nr 14 - PDF Pismo Studenckie PDF

Komentarze

Transkrypt

nr 14 - PDF Pismo Studenckie PDF
www.redakcja24.pl
w środku
kalendarz
uniwersytecki
2009
styczeń nr 1 (14)/2009 • ISSN 1898-3480 • egzemplarz bezpłatny
pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
a
z
c
i
l
b
o
a
w
d
w
ó
i
d
e
m
Naczelna strona
Nadzieja
REDAKCJA
redaktor naczelny:
Paweł H. Olek
redaktorzy:
Alicja Bobrowicz, Anita Krajewska
zespół redakcyjny:
Emil Borzechowski, Tomasz Betka,
Agnieszka Juskowiak, Marcin Kasprzak,
Paweł Łysakiewicz, Iwona Pawlak,
Joanna Maria Sawicka, Elżbieta Stryjek,
Julian Tomala, Agnieszka Wójcińska,
Wioletta Wysocka
współpraca:
Jan Brykczyński, Tomasz Jelski,
Maria I. Szulc, Bartosz Zaborowski
stały felieton:
Andrzej Zygmuntowicz
projekt graficzny, okładka i skład DTP:
Karol Grzywaczewski / [email protected]
korekta: Joanna Maria Sawicka
WYDAWCA:
Instytut Dziennikarstwa
Uniwersytetu Warszawskiego
koordynator wydawcy: Grażyna Oblas
druk: Polskapresse Sp. z o.o.
nakład: 7 tys. egz.
adres redakcji:
PDF pismo warsztatowe
Instytutu Dziennikarstwa UW
ul. Nowy Świat 69, pok. 51
(IV piętro), 00-046 Warszawa,
tel. 022 5520293,
e-mail: [email protected]
Kolegia: każda środa godz. 19:00 sala 27
Więcej tekstów w portalu
internetowym: www.redakcja24.pl
Piszesz,
fotografujesz,
interesujesz się PR?
Szukamy
współpracowników.
Kolegia redakcyjne,
każda środa godz. 19:00
Instytut Dziennikarstwa
UW, sala 27
| 02 |
w narodzie
Jest potrzeba złapania złodzieja?
„Złapano” – informuje tabloid
czytelnika w porannym kursie
autobusu linii 145 na warszawski Żerań. „Płacimy urzędasom
pensje z naszych podatków, a oni
załatwiają prywatę” – każdy się
oburzy w tak słusznej sprawie.
Fakt i Super Express budzą emocje,
na jakie czeka społeczeństwo.
Liczyliśmy jednak, że jak inne
zjawiska medialne będą ewoluować, może nawet naród zmęczy
się emocjami na nieustannym,
wysokim „C”. Adrenalina opadnie,
sensację przeżuje, i zapragnie
spokoju. Tymczasem tabloid
zdobył czytelników i wyznaczył
– o zgrozo - standardy dyskursu
publicznego.
Ale naród stworzył zjawisko równoległe do tabloidów - specjalizacja tematyczna mediów. Powstają
kanały czy czasopisma (niestety
rzadziej stacje radiowe, choćby
w internecie) na konkretny temat.
Specjaliści rynku reklamowego
oddali nawet ubiegły rok telewizyjnym kanałom tematycznym - TVN 24, Comedy Central,
Discovery Channel.
Choć reklama omija specjalistyczne pisma, to Krytyka
Polityczna przymierza się do
przekształcenia w miesięcznik. Reaktywowana Respublica
Nowa jako samodzielny byt (po
zamknięciu tytułu przez Spółdzielnię Polityka) wydała właśnie
trzeci numer. Byłe środowisko
Frondy wzmacnia prawy filar
czasopism ideowych i wydało 300-stronicowy pierwszy
numer Czterdzieści i cztery. Pismo
apokaliptyczne. Nauki społeczne
niezmiennie popularne. Do filozoficznego kwartalnika Kronos dołączył Mêleé. Antropolodzy stworzyli konkurencję dla Op:cit. Gdy
ten kwartalnik wydał 50. numer,
krakowskie środowisko wznowiło
po kilku latach Barbarzyńcę.
Utrzymują się z dotacji Ministerstwa Kultury, instytucji lokalnych
lub środków prywatnych. Wszystkie jednak nie są jednorazowymi
przedsięwzięciami i znajdują
odbiorców dla swoich kilkutysięcznych sztuk nakładu.
Rok temu gruchnęła informacja
– tabloidy się kończą. Społeczeństwo zachodnioeuropejskie rzekomo zmęczyło się nimi. Raczej
to plotka (ten format istnieje jednak od 100 lat), ale może naród
polski – patrząc na uginające się
półki Empiku - będzie oczekiwał
więcej niż informacji o złodzieju
czy urzędniku wynagradzanym
„z naszych podatków”?
Paweł H. Olek
redaktor naczelny
Krótka radość
| Anita Krajewska
Miłość ta sama jak
za dawnych lat
Jakiś czas przed tym, jak powstała Wielka
Orkiestra Świątecznej Pomocy, jeden z jej
założycieli, prof. Bogdan Maruszewski,
szef kliniki kardiochirurgii w Centrum
Zdrowia Dziecka, dostał w Wielkiej Brytanii radę, jak zabrać się za zbieranie pieniędzy na leczenie dzieci. – Trzeba zdobyć
media i zaangażować je po stronie lekarzy
i pacjentów – usłyszał w Londynie polski
kardiochirurg.
I rzeczywiście, WOŚP współpracę
z mediami wypracowała do perfekcji.
Finały są pokazywane już dwóch stacjach – TVP i TVN. Każdym posunięciem fundacji interesuje się prasa, a jeżeli
Owsiak organizuje konferencję prasową,
to zawsze jest cytowany w mediach wszelkiej maści. Jaka inna fundacja mogłaby liczyć na to, że pierwsze strony gazet zajmie
sprawa jej trudności ze zdobyciem pozwolenia od MSWiA na zbiórkę i wszystkie tytuły będą cisnąć na resort, żeby przyspieszył sprawę? Kto inny może powiedzieć
na antenie w prime timie o kimkolwiek,
że jest ch…? Owsiak może i nie ma z tego
powodu wcale afery. A przecież nietrudno
Publiczna kompromitacja
Nawet gdyby zabrakło tych 38 minut, i tak
na pewno by się udało. Pewnie udałoby się
nawet i wtedy, gdyby TVP chciała uciąć
Orkiestrze jeszcze więcej czasu antenowego z transmisji XVII Finału. Tylko po
co ta cała awantura, po co główny organizator całej akcji na tydzień przed
finałem ma marnować czas na jałowe
dyskusje z zarządem TVP, zamiast
zająć się samą zbiórką? Po co publiczna wymiana zdań pomiędzy Owsiakiem
a dyrektorem TVP2, w której ze strony
tego drugiego padają słowa typu „Jestem
zażenowany poziomem tej dyskusji”?
Chyba tylko po to, żeby telewizja publiczna straciła wiele z i tak już nadwątlonego
zaufania widzów i musiała z podkulonym
ogonem z całego pomysłu się wycofywać,
zwracając nawet z nawiązką (bo 40 min.)
czas zabrany Orkiestrze.
Podczas konferencji podsumowującej
XVII Finał Jurek Owsiak powiedział, że
zależy mu na tym, żeby w przyszłym roku
do finału włączyła się też telewizja Polsat.
– W studiu na Woronicza jest głośno
i zabawowo, pozostałe stacje stwarzałyby możliwość szerszego przedstawienia celu Finału – tłumaczył Owsiak.
Jestem pewna, że i to uda się Orkiestrze
zrealizować, by nie musiała się po raz kolejny ciągać z telewizją publiczną – o zgrozo – utrzymywaną z naszych pieniędzy.
Z tą samą telewizją, której byli i obecni
szefowie prawie zapomnieli o finale, tak
pochłonięci walką o stołki dla siebie i partyjnych kolegów.
Okiem studenta
| Mateusz Wiśniewski
G
rupa Eurozet skapitulowała
zlikwidowała niektóre sieci
radia Planeta FM, pojawiając się
z nowym, miejmy nadzieję trafionym, formatem – Chillizet. Eurozet
po raz kolejny nie zdołał zadowolić
swoich słuchaczy z powodu chronicznego problemu z utrzymaniem
obecnych odbiorców, nie mówiąc już
o próbie zainteresowania i przyciągnięcia do siebie nowych. Początkowo Rozgłośnia Harcerska, następnie
Radiostacja i w końcu Planeta FM
i zgodnie z powyższą hierarchią
– klapa. Po czym na chwilę pod kierownictwem Pawła Sity i Grzegorza
Hoffmanna nastąpiły dobre czasy, by
po pozbyciu się sporej części pracowników popaść w marazm za sprawą
Piotra Metza. Postępująca komer-
Bogdana Rymanowskiego
wyobrazić sobie tę samą sytuację, tylko już
z udziałem Rady Etyki Mediów i wszelkich
obrońców moralności, którzy w obronie
czystości słowa całym sercem we wszystkich kanałach telewizyjnych wypowiadaliby się na ten temat.
Ci, którzy kibicują Orkiestrze (i nie mam
tu na myśli dziennikarzy) bali się, że media przed XVII finałem zbyt dużo miejsca
poświęciły spekulacjom, jaki wpływ na
zbiórkę będzie miał kryzys gospodarczy. Przyznam, że sama niepokoiłam
się, że teksty o kryzysie staną się samospełniającą przepowiednią. Odetchnęłam w dniu Finału, gdy zobaczyłam,
z jakim zaangażowaniem media obsługują
tę zbiórkę. Znów było wyjątkowo, wzruszająco i spontanicznie. Redakcje na ostatniej prostej opamiętały się i zamiast wmawiać fundacji kryzys, zrobiły wszystko, by
po raz kolejny padł rekord.
I znów będzie tak, że dzięki WOŚP kolejna
dziedzina medycyny (tym razem onkologia dziecięca) osiągnie najwyższe światowe
standardy, jak miało to miejsce z kardiochirurgią.
Kolejna klapa
cjalizacja nie pomogła w zwiększaniu słuchalności. Oto powstała Planeta FM, czyli ta sama
załoga, ta sama zawartość i inna nazwa stacji.
Miszmasz wszystkich gatunków, najczęściej
tych dolnolotnych, pozwolił wielu specjalistom
pokazać swoim uczniom idealny przykład na
to, jak radia nie należy robić. Przypadkowość
wszystkiego w tej firmie pozwoliła się cieszyć
stacjom RMF Maxxx i Esce, zagarniającym
słuchaczy Planety FM. Nie próbowano nawet
ratować się reklamą, oddano
słuchaczy na
tacy, ku uciesze
kon kurencji.
Tak można zepsuć radio, patrzcie, a może
lepiej słuchajcie
i uczcie się. 
fot. Karol Piechocki/Press
Zamiast wstępniaka
dziennikarstwo | Dziennikarz roku 2008
Z tegorocznej nagrody Grand Press dla mediów pożytek mógłby być znacznie większy
niż w latach ubiegłych, bo tym razem dziennikarze na własne życzenie zafundowali
swojemu środowisku rachunek sumienia. Mógłby, gdyby szedł w parze z żalem
za grzechy. Na razie jednak chętnych do posypania głowy popiołem nie widać.
| Anita Krajewska
K
rótka była radość Bogdana Rymanowskiego. Z prestiżowego
tytułu Dziennikarza Roku cieszył
się raptem kilka godzin. Później
nastąpił atak. Przewidując reakcję
środowiska, swój komentarz do tegorocznego plebiscytu na Dziennikarza Roku popełnił Piotr Pacewicz,
wicenaczelny Gazety Wyborczej.
– A niech tam. Narażę się na zarzut,
że przemawia przeze mnie zawiść
mediów drukowanych wobec elektronicznych. Niech mnie oskarżą
o zwykłą zazdrość czy o starczy
konserwatyzm, niech mi zarzucą
złe wychowanie, że krytykuję Szanownego Laureata, którym wszyscy
się nasładzają, że błyskotliwy, że
pracowity, że kulturalny, że świetny,
że to i że tamto – napisał Pacewicz,
nie zostawiając w dalszych akapitach suchej nitki na Rymanowskim,
zwanym przez siebie „Niedziennikarzem Roku”. Zdaniem redaktora
Gazety Rymanowski nie ma niczego
do przekazania Polakom, a karierę
robi na wzajemnym napuszczaniu
na siebie polityków, którzy chętnie
w tę konwencję wchodzą, choćby podczas Magazynu 24 godziny
w TVN 24. Co innego media dru-
kowane, którym – według Pacewicza – wciąż o coś chodzi. Wszystkie
nagrody za konkretne osiągnięcia
zgarnęli jak co roku dziennikarze
prasowi z kilku tytułów. To oni, to
my potrafimy odsłonić opinii publicznej to, co przed nią skrywane,
np. przypadek molestowania seksualnego przez księdza. To my dostarczamy bulwersującego newsa,
opisując piekło domów starców. To
my przykuwamy czytelnika do lektury reportażu o losie sportsmenek
w NRD, dajemy do myślenia wywiadem z Jürgenem Habermasem. To
my wytykamy Polakom, że współtworzą segregację w szkołach.
Takiej dyskusji o kondycji środowiska dziennikarskiego, jak właśnie
po komentarzu Pacewicza, w polskich mediach nie było już dawno.
Najpierw w obronie Rymanowskiego głos zabrali poprzedni laureaci
Plebiscytu miesięcznika Press. Słowa redaktora Wyborczej uznali za
brak szacunku na nagrodzonego
i samej nagrody. Jednocześnie przyznali jednak, że dyskusja o kondycji
mediów jest niezbędna. Wewnętrzne podziały i upolitycznienie to dwa
największe grzechy mediów – uznały tuzy dziennikarstwa. Podziały?
Jak najbardziej – z taką tezą włączył
się do dyskusji jeszcze jeden autor
GW, Adam Wajrak. – A co mnie
łączy z „dziennikarzem”, którego
jedyna umiejętność polega na podtykaniu pod nos mikrofonu? Czy ja
chcę mieć coś wspólnego z pracownikami gazety, która opisuje, jak
wieloryb wpłynął Wisłą do Warszawy, pokonując wcześniej zaporę
we Włocławku? W życiu. W nosie
mam taką jedność – napisał. Za to
w obronie Rymanowskiego, czy raczej przeciw Gazecie Wyborczej, wystąpił Paweł Siennicki z dziennika
Polska, który tekst Pacewicza uznał
za odwet na TVN za film Trzech
kumpli, czyli historię zatrudnionego
przez lata w GW Lesława Maleszki.
W dziennikarskim tyglu gotowało
się tak ponad tydzień, smaczku dodawał fakt, że od razu po publikacji
Pacewicza TVN 24 na jeden dzień
przestała pokazywać na antenie
dziennikarzy z Agory. Kiedy emocje
opadły, publicyści z GW znów mogli
wchodzić do studia TVN-u.
Czy dziennikarze wyciągnęli jakąkolwiek lekcję z całego zamieszania
wokół Rymanowskiego? Najbliżej
był chyba Jacek Żakowski, który
na łamach Polityki pochylił się nad
argumentami wszystkich dyskutantów i stworzył listę głównych
grzechów polskich dziennikarzy.
Grzech pierwszy: media tabloidyzują się i schlebiają najpowszechniejszym gustom. Grzech drugi:
redakcyjnymi wyborami rządzą
słupki oglądalności, czytelnictwa
i udziału w rynku reklamy. Grzech
trzeci: środowisko jest bierne, rozbite i zazdrosne o sukcesy kolegów
po fachu. Grzech czwarty: dziennikarze odrzucili kodeks etyczny, którego miejsce zajęło dbanie o własną
karierę i sukces redakcji. Grzech
piąty i zarazem największy: nikt nie
zrobił nic, by temu zapobiec.
Rachunek sumienia dokonany
przez Dziennikarza Roku 1997
mógłby przyczynić się do uzdrowienia atmosfery w medialnym światku. Jednak po tym tekście wszystko
jakoś dziwnie ucichło, nikt już oliwy do grandpressowego ognia nie
dolewa. Czyżby dziennikarzom nie
spodobały się wypomniane przez
publicystę Polityki grzechy i udają,
że tematu nie ma? Może. Jest jednak jeszcze jeden trop – Jacek Żakowski pod swoim tekstem podał
adres skrzynki mailowej dla osób,
które chcą wziąć udział w dyskusji o
kondycji polskiego dziennikarstwa.
Może po prostu debata przeniosła
się na maile? 
List Otwarty
Laureatów Tytułu
Dziennikarz Roku
Organizowany przez miesięcznik
Press ogólnopolski, międzyredakcyjny plebiscyt na Dziennikarza
Roku ma dwanaście lat. Jego wyniki nieraz były przez część naszego
środowiska krytykowane, kontestowane, a nawet kwestionowane.
Każdy z nas – w poprzednich
latach wybranych na Dziennikarza Roku – zdaje sobie sprawę, że
zaszczytne zdobycie największej
liczby głosów biorących udział
redakcji nie oznacza ani uznania
całego środowiska, ani patentu na
profesjonalną doskonałość. Nigdy
dotąd nie doszło jednak do tak
otwartych, emocjonalnych, publicznych kontrowersji.
Zdajemy sobie sprawę, że temperatura tegorocznych dyskusji
związana jest z narastającym
jakościowym kryzysem polskich
mediów, z emocjami politycznymi
ostatnich lat i z głębokimi podziałami w naszym środowisku. Nie
przymykamy oczu na te problemy.
Widzimy potrzebę dyskusji i szukania środków zaradczych.
Zgadzamy się z niektórymi krytycznymi uwagami Piotra Pacewicza
pod adresem polskiego dziennikarstwa. Tym bardziej jednak nie
akceptujemy arbitralnego tonu,
stylu i języka jego komentarza do
tegorocznego werdyktu środowiska.
Komentarza, który uderzając nie
tylko w tegorocznego laureata, ale
także we wszystkich, którzy swój
głos oddali na Bogdana Rymanowskiego, spowodował szkodliwe
reakcje. Apelujemy o szacunek dla
werdyktu środowiska, nawet jeżeli
nie wszyscy się z nim identyfikujemy, i o poważną rozmowę na temat
naszej pracy.
Należymy do różnych szkół dziennikarstwa i nurtów warsztatowych.
Mamy sobie samym i naszym
kolegom wiele do zarzucenia.
Ale nagroda Grand Press ma dla
naszego podzielonego środowiska
szczególne znaczenie. Jest wartością, której nie powinniśmy utracić.
Bo poza nią nie mamy wielu wspólnych, łączących nas instytucji, na
których moglibyśmy coś lepszego
budować.
Zamiast kwestionować nawzajem
swoje kompetencje, zastanówmy
się, co wspólnie możemy zrobić,
żeby nasza praca mogła lepiej służyć odbiorcom. Bo w ostatecznym
rachunku to oni płacą cenę
za nasze słabości.
Podpisali:
Jacek Żakowski, Dziennikarz Roku 1997
Monika Olejnik, Dziennikarz Roku 1998
Kamil Durczok, Dziennikarz Roku 2000
Janina Paradowska, Dziennikarz Roku 2002
Anna Marszałek, Dziennikarz Roku 2003
Justyna Pochanke, Dziennikarz Roku 2005
Andrzej Morozowski, Dziennikarz Roku 2006
Tomasz Sekielski, Dziennikarz Roku 2006
| 03 |
Dwa oblicza
mediów
Tabloidyzacja wyznacza reguły gry na medialnym boisku. Nowym zasadom
podporządkowały się nawet media z wyższej ligi. Czy zacieranie się granicy między
rzeczywistością a telenowelą może doprowadzić do medialnej schizofrenii?
| Tomasz Betka, współpraca Elżbieta Stryjek
„Oglądalności nie nabija się sądami mądrymi i wyważonymi, tylko podgrzewaniem
emocji. Jeśli trzeba co drugi dzień ogłaszać
koniec świata, to trzeba” – myśl Rafała Ziemkiewicza dość dobrze ilustruje sytuację na
polskim rynku medialnym. Artur Boruc
z kuflem piwa zawsze będzie dla tabloidu tematem na okładkę i nikogo to specjalnie nie
dziwi. Tym bardziej, że poważne dzienniki
przez cały tydzień zastanawiają się na pierwszych stronach, którym samolotem prezydent Kaczyński poleci do Brukseli. O decyzjach unijnego szczytu czytelnik dowiaduje
się dopiero z dalszych stron gazet.
Są jednak odbiorcy, dla których podniebna podróż głowy państwa nie jest najciekawszym tematem, a oglądanie premiera
w objęciach Dody najlepszą formą rozrywki.
Tacy czytelnicy również nie powinni mieć
problemów ze znalezieniem dla siebie odpowiedniego tytułu, a bogata oferta prasy społeczno-kulturalnej jest dowodem na to, że tabloidyzacja mediów dokonuje się równolegle
ze zjawiskiem zupełnie odwrotnym. Z czego
wynika ten paradoks?
Kołakowski to nie showman
Popularność tabloidów nie jest wyłącznie
polską specyfiką. Niemiecki Bild osiąga
blisko czteromilionową sprzedaż, a brytyjski The Sun regularnie przekracza granicę
trzech i pół miliona egzemplarzy. Rozrywkowe programy telewizyjne biją rekordy
popularności nie tylko w naszym kraju,
ale również w państwach, których systemy
medialne są określane jako wzorcowe. Skąd
bierze się taka popularność form tabloidowych?
– Tabloid jest przedsięwzięciem rynkowym.
To forma narracji, która ma dostarczyć silnych emocji i podać bardzo uproszczony
obraz świata – wyjaśnia medioznawca Maciej Mrozowski. – Tabloid odwołuje się do
odwiecznych stereotypów – walki dobra ze
złem, walki bogatych z biednymi i do innych
spiskowych teorii dziejów. Takie tematy
sprzedają się dobrze, zatem tabloid sprzyja
rywalizacji rynkowej – dodaje.
Zdaniem redaktora naczelnego Super Expressu, Sławomira Jastrzębowskiego, prasa sensacyjna wychodzi także naprzeciw oczeki-
| 04 |
waniom czytelnika. – Tabloidy dają szybkie
informacje i emocje, których ludzie potrzebują. Emocje różnego rodzaju – od miłości
i odrazy po te lifestylowe i pudelkowe – uważa
Jastrzębowski. Zwraca jednak uwagę na jeszcze jeden aspekt. – Czytelnik tabloidu sięga
po gazetę, aby otrzymać informację w atrakcyjnym opakowaniu, z dobrymi zdjęciami
i tytułami, które biorą czyjąś stronę i nie są
do końca obiektywne. Ale nie są obiektywne
w przekonaniu, że dana informacja powinna być właśnie tak pokazana. Aby poseł czy
minister zrozumiał swój błąd i nie pojechał
więcej służbowym samochodem na prywatne spotkanie – podkreśla redaktor.
W jakim celu sięga zatem po swój tytuł czytelnik gazety poważnej? Permanentny spadek sprzedaży prasy drukowanej, zwłaszcza
tej opiniotwórczej, powoduje przenikanie
wzorców tabloidowych do gazet, które tabloidowe nie są. Roznegliżowana kanclerz
Merkel na okładce tygodnika Wprost czy
opisanie historii zgwałconej czternastolatki przez Gazetę Wyborczą wzbudziły wątpliwości środowisk eksperckich i dziennikarskich. – Prasa opinii zwróciła uwagę na
sukces tabloidów i podjęła nieudolną próbę
walki o czytelnika za pomocą cudzych metod – przekonuje Marek Kolewski, sekretarz
redakcji Faktu. – Przede wszystkim jest to
nieuczciwe wobec czytelnika, który sięga po
określony tytuł, a otrzymuje zupełnie coś
innego – zaznacza Kolewski. Sławomir Jastrzębowski widzi problem inaczej. – Trudno powiedzieć, co jest dzisiaj tabloidowe.
Gazeta Wyborcza pozostaje gazetą poważną,
redagowaną w świetny sposób – twierdzi.
– Ale jest też tabloidowa w takim sensie, że
pokazuje pewien sposób widzenia świata,
chce, aby czytelnik zobaczył, jak redakcja
oceniła pewną sytuację. Przekazuje odbiorcy
swoje spojrzenie na rzeczywistość – dodaje.
Obecność form tabloidowych w mediach poważnych krytycznie ocenia również profesor
i medioznawca Tadeusz Kowalski. – Uważam, że każdy powinien robić to, co potrafi
najlepiej. Gwiazdy tańczące na lodzie mogą
nie razić w telewizji komercyjnej, ale źle
wyglądają w telewizji publicznej – twierdzi
profesor. – Naukowiec występujący w prymitywnym show wygląda równie źle, jak
uczestnik takiego show wykładający na uczelni. Profesor Kołakowski
może wygłosić fantastyczny wykład
i ciekawie opowiedzieć o filozofii,
ale nie nadaje się showmana i całe
szczęście, że nigdy nie próbuje nim
być – dodaje medioznawca.
Pseudofakty
bez znaczenia
Sensacyjność i pogoń za newsem
pociąga za sobą nadużycia w sztuce
dziennikarskiej i naruszanie prywatności. Sławomir Jastrzębowski
twierdzi, że dobry news i dobre
zdjęcie na pierwszej stronie mogą
podnieść jednorazowy nakład pisma nawet o kilkadziesiąt procent.
Stawka jest więc wysoka. Nie oznacza to jednak, że przestało istnieć
medialne tabu. – Nie chcemy epatować krwią i śmiercią. Granica
etyki zawodowej jest przekraczana,
gdy autor nie liczy się z konsekwencjami, jakie może ponieść bohater
jego tekstu – podkreśla Marek Kolewski. A Sławomir Jastrzębowski
Niemiecki Bild osiąga
czteromilionową sprzedaż,
a brytyjski The Sun trzy i pół
miliona egzemplarzy. Paryska
Kultura miała bardzo niewielki
nakład. W tym samym czasie
Trybuna Ludu przekraczała
milion egzemplarzy.
Kto dziś o niej pamięta?
dodaje: – Mam informację o znanych ludziach, którzy są nosicielami
HIV-a, ale dopóki oni nie będą
chcieli o tym rozmawiać, Super
Express nie będzie o tym pisać.
Natomiast uważa, że zdjęcie nagiej
Steczkowskiej na plaży można opublikować, ponieważ nie była na zamkniętej plaży i każdy mógł ją zobaczyć. – Gdyby leżała przed swoim
domem, to zdjęcie by się nie ukazało
– zwraca uwagę Jastrzębowski.
dziennikarstwo | Przyszłość mediów
Elementy sensacyjne pojawiły się również
w telewizyjnych programach publicystycznych. Szeroką dyskusję wywołał jeden z ostatnich odcinków Teraz my. Tomasz Sekielski
i Andrzej Morozowski pokazali w nim dokumenty, z których wynikało, że minister
Drzewiecki trafił kiedyś do amerykańskiego
aresztu za rzekome pobicie żony. Drzewieccy
zgodnie określili incydent jako nieporozumienie, a w sylwestrową noc sprzeczali się jedynie
o to, kto pierwszy zadzwoni do dzieci z życzeniami. Autorzy Teraz my tłumaczyli, że ich
celem nie było robienie sensacji z prywatnych
spraw ministra, ale to, że zeznał pod przysięgą, że nigdy nie był zatrzymany przez policję.
Nie przekonało to jednak wszystkich telewidzów i ekspertów, a dziennikarzom zarzucano
sprowadzenie swojego programu do poziomu
brukowca. Problem został również zauważony przez Radę Etyki Mediów. – Wierzę, że autorzy chcieli pokazać, że minister Drzewiecki
publicznie mówił nieprawdę. Rada zakłada
dobre intencje. Program został jednak zdominowany przez prywatny incydent bez większego znaczenia. Warsztatowo nie wyglądało
to dobrze – przyznaje Magdalena Bajer, przewodnicząca Rady Etyki Mediów.
Należy jednak zwrócić uwagę, że program
Sekielskiego i Morozowskiego wywołał nie
tylko falę krytyki, ale przyciągnął przed
telewizory rekordową liczbę widzów. Widać zatem wyraźnie, że odbiorcy oglądają
najchętniej to, co sami krytykują. Politycy
obrażają się na dziennikarzy za pokazywanie sensacji, ale przecież sami te sensacje
tworzą i wykorzystują. W takim razie, kto
naprawdę odpowiada za tabloidyzację publicystyki telewizyjnej?
– Wszyscy – przekonuje profesor Mrozowski. – Tabloidyzacja jest częścią szerszego
zjawiska społecznego, polegającego na konsumpcyjnym stylu życia. Czasem atmosfera wokół programu jest ważniejsza od
jego zawartości. Przeważają pseudofakty
bez żadnego znaczenia z punktu widzenia
problemów społecznych. Politycy ciągle się
kłócą, bo media to pokazują, a ludziom się
to podoba. Gdyby politycy nic na tym nie
zyskiwali, to przestaliby na siebie krzyczeć
– uważa profesor.
Błędne koło
Silna konkurencja, a także zwykła ekonomia
zmusiły prasę poważną do podjęcia działań
mających na celu unowocześnienie gazet.
Z rynku zniknęły ostatnie tytuły o dużym
formacie. Rzeczpospolita i Tygodnik Powszechny zdecydowały się na zmianę swojego wyglądu. – Tygodnik zmienił format na
mniejszy – z czym nosił się przynajmniej
od kilku lat – bo taka była konieczność,
również ekonomiczna i promocyjna. Nie
zmieniliśmy jednak wymagań wobec treści
pisma – muszą być one na bardzo wysokim
poziomie. Unowocześnienie formy tylko
nam w tym pomogło – wyjaśnia Dariusz
Jaworski, zastępca redaktora naczelnego
Tygodnika Powszechnego. Jaworski podkreśla także efekty przeprowadzonych zmian.
– W ciągu roku zwiększyliśmy sprzedaż
o około 11 proc. Warto to podkreślić, bo
przecież na rynku prasy są bardzo duże
spadki sprzedaży. Powtarzam jednak: Tygodnik jest kupowany ze względu na jego treść,
a nowocześniejsza forma ma tylko pomóc
w przyjemniejszym jej przyswojeniu – tłumaczy Jaworski.
Innym sposobem na zwiększenie nakładu
pisma stał się gadżet. W ciągu ostatnich
lat do prasy dołączano już prawie wszystko. – Tabloidyzacja to proces dotyczący
zawartości gazet w ich części dziennikarsko-redakcyjnej. Natomiast gadżet dotyczy
marketingu określonego produktu. Stwarza
on sytuację, w której medium staje się torbą
na zakupy czy też opakowaniem, do którego
fot. tvn24.pl
Przyszłość mediów | dziennikarstwo
Złodziej lepszy niż dziennikarz
Maciej Rybiński, felietonista i komentator polityczny, postrzega tabloidyzację mediów
przez pryzmat tabloidyzacji całego życia publicznego. Zdaniem Rybińskiego postawa
mediów jest skutkiem tego, co dzieje się wokół nich, a głównym problemem pozostaje
zbyt bliska symbioza dziennikarzy i polityków. – W TVN 24 politycy godzinami recenzują
sami siebie. To tak, jakby reżyser recenzował własną sztukę teatralną. Tabloidyzują
się politycy, a nie media – przekonuje Rybiński. Publicysta zwraca też uwagę na
bezpodstawną krytykę dziennikarzy i oskarżenia wysuwane pod ich adresem.
– Ostatnio powiedziałem znajomemu, że chyba muszę napisać w swoim felietonie,
że nie życzę sobie, aby tytułowano mnie redaktorem. Wolę już, aby nazywano mnie
dziwką i złodziejem, bo dzisiaj są to określenie mniej obraźliwe – podsumowuje.
wrzuca się dodatkowe przedmioty – uważa
profesor Kowalski. Powstaje jednak pytanie,
czy poważna prasa powinna proponować
odbiorcy niepoważne dodatki. – Wyborczej
nie wypada dodawać noży kuchennych.
Oferowała ona jednak także dobre książki,
filmy, unikalne seriale. Natomiast zupełnie
skandaliczne jest to, co zrobił niemiecki
Focus. Magazyn zaoferował czytelnikom zabawkę w postaci Chrystusa, którego można
było przypiąć do lodówki i ubierać w różne
stroje – w strój hawajski czy w bikini. To
przykład wyjątkowej wulgarności i prostactwa – ocenia profesor. Jego zdaniem polityka gadżetowa doprowadziła do powstania
błędnego koła, w którym tytuł bez dodatku
był postrzegany gorzej.
Młodzi gniewni
Czy w epoce pogoni za informacją, epoce
kampanii reklamowych liczonych w milionach, jest miejsce dla prasy społeczno-kulturalnej i literackiej? Grzegorz Górny, redaktor
naczelny Frondy, odpowiada na to pytanie
twierdząco. – Nie musimy reagować na tabloidyzację, bo walczymy w innej lidze. Zabiegamy o kilkanaście, a nie o kilkaset tysię-
cy czytelników. Pisma społeczno-kulturalne z zasady przeznaczone są dla elit intelektualnych – uważa Górny. Z takim nastawieniem
grupa młodych ludzi stworzyła w 1994 roku
kwartalnik Fronda. – W połowie lat 90. nie
było na rynku pisma, z którym moglibyśmy
się identyfikować. W większości gazet zupełnie pomijano wymiar duchowy człowieka.
Natomiast pisma, które podejmowały ten
temat, robiły to w sposób mało atrakcyjny,
a często wręcz nudny. Dlatego stworzyliśmy
tytuł dla ludzi o wrażliwości metafizycznej, zajmujący się problemami duchowości,
ale za pomocą nowoczesnych i ciekawych dla
czytelnika form – wspomina naczelny Frondy. Pierwszy numer gazety dziennikarze wydali własnymi środkami. Dzisiaj kwartalnik
wydawany jest w nakładzie pięciu tysięcy
egzemplarzy, a czytelnictwo utrzymuje się
na stałym poziomie. Fronda koncentruje się
na związkach kultury i religii oraz podejmuje próbę wykreowania mody na konserwatyzm. Nie unika kontrowersji i wywołuje
skrajne oceny różnych środowisk. Abp Józef
Życiński uznał teksty „młodych gniewnych”
z Frondy za jedno z najważniejszych polskich
dzieł po 1989 roku.
W styczniu zadebiutowało “Czterdzieści i cztery. Pismo apokaliptyczne”, będące
ideową konkurencją dla kwartalnika “Fronda”. W ubiegłym roku młody zespół
redakcyjny reaktywował “Respublica nowa”. Miesięcznik “Znak” w lipcu 2008
przeszedł wizualną transformację. Choć wszystkie pisma skierowane są do
wymagającego czytelnika, preferującego tekst, nie zaniedbują strony graficznej.
Niepokojące tendencje w polskiej
prasie zauważają też dziennikarze czasopism literackich. Marek
Zagańczyk, zastępca redaktora
naczelnego Zeszytów Literackich,
zwraca jednak uwagę, że zmiany
w mniejszym stopniu dotykają
kwartalników i miesięczników. –
Pewne działania są oczywiście niezbędne, ale trzeba je przeprowadzać
rozsądnie – jak zrobiły to choćby
Więź czy Znak. Nie można zapominać, że pisma o tematyce literackiej
i kulturalnej przede wszystkim się
czyta, a nie ogląda – zaznacza Zagańczyk. Jego zdaniem istotną rolę
w propagowaniu wartościowych
publikacji powinny odgrywać nowe
technologie. – Część naszych czytelników mieszka poza dużymi miastami. Internet może im opowiedzieć,
co ciekawego dzieje się w Zeszytach.
Często piszemy w Internecie o wydarzeniach i książkach, które nie
mają nic wspólnego z naszym wydawnictwem, ale wydają się interesujące. Zależy nam, aby ciągnąć Internet w górę, a nie być przez niego
ściąganym w dół – wyjaśnia redaktor. Zagańczyk podkreśla, że praca
redakcji Zeszytów nie kończy się
w momencie wydania pisma. Sprzedaż kilku tysięcy egzemplarzy tytułu
o takim charakterze wymaga dużego wysiłku. Zdarza się jednak,
że trzeba dodrukowywać kolejne
egzemplarze. Tak dużym zainteresowaniem cieszył się na przykład
numer poświęcony Zbigniewowi
Herbertowi.
O tym, że na polskim rynku jest
miejsce na ambitną prasę, przekonuje także Tomasz Stawiszyński, dziennikarz działu Społeczeństwo i media
w Newsweeku. – Sukces wielu pism
na wysokim poziomie pokazuje, że
ten segment mediów znajduje swoich odbiorców. Sam uczestniczyłem
w powstawaniu Kronosa, a powodzenie tej inicjatywy świadczy o tym, że
ludzie czekali na takie pismo.
Zbawczy kryzys?
Trudno dzisiaj rozstrzygnąć, jak
głębokie będą zmiany zachodzące w
mediach. Nikt nie przewiduje raczej
zupełnego odwrotu od tendencji
tabloidowej. – Nie istnieje konieczność, aby wszyscy nagle zaczęli
myśleć poważnie o rzeczywistości.
Filozofów i światłych obywateli
potrzebujemy piętnaście czy dwadzieścia procent – uważa profesor
Mrozowski. – Niech Plotki i Pudelki
zostaną na swoim miejscu, ale musi
istnieć obszar rzeczywistości, który
będzie podlegał poważnej rozmowie – przekonuje profesor.
Kataklizmu w segmencie prasy społeczno-kulturalnej nie obawiają się
z kolei przedstawiciele pism sensacyjnych. Sławomir Jastrzębowski
podkreśla, że w Polsce jest jeszcze
wiele osób, które można zachęcić do
sięgnięcia po gazetę, a czytelnictwo
ciągle nie jest do końca wykorzystane. Marek Kolewski dodaje, że pojawienie się form sensacyjnych w mediach opinii w żadnym wypadku nie
oznacza większej brutalizacji tabloidów. – Fakt idzie w zupełnie innym
kierunku. Stworzyliśmy na przykład
dział Opinie, którego wcześniej
w gazecie nie było. Podejmujemy
różne tematy – na łamach Faktu
pojawiają się przecież politycy świa-
towego formatu, a gazeta ma trafiać w różne
gusta – wyjaśnia Kolewski.
Dariusz Jaworski z Tygodnika Powszechnego
także przekonuje, że tabloidyzacja wcale nie
musi przybierać na sile. – Zmieniają się media, ale i kryteria oceny. Spójrzmy chociażby
na modę: kiedyś naszych przodków szokowały odkryte plecy, dzisiaj coraz mniej lub nawet
wcale nie dziwią stringi. Ale czy to oznacza,
że za kilka lat będziemy chodzić na golasa?
– zastanawia się Jaworski.
Grzegorz Górny uważa, że zawsze znajdą się
osoby, dla których ważny będzie Dante czy
Szekspir, a nie tylko Madonna czy Britney
Spears. Liczba takich czytelników nie przekroczy pewnego poziomu, ale ich wpływ na
społeczeństwo będzie większy niż wpływ
kilku milionów ludzi czytających tabloidy.
– Kręgi opiniotwórcze starają się narzucić
swój sposób myślenia. Paryska Kultura miała
bardzo niewielki nakład. W tym samym czasie Trybuna Ludu przekraczała milion egzemplarzy. Kto dziś o niej pamięta? – wyjaśnia naczelny Frondy. – Dla wielu osób literatura nie
jest tylko dodatkiem, ale też elementem życia,
który ma na nas jakiś wpływ i odciska swoje
piętno – dodaje Marek Zagańczyk. Istotą przyszłości jest jej niepewność. Jeżeli
jednak spojrzymy w przeszłość, powinniśmy
zauważyć pewną prawidłowość – niewiele
trendów i tendencji miało stały charakter,
a kolejne epoki były często przeciwieństwem
poprzednich. Przez ostatnie lata media nasiąknęły krwią i sensacją w stopniu wcześniej
niespotykanym. Powinniśmy zatem oczekiwać przynajmniej wyhamowania tej tendencji. Dariusz Jaworski przypomina, że ludzie
szukali głębszych wartości wówczas, gdy na
świecie działo się coś złego. Podczas średniowiecznych epidemii kościoły były wypełnione
bardziej niż w okresie prosperity. Być może
kryzys finansowy sprawi, że znajdziemy ciekawsze tematy niż ślub Katarzyny Cichopek?
Rzeczpospolita nie zacznie się nagle sprzedawać lepiej od Faktu, ale może przynajmniej
formy tabloidowe będą się rzadziej pojawiać
w prasie uchodzącej za poważną. Tylko wówczas czytelnicy łatwiej zauważą granicę między bajką a rzeczywistością. 
Średnia sprzedaż
wybranych dzienników
Fakt – 477 624
Gazeta Wyborcza – 421 867
Super Express – 197 590
Dziennik – 157 507
Rzeczpospolita – 155 855
Przegląd Sportowy – 60 325
Źródło: ZKDP – rozpowszechnianie
płatne razem w październiku 2008.
Nakład wybranych czasopism
społeczno-kulturalnych
Tygodnik Powszechny – 42 800
Zeszyty Literackie ‑ 7 000
Krytyka Polityczna – 6 500
Fronda – 5 000
Res Publica – 2 800
Lampa ‑ 2 500
Kronos – 1 500
Przegląd Polityczny – 1 500
Źródło: Opracowanie własne na
podstawie danych redakcyjnych; nakład
Tygodnika Powszechnego na podstawie
danych ZKDP – średni nakład we
wrześniu 2008.
| 05 |
dobra strona Faktu | dziennikarstwo
dziennikarstwo | Puls redakcji
| Marcin Kasprzak, Julian Tomala
Fakt dwukrotnie w swojej pięcioletniej karierze został wyróżniony tytułem Hieny roku, przyznawanym
przez Stowarzyszenie Dziennikarzy
Polskich. Pierwszy raz za „brak szacunku dla ludzkiej tragedii”, kiedy
dziennik opublikował zdjęcie rozebranych do naga zwłok zamordowanego człowieka, drugi za oskarżenie o przestępstwo niewinnego
człowieka. 17 października 2005
roku gazeta, pisząc o aferze pedofilskiej, w którą miał być zamieszany
ówczesny wydawca Przeglądu Konińskiego, przez pomyłkę zamiast
jego fotografii zamieściła zdjęcie
pana Stanisława Piguły, redaktora
naczelnego pisma. Artykuł zatytułowano: Skandal – ten zboczeniec
jest wolny. Redaktor procesował się
z Faktem prawie półtora roku. Sprawa zakończyła się zasądzeniem 100
tysięcy złotych odszkodowania na
jego korzyść.
W świetle takich działań redakcji
materiały promocyjne wydawnictwa Axel Springer czyta się jak
opowieść z gatunku science fiction.
Misją Faktu jest występowanie
w obronie najsłabszych. Stąd na łamach gazety obecność dziennikarstwa interwencyjnego, promowanie
akcji społecznych i edukacyjnych,
przeprowadzanych wspólnie z takimi instytucjami, jak Ministerstwo
Zdrowia, Ministerstwo Finansów,
czy też Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Komentarz Bożeny
Diaby, dyrektor biura prasowego
Ministerstwa Pracy, skłania jednak do refleksji, że nie taki diabeł
straszny jak go malują. – Decydując
się współpracę z Faktem, kierowali-
śmy się przede wszystkim dużą poczytnością tej gazety. Za jej pomocą
można wystosować prosty przekaz
do jak największej ilości odbiorców.
Nie mówmy tutaj o naszej bezpośredniej współpracy, bo bywają
pewne problemy, ale o skuteczności – mówi Diaby. Okazuje się, że
przykłady pozytywnej działalności
Faktu nie są odosobnione.
Fakt odmienił
moje życie
Wydanie Faktu z 15 października
2008 roku. Na zdjęciu widać uśmiechniętą polską rodzinę – dwójkę młodych chłopców, kobietę i mężczyznę
trzymającego dziecko. Mężczyzna
to Grzegorz Klonk, bohater jednego
z reportaży. Napisał do Faktu po
tym, jak stracił pracę, zostawiła go
żona, jego ojciec poważnie zachorował i na dodatek spłonął mu dom.
Dramatyczny apel pana Grzegorza
opublikowany został dwudziestego ósmego lipca. Do takiego kroku
skłoniła go groźba odebrania dzieci
przez opiekę społeczną. Po opisaniu
tragedii rodziny Klonków życie mężczyzny nagle się odmieniło. W przeciągu paru tygodni znalazł nową
pracę, zgłosiła się do niego dwójka
pracowników MOPS-u, którzy pomogli w opiece nad ojcem, administrator budynku zdecydował się na
remont. W sierpniu jego partnerka
urodziła syna Oliwiera. – To był cudowny dzień. Tym bardziej, że mały
miał już gotową całą wyprawkę.
Dostaliśmy ją od jednego z czytelników Faktu. Ludzie przysyłali nam
żywność, pieniądze, ubrania, a także
dziesiątki listów ze słowami wsparcia
– opowiada Grzegorz Klonk. Czyżby
cuda się zdarzały?
Potwierdzić to może Monika Czaja,
która wraz z trójką malutkich dzieci uciekła od męża alkoholika. Jej
historia pojawiła się na łamach Faktu 20 listopada 2008 roku. Sytuacja
materialna kobiety była dramatyczna, nie stać jej było na utrzymanie
i wykarmienie małych dzieci. Pod
artykułem umieszczono numer
konta, na który czytelnicy mogli wpłacać pieniądze. Ewa Biała,
szefowa działu kontaktu z czytelnikiem, wspomina, że do redakcji
dzwoniło wielu starszych ludzi.
Byli w stanie oddać część swojej
skromnej emerytury, by tylko w
jakimś, chociaż małym stopniu
pomóc. Raz nawet zadzwonił starszy pan ze skargą, że urzędniczki
na poczcie nie pozwoliły wpłacić
mu 50 złotych, ponieważ nie znał
nazwy banku (ten zaszyfrowany
jest w numerze konta). – Redakcyjny telefon rozdzwania się od
razu po opublikowaniu tego typu
historii, jednak nieraz bywa tak,
że ludzie dzwonią z ofertą pomocy
po tygodniu, a nawet po miesiącu
– mówi Ewa Biała.
Jak skończyła się historia pani
Moniki Czai? Według doniesień
z 6 grudnia 2008 roku na jej koncie
pojawiło się 11 tysięcy złotych. Cytując mikołajkowe wydanie: Ludzie
przesyłali także paczki z ubrankami, zabawki, słodycze, żywność.
Historia życia potwora
Fakt nie boi się trudnych tematów.
Skrupulatnie piętnuje pedofilię
i dewiacje seksualne. Od 9 do 11
listopada ubiegłego roku głównym
tematem numeru była historia Alicji B., przez sześć lat wykorzystywanej seksualnie przez własnego ojca.
Dziewczyna dwukrotnie zaszła
z nim w ciążę. Kiedy on na kilka
dni wyjechał, zdecydowała się wraz
z matką pójść na policję. Historia
polskiego Fritzla szybko dotarła do
mediów (w tym Faktu). Krzykliwe
nagłówki brzmiały: Prawdziwa historia ohydnego zboczeńca, Żałuję,
że go nie powstrzymałam, Mogą
wydostać się z piekła. I tak naprawdę, od tych głośnych i niezwykle
dramatycznych reportaży zaczęła
się w Polsce dyskusja na ten temat.
– To bardzo dobrze, że Fakt takimi
historiami się zajmuje. Tego typu
zachowania należy niewątpliwie
w każdy możliwy sposób piętnować
– przyznaje Marzena Korzeniowska
(łódzka dziennikarka, socjolog i założycielka Stowarzyszenia Mediatorów Pactus) mimo niezbyt przychylnej opinii o tej gazecie.
Fakt pomógł także w ujęciu poszukiwanego pedofila, Stanisława S.
Niedługo po jego ucieczce z zakładu
psychiatrycznego gazeta umieściła
na swoich łamach jego 30-centymetrowy portret. To zdjęcie odnalazła Elżbieta Żyrek spod Żywca,
u której mężczyzna zatrudnił się
jako ogrodnik. Zaalarmowała policję, która schwytała przestępcę
i umieściła w zakładzie dla psychicznie chorych. Rozpętała się prawdziwa burza odnośnie publikowania
portretów pedofilów w mediach,
a sam minister Ćwiąkalski pochwalił gazetę za tę publikację.
Chuck FAKT
Na plus można także zaliczyć tabloidowi teksty, którymi rozlicza polityków z ich grzeszków. Co prawda
gazeta najczęściej na polskiej scenie politycznej poszukuje skandali
i skandalików, ale czasem wyciąga
na światło dzienne także mniej lub
bardziej wstydliwe sekrety władzy, których unikają inne gazety.
Przykład? Kwestia kolacji ministra
Sikorskiego. W połowie października pojawiły się nagłówki Darmozjad odda kasę, Minister milioner
ucztuje. Sikorski, zaprosiwszy swoich znajomych na kolację, zapłacił
za nią z rządowej kiesy (rachunek
wyniósł prawie 600 zł). Po opublikowaniu i nagłośnieniu tej historii
minister zdecydował się pokryć rachunek z własnej kieszeni. Często
poruszany jest też temat parkowania przez H. Gronkiewicz-Waltz.
W dzienniku publikowane są amatorskie zdjęcia samochodu prezydent Warszawy, zostawionego
w niedozwolonych miejscach.
Fakt w ciągu pięciu lat swojej działalności nie tylko szkodził, ale
i zdziałał coś dobrego. Oczywiście
nie należy zapominać o tym, że
tabloid urósł na takich historiach.
Bywa jak hiena i to wiecznie nienasycona, bo żeby mieć większy
nakład, trzeba być bardziej sensacyjnym, krwawym i bezczelnym niż
konkurencja. Warto podsumować
to zdaniem, jakie umieścił na swoim blogu medioznawca Zbigniew
Bajka: Mam prośbę do prezesa
Floriana Felsa, jak też do znanego
mi Honorowego Prezesa Wiesława Podkańskiego: Panowie – nim
w efekcie publikacji tej gazety stanie
się coś naprawdę złego – zróbcie coś
z obecnym kierownictwem Faktu, bo
to, co oni wyczyniają, przekracza już
wszelkie granice. 
reklama
Szkolenie:
Warszaty fotoreportażu
– II etap, wiosna 2009
www.szkolnictwo-dziennikarskie.pl
| 06 |
Krytyka Polityczna nie jest ani
tygodnikiem, ani nawet miesięcznikiem – trzeba czekać nieraz
i pół roku na następny numer. Nie
ma reklam, kosztuje 19,90 złotych
i ukazuje się w niewielkim nakładzie (6,5 tys. egzemplarzy). Być
może właśnie te czynniki decydują
o specyfice i ekskluzywności Krytyki Politycznej – periodyku będącego amboną dla zaangażowanej
inteligencji.
REDakcja (jak nazywają swoje miejsce pracy jej założyciele)
z założenia jest otwarta. Jest nie
tylko redakcją, ale także miejscem spotkań i wymiany myśli.
Wystarczy jeden telefon i spotkanie umówione. Potem trzeba
przedrzeć się przez remontowaną
klatkę schodową kamienicy przy
ul. Chmielnej 26 i dojść do lokalu 19. Naprzeciwko wejścia nie ma
żadnego sekretariatu, tylko pusty
korytarz. Dopiero po jego przejściu widać sterty książek, plakatów, kilka biurek z komputerami,
pełne popielniczki i wielki stół,
przy którym odbywają się spotkania z czytelnikami i wielogodzinne debaty polityczne. Atmosfera
niczym w świetlicy.
Nudni, europejscy
socjaldemokraci
Pierwszy numer KP, który ukazał
się w maju 2002 roku, pozbawiony był praktycznie zdjęć. Format
książkowy, sześć zdjęć na cały numer (240 stron). Wydaje się, że tak
wydane pismo nie mogło zachęcić
wielu czytelników. Okazało się
jednak, że trzeba było zrobić dodruk. – Krytyka nigdy nie będzie
tabloidem – mówi Michał Sutowski, sekretarz redakcji. – Wypełniamy szeroką niszę na rynku. W
historii po 1989 roku było tylko
jedno podobne pismo: Res Publica
Nowa – dodaje.
Krytyka Polityczna jest lewicowa. Swoich korzeni szuka jednak
nie w PRL, ale w lewicy początku
XX wieku i dwudziestolecia międzywojennego. Nazwa pisma nawiązuje do młodopolskiej Krytyki
Wilhelma Feldmana z przełomu
wieków. Czasopismo inspiruje
się bardziej Ireną Krzywicką, Tadeuszem Boyem-Żeleńskim czy
Stanisławem Brzozowskim niż
Jerzym Urbanem i Trybuną Ludu.
– Obecna tak zwana lewica – SLD
i SDPL – nie myśli tak, jak na lewie
przystało, to Leszek Miller chciał
wprowadzić podatek liniowy
– mówi Przemysław Wiśniewski,
założyciel klubów terenowych KP,
i dodaje, że pomysł akurat takiego, a nie innego poziomu podatku
liniowego jest wzięty z niczego.
Dla kogo zatem jest Krytyka? Sierakowski pisał w swoim programie
(KP nr 1): Ci, którzy nie zniechęcili się jeszcze do polityki albo leżą
ciężko na ziemi, nie umiejąc się od
niej oderwać, albo dawno siedzą
już na księżycu filozoficznych sporów o to, co podzieliło uczniów Hegla. Krytyka Polityczna miała być
więc łącznikiem między niebem
a ziemią, złotym środkiem.
Lewica jako siła polityczna w Polsce przeżywa kryzys. Z badań Adama Ostrowskiego wynikło jednak,
że 80 proc. ludzi widzi sprawy po
lewicowemu. Darmowa opieka
zdrowotna, szkolnictwo, etc. Potencjał lewicowy więc w polskim
społeczeństwie istnieje. Obecnie
ludzie nie widzą alternatywy dla
takiej lewicy, jaką reprezentują
SLD i SDPL. ‑ To, że jej nie widzą,
nie znaczy, że jej nie ma. Trzeba tylko poszukać, a się znajdzie
– mówi Wiśniewski, a Sławomir
Sierakowski tak puentuje program
KP: Jesteśmy nudnymi europejskimi socjaldemokratami.
Sławomir Sierakowski, redaktor naczelny
Krytyka walcząca
fot. Bartosz Zaborowski
Hiena o gołębim sercu
| Iwona Pawlak
fot. Bartosz Zaborowski
Niszowa, offowa i elitarna. Jej redaktor
naczelny uchodzi za nadzieję polskiej lewicy.
Na konkurs na najlepszy tekst inspirowany
lekturą Płomieni – powieści z 1908 roku
– nadchodzi kilkadziesiąt prac. Skąd się
bierze fenomen Krytyki Politycznej?
O tym, że Fakt
prowokuje i przekracza
granice rzetelności
dziennikarskiej,
wiemy wszyscy. Ale
mało kto zdaje sobie
sprawę z tego, że są
osoby, którym tabloid
poukładał życie.
Kazia robi sosy
Przemysław Wiśniewski, który odpowiada za kluby KP m.in.
w Gdańsku, Krakowie czy Poznaniu wcześniej pracował w telewizji
biznesowej i pisał, jak mówi, efemeryczne teksty. Wychwala uroki
redakcyjnego życia. – Jesteśmy jak
rodzina. Robimy wspólne obiady,
Kazia Szczuka robiła kiedyś indyjskie sosy. Nikt sobie w twarz nie
pluje, że musi siedzieć 14 godzin.
Nikt tu nie robi jednej rzeczy. Ja
zajmuję się koordynacją klubów
KP, ale i aktualizacją strony internetowej – mówi.
W REDakcji pracuje niewiele osób,
do niedawna etat miały dwie, teraz
już sześć. Wielu próbuje rozpocząć z Krytyką współpracę, przesyłając swoje prace. – Nazywamy
ich „eseistami”, gdyż nie tylko są
to teksty mało merytoryczne, lecz
także grafomańskie. Staram się
ich nawet nie czytać. Czytelnicy
KP to bardzo mądrzy ludzie, którzy mają konkretne wymagania
wobec naszego periodyku. Nie
możemy pozwolić na to, żeby obok
wybitnych profesorów i najlepszych doktorantów w Polsce, swoje
teksty zamieszczali przypadkowi
ludzi – tłumaczy Sławomir Sierakowski. – Jeśli ktoś jest wybitny to
wcześniej czy później napisze do
KP – pointuje.
Miejsce, w którym mieści się redakcja, jest zdecydowanie za małe
do szerszych inicjatyw. Jest ich
jednak coraz mniej, bo jak twierdzi naczelny: – Ludzie przychodzą, snują się po naszej siedzibie
i tak naprawdę przeszkadzają nam
w codziennych obowiązkach.
Z offu do mainstreamu
Mało kto nie kojarzy dziś tytułu Krytyka Polityczna. – To najbardziej poczytny kwartalnik
w Polsce i Europie Środkowej.
zespół Krytyki Politycznej
Inne tego typu czasopisma ukazują się w nakładzie dwóch tysięcy
egzemplarzy – mówi Wiśniewski.
Członkowie redakcji wypowiadają
się na łamach innych czasopism,
a Sławomir Sierakowski jest niemal stałym komentatorem wydarzeń politycznych w kraju.
Redakcja nie stroni także od opuszczania swego lokum na Chmielnej. Kiedy w czerwcu 2007 roku
pod siedzibą premiera powstało
Białe Miasteczko, KP wydawała
dla pielęgniarek Białego Kuriera.
– Populistyczne nagłówki, wywiady
z gwiazdami – wylicza Wiśniewski.
– Ukazało się wtedy około dziesięciu numerów w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy – dodaje. Członkowie redakcji uczestniczą także w
różnych marszach i manifestacjach.
– Bierzemy udział w marszach, ale
media pokazują to po swojemu. Gdy
bronimy racje alterglobalistów i deklarujemy, że wiece będą spokojne,
media pokazują zaraz zdjęcia z Rostocku. – skarży się Wiśniewski.
Krytyka Polityczna to nie tylko
pismo, ale także wydawnictwo,
które publikuje 30 książek rocznie. Żuławski. Przewodnik KP
– hit wakacji – miał dodruk trzech
tysięcy egzemplarzy. Na rynek
właśnie wchodzi przewodnik KP
o Paktofonice. Jednym ze źródeł
utrzymania pisma, wydawanego
przez Stowarzyszenie im. Stanisława Brzozowskiego, są także
granty przyznawane przez fundacje, samorządy czy ministerstwa.
Czy to coraz lepiej prosperujące
pismo nie mogłoby zatem ukazy-
wać się regularnie? Wszyscy redaktorzy zgodnie mówią, że mają
takie plany. Na pewno jednak nie
planują na razie czynnego zajęcia
się polityką. – Chyba, że będzie to
skuteczny instrument do wprowadzania zmian. – mówi Sierakowski, po czym dodaję – prowadzenie
KP jest ciekawsze niż bycie jednym
z 460 posłów w sejmie. 
Najnowsze publikacje Krytyki Politycznej:
ostatni numer pisma i przewodnika KP.
| 07 |
Zapisz to, Kisch! - Angelika Kuźniak | dziennikarstwo
dziennikarstwo | Zapisz to, Kisch! - Angelika Kuźniak
Dla mnie niesamowite było,
że twoi bohaterowie mówią o
śmierci z taką łatwością. Jak
myślisz z czego to wynika?
Myślę, że to również dla nich próba
oswojenia, uczynienia bezpiecznym tego, co przerażające, tajemnicze, właściwie zupełnie nieznane.
Wśród moich bohaterów były osoby pochodzące ze wsi, była młoda
dziewczyna, Ewelina z Warszawy,
i mieszkańcy domu opieki społecznej
w Gorzowie Wielkopolskim.
W domu opieki społecznej spotykałyśmy się z zupełnie obcymi ludźmi,
w miejscu, które było końcem ich
drogi. Założyłyśmy z Anią, że będzie trudniej niż na wsi, gdzie była
ciotka, wszyscy mnie znali. Pierwsze spotkanie na korytarzu wyglądało jak scena z filmu. Żałowałyśmy z Anią, że nie mamy kamery.
Na kanapie siedziało pięć osób
i rozmawiało o modzie w ubraniach
śmiertelnych, żartując, a nierzadko
się kłócąc. Już pierwotnie oswajanie
lęku odbywało się poprzez przeżywanie czegoś we wspólnocie. Niepotrzebnie robimy z tego temat tabu.
Myślę, że ci ludzie tak właśnie do
tego podchodzili. Człowiek rodzi
się na śmierć i umiera na życie, taka
prawda – jak mówi pani Anastazja.
Traktat
przy obieraniu
ziemniaków
Uważa, że nawet gdy
rozmowa dotyczy spraw
ostatecznych, nie ma
znaczenia wiek reportera,
tylko jego wrażliwość,
umiejętność słuchania i to,
ile potrafi dać z siebie
– Angelika Kuźniak opowiada
o tym, jak pisała reportaż
o ubraniach na śmierć.
| 08 |
| Z Angeliką Kuźniak rozmawia Agnieszka Wójcińska
| fotografia: Jan Brykczyński
Ubrania śmiertelne
– strasznie ponury temat jak
na tak młodą osobę, jak ty.
Skąd taki pomysł?
Porozmawiaj ze mną o śmierci
– usłyszałam któregoś dnia od mojej koleżanki. Ma 34 lata, tak jak
ja. Opowiedziała mi o zwyczaju
przygotowywania ubrań na śmierć
w swojej rodzinie. Przypomniałam
sobie, że i w mojej rodzinie taki
zwyczaj istnieje. Jedną z bohaterek
reportażu jest moja ciotka Helena. Ryszard Kapuściński mówił, że
trzeba przeczytać sto stron na jedną
napisaną. Zatem najpierw czytałam. Jest sporo książek, które o tym
traktują. Zaczęłam sobie przypominać ceremonie, w których sama
uczestniczyłam. Kiedy zmarł mój
dziadek okazało się, że ubranie miał
już dawno przygotowane. Trumna
z jego ciałem leżała przez trzy dni
w pokoju. Pamiętam zasłonięte lustra, zatrzymywanie wskazówek
zegara, gałązki jedlni jako znak, że
ktoś umarł w tym domu. Nie wolno
było zamiatać, bo można wymieść
kogoś żywego. A jak wynosili trumnę zastukali nią trzykrotnie o próg
domu. Gospodarz żegnał się z domem. Oswajanie śmierci kulturowo
ma długą historię.
Co chciałaś przekazać
czytelnikom tym tekstem?
To nie jest historia o ubraniach, ale
o człowieku po prostu. Następuję
mcdonaldyzacja śmierci. W Niemczech organizowane są wycieczki
do krematoriów w Czechach, gdzie
przy kawie i ciastku ludzie zwiedzają
miejsce swojego ewentualnego spalenia. Przy tym przygotowywanie
na śmierć, kontynuowanie pewnego archetypu, znanego od wieków jest świadectwem,
jak piękne można to odchodzenie oswoić.
Oczywiście obyczaje dotyczące obrządków
pogrzebowych się zmieniają. Ale archetyp
istnieje. Na początku miałam pomysł na
wielką etnograficzną rozprawę, ale kiedy zaczęłam sobie układać plan tekstu dotarło do
mnie, że muszę pozwolić mówić bohaterom,
by każdy mógł dodać coś od siebie do tego archetypu. Poczułam, że mnie powinno być jak
najmniej w tej historii, bo śmierć jest czymś
bardzo intymnym.
może mieć poczucia, że mi się śpieszy. Doskonale wyczuwa, kiedy to obieranie ziemniaków
tak naprawdę mnie nie interesuje. Ludzie
chcą rozmawiać. Jeśli umiemy słuchać, nie
powinno być problemu. Często pozwalam
bohaterowi opowiedzieć najpierw jego wersję
historii. Dzięki temu czuje się bezpiecznie,
bo wyrzucił z siebie to, na czym mu zależało. To nie znaczy, że siedzę w milczeniu, ale
trudniejsze pytania zostawiam na później.
Dla reportażu ważne jest wszystko. Szczegół
buduje obraz. Reporter powinien być przede
wszystkim człowiekiem, który spotyka się
z drugim człowiekiem. Skoro zabierasz komuś czas, to musisz mieć świadomość, że powinnaś go także ludziom poświęcić.
Zaczęłaś od ciotki. Nie miała oporów,
żeby ci pokazać te ubrania?
Żadnych. Przyszłyśmy do niej razem z Anią
Bedyńską, fotoreporterką, z którą pracowałam nad tym materiałem. Ania wpadła na genialny pomysł, żeby sfotografować rozłożone
ubrania na białym prześcieradle. Pierwszy
raz zrobiła to u mojej ciotki. To było tak mocne w zderzeniu z jej opowieścią, że czułam się,
jakbym uczestniczyła w jakimś misterium.
A ciotka spokojnie szukała obrazka swojej
patronki, świętej Heleny. Potem zaprowadziła nas do sąsiadki, pani Anastazji.
I Anastazja pokazała wam
w końcu ubrania?
Tak. Choć na początku nie chciała. Nie są gotowe, to wcale nie są ubrania na śmierć – tłumaczyła. W takiej sytuacji trzeba zadać sobie
pytanie – wyjść czy próbować. Ja zazwyczaj
próbuję. Zdążyłyśmy już nawet wyjść z jej
domu, ale wróciłam. Długo rozmawiałam
z nią o tym, jakie to ważne. I w końcu powiedziała: No dobrze, to ja już to pani pokażę. Zaczęła rozkładać ubrania, opowiadać, że materiał powinien być rozciągliwy, zastanawiać się
czy niebieska chustka będzie pasować.
Anastazja chciała z wami rozmawiać?
Kiedy weszłyśmy, pani Anastazja obierała
ziemniaki. Zakasałam rękawy. Bo często właśnie od takiego obierania ziemniaków zaczyna
się moje bycie z drugim człowiekiem, którego
historię chcę opisać. Obierałyśmy i rozmawiałyśmy: o jej ucieczce zza Buga, o samotności,
o kościele, o śmierci. Bo jednak w kulturze ludowej ona jest wszechobecna. Mówi się o niej,
modli się o nią, czeka na nią.
Brzmi tak prosto, ale jak rozmawiać
o śmierci? To temat, który wydaje się
całkowicie objęty tabu.
Bez strachu. Uważam, że o tym trzeba mówić, żeby pokazać, jak można pięknie, spokojnie odchodzić. Bardzo zależało mi, by
czytelnicy nie śmiali się z tego, że ktoś ma
przygotowane takie ubrania, nie traktowali
jako czegoś dziwnego. Pamiętam moment,
jak jedna z bohaterek, pani Irena, zaczęła
wyciągać przy nas przygotowaną bieliznę
– pończochy, majtki, halkę. To była taka intymność, bardzo silne emocje, które musiałam w sobie wyciszyć. Wtedy zrozumiałam,
że to ja mam problem z tym tematem, a nie
moi rozmówcy.
Jednym słowem taki traktat
przy obieraniu ziemniaków.
W reportażu urzeka mnie jego „niepośpieszność”. Czas, który mogę i chcę poświęcić na
wysłuchanie czyjejś historii. Bohater nie
Ile czasu spędziłyście
w tym domu opieki?
Niedużo, zaledwie jeden dzień. Ale
musiałyśmy pamiętać o tym, że nasi
rozmówcy mają swój rytm, którego
nie wolno nam burzyć, bo to my
wchodzimy w ich życie. Dostosowałyśmy się. Gdy jedna pani chciała
zdążyć na Modę na sukces, nie mogłyśmy jej powiedzieć, że najwyżej
nie obejrzy tego odcinka.
Z każdym rozmawialiśmy w jego
pokoju, choć rozmowy w korytarzu
słuchałyśmy z dużą uważnością.
Gdy piszę muszę widzieć
obrazy. W komputerze mam
pootwierane ileś plików z różnymi
fragmentami, takimi klockami,
które na końcu układam. Bardzo
często do nich zaglądam, czytam,
oswajam tekst w sobie. Czytam
tekst na głos, żeby słyszeć, jak
brzmią zdania.
Nagrywałaś te rozmowy?
Nie. Nagrywanie nie sprzyja koncentracji, a na tym bardzo mi zależało. Chciałam oddać w słowach ich
indywidualność. Parę lat temu, gdy
zaczynałam pisać, byłam przekonana, że muszę nagrywać, bo nie wolno mi niczego zmieniać, powinnam
pisać słowo w słowo to, co mówią
bohaterowie. Bożena Dutka, wówczas redaktorka w Dużym Formacie,
uświadomiła mi, że mogę ingerować
w język bohatera, szlifować go, jeśli
nie gubię jego indywidualności. To
było dla mnie oświecenie.
Myślisz, że to, że jesteście
z Anią młode sprawiło, że
waszym rozmówcom łatwiej
było mówić o śmierci czy
wręcz przeciwnie?
To chyba nie miało żadnego znaczenia. Myślę, że w pracy nad reportażem nie liczy się wiek reporte-
ra, tylko wrażliwość, umiejętność słuchania
i to, ile potrafisz dać z siebie. Bohater musi
czuć się bezpiecznie w rozmowie z tobą. Myślę, że to jest niema umowa między bohaterem i reporterem. Myślę, że liczą się z tym,
że wyjadę i nie będę do nich pisać.
Nie masz problemu z tym,
że ich zostawiasz?
Mam. Wielu z nich to ważne osoby w moim
życiu. Czasem wracam do bohaterów, piszę listy, dzwonię, ale nie codziennie. Nie
sposób utrzymać tak intensywny kontakt
z każdym bohaterem. Myślę, że to jest taka
niema umowa między bohaterem i reporterem. Bohater ma zresztą często bardzo silną
potrzebę opowiedzenia o sobie. Nierzadko
właśnie dlatego staje się bohaterem.
Przy Ubraniach śmiertelnych
współpracowałaś z Anną Bedyńską.
Wcześniej byłaś współautorką
książki Włodzimierza Nowaka Obwód
głowy, a wspólnie z Magdaleną
Skawińską zrobiłaś radiową wersję
swojego reportażu o miłości Polaka
i Niemki. Lubisz działać w duecie?
Od każdej z tych osób wiele się nauczyłam.
Przy Włodku Nowaku poznawałam reportaż prasowy, dzięki Magdzie Skawińskiej,
świetnej reporterce radiowej, uczyłam się,
jak być uważną na dźwięk. Już wiem, jak
inny jest to rodzaj skupienia. W historii
o ubraniach śmiertelnych tekst nie istnieje
bez zdjęć i na odwrót. A Ania Bedyńska?
Wrażliwa, uważna. Pracowałam z nią przy
większości moich tekstów. To ona często
zadaje jedno z najważniejszych dla tekstu
pytań. Ja z tego bezczelnie korzystam, rzemieślniczo układając słowa. To szczególna
współpraca oparta na przyjaźni i zaufaniu.
Na przykład pan Franciszek, jeden z bohaterów tekstu Ja tam ze śmiercią oswojona
zapytany o ubrania na śmierć powiedział,
że ma pełno garniturów w szafie, ale nic nie
będzie pokazywał. Opowiadał o książeczce
do nabożeństwa i różańcu. Nagle spojrzałyśmy na siebie z Anią i wiedziałyśmy, że
do zdjęcia na prześcieradle znajdą się właśnie te dwa przedmioty. To jest właśnie ta
relacja, niedotykalna. To jest też podsumowanie tego tekstu. Jedziesz oglądać i fotografować ubrania, a wracasz z książeczką
i różańcem.
Czyli nie można się
z góry na nic nastawiać?
Oczywiście, że nie. Jadę nie „na materiał”,
ale na spotkanie z człowiekiem. Nie jadę
z tezą, którą próbuję udowodnić, bo to jak
do tej pory się nie sprawdziło. Pisałam kiedyś o żydowskim tancerzu flamenco Sylwinie Rubinsteinie (przyp. red.: Wszystko
o mojej siostrze, DF nr 19/06). Pierwszą informację, jaką o nim miałam był fakt, że przed
wojną tańczył z siostrą w warszawskiej Adrii
jako Imperio i Dolores, potem siostra zginęła, a on był agentem mordującym Niemców.
Pomyślałam sobie: super – agent i z takim
nastawieniem jechałam na spotkanie z nim.
Zaczęłam z nim rozmawiać i otworzył się
zupełnie inny świat. W pewnym momencie
wyciągnął taką skrzyneczkę, zdjął z góry
złotą szmatkę i pokazał martwą, pokrytą pleśnią jaskółkę, którą, jak powiedział,
bardzo kochał. Opowiadał o siostrze. Chodziłam z nim po mieszkaniu. Potykał się co
chwila o suknie, które sam szyje i krzyczał:
„pierdolę te szmaty”. Potem podnosił je
i z czułością całował. Kiedy w telewizji pokazywali film o Holokauście podbiegał do
ekranu i szukał z lupą twarzy siostry. Zrozumiałam, że to opowieść o braku, a nie
o agencie. Czasem nasze wstępne założenie
jest zupełnie błędne. Dlatego trzeba mieć
cały czas otwarty umysł.
To się przydaje chyba też przy
szukaniu pomysłów na tematy?
Skąd ty je bierzesz?
Z rozmów z ludźmi. Z ciekawości. Czasem
przychodzą same. Nieproszone wcale. Kończę
właśnie książkę reportażową o Marlenie Dietrich. Znalazł się w niej bardzo rozbudowany
wątek Polski. Wszystko zaczęło się od notesu,
który przeglądałam w berlińskim archiwum,
gdzie znajduje się 25 ton rzeczy, które były
kiedyś jej własnością. Notes jest czerwony,
niewielki. Okładka w niektórych miejscach
porysowana, nadarta, pożółkłe kartki. Litery
rozmazane od ślinionego palca. Na ostatniej
stronie pod napisem Poland Pologne było
kilka polskich nazwisk. Zaczęłam szukać.
I tak reportaż rozrósł się do formatu książki,
która ukaże się w wydawnictwie Czarne. Kiedy trafię na dobry temat, całą sobą czuję, że
to jest to. Czasem, choć nie umiem tego wytłumaczyć, bardzo chcę o czymś napisać. Nawet jeśli ma to trafić do szuflady. Wierzę, że
każdy ma historię do opowiedzenia. Ale nie
każdą umiem czy też chcę opisać. Reportaż
jest czymś bardzo subiektywnym.
A jak piszesz?
Gdy piszę, muszę widzieć obrazy. Jak widzę obraz, to wiem, że jest dobrze. Tak było w reportażu o Rubinsteinie. Zastanawiałam się, jak wprowadzić czytelnika do jego mieszkania. Owszem
napisałam, że do drzwi trzeba stukać w specyficzny sposób. Ale to Lidka Ostałowska z Dużego Formatu poradziła, żeby dopisać: stuk- stuk
stuk- stuk, stuk. Takie proste, a sprawiło, że już
byłam w domu Rubinsteina, widziałam pokoje w amfiladzie, czułam zapach stęchlizny. Nie
piszę ciągiem. W komputerze mam pootwierane ileś plików z różnymi fragmentami, takimi
klockami, które na końcu układam. Bardzo często do nich zaglądam, czytam, oswajam tekst w
sobie. Potem następuje moment, kiedy siadam
i zapisuję. Piszę ręcznie, ołówkiem. Jak skończę,
czytam tekst na głos, żeby słyszeć, jak brzmią
zdania. Dopiero potem przepisuję na komputerze. Piszę bardzo powoli, w swoim rytmie. 
Angelika Kuźniak
(ur. 1974), z wykształcenia
kulturoznawca. Od 2000 roku
współpracuje z Gazetą Wyborczą
(Duży Format). Jej reportaże ukazywały
się w Niemczech i Rumunii. Tegoroczna
laureatka Grand Press za reportaż
prasowy (Zabijali we mnie Heidi).
W 2004 roku otrzymała Grand Press
za Mój warszawski szał (współautor
Włodzimierz Nowak). Na postawie
reportaży Zabijali we mnie Heidi,
Wszystko o mojej siostrze oraz tekstu
Renaty Radłowskiej Marcin Liber
zrealizował przedstawienie ID, którego
warszawska premiera odbędzie się
22 stycznia 2009 roku. W 2009 roku
w wydawnictwie Czarne ukaże się
jej reportażowa opowieść o Marlenie
Dietrich. Obecnie pracuje nad książką
o cygańskiej poetce Bronisławie
Wajs-Papuszy.
Co czyta Angelika Kuźniak?
Antoni Czechow – zawsze Podobnie
Małgorzata Szejnert (Śród żywych
duchów, Czarny ogród i Sławai infamia)
Często wracam do literatury faktu:
Ryszarda Kapuścińskiego, Mariusza
Szczygła, Wojciecha Tochmana, Hanny
Krall i Wojciecha Jagielskiego. Poezja:
najczęściej Julia Hartwig, Wisława
Szymborska, Czesław Miłosz. Do tego
Par Lagerkvist, Wiesław Myśliwski,
Heinrich Boell. Nałogowo niemieckie
wydanie Lettre Internationale
| 09 |
Wyimek
„Chcę utrwalać znaczące rytuały teraźniejszości, ponieważ, żyjąc tu i teraz, mamy
skłonność dostrzegać tylko to, co jest w nich przypadkowe, puste i bezkształtne.
Żałujemy, że teraźniejszość nie jest taka, jak przeszłość, i tracimy nadzieję, że
stanie się kiedykolwiek przyszłością, gdy tymczasem jej niezliczone zagadkowe
ceremonie czekają, by zyskać swój sens. (...) Chcę tylko je ocalić, ponieważ to,
co odświętne, dziwaczne i pospolite, stanie się legendarne”.
| Agnieszka Juskowiak
Nie jesteśmy doskonali
– Fotografowanie jest jak zakradanie się nocą
na palcach do kuchni po ciasteczka – mawiała Diane Arbus. Sama najchętniej wykradała
się z domu, by w tłumie nowojorczyków wypatrzeć i uwiecznić na kliszy tych, które wielkie miasto odrzuciło.
Ojciec Diane, David Nemerov, pochodził
z biednej rodziny żydowskich emigrantów,
przybyłych do Stanów Zjednoczonych z Kijowa. W 1919 roku ożenił się z Gertrude Russek – córką Franka Russeka i Rose Anholt
– nowojorskich potentatów w handlu futrami,
u których pracował. Sugerowano, że przemawiała przez niego szczera miłość, bynajmniej
nie do Gertrude, a do pieniędzy rodziny Russeków. Pikanterii dodawał fakt, że już trzy
miesiące po ślubie (luty 1920 roku) Gertrude
Russek-Nemerov urodziła dziecko – Howarda, jednego z najsłynniejszych amerykańskich poetów. David Nemerov miał smykałkę
do handlu – już w 1923 roku otworzył sklep
przy Piątej Alei w Nowym Jorku.
| 10 |
w dziale reklamy Russeks Furs. Rodzice byli
przerażeni sympatią córki. Próbowali ją zainteresować innym mężczyzną. Postanowili za
wszelką cenę rozłączyć parę i w lipcu 1938 roku
wysłali ją do Cummington School of Arts,
w stanie Massachusetts, w nadziei, że przelotne zauroczenie przejdzie z końcem lata.
Mimo że Diane łączyła z kolegą ze szkoły, Aleksem, silna przyjaźń, nadal trwała
w przekonaniu, że jej jedynym marzeniem
jest wyjść za mąż za Allana. Po powrocie
ze szkoły romans Diane i Allana wybuchł
ze zdwojoną siłą. Diane miała wtedy 15 lat.
Zbliżał się koniec szkoły. David Nemerov
wciąż liczył, że jego młoda córka pójdzie na
studia malarskie i skończy romans z Allanem Arbusem. Jednak zamiast studiów Diane
uparcie proponowała małżeństwo.
3 marca 1941 roku w New York Timesie opublikowano informację o zaręczynach Diane
i Allana. Skromny ślub, na którym była tylko
najbliższa rodzina, odbył się 10 kwietnia 1941
roku. Diane w prezencie dostała konto w Russeks, otwarte na pięć lat, oraz roczne utrzymanie pokojówki. Noc poślubną para spędziła
w mieszkaniu przyjaciół przy Pickney Street.
Niemal sielankowe życie przerwała wojna, na
którą w 1942 wyruszył Allan. We wrześniu
wstąpił do Signal Corps, dwa lata później wysłano go do Birmy z grupą fotografów. Diane
dowiedziała się w tym czasie, że spodziewa się
dziecka. Wtedy właśnie wykonała cykl nagich
autoportretów, które wysłała mężowi. Doon,
córka Allana i Diane, urodziła się 3 kwietnia
1945 r. Renee, siostra Diane, wspominała:
Diane była wspaniałą matką. Czuła, łagodna, kochająca – absolutnie uwielbiała Doon,
łączyła ją z córeczką magiczna więź.
Fashion show
Siódme niebo
Firma się rozwijała, popyt rósł. Niedługo po
pierwszych sukcesach, w marcu 1923 roku na
świat przyszła pierwsza córka Davida i Gertrude – Diane. Mimo że na co dzień dwójką
dzieci zajmowały się nianie – Niemka Helvis
i Francuzka, na którą Diane wołała Mamselle, to według Gertrude z córkę łączyła ją silna
więź emocjonalna. Sama Diane nieco inaczej wspomina swoje dzieciństwo. W szkolnym eseju przyzna: Byłam marudna, wiecznie płakałam, wrzeszczałam, krzyczałam.
[...] Czułam się zmęczona, nie chciałam się
budzić. Matka z reguły w ogóle nie zajmowała się dziećmi. Poranki spędzała w łóżku,
paliła papierosy, piła kawę i wydawała dyspozycje kucharce, a następnie około 12 jechała
do firmy. Mała Diane i Howard pod czujnym
okiem niań chadzali na spacery. Gdy w Central Parku bawili się w piaskownicy, nie mogli zdejmować białych rękawiczek. Ojciec,
publicznie uwielbiający pokazywać przywiązanie do dzieci, w domu nie okazywał
im najmniejszego zainteresowania. Howard
później wyzna: W naszym domu wszystko
opierało się na aprobacie, a nie na miłości...
Nigdy nie widzieliśmy, czy ojciec zaaprobuje to, cośmy robili. Aż do wyjazdu Howarda
w 1926 r. do Franklin School rodzeństwo
było niemal nierozłączne. Także w dorosłym
życiu poświęcali sobie wiele uwagi: Howard
fotografia | Perły z lamusa – Diane Arbus
publikacja zdjęć ma charakter edukacyjny
Perły z lamusa – Diane Arbus | fotografia
Bez tytułu, 1970-71
aż do śmierci nosił w portfelu zdjęcie siostry,
która imię zawdzięczała bohaterce filmu
Siódme niebo (jego adaptację teatralną Gertrude obejrzała na Broadwayu).
Panna zmrok
W 1928 r. urodziła się im siostra – Renee, która
niemal tuż po narodzinach została oddana na
wychowywanie kolejnej niani. Dwa lata później Diane poszła do Ethnical Culture School,
gdzie szybko zauważono, że jest nazbyt błyskotliwa jak na swój młody wiek. Diane była niezwykle nieśmiała, żyła w ciągłej niepewności,
uwielbiała przesiadywać po ciemku w pokoju
i czekać na wyimaginowane potwory.
W czasach Wielkiego Kryzysu rodzina przeprowadziła się do apartamentowca San Remo
przy Central Park 146. Sklep zaczął przynosić
straty, Gertrude musiała sprzedać część swoich
diamentów. Jednak mimo tego Diane nadal
uczyła się gry na fortepianie, języków, dobrych
manier i historii sztuki, nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje dookoła. Sama później
przyzna: Żyłam w nierealnym świecie, byłam
w nim utwierdzana i czułam jego nierealność.
Ojciec pracował po 14 godzin dziennie, co
z czasem przyniosło efekt – filie sklepów
w Chicago i na Brooklynie. Diane rozpoczęła
naukę w Fieldston School – należącej, podobnie jak szkoła podstawowa, do Ethnical Culture. Wykonała pierwsze fotografie, z których
jednak nie była zadowolona: Świat jest gdzieś
poza mną. Uczyłam się różnych rzeczy, ale ich
nie przeżywałam. To wtedy razem ze swoją
koleżanką Phyllis całymi dniami przemierzała ulice Nowego Jorku, Brooklyn i metro
w poszukiwaniu „dziwnych ludzi”: bezdomnych czy kalek, by wieczorem powrócić do
lukrowego świata rodzinnego domu. Na lekcjach sztuki ujawnił się jej talent do rysunku –
szczególnie szkiców. Także ojciec, niespełniony malarz, był pod wrażeniem jej twórczości.
A nauczyciel Diane – Victor D’Amico – zachęcał ją do zdawania na studia malarskie.
Szczenięca miłość
czy happy end?
Kiedy Diane i Allan Arbus spotkali się po raz
pierwszy (dziewczyna miała zaledwie 14 lat),
zakochali się w sobie po uszy. Allan pracował
Po wojnie Diane i Allan zajęli się fotografią mody. Początkowo fotografowali jedynie
w studiu. Później zaczęli wychodzić w plener.
Diane poza fotografowaniem (połowę sesji wykonywał Allan, połowę Diane) zajmowała się
również charakteryzacją modelek, makijażem
i wywoływaniem zdjęć. Ich pierwszą sesją była
Długa historia nowych swetrów, wykonana
w 1947 roku dla Glamour, później przyszły kolejne w: Seventeen i Vogue. Para wydawała się
nierozłączna w życiu zawodowym i prywatnym.
Mimo tego do początku lat 50. Diane utrzymywała romans ze szkolnym kolegą, Aleksem.
14 kwietnia 1954 r. urodziła się kolejna córka Arbusów – Amy. Rodzina przeprowadziła
się do większego mieszkania na East Street. Wkrótce zajęli się fotografią reklamową
Greyhound Bus Company czy Maxwell House Coffee w Life. Już wówczas wielu twierdziło, że Diane fotografuje lepiej od męża.
Nawet jej portrety przypadkowo napotkanych na ulicy osób były lepsze od wystudiowanych fotografii modelek.
Diane zaczęła chorować: miewała ciągnące się depresje. Nagle wybuchała płaczem,
przez wiele tygodni w ogóle nie zajmowała
się pracą. Przy kolejnym nawrocie choroby
dopiero za namową przyjaciółki, Jane, wyszła z domu, by wykonać kilka fotografii. Tak
zaczęła robić zdjęcia obcym ludziom na ulicach Nowego Jorku.
Guru od fotografii
Zapisała się na warsztaty Alexeya Brodovitcha, dyrektora artystycznego Harper’s Bazaar, który swoim studentom radził: Postaw
sobie problem, nie pstrykaj na chybił trafił.
Jednak wykładowca nie przypadł jej do gustu
i Diane postanowiła samodzielnie studiować
historię fotografii. Poznawała twórczość Julii
Cameron, Paula Stranda czy Lisette Model,
na której zajęcia w 1958 roku zaczęła uczęszczać. Pierwszym zadaniem, jakie miała podjąć, było sfotografowanie czegoś, czego nigdy
nie fotografowała. Innym razem miała wykonać fotografię twarzy tak, żeby przypominała obraz Picassa.
Diane zaczęła fotografować to, co szpetne
i odrzucone przez społeczeństwo. Powróciła
do wędrówek z dzieciństwa i zwróciła się ku
kalekom, hermafrodytom, ludziom zdeformowanym. Początkowo fotografowała aparatem małoobrazkowym, przy dużym ziarnie.
Połykacze ognia i karły
W 1958 r. Arbusowie przenieśli się do nowego mieszkania przy East 68th Street,
następnie na Greenwich Village. Wspólna praca trwała jeszcze kilka lat, w końcu
Diane razem z córkami przeprowadziły się
do Charles Street. Fotografka starała się
sprzedać swoje prace w magazynie Life. Na
próżno. Dopiero Frank Zachary z Holiday
zlecił jej fotografowanie Leonarda Lyonsa,
redaktora, podczas wędrówki po nocnych
magazynach.
Jednak to inny rodzaj fotografii – niekomercyjny – zaczął coraz mocniej wkraczać
w jej życie. Potrafiła godzinami wałęsać się
po ulicach Nowego Jorku w poszukiwaniu
dziwacznych ludzi, odbiegających od „normalności”. Latem 1959 roku, kiedy Amy
wyjechała na obóz letni, a Doon do Howarda na wakacje, Diane poświęciła się fotografowaniu mud-shows – cyrków objazdowych. Robiła zdjęcia kobiecie z brodą,
połykaczom ognia, karłom. Rok później,
codziennie przez kilka tygodni towarzyszyła bezdomnemu marynarzowi w jego
„dniu pracy” – obserwowała, jak zbiera butelki, pojemniki i puszki, które następnie
oddawał do skupu.
W tamtym czasie używała leiki, którą
w 1962 r. zamieniła na rolleif leksa. Pierwszym cyklem, wykonanym tym aparatem,
który postanowiła wywołać, był sesja
dzieci udających dorosłych w konkursie
tańca – mali Fredowie Asterowie czy Gingerowie Rogersi.
Groteska czy doskonałość?
W 1967 r. w galerii MoMA otwarto wystawę
jej fotografii. Na wernisażu byli m.in.: guru
Diane – Lisette Model, Richard Avedon, Marvin Israel czy Walker Evans. Krytyk Peter
Bunnell pisał o jej zdjęciach: Dezorientowały
i niepokoiły poprzez swoją siłę dominowania
nad widzem. John Szarkowski komentował:
Zdjęcia Diane przypominają nam, że nie
jesteśmy doskonali. Ale Chauncey Howell
z Women’s Wear napisał, że jej zdjęcia są groteskowe, a New York Times, że są dziwaczne.
Rok później, skutkiem zmieszania tabletek
antydepresyjnych i antykoncepcyjnych, zachorowała poważnie na wątrobę – na dwa
tygodnie trafiła do szpitala. Czuła się bardzo
słabo, ale powróciła do domu. Po krótkim
czasie zaczęła znowu fotografować, choć nawroty choroby bardzo często zmuszały ją do
pozostania w domu. Stała się coraz bardziej
samotna – córki rzadziej bywały w domu.
Głód fotografii
Marzyła o pentaxie. Niestety, nie miała 1000
dolarów, żeby móc go kupić, więc zorganizowała kurs fotograficzny w Westbeth. Stała się
niekwestionowaną legendą wśród młodych
fotografów. Susan Brockman przyznała: Była
postacią niemal literacką, klasyczną, rzecz
niezwykła w tamtych czasach. W czasie jednego ze swoich późniejszych wykładów na International Center of Photography powiedziała,
że fotografowanie jest jak zakradanie się nocą
na palcach do kuchni po ciasteczka.
28 lipca 1971 r. Marvin Israel przyjechał do
mieszkania Diane, bo poprzedniego dnia nie
odbierała telefonu. Znalazł Diane nieżywą
– leżała w wannie z przeciętymi nadgarstkami. Krążyły pogłoski o ostatnim zdjęciu
Diane – siebie, nieżywej. Ale nikt nie widział filmu ani aparatu, którym miało zostać
wykonane. 
| 11 |
lipiec
styczeń
pon.
wt.
śr.
czw.
pt.
sob.
pon.
niedz.
śr.
czw.
pt.
sob.
pon.
niedz.
wt.
marzec
wt.
śr.
czw.
pt.
sob.
pon.
śr.
czw.
pt.
sob.
pon.
niedz.
śr.
czw.
wt.
wt.
pt.
sob.
pon.
niedz.
wt.
śr.
czw.
sob.
niedz.
śr.
czw.
pt.
sob.
niedz.
śr.
czw.
pt.
sob.
niedz.
pt.
sob.
czw.
pt.
sob.
niedz.
grudzień
niedz.
1
2
3
4
5
6 7
8
9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
śr.
1
2
3
4
5
6
7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30
czerwiec
wt.
pt.
listopad
1 2 3
4
5
6
7
8
9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
pon.
czw.
1
2
3 4
5
6
7
8
9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
maj
wt.
śr.
październik
1
2
3
4 5
6
7
8
9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
pon.
niedz.
1
2
3
4
5 6
7
8
9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30
kwiecień
wt.
sob.
wrzesień
niedz.
1
2
3
4
5
6
7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31
pon.
pt.
1 2
3
4
5
6
7
8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31
1
2
3
4
5
6
7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28
pon.
czw.
sierpień
luty
wt.
śr.
1
2
3
4 5
6
7
8
9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31
1 2
3 4
5
6
7
8
9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
pon.
wt.
pon.
Kalendarz Uniwersytecki 2009
wt.
śr.
czw.
pt.
sob.
niedz.
1
2
3
4
5 6
7
8
9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31
fotografia | Galeria
Obrazy nieznanego
Eadweard Muybridge - The horse in motion, 10 VIII 1878 r.
| Andrzej Zygmuntowicz
W rozwiązaniu problemów ze świątecznym jadłem, jak i wielu innych
kłopotów i dylematów, pomocne
okazują się najrozmaitsze tytuły
prasowe o charakterze poradnikowym. Tu można znaleźć wszystko:
od sposobów wiązania krawata, przez dobór mebli do nowego
mieszkania, wskazanie właściwego
aparatu nazębnego i samochodu
rodzinnego, po znacznie bardziej
wyrafinowaną wiedzę o wyraźnie sprecyzowanym charakterze,
przeznaczoną dla wymagających
odbiorców ze świata nauki, kultury i wąsko wyspecjalizowanych
zawodów. W dzisiejszym, nasyconym obrazami świecie owe pisma
muszą być solidnie nafaszerowane
fotografiami i innymi ilustracjami, ułatwiającymi zrozumienie
opisywanych zagadnień, a także
zwyczajnie umilającymi kontakt ze
specjalistyczną, dość sucho prezentowaną wiedzą.
Czy koń zawisa
w powietrzu?
O tym, ile trzeba wiedzieć o materii
fotografii i fotografowanym tema-
Lennart Nilson - How life begins
| 14 |
cie mówi praca z samego początku
fotografii, wykonana w 1878 roku
przez Eadwearda Muybridgea na
zamówienie gubernatora Kalifornii, Lelanda Stanforda. Stanford
założył się, że koń w czasie biegu
ma taki moment, że zawisa w powietrzu, nie dotykając ziemi żadną
z nóg. Gołym okiem trudno to zobaczyć, najął więc bardzo dobrego,
sprawnego, zawziętego fotografa
i dał mu nieograniczone środki, by
zdjęciami udowodnił postawioną
przez siebie tezę. Muybridge, aby
wywiązać się z zadania, musiał
zbudować specjalny tor, po którym
biegł koń, wyzwalając migawki
kolejnych aparatów przez zrywanie linek przecinających tor i połączonych ze spustami migawek
w aparatach. Ówczesne materiały
fotograficzne nie przypominały
dzisiejszych filmów, nie mówiąc
o matrycach cyfrowych. Fotograf
sam wylewał emulsję tuż przed
wyzwoleniem migawki, ponieważ
w czasie fotografowania musiała
być jeszcze wilgotna – inaczej zaraz po wyschnięciu straciłaby swą
światłoczułość. Na trasie biegu
konia było ustawionych w równych
odstępach kilkanaście aparatów,
a tuż za nimi ciemnie fotograficzne
służące do wylewania emulsji tuż
przed zrobieniem zdjęcia i wywołania negatywu zaraz po jego naświetleniu. W ciepłe dni zwykle było
dużo słońca, co pomagało robić
zdjęcia na emulsjach o zdecydowanie niskiej czułości. Jednak w cieple
emulsja znacznie szybciej wysychała i obrazu mogło w ogóle nie być.
Dave McCarthy & Annie Cavanagh
A clump of breast cancer cells
Cały sztab musiał działać bardzo
sprawnie, by wszystkie aparaty wykonały zdjęcia i nie zabrakło żadnej
klatki. Koń solidnie się nabiegał, a
asystenci napocili, wymieniając kolejne szklane klisze pokryte mokrą
emulsją. Muybridge dochodził do
metody wykonania serii zdjęć wiele
miesięcy, jednak opłaciło się. Stanford wygrał zakład, konie zaczęły
biegać na obrazach mistrzów zgodnie z rzeczywistością, a sam Muybridge otrzymał własną pracownię
na Wydziale Weterynarii Uniwersytetu Pensylwania i tam zrealizował dzieło swego życia ‑ Animal
locomotion. Jego zdjęcia biegnącego konia po nalepieniu na okrągłą
obrotową tarczę jedno po drugim,
oglądane przez okienko wielkości
jednego zdjęcia zamieniły się w obraz filmowy, gdy tylko tarcza zaczęła się kręcić. Prosty z pozoru zakład
zamożnych Amerykanów o to, jak
porusza się koń, spowodował rozwój fotografii naukowej i powstanie
filmu, zaś jedna z sekwencji z cyklu
Animal locomotion zainspirował
Marcela Duchampa do namalowania słynnego obrazu Akt schodzący
po schodach.
nywanych na potrzeby medycyny.
Francuski specjalista od elektrowstrząsów, Guillaume Duchenne
De Boulogne, korzystał z pomocy
Adriena Tournachona, a wybitny
specjalista od chorób skórnych,
Alfred Hardy, najął A. de Montmeja. Obaj pracowali w tym samym
okresie co Muybridge i stosowali
tę samą trudną technikę mokrego
kolodionu. Bez fachowego wsparcia ich ciekawe badania nie miałyby szans na szersze oddziaływanie.
Gdy zaczęto stosować wygodniejsze technologie, więcej lekarzy stanęło za aparatami, czasem z tragicznym skutkiem. Kiedy na sam
koniec XIX wieku wprowadzono
nową metodę badania promieniami X, wymyśloną przez Wilhelma
Roentgena, wielu lekarzy zaczęło
samodzielnie wykonywać zdjęcia.
Promieniowanie
rentgenowskie
okazało się niestety bardzo niebezpieczne. Jedną z pierwszych ofiar
była amerykańska specjalistka od
zdjęć rentgenowskich, Elizabeth
Fleischmann. Entuzjastka nowej
metody z pasją wykonywała liczne
badania, narażając się na skutki
uboczne. Rak pochłonął ją w ciągu
Naukowcy
też znają się
na fotografii
Wielu fotografów
poszło drogą wskazaną przez Muybridgea, opanowując nie tylko samą
fotografię ale też
dyscyplinę wiedzy,
którą mają ilustrować. Naukowcy
nie rzadko opanowują biegle sztukę
fotografii, by ich
odkrycia zostały
właściwie
zilustrowane i szerzej
rozpropagowane.
A jeśli nie dają sobie rady z fotografią (w dawniejszych
czasach było to
dość częste, a i dziś
też się zdarza), to
niemal prowadzą
fotografa za rękę,
by zdjęcia były
takie, jak trzeba.
Tak wielokrotnie
było i jest przy fotografiach wyko-
Guillaume Duchenne De Boulogne
- Faradisation du muscle frontal, 1862 r.
ledwie kilku lat od rozpoczęcia pracy z aparatem rentgenowskim. Szczegółowa wiedza
o dyscyplinie, dla której ma się
realizować zdjęcia, jest jak widać koniecznością.
Pierogi z kasztanami
Szczęśliwie współczesne prace
fotograficzne sporadycznie stanowią zagrożenie dla zdrowia
autora zdjęć. Choć pracując, w
z pozoru niewinnej dziedzinie
fotografii, jaką jest bez wątpienia fotografia kulinarna, też
można nadziać się na niezłą
minę. Wiadomo, że danie na
zdjęciu ma wyglądać, a fotografia prowokować patrzącego
do szybkiego sięgnięcia po pokazane jadło. Ale to, co dobrze
wygląda, rzadko kiedy nadaje
się do zjedzenia. Ma mieć kolor,
kusić kształtami składników i
dekoracją. Nic nie jest do końca ugotowane, drobiu nie należy kroić, bo spod pięknie przypieczonej skórki może trysnąć
krew, ryba niemal zawsze jest
Kiedy otwierały
swoją galerię
fotograficzną,
po sąsiedzku,
na halach
„Konesera” wciąż
produkowano
wódkę. Był rok
2004 i pierwsza
prywatna galeria
w Warszawie.
Galeria Luksfera.
Wyższa sztuka w byłej gorzelni
| Iwona Pawlak
– Na początku było bardzo
trudno, Polakom ciężko było
wyobrazić sobie kupno fotografii. Raz nawet, jak podałam
jakiemuś panu cenę, to popukał się w głowę i powiedział,
że sam może sobie taką zrobić
– mówi Katarzyna Żebrowska,
właścicielka galerii. – Zresztą
na początku my też w ogóle nie
byłyśmy na to przygotowane
– dodaje. Historia Galerii Luksfera zaczyna się pięć lat temu,
dwudziestego drugiego stycznia. Tego dnia Magdalena Przeździak i Katarzyna Żebrowska
powiesiły na ścianach swojej galerii pierwsze fotografie. Było to
miesiąc przed otwarciem galerii
Guzowatego, na wiele miesięcy
przed innymi tego typu miejscami. Ale jako pionierki nie miały
łatwego życia. Goście, którzy
chcieli zobaczyć ekspozycje, musieli wpisywać się na specjalną
listę u strażników. Nieraz same
właścicielki schodziły po swoich
klientów do bramy, bo stróże nie
chcieli wpuścić ich dalej. Poza
tym atmosfera gorzelni niespecjalnie sprzyjała rozwojowi
kultury. Nie warto nawet wspominać o ponurej reputacji, jaką
jeszcze kilka lat temu cieszyła
się warszawska Praga. Dlaczego
Wilhelm Konrad
Roentgen
The First X-ray, 1896
surowa w środku, w pierogach
z mięsem można znaleźć kasztany, na których ładnie układa
się ciasto, a barszcz wigilijny
to barwnik rozpuszczony w
wodzie. Takich zabiegów jest
znacznie więcej i stosowane są
we wszystkich rodzajach fotografii, która ma nas do czegoś
przekonać lub tylko pokazać
coś w ciekawy sposób. Nawet
wspominane zdjęcia medyczne ukazują też te „najsmakowitsze” przypadki. Oglądajmy
fotografie ze spokojem i nie
dziwmy się, że ta nasza robota
‑ w kuchni, ogródku, mieszkaniu czy nawet ta zawodowa ‑ nie
wygląda tak, jak na zdjęciach
w poradnikach czy innych tytułach prasowych. Lepiej, by
kurczak był upieczony, roślina
prawdziwa, a skóra nieplastikowa jak u wszystkich postaci
w czasopismach. Te zdjęcia są
tylko cieszącą oczy podpowiedzią, co i jak można zrobić, ale
bliżej im do świata mitów i baśni niż namacalnej, nieco chropowatej i nieprzewidywalnej
rzeczywistości. 
fot. Marian Schmidt
publikacja zdjęć ma charakter edukacyjny
Przy okazji minionych świąt w wielu domach szykowano
tradycyjne dania postne na wigilię oraz wykwintne zupy,
pieczone mięsiwa i drób, smakowite ciasta na familijny
świąteczny obiad. Dla wielu młodych rodzin przygotowanie
bożonarodzeniowego jadła to spore wyzwanie. Jakie dania
wybrać, z czego i jak je zrobić, jak je przystroić i podać.
Teoretycznie można spytać przedstawicieli poprzednich pokoleń,
ale przyznanie się do niewiedzy dziś wśród młodych nie uchodzi,
a czasem zwyczajnie nie ma u kogo zasięgnąć informacji.
Liege, Belgia 1989 / fot: Marian Schmidt
Kolumna Zygmunta | fotografia
więc zdecydowały się na otworzenie
galerii fotografii właśnie tam? Na to
pytanie pani Katarzyna odpowiada z uśmiechem: okazja. – Muszę
przyznać, że był to zupełnie wariacki
pomysł. Ale sama fotografia od zawsze była naszą pasją. Zresztą geneza tego przedsięwzięcia to rok 1997
i założona na polonistyce UW Grupa
Fotografów „Poniekąd”. Ta z czasem
przekształciła się w stowarzyszenie.
Otworzenie galerii było więc naturalną konsekwencją naszej pracy
– tłumaczy właścicielka.
W wersji de luks?
Galeria składa się z dwóch części.
Pierwsza jest typową powierzchnią
wystawienniczą. Trzy dość przestronne sale, podłoga w szaro-czerwoną szachownicę i czerwona sofa.
W drugiej natomiast znajduje się
wypełnione zdjęciami małe biuro.
Luksfera
prezentuje,
promuje
i sprzedaje ambitną polską sztukę.
Na ścianach galerii można więc znaleźć prace znanych fotografów, m.in.
Pawła Żaka, Tomasza Sikory, Basi
Sokołowskiej i Dominika Janiszewskiego. Ten ostatni, zapytany, czemu
zdecydował się wystawić swoje prace
właśnie tam, odpowiada: – Moim
zdaniem jest to najlepsza galeria
w Warszawie. Od samego początku
Luksfera zajmowała się fotografią
kolekcjonerską – każde ze zdjęć ma
limitowaną liczbę odbitek. Wśród
nich jest głównie fotografia klasyczna. Zdecydowana większość kolekcji
to fotografia analogowa, co niewątpliwie w dobie cyfrówek jest fenomenem. Każde ze zdjęć oprawione jest
w szkło i dość grubą ramę. Fotografia czarnobiała przeważa nad kolorową, artystyczna nad reportażową.
Sporo jest także fotograficznych
eksperymentów z ciemni i to właśnie te zdjęcia, jako jedyne w swoim
rodzaju, uzyskują najwyższą cenę.
Na większości z wystawionych zdjęć,
widnieje mała, żółta karteczka z napisem rezerwacja.
ją jedna albo dwie fotografie. Wtedy
niezbędne są drobne cięcia kosmetyczne. Istotny jest także opis wystawy. Twórca powinien mieć myśl
przewodnią. I oczywiście prace te
powinny być naprawdę dobre. Jednak gra jest warta świeczki, bo jeżeli
surowe oko właścicielek zaaprobuje
zdjęcia, to pomogą one w szukaniu
sponsorów, którzy sfinansują druk
i oprawienie fotografii. A jeżeli
zdjęcia zostaną sprzedane, to będzie można liczyć na całkiem niezły
zarobek.
Jeśli nie zdjęcie,
to plakat
Otoczenie Luksfery zmienia się nieprzerwanie od kilku lat. Stara fabryka przekształca się powoli w centrum
mieszkalno(lofty)-kulturalne (już
teraz znajduje się tutaj między innymi sklep designerski Magazyn Praga
i galeria Klimy Bocheńskiej) Ale właścicielki obiecują, że bez względu na
zmiany w „Koneserze” sama galeria
się nie zmieni i będzie funkcjonowała tak, jak do tej pory. – Mówiąc o tej
galerii, należy zaakcentować przede
wszystkim jej prestiż i pozycję. Dlatego kiedy dostałem propozycję
wystawienia tam swoich prac, po
prostu nie mogłem odmówić – mówi
fotograf i zdobywca prestiżowych
nagród, Jan Babel. 
– Galeria to nie szybko zwracające
się przedsiębiorstwo. Prowadzenie jej wymaga dużo samozaparcia
i determinacji – mówi Katarzyna
Żebrowska. Jednak trzyosobowy zespół (dwie właścicielki i jeden pracownik) jak na razie świetnie dają
sobie radę. Przyznają, że z pieniędzmi bywa krucho, mimo to Luksfera
angażuje się w różnego rodzaju imprezy charytatywne.
Ambitna fotografia to nie jedyny
obiekt zainteresowania właścicielek
galerii. Luksfera zajmuje się także
działalnością PR-owską. W ofercie
ma doradztwo z zakresu kreowania
wizerunku, monitoring mediów
i aranżowanie wywiadów prasowych. Zajmuje się także projektowaniem i drukowaniem materiałów reklamowych. A jeśli kogoś nie
stać na zakup unikalnej fotografii,
może kupić artystyczny plakat. Galeria proponuje kolekcję plakatów
artystycznych znanych polskich
fotografów, m.in. Anity Andrzejewskiej, Jacka Poręby czy Tomasza
Żaka. Taki plakat kosztuje 50 zł.
ABC jak być artystą
Luksfera nie zamyka swoich podwoi
dla młodych artystów. Każdy, kto
przyniesie swoje prace do galerii,
może mieć pewność, że zostaną one
dokładnie obejrzane. Ważne jest
to, żeby materiał tworzył swojego
rodzaju całość. Czasami projekt psu-
Przyszłość bez zmian
Galeria Luksfera,
Warszawska Wytwórnia Wódek
„Koneser”, ul. Ząbkowska 27/30
Galeria otwarta jest od
poniedziałku do piątku
w godzinach 14-19, w soboty
i niedziele od 11 do 17. W lutym
można będzie zobaczyć prace
Barbary Sokołowskiej, w kwietniu
zdjęcia Izy Jaroszewskiej
i Radosława Wojnara, natomiast
w maju Katarzyny Sagatowskiej.
Luksfera organizuje także
warsztaty fotograficzne.
Najbliższe (Fotografia
modyfikowana i portret – prowadzi
Maciej Stępiński) odbędą się już
19 i 20 stycznia, oraz 2 lutego.
Koszt takich zajęć to 450 złotych.
| 15 |
PR | W praktyce
fot. Piotr Ufnal / Agencja France Press
W praktyce | PR
| Agnieszka Żądło
Jestem pogromczynią
mężczyzn. Jestem kotką.
Jestem Włoszką
Tak Carla Bruni określiła siebie
w wywiadzie dla dziennika Le Figaro.
40-letnia piosenkarka i była modelka mogłaby się tak przedstawiać do
końca życia, gdyby nie fakt, że poślubiła prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego i została pierwszą damą Francji.
Życie uczuciowe prezydenta budzi
wśród Francuzów mieszane emocje.
W sondażu ośrodka OpinionWay,
przeprowadzonym po ślubie pary,
okazało się, że tylko 35 proc. Francuzów pochwala jego zachowanie
w sferze prywatnej. Później było już
jednak lepiej. – Carla Bruni pokazała światu, że prezydent ma takie
same problemy jak większość ludzi: rozwodzi się, zakochuje i żeni
ponownie. Kobiety takie jak Carla
pojawiały się w świecie wielkiej polityki już wcześniej, np. Jackie Kennedy, i pomagały swoim mężom w
ocieplaniu wizerunku – tłumaczy
Joanna Delbar, prezes agencji public relations Telma Communications Group. Notowania żony
Sarkozy’ego stale rosły i w sierpniowym sondażu dla Le Journal du Dimanche prawie 70 proc. Francuzów
przyznało, że jest zadowolonych, że
Carla Bruni jest ich pierwszą damą,
a ponad połowa była zdania, że jej
obecna funkcja da się pogodzić
z karierą piosenkarki. Bruni jest
szczególnie chwalona za to, jak reprezentuje Francję poza granicami
(aż 64 proc. ankietowanych uznało,
że robi to dobrze). Podobne przekonanie mają Brytyjczycy. Co czwarty
| 16 |
mieszkaniec Wysp wskazał na Carlę
Bruni w rankingu na najciekawszą
osobowość (coolest person) 2008
roku. Piotr Płocharski, prezes agencji Lighthouse Consultants, uważa,
że wizerunek Bruni to połączenie
narcyzmu z nutą skandalizmu.
– Ona jest przykładem na to, jak zacierają się granice między światem
polityki i mediów, tworząc jeden
wielki show biznes. W dziewiętnastym wieku żon polityków właściwie nie było, w dwudziestym wieku
zachowanie pierwszych dam było
ściśle wtłoczone w określone ramy.
A teraz Bruni jest wzorem całkowitej kreacji, łączy wszystko, co było
do tej pory – komentuje Płocharski.
– Doradziłbym jej jedynie, by nie
starała się kreować w mediach na
osobę ważniejszą niż jej mąż. Niech
będzie sobą i nie próbuje przekroczyć pewnej granicy – dodaje Adam
Łaszyn, prezes agencji Alert Media
Communication.
Czterdzieści lat,
trzydziestu kochanków
Jest spadkobierczynią fortuny przemysłowca, a jednocześnie kompozytora, Alberta Bruniego Tedeschiego,
który choć był jej ojczymem, to wychowywał Carlę jak córkę. Ojcem
Bruni jest Mauriz Remmert, dzisiaj
bogaty biznesmenem z Sao Paulo,
wcześniej skrzypek, z którym starsza od niego o 13 lat matka Carli,
pianistka Marysa Borini, miała
romans. Po ślubie córki z prezydentem Remmert potwierdził związek
i ojcostwo, dodając, że jest „w doskonałych stosunkach” z córką.
Rodzina przeniosła się do Francji
w latach 70., uciekając przed falą
porwań bogaczy we Włoszech
Ach, ta Carla
Małżeństwo prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego z Carlą
Bruni przypieczętowało coraz mocniejszy związek wielkiej
polityki z showbiznesem. Piękna Carla udowodniła, że skandale,
romanse i rozbierane sesje nie zamykają drzwi do Pałacu
Elizejskiego. A może wręcz je otwierają?
przez Czerwone Brygady. W wieku 19 lat Carla zdecydowała się na
karierę fotomodelki, porzucając
Wydział Architektury na Sorbonie. W ciągu 12 lat aż 17 razy pojawiła się na okładkach prestiżowych
magazynów mody. Była twarzą
Chanel, Diora i Versace. Pracowała
też dla Valentino, Paco Rabanne’a, Givenchy, Yves Saint Laurenta,
Johna Galliano. – Czułam się uzależniona od sławy i zachwytu, jaki
wzbudzałam. Ale w tej branży kobieta koło trzydziestki traktowana
jest jak starsza pani – tłumaczy
w jednym z wywiadów.
W 2003 kolejną pasją pierwszej
damy stała się muzyka. Do tej pory
wydała trzy albumy. Ostatni – Comme si de rien n’était (Jak gdyby nic się
nie stało), spowodował mały skandal międzynarodowy. Fragment
piosenki: Jesteś moim narkotykiem,
bardziej zabójczym niż heroina
z Afganistanu, groźniejszym niż kolumbijska kokaina skomentowane
zostały przez szefa kolumbijskiej
dyplomacji. – Ponieważ słowa te
padły z ust małżonki prezydenta,
uważamy je za bardzo raniące dla
naszego kraju – powiedział kolumbijski minister spraw zagranicznych
Fernando Araujo. – Bruni powinna
zawiesić działalność muzyczną ze
względu na prezydenta, ponieważ
zawsze będzie podejrzenie o wykorzystywanie funkcji, jaką w tej
chwili pełni. Na świecie nie ma żon
polityków, które zajmują się w takim
stopniu showbusinessem – twierdzi
Michał Domański, redaktor naczelny miesięcznika All Inclusive. Bruni
znana jest z tego, że w swoich utworach porusza tematy z życia prywatnego, dotyczące erotyki i narkotyków. Na ostatniej płycie delikatnie,
lekko chropawym i niskim głosem
nuci: Pozostałam dzieckiem mimo
czterdziestu lat i trzydziestu kochanków. Jednak zdaniem ekspertów od
wizerunku skandalizowanie jej nie
zaszkodzi. – Ludzie są już przyzwyczajeni do skandali – uważa Sebastian Hejnowski, dyrektor zarządzający z agencji Ciszewski Public
Relations.
Terminator o zabójczym
spojrzeniu
Carla Bruni jest znana przede
wszystkim jako ta, która rozkochiwała sławy. Na liście jej zdobyczy znaleźli się m.in. muzycy Mick
Jagger i Eric Clapton. – Mężczyźni są moimi muzami, inspirują
mnie do twórczej pracy, do pisania
i komponowania – tłumaczyła
w jednym z wywiadów eksmodelka. Takie uzasadnienie nie przemówiło do Justine Levy, córki
słynnego francuskiego intelektualisty, Bernarda Henri Levy, gdy
Carla odbijała jej męża, Raphaela
Enthovena. Romans został opisany
w bestsellerowej powieści Rien de
grave, a pikanterii dodawał mu fakt,
że Bruni była wcześniej związana
z ojcem Raphaela, Jean-Paulem
Enthovenem. Carla została nazwana w książce pięknym i bionicznym
Terminatorem... o zabójczym spojrzeniu. Jednak, kiedy urodziła Raphaelowi syna, zdawało się, że nadszedł okres stabilizacji w jej życiu.
Aż spotkała prezydenta Francji.
Poznali się na przyjęciu. Podobno
liberalna eksmodelka długo wahała się, czy przyjąć zaproszenie prezydenta, ponieważ uważała go za
prawicowego sztywniaka.
Być jak Jackie Kennedy
– Wolałabym oczywiście być bardziej jak Jackie Kennedy niż np.
pani de Gaulle, która była klasyczną francuską kobietą trwającą przy
boku męża – mówiła Bruni. – Jest
takie zdjęcie pani de Gaulle, która podaje zupę swojemu mężowi.
Mnie także zdarza się to robić,
jednak wolałabym nie być fotografowana w takich okolicznościach.
– Nie sądzę, aby miała aspiracje być
Jackie Kennedy, ale na pewno ma
na to zadatki: piękna, inteligentna
artystka, pierwsza dama, która ma
coś do powiedzenia, i która chce
być indywidualnością – uważa
Magdalena Drabek, specjalista ds.
PR w Oriflame Poland.
I rzeczywiście, sławy francuskiej
pierwszej damie przysporzyły nie
zdjęcia przy garnkach, ale fotografie z rozbieranej sesji. Jedno
z nich zostało sprzedane tuż przed
wizytą pary prezydenckiej w Wielkiej Brytanii za niebotyczną sumę
45 tys. funtów. Ale i z tej opresji
Bruni wyszła bez szwanku. W wywiadzie dla Vanity Fair mówiła:
– Nigdy nie zdawałam sobie sprawy,
ile zrobiłam nagich zdjęć. Wzięłam
Nicolasa i powiedziałam: muszę Ci
to pokazać – pozowałam nago. Musisz wiedzieć, że to wypłynie. Na co
prezydent powiedział: uwielbiam to
zdjęcie! Czy mogę dostać odbitkę?
Za granicą Carla
zachwyca
Zarówno w Londynie, gdzie była
z oficjalną wizytą u królowej brytyjskiej, jak i w Waszyngtonie,
wywołała zachwyt. Spotkanie
twojej żony było prawdziwą przyjemnością – powiedział prezydent
Stanów Zjednoczonych do Sarkozy’ego. W lutym towarzyszyła mężowi w podróży do Afryki,
gdzie spotkała się z przedstawicielami organizacji pozarządowych
w RPA. – Sarkozy jako mąż Carli,
a jednocześnie prezydent Francji,
powinien kierować zaangażowanie
Carli w stronę działalności charytatywnej, np. pomocy biednym
dzieciom w Afryce, gdzie Francja
nie jest zbytnio lubiana z racji kolonizacji francuskiej, a Bruni jako
Włoszka na pewno nie będzie na
„dzień dobry” źle przyjmowana
przez Algierczyków czy Marokańczyków. Z pewnością dobroczynna
postawa mogłaby jej przysporzyć
popularności – sugeruje Michał
Domański. Wybór Carli był jednak inny – w grudniu Carla oficjalnie ogłosiła, że poświęci się walce
z AIDS. Pierwsza dama Francji
sama zgłosiła swoją kandydaturę.
Sercem socjalistka
Nowa prezydentowa nie chce być
tylko maskotką u boku męża. Ma
swoje socjalistyczne poglądy i ich
nie ukrywa. Przed poznaniem Sarkozy’ego ostro krytykowała jego
politykę i centroprawicową partię, której przewodniczył do czasu
objęcia urzędu prezydenta. Carla
wspomina: Moi rodzice byli w szoku, gdy dowiedzieli się, kto jest wy-
brankiem ich córki. Nie mogli
uwierzyć, że wyszłam za mąż
za konserwatystę. Otwarcie
przyznaje, że w ostatnich wyborach głosowała na rywalkę
Nikolasa, Segelene Royal. Już
podczas prezydentury Sarkozy’ego Carla podpisywała petycje i uczestniczyła w koncercie
przeciwko
kontrowersyjnej
ustawie, umożliwiającej badanie DNA imigrantów chcących
wjechać do Francji w ramach
łączenia rodzin. Gdyby ta ustawa istniała 30 lat wcześniej,
Carla nie zostałaby wpuszczona do kraju. – Żona prezydenta
jakiegokolwiek kraju ma prawo
do wyrażania swoich poglądów
i opinii. Jednakże mieszanie
się w politykę i wchodzenie
w kompetencje męża mogą
tylko nadszarpnąć wizerunek
pary prezydenckiej – przyznaje
Magdalena Drabek.
Może dlatego po ślubie Carla przyjęła nieco lżejszy ton:
‑ Już nie mogę sobie pozwolić
na impulsywne wypowiedzi.
Nawet, jeśli się nie zgadzam
z przekonaniami Nicolasa, muszę zachować powściągliwość.
Kocham go i nie chcę w żaden
sposób mu zaszkodzić – powiedziała w jednym z włoskich
magazynów.
Również jako artystka postanowiła odstawić na bok szokujące
metody autopromocji, np. propozycję umieszczenia na okładce płyty napisu: Możecie kochać
Carlę Bruni, lecz niekoniecznie prezydenta Sarkozy’ego.
Uznała to za niestosowne, podobnie jak organizację trasy
koncertowej promującej najnowszy album.
Jak zareagowałaby polska opinia, gdyby nagle prezydent
Lech Kaczyński postanowił
rozstać się ze swoją żoną, a po
trzech miesiącach ogłosił, że
wychodzi za mąż za Katarzynę Figurę albo Justynę Steczkowską? – Polska jest krajem
tradycyjnym, więc w naszym
społeczeństwie na pewno by
się to nie przyjęło – komentuje
dr Włodzimierz Głodowski
z Instytutu Dziennikarstwa
UW. – Od żony prezydenta
oczekuje się dyskrecji, taktu,
skromności, wspierania męża,
godnego reprezentowania państwa, prezentowania akceptowalnych zachowań i zasad
moralnych. Nie jest łatwy do
zaakceptowania model żony
prezydenta, która była modelką, ma za sobą wiele związków
i bogate życie erotyczne – dodaje. – W Polsce z pewnością
kolejne rozwody i nagie zdjęcia
odbierane byłyby jako obraza
katolickiej części społeczeństwa. Polacy nie są obyczajowo
przyzwyczajeni do takich zachowań – nie ma wątpliwości
Joanna Delbar, prezes Telma
Communication Group. 
reklama
Prace magisterskie za 8 zł!
Licencjackie i dyplomowe również.
www.verso.pl
Oprawy sztywne z napisem (do 300 kartek 80 gr).
Tani druk cyfrowy - kolor 1 zł!
Czynne cały tydzień! [email protected], tel. 022 635 91 74
Stare Miasto, ul. Freta 17 (róg Świętojerskiej)
Dziękujemy Piotrowi Ufnalowi
z Agencji France Press
za udostępnienie zdjęć.
| 17 |
To Proste / PR na świecie | PR
Tabloid
to medium jak inne
Czy współpraca media relations z tabloidami odbiega
od współpracy z pozostałymi
mediami?
Tabloidy to medium, które działa
według podobnych zasad jak każde inne. Różnica polega na tym, że
informacja podana w mediach opiniotwórczych jest w jakiś sposób
weryfikowalna, a wiarygodność
źródeł informacji w tabloidach jest,
delikatnie mówiąc, trudna do określenia. Stąd można się spodziewać,
że w tabloidzie o naszej marce pojawi się negatywny komunikat oparty jedynie na plotkach, pogłoskach
i przez jego ogromny zasięg może
negatywnie wpłynąć na wizerunek
firmy czy produktu, tak jak to się
dzieje w przypadku celebrities.
Firmy, dla których tabloidy są ważne z punktu widzenia dotarcia do
grupy docelowej, aby skutecznie
wykorzystywać ten kanał, muszą
także dostosowywać swoją komunikację do specyfiki tych mediów.
Często współpraca z tabloidami to
bardziej współpraca z fotoreporterami niż dziennikarzami.
Czy tabloidy są medium
szczególnie pożądanym przy
realizacji jakiś konkretnych
projektów?
Wybór medium, niezależnie od
tego, czy mówimy o reklamie czy
PR, jest zawsze uwarunkowany
grupą docelową, do której chce
dotrzeć dana marka. Są firmy, dla
których tabloidy będą ważniejszym
środkiem przekazu niż dzienniki
ogólnopolskie czy telewizja. Posiadają wysokie nakłady i dużą
sprzedaż, a dla pewnej grupy czytelników są bardzo wiarygodnym
źródłem informacji. Ze względu na
swój zasięg i sposób przekazywania informacji są to media istotne
zwłaszcza przy różnego rodzaju
kampaniach edukacyjnych. Często z tych mediów korzystają firmy
z sektora finansowego, które kierują swoją ofertę do mniej zamożnych
i świadomych Polaków. Znajdziemy tam także więcej informacji generowanych przez działy PR firm
farmaceutycznych.
| 18 |
Firmy angażują do działań
komunikacyjnych tzw. ambasadorów marki. Często są to
ludzie znani. Interesuje się
nimi prasa, także tytuły plotkarskie. Czy firmy nie widzą
zagrożenia dla swoich działań
w ewentualnych – negatywnych – publikacjach w tego
typu prasie?
Rzeczywiście, tabloidy to także
ważne media dla firm czy marek
wykorzystujących zaangażowanie
ambasadorów w komunikacji marketingowej. Jeśli dany tabloid napisze negatywny artykuł o celebrity,
z którym współpracuje nasza marka, przekłada się to wprost na jej
wizerunek. W przypadku podjęcia
współpracy z danym celebrity należy
brać to pod uwagę. Przede wszystkim
jednak należy dołożyć wszelkich starań, by wizerunek zaangażowanego
przez nas ambasadora wpisywał
się w charakter marki. Postrzegany
będzie, pamiętajmy, nie tylko przez
pryzmat dokonań zawodowych, ale
także życia prywatnego. 
PR na świecie
Więcej na CSR
opracował Paweł Łysakiewicz
fot. www.senate.gov
Współpraca media relations prowadzona
przez agencje PR obejmuje także działania
komunikacyjne z tabloidami. Przy jakich
projektach ma ona największe znaczenie?
Czy relacje z tego typu prasą rządzą się
innymi prawami niż z pozostałymi tytułami?
Na pytania te odpowiada Magdalena Majek,
dyrektor działu komunikacji korporacyjnej
w Euro RSCG Sensors.
PR | Case-study
Czy Obama zmieni
wizerunek USA?
– Ostatnie osiem lat było dla
Stanów Zjednoczonych kompletną wizerunkową katastrofą – powiedział w portalu
Talk Radio News Service prof.
Anthony Clark Arend z Government and Foreign Service
Uniwersytetu Georgetown.
Jak twierdzi naukowiec, w
ostatnich latach Ameryka
przestała być postrzegana
jako państwo szanujące międzynarodowe prawo. Straciła
również pozycję lidera na
arenie międzynarodowej.
Dlatego, argumentuje Arend,
teraz przed Barackiem Obamą stoi poważne wyzwanie
– ma zmienić postrzeganie
USA. Według niego powinien
przede wszystkim zamknąć
więzienie Guantanamo na
Kubie i uporać się z problemem torturowania przetrzymywanych tam więźniów.
źródło: proto.pl
Chociaż wiele firm zdecydowało
się na obcięcie budżetów marketingowych, część jest wciąż zainteresowana działaniami Społecznej Odpowiedzialności Biznesu
– informuje PR Week. Od dwudziestego czwartego listopada do
drugiego stycznia Subaru w Stanach Zjednoczonych prowadziła
kampanię Podziel się miłością.
Każdy, kto kupił w tym czasie
nowy samochód, mógł wskazać
organizację charytatywną, której
firma przekazywała 250 dolarów.
Dzięki tej akcji organizacje pozarządowe otrzymają 5 milionów
dolarów. Na kontynuowanie
działalności charytatywnej zdecydowała się również amerykańska sieć kawiarni Starbucks.
Wywiady za opłatą
Kluby włoskiej ligi piłkarskiej
chcą, by w umowach o sprzedaży
praw do transmisji telewizyjnych z
ligowych spotkań znalazł się zapis
o opłatach za wywiady z zawodnikami i trenerami – poinformował
dziennik La Repubblica. Jak donosi gazeta, nowa regulacja obowiązywałaby od 2010 roku. Kluby
same ustalałyby wysokość opłat za
rozmowy dziennikarzy ze swoimi
piłkarzami. Są również przeciwnicy tego pomysłu. Takiemu rozwiązaniu sprzeciwia się szef ligi,
Antonio Matarrese, który obawia
się, że dodatkowe koszty mogą się
stać przyczyną protestów mediów,
a to one, poprzez opłaty związane
z nabyciem praw do transmisji,
współfinansują włoski futbol.
Opóźniane przetargi
PR-owskie
Milion funtów na PR
Jeśli chcecie zadać pytanie
PR-owcom z agencji Euro RSCG
Sensors, piszcie na adres:
[email protected] Jeśli macie
pytania do autorki
odpowiedzi, piszcie:
[email protected]
Patronat merytoryczny:
Wydatki miast w Wielkiej
Brytanii na działania public relations na przełomie
2007/2008 roku wzrosły
o ponad 400 proc. w porównaniu z rokiem 1997 – wynika z badania przeprowadzonego przez organizację TaxPayer’s Alliance. Przeciętne
brytyjskie miasto wydało
w tym roku około milion
funtów na działania promocyjne, a całkowita kwota
przeznaczana na działania
PR wynosi łącznie pół miliarda funtów.
Problemy budżetowe zmuszają
firmy do przyhamowania podejmowania lub zawieszania
decyzji dotyczących ogłaszania
przetargu na działania PR – informuje PR Week. – Widzimy,
że przeglądy ofert agencji PR są
przekładane lub odwoływane.
Decyzje nie są podejmowane tak
szybko, jak były dotychczas. Jednak nie spotkałem się jeszcze z
sytuacją, żeby firma już po ogłoszeniu przetargu zrezygnowała z
niego – powiedział tygodnikowi
PR Week prezes średniej agencji
technologicznej.
Dan Orsborn, senior partner
and PR practice leader z Select
Resources International, dodaje: – Słyszałem od wielu agencji,
że przetargi zostały przełożone,
oraz że rozpoczęto nowe biznesy,
które musiały zostać wstrzymane i odłożone na inny termin.
usługi. Do wygrania były atrakcyjne nagrody – m.in. bilety na koncerty, bony zakupowe,
romantyczne kolacje oraz nagroda główna
– wycieczka dla dwojga. Zostały przygotowane informacyjne plakaty – fotomontaże z wykorzystaniem twarzy Chrisa Bannistera oraz
Jacka Henslera (dyrektora marketingu PLAY)
z zabawnymi podpisami. Plakaty były rozwieszane przez osoby przebrane za Lorda Vadera
z Gwiezdnych Wojen oraz Batmana. – Miało
to nawiązywać do treści plakatów, na których
pojawiały się różne postacie z popularnych
filmów, a ponadto zwracało uwagę pracowników i stanowiło ciekawe urozmaicenie dla ich
pracy – tłumaczy Staniszewski. Dodatkowo
wysyłano maile przypominające o konkursie
i nagrodach. Aby wzmocnić przekaz, w czasie
trwania akcji osoby w abstrakcyjnych kostiumach chodziły po biurze i informowały pracowników, że konkurs cały czas trwa.
Klienci jego firmy nie mieli problemów z płaceniem za wykonane usługi.
CSR się opłaca
Trzy czwarte przedsiębiorstw,
które zainwestowało w działania
społecznej odpowiedzialności
biznesu, zauważa zwrot wydanych na te cele kosztów. Badanie
przeprowadzone przez organizację Economist Intelligence
Unit objęło 566 dyrektorów wykonawczych, z których 74 proc.
przyznało, że programy CSR
zwiększają dochody ich firm.
Zdjęcie ze śnieżynką
Magellan
rozstrzygnięty, Polacy
z siedmioma nagrodami
Siedem projektów z Polski zostało nagrodzonych w międzynarodowym konkursie public
relations Magellan Awards 2008.
Cztery nagrody zdobyła agencja
Partner of Promotion. W kategorii Product / Service Communications agencja otrzymała Platynowego Magellana za projekt
dla Electronic Arts Wirtualny
futbol w świetle stadionowych
reflektorów. W tej samej kategorii
jury przyznało agencji srebrną
nagrodę za kampanię Warto
kupować w Agito, realizowaną
dla Agito.pl. Partner of Promotion dostała także dwie srebrne
statuetki w kategorii Corporate
/ Organizational Communications za projekty realizowane
dla CTL Logistics (Najbardziej
dochodowa kolej na świecie) oraz
Polbanku EFG (Grecki fenomen
w Polsce). Dwie nagrody zdobyła
agencja On Board. Brązowego
Magellana w kategorii Community Relations za kampanię
Partnerska rodzina dla Wyższej
Szkoły Ekonomicznej w Białymstoku oraz honorową statuetkę
w kategorii Organizational
Communication za kampanię
na rzecz wzrostu płac pracowników ochrony, zrealizowaną dla
NSZZ „Solidarność”. Alert Media zdobył brązową statuetką w
kategorii Community Relations
za projekt Mediastarter dla firmy
Canal Plus Cyfrowy.
Organizatorem konkursu jest
LACP – League of American
Communications Professionals
– organizacja skupiająca specjalistów z public relations.
Tworzymy portal
o dziennikarstwie,
PR, fotografii.
Szukamy
współpracowników.
Zgłoszenia:
[email protected]
Lord Vader będzie po 13.00
Jeszcze do września tego roku żaden z pracowników PLAY-a nie mógł
być pewien tego, co go spotka. Firmę odwiedzali żołnierze Lorda
Vadera, Batman, czarodzieje i cyganki. A wszystko po to, by zbudować
identyfikację pracowników z marką PLAY.
| Magdalena Grzymkowska
Wejście marki telefonów komórkowych PLAY
(spółka P4) na polski rynek zostanie z pewnością na długo zapamiętane. Firma od początku postawiła na rozgłos. W pierwszych miesiącach 2007 roku w całej Polsce pojawiły się
szokujące reklamy: na billboardach obok haseł
reklamowych widać było odcięte palce, a w telewizji emitowane były spoty z pieskiem wpadającym do zupy. Kampania operatora stała się
jedną z najbardziej oprotestowanych w historii
polskiej reklamy. Szokowała, ale jednocześnie
prowokowała do dyskusji nad jej granicami.
Efekt? W niecały rok od debiutu firma pochwaliła się zdobyciem milionowego klienta,
jest obecna w 500 salonach i 80 tys. punktów
sprzedaży detalicznej. Firma przekonywała do
nowej marki nie tylko potencjalnych klientów,
ale także własnych pracowników. Od czerwca
2007 roku do września 2008 agencja public
relations Walk & Talk prowadziła w P4 kampanię komunikacji wewnętrznej.
Dodaje, że nowy operator był kojarzony
głównie z szokującą i kontrowersyjną reklamą oraz atrakcyjną ofertą. Dlatego agencja
zdecydowała, że kampania PR będzie równie
nietypowa i oparta głównie na elemencie zaskoczenia.
Słoń ze śmigłem
Kampania miała poprawić zarówno identyfikację pracowników z marką, jak i atmosferę w pracy. – Każde ważne wydarzenie w firmie powinno mieć swój wydźwięk
w komunikacji wewnętrznej – tłumaczy Staniszewski. Tak było na przykład przy okazji
przeniesienia w czerwcu ubiegłego roku siedziby firmy z ul. Pilickiego do biura przy ul.
Taśmowej w Warszawie. – Taka zmiana jest
w pewnym sensie kryzysem w firmie, dlatego
należało w jakiś sposób umilić pracownikom
ten trudny czas. Chcieliśmy przedstawić konieczne zmiany w firmie jako element jej rozwoju – komentuje szef agencji Walk & Talk.
To zadanie powierzono sympatycznemu,
rysunkowemu słoniowi ze śmigiełkiem,
który poprzez mailing dodawał otuchy
i poprawiał humor zestresowanym pracownikom. Aby mogli aktywnie uczestniczyć
w przeprowadzce, zorganizowano konkurs
na nazwy sal konferencyjnych w nowym
budynku. Miały nimi być ulubione zespoły
pracowników. W ten sposób powstały sale
imienia Modern Talking czy The Rolling
Stones. – Dzięki temu łatwiej było się pracownikom odnaleźć w nowym otoczeniu
– tłumaczy Staniszewski.
Lord Vader w firmie
Niektóre działania związane były z komunikacją produktową. Ich celem było przekonanie pracowników do promowanych przez
firmę produktów. Tak było np. przy okazji
wprowadzenia na rynek oferty bezprzewodowego Internetu Play Online. Został wówczas ogłoszony konkurs dla pracowników,
w którym mieli przekonać jak największą
liczbę swoich znajomych do korzystania z tej
Innym typem organizowanych kampanii
były akcje charytatywne, czyli np. zbiórka
pieniędzy dla chorych dzieci. Gdy z krytyką
opinii publicznej spotkała się reklama, w której zostaje ugotowany pies, zorganizowano
zbiórkę na schroniska dla zwierząt. Zwołano
także konferencję prasową z udziałem rzekomo ugotowanego pieska Pazia, podczas której zapewniono, że nic mu nie jest. – Chcieliśmy przez to pokazać, że PLAY nie jest firmą,
która propaguje znęcanie się nad zwierzętami – mówi Przemysław Staniszewski.
Nie zabrakło także kampanii okazjonalnych,
m.in. na mikołajki lub andrzejki. Wtedy pracownicy PLAY mogli usiąść na kolanach św.
Mikołaja i zrobić zdjęcie przy choince ze Śnieżynką oraz reniferem – na miejscu był fotograf, który miał możliwość drukowania i każdy pracownik po chwili otrzymywał zdjęcie.
Na tę okazję została przygotowana specjalna
scenografia. Z okazji andrzejek pracownicy mogli zapytać o swoją przyszłość wróżkę
i znaleźć wróżbę w chińskim ciasteczku. Dodatkowo w każdej kuchni zostały umieszczone plakaty z informacją o tym, jak można powróżyć sobie z fusów. Obie akcje poprzedzone
były informującym mailingiem.
83 proc. „za”
Skuteczność działań sprawdzono, przeprowadzając ankietę wśród pracowników. Wypełniło je 223 pracowników z 800 zatrudnionych.
Na ich podstawie stwierdzono, że większość
pracowników (52 proc.) jest wystarczająco
poinformowana o istotnych wydarzeniach
z życia firmy. Forma prowadzonych akcji wewnętrznych podobała się 82 proc. ankietowanych. 83 proc. pracowników stwierdziło,
że mają one pozytywny wpływ na atmosferę
pracy. Kampania została doceniona nagrodą branży public relations – „Złotym Spinaczem”, w kategorii komunikacji wewnętrznej.
‑ Jestem bardzo zadowolony z realizacji projektu. Satysfakcjonujące są zwłaszcza wyniki
przeprowadzonego badania. Najważniejsze
dla mnie jest to, że udało nam się pokazać,
że komunikacja wewnętrzna nie musi być
nudna. A wręcz przeciwnie: im bardziej niestandardowa, im bardziej dowcipna i różnorodna, tym skuteczniejsza – komentuje Przemysław Staniszewski. 
Oswoić z marką
Celem kampanii była budowa wizerunku
marki PLAY wśród pracowników P4. – Była
to nowa, nieznana marka, z którą trudno
było się identyfikować. Dlatego zdecydowaliśmy się na równie odważne działania,
jakie prezentowała strategia komunikacji
zewnętrznej. Staraliśmy się zachować jak
najwięcej z konwencji, jaką prezentowała
reklama – mówi Przemysław Staniszewski,
prezes agencji public relations Walk & Talk.
| 19 |
PR a tabloidy | PR
PR | PR a tabloidy
Wieczna gehenna
bohatera tabloidu
W jednych wzbudzają obrzydzenie, dla innych są jedynym źródłem informacji. Pisma
brukowe są wszechobecne. Na pasku tabloidów chadzają politycy, gwiazdy show biznesu
i PR-owcy. Dlaczego? Bo w tym starciu wygrywa ten, który ma mniej skrupułów.
| Łukasz Krzemiński
Sukces zapewnia
człowiek
W publikowanych co miesiąc wynikach czytelnictwa dzienników
tabloidy rządzą niemal niepodzielnie. Po wydawany od pięciu lat Fakt
sięga 16 proc. czytelników (więcej, ale zaledwie o pół proc. miała
w grudniu 2008 r. tylko Gazeta
Wyborcza), zaś obecny na rynku
od 1991 r. Super Express ma ponad
7 proc. czytelników, co daje mu
trzecie miejsce w rankingu popularności dzienników. Medioznawcy nie mają wątpliwości, że prasa
brukowa sukces zawdzięcza nastawieniu na ludzkie historie podbite sensacją. – Głównym tematem
brukowców są ludzie. Zarówno ci
znani, jak i zwykli obywatele. Prezentowanie niepowodzeń gwiazd
albo przyłapywanie ich przy wykonywaniu codziennych czynności
służyć ma obnażeniu, ale i pokazaniu ich ludzkiej twarzy – wyjaśnia
prof. Maciej Mrozowski, medioznawca z Uniwersytetu Warszawskiego. W przeszłości tabloidy
miały wąski krąg czytelników.
Wzrost konkurencji na rynku wydawniczym wymusił dostosowanie
się do szerszej grupy odbiorców.
Zaczęto poszerzać poruszaną tematykę. Do newsów opisujących
lokalne sprawy dodano politykę,
życie osób publicznych oraz sport.
Uatrakcyjniono również wygląd
gazet. Więcej kolorowych fotografii, podręczny format i szata graficzna spowodowały, że powiększył
się krąg odbiorców. – Dzisiejszym
adresatem tabloidów jest każda
grupa społeczna. Jednak większość czytelników to wciąż słabo
wykształceni ludzie – dodaje prof.
Mrozowski.
Profil czytelnika odzwierciedla zawartość tematyczna. Informacje po
pierwsze muszą być bliskie odbiorcy, po drugie dotyczyć najpopularniejszych spraw, takich, jak sport,
show biznes, polityka i sprawy społeczne. Tzw. „human stories” zdecydowanie dominują w tekstach.
Bohaterem gazety może zostać
każdy. Pod jednym warunkiem
– musi go spotkać coś niezwykłego.
Obcięta ręka czy poparzenie całego
ciała gwarantują zainteresowanie
czytelników. Wszystko, co wstrząśnie odbiorcą, ma szansę, aby stać
się tematem numer jeden. Im bardziej nieprawdopodobna historia,
tym lepiej.
| 20 |
PR-owcy oswajają taboidy
Celebryci, przedstawiciele biznesu i politycy
nauczeni doświadczeniem wiedzą, że z tabloidami lepiej współpracować niż walczyć.
Jeżeli nie bezpośrednio, to przez specjalistów od wizerunku, którzy powinni dotrzeć
do gazety z informacją o kliencie albo wręcz
przeciwnie – zrobić wszystko, by dziennikarz
pisania danego tekstu zaniechał.
Najczęściej stosowanym przez PR-owców
instrumentem są notatki prasowe o wydarzeniu, którym agencja chce zainteresować
tabloid. Informacje muszą być oczywiście
odpowiednio dostosowane do profilu gazety,
dlatego unika się w nich zawiłych sformułowań. Dominuje język prosty, łatwy w odbiorze. Sprawdzoną metodą jest też zapraszanie
dziennikarzy tabloidów na różnego rodzaju
gale czy konferencje prasowe. Jeżeli agencja chce wyciągnąć dziennikarza tabloidu
z redakcji, powinna pamiętać, by event swoją
obecnością uświetniły gwiazdy z pierwszych
stron gazet i serwisów plotkarskich. Co prawda promocja produktu schodzi wtedy często
na drugi plan, rosną jednak szanse, że jakikolwiek materiał o wydarzeniu w ogóle się ukaże.
W kontaktach z brukowcami wciąż dużą rolę
odgrywają agenci prasowi gwiazd kultury czy
sportu, za pośrednictwem których dziennikarze mogą się z celebrytami kontaktować. Agenci nie pozostają w tych relacjach bierni – starają
się dostarczać do prasy pozytywne wiadomości
o kliencie. Informacja musi być przede wszystkim ciekawa i zainteresować odbiorcę.
Tabloid dźwignią handlu
Na stronach Faktu czy Super Expressu próżno
szukać tekstów specjalistycznych, np. wzmianek o innowacyjnych rozwiązaniach IT lub
nowych metodach zarządzania. Mimo tego
producenci próbują przebić się z informacją
o swoich produktach do czytelników tabloidu. Zadanie trudne, ale wykonalne. Wszystko zależy od sformułowania przekazu dla
potencjalnych klientów. Jak zawsze istotne są
uczucia i emocje oraz znaczenie promowanego produktu dla życia przeciętnego obywatela. Przekonali się o tym przedstawiciele linii
lotniczych Direct Fly, którym udało się zainteresować swoją ofertą najpierw redakcje, a
potem czytelników brukowców.
Przewoźnik rozpoczął swoją działalność
w Polsce w 2006 roku Rynek przelotów wewnątrz kraju był absolutnie zmonopolizowany przez narodowe linie. Nowy gracz dawał
nadzieję na zmianę układu sił i zwiększenie
konkurencji. – Firma zaoferowała niższe
ceny biletów i krótszy czas przelotu. Widoczne było ogólne dobro społeczne i praktyczne
korzyści dla obywateli. Tabloidy chętnie interesowały się nowymi liniami. Ukazało się
wiele publikacji na ich temat – twierdzi były
rzecznik prasowy linii, Sebastian Stępniak.
Niektóre produkty są z reguły uprzywilejowane. – Są to artykuły szybkozbywalne
i spożywcze, czyli takie, które najbardziej
interesują czytelników – tłumaczy Bartosz
Skwiercz z firmy Mmd Corporate, Public
Affairs & Public Relations Consultants
Polska. Duże szanse na wypromowanie
nowej marki oraz jej utrzymanie stwarza
inna gałąź public relations – sponsoring.
Np. sponsor drużyny sportowej ma duże szanse zyskać w tabloidzie wizerunek „opiekuna”
i odpowiedzialnego, zaangażowanego uczestnika życia społecznego. To wartość dodana
do podstawowych korzyści wynikających
z pojawiania się na łamach brukowców, takich, jak promocja logo i nazwy firmy wśród
milionów odbiorców.
Firma dołuje,
tabloid zyskuje
Tabloidy, o których uwagę zabiegają producenci, równie skutecznie jak pomóc w promocji,
potrafią danej firmie zaszkodzić.
– Pisma tabloidowe mogą stanowić
poważne zagrożenie dla firm. Wynika to z ich specyfiki – podążania
za sensacją, szukania kryzysów
i dużego zasięgu – mówi Bartosz
Skwiercz. Szczególnie w sytuacjach
kryzysowych, np. strajku pracowników firmy (niedawna sprawa
Tesco), wypuszczenia na rynek
wadliwego produktu albo utraty
wiarygodności. – Etyka dziennikarska wymaga, aby dziennikarz
weryfikował doniesienia. W sytuacji kryzysowej powinien skontaktować się z firmą, której dotyczy
problem, i przedstawić jej opinię.
Praktyka okazuje się bardzo różna. Dobrym rozwiązaniem może
być wysłanie do dziennikarza lub
redakcji oficjalnego stanowiska
firmy w danej sprawie. Jest to jeden ze sposobów na zmniejszenie
zagrożenia związanego z opublikowaniem sensacyjnego materiału. Ale nie jest to regułą – dodaje.
I jeszcze jedno – nawet, jeżeli gazeta
podaje fałszywe informacje, przedstawiciele biznesu nauczyli się, że
z tabloidami nie należy walczyć
tzw. „soft newsa” – informacji lekkiej, ciekawej, ale jakoś z polityką
powiązaną. Główne tematy soft dotyczące polityków to ich rodzina,
sposób spędzania wolnego czasu
i zwierzęta domowe. Polityk, o którym pisze się pozytywnie, dużo zyskuje – medioznawcy zgodni są bowiem co do tego, że odbiorcy Faktu
i Super Expressu bardzo identyfikują się ze swoją gazetą, która pozostaje dla nich często jedynym źródłem
informacji. Świetnie zdaje sobie
z tego sprawę i skutecznie wykorzystuje to premier Donald Tusk, który tabloidy nie tylko przeciągnął na
swoją stronę, ale też zyskał ich sympatię i cieszy się niesłabnącym poparciem wyborców. Nic za darmo.
Premier zgodził się kierować przez
jeden dzień wydaniem urodzinowego numeru Faktu, dzięki czemu
zagwarantował sobie przychylność
w innych tekstach, opisujących jego
działalność polityczną i życie prywatne. W zamian za to cała Polska
mogła zobaczyć zdjęcia, na których
widać, jakie stroje kąpielowe na
wakacje wybierają jego żona i córka, oraz w jakiej sukni na ślubnym
kobiercu stanęła jego synowa.
Gorzej wychodzą ci politycy, którzy brukowce starają się ignorować. Takich jest jednak niewielu –
nawet prezydent, jego żona i matka
udzielają wywiadów tabloidom. Ci,
których brukowce nie lubią, kończą marnie. Jak podejrzewany o
korupcję były wiceminister zdrowia Krzysztof Grzegorek, śpiący po
imprezie na podłodze w korytarzu
poselskiego hotelu, którego pijac-
ką drzemkę następnego dnia oglądali na
pierwszej stronie czytelnicy Faktu i szeroko
komentowały inne media.
– Nieważne, co o mnie mówią, ważne, żeby
poprawnie pisali nazwisko – mawiał mistrz
manipulacji Phineas Barnum. Choć może
akurat poseł Grzegorek pewnie tej myśli nie
podziela, to jednak rosnąca liczba czytelników i idące za tym udziały w rynku reklamowym udowadniają, że – stosując podział
ks. Józefa Tischnera – półprawda i gówno
prawda wciąż trzymają się mocno. 
Donald Tusk redagował tabloid
przez jeden dzień, odpowiadał
na listy czytelników, pozwalał się
fotografować jako zwykły obywatel.
Dzięki temu “Fakt” nie napisze złego
słowa o Premierze.
reklama
Nissan Micra to pierwszy samochód w życiu Ani Dąbrowskiej
- poinformował tabloid, dzięki zabiegom agencji PR.
Agencje PR dla promocji produktu chętnie wykorzystują też wizerunek celebrytów.
Zabiegi, takie, jak podsunięcie zdjęcia, na
którym znany aktor zostaje „przypadkiem”
przyłapany na używaniu kosmetyków marki X, czy gwiazda, która spożywa czekoladę
firmy Y, to tylko nieliczne przykłady. Gwiazdy promują produkty na wiele sposobów,
a czytelnikom to się podoba. Ania Dąbrowska odebrała pierwszy w życiu samochód!
– czytamy tytuł w tabloidzie. Kilka akapitów dalej czytelnik dowiaduje się o najważniejszym – jest to nowy Nissan Micra, a pani
Ania zostaje twarzą marki. Współpraca firm
z tabloidami nie opiera się jednak na działaniu długofalowym. Ogranicza się ją do jednorazowych wzmianek o produkcie. – Styl
życia celebrytów jest stylem preferowanym
i pożądanym społecznie. Ludzie chcą być podobni do gwiazd showbiznesu, a tym samym
utożsamiają się z produktami, które reklamują – tłumaczy dr Wojciech Jabłoński, medioznawca z Uniwersytetu Warszawskiego. – Odbiorcy tabloidów niekoniecznie muszą rozumieć misję firmy, która funkcjonuje na rynku.
Dlatego współpraca sponsoringu z tabloidami
będzie się stale rozwijać – dodaje.
o prawdę za wszelką cenę. – Obowiązujące prawo prasowe jest niedostosowane do rzeczywistości. Nikomu
nie polecam wszczynania wojny
z tabloidami. Lepsze od sądowych
pozwów jest umiejętne porozumienia się z gazetą i próba wyciszenia
kryzysowej sytuacji. Sprostowania
nie są w interesie ani dziennikarza, ani firmy – zazwyczaj są małe
i nikt nie pamięta, do czego się
odnoszą. Pozwanie gazety do sądu
może być odebrane jako próba zamachu na wolność słowa. Istnieje
duże niebezpieczeństwo, że ukażą
się artykuły, które przedstawią nas
w złym świetle – tłumaczy Bartosz
Skwiercz.
Tabloid lepszy
niż kiełbasa wyborcza
Tabloid czasami chcą jednak być podobne do dzienników opiniotwórczych. Mają aspiracje do pisania
o polityce, choć robią to w zupełnie
innej konwencji. Najczęściej mamy
więc do czynienia z umieszczaniem
| 21 |
Event / Zdrowym być | PR
kultura | Afisz
Dwustu pięćdziesięciu miłośników
piłki nożnej spotkało się 30 listopada
2008 roku na lodowisku w centrum
handlowo-rozrywkowym Promenada, by
uczestniczyć w finałach Mistrzostw Polski
w grze komputerowej FIFA09. Imprezę
organizowała agencja public relations
Partnters of Promotion dla producenta
gry firmy Electronic Arts Polska.
Wirtualny turniej
| Paweł Łysakiewicz
Zanim jednak doszło do finału,
przez prawie dwa miesiące w ośmiu
miastach Polski: Czeladzi, Poznaniu, Gdańsku, Białymstoku, Łodzi,
Szczecinie, Krakowie oraz Warszawie rozgrywano turnieje grupowe.
Zwycięzcy z poszczególnych miast
(34 osoby) spotkali się na ogólnopolskim finale w Warszawie. Cały
turniej przyciągnął ponad dwa tysiące graczy. Skąd taki pomysł na
wypromowanie FIFA09? – Pozwoliło to na dotarcie do tysięcy graczy nawet w niedużych miastach.
A w dodatku przez cały turniej
przewinęło się 150 tys. obserwatorów – chwali się Lidia Zalewska
z Electronic Arts Polska.
Zwycięzcą turnieju został Michał
Błachuta, który wcześniej wygrał
eliminacje w Szczecinie. W nagrodę otrzymał czterdziestocalowy telewizor LCD oraz konsolę
Playstation 3. Drugie miejsce zajął
finalista poznańskich rozgrywek,
Sebastian Kośnicki, którego nagrodzono Playstation 3. Na trzecim miejscu podium stanął reprezentant Warszawy, Marcin Raptis,
który również otrzymał konsolę.
Rozgrywkom na wirtualnym boisku przyglądali się piłkarze Legii
Warszawa – Sebastian Szałachowski, Inaki Astiz, Bartłomiej Grzelak oraz Roger Guerreiro, który
wygrał 1:0 mecz rozegrany z dziennikarzem Maciejem Dowborem.
Zwykła wanna
do niezwykłych zadań
| Elżbieta Stryjek
Na początek prysznic
Dla minimalistów wystarczy kilka minut pod
prysznicem. O poranku najlepszy jest pobudzający krótki chłodny tusz z udziałem olejków o energetyzujących zapachach, np. mandarynka lub grapefruit. Dodaje o wiele więcej
energii niż filiżanka kawy. Wieczorem wybieramy spokojne nuty zapachowe, np. lawenda,
wanilia, cynamon czy róża. Zwykły strumień
wody przyniesie odprężenie, ulży zmęczonym
mięśniom i polepszy krążenie w miejscach zaatakowanych przez cellulitis. Należy nastawić
strumień wody na maksymalny i wymasować
się kolistymi ruchami z dołu do góry, w kierunku serca. Szczególnie istotna jest ta kolejność w przypadku zimnego tuszu. Inaczej
może dojść do szoku termicznego i omdlenia.
Pamiętajmy, że zimna woda powinna być używana naprzemiennie z ciepłą. Z tym, że zawsze kończymy zimnym strumieniem.
Dla leniuchów
Najłatwiej zapominamy o najprostszych sposobach
dbania o ciało. Zamiast wyjazdów do drogich ośrodków
wystarczy domowa wanna. Do tego trochę dobrych
chęci, fantazji i niewielkich wydatków. A efekty
tak samo zadowalające. SPA (sanus per aquam
czyli zdrowie przez wodę), to luksus, który można
wprowadzić w każdej wannie.
| 22 |
Dzień później w specjalnie przygotowanej strefie VIP zasiedli najbardziej znani polscy komentatorzy
sportowi – Dariusz Szpakowski
i Włodzimierz Szaranowicz – którzy chętnie odpowiadali na pytania
fanów piłki.
Każdy gość galerii Promenada
mógł wziąć udział w konkursach,
w których do wygrania były zestawy sportowe, sponsorowane przez
firmę Adidas. Po meczach na scenie
pojawił się Jacek Gmoch, były tre-
Zimowe wieczory idealnie nadają się na leniuchowanie w wannie. Wystarczy wypełnić ją
w ¾ ciepłą woda (ok. 34oC) i wrzucić kąpielową tabletkę, która, rozpuszczając się, sprawia,
że woda musuje, delikatnie łaskocząc i pobudzając całe ciało. Pieniące się płyny do kąpieli zmiękczają wodę i nadają skórze piękny
zapach. Należy wlewać je pod strumień wody
z kranu, a na całą wannę wystarczy wtedy
zawartość jednej nakrętki. Dodatki kąpielowe zawierają w sobie minerały odżywiające
i zmiękczające skórę, a przy okazji roztaczają
przyjemny zapach. Taki seans w wannie powinien trwać ok. 15 minut. Jeśli chcemy zostać
dłużej, należy uprzednio dolać olejek zapobiegający przesuszaniu skóry, np. z geranium
i zieloną herbatą.
Woda, nawet gdy służy do leniuchowania, pomaga naszemu kręgosłupowi i mięśniom. Są
one łagodnie, lecz efektywnie masowane i odciążane. Nasze babcie miały swoje sposoby na
wykorzystanie wanny. Lały krochmal, kiedy
chciały ulżyć suchej skórze, mleko, by ją nawilżyć, a kleik z siemienia lnianego na ukojenie
podrażnień. Metody tanie i wciąż aktualne.
ner reprezentacji Polski, i przedstawił nowy produkt Electronic Arts,
FIFA Manager 2009.
Partnerami akcji były firmy Sony
Computer Entertainment Polska
Sp. z o.o. oraz Adidas. Projekt został nominowany do nagrody „Złotego Spinacza” 2008 w kategorii
Event, przyznawanej przez Związek Firm Public Relations. 
Werter w Nowym Jorku,
reżyseria:
Klasyczne domowe SPA
Na godzinę przed zabiegiem wyłączamy telefon komórkowy, zjadamy lekki posiłek,
przebieramy się w szlafrok i zaczynamy przygotowania do kąpieli. Zanim wskoczymy do
pachnącej wanny, trzeba wyszorować ciało
przy użyciu specjalnej szorstkiej rękawicy,
np. sizalowej. Woda musi mieć odpowiednią
temperaturę w zależności od tego, jaki efekt
ma przynieść. Do kąpieli sypiemy sól, wlewamy płyn lub olejek eteryczny. Zamiast lampy
sufitowej zapalamy aromatyczną świecę albo
podgrzewacz w kominku aromaterapeutycznym. Kąpiel to świetna okazja, by na twarz
nałożyć maseczkę z błota termalnego lub
morskich alg. W wannie najpierw szczotką
szorujemy dłonie. Następnie masujemy ręce
po stronie wewnętrznej i zewnętrznej. Pod
wodą masujemy stopy i wewnętrzną stronę
łydek i ud. Następnie strona zewnętrzna, od
bioder do kostek. Klatkę piersiową i brzuch
masuje się, zawsze delikatnie, w kierunku
zgodnym z ruchem wskazówek zegara.
Jeśli chcemy wykonać ćwiczenia w wodzie,
najlepiej zaopatrzyć się w antypoślizgową
matę do wanny. Główną zasadą jest spokojne
rozciąganie kolejnych partii mięśni.
Po kąpieli osuszamy ciało, zmywamy maseczkę tonikiem i wklepujemy w twarz krem
z algami, morskimi minerałami lub wodą
termalną. Duże powierzchnie skóry koniecznie natłuszczamy i nawilżamy oliwką lub
balsamem. W przeciwnym razie skóra będzie
wiotka i szorstka.
Wymasowane i pachnące ciało najlepiej otulić miękkim szlafrokiem. Potem wypić filiżankę aromatycznej herbaty i dalej relaksować się według własnych upodobań. 
Patronat merytoryczny:
wg dramatu Tima Staffela
Bartłomiej Potoczny
scenografia:
Anna Maria Karczmarska
muzyka:
Igor Nikiforow
video:
Joanna Stacewicz
Występują:
PAJĘCZA SIEĆ
Agatha Christie
reżyseria: Wojciech Malajkat
scenografia: Allan Starski
Klarysa, żona Henry’ego Browna, urzędnika Ministerstwa Spraw
Zagranicznych, pewnego wieczoru odkrywa w swoim salonie zwłoki.
Postanawia ukryć zbrodnię z pomocą trojga przyjaciół. Sprawa
wychodzi jednak na jaw i rozpoczyna się polowanie na mordercę...
Odkrywanie misternie uknutych intryg rzuca podejrzenia na wszystkich bohaterów. Jeśli dodamy do tego handel narkotykami
i kilkadziesiąt tysięcy funtów to otrzymujemy doskonały kryminał,
z dużą dozą czarnego humoru.
Wystepują:
Magdalena Wójcik / Marta Nieradkiewicz, Piotr Szwedes,
Piotr Polk, Włodzimierz Press, Tadeusz Borowski,
Tadeusz Pluciński, Rafał Cieszyński, Magdalena
Turczeniewicz, Hanna Orsztynowicz, Wojciech Billip
/ Przemysław Glapiński, Marcin Piętowski
Spektakle: 11 i 12 stycznia, godz. 19.00 oraz 4, 9, 12, 13 lutego, godz. 19.00
Kasa biletowa: pn – pt 10 – 18, sb-nd 12 – 18;
tel. 022 628 50 93 • 022 696 84 61
Dział rezerwacji: pn – pt 9 – 16;
tel. 022 628 06 74 • 022 696 17 53 • 022 626 16 03
oraz [email protected]
Sprzedaż w Internecie: www.ticketonline.pl • www.ebilet.pl • www.eventim.pl
Informacje o teatrze: www.teatrsyrena.pl • www.zoltytelefon.pl
Lotta - Anna Kłos-Kleszczewska
Zoe - Karolina Dafne Pocari
Werter - Adam Szczyszczaj
Albert - Mariusz Zaniewski
Jakub Wieczorek
Picard - Lesław Żurek
Premiera:
24 STYCZNIA 2009
godz. 20.00
Sztuka niemieckiego dramaturga Tima
Staffela, przedstawiciela nurtu postdramatycznego, odchodzi od klasycznego
dramatu J.W.Goethego. Pojawiają się
nowe postaci, znane publiczności wychowanej na kinie z gatunku S-F: Picard
(ze Star Treka), Albert i Zoe (z filmu „Napad” prod.Q.Taratino). Bartłomiej Potoczny, absolwent Śląskiej Filmówki, związany artystycznie z wrocławskim teatralnym offem podjął się wyreżyserowania dramatu. Jak twierdzi, stara się wyjść poza ramy teatru jako środka wyrazu,
łączyć przestrzenie filmowe i teatralne, używając tych dwóch narzędzi równoprawnie. Jego Piccard jest reprezentantem świata doczesnego, demiurgiem, który wymyśla i stwarza Wertera. Fascynuje się nim jak płodem własnej
wyobraźni. Świat przedstawiony ma tutaj przerysowaną, komiksową formę. Postaci grają ze sobą rolami, sama gra
staje się również przedmiotem sztuki. Inspiracje reżyserskie oscylują wokół kodów kultury masowej. Narzucają się
skojarzenia z Boshem, Lynchem, Cronenbergiem, de Palma, Tarantino i Sergio Leone. Spektakl emocjami próbuje
opowiadać o emocjach. Współczesny Werter nie zgadza się na otaczający go świat, nie liczy się dla niego żaden
cel, lecz sam proces dochodzenia, życie tu i teraz, odczuwanie. Jego romantyczna miłość do Lotty, podobnie jak
kiedyś także i teraz skazana jest na zagładę. Pozostali bohaterowie są jedynie zabawkami w rękach Picarda. Nie
wiemy, co w tym świecie jest fikcją a co prawdą. Czy nasz świat jest kreacją wymyśloną przez nas samych, aby ukryć
resztki swojego człowieczeństwa - uczuć i emocji, które w nas pozostały, czy raczej to utracone człowieczeństwo
jest przyczyną tego obłąkanego świata układów, biznesów, pozorów i konwenansów. Uciekamy przed sobą, a gdy
nam się to udaje zastanawiamy się, gdzie podziały się prawdziwe uczucia. Czy pozostał nam tylko seks, narkotyki i
pieniądze? Wreszcie – czy posiadamy zdolność do komunikacji, rozumienia i empatii, czy już tylko wypowiadamy
słowa, aby czynić cokolwiek.
Najbliższe spektakle: 24.01 godz.20.00 PREMIERA!!!; 25.01 godz.19.00
rezerwacje: [email protected] 022 741 23 05
| 23 |
Szkolenia medialne dla dziennikarzy i PR-owców
organizowane przez Fundację na rzecz Rozwoju Szkolnictwa Dziennikarskiego
działającą przy Instytucie Dziennikarstwa UW
Redakcja tekstów prasowych i naukowych
NLP (moduł I i II) Kurs prawa prasowego Zarządzanie sytuacjami kryzysowymi
Warsztaty fotoreportażu Organizujemy również szkolenia zamknięte, gdzie program dostosowany jest
do potrzeb i oczekiwań indywidualnych klientów.
Zgłoszenia przyjmujemy pod adresem e-mail: [email protected]
Szczegółowe informacje: tel. (22) 55 20 293, 0 502 825 492, www.szkolnictwo-dziennikarskie.pl
Patronat medialny:
Patronat branżowy:

Podobne dokumenty