Otwórz w

Komentarze

Transkrypt

Otwórz w
W numerze:
REDAKCJA redakcja REDAKCJA
Kultura w sieci..................................................................................................... 4
Archiwum tekstów „Dedala”.............................................................................. 5
Statystyka „Dedala”............................................................................................ 6
Warsztaty literackie. Baza Zbożowa.................................................................... 7
Kameralnie i świątecznie. Opłatek z „Dedalem”................................................ 8
FORUM forum FORUM
Cyberkultura........................................................................................................ 9
LITERATURA literatura LITERATURA
Cybernetyczna rewolucja.................................................................................. 12
Świętokrzyskie tropy Longina Jana Okonia..................................................... 13
Z księgarskiej witryny........................................................................................ 15
E-book............................................................................................................... 19
MUZYKA muzyka MUZYKA
Zasłużony Ankh................................................................................................. 20
Jak balsam. Stylowo i dynamicznie.................................................................. 21
Dyrygent świętokrzyskiej duszy. Karol Anbild................................................... 22
FOTOGRAFIA fotografia FOTOGRAFIA
Fotografie i obrazy. Aleksander Salij................................................................. 24
W cieniu kamery. Marian Klusek....................................................................... 27
Przeglądanie Ponidzia........................................................................................ 29
Fotografia ziemi buskiej. Nowy Korczyn........................................................... 35
Dokumentator krajobrazu. Henryk Pieczul....................................................... 36
FILM film FILM
„Piotruś i wilk” w Muzeum Zabawek i Zabawy................................................ 41
HISTORIA historia HISTORIA
Waldemar Babinicz w Marcu 1968................................................................... 42
Muzeum Historii Kielc – siła tradycji................................................................. 44
TEATR teatr TEATR
Szu-hin wzór dla małych i dużych.................................................................... 46
Lightowy zawrót głowy, czyli Polowanie na superwizjorkę............................ 47
Aktorstwo jest moją pasją (Dawid Żłobiński)................................................... 48
PLASTYKA plastyka PLASTYKA
Formalistyczna zabawa światłem. Józef Robakowski...................................... 50
Demistyfikacja Demarty. Marta Deskur............................................................ 51
Wideoarty.......................................................................................................... 52
Schwytany w cień ............................................................................................ 54
Geometria ponad bytem. Odautorska konstrukcja świata ........................... 54
S do potęgi G czyli sztuka zwielokrotniona..................................................... 55
Nic bez powodu................................................................................................ 56
Batalia o człowieka............................................................................................ 57
VARIA varia VARIA
Cyberstarożytność unowocześniona................................................................ 58
Życie on-line...................................................................................................... 59
Obliczenia rozproszone..................................................................................... 60
Jak piękne bywa życie. Smakowity Jubileusz. W. Szproch............................ 61
Rocznice Regionalne......................................................................................... 62
Świętokrzyski Magazyn Kulturalno-Artystyczny „DEDAL”, ul. Zbożowa 4, 25-416 Kielce, tel. 041/ 344 38 77, http://www.dedal.info.pl,
e-mail: [email protected]; Redaktor Naczelny: Tomasz Kosiński, e-mail: [email protected]; Zastępca Redaktora Naczelnego:
Aneta Lech, e-mail: [email protected]; Sekretarz Redakcji: Katarzyna Zwierzchowska; DTP: Anna Niziołek; Projekt winiety: Renata
Tarapata; Wydawca: Mediateka, tel./fax 041/ 344 63 79, tel. 344 63 80, e-mail: [email protected], www.mediateka.com.pl
Na okładce: projekt graficzny Renata Tarapata; Okładka tył: Praca Edyty Bobowiec
ISSN 1732-6478; Nakład: 1000 egz.
Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega sobie prawo do redagowania nadesłanych tekstów,
nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam i ogłoszeń
Zrealizowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z programu „Promocja czytelnictwa”.
3
REDAKCJA redakcja REDAKCJA
Kultura
w sieci
Współczesne czasy przyniosły kulturze
nowe formy i kanały przekazu. Sieć internetowa,
urządzenia i techniki multimedialne, kanały IRC,
portale komunikacyjne, blogi, rozwój technologii
cyfrowej, to wszystko sprzyja odejściu od tradycyjnych metod obcowania z kulturą i sztuką
w dotychczasowym rozumieniu.
Dzisiaj nie trzeba już jechać do Luwru by
zobaczyć prace wybitnych artystów, wystarczy
wejść do Internetu i przejrzeć obrazy mistrzów
w elektronicznej galerii on-line, co więcej wybrane prace można sobie wydrukować na domowej
drukarce komputerowej, oprawić i taką kopię
powiesić na ścianie w korytarzu.
W epoce konsumpcjonizmu galeria kojarzy się coraz większej rzeszy ludzi z galerią
handlową, a nie galerią sztuki. Tym bardzie, że
tych pierwszych powstaje wciąż coraz więcej,
a te drugie ledwo ciągną lub są zamykane, albo
ich byt stoi pod znakiem zapytania. Ostatnio
chociażby toczył się bój o galerię BWA w Sandomierzu, która cudem przetrwała. Pytanie tylko
na jak długo? W Kielcach z kolei toczy się spór
o to, czy jest sens rozbudowywać Galerię BWA
i tworzyć Centrum Sztuki Współczesnej. Nie ma
za to sporów czy mają powstawać nowe galerie
handlowe; oprócz Galerii Echo, w najbliższych
latach powstanie niedługo Galeria IX Wieków,
Plaza Center i kilka innych.
Wydaje się, że decydenci odpowiadający za finansowanie kultury skazują tym samym
kulturę na wirtualną rzeczywistość. Funkcjonowanie w Internecie jest przecież modne i tanie.
Łatwiej jest stworzyć i utrzymać wirtualną galerię
niż obiekt w rodzaju KCK czy BWA. Ale czy tylko
o pieniądze w tym wszystkim chodzi?
4
Na szczeblu rządowym jest podobnie.
Planowana jest likwidacja jeszcze w tym roku
większości programów operacyjnych w Ministerstwie Kultury. Mają pozostać tylko trzy duże
programy, które obejmą tematycznie wszystkie
dotychczasowe. Więc do jednego worka wrzucone zostaną projekty na rozwój czasopism
i imprezy patriotyczne. Czym to grozi, wszyscy
wiemy. Liczymy się więc z tym, że najprawdopodobniej w przyszłym roku i nasz tytuł przeniesie
się do wirtualnego świata mediów. Z jednej strony zmniejszą się na pewno koszty wydawnicze,
z drugiej strony, spadnie liczba czytelników,
którzy mimo rewolucji cyfrowej, wciąż wybierają
tradycyjne metody kontaktu z kulturą.
Muszę przyznać, że sam wciąż wolę
czytać w fotelu ładnie wydaną książkę, a nie
e-booka, czy też przeglądać drukowaną wersję
czasopisma, a nie jego plik pdf. Może nie nadążam za rozwojem cyberkultury, choć sporo czasu
spędzam w Internecie, ale pewne przyzwyczajenia w tym temacie zostają chyba na tyle długo,
dopóki mamy wybór. Niestety wszystko wskazuje na to, że w pewnych kwestiach dostępu do
kultury za jakiś czas tego wyboru mieć już nie
będziemy.
Może dlatego warto przejrzeć dokładnie
ten numer „Dedala”, który w pewnym stopniu
prezentuje jakże obszerne zjawisko cybelkultury.
Ci, którym niektóre kanały i formy kontaktu ze
sztuką nie za bardzo jeszcze odpowiadają, niech
cieszą się i korzystają z tradycyjnych form, póki
jeszcze mają taką okazję. Poznanie wirtualnego
świata kultury staje się jednak już dzisiaj nieuniknione, gdyż kosztem formy, coraz więcej kulturalnych treści przynosi nam codziennie Internet,
a nie świat tak zwanego realu.
ARCHIWUM TEKSTÓW
„DEDALA” 2007
O czym pisaliśmy w „Dedalu” przez cały 2007 rok?
Dokonując podsumowań roku 2007 opracowaliśmy kronikę ważniejszych artykułów publikowanych na łamach naszego
czasopisma. Poniżej przedstawiamy obszerny wykaz tekstów, które stanowią zawartość czterech archiwalnych numerów
„Dedala” z 2007 roku.
Wybrane artykuły są też publikowane w Internecie na stronie www.dedal.info.pl, gdzie można je przeglądać jako pliki PDF.
Kronika artykułów z roku 2006 została opublikowana w numerze 12 „Dedala” (styczeń-marzec 2007).
Oznaczenia:
12 – Dedal nr 1 (12) styczeń-marzec 2007,
13 – Dedal nr 2 (13) kwiecień-czerwiec 2007,
14 – Dedal nr 3 (14) lipiec-wrzesień 2007,
15 – Dedal nr 4 (15) październik-grudzień 2007.
FORUM
12 – Znaki i symbole (wypowiedzi: Aniela Gronowska-Wójcik, Bogusław Pasternak, Leszek Niciński, Agata Osóbka,
Józef Sobczyński).
13 – Kultura regionalna. Regionalizm a globalizm (wypowiedzi: Jan Jadach, Andrzej Metzger, Jerzy Kapuściński, Paweł
Pierściński, Andrzej Maćkowski, Jacek Kowalczyk).
14 – Sztuka i reklama (wypowiedzi: Katarzyna Krzykawska,
Magdalena Pilch, Barbara Salwa, Jacek Rzodeczko).
15 – Kulturalny mainstream (wypowiedzi: Katarzyna Felinek,
Piotr Wiktor Lorkowski).
LITERATURA
12– Ars Poetica (Wiersze o Szymanowskim – Jarosław
Iwaszkiewicz), Z księgarskiej witryny: Spod (pół)wiecznego
pióra (Stanisława Fornala) – Aneta Lech, Tadeusza Konwickiego powroty do doliny (Stanisława Rogali) – Aneta Lech.
Zapiski niemal prozatorskie Stanisław Rogala, Stanforyzmy
– Stanisław Fornal, Magia językowa – Janek Dzbanek, Sugestywny obraz wrażliwości – Aneta Lech,
13 – Zawdzięczam jej niejedno natchnienie (Jarosław
Iwaszkiewicz) – Aneta Lech, Spotkania kieleckich pisarzy
z Jarosławem Iwaszkiewiczem – Aneta Lech, Jarosława
Iwaszkiewicza wiersze o Sandomierzu, Ars Poetica (Wiersze
Anny Nogaj), Ostatnie lata Leopolda Staffa w Skarżysku
Kamiennej – Bożena Piasta, Wokół „Wikliny” (Leopold Staff)
– Anna Nogaj, Podglądanie zreczańskich (za)światów – Anna
Nogaj, Pamiętnik intelektualnych doświadczeń – Ewa Wyjadłowska, Z księgarskiej witryny – Najnowsze pozycje książkowe Świętokrzyskiego Towarzystwa Regionalnego: Almanach świętokrzyskich eskulapów (Macieja A. Zarębskiego),
Zielone Jeziora albo przypadki Jana Kapistrana, Z szuflady
wspomnień (Wojciecha Kołodzieja) – Anna Nogaj.
14 – Paradoksy tworzenia – Stanisław Nyczaj; Ars Poetica
(Wiersze Idy Morzyk); Opowiadania Stanisława Rogali (Marta, Kobieta za oknem, Zając), Powieść nie tylko na wakacje
(Kocham cię Greku – prof. Marek Kątny; Z księgarskiej witryny: Legendy i opowieści skarżyskie (Bożeny Piasty) – Stanisław Rogala, Dotknięcie Ameryki (Macieja A. Zarębskiego)
– Anna Nogaj, W przededniu zagłady – Aneta Lech, Odległe,
pogodzone, bliskie (W. Wojsa) – Agnieszka Dziarmaga.
15 – Liryczno-prozatorskie kreacje Elżbiety Chuchmały
– Anna Nogaj, Ars Poetica (Wiersze Elżbiety Chuchmały),
Wielki konkurs poetycki im. F. Raka – Aleksandra Klim, Pożegnanie Bożenki (Wiersze Adama A. Zycha), Monografia
prozy Marii Kann – dr Stanisław Rogala, Z księgarskiej witryny: Świętokrzyskie kartki z podróży – Tomasz Kosiński,
Świętokrzyskie krajobrazy duszy – (O Kielcach i Świętokrzyskiem Wandy Robak) – Aneta Lech, Kielce Miasto Legionów
– Anna Nogaj.
MUZYKA
12 – Pokrewieństwo duszy i ciała – Aneta Lech; Muzyczny
Przystanek Kielce VIII (rhema) – Tomasz Kosiński.
14 – W poszukiwaniu swojej muzyki– Aneta Lech, Produkt
globalnie wielokulturowy – Aneta Lech, Muzyka w szponach reklamy – Aneta Lech, Muzyczny Przystanek Kielce IX
(Opal).
15 – Niepodległościowo, gitarowo, symfonicznie i… upiornie… - Aneta Lech, Rok Szymanowskiego w kieleckich
impresjach – Aneta Lech, Szymanowski jakiego nie znamy
– Aneta Lech.
HISTORIA
13 – Z dziejów obyczajowości miejskiej w XVII-XIX wieku
– dr Jan Główka;
14 – Z dziejów kieleckiego harcerstwa – dr Andrzej Rembalski, Wystawa skautingu w Kielcach – Janina Skotnicka.
15 – 4 Pułk Piechoty Legionów w Kielcach – Małgorzata
Zdyb, O KOS-ach, Nobliwych Paniach i CDN-ie, czyli Wspomnień kilka o dziwnych czasach (rozmowa z Andrzejem
Karysiem) – Aneta Lech, Opozycja i opór społeczny po
świętokrzysku – Aneta Lech, Wojtek Szczepaniak bohater
z Baranówka – Anna Nogaj.
PLASTYKA
12 – Geniusz…bez talentu?– Małgorzata Gorzelak; Wyspiański dramaturg symboliczno-monumentalny – Sylwia
Zacharz; Dzieła Stanisława Wyspiańskiego w zbiorach Muzeum Narodowego w Kielcach – Elżbieta Jeżewska.
13 – Artur Grottger i Napoleon Orda – artyści w podróżach.
Co widzieli, a co mieli w sercu – Elżbieta Jeżewska i Joanna
Kaczmarczyk, Sztuka kielecka XX wieku a sztuka europejska
i światowa – Iwona Rajkowska.
14 – Wyzwolenie wyobraźni (wystawa Waldemara Kozuba)
– Olimpia Brola, Pejzaż wielkomiejski. W obronie prawdy
(rozmowa z Elizą Podkową) – Olimpia Brola, Twórczość
5
kryształowego sześcianu. Lubię obserwować… i podsłuchiwać życie…(rozmowa z Joanną Biskup) – Aneta Lech,
Pytania o „Przedwiośnie” (rozmowa z Marianem Ruminem)
– Marta Kowalska.
15 – Świat wewnętrzny. INSIDE (wystawa Dominiki Osman)
– Olimpia Brola, Zaułkami ludzkiego żywota. Zachowane na
wieczność (wystawa zdjęć Wiesława Turno) – Olimpia Brola,
Eksplorując sztukę niepowtarzalną… W drodze do dojrzałości twórczej (wystawa MDK) – Oliwia Hildebrandt-Ryczek,
Uniwersum współczesnego artysty. Z prądem czy pod? Czyli… (rozmowa z prof. Małgorzatą Bielecką) – Olimpia Brola.
FOTOGRAFIA
12 – Stanisław Sudnik nad Kamienną - Paweł Pierściński;
Znaki i symbole– Paweł Pierściński.
13 – Wszystkie dzieci świata – Paweł Pierściński.
14 – Chwytam w kadr emocje (rozmowa z Jackiem Rzodeczką) – Aneta Lech, Hyde Park– Paweł Pierściński, Off Fasion.
Cała masa imprez w „Zderzeniach” (fotoreportaż Tomasz
Kosiński), Ćwierć wieku z Diastarem – Andrzej Zatorski.
15 – Świętokrzyskie w obiektywie – Paweł Pierściński, Życie jest piękne. Wydarzenie – Paweł Pierściński, ART-EKO
SIELPIA 2007. Fotograficzny raport świętokrzyski – Olimpia
Brola, Czwarta odsłona 30 garaży – Dorota Kurpios, Gra złudzeń. Pomiędzy – Olimpia Brola.
TEATR
MOTORYZACJA
14 – Samochody w miniaturze z kolekcji Sławoja Gwiazdowskiego ze zbiorów Muzeum Narodowego w Kielcach – Dioniza Giełżecka-Kita, Dawnych wspomnień czar… – Ryszard
Mikurda.
VARIA
12 – Symbole i znaki, Symbol i znak (na przykładzie konia)
– Stanisław Rogala, Oznakowani – Ksenia Buglewicz, Magiczny świat iluzji (cz. III) – Tomasz Kosiński.
13 – Antyk-Wariackie czytanie nocą – Aneta Lech, Rocznice
regionalne 2007 – Beata Piotrkowska.
14 – Kreatywność „sztuka dla sztuki” – Ksenia Buglewicz,
Sztuka reklamy a erotyzm – Bogumił Wtorkiewicz; W labiryntach sztuki.
15 – Psychologia mody – Bogumił Wtorkiewicz, Magiczny
świat iluzji. Iluzje 3D (cz. IV) – Tomasz Kosiński.
ROZRYWKA
12 – Świętokrzyska Krzyżówka Kulturalna nr 7.
13 – Świętokrzyska Krzyżówka Kulturalna nr 8.
14 - Świętokrzyska Krzyżówka Kulturalna nr 9.
15 – Świętokrzyska Krzyżówka Kulturalna nr 10.
14 – Teatr jest światem – Alina Bielawska, XV Plebiscyt „O
dziką różę” 2007, Sławomir Mrożek w kieleckim teatrze (rozmowa z Piotrem Szczerskim) – Anna Nogaj.
15 – Kwarta cienia – Olimpia Brola, Teatr jest magią – Alina
Bielawska, Rozrachunki z przeszłością lub Wędrówki po
cmentarzach – Anna Nogaj, Podwójna dawka teatrów alternatywnych – Dorota Kurpios.
TURYSTYKA
13 – Cuda dawnej techniki. Muzeum Zagłębia Staropolskiego w Sielpi – Agnieszka Dziarmaga, Buski „Zamek Dersława” – Leszek Marciniec, W koneckiej rezydencji hrabiny Tarnowskiej – Ewa Michałowska-Walkiewicz, Rejów na pogodę
i niepogodę – Bożena Piasta.
REGIONALIA
12 – Cztery pokolenia Prendowskich z Mirca – Bożena Piasta, Pożywienie ludności wiejskiej w regionie świętokrzyskim – Edward Traczyński.
13 – Dzieje regionalizmu świętokrzyskiego – Anna Nogaj,
O świętokrzyskiej ojczyźnie i bolączkach regionalistów
(rozmowa z Jerzym Kapuścińskim) – Aneta Lech, Ten stary
regionalizm…? – Jan Jadach, Sandomierska pamięć o Aleksandrze Patkowskim – Zbigniew Władysław Puławski, Dla
dobra regionu (Fundacja Regionalis).
MUZEALIA
15 – Pasja zbierania – Anna Kwaśnik- Gliwińska, Komedianci – Olimpia Brola.
WYDARZENIA
12 – 800 lat Kapituły Kolegiackiej w Opatowie – Andrzej
Piskulak.
6
s
Z teki Tadeusza Krotosa
STATYSTYKA “DEDALA”
Rok 2007
Oprac. A. Lech
Minął czwarty rok ukazywania się „Dedala” na świętokrzyskim rynku wydawniczym.
I. Artykuły:
ROK 2007 - 103 artykuły
Średnio na numer - 26 artykuły
Dedal 12 - 20
Dedal 13 - 23
Dedal 14 - 28
Dedal 15 - 32
II. Wypowiedzi do Forum:
ROK 2007 - 17 osób
Dedal 12 - 5 osób
Dedal 13 - 6 osób
Dedal 14 - 4 osoby
Dedal 15 - 2 osoby
III. Sylwetki artystów, ludzi kultury (prezentacje,
życiorysy, wywiady):
ROK 2007 - 22 osoby
Bielecka Małgorzata, Biskup Joanna, Chuchmała Elżbieta,
Grottger Artur, Iwaszkiewicz Jarosław, Kapuściński Jerzy,
Orda Napoleon, Patkowski Aleksander, Podkowa Eliza,
Prendowska Jadwiga, Prendowski Józef, Prendowska
Maria, Prendowski Jan, Prendowska Krystyna, Prendowski
Mieczysław, Rzodeczko Jacek, Staff Leopold, Sudnik
Stanisław, Szczepaniak Wojtek, Szymanowski Karol, Tkacz
Andrzej, Wyspiański Stanisław.
IV. Ilustracje:
ROK 2007 - 326 ilustracji
Średnio na numer - 82 ilustracje
Dedal 12- 49
Dedal 13 - 85
Dedal 14 - 95
Dedal 15 - 97
V. Publicyści:
ROK 2007 - 38 osób, w tym 22 osoby nowe
Bielawska Alina (14, 15)
Brola Olimpia (14, 15)
Buglewicz Ksenia (12,14)
Dzbanek Janek (12)
Dziarmaga Agnieszka (13, 14)
Felinek Katarzyna (15)
Giełżecka-Kita Dioniza (14)
Główka Jan (13)
Gorzelak Małgorzata (12)
Hildebrandt-Ryczek Oliwia (15)
Jadach Jan (13)
Jeżewska Elżbieta (12, 13)
Kaczmarczyk Joanna (13)
Kątny Marek (14)
Klim Aleksandra (15)
Kosiński Tomasz (12, 13, 14, 15)
Kowalska Marta (14)
Kurpios Dorota (15)
Kwaśnik-Gliwińska Anna (15)
Lech Aneta (12, 13, 14, 15)
Marciniec Leszek (13)
Michałowska-Walkiewicz Ewa (13)
Mikurda Ryszard (14)
Nogaj Anna (13, 14, 15)
Nyczaj Stanisław (14)
Piasta Bożena (12, 13)
Pierściński Paweł (12, 13, 14, 15)
Piskulak Andrzej (12)
Puławski Zbigniew (13)
Rajkowska Iwona (13)
Rogala Stanisław (12, 15)
Skotnicka Janina (14)
Traczyński Edward (12)
Wtorkiewicz Bogumił (14, 15)
Wyjadłowska Ewa (13)
Zacharz Sylwia (12)
Zatorski Andrzej (14)
Zdyb Małgorzata (15)
Poeci publikujący swoje wiersze: 10 osób
Chuchmała Elżbieta, Fornal Stanisław, Iwaszkiewicz
Jarosław, Morzyk Ida, Nogaj Anna, Rogala Stanisław, Staff
Leopold, Szymanowski Karol, Wojsa Witold, Zych Adam A.
VI. Designerzy (ilustracje, zdjęcia, grafiki, rysunki,
krzyżówki, prace DTP, reprodukcje...) - razem 49 osób
(oprócz autorów tekstów), w tym:
Fotograficy: 33 osoby
Bas Robert, Bednarczuk Wiktor, Boruń M, Borys Marcin,
Cichos Romuald, Grabiwoda Olga,
Habdas Wojciech, Kaczmarczyk Robert, Kaczmarski, Kaleta
Piotr, Kapuściński Jerzy, Klich Joanna, Korkosz Cezary, Król
Paweł, Kułaga Przemysław, Lipiec Leszek, Maliszewski M.,
Mizieliński Daniel, Molenda Marek, Mrozek Sławomir, Mróz
Paweł, Myśliwiec A., Nurzyński Eugeniusz, Pachowicz
Maciej, Piasta Rajmund, Pierściński Paweł, Rosolak
Małgorzata, Ruciński Andrzej, Rzodeczko Jacek, Sachno
Sergiusz, Sudnik Stanisław, Szczupak Bogdan, Szkielu,
Graficy, rysownicy, szaradziści, operatorzy dtp:
5 osób
Dudek Sebastian, Krotos Tadeusz, Salwa Barbara, Sobczak
Grzegorz, Tarapata Renata,
Plastycy, malarze, artyści, których prace zostały
opublikowane:11 osób
Bielecka Małgorzata, Grottger Artur, Kowalczyk Bogdan,
Morawski Zbigniew, Orda Napoleon, Podkowa Eliza, Ptak
Bogdan, Stawecka Anna, Wawro Marek, Witkowski Paweł,
Wyspiański Stanisław.
7
Warsztaty literackie
„Zostań Poetą”
Od dawna uważa się, że poezja może towarzyszyć
człowiekowi w każdym wieku jego życia. Ten truizm po raz
kolejny stał się pozytywnym faktem (zaprzeczając pojęciu
banalnej prawdy) podczas ostatnich ferii zimowych. Fundacja „Regionalis” w „Bazie Zbożowej”, z finansową pomocą
Urzędu Miasta Kielce, zaprosiła do udziału w warsztatach
poetyckich młodzież piszącą. Przyszło 15 osób, które wiele
godzin pod okiem pedagogów-twórców (Agnieszki Kosińskiej, Anety Lech i Anny Nogaj) zmagało się z własnym
słowem. Rozpiętość wiekowa uczestników była duża; od
10-latki (Sandry Zychiewicz), do młodzieży w pełni dorosłej.
Przeważali mieszkańcy Kielc, ale byli też autorzy z Łącznej,
Daleszyc, Nowej
Słupi.
Ta
rozpiętość
wieku
i
doświadczeń
„krajobrazowych”
(wszak
miejsce
zamieszkania ma
często duży wpływ
na
osobowość)
spowodowały bardzo
różnorodny
sposób pojmowania świata i techniki jego opisu.
Okładka mini tomiku z wierszami uczestników warsztatów
wiersz Podróż ze względu na swój minimalizm. Ania Bugaj
(uczennica ZSE im. Kopernika w Kielcach) w utworze swoim
zdradza wiele niepokoju o przyszłe życie, stawiając bardzo
podstawowe pytania… dobrze, że to tylko sen…
Paulina Fąfara z Łącznej (uczennica ZSE im. Kopernika w Kielcach) na przemijalność czasu i zdarzeń patrzy poprzez wakacyjne wspomnienie ukonkretnione nadmorską
muszelką. Świat jawi się jej radośnie, przeżyte doświadczenie zdaje się być już ostatecznym…
Również uczennicą ZSE im. Kopernika w Kielcach
jest Karolina Wiecha (czy w szkole tej ktoś celowo gromadzi
poetyckie talenty, czy to zasługa polonistów?) – autorka zaskakującego wiersza *** Idę sama. Wiejska droga, spokój,
cisza, śpiew ptaków, ćwierkanie konika polnego, zapach jabłek, grusz – wspaniale oddziałują na podmiot, uspakajają,
napełniają energią. Czyż to nie cudowne! Mało kto z młodzieży poetyckiej tak dzisiaj pisze, tak ciepło i radośnie, choć
i w świecie Karoliny jest „zimna i straszna noc”.
Utwory Marty Kos to prawdziwa poezja, zdradzająca
dużą świadomość autorki, a myślę, że również spory talent.
Jej Modlitwa jest udanym wyznaniem-prośbą o obecność
w naszym otoczeniu ludzi, których kochamy. Moje pudełko
Najmłodszą uczestniczką była Sandra
Zychiewicz, a jej
pięciowers
jest
Recytuje Marta Kos
urzekająco piękny,
pełen spokoju i zachwytu dla przyrody. Jedna z najmłodszych uczestniczek Warsztatów – Kasia Kosińska – dzieli
się z czytelnikiem swoimi młodzieżowymi (dziecięcymi)
marzeniami i definiuje je poprzez odwołania do przyrody,
do wrażeń najgłębszych
dla tego wieku, i wprowadza w nie niewielką dozę
dydaktyzmu. Czyni to niebanalną metaforą. Zgrabną pochwałą dzieciństwa
jest jej wiersz Dzieckiem
być. Jego treść i klasyczna
strofa wskazują na niemałe
już możliwości Kasi, mimo
młodego
(dziecięcego)
wieku.
Uczennicą Gimnazjum w Daleszycach
jest Basia Rusak – autorka
dwóch tekstów, z których
pierwszy jest udaną „prezentacją” oczekiwania na
kogoś drugiego… Pozornie
banalna treść zostaje odświeżona, pokazana w indywidualnym doświadczeniu, w którym zimno (śnieg
i zawsze chłodna szyba),
nocne oczekiwanie mogą
uchodzić za synonimy… Uczestnicy warsztatów. Trzeci od lewej Stanisław Rogala, za stołem po środku Agnieszka Kosińska, po
Natomiast zasmucił mnie prawej Anna Nogaj obok Aneta Lech, stoi Tomasz Kosiński
8
magiczne i O nadziei są utworami dość finezyjnymi, głęboko
metaforycznymi, w których autorka ładnie gra wieloznacznością słowa; a pierwszy z utworów dodatkowo pełen jest
ironii z zaskakującą puentą. Na kolejne wiersze tej autorki
należy czekać.
Pełen powagi i szczerości jest Szymon Kukulski
(uczeń LO im. S. Żeromskiego). W swoich wierszach Mali
ludzie wielkich czasów i List do… rzeczywistość artystyczną
autor traktuje bardzo serio i partnerstwem tym stara się ją
„oswoić”. Z uwagą należy śledzić dalszą drogę jego rozwoju
artystycznego.
Uczennicą LO im. S. Żeromskiego jest również
Dagmara Minda, autorka trzech dramatycznych tekstów.
Ich „rozbita” fraza jest jakby odpowiedzią na współczesne
dylematy człowieka (szczególnie młodego), zagrożenia.
Dramatyzm potęgowany jest faktem, że nawet pozornie
szczęśliwe wspomnienia z dzieciństwa są pełne obsesyjnych obrazów zła. Poezja ta już jest krzykiem, jak rozwinie
się dalej?...
Pełne niepokoju i poczucia moralnego wyjałowienia
są również wiersze Idy Morzyk. Artystycznie są one zaskakująco dobrze przekonywujące, ale można mieć żal do autorki,
że świat widzi tylko w czarnych kolorach (mimo młodego
wieku), że „pastwi” się nad swoim życiem i ciałem.
Świetnym humorem błyska w swoim pierwszym
utworze Agnieszka Kosińska. Można tylko gratulować
i śmiać się z dysharmonii między „poezjowaniem” a codziennością. W Portrecie autorka nawiązuje do odwiecznych prób – zwykle niespełnionych, niezadowalających,
noszących ślady „braku” – oddania istoty człowieka w jego
portrecie. To utwór pełen głębokiej refleksji i … ironii. Właśnie sarkazm, którego źródłem może być ironia – dobry znak
poetów – leży u podstaw wiersza Sens mojej poezji. Teksty
tej autorki zasługują na uwagę.
Na warsztatach podejmowano również kreatywne
pisanie, którego wynik (ciekawy) może ocenić każdy czytelnik. Warsztaty zakończyły się spotkaniem ze mną – Stanisław Rogalą – jako poetą, twórcą związanym w regionem
świętokrzyskim.
Przytoczone w tomiku wiersze doskonale świadczą,
jak warsztaty te były udane, jak duży sens zawiera się w
podejmowaniu takich działań. Jestem głęboko przekonany,
że „Warsztaty” to świetny pomysł, tym bardziej, że nawaliła
zimowa aura, podczas których ujawniło się kilku poetów.
Na ich kolejne efekty pisarskie będziemy oczekiwać
z niecierpliwością.
dr Stanisław Rogala
Kameralnie i świątecznie
Opłatek z „Dedalem”
Tradycyjnie w grudniu redakcja „Dedala” spotkała się w sali kameralnej Bazy
Zbożowej na tzw. opłatku. Choć nie było
to wystawne przyjęcie w tłumnym gronie
sympatyków pisma, lecz kameralna „wieczerza” ścisłej czołówki piszących, to humory
i apetyty dopisywały biesiadnikom. Na stole
– opłatek, śledzik, ciasta, przy stole znawcy
kultury naszego regionu z red. nacz. pisma
Tomaszem Kosińskim i zast. red. nacz. Anetą Lech na czele. Ponad stołem unosił się
zapach świątecznego igliwia, a zebranych
pobudzał do śpiewu dźwięk kolęd wykonywanych przez zespół „Consonans” z Młodzieżowego Domu Kultury w Kielcach.
Zespół „Consonans” w składzie od lewej: Beata
Misztal, Stanisław Bętkowski (w środku) i Aneta Lech
(po prawej)
Uczestnicy spotkania życzyli sobie dalszych numerów, niewyczerpanych tematów,
kreatywnych pomysłów i oczywiście weny
twórczej. Był też czas na rozmowy o przyszłości
pisma, podsumowanie minionego roku, a nawet
na luźne pogaduchy grona.
Aneta Lech
Uczestnicy wigilijnego spotkania
Zdjęcia z Archiwum „Dedala”
9
FORUM forum FORUM
Cyberkultura
Aneta Strzępka – Kierownik
Działu Digitalizacji i Zbiorów Cyfrowych Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Kielcach
Obserwuję i widzę jak
na naszych oczach urzeczywistnia się wizja elektronicznego świata, świata wirtualnych
informacji, zakupów, przyjaciół znanych jedynie z komputerowego monitora. Nie da się
ukryć, że Internet stał się podstawowym narzędziem do
wyszukiwania informacji i codziennej komunikacji międzyludzkiej. Myślę, że powstanie World Wide Web miało
zasadnicze znaczenie dla zdynamizowania przeobrażeń
w bibliotekach. Z punktu widzenia bibliotekarza uważam, że wzrastająca rola narzędzi elektronicznych oraz
ogromna liczba informacji, stawia przed bibliotekarzami
nowe zadania. Nowoczesny bibliotekarz to przewodnik
po świecie wiedzy, często bywa przez niektórych nazywany komandosem informacji, dlatego uważam, że musi
biegle posługiwać się nowymi narzędziami potrzebnymi
do ich pozyskiwania.
W swojej codziennej pracy bibliotekarza często
korzystam z Internetu. Cyberświat pochłonął mnie na tyle,
że nie wyobrażam sobie bez niego życia. Często loguję się
na różnego rodzaju bibliotekarskich forach, ostatnio z racji
pełnionej funkcji jest to forum Bibliotek Cyfrowych, gdzie
wraz z innymi bibliotekarzami dyskutuję nad problemami
digitalizacji zbiorów cyfrowych, a także korzystam z zamieszczonych tam porad. Biblioteki cyfrowe to specyficzna
tematyka, a uczestniczenie w tego rodzaju forum pozwala
na wymianę myśli miedzy bibliotekarzami, a w dalszej kolejności może sprzyjać rozwojowi tej dziedziny wiedzy. Ponadto komunikuję się z bibliotekarzami z innych bibliotek
(których poznaję przy okazji spotkań, różnych konferencji)
za pomocą dostępnego komunikatora np. gg. odwiedzam
blogi bibliotekarzy. Myślę, że współczesna biblioteka nastawiona jest na realizację zaspokajania różnorodnych potrzeb
czytelnika. I blogi są właśnie taką odpowiedzią na potrzebę
wirtualnego spotkania, wirtualnej rozmowy bibliotekarza
z czytelnikiem. Pozwalają rozwiązać wiele problemów,
a także wyrazić opinie czytelnika na temat biblioteki, organizowanych przez nią imprez, spotkań z pisarzami, wystaw.
Odwiedzam strony internetowe bibliotek, na których coraz
czyściej spotykam się z blogami prowadzonymi specjalnie
dla czytelnika. Jak odnajduję kolejne? Oczywiście za pomocą linków zamieszczonych na stronach. Taka pajęczyna
tworzy blogosferę, w której świetnie się odnajduję. Czytam,
zostawiam komentarze odnoszące się do treści wpisów.
Z doświadczenia wiem, że szczególnie ci bibliotekarze, którzy opracowują dokumenty udostępniane czytelnikowi wyszukują potrzebne opisy bibliograficzne np. za pomocą Karo
(Katalog Rozproszonych Bibliotek w Polsce). Karo pozwala
na dostęp do informacji o zasobach wielu polskich bibliotek
i ułatwia wyszukiwanie interesujących pozycji księgarskich
i czasopism.
10
Odrębne miejsce w wirtualnym świecie bibliotekarzy stanowią Biblioteki Cyfrowe. Jako bibliotekarz korzystam również z e-booków, książek elektronicznych, które
na stałe zagościły już w cyberświecie. Odwiedzam strony
wirtualnych muzeów czy galerii. Ponadto korzystam także
z Google book search.
Elżbieta Słoń – bibliotekarz w
Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Kielcach
Cyberkultura jest czymś,
co na trwałe wpisało się w naszą rzeczywistość. Opanowała
wiele dziedzin – rozrywkę,
komunikowanie
społeczne,
szeroko pojęty biznes. Wielu, zwłaszcza młodych, nie
wyobraża sobie, że można funkcjonować w innym
– „bezinternetowym” świecie. Ja byłam świadkiem, jak
cyberkultura narodziła się i wzrastała. Wychowałam się
w świecie książek, czasopism oraz listów i widokówek
wrzucanych do skrzynki pocztowej. Ktoś może powiedzieć, że to wszystko nadal istnieje. Zgoda, ale obok
aktualnie wszechobecnego Internetu. Wtedy zwyczajnie
go nie było. Czy teraz jest lepiej? Nie wiem, ale na pewno
jest inaczej.
Jakie są zalety cyberkultury?
Za pomocą komputera mogę w każdej chwili skontaktować się z przyjaciółmi na całym świecie wysyłając e-mail
czy korzystając z Gadu-Gadu. Dawniej zajęłoby mi to
wiele dni. Poprzez różnego typu wyszukiwarki poszukuję potrzebnych mi informacji. Przedtem skazana byłam
wyłącznie na słowniki, encyklopedie i leksykony, a z dostępem do niektórych było bardzo różnie. No i na koniec
rozrywka. Internet umożliwia mi dostęp do filmów, muzyki i mojej małej słabości – gier komputerowych.
No a co z wadami?
Według mnie Internet w pewnym stopniu skazuje nas
na samotność. Kontaktuję się za pomocą poczty elektronicznej, więc już nie muszę iść na spotkanie. Obejrzę
film na ekranie komputera – nie ma już powodu, by pójść
do kina z przyjaciółmi. Niepokojącym zjawiskiem jest też
uprawianie cyberseksu, ale daleka jestem od stwierdzenia, że Internet jest powodem – to tylko jedno z wielu
narzędzi dla określonej grupy ludzi.
Cóż więc generalnie sądzę o cyberkulturze?
Ona istnieje i należy ją przyjąć z całym dobrodziejstwem
inwentarza. Kiedyś wyszliśmy z jaskiń i nie ma powodu,
by tam wracać. Korzystajmy z osiągnięć techniki wybierając to, co dla nas najlepsze. Naprawdę warto. Internet
jest wielki, ja to powiedziałam?
Henryk Królikowski
– grafik, pracownik Instytutu Sztuk Pięknych Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego Jana Kochanowskiego w Kielcach
Paweł Król – informatyk
w Młodzieżowym Domu
Kultury w Kielcach
Cyberkultura jest to subkultura
użytkowników Internetu, która
stanowi nowe oblicze kultury
masowej. W przeważającej
większości nie pomaga ona w
wyborze samorealizacji, gdyż
poddajemy się jej wpływowi
– ujednolicają się nam gusta, wzorce, zainteresowania
oraz zacierają różnice kulturowe.
Internet na pewno poszerza nasze horyzonty
i stwarza wielkie możliwości do bycia kreatywnym,
jednakże zachowując odpowiedni umiar w korzystaniu
z tego wirtualnego medium, nie narazimy się na jego
zgubny wpływ.
Co to takiego ta cyberkultura? Czy takie coś w ogóle
jest?
Z mojego punktu widzenia żyjemy w świecie,
w którym jestem zmuszany do używania różnego rodzaju narzędzi takich jak: telefon, komputer czy e-mail. To
czasy cywilizacji wynalazków technicznych, bez których
nie możemy się obejść, aby w miarę normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Jednak mnie interesuje
węższe znaczenie pojęcia dotyczące sztuki, a dokładniej
jednej jej dziedziny – grafiki. Obecnie w grafice mamy do
czynienia z bezmyślnym zastępowaniem technik tradyPrzemysław Sękowski – mucyjnych drukami cyfrowymi.
zyk, gitarzysta w MłodzieżoW historii grafiki momenty zwrotne łączą się
wym Domu Kultury w Kielcach
z epokowymi wynalazkami człowieka. Czyż wynalazek
papieru nie był taką rewolucją w 105 roku jak dla nas
internet? Lub czcionki ruchome Gutenberga jak teraz
Cyberkulturą jest dla mnie
komputery? Kiedy mówimy dziś o nowych mediach, siekultura nasiąknięta dużym stęci, musimy pamiętać, że jest to logiczna konsekwencja
żeniem komputeryzacji, meewolucji technologicznej.
diów, a także Internetu. Jest
Uważam, że błędem jest bezkrytyczne uwielbieona o tyle nieszkodliwa dla
nie cyfrowych środków wypowiedzi artystycznej i jednofunkcjonowania
społeczeńcześnie zamykanie oczu na tradycję. Należy pamiętać,
stwa,
o
ile
będzie
obok
niej
istniała
kultura
alternatywna.
że prace artysty nie staną się lepsze, dlatego że siedział
przed komputerem. Wartość „dzieła sztuki” leży w gestii Znaczy to, że człowiek musi mieć wybór jak korzystać z jej
samego artysty, a nie narzędzia, choć narzędzie może dóbr, a nie może być uzależniony od współczesnych mu
jej trendów. Obecnie mamy do czynienia z powszechną
jego wizję urzeczywistnić.
Fizyczna dotykalność ręcznie czerpanego papie- komputeryzacją życia – oczywiście technika ułatwia nam
ru, jego faktura i mięsistość, a przede wszystkim odcisk funkcjonowanie w wielu dziedzinach, ale nie można domatrycy na papierze to wartości w technikach warszta- puścić do tego, by człowiek nie korzystający z mediów
towych, które nie są porównywalne z grafiką „z plujki”. cyfrowych był traktowany przez cyberspołeczeństwo za
W technikach tradycyjnych pracuje się nad matrycą, kogoś „zacofanego” i w pewien sposób odcięty od koobraz powstaje w materiale, który nie jest ostatecznie rzystania np. z dóbr kultury.
eksponowany. Matryca wyróżnia grafikę spośród innych
Oprac.: O. A.Brola, A. Lech, A. Nogaj
dziedzin sztuki. Techniki komputerowe gubią tę znaczącą cechę. Tutaj obraz powstaje na
ekranie, nie ma żadnej matrycy, nie
ma kontaktu z fizycznym materiałem.
Grafika komputerowa to dla mnie
wciąż raczej technika montowania
obrazów (choć z dużymi możliwościami technicznymi), niż prawdziwa
technika graficzna.
Dynamiczny rozwój technik komputerowych w dziedzinie
grafiki w drugiej połowie XX wieku
dał znacznie szersze możliwości
przetwarzania obrazu. Myślę, że w
przyszłości komputer będzie odgrywał coraz większą rolę w tworzeniu
obrazu w grafice. Należy jednak podchodzić do tych nowości z umiarem,
wykorzystywać zalety, eliminować
wady, wtedy technika druku cyfrowego będzie mogła konkurować
z drukami mistrzów akwaforty, litoRysunek opracował Paweł Król
grafii, czy drzeworytu.
11
LITERATURA literatura LITERATURA
(r)ewolucja
Pisząc o obecności literatury w internecie należy
rozważyć trzy podstawowe kwestie wiążące się z tym tematem. Po
pierwsze będzie to sprawa tzw. hipertekstów, po drugie literatury
w sieci i literatury sieci, czyli takich form zapisu treści, które nigdy
drukiem nie zostały wydane.
Zanim przejdziemy do ich omawiania należy nakreślić
krótką definicję hipertekstualizmu w ogóle i nowego post
medialnego paradygmatu kultury. Hipertekstualizm jest to nic
innego jak tendencja w kulturze końca XX wieku i początku
XXI wieku. Niektórzy suponują już, iż będzie to kolejny prąd
w kulturze obok modernizmu i postmodernizmu, ale jak na razie
te futurologiczne dywagacje należy zarzucić na rzecz takiej tezy,
iż hipertekstualizm to sposób, a raczej próba stworzenia nowego
sposobu opisu kultury, jej stanu i przemian. Kiedy dawne formy
komunikacji ulegają zużyciu, schematy i kody wytarciu, kiedy i za
ich pomocą nie da się oddać struktury otaczających nas zjawisk,
można wtedy mówić o początkach czegoś nowego, a mianowicie
zrębach awangardy. Podobną sytuację dostrzegamy dotykając
kwestii cybersztuki czy szerzej cyberkultury. Należy dopatrywać
się pewnych asocjacji w dążeniach dawnych awangardystów
i dzisiejszych cyberartystów. Ci pierwsi, jako „straż przednia”
kroczyli odważnie przed innymi kontestując, dekonstruując zastany
porządek, obraz sztuki i sposób komunikacji. Obecnie awangarda
post medialna nie szokuje i nie chce zwracać na siebie uwagi,
natomiast do niej należy m.in. przetwarzanie dorobku poprzedników
za pomocą nowych technologii, nowych komputerowych narzędzi.
Stąd też obok ewolucji kultury możemy mówić o jej inwolucji.
Internet nie wziął się przecież z niczego. Jego początków należy
szukać sięgając do socjologiczno-kulturowych uwarunkowań, do
rozwoju kultury medialno-obrazkowej, a przede wszystkim do
ruchów kulturotwórczych rozwijających się na zachodzie. Właśnie
tam miały swoje źródło, m.in. takie zjawiska, jak: poetyka skandalu,
idea wolności i demokratyzacji sztuki, które jak wiadomo na dużą
skalę zadomowiły się w cyberkulturze, tylko że teraz już nikogo to
nie dziwi, a co niektórych najwyżej zatrważa. Jednym słowem nowa
awangarda stała się czymś naturalnym, dlatego nie robi się wokół
niej większego zamieszania, a zwraca natomiast szczególną uwagę
na konstruktywność pracy cyebrartystów, ich zaangażowania
w tworzeniu nowego modelu kultury.
Spróbujmy teraz nakreślić umowną periodyzację
zjawiska cyberkultury. Jeżeli chodzi o literaturę, to Stanisław Lem
w Bombie megabitowej jako pierwszy przewidział istnienie sieci
i rzeczywistości wirtualnej, którą nazwał fantazmatyką. W połowie
lat 80. fantastyka naukowa eksploatowała jeszcze stare schematy,
co diametralnie zmienił nowy kierunek stworzony przez grupę
buntowników skupionych wokół pisma „Cheap Truth”, nazwany
później cyberpunkiem. Początków cyberkultury należy upatrywać
już na przełomie lat 80. i 90., kiedy to formowała się społeczność
hakerów. Następnie lata 90. przynoszą wchłonięcie tego co offowe,
co funkcjonowało poza głównym obiegiem, do mainstreamu.
Natomiast datą szczególną, którą można uznać za istotny początek
cyberkultury to rok 1989, kiedy Tim Berners Lee stworzył
teoretyczne podstawy dla Worl Wide Web. W Polsce jest to rok
1991, kiedy to 17 sierpnia z baraku przed instytutem Fizyki UW
w Warszawie został wysłany pierwszy e-mail do Kopenhagi.
Internet z roku na rok coraz bardziej się rozwijał. Stał
się miejscem do swobodnej wymiany myśli, przyspieszył formę
kontaktu między użytkownikami (e-maile, fora itp.), otworzył
dostęp do wielu informacji. Cyberprzestrzeń wchłonęła i wchłania
coraz większą liczbę sympatyków, co dla grupy konserwatywnych
12
Praca graficzna Edyty Bobowiec
Cybernetyczna
obrońców wynalazku Gutenberga jest czymś nie do zaakceptowania.
Pojawiło się wiele kontrowersyjnych opinii tyczących sfery
pogłębiającej się multimedialności, która coraz szybciej infekuje
obieg papierowy. Dla wielu zapis bitowy prowadzi do swoistej
dehumanizacji, a literatura umieszczana w internecie to nic nie
warty chłam. Kwestie sporne dotyczą w dużej mierze głównie
literatury, tzw. liternetu. Jak jest naprawdę, co z tą e – literaturą?
Wróćmy więc na początek naszych rozważań
i zastanówmy się nad istotą hipertekstu, a dokładnie, hipertekstowej
powieści. Jest to jedna z odmian e – literatury, której nieodłączną
część składową stanowią hipertekstowe odnośniki prowadzące
czytelnika przez historię w porządku przez niego ustalonym.
Atrakcyjność tego typu czytelniczej przygody polega na zawartości
w niej elementów pozajęzykowych – dźwięków, filmów video,
itp. Fabułę można zmieniać kilkakrotnie, odkrywając z kolejnym
wyborem (kliknięciem w dane hiperłącze) nowe wydarzenia.
Dzięki linkom możemy przechodzić do kolejnych leksji (czyli
względnie spójnych i niepodzielnych kolejnych jednostek tekstu).
Należy pamiętać, że istnieją dwa podstawowe typy powieści
hipetrtekstowych - eksploracyjny – którym można nawigować, ale
nie przekształcać go i drugi, konstrukcyjny - gdzie czytelnik ma już
całkowitą swobodę w dodawaniu własnych leksji czy hiperłączy.
Zagłębiając się w hipertekstową lekturę zabawa może
być przednia, ale pozostaje obawa o indywidualność twórców,
marginalizowanie ich roli na rzecz maksymalnego zmniejszenia
dystansu między czytelnikiem a autorem. Dzieło stanowiące
pierwotnie zamysł artystyczny autora staje się poniekąd
współwłasnością czytającego.
Kolejną sprawą naszych rozważań są wszelkie formy
literackie zamieszczone w sieci przez potencjalnych poetów
i pisarzy. Wiele osób - o czym była juz mowa wcześniej - neguje tę
formę ekspresji doszukując się w niej jedynie pseudo literackich
prób i chęci zaistnienia za wszelką cenę wśród klasy piszących.
Czy tak jest naprawdę? Przeglądając różne literackie witryny
rzeczywiście spotykamy się z masą grafomaństwa wyrażającą
się w szafowaniu częstochowszczyzną i tekstami nadającymi się
jedynie na laurkowe rymowanki. Jednakże można też spośród
informacyjnego szumu i morza bezwartościowej treści wyłowić
cenne poetyckie perełki. Publikują je ludzie, którzy nie zaistnieli
jeszcze w mainstreamie, ci którzy nie mają funduszy na wydanie
tomiku w wersji papierowej, jednym słowem poeci przed
debiutem szukający swojego miejsca w głównym obiegu. Internet
niewątpliwie stanowi dla nich miejsce bardzo ważne, ponieważ za
pomocą tego medium po raz pierwszy ich twórczość jest oceniana
i przez to w pewien sposób zaczyna „egzystować”. Należy jednak
pamiętać, że niewielu wprawnych krytyków czy uznanych poetów
komentuje na poetyckich witrynach wiersze nieznanych twórców.
Stąd też często poddawane są ocenie osób niekompetentnych
i złośliwych.
„Społeczność internetowa” promuje też uznanych
już Poetów, dla których ogłaszanie swojej twórczości na
domowych stronach internetowych czy blogach jest dodatkową
i ważną formą promocji. Wymienić tu można choćby stronę
Tadeusza Dąbrowskiego – redaktora pisma „Topos”, O. Eligiusza
Dymowskiego, Artura Nowaczewskiego, Pawła Lekszyckiego
czy Jerzego Sosnowskiego. Wystrój tych witryn jest zazwyczaj
ascetyczny, bez zbędnych upiększaczy w postaci avatarow (piór,
książek i wszelakich barwnych obrazków), co ułatwia czytanie,
wprowadza pewien nastrój powagi i nie razi sztucznością.
Na podobnej zasadzie funkcjonują pisma stricte
literackie, jak Odra, Akant czy Akcent, które to są przykładem
na upowszechnianie literatury w sieci i promowanie swojego
wydawnictwa. W dwóch powyższych przypadkach nie można
mówić już o e- literaturze, jak miało to miejsce przy autorach
przed debiutem książkowym, gdyż wcześniej zawartość tychże
witryn internetowych została wydana drukiem. Zamieszczanie
jej w sieci świadczy o rozwoju popularności medium jakim jest
internet i chęci konsolidacji rożnych środowisk kulturalnych,
wymieniania się miedzy sobą cennymi informacjami i poglądami
na sztukę. Jest to też sposób na dotarcie do szerszego grona
odbiorców, tych czytelników, którzy nie mają z różnych przyczyn
dostępu do źródeł drukowanych czy też po prostu nie zaopatrują
się w nie. Korzystając z internetu nolens volens stają się często
(nie)przypadkowymi czytaczami portali literackich, skłaniając
się nawet do prób komentowania artykułów czy poezji i prozy.
Kontaktowanie się przez szklany ekran pozwala też im wypowiadać
się beż skrępowania na tematy dotyczące interesującej ich kwestii,
czego nie uczyniliby często podpisując się imieniem i nazwiskiem
w prasie tradycyjnej.
I postawmy sobie dwa końcowe pytania: czy książka
tradycyjna za kilkanaście lat będzie miała jeszcze jakąś wartość.
Czy internetowa demokratyzacja sztuki, tworzenia przejawiająca
się w sposobie dystrybucji tekstów, ich upowszechniania nie
zniechęci Autorów do starań o uwiecznienie swoich artystycznych
dokonań w postaci tradycyjnego druku? Miejmy nadzieję, że nie.
Należy pamiętać, iż literatura a szczególnie poezja skierowane są
do zindywidualizowanego odbiorcy, a cyfrowe medium to swoista
masówka, w której łatwo zatracić swoją indywidualność.
Z drugiej strony trzeba też pamiętać, że multimedialny
świat rozwija się coraz szybciej, reprezentuje holistyczny model
kultury rozbijając skostniałe formy i schematy panujące w nauce.
Następuje ciągłe, płynne przechodzenie informacji, dookreślanie
miejsc pustych, wymiana myśli – inaczej mówiąc synchronia
wypiera diachronię. Niesie to ze sobą wiele dobrego: szybszy dostęp
do ważnych informacji, docieranie do źródeł często niedostępnych
w miejscu zamieszkania. Nie uda się zatrzymać tej cybernetycznej
ewolucji. Coraz więcej w przestrzeni cyfrowej treści stricte
naukowych – encyklopedii, słowników, twórczości eseistycznej
i literatury pięknej. Miejmy więc nadzieję, że konserwatyści
pogodzą się z cyberartystami, zaakceptują, że obok tradycyjnego
nośnika informacji jest nośnik nowy i również będą z niego
korzystać dzieląc się cenną wiedzą z użytkownikami ”internetowej
społeczności”. Oby tylko z dobrodziejstw cyberkultury korzystano
umiejętnie i z umiarem.
Bibliografia Piotr Marecki, Liternet.pl
Anna Nogaj
Świętokrzyskie tropy
Longina Jana Okonia
W grudniu ubiegłego roku przypadły jubileusze 80-lecia
życia i 65-lecia pracy artystycznej zacnego twórcy literatury, wychowawcy młodzieży i aktywnego działacza
społecznego – Longina Jana Okonia. W jego życiorysie
i dokonaniach jest wiele elementów związanych z naszym
regionem.
Urodził się 20 grudnia 1927 r. w Świerszczowie
(powiat chełmski) w rodzinie chłopskiej. Czas nauki w szkole podstawowej, na tajnych kompletach nauczania w okresie wojny, w gimnazjum ogólnokształcącym i Liceum
Pedagogicznym, a potem pracy nauczycielskiej spędził
w Chełmie lub w jego okolicy. Tu mieszka do dzisiaj (po 15letnim okresie zamieszkiwania w Lublinie).
Debiutował jako piętnastolatek wierszami rozklejanymi na murach Chełma w okresie wojny (m.in. Niemcy,
pamiętajcie, Nadciąga zemsty grom, Śmierć najeźdźcom).
Pierwsze tomy wierszy opublikował w 1949 roku. Były to
Łzy serca i Odpryski. Do ostatniego swojego jubileuszu
wydał ich ponad 20, m.in. Łowienie świtu, Pamięć śpiewających rzek, Kamień i nadzieja, Niegasnący płomień, Ziemia
miłością owocująca (wiersze tłumaczone były na języki: fiński, francuski, angielski, ukraiński, rosyjski…). Drugą pasją
artystyczną Okonia jest proza. Opublikował jej 12 tomów,
(w tym cykl powieści indiańskich o Tecumsehu, za który
otrzymał Order Uśmiechu i szereg nagród, a ich łączny
nakładł przekroczył trzy miliony). Niemal kultową książką,
wielokrotnie wznawianą, stały się jego Opowieści niedźwiedziego grodu. Pasja społecznikowska tego pisarza ujawniła
się nie tylko w różnych inicjatywach społecznych (powoływaniem towarzystw regionalnych, grup poetyckich, czasopism, inicjatyw wydawniczych), ale także w działalności na
rzecz Związku Nauczycielstwa Polskiego, Związku Literatów
Polskich, ziemi chełmskiej i lubelskiej, koleżeńskiej pomocy
materialnej i artystycznej, ale także dziesiątkami opracowań
o pisarzach, ludziach oświaty i kultury, z zakresu etnografii
i nauczania (tego ogarnąć się nie da, stwierdzam to z całą
pewnością jako autor monografii o nim).
Kielecczyzna w życiu Longina J. Okonia zajęła ważne miejsce. Pojawiła się w trudnym dla pisarza czasie. Z początkiem lipca 1959 został powołany przez WKR w Lublinie
do odbycia wojskowych ćwiczeń poligonowych. Był wtedy
studentem drugiego roku polonistyki na Uniwersytecie
Warszawskim. Mimo starań o zwolnienie, nie uzyskał zgody.
Lipiec, sierpień i wrzesień spędził na poligonie w Legionowie. Nie przystąpił do sesji egzaminacyjnej, musiał przerwać
studia. Po dwóch latach postanowił jednak wykorzystać trzy
zaliczone semestry polonistyki na UW i skończyć Studium
Nauczycielskie. Wybrał Kielce. „Chciałem – jak sam przyznaje – bliżej poznać uroczą krainę Żeromskiego”. Trafił na
drugi rok studiów. Znowu oddajmy głos pisarzowi. Podczas
studiów „w wolnych od nauki chwilach chodziłem po mieście i podziwiałem jego uroki. W którąś sobotę z kolegami
poszedłem do teatru na sztukę Brechta „Matka Courage”.
Kreacje aktorskie były świetne. Dekoracje oryginalne. Ze
wzruszeniem opuszczałem teatr”. Pracę dyplomową, na
temat Wersyfikacja Łąki Bolesława Leśmiana, napisał po
opieką B. Szlesińskiego. Obronił ją 16 grudnia 1963 roku na
ocenę bardzo dobrą.
13
Okoń, prezentując miejsca związane z naszym
regionem, udziela czytelnikom podstawowych informacji o nich (historycznych, architektonicznych) i opisuje je
bardzo plastycznie, np.: „Wzgórze Malik pokryte bujną zielenią lasu stało w blasku zachodzącego słońca. […] Blask
łuczywa ślizgał się po wiszących u sufitu stalaktytach, na
ścianach chybotał jak żywe dziwaczne cienie.”
L. J. Okoń podczas rozmowy z Wandą Rogalą – prezesem wydawnictwa „Gens” i dr Stanisławem Rogalą w siedzibie oddziału ZLP
w Lublinie
Ze swoich kieleckich nauczycieli najlepiej wspomina: Z. Żakową, M. Głazek, K. Helis i B. Szlesińskiego.
Poświęcił im kolumnę wierszy z cyklu Kroki słoneczne, opublikowaną w „Ziemi Chełmskiej” (1962, s. 16). W opisie pejzażu w wierszach tych możemy dostrzec wiele widoków
z Kielecczyzny. Takim jest utwór Zimowy pejzaż. Zacytujmy go:
Drzew stupalce ramiona
stoją w zgrzebnych koszulach
– w szronie
Tabuny wron i kawek
jak plamy czarne
wklejone w mięciutki puch
buszują pośród pól
– szukają ziarn
dających ciepło.
Inne związki L. J. Okonia z Kielecczyzną to wielokrotna obecność u nas jako pisarza uczestniczącego
z spotkaniach autorskich, imprezach literackich, również
jako literaturoznawcy wypowiadającego się o naszych pisarzach. W 1998 roku, nakładem kieleckiego wydawnictwa
„STON 2”, ukazała się jego powieść Przekleństwo Inków,
a nakładem Wydawnictwa GENS pierwsza monografia jego
pisarstwa pt. Longin Jan Okoń (wznowiona w 2002). W
świętokrzyskiej prasie publikowane były omówienia jego
twórczości. Świętokrzyscy studenci już kilkakrotnie podejmowali jego twórczość za przedmiot prac magisterskich,
jedna z nich nawet opublikowała książkę – B. Danielczuk
Longin Jan Okoń – pisarz i nauczyciel. Pisarz wielokrotnie
obecny był na antenie radia „Kielce”.
Z okazji ostatniego jubileuszu Longin J. Okoń
otrzymał od świętokrzyskich pisarz listy gratulacyjne, natomiast – w rzadko spotykanej jako hołd dla pisarza od
ponad 30 pisarzy-kolegów – antologii dedykowanych mu
wierszy, wydanej nakładem lubelskiego oddziału ZLP, pt.
Jubilatowi – przyjaciele znalazł się mój tekst poetycki List…
Jego publikację poczytuję sobie za szczególny zaszczyt.
Gestów wdzięczności od kolegów przy tej okazji otrzymał
pisarz wiele. Oprócz wskazanej antologii, jego utwory pojawiły się w nowych publikacjach zbiorowych, takich jak
Antologii poezji chełmskiej grupy poetyckiej „Lubelska” 36,
Skok po szczęście, wznowiono jego utwór Biały niedźwiedź
i zapowiedziano następne wznowienia, w Szwajcarii ukazał
się tom wierszy w tłumaczeniu na język francuski. Redakcja
„Dedala” przyłącza się do życzeń jubileuszowych.
dr Stanisław Rogala
Na Kielecczyznę powrócił pisarz w klechdzie
Klęska Boruty z tomu Opowieści niedźwiedziego grodu.
Popularnego księcia ciemności prowadzi autor od Łęczycy,
przez Góry Świętokrzyskie do kredowych krużganków pod
Chełmem. Znudzonego samotnością Borutę wyciąga z łęczyckich lochów świętokrzyska wiedźma Jaroma. Obiecuje
zaprowadzić go na Łysicę, gdzie odbywa się sabat, pod
warunkiem, że pomoże jej przepędzić z Puszczy Jodłowej
Smolenia, który psuł jej plany. W nagrodę obiecuje mu
pomoc przy porwaniu pięknej Tiny, córki cygańskiego króla
Werana.
Smoleń zamieszkiwał jaskinię Raj we wzgórzu
Malik. Boruta nakazał mu służyć sobie jako stangret powożący karetą, gdy będą uprowadzać Tinę. Podstępny zamysł
Jaromy powiódł się. Wywabiła Tinę z cygańskiego obozowiska obietnica złotego prezentu, który niby przysłał jej
książę z chęcińskiego zamku, Boruta pochwycił w swe szatańskie ramiona i ze Smoleniem uprowadzili do Chełma.
14
Pisarz w swojej bibliotece z wigwanową fajką pokoju (kalumetem)
Mohawków, wrzesień 2002
Z księgarskiej witryny
K
Kielczanie
na dawnych fotografiach
ze zbiorów prywatnych
Kielczanie.
Z albumów rodzinnych,
Muzeum Historii Kielc
i Wydawnictwo Jedność,
Kielce 2007
Pamiętam jak Janusz Buczkowski i Paweł Pierściński zawitali do redakcji „Dedala” informując mnie
o pomyśle przygotowania wystawy i albumu o kielczanach na fotografiach ze zbiorów prywatnych. Inicjatywa
jakże ciekawa i cenna, jednakże niezmiernie trudna w realizacji, chociażby ze względu na samo pozyskanie materiału fotograficznego, który w większości przypadków
stanowi swoiste sacrum dla wielu właścicieli strzegących
swoich albumowych pamiątek jak osobistych skarbów.
Jednakże wyzwania tego podjął się Janusz Buczkowski, który zgromadził wówczas już znaczny zbiór fotografii z rodzinnych albumów. Pieczołowicie odwiedzał
kolejnych darczyńców, przeglądał setki fotografii, przekonywał ich właścicieli do udostępnienia na wystawę,
poświęcał mnóstwo swojego czasu na rozmowy i porządkowanie całego materiału fotograficznego. Wszystkie zebrane przez Janusza Buczkowskiego fotografie
wymagały jeszcze, co prawda, uzupełnienia, segregracji,
opisania i przygotowania do druku oraz wystawy, ale
stanowiły już wtedy fundament pewnej całości. Do zrobienia było jednak jeszcze wiele pracy.
Przyłączyłem się z entuzjazmem do tej inicjatywy i sam przekazałem zestaw kilkunastu rodzinnych
zdjęć z dawnych lat. Zaproszony do współpracy Marek
Maciągowski zajął się opisem fotografii oraz pomagał
w selekcji materiału. W „Dedalu” ukazał się wtedy apel
do kielczan o przekazywanie fotografii, któremu towarzyszyło archiwalne zdjęcie mojego dziadka Władysława
Kosińskiego z lat trzydziestych XX wieku, które później
znalazło się na wystawie.
Dobrze pamiętam jak z czasem uzbierało się
tyle zdjęć, że po ich rozłożeniu na podłodze w kieleckiej
Galerii Fotografii, nie mieliśmy gdzie stanąć. Konieczne
okazało się uporządkowanie, pogrupowanie i wybór
zdjęć do planowanej wystawy. Najciekawsze z nich miały
znaleźć się w albumie. Zaczęliśmy skanować przekazane
fotografie i przygotowaliśmy pierwszą makietę wybrane-
go materiału z podziałem na działy tematyczne. Później
prace te kontynuowali pracownicy Muzeum Historii
Kielc, w którym miała odbyć się wystawa wybranych
fotografii.
I oto dzisiaj mamy w rękach piękną publikację Kielczanie. Z albumów rodzinnych wydaną przez
Muzeum Historii Kielc i Wydawnictwo Jedność pod
koniec 2007 roku. To ważne wydawnictwo towarzyszyło
wystawie na otwarciu Muzeum Historii Kielc w lutym
2008 roku i jest tam nadal do nabycia. Mrówcza praca
tak wielu ludzi przyniosła wspaniały efekt w postaci unikalnej publikacji, a te 53 osoby, które zdecydowały się
przekazać swoje rodzinne fotografie na ten cel zapewne
mogą czuć się usatysfakcjonowane.
Na kartach albumu widzimy sylwetki kielczan
i obraz miasta uchwycony na fotografiach z przełomu
XIX i XX wieku, bogaty wybór z czasów dwudziestolecia
międzywojennego i mniej liczny z lat II wojny światowej
i okresu tuż po jej zakończeniu. Sentymentalna wędrówka po dziejach miasta pozwala czytelnikowi poznać
przede wszystkim jego mieszkańców, którzy to miasto
budowali, w nim pracowali, walczyli, zakładali rodziny,
prowadzili życie towarzyskie. Bo czymże jest miasto bez
ludzi?
Jako jeden z wielu kielczan odwiedziłem wystawę w Muzeum Historii Kielc z całą rodziną i z dumą
przyglądaliśmy się naszym dziadkom i innym członkom
rodowego drzewa, a także pozostałym postaciom znanych i nieznanych kielczan, niczym strażnikom dawnych
czasów, spoglądającym na nas z fotogramów na ścianach Muzeum, zdającym się mówić – Pamiętajcie!
Tomasz Kosiński
15
Piękny świat bajek
Irena Paździerz
Kiedy zwierzęta
mówią
Kielce 2007
Irena Paździerz, autorka dwóch powieści: Marzeń
zielone migdały (2000), Urok tajemnicy (2002) i zbioru
legend Biały koń z chęcińskiego zamku i inne opowieści
(2002), opublikowała kolejną swoją książkę – Kiedy zwierzęta mówią. Sposób kreowania świata, problematyka
utworów i rodzaj bytowy bohaterowie pozwalają najnowszy
zbiór zaliczyć do bajek. Bohaterami są zwierzęta, którym tylko towarzyszą ludzie (najczęściej dzieci). W swoim postępowaniu kierują się naiwną wiarą w przewagę dobra nad złem,
w możliwość oduczenia ludzi ich złych nawyków, w szczęście, które mogą osiągnąć z pomocą ludzi. Natomiast siłą
sprawczą jest, jak niejednokrotnie w bajkach bywa, magia.
Zbiór składa się z sześciu utworów. Skrzydła,
których bohaterem jest młody lew Ciamajda – prezentują
marzenie o lataniu. Pragnienie to ziszcza się. Ciamajdzie
wyrastają skrzydła, co jednak wzbudza zazdrość i obawę
Najważniejszego (lwa przywódcy stada) i jego zaufanych.
By nie dopuścić do ewentualnego „przejęcia władzy”, obcinają maluchowi skrzydła, nie pozwalają mu być innym.
Ciamajda, jako członek społeczności, musi podporządkować się wyrokowi. Jednak skrzydła, powieszone na akacji,
zostały w stadzie i u niejednego lwa wzbudzały marzenie
o lataniu.
W pięknym opowiadaniu Zajączek i myśliwy dochodzi do konfrontacji ludzi-myśliwych ze światem zwierząt, pośrednikiem jest ludzka dusza. Człowiek-myśliwy,
przeżywszy piękny sen-zabawę z zającem, postanawia zerwać z hobby – myślistwem i do swojego życia wprowadzić
więcej zabawy i radości.
W kolejnym utworze (Myszka i Dżin) autorka odwołuje się do starego motywu utworów dla dzieci: myszy
i kota. Myszka Do (Domicedlla), znudzona beztroskim i wygodnym życiem w norce pod podłogą, postanawia zwiedzić
mieszkanie archeologa. Niechcąco strąca butelkę i uwalnia
leniwego Dżina Arambaraka, który zamieni spokojne życie
Do w koszmar. Od złego ducha uwolni ją kot Miauk, który
w ten sposób pierwszy raz zrobił dobry uczynek.
Równie zaskakujące są fabularnie następne utwory.
W Wilczej naturze pies Szary, w imię marzenia o wolności,
podejmuje ucieczkę od dobrego pana do lasu. Mimo bardzo
przykrych doświadczeń zostaje zaakceptowany przez watahę wilków i w ten sposób odzyskuje prawdziwą wolność.
W Mądrym osiołku autorka podejmuje dyskusję z obiegowymi przekonaniami i wyrażeniami, że osły są uparte i głupie, również głupie są krowy, można „uchlać się jak świnia”
i podobne negatywne porzekadła. W ocenie gospodarskich
zwierząt świat ludzi jest bardzo niedobry. Zwierzęta postanawiają zmienić go, pracowitością i posłuszeństwem zmienić
opinię o sobie, stać się „partnerem ludzi”, wprowadzić „na
całej planecie […] powszechną równość”. Nie udaje im się
16
dokonać tego ze starym gospodarzem, dopiero z młodym
Piotrkiem. Ich wysiłek nie poszedł na marne.
Do przewartościowania starego motywu literatury
dla dzieci – o człowieku i rybce – dochodzi w opowieści
Rybka i chłopiec. Piotruś zwrócił wolność rybce otrzymanej na swoje urodziny. W nagrodę dostał od niej tajemny
kod, z pomocą którego może zawsze łączyć się poprzez
komputer ze światem podwodnym. Oglądając jego uroki
jest bardzo radosny, podobnie jak jego rybka. Piotruś wie,
że gdyby ludzie prawdziwie kochali zwierzęta, cieszyliby się
ich wolnością a nie przywłaszczali sobie, biorąc w niewolę.
W swoich opowieściach Irena Paździerz, podobnie
jak w Marzeń zielone migdały i Uroku tajemnicy, odwołuje
się do sytuacji niecodziennych, nietypowych. Pokazuje odmieńców w jakichś szczególny sposób, ich marzenia i sny
spełniają się. Więc nie zgadza się tym na sytuacje proste,
pozornie łatwo rozwiązywalne. W zbiorze najnowszym czyni to z pomocą bajki, w której realność ma prawo mieszać
się z fantastyką; marzenie, tęsknota, pragnienia, poczucie
krzywdy przybierać postać fizyczną. W ten sposób zło
może stać się dobrem. Wykładnia filozoficzna tych utworów
jest zwykle prosta i przekazana w morale, jak to w bajkach
bywa. Z fantastycznego świata zwierząt i moralno-filozoficznych odniesień do świata ludzi wypływają morały-wnioski:
o potrzebie marzenia (Skrzydła), sens walki o odzyskanie
wolności mimo przykrych doświadczeń (Wilcza natura), wytrwałości w zabiegach o dobro, która skutkuje zwycięstwem
(Mądry osiołek). Ten piękny świat bajek jest przekonywujący.
Zwraca również uwagę język tych utworów.
Krótkie, dynamiczne zdania wprowadzają dużą płynność
i poprawność wypowiedzi. Argumentacja, choć odnosi się
do spraw wielokrotnie w naszym doświadczeniu powtarzanych, niemal ogranych, nie jest naiwna. W połączeniu
z lapidarnością języka może przekonywać do wniosków.
Wydaje się, że głównym przesłaniem jest myśl,
że kiedy mówią zwierzęta, człowiek winien słuchać i uczyć
się od nich. Utwory, choć utrzymane są w poetyce bajki,
adresowane są do dorosłego czytelnika, tylko czy zechce
on przeczytać je, przyznać się do swoich słabości i błędów
i poprawić w postępowaniu?
Kiedy zwierzęta mówią to niewielka książeczka, ale
miejmy nadzieję, że autorka będzie dopisywała kolejne opowiadania, równie ciekawe i zgrabnie skomponowane.
dr Stanisław Rogala
Ostatni z szesnastu
Maciej Andrzej
Zarębski,
Ostatni z Szesnastu.
Okruchy wspomnień
w dziesiątą rocznicę
śmierci,
Zagnańsk 2008, s.144.
W marcu 2008 r. nakładem Świętokrzyskiego Towarzystwa Regionalnego i Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej
w Kielcach ukazało się drugie wydanie książki (swą premierę
miała w kilka tygodniu po odejściu bohatera w marcu 1998
roku) Macieja Andrzeja Zarębskiego, Ostatni z Szesnastu.
Okruchy wspomnień o Adamie Bieniu w dziesiątą rocznicę
śmierci. O ile tytuł jest jednoznaczny dla czytelnika – określa
zakres tematyczny publikacji, o tyle podtytuł może go wprowadzać w pułapkę interpretacyjną.
Tak bowiem „na oko” książka ta – wydaje się
być zbiorem osobistych refleksji autora o Adamie Bieniu.
Współpracowali bowiem ze sobą na niwie kulturalno-społecznej, a nawet przyjaźnili się, więc tego można było by się
spodziewać czytając publikację. Lecz nie jest to całą prawdą.
W książce tej, tytułowego Ostatniego z Szesnastu wspominają też inne osoby, dla których był nieodżałowanym autorytetem. I tak: o Ojcu pisze córka Hanna Bielska – „Potrafił,
jak nikt na świecie, pokazywać najpiękniejsze zakamarki
swej kochanej ziemi.– Ludzie, widzisz (…) szumnie mówią:
Ojczyzna, Ojczyzna, a to przecież nic innego, jak właśnie ten
bliski sercu krajobraz, po obu stronach bardzo znajomej
drogi. Twojej i mojej drogi do domu…, o Teściu zięć Stanisław Bielski: Dziękuję losowi, że Adam Bień był w moim
życiu obecny i jakże często wolałem się z nim nawet ostro
nie zgadzać, niż z innymi zgadzać, o Starszym Koledze
– adwokaci: Zygmunt Kukomski z Poznania: Często wspominam Adama Bienia jako wielkiego patriotę i przyjaciela.
Wtedy ogarnia mnie głębokie wzruszenie i ból serdeczny.
Czy zdążę odwiedzić jego grób w Niekrasowie i jeszcze raz
nisko mu się pokłonić? i Michała Skorupskiego ze Staszowa:
Był bardzo komunikatywny.(…)O czasach wcześniejszych
mówił początkowo niezbyt chętnie. Ale w miarę wspólnej
pracy znikła nieufność, coraz więcej było okazji do szczerych rozmów i wspomnień, a o Ministrze II RP i „bohaterze”
Procesu Szesnastu – powołany na świadka w owym procesie Czesław Łotarewicz: Dziwnym zrządzeniem losu 54
lata temu dane nam było znaleźć się, nie z własnej woli,
w tym samym miejscu i czasie – w kazamatach Łubianki
i na procesie przywódców Polski Podziemnej przed najwyższym sowieckim trybunałem. Przypadek sprawił też,
że kilka lat temu w Ossali ponownie spotkaliśmy się, jako
jedyni z żyjących uczestników tych wydarzeń. Złączyła nas
nie tylko przeszłość i wspomnienia, ale także głęboka sympatia. Pokochałem miłością synowską Ministra, jak również
Jego najbliższą Rodzinę. O Adamie Bieniu głos też zabierają
znajomi z Przasnysza.
Autor Ostatniego z Szesnastu Maciej A. Zarębski
nie tylko opowiada o swych wzajemnych kontaktach przyjacielsko-towarzyskich, ale też w sposób ściśle dokumentacyjny przedstawia czytelnikom wydarzenia społecznokulturalne z udziałem Adama Bienia. Z racji „pracoholicznospołecznikowskiego” zamiłowania bohatera publikacji, pan
Maciej miał trudne zadanie, i nawet jemu sprostał. Oj, tak…
Sprostał aż zanadto… Tylko czemu tak szczegółowo? Sprawozdawczy tok narracji gmatwa jej przejrzystość i sprawia
monotonię lektury. Czego nie można powiedzieć, a właściwie napisać - o niezmiernie interesujących, czysto wspomnieniowych „okruchach” książki. Te sprawiają, że osoba
Adama Bienia na moment ożywa, mimo już dziesięcioletniej
Jego wśród nas nieobecności.
Adam Bień (1899–1998) w marcu 1943 r. został
z ramienia ludowców mianowany ministrem (kierował departamentem sprawiedliwości, oświaty, wschodnią komisją
koordynacji ustawodawczej oraz komisją mniejszości narodowościowych) w Delegaturze Rządu na Kraj, a w dwa miesiące później I Zastępcą Delegata Rządu. W dwa lata później
– też w marcu (1945) wraz z piętnastoosobową grupą polskich polityków został zwabiony do Pruszkowa, a następnie
wywieziony do Moskwy i skazany w tzw. Procesie Szesnastu. Przez wiele lat był jedynym żyjącym uczestnikiem tamtych wydarzeń. Trzeciego maja 1994 r. w Belwederze z rąk
prezydenta Lecha Wałęsy otrzymał Order Orła Białego.
Aneta Lech
Nocny krzyk
S. Rogala
Nocny krzyk
Kielce 2007, s.157
Ostatnia książka Stanisława Rogali, to wydawnictwo dość nietypowe w dorobku literackim pisarza. Jest to
bowiem zbiór trzech utworów, z których każdy prezentuje
odmienny gatunek wypowiedzi twórczej (celowo nie piszę
wypowiedzi literackiej). Pierwszy – to opowiadanie, drugi
– to reportaż, a trzeci – dramat.
Nocny krzyk (pierwotnie drukowany w „Egerii”
2006, nr 1, s. 13-14) – tytułowy utwór zbioru, to niepierwsze
w dorobku pisarza opowiadanie, ale pierwsze tak głęboko
– „świadomo–podświadome”. Na kartach krótkiego, sześciostronicowego tekstu, autor kreuje świat z pozoru jasny
i klarowny. Z jednej strony bowiem życie wykładowcy „czerwonego miasta o aspiracjach uniwersytetu”, studencka
sesja egzaminacyjna, afekt na linii egzaminator – zdająca,
z drugiej konstrukcja czasoprzestrzenna „gmatwająca” czytelność opowieści. Nie jest to oczywiście wynik warsztatowej ignorancji pisarza, a celowy jego zabieg twórczy. Trudno
bowiem jest sprecyzować czasowo losy bohatera, a jednocześnie narratora opowiadania. Może się czytelnikom wydawać, że to zarówno świat realny, jak i doznań wewnętrznych,
a także przykład snucia wizji sennej. Wspomniane płaszczyzny są równie prawdopodobne jako funkcjonujące odrębnie, co współobecne ze sobą w utworze. To sprawia, że
okoliczność ta daje czytelnikom duże możliwości interpretacyjne zarówno przy jednorazowym przeczytaniu utworu, jak
i przy jego wielokrotnej lekturze.
Spotkałem Sławę to reportaż (drukowany wcześniej w „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim” 1998, nr 2,
s. 46 – 63), który otrzymał pierwszą nagrodę w dziale prozy
pierwszej edycji międzynarodowego konkursu literackiego
im. Zygmunta Wójcika oraz Puchar Ambasadora Republiki
Słowacji w Polsce – dra Mariana Servatko. A reportaż to
niezwykły – łączy w sobie umiejętność dziennikarskiego
„notowania” przebiegu podróży po Słowacji z literacką fabularną kreacją pary bohaterów: narratora – polskiego pisarza,
uczestnika wojażu oraz młodej Słowaczki o imieniu Sława
– jednej z organizatorek pobytu Polaków. Niezależność obu
płaszczyzn sprawia, że czytelnik może z łatwością podążać
17
śladami słowackiej kultury oraz śledzić miłosne perypetie
bohaterów bez obawy, że jakiś ważny szczegół opowieści
opuści.
Ostatnim utworem Nocnego krzyku jest dramat
Dom. Choć napisany został dużo wcześniej od obu pozostałych utworów zamieszczonych w książce, bo na początku
lat 80., a nawet nagrodzony trzecią nagrodą w konkursie na
utwór dramatyczny o tematyce wiejskiej (ogłoszony przez
Zarząd Główny Towarzystwa Kultury Teatralnej, Ministerstwo Kultury i Sztuki, Ludową Spółdzielnię Wydawniczą,
Klub Kultury Chłopskiej i miesięcznik „Scena”) w 1985 r.
(przewodniczącym jury był Wiesław Myśliwski), to ze względów cenzuralnych nigdy nie był wystawiany. Cóż zatem
zamieścił autor w powyższym dramacie, co nie spodobało
się urzędnikom? Zapewne podjęta tematyka i konwencja
utworu.
A o czymże jest Dom? Opowieścią o powojennej
historii Polski (prawdziwej i zakłamanej) i o ludziach determinowanych przez nią. W sensie gatunkowo-formalnym
dramat Rogali nawiązuje do Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Główny bohater Gospodarz buduje wielki dom dla
siebie i swojej rodziny: brata Walentego (przebywającego
na emigracji), syna Kazika (akowca, który ostatecznie nie
wraca z więzienia) i młodszego syna Jacka (wychowanka
ZMP). Jest jedyną osobą we wsi, która pamięta to, co powinno być „zapomniane”, a o czym powinno się pamiętać
(m.in. kultywuje pamięć o akowcach, o Rzeczpospolitej
„koronnej”). Ta rzeczywistość „doskwiera” Gospodarzowi.
Męczy go naiwność mieszkańców, „pokazowość” władzy,
brak akceptacji ze strony środowiska i najbliższej rodziny,
a przede wszystkim bezradność wobec zakłamaniom świata
teraźniejszego i powojennego. Rozumiany tylko przez „głupiego” Jaśka - sierotę którego przygarnia pod swój dach,
tworzy Muzeum Chleba. Jak dalej toczą się losy Gospodarza?, co mieści w sobie Muzeum? – na te pytania znajdą
Państwo odpowiedzi czytając tę frapującą lekturę do końca.
Nocny krzyk jest na świętokrzyskim rynku wydawnictwem interesującym. Różnorodność tematyczna i gatunkowa stanowią ogromny walor publikacji, dlatego też
zarówno miłośnicy książek Stanisława Rogali, jak i wszyscy
wielbiciele dobrych lektur znajdą w niej coś dla siebie.
Aneta Lech
Dla zdeklarowanych pasjonatów
Jerzy KoreyKrzeczowski
Barwy młodości
Otwarty Rozdział
Rzeszów 2007, s. 266
18
Autor umysł ciekawy, postać długodystansowa,
osobowość ważka, energiczna, z sukcesami na wielu polach, światowiec i bywalec, niewygasający wulkan przedsiębiorczości wprowadza nas w świat mirażowy, wykreowany
totalnie świat arkadyjskich Kielc roku 1939, czym ustawia
się niejako na kontrze identycznie czasowo usytuowanych
i bardziej realistycznych i udanych powieści np. autora
– Okolicy starszego kolegi.
Czym chce nas uwieść Korey-Krzeczowski?
A więc dumna i chmurna postżeromszczyzna, różowidzenie powszechne, banał akcji, namolne wątki koleżeństwa- kalki wprost z Kiplinga, i Gomulickiego oczywiście w skali, siłą rzeczy, że tak powiem kieszonkowej, wata językowa.
Warstwa narracyjna poprawna – wykształcenie zaważyło powiedziałbym zadziałało usztywniająco, co nie jest
bynajmniej najwyższej klasy pochwałą. Śp. Jerzy Lisowski
w takich przypadkach zwykł mawiać- rzecz jest ładna, aż
tylko ładna.
Powieść Korey-Krzeczowskiego jest przykładem
dobrze zakonserwowanej pamięci, swego rodzaju zabiegiem autoterapeutycznym, i jednak testamentem zbyt daleko posuniętej dobrej woli.
Nie można odmówić sukcesów autorowi jako nauczycielowi akademickiemu, ekspertowi, naukowcowi, darczyńcy wielu pożytecznych działań na rzecz rodzimej kultury
poza krajem, wytrwałości wreszcie.
Gdyż autor pierwszą wersję tej powieści z kluczem
napisał jeszcze w roku 1939, wersję obecną z pamięci i tęsknot skompilował poniekąd już u schyłku swego życia w odległej Kanadzie.
Powieść Barwy młodości sytuuje się jako manifest
podkoloryzowanej, dziś byśmy powiedzieli cepeliowskiej
nostalgii za czymś, czego nie było. Dobre chęci, anegdoty,
skojarzenia, autocytaty, liryczne wstawki, puszczanie oka do
czytelnika – aha jak pięknie było – pewna pobieżnie barokowa gawęda przy totalnym braku dystansu i oryginalności
języka to zdecydowanie za mało.
Można kochać swoje miejsce urodzenia, więcej trzeba to
czynić, tęsknoty też należy pielęgnować, ale należy również
mieć świadomość proporcji, i dostateczne zasoby pokory,
że ktoś znacznie wcześniej coś znacznie lepszego na ten
temat napisał.
Otóż Kielce w Barwach Młodości, jawią się jako
swego roku mały Dorpat nad Silnicą, miejsce wyjątkowo
urokliwe, ba, bardzo cywilizowane, jest to obraz wybitnie
podkoloryzowany. Na przykład żaden z bohaterów – a mamy
ich całą plejadę, stąd bardzo powierzchowne ich charakterystyki- podczas rytualnych spacerów- nie wdepnie w końskie
łajno, nie zamoczy butów w rynsztoku itp., a pamiętajmy, że
jeszcze w latach 60-tych w radzie miasta rynsztoki u wielu
ówczesnych rajców cieszyły się wyjątkową estymą. O czym
wspominał swego czasu Krzesimir Dębski w „Przekroju”,
a przecież w czasie równoległych do akcji powieści KoreyKrzeczowskiego Witkacy ogłosił słynny i mocny wiersz Do
Przyjaciół Gówniarzy
Tym samym powieść Barwy Młodości znajdzie
swych admiratorów pośród zdeklarowanych miłośników
miasta, i czujnych badaczy przedmiotu, niestety jako dzieło literackie nie wyróżnia się niczym, co by zapowiadało,
iż mówiąc obrazowo „wypłynie kiedykolwiek na szerokie
wody oceanu prawdziwej literatury”
Tadeusz Zubiński
E-book – książka przyszłości czy
zniszczenie prawdziwej kultury?
E-booki to książki doby XXI wieku. Jak wskazuje
nazwa są to elektroniczne publikacje – można je kupić
w wirtualnych sklepach lub ściągnąć, niekoniecznie legalnie, z sieci.
Ich
tematyka
jest przeróżna – znajdziemy książki specjalistyczne, poradniki, ale także
literaturę piękną. Zaletą
tego typu wydawnictw
jest ich aktualność. Zawsze najnowsze dane,
technologie i fakty. Tak
współczesna
forma
nie przeszkadza jednak
w istnieniu klasyki literatury w elektronicznym
wydaniu.
Najwięcej
jednak roi się od poradników, które pomagają praktycznie we
wszystkim: w założeniu
własnej firmy, zrobieniu
makijażu,
zarabianiu
pieniędzy, budowaniu
własnego wizerunku czy
skutecznym podrywaniu… Wybór jest ogromny – jednak żadnej pewności co do zawartości.
Większość z nich to zapewne pseudo-poradniki, których
zadaniem jest wyłącznie przynoszenie zysku. Tu pojawia się
wyższość
tradycyjnej książki, do
której przed kupieniem możemy
zajrzeć
sprawdzając jej stronę
merytoryczną.
Niestety to, co
często oddala od
kupna w prawdziwej księgarni to
cena.
Przeciętna
kwota jaką musimy wydać za
książkę to jakieś
30 złotych – tyle co
nowa bluzka, rata
kredytu, podwójny
bilet do kina, obiad
w
knajpie
czy
karta do telefonu.
E-booki natomiast możemy ściągnąć bezpłatnie, czy kupić
za sms-a. Oczywiście znajdziemy też takie za niebotyczne
kwoty dochodzące do kilkuset złotych, ale to rzadkość. Cena
i dostępność są więc najbardziej przemawiającymi zaletami
wydawnictw
elektronicznych.
Żeby
nabyć książkę
nowej generacji, nie trzeba
wychodzić
z domu,
ani
nawet
ruszać
się
z pokoju.
Otwieramy
pierwszą lepszą
stronę z darmowymi e-bookami i ściągamy.
Zwykle nie trwa
to długo, więc
już za moment
możemy
rozkoszować
się
najnowszym
nabytkiem, który nie zakurzy
się, nie zżółknie
ani nie zajmie
miejsca na półce. Odpada jednak czytanie w parku, pociągu czy na nudnych zajęciach. No
chyba, że mamy laptopa, ale jest on zdecydowanie mniej
dyskretny od książki.
W e-bookach łatwo możemy znaleźć pożądaną frazę jednak nie zagniemy kartki ani nie naszkicujemy obrazka,
który potem wspomnimy – z sentymentem oglądam stronice starych książek, na których będąc dzieckiem uwieczniłam
swój wygasły talent malarski. Poza tym takie papierowe
cudo można wziąć do ręki poczuć zapach nowości, lub minionych lat. Można zagrzebać się w kocu z kubkiem gorącej
herbaty, odpocząć od komputera – właśnie z książką w ręku.
A brzeg okładki widniejący na półce, która do tego właśnie
służy, ozdobi i intelektualnie wzbogaci właściciela pokój.
Czy w takim razie e-booki to przyszłość książki
czy może jej degradacja? Właściciel antykwariatu Andrzej Metzger nie widzi nic złego w istnieniu e-booków:
„Ja na pewno z tego nie skorzystam – uwielbiam
„czuć” książkę, więc nie pociąga mnie coś takiego. Myślę
jednak, że może to zachęcić ludzi do czytania”.
Bierzmy więc w ręce prawdziwe książki, ale nie
zapominajmy o istnieniu e-booków, które mogą być bardzo
pomocne w wielu sytuacjach.
Olga Adamus
19
MUZYKA muzyka MUZYKA
ZASŁUŻONY
Ankh
Dnia 27 lutego 2008 kielecki zespół
Ankh otrzymał nagrodę Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego – „Zasłużony dla
kultury polskiej”. Wyróżnienie to przyznane
zostało za promowanie polskiej muzyki poza
granicami kraju.
Nagrodę – odznakę i list gratulacyjny,
wręczyła wojewoda świętokrzyski Bożentyna
Pałka-Koruba
liderowi
grupy
Piotrowi
Krzemińskiemu. Podziękowanie wyrażało się
w słowach: „Działalność Panów jest trudna do
przecenienia. Podbija ona serca publiczności
ekspresją, zachwyca pasją i entuzjazmem.
W swojej twórczości przybliżacie Panowie
polską tradycję i kulturę, a podczas
koncertów rozwijacie zainteresowanie muzyką
„Ankh” – koncert w Radiu Kielce
Fot. Krzysztof Pęczalski
i napełniacie serca Polaków na obczyźnie
nadzieją i optymizmem. To najlepsza forma
Debiutancka płyta pojawiła się już w kolejnym
przybliżania bogactwa świętokrzyskiej kultury
roku. Następnie zespół grał wiele koncertów i uczestniczył
i jej różnorodności”
w licznych festiwalach. Jednymi z ważniejszych były między
innymi: koncert w berlińskim teatrze Volksbuehne (rok
Jest wiele aspektów składających się na całokształt
1999), Rio Art Rock Festival ’99 w Brazylii, gdzie Ankh został
reprezentowania Polski na arenie międzynarodowej przez
uznany za najlepszy zespół imprezy, festiwal Baja Prog V
zespół Ankh. Pomimo licznych występów zagranicznych
w Mexicali (2001) oraz koncerty w Nowym Jorku i Chicago
teksty w dużej mierze powstają w ojczystym języku. Nie
(2002).
Zespół ma już w swoim dorobku 7 płyt. Ostatnia
(nie licząc dwóch kolejnych – koncertowych) to Expect
Unexpected wydana przez brazylijską wytwórnię Rock
Symphony. Na krążku tym usłyszymy wiele muzycznych
eksperymentów, odnajdziemy elementy nowoczesnej
muzyki, ale także klimatu Ankhu sprzed ponad 10 lat.
Wojewoda Świętokrzyski Bożentyna Pałka-Koruba wręcza Piotrowi
Krzemińskiemu odznaczenie „Zasłużony dla kultury polskiej”
dość tego znajduje się w nich wiele odwołań do polskiej
kultury. Piosenki oparte są na wierszach Baczyńskiego,
a muzyka – na twórczości polskich kompozytorów, czego
dowodem może być chociażby utwór Dudziarz, który jest
rockową wersja kompozycji Henryka Wieniawskiego.
Ankh powstał w 1993 roku w Kielcach i już wtedy
zdobył nagrodę publiczności na rodzimym Rock Festiwalu.
W niedługim czasie później na Festiwalu Muzyki Rockowej
w Jarocinie muzycy otrzymali bardzo liczne wyróżnienia:
II nagrodę jury, nagrodę dziennikarzy, nagrodę głównego
sponsora, nagrodę wytwórni Mega Czad, którą był kontrakt
na nagranie płyty oraz kolejną nagrodę publiczności.
20
Uhonorowany zespół
Bo pomimo, że jest to zespół głównie rockowy
krzywdą byłoby zaszufladkowanie tej muzyki wyłącznie do
tego jednego typu. Pojawia się tu bowiem wiele przeróżnych
dźwięków – nie brak klasycznych skrzypiec, folku, punku
czy nawet transowej elektroniki.
Olga Adamus
Pozostałe zdjęcia Marek Tomalik, www.australia-przygoda.com
Jak balsam… stylowo i dynamicznie
Czy można skojarzyć serial
„Klan”
ze
skandynawskimi trendami?, co mają wspólnego Kielce
z balsamem erotycznym i muzyką? i czy z Magellanem
można odkrywać tajemne światy snu? – to tylko kilka
pytań, na które znajdą Państwo odpowiedź czytając
niniejszy artykuł i słuchając płyty warszawianki z autorskokieleckim rodowodem. Mowa tu o debiutanckim
wydawnictwie fonograficznym Dorota Lanton. Jak
balsam, które pojawiło się na rynku muzycznym na
początku 2008 roku.
A kim jest artystka? Aktorką znaną z ról
filmowych (m.in. seriali: Klan, Adam i Ewa, Na dobre
i na złe), teatralnych ( m.in. warszawski teatr „Kwadrat”)
i musicalowych (Teatr Muzyczny „Roma”), a prywatnie
żoną pochodzącego z Kielc prezesa ZAKRu (Związku
Autorów i Kompozytorów Rozrywkowych) Bogusława
Nowickiego. Nie bez przyczyny o tym piszę, bowiem stał
się on poniekąd siłą sprawczą wspomnianego krążka. Spod
jego pióra wyszły wszystkie teksty piosenek, do których
muzykę –oprócz jednej napisanej wspólnie przez państwa
Nowickich– skomponowali też kielczanie Zdzisław Zioło
i Tomasz Bracichowicz z zespołu „MAFIA”.
Wziąwszy pod uwagę liryzm ballad Nowickiego
i rockowy charakter warstwy melodycznej (nawiązujący
do najnowszych, brytyjskich i skandynawskich trendów),
powstały piosenki zdecydowanie oryginalne, z pogranicza
obu gatunków, coś na kształt bardzo subtelnych, kobiecych
w sferze przekazu ballad poprockowych. Każda z dwunastu
zamieszczonych na płycie, to konkretny choć poetycki
obrazek z życia młodej, wrażliwej kobiety, w którym liryka,
a nawet erotyzm – jak czytamy w jednej z internetowych
recenzji – przeplatają się z żartobliwym sarkazmem w ocenie
tzw. otaczającej rzeczywistości. I tak: w piosence Dookoła
śnieżna zamieć odkrywa tajemne światy marzeń sennych
z
samym Magellanem, w Koralikach nut rozkoszuje
się miłosną bliskością ciał, w Balsamie i Moim miejscu
ucieka przed pogonią codzienności, a w Negocjacjach
żartobliwie rozmawia ze swoimi myślami. Ale wśród
utworów o zabarwieniu optymistycznym są też i bardziej
melancholijne. Chociażby w Castingu – bohaterka tęskni
za filmowym iluzorycznie doskonałym życiem we dwoje,
w Niepotrzebnym dniu – rozstaje się z zawiedzioną miłością,
w piosence Pusto – zmaga się z samotnością, a w Kwadracie
– z małżeńską zdradą. Filozoficznie odmienne od pozostałych
są dwie końcowe piosenki – pierwsza Palec z przesłaniem:
„Choćbyś sam był sam jak palec/Ty nie ugnij się/Ale palec
zegnij gdy/Chcesz pokazać coś/ Ty masz zawsze prostym
być/ Choćby i na złość” – i druga Brama – z takim morałem
Fot. ArtBONO
„W końcu wszyscy staną pod jedną bramą/ I powiedzą, że
walczyli o to samo”. Ostatnim utworem krążka jest dancowy
remix piosenki Palec, który już stał się przebojem wielu
dyskotek.
Warto dodać, że zanim płyta Dorota Lanton. Jak
balsam ujrzała światło dzienne, Polacy i Łotysze mogli
podziwiać piosenki krążące po mediach (np. w rozgłośniach
radiowych, stacjach telewizyjnych, a nawet Internecie)
w formie chociażby słuchanej (jako piosenka – hicior
na „plejlistach” – Dookoła śnieżna zamieć i Palec) czy
wizyjnej (teledysk – Dookoła śnieżna zamieć). Piszę, że też
Łotysze wcale nie bez powodu – choć właściwie dzisiaj
powinnam raczej napisać, że mieszkańcy Polski i świata
(doba globalnego dostępnego Internetu) – bo dzięki
zaangażowaniu tamtejszego środowiska fonograficznego,
krążek CD Doroty Lanton fizycznie powstał. A stało się tak
za sprawą jednego z najlepszych łotewskich kreatorów
dźwięku i brzmienia, Marisa Priede – producenta kultowej
– wywodzącej się z Łotwy – grupy „DOUBLE FACED EELS”,
podbijającej rynek skandynawski, występującej często
razem z wizytówką łotewskiej sceny poprockowej zespołem
„BRAINSTORM”.
Obecnie polski rynek fonograficzny przeżywa
prawdziwe oblężenie. Co rusz pojawiają się nowe projekty,
które tak naprawdę do polskiej muzyki rozrywkowej nie
wnoszą nic nowego. Bo czymże są dzisiejsze modne
piosenki? Zbieraniną oklepanych rytmów, skomplikowanych
nie do powtórzenia melodyjek, nic nie wyrażających tekstów.
I aż serce rośnie, gdy ukaże się prawdziwa stylowa perełka
ze skłaniającymi do refleksji tekstami oraz dynamiczną,
aczkolwiek przejrzystą muzyką. Taki właśnie jest krążek
Doroty Lanton Jak balsam.
W nagraniach wzięli udział: Dorota Lanton – śpiew, Anna
Polansky – chórki, Maris Priede – bębny, gitara basowa,
instrumenty klawiszowe, Arturs Palkevics – gitary,
instrumenty klawiszowe, chórki, Bogusław Nowicki – harfa
elektryczna, akordeon.
Aranżacja i produkcja utworów: Maris Priede i Arturs
Palkevics. Nagrania dokonano w „CodeX” Studio w Rydze
na Łotwie. Wydała Agencja Artystyczna „ArtBONO”
z Warszawy.
Aneta Lech
21
Dyrygent
Karol Anbild
świętokrzyskiej duszy
Pierwszego dnia marca bieżącego roku zmarł
w Kielcach Karol Anbild. Był nie tylko dyrygentem, ale także
cenionym kompozytorem i wieloletnim dyrektorem Filharmonii Świętokrzyskiej. W pamięci kielczan pozostanie m.in.
twórcą Symfonii świętokrzyskiej, inicjatorem corocznych
Świętokrzyskich Dni Muzyki, a także założycielem chóru
kieleckiej filharmonii.
Szczęśliwe polskie dzieciństwo…
Urodził się 16 lutego 1925 roku w Katowicach
w rodzinie o tradycjach patriotycznych. Zarówno ojciec
Karola Anbilda, jak i dziadek byli uczestnikami wszystkich
trzech powstań śląskich. Muzyka też nie była czymś w jego
życiu wyjątkowym. Rozbrzmiewała w domu za sprawą ojca,
który amatorsko grywał w kopalnianych orkiestrach dętych,
a w wolnych chwilach uczył małego synka. I warto dodać, że
był jego pierwszym nauczycielem. Jeszcze przed wojną pan
Karol skończył polską podstawówkę i jako czternastolatek
nie umiał słowa po niemiecku. Zapragnął wtedy uczyć się
w szkole muzycznej, ale egzamin wyznaczono na wrzesień
i wtedy wybuchła wojna. I jak to bywa w takich warunkach,
jego marzenia o kierunkowej edukacji musiały pójść na jakiś
czas w zapomnienie. Ale nie na długo. Jeszcze w trakcie
trwania zawieruchy wojennej dane mu było zamierzenia
realizować. A było to tak.
Młodość i brutalna wojenna oczywistość…
Jak cały Śląsk, rodzina Karola Anbilda – mimo
wielokrotnej zmiany mieszkania – musiała podpisać volkslistę podłej III kategorii z klauzulą „na odwołanie”. Nikt nie
pytał ich czy chcą czy nie – byli Ślązakami, więc po prostu
obowiązywał ich ten niechlubny przymus. Takie były czasy. W pierwszych tygodniach wojny Niemcy zabrali go na
przymusowe roboty do Schweidnitz, Świdnika, z których
po dwóch miesiącach uciekł z kolegą. Powrócili do Katowic,
gdzie postanowił zapisać się do niemieckiej szkoły muzycznej. Z wiadomych przyczyn polskiej nie było. Ale szczęście
nie opuszczało pana Karola. Trafił na dyrektora, który był
opolaninem mówiącym po polsku i został przyjęty. Prawdziwa nauka nie trwała jednak długo. W 1943 roku wszyscy
uczniowie zostali skierowani do przymusowej roboty dwanaście godzin na dobę, a pod jego koniec Niemcy umundurowali ich i „zaopatrzyli” w łopaty. Tak, nimi w ramach Służby Robotniczej ćwiczyli strzelanie. Na początku 1944 roku
wraz z innymi uczniami został przeniesiony do Wrocławia,
wcielony do niemieckiego wojska i skierowany na front we
Francji.
Amerykański epizod, polska orkiestra…
W 1944 roku podczas inwazji aliantów uciekł do
amerykańskiej niewoli, a stamtąd trafił do II Korpusu generała Maczka. I zaczął czynne muzykowanie.
– Nie pamiętam komu mówiłem, że gram, że chcę być muzykiem. W każdym razie po paru dniach pobytu w Szkocji
22
Karol Anbild
wezwał mnie dowódca. Dostałem 50 funtów, żeby w magazynie, w Glasgow kupić odpowiednie instrumenty i zorganizować orkiestrę. Zrobiłem to – tak wspominał trzynaście
lat temu Karol Anbild w rozmowie z Jadwigą Karolczak*.
I w ten oto sposób dziesięcioosobowa orkiestra zaczęła
grać na podwieczorkach tanecznych, akademiach dla wojska w całej Anglii i Szkocji, często w zaimprowizowanych
na salę koncertową hangarach lotniczych dla kilku tysięcy
żołnierzy. Repertuar mieli rozrywkowy – przeważały boogi,
bo taki akurat wydawał się najwłaściwszy w tamtych pełnych tęsknoty za normalnością szarych czasach. I grali tak
do końca wojny, a nawet po jej zakończeniu.
Na polskim gruncie…
W 1947 roku, gdy przed zespołem zaistniała szansa wyjechania na tournee po Brazylii, pan Karol zapragnął
wrócić do Polski. Przyjechał w czerwcu z grupą polskich
żołnierzy, po czym na dwa dni utknął z nimi za drutami
kolczastymi. Cóż, nowa władza w ten sposób przyjmowała
walczących po stronie aliantów Polaków.
Po przyjeździe do kraju zniknął na jakiś czas Karol
Anbild, a pojawił się Karol Strzępa vel Strzempa. Kiedy
dokładnie pan Karol zmienił nazwisko trudno powiedzieć.
Źródła podają rozbieżne informacje. Według Jadwigi Karolczak (artykuł pt. Dyrygent w Magazynie „Słowa Ludu”
z 1995 r.) pod nazwiskiem rodowym matki zdawał egzamin
do konserwatorium. Irena Szypułowa natomiast w publikacji pt. Kultura muzyczna Kielc 1945-1990 podaje, że przyjął je
już w trakcie nauki w konserwatorium po namowie jednego
z pedagogów sugerujących niemieckie brzmienie właściwego nazwiska. Ale nie to jest ważne. Karol Anbild nigdy nie
czuł potrzeby jego zamiany – było niderlandzkiego pochodzenia, i kiedy nadarzyła się sposobność zmiany dokumentów, powrócił do właściwego.
Egzamin do konserwatorium katowickiego zdawał
przed profesorem Różyckim i zaczął studia na wydziale instrumentalnym (w ciągu roku zrobił program szkoły średniej
na kontrabasie). Ukończył też dyrygenturę oraz kompozycję.
W trakcie studiów, od 1948 r. równolegle prowadził chór
„Echo” w Łaziskach Górnych, współpracował z Rozgłośnią
Polskiego Radia w Katowicach współtworząc audycje muzyczne pn. „Przy sobocie po robocie” (na potrzeby tych
audycji napisał osiemset pieśni śląskich) i z Filharmonią
Śląską (jako kontrabasista), a po ich zakończeniu przez rok
był asystentem dyrygenta tejże instytucji.
Dyrygent świętokrzyskiej duszy
W 1954 roku nakazem pracy został wysłany do Kielc
i objął w naszym mieście funkcję II dyrygenta Wojewódzkiej
Orkiestry Symfonicznej i założył chór „Echo” (rozwiązany
przed 1970 r.). Pierwszym, i zarazem ówczesnym dyrektorem, a także współtwórcą kieleckiego zespołu był Marian
Stroiński. Ale nie nabył się nim długo. Rok później w 1955
roku otrzymał propozycję równorzędnego stanowiska w Lublinie i tam też został wkrótce kierownikiem artystycznym
orkiestry symfonicznej.
A zadania do realizacji miał trudne. Zaczął od organizacji pełnego składu orkiestry i instrumentów. Brakowało
też budynku dla filharmonii, kiedy orkiestra ją już została,
mieszkań dla muzyków, ogólnie mówiąc – wszystkiego. Aby
braki pouzupełniać, o każdą rzecz musiał walczyć. I robił to
umiejętnie. Z roku na rok instytucja prężniała i zyskiwała
coraz wyższy poziom wykonawczy i uznanie koncertujących
z nią artystów. W Kielcach po raz pierwszy poza Krakowem
koncertowała Kaja Danczowska, a Krystian Zimerman po
raz pierwszy wykonał koncert fortepianowy Brahmsa. Sam
jej szef – dyrektor Karol Anbild nie skupiał się też specjalnie
wyłącznie na działalności kierowniczej. Równolegle dyrygował orkiestrami niemieckimi, duńskimi, francuskimi, prowadził koncerty w Warszawie, Katowicach, Krakowie i innych
ośrodkach muzycznych w kraju oraz za granicą – w Bułgarii,
NRD, Czechosłowacji, Rumunii, Francji, we Włoszech. Prowadził też działalność pedagogiczną w szkołach muzycznych i kieleckiej WSP.
Świętokrzyską duszą opisane…
Dorobek twórczy Karola Anbilda stanowią różnorodne formy muzyczne. Pisał tańce i pieśni śląskie, muzykę
do 13 filmów dla Wytwórni Filmów Animowanych w Bielsku
– Białej. Ale największą część jego twórczości stanowią
utwory wyrosłe z zachwytu nad Ziemią Świętokrzyską
i oparte na jej folklorze. To nie tylko pieśni oraz utwory
instrumentalne na potrzeby Zespołów Pieśni i Tańca w Kielcach, Starachowicach i Ostrowcu Świętokrzyskim, ale także
obszerniejsze kompozycje. Do ważniejszych należą: poemat
symfoniczny Puszcza Jodłowa, Impresje świętokrzyskie,
Kantata kielecka, Leśna ballada, Civitas Kielcensis ze słowami Ryszarda Miernika, Ballada kielecka, Rapsod żołnierski,
Liryka górska i Symfonia świętokrzyska.
W 1996 roku Karol Anbild wygrał konkurs zorganizowany przez Zarząd Miasta na „Hejnał Miasta Kielce”.
Premiera utworu odbyła się 14 września tegoż roku w
Kieleckim Centrum Kultury podczas uroczystego koncertu
inaugurującego obchodzone po raz pierwszy Święto Kielc.
Od tamtej chwili melodię hejnału można usłyszeć codziennie z ratuszowego zegara w samo południe, a w przypadku
kolejnych jubileuszy świętokrzyskiego grodu czy też wręczenia Nagród oraz Nadziei Kielc okazjonalnie. Utwór ten
jest czterogłosową kompozycją rozpisaną na dwie trąbki
i dwa puzony, i dzięki takiej właśnie instrumentacji posiada dość oryginalne brzmienie. Kolorytu lokalnego dodaje
wpleciony w linię melodyczną motyw świętokrzyskiej pieśni
ludowej Da moja Łysico.
Zasługi…
Karol Anbild za działalność artystyczną otrzymał
wiele odznaczeń i nagród, m.in. Złotą odznakę Związku
Kompozytorów Polskich za popularyzację muzyki polskiej
w kraju i za granicą, nagrody miasta Kielc, Krzyż Kawalerski
Orderu Odrodzenia Polski. W kwietniu 2005 roku Filharmonia Świętokrzyska podczas inauguracji XIII edycji Festiwalu
Świętokrzyskie Dni Muzyki uroczyście nadała mu tytuł Honorowego Dyrektora.
Na Świętokrzyskiej ziemi…
Przygoda z Kielcami i Ziemią Świętokrzyską zaczęła się w 1957 roku, kiedy to grupa kieleckich muzyków
– pracowników orkiestry przybyła do Lublina z prośbą do
Karola Anbilda, aby objął stanowisko dyrektora przyszłej
filharmonii. Po latach wspominał: „Nie wahałem się długo,
ponieważ coś mnie do tego miasta ciągnęło”.
Aneta Lech
Bilbiografia:
Karolczak J., Dyrygent, „Słowo Ludu”, Magazyn 1995
Szypułowa J., Kultura muzyczna Kielc 1945-1990, Kielce 1990
Fot. z Archiwum Filharmonii Świętokrzyskiej
23
FOTOGRAFIA fotografia FOTOGRAFIA
Fotografie
i obrazy
ALEKSANDER
Aleksander
Salij urodził się 4. kwietnia 1942 r.
w Kuropatnikach (powiat Bursztyn, województwo Stanisławowskie). Ukończył szkołę podstawową w 1957 r.
w Bursztynie, a po ukończeniu szkoły średniej w Czarnkowie odbywał zasadniczą służbę wojskową w Szczecinie, gdzie podjął pracę etatową w Sztabie Wojskowym.
Następnie zatrudnił się w Wydziale spraw Wewnętrznych
w Wałbrzychu. W latach 1967–1972 pracował w Spółdzielni Reklamowej, a od 1972 r. jako fotograf w Hucie
w Ostrowcu Świętokrzyskim. W roku 1979 został przyjęty do Związku Polskich Artystów Fotografików. W latach 1970–1977 odbył studia na Wydziale Historii Sztuki
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Obecnie emeryt.
Zajmuje się malarstwem, fotografią oraz teorią sztuki.
W fotografii jest samoukiem. Zadebiutował w 1957
roku. Pozostawał pod silnym wpływem twórczości Zbigniewa Dłubaka, Jerzego Olka, Edwarda Hartwiga oraz
Kieleckiej Szkoły Krajobrazu, lecz zrealizował indywidualną drogę rozwoju artystycznego. Aleksander Salij związał
się z twórczością fotograficzną, której poświęcił pięćdziesiąt lat pracy. W jego fotografii można wyodrębnić okres
zainteresowania tematami klasycznymi (portret, reportaż,
krajobraz), następnie fotografię analityczną i subiektywną,
a wreszcie rekapitulację dotychczasowej drogi twórczej
i powrót do fotografii portretowej, znaczącej najważniejsze osiągnięcia twórcze ostrowieckiego fotografika.
Swoje osiągnięcia twórcze Aleksander Salij przedstawiał do oceny publicznej; uczestniczył w ogromnej ilości
wystaw i konkursów fotograficznych (regionalnych, ogólnopolskich i międzynarodowych), osiągnął liczne sukcesy
(medale, nagrody, wyróżnienia, dyplomy). Twórca zorganizował także liczne wystawy indywidualne, w których
przedstawiał kolejne etapy twórczych fascynacji. Zwracają
uwagę tematy „klasyczne”, od których rozpoczynał swoją przygodę fotograficzną, podsumowane wystawami:
Fotografika (Galeria Fotografii, Kielce 1978 oraz Muzeum
Regionalne, Ostrowiec Świętokrzyski 1980). W połowie
lat 80-tych artysta rozpoczął poszukiwania nowych obszarów wypowiedzi.
Zaprezentował wystawę pn. Poszukiwania w fotografii
(Galeria
Sztuki
Współczesnej, Kielce 1989), a następne
eksperymenty
twórcze zgromadził
na wystawie pn.
Fotografia
analityczna (Kielce 1992
oraz Galeria Ratusz,
Zamość
1994),
Struktury czerni i
barwy (Galeria BWA
Ostrowiec
Św.
1997), Ślady (Mała
Galeria ZPAF – CSW,
Warszawa
1998),
Syn Grzegorz
24
SALIJ
Atoportret 1958
Ślady i figury (Galeria Fotografii, Kielce 1998), Struktury
(Galeria Fotografii, Przemyśl 1999), Ślady i figury (Galeria
FF, Łódź 1999). W roku 2005 rozpoczął się okres rozliczeniowy w fotografii artysty. Do głosu doszły wartości
wypracowane w ciągu całej drogi twórczej, zaś na plan
pierwszy wysunął się portret oraz całokształt humanistycznych wartości sztuki Aleksandra Salija.
Stworzone w tych obszarach tematycznych dzieła
zasługują na odrębne omówienie. Artysta został przyjęty
do Okręgu Świętokrzyskiego ZPAF w Kielcach w okresie
powstawania serii ekspozycji poświęconych życiu, pracy
i odpoczynku rodzin robotniczych. Aleksander Salij włączył się do wielkiej akcji dokumentacyjnej, uczestniczył
w większości manifestacji artystycznych (między innymi
w wystawach pn. Rodzina Robotnicza – Kielce 1982, Huta
– Dom – Rodzina – Kielce, Ostrowiec Św., Gorzów Wielkopolski - 1979). W tym samym czasie przystąpił do realizacji
własnych projektów, z czego zakończył fotografowanie
i przygotował własne wystawy: Rodzina Górczyńskich
(Kielce 1982), Odlewnia Żeliwa (Ostrowiec Świętokrzyski
1984) oraz Huta – Człowiek – Przemiany (Galeria Zakładowego Domu Kultury w Ostrowcu Świętokrzyskim 1986).
W fotografiach z tego okresu artysta poszukuje pogłębionych cech psychologicznych swoich bohaterów – zwykłych ludzi oraz egzotyki miejsca pracy. Niewątpliwym
ułatwieniem w pracy fotografa było zatrudnienie go na
stanowisku fotografa w Ostrowieckiej Hucie.
Przez wiele lat Aleksander Salij, razem z kieleckimi
fotografami, uczestniczy w procesie dokumentowania
krajobrazów Ziemi Kieleckiej. Obligowała go do tego
przynależność do Okręgu Świętokrzyskiego ZPAF w Kielcach. Artysta uczestniczył w wystawach i konkursach
organizowanych w środowisku (wystawy doroczne,
ogólnopolskie Biennale Krajobrazu Polskiego oraz liczne wystawy promujące działalność Kieleckiej Szkoły
Krajobrazu w kraju i zagranicą). Obok dokumentacji
krajobrazu, artysta poszukuje i wyodrębnia z natury
Macierzyństwo 2
pejzaże nasycone klimatem romantycznej nastrojowości.
Odpowiadały one stanowi wrażliwości autora, często też
były wykorzystywane w procesie tworzenia fotomontaży
(cykl Ślady i figury).
Ważnym elementem, wielokrotnie eksploatowanym
w sztuce fotograficznej Aleksandra Salija, są ręce. Pełnią
one różne funkcje: od dekoracyjnych ozdobników do
symbolicznych odniesień; raz są elementami kompozycji
surrealistycznej (na przykład pięść w miejscu głowy),
niekiedy służą do drobiazgowej analizy struktury skóry,
a w innych przypadkach są „śladem” linii papilarnych
odciśniętych bezpośrednio na materiale światłoczułym.
Niekiedy fragmenty lub części dłoni są poddane daleko
posuniętej obróbce chemicznej, która sprawia, że ręce
służą jako znak lub symbol. Zawsze jednak, nawet przy
najdalej idącej, mechaniczno – fizyko – chemicznej obróbce, fragment dłoni ludzkiej wnosi do dzieła posłanie
humanistyczne. W licznych przypadkach dłonie (lub ich
fragmenty) zestawione są z okruchami materii, (jak na
przykład fragmenty liści, główka kapusty, czy kromka
chleba). Częstym motywem pojawiającym się na fotografiach Aleksandra Salija jest cień „ewokujący” światło.
We wszystkich okresach swojej twórczości fotograficznej Aleksander Salij zachował odrębność własnej
sztuki, która była zwykle selekcjonowana przez swoisty
filtr przeżyć i przemyśleń osobistych. Podobnie w malarstwie, które artysta uprawia od 1965 roku. Czynnie
uczestniczy w wielu wystawach plastycznych na terenie
województwa i kraju, wielokrotny uczestnik Jesiennych
Salonów Sztuki (w Ostrowcu Świętokrzyskim). Obrazy
towarzyszą również wielkim, przeglądowym wystawom
twórczości fotograficznej, jak na przykład Fotografia
– Malarstwo (BWA Kielce, BWA Ostrowiec Świętokrzyski
2005), czy Fotografia 1957–2007 (Galeria BWA Ostro-
wiec Świętokrzyski 2007). Obrazy malarskie spotykają
się z uznaniem krytyków sztuki, były między innymi
z powodzeniem prezentowane na dorocznych wystawach Przedwiośnie w Kielcach. Również w środowiskach
plastycznych artysta włącza się do społecznych prac
organizacyjnych. Był współtwórcą i członkiem interdyscyplinarnej „Grupy 10” w Ostrowcu Świętokrzyskim (przez
dwie kadencje pełnił funkcję wiceprezesa). Jest członkiem Stowarzyszenia Pastelistów Polskich, w ramach tej
specjalizacji przedstawił indywidualną wystawę malarstwa
w Galerii Promocji SPP (Nowy Sącz 2001).
Zarówno predyspozycje (rozwijane w procesie samokształcenia), jak również wykształcenie (Wydział Historii
Sztuki KUL w Lublinie) sprawiły, że Aleksander Salij
włącza się w nurt krytyki artystycznej. Między innymi
jest autorem licznych tekstów publicystycznych i krytycznych z zakresu malarstwa i fotografii (kilkadziesiąt
pozycji bibliograficznych). Od powstania Biura Wystaw
Artystycznych w Ostrowcu Świętokrzyskim, Aleksander
Salij jest aktywnym członkiem Rady Programowej GALERII SZTUKI w rodzinnym mieście. Fotografia była
dla Aleksandra Salija wstępem i drogą do twórczości;
z biegiem czasu została ona uzupełniona malarstwem,
dokonaniami z zakresu krytyki i teorii fotografii oraz doświadczeniami organizacyjnymi (praca w środowiskach
twórczych). Dopiero całokształt tych dokonań kreśli biografię znakomitego artysty, wszechstronnie zasłużonego
dla kultury swojego miasta Ostrowca Świętokrzyskiego
oraz dla regionu świętokrzyskiego.
Aleksander Salij był członkiem grup artystycznych:
interdyscyplinarnej „Grupy 10” w Ostrowcu Świętokrzyskim (przez trzy kadencje pełnił funkcję wiceprezesa)
oraz fotograficznej „Grupy V” w Ostrowcu Świętokrzyskim. Po wstąpieniu do Okręgu Świętokrzyskiego ZPAF
stał się aktywnym jego działaczem. Przez trzy kadencje
Reportaż dzieciństwo
25
Samo życie – targowica
piastował funkcję członka Okręgowej Komisji Kwalifikacyjnej przy OŚ ZPAF w Kielcach oraz pełnił obowiązki
Członka Zarządu Okręgu. Po przejściu na emeryturę aktywność społeczna osłabła. Jednakże nadal Aleksander
Salij czynnie uczestniczy w życiu środowiska fotograficznego w Ostrowcu Świętokrzyskim oraz w kraju. Odwiedza i współpracuje z wieloma galeriami fotografii, ogląda
ważne wystawy historyczne, problemowe i eksperymentalne. Często formułuje osobiste sądy o wydarzeniach
kształtujących polską współczesną sztukę fotograficzną.
W wielu przypadkach są to oceny ostre, a nawet kontrowersyjne; wypowiadane z pasją i wewnętrznym przekonaniem, lecz przy tym dotykające istoty problemów;
prawdziwe.
Za swą pracę twórczą i społeczną działalność organizacyjną Aleksander Salij był wielokrotnie nagradzany
i odznaczany, między innymi otrzymał Odznakę „Za
Zasługi dla Kielecczyzny” (1980), Odznakę „Zasłużony
działacz Kultury” (1980), Medal Okręgu Świętokrzyskiego
ZPAF (1982 i 1983), Medal „150-lecia Fotografii” (1989).
Prace fotograficzne artysty znajdują się w zbiorach: Francuskie Muzeum Fotografii w Bievres koło Paryża, Muzeum Narodowe – Kielce, BWA – Kielce, BWA – Ostrowiec
Świętokrzyski, Biblioteka Narodowa – Warszawa, Płowdiw
– Bułgaria, Związek Polskich Artystów Fotografików – Warszawa. Dane biograficzne Aleksandra Salija zawarte są
w licznych pozycjach bibliograficznych, między innymi:
Sztuka Ziemi Kieleckiej – Fotografia (Kielce 1997), Kielecka Szkoła Krajobrazu (Kielce 2002) oraz w katalogach
indywidualnych i zbiorowych wystaw fotograficznych.
Paweł Pierściński
Krajobraz metaforyczny, noc
26
Fot. Aleksander Salij
W cieniu kamery
Marian Klusek
Fotografia jako dziedzina sztuki niesie ze sobą
wiele zagadek. Ich rozwiązywanie może sprawiać niesamowitą przyjemność. Marian Klusek fotografią zajmuje się
od dawna. Od czterdziestu, a może i więcej lat. Nieistotne.
Ważnym jest, że czerpie z jej uprawiania olbrzymią satysfakcję, ładuje życiowe akumulatory.
Skromne początki
Fotografia polowała na Mariana Kluska od dawna.
Nęciła, kusiła. I tak się złożyło, że w Liceum Pedagogicznym
w Bliżynie, gdzie był uczniem, nadarzyła się okazja, żeby
tajemnicę odkryć. Z kolegą sprzedali na złom stary piec centralnego ogrzewania, który akurat wymontowano ze szkolnej kotłowni. Dyrektorowi Mieczysławowi Kołodziejskiemu
tak spodobała się inicjatywa uczniów, że dołożył pieniędzy
i kupili kamerę filmową, 8 mm – kwarc. Dał też dwa swoje
aparaty fotograficzne. I tak narodziło się szaleństwo Mariana
Kluska, patrzenia na wszystko z drugiej strony obiektywów
aparatów: fotograficznego i filmowego. Spełniały się marzenia, a fotografia zaczynała dominować nad innymi zainteresowaniami, by w efekcie stać się najważniejszą muzą.
Ważne wydarzenia szkolne były fotografowane,
filmowane. Ślady tego, co działo się w murach szkoły, pozostawały. Pewnie gdyby poszperał w archiwum obecnego
Liceum Ogólnokształcącego w Bliżynie, znalazłby celuloidowe taśmy, na których żyją ludzie, których już na tym świecie
nie ma. I to jest magia filmu, czar fotografii według Mariana
Kluska.
Już profesjonalnie
Jedno zdjęcie potrafi wyrazić więcej niż słowo
pisane. Tym bardziej teraz, gdy króluje kultura obrazkowa,
telewizji, fotografii w gazetach. Sztuką jest zrobić reportaż
pokazując wydarzenie na jednej fotografii. Można opisać
historię na dwóch, trzech zdjęciach, albo kilkunastu niczym
komiks. Niewielu odważy się fotografować w ekstremalnych sytuacjach. Albo nawet pokazać proste zdarzenia w
ciekawym ujęciu. Ileż to potrzeba byłoby słów, żeby opisać
błahą, lecz sfotografowaną scenkę – podkreśla Marian Klusek.
W życiu tak mu się poukładało, że połączył dwie
swoje największe pasje, fotografię i dziennikarstwo. Oczy-
Piękna ziemia świętokrzyska, jedyna w swoim rodzaju
wiście okupione ciężką pracą, wyrzeczeniami. Ciułaniem
groszy na aparat fotograficzny, doskonaleniem warsztatu,
„ostrzeniem” pióra.
Wiele lat temu pierwszą maszyną do zdejmowania
był ami. Bardzo prosty aparat fotograficzny z obiektywem
wyposażonym w jedną soczewkę. Potem przyszła wyższa
szkoła jazdy – aparat fenix, kupiony za składkowe pieniądze:
rodziców i dziadków.
Służył mi bardzo dobrze wiele lat. Aż na obozie
filmowym w Uniejowie utopił się w Warcie, gdy spadł
z kajaka – opowiada Marian Klusek. – Ciągle jednak marzyłem o lepszym sprzęcie. Była lustrzanka dwuobiektywowa
szerokoformatowa start. I taki kupiłem sobie dopiero, gdy
pracowałem w „Słowie”. Wcześniejszy zenit, potem olimpus, czy właśnie wymarzony nikon robił takie zdjęcia, jakie
zakomponowałem na matówce. Ale aparat był najnowszej
generacji – wyjaśnia.
Prawdziwa sztuka fotografowania nie ogranicza
się tylko do pstrykania zdjęć, a niesie ze sobą coś więcej.
Mowa tu o kompozycji, kadrowaniu,
odpowiednim oświetleniu. Dzisiaj nie
jest trudno uzyskać dobre efekty techniczne. Cyfrowy sprzęt fotograficzny
z olbrzymią pamięcią pozwala na zrobienie setek zdjęć. Często bezmyślne
pstrykanie, aby sprzęt był w użyciu.
Potem szybka obróbka przy pomocy
odpowiednich programów komputerowych. I już jest odbitka. Często
u początkujących fotografów zupełnie
coś innego niż „zdejmowali”. Szok.
W rzeczywistości było ładne, teraz paskudne. Niemniej elektronika bardzo
ułatwia zadanie. A zdjęcia nadal robi
ten, który jest za kamerą. Przy okazji
jednak odbierają przyjemność, jaką
27
jest podglądanie, pstrykanie, a następnie wywoływanie ich
w ciemni. Tradycyjna fotografia uczyła pokory. Trzeba komponować ujęcie. Bo szkoda było zmarnować choćby klatkę
filmu.
Wielu fotografów z generacji, gdy nikt o cyfrówkach nie słyszał, przyznaje się do tego, że praca z odczynnikami i prawdziwe wywoływanie filmów w chemii, w ciemni,
przy czerwonym oświetleniu, są im zupełnie obce. Trudno
się dziwić. Komputery i nowoczesna technika pozwalają zaoszczędzić czas i zmniejszyć wysiłek fotografa. Z prawdziwą
przygodą ma to jednak mało wspólnego. Tego specyficznego zapachu utrwalacza, którym pachniały ręce, gdy nimi
kąpało się duże powiększenia, nie da się niczym zastąpić.
Fotoreporter
Marian Klusek od wielu znany jest w kręgu dziennikarskim bardzo dobrze. Współpracował z wieloma gazetami
i pismami województwa świętokrzyskiego. Jego teksty
ukazywały się (w latach osiemdziesiątych XX wieku) w miesięczniku kieleckim „Przemiany”, w ówczesnym „Echu dnia”,
w miesięczniku kulturalnym „Ikar”, a także w „TYGODNIKU
RADOMSKIM”. Aż do momentu, gdy został dziennikarzem,
fotoreporterem „Słowa ludu”, bo z tej racji musiał pozostać
wierny swojej firmie. Teksty i fotografie przedrukowywały
i zamawiały gazety centralne, jak choćby tygodnik „Angora”
o międzynarodowym zasięgu.
Do swoich tekstów załączał zdjęcia. Na fotografiach są ludzie, miejsca, jest jakiś nastrój, jakaś atmosfera,
na twarzach ludzi malują się emocje. Słowami czasami
niezwykle trudno to opisać. Zawsze podkreśla – nie ma materiału prasowego, nie ma gazety bez fotografii. Bez zdjęć
są klepsydrami, nekrologami. Nawet ludzie takich czarnych,
w dodatku samych liter, nie chcą kupować.
Umiejętność obserwacji, podpatrywania, wychwytywania z otoczenia tego, co inne, piękne bądź brzydkie, ale
zawsze warte uwiecznienia, to kilka najważniejszych cech
dobrego fotografa. Mariana Kluska rzadko można spotkać
bez aparatu. Fotografuje wszystko, co wydaje mu się ciekawe. Zdjęcia mówią same za siebie. Pokazywane na licznych
wystawach nie potrzebują komentarzy.
Marian Klusek specjalizuje się nie tylko w fotoreportażu. Jego zdjęcia trafiały na liczne wystawy. Swoje prace
prezentował między innymi na wystawach: „Art-Eko” w Muzeum Techniki w Pałacu Kultury w Warszawie, w Muzeum
Techniki w Sielpii, czy też ostatnio na wystawie „Świętokrzyskie w obiektywie” w Kielcach. Bardziej znany jest w Polsce,
niż w Końskich. Nie sposób wyliczyć wszystkich miejsc,
gdzie pokazywał swoje fotogramy, bo już w tym artykule
więcej o nim nie
dałoby się napisać.
Wiedza dla innych
Swoją wiedzą i umiejętnościami chętnie dzieli się
z innymi. Fotografii nie można nauczyć się z podręczników.
Sztuka jest tą dziedziną, gdzie teoria tylko przypomina
o pewnych kanonach pracy. Warsztat fotograficzny najlepiej
oczywiście budować w oparciu o dobrą znajomość zasad
kompozycji. Ale tak jak człowiekowi najcenniejszych lekcji
udziela samo życie, tak adept tego rodzaju sztuki uczy się
fotografii po trosze podpatrując mistrzów, po trosze według
ich podpowiedzi.
Ostatnio grupa młodzieży z Końskich i ich przewodników – fotografów często ruszała do Starej Kuźnicy,
do Sielpii, ale też na Święty Krzyż. Był wśród nich również
Marian Klusek. Góry Świętokrzyskie są ciekawym krajobrazowo regionem. O każdej porze dnia i roku góry prezentują
się inaczej.
– Fotograf musi być cierpliwy – mówi Marian
Klusek. – Czasami trzeba długo czekać na odpowiedni moment. Niekiedy słońce nie chce wyjść zza chmur, a bez tego
zdjęcie będzie nijakie. Przeszkadzać może wszystko: słońce,
brak słońca, deszcz, brak deszczu. Bardzo trudne do sfotografowania są drzewa.
Podczas wakacyjnego pleneru w Puszczy Jodłowej
Marian Klusek opowiadał uczestnikom, że drzewa najlepiej
fotografować w deszczu, albo bezpośrednio po nim.
Nauczyciel i artysta
W ramach programu „Młodzież” ze środków Komisji
Unii Europejskiej od stycznia do października organizowane
są zajęcia dla młodzieży z Końskich i okolic. Klub Osiedlowy
„Kaesemek” Koneckiej Spółdzielni Mieszkaniowej udostępnił pomieszczenia. O samej idei i pomysłodawcach TYGODNIK informował już czytelników kilkakrotnie. Pod okiem
znakomitych artystów młodzi ludzie mają szansę rozwijać
swoje zainteresowania i umiejętności. Zajęcia odbywają
się w soboty i prowadzone są w czterech grupach. Każda
liczy po 15 osób. Reporterską grupą fotograficzną zajmuje
się Marian Klusek. Jego podopieczni przechodzą potem do
pracowni rzeźby, rysunku, a następnie gumy – techniki fotografii szlachetnej, której naucza Wiesław Turno. Młodzież
chętnie bierze udział w plenerach.
– Z młodymi zapaleńcami fotografii byliśmy już w Starej
Kuźnicy, Skarżysku, Starachowicach, Wąchocku, Chlewiskach, Borkowicach niedaleko Przysuchy. A ostatnio w Sielpii – informuje M. Klusek.
Z każdej takiej wycieczki gimnazjaliści, uczniowie
szkół średnich, ale także studenci przywożą zdjęcia, o których potem rozmawiają z mistrzem, artystą fotografikiem,
panem Marianem, jak go nazywają. Wspólnie dyskutują
o tym, co jest dobre, a co trzeba poprawić, nad czym warto
jeszcze popracować. Uczestnicy lekcji w terenie takie wypady traktują jako jedną z lepszych metod nauki fotografii.
Z aparatem jak członkiem rodziny
Marian Klusek jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje. Zawsze z aparatem fotograficznym. Oby nie brakło mu sił
na dokumentowanie nie tylko zresztą powiatu koneckiego,
miasta, wsi i ludzi, bez których zdjęcia są bardziej obrazkami
dokumentalnymi, niż pokazującymi epokę.
Marian Klusek ma znakomitą, niepowtarzalną, bo
jedyną żonę Jadwigę, trzech znakomitych synów: Konrada,
Kamila i Kacpra, mądrą wnuczkę Zosię i wspaniałą synową
Ewelinę. A co najważniejsze ma ukochaną mamę, Mariannę. Pierwszego krytyka pierwszych fotografii i pierwszego
sponsora. A kolejnym członkiem rodziny jest aparat fotograficzny, bez którego nigdzie ruszyć się nie sposób.
Plener w Sielpii
28
Fot. Marian Klusek
Katarzyna Płóciennik
PRZEGLĄDA
NIE „PONID
ZIA”
Jak co roku w Busku Zdroju odbył się kolejny
Ogólnopolski Przegląd Fotograficzny „Ponidzie”.
Jego XI edycja pod patronatem medialnym redakcji „Dedala” była nader bogata w niezwykłe fotograficzne ujęcia przygotowane zarówno przez
fotografów amatorów, jak też profesjonalistów
ze ZPAF i ZPAP z całej Polski.
Andrzej Łada, Ostrowiec Św.
Otwarta formuła Przeglądu, w którym nie ma jurorów i nagród ma charakter konfrontacji twórczej i jak widać
sprawdza się, bo z roku na rok podnosi się ogólny poziom
artystyczny całej wystawy. Wieloletnie zaangażowanie jej
organizatora Piotra Kalety w propagowanie fotografii nie
tylko na Ziemi Buskiej przynosi wspaniałe efekty w postaci
bogatego zbioru fotogramów prezentowanych podczas dorocznego przeglądu, któremu – na co warto zwrócić uwagę zawsze towarzyszy solidnie wydany katalog prezentujący po
jednej, wybranej fotografii każdego z uczestników wystawy.
Przeglądając prace prezentowane na „Ponidziu
2007”, widać kilka głównych tematów zainteresowań ponad
100 fotografików biorących udział w tej edycji, a mianowicie
są to pejzaże, fotoreportaż, makrofotografia, portret oraz
kilka prac z kręgu artystycznych poszukiwań.
Wojciech Domagała, Kielce
Grzegorz Gruszka, Kielce
Tradycyjnie bogaty jest zbiór krajobrazów, pokazujących urodę zarówno Ziemi Świętokrzyskiej, jak też
innych regionów kraju. Wśród pejzaży zwraca uwagę zdjęcie, którego autorem jest Jarosław Bachrij z Buska Zdroju,
zachwyt wzbudza zwłaszcza ten niesamowity ponidziański
horyzont z całą swoją tajemniczą ezoteryką. Ciekawy koloryt
natury uchwycili w swoich pracach kielczanie, Jerzy Bielecki
skadrował fragment nadbrzeżnej faktury, a Łukasz Max Kania przedstawił również motyw wodny, jednak w bardziej
chłodnym, miejskim klimacie. Swoim ciepłem przyciąga
natomiast fotografia Zygmunta Strzeleckiego z Jeleniej
Góry, a tych co wolą półmrok zapewne zainteresują zdjęcia
wykonane przez Jerzego Wojtysia z Buska Zdroju i Janusza
Pytla z Jeleniej Góry.
Ciekawe prace reportażowe przygotował Andrzej
Łada z Ostrowca Świętokrzyskiego, który zimową porą
uwiecznił spotkanie konia, furmana i świętego z przydrożnej
kapliczki oraz Rafał Łagowski z Kielc portretujący strudzoną kobietę z kogutem w ręku. Wojciech Domagała z Kielc
z kolei uchwycił w kadrze zapewne jedną z ostatnich babć
w zapasce naprzeciw kieleckiej dorożki na czarno-białej
fotografii w stylu z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku,
a Grzegorz Gruszka z Kielc zaprezentował podobny, jednak bardziej prowincjonalny obraz z furą, koniem i babcią
– niestety bez zapaski. Natomiast niegdysiejszy lider grupy
CKF, Bartosz Bogucki z Kielc podczas przygody z wyspami
brytyjskimi, jak widać nie rozstaje się z aparatem i ze swojej
charakterystycznej perspektywy pokazuje nam panoramę
miejskiego city.
29
Bartosz Szydłowski, Pińczów
Na wystawie
uwagę
zwracają też fotografie
detali, zwłaszcza
reflektor-oko pomarańczowego
auta, który zaprezentował
Tadeusz Biłozor z Jeleniej Góry oraz
sugestywne zbliżenie człowieka
i rzeźby utrwalone przez Matyldę
Ptak z Warszawy.
Pobudza do rozmyślań, nie tylko artystycznych,
sfotografowana przez Jerzego
Winklendta z Jeleniej Góry tablica
reklamowa z hasłem „Bóg jest!”.
Joanna Klich, Kielce
Nie można obojętnie przejść obok fotografii Joanny
Klich z Kielc, która od pewnego czasu konsekwentnie zmaga
się z siłami natury i pięknem kobiecego ciała, efekty jej działań są nad wyraz subtelne. Intrygujące odczucia towarzyszą,
zwłaszcza mężczyznom, spoglądającym na smukłe nogi tajemniczej kobiety na szpilkach w ujęciu Leszka Kowalskiego
z Jędrzejowa. Natomiast panią ze zdjęcia Jacka Rzodeczko
z Kielc chyba już wszyscy miłośnicy świętokrzyskiej fotografii znają, tym razem fotograf zestawia sterczące haki i piersi
nagiej modelki. Nie jestem pewien czy wszystkim odbiorcom czy tylko mnie uwidacznia się ta dziwna relacja?
Ciekawie kombinuje też Bartosz Szydłowski z Pińczowa, przypala negatyw, stosuje montaże, dzięki czemu
i tak dość wyrazisty portret szczerzącego się pana nabiera
dodatkowo artystycznego wyrazu. Warto zwrócić szczególną uwagę na prace Edyty Bobowiec z Buska Zdroju, która
w niezwykle plastycznej grafice komputerowej w stylu fotoart zajmuje się mową ciała, a szczególnie – tak ważnych,
zwłaszcza dla kobiet - dłoni i oczu, po których można przecież poznać człowieka. Zielono w głowie się robi patrząc na
zdjęcie Arnolda Kalety z Oleśnicy Śląskiej, którego piesek
zdaje się być zbyt blisko pana-fotografa, przez co w kadrze
widać jedynie jego frapujący zad z pędzelkowatym ogonem.
Leszek Kowalski, Jędrzejów
Nie wiem dokąd jedzie Woytek Kowalczyk z Buska
Zdroju, ale na pewno fotografowanie podczas jazdy samochodem to sport ekstremalny, chyba że to tylko strona
startowa symulatora dla kierowców. Podobny zabieg zastosował też Krzysztof Wołoszynowski z Buska Zdroju, który
z kolei fotografuje podczas polowania, a jego kadr przypomina ekran rodem z gry komputerowej Doom.
Świętokrzyska fotografia w ponidziańskim wydaniu
jak widać ma się dobrze, a tzw. grupa buska jest wciąż bardzo aktywna i twórcza. Duża w tym zasługa Piotra Kalety,
który, oprócz rozwijania swojej kariery artystycznej, wziął
na siebie ciężar organizacji, mobilizacji i konsolidacji regionalnego środowiska fotograficznego, co jest w dzisiejszych
czasach nie lada wyzwaniem. Gratulacje Panie Piotrze!
Tomasz Kosiński
30
Jacek Rzodeczko, Kielce
PRZEGLĄDANIE „PONIDZIA”
Woytek Kowalczyk
Jerzy Bielecki
Edyta Bobowiec
Tadeusz Biłozor
31
second
32
life
33
Obrazy – ALEKSANDSER SALIJ
Fotografia Ziemi Buskiej – Nowy Korczyn
34
Alicja Mazurek
Wiesław Turno
Fotografia Ziemi Buskiej – Nowy Korczyn
Cykl fotograficzny „Ziemia Buska” to plenery
fotograficzne i wystawy poplenerowe, których celem
jest dokumentacja artystyczna gmin powiatu buskiego.
Wystawa „Miasto królewskie – Nowy Korczyn 2008” ma
szczególny charakter, mianowicie odbywa się w 750-lecie
nadania praw miejskich Nowemu Korczynowi i jest pierwszą fotograficzną ekspozycją prezentowaną w nowej
galerii „U źródeł” w rozbudowanym i zmodernizowanym
Buskim Samorządowym Centrum Kultury.
Wojciech Bałabański, Busko
Na
wystawie
prezentuje się 54
fotografików z całego kraju, wśród
których większość
stanowi
liczna
grupa pasjonatów
Ponidzia
uczestnicząca w całym
cyklu od samego
początku jego powstania z inicjatywy Piotra Kalety.
Zdjęcia samego
pomysłodawcy
tej cennej inicjatywy fotograficznej
stanowią
mocny
punkt całości ekspozycji, a zdjęcie
zakoli Nidy w okolicach Czarkowy powinno znaleźć się
w każdym albumie
o cudach Polski.
Chyba tylko na Ponidziu można znaleźć praktycznie
całkowicie zarośnięty pnączami dom jak z bajki o śpiącej
królewnie, a fotograf Adam Poniatowski z Buska Zdroju zdaje się być księciem, który obiektywem aparatu przedziera
się przez zarastające to domostwo chaszcze, by odczarować
jego gospodarzy.
Czas się chyba zatrzymał w tej krainie, co pokazują
fotografie Ewy Banach ze Stopnicy, Bartosza Radziwolskie-
Adam Poniatowski, Busko
Jerzy Bednarski, Kielce
go i Wojciecha Bałabańskiego z Buska Zdroju. Zarówno
zielony zakład fryzjerski, jak i przydrożna budka „Raj” oraz
sklep z amerykańską odzieżą pamiętają zapewne odległe
lata z ubiegłego wieku.
Wspomnienia przywołuje w swojej pracy także Alicja Mazurek z Pińczowa, która w osobistym montażu wraca
pamięcią do postaci polskiego oficera, zapewne z bliskiej
rodziny, powracającego jako odbicie
w oknie. Być może za kimś bliskim wypatruje też starsza kobieta z fotografii
Jerzego Bednarskiego z Kielc.
Zachwyca praca Wiesława Turno
z Końskich, nie tylko ze względu na
technikę gumy, która stała się specjalnością tego artysty, ale także dzięki
klimatowi samej fotografii będącej
swoistym zaproszeniem do poznania
nowokorczyńskiego sacrum. Tajemnicę
papieskiego cienia na ścianie kościoła
oraz figurę Matki Bożej na pierwszym
planie zgrabnie ujął w kadrze Jan Zych
z Krakowa.
Czekamy na kolejne fotograficzne
akcje z cyklu „Ziemia Buska”
Tomasz Kosiński
35
Dokumentator krajobrazu
kulturowego
Henryk Pieczul
Całe swoje twórcze życie związał z fotografią. Znakomity dokumentator krajobrazu
kulturowego Ziemi Świętokrzyskiej. Przez
wiele lat pracował dla Muzeum Narodowego
w Kielcach i w Krakowie oraz współpracował
z innymi muzeami w Polsce. Opublikował
rekordową ilość fotografii w katalogach oraz
w wydawnictwach popularno – naukowych
(w kraju i zagranicą). Obok zawodowego perfekcjonizmu i obiektywizmu w odwzorowaniu
przedmiotów, w twórczości fotograficznej
stosuje kreację autorską, wynikającą z osobistego przeżycia oraz refleksję nad urodą
natury i degradacją środowiska naturalnego
przez człowieka.
Henryk PIECZUL urodził się 17. grudnia 1941 r. w Wilnie, gdzie spędził dzieciństwo. Wraz z rodzicami odwiedzał dziadka
mieszkającego w podwileńskiej wsi Pustelniki.
Od 1945 r. mieszka i pracuje w Kielcach. Uzyskał wykształcenie średnie ogólnokształcące,
a nieco wcześniej ukończył Zasadniczą Szkołę
Zawodową w zakresie fotografii (w Kielcach)
oraz Technikum Fotograficzne (8 semestrów)
w Warszawie. Dyplom czeladnika w zawodzie
fotograficznym uzyskał w 1960. Uzupełniając
wykształcenie, ukończył kursy fotograficzne
wyższego stopnia: w Poznaniu (1960), kurs
fotoreporterski (1965) oraz kurs kinematograficzny (1965). Specjalizował się w fotografii
zawodowej i technicznej: wykonywał fotografię naukową,
zdjęcia konserwatorskie dzieł sztuki, fotografię w podczerwieni, w ultrafiolecie, w świetle sodowym, świetle analitycznym, fotografię lotniczą, zdjęcia tkanin, obrazów, porcelany,
szkła, monet, srebra (i innych metali), architektury. Jego
fotografię cechuje zawodowy perfekcjonizm i obiektywizm
w wiernym oddaniu charakteru przedmiotów. Fotografuje
(z wieloletnim doświadczeniem) na materiałach czarno białych, odwracalnych oraz barwnych (negatyw – pozytyw).
Pracę fotografa rozpoczął od stanowiska ucznia
i laboranta w Zakładzie Fotograficznym znanego kieleckiego fotografa Zygmunta Hamerskiego (1957–1960), następnie objął funkcję fotografa w Państwowych Zakładach
Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Kielcach
(1960 – 1963), kolejno pełnił funkcję instruktora fotografii
w Wojewódzkiej Spółdzielni Mleczarskiej w Kielcach (1977
– 1980). Najważniejszą życiową decyzją było objęcie funkcji
kierownika pracowni fotograficznej w Muzeum Narodowym
w Kielcach (1964 – 1988), fotografa (na 1/2 etatu) w Pracowni Konserwacji Zabytków w Kielcach (1971–1973) oraz fotografa w Muzeum Narodowym w Krakowie (umowa – zlecenie w latach 1988–2005). Przez te wszystkie lata aktywnie
współpracuje z muzeami w całej Polsce, między innymi
36
z: Muzeum Wsi Kieleckiej w Kielcach, Muzeum Ludowych
Instrumentów Muzycznych w Szydłowcu.
Obecnie jest emerytem. W pracy zawodowej osiągnął znakomite rezultaty. Wykonał dokumentację obiektów
muzealnych do archiwum Muzeum Narodowego w Kielcach oraz w Krakowie. Wykonał fotograficzne elementy
wyposażenia muzeów: Muzeum Lat Szkolnych Stefana
Żeromskiego w Kielcach, Muzeum Henryka Sienkiewicza
w Oblęgorku, Muzeum Oskara Kolberga w Przysusze, Muzeum Regionalnego w Ostrowcu Świętokrzyskim, Muzeum
Walk Partyzanckich w Radoszycach, Izby Pamięci w Michniowie (i do wielu innych obiektów). Pełnił funkcję fotografa
ekspedycji naukowych organizowanych na terenie Gór
Świętokrzyskich, obsługiwał między innymi: badania archeologiczne (Kolegiata w Opatowie, Żmigród w Opatowie,
Zamek w Bodzentynie, Bazylika katedralna w Kielcach, Gród
Rycerski w Dębnie, Góra Zamkowa w Widełkach i inne);
badania etnograficzne: teren dawnej Puszczy Kozienickiej
(1966 – 1968), województwo kieleckie (z Instytutem Sztuki
Polskiej Akademii Nauk w Krakowie (1969 – 1970), badania
regionu świętokrzyskiego dla Muzeum Wsi Kieleckiej (6 lat).
Jego zdjęcia dokumentalne są publikowane w dziesiątkach,
a nawet setkach wydawnictw popularno–naukowych w kraju i za granicą (roczniki muzealne, katalogi zbiorów i wystaw,
przewodniki po muzeach, opracowania monograficzne
i problemowe, foldery, plakaty, kalendarze, pocztówki).
Łącznie opublikował drukiem ponad 45 tysięcy zdjęć autorskich. Wśród wyróżniających się wydawnictw znajdują
się Roczniki Muzeum Narodowego w Kielcach oraz katalogi
wystaw (Malecki, Jackowski, Szermentowski, Malczewski,
Malarstwo Polskie i inne).
Henryk Pieczul współpracował z licznymi naukowcami i z wieloma artystami. Między innymi towarzyszył
przez siedem lat profesorowi Reinfussowi w wyprawach
poznawczych odbywanych na teren Gór Świętokrzyskich.
Fotografował przykłady ludowego budownictwa drewnianego, stroje ludowe (na żywych modelach oraz na neutralnych tłach), wnętrza zagród chłopskich i zabudowania
gospodarcze, a także obrzędy ludu wiejskiego. W wyniku
tych wspólnych działań powstały szczegółowe projekty
utworzenia skansenu budownictwa ludowego w Tokarni
koło Kielc.
Więzy przyjaźni łączyły Henryka Pieczula z kieleckimi artystami malarzami. Często fotografował ich obrazy
(zdjęcia czarno białe oraz diapozytywy barwne). Niekiedy
użyczał swoich fotografii artystom (na przykład Zbigniewowi Kurkowskiemu), którzy czerpali z nich twórcze inspiracje;
zdjęcia służyły jako materiał wyjściowy do opracowania obrazów (najczęściej abstrakcyjnych krajobrazów). Znacznie
głębsze więzy łączyły Henryka Pieczula ze znakomitym artystą malarzem Krzysztofem Jackowskim. Obydwaj twórcy
pasjonowali się hodowlą psów rasowych. Krzysztof – bulten
terierami, a Henryk – basetami. Bardzo często psie piękności pozowały do fotografii oraz stawały się bohaterami obrazów, jak np. namalowany przez Krzysztofa Jackowskiego
portret podwójny, przedstawiający Henryka Pieczula z jego
basetem. Na (innym) portrecie - trumiennym widnieje twarz
Henryka zmieniona przez cierpienia „ostatnich lat życia”,
a podpis na obrazie głosi: „Stojąc w miejscu, cofasz się…”.
Miłe usposobienie i liczne towarzyskie przymioty zjednywały Henrykowi wielu przyjaciół artystów. Otrzymywał od nich
w podarunku dzieła malarskie lub rzeźbiarskie, które mogą
wyposażyć niewielkie muzeum. Również ode mnie przyjął
jeden z moich krajobrazów (z cyklu: Portret Ziemi Kieleckiej).
Bodaj największy prezent otrzymał Henryk Pieczul
od wspomnianego powyżej przyjaciela, znanego i cenionego na gruncie kieleckim artysty malarza Krzysztofa
Jackowskiego, który opracował koncepcję oraz projekt plastyczny zagospodarowania posiadłości Państwa Pieczulów
w Marzyszu-Młynach. Między innymi znakomity artysta
plastyk namalował wizję siedziby z unikalnym systemem
ogrodów – tarasów zabezpieczonych kamiennymi skarpami. Pomysł narodził się w trakcie towarzyskich „posiadów”
grupy kieleckich przyjaciół artystów w mieszkaniu Henryka
(gdzie często miłym gościem był również znakomity architekt mgr inż. Andrzej Grabiwoda) i dojrzewał po zakupieniu
przez niego działki nad brzegami Czarnej Nidy. Projekt techniczny i realizacyjny powierzono wybitnemu architektowi
Edmundowi Modrzejewskiemu (m.in. projektował budynek
kieleckiego Dworca PKS). Dom zbudowano z miejscowego
kamienia wapiennego, wykuto piwniczkę (w formie jaskini) w skałach wapiennych, zaprojektowano ogrzewanie
pomieszczeń (nowoczesny system kanałów połączonych
z centralnie usytuowanym kominkiem). Już po zaawansowaniu budowy w Marzyszu–Młynach spotykali się przyjaciele, obowiązkowo ze swoimi „pupilami”: Krzysztof Jackowski
(z bulten terierem), Andrzej Grabiwoda (z jamnikiem), Henryk Pieczul (z basetem). Odbywali wspólne spacery po lesie
oraz prowadzili niekończące się dyskusje twórcze. Miłość do
Dom artysty
psów przetrwała. Obecnie Henryk regularnie rano i przed
wieczorem wyprowadza pieska (wielorasowego) na godzinny spacer po leśnych ostępach.
W młodości Henryk Pieczul przejawiał zamiłowania sportowe. Między innymi uczestniczył w harcerskich
mistrzostwach Polski w narciarstwie alpejskim (Wisła 1955),
uzyskał stopień żeglarza w Klubie Sportowym „Mewa”
w Kielcach (1956) oraz był zawodnikiem Świętokrzyskiego
Klubu Narciarskiego (1956), zawodnikiem Klubu Sportowego „Start” w kolarstwie (1957), zawodnikiem Klubu „Budowlanych” w Kielcach w narciarstwie klasycznym (1958), sędzią
w narciarstwie klasycznym (1961), instruktorem narciarstwa
wyczynowego (1965) oraz instruktorem Szkółki Narciarskiej
w Klubie „Budowlanych” w Kielcach (1970). Zamiłowania
pozostały. W ostatnich latach Henryk Pieczul w każdym roku
odpoczywa na jeziorach (Mazury lub Ziemia Lubuska), gdzie
oddaje się ulubionemu zajęciu: łowi ryby z łodzi żaglowej.
Wspomnianą działkę – nieużytek rolny, położoną
na skarpie nadrzecznej w dolinie rzeki Czarnej Nidy, w miejscowości Marzysz – Młyny zakupił Henryk Pieczul w latach
siedemdziesiątych. Jest ona wyposażona we własne źródło
(nie zamarza w zimie), którego woda posiada właściwości
lecznicze. Ze sprzyjających warunków – z dobrodziejstw
„swojej” natury korzysta artysta: w wodzie źródlanej dokonuje zanurzeń i kąpiółek według wskazań doktora Knaipa.
Na własnej działce Henryk wybudował dom – pałac, nazwany przez właściciela Domem Pracy Twórczej. Kamienna posiadłość to urokliwe uroczysko: dom, schody, przybudówki,
a także tarasowo ułożone ogrody chronione skarpami. Prace budowlane Henryk wykonał sam, niekiedy tylko korzystał
z pomocy fachowców (ciężkie prace budowlane, specjalistyczne ogrzewanie wnętrza domu kanałami przewodzącymi spaliny od kominka usytuowanego w centralnym
pomieszczeniu na parterze budynku). Z biegiem lat jego
siedziba rozrastała się tak, że właściciel zakupił też szeroki
37
pas lasu położonego nad urwiskiem (gdzie powstał ogród warzywny) oraz teren zalewowy na
łąkach otaczających działkę.
Wielką osobliwością
i atrakcją działki jest własna jaskinia wydrążona w skale wapiennej
nadrzecznej skarpy, o długości
ponad 12 metrów. Jest ona wytworem natury; właściciel nie
planuje w niej żadnych zmian (powiększenia otworu lub wydłużenia
jej wymiarów). Jednakże istnienie
tej naturalnej formy geologicznej
nasunęło pomysł wydrążenia podobnego tworu. Powstała piwnica
wykuta w skale, posiadająca wejście z domowej spiżarni. W otrzymanym pomieszczeniu utrzymuje
się przez cały rok niezmienna
temperatura 4 °C, doskonała do
przechowywania
przetworów
(kiszona kapusta, kiszone ogórki,
własne,
ekologiczne
warzywa
oraz własnoręcznie przyrządzone
nalewki, w których Henryk Pieczul Polskie wierzby
jest mistrzem!). Na skarpie, bezpośrednio nad wejściem do jaskini zasadzony został „Dąb
Prezesa Pierścińskiego” (6.04.1988). Drzewko rośnie do dziś
na litej skale wapiennej (przetrwało, jako jedyne z równocześnie posadzonych sadzonek w trzech miejscowościach Gór
Świętokrzyskich). W jaskini gospodarz organizuje wystawy
własnych fotografii, podziwianych przez licznie przybywających, zaproszonych przyjaciół – fotografów z Kielc, z innych
miast, a także z zagranicy. Henryk Pieczul wprowadził też
formę uczczenia pamięci zmarłych kolegów, która stała się
tradycją. W Dzień Zaduszny (każdego roku), zapala lampki
na półce skalnej przed wejściem do jaskini.
Atrakcyjne położenie i funkcjonowanie obiektu
przyciąga gości, a gospodarz sam zaprasza do odwiedzin.
Częstymi bywalcami gościnnego domu bywają najbliżsi koledzy z Okręgu Świętokrzyskiego ZPAF: Janusz Buczkowski
i Paweł Pierściński. Odwiedzał go też często Jan Spałwan,
który zmarł w 2004 roku. Niekiedy skład zaproszonych gości
bywa obszerniejszy, w siedzibie pojawiali się goście szczególni, delegaci stowarzyszeń fotograficznych z różnych krajów. Warto odnotować pobyt oficjalnej delegacji fotografów
z Chińskiego Towarzystwa Fotograficznego z Pekinu. Goście
byli oczarowani obiektem i przyjęciem; z Polski wywieźli
miłe wspomnienia. Fotografowano pobliskie, pełne uroku
okolice rzeki Czarnej Nidy. Chińczycy nie mogli uwierzyć,
że na łąkach pasą się krowy… przez nikogo nie pilnowane.
Jeden z delegatów, zajęty fotografowaniem, pozostawił
w polu drogi obiektyw do aparatu fotograficznego. O fakcie przypomniał sobie po upływie kilku godzin. W trakcie
rozpoczętego zbiorowego poszukiwania zgubę odnaleziono
i… nastąpiło kolejne zdumienie: nikt nie zabrał drogiego
sprzętu. Największą atrakcją był poczęstunek, przygotowany osobiście przez gospodarza: bitki wołowe w sosie oraz
kasza gryczana (skojarzona przez gości z „czarnym ryżem”).
W trakcie przyjęcia goście zauważyli psa gospodarza i żywo
zareagowali na jego obecność. Obecna na spotkaniu tłumaczka odmówiła informacji. Dopiero następnego dnia powiedziała, że goście byli zafascynowani dobrze utuczonym
czworonogiem i spierali się, ile porcji można otrzymać po
jego… zabiciu.
38
Pamiętna była również wizyta „pierwszej damy
polskiej fotografii”. Goszczona przez Henryka Pieczula,
Zofia Rydet wykonała serię zdjęć dokumentujących obiekt,
a następnie przeprowadziła kilkudniowe penetracje regionu
świętokrzyskiego. Skorzystała z uprzejmości i pomocy gospodarza, który posiadł dogłębną wiedzę o regionie (nabytą
w trakcie muzealnych badań etnograficznych). Samochodem prywatnym Henryka objechali trasę ludowego budownictwa drewnianego. Zofia Rydet wykonała obszerną dokumentację wnętrz bytowania rodzin chłopskich. Była zachwycona wynikami i wielokrotnie podkreślała, że „takiej nędzy
jeszcze nie widziała”. (Należy zauważyć, że w wielu izbach
zachowały się jeszcze podłogi w formie polepy glinianej).
„Zameczek” nad rzeką Czarną Nidą zapamiętał
też wizytę innego Gościa Honorowego – mistrza polskiej
fotografii artystycznej Edwarda Hartwiga. Podczas jednego z licznych odwiedzin w Okręgu Świętokrzyskim ZPAF,
Mistrz przyjął zaproszenie Henryka Pieczula, po czym odwiedził jego dom, a także odbył samochodową wędrówkę
samochodem po okolicy w rejon Gór Domowych Stefana
Żeromskiego. Edward Hartwig miło (i często) wspominał
odwiedziny, pytał co słychać u Państwa Pieczulów i przesyłał pozdrowienia.
Henryk w pełni docenia walory swojej siedziby. Na emeryturze osiadł na stałe w Marzyszu – Młynach, przebywa
wśród dzikiej przyrody, sosnowych lasów i rozlewisk Czarnej Nidy. Ze swojej „twierdzy” obserwuje otaczający świat.
Co kilka dni wyjeżdża do Kielc, uzupełnia zaopatrzenie,
opłaca rachunki. A niekiedy również fotografuje. Nigdy nie
porzucił fotografii. Henryk Pieczul, równolegle do pracy
zawodowej (fotograf - dokumentator w Muzeum Narodowym w Kielcach) zajmuje się twórczością fotograficzną.
W odróżnieniu od fotografii dokumentalnej, którą cechuje
zawodowy perfekcjonizm i obiektywizm podporządkowany
wiernemu odwzorowaniu przedmiotów, zdjęcia artystyczne
Henryka Pieczula stanowią autorski przekaz o otaczającym
go świecie, co wynika na równi z głębokiego, osobistego,
a nieraz intymnego przeżycia oraz z refleksji nad urodą
natury i degradacją jej zasobów w wyniku rabunkowej
gospodarki człowieka. A niekiedy nawet są to fotografie
o charakterze kreacji artystycznej. Głównym tematem
twórczych poszukiwań artysty są: krajobrazy, architektura,
portret, dziecko, reportaż, kwiaty. Twórca porusza się w kręgu tematów przynależących do odwiecznych, klasycznych,
a dzięki temu wielkich i nieprzemijających wartości w sztuce
fotografowania.
Artysta zadebiutował w 1957 roku; nieco później
wstąpił do Świętokrzyskiego Towarzystwa Fotograficznego
w Kielcach oraz do „Fotoklubu Kontrast” przy Wojewódzkim
Domu Kultury w Kielcach (od 1976). Członek Związku Autorów i Kompozytorów Sztuki w Warszawie (1977– 1994). Członek artystycznej „Grupy 10 x 10” przy Kieleckiej Delegaturze
ZPAF (1976 –1978). Członek Sekcji Fotografii Naukowej przy
ZPAF (od 1977). Członek Rzeczywisty ZPAF (od 1979). Działacz społeczny i organizator ruchu fotograficznego, między
innymi: Członek Zarządu Okręgu Świętokrzyskiego ZPAF,
Członek Okręgowej Komisji Kwalifikacyjnej w Kielcach (dwie
kadencje), Członek Wspierający działalność plenerową Okręgu Świętokrzyskiego (mecenas) oraz Członek Donator Francuskiego Muzeum Fotografii w Bievres koło Paryża (1982).
Wstąpienie Henryka Pieczula do Świętokrzyskiego Towarzystwa Fotograficznego w Kielcach zmieniło
jego stosunek do rzeczywistości i do fotografii. Zetknięcie
z wykrystalizowaną wizją polskiego krajobrazu rolniczego
wywarło wpływ na całą drogę twórczą młodego fotografa.
Rozpoczął fotografowanie świętokrzyskiego krajobrazu i już
wkrótce osiągnął efekty artystyczne. Jego fotografie bywały
przyjmowane na wystawach regionalnych
i ogólnopolskich, a nawet na międzynarodowych ekspozycjach sztuki fotograficznej.
Z czasem jego fotografie zostały włączone
do zestawów Kieleckiej Szkoły Krajobrazu; były eksponowane między innymi na
wystawie „Piękno Polskiego Krajobrazu”
(Francuskie Muzeum Fotografii, Bievres
k /Paryża 1982). Logicznym następstwem
było zaprezentowanie sylwetki artystycznej
(biogram oraz fotografie) w prestiżowym
albumie fotograficznym „Kieleckie Krajobrazy” (Kraków 1983) oraz udział w albumie
„Sztuka Ziemi Kieleckiej – Fotografia” (Kielce 1997).
Równie owocne dla rozwoju artysty było jego przystąpienie do „Fotoklubu
Kontrast” przy WDK w Kielcach (1977–
1994). Liczne szkolenia, wykłady, pokazy
i plenery, a nade wszystko bezpośredni
kontakt z fotografami– rówieśnikami, wpłynęły w sposób znaczący na poszerzenie
kręgu zainteresowań twórczych. Henryk
Pieczul zrozumiał potrzebę prowadzenia
prób i doświadczeń artystycznych, a w jego
warsztacie twórczym pojawiły się fotomontaże i przetworzenia (techniki tonorozdzielUroki Czarnej Nidy
cze). Okres poszukiwań formalnych oraz
poszerzanie tematyki twórca kontynuował
w „Grupie 10x10” przy Kieleckiej Delegaturze ZPAF. Uczestniczył we wszystkich manifestacjach artystycznych Grupy,
a po zakończeniu jej pracy zdał egzamin i został przyjęty do
Związku Polskich Artystów Fotografików – do Okręgu Świętokrzyskiego w Kielcach.
Pracą dyplomową do ZPAF był zestaw fotografii
dokumentujących typową wieś świętokrzyską „Kakonin”.
Artysta skorzystał z wiedzy zdobytej w trakcie pracy w naukowych ekspedycjach folklorystycznych. Ukazał charakterystyczne typy chałup drewnianych, stosowane połączenia bali drewnianych, wyposażenia wnętrza, życie ludzi,
a nawet szczegóły technicznego wyposażenia wspólnoty
wiejskiej (np. drewniane rynny rozprowadzające wodę pitną). Przy budowaniu ekspozycji Henryk Pieczul sięgnął po
formę poliobrazu krajoznawczego; dzięki zestawieniu wielu
fotografii (na jednej planszy ekspozycyjnej) autor uzyskał
możliwość szczegółowego przedstawienia wybranego problemu. Wystawa cieszyła się uznaniem i zainteresowaniem.
Po ekspozycji w Galerii Fotografii ZPAF w Kielcach (1979),
została powtórzona w Muzeum Regionalnym w Pińczowie,
w Galerii Fotografii w Wałbrzychu oraz w innych ośrodkach
fotograficznych w kraju. Wystawę analizował Paweł Pierściński (wstęp do katalogu wystawy H. Pieczula pn. „Kakonin” – Galerii Fotografii ZPAF, Kielce 1979) oraz zrecenzował
znany kielecki pisarz i publicysta Stanisław Mijas („Uroki
Kakonina” – Słowo Ludu, Kielce 25.01.1979).
Henryk Pieczul zorganizował wiele wystaw indywidualnych, między innymi: „Zabytki Ziemi Kieleckiej”
(Klub PAX, Kielce 1967), „Opieka nad zabytkami” (Kielce,
Szydłowiec 1974), „Zabytki architektury Kielecczyzny” (Uniwersytet Jagielloński, Kraków 1974), „Folklor Ziemi Radomskiej” (Szydłowiec 1976), „Kielce na starych pocztówkach
ze zbioru Henryka Pieczula” (KMPiK Kielce 1978), „Zamek
w Niedzicy” (Galeria Fotografii Kielce 1980), „Kwiaty łąk polskich” (Sanatorium Pielgrzymowice 1995). Znaczny sukces
osiągnęła ekspozycja „Wspomnienia z przeszłości” (Instytut
Polski, Bruksela 1996). O tej wystawie, przedstawionej w Radzie Europy, recenzję napisał doktor Jerzy Krzewicki (Echo
Dnia, Kielce 13.04.1994). Również o innych wystawach
autorskich Henryka Pieczula pisano wielokrotnie. Recenzenci podkreślali urodę oraz techniczne walory zdjęć. Na
przykład: Agata Niebudek „Etna w 30 odsłonach” (Gazeta
Kielecka, Kielce 25.05.1994), Jerzy Daniel „Kwitnąca Etna”
39
(Słowo Ludu, Kielce 31. 05. 1994) oraz tenże „Pożegnanie
z zamkiem” (Słowo Ludu – Magazyn, Kielce 24.02.1989),
Stanisław Nyczaj „Czułym na ważne sprawy obiektywem”
(Echo Dnia, Kielce 5–7.04.1980).
Na odrębne omówienie
zasługują dwie wystawy dokumentujące podróże artystyczne Henryka
Pieczula. Pierwszą odbył do Wilna
i okolic (Litwa 1986). Artysta odwiedził miejsce urodzenia oraz wieś
podwileńską Pustelniki, w której bywał w dzieciństwie. Wystawę „Wilno
i okolice” zaprezentował między innymi w Kielcach, Toruniu, Radomiu,
Skarżysku Kamiennej i w innych
miastach. Ekspozycja cieszyła się
znacznym zainteresowaniem zwiedzających, co znalazło między innymi wyraz w Księdze pamiątkowej:
„Wiem, czym była dla Pieczulów
wieś Pustelniki – i cały ten sentyment widać na zdjęciu pn. „Miejsce
po wsi Pustelniki” – O. Kulikowski
lub: Najlepsze: „Miejsce po wsi Pustelniki”– Wojciech Stanny, a także:
„Wystawa mi się bardzo podobaKwiat gerber
ła…” – Marcelina, lat 7 (10. 02. 1996).
Plon licznych (corocznych) wyjazdów na Sycylię
artysta przedstawił na licznych wystawach: „Uroki i barwy
kwiatów” (Kraków 1990), „Wulkan Etna” (Galeria Fotografii,
Kielce, a następnie Skarżysko Kamienna, Lublin, Ostrowiec
Świętokrzyski – 1994). Tu również kreacja autorska, wynika
z pogłębionej refleksji nad urodą natury i jej degradacją rękoma człowieka.
Bardzo ciekawym i pamiętnym doświadczeniem
twórczym dla Henryka Pieczula stała się wizyta Papieża
– Polaka, Jana Pawła II. Jako jedyny z kieleckich fotografów
otrzymał akredytację – prawo fotografowania Ojca Świętego na prywatnej audiencji w Muzeum Narodowym w Kielcach. W czasie tej niezaplanowanej wizyty, fotografowali:
jego osobisty fotograf Arturo Mari oraz nasz kielecki artysta. Zdjęcia wykonane przez włoskiego fotografa nie były
publikowane - wizyta odbywała się poza protokołem. Te
wartościowe dla naszego miasta fotografie Henryka Pieczula też nie – są na razie starannie przechowywane i czekają
na prezentację – w myśl pragnienia autora – po ogłoszeniu
naszego Papieża ŚWIĘTYM.
Przez wiele lat Henryk przedstawiał swoje fotografie na wystawach zbiorowych; ilość manifestacji artystycznych przekroczyła 160 ekspozycji. Między innymi, artysta
uczestniczył w wystawach organizowanych w ramach pracy
„Fotoklubu Kontrast” w Kielcach oraz „Grupy 10 x 10” przy
Kieleckiej Delegaturze ZPAF. Wielokrotnie jego fotografie
były włączane do kolekcji „Kieleckiej Szkoły Krajobrazu”
(w kraju i zagranicą). Do najciekawszych należy udział kieleckiego twórcy w wielkiej wystawie „Piękno krajobrazu
polskiego” we Francuskim Muzeum Fotografii (Bievres koło
Paryża 1982). H. Pieczul uczestniczył w ogólnopolskiej wystawie fotografii pn. „Biennale Krajobrazu Polskiego” w Kielcach, wielokrotnie otrzymywał nagrody i wyróżnienia, a na
„VII Biennale” otrzymał I Nagrodę i Złoty Medal Federacji
Amatorskich Stowarzyszeń Fotograficznych w Polsce oraz
Medal VII BKP. Twórca przedstawił swoje prace na wystawie
pn. „Polska Współczesna Fotografia Artystyczna” (Galeria
40
Zachęta, Warszawa 1985) oraz na problemowej wystawie
pn. „Krajobrazy świata w fotografii polskich podróżników”(Galeria Zachęta, Warszawa 1987). Ponadto fotografie
Henryka Pieczula uczestniczyły w licznych międzynarodowych salonach fotograficznych, między innymi: Indie
(1974), Szkocja, Singapoore, Brazylia,
Hong Kong (1975), Magdeburg NRD
(1976), Bruksela, Belgia (1994), Grodno, Białoruś (1997).
Największą
uwagę artysta
przywiązuje do drukowania fotografii. Łącznie opublikował ponad
45 000 zdjęć (czarno białe i barwne) w wydawnictwach kulturalnych
polskich i zagranicznych, w prasie
codziennej, w tygodnikach i miesięcznikach. Ponadto w folderach,
wydawnictwach naukowych i popularnonaukowych, a także w katalogach wystaw i zbiorów Muzeum
Narodowego w Kielcach, w „Rocznikach MN Kielce”, w Muzeum Diecezjalnym w Sandomierzu, w Muzeach
w Berlinie, Szwajcarii, Niemczech,
Włoszech, Francji. Ilustrował liczne
foldery i przewodniki turystyczne,
wydawał pocztówki, plakaty (ponad
60) i kalendarze (ponad 15). Wydał, lub współpracował
przy opracowaniu wielu zbiorowych albumów fotograficznych w Polsce i w innych krajach. Między innymi:
„Ostrowiec Świętokrzyski”, „Przysucha”, „Szydłowiec”,
„Malarstwo Polskie”, „Kraina Żeromskiego”, „Krajobraz
Świętokrzyski” oraz inne. Informacje o artyście zostały
zamieszczone między innymi w albumie „Kieleckie Krajobrazy” (Kraków 1983), „Sztuka Ziemi Kieleckiej – Fotografia”
(Kielce 1997), „Who is Who w Polsce” (Warszawa 2006).
Za swą pracę twórczą oraz za społeczną działalność
organizacyjną Henryk Pieczul otrzymał liczne dowody uznania, nagrody i odznaczenia, między innymi: Dyplom Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków (Kielce 1974), Odznakę
„Zasłużony Działacz Kultury” (1975), Dyplom Kieleckiej Delegatury ZPAF (Kielce 1977), Brązowy Krzyż Zasługi (1978),
Srebrną Odznakę „Zasłużony Działacz Związkowy” (1978),
Medal „Za Opiekę nad Zabytkami” (1978), Medal Muzeum
Narodowego (Kielce 1978), Odznakę „Za Zasługi dla Kielecczyzny” (1979), Medal Muzeum Narodowego (Kielce 1987),
Medal Okręgu Świętokrzyskiego ZPAF „Za Zasługi dla
Rozwoju Fotografii” (1983), Medal „XXX Lecia Muzeum im.
H. Sienkiewicza” (Oblęgorek 1988), Złota Odznaka Towarzystwa Fotograficznego w Chinach (1989), Medal „150 Lecia
Fotografii” (1989), Medal Towarzystwa Fotograficznego
– Grodno (Białoruś 1997), Medal „100 Lecia Oskara Kolberga” (Przysucha 1991), Odznakę „Za Zasługi dla Muzeum
Narodowego” (Kielce 2004).
Fotografie Henryka Pieczula znajdują się między
innymi w zbiorach Muzeum Narodowego – Kielce, Muzeum
Narodowego– Kraków, Federacji Amatorskich Stowarzyszeń Fotograficznych w Polsce –Warszawa, Centrum Fotografii Krajoznawczej – Łódź, Biuro Wystaw Artystycznych
– Kielce, Francuskie Muzeum Fotografii – Bievres koło Paryża, Muzeum Historii Fotografii – Kraków oraz w zbiorach
prywatnych w kraju i zagranicą.
Fot. Henryk Pieczul
Paweł Pierściński
FILM film FILM
„Piotruś i wilk” w
Muzeum Zabawek
Nie tak dawno mieliśmy okazję, by w Muzeum
Zabawek i Zabawy zobaczyć scenografię do nagrodzonego
Oscarem filmu „Piotruś i wilk”. Najlepszy krótkometrażowy
film animowany powstał przy współpracy Studia Filmowego
Se-Ma-For oraz brytyjskiego studia BreakThru Films. Zdjęcia
powstały w Łodzi. Reżyserią filmu zajęła się Suzie Templeton, ilustrując w ten sposób balet Sergiusza Prokofiewa.
Ekspozycja prezentowana była w ramach wystawy
„Modelarstwo – zabawa nie tylko dla dzieci”. Pośród zgromadzonych w kilku salach modeli Titanica, F-16, Boeinga,
modeli samochodów, kolejek i łodzi w wykonaniu wielokrotnych mistrzów Europy i świata, znalazło się podwórko,
na którym tytułowy Piotruś zmagał się z przeciwnościami
losu. Autorem scenografii jest Marek Skrobecki, który pracował między innymi przy „Liście Schindlera” S. Spielberga.
Rekwizyty z filmu „Piotruś i wilk” to przede wszystkim graty, jakie można spotkać na zaniedbanych podwórkach. Stare samochody i pojazdy rolnicze, rozpadająca się
kategorii pokonał wszystkich nominowanych konkurentów,
a dzięki uprzejmości dyrekcji Se-Ma-Fora wystawę można
było oglądać jeszcze przez kilka tygodni.
***
W planach Muzeum Zabawek i Zabawy na najbliższy
czas wystawa „Lalki świata
– strojnisie, ikony, fetysze”.
Zaprezentowane będą lale
ze wszystkich stron świata,
spełniające różne funkcje.
Lalki zostaną przedstawione
w szerokim kontekście kulturowym. Zebrane eksponaty
będą pretekstem do pokazania
tradycji, wierzeń i zwyczajów
różnych narodów. Wystawa
będzie miała charakter edukacyjno-poglądowy. Otwarcie
planowane jest na 1 czerwca.
brama, drabina, na którą strach wejść oraz dziurawe beczki,
w komplecie z wysoką kamienicą i księżycem w pełni tworzyły nietypową ekspozycję. Jednocześnie, jako fragment
modelarskiej wystawy w Muzeum Zabawek i Zabawy stanowiły swoisty czarowny świat.
Scenografia do Muzeum trafiła poniekąd przez
przypadek. Model starej łady w łódzkiej wytwórni filmów
Se-Ma-For zauważył jeden z pracowników kieleckiego
muzeum. Kiedy okazało się, że podobne elementy stanowią scenografię do filmu animowanego, postanowiono
wypożyczyć ekspozycję do Kielc. W umowie zastrzeżono
warunek, że jeśli film dostanie Oscara, rekwizyty natychmiast wrócą do Łodzi. Faktycznie „Piotruś i wilk” w swojej
W dniach 26-29 czerwca
Muzeum Zabawek i Zabawy
planuje II Europejską Olimpiadę Zabaw Dawnych i Zapomnianych pod hasłem „Pokój
w Europie – integrujmy się w
zabawie!”. Dzieci z różnych krajów zmagać się będą w wielu
konkurencjach sportowych i artystycznych. Będzie to impreza quasi-sportowa, której towarzyszyć będą konkursy,
wystawy oraz warsztaty. Podczas olimpiady zostaną zaprezentowane zabawy niemieckie, m.in.: dwa ognie, bieg z jajkiem, dmuchanie kłębuszka waty, toczenie obręczy, kręgle,
przeciąganie liny, wyścigi w workach, bieg gąsienic, wyścigi
taczek, kółko, wyścigi na szczudłach i skoki nad skakanką.
Grzegorz Świercz
Kadry pochodzą z oficjalnej strony wytwórni Se-Ma-For:
http://www.se-me-for.com
41
HISTORIA historia HISTORIA
„Nareszcie wydało się całkowicie, że to jest Żyd...”
– Waldemar Babinicz w Marcu 1968 roku
Po burzliwych wystąpieniach studenckich w 1968 roku, na
Kielecczyźnie (tak jak na terenie
całego kraju) ruszyła propagandowa machina uruchomiona przez
władze. Szybko okazało się, że
odpowiedzialnością za wydarzenia
obarczono Żydów i osoby o żydowskim pochodzeniu. „Antysyjonistyczne” (bo odcinano się wtedy
od antysemityzmu m.in. poprzez
nie używanie słowa „Żyd” czy „żydowski” czy też lansowanie hasła
„Antysemityzm – nie! AntysyjoWaldemar Babinicz
nizm – tak!”) treści zaczęły pojawiać się na licznie organizowanych
masówkach w zakładach pracy, szkołach czy instytucjach w całej
Polsce. Tematyka ta poruszana była również przez ówczesne media.
Przeprowadzona wtedy kampania antysemicka sprawiła, że osoby
pochodzenia żydowskiego usuwano z PZPR, a także ze stanowisk
w administracji państwowej i gospodarczej. W wielu wypadkach
usunięcie z szeregów partii lub ze sprawowanej funkcji odbywało
się w atmosferze nagonki, w trakcie wielogodzinnych zebrań, podczas których padały prawdziwe i fałszywe zarzuty.
Według danych, gromadzonych zarówno na potrzeby
Służby Bezpieczeństwa jak i władz partyjnych, na terenie województwa kieleckiego mieszkało około 80 osób pochodzenia żydowskiego1. Na posiedzeniu Egzekutywy KW PZPR w Kielcach
sytuację tę oceniano następująco: Nie stanowi to więc jakiegoś
problemu, ale większość z tych ludzi zajęła stanowisko proizraelskie2.
Marian Skarbek, redaktor naczelny „Słowa Ludu”, poddawał nawet
w wątpliwość sens inicjowania kampanii antysyjonistycznej twierdząc: Nie mamy rozeznania środowisk wrogich, bo też nie mamy skąd
uzyskać takiego rozeznania. Podpowiadano mi Rozenfelda i Edelbauma. Chyba to jednak nie są przeciwnicy godni organu KW, bo w ten
sposób zrobilibyśmy z nich jakieś postacie ważne, którymi w istocie
nie są. Nie można z pionków robić bohaterów3. Wypowiedzi takie
mogłyby wskazywać, że władze lokalne nie były zainteresowane
uczestniczeniem w nagonce na Żydów. Świadczyć o tym mogą także wspomnienia Aleksandra Rozenfelda: Wieczorem do moich drzwi
zastukał Franciszek Wachowicz [I sekretarz KW PZPR w Kielcach
– E.K.] przeprosił mnie i powiedział, że w Kielcach pamiętających
swoją złą sławę z 1946 r. nie będzie antysemickich hec4. Zapewnienia
te dalekie były jednak od prawdy, a sztandarowym przykładem
czystki, związanej z Marcem 1968 roku, było odsunięcie Waldemara Babinicza od sprawowania funkcji dyrektora Uniwersytetu
Ludowego w Rożnicy.
Babinicz był założycielem Uniwersytetu Ludowego oraz
pisarzem (członkiem Związku Literatów Polskich) i dziennikarzem, działaczem kulturalno – oświatowym. Niewątpliwie osobą
zasłużoną dla powojennego życia kulturalnego regionu, o bardzo
barwnym, lecz niełatwym do precyzyjnego ustalenia życiorysie5.
Już w czasie II wojny światowej zorganizował Uniwersytet Ludowy,
który od marca 1945 roku na stałe działał w Pawłowicach. Babinicz
organizował tam dla swoich uczniów wycieczki krajoznawcze, turnusy uniwersyteckie, a także seanse filmowe i wieczory muzyczne
dla mieszkańców wsi. UL odwiedzali wybitni ludzie nauki i kultury
42
– Stanisław Pigoń, Józef Feldman, Franciszek Bujak, Stefan Żółkowski i Julian Przyboś.
W roku 1952 Uniwersytet w Pawłowicach został uznany
za „szkodliwy relikt agraryzmu” i zlikwidowany, a rok później Babinicz założył w sąsiedniej wsi Rożnica Liceum Kulturalno – Oświatowe, w którym kontynuował swą działalność.
W kwietniu 1958 roku oficjalnie reaktywowano w Rożnicy Uniwersytet Ludowy Ziemi Kieleckiej im. Stefana Żeromskiego.
Śmiało można stwierdzić, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych było to oświatowo – kulturalne centrum regionu. Odbywały
się tam koncerty muzyków z Filharmonii Narodowej, występowały
teatry, a znani plastycy wystawiali swe dzieła. Również wychowankowie UL występowali z programami artystycznymi w całym
kraju. Mieli także niepowtarzalną okazję spotkania ze znanymi
literatami, m. in.: Jarosławem Iwaszkiewiczem, Marią Dąbrowską,
Zofią Nałkowską, Igorem Newerlym i wielu innymi6.
Oprócz kierowania UL Babinicz zajmował się także publicystyką. Pisał artykuły (przeważnie na temat społeczno – obyczajowych przemian kieleckiej prowincji) dla kilkudziesięciu pism.
Był redaktorem naczelnym miesięcznika „Ziemia Kielecka”, chciał
w Kielcach stworzyć ośrodek literacki (sam był autorem kilkunastu
książek). Opiekował się i gościł w Rożnicy młodych poetów z grup
literackich: Krakowska Grupa Młodych i „Ponidzie”7.
W wyniku „wydarzeń marcowych” osobą Waldemara
Babinicza zainteresowano się jednak szczególnie dokładnie. Wysunięto wobec niego szereg zarzutów, po części prawdziwych, ale
i takich, których w żaden sposób nie można było zweryfikować.
Niezaprzeczalnie Babinicz był pochodzenia żydowskiego (naprawdę nazywał się Leon Wajnman) i w bliżej nieznanych
okolicznościach zmienił nazwisko, a w 1920 roku przyjął chrzest.
Nie ma również wątpliwości, że zawarł w 1945 roku małżeństwo
z Heleną Mackiewicz, nie rozwiązując poprzedniego związku. Bardzo prawdopodobne jest, że nie posiadał wyższego wykształcenia,
a możliwe że również matury, chociaż podawał się za magistra romanistyki. Babinicz starał się tych faktów nie ujawniać. Zarzucano
mu także, że w latach 1945 – 1947 był ściśle powiązany z ideologią b.
Mikołajczykowskiego PSL, utrzymywał indywidualne kontakty z samym Mikołajczykiem. Miał być również w kontakcie z przedstawicielami dyplomatycznymi USA, Anglii i Szwecji, którzy odwiedzali
Uniwersytet Ludowy w Pawłowicach, gdzie sprawował funkcję
dyrektora8.
Były to jednak sprawy bardzo dobrze władzom znane już
od początku lat 60. Ujawniono je w trakcie sprawy operacyjnej prowadzonej przez Służbę Bezpieczeństwa, przy pomocy której kontrolowano dyrektora UL. Wobec Babinicza nie wyciągnięto wtedy
żadnych konsekwencji, ponieważ brał dość aktywny udział w życiu
kulturalnym i naukowym, wydał kilka pozycji literackich, które zostały dość pozytywnie ocenione przez komisje. (…) W związku z tym, że
(…) nie może obecnie odpowiadać za swoje czyny i to, że jego postawa
wskazuje na pozytywną pracę, którą wykonuje na odcinku kulturalnym i literackim, dlatego brak jest podstaw do prowadzenia niniejszej
sprawy i w związku z tym złożona została w archiwum9.
Najpoważniejsze zarzuty wobec Waldemara Babinicza
(oraz jego żony, która była wykładowczynią UL), pojawiły się
11 kwietnia 1968 roku. Prezydium Zarządu Wojewódzkiego Związku Młodzieży Wiejskiej wystąpiło bowiem do Zarządu Głównego
ZMW o odwołanie Babinicza z funkcji dyrektora Uniwersytetu
w Rożnicy za złą postawę. W 1967 roku, w czasie konfliktu izraelsko-arabskiego, Helena Babinicz miała wyrażać oburzenie z powodu popierania przez Polskę „bandy arabskiej”. Szkoła miała także
służyć jako przystań dla politycznych przyjaciół dyrekcji (pochodzenia żydowskiego), którzy prowadzili tam wykłady. Natomiast
w czasie „wydarzeń marcowych” dyrekcja nie zajęła wobec nich
stanowiska, a raczej zajęła stanowisko (…) wrogie i solidaryzujące
się z wichrzycielami i grupami syjonistycznymi. Ponadto Waldemar
Babinicz sprzeciwił się podjęciu przez młodzież z UL rezolucji
potępiającej zajścia w Warszawie. Nawet dwie rozmowy jakie przeprowadził z nim przedstawiciel Zarządu Wojewódzkiego ZMW nie
skłoniły go do zmiany stanowiska. Dodatkowo w trakcie jednego ze
spotkań autorskich ocenił twórczość krytykowanych w tym czasie
pisarzy jako świetną.
Kilka dni później zarzuty stawiane dyrektorowi UL
przedstawione zostały opinii publicznej na łamach „Słowa Ludu”10.
Babinicz czekał na oficjalne stanowisko KW PZPR w swojej sprawie. Spodziewał się nawet, że zostanie poproszony na rozmowę do
Kielc. Uważał, że jeśli Komitet Wojewódzki nie wypowie się oficjalnie, to znaczy, że popiera decyzje (…) w sprawie jego odwołania i on
złoży rezygnację z tego stanowiska. Opublikowanym artykułem był
zresztą bardzo załamany.
Tymczasem na naradzie w Komitecie Miejskim PZPR
dyrektor „Domu Książki” zażądał oficjalnego stanowiska w sprawie
książek Babinicza, których w kieleckich księgarniach było wtedy
około 6,5 tysiąca. Oczekiwano także, że w sprawie twórczości pisarza wypowie się „jakiś krytyk ze szczebla centralnego”11.
Dnia 18 kwietnia 1968 roku zastrzeżono Babiniczowi
możliwość wyjazdu za granicę, zarówno do państw kapitalistycznych jak i socjalistycznych. W uzasadnieniu napisano: Z materiałów operacyjnych wynika, że był on związany z Oddziałem II Sztabu
Generalnego, był rezydentem wywiadu angielskiego, agentem gestapo,
posługiwał się pięcioma nazwiskami, popełnił bigamię, posiada podejrzane kontakty (Żółkiewski i Stanisław Wygocki), zajmuje postawę
proizraelską12. Trudno byłoby chyba znaleźć coś więcej na jednego
człowieka…
Po zbadaniu sprawy przez sekretariat Zarządu Głównego
ZMW nie potwierdzono zarzutów o niewłaściwą postawę ideową
i polityczną Heleny i Waldemara Babiniczów. Uznano jednak, że
w pierwszym okresie „wydarzeń marcowych” zachowali się oni
powściągliwie i z rezerwą. Negatywnie oceniono natomiast częste
zmiany wykładowców. Uniwersytet Ludowy miał także według tej
oceny nie spełniać swego podstawowego obowiązku – ścisłego
związku z najbliższym środowiskiem. Po takim postawieniu sprawy Babinicz złożył rezygnację z pełnionej funkcji, która oczywiście
została przez ZG ZMW przyjęta.
Nagłośnienie sprawy Babinicza sprawiło, że w Rożnicy
i okolicznych miejscowościach pojawiły się plotki, że wyjechał on do
Rumunii (w czym towarzyszyć mu miała eskorta dwóch samochodów milicyjnych) lub że wyjedzie do Szwecji i nie będzie miał tam
Budynek Uniwersytetu Ludowego w Rożnicy (stan obecny)
Budynek Uniwersytetu Ludowego w Rożnicy (stan obecny)
źle. Padały także wypowiedzi w rodzaju: Wszyscy mieszkańcy z naszych okolic mówią, że nareszcie wydało się całkowicie, że to jest Żyd13.
uż po odsunięciu Waldemara Babinicza od sprawowanych funkcji rozpoczęto jego ponowną kontrolę operacyjną. Powodem wszczęcia sprawy o kryptonimie „Literat” było podejrzenie
o prowadzenie negatywnej działalności politycznej w bardzo wyrafinowany sposób14. Jesienią 1968 roku Babinicz wraz z żoną przeprowadził się do Nałęczowa, gdzie zmarł na atak serca 21 kwietnia
następnego roku.
Edyta Krężołek
IPN Kielce
(Footnotes)
1
Archiwum Państwowe w Kielcach (APK), KW PZPR, sygn. 322,
k. 130, Protokół z posiedzenia Egzekutywy z 12 IV 1968 r.
2
Cyt. za: A. Jachimczyk, Życie kulturalne Kielc 1945–1975, Kielce
2002, s. 206.
3
Ibidem.
4
Cyt. za: K. Urbański, Leksykon dziejów ludności żydowskiej Kielc
1789 – 2000, Kraków 2002, s. 138.
5
Patrz: J. Kędracki, Babinicza prawo wyboru, w: „Świętokrzyski
Kwartalnik Literacki”, nr 1(1) 1997.
6
Ibidem, s. 14 – 16.
7
Ibidem, s. 18.
8
Archiwum IPN w Lublinie (IPN Lu) 010/102, t. 1, k. 66, Analiza
posiadanych informacji dot. figuranta sprawy operacyjnej obserwacji nr 300 – Babinicz Waldemara z 23 V 1962 r.
9
Ibidem, k. 95-95v., Notatka służbowa z 6 V 1967 r.
10
Por.: „Słowo Ludu” z 19 IV 1968 r.
11
Ibidem, k. 152, Notatka służbowa z przeprowadzonej rozmowy z
kp „Mier” w dniu 24 IV 1968 r.
12
Ibidem, k. 137, Postanowienie o zastrzeżeniu wyjazdu za granicę
z 18 IV 1968 r.
13
Ibidem, k. 155, Wyciąg z doniesienia tw ps. „Antek” z dnia
3 V 1968 r. przyjętego przez por. Wł. Stańczyka.
14
Ibidem, k. 6 – 6v., Wniosek o wszczęcie sprawy operacyjnej
z 25 VII 1968 r.
Fot. Waldemara Babinicza ze zbiorów Archiwum IPN w Kielcach
43
M
Muzeum Historii Kielc – siła tradycji.
Historia Kielc po raz pierwszy znalazła swoje odzwierciedlenie na wystawach i w zbiorach utworzonego w Kielcach w 1908
roku Muzeum Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Nawiązano
wówczas do najstarszych w dziejach Kielc kolekcji o charakterze
muzealnym tworzonych w XIX wieku w Akademii Górniczej
i Szkole Wojewódzkiej. Muzeum PTK, kierowane w latach 19081933 przez Tadeusza Szymona Włoszka, weterana powstania
styczniowego, gromadziło eksponaty przyrodnicze, geologiczne,
archeologiczne i historyczne, zgodnie z zasadami powstającego
w Królestwie Polskim ruchu regionalistycznego.
Przed II wojną światową kilkakrotnie podejmowano
próby zorganizowania w Kielcach Muzeum Historii Kielc, Muzeum Ziemi Kieleckiej czy Muzeum Regionalnego. Historię miasta
i regionu pokazano na Wystawie Świętokrzyskiej w kieleckim Muzeum PTK w 1936 roku. W 1938 roku w kieleckim pałacu biskupów
krakowskich zorganizowano Sanktuarium Marszałka Józefa Piłsudskiego nawiązujące tematyką do lat I wojny światowej. W 1939 r.
Rada Miejska w Kielcach podjęła niezrealizowaną uchwałę o przekazaniu placu pod budowę gmachu muzealnego. W czasie II wojny
światowej zbiory Muzeum Świętokrzyskiego PTK uległy częściowemu rozproszeniu. Po wojnie działalność rozpoczęło Muzeum
Świętokrzyskie, przekształcone w 1975 r. w Muzeum Narodowe,
a tematyką dziejów miasta zajmował się Dział Historii.
W 2006 r. Rada Miasta Kielce podjęła uchwałę o powstaniu Muzeum Historii Kielc, które mieści się w XIX-wiecznej kamienicy przy ul. Św. Leonarda 4 (w latach 1913-1939 siedziba Muzeum
Świętokrzyskiego PTK).
W bardzo krótkim czasie zdołano zagospodarować wyremontowany budynek należący w II poł. XIX w. do Towarzystwa
Kredytowego Ziemskiego. Zgodnie z wykonanymi wcześniej pracami studialnymi i scenariuszem ekspozycji oraz projektem aranżacji plastycznej stałej wystawy historycznej, stworzono placówkę
łączącą w sobie cechy dawnego muzealnictwa charakteryzującego
się zastosowaniem autentycznych przedmiotów z epoki, dbałością
o eksponat, rzetelnością przekazu i elementy nowatorskie w postaci pokazów multimedialnych, punktów odsłuchowych, ekranów
i monitorów, które stały się dopełnieniem całości.
Prace nad otwarciem muzeum trwały od 2004 r., gdy
rozpoczęto realizację koncepcji Muzeum Historii Kielc według
Ul. Leonarda 4 – gmach Muzeum
scenariusza, który przewidywał wykorzystanie muzealiów wypożyczanych m.in. z Muzeum Narodowego w Kielcach (Dział Historii), przedmiotów własnych pozyskanych w wyniku ofiarności
mieszkańców Kielc, archiwaliów, ikonografii pozyskanych w wyniku kwerendy prowadzonej w muzeach, archiwach i bibliotekach
w całej Polsce. Wypożyczono eksponaty, pozyskano kopie cyfrowe,
zgromadzono dokumentację naukową.
Pracownicy muzeum zgromadzili zasób muzealiów pozwalający na otwarcie wystawy stałej, której tematem zasadniczym
jest historia miasta od średniowiecza po czasy współczesne.
Jednocześnie zajmowano się przygotowywaniem procedur związanych z ogłoszeniem przetargów na zakup sprzętu wystawienniczego. Należało dokładne określić i opisać rodzaj gablot,
ekranów, oświetlenia i innych elementów wyposażenia. W ramach
tzw. programów operacyjnych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa
Narodowego pozyskano fundusze, które zużyto na aranżację stałej
wystawy historycznej.
Wraz z otwarciem muzeum pierwszego lutego 2008 r. udostępniono zwiedzającym
wystawę czasową „Kielczanie. Z albumów rodzinnych”, na której zaprezentowano unikalne zdjęcia
dokumentujące dzieje miasta od XIX w. do lat
50-tych XX w. Poznaliśmy kieleckich mieszczan
i ich życie codzienne. Można było przekonać się
jak wyglądał mundur urzędnika, jak ubierali się
eleganccy panowie, czy piękne kielczanki chodziły w kapeluszach, czy mundurki szkolne były
strojem obowiązującym? Co znaczyły dla Kielc
nazwiska takie jak Rachalewski, Massalski, Łęski,
Burak i Rutczyński? Gdzie spotykali się kieleccy
piekarze i cukiernicy na uroczystych spotkaniach
cechowych? Pierwsza wystawa czasowa przekazała zwiedzającym także obraz miasta. Mogliśmy
zaobserwować ulice, wille mieszczańskie, wnętrza
kamienic, warsztatów rzemieślniczych, pomieszczenia atelier fotograficznego. Sięgając pamięcią
do podręczników historii, kart zapisanych przez
Otwarcie pierwszej wystawy czasowej „Kielczanie. Z albumów rodzinnych”
44
kronikarzy,
wspomnień
naszych przodków, opisów
w miejscowej prasie, można
było wyobrazić sobie jak
wyglądały miejsca, które
jeszcze nie tak dawno tętniły
życiem, pełne kobiet, mężczyzn i dzieci tworzących
naszą, kielecką codzienność.
Stała
wystawa
historyczna Z dziejów Kielc,
na piętrze budynku pokazuje osadę średniowieczną,
Kielce należące do biskupów
krakowskich (do końca
XVIII w.) oraz stolicę regionu w XIX i XX stuleciu.
Warto zobaczyć odtworzoną
chatę pierwszych mieszkańców, księgę Rady Miejskiej z XVIII w., najstarszą
pieczęć miejską, akcesoria
Ochotniczej Straży Ogniowej, mundury oficerów
stacjonujących w Kielcach
pułków, stare malowidła Nobliwa „SHL-ka” – jeden z eksponatów w Muzeum
pr z e d s t aw i aj ą c e w i d o k i
Udostępniono również zwiedzającym bibliotekę regionalmiasta, pamiątki rodzinne, archiwalia, plany, stare fotografie oraz
ną, której podstawowy zasób liczący 4000 tomów pozyskano dzięki
pokazy multimedialne, które pozwalają zwiedzającym poznać atpodpisaniu umowy z Kieleckim Towarzystwem Naukowym.
mosferę starego miasta, stanąć choćby na chwilę na „kocich łbach”
Muzeum nawiązało współpracę z Instytutem Historii
ulicy Wesołej, zobaczyć ważne uroczystości patriotyczne, zmierzyć
Uniwersytetu Jana Kochanowskiego Kielcach, Kieleckim Towasię z tragedią kieleckiego getta w czasie II wojny światowej.
rzystwem Naukowym, Instytutem Pamięci Narodowej. W ramach
Muzeum Historii Kielc od początku swojego istnienia
wspólnych projektów przygotowywana jest obecnie konferencja
zajęło się pozyskiwaniem i opracowywaniem zbiorów. Magazyny
naukowa „Początki Kielc”, związana z prowadzonymi na terenie
muzealne od chwili otwarcia wzbogaciły się o ponad 1000 ekspomiasta badaniami archeologicznymi.
natów związanych z dziejami miasta. Ratowano niejednokrotnie
Pomimo skromnej obsady personalnej Muzeum Historii
Tadeusz Szymon Włoszek – Kustosz Muzeum PTK
przedmioty i archiwalia, które mogłyby ulec zniszczeniu. Eksponaty są odpowiednio dokumentowane i wpisywane do komputerowej
bazy danych, co przyczynia się do poszerzenia bazy źródłowej
związanej z dziejami Kielc. Muzeum współpracuje z mieszkańcami
miasta, wspomagane jest pamiątkami rodzinnymi i osobistymi.
Muzeum Historii Kielc zainicjowało planowe gromadzenie źródeł historycznych pisanych dotyczących Kielc od średniowiecza po czasy najnowsze, stworzenie kolekcji źródeł ikonograficznych oraz rozwój kolekcji źródeł multimedialnych związanej
z dziejami Kielc
Kielc stało się prężną placówką oświatową w mieście. Prowadzi
lekcje muzealne, cykliczne spotkania „Sobota muzealna” oraz Muzealny Klub Historyczny. Koncerty muzyki klasycznej cieszą się
powodzeniem wśród Kielczan. Liczba zwiedzających w pierwszym
okresie po otwarciu placówki, do końca kwietnia 2008 r. wyniosła
prawie 6 tysięcy osób.
W ramach umowy popisanej z Instytutem Historii Uniwersytetu Jana Kochanowskiego muzeum zatrudnia praktykantów
– studentów historii. Zaktywizowano również środowisko młodzieży szkolnej angażując do prac pomocniczych wolontariuszy.
Podkreślić należy, że kieleckie muzeum historyczne
powstało po 100 latach od rozpoczęcia działalności Muzeum Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego w Kielcach. W miejscu dawnego mieszkania kustosza Tadeusza Włoszka oraz magazynów i sal
wystawowych zapełnionych eksponatami już w 1913 r. (wcześniej
Muzeum PTK miało swoje siedziby przy ul. Mickiewicza i Śniadeckich), na parterze budynku kamienicy przy ul. Św. Leonarda, kieleccy muzealnicy udostępniają zwiedzającym wystawy czasowe.
Dotychczasowa działalność Muzeum Historii Kielc daje
pewność, że wysiłek muzealników został dobrze spożytkowany,
a nowa placówka kulturalna już znalazła swoje stałe miejsce w panoramie instytucji kultury w naszym mieście.
Muzeum Historii Kielc gromadzi, przechowuje, opracowuje naukowo i udostępnia muzealia związane z dziejami miasta
od wczesnego średniowiecza po czasy najnowsze.
Dr Jan Główka
Muzeum Historii Kielc
Fot. z Archiwum Muzeum Historii Kielc
45
TEATR teatr TEATR
Szu-Hin – wzór dla małych i dużych
Na zakończenie 2007 roku Teatr Lalki i Aktora »Kubuś« w Kielcach
przygotował dla dzieci i dla dorosłych
wyjątkową niespodziankę – premierę
autorskiego spektaklu pt. Don Juan
Antona Anderle – jednego z najbardziej
znanych nie tylko na Słowacji i w Europie – lalkarza, który specjalnie wykonał
repliki XIX-wiecznych lalek do tej sztuki
w Kielcach.
Trójka aktorów: Małgorzata
Oracz, Michał Olszewski i Błażej Wawszczyk znakomicie opanowała trudny,
XIX-wieczny mechanizm poruszania niezwykłych marionetek, spośród których
szczególnie zachwycał pełen wdzięku
Kaszparek (Błażej Wawszczyk). Po spektaklu św. Mikołaj i Śnieżynki zaprosili do
wspólnej zabawy, którą – dwojąc się i trojąc – poprowadziła, ku uciesze pełnej wi- Zdjęcie z przedstawienia „Tygrys tańczy dla Szu-Hin” z Archiwum Teatru Lalki i Aktora
downi, Małgorzata Oracz. Wielkie brawa! „Kubuś”
Równie dobrze i pożytecznie widzowie
spędzili czas na styczniowej premierze.
i pokonywane, ale także na podkreślaniu innych walorów
Tygrys tańczy dla Szu-Hin Anny Świrszczyńskiej gościł już
postępowania, takich jak: mądrość, miłość, odwaga, upór,
dwukrotnie na scenie Teatru Lalki i Aktora »Kubuś« w Kielwytrwałość. Tytułowa bohaterka Szu-Hin wykazuje takie
cach: w sezonie 1960/61 i 1975/76.
właśnie cechy. Jest w swoim działaniu uzdrowienia chorego
Obejrzałam tę sztukę w reżyserii Krzysztofa Niesiobraciszka konsekwentna, cierpliwa, uparta, mądra, sprytna,
łowskiego, w scenografii Joanny Braun i z muzyką Jerzego
niezwykle odważna, pełna miłości.
Stachurskiego 13 stycznia 2008 r. i jestem przekonana, że
Nie cofa się przed piętrzącymi się trudnościami,
warto ją wystawiać i oglądać. Posiada zupełnie wyjątkowe
nie zniechęca, nie upada na duchu. Jest dobrym duchem
wartości poznawcze dzięki przekazywanym treściom i przeswojej rodziny: pociesza matkę, wspiera chorego braciszka,
słaniom. Dziecięcy widz jest szczególnie chłonny i wrażliwy,
spełniając wszystkie jego – najbardziej nieprawdopodobne
niezwykle żywo reaguje na bodźce wizualne, a sztuka teatru
– zachcianki. Walczy tym samym ze złym duchem – duchem
dostarcza ich najwięcej. Teatralny obraz ma ogromną moc
choroby, który nie opuszcza skromnego, chińskiego domu
oddziaływania na wyobraźnię dziecka, na jej pobudzanie i
i rodziny Szu-Hin, a małych widzów każdorazowo przeraża,
wyostrzenie, na jej animację, co w teatrze od razu jest wigdy pojawia się na scenie. Wszystko oczywiście kończy
doczne. Jest też bardzo ważne dla rozwoju sfery emocjonalsię dobrze, bo bohaterka – dzięki ujmującej odwadze i mąno-ekspresywnej dziecka.
drości, także sprytowi i cierpliwości – pokonuje wszystkie
Spontaniczność reakcji to istotny sygnał, że naprzeszkody, sprowadzając do domu nawet ogromnego,
stępuje zatarcie granicy między iluzją, jaką niesie teatr,
zionącego ogniem smoka (prawdziwe to dzieło plastyki tea rzeczywistością. Stanowi istotę teatru, tworzy jego magię,
atralnej!), który zwycięża ducha choroby. Braciszek dzielnej
tajemnicę i niepowtarzalny urok. Na wyobraźnię dziecka
Szu-Hin zostaje uratowany. W domu zapanowuje radość
działa cała plastyka teatralna, znakomicie kształtująca smak
i szczęście!
i gust od najwcześniejszych lat, co zaobserwować można
A przesłania: odwaga, miłość, wytrwałość zwycięszczególnie w teatrze lalkowym, gdzie tworzywo scenograżają ducha choroby oraz: upór, spryt, mądrość – to wrota do
ficzne jest niezwykle różnorodne, wzbogacone jeszcze przez
zwycięstwa są hasłami do zapamiętania. I z nimi maluchy
lalki, kukły, marionetki i nadmarionety, pacynki cudownie
– wraz z dorosłymi – opuszczają miły przybytek Melpomeny,
ożywione dzięki kunsztowi i maestrii aktorów lalkarzy – artya raczej Talii.
stów do drugiej potęgi. Ten rodzaj teatru dlatego jest tak bliski dzieciom, bo przedłuża ich przywiązanie do zabawy i do
Do kolejnego pięknego spotkania w »Kubusiu«!
lalki, wzbogaca ich wyobraźnię, a przede wszystkim skłania
do dużej aktywności i kreatywności.
To, co teatr przekazuje winno opierać się na zdrowych zasadach moralnych. I nie tylko na odwiecznym kaAlina Bielawska
nonie walki dobra ze złem, gdzie zło jest słusznie wytykane
Fot. M. Pawlik
46
Lightowy zawrót głowy
– czyli polowanie na superwajzorkę
Zabić superwajzora jak czternaście tysięcy kurczaków to
sztuka bardzo na czasie. Dobrze, że taki dramat został w końcu
napisany, dobrze, że wystawiono go na kieleckiej scenie, i dobrze,
że co niektórych wprowadził w stan lekkiego osłupienia czy nawet większego szoku. Bo podejmuje się w nim tematykę delikatną
w swej materii, ale często odsuwaną gdzieś na margines, jakby bano
się spojrzeć prawdzie w oczy i nazwać rzeczy po imieniu. I mimo
to, że w wielu momentach podczas trwania spektaklu dotykamy
sfery brutalności czy trywialności to tak naprawdę pod tą maską
degrengolady kryje się słaby człowiek niesłychanie samotny, trawiony głodem miłości.
Młody autor Łukasz Ripper przedstawił smutne koleje
życia polskich emigrantów wyjeżdżających za chlebem, w poszukiwaniu szczęścia i dobrobytu. Rzeczywistość okazuje się jednak
nieprzystawalna do wyobrażonej wizji. Wymarzona kraina miodem i mlekiem płynąca to tylko mrzonka, a szczytne cele i nadzieje
na lepsze czymś po prostu nieosiągalnym. Wykształceni, zdolni ludzie pracują często w okropnych warunkach, traktowani jak tania
siła robocza, a pracodawca zaciera tylko ręce i uśmiecha się pod
nosem, bo wie, że podejmą się każdej pracy, aby zapewnić sobie
godziwy start w dorosłe życie.
Z takimi problemami przyszło zmierzyć się bohaterom
sztuki Rippera – Cherlawemu, Wodzie i Julii. Ich marzenia w konfrontacji z gorzkimi realiami upadają bardzo szybko, upadają więc
i oni. Rzuceni przez los daleko od domu pracują ciężko w ubojni
drobiu, zabijając codziennie po czternaście tysięcy kurczaków. Ale
nie tylko rodzaj wykonywanego zajęcia przyprawia ich o zimne
dreszcze. Jest jeszcze coś, a raczej ktoś: kobieta tyran, sroga superwajzorka, która nie oszczędza swoich podwładnych, ba, poniża ich
i obsypuje wulgaryzmami. Jej przerażający głos raz po raz płynie
z głośnika dławiąc się w piskach wywołanych przez sprzężenia,
co wzmaga dramaturgię akcji. Pracownicy zamknięci w małym
obskurnym pomieszczeniu znoszą jednak dzielnie wszelkie niewygody emigranckiego życia. Ale do czasu. Cherlawy marzyciel
i wrażliwiec broni się w najlepszym stylu, wierzy w lepsze jutro, ma
swoje ideały i wartości. Jest pewny, że prawdziwa miłość istnieje,
a nadzieja zawieść nie może. Pięknym uczuciem obdarza swoją
współpracowniczkę Julię, kobietę nb. zagadkową i nieobliczalną.
Woda, natomiast, pije na umór, ogląda pornosy i dba o tężyznę fizyczną. Jeżeli kobiety, to tylko te na jedną noc, ot tak, dla rozrywki,
bo miłość przecież i tak nie istnieje. Bierze życie takim jakie jest
i nie popada w sentymentalizm czy rozpacz. Głosi zasadę – płyń
z prądem – i dzięki niej w swoim mniemaniu całkiem dobrze mu
się egzystuje, a co najważniejsze, bezstresowo i lightowo.
Oprócz warstwy realistycznej sztuki jest jeszcze strona
symboliczna, dzięki czemu nie wiemy do końca, czy dana sytuacja dzieje
się naprawdę,
czy może jest
tylko imaginacyjną
ułudą. Bardzo
mocna i sugestywna scena
rozgrywa
się w trakcie
a l kohol owe j
libacji; Julia
staje się Ewą,
wodzi na po-
kuszenie
mężczyzn,
odprawia z nimi miłosne orgie, a później
w jej rękach błyska
nóż, który ma stać się
narzędziem zbrodni.
Kobieta nabiera cech
demonicznych, jej podszepty kuszą i rodzą
nienawiść. Zabójstwo
dokonane na superwajzorce obserwujemy
na ekranie, światła błyskają ze stroboskopu,
fruwa pierze, a mocne
muzyczne rytmy dop ełniaj ą nie zw y kłej
wymowy tej sceny.
Piekielna atmosfera, Zdjęcia z premiery
niczym na balu u szatana.
Po wybudzeniu z alkoholowego upojenia czy narkotycznego transu nasi emigranci pogrążają się w rozpaczy, bo oprócz
potwornego kaca pojawia się problem, czy superwajzorka żyje, czy
też faktycznie ją uśmiercili.
Na zgrabną i efektowną całość składa się dobra gra aktorów
ze szczególnym wyróżnieniem roli Dawida Żłobińskiego. Umiejętnie oddał osobowość wrażliwca, a zarazem rodzącego się w nim
buntownika. W jednym z ostatnich akordów sztuki w sposób
mistrzowski wypowiada dramatyczny monolog, będący istną
erupcją uczuć – strachu, beznadziei i zarazem nieogarnionego
gniewu. To bardzo dobra rola. Oczywiście należy też chylić czoła za
udany efekt reżyserski, jakby nie patrzeć, to pierwszy krok Dawida
Żłobińskiego w tym kierunku, a już zdecydowany.
Kolejne brawa należą się dla scenarzysty Łukasza Błażejewskiego. Celnym rozwiązaniem było wystawienie dramatu na małej
scenie w pokoju Becketta, co sprzyjało skupieniu uwagi i oddawało
nastrój panujący w miejscu pracy bohaterów sztuki. Ascetyczny
wystrój wnętrza: metalowe szpitalne łóżko, kran i miednica z wodą,
przybrudzone kafelki, lustro, przygnębiające niebieskawe światła
sprawia, że grę aktorów odczuwa się bardzo mocno.
Łukaszowi Ripperowi „napisało się” dobrą sztukę, choć nie
obyło się bez kilku mankamentów i niedociągnięć. Mimo, iż język
dramatu powinien być prosty a czasem dosadny, aby odzwierciedlić trudy życia polskich emigrantów, to jednak czasami należałoby
powściągnąć cugle rozpasanym wersom. W niektórych miejscach
warto by go podszlifować, tudzież wyrównać wszystkie partie tekstu. Nowoczesność tego spektaklu owszem, na duże tak, ale refleksja ukazana jedynie w stylu pop artowym momentami domaga się
innej formy ekspresji. Choć na tle bardzo udanej całości to żaden
większy defekt.
Dramat ten warty jest głębszej uwagi, przyjemnie się go
ogląda i wywołuje duże emocje. Jest też bardzo ważnym głosem
młodego debiutującego dramaturga, który ma w sobie duży potencjał i należy bacznie obserwować jego dalsze twórcze poczynania.
Fot. Jerzy Borkiewicz
Anna Nogaj
Zabić superwajzora jak czternaście tysięcy kurczaków,
reżyseria Dawid Żłobiński, scenografia Łukasz Błażejewski,
prapremiera marzec 2008
47
Aktorstwo jest moją pasją…
Z Dawidem Żłobińskim o teatrze, „Superwajzorze…” i cyberkulturze
rozmawia Aneta Lech
•W Teatrze im. S. Żeromskiego jest Pan od niedawna, wcześniej był tarnowski Teatr im. L. Solskiego.
Co spowodowało przeprowadzkę do Kielc?
– Jak już Pani wspomniała, przed Kielcami pracowałem jakiś czas w Tarnowie. Trafiłem tam jeszcze
na studiach. A było to tak: kiedy grałem spektakl
dyplomowy krakowskiej szkoły teatralnej, podszedł do mnie dyrektor Jan Borek i zaproponował
natychmiastowy angaż. Trudno mu było odmówić, bo czyż odmawia się, gdy ktoś wyrazi żądanie
w taki sposób: „Panie Dawidzie, nie wiem, jak pan
to zrobi, ale ja pana chcę mieć od zaraz w teatrze”,
więc zgodziłem się. Tak trafiłem do „Solskiego”.
Z Kielcami oczywiście było inaczej. Po pewnym
czasie pracy w Tarnowie, uznałem, że trzeba
zmienić środowisko, aby otworzyć się na doświadczenia całkiem nowe. Wtedy przyjechałem
do dyrektora Szczerskiego i dostałem jedną z ról
w przedstawieniu „Iwona księżniczka Burgunda”
Witolda Gombrowicza, którą grałem gościnnie. Po
niej otrzymałem już wiążący mnie z „Żeromskim”
Zdjęcia z premiery: po prawej Dawid Żłobiński
angaż…
•Który trwa już czwarty sezon artystyczny? Ile to
już ról? Którą darzy Pan szczególnym sentymentem? A która jest tą
wymarzoną?
– Tak, dokładnie, czwarty… Szybko zleciało… A ról około 19. Trudno powiedzieć ile dokładnie. Gramy dużo sztuk, nie kiedy w jednej
gra się po kilka ról i trudno jest je wszystkie przeliczyć. Co do tej
zapamiętanej szczególnie, to znakomicie wspominam pracę nad
sztuką Czekając na Godota Becketta w reżyserii Stanisława Świdra,
ale to jeszcze z czasów Teatru Solskiego. Tam pierwszy raz w historii tego przedstawienia grałem dwie bardzo zróżnicowane postaci:
Lakiego i Chłopca. Satysfakcję czułem ogromną, bo udało mi się
w pełni tą odmienność uzyskać. Bardzo lubię w ogóle Becketta,
dlatego też jego jednoaktówki wystawiane w Teatrze Żeromskie-
go, są mi bliskie. Co do wymarzonej, to takiej nie mam. Wiele jest
takich sztuk, w których chciałbym zagrać, ale nie szukam na siłę
możliwości w nich zagrania. Trzeba się skupić na tym, w czym
aktualnie się gra.
•„Zabić superwajzora jak 14 tysięcy kurczaków”, też myślę jest dla
Pana wyjątkowym przedstawieniem? W końcu debiuty się pamięta…
– To prawda. Po raz pierwszy byłem nie tylko aktorem w spektaklu
(grałem jedną z głównych ról), ale i jego reżyserem…
•Otóż to. Co spowodowało, że zabrał się Pan za reżyserię?
– Wielokrotnie byłem asystentem reżysera i myślę, że to poniekąd
ośmieliło mnie do tego kroku. W pewnym momencie człowiek dochodzi do wniosku, że może mi się to uda. Przecież mam pomysły,
znam psychikę aktorów, więc dlaczego nie spróbować?
•Ale bycie aktorem i jednocześnie w tej samej sztuce reżyserem, to
chyba spore wyzwanie. Nie bał się Pan tego swoistego rozdwojenia
jaźni?
– Oczywiście brałem pod uwagę pewne trudności z tego wynikające, ale funkcja, jaką sobie narzuciłem obligowała do poszukiwań
bezbolesnej metody. I chyba ją znalazłem. Aby uzyskać prawdę
bijącą ze sztuki, szukałem sposobów jej ukazania na tzw. ucho, aby
z kolei potrafiło ono wyłapywać to, co potrzebne, musiałem nauczyć się patrzenia z perspektywy aktorsko-reżyserskiej. I dopiero
ta umiejętność pozwoliła mi w pierwszym rzędzie skupić się na
grze mojego koleżeństwa, a później dopiero na swojej. Oczywiście
zanim doszło do prób, obmyślałem koncepcję przedstawienia rozrysowując każdą scenę, by już w ich trakcie moja wizja ułożenia
48
scenicznego elementów, czy też gry aktorskiej mogła być realizowana. Wtedy też powstał pomysł na zastosowanie w przedstawieniu
technik multimedialnych…
•W celu wzbogacenia środków przekazu, czy może przybliżenia
sztuki młodym odbiorcom?
– Oczywiście poniekąd tak, ale miałem na myśli jeszcze coś innego.
A mianowicie zsynchronizowane szybkim tempem: urywany kadrowany film, pulsujące białe światło wzmacniane laserami, a także
mroczna muzyka wyzwalają negatywne emocje młodych bohaterów, które kłębią się w ich mózgach, a uzewnętrzniają na „ekranach”
luster. Ale scena wydaje się też i realistyczna. I o to nam chodziło
– o pokazanie wieloznaczności tej sytuacji. A widz sam ma podjąć
próbę odpowiedzi na to, czy scena orgii dzieje się realnie, czy też
nie. Podobnie z postacią Superwajzorki –nie wiadomo, czy istnieje naprawdę: przez całą sztukę słyszymy jej głos z głośników,
nawet w pewnym momencie pojawiają się jej oczy – kontroluje
przestrzeń bohaterów czy jest kreacją ich wyobrażeń? I jeszcze jej
odbicia w lustrze – wszystko potęguję dualizm tej postaci. Wspominałem o lustrach – są bardzo ważnym elementem scenografii:
duplikują bohaterów, wywołują subiektywne postrzeganie świata
sztuki, a także skupiają w sobie „poczynania” multimediów.
uzależnieni od posiadania telefonu komórkowego, komputera czy
Internetu. Jak sama nazwa wskazuje, cyberkultura to też wirtualne
korzystanie z wytworów sztuki i dobrodziejstw kultury. Ale być
może to kolejny krok cywilizacyjny? Z pewnością miłośników
cyberteatru nie brakuje, ale z drugiej strony bardzo dużo młodych
ludzi kocha naszą instytucję – można to wyczytać choćby z internetowych blogów – i nie wyobraża sobie jej w sposób wirtualny.
Myślę, że teraz już tak będzie. Najważniejsze to mieć wybór.
•Powróćmy jeszcze raz do „Superwajzora”, czyli właściwie do sztuki
p.t. „Zabić superwajzora jak 14 tysięcy kurczaków”. Brała udział
w konkursie młodych talentów dramatycznych i z 230 przedstawień
przeszła do drugiego etapu i znalazła się w gronie 30 najlepszych.
To o niej i oczywiście o jej twórcach dobrze świadczy. Ale w planach
jest chyba coś jeszcze?
– Oczywiście. Będziemy grać ją w Krakowie. Z tego co wiem, została zgłoszona też do udziału w jednym z ogólnopolskich festiwali
i być może w odleglejszej przyszłości odwiedzimy z nią Szkocję
i Irlandię.
•Czyli techniki multimedialne pomagają w wyrażaniu tego, czego
tradycyjnymi środkami się nie da? Jaka w takim razie jest przyszłość
teatru?
– W Superwajzorze tę zamierzoną nierzeczywistość byłoby niezmiernie trudno uzyskać w sposób tradycyjny, a udało się to z wykorzystaniem najnowszych technik. Bo mają taką funkcję i duże
możliwości kreacyjne. I teatr nie może zamykać się na multimedialne novum, ale musi korzystać z niego z umiarem i świadomie.
Według znanej maksymy, właśnie umiar czyni sztukę, choć skądinąd szaleństwo też jest czasem dobre. Wszystko oczywiście zależy
od koncepcji reżysera.
•Od multimediów mały krok do cyberkultury. Co rozumie Pan pod
tym pojęciem?
– To szeroko pojęte korzystanie z komputerów, Internetu i innych
środków elektronicznego przekazu w sposób powszechny. Z jednej
strony, to okno na świat (chociażby możliwości dzielenia się doświadczeniami z milionami ludzi), z drugiej zagrożenia wynikające
z życia w cyberprzestrzeni. Bo nawet nie dostrzegamy, że jesteśmy
•Rozmawialiśmy już o aktorstwie, teatrze, „Superwajzorze”, a nawet cyberkulturze, a teraz zapytam Pana o coś bardziej osobistego.
Czym dla Pana była „Dzika róża” zdobyta w zeszłym sezonie artystycznym?
– Bardzo ważną nagrodą. Cenię ją za to,
że dostałem ją od dziennikarzy – od ludzi, którzy tak wiele od aktorów i teatru
wymagają). I poza tym jest wyjątkowa
w skali kraju. Kielce potrafią doceniać
swoich aktorów i organizują konkurs
jako jedyni w Polsce.
•I na koniec jeszcze jedno pytanie: czym
jest dla Pana aktorstwo?
– Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo
nie jestem zmuszony by chodzić do
pracy, by robić w życiu coś co mnie
nie interesuje, by wykonywać coś bez
przekonania. Nawet kiedy nie gram, to
w teatrze jestem - tam mieszkam. Bo
aktorstwo i teatr, to moja pasja.
•Dziękuję za rozmowę
Fot. Jerzy Borkiewicz
49
PLASTYKA plastyka PLASTYKA
J R
„Obrazy energetycznie.
Zapisy bio-mechaniczne 1970-2005”
F  
Tym, co ujmuje
w Robakowskim najbardziej, to jego twórcza
filozofia. Opiera się ona na
systemie refleksyjnych pytań i odpowiedzi. „Czym
są nowe media? Multimedialnym załatwianiem
sprawy sztuki”; Sztuka
wideo jest swoistą operacją
na mentalności i szukaniem
nowego środku artystycznego wyrazu. Może pomieścić
w nim wszystkie możliwe
działania; „Czym jest
kino? Kino jest światłem.
Materią kina jest światło.”
Czas
również
jest materią. Akcentowanie
jego powolnego upływu,
kontemplacja monotonii
ma charakter kontekstualny. Znajduje się w postawie
antagonistycznej
do współczesnej sytuacji
społecznej – wyścigu
szczurów, życia w ciągłym
pośpiechu, braku refleksji
Józef Robakowski na spotkaniu w Kielcach
Fot. Dominika Adamus-Osman
nad zastaną sytuacją. Czas
jest energią wychodzącą
w krzywym zwierciadle, parodiuje kolegów po fachu – performez zewnątrz.
rów, przesadnie wysilających się, aby zrobić szokujące wrażenie
„Istotą projekcji jest zrozumienie jej jako formalistycznej
na odbiorcy. Z uśmiechem komentuje: Można ukazać bezboleśnie
zabawy i abstrakcyjnej skrajności”. To zdanie jest werbalnym odmocne rzeczy przez dobranie odpowiednich środków wyrazu.
daniem sensu jednego z pierwszych filmów – Test I to arytmiczne
Projekty O moich palcach (przedstawienie palców jak
i powtarzające się uderzenia białego koła na czarnym tle. Energia
zwartej społeczności), Rozmyślania przy lizaniu są potwierdzeniem
wychodzi z zewnątrz. Uderza z zewnątrz i wraca.
tego, że w sztuce wideo narracja może ulec marginalizacji aż do
Uwaga – światło! (Józef Robakowski, Wiesław Michalak;
poziomu absolutnego banału. Ważna jest redefinicja formy i ma2004). Film poświęcony jest pamięci Paula Sharits’a. Sekwencja
terii. Właśnie wspomniana przeze mnie pozorna banalność staje
ośmiu czystych barw odpowiada tonom grającego w tle Chopisię środkiem do „oczyszczenia” przekazu. Oddanie sztuki ludziom,
nowskiego mazurka.
a nie jej kamuflowanie i sprzedawanie, jest prawdziwą wartością.
Trzyminutowym zapisem stanu emocji jest Wejście na
Robakowski wywinął się szponom komercji – jego filmy można
wieżę (znane także pod tytułem Idę/I’m going). Razem z operatorem
zobaczyć nieodpłatnie na jego stronie (www.robakowski.net).
wchodzimy na szczyt wieży spadochronowej. Kamera utożsamia
W myśl modernistycznej sentencji L’art pour l’art. oddaje sztukę
się z ludzką percepcją na tyle ściśle, że dochodzi, jak określił to
nam wszystkim, bez hierarchizowania i segregacji ludzi z i spoza
autor„do fuzji biologii i technologii”.
branży. Sam twierdzi, iż Te chwile (ujęte na taśmach lub płytach
Hommage a Brezniew (1982-88) jest jedną z najbardziej
dvd) są moje, ale potem stają się własnością innych ludzi.
skrajnych prac. Chłodna, przerażająca esencja czasów stanu wojennego, powstała z wyświetlanej w przyspieszonym tempie relacji
Dosłownie, te chwile były własnością nas wszystkich.
z pogrzebu radzieckiego dyktatora. Przesiąknięty grozą totalitaPubliczność żywo reagowała. Spontanicznie nawiązywany kontakt
ryzmu nastrój podkreśla industrialny utwór słoweńskiej formacji
z artystą podkreślała kameralność Galerii XS. Nadrzędną wartość
Laibach.
zyskało samo istnienie w tym miejscu, w tym czasie, przesiąknięW wideoinstalacjach Józefa Robakowskiego dostrzegamy
tym na wskroś „energią światła”.
także dwa interesujące motywy – pozorną banalność podjętego
Katarzyna Macios
tematu i autoironię. W Moich wideomasochizmach ukazuje On
50
DEMISTYFIKACJE DEMARTY
„Ja nie podglądam. Ja oglądam”. Marta Deskur
Fenomenem – pozwolę sobie odnieść się do takich projektów Marty Deskur jak „Fanshon II” czy cykl fotografii, przydających krakowskim artystom tożsamość biblijnych apostołów – jest
bezbolesne i nie inwazyjne wkraczanie w sferę sacrum. Dotykając
duchowego spektrum widza nie narzuca mu z góry określonej drogi egzegezy. Sama artystka przyznaje się, że bardzo bliskie są jej elementarne wartości chrześcijańskie – miłość do bliźniego i szacunek
wobec życia. Marta Deskur nie moralizuje, nie karmi odbiorców na
siłę cząstkami własnych przekonań.
Także losy jej siostrzeńców – Pico i Klary – nie narzucają
się nachalnie do receptorów zmysłowych. To, że zatrzymujemy się
i przysiadamy na parkiecie przed narracją wizualną, rozgrywających się na trzech kołach, jest wynikiem ciekawości. Chcemy zbadać podaną nam sytuację, zanalizować ją, by na końcu wydać osąd
i ustosunkować się emocjonalnie do tego, co zobaczyliśmy.
Czy nie jest to pułapką, zastawioną świadomie przez artystkę? Czy nie chce Ona przypadkiem obnażyć tkwiących w kimś
uprzedzeń i hipokryzji? Wyświetlane w trakcie projekcji zachowania Pico i Klary nie są symulowanymi pozami, podyktowanymi
sztywnym scenariuszem. Stykamy się z esencją naturalności. Dwójka nastolatków, dorastających razem, zbliża się do siebie i oddala.
Kłócą się i całują. Dają upust emocjom, jaskrawo objawiającym
się w wieku dojrzewania. Pozorowane klapsy, które dają sobie
w czasie „policzkowania” się, są dodatkowo zaakcentowane dźwiękami sugerującymi uderzenia. Dźwięki te zdają się być ironicznie
przerysowane, nieproporcjonalne do świata obiektywnego. Dzięki
użytym w ten sposób środkom, Marta Deskur demistyfikuje postawy osób dorosłych, które doświadczyły różnych wariantów nie
pozorowanych „klapsów”, a ich reakcją
było markowanie, iż
tak naprawdę nic nie
miało miejsca.
Na zdjęciu: Marta Deskur
Pico i Klara dopełniają się nie tylko
na poziomie bratsiostra, ale również
animują się do relacji
mężczyzna-kobieta.
Ich „pocałunek judasza” jest zdradą?...
Wydaje mi się, że
w tej konkretnej
chwili zdradzamy się
my sami. Osądzamy
i ustosunkowujemy
się. Mimowolnie
stajemy się nieodłącznymi ingrediencjami
artystycznego przekazu Marty Deskur. To
my we własnej świadomości znajdujemy
Marta Deskur „Pocałunek Judasza”
odniesienia, wytyczne, dzięki którym możemy skatalogować nacechowany efemerycznością erotyzm w zachowaniu rodzeństwa.
Warto również zwrócić uwagę na ambiwalentny wydźwięk słowa „Judasz”. W encyklopedycznej definicji znajduje się
nie tylko jeden z dwunastu apostołów, który zdradził Jezusa za 30
srebrników, ale również otwór w drzwiach, dzięki któremu możliwe
jest podglądanie sytuacji, dziejącej się po drugiej stronie.
Walorem wideoinstalacji jest oparcie się na szczerym
i prostym przekazie. Odbiorca niekoniecznie musi wykazać się
intelektualnym bagażem i znawstwem tendencji, obowiązujących
we współczesnej sztuce. Narracja, osnuta na swobodnych zachowaniach Pico i Klary, jest wizualizacją najbardziej podstawowych
ludzkich działań. Wizualizacją, wobec której nie możemy przejść
obojętnie i bez, chociażby, zarysu komentarza.
(Galeria XS, Instytut Sztuk Pięknych
Uniwersytet Humanistyczno-Przyrodniczy w Kielcach)
Katarzyna Macios
Errata do tekstu „Kielce – Miasto Legionów”
(Dedal nr 4 (15) 2007)
Przepraszamy autorów albumu „Kielce – Miasto Legionów”
za błędy, które pojawiły się w artykule A. Nogaj i które umknęły
korekcie. Najważniejsze z nich to:
Zniszczony po II wojnie światowej został odbudowany w 1922/
powinno być 1992
Uroczyste odsłonięcie miało miejsce 2 października 1928/
powinno być 1938
Stanisław Karski/ powinno być Stefan Karski
akapit od słów: Wyrazy głębokiej wdzięczności okazano... s.17/
powinno być Wyrazem głębokiej wdzięczności dla marszałka Józefa
Piłsudskiego było wybudowanie Domu Przysposobienia Wojskowego
i Wychowania Fizycznego Jego imienia...
51
VIDEO ART w pigułce
Początek dwudziestego wieku stał się punktem
zwrotnym w sztuce. Szybko rozwijające się w tym czasie
nurty związane z fotografią, stały się kanwą dzisiejszych
szeroko rozumianych multimediów, a wpływu jaki na nie
wywarła nie sposób przecenić.
formance.* Pionierem tej dziedziny jest Koreańczyk Nam
June Paik, do dziś uważany za najważniejszego i najbardziej
wpływowego artystę v. a.
Powszechnie uważa się, że wynalezienie fotografii
uwolniło malarstwo od konieczności naśladowania rzeczywistości. Tym samym odziedziczyła ona popularne w wieku
dziewiętnastym gatunki plastyczne i wniosła wkład do rozwoju modernizmu.
Fotografia, szczególnie jej nurt konceptualny dwudziestego wieku, zapoczątkowała rozwój sztuk „ruchomego
obrazu”, jak film eksperymentalny i sztukę nowych mediów.
– jednokanałowe przeznaczone do oglądania na jednym
ekranie, jak tradycyjne programy telewizyjne;
Istnieją różne typy realizacji video art :
– interaktywne, w których widz może czynnie uczestniczyć;
– instalacje oraz performance z użyciem dwóch i więcej monitorów lub projektorów i ewentualnie kamer.
Ryszard Pawłowski, „Kineformy”
Wraz z rozwojem techniki nastąpiło połączenie obrazu i dźwięku w sztuce filmowej, a w kolejnych latach spadkobiercą wszelkich ”ruchomych obrazów” stał się video art.
VIDEO ART
VIDEO ART [ang.] albo SZTUKA VIDEO lub po
prostu VIDEO (w odróżnieniu od spolszczonego > WIDEO,
oznacza najczęściej samo medium), czyli sztuka realizowana
za pomocą sprzętu wideo, powstała wraz z wprowadzeniem
na rynek tanich, ogólnodostępnych magnetowidów i kamer
w końcu lat 60., a rozwinęła w latach 70. Sama sztuka video,
to gatunek, który wywodzi się z prób rejestracji wydarzeń
artystycznych, a więc ze sztuk plastycznych i naturalnym dla
niej kontekstem jest nie tyle kino i inne sztuki narracyjne,
jak literatura – ile malarstwo, rzeźba, sztuka instalacji, per-
52
Z ideologicznego i estetycznego punktu widzenia,
video artyści kontestują telewizję jako domenę komercji,
proponując w zamian użycie medium, które służyłoby nawiązaniu bardziej bezpośredniego kontaktu z widzem i penetrowaniu nowych obszarów wrażliwości, niedostępnych
innym dyscyplinom artystycznym i środkom przekazu.
Genetycznie video art jest także spokrewniona
z FILMEM EKSPERYMENTALNYM i KONCEPTUALIZMEM,
często też wchodzi w związki ze SZTUKĄ FEMINISTYCZNĄ.
Do pionierów v.a. należą obok Paika, Beryl Korot
(autorka przejmującej realizacji „Dachau 1974”), Douglas
Davis (twórca pierwszych dzieł zachęcających widza do
aktywnego udziału) i Peter Campus (autor pierwszych interaktywnych instalacji z projekcjami w czasie rzeczywistym).
Współcześni najgłośniejsi video-artyści to: Bill
Viola, Gary Hill, Tony Oursler i Shirin Neshat, oraz przed-
Nam June Paik, „Video Flag”
stawiciele SWISS VIDEO. Polskimi pionierami tej sztuki są
Józef Robakowski, Wojciech Bruszewski i inni członkowie
Warsztatu Formy Filmowej (FILM EKSPERYMENTALNY),
do których z czasem dołączyli m.in. Zbigniew Libera, Artur
Żmijewski i Katarzyna Kozyra. Wcześniej inspiratorami dla
twórców kilku pokoleń stali się min. dwaj wybitni polscy
artyści: Karol Hiller i Andrzej Pawłowski pierwszy dzięki
eksperymentom z własną techniką fotograficzna – HELIOGRAFIKĄ (lata 30.), drugi stał się znany natomiast w latach
50. dzięki KINEFORMOM – ruchomym, improwizowanym
obrazom świetlnym (później sfilmowanym).
Efektem poszukiwań artystycznych i praktyczną realizacją różnych idei i działań wyżej wymienionych twórców
(i innych) było wiele prac i projektów wykonanych w różnych technikach multimedialnych. Co ciekawe, w aspekcie
historycznym, dziedzina ta wywarła ogromny wpływ na popularne dziś sztuki multimedialne, szczególnie zaś na video
art , który stał się nową syntezą obrazu i dźwięku.
Andrzej Pawłowski (1925-86) był artystą wszechstronnym. Malarz, rzeźbiarz, fotografik, autor filmów
eksperymentalnych, teoretyk i pedagog, projektant form
przemysłowych, autor aranżacji wystawienniczych, profesor krakowskiej ASP, współtwórca Wydziału Form Przemysłowych. Był członkiem – założycielem Grupy Krakowskiej,
a także Stowarzyszenia Projektantów Form Przemysłowych.
Należał do ZPAP i ZPAF, uczestniczył w Międzynarodowej
Radzie Stowarzyszeń Wzornictwa Przemysłowego (ICSID).
Twórczość artysty rysuje nam postać poszukiwacza, uważnego obserwatora, odkrywcy, eksperymentatora.
Pierwsze zachowane prace – rzeźba i rysunki pochodzą jeszcze z lat czterdziestych i początku lat pięćdziesiątych. W połowie lat pięćdziesiątych Pawłowski stał się sławny dzięki
Kineformom, ruchomym, rzutowym na ekran projekcjom
świetlnym, które zostały sfilmowane.
Fotomedia – tak chętnie wykorzystywane przez
Pawłowskiego – w największym stopniu mogły być uważane za czynnik sprzyjający podtrzymywaniu postawy awangardowej, chociażby z uwagi na stałe techniczne udoskonalenia w tym obszarze, skutkujące stwarzaniem nowych
możliwości estetycznych. Obecnie proces taki zauważyć
można w obszarze elektronicznych środków obrazowania
i przekazu, m.in. video art.
Andrzej Pawłowski – poprzez swoje wnikliwe
poszukiwania w dziedzinie fotografii oraz eksperymentu
z ruchomymi obrazami świetlnymi – pozostawił dzieło wyjątkowe i na tyle uniwersalne, że jego przesłanie pozostaje
aktualne do dzisiaj. Nowatorstwo jego przemyśleń na temat
ruchomych obrazów świetlnych, pozwala zaliczać go do
światowej czołówki artystów, jako prekursora filmu eksperymentalnego oraz sztuk multimedialnych (w tym video art).
* Performance - (z angielskiego: przedstawienie,
wykonanie), uważany jest za żywą sztukę rozumianą
dwojako:
z jednej strony jako osobisty, personalny pokaz artysty przed publicznością, bezpośredni z nią kontakt,
z drugiej- jako sprzeciw wobec wszystkiego, co stare
i skostniałe, skonwencjonalizowane. Sztuka performance jest więc sztuką którą stanowi zachowanie
osoby (lub grupy osób) w określonym miejscu, o określonym czasie.
Bibliografia:
– Marcin Giżycki, SŁOWNIK KIERUNKÓW, RUCHÓW I KLUCZOWYCH POJĘĆ SZTUKI DRUGIEJ POŁOWY XX WIEKU,
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2002.
– „ Andrzej Pawłowski 1925-1986”, Jan Trzupek , „Wprowadzenie”, Adam Sobota: OBRAZOWANIE ŚWIATLEM,; Galeria Sztuki Wspólczesnej w Katowicach, Muzeum Narodowe
we Wrosławiu, Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki
w Krakowie, Katowice 2002.
– MAŁA HISTORIA FOTOGRAFII, Boris von Brauchitsch,
Przedmowa, Przekład – Jan Koźbiał i Barbara Tarnas,Wyd.
Cyklady, Warszawa 2004.
– http://pl.wikipedia.org
Artur Ptak
53
Odautorska konstrukcja świata
GEOMETRIA PONAD BYTEM
Świadomość granic każdego zaistniałego bytu
i zdarzenia przyświeca twórczości Zbigniewa Porębskiego.
Poprzez zgeometryzowanie zaobserwowanej przez autora
rzeczywistości, uzmysławia on swoim odbiorcom, że to
co ma miejsce tu i teraz mieści się w określonych ramach.
Jednocześnie
ukazuje
świat
rozczłonkowany, niemożliwy do
przedstawienia w trójwymiarowej rzeczywistości, abstrakcyjny. Obiekty prezentowane są
z różnych stron, niekiedy są one
ponakładane na siebie, tak jakby
świat został pocięty przez „szalone nożyczki”. Sam malarz mówi,
że jego malarstwo zainspirowane
zostało polifonicznymi utworami
muzycznymi, w których każdy
dźwięk jest samodzielny i równouprawniony. To równouprawnienie elementów tłumaczy zupełny
brak zasad, czy to perspektywy,
czy światłocienia. Istotne zaś
stały się linie graniczne pomiędzy
równieistotnymi elementami i doskonała kompozycja kolorystyczna. To co wysuwa się na plan pierwszy w pracach
Zbigniewa Porębskiego to niezwykła, prawie że komputerowa dbałość o wzajemne relacje między elementami oraz
konsekwentna analiza każdego kształtu i barwy. Odnosi się
wrażenie, że twórca jest niezwykle zdyscyplinowany w pra-
cy nad własnym kodem. Praca ta, to nie poszukiwanie tematów, bo te są zaczerpnięte prosto z życia, ale właściwego
konstruktu barwnych płaszczyzn o miękkich przejściach. Jak
zauważyła - Anna Porębska - plamy i linie łączą się jak nuty.
Obrazy Zbigniewa Porębskiego
można było oglądać w Galerii „Na
piętrze” Biura Wystaw Artystycznych w Kielcach. – Starałem się,
by wystawa była zwarta, a prace
zbliżone w formie i wynikały jedne
z drugich – wyjaśnił autor.
ZBIGNIEW PORĘBSKI – pracownik kieleckiego BWA, absolwent
Studium Reklamy w Warszawie
i Instytutu Sztuk Pięknych UJK
w Kielcach, gdzie uzyskał dyplom
z malarstwa. Tworzy w dziedzinie
malarstwa sztalugowego i rysunku.
Tytuły obrazów (technika olej/
akryl): Pianista, Park zdrojowy,
Szklane domy, Rekonstrukcja,
Miasto nocą, Żuraw, Przestrzeń
wolności, Pomarańczowa alternatywa, Przesunięcie ku
czerwieni, Bioiluminacja, Ogród wyobraźni, Kaktus, Tokarnia, Dwa stawy, Stare żelazko, Obrazki z wystawy, Więcej
znaków…
Olimpia Anna Brola
Igraszki ze światłem
SCHWYTANY W CIEŃ
„Życie jest tylko wędrującym cieniem” (Makbet 5,5)
W Zespole Państwowych Szkół Plastycznych im.
Józefa Szermentowskiego
w Kielcach można było zobaczyć grafiki Kazimierza Witolda Kieliana. Ekspozycja ta, to
m.in. kontynuacja wernisażu
wystawy„Autoreinkarnacje”
prezentowanego w Galerii
Sztuki Współczesnej „Winda”
Kieleckiego Centrum Kultury.
Kielecki „Plastyk” zaprasza
chętnych do odwiedzania wystaw organizowanych w budynku szkoły.
Kazimierz
Witold
Kielian
w swoich grafikach wykorzystuje możliwości jakie daje
współczesna technika. Jego prace bazują na fotografii
cyfrowej, którą to plastyk przetwarza przy użyciu komputera. Głównym tematem kompozycji jest cień artysty przechodzący ciągłą metamorfozę. Ta ulotność, nietrwałość
i zmienność zdaje się fascynować autora grafik, a jednocze-
54
śnie przypomina o marności ludzkiej egzystencji. We własną
sylwetkę wpisuje napotykane miejsca, kreśląc nie tylko ślad
swego istnienia, ale tworząc
coś w rodzaju kroniki dziejów.
Kielian wieszczy samotność
współczesnego człowieka,
którego nieodłącznym towarzyszem jest jego wierny cień.
Cień jako azyl, ucieczka przed
światem, towarzysz doli i niedoli zgłębiający każdy rodzaj
materii, tak jak myśl współczesnej nauki i techniki. Zmierzenie się z własnym cieniem jest
jednocześnie aktem odwagi.
Cień zawsze niepokoił, budził
lęk przed czymś nieuchwytnym, pozamaterialnym z pogranicza życia i śmierci. Artysta
używa prostego symbolu, aby
z godnością zaprezentować
swoje poglądy i twórczą dojrzałość. Tak, jakby chciał ogłosić
światu zgodę na to, co przynosi życie. Dla człowieka ważne
jest świadectwo własnego istnienia. Cóż lepiej zaświadczy
o życiu jak nie własny cień?
Olimpia Anna Brola
Bez języka, co zaśmieca sztukę…
S DO POTĘGI G
…czyli sztuka zwielokrotniona
Wspólnym
mianownikiem
prac – prezentowanych na wystawie
„Poliptyk graficzny” w Galerii „Piwnice” kieleckiego BWA – była miłość do
natury. Na wernisażu pokazano dorobek
Instytutu Sztuk Pięknych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach
w dziedzinie grafiki. Można było zobaczyć dzieła takich artystów jak: Sylwia
Morys, Magdalena Szplit, Teresa Ślusarek, Janusz Baran, Waldemar Kozub,
Henryk Królikowski. Graficy prezentując swoje „wieloobrazy” skoncentrowali
się na osobistych poszukiwaniach wyłamując się z kanonu klasycznej grafiki
warsztatowej.
Marian Rumin na otwarciu
wystawy – grafikę przyrównał do „sztuki platońskiej jaskini”. Praca bowiem
skupia się nad matrycą, gdzie powstaje
odwrócony obraz, przez co ostateczny
efekt może być pełen niespodzianek.
Oporna materia z jaką zmaga się twórca
wyczerpuje nagromadzone przez niego Na wernisażu
emocje, związane z tematem, wpływając na pozostawiany na odbitkach ślad.
Na przykład ujawnia pasje, tak jak w przypadku barwnych linorytów Teresy Ślusarek.
Od lat jeżdżę w góry i fotografuję pejzaż, zwłaszcza skał
na Polesiu, który jest punktem wyjścia dla rozważań nad przyszłą
grafiką – wyjaśniła autorka. – Fascynują mnie dwa żywioły – skała,
najtrwalszy materiał ziemski, oraz woda. Poszukuję między nimi kontaktu, spójności. Każda odbitka jest jednostkowa, ponieważ linoryt
barwny powstaje przez nakładanie kolejnych warstw kolorów.
W technice linorytu pracuje również Henryk Królikowski: Moje kompozycje inspirowane są naturą, są one mniej
lub bardziej abstrakcyjne, czasami odnoszą się do postaci ludzkiej.
Dyptyk „Ich sny niespokojne” dra Janusza Barana
O samotności i tęsknocie opowiadają z kolei prace Sylwii Morys:
Pojawiając się, Rzucając cień, Pomiędzy, Szukając, Odchodząc. – Pracuję w technice druku cyfrowego – zdradziła graficzka. – Prace wypływają z mojego wnętrza, a punktem wyjścia dla nich są fotografie,
które następnie opracowuję na komputerze. Na bogactwo struktur
spotykanych w naturze zwróciła uwagę, w swych czarno – białych
linorytach, Magdalena Szplit. Dla tej autorki każda z grafik jest
następstwem poprzedniej, a prace nad nimi były rozciągnięte
w czasie. Techniki metalowe takie jak: akwaforta, akwatinta oraz
wklęsłego rzeźbienia – intaglio zastosował w swoich pracach Janusz Baran. Twórca zaprezentował dyptyk Ich sny niespokojne I, II,
2004 przedstawiający postaci ludzkie
nękane problemami oraz tryptyk
włoski – wspomnienie z podróży do
Włoch. – Moje prace wynikają z zainteresowania cywilizacją, człowiekiem i psychologią – objaśnił Janusz
Baran. – Grafiki są zatrzymaniem się
nad minionym czasem, zaproszeniem
na wycieczkę prowadzącą do samopoznania. Do opracowania swoich
malarskich szkiców należących do
dwóch cykli: Wyobrażenia z natury
i Alfabet natury. Waldemar Kozub
posłużył się grafiką komputerową.
Tworzę w programie Photo Shop już od
kilku lat, ale zawsze zaczynam od notatek z natury. Punktem wyjścia jest dla
mnie struktura mikroświata. Szukam
relacji przestrzeni: małe – wielkie. Na
wystawie prezentuję 10 prac z cyklu
Alfabet natury – Gametomorfy.
Tekst i zdjęcia: Olimpia Anna Brola
55
Nic bez powodu
z głębi...
Indywidualistyczny opis świata Aleksandy Zuby–
Benn, przełożony na język malarstwa i tkaniny, można było
oglądać na wystawie w galerii Sztuki Współczesnej w Pałacu T. Zielińskiego w Kielcach.
„Najważniejsze są niedomówienia,
Urok wierszy kryje się między słowami,
Urok malarstwa między farbami.
Muzyka jest czymś poza dźwiękiem”
/ks. Twardowski/
W tkaninie dla Aleksandry Zuby – Benn istotny jest
kolor i materiał. Artystka używa włókien naturalnych, takich
jak len pod różną postacią: nici, słoma lniana, pakuły lniane
Aleksandra Zuba–Benn, tworzy
w zakresie tkaniny unikatowej i malarstwa. Pedagog w Zespole Szkół
Plastycznych w Tarnowie oraz w Instytucie Sztuk Pięknych Uniwersytetu
Jana Kochanowskiego w Kielcach.
Laureatka licznych nagród. Ma w dorobku 14 wystaw indywidualnych
oraz udział w wystawach zbiorowych,
plenerach
i sympozjach
o sztuce.
Dla Aleksandry Zuby–Benn bardzo ważny jest powód, dla którego
powstaje dzieło. Praca pozbawiona
wewnętrznej perspektywy nie posiada mistycznego wymiaru. Jak
opowiada – tkanina i malarstwo to
dwie dziedziny, które odgrywają w jej
życiu bardzo ważną rolę. Na płótnach
rzadko pojawia się postać człowieka,
ale tematy których dotyka malarka są
z nim związane. Autorkę prac interesują przedmioty towarzyszące ludziom
w ich codziennej egzystencji, na tyle
zwyczajne, że przestają być zauważa- Fot. Autorka prac (w środku) wraz z uczestnikami wystawy
ne, np. krzesło. Przez to jednak, że są
jak również wikliny, trzciny, papieru ręcznie czerpanego,
one bliskim towarzyszem istoty ludzkiej stają się nośnikiem
papieru pakowego – giętego, skręcanego a następnie łączowartości pozamaterialnych. Prezentowane na wystawie
nego z wikliną. – Fascynacja tkaniną, urodą włókna skłania
obrazy wykonane zostały w technice olej na płótnie, format
mnie do poszukiwań, eksperymentowania z naturalnymi
120 x 90cm. Wynikają one z przemyśleń na temat przemijamateriałami i korzystania z nowych jakości – wyjaśnia pani
nia, a jednocześnie są wyrazem afirmacji życia.
Ola. Sięgając po nowatorskie rozwiązania wykorzystuje
także różne gatunki folii, które następnie splata wikliną.
W powstałych w ten sposób dziełach tkackich dużą rolę odgrywa przenikanie światła poprzez formę. Zarówno obrazy
jak i tkaniny Aleksandry Zuby – Benn pozostawiają odbiorcy
wolność jeśli chodzi o interpretację. Są one pokojem zabaw
dla myśli, choć ich twórczyni zawarła w nich emocjonalny
przekaz, zrozumiały zależnie od stopnia wrażliwości.
Prace pokazane w Kielcach zaprezentowane zostały
również w Galerii „Atut” w Klubie Osiedlowym KAESEMEK
w Końskich.
Tekst i zdjęcia: Olimpia Anna Brola
Z wystawy
56
Duchem wolnym w rzeźbiarskiej materii odkrytym…
BATALIA O CZŁOWIEKA
W kieleckiej Galerii BWA „Na Piętrze” formy przestrzenne rzeźbiarsko obrobione zaprezentował kielecki artysta – Piotr Suliga.
Piotr Suliga – Absolwent Liceum Plastycznego w Kielcach
i Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
w Toruniu. Dyplom z rzeźby obronił w pracowni prof. Józefa
Szczypki. Pracuje jako pracownik dydaktyczny w Instytucie
Sztuk Pięknych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Laureat konkursu na popiersie Igora Strawińskiego do
alei artystów XX w. w Kielcach i konkursu na statuetkę „Lokalne Centrum Aktywności Ekologicznej” dla Fundacji „Partnerstwo dla środowiska”. Członek zarządu Związku Polskich
Artystów Rzeźbiarzy Okręgu Kieleckiego.
„Jestem człowiekiem, bo tworzę,
jestem człowiekiem, bo niszczę,
bo cały świat wierzeń, pojęć
odbudowałem na zgliszczach,
bo cały gmach kłamstw, pozorów
i złudzeń, we mnie, zburzyłem,
jestem człowiekiem, bo kocham,
bo kocham i nienawidzę”.
/Recitativo, J. B. Roszkowski/
Tematem przewodnim prezentowanych prac była
– natura człowieka, to kim jesteśmy i jacy jesteśmy. – Poszukuję formy która mogłaby odpowiedzieć mi na pytanie czym
jest człowieczeństwo – wyjaśnił rzeźbiarz. – Przetwarzam
klasykę przeskakując pułap realistycznego postrzegania
postaci ludzkiej, dzięki koncentrowaniu się na tym, co mnie
rzeczywiście interesuje. Z każdej zaś pracy wyciągam wnioski. Dokładne odwzorowanie natury nie jest wielką trudnością. Moje poszukiwania człowieczeństwa znajdują ujście
w rozwiązywanych przeze mnie problemach rzeźbiarskich.
Szukam formy trójwymiarowej oddalając się od realizmu,
bo człowieczeństwa nie
można wyrazić przez odwzorowanie. Zdaję sobie
sprawę, że przede mną
jest jeszcze bardzo dużo
pracy ale myślę, że uda mi
się je zdefiniować. Za środek wyrazu obrałem język
rzeźby. Niedoścignionym
dla mnie wzorem jest
Michał Anioł. Łącznikiem
między nim a mną jest
„non finito” – czyli nie dokańczanie dzieł. Inspiracją
zaś jest gipsowe bozzetto
mistrza – wstępne szkice
do rzeźby – wyjawił Piotr
Suliga.
Artysta
lubuje
się w kontrastach gładkiej
powierzchni ciała z surową
fakturą bryły. To zróżnicowanie struktury wywołuje nastrój dramatyzmu.
W napiętych mięśniach
pośladków, czy podkurczonych nóg (Bliźnięta) kryje się siła
godna tytana – panowanie nad zmysłami i popędem. Przy
czym prace te nie są wulgarne, a pełne godności i prostej,
szczerej poezji silnie związanej z ludzką egzystencją. Podobnie dwie wersje rzeźby Libido (drewno i patynowany gips)
to wyraz ochrony ludzkiej cielesności (męska dłoń osłania
kobiece łono) będącej jedną z podstawowych ziemskich
wartości. Postaci Kapłanów (cykl, na który składają się cztery
prace) wykonane ręką Piotra Suligi, są próbą zdefiniowania
ludzkiego wnętrza poprzez wyrażenie stanów emocjonalnych. Zaznaczenie rozpadu bryły wydaje się ukazywać na ile
silny jest eter przenikający każdą materię, który przyczynia
się do dezintegracji wszystkiego, co próbuje przetrwać w fizycznej postaci. Sylwetki Kapłanów przypominają o marności ludzkiego żywota, które tyle jest jeno cenne ile w nim siły
ducha i odwagi, by z własnej egzystencji uczynić wartość.
Portrety: Dawida, Tamary Łempickiej, Jimy’ego Hendrixa,
Jamesa Joyce’a, Ignacego Paderewskiego to z kolei wyzwanie podjęte przez Piotra Suligę, by za pomocą przestrzennej formy odzwierciedlić charakter, życiową postawę,
sposób bycia każdej z wymienionych postaci. Od portretu
realistycznego artysta przeszedł w stronę abstrakcyjnego
widzenia twarzy ludzkiej – cykl Kieleckie Głowy – będącego
syntezą fizjonomii wizerunku człowieka. Zestawienie form
geometrycznych tworzy estetyczną, opartą na łączeniu przeciwieństw całość – ostre zadry kontra gładka, ciemna bryła
kuli wywołują u odbiorcy poczucie zagrożenia nie pozostawiając go obojętnym. Twórczość Piotra Suligi charakteryzuje się nieprzeciętną wnikliwością obserwacji natury ludzkiej,
przy czym spostrzeżenia, które później prezentuje w swych
rzeźbiarskich dziełach są pełne szacunku wobec człowieka
i jego istnienia jako uduchowionej cielesności.
Olimpia Anna Brola
Fot. prac z archiwum Piotra Suligi
57
VARIA varia VARIA
Cyberstarożyność unowocześniona…
czyli
O cyberkulturze na wesoło
Myli się ten kto myśli, że kultura tzw. cyberprzestrzennowirtualna to wymysł świata współczesnego. Owszem, tak się może
wydawać przeciętnemu mieszkańcowi Ziemi – sporo przesłanek na
to wskazuje. Ale… spójrzmy na to z innej strony…i prześledźmy
historię ludzkości.
Kopalnie wirtualnie…
Już w najdawniejszych
erach
kopalnych
istniało
„wirtualne” życie. Plemiona ludzi
pierwotnych
„komunikowały”
się wzajemnie za pomocą
blasków pochodni czy też
ognisk. Czasem nie było nawet
wiadome, kto i jak sygnał
odbierze – mógł odpowiedzieć
na przykład mamut, a nie
przyjaciel i wtedy następował
splot nieoczekiwanych zdarzeń.
Zupełnie jak w dzisiejszym
Internecie. Poza tym, ówcześni
mistrzowie grafik naskalnych
zostawiali na ścianach jaskiń
i innych grot ogólnodostępne
dzieła. Nie wierzę też w to, że
fama o nich nie przechodziła w sposób przestrzenny. Podobnie ze
sztuką gwizdów, skowytów, krzyków, dzisiaj nazywanych muzyką.
www.zapoznanie.old
Kiedy
już
cywilizacyjnie „zmądrzeliśmy” nieco,
w średniowieczu i epokach ciut bliższych nam modne były tzw.
wirtualne śluby. Na czym one polegały? Łatwo się domyśleć…
na pobieraniu się na odległość.
Często następcy tronu
„zaufani” dyplomaci przywozili
z zamorskich i jeszcze bardziej
odległych zakątków ziemskich
podobizny
księżniczek
lub
szlacheckich matron. Czasem też
arystokratkom radzono intratne
ożenki z ważnymi personami płci
męskiej. I cóż się wtedy okazywało?
Że Internet minionych wieków
działał bez zarzutu. Bo gładkie lica
przyszłych żon i mężów wcale aż
tak gładkimi nie były, nie mówiąc
już, że młodymi także nie. Czy
dziś mamy pewność kogo przez
Internet poznajemy?
Maile z gwintem…
Poza nowożytnie – starożytnym swoistym portalem
www.zapoznanie.old dla arystokratycznie urodzonych, istniał
„program pocztowy” www.listwbutelce.org. Była to krążąca
w odmętach wód oceanicznych i mórz korespondencja. Maile
58
butelkowe były środkiem komunikacyjnym dużo wartościowszym
niż dzisiejsze. Nie dość, że nie miały SPAMU – no może tylko
śladowe jego ilości w postaci organicznych części planktonu, tylko
bogate załączniki – jakieś spinki czy drogie kamienie, to jeszcze
trafiały do przedstawicieli przyszłych pokoleń i niekoniecznie
nawet nadawców. Taka była ich potęga.!
Blogi… z budowli?
Jakby się przyjrzeć bliżej
popularnym dziś blogom, to też
czymś nowym nie są. Inaczej się
tylko nazywają. W starożytności
żeby zaistnieć w pamięci
potomnych, co niektórzy
spisywali swe dzieje na ścianach
świątyń, piramid czy też innych
budowli. I nikt dzisiaj nie nazywa
ich grafficiarzami! Toż to były
przecież ówczesne blogi. Dziś
stanowczo chwalebniejszą formą
są te internetowe niż naściennochuligańskie. A czy w pewnym
momencie historii – w stuleciu
bodajże XIX nie były nimi książki,
szczególnie te wspomnieniowe? Oczywiście, że tak. Nosiły wtedy
miano sztambuchów, a ich prowadzenie świadczyło o byciu trendy.
Łańcuchowe gadu-gadu…
Komunikatory internetowe, takie jak na przykład gadugadu też miały swoje prototypy w minionych wiekach. Od dawien
dawna istniała bowiem potrzeba kontaktowania się uwięzionych
ze światem zewnętrznym. A taką
to funkcję pełniła chociażby
metoda klikania kamieniami,
czy też metalowymi łyżkami
o ścianę celi. Siedział taki bidulek
samotnie w surowej „komnacie”
za „zwinięcie” z szynku połcia
słoniny i stukał. Długie, długie,
długie, krótkie itd., aż wykukał…
powiedzmy uniewinnienie. Niech
mi nikt nie powie, że to nie moc
prawdziwego GG. I to w czasach
sromotnej ciemnoty…
Przykłady można by było mnożyć. Tak, to nie fikcja.
Cyberkultura nie jest wymysłem XXI wieku! Tylko kto w to
uwierzy…
Aneta Lech
ŻYCIE
on-line
Cyberświat budzi we mnie
skrajne emocje – lęk i fascynację.
Stworzono świat alternatywny, w którym nie ma granic, nie wiemy gdzie
się zaczyna a gdzie kończy. Cechuje go
olbrzymia pojemność, elastyczność,
szybkość i brak ograniczeń związany
z umieszczaniem treści oraz swoboda
w formach prezentacji (tekst, zdjęcia,
wideo, dźwięk, aplikacje). Możliwość
łatwego komunikowania się, szybkiego
przepływu informacji to największa
zaleta cyberświata. Jednak zbliżając
się do siebie poprzez setki i tysiące
kilometrów oddalamy się i zatracamy
kontakt w najbliższym otoczeniu. Coraz
częściej rozmawiamy ze sobą nie odrywając się od komputera, przesyłamy
cyberkartki świąteczne, cyberkwiaty, Polski Second Life – Second Kraków (www. secondlife.com)
odwiedzamy cybercmentarze i zapalamy cyberświeczki.
W tym wirtualnym świecie jesteśmy tylko strumieniami danych. Czy bezcielesność oznacza, że nie mamy
potrzeb materialnych, a więc jesteśmy wolni od przymusów
biologicznych, społecznych i nie potrzebne nam są żadne
formy władzy? Cyberprzestrzeń zapewnia nam wolność
i anonimowość, przez co chętnie oddajemy się podróżom
w wirtualnym świecie.
Największym zagrożeniem jest rozmycie granic
miedzy cyberprzestrzenią a światem realnym – takowe
miało miejsce u osób uczestniczących w programie (grze)
Second Life (www.secondlife.com), w którym przebywali
więcej czasu niż w „realu”. W tym alternatywnym świecie,
możemy mieć żonę, dzieci, pracę, nawet walutę, która jest
wymienialna na realne dolary. Jednostką monetarną jest
Linden Dollar (L$). System ekonomiczny też jest zbliżony do
rzeczywistego, bazuje na popycie i podaży, przelicznik amerykańskich dolarów na Linden Dollar jest zmienny i kształtuje się w relacji ok. 270 L$ za 1 USD. Przeciętnie w ciągu
dnia dokonywane są transakcje na sumę rzędu 400 – 500
tysięcy dolarów amerykańskich! Realne banki otwierają
swoje przedstawicielstwa w świecie Second Life. Można
sobie kupić wirtualny dom, hotel, wyspę, zrobić zakupy
w sklepie, iść do baru lub do kina. W ten szybko rozwijający się cyberświat wkraczają realne firmy, mają tam swoje
przedstawicielstwa, Reuters otworzył tu swoje biuro, stacje
telewizyjne MTV i NBC mają studia, Adidas, Reebok, Dior,
Dell, Microsoft, IBM, Mercedes, Nissan i Toyota uruchomiły
sklepy. W cyberżyciu mamy conajmniej takie same potrzeby
jak w rzeczywistości, musimy się ubrać, urządzić mieszkanie
czy kupić samochód.
Ciekawe czy urzędy skarbowe zaczną opodatkowywać realne pieniądze w nierealnej gospodarce?
Politycy prowadzą w SE kampanie wyborcze – tu rywalizowali kandydaci na prezydenta Francji, Ségolene Royal
i Nicolas Sarkozy. Kraje otwierają placówki dyplomatyczne
– zrobiły to już Malediwy i Szwecja.
Second Life to już duża populacja, ponad 9 milionów wirtualnych postaci (aktywnie cyberżyjących 1,5 mln).
Wiele uniwersytetów, nawet tak znanych jak Harvard
i Oxford, używa platformy Second Life do celów edukacyjnych i treningowych. W roku 2007 platformę Second Life
wykorzystano do nauczania języków obcych, a już wkrótce
setki tysięcy użytkowników będą mogły rozmawiać między
sobą na głos, a nie jak dotychczas w czatach.
Polska również rozwija się w Second Life, mamy
m. in. Second Kraków – a raczej wierną kopię zabytkowego rynku przeniesioną w cyberświat. Tam nawet wirtualną
siedzibę otworzyła redakcja Tygodnika Powszechnego.
Z czasem, gdy przybędzie więcej miejsc w Second Poland,
mam wielką nadzieję, że system uniemożliwi wywożenie
cyberśmieci do cyberlasu.
Dlaczego ludzie tak chętnie uczestniczą w tym programie (grze)? Powodów jest na pewno wiele (i zależą od
kreatywności uczestnika), od edukacyjnych (nauka języków),
ciekawości, zabawy, niezobowiązujących kontaktów z innymi
uczestnikami po sprawdzenie się i realizację swoich ambicji
i marzeń, których w „realu” nie byliby w stanie zrealizować.
Jest to niewątpliwie raj dla architektów i grafików,
którzy mogą zaprezentować swoje abstrakcyjne projekty.
Oddziaływanie marketingowe Second Life jest imponujące,
dlatego rozwija się bardzo szybko. Podobnym powodzeniem
cieszą się gry online, w której króluje World of Warcraft.
Ogromna siła przyciągania cyberświata powoduje,
że brniemy w niego bez opamiętania – myślę, że rozwija się
on zbyt szybko, jak na nasze możliwości percepcyjne. Stąd
łatwość uzależnienia się i utraty równowagi między życiem
online i offline. „Nasza klasa” pokazała jak w zwykłym internetowym projekcie można ugrzęznąć kilka godzin dziennie.
Technika rozwija się dynamicznie, wkrótce zacznie oferować
nam w cyberświecie inne doznania np. zapachy ... a wtedy
biada nam.
Ja pozostanę jednak offline, w „realu” jest jeszcze tyle do
poznania.
Paweł Król
59
Obliczenia rozproszone
Komputery zdominowały nasze życie, podłączone
do sieci internetowej wykorzystujemy je na co dzień
w pracy i w domu. Większość użytkowników nie wyłącza
komputera podczas krótkich przerw, a niektórzy z nas
pozostawiają maszyny włączone przez noc, aby pobierać
z sieci aplikacje i różne pliki multimedialne. Gdy nie
pracujemy w danej chwili, a komputer jest włączony jego
zasoby i moc obliczeniowa procesora jest marnowana.
Zazwyczaj uruchamia się wygaszacz ekranu, procesor
wchodzi w stan jałowy i poza zużyciem ok. 2 % mocy na
obsługę podstawowych procesów nic on nie robi.
Gdybyśmy
zsumowali
czasy
bezczynności
prywatnych
komputerów
na
świecie,
okazałoby
się, że marnujemy gigantyczną moc obliczeniową
procesorów. Dlatego też od wielu lat działają programy
naukowei badawcze umożliwiające współdzielenie zasobów
obliczeniowych, dzięki czemu każdy może brać w nich
udział (oczywiście mając komputer i dostęp do Internetu).
Dzięki pracy setek tysięcy (a nawet milionów)
komputerów stworzony zostaje jakby wieloprocesorowy
superkomputer. Działa to w ten sposób, że użytkownik
instaluje oprogramowanie (zazwyczaj jest to wygaszacz
ekranu), który pobiera dane poprzez Internet z serwera
w celu ich przetworzenia. Po przetworzeniu pobranych
danych nasz wygaszacz ekranu przesyła serwerowi wyniki
przeprowadzonych obliczeń, a następnie pobiera od serwera
kolejne dane do przetworzenia. W chwili, gdy nie używamy
komputera włącza się wygaszacz ekranu – czyli nasza
aplikacja, która wykonuje obliczenia (wykorzystywana jest
wtedy każda chwila przestoju w pracy do analizy danych).
Przetwarzanie jednej „paczki” danych trwa różnie
i zależy od wielu czynników (szybkości maszyny, algorytmu
obliczeniowego, ilość przerw w pracy – aby mógł zadziałać
wygaszacz, itp.), mogą to być dni, tygodnie, miesiące.
W Internecie jest olbrzymia liczba programów badawczych,
wykorzystujących obliczenia rozproszone. Głównymi ich
dostawcami są uniwersytety i instytuty naukowe.
[email protected] – był największym (trwającym 7 lat)
i najbardziej znanym projektem opartym na obliczeniach
rozproszonych, mającym za zadanie rozstrzygnąć
możliwość istnienia inteligentnej formy życia poza
Ziemią. Zbierane dane z radioteleskopu w Arecibo zostały
rozdzielane na małe fragmenty, a następnie analizowane
na komputerach użytkowników. W projekcie brało udział
ponad 5 mln komputerów. Powstały zorganizowane grupy
użytkowników, rywalizując między z sobą, która z nich
przetworzy najwięcej danych – były rankingi, statystyki
i nagrody dla najlepszych. Mimo braku konkretnego wyniku,
Wygaszacz ekranu projektu [email protected]
60
Radioteleskop Arecibo w Portoryko
[email protected] spełnił ważne zadanie – zainteresował zwykłych
ludzi udziałem w specjalistycznych badaniach i przyczynił
się do rozwoju koncepcji rozproszonego przetwarzania
danych przez prywatne komputery.
Obecnie jest wiele dostępnych projektów z różnych
dziedzin nauki: fizyki, astronomii, matematyki, meteorologii,
biologii i medycyny. Dostępne są m. in.: [email protected]
mający na celu badanie fal grawitacyjnych, [email protected]
służący
dokładnej
kalibracji
akceleratora
cząstek
elementarnych budowanego przez CERN w Genewie,
[email protected] badanie jednego z ważniejszych otwartych
problemów matematyki – hipotezy ABC.
Do najważniejszych jednak należy zaliczyć
projekty z dziedziny medycyny i biologii, które mogą
rozwiązać nasze ziemskie problemy. Pomagamy w walce
z chorobami których dziś jeszcze nie potrafimy skutecznie
leczyć – chorobą Alzheimera, BSE, Creutzfeldta-Jakoba,
AIDS, Huntingtona i Parkinsona, różnymi odmianami
nowotworów.
Dołączając do zespołów poszukujących
odpowiednie struktury białek, czy zajmujących się
badaniami ludzkiego genomu, można mieć swój udział
w rozwiązywaniu globalnych problemów ludzkości.
Warto więc brać udział w projektach, chociaż niektórzy
będą zastanawiać się co tak naprawdę obliczamy, może
nasz wygaszacz ekranu łamie kody, szyfry bankowe a może
symuluje wybuchy bomby atomowej?
Faktem jest, że wykorzystując metodę brute
force „brutalna siła” możemy łamać kody czy rozkładać
klucze szyfrujące na czynniki pierwsze. Metoda opiera
się na sukcesywnym sprawdzeniu wszystkich możliwych
kombinacji w poszukiwaniu rozwiązania problemu.
Jest ona zwykle nieoptymalna, ale najprostsza
i najbardziej skuteczna – teoretycznie pozwala ona złamać
każde hasło – praktycznie może to potrwać nawet tysiące
i miliony lat.
Już niebawem, będzie można zarabiać za
pomocą przetwarzania rozproszonego, wspomagając
firmy komercyjne... a wtedy to, już niektórzy nie będą się
zastanawiać czy łamiemy kody bankowe czy symulujemy
wybuchy nuklearne. Aby zachęcić jak najwięcej osób
do udziału w danym projekcie, już teraz niektóre firmy
wprowadzają nagrody pieniężne dla osoby, która odnajdzie
najlepsze rozwiązanie danego problemu.
Fot. Internet
Paweł Król
Jak piękne bywa życie…
SMAKOWITY JUBILEUSZ
Kieleckie Centrum Kultury, Związek Literatów Polskich i Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Kielcach przygotowało artystce – Władysławie Szproch - „Lekkostrawną ucztę
poetycką”. Uroczystość z okazji 25-lecia twórczości literackiej
i 30-lecia twórczości plastycznej, znanej na Ziemi Świętokrzyskiej poetki i malarki, odbyła się w październiku 2007r. na Małej
Scenie KCK.
„Urodziłam się
pomiędzy latem, a zimą
nie wybierałam miejsca,
chętnie bym się urodziła
w trawie
- trawy rosną wszędzie”.
W. Szproch
Tymi słowami Szanowna Jubilatka powitała zgromadzonych gości. Opowiedziała troszkę o swojej młodości pełnej
zachwytów nad światem oraz o trudzie zmagania się z poważnymi problemami jakie spotyka na swojej drodze człowiek. Dzięki
dewizie: „Życie jest diabła warte, jeśli nie jest uparte” nie zmogła
jej żadna przeciwność losu, a zaszczepiona w niej miłość do
sztuki i swoich korzeni pozwoliła przemienić istnienie twórczyni
w „owocujące drzewo”. Dla Władysławy Szproch ważne stało się:
„Zatrzymać w słowie, obrazie, kresce, rzeźbiarskiej formie – czas.
Przedłużyć pamięć poprzez ich trwanie, uczynić drugiego człowieka szczęśliwym, bogatszym o piękno doznań…”
Władysława Szproch – animator kultury, twórca wszechstronny - uprawia malarstwo (olej pastel, akryl, akwarelę, temperę,
collage, rysunek i rzeźbę w drewnie); poetka, ale pisuje też humoreski i recenzje tomików poetyckich; członek Związku Literatów
Polskich i wiceprezes Stowarzyszenia Artystów Plastyków Świętokrzyskich. Za krzewienie kultury i sztuki w Regionie Świętokrzyskim otrzymała: Brązowy Medal Zasłużony Kulturze Gloria
Artis; Brązowy Krzyż Zasługi; Srebrny Krzyż Zasługi i odznaczenie
Zasłużony Działacz Kultury.
25-lecie twórczości literackiej i 30-lecie twórczości plastycznej artystki przebiegło w bardzo przyjaznej atmosferze. Zadbali o to zarówno organizatorzy jak i sama Jubilatka. Władysława
Szproch z otwartym sercem przyjęła wszystkie dowody sympatii
i uznania w postaci „sutej kolacji”. Ta wystawna biesiada to: „danie
główne”, czyli uczta intelektualna – wystąpienie prof. dr hab. Mirosława Wójcika; „przystawki i desery”, czyli poezja dobrze przyprawiona - tu Małgorzata Biesaga odśpiewała przy akompaniamencie
gitary „Wiersz o Władce” własnego autorstwa, a wraz z publicznością „Hymn artystów”. Piosenką zachwyciła również młoda
wokalistka – Ewa Łucka, a młodzież ze Szkolnej Sceny „ATU” XI
LO w Kielcach, których przygotowaniem i reżyserią zajęła się prowadząca całą uroczystość mgr Jolanta Markiewicz, zainscenizowała
kilka fraszek Jubilatki.
Ku uciesze biesiadników artystka dostała prezent w postaci dobrze wyrośniętej pszczółki – ucznia Łukasza. W ramach
rewanżu Władysława Szproch zabawiła gości kilkoma słownymi
igraszkami „Fraszkodziejami i Myślochwilami”. Gdy skończyła
posypały się życzenia, kwiaty, upominki i listy gratulacyjne od znamienitości Regionu Świętokrzyskiego, zaprzyjaźnionych artystów
i życzliwych twórczyni znajomych. Znalazł się czas na chwilę tańca,
po czym goście udali się na ucztę dla oczu (wystawę malarstwa artystki) i ciała (zakosztować rozmaitych pyszności). Były też „Dania
na wynos”, czyli możliwość zakupu tomików i obrazów Jubilatki.
Olimpia Anna Brola
Redakcja „Dedala” składa Władysławie Szproch życzenia wielu
sukcesów artystycznych.
Fot. O. A. Brola
61
ROCZNICE REGIONALNE
STYCZEŃ
(110)2 I 1898 – ur. Józef Kłodawski, działacz harcerski i społeczny,
członek-założyciel Kieleckiego Towarzystwa Naukowego i Koła
Miłośników Kielc, przewodnik świętokrzyski, jeden z inicjatorów
i wykonawców krzyża powstańczego na Bruszni; pochowany na
Cmentarzu Starym w Kielcach (zm. 21 XII 1967)
(40)30 I 1968 – zm. w Krakowie Mieczysław Radwan, pracownik
naukowy krakowskiej AGH, profesor, badacz przemysłu (hutnictwa) na Ziemi Kieleckiej, twórca Muzeum Starożytnego Hutnictwa
Świętokrzyskiego w Nowej Słupi (ur. 5 IV 1889 w Żarnowie)
LUTY
(145)21 II 1863 – zm. Henryk Marconi, architekt pochodzący
z włoskiej rodziny, zaprojektował m.in. łazienki w Busku-Zdroju
(ok.1835) oraz pałac w Chrobrzu (1850); był autorem przebudowy
pałacu dla Dobieckiego w Łopusznie (ur. 7 I 1792)
(580)24 II 1428 – Pińczów otrzymał prawa miejskie magdeburskie
nadane przez Władysława Jagiełło
MARZEC
(10)4 III 1998 – zm. Adam Bień, działacz ruchu ludowego, prawnik,
sądzony w moskiewskim procesie szesnastu, aresztowany i osadzony w Łubiance; w 1999 roku w Ossali otwarto Dom Pamięci Adama
Bienia (ur. 14 XII 1899 w Ossali, gm. Osiek)
(30)5 III 1978 – zm. w Kielcach Edmund Padechowicz, wybitny
działacz PTK i PTTK w Kielcach, członek Towarzystwa Przyjaciół
Szpitalika Dziecięcego w Kielcach, działacz Komitetu Odbudowy
Zespołu Pobenedyktyńskiego na Świętym Krzyżu; Jego imieniem
nazwano szlak turystyczny: Chęciny-Bukówka-Daleszyce-Łagów
(ur. w 1890 roku)
(205)13 III 1803 – ur. w Sędziejowicach, Aleksander Wielopolski,
margrabia Gonzaga Myszkowski, działacz polityczny i reformator
szkolnictwa, twórca znanej biblioteki magnackiej w Chrobrzu (zm.
30 XII 1877)
(50)23 III 1958 – pierwsze walne zgromadzenie Kieleckiego Towarzystwa Naukowego, wpisanego do rejestru stowarzyszeń 27 grudnia 1957 roku
KWIECIEŃ
(600)4 IV 1408 – król Władysław Jagiełło nadał Małogoszczowi
przywilej stanowiący o powtórnej lokacji miasta na prawie średzkim
MAJ
(55)24 V 1953 – odsłonięcie pomnika Stefana Żeromskiego w Parku Miejskim w Kielcach
(105)25 V 1903 – ur. w Borowcu k. Krasocina Feliks Rak, poeta
i pisarz ludowy, społecznik (zm. 17 VII 1992)
(20)31 V 1988 – rozpoczęcie budowy Sanktuarium Matki Bożej
Ostrobramskiej w Skarżysku-Kamiennej
CZERWIEC
(105)2 VI 1903 – zm. Franciszek Ksawery Kowalski, architekt, autor wielu projektów gmachów reprezentacyjnych w Kielcach, m.in.
hotelu i teatru „Ludwika ” w 1877 roku (obecny Teatr im. S. Żeromskiego), browaru Stumpfa (na terenie późniejszej posesji Karscha);
pochowany został na Cmentarzu Starym w Kielcach (ur. 2 II 1827)
(160)4 VI 1848 – ur. Antoni Gustaw Bem, pseud. Adam Niemir,
literat, historyk literatury; nauczyciel w kieleckim gimnazjum
(w latach 1879-1888), nauczyciel Stefana Żeromskiego i recenzent
jego pierwszych utworów (zm. 15 IV 1902)
(20)12 VI 1988 – złożenie prochów majora Jana Piwnika „Ponurego” w krużgankach Klasztoru Cystersów w Wąchocku
(150)18 VI 1858 – zm. Tomasz Zieliński, kolekcjoner zbiorów sztuki i mecenas kultury, naczelnik powiatu kieleckiego w l.1846-1858
(ur. 28 III 1802)
LIPIEC
(20)4 VII 1988 – zm. Wincenty Burek, pisarz urodzony w Ocinku
k. Sandomierza, dyrektor (od 1951 r.) Państwowego Ośrodka Kultury Plastycznej, a następnie Ogniska Muzycznego w Sandomierzu,
redaktor miesięcznika „Ziemia Kielecka ” (ur. 14 X 1905)
(35)10 VII 1973 – założono Klub Kolporter-Korona SSA Kielce
(65)12-13 VII 1943 – pacyfikacja Michniowa
62
(100)19 VII 1908 – ur. Wojciech Borzobohaty, podpułkownik,
uczestnik II wojny światowej, zastępca komendanta okręgu radomsko-kieleckiego AK, autor książki „Jodła: okręg radomsko-kielecki
ZWZ AK ” (zm. 10 I 1991)
(170)26 VII 1838 – ur. Henryka Pustowójtówna, adiutantka generała Mariana Langiewicza w powstaniu styczniowym (zm. 2 maja
1881)
(10)26 VII 1998 – zm. Wiesław Stefan Jażdżyński, powieściopisarz,
publicysta, ur. w Kielcach (ur. 9 IX 1920 )
(110)29 VII 1898 – ur. książę Krzysztof Mikołaj Radziwiłł, arystokrata polski, ziemianin, właściciel części dóbr staszowskich i Sichowa Dużego, więzień obozu koncentracyjnego w czasie II wojny
światowej; poślubił Marię Popiel z Kurozwęk (zm. 24 III 1986)
(220)30 VII 1788 – zm. (w Kielcach) Kajetan Ignacy Sołtyk, biskup
krakowski, ur. w pińczowskich Chwałowicach; z jego inicjatywy
przy kościele św. Leonarda w Kielcach rozpoczęto budowę szpitala
i Klasztoru Sióstr Miłosierdzia (ur. 12 VI 1715 )
(75)29 VII 1933 – ur. Zbigniew Nosal, długoletni redaktor Słowa
Ludu i miesięcznika Przemiany, poeta, autor wielu reportaży o tematyce regionalnej (zm. 10 X 1997)
SIERPIEŃ
(125)9 VIII 1883 – zm. Antoni Andrzejowski, pierwszy maturzysta
polski, w 1833 roku objął służbę lekarza górniczego w Miedzianej
Górze, gdzie zorganizował szpital, lekarz powiatu kieleckiego od
1844 roku, a od 1867 r. inspektor lekarski guberni kieleckiej i lekarz
miasta Kielce, przyjaciel Andrzeja Towiańskiego, którego idee przeniósł na grunt kielecki; pochowany został na Cmentarzu Starym
w Kielcach (ur. 13 IX 1807)
WRZESIEŃ
(15)wrzesień – ukazał się pierwszy numer miesięcznika kulturalno-artystycznego „Ikar ”
(50)6-7 IX 1958 – uroczystości związane z koronacją cudownej
figury Matki Bożej Loretańskiej w Sanktuarium w Piotrkowicach
(gm. Chmielnik)
(25)12 IX 1983 – odsłonięcie pomnika generała Władysława Sikorskiego w Skarżysku-Kamiennej, za sprawą którego Skarżysko
otrzymało 1 stycznia 1923 roku prawa miejskie
(120)14 IX 1888 – ur. w Szewnej k. Ostrowca Świętokrzyskiego, Jan
Samsonowicz, wybitny geolog, profesor uniwersytetów we Lwowie
i Warszawie, badacz historii górnictwa regionu świętokrzyskiego, odkrywca kopalni krzemieni w Krzemionkach Opatowskich
(zm. 3 XI 1959 w Warszawie)
(55)14 IX-21 IX 1953 – proces biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka przed sądem wojskowym
(105)18 IX 1903 – oddanie do użytku kieleckiej synagogi
PAŹDZIERNIK
(190)1 X 1818 – Jan Nepomucen Wodziczko założył pierwszą
w dziejach Kielc drukarnię
(105)11 X 1903 – ur. Edward Wincenty Wołoszyn, działacz harcerski, społecznik z Kielc, pochowany na kieleckim Cmentarzu
Nowym; w 1983 roku turystyczny szlak niebieski z Cedzyny do
Wąchocka otrzymał jego imię (zm. 19 V 1977)
(60)25 X 1948 – zm. Zygmunt Wasilewski, publicysta, krytyk literacki, redaktor i wydawca pism oraz książek, urodzony w Siekiernie
k. Bodzentyna; kolega Stefana Żeromskiego z okresu nauki w kieleckim gimnazjum (ur. 29 IV 1865 )
LISTOPAD
(350)7 XI 1658 – erygowanie kościoła parafialnego w Ćmińsku
przez biskupa krakowskiego Piotra Gembickiego
(130)14 XI 1878 – ur. Leopold Staff, poeta, dramatopisarz, tłumacz.
Od 1953 roku corocznie pędzał urlopy w Skarżysku, gdzie powstała
część wierszy z tomu Wiklina (zm. 31 V 1957 r. w Skarżysku)
GRUDZIEŃ
(75)7 XII 1933 – założono pierwszy w regionie Klub Narciarski
w Kielcach
(260)30 XII 1748 – król August II Sas podpisał przywilej lokacyjny
Końskich

Podobne dokumenty