azeta ekarzy

Komentarze

Transkrypt

azeta ekarzy
G
L
[email protected]
miesięcznik
• Nowości
• Dylematy
7_ 2012_Wrzesień
azeta
ekarzy
• Emigracja
• Artykuł
poglądowy
• Medycyna
i internet
ISSN 2084-5685
ISSN 2084-5685
• Wczoraj i dziś
• Po dyżurze
• Podróże
Dom Lekarza
Koleżanki i Koledzy,
W
róciliśmy szczęśliwie z wakacji i urlopów do naszych domów. Lekarskie domy owiane są legendą, a sławą ustępują
jedynie naszym garażom. Fakt nieposiadania tego przydomowego
elementu architektonicznego naraża lekarza na podejrzenia, że
nie jest on poważnym przedstawicielem swojego zawodu. Bez
samochodu i bez garażu to prawie jak bez pieczątki, albo i gorzej.
Choć wystarczy zostawienie podpisu pod receptą, to wiemy, jakie
moce drzemią w pieczątce i jak jej zmodyfikowana treść potrafi
być medialna. Co więcej, potrafi oddziaływać ze sporą siłą na władze administracyjne oraz przyciągać
uwagę niejednego kamerzysty telewizyjnego.
P
ostanowiliśmy spojrzeć na nasze lekarskie domy bardziej analitycznie. Jakie one są w sensie struktury
emocjonalnej, rodzinnej, a także budowlanej? Czy są udane i szczęśliwe, zamieszkałe przez kochające się rodziny? A może okazałe i puste, ponieważ ich właściciele spędzają czas na kolejnym dyżurze
w tym miesiącu? Czy opinia, która krąży wśród ludu o okazałych lekarskich rezydencjach jest prawdą
czy tylko legendą?
C
zy faktycznie każdy lekarz zbudował dom? Jak mu to szło? Co wybudował? Budowa domu w każdym czasie to bardzo ryzykowne przedsięwzięcie. Najpierw budujemy, zaciskamy pasa, a gdy już
przychodzi czas zamieszkania, to okazuje się, że potencjalni lokatorzy gdzieś rozpierzchli się po świecie.
Każdy z nas potrafi przywołać w pamięci takie obszerne domostwa, w którym po latach starań i zabiegów
w rezultacie pozostaje dwoje mieszkańców. Budując duże domy, podświadomie nawiązujemy do tradycji
rodziny wielopokoleniowej, która w dzisiejszych czasach jest raczej wyjątkiem niż regułą. Jeżeli następne
pokolenie zamieszka w tym samym mieście, to już jest wspaniale, a dobrze jeżeli w tym samym kraju.
Dzieci i wnuki zamieszkałe na innym kontynencie to znak naszych globalnych czasów.
N
ie mam osobistych doświadczeń z budową domu. Moja inwestycja w rynek nieruchomości ograniczyła się jedynie do kupna mieszkania i to w odległych latach. Przez rok pracy w pięciu miejscach
udało mi się zgromadzić niezbędne fundusze na akcję inwestycyjną, znaną niektórym czytelnikom jako
wykupienie mieszania będącego własnością wydziału kwaterunkowego. Dziś pracując nawet w pięćdziesięciu miejscach, nie uzbierałabym kwoty, która jest potrzebna do kupienia mieszkań na moim osiedlu.
Szczęśliwie w dawnych latach nie było kredytów, trzeba więc było zaciskać pasa, aby zainwestować
w kupno mieszkania. Była to bardzo dobra inwestycja, choć generalnie jestem zwolenniczką inwestowania w umiejętności, a nie w nieruchomości. Umiejętność jest zawsze z nami i nikt nam jej nie zabierze.
Z nieruchomościami może być różnie. Dlatego inwestujmy w nasze umiejętności, zwłaszcza nowe i inne
niż związane z naszym zawodem. Posiadanie drugiego zawodu w dzisiejszych nieprzyjaznym lekarzom
czasach jest niczym posiadanie szalupy ratunkowej na wzburzonym morzu. Czy jego powierzchnia
uspokoi się i będzie to ten sam znany nam od zawsze akwen? Odpowiedź na to pytanie jest niewiadomą.
Krystyna Knypl
ISSN 2084-5685
Wydawca
Krystyna Knypl
Warszawa
Pfeffer, Danuta Przerwa, Beata Świerczewska,
Redakcja
Krystyna Knypl, redaktor naczelna
Maggy Woland, Małgorzata Wronka, Katarzyna
[email protected] Zdzieborska.
Mieczysław Knypl, sekretarz redakcji
[email protected] Rysunki Katarzyna Kowalska, Zen.
Projekt graficzny i opracowanie
Współpraca przy bieżącym numerze
Alicja Barwicka, Ewa Dereszak-Kozanecka, Anna komputerowe Mieczysław Knypl
Gradzik, Krzysztof Grodoń, @Grypa, Monika „Gazeta dla Lekarzy” jest miesięcznikiem redagowaJezierska-Kazberuk, Kasia Kowalska, Anna Lach- nym przez lekarzy i członków ich rodzin, przeznaczo-Czerwińska, Dorota Lewandowska, Agnieszka nym dla osób uprawnionych do wystawiania recept.
Opinie wyrażone w artykułach publikowanych
w „Gazecie dla Lekarzy” są wyłącznie opiniami
ich autorów.
Redakcja zastrzega sobie prawo do redagowania
nadesłanych do publikacji tekstów, w tym skracania, zmiany tytułów i śródtytułów.
Wydawca i redakcja mogą odmówić publikowania
reklam i ogłoszeń, a w razie przyjęcia ich do druku
nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
W numerze
Nowości ...................................................... 4, 11, 18, 25
Wspólnota w działaniu i determinacja w dążeniu do celu
Krystyna Knypl ........................................................................... 6
Dylematy
Transplantacja narządów w Polsce Krystyna Knypl ............. 9
Czekając na nerkę Dorota Lewandowska............................. 10
Mój dom
Lekarze rodzicami
Krystyna Knypl.......................................................................... 12
Wychowałam się w rodzinie lekarskiej…
Kasia Kowalska......................................................................... 14
A jeśli dom będę miała… będzie z piorunochronem
na pewno
Beata Świerczewska ................................................................. 23
Dom w skowronkach – udręka i ekstaza na miarę lekarza
rodzinnego w budowie
@Grypa....................................................................................... 26
Lekarz ma kota?
Ewa Dereszak-Kozanecka ........................................................ 29
6
9
12
19
15
26
23
Nasi rodzice
W domu chirurga musi być cicho!
Agnieszka Pfeffer, Katarzyna Zdzieborska ............................. 19
29
Emigracja
Jesteśmy w ciąży!
Krzysztof Grodoń ...................................................................... 15
32
Wczoraj i dziś
40 lat – to już pora presbyopii
Alicja Barwicka ......................................................................... 32
Artykuł poglądowy
Nowotwory płuca – postęp w diagnostyce i leczeniu
Krystyna Knypl ......................................................................... 35
35
Medycyna i internet
Porcelanowe motyle
Małgorzata Wronka, Monika Jezierska-Kazberuk ............... 38
Po dyżurze
Rekomenduje Gabrysia
Danuta Przerwa ....................................................................... 43
Powroty Maggy Woland ......................................................... 53
Ucieczka z Alcatraz
Monika Jezierska-Kazberuk .................................................... 54
Podróże
Wszystko tam jest do góry nogami!
Anna Gradzik ........................................................................... 44
„Zgubię teściową, to żona mi głowę urwie!”
Anna Lach-Czerwińska ........................................................... 49
3
38
43
44
49
53
54
7_2012
wrzesień
Nowości
Zaburzenia chodu w chorobie Alzheimera
Dr Stephanie Bridenbaugh
i wsp. z Basel Mobility Center przeprowadzili badania na
1153 osób, których średni wiek
wynosił 77 lat. Byli to pacjenci
Basel Memory Clinic. Wyniki obserwacji porównano ze
zdrową społecznością Bazylei
w podobnym wieku. Badani
byli podzieleni na 3 grupy:
zdrowi, z umiarkowanymi zaburzeniami poznawczymi oraz
z chorobą Alzheimera. Pacjentów z rozpoznaną chorobą
Alzheimera zakwalifikowano
do podgrup: z łagodnym
nasileniem objawów, umiarkowanym i ciężkim. Chód badano na 10-metrowej bieżni
elektronicznej, połączonej
z czujnikami pomiarowymi.
Zadaniem pacjentów był normalny spacer, a także spacer
z jednoczesnym liczeniem do
tyłu lub wymienianiem nazw
zwierząt. Stwierdzono, że chód
przy takim utrudnieniu staje się wolniejszy i bardziej
zmienny u osób z zaburzenia-
mi poznawczymi niż u osób
bez zaburzeń poznawczych.
Wnioski: uszkodzeniu funkcji
poznawczych towarzyszą nie
tylko upośledzenia pamięci,
lecz także uszkodzenia czynnościowe. Stosując analizę
ilościową wykazano, że kroki
stają sie wolniejsze i bardziej
zmienne wraz z nasilaniem
się upośledzenia funkcji poznawczych .
W badaniach dr. M. Ikram
i wsp. z Holandii u 1465 osób
chód był oceniany na bieżni
elektronicznej pod względem
następujących parametrów:
rytm (odzwierciedlający długość kroku i czas jego trwania),
fazowość (odzwierciedlająca
czas spędzony na jednej nodze lub obu nogach), różnorodność (zmienność kroków
u danej osoby), baza podparcia (szerokość kroku i stóp),
umiejętność chodzenia z drugą osobą w tandemie (oceniano liczbę błędów we wspólnym
chodzeniu), sprawność obrotu
(czas potrzebny do wykonania
obrotu). Zaburzeniom procesów informacyjnych towarzyszyły zmiany w szybkości
i zmienności stawiania kroków.
Zaburzeniom motorycznym
towarzyszyły trudności w chodzeniu z drugą osobą. Również
w obserwacjach dr. Rodolfo
Savica i wsp. z Mayo Clinic
w Rochester, które objęły 1314
osób badanych dwukrotnie
w ciągu 15 miesięcy, stwierdzono że chód nie jest prostą czynnością motoryczną,
lecz jest sprzężony ze stanem
funkcji poznawczych. Pogorszenie funkcji poznawczych
negatywnie wpływa na takie
parametry chodu jak szybkość
stawiania kroków, ich długość,
naprzemienność.
Fot. @mimax2
Podczas Alzheimer Association’s International Conference 2012 w Kanadzie
przedstawiono kilka bardzo
interesujących doniesień na
temat zmian i zaburzeń chodu, jakie można obserwować
w chorobie Alzheimera. Takie
zmiany jak spowolnienie chodu lub zmienny krok mogą
wskazywać, zdaniem autorów,
na obniżenie funkcji poznawczych – powiedział Wiliam
Thies z Alzheimer Association
podczas konferencji prasowej, na której przedstawiano
główne tezy doniesień poświęconych zaburzeniom chodu.
Trudności związane z chodzeniem nie są oczywistą konsekwencją starzenia się, choć
są dość częstym problemem
w starszym wieku. Badania
wykazują, że u osób z zaburzeniami chodu występuje
nie tylko zwiększone ryzyko
upadków, ale także zwiększone ryzyko rozwoju zaburzeń
pamięci i demencji.
Choroba Alzheimera jest częstsza, niż podają statystyki
4
choroby Alzheimera zwiększa
ryzyko zgonu 3…4 krotnie. Dr
Bryan uważa też, że częstość
zgonów z powodu choroby
Fot. @mimax2
Podczas kongresu w Vancouver wyrażono opinię, że
coraz lepsze metody rozpoznawania choroby Alzheimera lokują ją, jeśli chodzi o częstość
występowania, obok chorób
układu krążenia i nowotworów. Zdaniem dr. Bryana Jamesa i wsp. z Rush University
w Chicago choroba Alzheimera jest przyczyną około
500 tysięcy zgonów rocznie
w Stanach Zjednoczonych,
podczas gdy choroby układu krążenia są powodem 617
tysięcy zgonów, a nowotwory – 565 tysięcy. Rozpoznanie
Alzheimera może być nawet
6-krotnie większa, niż podają
to obecne statystyki oparte na
dokumentach urzędów stanu
cywilnego, które nie zawsze
w sposób dokładny precyzują
rzeczywistą przyczynę zgonu.
Autor zaznaczył także, że dane
z obserwowanej prze niego
populacji mogą się różnić
od ogólnej populacji Stanów
Zjednoczonych. Dokładniejsze informacje na ten temat
są w doniesieniu: James B, et
al “Attributable risk of mortality from incident Alzheimer’s
disease” AAIC 2012; Abstract
P2-174.
Źródło: http://www.
medpagetoday.com/
MeetingCoverage/AAIC/33836
7_2012
wrzesień
Nowości
Trwające trzy lata leczenie
dożylną immunoglobuliną
(IVIG GammaGard) zapobiega postępującemu obniżaniu
się zdolności poznawczych
u pacjentów z chorobą Alzheimera – twierdzą dr. Norman
Relkin i wsp. z Weill Cornell
Medical College w Nowym
Jorku. Ogłosili oni podczas
Alzheimer’s Association International Conference, która odbyła się w dniach 14-19 lipca
w Vancouver (http://www.alz.
org/aaic/) wyniki niewielkiego
badania klinicznego II fazy,
obejmującego 21 osób z chorobą Alzheimera, z których
16 otrzymywało immunoglobulinę, a 5 placebo. Czterech pacjentów otrzymywało
immunoglobulinę przez 36
miesięcy.
Dawkowanie IVIG GammaGard wynosiło 0,4 g/kg co
2 tygodnie. Stan intelektualny pacjentów był oceniany za
pomocą testów Alzheimer’s
Disease Assessment Scale
(ADAS-Cog), Clinical Global
Impression of Change (CGIC),
The Neuropychiatric Inventory
oraz innych. Podczas konferencji prasowej poprzedzającej prezentację doniesienia na
kongresie dr Relkin powiedział, że leczenie było „generalnie dobrze tolerowane, ale
wystąpiły w kilku przypadkach
objawy uboczne. Większość
z nich zależała od szybkości
wlewu dożylnego immunoglo-
buliny. Obserwowano między
innymi zaczerwienienie skóry.
U jednego pacjenta wystąpił
udar mózgu, prawdopodobnie
jego wystąpienie mogło być
związane z lepkością IVIG,
która jest znanym czynnikiem
zwiększającym ryzyko epizodów niedokrwiennych”.
Dr Relkin poinformował,
że trwa już III faza badania,
w której weźmie udział 390
pacjentów, a jej zakończenie
przewidziane jest na połowę
2013 roku. Można sądzić, że
wyniki będą przedstawione
podczas kolejnego kongresu
Alzheimer’s Association International Conference, który odbędzie się w Bostonie w dniach
13-18 lipca 2013 r. Podstawą
Ruch chroni przed chorobą Alzheimera
Cztery badania kliniczne,
których wyniki ogłoszono
podczas Alzheimer’s Association International Conference
2012 wykazały, że systema�tyczne ćwiczenia fizyczne
zmniejszają ryzyko wystąpienia choroby Alzheimera. Czas
trwania badań był różny: od
6 do 12 miesięcy, a wykonywane ćwiczenia również nie
były we wszystkich badaniach
jednolite. Badania MRI wykazują, że ćwiczenia fizyczne
uprawiane przez rok prowadzą
do zwiększenia o %2 objętości
hipokampa (element układu
limbicznego odpowiedzialny
za pamięć). Struktura ta ulega zmniejszeniu w chorobie
Alzheimera. Obserwowano
poprawę funkcji poznawczych,
lepszą neuroplastyczność
(zdolność komórek nerwo-
Nowotwory rzadkie wcale nie takie rzadkie
Dr G. Gatta i wsp. opublikowali na łamach „European
Journal of Cancer” 2011,47,
2493-2511 artykuł na temat
nowotworów rzadko występujących „Rare cancers are
not so rare: The rare cancer
burden in Europe”. Autorzy
tworzą The RARECANCER
Working Group.
W związku z niedostatkiem informacji o nowotworach rzadkich w Europie
przeprowadzono analizę
5
dostępnych danych dotyczących 162 000 000 osób. Za nowotwór rzadki przyjęto taki,
który występuje nie częściej
niż 6/100 000/rok. Częstość
zapadania na wszystkie nowotwory rzadkie w Europie
wynosi 108/100 000, podczas gdy zapadalność na
wszystkie nowotwory wynosi 541/100 000. Nowotwory
rzadkie stanowią więc 22%
wszystkich nowotworów. Szanse na pięcioletnie przeżycie
ma 47% osób chorujących na
nowotwory rzadkie w porównaniu z 65% osób chorujących
na nowotwory występujące
powszechnie. Obecnie w całej
Unii Europejskiej żyje około
4 300 000 osób ze zdiagnozowanymi nowotworami rzadkimi. Taka liczba wskazuje na
konieczność restrukturyzacji
zarówno ochrony zdrowia, jak
i profilu prób klinicznych.
W Europie powstała koalicja zajmująca się problematyką
teoretyczną do stosowania
IVIG w chorobie Alzheimera jest to, że w jej przebiegu
występują przeciwciała białka
złogów betaamyloidu.
Dalsze badania II fazy
obejmują testy IVIG podawanego w różnych dawkach
wg schematu: 0,4 g/kg co 2 tygodnie v. 0,2 g/kg co 2 tygodnie
oraz 0,4 g/kg co 4 tygodnie v.
0,8 g/kg co 4 tygodnie.
Na portalu www.medscape.
com, który opublikował relację z konferencji prasowej,
jeden z dyskutujących lekarzy
zwrócił uwagę na koszt pojedynczej dawki IVIG: od 3000
do 10 000 dol.
Źródło: http://www.medpagetoday.com/meetingcoverage/aaic/33780
wych mózgu do regeneracji
i tworzenia sieci połączeń z innymi neuronami), mniejszą
skłonność do depresji, lepszą
jakość snu. Za zalecaną formę
aktywności fizycznej dla osób
starszych uznano spacer.
Źródło: http://www.alz.org/aaic/
sun_1030amct_physical_activity.asp
nowotworów rzadkich. Bliższe dane pod adresem http://
www.rarecancerseurope.org/.
Wśród aktywnych członków
koalicji nie ma uczestników
z Polski.
Źródło: www.rarecancerseurope.org
Fot. @mimax2
Immunoglobulina w leczeniu choroby Alzheimera
7_2012
wrzesień
Kapitol
Nowości
Nowości
Krystyna Knypl
Wspólnota w działaniu
i determinacja
w dążeniu do celu
Hasło kongresu AIDS 2012 „Turning the Tide Together” dobrze odzwierciedla potrzebę
wspólnych wysiłków wielu środowisk na rzecz opanowania tej groźnej choroby. Mądry
zamysł, godzien stosowania do rozwiązywania wszystkich trudnych problemów.
J
uż pierwsze kontakty z organizatorami wskazywały,
że nie jest to jeszcze jeden z wielu, zorganizowanych
w sposób powtarzalny kongresów. Samo logo ma bardzo interesującą wymowę – splecione trzy wstążeczki,
które odebrałam jako znaki graficzne
symbolizujące jakąś wspólnotę, być może
rodzinę. W środku wstążeczka w kolorze
czerwonym, będąca prawdopodobnie
symbolem osoby seropozytywnej. Wstążeczki umieszczone są blisko siebie, przez co elementy
graficzne niosą kolejny przekaz podprogowy – osoby
seropozytywne są bardzo blisko każdego z nas. Niekiedy na wyciągnięcie reki, niekiedy nawet pod ręką. Nie
zawsze to wiemy, rzadko kiedy to sobie uświadamiamy.
Organizacja na wysokim poziomie
Przeglądając program i zasady organizacji, nie
sposób nie zauważyć perfekcji i rozmachu. Pozyskano
wsparcie największych tego świata – od prezydenta
Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy przez Hillary
Clinton, Billa Gatesa, przedstawicieli miejscowych władz
miejskich, naukowców, organizacje charytatywne, kościoły, stowarzyszenia pacjentów, po wybitnych artystów.
Reguły i wymagania akredytacyjne dla przedstawicieli prasy wyśrubowane, ale już znane z poprzednich
kongresów: legitymacja prasowa, dostarczenie kilku
publikacji w formacie PDF oraz tzw. letter of assignment.
Dokumenty ładuje się na swoim specjalnie założonym
koncie internetowym i czeka na decyzję organizatorów.
Podczas zakładania konta aplikujący ma poszerzoną
możliwość wyboru płci: female, male i transgender.
6
Oczekując na akredytację, można zająć się studiowaniem kilkudziesięciostronicowego programu
kongresu. Podczas lektury zwraca uwagę niezwykle
staranny i wyważony dobór słów, jakimi posługują się
organizatorzy. No bo czyż nie jest zachwycający taki
akapit, określający jeden z wielu celów kongresu: To
increase global awareness of the continuing impact of HIV
and AIDS and to re-energize global, national and local
responses to the pandemic through public health practice,
science, policy, education, the media and other means.
Słowem znane hasło „wszystkie ręce na pokład”
przedstawione w nowej formule. Podobnie objawiła mi
się informacja o możliwości zakupu abstraktów kongresowych zarówno w języku angielskim, jak i hiszpańskim,
a do tego nie tylko przez bywalców Apple Store, ale
i fanów Android Market! Nie ukrywam, że takie podejście można uznać za inspirujące, zwłaszcza dla lekarza,
któremu całe życie wbijano do głowy judymowszczyznę.
Niezależnie od rozmiarów epidemii i kierunku jej rozprzestrzeniania się, jak zawsze przytomny świat biznesu
nie traci głowy!
Uroczystość otwarcia kongresu AIDS 2021
była bardziej niż nietypowa: wielkie widowisko,
w którym przeplatały się elementy odwołań religijnych,
artystycznych, politycznych i naukowych. Uczestników
tej gali, wypełniających do ostatniego miejsca salę posiedzeń plenarnych, zaskoczyło niespodziewane zgaszenie
świateł. Po chwili w ciemności rozległ się głos mężczyzny
recytującego słowa inwokacji stylizowanej na modlitwę:
Posłaliśmy nasze modlitwy w dół rzeki Potomak, do świętej
zatoki Chesapeake…
7_2012
wrzesień
Nowości
z Uniwersytetu Medycznego w Ugandzie i prof. Diane
Havlir z Uniwersytetu Medycznego w San Francisco. Do
witających dołączył burmistrz Waszyngtonu Vincent C.
Gray oraz sekretarz generalny ONZ za pośrednictwem
przekazu wideo. Interesująca była informacja burmistrza
o szerokiej akcji profilaktycznej, polegającej między
innymi na propagowaniu stosowania prezerwatyw. Miarą
My, tu dziś zgromadzeni, jesteśmy jedynie małą
cząstką wielkiego dzieła stworzenia matki Ziemi i świętej
zatoki Chesapeake, ale wielki stwórca słyszy nasze modły i jest naszym przewodnikiem oraz przeznaczeniem.
Wszystko, co zostało stworzone, jest święte, także my sami…
Okazało się po chwili, że były to oficjalne słowa
otwarcia kongresu AIDS 2012. Po ich wygłoszeniu
ceremonię uświetnił krótki występ Gay Men’s Chorus of Washington D.C. Po występach przystojnych
i niespotykanie eleganckich chórzystów (miarą tego
były wielkie broszki z błyszczącej biżuterii w klapach
smokingów) przedstawiono etiudę filmową na temat
kampanii promującej używanie prezerwatyw.
Kolejnym punktem uroczystości otwarcia
było wystąpienie wielebnego Charlesa Straighta
z Kościoła Metodystów.
Pastor Straight od 27 lat
jest zaangażowany we
wspieranie osób z HIV/
AIDS w ramach AIDS Foundation of Chicago.
Po tych duchowych i artystycznych akcentach
uczestników kongresu przywitali słowem wstępnym
organizatorzy naukowi kongresu, prof. Elli Katabira
7
sukcesu w dystrykcie Columbia jest to, że od 2009 roku
nie urodziło się tam żadne dziecko seropozytywne.
Drugi dzień obrad miał jeszcze bardziej niespotykane akcenty. Po pierwsze na sesji plenarnej „Ending the
Epidemic: Turning the Tide Together” wystąpiła Hillary
Clinton, która przedstawiła działania rządu Stanów Zjed-
noczonych na rzecz opanowania epidemii HIV/AIDS.
Jej wystąpienie nie obyło się bez demonstracji grupy
młodych uczestników, połączonej z nieprzyjaznymi
okrzykami i wymachiwaniem transparentami, ale nie
takie przeszkody Hillary przeskakiwała!
Podczas dyskusji panelowej na temat partnerstwa
prywatno-publicznego w leczeniu HIV/AIDS słowo
wstępne wygłosił sir Elton John. Oto początek jego wystąpienia: Jestem niezwykle zaszczycony z powodu uczestnictwa w tej konferencji. Chciałbym opowiedzieć wam historię
o pewnym młodym człowieku, starającym pogodzić się
7_2012
wrzesień
Nowości
z własną seksualnością,
nadużywającym leków
i alkoholu. Człowieka
uprawiającego seks bez
zabezpieczenia i będącego w grupie wysokiego
ryzyka zetknięcia się z wirusem HIV. Jego życie było
nieuporządkowane, destrukcyjne, niekontrolowane. Właściwie powinien on umrzeć, ale stało się coś wspaniałego.
Ludzie okazali mu współczucie i miłość. Ludzie podali mu
rękę i okazali zrozumienie. Ludzie podali mu nie tylko
rękę, ale i szansę stania się lepszym, i stał się on lepszym.
Wszystko wokół niego uległo zmianie. Prowadzi on teraz
wspaniałe życie, ma kochającego partnera i wspaniałego
syna. Od 22 lat jest on trzeźwy i czysty. Ten człowiek stoi
przed wami i wygłasza to przemówienie…
Poza takimi niecodziennymi sesjami odbyło się
wiele debat naukowych, których główne przesłania były
przedstawiane na codziennych konferencjach prasowych.
Bardzo interesującym punktem programu waszyngtońskiego kongresu był dla mnie rozdział zatytułowany Faith based participation, czyli uczestnictwo
oparte na wierze. Bardzo liczne kościoły i organizacje
religijne zaangażowane w walkę z HIV przygotowały
ofertę, której szczegóły można znaleźć na stronie http://
iac.ecumenicaladvocacy.org/. Oczywiście organizatorzy
pamiętali o zapewnieniu odrębnego pomieszczenia do
medytacji i cichych modlitw dla uczestników kongresu,
mających potrzebę takich duchowych aktywności. Gdyby
zaś ktoś zapragnął rozmowy z duchownym reprezentującym wyznawaną przez niego wiarę, pracownicy Prayer
Room są w stanie zaaranżować takie spotkanie.
Nauka na wysokim poziomie
Na wielu sesjach i prezentacjach przedstawiono najnowsze doniesienia. Niektóre miały charakter
społecznościowy, inne wysoce specjalistyczny. Na
przykład na sesji zatytułowanej Viral Regulation: From
Proteins to Tissues wygłoszono m.in. takie referaty jak
“Discovery of novel transcription factors present only in
infected cells” czy “Glut1: establishing a new paradigm
for HIV-1 infection by regulating glucose metabolism and
activation in CD4+ T cells in HIV-1-positive subjects”.
8
Konia z rzędem temu, kto poza autorami i może kilkudziesięcioma osobami na świecie wie, o co chodzi!
Korzystam z bardzo ciekawego tłumacza komputerowego
http://mymemory.translated.net/ i powiada mi on, że
po polsku oznacza to: „Glut1: ustanowienie nowego
paradygmatu dla zakażenia HIV-1 w drodze regulacji
metabolizmu glukozy i aktywacji w komórkach T CD4
u osób HIV-1-pozytywnych”. Niby wszystko jasne, ale
nadal ciemność widzę…
W ramach podyplomowej edukacji ciągłej doczytuję, że są białka należące do rodziny GLUT (co
za nazwa! nie mam pewności, czy warto należeć do
takiej rodziny), które umożliwiają dyfuzję glukozy do
wnętrza i na zewnątrz komórki i zwane są błonowymi
transporterami glukozy. Jest 14 form transportera GLUT
i najważniejsze są białka od GLUT 1 do GLUT 4. Główne miejsca występowania GLUT1 to mózg, erytrocyty,
ale są we wszystkich tkankach. GLUT 2 jest w trzustce,
wątrobie, jelitach, nerce. GLUT 3 w mózgu. GLUT 4
w mięśniach szkieletowych, sercu, adipocytach.
Globalna wioska
Poza aktywnością naukową przewidziano wiele
działań w przestrzeni zwanej globalną wioską. Na rozległym terenie wioski można wysłuchać prezentacji
popularnonaukowych, obejrzeć filmy o organizacjach
działających na rzecz osób seropozytywnych, poznać
prace artystów. Wyodrębniono specjalny sektor dla osób
młodych, nazwany Washington DC Youthforce, bliższe
dane na stronie http://youthaids2012.weebly.com/.
Podsumowanie
Od pierwszego kongresu w 1985 roku do XIX
w 2012 roku wszyscy przeszli długą drogę, na której
zmieniały się poglądy, wiedza i w pewnym zakresie także
nastawienie do problematyki HIV i AIDS. Przykład ten
wskazuje, jak wiele można zrobić w każdej sprawie, nawet
gdy na początku drogi nadzieje na
odwrócenie niepomyślnego biegu zdarzeń nie są duże. Wspólnota w działaniu i determinacja
w dążeniu do celu mogą uczynić
wiele dobrego.
7_2012
wrzesień
Dylematy
Transplantacja narządów w Polsce
Krystyna Knypl
Transplantacja narządów w Polsce ma się nie najgorzej, ale zawsze mogłoby być lepiej,
a może nawet dużo lepiej. Problemy ściśle medyczne i organizacyjne są bardzo przejrzyście zaprezentowane na stronach Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego do
spraw Transplantacji „Poltransplant” (http://www.poltransplant.org.pl/) – warto odwiedzić tę stronę, aby odświeżyć i poszerzyć swoją wiedzę z zakresu transplantologii.
Mimo olbrzymiego postępu wiedzy punktem trudnym do pokonania są różnorodne zagadnienia związane z dawcami narządów. Mogą one mieć charakter medyczny,
obyczajowy, psychologiczny. Splot tych wszystkich okoliczności powoduje, że mamy
krajową listę osób oczekujących na przeszczepienie (KLO).
D
ane na temat liczby dokonanych przeszczepów
oraz liczby oczekujących na przeszczepienie są
dostępne pod adresem http://www.poltransplant.org.
pl/'statystyka_2011.html. Liczby te zmieniają się w czasie,
ale ogólnie można powiedzieć, że jest 10-krotnie więcej
oczekujących niż pobrań narządów do przeszczepienia.
Kto ma szansę na pierwszeństwo na liście oczekujących na przeszczepienie? Istnieją ścisłe procedury
określania pierwszeństwa, ale niezależnie od liczby
zgromadzonych punktów są grupy biorców, które mają
pierwszeństwo. Ponieważ najczęściej przeszczepianym
narządem jest nerka, przedstawiamy te kryteria w odniesieniu do tego narządu. Tak więc pierwszeństwo
w wyborze do przeszczepienia mają biorcy zgłoszeni
w trybie pilnym (brak możliwości dializowania), biorcy
wysoko immunizowani, biorcy z brakiem niezgodności
w układzie HLA z dawcą, biorcy pediatryczni nerek
pobranych od dawcy, który nie ukończył 16. roku życia,
biorca w wieku ponad 60 lat od dawcy w wieku ponad
65 lat oraz biorca przeszczepu nerki i jednoczesnego
przeszczepu innego narządu.
Problemem, na który ośrodki transplantacyjne
muszą zwracać uwagę przy kwalifikowaniu narządu
do przeszczepu, jest alert nowotworowy. Choć nie ma
ścisłych i jednoznacznych rekomendacji na temat oznaczania markerów nowotworowych u zmarłych dawców
9
i interpretacji ich wyników, to zalecane jest, aby ośrodki
transplantacyjne tworzyły na podstawie własnego materiału takie wytyczne. Pomocna może być lektura „Guide
to the Safety and Quality Assurance for Transplanatation
of Organs, Tissues and Cells” 4th ed. 2010.
Osoby, które wyrażają zgodę na pobranie po
śmierci ich narządów do przeszczepienia, powinny
sporządzić tzw. oświadczenie woli oraz powiadomić
swoich bliskich o tej decyzji. Wzór takiego dokumentu
można znaleźć pod adresem http://www.poltransplant.
org.pl/ow.html. Dokument nie wymaga rejestrowania ani
zgłaszania do jakiegokolwiek urzędu. Natomiast jeżeli
ktoś nie wyraża zgody na pobranie jego narządów po
śmierci do celów transplantacyjnych, powinien zgłosić
to do Centralnego Rejestru Sprzeciwów – CRS (bliższe
informacje http://www.poltransplant.org.pl/crs1.html);
po przesłaniu swojego zgłoszenia osoba taka dostaje drogą pocztową potwierdzenie wpisania do CRS. Sprzeciw
jest skuteczny od daty wpisania do CRS.
Całokształt zagadnień związanych z przeszczepianiem narządów regulują przepisy Ustawy o pobieraniu,
przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek
i narządów z 1 lipca 2005 r., znowelizowanej w 2009 r.
Jednostką centralną i koordynującą wszystkie zagadnienia jest Poltransplant, który działa na podstawie ustawy
transplantacyjnej z 2005 r.
•
7_2012
wrzesień
Dylematy
Czekając na nerkę
•Jak dużo osób oczekuje na przeszczep nerki?
Obecnie około 1500 osób oczekuje na przeszczepienie nerki. Są to chorzy zgłoszeni do krajowej listy osób
oczekujących na przeszczepienie (KLO) po zakwalifikowaniu w tzw. regionalnych ośrodkach kwalifikacyjnych. Ośrodków kwalifikacyjnych do przeszczepienia
nerki jest obecnie w Polsce 12. Są one rozmieszczone
w całym kraju przy ośrodkach transplantacyjnych, które
wykonują zabiegi przeszczepienia nerki. Każdy ośrodek kwalifikacyjny przyjmuje zgłoszenia od lekarzy
z okolicznych ośrodków dializ. Chory, który zostaje
zakwalifikowany do przeszczepienia nerki w ośrodku
kwalifikacyjnym, jest automatycznie zgłaszany do KLO.
O umieszczeniu na liście KLO powiadamia każdego
chorego listem poleconym. Warto zaznaczyć, że liczba
osób oczekujących na przeszczepienie nerki nie jest
liczbą stałą. Każdego dnia chorzy z tej listy otrzymują
przeszczepioną nerkę, pojawiają się nowi chorzy oczekujący na przeszczepienie. Bywa też niestety i tak, że
nie doczekują przeszczepienia nerki.
•Jakie są najczęstsze powody długiego oczekiwania?
W naszym kraju średni czas oczekiwania na
przeszczepienie nerki w 2011 r. wynosił ok. 11 miesięcy, podczas gdy w innych krajach wynosi kilka lat.
Oczywiście zdarza się, że niektóre osoby czekają kilka
* Dr n. med. Dorota Lewandowska o sobie: specjalista chorób wewnętrznych,
transplantologii klinicznej, nefrologii.
Kierownik KLO (Poltransplant) od 3 lat,
wcześniej współpraca z dr Danutą Rowińską (poprzednim kierownikiem
KLO). Od 20 lat asystent, a następnie
adiunkt w Klinice Medycyny Transplantacyjnej i Nefrologii WUM (tu poza dydaktyką zajmuję się
przede wszystkim przygotowywaniem i prowadzeniem chorych
po przeszczepieniu nerki, nerki z trzustką, wątroby. Od kilkunastu lat zajmuję się też kwalifikacją żywych dawców nerek).
10
pl.wikipedia.org
Z Dorotą Lewandowską* z krajowej listy osób oczekujących na przeszczepienie
(KLO) w Poltransplant rozmawia Krystyna Knypl
dni a inne kilka lat na przeszczepienie nerki. Różnice te
wynikają z wielu powodów. Najważniejszym kryterium
decydującym o przeszczepieniu nerki jest pilność zabiegu;
są osoby, które nie mogą czekać z przyczyn medycznych (brak możliwości leczenia dializami). Kolejnym
jest dobór immunologiczny, czyli tzw. zgodność HLA
miedzy dawcą a biorcą. Trzeba pamiętać, że tzw. kolejka
do przeszczepienia powstaje w momencie, gdy pojawia
się narząd o określonych kryteriach immunologicznych
i do niego dopasowuje się lista kandydatów do przeszczepienia nerki. Jest to więc przypadek losowy. Czas
oczekiwania jest mniej istotnym kryterium niż dobór
immunologiczny stąd różnice w czasie oczekiwania. Są
też na liście osoby tzw. uczulone, czyli takie, które mają
przeciwciała przeciwko antygenom zgodności tkankowej.
Im więcej chory ma takich przeciwciał, tym mniejsze jest
prawdopodobieństwo otrzymania takiego przeszczepu
nerki, przeciwko któremu akurat tych przeciwciał nie
będzie. Takie osoby tak długo czekają na przeszczepienie,
7_2012
wrzesień
Dylematy
aż trafią na taką nerkę, przeciwko której nie będą miały
przeciwciał. W przeciwnym razie grozi natychmiastowa
utrata przeszczepionej nerki.
•Jak lekarze innych specjalności mogą aktywnie wspierać krajową listę oczekujących na przeszczepienie?
Lekarze wielu specjalności są zaangażowani
w proces kwalifikacji chorych do przeszczepienia nerki.
Nefrolodzy ustalają wskazania do przeszczepienia, transplantolodzy kwalifikują i zgłaszają do KLO, natomiast
inni lekarze pomagają w wykluczeniu przeciwwskazań
do tego zabiegu. Każdy chory kwalifikowany do przeszczepienia nerki musi odbyć konsultację okulistyczną,
laryngologiczną i stomatologiczną. Niektórzy chorzy
wymagają konsultacji dodatkowych: ginekologicznej,
kardiologicznej, urologicznej, onkologicznej itd. Bardzo
istotny jest tu czas oczekiwania na taką konsultację.
Bywa, że terminy konsultacji specjalistycznych są bardzo
odległe, co znacznie przesuwa w czasie możliwość zgłoszenia chorego KLO i odbiera szansę na przeszczepienie.
W takich sytuacjach trzeba pamiętać, że przesuwanie
terminu do zakwalifikowania chorego do przeszczepienia
sprzyja pogłębieniu jego choroby i zwiększaniu ryzyka
tego zabiegu (im wcześniej, tym lepiej). Poza tym nigdy
nie wiemy, kiedy trafi się narząd dla tego chorego; może
już jutro, a chory nie jest gotowy…
•Jak społeczeństwo, rodziny pacjentów mogą aktywnie
wspierać oczekujących na przeszczep nerki?
Bliscy chorych oczekujących na przeszczepienie
nerki mogą wspierać te osoby na wiele sposobów. Przede
wszystkim mogą oddać jedną ze swoich nerek. Mogą
porozmawiać o tym zarówno z osobą potrzebującą,
lekarzem prowadzącym czy ośrodkiem transplantacyjnym, który wykonuje przeszczepienia nerek od żywych
dawców. KLO każdej osobie zgłoszonej wysyła wraz
z listem informującym o umieszczeniu na liście oczekujących na przeszczepienie nerki ulotkę informacyjną
o przeszczepianiu nerek od żywych dawców. Jest ona
także dostępna na stronie www.poltransplant.org.pl.
•Dziękujemy za informacje.
•
Nowości
Kalcytonina donosowa zwiększa ryzyko raka
European Medicines Agency (EMA) opublikowała 20
lipca 2012 r. na swych internetowych stornach obszerne
doniesienie informujące, że
przewlekłe stosowanie kalcytoniny w postaci spreju podawanego donosowo zwiększa ryzyko zachorowania na
różnego rodzaju nowotwory.
Dlatego EMA zaleca, aby kalcytonina w tej postaci była stosowana krótkotrwale, jedynie
w następujących przypadkach:
choroba Pageta, odwapnienie
kości w następstwie nagłego
unieruchomienia, hiperkalcemia spowodowana chorobą
nowotworową. Kalcytonina
w żadnej formulacji nie powinna być stosowana do le-
11
czenia osteoporozy – podkreśliła agencja EMA. W Stanach
Zjednoczonych dwa rodzaje
spreju są zarejestrowane do
leczenia osteoporozy postmenopauzalnej u kobiet – są
to Fortical (Upsher-Smith
Laboratories) i Miacalcin
(Novartis).
Rekomendacje EMA powstały po analizie przeprowadzonej przez Committee
for Medicinal Products for
Human Use (CHMP), obejmującej postmarkeetingowe
dane posiadane przez producenta, randomizowane
dane z badań klinicznych
oraz badań doświadczalnych.
Zwiększenie częstości zachorowania na różnego rodzaju
nowotwory wynosiło 0,7%
przy kalcytoninie doustnej
i 2,4% przy kalcytoninie donosowej. Na stronach EMA
pojawił się także komunikat
w postaci pytań i odpowiedzi. Jedno z pytań brzmi: Jakie są rekomendacje dla osób
wystawiających recepty? Od�powiedź: Osoby wystawiające
recepty powinny przyjąć do
wiadomości, że kalcytonina
nie powinna być zlecana dla
leczenia osteoporozy. Klacytonina powinna być dostępna
wyłącznie w postaci iniekcji
i infuzji, i stosowana tylko
w zapobieganiu ostremu odwapnieniu kości u osób nagle
unieruchomionych, a czas
jej podawania w takich przy�
-
padkach to 2 do 4 tygodni.
W przypadku choroby Pageta
kalcytonina powinna być stosowana jedynie wówczas, gdy
inne metody leczenia nie są
skuteczne, a czas podawania
– do 3 miesięcy. Kalcytonina
może być stosowana w hiperkalcemii spowodowanej
przez chorobę nowotworową,
ale leczenie powinno być jak
najkrótsze i przy użyciu najmniejszej skutecznej dawki.
Źródło: http://www.medscape.
com/viewarticle/767814
7_2012
wrzesień
Mój dom
Lekarze rodzicami
Krystyna Knypl
Lekarze, choć nie zawsze obecni ze swoimi dziećmi w takim wymiarze, w jakim by
chcieli, są dobrymi rodzicami. Często stoją przed trudnym wyborem między powinnościami rodzicielskimi a przymusem zawodowym. Czas na rodzicielstwo i na budowanie podstaw kariery zawodowej zwykle jest ten sam. Rzadko udaje się jedno od
drugiego oddzielić.
Moja przyjaciółka Tamara, wspominana w artykule „Mogłabyś lepiej mówić po angielsku” (GdL 4/2012), przysłała mi kiedyś tekst o macierzyństwie nieznanego autora,
krążący wśród amerykańskich internautów. Nie ukrywam, że zrobił on na mnie duże
wrażenie. Uznałam, że zasługuje na przybliżenie polskim rodzicom i przetłumaczyłam go. Po zrobieniu tłumaczenia stwierdziłam, że skoro jest tekst o matce, to powinien być także o ojcu. Napisałam więc „symetryczny” tekst, zachowując styl pierwowzoru. Oba teksty trafiły do sieci i cieszą się sporą popularnością wśród internautów.
Pomyślałam, że tematyka bieżącego numeru jest dobrą okazją do przybliżenia wizerunku matki i ojca.
Co czyni matkę dobrą?
Co czyni kobietę matką? Jej
cierpliwość? Zdolność do współczucia?
Do niańczenia dziecka? Gotowania
mu obiadów, przyszycia guzika do
bluzy? Czy to wszystko razem? A może
serce, które niepokoi się, gdy dziecko
idąc pierwszy raz do szkoły, znika na
horyzoncie ulicy? Czy raczej zdolność do zrywania się o drugiej w nocy,
aby położyć rękę na ramieniu dziecka
śpiącego w łóżeczku? Czy też potrzeba
biegnięcia, gdziekolwiek by się znajdowała, na wiadomość o pożarze w szkole,
strzelaninie, wypadku samochodowym,
po to, aby przytulić swoje dziecko?
To są życzenia dla wszystkich
mam, które wyjaśniły swoim dzieciom,
skąd się wzięły i dla tych, które chciały
to zrobić, ale nie potrafiły. Także dla
12
tych, które czytały książki tylko dwa
razy w roku i dla takich, które czytały
książki codziennie i po wielokroć, gdy
tylko usłyszały „jeszcze raz przeczytaj
mi, mamo” i dla tych, które nie mogły
czytać. Dla tych, które zdesperowane
dały klapsa swemu dziecku w sklepie
spożywczym, a potem kupiły lody
przed obiadem. To jest dla wszystkich
matek, które nauczyły swoje córki
wiązać sznurowadła przed pójściem
do szkoły i dla tych, które wybrały
buty na rzepy. Także dla tych, które zagryzały wargi do krwi, gdy ich
czternastoletnia córka ufarbowała
sobie włosy na zielono. Jest to dla tych
matek, których dziecko zamknęło się
w łazience i nie mogło przestać płakać. Też dla tych, które podejmowały
7_2012
wrzesień
Mój dom
obowiązki służbowe ze śladami dziecięcego jedzenia na
ubraniu przeznaczonym wyłącznie do pracy. Także dla
tych matek, które uczyły swoich synów gotować i dla
tych, które pokazywały swoim córkom, jak podnosić
się z upadków. Jest to dla kobiet, które natychmiast
odwracały głowę, gdy tylko jakiś głosik zawołał w supermarkecie „Mamo!”, nawet gdy ich własne dziecko było
w domu. Jest to dla mam, które kładły pluszowego misia
na poduszce. Jest to także dla tych matek, którym nie
udały się dzieci i nie znajdują słów wyjaśnienia, dlaczego
tak się stało. Jest to dla mam, które dały dzieciom życie
w nadziei, że będą one miały lepszy los niż ten, który
jest udziałem matek. Także dla tych kobiet, które zostały
matkami w inny sposób i wychowały dzieci jak swoje
własne. To jest dla mam, które wysłały swojego syna do
szkoły z bolącym brzuchem tylko po to, aby za godzinę
usłyszeć telefon od szkolnej pielęgniarki, proszącej
o odebranie dziecka. To jest dla młodych matek, którym
zdawało się, że ucieka im kariera i dla matek dojrzałych,
dla pracujących i pozostających w domu, rodzonych
i adopcyjnych, mających pieniądze i bez pieniędzy. Dla
wszystkich matek na całym świecie...
•
Co czyni ojca dobrym?
Co czyni mężczyznę ojcem?
Jego zdolność do poczęcia dziecka?
Do noszenia malucha na barana? Do
grania z nim w piłkę? Czy to wszystko
razem?
A może jego męskie serce,
niełatwo ulegające wzruszeniom na
widok pierwszych kroków dziecka?
Czy podrzucanie do góry dziecka zaraz po przyjściu z pracy, nawet bez
zdejmowania płaszcza? Czy raczej
wsłuchiwanie się w wesoły śmiech
wirującego pod sufitem syna i wpadającego w kochające ramiona ojca?
A może potrzeba niepokazywania po sobie jak jest wzruszony, gdy dziecko nie
pozwala mu wyjść do pracy?
To są życzenia dla wszystkich ojców: tych, którzy
zawsze chcieli nimi być i tych, którzy zostali zaskoczeni
wiadomością o ojcostwie, a także tych, którzy nigdy się
nie dowiedzieli, że są ojcami. Też dla tych, którzy nie
uwierzyli w wiadomość o swoim ojcostwie i dla tych,
którzy uwierzyli w nią po latach.
Jest to dla ojców, którzy czytali dzieciom na
dobranoc ulubione książki nie tylko o rycerzach, lecz
także Małą księżniczkę i byli wzruszeni jej losem. Jest
to dla tych ojców, którzy dawali klapsy swoim dzieciom
i dla tych, którym nigdy taka myśl nie przyszła do głowy.
Są to życzenia dla ojców, którzy zaprowadzili
dziecko pierwszy raz do przedszkola, ponieważ ich
13
żona sądziła, że są ważniejsze sprawy
w życiu. Są też dla ojców, którzy nie
byli nigdy na żadnym przedstawieniu,
w którym występowało ich dziecko
i dla tych, którzy najgłośniej bili brawo
po występach.
Dla tych, którzy uczyli swoich
synów kopać piłkę, a córki prowadzić
samochód. A także dla tych, którzy
nie zauważyli, jak szybko dzieci rosną
i dla tych, którzy odmierzali co rok
wzrost swoich dzieci na framudze
drzwi.
Są też dla tych ojców, którzy
zawsze spóźniali się po odbiór dziecka
ze szkoły i tych, którzy odbierali je na czas. Są to życzenia
dla ojców, którzy traktując jak własne, wychowali dzieci
innych osób. Dla tych, którzy wracali do domu zawsze
trzeźwi i tych niemających w tym zakresie większych
sukcesów. A także dla tych, którzy kupili swoim synom
pierwszy scyzoryk szwajcarski i dla tych, którzy uczyli
córki obsługi komputera. Dla tych, którzy obsypywali
swoje dzieci pieniędzmi i tych, którzy tego nie robili.
Są to życzenia dla wszystkich mężczyzn, którzy
dzielili z kobietami trud, radość i dumę wychowania
ich dzieci, bo były to zawsze ich wspólne losy, a także
dla tych, którym nie było dane towarzyszyć kobietom.
Dla wszystkich mężczyzn, którzy poczuli choć przez
chwilę inny niż macierzyństwo, nieznany kobietom –
smak ojcostwa...
•
7_2012
wrzesień
Mój dom
Wychowałam się w rodzinie
opowiada Kasia Kowalska, córka internistki
lekarskiej…
•Wychowałaś się w rodzinie lekarskiej. Kiedy to sobie
uświadomiłaś?
Na początku wydawało mi się to chyba oczywiste
i naturalne i nie dostrzegałam tu żadnej wyjątkowości.
Wydawało mi się, że wszystkie dzieci chodzą do szpitala
i mogą wchodzić z rodzicami bez kolejki do różnych
gabinetów. ;-) Moment przełomowy nastąpił chyba
w drugiej klasie podstawówki, gdy kolega Leszek przepisał z mojego zeszytu razem z lekcjami, na których był
nieobecny, moje szkolne wypracowanie na temat, kim są
moi rodzice. Wypracowanie zaczynało się od stwierdzenia „Moja mama jest lekarzem i pracuje w poliklinice.”
Kolega odczytał je potem przy całej klasie jako własne.
Zapanowała wtedy niezręczna cisza ze strony pani
nauczycielki. Okazało się, że nie każda mama pracuje
w poliklinice. ;-)
•Czy pamiętasz, kiedy po raz pierwszy odwiedziłaś
miejsce pracy mamy? Jakie ono było? Jak zapamiętałaś
je jako dziecko? Czy mama była bardzo pochłonięta
pracą zawodową?
Pierwszej wizyty w szpitalu raczej nie pamiętam.
Ogólnie zapamiętałam go raczej dość ponuro pod względem wizualnym – długaśne, słabo oświetlone korytarze
(w porównaniu z moimi rozmiarami wydawały mi się
ogromne; w ogóle szpital wydawał mi się ogromny
i bardzo skomplikowany), ławki dla pacjentów też jakieś
takie ciemne. Nie było tam nic kolorowego (nawet różne
plakaty, które wisiały na ścianach, przy tym kiepskim
oświetleniu były raczej marnym ożywieniem krajobrazu).
Brak kolorów przejawiał się też w tym, że w szpitalnych
gabinetach był słaby wybór kredek i długopisów i nie
miałam czym rysować, jak czasem przesiadywałam
gdzieś przycupnięta za parawanem. ;-)
Szczególnego pochłonięcia pracą nie pamiętam
– powiedziałabym tak: czas przeznaczony na pracę był
na pewno solidnie tą pracą wypełniony, ale nie było
jakiegoś wszechogarniającego pochłonięcia, które by
przenikało na inne obszary życia.
14
•A czy ty sama chciałaś zostać lekarzem? Czy wiedziałaś, na czym polega praca mamy? Czy wydawała Ci
się ona na tyle pasjonująca, że chciałabyś pójść w jej
ślady? Dość powszechne w środowisku lekarskim jest
kontynuowanie tradycji rodzinnej, a każda lekarka
gdy urodzi dziecko, to ma gdzieś w podświadomości
myśl, że do domu przybył zestaw „Mały lekarz”.
Praca mamy, oglądana z dziecięcej perspektywy
w gruncie rzeczy dość wycinkowo, nie jawiła mi się jako
szczególnie interesująca (może to ten ponury wygląd
szpitala położył się na tym cieniem). Teraz z perspektywy czasu widzę, że wyglądała mi dość urzędniczo
– trochę jak przyjmowanie niekończącej się kolejki
petentów w okienku. ;-) Tak to widziałam, jak byłam
mała. Interesujący aspekt pojawił się dopiero później
(gdzieś w czasach wczesnonastoletnich), gdy zaczęłam
dostrzegać różne historie o ciekawych przypadkach,
o łączeniu ze sobą różnych pozornie niepowiązanych
faktów, o podejmowaniu decyzji. Medycyna sama w sobie
zaciekawiła mnie chyba w czasach licealnych (jak to jest,
że człowiek jest taki skomplikowany i wszystko w nim
działa!), ale zawsze miałam raczej silny rozdźwięk między
fascynującą naturą samej materii medycznej a dość szarą
rzeczywistością szpitalną i to chyba właśnie dlatego nie
zostałam lekarzem. To chyba dla takich ludzi jak ja tworzone są seriale typu „Ostry dyżur” czy „Dr House”. ;-)
•Jesteś mamą kilkuletniej córeczki. Czy chciałbyś,
aby kontynuowała tradycje rodzinne i została młodą
lekarką?
Ha, przyjemnie jest mieć lekarza w rodzinie,
więc zapewne szczególnie bym jej od takiego planu nie
odwodziła. ;-) Co ciekawe, wiele przypadkowych osób
mówi, że zostanie ona w przyszłości lekarzem, więc kto
wie, może faktycznie tak się stanie.
•Życzymy spełnienia tej przepowiedni, wyrażając
nadzieję, że kraj studiów medycznych oraz przyszłej
praktyki lekarskiej będzie starannie przemyślany.
Dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiała Krystyna Knypl
7_2012
wrzesień
Emigracja
Jesteśmy w ciąży!
Krzysztof Grodoń
Wielu z nas przeżyło już tę chwilę, gdy testy,
lekarz lub niewątpliwe objawy potwierdziły
nasze domysły i okazało się, że od teraz będzie
nas więcej. Ktoś może przeżywa to właśnie teraz (gratulacje!), za resztę trzymam kciuki, aby
mogli sami kiedyś tego doświadczyć.
Pół biedy gdy chodzi o rodziców, dla których
kolejna ciąża i dziecko będą łatwiejsze do
ogarnięcia dzięki wcześniejszym doświadczeniom wychowawczym. Drugie pół biedy, gdy
mamy pod ręką babcie, dziadków, rodzeństwo, krewnych, koleżanki, kolegów i panie
opiekunki polecane z dziada pradziada. Wtedy może być rzeczywiście łatwiej, od prostej
logistyki zakupowo-pieluchowej do tak wydumanych zachcianek młodych rodziców jak
wyjście wieczorem na kawę czy (o zgrozo!) do
kina lub teatru. Ktoś się zajmie, przypilnuje,
pomoże i da kolejną dobrą i nieocenioną radę
(i kolejną, potem jeszcze jedną ;-)). Do tego
weźmie się przecież L4 „na ciążę” i jakoś to będzie... Trzecie pół biedy wówczas, gdy będziemy doświadczać rodzicielstwa w rodzinnym
mieście, a przynajmniej w Polsce.
Nie o takich idyllicznych sytuacjach będzie
jednak dzisiejszy i następny artykuł. Tu zostawiamy na boku babcie, ciocie, dobre rady,
ginekologów na wezwanie i ćwiczymy wersję
hardcore rodzicielstwa, czyli: pierwsze dziecko, za morzem, w obcym kraju, w pogańskim
języku, bez pomocy na zawołanie ze strony
rodziny, bez lekarzy, praca na cały etat, bez
doświadczenia w byciu w ciąży, w rodzeniu
i w wychowywaniu.
W skrócie – totalny żywioł. Będzie dobrze? Da
się tak? Zobaczymy. :-)
15
Myśl o dziecku była
z nami od dawna, jednak na
poważnie zaczęliśmy sie zastanawiać nad powiększeniem
rodziny w trzecim roku naszego pobytu w Szwecji. Minął czas adaptacji, stanęliśmy
twardo na nogach zarówno w pracy, jak i finansowo,
mieliśmy już swoje mieszkanie i żadna z wymówek typowych dla naszego pokolenia nie stała już na przeszkodzie
w realizacji planów zasiedlania zamorskich krajów. :-)
Spędziłem sporo wieczorów na zbieraniu informacji o systemie zasiłków, urlopach i innych świadczeniach należnych rodzicom małego dziecka; największą
pomocą okazał się jednak nie internet, ale rozmowy
ze znajomymi w szpitalu. Dzięki temu poznałem wiele
tajemnic ukrytych za prawniczymi formułkami rożnych
ustaw i rozporządzeń, dowiedziałem się jak szybko
i sprawnie załatwić sprawy w kadrach i wypełnić różne wnioski. Okazało się również, że większość spraw
związanych np. ze świadczeniami od pracodawcy, typu
wyrównanie przez szpital świadczenia otrzymywanego z ubezpieczalni (Försäkringskassan, w skrócie FK)
i dodatkowe dopłaty na fundusz emerytalny w czasie
pobytu na urlopie rodzicielskim, dzieje się automatycznie
i wbrew informacjom w necie nie trzeba w ogóle tego
pilnować – plus dla szpitala. Wrócimy do tego wkrótce,
najpierw jednak kilka słów na temat...
Ciąża a praca
Można spotkać opinie, że trudno o lepszy kraj
do urodzenia i wychowania dzieci niż Szwecja. Jestem
daleki od wyciągania takich wniosków, ponieważ nie
znam na tyle dobrze sytuacji w innych krajach, aby
mieć pewność, że rodzice mają w nich bardziej pod
górkę. Jestem jednak przekonany, że trudno znaleźć kraj,
gdzie będą oni mieli tak z górki jak w Szwecji. :-) Tutaj
troska, opieka i zrozumienie, jakimi otoczeni są rodzice i dziecko są naprawdę wyjątkowe i wynikają chyba
z tych wielu lat rozwijania w krajach skandynawskich
swojej wersji socjalizmu, co wykształciło odpowiednie
prawodawstwo (chroniące pracowników i obciążające
wieloma obowiązkami pracodawców) i postawę mentalną,
która pozwala i wręcz nakazuje pracodawcom cieszyć
7_2012
wrzesień
Emigracja
się z ciąż ich pracownic i wspierać je
przed porodem i po nim. Wiąże się to
oczywiście z ogromnymi kosztami i problemami organizacyjnymi dla szefów, ale
cóż, nikt nie mówił, że utrzymywanie
pracowników to tani interes. :-)
Uzupełniając temat, trzeba dodać, że aborcja w Szwecji jest legalna,
przeprowadzana na życzenie kobiety do
18. tygodnia ciąży, a później potrzebna
jest specjalna zgoda państwowego urzędu ds. opieki
zdrowotnej, czyli Socialstyrelsen.
Pierwsza oficjalna wiadomość o ciąży w szpitalu
trafia do szefa kliniki i do sekretarki zajmującej się kadrami. W naszym wypadku, z racji tego, że pracujemy
w bardzo familiarnej atmosferze, było mnóstwo ochów
i achów, były uściski, dobre rady i życzenia wszystkiego
najlepszego, w tym kolejnych potomków. :-) Do teraz
wizyta z małym w szpitalu to jeden z głównych punktów
spaceru po mieście, bo każdy chce zobaczyć potomka
„naszych doktorów” na żywo, a nie tylko w galerii na
facebooku. :-)
Na początku nie zmienia się wiele, ciężarna
pracuje jak zwykle i poza zarejestrowaniem się i odbyciem pierwszej wizyty kontrolnej u położnej w poradni
położniczej (kiedyś Mödravårdscentral, dziś dosłownie
„przychodnia położnej”, czyli barnmorskemottagning,
BM) nie ma więcej kontaktów z ochroną zdrowia.
Co do zasady, podczas całej ciąży kobieta nie
spotyka ginekologa, wyjątkiem są powikłania, wcześniejsze problemy lub choroby, które mogą mieć negatywny
wpływ na przebieg ciąży.
Pierwsza wizyta odbywa się wkrótce po stwierdzeniu ciąży i trwa ok. 30 minut. Pacjentka jest wtedy
rejestrowana w systemie, może zadawać pytania dotyczące przebiegu ciąży i opieki, jest informowana o zasadach prowadzenia zdrowego trybu życia itd. Badany
jest mocz, oznaczana jest grupa krwi i przeciwciała anty
HIV, HBV, różyczce, badany jest poziom hemoglobiny,
mierzone ciśnienie krwi i waga. Podkreśla się również,
że ciąża to nie choroba. :-)
Liczba wizyt u położnej jest różna w różnych
województwach, ale zwykle jest jeszcze jedna, połączona
16
z usg płodu (nieobowiązkowe) w drugim
trymestrze i kontrole co 2-3 tygodnie
w trzecim trymestrze, a w okolicach 28.
tygodnia jest robiony również OGTT.
Ogólnie jest to przerażające dla matek
z Polski, wychowanych na prywatnym
ginekologu pod telefonem, usg wielowymiarowym i na życzenie, mnóstwie
badań, wizyt itd. Jest to również jedna
z przyczyn tego, że opieka nad ciężarnymi jest często oceniana przez m.in. Polki jako całkowicie niewystarczająca i wręcz niebezpieczna dla
matki i dziecka („a co gdybym tak nagle...”). Takim
opiniom skutecznie przeczą statystyki i patrząc z boku
na oba systemy, widać wyraźnie zdecydowana przesadę
w traktowaniu ciąży w Polsce. Cóż, co kraj, to obyczaj...
Około 18. tygodnia ciężarna ma możliwość wykonania usg, jest to jednak badanie nieobowiązkowe
i część kobiet z niego, z różnych przyczyn, rezygnuje.
Położna w trakcie długiego badania ocenia wszystkie
dostępne badaniu narządy dziecka, wykonuje pomiary
i informuje wyczerpująco kobietę i partnera, co widać
na ekranie. Wszelkie odstępstwa od normy są klasyfikowane i w większości podlegają obserwacji z kolejnym
badaniem usg w późniejszych tygodniach. Dla ogromnej
większości kobiet to badanie w 18. tygodniu jest pierwszym i ostatnim usg w ciąży. Na koniec dostaje się 3-4
zdjęcia płodu wykonane w trakcie badania. Nie, nie
ma filmów na DVD w 3D i z efektami specjalnymi. :-)
7_2012
wrzesień
Emigracja
Od 24. tygodnia wizyty u położnej są częstsze
(trudno o rzadsze, skoro do tej pory powinny być wg
schematu w sumie dwie, w tym ta druga z usg :-)), co
2-3 tygodnie i w ostatnim miesiącu co tydzień. Schemat
wizyt jest zwykle podobny i w większości sprowadza
się do rozmów na temat ciąży, karmienia (ten temat
wchodzi już pod koniec drugiego trymestru, bo im
później, tym bardziej kobieta jest skupiona na samym
porodzie), porodu, rutynowych kontroli ciśnienia krwi,
tętna płodu, wielkości brzucha itd. Ciągle nie ma wizyt
lekarskich, a kobieta pracuje jak zwykle.
Każda ciężarna ma prawo do oceny swojego
miejsca pracy przez pracodawcę i zmiany obowiązków
zawodowych, gdyby praca mogła negatywnie wpłynąć
na przebieg ciąży. Zwykle polega to na przeniesieniu
np. na równorzędne stanowisko, na bardziej „siedzącą”
i spokojniejszą pracę itd.
Jeżeli praca jest ciężka i nie ma możliwości zmiany
obowiązków bez długiego przeszkolenia, ciężarna może
w ostatnich 60 dniach ciąży przejść na zasiłek z FK,
nazywany havandeskapspenning. Alternatywnie może
zacząć odbierać swój zasiłek lub urlop rodzicielski (tzw.
dni na dziecko, föräldrapenning) z FK, skracając sobie
w ostatnich 60 dniach ciąży, na własne żądanie, dzień
pracy o 1/8, 1/4, połowę lub biorąc wolne. Liczba dni
wykorzystanych w ten sposób przed porodem zmniejsza
oczywiście liczbę dni do odebrania po porodzie.
Trzecią możliwością jest zwykłe zwolnienie chorobowe wystawiane przez lekarza, jednak bardzo rzadko
sama ciąża jest powodem zwolnienia.
Należy całkowicie zapomnieć o wielomiesięcznych „zwolnieniach na ciążę” znanych z Polski, gdzie
kobiety od połowy ciąży siedzą z niejasnych przyczyn
w domu i otrzymują pełne wynagrodzenie.
Gdy ciąża jest niepowikłana, standardem jest
praca do ostatnich tygodni przed rozwiązaniem. W wypadku lekarek jest możliwość zwolnienia z pracy dyżurowej w trakcie całej ciąży na podstawie zaświadczenia
lekarskiego o potencjalnej szkodliwości takiej pracy
(wyjątkowo), poza tym każda lekarka ma prawo do
zwolnienia z dyżurów w ostatnich 60 dniach ciąży (na
mocy umowy zbiorowej) lub wcześniej, na mocy indywidualnego uzgodnienia z pracodawcą.
17
Związek zawodowy młodych lekarzy walczy
o możliwość zwolnienia kobiet z pracy dyżurowej na
mocy umowy zbiorowej od połowy ciąży, docelowo
praca dyżurowa ma być całkowicie dobrowolna w ciąży
i pozostawiona do decyzji kobiety – mam nadzieję, że
już wkrótce takie przepisy zaczną obowiązywać.
W praktyce pracodawcy idą na rękę tak daleko, jak
się da (moim zdaniem mogliby spokojnie pójść jeszcze
dalej), pozwalając ciężarnym decydować o liczbie i rozłożeniu dyżurów, niektórzy jednak są dość oporni i to na
tych potrzebny jest prawny bat. Do tego zwykle koledzy
i koleżanki pomagają w razie potrzeby w rozwiązaniu
problemu, dzieląc się dyżurami ciężarnej i zmieniając
ją na cięższych zmianach, np. na izbie przyjęć. To najlepiej widać w małych szpitalach, gdzie wszyscy się znają
i wzajemnie sobie pomagają w takich sytuacjach.
Poród
Nie mogę o nim dużo powiedzieć, ponieważ
poszedł tak szybko, że nie zdążyłem dojechać i byłem
na miejscu jakiś kwadrans po fakcie. :-) Mieliśmy jednak
dzięki temu możliwość wspólnego powitania naszego
syna na świecie w cichym pokoju oświetlonym jedną
lampką, już bez bólu i fizjologii porodu, bez aparatury
medycznej, bez obcych ludzi w pobliżu, tylko my i Wiktor.
Myślę, że tak właśnie miało być.
Standardem jest poród siłami natury, co piąte-szóste dziecko rodzi się przez cięcie. Nie ma w zasadzie cięć na życzenie, aby móc urodzić w ten sposób
bez jasnego medycznego wskazania, należy wykazać
odpowiedni powód i decyzja musi być zatwierdzona
przez lekarza. W praktyce zdarza się to bardzo rzadko.
Przy porodówkach funkcjonują w wielu miejscach
7_2012
wrzesień
Emigracja
poradnie, pomagające radzić sobie ze strachem przed
bólem i samym porodem.
Co do znieczulenia, to jest różnie, najpopularniejszy jest na pewno gaz rozweselający, do tego różne
metody niefarmakologiczne o zróżnicowanej (zwykle
mniejszej niż większej) skuteczności. Do tego oczywiście
znieczulenie podpajęczynówkowe i inne popularne
metody. Wiele kobiet rezygnuje z nich na rzecz gazu
jako jedynego znieczulenia, ale tu są różne tradycje
w różnych okolicach.
Tutaj kończymy część pierwszą opowieści o maluchu w Szwecji, w następnym odcinku będziemy omawiać
ten mityczny „socjal”, urlop rodzicielski, opiekę nad
małym dzieckiem i powrót do pracy.
Podane przeze mnie informacje nie wyczerpują oczywiście tematu, mogą być miejscami nieścisłe
w związku z tym, że każde województwo jest niezależne, jeśli chodzi o opiekę zdrowotną na swoim terenie,
i można mieć trochę inne doświadczenia.
Tekst i zdjęcia
Krzysztof Grodoń
rezydent interny w szpitalu w Hässleholm
Po porodzie rodzicom należy się odpoczynek
i posiłek, którym jest tradycyjne śniadanko podawane
do łóżka (na zdjęciu). Dodatkowo miałem okazję podać
pierwszy posiłek maluchowi. Wrażeń dużo, ale tych
chwil nigdy nie zapomnę. :-)
Jeżeli wszystko przebiegało bez problemów, rodzice mogą opuścić szpital już po 6 godzinach, większość wychodzi w pierwszej dobie po porodzie. Warto
zauważyć, że ciągle nie spotkaliśmy ani razu ginekologa,
ponieważ poród przyjmowały położne.
Tata z kilkugodzinnym
Wiktorem i ich ulubione
zajęcie
Nowości
Wytyczne zapobiegania udarom mózgu u pacjentów z migotaniem
przedsionków
Migotanie przedsionków jest W sierpniowym numerze pijednym z częściej występujących sma „Stroke” ukazał się artykuł
zaburzeń rytmu. Może występo- Oral Antithrombotic Agents
wać w postaci napadowej lub for the Prevention of Stroke in
utrwalonej. Głównym i najgroź- Nonvalvular Atrial Fibrillation.
niejszym powikłaniem jest udar A Science Advisory for Healmózgu, który dotyka około 4,5% thcare Professionals from the
osób cierpiących na to zaburze- American Heart Association/
nie rytmu (statystyki są dość American Stroke Association
rozbieżne i podają od 1 do 20%). pod redakcją dr Karen L. Furie
i dr. Larry B. Goldstein oraz
wsp. Ustalenie wskazań do leczenia przeciwzakrzepowego
jest zadaniem dość trudnym, bo
z leczeniem tym związane jest
ryzyko wystąpienia krwawień,
więc wyważenie zagrożenie-powikłanie nie jest łatwe. W razie
stosowania warfaryny ryzyko
wystąpienia krwawienia jest sza-
cowane na 1-12%/rok. W ostatnich latach pojawiło się kilka
nowych leków przeciwzakrzepowych, przy stosowaniu których
ryzyko to jest mniejsze i dlatego
powstały nowe wytyczne. Te
nowe leki to dabigatran, będący
inhibitorem trombiny, oraz riwaroksaban i apiksaban, będące
inhibitorrami czynnika Xa.
Źródło: http://stroke.ahajournals.org/content/early/2012/08/02/STR.0b013e318266722a.full.pdf+html
18
7_2012
wrzesień
Nasi rodzice
W domu chirurga
musi być cicho!
Agnieszka Pfeffer
Katarzyna Zdzieborska
Zostałyśmy wychowane w domu lekarskim.
Ojciec Konstanty Jaroszewicz był chirurgiem,
matka Maria – pielęgniarką. Odkąd sięgamy
pamięcią, ojciec był albo na dyżurze, albo po
dyżurze i my z siostrą musiałyśmy zachowywać
się cicho. Ale poza strefą ciszy ojciec ujawniał
wiele talentów i umiejętności i dużo z tego
nam, córkom, przekazał. Gdybyśmy miały go
scharakteryzować jednym krótkim zdaniem,
brzmiałoby ono tak: Nasz ojciec to był KTOŚ,
dziś takich już nie ma.
R
ozpoczął studia medyczne w 1937 roku
w Szkole Podchorążych
Sanitarnych, podchorążowie studiowali na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego, potem
przyszła wojna i w roku
akademickim 1939/41
kontynuował naukę we
Lwowie, a po powrocie do
Warszawy na tajnych kompletach. Ukończył Wydział
Lekarski UW w 1945 roku
z dyplomem nr 50. Kariera chirurga rozwijała się
bardzo dobrze pod kierunkiem profesora Władysła�wa Ostrowskiego w Szpitalu św. Ducha, zaraz po
wojnie w Konstancinie,
a potem w Warszawie.
19
7_2012
wrzesień
Studenci i Mistrz
Nasi rodzice
W 1948 roku rodzice rozpoczęli swoje wspólne
życie w pokoju sublokatorskim nad Pogotowiem Ra-
tunkowym przy ul. Hożej w Warszawie. Tata pracował
w Szpitalu św. Ducha, a mama w pogotowiu.
Tato (siedzi pierwszy z lewej)
20
W 1950 roku ojciec obronił pracę doktorską nt.
„Wyjaławianie skóry rąk chirurga i pola operacyjnego”.
Recenzenci: prof. Jan Mosakowski i prof. Adam Gruca.
7_2012
wrzesień
Nasi rodzice
Niestety przed obroną pracy doktorskiej zmarł nagle
promotor prof. Ostrowski, ojciec został bez opiekuna
naukowego i dobrego ducha, więc kariera naukowa się
skończyła.
Tym, co ojciec najbardziej lubił, było operowanie
i to stanowiło jego pasję. Aby móc ją efektywnie reali�zować, przeniósł się do szpitala powiatowego w Sochaczewie. Cała nasza rodzina zamieszkała w tym mieście
i tam spędziłyśmy 5 lat dzieciństwa. Praca taty była
najważniejsza, a dom był przez mamę organizowany tak,
aby wszystko było gotowe, jak tata przyjdzie ze szpitala.
Potem wróciliśmy do Warszawy, ale ojciec nie mógł
znaleźć satysfakcjonującej go pracy i wyjechał na 5 lat
do Turka. Rodzina została w Warszawie, tata przyjeżdżał
co drugi tydzień do domu.
Mama po powrocie z Sochaczewa pracowała
w Pogotowiu Ratunkowym na Żoliborzu, a potem na
placu Leńskiego na Pradze. Miała 24-godzinne dyżury.
Córki więc musiały być bardzo samodzielne, aby dom
sprawnie funkcjonował.
1972 roku tata wystartował w zorganizowanym
przez Polservice konkursie na stanowisko chirurga w krajach Afryki i wygrał. Pojechał sam z jedną
walizką, a my żegnałyśmy go z balkonu na Okęciu.
Byłyśmy mocno zaniepokojone i pełne obaw – ojciec
właśnie wyrusza w nieznany i groźny świat. My, córki,
byłyśmy już dorosłe, więc ojciec mógł w miarę spokoj�nie wyjechać. Pierwszy list przyszedł po 4 miesiącach,
przywieziony przez jakiegoś pana, który był w Maroku
na wyprawie i zatrzymał się u ojca w domu. Informacje
były niesłychanie egzotyczne i ciekawe. Po roku do taty
dołączyła mama i tak spędzili chyba najlepsze 5 lat
swego życia, w warunkach trochę prymitywnych, ale
przyjaznych dla człowieka, który chciał pracować i leczyć
ludzi. El-Jadida to niewielkie miasto na Atlantykiem,
szpital tam niewielki, ale dużo pacjentów. Pamiętam
jak tata mówił, że pacjenci arabscy są inni niż polscy,
bo wierzą w przeznaczenie i ze spokojem przyjmują to,
co im los przynosi.
W Maroku ojciec pracował bardzo dużo, właściwie
na okrągło. Był jedynym doświadczonym chirurgiem
i miał do pomocy dwóch francuskich stażystów, odrabiających służbę wojskową. Robił tam wszystko: chirurgia
W
21
miękka, twarda, ginekologia, obdukcje sądowe. Praca
w Maroku była dla niego nie lada wyzwaniem, ale się
doskonale sprawdził.
Ja, Agnieszka, wzięłam urlop dziekański po czwartym roku studiów i spędziłam z rodzicami w Maroku
całe dwanaście miesięcy i był to piękny czas w porów�
naniu z szarą rzeczywistością w Polsce. Po raz pierwszy
zetknęłam się z odmiennymi, ciekawymi ludźmi, narodowościami, innym językiem. Poznałam i polubiłam
Arabów. Przyjaźni ludzie i egzotyczny krajobraz – to
najlepiej pamiętam, gdy wracam myślami do tamtego
okresu. Codziennie w czasie sjesty byliśmy na plaży.
Było niesłychanie dużo owoców i warzyw. Kuchnia
marokańska jest bardzo dobra, moja mama zawsze
świetnie gotowała i lubiła przygotowywać egzotyczne
potrawy. Dzisiaj kuchnia śródziemnomorska jest do�brze znana, ale w latach siedemdziesiątych na polskich
stołach królował schabowy z kapustą. Za to w naszym
domu było inaczej.
o powrocie z Maroka ojciec pracował jeszcze wiele lat w szpitalu
powiatowym w Płocku i przychodni
specjalistycznej, i nadal leczył ludzi.
Sam był pod opieką kardiologiczną
mojego przyjaciela kardiologa, dzisiaj
doktora habilitowanego, a w czasach
studenckich – studenta przepytywanego przez mojego
tatę z anatomii i fizjologii, czego mu nigdy nie miał za złe.
Katarzyna: – Pamiętam jak tata pomagał mi
w nauce, złościł się okropnie, a ja nic nie rozumiałam
ze strachu.
My z siostrą bardzo lubiłyśmy przemeblowywać
mieszkanie. Tata wpadał, robił dziką awanturę, a po 15
minutach… – Może ktoś pójdzie do cukierni po coś słodkiego do herbaty? Wybuchy i zgoda to była codzienność.
Ojciec miał trudny, wybuchowy charakter, ale
był dobrym człowiekiem, do rany przyłóż.
Zależało mu na pacjentach. Pamiętam, że raz
przerwał urlop na Helu i pojechał do szpitala, aby zoperować pacjenta.
Miał wiele talentów. Pięknie malował, robił zdjęcia i znał wiele języków. Kochał sport, potrafił wszystko,
nauczył nas pływać, grać w tenisa, jeździć na nartach
P
7_2012
wrzesień
Nasi rodzice
i łyżwach. Był wielkim chłopcem, wnukom zakazał
mówić do siebie dziadku.
Ale też uwielbiał remontować cieknące krany itp.
Wszystko było reperowane bandażem, gipsem i plastrem.
Pamiętam jak skrócił nam trzonek szczotki, bo potrzebował kawałka drewna na klin do czegoś. Gdy naprawiał
np. maszynę do szycia, zawsze zostawało sporo śrubek.
Jako chirurg nigdy nie schylał się po coś, co
upadło, ze względu na higienę. I dbał o ręce, aby się
nie skaleczyć.
Tata zmarł po ciężkiej i długiej chorobie w 1995
roku, mama, od dawna na emeryturze, jest z nami.
odzina chirurga, lekarza wystawionego na wiele
stresów, jest jednak specyficzna. W domu dużo się
mówi o medycynie, o pacjentach, o zachowaniu ludzi
i ich reakcjach na trudne sytuacje.
R
Córki nie poszły w ślady rodziców. Katarzyna,
nauczycielka, obecnie zajmuje się dziećmi w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci w oddziale Wawer i podobnie
jak nasz ojciec pomaga wielu ludziom.
Ja zostałam farmaceutką. Zawód ten był kojarzony
kiedyś w sposób tradycyjny z pracą w aptece. Z czasem
pojawiło się więcej możliwości zatrudnienia, co poznałam
w ciągu mojej już długo trwającej kariery zawodowej. Teraz pracuję w dziale „regulatory” firmy farmaceutycznej.
Moje zadania są związane z opracowywaniem wszelkich
dokumentów potrzebnych w procesie rejestracji leku, nie
wykluczając pracy nad jakże poczytnym dokumentem,
jakim jest obecnie charakterystyka produktu leczniczego.
Agnieszka Pfeffer
farmaceuta
Katarzyna Zdzieborska
nauczycielka rosyjskiego i polskiego
„Ja i koń” (przyszły chirurg ok. 1930 r.)
22
7_2012
wrzesień
Mój dom
A jeśli dom będę miała…
będzie z piorunochronem
na pewno
Beata Świerczewska
Osiem lat temu kolega zaprosił mnie na swoją działkę na Mazurach. Nad cichym
jeziorem z kryształowo czystą wodą, niedaleko las i niedaleko wieś. Spodobało mi
się bardzo. A on, filutek, wiedział o tym. Okazało się, że to zaproszenie było niecnym
podstępem – chciał mnie namówić na zakup działki obok. I udało mu się. W ciągu
tygodnia sprzedałam działeczkę pod Warszawą i kupiłam te 1400 metrów ziemi mazurskiej. A kumpel kusił nadal. „Jak już kupiłaś, to szkoda żeby tak stało. Dom jakiś
by trzeba” – mówił. Kiedy u architekta oglądałam plany, pomyślałam, że jak już dom,
to taki, żeby był i na wakacje, i na spokojną starość. I taki jest.
J
ednopiętrowy, drewniany, z drewnianymi okiennicami
i spadzistym dachem, z centralnym ogrzewaniem na
prąd i ogrzewaniem kominkowym. Z dużym salonem,
dwiema łazienkami i czterema sypialniami. Z piwnicą,
w której kiedyś będzie sauna i sala gimnastyczna.
23
Dziś wewnątrz ciągle unosi się zapach świeżego
drzewa, a w nocy słychać dziwne dźwięki – coś strzela,
coś przeskakuje – to drewno „pracuje”. W salonie nostalgicznie tyka stary zegar z wahadłem, przywieziony
z domu Moich Rodziców, którego dziś już nie ma.
7_2012
wrzesień
Mój dom
Wieczorami rozpalamy ogień w kominku, czytamy, buszujemy w internecie, dzieciaki grają w snookera
– taka fanaberia mojego syna, której jak zwykle uległam.
Gdyby nie internet i inne media, czułabym się jakby czas
cofnął się o 200 lat. I o to mi chodziło. Po codziennej
gonitwie, walce o miejsce na parkingu, o szybszy pas ruchu, po inwektywach kierowców, pretensjach pacjentów
i szefostwa, po bólu związanym z istnieniem i funkcjonowaniem NFZ, po tym wszystkim zakątek Mazur, gdzie
diabeł mówi dobranoc – to mój raj. Jednak zbudować
ten raj wcale nie było łatwo. Jako kobieta samodzielna
przez 5 lat musiałam w tygodniu być lekarzem na dwóch
etatach, a w weekendy kolejno: architektem, murarzem,
cieślą, hydraulikiem i elektrykiem.
Pierwsze rozmowy z fachowcami też nie były
łatwe. Musiałam o wszystkim doczytać, by wiedzieć,
o czym rozmawiam. Tym trudniej, że to miejsce, gdzie
kobieta jest od kuchni, dzieci, prania i sprzątania. Od
podejmowania decyzji, negocjacji, płacenia – od tego
są mężczyźni.
Nie będę się zbytnio rozpisywać, powiem tylko,
że dziś miejscowi mężczyźni witają mnie mocnym
uściskiem dłoni. A ja czuję się prawdziwym mężczyzną:
zbudowałam dom, urodziłam syna, posadziłam drzewa.
Latem ubiegłego roku w domu pękły rury – woda
zalała piwnice. Zimą tego roku elektrownia przerwała
24
dostawę prądu, wyłączył się piec centralnego ogrzewania,
zamarzła woda w rurach i kaloryferach. Lód rozsadził
całą instalację, a po odwilży znów cały dom był w wodzie. Kolejny remont i negocjacje z PZU. W dniu gdy
otrzymałam wiadomość od ubezpieczyciela, że wypłaci
odszkodowanie, mogłam wreszcie odpocząć. Popołudniową drzemkę przerwał mi głośny huk. „Michał!”
– ryknęłam, przekonana że to jakiś kolejny wybryk
mojego syna. (Zresztą zawsze jest wina Michała. Nawet
wtedy, gdy kilka lat temu we Włoszech trzęsienie ziemi
zrzuciło moją córkę z łóżka. Też w pierwszym odruchu
krzyknęła: „Michał”:)) „No, tym razem to nie ja, to
drzewo się przewróciło” – odkrzyknął domniemany
winowajca. Z niedowierzaniem podniosłam się z łóżka,
7_2012
wrzesień
Mój dom
by ocenić sytuację. Rzeczywiście, na dworze hulał wiatr
i zacinał deszcz, a na dachu mojego ukochanego domku
spoczywała korona starej topoli, dawno przeznaczonej
przez gminę do wycinki. Nikomu z nas nic się nie stało.
drzewo, tnąc kawałek po kawałku. Ponad 4 godziny. „Bo
wie pani, szef powiedział, że komuś spadło drzewko na
domek letniskowy, to że mamy pojechać i je zdjąć..” –
tłumaczył sie dowódca akcji.
Z lekkim rozbawieniem, mimo powagi sytuacji,
dzwoniłam do agentki PZU, by zgłosić kolejną szkodę.
W końcu dopiero dziś zamknięto sprawę poprzedniej.
Po moim wstępie zapytała: „Pani Beatko, pani chyba
żartuje?” Na przyjazd rzeczoznawcy czekałam 10 dni.
Na szczęście nie zwlekałam z naprawą dachu i wymianą
okien, zrobiłam tylko zdjęcia szkód. Mój domek znów jest
cały. Jest teraz najwyżej położonym punktem w okolicy.
Wczoraj zamówiłam instalację piorunochronu. Pewnie
każdy się domyśli dlaczego.
Beata Świerczewska
internistka, lekarka rodzinna
Autorka o sobie
Mam specjalizację z chorób wewnętrznych i medycyny rodzinnej. 11 lat przepracowałam na warszawskim Górnym
Mokotowie jako lekarz rejonowy, równocześnie specjalizując
się w ramach wolontariatu. Kolejne 11 lat przepracowałam
jako internista w prywatnej „sieciówce”. Od lipca 2012 nie
pracuję zawodowo, czekam na uwolnienie zawodu lekarza
spod tyranii NFZ.
Zadzwoniłam do Straży Pożarnej. „Znaczy drzewo pani spadło na domek letniskowy?” – zapytał dyżurny.
Po godzinie przyjechała Ochotnicza Straż Pożarna (mają
mniej sprzętu niż zawodowa). Młodzi chłopcy. Usuwali
Nowości
Joga pomaga chorym po udarze mózgowym
torzy uważają, że ćwiczenia
jogi mogą być uzupełnieniem
klasycznej rehabilitacji poudarowej.
Fot. @mimax2
Na łamach lipcowego nu- ćwiczeń jogi. Rehabilitacja była
meru pisma „Stroke” ukazał przeprowadzana przez terasię artykuł Arelene A. Schmid peutę jogi w ciągu 8 tygodni
i wsp., podsumowujący wyniki na sesjach odbywanych 2 razy
badania nad terapią za pomo- w tygodniu i obejmowała ćwicą ćwiczeń jogi u pacjentów czenia wykonywane w pozycji
z przebytym udarem mózgo- siedzącej, stojącej oraz leżącej,
wym. Było to prospektywne a także medytację. Oceniano
randomizowane badanie, prze- jakość życia oraz równowagę
prowadzone w renomowanych za pomocą specjalnych testów
amerykańskich ośrodkach oraz na podstawie samooceny
medycznych. Obejmowało pacjentów. Wyniki testów oce10 osób zakwalifikowanych niających równowagę uzyskado grupy kontrolnej oraz 37 ne przez grupę ćwiczącą jogę
osób zakwalifikowanych do aktywnie były o wiele lepsze
grupy uczestniczącej w sesjach niż w grupie kontrolnej. Au-
Źródło: http://stroke.ahajournals.org/content/early/2012/07/24/STROKEAHA.112.658211.abstract
25
7_2012
wrzesień
Mój dom
Dom
w skowronkach
Fot. Mieczysław Knypl
– udręka i ekstaza
na miarę lekarza rodzinnego
w budowie
@GRYPA
Zdecydowanie nie sądziłem, że kiedyś mnie to spotka, a spotkało. Buduję się, tzn.
buduję dom. Jak mówią mądrzy ludzie, lepiej się raz porządnie spalić niż dwa razy
przeprowadzić. Pisząc te słowa, mam na koncie pięć przeprowadzek.
To wychodzi 2,5 pożaru…
W
ymarzony obecny dom jest wymarzony i duży,
tak duży, że naprawdę trudno to sobie wyobrazić.
Cztery poziomy, a na każdym można jeździć rowerem.
Nie fantazjuję, takie mam szczęście w życiu.
Pomieszkało się 10 lat i przyszły pierwsze refleksje
nad rachunkiem za gaz. Pod wpływem kalkulacji ekonomicznej nastąpiła zmiana paliwa na drewno rąbalne.
Ulga finansowa odczuwalna, ale wkład własny wzrósł:
praca, czas, fatyga. Chociaż praca z drewnem ma swoje
zalety w porównaniu z pracą lekarza poz, którą świadczę,
jak mówi NFZ, i doświadczam na własnej skórze od lat
dwudziestu.
Z drewnem jest tak: człowiek rąbie i już. Z poz-em jest inaczej…
Następnie pojawiły się w kolejności: siwe włosy
i myśli „po co mi te przestrzenie?”. Będąc non stop
w pracy, człowiek naprawdę niewiele potrzebuje. A nawet
jak całą noc jeździ w pogotowiu, nie siedzi, o leżeniu nie
wspominając, to i tak pogotowie uszczupli mu wynagrodzenie o „użytkowanie bazy lokalowej”...
Jak wspominałem dom duuuży, szanse na zaludnienie własnymi dziećmi są nikłe i spadają z każdym rokiem. Spalanie drewna utrzymuje się na stałym, wysokim
poziomie. Perspektywa śmierci ze starości z toporem
„Fiskars” w ręce – jak na lekarza dość egzotyczna.
Jak ja na starość utrzymam te 1000 m2 fantazji
teścia... Bo miał fantazję, prawda? :)
26
Główka zaczęła pracować
Trybiki ruszyły i już po kilku grillach ze znajomymi przyłapałem się na tym, że zacząłem podsłuchiwać ze zrozumieniem rozmowy kolegów lekarzy
o „stawianiu domu, ogrodzeniach za 50 tysięcy, fachowcach, co buciorami rozdeptują drogie dywany
i niestety nieuniknionym podziale wybudowanego
majątku podczas rozwodu”.
Ktoś rzucił sentencjonalnie, że budowa jest jak
skarbonka, inny zauważył, że w tych trudnych czasach
budowa to najlepsza lokata pieniędzy z dyżurów…
Trybiki zazgrzytały i poszło.
Koleżanka, która długo wybierała swój projekt,
ostatecznie przedstawiła go jako „dom w malwach”.
Ładne i swojskie.
Nikt mi nie powie, że nazwa nie ma znaczenia.
Nazwijmy statek np. „Koryto”, a będzie pływał jak koryto
i na pewno się wywróci przy bezwietrznej pogodzie. Za to
„Titanic” – to była nazwa, niestety załoga nie sprostała…
Swój projekt nazwałem w myślach „domem
w skowronkach”, taki stan ducha mnie ogarniał gdy
tylko puściłem wodze fantazji. Bo przyznam szczerze:
ogrom starego domu skłonił mnie do budowy nowego,
mniejszego, chociaż budownictwo niekoniecznie jest
moją pasją. Skowronek też jest swojski, lata wysoko,
słychać go, nie widać – wypisz, wymaluj obraz domowego życia lekarza dyżurującego.
7_2012
wrzesień
Mój dom
Dobra, jest nazwa i co dalej. Dalej były schody
w Odessie.
Rok wybieraliśmy projekt. Żona i ja. Były wyjazdy-najazdy na znajomych, znajomych znajomych
i prawie znajomych. Oglądanie katalogów, grzebanie
w internecie, słowem ciężka praca, żeby czasem nie
przegapić tego jedynego, najlepszego projektu.
Tak wojażując najechaliśmy mojego kolegę ze
studiów, który kilka lat temu wybudował uroczy mały
domek „Agatka” za 200 tysięcy. I to ze wszystkim: klimatyzacją, rurą centralną do odkurzania, garażem etc.
Nikt mi nie wierzył, jak to opowiadałem.
Koledzy, wytrawni zbieracze dyżurowego grosza,
pukali się w czoło: „za te pieniądze to dobrze z piwnicy
nie wyjdziesz”.
Przy okazji dowiedziałem się, że piwnice są mi
niepotrzebne, zwłaszcza gdy zbadałem geologię terenu.
Wszyscy podpiwniczeni w pochmurne dni wylewają
wodę z piwnic, obniżonych kotłowni i niskich garaży.
Dałem sobie spokój z dziurami w ziemi.
Nie wspomniałem, skąd się wzięła działka. Otóż
uskładali na nią rodzice z urzędniczo-nauczycielskiej doli
w czasach, kiedy jeszcze działki były tanie. O budowie
trzeba myśleć 20 lat wcześniej niż trzeba…
Teraz na arenę wkracza pan Grześ – architekt
i załatwiacz w jednej osobie, a do tego znajomy. Dzięki
rozległym kontaktom w biurach i urzędach popycha
różne sprawy do przodu. Specjalizuje się w adaptacjach
projektów.
Na pierwszym spotkaniu w jego biurze towarzyszyła mi żona, żeby nie było, że wszystko się robi za jej
plecami… Pan Grześ przywitał nas z fajką w zębach słowami: „Co chcesz, to sobie wybierz, mnie zostaw resztę”.
W skrócie opowiedziałem mu o ograniczeniach
działki. Paskudny plan zagospodarowania przestrzennego, którego zdaje się nie przestrzegał żaden z już
pobudowanych, ograniczał jakikolwiek ruch. Tego
nie, tamto nie wejdzie, tu się nie da. Słowem, działka
900 m2, na której nic się nie da, tylko zasiać trawę
i dać spokój.
W końcu z błogosławieństwem pana Grzesia
wybraliśmy projekt spełniający zachcianki szalonego
wizjonera z Urzędu Gminy.
27
Czyli wszystko jest
Projekt, plan zagospodarowania i nasze nadzieje
wreszcie się zgrały. Projekt kupiony, przyszedł w pięknym
pudełku. Pan Grześ gdzieś go zaniósł, nawet nie wiem
gdzie, obejmując patronat nad sprawą.
Snujemy wizje idylli, ogrodów etc, aż tu nagle
afera. Przychodzi pan Grześ z miną zbitego psa i mówi,
że coś tam nie do końca dopatrzył i właściwie trzeba
będzie tę ściankę tak postawić, tamtą odsunąć na 11 m
od ulicy... Z całego domu została jedna ścianka.
Lekarz pewnie by się załamał, wiem to na pewno,
ale nie pan Grześ. „Nie takie rzeczy się załatwiało”. I cud
zapowiedziany zdarzył się prawie natychmiast.
Tylko tu trzeba było dorysować ze dwie kreseczki,
tu trochę zmrużyć oko, a na koniec zrobić wirtualną
furteczkę, bo w planie zagospodarowania front domu
i furtka musi być na południe. Właściwie to o co tyle
hałasu. Przepisy są po to…
W międzyczasie pan Grześ obłatwił przyłącze
gazowe, wodę i prąd. Nie żebym się zupełnie nie ruszył do stosownych urzędów, ale szlaki miałem mocno
przetarte i wszyscy wiedzieli, o co chodzi.
Pozwolenie na budowę uprawomocnione w ręce
i od początku czerwca zaczęły się wykopki. Koledzy
lekarze zaczęli mi gratulować budowy i teścia. Nie
wspomniałem, że mam teścia na chodzie, który to (teść,
nie chód) pasjonuje się budową, stale wisi nad ekipą,
dowozi stemple, beton i piwo, bez którego obecnie nic
się nie wybuduje.
Słowem robi i robotę, i show.
Do mnie mówi: „Ty o nic się nie martw, ty tylko
dawaj pieniądze…”
Dobrze mam, co?
Nawet rzucił w fundament żółte groszówki, żeby
„pokój i pieniądze temu domowi były przynależne…”
Ogrodzenie też jest mocno oryginalne. Cienka
siatka chroniąca uprawy leśne robi u mnie za zaporę
nie do przejścia. Teść mówi, że trzeba ograniczać koszty,
a złodziej, jak go nie wypłoszy pan Czarek, nasz sąsiad,
to i tak weźmie co swoje…
Ekipę budowlańców znalazł oczywiście teść. Tak
szybko się zakrzątnęli, że nawet nie zdążyłem zamówić
7_2012
wrzesień
Mój dom
toi-toia. Zbudowali zgrabną sławojkę w zaciszu stuletniego dębu.
Mam takie dwa czerwone dęby przy drodze. Nie
będę z nimi walczył, chociaż teść rezolutnie mówi, że
medycyna ludowa zna takie sposoby, żeby uschły, bo na
pozwolenie wycięcia nie ma co liczyć. Ja już je polubiłem
i włączyłem do własnego obrazu posiadłości. Zostaną.
Jak stanęła pierwsza budowla na działce, znaczy
toi-toi, to teraz trzeba wznieść drugą: garaż-blaszak
dla ekipy i sprzętu. Zrobiłem zwiad telefoniczny i po
porównaniu cen umówiłem się na dowiezienie i montaż garażu. Pewnego popołudnia telefon, że nazajutrz
o dziesiątej garaż będzie na placu budowy. Podałem
dane do faktury. Wszystko pod kontrolą. Rano ok. godziny 8 kolejny telefon, że garaż już jedzie. Chciałem
się wypytać, z której strony wjeżdżają, ale jakoś zaczęli
kręcić i stanęło, że jak przyjadą, to będą. Na miejscu
oczywiście teść już czekał na blaszane cudo. Za godzinę
teść zadzwonił, że wszystko jak po maśle. Garaż zmontowany, pieniądze zapłacone, tylko na słowo „faktura”
panowie robili wole oczy. A za piętnaście minut kolejny
telefon, że garaż z fakturą już do mnie jedzie, tak jak się
umawialiśmy wczoraj…
Pojęcia nie mam, czy w tej branży się podsłuchują,
czy mają kretów sprzedających zlecenia konkurencji. Po
telefonach nie dojdziesz, bo każda firma ma dziesięć
numerów, różni pracownicy obsługują te komórki etc.
Zrobiłem aferę. Garaż, ten drugi, zawróciłem z drogi.
Tak przeszło mi przez głowę, że jakby przyjechał jeszcze
trzeci to p…ę budowę i zostaję przy bungalowach.
Zawodowa ciekawość nie dawała mi spokoju,
żeby wyjaśnić sprawę do końca. Ci co mi zamontowali
garaż, nie chcieli dać faktury, bo zrobili poniżej kosztów
na zlecenie jakiegoś faceta ze Śląska etc. Ostatecznie
wyszarpałem fakturę, której i tak nie wrzucę w koszty,
bo nie można. Poza tym ostatecznie utwierdziłem się
w przekonaniu, że branża budownicza wykazuje wiele
podobieństw do branży funeralnej, sprzed afery ze
sprzedawaniem „skór”.
My z branży medycznej też zdaje się nie wypadamy źle, jeśli chodzi o nieuczciwą konkurencję i taki
jeden z drugim budowlaniec mógłby się niejednego
nauczyć. Jednak co studia, to studia…
28
Ale, ale, blaszak stoi. Wokół niego budowa tętni
życiem. Co prawda jak się zjawiam na placu, to ekipa
jak zawsze wita mnie z blaszaka. Jest upał niemiłosierny.
Chłopaki palą papierosy, żeby złapać trochę świeżego
powietrza.
Nic mówię nic, bo robota jakimś cudem postępuje.
Dzisiaj wpadłem przed południem. Oczywiście
wszyscy w cieniu jaki daje blaszak i jeszcze żartują:
„Załatwiłbyś, szefie, klimatyzację”. „Jest na zewnątrz”–
odżartowuję. I tak to się toczy.
O mały włos zapomniałbym o najważniejszej
rzeczy na budowie. Mianowicie: Pan Czarek.
Jest sąsiadem. Ma około osiemdziesiątki, dużo
czasu i potrzebę rozmowy z każdym na dowolny temat.
Ma oko na wszystko, co się dzieje, użycza wody, straszy
potencjalnych amatorów cudzych cegieł. Już czuję, że
kiedyś przyjdzie mi to ciężko odpracować.
Pan Czarek zaczyna każde zdanie od „anyway”.
Właśnie się wybudował, ściągając cały swój majątek
z frankofońskiej części Kanady.
Wszyscy mi zazdroszczą Pana Czarka. Wszyscy
mi zazdroszczą teścia.
Czy muszę dodawać, że teść się dogaduje z Panem Czarkiem, może nie w pół słowa, gdyż byłoby to
zbytnie uproszczenie.
Więc mam budowę. Pewnie mam taką budowę,
na jaką zasługuję.
Jestem cały w skowronkach.
@GRYPA
internista
Ciąg dalszy w programie „Usterka” J
Autor o sobie
20 lat praktyki, specjalizacja II st. z interny, medycyny rodzinnej,
od 20 lat aktywnie dyżuruję w pogotowiu, izbie wytrzeźwień
(zanim ją zamknęli, ale nie mam z tym nic wspólnego:)), na
oddziale wewnętrznym, a ostatnie 5 lat – oddz. kardiologii.
Ponadto przez około 6 lat przyjmowałem w poradni diabetologicznej, raczej hobbystycznie niż za chlebem, ale wypłoszył
mnie z niej NFZ. Prywatnie uwielbiam czytać wszystko i cenię
szerokie horyzonty, erudycję i bezinteresowność. [To nie jest
anons matrymonialny!]
7_2012
wrzesień
Mój dom
Lekarz ma kota?
Ewa Dereszak-Kozanecka
Punkt widzenia Buraski
Dostałam zadanie. Skreślić słów kilka na temat posiadania kota. I to na dodatek pod
kątem bycia lekarzem. Zadanie brzmiało: Napisz tekst na temat „Lekarz ma kota”.
Ala ma kota, wariatka ma kota, wszyscy mamy kota. Ale czy lekarz ma kota jakoś
szczególnie?
T
eza sugerowana w temacie zadania nasuwa od
razu dwie wątpliwości. Kto tu kogo ma oraz czy
posiadanie kota przez lekarza jest w jakikolwiek sposób
specyficzne?
Kto tu kogo ma?
Bez wątpienia to kot ma lekarza! Pierwszy kot
był panem zaledwie nieśmiałej studentki medycyny.
Studentka nie miała pojęcia o wychowywaniu dzieci
i kotów, dlatego Pierwszy Kot miał trudny start w życie.
Był z niego urodzony urwis, szelma i urwipołeć. Biały,
wystrojony w czarną łatę na grzbiecie i drugą na pysku.
29
Łata fantazyjnie obejmowała ucho i jedno oko, co upodabniało Kota do pirata.
Kot był stuprocentowym mężczyzną. Wyrywał
się w świat, miał więcej odwagi niż rozumu, działał
zanim pomyślał, nie uczył się na błędach i zawsze miał
znakomity apetyt. A ponieważ dorastał w stanie wojennym, studentka miała mnóstwo kłopotu ze zdobyciem
błękitka (kto pamięta?), amura bałkajskiego, pasztetowej
czy świeżego mięska.
Kot wiernie czekał, kiedy studentka zmęczona
wracała z zajęć. Tulił się do rąk, mruczał i koił przestraszone serce. Był jedynym facetem, który dzielił z nią
7_2012
wrzesień
Mój dom
30
To był trudny czas. Odszedł ważny domownik,
Rycerz Okrągłego Stołu, świadek łez, sukcesów i porażek.
Zawsze pogodny, zawsze czujny, uważny, oddany Kot.
Pierwszy Kot. I skończył się czas niewinności.
Godni następcy
Po kilku nieudanych próbach wprowadzenia
do domu następcy, kiedy już straciłam nadzieję, koleżanka przybiegła z czarnym maleństwem. Maleństwo
od razu przygarnęło się do mnie, rozburczało i zostało.
Było doskonale czarne.
Wyrosło na pięknego
kocura. Kocur miał
granatowe podniebienie
i pazury. Był cichy, spokojny i stateczny. Ten
spokój był niepokojący
– weterynarz rozpoznał
wadę serca. Kot mimo
wszystko wyrósł pięknie.
Zachwycał czarnością
i złotymi oczyma.
Niechętnie wychodził z domu, nie biegał za
dziewczynami. Doglądał porządku, zaganiał dzieciarnię
do łóżek, burczał bajki na dobranoc. Wychował naszego
pierwszego psa.
Zawsze czekał pod drzwiami na nasz powrót
z pracy i ze szkoły.
Kiedyś odwiedził nas Bardzo Ważny Poeta. Wizyta miała być niezobowiązująca i spontaniczna, w związku
z czym sprzątałam, gotowałam i piekłam przez dwa dni.
Kiedy wreszcie bardzo Ważny Poeta przestąpił
próg domu, mogliśmy zasiąść do bardzo mądrej dyskusji
na bardzo ważne tematy.
Na szczęście ten wyczerpujący intelektualnie
wieczór dobiegał końca. Syty pochwał i frykasów Poeta zbierał się do wyjścia, obiecując kolejną, owocną
intelektualnie wizytę.
Podziękowaniom i bon-tonom nie było końca.
Aż do przedpokoju, gdzie wzburzony Poeta wykrzyknął:
„Kot obsikał moje książki!”
Czarny, jak zwykle, załatwił sprawy po swojemu
i na swoją korzyść. W końcu poeta tylko zabierał jego
Czarny
żmudny czas nauki. Starannie rozłożony na podręczniku
pediatrii, toczył z nią walkę o każde zdanie. To było
dosłowne wyrywanie wiedzy. Poniekąd więc dyplom
był również sukcesem Kota.
I rzecz najpiękniejsza z pięknych. Zielone oczy
Kota. W tych oczach zaczynał i kończył się świat...
Rozświetlone tysiącem iskier, przepastne i bezkresne, uważnie patrzące, uparte i mądre.
Przepiękne. Żadne klejnoty nie mogły się z nimi
równać. Te oczy zagarniały, zniewalały, były niewiarygodne, niepojęte. Studentka była dumna, że może
szczycić się posiadaniem tak pięknego Kota.
A potem skończyły się czasy przedłużonego
dzieciństwa i zaczęła się ciężka praca w szpitalu. Brak
doświadczenia, strach, poczucie własnych marnych
możliwości, nauka na potęgę, konieczność podejmowania
decyzji przerastających umiejętności. Znacie ten stan? Na
pewno znacie. Pomogli starsi koledzy, a ukojenie niósł
kot. Głośnym mruczeniem koił stargane nerwy i odsuwał
na bok diagnostyczne wątpliwości. Nocą przytulał się
do policzka i przeganiał niepokój o pacjentów.
A gdy mieliśmy wolne? Kot wyjeżdżał na wakacje.
To był jego czas. Łowił myszy, przynosił ptaki
i zakochiwał się... Bez pamięci, bez reszty i bez umiaru.
Przyprowadzał piękną narzeczoną na kolację, a potem
przepadali na długie dwa tygodnie. Kotu płonęły oczy,
miał suchy nos, był wychudzony i oszalały. „Płonęły
oczy” – to mało powiedziane, on cały płonął. Tak dosłownie, że niedoświadczona w sprawach kociej miłości
właścicielka zmierzyła mu temperaturę i zobaczywszy
42 stopnie Celsjusza, pognała ze zwierzem do wiejskiego
weterynarza...
No cóż. Przynajmniej od tego czasu wiedziałam,
że kocia namiętność jest dosłownie gorąca.
Przeżyliśmy razem 9 lat. Dla moich dzieci Kot był
tak pewnym, stałym i oczywistym fundamentem świata,
że nie wchodziła w rachubę możliwość bycia bez Kota.
Po 9 pięknych latach wspólnego życia Kot zachorował. Umierał na moich rękach. Tulił się do mnie
i patrzył mi w oczy. I zobaczyłam w kocich oczach ulgę
i kres cierpienia. Ani ja, ani weterynarz nie rozumieliśmy,
co się stało. Na sekcji znaleziono w tkankach trutkę na
szczury.
7_2012
wrzesień
Mój dom
czas i uwagę, a wszyscy wiemy, że święty spokój jest
nieoceniony.
Czarny władał domem przez trzynaście lat.
Wszystkie kocie śmierci rozbijały nasz świat.
Zaraz po Czarnym zachorował śmiertelnie i wkrótce
odszedł nasz pies. Dom, w którym zwierzęta są tak niezbędne, traci bez nich sens. Staje się miejscem pustym,
bolesnym, pełnym płaczu i tęsknoty.
Nic więc dziwnego, że w kilka tygodni później,
w odruchu radości, dzieci przyniosły małego burego kota.
Brudne, zapchlone i chore kocię. Tak chore, że musiałam
je wozić w kartonowym pudle do pracy. Pudło ukryłam
w brudowniku, dzięki temu mogłam regularnie podawać
leki i robić zastrzyki, a kot powoli wracał do zdrowia.
Wyrósł na przepiękną burą kocicę o klasycznej
polskiej urodzie. Taką prawdziwą wzorcową buraskę,
jakich pełno po wsiach i śmietnikach miasta.
I znowu Kotka brała w jasyr spojrzeniem pięknych, ogromnych oczu. Ach, te kocie oczy...
A jak Ona kochała życie! Z jaką lubością wąchała
kwiaty i skubała rośliny, jak się pławiła w słońcu, jak
pięknie bawiła się wodą. A jak lubiła jeść!
Tyle pokrótce o Kotach, które były. Teraz też są
koty: rasowiec i dachowiec. Bez dachowca nie ma życia.
To esencja kotowatości.
✳
Czy można na podstawie ponad trzydziestu lat
wspólnego życia wysnuć wnioski na temat związku lekarza z kotem? Czy będzie to tylko osobista dywagacja?
No cóż – nie można.
Będzie to tylko osobista dywagacja. Każdy Kot
to wielka tajemnica natury. I ludzka próba zagarnięcia
jej na własność.
Wszystkim kotom mojego życia serdecznie dziękuję. Bez nich byłoby smutno, zimno i byle jak. Dzięki
nim było i jest piękniej. I nie ma nic piękniejszego niż
uważne spojrzenie kocich oczu...
Tekst i zdjęcia
Ewa Dereszak-Kozanecka
psychiatra
Buraska
31
7_2012
wrzesień
Wczoraj i dziś
40 lat – to już pora
presbyopii
Alicja Barwicka
My sobie pracujemy, pracujemy, pracujemy… a czas płynie… Co jakiś czas zatrzymujemy się na chwilę i stwierdzamy ze zdziwieniem, że od odebrania lekarskiego dyplomu upłynęło już dziwnie dużo czasu. Nieraz się spotykamy, gadamy, wspominamy,
chwalimy sukcesami własnymi albo dzieci i dopytujemy jedni drugich, co słychać
u tych, których pamiętamy, a dawno nie widzieliśmy. Nieraz słyszymy wieści, których
wcale nie chcemy usłyszeć, ale na szczęście tylko nieraz, bo zwykle są to miłe kameralne spotkania, które nie tylko pozwalają na chwilę relaksu, ale dają też mnóstwo
optymizmu i wiary w sens tego, co robimy.
P
onieważ w 1972 roku wydział lekarski Akademii
Medycznej w Warszawie ukończyło około 300 osób,
spora część rozpierzchła się nie tylko po kraju, ale i po
szerokim świecie. Niektórzy z nas także z tej przyczyny
nie mogli się spotkać w większym gronie od czasu pamiętnego, bo niezwykle uroczystego, rozdania dyplomów.
Podobne problemy dotyczą prawdopodobnie wszystkich
absolwentów szkół, niezależnie od ich rodzaju i pewnie
dlatego wymyślono koleżeńskie zjazdy.
Uczczenie zjazdem absolwentów kolejnych okrągłych rocznic uzyskania dyplomów szło u nas jak po
grudzie i wszystko wskazywało na to, że chyba się jednak
nigdy nie zmobilizujemy. Pierwszą próbę organizacji czegoś na kształt małego zjazdu (ale jednak większego niż
te nasze kilkuosobowe spotkania w najczęściej znanym
sobie gronie) podjęliśmy spontanicznie 15 lat temu. To
były jednak zupełnie inne czasy, więc organizacja polegała
głównie na ścisłym podziale ról oraz na uruchomieniu
przekazu wiadomości o imprezie pocztą pantoflową, bo
każdy przecież znał kilka osób. Kiedy role zostały przydzielone, a wiadomość poszła w świat, bardzo szybko się
okazało, że zainteresowanie jest naprawdę duże. Ponieważ
moją rolą było „zapewnienie podłogi”, to jako gospodyni spotkania miałam zaszczyt witania przybywających
kolegów. I tu co rusz pojawiał się problem z ustaleniem
tożsamości pojawiających się osób. Śmiechu było przy
tym co niemiara. Posiadacze innych ról też mieli problemy,
32
np. gdzie w domowej kuchni postawić te wielkie gary
z sałatkami na 50 osób, czy też jak podgrzać na kuchence
wielki kocioł z gorącym daniem, skoro na tej kuchence
nijak nie chciał się zmieścić? Spotkanie było nie tylko
udane, ale przeszło do historii medycyny jako przykład
praktycznej organizacji w zakresie ochrony zdrowia
(OOZ był moim ostatnim egzaminem na studiach, więc
powinnam jeszcze coś z niego pamiętać).
Potem było jeszcze kilka prób zorganizowania
już „prawdziwego zjazdu”. Sporządzaliśmy listy uczestników, zbieraliśmy informacje dotyczące optymalnej
formy spotkania, ale nie mogliśmy nic konkretnego
ustalić, a im więcej nas debatowało, tym trudniej było
o wypracowanie jednej koncepcji. Ale nie ustawaliśmy
w staraniach, bo wszystko sprowadzało się do bardzo
sympatycznych spotkań w miejscach, które nieraz (co
prawda bez naszych zasług) pojawiały się potem na
pierwszych stronach gazet (jak słynny z afery hazardowej
„Pędzący Królik”).
tymczasem czas sobie płynął i kolejne okrągłe
rocznice umykały bez specjalnego świętowania.
Jednak świadomość, że zbliża się 40-lecie ukończenia
studiów zmobilizowała nasze niepokorne, rozsiane po
całym świecie środowisko i tym razem prawdziwy zjazd
udało się zorganizować. Sadzę, iż konkretną miarą osiągniętego sukcesu jest to, że już po kilku dniach pojawili
się chętni do organizacji następnego.
A
7_2012
wrzesień
Wczoraj i dziś
Zanim nadeszła godzina zero, trzeba się było
przygotować. Podstawową sprawą jest, jak wiadomo,
ustalenie kto dowodzi. Musi być ktoś taki, bo inaczej
liczba zdań w każdej sprawie przewyższająca liczbę
obecnych jest gwarantem niepowodzenia. Nam się w tej
sprawie udało. To Główny Organizator wziął na szczęście na swoje barki wysyłanie zawiadomień o terminie,
dokonał (po nieskończenie wielu konsultacjach) wyboru
miejsca spotkania, egzekwował obowiązki finansowe od
kolejnych zgłaszających się. Ten jego trud i konsekwencję
w dążeniu do celu będziemy mieć jeszcze bardzo długo
we wdzięcznej pamięci, bo też jest co docenić.
Ale wśród przygotowań do tak wielkiego wydarzenia to przecież nie wszystko. Potencjalny uczestnik
przedsięwzięcia zasięga zwykle języka u bardziej doświadczonych, bo nie każdy musi wiedzieć, jak wygląda
prawdziwy zjazd absolwentów. Głosy tych, co wszystko
w tej materii wiedzą, można podzielić na trzy kategorie.
ategorię I reprezentują osoby, które były uczestnikami lub słyszały o WIELKIEJ UROCZYSTOŚCI. Jej
charakterystyczne cechy to dwudniowa impreza, najlepiej
na terenie pałacu lub co najmniej reprezentacyjnej posiadłości czy ekskluzywnego hotelu, oraz uroczyste rozpoczęcie (Msza św., poczty sztandarowe, przemówienia
władz uczelni i miejscowych notabli). Respektując
przygotowany przez organizatorów harmonogram,
uczestnicy zajmują wyznaczone im miejsca według
konkretnego klucza (np. numer grupy studenckiej)
i kolejno przypominają się kolegom, przedstawiając im
jednocześnie swoje sukcesy i osiągnięcia.
ategoria II nie ma aż tak wyszukanego charakteru
i jest ze wszystkich najbardziej pojemna. Można do
niej zaliczyć zarówno imprezy jednodniowe, ale za to
do białego rana, jak i te nie w pełni dwudniowe (goście
wyjeżdżają po śniadaniu), przemawiających VIP-ów jest
mniej, ale za to każdy uczestnik także musi przedstawić reszcie dotychczasowe osiągnięcia (z oczywistych
powodów porażki pomija się milczeniem).
eśli ktoś nie lubi tłumaczyć się innym, powinien
zabiegać o organizację imprezy III kategorii. Tu nie
ma sztywnych reguł. W umówionym miejscu i o umówionej porze spotykają się imprezowicze. Ponieważ
celem spotkania jest SPOTKANIE ludzi, których się
K
K
J
33
bardzo dawno albo bardzo niedawno nie widziało,
nie ma harmonogramu, nie ma mów powitalnych czy
przemówień. Jest za to odpowiednio dużo miejsca,
są stoły i krzesła, by każdy z każdym mógł na chwilę
usiąść, pogadać, powspominać, obejrzeć zdjęcia, wymienić telefony i adresy mailowe, coś zjeść, coś wypić,
a do tego w tle muzyczka, która tych najważniejszych
rozmów nie zagłuszy.
Wszystkie rodzaje spotkań mają swoje wady
i zalety, swoich zwolenników i przeciwników. Dlatego
nie można którejś kategorii uznać za tę najlepszą. Niezależnie od formy spotkania i tak staje się ono impulsem do
kolejnych, najczęściej już w bardziej kameralnym gronie.
asze spotkanie po 40 latach miało charakter bardzo
nieformalny i sądzę, że była to jego wielka zaleta.
To, co zawsze stanowi pewien problem, zwłaszcza dla
tych, którzy nijak nie mogą sobie przypomnieć osoby,
z którą właśnie rozmawiają, rozwiązuje imienna plakietka
zaopatrzona w zdjęcie z czasu studiów. Tak naprawdę
była to jedyna reguła, którą narzucił nam Główny Organizator. Pewnie dlatego wszyscy się do niej skwapliwie
zastosowaliśmy.
Niektórzy z nas dzięki takiemu
a
k
ic
rozwiązaniu
w
r
Alicja Ba a)
k
uniknęli wie(Stefańs
lu pomyłek.
A pomyłki
wynikające z pytań
każdego z nas: na ile się zmieniliśmy i czy
będziemy rozpoznani, są przecież wliczone w tego
rodzaju spotkanie. Bardziej radykalni z naszego grona
już na kilka tygodni przed właściwą datą rozpoczęli
stosowanie mniej lub bardziej drakońskiej diety, by
chociaż trochę zbliżyć wagę do tej sprzed 40 lat. Generalnie takie działania wcale nie były potrzebne, bo
bardzo się nie zmieniliśmy, a niewielkie różnice w sylwetkach oceniam na z grubsza fizjologiczne. Dlatego gdy
tylko dotarliśmy na miejsce, mogliśmy, dzięki własnej
pamięci i plakietkom rzucać się sobie na szyje, cieszyć
i rozdawać ochy i achy. Jednym słowem ze wzajemnym
rozpoznawaniem się nie było tak źle.
N
7_2012
wrzesień
Wczoraj i dziś
Trzeba jednak pokreślić, że wśród ponad osiemdziesięciu osób uczestniczących w spotkaniu nie było
nikogo, kto nie utrzymywałby bieżących kontaktów
przynajmniej z kilkoma kolegami. Skutkowało to nieocenioną wzajemną pomocą. Mimo iż nie było formalnego harmonogramu narzucającego formę publicznych
wypowiedzi, sami przed sobą chwaliliśmy się wszystkim,
czym można się pochwalić, a więc dziećmi, wnukami,
osiągnięciami naukowymi i zawodowymi (praktycznie
wszyscy jesteśmy aktywni zawodowo), wynikami sportowymi itd. Zdjęcia i wizytówki przechodziły z rąk do
rąk. Wspominaliśmy czasy dobre i złe, chwile szczęścia,
ale i te smutne. Żałowaliśmy nie tylko tych, którzy już
nigdy nie pojawią się na naszych spotkaniach, ale i tych,
którzy nie mogli, lub nie chcieli na to obecne przyjść.
Przywołaliśmy wiele cudownych, radosnych wspomnień.
Niewątpliwą atrakcją były zdjęcia z przysięgi wojskowej,
kiedy to w wojskowych mundurkach maszerowałyśmy
dość nieskładnie po bieżni warszawskiego stadionu Skra.
Te mundurki były zresztą ku rozpaczy naszych wojskowych opiekunów nieustannie przerabiane domowymi
sposobami, zależnie od aktualnej mody i wyglądały dość
zabawnie. Zdjęcia są zbiorowe, więc każda osoba, która
dostała je do ręki, usiłując rozpoznać bohaterki parady
wojskowej szukała (swoich lub cudzych) szkieł do bliży.
I dopiero po tej zbiorowej presbyopii można się było
zorientować, że to radosne towarzystwo, zaśmiewające
34
się do łez, ma już trochę więcej niż …dzieścia, a nawet
...dzieści lat.
śród wielu emocji, które towarzyszyły spotkaniu,
to właśnie radość była tą najbardziej zauważalną.
Cieszyliśmy się ze wszystkiego. Ze spotkania wszystkich
ze wszystkimi i każdego z każdym, ale też z tego, że
znowu chociaż przez kilka godzin jesteśmy jedną wspólnotą, rokiem, grupą studencką. Rozpierała nas radość,
że udało nam się zdziałać w życiu sporo dobrego i że
zawsze komuś to służyło. Dostrzegaliśmy też z dumą, że
ciągle jesteśmy aktywni i że mimo wielu przeciwności
losu czerpiemy z tego satysfakcję. Na te kilka wspaniałych godzin codzienne troski gdzieś się taktownie
pochowały, nie burząc naszego ponownie odkrytego
optymistycznego spojrzenia na świat. To chyba tylko
dzięki niemu potrafiliśmy, rozmawiając o sprawach
aktualnych zachować do nich dystans, i nawet czające
się na horyzoncie kary zapisane w nowych, ofiarowanych nam przez NFZ umowach nie były nam straszne.
Oby ten nastrój udało się utrzymać na dłużej na
przekór małym i dużym problemom, obecnym przecież w życiu każdego z nas. Problemy nie znikną, ale
świadomość, że lista numerów telefonów do przyjaciela
istotnie się wydłużyła, jest największą wartością dodaną
naszego spotkania.
W
Alicja Barwicka
okulistka
7_2012
wrzesień
Artykuł poglądowy
Artykuł poglądowy
Nowotwory płuca –
postęp w diagnostyce
i leczeniu
Krystyna Knypl
R
ak płuca należy do najczęstszych schorzeń nowotwo�rowych u mężczyzn w Polsce i jest odpowiedzialny
za około 1/3 zgonów z powodów onkologicznych. Liczba
zgonów z powodu raka płuca w Polsce w 2008 roku
wynosiła blisko 17 000 dla mężczyzn i ponad 5600 dla
kobiet. Nowotwory płuca występuje 3-4 razy częściej
u mężczyzn w porównaniu z kobietami (1). Rzadko
zdarzają się przed 45. rokiem życia, stanowiąc około
1% zachorowań i zgonów u obu płci w tym przedziale
wiekowym. U mężczyzn około 40% zachorowań i zgonów
przypada na wiek 45-64 lata, a 50-60% na lata późniejsze.
Prognozy przewidują, że nastąpi wzrost zachorowań na raka płuca, zwłaszcza w populacji starszej.
W 2006 roku zmarły w Polsce z powodu raka płuca
16 643 osoby, a wg prognoz w 2020 roku nastąpi wzrost
liczby zgonów do 23 800. Ryzyko zachorowania na rak
płuca zależy przede wszystkim od narażenia na działanie
rakotwórczych składników dymu tytoniowego, których
liczba szacowana jest na ponad 4000 substancji (2).
Próby stosowania badań przesiewowych klasycznego rtg klatki piersiowej w celu zmniejszeniu zachorowania na raka płuca okazały się nieskuteczne, dlatego
w profilaktyce pierwotnej najważniejsza jest całkowita
eliminacja ekspozycji na działanie dymu tytoniowego
lub wdrożenie bardziej nowoczesnych technik badań
przesiewowych (2).
Rozpoznanie
Rak płuca jest nowotworem pochodzącym z komórek nabłonkowych. Cechą różnicującą nowotwory
drobnokomórkowe i niedrobnokomórkowe jest podatność na radioterapię. Raki niedrobnokomórkowe
należą do nowotworów o ograniczonej chemiowrażliwości, dlatego postępowaniem z wyboru jest leczenie
35
chirurgiczne i radioterapia. Rak drobnokomórkowy
charakteryzuje się szybkim wzrostem, skłonnością do
wczesnych przerzutów oraz podatnością na chemioterapię, która jest podstawową metodą leczenia.
Poza rozpoznaniem histopatologicznym istotne
jest określenie zaawansowania raka płuca. W tym celu
ocenia się guz pierwotny (bronchofiberoskopia, RTG, TK,
MR, badanie cytologiczne płynu opłucnowego), węzły
chłonne (bronchofiberoskopia, TK, MR, mediastinoskopia, mediastinostomia, PET, biopsja podejrzanych węzłów
nadobojczykowych, ultrasonografia przezoskrzelowa
i przezprzełykowa) oraz narządy odległe (usg, TK jamy
brzusznej, biopsja pojedynczego ogniska z podejrzeniem
przerzutu, scyntygrafia kości, trepanobiopsja szpiku z talerza biodrowego, PET). Określenie zaawansowania raka
płuca obejmuje ocenę stanu guza pierwotnego (cecha T),
węzłów chłonnych (cecha N) oraz narządów, w których
mogą występować przerzuty (cecha M) przy użyciu
skali TNM-UICC. Według klasyfikacji TNM wyróżnia
się następujące stopnie zaawansowania: rak utajony, 0,
IA, IB, IIA, IIB, IIIA, IIIB. Prawdopodobieństwo 5-letniego przeżycia z rakiem płuca wynosi od 20 do 70%,
najczęstszą przyczyną zgonu jest rozsiew nowotworu.
Leczenie i rokowanie
Rak płuca należy do źle rokujących nowotworów.
Istotnymi czynnikami są: wyjściowe zaawansowanie
nowotworu, stan sprawności organizmu i ubytek masy
ciała. Odsetek przeżyć po doszczętnej resekcji miąższu
płucnego w I stopniu wynosi od 50 do 70%, w stopniu II
od 30 do 50% i w stopniu III od 10 do 30%. W stopniu
IV bardzo rzadkie jest ponad 2-letnie przeżycie.
Leczenie niedrobnokomórkowego raka płuc
zależy od stopnia jego zaawansowania, wydolności
7_2012
wrzesień
Artykuł poglądowy
poszczególnych narządów oraz ogólnego stanu pacjenta.
Metodą z wyboru jest leczenie chirurgiczne, w wybranych
przypadkach skojarzone z radioterapią lub chemioterapią.
Do leczenia operacyjnego kwalifikują się chorzy z I i II
stopniem zaawansowania, u których nie stwierdzono
przeciwwskazań na podstawie przeprowadzonej diagnostyki czynnościowej układu oddechowego i sercowo-naczyniowego. Leczenie zaawansowanych postaci
raka niedrobnokomórkowego polega na zastosowaniu
radioterapii i chemioterapii. W leczeniu farmakologicznym stosowane są różne grupy leków, a jedną z nich są
antagoniści kwasu foliowego.
Antagoniści kwasu foliowego
Kwas foliowy jest przedmiotem bardzo dużego
zainteresowania naukowców (3). Kwas ten jest witaminą
o szczególnym znaczeniu dla prawidłowego funkcjonowania komórek organizmu człowieka. Jego podstawowa funkcja w przemianach biochemicznych polega na
przenoszeniu jednowęglowych grup (np. metylowej,
metylenowej, formylowej i innych). Bierze on udział
w przemianach niektórych aminokwasów oraz syntezie
puryn i powstawaniu kwasów nukleinowych. Zawartość
folianów w diecie waha się od 95 do 562 µg i jest zależna
od sposobu żywienia. Głównym źródłem kwasu foliowego
jest pokarm – sałata, szpinak, kapusta, brokuły, szparagi,
kalafiory, brukselka, a także bób, zielony groszek, pomidory, buraki, orzechy, słonecznik, pełne ziarna zbóż, owoce
cytrusowe i inne. Źródłem folianów są także: wątroba,
drożdże, jaja, sery, mięso, mleko i produkty mleczne.
Obserwacje epidemiologiczne i żywieniowe
wskazują, że konsumpcja świeżych warzyw bogatych
w kwas foliowy chroni przed powstawaniem niektórych
typów nowotworów.
Niedobór kwasu foliowego zwiększa ryzyko
powstawania i rozwoju niektórych nowotworów. Najwięcej i najbardziej przekonujących danych dotyczy
raka jelita grubego. W przeprowadzonych badaniach
wykazano zależność między spożyciem kwasu foliowego
a występowaniem gruczolaków i pierwotnych raków
jelita grubego.
Podczas przemian w organizmie kwas foliowy
łączy się dehydrogenazą tetrahydrafolianową, natomiast
36
antagoniści kwasu foliowego blokują wiązanie kwasu
foliowego, uniemożliwiając powstanie kwasu teterahydrofoliowego, niezbędnego do syntezy zasad purynowych,
będących skalnikami RND i DNA. Konsekwencją tej
blokady jest zaburzenie wzrostu komórek i ich śmierć.
Ponieważ komórki nowotworowe, szybko namnażające
się, charakteryzują się wzmożoną produkcją kwasów
nukleinowych, antagoniści kwasu foliowego będą działać
na nie najsilniej. Do antagonistów kwasu foliowego należą: metotreksat, pemetreksed, raltitreksed, lometreksol.
Pemetreksed w onkologii
– nowe zastosowania
Pemetreksed stosowany jest w leczeniu nowotworów różnego rodzaju, takich jak rak płuca, rak opłucnej
czy rak jajnika. Działanie pemetreksedu polega na hamowaniu syntazy tymidylowej (TS), reduktazy dihydrofolanowej (DHFR) i formylotransferazy rybonukleotydu glicynamidowego (GARFT), czyli podstawowych enzymów
wykorzystujących folany uczestniczące w biosyntezie de
novo nukleotydów tymidynowych i purynowych (1,2).
Czynnikiem predykcyjnym skuteczności leczenia jest typ
histologiczny raka płuc. Pemetreksed może być stosowany u chorych na niedrobnokomórkowego raka płuc
w stadium miejscowo zaawansowanym lub w stadium
rozsiewu o histologii innej niż w przeważającym stopniu
płaskonabłonkowa — leczenie pierwszej linii (tylko
w skojarzeniu z cisplatyną), leczenie drugiej linii (mono�terapia), leczenie podtrzymujące (u chorych, u których
nie nastąpiła progresja choroby bezpośrednio po zakończeniu chemioterapii opartej na pochodnych platyny).
Pemetreksed można być stosowany również w leczeniu
nieoperacyjnego złośliwego międzybłoniaka opłucnej
(w skojarzeniu z cisplatyną). Decyzja o wyborze metody
leczenia powinna być poprzedzona szczegółową analizą
stanu chorego. Przy kwalifikacji do leczenia należy
uwzględnić takie czynniki prognostyczne jak wiek, płeć,
umiejscowienie zmian, liczba przerzutów, histologiczny
typ nowotworu (1, 2).
Czas trwania leczenia zależy od skuteczności
i tolerancji pemetreksedu, przy czym oceny skuteczności leczenia należy dokonywać co dwa cykle. Leczenie
powinno być ograniczone do czterech cykli (4).
7_2012
wrzesień
Artykuł poglądowy
Badanie PARAMOUNT wykazało po raz pierwszy korzyści dla chorych na niedrobnokomórkowego
raka płuca, płynące z leczenia podtrzymującego peme�treksedem, wyrażające się przedłużeniem życia. W grupie chorych otrzymujących pemetreksed stwierdzono
redukcję zagrożenia zgonem o 22% (HR=79, p=0,0195).
Medycyna spersonalizowana, czyli jaka?
Coraz szerzej dostępne są nie tylko nowe możliwości terapeutyczne, ale także nowe możliwości diagnostyczne. Współczesna onkologia kładzie duży nacisk na
poszukiwanie mutacji genetycznych i taki wybór leku
przeciwnowotworowego, który w danej mutacji jest
najbardziej skuteczny. Takie postępowanie nazywane
jest medycyną spersonalizowaną. W definicji zmian
genetycznych możemy spotkać się z następującą terminologią: 1. Amplifikacja – gdy dochodzi do wzrostu
liczby kopii specyficznego fragmentu DNA. 2. Delecja – gdy dochodzi do utraty fragmentów DNA, które
mogą być różnie duże. 3. Inaktywacja – gdy dochodzi
do utraty funkcji biologicznych genu. 4. Translokacja
– gdy dochodzi do oderwania fragmentu chromosomu
i przemieszczenia go do innego chromosomu.
Mutacje genetyczne mogą być wrodzone lub
nabyte. Mutacje nabyte powstają, gdy zmieniona kopia
DNA dostanie się do wnętrza dzielącej się komórki. Obecnie zidentyfikowano ponad 120 mutacji genetycznych,
mogących prowadzić do rozwoju nowotworu. Składają
się one na około 95% nowotworów.
Mutacje wrodzone są przyczyną około 5% no�wotworów. Ryzyko dziedzicznej postaci nowotworu
wzrasta, gdy: rozpoznanie było postawione w młodym
wieku, występuje kilka nowotworów u jednej osoby,
kilku członków rodziny choruje na ten sam rodzaj
raka oraz gdy u różnych członków rodziny zdiagnozowaną tę samą mutację genetyczną. W wypadku
raka płuca predysponujący do rozwoju choroby jest
polimorfizm w pojedynczych nukleotydach (SNP –
od ang. single nucleotid polymorphism), w genach
CHRNA 3, CHRNA 5, GSTPI, GSTM 1, ELA 2. Poszukiwania mutacji genetycznych usposabiających
do raka płuc dokonuje się na materiale uzyskanym
z wymazu z jamy ustnej.
37
Poza badaniami genetycznymi podkreśla się
znaczenie nowoczesnych technik obrazowych, spośród
których na uwagę zasługuje niskodawkowa tomografia
komputerowa (LDCT – od ang. low dose computer
tomography) (5).
Niezależnie od badań i wyników nowoczesnych
badań obrazowych czy genetycznych zawsze trzeba
pamiętać, że palenie papierosów zwiększa 20-krotnie
ryzyko zachorowania na raka płuca, a przebywanie
w atmosferze dymu tytoniowego – trzykrotnie.
Podsumowanie
Postęp w onkologii otwiera nowe możliwości
diagnozowania i leczenia. Na uwagę zasługują te metody, które przynoszą postęp w terapii zaawansowanych
stadiów choroby, zwykle trudnych do leczenia. Pemetresked jest jedną z takich możliwości w odniesieniu do
rak płuc. Z uwagi na szybki rozwój raka płuc i wysoce
niepomyślne rokowanie, wszelkie metody pozwalające
na przedłużenie życia przynoszą nadzieję chorym i ich
najbliższym.
Krystyna Knypl
internista
Piśmiennictwo
1. Kowalski D.M., Krawczyk P., Jaśkiewicz P., Badurak P., Krzakowski M.: Pemtreksed w leczeniu niedrobnokomórkowego
raka płuca i złośliwego międzybłoniaka opłucnej. Onkologia
w Praktyce Klinicznej 2011, 7 (6), 292 -300.
2. Pemetreksed (Alimta) w II linii leczenia pacjentów z niedrobnokomórkowym rakiem płuca (Raport ws. oceny świadczenia
opieki zdrowotnej) http://www.aotm.gov.pl/assets/files/rada/
rekomendacje_stanowiska/2011/R-45-2011-Alimta_2L/OT0443_Alimta_II_linia.pdf.
3. Czeczot H.: Kwas foliowy w fizjologii i patologii. Postępy
Hig. Med. Dośw. 2008, 64, 405-419.
4. Paz-Ares L.G. i wsp.: PARAMOUNT: Final overall survival
(OS) results of the phase III study of maintenance pemetrexed
(pem) plus best supportive care (BSC) versus placebo (plb)
plus BSC immediately following introduction treatment with
pem plus cisplatin (cis) for advanced nonsquamous (NS) cell
lung cancer (NSCLC) http://www.asco.org/ASCOv2/Meetings/
Abstracts?&vmview=abst_detail_view&confID=114&abstrac
tID=94836 J.Clin. Oncol. 30, 2012 (suppl; abstr LBA 7507)
5. Wistuba I.I.: Molecular testing of non-small cell lung carcinoma biopsy and cytology specimens. 2012 ASCO Educational
Book, str. 459- 464.
7_2012
wrzesień
Fot. @mimax2
Medycyna i internet
Blogi internetowe i zaburzenia odżywiania
Porcelanowe motyle
Małgorzata Wronka
Monika Jezierska-Kazberuk
Czy można diagnozować zaburzenia odżywiania
na podstawie blogów? Przeanalizowałyśmy 200
ankiet wypełnionych przez odchudzające się blogerki w wieku od 13 do 32 roku życia. Okazało się,
że zaburzenia odżywiania występują u 90%. Ponad
połowa została zakwalifikowana jako dotknięta konkretną jednostką chorobową.
Blogi i ich autorki
Blog ma zazwyczaj charakter osobisty i przybiera
formę internetowego pamiętnika. Zawiera przemyślenia,
uwagi, komentarze, zdjęcia (fotoblog), czasami w tle
słychać muzykę (audioblog). Oddaje niepowtarzalny
świat myśli i uczuć autora. Zwykle blog jest dynamiczny,
czyli wpisy (posty) dokonywane przez blogera pojawiają
się przynajmniej raz dziennie, a także zawiera liczne
komentarze czytelników.
Twórcy blogów w większości wypadków obserwują inne blogi i nawiązują kontakty z ich autorami.
Wówczas powstaje siatka blogów, która zaczyna działać
jako większa i powiązana ze sobą całość, tak zwana blogosfera. Połączone ze sobą blogi tworzą własną kulturę
społeczną ludzi mających podobne zainteresowania i cele.
Blog jest również źródłem powszechnie dostęp�nej informacji. Blogi o tematyce proanorektycznej czy
probulimicznej zawierają porady, praktyczne wskazówki,
tabele kaloryczne, opisy diet i środków odchudzających.
Osoby czytające blog stają się ekspertami w dziedzinie
nie zawsze zdrowego odchudzania.
Blogi często ukazują codzienne życie dojrzewających dziewcząt, które nie akceptując swojego wyglądu oraz dążąc do wymarzonego ideału, za wszelką
cenę chcą schudnąć. Prowadząc blog, szukają wsparcia i akceptacji. Przeszukując internet, natrafiają na
strony proanorektyczne bądź probulimiczne, czytają
38
blogi innych odchudzających się osób i z czasem same
pragną, aby ich życiem rządziła „ana” (anoreksja) czy
„mia” (bulimia). Konstruują w ten sposób system iluzji
i zaprzeczeń chorobie, twierdząc, że to tylko styl życia,
oraz następnie personifikując swoje schorzenie: anoreksja czy bulimia to nie jest choroba, tylko prawdziwa
przyjaciółka „Ana” lub „Mia”.
„Porcelanowe motyle” – bo tak nazywają siebie
w internecie dziewczęta, które należą do ruchów „pro-ana”, są w swoich wyobrażeniach delikatne, drobne,
lekkie, ciche i kruche jak motyle – i dzięki temu piękne
z powodu subtelności, jaką nabywają, tracąc (w ich wewnętrznym postrzeganiu) całkowicie zbędne kilogramy.
W rzeczywistości stają się przerażająco wychudzone
i wyniszczone oraz stopniowo doprowadzają swoje ciało,
umysł i psychikę do całkowitej destrukcji.
Przygotowanie
Pierwszym etapem naszej pracy było odnalezienie zamieszczonych w internecie blogów odchudzających się dziewcząt i kobiet. Do tego celu wykorzystano
przeglądarkę internetową (Google Blog Search www.
search.blogger.com) oraz wyszukiwarkę blogów na
portalu www.onet.pl. Szukano fraz: „ana”, „pro-ana
blog”, „mia”, „pro-mia blog”, „porcelanowe motyle blog”.
Następnie zawężono wyszukane wyniki, wpisując frazę
„napisz do mnie” (hasło to było zamieszczone na blogach
7_2012
wrzesień
Medycyna i internet
i oznaczało, że autorka udostępniła adres swojej poczty
elektronicznej). Umożliwiało to bezpośrednie dotarcie
do osoby prowadzącej blog.
Do przeprowadzenia badań skonstruowano
kwestionariusz ankiety, w którym wykorzystano test
EAT-26 (zaczerpnięty z książki autorstwa Teachman
i wsp., 2007) jako instrument kontroli oraz klasyfikacje
chorób: ICD-10, DSM-IV, DSM-IV-TR.
Udział w badaniu był całkowicie dobrowolny
i anonimowy, a dobór uczestniczek losowy. Ankieta
składała się z 55 pytań. Pierwsza jej część dotyczyła
danych osobowych, kolejna – prowadzonego blogu,
trzecia służyła klasyfikacji diagnostycznej poszczególnych
zaburzeń odżywiania, ostatnia zawierała 26 pytań z testu
EAT, który umożliwia dokonanie badania przesiewowego
wśród ankietowanych osób.
W ankiecie zawarto też pytania związane z akceptacją siebie przez osobę badaną, dotyczące wyjściowej,
obecnej i wymarzonej masy ciała.
Obiekt badań
Ankietę wypełniły 294 osoby, a 200 z nich zrobiło
to poprawnie. Zakwalifikowano więc do analizy 200
ankiet odchudzających się dziewcząt i kobiet w wieku
od 13 do 32 roku życia. Średnia wieku wynosiła 17,63
lat. Utworzono dwie grupy. Do pierwszej zaliczono
nastolatki (13-19 lat), do drugiej kobiety dorosłe (od
20 do 32 lat).
Większość badanych (około 96,5%) mieściła
się w przedziale od 14. do 23. roku życia. Poza tym
przedziałem znalazło się 9 osób.
Wśród uczestniczek badania było 195 panien
(97,5%) i 5 mężatek (każda miała jedno dziecko). Rodzeństwo miało 150 (75%) badanych, tylko 50 (25%)
było jedynaczkami. 31% było najstarsze z rodzeństwa,
35,5% – najmłodsze.
Największa liczba badanych podawała wykształcenie podstawowe (42%) i średnie (45,5%). Tylko 23
(11,5%) miały wykształcenie wyższe.
Znaczna część badanych (37%) pisała swój blog
przez mniej niż pół roku, prawie taka sama ich liczba
(37,5%) zapisywała kolejne strony blogu przez ponad
rok. ¼ badanych prowadziła blog od pół roku do roku.
39
68% dokonywało wpisów na blogu raz w tygodniu,
prawie 1/3 (29%) zamieszczało wpisy codziennie, tylko
niewielki odsetek (3%) kilka razy dziennie.
Spora liczba badanych, bo aż 69 (34,5%) podała
internetowy adres swojego blogu.
Większość zakładała blog, aby odnaleźć motywację (69%), pozyskać wsparcie (67,5%) lub żeby opisywać
swoje odchudzanie i codzienną walkę z jedzeniem oraz
zbędnymi kilogramami. Prawie 1/3 (26,5%) chciała podzielić się z innymi swoim sukcesem. Nieznaczny odsetek
(13,5%) miało inną motywację do prowadzenia blogu.
Oto niektóre z uzasadnień prowadzenia blogu:
•„Zachęcić innych do odchudzania, kontrolować codziennie, co jedzą.”
•„Aby wreszcie się udało z pomocą przyjaciół, którzy też
mają taki blog i za jego pomocą dążą do tego samego
celu co ja.”
•„Opowiedzieć innym moją historię, może ktoś zauważy,
jak wielki problem to anoreksja i nie popełni takiego
błędu co ja.”
•„Stać się częścią odchudzającego się społeczeństwa oraz
móc pisać – co pomaga mi chudnąć.”
•„Aby odnaleźć siebie... i dojść do perfekcji.”
Ocena według testu EAT-26
Test EAT-26 składa się z 26 pytań dotyczących
zachowań żywieniowych. Aby obliczyć wynik, należało
zliczyć odpowiedzi, przy których zaznaczono pola: „zawsze” (3 punkty), „zazwyczaj” (2 punkty) i „często” (1
punkt). Za pozostałe odpowiedzi: „czasami”, „rzadko”
i „nigdy” przyznawano zero punktów. Większość badanych (62,5%) zawsze była przerażona swoją nadwagą,
prawie co druga (46%) poświęcała zbyt wiele uwagi
jedzeniu.
Również większość zawsze w czasie ćwiczeń
fizycznych myślała o spalaniu kalorii (65,5%), prawie
co druga badana (48%) miała ogromne poczucie winy
po jedzeniu. Żadna osoba ankietowana nie zaznaczyła
odpowiedzi „nigdy nie skupiam się na chęci bycia
szczuplejszą”.
Co drugą badaną (52,5%) prześladowała myśl
o odkładającym się tłuszczu. 20% jadło posiłki dłużej
niż inni. 22,5% unikało pokarmów zawierających cukier.
7_2012
wrzesień
Medycyna i internet
Co trzecia badana (35%) zawsze miała poczucie,
że jej życie podporządkowane jest jedzeniu, co czwarta
(25,5%) wybierała do spożycia artykuły dietetyczne.
Spory odsetek badanych dziewcząt lubiło mieć
zawsze pusty żołądek (57,5%), a po zjedzeniu słodyczy
czuło się nieswojo (53,5%). Prawie co czwarta zawsze
stosowała dietę (47,5%) i stwierdzała, że poświęca jedzeniu zbyt wiele czasu i myśli (43%).
Pokaźny odsetek, bo 41,5%, zawsze wiedziało,
jaka jest wartość kaloryczna tego, co spożywa. Około
20% zawsze kroiło jedzenie na drobne kawałki, unikało
jedzenia o dużej zawartości węglowodanów, a także
odczuwało presję otoczenia, aby więcej jadły.
Co czwarta ankietowana (23,5%) zawsze miała
ochotę wymiotować po posiłku.
Wyniki testu EAT-26 świadczą jednoznacznie,
że 90% przebadanych dziewcząt i kobiet ma wyraźne symptomy zaburzeń odżywiania. W celu lepszego
zobrazowania wyników podzielono je pod względem
uzyskanej liczby punktów na cztery grupy.
Tylko 10% badanych mieściło się w normie (poniżej 20 punktów). Co trzecia badana (37,5%) zakwalifikowała się do przedziału nieco powyżej normy (od
20 do 39 punktów). Najliczniejsza była grupa wyraźnie
powyżej normy (od 40 do 60 punktów), w której znalazła
się prawie co druga ankietowana (46,5%). Niepokojące
jest, że 12 dziewcząt (6%) uzyskało ponad 60 punktów,
czyli liczbę określaną jako zdecydowanie powyżej normy
(maksymalna liczba punktów, jaką można było otrzymać
z testu wynosiła 78).
Zaburzenie odżywiania występuje częściej
wśród badanych
o wykształceniu
podstawowym lub
średnim.
Warto podkreślić, że wyniki
analizy nie wykazują związku między zaburzeniami
odżywiania a miejscem zamieszkania
blogerek.
40
Rozpoznanie według kryteriów
międzynarodowych klasyfikacji
chorób
Rozpoznania jadłowstrętu psychicznego dokonano zgodnie z obowiązującymi kryteriami ICD-10,
DSM-IV-TR oraz testem EAT-26.
Dla powiązania badanych z określoną jednostką
chorobową oceniono sylwetki ich ciała. W tym celu
wykorzystano wskaźnik BMI oraz siatki percentylowe
waga/wzrost (dla dziewcząt poniżej 18. roku życia).
W trakcie odchudzania można zauważyć zmiany
wagi oraz towarzyszące jej zmiany sylwetki. Analizując
uzyskane dane, stwierdzono taką samą liczbę osób
o prawidłowej masie ciała (65%) zarówno przy sylwetce
wyjściowej, jak i bieżącej, natomiast o 7 zmniejszyła się
liczba osób z otyłością. Obniżyła się także aż o 34 osoby
liczba osób z nadwagą. Należy podkreślić, iż w stanie
wyjściowym nie było ani jednej osoby wychudzonej,
natomiast po kuracji odchudzającej pojawiło się ich
14, a z kolei liczba dziewcząt z niedowagą wzrosła o 27.
Stwierdzono także, że wymarzona sylwetka badanych daleko odbiega od normy. Co prawda
w analizowanej grupie nie byłoby osób z otyłością
i nadwagą, ale bardzo niepokojące jest, że połowa
badanych dziewcząt (53%) chciała być patologicznie
wychudzona. Mniej więcej co ósma badana chciałaby
mieć niedowagę lub wagę w granicach normy. W trakcie
odchudzania zmniejszyła liczba badanych z otyłością
i nadwagą. Zauważalny był też spadek liczby badanych
z prawidłową masą ciała.
Przeanalizowano stosunek odchudzających się
do własnego ciała. W tym celu badane odpowiadały na
następujące pytania:
• Czy gdybyś osiągnęła swoją wymarzoną wagę ciała,
czułabyś się bardziej atrakcyjna?
• Czy gdybyś osiągnęła swoją wymarzoną wagę ciała,
wzrosłoby twoje poczucie własnej wartości?
• Czy gdybyś osiągnęła swoją wymarzoną wagę ciała,
byłabyś bardziej szczęśliwa?
Ankietowane otrzymywały 1 punkt za każdą
odpowiedź twierdzącą. Co druga badana (55%) odpowiedziała twierdząco na trzy pytania, blisko co piąta
(18%) odpowiedziała twierdząco na dwa pytania. Dlatego
7_2012
wrzesień
Medycyna i internet
można stwierdzić, że znaczna większość badanych
miała problemy z prawidłowym postrzeganiem obrazu
swojego ciała.
Aby zdiagnozować chorobę, należy dokonać krytycznej oceny objawów występujących u badanej osoby
według obowiązującej klasyfikacji chorób. W badaniu
przesiewowym wzięto pod uwagę trzy jednostki chorobowe: anoreksję, bulimię i kompulsywne objadanie się.
Istnieją cztery główne kryteria diagnostyczne
anoreksji, jakie muszą występować u chorej osoby
jednocześnie, aby stwierdzić jadłowstręt psychiczny
[Teachman i wsp., 2007]. Są to:
•niska waga, która stanowi 85% normy typowej wagi
dla danej grupy wiekowej i przedziału wzrostu;
•nadmierny lęk przed przytyciem, nawet przy znacznej
niedowadze;
•wypaczony obraz własnej sylwetki bądź wagi;
•brak miesiączki przez okres co najmniej trzech następujących po sobie miesięcy.
Mniej więcej co dziewiąta (11%) badana była
chora na anoreksję.
A oto pięć kryteriów diagnostycznych bulimii:
•powtarzające się napady żarłoczności;
•powtarzające się rytuały oczyszczające (wymiotowanie i używanie środków przeczyszczających), mające
zapobiec przytyciu;
•napady objadania się i przeczyszczania organizmu,
występujące mniej więcej dwa razy w tygodniu przez
co najmniej trzy miesiące z rzędu;
•nadmierne przywiązywanie znaczenia do szczupłej
sylwetki w budowaniu poczucia własnej wartości.
Według tych kryteriów co trzecia badana (34%)
była chora na bulimię.
Niektóre badane przejawiały objawy charakterystyczne dla dwóch jednostek chorobowych naraz,
cierpiąc na anoreksję bulimiczną.
Podczas kompulsywnego objadania się badana
ma następujące objawy:
•powtarzające się napady objadania mniej więcej dwa
razy w tygodniu przez ostatnie sześć miesięcy;
•brak poczucia kontroli nad rodzajem i ilością spożywanego jedzenia;
•zjadanie zbyt dużej ilości jedzenia naraz.
41
Zdiagnozowanie tej jednostki chorobowej wyłącznie na podstawie ankiet jest szczególnie trudne. Nasza
praca nie miała na celu szczegółowego analizowania
kompulsywnego objadania się, ale tylko zasygnalizowanie
problemu, który może występować u 12% przebadanych
dziewcząt i kobiet.
Mniej więcej połowa badanych (48%) kwalifikowała się do konkretnej jednostki chorobowej. Badane
przejawiające cechy charakterystyczne dla osób z zaburzeniami odżywiania stanowiły 42% całej populacji.
Tylko 10% (czyli 20 osób) w ogóle nie miało zaburzeń
odżywiania.
Podsumowanie
Wśród dziewcząt i młodych kobiet funkcjonuje
przekonanie, że aby być akceptowaną, atrakcyjną i szczęśliwą, trzeba być szczupłą. Dlatego dążąc do perfekcji,
zaczynają się odchudzać, zatracając przy tym zdrowy
rozsądek. Cel łatwiej osiągnąć w grupie, dlatego podczas
odchudzania szukają wsparcia. Pisząc blog, wkracza się
w konkretną społeczność, której członkowie solidarnie
sobie pomagają. Jednak niewinne z pozoru odchudzanie
łatwo może się przerodzić w zaburzenie odżywiania:
anoreksję, bulimię, kompulsywne objadanie się.
Przeprowadzona analiza z zastosowaniem testu
EAT-26 zidentyfikowała wśród badanej populacji aż 90%
osób z zaburzeniem odżywiania. Tylko 10% badanych
uzyskało prawidłowy wynik tego testu.
Wykorzystując międzynarodową klasyfikację
chorób ICD-10, DSM-IV oraz DSM-IV-TR, zdiagnozowano anoreksję u 11 badanych, bulimię u 34% badanych,
a u 12% znaczne ryzyko kompulsywnego objadania się.
Niektóre badane kwalifikowały się jednocześnie do
grupy osób z anoreksją i bulimią, tworząc podgrupę
cierpiących na anoreksję bulimiczną. Z tego wynika,
że mniej więcej połowa badanej populacji była chora.
Odchudzanie się badanych przyniosło zamierzone rezultaty. 7 z nich pozbyło się otyłości, 34 straciły nadwagę, ale powiększyła się grupa z niedowagą o 27 osób.
Pojawiła się wcześniej nieistniejąca grupa wychudzonych
dziewcząt i znalazło się w niej 14 osób. Prawie ¾ badanych (73%) miało bardzo niską ocenę obrazu własnego
ciała, dlatego nie zaprzestało kuracji odchudzającej mimo
7_2012
wrzesień
Medycyna i internet
prawidłowej masy ciała.
Prawdopodobnie dążą
do uzyskania absurdalnie wychudzonej sylwetki.
Co druga badana chciała
być wychudzona, co ósma
chciała mieć niedowagę.
Co ósma osoba
deklarowała dążenie do
prawidłowej wagi ciała.
Co czwarta badana za cel założenia blogu internetowego podawała jeden z następujących powodów:
znalezienie wsparcia, opisywanie swojego odchudzania,
codziennej walki z jedzeniem i zbędnymi kilogramami
oraz odnalezienie motywacji.
Nasza praca spełniła pierwotne zamierzenie.
Udało się dotrzeć do zamkniętej społeczności i znalazły
się w niej dziewczęta chętne do współpracy. Ankietę
poprawnie wypełniło 200 dziewcząt i kobiet, 69 z nich
nie chciało być osobami anonimowymi. Otrzymano
42 listy elektroniczne. Ich autorki chciały się zmienić,
wiedziały, że postępują irracjonalnie i pozostawiły do
siebie kontakt (np. w postaci numeru komunikatora
GG). Niektóre badane wyraźnie chciały pomóc innym
cierpiącym, zamieszczając na swoim blogu połączenie
z adresem blogu osoby przeprowadzającej badanie.
Wnioski
1. Analiza bogów może być przydatna do badań przesiewowych w zamkniętych grupach dziewcząt
i młodych kobiet.
2. Rodzice i opiekunowie powinni zwracać większą uwagę na treści stron internetowych przeglądanych
przez swoje córki, aby móc szybciej wychwycić niezdrową
fascynację ruchem proanorektycznym czy probulimicznym i ustrzec je przed zaburzeniami odżywiania.
3. Niektóre strony internetowe powinny być przez
rodziców cenzurowane lub wręcz blokowane, aby nie
przynosiły szkody innym korzystającym z internetu.
Małgorzata Wronka
mgr pielęgniarstwa
Monika Jezierska-Kazberuk
specjalista medycyny rodzinnej
42
Piśmiennictwo
1. Abraham S., Llewellyn-Jones D. Anoreksja, bulimia, otyłość.
PWN Warszawa 1995.
2. Albisetti V. Pułapka anoreksji. Jedność Kielce 2001.
3. Apfeldorfer G. Anoreksja, bulimia, otyłość. Książnica
Katowice 1995.
4. Barg E., Urban K., Terlecka J., Trzaska S., Grabowski M.
Kogo może dotyczyć anorexia nervosa? Analiza materiału
własnego. Endokrynologia, Otyłość i Zaburzenia Przemiany
Materii 2 2006.
5. Biercewicz M. Zaburzenia odżywiania się – anorexia, bulimia.
Pielęgniarka i Położna 8 2002.
6. Bucholc M., Majsiak E., Klusek C., Majsiak P. „Masa ciała
dziewcząt w okresie pokwitania w ocenie obiektywnej i subiektywnej” Model zdrowotnego stylu życia jako zadanie
interdyscyplinarne 1 2003.
7. Góra A., Szymona K. Anoreksja i bulimia – problem rodziców, psychologów i lekarzy. Medycyna Ogólna 6 (35) 2000.
8. Jablow M. M. Anoreksja, bulimia, otyłość. GWP Gdańsk 2000.
9. Józefik B. red. Anoreksja i bulimia psychiczna. WUJ Kraków 1999.
10. Kleszcz H. Anoreksja – choroba kobiecej duszy. Magazyn
Pielęgniarki i Położnej 5 1997.
11. Kowalczys M. H. Anoreksja i Bulimia Nervosa. Psychogenne
zaburzenia odżywiania. Dermatologia 4 2004.
12. Litowiec E., Mikita M., Baran T. Anorektyczki – jak im
pomóc. Magazyn Pielęgniarki i Położnej 1-2 2004.
13. Melosik Z. Tożsamość, ciało i władza: teksty i (kon)teksty
pedagogiczne. WSE UAM Poznań 1996.
14. Melosik Z. Ciało i zdrowie w społeczeństwie konsumpcji.
Edytor Toruń 1999.
15. Mikołajczyk E., Samochowiec J. Cechy osobowości u pacjentek z zaburzeniami odżywiania. Psychiatria 2 2004.
16. Namysłowska I. Zaburzenia odżywiania – jadłowstręt
psychiczny i bulimia. Przewodnik Lekarza 6 2000.
17. Namysłowska I., Paszkiewicz E., Siewierska A. Gdy odchudzanie jest chorobą, anoreksja i bulimia. WAP Warszawa 2000.
18. Rajewski A., Hauser J. Czynniki genetyczne w etiologii
jadłowstrętu psychicznego. Psychiatria Polska.
19. Teachman B., Cocyle B., Dchwartz M., Gordic B. Jak pokonać zaburzenia odżywiania u dzieci? Helion Gliwice 2007.
20. Ziółkowska B. Dlaczego młodzież się głodzi? Edukacja
i Dialog 5 1998.
21. Ziółkowska B. Ekspresja syndromu gotowości anorektycznej u dziewcząt w stadium adolescencji. WFH Poznań 2001.
22. Ziółkowska B. Anoreksja od A do Z. WN Scholar Warszawa 2005.
23. Jodkowska M., Woynarowska B., Oblacińska A. Test przesiewowy do wykrywania zaburzeń w rozwoju fizycznym u dzieci
i młodzieży w wieku szkolnym. Instytut Matki i Dziecka 2007.
http://pczp.pl/strona/_04opracowania/testy_przesiewowe_internet.pdf (19.05.2009).
7_2012
wrzesień
Po dyżurze
Kulinaria
Zupa pomidorowa
zupełnie inaczej
Nareszcie są!!! Nie tylko wyglądają jak pomidory, ale
pachną. I smakują jak pomidory. Polskie, prawdziwe,
gruntowe. Trudno spotkać człowieka, który pomidorowej nie lubi: z makaronem, ryżem, kluskami lanymi czy kładzionymi…
już widzę te rozmarzone miny. 
Moja zupa jest inna
• 1,5 kilograma dojrzałych pomidorów dokładnie umyć, pokroić na części i wrzucić do garnka z • kopiastą łyżką
masła. Na wolnym ogniu gotować aż do rozpadnięcia się pomidorów. Po przestygnięciu przetrzeć przez gęste
sito. Do garnka wlać • 1 litr wody, zagotować, do wrzątku wrzucić • 2 kostki bulionu cielęcego (albo drobiowego),
• 2 spore ziemniaki pokrojone w cząstki i • 2 marchewki duże, pokrojone w plasterki lub półplasterki (zależy do
grubości marchwi). Ugotować do miękkości warzyw, połączyć z pomidorami, chwilkę pogotować i przed samym
końcem gotowania dodać posiekany • czosnek – 5 lub 6 ząbków. Obrać • pomarańczę, pokroić w kostkę (może być
mandarynka), na talerzu położyć • pół mandarynki w cząstkach lub • ¼ pomarańczy, zalać zupą, przybrać • świeżym
tymiankiem… Zupę rekomenduje Gabrysia, 19 miesięcy.
Danuta Przerwa
okulistka
43
7_2012
wrzesień
Zapraszamy Czytelników do dzielenia się swoimi przepisami
Rekomenduje
Gabrysia
Podróże
Poszarpana linia brzegowa Nowej Zelandii z lotu ptaka
Antypody i przygody
Wszystko tam jest do góry nogami!
Anna Gradzik
Z wizytą w Nowej Zelandii.
Podróż w tamtą stronę
Przelot odbył się dość sprawnie. W Wiedniu miałam około 40 minut oczekiwania na samolot do Sydney.
Leciałam z trzema osobami z Polski – małżeństwem które
udawało się na ślub córki oraz przedstawicielem firmy
budowlanej. Już na krajowym lotnisku dowiedziałam
się, że będę miała towarzystwo, bo samolot z powodu
gęstej mgły nie wystartował i poproszono nas o spędzenie jednej nocy w hotelu. Z powodu opóźnienia nie
zdążylibyśmy w żaden sposób na samolot do Sydney,
a ten kursował raz na dobę. Tak więc mieliśmy czas
i sposobność poznania się bliżej, dzięki czemu wyprawa
na drugi koniec świata była przyjemniejsza. Rano taksówka przewiozła nas z hotelu na lotnisko, skąd już bez
przeszkód odlecieliśmy do Wiednia. Lot trwał króciutko,
a na niewielkim wiedeńskim lotnisku czekaliśmy ok.
pół godziny – już całą zgraną paczką. Potem odprawa
i lot do Sydney, z międzylądowaniem w Kuala Lumpur.
Kolorowa i fajna wycieczka, choć bardzo męcząca.
Wiele godzin w przymusowej pozycji (ciasnota w klasie
ekonomicznej daje się we znaki, zwłaszcza podczas tak
długiej podróży), więc z radością wysiadłam w Kuala
Lumpur, aby rozprostować nogi. Mieliśmy godzinną
44
przerwę. Bardzo chciałam wyjść na zewnątrz i trochę
pooddychać egzotyką, dotknąć tamtejszej ziemi bosą
stopą, powąchać powietrza...
Był luty, w Polsce szaro, buro i ponuro, a tu pełna
egzotyka. Już kiedy podchodziliśmy nocą do lądowania,
uśmiechnął się do mnie piękny obrazek: mocno oświetloną
ulicą pędził kabriolet pełen rozbawionych dzieciaków,
oczywiście odzianych jedynie w koszulki na ramiączkach,
nie tak jak my – w ciepłych polarach. Ale jeden z współtowarzyszy ostrzegł mnie, że wyjście poza teren lotniska
może zostać potraktowane jako potencjalna próba przemytu narkotyków i grozi poważnymi konsekwencjami. Jego
słowa wzmocniło to, co zobaczyłam na płycie lotniska:
mnóstwo Tajów w wojskowych mundurach, kobiety
z zasłoniętymi twarzami (do przeszukiwania pasażerek
na wypadek podejrzenia o przemyt). Wszyscy uzbrojeni
po zęby! Widok na tyle przerażający, że odechciało mi
się opuszczania lotniska choćby tylko na chwilkę. Potem
10-godzinny lot, już bezpośrednio do Sydney.
Nad Australią wszyscy byli strasznie umęczeni
podróżą, ja jeszcze zdobyłam się na podejście do okna
i obserwowanie czerwonej ziemi, z rzadka urozmaiconej
skałami i kępkami suchych krzaczków, i te widoki mówiły
7_2012
wrzesień
Podróże
mi, że jestem blisko, coraz bliżej celu. Gdy samolot krążył
nad Sydney, podziwiałam ocean, w którym zobaczyłam
płynące dwie ogromne płaszczki, a na wybrzeżu mnóstwo
domów – prawie każdy z basenem (podobno do tych
basenów lubią zakradać się krokodyle...).
Po wylądowaniu moi towarzysze podróży rzucili
się w ramiona witających ich krewnych, ja pomachałam
im na do widzenia, złożyliśmy sobie życzenia miłych wakacji, a oni obiecali, że odwiedzą mnie w Nowej Zelandii.
Z Sydney do Wellington
Został mi do pokonania ostatni odcinek – z metą
w Wellington, stolicy Nowej Zelandii. Dotarłam tam
koszmarnie zmęczona. Na dzień dobry zostałam prze-
Nowa Zelandia: wszędzie blisko siebie są niewysokie pofałdowane góry i Pacyfik
pytana przez bardzo życzliwego celnika na okoliczność
wwożonych towarów. Do Nowej Zelandii nie wolno przywozić żadnych roślin, nasion, ziemi ani tym podobnych
produktów, żeby nie zanieczyścić lokalnej flory żadnymi
obcymi przybyszami. W Nowej Zelandii jest bardzo
łagodny klimat i wszystko, co jest przywiezione, świetnie się tam aklimatyzuje, niszcząc rodzimą roślinność.
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy celnik zaczął
pytać, skąd jestem, a po mojej odpowiedzi, że z Polski,
wziął głęboki wdech i zapytał: Masz gruszka...? Odpowiedziałam, że mam jabłko i zaczęliśmy się śmiać oboje.
45
Rozmawiając trochę po polsku, trochę po angielsku,
dowiedziałam się, że on jest w części Polakiem, bo mama
była Polką. On oczywiście trochę zna polski, tylko nie
ma z kim go ćwiczyć. Kiedy wreszcie zostawiłam miłego rozmówcę, z którym serdecznie się pożegnałam,
znalazłam zniecierpliwionego wujka i ciocię, którzy już
się bali, że coś jest nie tak, że może miałam przy sobie
jakiś zakazany towar, np. jabłko właśnie. Po wytłumaczeniu im, co tak długo robiłam na odprawie, kazali
mi dokładnie opisać rozmówcę. Okazało się, że to syn
ich znajomych, zresztą cała Polonia w Nowej Zelandii
zna się doskonale, wszyscy wychowywali się przecież
jak rodzeństwo, zarówno w czasie wielomiesięcznego
rejsu statkiem tuż po wojnie, jak i potem, w sierocińcach.
Malownicze zatoczki – widać ich mnóstwo w czasie przeprawy promowej. Nowa Zelandia ma bardzo poszarpaną linię
brzegową.
Po wyjściu poza lotnisko uderzyła mnie fala
ciepła i jeszcze czegoś, czego z powodu zmęczenia nie
potrafiłam sobie do końca uświadomić. Wiedziałam
tylko, że jest ciepłe, miłe, otulające mnie i kołyszące
do snu...
Następnego dnia
Przebudziłam się z uśmiechem. To, co towarzyszyło mi przy zaśnięciu, było dalej wokół mnie, ciepłe,
miłe i nienazwane, swojskie i przyjemne.
7_2012
wrzesień
Podróże
Kamienista plaża w Lower Hutt usiana poszarpanymi głazami. Gołym okiem widać wulkaniczne pochodzenie Nowej Zelandii.
W oddali kamienne wyspy o nazwie Dziadek i Wnuk.
Wstałam na śniadanie, a po nim na moją gorącą
prośbę udaliśmy się nad ocean... i tam, pośród łagodnej
morskiej bryzy przypomniałam sobie „to” i nazwałam je.
Uświadomiłam sobie, że gdziekolwiek jestem, wszędzie
wokół mnie roztacza się delikatny, przyjemny zapach,
a potem dowiedziałam się, że dzięki łagodnemu klimatowi w Nowej Zelandii stale coś kwitnie i stąd ten
wszechobecny kwiatowo-owocowy aromat. Rodzina
pokazała mi też janowiec – roślinę przywiezioną z Europy, która porasta całe zbocza gór. Problem w tym, że
w Europie roślinka ta ma kilka lub kilkanaście centymetrów, a w Nowej Zelandii rozrasta się do niemalże
dwumetrowych krzaków. Tak służy jej ten klimat i stąd
wynika owa dbałość, żeby nikt nie przywlókł żadnej nowej rośliny, która mogłaby się rozprzestrzenić wszędzie
jak janowiec (nie wiem czy to fachowa nazwa, ale tak
go nazywali), zabierając miejsce rodzimym gatunkom.
Zdziwiły mnie też owce, biegające samopas po
zboczach. Potem dowiedziałam się, że to uciekinierzy
z hodowli, podobnie jak jelenie europejskie, które są tu
hodowane w stadach na ogrodzonych terenach w celach
konsumpcyjnych, a ich mięso jest potem wysyłane do
Europy. Ze względu na łagodny klimat zwierzęta są
trzymane cały rok na wybiegu i dostarcza się im tylko
wodę. Pastwiska są przez cały rok zielone, co powoduje,
że hodowla jest bardzo tania i opłaca się mięso rozsyłać
po całym świecie, nawet koszty transportu nie grają
dużej roli.
Zaskoczył mnie stosunek do zwierząt, które
uciekły z hodowli. Otóż raz lub dwa razy w roku są
46
organizowane odstrzały wszystkich uciekinierów. Wtedy
w tym samym czasie ruszają w teren ogromne rzesze
myśliwych i strzelają. Początkowo wydawało mi się to
bardzo okrutne, ale potem zrozumiałam, że to jedyne
wyjście, żeby dać szansę rodzimej faunie i florze, nieprzystosowanej do walki z szybko rozmnażającymi się
i panoszącymi najeźdźcami.
Dzień codzienny i obyczaje
Dzień codzienny pracujących Nowozelandczyków
nie bardzo mi się spodobał z powodu przerwy na lunch.
Tam każdy wie, że od godziny 12 do 14 nie należy się
nastawiać na załatwianie spraw urzędowych, bo wszyscy
mają przerwę. Oczywiście nie wszyscy jednocześnie,
ale nigdy nie wiadomo, kto kiedy. Nowozelandczycy
pracę zaczynają o 9.00, a jak im powiedziałam, że ja
od 7.00, to stwierdzili, że to barbarzyństwo! Nie przekonały ich nawet tłumaczenia, że o 14.00 jestem wolna
i resztę dnia mam dla siebie, a oni są dopiero w środku
Wuj i autorka na wyspie Picton, tuż po przeprawie promowej
na Wyspę Południową
7_2012
wrzesień
Podróże
Moje ukochane zachody słońca
dniówki, pracując do 17-18. Niestety, ciężkie jest życie
gospodyni, która o takiej godzinie jedzie do sklepu po
zakupy i szykuje obiad na godz. 20, po czym wszyscy
kładą się spać.
Natomiast bardzo podoba mi się „zaściankowość”
Nowej Zelandii. Wszystko jest spokojne, przewidywalne
i sprawiedliwe, chyba nikt nie wyobraża sobie, żeby
zmieniła się np. cena paliwa. Najbardziej wiekowy staruszek wie, ile mniej więcej kosztuje paliwo, bo chociaż
od dawna nie jeździ samochodem, to przecież pamięta,
jaka zawsze była cena! Mieszkańcy są wyciszeni i żyją
na godnym poziomie. Ciekawostką są też emerytury.
Niezależnie od zarobków wszyscy dostają taką samą
emeryturę, wypłacaną w postaci tygodniówek – kobiety
nieco mniej niż mężczyźni. Jeśli dobrze pamiętam kwoty,
mężczyźni otrzymują około 420 dolarów nowozelandzkich, a kobiety około 400. Dolar nowozelandzki jest
ciut mniej wart niż australijski, który z kolei jest trochę
tańszy od amerykańskiego.
Co do polskości – było mi wstyd, że na drugim
krańcu świata ludzie chodzący do góry nogami mają
w sobie tyle patriotyzmu, a ja...? Stale tam słyszałam:
musisz z nami zostać, musisz nam pomóc zrobić to czy
tamto, razem zrobimy coś dla społeczeństwa (!). Bez tego
polskość upadnie i dzieci nie będą chciały kultywować
tradycji! Oczywiście wujostwo zaangażowało mnie bardzo aktywnie do pracy w polskiej szkole, gdzie musiałam
i piec ciasteczka, i gotować bigos, i żurek z kiełbasą na
charytatywny festiwal, i opowiadać dzieciom o Polsce,
i uczyć je języka – co robiłam po raz pierwszy w życiu...;)
Polska to taki ich wymarzony, idealny kraj lat
dziecięcych. Niestety po przyjeździe do starej ojczyzny
wielu patriotów doznaje ogromnego rozczarowania.
47
Wojenne sieroty
Jak wujek i ciocia trafili do Nowej Zelandii?
Po zakończeniu II wojny światowej zostali sierotami.
W kraju nie było komu opiekować się dziećmi, które
w następstwie zawieruchy wojennej zostały same, bez
rodziny, więc rząd Polski zwrócił się do całego świata
z prośbą o przyjęcie sierot... Statki rozwiozły dzieci
w różnych kierunkach. Moi bliscy dotarli aż do Nowej
Zelandii. Wujek opowiadał, jak to dzieci nie chciały
7_2012
wrzesień
Podróże
Na co narzekają
Nowozelandczycy?
Oczywiście narzekają na inflację, ale ich inflacja
to grosze niewarte wspomnienia. Na przykład paliwo
podrożało o 2 centy – skandal, tylko czy podwyżka
z 1,07 na 1,09 to jakakolwiek podwyżka?
Jak zaczęłam narzekać na polskie skandale, to oni
ze szczerym oburzeniem odpowiedzieli, że u nich też są
się uczyć angielskiego, „języka wroga”, z nadzieją że za
skandale! A jakże, ich posłanka zdążała z otwarcia czegoś
karę zostaną odesłane do ojczyzny... Tak się jednak nie
tam na mecz rugby, który też miała otworzyć. Terminarz
stało. Mali przybysze najpierw trafiali do sierocińców,
miała ustawiony na styk, więc bardzo się spieszyła. Jenajczęściej pod opiekę zakonnic, a potem wiedli życie
chała rządowym, oznakowanym samochodem, wieziona
jako obywatele Nowej Zelandii.
przez szofera, ale z powodu pośpiechu przekroczyli
Dzieci te były
dozwoloną prędkość. Zadość często wykorzystytrzymał ich policjant i wlewane jako służba, nie
pił mandat, a winna była
posyłano ich do szkoły,
posłanka – przecież jechała
w samochodzie i widziała,
musiały ciężko odpracowywać koszty swojego
co wyprawiał szofer. Był
utrzymania. Dzisiejsi
to wtedy skandal na całą
80-latkowie wydali
Nową Zelandię! Nie mogło
wspomnienia o swoich
do nich dotrzeć, że w Polsce żaden „krawężnik” nie
przeżyciach z lat dziecięcych. Mam jeden egzemmiałby szansy i nie odwaplarz książki, do której
żyłby się zatrzymać rządowujek napisał rozdział. Charytatywny festiwal polski w Wellington. Zyski są przeznaczane wego samochodu, a już na
Ciągle żyli myślą na rzecz polskiej szkoły, w której dzieci uczą się języka polskiego pewno nikomu nie wlepiło powrocie do ojczyzny, i polskich tradycji.
by mandatu. Ta posłanka
zresztą w Nowej Zelandii zaskoczyło mnie to, że są
oczywiście spóźniła się na otwarcie meczu i okryła się
tam polskie szkoły! Ogromna jest aktywność Polonii
ogromną niesławą!
organizującej festiwale polskie. Jest w nich zdecydoCo kraj, to obyczaj... jaki kraj, taki skandal... ;)
wanie więcej polskości niż u wielu Polaków. Byłam
Cdn.
zbudowana ich przywiązaniem do polskich tradycji
Tekst i zdjęcia
i świąt, a przede wszystkim nieskrywanym patriotyzmem,
Anna Gradzik
specjalista medycyny rodzinnej
z którym wszyscy z dumą się obnoszą. Moja nowozelandzka rodzina też myślała o powrocie do ojczyzny na
Autorka o sobie
starość. Przyjechali więc na rekonesans do Polski, ale
Pracuję w jednym ze świętokrzyskich sanatoriów zajmujących
po spędzeniu w naszym kraju 8 tygodni uznali, że są
się leczeniem chorób układu kostno-stawowego.
jednak bardziej obywatelami Nowej Zelandii, niż im się
Moim marzeniem jest zanurkowanie w okolicach Wielkiej Rafy
Koralowej w Australii. Oczywiście chciałabym zanurkować
przedtem wydawało. To największa strata dla Polski – że
z rekinami – w ich naturalnym środowisku... ;) Na razie tylko
ludzie, którzy tak tęsknili za ojczyzną, po zobaczeniu jej
w oceanarium w Sydney dotykałam rekina piaskowego, rzecz
na własne oczy stwierdzili, że są co prawda Polakami,
jasna za zgodą jego opiekuna – więcej o tym w drugiej części
ale wracają... do siebie.
moich przygód. ;)
48
7_2012
wrzesień
Podróże
http://pl.wikipedia.org
Hobart i okolice
„Zgubię teściową,
to żona mi głowę urwie!”
Tasmania
Anna Lach-Czerwińska
Kierownikiem naszej wycieczki była niewątpliwie Gniewka; od niej zależał program dnia, postoje, czasami wymuszała całkowitą zmianę planów. W sobotę wstała chyba lewą nogą, bo od samego rana zaczęło się marudzenie... że na co jej to
wszystko, że (u diabła!!!) na diabła jej był ten diabeł tasmański, jak już zupełnie nie
pamięta, co to było, że co to za codzienne zmiany sufitów, że ostatnio na ścianach
była ciemna boazeria, a dziś tapeta w różyczki, że w różyczkach to ona w ogóle nie
gustuje, że Salamanca też zupełnie ją nie interesuje... i poszła sobie znów spać.
Salamanca
P
o naradzie uznaliśmy, że trochę racji to ona ma,
faktycznie ostatnio za dużo zmian w jej 14-tygodniowym życiu. Zapadła decyzja, że na Salamancę idą
Linda i Neil, ja zostaję z wnuczką, potem ja z Neilem
do Ogrodu Botanicznego, bo zwiedzenia go nie mogę
sobie odmówić, a po obiedzie wszyscy czworo jedziemy
do Richmond.
Salamanca to odbywający się w Hobart cotygodniowy sobotni targ. Plac, na którym gromadzą się
49
W tle Góra Wellington
kupcy, sprzedawcy, rzemieślnicy, muzycy i turyści, otoczony jest budynkami z 1823 roku. Są to stare magazyny
przyportowe, gdzie obecnie mieszczą się sklepy, galerie,
restauracje i kawiarnie.
Widać stąd górę Wellington wysoką na 1270 m.
Na jej szczyt Pinnacle można dostać się wprost z miasta
pieszo i rowerem kilkoma ścieżkami, dla samochodów
jest jedna piaszczysta i wąska droga, z której można
korzystać w porze suchej, a podczas deszczu przejazd
7_2012
wrzesień
Podróże
Królewski Ogród Botaniczny w Hobart
jest utrudniony. W pobliżu szlaków wspinaczkowych są
usytuowane miejsca na piknik i grill oraz chaty, w których
można schronić się w razie załamania pogody.
Z Salamancy widoczny jest też Hobart Port na
rzece Derwent, uchodzącej do Morza Tasmańskiego.
W porcie widziałam cumujące statki towarowe, wycieczkowe i obsługujące prace badawcze na Antarktydzie.
Tu kończy się odbywający się każdego roku wyścig
żeglarski z Sydney. Hobart zostało założone zaraz po
Sydney w 1804 r.
Do 1960 roku jeździły tu tramwaje (pierwsza
linia w 1897 r.), które zastąpiono trolejbusami, a od
1968 roku zrezygnowano z transportu elektrycznego
i pozostały tylko autobusy. Dlaczego? Może mają pokłady
ropy albo łupki jakieś? Benzyna nawet w przeliczeniu
dolarowym (nie procentowo do pensji) jest tańsza niż
w Polsce. Muszę to sprawdzić.
eil wrócił z targu z piękną drewnianą deską do
krojenia wykonaną z bardzo twardego drzewa
blackwood (akacja). Pozyskiwane z tasmańskich akacji,
sosen, dębów i oczywiście eukaliptusów drewno odznacza się rzeczywiście dużą twardością, wykorzystywane
jest głównie do produkcji mebli. Pencil pine i huon pine
(odmiany sosny) występują tylko na Tasmanii.
Od deski do deski o drzewach i drewnie tasmańskim opowiedział mi Neil w drodze do Ogrodu. Żar lał
się z nieba, a on zaparkował chyba z 5 km od wejścia!!!
Też się dziwił, sprawa wyjaśniła się jak przekraczaliśmy
drugą ulicę o tej samej nazwie. Ulice te miały przymiotniki „Górna” i „Dolna”, czego nie dopatrzył się na
mapie i wbił w GPS bez przymiotnika. Wysiedliśmy przy
N
50
dalszej, „Górnej”. Poszliśmy na przełaj przez ogromny
Park Pamięci, gdzie były tabliczki z nazwiskami żołnierzy
australijskich poległych w czasie I wojny światowej m.in.
we Francji i Belgii. Koło każdej tabliczki posadzono
drzewo, ale chyba nie wszystkie przetrwały, bo lasu
to tam nie było, a tabliczek dużo. Bardzo zmordowani
upałem (nietypowa ta jesień tasmańska!!!) dotarliśmy
do ogrodu.
Królewski Ogród Botaniczny,
założony już w 1818 roku, rozczarował mnie. Gdzie mu tam do naszego Powsina wiosną, kwiatków mało,
a niektóre całkiem znajome. Bogactwo
palm, eukaliptusów i las deszczowy nie
zaskoczyły mnie, bo już znałam te cuda
natury. Część ogrodu z roślinnością arktyczną była zamknięta. Jedynie prawie Kwiatki jakby znajome
200-letnie drzewa skłaniały do zadumy i zapadły mi
w pamięć. Wierzę, że wiosną, kiedy zakwitają tu tysiące
różnokolorowych tulipanów, ogród wygląda pięknie,
ale nie doświadczyłam jego barwnej urody w czasie
zwiedzania. Z ogrodu widoczny był most Tasmana na
rzece Derwent.
Most Tasmana
7_2012
wrzesień
Podróże
który był budowany od 1823 do 1825 roku, więzienie
i hotel z 1825 r., trzy kościoły – anglikański z 1834 r.,
katolicki z 1836 i kongregacyjny z 1873 – jak na małe
miasteczko, to zabytków grubo ponad 100-letnich w nim
całkiem sporo.
Również ciekawym miejscem jest Stare Miasto
Hobart Model Village, jest to replika modelu Hobart
z 1820 roku.
Figurki mieszkańców, robotników i więźniów
przedstawiają zabawne scenki z ich życia albo i mniej
Park Pamięci
Ha, trzeba wracać, a my nie bardzo wiemy, gdzie
zostawiliśmy samochód, nie tak łatwo przyszło nam
przecież odnaleźć tę „Dolną”. Po dłuższym błądzeniu
dotarliśmy na kraniec Parku Pamięci, załamałam się,
bo wiedziałam jak długo szliśmy w tę stronę ze sporego
wzniesienia, więc proszę Neila, że posiedzę sobie tu na
słupku, a on sam niech śmignie przez ten park i podjedzie
po mnie. Z Neilem rozmawia mi się po angielsku tak
dobrze, jak z nikim. Rozmawiamy takim mieszanym
językiem polsko-angielskim, że podejrzewam zrozumiałym tylko dla nas. Co powiedział, to powiedział, a ja
zrozumiałam – „nie ma głupich, nie masz zasięgu na
telefonie, a ja nie wiem jak tu wrócić, zgubię teściową,
to żona mi głowę urwie!”.
No i posłusznie podreptałam za nim w górę parku, bez kropli wody, bo ani wrócić po nią do kawiarni
w ogrodzie, ani gdzie kupić. Dopiero w samochodzie
klima puszczona na najwyższe obroty przyniosła trochę
wytchnienia.
onad 20 km na północ od Hobart znajduje się stare
miasteczko, chętnie odwiedzane przez turystów.
Atrakcją jest najstarszy w Australii most kamienny,
XIX-wieczne Hobart w miniaturze
P
Najstarszy most Australii
51
7_2012
wrzesień
Podróże
Stara poczta w Hobart
zabawne z niewolniczej pracy skazańców. To miniaturowe miasteczko wykonane w 1991 r. według pierwotnych planów i map, składa się z ponad 60 zabytkowych
budynków Hobart i 400 figurek. Do dzisiejszych czasów
w stolicy dotrwało 5 budynków przedstawionych w miniaturze – m.in. urząd pocztowy. W przymuzealnym
sklepiku sprawdziłam, że za maskotkę diabła trzeba by
zapłacić 10 dol. (wstęp 14 dol.).
Następnie z rozłożoną wygodnie Gniewką w wózku, szczelnie owiniętym mamusinym szalem przed
słońcem, piechotką dotarliśmy do wspomnianego wyżej
starego, kamiennego mostu na rzece Coal.
słońce w tym Richmond się wściekło!!!! Ostro
wciskało się pod czapki, okulary, nie można było
uciec od oślepiającego światła i żaru. Wiatr robił, co mógł,
by złagodzić palące promienie, ale powodował tylko
A
zamieszanie, unosząc kurz i jesienne tasmańskie liście
z ulic. Szczególnie nad rzeką, na otwartej przestrzeni,
przykro się odczuwało oba żywioły.
Podobno na Tasmanii słonce operuje z 7% większa mocą niż w Europie z powodu dziury ozonowej,
która tylko nad Nową Zelandią jest jeszcze większa
niż nad południową Australią. Kąt padania promieni
słonecznych inny niż na półkuli północnej, czysta i bezchmurna atmosfera jak w dniu zwiedzania powoduje
zwiększenie mocy światła.
Umęczyło nas to słońce i wiatr w Richmond.
Zjeżdżając wieczorem z nieco górzystego terenu
do Hobart, ujrzeliśmy wielkie miasto, rozświetlone
tysiącami światełek. A przecież to „wielkie miasto” ma
tylko trochę ponad 215 tys. mieszkańców. Taki nasz
Sosnowiec, tylko bez tramwajów.
To jednorodzinna zabudowa powodowała rozległość miasta. Doliczyłam się może 5 lub 6 wielopiętrowych budynków, w których znajdują się biura
rożnych firm.
Domy mieszkalne wspinały się na wzgórza okalające miasto nawet na 800 metrów w górę, a światła
z obu brzegów odbijały się w rzece.
Sobotni wieczór upłynął nam na korygowaniu
planów na dzień następny.
Cdn.
Tekst i zdjęcia
Anna Lach-Czerwińska
stomatolog
Hobart
52
7_2012
wrzesień
Po dyżurze
Radio REF*
Powroty
* www.photoblog.com/radioref
**Refundologia – najnowsza gałąź nauk medycznych
53
M.D. , Ref.D.** ;))
za relację i przenosimy się
na drogę nad jeziora, halo,
jak to wygląda u was?”
„Halo, witam i pozdrawiam państwa z 275
kilometra, w znanym wszystkim kierowcom miejscu,
czyli przy malowniczej wyrwie w asfalcie, którą obserwujemy oczywiście co tydzień, z uwagi na to, że uzyskujemy
tu najlepsze ujęcia… Obecnie można powiedzieć, że
kierowcy zwalniają koło wyrwy, ale widzimy również
i taki trend, taką można powiedzieć tendencję, którą
obserwujemy już od 3 tygodni, że zwalniają też na poprzedzającym ją zakręcie, tak więc wygląda na to, że być
może wiedza o wyrwie jest już obecnie nieco większa niż
poprzednio. Natomiast co do liczby pojazdów, to z racji,
że pojazdy te w tym miejscu zwalniają, po prostu jadą
wolniej i co do konkretnej liczby, to jest ich przez to na
pewno w jakiś sposób podobnie, co przed mniej więcej
godziną. Podsumowując, wygląda więc na to, że kierowcy
nie mogą tu przyspieszyć i dlatego jadą wolniej, a liczba
aut utrzymuje się na podobnym poziomie.”
„Dziękuję za tę relację, na koniec przeniesiemy
się teraz do śmigłowca, mamy już zdjęcia, halo, powiedz
nam, co na nich obserwujemy?”
„W tej chwili widzimy auto służbowe, który odwozi
kierowcę, najprawdopodobniej nietrzeźwego, ale to nie
jest jeszcze potwierdzone, do najbliższej placówki medycznej, w tej chwili wchodzi w zakręt, a potem, z tego co
wiem z mapy, najprawdopodobniej będzie się kierował
na lewo, właśnie do tej najbliższej placówki medycznej.”
„O czym będziemy państwa informować na bieżąco. Na koniec informacja z zagranicy – prawdopodobnie
powódź stulecia grozi połowie jednego z kontynentów,
na jutro dowiemy się, o który kontynent chodzi, na
razie prosimy o zdjęcia, relacje, państwa komentarze
oraz być może osobiste doświadczenia z dróg w całym
kraju, szczególnie jeżeli są państwo w pobliżu miejsca,
w którym zatrzymano najprawdopodobniej jednak
nietrzeźwego kierowcę. Dziękujemy za uwagę.”
•
Rys. Zen
„Witam państwa w głównym wydaniu »Kraj i Świat
Dziś«, dziś jak co tydzień obserwujemy powroty z weekendu,
połączymy się teraz z naszymi
reporterami na drogach nad morze, w góry, oraz nad
jeziora, może najpierw zajrzyjmy w góry, halo, czy
w górach mnie słychać? Jak sytuacja na drodze?”
„Tak, słyszę i witam! Od ostatniej naszej rozmowy,
czyli przez 15 minut, minęły nas 452 samochody, w tym
głównie auta osobowe, ale widzieliśmy też 2 ciężarówki,
wiadomo że po drogach mogą poruszać się, o ile przewożą ładunek łatwo psujący się, no i dwie takie ciężarówki
właśnie w tym czasie już nas mijały.”
„Czy obserwujesz wzrost liczby powracających?”
„Tak, w zasadzie można powiedzieć, że powoli już
zaczynają się powroty, może trudno to nazwać jeszcze
tłokiem, ale od godziny 14.00, kiedy to zanotowaliśmy
zaledwie 137 mijających nas aut, liczba ta systematycznie rośnie i wydaje się, że powoli, powoli można zacząć
mówić o tworzącym się korku…”
„Dziękuję, teraz zajrzymy nad morze, halo?”
„Witam cię ponownie, dziś cały dzień obserwujemy pracę pobliskiego patrolu, od naszej ostatniej
rozmowy patrol skontrolował już 2 kolejnych kierowców,
obaj byli trzeźwi, aczkolwiek jak już informowaliśmy,
około godziny 18.30 jeden z kierowców zatrzymanych
do kontroli nie tyle wysiadł, co wypadł z auta, nie był
też w stanie poddać się kontroli alkomatu, tak więc nie
mamy potwierdzenia, że był rzeczywiście pod wpływem
alkoholu, a w tej chwili ten kierowca jest w drodze do
najbliższego szpitala celem wykonania badań krwi. Za
nim podąża oczywiście nasz kolega w helikopterze,
tak więc jak tylko dowiemy się o jego dalszych losach,
będziemy państwa na bieżąco informować.”
„Do tej sprawy będziemy na pewno jeszcze wracać,
liczymy też na zdjęcia ze śmigłowca, na razie dziękuję
Maggy Woland
7_2012
wrzesień
Po dyżurze
Ucieczka z Alcatraz
Monika Jezierska-Kazberuk*
O
*Specjalista medycyny rodzinnej
54
sia
Ptuś i Ptu
Fot. Cory
o mojej przyjaciółki przybyły onegdaj dwie papużki
nierozłączki w dużej białej klatce. Zawitały do niej
dlatego, że ich poprzednia właścicielka miała, niestety,
uczulenie na papużki. Tak więc musiały znaleźć inny dom.
Papużki (on i ona) były śliczne – miały piórka
zielone, szmaragdowe, morsko-zielone, turkusowe; na
podgardlach brzoskwiniowokremowe śliniaczki, żółte
dziobki, szare łapki i czarne, bardzo bystre oczka. Były
ciekawskie. Obserwowały i śledziły każdy ruch. Miały
także charakter bardzo towarzyski, lubiły gadać, stale
włączały się do rozmowy, odzywały się do ludzi, do radia,
do telewizora – a jak w domu było cicho, to coś tam ciągle
ćwierkały do siebie. Tak przez cały dzień. Wieczorem
odprawiały rytuał czesania piórek, czyszczenia, głaskania
się nawzajem i zasypiały na drążku, mrużąc oczka.
Najpierw był problem z imionami. Myśmy nazwali je roboczo Ptuś i Ptusia. Wspólnie Ptusie albo
Ptusiostwo. Ptuś był odrobinę większy, miał ciemniejsze
piórka i śliniaczek, był spokojniejszy i bardziej ostrożny.
Ptusia miała piórka jaśniejsze, śliniaczek cytrynowożółty,
była energiczna, niespokojna, ciekawska i agresywna.
Miała też skłonność do dominacji i kłótliwe usposobienie – wiele razy coś jej się tam nie podobało i wtedy
(typowa kobieta!) napadała na spokojnego i papuziemu
Bogu ducha winnego temu Ptusia i wrzeszczała na niego;
nierzadko go dziobała, aż piórka leciały.
ba ptaszki były inteligentne i bardzo sprytne. Zwiedziały klatkę i zdecydowanie twórczo bawiły się
znajdującymi się w niej przedmiotami. Stale odczepiały
jedną huśtawkę. Gdy dostały do zabawy dzwoneczek na
długim łańcuszku, pracowicie i precyzyjnie rozmontowały łańcuszek, ogniwko po ogniwku… odczepiły go
także całkowicie od klatki, a nie było to łatwe, bo zaczep
łańcuszka był taki jak kółko do kluczy. (Jak dwa małe
ptaszki mogły to zrobić, mając do dyspozycji tylko łapki
i dziobki? Myśmy się nad tym zaczepem, aby go zaczepić,
solidnie namęczyli. Niepojęte…) Dno klatki było wyłożone papierem. Pyszna była zabawa w chowanego pod
Young
D
kartkami papieru, a później
papużki odkryły, że papier świetnie można
podrzeć na drobne kawałki. No to do dzieła! I za chwilę
cały papier był poszarpany i w strzępach.
Pewnego razu dostały do jedzenia cały duży kłos
prosa. Oczywiście natychmiast go odczepiły od klatki,
potem Ptusia paradowała z kłosem (przynajmniej 2x od
niej większym!) nosząc go w dziobie i spacerując dumnie po dnie klatki, a potem (pracując razem z Ptusiem)
porwała kłos na kawałeczki. Ile zjadła – nie wiadomo,
ale jaka zabawa była!
onieważ papużki były „klatkowe”, przyjaciółka
zdecydowała je wypuszczać z klatki w pokoju, aby
mogły sobie trochę polatać. Na początku było z tym
bardzo słabiutko. Ptusie wyszły z klatki, komicznie
rozprostowały skrzydełka i łapki, no i wystartowały do
lotu. Klops. Nie za bardzo umiały latać! Na początku
startowały niezgrabnie, machały szaleńczo skrzydełkami,
skrzecząc rozpaczliwie i lądowały ciężko na najbliższej
półce z książkami.
Gdyby przetłumaczyć na język ludzki ich gadaninę w trakcie pierwszych lotów i to, co się działo, toby
to brzmiało chyba tak:
– Echchchchch… (rozprostowanie skrzydełek)
– Wybiłem się! O rany, lecę, lecę, lecę, lecę!!!
Ratunkuuuuu!!! (start i lot)
– Lądujęęęęęęęę! Ło, matko!!! (Łup!!! – lądowanie
na półce)
– Ufffffffffffffffff… (wreszcie stały grunt pod
łapkami)
Półka z książkami bardzo papużki zaciekawiła:
najpierw defilowały w tę i z powrotem przed książkami,
P
7_2012
wrzesień
Rys. Katarzyna Kowalska
Po dyżurze
potem książki zostały prewencyjnie podziobane, a na
końcu oba Ptusie schowały się za nimi. Dochodziło
stamtąd zadowolone, ciche poćwierkiwanie. Papużki
były wyraźnie szczęśliwe, że mają za sobą ciężką drogę
w nowe miejsce, znalazły sobie świetną kryjówkę – nikt
ich nie widzi i mogą sobie spokojnie, bez podglądania
przez kogokolwiek (czytaj – przyjaciółkę) załatwiać
swoje papuzie sprawy.
Wycieczki po pokoju stawały się coraz bardziej
zuchwałe, a latanie sprawne – papużki odkryły szklaną
półkę, na której był duży wazon. Najpierw, po wylądowaniu na niej, były bardzo zaniepokojone – niby nic
pod łapkami, a jednak stabilne. Cud! Chodziły w tę
i z powrotem po szkle i z nieufnością i niedowierzaniem
przypatrywały się temu, komicznie przechylając łebki
– raz jednym czarnym ślepkiem, raz drugim. W końcu
jakoś przyjęły do wiadomości, że jest, jak jest. No cóż,
świat jest duży i skomplikowany.
Potem odkryły wazon i potraktowały go jako
rewelacyjną dziuplę. Oczywiście najpierw trzeba starannie zbadać interesujące znalezisko. Ptusia ostrożnie go
dziobnęła i odskoczyła na bezpieczną odległość. Nic się
nie stało, wazon nie zareagował. Potem to samo zrobił
Ptuś. Znów zero reakcji ze strony wazonu. No, to znaczy,
że należy wejść do środka. Oczywiście rozważnie i będąc
w pełni gotowym do ucieczki. Najpierw Ptusia, jako
odważniejsza i bardziej ciekawska. Cisza.
Spokój. Wazon jakoś nie oponuje. No
to teraz Ptuś. Wszystko O.K. Super!
Mamy nowy domek! Co prawda stoi na
czymś takim niepokojącym, przezroczystym, co to niby powietrze, a twarde
i się nie spada, ale można się do tego
przyzwyczaić.
Przyjaciółka zdecydowała, że
będzie wystawiać papużki na balkon.
Ptusiom bardzo się to podobało: inne
otoczenie, inne odgłosy, inne powietrze,
inne ptasie głosy… zielono dokoła,
a jaka przestrzeń!
To chyba wtedy stwierdziły, że klatka to jednak nie
to…
55
P
ewnego dnia moi przyjaciele poszli, jak zwykle, do
pracy. Zostawili zamkniętą klatkę, uchylone okno
na balkon (zasłonięte ciemną zasłoną). Pewni byli, że
wszystko jest w porządku. Gdy wrócili, nigdzie nie było
papużek. Uciekły.
Klatka była nadal zamknięta. Ptusie wyrzuciły
karmidełko i przecisnęły się przez otwór, w którym było
umocowane. Potem, fruwając po pokoju, przeleciały
ponad zasłoną i przecisnęły się przez uchylone okno
na balkon. Balkon był zabezpieczony siatką przeciw
gołębiom. Zieloni uciekinierzy znaleźli szparę w siatce
i wyfrunęli na wolność.
Moja przyjaciółka, zrozpaczona, poszukiwała ich
wytrwale, rozwiesiła wszędzie ogłoszenia z fotografią
Ptusiów. Następnego dnia zadzwonił jakiś pan z sąsiedztwa, że przyleciała do niego przez okno papużka
nierozłączka. Przyjaciółka natychmiast tam pobiegła.
Za późno…
W podjętym naprędce śledztwie, analizując ślady
i poszlaki, ustaliliśmy prawdopodobną wersję wydarzeń.
Wleciał przez okno do Ptuś. Usiadł panu na palcu i rozdarł się „JEEEEEEEŚĆ!”. Pan zadzwonił do swojej znajomej, biologa: Czy można papużkę nakarmić kaszą? Pani
biolog stwierdziła, że kasza nie powinna zaszkodzić. No
to Ptuś otrzymał kaszę do napełnienia brzuszka. W tym
czasie, gdy papużek zajadał, pan zadzwonił na podany na
ogłoszeniach telefon. Niestety! Ptuś, gdy się
najadł, to chciał wyfrunąć na wolność
z powrotem. Ponieważ okno w pokoju było zamknięte, to przefrunął do
kuchni, a tam było uchylone. Tyle
wystarczyło. Frrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
I już go nie było…
ak się skończyła wielka ucieczka
dwóch małych zielonych papużek-nierozłączek. Od tego czasu nie
mamy o nich żadnych informacji. Pozostaje nadzieja, że znajdą miejsce,
które im odpowiada i w którym
będą chciały zostać. Życzę im
tego z całego serca, wykazały się
bowiem niebywałą inteligencją, sprytem i pragnieniem wolności.
•
T
7_2012
wrzesień
Fot. Mieczysław Knypl

Podobne dokumenty