Najważniejszy dzień życia Marka Lemona

Komentarze

Transkrypt

Najważniejszy dzień życia Marka Lemona
X
Najważniejszy dzień życia Marka Lemona zapowiadał się
bardzo nerwowo. Obudził się wcześnie rano, zjadł szpitalne
śniadanie i pomimo ogromnego zdenerwowania sięgnął na
szafkę stojącą obok jego łóżka po książkę. Chciał w ten sposób
nie dać po sobie poznać, że jest zdenerwowany, i, tak jak wczoraj, zaczął czytać Zbrodnię i karę Fiodora Dostojewskiego. Wolno przesuwał wzrok po kolejnych wersach książki, nic z niej
nie rozumiejąc. Myślami był już w godzinach wieczornych,
kiedy to zgodnie z przez siebie ukartowanym planem w wiadomościach CNN na własne oczy miał zobaczyć nieszczęśliwy
wypadek swojego brata oraz kuzyna. Podczas rutynowego obchodu lekarskiego nadal zachowywał zimną krew. Spytał tylko
ordynatora oddziału, kiedy będzie mógł opuścić klinikę i powrócił do lektury Dostojewskiego.
– Pewnie się teraz wybierają na lotnisko albo już lecą w kierunku kanionu – pomyślał. – Tak, chłopcy, wasz termin ważności właśnie się skończył. Nie chcieliście grać w moim filmie
drugoplanowych ról, to zostaliście tylko statystami, którzy
w środku filmu giną na polu walki zwanym życiem. Ja, gdybym podniósł rękę na swojego ojca, to bez zastanowienia odstrzeliłby mi łeb z tej swojej dubeltówki i nie rozmyślałby długo nad tym, że byłem jego pierworodnym synem. Rzucę jakiś
ochłap waszym rodzinom, żeby z głodu nie zdechły i, niestety,
116
kokainowa milosc.indd 116
2013-10-21 17:23:11
— Kokainowa Miłość —
będę wam musiał wyprawić godny pogrzeb ze stypą na paręset
osób, aby się nikt nie zorientował. A najgorsze, że naprawdę
będę musiał udawać, jak mi jest was bardzo żal. Najchętniej za
to, co mi zrobiliście, przywiązałbym wam po kamieniu do szyi
i wrzucił do oceanu. A tu jeszcze na takie dwa ścierwa będę
musiał wydać tyle mojej kasy.
Energicznym ruchem ręki zamknął książkę i położył na szafkę. Spojrzał w okno i na wiszący obok niego niewielki zegar.
Dochodziła właśnie godzina jedenasta. Czekając na szczęśliwe
rozwiązanie swego genialnego planu, pod wpływem bólu po
nożu wbitym mu pomiędzy bark a klatkę piersiową przez Freda i napięcia spowodowanego tym, co ma się wkrótce wydarzyć, pewien swojej decyzji zamknął oczy i zasnął.
Tymczasem Alan, siedząc za sterami sportowego samolotu, łagodnie unosił swą rozpędzoną po pasie maszynę z pasa
startowego pod Los Angeles. Z boku siedział wieczny kawaler
Kurt, a z tyłu żona Alana wraz z synem i ciężarną córką. Alan
wzbił się na jakieś pięćset metrów i zrobił jak zawsze ostry
wiraż w lewo, aby napawać się widokiem swojego rodzinnego Los Angeles. Roczny samolot sprawował się fantastycznie.
Lekkie ruchy wykonywane przez Alana od razu przekładały się
na prawidłowy lot awionetki. Wytapicerowany w środku naturalną jasnoczekoladową skórą pokrywającą grubą elastyczną
gąbkę samolot był bardzo wygodny. Przeleciał nad miastem
i obrał kurs na Wielki Kanion. Alan włączył swoją ulubioną
płytę Franka Sinatry i zadowolony z siebie leciał po bezchmurnym niebie, myśląc o czekającej go rozmowie z Markiem. Kurt
oparł głowę o zagłówek fotela i podziwiał, w jakim pięknym
kraju przyszło mu żyć. Żona Alana jak zwykle przekomarzała
się z córką o imię dla jeszcze nienarodzonego dziecka. Nudził
117
kokainowa milosc.indd 117
2013-10-21 17:23:11
Robert Gong
się tylko syn Alana. Miał gdzieś tę całą wycieczkę nad Wielki
Kanion; wolałby zostać w domu i iść ze swoją dziewczyną i kolegami na mecz futbolu amerykańskiego. Jednak kategoryczne
zdanie jego ojca, z którym nie mógł polemizować, przymusiło
go do tej wycieczki. Siedział, patrząc beznamiętnie w okno i na
zadawane pytania odpowiadał tylko „tak” lub „nie”. Po jakichś
dziesięciu minutach lotu i pierwszych sprzeczkach rodzinnych
silnik awionetki nagle zgasł. Nerwowe próby Alana, by go uruchomić, spełzły na niczym i w pewnym momencie pilot zdał
sobie sprawę, iż ma tylko jedno wyjście z tej beznadziejnej
sytuacji: musi sterować samolotem jak szybowcem i znaleźć
jakąś równą drogę, na której mógłby wylądować.
– Nie dasz rady, Alan – smutno oznajmił Kurt.
– Dlaczego? – rzucił przerażony kuzyn.
– Za dużo wzięliśmy bagażu do luków bocznych.
W oczy Alana po raz pierwszy w życiu zajrzała śmierć. Kurt
miał rację, pomimo manewrów Alana samolot z wysokości
prawie kilometra zaczął spadać coraz szybciej, aż w końcu
osiągnął prędkość zrzuconej z samolotu bomby. W kabinie
awionetki rozległ się paniczny krzyk kobiet i po chwili z impetem samolot wbił się w mało uczęszczaną drogę. Z odległości
paru kilometrów było widać słup ognia, a później już tylko
unoszący się nad tym miejscem ciemny, duszący dym. Po parunastu minutach do miejsca wypadku przybyły wszystkie służby ratownicze na czele ze strażą pożarną. Zjawił się też szeryf
miasta Los Angeles, Jim Marey, który był również w domku
letniskowym po napadzie na Marka Lemona. Chodził wkoło
i przyglądał się na wpół zwęglonym porozrzucanym ciałom
rodziny Lemonów. Nie robiło to na nim większego wrażenia;
w swojej długiej policyjnej służbie widział już takie rzeczy,
118
kokainowa milosc.indd 118
2013-10-21 17:23:11
— Kokainowa Miłość —
a ten wypadek był jednym z wielu i to wcale nie najkrwawszy.
Wszystkie osoby katastrofy z wielką starannością zawinięto do
czarnych worków i specjalnie przystosowanym samochodem
przewieziono do prosektorium na sekcję zwłok. Marey tymczasem chodził wkoło pogorzeliska i dokładnie wszystkiemu
się przyglądał. – To nie jest zbieg okoliczności – pomyślał – na
pewno to nie jest zbieg okoliczności – powtórzył w myślach.
Nie wiem w jaki sposób ten bydlak to zrobił, ale to robota
Marka Lemona. Fuck – zaklął soczyście, aż zwrócili na niego
uwagę podwładni. – Znowu mam tylko przypuszczenia i nic
więcej. Przecież nie pójdę do prokuratora z domysłami, bo powie mi, że chyba już czas na moją emeryturę. Powie mi też, że
nikt normalny nie uwierzy, by człowiek leżący w klinice sam
na siebie nasłał bezdomnego bandytę, dając się prawie zabić,
z czego zresztą ledwo uszedł z życiem, a teraz, przebywając
w klinice z niezagojoną dziurą w piersi w dodatku, ma coś
wspólnego ze śmiercią całej swojej rodziny. Wszystkich, ale
mnie nie wykiwa, choćbym miał chodzić za nim aż do śmierci,
to rozwikłam tę sprawę. Bo tylko ja wiem, że to jego robota.
Wściekły na fakty, które zaprzeczały jego hipotezie i wiązały mu ręce, wsiadł w radiowóz i odjechał do swojego biura.
*
Śpiącego Marka obudziła głośna rozmowa pielęgniarek na
korytarzu pod jego drzwiami. Spojrzał na wiszący na ścianie
zegar. Dochodziło właśnie południe. – A może już coś wiadomo – pomyślał i leżącym na kołdrze pilotem włączył telewizor.
Po chwili pojawił się obraz i zwiastun południowych informacji CNN. Atrakcyjna spikerka o długich blond włosach zaczęła
119
kokainowa milosc.indd 119
2013-10-21 17:23:11
Robert Gong
szybkim głosem podawać najnowsze wiadomości z zachodniego wybrzeża. – Dzień dobry, państwu – rozpoczęła jak co dzień
– dzisiejsze południowe wiadomości zaczynamy od bardzo
smutnej informacji: o godzinie jedenastej piętnaście dwadzieścia kilometrów na wschód od Los Angeles z niewiadomych
przyczyn rozbiła się ośmioosobowa awionetka należąca do
Alana Lemona, od niedawna właściciela firmy farmaceutycznej „Oxeon”. Samolotem leciał też jego kuzyn, Kurt Lemon,
oraz żona i dzieci Alana Lemona. Wszyscy zginęli na miejscu.
To kolejna tragedia w rodzinie państwa Lemonów. Przypominam, iż parę dni temu na najstarszego z rodziny Lemonów,
Marka, napadł w celu rabunkowym bezdomny Fred Lee, który
tępym narzędziem zadał mu cios w głowę, a następnie ugodził
nożem w klatkę piersiową. Dzisiaj szef kliniki, profesor Bert,
mówi, iż po długiej rehabilitacji pan Mark Lemon powróci do
zdrowia.
Mark wyłączył telewizor, zamknął oczy i z ulgą pomyślał:
– Od razu widać, że z tego gościa to zawodowiec. Od teraz
będę miał wiernego pieska od mokrej roboty. „Z niewiadomych przyczyn” – powiedziała, czyli niezły z niego fachowiec,
skoro te tępe policyjne łby nie wiedzą, co się stało. I tak już
pozostanie. Teraz muszę bez przesadnej histerii udawać żałobnika. A nawet jeżeli bym trochę przesadził, to przecież straciłem całą swoją rodzinę, do tego sam też jestem ofiarą napadu.
Mark zamknął oczy, pomyślał o najgorszych dnia ze swojego
ciężkiego dzieciństwa i resztkami sił zdołał sztucznie wykrzesać łzy, które wolno spływały mu po policzkach.
Drzwi od jego pokoju otworzyły się i stanął w nich szef
kliniki, sam profesor Bert. Mark uniósł na tyle, ile mógł, rękę,
wskazał na telewizor i powiedział:
120
kokainowa milosc.indd 120
2013-10-21 17:23:11
— Kokainowa Miłość —
– Wiem, ale proszę mnie, profesorze, teraz pozostawić samego.
– Oczywiście, jak pan sobie życzy, jednak gdyby pan czegoś
potrzebował, to proszę nacisnąć guzik, a zaraz ktoś z personelu się zjawi.
Mark nic nie odpowiedział, zamykając oczy, a po policzkach nadal leciały mu łzy. Profesor zgodnie z życzeniem Lemona wycofał się z jego pokoju, delikatnie zamykając za sobą
drzwi. Poszedł do dyżurki pielęgniarek i wydał polecenie, aby
bezzwłocznie podano Markowi kroplówkę i zastrzyk z silnym
środkiem nasenno-uspokajającym. Doświadczona pięćdziesięcioletnia siostra Emi Morgan weszła do pokoju Lemona, założyła mu wenflon, do którego podłączyła kroplówkę i dożylnie
podała mu silny środek uspakajający zgodnie z poleceniem
szefa kliniki. Mark przez chwilę jeszcze walczył z coraz cięższymi powiekami, aż w końcu gałki oczne przewróciły mu się
do góry i zapadł w głęboki sen.
*
Tego dnia w biurze szeryfa Los Angeles panowała żelazna
dyscyplina. Każdy z pracowników biura szeryfa wiedział, że
Mareyowi coś się nie zgadza i od czasu jego przyjazdu z miejsca
wypadku nikt nie odważył się odezwać do niego ani słowem.
Znali go od lat i doskonale wiedzieli, że nic nie ma, a nawet
wszystko układa się przeciwko niemu, ale też zdawali sobie
sprawę, że jego policyjny nos nigdy go jeszcze nie zawiódł.
Do biura wszedł stary przyjaciel Mareya, Henry King, wybitny
specjalista od wypadków lotniczych.
– Witaj, Jim – rzucił od wejścia i zwrócił się do policjantów:
121
kokainowa milosc.indd 121
2013-10-21 17:23:11
Robert Gong
– No macie chłopaki przechlapane. Mam złą wiadomość dla
waszego szefa. – W ręce trzymał papierową teczkę, którą położył Mareyowi na biurko. – Niestety, na 99 procent to był wypadek. Moi ludzie muszą to jeszcze w laboratorium potwierdzić,
ale ja nie mam wątpliwości.
– Dupa, nie wypadek! – wrzasnął na całe biuro Jim i zajrzał
do teczki.
– Wiem, że słowo „wypadek”, jeszcze u Marka Lemona, to
dla ciebie gorzej niż trzecia wojna światowa, ale niestety będziesz się chyba musiał z tym pogodzić.
– A więc jak to się stało? – zapytał wściekły Marey.
– Dziecinnie prosto. To lotnisko, jak sam wiesz, jest niewielkie i służy tylko paru bogatym rodom z Los Angeles. Tego
dnia, czyli dzisiaj, pierwszy lot był przewidziany na godzinę
piętnastą. Tak więc wszystkie cztery cysterny przywożące paliwo lotnicze wyjechały po zaopatrzenie. Nagle rano zjawił się
Alan Lemon z całą swoją rodziną i chciał jak najszybciej wystartować. Na lotnisku była tylko obstawa, pracownik czasami zastępujący kierownika i zupełnie nowy pracownik, który
w dniu dzisiejszym rozpoczął tam właśnie pracę. Lemon tak
się uparł, że zadzwonił do kierownika i wymusił na nim natychmiastowe tankowanie. Z boku hangaru Lemona stoi od
lat stara cysterna z paliwem lotniczym, które głównie służy do
czyszczenia części przy konserwacji maszyn. A że kierownik
był jeszcze wczorajszy, słysząc odgrażanie Lemona, że zmieni
lotnisko, kazał temu młodemu chłopakowi nalać do baku z tej
właśnie cysterny.
– No to mam go – krzyknął podekscytowany Marey.
– Kogo masz? – zapytał zdumiony King.
122
kokainowa milosc.indd 122
2013-10-21 17:23:11
— Kokainowa Miłość —
– Tego chłopaka – powiedział i zatarł ręce. Henry z politowaniem pokiwał głową i wyjaśnił:
– Jego akta masz w tej teczce. Chłopak jest czysty jak łza.
– To dlaczego samolot spadł? – spytał zaczepnie Marey.
– Bo cysterna, z której tankował Lemon, ma ze trzydzieści
pięć lat, a w jej środku jest pełno brudu i rdzy i to właśnie musiało zatkać przewód paliwowy. Teraz już rozumiesz? – King
nie widząc reakcji Mareya, po chwili sam sobie odpowiedział.
– Widzę, że nie. Wstał ze stołka i głośno powiedział: – Teraz to
wam naprawdę wszystkim serdecznie współczuję – i wyszedł.
Marey usiadł za biurkiem, wypił łyk kawy i otworzył szarą
teczkę, którą przyniósł mu King. Wziął parę głębokich oddechów i uspokoił się. Chociaż był święcie przekonany, że Mark
Lemon maczał w tym wypadku lotniczym swoje brudne łapy,
to po wizycie Henry’ego zaczął mieć małe wątpliwości. Znali
się z Kingiem ponad trzydzieści lat i Marey nie pamiętał, aby
Jim kiedykolwiek się w swojej ocenie pomylił. Z drugiej zaś
strony za dobrze znał ojca Marka i jego samego, aby tak bez
dogłębnego sprawdzenia uwierzyć w nieomylność Kinga. Ojciec Marka zbił swoją fortunę przed drugą wojną światową
w latach prohibicji na przemycie alkoholu z Meksyku i Kanady,
a później uczył swojego najstarszego syna, jak być powszechnie
szanowanym gangsterem w białych rękawiczkach. Był to najcwańszy bandzior, jakiego znał Marey. Zaraz po wojnie w dla
nikogo niezrozumiały sposób zalegalizował swój olbrzymi majątek i stał się powszechnie szanowanym biznesmenem. Marey
przypomniał sobie, jak ojciec mówił mu, że nawet Al Capone,
który trzymał cały rynek przemytu alkoholu do Stanów, nie
miał nic do ojca Marka, bo nie potrafił udowodnić mu, że on
123
kokainowa milosc.indd 123
2013-10-21 17:23:11
Robert Gong
się też tym zajmuje. Ojciec Marka podstawiał mu jakichś baranów, którzy chcieli podczas wielkiego kryzysu zarobić parę
dolarów, aby mówili Alowi, że ma konkurencję i wystawiał
mu swoją konkurencję. I tak nie wchodząc w drogę wielkiemu
Alowi Capone, jego rękami wybił swoich wrogów, czego później nauczył swojego najstarszego syna Marka. Wertując papiery z teczki Kinga zauważył, że wszystko było tak, jak mówił
przed chwilą jego stary przyjaciel Henry. Jednak policyjny nos
wciąż nie dawał mu spokoju. Włożył papiery z powrotem do
teczki, wolno dopił kawę i cały czas próbował rozeznać się
w tej całej układance. Nagle wstał i bez słowa opuścił biuro
szeryfa. Wyszedł przed budynek, podszedł do samochodu i po
szelmowsku uśmiechnął się sam do siebie. – Ciekawe, jak się
zachowa na mój widok i na to, że przy tej sprawie węszę. –
Wsiadł do samochodu i zadowolony, że ma się chociaż czegoś
złapać, wolno ruszył wprost do kliniki, gdzie leżał Mark. Przez
cały czas myślał, czym zaskoczyć Lemona, aby chociaż miną,
gestem czy słowem zdradził się, że to jego robota. W końcu
podjechał pod klinikę, zaparkował samochód i rozluźniony,
ale bardzo skupiony, wkroczył do środka. Zapukał i znalazł się
w pokoju Lemona. Mark leżał na plecach z podłączoną kroplówką i patrzył w okno. Wejście szeryfa nie wzbudziło w nim
reakcji, której spodziewał się Marey.
– Witaj, Mark.
Lemon skinął głową i nic nie odpowiedział.
– Pewnie już wiesz, co się stało?
Mark powtórzył gest i nadal się nie odzywał.
– Pomimo wszystko najszczersze kondolencje.
– Jak to, pomimo wszystko? – obruszył się Mark.
– Pomimo wszystko – powtórzył szeryf. – Bo kogo jak kogo,
ale mnie na ten numer nie nabierzesz.
124
kokainowa milosc.indd 124
2013-10-21 17:23:11
— Kokainowa Miłość —
– Jesteś tu prywatnie czy służbowo? – udając wzburzonego
zapytał Mark.
Szeryf roześmiał się niestosownie, prowokując dalej Lemona i powiedział:
– Przecież znasz prawo i bardzo dobrze wiesz, że prywatnie.
W twoim stanie zdrowia nie mam prawa cię przesłuchiwać
i sarkastycznie dodał: – Czyżby cię twój szlachetny tatuś tego
nie nauczył?
– To wynoś się stąd, bo zamiast na emeryturę pójdziesz do
pierdla za nękanie, a jak trochę podkoloryzuję, to za pobicie.
– Mark nacisnął przycisk dzwonka i już po chwili do sali weszła pielęgniarka z zapytaniem: – Tak, słucham, panie Lemon.
– Proszę o mój telefon komórkowy, gdyż chcę zadzwonić do
swojego prawnika.
Pielęgniarka zaskoczona spojrzała na szeryfa, skinęła głową
i wyszła.
– A jednak się nie myliłem, to ty zabiłeś swoją całą rodzinę.
– Wynoś się, bo to jest nękanie.
– Odstawili cię od korytka, to sfingowałeś ten wypadek.
– Wynoś się, Marey! – krzyczał na całą klinikę Lemon. Szeryf raz jeszcze się roześmiał.
– Za tydzień odchodzę na emeryturę, ale wreszcie cię mam.
Warto było służyć w policji przez całe życie, aby cię w końcu
dopaść. Niestety, Mark, zdradził cię ten telefon do prawnika.
Człowiek naprawdę pogrążony w żałobie, który nie miałby
z tym nic wspólnego, po prostu by mnie opluł i kazał się wynosić. Do zobaczenia, Mark, spotkamy się niedługo, jak będę
zakładał ci osobiście kajdanki na ręce.
Po tych słowach pewny siebie szeryf Marey opuścił pokój
Marka. Kiedy zadowolony wszedł do swojego biura, wszyscy
125
kokainowa milosc.indd 125
2013-10-21 17:23:11
Robert Gong
jego podwładni siedzieli z opuszczonymi głowami, udając iż są
bardzo pochłonięci pracą. Ze swojego pokoju wyszedł zastępca Mareya i ze smutkiem oznajmił:
– Jim, musimy natychmiast porozmawiać.
– Nie teraz – zbył zastępcę i wszedł do swojego pokoju.
Po niespełna minucie drzwi Mareya otworzył Denis Douglas
i pewnym krokiem wszedł do środka.
– Mówiłem ci, Denis, że nie teraz – rzucił nerwowo Marey
i ręką pokazał swojemu zastępcy, aby opuścił biuro.
– Jim, przykro mi, że to ja muszę ci powiedzieć, ale natychmiast mamy zgłosić się u gubernatora w biurze FBI.
– Coo? – Wrzasnął Jim. – U gubernatora?
– Tak, Jim, i to natychmiast, bo on już od dziesięciu minut nas oczekuje. Nie wiem, co narozrabiałeś z Lemonem, ale
kiedy gubernator dzwonił do mnie, to nie był w zbyt dobrym
nastroju. Tak więc zbieraj się i jedziemy.
Marey czerwony ze złości wstał zza biurka, spojrzał na
Denisa i prawie krzyknął: – Widzisz, nieważne są fakty, tylko
kto ma lepszych prawników, ale ja i tak Lemona dopadnę albo
jeszcze jako glina, albo jako emerytowany pies.
Mężczyźni wyszli z pokoju i udali się do samochodu przed
biuro szeryfa. Po krótkiej jeździe znaleźli się przed dużym
gmachem siedziby FBI stanu Kalifornia. Szybko wysiedli i weszli do środka. Denis zapukał do sekretariatu i usłyszał oschły
głos kobiecy: – Proszę. – Gdy weszli, sekretarka ponowiła zaproszenie: – Proszę wejść do gabinetu, pan gubernator panów
już oczekuje.
Wchodząc do środka, zobaczyli uśmiechniętego gubernatora i szefa policji stanu Kalifornia. Gubernator wstał zza biurka,
a wraz z nim wstał szef policji.
126
kokainowa milosc.indd 126
2013-10-21 17:23:12
— Kokainowa Miłość —
– Witam pana, szeryfie – powiedział, uśmiechając się do Jima.
– Dzień dobry, panie gubernatorze – odpowiedzieli przybyli
goście. Gubernator podał rękę Jimowi i Denisowi.
– Ponieważ nie mam dzisiaj za dużo czasu, przejdę od razu
do meritum.
– Oczywiście, panie gubernatorze – powiedział przygnębiony Jim.
– W imieniu wszystkich mieszkańców stanu Kalifornia
i oczywiście własnym dziękuję panu za tak przykładną służbę dla bezpieczeństwa publicznego przez tyle lat. Za równy
tydzień, jak poinformował mnie obecny tutaj szef policji, odchodzi pan na w pełni zasłużoną emeryturę. Ma pan jeszcze
zaległy urlop, który proszę sobie bez większych skrupułów od
dnia jutrzejszego wykorzystać, a od dzisiaj szeryfem miasta
Los Angeles zostaje pan Denis Douglas. Nominację, panie Douglas, przekaże panu jeszcze dziś szef policji stanu Kalifornia,
zaś co do pana, szeryfie Marey, powiem w zaufaniu, iż za dwa
tygodnie w siedzibie głównej policji w Los Angeles zostanie
zorganizowane specjalne pożegnanie i otrzyma pan medal
za wybitne osiągnięcia i wzorową, bezkompromisową walkę
z przestępczością.
Gubernator uścisnął raz jeszcze ręce Mareya i Douglasa.
– Na dzisiaj to wszystko, gdyż za kwadrans mam spotkanie na uniwersytecie. Żegnam panów – i stojąc przed nimi
z uśmiechem na twarzy czekał, aż opuszczą gabinet. Kiedy
wyszli przed budynek, Marey zapytał szefa policji:
– George, dlaczego tak?
– Jim, został ci już tylko tydzień, a dla mnie sprawa jest
jasna – rozmawiałem z Kingiem, a on daje głowę, że to był
wypadek. Zostaw to już, bo narobisz sobie jeszcze kłopotu.
127
kokainowa milosc.indd 127
2013-10-21 17:23:12
Robert Gong
Ty już w życiu swoje zrobiłeś, teraz korzystaj z emerytury i jedź
w spokoju połowić ryby.
Podał Mareyowi rękę, wsiadł do samochodu i odjechał.
Douglas opuścił głowę, postał chwilę z Jimem w milczeniu,
uścisnęli sobie ręce i odjechali w dwóch różnych kierunkach.
kokainowa milosc.indd 128
2013-10-21 17:23:12

Podobne dokumenty