Rio de Janerio

Komentarze

Transkrypt

Rio de Janerio
www.chodziez.pl
Wygenerowano: 2016-10-12/19:26:47
Rio de Janerio
12.03.2014
Rio de Janeiro
Dotarcie do Rio de Janeiro zajęło nam 5 kolejnych nocy, które spędziliśmy w autobusach. Zaczynając
od Uyuni, dojechaliśmy do Sucre - pięknego kolonialnego miasta i konstytucyjnej stolicy Boliwii, aby
kolejną noc spędzić w drodze do Santa Cruz. Stąd chcieliśmy pociągiem dostać się do Brazylii. Jechał
on jednak dopiero następnego dnia, a my nie chcieliśmy marnować dnia na czekanie. Wzięliśmy więc
prysznic na dworcu, pospacerowaliśmy trochę po mieście, a do granicy pojechaliśmy nie inaczej jak
nocnym busem. Po przejściu granicy, dostaliśmy się do miasta Corumba, gdzie po zwiedzaniu centrum i
małych zakupach, zdecydowaliśmy się spróbować szczęścia i pojechać dalej autostopem. Po kilku
kilometrach marszu i kilku godzinach stania i czekania na okazję, podczas gdy termometr w słońcu
wskazywał 50 stopni (swoją drogą na tym kończyła się skala), zdecydowaliśmy się pojechać kolejny raz
nocą do Campo Grande. Stamtąd, już bez większego zastanowienia, kupiliśmy bilety na 23-godzinną
podróż do Rio de Janeiro.
Cidade maravilhosa
Do stolicy samby przyjechaliśmy po południu. Nocleg znaleźliśmy na Couchsurfingu, a gościć nas
miało 4 kumpli mieszkających pod jednym dachem. Jako, że są oni bardzo aktywnymi hostami, mają
nawet własną stronę oraz fanpage 4 Brothers House. Najprościej do ich mieszkania byłoby pojechać
taksówką, lecz biorąc pod uwagę fakt, że w naszym przypadku najprostsze rozwiązania są rzadkością,
to kawałek podjechaliśmy autobusem, a resztę drogi przeszliśmy pieszo. W mieszkaniu przywitał nas
Otavio i po krótkiej rozmowie i szybkim prysznicu, pojechaliśmy metrem w kierunku plaż. Ponieważ
trafiliśmy tu akurat w dzień wolny od pracy, najsłynniejsze plaże miasta: Copacabana i Ipanema były
strasznie zatłoczone. W normalnych warunkach, tłum na plaży to raczej nic przyjemnego, jednak w
Brazylii było to ciekawe doświadczenie. Ludzie są tu niesamowicie różni, a na plaży mieliśmy okazję
obserwować cały wachlarz odcieni skóry i włosów. Po zachodzie słońca wróciliśmy do mieszkania, by
spędzić trochę czasu z naszymi gospodarzami.
Piękne plaże przyciągają zarówno turystów, jak i mieszkańców
Następnego dnia, po szybkim śniadaniu na obrzeżach faveli udajemy się na plażę, by odpocząć po
długiej podróży z Boliwii. Na Copacabanie nie było tłoku jak poprzedniego popołudnia, więc z
przyjemnością rozkładamy się na piasku z zielonymi kokosami w dłoniach. Po jakimś czasie
przenosimy się na Ipanemę. Tam, ze skał rozciąga się świetny widok, a woda jest płytsza, więc
wskakujemy się ochłodzić. Nie zamierzamy jednak spędzić całego dnia leżąc bykiem - po południu
udajemy się w stronę Corcovado - góry, na której znajduje się słynny pomnik Cristo Redentor. Do
jednego z 7 cudów świata, można dostać się wygodnie, czyli busikiem lub kolejką oraz ciekawie, czyli
wspinając się na szczyt przez tropikalny las. My wybieramy oczywiście tę drugą opcję.
Znalezienie samego wejścia na szlak zajmuje nam sporo czasu. Musimy obejść spore jezioro, później
gubimy się w mieszkalnych dzielnicach u stóp góry. Gdy w końcu znajdujemy początek szlaku w Parku
Lage, jest już po 17. Na ścieżce spotykamy strażnika, który informuje nas, że na tę drogę wpuszczają
tylko do 16, bo zajmuje podobno 2,5 h. Gdy pytami się, co teraz, odpowiada nam manana - wróćcie
jutro. Na szczęście niewielka znajomość portugalskiego robi swoje i przekonujemy strażnika, by
pozwolił nam iść. Do zachodu słońca nie zostało już wiele czasu, więc ostre podejście pokonujemy
niemal sprintem. Ewidentnie nie mamy szczęścia do zdobywania cudów świata - tak samo jak na
Wykonanie: CONCEPT Intermedia www.concept.net.pl
Strona 1/4
www.chodziez.pl
Wygenerowano: 2016-10-12/19:26:47
Machu Picchu - szybko kończy się nam woda, jest gorąco, idzie się ciężko. Ale dajemy z siebie
wszystko i po godzinie z hakiem jesteśmy na szczycie.
Tu spotyka nas kolejna niemiła niespodzianka - nie można kupić biletów! Kobieta przy bramkach
odsyła nas do kasy... w połowie góry. Podobno jakiś bus pojechał tam kupić bilety dla innych i prosimy,
by wzięli dwa więcej dla nas. Gdy bus się pojawia, pozostali czekający odbierają swoje wejściówki, a
dla nas niestety już nie starcza... Po całym wysiłku włożonym w dotarcie na miejsce jesteśmy trochę
rozgoryczeni, ale z całych sił staramy się coś zrobić. Zagadujemy do mężczyzny z większej grupy czy
nie mają przypadkiem dodatkowych biletów. Mówi, że najpierw oni wejdą, a potem zobaczy się, czy
coś zostało.
Czekamy chwilę i mamy szczęście! Znajdują się dwa dodatkowe bilety, które odkupujemy za 20 reali.
Cena wysoka, ale zawiera też busika w dół. Jeszcze tylko ostatnie schody, obchodzimy gigantyczną
figurę Chrystusa i naszym oczom ukazuje się widok, który nie ma sobie równych - wielkie Rio,
cudowne miasto, jak nazywają je Brazylijczycy. Słońce zachodzi za Ipanemą, nad zatoką, na której
stoją zacumowane okręty, powoli zapada zmrok. Ulice i budynki powoli się rozświetlają, a szerokie
drogi zamieniają się w rzeki białych i czerwonych świateł samochodów. Nawet duża ilość ludzi na
platformie widokowej nie niszczy tego niezwykłego przeżycia. Niestety, nie mamy tu dużo czasu pojawia się obsługa i informuje, że ostatni bus w dół odjeżdża teraz... Nie za 5 czy 10 minut, ale teraz.
Nie chcąc wracać długą trasą w dół po ciemku, idziemy na parking.
Tak mało czasu na szczycie było rozczarowaniem, ale jeszcze większym okazał się bus, który zabiera
nas tylko do połowy drogi w dół, gdzie większość ludzi ma swoje auta. My musimy zejść pieszo, po
ciemnej drodze w gęstym lasie deszczowym. Już samo to nie jest zbyt bezpieczne. Gdy zaś w ciemności
piszę smsa - kończę na drzewie, a później, niezrażony pierwszym wypadkiem - wpadam do rowu, co
skutkuje rozbiciem kolana i ekranu w telefonie. Dopiero po kilku kilometrach docieramy do pierwszego
przystanku i jedziemy do centrum. Stąd jeszcze kawałek, więc by odpocząć po ciężkim dniu,
wchodzimy do baru na skraju faveli, w którym rozpoczęliśmy dzień i bierzemy po piwie. Zmierzając w
stronę mieszkania, przypominamy sobie, że od śniadania nic nie jedliśmy. Kupujemy pierwsze po
drodze uliczne jedzenie. Dobrze wyglądające szaszłyki kosztują tylko 3 reale. Mięso było dość
nietypowe. Okazało się, że były to serca. Gdy wracamy do mieszkania, jeden z naszych hostów patrzy
sceptycznie na nasze czerwone od słońca twarze i kręcąc głową mówi "ahh wy gringo, wszyscy tacy
sami". Po takim dniu zasypiamy niemal od razu - Kali na materacu, a ja w hamaku na balkonie.
Miasto Boga to jedna z 700 faveli w Rio, znana z filmu pod tym samym tytułem. Ubogie, niebezpieczne
dzielnice dawniej nie były miejscem, w którym gringo mógł spokojnie się przechadzać. Dziś niektóre
zostały spacyfikowane. To znaczy, że policja rozbiła lokalne gangi narkotykowe, postawiła posterunki,
a miasto buduje szkoły i placówki socjalne. Jedną z takich faveli - Santa Marta - postanowiliśmy ją
odwiedzić.
Ponieważ ogarnięcie busów w Rio nie jest najłatwiejsze, a my mamy sporo czasu, robimy dłuższy
spacer w centrum do dzielnicy Botafofo. Tam, bez specjalnego błądzenia, znajdujemy wejście do faveli
Santa Marta, położonej na zboczu góry o tej samej nazwie. O ile można tak powiedzieć, jest to jedna z
sławniejszych faveli - Michael Jackson nagrywał tu teledysk do „They don't really care about us", a
grupa europejskich artystów w ramach swojego projektu, pomalowała część domów w wesołe barwy.
Na szczyt wzgórza jeździ darmowa kolejka, która służy także do transportu materiałów budowlanych i
śmieci - na faveli nie ma dróg, tylko wąskie uliczki i strome schody. Wraz z kilkoma mieszkańcami
oraz grupą Azjatów z lokalnym przewodnikiem, wjeżdżamy na górę. Na szczycie jest duży posterunek
Wykonanie: CONCEPT Intermedia www.concept.net.pl
Strona 2/4
www.chodziez.pl
Wygenerowano: 2016-10-12/19:26:47
policji pacyfikacyjnej, który spełnia wiele funkcji - przez okno widzimy, że w jednej z sal grupa dzieci
ma lekcję muzyki. Ze szczytu rozciąga się świetny widok na miasto, lecz dopiero tutaj tak naprawdę
widać niesamowity kontrast pomiędzy dwoma twarzami Rio - w oddali widać hotele, wysokie
apartamentowce i marinę, zaś wokół nas rudery z blachy, gołej cegły i sterty śmieci. Wszystko to zaś
ogląda, niewielki z tej perspektywy, Chrystus Odkupiciel na szczycie Corcovado. Nazwanie jednej z
faveli Miastem Boga wydaje się dość gorzką ironią.
Gdy schodzimy z najwyższej części wzgórza Santa Marta, małe domki, często budowane przez samych
mieszkańców, nie są tak urocze, jak te pomalowane przez artystów. Choć sam projekt jest ciekawy i
szlachetny, to wciąż miejsce, gdzie mieszkają bardzo ubodzy ludzie. Niektóre ściany są przechylone
tak, że ledwo stoją. Czasem dachy sklepiają się nad uliczką tak, że jest zupełnie ciemna. Są oczywiście
karaluchy, a od czasu do czasu między nogami przemyka szczur. Nie czujemy się tu zagrożeni, a mijani
mieszkańcy witają się i sprawiają nawet miłe wrażenie. Tylko od czasu do czasu ktoś spojrzy
nieprzyjaźnie lub powie, żeby nie robić zdjęć. Wizytę w Santa Marta kończymy popijając piwko w
jednym z lokalnych barów. Uczucie spędzenia chwili pośród mieszkańców faveli jest bardzo ciekawym
doświadczeniem, odebranym przez nas zdecydowanie pozytywnie.
Choć mieszkańcom faveli niewiele można się wiele zazdrościć, jedną takich rzeczy jest widok
Przed powrotem do domu robimy jeszcze małe zakupy na wieczór, nastawiając się na wieczorne
wyjście. Sami nie znamy okolicy ani pubów, jednak w tej kwestii możemy śmiało polegać na naszych
couchsurferach. W mieszkaniu szybko okazuje się, że jakaś impreza jest na rzeczy i zostajemy wpisani
na listę gości. Impreza studentów psychologii, z otwartym barem za 30 reli. Brzmi nieźle. Na miejsce
dojeżdżamy busem i naszym oczom ukazuje się mała willa z basenem w której mieszka grupka
znajomych. Wracając do domu około 4, zgodnie przyznajemy, że Brazylijczycy potrafią się bawić.
Ostatni dzień w Rio zaczynamy od wizyty na dworcu autobusowym, gdzie zakupujemy bilety do Foz de
Iguazu na następny poranek. Pogoda nieco się popsuła i pada deszcz. Nie psuje to naszych humorów i
wyruszamy w kierunku Muzeum Sztuki Współczesnej, położonego po drugiej stronie zatoki.
Autobusem dojeżdżamy do portu, w okolicach którego zatrzymujemy się na chwilę, ponieważ pod
mostem odbywa się targ staroci. Można na nim kupić prawie wszystko, nawet polskie monety z
pruskiego zaboru. Nasze zakupy ograniczamy do kilku niewielkich upominków.
Museu de Arte Contemporanea to bardzo charakterystyczny budynek, swoją bryłą przypominający
nieco statek UFO. Jego położenie jest równie piękne co sama konstrukcja. Na klifie, na małym
półwyspie, z widokiem na drugą stronę zatoki z licznymi wysepkami po drodze i wzgórzami w tle. W
środku okazuje się, że ciekawa konstrukcja wiąże się ze znacznym ograniczeniem powierzchni
wewnątrz. Do podziwiania są jedynie dwa piętra, dosyć niewielkich rozmiarów. Wystawa jednak, jak to
w sztuce współczesnej bywa, potrafi zadziwić i skłonić do rozmyśleń.
Dzień kończymy przeprawą promową oraz tradycyjnym już dla nas, szukaniem właściwego busa do
domu. Komunikacja miejska w Rio jest bardzo rozwinięta i poza kilkoma liniami metra opiera się na
busach. Busach, które dla miejscowych są stosunkowo przejrzyste, natomiast przyjezdni muszą się
uzbroić w cierpliwość oraz liczyć na odrobinę szczęścia przy okazji wyboru miejsca oczekiwania oraz
destynacji, w którą chcą się wybrać. Po powrocie do domu robimy sobie jeszcze zdjęcie z lokatorami na
balkonie, co jest ich tradycją, gdy kogoś goszczą i po ostatniej Caipirinhi udajemy się spać. W końcu
jutro czeka nas 21 godzinna przeprawa autobusem w kolejne, nie mniej interesujące miejsce -
Wykonanie: CONCEPT Intermedia www.concept.net.pl
Strona 3/4
www.chodziez.pl
Wygenerowano: 2016-10-12/19:26:47
wodospady Iguazu.
Tekst: Kali&Strzała
Wykonanie: CONCEPT Intermedia www.concept.net.pl
Strona 4/4

Podobne dokumenty