycznego społeczeństwa, stąd przesłanka „konieczności” jej ograniczania („ingerencji”) jest traktowana dość surowo. Stwierdzenie naruszenia Konwencji
ze względu na ingerencję niedostatecznie uzasadnioną, nie jest uzależniane od rodzaju zastosowanej sankcji (karna czy cywilna), ani stopnia
jej nasilenia, decyduje bowiem sama zasada i sposób wykładni art. 10.
Dlatego, przy uznaniu, że doszło do pogwałcenia swobody wypowiedzi,
może dojść do nakazania zapłaty odszkodowania w sytuacji, gdy zakwestionowanym orzeczeniem krajowym nakazano dziennikarzowi opublikowanie przeprosin oraz zasądzono jedynie symboliczną kwotę (orzeczenie z dnia 29 marca 2001 r. Thoma przeciwko Luksemburgowi).
Na rzecz poglądu, że wykazanie prawdziwości zarzutu nie stanowi koniecznej przesłanki wyłączenia odpowiedzialności dziennikarza najczęściej powoływane są orzeczenia w sprawie cywilnej (Bladet Tromso i Stensas przeciwko Norwegii, z dnia 20 maja 1999 r.) oraz karnej (Dalban przeciwko Rumunii, z dnia 28 września 1999 r.). W obu tych sprawach skargi zostały uwzględnione przez Trybunał, pomimo, że postawione zarzuty nie zostały w pełni potwierdzone. W pierwszym z tych orzeczeń Trybunał zasadniczą wagę przywiązał do tego, czy wydawca (dziennikarz)
mógł w dacie publikacji artykułów (a nie według kryteriów z późniejszego okresu) uważać określone źródło za wiarygodną podstawę informacji. W drugim orzeczeniu Trybunał stwierdził, że Konwencja wyklucza,
by wyrażanie przez dziennikarza krytycznych sądów było uzależnione
od wykazania ich prawdziwości. Podobne stanowisko zajął Trybunał w
sprawie Thorgeirson przeciwko Islandii (orzeczenie z dnia 25 czerwca 1992
r.), uwzględniając skargę pomimo stwierdzenia, że zarzuty postawione
w publikacji były pozbawione podstaw; zdaniem Trybunału, wymóg
przedstawienia dowodu prawdy jest „wygórowany, a nawet wręcz niewykonalny”.
Przy powoływaniu się na orzeczenia Trybunału nie można tracić z pola
widzenia tej istotnej okoliczności, że zapadały one w bardzo zróżnicowanych stanach faktycznych, i tym samym – przy zróżnicowanych przesłan-
magazyn1-2010.indd 360
10-07-23 18:48:25
Uchwała SN
361
kach prawnych konkretnego orzeczenia. Nakazuje to zachowanie ostrożności przy formułowaniu stanowczych i uogólnionych tez co do „stanowiska” Trybunału i dokonywanej przezeń wykładni art. 10 Konwencji.
Nie znaczy to jednak, by nie dostrzegać w tym orzecznictwie wyraźnej
tendencji do bardzo silnej ochrony wolności wypowiedzi w debacie publicznej i do ograniczania dopuszczalnej ingerencji; Trybunał kieruje
się założeniem, by ingerencja ta nie zniechęcała prasy do podejmowania
i uczestniczenia w otwartych dyskusjach w sprawach „stanowiących przedmiot uzasadnionego zatroskania opinii publicznej”. Zasadnicza uwaga
w konkretnych sprawach koncentruje się na doniosłości publicznej dyskusji w danej kwestii oraz zachowaniu przez dziennikarzy standardów
staranności i rzetelności, a także celu ich działania. Najostrożniej określając stanowisko Trybunału w analizowanej kwestii, należy stwierdzić, że
w jego orzecznictwie wykazanie prawdziwości zarzutu nie jest uznawane
za absolutnie konieczną i niezależną od innych okoliczności przesłankę wyłączenia odpowiedzialności sprawcy naruszenia czci, a nieprawdziwość zarzutu nie stanowi samodzielnej i wystarczającej przesłanki usprawiedliwiającej ingerencję w swobodę wypowiedzi.
Rozstrzygając przedstawione zagadnienie prawne Sąd Najwyższy zważył, co następuje.
Prawo do wolności słowa i prawo do ochrony czci to prawa chronione na podstawie Konstytucji (art. 14 i 54 ust. 1 oraz art. 30, 31 ust. 3
i 47), umów międzynarodowych (art. 10 ust. 1 i 2 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, art. 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, art. 17 i 19 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych) oraz ustaw (art. 24 k.c. i art. 1, 6, 12 ust. 1
i 41 prawa prasowego). Jednakowa jest ranga obu praw i poziom udzielanej im ochrony. Oznacza to, że żadnemu z nich nie można przyznać
prymatu, pierwszeństwa w stosunku do drugiego. Żadne też z tych praw
nie ma charakteru absolutnego. Gdy podnosi się, że prawo do wolności
wypowiedzi może w określonych sytuacjach podlegać ograniczeniom ze
względu na inne prawa, to należy jednocześnie pamiętać, że w konkretnych okolicznościach może zdarzyć się, że prawo do ochrony czci będzie
musiało ustąpić przed innym prawem. W stanie takiej równowagi, kolizja pomiędzy prawem do wolności słowa oraz prawem społeczeństwa do
informacji z jednej strony, a prawem jednostki do ochrony czci z drugiej strony będzie zawsze ostatecznie rozwiązywana w okolicznościach
konkretnej sprawy. Równowaga obu praw, brak absolutnego charakteru
któregokolwiek z nich i konieczność uwzględniania konkretnych okoliczności, w których konflikt praw się ujawnił, to czynniki, które należy
brać pod rozwagę zarówno przy teoretycznym rozważaniu zagadnienia,
magazyn1-2010.indd 361
10-07-23 18:48:25
362
Ius et Lex nr 1/2010
jak i przy rozstrzyganiu konkretnych spraw.
Podstawowym przepisem regulującym odpowiedzialność za naruszenie dóbr osobistych jest art. 24 k.c. Przedmiot niniejszych rozważań odnosi się do przyznanego każdemu, czyje dobro osobiste zostało naruszone cudzym bezprawnym działaniem, uprawnienia do żądania zaniechania tego działania oraz usunięcia skutków naruszenia, a więc do roszczeń niemajątkowych, o których mowa w art. 24 § 1 zd. 3 k.c. Ta odpowiedzialność o charakterze niemajątkowym uzależniona jest od trzech
przesłanek – istnienia dobra osobistego, jego naruszenia oraz bezprawności działania. Ciężar udowodnienia pierwszej i drugiej przesłanki obciąża pokrzywdzonego, trzecia z nich jest objęta wzruszalnym domniemaniem prawnym. Jeżeli wykazane zostanie naruszenie dobra osobistego, sprawcę naruszenia uwolnić może od odpowiedzialności tylko przeprowadzony przezeń dowód braku bezprawności, co faktycznie jest równoznaczne z wykazaniem przesłanek wyłączających bezprawność. Poza
obecnymi rozważaniami pozostają roszczenia majątkowe (art. 24 § 1 zd.
3 i § 2 k.c.), dla których bezprawność jest przesłanką konieczną, lecz
niewystarczającą, bowiem uzależnione są one także od winy sprawcy.
O ile nie wzbudzają istotnych wątpliwości konwencyjne i konstytucyjne regulacje omawianych praw, o tyle nie tak jednoznaczny jest wzajemny stosunek, w jakim pozostają do siebie (w analizowanym aspekcie) przepisy ustaw – kodeksu cywilnego i prawa prasowego. Zasadniczo
nie należy się doszukiwać tutaj zależności typu lex generalis – lex specialis.
W orzecznictwie Sądu Najwyższego (wyroki z dnia 8 lutego 1990 r., II
CR 1303/89, OSNC 1991, nr 8-9, poz. 108 i z dnia 24 sierpnia 1990 r., II
CR 405/09, niepublikowany) wyrażone zostało stanowisko, którego trafność nie była podważana, że wzajemna relacja przepisów art. 23 i 24 k.c.
oraz przepisów prawa prasowego polega na ich kumulatywnym zbiegu.
Tezę tę wywodzi się z przepisów art. 24 § 3 k.c. i art. 37 prawa prasowego,
z których pierwszy stanowi, ze przepisy art. 24 § 1 i 2 k.c. nie uchybiają
uprawnieniom przewidzianym w innych przepisach, a drugi stwierdza,
że do odpowiedzialności za naruszenie prawa spowodowane opublikowaniem materiału prasowego stosuje się zasady ogólne, chyba że ustawa stanowi inaczej. Wzajemny stosunek przepisów zawartych w obu ustawach był rozważany pod kątem środków ochrony przysługujących osobom, których dobra osobiste zostały naruszone w publikacji prasowej,
a konkluzja tych rozważań była taka, że możliwe jest kumulatywne albo
alternatywne stosowanie środków ochrony przewidzianych w obu ustawach, z prawem zainteresowanego do wyboru tych środków. Wzajemny
stosunek przepisów obu ustaw dla rozważanego zagadnienia jest istotny
w innym aspekcie. Został on dostrzeżony w uzasadnieniu wyroku Sądu
magazyn1-2010.indd 362
10-07-23 18:48:26
Uchwała SN
363
Najwyższego z dnia 14 maja 2003 r., w którym stwierdzono, że ze względu na zadania prasy i obowiązki dziennikarzy, ich odpowiedzialność za
naruszenie dóbr osobistych doznaje w prawie prasowym istotnej modyfikacji w porównaniu do ogólnych zasad odpowiedzialności. Nie oznacza
to zmiany podejścia do kwestii wzajemnego stosunku przepisów kodeksu
cywilnego i prawa prasowego, jako przepisów, które wzajemnie się uzupełniają. Sąd Najwyższy jedynie wyraźnie zwrócił uwagę na konsekwencję takiej relacji przepisów: jeżeli do naruszenia dobra osobistego doszło w publikacji prasowej, przy stosowaniu art. 24 k.c. należy uwzględniać przepisy prawa prasowego.
Zgadzając się z tą tezą, należy wyraźnie powiedzieć, że stosunek wzajemnego uzupełniania się przepisów kodeksu cywilnego i prawa prasowego w sytuacji, gdy do naruszenia dobra osobistego doszło w publikacji prasowej, dotyczy nie tylko roszczeń uprawnionego, ale także oceny
naruszenia dobra oraz bezprawności tego naruszenia. Konsekwentnie,
przy analizowaniu w takiej sprawie przesłanek wyłączenia bezprawności
należy mieć na względzie także szczegółowe regulacje zawarte w prawie
prasowym. W takim znaczeniu można mówić o modyfikacji odpowiedzialności dziennikarzy w stosunku do zasad „ogólnych”.
Przez działanie bezprawne rozumie się, najogólniej rzecz ujmując, zachowanie sprzeczne z normami prawa lub zasadami współżycia społecznego. Najczęściej traktuje się cechę bezprawności jako „czysto” obiektywną, co kwestię oceny działania sprawcy pod kątem dochowania lub
przekroczenia wzorca staranności usuwa poza zakres tej przesłanki, plasując ją wyłącznie na płaszczyźnie winy. Posługiwanie się (w niektórych,
wcześniej przytoczonych, orzeczeniach i wypowiedziach) określeniami
takimi jak „dobra wiara”, „przekonanie” lub „przeświadczenie” sprawcy
naruszenia w sposób nadmierny i nieco mylący eksponuje czynnik subiektywny, narzucając oczywiste i wyłączne powiązanie go z elementem
winy oraz niemożność uwzględniania go w ramach elementu bezprawności. Inaczej rzecz się przedstawia, gdy położy się nacisk na obiektywne przesłanki staranności, gdyż te trudniej uznać za obojętne przy kwalifikowaniu zachowania sprawcy jako zgodnego lub sprzecznego z zasadami współżycia społecznego. Prawo prasowe określa powinności dziennikarza, przypisując mu obowiązki zachowania szczególnej staranności
i rzetelności przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych (art.
12 ust. 1 pkt 1) oraz działania zgodnie z etyką zawodową i zasadami
współżycia społecznego (art. 10 ust. 1). Stwierdzony przy zastosowaniu
kryteriów obiektywnych fakt zadośćuczynienia tym ustawowo skonkretyzowanym obowiązkom, powinien być czynnikiem uwzględnianym przy
ocenie bezprawności działania. W przeciwnym razie tym przepisom pra-
magazyn1-2010.indd 363
10-07-23 18:48:26
364
Ius et Lex nr 1/2010
wa prasowego, związanym przecież z doniosłymi zadaniami wolnej prasy, odmówi się należnego im znaczenia.
Jak wcześniej wskazano, za jedną z okoliczności wyłączających bezprawność naruszenia dóbr osobistych, uznaje się w orzecznictwie i piśmiennictwie „działanie w obronie społecznie uzasadnionego interesu”.
Przed rozważaniem znaczenia prawdziwości zarzutu naruszającego dobro osobiste trzeba wyraźnie podkreślić pierwszorzędne znaczenie wykazania wspomnianego „kontratypu” jako podstawy wyłączenia bezprawności. W przedstawionym zagadnieniu prawnym, postawieniu nieprawdziwego zarzutu „przeciwstawia się” (jako czynnik obrony przed odpowiedzialnością) jedynie zachowanie szczególnej staranności i rzetelności
w rozumieniu art. 12 ust. 1 pkt 1 prawa prasowego, co jest niewystarczające, bowiem pomija się w ten sposób nieodzowną dla wyłączenia bezprawności naruszenia dobra osobistego przesłankę działania w uzasadnionym interesie społecznym. W wypadku publikacji prasowych interes
ten wyraża się przede wszystkim w urzeczywistnianiu zasad jawności życia publicznego i prawa społeczeństwa do informacji. Istotne znaczenie z punktu widzenia tej pierwszorzędnej przesłanki wyłączenia bezprawności naruszenia dobra osobistego ma zatem właściwe rozumienie
i ustalenie owego społecznie uzasadnionego interesu. Dotyczy on sfery
„życia publicznego”, takiej więc, w ramach której można mówić zarówno o istnieniu potrzeby otwartej debaty publicznej ważnej w demokratycznym społeczeństwie, jak i o takim prawie do uzyskiwania informacji, które zasługuje, czy też wymaga, realizacji przez środki społecznego
przekazu. Dlatego tak istotne znaczenie ma przewijające się we wszystkich rozważaniach słowo „publiczny”. Chodzi o osoby aktywnie działające na forum publicznym („osoby publiczne”), bo to, że ich działanie
wywiera wpływ na kształtowanie „życia publicznego” stanowi podstawę
usprawiedliwionego zainteresowania społeczeństwa, i związanego z nim
prawa do uzyskania informacji. Z tego też względu powszechnie przyjmuje się, że w odniesieniu do tych osób zakres dopuszczalnej krytyki jest
szerszy, a udzielana ochrona – słabsza. Regułą jest także, że chodzi o informacje dotyczące publicznej sfery życia tych osób, bo to w tej sferze
zasadniczo ujawnia się potrzeba ważnej debaty publicznej. Dlatego, aby
w ogóle móc podjąć skuteczną próbę wykazania wyłączenia bezprawności naruszenia dobra osobistego publikacją prasową, naruszyciel musi wykazać, że publikacja realizowała tak rozumiany, godny ochrony, interes
społeczny. Jest to zatem pierwsze konieczne założenie poczynione przy
rozważaniu przedstawionego zagadnienia.
Drugie założenie, to przyjęcie, że dziennikarz spełnił obowiązek wynikający z art. 12 ust. 1 prawa prasowego, czyli zachował szczególną staran-
magazyn1-2010.indd 364
10-07-23 18:48:26
Uchwała SN
365
ność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych.
Skoro założenie to zawarte jest już w samym pytaniu, nie jest konieczne szczegółowe rozważanie kryteriów takiej kwalifikacji działania dziennikarza, gdyż a priori przyjmuje się, że obowiązkom wynikającym z powołanego przepisu dziennikarz uczynił zadość. Chociaż nie można tej
kwestii pomijać, bowiem jest ona istotna dla oceny zgodności działania
z zasadami współżycia społecznego oraz z zasadami etyki i rzetelności, to
można w tej sytuacji poprzestać na przypomnieniu ogólnie akceptowanych kryteriów szczególnej staranności i rzetelności działania dziennikarza. Na etapie zbierania materiałów najistotniejsze znaczenie ma status
(rodzaj) źródła, rzetelność źródła informacji (dziennikarz nie powinien
opierać się na źródle, którego obiektywizm lub wiarygodność budzi wątpliwości), sprawdzenie zgodności z prawdą uzyskanych informacji przez
sięgnięcie do wszystkich innych dostępnych źródeł i upewnienie się co
do zgodności informacji z innymi znanymi faktami oraz umożliwienie
osobie zainteresowanej ustosunkowania się do uzyskanych informacji.
Na etapie wykorzystania materiałów prasowych jest to przede wszystkim
wszechstronne, a nie selektywne przekazanie informacji, przedstawienie
wszystkich okoliczności i niedziałanie pod z góry założoną tezę, a także rozważenie powagi zarzutu, znaczenia informacji z punktu widzenia
usprawiedliwionego zainteresowania społeczeństwa oraz potrzeby (pilności) publikacji; oddzielnym zagadnieniem jest forma publikacji, która może mieć znaczenie przy ocenie rzetelności wykorzystania informacji.
Przy tak określonych założeniach można przystąpić do poszukiwania
odpowiedzi na pytanie, czy cechy publikacji prasowej, wyrażające się
w działaniu dziennikarza dla realizacji społecznie uzasadnionego interesu oraz w spełnieniu przezeń scharakteryzowanych wyżej wymagań
w zakresie zachowania szczególnej staranności i rzetelności, wyłączają
bezprawność naruszenia tą publikacją dóbr osobistych, czy też dla wyłączenia bezprawności konieczne jest nadto wykazanie prawdziwości zarzutu. Inaczej pytanie to formułując - czy wykazanie prawdziwości zarzutu jest konieczną, i niezależną od innych okoliczności przesłanką wyłączenia bezprawności naruszenia publikacją prasową dóbr osoby trzeciej.
Jest poza sporem, że przesłanka taka nie wynika z ustawy. Podobnie,
brak jest normy statuującej zasadę, że prawdziwość zarzutu wyłącza bezprawność; sam fakt prawdziwości przytoczonych faktów nie jest uznawany za przesłankę wyłączenia bezprawności i w tej kwestii nie ma zasadniczego sporu w orzecznictwie ani w piśmiennictwie. Prawdziwość zarzutu nie stanowi przy ocenie bezprawności samodzielnego kryterium,
a jego znaczenie może być analizowane w ramach przesłanek wyłączają-
magazyn1-2010.indd 365
10-07-23 18:48:26
366
Ius et Lex nr 1/2010
cych bezprawność naruszenia (działanie w ramach porządku prawnego
lub w obronie społecznie uzasadnionego interesu).
Analizowane wymaganie jest utożsamiane z przypisaniem dziennikarzowi obowiązku przeprowadzenia tzw. dowodu prawdy. Powstaje jednak pytanie o podstawy takiego wymagania. Do naruszenia dobra osobistego dochodzi w chwili publikacji materiału prasowego, i ta chwila jest
decydująca dla oceny bezprawności naruszenia; chodzi bowiem o stan
rzeczy możliwy do uchwycenia w tym czasie. Rozważyć zatem należy, jakie okoliczności są dla niej miarodajne. Z tego, co wcześniej powiedziano, wynika, że dziennikarza obciąża dowód, że działał w obronie społecznie uzasadnionego interesu, rzetelnie i starannie zebrane i zweryfikowane źródła stanowiły według obiektywnych kryteriów uzasadnioną
podstawę do sformułowania zarzutu, okoliczności sprawy zostały przedstawione w sposób wszechstronny i obiektywny, a opublikowany materiał
miał znaczenie z punktu widzenia usprawiedliwionego zainteresowania
społeczeństwa i jego prawa do informacji o sprawach dotyczących sfery
życia publicznego. Spełnienie wszystkich tych wymagań sprzeciwia się
uznaniu, że opublikowanie materiału prasowego było działaniem bezprawnym. Czyni także bezpodstawnym formułowanie dalszego wymagania - jednoznacznego ustalenia w procesie prawdziwości zarzutu. Opublikowanie materiału prasowego określonej treści powinno podlegać kwalifikacji według stanu istniejącego w chwili publikacji. Wykazanie istnienia tzw. kontratypu w postaci działania dla realizacji społecznie uzasadnionego interesu, a nadto zachowania szczególnej rzetelności i staranności w rozumieniu art. 12 ust. 1 prawa prasowego, to wykazanie przesłanek decydujących o wyłączeniu bezprawności naruszenia dobra osobistego w momencie opublikowania materiału prasowego.
Kwestia ta ściśle wiąże się z podstawową tezą przytaczaną na rzecz stanowiska wymagającego ponad wymienione przesłanki także tzw. dowodu prawdy, że postawienie naruszającego dobra osobiste nieprawdziwego zarzutu jest zawsze działaniem sprzecznym z zasadami współżycia społecznego, a tym samym zawsze bezprawnym. Jednak, gdy uwzględni się
wszystkie wymagania, którym dziennikarz musi sprostać, aby móc się skutecznie powołać na działanie w obronie społecznie uzasadnionego interesu oraz na zachowanie szczególnej staranności i rzetelności, nie sposób zarzucić dziennikarzowi, które wszystkie te reguły godziwego celu
i właściwego postępowania respektował, że naruszył zasady współżycia
społecznego. Spełniające tak określone wymagania działanie dziennikarza nie zasługuje na uznanie go za naruszające zasady współżycia społecznego i nie powinno być napiętnowane jako bezprawne.
Wszystko to nie zmierza do lekceważenia kryterium prawdziwości
magazyn1-2010.indd 366
10-07-23 18:48:26
Uchwała SN
367
przedstawiania zjawisk jako istotnej przesłanki właściwego korzystania
z wolności prasy. Jest oczywiste, że prawo społeczeństwa do uzyskiwania
informacji o ważnych zjawiskach i wydarzeniach ze sfery życia publicznego może być w sposób wartościowy realizowane jedynie przez informację i krytykę mającą na celu prawdziwe ich przedstawienie. W art. 6 prawa prasowego wyrażona została pod adresem „prasy” (tak ustawa) ogólna dyrektywa „prawdziwego przedstawiania omawianych zjawisk”. Jednocześnie, w art. 41 zawierającym deklarację, że „pozostaje pod ochroną prawa” publikowanie ujemnych ocen (między innymi) działalności
publicznej, operuje się pojęciem rzetelności, a nie prawdziwości krytyki. Trafny, i wart podtrzymania, jest pogląd, kładący zdecydowany nacisk na rzetelność dziennikarską, która w istocie stanowi najlepszą gwarancję zarówno prawidłowej realizacji zadań prasy, jak i respektowania
praw osób, których publikacja dotyka.
Obowiązek prasy (dziennikarza) prawdziwego przedstawiania zjawisk
nie powinien być utożsamiany z bezwzględnie rozumianym wymaganiem
udowodnienia prawdziwości zarzutu. Przesłankę prawdziwości przekazywanych informacji należy bowiem odnosić do prawdziwości źródeł, czyli ich rzetelnego wyboru, sprawdzenia i przedstawienia. Na wykazaniu
prawdziwości informacji w takim rozumieniu może polegać tzw. dowód
prawdy obciążający dziennikarza w procesie o ochronę dóbr osobistych,
które zostały naruszone jego publikacją. Warto przy tym dostrzec, że rola
prasy nie sprowadza się tylko do dostarczenia informacji, jej celem jest
często także przedstawienie faktów mające na celu otwarcie dyskusji, wyrobienie sobie przez czytelnika własnej opinii, zasygnalizowanie istnienia konkretnych zagrożeń. Rzeczowe i rzetelne przedstawienie sprawy
umożliwia prawidłową realizację tych zadań prasy i jednocześnie pozwala na zakwalifikowanie takiego działania jako mieszczącego się w granicach wolności słowa.
Nikt nie zaprzecza, że dziennikarz ma do dyspozycji ograniczone środki w zakresie ustalania faktów i że nie są one w żaden sposób porównywalne do środków będących w dyspozycji organów ścigania lub wymiaru sprawiedliwości. Nie sposób w tej sytuacji w sposób rozsądny wymagać takiej obszerności i ścisłości ustaleń, jakie można uzyskać we właściwych, sformalizowanych postępowaniach, pamiętając przy tym, że niejednokrotnie „dojście do prawdy” w tych postępowaniach pochłania kilka lat. W piśmiennictwie powoływane jest często syntetyczne podsumowanie szerokich i pogłębionych rozważań tego aspektu działania dziennikarzy: „żądanie publikowania jedynie materiałów bazujących na informacjach o stuprocentowej pewności mijałoby się z elementarnymi zasadami doświadczenia życiowego”. W jednym z powołanych wcześniej
magazyn1-2010.indd 367
10-07-23 18:48:26
368
Ius et Lex nr 1/2010
orzeczeń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka ujęto kwestię jeszcze lapidarniej – wymóg przedstawienia dowodu prawdy „jest wygórowany, a nawet wręcz niewykonalny”. Postawienie przed prasą wymagania absolutnego perfekcjonizmu prowadziłoby do jej poważnego skrępowania oraz – przed czym wyraźnie ostrzega Trybunał – zniechęcenia do
podejmowania ważnych, a przy tym często trudnych i złożonych problemów życia publicznego, w obawie przed odpowiedzialnością. W rezultacie ograniczałoby to doniosłą rolę wolnej prasy, będącej – co jest tak silnie eksponowane w orzeczeniach Trybunału – jednym z filarów demokratycznego państwa. Należy przy tym podkreślić, że – wbrew formułowanej czasem opinii - wolność prasy nie jest przywilejem dziennikarzy.
Wolność prasy jest atrybutem demokratycznego społeczeństwa.
Ogólnie deklarowanej zgodności poglądów co do granic wymagań,
które w sposób rozsądny i realny można stawiać dziennikarzowi w jego
powinności „prawdziwego przedstawiania omawianych zjawisk”, nie odpowiada zgodność ocen co do znaczenia tych faktycznych ograniczeń
dla oceny bezprawności naruszenia. Często podtrzymywany jest pogląd,
że chociaż rzetelnego informowania nie można utożsamiać z prawdziwym przedstawianiem opisywanych zjawisk, tak jak nie można opublikowania nieprawdy utożsamiać z nierzetelnością dziennikarską, to jednak,
jeśli „okaże się, że stan faktyczny był inny”, dziennikarz nie będzie mógł
uniknąć odpowiedzialności za naruszenie dobra. Ostatecznie więc, niezależnie od uznawanego faktu, że postawienie dziennikarzowi wymagania wykazania „stuprocentowej” prawdziwości informacji (w znaczeniu
dosłownym, a nie przyjętym we wcześniejszych rozważaniach) jest w wielu wypadkach żądaniem obiektywnie niemożliwym do spełnienia, nadal
traktuje się brak przeprowadzenia tak rozumianego „dowodu prawdy”
za wystarczającą przesłankę odpowiedzialności dziennikarza.
Czasem przybiera to postać tezy o – mającym wynikać z domniemania bezprawności – obciążającym dziennikarza „ryzyku nieudowodnienia prawdy”, związanym w efekcie z „ryzykiem poniesienia odpowiedzialności”. Teza ta pomija dwie istotne okoliczności. Po pierwsze, domniemanie bezprawności oznacza tylko – jeśli w ogóle traktować problem w
tych kategoriach – że dziennikarz ponosi ryzyko niewykazania przesłanek wyłączających bezprawność, nie oznacza natomiast, że do tych przesłanek musi się zaliczać wykazanie prawdziwości zarzutu. Po drugie, postawienie kwestii w taki sposób pomija to, że o odpowiedzialności można mówić tylko wtedy, gdy działanie było bezprawne. Jeżeli decydując
się na publikację dziennikarz spełnił wszystkie wymagania, to znaczy, że
publikując materiał nie działał bezprawnie, a to przesądza o wyłączeniu
odpowiedzialności.
magazyn1-2010.indd 368
10-07-23 18:48:26
Uchwała SN
369
Jeżeli naruszenie dobra osobistego przez publikację prasową nastąpiło w okolicznościach wyłączających bezprawność, nie jest możliwe „nałożenie” na ten stan następnie ustalonej okoliczności (niewykazanie prawdziwości zarzutu) i dokonywanie ponownej oceny opublikowania przez
dziennikarza krytycznego materiału prasowego, oznaczającej „weryfikację” oceny stanu bezprawności, choć miarodajna dla niej była chwila
publikacji. Dlatego nie jest właściwym rozwiązaniem takie, przy którym
stwierdzenie braku podstaw do postawienia dziennikarzowi zarzutu nieprawidłowego (według kryteriów obiektywnych) działania, nie stałoby na
przeszkodzie wnioskowi, że jeżeli nie udowodnił prawdziwości zarzutu,
to „jednak”, „mimo wszystko”, jego działanie należy uznać za bezprawne.
Gdy prawdziwe przedstawienie opisywanych zjawisk utożsamia się
z wykazaniem prawdziwości zarzutu, a ten ostatni element uznaje się za
przesądzający o bezprawności, to w istocie odrzuca się prawną doniosłość wszystkich pozostałych przesłanek (działanie w obronie społecznie
uzasadnionego interesu, dochowanie szczególnej staranności i rzetelności) i względów (realna możliwość poczynienia absolutnie ścisłych ustaleń, negatywny skutek w postaci ograniczenia krytyki prasowej z obawy
przed sankcją, której w takiej sytuacji nigdy nie można wykluczyć). Takie stanowisko, odrzucające znaczenie wszystkich czynników, poza jednym (wykazanie prawdziwości), który miałby rangę „automatycznie”
przesądzającego o bezprawności, jest nadmiernym uproszczeniem, tym
bardziej, że dotyczy kwestii złożonej nie tylko pod względem prawnym,
ale zazwyczaj – skomplikowanej i zróżnicowanej pod względem faktycznym. „Twarda” teza, że bez względu na wszystkie racje i okoliczności,
konieczną przesłanką wyłączenia bezprawności jest przeprowadzenie
w procesie dowodu prawdziwości zarzutu, właściwie usuwa z pola widzenia inne doniosłe aspekty podstaw odpowiedzialności dziennikarza, pozbawiając sąd potrzeby i możliwości elastycznego i pogłębionego potraktowania wszystkich okoliczności konkretnej sprawy. Jest to zdecydowanie niepożądane w sprawach o ochronę dóbr osobistych, w których sądowi przypada szczególna rola przy ocenie faktycznych i prawnych przesłanek odpowiedzialności. Jak bowiem podkreśla się, zarówno w orzecznictwie, jak i piśmiennictwie, w sytuacji, gdy dochodzi do kolizji pomiędzy prawem jednostki a swobodą wypowiedzi, ostatecznie każdorazowo sąd stanie przed koniecznością wyważenia tych praw i rozstrzygnięcia któremu z nich należy w konkretnych okolicznościach danej sprawy
przyznać pierwszeństwo ochrony.
Dziennikarz obowiązany jest chronić dobra osobiste innych osób (art.
12 ust. 1 pkt 2 i art. 6 ust. 1 prawa prasowego). To oczywiste, i wynika-
magazyn1-2010.indd 369
10-07-23 18:48:26
370
Ius et Lex nr 1/2010
jące wprost z ustawy, stwierdzenie nie przesądza jednak, jakie są granice tego obowiązku. Wcześniej zostały wskazane wymagania w zakresie
starannego i rzetelnego działania dziennikarza, i wszystkie one (gdy są
spełnione) zawierają – bezpośrednio lub pośrednio – elementy ochrony dóbr osobistych tego, kogo dotyczy publikacja. Pamiętać przy tym należy, że rozważana kwestia dotyczy osób aktywnie uczestniczących w życiu publicznym, co do których zakres dopuszczalnej krytyki jest szerszy,
a udzielana ochrona słabsza. W każdym razie, nie ma podstaw do uznania, by granice tego obowiązku dziennikarza sięgały aż do powinności
wstrzymania publikacji do chwili zweryfikowania wszystkich twierdzeń
(zakończenia właściwych postępowań), tym bardziej, że prowadziłoby
to do zakłócenia równowagi praw do ochrony dóbr osobistych i do wolności prasy.
Poważnym argumentem na rzecz „restryktywnego” określania przesłanek wyłączenia odpowiedzialności dziennikarza, jest trudna do zaakceptowania sytuacja, w której osoba, której cześć naruszono nieprawdziwym, publicznie postawionym zarzutem, byłaby pozbawiona ochrony.
Nie można zaprzeczyć, że stan taki jest niepożądany, zarówno ze względów aksjologicznych, jak i prawnych.
To jednak nie znaczy, by wystarczyło poprzestać na tym oczywistym
stwierdzeniu i zaniechać bliższego rozważenia wszystkich aspektów takiej sytuacji.
Choć zasadą jest, że naruszenie praw przysługujących danej osobie
rodzi po jej stronie roszczenie mające usunąć ten stan, to nie jest to zasada bez wyjątków; naruszenie prawa jednej osoby z reguły, lecz nie zawsze, rodzi odpowiedzialność cywilną innej osoby. Mogą zatem istnieć
takie sytuacje, w których równowaga (prawa i obowiązku odszkodowawczego) nie będzie zachowana, i wystąpią one wtedy, gdy zaistnieją przesłanki wyłączające odpowiedzialność sprawcy naruszenia.
W rozważanej sytuacji, wyłączenie bezprawności naruszenia publikacją prasową dóbr osoby, której publikacja dotyczy, pozbawia tę osobę
przewidzianego w kodeksie cywilnym roszczenia o usunięcie skutków naruszenia. Osoba taka nie jest jednak, jak to może zdarzyć się w innych
przypadkach, całkowicie pozbawiona środków ochrony. Środki te przewidziane są w prawie prasowym (sprostowanie i odpowiedź, art. 31 oraz
art. 39), w czym zresztą też się przejawia powoływane wcześniej powiązanie i uzupełnianie się przepisów obu ustaw, które należy uwzględniać
przy rozpoznawaniu spraw wynikłych na tle publikacji prasowych. Zgodzić się trzeba z twierdzeniem, że środki te mają mniejszy „ciężar gatunkowy”, i nie zapewniają pokrzywdzonemu takiej satysfakcji, jak oświadczenie (najczęściej w praktyce połączone z przeproszeniem) składane
magazyn1-2010.indd 370
10-07-23 18:48:26
Uchwała SN
371
przez osoby odpowiadające za daną publikację prasową. Nie ma też jednak powodu, aby całkowicie deprecjonować znaczenie tych środków
i odmawiać im jakiejkolwiek doniosłości, tym bardziej gdy uwzględni
się fakt, że uniemożliwienie ich właściwej realizacji jest zagrożone sankcją karną (art. 46 prawa prasowego). W sprostowaniu dostrzega się ważny element przeciwdziałania jednostronnemu charakterowi przekazywanych przez media treści.
Kwestii sprostowań i odpowiedzi poświęcony jest cały rozdział 5 prawa prasowego, zawierający szczegółowe regulacje gwarantujące skorzystanie z tej formy ochrony prawnej przyznanej osobie dotkniętej publikacją prasową. Wykracza poza rozważaną materię prawidłowa wykładnia tych przepisów prawa prasowego, w tym zwłaszcza art. 31 pkt 1, który – właściwie rozumiany i stosowany – umożliwia prostującemu odpowiednie przedstawienie opinii publicznej własnej relacji i oceny faktów.
Także kwestia respektowania przez redaktorów naczelnych obowiązków
wynikających z tych przepisów, i skuteczności ich egzekwowania przez
uprawnionych, nie mieści się w zakresie analizowanej problematyki. Jest
jednak pewne, że prawidłowa wykładnia przepisów prawa prasowego dotyczących sprostowania i odpowiedzi może w istotny sposób wpłynąć na
efektywność tych środków ochrony prawnej. W każdym razie, nieuzasadnione jest negowanie ich znaczenia dla ochrony dóbr osobistych osoby
dotkniętej publikacją prasową; chociaż bowiem w określonych okolicznościach poszkodowanemu nie będzie przysługiwało roszczenie oparte na art. 24 § 1 k.c., to nie zostaje on całkowicie pozbawiony ochrony
prawnej, przewidzianej w innych przepisach, mających zastosowanie tylko wtedy, gdy naruszenie dobra osobistego nastąpiło w publikacji prasowej.
Rozważając ten aspekt sprawy warto przypomnieć, że za niekontrowersyjne uznaje się twierdzenie, że obydwa dobra chronione prawem – prawo do ochrony czci i wolności słowa – mają zapewniony taki sam poziom
ochrony prawnej, żadnemu z nich nie przysługuje pierwszeństwo w stosunku do drugiego i żadne z nich nie ma charakteru absolutnego (każde może doznać ograniczenia). Nie należy zatem przyznawać praktycznie prymatu prawu do ochrony czci, w taki sposób, by kategorycznie wykluczając możliwość ograniczenia tego prawa, nie dostrzegać podstaw
do tak samo radykalnego sprzeciwu wobec ograniczania prawa do wolności słowa. Jak już wcześniej wskazano, formułowanie bezwzględnego
obowiązku udowodnienia prawdziwości zarzutu jako koniecznego warunku wyłączenia bezprawności, eliminującego praktycznie znaczenie
wszystkich innych okoliczności dotyczących spornej publikacji prasowej,
nie może pozostać bez wpływu na swobodne wykonywanie zadań pra-
magazyn1-2010.indd 371
10-07-23 18:48:26
372
Ius et Lex nr 1/2010
sy, stanowiąc czynnik zniechęcający do podejmowania otwartej dyskusji
w sprawach budzących uzasadnione społeczne zainteresowanie. Pośrednio wpływa to na ograniczenie wolności prasy.
Niezależnie od tego, należy zakwestionować bagatelizowanie skutków
uznania odpowiedzialności dziennikarza, gdy polegać ona ma „tylko” na
złożeniu oświadczenia i przeproszenia. Dla dziennikarza jest to bowiem
sankcja dotkliwa i dotyka sfery tak istotnej, jak reputacja zawodowa (także zaliczana do dóbr osobistych). Fakt zatem, że przy braku winy dziennikarza w grę wchodzi jedynie odpowiedzialność o charakterze niemajątkowym, nie osłabia znaczenia i skutków przyjęcia odpowiedzialności
dziennikarza, skoro jest ona nierozerwalnie wiązana z zakwestionowaniem zgodności jego postępowania z zasadami współżycia społecznego.
Jeszcze raz trzeba podkreślić, bo ten element rozpatrywanej sytuacji jest
często pomijany, że gdy mowa o bezprawności (wyłączeniu bezprawności) naruszenia dobra osobistego, chodzi o naruszenie dokonane aktem
publikacji materiału prasowego, co znaczy, że ocena ma dotyczyć konkretnie tego, czy decyzja o publikacji tekstu była, w momencie jej podjęcia, zgodna z zasadami współżycia, czy nie.
Uwzględnienie wszystkich omówionych aspektów rozważanego zagadnienia prowadzi do twierdzenia, że działanie dziennikarza w obronie
społecznie uzasadnionego interesu, spełniające wymagania szczególnej
staranności i rzetelności, nie może być uznane za bezprawne. Tzw. dowód prawdy, rozumiany jako wykazanie prawdziwości zarzutu nie stanowi koniecznej i niezależnej od pozostałych okoliczności przesłanki wyłączenia bezprawności naruszenia dobra osobistego w publikacji prasowej.
To oznacza, że wykazanie przez dziennikarza, że przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych działał w obronie społecznie uzasadnionego interesu oraz wypełnił obowiązek zachowania szczególnej staranności i rzetelności, uchyla bezprawność działania dziennikarza.
Przedstawione stanowisko dotyczy działania polegającego na opublikowaniu materiału prasowego, które – w związku ze spełnieniem określonych przesłanek – nie zostanie zakwalifikowane jako bezprawne naruszenie dóbr osobistych. Brak bezprawności wyłączy odpowiedzialność
dziennikarza z tytułu opublikowania materiału.
Nie oznacza to definitywnego wykluczenia uzyskania przez pokrzywdzonego satysfakcji (ochrony prawnej) jeżeli okaże się, że pomimo spełnienia wszystkich wymagań (co spowodowało wyłączenie bezprawności
naruszenia dokonanego aktem publikacji) materiał prasowy zawierał zarzuty nieprawdziwe.
Jest to natomiast to okoliczność stwarzająca nową sytuację, także dla
magazyn1-2010.indd 372
10-07-23 18:48:26
Uchwała SN
373
autora publikacji. Działanie zgodnie z etyką zawodową i z zasadami
współżycia społecznego (art. 10 ust. 1 prawa prasowego) nie pozwala
na zignorowanie skutków takiego ustalenia. Dziennikarz musi być tego
świadom, tym bardziej, że odpowiednie w takiej sytuacji zasady postępowania zostały ujęte w dwóch kodeksach etyki dziennikarskiej (I. „Autor zobowiązany jest do sprostowania z własnej inicjatywy, gdy informacja okazuje się fałszywa lub nieścisła” II. „Błędy i pomyłki wymagają jak
najszybszego sprostowania przez autora, nawet jeśli nie były zawinione
przez autora lub redakcję i bez względu na to, czy ktokolwiek wystąpi
o sprostowanie”). Jeżeli więc zarzut okaże się nieprawdziwy, należy oczekiwać od dziennikarza niezwłocznego opublikowania oświadczenia odwołującego zarzut (zwanego czasem „autosprostowaniem”). Wynika to
jasno z powinności respektowania zasad etyki i rzetelności dziennikarskiej, a także ogólnie akceptowanych zasad właściwego postępowania.
Niewykonanie tego obowiązku można więc zakwalifikować, w oparciu
o autonomicznie ukształtowane przesłanki, jako bezprawne zaniechanie usunięcia skutków postawienia nieprawdziwego zarzutu, z wszystkimi tego konsekwencjami. O takim właśnie „ryzyku” działania dziennikarza można mówić w sposób uprawniony – o ryzyku, że będzie on musiał przyznać fakt nieprawdziwości zarzutu, chociaż postawił go spełniwszy wszystkie konieczne warunki.
Postawienie takiego wymagania dziennikarzowi nie wiąże się już z napiętnowaniem jego działania jako bezprawnego (sprzecznego z zasadami współżycia społecznego) i nie może być uznane za godzące w wolność słowa i zagrażające swobodnemu przepływowi informacji. Z drugiej
strony, pozwala na przywrócenie równowagi w zakresie ochrony dóbr,
łagodząc skutki kolizji między nimi. Co szczególnie istotne, eliminuje,
a w każdym razie w sposób istotny osłabia, zarzut trudnego do zaakceptowania pozostawienia osoby dotkniętej nieprawdziwym, publicznie postawionym zarzutem, bez środków prawnej ochrony w stosunku do autora publikacji.
Oceniając rzeczy w taki sposób można osiągnąć rezultat pozwalający
na złagodzenie skutków kolizji dwóch prawnie chronionych dóbr.
Powracając do głównej kwestii, i sformułowanej wyżej tezy dotyczącej
przesłanek obalenia domniemania bezprawności naruszenia dóbr osobistych w publikacji prasowej, trzeba poczynić istotne zastrzeżenie. Teza
ta jest aktualna wyłącznie wtedy, gdy wymienione przesłanki są spełnione w pełnym zakresie, szczegółowo wyżej przedstawionym. Wymagania,
którym musi sprostać dziennikarz, aby móc skutecznie powoływać się
na podstawę wyłączenia bezprawności, są więc bardzo wysokie, a kryteria ich spełnienia – surowe. Zadośćuczynienie im, stanowiąc koniecz-
magazyn1-2010.indd 373
10-07-23 18:48:26
374
Ius et Lex nr 1/2010
ną przesłankę wyłączenia bezprawności, pozwoli z jednej strony na właściwe wypełnianie zadań prasy i korzystanie z wolności słowa, z drugiej
strony – na wydatne ograniczenie zagrożeń związanych z naruszaniem
praw osób, dotkniętych publikacjami prasowymi. Przyjęte stanowisko pozostawia sądowi możliwość wszechstronnej i skonkretyzowanej w każdej
sprawie oceny, któremu dobru należy w okolicznościach sprawy przyznać
pierwszeństwo ochrony; prawidłowa wykładnia i ocena w zakresie określonych wyżej przesłanek wyłączenia bezprawności na tle art. 24 § 1 k.c.
będzie stanowić wystarczającą gwarancję ochrony zarówno dóbr osobistych jednostki, jak i prawa do wolności słowa i swobody przekazywania
informacji.
Wszystkie omówiony względy uzasadniały rozstrzygnięcie zagadnienia
prawnego, jak w uchwale.
magazyn1-2010.indd 374
10-07-23 18:48:26
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
375
Treść uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego oddalającego kasację Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie dziennikarza skazanego za zniesławienie (art.
212 §2 kodeksu karnego) urzędnika Urzędu Gminy
POSTANOWIENIE
2004 r.
Sąd Najwyższy w składzie:
SSN Henryk Gradzik (przewodniczący)
SSN Roman Sądej
SSN Józef Skwierawski (sprawozdawca)
Protokolant Michał Wierzbowski
w sprawie:
skazanego za przestępstwo określone w art. 212 § 2 k.k.
po rozpoznaniu w Izbie Karnej, kasacji wniesionej przez
Rzecznika Praw Obywatelskich na korzyść skazanego oddala kasację, a kosztami sądowymi postępowania kasacyjnego obciąża Skarb Państwa.
UZASADNIENIE
Sąd Rejonowy uznał skazanego za winnego tego, że działając w wykonaniu z góry powziętego zamiaru, będąc redaktorem naczelnym tygodnika, w dwóch wydaniach gazety pomówił Pana M. o właściwości lub
postępowanie mogące poniżyć go w opinii publicznej lub narazić na
utratę zaufania potrzebnego do zajmowania stanowiska Rzecznika Prasowego Zarządu Gminy oraz Naczelnika Wydziału Promocji i Informacji Urzędu Gminy, w ten sposób, że umieścił w treści gazety nieprawdziwe zarzuty wyrażające się w zestawieniu czytelnej fotografii biletu wizytowego Pana M. z wyraźnie widocznym jego imieniem i nazwiskiem z tytu-
magazyn1-2010.indd 375
10-07-23 18:48:26
376
Ius et Lex nr 1/2010
łem „Promocja kombinatorstwa”, a nadto w stwierdzeniach, że „(...) tylko jakiś szantaż, niezrozumiałe partyjne szachy mogły wynieść Pana M.
na funkcję naczelnika” oraz, że Pan M. „pozwala sobie (...) na zniechęcanie klientów do współpracy z innymi nośnikami reklamy czyniąc sobie niedozwolony użytek z pełnionej funkcji publicznej”, to jest popełnienia przestępstwa określonego w art. 212 § 1 k.k. w zw. z art. 12 k.k.
i – na podstawie art. 212 § 1 k.k. – wymierzył karę trzech miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania na dwuletni okres próby.
Na podstawie art. 72 § 1 pkt 2 k.p.k. Sąd zobowiązał oskarżonego do
„przeproszenia pokrzywdzonego poprzez zamieszczenie na pierwszej
stronie Tygodnika – w terminie miesiąca od uprawomocnienia się wyroku – oświadczenia następującej treści: „Oświadczam, że informacje dotyczące Pana M. podane przeze mnie do publicznej wiadomości w Tygodniku o „kombinatorstwie” oraz „zniechęcaniu klientów do współpracy
z innymi nośnikami reklamy” i „czynieniu sobie niedozwolonego użytku
z pełnionej funkcji publicznej” są nieprawdziwe i mogły narazić Pana M.
na utratę zaufania potrzebnego do pełnionych przez niego funkcji. Przepraszam wszystkich, których wprowadziłem swoimi artykułami w błąd.”
Po rozpoznaniu apelacji wniesionych przez oskarżonego i jego obrońcę,
Sąd Okręgowy wyrokiem utrzymał w mocy zaskarżony wyrok.
Kasację od wyroku Sądu Okręgowego wniósł – na podstawie art. 521
k.p.k. – Rzecznik Praw Obywatelskich, zaskarżając wyrok „w całości na
korzyść skazanego”. W kasacji podniesiono zarzut „rażącego i mogącego
mieć istotny wpływ na treść zaskarżonego orzeczenia naruszenia art. 4
i art. 457 § 2 k.p.k., polegającego na niedokonaniu wszechstronnej kontroli przez sąd odwoławczy, poprzez zaniechanie dokonania analizy wyroku Sądu I instancji z punktu widzenia prawa do wolności wypowiedzi,
wyrażonego w art. 10 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności (Dz. U. Nr 61, poz. 284 z 1993 r. ze zm.)
w zw. z art. 91 ust. 1 Konstytucji RP – i w konsekwencji nieuwzględnienie
przez sąd odwoławczy okoliczności przemawiających na korzyść oskarżonego”. Autor kasacji zawarł w niej wniosek o uchylenie zaskarżonego
wyroku i przekazanie sprawy Sądowi Okręgowemu do ponownego rozpoznania w postępowaniu odwoławczym.
W pisemnej odpowiedzi na kasację oskarżyciel prywatny wniósł o jej
oddalenie utrzymując, że nieuwzględnienie realiów sprawy powoduje,
iż argumentacja zawarta w kasacji oraz przytoczone w niej poglądy wyrażone w orzeczeniach Europejskiego Trybunału Praw Człowieka nie znajdują zastosowania w niniejszej sprawie.
Sąd Najwyższy zważył, co następuje: Kasacja nie jest zasadna.
magazyn1-2010.indd 376
10-07-23 18:48:27
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
377
Zakres kontroli Sądu Najwyższego wyznaczają w niniejszej sprawie granice zaskarżenia i podniesionych zarzutów (art. 536 k.p.k.); nie zachodzi przy tym żaden z wypadków określonych w art. 435, 439 i 455 k.p.k.
Treść podniesionego w kasacji zarzutu pozwala przyjąć, że Autor kasacji
upatruje jej podstawy w uchybieniu polegającym na „zaniechaniu” przez
Sądy orzekające rozważenia normatywnych konsekwencji prawa do wolności wypowiedzi, w wyniku czego doszło do nieuwzględnienia okoliczności przemawiających na korzyść skazanego (naruszenie art. 4 k.p.k.
i art. 457 § 2 k.p.k. –- powinno być: art. 457 § 3 k.p.k., przyp. SN). W treści zarzutu nie skonkretyzowano okoliczności, które przemawiałyby na
korzyść skazanego, gdyby Sądy orzekające rozważyły konsekwencje postanowień art. 10 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka
i Podstawowych Wolności (zwanej dalej Konwencją) i art. 91 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Nie wskazano nawet, czy okoliczności
te miałyby znaczenie dla ustaleń w sferze winy, czy wyłącznie w zakresie
rodzaju ingerencji, w tym w szczególności kary i jej wymiaru.
Wątpliwości wynikających z nazbyt ogólnego sformułowania zarzutu
kasacji nie usuwa treść argumentacji zaprezentowanej w jej uzasadnieniu.
W obszernej, pierwszej części uzasadnienia przedstawiono stan prawny
i poglądy dotyczące prawa do wolności wypowiedzi, jego znaczenia dla
społeczeństwa demokratycznego i obowiązku bezpośredniego zastosowania w wewnętrznym obrocie prawnym zarówno art. 10 Konwencji, jak
i odnoszącego się do przepisów tego artykułu orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasbourgu (zwanego dalej Trybunałem). Poglądy te nie budzą żadnych istotnych kontrowersji, podobnie
jak treść i motywy wskazanych w kasacji orzeczeń Trybunału i rozstrzygnięć Sądu Najwyższego. W tej części kasacji wyrażono jednak przekonanie, że „wzięcie pod uwagę powyższych standardów mogłoby – zdaniem
Autora kasacji (przyp. SN) – spowodować korzystniejszą dla oskarżonego ocenę zachowania”. Wyrażenie takiego przekonania może prowadzić
do wniosku, zgodnie z którym Autor kasacji kwestionuje w ogóle zasadność uznania skazanego za winnego popełnienia występku przypisanego mu przez Sądy. Wszak wśród argumentów kasacji w tej części zaprezentowano m.in. wyrażony przez Trybunał pogląd, iż „granice dopuszczalnej krytyki są szersze w stosunku do polityków i ich działań publicznych, niż wobec osób prywatnych” (Lingens przeciwko Austrii) – co mogłoby wskazywać na to, że Autor kasacji czyn przypisany skazanemu uznaje
za legalny, czy to jako pozbawiony znamion czynu zabronionego, czy też
z powodu wyczerpania znamion kontratypu prawa do krytyki, wyłączającego bezprawność czynu.
Dla oceny granic podniesionego w kasacji zarzutu znaczący jest fakt,
magazyn1-2010.indd 377
10-07-23 18:48:27
378
Ius et Lex nr 1/2010
iż w pozostałej części uzasadnienia kasacji przedstawiono argumentację,
której istotą jest niewątpliwie kwestionowanie „nieproporcjonalności ingerencji”, poprzez wskazanie na potrzebę rozważenia, czy wymierzenie
orzeczonej kary było ingerencją „konieczną” w rozumieniu art. 10 ust. 2
Konwencji. Ta część kasacji zdaje się zatem przeczyć zamiarowi kwestionowania winy, a nawet sugerować, że w tym zakresie rozstrzygnięcie Sądów akceptuje. W każdym razie, skonkretyzowany charakter argumentacji tej części uzasadnienia kontrastuje z pierwszą jego częścią, w której niekontrowersyjne, ogólne poglądy zaprezentowano bez jakiegokolwiek wskazania, które z nich, i w jakim stopniu czy zakresie pozostają
w sprzeczności lub choćby w merytorycznym związku z realiami niniejszej
sprawy oraz kierunkiem i treścią prawomocnego wyroku. Gdyby jednak
przyjąć nawet, że pierwszą część kasacji uznać należy za wywód wprowadzający w zagadnienie swobody wypowiedzi i prawa do krytyki, i uzasadniający w ten sposób potrzebę rozważenia proporcjonalności ingerencji (art. 10 ust. 2 Konwencji) – to i wówczas niejasne pozostaje, czy „konieczność” jest – według Autora kasacji – warunkiem prawnej dopuszczalności ingerencji, czy ograniczeniem odnoszącym się tylko do rodzaju ingerencji, a zwłaszcza wymiaru kary.
Ostatecznie, podkreślona wyżej niejasność, choć nie pozwala rozpoznać realnego znaczenia poszczególnych twierdzeń kasacji dla niniejszej
sprawy, nie stanowi formalnej przeszkody do objęcia rozważaniami również kwestii legalności ingerencji. O zamiarze wywołania kontroli kasacyjnej i w tej kwestii świadczyć może zamieszczone w kasacji stwierdzenie, że „granice dozwolonej krytyki, w przypadku gdy przedmiotem postępowania jest zachowanie dziennikarza polegające na publikowaniu
na łamach czasopisma materiałów odnoszących się do działalności polityków, są wyznaczone nie tylko przez odpowiednie uregulowania kodeksu karnego, lecz także przez przepis art. 10 Konwencji oraz odnoszące
się do niego orzecznictwo” Trybunału. Z wyrażonego w tym stwierdzeniu
poglądu wynika, iż Autor kasacji dopuszcza możliwość, że w niniejszej
sprawie bezprawność czynu skazanego, stwierdzona z uwzględnieniem
przepisów art. 212 i 213 k.k., nie musi oznaczać, iż czyn ten – oceniony z zastosowaniem standardów wynikających z art. 10 Konwencji – pozostaje nadal bezprawny. Nie przesądzając a priori kwestii różnicy w zakresie unormowania wyłączenia odpowiedzialności między obu wskazanymi regulacjami prawnymi, istotne jest rozważenie, czy różnica ta – jeżeli istnieje – ma istotnie, uwzględniając charakter czynu, znaczenie
w niniejszej sprawie.
Rozważania w tym zakresie, a także w zakresie dotyczącym kary należy poprzedzić przedstawieniem ustaleń faktycznych dokonanych in con-
magazyn1-2010.indd 378
10-07-23 18:48:27
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
379
creto przez Sądy orzekające. Ustalenia te nie są wprawdzie w jakimkolwiek stopniu kwestionowane w kasacji, niemniej potrzeba zaprezentowania najistotniejszych przedmiotowych i podmiotowych okoliczności charakteryzujących czyn przypisany skazanemu pozostaje w ścisłym związku
z podniesionym w kasacji zarzutem uchylenia się Sądów orzekających od
obowiązku dokonania prawnej oceny czynu z uwzględnieniem kryteriów
wskazanych w art. 10 Konwencji.
Warunkuje to również możliwość dokonania konfrontacji tez i poglądów wskazanych w kasacji z konkretnym czynem, od czego zależy ustalenie ich znaczenia w rozpoznawanej sprawie.
Skazany w wydawanym przez siebie lokalnym tygodniku w artykule zamieszczonym w tym piśmie odniósł się krytycznie do inicjatywy wydawania przez organ wykonawczy samorządu terytorialnego odrębnego tygodnika („Informator”), przeznaczonego dla społeczności tej samej gminy.
Podstawą tej krytycznej opinii, wyrażonej niezwłocznie po ukazaniu się
pierwszego numeru konkurencyjnego tygodnika, było założenie, iż wydawnictwo to może być jedynie środkiem propagandowym władzy samorządowej, nie spełniającym wymogu rzetelnego informowania. Niezależnie od kwestii racjonalności takiego poglądu, nie znajdującego żadnego potwierdzenia w treści pierwszego numeru pisma, i niezależnie także od kontrowersyjności poglądu odmawiającego innemu podmiotowi
prawa do korzystania z wolności prasy – kwestia ta, co oczywiste, nie stanowiła przedmiotu postępowania w niniejszej sprawie.
Przedmiotem tym stały się natomiast te wypowiedzi zamieszczone
w tej i następnej publikacji skazanego, które dotyczyły bezpośrednio osoby Pana M., pełniącego w Zarządzie Gminy funkcję Naczelnika Wydziału Promocji i Informacji Gminy i inicjatora wydawania „Informatora”.
Treść tych wypowiedzi, które stanowiły zniesławienie przytoczona została w opisie czynu przypisanego skazanemu. Nie dysponował on w chwili publikacji żadnymi danymi, które wskazywałyby na istnienie przedstawionych przez niego faktów lub stanowiłyby usprawiedliwienie dla zaprezentowanych ocen. Żadnych okoliczności przekonujących o istnieniu opublikowanych faktów, czy uprawdopodobniających choćby oceny
dotyczące sylwetki i postępowania Pana M. nie ujawniono również w całym przebiegu postępowania sądowego, mimo uwzględnienia wniosków
dowodowych skazanego. W postępowaniu tym przeprowadzono dowód
prawdy w zakresie faktów, a także dowody niezbędne dla wykazania, czy
istniały okoliczności uzasadniające treść negatywnych ocen wyrażonych
w publikacjach. W wyniku tych czynności trafnie i zgodnie z treścią ujawnionych dowodów ustalono, że zarzuty podniesione przez skazanego publicznie, w środku masowego komunikowania, były nieprawdziwe. Nie-
magazyn1-2010.indd 379
10-07-23 18:48:27
380
Ius et Lex nr 1/2010
zgodne z prawdą były również inne zawarte w tych publikacjach informacje dotyczące pokrzywdzonego. Sąd nie uznał ich wprawdzie za zniesławiające, lecz miały one w tej sprawie znaczenie polegające na tym, że
służyły do wytworzenia u czytelnika przekonania o prawdziwości faktów
i ocen objętych opisem czynu. W uzasadnieniach zapadłych rozstrzygnięć przedstawiono wyczerpująco treść dowodów oraz oceny i wnioski
wynikające z ich analizy.
Ustalenia Sądów orzekających nie pozostawiają żadnych wątpliwości,
że nie miały miejsca fakty, o których skazany informował w swoich artykułach. Pokrzywdzony nie zniechęcał klientów do korzystania z innych
nośników reklamy, nie nadużywał pełnionej funkcji publicznej, nie krytykował lokalnych mediów i nie opiewał własnych zasług. Z tego samego
powodu nie znajdowało żadnego usprawiedliwienia sformułowane – na
podstawie tak stworzonych faktów – stwierdzenie, że pokrzywdzony „już
w pierwszym numerze” wydawanego pisma „daje wyraz swej postawy politycznej”, a nawet „celuje w partyjnictwie”. W kontekście, w jakim zamieszczona została ta ostatnia ocena, ma ona – wbrew stanowisku Sądu
Rejonowego – jednoznacznie pejoratywne znaczenie. Przedstawia ona
osobę pełniącą funkcję publiczną, jako niezdolną do obiektywnego postrzegania rzeczywistości, czynienia racjonalnych ocen i powodowaną
dbałością o interesy wyłącznie własnego ugrupowania z ignorowaniem
interesu publicznego. Należy dodać, że w pierwszym numerze pisma nie
ma żadnej wypowiedzi pokrzywdzonego.
Fotograficzno-graficzny zabieg ilustrujący stronę tytułową tygodnika w połączeniu ze związanym z nim tekstem informuje czytelników, że
działalność pokrzywdzonego, Naczelnika Wydziału Promocji Gminy, jest
„promocją kombinatorstwa”. Całość wypowiedzi, znajdującej kumulację
i podsumowanie w części ilustracyjnej, jest w swej treści zupełnie jasną
odpowiedzią udzieloną przez skazanego w nieznanej mu kwestii, bez
podjęcia choćby próby sprawdzenia okoliczności faktycznych. Pokrzywdzony od chwili podjęcia pracy w Urzędzie Gminy – jak ustalono w toku
postępowania – zaprzestał prowadzenia własnej agencji reklamowej. Jest
oczywiste, że nawet gdyby prowadził ją nadal, to i wówczas nie uzasadniałoby to wcale – bez ustalenia konkretnych okoliczności o przeciwnej wymowie – twierdzenia o jego nieuczciwości. Natomiast zaniechanie sprawdzenia, czy takie okoliczności istnieją, a zwłaszcza pominięcie – łatwego
w praktyce – ustalenia, czy pokrzywdzony agencję tę nadal prowadzi,
było w tych warunkach świadomym, publicznym pomówieniem o nieuczciwość, przybierającym w publikacji przemyślaną, spektakularną formę wyrazu. Kombinatorstwo jest synonimem nieuczciwości, skłonności
do podejmowania nielegalnych przedsięwzięć i oszukańczych interesów.
magazyn1-2010.indd 380
10-07-23 18:48:27
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
381
Zwrot „promocja kombinatorstwa”, choć może sugerować, że pokrzywdzony „tylko” propaguje takie sposoby postępowania, jest w istocie zręcznym wykorzystaniem treści jego działalności publicznej, odzwierciedlonej w nazwie stanowiska – dla wzmocnienia efektu wynikającego z kontrastu negatywnej sylwetki i charakteru pełnionej funkcji. Przekazanie
informacji o postawie, sylwetce oraz sposobie postępowania pokrzywdzonego uczynione zostało publicznie w sytuacji, w której – na czas pełnienia swej funkcji – zawiesił działalność swojej firmy.
W sprawie niniejszej do czasu zakończenia postępowania nie ujawniono również żadnych okoliczności, które w jakimkolwiek stopniu uzasadniałyby prezentowane w publikacjach skazanego oceny dotyczące sposobu objęcia urzędu przez pokrzywdzonego. Stwierdzenie: „logicznie rzecz
biorąc, tylko jakiś szantaż, niezrozumiałe partyjne szachy mogły wynieść
Pana M. na funkcję naczelnika” – obok zamieszczonej w innym miejscu
opinii, zgodnie z którą pokrzywdzony „jest koszmarnym snem” przedstawiają urzędnika jako osobę w tak wysokim stopniu nieodpowiednią
do pełnienia powierzonej mu funkcji, że nie jest logicznie możliwe, aby
osoba taka mogła otrzymać ten urząd w sposób zgodny z powszechnie
przyjmowanymi regułami. Piszący, zorientowany przecież w sprawach publicznych, nie mógł nie mieć przy tym świadomości, że o obsadzie personalnej decyduje w takich wypadkach koalicja ugrupowań dysponujących większością w radzie gminy, i że ten właśnie sposób obsady stanowisk – powszechny w politycznej praktyce – nie narusza utrwalonych reguł postępowania. Z opinii przytoczonych wyżej, przedstawionych publicznie lokalnej społeczności wynika natomiast przekonanie piszącego, iż kandydatura Pana M. była tak dalece niestosowna, że te zwykłe
reguły nie mogły być wystarczające. Jest zrozumiałe, że przedstawienie
określonych okoliczności świadczących o istnieniu wiarygodnych podstaw takiego przekonania, przesądzałoby o działaniu pozostającym w granicach prawa do dziennikarskiej krytyki i prawa do swobody wyrażania
opinii. W tym jednak wypadku opinie te nie miały żadnych podstaw, ani
w przedstawianych wyżej niezgodnych z prawdą faktach, ani w jakichkolwiek innych zaszłościach. Wyrażają one posiadane wyłącznie przez ich
autora przekonanie, że pokrzywdzony pozbawiony jest nie tylko moralnych i zawodowych kwalifikacji do pełnienia funkcji, lecz także w ogóle
niestosowny w takim stopniu, że żadne uczciwe i rozsądnie pojmowane
kryteria jego wyboru nie mogły być stosowane.
Stronę podmiotową czynu charakteryzuje przede wszystkim i w bardzo
istotny sposób fakt, iż skazany w chwili publikacji wiedział, że opisywane
przez niego fakty nie miały miejsca, a formułowane oceny nie wynikają
z żadnych znanych mu okoliczności faktycznych. W czasie przygotowy-
magazyn1-2010.indd 381
10-07-23 18:48:27
382
Ius et Lex nr 1/2010
wania publikacji nie podjął bowiem czynności zmierzających do ustalenia okoliczności przydatnych dla treści wypowiedzi, a zwłaszcza ocen dotyczących kompetencji pokrzywdzonego, jego uczciwości i sposobu pełnienia obowiązków. Zdecydowanie negatywne oceny niweczyły w opinii
publicznej jego dotychczasowy dorobek zawodowy i przedstawiały go
jako niegodnego zaufania potrzebnego dla wykonywania jego obowiązków. Oczywistym, i objętym zamiarem skazanego, skutkiem tych ocen
było jednocześnie zakwestionowanie osobowości i sylwetki podejrzanego, jako człowieka lekceważącego zasady ludzkiej i zawodowej przyzwoitości. Ujmując rzecz lapidarnie, po lekturze publikacji skazanego czytelnik nie mógł mieć wątpliwości, że w Zarządzie Gminy pracuje człowiek, który nie powinien pełnić funkcji publicznej.
Trzeba podkreślić, że zawarte w publikacjach stwierdzenia odniesione zostały do osoby, której skazany nie znał, ani osobiście, ani z treści
publicznych wystąpień, nie znał jej zawodowej przydatności, ocen jego
dotychczasowej zawodowej działalności, ani jego postawy jako urzędnika – a te właśnie kwestie uczynił przedmiotem swych publikacji. Piszący
nie skorzystał z możliwości skonfrontowania celowości i podstaw swego
zamierzenia z doświadczeniem bezpośredniej rozmowy z pokrzywdzonym. Zrezygnował ze sposobności do poczynienia własnych bezpośrednich spostrzeżeń, nie dopuszczając możliwości ewentualnej weryfikacji
swego stanowiska. Tymczasem potrzebę takiego postąpienia dyktował
dodatkowo fakt, iż pokrzywdzony w chwili pierwszej publikacji pracował
w Urzędzie Gminy dopiero miesiąc, a funkcję naczelnika pełnił od zaledwie kilku dni. Niewątpliwa determinacja w zniesławianiu pokrzywdzonego nie pozwoliła skazanemu skorygować swego postępowania także
po otrzymaniu w krótkim czasie kolejnych sprostowań Pana M. Żadnego z nich nie opublikował i nigdy nie poinformował pokrzywdzonego
o przyczynach odmowy ich opublikowania. Ta sama determinacja spowodowała natomiast opublikowanie ośmieszającego komentarza do nieopublikowanych sprostowań, wraz z zarzutem „niezrozumienia pojęcia
wolności prasy”. Teksty wszystkich sprostowań utrzymane były w rzeczowym i spokojnym tonie.
Skazany twierdził w toku procesu, że sprawdzał fakty w zakresie wszystkich kwestii podejmowanych w publikacjach, a wszystkie opisane przez
niego okoliczności są zgodne z prawdą. Deklaracje te są sprzeczne z innymi jego stwierdzeniami, objaśniającymi charakter poszczególnych wypowiedzi. Skazany przyznaje bowiem, komentując zarzut zniechęcania
reklamodawców i nadużywania stanowiska, że „w żadnej publikacji nie
opisywał sposobu, w jaki Pan M. zniechęca, a jedynie sygnalizuje problem na dużym poziomie wolności”. Komentarz ten uzupełnia wskaza-
magazyn1-2010.indd 382
10-07-23 18:48:27
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
383
niem osób, które były zniechęcane do współpracy z redakcją tygodnika. Żadna z tych osób nie była klientem tygodnika w znaczeniu zabiegającego o odpłatne zamieszczanie reklam. Rzecz w tym, że nawet użycie
w publikacji „dużego stopnia ogólności” nie pozostawia wątpliwości co
do przedmiotu nagannego postępowania Pana M. – tymczasem skazany, usprawiedliwiając tę wypowiedź wskazuje na inny przedmiot. Czymś
innym jest przecież zarzut zniechęcania klientów do korzystania z usług
określonego pisma i nadużycia pełnionej funkcji publicznej, a czym innym podejmowanie przez Pana M. w granicach jego obowiązków zwykłych decyzji dotyczących zatrudnienia czy zlecania określonym osobom
pracy na rzecz wydawanego przez Zarząd Gminy „Informatora”. Decyzje
te, gdyby skazany opisał je tak, jak w pismach procesowych, nie mogły
stanowić przyczyny pomówienia i nie stałyby się przedmiotem postępowania. Sam skazany ujawnia zatem, że okoliczności nie dające podstaw
do formułowania jakiegokolwiek zarzutu wykorzystał – bez ujawnienia
ich – do opublikowania zarzutu, jakiego one w żadnym stopniu nie uzasadniały. W tym wypadku „duży stopień ogólności” podyktowany był koniecznością, skoro okoliczności uzasadniające zarzut nie istniały, a przytoczenie rzeczywistych okoliczności ujawniałoby ich nierelewantność dla
treści zarzutu. Nie budzi wątpliwości umyślny i świadomy charakter tego
zniesławiającego zabiegu.
Podobnie niefrasobliwie komentuje skazany passus dotyczący sposobu
uzyskania przez pokrzywdzonego nominacji na stanowisko naczelnika.
Twierdzi bowiem, że pojęcie „szantaż” użyte zostało w trybie przypuszczającym, „gdyż miałem przesłanki do przypuszczeń co do faktu jego zaistnienia, dlatego też moje wypowiedzi są gatunkiem spekulacji” – wyjaśniając jednocześnie Sądowi, iż spekulacja to „przedstawianie przypuszczeń na określony temat”. Pomijając w tym miejscu fakt, iż – jak wykazało postępowanie dowodowe – piszący nie dysponował wcale racjonalnymi przesłankami do tego rodzaju przypuszczeń, podkreślenia wymaga
niedostrzeganie, że spekulacje nie stanowią uprawnionej podstawy do
formułowania treści pomawiających wskazaną personalnie osobę.
W kwestii „promocji kombinatorstwa” skazany przyznaje wprost, że
żadnymi w tym zakresie dowodami nie dysponował, i zmierzał jedynie
do wyjaśnienia sprawy. Fakt, iż pokrzywdzony w skardze prywatnej twierdzi – wywodzi skazany – że nie wykorzystywał pełnionej funkcji dla osiągania korzyści przez jego firmę, jest „satysfakcjonującym potwierdzeniem” sensu wyrażonej w publikacji troski o oddzielenie funkcji publicznej od interesów prywatnych. Stanowisko takie wymaga komentarza. Przede wszystkim, tekst zamieszczony pod ilustracją nie określa jednoznacznie przedmiotu żądanego wyjaśnienia. Nie wiadomo więc, czy
magazyn1-2010.indd 383
10-07-23 18:48:27
384
Ius et Lex nr 1/2010
wyjaśnienia wymaga fakt prowadzenia nieuczciwych interesów, czy ich
okoliczności. Wątpliwość tę rozstrzyga jednak w odbiorze czytelnika tytuł publikacji (pozbawiony znaku zapytania) w powiązaniu z treścią ilustracji. Konstrukcja publikacji jest zatem świadomym nadużyciem, polegającym na przedstawieniu jako faktu – mimo nieustalenia przez piszącego okoliczności o znaczeniu podstawowym – niczym nieusprawiedliwionego domniemania autora publikacji. Po wtóre, oskarżyciel prywatny
znacznie wcześniej, bo już w sprostowaniu przesłanym skazanemu i nieopublikowanym przez niego zawarł to samo stwierdzenie, co w skardze
prywatnej – lecz nie stanowiło ono wówczas dla skazanego „satysfakcjonującego potwierdzenia”, ani powodu do opublikowania sprostowania
czy przeproszenia pokrzywdzonego. Dla skazanego istotna była jedynie
jego osobista satysfakcja, nieistotna zaś i całkowicie zbędna jakakolwiek
rehabilitacja bezpodstawnie pomówionego przez niego Pana M. Przy deklarowanych przez skazanego dobrych intencjach nic nie stało przecież
na przeszkodzie, aby opublikować sprostowanie i przeprosić pokrzywdzonego, nie dopuszczając do procesu sądowego i – co znacznie ważniejsze – czyniąc to, czego wymagało elementarne poczucie sprawiedliwości i przyzwoitości. Skazany nigdy tego nie uczynił, i to mimo licznych
sposobności zarówno przed wszczęciem postępowania, jak i w jego toku,
a nawet po uprawomocnieniu się wyroku – a więc wtedy, kiedy obok racji moralnych istniał odrębnie prawnie nałożony obowiązek.
W końcu, gdyby zamiarem skazanego – jak twierdzi – było istotnie
spowodowanie jedynie wyjaśnienia określonych okoliczności, to z pewnością, gdyby działał w dobrej wierze, nie ogłaszałby publicznie i przedwcześnie wiadomości o nieuczciwości pokrzywdzonego. Tylko w wypadku ujawnienia faktów świadczących o wykorzystywaniu przez Pana M.
funkcji publicznej dla interesów jego prywatnej firmy adekwatne byłyby – jednoznacznie pomawiające go – ilustracje i tytuł publikacji, mającej czysto informacyjny charakter. Pogląd jakoby bez racjonalnych podstaw faktycznych można – bez kolizji z normą prawną – pomówić wskazaną imiennie osobę o naganne moralnie, czy nawet karygodne postępowanie, tylko w celu zmuszenia jej do ustosunkowania się do zarzutu,
jest i błędny i cyniczny. Podobnie, upatrywanie w takim postępowaniu realizowania dziennikarskiej „misji”, pełnionej w służbie interesu publicznego, słusznie budzi sprzeciw nie tylko opinii publicznej, lecz także tej
części środowiska dziennikarskiego, która szanuje aksjologiczne podstawy swego zawodu.
Sposób postępowania skazanego w niniejszej sprawie uwidacznia, w jaki
sposób powzięty z góry zamiar sprawić może, że okoliczności nic nie znaczące lub nieistotne, a w każdym razie nie stwarzające podstaw dla okre-
magazyn1-2010.indd 384
10-07-23 18:48:27
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
385
ślonych wniosków, przedstawić można – powodując się złą wiarą i własnym interesem – jako poważne zarzuty zniesławiające. Podmiotowe nastawienie autora publikacji dobrze ilustruje fakt, że nawet zamieszczenie nazwiska pokrzywdzonego w stopce redakcyjnej „Informatora” uznał
za wystarczającą podstawę zarzutu autoreklamy, i to zarzutu podniesionego w ścisłym związku z zarzutem krytykowania innych, jako przejawu
postawy politycznej pokrzywdzonego. Przykład ten odzwierciedla i trafnie charakteryzuje stałą w wypowiedziach na temat Pana M. dysproporcję między okolicznościami uznawanymi przez niego za wystarczającą
podstawę formułowania zarzutów, a rzeczywistością. O takim samym nastawieniu świadczy także zachowanie skazanego po opublikowaniu pomówień; mimo bowiem starań pomówionego nigdy (i do chwili obecnej) nie poinformował czytelników pisma o dostarczeniu im nieprawdziwych wiadomości. Nie opublikował przesłanych mu sprostowań, uznając je za „absurdalne”. Nie przeprosił pokrzywdzonego, a nałożony wyrokiem Sądu obowiązek przeproszenia ocenił jako „ofertę” nie do przyjęcia, skoro „wszystkie informacje dotyczące Pana M. były prawdziwe
i w odpowiedni sposób charakteryzowały jego sylwetkę”. Nie zamieścił
też w swym periodyku jakiegokolwiek własnego wyjaśnienia.
Przedstawione wyżej okoliczności charakteryzujące zachowanie skazanego przekonują, że umyślnie, z zamiarem bezpośrednim, w celu zniesławienia Pana M. pomówił go publicznie, z wykorzystaniem własnego tygodnika, o postępowanie i właściwości, które mogły go narazić na utratę zaufania potrzebnego dla jego działalności publicznej, i które przedstawiały go w ujemnym świetle z punktu widzenia zasad moralno-etycznych. Świadomość braku podstaw do podniesienia zniesławiających zarzutów, wynikająca z rezultatów postępowania dowodowego, a także przytoczonych wyżej wypowiedzi skazanego, pozwala twierdzić, że pomówienia były celowym działaniem zmierzającym do zdeprecjonowania Pana
M. w opinii lokalnej społeczności, jako osoby pełniącej funkcję publiczną. Skazany z konsekwencją demonstrował w tej sprawie postawę świadczącą o tym, że w granicach pojęcia wolności wypowiedzi i dopuszczalnej krytyki mieści się nieskrępowana, nie licząca się z realiami dowolność
w zniesławieniu wskazanych imiennie osób, wykluczająca przy tym możliwość uwzględnienia ich stanowiska we własnej sprawie – i to tak przed,
jak i po publikacji. W granicach tak rozumianej wolności korzystający ze
środka masowego komunikowania ma zatem prawo kreowania rzeczywistości i cenzurowania wszystkiego, co jej nie odpowiada – co pozwala pozbawić czytelnika prawa do informacji o stanowisku pomówionego, także
wtedy, kiedy przeczy on istnieniu faktów i okoliczności, które uczyniono
podstawą zniesławiającej publikacji. Tak pojmowana swoboda w ferowa-
magazyn1-2010.indd 385
10-07-23 18:48:27
386
Ius et Lex nr 1/2010
niu publicznego osądu sprzeciwia się zasadom moralnym, normom prawa i demokratycznym urządzeniom społecznym. Nie ma też nic wspólnego z prawem do krytyki jakiejkolwiek osoby, w tym osoby publicznej.
Prawo do obrony, także w postaci prawa do opublikowania sprostowania, jest cywilizacyjnym standardem, a kwestionowanie tego prawa uznać
trzeba za anachronizm, będący reliktem autorytarnego, przedmiotowego traktowania osoby. W wypadku osądzania konkretnej osoby respektowanie reguły audiatur et altera pars nie ogranicza prawa do krytyki,
lecz czyni ją moralnie uprawnioną i przez to skuteczną. Pozwala też na
rozważenie i zobiektywizowanie wypowiedzi, albo – co szczególnie istotne – na uniknięcie bezpodstawnego pomówienia. W tej ostatniej kwestii trafnie przytoczono w kasacji, obok wyrażonego przez Trybunał poglądu, iż „granice dopuszczalnej krytyki są szersze w stosunku do polityków”, uczynione w tym samym orzeczeniu zastrzeżenie, zgodnie z którym „nie oznacza to oczywiście, że ktoś tylko dlatego, że jest politykiem,
może być bezkarnie szkalowany bez możliwości obrony dobrego imienia” (sprawa Lingens przeciwko Austrii).
Potwierdzić też należy – jako trafne – ustalenie, iż postępowanie skazanego nie było podyktowane obroną społecznie uzasadnionego interesu.
Podnoszenie obiektywnie nieprawdziwych zarzutów, niezależnie od tego
czy wynika z rażącej niestaranności, nierzetelności i nieodpowiedzialności, czy z celowego posłużenia się nieprawdą (jak w niniejszej sprawie)
– nie realizuje idei swobody wypowiedzi i pozostaje ab ovo poza granicami dopuszczalnej krytyki. Nie służy również – co oczywiste – obronie
jakiegokolwiek społecznie uzasadnionego interesu. Służyć może jedynie doraźnym interesom zniesławiającego, nigdy zaś interesowi publicznemu, który nie odnosi przecież żadnej korzyści z informacji fałszywej,
wprowadzającej opinię publiczną w błąd, nie dającej się zatem wykorzystać zgodnie z tym interesem, bo nie przyczyniającej się do opisu rzeczywistości. Przeciwnie, informacja nieprawdziwa działa na szkodę tego interesu, obniżając zaufanie jej odbiorcy do źródła informacji. O ile niesporne jest zatem, że interes prywatny może być również uzasadniony
społecznie, o tyle rozważanie tej kwestii w wypadku nieprawdziwości zarzutu jest całkowicie bezprzedmiotowe.
W kwestii motywu działania skazanego przyjąć trzeba, że jeżeli przyczyn determinacji i konsekwencji z jaką występował przeciwko Pana M.
nie można upatrywać ani w powodach wskazywanych przez skazanego
(bo w rzeczywistości nie istniały), ani w „osobistych animozjach mających podłoże personalne” (co trafnie podkreślano skargach apelacyjnych) – to nie wynika z tego wcale, że skazany działał irracjonalnie. Motywy jego działania objaśniają przekonująco okoliczności świadczące
magazyn1-2010.indd 386
10-07-23 18:48:27
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
387
o istnieniu pilnej potrzeby obrony interesów należącego do niego wydawnictwa, które zagrożone zostały inicjatywą wydawania nowego pisma,
a w szczególności świadczeniem usług reklamowych, zwiększającym konkurencję na rynku reklam.
Skazany, broniąc własnego, zagrożonego interesu, mógł podjąć różne działania zwiększające konkurencyjność swego pisma. Mógł również
w rzeczowej, publicznej wypowiedzi podjąć problematykę racjonalnego
kształtowania reguł tworzenia lokalnego rynku prasy, albo ujawnić – gdyby dysponował taką wiedzą – ewentualne fakty świadczące o działaniu
mechanizmów nieuczciwej i niezgodnej z prawem konkurencji. Działań
takich nie podjął, bo nie sposób uznać za nie napastliwej i emocjonalnej próby zakwestionowania prawa lokalnego samorządu do wydawania
własnego pisma. Jest oczywiste, że o społecznej przydatności pisma i jego
powodzeniu rozstrzyga opinia jego odbiorców, a nie administracyjna ingerencja, czy opinia konkurencji, antycypująca propagandowy charakter wydawnictwa. Niewiara w skuteczność tej próby była w powstałej sytuacji przyczyną ataku na cel zastępczy, a więc motywem ukierunkowanych
personalnie zarzutów przeciwko uosabiającemu powstałe zagrożenie inicjatorowi pomysłu wydawania pisma samorządu. Skazany chciał przekonać opinię publiczną, że Pan M. jest osobą pozbawioną moralnych i zawodowych kwalifikacji. Bezpodstawność podniesionych zarzutów pozwala twierdzić, że działania takie podjąłby skazany w stosunku do każdej
osoby pozostającej w formalnej sytuacji pokrzywdzonego, ponieważ nie
osobiste cechy i właściwości takiej osoby, lecz potrzeba obrony własnego dobra, była decydującym motywem działania. W miejsce rzeczywistego problemu skazany stworzył nierzeczywisty wizerunek złego człowieka,
z nadzieją skompromitowania go w opinii publicznej i przywrócenia stanu sprzed jego inicjatywy, w którym władze samorządowe nie wydawały
pisma posiłkującego się wpływami z reklam, a wielokrotnie, przychylnie
przez niego oceniany poprzednik pokrzywdzonego nie zagrażał interesom firmy skazanego.
W takiej sytuacji twierdzenia skazanego, że nie miał zamiaru, a nawet
nie przewidywał, że publikacje mogą naruszać dobra osobiste Pana M.,
a krytyka była rzeczowa i nie napastliwa – nie mogą być traktowane poważnie, uwzględniając wszystkie wypowiedzi dotyczące pokrzywdzonego.
Emocjonalny, zgryźliwy, (co przyznaje sam skazany) i złośliwy stosunek tygodnika do Pana M. ujawniają liczne późniejsze publikacje, w tym informacja zamieszczona w numerze 81 z dnia 1 września 2002 r. (niepodpisana, a więc odredakcyjna) przedstawiająca tendencyjnie żonę pokrzywdzonego jako radną – wraz z niewybrednym, niesmacznym, zupełnie niepotrzebnym, charakteryzującym autora, a nie opisywane osoby, domy-
magazyn1-2010.indd 387
10-07-23 18:48:27
388
Ius et Lex nr 1/2010
słem piszącego, dotyczącym także pokrzywdzonego. Ten niskiej próby
materiał prasowy zamieszczono w bezpośrednim sąsiedztwie pochodzącego od tej samej redakcji komentarza na temat... granic dopuszczalnej
krytyki.
Obszerne przedstawienie wyżej okoliczności charakteryzujących zachowanie skazanego pozwala skoncentrować dalsze rozważania wokół
prawnych aspektów niniejszej sprawy, stanowiących podstawę argumentacji zawartej w kasacji.
Na wstępie tych rozważań należy przypomnieć, że w postanowieniach
rozdziału II Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, określających deklarowane i konstytucyjnie chronione wolności oraz prawa osobiste i polityczne człowieka i obywatela, do wartości tych zaliczono zarówno godność człowieka, jako „źródło wolności i praw człowieka i obywatela”, nakazując jej poszanowanie i ochronę władzom publicznym (art. 30 ust.
1) oraz prawo do ochrony czci i dobrego imienia (art. 47) – jak i wolność wyrażania swoich poglądów (art. 54 ust. 1), a więc wolność wypowiedzi. Niezależnie od stanowiska zajmowanego w kwestii hierarchii poszczególnych wartości i praw, uzasadnione jest stwierdzenie, że istnieją
stałe, oddziałujące wzajemnie i wieloaspektowo zależności między stanem poszanowania każdej z tych wartości a warunkującym ten stan i zależnym od niego jednocześnie, realnym wymiarem godności człowieka.
Od praktyki kształtującej te powiązania i relacje zależy społeczny proces wzmacniania lub hamowania rozwoju kulturowego ludzkiej cywilizacji. Już sam fakt jednoczesnego realizowania różnych wolności i praw
przysługujących każdej osobie prowadzi nieuchronnie do kolizji, wymagających rozstrzygnięcia, której z wartości udzielić należy ochrony, rezygnując – z konieczności – z ochrony innej wartości. Jednym ze sposobów rozwiązywania takich kolizji jest ustanowienie prawnych ograniczeń
w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw – ze względu na
konieczność ochrony dobra powszechnego albo wolności i praw innych
osób. Rozwiązanie takie, wyznaczające prawne granice wolności i praw,
wyrażone zostało w art. 31 ust. 3 Konstytucji w postaci klauzuli ogólnej,
dotyczącej wszystkich konstytucyjnych wolności i praw.
Wolność wypowiedzi, będąca przedmiotem niniejszych rozważań, przysługuje również prasie, która „urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej” (art. 1 pr. prasowego). Krytyka może przybrać postać krytyki spersonalizowanej, w tym wyrażającej dezaprobatę, przedstawiającej
zatem określoną osobę w wyłącznie złym świetle, a więc naruszającej jej
godność, cześć i przynależny jej szacunek. Właśnie godność i cześć jednostki jest tym dobrem, które często zostaje naruszone w wyniku korzy-
magazyn1-2010.indd 388
10-07-23 18:48:27
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
389
stania z wolności wyrażania swoich poglądów i prawa do krytyki.
Granice wolności słowa i dopuszczalnej krytyki wyznaczają – zgodnie
z wymaganiem formalnym wskazanym w art. 31 ust. 3 Konstytucji – ustawowe normy różnych gałęzi prawa. Na gruncie prawa karnego, w odniesieniu do omawianej problematyki zniesławienia w wyniku realizacji prawa do krytyki, klauzulę ogólną zawartą w art. 31 ust. 3 Konstytucji konkretyzuje treść art. 213 § 2 k.k. Przepis ten, stanowiący kontratyp dozwolonej krytyki, wyłącza bezprawność zniesławienia ustalając, iż
„nie popełnia przestępstwa określonego w art. 212 § 1 lub 2 k.p.k., kto
publicznie podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut służący obronie społecznie uzasadnionego interesu”. Postanowienie to, precyzując granice
prawnie dopuszczalnej krytyki wskazuje jednoznacznie, że w tych jedynie wypadkach ustawodawca rezygnuje z ochrony czci, godności i dobrego imienia jednostki. Poza granicami dopuszczalnej krytyki pozostaje zatem wypadek każdego innego zachowania, nie odpowiadającego wymaganym łącznie znamionom kontratypu, określonym w art. 213 § 2 zd. 1
k.k. Dalsza część tego przepisu, nie jest dla niniejszych rozważań interesująca, skoro działanie skazanego pozostaje poza granicami prawnie dopuszczalnej krytyki już z powodu nieprawdziwości podniesionych zarzutów. Podstawą odpowiedzialności skazanego zasadnie uczyniono zatem
normę typu kwalifikowanego (art. 212 § 2 k.k.) przestępstwa określonego w art. 212 § 1 k.k. Surowsza ocena prawna w wypadku podniesienia
w środku społecznego komunikowania nieprawdziwego lub nawet prawdziwego zarzutu, lecz nie służącego obronie społecznie uzasadnionego
interesu, nie jest przejawem woluntaryzmu ustawodawcy, lecz uwzględnia z wymaganą racjonalnością wyższy stopień społecznej szkodliwości
czynu i większy rozmiar krzywdy wyrządzonej jednostce ze względu na
zasięg i intensywność działania pomówienia. Jest oczywiste, że surowszą
odpowiedzialność ponosi na podstawie tego przepisu nie tylko dziennikarz, lecz także każda osoba korzystająca ze sposobności opublikowania
zniesławiającej wypowiedzi w środku społecznego komunikowania lub
publikująca ją w inny sposób, porównywalny co do zasięgu oddziaływania.
Wprowadzenie zakazu cenzury prewencyjnej środków społecznego komunikowania (art. 54 ust. 2 Konstytucji) nie uzasadnia wniosku, że cześć,
godność i dobre imię człowieka nie podlegają ochronie – ani poglądu,
że ochrona tych wartości pozostaje odtąd wyłącznie kwestią niczym nie
ograniczonej woli autora wypowiedzi. Przeciwnie, funkcję wstępnej kontroli zgodności publikacji z wymaganiami określonymi w przepisach prawa, w tym prawa prasowego, powierza m.in. autorowi krytycznej wypowiedzi – a w wypadku niespełnienia tych wymagań zapewnia ochronę
magazyn1-2010.indd 389
10-07-23 18:48:27
390
Ius et Lex nr 1/2010
godności pokrzywdzonego, przewidując odpowiedzialność karną autora na podstawie art. 212 § 2 k.k., niezależnie od przyczyny podniesienia
nieprawdziwego zarzutu.
Swoboda wypowiedzi i prawo do krytyki chronione są natomiast należycie przez sam fakt wyłączenia bezprawności działania w wypadku podniesienia lub rozgłoszenia zarzutu prawdziwego, służącego obronie społecznie uzasadnionego interesu. Z punktu widzenia zasad moralno-etycznych, reguł współżycia społecznego i potrzeby ochrony powszechnie akceptowanych wartości całkowicie niezrozumiałe byłoby zarówno twierdzenie, że swoboda wypowiedzi i prawo do krytyki realizowane są również w wypadku podnoszenia czy rozgłaszania nieprawdziwego zarzutu
zniesławiającego, jak i domaganie się prawnej ochrony takiego postępowania. Te same zasady, reguły i potrzeby legły u podstaw rozwiązań prawnych przyjętych przez przepisy prawa prasowego. Zobowiązują one do:
• urzeczywistniania prawa obywateli do ich rzetelnego informowania (art. 1), a więc uczciwego, nie wprowadzającego błąd co do
istoty opisywanych zaszłości,
• prawdziwego przedstawiania omawianych zjawisk (art. 6),
• działania zgodnego z etyką zawodową, zasadami współżycia społecznego oraz pozostającego w granicach określonych przepisami prawa (art. 10 ust. 1),
• „zachowania szczególnej staranności i rzetelności przy zbieraniu
i wykorzystaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzenia
zgodności z prawdą uzyskanych wiadomości lub podania ich źródła” (art. 12 ust 1 pkt 1),
a także
• chronienia dóbr osobistych (art. 12 ust. 1 pkt 2).
Nie budzi zatem żadnych wątpliwości zarówno fakt umiejscowienia
wskazanych obowiązków w ustawie określającej status zawodu dziennikarskiego, jak i wniosek, że zawarte w niej postanowienia wynikają z tych
samych aksjologicznych podstaw, które przesądziły o treści normatywnych rozwiązań konstytucyjnych i prawnokarnych. Wymagania prawdziwości informacji oraz warsztatowej rzetelności stanowią więc rozstrzygające kryteria ustalania granicy wolności wypowiedzi i prawa do krytyki.
W doktrynie przyjmuje się, że „granicą wolności słowa i wolności prasy jest kłamstwo; tam gdzie się ono zaczyna, kończy się wolność prasy”
(J. Sobczak: Ustawa Prawo prasowe – Komentarz, Warszawa 1999, s. 92).
Ze szczególną stanowczością pogląd ten należy odnieść do granic dopuszczalnej, spersonalizowanej krytyki. W literaturze przedmiotu podkreśla się że: „informacje o innych osobach muszą być weryfikowane
magazyn1-2010.indd 390
10-07-23 18:48:28
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
391
w pełnym zakresie. Muszą być one sprawdzone co do tego, czy są zgodne z prawdą lub oparte o pewne i wiarygodne źródło informacji”
(J. Sobczak – op. cit., s. 166). Według tego samego Autora „nieprawdziwe, niesprawdzone wypowiedzi w sprawach publicznych, oparte na
plotkach i pomówieniach, kłamliwe opinie krytyczne stanowią przekroczenie granic wolności wypowiedzi” (Ustawa Prawo prasowe – Komentarz,
w druku). Naruszanie godności i dobrego imienia przez podnoszenie
i rozgłaszanie nieprawdziwych zarzutów ma w naszym kręgu cywilizacyjno-kulturowym jednoznacznie negatywną ocenę z powodu fundamentalnych racji moralnych i etycznych. W tym zatem zakresie ingerencja
prawa – respektującego te racje – w niczym nie narusza wolności wypowiedzi, która nie jest przecież równoznaczna z prawem do całkowitej
dowolności, ani zgodą na działanie wolnego rynku werbalnego zła, lecz
pozytywną wartością dojrzałej i odpowiedzialnej wolności. Nieprawda
nie realizuje idei wolności wypowiedzi i nie służy żadnej innej wartości,
a więc i obronie społecznie uzasadnionego interesu, bo czynienie zła nie
przysparza dobra. Nie oczekuje jej również odbiorca informacji, skoro
nie urzeczywistnia jego prawa do informacji rzetelnej, lecz lekceważy
go, dezinformuje i traktuje przedmiotowo. Nieprawda sprzeniewierza
się idei wolności wypowiedzi, deprecjonując samą jej istotę. Inne rozumienie swobody wyrażania poglądów, w tym prawa do krytyki, wyrażałoby aprobatę dla stałego obniżania kulturowych standardów oraz redukcji poziomu przyzwoitości, wrażliwości i odpowiedzialności.
Zakres udzielanej pokrzywdzonemu ochrony prawnokarnej obejmuje – w wypadku pomówienia uczynionego publicznie – obok wypowiedzi dotyczących faktów, także sądy wartościujące. W kwestii faktów rozstrzyganie w przedmiocie prawdziwości – decydujące najczęściej o udzieleniu ochrony dobremu imieniu albo wolności wypowiedzi – następuje w drodze przeprowadzenia dowodu prawdy i oceny jego wiarygodności. Okoliczność, iż sądy wartościujące (ujemne opinie i oceny) nie poddają się podobnej weryfikacji nie może oznaczać, że w wypadku zniesławiających ocen potrzeba prawnej ochrony godności osoby nie może
być realizowana. Akceptowanym w orzecznictwie i doktrynie, racjonalnym kryterium dopuszczalności krytyki w tej postaci jest bowiem wskazanie dostatecznych podstaw faktycznych zniesławiających ocen. W wypowiedziach skazanego, objętych opisem przypisanego mu czynu, obok
nieprawdziwych faktów są również oceny. W realiach niniejszej sprawy
nie jest przy tym istotne istnienie trudności w zakwalifikowaniu niektórych wypowiedzi do faktów, czy ocen. Istotne jest natomiast, że pozostają one w ścisłym związku z faktami mającymi te oceny uzasadniać, a skazany miał świadomość nieprawdziwości tych faktów. Wynikający z tego
magazyn1-2010.indd 391
10-07-23 18:48:28
392
Ius et Lex nr 1/2010
oczywisty brak uzasadnienia oceny okolicznościami faktycznymi jest nadużyciem wolności wypowiedzi i dopuszczalnej krytyki. Takie stanowisko
wyraził Trybunał w sprawie Feldek przeciwko Słowacji w orzeczeniu z dnia
12 lipca 2001 r. (I.C. Kamiński, Swoboda wypowiedzi..., Zakamycze 2003,
s. 98), stwierdzając, że przy braku dostatecznej podstawy faktycznej wyrażonej opinii, dochodzi do nadużycia wolności słowa. Wbrew poglądowi komentatora, nie wynika z tego wymaganie ograniczone jedynie do
postulatu zgodnie z którym „między oceną a rzeczywistością powinien
istnieć pewien związek” (op. cit., s. 100). „Pewien”, to jakiś, jakikolwiek
– co w żadnym stopniu nie odpowiada znaczeniu zwrotu „dostateczne
podstawy faktyczne”. Pomówienie o nieuczciwość uzasadnione tylko majętnością określonej osoby spełniałoby proponowany przez komentatora warunek dopuszczalności krytyki, mimo oczywistego nadużycia swobody wypowiedzi.
Świadome przedstawienie przez skazanego w publikacjach nieprawdziwych faktów i informacji o właściwościach pokrzywdzonego w postaci ocen „uzasadnionych” tymi faktami, wyklucza możliwość oceny takiego zachowania, jako odpowiadającego znamionom kontratypu określonego w art. 41 pr. prasowego, skoro przepis ten udziela ochrony krytyce „rzetelnej, zgodnej z zasadami współżycia społecznego”.
Z tych samych powodów niezasadne byłoby również twierdzenie, że
skazany działał w – opartym na uzasadnionych podstawach – przeświadczeniu, że zarzuty są prawdziwe i że broni społecznie uzasadnionego interesu. Postępowanie skazanego nie daje się bowiem usprawiedliwić dobrą wiarą, ani działaniem w obronie takiego interesu. Niczego nie zmienia w tych warunkach okoliczność, że publikacje dotyczyły osoby pełniącej od kilku dni funkcję publiczną we władzach lokalnego samorządu. Skazany podniósł bowiem ze złą wiarą nieprawdziwe zarzuty przedstawiające informacje o jej nieuczciwym postępowaniu i negatywnych
właściwościach, w celu zdyskredytowania jej w opinii publicznej jedynie
z powodu przejawienia inicjatywy wydawniczej pozostającej w granicach
powierzonych jej zadań – i to w sytuacji, w której inicjatywa ta mogła
tylko, lecz wcale nie musiała wpływać na konkurencyjność i rentowność
firmy wydawniczej skazanego. Przeświadczenie, o którym wyżej mowa,
nie jest w obowiązującym stanie prawnym objęte kontratypem wyłączającym bezprawność pomówienia – jak miało to miejsce uprzednio (art. 179
§ 2 pkt 2 k.k. z 1969 r.). Nie oznacza to, że prawne konsekwencje wynikające z ustalenia tak określonej podmiotowej strony czynu nie mogą być
i dzisiaj rozważane (błąd, niemożność przypisania umyślności). Jednakże w realiach niniejszej sprawy rozważania takie nie znajdują uzasadnienia wobec trafnych ustaleń sądów w zakresie działania w złej wierze, za-
magazyn1-2010.indd 392
10-07-23 18:48:28
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
393
niechania czynności i obowiązków określonych w art. 12 pr. prasowego
i świadomości podnoszenia nieprawdziwych zarzutów. Ustalenia te pozwalają pominąć również, jako bezprzedmiotową w tej sprawie, kwestię
zasadności i konsekwencji poglądu, zgodnie z którym sama tylko obiektywna prawdziwość zarzutu – bez uwzględnienia dziennikarskiej staranności – nie powinna przesądzać o bezprawności działania lub jej braku.
W niniejszej sprawie nie znajduje też zastosowania żadne z pozaustawowych wyłączeń bezprawności.
Porównanie treści postanowień Konstytucji RP i Konwencji nie ujawnia istotnej dla niniejszych rozważań różnicy w określeniu przedmiotu
ochrony. W Konstytucji jest nim „wolność wyrażania swoich poglądów
oraz (...) rozpowszechnianie informacji” (art. 54 ust. 1), w Konwencji „prawo do swobody wypowiedzi”, które obejmuje „wolność posiadania poglądów oraz (...) przekazywanie informacji i idei” (art. 10 ust. 1).
Stwierdzenie to dotyczy również, z zastrzeżeniami nieistotnymi dla niniejszej sprawy, postanowień regulujących zakres dopuszczalnych ograniczeń w korzystaniu z tych wolności. O ile bowiem istnieje różnica formalna, polegająca na tym, że postanowienie Konstytucji (art. 31 ust. 3)
odnosi się do wszystkich „konstytucyjnych wolności i praw”, a Konwencja
(art. 10 ust. 2) precyzuje ograniczenia odnoszące się wyłącznie do prawa swobody wypowiedzi – o tyle zarówno podstawy formalne, cel i warunek konieczności ustanowienia prawnych ograniczeń określone są podobnie. Nie budzi też wątpliwości, że oba te akty normatywne dopuszczają możliwość ingerencji tylko w wypadku łącznego spełnienia trzech warunków: legalności, celowości i konieczności. Oba akty uznają za jeden
z celów ingerencji (a więc ograniczenia swobody wypowiedzi) „ochronę dobrego imienia innych osób” (Konwencja) lub „ochronę wolności
i praw innych osób” (Konstytucja).
Na tle powyższych uwag zaskakujący jest fakt, iż podniesiony w kasacji zarzut zaniechania przez Sąd Okręgowy analizy zaskarżonego wyroku „z punktu widzenia prawa do wolności wypowiedzi wyrażonego
w art. 10 Konwencji”, a w konsekwencji „nieuwzględnienia (...) okoliczności przemawiających na korzyść oskarżonego”, zawiera w sobie założenie, że przyjęty Konwencją zakres ingerencji jest węższy, a przeoczenie
tego przez sądy orzekające uniemożliwiło wydanie orzeczenia korzystniejszego dla skazanego. W treści zarzutu kasacji, ani w jej uzasadnieniu
nie wskazano żadnych powodów przyjęcia takiego założenia, nie znajdującego potwierdzenia w przedstawionej wyżej ocenie zakresu ograniczeń dopuszczalnych na podstawie obu aktów prawnych. Trzeba zatem
przyjąć, że sama istota sprecyzowanego w zarzucie kasacji uchybienia,
nie została wykazana. Nie wskazano bowiem takiej normatywnej różni-
magazyn1-2010.indd 393
10-07-23 18:48:28
394
Ius et Lex nr 1/2010
cy między obu regulacjami, która – gdyby została przez sądy dostrzeżona – ujawniałaby korzystniejszy dla skazanego stan prawny, wynikający
z Konwencji, nieznany przy tym prawu krajowemu. Co więcej, różnicy
tej nie wskazano mimo podkreślenia, że nieuwzględnienie art. 10 Konwencji jest sprzeczne z wynikającym z postanowień ust. 91 Konstytucji
obowiązkiem bezpośredniego zastosowania Konwencji w wewnętrznym
obrocie prawnym, a także nakazem pierwszeństwa stosowania tego przepisu przed ustawą, „jeśli ustawy tej nie da się pogodzić z umową”. Autor kasacji nie wskazuje przy tym w żadnej jej części, czy, i w jakim ewentualnie zakresie, występuje – w określeniu podstaw odpowiedzialności
dziennikarza za zniesławienie, albo w określeniu podstaw wyłączenia tej
odpowiedzialności – sprzeczność między stanem prawa krajowego a stanem prawnym wynikającym z art. 10 Konwencji. Niemożność wykazania takiej sprzeczności w niniejszej sprawie wynika – zdaniem Sądu Najwyższego – z jej nieistnienia. Nic nie uzasadnia przecież poglądu, że ponoszenie przez dziennikarza odpowiedzialności karnej za umyślne i celowe podniesienie nieprawdziwego, zniesławiającego zarzutu pozostaje
w sprzeczności z zakresem wyłączenia odpowiedzialności wynikającym
z art. 10 ust. 2 Konwencji. Oznacza to, że zarzut rażącego naruszenia zasady obiektywizmu w rozpoznaniu sprawy nie znajduje wcale uzasadnienia w pominięciu art. 10 Konwencji, lecz – jak przekonuje uzasadnienie
kasacji – w nieustosunkowaniu się do poglądów wyrażonych przez Trybunał w orzeczeniach, w których wskazywano kryteria wyznaczające granice wolności wypowiedzi i dopuszczalności krytyki.
W kasacji wskazano liczne wypowiedzi Trybunału, przy czym większość
z nich – uwzględniając stopień ich ogólności – stanowi motywacyjną podstawę tekstów uzasadnień i może być odniesiona do każdej sprawy dotyczącej granic dopuszczalnej krytyki. W żadnym wypadku nie wskazano natomiast na ich merytoryczne znaczenie w niniejszej sprawie. Co
istotne, kasacja w żadnej części i w najmniejszym stopniu nie nawiązuje do okoliczności czynu i jego charakteru, podobnie jak nie wskazuje
również na jakiekolwiek uchybienie w ocenie prawnej czynu. Sprawia
to, że w zasadniczej swej części pozostaje „obok” sprawy i jej realiów,
a podniesiony w niej zarzut – w całym zakresie, w jakim miałby się odnosić do zasadności uznania skazanego za winnego popełnienia przestępstwa – nie może być uznany za wykazany. Konstrukcja kasacji nie pozwala stwierdzić, który z poglądów wyrażonych przez Trybunał nie został wzięty pod uwagę – a Sąd Najwyższy nie dostrzega możliwości uznania, by którykolwiek z poglądów przytoczonych w kasacji znajdował zastosowanie w niniejszej sprawie. Nie jest przy tym jasne, dlaczego Autor
kasacji, skoro zdecydował się kwestionować zasadność uznania skazane-
magazyn1-2010.indd 394
10-07-23 18:48:28
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
395
go za winnego – co wynika z argumentacji uzasadnienia – nie podniósł
zarzutu naruszenia prawa materialnego, polegającego na błędnej interpretacji przepisu lub znamion określonego nim czynu, wskazując na odmienną interpretację czy wykładnię przyjętą w orzeczeniu Trybunału lub
Sądu Najwyższego. Nie wypłynęłoby to na skuteczność kasacji, jak wynika z przedstawionych wyżej motywów rozstrzygnięcia, lecz precyzowałoby prawne przyczyny zaskarżenia, pozwalając ograniczyć powyższe rozważania do określonych, istotnych kwestii. W pełni uzasadnione jest w
tym miejscu stwierdzenie: „Nie można ogólnikowo powołać się na wolność wyrażania poglądów, gdy wolność ta jest właśnie ograniczona koniecznością ochrony dobrego imienia innej osoby” (A. Zoll, Komentarz
do KK, Zakamycze 1999, t. 3, s. 657).
Wolność wypowiedzi, w tym i prawo do krytyki nie są nieograniczone,
co jednoznacznie potwierdzają regulacje prawne. Realia niniejszej sprawy są przekonującym dowodem potrzeby ograniczeń stypizowanych we
wszystkich aktach prawnych regulujących tę kwestię, w tym także w – wielokrotnie powoływanym w kasacji – art. 10 ust. 2 Konwencji. Ingerencja
dokonana w tej sprawie nie wykracza poza ramy wyznaczone tym postanowieniem i nie narusza istoty wolności wypowiedzi i prawa do krytyki
(art. 31 ust. 3 zd. ostatnie Konstytucji). Przeciwnie, w pełni uzasadnione
jest stwierdzenie, że działa ona na rzecz ochrony wolności wypowiedzi
poprzez wskazanie na potrzebę i przyczyny wyraźnego, prawnego zróżnicowania zachowań pozostających w granicach odpowiedzialnego korzystania z tej wolności, czy nawet budzących uzasadnione wątpliwości
i dlatego wymagających wnikliwej oceny – od zachowań sytuujących się
jednoznacznie i od początku poza tymi granicami. Te ostatnie stanowią
nie tyle o naruszeniu zasad i obowiązków związanych z formułowaniem
spersonalizowanych zarzutów (zostały bowiem całkowicie zignorowane),
ile – jako podjęte wprost i wyłącznie w celu naruszenia czci i godności
innej osoby i bez innych racji uzasadniających krytyczną wypowiedź –
o rażącym nadużyciu, polegającym na wykorzystaniu prawa niezgodnie
z jego istotą i przeznaczeniem.
Legalność i celowość ingerencji znajduje uzasadnienie w treści przytoczonych postanowień Konstytucji RP i Konwencji oraz omówionych wyżej obowiązujących powszechnie, znanych i jasno wyrażonych normach
prawa karnego.
W kwestii warunku „konieczności” ingerencji nasuwają się następujące
uwagi. Zarówno w Konstytucji RP, jak i w Konwencji konieczność odniesiona jest do celu ustanowienia ograniczenia i stanowi uzasadnienie kierunku rozstrzygania w sytuacji powstałej kolizji wynikającej z konkurencji
dóbr wymagających ochrony. Żadna z wartości określonych we wskaza-
magazyn1-2010.indd 395
10-07-23 18:48:28
396
Ius et Lex nr 1/2010
nych źródłach prawa jako przedmiot ochrony nie może być – co do zasady – kwestionowana, i to nie tylko dlatego, że jest wartością uznaną za
taką przez normę prawa, lecz i z tego powodu, że racjonalność udzielenia jej ochrony nie nasuwa wątpliwości. Wymaganie dotrzymania warunku konieczności ingerencji nie może zatem polegać na obowiązku każdorazowego podejmowania przez sąd orzekający rozważań sprowadzających się do kontroli ustawodawcy i rozstrzygania, czy przyczyna ograniczenia wolności wypowiedzi – w tym wypadku cześć, godność i dobre
imię osoby – jest w ogóle dobrem wymagającym ochrony. Przedmiotem
kontroli stosującego prawo może i powinna być wyłącznie kwestia, czy
in concreto ograniczenie jest konieczne, a zatem, czy okoliczności rozpoznawanej sprawy wymagają udzielenia ochrony dobru wymienionemu
w klauzuli ograniczającej wolność wypowiedzi. Tak rozumiany warunek
konieczności nie został w niniejszej sprawie naruszony, w istocie nie wymagał nawet merytorycznych rozważań, ponieważ w wypadku celowego
podniesienia nieprawdziwych zarzutów nieracjonalne byłoby uznanie, że
istnieje stan kolizji wartości i potrzeba rozstrzygania, której z nich udzielić ochrony. Nie istnieje przecież i nie daje się wydzielić żaden substrat,
ani żaden aspekt takiej wypowiedzi, który wyrażałby wartość podlegającą ochronie i reprezentował – w konfrontacji z dobrym imieniem osoby – racje drugiej „strony” konfliktu wartości.
Pozostawanie określonej wypowiedzi poza granicami wszystkich względów, dla których wolność wypowiedzi jest wartością i podlega ochronie
nie uzasadnia wniosku, że sprawca mógłby jednocześnie korzystać z jakichś szczególnych gwarancji, udzielanych ze względu na ochronę wolności wypowiedzi. Po stwierdzeniu w konkretnej sprawie, że sprawca działał ze złą wolą, byłby to wniosek nieracjonalny.
W konsekwencji, nie sposób uznać również, aby w niniejszej sprawie
– uwzględniając właśnie charakter czynu – mogły mieć zastosowanie takie szczególne gwarancje, które – zdaniem Autora kasacji – miałyby polegać na obowiązku rozważania przez Sąd Okręgowy nie tylko konieczności ingerencji, lecz także jej proporcjonalności, rozumianej być może
inaczej i korzystniej, niż znane polskiemu prawu karnemu pojęcie współmierności kary. Gdyby tak było istotnie, oznaczałoby to przyznanie osobie, która sprzeniewierzyła się idei wolności wypowiedzi, korzyści jaka
może przysługiwać osobom, które ideę tę realizowały z dobrą wiarą. Nie
ma przy tym żadnych podstaw do kwestionowania prawidłowości stosowania w tej sprawie przez sądy orzekające sformułowanych w art. 53 k.k.
zasad i dyrektyw wymiaru kary.
Trzeba stwierdzić, że argumentacja przedstawiona w końcowej części
kasacji nie jest jasna. Ponieważ wskazuje na potrzebę rozważenia, czy wy-
magazyn1-2010.indd 396
10-07-23 18:48:28
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
397
mierzona w niniejszej sprawie kara „była ingerencją w wolność ekspresji
«konieczną» w rozumieniu art. 10 ust. 2 Konwencji”, można sądzić, że
rezultatem rozważenia mogłoby być również uwolnienie sprawcy od kary
poprzez uznanie, że jakiekolwiek orzeczenie o karze czy środku karnym
nie było konieczne. Pogląd taki, ani jego podstawy nie zostały w kasacji przedstawione. W innym miejscu kasacji wyrażono natomiast pogląd,
że „wymierzenie kary pozbawienia wolności – nawet w dolnych granicach ustawowego zagrożenia i z warunkowym zawieszeniem jej wykonania – stanowiło nieproporcjonalną ingerencję w konkretnym przejawie
swobody wypowiedzi”. Trzeba zaraz podkreślić, że wypowiedzi uczynionej w celu nadużycia tej swobody nie można uznać za jej przejaw. Niezależnie jednak od tego, który z przedstawionych argumentów lepiej odzwierciedla intencje Autora kasacji, stanowi on niewątpliwie próbę ominięcia zakazu kwestionowania w kasacji niewspółmierności kary. W miejsce niedopuszczalnego zarzutu formułuje bowiem zarzut pominięcia in
extenso treści art. 10 Konwencji wraz zawartym w ust. 2 tego postanowienia warunkiem konieczności i wyinterpretowanym z niego wymogiem
proporcjonalności ingerencji, co – zdaniem skarżącego – pozwala poddać kwestię współmierności kary kontroli kasacyjnej.
Nie można podzielić takiego stanowiska. Nie kwestionując bowiem
prawidłowości dokonanej przez Trybunał interpretacji warunku konieczności, ani uprawnienia Trybunału do stwierdzenia in concreto – w czasie
badania zasadności ingerencji – naruszenia art. 10 Konwencji z powodu nieproporcjonalności wymiaru kary, co nie jest przecież sprzeczne
z regułą uznawania za „oczywiście bezpodstawne” skarg wnoszonych wyłącznie na wysokość orzeczonych kar – nie sposób wyprowadzać z tego
uprawnienia Trybunału wniosku, że wpływa ono na zakres dopuszczalności kasacji. Podstawy kasacyjne, co oczywiste, nie zależą od zakresu uprawnień kontrolnych Trybunału. Zagadnienie proporcjonalności prawnej
reakcji nie jest specyficzne dla ochrony swobody wypowiedzi. Rozważając je w sprawie Skałka przeciwko Polsce Trybunał podkreślił, że chodzi o
powszechną zasadę współmierności kary, zawartą we wszystkich klauzulach limitacyjnych odnoszących się do ingerencji w swobodę realizowania praw ujętych w katalogu Konwencji (vide: I.C. Kamiński – op. cit.,
s. 388; B. Gronowska: Wyrok Europejskiego Trybunału..., PiP 2003, nr 12,
s. 163) i stosowaną przez sądy orzekające.
Odniesienie się do tego zagadnienia w przytoczonej wyżej sprawie nie
naruszało zasady wymierzania kary przez sądy krajowe, lecz stanowiło reakcję na pominięcie w rozważaniach o karze podstawowych elementów
kształtujących jej wymiar. Nie trzeba nawet dodawać, że elementy te stanowią standardy polskiego prawa karnego, jako zasady, dyrektywy i szcze-
magazyn1-2010.indd 397
10-07-23 18:48:28
398
Ius et Lex nr 1/2010
gółowe kryteria wymiaru kary.
Nie mają zatem żadnych podstaw wynikające z kasacji sugestie, jakoby w art. 10 Konwencji, zawarto inne jeszcze, nieznane prawu krajowemu zasady wymiaru kary, wymagające od sądów orzekających w tej sprawie odrębnego rozważenia. Skarżący, dysponując możliwością podniesienia zarzutu wskazującego na uchybienie tego samego rodzaju, jak dostrzeżone przez Trybunał w przytoczonej ostatnio sprawie, nie uczynił
tego – ponieważ nie twierdzi wcale, by miało ono miejsce. Nie kwestionuje bowiem, że sądy orzekające wzięły pod uwagę „stopień zawinienia
i społeczną szkodliwość czynu”, lecz ocenia jedynie – bez jakiegokolwiek
uzasadnienia tej oceny – że kategorie te „nie przemawiały za wymierzeniem oskarżonemu najsurowszej rodzajowo kary z katalogu kar dostępnych sądowi”. Jest oczywiste, że w takiej postaci, nawet w wypadku dopuszczalności zarzutu niewspółmierności kary, nie mógłby on ulec rozpoznaniu, jako pozbawiony wszelkiej uzasadnionej go argumentacji.
Sama jedynie ogólnikowa ocena skarżącego, jest być może skutkiem
dość oczywistego braku argumentów. Nie wiadomo bowiem dlaczego argumentem wspierającym tę ocenę jest „stopień zawinienia”, skoro nie
budzi wątpliwości ustalenie go w stopniu najwyższym, charakteryzującym
się świadomym podniesieniem i publicznym rozgłoszeniem nieprawdziwego zarzutu naruszenia czci i dobrego imienia pokrzywdzonego. Niezrozumiałe jest również, dlaczego wymiaru kary nie uzasadnia dostatecznie wysoki w tej sprawie stopień społecznej szkodliwości czynu, wynikający z przedstawionej wyżej charakterystyki przedmiotowych i podmiotowych okoliczności. W jej uzupełnieniu trzeba dodać, że działanie skazanego spowodowało – objętą jego świadomością – krzywdę wyrządzoną
pokrzywdzonemu w płaszczyźnie psychicznej, moralnej, w opinii lokalnej społeczności, w której był przecież osobą znaną, i motywacji niezbędnej do pełnienia obowiązków zawodowych, bliskich w swej treści zawodowi dziennikarza. Skutków tych nie mógł Sąd bagatelizować, ani marginalizować. Na stopień społecznej szkodliwości w istotny sposób wpływa rozmiar naruszenia przez skazanego obowiązków i powinności, którym dziennikarz powinien zadośćuczynić. Zostały one całkowicie zlekceważone z powodu dominującej motywacji działania zmierzającego do
pozbawienia pokrzywdzonego pełnionej funkcji i wyeliminowania wszelkiego jego wpływu na lokalny rynek prasowy.
Wymierzając karę, sąd miał obowiązek uwzględnić również „zachowanie się po popełnieniu przestępstwa, a zwłaszcza starania o naprawienie
szkody lub zadośćuczynienie w innej formie społecznemu poczuciu sprawiedliwości” (art. 53 § 2 k.k.). Jest oczywiste, że konfrontacyjna postawa
skazanego, jego niezdolność do dostrzeżenia jakiejkolwiek niewłaściwo-
magazyn1-2010.indd 398
10-07-23 18:48:28
Postanowienie SN oddalające kasację RPO
399
ści postępowania czy wyrażenia jakimkolwiek gestem woli oddania pokrzywdzonemu należnej mu satysfakcji, trwanie w decyzji nieprzeproszenia pokrzywdzonego wbrew wszelkim moralnym racjom – to okoliczności, które również musiały wpływać na kształtowanie orzeczenia o karze.
W ustosunkowaniu się do kwestii orzeczonej kary, niezbędne są ponadto następujące uwagi ogólne.
Sąd – uwzględniając wszystkie dotychczasowe wywody – orzekał w sprawie, w której zniesławienie przybrało rażącą postać i wyczerpało znamiona typu kwalifikowanego ze względu na użycie środka masowego komunikowania. Przewidziane w sankcji art. 212 § 2 k.k. zagrożenie karą nie
zawiera klauzuli wyłączającej dopuszczalność wymierzenia kary pozbawienia wolności sprawcy, który jest dziennikarzem. Klauzula taka łamałaby zasadę równości wobec prawa.
W niniejszej sprawie, wbrew rozpowszechnionej w mediach informacji i mimo wskazanych okoliczności czynu, Sąd nie wymierzył skazanemu
kary pozbawienia wolności w postaci, która podlega wykonaniu; przeciwnie, w przekonującym wywodzie wskazał powody, dla których karę orzeka
w wymiarze zbliżonym do dolnej granicy zagrożenia, uznaje jej wykonanie za zbędne, a za wystarczające orzeczenie jej w postaci środka probacyjnego, mającego zapobiegać ponownemu popełnieniu przestępstwa.
Jest to szczególna forma wymiaru kary, zasadniczo różna od kary pozbawienia wolności podlegającej wykonaniu.
W chwili orzekania o karze Sąd nie mógł liczyć się z możliwością powstania niewątpliwie wyjątkowej sytuacji, polegającej na odmowie wykonania prawnego obowiązku przeproszenia pokrzywdzonego i prowadzącej do zarządzenia wykonania kary wbrew pierwotnej woli Sądu. Fakt,
iż skazany nie przeprosił pokrzywdzonego wtedy, kiedy obowiązek ten
miał charakter wyłącznie moralny, a niespełnienie go było wówczas wyrazem lekceważenia pokrzywdzonego, nie przemawiał wcale za możliwością zlekceważenia także prawomocnego wyroku. Odmowa wykonania prawnego obowiązku, zakomunikowana Sądowi na posiedzeniu poprzedzającym rozstrzygnięcie w przedmiocie wykonania kary stanowiła
świadomą presję wywartą na Sąd w celu zmuszenia go do wyboru między rozstrzygnięciem o całkowitej bezkarności a zarządzeniem wykonania kary. Zapadłe rozstrzygnięcie oceniono następnie w mediach jako
represjonowanie dziennikarza więzieniem „za wolne słowo”. Skazany,
hołdując bezrefleksyjnym poglądom o absolutnej wolności wypowiedzi
zmierzał w ten sposób do otwartej konfrontacji z wymiarem sprawiedliwości, stosującym prawo przewidujące rozsądne i nie dające się kwestionować ograniczenia tej wolności.
Można podzielić opinię, że – co do zasady – wymierzanie kary po-
magazyn1-2010.indd 399
10-07-23 18:48:28
400
Ius et Lex nr 1/2010
zbawienia wolności, w jej postaci podlegającej wykonaniu, nie znajduje
przekonującego uzasadnienia w wypadkach, w których ustalono – niezależnie od treści wypowiedzi – iż sprawca (nie tylko dziennikarz) działał
w dobrej wierze. Jednakże w wypadku świadomego i celowego zniesławienia osoby możliwości orzeczenia takiej kary nie można in concreto wykluczyć. Wypada dodać, że nie wymierzono jej skazanemu.
Błędny jest również pogląd, że wymierzenie skazanemu innej co do
rodzaju kary nie prowadziłoby do tych samych skutków, jeżeli bowiem –
uwzględniając postawę lekceważenia wyroku – czyn skazanego nie miał
pozostać bezkarny, to zarządzenie wykonania innych rodzajowo kar,
w wypadku niemożności ich wykonania, prowadziłoby do zamiany tych
kar na zastępczą karę pozbawienia wolności (art. 46 § 1 i art. 65 § 1 i 2
k.k.w.).
W podsumowaniu niniejszych rozważań podkreślić trzeba stałą aktualność poglądu, zgodnie z którym o prawdę, przestrzeganie zasad, uznanie dla ogólnych czy własnych interesów najlepiej zabiegać sposobami
i środkami, które nie budzą moralnego sprzeciwu i są zgodne z prawem.
Prawdziwe przedstawianie omawianych zjawisk, a zwłaszcza osób, jest
najpewniejszym, zawsze wolnym od ingerencji prawa sposobem realizacji wolności słowa i prawa do krytyki. Jest natomiast oczywiste, że prawo
nie może akceptować bezprawia, także wtedy, kiedy przybiera ono postać koniunkturalnego czy relatywistycznego zacierania różnicy między
tym co zgodne, a tym co sprzeczne z czytelną i niekontrowersyjną aksjologicznie normą.
magazyn1-2010.indd 400
10-07-23 18:48:29
Orzeczenie TK
401
128/9/A/2006
WYROK TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO
Z DNIA 30 PAŹDZIERNIKA 2006 R.
Sygn. akt P 10/06*
W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej
Trybunał Konstytucyjny w składzie:
Marek Safjan – przewodniczący
Jerzy Ciemniewski
Teresa Dębowska-Romanowska
Marian Grzybowski
Adam Jamróz
Biruta Lewaszkiewicz-Petrykowska
Ewa Łętowska
Andrzej Mączyński – sprawozdawca
Jerzy Stępień
Mirosław Wyrzykowski – sprawozdawca
Marian Zdyb
Bohdan Zdziennicki,
protokolant: Grażyna Szałygo,
po rozpoznaniu, z udziałem sądu przedstawiającego pytania prawne oraz
Sejmu i Prokuratora Generalnego, na rozprawie w dniu 19 października 2006 r., połączonych pytań prawnych Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe w Gdańsku:
czy art. 212 i art. 213 ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. –
Kodeks karny (Dz. U. Nr 88, poz. 553 ze zm.) są zgodne
z art. 14 oraz art. 54 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 Konstytucji,
orzeka:
Art. 212 § 1 i 2 ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. – Kodeks
magazyn1-2010.indd 401
10-07-23 18:48:29
402
Ius et Lex nr 1/2010
karny (Dz. U. Nr 88, poz. 553 ze zm.) są zgodne z art. 14
i art. 54 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej.
Ponadto postanawia:
na podstawie art. 39 ust. 1 pkt 1 w związku z ust. 2 ustawy z dnia 1 sierpnia 1997 r. o Trybunale Konstytucyjnym (Dz. U. Nr 102, poz. 643, z 2000 r. Nr 48, poz. 552
i Nr 53, poz. 638, z 2001 r. Nr 98, poz. 1070 oraz z 2005 r.
Nr 169, poz. 1417) umorzyć postępowanie w pozostałym
zakresie ze względu na niedopuszczalność wydania wyroku.
UZASADNIENIE:
* Sentencja została ogłoszona dnia 8 listopada 2006 r.
w Dz. U. Nr 202, poz. 1492.
I
1. Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe w Gdańsku, II Wydział Karny, postanowieniem z 7 listopada 2005 r. (sygn. akt II Kp 531/05) oraz postanowieniem z 7 listopada 2005 r. (sygn. akt II Kp 532/05), przedstawił
Trybunałowi Konstytucyjnemu pytania prawne o zgodność art. 212 ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. – Kodeks karny (Dz. U. Nr 88, poz. 553 ze
zm.; dalej: k.k.) z art. 14 oraz art. 54 ust. 1 Konstytucji.
1.2. Z uwagi na tożsamość przedmiotu obydwu pytań prawnych Prezes Trybunału Konstytucyjnego, zarządzeniem z 9 marca 2006 r., zdecydował o ich łącznym rozpoznaniu pod wspólną sygnaturą akt P 10/06.
1.3. Pytania prawne zostały sformułowane w związku z rozpatrywanymi przez sąd wnioskami Prokuratora Okręgowego w Gdańsku o zezwolenie na przesłuchanie dziennikarza co do okoliczności objętych obowiązkiem zachowania tajemnicy dziennikarskiej. Wnioski te złożone zostały w ramach postępowań przygotowawczych prowadzonych w sprawach
o przestępstwo z art. 212 § 1 k.k.
1.4. Uzasadnienie pytań prawnych zostało oparte na następujących argumentach:
Art. 14 Konstytucji statuuje jako zasadę ustrojową Rzeczypospolitej
Polskiej wolność prasy i innych środków społecznego przekazu. Wolność
ta oznacza zakaz wprowadzania i stosowania cenzury i stanowi gwaran-
magazyn1-2010.indd 402
10-07-23 18:48:29
Orzeczenie TK
403
cję realizacji obywatelskiego prawa do pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Wolność prasy i innych środków społecznego przekazu
jest przejawem wolności wypowiedzi ustanowionej w art. 54 ust. 1 Konstytucji. Równocześnie jednak wolność ta nie ma charakteru absolutnego.
Dopuszczalność i przesłanki ograniczeń przewiduje art. 31 ust. 3 Konstytucji, tym samym przepis ten stanowi również wzorzec kontroli wprowadzanych przez prawodawcę ograniczeń wolności wyrażania poglądów.
Jedno z ograniczeń wolności wypowiedzi wynika właśnie z art. 212 k.k.,
który nakazuje uznawać za bezprawne zachowanie polegające na wyrażeniu swego poglądu o innym podmiocie lub rozpowszechnieniu o nim
informacji, jeżeli pogląd ten lub informacja mogą poniżyć ten podmiot
w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności. Wymieniony przepis
uznaje za bezprawne rozpowszechnianie takiego zarzutu także wtedy,
gdy zarzut uczyniony publicznie jest prawdziwy, co – a contrario – wynika z art. 213 § 1 k.k.
Sformułowane w art. 212 k.k. ograniczenie wolności wypowiedzi narusza zasadę proporcjonalności ustanowioną w art. 31 ust. 3 Konstytucji, stanowi bowiem ograniczenie nadmierne, które nie jest konieczne
w demokratycznym społeczeństwie.
Swoboda wyrażania poglądów jest gwarantowana przez Konstytucję,
ustanawiającą w tym zakresie regułę i jednocześnie dopuszczającą wyjątki od niej, w postaci ograniczeń swobody wypowiedzi. Nie można jednak
mówić o rzeczywistym istnieniu danej wolności, jeżeli jej ograniczenia
znajdują szersze zastosowanie niż reguła gwarantująca wolność. Znaczne ograniczenie swobody wypowiedzi powoduje, że wolność ta nabiera charakteru iluzorycznego, co jest niedopuszczalne w świetle art. 31
ust. 3 Konstytucji wyraźnie zakazującego ustanawiania takich ograniczeń,
które naruszałyby istotę wolności lub praw.
Najbardziej obrazowe kryterium tego, czy swoboda wyrażania poglądów faktycznie jest realizowana, to dopuszczalność formułowania wypowiedzi pejoratywnych. Dopiero w takim przypadku może powstać spór,
a w szczególności ujawnić się dążenie podmiotu, którego wypowiedź niepochlebna dotyczy, do wyeliminowania jej skutków. Wtedy też aktualizuje się problem, czy konstytucyjna wolność wyrażania poglądów rzeczywiście znajduje zastosowanie i w jakim zakresie. Istotą tej wolności nie
może być przecież możliwość rozpowszechniania jedynie takich poglądów, które nie są w stanie nikogo zranić ani obrazić. Trudno zaś wyobrazić sobie niepochlebną wypowiedź, której skutek byłby inny niż poniżenie lub utrata zaufania, o których mowa w zakwestionowanym przepisie.
Wynikające z art. 212 k.k. ograniczenie wolności słowa jest zbyt dale-
magazyn1-2010.indd 403
10-07-23 18:48:29
404
Ius et Lex nr 1/2010
ko idące także z innych powodów. Swoboda wymiany poglądów jest jednym z warunków samorealizacji człowieka oraz jednym z podstawowych
filarów demokratycznego społeczeństwa. Dotyczy to w szczególności wypowiadania ocen krytycznych. Znaczne ograniczenie lub wyłączenie wolności słowa jest jedną z zasadniczych cech ustroju totalitarnego. Oznacza
to, że istnieje pewna granica cenzury słowa, której przekroczenie nie da
się uzasadnić, jako konieczne w demokratycznym państwie, gdyż prowadziłoby do zachwiania istoty jego ustroju.
Zakaz ustanowiony w art. 212 k.k. granicę taką przekracza. Wymieniony przepis penalizuje większość publicznych wypowiedzi (rozpowszechnianych za pomocą środków masowego komunikowania, a więc m.in.
w prasie) mających pejoratywny charakter, jeżeli tylko mogą one doprowadzić do zniesławienia innego podmiotu lub podmiotów – niezależnie
od tego, czy wypowiedzi te są prawdziwe, czy nie.
Wolność prasy jest – na co wskazuje m.in. jej unormowanie w art. 14
umiejscowionym w rozdziale I Konstytucji – jedną z podstawowych gwarancji ustroju demokratycznego. Ma ona zapewniać wolnemu społeczeństwu otrzymywanie i przekazywanie informacji oraz idei bez ingerencji
władz publicznych, a przez to również społeczną kontrolę różnych sfer
życia. Wolność prasy miałaby jedynie iluzoryczny charakter, gdyby wyłączyć lub ograniczyć możliwość formułowania przez dziennikarzy wypowiedzi o charakterze krytycznym (niepochlebnym), nawet jeżeli podawane informacje są prawdziwe, a prezentowane oceny opierają się na
faktach. Do tego prowadzi regulacja ustanowiona w art. 212 k.k.
Zawarte w kwestionowanym przepisie ograniczenie wolności prasy
i swobody wyrażania poglądów łagodzi kontratyp określony w art. 213
§ 2 k.k. Wynikająca z niego ochrona wolności słowa jest jednak w znacznej mierze pozorna. Zastosowanie tego kontratypu jest bowiem uzależnione nie tylko od prawdziwości podnoszonych zarzutów, lecz również
od bardzo ocennego kryterium, jakim jest służenie przez wypowiedź
obronie społecznie uzasadnionego interesu. Osoba formułująca publicznie prawdziwy zarzut nie może zatem nigdy być pewna, czy jej wypowiedź zostanie zakwalifikowana jako służąca wskazanemu wyżej celowi. Ocenę tę art. 213 § 2 k.k. pozostawia luzowi decyzyjnemu organu
stosującego prawo.
Wątpliwości budzi także konieczność (stanowiąca – wynikający z zasady proporcjonalności, określonej w art. 31 ust. 3 Konstytucji – warunek
wszelkich ograniczeń wolności konstytucyjnych) stosowania w demokratycznym państwie represji karnej – będącej najsurowszym sposobem odpowiedzialności za bezprawne zachowanie – dla wyeliminowania nadużyć
wolności słowa i wolności prasy. Wolność wypowiedzi przysługuje rów-
magazyn1-2010.indd 404
10-07-23 18:48:29
Orzeczenie TK
405
nież podmiotowi zniesławionemu, który może się bronić przed zarzutami formułowanymi pod jego adresem. Urzeczywistnienie tej obrony
zapewnia ustawa z dnia 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe (Dz. U. Nr
5, poz. 24, ze zm.; dalej: prawo prasowe), która nakazuje publikowanie
sprostowań i odpowiedzi. Ponadto prawo cywilne zawiera środki ochrony dóbr osobistych. Można sobie również wyobrazić dalej idącą (i prawdopodobnie bardziej skuteczną od dotychczasowych rozwiązań) postać
odpowiedzialności cywilnej za nadużycie wolności słowa i wolności prasy, polegającą na wprowadzeniu dla podmiotów profesjonalnie zajmujących się przekazywaniem informacji odpowiedzialności na zasadzie ryzyka za zniesławienie. Istotne jest jednak, aby ograniczenia wolności wypowiedzi nie dotyczyły zarzutów opieranych na prawdzie.
2. Umocowany przedstawiciel Sądu Rejonowego w Gdańsku, w piśmie
z 4 kwietnia 2006 r., stwierdził, że pytania prawne przedstawione w postanowieniach z 7 listopada 2005 r. obejmują swym zakresem również art.
213 k.k. Ponadto wyjaśnił, że wzorcem kontroli art. 212 i art. 213 k.k.
mają być: art. 14 oraz art. 54 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 Konstytucji, albowiem kontrola sformułowanych w ustawach ograniczeń wolności konstytucyjnych dokonywana jest właśnie za pomocą wzorca ustanowionego w ostatnim z wymienionych przepisów.
3. Prokurator Generalny w piśmie z 8 maja 2006 r. zajął stanowisko
w sprawie stwierdzając, że art. 212 § 1 i 2 oraz art. 213 k.k. są zgodne
z art. 54 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 i art. 14 Konstytucji.
Uzasadnienie stanowiska Prokuratora Generalnego zostało oparte na
następujących argumentach:
Pierwszy problem dotyczy dopuszczalności pytań prawnych. W sprawach o zwolnienie dziennikarza od obowiązku zachowania tajemnicy,
podstawą prawną rozstrzygania jest art. 180 § 2 i 3 k.p.k., który gwarantując jako zasadę, ochronę tej tajemnicy, równocześnie określa jako wyjątki te przesłanki, od których uzależniona jest ewentualność przesłuchania dziennikarza co do faktów objętych tajemnicą. Wymieniony przepis, umieszczony w rozdziale 21 k.p.k., dotyczy przesłuchiwania świadków, czyli osobowych źródeł wiedzy o czynie kwalifikowanym jako przestępstwo w prowadzonym postępowaniu przygotowawczym. Jeżeli czynu
nie popełniono lub nie zawiera on znamion czynu zabronionego, postępowanie – zgodnie z art. 17 k.p.k. – umarza się, co oznacza także zaniechanie dalszych czynności procesowych.
Ewentualne orzeczenie niekonstytucyjności przepisu sankcjonującego konkretne zachowanie, a w następstwie wyeliminowanie tego przepisu z porządku prawnego, prowadziłoby do umorzenia postępowania
karnego, bez względu na jego zaawansowanie. W takim przypadku roz-
magazyn1-2010.indd 405
10-07-23 18:48:29
406
Ius et Lex nr 1/2010
strzygnięcie sądu w przedmiocie spraw incydentalnych stałoby się zbędne, a nawet niedopuszczalne. Dlatego należy uznać, że przedstawione
Trybunałowi Konstytucyjnemu pytania prawne nie zmierzają do uzyskania abstrakcyjnej wykładni wskazanych w nich przepisów.
Przystępując do oceny przedstawionych w pytaniach prawnych zarzutów, należy wziąć pod uwagę, że art. 213 § 1 i 2 k.k. formułuje szczególne kontratypy uchylające bezprawność czynów formalnie wypełniających
znamiona zniesławienia. Szczególnie istotne jest to, że przepis ten wprowadza dwa kryteria legalizujące działanie, które na podstawie art. 212
§ 1 lub 2 k.k. mogłoby być uznane za zniesławiające: prawdziwość podnoszonego lub rozgłaszanego zarzutu oraz obrona społecznie uzasadnionego interesu, któremu zarzut ma służyć. Kryteria te, stanowiąc znamiona kontratypu, równocześnie dopełniają znamiona czynów określonych w art. 212 § 1 i 2 k.k. i wytyczają granice dozwolonej krytyki, wyłączającej bezprawność pomówienia w odniesieniu do tych przypadków,
w których możliwe jest zastosowanie kryteriów prawdy i fałszu (z wyłączeniem np. dozwolonej krytyki naukowej i artystycznej, niepoddającej
się tym kryteriom).
Podstawowym, wynikającym z treści art. 212 i art. 213 k.k., celem ustawodawcy jest przeciwdziałanie rozpowszechnianiu wiadomości nieprawdziwych, ze swej natury mających charakter pomówienia, trudnego do
uzasadnienia interesem publicznym.
Art. 6 ust. 1 prawa prasowego stanowi, że prasa jest zobowiązana do
prawdziwego przedstawiania omawianych zjawisk. Również w doktrynie stwierdza się, że granicą wolności słowa i wolności prasy jest kłamstwo, a oczywistość prymatu prawdy nad fałszem akcentowana jest także
w orzecznictwie Sądu Najwyższego, dotyczącym w szczególności prawa do
krytyki w środkach masowego komunikowania (zob. postanowienia SN:
z 10 grudnia 2003 r., V KK 195/03, OSNKW nr 3/2004, poz. 25 oraz z 22
czerwca 2004 r., V KK 70/04, OSNKW nr 9/2004, poz. 86). To nie krytyczne, czy też określane przez sąd mianem pejoratywnych, wypowiedzi
narażają ich autorów (w tym dziennikarzy) na odpowiedzialność karną,
lecz najczęściej wypowiedzi oparte na faktach nieprawdziwych lub stanowiące kompilację ocen wywiedzionych z takich faktów, równoznacznych z domysłami.
Wolności wyrażone w art. 14 (wolność prasy) i art. 54 ust. 1 (wolność
wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji)
Konstytucji nie mają w państwach demokratycznych wymiaru absolutnego. Ich ograniczeniem jest odpowiedzialność, której rola polega na stworzeniu równowagi między niejednokrotnie sprzecznymi dążeniami i celami podmiotów realizujących swe konstytucyjne prawa.
magazyn1-2010.indd 406
10-07-23 18:48:29
Orzeczenie TK
407
Odpowiedzialność karna za zniesławienie uzależniona jest od motywacji autora wypowiedzi lub publikacji. Oba typy przestępstwa określone
w art. 213 § 1 i 2 k.k. mogą być popełnione tylko umyślnie, w formie zamiaru bezpośredniego lub wynikowego. Oznacza to, że penalizacji podlega działanie tylko tego sprawcy, który świadomie posługuje się faktami, nawet prawdziwymi, ale w celu poniżenia innej osoby i naruszenia
jej dobrego imienia. Regulacja ta koresponduje z wyrażonym w art. 47
Konstytucji prawem każdego do ochrony prawnej m.in. czci i dobrego
imienia.
Wymóg działania w obronie społecznie uzasadnionego interesu, jako
warunek wyłączający bezprawność pomówienia, jest nadmiernie akcentowany w pytaniach prawnych. Problem ten w praktyce jawi się jako marginalny, albowiem, jak wynika z badań, sądy w trakcie procesów poprzestają zazwyczaj na analizie prawdziwości lub fałszu podnoszonych zarzutów.
Ponieważ jednak okoliczność ta nie przekreśla istnienia samego problemu, omawiana konstrukcja ograniczać ma możliwość korzystania z kontratypu przez autora pomówienia, który – naruszając dobra osobiste innej osoby – kieruje się interesem partykularnym, a nie społecznym. Przy
czym kontratyp będzie zachodził także wtedy, gdy postawienie prawdziwego zarzutu rzeczywiście służyło obronie społecznie uzasadnionego interesu, bez względu na inne, równoległe motywy sprawcy (np. prywatna
niechęć do prezentowanej w publikacji osoby).
Analizowane znamię kontratypu przestępstwa zniesławienia winno być
oceniane z uwzględnieniem praktyki sądowej (do której należy konkretyzowanie w każdej sprawie, czy społecznie uzasadniony interes zachodzi),
wypełniającej odpowiednią i niekontrowersyjną treścią desygnat tego pojęcia. Mieści się to w pojęciu sędziowskiej swobody, której stosowanie,
w zgodzie z indywidualnym sumieniem sędziego, jest fundamentalną zasadą demokratycznego wymiaru sprawiedliwości, a więc czymś zupełnie
innym niż „luz decyzyjny organu stosującego prawo”, o którym mowa
w pytaniach prawnych.
Wprowadzone przez kwestionowane przepisy ograniczenie wolności, które wynika z art. 14 i art. 54 ust. 1 Konstytucji, jest konieczne dla
ochrony praw innych podmiotów, przede wszystkim zaś ich godności.
Godność człowieka jest bezpośrednio powiązana ze wszystkimi szczegółowymi wolnościami i prawami jednostki, tworząc ich rdzeń, czego konsekwencją jest niemożność takiego ograniczenia tych praw, które mogłoby prowadzić do jednoczesnego naruszenia godności człowieka. Odnosi się to również do wyrażonego w art. 47 Konstytucji prawa każdego
do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym. Skoro zaś źródłem
magazyn1-2010.indd 407
10-07-23 18:48:29
408
Ius et Lex nr 1/2010
i składnikiem tego prawa, ale także prawa do wolności słowa, jest godność człowieka, to możliwa kolizja tych praw wymaga takiej kompromisowej regulacji, jaką stanowią zaskarżone art. 212 i art. 213 k.k. Regulacja ta, nie naruszając istoty wolności słowa, jest jednocześnie realizacją
obowiązku ochrony godności człowieka, nałożonego na władze publiczne.
Zniesławienie dokonane za pomocą środków masowego komunikowania powoduje poważniejsze skutki niż pomówienie dokonane w innych
okolicznościach. Podmioty, dochodzące swych praw w konflikcie z dysponującymi znacznie większym potencjałem oddziaływania na opinię
odbiorców środkami masowego komunikowania, powinny być wyposażone w instrumenty prawne wyrównujące tę dysproporcję. Instrumenty
takie dotyczyć powinny nie tylko (niekwestionowanej przez sąd) płaszczyzny cywilnoprawnej, ale także – gdy po stronie zniesławiającego występuje zamiar umyślny – prawnokarnej.
Podmiot zniesławiony może wprawdzie bronić się przed zarzutami,
używając środków przewidzianych w prawie prasowym (sprostowania,
odpowiedzi). Jednak argument ten nie jest przydatny w rozważaniach
nad postulatem dekryminalizacji zniesławienia, albowiem dotyczy etapu
późniejszego – gdy zarzut został już rozgłoszony, a zatem nie może być
przesłanką a priori legalizującą pomówienie.
Stąd ochrona dóbr osobistych człowieka, do których zalicza się także
jego cześć, polegać powinna przede wszystkim na zapobieganiu czynom
godzącym w te dobra, nie zaś tylko na rekompensowaniu ich skutków.
O proporcjonalności zawartych w art. 212 i art. 213 k.k. ograniczeń
dotyczących korzystania z wolności słowa świadczą potencjalne efekty ich
stosowania i sankcje, jakie mogą dotknąć autora zniesławienia. Uwzględnić tu trzeba, że nie popełnia przestępstwa przewidzianego w art. 212
k.k. ten, kto działa w warunkach tzw. uzasadnionego błędu, co do okoliczności stanowiących znamię kontratypu z art. 213 § 2 k.k.
Ocena, czy działanie sprawcy zniesławienia uwarunkowane było usprawiedliwionym błędem wyłączającym bezprawność i karalność czynu, należy do praktyki sądowej, a tę – w omawianym zakresie – trudno uznać
za represyjną. Okoliczność ta znajduje potwierdzenie m.in. w rezygnacji z orzekania przez sądy kary pozbawienia wolności za zniesławienie,
zwłaszcza bez warunkowego zawieszenia jej wykonania, jak też akceptacja (wyraźnie rysującej się w orzecznictwie europejskim) tendencji zakładającej szersze ramy krytyki działalności osób piastujących ważne funkcje publiczne.
Przestępstwo określone w art. 212 k.k. ścigane jest z oskarżenia prywatnego, co jest przejawem właściwego w takich sprawach oportunizmu
magazyn1-2010.indd 408
10-07-23 18:48:29
Orzeczenie TK
409
organów państwa, które sporadycznie korzystają z prawa wszczęcia lub
przyłączenia się do toczącego się już postępowania. Innymi instrumentami łagodzącymi skutki kwestionowanej regulacji są nadto np. możliwość warunkowego umorzenia postępowania czy też odstąpienie od wymierzenia kary.
4. Sejm, w piśmie swego Marszałka z 16 października 2006 r., zajął
stanowisko w sprawie, stwierdzając, że art. 212 i art. 213 k.k. są zgodne
z art. 14 i art. 54 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 Konstytucji.
Stanowisko Sejmu zostało oparte na następujących argumentach:
Zarówno w doktrynie, jak i w orzecznictwie (zwłaszcza Sądu Najwyższego), przyjmuje się, iż wolność prasy i wolność wyrażania poglądów nie
ma i nie może mieć charakteru absolutnego. Wolność prasy jest jedną
z „wolności politycznych”, które w praktyce doznawać mogą ograniczeń
z uwagi na konieczność zapewnienia wolności jednostki. Tak więc wolność prasy nie może przyjmować postaci nieskrępowanej niczym swobody działania, a tym bardziej nie sposób jej traktować jako samoistnego
źródła wartości.
Zniesławienie dokonane ze świadomością nieprawdziwości ocen i informacji o postępowaniu i właściwościach innej osoby nie służy społecznie uzasadnionemu interesowi i jako takie nie powinno korzystać
z ochrony udzielanej przez przepisy Konstytucji ani Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności. Granicą wolności słowa
i wolności prasy jest kłamstwo; tam gdzie ono się zaczyna, kończy się
wolność prasy.
Kryminalizacja stanowi z reguły środek najbardziej uciążliwy dla jednostki. Ustanowienie zakazu określonego zachowania pod groźbą kary
jest dopuszczalne pod warunkiem, że nie istnieją inne skuteczne środki pozwalające osiągnąć określone skutki. Z zasady konieczności wynika
zatem zasada subsydiarności prawa karnego, która nakazuje traktowanie
kryminalizacji jako ultima ratio. Ustanowienie określonych sankcji karnych jest dopuszczalne tylko wtedy, gdy kary mniej surowe nie pozwalają osiągnąć określonych skutków. Próbę wyznaczenia zakresu dóbr, które mogą być chronione przez prawo karne, stanowi art. 31 ust. 3 Konstytucji.
Gdy środki ochrony cywilnej nie są wystarczające, konieczne jest zastosowanie środków karnych. Środki ochrony cywilnej i karnej inne niż
pozbawienie wolności nie zawsze okazują się skuteczne, stąd też sankcja
karna w postaci pozbawienia wolności może być niezbędna dla ochrony interesu publicznego. Dlatego wprowadzone przez art. 212 i art. 213
k.k. ograniczenie wolności określonych w art. 14 i art. 54 ust. 1 Konstytucji jest konieczne w demokratycznym państwie dla ochrony praw in-
magazyn1-2010.indd 409
10-07-23 18:48:29
410
Ius et Lex nr 1/2010
nych osób.
Państwo może uznać, że ochrona wartości „zderzających się” ze swobodą wypowiedzi powinna być realizowana nawet za pomocą środków
o charakterze prawnokarnym. Można przykładowo wskazać, że w sprawie
Skałka przeciwko Polsce (orzeczenie z 27 maja 2003 r., 43425/98) ETPC
stwierdził, iż interesy prawnie chronione, ze względu na które doszło do
ingerencji w indywidualną wolność, były wystarczająco ważne, aby usprawiedliwić reakcję organów państwowych. Konieczne jest przy tym zachowanie proporcjonalności ingerencji w swobodę wypowiedzi.
5. Trybunał Konstytucyjny zapoznał się z opinią World Press Freedom
Committee, występującego jako amicus curiae w sprawie o sygn. SK 43/05
oraz opinią Izby Wydawców Prasy, a także uchwałą nr 8 Walnego Zgromadzenia tej Izby z 12 maja 2005 r. w sprawie nowelizacji obowiązujących przepisów prawa polegającej na uchyleniu art. 212–216 k.k., przewidujących odpowiedzialność karną za zniesławienie i zniewagę.
II
Podczas rozprawy przedstawiciele uczestników postępowania podtrzymali stanowiska wyrażone w pismach procesowych.
Przedstawiciel Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe, odpowiadając na
pytania sędziów, przyznał, że art. 213 § 1 k.k. nie ma związku ze sprawą,
na tle której zostały przedstawione pytania prawne. Ponadto stwierdził,
że w przypadku uwzględnienia zarzutów sformułowanych w pytaniach
prawnych, pożądana byłaby zmiana przepisów prawa cywilnego dotyczących ochrony dóbr osobistych. Jego zdaniem w miejsce winy jako przesłanki ochrony dóbr osobistych na tle art. 23, art. 24 i art. 448 k.c. powinna być wprowadzona odpowiedzialność na zasadzie ryzyka.
III
Trybunał Konstytucyjny ustalił i zważył, co następuje:
1.1. Kwestią wstępną, wymagającą rozstrzygnięcia w niniejszej sprawie, jest ustalenie, czy każde z dwóch pytań prawnych Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe spełnia wymagania, od których zależy dopuszczalność przedstawienia pytania prawnego, a w konsekwencji dopuszczalność rozstrzygnięcia sprawy przez Trybunał Konstytucyjny.
W prawie polskim obowiązuje zasada, zgodnie z którą postępowanie
przed Trybunałem Konstytucyjnym w sprawie kontroli konstytucyjności
magazyn1-2010.indd 410
10-07-23 18:48:29
Orzeczenie TK
411
prawa jest wszczynane tylko wówczas, gdy z inicjatywą przeprowadzenia
tej kontroli wystąpił uprawniony podmiot (art. 31 ust. 1 ustawy o TK).
Inicjatywa ta może przybrać formę wniosku, pytania prawnego lub skargi konstytucyjnej. Konstytucja nie tylko wskazuje podmioty, wyposażone
w kompetencję do wystąpienia z wnioskiem (art. 191), pytaniem prawnym (art. 193) i skargą konstytucyjną (art. 79 ust. 1), ale także określa
przesłanki, których spełnienie warunkuje możliwość wykonania tej kompetencji.
W świetle Konstytucji można wyróżnić trzy grupy podmiotów upoważnionych do wystąpienia z żądaniem zbadania hierarchicznej zgodności norm prawnych. Grupa pierwsza to podmioty, których upoważnienie nie jest ograniczone przedmiotowo. Podmioty te wymienione są
w art. 191 ust. 1 pkt 1. Grupa druga to podmioty, które mogą występować
z wnioskami w sprawie przepisów dotyczących spraw objętych zakresem
ich działania. Podmioty te wymienia art. 191 ust. 1 pkt 2-5. Trzecią grupę stanowią podmioty mogące żądać przeprowadzenia tzw. kontroli konkretnej. Zakres przedmiotowy tej kontroli jest jeszcze węższy, gdyż obejmuje on tylko takie przepisy, które mają zostać zastosowane przez dany
organ albo zostały zastosowane w stosunku do danego podmiotu. Kontrola konkretna może przybrać postać pytania prawnego (art. 193 Konstytucji) lub skargi konstytucyjnej (art. 79 Konstytucji). Należy zwrócić
uwagę, że odróżnienie kontroli konkretnej i abstrakcyjnej nie ma znaczenia z punktu widzenia konstytucyjnej regulacji charakteru i skutków
wyroków Trybunału Konstytucyjnego, w szczególności art. 190 ust. 1 Konstytucji, przyznającego im charakter ostateczny i powszechnie obowiązujący, art. 190 ust. 3 Konstytucji, według którego skutkiem stwierdzenia
niezgodności konkretnego przepisu z przepisem wyższej rangi jest pozbawienie go mocy obowiązującej, oraz art. 190 ust. 4 Konstytucji, dopuszczającego ponowne rozpoznanie spraw zakończonych rozstrzygnięciem opartym na przepisie, który następnie utracił moc obowiązującą.
Na podstawie art. 193 Konstytucji każdy sąd może przedstawić Trybunałowi pytanie prawne, w którym żąda zbadania zgodności aktu normatywnego z Konstytucją, ratyfikowaną umową międzynarodową lub ustawą, jeżeli od wyniku tego badania zależy rozstrzygnięcie sprawy toczącej
się przed tym sądem. Ustawa o TK, rozwijając regulację konstytucyjną,
określa warunki formalne, którym powinno odpowiadać pytanie prawne.
Warunki te są takie same jak warunki dotyczące wniosku (art. 32), inne
natomiast niż warunki dotyczące skargi konstytucyjnej (art. 46). Tylko
w razie spełnienia wszystkich tych warunków można mówić, że pytanie
prawne pochodzi od – posługując się terminologią zastosowaną w art.
31 ustawy o TK – „uprawnionego podmiotu”, a wskutek tego po stronie
magazyn1-2010.indd 411
10-07-23 18:48:29
412
Ius et Lex nr 1/2010
Trybunału aktualizuje się obowiązek rozpatrzenia danego pytania prawnego.
Zgodnie z ustaloną wykładnią art. 39 ust. 1 i 2 tej ustawy o TK Trybunał Konstytucyjny bada istnienie tego uprawnienia z urzędu i w każdym stadium postępowania, a w razie stwierdzenia jego braku – umarza postępowanie. Dotychczasowe wypowiedzi Trybunału Konstytucyjnego na ten temat dotyczyły przede wszystkim spraw wszczętych na podstawie skargi konstytucyjnej lub wniosku podmiotów wskazanych w art.
191 ust. 1 pkt 3-5 Konstytucji, ale niewątpliwie sprawa wygląda tak samo
w sprawach wszczętych na podstawie pytania prawnego (zob. wyrok z 14
czerwca 2000 r., sygn. P 3/00, OTK ZU nr 5/2000, poz. 138).
Stosownie do przytoczonego już art. 193 Konstytucji (a także powtarzającego jego treść art. 3 ustawy o Trybunale Konstytucyjnym) przesłanką przedstawienia Trybunałowi Konstytucyjnemu pytania prawnego
jest to, że od odpowiedzi na to pytanie zależy rozstrzygnięcie sprawy toczącej się przed sądem, przy czym przedmiotem pytania prawnego ma
być kwestia zgodności aktu normatywnego z Konstytucją, ratyfikowaną
umową międzynarodową lub ustawą. Konstytucyjną przesłanką dopuszczalności przedstawienia pytania prawnego jest zatem zależność między
rozstrzygnięciem kwestii zgodności z Konstytucją, ratyfikowaną umową
lub ustawą aktu normatywnego (w praktyce – poszczególnego przepisu) a rozstrzygnięciem sprawy toczącej się przed sądem, polegająca na
tym, że treść orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego ma wpływ na rozstrzygnięcie sprawy toczącej się przed sądem przedstawiającym pytanie
prawne. Zależność ta jest oparta na odpowiedniej relacji między treścią
kwestionowanego przepisu i stanem faktycznym sprawy, w której przedstawione zostało pytanie prawne.
W dotychczasowym orzecznictwie Trybunał Konstytucyjny wskazywał,
że zależność, o której mowa w art. 193 Konstytucji, powinna być ujmowana mniej rygorystycznie niż warunek dotyczący skargi konstytucyjnej
sformułowany w art. 79 Konstytucji. W tym ostatnim wypadku przedmiotem kontroli może być ten akt normatywny, „na podstawie którego” orzeczono ostatecznie o konstytucyjnych wolnościach, prawach lub obowiązkach osoby wnoszącej skargę konstytucyjną, przy czym jednak występujące tu pojęcie „podstawy” nie powinno być zacieśniane tylko do przepisu będącego materialnoprawną podstawą ostatecznego rozstrzygnięcia. Zatem sąd przedstawiający Trybunałowi pytanie o zgodność aktu
normatywnego niższego rzędu z aktem mającym wyższą rangę w hierarchicznie zbudowanym systemie prawnym może jako przedmiot pytania
prawnego wskazać każdy przepis, którego wykorzystanie jest uzasadnione w celu rozstrzygnięcia poszczególnej sprawy w procesie interpretacji
magazyn1-2010.indd 412
10-07-23 18:48:29
Orzeczenie TK
413
i stosowania prawa (por. wyroki z: 1 lipca 2003 r., sygn. P 31/02, OTK
ZU nr 6/A/2003, poz. 58; z 16 listopada 2004 r., sygn. P 19/03, OTK
ZU nr 10/A/2004, poz. 106). Stanowisko takie należy doprecyzować biorąc pod uwagę, że w myśl art. 190 ust. 2 i 3 Konstytucji z dniem ogłoszenia w odpowiednim dzienniku urzędowym wyroku, w którym Trybunał
Konstytucyjny uznał zakwestionowany przepis za niezgodny z Konstytucją, umową międzynarodową lub ustawą, przepis ten traci moc obowiązującą. Wynika stąd, że przedmiotem pytania prawnego może być tylko
taki przepis, którego wyeliminowanie z porządku prawnego w wyniku
wyroku Trybunału Konstytucyjnego wywrze wpływ na treść rozstrzygnięcia sprawy, w której przedstawiono pytanie prawne. Oczywiście tego rodzaju wyrok ma zgodnie z art. 190 ust. 1 Konstytucji moc powszechnie
obowiązującą, a zatem stwierdzenie niekonstytucyjności konkretnego
przepisu powoduje, że nie może on być zastosowany nie tylko w tej sprawie, w związku z którą przedstawiono pytanie prawne, ale i w żadnej innej sprawie, zaś sprawy uprzednio prawomocnie zakończone mogą być
ponownie rozpatrzone na podstawie stanu prawnego ukształtowanego
w wyniku wejścia w życie wyroku Trybunału Konstytucyjnego (art. 190
ust. 4 Konstytucji).
Trybunał Konstytucyjny, jako organ działający na podstawie i w granicach prawa (art. 7 Konstytucji), a co za tym idzie – zobowiązany do badania z urzędu własnej właściwości w sprawie, ma kompetencję do oceny,
czy istotnie zgodność z Konstytucją przepisu zakwestionowanego w pytaniu prawnym ma znaczenie dla treści orzeczenia mającego rozstrzygnąć
sprawę, w której przedstawione zostało pytanie prawne. Do zadań Trybunału Konstytucyjnego nie należy wprawdzie wskazywanie sądom, które
przepisy winny znaleźć zastosowanie w konkretnej sprawie, a więc mogą
być przedmiotem pytania prawnego, dlatego uzasadnione jest przyjęcie
prima facie założenia, iż skoro sąd przedstawia pytanie prawne, to przesłanka przewidziana w art. 193 Konstytucji, jest spełniona. Jednak z drugiej strony teza, że o tym, czy dany przepis może być przedmiotem pytania prawnego, decyduje wyłącznie sąd, który pytanie przedstawia, prowadziłoby do możliwości obejścia art. 193 Konstytucji przez wymaganie
od Trybunału Konstytucyjnego rozstrzygania pytań prawnych dotyczących kwestii niemających bezpośredniego znaczenia dla rozstrzygnięcia
sprawy zawisłej przed sądem, co zacierałoby różnicę między przyjętym
w Konstytucji uprawnieniem do inicjowania abstrakcyjnej i konkretnej
kontroli konstytucyjności prawa. Dlatego jeżeli Trybunał Konstytucyjny stwierdzi, że pytanie prawne nie spełnia przewidzianego w art. 193
Konstytucji wymagania zależności, jest zobowiązany umorzyć postępowanie z powodu niedopuszczalności wydania wyroku (art. 39 ust. 1 pkt 1
magazyn1-2010.indd 413
10-07-23 18:48:29
414
Ius et Lex nr 1/2010
ustawy o Trybunale Konstytucyjnym; zob. np. postanowienia Trybunału Konstytucyjnego: z 12 kwietnia 2000 r., P 14/99, OTK ZU nr 3/2000,
poz. 90; z 21 marca 2005 r., P 11/04, OTK ZU nr 3/A/2005, poz. 32;
z 14 września 2005 r. , P 7/05, OTK ZU nr 8/A/2005, poz. 94; z 29 listopada 2005 r., P 10/05, OTK ZU nr 10/A/2005 poz. 127).
Kształtując kontrolę konstytucyjności prawa wykonywaną przez Trybunał Konstytucyjny w postępowaniu wszczętym w wyniku przedstawienia
pytania prawnego jako kontrolę konkretną, a nie abstrakcyjną, ustawodawca w art. 32 ust. 3 ustawy o TK nałożył na sąd obowiązek wskazania,
w jakim zakresie odpowiedź na pytanie prawne może mieć wpływ na rozstrzygnięcie sprawy, w związku z którą pytanie zostało przedstawione. Dla
spełnienia tego obowiązku nie wystarczy powtórzenie ogólnej formuły
ustawowej, ale konieczne jest wykazanie, że w konkretnej sprawie zachodzi zależność między odpowiedzią na pytanie prawne a rozstrzygnięciem
tej sprawy, w której zostało ono przedstawione (zob. wyrok z 7 listopada
2005 r., P 20/05, OTK ZU nr 10/A/2005, poz. 111). Istota wymagania
ustanowionego w art. 32 ust. 3 ustawy o Trybunale Konstytucyjnym polega na tym, że sąd powinien określić, jakie skutki dla toczącego się postępowania wywrze ewentualne stwierdzenie, że przepis wskazany jako
przedmiot pytania prawnego jest niezgodny z Konstytucją, ratyfikowaną
umową międzynarodową lub ustawą.
1.2. Odnosząc powyższe założenia do pytań prawnych Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe, Trybunał Konstytucyjny zbadał, czy te pytania
prawne spełniają konstytucyjne i ustawowe przesłanki dopuszczalności
przedstawienia, a co za tym idzie – i rozstrzygnięcia pytania prawnego.
W sprawach karnych postępowanie sądowe jest poprzedzone postępowaniem przygotowawczym. Organy prowadzące to postępowanie nie
są sądami, a zatem nie mogą przedstawiać Trybunałowi Konstytucyjnemu pytań prawnych. Możliwość ta aktualizuje się dopiero w fazie postępowania sądowego, rozpoczynającego się od wniesienia aktu oskarżenia.
Nie można jednak wykluczyć ewentualności, że zastrzeżenia dotyczące
konstytucyjności nasuną się sądowi, który rozstrzyga kwestię incydentalną (wpadkową) powstałą w trakcie postępowania przygotowawczego.
Okoliczność, w której fazie postępowania karnego przedstawione zostaje pytanie prawne, nie jest sama w sobie rozstrzygająca, ale ma istotne
znaczenie przy ustalaniu zależności między zawartą w wyroku Trybunału Konstytucyjnego odpowiedzią na pytanie prawne a rozstrzygnięciem
sprawy przez sąd.
Obydwie sprawy sądowe, w związku z którymi zostały przedstawione
rozpatrywane w niniejszej sprawie pytania prawne, zostały wszczęte na
podstawie wniosków prokuratora o zwolnienie z zachowania tajemni-
magazyn1-2010.indd 414
10-07-23 18:48:30
Orzeczenie TK
415
cy dziennikarskiej w trybie art. 180 § 2 k.p.k. Otrzymawszy zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, prokurator wszczął śledztwo w sprawie
o przestępstwo z art. 212 § 1 k.k., po czym w toku postępowania przygotowawczego wystąpił do sądu z wnioskami dotyczącymi zwolnienia
z tajemnicy dziennikarskiej dwóch dziennikarzy, uznając, że ich przesłuchanie jest niezbędne dla dobra prowadzonego postępowania mającego na celu ustalenie pełnego stanu faktycznego sprawy. Zgodnie z art.
180 § 2 k.p.k. zadaniem sądu rozpoznającego te wnioski jest ustalenie,
czy przesłuchanie co do okoliczności objętych tajemnicą jest niezbędne
dla dobra wymiaru sprawiedliwości i czy okoliczności te mogą być ustalone na podstawie innego dowodu. W tej fazie postępowania sąd nie zajmuje się natomiast kwestią, czy doszło do popełnienia przestępstwa. Jednakże sąd przedstawiający pytanie prawne nie zakwestionował zgodności
z Konstytucją art. 180 k.p.k., lecz art. 212 k.k.
1.3. Wskazany w pytaniach prawnych jako ich przedmiot art. 212 k.k.
składa się z czterech paragrafów. Sąd wskazał ogólnie cały ten artykuł,
co oznacza, że przedmiotem pytania prawnego uczynił całokształt regulacji objętej treścią art. 212 k.k. Trzeba jednak uwzględnić, że tylko
w § 1 i 2 tego artykułu określone zostały znamiona czynu zabronionego,
natomiast § 3 przewiduje możliwość orzeczenia nawiązki na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny
wskazany przez pokrzywdzonego, a § 4 określa, że ściganie przestępstwa
określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego. Treść tych
dwóch paragrafów oczywiście nie ma wpływu na rozstrzygnięcie spraw
toczących się przed sądem, co więcej – zarzuty sądu nie odnoszą się do
tych paragrafów. Zatem oznaczenie przedmiotu pytania prawnego przez
wskazanie „całego” art. 212 k.k. jest bez wątpienia zbyt szerokie.
Zakresy norm wyrażonych w art. 212 § 1 i 2 k.k. są rozłączne – dany
czyn jest albo przestępstwem z § 1, albo z § 2. Nie zmienia tego okoliczność, że w tekście § 2 zamieszczone jest odesłanie do § 1. Odesłanie to
jest tylko zabiegiem technicznym, mającym na celu skrócenie tekstu § 2.
Ocena zgodności z Konstytucją każdego z tych dwóch paragrafów może
być dokonana odrębnie. Można wyobrazić sobie system prawny, który
nie wyodrębnia kwalifikowanego typu przestępstwa zniesławienia, bowiem nie przywiązuje wagi do tego, czy zniesławienie zostało dokonane
za pomocą środków masowego komunikowania, czy też nie. Można wyobrazić sobie także taki system, który penalizuje jedynie zniesławienie
dokonane za pomocą środków masowego komunikowania.
Pytania prawne zostały postawione w sprawie, w której w postanowieniu prokuratora o wszczęciu śledztwa powołano art. 212 § 1 k.k. Jednakże okoliczności sprawy wskazują na to, że w rzeczywistości chodzi
magazyn1-2010.indd 415
10-07-23 18:48:30
416
Ius et Lex nr 1/2010
o czyn określony w art. 212 § 2 k.k. Jedyną kwestią, którą musi zająć się
sąd przedstawiający pytania prawne, jest tylko zwolnienie dziennikarza
z obowiązku zachowania tajemnicy dziennikarskiej, a nie wymierzenie
kary za popełnienie przestępstwa. Można jednak przyjąć, że istnieje pewien stopień zależności między konstytucyjnością art. 212 § 1 i 2 k.k.
a kwestią incydentalną, którą ma rozstrzygnąć sąd rozpatrujący wniosek o zwolnienie z tajemnicy dziennikarskiej. Gdyby bowiem w systemie
prawnym nie było normy o treści art. 212 § 1 i 2 k.k., to rozstrzyganie
o zwolnieniu z obowiązku zachowania tajemnicy byłoby „automatycznie”
bezprzedmiotowe. Zatem mimo to, że zakres kognicji sądu rozpoznającego wniosek o zwolnienie z obowiązku zachowania tajemnicy dziennikarskiej różni się zasadniczo od zakresu kognicji sądu rozstrzygającego
o zasadności zarzutów zawartych w akcie oskarżenia zdaniem Trybunału
można przyjąć istnienie wymaganej przez art. 193 Konstytucji zależności
między odpowiedzią na pytanie prawne dotyczące konstytucyjności art.
212 § 1 i 2 k.k. a rozstrzygnięciem sprawy toczącej się przed sądem, gdyby bowiem ten przepis k.k. utracił moc obowiązującą, orzekanie o zwolnieniu z tajemnicy dziennikarskiej nie byłoby potrzebne.
1.4. Jeśli chodzi o art. 213 k.k., sprawa przedstawia się odmiennie.
W dwóch paragrafach, z których składa się ten artykuł, opisane zostały
okoliczności sprawiające, że czyn opisany w art. 212 § 1 lub § 2 k.k. nie
jest przestępstwem. Art. 213 § 1 k.k. dotyczy zarzutu uczynionego niepublicznie, więc jego treść bez wątpienia nie ma znaczenia w sprawie,
w której zostały przedstawione pytania prawne. Okoliczność ta została
zresztą przyznana przez przedstawiciela sądu w trakcie rozprawy przed
Trybunałem Konstytucyjnym. Natomiast art. 213 § 2 k.k. dotyczy zarzutu podniesionego lub rozgłaszanego publicznie. Opisany w tym przepisie kontratyp odnosi się i do przestępstwa z art. 212 § 1 i art. 212 § 2 k.k.
Gdyby art. 212 k.k. został uznany za niezgodny z Konstytucją, to art.
213 k.k. nie mógłby nigdy znaleźć zastosowania, a zatem badanie jego
zgodności z Konstytucją byłoby zbędne. Przepis ten wyrażałby wówczas
tzw. „normę pustą”, a eliminacja tego rodzaju przepisów – niewątpliwie
pożądana z punktu widzenia zasad prawidłowej legislacji – nie należy
do zadań Trybunału Konstytucyjnego, ale jest powinnością ustawodawcy. Twierdzenie, iż formalne obowiązywanie (nieuchylenie) tego rodzaju przepisów stanowi naruszenie Konstytucji, byłoby zbyt daleko idące.
Gdyby natomiast art. 212 k.k. okazał się zgodny z Konstytucją, to
stwierdzenie niezgodności z Konstytucją art. 213 § 2 k.k. rozszerzałoby
zakres czynów zagrożonych sankcją karną. Usunięcie z porządku prawnego przepisu określającego okoliczności wyłączające karalność czynu
spełniającego znamiona przestępstwa powoduje bowiem rozszerzenie
magazyn1-2010.indd 416
10-07-23 18:48:30
Orzeczenie TK
417
kręgu zachowań podlegających karze. Odmienny skutek mogłoby wywołać stwierdzenie „zakresowej niekonstytucyjności” takiego przepisu.
W tej fazie postępowania przygotowawczego, w której doszło do przedstawienia pytań prawnych, rozważenie tej ewentualności byłoby – z uwagi na niepełność ustaleń dotyczących stanu faktycznego – przedwczesne. Zwrócić należy uwagę, że utrata mocy obowiązującej niezgodnego
z Konstytucją przepisu, który w rozumieniu ustawy jest „względniejszy
dla sprawcy”, nie może prowadzić do zastosowania ustawy nowej (art. 4
§ 1 k.k.). Zdaniem Trybunału Konstytucyjnego zasada nullum crimen sine
lege poenali anteriori, będąca elementem składowym zasady państwa prawnego i wyrażona w art. 42 ust. 1 Konstytucji, znajduje zastosowanie również w sytuacji, gdy przepis wyłączający karalność okazał się niezgodny
z Konstytucją. Nie dotyczy to jedynie tych czynów, które w czasie jego
popełnienia stanowiły przestępstwa w myśl prawa międzynarodowego.
Oczywiste jest, że przestępstwo opisane w art. 212 k.k. do tej kategorii nie należy. Oznacza to, że gdyby nawet w sprawie, w związku z którą
przedstawione zostały pytania prawne, pojawił się problem zastosowania
art. 213 k.k., to stwierdzenie jego niezgodności z Konstytucją nie zmieniłoby stanu prawnego miarodajnego dla jej rozstrzygnięcia. Okoliczności te przesądzają o tym, że w tej fazie postępowania karnego w sprawie,
w której przedstawiono pytania prawne, nie można przyjąć zależności
między kwestią konstytucyjności art. 213 k.k. a rozstrzygnięciem sprawy.
Niezależnie od tego, jeśli chodzi o objęcie pytaniem prawnym art. 213
k.k. sąd przedstawiający to pytanie nie zachował wymagań formalnych
określonych w art. 32 ustawy o TK. W tekście uzasadnienia odniósł się
co prawda także do art. 213 k.k., nie sformułował jednak zarzutu niekonstytucyjności tego przepisu. Odwołanie się do art. 213 k.k. służyło
tylko do sprecyzowania treści art. 212 k.k., czyli tego przepisu, którego
zgodność z Konstytucją wywołała zasadnicze wątpliwości sądu. Dopiero
w piśmie z 4 kwietnia 2006 r. sędzia wyznaczony zarządzeniem Prezesa Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe z 13 grudnia 2005 r. jako umocowany przedstawiciel sądu w postępowaniu przed Trybunałem Konstytucyjnym podał, że pytania prawne przedstawione Trybunałowi Konstytucyjnemu w postanowieniach z 7 listopada 2005 r. obejmują również
art. 213 k.k., do którego odnoszą się te same wzorce co do art. 212 k.k.
Teza o niezgodności całej regulacji zawartej w art. 213 k.k. z powołanymi przepisami Konstytucji nie została poparta argumentacją.
Należy uznać, że powyższe pismo umocowanego przedstawiciela Sądu
nie spowodowało rozszerzenia przedmiotu kontroli konstytucyjności
poza zakres określony w petitum postanowień o przedstawieniu pytań
prawnych. Kompetencja do przedstawienia pytania prawnego – a w kon-
magazyn1-2010.indd 417
10-07-23 18:48:30
418
Ius et Lex nr 1/2010
sekwencji – do określenia jego przedmiotu oraz ewentualnych jego modyfikacji przysługuje „sądowi” rozumianemu jako skład orzekający w konkretnej sprawie. Wola przedstawienia pytania prawnego przez sąd musi
zostać wyrażona w formie określonej przez przepisy ustrojowe i proceduralne, właściwe dla wykonywania funkcji orzeczniczej, a nie dla władztwa administracyjnego poszczególnych organów sądu. Formą tą jest postanowienie wydane przez skład orzekający w danej sprawie. W związku z tym pismo umocowanego przedstawiciela sądu, niemające oparcia
w odpowiednim postanowieniu sądu, nie może być traktowane jako przejaw woli sądu przedstawiającego pytanie prawne. Bez znaczenia jest to,
że w niniejszej sprawie zachodzi tożsamość podmiotowa sędziego orzekającego w sprawie i sędziego wyznaczonego jako umocowany przedstawiciel sądu w postępowaniu przed Trybunałem. Tożsamość podmiotowa na płaszczyźnie faktycznej nie jest tożsamością na płaszczyźnie ustrojowo-proceduralnej.
Ponadto pismo z 4 kwietnia 2006 r. nie spełnia określonego w art. 32
ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o TK wymagania powołania dowodów na poparcie zarzutu niezgodności z Konstytucją ani określonego w art. 32 ust. 3
ustawy o Trybunale Konstytucyjnym wskazania, w jakim zakresie ewentualne orzeczenie o niekonstytucyjności art. 213 k.k. miałoby wpływ na
rozstrzygnięcie sprawy, w związku z którą pytanie prawne zostało postawione.
Z powyższych względów Trybunał Konstytucyjny przyjął, że postępowanie w zakresie obejmującym art. 212 § 3 i 4 oraz art. 213 k.k. podlega
umorzeniu. W konsekwencji – przedmiotem rozstrzygnięcia Trybunału
Konstytucyjnego pozostaje zgodność z Konstytucją art. 212 § 1 i 2 k.k.
2.1. Art. 212 § 1 k.k. brzmi: „Kto pomawia inną osobę, grupę osób,
instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nie mającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego
dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie, karze ograniczenia albo pozbawienia wolności do roku”. Przepis ten
ustanawia zatem podstawowy (ogólny, zasadniczy) typ tego przestępstwa,
potocznie nazywanego zniesławieniem lub pomówieniem. Art. 212 § 2
k.k. ustanawia typ kwalifikowany tegoż przestępstwa, mający te wszystkie
znamiona, które występują w typie podstawowym, oraz znamiona kwalifikujące, które przesądzają o surowszym (wyższym) zagrożeniu karnym.
Przepis ten brzmi: „Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego
w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.
Opisując znamiona przestępstwa z art. 212 § 2 k.k., ustawodawca, dążąc
magazyn1-2010.indd 418
10-07-23 18:48:30
Orzeczenie TK
419
do skrócenia tekstu przepisu, posłużył się techniką odesłania do § 1.
Zatem w trakcie interpretowania § 2 konieczne jest sięgnięcie także do
§ 1. Nie oznacza to jednak, że ewentualna niekonstytucyjność § 1 „automatycznie” uniemożliwiłaby stosowanie nadal zachowującego moc obowiązującą § 2.
Toczące się przed sądem, który przedstawił pytania prawne, postępowania o zezwolenie na przesłuchanie dziennikarzy wiążą się z postępowaniem przygotowawczym w sprawie pomówienia w artykułach prasowych. Czyn taki może stanowić przestępstwo, o którym mowa w art. 212
§ 2 k.k. Jednak nawet hipotetyczna utrata mocy prawnej tego przepisu na skutek orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego nie byłaby równoznaczna z uchyleniem odpowiedzialności karnej sprawcy takiego czynu.
Podstawowym skutkiem uznania art. 212 § 2 k.k. za niezgodny z Konstytucją nie byłaby bowiem oczekiwana przez sąd przedstawiający pytania
prawne dekryminalizacja zniesławienia dokonanego za pomocą środków masowego komunikowania, ale tylko obniżenie górnego zagrożenia karą pozbawienia wolności do poziomu określonego w art. 212 § 1
k.k. Innymi słowy