nr 11 - PDF Pismo Studenckie PDF

Komentarze

Transkrypt

nr 11 - PDF Pismo Studenckie PDF
www.redakcja24.pl
6-tygodniowe
warsztaty
fotoreportażu
www.szkolnictwo-dziennikarskie.pl
październik nr 7 (11)/2008 • ISSN 1898-3480 • egzemplarz bezpłatny
pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
C
ą
z
r
u
b
d
e
z
r
p
a
isz
Techn
h
c
a
i
d
e
m
w
e
i
g
o
l
o
Andrzej Pochanke
jest jednym z trzech
operatorów, którzy
pracują na pokładzie śmigłowca
telewizji TVN. „Błękitny 24” filmował
już betanki opuszczające klasztor
w Kazimierzu czy
gości bawiących się
na słynnych imieninach Lecha Wałęsy.
– Bo przecież nigdy
nie wiadomo, co się
zobaczy – mówi o
swojej pracy operator kamery w „Błękitnym 24”.
| Joanna Sawicka
Śmigłowiec jest gotowy do lotu przez 24
godziny na dobę, ale w nocy unosi się w powietrze tylko w szczególnych przypadkach.
– Nie mamy kamer noktowizyjnych, dlatego
musiałby się zdarzyć jakiś duży pożar, który
bez problemu można zobaczyć z powietrza
– wyjaśnia Pochanke. Nawet jeśli na dany
dzień nie zaplanowano żadnych zdjęć, personel (pilot, operator i reporterka) i tak pojawia się na lotnisku i czeka na ewentualny
wylot. – Jesteśmy pogotowiem śmigłowcowym, które jest w stanie dotrzeć do każdego miejsca w Polsce. Możemy wystartować
w ciągu 5 minut, bo śmigłowiec zawsze
mamy zatankowany – wyjaśnia operator.
Z Dallas do Polski
Przed pierwszym lotem w Polsce załoga odbyła tygodniowe szkolenie w Dallas, w Teksasie.
Przez pierwsze dwa dni operatorzy poznawali
wyposażenie techniczne nowego śmigłowca,
a kolejne poświęcili na trening z amerykańskim pilotem, który wprowadził ich
w tajniki robienia zdjęć z powietrza. – Lataliśmy głównie nad Dallas i filmowaliśmy korki uliczne. Raz nawet trafił się mały pożar
– opowiada Andrzej. Ale swoją pracę w telewizji Pochanke rozpoczął jako producent
i później kierownik produkcji zagranicznych
w TVN24. Obsługi kamery uczył się przez
półtora roku pod okiem doświadczonych kolegów ze stacji. Operator chętnie spędza czas
w samolocie, nie tylko służbowo. – Jestem
pilotem szybowcowym, więc dla mnie problem przebywania w powietrzu nie istnieje.
To chyba zaważyło na tym, że dostałem tę
pracę – dodaje. Oczywiście na początku były
| 02 |
Błękitne pogotowie
obawy przed nieznanym, ale, jak mówi, takich propozycji się nie odrzuca.
U Wałęsy na imieninach
Śmigłowiec jest zawsze tam, gdzie coś się
dzieje. Najczęściej są to korki i wypadki na
drogach albo miejsca klęsk żywiołowych.
„Błękitny 24” przydaje się w miejscach, gdzie
„zwykły” opertor nie ma szans na dobre ujęcie. Tak było, kiedy otwierano klasztor w Kazimierzu, który opuszczały przetrzymywane
w nim betanki. Wysokie mury i szczelnie
zabite deskami bramy uniemożliwiały filmowanie z ziemi. – Helikopter sprawdził się
doskonale, byliśmy w stanie zajrzeć w każde
okno, które nie było zasłonięte – opowiada
Andrzej Pochanke. W czasie wakacji „Błękitny 24” towarzyszył m.in. tysiącom plażowiczów wypoczywających na polskich wybrzeżu i uczestnikom Open’er Festival w Babich
Dołach. – Ludzie bardzo entuzjastycznie
reagują na śmigłowiec. Nie przepędzają nas,
chociaż czasem latamy nad ich głowami
– mówi operator TVN. Zadowolony z obecności dziennikarzy był również Lech Wałęsa,
który poprosił nawet o przesłanie nagrania
z jego przyjęcia imieninowego.
Niebo a ziemia
Operowanie kamerą na pokładzie samolotu
znacząco różni się od filmowania na ziemi.
Przede wszystkim widzi się o wiele więcej.
Andrzej Pochanke ma do swojej dyspozycji
cztery kamery zainstalowane za zewnątrz
śmigłowca, a w środku pulpit i joystick. – To
raczej przypomina zabawę zdalnie sterowanym samochodem – stwierdza. Główną
kamerę, znajdującą się z przodu samolotu,
chroni obudowa, która pozwala
poruszać nią we wszystkich kierunkach. Oprócz tego są jeszcze
trzy inne, wielkości szminki – dwie
po bokach „Błękitnego 24” i trzecia z tyłu, na stateczniku ogona.
Jeśli obraz z głównej kamery gwałtownie się zmienia albo jest nieciekawy, operator korzysta z kamery
z tyłu samolotu. Dwudziestokrotny
zoom optyczny pozwala na zarejestrowanie wielu drobnych szczegółów, np. godziny na zegarze Pałacu
Kultury z odległości 20 km.
Najczęściej pracę zakłócają
owady, które chętnie
i licznie rozbijają się na
obudowie kamery, i w czasie
nadawania na żywo nagle
na ekranach telewizyjnych
pojawia się biała plama.
Mucha w oku... kamery
Najczęściej pracę kamery zakłócają owady, które chętnie i licznie
rozbijają się na obudowie kamery,
i w czasie nadawania na żywo nagle
na ekranach telewizyjnych pojawia
się biała plama. Wtedy śmigłowiec
ląduje na najbliższym polu, a operator ściera resztki nieszczęsnego
robaka. Pracę „Błękitnego 24” najczęściej ogranicza jednak pogoda,
fot. TVN 24
dziennikarstwo | Drugi plan
reklamy
bo nie w każdej sytuacji można się wzbić
w powietrze. Załoga liczy się z tym, że może
nie dolecieć na miejsce w razie nagłej zmiany
warunków atmosferycznych. W takiej sytuacji pilot najczęściej wraca na lądowisko, ale
nie zawsze ma taką możliwość. – Zdarzało
nam się już siadać w terenie przygodnym,
żeby przeczekać złą pogodę – mówi operator.
Złapać chwilę
Wydaje się, że dotarcie samolotem na miejsce
powinno być dużo łatwiejsze – nie ma korków, czerwonych świateł. Jednak w powietrzu nie zawsze sprawa wydaje się taka oczywista, bo nagle okazuje się, że wszystkie ulice
w mieście zaczynają wyglądać podobnie.
– Filmowaliśmy wyjście z aresztu w Poznaniu żołnierzy zatrzymanych po ataku w Nangar Khel. Lecieliśmy w ostatniej chwili, nie
widzieliśmy nawet, czy zdążymy dotrzeć tam
na czas. Mieliśmy podane współrzędne, ale
nikt z nas nie znał na tyle dobrze Poznania,
żeby rozpoznać budynek w gęstej zabudowie. Zrobiliśmy już piąte czy dziesiąte kółko
w tym samym miejscu i właściwie byliśmy już
pewni, że żołnierzy stamtąd wypuszczą, a my
niczego nie nagramy. W ostatnim momencie
zobaczyłem grupę dziennikarzy, która biegła w stronę tylnego wyjścia poznańskiego
aresztu. Krzyknąłem do pilota, żeby zawracał. Udało się, pokazaliśmy to. Cały dzień
przygotowań dla jednego, krótkiego ujęcia
– wspomina Pochanke.
Wymarzony kadr operatora „Błękitnego 24”?
– Dla mnie jako pilota z pewnością byłyby to
szybkie ujęcia w czasie akrobacji samolotów
na Red Bull Air Racing albo lot nad Nowym
Jorkiem – przyznaje Andrzej Pochanke.
| 03 |
Puls redakcji | dziennikarstwo
dziennikarstwo | Trendy w Internecie
Zbudujcie mi
fot. Meliha Gojak/sxc.hu
Media pokerowe
| Stanisław Pardo
Z
a dwa największe na świecie
czasopisma dotyczące tematyki pokerowej, które dzielą
rynek między siebie, uznać można
„Card Player” i „Bluff Magazine”.
Zawartość takiej prasy to najczęściej relacje z różnego rodzaju turniejów, analiza stylów gry i ciekawych rozdań, wywiady ze znanymi
graczami, historia gier karcianych.
Dwutygodnik „Card Player” jest wydawany od 1988 roku, a jego średni
nakład wynosi 300 tys. egzemplarzy.
W 2004 roku powstała jego europejska wersja „Card Player Europe”, a od
2006 roku zaczęły powstawać wersje
krajowe, w tym także miesięcznik
„Card Player Polska”, który jest jedynym
czasopismem pokerowym na polskim rynku.
Jego nakład to 15 tys. egzemplarzy, a rozprowadza się go głównie za pomocą prenumeraty.
Dostępny również jest w kasynach i salonach
Kolportera, In Medio i Relay’a. Oprócz tłumaczeń tekstów z amerykańskiej i europejskiej
wersji „Card Player Polska” zawiera artykuły
powstałe we współpracy z czołowymi polskimi pokerzystami. Informuje o scenie pokerowej w Polsce i u naszych najbliższych sąsiadów. Target tego magazynu to osoby powyżej
18 roku życia, osiągające stałe dochody, interesujące się pokerem oraz czynnie uprawiające
tę grę. Oprócz tego mają być zainteresowane
zakładami bukmacherskimi, grami kasynowymi i zręcznościowymi, dodatkowo nie obawiają się zakupów przez Internet oraz biegle
posługują się takimi metodami płatności, jak,
karta kredytowa czy portfel internetowy. Od
lipca magazyn ukazuje się w cyklu dwumiesięcznym, czego przyczyną może być błędne
oszacowanie ilości potencjalnych nabywców.
Do zyskania większej popularności w przyszłości na pewno przyczyni się organizacja
Euro 2012 w Polsce, a co za tym idzie wzrost
popularności zakładów bukmacherskich oraz
długo oczekiwane uregulowanie prawnej sytuacji gry w pokera w Polsce.
„Bluff Magazine” powstał w 2004 roku
w dobie gwałtownie rosnącej popularności pokera, zwłaszcza w Internecie, kiedy
edia przechodzą w ostatnim czasie
wiele transformacji. Postęp technologiczny jest motorem zmian.
Od kiedy dostęp do Internetu stał się powszechny, to właśnie tam narodziło się wiele nowych, innowacyjnych nadawców. Świat
plotek i skandali znalazł dla siebie miejsce
w globalnej sieci. Dziś możemy znaleźć setki
stron o „życiu gwiazd”. Jednak żaden „Kozaczek”, „Plotek” czy „Kaprys” nie może się nawet równać popularnością z „Pudelkiem”.
„Pudelek” to portal tworzony przez kilku
ludzi po trzydziestce, władających lekkim,
ciętym piórem i z łatwością poruszających się
po świeci show-biznesu. Mają doświadczenie
dziennikarskie, ale nie przeszkadza im to
w prowadzeniu brukowego portalu, zaglądającego sławnym do łóżka. Nie dziwi zatem
fakt, że tworzą pod pseudonimami. Szerokie
grono wrogów zmusza ich do anonimowości.
Popularność „Pudelka” może zaskakiwać
– dziennie odwiedza go od kilku do kilkunastu tysięcy ludzi, a raz w miesiącu około
3 milionów. Wbrew pozorom nie są to wyłącznie ludzie młodzi, naturalnie interesujący się
swoimi idolami. To także zastępy gospodyń
domowych, ojców rodzin, studentów wyższych uczelni, czy pracowników biurowych,
którzy dzień zaczynają od lektury „Pudelka”.
W wielu kręgach czytanie plotek jest niemal
świętym obowiązkiem. Kto nie wie, kim jest
| 04 |
Web 2.0 to już lekko podrdzewiały ze starości Święty Graal
Internetu. Treść strony lub portalu tworzy się praktycznie
sama, użytkownicy są szczęśliwi, bo mogą „wchodzić
w interakcje” i „tworzyć społeczność”, a właściciel może
inkasować pieniądze za reklamy. Żyła złota? Sądząc po
eksplozji ilości społeczności na polskim rynku, chyba tak.
| Marcin Łączyński
I
W Polsce środowisko pokerzystów
skupia się głównie wokół 3 stron:
www.pokertexas.pl
www.tlpoker.pl
www.forum.pokerzysta.pl
Świat wg Pudelka
| Katarzyna Fijałkowska
M
społeczność
w ciągu kilkunastu miesięcy setki tysięcy
internautów z Ameryki, a za nimi z innych Państw, odkryły uroki gry w sieci. Na
początku jako dwumiesięcznik, od września 2005 roku zaczął ukazywać się raz
w miesiącu. Ma swoje lokalne edycje: wersję europejską, ukazującą się w Ameryce
Łacińskiej oraz wydanie wspólne dla Azji
i Australii. Średni nakład „Bluff Magazine”
to 250 tys. egzemplarzy. Do dwójki wymienionych potentatów rynku prasy pokerowej
na świecie należy jeszcze dodać mniejszych
graczy, takich, jak: „Poker Player”, ukazujący się głównie w Wielkiej Brytanii, czy
„Inside Poker”.
Do mediów pokerowych zaliczyć można
z pewnością różnego typu fora internetowe,
gdzie gracze wymieniają się uwagami na
temat swojej gry i zdobytymi na żywo doświadczeniami. Największe z nich to http://
forumserver.twoplustwo.com, na którym
124 544 członków wypowiedziało się 4 419
290 razy w 208 888 wątkach. Są to naprawdę
oszałamiające cyfry i świadczą one o coraz
większej popularności, którą gra w pokera
zdobywa na świecie.
Amy Winehouse czy Paris Hilton, naraża
się na towarzyski ostracyzm, gdyż rozmowy
często toczą się wokół tematów z portalu. To
elektroniczny „Fakt” czy „Superexpress”.
W przeciwieństwie do nich czytanie „Pudelka” nie jest obciachem. Jest modne i oczekiwane. Portal jest towarzyską wyrocznią,
dyktuje trendy. Kto zyskał sympatię „Pudelka” ( o co wcale nie jest łatwo), może liczyć
na miłość czytelników. Dla nich portal jest
często rzetelnym źródłem informacji. Wierzą w każde przeczytane słowo. Jeśli „Pudelek” kogoś krytykuje, wiadomo, że ludzie
szybko się od niego odwrócą. Przekonała się
o tym młoda piosenkarka Gosia Andrzejewicz, o której artykuły, zawierające głównie
oszczerstwa i obelgi, pojawiają się niemal
codziennie. „Pudelek” jest blisko związany
ze swoimi czytelnikami, zwraca uwagę na
ich potrzeby i sugestie. Jest wyczulony na ich
sympatie i antypatie. Dodatkowo jest stale
gotowy do współpracy z nimi, oczekując na
gorące „newsy” czy zdjęcia (które nagradza
pieniężnie). Amatorzy fotografii nie wstydzą się podejść do gwiazdy i zrobić jej zdjęcie telefonem komórkowym na zakupach
w supermarkecie, tylko po to, by ich „pracę” obejrzały miliony na „Pudelku”. Starzy
znajomi gwiazd aktywnie przesyłają historie
z lat młodzieńczych (im bardziej upokarzające, tym lepiej). To ten serwis rozpowszechnił w Polsce słowo „celebrities”, „celebryci”
(gwiazdy znane z tego, że są znane) i wypro-
mował znaną wcześniej miłośnikom
„Big Brothera” Frytkę na bywalczynię polskich salonów.
Nie od dziś wiadomym jest, że życie
ludzi ze szklanego ekranu fascynuje, ciekawi i ekscytuje. Zwykłym
zjadaczom chleba nie wystarczy, że
obejrzą gwiazdę w nowym filmie,
pudelek.pl jest największym
serwisem plotkarskim
w Internecie. Inne to:
plotek.pl, kozaczek.pl, nocoty.pl
chcą wiedzieć, co je, z kim sypia
i w co ubiera się jej dziecko. To
wszystko znajdą na „Pudelku”, który jest wyprodukowany specjalnie
dla nich, dla ziszczenia ich fantazji podglądacza. Nie ruszając się
z domu, obejrzą Britney Spears wychodzącą z restauracji i Michaela
Jacksona na spacerze z dziećmi.
I pomaga im to dowartościować się,
gdy zobaczą cellulitis na nogach Pameli Anderson. Portal sprowadza
gwiazdy na ziemię i, ku uciesze gawiedzi, gasi ich blask.
lość stron społecznościowych w polskiej sieci eksplodowała w przeciągu
dwóch ostatnich lat. Sukces Naszej
Klasy (założona w listopadzie 2006 roku,
obecnie 11 mln użytkowników), Epulsa
(start w 2002, prawie 3 mln użytkowników) czy Grona (luty 2004, obecnie około
2 mln użytkowników) zachęcił innych twórców stron www do wypuszczenia na rynek
podobnych serwisów. Także już działające
portale, jak Gazeta.pl czy Interia.pl, rozpoczęły rozbudowę swoich społeczności. Możemy je też znaleźć na stronach dużych korporacji, które tworzą je z myślą o swoich klientach (np. społeczność Mój Fiat na stronie Fiat
Auto Poland).
Czy to wszystko ma sens?
– Rzeczywiście, ostatni rok przyniósł
ogromny wzrost zainteresowania serwisami społecznościowymi wśród naszych
klientów – mówi nam Maciej Litwiniuk
z poznańskiej firmy GaldoMedia projektującej strony www. –Bardzo często mamy jednak
wrażenie, że klienci koniecznie chcą mieć na
swojej stronie serwis społecznościowy, nie
bardzo zdając sobie sprawę, jak on funkcjonuje. Litwiniuk dodaje, że kiedy klient jego
firmy nie ma dobrego pomysłu ani środków
na prowadzenie serwisu społecznościowego,
odradza inwestycję w tego typu stronę.
Kosztowna moda
Pytani przez nas projektanci stron www
podają różne kwoty, którymi trzeba dysponować, żeby uruchomić własną społeczność.
Chcieliśmy sprawdzić, ile kosztowałoby
nas uruchomienie strony, mającej profile
użytkowników, listy znajomych, prywatne
wiadomości, możliwość dodawania zdjęć
i fora, przy założeniu, że liczymy na około
10 tys. odbiorców, a serwis powinien mieć
przyzwoitą, nowoczesną grafikę.
Student politechniki, dorabiający sobie projektowaniem i pozycjonowaniem stron, podał nam kwotę dwóch tysięcy złotych. Maciej
Litwiniuk oszacował koszt uruchomienia takiej strony na 8 do 15 tysięcy złotych.
- Uruchomienie takiej strony zależy od bardzo wielu czynników - czy
powstaje w oparciu o gotowe oprogramowanie, open source czy komercyjne – mówi Łukasz Ciesielski,
konsultant z firmy Making Waves
Polska. Dla przygotowanej przez
nas specyfikacji podał kwotę 20–30
tysięcy złotych jako wyjściowy kapitał niezbędny do założenia dobrego
serwisu społecznościowego.
Oczywiście projekt strony to nie
jedyny koszt, który trzeba ponieść,
jeśli chcemy cieszyć oczy kwitnącą
społecznością. Dodatkowy wydatek to opłata za serwery, na których
umieszczamy stronę. Ceny hostingu
są bardzo różne. Najtańsze miejsce
na stronę można wynająć za około
350 złotych, ale niektórzy operatorzy liczą sobie aż 1500 złotych za
serwer. Wszystko znów zależy od
typu oprogramowania serwera, dodatkowych usług czy zabezpieczeń
oferowanych przez dostawcę usług
hostingowych.
20-30 tys. to wyjściowy
kapitał niezbędny do
założenia dobrego serwisu
społecznościowego.
Studnia bez dna?
Koszty portalu społecznościowego
wcale nie kończą się po załadowaniu strony na docelowy serwer.
– Prowadzona nieprofesjonalnie
albo w ogóle niemoderowana strona
nie przyciągnie żadnych użytkowników, a nawet jeśli, to szybko zrezygnują oni z korzystania z jej oferty
– opowiada nam Marcin Poćwiardowski, twórca i moderator społecz-
ności eDziecko i MniamMniam.pl, obecnie
właściciel firmy TECHNE.PL, projektującej
serwisy spoełecznościowe i zarządzającej
nimi. Dobry moderator, wsparty odpowiednimi rozwiązaniami technologicznymi,
powinien być, zdaniem Poćwiardowskiego,
w stanie upilnować kilkudziesięciotysięczną społeczność. Ale jej rozrost powyżej tej
wielkości, a także wzrost aktywności na forach wiążą się z koniecznością zatrudniania
dodatkowych pełnoetatowych moderatorów.
Bardzo dużo zależy od aktywności użytkowników. – Z doświadczenia wiem, że tylko niecałe 15–20 proc. użytkowników serwisu aktywnie udziela się na forach, pozostali piszą
okazjonalnie albo tylko czytają – mówi nam
Poćwiardowski – z tych 10 proc. znów tylko
część staje się prawdziwymi liderami opinii, od których pojawienia się i nastawienia
do serwisu zależy jego sukces. Zrażenie do
siebie tej grupy odbiorców to niewybaczalny
błąd, który skutkuje przeważnie upadkiem
serwisu.
– Żadna społeczność, której sensem istnienia
są fora, nie utrzyma się bez doświadczonej
moderacji – dodaje Poćwiardowski – dobry
moderator jest jak Bóg: wszystko może, wie
i pozostaje niewidzialny. Zdobycie zaufania
i sympatii użytkowników to żmudny proces,
w którym bardzo łatwo o błędy.
Inwazja porno trolli
Moderator jest niezbędny nie tylko jako
animator życia społeczności internetowej.
– „Trolle”, czyli użytkownicy, którzy uprzykrzają życie innym, obrażają ich i uniemożliwiają dyskusje na forach, są przekleństwem,
każdego serwisu społecznościowego – mówi
nam Poćwiardowski – administrator musi
mieć mocne nerwy i skutecznie uniemożliwiać im atakowanie czy próby napastowania
innych użytkowników, bo jeden wyjątkowo
uparty i aktywny troll potrafi skutecznie
zniechęcić dziesiątki, jeśli nie setki, internautów do korzystania z serwisu – dodaje. Poważnym problemem, zwłaszcza dla
otwartych serwisów, są także automatyczne
programy rozsyłające reklamy (często pornograficzne) na fora lub na prywatne skrzyn-
loveago.pl to najnowszy, masowy portal
społecznościowy
ki pocztowe. Często programy te są w stanie
nawet zakładać proste profile po to, by zmylić moderatora i dłużej rozsyłać niechciane
reklamy. Do ich zwalczania używa się specjalnego oprogramowania kasującego spam
i identyfikującego fikcyjne profile.
Sieciowy populizm
Przyciągnięcie i utrzymanie użytkowników
to największa bolączka każdego serwisu społecznościowego. – Niestety tradycyjne „poleć
znajomemu” już nie wystarcza – opowiada
Łukasz Ciesielski – jeśli nie mamy genialnego pomysłu na nową użyteczność serwisu, to
wylansowanie mody na daną społeczność jest
przede wszystkim kwestią dobrego marketingu. A dobry marketing rzadko bywa tani. Nie
ma jednej recepty na promocję nowego portalu społecznościowego. Atrakcyjne funkcjonalności, portale szyte na miarę określonych grup zawodowych, marketing szeptany
i wirtualny, społeczności ekskluzywne, do
których wstęp mają tylko zaproszone osoby,
konkursy i promocje dla użytkowników portalu, efektowne kampanie PR, fora eksperckie
– to tylko część arsenału używanego obecnie
w walce o odbiorcę. – PR, tradycyjna reklama
i inne chwyty marketingowe to największa
pozycja w budżecie każdego serwisu społecznościowego – podsumowuje Ciesielski.
Moda trwa
Przy obecnej ilości i różnorodności stron
społecznościowych coraz trudniej o spektakularne sukcesy w walce o liczbę użytkowników. Nie przeszkadza to klientom, którzy
coraz częściej domagają się od projektantów
umieszczania społeczności jak standardowej
funkcji firmowej witryny. Czy moda ta skończy się, kiedy ktoś w końcu sięgnie po kalkulator i podliczy wszystkie koszty i korzyści?
A może wkrótce jakiś wizjoner na miarę
Tima O’Reilly’ego wymyśli Web 3.0, a użytkownicy rzucą się na nowe usługi, emigrując
na dobre z sieciowych społeczności.
| 05 |
Technologia zmienia media | raport
Dokąd idziemy?
I którędy?
Jedyny polski dokument, który całościowo regulował proces cyfryzacji,
jest w zasadzie martwy. Pierwsza
rządowa strategia cyfryzacji została
ogłoszona jeszcze w maju 2005 roku
przez rząd SLD. – W praktyce stara
strategia jest martwa, a obecnie powoli toczą się prace nad dokumentem, który miałby ją zastąpić – mówi
nam Jacek Strzałkowski, rzecznik
prasowy UKE. – W większości krajów europejskich cyfryzacja była
regulowana ustawowo, co bardzo
przyspieszyło proces realizacji założonych zmian. Niestety w Polsce nie
mamy ustawy regulującej całościowo ten proces, stąd niemożliwość
szybkiej realizacji pewnych założeń.
To, że prace się toczą, potwierdza
w rozmowie z nami także Jarosław
Firlej z KRRiT, ale podkreśla, że
największe kompetencje ma na tym
polu UKE i rząd, a KRRiT pełni tylko funkcje doradcze.
Wobec braku osobnej ustawy przejście do nadawania cyfrowego jest
w Polsce regulowane przeważnie
zapisami ustawy Prawo telekomunikacyjne z dn. 16 lipca 2004 roku.
Brak ustawy, a nawet brak jej projektu czy pomysłu na taki projekt,
wskazuje na to, że sprawa cyfryzacji
nie bardzo obchodzi polityków partii rządzących od 2005 roku.
W tempie ślimaka
Wedle projektu pierwsze emisje testowe miały się rozpocząć jeszcze
w 2005 roku. W rzeczywistości
pierwszy nadajnik naziemnego sygnału cyfrowego został uruchomiony w Lesznie w 2007 roku. Specyfikacje dla urządzeń do domowego
odbioru TV cyfrowej miały zostać
| 06 |
Po cichu nadciąga duża rewolucja w naziemnym nadawaniu
sygnału telewizyjnego. Wkrótce wszyscy będziemy mogli
korzystać z cyfrowej jakości obrazu, dźwięku i dużo większej
ilości kanałów w zasadzie w cenie abonamentu. Wkrótce,
czyli kiedy? I co znaczy to „w zasadzie”? No właśnie…
| Marcin Łączyński
Cisza
rys. somato.blox.pl
D
o pierwszego stycznia 2013
roku Polska, podobnie
jak inne kraje Unii Europejskiej, powinna wyłączyć sygnał
analogowy w naziemnych nadajnikach telewizyjnych. Zamiast niego
wszyscy odbiorcy, którzy używają
tradycyjnej anteny (w Polsce ciągle około 40 proc. gospodarstw
domowych) będą mogli korzystać
z sygnału cyfrowego. Posiadacze
nowych telewizorów z tunerem
cyfrowym nie zauważą różnicy.
A właściciele starszych modeli będą
musieli zainwestować w specjalne
przystawki do telewizorów (tzw. settop-boxy). Bez nich odbiór telewizji
na starych telewizorach nie będzie
możliwy, a pierwszego stycznia 2013
roku zamiast wieczornego filmu czy
porannego koncertu noworocznego
w wykonaniu filharmonii z Wiednia na ekranie telewizora wyświetli
się czarno-biały „śnieg”.
Okazuje się jednak, że nawet wymiana sprzętu niewiele może pomóc, bo procedura wprowadzania
naziemnej TV cyfrowej dobrze wygląda tylko w rządowych planach.
Mija właśnie połowa czasu, jaki
mieliśmy na przygotowania. „PDF”
pokusił się o przegląd najważniejszych problemów, które sprawiają,
że 1 stycznia 2013 nie brzmi realnie
jako data uruchomienia naziemnego nadawania cyfrowego.
raport | Technologia zmienia media
przed burzą
w eterze
opublikowane w listopadzie 2005. Jest nadzieja, że zawierające je rozporządzenie ukaże się
jesienią tego roku. Ale pytani o datę przedstawiciele Ministerstwa Infrastruktury nie podają nam konkretnego terminu. W październiku
i listopadzie 2005 roku miały zostać ogłoszone wytyczne dotyczące społecznej kampanii
informacyjnej i projekt dofinansowania dekoderów dla najuboższych. Obie sprawy nie
doczekały się oficjalnej i wiążącej regulacji
do dziś. Pytani przez nas przedstawiciele administracji i nadawców unikają wskazywania
winnego tego stanu. Dr Łukasz Szurmiński,
medioznawca z Uniwersytetu Warszawskiego,
nie ma problemów ze wskazaniem winnego
braku specjalnej ustawy czy jakiegokolwiek
dokumentu regulującego proces cyfryzacji
nadawania. Jego zdaniem za opóźnienia odpowiadają obecny i poprzedni rząd, które
przez 3 lata nie wykazały większego zainteresowania problemem cyfryzacji.
W ciemno i cichaczem
Brak pomysłu na społeczną kampanię informacyjną, skierowaną do osób, które
mają stare telewizory i będą musiały wydać
około 300-400 zł na set-top-box, to poważny problem. – Trudno będzie wytłumaczyć
komuś, kto odbierał TV przez 45 lat z analogowego nadajnika naziemnego, że teraz
już tak się nie da – mówi nam dr Łukasz
Szurmiński. Nie da się przeoczyć tego, jaką
polityczną miną jest konieczność zakomunikowania wyborcom, że oto muszą wydać
niemałą kwotę po to, by odbierać telewizję,
za którą i tak co miesiąc płacą abonament.
Tym bardziej, że pieniądze te będą musieli
znaleźć w swoim budżecie głównie niezamożni odbiorcy (emeryci, młodzi ludzie na
dorobku), którzy jeszcze nie wymienili telewizorów na nowe modele, albo nie mają
w domu płatnej TV kablowej czy satelitarnej.
Brak pomysłu i chęci rządu do ogłoszenia
informacji o cyfryzacji to nie jedyny problem. – Bardzo chcielibyśmy przeprowadzić
taką kampanię informacyjną jak choćby ta
zrealizowana w Berlinie, gdzie wszystkie
sklepy, miejsca publiczne a także programy
telewizyjne i radiowe zostały dosłownie zasypane informacjami o konieczności wymiany
odbiorników, ale po prostu nie mamy na to
przydzielonych środków w budżecie – skarży
się Jacek Strzałkowski. Rozwiązaniem tego
problemu ma być propozycja współpracy,
jaką UKE i KRRiT złożyły niedawno nadawcom. Polega ona na tym, że będą oni mogli
emitować ogłoszenia o konieczności zmiany
odbiorników lub zakupu set-top-boxów poza
przewidzianym w umowie koncesyjnej czasem na reklamy.
Przedstawiciele telewizji postrzegają sprawę
nieco bardziej optymistycznie niż medioznawcy czy urzędnicy. Jan Ginter, kierownik
wydziału technicznego TVP w Bydgoszczy,
jest zdania, że kiedy Ministerstwo Infrastruktury w końcu ogłosi specyfikację na odbiorniki do odbioru naziemnej TV cyfrowej,
proces wymiany sprzętu nabierze tempa nawet bez specjalnej kampanii informacyjnej,
a duża cześć użytkowników sama zainwestuje
w odpowiednie telewizory.
Problemy techniczne
Brak rozporządzenia, regulującego ostatecznie, jakie odbiorniki pozwolą nam odbierać
TV cyfrową, jest najczęściej wskazywaną
przez urzędników UKE i KRRiT przeszkodą
we wprowadzaniu nadawania cyfrowego.
Rozporządzenie to będzie sygnałem dla
konsumentów, że mogą kupować określony
rodzaj sprzętu bez obawy, że będzie on niekompatybilny z nadawanym sygnałem, co
podkreśla Tomasz Hupało z Departamentu
Detalicznego Rynku Telekomunikacyjnego
UKE, który udziela odpowiedzi konsumentom na forum Telekceważeni, założonym na
portalu Gazeta.pl przez UKE. Jego zdaniem
z zakupem dekoderów i telewizorów należy
się wstrzymać do momentu wejścia w życie
tego rozporządzenia.
Wydanie tego aktu prawnego leży w gestii
Ministerstwa Infrastruktury. Przypomnijmy, że według oryginalnej strategii miało się
ono ukazać w listopadzie 2005 roku.
– Projekt rozporządzenia ws. wymagań technicznych dla odbiorników cyfrowych jest już
na ostatnim etapie uzgodnień z nadawcami
i producentami sprzętu – mówi nam Mikołaj Karpiński, dyrektor biura informacji
Ministerstwa Infrastruktury. Urzędnicy
ministerstwa nie podali nam jednak żadnej
konkretnej daty.
Nieścisłość czy cwaniactwo?
Z kolejnego problemu, jakiego doświadczą posiadacze niektórych nowych telewizorów, zdają sobie sprawę tylko specjaliści
od techniki i urzędnicy UKE.
– W niektórych sklepach do niedawna można było znaleźć telewizory
z tunerami cyfrowymi obsługującymi format MPEG-2, taki, jakiego
używa się w Niemczech. W Polsce
od początku wiedzieliśmy, że będziemy korzystać z kompresji MPEG-4.
Niestety, ci, którzy kupili telewizory
z MPEG-2, często zresztą przecenione, będą w takiej samej sytuacji
jak posiadacze starych odbiorników, i będą musieli zaopatrzyć się
w set-top-box – wyjaśnia nam Jacek
Strzałkowski z UKE. Czy w sytuacji
powszechnego niedoinformowania
i braku ścisłego rozporządzenia określającego parametry sprzętu, można
dziwić się sprzedawcom, że skorzystali z okazji, aby cichaczem pozbyć
się telewizorów starszej generacji?
Bardzo cicha kłótnia
Kolejna przeszkoda wynika z problemów w rozmowach z nadawcami.
Do 29 sierpnia do UKE wpłynęło 14
wniosków o miejsce na platformach
cyfrowych od nadawców telewizyjnych i radiowych (m.in. TVP,
TV PULS, TVN, Polsatu i TV 4).
Kontrowersje budzi wciąż sprawa
tzw. rekoncesjonowania sygnału analogowego. TVN i Polsat nie
godzą się na rezygnację z koncesji
analogowej (ważnej do 2014 roku)
i domagają się prawa do jednoczesnego nadawania analogowego
i cyfrowego w okresie przejściowym.
Na razie rozmowy na ten temat ciągle trwają, ale jedyne informacje na
ich temat można uzyskać od UKE,
bo rzecznicy prasowi nadawców bez
wyjątku odmówili nam komentarza
lub nie odpowiedzieli na przesłane
pytania dotyczące negocjacji z UKE
i procesu cyfryzacji.
Niektórzy obserwatorzy rynku
medialnego widzą logikę w zachowaniu nadawców opóźniających
negocjacje. Jakub Bierzyński, felietonista „Rzeczpospolitej”, pisze,
Jak wyglądał
proces cyfryzacji
w wybranych
państwach Unii
Europejskiej?
Wielka Brytania:
Zjednoczone Królestwo jest pionierem w europejskim nadawaniu telewizji cyfrowej.
Pierwsze transmisje rozpoczęto
w 1998 roku, a cały proces był
kontrolowany za pomocą licznych
badań i konsultacji społecznych,
precyzyjnie zaplanowany i poparty
intensywną kampanią informacyjną. Początkowo nie wyznaczono
daty wyłączenia sygnału naziemnego. Przyjęto ją dopiero w 2005 roku
i ustalono daty wyłączenia sygnału
analogowego dla poszczególnych
regionów, począwszy od 2009 roku
dla West Country i Walii, aż po 2012
dla Ulsteru. Brytyjskie przejście od
sygnału analogowego do cyfrowego jest powszechnie uważane za
przykład kampanii zrealizowanej
że jego zdaniem obecni na rynku nadawcy
bronią w ten sposób status quo i nie chcą
dopuścić do powiększenia konkurencji na
rynku reklamowym. Pogląd ten kwestionuje dr Łukasz Szurmiński, którego zdaniem wzrost ilości programów wcale nie
przełoży się na drastyczne zmiany w podziale „tortu reklamowego”, bo najwięcej
kanałów kontrolować będą i tak dotychczasowi gracze. Rzeczywiście, do wyścigu
o miejsce na pierwszym multiplekserze jak
na razie zgłosiła się tylko jedna firma, niebędąca obecnie nadawcą TV, a mianowicie
spółka TP Emitel, powołana do życia przez
Grupę Kapitałową Telekomunikacji Polskiej.
Wszystko leży?
Na szczęście nie wszystko. – W chwili obecnej dysponujemy uzgodnionymi częstotliwościami, na których możemy uruchomić multipleksery cyfrowe. Ustalenie tych zakresów
częstotliwości było jak do tej pory największym sukcesem w całym procesie cyfryzacji.
Nie ma też problemu z siecią nadawczą, bo
wykorzystać można już istniejące maszty telewizyjne czy używane obecnie nadajniki na
kominach fabrycznych czy wysokich budynkach – relacjonuje Jacek Strzałkowski – Na
dziś technicznie jesteśmy w stanie uruchomić dwa multipleksy i udostępnić odbiorcom
w sumie 14 programów w cyfrowej jakości.
Prezes UKE Anna Streżyńska i inni przedstawiciele urzędów zaangażowanych w proces cyfryzacji (KRRiT czy Ministerstwa
Infrastruktury) zapewniają w swoich wypowiedziach dla mediów, że nadawcy publiczni
i niepubliczni zainteresowani obecnością na
I i II multiplekserze dofinansują odbiorniki
dla najuboższych odbiorców na tyle, żeby
mogli oni korzystać z DVB-T bez ponoszenia
dużych wydatków. Pytani o to dofinansowanie przedstawiciele nadawców naziemnych
znów odmówili komentarza. Takie rozwiązanie będzie jednak najprawdopodobniej
koniecznością, problem jest tylko w tym,
jaką część dofinansowania wyłożą poszczególni nadawcy.
W rozmowach z nami urzędnicy podkreślają, że uruchomienie naziemnej TV cyfrowej
jest tylko kwestią politycznej woli rządu
i ekonomicznego rachunku nadawców. Mo-
bardzo sprawnie, długoterminowo
i przy dużej aprobacie społecznej.
W 2006 roku do telewizji cyfrowej
miało dostęp ponad 70 proc. gospodarstw domowych, najmniejszy odsetek w Ulsterze (około 50
proc.), a największy w Walii (prawie
80 proc.). W Wielkiej Brytanii działa
6 naziemnych multipleksów.
Włochy: Włochy są
krajem, w którym
w 2003 roku wciąż
ponad 70 proc.
gos podarstw korzystało z naziemnej
telewizji analogowej (w najbardziej
zaawansowanych krajach UE tylko
kilka procent). Program wprowadzania nadawania cyfrowego został
rozpoczęty w 2003 roku i w ciągu 3
lat osiągnięto liczbę ponad 2,6 miliona sprzedanych set-top-boxów.
Istnieje 6 krajowych multipleksów
naziemnych, sporo multipleksów
regionalnych, a dynamicznie rozwija
się także mobilna telewizja cyfrowa
(DVB-H). We Włoszech od samego
początku programu cyfryzacji przyznawane były dotacje dla najbiedniejszych użytkowników na zakup
ment przełomowy będzie stanowić wydanie
opóźnionego o 3 lata rozporządzenia o specyfikacji sprzętu do odbioru DVB-T. Zachęci
to ludzi do kupowania nowych telewizorów
i dekoderów, a to z kolei pozwoli powiększyć
rynek odbiorców tej telewizji, co może ułatwi
UKE negocjacje z nadawcami.
Największą przeszkodą w całym procesie
pozostaje jednak gigantyczne niedoinformowanie społeczeństwa. Poza urzędnikami
i specjalistami od sprzętu elektronicznego,
a także niewielką grupą najlepiej poinformowanych posiadaczy telewizorów, praktycznie nikt nie zdaje sobie sprawy, jak będą
wyglądać nadchodzące zmiany. Z 10 przypadkowych osób, które spytaliśmy na warszawskiej ulicy, nikt nie wiedział, o co chodzi
w procesie cyfryzacji i skąd konieczność wymiany odbiorników lub zakupu dekoderów.
W większości przypadków reakcja brzmiała: „Nie, nic na ten temat nie wiem. Dlaczego nikt mnie nie spytał o zgodę?”. Miejmy
nadzieję, że rząd jak najszybciej odważy się
ogłosić swoim wyborcom niezbyt przyjemną
informację o nieuchronnej konieczności wymiany sprzętu. Podobno stanie się to „już na
jesieni, najpóźniej na wiosnę”.
Zalety naziemnego
sygnału cyfrowego
• więcej programów telewizyjnych
• lepsza jakość obrazu
• dźwięk w standardzie Dolby Surround
• brak zakłóceń sygnału w wielkich
miastach
• wszystkie programy dostępne także na
prowincji
• dostęp do usług interaktywnych:
wideo na żądanie, różnych ścieżek
dźwiękowych i napisów, możliwość
nagrywania programu.
• możliwość rozwoju dostępu do
Internetu za pomocą telewizora
• większa konkurencja między
nadawcami
• bardziej wydajne i ekologiczne
nadawanie sygnału: nadajnik cyfrowy
zużywa kilkakrotnie mniej prądu.
dekodera, roczny budżet na ten cel
wynosił 110 mln euro a wysokość
pojedynczej dotacji maksymalnie
do 150 euro. Sygnał analogowy
planowano we Włoszech wyłączyć
31 grudnia 2006 roku, ale na skutek
opóźnień data ta została przesunięta
na 2008 rok.
Niemcy: Elementem niemieckiej
specyfiki jest
niewielki odsetek gospodarstw domowych, dla
których nadawanie naziemne jest
jedyną formą odbierania sygnału
telewizyjnego, a także brak
w obecnej chwili naziemnych
nadawców komercyjnych.
17 grudnia 1997 r. uchwałą rządu
federalnego powołano Cyfrową Inicjatywę Nadawczą (Initiative Digitaler Rundfunk – IDR). W jej skład
wchodzą przedstawiciele rządu
i krajów związkowych, publicznych
i komercyjnych nadawców, operatorów sieci, dostawców treści,
producentów sprzętu, organizacji
konsumenckich oraz instytutów
naukowych – łącznie około 70 pod-
miotów. W 1998 roku rząd przyjął
przygotowana przez IDR strategię
cyfryzacji. Decyzja o terminie wyłączenia zależy od władz konkretnego landu, a proces wyłączania
prowadzi się metodą wyspową,
zaczynając od największych miast.
Do niemieckiej specyfiki należy
także intensywne wykorzystanie
częstotliwości przez przekazy
analogowe, a brak wolnych pasm
zmusza nadawców i operatorów do
maksymalnego skracania okresu
simulcastingu (jednoczesnego
nadawania programu analogowego
i cyfrowego). Przeważnie wynosi
on od 4 do 6 miesięcy, ale zdarzają
się i okresy dwumiesięczne (np. we
Frankfurcie). Relatywnie niewielki
był zakres pomocy dla najbiedniejszych gospodarstw domowych. Dla
przykładu w Berlinie-Brandenburgii subsydiowano zakup tylko około
6 000 dekoderów. Niemieccy odbiorcy mają do dyspozycji 3 ogólnokrajowe multipleksy w standardzie
MPEG-2 i wiele regionalnych, a ich
liczba zależy od decyzji władz lokalnych i interesu nadawców oraz
operatorów.
Słowniczek:
DVB-T – akronim od Digital Video Broadcasting – Terrestial. Zbiorcza nazwa
technologii, pozwalających na odbiór
sygnału telewizji cyfrowych za pomocą
tradycyjnych anten telewizyjnych.
Set-top-box – inaczej dekoder.
Urządzenie niezbędne do odbierania TV
cyfrowej w telewizorze nieposiadającym tunera TV cyfrowej albo posiadającym tuner o niewłaściwym standardzie
kompresji. Prosty set-top-box jest
wyposażony tylko w dekoder, ale bardziej zaawansowane wersje urządzenia
mogą, zależnie od decyzji producenta,
być wyposażone w dostęp do dodatkowych usług (wideo na żądanie, magnetowid cyfrowy, wybór linii dialogowej
do filmu), a także umożliwiać dostęp
do Internetu czy kontrolę rodziców nad
programami oglądanymi przez dzieci.
MPEG-4 – standard kompresji /
dekompresji danych w dekoderach
i multiplekserach cyfrowych, pozwalający obecnie na przesłanie do
7 programów telewizyjnych za pomocą
jednego multipleksera. Prawie dwukrotnie bardzie wydajny niż format
MPEG-2, używany w starszych odbiornikach cyfrowych. W Polsce najprawdopodobniej będzie obowiązywać
właśnie standard MPEG-4.
Multiplekser – układ elektroniczny,
umożliwiający wykorzystanie jednego
zakresu częstotliwości do transmisji
większych, niż w przypadku nadawania
analogowego ilości informacji. Multiplekser przetwarza cyfrowy sygnał
w taki sposób, że za pomocą jednego
strumienia danych (np. jednej częstotliwości radiowej) możliwe jest przesłanie danych z kilku źródeł. W urządzeniu
odbiorczym sygnał zostaje zdekodowany i rozdzielony na poszczególne kanały (np. programy telewizyjne).
Francja: W styczniu 1997 r. Agence
Nationale des Frequences (ANFR)
przedstawiła ocenę zasobów częstotliwości na cele naziemnej telewizji cyfrowej, rekomendując uruchomienie sześciu multipleksów.
W kwietniu 1999 r. francuskie Ministerstwo Kultury przeprowadziło
konsultacje z przedstawicielami
branży. 1 sierpnia 2000 r. przyjęto
ramy prawne dla procesu konwersji
cyfrowej. W grudniu 2004 r.
rząd podjął decyzję, że MPEG-4
będzie obowiązkowym standardem
dla rozpowszechniania płatnych
programów w naziemnej telewizji
cyfrowej. Transmisja została uruchomiona w 2005 roku, a planowany okres wyłączenia nadawania
analogowego to 2010 rok. Na rynku
francuskim funkcjonuje obecnie
6 multipleksów.
informacje za: Analiza Biura
KRRiT, „Rozwój naziemnej telewizji cyfrowej w wybranych krajach
europejskich”, wrzesień 2006
| 07 |
ogłoszenia / w empiku | Rozmaitości
Jak dobre małżeństwo
z wieloletnim stażem
fot. Radio Zet
Puls redakcji | dziennikarstwo
Marek Starybrat i Jarek Budnik od poniedziałku
do piątku budzą zaspanych słuchaczy Radia ZET.
Ich program „Dzień dobry bardzo” stał się jednym
z najpopularniejszych poranków radiowych. To wszystko
dzięki temu, że udało im się stworzyć zgrany duet.
| Kamila i Kasia Tarmas
Trudne początki…
Jarek i Marek audycję „Dzień dobry
bardzo” prowadzą wspólnie od ponad roku. Poznali się w radiu. Mijali się na korytarzu, spotykali się na
zebraniach redakcyjnych. Gdy okazało się, że będą razem pracować,
pojawiły się obawy o to, czy znajdą
wspólny język, czy się polubią, jak
będzie wyglądała ich współpraca.
Musieli nagle stworzyć coś zupełnie nowego, stanowić dobraną parę
pomimo tego, że w ogóle się nie
znali. Jak sami przyznają, pierwszy miesiąc był morderczą pracą.
Wchodzili sobie w słowo, każdy
chciał mieć swoją pointę i pokazać,
że jest lepszy od drugiego. Dziś zamiast czterech point są co najwyżej
dwie. Marek i Jarek nauczyli się rozumieć bez słów. Na początku ściśle
trzymali się scenariusza programu,
teraz większość dialogów jest spontaniczna.
Do programów przygotowują się
dzień wcześniej. Gdy zaczynali
wspólną pracę, starali się zebrać jak
reklama
najwięcej materiałów na następny poranek.
Obecnie spędzają tylko kilka godzin surfując
w Internecie, szukając informacji i ciekawostek, które mogliby wykorzystać w kolejnej
audycji. Nie ma między nimi sztywnego podziału zadań. Zawsze są przygotowani. Nieprzygotowanie byłoby polem do konfliktu, na
który, jak mówią, nie mogą sobie pozwolić.
Towarzysze z obu stron
mikrofonu…
– Dobrze się stało, że się polubiliśmy – mówi
Jarek – dzięki temu lepiej się dogadujemy
i łatwiej nam prowadzić program. Cieszą się
tym, że potrafią stworzyć na antenie wrażenie, jakby znali się od lat. Jednak jest to
przede wszystkim relacja zawodowa. Marek
i Jarek są głównie partnerami w pracy, duet
to dla nich dziennikarskie wyzwanie. Poza
radiem spotykają się rzadko. – Przez trzy godziny dziennie musimy stanowić bardzo dobre małżeństwo z wieloletnim stażem, które
się świetnie rozumie – twierdzi Jarek.
Jak w każdym związku są też kryzysy. Najpoważniejszy dotyczył ekologii. Marek nie
chciał użyć kartki zapisanej z jednej strony. Zdarzają się też małe sprzeczki, które
panowie łagodzą, dzwoniąc do siebie czy
rozmawiając w windzie. – Dbamy o higienę
psychiczną naszego związku – mówi Marek.
Wszelkie nieporozumienia, zostawione na
kolejny dzień lub weekend, odbiłyby się niekorzystnie na ich wspólnej pracy i audycji.
Czasem „Dzień dobry bardzo” prowadzi
tylko jeden z panów, np. w wakacje lub ferie.
W takiej sytuacji praca jest dwa razy cięższa.
– Czuję się wtedy jak bez ręki – przyznaje
Jarek – Trzeba wykrzesać z siebie podwójną
ilość energii i wziąć cały program na swoje
barki. Marek twierdzi, że o wiele lepiej pracuje mu się w duecie niż samemu, bo ma się
na kim oprzeć realizując audycję.
Recepta na duet…
Stworzenie zgranego duetu to nie lada wyzwanie. Ważne jest słuchanie drugiej osoby,
dojrzałość emocjonalna. Trzeba umieć dopasować swoje charaktery, żeby nie zdominować partnera i samemu nie dać się podporządkować. Istotne jest, aby zostawić część
swojej osobowości, odróżniać się. – Najlepsze duety są damsko-męskie. Od razu różnią
się tym, że jest głos męski i głos kobiecy. Jak
jest dwóch facetów, to w telewizji łatwiej ich
rozpoznać, bo różnią się wyglądem, np. Sekielski i Morozowski, Mann i Materna. Gdy
w radiu jest dwóch mężczyzn, jest o wiele
trudniej. My od jakiegoś czasu pracujemy
nad tym, żeby się różnić. Teraz nadajemy na
tych samych falach, a chodzi o to, żebyśmy się
czasem ze sobą nie zgadzali – mówi Marek.
Obaj zgodnie przyznają, że lepiej jest pracować razem niż osobno. Ciągle nawzajem
mobilizują się do działania, szybko odganiają rutynę. Starają się codziennie siebie
zaskakiwać. Widzą więcej zalet niż wad pracy w takim duecie. Nie myślą o tym, co im
w sobie przeszkadza. Znaleźli złoty środek
na współpracę. – Praca w parze jest podobna
do pracy tłumacza w dyplomacji. Mimo tego,
że minister świetnie zna język obcy i dobrze
rozumie swojego rozmówcę, to tłumacz jest
mu potrzebny tylko po to, by polityk miał
te kilkanaście sekund na reakcję. Tak samo
jest tutaj. Gdy kończą mi się pomysły, to po
prostu przestaję mówić, a Jarek w tym czasie
przejmuje rozmowę – stwierdza Marek.
Marka Starybrata i Jarka Budnika nie przeraża wstawanie przed piątą rano. Czas, który
spędzają razem w studiu, uważają za jedną
z przyjemniejszych części dnia. Potrafią tworzyć dobry i profesjonalny duet. Poza tym
łączy ich zamiłowanie do radia. Dziś trudno
byłoby im prowadzić „Dzień dobry bardzo”
osobno. Z każdym dniem coraz bardziej doceniają wspólną pracę, gdyż, jak sami mówią,
jest im razem „fajnie”.
• DZIENNIKARSTWO
Nagroda dziennikarska „Za różnorodnością. Przeciw dyskryminacji”
Europejski konkurs dla dziennikarzy internetowych i prasowych,
pokazujących różnorodność oraz
walczących z dyskryminacją (w
tym roku dodatkowo skupiony na
Romach). Zwycięzca konkursu
oraz dwóch finalistów otrzymają
nagrody o wartościach odpowiednio
4500 euro, 3000 euro oraz 2000
euro. Osobną nagrodę – 2500 euro
– ufundowano dla dziennikarza,
opisującego Romów. Dodatkowymi
nagrodami będzie udział w spotkaniach, wycieczki, a także sprzęt
elektroniczny.
Zgłoszenia do 31 października.
www.journalistaward.stop-discrimination.info
[email protected]
Konkurs archiwalny
Do konkursu można zgłaszać
serie tekstów, audycji radiowych
i telewizyjnych, prezentujących
problematykę dotyczącą archiwów
państwowych. Nagrodą główną jest
5000 zł, drugą 3000 zł, trzecią 1000
zł. Będzie też 10 wyróżnień.
Zgłoszenia do 31 października
www.archiwa.gov.pl;
[email protected]
• Czy interesujesz się
mechanizmami kreowania
rzeczywistości medialnej?
• Czy ciekawi Cię
obserwowanie i analizowanie
strategii PR-owskich
obecnych w mediach?
• Czy chciałbyś się dowiedzieć,
jak dobrze badać przekazy
medialne - prasę, radio,
TV, internet?
• Jesteś studentem
Uniwersytetu
Warszawskiego?
Jeśli tak to dołącz do badaczy
z Koła Naukowego Obserwacji Polskich
Mediów im. Stefana Kisielewskiego przy
Uniwersytecie Warszawskim!
Projektujemy i prowadzimy
systematyczne badania analizy
zawartości, analizy wizerunku,
prowadzimy szkolenia, posiadamy
szeroką bazę materiałów, dotyczących
medioznawstwa, organizujemy
ogólnouniwersyteckie debaty oraz
współpracujemy z profesjonalnymi
firmami badawczymi i PR-owskimi.
W ciągu dwóch lat działalności
wydaliśmy dwie książki, między innymi
pierwszy polski podręcznik do analizy
wizerunku w mediach.
Chętnym do działalności w Kole
oferujemy intensywne szkolenie
z metod badania przekazów medialnych,
ciekawe doświadczenia zawodowe,
kontakty z przedstawicielami branży
a także możliwość realizowania
własnych zainteresowań badawczych.
Twoje zainteresowania są bliskie
naszej działalności i jesteś pracowitą
oraz rzetelną osobą? Dołącz do nas!
Jeśli chcesz zostać członkiem
Koła, przyślij swoje CV na adres
[email protected] do
30 października. Więcej informacji
i kontakt do nas na:
www.knopm.uw.edu.pl
| 08 |
Popularyzator Nauki 2008
Celem czwartej edycji konkursu jest
promowanie ludzi i instytucji (w tym
dziennikarzy i redakcji) wyróżniających się w popularyzacji nauki
polskiej w społeczeństwie. Laureaci
otrzymają tytuł Popularyzatora
Nauki 2008 oraz okolicznościowe
statuetki i nagrody rzeczowe.
Zgłoszenia do 15 października
www.naukawpolsce.pap.pl
[email protected]
• MEDIA
• FOTO
Dolina Kreatywna
Bieżąca edycja konkursu dotyczy
tworzenia multimediów: animacje,
wideo, www. Nie ma kryteriów
tematycznych. Na zwycięzców czeka
do podziału 15 tys. złotych.
Zgłoszenia do 10 października.
dolinakreatywna.tvp.pl
[email protected]
Warszawska Jesień Fotograficzna
2008
Fundacja „Hereditas” organizuje
konkurs pt. „Warszawa – magia
wielkiego miasta”. Trzy pierwsze
nagrody to sprzęt fotograficzny,
a wyróżnieni otrzymają kursy
fotograficzne.
Zgłoszenia do 15 października.
www.fundacja-hereditas.pl
[email protected]
Green Action
Odbywa się rekrutacja do półrocznego projektu dla ośmiu producentów lub reżyserów filmowych
dokumentalnych z Europy i Azji. W
programie warsztaty z filmowania
(Pekin) i montażu (Paryż). Tematem
zainspirowanym przez ONZ-towski
Rok Planety Ziemia jest środowisko.
Zgłoszenia do 3 listopada.
www.asef.org; [email protected]
Konkursu fotograficzny „Pasja
fotografowania”
Od października do listopada
można zgłaszać fotografie do edycji
konkursu pt. „Szczęśliwe chwile”.
Co tydzień jedno zdjęcie wybierane
jest do finału konkursu. W każdej
edycji konkursu do wygrania są
aparaty fotograficzne Panasonic
Lumix DMC-L10 i Panasonic Lumix
TZ5. Nagrodami specjalnymi konkursu jest udział w trzydniowych
warsztatach fotografii krajobrazowej prowadzonych przez Charliego
Waite’a. Jury przewodniczy Tomasz
Tomaszewski.
www.lumisfera.pl;
[email protected]
• PR
MediaContact
Prezentacja MediaContact – bazy
kontaktów do dziennikarzy oraz mediów – oraz szkolenie z jej obsługi
odbędzie się 3 i 23 października w
Warszawie. Baza jest zarządzana
przez Instytut Monitorowania Mediów. Udział jest bezpłatny.
www.mediacontact.pl
[email protected]
wybrał: Jan Dąbkowski
Niemiecka jakość,
polska redakcja
Wydawnictwa niemieckiego koncernu Bauer od dawna i zapewne na dobre zadomowiły się na polskim rynku prasowym.
Prasa kobieca, motoryzacyjna, młodzieżowa, poradniki i magazyny komputerowe to sztandarowe produkty tego wydawcy.
„PC Format” należy do tej ostatniej grupy pism.
| Marcin Łączyński
Obok PC Formatu, w segmencie
pism komputerowych Bauer wydaje w Polsce także magazyny „CD
Action” i „Click”. „PC Format”
jest największym z tych tytułów,
zarówno pod względem nakładu,
sprzedaży, jak i czytelnictwa. Pismo, podobnie jak pozostałe tytuły
komputerowe, jest kierowane przeważnie do mężczyzn (ponad 80 procent czytelników) w wieku do 34 lat
(ponad 60 procent czytelników).
W odróżnieniu od wydawnictw poświęconych grom „PC Format” jest
pismem przede wszystkim poradnikowym. Ponad 100 stron magazynu
wypełniają informacje dotyczące
przede wszystkim sprzętu komputerowego, ale także sprzętu fotograficznego, telewizorów i odtwarzaczy
DVD, osprzętu telekomunikacyjnego i innych. Obszerny jest także dział poświęcony użytkowemu
oprogramowaniu, a każdy numer
zawiera płytę CD z najnowszymi
wersjami przydatnych programów.
Z punktu widzenia przeciętnego
użytkownika komputera, często
trochę zagubionego w ogromnej
ofercie sprzętu i programów, bardzo przydatne są testy przeprowadzane przez redakcję miesięcznika.
Dziennikarze i fachowcy zajmujący
się sprzętem testują praktycznie każdy jego
rodzaj, a w teście często bierze udział ponad
dwadzieścia różnych urządzeń tego samego
typu. Ogrom wiedzy, jakiej dostarczają, jest
trudny do przecenienia.
Od strony graficznej „PC Format”, jak zresztą wszystkie tytuły wydawnictwa Bauer, wypada bardzo dobrze, chociaż krzykliwa, kolorowa okładka prawdopodobnie nie pobudza czytelnika już tak bardzo jak w latach 90.
A na pewno nie wyróżnia tytułu na półce
w salonie prasowym czy kiosku, bo konkurencja trzyma ten sam poziom, jeśli chodzi
o oprawę graficzną swoich tytułów.
„PC Format” można polecić każdemu, kto
czuje się trochę zagubiony w świecie technologii, a zwłaszcza sprzętu komputerowego,
który rozwija się wciąż na naszych oczach. Jeśli przyjdzie nam do głowy, aby ulepszyć swój
komputer, wybór części i programów warto
zacząć od przejrzenia ostatniego rocznika
„PC Format” w osiedlowej bibliotece. Może
dzięki temu rzadziej będzie nas nawiedzać
widmo błękitnego ekranu czy komunikat
o „krytycznym wyjątku”.
Tytuł: „PC Format”
Redaktor naczelny: Ewa Hutny
Tematyka: komputerowy
Cykl wydawniczy: miesięcznik
Nakład: 200 000
Liczba stron: 112
Cena: 5,90 zł
www.pcformat.pl
| 09 |
Zdrowym być | dziennikarstwo
dziennikarstwo | Z życia
| Elżbieta Stryjek
Choć letnie upały są już wspomnieniem uwiecznionym na fotografiach,
organizm nie przestaje wołać „pić!”.
Woda dostarczana regularnie jest
potrzeba nie tylko tym, którzy są na
diecie. Bez niej szybko wysychają
wierzchnie warstwy naskórka, skóra staje się szorstka i wiotka. Mózg
reaguje kłopotami z koncentracją
czy podenerwowaniem nawet na
niewielki, ale trwający dłuższy czas
niedostatek wody. Układ pokarmowy do prawidłowego trawienia potrzebuje jej nie mniej niż 8 litrów na
dobę. Zbyt mała ilość wody to jedna
z najczęstszych przyczyn uporczywych zaparć. Długotrwałe ograniczanie płynów prowadzi do problemów
w funkcjonowaniu układu sercowonaczyniowego. Cierpią na tym nerki
oraz układ pokarmowy. Organizm
zaczyna oszczędzać płyny, co prowadzi do nieestetycznych i niebezpiecznych obrzęków. W każdej firmie jest automat z wodą mineralną.
W trosce o zdrowie należy odwiedzać
go co kilka godzin. Lekarze zalecają
picie wody bez żadnych dodatków. Bardziej
stawiają na ilość niż na jakość. A na odwieczne
pytanie: „z bąbelkami czy bez?” coraz częściej
odpowiadają, że zależy to od indywidualnych
preferencji konsumenta. Bąbelki sprawdzają się przy zaparciach, jedynie wzdęcia są
przeciwwskazaniem do takich wód. Pewnym
kompromisem jest woda wysoko zmineralizowana, która zawiera dość niską ilość CO2 .
Odpowiednia ilość wypijanych w małych odstępach (co godzinę, dwie) płynów to zasada,
której szczególnie powinni przestrzegać pracownicy pomieszczeń klimatyzowanych. Zbyt
mało wody i problemem stają się wyschnięte
śluzówki, co objawia się pieczeniem oczu i drapaniem w gardle. Skóra prawidłowo nawilżona
jest jędrna i napięta. Woda wypłukuje z organizmu toksyny, jednego z głównych sprawców
„pomarańczowej skórki” oraz infekcji układu
moczowego. Dla tych, którzy żyją na najwyższych obrotach, mają absorbującą pracę, są
niewyspani i zmęczeni, piją dużo kawy, palą
i nie gardzą alkoholem – wskazane jest picie
wody z magnezem, który uzupełni niedobory
spowodowane stresem i używkami. Ten cenny
pierwiastek chroni przed tyciem (niedobór Mg
sprawia, że zjedzone węglowodany zamieniają
się w tłuszcz i odkładają na brzuchu). Najwięcej magnezu ma „Muszynianka”, jednak każ-
fot. Sanja Gjenero / sxc.hu
lepiej żyjesz
Telewizyjne w(y)padki
| Małgorzata Gromek
da wysokozmineralizowana woda zawierająca
w litrze 70 mg Mg jest w stanie zaspokoić potrzeby organizmu. Aktywni, którzy lubią salę
treningowa, basen, jogging i rower potrzebują
dwóch minerałów: wapnia i potasu. Oba tracone są z potem. Ich niedobór powoduje niedotlenienie serca (niepokój, krótki oddech, brak
sił) oraz skurcze mięśni. By temu zapobiec,
potrzeba codziennie 1000-1200 mg wapnia
i ok. 3500 mg potasu. W przeliczeniu na litr nie
mniej niż 150 mg Ca i 5 mg K. Panowie często
nie dbają o porę i jakość posiłków. Skutkuje
to przejadaniem się i zgagą. Im szczególnie
polecana jest woda średniozmineralizowana
(najlepiej by w litrze zawierała co najmniej
600 mg wodorowęglanów HCO3) lub wody
wysokozmineralizowane, zalecane przy nadkwaśności, chorobie wrzodowej i schorzeniach
wątroby. Woda z dużą ilością sodu świetnie łagodzi „syndrom dnia następnego”.
reklama
Prace magisterskie za 8 zł!
Licencjackie i dyplomowe również.
Oprawy sztywne z napisem (do 300 kartek 80 gr).
Tani druk cyfrowy - kolor 1 zł!
www.verso.pl
Czynne cały tydzień!
[email protected], tel. 022 635 91 74
Stare Miasto, ul. Freta 17 (róg Świętojerskiej)
| 10 |
Dziennikarz ma prawo się mylić.
Czasem mu się to zdarza
w telewizji. Ale czy ku ogólnej
uciesze? Beztroscy odbiorcy
mogą się o tym przekonać,
przeszukując chociażby
zawartość internetowego
serwisu youtube.com.
fot. www.youtube.com / sxc.hu
Więcej pijesz,
Patronat merytoryczny:
Złośliwość rzeczy martwych
W sieci bez większego problemu można znaleźć krótkie, niespełna minutowe filmy z tzw.
bloopersami, czyli pomyłkami prezenterów.
Zamieszczone przez internautów materiały
biją rekordy pod względem ilości wyświetleń
i zdobytych komentarzy.
Jeden z filmów – godzina 6:34, program
„Kawa czy herbata”. Para rześkich prowadzących jak co rano budzi resztę audytorium
telewizyjnej Jedynki. Nagle do uszu wszystkich dochodzą dziwne, niezidentyfikowane
dźwięki. Okazuje się, że dziwnym trafem
źródłem zamieszania jest krzesło jednego
z prezenterów, które wydaje oscylujące
w wysokich częstotliwościach piski. Wzbudza to początkowo zdziwienie i rozbawienie,
ale trzeba przyznać, że prezenterom udało się
z problemu wybrnąć i ów „psikus” przekuć na
swoją korzyść. Piski niedokręconego krzesła
stały się tym sposobem dźwiękiem budzika.
Zręczna riposta i umiejętność szybkiego reagowania na wizji to jeden z najbardziej cenionych przymiotów prezentera.
Złośliwość rzeczy nieożywionych zdarza się
w telewizji. Uprzywilejowany jest ten, komu
tylko skrzypi krzesło. Bywa jednak gorzej
– na przykład jakiś sprzęt odmówi działania
w kluczowym momencie programu, bądź
przeciwnie – zadziała wtedy, kiedy jest to
niepożądane. Zdaje się, że doskonale wiedzą
o tym prezenterzy TVN 24, bo tworzą stację
nadającą w głównej mierze informacje, dlatego do bloopersów w newsach mają więcej
okazji. Na przykład – w jednym z dostępnych
w Internecie fragmentów możemy znaleźć
z pewnością interesującą, aczkolwiek... niemą
relację z politycznego życiorysu Waldemara
Pawlaka. Najzwyczajniej w świecie nagłośnienie nie zadziałało tak, jak powinno, przez
co widzowie prawie nie słyszeli Krzysztofa
Skórzyńskiego. Nadawanie przerwano. Program tworzono w studiu na żywo, dlatego
prowadząca nie miała zbyt wielu możliwości zgrabnego wytłumaczenia awarii. W tej
sytuacji pozostało jej tylko przeprosić. Czy
wobec tak zaistniałego problemu zimna krew
i umiejętność panowania nad zamieszaniem
antenowym zdają się na wiele? Nie bardzo.
Emocje
Piłka nożna nie od dziś dostarcza wielu
emocji. Nie tylko kibicom, graczom czy
telewidzom, ale, jak się okazuje, również
zaangażowanym komentatorom.
Atmosfera udziela się wszystkim,
a podekscytowanie komentującego niejednokrotnie ma wpływ na
jego sprawozdanie z meczu. Chyba
wszyscy znają pamiętne „Smolarek
krąży jak elektron koło jądra Bońka” albo wspominają „podnoszenie
poprzeczki na wyższą wysokość,
czyli wyżej” (oba autorstwa Dariusza Szpakowskiego, który, nawiasem mówiąc, kiedyś pod wpływem
emocji przedstawił się jako Dariusz
Ciszewski). Nie sposób zaprzeczyć,
że pomyłki te są niezwykle sympatyczne, a poświęcenie opisowi gry
sprawia, że w czasie samej relacji
nikt nie zwraca uwagi na sportowe
lapsusy słowne.
Dziennikarka TVP
o wypadku kolejowym:
„Szyny były złe,
a podwozie...,
podwozie...,
podwozie też było złe!”
Chochliki
Skoordynowanie pracy w dwóch
miejscach jest dość trudne. Wiadomo o tym nie od dziś. Trzeba
zaplanować dwa harmonogramy,
dojazdy, uwzględnić czas wolny.
A jeśli przy tym pracuje się w dwóch
różnych stacjach, trzeba dodatkowo
pamiętać, który z programów się
właśnie nagrywa. Może to stanowić
nie lada wyzwanie. Jeśli w jednym
dniu prowadzi się audycję radiową
i telewizyjną, tym bardziej łatwo
o pomyłkę i pomieszanie słownych
formuł każdego z nich. Tak przydarzyło się swojego czasu Monice
Olejnik – pożegnała ona w TVN 24
Grzegorza Schetynę jako gościa Radia Zet, a nie „Kropki nad i”. Cała
sytuacja bynajmniej jej nie zdeprymowała i kiedy tylko uświadomiła
sobie przejęzyczenie, starała się
umiejętnie obrócić pomyłkę w żart.
Takie chochliki dziennikarskie, wynikające
z nieuwagi, przyzwyczajenia czy problemów
technicznych czyhają na każdym rogu i powodują różne, z reguły śmieszne komplikacje. Na przykład podpowiedzą komuś, że
kamera jest wyłączona, tymczasem tak naprawdę wszystko nagrywa. Spowodują, że
program poleci na żywo, choć w zamierzeniu
miał być wcześniej zmodyfikowany. Szczerze
mówiąc, wad działalności chochlików dziennikarskich jest wiele, ale zalet chyba jeszcze
więcej, przynajmniej dla telewidzów. Od
czasu do czasu widzowie przed telewizorami
mają niepowtarzalną okazję ujrzenia jak „od
kuchni” wygląda tworzenie ich ukochanych
programów. Widzą, że prezenterzy też są
ludźmi - mylącymi się, jąkającymi, czasem
są zdezorientowani, a nawet... przeklinają,
o czym mieliśmy okazję przekonać się kilka
lat temu dzięki wypowiedzi Damiana Kurasia (TVN 24), relacjonującego wydarzenia
z giełdy warszawskiej.
Parcie na szkło
Życie dziennikarza terenowego czy wysłannika telewizji nie jest wcale łatwiejsze. Wręcz
przeciwnie – prawdopodobieństwo zdarzenia się czegoś nieoczekiwanego poza studiem
jest o wiele większe: począwszy od kapryśnej
pogody, poprzez kłopoty techniczne, a skończywszy na nietrzeźwych przechodniach
z powszechnym ostatnimi czasy „parciem na
szkło”. Przekonała się o tym na własnej skórze dziennikarka Superstacji, kiedy w czasie
prowadzenia relacji ze strajku policjantów
do ekipy nagrywającej materiał „dołączył”
pewien nie do końca trzeźwy pan. Z początku reporterka zachowywała się wobec niego
neutralnie, starając się ignorować wszelkie
zaczepki, wrzaski i prośby o „zrobienie zdjęcia”. W końcu jednak uległa i postanowiła
zapytać, co też ów jegomość sądzi o strajku komendy miejscowej policji. Na co on,
wbrew poprzednim zapewnieniom, odrzekł,
że wcale rozmawiać nie zamierza. Takie
niecodzienne warunki i nieprzewidywalne sytuacje mogą człowieka wyprowadzić
z równowagi, a jeśli nawet nie kompletnie, to
przynajmniej sprawić, że zapomni on języka
w gębie. W Internecie krąży fragment nagrania z TVP regionalnej, dotyczący wykolejenia się pociągu towarowego w Nowogardzie.
Dziennikarka miejscowej telewizji, zapytana
o prawdopodobną przyczynę wypadku, nerwowo wydukała zaledwie: „szyny były złe,
a podwozie... podwozie... podwozie... podwozie... podwozie też było złe!”. W sieci można
znaleźć wiele komentarzy dotyczących tego
materiału, więcej krytycznych, mówiących
o nieprofesjonalizmie reporterki i całej TVP
w ujęciu ogólnym. Część internautów jednak
usprawiedliwiała całe zdarzenie i potknięcie
dziennikarki, mówiąc, że stres wziął sprawy
w swoje ręce. Nie zmienia to jednak faktu,
że umiejętność oswojenia i kontroli swoich emocji to jedna z najważniejszych cech
dziennikarza telewizyjnego, którą musi nieustannie szkolić.
Fenomen
Bloopersy zdarzają się coraz rzadziej. Jeśli się
już przytrafią, to są szybko i umiejętnie „gaszone”. Mimo tego nadal cieszą się ogromną
popularnością, nie tylko w Internecie, ale
także w telewizji, gdzie od kilku dobrych lat
ukazują się w krótkich spotach programu
„Łapu-Capu”, emitowanego w Canal +.
Co powoduje taką fascynację wpadkami telewizyjnymi? Czy stanowią źródło rozrywki
i zastępują mało śmieszne obecnie kabarety?
A może są wyrazem sadystycznych tendencji człowieka, lubiącego oglądać porażki innych? Tego chyba nie da się jednoznacznie
rozstrzygnąć. Póki co, wpadki telewizyjne
fajnie się ogląda, dopóki samemu nie stanie
się ich bohaterem...
Źródła filmowe:
Piszczące krzesło: www.youtube.com/watch?v=VJ_Ph2sOBOM
Ciekawy życiorys: www.youtube.com/watch?v=L8nhJo3IY6g
Szpakowski i wyższa wysokość: www.youtube.com/watch?v=aSJAZ5uKl4k
Monice Olejnik mylą się stacje: www.youtube.com/watch?v=3fPt9Q1LP6w
ReSZort Damiana Kurasia: http://youtube.com/watch?v=u5p8ZoFAbBs
Intruz na antenie: www.youtube.com/watch?v=ocZyre6APCg
Złe szyny: www.youtube.com/watch?v=rjrk2p7Yn6E
| 11 |
Zapisz to, Kisch! | dziennikarstwo
dziennikarstwo | Zapisz to, Kisch!
Pisał o Radovanie Karadżiciu,
gdy informacje na jego temat
ukazały się we wszystkich
mediach. Potrzebny był
haczyk na temat, wynalazł
więc wycieczkę po Belgradzie
śladami zbrodniarza.
Śmiertelnik
wchodzi na Olimp
| Z Wojciechem Szabłowskim rozmawia Agnieszka Wójcińska, fot.: Jan Brykczyński
- Twój reportaż o Karadżiciu
„Pop-art. Radovan” ukazał
się, kiedy wszyscy już
napisali o schwytaniu
„rzeźnika Bałkanów”. Co cię
skłoniło, by wziąć się za tak
wyeksploatowany temat?
Wojciech Szabłowski:Zobaczyłem
zdjęcie Dragana Dabica (przebranie Radovana Karadżica – przyp.
aut.) – lekarza medycyny naturalnej, który leczy amuletami, ziołami
i przykładaniem rąk, i wiedziałem,
że muszę pojechać do Serbii. Miałem świadomość, że to jednocześnie
największy zbrodniarz wojenny
po II wojnie światowej. Ten dualizm – niczym Dr Jekyll i Mr Hyde
– wydawał mi się niewiarygodny.
Zafascynowało mnie także zderzenie zwykłych ludzi – sąsiadów,
sklepikarzy, pacjentów – z historią,
| 12 |
która dzieje się na ich oczach. Pytanie tylko
brzmiało, czy jestem w stanie napisać coś
nowego. Bałem się, że czytelnicy są już zmęczeni Radovanem Karadżicem.
- No właśnie, wiele osób miało już
w ręku kilka tekstów na ten temat,
słyszało o Karadżiciu-Dabiciu w
radiu, widziało w TV.
Musiałem znaleźć jakiś haczyk. Z pomocą
przyszła mi serbska firma Vecol Tour, która
zorganizowała wycieczkę śladami Karadżica-Dabicia pod hasłem „Pop-art Radovan”.
Na miejscu okazało się, że Karadżić naprawdę zaistniał w pop-kulturze – pojawia się na
graffiti, wystawach sklepowych, koszulkach.
Za sprawą swojej transformacji w oczach Serbów zmienił się ze zbrodniarza w archetyp
sympatycznego dziadziusia. To niesamowite, bo, jak słusznie zauważyła jedna z moich
bohaterek, nikt nie robi naleśnika „Adolf Hitler” ani serii produktów, które on poleca.
- Jak się przygotowywałeś do tego
wyjazdu?
Przeczytałem wszystko, co było w bieżącej prasie na temat doktora Dabicia,
a w archiwum „Gazety” wszystkie informacje o Karadżiciu od kiedy pojawił się na scenie politycznej. Dotarłem nawet do tomiku
jego wierszy. Bardzo przeciętnych zresztą,
co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że
nie ma nic gorszego, niż sfrustrowany artysta bez talentu. Poza tym wziąłem ze sobą
i przeczytałem trzy książki o wojnie w byłej
Jugosławii – „Jakbyś kamień jadła” Wojciecha Tochmana, „Oni nie skrzywdziliby nawet muchy” Slavenki Drakulić i „Pocztówki
z grobu” Emira Suljagicia. Chciałem wiedzieć,
czyimi śladami chodzę, zabezpieczyć się
przed pułapką doktora Dabicia. Bałem się, że
jego przemiana za bardzo mnie zafascynuje,
bo patrząc na tego dziadziusia z brodą, łatwo
zapomnieć o zbrodniach Karadżicia. Chyba
„Independent” przytoczył kiedyś taką histo-
rię: Pan Dabić pojechał na wieś. Gdy w jego
obecności spadło gniazdo pszczół, a zebrani
wokół ludzie chcieli je zalać wodą, kazał je zostawić. Wyciągnął ręce, zmówił modlitwę do
pszczół i one wróciły do gniazda. Historia jak
o świętym Franciszku, a ludzie opowiadają to
serio. On musiał mieć charyzmę.
- Pierwszy raz byłeś w tym rejonie?
Drugi. Gdy Kosowo odzyskało niepodległość, zrobiłem materiał „Pierwszy autostopowicz w niepodległym Kosowie”. Objechałem je trzy razy stopem, a moimi bohaterami
byli ludzie, którzy mnie podwozili. To był
mój haczyk na tamten temat. Bo teksty na
oczywiste tematy potrzebują haczyka.
- Tym razem pojechaliście do Belgradu
z fotografem Krzysztofem Millerem.
Zaczęliście od tej wycieczki?
Tak. To była pierwsza wycieczka, specjalnie
dla dziennikarzy. Wydaje mi się, że biuro podróży testowało, jak będzie odebrana. Bo jednak co innego robić wycieczki śladami Tity
lub natowskich bombardowań (co mieli już
w swojej ofercie), a co innego tropem zbrodniarza wojennego. Na tej wycieczce poznaliśmy parę osób, do których później wróciliśmy. Na przykład w knajpie „Dom wariatów”,
w której bywał Karadżić-Dabić, spotkaliśmy
Duszana, chłopaka, którego dawny zbrodniarz leczył. Gdy zobaczył aparaty fotograficzne, sam zaofiarował się, że o nim opowie.
- A jak udało ci się dotrzeć do
pozostałych bohaterów, namówić ich
na rozmowę?
Niektóre spotkania miałem ustawione już
przed wyjazdem. Moja koleżanka z akademika jest rodowitą mieszkanką Belgradu.
Okazało się, że jej znajoma, Jelena, leczyła się
u doktora Dabicia. Przez dwa i pół dnia włóczyłem się też z telewizją rosyjską. Rosjanie
są tam postrzegani pozytywnie, bo wspierali
Serbię w jej dążeniach. Dzięki ich towarzystwu
udało mi się porozmawiać z bratem Karadżicia
i serbskimi nacjonalistami. Gdybym poszedł
sam, pewnie by mnie spuścili ze schodów.
- Mówiłeś im, że jesteś dziennikarzem?
Nie lubię sytuacji, w których bym się do tego
nie przyznawał. Tylko raz zdarzyło mi się coś
takiego – gdy w Turcji pojechałem do wioski,
gdzie ukamienowano kobietę. Wiedziałem,
że już kilku dziennikarzy pogonili, więc powiedziałem, że jestem przedstawicielem Unii
Europejskiej. Uważam, że człowiek powinien
wiedzieć, z kim ma do czynienia, i choćby nie
wiem co, ma prawo odmówić.
- Często ci się zdarza, że rozmówcy
odmawiają?
Zanim pojechałem na pierwszy materiał, czytałem dwie książki psychologiczne, z których
uczą się akwizytorzy. Stosuję kilka prostych
trików, których się z nich nauczyłem. Na
przykład kiedy czuję, że może być problem
z rozmową, proszę o papierosa. Jeśli ktoś ci
wyświadczy nawet małą przysługę, czuje się
dzięki tobie trochę lepszy. W ten sposób niewielkim kosztem zdobywasz jego sympatię.
Są też rzeczy, które mamy zakodowane jako
jednoczące – tak odbierane jest wspólne picie
czy palenie. W Serbii też z tego skorzystałem.
Kiedy z Krzyśkiem poszliśmy na osiedle Karadżicia, zaczęliśmy od tego, że usiedliśmy
przed jego ulubionym sklepem spożywczym
i siedzieliśmy tam dwie godziny sącząc piwo.
- I co, zadziałało?
Odwróciliśmy relacje. Nie zachowywaliśmy
się jak dziennikarze, którzy zaczepiają ludzi
i pytają o niego, a ludzie ich spławiają. Miejscowi zauważyli, że pojawił się ktoś nie stąd,
kto mówi w obcym języku. To intryguje, gdy
nie zachowujesz się stereotypowo. Bardzo lubię tak wyczekać. Sprowokowaliśmy ludzi do
zainteresowania się nami. Dodatkowo przyszedł Duszan – ten, którego Dabic leczył.
I nagle ludzie zaczęli się z nim witać i pytać,
kim jesteśmy. Powiedział, a oni zaczęli się
otwierać, opowiadać, że znali, widywali doktora Dabicia.
- Jednym słowem udało wam się wtopić
w otoczenie.
Dziennikarz nie może być kosmitą. Czasem
trafia się oczywiście Truman Capote, gej
z wielkiego miasta, który przyjeżdża na wieś
i potrafi do ludzi dotrzeć. Jednak zasadniczo
reporter powinien się wtopić. Kiedy robię materiał w Polsce, poruszam się trzynastoletnim
golfem, który ciągle się psuje. Nie różni się za
bardzo od malucha, auta wciąż spotykanego,
szczególnie na wsiach. Zawsze sobie wypiję
piwko z panami pod sklepem. A tam się załapuje najwięcej ciekawych plotek, reporterskiego mięsa. Gdybym miał więcej włosów
– chodziłbym do fryzjerów w małych
miastach. Ale nie mam, więc staram
się chociaż przejechać taksówką.
Taksiarze wiedzą wszystko.
- A jak się dogadywaliście
z tymi Serbami pod sklepem?
Duszan został naszym tłumaczem.
Znał angielski i rosyjski. Wiedząc,
że nas jako Polaków nie wszyscy muszą lubić, wskazywał, komu mamy
przedstawiać się jako Rosjanie,
a komu, z racji tego, że zna rosyjski,
jako ludzie z innego kraju. Wtedy
mówiliśmy, że jesteśmy z Norwegii.
Ale najwięcej dowiadywaliśmy się
jako Rosjanie.
„Przeczytałem dwie książki
psychologiczne, z których
uczą się akwizytorzy.
I stosuję kilka prostych
trików, np. kiedy czuję,
że może być problem
z rozmową, proszę
o papierosa”.
- Jesteś potem w stanie
cytować takich bohaterów?
Kiedy ktoś tłumaczy mi wypowiedzi ludzi na angielski, a ja je sobie
w głowie przekładam na polski, nie
ma możliwości, żeby wiernie oddać
to językowo. I nawet się nie staram.
Zależy mi za to, żeby oddać emocje.
Jestem tłumaczem emocji – próbuję
dociec, co dany człowiek może mieć
na myśli, kiedy coś mówi, co ma
wymalowane na twarzy, jaki język
ciała temu towarzyszy.
- Jak pisać reportaż o historii,
która nie jest odległa w
czasie, tylko dzieje się tu
i teraz?
Nie podchodziłem tak do tego tematu. Pojechałem tam zrobić materiał
o konkretnym człowieku, który jest
dla mnie pewną metaforą. Od jakiegoś czasu szukam tematów, gdzie
przez małą historię mogę pokazać
coś dużego. Chciałem przez opowieść o nim przekazać, co się dzieje w tym momencie z Serbami i jak
radzą sobie z wojenną traumą. Bo
z jednej strony mamy pana Dabicia,
który jest uosobieniem człowieka
sympatycznego i dobrego. Tak, jak
Serbowie mówią o sobie – zobacz jacy
jesteśmy mili, gościnni, jaką mam
świetną kuchnię. Z drugiej strony
Karadżić ma drugie dno, jest zbrodniarzem. Jedna z moich rozmówczyń
ładnie to podsumowała – cała Serbia
jest jak Dabić – powiedziała.
- Tekst ukazał się bardzo
szybko po tym, jak pojechałeś
do Belgradu. Jak nad nim
pracowałeś?
Pisałem go tam. Cały dzień pracowaliśmy, a wieczorem wracałem do
hotelu i siadałem do komputera.
Bałem się, że jak zaczekamy jeszcze trochę, nikt już tego nie będzie
chciał czytać. Trzeba być Tochmanem, żeby pewne wydarzenia,
o których ludzie już zapomnieli,
opisywać w tak mocny sposób. Ja
mam dużo pokory wobec tego, co potrafię.
Jestem świadomy, że ciągle się uczę. Bardziej
jadę na talencie, niż na umiejętnościach,
które muszę jeszcze wypracować. To początek drogi. Większość moich kolegów z pracy
dwa lata temu, zanim przyszedłem do pracy
w „Dużym Formacie”, stała u mnie na półce
z napisem „bogowie”. Tak jest do dziś. Czuję
się jak śmiertelnik, który wszedł na Olimp.
- Dużo się od tego czasu nauczyłeś?
Mariusz Szczygieł śmieje się ze mnie, że na
początku chciałem pisać o wsi, w której depczą
kapustę nogami. To nieprawda, ale faktycznie
fascynującym tematem wydawało mi się wtedy,
że ktoś prowadzi muzeum zegarków. Myślę, że
bolączką wielu młodych dziennikarzy jest to,
że chcą pisać o tym, co wszyscy. Są jak młode
wilczki, które podążają tuż za stadem. A reportażysta to ktoś, kto albo idzie kilometr za watahą, albo ją prowadzi. Pamiętam, jak dwa lata
temu, gdy wydawało się, że Fidel Castro umrze,
pojechałem na Kubę. Jechałem tam w zastępstwie kolegi, który się rozchorował. Przekazał
mi potężny notes z kontaktami do tamtejszych
dysydentów. Bardzo się natrudziłem, żeby przewieźć go tak, by nie znalazła tego kontrola graniczna. A potem nie skorzystałem z żadnego.
Pomyślałem, że o dysydentach pisało już wielu dziennikarzy. Wynająłem więc samochód
i słuchałem historii zwykłych ludzi, których
podwoziłem.
- A nie boisz się, że zginiesz wśród
takich osobowości reporterskich,
jakie masz w redakcji?
Na pewno przez kilka lat będę borykał się
z tym, by wybić się na własny język. Trochę
podobnie jak polski reportaż, który musi się
dziś wybić na niepodległość językową i myślową wobec Kapuścińskiego. On świetnie
definiował reportaż, ale już go nie ma, a my
musimy sobie nadal na pytania o ten gatunek
odpowiadać. Gdybym dziś uczył studentów,
powiedziałbym im, żeby przeczytali dokładnie wszystkie pozycje Kapuścińskiego, a potem o nich zapomnieli. Ale bardziej boję się,
że kiedyś się wypalę, będzie mi trudno pisać.
To trochę atawistyczny lęk, bo póki co pomysłów mam coraz więcej. Ale ubezpieczam się:
zamierzam profilaktycznie pójść na ćwiczenia z kreatywności. A jeśli będzie mi brakować inspiracji, zrobię licencję taksówkarza
i będę jeździć taksówką.
Witold Szabłowski (ur. 1980 r.)
– absolwent Nauk Politycznych na UW.
W czasie studiów przez rok mieszkał
w Turcji i do dziś chętnie zajmuje się
tamtejszą tematyką. Od 8 klasy podstawówki chciał pisać reportaże. Zaczynał
jako depeszowiec w TVN 24, gdzie uczył
się oszczędności słów. Potem trafił
do „Nowego Dnia”. Dwa lata temu, po
jego rozwiązaniu, przyszedł do „Dużego
Formatu” i został przyjęty. Za tureckie
reportaże otrzymał w 2007 r. Nagrodę
im. Melchiora Wańkowicza. W tym roku
Amnesty International wyróżniło go za
reportaż poświęcony tematyce praw
człowieka „To z miłości, siostro”.
Co czyta Witold Szabłowski:
O reportażystach nawet nie wspominam, bo to oczywista oczywistość.
Oprócz nich literatura bardzo piękna –
od zawsze Szwejk (i wszystkie Asteriksy,
choć do literatury się nie łapią). Od
kiedy podrosłem, dużo Kundery, Babla,
Marqueza i Yasunariego. Ostatnio odkrywam Yasara Kemala i zagryzam zęby
ze złości, że tak mało jest go po polsku.
| 13 |
Event | PR
PR | Zarządzanie kryzysem
Przystań Żywiec
Firmy z branży IT nie mogą się obyć
bez działań public relations.
Szczególnie w trakcie kryzysu.
| Paweł Łysakiewicz
W
programie znalazły się konkurencje
taneczne, sportowe, koncerty na
żywo, a nawet pokazy filmowe. Na koncertach można było się bawić w rytmie muzyki
Indios Bravos, TheGlen Skii’s oraz Pogodno.
Dla aktywnych na parkiecie przygotowano
kursy i pokazy salsy prowadzone przez Jose
Torresa. W międzyczasie każdy mógł spró-
bować swoich sił w grze w bule, piłkarzyki,
a także siatkówkę plażową. Dzięki temu
imprezy przyciągnęły wiele wypoczywających nad morzem osób, często o bardzo
zróżnicowanych zainteresowaniach. Nawet
sportowcy uprawiający sporty ekstremalne
znaleźli coś dla siebie – na plażach organizowano pokazy windsurfingu i kitesurfingu,
Rockowy Disney
Od kilku dni w kinach można obejrzeć jedną
z najbardziej oczekiwanych premier tego roku
– amerykański hit młodzieżowy „CampRock”.
Jego premierę poprzedziła
kampania zorganizowana
przez Disney Channel.
PR na świecie
Z nałogu
w nałóg
Producent konsoli Xbox 360,
firma
Microsoft, zamierza
dotrzeć do licealistów, którzy stanowią jej główną grupę odbiorców.
W ramach akcji Xbox 360 Anti-Gravity
Tour i kampanii „dziecko bez papierosa” (Campaign for Tobacco-Free
Kids), profesjonalni deskorolkarze
i BMX-owcy będą odwiedzali szkoły
na terenie całego kraju, namawiając młodych ludzi, aby nie sięgali po
papierosy. Tourneé polega na organizowaniu obowiązkowych zajęć dla
uczniów. W czasie trwania pokazów
sportowych będą oni mogli zagrać
w popularną grę „Gutiar Hero 3” oczywiście na konsolach Xbox 360.
Agencja eventowa ASA Entertainment, która organizuje spotkania
z młodzieżą, w połowie września
planuje uruchomić stronę internetową, która ma wspierać działania
w terenie. Wewnętrzne jednostki
firmy Microsoft i ASA promują wydarzenie wśród młodzieży za pomocą
| 14 |
ulotek, plakatów i ogłoszeń na temat
eventu. Do kampanii zostaną zaproszone również media lokalne. Przedstawiciel firmy Microsoft odpowiedzialny za markę Xbox 360 twierdzi,
że działania nie są skoncentrowane
na dotarciu do młodzieży w celu zachęcenia ich do zakupu gier i konsoli
Xbox 360, ale na propagowaniu dobrych wzorców i wartości.
Ziemniaczane Public Relations
Przez szereg lat na świecie spożywanie ziemniaków nie cieszyło się
dużym uznaniem. Głównie za sprawą zwolenników diety niskowęglowodanowej, a więc takiej, która wyklucza produkty zawierające dużą
ilość węglowodanów (wśród nich
ziemniaki). US Potato Board (or-
w których uczestniczyli członkowie Action
Team, grupy specjalizującej się w obydwu
dyscyplinach. Zorganizowano też coś dla
fanów klasycznych sportów, czyli XV Ogólnopolskie Zawody w Siatkówce Plażowej
Mężczyzn, rozgrywane na plażach w Niechorzu, Świnoujściu, Łebie, Ustce, Ustroniu
Morskim i Sopocie. Oczywiście nie mogło
też zabraknąć części dla fanów popularnych
ostatnio kabaretów. Przed publicznością
wystąpiły takie grupy, jak Łowcy B, Paranienormalni oraz Dno. Organizatorami akcji
była agencja LIVE, a patronat medialny
nad całym wydarzeniem objęły: Radio Zet,
Wirtualna Polska, „Dziennik Bałtycki” oraz
„Głos – Dziennik Pomorza”.
Pierwszym elementem kampanii była konferencja prasowa zorganizowana podczas
kręcenia polskiej wersji teledysku do filmu.
Piosenkę „Oto ja” wykonuje polsko-czeski
duet – Ewa Farna i Kuba Molęda. Zdjęcia
odbyły się w Parku Skaryszewskim na
warszawskiej Pradze. W przerwie między
ujęciami zorganizowano krótką konferencję utrzymaną w ciekawej konwencji
– odbyła się ona na kocach rozłożonych na
trawniku nieopodal planu zdjęciowego.
W oryginalnej wersji występują Demi Lovato oraz Joe Jonas z Jonas Brothers. Film
opisuje historię romansu nastolatków na
obozie, w trakcie którego odkrywają swoje
talenty muzyczne. Jest to kino lekkie, dowcipne i przeznaczone głównie dla nasto-
latków. Amerykańska premiera odbyła się
w czerwcu br. i od razu produkcja zdobyła
serca amerykańskiej młodzieży. Kolejnym
elementem kampanii promującej film była
premiera teledysku w lipcu br. w warszawskim biurowcu Fokus. Specjalnie na tę
uroczystość przyjechał szef Disney Channel, Rich Ross. Oficjalna premiera
w Polsce odbyła się 25 września podczas
wielkiej gali „CampRock” w Multikinie.
Organizatorami akcji promującej film
w Polsce są Disney Channel Polska oraz
OnBoard Public Relations.
ganizacja zajmująca się promocją
spożywania ziemniaków) postanowiła zastosować techniki PR-owe,
aby dotrzeć do gospodyń domowych
i przekonać je, że spożywanie kartofli jest ważnym elementem zdrowego trybu życia. „Peel Back the Truth”
to kampania nastawiona na długofalowe działanie. Pomysłodawcy
akcji, wykorzystując PR i marketing,
chcą promować korzyści zdrowotne
płynące z umieszczenia ziemniaka
w codziennej diecie. Mają również
zamiar obalić mit, który przez lata
pokutował wśród konsumentów, że
warzywo to nie ma żadnych wartości odżywczych. Agencja Fleishman-Hillard wspiera kampanię w
jej początkowym stadium, a grupa
Sterling-Rice odpowiada za przygotowanie reklam. W połowie września
USPB planuje uruchomić stronę internetową, która ma pomóc w dotarciu do amerykańskich gospodyń
domowych. Strona Momsdinnerhelper.com da matkom możliwość
dzielenia się swoimi przepisami
i kontakt z blogerkami organizacji
USPB. Pomysł na stworzenie strony
internetowej jest wynikiem przeprowadzonych badań, które wskazują,
że mamy to grupa kobiet, która najczęściej korzysta z sieci. USPB wy-
słało informacje prasowe dotyczące
akcji do ponad 500 dziennikarzy
związanych z branżą spożywczą i nie
tylko. Organizacja wykupiła również
powierzchnie reklamowe w magazynach dla kobiet. Działania wpisują
się w ogłoszenie przez Organizację
Narodów Zjednoczonych roku 2008
międzynarodowym rokiem ziemniaka, zwracając uwagę na wartość odżywczą i niską cenę tego warzywa.
Herosi PR-u
Informacje o darmowych grach raz
po raz powracają na pierwsze strony
portali i czasopism komputerowych.
Rzadko jednak firmą, która decyduje
się na udostępnienie gry bez opłaty,
jest Electronic Arts. Firma postanowiła zrobić graczom prezent w postaci darmowej wersji gry Battlefield
Heros. Kontynuacja serii Battlefield
to utrzymana w kreskówkowej konwencji wieloosobowa strzelanka
przeznaczona do gry w sieci. Firma
| Paweł Łysakiewicz
promuje swój produkt głównie za
pomocą Internetu (oficjalnych stron
internetowych w różnych państwach
oraz stron tworzonych przez fanów)
oraz portalu Youtube. Na Youtube
ukazały się spoty pokazujące przykładowych graczy, którzy w ciągu
dnia są zwykłymi ludźmi, a w nocy
przebierają się w uniformy żołnierzy
i walczą w rysunkowym świecie. Firma promuje również sposób, w jaki
można zdobyć grę. Główne przesłanie brzmi „nie musisz już kupować
gry w sklepie lub ściągać jej nielegalnie z Internetu; teraz wchodzisz na
stronę www.battlefield-heroes.com
i klikasz guzik „play the game”.
Codziennie główną stronę gry odwiedza kilka tysięcy sympatyków.
Aby wzbudzić zainteresowanie grą,
o której pierwsza informacja ukazała się 21 stycznia, twórcy co jakiś
czas tworzą konkursy dla fanów,
w których nagrodą jest klucz do wersji beta gry Battlefield-Heroes. Przy
pomocy klucza gracze mogą testować grę w fazie produkcji i dzielić się
z producentami swoimi spostrzeżeniami na temat jej funkcjonowania.
Twórcy zamierzają wypuścić gotowy
produkt jeszcze tego lata.
Kryzysowe
komputery
mentów i pokazanie im ich ekskluzywności
– w końcu firma zwróciła się do każdego
z nich osobiście, stu wybrańców dostało
list osobiście podpisany przez Jobsa. Zdaniem specjalistów PR, mimo pozornej toporności rozwiązania, zostało ono przyjęte
entuzjastycznie, ludzie poczuli, że wielki
koncern puszcza do nich oko i staje się bardziej przyjazny.
Drogie jabłko
ni przez Orange, które chciało podnieść
sprzedaż gadżetu. Sytuację pogorszyły jeszcze bardziej komentarze w sieci,
w tym ten Wojciecha Jabłczyńskiego
– w wywiadzie dla „Życia Warszawy”:
- Chcemy jeszcze bardziej zwrócić uwagę na premierę tego urządzenia. Podstawione osoby w kolejkach miały doradzać
prawdziwym klientom, którzy przyszli
po iPhone’a. Sytuacji nie poprawiło zdystansowanie się od tych działań France
Telecom, właściciela Orange. Przedstawiciele firmy ogłosili, że nikt nie opłacił
ludzi do robienia sztucznego tłumu, podstawiono jedynie kilka osób do doradzania prawdziwym klientom. Na blogach
i stronach wielu serwisów internetowych pojawiły się złośliwe artykuły ludzi
zniesmaczonych zarówno kampanią, jak
i wyjaśnieniami. Serwis komorkomania.pl
tak skomentował akcję marketingową
Orange: – Kolejki były akcją marketingową,
a stojący w nich ludzie podstawieni i opłaceni przez Orange, a ich wypowiedzi tak
sztuczne, że nie szło ich brać poważnie.
Można się zatem spodziewać, że niebawem
firma skorzysta z usługa agencji PR. Bo
wątpliwe, by już to uczyniła...
Pomarańczowy problem
Promocji iPhone’a w Polsce nie dało się
przeoczyć. Billboardy, reklamy prasowe
i doniesienia o kolejkach przed salonami
obiegły cały kraj. Wszystkim wydawało
się, że iPhone jest tak rozchwytywany, że
potencjalni konsumenci stoją po dwie doby
w oczekiwaniu na niego, tak jak miało to
miejsce w USA. Prawda okazała się nieco
inna. W dość krótkim czasie wyszło na
jaw, że ludzie pod salonami byli... opłacewww.tgdaily.com
fot. materiały prasowe
Podczas tegorocznych wakacji firma Żywiec
zorganizowała największy cykl imprez w historii
polskiej nadmorskiej rekreacji. Akcja trwała
od 11 lipca do 24 sierpnia, a poszczególne imprezy
odbyły się w Świnoujściu, Dziwnówku, Kołobrzegu,
Mrzeżynie, Ustroniu Morskim, Mielnie, Ustce, Pucku, Międzyzdrojach i Chałupach. Na gości czekało
wiele zaskakujących atrakcji, m.in. salsa na plaży.
kich agencji, jak ITBC Communication czy
Neuron, które od lat specjalizują się w branży
IT, pojawiają się kolejne. Kilka dni temu swoje wejście do Polski ogłosiła międzynarodowa agencja, która szczególnie mocno działa
w branży nowych technologii - LEWIS PR mająca siedziby w 17 krajach w Europie. Trend
do specjalizacji agencji w PR dla określonych
gałęzi gospodarki zauważono już dość dawno, obecnie zaczyna się pojawiać w Polsce.
– Branża IT, jak każda inna, słabo funkcjonuje bez PR. Komunikacja kryzysowa jest
w tej branży o tyle istotna, że tematyka jest
stosunkowo niezrozumiała dla zwykłego
konsumenta. Ludzie najczęściej nie rozumieją, dlaczego coś nie działa tak, jak powinno –
twierdzi Marcinkowska. Z kolei Artur Bednarz z Ciszewski PR dodaje: – Daleki byłbym
jednak od generalizowania, iż branża IT,
jak żadna inna, potrzebuje PR kryzysowego.
Sektor IT potrzebuje PR tego typu usług jak
każdy inny sektor technologiczny.
| Paweł Łysakiewicz
W
szystko zaczęło się od małego
„puff”, które przemieniło się
w dźwięk zapalającej się flary.
Wkoło dało się poczuć intensywny zapach
palącej się elektroniki, a na całym piętrze ludzie wpadli w panikę i zaczęli szukać gaśnic.
Scena z filmu akcji klasy B? Niekoniecznie. To
rzeczywistość biura, w którym pracuje Henryk Gustavsson, człowiek, który uwiecznił
na taśmie jedną z największych wpadek firmy Dell Inc. Opisany wyżej przypadek miał
miejsce w lipcu 2006 i był jednym z kilku
spektakularnych samozapaleń laptopów Della. Laptopy Della paliły się na polowaniach,
niszcząc samochody myśliwych z Newady,
a także na konferencjach prasowych. Oczywiście nie uszło to niczyjej uwadze, gdyż było to
zjawisko dość niecodzienne. Sprawa natychmiast trafiła do mediów, co spowodowało
niemal natychmiastową reakcję producenta,
czyli koncernu Sony, produkującego na zlecenie Della. Kierownictwo firmy natychmiast
poinformowało zaniepokojonych konsumentów o przyczynie awarii. Okazało się, że cała
seria baterii została uszkodzona w procesie
produkcji zanieczyszczono wnętrza baterii
opiłkami metalu, mogącymi doprowadzić
do zwarć ogniw baterii i w konsekwencji do
jej zapłonu. W ocenie PR News Online, serwisu badającego podobne przypadki, reakcja firmy była wzorowa. Ogłoszono akcję
bezpłatnej wymiany baterii wyprodukowanych między kwietniem 2004 a lipcem 2006.
Dzięki numerom seryjnym wadliwych komputerów rozesłano do ich właścicieli listy ze
szczegółowymi wskazówkami, jak rozwiązać
problem. Stworzono także witrynę internetową, na której można sprawdzić komputer za
pomocą wspomnianych wcześniej numerów
seryjnych, a także uruchomiono całodobową infolinię. W swoim założeniu kampania
miała objąć 4,2 mln baterii na całym świecie,
z czego 2,7 mln w samych Stanach Zjednoczonych - dotyczyła także komputerów niebędących już na gwarancji. Co ciekawe, po kilku
tygodniach także inne firmy przyłączyły się
do akcji darmowych wymian baterii, gdyż ich
laptopy pracowały na tych samych bateriach
wyprodukowanych przez Sony. Akcja objęła
Apple, Lenovo, Hitachi i kilka innych firm.
Wszystko wskazuje na to, że Dell wyszedł
z tej próby obronną ręką, gdyż postawił na
sprawdzone i skuteczne rozwiązania. Poprzez
pełną jawność swoich działań oraz otwartość
w komunikatach wysyłanych do klientów firma zbudowała kapitał zaufania potrzebny do
sukcesu całej kampanii. Zdaniem Lidii Marcinkowskiej z agencji Neuron PR-owcy z Della
doskonale wpasowali się w potrzeby klientów.
W ostatnich latach kampanie wzywające do
zwrotów i wycofywanie towarów stały się bardzo popularne. Ogłoszenie, że np. poduszka
lub procesor nie spełniają określonych standardów, stało się wyraźnym i pozytywnym
sygnałem dla odbiorcy, że producent dba
o jego bezpieczeństwo i komfort.
Żniwa dla PR-u
Na polskim rynku pojawia się coraz więcej agencji PR-owskich specjalizujących się
w obsłudze klientów z branży IT. Oprócz ta-
Firma Apple kojarzy się przede wszystkim
z dobrą jakością produktów, niecodziennym i eleganckim designem oraz prestiżem
płynącym z posiadania jej produktów. To
właśnie spowodowało manię na iPhone’a. Już kilka dni przed premierą produktu
pod drzwiami Apple Stores, oficjalnych
ekskluzywnych punktów sprzedaży, pojawiły się wielkie kolejki. Początkowo iPhone 8 GB był drogi, kosztował ok. 599 USD.
Mimo to znalazł wielu nabywców, którzy
chcieli się pochwalić tym, że kupili go jako
pierwsi. Ich radość nie trwała jednak długo. Zaledwie po dwóch miesiącach, Apple
obniżyło cenę iPhone’a do 399 USD, rozwścieczając niemal wszystkich pierwszych
konsumentów. Oczywistym jest, że posunięcie to miało ugruntować pozycję iPhone’a na rynku w okresie, gdy sprzedawał
się już w liczbie miliona sztuk tygodniowo
(sic!). Mimo to Apple strzeliło sobie w stopę, zniechęcając do siebie klientów, którzy
w przyszłości mogli nabyć kolejne produkty. Reakcja Steve’a Jobsa była dość szybka
i bezpośrednia. Wystosował list otwarty do
konsumentów, którzy kupili produkt jako
pierwsi i jako formę rekompensaty zaoferował bon uprawniający do zwrotu 100
USD w Apple Store. Celem tej kampanii
było dowartościowanie oszukanych konsu-
Szkolenie: Zarządzanie sytuacjami kryzysowymi
17-18 października, 21-22 listopada, 5-6 grudnia
www.szkolnictwo-dziennikarskie.pl
| Tomasz Borowski
| 15 |
CSR | PR
PR | Case-study
Dawanie z gestem
Firma Motorola zachęca dziewczyny do studiowania
informatyki. W tym celu zorganizowała dla nich konkurs.
Kobiety do IT
Kampania:
Dar dawania
| Emil Borzechowski
Hasło przewodnie:
O
Dar dawania,
dar dzielenia się
Organizator:
Coca-Cola Poland
we współpracy
z Polską Akcją
Humanitarną (PAH)
fot. materiały prasowe
Czas trwania:
okres świąteczny 2007
– kampania rozpoczęła się
5 listopada 2007 roku
Opis kampanii
Kampania „Dar dawania” to przykład marketingu społecznie zaangażowanego (CRM),
czyli połączenia działań marketingowych ze
wsparciem określonego celu społecznego. Korzyścią z takich działań dla firmy jest m.in.:
wzrost lojalności konsumentów, wzrost wrażliwości społecznej i motywacji pracowników,
poprawa reputacji i wizerunku społecznego
oraz wzrost sprzedaży. Celem społecznym
kampanii Coca-Coli było wsparcie akcji „Pajacyk”. Konsumenci mogli wesprzeć akcję,
kupując napoje Coca-Cola, Coca-Cola Light,
Fanta lub Sprite ze świątecznej promocji,
a następnie wysyłając kody promocyjne spod
nakrętki butelek. Pajacyk to program dożywiania dzieci z ubogich rodzin w polskich
szkołach i świetlicach prowadzony przez Polską Akcję Humanitarną od 1998 roku. CocaCola już wcześniej współpracowała z PAH.
W 1995 roku firma po raz pierwszy postanowiła przeznaczać 5 groszy od każdej sprzedanej butelki napoju na pomoc bieszczadzkim
szkołom oraz na dożywianie dzieci.
Przygotowanie
Ze względu na szczególną atmosferę świąt
Bożego Narodzenia zdecydowano o przeprowadzeniu kampanii w tym właśnie
okresie. Według badań dotyczcych chęci niesienia pomocy potrzebującym konsumenci napojów produkowanych przez
Coca-Colę deklarowali chęć wsparcia celów
społecznych, szczególnie w okresie przedświątecznym. W 2007 roku firma postanowiła więc nie wymieniać kodów pod nakrętkami
butelek na prezenty, lecz dofinansować akcję
„Pajacyk”, a tym samym posiłki dla niedożywionych dzieci. Promocja z użycia kodów
była organizowana przez Coca-Cola Poland
po raz drugi w ubiegłym roku firma po raz
| 16 |
pierwszy postanowiła zaprosić konsumentów
do pomocy. W trakcie badań okazało się również, że konsumenci czują potrzebę niesienia
pomocy innym, jednak nie zawsze wiedzą,
jak dotrzeć z nią do osób, które jej potrzebują. W tym celu Coca-Cola stworzyła pomost
pomiędzy konsumentami swoich produktów
a Polską Akcją Humanitarną. Dzięki akcji
konsumenci mogli w łatwy sposób wesprzeć
akcję „Pajacyk”. Całość przedsięwzięcia była
integralną częścią kampanii „Witaj po radosnej stronie życia” („Coke Side of Life”), której głównym przesłaniem jest poszukiwanie
we wszystkim pozytywnej strony.
Cel
Kampania miała na celu osiągnięcie korzyści
społecznych poprzez dofinansowanie programu Pajacyk oraz wzmocnienie wizerunku
marki. Założeniem akcji było wspólne (Coca-Cola Poland oraz konsumenci napojów)
ufundowanie posiłków dla kilkudziesięciu
tysięcy dzieci w Polsce. Realizacja tego celu
przynieść miała korzyści samej firmie, czyli zwiększyć sprzedaż produktów, umocnić
wizerunek marki i podkreślić jej kluczowe
wartości, takie jak inspiracja ludzi do poszukiwania własnych dróg do szczęścia, w tym
przypadku poprzez dzielenie się z potrzebującymi w okresie świąt.
Realizacja
Akcja rozpoczęła się 5 listopada świąteczną promocją dla konsumentów. W sklepach
pojawiły się produkty (butelki napojów
Coca-Cola, Coca-Cola Light, Fanta Orange lub Sprite) z etykietami „Wyślij kod
z gestem”, zachęcające do wsparcia akcji
dożywiania dzieci „Pajacyk”. Każda osoba, która kupiła objęte programem świątecznym napoje, mogła wesprzeć akcję,
przesyłając specjalny kod znajdujący się
pod nakrętką napoju ze świątecznej serii.
Kod można było wysłać sms-em
lub wpisać na stronie internetowej
www.coke.pl. Była to innowacja w
przekazywaniu funduszy: tym razem konsument musiał samodzielnie wesprzeć akcję – nie wystarczył
ły miejsce parady świątecznych czerwonych
ciężarówek Coca-Coli, podczas których konsumenci namawiani byli do wzięcia udziału
w akcji wspierającej „Pajacyka”.
Kampania „Dar dawania”
to przykład marketingu
społecznie zaangażowanego
(CRM), czyli połączenia
działań marketingowych ze
wsparciem określonego celu
społecznego.
– Świąteczny program konsumencki odbywa się pod hasłem „dar dawania”. Potrzeba
dzielenia się z innymi wzrasta szczególnie
w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Dlatego Coca-Cola, bazując na swej długoletniej
współpracy z PAH, dała swoim konsumentom narzędzie, które umożliwi im pomoc
wielu potrzebującym dzieciom w całej Polsce
– mówi Katarzyna Borucka, public affairs
and communications manager z Coca-Cola
Poland Services. W ramach akcji „Dar dawania” wpierającej program Pajacyk ufundowano 100 tys. posiłków.
zakup produktu promocyjnego.
Akcja aktywizowała konsumentów i podkreślała konieczność
współpracy dla szczytnego celu.
Przesłane sms-y były „składane” do
wspólnej puli – każde pięć z nich
oznaczało jeden posiłek. Coca-Cola przekazała „Pajacykowi” także
dochód ze wszystkich przesłanych
przez konsumentów sms-ów. Dodatkowo program wspierany był przez
serię eventów oraz wyprodukowanie świątecznej butelki aluminiowej
w limitowanej serii. Butelki zostały
wykorzystane w nietypowy sposób. Artyści z Kayax Studio (m.in.:
Maria Peszek, Krzysztof Kiliański,
Tatiana Okupnik, Zakopower, Smolik, Bisquit i Mosqitoo) podpisali
część butelek, do których dołączone
były ich płyty. Takie pakiety zostały wystawione na internetowych
aukcjach, a pieniądze uzyskane
z aukcji zostały przeznaczone na
wsparcie „Pajacyka”. Ponadto mia-
Efekty
fot. materiały prasowe
| Alicja Matyja
siem lat temu tylko dwa procent kobiet kończyło na krakowskich uczelniach studia związane z informatyką. W ostatnich latach było już lepiej, ta liczba
wzrosła do ośmiu procent. Jednak wciąż w
Unii Europejskiej ten odsetek jest prawie trzy
razy wyższy – prawie 22 proc. pracujących w
przemyśle IT to kobiety. Zdaniem przedstawicieli agencji Partner of Promotion, która
PR-owo obsługiwała kampanię Diversity dla
Motoroli, winne są stereotypy powstrzymujące dziewczęta przed rozpoczęciem studiów
informatycznych. - Przyjęło się, że kobiety nie
radzą sobie z przedmiotami ścisłymi, takimi
jak matematyka czy fizyka – tłumaczy Ewa
Modrzejewska, account executive z Partners
of Promotion. - Przekonanie, że informatyk
to „męski zawód” wciąż funkcjonuje w polskim społeczeństwie – dodaje.
Motorola postanowiła to zmienić i zachęcić
młode dziewczyny do wyboru studiów inżynierskich. – Przygotowanie atrakcyjnego konkursu informatycznego kierowanego do osób,
które zamierzają podjąć naukę, wydało nam
się najlepszym rozwiązaniem - tłumaczy Modrzejewska. Jak napisano w regulaminie konkursu, jego celem ma być promocja wiedzy
informatycznej wśród młodzieży szkół średnich, zaś w szczególności wśród dziewcząt. Do
udziału w zabawie zaproszono grupy uczniów
z liceów i techników w całej Polsce. Każda z nich mogła liczyć trzy lub cztery osoby.
A co najważniejsze, podstawowym wymogiem było, by w składzie uczestniczących
zespołów minimum 50 procent stanowiły
właśnie dziewczęta. Organizacjami wspierającymi przedsięwzięcie zostały m.in.: Instytut
Informatyki Uniwersytetu Jagiellońskiego
oraz Katedra Informatyki Akademii Górniczo-Hutniczej.
Działania
Zadaniem postawionym przez organizatora
było przygotowanie strony internetowej o tematyce narzuconej przez organizatora. Tematem edycji z 2006 roku było hasło: „Świat bez
słów”. Rok później hasło brzmiało: „What’s
next?”, a w roku 2008 – „Styl Życia”. Projekty zespołów, najlepsze pod względem szaty
graficznej, interfejsu użytkownika i potraktowania tematu, zostały zakwalifikowane do
finału. Pomocą były umieszczone przez pracowników Motoroli na stronie Diversity.pl dla
uczestników konkursu e-warsztaty poświęcone zagadnieniom związanym z projektowaniem stron i gier, zarządzaniem projektem
i ergonomiką stron oraz forum, na którym
uczniowie mogli wymieniać informacje.
Do tegorocznego finału jury zakwalifikowało 10 zespołów spośród zarejestrowanych
153. Wszystkich finalistów firma zaprosiła na
dwa dni do Krakowa. Pierwszego uczestnicy
zwiedzali ośrodek oprogramowania Motoroli,
gdzie mogli zobaczyć, jak pracują specjaliści
IT. Drugiego dnia mieli okazję przedstawić
swoje prace. Wówczas zespół musiał jak najlepiej zaprezentować przed zebraną publicznością swój projekt. Dopiero wtedy jury po-
fot. materiały prasowe
dejmowało decyzje o przyznaniu nagród, którymi były m.in.: telefony komórkowe, urządzenia wielofunkcyjne czy iPod-y. Nagrody
przyznano w trzech kategoriach głównych:
Najciekawsze Potraktowanie Tematu, Najciekawsza Szata Graficzna oraz Najbardziej
Przyjazny Interfejs Użytkownika. Ponadto
przyznano trzy nagrody specjalne: Nagrodę
specjalną Feminoteki, Nagrodę Internautów
oraz Nagrodę Publiczności.
Efekty kampanii
Największym sukcesem akcji była liczba
1226 dziewcząt zgłoszonych do konkursu
(statystycznie ponad trzy dziewczyny pracowały w jednym zespole). Spośród tej grupy
198 zadeklarowało wybór jednego spośród
następujących kierunków przyszłych studiów:
telekomunikacja, informatyka, inżynieria
komputerowa. Przełożyło się to na 18 procent dziewcząt, które chciały studiować kierunki informatyczne, bądź pokrewne. Kolejnym sukcesem jest rekordowo wysoka liczba
dziewcząt, które zgłosiły się do konkursu. W
2006 roku wyniósł on 56 procent, co stanowi
ponad dwudziestoprocentowy wzrost względem pierwszej edycji.
Co ważne, o wynikach i przebiegu akcji wspominały największe media: od portali internetowych (onet.pl,
e-biznes.pl), przez
Okiem eksperta
gazety
krajowe
Kampania to przykład przedsięi lokalne, takie
wzięcia społecznego, które realizuje
jak „Gazeta Wypośrednio cele wizerunkowe firmy
borcza” czy „MeMotorola. W takim ujęciu kampatro”, aż po TVP1
nia z pewnością sprawdziła się.
i TVP2. MotoŚwiadczą o tym nagrody uzyskane
rola została wyprzez Motorolę, liczne publikacje.
różniona dyploPodejrzewam jednak, że nieco gorzej
mami „Firma w
mogło pójść z celami społecznymi.
Twoim
Stylu”,
Znaczne podwyższenie odsetka pań
„Firma Równych
studiujących kierunki techniczne jest
Szans”, „Inwestor
wg mnie prawie niemożliwe. Myślę
w Kapitał Ludzteż, że działania lepiej byłoby chyba
ki’,
„Szwedzkie
skierować do dzieci. Podejrzewam,
Okulary Równoże młodzież licealna ma już określości”. A kampania
ne zainteresowania. Czy 18 procent
została nominouczestniczek konkursu deklarujących
wana do nagrody
zainteresowanie studiami technicznyw konkursie PR
mi wobec wspomnianego na począt„Złote Spinacze”.
ku, 22-procentowego udziału kobiet
w przemyśle IT to dużo? Niestety,
chyba nie.
Norbert Kilen dyrektor
strategiczny On Board PR
Nowy, inny,
trudniejszy PR
Zanim przeczytasz ten tekst, zastanów
się, ile razy szukałeś w Internecie informacji o produkcie, który chciałeś kupić?
Ile razy poszedłeś do kina na film, który
w rankingach internetowych dostał najwięcej gwiazdek? Ile razy surfowałeś po
forach w poszukiwaniu przepisu na dobrego drinka, metod zdrowego odżywiania się, miejsc, gdzie można zagrać w piłę
i fajnych knajp? Jeśli już odpowiedziałeś
sobie na te pytania, to teraz zastanów się,
jak często prasa, radio i TV pomogły Ci
znaleźć podobne informacje…
Konia z rzędem temu studentowi,
który spędza więcej czasu czytając
prasę niż wiadomości w portalach
internetowych. Ze świecą szukać
tego, którego nie ma w żadnym serwisie społecznościowym. Grono.
pl, Goldenline.pl, epuls.pl, fotka.pl,
a nawet youtube.com, Bebo, Facebook, MySpace i Linkedin. Założę
się, że każdy z czytelników tej gazety ma swój profil w przynajmniej
jednej, jeśli nie w kilku takich społecznościach. Prawda jest taka, że
społeczności rywalizują o czas swoich użytkowników z tradycyjnymi
rozrywkami, takimi jak uprawianie sportu, chodzenie do kina czy
na piwo z przyjaciółmi. Przeciętny
użytkownik MySpace wchodzi na
swój profil kilka razy dziennie, a
przeciętny tzw. hard-user, minimum 18 razy każdego dnia!
Najbardziej ortodoksyjni specjaliści
ds. komunikacji w nowych mediach
twierdzą, że media tradycyjne umrą
śmiercią naturalną. Ja tak daleko
bym się nie posunął. Ale jestem pewien, że zostaną zepchnięte w niszę.
Staną się źródłem potwierdzenia lub
zaprzeczenia już powstałych gustów
i opinii. Ukształtowanym oczywiście poprzez aktywność konsumentów w Internecie. Tym samym trudno będzie o mediach tradycyjnych
powiedzieć, że są opiniotwórcze.
A już na pewno trudno będzie mówić o czwartej władzy, bo na tym
stołku zasiądzie wszechobecna sieć.
W tej zmieniającej się rzeczywistości informacyjnej PR-owcy muszą
się jakoś odnaleźć. Z czasem codzienny „przegląd prasy”, zamienimy na „przegląd blogów i forów”,
a monitoring mediów na monitoring blogów, forów i serwisów
społecznościowych – czyli na monitoring tzw. buzzu (ang. plotka).
Szczególnie w Polsce brzmi to jak
herezja, ale już niedługo nikogo
nie będzie dziwiło, że głównym
pośrednikiem między firmą/instytucją a szeroko rozumianym
społeczeństwem będą nie media,
a bloggerzy. I to też wymusza zupełnie inne podejście do komunikacji.
Bloggerzy są zdecydowanie bardziej
wyczuleni na punkcie indywidu-
alnego podejścia do swojej własnej
osoby. Oczekują szczególnego zainteresowania i traktowania ze strony
ludzi, od których dostają materiały
infor­­­­­­­­­macyjne. Co to znaczy „szczególne zainteresowanie”? Chodzi
o to, aby na bieżąco czytać twórczość bloggera, wiedzieć, co dzieje
się na jego blogu i przede wszystkim
nie wysyłać mu „hurtowo” informacji prasowych. Prawda jest taka, że
aby zrozumieć bloggera i dogadać
się z nim, trzeba się bloggerem stać.
Zrozumieć to, że ludzie poświęcają
swój własny, prywatny czas na pisanie bloga i nie mają czasu dla ludzi,
którzy nie chcą poświęcić 5 minut
na przejrzenie ich twórczości i napisanie osobistego maila.
Nowa rzeczywistość informacyjna jest trudniejsza i zdecydowanie
mniej przewidywalna od tej starej,
do której przyzwyczajeni są specjaliści ds. PR. Wymaga zrozumienia
tego, jak mierzyć efekty nowego PR.
Tradycjonalista powie: co mi po komunikacie o mojej firmie na blogu,
który czyta 100 osób dziennie? Specjalista ds. PR, który rozumie nowe
media, będzie szukał odpowiedzi na
2 pytania: kim są ci czytelnicy i co
robią z informacjami, które zdobyli? Więcej o komunikacji w nowych
mediach i nie tylko na http://blog.
sensors.pl.
Pytania prosimy nadsyłać na adres:
[email protected]
Maciej Makuszewski
Account manager
w Euro RSCG Sensors.
Patronat merytoryczny:
| 17 |
fotografia | Okolice
publikacja zdjęć ma charakter edukacyjny
Kolumna Zygmunta | fotografia
Kobiety
rozbierają się
chętnie
Gdzie leży granica między
pornografią a aktem. O akcie,
w którym nie ma nagości.
1. Abelardo Morell
2. Havana, Cabbages
3. Chuck Close - Kara Walker
4. So Hing Keung - Hong Kong
| Andrzej Zygmuntowicz
N
a urlopie, niezależnie od miejsca,
w którym go spędzaliśmy, dało się
zauważyć, że ogromna większość naszych wakacyjnych współtowarzyszy namiętnie fotografuje. Zwykle jakimś małym, srebrzystym pudełkiem, wielkości mydelniczki
albo puderniczki, i czym prędzej ogląda tył
aparatu, a zaraz potem pokazuje go bliskim.
Nowe narzędzie do fotografowania niemal
całkowicie wyparło wszystkie wcześniejsze
formy aparatów, używanych nie tylko przez
wakacyjnych fotografów. Cyfra króluje niepodzielnie dzięki swej łatwości zapisywania
obrazów i przekazywania ich innym. W dobie powszechnego Internetu i codziennego,
często wielogodzinnego wpatrywania się
w migoczący ekran komputera, nikt, szczególnie wśród młodych, nie będzie gromadził
papierowej formy fotografii. Ona zajmuje
miejsce i nawet najmniejsza odbitka parę groszy kosztuje, a pliki cyfrowe ani nie potrzebują miejsca na półkach na opasłe albumy, ani
nie wymagają dodatkowych kosztów (a jeżeli
już, to się ich nie zauważa), a pokazywać je
można klikając parę razy myszką. Czasem te
kliknięcia mogą przynieść zaskakujące wyniki. Jak choćby seria zdjęć zrobionych przez
kilku nudzących się amerykańskich żołnierzy, pilnujących Irakijczyków w więzieniu
Abu Ghraib. Umilali sobie czas zabawami
z rozebranymi więźniami, a ich wizualny zapis tych zabaw rozesłali do kilku znajomych,
ale po drodze nastąpił niekontrolowany wyciek, a obrazy niczym spam rozlały się po
całym świecie. Podobnych sytuacji jest coraz
więcej – intymne relacje w chwilach czułości,
zanotowane mydelniczkową cyfrówką, stają
się dobrem wspólnym, gdy czułość między
| 18 |
| Z Maćkiem Macakiem rozmawiała Agnieszka Juskowiak
Czym robić zdjęcia?
partnerami ustanie. Kilka kliknięć
i wszyscy widzą to, co powinno być
tylko prywatne.
Nowe narzędzie, jakim jest aparat
cyfrowy, jest pod wieloma względami idealne, ale, jak wszystkie wcześniejsze, obarczone jest różnymi
niedoskonałościami – od technicznych po użytkowe. Czy jego wszechobecność zakończy żywot poprzednich urządzeń do zapisu obrazów
Na tegorocznym WPP drugą
nagrodę w kategorii portret
otrzymało zdjęcie artystki
Kary Walker, zrobione
skrajnie archaiczną
technologią, od której
zaczyna się historia
fotografii – dagerotypią.
fotograficznych? Wątpliwe.
Miejscem wskazywania nowych
idei, ale też i nowych narzędzi
jest konkurs World Press Photo.
W ostatnich latach, wśród absolutnie dominujących obrazów zapisywanych aparatami cyfrowymi,
pojawiły się zupełnie zdumiewające
kadry realizowane albo z wykorzystaniem bardzo starych technologii
albo trochę historycznych aparatów.
Na tegorocznym WPP drugą nagro-
dę w kategorii portret otrzymał Amerykanin
Chuck Close za zdjęcie artystki Kary Walker,
zrobione skrajnie archaiczną technologią, bo
zupełnie pierwszą, od której zaczyna się historia fotografii – dagerotypią.
Nie jest jedynym, który dla oddania własnych
wizji, nieco innych niż u większości, sięga
po porzucone narzędzia. Inna przedstawicielka zamorskiego kraju, Sally Mann, aby
dziś opowiedzieć o obłędzie wojny secesyjnej, sięgnęła po technologię mokrego kolodionu, stosowaną przez fotografów tej wojny
w latach 60. XIX wieku. Jej zdjęcia ogląda
się dość przykro, każda wojna domowa jest
przecież dramatem narodu. Fotografie mają
defekty, dziwne kontrasty, dominują niemiłe
szarości. Te wszystkie efekty doskonale udaje się zrealizować przy wykorzystaniu mokrego kolodionu. Technologia ta przeżywa
renesans w Stanach Zjednoczonych, gdzie
coraz więcej fotografów realizuje portrety
o niebywałej sile wizualnej, pracując starymi
aparatami (lub ich współczesnymi kopiami)
i samemu przygotowując emulsję fotograficzną, wylewaną na szklaną płytkę tuż przed
zrobieniem zdjęcia. Po historyczne metody
sięgają też inni. Abelardo Morel, kubański
profesor fotografii działający w USA, jeździ
po świecie i zamienia odwiedzane pokoje hotelowe czy biurowe w klasyczną camerę obscurę, opisaną wieki temu przez Arystotelesa. Zalepia szczelnie okna, wszystkie szpary i otwory przepuszczające światło i zostawia małą
dziurkę w jednym z okien, by do wnętrza pomieszczenia wszedł obraz miasta. Jego zdjęcia
łączą w jednym kadrze kameralność tego, co
prywatne, z rozległością tego, co wspólne. Na
zdjęciu pojawiają się jednocześnie elementy
wnętrza i nałożone na nie elementy miasta.
Craig Barber wędruje po Ameryce Środkowej
z panoramiczną camerą obscurą i zapisuje ów
szczególny realizm magiczny tamtego regionu, wykorzystując długie czasy naświetlania,
nietypowy kadr i sepiową tonację odbitek. So
Hing Keung wykorzystał znikającego powoli
z rynku polaroidy, by opowiedzieć o rozpadającym się świecie jego dzieciństwa, jednoczącym niegdyś harmonijnie w Hong Kongu
przez 100 lat ducha Azji i Europy. Po wielkoformatowy aparat o niesztywnej konstrukcji
sięgnął Matias Gall, realizując obrazy mówiące o współczesnym świecie niczym o dziecięcym placu zabaw, gdzie powstają chwilowe
byty stawiane przy użyciu klocków lego.
Takie przykłady można mnożyć. Fotografia
wzbogaciła się o nowe, niebywale wygodne
narzędzie, ale te wcześniejsze dalej pozwalają tworzyć magiczne obrazy. Gdy wie się,
co chciałoby się powiedzieć innym przy użyciu uniwersalnego języka obrazów, może się
okazać, że narzędziem, które najlepiej odda
myśl, będzie, zdawałoby się muzealny eksponat, straszący swym skomplikowaniem
lub wizualną anachronicznością. A jednak
i te stare sprzęty ciągle mają moc tworzenia
obrazów wielkich i porywających. Bo to nie
narzędzie robi zdjęcie, ono pomaga jedynie
zmaterializować autorską wizję. Czasem
warto zrezygnować z łatwości tworzenia na
rzecz bogatszego wizualnie przekonywania.
Jeśli mamy wizję, to bez problemu znajdziemy właściwe środki, które najpełniej unaocznią odbiorcy temat i nasz do niego stosunek.
A czy będzie to popularny aparat, wyrafinowany z bajerami czy z epoki przedcyfrowej
nie ma większego znaczenia.
- Co to za zdjęcie?
- Dziewczyna na krakowskim
Kazimierzu, wieczorem, w ciepłą
lipcową noc. Zdjęcie ma „historycznie” dwie wersje. Pierwsza
opowiada o tym, co naprawdę
miało miejsce. Druga opowiada
o emocjach, jakie ono we mnie budzi teraz. Współpracowaliśmy już
ze sobą. Ona jest świadoma swojej
kobiecości, nie ma kompleksów.
Na zdjęciu nie widać tłumu, nie
ma też radiowozu policyjnego,
który zatrzymał się obok nas. Obawialiśmy się, że mogą nas zatrzymać za dosyć odważne ujęcia. Ale
oni tylko zatrzymali się i zapytali,
czy nie potrzebujemy ochrony.
- A ta druga historia?
Druga historia wiąże się z odbiorem tego zdjęcia. Przypomina mi
stare francuskie fotografie. Dla
mnie wygląda jak paryska uliczka:
piękna kobieta, w powietrzu unosi
się romans, bez eksponowania
ciała... Tutaj nie ma nagości, tak
charakterystycznej dla aktu.
- Nie eksponuje zbyt wiele.
Gdzie leży granica między
pornografią a aktem?
W głowie.
- Fotografującego?
W głowie odbiorcy. Można pokazać genitalia, nawet akt seksualny,
w sposób zupełnie niepornograficzny. Zresztą dziś zdjęcia więcej
odsłaniają niż kiedyś...
- Ich „odbiór” nieco zelżał?
Myślę, że tak. Nagość jest już niemal wszędzie.
- Planowałeś uzyskanie „efektu
francuskiej uliczki”?
Nie, wyszło całkiem spontanicznie. To było
małe przedstawienie. Efekt francuskiej uliczki pojawił się po wywołaniu. Często tak jest,
że robię zdjęcie, mam jakieś założenie, które
realizuję, ale wychodzi z tego coś zupełnie
innego, zdarza się, że znacznie lepszego.
- Czy są jakieś reguły kompozycji
zdjęć aktu?
Tu zastosowałem zasadę złotego podziału.
Najmocniejszy akcent, znajduje się w jednym ze „złotych punktów”. Horyzont jest na
jednej trzeciej. Ujęcie jest dobre, mimo że
postać jest w centrum, a więc wbrew szkolnym zakazom.
- Widzisz te wszystkie reguły,
robiąc zdjęcie?
Nie myślę wtedy świadomie o kompozycji.
- Czy kobiety chętnie się rozbierają
przed obiektywem?
Nie zdarzyło mi się, żeby kiedykolwiek kobieta odmówiła mi bycia sfotografowaną.
Myślę, że każda kobieta w głębi duszy marzy
o byciu sfotografowaną nago. Nie wszystkie
dają się ponieść, ale w ogromnej większości
chcą być fotografowane nago, chcą mieć
pamiątkę „dla wnuków”. Myślę, że z każdej
kobiety można wydobyć naturalne piękno.
- Jak można ogólnie określić akt?
Nie lubię tego słowa...
- Dlaczego?
Bo ono jest niepełne, zbyt płytkie. Nie da
się go tak łatwo zdefiniować. Jest tyle uczuć,
które określają akt. Są fotografie zimne
w sensie emocjonalnym. Są akty, które nie
pokazują wiele, a są naładowane emocjami,
nie mówię tu o emocjach seksualnych. Mogą
być prowokujące, romantyczne, one zależą
od odbiorcy.
- Na pewno warunkiem koniecznym do
zaistnienia aktu musi być zawsze osoba pozbawiona ubrania...
Niewątpliwie, chociaż bywa, że jest to jedynie fragment ciała.
- Czy myślisz, że fotografowanie kobiet
przez kobiety różni się od fotografowania ich przez mężczyzn?
Technicznie zdecydowanie tak, zwłaszcza
ze względu na „solidarność płci”. Kobiecie
łatwiej jest „obnażyć” się przed inną kobietą.
Kobieta również inaczej (przeważnie) widzi
nagość niż mężczyzna.
Maciej Macak – fotograf z Krakowa,
członek ZPAF. Studiował w School of
Visual Arts w Nowym Jorku. Specjalizuje się z fotografii mody, aktu, portretu, jedzenia. Jego fotografie można
obejrzeć na stronie: www.mcmack.net
- Wiem, że z aktem wiąże się
pewna historia...
W ogóle moja przygoda z fotografią zaczęła
się od fotografowania nagości. Ostatnia
klasa szkoły podstawowej. Wtedy było mało
możliwości do zdobycia zdjęć nagich kobiet,
nie było Internetu. Jeden z kolegów miał
ojca, który przywoził z Zachodu gazety ze
zdjęciami nagich kobiet. Wykradaliśmy te
gazetki, a ja je fotografowałem. Wtedy też
założyłem ciemnię w łazience. Moi rodzice
byli zachwyceni, że mały Maciuś ma interesujące hobby. Tak zaczęła się moja przygoda
z fotografią...
- Ale to nie były akty wykonane
przez ciebie...
Powiedzmy, że to były reprodukcje.
| 19 |
fotografia | Perły z lamusa
Wielu amatorów fotografii marzy, aby kiedyś ich
twórczość została doceniona. Wielu z nich chciałoby zarabiać na swojej miłości do robienia zdjęć.
Właśnie dla takich fotografów powstały internetowe
banki zdjęć, zwane inaczej microstockami.
Fotografowanych
ludzi nie pytał
o zgodę. Zdjęcia
wykonywał przez
dziurę w płaszczu
albo aparatem
zawiniętym
w chusteczkę,
udając, że wyciera
twarz. Pierwszy
paparazzi? Raczej
ktoś, kto za
wszelką cenę chciał
uchwycić ginący
świat, a wraz z nim
jego mieszkańców.
Nie był pewien, czy
ich ocali. Mawiał:
Czy udało mi się
uczynić tych ludzi
żyjącymi?
Przyszłość pokaże.
Microstock,
czyli „pstrykaj”
fotografie i zarabiaj
prawdziwe pieniądze
| Daniel Gałczyński
Czym jest microstock?
Jest to rynek stworzony na platformach internetowych, dzięki któremu można handlować fotografiami (zarówno sprzedawać jak
i kupować zdjęcia) na zasadzie licencji Royalty Free. Taki typ licencji cechuje się tym,
że nabywca danego zdjęcia nie jest zobowiązany informować fotografa, w jakim celu
i gdzie użyje danej fotografii. Agencje microstockowe cechują trzy rzeczy. Po pierwsze
każdy fotograf, amator bądź też profesjonalista, może umieścić swoje zbiory w agencji
microstockowej. Po drugie ceny fotografii są
relatywnie niskie do tych, z profesjonalnych
agencji fotograficznych. Po trzecie całość
przedsięwzięcia zachodzi za pomocą Internetu (fotografie umieszczane są w Internecie,
a nabywcy kupują je poprzez sieć). Agencje
microstockowe rozwinęły się przede wszystkim dzięki zmianom technologicznym na
rynku multimediów. Łatwiejsze interfejsy
nowoczesnych aparatów cyfrowych, rozwój
Internetu i, co za tym idzie, szybkiego obiegu
informacji oraz przepływu danych, a przede
wszystkim zaadoptowanie licencji Royalty
Free sprawiło, że profesjonalnemu przemysłowi fotograficznemu urósł, wbrew pozorom, potężny rywal.
Jak zacząć?
Wybór sprzętu.
Aby zostać fotografem jednej z agencji microstockowej niezbędna jest oczywiście masa
pomysłów, przynajmniej odrobina wiedzy fotograficznej i przede wszystkim sprzęt. Jako
fotograf amator, posiadający już odrobinę
doświadczenia w kwestii robienia zdjęć, muszę przychylić się do stwierdzenie, że zwykły
kompaktowy aparat cyfrowy, który można
kupić już od paru set złotych w supermarketach multimedialnych jest zdecydowanie za
słaby na tworzenie odpowiednich zdjęć. Każdy, kto myśli poważnie o zarobieniu pieniędzy
na swojej twórczości, powinien zainwestować
w górnej półki kompakty, bądź też, a raczej
przede wszystkim w lustrzankę, której koszty
obecnie są naprawdę niewielkie w porównaniu z tymi sprzed dwóch, trzech lat. Ważnym
aspektem dla agencji microstockowych jest
rozdzielczość zdjęcia, obecnie szacowana na
minimum 6 megapikseli. Jednakże trzeba
pamiętać, że im lepsza jakość, tym większa
szansa na wyższą prowizję za dane zdjęcie.
| 20 |
Co fotografować?
Zapewne niektórzy z czytelników już wspominają swoje zdjęcia z widokiem zachodzącego słońca czy też budzącej się do życia natury
po zimowym letargu. Nie mniej jednak muszę was zasmucić. Takie zdjęcia są prawdopodobnie najmniej mile widziane w bankach
zdjęć. Dlaczego? Gdyż są po prostu oklepane.
Sukces naszej działalności w świecie agencji
microstockowych zależy od urozmaiconych
pomysłów i nieszablonowych ujęć. Ustrzegając was przed pewną porażką, radzę wam, aby
nie wysyłać fotografii typu: zachód słońca,
kwiaty i temu podobne. Warto tu wspomnieć,
że nie każda fotografia, jaką wysyłamy, zostanie zaakceptowana i dodana do zbioru zdjęć
agencji. Zadajecie sobie pytanie, co w takim
razie uwiecznić swoim aparatem. Z obserwacji, jaką przeprowadziłem, najbardziej
atrakcyjnymi i pożądanymi fotografiami są
te, przedstawiające ludzi, sport, informatykę
oraz biznes.
Przygotowujemy fotkę.
Kolejnym krokiem, jaki musimy zrobić, zanim zdecydujemy się dodać nasze zdjęcia do
bazy, jest edycja i przygotowanie go. Każda
agencja microstock posiada swoje wymagania, co do zdjęć i w 99% KAŻDA z fotografii, jaką wykonamy, będzie potrzebowała
mniejszej lub większej edycji, dzięki której
spełni wymagania postawione przez banki fotografii (np. wycięcie znaków firmowych, zmiana rozmiaru zdjęcia, usuwanie
szumów, efektu czerwonych oczu itp.). Dla
konserwatywnych fotografów, nieposługujących się żadnymi programami do edycji
zdjęć, polecam najbardziej znany na rynku
Adobe Photoshop. Nie mniej jednak, jeśli
wydatek paruset złotych na oprogramowanie jest zbyt wielkim przedsięwzięciem,
oferuję zapoznanie się z darmowym programem GIMP, posiadającym imponująca jak
na bezpłatny program ilość wtyczek i możliwości edycji.
Rejestracja
Pierwszą decyzją, jaką każdy z nowo rejestrujących się powinien podjąć jest to, w ilu
agencjach chcemy umieścić swoje dzieła.
Dlaczego to pytanie? Każdy fotograf ma do
wyboru rejestracje na wyłączność dla jednej
agencji, bądź rejestracje i sprzedaż w paru
agencjach na raz. Pierwsza opcja polega na
tym, że nasze fotografie nie mogą
być sprzedawane
w innej agencji, co
za tym idzie cena za
pojedynczą fotografie rośnie. Nie mniej
jednak maksymalizacja dochodów
istnieje przeważnie
poprzez sprzedawanie swojego zbioru
fotografii w wielu
agencjach. W Internecie istnieje wiele
banków zdjęć. Do
najbardziej
znanych należą: ShutterStock, IStockPhoto (oferującą sprzedaż
na wyłączność), Fotolia czy też Dreamstime. Sama rejestracja użytkownika oparta
jest na tych samych regułach, co większość
rejestracji internetowych. Mianowicie podajemy swoje dane osobowe, dane kontaktowe, w nielicznych przypadkach potrzebne
będzie również zeskanowany dowód tożsamości. Następnym krokiem rejestracji jest
wysłanie pliku ok. 5 zdjęć, dzięki którym
dana agencja zweryfikuje nasze umiejętności i zaakceptuje naszą działalność na swoim serwerze bądź też odrzuci. Po pozytywnym przejściu procesu rejestracji jesteśmy
upoważnieni do uploadu zdjęć na serwer.
Należy pamiętać, aby jakość naszych zdjęć
nieustannie trzymała odpowiedni poziom,
gdyż ewentualne odrzucenie naszych zdjęć
przez agencję może skutkować brakiem
możliwości dalszego uploadu przez określony czas (bywa, że „ban” trwa nawet miesiąc).
Upload
Istnieje kilka sposobów umieszczania zdjęć
na serwerze banku fotografii, nie mniej jednak najbardziej popularnym jest formularz
dostępny na stronie agencji, przez który
można dodać kolejne zbiory zdjęć. Wśród
bardziej zaawansowanych użytkowników
banku zdjęć jest znany webmasterom sposób
dodawania danych – FTP. Informacje na temat konfiguracji programów obsługujących
usługę FTP (np. darmowy Total Commander) dostępne są na stronie internetowej.
Ważną rzeczą podczas dodawania zdjęć jest
ich pozycjonowanie poprzez przypisywanie
im słów kluczowych (tzw. keywords). Jest
to prosty mechanizm, którym posługują się
wszelakie internetowe wyszukiwarki. Im
więcej słów kluczowych, które opisują dane
zdjęcie, tym większa szansa, że ewentualny
klient odnajdzie nasza fotkę wpisując pewne
frazy w wyszukiwarkę zdjęć.
Czas zarobić pieniądze
Kiedy nasze fotki są gotowe i czekają na serwerach agencji microstock, nadchodzi czas
czekania na pierwsze transakcje. Z obserwacji wynika, że każdy początkowy użytkownik
banków zdjęć musi uzbroić się w cierpliwość
i badać potrzeby rynku, a co za tym idzie tworzyć kolejne zbiory fotografii potrzebnych
klientom, a z biegiem czasu jego przychody
zaczną się pojawiać i sprzedaż zacznie rosnąć.
Przeciętny użytkownik może za 100 zdjęć
zarobić około 1.000 zł miesięcznie. Najlepsi
w branży potrafią otrzymać dochody miesięczne oscylujące w granicach 40.000 zł!
Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić
wszystkich fotografów, a zwłaszcza amatorów,
do których zaliczam również swoją osobę, do
korzystania z agencji microstockowych. Jest
to świetny sposób na promocję swojej działalności, talentu i zainteresowań oraz sposób
na zarobienie kilkudziesięciu bądź też kilku,
kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie, co na
pewno uszczęśliwi każdego. Pstrykaj, wysyłaj, zarabiaj!
Publikacja zdjęć ma charakter edukacyjny
warsztat | fotografia
Wilno, wejście do synagogi 1938
Przepraszam,
czy mogę zrobić zdjęcie?
w sowieckiej. Po studiach współpracował ze
znanym biologiem Mikołajem Koltzoffem
(badali rozwój płazów wodnych), co zaowocowało wkrótce asystenturą u profesora.
Kierunek: Zachód
Roman Vishniac (Wiszniak, Wiśniak) urodził się w Pawłowsku niedaleko Sankt-Petersburga 19 sierpnia 1897 roku w czasach, kiedy carska Rosja chyliła się ku upadkowi,
a ruch rewolucyjny zaczynał po cichu
rosnąć w siłę. Pochodził z rodziny
o tradycjach żydowskich. Jego ojciec
Solomon był właścicielem największej w Rosji fabryki produkującej
parasole. Matka – Mania – była córką handlarza diamentami. Młody
Roman na swoje siódme urodziny
dostał w prezencie od babci mikroskop – tak zaczęła się jego przygoda
z mikrobiologią, a następnie z fotografią.
Jego dalsza kariera zawodowa stanęła pod
znakiem zapytania, kiedy w 1918 roku wybuchła kolejna rewolucja, a wraz z nią fala
antysemityzmu, która ogarnęła Rosję. Rodzina Vishniaców przeniosła się do Berlina,
gdzie Roman studiował sztukę azjatycką,
a później poślubił Lutę Bagg (miał z nią dwoje dzieci – Marę i Wolfa). Imał się różnych
prac, w wolnym czasie nadal studiował na
Uniwersytecie Berlińskim oraz fotografował życie ulicy. Po wyborach w 1930 roku,
kiedy partia NSDAP zdobyła drugie miejsce
w Reichstagu, antysemickie nastroje powoli
przybierały na sile. Późniejsze dojście Hitlera do władzy w 1933 roku, a następnie ustawy
norymberskie (1935) spowodowały, że życie
rodziny Vishniaców, tak jak życie innych rodzin żydowskich, stało się udręką. Niektóre
źródła podają, że podobno w czasie „kryształowej nocy” (noc z 9 na 10 listopada 1938
roku) przebrał się w mundur hitlerowca i po
kryjomu robił zdjęcia dokumentujące prześladowania Żydów: wybite szyby, palone synagogi, plądrowane cmentarze żydowskie.
Od szczegółu do ogółu
Sztetlowe życie w zaniku
| Agnieszka Juskowiak
Co wspólnego z mikroskopem ma
fotografia? Vishniac zaczął fotografować swoje mikroskopijne eksponaty (wykonał ponad 100 ujęć
badanej pod mikroskopem nogi karalucha), którymi były owady i pyłki roślin. Do 10. roku życia uczył się
w domu, później został wysłany do
prywatnej szkoły, gdzie za wybitne
wyniki otrzymał złoty medal. Babciny podarunek stał się pasją życia
Vishniaca – w 1914 roku dostał się
do prestiżowego Instytutu Szaniawskiego (dziś Uniwersytet) w Moskwie. Studiował biologię i medycynę. Służył w armii carskiej, później
Dzielnica żydowska
Gdy jego rodzina mieszkała w Niemczech,
Vishniac jeździł po Europie. W latach 19351939 z przerwami na krótkie wizyty w domu
podróżował po wschodniej jej części i fotografował życie codzienne mieszkańców.
Wykonał około szesnastu tysięcy zdjęć, które po wojnie przyniosły mu sławę. Skupił
się na fotografowaniu żydowskich dzielnic
w miastach i miasteczkach zwanych sztetlami.
W przebraniu wędrownego sklepikarza podróżował do dzielnic żydowskich w Rosji,
Polsce, Rumunii, na Litwie. Znał jidysz, co
ułatwiało mu znacznie kontakt z ludźmi.
Żeby „zdobyć” obraz społecznośći żydowskiej, jej obyczaje, życie codzienne, Vishniac
musiał się uciekać do podstępu i fotografo-
wać z ukrycia. Dlaczego? Z dwóch powodów:
po pierwsze, żaden ortodoksyjny Żyd nie dałby się sfotografować (do dziś w izraelskiej ortodoksyjnej dzielnicy Mea Szearim turysta,
który się tam zabłąka razem z aparatem, raczej nie jest mile widziany). Po drugie, aparat
był jeszcze wciąż w owych czasach czymś, podejrzanym i wywołującym niepokój. Zwłaszcza w odległych wsiach czy miasteczkach.
Vishniac fotografował więc przez chustkę do
nosa, w której ukryty był aparat, czy przez
dziurę w płaszczu. Czasem fotografował też
we wnętrzach, ukrywając aparat w mroku.
Udało mu się uchwycić niemożliwe do zarejestrowania w owych czasach sytuacje: w czasie wędrówki po pewnym sztetlu z ukrycia
sfotografował chłopców studiujących Torę
w jesziwie. Żeby fotografować Żydów warszawskich, przez miesiąc pracował jako tragarz, a w efekcie całej swojej podróży jedenaście razy lądował w więzieniu podejrzewany
o szpiegostwo.
Fotografia podstępna?
Na niektórych zdjęciach postaci patrzą
w obiektyw. Czy Vishniakowi zdarzało się,
że był demaskowany? Tego nie wiadomo,
ale wiemy, że często fotograf zagadywał
napotkanych przechodniów. Nie pracował
w zaciszu atelier. Podróżował przez góry ze
sprzętem ważącym ponad 50 kilogramów,
który nosił „na raty”. Kiedy przeniósł jedną
część sprzętu, wracał po kolejną. Zdarzało
się, że zdjęcia wywoływał nad strumykiem.
W czasie swoich wędrówek po żydowskich
wsiach poszukiwał miejskiej codzienności.
Jedynym sposobem na jej utrwalenie, a tym
samym, w kontekście późniejszej tragedii
narodu żydowskiego, jej upamiętnienie, było
fotografowanie „podstępem”.
Od teraz bezpaństwowiec
W międzyczasie odwiedzał rodzinę i wywoływał swoje negatywy. Na początku 1939 roku
żona z dziećmi przeprowadza się do Szwecji,
gdzie mieszkali jej rodzice. W 1940 roku Vishniac ląduje w Paryżu i zostaje aresztowany
przez policję. Zostaje umieszczony w obozie
Camp du Ruchard jako „bezpaństwowiec”.
Dopiero, gdy jego żonie udaje się uzyskać dla
niego wizę, cała rodzina wyjeżdża do Nowego Jorku. W Stanach nieznający zbyt dobrze
języka Vishniac ma problem ze zdobyciem
pracy. Zaczyna wykonywać portrety (m.in.
Albertowi Einsteinowi).
Chciał coś zrobić
W nadziei na zwrócenie uwagi na problem
prześladowań Żydów (nie wiadomo, czy Vishniac wiedział o eksterminacji), w 1943 roku
na Teacher’s College, Columbia University,
otwiera wystawę swoich prac poświęconych
żydowskim miasteczkom. Spośród ponad
16 tys. ujęć zachowują się jedynie dwa tysiące. Przemycone przez granicę, przechowane
przez rodzinę. 14 tysięcy fotografii przepada na zawsze. Po wojnie rozwodzi się z Lutą
i pobiera ze starą przyjaciółką rodziny
– Edith Ernst. Kilka lat później porzuca portrety na rzecz mikrofotografii. W 1947 roku
ukazuje się album z jego zdjęciami „Zaginiony świat”. W późniejszych latach poświęca
się biologii, ale nie przestaje fotografować.
W 1961 roku reżyseruje serię filmów Living
Biology poświęconych biologii, ewolucji organizmów żywych. W 1971 roku publikuje
„Building Blocks of Life” album poświęcony fotografii witamin, hormonów i białek.
W latach 70. zostaje profesorem w Pratt Institute. Resztę życia spędza na Manhattanie
– poświęca się nauczaniu fotografii i kolekcjonowaniu: figurek Buddy, chińskich arrasów i zabytkowych mikroskopów. Umiera
w roku 1990.
Niektóre źródła podają, że znał treść „Mein
Kampf”. Czy zdawał sobie sprawę, że pod
słowami „wyeliminować osoby pochodzenia
żydowskiego” krył się plan eksterminacji
sześciu milionów ludzi? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że udało mu się zachować to,
co bezpowrotnie zginęło. Zachował świat,
który do dziś przypomina ludziom to, co
bezpowrotnie utracone. Zamordowane, ale
nie zapomniane.
| 21 |
kultura | subkultura
fot. Tomasz Jelski
na mieście | kultura
Grupa Twożywo,
sztuka ulicy
|Rozmawiał Piotr Żabowski
- Pierwsze fundamentalne pytanie: jak
się poznaliście i jak powstało Twożywo? Wiem, że wasze początki to grupa
Pinokio...
Twożywo: Tak, byliśmy bardzo młodzi,
spotkaliśmy się prywatnie, wtedy był z nami
jeszcze Robert Czajka. To był pomysł na
spędzenie młodości, ale z elementami powagi. Oczywiście była tam też zabawa, radość,
ale także poczucie pewnego sensu w tym, co
chcemy robić.
- Ciekawi mnie, czy można użyć stwierdzenia, że rozpoczynaliście jako grafficiarze? Patrząc na pierwsze projekty
– choćby ten pod mostem Grota-Roweckiego w Warszawie – jeszcze jako
grupy Pinokio.
Nie, dlatego, że graffiti jest pewnym zwartym
systemem ideologiczno-programowym. To
specyficzny styl życia i forma. Po pierwsze:
ideologia tego, że robisz to sprayem, a nie
niczym innym, dalej moda, pomijając aspekt
muzyczny i światopoglądowy. Grafficiarze
mają swój własny system wartości – choć sami
twierdzą, że nie mają – własne widzenie świata. Bardzo unikają merytoryki. My staraliśmy
się przekazywać ją od początku. Merytoryka
w graffiti – albo jej nie ma, albo pojawia się
jako element dodatkowy, nieistotny. Mało kto
wie, że w Berlinie zdarzyło się kilka morderstw
na tle grafficiarskim. W pewnym momencie
dwie grupy, które nachodzą sobie na drogę, po
prostu wyciągają spluwy i strzelają do siebie.
| 22 |
- Skupmy się jednak na was – jesteście
grupą i tylko przez pryzmat grupy
chcecie być postrzegani?
Jako osoby prywatne w ogóle nie chcemy
egzystować w świecie medialnym. Tylko
jako grupa mamy coś do powiedzenia, jako
grupa coś robimy. Natomiast jako osoby
prywatne – imię, nazwisko, PESEL, data
urodzenia, pochodzenie itd. to są nieważne
sprawy. Tak zwani celebrities handlują swoją
prywatnością i to, czy ona śpi z kanarkiem,
chomikiem, krzesłem – to jej sprawa. My
wybieramy wypisanie się z tego interesu.
- W takim razie czym się zajmujecie?
Jak można nazwać ten rodzaj działalności?
Komunikacja.
- W jednym z wywiadów wasza działalność została nazwana mianem „streetart”.
To są tylko przekaźniki, media, forma tej
komunikacji.
- Znakiem rozpoznawczym Twożywa są
murale – co poza tym wykonujecie?
Tworzymy animacje, słuchowiska, plakaty,
szablony, murale, billboardy, netart. To są
tylko i wyłącznie metody. Nie skupiamy się na
jednej konkretnej. Korzystamy z tego, co jest
dostępne przy naszych możliwościach i zdolnościach. Nie przywiązujemy uwagi do tego,
że teraz np. robimy naklejki, to uważamy się
za naklejkowców. Tworzymy je dlatego, że w
ten sposób możemy się komunikować ze spo-
łeczeństwem. To, co robimy, to poruszanie pewnych problemów, a nie namawianie kogokolwiek na cokolwiek.
Nie interesuje nas przekonywanie
ludzi do jakichś konkretnych wizji
życiowych. To, jak człowiek wybiera
własną drogę, jest jego suwerenną,
ale odpowiedzialną decyzją.
ją kontynuować. Nie interesuje nas również to, aby ludzie podążali naszą ścieżką.
Pragniemy za to, żeby byli samosterowni
i wiedzieli, kim są, czego chcą oraz do tego
dochodzili, żeby znali siebie, nie dawali
się tak łatwo zmanipulować, czasami mieli
świadomość, że są częścią ławicy. Tylko
tego chcemy.
- Dlaczego tak bardzo lubicie
murale i tak często wykorzystujecie tę formę komunikacji?
Należymy do ludzi, którzy są entuzjastami murali, ponieważ mają
jedną cechę, której brakuje ikonografii współczesnej – mają znacznie
większą optykę niż reklama. Reklama bowiem w każdej swej postaci,
nawet ta społeczna, jest próbą wyciągnięcia od ciebie pieniędzy albo
decyzji – ona temu służy. Natomiast
murale robione z pobudek
artystycznych nie są tak bardzo nachalne, coś ci tam niektóre próbują
powiedzieć, ale nie musisz sięgać po
portfel, nikt nie próbuje łapać cię
za niego albo za twoje serce, abyś
sięgnął po portfel, wzbudzać
w tobie pragnienia, aby dać pieniądze albo namówić cię na konkretną
partię polityczną. Wydaje nam się,
że trochę brakuje takich bezinteresownych przekazów w przestrzeni
publicznej.
- Czy nie myśleliście o stworzeniu
własnej galerii, w której wasze
prace – dostępne na stronie
www.twozywo.art.pl – zostały pokazane razem w realnej przestrzeni
i pomieszczeniu?
W ogóle nie jesteśmy fanami galerii. Nas bardziej interesuje robienie rzeczy w przestrzeni
publicznej, a zamykanie tego w formie reprodukcji czy miniatur, to dla nas średnia przyjemność. Galeria to miejsce dla artystów.
Wykonują street-art,
nie szukają rozgłosu,
mogliby pracować
w reklamie, ale
są przeciwko niej.
- Czy sprawdzacie, jaką kondycję mają wasze murale? Boicie
się dewastacji?
Robimy dość dużo i gdybyśmy jeździli wszędzie i pilnowali każdego
muralu i szablonu – to właściwie
nie robilibyśmy nic innego. Dany
projekt tworzony jest z myślą, aby
wytrwał jak najdłużej.
- Czy trudno jest pracować
w zespole? Czy przy pracy od
tylu lat spory są nieuniknione?
W jaki sposób je rozstrzygacie?
To prawda, spory są. Po tylu latach
współpracy zdajemy sobie sprawę,
że są one jej naturalną częścią i
że negocjujemy nawzajem pewne
rozwiązania formalne czy merytoryczne. Nie jest nudno! Można
pracować pojedynczo i nie ma
problemu ze sporami, ale wtedy są
też pewne minusy. I ze względu na
owe minusy wybraliśmy pracę grupową. Prawie jak robienie piosenki
w zespole: ktoś, kto gra na perkusji,
musi się dograć z kimś, kto gra na
gitarze i jeszcze śpiewa – muszą
razem współdziałać, aby powstała
piosenka.
- Czy wzorowaliście się na
kimś?
Nie przypominamy sobie takiej
osoby, której droga byłaby dla nas
tak fascynująca, że chcielibyśmy
- Słyszałem, że nie chcieliście iść do
Akademii Sztuk Pięknych – dlaczego?
W tym, co robimy, bardzo ważne są takie
rzeczy, jak warsztat tekstowy czy merytoryczny i wiedzieliśmy, że tego nie nauczymy
się na ASP. Nie znamy szkoły, która uczyłaby
tego, czego my szukaliśmy. Warsztat nie jest
niczym aż tak skomplikowanym, czego nie
można nauczyć się samodzielnie.
- Jak się czujecie jako szczęśliwi posiadacze Paszportów „Polityki”? Czy coś
od tego czasu zmieniło się w waszym
życiu?
Jako Twożywo działamy już dziewięć lat
i – uwierz – nie robimy tego z myślą o nagrodach. Paszport „Polityki” dostaliśmy rok
temu, rozpoznawani jesteśmy od 2-3 lat
– a cały czas funkcjonujemy tak samo: tworząc, robiąc akcje – nic się przez ten czas nie
zmieniło.
- A sam fakt docenienia?
Nie mamy takiej potrzeby. Nas interesuje
bardziej czy to, co robimy, jest dobre. Bardzo
nam miło i ładnie podziękowaliśmy – to
oczywiście zawsze wyróżnienie. Jak dostawaliśmy nagrodę, byliśmy w środku wielkiego
projektu „Zaciemnienie” – robiliśmy codziennie nowy obrazek, co tydzień animację
i wtedy żyliśmy tym, a nie Paszportem „Polityki”.
- Jestem pewien, że z waszym talentem
i umiejętnościami moglibyście pracować w niejednej agencji reklamowej.
Tak było. Mariusz pracował, ale się z tego
wycofał. Mieliśmy znajomych z dawnych lat,
niestety wielu dosyć niefortunnie skończyło w
reklamie. System z urokiem wsysa najlepszych,
potem wykorzystuje i eksploatuje. Odnosimy
czasami wrażenie, że pracujemy w dwóch
różnych obozach – w reklamie robi się to,
przeciwko czemu próbujemy walczyć. A może
to po prostu dwie twarze tego samego?
- W tym roku obchodzicie dziesięciolecie pracy artystycznej jako grupa
Twożywo – czy zamierzacie jakoś to
uczcić?
Nie. To jest obyczaj, którego nie praktykujemy.
Jedni potrzebują akceptacji i wyróżnienia,
inni są zainteresowani robieniem – i my właśnie jesteśmy zainteresowani robieniem. Nie
jest nam potrzebne docenienie zewnętrzne
– owszem, ono się przydaje, otwiera pewne
możliwości. Nie znaliśmy także decyzyjnych
ludzi. To się nakręcało samo: ktoś coś zobaczył, kontaktował się z nami i tak to działało.
Projekt sam się bronił. Jeśli projekt się broni,
to wszystko się obroni.
Multikultura
Multimedialność totalnie zdominowała współczesność. Komputery,
komórki, klawiatury... wszystko musi być multi. To oznaka nowoczesności
i jakości. A jak jest w przypadku kultury? Czy jej poszczególne gałęzi
mogą przeplatać się, uzupełniać? Czy książka może traktować o filmie,
a muzyka o wierszach? Czy takie połączenie może dać dobry rezultat?
Multikultura, czyli kilka słów o przenikaniu się sztuki.
Książka nie robi „BUM”
Prace magisterskie
i doktorskie,
które ukazują
się drukiem,
rzadko są idealną lekturą na
jesienne wieczory. Książka
„Od Golema
do Terminatora”, która powstała
w oparciu o rozprawę doktorską
Magdaleny Radkowskiej-Walkowicz
jest bardzo chlubnym wyjątkiem.
„Od Golema do Terminatora” jest
poświęcona mitowi sztucznego
człowieka obecnemu od bardzo
dawna w kulturze. Autorka zabiera
nas w podróż śladami tej dziwnej
i groźnej figury od XII wieku. Wtedy
Golem po raz pierwszy pojawia się
w tekstach kabalistycznych. Podróż kończy się w XXI wieku, gdzie
sztuczny człowiek nadal straszy
w filmach science fiction jako brutalny Terminator, superkomputer
Golem z powieści Lema czy naród
zbuntowanych maszyn z „Matrixa”.
Wielkim plusem książki jest to, że,
mimo naukowego charakteru pracy,
autorka nie przytłacza czytelnika
trudno strawną teorią. Czyni to jej
książkę zrozumiałą i ciekawą nawet
dla odbiorcy, który nie przywykł do
naukowego żargonu i specyficznego stylu rozpraw naukowych.
Jest napisana świetną polszczyzną
i ma bardzo przejrzystą, logiczną
strukturę, co w sumie nie dziwi,
skoro autorka jest m.in. redaktorką
kwartalnika „op.cit”, ale w pracach
naukowych nie jest to wcale reguła. „Od Golema do Terminatora”
można polecić każdemu, kto lubi
literaturę science fiction i chciałby
się dowiedzieć czegoś więcej o jej
korzeniach. W książce znajdą coś
dla siebie i fani kina. Wśród analizowanych historii o Golemie trafimy
na klasyczne „Metropolis” Fritza
Langa czy „Gabinet doktora Caligari” albo nowoczesne „AI” Spielberga czy nieśmiertelnego „Matrixa”
braci Wachowskich. Po tę i po inne
książki z serii „Popkultura i media”
powinni sięgnąć też ci wszyscy,
którzy chcą lepiej rozumieć otaczającą kulturę i mity, jakie ją tworzą.
Ta i inne świetne książki wydawane
przez młodych polskich naukowców
mają tylko jeden problem. Na pracę
Radkowskiej-Walkowicz można
trafić tylko przypadkiem, wytrwale
grzebiąc na sklepowej półce albo
zaglądając na stronę internetową
wydawcy. Książka ma masę zalet,
włącznie z bardzo niską ceną (31 zł
za 340 stron to dużo poniżej średniej), i tragiczną promocję. Gdyby
nie to, że napisała o niej „Polityka”,
większość nakładu „Od Golema…”
pewnie skończyłoby w księgarni
z tanią książką, tak, jak ostatnio
ponad 60 tytułów krakowskiego
wydawnictwa Universitas. Lepiej by
było, żeby zamiast na nowe rakiety
czy roboty zwiadowcze rząd wydał
więcej pieniędzy na promocję książek młodych naukowców, piszących
na przykład o robotach właśnie.
Nawet, jeśli, w przeciwieństwie
do rakiet, książki nie robią „BUM”
przed kamerą.
Tymon Zimny
„Od Golema do Terminatora.
Wizerunki sztucznego
człowieka w kulturze”
Magdalena Radkowska-Wilkowicz
WAiP 2008, 340 stron
Klątwa polskiej grozy
W polskiej
kinematografii
ze świecą w
ręku można
szukać filmów
grozy. Komedie
romantyczne
oraz wielkie
produkcje historyczne to chleb powszedni dla
naszych twórców. Do tego dochodzi
kino niszowe, którego największą,
grozogenną atmosferą jest próba
wypromowania swojego dzieła.
Groza stanowi niezauważalny margines, o którym pisze w swojej
książce Paweł Rodan. Książka,
która mogłaby być doskonałym
przyczynkiem do analizy tej niszy
filmowej, zamienia się w traktat
quasi-naukowy. Stara się być
dogłębną analizą nielicznych, wyprodukowanych w Polsce filmów
grozy. Poprzedzona krótką historią
gatunku, począwszy od literackich
pierwowzorów, zarysowuje nam
kino grozy, którego w rzeczywistości
polscy reżyserzy nigdy nie posmakowali. Autor próbuje wykazać,
że nie możemy mówić o czymś
takim, jak polski horror. Polska jest
krajem, który nigdy nie stworzył
odpowiedniego gruntu dla odbioru
tego rodzaju sztuki. Horror jest
gatunkiem niskim, nieatrystycznym
w myśli reżyserów, nieprzystającym
do patetycznego charakteru polskiej
kinematografii. Rozmowy z autorami filmów, zamieszczone w drugiej
części książki tylko potęgują to
wrażenie. Nawet polski film grozy
musi być ambitny. Niestety, finalnie
nie jest ani ambitny, ani straszny.
Czy kiedyś to się zmieni? Sądząc po
krótkometrażowym „Utopcu” dołączonym do książki... niekoniecznie...
Emil Borzechowski
Paweł J. Rodan
– „Polski horror, czyli
o filmie grozy słów kilka”
Grupa audiowizualna Nemezis,
2008, 210 stron
to kolejna płyta z publikowanymi
po wielokroć utworami. Kolejnym
minusem jest cena płyty, oscylująca
w granicach 30 zł. Niewiele, jak na
płytę, jednak porównując do „Syna
Marnotrawnego”, czy „Arki Noego”,
gdzie jedna płyta kosztuje w przeliczeniu 10 zł, warto się zastanowić
nad zakupem tych albumów.
Emil Borzechowski
„Mury” Jacka Kaczmarskiego stały
się hymnem młodej Solidarności,
jakby wbrew samemu artyście.
W hołdzie jego osobie wydano „Syna
Marnotrawnego”, komplet mający
zawierać wszystkie pieśni barda.
Parę lat później wydano „Arkę
Noego” – uzupełnienie pieśni wydanych wcześniej. Wydawać by się
mogło, że wszystko, co Kaczmarski
zagrał oraz zaśpiewał, zostało
wydanie. Ale ten, kto tak myślał,
mylił się. Dwa najnowsze albumy
zawierają materiał z tras koncertowych z roku 1997. Gra i śpiew
Jacka Kaczmarskiego prezentują
się znakomicie. Niestety publiczność pozostawia wiele do życzenia.
Wcześniejsze albumy koncertowe
były grą między artystą a słuchaczami. Tutaj tego zabrakło. Część
pierwsza prezentuje piosenki z lat
1976-93, wśród których znajdują
się m.in. „Nasza Klasa”, „Krzyk”
czy „Sen Katarzyny II”. Jako bonus,
dodano listę koncertów z lat 199697, oraz ilustracje i ciekawostki
z trasy koncertowej. Część druga
zawiera materiał z płyt „Sarmatia”
i „Pochwała Łotrostwa”, z utworami
po raz pierwszy wydanymi w formie
koncertowej. Jednakże, żadna
z prezentowanych piosenek nie
może być nazwana „przełomowym
wykonaniem”. Nie jest nawet znacząco różna od wcześniej opublikowanych wersji. Oba albumy wydają
się kolejną próbą zarobienia na
artyście. Nie prezentują materiału
wybitnego w stosunku do poprzednich krążków. Pozycja z jednej
strony godna polecenia ze względu
na doskonałą dyspozycję, melodyjny
głos i niesamowitą grę Jacka Kaczmarskiego. Z drugiej jednak jest
redaktor naczelny:
Paweł H. Olek
redaktorzy:
Alicja Bobrowicz, Magdalena
Karst, Anita Kowalska
zespół redakcyjny:
Emil Borzechowski, Tomasz
Betka, Jan Dąbkowski,
Małgorzata Flejter, Agnieszka
Juskowiak, Marcin Łączyński,
Paweł Łysakiewicz, Alicja Matyja,
Magdalena Mikulska, Joanna
Maria Sawicka, Elżbieta Stryjek,
Julian Tomala, Agnieszka
Wójcińska, Wioletta Wysocka
współpraca:
Jacek Kaczmarski
Trasa Koncertowa 97 vol.1 & vol.2
Producent: Agencja Artystyczna
J.C Koncert
Ryba śpiewa
Bluesa
Odgrzewany mistrz
REDAKCJA
Gitary SDM-u
przybrały wyraźną, bluesową
barwę, która
zdominowała
najnowszy album pt.: Jednoczas.
Już poprzednia płyta (Tabletki ze
słów) zdradzała pewne muzyczne
eksperymenty, jakich dopuściła się
grupa pod przewodnictwem Krzysztofa Myszkowskiego. Jednak dopiero najnowszy album pokazał, że nie
jest to jednorazowy wybieg stylistyczny. Niemal wszystkie najnowsze utwory pobrzmiewają bluesową
nutą, obcą zespołowi przez ponad
dwadzieścia lat jego istnienia. Nie
jest to jednak wada, ale zaleta najnowszej płyty. Głos Myszkowskiego
wciąż wydaje się młody i energiczny,
a wtórujące mu dźwięki bluesa pokazują, że wokalista nie powiedział
jeszcze ostatniego słowa. Głównym
bohaterem płyty jest nieżyjący poeta, Jan Rybowicz, którego wiersze
zostały wyśpiewane i zaaranżowane
na najnowszym krążku. Pozostają
one wierne dotychczasowej tematyce lirycznej zespołu. Bóg, człowiek,
emocje. To wszystko, co może
pobudzać do głębokiej refleksji,
zawarto w najnowszych utworach
SDM-u. Jako dodatek przewidziano
płytę DVD z krótkim filmem o twórczości Rybowicza. Pozostaje tylko
pytanie – czy było warto? Czy odejście od znanej, gitarowej aranżacji
wyjdzie zespołowi na dobre? Na
pewno wniesie nieco świeżego powiewu, ale czy spodoba się wiernym
fanom? Tę kwestię należy jednak
pozostawić indywidualnej ocenie.
Emil Borzechowski
Stare Dobre Małżeństwo Jednoczas
Słowa: Jan Rybowicz
Rok wydania: 2008, © Pomaton EMI
Jan Brykczyński, Tomasz
Borowski, Urszula Ginalska,
Kasper Grubba, Tomasz Jelski,
Maria I. Szulc, Łukasz Świecki,
Bartosz Zaborowski
stały felieton:
Andrzej Zygmuntowicz
projekt graficzny i skład DTP:
Karol Grzywaczewski / [email protected]
korekta: Joanna Maria Sawicka
WYDAWCA:
Instytut Dziennikarstwa
Uniwersytetu Warszawskiego
koordynator wydawcy:
Grażyna Oblas
druk: Polskapresse Sp. z o.o.
nakład: 10 tys. egz.
adres redakcji:
PDF pismo warsztatowe
Instytutu Dziennikarstwa UW
ul. Nowy Świat 69, pok. 51
(IV piętro), 00-046 Warszawa,
tel. 022 5520293,
e-mail: [email protected]
Kolegia: każda środa godz. 18:00
Więcej tekstów w portalu
internetowym: www.redakcja24.pl
Piszesz,
fotografujesz,
interesujesz się PR?
Szukamy
współpracowników.
Kolegia redakcyjne,
każda środa godz. 18:00
Instytut Dziennikarstwa
UW, sala 51
| 23 |
Szkolenia Fundacji na rzecz Rozwoju Szkolnictwa Dziennikarskiego,
działającej przy Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.
Zarządzanie sytuacjami kryzysowymi
Zarządzanie sytuacjami kryzysowymi
– 17-18 października 2008 roku
- 21-22 listopada 2008 roku
Warsztaty fotoreportażu
Zarządzanie sytuacjami kryzysowymi
– 22 października-3 grudnia 2008 roku
– 5-6 grudnia 2008 roku
Redagowanie tekstów prasowych i naukowych
Redagowanie tekstów prasowych i naukowych
– 24-26 października 2008 roku – etap zaawansowany
– 12-14 grudnia 2008 roku – etap zaawansowany
NLP (moduł I i II) – 24-25 października 2008 roku
NLP (moduł I i II) – 13-14 grudnia 2008 roku
Redagowanie czasopism i książek
NLP (moduł I i II) – 24-25 stycznia 2009 roku
- 15-16 i 29 listopada 2008 roku - etap podstawowy
Redagowanie czasopism i książek
Kurs prawa prasowego - 15 listopada 2008 roku
- 24-25 i 31 stycznia 2009 roku - etap podstawowy
Patronat medialny:
Patronat branżowy:

Podobne dokumenty